Pokazywanie postów oznaczonych etykietą faszyzm. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą faszyzm. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 19 sierpnia 2018

O tym jak zostałem faszystą


Niespodziewanie plany znów się zmieniły i jednak dziś już mogę wrzucić swój najnowszy felieton z „Warszawskiej Gazety”, co sprawi, że jutro będzie o skutecznych deportacjach. A zatem, voila!     


      Zakończyły się lekkoatletyczne mistrzostwa Europy w Berlinie i niemal do końca Polska zajmowała pierwsze miejsce z siedmioma złotymi, czterema srebrnymi i jednym brązowym medalem w ogólnej klasyfikacji mistrzostw. W końcowej konkurencji, czyli sztafecie mężczyzn 4x100 metrów, wygrali Brytyjczycy i z pięcioma medalami srebrnymi Polskę wyprzedzili. Natychmiast na tę sytuację zareagował Internet zwracając uwagę na fakt, że owi Anglicy to Chijindu Ujah, Adam Gemili, Zharnel Hughes i Harry Aikines-Aryeetey, co choć oczywiście oddaje sprawiedliwość wielkości Imperium, w zaledwie minimalnym stopniu przynosi chwałę samej Wielkiej Brytanii. Podobnie zresztą wygląda sytuacja w kwestii medali srebrnych i brązowych. Turcja, ze swoim srebrem, to  Emre Zafer Barnes, Jak Ali Harvey, Yiğitcan Hekimoğlu and Ramil Gulijev, z czego dwóch pierwszych to Jamajczycy, natomiast Gulijew jest Azerem. Jedyny przedstawicel narodu tureckiego to ów Hekimoğlu. Trzecie miejsce zajęli Holendrzy w składzie – to nie żart – Christopher Garia, niejacy Martina i Paulina, oraz Taymir Burnet, wszyscy czarni jak noc. Niestety, mimo pewnych ambicji, medalu nie udało się zdobyć Francuzom w składzie Mickael-Méba Zeze, Marvin Rene, Stuart Dutamby i , last but not least, Mouhamadou Fall, a ja już z dobroci swego serca, nie będę się nad nimi znęcał i wyciągał im to, czego oni by z całą sobie nie życzyli.
       W tej sytuacji pozwolę sobie zająć uwagę Czytelników odrobiną swojego patriotyzmu i przedstawię sportowców, którzy medale w Berlinie zdobyli dla Polski. Po kolei: Wojciech Nowicki, Michał Haratyk, Paulina Guba, Justyna Święty plus jej trzy koleżanki ze sztafety, Iga Baumgard, Małgorzata Kowalik, oraz Patrycja Wyciuszkiewicz, Adam Kszczot, Anita Włodarczyk, Paweł Fajdek, Konrad Bukowiecki, Sofia Ennauoi, Marcin Lewandowski i w końcu Joanna Fiodorow, z czego nawet owa Marokanka Ennaoui mówi po polsku lepiej ode mnie, jej buzia nie różni się od koleżanek z reprezentacji bardziej niż one od siebie, a w dodatku publicznie fukcjonuje jako po prostu Zosia. 
      No i jest tak, że ja najpierw patrzę na zdjęcia wszystkich naszych reprezentantów w tych pięknych biało-czerwonych barwach na tle tych biało-czerwonych flag, a potem oglądam zdjęcia z samych zawodów i widzę tych wszystkich „Brytyjczyków”, „Niemców”, „Francuzów”, „Holendrów”, „Włochów”, czy nawet tych nieszczęsnych „Turków”, i nie mogę uwolnić się od myśli, że tu w żadnym stopniu problemem nie jest ani ta nasza rzekoma ksenofobia, szowinizm, czy wreszcie rasizm, lub tym bardziej faszyzm, lecz wszystko sprowadza się do tego, że skoro wciąż jeszcze tego typu sportowe, i nie tylko sportowe, imprezy, jak mistrzostwa świata, mistrzostwa Europy, puchary narodów, czy jakieś uniwersjady, to, owszem, rywalizacja pojedynczych talentów, ale przy tym jednak reprezentacji narodowych, to nie mamy najmniejszego powodu, by stawiać pewne pytania, wyrażać wątpliwości, no i ostatecznie wyciągać z tych refleksji wnioski.
        I jeden z nich wyraźmy słowami popularnej kiedyś piosenki: „Niech żyje Polska i ty co rodzisz się żyj”.

Moje książki są do kupienia w księgarni na stronie www.basnjakniedzwiedz.pl, oraz – częściowo – tu u mnie pod adresem k.osiejuk@gmail.com. Bardzo polecam.  

poniedziałek, 19 września 2016

"Wyborcza" trzyma faszyzm za mordę

      Zapraszam do czytania mojego najnowszego felietonu dla „Warszawskiej Gazety”. Przy okazji z przyjemnością informuję, że od najbliższego numery „Warszawska” będzie się ukazywała także w pięciu miastach Wschodniego Wybrzeża Stanów Zjednoczonych.

 W ramach zakrojonej na bardzo szeroką skalę akcji zohydzania Polski, jako kraju antysemitów, faszystów i zwykłego szowinistycznego bydła, „Gazeta Wyborcza” osiągnęła stan, który zmuszony jestem nazwać czystym obłędem. Szczerze staram się zrozumieć, emocje kierujące ludźmi, którzy uważają, że walka o tolerancję i powszechne braterstwo wymaga poświęceń, a nawet pewne drobne, wynikające z niej prowokacje, to co mnie jednak zaskakuje, to wspomniany obłęd. Oto w katowickiej „Gazecie Wyborczej” ukazała się historia 64-letniego Holendra nazwiskiem Tjitse Dondorp, który znalazł się w Polsce i natychmiast został aresztowany. Oto jak on sam relacjonuje swoją sprawę dziennikarce „Wyborczej”:
      „27 lipca podróżowałem pociągiem na trasie Katowice - Przemyśl. Jechałem do małej miejscowości w okolice Lublina. W pewnym momencie zabrali mnie z pociągu policjanci. Zostałem przewieziony do Krakowa i aresztowany. W celi na Montelupich spędziłem pięć tygodni. Kiedy mnie wypuszczali, dostałem 250 zł, a po rzeczy kazali się zgłosić do prokuratury w Jaworznie”.
      Jak sugeruje dziennikarz „Wyborczej”, postępowanie służb wobec Holendra było daleko nieadekwatne, bo oto, co wedle doniesień policji tak naprawdę się stało:
      „W Jaworznie w pociągu wiozącym pielgrzymów na Światowe Dni Młodzieży, wiedząc, że zagrożenie nie istnieje, poprzez wykrzykiwanie słów ‘Allah akhbar, Turkish Jerusalem, bum bum’, nerwowe gestykulowanie i chodzenie po pociągu, stworzył sytuację, mającą wywołać przekonanie o istnieniu zagrożenia życia [...], czym wywołał czynności policji, polegające na dokonaniu rozpoznania minersko-pirotechnicznego dwóch składów pociągu, mające na celu uchylenie zagrożenia”.
     A gdyby ktoś pomyślał, że oto koniec wspomnianego obłędu, dziennikarka „Gazety Wyborczej” – wymieńmy może wreszcie jej nazwisko, Anna Malinowska, zwłaszcza że tworzy wrażenie podobnej fikcji, jak wcześniejsze Tjitse Dondorp – pędzi dalej, oddając najpierw głos owemu Dondorpowi: „W Warszawie przechodziłem przez ulicę. Zatrzymali mnie policjanci. Doszło do sprzeczki”, by następnie, w ramach dziennikarskiego śledztwa, poinformować: „W warszawskim sądzie dowiadujemy się, że mężczyzna został ukarany 2 tys. zł grzywny. Za to, że rzucił w policjanta plastikowym kubkiem z jasnoróżową cieczą. Rozumiem, że ten pan jest specyficzny, ale czy za wypowiedziane słowa powinien siedzieć w areszcie pięć tygodni?
     A by nas ostatecznie dobić, pozwala mówić samemu prezesowi miejscowego sądu nazwiskiem Wysocki: „Zapoznałem się z aktami sprawy. Nie mam żadnych wątpliwości, że brak w niej znamion przestępstwa. Podejrzany dużo podróżuje, ponieważ ma rentę, stałe źródło utrzymania, stać go na to. To podróżowanie traktuje jako swoistą misję - ostrzega przed islamskimi terrorystami, cytuje Biblię. W pociągu mówił o tym, że celem ataku będzie Izrael i Turcja. Kobieta, która powiadomiła konduktora, nie zna angielskiego. Nieopatrznie go zrozumiała, słowa zostały wyrwane z kontekstu. W pociągu było mnóstwo obcokrajowców, w których monolog podejrzanego nie wzbudził niepokoju”.
     I już wiemy, w czym rzecz. Przez to, że polskie chamstwo nie zna języków obcych i nie ma pojęcia, czym jest kontekst, mamy kolejną kompromitację. Szczęśliwie są tacy, co nam to uzmysłowią.


Zachęcam do kupowania moich książek. Wszystkie są do nabycia w księgarni na stronie www.coryllus.pl.


poniedziałek, 13 czerwca 2016

Józef Chałupka - Ubermensch spod Kielec

Przyznać muszę, że kiedy ostatnio w mediach pojawiło się nazwiska Rafała Olbińskiego, od razu wiedziałem, o kim mowa. Olbińskiego znam jeszcze z głębokiego PRL-u, kiedy bardziej interesowałem się jazzem i w związku z ową pasją regularnie kupowałem magazyn pod nazwą „Jazz Forum”. Ponieważ Olbiński miał w redakcji fuchę, jako kierownik graficzny, czy coś, przez wiele lat nazwa „Jazz Forum” kojarzyła mi się niezmiennie z produkowanymi przez Olbińskiego okładkami. Jakie to były okładki? Otóż, z tego co zapamiętałem, to był niezmiennie Murzyn z trąbką zamiast głowy, trąbka z wyłażącą ze środka głową Murzyna, ewentualnie saksofon z kobiecym biustem zamiast ustnika. Nigdy nie zastanawiałem się ani nad sensem, ani nad artystycznym poziomem tej twórczości – to całe „Jazz Forum” przyjmowałem z pełnym dobrodziejstwem inwentarza, a kicz Olbińskiego był z jednej strony owego inwentarza częścią, no a poza tym wkomponowywał się w ową PRL-owską estetykę, do tego stopnia idealnie, że w niej najzwyczajniej ginął.
Nie był Olbiński jedynym rysownikiem, jakiego znałem. Oprócz niego w jak najbardziej intelektualnych kręgach, w jakich się poruszałem, widoczni byli tacy artyści, jak Andrzej Krauze, Andrzej Dudziński, Andrzej Czeczot, czy Jan Sawka. Wszyscy oni, w swoim czasie, jeden po drugim, wyemigrowali do Nowego Jorku, gdzie z mniejszym lub większym sukcesem, próbowali jakoś sobie radzić, sprzedając swoje obrazki głównie do „New Yorkera”. Zastanawiałem się zawsze, czemu do Nowego Jorku nie wyjechali z Polski ani pisarze, ani aktorzy, ani reżyserzy filmowi, ani muzycy, czy kompozytorzy, ale niemal wyłącznie rysownicy. Tamci zostali na miejscu, natomiast większość czołowych rysowników wyjechała. Co za tym stało?
Otóż wydaje się, że powód jest dosyć prosty. Dziś, jeśli się jest pisarzem takim jak Masłowska, można mieszkać w Berlinie, a wydawać po polsku w Polsce. Podobnie, jeśli się jest muzykiem, czy kompozytorem. Za PRL-u wyjazd oznaczał z jednej strony koniec kariery w kraju i wyjadanie ze śmietników w Paryżu, Berlinie, czy Nowym Jorku. W końcu, na co mógł tam liczyć jakiś Borysewicz, czy Brandys? Co innego, gdy chodzi o plastyków. Z jakiegoś, do dziś dla mnie nieznanego powodu, sztuki plastyczne były zawsze poza wszelką krytyką. Mam wrażenie, że malowanie, rysowanie, czy rzeźbienie – podobnie może trochę, jak teatr – otwierało wszystkie drzwi, pod warunkiem, że dany artysta miał w sobie dość bezczelności. Z rysunkiem jest faktycznie tak jak z tym piosenkarzem, który wystarczyłoby, żeby nie fałszuje, a zostałby przyjęty do którejś z czynnych na świecie oper. Tu wystarczy, że ktoś umie narysować konia (choćby i w sposób karykaturalny), a gdzieś tam ktoś go zawsze przygarnie, żeby ilustrował cokolwiek co jest do zilustrowania.
I stąd, myślę, kariera Olbińskiego. On wyjechał do tego Nowego Jorku, wysłał do „New York Timesa”, czy „New Yorkera” rysunek kobiety, która zamiast biustu ma dwa jajka i od razu znalazł się ktoś, kto powiedział: „Ty wiesz, że to jest ciekawe? Wyślij mu 50 dolarów”. No a potem już poszło z górki. Wystarczyło pić z umiarem, rysować te cycki i wysyłać je na czas.
Wygląda na to, że upływ czasu, no i, jeśli przyjrzeć się jego najświeższym zdjęciom, jednak ta wóda, sprawiły, że Olbiński poczuł, że pora się z tej Ameryki ewakuować, no i wrócił do Polski. Gdy wrócił, dokonał podstawowego rekonesansu, zorientował się w układzie sił, pogadał ze znajomymi, ci mu powiedzieli, co ma robić, na co Olbiński udał się do mediów i złożył odpowiednią deklarację lojalności wobec Systemu.
Cóż takiego ów Olbiński powiedział, że uznałem za stosowne się dziś nim zająć? Czy tam faktycznie było coś, co warte jest aż tak szczególnego potraktowania? Czy intelektualiści tacy jak Daniel Olbrychski, Andrzej Wajda, Zbigniew Hołdys, czy – bohater ostatnich dni – Jakub Kornhauser, przez lata publicznej aktywności, nie wyposażyli nas w wystarczająco grubą skórę, żeby się jakimś Olbińskim nie przejmować? Otóż nie. Olbiński to jednak mistrz. Posłuchajmy paru jego myśli:
- Moja córka, która jest Amerykanką, po przyjeździe do Polski była zachwycona Warszawą. Mówiła, że jest prawie tak fajna jak Berlin, co jest wielkim komplementem. Dla młodzieży z całego świata Berlin jest mekką w tej chwili.
- nagle wyszła z nas potworna morda chama, prymitywa, ksenofoba, homofoba, rasisty. I to jest autentyczne.
- Określenie „Polak” znaczyło tyle co „głupek”, „prymityw”. I na to zapracowało sobie kilka pokoleń Polonii. To nie jest żadna akcja żydowska, masońska czy jakaś inna. Nie, to Polacy, którzy przyjeżdżali do Stanów głównie z terenów Podlasia czy Małopolski i osiedlali się w Chicago. Tam zamykali się w swoich ksenofobicznych parafiach.
- Po prostu nie jesteśmy przygotowani do demokracji. Nie potrafimy myśleć demokratycznie, ponieważ zawsze był dziedzic i ksiądz, którzy decydowali za nas. Jeden nam załatwiał zbawienie wieczne, a drugi michę taniej potrawy. A myśmy dawali im tanią siłę roboczą i cały czas to robimy.
- Ta sama swołocz, która powtarzała plotkę, że Żydzi do macy używają krwi dzieci, a potem zamordowała kilkadziesiąt osób, dzisiaj demonstruje i chce wieszać Tuska za to, że brał udział w „zamachu smoleńskim”. Gdyby Tusk pojawił się w tym tłumie, myśli pani, że by go nie zamordowali gołymi rękami? Zrobiliby to!
- mam bardzo ambiwalentny stosunek do Żołnierzy Wyklętych. To nie jest biało-czarna sprawa. Robienie z nich teraz bohaterów jest wielkim nieporozumieniem w najbardziej ostrożny sposób mówiąc.
- Grzech wymyśliło średniowieczne chrześcijaństwo. Wszystko co cielesne, jest grzechem.
- wszystko na świecie kręci się wokół erotyzmu. Przecież, żeby dostać 500 zł, trzeba też coś w tym łóżku robić. Obawiam się, że, niestety, sporo ludzi będzie chciało mieć dzieci tylko po to, żeby dostać pieniądze wiadomo na co. Będziemy mieli mnóstwo dzieci alkoholików.
- Po cholerę kobiety mają wychowywać pięcioro czy więcej dzieci, kiedy mogą sobie mieć hobby, zainteresowania. Ludzi na świecie jest za dużo. Powinniśmy ograniczać przyrost naturalny, a nie produkować tanią siłę roboczą, jak to ma miejsce w Polsce. Po to, żeby Steve’a Jobsa wyprodukować, nie potrzebujemy mieć 500 zł na dziecko. A takich ludzi nam potrzeba coraz bardziej. Cała polityka w tej chwili jest nastawiona przeciwko elitom. I to jest porażające dla mnie. Powinniśmy dbać, chuchać i dmuchać na elity, bo elity tworzą cywilizacje, a nie masy.
- Piękno to jest szczególny moment, miałem kilka takich w swoim życiu. Nawet niedawno, kilka tygodni temu. Mężczyźni w moim wieku rano się budzą, żeby iść umyć ręce do łazienki. Wracając z tej łazienki nagle zauważyłem przez okno – mam widok na Wisłę – czerwoną zorzę. Kurcze – myślę sobie – będzie chyba wschód słońca. I stwierdziłem, że w zasadzie nigdy w Polsce nie oglądałem wschodzącego słońca. Wróciłem do kuchni, nalałem sobie lampkę czerwonego wina, położyłem nogi na parapet okna i czekałem. I to był taki moment niesamowitego wyciszenia. Nic nie było ważne, tylko ta rozszerzająca się zorza na horyzoncie, to czerwone wino i jakiś taki spokój płynący od wszechświata. I to było piękne.
Może wystarczy. Jak widzimy, Olbiński się absolutnie nie oszczędza, a sugestia, że nadreprezentacja ludzkiego ścierwa na świecie pozbawia należnego komfortu nadludzi takich jak on, brzmi – zwłaszcza gdy człowiek, który to mówi naprawdę nazywa się Józef Chałupka i jako jeden z siedmiorga rodzeństwa urodził się w podkieleckiej wsi – dość ekstrawagancko. To co mnie jednak poruszyło szczególnie to refleksja Olbińskiego na temat piękna. Zanim jednak do tego dojdziemy, chciałbym przypomnieć coś, o czym kiedyś już pisałem, a co w znacznym stopniu uformowało moją opinią na temat tak zwanych „artystów”. Tu bohaterem jest reżyser filmowy Filip Bajon. Otóż pewnego bardzo wczesnego ranka wracał Bajon samochodem z jakiegoś festiwalu, zachciało mu się siusiu, zatrzymał auto, wysiadł, stanął przy drodze i zaczął sikać. I w tym momencie zobaczył tak piękny widok, że natychmiast wpadł na pomysł, by nakręcić film, w którym pokaże to, co właśnie ujrzał. Bajon nie wiedział, co to będzie za film, o czym i po co, jeszcze chwilę wcześniej nie miał nawet pojęcia, że będzie coś kręcił, ale wiedział, że musi to nakręcić, żeby pokazać ten poranek, tę mgłę, tę senną atmosferę i wtedy z tego będzie film jak złoto.
Gdyby Olbiński zobaczył ten wschód słońca robiąc kupę, albo rzygając, efekt byłby oczywiście znacznie lepszy, no ale on był tylko umyć ręce, a więc coś, co „mężczyźni w jego wieku robią z rana”, ale i tak się zachwycił. Poszedł rano umyć ręce, jak już je umył, zobaczył ten wschód słońca i zrozumiał, co to jest piękno. Ale dalej jest jeszcze lepiej. On się tak tym co zobaczył zdenerwował, że musiał się napić. Otóż, jak czytelnicy tego bloga świetnie wiedzą, ja też chleję, no ale przepraszam bardzo – nie od rana. Gdyby mi się zdarzyło zacząć dzień od flaszki, to bym się naprawdę przestraszył. No ale widocznie Olbiński ma inaczej, o czym musi świadczyć choćby to, jak on się tłumaczy z tego, że musi rano myć ręce. Tam zdecydowanie musi być coś więcej poza tą flaszką i tymi uświnionymi diabli wiedzą czym rękoma. Więcej nawet, niż to straszne zdjęcie, jakim ozdobiony jest ów wywiad, a które zamieszczam poniżej.
Ale dość już o Olbińskim. Mamy Euro we Francji i wczoraj Niemcy grali z Ukrainą. Jak niektórzy wiedzą, trenerem niemieckiej drużyny jest homoseksualsta o nazwisku Joachim Löw, znany dotychczas z tego, że w szaleństwie sportowych emocji zjada własne smarki. Wczoraj – co skrupulatnie pokazały światowe media – Löw postanowił zaprezentować nową sztuczkę i w pewnym momencie w trakcie meczu wsadził sobie rękę do majtek, wyjął ją i zaczął obwąchiwać.
A ja już się tylko zastanawiam, czy tak też potrafi Ubermensch Józef Chałupka, syn Józefa spod Kielc. W końcu od elit wymagamy więcej, prawda?



Zachęcam wszystkich do odwiedzania księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie są do kupienia moje książki. Bardzo polecam.

sobota, 26 grudnia 2015

Je suis fasciste de Katowice

Na okładce świątecznego wydania „Gazety Wyborczej” dla Katowic widzimy duży, kolorowy, bardzo realistycznie zrobiony rysunek, przedstawiający front katowickiego dworca PKP, na którym rozwieszony jest transparent z napisem „Polska dla Polaków”, a przed nim tłum, jak się można domyślić, tak zwanych „prawdziwych Polaków”, z których jeden wznosi prawą rękę w faszystowskim geście pozdrowienia, a inni zwyczajnie drą mordy. To jest tło. Na bliższym planie przedstawiony został fragment kamienicy z napisem „Juden raus”, ze znanymi nam wszystkim z filmu o Hansie Klossie błyskawicami SS, oraz z rysunkiem szubienicy, na której powieszona jest gwiazda Dawida. Całkiem z przodu natomiast widzimy idących być może na pociąg Maryję z Józefem i z Jezusem w znanej nam ze świętych obrazków ewangelicznej sytuacji. Jeszcze tylko napis "Wesołych Świąt" i to wszystko.
Mieszkam w Katowicach od ponad już 60 lat i nigdy – powtarzam, nigdy – nie widziałem, by na jakimkolwiek murze pojawił się nie tylko napis „Juden Raus”, ale w ogóle coś w tego typu poetyce. Nigdy w życiu nie widziałem tu na katowickich murach rysunków szubienicy z gwiazdą Dawida, by nie wspomnieć o symbolu SS. Oczywiście słyszałem, że tego typu antysemickie demonstracje można znaleźć w Warszawie, Łodzi, w Poznaniu, czy nawet w niektórych bardziej prowincjonalnych ośrodkach, natomiast gdy chodzi o Katowice – to zdecydowanie nie jest to miejsce na tego typu demonstracje. Powiem więcej, ja biorę pod uwagę – choć przyznam, że wątpię – że coś tego rodzaju może się pojawić w którejś z gorszych dzielnic Rudy Śląskiej, czy Świętochłowic, a może nawet Bytomia, ale tu w samym środku Katowic – mowy nie ma. Nigdy.
Mieszkam tuż obok wspomnianego na okładce świątecznego wydania „Gazety Wyborczej” dworca i wydaje mi się, że dość dobrze znam swoich dalszych i bliższych sąsiadów, jeśli mowa o tego rodzaju emocjach. Otóż to są w przeważającej części ludzie, którzy prędzej umrą, niż zdradzą ideały głoszone przez tak zwany polityczny mainstream. Znam swoich sąsiadów i wiem, że tak jak w czasach PRL-u poważna większość z nich rok w rok potulnie brała udział w pochodach pierwszomajowych, a podczas wyborów karnie głosowała na listy Frontu Jedności Narodu, a również w najnowszych czasach III RP deklarowała się wyborczo dokładnie tak, jak im kazała telewizja i mainstreamowe media. Wiem, że nawet podczas obu tegorocznych wyborów, w trzech znajdujących się w okolicy lokalach wyborczych bezdyskusyjne i przytłaczające zwycięstwo odniosła Platforma Obywatelska i Bronisław Komorowski. Moi sąsiedzi, ci, którzy dzień w dzień przechodzą z jednej na drugą stronę katowickiego dworca, żeby wejść do pięknej galerii i z niej następnie wyjść, to ludzie, dla których to, co przedstawiła na swojej świątecznej okładce katowicka „Gazeta Wyborcza” to egzotyka wręcz kosmiczna. To ludzie, przy których mieszkańcy warszawskiego Miasteczka Wilanów mogliby się poczuć prawdziwymi faszystami.
A jednak, powiem szczerze, że nie dziwi mnie, że dla wielu z nich okładka świątecznego wydania „Gazety Wyborczej”, pokazująca ich jako faszystowską dzicz jest czymś fantastycznie celnym i autentycznie poruszającym. Z reakcji, jakie znajduję w Sieci, znaczna część osób zamieszkująca okolice katowickiego dworca PKP uważa, że „Gazeta Wyborcza” naprawdę bardzo wiernie przedstawiła stan ich umysłów. Czytam te komentarze i z autentycznym przerażeniem – choć paradoksalnie, bez większego zaskoczenia – zauważam, że oni się na tej okładce, w jakiś kompletnie dla normalnego umysłu tajemniczy sposób, rozpoznali. Kupili jak co tydzień swoją gazetę, natychmiast zaczęli przeglądać jej lokalne wydanie, ujrzeli tę okładkę i zakrzyknęli: „O tak! Tacy jesteśmy! Fantastycznie!”
Jak wiele na to wskazuje, Prawo i Sprawiedliwość przez wiele najbliższych lat władzy nie odda. Wiele też wskazuje na to, że w najbliższym czasie, zgodnie z zapowiedzią samego red. Pacewicza, upadnie też projekt pod nazwą „Gazeta Wyborcza”. Może się jednak zdarzyć, że ze względu na pewne międzynarodowe układy, finansowanie tego strasznego tytułu zostanie przeniesione na zewnątrz i przez jeszcze jakiś czas będziemy musieli ich tu znosić. Jeśli się tak stanie, ja się spodziewam, że przy okazji przyszłorocznych Świąt Bożego Narodzenia katowicka „Gazeta Wyborcza” zamieści rysunek, na którym będziemy widzieć, jak z katowickiego dworca wyjeżdżają transporty wywożące do pobliskiego Oświęcimia tysiące Żydów, a w okolicznych ulicach mieszkańcy mojego miasta wieszają na latarniach tych, których wcześniej nie zdążyli rozjechać swoimi wypasionymi mazdami i toyotami. I jestem pewien, że wielu z nich, mieszkańców centrum Katowic poczuje wówczas autentyczną satysfakcję. W końcu porządek i posłuszeństwo powinny stać zawsze na pierwszym miejscu.



Przypominam, że moje książki można kupować w księgarni pod adresem www.coryllus.pl. Zapraszam nawet wtedy , gdy ktoś ma w nosie politykę i lubi sobie poczytać na tematy niezobowiązujące.

wtorek, 18 sierpnia 2015

Czy na Czerskiej drukują już zaproszenia?

Ani się obejrzeliśmy, gdy minął kolejny tydzień, a my jesteśmy do tyłu z felietonem dla „Warszawskiej”. Serdecznie zachęcam.

Mam nadzieję, że przynajmniej część z nas pamięta, jak już po tym, gdy prezydent Kaczyński zginął w Smoleńsku i jego wielka idea stworzenia tu w naszej części Europy koalicji państw zjednoczonych wokół spraw dla nas wręcz żywotnych, w sposób oczywisty i naturalny umarła wraz z nim, w Gruzji, a więc kraju bezpośrednio dla Polski sojuszniczym, doszło do wyborów, gdzie stawką było to, czy Gruzja pozostanie niepodległa, czy wpadnie w łapy Moskwy. Mam też nadzieję, że wciąż pamiętamy – bo to jest coś, czego zapomnieć nie można – jak owe wybory wygrała partia o, w opisywanym przez nas kontekście, szyderczej nazwie „Gruzińskie Marzenie”, na której czele stał najbogatszy człowiek w Gruzji i jeden z najbogatszych ludzi na świecie, w sposób jednoznaczny przedstawiciel imperialnej polityki Władimira Putina, Bidzina Iwaniszwili.
Ale mam też nadzieję, że wielu z nas wciąż pamięta cały kontekst tamtych wyborów i jego upiorną wręcz symbolikę. Informowały o tym również najbardziej oficjalne media, jak to ów Iwaniszwili, od czasu, gdy kilka lat wcześniej wrócił z Moskwy do Tbilisi, zamieszkał w wielkim szklanym pałacu na wzgórzu, skąd miał widok na całe miasto i przez lata, bardzo cierpliwie i w milczeniu, czekał na moment, gdy będzie mógł zejść na dół i poczuć ów „zapach napalmu o poranku”.
No i przyszedł ten dzień, partia prezydenta Saakaszwilego doznała bolesnej porażki i z tej właśnie okazji do Tbilisi udał się sam Adam Michnik, by wspólnie z „gruzińskimi przyjaciółmi” świętować owo „zwycięstwo nad faszyzmem”. Nie wiem, jak inni, ale ja do dziś pamiętam i już nigdy nie zapomnę tego dnia, kiedy w „Gazecie Wyborczej” ukazała się korespondencja wspomnianego Michnika z Tbilisi, gdzie ten, pełen radosnego uniesienia, opisywał radość na ulicach miasta, szczęśliwe twarze młodych dziewcząt i chłopców i cytował ich słowa wyrażające satysfakcję, że ów faszystowski koszmar zgotowany Gruzinom przez prezydenta Saakaszwilego się skończył. „Widziałem gruziński cud; widziałem Tbilisi, miasto w stanie łaski” – pisał Michnik, po to, by w tym wzruszeniu zajechać na to tbiliskie wzgórze i przeprowadzić rozmowę z owym pogromcą faszyzmu. Pamiętam to i tego już nie zapomnę.
Dziś, kiedy Andrzej Duda objął swój urząd, ten sam Adam Michnik ogłosił, że dla Polski nastały czasy trudne i niebezpieczne, bo oto w naszej części Europy powstaje kolejna, obok Rosji Władimira Putina i Węgier Victora Orbana, faszystowska dyktatura. A ja sobie tylko myślę, że tam na Czerskiej nastroje od lat są takie, że gdyby nagle jakimś szatańskim cudem okazało się, że wspomniany Bidzina Iwaniszwili odkrył w sobie jakieś polskie korzenie i za pięć lat polityczną władzę w Polsce przejął jego ruch o nazwie „Polskie Marzenie”, Adam Michnik, Jarosław Kurski i Seweryn Blumsztajn jako pierwsi pospieszyliby z gratulacjami, a „Gazeta Wyborcza” uczciłaby owo wyrwanie Polski z łap faszyzmu specjalnym wywiadem z nowym prezydentem.

Przypominam uprzejmie, że moje książki można kupować w księgarni pod adresem www.coryllus.pl.

wtorek, 11 sierpnia 2015

O tym jak razem z Michnikiem tępiłem faszyzm

Muszę się przyznać do pewnej manipulacji. Otóż kiedy w reakcji na swoją rowerową przygodę pani Toyahowa napisała dziś już dość tu popularny tekst i on ją, przyznamy wszyscy, że bardzo nieskromnie, zachwycił, ona w jednej niemal chwili zapragnęła, bym ja go umieścił tu na naszym blogu. Prośba ta była o tyle dla mnie dziwna, że dotychczas, mimo moich naprawdę szczerych wysiłków, moja żona – bo o niej oczywiście tu mowa –zarówno Salonem24, jak i moim tu pisaniem, nie wykazywała dotychczas większego zainteresowania. Ja wiem, że niektórym jest w to trudno uwierzyć, ale takie są fakty. Dla niej, zarówno moje teksty na blogu, jak i moje książki, nigdy nie stanowiły treści życia. A co dopiero coś tak bez znaczenia, jak jakiś Salon24? Każdy w końcu jakoś żyje, prawda? No i kiedy spotkała ją owa przygoda, ona siadła i napisała swój tekst, i poczuła, być może pierwszy raz w życiu, co to znaczy odnaleźć w sobie talent pisarski.
No i niemal w jednej chwili pojawił się problem. Bo co to ma znaczyć, że my tu, czy tam, spotykamy się od siedmiu już lat, kiedy nagle moja żona pisze tekst całkowicie poza tematem i podstawowym sensem tego miejsca, i mówi: „To daj go tam na tym swoim blogu”? A niby na jakiej zasadzie? Z jakim przesłaniem? Wedle jakich to reguł?
I tu dochodzimy do sedna sprawy. Otóż kiedy tak się zastanawiałem, wedle jakiego klucza ta w sumie nicnieznacząca historia o Przemyślu i jego, jak to ostatnio przyjęło się określać, „humans”, ma się znaleźć na tym blogu, pomyślałem sobie, że nie zaszkodzi wykorzystać tu „Gazetę Wyborczą” i fakt, że tekst Toyahowej – zresztą jak najbardziej za moim podpuszczeniem – został tam właśnie opublikowany. Pomyślałem sobie bowiem, że jeśli ja jakimś cudem połączę ową czystą – w sposób oczywisty wybitną – literaturę ze zjawiskiem pod nazwą „Wyborcza”, możemy przeprowadzić bardzo ciekawy eksperyment i przy jego okazji powiedzieć coś dla nas wszystkich niezwykle ważnego. No i w tym momencie powstał tytuł mojej notki „Toyahowa pisze do Michnika”, który, jak już dziś wszyscy wiemy wywołał furię, jakiej to miejsce nie widziało od czasu gdy jeszcze wiele lat temu opublikowałem tu tekst zatytułowany krótko i zwięźle „Kukiz”.
W czym rzecz? Otóż moim zdaniem, naszym wspólnym nieszczęściem – zwłaszcza w przededniu przejmowania pełnej politycznej władzy w kraju – jest to, że większość z nas nie ma bladego pojęcia, czym tak naprawdę jest „Gazeta Wyborcza”. Wiemy oczywiście, że to jest „gówno”, że Michnik to brat Michnika, że oni kłamią, że manipulują, a nawet i to – i to już bezpośrednio od byłego ich pracownika Cichego – że to jest zwykła żydowska i antypolska agenda, natomiast nie zauważamy, że przy tym wszystkim, „Gazeta Wyborcza” to jest samo jądro tego, czym jest minione 25-lecie tak zwanej „polskiej wolności”. „Gazeta Wyborcza” to jest projekt, który zaanektował całość tego, co powszechnie rozumie się, jako Polskie Państwo. Był czas, kiedy ich łapczywość stała się tak wielka, że można się było obawiać, że oni wchłoną również Polski Kościół… na szczęście, i przyznajmy to, że jak najbardziej naturalnie, bez sukcesu.
Faktem jest natomiast to, że III RP to „Gazeta Wyborcza”, i nie zmienią tego żadne zaklęcia w rodzaju tych najświeższych, że oto Michnik się wystraszył Dudy i to stąd te wszystkie jego dzisiejsze zachowania. Dla „Gazety Wyborczej” i jej opiekunów, wrogiem nie jest ani Kościół, ani Duda, ani Kaczyński, ani nawet jakiś kibic Legii Warszawa; dla Michnika i tych, którzy mu płacą, wrogiem jest faszyzm, oczywiście, że ze szczególnym uwzględnieniem faszyzmu polskiego, ale jednak przede wszystkim faszyzm.
Ja do dziś pamiętam, jak w Gruzji doszło do zmiany władzy i prezydent Saakaszwili został odsunięty od władzy przez w sposób bezdyskusyjny człowieka Moskwy nazwiskiem Bidzina Iwaniszwili, a Adam Michnik pojechał do Tbilisi i nadał stamtąd wzruszającą korespondencję, w której opisywał, jak to naród gruziński został uwolniony od faszystowskiego jarzma i jak owa wolność jest witana przez rozradowaną młodzież na ulicach stolicy. Ja to pamiętam do dziś. Cały wolny świat załamywał ręce nad tym, że po kilku latach nadziei na wolność i niepodległość, Putin odebrał niepodległej Gruzji przyszłość, a „Gazeta Wyborcza” triumfowała, że „faszyzm nie przeszedł”. Jaki faszyzm? Gdzie? Skąd? No i wreszcie, co z tym Putinem? A czy to ma jakiekolwiek znaczenie?
I tak to było zawsze i tak to jest dziś. Andrzej Duda wygrywa wybory i Adam Michnik ogłasza, że niestety faszyzm wciąż triumfuje. Tu Orban, tam – trzeba przyznać, że nagle i dość niespodziewanie – Putin, no a tu znowu ten Duda. I to jest początek i jednocześnie koniec zarówno samej analizy, jak i przekazu. Faszyzm! Ale też to tu właśnie jest cały sens tego, co przyjęliśmy określać mianem III RP. Nawet gdy chodzi o kwestie tak pozornie odległe od tego co najważniejsze, jak jakieś in vitro. Chodzi o walkę z faszyzmem, a na czele tego ruchu stoi „Gazeta Wyborcza”. Praktycznie jedyne polityczne, kulturalne i propagandowe III RP. Nie oszukujmy się, proszę. Jeśli bowiem Polska jest dziś tak straszliwie wewnętrznie skonfliktowana, że w wielu domach podczas niedzielnych obiadów panuje przykra cisza, to bezpośrednia przyczyną, owszem, jest to co nam w głowach zasiała poprzedniego wieczoru telewizja, ale na pierwszym miejscu tego wszystkiego stoi „Gazeta Wyborcza” i jej walka z faszyzmem.
No i w końcu dochodzimy do tekstu, jaki moja żona napisała, wysłała jako list do rzeszowskiego oddziału „Gazety Wyborczej”, a oni jej go wydrukowali. Czy oni to może zrobili w ramach wspomnianej walki z faszyzmem? No, nie żartujmy. W końcu tych szpalt ileś tam jest i trzeba je czymś wypełnić. Nie będzie o rowerach, to będzie o złodziejach w supermarketach. A jeśli o złodziejach było wczoraj, to dziś damy coś o matematycznym geniuszu z Rymanowa, lub Leżajska. W ramach walki z faszyzmem natomiast z całą pewnością zostały zorganizowane niedawne obchody rocznicy Powstania Warszawskiego, kiedy to Wojciech Waglewski przedstawiał swój muzyczny projekt, Jerzy Owsiak z bandą półprzytomnych durniów ogłaszali swój jedyny patriotyzm, a my płakaliśmy ze wzruszenia, patrząc, jak wreszcie Polska staje się gestem i znakiem. I oczywiście nikomu z nas nawet do głowy nie przyszło, że coś tu śmierdzi.
Pewien niepokój dopiero się pojawił, gdy moja żona opublikowała tekst w rzeszowskiej edycji „Gazety Wyborczej” o swoich rowerowych przygodach.
I tu już będę wracał do samego początku tej opowieści. Otóż ja świetnie wiedziałem, że tak to będzie. Nie miałem najmniejszych wątpliwości, że kiedy napiszę, że Toyahowa opublikowała list w „Gazecie Wyborczej”, to wtedy, w jednym momencie, i na mnie i na nią, rzuci się cała sfora polskich patriotów, którzy jedyne co wiedzą to to, że Michnik to Żyd.
Jednak również i z nimi sobie jakoś poradziliśmy. Co jednak będzie z Polską? No, to jest prawdziwa zagadka.

Wszystkich zachęcam do kupowania moich książek, które są dostępne w księgarni pod adresem www.coryllus.pl, a tych, którzy wciąż czują się przygnieceni bezkresem mojej kolaboracji, chętnie jeszcze dobiję czymś ekstra:
http://katowice.gazeta.pl/katowice/1,35017,18113025,Powiedz__o_czym_teraz_myslisz__i_pozwol_na_zdjecie_.html.

niedziela, 28 czerwca 2015

Dlaczego Polacy nie kupują tęczowego faszyzmu?

Sejm przyjął ustawę liberalizującą ustawę o in vitro, a Jan Pospieszalski skomentował ten ruch, sugerując, że „mamy do czynienia ze standardem państwa upadłego”. A ja się zastanawiam, jak trzeba być ślepym, zacietrzewionym, albo zwyczajnie głupim, by wyskakiwać z tego typu diagnozami w stosunku do Polski dzień po tym, jak Sąd Najwyższy Stanów Zjednoczonych przegłosował pełnię praw małżeńskich dla osób homoseksualnych i cały dosłownie tak zwany „cywilizowany” świat czuje się w obowiązku wznosić sztandary w kolorach tęczy? Jak trzeba być ślepym, zacietrzewionym, albo zwyczajnie głupim, by wyskakiwać z tego typu diagnozami w czasie gdy – jak donosi zawsze gotowa „Gazeta Wyborcza” – „Rząd Norwegii zaproponował, by dzieciom już w wieku 7 lat wolno było, przy wsparciu rodziców, zmienić płeć prawną. Według ministra zdrowia Benta Hoie obecne przepisy w tym zakresie ‘nie zmieniły się od prawie 60 lat’ i są dziś nie do przyjęcia. Rząd proponuje też, by osoby w wieku 16 lat mogły decydować, czy są płci męskiej, czy żeńskiej. Decyzję podejmowałyby według własnego uznania, a nie na podstawie diagnozy medycznej. Prawna zmiana płci mogłaby zostać cofnięta, gdyby ktoś, kto się na nią zdecydował, doszedł później do wniosku, że popełnił błąd.
- To jest historyczna propozycja, o zmianie płci nie będzie już decydować służba zdrowia, lecz osoby indywidualne - powiedział Hoie. Rządowy plan będzie teraz przedmiotem debaty ekspertów, zanim ewentualne projekty ustaw trafią do parlamentu.
Proponuje się, by rodzice dzieci w wieku od 7 do 16 lat mogli występować z wnioskami o prawną zmianę płci, z wszelkimi konsekwencjami - od numeru ubezpieczenia społecznego po dane w paszporcie. Każdy, kto ukończył 16 lat, mógłby złożyć taki wniosek samodzielnie. Natomiast fizyczna, operacyjna zmiana płci jest w Norwegii dozwolona u osób, które ukończyły 18 lat”?
Jak trzeba wreszcie być ślepym, zacietrzewionym, albo zwyczajnie głupim – a proszę mi uwierzyć, że Pospieszalski jest tu tylko pretekstem – by wyskakiwać z tego typu diagnozami w czasie, gdy w Wielkiej Brytanii klonuje się ludzi, aborcja jest dozwolona do 24 tygodnia życia, za noszenie medalika na szyi można wylecieć z pracy, a w Belgii lada chwila, w majestacie prawa, zostanie zamordowana młoda dziewczyna tylko dlatego, że jest jej bardzo ciężko żyć?
Czy my naprawdę musimy uderzać w tak wysokie tony tylko dlatego, że grupa jakichś wyrzutków, po których już za parę miesięcy nawet smród nie zostanie, postanowiła pójść z „duchem czasu” i w ten sposób pokazać światu, że my też jesteśmy odpowiednio zepsuci? Ta smutna zbieranina, pozbawiona już choćby podstawowego instynktu samozachowawczego, występująca, jako Sejm RP, uchwala tego antykonstytucyjnego bękarta, który już za parę miesięcy zostanie przez Naród unieważniony, a my wołamy o ratunek, bo w Polska to państwo upadłe?
Świat zszedł na drogę, która – zapowiedziana już bardzo dawno temu – najpewniej jest drogą ostateczną. My tu mimo to wciąż sobie jakoś żyjemy i staramy się dawać świadectwo. I to naprawdę niezależnie od tego, czy głosowaliśmy w maju na Dudę czy Komorowskiego. Na tej czarnej europejskiej scenie jesteśmy już jednym z ostatnich narodów, ale i państw, gdzie ich lepkie ręce nie sięgają. A więc naprawdę nie ma potrzeby, by się tu jakoś szczególnie nadymać. To upada świat, a jeśli my słyszymy ten łomot, to nie dajmy sobie wmówić, że to się dzieje za naszymi oknami, bo to jeszcze nie dziś, ani nawet za rok.

Kończy się nakład „Elementarza” i „Biustonosza”, a więc bardzo proszę się śpieszyć. U siebie mam jeszcze kilka egzemplarzy „Liścia”, więc, jeśli ktoś jest zainteresowany, proszę o kontakt na adres toyah@toyah.pl. Reszta pod stałym adresem naszej księgarni www.coryllus.pl.


poniedziałek, 14 listopada 2011

W ogrodzie Wielkiego Brata

Ja wiem oczywiście, że wśród tego wszystkiego co na nas każdego dnia wyskakuje i próbuje nas zdezorientować, są rzeczy, dyskutowanie których uważane jest za poniżej naszej godności, i nawet ich wspomnienie powoduje albo wzruszenie ramion, albo, co gorsza – i to może nawet częściej – kpiny, że chce nam się zajmować takimi bzdurami. Moja sytuacja w tym zakresie jest wyjątkowo trudna z tego powodu, że praktycznie wszystko, co mnie w jakikolwiek sposób inspiruje do ruchu myśli, to albo najbardziej podstawowy pop, albo podstawowe zło, albo wreszcie taka prosta, zupełnie bezradna głupota – a to wszystko, zupełnie naturalnie, zawsze jest przecież poniżej naszej godności. No ale na to rady już nie mam. Jak idzie o mnie, to jest już chyba kwestia moich intelektualnych ograniczeń. Tego co naprawdę mądre i warte debaty, umysł mój nie obejmuje.
A zatem, proszę bardzo. Wczoraj w Salonie24 przeczytałem oświadczenie grupy przedstawiającej się jako Zespół Krytyki Politycznej w sprawie wydarzeń 11 listopada w Warszawie, i, zamiast skupić się na treści samej deklaracji, natychmiast skupiłem się na nazwiskach. Ale i tu też, zamiast zwrócić uwagę na nazwiska mniej znane, lub choćby znane, ale w jakiś sposób już autoryzowane, a więc prawdopodobnie stanowiące samo, że się tak wyrażę, żądło tego projektu, natychmiast wypatrzyłem ów pop, w postaci, po kolei: Agaty Bielik-Robson, Seweryna Blumsztajna, Marka Beylina, Artura Domosławskiego, Roberta Leszczyńskiego, Mikołaja Lizuta, Cezarego Michalskiego, Piotra Najsztuba, Piotra Pacewicza, Pawła Smoleńskiego, Jacka Żakowskiego.
Napisałem, że te nazwiska przyciągnęły moją uwagę natychmiast, jednak jest to też nie do końca prawda. One przyciągnęły moją uwagę niemal natychmiast. Zanim zobaczyłem tego Najsztuba, Żakowskiego i Michalskiego, zwróciłem uwagę na jedno, starannie wytłuszczone zdanie: „STOP FASZYZMOWI NA ULICACH WARSZAWY!” I to ono, w pierwszej kolejności, zrobiło na mnie odpowiednie wrażenie. Oczywiście, wolałbym, żeby tam było napisane po prostu: „FASZYZM NIE PRZEJDZIE!” No ale niech już będzie „STOP”. Też mocne i też wiele mówiące.
I teraz już mamy te nazwiska. Powiedzmy nawet, że Blumsztajnem, Beylinem, Domosławskim, Smoleńskim, Leszczyńskim i Lizutem wzruszyłem się niepotrzebnie. W końcu oni wszyscy to „Gazeta Wyborcza”, a z wywiadu, jaki swego czasu z Michałem Cichym opublikował, również wymieniony wyżej Cezary Michalski, wynika, że tam priorytety nastawione są wyłącznie by mówić stop faszyzmowi. Szczególnie faszyzmowi polskiemu. Również biorę pod uwagę, że z tą Bielik sprawa też jest stosunkowo prosta, ale ponieważ TVN-24 ją, jako niezależnego eksperta-socjologa, wciąż prosi o zdanie, jakoś na nią uwagę też zwróciłem. Natomiast to, że tych trzech, a więc Najsztub, Żakowski i Michalski stoi i wrzeszczy: „Stop faszyzmowi!”, na mnie osobiście pewne wrażenie robi. I to wcale nie dlatego, że ja o nich dotychczas miałem inne zdanie i nie spodziewałem się, że oni są przeciwko polskiemu faszyzmowi – nic podobnego – natomiast przyznaję, że ja się nie spodziewałem, że ich wszystkich nienawiść do nazwiska Kaczyński zaprowadzi do miejsca, które zostało nazwane „Nowy Wspaniały Świat” – i to nazwane tak bez najmniejszej ironii, nie jako żart, nie jako ta typowa dla współczesnej młodej lewicy, podszyta przebiegłym humorem, przewrotność, ale zupełnie na poważnie.
I wiem świetnie, że już w tym momencie rozlegnie się zewsząd wołanie: „No wiesz? Toś ty nie wiedział, że Najsztub i Żakowski to zwykła ruska swołocz?” No ale ono mnie akurat nie zaskakuje, tyle że ja już się skupiam na czymś innym. Kilka dni wcześniej bowiem, zapytany chyba przez Monikę Olejnik, po jasną cholerę on się tak rzuca na ten krzyż w Sejmie, który, jak się zdaje, nikomu zupełnie nie przeszkadza, Janusz Palikot odpowiedział, że on też dotychczas nie miał nic przeciwko krzyżowi, ale od 10 kwietnia 2010 roku, kiedy to krzyż stał się symbolem Prawa i Sprawiedliwości, on utracił zarówno wiarę w krzyż, jak i przy okazji wiarę w Kościół Powszechny i w Pana Boga, i jeśli dziś walczy z krzyżem, to właśnie na takiej samej zasadzie, jak walczy z Prawem i Sprawiedliwością. Ktoś powie, że to jest chore i że czas te rozważania przerwać. Otóż nie. Wcale nie uważam, że to jest chore, a przynajmniej nie jest chore, z punktu widzenia planu, który na samym końcu tego pozornego szaleństwa stoi jak byk.
Otóż ja uważam, że, jak idzie o plan pierwotny, tu w istocie rzeczy nie chodzi o walkę z Krzyżem. Nie chodzi tu też o walkę z Bogiem. Podobnie jak wcale nie chodziło o walkę z Bogiem i z Krzyżem na początku lat 90, kiedy to cała ta grupa tzw. gdańskich liberałów z Bieleckim, Tuskiem i Lewandowskim, a z nimi wszystkich pozostałych chętnych, a więc środowisk związanych z Unią Demokratyczną, „Gazetą Wyborczą”, „Tygodnikiem Powszechnym”, czy tzw. młodym biznesem, ogłosiła, że w niedzielę gra się w piłkę, a nie idzie do kościoła. Oczywiście, trudno sobie wyobrazić, żeby z takiej okazji nie korzystał Szatan, by On takich sytuacji nie inspirował, natomiast, jak idzie o intencje, wydaje się, że chodziło wyłącznie o pieniądze. I bezpieczeństwo. Podobnie, jak wyłącznie o pieniądze i bezpieczeństwo chodzi dziś. Bo ci, co się znają na rzeczy, wiedzą, że jedyne co im w tym rozpanoszeniu się może przeszkodzić, to tradycyjna polska pobożność i bojaźń boża. A jedynym dziś strażnikiem tej bojaźni i tej pobożności w przestrzeni politycznej jest PiS z Jarosławem Kaczyńskim.
I dziś więc, kiedy Palikot ze swoją szajką wchodzi do Sejmu i zapowiada rewolucję cywilizacyjną i kulturową, on nie ma na uwadze religijności samej w sobie. Religijność dla Palikota jest, i prawdopodobnie zawsze była, niczym innym jak tylko nieszkodliwym przesądem. On dziś ma na uwadze polski Kościół, który trzeba spacyfikować na tyle skutecznie, by on nie miał jakiegokolwiek wpływu na świadomość Narodu. Bo świadomy Naród dla niego stanowi śmiertelne zagrożenie. Wydaje mi się też, że kiedy Najsztub z Żakowskim i Michalskim na dokładkę, stają w jednym szeregu z jakimiś najbardziej upalonymi lewakami, którzy nie wiedzą nic poza tym, że należy niszczyć faszyzm, nie mają na uwadze ani faszyzmu, ani nietolerancji, ani równouprawnienia, ani powszechnego szczęścia w kolorowych oparach marihuany, lecz wyłącznie pieniądz, który chce im zabrać Prawo i Sprawiedliwość. A które to Prawo i Sprawiedliwość nabędzie ku temu zdolności wyłącznie z poparciem polskiego Kościoła. Dlatego niszczą Kościół. Z nienawiści do Jarosława Kaczyńskiego.
Wszyscy mamy swoje doświadczenia w domu, w rodzinie, w pracy, kiedy to wciąż jesteśmy konfrontowani z nienawiścią osób, którzy nienawidzą PiS-u. Kiedy zaczynałem prowadzić ten blog, napisałem tekst o tym, jak pewna bardzo mi bliska osoba, zapytana przez mnie, co po PiS-ie, odpowiedziała mi, że to co po PiS-ie, nie ma najmniejszego znaczenia. Cel – i przy tym marzenie – jest jeden: postawić Jarosława Kaczyńskiego na taborecie, założyć mu na szyję powróz i kopnąć ten taboret. To co będzie potem, nie będzie miało większego znaczenia. Jak zabraknie na emerytury – pomoże Unia. Od tego czasu zmieniło się wiele. Przede wszystkim został zamordowany Lech Kaczyński. Ale też nastąpił bardzo widoczny postęp w rozwoju społecznej świadomości. Osobiście, kiedy obserwuję postawy osób, które spotykam na co dzień, widzę bardzo wyraźnie, że już nie jest tylko tak, że to Kaczyński i PiS są przedmiotem naszej nienawiści. Ludzie, którzy jeszcze cztery lata temu marzyli tylko o tym taborecie, natomiast jak idzie o całą resztę w postaci czy to Orła Białego, Wojska Polskiego, Krzyża, Powstania Warszawskiego, Kościoła, Boga, Górników z Wujka, czy choćby czerwieni i bieli, czy choćby samej nazwy „Polska” – każdy z nas potrafi tu wymieniać owe symbole tego, co nam najbardziej bliskie, bez końca – dziś zachowują w najgorszym wypadku neutralny spokój. Dziś widzę – i to nie jest moja chora, pełna wściekłości wyobraźnia, lecz fakt – że to wszystko stopniowo zaczyna funkcjonować dokładnie tak, jak to przedstawił Janusz Palikot. A mianowicie jako symbol Prawa i Sprawiedliwości. A zatem przedmiot naszej co najmniej niechęci. Niechęci zupełnie odruchowej.
Proszę zwrócić uwagę, jak ludzie, którzy z nas szydzą, jako z pisowców, kaczystów, pisobolszewii – można wymieniać – równie dobrze, kiedy już z nami skończą, mogą już w chwilę później wydąć w pogardzie usta na słowa o Powstaniu Warszawskim, o Armii Krajowej, czy Zaduszkach – że świeczki śmierdzą, a poza tym, czyż to nie lepiej by było, gdyby zwłoki zwyczajnie palić i wsypywać do gustownych urn. Zwyczajnie palić, jak to jest na całym świecie. Proszę zwrócić uwagę, że ludzie, którzy, kiedy dowiadują się, że jednak my nie jesteśmy tak sympatyczni i tak inteligentni, jak im się zawsze wydawało, jednocześnie bardzo nie lubią polskiej reprezentacji w koszykówce, czy w siatkówce, bo raz że oni są – wiadomo! – gorsi od całego świata, a poza tym te białoczerwone szaliki zaczynają być zwyczajnie śmieszne. A gdzie jeszcze Kościół? A co oni sądzą o ludziach, którzy w każdą niedzielę udają się na mszę? Nie zauważyliście tego? Ja owszem. Widzę to niemal każdego dnia. Tę zmianę. Widzę ją każdego dnia. Widzę tych ludzi, którzy już nie tylko na dźwięk nazwiska Kaczyński dostają szału, ale denerwuje już ich też całe to zamieszanie z orłem na koszulkach reprezentacji, to ciągłe wspominanie polskiej niepodległości, to nieustanne wracanie do problemu nauki historii w polskich szkołach, te groby, ten Katyń – jeden i drugi – ten Mickiewicz, ten Sienkiewicz, ta nieustanna Polska, na którą chce się już tylko rzygać.
A ja nie mam dziś najmniejszych wątpliwości, że ta reakcja ma miejsce dokładnie na takiej samej zasadzie, jak reaguje – lub może tylko twierdzi, że reaguje – na widok krzyża Janusz Palikot. Ci wszyscy ludzie, którzy dziś czują zmęczenie na wspomnienie września 1939, października 1956, czy też grudnia 1970 i 1981, czują to zmęczenie, ponieważ każda z tych dat kojarzy im się z PiS-em i Jarosławem Kaczyńskim. Ponieważ ta pamięć jest dla nich za każdym razem symbolem wyłącznie tego terroru z lat 2005-2007. Dlaczego oni w ten sposób to czują? Otóż moim zdaniem dlatego, ze tak właśnie zostali zaprogramowani. Myślę o tym ostatnio szczególnie często i dochodzę do wniosku, że w pewnym momencie tego ataku, jaki System skierował przeciwko Prawu i Sprawiedliwości, ten sam System doszedł do słusznego przekonania, ze jeśli te emocje będą kierowane wyłącznie przeciwko jednej partii i jednemu nazwisku, przyjdzie taki moment, że to przestanie działać. A więc, że w celu utrzymania tego napięcia, należy tak uwarunkować społeczeństwo, by ono ten PiS widziało nie tylko w PiS-ie, ale we wszystkim, co ich otacza. Żeby jak najwięcej osób, nie tylko słysząc nazwisko Kaczyński, zaciskało pięści, ale również właśnie widząc choćby ten przydrożny krzyż. Ja jestem pewien, że jest wśród całe mnóstwo osób, którym gdyby przeczytać fragment z Norwida „Do kraju tego…”, kazaliby nam natychmiast przestać, bo oni już nie mogą słuchać tego pisowskiego miękolenia. To jest dokładnie ten sam mechanizm, jaki każe wielu kupować piwo „Lech” – który przecież w niczym nie jest lepszy od wszystkiego co stoi obok, a wręcz przeciwnie – tyle że w przeciwnym kierunku.
Ja oczywiście wiem, że zarówno Kazimiera Szczuka i Robert Leszczyński, podobnie jak ich koledzy z Niemiec, żyją rozprawianiem na temat zagrożeń, jakie niesie historia i tradycja i że to okropne, jak tradycyjne państwo zakazuje palić marihuanę i homoseksualnym parom adoptować dzieci; ja wiem, jak oni się przejmują, ile razy usłyszą słowo „faszyzm”. Wiem też przy tym, że gdyby tylko o to chodziło, oni by pewnie woleli pojechać do Berlina, Paryża, czy Rzymu i tam porozrabiać przy którejś bardziej interesującej okazji, niż robić zadymę przy okazji Święta Niepodległości. Ich ten 11 listopada tak rozjuszył wyłącznie w związku z tym, że dzień ten stanowi dla nich najbardziej widoczną asocjację z PiS-em i z Jarosławem Kaczyńskim. A jeśli do nich nagle dołączył Michalski, Najsztub i Żakowski i razem z nimi wydzierają się: „Stop faszyzmowi!”, to im już akurat z całą pewnością nie chodzi o żaden faszyzm, lecz tylko o Kaczyńskiego. Jednego i drugiego. A na drugim końcu tego obłędu mamy tego starszego pana, który patrzy w telewizor, widzi zamaskowanych, ubranych na czarno terrorystów z Niemiec i wie, że oto Romaszewski z kibolami chcą podpalić Warszawę.
Dziś na blogu pojawiły się głosy, że jest naprawdę niewesoło, bo na Metropolitę Katowickiego powołany został przez papieża Benedykta abp Wiktor Skworc, a, jak powszechnie wiadomo, co też zresztą zostało ostatnio potwierdzone przez nikogo innego jak samego księdza Isakowicza – Zaleskiego, Skworc za komuny współpracował ze Służbą Bezpieczeństwa. Obawiam się, że dajemy się fatalnie rozgrywać. I, bardzo proszę się na mnie nie gniewać, ale to jest dopiero niewesoła wiadomość.
Mimo wszystko, proszę się nie wyłączać, a jak komuś zrobiło się smutno, niech sobie kupi książkę o liściu. To były jeszcze czasy sprzed Katastrofy, więc zdecydowanie weselsze. No a jeśli kogoś ta książka nie interesuje i woli Internet, niech wspomaga ten blog bezpośrednio pod podanym obok numerem konta. Dziękuję.

piątek, 13 maja 2011

Coryllus: O faszyzmie, bolszewizmie i paru łajdakach

Plan był taki, by dziś zamieścić tu tekst naszego kolegi Coryllusa na temat polskiej prawicy i pewnych bardzo egzotycznych okoliczności, w jakich ona powstawała. Bardzo interesujący to tekst i, mam wrażenie, że świetnie uzupełniający dwa poprzednie wpisy, jakie się tu pokazały. Tak się jednak złożyło, że w międzyczasie Coryllus właśnie, zamieścił na Nowym Ekranie, absolutnie, moim zdaniem, wybitny tekst – możliwe, że w ogóle jeden z wybitniejszych tekstów jego autorstwa – stanowiący odpowiedź na kierowane ostatnio pod adresem Jarosława Kaczyńskiego oskarżenia o faszyzm,. Z jakiegoś powodu jednak, Administracja Nowego Ekranu tekst Coryllusa zbojkotowała, co sprawiło, że uzyskał on czytelność tak mniej więcej trzykrotnie niższą od oczekiwanej. Jednocześnie, antyfaszystowski front utworzony w celu obrony Polski przed Kaczyńskim, oczywiście nie dość że się nie zamknął, to wręcz przeciwnie, zaczął pyskować jeszcze głośniej i bezczelniej, tym razem w wieczornym programie Moniki Olejnik w telewizji TVN24. Jak na ironię, ustami Janusza Palikota – pierwszego bohatera wspomnianego wyżej wpisu Coryllusa.
W tej sytuacji, uznając, że nie ma co sprawy odwlekać, przepraszam wszystkich za to lekkie zamieszanie i proszę uprzejmie zapoznać się dziś ze wspomnianymi refleksjami. To jest lektura obowiązkowa. A jak idzie o Nowy Ekran, którego psim obowiązkiem było ów tekst wybić złotymi literami na samej górze ich głównej strony, a którego obowiązku oni nie dopełnili, mam w stosunku do nich już tylko jedno życzenie – niech się kiszą.
We wstępie do mojej nowej książki pod tytułem „Baśń jak niedźwiedź. Polskie historie” napisałem, że dożyliśmy czasów kiedy katedry uniwersyteckie zamieniły się w punkty agitacyjne. Nie musiałem długo czekać na potwierdzenie tej opinii. Oto mam przed sobą tekst profesora Ireneusza Krzemińskiego pod tytułem „Zwierzęca nienawiść oszalałych paranoików”. Tekst ten, obrażający ciężko chorych ludzi, bo niby dlaczego paranoicy mają być gorsi od ludzi zdrowych, wymierzony jest w Joannę Lichocką, w PiS, no i w ogóle w tych wszystkich, którzy wierzą, że Smoleńsk to nie jest zwyczajna katastrofa jakich wiele zdarza się na świecie. Tekst pana profesora ilustrowany jest fotografią przedstawiającą jego samego jak siedzi wśród dzieci, w klasie i uśmiecha się miło. Taki dobrotliwy wujek. Na tym zdjęciem zaś mamy ów tytuł, z paranoją, nienawiścią i szaleństwem. Profesor Krzemiński jak widać nie należy do ludzi, których postanowił opisać. Jest inny. Dobry, miły, zrównoważony i mądry, a gwarancją tego wszystkiego jest fakt iż pozwolono mu siedzieć pomiędzy dziećmi w klasie. Gdyby był wariatem nikt przecież by go tam nie wpuścił. Ale są dzieci, jest klasa, i w porządku. Mamy pewność. Tracimy ją jednak kiedy zaczynamy zagłębiać się w panaprofesorki wywód. Czytamy tam bowiem, co następuje:
"Paranoja oznacza całkowicie nierealistyczny obraz świata, ale zawsze odwołujący się do jakiejś realnej cechy lub wydarzenia, które lokuje się w niedorzecznym kontekście. Cechą myślenia paranoidalnego jest to, że posługuje się ono żelazną logiką. Ta logika wyrażona jest w tekście Lichockiej niemal jak w tabliczce mnożenia, że tylko totalny bunt przeciwko władzom państwa i podstawowym, demokratycznym regułom naszego życia społecznego jest właściwą 'postawą patriotyczną'. Według takiej logiki działały totalitarne ruchy, które doprowadziły do największych tragedii XX wieku".
Zwracam uwagę na zdanie: "Cechą myślenia paranoidalnego jest to, że posługuje się ono żelazną logiką".
Oraz na fragment: "Według takiej logiki działały totalitarne ruchy, które doprowadziły do największych tragedii XX wieku".
I jedno i drugie jest fałszywe i nacechowane złą wolą. Pierwszego idiotyzmu mam nadzieję tłumaczyć nie muszę. Skupmy się na drugim. Totalitaryzm przez różnych fasadowych profesorków bywa tłumaczony zwykle dwutorowo – poprzez późnego Hitlera, to znaczy poprzez Hitlera po roku 1933, lub poprzez partyjną nowomowę. To się uprawia właśnie dlatego, że jest łatwe, przyjemne i pojemne. Można wrzucić tam dokładnie wszystko, z podobną łatwością, z jaką człowiekowi myślącemu można zarzucić paranoję, bo jego wywód jest logiczny. Totalitaryzm XX wieku niejedno miał jednak imię, ale o tych innych imionach pan Krzemiński, którego po przeczytaniu powyższego trudno mi doprawdy tytułować profesorem, woli nie pamiętać, lub po prostu nie pamięta, bo nie doczytał. Czytanie zaś książek po łebkach i bez zrozumienia, po to jedynie by potem powiedzieć komuś: "Przeczytałem", ma w Polsce długą tradycję. I pan Krzemiński właśnie w nią się wpisuje.
A teraz do ad remu czyli do Hitlera. Niestety nie da się opisać fenomenu Adolfa, oglądając stare kroniki filmowe, pokazujące jak on tam wrzeszczy z trybuny, jak się nadyma, jak demonstruje siłę i pewność siebie, jak fuka na współpracowników. Nie da się, bo wychodzi nam kłamstwo, które zostało wielokrotnie wykorzystane przez komunistów. Hitler nie był wcale takim człowiekiem. On to odgrywał. Dosyć, przyznajmy, malowniczo i skutecznie. Tak mu podpowiedzieli doradcy, tacy jak Speer na przykład, albo Goebbels.
Właśnie! Speer!!! Czy to nie ten, który napisał takie grube pamiętniki? Ależ tak! One nawet stoją na półce w bibliotece profesora Krzemińskiego, ale zasłoniły je dzieła wszystkie Adama Michnika i profesor jakoś dawno do nich nie sięgał. Poza tym – kto by tam czytał pamiętniki jakiegoś wybielające własną przeszłość faszysty. Otóż trzeba te pamiętniki przeczytać, żeby zrozumieć w jaki sposób Hitler pozyskał Niemców. Tylko bowiem idiota, paranoik i głupek uwierzyć może w to, że władza w Niemczech mogła być zdobyta i utrzymana poprzez zaktywizowanie niezadowolonych mas oraz przez narzuconą tym masą „mowę nienawiści”. Tylko nieuk skończony może porównywać dojście do władzy Hitlera z Joanną Lichocką i marszami pamięci. Hitler bowiem zaczął swoją karierę w piwiarni, to prawda, ale zaraz potem przeszedł do salonów bogatych, znudzonych i łaknących wrażeń dam, których mężowie byli milionerami. Na mityngi organizowane przez NSDAP nie przychodził wcale niemiecki robotnik, tylko niemiecki burżuj. Hitler zaś uwodził go swoim eleganckim wyglądem i miłym austriackim akcentem. Nie wrzaskiem, nie „żelazną logiką” paranoidalnej mowy, ale wdziękiem. Panie zaś po prostu za Adolfem przepadały, był bowiem bardzo męski, stanowczy i za nic miał te wszystkie ograniczenia środowiskowe i presje, którym ulegali ich mężowie. Był po prostu mężczyzną, który ma co prawda przejściowe kłopoty, ale idzie do politycznego sukcesu i na pewno go osiągnie, jeśli tylko uzyska jakąś pomoc. I Hitler taką pomoc uzyskał. Niemcy go poparły. Nikt nie protestował kiedy NSDAP niszczyło żydowskie sklepy, nikt tego nie robił, dlatego, że Adolf potrafił ów fakt odpowiednio naświetlić i wytłumaczyć jego konieczność w czasie wieczornych rautów i spotkań przy szampanie. O tym wszystkim pisze Albert Speer, i można mu nie wierzyć, można dalej upierać się, że wrzask, nienawiść, „żelazna logika” itp, ale trzeba brać pod uwagę, że mogą człowieka nazwać durniem.
I my mamy dziś polityka, który zachowuje się podobnie. I my również go lekceważymy, ponieważ ma on nikłe poparcie, a jego partia traktowana jest przez inne jako element folkloru, lub coś co może posłużyć jako straszak wymierzony w zwolenników Kaczyńskiego. I my mamy człowieka, który w programach telewizyjnych i spotkaniach uwodzi swoim emploi młodego Radowana Karadżicia matrony, pedałów, psy, koty, posła Nałęcza i Michnika, a nawet prezydenta Komorowskiego. Tym politykiem jest Janusz Palikot. To on robi rzeczy podobne do tych, które robił Hitler przed wyborami w 1933, to on zachowuje się tak jakby cały świat chciał przytulić do serca. To on wskazuje także wroga i podpowiada co z tym wrogiem zrobić. Wypatroszyć mianowicie. O tym jak reagują ludzie na słowa i przekaz Janusza Palikota mogliśmy się przekonać w filmie, który wyemitowała wczoraj niezależna. Te starsze panie i ten łysy buc, który chciał wyrzucić kamerę chłopakowi zadającemu pytania starczy za wszystko.
Wróćmy teraz do PiS-owskiej paranoi. Tego rodzaju argumentów co pan profesor używała hitlerowska propaganda wobec Żydów. Tylko nie chodziło wówczas o przedstawienie ich jako szaleńców dążących do zagłady kraju, ale jako ludzi którzy ten kraj niszczą podstępem, a do tego są brudni i śmierdzą. I w jednym i w drugim przypadku cel został wskazany i określony. Pozostała tylko realizacja, i dystyngowani Niemcy z milionami w kieszeniach powierzyli ją temu parweniuszowi w błękitnym garniturze, który przecież był nikim i którego łatwo mogli się pozbyć. Kiedy okazało się, że nie łatwo, było już za późno.
Czy Palikot to drugi Hitler? Nie, Palikot tylko stosuje jego metody. Nie może być drugim Hitlerem, bo jego narracja, tak samo jak narracja Krzemińskiego, nie trafiają na podatny grunt. Żeby zyskać na skuteczności, to znaczy rzeczywiście zdobyć władzę, trzeba mieć poparcie wewnątrz kraju. Takiego zaś Palikot nie ma, jedyne na jakie może liczyć to poparcie z zewnątrz. To jednak, póki co za mało. Będzie więc czynił ów pan dalej to, co czynił do tej pory, czyli w majestacie prawa lekceważył to prawo, rozbijając namiot na trakcie komunikacyjnym, żeby pokazać wszystkim obywatelom jak bardzo władza ma ich w dupie.

wtorek, 17 listopada 2009

O budowniczych kłamstwa raz jeszcze

Zupełnie nie wiem, jak to się stało. Zdawało mi się, że całą sprawę zawłaszczania języka przez nieszczere i podłe interesy mam dobrze rozpoznaną, a tymczasem okazuje się, że popełniłem błąd, który – choć mały – w znacznym stopniu osłabia wymowę i mojego poprzedniego wpisu, ale również wpisów poprzednich, a związanych z tematem. O co chodzi? Rzecz jest prosta. Ponieważ się trochę poleniłem, uznałem, że jeśli ludzie, będący naturalnymi spadkobiercami wszystkiego co złe, właśnie przez swoje życiowe, czy choćby intelektualne związki z czymś co dobrzy ludzie nazywają ‘czerwoną zarazą’, w stosunku do tych, którzy całe swoje życie i wszystkie swoje emocje poświęcili na sprzeciw wobec tego zła, kierują takie obelgi jak ‘bolszewik’, ‘komunista’, ‘czerwony’, ‘socjalista’, ‘lewak’, to za tym kryje się wyłącznie chaos, lub – w najlepszym wypadku – zwykła dziecięca złośliwość. Uznałem, że jeśli ktoś, w złych zamiarach nazywa mnie ‘socjalistą’ lub ‘lewakiem’, to nie dlatego, że uważa mnie szczerze za lewaka i socjalistę, ale wyłącznie dlatego, że uznał, że tego typu obelgi mnie zranią. Ewentualnie – myślałem sobie – może chodzić o takie zjawisko (zapewne dobrze zbadane przez psychologów), z jakim mamy do czynienia wtedy, gdy niedobrzy ludzie na kogoś, o kim uważają, że czuje niechęć do Żydów, wołają „Żyd!”, albo na kogoś kto nie lubi bardzo homoseksualistów, krzyczą „Pedał!”. Pamiętam, na przykład, jak kiedyś przed laty w Warszawie, ujrzałem wywieszony na murze plakat zapowiadający spotkanie z Antonim Macierewiczem, na którym jakiś głupek nabazgrał właśnie słowo „Żyd”. Tak jakby sobie pomyślał, że Macierewiczowi to sprawi ból. A więc – i chaos i szczeniactwo.
Skoro już jestem przy temacie, proszę zwrócić uwagę jak chętnie w niektórych środowiskach wymyśla się Polakom od urodzonych antysemitów. Polakom, którzy umierali za swoich żydowskich sąsiadów, którzy przez całe wieki tworzyli najbezpieczniejszą w świecie przystań dla tych, których już nigdzie nikt nie chciał. I właśnie to Polacy są najchętniej opisywani, jako antysemici. Jest to przy tym jednak przynajmniej dowód na to, że akurat my tu jesteśmy czyści jak złoto. Jestem przekonany, że gdybyśmy rzeczywiście byli nastawieni tak okropnie antysemicko, międzynarodowa propaganda nie mówiłaby na nas inaczej jak „Żydzi!” Zwyczajnie. Żeby nam dokuczyć.
A więc napisałem sobie swoją polemikę z FYM-em i właśnie wtedy, gdy wydawało mi się, że wszystko jest jasne, w swoim króciutkim komentarzu, bloger yarc zwrócił uwagę na bardzo interesującą rzecz. Otóż przypomniał mi on, że ‘bolszewikami’ swoich przeciwników politycznych, jeszcze w kontraktowym sejmie, nazwała Izabella Sierakowska – jak wszyscy pamiętamy – komunistka. Przypomniał mi również yarc,że to nikt inny jak – wiele na to wskazuje – komunistyczny zbrodniarz Czesław Kiszczak, w podobny sposób pisał o polskich bohaterach, jako o „hunwejbinach”. I pomyślałem sobie, że jeśli dziś i tu w Salonie i w różnorakich publicznych debatach i komentarzach, ludzie z pozoru bardzo odlegli od całego tego czerwonego dziedzictwa, wymyślają na tych, których nie lubią, a którzy na te obelgi niczym sobie nie zasłużyli, od ‘czerwonych’ i ‘bolszewików’, to – owszem – może i mają wyłącznie czyste, bo dziecięce, intencje, ale w ten czy inny sposób są w taki sposób umodelowani przez innych. Przez tych, którzy byli przed nimi i którzy od nich wiedzą znacznie więcej na temat kłamstwa i tego, jak kłamstwo można skutecznie wykorzystać.
Pomyślałem sobie, że jeśli Stefan Niesiołowski mówi, że kiedy on patrzy na Jarosława Kaczyńskiego, to widzi Gomułkę, albo gdy któryś z bardzo prawicowych komentatorów określa robotników z Solidarności, jako „socjalistyczny motłoch”, to i jeden i drugi kierują się przede wszystkim swoją złością, a – w najlepszym dla nich przypadku – jakąś pokręconą logiką, której jednak sami nie wymyślili, lecz która im została dyskretnie przekazana przez kogoś stojącego znacznie wyżej i dużo przed nimi.
Skąd mi się wzięły takie refleksje? Otóż właśnie stąd, że ja faktycznie zacząłem sobie przypominać, że już na początku tej naszej tzw. transformacji to właśnie komuniści jako pierwsi, i to właśnie ze szczególną zaciekłością, zaczęli wymyślać Solidarności– a przynajmniej tej jej części, która nie chciała skonać już na samym początku – od bolszewików. Możliwe, że oprócz nich, był tam jeszcze i Adam Michnik i Bronisław Geremek i inni bohaterowie naszej najnowszej historii, którzy, walcząc najpierw przeciwko Wałęsie, później przeciwko Kaczyńskim, jeszcze później przeciwko Olszewskiemu, jeszcze później przeciwko Buzkowi i Krzaklewskiemu, by na samym końcu wziąć się za Prawo i Sprawiedliwość, realizowali tę taktykę. Nie ma jednak wątpliwości co do tego, że nie oni byli jej głównymi autorami.
Przypomniałem więc sobie najpierw, że to faktycznie komuna jako pierwsza zaczęła mi wymyślać od komunistów, ale zaraz potem, uprzytomniłem sobie, że to przecież nie było nic aż tak oryginalnego. Przecież to zaraz po wojnie, kiedy władza ludowa wzięła się za mordowanie wszystkich tych, którzy mogliby jej w jakikolwiek zagrozić, choćby tylko psując im nowe poczucie komfortu, wszystkie kolejne egzekucje, każdą pojedynczą torturę, każde najbardziej wymyślne prześladowanie, realizowała w imię walki nie tyle z kontrrewolucją, Kościołem, czy z polskim agresywnym patriotyzmem, lecz po prostu z faszyzmem. Kiedy polskie ulicy zapełniły się konfidentami, polskie urzędy zimnymi bandytami, a polskie więzienia zaczęły spływać krwią polskich patriotów, to wedle ówcześnie głoszonego schematu, walka nie toczyła się między Czerwoną Rewolucją, a Czarną Reakcją, lecz między antyfaszystami i faszystami. Kiedy ginął generał Nil, to ginął nie jako kontrrewolucjonista i wróg władzy ludowej, lecz jako faszysta. Kiedy pękało jej osiemnastoletnie serce, to ci którzy stali naprzeciwko Danusi Siedzikówny nienawidzili jej nie za to, że ona sprzyjała Polsce, ale za to, że – jak wyraźnie stało w papierach – wysługiwała się faszystom.
Tak to się robiło od samego początku. Piotr Wierzbicki, w swojej Strukturze kłamstwa,znakomicie pokazał na przykładzie całego półwiecza, w jaki sposób sowiecka, a za nią polsko-komunistyczna propaganda, zmanipulowała logikę, rzeczywistość, a także i język, wyłącznie po to, żeby z jednej strony zniszczyć przeciwnika, a z drugiej stworzyć dla tych swoich strasznych działań odpowiednio przyjazną społeczną atmosferę. Ale po co sięgać do Wierzbickiego? Przecież, nawet jeśli wielu z nas nie jest w stanie pamiętać tamtych czasów, to wystarczy, że nastawimy odpowiednio uważnie uszy, czy wystarczająco szeroko otworzymy oczy, by jeszcze nawet dziś wokół siebie dojrzeć całe tabuny młodych, szczerze zaangażowanych w walce ze złem młodych ludzi – ostatnich ofiar tamtego, opisanego skutecznie przez choćby właśnie Wierzbickiego projektu – którzy na wszelkiego rodzaju spotkaniach, demonstracjach, czy dyskusyjnych forach plują tym „faszyzmem”. Wystarczy że ujrzą gdzieś nawet niekoniecznie Polskę, ale zwykłe przywiązanie do gasnącej już cywilizacji.
Ale i to już mija. Faszyzm został już ostatecznie wykorzeniony. Obecnie i ci najbardziej wysoko umocowani inżynierowie naszych dusz, bezpośredni, mentalni spadkobiercy tych, którzy zamęczyli na śmierć i Inkę i całe szeregi polskich bojowników, w imię walki z faszyzmem, a także wszyscy ci, którzy zgodzili się tak chętnie stać się ofiarami tego kłamstwa, już przestają ględzić o faszyzmie. Teraz oni wszyscy wzięli się za ‘czerwonych’ i za ‘bolszewików’. No ewentualnie jeszcze się do końca nie potrafią zdecydować, jak pewien troll, który pod wczorajszym wpisem Consolamentum, FYM-a i mnie wyzywa raz od czerwonych, a innym razem od brunatnych.
Jestem jednak pewien, że i on się niedługo zorientuje, że czas faszyzmu już minął. Będzie musiał tylko bardziej uważnie poobserwować stan publicznej debaty i w mediach i w polityce i w polskich szkołach i na uczelniach. Wtedy będzie też już wiedział, że wróg jest już gdzie indziej. Że taki ojciec Rydzyk nie jest faszystą, ale komunistą. Że polski Kościół nie jest brunatny, ale czerwony. A kiedy już założy rodzinę, a jego dzieci podrosną, to w odpowiednich ankietach, czy w innych towarzyskich sytuacjach, na pytanie, co lubisz, a czego nie lubisz, będą – jak System przykazał – odpowiadać, że najbardziej cenią tolerancję i przyjaźń, natomiast najbardziej nie lubią głupoty i komunizmu. I, w sumie, nic takiego się nie zmieni. I głupota i przyjaźń i tolerancja pozostaną niewzruszone, jak zawsze. Tyle że ten komunizm. Tylko on.

niedziela, 3 sierpnia 2008

O dobrych czerwonych i złych czarnych słów kilka

Już wiele lat temu zauważyłem, to tu to tam, młodzież, czy może jedynie dzieci, z naszywkami głoszącymi niezmiennie hasło 'precz z faszyzmem'. Poetyka tego hasła była oczywiście różna, bo oprócz podstawowego 'precz z faszyzmem', wyrażało się ono też przez przekreślone słowo 'faszyzm', albo przez zdanie 'faszyzm to śmierć', czy też przez zwykłe, króciutkie 'tęp faszyzm'.
Jeszcze wcześniej, pamiętam, kiedy istniała jeszcze instytucja zwykłych przyjaźni listowych, a nie typu gadu-gadu, często dzieci, umieszczające w gazecie swoje zdjęcia i notki, informowały potencjalnych przyjaciół, że nienawidzą kłamstwa i faszyzmu, albo chamstwa i faszyzmu, albo głupoty i faszyzmu.
Nigdy, przenigdy, nie udało mi się zauważyć jednego wpisu z informacją "nie lubię komunistów i chamów", ani też idąc ulicą, nigdy nie udało mi się dostrzec licealisty, czy gimnazjalisty z plecaczkiem, na którym miałby wypisane hasło 'komunizm nie!', na przykład. Byli oczywiście tacy, ,którzy nie manifestowali żadnych innych poglądów, jak tylko ten, że Iron Maiden, ale 'powiedz nie komunizmowi' - nigdy.
Myślałem o tym zjawisku bardzo długo i kiedy wreszcie popracowałem kilkanaście lat w najróżniejszych szkołach, potrafiłem mniej więcej odpowiedzieć sobie na nurtujące mnie pytanie: dlaczego faszyzm - nie, a komunizm - obojętnie.
Młodzież, którą pytałem o to, czym jest dla nich faszyzm, odpowiadała, wbrew pozorom, nie, że faszyzm to Hitler, czy wojna, czy nawet Niemcy. Większość z nich powtarzała to, co wcześniej czytałem w ogłoszeniach pen-palowych, czyli, że faszyzm to kłamstwo, chamstwo i głupota.
Szczerze powiem, że ta odpowiedź była dla mnie tylko częściowo zaskakująca. Ja na przykład, podobnie jak wielu moich znajomych, przyznaję się do tego, że wielokrotnie słowa 'komunista' używałem bardzo szeroko, po to, by dokonać wartościowania osoby, której nie lubię. Czasem, jak coś mi się bardzo nie podobało, mówiłem "Co za komuna!". Więc, gdyby mnie ktoś zapytał, czym jest dla mnie komunista, czy komunizm, mógłbym odpowiedzieć - przyznaję, przewrotnie - że na przykład komunista to swołocz, a komuna to syf.
To wszystko jednak, co powyżej napisałem, nie zmienia faktu, że problem pozostaje. Dlaczego kultura popularna - bo na pewno nie tylko młodzieżowa - traktuje pojęcie faszyzmu o wiele szerzej, niż pojęcie komunizmu? Dlaczego jeśli chcemy kogoś obrazić, albo zakwestionować coś, co dla nas jest ewidentnie złe, większość z nas może pozwolić sobie na myślowy skrót związany ze słowem ‘faszyzm', ale już nie tak często ze słowem ‘komunizm'?
Odpowiedź na to pytanie - przynajmniej częściowa - leży w jednym z bardzo starych artykułów w Gazecie Wyborczej. Pamiętam bowiem do dziś - jak ktoś chce, niech szuka i sprawdzi - pamiętam bardzo dobrze, że kiedy ministrem sprawiedliwości w rządzie Jana Krzysztofa Bieleckiego został Wiesław Chrzanowski, Gazeta Wyborcza uznała za stosowne zwrócić uwagę na to, że po raz pierwszy w powojennej demokratycznej Europie ministrem został faszysta.
Dlaczego odpowiedź znajduje się akurat w tych słowach i dlaczego jest odpowiedzią jedynie częściową? Otóż Jan Krzysztof Bielecki, co dziś może niewielu chce pamiętać, został powołany na szefa rządu przez Lecha Wałęsę. Lecha Wałęsę, który - o czym też niewielu chce dziś pamiętać - był w tamtym czasie postacią równie znienawidzoną i zohydzoną przez establishment, jak dziś Lech Kaczyński. Więc automatycznie, w pierwszych dniach swojej pracy, zanim establishment zauważył, żę jest bezpiecznie, Gazeta Wyborcza waliła we wszystko, co wiązało się z osobą Lecha Wałęsy bez najmniejszego wstydu. Więc walnęła też w osobę Wiesława Chrzanowskiego.
Dlaczego jednak nazwano Chrzanowskiego faszystą? Odpowiedź jest następująca: zrobili tak dlatego, b nie mogli go nazwać komunistą, a poza tym, nawet gdyby mogli, efekt nie byłby tak czysty.
Bo cóż by to mogło oznaczać, że Chrzanowski jest komunistą? Nie bardzo wiele. Komunistą bowiem, tak czy inaczej, byli prawie wszyscy. I Jaruzelski był komunistą i Kuroń i Michnik i Gierek. Komunistą był i Jerzy Urban i Daniel Passent i aktor Siemion i piosenkarka Irena Santor. Komunistą był, jak mówię, każdy, z wyjątkiem paru - zupełnie, jak to wtedy mówiono, ‘zoologicznych", czy ‘jaskiniowych' antykomunistów. I to nie komunistą w przenośni; nie komunistą w myślowym skrócie; nie komunistą w figurze potocznej. Oni wszyscy, tak czy inaczej, byli komunistami w sensie dosłownym.
Takim komunistą jednak nie był Chrzanowski. A, jak mówię, nawet gdyby był, to propaganda antypolska nie mogła go tak nazwać, bo obywatelom do których słowa propagandy były kierowane, mogłoby się jeszcze coś pomieszać.
Więc Chrzanowski został faszystą, czyli głupkiem, chamem i oczywiście kłamcą.
Tak to się plotło nam kiedyś i tak nam się plecie do dzisiaj.
Jeśli więc dziś ja o sobie powiem, że uważam to wszystko, czego dokonała Wielka Czerwona Rewolucja za czyste dobro, jeśli powiem, że moim bohaterem jest człowiek o nazwisku Trocki, jeśli powiem, że Marks to największy filozof wszystkich czasów; nawet jeśli oświadczę, że wszystko, co robię i wszystko, co będę robił w swoim dalszym życiu będzie robione dla Wielkiej Czerwonej Rewolucji, wszystko to, w kraju, w którym propagowanie komunizmu jest prawnie zakazane, ujdzie mi na sucho, pod warunkiem, że na tym samym oddechu wyduszę z siebie, że ja absolutnie nie mam na myśl komunizmu i że moja Czerwona Wielka Rewolucja nie miała nigdy absolutnie nic wspólnego z komunizmem. A jeśli ktoś tak mówi, to z pewnością jest czarnym faszystą.
I odwrotnie. Jeśli stanę publicznie i publicznie powiem, że Okres Wielkiej Niemieckiej Rzeszy był jedynym okresem w historii Europy, kiedy panował porządek i były przestrzegane zasady, a jednocześnie zaznaczę, że Hitler absolutnie mi się nie podoba i nie chcę mieć z nim nic wspólnego, to mój los jest na zawsze przesądzony. Mogę nie wiadomo jak długo powtarzać, że III Rzesza, to wcale nie był faszyzm, a wielu żołnierzy wojsk hitlerowskich wcale nie było faszystami - nic mi to absolutnie nie da. I słusznie.
Natomiast ktoś wciąż może mnie pytać, dlaczego sprawa czerwonej zarazy jest nadal kompletnie nierozwiązana. I dlaczego, wszystko na to wskazuje, nierozwiązana musi pozostać.
Czyżby faktycznie większość z nas to byli najprawdziwsi komuniści, a tak mało wśród nas było faszystów? Czyżby tu szło o grę interesów?
Nie wierzę. To być nie może!
Przynajmniej nie tu w Salonie.

sobota, 17 maja 2008

Do sztambucha dziennikarzom - czyli niech żyją politycy!

Pamiętam, że kiedyś, jeszcze zanim Polska na dobre została podłączona do tzw. “netu”, a dzieci i młodzież starsza nawiązywała przyjaźnie drogą klasyczną, czyli za pośrednictwem Poczty Polskiej, w najróżniejszych czasopismach właśnie dla młodzieży ukazywały się profile osób chcących się zaprzyjaźnić.
Młodszym blogerom powiem tylko, że klasyczny profil wyglądał tak, że pod zdjęciem przedstawiającym jakąś sympatyczną buzię, widniał podpis:
“Kasia z Sopotu, lat 16, lubię czytać, słuchać polskiej muzyki rockowej, uwielbiam Oddział Zamknięty, nienawidzę głupoty i faszyzmu”.
O ile ten faszyzm nigdy mnie nie dziwił, no bo czego mógł nienawidzić wrażliwy chłopak, lub jego szkolna koleżanka? Jeśli nie faszyzmu, no to już tylko nienawiści, ale że głupio było pisać: “Nienawidzę nienawiści”, a pisać “Nienawidzę komuny” już zupełnie nie wypadało, to pozostawał tylko ten faszyzm.
Więc, jak mówię, to rozumiałem.
Nigdy jednak nie potrafiłem zrozumieć, o co chodzi z tą głupotą. Ja na przykład w życiu bym nie powiedział, że najbardziej na świecie nienawidzę głupoty, no bo zawsze się może znaleźć ktoś, kto powie, że ja właśnie jestem głupi, a od czasu do czasu znajdzie się ktoś autentycznie ode mnie mądrzejszy i mi to na domiar złego udowodni.
Powiem więcej. Nawet jeśli miałoby się okazać, że jestem na tyle mądry, że mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że najbardziej ze wszystkiego nienawidzę głupoty, to jakoś nie wypada tak wyjść do ludzi i się pochwalić, że ja akurat owszem, jestem dość mądry.
No ale i to próbowałem jakoś zrozumieć. Pomyślałem sobie, że kiedy jest jeszcze dzieckiem, człowiek potrzebuje czegoś w miarę stałego, na czym można się oprzeć, więc jak widzi, że czegoś nie rozumie, to się złości, mówi, że to coś jest głupie, no a później, że najbardziej na świecie nie lubi głupoty.
Dziś, w Tusk Vision Network wystąpił dziennikarz nazwiskiem Bartosz (kiedyś Bartek) Węglarczyk i powiedział, że on już nie może wytrzymać, jak patrzy na tych naszych głupich polityków. Może zresztą użył innych słów, ale sens był dokładnie taki sam. Że red. Węglarczyk z tą powszechną głupota już nie wytrzymuje.
Zdziwiło mnie to wystąpienie o tyle, że jego autorem nie był, jak już wpomniałem, Bartek, ale Bartosz. Ale to nie wszystko. Dzieci sprzed lat, gdy mówiły, że nienawidzą głupoty, to nie dodawały, że chodzi im o polską głupotę. Bartosz Węglarczyk natomiast, zupełnie poważnie, powiedział, że on się bardzo cieszy, że nie musi się już zadawać z polskimi politykami i w ogóle uczestniczyć w tej polskiej głupocie, bo głównie spędza czas z politykami zagranicznymi.
Zupełnie niezrażony tym swoim początkowym wyskokiem, po chwili, komentując sytuację w polskim lotnictwie wojskowym, rozsiadł się w TVN-owskim fotelu z takim ruskim uśmiechem i powiedział, że on już nie może wytrzymać, jak patrzy na różne elementy życia publicznego w Polsce, gdzie większa ich część jest na ogół opanowana przez tandetę i amatorstwo.
Gdyby Bartosz Węglarczyk do tej zdegenerowanej grupy dorzucił dziennikarzy, to może bym mu wybaczył, choć niechętnie. On jednak, na sto procent o dziennikarzach nie myślał. Z jego światłej wypowiedzi wynikało jednoznacznie, że dziennikarze polscy trzymają, jako jedyni, poziom światowy.
I to mnie prowadzi do głównej części mojej refleksji. Głównej, i w gruncie rzeczy stanowiącej jej epilog. Otóż z jakiegoś powodu, utarła się opinia, że, pomijając tzw. pisiaków, najgłupsi w Polsce są politycy. Politycy i – co swoją drogą bardzo ciekawe – policjanci. Cała reszta jest głupsza lub mądrzejsza, ale nikt nie jest tak głupi, jak politycy (i policjanci). Jednocześnie, najmądrzejsi są dziennikarze i to oni mają największe prawo, żeby przedstawiać społeczeństwu dzieje głupoty w Polsce.
Proszę zwrócić uwagę, jak reaguje na przykład red. Rymanowski, albo jakiś inny Sekielski, kiedy któryś z gości w ich programie zagapi się i zwróci się do niego per “panie pośle”. Reakcja jest niezmienna; “Ha, ha, ha. Panie ministrze, pan mi chyba źle życzy!”
Zupełnie, jakby ktoś zaproponował Rymanowskiemu (czy Sekielskiemu), żeby na przykład zatrudnił się, jako kelner w domu publicznym. Podczas gdy on jest przecież aż dziennikarzem.
Wczoraj wieczorem, wspomniany Rymanowski, rozmawiając z ministrem Zdrojewskim, zapytał: “Czy to prawda, że pan ma dzisiaj urodziny”. Okazało się, że nie. Nieprawda. Zdrojewski “dziś” urodzin nie ma. Powstaje problem, dlaczego Rymanowski zadał to pytanie. Skąd mu przyszło do głowy, że Zdrojewski ma “dziś” urodziny? Czy ktoś mu powiedział? Czy coś mu się pomyliło?
Oczywiście jest to drobiazg, jednak z punktu widzenia roboty, za którą Rymanowskiemu płacą, równie dobrze mógł pan redaktor zapytać: Czy to prawda, że jest pan bratem tego słynnego piosenkarza Zbigniewa Ziobry? Na przykład. Mniej więcej tak samo bez sensu.
I Rymanowski nie jest tu wcale postacią symboliczną, choć wystarczy obejrzeć sobie dowolny występ pana reaktora w programie Kawa na ławę, by widzieć, że i on akurat jedynie potrafi uśmiechać się jak dziecko i od czasu do czasu przerywać rozmowę, bo do słuchawki mu powiedzieli, że trzeba zmienić temat, albo, że czas na reklamy.
Otóż odnoszę nieodparte wrażenie, że choćby Kolenda-Zaleska, albo niejaki Maciej Warasiński, są bez porównania bardziej od Rymanowskiego niekompetentni – że każdy najgłupszy, najbardziej tandetny polityk jest po stokroć lepszy, sprawniejszy i inteligentniejszy od większości dziennikarzy.
Każdy, pierwszy lepszy polityk, mówi płynniej, poprawniej, inteligentniej od wielu – podkreślam, wielu, oczywiście są chlubne wyjątki – podobno wybitnych dziennikarzy. I odwrotnie: nie trzeba być szczególnie czujnym obserwatorem; wystarczy tylko pooglądać jakąkolwiek telewizję – wcale nie koniecznie Superstację – w jakikolwiek dzień, żeby obejrzeć sobie wszystkie najbardziej drastyczne przykłady niekompetencji dziennikarskiej na każdym możliwym poziomie: języka, logicznego myślenia, inteligencji, czy zwykłego sprytu.
Skąd ta cała sytuacja? Choćby stąd, że kiedyś, w swoim życiu, według najbardziej obiektywnych standardów, każdy dowolny polityk okazał się lepszy od wszystkich pozostałych konkurentów. Każdy z nich kiedyś wygrał i odniósł autentyczny sukces. W swojej dzielnicy, w swojej wsi, w swoim mieście. Wszystko jedno gdzie, ale zawsze gdzieś. Czy to ktoś tak wyjątkowy, jak Jacek Kurski, czy też ktoś tak wyjątkowo słabiutki, jak Sławomir Nowak.
Powiem więcej, lepsi od innych okazali się nawet poseł Wenderlich, posłanka Synyszyn, czy nawet Donald Tusk. Możemy ich nie znosić, nie zgadzać się z nimi, uważać, że jako ludzie są głupi i niscy, ale w swojej branży, czyli w polityce, o niebo lepiej wykorzystali ten swój ewangeliczny “talent”, niż ktoś taki, jak na przykład Mikołaj Lizut w dziennikarstwie.
A jeśli są teraz ogólnie znani i – jak mówię – często nawet znienawidzeni, to wyłącznie w związku ze swoimi osobistymi zaletami. Dzięki osobistemu wysiłkowi i osobistej skuteczności, a nie przez to, że kolega taty, albo brat kumpla coś obiecał, a później pomógł i załatwił.
Ani nie przez to, że człowiek znał trochę język włoski (dla przypomnienia, Boniek po włosku tez “wymiata”) i w momencie, jak umierał Papież, przebywał akurat w Rzymie.
Albo wreszcie też nie przez to, że kiedyś pisał beznadziejne recenzje filmowe w Gazecie Wyborczej, później wyjechał z niewiadomych przyczyn do Ameryki, a po paru latach wrócił i został przez któregoś ze swoich szefów wyznaczony do wypowiadania się na tematy międzynarodowe.

czwartek, 15 maja 2008

"Sorry. Life is brutal" - czyli galopem do faszyzmu

Platforma, wreszcie realizująca obietnice wyborcze i zapędzająca PiS do więzień, jak również Wielce Szanowny Pan Premier Donald Tusk, wspinający się na peruwiańskie szczyty z liściem koki w zębach, wciąż utrzymują absolutnie czołowe miejsca, w kategorii “news tygodnia”, jednak u mnie z tym już koniec. Niech zdychają w spokoju.
Dziś zajmiemy się – też trochę bez sensu, ale jednak przynajmniej zdecydowanie bardziej na poważnie – osobą i najnowsza twórczością Majora Galopującego. Ja wiem, że wracanie raz po raz do tego w gruncie rzeczy smętnego i jałowego tematu, jest nieco upokarzające, ale, jak wiemy, zło bywa zaraźliwe, a poza tym zjawisko jest bardziej uniwersalne, więc niech się pan Major nie denerwuje, bo jest tu w gruncie rzeczy tylko pretekstem.
O co poszło? Mianowicie, podobnie jak wielu innych salonowych blogowiczów, Major Galopujący postanowił zająć się pisowską mafią i rozgniatającymi ją swymi kowbojkami agentami premiera Donalda. Oczywiście, Major Galopujący jest zadowolony z postępów w oczyszczaniu “tej stajni” i to nikogo nie dziwi. Ja pragnę tu zwrócić uwagę na pewne zdarzenie dosyć peryferyjne, ale – w moim odczucie – o niezwykle dużym ciężarze gatunkowym.
Wpis pana Majora został skomentowany w pewnym momencie przez użytkownika pubpn, który uznał, że w tym, iż kowboje z ABW nastraszyli o 6 rano dziecko nie ma nic śmiesznego, a jeśli dla Majora fakt ten staje się nagle pretekstem do rechotu, to wstyd. Major Galopujący na to, zamiast powiedzieć przepraszam i się zamknąć, odpowiedział:
Sprawa tajemnicy państwowej jest ważniejsza niż piórnik 12 latki. Sorry. Life is brutal.
Ponieważ pan Major jest tak straszliwie intelektualnie niekompetentny, że nawet w tak prostej sprawie nie jest w stanie zrozumieć, że tu chodzi nie o dziecko, ani o dziecka piórnik, lecz o niego i jego ruską wrażliwość, na tym kończymy z Majorem Galopującym.
I przechodzimy do kwestii już naprawdę poważnej. Problem mianowicie polega na tym, że nasza wrażliwość jest często tak straszliwie pokręcona, że coraz częściej musimy dochodzić do wniosku, że w rzeczywistości wszystko, co słyszymy na temat tego, co wolno, czego nie wolno, co jest oburzające, a co jest skandalem, jest pozbawione jakiegokolwiek znaczenia.
Wszelka gadanina o standardach, o prawie, o wolnościach, o ludzkiej godności świadczy wyłącznie o tym, że czyjeś interesy są naruszone, a interesy kogoś innego mają się póki co, świetnie. I tylko tyle.
Sejm powołuje komisję do wyjaśnienia śmierci Barbary Blidy, komuniści najróżniejszej maści wklejają na swoich blogach i internetowych stronach legitymacyjne zdjęcia tragicznie zmarłej kobiety, a jak nie interesują się internetem, to po prostu zapluwają się przed telewizyjnymi kamerami swoją chorą retoryką.
W rzeczywistości jednak, mają osobę Blidy, jej nieszczęście, jej śmierć, głęboko w nosie i, gdyby sobie wyobrazić sytuację, że ich emocje, z dowolnego powodu, zamiast płaczu zaczną wymagać śmiechu, to zamiast płakać, zaczną chichotać w ułamku sekundy.
Parokrotnie już wspominałem tu o tym, jak Jan Maria Rokita, gdy został ważnym ministrem w rządzie Hanny Suchockiej, natychmiast porzucił wszelką opozycyjno-solidarnościowo-niepodległościową wrażliwość i wpadł w stan takiego urzędniczego zbydlęcenia, że ani Mieczysław Rakowski, ani jakikolwiek komunistyczny aparatczyk, nie jest już w stanie do końca życia mu zaimponować.
Powiem coś jeszcze bardziej przykrego. Jestem przekonany, że jeśli człowiek o odpowiednio miękkim kręgosłupie etycznym – a takich u nas, i nie tylko u nas, legiony – zajmie odpowiednio prestiżowo umocowane miejsce, w ciągu jednej nocy jest w stanie choćby i zabić, by chwilę później z głupkowatym uśmiechem powiedzieć: Life is brutal, albo coś równie ohydnego i głupiego.
Przykład, którego wcześniej użyłem do ilustracji tego przykrego zjawiska, pokazuje, że nawet nie trzeba być politykiem, ani choćby tylko opłacanym propagandzistą jakiejś mniej lub bardziej kretyńskiej idei, żeby osiągnąć taki właśnie stan zdziczenia.
Wystarczy minimum. Absolutnie czyste minimum. Poczucie, że się należy do grupy tych lepszych, tych bardziej szlachetnych, tych ładniejszych – bo “kulturalnych”.
Powiem więcej. Czasem wydaje mi się, że właśnie ci kibice, ten rozdygotany motłoch, którego wzorowym przedstawicielem jest tu u nas w Salonie właśnie ktoś używający nazwy Galopujący Major, bywa najbardziej niebezpieczny. To dzięki nim, można przeprowadzić dowolną podłość i spokojnie liczyć na bezkarność.
Taki poseł Karpiniuk żyje z kłamstwa. Kłamstwo jest jego chlebem powszednim, szczególnie tu, gdzie teraz akurat się znalazł. Musi kłamać, bo w ten sposób utrzymuje swoją rodzinę. Jak trzeba, pójdzie pracować gdzie indziej. Czy to wciąż do polityki, czy – jeśli okaże się jakoś tam zdolny – do jakiejś może korporacji i będzie dalej robił, co mu szefowie powiedzą.
Mówimy jednak o zupełnie bezinteresownym tłumie. Tłumie, który nic nie musi. Tłumie, który tylko czuje i pragnie.
Bo ani najbardziej zdegenerowany polityk, ani nawet najbardziej sprzedajny dziennikarz nie jest w stanie tak pięknie wezwać do zbrodni, jak niektórzy członkowie tego tłumu:
“SORRY. LIFE IS BRUTAL”...

Czy Donald Tusk wierzy w Boga?

        Gdy chodzi o kardynała Rysia, czy wielu innych księży, biskupów, arcybiskupów i kardynałów, to często bywa tak, że czuję rozczarowan...