niedziela, 30 kwietnia 2017

Czy K-Pax został honorowym członkiem Unii Europejskiej?

W miniony piątek, jak co tydzień ukazał się kolejny numer „Warszawskiej Gazety”, a w nim mój kolejny, cotygodniowy felieton, tym razem o Marsjanach, którzy zaatakowali Brukselę. Polecam.


      Początkowo planowałem rozpocząć dzisiejszy felieton od słów „Nie rozumiem...”, jednak niemal już w jednej chwili doszedłem do wniosku, że tak naprawdę, to wszystko co się wokół nas dzieje rozumiem naprawdę znakomicie. Powiem więcej, ja bym raczej nie rozumiał sytuacji, gdzie wszystko nagle by zaczęło wyglądać zupełnie inaczej, niż wygląda dziś. Gdyby świat, w którym przyszło nam żyć ni stąd ni z owąd znormalniał, a każdy przejaw obłędu byłby traktowany, jak obłęd właśnie, a nie norma. Wówczas bym się zapewne zdziwił.
      A mimo to, jakimś zupełnie niezbadanym przypadkiem, trafiłem na coś tak wstrząsającego, że, jak mówię, w pierwszej chwili pomyślałem, że to się nie dzieje. W dodatku, również zdziwił mnie fakt, że to coś przez niemal rok pozostawało w ukryciu z autentycznie bezprecedensową bezczelnością.
      A przecież, nie oszukujmy się, tu nie mogło być inaczej. To musiało się tak potoczyć. Najwyższy czas odsłonić owo szaleństwo.
      Otóż proszę sobie wyobrazić, że jeszcze 28 czerwca zeszłego roku, w wystąpieniu przed Parlamentem Europejskim, przewodniczący Komisji Europejskiej, niesławny Jean-Claude Juncker, powiedział co następuje:
Przed nami otwierają się nowe horyzonty, dotyczące nie tylko Europy, ale również całej planety. Nie możemy jednak nie zdawać sobie sprawy z tego, że ci, którzy obserwują nas z daleka, mają powody do zmartwień. Spotkałem się z przywódcami innych planet, słuchałem, co mają do powiedzenia i musicie wiedzieć, że oni wszyscy są bardzo zatroskani kierunkiem, w jakim zmierza Unia Europejska. Musimy więc zrobić wszystko, by uspokoić zarówno Europę, jak i tych, którzy patrzą na nas z kosmosu”.
      Ktoś powie, że ja żartuję i już za chwilę ujawnię pomysł, który stoi za owym żartem. Otóż nie. Tu akurat żartów nie ma. Jean-Claude Juncker w rzeczy samej w czerwcu zeszłego roku wygłosił przemówienie na forum tego dziwnego parlamentu i powiedział słowo w słowo to co powyżej zacytowałem. On naprawdę poinformował posłów, że spotkał się właśnie z przywódcami innych planet i że oni są bardzo zaniepokojeni tym, co się dzieje w Europie.
      Wciąż wielu z nas żyję, zdaniem niektórych absolutnie fatalną, pomyłką, jaka przydarzyła się naszemu ministrowi Waszczykowskiemu, kiedy zamiast San Cristobal, użył całkowicie fikcyjnej nazwy San Escobar. Wiadomość o tej wpadce podana została przez niemal wszystkie światowe agencje, Pojawiły się głosy, że w momencie, gdy minister Waszczykowski użył nazwy San Escobar, świat zamarł ze wstydu, a Polska trafiła do Księgi Guinessa, gdy chodzi o poziom kompromitacji. Nie trzeba wspominać, że zdaniem niektórych – informacja na temat owej gafy została nawet zamieszczona w Wikipedii – omyłka ministra jest wystarczającym powodem by go na zbitą twarz wyrzucić z rządu. I tego typu głosy nadchodzą z obu stron politycznej sceny.
      Na temat wystąpienia przewodniczącego Junckera panuje pełna, moim zdaniem starannie zorganizowana cisza. Gdzieniegdzie tylko pojawi się podejrzenie, że on chleje. No ale, nie oszukujmy się, kto z nas nie chleje?

Jak zawsze zachęcam do zaglądania do księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie można kupować moje książki. Polecam serdecznie.



sobota, 29 kwietnia 2017

Trzy terenowe toyoty, czyli jeszcze raz o prawdziwej sztuce

     Po raz pierwszy o tym, jak działa ów system, usłyszałem jeszcze wiele lat temu od zaprzyjaźnionego muzyka z Kwartetu Śląskiego. Otóż jeszcze w roku 1995 wspomniany Kwartet Śląski nagrał i wydał na płycie CD dwa pierwsze kwartety smyczkowe Henryka Mikołaja Góreckiego. Zdaniem mojego znajomego, to co im się wówczas udało zagrać, stanowiło zjawisko o sile, jakiej nigdy wcześniej i pewnie już nigdy później Kwartetowi nie udało osiągnąć. Jakimś niewyjaśnionym nigdy do końca cudem, zarówno czas, jak i atmosfera miejsca, ale też to coś, czego nikt nigdy nie potrafi nazwać, sprawiło, że owe dwa kwartety wtedy właśnie zostały wykonane w sposób perfekcyjny. Płyta trafiła na rynek, otrzymała jak najbardziej zasłużonego Fryderyka za najlepszy album, no i niedługo potem Góreckim zainteresował się legendarny nowojorski kwartet smyczkowy „Kronos Quartet”, zagrał oba kwartety… i w tym momencie wszyscy się zorientowali, że nikt nie zechce tego kupować, bo najlepsze nie dość, że już było, to wciąż jest i zapewne będzie dostępne nadal. Wtedy to właśnie firma, która zajmuje się karierą Amerykanów najpierw wykupiła cały nakład płyty katowickich muzyków, następnie prawa do tego jednego nagrania, i na koniec doprowadziła do tego, że wznowienie tamtego nagrania jest już niemożliwe.
      W roku 2008 EMI wydało ponownie kwartety Góreckiego w wykonaniu Kwartetu Śląskiego, tym razem już wszystkie, jednak zdaniem mojego znajomego, to co 10 lat wcześniej zostało skonfiskowane przez Amerykanów jest już nie do powtórzenia. Przez te wszystkie lata płyty Kwartetu Śląskiego były wielokrotnie nominowane do bardzo u nas prestiżowych Fryderyków, parokrotnie owego Fryderyka zdobyły, natomiast, o ile się nie mylę, ten rok okazał się o tyle szczególny,że po raz pierwszy w historii Kwartet Śląski za podwójny album z kwartetami Grażyny Bacewicz otrzymał aż dwa Fryderyki –w kategoriach „Najlepszy album polski za granicą”, oraz „Najwybitniejsze nagranie muzyki polskiej”. Gdyby ktoś się zastanawiał, już śpieszę wyjaśniać: otóż muzyka polska, bo muzyka polska, natomiast polska za granicą z tego oto względu, że płyta, choć w koprodukcji z naszym Instytutem Adama Mickiewicza, została wydana przez niezależne brytyjskie wydawnictwo Chandos Records, a więc, jak by nie patrzeć, jest publikacją jak najbardziej zagraniczną. I stąd ten drugi Fryderyk.
      No i w tym momencie pojawia się pytanie, o co chodzi? Po co my o tym w ogóle rozmawiamy? Otóż, co zresztą bardzo łatwo jest sprawdzić, płyta „Grażyna Bacewicz Complete String Quartets” jest nie do kupienia. Oczywiście, nie jest wykluczone, że w Londynie, jeśli ktoś się o nią zapyta, to mu ją ostatecznie sprowadzą, natomiast w Polsce zdobycie tego albumu to marzenie ściętej głowy. Dlaczego? Dlatego że jej nie ma na rynku. Dlaczego? Dlatego, że wszystko to co było do zarobienia, już zostało rozdysponowane, a na te głupie grosze z tytułu dystrybucji nikt nie będzie leciał. Kiedy spotkałem się z moim kumplem muzykiem, by odebrać płyty,usłyszałem, że jedyna dystrybucja, jaka dziś ma miejsce w Polsce, to prowadzona przez samych muzyków. Każdy z nich dostał po jakieś 150 egzemplarzy albumu i może je rozdać wśród mniej lub bardziej znajomych osób. Proponowałem mu, żeby te płyty wstawić do księgarni Coryllusa i w ten sposób z jednej strony spopularyzować to dzieło, a z drugiej coś tam zarobić, niestety tu na przeszkodzie stoi tak zwane środowisko. Gdyby Kwartet Śląski zaczął sprzedawać swoje płyty w internecie przez jakąś Klinikę Języka, to oni by w pierwszej sekundzie stracili przez wiele lat wypracowywany szacunek w branży, a następnej wypadli z rynku. A rynek to ich praca, rodzina i życie.
      A przecież nie chodzi tylko o to. Proszę sobie wyobrazić, że kilka lat temu Polskie Radio w Katowicach wyprodukowało wydawnictwo zupełnie niezwykłe. Jeden z najwybitniejszych dziś organistów na świecie, Julian Gembalski, odbył podróż po licznych śląskich kościołach, albo grając tradycyjną muzykę sakralną, albo czasem improwizując, na znajdujących się tam, często bardzo zabytkowych, organach. Jego wyprawa została nagrana i zarejestrowana na 5 płytach CD i wydana pod pięknym tytułem „Sląskie organy”. Ja nie umiem opisać potęgi muzyki, jaką zagrał Gembalski, ale zapewniam, że to jest coś tak pięknego, że właściwie może i lepiej jest tego nie opisywać. Domyślam się, że w tym momencie część czytelników zapragnęła kupić te pieśni. Bardzo proszę, tylko proszę nie szukać ani w empikach, ani na Allegro, bo to nic nie da. Z tego co wiem, te albumy – powtarzam 5-płytowe boxy – do dziś leżą w szafie na Ligonia w Katowicach.
      Na koniec pojawia się pytanie, czemu jest jak jest. Czemu organy Gembalskiego, ale dziś może przede wszystkim kwartety smyczkowe Grażyny Bacewicz, wydane przez niezależne acz prestiżowe brytyjskie wydawnictwo, nie są skierowane do normalnej dystrybucji? Otóż – i tego już mi mój kolega-muzyknie powiedział, natomiast ja mam swój rozum i wiem, co i jak – rzecz sprowadza się do tego, że dystrybucja nikogo już nie interesuje. Chodzi wyłącznie o to, by się podpiąć pod kolejny budżet, dostać swoją działkę, zapisać ewentualny sukces i ciężko pracować na kolejne. Ktoś też może spyta, czemu oni się nie postawią, nie zostaną niezależnymi artystami i nie zdobędą świata, na co niechybnie zasłużyli. A ja mam na to tylko jedną odpowiedź, a mianowicie historię artystycznej i komercyjnej kariery braci Golec. Przez wspomniane kontakty w branży mam do opowiedzenia jedną bardzo moim zdaniem ciekawą historię. Otóż kiedy bracia Golcowie byli jeszcze studentami wydziału jazzu w katowickiej Akademii Muzycznej, ale już można było ich słuchać w radio i oglądać w telewizji,któregoś dnia pojawili się w miejscowym salonie Toyoty i zgłosili następujące zamówienie: ”Poprosimy dwie terenowe toyoty… albo nie, trzy… jedną kupimy tacie”. Czemu tak? Otóż oni mogli sobie na to pozwolić z tej prostej przyczyny, że, czy to przez ich góralską zawziętość, czy przez jakieś niezbadane talenty, na samym początku swojej kariery postanowili utworzyć firmę. Nie muzyczny duet, którym wszyscy będą mogli pomiatać, lecz firmę. Taką jak, przy oczywiście zachowaniu proporcji, stworzyli muzycy Kronos Quartet, czy, z zupełnie innej beczki The Rolling Stones.
      Inna sprawa, że nawet jeśli już wszystko zrozumiemy i ze stanem rzeczy się pogodzimy, prawda pozostanie taka sama. Kwartet Śląski wydał fantastyczne kwartety Grażyny Bacewicz, a nam, podobnie jak im, nic do tego. Jak nam się nie podoba, możemy iść na wspomnianych Golców.


Bardzo zachęcam do odwiedzania księgarni pod adresemwww.coryllus.pl. Tam jest wszystko.

piątek, 28 kwietnia 2017

O zapomnianej łodzi, wrażliwych liberałach i gnuśności wiecznie żywej

      Jak się właśnie dowiedziałem, z okazji pierwszej rocznicy śmierci prof. Zyty Gilowskiej, na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim zorganizowana została specjalna konferencja, zatytułowana Finanse publiczne a rozwój gospodarki – in memoriam profesor Zyta Gilowska”. Z informacji, jakie udało mi się znaleźć w mediach, trudno się dowiedzieć ani tego, kto był organizatorem owego wydarzenia, kto brał w nim udział i po co, ani też tego, na czym ono konkretnie polegało, natomiast, owszem, wiadomo że jego ranga była na tyle duża, że udział w nim wziął sam prezes Jarosław Kaczyński. Mówiąc zupełnie szczerze, podejrzewam, że to wszystko odbyło się tak jak zawsze, czyli wspomniany Kaczyński wezwał do siebie jednego z drugim i zapytał: „Pamiętacie, co się stało rok temu?”, a kiedy okazało się, że oni ani nie pamiętają, ani ich to nic nie obchodzi, to im przypomniał, no i trzeba było się szybko wokół sprawy zakręcić. A ostatecznie i tak naprawdę jedyną informacją, jaka do nas z Lublina dotarła to ta, że wspominając Zytę Gilowską, Prezes określił ją jako „osobę o przekonaniach liberalnych i społecznej wrażliwości”.
      Dla mnie natomiast, ale, jak sądzę, również dla czytelników tego bloga, wspomnienie śp. Zyty Gilowskiej nie objęło czegoś, bez czego moim zdaniem pamięć o owej świętej kobiecie pozbawiona jest jakiegokolwiek sensu, a więc wydanej w zeszłym roku jeszcze przez Klinikę Języka książki zawierającej najbardziej osobiste refleksje, którymi ona przez ostatnie lata swojego życia zechciała się dzielić z pewnym blogerem. I tu się muszę od razu – po raz kolejny zresztą – zastrzec, że osoba owego blogera nie ma tu najmniejszego znaczenia. Oczywiście, to on był adresatem tych listów, on zdecydował się je opublikować, natomiast to co się tak naprawdę liczy, to fakt, że pod sam koniec swojego życia prof. Zyta Gilowska powiedziała parę rzeczy, na tyle ważnych, że bez nich nie mamy sposobu, by to, kim ona była, zrozumieć i w konsekwencji docenić i dziś jej słowa pozostają praktycznie nieznane. Co gorsza, pozostają nieznane nie przez jakieś niedopatrzenie, ale przez najwyraźniej bardzo starannie zrealizowany plan.
      Z tego co wiem, fakt pojawienia się owej książki, a tym samym fakt publikacji ostatnich najbardziej prywatnych, a tym samym, być może najbardziej szczerych refleksji Zyty Gilowskiej został podczas wspomnianej konferencji bardzo starannie przemilczany. Ja mam naturalnie świadomość, że skutkiem pewnego układu zdarzeń, wiele osób, choćby i szczerze oddanych życiu i dziełu Zyty Gilowskiej, zwyczajnie nigdy nie miało okazji się o wspomnianych listach, ale też i o tym, że one zostały w ogóle opublikowane, dowiedzieć – a ten wypowiedziany przez Jarosława Kaczyńskiego i wspomniany wcześniej idiotyzm jest najlepszym tego dowodem – niemniej jednak nie mam najmniejszych wątpliwości, że są ludzie, którzy to wiedzą i zrobią wszystko, by ta wiedza nie stała się wiedzą powszechną. Dlaczego? Oczywiście nie ze względu na osobę Zyty Gilowskiej, ale z uwagi na nazwę wydawnictwa, które owe listy zdecydowało się opublikować. Czyli nawet nie przez osobistą niechęć do kogokolwiek, lub czegokolwiek, ale przez najbardziej ciemne interesy.
      Jeszcze w zeszłym roku, z okazji dnia Wszystkich Świętych, dziennikarka „Wiadomości” Maria Stepan, wspominając zmarłą w kwietniu Zytę Gilowską, wyjaśniła, że mowa jest o „jednym z założycieli Platformy Obywatelskiej”, „ministrze w rządzie Kazimierza Marcinkiewicza”, oraz osobie „kontrowersyjnej”, czy może tylko „barwnej”. I ja to oczywiście rozumiem. Ten poziom bezprzykładnego chamstwa mnie oczywiście oburza, niemniej mu się nie dziwię. Maria Stepan to najpewniej jeszcze jedna prosta idiotka, a „Wiadomości” to, jak wiemy, program o charakterze ściśle propagandowym, realizujący bieżące interesy władzy. A zatem kontrola, jak jest nad nim sprawowana, prowadzona jest wyłącznie w wyznaczonym zakresie, a więc kolejnych kompromitacji opozycji, problemu uchodźców, oraz sukcesów ministra Morawieckiego. Jeśli Maria Stepan z jakiegoś powodu Zytą Gilowską gardzi, ona może ją potraktować w sposób dowolny i dyrektor Kurski nie będzie miał z tym najmniejszego problemu. Ona ma jedynie uważać, by nie zaszkodzić interesom władzy. 
      Jeśli jednak już mówimy o lubelskiej konferencji poświęconej wspomnieniu śp. Zyty Gilowskiej, którą zaszczycił swoją obecnością sam Jarosław Kaczyński, sprawa wygląda zgoła inaczej. Książka „O samotnej wyspie, zapomnianej łodzi i oceanie bez kresu” miała psi obowiązek zostać tam zauważona. A jeśli zauważona nie została, to mamy problem. I powtarzam raz jeszcze: ów problem nie nazywa się ani Klinika Języka, ani tym bardziej Krzysztof Osiejuk. Chodzi natomiast jak najbardziej o to, że ledwo co udało nam się wyrwać Polskę z rąk ludzi złych i występnych, niemal natychmiast oddaliśmy ją w ręce tych, co nawet jeśli nie są źli i nie występni, to z całą pewnością głupi i gnuśni. Drobni cwaniacy których jedyną ambicją jest dociągnąć do jutra tak, by mieć pewność, że wprawdzie na helikopter nie starczy, ale jakąś flaszkę zawsze się trafi. No i obok nich tych, którzy powinni mieć na to wszystko oko, ale uznali, że przecież nie są kurwa w stanie nad wszystkim zapanować.
     Przepraszam bardzo. Poniosło mnie. Jarosław Kaczyński, jeden z najbliższych przyjaciół Zyty Gilowskiej, nie przeklina.


Książkę „O samotnej wyspie, zapomnianej łodzi i oceanie bez kresu” można kupić w księgarni pod adresem www.coryllus.pl, a dokładnie rzecz biorąc tu. 

czwartek, 27 kwietnia 2017

Gdy Duch Święty przestaje przemawiać głosami

No i choć tak wyszło, że będziemy ciągnąć temat, którym żyjemy od pewnego czasu, a wiele osób z prawdziwą troską mówi mi, że i to już trwa zdecydowanie za długo, ani mi w głowie czuć z tego powodu wyrzuty sumienia. Powiem więcej. Przy tej całej nędzy, którą nas raczy ostatnio świat, naprawdę można odnieść wrażenie, że jeśli się nie wrócimy do tego co podstawowe, możemy się w ogóle zamknąć.
Rozprawialiśmy tu dość szeroko o Jezusie, o Szatanie, o naszej wierze i szansach, jakie mamy, by nie trafić do piekła, a ja wciąż mam poczucie, że jedyną dla nas drogą, jeśli faktycznie Pan Bóg nie jest ani o milimetr bardziej miłosierny, niż sprawiedliwy, jest ta, która nas trzyma jak najbliżej podstaw. I oto już jakiś czas temu trafiłem na pewne zdjęcie, które, jak na ironię, zamieszczone zostało w sieci, jako jednoznaczne szyderstwo, i w jednej chwili poczułem ten spokój, jaką daje pewność, że oto ujrzało się prawdę w całej swoje urodzie.
I proszę uprzejmie nie udzielać mi nauk na temat Ducha Świętego i tego, co On potrafi zrobić z człowiekiem, który naprawdę szuka Boga, a już szczególnie w językach, których nie rozumiem. Ja Go bowiem ujrzałem na tym zdjęciu w całej okazałości i czuje się z tym bardzo dobrze. I więcej mi nie potrzeba. Zachęcam do skupienia.

środa, 26 kwietnia 2017

No i znów wzywamy do tablicy

Mijają dwa tygodnie, jak zamieściłem tu poprzedni odcinek „Wezwanych do tablicy”. Tyle jednak ze względu na okres okołoświąteczny musieliśmy czekać na kolejny numer „Polski Niepodległej”, i oto dziś ukazuje się najnowsze wydanie, a ja z prawdziwą przyjemnością wklejam tu kawałki, które właśnie schodzą do archiwum. Trochę to stare, ale za to, jak sądzę, wystarczająco zabawne, byśmy się mogli wspólnie pośmiać.



Były prezes Trybunału Konstytucyjnego Andrzej Rzepliński najwidoczniej wziął na poważnie rady, że powinien wystartować w kolejnych wyborach prezydenckich i przymierzając się do kampanii wyborczej, ogłosił na początek, że nie należy do „gorszego sortu”. Żeby nic nie uronić z deklaracji owego ciekawego człowieka, zacytujmy całość wypowiedzi: „Przyjmuję do wiadomości, że są ludzie różnych sortów, ale ja należę do pierwszego sortu, do najlepszego”. Moim zdaniem, z tym, że on się uważa za nie dość, że sort lepszy, to wręcz najlepszy, zwolennicy jego prezydentury jakoś sobie poradzą, natomiast to, że on „przyjmuje do wiadomości”, iż w ogóle są ludzie lepszego i gorszego sortu, zbliża go na tyle mocno do Jarosława Kaczyńskiego, że gdy nadejdzie rok 2020, wyborcy PiS-u mogą mieć dylemat, czy głosować na Dudę, czy może lepiej będzie na Rzeplińskiego.

*

No a przecież nigdy nie jest tak że kandydatów jest tylko dwóch. Co będzie jeśli środowisko tygodnika „W Sieci” zgłosi kandydaturę Aleksandry Jakubowskiej? W opublikowanym ostatnio we wspomnianym tygodniku wywiadzie Jakubowska nie dość, że wyznała, iż od ponad 40 lat ma tego samego męża, z którym wspólnie wychowuje niepełnosprawnego syna, to na dodatek zadeklarowała zamiar sprawienia sobie moherowego beretu. Aż strach pomyśleć, co będzie jeśli kandydatem zjednoczonej prawicy na prezydenta zostanie Leszek Miller.

*

Że co? Że Miller to już by była przesada? A niby czemu? W niedawnej wypowiedzi dla telewizji Polsat towarzysz Leszek powiedział co następuje: „Jak widzę pana Timmermansa, to on zawsze mi działa na nerwy […]. Ja bym wolał, żeby tą sprawą, która dotyczy Polski, zajmował się ktoś inny, niż pan Timmermans. Niech on już po prostu skończy, niech uzna swoją misję za zakończoną i niech przestanie stawiać Polskę do kąta”. Swoją drogą, należałoby się zastanowić, czy świeża aktywność takich działaczy jak Miller czy Jakubowska nie jest wynikiem jakiegoś tajemniczego planu starych komuchów na rzecz odzyskania dawnych wpływów. A wystarczy rzucić okiem na któregokolwiek z opozycyjnych polityków czy publicystów i posłuchać, jak oni wypadają w akcji, by uznać, że taki Miller wcale jeszcze nie musi umierać.

*

Weźmy choćby ostatni ruch opozycji z tak zwanym konstruktywnym wotum nieufności dla rządu. Platforma Obywatelska zgłosiła kandydaturę Grzegorza Schetyny na nowego premiera, następnie złożyła wniosek o zwołanie specjalnego posiedzenia Sejmu, podczas którego zażąda odwołania rządu Beaty Szydło, a sam nowy premier wygłosi przemówienie o takiej sile perswazji, które uczyni go naturalnym i faktycznym przywódcą całej opozycji, no i w momencie gdy marszałek Kuchciński wyznaczył datę wspomnianego posiedzenia… sam lider Platformy w własnej osobie zażyczył sobie, by dać mu jeszcze trochę czasu na przygotowanie się do owego historycznego wydarzenia, bo czas biegnie tak szybko, że on jeszcze do końca nie wie, co ma gadać. Czy to możliwe, że kiedy ludzie z Nowoczesnej powtarzają, że Schetyna to „worek kartofli z porcelanowymi zębami” są maksymalnie dosłowni?

*

Inna sprawa, że skoro faktycznie uznamy Schetynę za worek kartofli, to jak mamy określić jednego z najbardziej eksponowanych polityków Nowoczesnej, posłanki Joanny Scheuring-Wielgus, która zasłynęła wieloma prawdziwie wstrząsającymi wypowiedziami oraz gestami, natomiast mnie się chyba najlepiej podoba to, jak ona przez kilka dni pod rząd, dzień w dzień, chodziła do Teatru Powszechnego by patrzeć, jak jedna z aktorek robi tak zwaną”laskę” papieżowi, a następnie relacjonowała swoje wzruszenia w mediach. Ostatnio Scheuring w jednym z „samochodowych” oświadczyła red. Węglarczykowi, że nędzna pozycja, jaką Nowoczesna zajmuje w sondażach, jest wynikiem tego, że partia nie ma pieniędzy na opłacanie internetowych trolli. Podobno Węglarczyk dostał takiego ataku śmiechu, że mało nie rozbił samochodu.

*

Czy kogoś jeszcze dziwi, że politycy Prawa i Sprawiedliwości zachowują się jakby uznali, że będą rządzić wiecznie? Dopiero teraz trafiłem na zdjęcie posła Tarczyńskiego – to ten sam co swego czasu sfotografował się, jak siedzi w jacuzzi na tle warszawskich wieżowców i gapi się w wielki paluch swojej prawej nogi – w czerwonym płaszczu z kołnierzem z jenota. Tarczyński zrobił sobie to zdjęcie w jednym ze sklepów, następnie zamieścił je na swoim profilu na Twitterze, a pod spodem dał komentarz: „Mój sweterek i moda a'la Szejnfeld są passe. Teraz polecam czerwony płaszcz z Jenotem”. Słyszę głosy, że jeśli ktoś szydzi z Tarczyńskiego, tym samym udowadnia, że nie zna się na żartach i się nie nadaje do tego, by się pokazywać w dobrym towarzystwie. Przepraszam bardzo, ale wolę żarty Leszka Millera. Przynajmniej się przy nich nie muszę rumienić.

*

Inna sprawa, że żartów, przy których nie trzeba się rumienić, jest z każdym dniem coraz mniej, a z kolei stan publicznej debaty robi wrażenie, jakby został właśnie ogłoszony konkurs na najbardziej zawstydzający dowcip, w którym nagrodą jest to, że jego autor będzie regularnie zapraszany do telewizji, aby tam nas rozśmieszać już na całego. Z tamtej strony niekwestionowanym liderem jest oczywiście poseł Szczerba, natomiast u nas prym wiodą niepokorni dziennikarze pod kierunkiem Rafała Ziemkiewicza. To on bowiem niemal na jednym oddechu określił papieża Franciszka „idiotą”, Ryszarda Petru „lowelasem”, aktorkę Dryjańską „zdeformowanym płodem”, inną aktorkę Dereszowską „szmatą”, a ministra Macierewicza „pederastą”. Ktoś powie, że to nie jest dowcip, tylko zwykłe wieśniactwo. Otóż nie. Każdy kto zna Ziemkiewicza, wie, że z niego szczery śmieszek. Szczery, wiejski śmieszek.

*

Nie żebym miał coś przeciwko wiejskim śmieszkom. Ja tylko szydzę z kabaretów ze wsi Warszawa. Podobnie zresztą jak z najbardziej poważnych profesorów uniwersytetów, których gdyby się pojawili na zwykłej wiejskiej drodze pogoniono by batem, natomiast tu gdzie są, pozwalają sobie naprawdę na wiele. Weźmy takiego prof. Pawła Śpiewaka, który w wypowiedzi dla Onetu z pełną powagą ogłosił, że w momencie gdy Prawo i Sprawiedliwość utraci władzę nastąpi: „krwawa vendetta, w której ludzie PiS-u zostaną wycięci do samej kości”. Jak mówię, Śpiewak ujawnił owe plany bez cienia uśmiechu, a my możemy tylko na to odpowiedzieć, że to naprawdę są dziwne słowa w ustach człowieka, który ogłaszając krótko po katastrofie w Smoleńsku wieczną dyktaturę Platformy Obywatelskiej kiwał dobrotliwie swoją mądrą głową i zapewniał, że wprawdzie po zwycięstwie Platformy każdy kto się będzie sprzeciwiał władzy zostanie wzięty za mordę, jednak żyć się da. Czyżby on sugerował obecnej władzy, żeby nie powtarzać dawnych błędów Platformy i walkę z terroryzmem rozszerzyła na profesorów uniwersytetów?

*

No właśnie. Terroryzm. Zagrożenie terrorystyczne. Czy to nie brzmi interesująco? W tych dniach poseł Neumann z Platformy Obywatelskiej wyraził opinię, że na tych co wspierają rząd Beaty Szydło już tylko może podziałać „bejsbol”. Ja rozumiem, że kij bejsbolowy to nie to samo co ubecki pistolet, bomba, czy atak chemiczny. Ładunek wybuchowy, czy trujący gaz załatwia problem szybko i nad wyraz skutecznie a umiejętne posługiwanie się kijem wymaga długich lat treningu. Diabli jednak wiedzą, co miał na myśli prof. Śpiewak wyskakując z tymi okrwawionym kośćmi. Kto wie, co im tam się w tych ponurych łbach lęgnie? Może lepiej nie czekać aż oni nam zrobią odpowiednią demonstrację. Z tego co mówi Śpiewak, możemy przypuszczać, że nawet najbardziej brutalna reakcja go nie zdziwi.

*

Na razie jednak wszystko wskazuje na to, że nie ma o czym gadać. Prawo i Sprawiedliwość szykuje się do na tyle komfortowego rządzenia przez następne dziesięciolecia, by do tego nawet nie trzeba było wprowadzać dyktatury. Niech zdychają w pokoju. Platforma chciała odwołać rząd Beaty Szydło i jedynym tego efektem było to, że sama Szydło dostała dobry powód, by wygłosić swoje drugie expose, o takiej mocy, że przewodniczącemu Schetynie nie pozostało nic innego jak nerwowo wyjadać resztki śniadania spomiędzy swoich porcelanowych zębów. Na dodatek, chwilę później w Sztokholmie doszło do kolejnego ataku terrorystycznego, no i tym samym wszystko zostało skutecznie pozamiatane. Została tylko ta piękna broszka.



Zachęcam wszystkich do odwiedzania księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie można kupować między innymi i moje książki. Polecam najszczerzej.





wtorek, 25 kwietnia 2017

Czy Duch Święty nie lubi papieża Franciszka?

      Właśnie dotarła do mnie wiadomość, że władze Kościoła w Polsce ostatecznie wydały zakaz współorganizowania oraz uczestnictwa w ruchu znanym pod nazwą Wspólnota Miłość i Miłosierdzie Jezusa, a tym samym zainicjowane przez ojca Daniela Galusa spotkania stały się niczym więcej jak jego prywatnym eventem. Decyzja owa została zakomunikowana w sposób jednoznaczny i w moim odczuciu na tyle brutalny, by ani ojciec Galus ani jego wyznawcy nie mieli żadnej wymówki:
      „W nawiązaniu do informacji podanej przez Biskupa Płockiego na Konferencji Księży Dziekanów w dniu 15 marca 2017 r., powiadamiamy duszpasterzy i wiernych diecezji płockiej, że działalność Pustelni w Czatachowie (o. Daniel Galus) nie posiada aprobaty Metropolity Częstochowskiego, ks. arcybiskupa Wacława Depo. Dotyczy to również działającej przy tzw. Pustelni Wspólnoty Miłość i Miłosierdzie Jezusa.
      W związku z tym apeluje się do kapłanów i wiernych świeckich o powstrzymanie się od organizowania wyjazdów zbiorowych i indywidualnych do tego miejsca. Przypominamy starożytną zasadę św. Ignacego Antiocheńskiego: ‘Nie czyńcie nic bez biskupa, […] kochajcie jedność, unikajcie podziałów’ (List do Filadelfian, 7, 1)”.
      Ktoś spyta, co nas tu może obchodzić to co się dzieje w miejscu, w którym nie dość że nie bywamy choćby i myślą, to wielu z nas o tym nawet nie słyszało. To prawda. Losy ojca Daniela Galusa i owej wspólnoty są nam obce tak samo jak losy którejkolwiek z owych wciąż powstających w obrębie Kościoła Katolickiego sekt, a jednak czuję osobiście, że to między innymi ludzie, którzy tworzą sukces miejsc takich jak owa Pustelnia w Czatachowie, stanowią największe zagrożenie dla naszego Kościoła. To oni bowiem przesuwają go w stronę, którą od lat znamy z działalności tak zwanych zielonoświątkowców, czyli w gruncie rzeczy Szatana. I znów ktoś powie, że to jest margines, który nie ma jakiegokolwiek dostępu do pobożności, którą wszyscy znamy i rozumiemy, a która w rzeczy samej tworzy siłę naszej Wiary. Otóż obawiam się, że nie jesteśmy w żaden sposób bezpieczni. To bowiem nie owe sekty – rzekomo niosące wiarę prawdziwą – są narażone na największą agresję ze strony bezbożnego świata. Prawdziwy atak, wbrew temu, czego można by się było spodziewać, kierowany jest w stronę Kościoła ludzi prostych, szczerych i grzesznych jak każdy z nas, i to oni bowiem stanowią największe zagrożenie dla tego świata. Przez swoją skromność i cierpliwą wierność.
      Rozmawialiśmy o tym w tym miejscu całkiem niedawno, czy to przy okazji pewnego tekstu w „Gościu Niedzielnym”, czy medialnym manipulacjom słowami papieża Franciszka. I nie minął tydzień, jak musimy wrócić do sprawy, jak się zdaje z jeszcze większą niż wówczas troską. Oto, jak może niektórzy z nas słyszeli, papież Franciszek pojawił się niedawno w Bazylice św. Bartłomieja na Wyspie Tyberyjskiej, gdzie odprawił Mszę Świętą i naturalnie wygłosił kazanie. O czym mówił papież? Otóż jego słowo było w całości poświęcone męczeństwu chrześcijan zarówno w czasach starożytnych jak i dziś, ginących z rąk jak najbardziej muzułmańskich fanatyków. Oto fragment wypowiedzi Papieża:
      „Starożytna historia męczeństwa łączy się z pamięcią nowych męczenników, wielu chrześcijan zabitych przez obłąkane ideologie minionego wieku, zabitych także i dziś i to zabitych tylko dlatego, że byli uczniami Jezusa.
      Wspomnienie bohaterskich świadków epoki starożytnej i niedawnych czasów umacnia nas w świadomości, że Kościół jest Kościołem męczenników. A męczennikami są ci, którzy, jak przypomniała nam Księga Apokalipsy, "przychodzą z wielkiego ucisku i opłukali swe szaty, i w krwi Baranka je wybielili" (7,14). Mieli oni łaskę wyznawać Jezusa aż do końca, aż do śmierci. Cierpią, oddają życie, a my otrzymujemy błogosławieństwo Boże ze względu na ich świadectwo. A jest również wielu męczenników ukrytych, tych mężczyzn i kobiet wiernych łagodnej sile miłości, głosowi Ducha Świętego, którzy codziennym życiu starają się pomagać swoim braciom i bezwarunkowo kochać Boga.
        Jeśli przyjrzeć się bliżej, przyczyną wszystkich prześladowań jest nienawiść, nienawiść księcia tego świata wobec tych, którzy zostali zbawieni i odkupieni przez Jezusa poprzez Jego śmierć i zmartwychwstanie.
        Ileż razy w trudnych momentach historii, słyszeliśmy: ‘Dziś ojczyzna potrzebuje bohaterów’. O męczenniku można pomyśleć jako o bohaterze. Ale podstawowe dla męczennika jest on człowiekiem obdarzonym łaską. To łaska Boga, a nie męstwo czyni nas męczennikami. Podobnie można zapytać: ‘Czego dzisiaj potrzebuje Kościół?’. Męczenników, świadków, to znaczy świętych dnia powszedniego, bo Kościół naprzód prowadzą święci, bez nich Kościół nie może ich naprzód. Kościół potrzebuje świętych dnia powszedniego, zwyczajnego życia, przeżywanego konsekwentnie. Ale także i tych, którzy mają odwagę przyjąć łaskę bycia świadkami aż do końca, aż do śmierci. Wszyscy oni są żywą krwią Kościoła. Są świadkami, którzy prowadzą Kościół naprzód, ci którzy zaświadczają, że Jezus zmartwychwstał, że Jezus żyje, a świadczą o tym konsekwencją życia i mocą Ducha Świętego, którą otrzymali w darze”.
      I oto w pewnym momencie Papież zmienił tekst przygotowanego kazania i podzielił się pewną refleksją:
      „Chciałbym dzisiaj do tego Kościoła dodać jeszcze jedną ikonę. Kobietę, której imienia nie znam, ale patrzy ona na nas z nieba. Kiedy byłem na wyspie Lesbos i pozdrawiałem uchodźców, spotkałem człowieka 30-letniego z trzema dziećmi. Spojrzałem. Powiedział: ‘Ojcze, jestem muzułmaninem, ale moja żona była chrześcijanką. Do naszej ojczyzny przybyli terroryści, popatrzyli na nas, pytali nas o religię, zobaczyli, że ma krzyż i zażądali, aby zrzuciła ten krzyż na ziemię. Odmówiła. Ścieli ją na moich oczach. Bardzo się kochaliśmy. Tę ikonę przynoszę dziś tutaj jako dar’.
      Nie wiem czy ten człowiek jest nadal na Lesbos, czy udało się jemu pojechać gdzie indziej. Nie wiem, czy udało się jemu wydobyć z tego obozu koncentracyjnego, bo obozy dla uchodźców są obozami koncentracyjnymi dla mnóstwa ludzi. Są tam zostawieni samymi sobie. Narody wielkoduszne, które ich przyjmują muszą też nieść ten ciężar”.
      Co z tego zostało przekazane przez światowe media? Już wiemy, prawda? Główna wiadomość dnia, jak najbardziej zaznaczona w tytułach doniesień, była taka, że Franciszek powiedział, że „obozy uchodźców to obozy koncentracyjne”. I to wszystko. I ani słowa więcej. Przepraszam bardzo, ale to jest dokładnie tak samo, jakby ten sam Papież w trosce o los dręczonych przez mężów-muzułmanów kobiet w Szwecji czy w Niemczech powiedział, że „dla wielu tych kobiet małżeństwo jest piekłem”, a media by o tym poinformowały tytułami: „Papież Franciszek: małżeństwo to piekło”. A najpobożniejsi z nas w jednej chwili zaczęliby rwać sobie włosy z głowy, że oto mamy kolejny dowód na to, że od czasów Benedykta XVI Kościół się już tylko stacza. A w tej sytuacji nie pozostaje nam nic innego jak przeciwstawić się temu zepsuciu przy pomocy Ducha Świętego i specjalnych charyzmatów.
Pisząc te refleksje przypominam sobie, że parę lat temu wspomniany Franciszek, w przemówieniu do którejś z grup neokatechumenalnych, napomniał zebranych, by w swoim pobożnym zaangażowaniu nawet nie próbowali się stawiać ponad tych, którzy faktycznie tworzą Kościół, a więc, mówiąc krótko, ludzi, którzy co niedzielę zakładają odświętne buty i posłusznie całymi rodzinami udają się do parafialnego kościoła na Mszę. Niestety, dziś już nie pamiętam, w jaki sposób ten news został podany. Nie zdziwiłbym się gdyby wiadomość była taka, że Papież zakazał się modlić, lub zakwestionował moc Ducha Świętego. Podejrzewam jednak, że temat zwyczajnie został zlekceważony. W końcu nie było nic o uchodźcach.





Zachęcam wszystkich do kupowania moich książek. Naprawdę nie ma tu żadnego ryzyka. Wszystkie są do nabycia w księgarni pod adresem www.coryllus.pl.   

poniedziałek, 24 kwietnia 2017

Christopher Carver, czyli młot sprawiedliwości

O wyborach we Francji pisać nie mam najmniejszej ochoty, w Polsce w ostatnim czasie sytuacja stała się zarówno intelektualnie jak i emocjonalnie nieciekawa do tego stopnia, że wyszukiwanie na siłę kolejnych tematów stało się wręcz krępujące, a do tego ostatnio trochę choruję i w ogóle ciężko mi znaleźć w sobie siłę do interesowania się czymkolwiek, pomyślałem więc sobie, że opowiem znów o zbrodni i karze. Poniższy tekst napisałem dla wydawanego przez Piotra Bachurskiego miesięcznika „Polska bez Cenzury” jeszcze jesienią zeszłego roku, jednak przez to, że kwestia prawa, sprawiedliwości, oraz często tak fatalnie nieskutecznego egzekwowania jednego i drugiego chodzi mi wciąż po głowie, pomyślałem, że może przypomnę tu ową historię w nadziei, że ci, którzy szukają na tym blogu jakiejś inspiracji, znajdą ją choćby w czymś tak pozornie niskim, jak prosta kryminalna historia. Zapraszam więc.


      Opowiadaliśmy tu sobie już jakiś czas temu o niesławnym masowym mordercy Richardzie Specku i o tym, jak mimo potworności swojej zbrodni, dokończył on swego żywota w więzieniu, oglądając telewizję, czytając pornograficzne magazyny, chlając i zapruwając się na śmierć amfetaminą, kokainą, psychotropami, czy cokolwiek udało się jemu i jego kumplom przemycić do celi. Napisałem ów tekst i właściwie od samego początku miałem przekonanie, że brakuje w nim czegoś, bez czego on pozostaje faktycznie niedokończony, a mianowicie bliższego spojrzenia na życie Specka w więzieniu, wyjaśnienia, w jaki sposób było go stać i na alkohol i na narkotyki, no i wreszcie, czy rozwiązanie tej zagadki nie zmusi nas do zweryfikowania naszej opinii, jakoby życie Specka w więzieniu było aż tak bardzo słodkie.
      No ale wróćmy do dnia, kiedy amerykański sąd skazał Specka za jego zbrodnie na karę śmierci i umieścił go jednym z najcięższych więzień w kraju, czyli w Stateville w stanie Illinois, gdzie ten miał już sobie spokojnie czekać na dzień, w którym ostatecznie spłonie na krześle elektrycznym. Od początku też jednak troską władz więzienia było to, by inni więźniowie –wśród których, o czym należy pamiętać, były osoby zaledwie nieco mniej zasłużone dla świata zbrodni –sami nie postanowili Specka wysłać do piekła. Dlaczego tak? Otóż powinniśmy wiedzieć, że, cokolwiek byśmy sobie myśleli na temat osób spędzających życie w murach więzień, oni mają swój wewnętrzny kodeks, którego jedna z zasad jest taka, że kobiet – zwłaszcza kobiet Bogu ducha winnych – się ani nie zabija, ani nie gwałci, a Speck był winien obu tych występków. Siedział więc Speck w więzieniu Stateville, mając świadomość, że każdy dzień może być jego dniem ostatnim, kiedy nagle, skutkiem apelacji obrony, Sąd Najwyższy zwrócił uwagę, że ława przysięgłych, która ostatecznie uznała Specka winnym zarzucanej mu zbrodni, została wyznaczona niezgodnie z Konstytucją i zamienił karę śmierci na 1200 lat więzienia. Od tego też momentu rozpoczął Speck w Stateville Penitentiary swoją walkę o przeżycie.
      Trudno powiedzieć, czy dziennikarz Bob Greene, który jako pierwszy zwrócił uwagę na fakt, że Speck w więzieniu praktycznie nie wychodzi ze stanu alkoholowego i narkotycznego upojenia, zadawał sobie pytania odnośnie tego, jak owa kontrabanda jest organizowana i za jakie zasługi Speck może sobie pozwolić na owe przyjemności. Faktem jest, że we wspomnianym wywiadzie jednego słowa na temat owej zagadki nie znajdziemy. Wprawdzie w pewnym momencie sam Speck przyznaje, że jego jedynymi kumplami w celi są członkowie czarnych gangów, co, biorąc pod uwagę fakt, że sam Speck był biały, powinno u każdego spowodować włączenie się ostrzegawczej lampki, jednak dziennikarz pyta Specka tylko, czy nie boi się, że przez ujawnienie kontrabandy, będzie miał kłopoty, na co ten ze śmiechem odpowiada: „Kłopoty? Jakie kłopoty można mieć przez 1200 lat?”
      W maju 1996 roku jedna z chicagowskich stacji telewizyjnych ujawniła zapis video jeszcze z roku 1988, otrzymany od anonimowego adwokata, na którym widzimy przede wszystkim, jak więźniowie Stateville, najwyraźniej nie mając nic przeciwko temu, że są filmowani, oddają się najróżniejszym seksualnym uciechom, swobodnie handlują narkotykami, bez zachowywania jakichkolwiek pozorów przekazując sobie pieniądze. W pewnym momencie na filmie widzimy również Specka, z powiększonymi hormonalnie piersiami i ubranego w jedwabne, damskie majtki, jak uprawia oralny sex z czarnym współwięźniem, wciąga porcję kokainy i oświadcza do kamery: „Gdyby wiedzieli, jak mi tu dobrze, to by mnie wypuścili”.
      Nie wiemy, czy po tym, jak owe taśmy ujrzały światło dzienne, władze Illinois podjęły jakieś kroki na rzecz oczyszczenia sytuacji w Stateville, wydaje się jednak, że wszystko zostało skutecznie zamiecione pod dywan, a powód tego był taki jak zawsze – podobnie jak nie ma sensu kopać się z koniem, nie ma też sensu wszczynać walki z więzienną subkulturą, gdzie wszystkie reguły są odwrócone, a i tak najważniejsze jest to, by nikomu nie stała się krzywda na zewnątrz.
      To co jest istotne dla nas, to fakt, że, jak zgodnie potwierdzają wszyscy komentatorzy, aby przeżyć, Speck przyjął jedyne sensowne rozwiązanie, a więc zgodził się świadczyć seksualne usługi czarnej społeczności Stateville. To dla nich powiększył sobie piersi, to dla nich zaczął nosić damską bieliznę, to im wreszcie postanowił służyć, jako owa szczególna „gumowa lala”. Dodatkową nagrodą oprócz życia był jeszcze darmowy alkohol i narkotyki. Czy zatem możemy faktycznie uznać, że Speck w istocie rzeczy nie poniósł kary, że jego życie za murami Stateville było lekkie jak piórko? Oczywiście nam tu, gdy siedzimy w naszych ciepłych i wygodnych fotelach, trudno jest to oceniać, i choć z naszego punktu widzenia, nie jest to los, który by nam jakoś szczególnie odpowiadał, to z jednej strony, wciąż pozostaje obraz owych biednych ośmiu dziewcząt tak okrutnie zamordowanych, a z drugiej, słowa wypowiedziane przez Specka na wspomnianych taśmach: „Gdyby wiedzieli, jak mi tu dobrze, to by mnie wypuścili”.
      A z drugiej strony, nie każdemu z nich się aż tak poszczęściło. Niektórzy z nas zapewne słyszeli o kimś, kto, niewykluczone, że gdy chodzi o potworność swojej zbrodni, Specka znacząco przewyższył, a mianowicie człowieka nazwiskiem Jeffrey Dahmer. Czym się ów Dahmer zasłużył dla tej bardziej mrocznej części świata? Otóż, mówiąc bardzo krótko, bo tak naprawdę nie o nim przede wszystkim, traktuje dzisiejszy artykuł, był on nekrofilem i kanibalem, który w latach 1978–1991 zabił, następnie zgwałcił co najmniej 17 chłopców. Urodził się w Milwaukee w stanie Wisconsin. Niedługo potem jego rodzina przeniosła się do Bath w Ohio. Jak ujawniło późniejsze śledztwo, od dzieciństwa fascynowały Dahmera martwe zwierzęta. W sobie tylko znanej kryjówce trzymał ukrytą czaszkę psa. Potrafił spędzać całe dnie obserwując rozkładające się szczątki zwierząt. Mimo oczywistego opętania, przez pewien czas bez sukcesu próbował studiować na uniwersytecie stanu Ohio, przez kolejne dwa lata służył w wojsku, jednak z powodu ciężkiego alkoholizmu został z wojska wyrzucony, wreszcie w roku 1982 przeniósł się do swojej babci do West Allis w stanie Wisconsin, gdzie mieszkał przez sześć lat. W sierpniu 1982 został aresztowany za obnażanie się w miejscu publicznym. Cztery lata później aresztowano go ponownie za masturbowanie się w miejscu publicznym przed dwoma chłopcami. Tym razem został skazany na rok więzienia, z czego odsiedział 10 miesięcy. W 1988 został aresztowany za molestowanie seksualne 13-letniego chłopca, skazany na rok prac społecznych i zarejestrowany jako przestępca seksualny. Obronie udało się jednak przekonać sąd, że Dahmer jest psychicznie chory i wymaga leczenia, więc na pięć lat został skierowany do otwartego ośrodka psychiatrycznego. Jak znów wykazało późniejsze śledztwo, mniej więcej w tym samym czasie mordował już średnio raz na tydzień.
      Wreszcie, 22 lipca 1991 roku, 31-letni wówczas Dahmer został ujęty przez policję, postawiony przed sądem i za 15 udowodnionych zabójstw otrzymał 15 wyroków dożywotniego więzienia, co w sumie dało mu 937 lat więzienia. Nie zmienia to jednak faktu, że, jak już wspomnieliśmy, istnieje bardzo duże podejrzenie, że przez wszystkie te lata Dahmer mordował niemal bez przerwy.
      I tu się pojawia główny bohater dzisiejszej opowieści, człowiek nazwiskiem Christopher Scarver. Urodzony jako drugie z pięciorga dzieci w pierwszej z brzegu czarnej rodzinie w Milwaukee w stanie Wisconsin, kiedy dorósł, przez pewien czas próbował żyć, jak większość jego kolegów, jednak – również jak część z nich – popadł w alkoholizm, a jego bezkompromisowa mama wyrzuciła go z domu. W wieku 21 lat zdobył pracę w Cywilnym Korpusie Ochrony Przyrody i obietnicę zatrudnienia na pełen etat. Tak się jednak niefortunnie zdarzyło, że chwilę później dotychczasowy szef został zastąpiony przez niejakiego Steve’a Lohmana, który najpierw odmówił Scarverowi etatu, a następnie przy najbliższej okazji kazał mu wypłacić zaledwie 15 dolarów, w związku z czym oburzony Scarver, z rewolweru, który miał ze sobą, palnął Lohmanowi w łeb. Następnie zwrócił się do obecnego na miejscu kierownika odcinka, Johna Feyena, i zwracając się do niego „panie Hitler” zażądał od niego pieniędzy. Przerażony Feyen najpierw wypisał Scarverowi czek na 3000 dolarów, po czym uciekł, sam Scarver natomiast został skazany na dożywocie i skierowany do Columbia Correctional Institution w miejscowości Portage w stanie Wisconsin. Jak się wkrótce miało okazać, to tam też właśnie od paru lat spędzał swój czas Jeffrey Dahmer.
      Podobnie jak to było w przypadku Richarda Specka, służby więzienne bardzo troszczyły się o bezpieczeństwo Dahmera i przez równy rok kazały mu żyć w odosobnieniu, jednak po tym czasie, kiedy uznały, że już nic mu nie grozi, a sam Dahmer bardzo prosił, by mu pozwolić żyć wśród ludzi, przyznały mu łagodniejszy reżim, a nawet pozwoliły mu dbać o czystość toalet. Nie wiadomo, czy to kontakt z ludźmi, czy praca przy czyszczeniu kibli, coś jednak sprawiło, że któregoś dnia Jeffrey Dahmer poprosił o to, by mu dostarczyć do celi egzemplarz Biblii i już po krótkim czasie nie dość że ujrzał Boga, nie dość, że jako członek jednej z tysięcy działających w Stanach protestanckich dominacji przyjął Chrzest, to jeszcze zawarł bliską przyjaźń z pastorem, który udzielał mu Chrztu i od tego czasu systematycznie odwiedzał Dahmera w więzieniu.
      I oto rankiem 28 listopada 1994 opuścił Dahmer swoją celę, by jak co dzień zabrać się za sprzątanie toalet. Towarzyszyło mu dwóch innych więźniów, niejaki Jesse Anderson odbywający karę dożywocia za zabójstwo żony, oraz… tak, tak – Christopher Scarver. W pewnym momencie – trudno powiedzieć, czy intencjonalnie, czy przez przeoczenie, choć są źródła, które twierdzą, że cała akcja była starannie zaplanowana – cała trójka została na chwilę pozostawiona bez opieki i wówczas przy pomocy stalowego pręta Scarver zatłukł na śmierć najpierw Dahmera, a potem, na dokładkę jeszcze, Andersona.
      W wyniku swojego czynu, Scarver otrzymał dodatkowy wyrok dwóch kar dożywocia, co, jak pewnie wszyscy rozumiemy, nie zrobiło na nim jakiegokolwiek wrażenia, natomiast nie ulega najmniejszej wątpliwości, że wdzięczność rodzin osób, które zostały zamordowane przez Dahmera, owe dożywocia mu w pełni rekompensuje. A co wcale nie jest tu najmniej istotne, nie ulega najmniejszej wątpliwości, Christopher Scarver, który, w odróżnieniu od swoich ofiar, wciąż żyje w Columbia Correctional Institution, jest z całą pewnością szanowany przez swoich zarówno czarnych jak i białych kumpli i z całą pewnością ani nie musi powiększać sobie hormonalnie piersi, ani tym bardziej udzielać się towarzysko lepszym od siebie. Bo są sytuacje, kiedy prawa i sprawiedliwości nie jest w stanie pokonać nic. No może z wyjątkiem systemu pod nazwą ADX Florence. Ale o tym już było.


Może przyjdzie taki czas – a liczę na to mocno – że uda mi się te wszystkie historie wydać w jednej książce, tymczasem jednak zostało jeszcze w naszej księgarni wystarczająco dużo egzemplarzy książek wcześniejszych, by starczyło dla każdego. Zachęcam więc do odwiedzania strony pod adresem www.coryllus.pl i przemyślanych jak zawsze zakupów.

niedziela, 23 kwietnia 2017

Gdy polskim sądom odpadła piąta klepka

Najpierw chciałbym się zwrócić do naszego człowieka w USA, Janusza Wilczka, żeby napisał do mnie z innego adresu, bo ten którego używa, odrzuca moje maile. Skoro to już jest załatwione, chciałbym zachęcić do przeczytania mojego najnowszego felietonu z „Warszawskiej Gazety”. Powinien się spodobać.


      Oczywiście biorę pod uwagę możliwość, że większość czytelników „Warszawskiej Gazety” w owym medialnym chaosie dziś już nie pamięta tamtego zdarzenia. Jest wręcz bardzo prawdopodobne, wobec znanej nam aż nazbyt dobrze szczególnej umiejętności wspomnianych mediów „zagadywania” tego co naprawdę ważne, wielu z nas mogło nawet tego co się stało nie zauważyć. A stało się tak, że jeszcze w roku 2014 legendarny działacz dawnej „Solidarności”, a wówczas jeden z głównych doradców prezydenta Bronisława Komorowskiego, Henryk Wujec, potrącił samochodem przechodzącego przez przejście dla pieszych człowieka, powodując u niego ciężkie obrażenia. Jakby tego było mało, Wujec zlekceważył samochód, który wcześniej zatrzymał się, próbując przepuścić przechodzące przez przejście osoby, no i wjechał prosto w tego człowieka.
      Niemal trzy lata trwały próby sprowadzenia Wujca przed sprawiedliwość i przez ów czas sprawa była albo w typowy dla polskich sądów odwlekana, albo kiedy już udało się wszystko zorganizować, sam oskarżony nie raczył się w sądzie pojawić, no i wreszcie po trzech latach doszło do rozpatrzenia sprawy i ogłoszenia wyroku. Sąd Rejonowy dla dzielnicy Warszawa-Mokotów w osobie niejakiego sędziego Mielcarka Wujca uniewinnił. Jak poinformowały nieliczne zainteresowane wydarzeniem media, wydając swoją decyzję, sędzia Mielcarek za okoliczność dla Wujca łagodzącą uznał fakt, że ten nie zauważył jadącego przed nim i zatrzymującego się przed przejściem dla pieszych auta, no i że poza tym było ciemno. Wedle tych samych informacji, sędzia Mielcarek uznał, że wina leży po stronie pokrzywdzonego, bo uczestniczenie w ruchu drogowym wymaga odpowiedzialności od wszystkich, nie tylko od kierowców. Ci wprawdzie mają uważać, żeby przechodniów nie rozjeżdżać, natomiast przechodnie nie powinni wchodzić na przejście, kiedy zbliża się samochód, a kiedy już na tym przejściu się znajdą, mają z niego jak najszybciej wiać.
      Niemal jak wisienka na weselnym torcie pojawił się jeszcze jeden argument, który zdaniem sędziego Mielcarka świadczy przeciwko potrąconemu przez Wujca obywatelowi, a mianowicie taki, że to co się wówczas stało było „dość typową sytuacją, jak na warunki warszawskie”. I to jest dla mnie prawdziwa rewelacja. Nagle się okazuje, że tak zwane „warunki warszawskie” stają się zdaniem niektórych sędziów kategorią czysto prawną. A to moim zdaniem musi prowadzić do tego, że sędziowie w innych miastach będą wydawać swoje decyzje, czy to w jedną, czy drugą stronę, uzasadniając je tym, że do wykroczenia, czy być może nawet przestępstwa, doszło w typowej jak na warunki krakowskie, poznańskie, wrocławskie, czy gdańskie sytuacji. A ja nie mam najmniejszych wątpliwości, że przy konsekwentnym jego stosowaniu, nasi sędziowie będą mogli poradzić sobie z absolutnie każdą sytuacją prawną, w jakimkolwiek miejscu i w jakimkolwiek czasie. Może im się to przydać szczególnie teraz, gdy Dobra Zmiana próbuje tych cwaniaków doprowadzić do przytomności, a oni z kolei nie marzą o niczym innym jak zademonstrować swoją bezkarność. Ci sędziowie to jednak łebscy ludzie.


Niezmiennie zachęcam do odwiedzania księgarni pod adresem www.coryllus.pl i do kupowania moich książek. Niedawno zrobiliśmy dodruk „Listonosza”, inne też już schodzą, więc nie zaszkodzi się pospieszyć.





sobota, 22 kwietnia 2017

Na co mediom potrzebny jest papież Franciszek?

Chciałbym dziś zaproponować tekst, który już jakiś czas temu opublikowałem na portalu papug.pl, a dziś nic nie stoi na przeszkodzi, by ukazał się również tutaj. Wprawdzie bezpośrednia przyczyna, dla której on w powstał w pierwszej kolejności, zdążyła się zagubić w szumie innych mniej lub bardziej istotnych wiadomości , niemniej sam temat pozostaje jak najbardziej aktualny i, jak się obawiam, taki pozostanie jeszcze bardzo długo. A zatem, proszę posłuchać.



      Niedawno papież Franciszek ponownie zabrał głos w sprawach kondycji w jakiej znajdujemy się my z naszą Wiarą i oczywiście, tak jak to bywa w przypadku większości wypowiedzi papieża, w jednej niemal chwili podniosła się odpowiednia wrzawa. Co zatem takiego powiedział Franciszek, że niemal całe światowe media uznały za stosowne nas o tym poinformować? Otóż myśl papieska była taka, że na niektórych z nas nie ma kary, bo przez swoje zachowanie dajemy złe świadectwo, kompromitujemy naszą wspólną katolicką wiarę i w efekcie doprowadzamy do tego, że tu i ówdzie pojawiają się głosy, że „lepiej jest być ateistą niż zakłamanym katolikiem” (to prasa światowa), ewentualnie, że „lepiej jest być ateistą, niż chrześcijaninem” (to już nasz tvn24.pl), czy wreszcie „lepiej być ateistą, niż hipokrytą” (to już z kolei Radio Zet). A to jest grzech straszny. Tymczasem, wspomniane media zacytowały te słowa jako głos Franciszka. Czy to brytyjski „Guardian”, czy nasz TVN, czy kto tam jeszcze postanowił sprawę skomentować, swoje doniesienie zaczynał niezmiennie od frazy „Papież Franciszek: lepiej…”, no i dalej już wedle uznania tych, którzy lepiej płacą.
      Ile razy znajduję przykład bardziej bezczelnej manipulacji czy to naszych mediów, czy mediów światowych, w pierwszym odruchu oczywiście mam ochotę protestować, jednak po chwili się reflektuję i wyjaśniam sobie, że to jest coś, co nas tak naprawdę już od dawna nie dotyczy, na co nie mamy wpływu i z czym tak naprawdę nie powinniśmy się brać za bary, bo i tak tego starcia nie wygramy. I przyznam z dumą, że radzę sobie z tym czymś dość dobrze, co muszą przyznać wszyscy ci, którzy lubią odwiedzać prowadzony przez mnie blog. Naprawdę bowiem nie znajdziemy tam zbyt wielu tekstów, gdzie przyszło mi zgłaszać pretensje pod adresem mediów, że one manipulują. Tym razem jednak – może przez to, że, jak widać, tym razem doszło do przekrętu na skalę światową – nie wytrzymałem.
      O co tym razem mi chodzi? Otóż uważam, że o ile – a przyznaję to z autentycznym smutkiem – papież Franciszek w swoich kolejnych wypowiedziach wielokrotnie nie zachował, czy to odpowiedniej językowej precyzji, czy może ostrożności, by uniknąć owego ataku ze strony tych, którzy tak naprawdę życzą mu jak najgorzej, to tym razem powiedział on dokładnie to, co powiedzieć należało. A ta banda oszustów i tak znalazła sposób, by go spróbować w naszych oczach skompromitować.
      Od lat, dzień po dniu, zalewani jesteśmy wszelkiego rodzaju informacjami i ci z nas, którzy zostali wychowani w wierze, że są granice kłamstwa, których przekroczyć nie wypada, no a przede wszystkim się nie da, regularnie przyjmujemy jako wiarygodne kłamstwa, których bezczelność, gdybyśmy umieli ją przejrzeć, by nas wręcz powaliła. I tak się to ma w przypadku wspomnianej na początku informacji na temat rzekomej wypowiedzi papieża Franciszka.
      Pamiętajmy więc, że mamy do czynienia z ludźmi, którzy nie znają wstydu, a którzy jednocześnie są na tyle zdesperowani, by działać w przekonaniu, że liczy się tylko to, co się dzieje w tym momencie, a gdy chodzi o jutro, to równie dobrze ten świat może się skończyć. W tej sytuacji, nie pozostaje nam nic innego jak nie pozwolić sobie wydrzeć tego, bez czego pozostaniemy kompletnie bezbronni, a więc też tego, co papież Franciszek, w pewnym sensie bohater dzisiejszej notki, tak pięknie swego czasu nazwał „rozeznaniem”.


Jak zawsze zachęcam do kupowania moich książek, które są dostępne w księgarni na stronie www.coryllus.pl.

piątek, 21 kwietnia 2017

O wyskakiwaniu cierpienia i pobożności dla wybranych

      Jak pewnie przynajmniej tu na blogu dość dobrze wiadomo, uważam się za osobę religijną i nawet dość pobożną, natomiast chyba nigdy specjalnie nie dyskutowałem faktu, że owa pobożność ma charakter wybitnie ludowy, w tym sensie, że najlepiej się czuję w takim kościele, gdzie nikt ani przez chwilę – a ksiądz przede wszystkim – nie próbuje się zachowywać w taki sposób, jakby chciał pokazać Panu Bogu, kto tu jest najbardziej bez grzechu. Powiem wręcz, że jeśli ze wszystkich znanych mi kościołów upodobałem sobie swój kościół garnizonowy, to dlatego, że tu, jak chyba nigdzie indziej, można poczuć ową niezwykłą zupełnie solidarność w wierze, ale też i w grzechu, który nas łączy wcale w nie mniejszym stopniu niż nasza wiara. To tu, w moim kościele, ksiądz nie będzie się zżymał, jeśli zobaczy że połowa wiernych albo przysypia, albo myśli o wszystkim tylko nie o tym, co się akurat dzieje, i odwrotnie, nikt z wiernych nie będzie się szczególnie przejmował, jeśli ksiądz będzie odprawiał mszę tak jakby wieczór wcześniej wrócił z urodzinowego przyjęcia w zaprzyjaźnionej parafii. I on i my bowiem, mając świadomość swojej małości, gdzie trzeba to wstaniemy, gdzie wypada to usiądziemy, jak przyjdzie czas na śpiewanie, to pośpiewamy, a jak trzeba będzie się pomodlić, to się pomodlimy, a wszystko z nadzieją, że Pan tą naszą tak szczerą przecież skromnością nie pogardzi.
      Z drugiej strony trzymam w sobie bardzo silną niechęć do tych religijnych środowisk, gdzie do kościoła się chodzi przede wszystkim po to, by przeżyć chwile prawdziwego uniesienia, spowodowanego z jednej strony przez to, że kazanie było jeszcze lepsze, ludzie śpiewali jeszcze piękniej, a owo napięcie, jakie powoduje siła prawdziwie głębokiej wiary, prowokowało jeszcze większy dreszcz, niż miało to miejsce tydzień wcześniej. Ale nie chodzi tylko o postawę podczas Mszy Świętej. Mam tu na myśli ludzi, którzy na co dzień zachowują się tak, jakby uznali, że ich każdy krok jest nieustannie oceniany przez Pana Boga i ani im do głowy nie przyjdzie, że choćby nie wiadomo jak często wznosili oczy ku niebu, nic im to nie da jeśli nie będą sobie w stanie poradzić choćby ze swoim złym charakterem.
      Niedawno oglądałem rozmowę ojca Szustaka z rockowym gitarzystą Robertem Friedrichem. Otóż w pewnym momencie Friedrich, człowiek, jak powszechnie wiadomo, tak pobożny, że żadnemu z nas nawet nie wypada spojrzeć w jego stronę, opowiedział, jak to on bardzo chamsko potraktował muzyków z zespołu, z którym przyszło mu występować na wspólnym koncercie. Czemu był chamski? Powiem szczerze, że nawet dokładnie nie pamiętam, ale chyba on się na tamtych zdenerwował, że grali za długo i on musiał bez sensu czekać aż się zdoła sam zaprezentować. Nieważne. Chodzi bowiem o to, że on ich potraktował tak jak potraktował, im się zrobiło przykro, no ale on się w międzyczasie pomodlił, no i wtedy Pan go oświecił i Friedrich zrozumiał, że źle postąpił. Poszedł więc do kolegów-muzyków, przeprosił ich i od razu poczuł się lepiej. Otóż w czym rzecz? W tym mianowicie, że zdaniem Friedricha doszło do spięcia między nim, a Panem Bogiem, tymczasem prawda jest taka – i jemu to nawet nie przyjdzie do głowy – że spięcie nastąpiło wyłącznie między nim samym, a jego paskudnym charakterem, i lepiej by zrobił, gdyby akurat Pana Boga do tego nie mieszał.
      No ale niech już mu z tą jego pobożnością będzie jak najlepiej. Nie mój i w ogóle nie nasz to problem. Jest jednak coś, co mnie doprowadza do ciężkiej cholery, a mianowicie ten rodzaj religijności, gdzie już w ogóle nie ma miejsca dla człowieka, bo jestem tylko ja i Bóg. Oto redaktorzy „Gościa Niedzielnego”, w jego świątecznym wydaniu, uznali za stosowne oddać głos jakiejś Kasi, która opowiada o tym, jak jej ukochany mąż i ojciec jej dzieci zachorował nagle na raka i jak ona sobie świetnie z tą sytuacja poradziła. Proszę posłuchać:

Od razu powiedzieliśmy o tym wspólnocie […] i tak jak tańczyliśmy na początku naszej znajomości z Kubą, tak na spotkaniach modlitewnych tej wspólnoty mogliśmy wyskakać Jezusowi nasze cierpienie. […] Kuba stał się piękniejszy. Potrafił wstać rano, wziąć różaniec i się modlić, choć wcześniej miał z tym problemy. Kolejnym krokiem było dostrzeżenie swoich grzechów, zwłaszcza materializmu, który obydwojgu nam zawrócił w głowach, wpędził w kredyty.
[…] W szpitalu okazało się, że ma przerzuty do mózgu. Byłam w szoku, ale do końca wierzyłam w uzdrowienie Kuby. Śpiewałam mu, była we mnie radość. […] Zadzwonili z informacją, że jego serce przestało bić. Przyjechałam. Stanęłam w drzwiach i – wielka łaska! - zobaczyłam mojego męża, który był taki piękny!
[…] Bałam się tej sytuacji, w której będę musiała przekazać dzieciom (3 i 9 lat), że tata umarł. Powiedziałam im: ‘Mam dwie wiadomości: jedna bardzo smutną i jedną bardzo radosną. Bardzo smutna jest taka, że tatuś już nie zagra z wami w piłkę, nie połaskocze was. Tatuś zmarł. A bardzo radosna jest taka, że tata jest w niebie’. Wtedy stało się coś, czego się nikt nie spodziewał: dziewczynki zaczęły tańczyć. I ja zaczęłam tańczyć. Była radość”.

     Ja wprawdzie już tylko się zastanawiam, czy zanim nasza pani Kasia zakomunikowała swoim córeczkom ową radosną wiadomość, że tata umarł, nie zapytała ich wcześniej, tak jak się to robi w tego typu zabawach, czy wolą najpierw usłyszeć wiadomość złą czy dobrą. No ale tu właściwie też, podobnie jak wcześnie w przypadku Friedricha, nie mam potrzeby tego komentować ani żartem, ani słowem poważniejszym. Każdy robi to co chce i czuje co czuje. Nawet jeśli pragnie zwariować, to jest to wyłącznie jego wybór. Natomiast uważam za coś absolutnie nie do zniesienia, kiedy jedno z największych i najbardziej prestiżowych katolickich pism w Polsce uważa za konieczne propagowanie postawy, wobec której blednie nawet niesławne „nie płakałem papieżu”. Obraz tej nieszczęsnej kobiety i jej dwojga małych dzieci tańczących z radości, bo ich mąż i tatuś właśnie umarł, robi wrażenie bardzo szczególnego szyderstwa. Jak mówię, zdaję sobie sprawę z tego, że różni ludzie znajdują różne drogi i sposoby, by sobie radzić ze swoją wiarą i że ich droga nie musi się choćby krzyżować z naszą. Jedni czują się członkami Kościoła „otwartego”, inni „zamkniętego”, jednego z nas wypełnia „Boża miłość”, kogoś innego „Boża bojaźń”, a nam nic do tego. Uważam jednak, że jedną rzeczą jest szukanie własnej drogi, inną natomiast zanurzanie się w cywilizacji, w której ludzie się cieszą, bo zmarł drugi człowiek. Taka bowiem cywilizacja, to cywilizacja obca i ja sobie nie życzę, by to ona właśnie urządzała nam swoje popisy, zwłaszcza w dniu, kiedy nasz Pan i Zbawiciel został umęczony i złożony w ciemnym grobie i, jak uczy nas Kościół, aby po trzech dniach zmartwychwstać, musiał najpierw „zstąpić do piekieł”. A jeśli ktoś jest tak wrażliwy, że owa perspektywa go wyłącznie wypełnia radością, niech ją sobie łaskawie zachowa dla siebie.



Jak wiemy, póki co nie mamy żadnej nowej mojej książki, natomiast to co jest powinno zdecydowanie wystarczyć. Zachęcam więc do odwiedzania księgarni pod adresem www.coryllus.pl i kupowanie tego czy owego.

czwartek, 20 kwietnia 2017

Donald Tusk, czyli miłość napada

      Oczywiście w dniach, kiedy wszyscy czekaliśmy na wynik głosowania nad przedłużeniem europejskiej kariery Donalda Tuska, ani ja, ani, jak sądzę większość z nas, nie mieliśmy najmniejszych wątpliwości co do ostatecznego wyniku owej awantury. Jeśli jednak idzie o mnie, to przyznaję, że miałem autentyczny kłopot z deklaracją, jakiego rodzaju rozstrzygnięcia bym pragnął, gdyby sprawa była faktycznie otwarta. Z jednej strony oczywiście byłoby czymś niezwykle sympatycznym mieć Donalda Tuska tu na miejscu, pozbawionego całej tej ochrony, jaką mu daje Bruksela, polityka przegranego i wystawionego na najbardziej brutalne ataki ze strony Schetyny i jego partyjnych towarzyszy, a jednocześnie przyduszonego do samego spodu systemem prawa i sprawiedliwości, no a z drugiej chyba wszyscy zgodzimy się co do tego, że nie ma nic gorszego, jak dzień w dzień – a wiemy z całą pewnością, że to by było dzień w dzień – oglądać tę twarz, słuchać tego głosu i po raz kolejny przeżywać to nieprawdopodobne wręcz kłamstwo, którego on Tusk jest najbardziej modelowym uosobieniem.
      Jak wiemy, wszystko skończyło się zgodnie z przewidywaniami, wielki sukces zarówno Tuska osobiście, jak i obozu, który on wciąż w znacznym stopniu reprezentuje, został odpowiednio odtrąbiony, no i niestety nie trzeba było długo czekać, by ujrzeć w pełnej krasie to, czego się tak baliśmy. Przyjechał Donald Tusk na jeden dzień do Polski i od pierwszej chwili, czyli od momentu, gdy coś tam zaczął stękać na temat „ukochanej ojczyzny”, której los tak strasznie go martwi, przez ów psychiatryczny pochód z Dworca Centralnego pod budynek prokuratury, aż po te pretensje, że mu przez osiem godzin przesłuchania nie dano nic do jedzenia, mieliśmy to wszystko, co byśmy mieli, jak mówię, na co dzień, gdyby on tu nie daj Boże wrócił na dłużej.
      Ja oczywiście wiem, że my tu wszyscy bardzo liczymy, że prędzej czy później uda się Tuska ostatecznie wysłać tam, gdzie jego miejsce, a przynajmniej skompromitować na tyle skutecznie, by on nam zniknął z oczu raz i na zawsze, jednak jeśli mam być zupełnie szczery, to obawiam się, że tego typu rozwiązanie jest na tyle mało prawdopodobne, że to co byśmy tu musieli nieustannie przeżywać, nie byłoby tego absolutnie warte. I nawet jeśli jakimś cudem on faktycznie w końcu albo by się sam zamknął, albo został zamknięty, my wszyscy bylibyśmy już tak moralnie i emocjonalnie wykończeni, że nawet nie bylibyśmy w stanie się tym jak należy cieszyć.
     A zatem niech on już wraca do siebie do tej Brukseli i niech tam do końca swojego nędznego życia pełni – najlepiej z Pawłem Grasiem – wszystkie możliwe, czy to już istniejące, czy też stworzone specjalnie dla niego, zaszczyty. A jeśli przyjdzie wreszcie czas, że cała ta Unia Europejska albo się ostatecznie zwinie, albo zreformuje na tyle, że da się ja tolerować, niech wyjedzie gdzieś na Ukrainę, albo do jeszcze dalej, do Meksyku, skąd, doradzając jakimś lokalnym bankierom, będzie mógł odbywać comiesięczne loty do Hawany po swoje ulubione cygara. Byleby się nam nie pokazywał na oczy i nie rzucał na uszy. Amen.


Zapraszam wszystkich do księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie są do kupienia moje książki. Polecam jak zawsze.

środa, 19 kwietnia 2017

Na podwórku TegoKtóryNiePrzepuszczaŻadnejOkazji

Jak pewnie czytelnicy tego bloga zdążyli zauważyć, udało nam się tu przetrwać ową przedziwną karierę człowieka nazwiskiem Bartłomiej Misiewicz, nie wspominając o nim jednym marnym słowem, i kiedy wydawało się, że damy radę już do samego końca, odezwać się musiał Tomasz Siemoniak i wszystko w jednej chwili trafił szlag. Otóż kiedy liczni obrońcy Misiewicza zwrócili uwagę na fakt, że tego typu spektakularne kariery nie są w naszej najnowszej historii czymś nowym i jako dowód przedstawiono Siemoniaka właśnie, który ledwie po ukończeniu studiów dostał robotę w TVP i to w dodatku na stanowisku dyrektora, odezwał się Siemoniak właśnie i powiedział, że on sobie na ów awans zasłużył, bo po pierwsze ukończył warszawską SGH, a po drugie „lata 90. charakteryzowały się też tym, że kariery zaczynało się w młodym wieku”. A ja nie mogę Siemoniakowi nie przyznać racji. Jest dokładnie tak jak on mówi. Lata 90. to faktycznie był czas karier wręcz niezwykłych. Wystarczy wspomnieć takiego Ryszarda Boguckiego, który, jak pamiętamy, sprawił sobie pierwsze Ferrari już w wieku 20 lat.
No dobra, wiem. Bogucki to gangster, więc się nie liczy. No ale co w takim razie powiemy na takiego posła Szczerbę, o którym też już tu parokrotnie wspominaliśmy, człowieka porządnego, swego czasu, dopóki nie został stamtąd na zbity pysk wyrzucony, członka Rycerzy Kolumba? Ten również w wieku 20 lat, mając zaledwie zdaną maturę, został najpierw asystentem posłanki Franciszki Cegielskiej, po dwóch latach radnym Warszawy, by po paru kolejnych latach szybkiej kariery, uzyskując najniższy w kraju wynik 2372 głosów, zostać wybranym do Sejmu jako poseł Platformy Obywatelskiej, a dziś niemal obalać rząd RP. Biedny Misiewicz. Wystarczyło mu urodzić się paręnaście lat wcześniej. Byłby dziś ważnym posłem i nikt by mu nawet nie powiedział marnego słowa. Inna sprawa, że lata 90. w ogóle były znacznie bardziej demokratyczne, dając szanse awansu nie tylko ludziom młodszym, ale również tak zwanej starej peerelowskiej gwardii, czyli z jednej strony Kiszczakowi z Jaruzelskim, a z drugiej Michnikowi i Kuroniowi. Są tacy, którzy korzystając z dobrodziejstw internetu, jeszcze dziś nie dają nam o sobie zapomnieć. Oto proszę sobie wyobrazić, że w reakcji na kolejne doniesienia o tym, co nam w kwietniu 2010 roku w smoleńskich trumnach przysłali Rosjanie, zabrał głos jeden z nich, czyli sam Waldemar Kuczyński, odważnie oświadczając, że: „tych pomyłek, na takie rozczłonkowanie ofiar i nacisk, by jak najszybciej wrócili, jest wyjątkowo mało, a robienie z tego sprawy jest podłe”. Właśnie się dowiedziałem, że w nodze Wassermanna znaleziono zaszyte serce. A ja już tylko sobie przypominam ową ludową mądrość, która uczy nas, że „gdzie się człowiek spieszy, tam się diabeł cieszy”. Czyż faktycznie przysłowia nie są naszą mądrością?
Ktoś powie, że z Kuczyńskiego żaden diabeł, tylko zwykła ruska, w dodatku mocno umysłowo już sfatygowana, swołocz, przyznać jednak trzeba, że tego typu zachowanie robi wrażenie nawet przy uwzględnieniu wszystkich możliwych poprawek. Oto zostaje otwarta kolejna trumna, w środku dwie głowy, cztery miednice, trzy nogi, jakieś bez sensu powtykane śmieci i nagle słyszymy z pozoru ludzki głos: „Robienie z tego sprawy jest wyjątkowo podłe”. Może faktycznie trzeba przestać robić z tego sprawę, tylko poczekać spokojnie aż pojawi się tu Donald Tusk i go zwyczajnie zamknąć. A potem już tylko nasłuchiwać, czy rozlegnie się nieludzkie wycie, czy może zapadnie śmiertelna cisza.
Póki co, wygląda na to, że na ciszę nie ma co liczyć, a wycie też jakieś mało przekonujące. Nawet zwykle bardzo intelektualnie aktywni aktorzy i piosenkarze pogrążyli się w dziwnej niemocy. No i w tym akurat momencie głos zabrała pierwsza gwiazda tak zwanego fitnessu, bohaterka świadomości najbardziej cywilizacyjnie zdegenerowanej części polskiego społeczeństwa, Ewa Chodakowska i na swoim profilu na Facebooku podzieliła się z fanami następującą refleksją:
W czasach kiedy umierają prawdziwe wartości... ‘Życzę wam wszystkim, drodzy bracia i siostry, byście przeżywali to Triduum sacrum, czwartek, piątek, Wielką Sobotę, wigilię paschalną, a potem Wielkanoc, coraz głębiej. Przeżywali, ale także dawali świadectwo. Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!’ - Jan Paweł II”. Czemu Chodakowska napisała co napisała, nie wiem i dociekać nawet nie mam ochoty, natomiast wiem dlaczego jej dotychczasowi fani na te słowa zareagowali furią, jakiej świat nie widział. A więc jednak Diabeł.
I tym niewesołym akcentem kończę tę dziwną dość, bo strasznie chaotyczną, notkę. No ale tak to już jest. W końcu u Niego na podwórku nigdy nie panował szczególny porządek.


Zachęcam wszystkich do kupowania naszych książek, które można zamawiać w księgarni pani Lucyny Maciejewskiej pod adresem www.coryllus.pl. Polecam serdecznie.

wtorek, 18 kwietnia 2017

Machorka, czyli prawdopodobnie najlepsza książka na świecie

    
     Minęły Święta Wielkanocne, a ponieważ przez tych parę dni pozostawałem kompletnie oderwany od codziennej medialnej pulpy, nie bardzo jestem w mocy, by komentować bieżące wydarzenia. Jutro zapewne wrócę do starej formy, natomiast dziś przyszła mi do głowy pewna dość szczególna i w żaden sposób nie związana z tym co nas wszystkich na co dzień zajmuje, refleksja. Otóż znamy pewnie wszyscy słynne reklamowe hasło spopularyzowane przez producenta piwa Carlsberg: „Prawdopodobnie najlepsze piwo na świecie”. Wspominam dziś ów reklamowy slogan i uświadamiam sobie nagle, że chyba nikt nigdy nie zarzucił producentom piwa Carlsberg, że opisując swój produkt tak jak go opisują, wykazują się oni grzesznym brakiem skromności, czy wręcz skandalicznie rozbuchanym ego. Nie pamiętam też, by ktokolwiek zwrócił im uwagę na fakt, że oni zwyczajnie kłamią. A przecież każdy z nas zgodzi się z całą pewnością, że piwo Carlsberg nie jest najlepszym piwem na świecie. Ja osobiście na przykład piwa Carlsberg nie piję, bo ono akurat mi zwyczajnie nie smakuję i mogę w jednej chwili wymienić całą kupę innych piwnych marek, które uważam za znacznie lepsze, w tym kilka jak najbardziej lokalnych. A mimo to niemal każdy z nas cierpliwie znosi owo rozpowszechniane przez Carlbersg Group wierutne kłamstwo bez mrugnięcia okiem i jak mówię, nikomu nawet nie przyjdzie do głowy, by ich oskarżać o brak skromności. 
     W tej sytuacji pomyślałem sobie, że przedstawię dziś opinię, która pod żadnym pozorem nie powinna być traktowana jako bardziej ekstrawagancka od tego, co nam przekazują producenci piwa Carlsberg. Otóż moim zdaniem moja książka zatytułowana „Marki, dolary, banany i biustonosz marki Triumph” jest prawdopodobnie najlepszą książką na świecie, a już z całą pewnością jest znacznie lepsza, niż rzekomo najlepsze na świecie piwo Carlsberg. A w tej sytuacji nie pozostaje mi nic innego jak zachęcić każdego do jej kupowania. Wystarczy kliknąć w okładkę tuż obok. Poniżej jeden z rozdziałów.
     



     Wakacje spędzane przez mnie w Sławatyczach nad Bugiem zawsze miały dla mnie coś z atmosfery, którą poza tym znajdowałem jedynie w książce Astrid Lindgren „Dzieci z Bullerbyn”. Mam tu oczywiście na myśli i tę beztroskę, i tę nie do opisania zwykłymi słowami przestrzeń, ale może przede wszystkim może ową nieustanną atmosferę święta. Staram się jak mogę, by znaleźć choć jedną rzecz, która kojarzy mi się z tym miejscem źle, nazwać ją i w sobie zatrzymać – i nie potrafię. Właśnie tak. Nie potrafię. Co oczywiście jednak nie oznacza, że jej nie znajduję.

     Jest coś, co za każdym razem kiedy tam przyjeżdżałem, a trwało to przez szereg kolejnych lat, budziło we mnie autentyczną rozpacz, i choć dziś reaguje na tamto wspomnienie wzruszeniem ramion, a niewykluczone że i pewnego rodzaju wzruszeniem, nie ma co ukrywać – ja wtedy autentycznie cierpiałem. Mam na myśli machorkę. Jeśli ktoś nie wie, o czym mówię, mogę wytłumaczyć. Machorka to roślina, z której liści produkuje się tytoń. Ja zdaję sobie sprawę z tego, że tytoń to tytoń, a machorka to machorka, tak się jednak składa, że tam gdzie ja spędzałem swoje wakacje używało się nazwy machorka i kropka. Żaden tytoń. Machorka.

     Co się produkowało z machorki, którą przez kilka kolejnych lat uprawiał mój dziadek, nie mam pojęcia. Czy to były papierosy „Sport”, czy może coś jeszcze gorszego, nie umiałem tego powiedzieć ani wtedy, ani nawet dziś. Na coś to jednak się przydawać musiało, bo były z tego pieniądze, i to chyba wcale niemałe. Rosły więc sobie te łodygi na polu, i kiedy już owe liście tytoniu robiły się tak duże i tak dojrzałe, że więcej im już nie trzeba było, następowały żniwa, które polegały na tym, że się je odrywało od łodyg, składało na kupę i zawoziło na miejsce do dalszej obróbki. I tu pojawiam się ja.

       Każdy plantator machorki miał wybudowane specjalne pomieszczenie, gdzie owe liście miały wisieć na drutach, otoczone z każdej strony bardzo silnymi żarówkami, które sprawiały, że w odpowiedniej temperaturze one mogły się spokojnie suszyć tak długo, aż będzie je można zawieźć do punktu skupu. Nie wiem, czy był to standard, czy nie, ale nasze druty miały długość pięć metrów, a więc, jak się można domyślić, na taki jeden drut przypadać musiała naprawdę potężna liczba liści. No i – co też chyba jasne – maszyna ich tam nie nabijała, tylko ja. Ja, małe dziecko z Bullerbyn spędzające czas na wakacjach.

     Oczywiście nie ja sam. To wcale nie było tak, że oni mnie wyrywali z samego rana z łóżka i kijami zaganiali do tej machorki. O nie! Za nabijaniem machorki na druty stał cały zbiorowy, wiejski rytuał, gdzie na środku leżał stos liści, wokół tego stosu siedziało może z dziesięć osób z drutami w rękach, i wszyscy w błyskawicznym tempie, na wyścigi, przebijali tym drutem kolejne zielone liście. Nie było też tak, że oni mi kazali się w tym tytoniu babrać. Rzecz w tym, że dla każdego z nich było czymś oczywistym, że to jest fantastyczne zajęcie, i że taki mały grzeczny chłopczyk jak ja wręcz się pali, by wziąć w tym udział, zwłaszcza że oprócz czynnika sportowego był też tam czynnik finansowy – od każdego bowiem drutu dostawało się jakieś dwa złote, a może dwadzieścia groszy… nie pamiętam.

      Nienawidziłem tej machorki. Nienawidziłem jej tak bardzo, że nawet świadomość owego zarobku nie była mnie w stanie poruszyć. Przede wszystkim, będąc otoczony głównie przez jakichś o wiele ode mnie starszych sąsiadów i ich dzieci, które nawet nie były moimi kolegami, ja się podczas tej roboty śmiertelnie nudziłem, a poza tym nawleczenie każdego liścia na ten pięciometrowy drut zabierało mi tyle czasu, że zanim go skończyłem, to inni zabierali się już za piąty, szósty, czy dziesiąty. Ponieważ pracowałem tak wolno, reszta – szczególnie te dzieci – się ze mnie śmiały, a ja siedziałem zrozpaczony i bezradny, patrząc jak moje biedne palce stają się z jednej strony pokłute, a z drugiej oblepione grubą warstwą jakiegoś śmierdzącego świństwa. Oczywiście, mogłem już na samym początku powiedzieć, że dziękuję, ale mam inne zajęcia, a nawet w ogóle nie zapisywać się do tego machorkowego kółka, jednak, jak już wspomniałem, atmosfera była taka, że nikomu do głowy nawet nie przyszło, że komuś to zajęcie może się nie podobać, no a ja byłem zawsze dzieckiem grzecznym, posłusznym i bardzo uległym.

    Do dziś wręcz fizycznie pamiętam tamten czas. Pamiętam smród tych moich oblepionych tytoniem palców, pamiętam same palce pokłute drutem, pamiętam nawet temperaturę tego pomieszczenia, gdzie ów tytoń się suszył, no i zapach wysuszonych już liści. Pamiętam to wszystko bardzo dobrze. I, jak mówię, nie jest to wspomnienie miłe, ale też nie budzi one dziś we mnie jakichś choćby minimalnie lękowych stanów. Kto wie, czy gdyby mi ktoś zaproponował powtórzenie tego czegoś, nie przyjąłbym tej propozycji z entuzjazmem.

    Czytałem sobie niedawno fantastyczny reportaż Boba Greene’a z fabryki prezerwatyw. Jest on już dość stary, bo napisany chyba jeszcze na początku lat 80. minionego stulecia, a dotyczy największej w Ameryce fabryki produkującej ów szczególny towar. Jak się możemy domyślić, produkcja ta pewnie już dawno została przeniesiona do Chin, ale wtedy wszystko się działo w New Jersey, w samym środku cywilizowanego świata. Bob Greene w pewnym momencie przedstawia obraz kobiet, siedzących przy taśmie, po której przesuwają się specjalne formy, i testujących gotowe już prezerwatywy pod kątem ewentualnych pęknięć. Każda z nich ma obok siebie kosz pełen prezerwatyw, przed sobą pędząca taśmę się, i jej zadaniem jest naciągać na podjeżdżającą formę jedną po drugiej gumkę. I tak bez przerwy przez osiem godzin. Bob Greene rozmawia z tymi kobietami, chcąc wiedzieć, jak one znoszą ten rodzaj pracy, a one mu mówią, ze można się przyzwyczaić. Samo naciąganie na formę jest stosunkowo proste. Najgorsze jest nauczyć się szybko wyciągać gumki z kosza. Żeby nie brać kilku na raz, no i żeby robić to szybko. No i znaleźć sobie coś, o czym można przez cały dzień myśleć.

     Kiedy czytałem ten tekst, przypomniałem sobie moje lata spędzone z machorką, i pomyślałem sobie, że co by o tym syfie nie powiedzieć, jeśli zestawić go z takim kapitalizmem, trzeba uznać, że ma on swoje uroki. Uroki, których dziś nie zamieniłbym na nic. Nawet na te wszystkie pieprzone zabawki.


Kto chce się dowiedzieć, co jest z tymi zabawkami, musi kupić książkę, co serdecznie polecam. Do księgarni można trafić pod adresem www.coryllus.pl