środa, 31 grudnia 2014

Kto się boi Andrewa Michty?

Dziś już nie pamiętam, co to była za okazja, ale jakiś czas temu zwróciłem uwagę na dziwny fakt, że wśród osób funkcjonujących w domenie publicznej są tacy, o których nasza wiedza sięga lat 80-tych, a i to w najlepszym wypadku. Mamy oto jaką starszą panią, czy starszego pana, którzy dochodzą do wniosku, że Polska jest spragniona ich opinii na któryś z bieżących tematów, błyskawicznie pojawiają się z nią w którychś z mainstreamowych mediów, owa opinia jest na tyle szokująca, że próbujemy sprawdzić, z kim mamy przyjemność, i nagle się okazuje, że stajemy w obliczu kompletnej pustki. Pojawia się na przykład nazwisko jakiejś Leny Kolarskiej-Bobińskiej, chcemy się dowiedzieć, kto zacz, wpisujemy odpowiednie literki w googla… i okazuje się, że ona pojawiła się na świecie tak mniej więcej w roku 1992. A co wcześniej? Diabeł jeden wie.
Ponieważ w tego typu sytuacjach zaczynam podejrzewać, że ktoś chce przede mną coś zataić, wpadam w nastrój przez niektórych konsekwentnie wykpiwany, a powszechnie określany nazwą „spiskowania”. Ja dziś już nie potrafię zliczyć, ile to razy przez minione lata zdarzyło mi się trafić na osoby dla współczesnej Polski jak najbardziej ważne, co do których pochodzenia pozostajemy w całkowitych ciemnościach. Wpisuję w tę przysłowiową już wikipedię odpowiednie danę i otrzymuję wiadomość: „ukończył studia na Uniwersytecie Warszawskim, w roku 1992 zaangażował się w…” i tak dalej.
Od dwóch dni mamy problem z niejakim Andrzejem Michtą, publikującym w Salonie24 i obecnie podpisującym się jako „Andrew”. Powiem szczerze, że dotychczas ów Michta interesował mnie o tyle, o ile ja sam, jako osoba regularnie pisząca w Salonie24, zawsze zwracam uwagę na to, w jaki sposób administracja portalu realizuje swoją politykę. Dziś jednak, ponieważ osoba owego Michty stała się własnością publiczną, a to w związku z jego życiorysem, oraz podejrzeniami, że ów Andrew Michta to bliski krewny znacznie bardziej znanego funkcjonariusza reżimu komunistycznego, pomyślałem, że zobaczę, któż to taki. Kwestia ta stała się dla mnie tym bardziej interesująca, że wspomniana już wcześniej administracja Salonu24 w oczywisty sposób postanowiła położyć na szali cały swój autorytet, by Michcie nie stała się jakakolwiek krzywda. I proszę sobie wyobrazić, że z tego co można się zorientować, jedyne co o tym dziwnym człowieku wiemy, to to, co on sam nam o sobie powiedział, no a że informacje te dodatkowo, zapewne po to, by zrobić na nas większe wrażenie, przekazane są głównie w języku angielskim, to otrzymujemy coś w stylu: „The BBC characterized him as ‘a well-known expert on security issues’”. No i oczywiście wszystko zaczyna się tak mniej więcej w roku 1990. Gdzie Michta się urodził, gdzie chodził do szkoły, kim byli jego rodzice, gdzie poszedł na studia, kiedy zdał maturę, jak to się stało że wyjechał za granicę i przestał być Andrzejem, i kazał na siebie wołać Andrew – o tym już ani słowa. Jedyne co o Michcie wiemy, to to, że jest „bilingual” i „fluent”, że jest „PhD”, że „BBC scharakteryzowało go jako bardzo znanego eksperta w kwestiach bezpieczeństwa”, no a jak ktoś chce więcej i to w taki sposób, by owo więcej zrobiło na nim odpowiednie wrażenie, to jeszcze się dowie że:
He is the M.W. Buckman Distinguished Professor of International Studies at Rhodes College, a predominantly undergraduate college in Memphis, Tennessee. There he received the Clarence Day Dean's Award for Outstanding Research. He was on leave 2005-09 and 2011-present. As of May 2011, he is the Senior Transatlantic Fellow and the Director of the Warsaw branch office of the German Marshall Fund of the United States. From 2005-09, he was Professor of National Security Studies and Director of Studies of the Senior Executive Seminar at the George C. Marshall European Center for Security Studies in Germany. He was a Visiting Scholar at the Hoover Institution on War, Revolution and Peace at Stanford University; and a Research Associate at the Institute for European, Russian and Eurasian Studies at The George Washington University. From 2000-2001 he was at the Woodrow Wilson Center in Washington, D.C. (2000–2001). He is a member of the International Institute for Strategic Studies in London, serves on the Advisory Council of the Center for European Policy Analysis in Washington, D.C., and has served on the AAASS Board of Directors (2001–2004)”.
No a ja oczywiście – już wyposażony w całą tę wiedzę – zdaję sobie też sprawę z tego, że ten oto człowiek jest tak wszechstronny, że poza realizowaniem owej wybitnej kariery prowadzi bloga w Salonie24, a jego obecność tu jest czymś tak wstrząsającym, że jakiekolwiek głosy kwestionujące rangę tego wydarzenia, są traktowane niemal jak zamach na dobro polskiego państwa.
Andrew Michta. Człowiek, który założył jakiś czas temu bloga w Salonie24 i przez Administrację traktowany jest jak Dobro Najwyższe. Przepraszam bardzo, ale ponieważ ja nie jestem idiotą, a w dodatku tak się składa, że język angielski przez sam fakt bycia językiem obcym nie robi na mnie większego wrażenia, ja bym jednak chciał wiedzieć, kto do mnie gada. Powiedzmy, że wystarczy, jeśli zaczniemy od tego „bilingual”. To by nam otworzyło odpowiednią perspektywę.

Przypominam, że moje książki są do nabycia w księgarni na stronie www.coryllus.pl. Polecam najszczerzej.

wtorek, 30 grudnia 2014

Hejterzy nigdy nie zasypiają

Ponieważ dziś, zupełnie wyjątkowo, zamieściłem kolejną notkę tylko na blogu w Salonie24, a to z tej przyczyny, że sprawa dotyczyła wyłącznie wspomnianego Salonu24, i dla czytelników tekstów publikowanych tutaj nie miałaby większego znaczenia, pomyślałem sobie, że skorzystam z okazji i również tu zamieszczę tekst, który z kolei będzie miał znaczenie tylko dla nas, tych którzy się spotykają tutaj. Jak pewnie każdy z nas pamięta, jakiś czas temu postanowiłem wszystkie komentarze, jakie są do mnie wysyłane, moderować, czyli je przed publikacją sprawdzać. Czemu tak zrobiłem? Otóż poszło o to, że w pewnym momencie ten blog został zaatakowany przez grupę wariatów, którzy tu przebywają nie po to, by sobie o różnych kwestiach poczytać, czy choćby i na ich temat porozmawiać, ale wyłącznie po to, by wyrzucić z siebie nienawiść do mnie, jako człowieka. Co gorsza, atak ów nie przybrał postaci zwykłego zarzucania mnie opiniami na temat tego, jaki to ze mnie podły czy głupi człowiek, bo to można by było nawet i tolerować, ale najbardziej klasycznego trollowania. Ponieważ w pewnym momencie doszło do tego, że większość z komentarzy to był ów trolling, uznałem, że w celu dbałości o podstawową higienę tego miejsca, lepiej będzie mieć na kolejne komentarze oko.
Niedawno, w drodze eksperymentu, postanowiłem zdjąć ową blokadę z nadsyłanych komentarzy i zobaczyć, czy może owe niegdysiejsze trolle się może zajęły swoimi sprawami i dały mi spokój. Niestety, nie minął tydzień, jak jeden z nich pokazał, że jego życie przez te miesiące utknęło w miejscu i on nadal koncentruje się na tym, co ja sobie myślę i co robię. W tej sytuacji, w obawie, że przy owym naturalnie mizernym komentowaniu, z jakim mamy tu do czynienia, dojdzie ponownie do tego, z czym mieliśmy do czynienia wcześniej, a więc że 90 procent komentarzy to będzie to półprzytomne plucie, uznałem za konieczne ponownie włączyć moderację.
Spotkałem się z opinią, że blog toyah.pl, to jest oczywista porażka, bo tu nie ma komentarzy. Na początku próbowałem tu trochę dyskutować, ale ponieważ moje słowa były jak groch o ścianę, dałem spokój. Ponieważ jest dobra okazja, by powiedzieć parę słów prawdy, powtórzę to raz jeszcze. Otóż o ile blog w Salonie24 odwiedzają głównie inni blogerzy, bądź ci z nas, którzy swój wolny czas lubią po prostu spędzać na krążeniu po internecie, niekiedy bardzo aktywnie, toyah.pl pełni funkcję czysto użytkową, w tym sensie, że tu się przychodzi, czyta kolejny tekst i wraca następnego dnia. Efektem tego jest to, że przez minione cztery lata mamy tu już ponad dwa miliony odsłon, regularnie ponad 1000 odsłon (nie licząc moich) dziennie i ponad 180 tak zwanych „uczestników” bloga, a ochotę na komentowanie mają praktycznie tylko ci, którzy jednocześnie mają ochotę, by mnie zniszczyć. Dlatego znów włączyłem moderację komentarzy. Przykro mi, ale tak musi zostać. Jeśli pozwolę na to, by większość komentarzy pod kolejnymi notkami stanowiły głosy internetowych hejterów, równie dobrze mogę ogłosić, że prawdziwy blog jest tylko w Salonie24, a to jest po prostu nieprawda.
A zatem, proszę o zrozumienie i cierpliwość. No i o komentowanie. Zawsze odpowiem. Prędzej czy później. No i zapraszam do księgarni pod adresem www.coryllus.pl i do kupowania moich książek.

poniedziałek, 29 grudnia 2014

Spóźniona opowieść wigilijna, czyli no more heroes anymore

Gdy chodzi o moje miasto Katowice i jego udział w budowaniu III RP, na czoło wysuwają się dwie osoby, a mianowicie pierwszy „demokratycznie” nominowany wojewoda Wojciech Czech i pierwszy równie demokratycznie wybrany prezydent Jerzy Śmiałek. Tak się złożyło, że jednego i drugiego znałem mniej lub bardziej osobiście, a to w tym sensie, że Czechom uczyłem dzieci – a mają ich aż troje – natomiast Śmiałek mieszkał w najbliższym sąsiedztwie miejsca, gdzie mieszkaliśmy wówczas i my, a zatem mieliśmy od rana do nocy prosty widok na jego okna.
W pewnym momencie władza zadecydowała, że Czechowie zostaną przeprowadzeni ze swojej kamienicy w lepsze miejsce, a więc do domu, w którym ich bezpośrednim sąsiadem będą Edward i Stanisława Gierkowie, no i w ten sposób ja już przestałem ich odwiedzać. Śmiałek natomiast został w swoim pięknym mieszkaniu u zbiegu ulic Jordana i Skłodowskiej-Curie.
Mimo że mieliśmy go cały czas pod okiem, nigdy nie miałem okazji z nim rozmawiać. O ile pamiętam, nie miałem nawet okazji powiedzieć mu dzień dobry. Z tamtych lat pamiętam tylko pewien dzień, kiedy pod jego mieszkanie podjechał taki typowy miejski dźwig, zatarasował całą ulicę i przez pół dnia instalował mu w oknach takie specjalne koszyki na doniczki. Okropnie mnie to wówczas irytowało, no ale nie zapominajmy, że to się działo prawie dwadzieścia lat przed Katastrofą w Smoleńsku. To jednak jest moje całe doświadczenie, gdy chodzi o tych, którzy byli na miejscu, kiedy hartowała się dzisiejsza stal.
Dziś czasy się bardzo zmieniły, my też już mieszkamy w innym miejscu, a tym samym z dziećmi wojewody Czecha kontaktu już nie mamy – kto zresztą wie, czy one wszystkie nie wyjechały do Anglii? – a Jerzy Śmiałek nie jest już naszym sąsiadem. Ponieważ jednak Katowice to miasto naprawdę niewielkie, wciąż w ten czy inny sposób się z nim akurat widujemy. Dziś Jerzy Śmiałek, pierwszy prezydent wolnych Katowic, jest człowiekiem już w bardzo, bardzo podeszłym wieku i choć z prawdziwym bólem serca stwierdzam, że on dziś wprawdzie wygląda, jakby się znajdował na liście klientów tak zwanej „Szlachetnej Paczki”, to ów, jak to mówią Anglicy „recognition factor” jest na tyle jednoznaczny, że ja go rozpoznaję bez najmniejszego kłopotu.
Przez parę ostatnich lat spotykałem Jerzego Śmiałka, kiedy i ja i on szliśmy z naszymi psami na spacer. Zawsze zamienialiśmy parę słów, a ja nigdy nie uznałem za stosowne poinformować go, że wiem, kim on jest. A zatem, to były zwykłe rozmowy o psach i kupach. W końcu, cóż tam jest więcej? Parę tygodni temu spotkałem prezydenta Śmiałka bez psa, a on mi powiedział, że pies jest chory, przez kilka dni był w szpitalu i akurat dobrzeje. Ja mu na to, że słyszałem – na szczęście tylko słyszałem – że szpitalne leczenie psa jest bardzo drogie i że kiedyś rozmawiałem z człowiekiem, który za leczenie swojej dalmatynki musiał wyłożyć 1600 złotych, na co on mi odpowiedział, że na szczęście w jego wypadku to było zaledwie paręset złotych. Powiedzieliśmy sobie do widzenia i poszliśmy swoją drogą. Wczoraj spotkałem go znowu, no i tym razem on mi powiedział, że miałem rację co do tych kosztów, bo ostatecznie on wydał na swojego pieska dokładnie 1600 złotych, tyle że niestety pies zmarł. No i on dziś już tak sobie chodzi tylko z jego duchem. Tak dokładnie mi powiedział Jerzy Śmiałek. Z jego duchem.
Ponieważ uznałem sytuację za szczególną, postanowiłem wreszcie powiedzieć Śmiałkowi, że ja świetnie wiem, co on za jeden. Powiedziałem mu to, a następnie, zakładając, że będzie co będzie, zapytałem, jak mu się podoba dzisiejsza Polska, a ponieważ, jak wiemy, jestem politycznie mocno wzbudzony, dodałem owo bardzo złośliwe „25 lat wolności”. I proszę sobie wyobrazić, że Jerzy Śmiałek, pierwszy prezydent wolnych Katowic, zrobił minę, której ja nawet nie będę próbował opisać i powiedział: „Ma pan bardzo ładnego psa. Niech się pan cieszy”.
I to mi starczyło za wszystko.
Gdyby ktoś nie wiedział, to była moja spóźniona opowieść wigilijna.

Książki są do kupienia na stronie www.coryllus.pl i prawie nigdzie więcej.

niedziela, 28 grudnia 2014

O grubych panach i głupich paniach, czyli gender w odwrocie

Gdyby ktoś mi jeszcze godzinę temu powiedział, że ja kiedykolwiek jeszcze w życiu napisze choć słowo na temat Piotra Semki, albo stoczę się tak nisko, że zacznę pisać o kobiecie nazwiskiem Lena Kolarska-Bobińska, wzruszyłbym ramionami i powiedziałbym, żeby mi ten ktoś dał święty spokój. Tymczasem oto właśnie trafiłem na informację, że owa Kolarska-Bobińska w swoim komentarzu na Twitterze wyszydziła owego Piotra Semkę z powodu jego tuszy, i ja natychmiast pomyślałem sobie, że litości nie będzie.
Powiem szczerze, że nie wiedziałem, od czego mam zacząć ten akapit – czy od Bobińskiej, czy Twittera, ale nich będzie Twitter; prawdziwe mięso zostawimy sobie na koniec. Oto mamy ten Twitter i wydaje się, że on stał się ostatnio częścią naszej kultury w tym sensie, w jakim częścią kultury stały się owe tysiąc telewizyjnych kanałów, galerie handlowe, nauka języka angielskiego z Donaldem Tuskiem, zabójstwo pod Białą Podlaską, czy ewentualnie nowa piosenka Dawida Podsiadło. Mamy ów Twitter i nagle widzimy, że to tam, na Twitterze toczy się prawdziwe życie, i jeśli komukolwiek z nas przyjdzie do głowy, by się zainteresować tym, co w trawie piszczy, nie powinniśmy ani kupować nowego telewizora, ani męczyć się z pilotem i przełączać kanały kupionego w zeszłym roku, ale wejść do Internetu i tam poszukać informacji, kto gdzie i co napisał na Twitterze. A tam – i daję słowo, że mam co do tego coraz większą pewność – znajdziemy ich wszystkich, tyle że już nie odpowiednio ufryzowanych przed telewizyjną kamerą, czy mikrofonem wynajętego dziennikarza, ale dokładnie takich, jakimi oni są w rzeczywistości, z całym swoim bagażem, naprzeciwko tego laptopa.
Są trzy tego typu miejsca w Internecie, gdzie ludzie potrzebują powiedzieć, co im leży na sercu. Pierwsze z nich, mi akurat najbliższe, to blogi. Drugie, to Facebook, z którego korzystają dziś niemal wszyscy ludzie zamieszkującą naszą planetę, no i wreszcie ów Twitter, który, jak przypuszczam, przeznaczony jest dla polityków, dziennikarzy, artystów, literatów, no i ogólnie rzecz ujmując, celebrytów. To tam oni wszyscy, kiedy wrócą już do domu z pracy, nienagabywani przez nikogo, mogą wreszcie być sobą i tylko sobą. W jaki zatem sposób oni pokazują, że są ludźmi? Zwyczajnie. Tu możliwości jest wiele, a wśród nich nawet uwagi na temat kształtu ostatniej kupy, jaką zrobił ich pies, lub spalonej jajecznicy. Chodzi tylko o to, by wrócić z pracy do domu, zamknąć drzwi na klucz, włączyć komputer i powiedzieć coś, całkowicie niezobowiązującego.
Oto, jak się dowiaduję, na owym Twitterze jak najbardziej, Minister Nauki i Szkolnictwa Wyższego w rządzie Ewy Kopacz Lena Kolarska Bobińska napisała komentarz, w którym ogłosiła rok 2015 rokiem odchudzania Piotra Semki. Wyjaśnię może tym, którzy żyją pełnią życia i sprawami nieważnymi się nie zajmują, że Piotr Semka to powszechnie szanowany prawicowy dziennikarz, który poza tym, że od czasu do czasu opublikuje gdzieś jakiś tekst, rzuca się publicznie w oczy tym, że jest bardzo gruby. Wprawdzie nie tak gruby, jak Ryszard Kalisz, Wojciech Mann, czy Anna Komorowska, ale, owszem, gruby. Gruby bardzo. I oto, jak już napisałem wyżej, na Twitterze zaprezentowała się owa Bobińska i wyszydziła Piotra Semkę z powodu jego tuszy. Dziś większość komentatorów albo zastanawia się czemu z tej Bobińskiej jest taka wieśniara, albo – i to może częściej – wzywa premier Kopacz do wyciągnięcia konsekwencji wobec swojej minister. Ja natomiast, od pierwszej chwili, kiedy usłyszałem o tym, co się stało, zastanawiam się tylko nad jednym: co Bobińska ma do Semki i jak bardzo to coś musi być potężne, że ona nie mogła się powstrzymać, by po wejściu na tego nieszczęsnego Twittera wyszydzić go z powodu jego tuszy. Ja nie wiem, jak to jest być ministrem, zwłaszcza w rządzie kogoś takiego jak Ewa Kopacz, jednak mogę się tego próbować domyślać. To musi być coś, co sprawia, że każdego dnia, kiedy człowiek wraca wieczorem do domu, jedyne o czym marzy, to jest nałożyć sobie poduszkę na głowę i zasnąć, najlepiej na zawsze. A już być Ministrem Nauki i Szkolnictwa Wyższego – to musi być wyzwanie nie lada. Tymczasem ona włazi na tego swojego i zaczyna rechotać, że Semka jest opasły.
Napiszę to jeszcze raz. Lena Kolarska-Bobińska, Minister Nauki i Szkolnictwa Wyższego, z nominacji Donalda Tuska i zatwierdzenia Ewy Kopacz. Ktoś powie, że to brzmi dumnie i bardzo poważnie. Kto inny z kolei przyjdzie i powie, że wręcz przeciwnie – tu mamy do czynienia z kpiną i kupą śmiechu. A ja się obawiam, że tu nie mamy do czynienia ani z jednym ani z drugim, ale jeszcze z czymś, co się wymyka wszelkim diagnozom. Otóż mamy ten Twitter, a on przyciąga najgorszy element, a najgorszy element, jak wiemy, zawsze się wymykał racjonalizacji. A zatem i tu niegdy się nie dowiemy, co Bobińska ma do Semki. Natomiast warto by się było naprawdę zastanowić, po co jest ów Twitter. Po co? W jaki sposób? W imię jakich interesów? Ale to jest już temat na osobną notkę.

Jak zawsze zachęcam wszystkich tych, którzy lubią tu przychodzić do kupowania moich książek. Do nabycia na stronie www.coryllus.pl.

sobota, 27 grudnia 2014

Stanisław Barańczak - człowiek, który zrobił swoje

Zmarł Stanisław Barańczak, a ja, mimo że nie uważałem go nigdy ani za choćby przeciętnego poetę, ani tym bardziej za choćby przeciętnego tłumacza – jego literackich esejów, które podobno pisał, nie znam, ale ponieważ mam swoje doświadczenie, nie sądzę, bym tu musiał czegokolwiek żałować – uważam, że powinienem tu dziś na jego temat powiedzieć parę słów. Przede wszystkim, kiedy dowiedzieliśmy się o jego śmierci, w domu zapanowała pewna konsternacja. Ja wprawdzie akurat wiedziałem, że on od wielu już lat mieszka w Stanach Zjednoczonych, zmaga się z chorobą Parkinsona i zmaga się z nią tak bardzo, że niewykluczone, że nie ma już z nim żadnego kontaktu, natomiast moja żona, proszę sobie wyobrazić, na tę smutną wiadomość zareagowała słowami: „To on nie umarł już dziesięć lat temu?”
Po co o tym w ogóle wspominam? Otóż po to, że moim zdaniem to iż Stanisław Barańczak stał się przez te wszystkie lata kimś tak strasznie anonimowym, woła o pomstę do nieba. I to – muszę to powtórzyć raz jeszcze – wcale nie dlatego, że on się aż tak wybitnie zasłużył dla polskiej kultury, bo to jest czysta propaganda, i to propaganda wyjątkowo bezczelna, ale z tego prostego powodu, że jego zasługi dla III RP i tego wszystkiego, z czym ona nas dziś zostawia, są wręcz nie do przecenienia. A to, że dziś nagle wiele osób sobie uświadamia, że ktoś taki jak Barańczak kiedykolwiek istniał, i że – dramatycznie wręcz paradoksalnie – ci co o nim słyszeli, to nie ci, którzy mieli wszelkie powody, by o Barańczaku myśleć jak najlepiej, ale ci, co o nim dobrze myśleć nie potrafili, jest wiadomością dość ponurą.
W czym rzecz? Otóż problem polega na tym, że jeśli ktoś pamięta lata 90-te, a więc czas naprawdę bardzo brutalnej walki walki o przyszłą Polskę, gdzie ani nie brało się jeńców, ani nie liczyło ofiar, to wie też, że Barańczak miał tam swoje bardzo ściśle określone miejsce, i że towarzystwo, w jakim występował, nie przynosiło mu ani chwały ani splendoru. I jeśli ja, mimo że o nim od lat nie słyszałem jednego słowa, poza drobnymi, nic nieznaczącymi informacjami podawanymi przez niszowe patriotyczne portale na temat jego ojca, poznańskiego lekarza, Jana Barańczaka, czy jeszcze bardziej niż on sam zapomnianego poety Wojciecha Bąka, wciąż miałem go w ten czy inny sposób z tyłu głowy, i wiedziałem, że on z całą pewnością gdzieś tam w tej Ameryce jakoś ciągnie, to tylko dlatego, że nie mogłem się nadziwić, że jego wierni kumple z „Wyborczej”, z Adamem Michnikiem na czele, tylko przez to, że on skutkiem swojej choroby stał się tak fatalnie dla nich bezużyteczny, tak brutalnie go skreślili. No i czekałem, czekałem i czekałem na ten dzień, kiedy on w końcu odejdzie, by zobaczyć, jak oni – właśnie oni – na to zareagują. Czy choćby w połowie tak emocjonalnie, jak na śmierć Wisławy Szymborskiej? No i umarł, a portal gazeta.pl, teraz kiedy piszę ten tekst, informację o tym wydarzeniu podaje w dziale „kultura” i to dopiero na drugim miejscu, po jakiś idiotycznych refleksjach piosenkarza Turnaua o tym, że festiwale są nic nie warte.
Nie wiem, jak przez minione lata żył Stanisław Barańczak. Nie mam pojęcia przede wszystkim, czy był z nim jakikolwiek kontakt, czy ktokolwiek z jego byłych osobistych i politycznych przyjaciół się z nim kontaktował, a jeśli tak, czy on w ogóle zabierał głos w sprawie dzisiejszej sytuacji w Polsce, no i oczywiście, jakie tu mogło być jego zdanie. Zakładam, że skoro od wielu już lat ani jedna ani druga strona nie widziała powodu, by o Barańczaku wspominać, on był jednak bardzo chory i miał wszystko to w nosie. Wiem natomiast, że dziś, kiedy nagle wszyscy – wygląda na to, że naprawdę wszyscy – zaczynają coś pleść na temat tego, jakim to wielkim poetą i tłumaczem był Stanisław Barańczak, i jak to mu się należały wszelkie możliwe honory, w tym przede wszystkim oczywiście Nobel, zachowanie to śmierdzi wyjątkową obłudą. Oni wszyscy bowiem mieli naprawdę wystarczająco dużo czasu, by czcić swojego bohatera, i czas ów najzwyczajniej w świecie zmarnowali.
Ja oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, jaką wściekłość wywoła ten tekst w tych pustych łbach, ale nawet jeśli mam się teraz narazić jeszcze bardziej, to nie mam wyjścia i powiem coś jeszcze. Otóż, moim zdaniem, jeśli ktoś tu tak naprawdę oddał uczciwie hołd Barańczakowi, to ja, a więc ktoś, kto nie miał najmniejszego powodu, by go szanować za życia, a teraz kiedy umarł, ma w sobie wystarczająco dużo uczciwości, by stanąć po stronie jego pamięci przeciwko tym, dla których on miał znaczenie tylko o tyle, o ile był z niego jakiś pożytek w walce przeciwko wolnej Polsce.

Przypominam, że moje książki są do kupienia na stronie www.coryllus.pl. Na moje oko, dziś sytuacja jest taka, że dalej szukać nie ma co.

piątek, 26 grudnia 2014

O ludziach, świadectwach i Bogu który żyje

Wciąż świętujemy, a zatem nowego tekstu nie będzie, natomiast dziecko moje podało mi link do czegoś, co niewątpliwie zastąpić powinno bardzo skutecznie dziesięć tekstów. A zatem radujmy się: Bóg się nam narodził!

środa, 24 grudnia 2014

Gdy się Chrystus rodzi...

... wszystkim przyjaciołom tego bloga, jego czytelnikom znanym mi i nieznanym, tym których miałem przyjemność poznać osobiście i tym, których mam nadzieję poznać w przyszłości, ludziom, którzy w najróżniejszy sposób pomagali mi przetrwać wszystkie ciężkie chwile, którzy nieśli mi dobrą inspirację, pragnę w to piękne, wigilijne przedpołudnie złożyć najlepsze życzenia, by Jezus Nowonarodzony błogosławił życie ich i ich bliskich i rozświetlał ścieżki przez cały nadchodzący rok.

wtorek, 23 grudnia 2014

Tym razem bez życzeń. Nie tym razem.

Myślę że każdy, nawet ów mniej uważny, czytelnik tego bloga wie, że, jak to śpiewał swego czasu Mistrz, „tu się psia nędza nikt nie oszczędza”. A skoro tak, to czytelnik ten też wie, że w pierwszym szeregu tych, co do których nikt się tu nie oszczędza, stoją tak zwani „dziennikarze niepokorni”. Oni na tym blogu są tępieni w sposób bezwzględny i systematyczny od lat i jak wiele na to wskazuje, sytuacja ta już raczej się nie zmieni – przynajmniej do czasu, gdy jakaś nieoczekiwana rewolucja ich raz na zawsze najzwyczajniej w świecie stąd wymiecie.
O co autor tego bloga i komentujące na nim stale osoby mają do owych „niepokornych dziennikarzy” pretensje? Otóż po pierwsze o to, że oni są słabi; zwyczajnie słabi. Pod względem umiejętności czysto dziennikarskich, niemal stuprocentowa większość z nich to amatorzy i to amatorzy z całkowitego przypadku. Po drugie, niemal stuprocentowa większość z nich – choć tu mam wrażenie, że wyjątków nie ma – pozostaje całkowicie obojętna w stosunku do sprawy, o którą rzekomo walczą. I tego jestem pewien. Gdyby każdego z nich spróbować prywatnie zaczepić w którejkolwiek ze spraw, które dręczą na co dzień każdego z nas, oni by jedynie wzruszyli ramionami i powiedzieli nam, by im nie zawracać głowy. Po trzecie wreszcie zarówno sami autorzy dostarczanych prawicowej opinii publicznej tekstów, jak i ich dysponenci, są głęboko przekonani, że oni wszyscy uprawiając tę swoją działkę, mają do czynienia z takimi durniami, że choćby oni stoczyli się do poziomu najniższego, nikt z tych bałwanów tego nie zauważy. Ja mam pretensję do polskiego tak zwanego „dziennikarstwa niepokornego” o to, że oni, z jakiegoś kompletnie dla mnie niewyjaśnionego powodu, żyją w głębokim przekonaniu, że nie ma takiego idiotyzmu w ich wykonaniu, który ja na przykład byłbym w stanie dostrzec. No i sobie używają. I za to ich tu na tym blogu tępię bez żadnej litości. Tych bezczelnych idiotów, tę ich gnuśność i wręcz karykaturalną bezmyślność.
Ponieważ jednak ta walka trwa już tyle lat – przypominam, że mój pierwszy tekst, zamieszczony jeszcze w roku 2008 pod dawnym adresem toyah.salon24.pl, dotyczył osoby i publicystycznej działalności Rafała Ziemkiewicza – mam wrażenie, że pojawiająca się tu od czasu do czasu krytyka owej „niepokornej publicystyki”, przez niektórych z nas traktowana jest jako swego czasu rytuał. Chodzi mi o to, że uważam za bardzo prawdopodobne, że kiedy my tu zajmujemy się gnojeniem jakiegoś Skwiecińskiego, czy Zaremby, pewna część czytelników uważa, że to jest tylko taka zabawa; że wszystko się bierze stąd, że autor tego bloga ma taki a nie inny charakter, a ów charakter tworzy autpmatycznie charakter tych tekstów. Otóż możliwe, że tak się niekiedy dzieje, jednak nie w tym wypadku. Gdy chodzi o kwestie dziennikarstwa – w tym przed wszystkim (inne naszej tu uwagi raczej nie zajmuje) dziennikarstwa prawicowego – tu żartów nie ma. Tu wszystko się toczy na poziomie jak najbardziej poważnym.
Myślę, że nadszedł czas – a niech już będzie, że przy okazji zbliżających się Świąt – by pokazać, w czym rzecz, i to w taki sposób, by każdy z nas zrozumiał powagę sytuacji. Oto wczoraj, powiem szczerze, że nie bardzo nawet wiem dlaczego, zacząłem bardzo solidnie przeglądać kolejne wiadomości ukazujące się na portalu wpolityce.pl, który, o czym niektórzy z nas mogą nie wiedzieć, jest internetową ekspozyturą popularnego prawicowego tygodnika opinii „W Sieci”. I proszę sobie wyobrazić, że najpierw natknąłem się na tekst niejakiego (daje słowo, że ja tych redaktorów nie znam) Tomasza Domalewskiego, „wieloletniego redaktora krakowskiego ‘Dziennika Polskiego’”, który nas informuje, że premier Kopacz skompromitowała się udzielając wywiadu magazynowi „Viva” i dziś ma o tę kompromitację pretensję do „Vivy”, zamiast do siebie. „Zarówno sama Pani Premier, jak też cały fraucymer biegający za nią, zestaw doradców, opiekunów medialnych i tych od propagandy, został ośmieszony wyłącznie na własne życzenie, z powodu własnych niedostatków. Wiadomo jakich. I bicie przedświątecznej piany, próba zamiany próżności w obfitość ilorazu niczego nie zmieni. Lustereczko nie kłamie”, pisze Domalewski, a czytelnikowi pozostaje już tylko zachodzić w głowę, o co poszło. Czy Kopacz powiedziała coś głupiego, a ci zamiast ją ocenzurować, ową wpadkę puścili? Czy może „Viva” zamieściła jakieś kompromitujące ją zdjęcie? A może oni czegoś na czym Premier bardzo zależało, nie puścili? Oczywiście, zaciekawiony, o co mogło pójść, że to aż Kancelaria Premiera musiała interweniować, poszperałem w Sieci i odpowiedź znalazłem: chodziło o to, że „Viva” Kopaczowej założyła jakiś ciuch i obok właściwego tekstu zamieściła też reklamę sklepu, który owym ciuchem handluje. A więc reklama. Tyle że o tym już ani słowa. Dlaczego? To proste. Wówczas mogłoby się okazać, że my, a więc z punktu widzenia Domalewskiego i redaktorów portalu banda skończonych, nic nie wartych durniów, nie daj Boże, nie zrozumielibyśmy z tego nic, no i nie wiedzielibyśmy, że w najbliższych wyborach należy głosować na PiS, a nie na Platformę. A więc najlepiej jest po prostu obrzucić Kopacz szyderstwami i liczyć, że one nie okażą się zbyt wyszukane.
Po Domalewskim pojawia się tekst podpisany przez „Zespół wpolityce.pl” i zatytułowany „Prawie połowa Polaków nie uznaje wyniku wyborów samorządowych”, i tu już nie można mieć najmniejszych wątpliwości, że mamy do czynienia z akcją opartą na zasadzie „ci durnie i tak nie wyjdą poza tytuł”. Bo co takiego się dzieje? Otóż z tekstu zamieszczonego na prawicowym portalu wpolityce.pl dowiadujemy się, że 68 procent osób które wzięły udział w wyborach wierzy w oficjalnie podane wyniki, natomiast z tych, którzy w wyborach udziału nie wzięły, w oficjalne dane wierzy zaledwie 48 procent. Jeśli się jednak tych ludzi spytać, co należy w tej sprawie zrobić, zaledwie 7 procent chce, by policzyć jeszcze raz wszystkie głosy. Oczywiście to nie przeszkadza „zespołowi w polityce.pl”, by tytułować swój tekst zdaniem: „Prawie połowa Polaków nie uznaje wyników wyborów samorządowych”. Czemu tak? Sprawa jest jasna. Chodzi o to, byśmy my, banda idiotów, którzy ani nie umieją czytać, ani tym bardziej myśleć, wykonali robotę za panów dziennikarzy.
No i wreszcie mamy na koniec autentyczny rodzynek. Oto przed nami tekst człowieka nazwiskiem Tomasz Rakowski, który pod spodem przedstawia się jako: „Informatyk, przedsiębiorca, podwójny absolwent Politechniki Gdańskiej. Zaangażowany w działalność społeczną od 10.04.2010. Publikował w pierwszym ‘Uważam Rze’. Współpracownik Ruchu Społecznego im. Prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego. Katolik, konserwatysta, homosceptyk. Dumny z tego, że jest Polakiem. Interesuje się kinematografią” (daję słowo, nic nie zmyślam). I oto okazuje się, że ów Rakowski ma dla nas naukę, w jaki sposób powinniśmy zareagować na to, że sieć EMPiK uznała za stosowne do swojej akcji promocyjnej zaangażować muzyka Adama Darskiego i gwiazdę telewizji TVN24 Marię Czubaszek, nazywanych przez Rakowskiego „satanistą” i „aborcjonistką”. Otóż zdaniem Rakowskiego powinniśmy pójść do EMPiK-u, wrzucić do koszyka towar za ciężkie pieniądze, przyjść do kasy, a kiedy kasjerka to wszystko nabije do kasy, odwrócić się na pięcie i odejść z honorem. Taki to jest plan. Rakowski, abyśmy – banda tępych durni – wszystko do początku do końca zrozumieli, opisuje nam punkt po punkcie, jak to wszystko on sam dla nas zrobił. Otóż (daję ponowne słowo honoru, że nic nie zmyślam) zaszedł ów człek do EMPiK-u, nawrzucał do koszyka przeróżnego towaru i ustawił się w kolejce do kasy. Kiedy przyszła na niego kolej, okazało się, że trzeba będzie zapłacić aż 500 zł. Tu pozwolę sobie zacytować cały odpowiedni fragment tekstu na prawicowym portalu wpolityce.pl:
- A co ze zniżką?
- Nie mogę, niestety.
- To jak to? Dla całej rodziny, na pół tysiąca zakupy i żadnej zniżki?
- Niestety.
- No cóż – skapitulowałem sięgając do wewnętrznej kieszeni płaszcza. Wyciągnąłem portfel. Brak gotówki.
- Można kartą? – zapytałem naiwnie.
- Można! – rozwiała moje obawy pani kierownik. Odgarnęła włosy. Jej wyciągnięta w moim kierunku ręka zawisła w powietrzu. Od mojej dłoni, w której trzymałem plastykowe pieniądze dzieliło ją kilka centymetrów.
I w tym momencie następuje atak:
- Jak się nazywa ta sieć księgarń, która reklamuje się przy pomocy satanisty? – Zmieszanie na jej twarzy było nie do ukrycia. Kobiecie odjęło mowę. Oczy zaczęły uciekać na boki, jakby w geście obrony jej ręka po raz kolejny wyciągnęła się w kierunku mojej karty. - Nie wiem – bąknęła. - No nie pamięta pani? – nie odpuszczałem - No ten satanista. Wie pani, nie chciałbym, żeby doszło do jakiejś pomyłki. On tam jeszcze występuje z jakąś starszawą panią, aborcjonistką.
I tak jeszcze przez chwilę nasz rycerz „zaangażowany w działalność społeczną od 10.04.2010” pognębia funkcjonariusza Systemu i wreszcie triumfalnie ogłasza: „A to w takim razie będzie rezygnacja” i z tym obrazem zostawia nas, bezmyślne wyborcze mięso, które z całą pewnością się ucieszy, że nasze media, panie, napisały, że ten Nergal to satanista, ta Czubaszek morduje małe dzieci, a kasjerka z EMPiK-u to jakiś tępy leming. A jeśli się nie ucieszy, to wyłącznie dlatego, że sami jesteśmy lemingami.
I ten cały, tak bezczelny przekręt, firmują Jacek i Michał Karnowscy – nasi czołowi prawicowi publicyści.
Powtórzę jeszcze raz. Ten blog działa już od siedmiu lat i naprawdę można się było przyzwyczaić. Można było również sobie pomyśleć, że to wszystko jest zaledwie taką umową między nami a nimi, gdzie my tu będziemy się na nich złościć i im dokuczać, a oni będą dalej robić to co robią, dla naszego i wspólnego dobra. Otóż nie. To tak nie działa. Bo tu nie chodzi ani o nas, ani o nich. Tu chodzi o Polskę. A jeśli w tej walce o Polsce pojawiają się jacyś – powiedzmy to wreszcie otwarcie – ruscy cwaniacy, to dla nich nie będzie litości. Oni będą niszczeni jak najgorsze robactwo. Nawet – a może szczególnie – w czasie Świąt Bożego Narodzenia.

Przypominam że nasze książki, w tym moja najnowsza o TymKtóryNiePrzepuszczaŻadnejOkazji, są do nabycia na stronie www.coryllus.pl.

poniedziałek, 22 grudnia 2014

Może tatuaż dla dziecka pod choinkę?

Wbrew, jak sądzę, dość powszechnemu przekonaniu, aby stworzyć tekst, który będzie miał wartość większą od zwykłej blogowej notki, nie wystarczy mieć dobry, ciekawy, a nawet oryginalny temat. To oczywiście jest najważniejsze, jednak jest jeszcze coś, bez czego, moim zdaniem, ani rusz, a mam tu na myśli to jedno czasem zdanie, niekiedy nawet jedno słowo, które umieszcza temat w kontekście znacznie szerszym, a przez to sprawia, że dopiero wtedy widzimy, że warto było. I często tak jest, że chodzą te myśli po głowie, a z nimi dziesiątki przeróżnych refleksji, często tak poruszających, że wydawałoby się, że nie pozostaje nic innego, jak tylko brać się za pisanie, a tu wciąż brakuje tej iskry, która gwarantuje, że to wszystko nie skończy się na jednym krótkim akapicie, a i on nam zajmie godzinę, dwie, a czasem i cały dzień użerania się z tą wrogą materią.
Ponieważ mam już te swoje doświadczenia, właściwie nigdy nie zdarza mi się, by siedzieć nad którymś z tych tekstów jakoś szczególnie długo, a już naprawdę nie przypominam sobie, bym któryś z nich pisał, pisał, pisał, a potem, dochodząc do wniosku, że z tego i tak nic już nie będzie, wyrzucał go w kosmos. No może raz, ale nie mam pewności. Jeśli już zaczynam coś pisać, doskonale wiem, po co to robię i co chcę, żeby z tego tekstu zostało, kiedy już skończę. Dziś na przykład, jeszcze tak naprawdę nie wystukałem pierwszego zdania, znam już zdanie ostatnie i jestem go pewien na tyle mocno, że mogę je z czystym sumieniem już teraz zapisać: „Bo obawiam się, że tak naprawdę nie pozostało nam o wiele więcej, jak tylko ten tatuaż”.
Oglądaliśmy wczoraj mecz Liverpool – Arsenal i znów pojawił się słowacki obrońca Martin Skrtel, calusieńki, może z wyjątkiem twarzy, wytatuowany. A ja sobie pomyślałem, że to jest to, co mi od pewnego już czasu chodzi mi po głowie – żeby napisać refleksję na temat owej zupełnie unikalnej w swojej dynamice mody, mody, której końca wprawdzie nie widać, ale ja go sobie potrafię świetnie wyobrazić, i nie jest to widok w żaden sposób nastrajający optymistycznie. Pamiętam jak jeszcze pracowałem w szkole, a był to początek lat 2000, i dwóch moich uczniów najpierw ogłosiło, że zamierzają sobie na łydkach zrobić tatuaże, no a następnie z tymi tatuażami przyszli na lekcje. Ponieważ byliśmy w pewnym sensie zaprzyjaźnieni, a oni chcieli znać moje zdanie, odradzałem im ten gest, używając, jak sądziłem, argumentu zupełnie oczywistego, że mianowicie za parę lat, kiedy już będą starsi i mądrzejsi, dojdą do wniosku, że te smoki, czy węże na nogach są zwyczajnie tandetne, tyle że już nie będzie tak prostej możliwości, by się ich pozbyć. A czym dalej, tym będzie gorzej. Będą mieli żony, dzieci, wnuki, a na nogach te tak strasznie krępujące wzory. I tak już do śmierci. Na nic. Co chcieli, to zrobili.
Był jeszcze jeden argument. Oto pewien mój kuzyn, kiedy jeszcze studiował, dał sobie wytatuować na ramieniu kolorową różę z jakimiś inicjałami i był bardzo z niej dumny dopóki, kiedy już skończył studia i szukał jakiejś lepszej pracy, nie dostał naprawdę dobrej oferty z ABW, tyle że wszystko w jednej chwili szlag trafił, kiedy oni zobaczyli, że on ma ten nieszczęsny tatuaż. Opowiadałem im i tę historię, licząc że może w ten sposób ich zniechęcę, i też na nic.
Od tego czasu minęło już dobre dziesięć lat i wszystko wskazuje na to, że nie miałem racji. Wystarczy się rozejrzeć, by zrozumieć, że kiedy pojawiły pierwsze studia tatuaży produkujące już nie kotwice, syreny, czy kropki na placach, czy pod okiem, ale co tylko sobie człowiek zażyczy, wszystko wskazuje na to, że to się nie skończy nigdy, a wręcz przeciwnie – już tylko się będzie rozwijało. Na końcu tej drogi nie stoją już tylko te chińskie literki, owe egzotyczne wzory, całe te tak pięknie ustylizowane zdania, które z całą pewnością coś znaczą, tyle że nam nic do tego, ale również przebite nosy, brwi, wargi, przedziurawione uszy, policzki, zniekształcone policzki, twarze i całe ciała. Tak właśnie – ciała. I moim zdaniem nie byłoby najgorzej się nam nad tym wszystkim zastanowić i wzorem Boba Dylana zawołać: „Because something is happening here and you don’t know what it is, do you, Mr. Jones?” Bo jak wiele na to wskazuje, w rzeczy samej, coś się dzieje i chyba jednak wypadałoby nam się zapytać, co to takiego?
Mój kumpel Gabriel Maciejewski, czyli, krótko mówiąc Coryllus, napisał dziś niezwykle istotny tekst – i tym samym stworzył tak przeze mnie wypatrywany kontekst dla poniższych refleksji – w którym zwrócił uwagę na powszechnie chyba przez nas lekceważony fakt, że jeśli chcemy kupić naszemu nastoletniemu dziecku świąteczny prezent, to jesteśmy praktycznie w sytuacji bez wyjścia. Dziś dla jedenastoletniego, dwunastoletniego, czy piętnastoletniego dziecka, jakakolwiek normalna oferta zwyczajnie nie istnieje. Gdy chodzi o różnego typu gadżety, ich jest tak dużo, a większość z nich tak zwyczajnie bezużyteczna, że nawet najgłupsze dziecko na nie już wzrusza ramionami. Książki naprawdę wartościowe są już dawno kupione i przeczytane, a nowych po prostu nie ma. Niby są te gry, ale raz że nie wszystkie dzieci lubią grać, a dwa że w końcu ile lat pod rząd można kłaść pod choinkę kolejną grę? Ile wreszcie lat pod rząd można dziecku kupować spodnie, koszulę, czy kurtkę? I to był właśnie dylemat, który Coryllus przedstawił w swojej notce.
A ja sobie myślę, że jeśli się głębiej nad tą ofertą zastanowić, to musimy dojść do wniosku, że tak naprawdę rzecz wcale nie tylko dotyczy nastolatków. Rzecz w tym – i jestem pewien, że większość z nas zdążyła to sama zauważyć – że w ogóle nie bardzo wiadomo, co takiego można kupić komuś pod choinkę, by mu sprawić radość. Weźmy mnie. Ja kiedyś, jeszcze w PRL-u, czy za wczesnej III RP, ucieszyłbym się wszystkim, jednak z biegiem lat ta półka stawała się coraz krótsza i dziś na niej poza flaszką, czy kompletem majtek czy skarpetek tak naprawdę nie ma nic. No, przyznam ewentualnie, że jakieś ładnie wydane CD, czy DVD z ulubionym filmem, czy muzyką, mogłyby mi sprawić przyjemność, ale obiektywnie patrząc, biorąc pod uwagę, że wszystko jest w jednej chwili do ściągnięcia z Internetu, a większość z nas słucha muzyki i ogląda filmy w komputerze, to też już nie jest prezent.
Ktoś powie, że ja jestem dziwny, więc nie powinienem się tu odzywać, no ale weźmy mojego syna, który oto od paru miesięcy zarabia ciężkie pieniądze, z którymi już nie bardzo wie co robić. Co chciał, to sobie już kupił i teraz, kiedy się go pytamy, co by chciał pod choinkę, to zupełnie szczerze odpowiada, że on nie potrzebuje tak naprawdę niczego. Podobnie jest z innymi. Oni najchętniej by powiedzieli by im położyć pod choinką kopertę z paroma setkami, tyle że ja i tak jestem pewien, że one by się rozeszły albo na codzienne domowe wydatki, w moim wypadku, czy wypadku mojej żony, lub na hamburgery w wypadku dzieci.
Ja oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że teza, którą chciałbym tu przedstawić może się okazać zbyt ryzykowna, ale wciąż mi chodzą po głowie te tatuaże i zaczynam podejrzewać, że tak naprawdę to wszystko idzie w tym kierunku, by nam zostały już tylko one, a więc nowy tatuaż, nowy kolczyk, nowa dziura, czy nowy jakiś inny znak, który sobie damy zrobić na swoim ciele. Proszę zwrócić uwagę, że – jeśli na chwilę jeszcze zechcemy wrócić do tych prezentów – tak naprawdę jedyny uniwersalny prezent, jaki możemy sprawić swojemu dziecku, żonie, mężowi, bratu, czy nawet tacie, to jest t-shirt z odpowiednim napisem. Czy tam będzie napis Led Zeppelin, czy Beatlesi, czy zdjęcie Morrisseya, czy grafika z pierwszej płyty Joy Division, czy jakiś cytat z Shakespeare’a, lub Dr. House’a, cel jest jeden – wygłosić mniej lub bardziej ciekawy manifest. No a kiedy te koszulki już się nam znudzą, pozostaną już tylko tatuaże i te okaleczenia. I niewykluczone, że kiedy za rok czy za dwa zapytamy naszych bliskich, co by chcieli najbardziej pod choinkę, to nam odpowiedzą, że albo jeszcze jeden kolczyk w jeszcze jednym wciąż niezagospodarowanym miejscu na ciele, albo kolejny tatuaż to tu to tam.
I żeby już sprawy nie przeciągać, bardzo chciałbym wiedzieć, jak to się stało, że w ten właśnie sposób – zakładając oczywiście, że moja diagnoza jest trafna – określono naszą przyszłość: jako nieustanne modelowanie naszego ciała w taki sposób, by ono ostatecznie przypominało coś kompletnie innego od tego, co dla nas zamierzył Pan. Bo obawiam się, że tak naprawdę nie pozostało nam o wiele więcej, jak tylko ten tatuaż.

Przed Świętami tego już się zrobić nie da, niemniej już za chwilę kolejna wolna chwila, by sobie poczytać coś wyjątkowego, zapraszam więc jak zawsze do księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie w dowolnej chwili można kupić sobie książkę, czy to moją, czy Gabriela, czy jeszcze parę innych. Szczerze zachęcam.

sobota, 20 grudnia 2014

O siekierce, kijku i źle założonych kapciach

O przypadku Zuzanny M., która namówiła swojego kolegę Kamila N., by wspólnie z nią zamordował swoich rodziców, pisałem tu parokrotnie, i przyznaję, że przede wszystkim w nadziei, że mój przekaz dotrze wreszcie do zgnuśniałych umysłów dziennikarzy tak zwanych „prawicowych”, i że i oni zechcą zwrócić publiczną uwagę na fakt, że zabójstwo w wiosce Rakowiska to nie jest zbrodnia jak inne, ale dzieło Szatana wręcz sygnowane jego imieniem. Udało się. W dniu w którym administracja Salonu24 zdecydowała się moją notkę wypromować na czołówce głównej strony portalu, odpowiedni przekaz wreszcie dotarł do prawicowego mainstreamu i dziennikarz Aleksander Majewski z portalu wpolityce.pl napisał tekst, w którym – przyznać trzeba, że z odpowiednią ostrożnością – zwrócił uwagę na ściśle satanistyczny charakter tej zbrodni, a już w dniu kolejnym ten sam portal wydelegował do sprawy samego Piotra Zarembę, który już z całą mocą swojego autorytetu powtórzył uwagi Majewskiego, tyle że uzupełnione o moją już tezę o tym, że za tą zbrodnią stał „kult śmierci”. A więc – powtórzę to z miłą chęcią – sukces.
Jest jednak pewien problem, o którym muszę tu wspomnieć, bo uważam go za w pewnym sensie nawet wykraczający poza powagę owego nieszczęścia z Rakowisk. Otóż oba te teksty, i co dla mnie osobiście zaskakujące, w takim stopniu, że naprawdę trudno jest zdecydować, który bardziej, gdy chodzi czystą sprawność dziennikarską, stanowią przykład najgorszego zawodowego upadku. Ja rozumiem tego Majewskiego. Wystarczy spojrzeć na ilustrujące jego tekst zdjęcie, by wiedzieć, że mamy do czynienia z jakimś dzieckiem, które ledwo co zostało przyjęte do tej paczki i podskakuje na tyle na ile go stać. Zaremba jednak, co by nie mówić, to jakaś tam marka, więc wydawałoby się, że można się było po nim spodziewać czegoś więcej. Nic z tego. To jest poziom absolutnie równy i w dodatku już na pierwszy rzut oka gwarantujący, że tu się już nic nigdy nie zmieni. Siedzi czy to ten Majewski, czy Zaremba, przy tym swoim smutnym laptopie, drapie się w ten pusty łeb, i pisze (nic nie zmieniałem):
O zbrodni poinformował mnie znajomy b. policjant z Białej Podlaskiej, z którym współpracujemy przy pewnej sprawie. Poruszony glina powiedział mi z trudem przez telefon, że Jerzy Niedźwiedź, jego wieloletni kolega został zamordowany przez swojego syna. Wspólnie zwalczali przestępczość przygraniczną w latach 90., mój znajomy zawsze wspominał Niedźwiedzia jako zaangażowaną w swoją pracę funkcjonariusza Straży Granicznej, który z czasem doczekał się awansu i rozwoju kariery.
Takie są skutki bezstresowego wychowania dzieci — powiedział bez ogródek mój rozmówca.
Niedźwiedź pracował w Warszawie, aby zapewnić swoim najbliższym godne warunki życia. Tylko raz w tygodniu mógł przyjeżdżać do domu – tym razem spotkała go okrutna śmierć. To, co nie udało się tutejszym oprychom i rosyjskim rekieterom, zrobił jego własny syn…
Tylko czy ktoś z gadających głów upomni się o surowy wyrok dla sprawców? Czy którykolwiek z psychologów zwróci uwagę na radykalnie antyreligijny światopogląd dziewczyny? Można w to wątpić. Znów serwuje nam się mowę trawę o braku zrozumienia młodzieży ze strony rodziców.
W końcu w przypadku Katarzyny Waśniewskiej również pojawiały się głosy, że biedna dziewczyna została zaszczuta. I również, gdzieś w tle miały miejsce ważne wydarzenia polityczne, które nie były na rękę władzy. Grunt, to temat”.
Przepraszam bardzo, ale to ma być dziennikarstwo? Czy dziennikarstwem ma być może tekst Zaremby, w którym on z kolei uznaje za stosowne formułować tego typu zdania:
Owszem, jeśli już z czymś można wiązać takie przypadki, to nie z biurokratycznym niedomaganiem tej czy innej, wątłej i niedopłaconej instytucji, a z klimatem epoki – młodzi fascynowali się śmiercią, także, jak słusznie zauważył Aleksander Majewski, antyreligijnymi majakami. Ale to już by wymagało całkiem innej debaty. O mediach, o naturze popkultury, o ewentualności jakiejś ograniczonej obyczajowej i estetycznej cenzury.
Nie żebym sam był zdecydowanie za cenzurą, nie mam tu gotowej recepty. Ale to się już przynajmniej jakoś wiąże z podobnymi zdarzeniami. Na pewno bardziej niż brak czujności pani wychowawczyni, na co dzień pouczanej przez te same przemądrzałe media żeby pilnowała swego nosa, bo naruszy cudzą wolność.
I proszę mnie źle nie zrozumieć. Tu wcale nie chodzi o to, że Zaremba pisze tekst w całości zainspirowany tym, co ja pisałem jeszcze wtedy, gdy mu nawet w głowie nie zaszumiało, żeby zwlec się z wyra i choćby założyć kapcie. Publikowałem te swoje refleksje wiedząc świetnie, jak oni pracują, i właśnie po to, żeby on i jego kumple choćby w ten sposób zrozumieli, co się dzieje. Ja też nie mam do niego pretensji o tę bezczelność, z jaką on udaje, że to nie u mnie przeczytał o tej śmierci, ale u Majewskiego. Naprawdę nie spodziewałbym się po nich niczego więcej. To co mnie natomiast dręczy, to to, że nawet w sytuacji, kiedy im się wszystko wykłada jak na patelni i jak dzieciom tłumaczy, w czym rzecz, raz że oni z tego wszystkiego rozumieją zaledwie jakiś drobny ułamek, a dwa, że nawet tego ułamka nie potrafią porządnie zrelacjonować. I to są właśnie ludzie, którym przypadło w udziale tworzyć media z myślą o prawicowej opinii publicznej!
Podczas pobytu na targach książki we Wrocławiu kupiłem sobie bardzo sympatyczny album dokumentujący dwa koncerty Rolling Stonesów w Warszawie w roku 1968. Album ten to głównie zdjęcia, ale też wspomnienia osób, które i na tych koncertach były, ale też, jak się możemy domyślać, z polecenia służb wokół wydarzenia się kręciły. A więc jest i Wojciech Mann i Maria Szabłowska i Marek Karewicz i Krzysztof Szewczyk i Bogdan Olewicz i cała kupa mniej lub bardziej rozpoznawalnych dziś nazwisk. Ale poza tymi wspomnieniami, autorzy albumu postanowili przypomnieć, jak owe wydarzenie relacjonowała ówczesna prasa. A zatem mamy teksty Krzysztofa Teodora Toeplitza, Romana Waschki, Andrzeja Wróblewskiego, Lucjana Kydryńskiego, a nawet jakiejś Teresy Grabowskiej z „Trybuny Ludu”. Tak jak zawsze przy tego typu okazjach niezręcznie bardzo jest mi to mówić, ale pod względem dziennikarskim każdy z nich – powtarzam, każdy – w porównaniu choćby z Piotrem Zarembą, to autentyczny kosmos. Czytam tekst Toeplitza, oczywiście pisany na zamówienie Partii, a więc od początku do końca Rolling Stonesów nie dość że wyszydzający, to traktujący jak jakieś przybłędy, które tu, do socjalistycznej Polski, zawitały nie wiadomo skąd, ale jak ten tekst jest napisany! Tam nie ma jednego zdania, nawet jednego słowa, które byłoby zbędne, nieprzemyślane, czy zwyczajnie słabe. Czytam ten tekst, napisany przez komunistycznego aparatczyka zgodnie z prostą instrukcją: „Wy towarzyszu wiecie, o co nam chodzi i wiecie, jak to zrobić, więc róbcie”, a ja to czytam i nie mogę się od tego oderwać. Mój Boże! Jak ten Toeplitz pisał!
Pamiętam dobrze może nie lata 60., ale z pewnością już 70, i późniejsze i pamiętam też Toeplitza. Pamiętam też, jak za każdym razem, kiedy czytałem to co on pisał, skręcałem się z tej pięknej, niepowtarzalnej nienawiści i wiedziałem, że on już zostanie z nami na zawsze. On, Urban, Górnicki, Passent i cała ta banda ruskich alfonsów. No i okazało się, że się myliłem. Oni odeszli, a zamiast nich pojawili się Zaremba i Adamski.
Jakaż to złośliwość historii!

Przypominam tym, co może wciąż nie wiedzą, że wszystkie moje książki są do kupienia w księgarni na stronie www.coryllus.pl. Idą Święta, może ktoś jeszcze zdąży.

piątek, 19 grudnia 2014

O sędziach złych i gnuśnych

Oświadczenie skierowane przeciwko Jarosławowi Kaczyńskiemu, a podpisane wspólnie i w porozumieniu przez (wymieńmy może tu wszystkie te nazwiska) prezesa Sądu Najwyższego prof. Małgorzatę Gersdorf, prezesa Trybunału Konstytucyjnego prof. Andrzeja Rzeplińskiego, oraz prezesa Naczelnego Sądu Administracyjnego prof. Romana Hausera, zrobiło naturalnie wrażenie na nas wszystkich, jednak jak się zdaje głównie z tego powodu, że w ten sposób państwo prezesi zrobili coś, czego robić ani im nie wypadało, ani czego, jak sądzę, robić nie mają prawa, a mianowicie zaangażowali się bezpośrednio w walkę polityczną. I ja owo oburzenie oczywiście rozumiem. Oświadczenie to bowiem jest czymś tak kuriozalnym, że każdemu w miarę przytomnemu obserwatorowi tego, co się dzieje ostatnio w Polsce zwyczajnie zapiera dech w piersiach. A pamiętajmy, że powodów do zdziwień mamy co niemiara niemal codziennie. W czym rzecz? Otóż Jarosław Kaczyński, korzystając ze swoich demokratycznie i cywilizacyjnie gwarantowanych praw, wygłosił ściśle polityczny komunikat skierowany przeciwko władzy, wobec której jest w opozycji, i w tym momencie państwo prezesi, uznając, że reprezentowane przez nich środowisko podlega specjalnemu traktowaniu, wydało oświadczenie, w którym, krótko mówiąc, stwierdzili, że jeśli Kaczyński chce krytykować, to niech sobie krytykuje, tyle że nie ich. I tyle.
Jak mówię, wielu z nas, beszta owych troje przedziwnych osób za to, że się wepchali tam, gdzie miejsca dla nich zwyczajnie nie ma, na mnie natomiast największe wrażenie zrobiło coś, co moim zdaniem mówi zarówno o nich, jak i o współczesnej Polsce, znacznie, znacznie więcej, a przy okazji Polskę tę stawia w świetle wyjątkowo paskudnym. Oto na zakończenie swojego oświadczenia, zupełnie jakby stan umysłów nie pozwalał im się uwolnić od pewnych kluczowych ograniczeń, napisali co następuje: „Takie znieważające, wiecowe zdanie nawiązuje do najgorszych zwyczajów walki politycznej sprzed 1989 r.
A ja się zastanawiam, co ci ludzie mieli na myśli, mówiąc o „zwyczajach walki politycznej sprzed 1989 r.” i to w dodatku zwyczajach „najgorszych”? Wśród zwyczajów, które ja najlepiej zapamiętałem, na czoło wysuwały się plucie na komunę – w tym również na sędziów – w prywatnych rozmowach, opowiadanie dowcipów o Breżniewie i Jaruzelskim, publiczny kolportaż antysocjalistycznych pism i książek, słuchanie Radia Wolna Europa, udział w demonstracjach, na których w latach dawniejszych można było pójść siedzieć, a później już może tylko dostać pałą, no i to chyba wszystko. Staram się bardzo sobie przypomnieć, który z owych „zwyczajów” był „najgorszy” i wydaje mi się, że chyba ów dowcip o robakach rzygających Breżniewem. No a skoro tak, to już tylko chciałbym wiedzieć, co Gersdorf, Rzepliński i Hauser uważają, że mi się za praktykowanie owego zwyczaju, skoro on był taki najgorszy, należało?
No i oczywiście bardzo chciałbym wiedzieć, co ich zdaniem należy się Jarosławowi Kaczyńskiemu za to, że sięga do najgorszych peerelowskich tradycji sprzeciwu wobec komuny. Czy można zatem Państwa prosić o kolejne oświadczenie?

Powyższy tekst ukazuje się jednocześnie w „Warszawskiej Gazecie”. Wszystkich czytelników tego bloga zachęcam do odwiedzania księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie można kupić wszystkie nasze książki.

czwartek, 18 grudnia 2014

O tym jak TenKtóryNiePrzepuszczaŻadnejOkazji wyrwał nam języki

Dziś pogrzeb rodziców Kamila z Rakowiskm a ja po raz trzeci z rzędu poświęcam swoją notkę sprawie tego zabójstwa i ktoś mnie może spytać, czemu ja tak obsesyjnie powracam to tego zdarzenia? Czy ja naprawdę wierzę, że jest coś jeszcze, czego nie powiedziałem, a co może zmienić naszą wiedzę na temat tego, co się stało? Otóż tak. Ja gadam trzeci już dzień i jestem szczerze przekonany, że najzwyczajniej w świecie nie wolno mi zamilknąć, z tego jednego powodu, że oto mamy do czynienia z autentyczną agresją najbardziej brutalnego satanizmu – satanizmu, można by rzecz, zinstytucjonalizowanego – a cały świat udaje, że się nie dzieje nic bardzo szczególnego. No owszem, to prawda, nie jest czymś codziennym, że dzieci bez powodu zabijają swoich rodziców, zwłaszcza gdy owo zabójstwo robi wrażenie szczególnie okrutnego, niemniej jednak ostatnio świat naprawdę, nawet jeśli nie przyzwyczaił nas do swoich najnowszych ekscesów, to z całą pewnością nas na nie jakoś tam uodpornił. Ludzie tłuką na śmierć swoje dzieci, młodzi chłopcy mordują swoje dziewczyny, dziewczyny zabijają swoje ładniejsze koleżanki, gówniarze uzbrojeni w noże przebijają serca przypadkowym przechodniom – można wyliczać. No a zatem jak daleka jest stąd droga do tego, by para licealistów zabiła rodziców jednego z nich? Śledzę medialne doniesienia komentujące tę zbrodnię, czytam komentarze w Internecie i z tego wszystkiego otrzymuję ten właśnie przekaz: doszło do jeszcze jednego niezrozumiałego aktu zezwierzęcenia, z którym będziemy musieli nauczyć się żyć.
Otóż nie. Możliwe, że z czymś takim mieliśmy do czynienia na ulicy w Łodzi, gdzie ktoś kogoś pchnął nożem, może parę lat temu na Woli ów policjant zginął, bo trafił na parę bydlaków bez serca, może jeszcze wcześniej inna para bydlaków zamordowała tamtą biedną dziewczynę wożąc ją wcześniej dzień i noc po okolicy i bezskutecznie zastanawiając się, co z nią zrobić. Możliwe, że nawet ci zaćpani do nieprzytomności Polacy w Coventry zamęczyli na śmierć swojego synka, bo tacy byli i inaczej być już nie chciało? Zuzanna i Kamili, licealiści z Białej Podlaskiej, nie zabili rodziców Kamila, jak chcą media, dlatego, że ci nie akceptowali ich związku; oni nie zabili ich, bo się nażarli jakiegoś świństwa i im się od tego we łbach poprzewracało; oni wreszcie wzięli te noże i weszli do tamtej sypialni nie dlatego, że chcieli zobaczyć, czy zabić kogoś to jest tak, jak to dzień wcześniej widzieli w telewizji: oni dokonali tego mordu w sposób rytualny. I to sprawia, że mamy do czynienia z prawdziwą rewolucją. O ile sobie przypominam, nie było we współczesnej Polsce przypadku, gdy tego typu morderstwo zostaje dokonane z powodów – powiedzmy to sobie otwarcie – religijnych.
Od trzech już dni na tym blogu staram się zwrócić jak najbardziej powszechną uwagę na fakt, że to co zrobili Kamil i Zuzanna nie było w najmniejszym stopniu wynikiem tak zwanych błędów wychowawczych, zaniedbań szkoły i nauczycieli, emocjonalnych kłopotów tak powszechnie przeżywanych przez nasze dzieci, całej tej brutalności dostarczanej nam przez filmy i gry. Skąd to wiem? Stąd mianowicie, że bardzo uważnie od kilku dni studiuję profil Zuzanny na Facebooku, oraz profile jej znajomych, i tam nie ma śladu tego, o czym się nas informuje. Zarówno ona, jak i towarzystwo z jakim się identyfikowała, jest bardzo jednoznacznie skupione na bardzo ściśle określonej idei, której póki co nasza telewizja nie nadaje, a którą można nazwać różnie, poczynając od satanizmu, a kończąc na jakichś czarach, ale ja wolę określać, jako pogański kult śmierci.
Jak się zapewne część z czytelników domyśla, choć powodów podtrzymywania tematu jest wystarczająco dużo, musi być jeszcze coś, co sprawia, że dziś zaczynam dzień, wracając do sprawy tego biednego dziecka i jej przyjaciół satanistów. Otóż wczoraj któryś z komentatorów podesłał nam tekst, nawet jak na to, co czego zdążyliśmy się już jak najbardziej przyzwyczaić, wyjątkowy. Oto na profilu Marii Goniewicz, a więc literackiego wcielenia Zuzanny M. ukazał się, jak sama autorka to określa, fragment jej najnowszej poezji:
wojtyla to szmata kurwa smiec pedofil jebany skurwysyn brudny stary pomarszczony chuj, zasrany klozet kurwa orzygany przez stado brudnych meneli jebie go kurwa za calych sil i jego gnijace truchlo xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxDDDDD, pozdrowienia dla portalu wykop.pl, wykop uczy, wykop bawi, wykop sra papierzowi do mordy podcierajac sie truchlem rozjebanego o beton magika heheh xXXDDD tak bylo ps to prawda i oby scierwo tego skurwysyna jana pawla odkopali i rzucili wyglodnialym psom na pozarcie, zeby kurwa jego zeschniete zwloki targaly brudne kundle po calym zasranym watykanie hah ahXXD to jest poezja czo? xXXDD”.
Długo zastanawiałem się, czy zacytować te słowa, czy zostawić tu jedynie link, ale w końcu, dochodząc do wniosku, że czytelnikom – zwłaszcza tym, do których ta moja dzisiejsza refleksja jest adresowana szczególnie – nie będzie się chciało grzebać po facebookowych profilach Zuzi, postanowiłem zaryzykować. A sprawa jest znacznie poważniejsza, niż ten wysyp obelg. Otóż moje dziecko, które, jak już pisałem wcześniej, postawiło sobie za zadanie monitorować bardzo dokładnie wszystko to, co się dzieje wokół Zuzi i tego strasznego czynu, i po tym jak jej pokazałem wyżej zacytowany tekst, ona mi powiedziała, że jego jeszcze dzień wcześniej na pewno nie było, a więc są dwie możliwości: albo Zuzanna pisze na swoim Facebooku z policyjnego aresztu, albo ktoś kto zna jej hasło obsługuje tę stronę za nią. Innej możliwości nie ma. Tak czy inaczej, jednego możemy być pewni: ktoś ten tekst napisał i uznał za stosowne zamieścić go właśnie tam, na facebookowym profilu młodej poetki Marii Goniewicz.
Tymczasem przez media przelewa się fala za falą dotyczących tej zbrodni komentarzy, wygłaszanych przez najprzeróżniejszych specjalistów od ludzkich zachowań. Oto wczoraj w telewizji TVN24 wystąpili wspólnie Monika Płatek, jak podaje Wikipedia, „polska prawniczka i wykładowczyni akademicka, feministka. Doktor habilitowana nauk prawnych, zatrudniona na stanowisku profesora nadzwyczajnego Uniwersytetu Warszawskiego”, oraz Łukasz Ługowski, starszy pan z dużą siwą brodą, z której wypuszczony został ozdobiony koralikami warkoczyk, jak go przedstawia TVN, „pedagog, dyrektor liceum ‘Kąt’”. Z tego co udało mi się doczytać, z prowadzonej przez oboje ekspertów, rozmowy dowiedzieliśmy się, że zdaniem Płatek, bardzo źle się stało, że w polskich szkołach nie ma obowiązkowych zajęć z etyki, na których uczeni ludzie wyjaśniliby Zuzannie M., że zabójstwo to rzecz zła, a z kolei w opinii pana ze sterczącym z brody warkoczykiem, polska młodzież jest „wspaniała”, i „nie możemy jednej zbrodni przekładać na jej cały wizerunek”. Gdy chodzi natomiast o przyczyny tej zbrodni, bo to też państwo rozstrzygnęli, to podobno te dzieci zainspirowały się filmem „American Psycho”.
Również wczoraj głos zabrał nasz, konserwatywny i prawicowy portal wpolityce.pl i tam akurat, zgodnie z zasadą, że ludzi nie interesuje puste ględzenie na tematy nieistotne, wszystko załatwiono dużym i mocnym tytułem: „Przestępstwa seksualne i narkotyki. Kryminalna przeszłość 18-letniej morderczyni” i dużym zdjęciem, na szczęście prawdziwej Zuzy, a nie przypadkowych dziewcząt znalezionych w Sieci, z czym mamy do czynienia w tych dniach w większości medialnych relacji.
A my tu mamy ten niezwykły „wiersz” poświęcony Janowi Pawłowi II, napisany czy to przez Zuzannę, czy przez któregoś z jej znajomych, czy może przez kogoś, kto w odróżnieniu od całego tabuna zatrudnianych przez media ekspertów i komentatorów, wie doskonale, że w tym co się akurat stało, nigdy nie chodziło o ociekające krwią filmy, ale wyłącznie o ociekające miłością Ciało Jezusa, które gdyby TenKtóryNiePrzepuszczaŻadnejOkazji tylko mógł, krzyżowałby dzień za dniem do końca świata… ale nie może, i świadomość owej bezradności nie daje mu spokoju.

Przypominam wszystkim, że moja książka o tej walce jest dostępna na stronie www.coryllus.pl.


środa, 17 grudnia 2014

O tym jak Nergal stał się obciachem

Niejako wbrew swojej woli i zamierzeniom, przez cały wczorajszy dzień odbierałem kolejne wiadomości dotyczące mniej lub bardziej bezpośrednio zabójstwa, jakiego kilka dni temu w wiosce pod Białą Podlaską dokonało dwoje 18-latków. Czytałem wszystkie dochodzące do mnie komentarze i z jednej strony z przejmującym rozczarowaniem, a z drugiej, paradoksalnie, bez szczególnego zaskoczenia, musiałem stwierdzić, że zmowa na temat tego, co się tam stało jest tak ścisła, jak tylko sobie można wyobrazić. Ja zdaję sobie sprawę z tego, czym są dziś media głównego nurtu, więc tu niespodzianek nie było, to natomiast, że nawet w wydawałoby się znacznie bardziej wolnym Internecie królowała najbardziej płytka bezmyślność, stanowiło dla mnie pewną nowość. Przez cały dzień – a naprawdę starałem się być dość czujny – pomijając ten blog, nie znalazłem jednej refleksji, w której zwrócono by uwagę na fakt absolutnie podstawowy i wyłożony nam niemal na przysłowiowej patelni, że zbrodnia ta miała podłoże rytualne i wynikała bezpośrednio z praktyk satanistycznych. I to stanowi dla mnie coś zupełnie niebywałego. Ja rozumiem sytuację, kiedy zdarzenie nie wywołuje w nas wystarczająco silnych emocji, by się nim zainteresować bardziej dogłębnie, a z drugiej strony wiemy, że coś tam powiedzieć jednak wypada. Tu jednak odnoszę wrażenie, że poruszenie sprawą jest naprawdę duże i szczere, ale tym bardziej nie rozumiem, jak można w tej sytuacji nie zrobić czegoś absolutnie podstawowego, czyli zajrzeć do Internetu i sprawdzić, kim są bohaterowie tego nieszczęścia i w jakim środowisku funkcjonują? Przecież to jest tak oczywiste i tak jasne, a odpowiedź tak jednoznaczna i wyjątkowo prosta! Zarówno ta dziewczynka, jak i jej chłopak, podobnie jak ludzie będący ich facebookowymi znajomymi, ale też ich z kolei znajomi, to wszystko jest towarzystwo skupione wokół projektu znanego nam tu pod nazwą „Krainy Grzybów”, a który stanowi satanizm w wydaniu najczystszym. Wystarczy, że otworzymy dowolną stronę na wspomnianym Facebooku, stronę do której prowadzą tropy od profilu owej Zuzi M., by się przekonać, że tam nie ma nic poza tą śmiercią.
W pewnym momencie minionego dnia dowiedzieliśmy się, że zatrzymano dwoje studentów, znajomych Zuzi i jej chłopaka, którzy pomagali im zarówno w przygotowaniach do zabójstwa, jak i już po. Moje dziecko potrzebowało zaledwie paru minut, by znaleźć na Facebooku profile tej Lindy i Marcina. Wystarczyło jej parę minut, by się zorientować co do świata, w jakim oni żyli, a jest to świat przedstawiony w projekcie pod nazwą „Kraina Grzybów”. Jej wystarczyło zaledwie parę chwil, by zapoznać się z całym tym towarzystwem i dojść do wniosku, że zabójstwo, które tak wszyscy przeżywamy, to nie jest eksplozja jakichś wyjątkowych zaniedbań, błędów wychowawczych, czy niewydolności polskiej szkoły, ale najbardziej oczywiste opętanie. Naprawdę tu nie trzeba wiele: wystarczy poszukać trochę po Internecie.
Tymczasem to, z czym nas postanowiły zostawić media, to najzwyklejsze kłamstwo, w dodatku kłamstwo bardzo groźne, bo odwracające naszą uwagę od tego, co naprawdę groźne. Czym jest bowiem informacja, że to co się stało, to tak naprawdę ponura zagadka? Przychodzi dyrektor szkoły do której chodziła Zuzanna i mówi, że ona nie sprawiała najmniejszych problemów wychowawczych, tyle tylko że wagarowała. Podobnie zresztą ów Kamil. To był normalny, grzeczny chłopak, tyle że rzadko bywał w szkole i groziło mu niesklasyfikowanie. A ja znam osobiście nauczycielkę Zuzi i wiem, że to było dziecko absolutnie straszne! Wedle jej relacji, to był ktoś taki, z kim nikt z nas nie chciałby mieć do czynienia choćby przez chwilę. Kiedy ona mi o niej opowiadała, nie umiała znaleźć słów, by ją odpowiednio opisać i tylko powtarzała, że ona miała nad tymi, którzy znaleźli się w jej otoczeniu pełną władzę. I dlatego ją wyrzucano z jednej szkoły i nie miano odwagi, by ją przyjąć do innej. Zdecydował się ten biedny dyrektor i dziś musi opowiadać jakieś dyrdymały o tym, jak to on nie wiedział, z kim ma do czynienia.
No i pojawia się oczywiście niesławny Paweł Moczydłowski, który też albo o niczym nie ma pojęcia, albo zwyczajnie kłamie, jak nakręcony, i mówi nam o tym, jak to biedna Zuzia i jej chłopak, zostali odepchnięta przez rodziców i przez szkołę, i uznali że muszą coś zrobić na pokaz. Ja znam tego Moczydłowskiego dobrze i od wielu lat, ale on mnie zaskakuje za każdym razem. Tyle że znów powstaje pytanie, czemu nie znalazł się nikt, ani tam, ani tu, kto byłby w stanie nawet nie pomyśleć, ale zwyczajnie otworzyć oczy i się na chwilę skupić?
Pisałem o tym wczoraj, dziś tylko króciutko powtórzę: mamy problem. W Internecie, ale prawdopodobnie też w bardzo szerokich kręgach intelektualnie rozbudzonej młodzieży zapanowała moda na satanizm, i to nie satanizm, który kiedyś sprowadzał się do słuchania Marilyna Mansona i noszenia się na czarno, a dziś do obżerania się hamburgerami i słuchania zespołu Behemoth, ale satanizm sprowadzający się do kultywowania śmierci i chaosu, jako zjawiska artystycznego, ale też, konsekwentnie, budowania wokół tego autentycznej kultury. Zrozummy to wreszcie! Ci, co ostrzą te noże, nie słuchają Nergala i nie ubierają się na czarno. Ich te idiotyzmyw wyśpiewywane przez Nergala o Diable nie biorą. Ich interesuje tylko śmierć. To są intelektualiści czytający wiersze Williama Blake’a, słuchający płyt Joy Division i oglądający filmy Quentina Tarantino. To jest tylko drobny przykład, ale myślę, że odpowiednio przejrzysty: oto mamy jednego z czytelników poezji Zuzi M. i jego profil na Facebooku zbudowany w taki sposób, że z lewej strony, pod nazwą „Inni ludzie” znajdują się zdjęcia ze świata, jaki znamy, a więc ludzi, zdarzeń, miejsc, natomiast z prawej, pod tytułem „ja” są już tylko te zdeformowane obrazy, a wszystko to okraszone jakimiś wyrwanymi z kontekstu fragmentami zdań, czy choćby pojedynczymi wyrazami, pozornie bez treści i bez większego sensu.
Czemu tak trudno jest zobaczyć i pojąć, że to jest właśnie świat, który musiał zrodzić tę zbrodnię? Zwłaszcza że, jak to już też sobie zdążyliśmy powiedzieć, to jest zaledwie początek. I tego też się można dowiedzieć wyłącznie klikając w klawiaturę komputera.

Zachęcam do kupowania mojej książki o tym, jak to mimo wszystko palimy to licho. Za jedyne 40 zł jest ona do kupienia w sklepie Gabriela pod adresem www.coryllus.pl. Szczerze i uczciwie polecam.

wtorek, 16 grudnia 2014

O Zuzi w Krainie Grzybów

Jestem pewien, że większość stałych czytelników tego bloga pamięta, jak jeszcze wiosną tego roku zamieściłem tu tekst poświęcony bardzo agresywnie rozpychającemu się w Internecie projektowi – co należy podkreślić, projektowi zrealizowanemu w sposób jak najbardziej bardzo celowy i przy tym niezwykle profesjonalny – zatytułowanemu „Kraina Grzybów”. Ponieważ przede wszystkim zgodziliśmy się co do tego, że to z czym tu mamy do czynienia, stanowi w sposób jednoznaczny dzieło Belzebuba, a dodatkowo, że tak to ujmę, estetyczne napięcie, jakie owa Kraina Grzybów ze sobą niosła, przekraczało wszelkie znane nam dotychczas, czy to osobiście, czy z relacji świadków, manifestacje obecności na tym świecie czystego zła, zwróciłem jedynie uwagę na owo zjawisko i postanowiłem temat zamknąć raz na zawsze. Jestem jednak pewien – ja to wręcz wiem, jako że takich rzeczy się nie zapomina – że to wszystko wciąż pamiętamy.
Mam nadzieję, że również pamiętamy, jak pisząc o owej Krainie Grzybów, wspomniałem, że moje dzieci w momencie, kiedy się zorientowały, o czym mowa, dokonały osobistych przeszukań na Facebooku i stwierdziły, że bardzo wielu z ich znajomych ma ten projekt „zlajkowany”, i wielu z nich bardzo chętnie w nim uczestniczy zarówno w sposób bezpośredni, jak i przez przejmowanie proponowanej tam estetyki, już jako swojej. Co mam na myśli mówiąc o estetyce, wydaje mi się, że najlepiej by może wyraziło właśnie moje najmłodsze dziecko. Otóż ona twierdzi, że jeśli się przyjrzeć kierunkowi, w jakim rozwija się to, co do niedawna stanowiło zaledwie niegroźne hipsterstwo, możemy zauważyć, że, pod względem estetycznym właśnie, modny bardzo staje się przekaz oparty na choćby minimalnie zniekształconym obrazie. Co ów obraz będzie przedstawiać, pozostaje bez większego znaczenia. Oczywiście dobrze jest, jeśli będzie to Matka Boska, lub Jan Paweł II, ale tak naprawdę może to być cokolwiek, byle by tylko ów obraz był zniekształcony. Pokazuje mi ona kolejne facebookowe profile osób sobie mniej lub bardziej znajomych, lub całkiem obcych, przewija zdjęcie za zdjęciem, i mówi: „Popatrz, widzisz? Chodzi o chaos”. A ja na to mówię: „Chodzi o śmierć”.
Ale to nie tylko są obrazy. Bardzo często mamy tam jakieś pourywane zdania, czy luźne słowa, jakieś rysunki, a to co je wszystkie łączy, to to, że każde z nich wywołuje wciąż te same pytania: „O co tu chodzi? Czemu tak? Co to takiego?” I powtórzę to raz jeszcze. Moja córka twierdzi, że ten rodzaj estetyki stanowi autentyczną plagę. Jej zdaniem to już nie tylko jest moda, ale rodzaj kultury. A proszę, weźmy pod uwagę fakt, że ona akurat, wbrew temu co niektórzy z nas mogą sądzić, Diabła się nie boi i jest głęboko przekonana, że moje obsesje, którym dałem wyraz w swojej książce o TymKtóryNiePrzepuszczaŻadnejOkazji, mówiąc krótko, nie są warte poważniejszej refleksji, tu jednak stwierdza bez śladu szyderstwa, że to z czym w tym wypadku mamy do czynienia, to satanizm. Tak właśnie mówi: satanizm. I powtarza, że to już jest kultura.
Czemu zacząłem z nią – bo, owszem, tak to się zaczęło – o tym rozmawiać, no i czemu postanowiłem pisać ten tekst. Otóż, jak zapewne niektórzy z nas słyszeli, w Białej Podlaskiej pewna osiemnastolatka i jej również osiemnastoletni chłopak, w rytualnie okrutny sposób zamordowali rodziców chłopaka. Jak donoszą media, owa dziewczynka nazwiskiem M., a my dzięki Facebookowi wiemy, że za tym inicjałem kryje się pewna Zuzia, to nie jest jakieś dziecko ulicy, ale ambitna nastolatka, szkolna intelektualistka, w dodatku poetka z jednym wydanym pod artystycznym pseudonimiem Marii Goniewicz tomikiem na koncie, no i oczywiście z bardzo popularnym profilem na Facebooku. I jeśli zajrzymy na ów profil, będziemy wszyscy znakomicie rozumieć, skąd się wziął dzisiejszy temat: otóż owa Zuzia to jest dokładnie to, o czym rozmawialiśmy przy okazji tamtego tekstu o Krainie Grzybów i też to, o czym opowiada mi moje dziecko: to jest właśnie ów kierunek. To jest kierunek, jak już to wcześniej zostało powiedziane – na śmierć. I nie próbujmy się ratować i sobie wmawiać, że to co się stało, to koniec pewnego fatalnego procesu; to jest zaledwie jego początek. A świadczy o tym choćby liczba polubień, jakie ów profil od wczoraj uzyskał i autentyczna rzesza adoratorów, jacy się ostatnio w życiu Zuzi pojawili.
Myślę, że jeszcze przez jakiś czas media będą mówiły na temat tego nieszczęścia. Jednak przez to, że ciekawych tematów jest, jak na jeden raz, troszkę zbyt dużo , bo to i mieliśmy tę okupację kawiarni w Sydney, i skazano nożownika z Łodzi, no i jeszcze tych dwoje, temat może się więc rozejść po kościach. Jednego jestem jednak pewien: o tym, że to nieszczęsne dziecko miało polubioną Krainę Grzybów nie napisze ani tygodnik „W Sieci”, ani tym bardziej „Gazeta Wyborcza”. Już dziś widać, jak to się wszystko ułoży: strona na Facebooku, czarno-białe nastrojowe zdjęcia, no i te wiersze, takie jakieś dziwne… I więcej ani słowa, żeby nie spłoszyć Złego. Mówię więc o tym ja, i proszę, potraktujmy to dziś, jako wiadomość najważniejszą: projekt pod nazwą „Kraina Grzybów” odniósł swój pierwszy prawdziwie spektakularny sukces. Trzymajmy się krzeseł i przestańmy już wreszcie ględzić o tym stanie wojennym.
Na koniec zdjęcie. Ja zgadzam się, że ono może być zbyt drastyczne, ale chyba tego dziś nie unikniemy. Oto nasza Zuzia, zanim jeszcze…



W sklepie pod adresem www.coryllus.pl można kupić moją najnowszą książkę „Palimy licho, czyli o TymKtóryNieprzepuszczaŻadnejOkazji”, a tam mój pierwszy tekst o Zuzi, wówczas jeszcze bez imienia.

poniedziałek, 15 grudnia 2014

Panboczek w stajni vs. Czysta Panna, czyli Śląsk napada

Jak pewnie przynajmniej niektórzy czytelnicy tego bloga pamiętają, parokrotnie, i to chyba dosłownie parokrotnie, zdarzyło mi się przedstawić tu swoje emocje związane z tym, co się popularnie określa nazwą „śląskiej kultury”. Ponieważ emocje te w przeważającej większości były mocno negatywne, blog ten po opublikowaniu owych tekstów zyskał sobie cały szereg wrogów, niemal wyłącznie wśród przedstawicieli urażonej śląskości. Nie będę tu dziś powtarzał swoich antyśląskich obsesji i w żaden sposób nie będę wynajdywał kolejnych argumentów w dyskusji dotyczącej kwestii tak bardzo poruszającej śląskie serca, a więc sprawiedliwego czy niesprawiedliwego traktowania Ślązaków przez Polskę, natomiast chciałbym się odnieść do pewnego pojedynczego elementu, jaki pojawił się w komentarzach pod tekstami poprzednimi, a mianowicie rzekomo ciężkich prześladowań, z jakimi się nawet tu na Śląsku spotyka tak zwana „ślunsko godka”.
Już po opublikowaniu swojego ostatniego „śląskiego” tekstu, odbyłem rozmowę z pewną znajomą panią, która wprawdzie osobiście do Ślązaków i tego wszystkiego, co ich charakteryzuje najbardziej, ma stosunek zbliżony do mojego, jednak muszę dziś przyznać, że i ona – osoba ode mnie znacznie starsza – poinformowała mnie, że w porównaniu z tym, co ona przypomina sobie jeszcze z dawnych bardzo lat PRL-u, to co mamy dziś, to naprawdę wersja najłagodniejsza z możliwych. Ja jej mówiłem, że ja nie rozumiem pretensji, jakie Ślązacy mają odnośnie owej dyskryminacji, bo ja gdzie się nie ruszę, wszędzie słyszę „szprechających” Ślązaków, ale ona niezmiennie mi powtarzała, że kiedy ona przyjechała tu w latach 50-tych, to praktycznie innej niż śląska mowa, tu nie było. Dziś, jak mi zdecydowanie zaświadcza własnym doświadczeniem, jest tu całkowicie spokojnie. Przynajmniej gdy idzie o Katowice.
A zatem, chciałem przede wszystkim z tego miejsca przeprosić wszystkich tych, którzy poczuli się dotknięci moimi insynuacjami, jakoby „ślunska godka” radziła sobie znakomicie, i przyznaję, że za bardzo uwierzyłem swojemu, jak się okazuje, ułomnemu doświadczeniu. Z drugiej jednak strony, chciałbym wszystkich zatroskanych o swoją przyszłość Ślązaków pocieszyć i poinformować ich, że perspektywy dla nich nie są aż tak złe, jakby się mogło wydawać.
Otóż przede wszystkim, proszę sobie wyobrazić, w naszych katowickich tramwajach – nie wiem, jak jest w Chorzowie, bo od czasu gdy się okazało, że tam już obowiązuje głównie język niemiecki, się tam nie zapuszczam – komunikaty nadawane z myślą o pasażerach przekazywane są po śląsku – dokładnie rzecz biorąc, po śląsku i po angielsku. Najprzud po ślunsku, a potym, choby ktoś niy wiydzioł, kaj się znaloz, po angiylsku. Wsiadam do tramwaju tu obok na Placu Miarki i najpierw słyszę powitanie, gdzie jakaś pani życzy mi miłej podróży i uprzedza, że mam skasować bilet, a potem już tylko „jadymy!” i po kolei: „Świntygo Jana!”, „Rynyk!”, „Rundo!” i tak dalej, i w tym kolorze. Ile obok mnie jedzie ludzi, którym to odpowiada, ale ile takich, których, tak jak mnie, to irytuje, nie wiem, ale też nie sądzę, żeby to autorów owego projektu interesowało.
A więc mamy ten tramwaj. Okazuje się jednak, że Ślązacy wywalczyli sobie znacznie więcej. Oto jedna z moich uczennic, dziecko w żaden sposób niezwiązane emocjonalnie z kulturą śląską, pokazała mi karteczkę z tekstem najbardziej popularnych kolęd, jaką w związku ze zbliżającymi się Świętami dzieci w jej szkole otrzymały od swojej pani do nauczenia. Oto mała próbka:
Dzisioj w betlyjce, tam pod Betlejym, cuda są i dziwy,
Bo prosto z nieba, aby świot zbawić Gość wielgi tam przibył,
Ponboczek w stajni…” i tak dalej, i tak dalej, by już nie wspominać o „zlonych pieluchach”.
A zatem, kierunek, jak widać jest wytyczony, a ja już naprawdę mam tylko jedno pytanie: czemu im nie wystarczyło przełożyć tekst owej kolędy na gwarę śląską? Po jaką cholerę, oni uznali, że należy przerobić cały ten tekst? Czyżby „Panna Czysta” się za bardzo gryzła z wyższą kulturą? Nie byliśmy jeszcze na koncercie w budynku nowego NOSPR-u, ale nie wykluczam, że tam kolejne koncerty też już są zapowiadane „jak trza”.
Na koniec już, w ramach świadczenia dobrych usług, chciałbym się zwrócić do autorów wspomnianego wcześniej projektu „tramwajowego”, żeby jednak, kiedy już wyczytują nazwy kolejnych przystanków, owych nazw nie podawali w języku angielskim. Rzecz w tym, że nazwa to nazwa, a więc jeśli jakiś Brytyjczyk jedzie na ulicę Św. Jana, to jedzie na ulicę Św. Jana, a nie na „St John Street”, a kiedy jedzie na Rondo, to jedzie na Rondo, a nie na „Roundabout”. Ja wiem, że to może być dla niektórych z Was trudne do przyjęcia, ale naprawdę nie warto czekać do czasu aż Śląsk zyska z dawna wyczekiwaną autonomię, „ślunsko godka” stanie się językiem międzynarodowym, a w takim Londynie i w londyńskich autobusach pojawią się komunikaty informujące tych co się udają na Baker Street, że „my som na ulicy Piekorza”.

Z niezmienną przyjemnością informuję wszystkich zainteresowanych, że moje książki są do kupienia na stronie www.coryllus.pl. Zapraszam bardzo serdecznie.

sobota, 13 grudnia 2014

Kto zabił Jolantę Brzeską?

Muszę się przyznać do bardzo wstydliwej ignorancji. Oto niedawno, przy okazji wyjazdu do Warszawy na koncert Morrisseya, dowiedziałem się o czymś, o czym wcześniej nie słyszałem, a, jak się zdaje, słyszeć powinienem, mianowicie o istnieniu fachu pod nazwą „czyściciel kamienic”. Jechaliśmy z moim kumplem Lemmingiem jego wypasionym Maseratim, on mi opowiadał o różnych ciekawych przypadkach, i nagle wspomniał o owych „czyścicielach kamienic”. No i ja, proszę sobie wyobrazić, zgłupiałem, bo wcześniej owa nazwa nawet na moment nie pojawiła się w mojej świadomości. No więc się dowiedziałem, w czym rzecz.
Na wypadek, gdyby wśród czytelników tego bloga znaleźli się i tacy, którzy, podobnie jak ja, nie zdążyli na ten pociąg, króciutko wyjaśnię. Otóż w czasach rozpasanego liberalizmu, zwanego inaczej kapitalizmem, okazało się, że znaczna część znajdujących się w Polsce kamienic, dziś pozostających pod zarządem miasta, i oczywiście zamieszkałych od dziesięcioleci przez Bogu ducha winnych rodzin, posiada swoich dawnych właścicieli, którzy ponieważ jednak z różnych powodów nie są swoim majątkiem zainteresowani, odstępują go ludziom, którzy z handlu nieruchomościami żyją. W momencie gdy ów nabywca wejdzie w posiadanie kamienicy, pierwsze co robi to podejmuje czynności na rzecz „oczyszczenia” kamienicy z ludzi, którym zdarzyło się tam mieć swój dom. Ponieważ nikt nie jest aż tak chętny, by wyprowadzać się ze swojego mieszkania tylko dlatego, że zaatakował go System, a sam nie posiada odpowiednich narzędzi, wynajmuje do tej roboty firmy, które owe narzędzia mają, a których skuteczność zbliżona jest zarówno pod względem organizacji, jak i wyników pracy, do skuteczności firm ogłaszających się przy pomocy hasła „kupię twojego dłużnika”. Mam nadzieję, że sprawę wyjaśniłem. Każdy z nas, kto ma odpowiednią wyobraźnię, a jestem pewien, że czytelnicy tego bloga ją mają, wie, o czym w tym momencie rozmawiamy.
Niedawno, przy okazji afery, która przeleciała przez prawicowe media, jak radziecki sputnik, a dotyczącej interesu, jaki rodzina prezydent Gronkiewicz-Waltz zrobiła na kupnie którejś z owych kamienic, pojawiło się nazwisko Jolanty Brzeskiej. I znów, biorę pod uwagę, że większość czytelników tego bloga wie, kim była – była, bo już nie żyje – Jolanta Brzeska, niemniej z publicystycznego obowiązku wyjaśnię. Otóż Jolanta Brzeska to kobieta, która została zaatakowana przez wspomnianych wcześniej „czyścicieli kamienic”, a ponieważ nie dość, że nie chciała im ustąpić, to jeszcze stworzyła swego rodzaju obywatelski ruch oporu przeciwko owej agresji i za to została wywieziona do lasu i spalona. Ja zdaję sobie sprawę z tego, że dzisiejsza Polska dostarcza nam tyle przeróżnych wrażeń, że podana wyżej informacja może się w tym gąszczu nie uchować, a zatem powtórzę: Jolanta Brzeska, urodzona w Warszawie w roku 1947, w tej samej Warszawie w roku 2011 został porwana ze swojego domu przez niedobrych ludzi, wywieziona do lasu i spalona. Wciąż mamy problem ze zrozumieniem sytuacji? Powtórzę więc raz jeszcze: trzy lata temu w Warszawie źli ludzie zamordowali Jolantę Brzeską, a państwo polskie na to wydarzenie wzruszyło ramionami.
Jak mówię, w dzisiejszej Polsce dzieje się tyle, a wśród owych zdarzeń zdarzają się autentyczne sensacje, że naprawdę nie sposób już się autentycznie wzruszyć, zwłaszcza gdy dostarczycielem wzruszeń autentycznych stał się sklep i telewizor. Mamy jednak ów rok 2011 i śmierć Jolanty Brzeskiej. Cóż takiego się działo w roku 2011, co owo zdarzenie przykryło na tyle mocno, że ja – przyznaję to z autentycznym bólem – go nie zanotowałem? Jestem pewien, że owych zdarzeń było mnóstwo. Też ich już dziś nie pamiętam, ale jestem pewien, że ich było bardzo dużo.
Wiem natomiast, co mamy dziś. Otóż przede wszystkim mamy rocznicę wprowadzenia w Polsce stanu wojennego. Trochę przy tej okazji, ale głównie w proteście przeciwko sfałszowanym wyborom w Warszawie organizowany jest marsz, przez media określany, jako „pisssssssowski”, ponieważ kiedy piszę ten tekst, dla poprawienia krążenia, mam włączony telewizor i widzę, że premier Kopacz odwiedziła Lecha Wałęsę, a prezydent Komorowski rozdał chyba jakieś ordery. Poza tym pojawił się, nieobecny od czasu, gdy przejechał na pasach jakiegoś obywatela, Henryk Wujec. Ja mam świadomość, że jestem mocno spóźniony, nie zmienia to jednak faktu, że w roku 2011 w lesie pod Warszawą spalono Jolantę Brzeską i wobec owej ciszy nic już nie ma znaczenia. I tej prawdy nie zmienia nawet fakt, że jej śmierć – i bezkarność bezkarnych – najwyraźniej jest już dziś problem jakichś drobnych lewicowych stowarzyszeń i moim, człowieka, który przyszedł na ten peron i zobaczył, że się spóźnił.

Zapraszam wszystkich do księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie każdy kto szuka świadectwa, z pewnością je znajdzie.



piątek, 12 grudnia 2014

Pogaństwo napada, czyli Witam-Diabeł-Pozdrawiam

Wprawdzie kolejny numer „Gazety Warszawskiej”, a z nim poniższy felieton, ukazuje się dopiero dzisiaj, myślę jednak, ze nic nie zaszkodzi, jeśli już teraz przedstawię ten tekst i tutaj. Zapraszam.


Pamiętam, jak jeszcze w czarnych latach PRL-u, ci z nas, którzy z pewnym zaangażowaniem interesowali się muzyką popularną, biegając od jednej do drugiej giełdy płytowej, by albo sobie kupić kolejny longplay, bądź sprzedać swój i zamienić go na coś nowego, zareagowali na pojawienie się zespołu AC/DC. Otóż ponieważ większość z nas przywiązana była do tak zwanego „ambitnego” rocka, a więc raczej reprezentowanego przez takie projekty jak King Crimson, lub po prostu punk rock, a logo owej marki od samego początku zaprojektowane było tak, że między tymi literkami narysowana była błyskawica, modne stało się określanie zespołu AC/DC szyderczą nazwą „AC-Piorun-DC”.
Przypomniały mi się tamte czasy i ów żart z piorunem, kiedy dotarła do mnie informacja o tym, że w jednej z warszawskich szkół podstawowych, rodzice, którzy nie życzą sobie, by ich dzieci chodziły na lekcje religii, otrzymali tygodniowy raport z tak zwanych zajęć z etyki. Oto tekst, jaki przekazali mi moi ludzie:

Witam,
Mijający tydzień poświęciliśmy na omówienie prawdziwej historii Świętego Mikołaja, która zaczęła się już u pogańskich, przedchrześcijańskich przodków.
Dzieci oprócz genezy obdarowywania poznały również przedchrześcijańskie Święto Godów, poznały postaci, które dały początek obecnemu Mikołajowi, oraz wszelkie obyczaje, tradycje i „gadżety” towarzyszące zarówno Mikołajowi, jak i świątecznym obrządkom, zarówno pogańskim, jak i chrześcijańskim.
Pozdrawiam”.

Ja mam świadomość, że większość czytelników „Warszawskiej Gazety” wzruszy na treść owego raportu ramionami, i powiem szczerze, że tę reakcję rozumiem. W końcu cóż oni na tych lekcjach etyki mogą opowiadać tym biednym dzieciom, jeśli nie chcą się ograniczać wyłącznie do wbijania im do głów jednej i tej samej informacji: że Boga nie ma, a kiedy człowiek umiera, to go zjadają robaki i cześć? Czym oni mogą próbować je zainteresować, jeśli nie pogawędkami redaktora Miecugowa o tym, że człowiek po śmierci zamienia się w krzesło? Oni, aby to wszystko miało choćby pozory sensu, muszą im przedstawić coś, co, z jednej strony, zaprzeczy religii rozumianej tradycyjnie, a z drugiej, obieca im złudzenie jakiegoś rytuału. No więc uczepili się tego pogaństwa.
Ja jednak, mimo że to lekceważenie rozumiem i popieram, chciałbym dodać obserwację, która może nam sprawę nieco rozjaśnić. Otóż uważam, że to jest coś fantastycznego, że oni nie próbują wciskać naszym dzieciom, że ów Święty Mikołaj to kłamstwo i zabobon, ale że to prawda, a jeśli zabobon, to niewłaściwy. Bo są zabobony mądre i głupie. Głupie to te dostarczone ludziom przez Boga chrześcijan, a mądre to wszystkie te, które zostały stworzone przez bogów pogan. Na razie oni się wzięli tylko za Świętego Mikołaja i te prezenty. Następnym etapem zapewne będzie Jezus Chrystus, tyle że poczęty przez Boga-Słońce, a ukrzyżowany przez ludzi-drzewa.
Wspominam tamto peerelowskie „AC-Piorun-DC”, czytam dzisiejsze „Witam-Diabeł-Pozdrawiam” i po raz kolejny dochodzę do przekonania, że przy wszystkich wątpliwościach, wybieram PRL.

Wszystkich zainteresowanych publikowanymi na tym blogu tekstami zapraszam na stronę www.coryllus.pl, gdzie są do kupienia wszystkie moje książki, w tym zupełnie świeża, o TymKtóryNiePrzepuszczaŻadnejOkazji. W sam raz na czas Adwentu.

czwartek, 11 grudnia 2014

Kryzys przywództwa, czyli Leszek Miller na prezesa PiS

Przez ostatnich parę tygodni, z powodu niezapłaconego abonamentu, nie mieliśmy w domu telewizji. I pewnie tak by jeszcze przez jakiś czas pozostało, gdyby nie piłka nożna, którą moja starsza córka żyje z prawdziwym oddaniem, a więc zapłaciłem połowę zaległości i, jak się okazało, to wystarczyło. Włączyli nam więc telewizję, a ja natychmiast trafiłem na konferencję prasową posłów Hofmana i Kamińskiego, a kiedy ta się skończyła, na kolejną, tym razem Millera i Kwaśniewskiego. Później zrobiłem sobie przerwę do wieczora i wtedy obejrzałem fragment programu „Czarno na białym”, poświęconego ojcu Rydzykowi i Jarosławowi Kaczyńskiemu, a żeby żaden idiota nic nie przegapił, zrealizowanego w taki mniej więcej sposób, jak się realizuje programy o mafii narkotykowej, czy o handlu dziećmi na pedofilskim rynku, z migającym obrazem i muzyką jak z horroru.
I proszę sobie wyobrazić, że refleksje, jakie mnie po całodziennych wrażeniach ogarnęły, są jak najbardziej ponure. Otóż odnoszę bardzo silne wrażenie, że z całego tego zestawu publicznej oferty, z jaką mamy dziś do czynienia, a która została nam przedstawiona w tak obrazowy sposób, jedynym towarem wartym uwagi są Kwaśniewski z Millerem. Oglądałem tę parkę i z przerażeniem zrozumiałem, że od czasu gdy jeden był prezydentem, a drugi premierem, wszystko, z czym mamy do czynienia, to zabawa w politykę, zabawa w media, zabawa w problemy. Przepraszam wszystkich bardzo, ale kiedy z jednej strony widzę Hofmana i Kamińskiego, z drugiej tę paniusię z TVN-u, która do spółki z jakimś gówniarzem z „Tygodnika Powszechnego” próbują opowiedzieć nam, jak to pisowska sekta wraz z Radiem Maryja zniewalają kardynała Dziwisza, ja nagle sobie uświadamiam, że wybór, przed jakim mnie postawiono jest naprawdę perfidny.
Oglądałem obie te konferencje prasowe, przyglądałem się, jak najwybitniejsi polscy dziennikarze, czy politycy, próbują sobie radzić z jednej strony z zanikającym światem PRL-u, a z drugiej z najlepszą ofertą III RP i znów z autentyczną zgrozą doszedłem do wniosku, że dla nich PRL jest zwyczajnie niedostępny. To jest świat, których ich pokonuje walkowerem 3 - 0. Czy to będzie Hofman, czy Monika Olejnik, czy Andrzej Morozowski, że już nie wspomnę o tych dzieciach, co dopiero wchodzą w świat mediów i polityki, oni stając naprzeciwko Millera, czy Kwaśniewskiego nie mają jakichkolwiek szans z tego prostego powodu, że jedni i drudzy startują w zupełnie innych konkurencjach i w zupełnie innych wagach.
Patrzyłem na Kwaśniewskiego i Millera, jak stoją naprzeciwko tej bandy bezczelnych amatorów i patrzą na nich z jednej strony ze starannie ukrytą pogardą, a z drugiej z ową siłą, którą daje im wieloletnie doświadczenie i wszystkie te rany, które skrywają pod eleganckimi garnoiturami, i po raz nie wiem już który zrozumiałem, że jedynym poza nimi autentycznym politykiem, jakiego III RP nie dała rady unicestwić jest Jarosław Kaczyński. Jedynym politykiem, jaki jest w stanie skonfrontować się z III RP i z tej konfrontacji wyjść zwycięsko, jest właśnie on. Kiedy dziś nagle, po tylu latach skutecznej wstrzemięźliwości, patrzę na Kwaśniewskiego i Millera, nagle sobie uświadamiam, że ja chyba jednak bardzo dobrze rozumiem, dlaczego lata 2000-2005 to był czas, kiedy System postanowił tych dwóch zniszczyć raz na zawsze i zrobił to w sposób wręcz mistrzowski. Ale też rozumiem, dlaczego dziś System jest już nastawiony tylko na Jarosława Kaczyńskiego – ostatniego prawdziwego polityka, który zachował jeszcze jakieś wpływy. On już jako ostatni przedstawiciel odchodzącego świata najzwyczajniej w świecie przeszkadzają w budowaniu Nowej Kultury.
Pamiętam, jak przy okazji afery taśmowej, tygodnik „Wprost” opublikował rozmowę z Leszkiem Millerem, w której ten, wspominając Lecha Kaczyńskiego, zasugerował, że Kaczyński to był człowiek tak wybitny, że gdyby nie owa straszna propaganda, on by wygrywał wszystkie kolejne wybory z palcem w nosie. Nie pamiętam dziś dokładnie tych słów, ale taki był ów przekaz. Przypominam sobie też spotkanie w Kancelarii Premiera sprzed może pół roku, na którym z jakiegoś powodu nagle spotkali się wszyscy najważniejsi politycy, i pamiętam tę scenę, kiedy to Jarosław Kaczyński podchodzi do grupki polityków, wśród których jest Cimoszewicz, Miller i Palikot, z dwoma pierwszymi wita się ze spokojnym uśmiechem, który oni mu z równym spokojem odwzajemniają, natomiast wyciągniętej przez Palikota ręki demonstracyjnie nie zauważa. Wtedy oczywiście myślałem sobie, że to chodziło tylko o ten Smoleńsk i te szyderstwa z zamordowanego brata. Dziś jednak sądzę, że gdyby Palikot prezentował poziom profesjonalizmu, jaką prezentują Miller, Kwaśniewski, czy nawet Cimoszewicz, on by mu tę rękę może i podał. A tak, z kim się tu witać? Z jakimś amatorem wyprodukowanym przez III RP, w dodatku z rękoma umaczanymi we krwi?
Wczoraj też zajrzałem oczywiście na główną stronę Salonu i trafiłem na kolejną notkę Janusza Korwina Mike. Jest to wyłącznie – tam nie ma choćby jednego zdania tekstu – informacja, że w telewizji wieczorem będzie program z udziałem Korwina, oraz lista książek jego autorstwa, które w jego internetowym sklepie można kupić wraz ze specjalną partyjną muszką. Moim zdaniem – z tym zastrzeżeniem oczywiście, że ja mam świadomość, że Korwin to dziś już wyłącznie medialny gadżet – owa notka stanowi wręcz symbol tego, czym się stała polska polityka i polskie media dzisiejszych czasach. To jest już tylko walka o przetrwanie w wykonaniu tych, którzy, po wyeliminowaniu ze sceny postaci prawdziwie historycznych, zostali podstawieni przez System, żeby dostarczać alibi dla prowadzonych przez System interesów, tym razem w skali, której my nawet nie jesteśmy w stanie ogarnąć.
Autentycznym przebojem Salonu24 dziś zapewne stanie się notka Integratora, w której on po raz kolejny wzywa do zmiany przywództwa w PiS-ie. Ponieważ Integrator to mój bliski przyjaciel, chciałem mu tą drogą powiedzieć, że niech się przestanie wygłupiać. W końcu na Millera, czy Kwaśniewskiego Naród się nie zgodzi.

Idą Święta, a zatem, wszystkich czytelników tego bloga zapraszam na stronę www.coryllus.pl, gdzie można kupić cała kupę naprawdę wartościowych książek, w tym tych, które przez ostatnie lata napisałem ja sam. Szczerze polecam.

wtorek, 9 grudnia 2014

Kiedy redaktor Gadowski dokona aktu samospalenia?

Gdyby ktoś mnie zapytał, jakie polityczne wybory zaprowadziły mnie do miejsca, w którym przy każdej kolejnej okazji głosuję na kandydatów Prawa i Sprawiedliwości, musielibyśmy się cofnąć co najmniej do roku 1990, a niewykluczone, że jeszcze wcześniej, czyli do owych zamierzchłych już czasów, kiedy z niezidentyfikowanych przeze mnie do dziś powodów, ja bardzo silnie przeżywałem owo peerelowskie kłamstwo i to przeżywałem je tak mocno, że nigdy, choćby na krótką chwilę, nie przestałem wątpić w to, że nie ma nic gorszego od komunizmu. No ale to były czasy dawne, a zatem i dawne podziały i dawne emocje, a zatem dziś chyba nawet nie wypada wracać do tamtych argumentów. A zatem trzymajmy się roku 1990, kiedy to po przejęciu władzy w Polsce przez coś co znamy pod nazwą „układu okrągłego stołu” i po próbie wykluczenia z tego układu Lecha Wałęsy, powstało Porozumienie Centrum i rozpoczęła się tak zwana „wojna na górze”, w wyniku której wprawdzie Układ nie został do końca pokonany, natomiast z całą pewnością musiał na czas nieokreślony zrezygnować ze swoich imperialnych ambicji, co dla Polski do dziś jest o tyle korzystne, że przynajmniej nie mamy tu Meksyku.
Wydaje mi się, że to właśnie owo napięcie roku 1990 i seria bezpośrednio po nim następujących zdarzeń – podkreślić tu muszę, że zdarzeń, które ja obserwowałem wyjątkowo uważnie i które wyjątkowo mocno przeżywałem – sprawiły, że ja już nigdy ani na moment nie straciłem owego przekonania, że ów podział z roku 1990 na tych, co Polsce życzą dobrze i na tych, którzy Polską interesują się tylko do pewnego ściśle oznaczonego stopnia, jest podziałem stałym i prawdopodobnie wiecznym. A trzymając się tego kierunku, postanowiłem, że jedyną osobą, która mi gwarantuje tu względny psychiczny komfort jest Jarosław Kaczyński.
Ale to nie jest jedyny powód, dla którego prawdopodobnie do samego końca – czy to końca mojego, czy końca jego – będę go wspierał. Ja głosuję na Prawo i Sprawiedliwość kierowane przez Jarosława Kaczyńskiego, ponieważ bardzo interesuję się polityką i widzę, jak bardzo ów wcześniej wspomniany Układ, czy może lepiej, to coś, co ja nazywam uparcie Systemem pragnie, żeby on umarł. Otóż tak, jak kiedyś w dawnych czasach PRL-u mieliśmy zwyczaj powtarzać sobie zasadę, że jeśli „oni” mówią tak, to my powinniśmy natychmiast mówić „nie”, no i odwrotnie, tak samo dziś ja bardzo mocno się trzymam zasady, że dopóki System angażuje aż tak wielkie środki na rzecz tego, by akurat Jarosława Kaczyńskiego usunąć z polskiej polityki, ja nie mam najmniejszego powodu, by się do tej nagonki przyłączać. Ja go mogę krytykować, ja mogę nie mieć za grosz szacunku do tych, co wraz z nim tworzą Prawo i Sprawiedliwość, ja mogę tępić dziennikarzy wspierających ten projekt, niezależnie od wszystkiego jednak, dla mnie Prawo i Sprawiedliwość pozostaje jedynym wyborem, ponieważ dalej jest już tylko ciemność.
Ktoś mnie spyta, czemu ja się postanowiłem tłumaczyć ze swoich politycznych wyborów, a ja chętnie odpowiadam. Otóż ja się z niczego nie tłumaczę, natomiast próbuję pokazać, że jeśli dziś, w politycznej sytuacji, w jakiej przyszło nam żyć, stoją przed nami jakiekolwiek dylematy, to aby je rozwiązać nie wystarczy nam wiedzieć, że Donald Tusk to jest rudy Niemiec, Kopacz to zidiociała pielęgniarka z prowincji, Sikorski to nadęty głupek, 10 kwietnia 2010 roku Rosjanie zabili nam prezydenta, a jesienią tego roku „Popaprańcy” sfałszowali wybory, ale musimy mieć coś znacznie więcej, a mianowicie wiedzę. A jeśli nie mamy wiedzy, musimy mieć ludzi, którzy nam pokażą drogę, a będą przy tym na tyle wiarygodni, że my im uwierzymy.
Nie ma takiej możliwości, by kiedy z jednej strony mamy to swoje ciężkie i tak pełne nieustannych rozczarowań życie, a z drugiej System, który, aby na uśpić, nieustannie podsuwa nam kolejne przyjemności i oferuje coraz to nową chwilę oddechu, i to chwilę tak pięknie oprawioną, że naprawdę trudno się oprzeć, ktokolwiek z nas dał się uwieść jakiejś nędznej propagandzie, skonstruowanej na założeniu, że ponieważ jesteśmy naiwni i głupi, wystarczy na nas nakrzyczeć, żebyśmy się zaczęli zachowywać. A z tym, jak widzę, mamy dziś do czynienia. Oto faktycznie za nami siedem lat rządów Platformy Obywatelskiej znaczonych i zbrodnią smoleńską i kolejnymi sfałszowanymi wyborami i serią większych lub mniejszych afer i skrytobójczymi mordami i kompletnym upadkiem Państwa i – o czym nie wolno zapominać – niezwykłym więc wyczynem Jarosława Kaczyńskiego, by się nie dać w tym całym piekle unicestwić – i na to wszystko przychodzą tak zwani „prawicowi dziennikarze” i apelują do Polaków, by oni może wreszcie wzięli się w garść, bo Polska w potrzebie. Oto Polska całkowicie bezbronna wobec ataku Systemu, jeśli wciąż jeszcze żywa, to żywa wyłącznie wiarą i patriotyzmem ludzi oddanych, opuszczona przez wszelkie możliwe interesy z lewa i z prawa, wykorzystana do końca przez ludzi złych i występnych, a tu przed nami nagle stają ci, którym dotychczas nawet serce nie drgnęło na widok tego, co tu się dzieje, i zaczynają nas pouczać. Mało tego, pouczać! Oni nam każą się bić. Bo co to ma znaczyć, że my jesteśmy tacy gnuśni?
Ja wprawdzie postanowiłem sobie jakiś czas temu, że redaktorem Witoldem Gadowskim nie będę się zajmował, ale, przepraszam bardzo, nie potrafię. Oto ten dziwny człowiek napisał ostatnio tekst, w którym wzywa Prawo i Sprawiedliwość, by wycofało z Sejmu wszystkich swoich posłów i ogłosiło secesję wobec zarządzanego przez Platformę Obywatelską państwa. Jakby tego było mało, niejaka Marzena Nykiel, redakcyjna koleżanka Gadowskiego w portalu polityce.pl wzywa Polaków, by poświęcili się dla Ojczyny i powstali w buncie przeciwko skorumpowanej władzy. Grozi ona nam jednocześnie, że jeśli i tym razem my nie pokażemy naszej siły, ona już zawsze na nas będzie patrzeć, jak na nędznych niewolników. Nykiel. Ta kobieta nazywa się Nykiel i wzywa nas do poświęceń.
W ogóle, jeśli wsłuchać się w to, co nam mówią dziennikarze tygodnika „W Sieci”, można odnieść wrażenie, że tam już nie ma nic poza tym judzeniem do wyjścia na ulice. A ja powiem, że to jest coś, co mnie doprowadza do autentycznego szału. Kiedy widzę dziennikarzy takich jak bracia Karnowscy, lub ci, którzy zostali przez nich wynajęci, jak krzyczą w naszym kierunku: „No dalej, do boju! Pokażcie, co to znaczy być Polakami”, już nie mam ani ochoty im nic tłumaczyć, ani kierować pod ich adresem pretensji o to, że mając tak wiele, wszystko zmarnowali. Wystarczy mi że zwrócę się już tylko do tych dwojga, a więc Gadowskiego i Nykiel. Może, skoro Polska tak wiele od nas wymaga, niech wasza dzielna dwójka obleje się benzyną i podpali pod Pałacem Prezydenckim na Krakowskim Przedmieściu. Jestem pewien, że to będzie taki gest, że my wszyscy pogrążeni w tej naszej wieloletniej gnuśności doznamy takiego wstrząsu, że w jednej chwili zagłosujemy zgodnie z instrukcją. Chodzi o przykład. Prosimy o przykład.

Zapraszam wszystkich do kupowania książek moich, Gabriela i innych, do nabycia pod adresem www.coryllus.pl. Tam jest wszystko, co jest.