Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dziennikarze niepokorni. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dziennikarze niepokorni. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 3 stycznia 2017

Pan i pani Zybertowicz, czyli TKO?

          Zanim przedstawię główny powód, dla którego piszę dziś ten tekst, chciałbym wspomnieć coś, co usłyszałem od jednego z dziennikarzy tygodnika „W Sieci”, którą odbyliśmy jakiś czas temu na którychś z targów książki. Zeszło nam się tam w pewnym momencie, zaczęliśmy gadać, no i go w końcu zapytałem, czy ma świadomość poziomu prezentowanego przez tygodnik, dla którego przyszło mu pracować. No i proszę sobie wyobrazić, że on bez mrugnięcia okiem, bardzo spokojnie, odpowiedział, że owszem, on sobie z tego, czym jest tygodnik „W Sieci”, zdaje sprawę, natomiast czynnikiem decydującym o wszystkim jest w jego sytuacji to, że oni „bardzo dobrze płacą”.  
     Przyznaję, że nie do końca mam świadomość tego, co się kryje za określeniem „bardzo dobrze”, natomiast, jako że sam w znacznym stopniu utrzymuję się z publikowania tekstów w paru miejscach pewne pojęcie na ten temat mogę mieć. Poza tym, ja naprawdę bardzo dobrze widzę sposób, w jaki na poziomie organizacyjnym działa akurat tygodnik „W Sieci” i nie mogę nie widzieć, jak bardzo oni się koncentrują na tym, by tam nikomu nie stała się krzywda pod względem finansowym właśnie. Zdecydowana większość zawartości każdego numeru podzielona została na zarządzane jednoosobowo kolumny i nie ma sposobu, by którakolwiek z nich choćby na jeden tydzień została odstąpiona komukolwiek spoza „bandy”, nawet jeśli to musi być coś tak drobnego i pozbawionego jakiegokolwiek znaczenia, jak felieton niejakiej Marty Lewandowskiej, czy wywiad z celebrytą jakiejś Jolanty Gajdy-Zadwornej. Zrobiłem ten wysiłek i policzyłem, ile w jednym wydaniu tygodnika „W Sieci” znajduje się kolumn ściśle autorskich i proszę sobie wyobrazić, że jest ich aż 47, przy czym znaczna część autorów ma ich więcej niż jedną: czasem dwie, a niekiedy nawet i trzy. Nawet ostatnio, po tym, jak z tego towarzystwa za krytykę władzy wywalono Warzechę, na jego miejscu nie pojawił się nikt nowy, natomiast, owszem, kolejny felieton przyznano Makowieckiemu. Reszta numeru jest również zresztą podzielona między te same nazwiska, tyle że tu teksty są znacznie dłuższe, a więc, jak rozumiem również znacznie lepiej honorowane.
     Ktoś mi powie, że ja się czepiam, a w dodatku zapewne kieruje mną zwykła zawiść o to, że i ja nie mogę być częścią tej niezwykłej paczki. W końcu to jest sposób, w jaki jest organizowana większość redakcji. Tu mamy dziennikarzy „Newsweeka”, tu ludzi „Rzeczpospolitej”, tam są dziennikarze „Wprostu”, gdzieś jeszcze „Gościa Niedzielnego”, a tu akurat znajomi Karnowskiego i Zaremby. No i dobrze. Ja to rozumiem, jednak nie podoba mi się to i uważam, że gdyby media – wszystkie media – bardziej się otworzyły, wszyscy byśmy na tym zyskali. Jednak nawet i tu uważam, że to co się dzieje w przypadku „W Sieci” stanowi autentyczną patologię. Ja nie umiem wskazać przypadku, gdzie owa prywata byłaby realizowana w aż tak bezczelnie otwarty sposób. A jeśli się dziś tym zajmuję, to proszę sobie wyobrazić, że wyłącznie przez to, że we wspomnianym numerze znalazł się wywiad z Jarosławem Kaczyńskim, gdzie ten, komentując fakt przyznania mu przez Karnowskich nagrody „Człowieka Wolności”, oświadczył ni mniej ni więcej, jak tylko: „Czytam i cenię tygodnik ‘W Sieci’”. No bo przepraszam, co tam tak chętnie czyta i tak bardzo ceni Jarosław Kaczyński, poza naturalnie cotygodniowym felietonem swojej bratanicy? Felietony Pawła Korsuna, żarty Jana Pietrzaka, czy winne refleksje Roberta Mazurka? A może polityczne analizy Jana Marii Rokity? Czy ja mam z tego rozumieć, że po skończonym dniu Jarosław Kaczyński sięga po ostatni numer „W Sieci” i krztusi się ze śmiechu przy lekturze dowcipów Krzysztofa Fesusette?
      A może żaden z nich? Może Jarosław Kaczyński „czyta i ceni” tygodnik „W Sieci” wyłącznie ze względu na zamykający każdy numer pisma felieton Katarzyny i Andrzeja Zybertowiczów? Może to poszło o nich. Bo oto jest dokładnie tak jak napisałem. Na ostatniej stronie tygodnika „W Sieci” znajduje się felieton pisany przez prof. Zybertowicza i jego żonę. Pamiętam, że ostatni raz, jak tam zaglądałem, mieliśmy samego Zybertowicza, jednak dziś wygląda na to, że pozycja Profesora zaczęła na tyle zwyżkować, że on zwyczajnie wymusił na Karnowskich, by zatrudnili tam jeszcze panią Zybertowiczową. No i w tym momencie, kiedy na kolegium ogłoszono, że Świetlik i Gadowski będą się musieli nieco posunąć, by zrobić miejsce małżonce Pana Profesora, ci podnieśli taki rwetes, że zapadła decyzja, by te teksty, tak jak dotychczas, pisał Zybertowicz, tyle że honorarium będzie podwójne.
      Proszę mnie dobrze zrozumieć. Ja naprawdę za nic w świecie nie zgodziłbym się pracować dla Karnowskich, i kto mnie zna, wie, że jestem szczery, więc tu nie chodzi o jakieś skrywane frustracje. Rzecz jest w tym, że ja naprawdę chciałbym wiedzieć, jak tym ludziom nie jest wstyd popaść w coś tak zawstydzającego. Proszę mi powiedzieć, co by o mnie pomyśleli czytelnicy, gdybym ja któregoś dnia się dogadał z Piotrem Bachurskim, że mój cotygodniowy felieton do „Warszawskiej Gazety” będzie podpisywany przeze mnie i przez moją żonę, natomiast on mi będzie płacił podwójnie. A to przecież jesteśmy tylko my. Andrzej Zybertowicz natomiast to były doradca prezydenta Lecha Kaczyńskiego i obecny prezydenta Andrzeja Dudy, gwiazda TVP, publicysta „Gazety Polskiej” i „Naszego Dziennika”, i teraz się okazuje, że on na dodatek musi jeszcze żebrać o te parę kawałków dla swojej żony?
     A może oni faktycznie piszą te teksty razem? On wymyśla temat, ona pisze, lub ewentualnie na odwrót? A może jest tak, że on już nie ma siły, by co tydzień dostarczać im tekst, a ponieważ żal mu było odstępować to miejsce, no i te pieniądze, jakiemuś Gadowskiemu, czy, nie daj Boże, Grzybowskiej, to zdecydowano, że kiedy jemu się nie będzie chciało, za niego będzie pisała ona, a honorarium zostaje bez zmian? Swoją drogą wspomniany tekst o kościelnych dzwonach doskonale by o tym właśnie świadczył, biorąc pod uwagę, że coś takiego mogło napisać każde z moich dzieci.
      Jakkolwiek by nie było, mam właśnie przed sobą numer tygodnika „W Sieci” z wywiadem, jakiego udzielił im Prezes i na pięknie upozowanym zdjęciu widzę Zybertowicza i jego żonę, jak patrzą na nas wzrokiem zdobywców. I czekam już tylko, jak cała reszta owych niepokornych redaktorów poczuje się takimi zwycięzcami, że do nich zaczną dołączać ich małżonkowie, a więc pani Wildsteinowa, pani Skwiecińska, pani Pawlicka, no i oczywiście pani Łosiewicz, przez co obok kabaretu Mazurek & Zalewski powstanie kolejny – Łosiewicz & Łosiewicz. I w ten sposób Prawo i Sprawiedliwość będzie mogło zacząć myśleć już o trzeciej kadencji.


Z zapowiedzi czynionych przez państwa Janke rozumiem, że ten tekst wraz z komentarzami tu na Salonie będziemy czytać do godz. 18, a potem Bóg jedyny wie, co się stanie. Jakby co, to proszę pamiętać, że góra stoi pod adresem www.toyah.pl i tam też są odpowiednie linki do księgarni Coryllusa i do moich książek. Zapraszam.

środa, 11 lutego 2015

O pilotach boeingów i lengłydżu w ściśniętym gardle

Pamiętam, jak w dawnych już bardzo czasach studenckich wysłano nas wszystkich na trzy tygodnie do Poznania na tak zwany „obóz językowy”. Jeśli ktoś widział film Zanussiego „Barwy ochronne”, wie, o co chodzi. Tam wprawdzie było jakieś jezioro i las, a tu Poznań, czyli miasto, idea była jednak podobna: wydziały anglistyki z całej Polski miały się spotkać w jednym miejscu i… no właśnie nie wiadomo, co. Nawet nie można było, gdyby ktoś miał na to ochotę, pójść popływać goło z dziewczynami. Towarzysko było jednak dość przyjemnie, a ponieważ w dodatku puszczono nam z kasety „Łowcę jeleni” i pokazano, co to takiego MTV, że nie wspomnę już o tym, jak to z moją wówczas jeszcze dziewczyną pojechaliśmy na festiwal do Jarocina, ów czas wspominam do dziś z wielką sympatią.
Oczywiście, kiedy się studiuje język, po pewnym czasie człowiek przestaje jego znajomość traktować, jako jakiś szczególny awans i dochodzi do wniosku, że tak naprawdę nie ma się w ogóle czym ekscytować. Są jednak tacy studenci, a niekiedy i asystenci, czy nawet profesorowie, dla których owa świadomość „przynależenia” jest tak silna, że oni tym angielskim już muszą żyć na codzień. I oto tam w Poznaniu właśnie był z nami pewien kolega, który tak bardzo się przejął swoją rolą, że któregoś dnia, kiedy staliśmy w kolejce po jedzenie w stołówce, on zwrócił się do kobiety, która te kartofle nam wydawała, z pytaniem „What’s the charge?” Myśmy oczywiście to usłyszeli, zarumieniliśmy się ze wstydu, no a później już do końca pobytu – w moim wypadku do dziś – na tego biedaka mówiliśmy nie inaczej jak „What’s the charge”. Ja już nie pamiętam, jak on wyglądał, ani, jak się nazywał, do dziś jednak wiem, że w tamtych dawnych peerelowskich latach na obozie językowym w Poznaniu, był z nami ten dureń „What’s the charge”. I jestem pewien, że gdybym dziś zapytał moją żonę, czy pamięta „What’s the charge”, ona by sobie go przypomniała w jednej chwili.
Jak mówię, ów „What’s the charge” to był dureń, jednak dureń szczególny. Z niego się wszyscy śmiali, a kiedy on szedł, to każdy udawał, że jest czymś zajęty, kiedy podchodził pogadać, to się go w najbardziej okrutny sposób lekceważyło, a kiedy to nie pomagało, to się go traktowało, jak szmatę. A wszystko przede wszystkim za to „What’s the charge” skierowane do pani w bufecie. A on nawet przez moment nie był w stanie nikomu z nas się postawić, bo z jednej strony wiedział, że jest zwyczajnie za słaby, a z drugiej, że zawsze trafi na kogoś, komu będzie mógł zaimponować znajomością języka i w ten sposób sobie te wszystkie straty jakoś zrekompensować.
I dziś przypomniał mi się ten nieszczęśnik, kiedy w portalu wpolityce.pl trafiłem na tekst Łukasza Warzechy komentujący sobotnie wystąpienie Andrzeja Dudy, a zatytułowany „Dobre wystąpienie Andrzeja Dudy, ale nie ulegajmy wishful thinking”. I proszę sobie nie myśleć, że ja tu teraz zacznę się znęcać nad Warzechą za to, że on wyskoczył z tym nieszczęsnym „wishful thinking” zamiast zwyczajnie nas zachęcić, byśmy nie ulegali pobożnym życzeniom. Mnie akurat to, że on tak właśnie zatytułował swój tekst, nie dziwi absolutnie, bo wiem, że to jest tak naprawdę wszystko, co mu pozostało, by się pokazać. Natomiast owszem, będę dziś pisał o Łukaszu Warzesze, bo ja nagle uświadomiłem sobie, że on faktycznie jest z nich wszystkich najgorszy – gorszy do Karnowskich, Goćka, Zaremby, Feusette, a nawet Mai Narbutt. Po prostu najgorszy. A przez to, że najgorszy, to zasługujący na te kilka słów prawdy.
Parę dni temu Warzecha wystąpił w telewizji TVP Info i tam któryś z tych telewizyjnych błaznów zapytał go publicznie, czy jemu PiS płaci za to, że on gada to co gada. Ja, oczywiście, gdybym był na miejscu Warzechy, w jednej chwili bym wstał, walnął w ten głupi łeb z tak zwanego liścia, wygłosił krótkie oświadczenie do kamery, a potem już tylko odcinał przysłowiowe kupony. To byłbym jednak ja. Warzecha zrobił to, co potrafi, a więc najpierw zaczął coś popiskiwać, a kiedy nastąpiła chwila przerwy, korzystając z tego, że nikt nie patrzy, szybko uciekł, a ja już się tylko zastanawiam, czy na odchodnym powiedział coś po angielsku. Jakieś „See ya later, fuckers”.
I powiem szczerze, że i to mnie nie dziwi, bo ja Warzechę znam od lat i wiem, co on potrafi, a co przekracza jego nędzne możliwości. Kiedyś wręcz napisałem na ten temat osobno, i to był właśnie tekst, po którym Warzecha wygłosił swoje dziś już kultowe oświadczenie, że on jest pilotem boeinga, podczas gdy ja traktorzystą. Przypomnę może króciutko, o co poszło. Otóż Warzecha wystąpił w telewizji TVN24, gdzie red. Knapik kazał mu dyskutować z Tomaszem Wołkiem. Tak się złożyło, że ja oglądałem ten program i widząc, jak Wołek traktuje Warzechę, a ten nie jest w stanie nawet mu spojrzeć w oczy, zwróciłem też uwagę na tekst, jaki na drugi dzień Warzecha opublikował na swoim blogu, gdzie Wołka bez żadnych już zahamowań wyszydził. Napisałem więc Warzesze, że teraz jest już za późno i że on miał się Wołkowi postawić wtedy, kiedy był na to czas, natomiast teraz z tymi swoimi pokrzykiwaniami, jest jeszcze bardziej żałosny, niż był wtedy, kiedy oglądała go cała Polska. No i to wtedy właśnie Warzecha przedstawił mi się, jako „pilot boeinga”.
Minęły lata i wygląda na to, że Warzecha wciąż, kiedy analizuje sytuację polityczną, nie potrafi nic więcej, jak tylko porównywać boeinga do traktora, snopowiązałkę do mercedesa, porche do poloneza, czy rakietę do furmanki. Ale też wszystko wskazuje na to, że on wciąż, gdy tylko trafia na zawodnika, którego mu przedstawiają, jako zawodowca, zaczyna robić w pory i jedyne co umie, to wiać, gdzie pieprz rośnie. Tak też było w programie TVP, kiedy to jakieś coś zapytało Warzechę, czy mu PiS płaci za to, że on wciąż tylko o tych samochodach, a on położył uszy po sobie, przy pierwszej okazji, gdy nikt nie patrzył, wyszedł ze studia, a potem zaczął się wymądrzać w Internecie, że on sobie na takie traktowanie nie pozwoli. I nie ma znaczenia, co było pierwsze: ucieczka ze studia, czy owo „wishful thinking”, które miało Warzesze pomóc się odkuć za owo upokorzenie. Rzecz bowiem w tym, że ja już dziś nie mam najmniejszych wątpliwości co do tego, z kim my tu mamy do czynienia. To jest najzwyczajniej w świecie nasz kumpel sprzed lat „What’s the charge”, tyle że w skali publicznej. Łukasz Warzecha to jest ktoś, kto tak naprawdę się czuje bezpiecznie, kiedy może sobie siedzieć spokojnie przy biurku i wystukiwać na laptopie jakieś idiotyzmy, najlepiej o Donku i Elce, z Grasiem w tle, ile razy natomiast zdarzy mu się stanąć przed szerszą publicznością, natychmiast drętwieje i nie jest z siebie wydusić słowa.
Piszę tę skromną przecież tak naprawdę notkę i wciąż mi w głowie siedzi to „wishful thinking”, i tak bardzo chciałbym wymyślić jakąś celną na to ripostę i jestem bezradny. Może więc spróbuję napisać coś bardziej merytorycznego. Otóż, jak pewnie wielu z nas zauważyło, od czasu gdy Andrzej Duda dał nam tę nadzieję na zwycięstwo, towarzystwo dotychczas skupione wokół patriotycznych mediów najwyraźniej poczuło niepokój. Nie wiem jeszcze, skąd ta reakcja, ale ją widać, słychać i czuć. Wczoraj na przykład redaktor Wikło na portalu wpolityce.pl napisał, że jeśli Duda nie zwróci się jednak o wsparcie do prawdziwych, zawodowych, ogólnopolskich mediów, przegra. Zdaniem Wikły, tak zwana „sprzedaż bezpośrednia” jest nieskuteczna i, jeśli chce się odnieść sukces, nie ma innej drogi, jak korzystanie z usług oferowanych przez zawodowe autorytety. I to, że Wikło wpadł mniej więcej w ten sam nastrój, co Warzecha, powiem szczerze, napawa mnie i radością i nadzieją. Jeśli oni wpadli w ten nastrój, to znaczy, że moje podejrzenia co do sposobu, w jaki Duda chce prowadzić swoją kampanię, są jak najbardziej słuszne. Obserwując reakcję przedstawicieli znacznej części prawicowego mainstreamu, mam dobre powody, by sądzić, że sztab Dudy z ich usług albo zrezygnował, albo je ograniczył do niezbędnego minimum. I oni już się o tym dowiedzieli. A, jeśli wziąć pod uwagę fakt, że ja się od lat najbardziej boję nie tyle tego, że po Platformie władzę w Polsce obejmie PiS, co ludzi, którzy ów PiS z każdej strony oblepią swoimi ryjami, to uważam, że dla nas, ludzi dobrej woli, byłaby to wiadomość wręcz fantastyczna.

Proszę zaglądać na stronę www.coryllus.pl i szukać moich książek. Jest ich tam aż sześć i każda lepsza od poprzedniej.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...