Przy okazji wczorajszych, jakże szyderczych – i to w obie strony – obchodów urodzin Chucka Norrisa, przypomniała mi się Peggy Noonan. Wspominałem już o niej parę razy na blogu, dziś tylko przypomnę. Noonan jest wybitną amerykańską autorką, publikującą regularnie w Wall Street Journal, której książki były wielokrotnymi bestsellerami. Od strony ideologicznej Peggy Noonan jest konserwatystką i katoliczką. W latach prezydentury Ronalda Reagana była szefem grupy zajmującej się jego publicznymi wystąpieniami, a więc, krotko mówiąc, pisała mu przemówienia. Czytam chętnie teksty Peggy Noonan i uważam, że trudno znaleźć publicystyczny styl tak mocny, tak piękny i tak poruszający. Jeśli ktoś zna język angielski, polecam. Wszystko jest dostępne w Internecie.
Po ataku na World Trade Center, Peggy Noonan opublikowała w Wall Street Journal cykl poświęconych temu wydarzeniu felietonów, z których jeden poświęciła strażakom ratującym ludzi z ognia i spod gruzów. Zatytułowała go „Witaj w domu, Duke”. Duke to popularny przydomek, jakim ludzie, którzy go cenili i szanowali, obdarzali Johna Wayne’a – aktora. Pomysł felietonu był taki, ze Peggy Noonan, wraz z grupą innych nowojorczyków, stoi na chodniku w Nowym Jorku i patrzy na ciężarówki przejeżdżające obok i wiozące z całodziennej zmiany umordowanych pracą strażaków. I nagle widzi, że wszyscy – dosłownie wszyscy – patrzą na tych strażaków jak na gwiazdy. Jak na swoich bohaterów. Jak na ludzi, których można tylko w milczeniu podziwiać. Dlaczego? Bo oni całą swoją postawą, wyglądem, kontekstem w jakim się znaleźli symbolizują prawdziwe męstwo. A więc coś, co przez całe lata współczesny świat najpierw wyśmiewał, a o czym później zapomniał.
Patrzy więc Noonan na przejeżdżające ciężarówki i dzieli się z nami refleksjami na temat tego, do czego współczesność doprowadziła nasze czasy i nas samych. Jak bardzo zniszczyła w nas szacunek dla bohaterstwa i waleczności. Rozmyśla nad tym upadkiem, a jednocześnie, rozglądając się wokoło, i widząc reakcje innych ludzi, ma silną nadzieję, że ta ofiara nie poszła na marne, bo dzięki niej nagle ludzie zrozumieli prawdziwą hierarchię. Że, oczywiście, każdy ma swoją rolę do spełnienia, ale to co – gdy przyjdą czasy prawdziwie złe – może stanowić jedyny ratunek to, jak sama mówi, prawdziwi mężczyźni. W ostateczności trzeba się będzie odwołać do „męskich mężczyzn”. Soli tej ziemi. Przez ostatnie lata, wykpiwanych, lekceważonych i brutalnie sparodiowanych. No i, schodząc do poziomu kultury masowej, Woła – Witaj w domu, Duke.
Przypomniała mi się Peggy Noonan z tym Johnem Waynem, kiedy wczoraj, grupa warszawskiej młodzieży, pod kierunkiem pewnego discopolowego menela, zorganizowała owo szydercze spotkanie, gdzie zarówno bronią, jak i przedmiotem kpin, został uczyniony ten Chuck Norris. Oczywiście nie poszło ani o jego filmy, ani o niego samego, ale o popularny przekaz, jaki się za Norrisem ciągnie przez ostatnie lata, kiedy zapytać kogokolwiek z nich o opinię na temat na przykład amerykańskiego kina. Chuck Norris dla przeciętnego idioty jest zaledwie hasłem, zaledwie żartem stanowiącym klucz do salonów i tak zwanego lepszego towarzystwa. Klucz, wydawałoby się już bardzo zużyty, wręcz zardzewiały, ale wystarczająco skuteczny, szczególnie gdy i tak już wszystkie drzwi są pootwierane na oścież. A więc z jednej strony śmiano się wczoraj z Chucka Norrisa, z drugiej śmiano się z ofiar smoleńskiej rzezi, a z boku dobiegały tylko skromne informacje o tym, że Chuck Norris, oprócz tego że jest aktorem, jest też człowiekiem, i to nie byle jakim. A wraz z tymi informacjami, być może równie skromne sugestie, ze jeśli spojrzeć na kino, jak na rozrywkę, w dodatku rozrywkę niosącą jakąś naukę na temat dobra i zła, i walki owego dobra ze złem – to akurat Chuck Norris pełni swoją rolę całkiem dobrze.
I pomyślałem wtedy o tamtym tekście Peggy Noonan, gdzie pisze ona tak:
„Może się wydawać, że mówię o konflikcie klas. Że oto inteligencja na nowo doceniła klasę robotniczą z Lodi w New Jersey, czy z Astorii w Queens. Ja jednak próbuję tylko opowiedzieć o prawdziwym męstwie, które – owszem – niekiedy jest bezpośrednio związane z tak zwanymi kwestiami klasowymi, jednak w żaden sposób nie jest tym samym.
Oto co chcę powiedzieć: Pewnego razu, jakieś dziesięć lat temu można było przeczytać w jednym z tabloidów informację o pewnym młodym małżeństwie, które udało się w podróż poślubną do Australii, czy może Nowej Zelandii. Pływali sobie któregoś dnia w oceanie, blisko brzegu, gdy nagle pojawił się rekin i ruszył prosto na dziewczynę. Czy wiecie, co zrobił mężczyzna? Walnął rekina w głowę. Walnął go raz, drugi raz i trzeci. On nie wygłosił dowcipnej uwagi na temat rekina, nie podzielił się z nami pełnymi współczucia refleksjami na temat losu rekinów – on go zwyczajnie zdzielił w łeb. A więc rekin puścił; dziewczynę i zajął się chłopakiem. No i go zabił. Dziewczyna ocalała i opowiedziała tę historię bohaterstwa swojego męża. Człowieka, który postanowił znokautować rekina. Czytałem tę historię i sobie myślałam – oto, czym jest prawdziwa mężczyzna. Człowiekiem, chce znokautować rekina”.
I pisze dalej Peggy Noonan:
„Nie wiem, czym się zajmował tamten mężczyzna, z czego żył, ale wiem, że posiadał on bardzo staroświeckie wyobrażenie, co to znaczy być mężczyzną i wydaje mi się, że to własnie wyobrażenie zaczyna na nowo odżywać, i znów staje się modne właśnie ze względu na tych, którzy ratowali nas 11 września. I że to odrodzenie jest bardzo dobre dla naszego kraju”.
Swój felieton kończy Noonan następującą refleksją:
„Byłam jeszcze dzieckiem, kiedy John Wayne był dla nas bohaterem i symbolem męstwa. Był silny i milczący. Ale pamiętam też czasy późniejsze, kiedy zamordowali Johna Wayne’a tysiącem pchnięć. Wielu brało w tym udział. Nie tylko feministki, ale też zieloni, komuniści, intelektualiści, inni. I był też wśród nich Woody Allen. On też tam przyszedł. Ze swoim śmiechem, szyderstwem i uwielbieniem dla własnej lękliwości i kompleksów. On doprowadził do tego, że lęki i kompleksy stały się modne i w gruncie rzeczy podziwiane. To Woody Allen sprawił, że to co się stało naprawdę fajne, to nie to że ktoś potrafił zabić rekina, ale to, że ktoś zwiał przed rekinem wrzeszcząc i piszcząc ze strachu. No i to, że on sam umiał taką ucieczkę w zabawny sposób skomentować.
Ale stało się też tak, że kiedy zabiliśmy Johna Wayne’a, wiecie, kto nam pozostał? Ta ofiara z starych filmów Johna Forda – Barry Fitzgerald. Mały, nerwowy plotkarz z sąsiedztwa Barry Fitzgerald, który tylko gadał, i nic nie robił.
I to nie był postęp. To nie było dobre.
Tęskniłam za Johnem Waynem.
Jednak dziś, myślę, że on wrócił. Myślę, że wrócił do nas 11 września. Myślę, że wrócił w bardzo dobrym stylu. I to w samą porę.
Witaj w domu, Duke”
W jaki sposób to co pisze Peggy Noonan ma sens w naszej sytuacji? Uważam że ma sens jak najbardziej. A to z tego powodu, że – o czym jestem przekonany – za tym, czego jesteśmy świadkami stoi tak naprawdę nowoczesna i jakże modna pogarda dla męstwa. I to na całej naszej przestrzeni. Poczynając od 10 kwietnia, kiedy to zła ręka sprokurowała tę straszną śmierć, przez te nieustanne szyderstwo, które nas otacza, gdy my w osłupieniu nie możemy oderwać wzroku od tej białoczerwonej, tak strasznie zdemolowanej szachownicy, a kończąc na wczorajszych urodzinach Chucka Norrisa, których symboliczną wartość rozumie każdy – od lewa do prawa. Nawet najbardziej skromny idiota z dyplomem.
Ale myślę, że wspomnienie Peggy Noonan jest tez dobre i dla nas samych. Bo i my też mamy tu swoje za paznokciami. A co to takiego, to może się dopiero okazać, kiedy wśród komentarzy pod tym wpisem pojawi się parę, zaczynających się najpierw oczywiście od słów: „Pełna zgoda, tyle że…”, a dalej już z takimi popisami elokwencji, jak: „Pamiętaj jednak, że z tym zamachem na World Trade Center to nie taka prosta sprawa” – i tu odpowiedni link; albo „Bez przesady. Woody Allen nakręcił jednak parę dobrych filmów”; albo „Ta historia z rekinem wydaje mi się bardzo naciągana”; lub wreszcie: „Przepraszam za off-topic, ale całe szczęście, że Jaruzelski ostatecznie nie jedzie na beatyfikację”.