Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kubuś Puchatek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kubuś Puchatek. Pokaż wszystkie posty

piątek, 2 grudnia 2016

O stosowaniu lingwistyki, czyli jak Phi-Phi została profesorem uniwersytetu

Wszyscy pewnie pamiętamy dawny dość już film, wyświetlany w Polsce pod tytułem „Wirujący seks”. A kiedy mówię, że „pewnie” i że „pamiętamy”, to wcale nie przez to, że mieliśmy do czynienia z jakimś wybitnym dziełem światowej kinematografii, lecz przez ów tytuł. Rzecz w tym, że w wersji oryginalnej film nosił tytuł „Dirty Dancing”, co pewnie by się lepiej na język polski tłumaczyło, jako taniec „wyuzdany”, „bezwstydny”, czy „nieprzyzwoity”, ale wydaje mi się – i wydawało mi się zawsze – że ów „wirujący seks” jest dość pomysłowy, a co najważniejsze jak najbardziej sensowny. Stało się jednak tak, że w powszechnej świadomości owo tłumaczenie zachowało się, jako największy tłumaczeniowy obciach III RP. Do dziś jest tak, że jeśli się dyskutuje na temat tłumaczeń tytułów filmów, a to stanowi ulubione zajęcie wszystkich pasjonatów języka angielskiego, ów „wirujący seks” znajduje się niezmiennie na pierwszym miejscu.
Zaciekawiło mnie więc bardzo, kiedy wczoraj, w odpowiedzi na moje uwagi na temat tłumaczenia tytułu filmu Wernera Herzoga „Lo and Behold” jako „Lo i stało się”, parę osób natychmiast zareagowało informacją, że owo tłumaczenie, jest bardzo dobre, dlatego, że wspomniane „lo” występuje jako główna anegdota filmu Herzoga i w związku z tym w polskiej wersji ono musiało się znaleźć. Tym samym, ja się niepotrzebnie czepiam, bo tytuł „Lo i stało się” jest taki właśnie jak ma być, a jak ktoś tego nie łapie, to kiep.
Pomyślałem więc, że oto nadszedł z dawna wyczekiwany czas, bym się więc zajął kultowym literackim przekładem, mniej więcej z tego samego okresu, co wspomniane „Dirty Dancing”, a mianowicie tak zwaną „Fredzią Phi-Phi”. Gdyby ktoś nie pamiętał, w czym rzecz, śpieszę wspomnieć, że w roku 1986 Wydawnictwo Lubelskie załatwiło sobie prawa do nowego tłumaczenia powieści A.A Milnego „Kubuś Puchatek” i robotę tę zleciło niejakiej Monice Adamczyk, dziś udzielającej się publicznie jako prof. dr hab. Monika Adamczyk-Grabowska w Zakładzie Lingwistyki Stosowanej na Uniwersytecie Marii Skłodowskiej w Lublinie, a wówczas zaledwie osobie ambitnej i z pretensjami. Owa Adamczyk siadła do pracy i na słynnym Kubusiu Puchatku dokonała rewolucji, przy której połączone siły Rewolucji Francuskiej i Wielkiej Rewolucji Październikowej spłonęłyby ze wstydu. Przede wszystkim, odkrywszy że imię Winnie jest zdrobnieniem żeńskiego imienia Winnifred, co na polski przekłada się, jako Winifreda, Kubuś automatycznie się zmienia we Fredzię, a to musi świadczyć o tym, że Puchatek to ani chłopczyk, ani dziewczynka, lecz transseksualista, lub, co bardziej prawdopodobne, klasyczny bigender. Co do Puchatka natomiast, zdaniem Adamczyk, owo „pooh”, stanowi klasyczne lekceważące „phichnięcie”, i stąd Fredzia Phi-Phi.
Operacji, jakie Adamczyk przeprowadziła na tłumaczeniu Ireny Tuwim było oczywiście znacznie więcej, ja tylko może zwrócę uwagę na dwie, moim zdaniem najbardziej szokujące, a mianowicie na to, że Krzyś otrzymał imię Krzysztof Robin, no i że wszystkie zawarte w tekście Tuwim zdrobnienia zostały zastąpione przez zwykłe grube formy, a więc „balonik” stał się „balonem”, łapka” „łapą”, a „osiołek” „osłem”. A skoro już jesteśmy przy Kłapouszku, on też został przez Adamczyk przechrzczony na „Iijeę”. Dlaczego tak? Gdy chodzi o Krzysia, sprawa jest prosta. Bohater Milnego miał na imię Christopher Robin, więc ma być Krzysztof Robin, a nie jakiś Krzyś, co do Kłapouchego natomiast, on w języku angielskim nosi imię Eeyore, co ma wyrażać głos wydawany przez osła, a więc po polsku będziemy mieli „Iijaa”. Co do zdrobnień, ich w tłumaczeniu Adamczyk nie ma, bo, jak ona sama tłumaczy w przedmowie, w tłumaczeniu Tuwim „pełno jest spieszczeń i zdrobnień, które nie występują w oryginale, a bohaterowie przemawiają językiem dziecinnym”, w związku z czym ów „balon” zamiast „balonika”, żeby było wiernie. Swoją drogą, mam nadzieję, że dziś po latach, kiedy Monika Adamczyk jest już profesorem, zdążyła zauważyć, że język angielski ma to do siebie, że pomijając parę wyrazów, takich jak „ringlet”, „starlet”, czy „droplet”, zdrobnienia nie tam występują i już.
Ja bym jednak nie wchodził w szczegóły, lecz skupił się nad podstawowym pomysłem Adamczyk, czyli owym bigenderyzmem Puchatka. Otóż przede wszystkim należałoby nam sobie uświadomić, skąd się wziął sam pomysł na tę książeczkę. Otóż A.A. Milne miał pięcioletniego synka imieniem Christopher Robin, który z kolei miał całą kupę pluszaków, w tym królika, tygrysa, kangura, sowę, prosiaczka, no i naturalnie też pluszowego misia i to dla niego postanowił napisać tę książkę – o nim i o jego zabawkach. Ów zamysł zrealizowany jest do tego stopnia wiernie, że gdy rzucimy okiem na oryginalne zdjęcia z rodzinnego albumu rodziny Milne, zobaczymy dokładnie to co znamy z oryginalnych ilustracji Sheparda. A zatem powinniśmy wiedzieć i zapamiętać raz na zawsze, że to wszystko, co znajdujemy w książce, to autentyczny, cudownie realny świat realnie istniejącego dziecka.
Ale popatrzmy na sam początek tej książeczki, gdzie wszystko zostaje wyjaśnione, a co rozpoczyna rozmowa między ojcem, a jego dzieckiem. Schodzi Krzyś na dół po schodach, ciągnie swojego misia za łapę, ten wali głową w schody, i rozpoczyna się rozmowa:
- Myślałem, że to chłopczyk.
- Bo to jest chłopczyk.
- Nie możesz więc go nazywać Winnie.
- Ja go tak nie nazywam.
- Przecież…
- On nazywa się Winnie-the-Pooh. Nie wiesz, co oznacza „the”?

A ja tylko przypominam, że Autor rozmawia z pięcioletnim dzieckiem o przedimku określonym „the”. Za chwilę zresztą pada uwaga: „Nawet nie próbujcie tego zrozumieć”.
I tu wydaje mi się, że Monika Adamczyk wzięła sobie tę radę bardzo do serca i uznała, że rozumieć nie trzeba. Rzecz tymczasem jest bardziej skomplikowana. Otóż mały Krzyś lubił bywać w londyńskim zoo, gdzie mieszkał sobie jego ulubiony zwierzak, sprowadzona z Kanady niedźwiedzica, na pamiątkę miasta Winnipeg, z którego pochodziła, nazwana imieniem Winnie. Krzyś ją tak ukochał, że, co naturalne, swojego pluszowego misia nazwał jej imieniem, a przyparty do muru przez swojego tatę w sprawie płci misia, odpowiedział, jak potrafił, zrzucając cała winę na owo nieszczęsne „the”. I na to przychodzi Monika Adamczyk i ogłasza przybycie jakiejś Fredzi.
A zatem mamy pięcioletnie dziecko, całą kupę pluszowych zabawek i ów dziecięcy świat, no i ojca, który opowiada mu najważniejszą historię jego życia i jeśli tylko uważnie wczytamy się w tłumaczenie Ireny Tuwim, wszystko to zobaczymy, tyle że po polsku. Po polsku.
No i znów, na to przychodzi to coś i zaczyna nam tłumaczyć, że choć „jest wiele fragmentów w tej książce, które mogą się wydać dziwne i niezgrabnie przełożone, są to zazwyczaj zabiegi mające na celu oddanie niezwykłego języka oryginału, który w niepowtarzalny sposób łączy cechy specyficzne dla mowy dziecka z elementami stanowiącymi parodię języka używanego przez niektórych dorosłych”.
Ktoś się spyta, co mi strzeliło do głowy, by dziś się zajmować akurat tym starym wybrykiem pewnej pani, o którym pies z kulawą nogą dziś już nie pamięta. Otóż powody są dwa. Pierwszy to taki, że wprawdzie o Monice Adamczyk i jej tłumaczeniu z roku 1986 pamięta mało kto, natomiast ja bym chciał wiedzieć przede wszystkim, jak to się stało, że ona w tamtym czasie dostała zezwolenie władz na przemielenie – co z tego, że nieskuteczne? – klasycznego tłumaczenia Ireny Tuwim, no i oczywiście, jakie talenty doprowadziły tę kobietę do pozycji, którą ona zajmuje dziś w nowej Polsce? Drugi powód to ten, nawiązujący do tematu, którym ja osobiście żyję w tych daniach szczególnie żywo, a więc wszelkiego rodzaju nisz. Mamy bowiem ową prof. dr hab. Monikę Adamczyk-Grabowską, zatrudnioną w Zakładzie Lingwistyki Stosowanej na lubelskim UMCS-ie i już tylko się zastanawiamy, jak ona tego dokonała. Każdy normalny odbierający świat człowiek pomyślałby sobie pewnie, że po wybryku, jaki ona odstawiła, jako osoba dopiero wchodząca w ów świat, gdyby jakimś udem znalazła zatrudnienie na uniwersytecie, to tylko po to, by już do końca życia prowadzić tam co najwyżej kiosk z drożdżówkami i pepsi. Tymczasem, jak widzimy, owa Fredzia Phi-Phi to był zaledwie początek wielkiej kariery. Wprawdzie pewnie nie dokładnie takiej, jak ona sama sobie wymarzyła, ale przynajmniej na tyle poważnej, by nie trzeba było ukrywać panieńskiego nazwiska.
Nie podejrzewam, by akurat prof. Adamczyk-Grabowska czytała ten tekst, ale kto wie, czy ktoś jej na niego nie zwróci uwagi, a zatem na tę okoliczność mam dla niej jeszcze coś ciekawego. Owo „pooh”, które dla Adamczyk stanowi wyraz lekceważenia, jest jednoznacznie wyjaśnione w tekście Milnego. Otóż, po wielogodzinnym wysiłku, kiedy to Kubuś Puchatek wisiał uczepiony balonika, nie potrafiąc ani się wznieść, ani zbliżyć do miodu, ani opaść na ziemię, przez cały tydzień, musiał chodzić z łapkami wyciągniętymi w górę. A kiedy przylatywała mucha i siadała mu na nosie, on ją mógł tylko odgonić, dmuchając. O tak: „pooh!” I stąd ta część imienia.
I jeszcze coś. Ja tego wszystkiego się dowiedziałem, kiedy po raz pierwszy się zorientowałem, że „Kubuś Puchatek” to nie jest jeszcze jedna książeczka dla dzieci bez większego znaczenia, czyli dawno, dawno temu, znacznie przed tym, kiedy to Monice Adamczyk w 1986 roku zlecono tę dziwną robotę. I moim zdaniem to jest jedna z przyczyn, dla których ona dziś buduje niszę, a ja nie.



No i jeszcze coś, co wyjaśnia nam może i więcej, niz byśmy sobie życzyli:
http://www.umcs.pl/pl/addres-book-employee,93,pl.html

Jutro wyjeżdżam do Wrocławia, gdzie przez dwa dni na stoisku Kliniki Języka będę z Coryllusem czekał na Czytelników. Zapraszam wszystkich bardzo gorąco. Hala Ludowa, stoisko 95, sobota od 10 do 19 i niedziela, od 10 do 16. Czemu tak krótko? Czyżby Wrocław planował kolejną antyrządową demonstrację?

środa, 6 lipca 2016

Polska, czyli światło, które nigdy nie gasnie

Może ktoś jeszcze pamięta, ale przed wieloma laty wspomniałem tu bardzo dogłębną i surową krytykę książki pod wstrząsającym tytułem „Fredzia Phi-Phi”, którą w dawniejszych jeszcze czasach napisałem i wysłałem do różnych redakcji z prośbą o opublikowanie, jednak bez efektu. Owa „Fredzia Phi-Phi” stanowiła wybuch translatorskiego talentu niejakiej Moniki Adamczyk, która uznawszy, że klasyczny już przekład Ireny Tuwim pod równie klasycznym tytułem „Kubuś Puchatek” wymaga radykalnej reakcji, najpierw wychodziła sobie odpowiednią życzliwość tak zwanych czynników, a potem już siadła przy biurku, no i stało się, co się stało. Jak mówię, całość owego przedsięwzięcia omówiłem, jak sądzę bardzo solidnie w swoim czasie i myślę, że przy jakiejś okazji spróbuję to wszystko powtórzyć w rozszerzonej formie, jednak dziś chciałbym zwrócić uwagę na jeden tylko element szaleństwa owej Adamczyk. Otóż proszę sobie wyobrazić, że jej wersja jest całkowicie pozbawiona zdrobnień. We „Fredzi Phi-Phi” zamiast balonika jest balon, zamiast chmurki chmura, zamiast łapki łapa, norki nora i tak konsekwentnie dalej, włącznie z niedźwiedziem o bardzo małym rozumie.
Czemu tak? Adamczyk tłumaczy wszystko w przedmowie do swojego dzieła. Zauważyła ona mianowicie, że w oryginalnej wersji nie ma zdrobnień i uznała to za celowy zabieg autora, który jej zdaniem nie chciał popaść w głupi infantylizm i stąd ów balon zamiast balonika Ireny Tuwim. Rzecz w tym jednak – i tego akurat Adamczyk najwyraźniej się nie nauczyła – że język angielski w ogóle jest pozbawiony zdrobnień. Pomijając te kilka wyjątków z przyrostkiem –let, jak starlet, droplet, czy ringlet, jeśli Anglicy uznają, że przydałoby się im trochę prawdziwego ciepła, to pomagają sobie przymiotnikiem „little”. Inaczej jest w języku polskim, my wręcz stopniujemy zdrobnienia, jak – by już pozostać przy wcześniejszym przykładzie – w gwieździe, gwiazdce i gwiazdeczce. I taka to uroda nasza, naszej mowy, ale też i naszych serc i naszego charakteru.
Nie wiem, czy było to spowodowane nastrojem, w jaki wpadłem przeżywając ten wybuch patriotycznego uniesienia związanego z występem polskiej drużyny narodowej na stadionach Francji, a potem owym niezwykłym wyznaniem Kuby Błaszczykowskiego, czy może przyszło owo wspomnienie do mnie przypadkiem, ale niemal jak grom z jasnego nieba spadły na mnie słowa wierszyka, który ostatni raz słyszałem może pół wieku temu z ust mojej babci, a potem, z biegiem lat, o nim niemal na śmierć zapomniałem. Proszę posłuchać:

Szło dziecię przez rzeczkę
I niosło bułeczkę.
Dla figielków płochych
Rzuca w wodę trochę.
Rybki to spostrzegły,
Do bułki się zbiegły.
Jak teraz myślicie?
Skąd się wzięło dziecię?
Bóg je wiódł przez rzeczkę,
Bóg mu dał bułeczkę,
Bóg rączką kierował,
Rybki poczęstował.


Mieliśmy tu ostatnio różne nastroje, gdy chodzi o Polskę. Wystarczy wspomnieć to wszystko cośmy sobie musieli powiedzieć na temat naszych talentów, jakie są demonstrowane przy okazji programu „Mam talent”. Przyznam uczciwie, że to właśnie ten nastrój towarzyszy mi w tych dniach przede wszystkim. Nie owa biało-czerwona radość niestety, ale to nieszczęście ze świnią, która się zesrała, a myśmy w tym momencie oszaleli ze szczęścia. A jakby tego było mało, parę dni temu pojawił się ów iluzjonista Ząbek, który odstawił już takie widowisko, że należy się naprawdę zastanowić, czy nie lepiej już nam było zostać przy tej świni. A więc wstyd i owa ponura świadomość, że nic z nas już nie będzie.
No i tu nagle wraca do mnie z tą niezwykłą dokładnością i całą swoją głębią tamta rymowanka sprzed lat, a ja czuję, że jest to światło, które nie zgaśnie nigdy. Chodzi tylko o to, byśmy go nigdy nie stracili z oczu. Choćby nawet oni wszyscy naraz zaczęli dmuchać w ten płomień. Bardzo to jest pokrzepiająca myśl.

Zachęcam wszystkich do odwiedzania księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie są do kupienia moje – i nie tylko moje – książki. Bardzo polecam.



czwartek, 3 grudnia 2009

O Fredzi Phi-Phi i jej dzieciach

PRL kojarzy mi się głównie źle i nawet jeśli inżynierowie nowych czasów zaczną wprowadzać kolejne usprawnienia w tempie dziesięciokrotnie przyspieszonym, a parówki i kaszanka będą już robione wyłącznie z papieru gazetowego, niezmiennie będę utrzymywał, że naprawdę źle już było. Teraz, co najwyżej, może być też źle, ale mimo to inaczej. A to inaczej, oznacza między innymi to, że przynajmniej można mieć iluzje, że coś jeszcze gdzieś tam możemy.
Weźmy takiego Kubusia Puchatka. Książka A.A. Milne, przez całe moje świadome życie w PRL-u – obok cudownie dopiero co przypomnianych przez tayfala Dzieci z Bullerbyn – stanowiła dla mnie cel i sens życia, niemal w tym samym stopniu, co kupowanie w Pewexie J&B i cameli. Tłumaczenie Ireny Tuwim wprawdzie tworzyło dla mnie taką samą całość jak angielski oryginał, co jednak nie zmieniało faktu, że raz na jakiś czas przychodziło mi do głowy, ze gdybym miał cokolwiek do gadania, to tu i ówdzie bym coś poprawił. I oto, już pod sam koniec tego nieludzkiego eksperymentu, chyba w roku 1988, jakieś lubelskie wydawnictwo (wszystko pamiętam bardzo dobrze do dziś) wydało obie części Puchatkaw tłumaczeniu kobiety, o nazwisku Adamczyk. Moniki Adamczyk. Okazało się, że według nowych pomysłów, Puchatek już nie będzie Puchatkiem, lecz Fredzią Phi-Phi. Dlaczego tak? Nie chce mi się wchodzić w tok rozumowania tłumaczki, niemniej tak to ona sobie wymyśliła. Tu mogę tylko zapewnić wszystkich zainteresowanych, że wymyśliła głupio, i to głupio potrójnie. Mało tego, Krzyś nie nazywał się już Krzyś, lecz Krzysztof Robin, całość była drętwa jak cholera i w dodatku nie występowały zdrobnienia, bo pani Adamczyk zauważyła, że skoro w oryginale nie ma zdrobnień, to i ona ich nie będzie stosowała.
Dziś, ile razy myślę o PRL-u, to – pomijając oczywiście kupę społecznie bardziej poważnych nieszczęść, niż te dwie smutne książeczki – wspominam tę nieszczęsną Fredzię Phi-Phi i atmosferę kompletnej niemocy. Już wtedy umiałem ładnie pisać, więc napisałem porządną, bardzo wnikliwą i rozbudowaną recenzję tego „lubelskiego” (przepraszam Cię, Kochanie) eksperymentu, wysłałem do jedynego wydawnictwa, które dawało szansę na publikację, ale bez najmniejszego efektu. Nie przypominam sobie też, żeby ktokolwiek, gdziekolwiek poza mną i moją szufladą, zwrócił uwagę na to co się stało. Tyle wszystkiego, że – jak się zdaje – nikt oprócz mnie tej książki nie kupił, więc prawdopodobnie cały nakład został ostatecznie zmielony, przerobiony, i użyty już w następnym roku do produkcji Gazety Wyborczej. Ale, jak mówię, nie stało się nic.
Cokolwiek bym miał nie mówić o tym, co nam zaserwowano w zamian, jedno muszę przyznać. Gdyby ktoś dziś zgłupiał do tego stopnia, by wydać tę Fredzię Phi-Phi, to TVN24 i wszystkie pozostałe media, by to tłumaczenie, razem z jego autorką, rozszarpały. No, powiedzmy, prawie. Gdyby akurat nie chodziło o jakąś Monikę Adamczyk, lecz na przykład o Bożenę Walter, lub któreś z jej dzieci, możliwe, że akurat TVN24, by siedział cicho. Ale za to z całą pewnością wzięły by się za nią pozostałe redakcje, włącznie ze starą ubecją z Gazety. No i, oczywiście, ja sam bym tę swoją recenzję opublikował tu w Salonie. Ktoś mi powie, że to są wyłącznie pozory i złudzenia. Jestem nawet gotów się z tym zgodzić, zwłaszcza że sam na ten problem niejednokrotnie zwracałem uwagę. Mimo to, twierdzę, że akurat pod tym względem – a to jest naprawdę nie byle co – jest lepiej.
A jednak są chwile, kiedy o PRL-u myślę z rozrzewnieniem. I wcale mi nie chodzi tu o to, że byłem wówczas dużo młodszy. W końcu, we wczesnych latach 90-tych byłem też znacznie młodszy i – patrzę na stare fotografie, więc wiem – przede wszystkim ładniejszy, a i tak jestem pewien, ze to był czas tak fatalny, że ja już chyba wolę wyleniałego Donalda Tuska. Tusk i odświeżone KLD. Oni – przynajmniej mam taką nadzieję – nie zabijają ludzi. Więc to nie to. Nie ma też pewnie aż takiego znaczenia fakt, że ta whisky i te camelenigdy wcześniej i już nigdy później, nie smakowały tak jak wtedy, ani to, że jednak – co by nie powiedzieć – czytało się wspomnianego już Kubusia Puchatka i Dzieci z Bullerbyn, a nie Harrego Pottera i magazyn Glamour. Mój sentyment do tamtych czasów wynika przede wszystkim z tego, że wtedy z całą pewnością łatwiej było ocenić, co jest dobre, co złe, co głupie, co mądre, a przez to choćby zachowywać postulowaną przez Don Paddingtona wzniosłość. Wystarczy przypomnieć, że były to czasy, kiedy nawet Adam Michnik był swój chłop, nie mówiąc już o Lechu Wałęsie. A więc, nienawidził człowiek komuny i wszystko grało. Nie mówię już o tym, że nikt człowieka nie strofował za to, że jak może – będąc chrześcijaninem – aż tak nienawidzić.
Oczywiście, zdarzały się wypadki, szczególnie w okresie tuż przed stanem wojennym, kiedy ten powiew wolności sprawiał, że kiedy ludzie mijali się na ulicy, to niemal widać było te płomienie, a w efekcie tego, niekiedy dochodziło do spięć zupełnie nieprawdopodobnych. Pamiętam – chyba już o tym pisałem – jak polazłem na jakieś spotkanie z Leszkiem Moczulskim, ale ponieważ go akurat zapudłowali, zamiast niego przyszła pani Moczulska. Na sali był kwiat naszego wolnego przez chwilę rycerstwa, a atmosfera panowała taka, że kiedy ja – daję słowo, że już nie pamiętam, co – w pewnym momencie powiedziałem coś takiego, nie bardzo w harmonii, to bałem się, ze zostanę rozerwany na strzępy, jeśli nie przez te ręce, to z pewnością przez to przeciągłe buczenie: „Ubek!!!”.
No ale to były wyjątki. Na ogół bowiem, czy to był budynek na Stalmacha, czy Wolna Europa, czy Głos Ameryki, czy Tygodnik Mazowsze, czy jakakolwiek możliwa bibuła, człowiek był otoczony wyłącznie przez dobrych ludzi i przyjaciół. To dopiero za nowej Polski, okazało się, że do tego by być dobrym człowiekiem i przyjacielem, trzeba znacznie więcej, niż parę oczywistych poglądów. I to, w moim najgłębszym przekonaniu, jest sytuacja bardzo niekomfortowa. A im bardziej ona się rozwija, tym bardziej jeszcze się robi źle i niewygodnie. Jest jeszcze gorzej. Nie wystarczy mieć dobre poglądy, chodzić do kościoła i nie lubić czerwonych, żeby być człowiekiem dobrym i przyjacielem. To nawet jest za mało, żeby sobie zagwarantować, że się nie jest idiotą i chamem.
Jeśli w tym momencie ktoś myśli, że ja do czegoś zmierzam, to nie będę protestował. Owszem. Ja zmierzam do czegoś bardzo konkretnego i dość dla mnie nieprzyjemnego, a mianowicie ściśle związanego z pisaniem tu w Salonie. Już wcześniej, pozwoliłem sobie na parę refleksji dotyczących mojej coraz większej – rosnącej wraz z doświadczeniem – niechęci do określania swoich sympatii i antypatii według kryteriów ideologicznych. To co chcę powiedzieć dziś, jest w dużym stopniu związane właśnie z tamtym tematem, jednak znacznie bardziej oparte na relacjach osobistych i ocenach całkowicie indywidualnych. A zatem, to co chce powiedzieć, to czysta praktyka, bez najmniejszego śladu teorii. Kiedy zacząłem tu pisać, zostałem w jednej chwili otoczony przez bardzo znaczne grono komentatorów, którzy z jednej strony poklepywali mnie po plecach i mówili, jaki to ze mnie jest swój człowiek, a z drugiej takich, którzy ani mnie nie poklepywali, ani nawet nie dyskutowali, tylko wyłącznie próbowali mnie zezłościć i tym samym wyprowadzić z równowagi. I wtedy właśnie, pomyślałem sobie, ze oto z jednej strony mam swoich przyjaciół, z drugiej swoich wrogów i niech się tak dalej plecie. Po pewnym czasie, ze względów absolutnie dziś dla mnie oczywistych, tak zwani wrogowie zostali stąd pogonieni i zostałem z samymi przyjaciółmi. A to stworzyło właśnie taką atmosferę, jaką pamiętałem z PRL-u. Czyli wszystko jasne – można żyć. Tyle że z jedną, małą różnicą; wtedy nie wiedziałem nic, a dziś wiem niemal wszystko, a przynajmniej wszystko to, co jest mi na dzisiejszy dzień potrzebne.
Było kilka sytuacji takich, kiedy nachodziły mnie podejrzenia, że wcale nie jest tak słodko, jak by się wydawało, ale za każdym razem zwalałem to na karb bardzo szczególnych różnic technicznych. Dopiero pewnego dnia, kiedy osoba, która wielokrotnie wcześniej komentowała na moim blogu, o ile pamiętam, zwykle w tonie standardowo pozytywnym, najpierw się na mnie obraziła, a później kazała mi iść do lóżka macać się z moją żoną – dosłownie w ten sposób – wiedziałem już na pewno, że to jest zupełnie inny problem. Że to, że ja się nie zadaje z Ryszardem Kaliszem, ale z jakąś wrażliwą, pełną serdecznej niechęci do bolszewii osobą, nie gwarantuje mi absolutnie nic. Zorientowałem się, że w tej wojnie o lepszą Polskę, przeciwko tym konowałom z Platformy Obywatelskiej, sojuszników – a przy okazji tez zwykłych dobrych kolegów – należy sobie dobierać znacznie staranniej. Co więcej, jeśli chce się mieć pełną satysfakcję z prowadzenia tego blogu, szukanie sojuszników też nie wydaje się być zadaniem priorytetowym. Wystarczy rozpoznać po prostu miłego, grzecznego, w miarę inteligentnego człowieka. A jeśli on przy okazji, okaże się twoim towarzyszem broni – tym lepiej.
I dalej, nie wiedzieć dlaczego, potoczyło się już naprawdę szybko. W ‘marylowym’ portalu, człowiek, który przez całe miesiące zachowywał pełną klasę i imponował wrażliwością, ni stąd niż owąd, wyłącznie z tej przyczyny, że okazałem się lubić malarstwo Picassa i wczesne filmy Zanussiego, dostał na mnie takiego szału, że nagle zaczął się zachowywać jak zwykły komunistyczny dupek. I proszę zwrócić uwagę: i w poprzednim wypadku i w tym też, przyczyną dla którego ci antykomuniści i patrioci stracili cały swój czar i wdzięk leżała wyłącznie w napięciu ściśle politycznym. W tamtym wypadku poszło o Kukiza i jego artystyczne serce, które on poświęcił dla sprawy Katynia, a w tym o Picassa-sowieckiego agenta i komunistę. I podobnie, w każdym następnym, których od tamtego czasu było już tylko więcej. Na przykład na Blogmediach24,raz za razem, pod moim blogiem pojawia się komentarz kogoś, kto – nie to, że się ze mną nie zgadza – ale by mnie udusił gołymi rękami za to, że piszę w „tym” Salonie, albo że… cholera właściwie wie co?
I absolutnie porażające w tym wszystkim jest to, że ci sami ludzie, którzy jeszcze parę miesięcy temu gotowi byli – gdyby je tylko mieli – wyłożyć ciężkie sumy, by ktoś zechciał opublikować te teksty, a przy okazji demonstrowali klasyczny umiar, wdzięk i elegancję, dziś osiągają intelektualny, kulturowy i czysto ludzki poziom… ja wiem? Jest ich paru. Tych dotychczas najlepszych. Nie wymienię ich jednak, bo nie chcę nikogo za bardzo obrażać.
Bracia Polacy. Koń by się uśmiał.
Piszę więc sobie te teksty, zbliżam się już pomaleńku do kolejnej setki i przede wszystkim czuję niezwykłą satysfakcję i prawdziwą wdzięczność dla tych wszystkich, którzy ten blog wzbogacają swoim sercem, swoimi przemyśleniami, swoim talentem publicystycznym, swoim poczuciem humoru, swoimi cudownym złośliwościami i jednocześnie tym cudownym podejściem, który Anglicy nazywają ‘don’t give a damn attitude’. I strasznie się cieszę, że jest Was coraz więcej. Nawet tych, którzy – tak, to do Ciebie – uważają moje poglądy za mocno błędne. Ależ to się zrobił piękny blog!
Bo tu właśnie leży cały sens dobrego samopoczucia. I wyłączna satysfakcja. Wcale nie w ideologicznej zgodzie, choć skoro już jest, to czemu nie, ale w tym, że można się spotkać i pogadać z bardzo przyjemnymi ludźmi. I myślę, że skoro – jak już zauważyłem – zbliżamy się tu razem do szóstej setki, można to uznać za bardzo dobry moment, żeby Wam o tym powiedzieć.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...