Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Powstanie Warszawskie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Powstanie Warszawskie. Pokaż wszystkie posty

piątek, 4 września 2020

Przemsa: Plan bliższy i dalszy

Każdego roku w rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego rozpoczyna się dyskusja na temat jego sensowności. Można powiedzieć, że jest wręcz naszą ogólnonarodową tradycją roztrząsanie, czy zrywu stolicy można było uniknąć i co by było gdyby jednak spokojnie poczekano na dalszy rozwój wypadków. Zapewne trochę spłycam, ale ostatecznie sprowadza się to do tego, że lansujący się na najprzenikliwszych, cynicznych realistów mówią o "obłędzie ‘44", a ich oponenci dowodzą, że wobec przyczajonych na prawym brzegu Wisły sowietów i tak specjalnego wyboru nie było. Gdzieś w tym wszystkim najczęściej gubią się sami powstańcy i wszyscy inni mieszkańcy Warszawy wymordowani w tych dniach przez Niemców. To, że oni sami niewiele mieli do powiedzenia i po prostu walczyli lub tylko umierali i godne czczenie ich pamięci jest jak najbardziej zasadne, schodzi niestety na plan dalszy.

Przypomniałem sobie o tym teraz wsłuchując się w dyskusje na temat Solidarności. Strajków i tego wszystkiego, co wydarzyło się po tym, gdy wezwany przez Papieża Jana Pawła II Duch Święty zstąpił i odnowił oblicze tej ziemi. Tak jak i w przypadku „powstaniosceptycyzmu” podkreślanie, że Godzina W zapoczątkowała obłęd za który odpowiedzialni są ludzie tacy jak generałowie Pełczyński, Komorowski i Okulicki, w dobrym tonie stało się dowodzenie, że Solidarność to tak naprawdę sterujący wszystkim z tylnego fotela kapusie, agenci i szpiedzy. Tutaj zatem jest podobnie. „Detal” taki, że Solidarność to w pierwszej kolejności miliony Polaków nie mających nic wspólnego z polityką, a tylko zdeterminowanych do tego, by przywrócić godność ojczyźnie i sobie, więc odpowiednio doniosłe czczenie tych wydarzeń jest naszym obowiązkiem umyka w ferworze walki wielkim specom od odkłamywania historii.

W tym miejscu wypadałoby wysilić się na jakąś puentę, ale w sumie ta wydaje mi się zbędna. Sądzę, że wyraziłem się wystarczająco jasno i nie przesadziłem z porównaniem, które przeceiż nie ma stawiać znaku równości między Powstańcami Warszawskimi i członkami pierwszej Solidarności, a tylko pokazać jak krzywdzącymi dla najważniejszych uczestników obydwu doniosłych wydarzeń – ich ofiar i często bezimiennych bohaterów - są uproszczenia stosowane przez krytyków Powstania oraz rewolucji Solidarności. Ciekawe tylko, czy frakcje „obłędu 44” i „Solidarności Bolków” tworzą ci sami ludzie. Jeżeli nawet nie, to jednak mentalnie zdaję się być w tym samym miejscu, więc śmiało można wrzucić ich do tego samego wora.

 

 przemsa

piątek, 2 sierpnia 2019

Co Marsjanie sądzą na temat naszej historii?


      Gdyby ktoś sobie myślał, że wczorajsze obchody 75 rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego potraktuję tak jak traktuję wszystkie – choćby nie wiadomo jak sensowne i autentyczne – wydarzenia, w tych trudnych czasach siłą rzeczy stanowiące głównie gest propagandowy, a więc puszczę sobie jakąś muzykę, a nad ową wzruszającą rocznicą zamyślę się wyłącznie na swój własny rachunek, jest w błędzie. Nawet ja bowiem znam granice i począwszy od wywieszenia flagi i kończąc na oglądaniu wieczornego koncertu na Placu Piłsudskiego, uczciłem ten dzień solidarnie z tymi, którzy takich jak ja dylematów nie mają.
       Obejrzałem więc jedną, drugą, trzecią i czwartą telewizyjną relację z tego co się działo w Warszawie w tym niezwykłym dniu i na dzisiejszy dzień mam dwie refleksje. Przede wszystkim ilość osób jakie się zgromadziły na Placu Piłsudskiego, by wziąć udział we wspomnianym wcześniej koncercie, te nadzwyczajne wręcz tłumy, ale też ich reakcja, każą mi myśleć, że mamy do czynienia z autentycznym ruchem i to ruchem, którego siły zlekceważyć ani my, ani oni, już nie jesteśmy w stanie. Pisałem już o tym jakiś czas temu na tym blogu, w nawiązaniu do kwestii patriotyzmu, który stał się czymś znacznie więcej niż doraźną modą, a dziś mogę już to wszystko tylko powtórzyć. Nieważne ile w tym jest szczerej miłości do Ojczyzny, a w jakim stopniu jest to efekt pewnej socjotechniki, faktem jest to, że dziś słowo „Polska” jest najzwyczajniej w świecie modne i to modne z wszelkimi owej mody atrybutami.
       Ale mam też kolejną refleksję. Otóż, oglądając transmisję z koncertu na Placu Piłsudskiego, doskonale czułem i rozumiałem zażenowanie, przechodzące we wściekłość, jaką w tym samym dokładnie w tym samym czasie musiał odczuwać – tak, tak – choćby ktoś taki, jak siedzący tam, wśród tych wszystkich ludzi, prezydent Warszawy, Rafał Trzaskowski. Rzecz bowiem jest w tym, że dziś znaleźliśmy się w miejscu, gdzie – jakkolwiek by się to mogło wydawać absurdalne – ci sami ludzie którzy uczestniczą w marszach LGBT, bronią niezależności sądów, nienawidzą Donalda Trumpa, wybuchają szyderczą radością na widok kolejnego pobitego księdza, drżą ze strachu, że już za chwilę dojdzie do tzw. Polexitu, czy choćby zwyczajnie, przy każdej kolejnej okazji głosują na każdego, kto zagwarantuje im to, że któregoś dnia obudzą się i dowiedzą, że własnie zmarł Jarosław Kaczyński, oni wszyscy, oglądając transmisję z tych uroczystości, czują wyłącznie obrzydzenie. Dla nich bowiem, to co o czym się gada w tym dniu, to przede wszystkim nudy na pudy, a poza tym coś, co stoi w kompletnej sprzeczności do tego, co powinien odczuwać Prawdziwy Europejczyk. Owszem, historia jest ważna, ale nie na tyle, by po 75 latach, zamiast patrzeć w przyszłość, oglądać te stare, ledwo żywe twarze powstańców, którzy, kiedy byli jeszcze dziećmi, okazali się tak głupio zaczadzeni ową myślą, że warto umrzeć dla Ojczyzny.  
       Czemu dziś o tym piszę? Częściowo oczywiście przez to, że te uroczystości miały faktycznie miejsce i one jak najbardziej zrobiły na mnie wrażenie, ale głównie chciałem podzielić się myślą smutną bardzo, tą mianowicie, że nawet jeśli okazja, w jakiej mieliśmy okazję w ten czy inny sposób uczestniczyć, nie jest w stanie  zasypać rany, jaka została uczyniona w społeczeństwie w minionych latach – a ja nie mam najmniejszych wątpliwości, że z tego nic już nie będzie – to znaczy, że podział, jaki wszyscy obserwujemy jest – przynajmniej dziś – nie do pokonania. Nie wiem, jak to długo potrwa, ale jestem głęboko przekonany, że przez długie jeszcze lata z jednej strony będziemy mieli tych, co wzruszają się na wspomnienie ofiary Powstania, a jednocześnie nie akceptują ekscesów LGBT i uważają gesty Donalda Trumpa pod adresem Polski za dowód na to, że Polska jest znowu wielka, a z drugiej całą resztę, która pozostaje solidarna z prześladowanymi przez faszystowskie państwo nauczycielami, nie może dojść do siebie po informacji, że marszałek Kuchciński woził swoją rodzinę za darmo samolotem, ale też nie mogą się już doczekać premiery nowego filmu Patryka Vegi.
      W moim głębokim przekonaniu, wszystkie role zostały bardzo dokładnie rozpisane, przez uczestników tego przedstawienia wyuczone na pamięć i do tego, co już zostało opisane, każdy kolejny dzień dokłada wyłącznie kolejne kwestie, znów cierpliwie i bardzo dokładnie zapamiętywane. Ja wiem, że to brzmi nadzwyczaj absurdalnie, ale uważam, że już prędzej ksiądz Boniecki zgłosi się do odpowiedniej instancji i złoży wniosek o przeprowadzenie wobec niego aktu apostazji, niż ta miła rodzina z sąsiedztwa, która od lat głosuje przeciwko Prawu i Sprawiedliwości, dojdzie do wniosku, że coś się im pomyliło i przestaną się oblepiać serduszkami Owsiaka.
      Czy to coś realnie zmieni? Na szczęście nic. Kierunek został już wytyczony i z niego zejścia nie ma. Natomiast musimy się przygotować na to, że wokół nas pojawi się nieco więcej autentycznych wariatów, w dodatku tych z gatunku niebezpiecznie agresywnych, i będziemy musieli się nauczyć jakoś z nimi postępować.



Przypominam wszystkim, że w księgarni pod adresem basnjakniedzwiedz.pl, wśród wielu znakomitych tytułów, są też i moje książki, które z czystym sumieniem mogę każdemu polecić. O szczegóły proszę pytać mnie osobiście pisząc na adres k.osiejuk@gmail.com.
 

niedziela, 6 sierpnia 2017

Niemiectwo

 Zgodnie z naszym nowym zwyczajem, niedzielna notka powinna być wspomnieniowa, tym razem jednak wspominamy niejako podwójnie, najpierw rok 2009, a następnie 2016. A ponieważ obchodzimy rocznicę masakry na Woli, myślę, że pozostajemy jak najbardziej w temacie. Zapraszam:

       

      Moja wczorajsza notka na temat rzekomego polskiego szowinizmu wywołała skromną dyskusję i w pewnym momencie przypomniałem sobie scenę sprzed lat, o której w ferworze dziejów jakoś zapomniałem. Otóż w roku 1980 wyjechałem po raz pierwszy w życiu na Zachód, a konkretnie do Frankfurtu nad Menem. Dlaczego tam? Bez specjalnie istotnej przyczyny. Podczas jakiejś uroczystości z okazji rocznicy matury spotkałem dawną koleżankę, która tam wcześniej zamieszkała, ona mnie do siebie zaprosiła, no i wylądowałem w tych Niemczech, przede wszystkim oczywiście z nadzieją znalezienia jakiejś pracy i za zarobione pieniądze kupienia sobie kilku płyt. Taki to był czas i takie marzenia.
        Zajechałem więc do tych Niemiec i któregoś dnia, siedząc sobie w okolicznym barze poznałem pewnego Niemca o imieniu – daję słowo, że nie zmyślam – Klaus i trochęśmy się zaprzyjaźnili. Pewnego wieczora siedzieliśmy sobie w knajpie, gadaliśmy o życiu i nagle od stolika obok wstał jakiś Niemiec i odezwał się do mnie w następujący sposób: „If you are in Germany you must speak German”. On był oczywiście trochę pijany, ja byłem w towarzystwie, a więc nie specjalnie się wystraszyłem, no i to pewnie sprawiło, że bez chwili zastanowienia, odpowiedziałem mu, że jest mi bardzo przykro, ale ponieważ jestem z Polski, to po Niemiecku umiem tylko powiedzieć, że arbeit macht frei. Pamiętam to do dziś. Niemiec najpierw zdębiał, potem się zaczerwienił, następnie zaczął się jąkać, a w końcu się tłumaczyć, że on osobiście do Hitlera ma stosunek co najmniej ambiwalentny.
     Kiedy dziś, kolejny już dzień słucham tego całego jazgotu na temat owego profesora uniwersytetu, który za to, że w miejscu publicznym używał języka niemieckiego, dostał z klasycznego byka w czoło, pierwsze co mi przychodzi do głowy, to to, że jemu w konfrontacji z owym kibolem-patriotą zabrakło odpowiedniego argumentu. No bo jak on, biedaczek, miał się zachować wobec tego typu agresji? Informując, że Jarosław Kaczyński to „Eine Kartoffel”? Przecież nie.
      Ale jest jeszcze coś, o czym sobie dziś przypomniałem. Otóż w jednym ze swoich  niedawnych tekstów Coryllus zauważył, że jedyna powszechnie rozpoznawalna niemiecka marka to Adolf Hitler. Nie jakiś Bosch, Siemens, czy nawet BMW. Co do każdego z nich bowiem zawsze istnieje podejrzenie, że za tym stoją Hindusi, czy Szwedzi. Gdy chodzi o Hitlera, każdy w miarę przytomny obywatel świata wie, że Niemcy to Adolf Hitler. A zatem, wygląda na to, że ze względów ściśle historycznych, nasza pozycja wobec nich jest na tyle silna, że nawet jeśli ja będę siedział cały dzień w oknie i spluwał na głowę każdemu przechodzącemu obok mojej kamienicy Niemcowi, nikt nie jest w stanie wypowiedzieć przeciwko mnie jednego słowa, oczekując, że ja je potraktuję z powagą. Tak to już jest i nie ma takiej ludzkiej siły, która może tu cokolwiek zmienić.
     Korzystając z okazji, chciałbym dziś przypomnieć swój tekst, który osobiście uważam za jeden z lepszych, jakie w życiu napisałem, a którego tytuł w dzisiejszej okolicznościach nie mógłby być bardziej adekwatny – Niemiectwo.


      W jednym z niedawnych wpisów, wspomniałem mojego dziś już nieżyjącego wujka, który stanowił dla mnie zawsze źródło przeróżnej wiedzy i inspiracji. Wprawdzie mam bardzo poważne wątpliwości, czy gdyby on trafił na te moje teksty, byłby ze mnie zadowolony, nie zmienia to jednak faktu, że to wybitny człowiek i – jak mówię – kopalnia wspomnień. Musi mi więc brat mojej Mamy wybaczyć, że go tu wykorzystam.
      Kiedy wybuchła wojna, wujek miał 6 lat i mieszkał w maleńkiej wiosce nad Bugiem. Któregoś dnia przez wieś przejeżdżały okupacyjne oddziały niemieckie i żołnierze postanowili zatrzymać się obok naszego domu. Ponieważ wyglądali jak żołnierze, mieli dużo wojskowego sprzętu i w ogóle stanowili bardzo egzotyczną odmianę w życiu małego chłopca, wujek mój – właśnie jak to dziecko – polazł tam za płot, żeby popatrzeć na wszystko, co się tam działo. W pewnym momencie, jeden z Niemców, przechodząc obok mojego wujka – ot tak sobie, z rozpędu – walnął go w twarz tak mocno, że wujek się wywrócił, a następnie z płaczem pobiegł do swojego ojca, a mojego dziadka. Opowiada mi wujek, że dziadek był bardzo dumnym i dzielnym człowiekiem, który w sytuacjach tego typu niesprawiedliwości zawsze reagował honorowo. A więc i tym razem, wziął mojego wujka za rękę i poszedł do dowódcy tych żołnierzy, żeby powiedzieć mu co się stało. Niemiecki oficer wysłuchał relacji dziadka, powiedział, że rozumie jego wzburzenie, ale z formalnego punktu widzenia, nie ma powodów do interwencji. Polska jest krajem okupowanym, Polacy mają prawa bardzo ograniczone, więc takie rzeczy mogą się zdarzać.
       Opowiada mi wujek, że on do dziś, bardzo intensywnie, pamięta z tego zdarzenia jeden szczegół. On stał tam z dziadkiem, dziadek obejmował go swoimi wielkimi, mocnymi ramionami, przed nimi stał ów niemiecki oficer, a wujek czuł, jak dziadkowi drżą ze zdenerwowania dłonie.
      Kiedy wojna się skończyła, wujek mój twierdzi, panowało na wsi powszechne przekonanie, że z powodu tego, co Niemcy zrobili światu, niemieckie państwo przestanie istnieć. Dobrzy ludzie bardzo szczerze wierzyli, że cały teren, który dotychczas był zamieszkały przez Niemców zostanie zaorany, a na tej ziemi posadzi się kartofle. Co się miało stać z samymi Niemcami, o tym już nikt nie myślał. Nikt się nad tym nie zastawiał, i – prawdę powiedziawszy – każdy miał tę kwestię głęboko w nosie.
       Od zakończenia wojny upłynęło już niemal 65 lat i – jak widzimy – z sobą i ze swoją historią Niemcy poradzili sobie zupełnie dobrze. Co ja mówię, zupełnie dobrze? Wręcz znakomicie! Nie dość, że powoli, ale konsekwentnie przestali się czerwienić na dźwięk słowa „wojna”, nie dość, że przestali się nerwowo wiercić na wspomnienie o tym, co się im zagnieździło pod tymi nordyckimi czołami w pewnym momencie ich dziejów, nie dość, że się zaczęli nagle w sposób zupełnie niewyobrażalny rozpychać, to ostatnio – jak się dowiaduję – niektórzy z nich nabrali na tyle odwagi, że zaczynają mi tłumaczyć, że w gruncie rzeczy cały ten chwilowy sukces ich chorego projektu, nie mógłby być w połowie tak spektakularny, gdyby nie aktywna współpraca ze strony tych wszystkich, których oni postanowili złapać za kark i wdusić w ziemię. Jak się dowiadujemy, niemiecki tygodnik „Der Spiegel” przedstawił ostatnio listę tych, z którymi Niemcy życzą sobie dzielić winę za to wszystko, co się stało przed 70 laty. A na tej liście znalazł się również mój Dziadek, moja Babcia, moja Mama, mój Tata, a może nawet i mój Wujek. Może nawet i On.
      Słucham w telewizji wyjaśnień jednego z akredytowanych w Polsce korespondentów niemieckiej prasy, którego nazwiska akurat nie chce mi się pamiętać, a który tłumaczy mi, że nic takiego się nie dzieje. Że to z czym mamy do czynienia, to część zwykłej, historycznej debaty, która się toczy w całej Europie. Staram się jakoś zrozumieć ten dziwny skręt chorego umysłu. Staram się wyobrazić, co mógł mój dziadek zrobić, żeby dziś ten Niemiec potrafił wykrzesać z siebie nieco więcej szacunku do Polski i się zamknął. I jedyne co mi przychodzi do głowy, to tylko to, że miał zamiast trząść tymi swoimi polskimi, chłopskimi dłońmi, wziąć nóż i poderżnąć Szwabowi gardło.
      No a przede wszystkim – choć boję się że to już zdecydowanie za późno – może warto by było wrócić do pomysłu z kartoflami.


Wszystkich jak zawsze zapraszam do księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl,  gdzie można kupować moje książki. Bardzo polecam.


wtorek, 1 sierpnia 2017

Czy Powstanie było spoko?

      Siedzieliśmy sobie wczoraj – już tylko niestety – w trójkę, oglądaliśmy w TVP film o Powstaniu Warszawskim i naturalnie, po raz nie wiadomo już który, musiała wrócić kwestia, czy było warto. Setki tysięcy ofiar, kompletnie zniszczone wielkie europejskie miasto, porażka pod każdym możliwym względem… czy było warto? Ja wiem, że ostatnio, z różnych naprawdę względów, znaczna część tych notek, to wspomnienia, jednak mamy kolejną rocznicę Powstania Warszawskiego, ja mam bardzo silne poczucie, że muszę coś w tym temacie powiedzieć, a wiem, że już i tak nie wymyślę nic mądrzejszego, niż to, co mi się już powiedzieć zdarzyło przed laty. Oto zatem, nieco przeedytowany, fragment tekstu jeszcze z roku 2009. Bardzo proszę.

      Sobota 1 sierpnia, a tu mi przyszło być w Warszawie. Poszedłem pod Pomnik z kolegą, którego teściowa walczyła w Powstaniu i została zaproszona na rocznicowe uroczystości. Pod Pomnikiem ustawiono rzędy krzesełek dla przybyłych z całego świata powstańców. Było gorąco, harcerze rozdawali wodę i parasolki, staruszkowie zajmowali przygotowane dla nich miejsca. W pewnym momencie okazało się, że powstańców jest więcej niż miejsc, a więc ktoś zaapelował do siedzących, by „jeśli kto się czuje silny duchem i ciałem, ustąpił miejsca”. Wstała tylko jedna, dosłownie jedna, kobieta. Wśród „powstańców” widziałem dobre kilkanaście pań w wieku średnim, o wyglądzie urzędniczek warszawskiego Ratusza, które nie zechciały ruszyć swoich tyłków nawet wtedy gdy nagle niemal wniesiono bardzo już starą kobietę w powstańczym mundurze. Miejsca jej ustąpił jeden ze staruszków-powstańców. O co mi chodzi? O nic. Tak sobie gadam.
      Powstanie Warszawskie. Pod moim poprzednim wpisem napisał ktoś, że o Powstaniu nie da się już nic powiedzieć. Nieprawda. Ja mam bardzo dużo na ten temat do powiedzenia i wcale nie sądzę, żeby moje słowa miały się okazać jakoś tam trywialne. Poszedłem też w tamtą sobotę na Powązki. Takiego tłumu nie widziałem od czasu wizyty Papieża. Po co ci ludzie tam przyszli? Bo była ładna pogoda i nie mieli co z sobą zrobić? Czy oni tam chodzą co rok, bo tak wypada, czy może czują to co ja czuję? Czy w przyszłym roku też tam przyjdą, czy może posłuchają czarnej mowy telewizora i za rok zostaną już w domu? Mam tu swoje podejrzenia, ale tak naprawdę nie wiem, jak to jest. Faktem jest, że kiedy obserwowałem te tłumy, to się wzruszyłem. No i przydarzyło mi się coś jeszcze. Poszedłem – tak się złożyło, że po raz pierwszy w życiu – pod te brzozowe krzyże, zrobiłem im parę zdjęć, a później, wiedząc, że prawdopodobnie jedyną szkolną lekturą, jaką przeczytała moja ukochana córka były „Kamienie na szaniec”, wysłałem jej zdjęcie grobu Rudego i Alka, swoją drogą, ludzi, którzy, jak wiemy, z Powstaniem Warszawskim nie zdazyli mieć cokolwiek wspólnego. A ona mi odpisała tak: „Oj, oni byli spoko”. No to jej wysłałem jeszcze jedno, z grobem Tadeusza Zawadzkiego i ona znów od razu odpisała: „O, on też był spoko”.
     Dziś, w dyskusji o Powstaniu, czytam wywiad dla Rzepy z Tomaszem Bagińskim, reżyserem, który mówi, że w momencie, kiedy w Powstaniu zginęło 200 tys. ludzi, to jego w ogóle przestaje interesować kwestia, czy samo Powstanie było słuszne, czy nie. I ja uważam, że to co on mówi jest wyjątkowo mądre. I uważam też, że słowa wyesemesowane do mnie przez moją młodszą córkę – pewnie niechcąco – ale też są bardzo mądre. Ale nie tylko mądre. Są też bardzo ważne, bardzo symboliczne i bardzo w tej swojej symboliczności szlachetne. I nawet jeśli tylko one miałyby stanowić wartość i sens tego mojego dzisiejszego wpisu – a przy okazji dowód na głęboki sens Powstania Warszawskiego – to niech tak będzie.

Zapraszam wszystkich do księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, gdzie są do kupienia moje książki. Polecam szczerze.


piątek, 15 lipca 2016

Gdy Smoleńsk przestał być sprawą polityczną

Do kolejnej rocznicy Powstania Warszawskiego zostało nam jeszcze trochę czasu, a zatem to, w jaki sposób tegoroczne uroczystości zostaną ostatecznie zorganizowane, wiedzieć nie możemy, natomiast osobiście mam wielką nadzieję, że wbrew naciskom płynącym z każdej niemal strony, rząd nie ustąpi i 1 sierpnia Apel Poległych w Smoleńsku zostanie odczytany. I tu od razu chciałbym się zwrócić do wszystkich z prośbą, by tej mojej deklaracji nie odbierali, jako wyrazu przekonania, że za decyzją ministra Macierewicza, a niewykluczone, że nie tylko i nie przede wszystkim, stoi przebłysk wyjątkowego geniuszu, albo jakiejś szczególnej wrażliwości, bo tak nie jest. Osobiście bym wolał, żeby, kiedy decyzja o tegorocznym sposobie uczczenia rocznicy Powstania była podejmowana, oni akurat na tę chwilę o Smoleńsku zapomnieli. Zdecydowanie bardziej byłbym zadowolony, gdyby, gdy chodzi o Smoleńsk, oni akurat troszeczkę zwolnili. Chodzi o to, że my wszyscy potrzebowaliśmy naprawdę wiele lat, by wbrew najpierw propagandzie komunistycznej, a ostatnio uprawianej przez publicystów w rodzaju Piotra Zychowicza, uznać ofiarę Powstania za świętość, która jest poza wszelką historyczną debatą, i dziś naprawdę nie ma najmniejszego powodu, by tu właśnie otwierać kolejne fronty. A zatem, z mojego punktu widzenia, jeśli dziś, po obu fantastycznych, ubiegłorocznych zwycięstwach wyborczych mamy cokolwiek zmieniać w oprawie świętowania owej ofiary, dobrze by było na przykład, by tym razem pod żadnym pozorem nie wpuszczać tam jakiegoś Waglewskiego, Janerki, Budzyńskiego, czy rodziny Pospieszalskich, a więc tej bandy zużytych cwaniaków, którzy jedyne co tak naprawdę potrafią, to skutecznie się podpinać pod tego typu okazje. Ostateczne oderwanie tych nieudaczników od organizacji różnego rodzaju patriotycznych uroczystości byłoby jedynym godnym rozwiązaniem. Tu nie chodzi o to, by nie wpuścić tam Antoniego Macierewicza z kompanią honorową, ale o to, by wyrzucić na zbity pysk te szarpidruty z ich niby patriotyczną produkcją. I niech nikt mi nie mówi, że bez nich to wszystko by było puste i smutne. Istnieją dziesiątki sposobów, by ten dzień był dniem narodowego triumfu, dumy i radości, a nie jeszcze jednym tak zwanym „występem”. Wystarczy tylko odrobina zaangażowania.
No ale nie o tym rozmawialiśmy. Chodzi o to, że minister Macierewicz postanowił, że przy okazji rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego będziemy wspominać tych, co polegli w Smoleńsku i podniósł się odpowiedni rwetes. A mnie akurat ani w głowie, by się do tego przyłączać, przede wszystkim z powodów, które już wcześniej wyłuszczyłem. Jestem mianowicie przekonany, że skoro rok temu na uroczystościach z okazji rocznicy Powstania nikomu nie przeszkadzały występy jakiejś Justyny Święs, to niech się łaskawie odpieprzy od 96 zamordowanych – właśnie tak, zamordowanych – w Smoleńsku.
Ale jest jeszcze coś, i ja to traktuję jako kwestię czysto osobistą. Rzecz w tym, że minione 6 lat to dla mnie czas tak strasznego wstydu, który musiałem znosić z tego powodu, że moja Polska potraktowała Smoleńsk jak jeszcze jedną ciekawostkę z dawnych milicyjnych kronik, że dziś jestem gotów nie mrugnąć okiem, nawet jeśli ktoś zaproponuje, by wspomnienie o Smoleńsku w polskim hymnie zastąpiło fragment zawierający frazę o „szwedzkim zaborze”. Minione sześć lat to czas, kiedy te 96 osób poległych w Smoleńsku cierpiały takie upokorzenia, między innymi z inspiracji tych, którzy dziś tak zajadle walczą o godne upamiętnienie powstańców Warszawy, że osobiście nie widzę żadnego sposobu, by im to wynagrodzić. To jak myśmy ich traktowali przez te sześć lat, to przykład barbarzyństwa, przy którym nic się nie ostanie, a już na pewno nie Apel Poległych pod Smoleńskiem z okazji rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego.
Większość z czytelników tego bloga z całą pewnością wie, co tak naprawdę się wydarzyło rankiem 10 kwietnia 2010 roku w Smoleńsku, a wie to również dlatego, że w ogóle wie więcej, niż przyzwyczailiśmy się sądzić, że świat wie. No a skoro tak, skoro faktycznie wiemy, co tam się wydarzyło, w moim odczuciu nie mamy żadnego powodu, by nagle się tu popisywać tak zwanym zdrowym rozsądkiem, czy już nie daj Boże, zdolnością politycznej kalkulacji, a już zwłaszcza gdyby miało się to wiązać z wycofywaniem z góry upatrzonych pozycji.

Przypominam, że na youtubie pod adresem https://www.youtube.com/watch?v=QsI32_YCtI0 można wysłuchać i obejrzeć wywiad, jakiego udzieliłem Organizatorom.

poniedziałek, 3 sierpnia 2015

Savoir vivre, czyli dlaczego nie wypada chować się na cmentarzu przed gwizdami

Nie umiem sobie dziś przypomnieć, który to był rok, kiedy Jerzy Owsiak po raz pierwszy kazał uczestnikom tak zwanego „Przystanku Woodstock” uczcić pamięć o Powstaniu Warszawskim i jego bohaterach, a tym bardziej nie umiem powiedzieć, czy to on akurat był tym pierwszym, który postanowił przejąć od nas tę narrację i rozpocząć wieloletni proces jej zawłaszczania, pamiętam jednak świetnie zarówno tamto lato, jak i cały kontekst owej hucpy, bardzo dobrze. A zatem pamiętam przede wszystkim Polskę, w której jakiekolwiek demonstrowanie przywiązania do wartości narodowych, było powszechnie – a mam tu na myśli zarówno polityków, jaki i media, czy wreszcie propagandowo eksploatowaną kulturę popularną – wyszydzane, a często traktowane jako wynaturzenie, i wcale nie mówię tu przede wszystkim o świętowaniu takich okazji, jak rocznica Powstania Warszawskiego, ale o zwykłych gestach w postaci wywieszania biało-czerwonej flagi, czy przyjmowaniu uroczystej postawy przy okazji hymnu państwowego. No, ale pamiętam oczywiście tamten „Woodstock”, kiedy to wszystkim nam odjęło wręcz mowę na widok owej wielusettysięcznej, uświnionej w tym błocie, często pijanej, czy niekiedy wręcz zaćpanej hałastry, wysyłającej na wezwanie swojego mistrza jakieś niby-światełka ku niebu, no i jego samego wrzeszczącego, że oto wszystkie tamte zamordowane w Powstaniu Warszawskim dzieci patrzą z nieba na ten cały syf i czują już jedynie dumę i wdzięczność.
Pamiętam tamten dzień i nie zapomnę go już nigdy, podobnie jak nie zapomnę bezsilnej rozpaczy, która mnie wówczas ogarniała.
Jak mówię, trudno jest mi dziś sobie przypomnieć, który to był rok, kiedy Owsiak postanowił odstawić ten swój upiorny cyrk, natomiast dziś wszyscy już widzimy, że od tego czasu owa maskarada stała się powszechnie uznawaną tradycją i nie można sobie wyobrazić dowolnej medialnej relacji z obchodów tego święta, bez próby skierowania naszej uwagi na to, co się dzieje tam, w tym czarnym błocie, kurzu i w tej ludzkiej nędzy. Ale, jak wiemy, przez te wszystkie lata stało się coś jeszcze. Doszło mianowicie do sytuacji, w której tak naprawdę prawdziwie szczerymi i serdecznie zaangażowanymi czcicielami narodowych wartości stali się ci, którzy wcześniej, przez wiele długich lat, na dźwięk słowa „Polska” w najlepszym wypadku wzruszali ramionami, ale też znacznie częściej wykrzywiali twarze w gniewnym szyderstwie. Stoją więc oni dziś przed nami i uznają za stosowne nas pouczać, jak to Polska jest naszą wspólną wartością i że nie wolno nikogo wyłączać z narodowej wspólnoty.
Stoją oni – dokładnie ci sami co wtedy i ci sami co zawsze – kiwają z jak najbardziej szczerą powagą dokładnie tymi samymi co zawsze łbami i mówią nam, byśmy się jednak może zreflektowali i przestali na nich gwizdać i buczeć, bo to naprawdę ani okazja ani miejsce odpowiednie po temu, by urządzać tego typu demonstracje. No i pytają, dlaczego? O cóż wam wszystkim chodzi? Skąd te pretensje? Czym myśmy sobie zasłużyli na takie traktowanie? Czyżbyśmy byli gorszymi Polakami?
I ja przyznaję, że nie jest łatwo na tę bezczelność odpowiednio mocno zareagować z dwóch względów. Przede wszystkim, nie da się zaprzeczyć, że w ogóle nie jest łatwo argumentować, dlaczego pewna część społeczeństwa znalazła się poza jego nawiasem w sensie przynależności definiowanej patriotycznie. Tu jednak też nie jest łatwo odwoływać się do świadectw historii, jako że owa wspomniana wcześniej antypolska kampania nigdy nie była prowadzona na poziomie dosłowności, którą można opisać przy pomocy paru obrazów i kilku zdań. To zawsze raczej chodziło nie tyle o słowa, czy o poszczególne twarze, co o owo wyłażące zewsząd szyderstwo i pogardę. No i też nie jest łatwo wziąć któregoś z nich za ucho i zażądać, by nam opowiedział, jak to on pięć, dziesięć, czy piętnaście lat temu czcił pamięć polskich bohaterów. No a poza tym wreszcie sam temat, jak każdy związany z osobistymi, często skrywanymi głęboko w sercu wzruszeniami, nie nadaje się do publicznego roztrząsania.
Całym szczęściem, ten blog ani nie jest ograniczony żadnymi konwenansami, ani też jego autor nie ma żadnego powodu, by dbać o swoją reputację kosztem prawdy, więc nie widzę najmniejszych przeszkód, by powiedzieć, dlaczego ja nie mam żadnego problemu z ludźmi, którzy od lat, w każdą rocznicę wybuchu Powstania przychodzą tam, gdzie próbują się lansować ci, dla których Polska nigdy nie była niczym więcej, jak zaledwie wstydliwie ukrywaną informacją w paszporcie, i na nich gwiżdżą, wrzeszczą, buczą, a może i plują. I ani mi w głowie, by się tu jakoś szczególnie napinać i w żywe oczy kłamać, że cmentarz to nie jest odpowiednie miejsce do demonstracji. Ile razy bowiem widzę choćby tego oszusta Owsiaka i tę jego sektę, jak bezczeszczą pamięć naszych bohaterskich żołnierzy i widzę tę naszą bezradność, myślę sobie, że tak naprawdę to jest wszystko, co nam zostało: spróbować tam pójść i zagłuszyć ich naszą pogardą.

Zapraszam wszystkich do księgarni pod adresem www.coryllus.pl, a jeśli komuś przyszło do głowy kupić sobie pierwszy wybór felietonów z tego bloga, proszę o kontakt pod adresem toyah@toyah.pl. Mamy tu jeszcze kilka egzemplarzy. Dedykacja w cenie.

No i jeszcze jeden, absolutnie wyjątkowy apel. Gdyby komuś akurat zbywało, miał jeszcze w pamięci numer konta, który tu kiedyś umieszczałem, a powyższy tekst uznał za odpowiednio isnspirujący, bardzo proszę o ten jeszcze jeden gest. Miniony lipiec zostawił nas na krawędzi.

niedziela, 2 sierpnia 2015

Warszawskie dzieci, czy jeszcze raz o ludziach z tatuażami

Zdaję sobie sprawę z tego, że ktoś owo wyznanie może uznać za kokieterię, ale daję słowo, że nawet jeśli mi się niekiedy zdarza robić miny, tym razem jestem całkowicie szczery. Otóż ja rzeczywiście nigdy w życiu nie miałem okazji wysłuchać choćby jednej sekundy muzycznej produkcji Wojciecha Waglewskiego. I wcale nie chodzi o to, że Waglewskiego akurat z jakichś pozamuzycznych względów szczególnie nie lubię i postanowiłem go bojkotować. Nie. Gdybym miał podać powody mojej niekompetencji, gdy idzie o twórczość Waglewskiego, nic poza tym, że go nigdy nie miałem okazji usłyszeć, by mi do głowy nie przyszło. A przecież nie jest tak, że ja generalnie słucham tylko tego, co lubię, albo to co lubią moje dzieci. Nic podobnego. Osobiście jestem otwarty na najróżniejszego rodzaju dźwięki, a w dodatku moja dusza badacza niekiedy wręcz zmusza mnie do tego, by się rzucić na kogoś takiego jak Paweł Kukiz, Muńka Staszczyka, czy nawet Natalię Przybysz. Waglewskiego nie słuchałem nigdy.
A muszę przyznać, że przez te wszystkie lata, od kiedy jego nazwisko zaczęło krążyć w przestrzeni popularnej, miałem naprawdę wiele powodów, by go spróbować sprawdzić. Przede wszystkim przez to, że Waglewski niemal od samego początku funkcjonował jako zjawisko w polskiej muzyce rozrywkowej wyjątkowe, ale również ze względu na to, że on przez samą branżę był traktowany z wyjątkową estymą. Później jeszcze pojawił się ten jego syn ze swoim hiphopowym projektem i to w pewnym sensie poszerzyło scenę samemu Waglewskiemu. A tu nic. Tak się wszystko wokół mnie układało, że – skoro mowa o tych tak zwanych „intelektualistach” – słuchałem Ciechowskiego, Janerkę, Świetlickiego, nawet Nosowską. Waglewski dla mnie istniał wyłącznie jako nazwisko i legenda.
I proszę sobie wyobrazić, że wczoraj, niemal zupełnym przypadkiem, wysłuchałem w telewizji fragmentu specjalnego koncertu, który z okazji rocznicy Powstania Warszawskiego zorganizowało Muzeum Powstania, i którego głównym wykonawcą był właśnie Wojciech Waglewski. Z tego co słyszę, poza stałą obecnością na scenie, to również Waglewski właśnie był autorem wszystkich piosenek, oraz artystycznym pomysłodawcą całego przedsięwzięcia. To on ułożył program koncertu, on wyznaczył jego poszczególnych uczestników i jeśli dziś mówi się o owym muzyczno-patriotycznym projekcie, to pierwszym nazwiskiem, jakie się w tym kontekście wymienia, jest nazwisko Waglewskiego.
Otóż chciałem z pełną odpowiedzialnością stwierdzić, że te w sumie 10 czy 15 minut z całości – a i to w odpowiednio krótkich fragmentach – które udało mi się wytrzymać, to było absolutnie najgorsze muzyczne wrażenie, jakiego miałem okazję doświadczyć. Jakiś czas temu zdarzyło mi się komentować muzyczne umiejętności i estradową sztukę Pawła Kukiza i złośliwie napisałem mu, że od niego wybitniejszym artystą jest nawet Zbigniew Hołdys. Niedawno jechałem jakimś busem, z radia leciała piosenka Muńka Staszczyka pod tytułem „I love you” i ja sobie natychmiast pomyślałem, że to jest najgorsza piosenka, jaka kiedykolwiek powstała na rynku polskiej muzyki popularnej. Pamiętam też, jak tu na blogu komentowaliśmy produkcję jakichś satanistów naśladujących amatorską twórczość spod znaku „Mahogany Sessions”. To co wczoraj pokazał Wojciech Waglewski jest gorsze od tego wszystkiego zebranego do kupy i puszczonego z adapteru bambino.
Nie wysłuchałem do końca owej patriotycznej prezentacji, bo raz, że nie miałem sił, a dwa że faktycznie musiałem wyjść ze sprawami. Kiedy już byłem w drodze, dostałem esemesa od mojego syna, w którym ten mi napisał, że koncert się skończył, a Waglewski na zakończenie żartobliwie rzucił, co następuje: „I to by było na tyle. Bardzo dziękuję, że państwo wpadło”. I ja oczywiście bardzo się cieszę, że on tak właśnie postanowił zamknąć ten występ, bo to wyjaśnia właściwie wszystko. Oto bowiem głos muzyka i kompozytora, który kiedy się go prosi, by napisał kilka piosenek na zadany temat, jedyne co potrafi, to odstawić jakiś żałosny kabaret oparty o parę muzycznych wygłupów. Ale w tym wypadku mamy coś znacznie ważniejszego. Rozmawialiśmy tu niedawno o tym, że patriotyczno-narodowa narracja, której od lat zdawaliśmy się być nieustraszonymi głosicielami, w celach jeszcze nie do końca rozpoznanych, jest stopniowo przejmowana przez środowiska Polsce nieprzyjazne. Mówiliśmy o tym i byliśmy oczywiście to tu to tam krytykowani, że jak zwykle jesteśmy chorobliwie nieufni i że przy tego typu postawie skazujemy się na to, że zostaniemy z owej wspólnej patriotycznej platformy zepchnięci. No i na to przychodzi Wojciech Waglewski, urządza ten swój żałosny cyrk, a na koniec bezczelnie rzuca owo szydercze „państwo wpadło”.
No ale nie o tym miałem pisać. Przede wszystkim chodziło mi o to, by ogłosić, że wreszcie udało mi się usłyszeć Wojciecha Waglewskiego na scenie i czuje się dokładnie tak, jak po obejrzeniu zwiastuna kolejnej wybitnej polskiej komedii z Cezarym Pazurą w roli głównej. Ale przy tej okazji chciałbym przypomnieć, jak to już nieco ponad rok temu napisałem tu o pewnej Jadźce, która stoi na progu decyzji, czy swoje życie poświęcić pracy lekarza, czy rozwijać swoje talenty muzyczne. Pisałem tu o owej Jadźce i, nawet nie mając odwagi, by jej cokolwiek sugerować, wyraziłem opinię, że Jadźka to artystka o potencjale w Polsce niespotykanym… potencjale, który jej branża wybije z głowy zanim ona się zorientuje, co się dzieje. Nie wiem, co słychać u niej dziś, poza tym, że wciąż gdzieś tam śpiewa, natomiast jestem pewien, że gdyby dyrekcja Muzeum Powstania Warszawskiego to u niej zamówiła projekt, który zleciła Waglewskiemu, być może mielibyśmy dziś naprawdę wiele powodów do wzruszeń. Dlaczego? Bo Jadźka to prawdziwa artystka, osoba wrażliwa, no i z tego co wiem, prawdziwa polska patriotka, a nie jakiś bałwan z tatuażem na karku, dla którego słowo Polska to „państwo które wpadło”.


Zachęcam wszystkich do kupowania moich książek, które są do nabycia w księgarni pod adresem www.coryllus.pl. A teraz posłuchajmy Jadźki







piątek, 1 sierpnia 2014

O miłosierdziu, o sprawiedliwości i niewdzięcznych jeńcach

Właśnie przypominał mi się absolutnie wyjątkowy, genialny zupełnie film braci Coen pod tytułem „Ścieżka strachu”. Czemu ten film jest genialny, wyjaśniać nie trzeba, natomiast jego wyjątkowość polega na tym, że w moim pojęciu, jest to jedyny film, który z jednej strony jest absolutnie wybitny, a jednocześnie zupełnie nie do oglądania. I to wcale nie na takiej zasadzie, jak wybitne, a jednocześnie nie do oglądania są filmy Bergmana czy Kieślowskiego, ale chodzi o to, że to jak ci Żydzi pokazują ludzki upadek jest tak doskonałe, że aż nie do zniesienia. Dosłownie.
Mamy zatem tę scenę, kiedy to Gabriel Byrne wyprowadza do lasu Johnny’ego Turturro, aby wykonać na nim wyrok, a Turturro pada na kolana i błaga Byrne’a, by mu darował życie. I nie błaga tak, jak my to tutaj sobie potrafimy wyobrazić, ale błaga tak, jak to tylko bracia Coen potrafili zainscenizować… no i w efekcie owego błagania, Byrne się ugina i daruje temu biedakowi życie.
Przypomniała mi się więc ta leśna scena, ale zanim wyjaśnię w czym rzecz, pozwólmy, proszę, by nam ona na chwilę standardowo bardzo wygasła. A więc… fade-out.
Nie wiem, czy o tym tu już wspominałem, ale tak się jakoś złożyło, że nie jedno, nie dwoje, ale wszystkie moje dzieci są bardzo zaangażowane w to, co się dzieje na świecie, który się rozciąga poza ich prywatnym światem, złożonym najczęściej z Facebooka i codziennych zmartwień i radości. Oto więc wczoraj, z samego rana, moja starsza córka, szczęśliwie w pracy, wysłała mi mail z linkiem do rozmowy, jaką na portalu wp.pl przeprowadzono z niejakim Stanisławem Likiernikiem, jednym z bohaterów Powstania Warszawskiego, a ja dziś w ten oto sposób, dzięki aktywności mojego dziecka, też mogę się dołączyć do dyskusji o Powstaniu Warszawskim w jego kolejną rocznicę.
Stanisław Likiernik wprawdzie skupia się przede wszystkim na zamachu na pewnego niemieckiego mordercę Karla Schmalza, znanego pod pseudonimem „Panienka”, niemniej w pewnym momencie opowiada, jak to likwidując owego Schmalza, on i jego koledzy darowali życie innemu Niemcowi. A było tak:
Nie zabiliśmy jednego z Niemców, który też był Bahnschutzem, ale udawał cywila. Płakał, błagał, żeby go oszczędzić. Wykazaliśmy się humanitaryzmem, za co życiem zapłacił Kazimierz Jakubowski ‘Kazik’. Ten, którego zachowaliśmy, przypadkiem poznał go, bodajże w tramwaju, i wydał Niemcom. Potwornie ‘Kazika’ torturowano”.
Wysłało mi moje dziecko ten link, ja zapoznałem się z całością tego, co pod nim było ukryte, w tym oczywiście z powyższym fragmentem, i w wolnej chwili siedliśmy sobie i zaczęliśmy się zastanawiać, jak to naprawdę jest z tym słynnym braniem jeńców. Jakie boskie, czy choćby ludzkie prawo każe brać jeńców? W imię czego? Po co? Gdzie się zaczyna nasza litość, nasze chrześcijaństwo, a gdzie się jedno i drugie kończy? Mamy więc tego, dziś już staruszka, pana Likiernika, który ma tak naprawdę już w swoim życiu tylko dwa wspomnienia: jedno związane z człowiekiem, którego zabił, a drugie z człowiekiem, którego nie zabił. Czemu zabił? Bo tak mu podpowiedziała sprawiedliwość. Czemu nie zabił? Bo tak mu kazała postąpić jego wiara i dom, który go wychował. A na końcu tego łańcuszka mamy owego „Kazika”, którego tak „potwornie” najpierw torturowano, a potem zabito.
Takie to paskudne jest to nasze życie. A nam już tylko pozostaje rozważyć wszystkie argumenty i dojść do owego jakże przejmującego wniosku: nie bierzemy jeńców. Jeńców nie bierzemy. Nie przez zatwardziałość serc naszych, ale przez większe dobro. Zwłaszcza gdy mamy wojnę. A mamy.


http://historia.wp.pl/title,Stanislaw-Likiernik-wtedy-komory-gazowe-zapelnilyby-sie-Polakami,wid,16782651,wiadomosc.html

Zachęcam wszystkich do odwiedzania sklepu Coryllusa pod adresem www.coryllus.pl, gdzie właśnie rozpoczęła się promocja pierwszej i drugiej baśni, co biorąc pod uwagę, że wciąż mamy wyjątkowo przyjazną ofertę na dwa pierwsze „Toyahy”, daje nam okazję wręcz niezwykłą. Polecam. Jednocześnie, jak zawsze, prosze o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta. Dziękuję.

piątek, 3 sierpnia 2012

Kamienie? Niech będą kamienie

No i po raz kolejny wyszło na to, że nie ma nic lepszego niż porządna inspiracja. Nawet gdyby miała ją stanowić jedna głupia holenderka z koszyczkiem. Napisał Michał Dembiński swój w sumie przecież bylejaki tekst o tym, jak to się nam pięknie Warszawa rozwija dzięki temu, że Lech Kaczyński już w ciemnym grobie, a jego kurduplowaty brat tuż nad, a ja już piszę trzeci tekst z tej właśnie inspiracji. Tym razem jednak już nie o rowerach jako odpowiedzi jaką Nowa Polska dziś znalazła na agresję Toruńskiej Dziczy.
Kolejna rocznica Powstania Warszawskiego upłynęła nam pod znakiem dwóch wydarzeń. Pierwsze z nich – to bardziej w temacie polityki (jak najbardziej „policy”, Przyjacielu) miłości i tolerancji – to fantastyczny występ piosenkarki Madonny na naszym pięknym, nowym, buraczkowo-szarym stadionie, drugie natomiast to demonstracja nienawiści, zorganizowana przez część uczestników uroczystości na Cmentarzu Powązkowskim przeciwko prezydentowi Komorowskiemu i prezydent Gronkiewicz-Waltz. Doniesienia medialne wypełnione są wypowiedziami najprzeróżniejszych, bardzo szanowanych osób, poczynając na wiecznie młodym marszałku Borusewiczu, a kończąc na pewnym wiecznie sędziwym generale, wszystkie z nich tętniące oburzeniem, że do jakiej to oto doszło eksplozji chamstwa, i to jeszcze na cmentarzu. Jak nisko upadliśmy jako naród, kiedy właśnie na cmentarzu, w dniu wielkiej narodowej refleksji, pojawiła się wataha nienawistników i opluła to co dla nas wszystkich najcenniejsze.
W tej szczególnej sytuacji chciałbym zadeklarować – i niech tę moją wypowiedź mój kolega Michał Dembiński zechce potraktować jako odpowiedź również na swój komentarz – że jest mi bardzo przykro, że dwa dni temu nie byłem w Warszawie, bo gdybym tam był, to bym z całą pewnością udał się na Cmentarz Powązkowski i gdybym tylko zobaczył gdzieś Bronisława Komorowskiego, albo Hannę Gronkiewicz-Waltz, nie wspominając już o Donaldzie Tusku, to nie dość że bym natychmiast zaczął buczeć, ale jeszcze bym w ich stronę splunął siarczyście. Mając nadzieję, że wciąż mam w sobie tyle siły, by uzyskać w tej konkurencji jakiś porządny wynik.
Dlaczego bym tak zrobił? Przede wszystkim oczywiście dlatego, że uważam i ją i jego za zakałę tej ziemi, a plucie w ich kierunku za swój święty obowiązek. To pierwszy powód. Drugi jednak jest moim zdaniem jeszcze ważniejszy. Otóż dzień 10 kwietnia 2010 roku był tu oczywiście pewną cezurą, niemniej, jeśli się zastanowić uczciwie, to wszystko zaczęło się znacznie wcześniej, a mówiąc „wszystko”, mam na myśli moralną sytuację, która praktycznie unieważniła wszelkie możliwe znaczenia przypisywane określeniu „chamstwo”. I bardzo wszystkich ewentualnych bohaterów walki o czystość obyczaju przepraszam, ale to nie był wcale mój pomysł. To jak świat wyglądał jeszcze 10 lat temu, bardzo mi się podobało. Miałem oczywiście swoje zastrzeżenia, ale generalnie nie narzekałem. Idea by zlikwidować pojęcie chamstwa nie była moim wymysłem. Powiem zupełnie uczciwie, że kiedy pierwszy raz zobaczyłem w całej jego przejrzystości, jak wygląda świat, w którym chamstwa już nie ma, byłem naprawdę szczerze poruszony. I powtarzam – to nie był mój pomysł.
Jak mówię, dzień tak naprawdę pierwszy przyszedł w tamten sobotni poranek, kiedy wokół mnie pojawił się ów rechot satysfakcji, a parę dni później, gdy został on zastąpiony przez wściekły syk zawodu, że jednak nie wszystko się jeszcze skończyło. Że to ohydztwo wciąż trwa. Jednak pierwsze faktyczne gesty mogliśmy zaobserwować już wcześniej, choćby w słynnej wypowiedzi tego gówniarza Nowaka dla telewizji TVN24, w której całkowicie bezkarnie szydził z polskiego prezydenta, porównując go do osła z rysunkowego filmu „Shrek”, czy w mniej już znanym obrazku wybitnego satyryka Andrzeja Mleczki, który ukazywał Prezydenta jako kogoś, kto nie jest w stanie się nigdzie ruszyć, jeśli nie ma ze sobą podręcznego wychodka. Jednak tak naprawdę ów dzień przyszedł dopiero wtedy, kiedy Lech Kaczyński został ostatecznie zgładzony. I proszę mi nie mówić, że on zgładzony nie został, tylko wpadł głupio na drzewo, bo przede wszystkim ja tylko wyrażam swoją opinie, a poza tym ona i tak nie ma większego znaczenia dla mojej argumentacji. 10 kwietnia 2010 roku mianowicie przyszedł dzień, w który pojęcie chamstwa zostało ze słownika języka polskiego na czas mocno nieokreślony wycofane. Od dnia 10 kwietnia, argumentu, że coś jest chamstwem, lub coś nim nie jest używać nie wolno. Dlaczego? Bo to słowo już nic nie znaczy. I jeszcze raz powtórzę – to nie był mój pomysł. To był pomysł ludzi mi całkowicie politycznie i kulturowo obcych, tak się też niefortunnie składa, że też ludzi, z jakiegoś powodu traktowanych przez mojego kolegę Dembińskiego jako „swoich”.
Jak to się stało, że pojęcie chamstwa przestało w Polsce praktycznie istnieć? Możliwe że pierwsi poszli dwaj wybitni reżimowi dziennikarze Figurski i Wojewódzki, zaledwie parę dni po owej niewyobrażalnej tragedii popularyzując tę swoją niezwykłą piosenkę wyszydzającą ową śmierć, ale to i tak nie oni zapisali się w tej historii najbardziej. Był bowiem jeszcze Janusz Palikot z publikacją na swoim blogu pewnego komiksu – dziś bardzo sprytnie zamilczanego – w którym najpierw poszczególni politycy Prawa i Sprawiedliwości są w najbardziej okrutny sposób mordowani, by wszystko zakończyć bardzo popisową egzekucją obu braci Kaczyńskich. Była kompania piwowarska Jana Kulczyka z nieśmiertelnym hasłem o „zimnym Lechu”. Była oficjalna wypowiedź Magdaleny Środy o tym, że Lech Kaczyński całym swoim życiem zasłużył na każdą możliwą demonstrację nienawiści. Było wielokrotnie powtarzane, jak najbardziej oficjalnie, wezwanie, by kończyć już z tą żałobą, bo nie ma czego żałować. Były jak najbardziej publicznie rozsiewane plotki – całkowicie bez pokrycia – że samolot, który się rozbił pod Smoleńskiem był kompletnie pijany, opanowany przez bandę półprzytomnych durniów. Ile mam jeszcze poświęcić miejsca na wspominanie owego czarnego chamstwa, realizowanego pod auspicjami kwiatu polskiej polityki i mediów, by udowodnić, że to nie myśmy to wszystko zaczęli? Że to nie była nasza inicjatywa.
I po tym wszystkim przychodzi kolejna rocznica Powstania Warszawskiego, a wraz z nią ci wszyscy nienawistnicy, ta banda bluźnierców, dla których nie liczy się ani śmierć, ani żałoba, ani ludzkie łzy, a którzy dwa lata temu poczuli, że, o ile tylko ma się odpowiednią autoryzację, wtedy już tak naprawdę wolno wszystko, i się strasznie zasępia, że ktoś pozbawiony owej autoryzacji nie umie się kulturalnie zachować na cmentarzu. I to jeszcze w stosunku do legalnej, demokratycznie wybranej władzy. I to jeszcze w stosunku do 95 letniego zasłużonego staruszka. A przepraszam bardzo, ile to lat miała Anna Walentynowicz, kiedy ją ta pieprzona ruska brzoza rozerwała na strzępy? Mniej? Za mało? To trzeba było jej pozwolić jeszcze trochę pożyć, a przy okazji dać sobie szansę popisania się elegancją i szacunkiem dla siwej głowy.
A teraz zamknijcie się już wreszcie, dobrze? Bo czas elegancji się skończył. Już jest za nami. Po nim nie zostało nawet wspomnienie. Teraz jest już tylko zimna nienawiść. Samiście wybrali tę broń.
Stop moaning. Fight!

czwartek, 2 sierpnia 2012

Rowerem na sushi, czyli by żyło się lepiej. Wszystkim

Wczorajszy mój tekst w swoim zamierzeniu nie miał być ani o zaletach ani wadach jeżdżenia po mieście na rowerze, ani o ludziach, którzy o tego typu rozrywce mają dobre lub złe wyobrażenie, ani o burakach-antyrowerzystach, ani o burakach-rowerzystach, ani w ogóle o rowerach. Wyszło jednak tak, że ów rower zaczął żyć swoim własnym życiem i wywołał wystarczająco dużo refleksji, by zaistnieć już jako temat.
W dodatku jeszcze, okazało się, że rynek politycznej propagandy – tak, tak, każda propaganda jest wyłącznie polityczna – jest tak doskonale zadbany, że wszystkie jego elementy działają wręcz ze sprawnością szwajcarskiego zegarka. I że właściwie w tej chwili System, aby realizować swój plan, nie musi robić już nic poza doglądaniem, czy wszystko jest na swoim miejscu.
Byłem kiedyś na szkolnym wyjeździe we Francji i zawieziono nas do fabryki wody mineralnej Perrier. Wtedy właśnie dowiedziałem, że woda Perrier ma to do siebie, że jest produkowana w całości w jednym tylko miejscu, tym Vergèze – żadne Chiny, żaden Paryż – i to produkowana od samej wody do kapsla na butelkę. Oglądaliśmy tę fabrykę i proszę sobie wyobrazić, że ja tam nie widziałem jednego człowieka. W tej całej zielonej hali było wszystko co było potrzebne do wyprodukowania jednej butelki tej wody, a więc urządzenie produkujące butelki, urządzenie nalewające tę wodę do butelek, urządzenie produkujące te kapsle i owymi kapslami zamykające butelki z wodą. No, wszystko. I żadnego człowieka. A ja myślę, że dokładnie tak samo działa System. Z jednej strony jest pan prezes, z drugiej pan kasjer, a reszta po prostu płynie.
Michał Dembiński napisał swój tekst o tym, że w Warszawie będą te rowery i krzyknął „Hurra!”. Przy okazji oczywiście zasugerował, że to wszystko dzięki temu, że bracia Kaczyńscy nie mają już wpływu na polskie życie publiczne, ja się oczywiście zdenerwowałem, napisałem swój tekst… i w tym momencie przyszła do mnie moja córka i powiedziała, że z tymi rowerami to kupa śmiechu, i żebym zajrzał na Facebooka, bo tam już od dawna bardzo dużą popularnością cieszy się satyryczna strona pod tytułem „Młodzi, wykształceni z dużych ośrodków”, która ma na celu szydzenia tak zwanych lemingów. Krótko mówiąc, żart polega na tworzeniu takich niby-zapisków kogoś kto o Jarosławie Kaczyńskim wie tyle, że jest niski, a o Polsce, że stanowi teren walki między właśnie „młodymi, wykształconymi z wielkich ośrodków”, a wąsatymi burakami spod Rzeszowa. Całość, choć oczywiście, jak to zwykle bywa, jej autor ma ciągle trudności z zachowaniem dyscypliny, jest dobrze napisana i często naprawdę bardzo śmieszna. To jednak, co mnie tam najbardziej zainteresowało, to kwestia tych rowerów. Otóż bohaterowie wciąż harują za marny grosz, mając satysfakcję tylko z tego, że ich sytuacja towarzyska i kulturowa jest lepsza niż innych, jedzą wyłącznie sushi, piją „piwerko ze spritem”, prowadzą „gender rozmowy” i jeżdżą na „holenderkach z koszyczkiem”.
I to właśnie te holenderki z koszyczkiem mnie zainteresowały. Okazuje się bowiem, że ów rower – bo o rower tu chodzi – jest dla tych ludzi tak samo ważnym elementem ich kultury i codziennej obyczajowości, jak świadomość, że Jaroslaw Kaczyński jest małym kurduplem. Ja się kompletnie na tym nie znam. Kwestią tych rowerów zainteresowałem się wyłącznie dlatego, że Michał napisał ten swój tekst i ni z gruszki ni z pietruszki zasugerował w nim, że dla Lecha Kaczyńskiego to był jedynie środek transportu wsioków. Ja bym w życiu nie przypuszczał, że coś tak pospolitego i oderwanego od jakiejkolwiek większej idei jak rower, może się stać częścią publicznej debaty. Tymczasem – jak najbardziej! Okazuje się, że tak. Rower to coś co może stanowić niemal odpowiedź na Radio Maryja. Rower to argument na miarę prawdziwego politycznego starcia: „Wasz Toruń, nasze ścieżki rowerowe!”
A podesłana mi przez córkę strona z Facebooka to tylko drobna zapowiedź tego, z czym w istocie mamy do czynienia. Jeszcze wczoraj wieczorem, ku mojemu kompletnemu zdziwieniu, w telewizji TVN24 obejrzałem długi reportaż traktujący dokładnie o tym, czym się wcześniej tak radował na swoim blogu Michał Dembiński – że oto Warszawa dołącza do cywilizowanego świata otwierając system automatycznej wypożyczalni rowerów. Dziś patrzę, a tam mamy kolejny etap. Prezydent Warszawy Hanna Gronkiewicz Waltz, w towarzystwie jak najbardziej Ryszarda Szurkowskiego, urządza specjalną konferencję prasową na rowerze, a ja już wiem, że to nie jest tak, że Michał, który, swoją drogą zawsze był zapalonym rowerzystą, nagle się ucieszył, że on i jego koledzy rowerzyści będą mieli więcej tego co bardzo lubią. To już jest prawdziwa akcja. I wcale nie koniecznie zaplanowana na najwyższych rządowych poziomach. Nie. To wszystko działa już samo. Jak fabryka wody mineralnej Perrier. A my mamy tylko wiedzieć, że to jest to co lubimy. A jeśli nie lubimy, to nasza strata, bo w ten sposób urosną nam wąsy i wszyscy będą na nas mówić „Janusz”.
Wczoraj też mieliśmy dwa dodatkowe wydarzenia: Pierwsze to rocznica Powstania Warszawskiego, drugie to koncert Madonny na Stadionie Narodowym. O koncercie Madonny pisać nie mam ochoty, zwłaszcza od czasu gdy z ust bardzo kompetentnych dowiedziałem się, że problem legalności, czy nielegalności aborcji jest dziś kompletnie sztucznie nadmuchiwany wyłącznie w celu generowania społecznych konfliktów. Klasyczna aborcja praktycznie już nie istnieje. Wszystko się załatwia za drobne grosze metodą farmakologiczną. Natomiast Powstanie to problem autentyczny. Otóż, jak się okazuje, któryś z dawnych pracowników TVN-u nakręcił film zatytułowany po angielsku „There is a city”, w którym pokazał Warszawę jako takie szczególne miejsce na świecie, gdzie raz do roku ludzie przystają na minutę, by oddać hołd swoim bohaterom, i umieścił go w Internecie. Oglądałem rozmowę z tym człowiekiem i w pewnym momencie on powiedział coś takiego: „W Polakach jest poczucie… potrzeba jakiegoś takiego patriotyzmu”. Właśnie tak: „jakiegoś takiego patriotyzmu”. Nie patriotyzmu, ale patriotyzmu jakiegoś takiego. Człowiek, który nakręcił ten film, a później wygłosił wspomnianą opinię nazywa się Jeżowski i uważam, że to on należy do tej silnej grupy tak zwanych trend-setters. Nie zdziwię się bowiem, jeśli już za rok czy dwa, popularna opinia będzie taka, że zdaniem Lecha Kaczyńskiego każdego 1 sierpnia, o godzinie 17, na dźwięk syren przystają tylko wsioki, no ale dzięki wspólnej pamięci najbardziej uświadomionej części narodu, możemy wreszcie ten dzień wszyscy godnie uczcić. A gest ów będzie równie oczywisty jak nalepianie gdzie się da serduszek Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, picie „piwerka ze spritem” i jeżdżenie na „holenderkach z koszyczkiem”.
A gdyby ktoś miał w tym momencie jakieś uwagi, to już tylko dodam, że piwo ze spritem, czyli tak zwane shandy uważam za bardzo dobry drink. Osobiście nie używam, podobnie jak nie jeżdżę na rowerze, choćby dlatego, że nam niedawno oba skradziono. Jedno i drugie jednak popieram. Natomiast każdego kto mi powie, że piwo bez sprite’a jest obciachem, rower musi mieć koszyk, a Muzeum Powstania Warszawskiego to dzieło Jana Ołdakowskiego i jego kumpli z PJN, będę go tępił tak jak dotychczas.

Akcja „5 stów na pomoc dla jednej rodziny” zostaje tymczasem zamknięta. Nasz kumpel Dembiński załatwił całą sprawę jednym kliknięciem. Widocznie spodobało mu się to co tu piszemy. To dobrze, prawda? Zawsze mówiłem, że to jest tak naprawdę nasz człowiek. Przy okazji, skoro jesteśmy w Warszawie, dziękuję Joli, Piotrowi i Dance, a poza tym Edwardowi z Przegędzy, Andrzejowi ze Świdnika, moim ludziom z Wrocławia i Sopotu, no i pewnej Mojej Kumpeli z Katowic (ona wie, że to o niej).
Przy okazji, przypominam, że ten blog to od pewnego czasu również nasze życie. A więc, proszę nie odchodzić. Dziękuję.


wtorek, 4 sierpnia 2009

O sprawach najprostszych

Chciałbym tu oświadczyć, że z dziennikarzy, których czytam i lubię, na pierwszym miejscu najchętniej bym stawiał Roberta Mazurka. Uważam, że Mazurek to talent wyjątkowy przede wszystkim ze względu na jego wywiady. Przyznaję, że jeśli przez bardzo długi czas, nawet już po ostatecznej kompromitacji Dziennika, kupowałem tę gazetę – a i dziś to znów robię (ale o tym później) – to zawsze w sobotę, właśnie ze względu na rozmowy Mazurka. A jeśli kiedyś te jego rozmowy zostaną wydane w formie książkowej, to sobie je z radością kupię. Również, jeśli jest tak, że co tydzień kupuję Wprost, to z pewnością nie robiłbym tego, gdyby nie przyjemność, jaką czerpię z czytania mazurkowych komentarzy w dziale zatytułowanym Antysalon. O moim, pewnie dla niektórych bardzo irracjonalnym, uwielbieniu dla Roberta Mazurka, może choćby świadczyć fakt, że w ostatnich tygodniach, kiedy dzięki uprzejmości firmy, którą pewien mój kolega dowcipnie nazywa Zimbabwe Telcom, byłem odcięty od Internetu, dwa razy czułem, że muszę stanąć na głowie, by w jakikolwiek sposób połączyć się z Internetem: raz, żeby przeczytać wywiad Mazurka z Dwurnikiem, a drugi raz, jego list do tuskowego ministra Arabskiego.
Muszę jednak powiedzieć tu coś jeszcze. Mimo że, w mojej opinii, wywiady, jakie Mazurek przeprowadza z ludźmi są właściwie niedoścignione, a reszta jego pisania również bywa naprawdę wielka, nie zmienia to faktu, że Mazurek, będąc dziennikarzem mainstreamowym, siłą rzeczy, ciągnie za sobą cały ten fatalny bagaż związany z tą jego zawodową i towarzyską przynależnością. Mam tu na myśli to – szczególnie właśnie w jego wypadku, upiorne – przekonanie, że tzw. obiektywizm, niezależność, bezstronność, czy jak to sobie nazwiemy, w sytuacji politycznej – czy nawet kulturowej – debaty, stanowią jakąkolwiek wartość. Co gorsze, podejrzewam że akurat Mazurek ma bardzo zdecydowane i jednoznaczne poglądy, tyle że wepchnięty w towarzysko zdeterminowany układ ograniczonej wolności, musi nieustannie wmawiać sobie i wszystkim dookoła, że jego poglądy wcale nie są takie proste i oczywiste. I w tym momencie zbliża się Mazurek do swoich kolegów po fachu, o bardziej skromnej inteligencji, w taki sposób, że na przykład nie jest w stanie napisać, że uważa Jana Ołdakowskiego za postać wybitną, jeśli nie zapewni przy tym kogo trzeba, że, w jego opinii, polityczna przynależność Ołdakowskiego to oczywista zasłona.
Robert Mazurek oczywiście mógłby spokojnie pisać, nie oglądając na to, co pomyśli, lub powie, otaczające go z każdej strony dziennikarskie towarzystwo, ale wie też doskonale, że na tego typu emocjonalną swobodę mogą pozwolić sobie jedynie ci z jego kolegów, którzy, jak Żakowski, czy Najsztub, Maziarski, Wołek, czy cholera wie, kto się tam jeszcze rusza, albo działają wyłącznie na zlecenie, albo są już tak upojeni własną paranoją, że nie myślą już o niczym, jak tylko o tym, że jest dobrze. On nie. On rozumie, że tam gdzie się znajduje, bilety na miejsca siedzące idą już tylko po najwyższej cenie. Stojące zresztą też. I w tym właśnie momencie nawet on bywa dramatycznie irytujący. Wiele razy, kiedy czytałem komentarze Mazurka we Wproście(mam mocne przekonanie, że na przykład wczorajszy Antysalon jest w całości autorstwa Zalewskiego), czułem szczerą inspirację, a jednocześnie, równie często, myślałem sobie, jak by to było dobrze, gdyby on tak bardzo na siłę nie próbował zachować tej, wspomnianej już wcześniej, głupiej bezstronności. I myślałem sobie niekiedy, że właściwie i ja mógłbym tu, na tym blogu, poprowadzić taki przegląd wydarzeń. Tyle że o wiele poważniejszy, o wiele bardziej zaangażowany i z pewnością o wiele bardziej uczciwy. Przez tydzień zbierałbym te wszystkie słowa, obrazy i zdarzenia, które mnie dotknęły, a później bym je komentował, nie jak ktoś kto musi bardzo uważać, żeby dobrze wypaść, ale jak ktoś po prostu albo rozbawiony, albo wściekły, albo zmartwiony. Nic jednak z tego nie będzie. Po pierwsze z tego względu, że każdy powinien robić to co umie, a dwa – to co musi. Ja muszę pisać częściej niż raz na tydzień, a umiem pisać tylko rozwlekle.
A zatem, pisząc tak jak umiem, czyli szeroko i zamaszyście, podzielę się jeszcze paroma uwagami na temat wspomnianej bezstronności. Dziś w Dzienniku, który chyba jednak poszedł po rozum do głowy i stara się odzyskać swoich naturalnych czytelników, Piotr Zaremba, dziennikarz wprawdzie dużo mniej inteligentny od Mazurka, ale równie skupiony na utrzymaniu pozycji, postanowił skomentować stan debaty publicznej po prezydenckim apelu do Wałęsy o porozumienie. Dla każdego, choćby minimalnie przytomnego, obserwatora, sytuacja jest klarowna dokładnie tak samo, jak była klarowna wczoraj, przedwczoraj i dziesięć lat temu. Kaczyński wykonuje gest mądry i pozytywny, i to niezależnie od tego, czy motywowany polityką (w końcu jest politykiem, prawda?), czy przebłyskiem zwykłej serdeczności, a Wałęsa zachowuje się jak Wałęsa, czyli w sposób, który w normalnej sytuacji wzbudziłby wyłącznie wzruszenie ramion. Zaremba, zamiast napisać jakiś porządny tekst, w którym by przedstawił sensowną diagnozę sytuacji, cały wysiłek wkłada w idiotyczne zestawianie zjawisk, których zestawić się po prostu nie da. A wszystko po to, żeby nikt mu nie zarzucił, że jest nieobiektywny. I oczywiście, za cenę funkcjonowania w świecie zawodowego dziennikarstwa, jako tzw. „dziennikarz poważny”, tworzy tekst, który jest równie ważny, jak te setki ton pustosłowia, jakie się ostatnio wylały na temat kolejnej fantazji Jerzego Owsiaka.
A świat w którym żyjemy nawet nie stwarza pozorów struktury skomplikowanej. Wręcz przeciwnie. Większość tego, z czym mamy do czynienia – i to na każdym możliwym poziomie debaty – jest proste jak drut. Wałęsa jest byłym agentem z psychicznymi problemami. Bartoszewski staruszkiem o zdewastowanych emocjach, Niesiołowski to nie dawny bohater polskiego zrywu, lecz zdesperowany cham, rząd Donalda Tuska to prawdziwe dno obciachu i rozpaczy, polska debata publiczna jest starannie zaplanowanym teatrem absolutnie bezprecedensowej nienawiści, Lech Kaczyński jest najlepszym prezydentem, jaki mógł się nam trafić, dobro jest dobrem, zło złem, a kłamstwo kłamstwem. I kropka. Jeśli coś jest naprawdę nieproste, to tylko człowiek, ze swoimi słabościami i swoją potęgą, ze swoja mądrością i swoją wieczną naiwnością, ze swoim niezgłębionym dobrem i z całymi pokładami zła. A ja bym wymagał od ludzi, którzy mają ambicję kształtowania opinii – w tym oczywiście i od siebie samego – żeby byli w tym jedynie uczciwi. Skoro już otrzymali ten dar, niech przynajmniej nie tchórzą, kiedy tak naprawdę nie ma się czego bać.
Chciałbym mieć inteligencję i talent Roberta Mazurka. Ale przy tym nie zazdroszczę mu jego zawodowej sytuacji. Myślę, że to jest w gruncie rzeczy przerażające, że inteligentny i wolny człowiek nie jest w stanie przedstawić zwykłej, wcale przecież niekontrowersyjnej opinii na temat kogoś takiego jak Jan Ołdakowski, nie padając jednocześnie na kolana przed zwykłym kłamstwem. A więc, robię to co robię. Mówię do Ciebie, z pozycji obserwatora w żadnej mierze obiektywnego, niezaangażowanego, bezstronnego. Po długiej przerwie, dzielę się swoimi spostrzeżeniami na tematy, które mnie dręczą i mam oczywiście nadzieję, że to pisanie ma sens. A jest o czym pisać.
Podczas minionego tygodnia, czytałem i oglądałem mniej niż zwykle, ale i tak czegoś tam się dowiedziałem. Na przykład przeczytałem w Rzepie, że swoje majątki ujawnili posłowie do Europarlamentu. Okazuje się, że Lena Kolarska-Bobińska, w ciągu minionego pół roku, jako dyrektor Instytutu Spraw Publicznych (Kucharczyk!!), zarobiła 144 tys. Jako członek jednej z rad nadzorczych – 16 tys. Okazuje się, że Bobińska jest też już emerytką i dostaje emeryturę, prawie 3 tys. miesięcznie. Co z tego? Gówno. Niestety.
Okazuje się też, że Archidiecezja w Katowicach ma układ z jednym byłym ubekiem i paroma ciężkimi kombinatorami ze spółki o nazwie Famur, który sprawia, że to szare towarzystwo przekazuje Kościołowi kilka milionów złotych rocznie, a Kościół im w zamian – w drodze pełnej wyłączności – za grosze oddaje odzyskane od Państwa ziemie. I oczywiście, to nie ojciec Rydzyk – człowiek zaradny, uważny, staranny i zwyczajnie biznesowo zdolny – jest tym dobrym. On akurat jest zakałą Kościoła Katolickiego w Polsce i wcieleniem Belzebuba. Dobry jest arcybiskup Damian Zimoń, który, nawet jeśli wykazuje nieroztropność dziecka, przynajmniej się nie wychyla.
Przeczytałem też informację o tym, że minister Klich zatrudniał przez jakiś czas niejakiego Protasa, jako swojego doradcę od wizerunku. Kim jest ów Protas? Otóż jest on wiceprezesem i członkiem zarządu czegoś co się nazywa Business Centre, a co jest częścią prywatnego interesu człowieka o nazwisku Goliszewski o nazwie Business Centre Club, którego to Protas jest też wiceprezesem. Jest też ten Protas rzecznikiem BBC i prezesem należącego do BBC Instytutu Interwencji Gospodarczych. Oprócz tego, Protas jest wiceprezesem Stowarzyszenia Euro-Atlantyckiego.A ja tylko żałuję, że Protasowi nie opłaciło się wystartować z ramienia Platformy w wyborach europejskich. Moglibyśmy się wówczas dowiedzieć, czy, podobnie jak Bobińska, też dostaje jakąś skromną emeryturę.
Co jeszcze mi się przytrafiło w minionym tygodniu? Byłem w Warszawie. W sobotę poszedłem pod Pomnik z kolegą, którego teściowa walczyła w Powstaniu i została zaproszona z okazji Rocznicy. Pod Pomnikiem ustawiono rzędy krzesełek dla przybyłych z całego świata powstańców. Było gorąco, harcerze rozdawali wodę i parasolki, staruszkowie zajmowali przygotowane dla nich miejsca. W pewnym momencie okazało się, że powstańców jest więcej niż miejsc, a więc ktoś zaapelował do siedzących, by „jeśli kto się czuje silny duchem i ciałem, ustąpił miejsca”. Wstała tylko jedna, dosłownie jedna, kobieta. Wśród powstańców widziałem dobre kilkanaście pań w wieku średnim, o wyglądzie miejskich urzędniczek, które nie zechciały ruszyć swoich tyłków nawet wtedy gdy nagle niemal wniesiono bardzo już starą kobietę w powstańczym mundurze. Miejsca jej ustąpił jeden z powstańców. O co mi chodzi? O nic. Tak sobie gadam.
Powstanie Warszawskie. Mój przyjaciel LEMMING, napisał pod moim poprzednim wpisem, że o Powstaniu nie da się już nic powiedzieć. Nie ma racji. Ja mam bardzo dużo na ten temat do powiedzenia i wcale nie sądzę, żeby moje słowa miały się okazać jakoś tam trywialne. Poszedłem w sobotę na Powązki. Takiego tłumu nie widziałem od czasu wizyty Papieża. Po co ci ludzie tam przyszli? Bo była ładna pogoda i nie mieli co z sobą zrobić? Czy oni tam chodzą co rok, bo tak wypada, czy może czują to co ja czuję? Czy w przyszłym roku też tam przyjdą, czy może posłuchają czarnej mowy redaktora Maziarskiego i za rok zostaną już w domu? Mam tu swoje podejrzenia, ale tak naprawdę nie wiem, jak to jest. Faktem jest, że kiedy obserwowałem te tłumy, to się wzruszyłem. No i przydarzyło mi się coś jeszcze. Poszedłem – tak się złożyło, że po raz pierwszy w życiu – pod te brzozowe krzyże i zrobiłem im parę zdjęć. A później, wiedząc, że prawdopodobnie jedyną szkolną lekturą, jaką przeczytała moja ukochana córka były Kamienie na szaniec(niektórzy wiedzą, jak to z nią jest), wysłałem jej zdjęcie grobu Rudego i Alka. A ona mi odpisała tak: „Oj, oni byli spoko”. No to jej wysłałem jeszcze jedno, z grobem Tadeusza Zawadzkiego i ona znów od razu odpisała: „O, on też był spoko”.
Dziś, w dyskusji o Powstaniu, czytam wywiad dla Rzepy z Tomaszem Bagińskim – reżyserem, który mówi, że w momencie, kiedy w Powstaniu zginęło 200 tys. ludzi, to jego w ogóle przestaje interesować kwestia, czy samo Powstanie było słuszne, czy nie. I ja uważam, że to co on mówi jest wyjątkowo mądre. I jestem głęboko przekonany, że to co mówi na temat Powstania na przykład Tadeusz Mazowiecki jest i wyjątkowo głupie i podłe. I uważam też, że słowa ‘wyesowane’ do mnie przez najmłodszą Toyahównę – pewnie niechcąco – ale też są bardzo mądre. Ale nie tylko mądre. Są też bardzo ważne, bardzo symboliczne i bardzo w tej swojej symboliczności szlachetne. I nawet jeśli tylko one miałyby stanowić zawartość i sens tego mojego dzisiejszego wpisu, to niech tak będzie.

Czekając na ruską brzozę

  Dziś już niemal 15 lat temu zamieściłem tu tekst zatytułowany „Józek, czyli Polska w budowie”, o pewnym moim znajomym, tak zwanym fachowc...