środa, 29 czerwca 2011

Prawda przeciwko przemocy

Każdy normalnie myślący człowiek, który miał okazję zapoznać się ze sposobem w jaki operuje System i jego służby, mógł się spodziewać, w jaki sposób System zareaguje na dzisiejszą prezentację wyników prac zespołu Antoniego Macierewicza. Oczywistość tej reakcji była tak prosta, a jej kształt tak jednoznacznie parszywy, że ja osobiście, na przykład, nie widziałem nawet powodu, by ryzykować tu jakikolwiek kontakt. A mimo to, w pewnym momencie trafiłem na jedno jedyne zdanie, które padło wcale nie koniecznie z ust najbardziej brudnych, a mimo to przekaz jaki ono niosło wystarczył mi za wszystko, co mnie minęło i ma nadzieję, że już ominie. Mówię o ustach Pawła Śpiewaka.
Otóż podczas którejś z audycji, jaką System przygotował dziś dla obywateli, Paweł Śpiewak wyraził opinię, że zajmowanie się katastrofą Smoleńską świadczy ni mniej ni więcej, jak tylko o braku szacunku dla powagi tamtej śmierci. Że on, kiedy słucha całego tego „gadania” o katastrofie, czuje niesmak i zażenowanie, bo ma wrażenie że grzebanie w tym wraku jest zwyczajnie nieprzyzwoite. No i jak już wspomniałem – dowodzi braku szacunku dla samych ofiar smoleńskiej katastrofy.
To jest, jak mówię, zaledwie jedno słowo, stanowiące odpowiedź na informacje, jakie na temat tego co się zdarzyło 10 kwietnia zeszłego roku przedstawił dziś Antoni Macierewicz z Zespołem. Ale ja, nawet nie słuchając tego jazgotu już dłużej, wiem świetnie co tam się dziś musi dziać. A więc z całą pewnością najpierw zabrał głos Stefan Niesiołowski, i ogłosił, że Macierewicz to człowiek chory. Jestem pewien, że wystąpił też któryś z drobnych posłów Platformy Obywatelskiej i powiedział, że ten raport to stek kłamstw. Niewątpliwie, redaktorzy TVN-u zaprosili do studia eksperta lotniczego Tomasz Hypkiego, który z wyżyn swojego autorytetu zakomunikował, ze raport Macierewicza to bzdura i amatorstwo, a przyczyną katastrofy był błąd pilotów. Oczywiście na pewno też dziś się pojawił w telewizorze płk Klich, który po raz kolejny pochwalił ruski raport, jako jedyną pełną i właściwą ocenę katastrofy. Ja nawet nie oglądając dziś telewizji wiem na pewno, że dziś znów w studio telewizyjnym pojawili się – jako politycy bezpośrednio nie uczestniczący w sporze PiS-u z Platformą, a więc obiektywni – Stanisław Ciosek i Leszek Miller, by też dorzucić swoje trzy grosze na ten temat. Domyślam się też, że już się musiały ukazać pierwsze głosy na temat tego, że jedna czy dwie informacje podane przez Antoniego Macierewicza, to ewidentna nieprawda, i choć, jak to już nie raz bywało, za parę dni okaże się, że owszem, i one stanowią prawdę, dziś jeszcze i jutro o tym przypadku rzekomego fałszerstwa będzie się jeszcze toczyła bardzo gorąca dyskusja.
Nie oglądam dziś telewizji, bo wiem, że nie ma po co. Wszystko co tam się dzieje, mam przed oczami. I słyszę świetnie, jak Tomasz Sianecki, czy któryś z redaktorów Faktów, przygotowuje na zakończenie programu lekki felieton na temat tego jakie mamy rodzaje ksiąg. Że są księgi białe i czarne i grube i cienkie, i że są księgi gości i księgi, a wszystko po to, by na koniec zażartować, że lepiej by było, gdyby Polacy, zamiast białych ksiąg czytali księgi zapisane literkami, bo z tego by mieli więcej pożytku.
Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że to jest bardzo oczywisty strzał w ciemno, i może się okazać, że przeszarżowałem. Że tam dziś wszystko wygląda inaczej. Jednak mam poczucie, że i tym razem się nie mylę. Że jak o nich idzie, to wiem akurat wszystko. I to wiem bardzo dobrze. Kim oni są i co potrafią, wiem dokładnie tak samo dobrze, jak to, że 10 kwietnia 2011 roku w Smoleńsku doszło do zamachu na Prezydenta Rzeczpospolitej Lecha Kaczyńskiego. I że był to zamach skuteczny. I że ów zamach był wcześniej bardzo starannie planowany i przygotowywany przez złych ludzi i w Polsce i w Rosji. Przez jednych bardziej, przez innych mniej świadomie, jak idzie o szczegóły i sam cel. Ale wiem to na pewno. Że prezydent Lech Kaczyński, jego żona, jego przyjaciele, piloci, generałowie, wszyscy ci ludzie, których los tamtego dnia rzucił w to przeklęte miejsce – zostali z zimną krwią przez jednych wystawieni na śmierć, a przez drugich z równie zimną krwią zamordowani. I to po prostu wiem.
Ale wiem też coś jeszcze. Nie ma takiej możliwości, by prawda o tym co się wtedy stało, została skutecznie ukryta. Ona prędzej czy później zostanie ujawniona, a następnie oficjalnie przyznana. A jeśli to się stanie, to z całą pewnością wszyscy ci, którzy dziś biorą udział w tej akcji – akcji prowadzonej pod hasłem ‘Przemoc przeciwko prawdzie’ – zostaną ukarani. Skąd to wiem? Stąd mianowicie, że widzę bardzo wyraźnie, że oni też to wiedzą. I to prawdopodobnie wiedzą to znacznie lepiej ode mnie, czy od kogokolwiek z nas. Wiedzą to i aż piszczą ze strachu. Ale tu już nie stanie się nic, co im pozwoli uratować skórę. Dopóki żyją ci wszyscy, dla których wyjaśnienie tego, co się wtedy stało i to co się dzieje przez te wszystkie miesiące, pozostaje sprawą życia lub śmierci. Bo wbrew temu co powiedział dziś Paweł Śpiewak – człowiek o duszy tak czarnej jak czarna jest sprawa, której broni – tego właśnie domagają się ci, których dziś wciąż tak bardzo opłakujemy.

Wszystkich którym spodobał się powyższy wpis, bardzo proszę, by w ramach swoich możliwości wspomagali ten blog, a przez niego i moją rodzinę. Dziękuję.

wtorek, 28 czerwca 2011

Rykoszet nieznany i czarny jak wieczność

Dziś już mam oczywiście swoje lata, a z tymi latami, pewne bardzo typowe myśli, niemniej muszę przyznać, że jak idzie o myślenie o śmierci, towarzyszy mi ono właściwie od zawsze. Nie mam tu na myśli jakiś szczególnych obsesji, od których – pomijając krótki okres lat szczenięcych – byłem raczej wolny, lecz zwykłą świadomość tej tajemnicy, która w moim wypadku od czasu do czasu powodowała autentyczne drżenie. Obecnie mam tak, że kiedy dowiaduję się, że ktoś umarł, lub choćby zachorował na tyle poważnie, że bardzo łatwo umrzeć może, to przede wszystkim się tą śmiercią, czy tylko jej perspektywą przejmuję, a na dodatek, oczywiście, nie umiem nie wkomponować w ten nastrój siebie samego.
Miałem nie pisać dziś o śmierci, lecz o życiu. Życiu, owszem, poplątanym jak jasna cholera, pełnym tak potężnych inspiracji, że wręcz nie pozwalających spokojnie umrzeć, o ludziach, którzy swoim właśnie życiem, a nie śmiercią, pootwierali drzwi, które dotychczas wydawały się zamknięte na siedem spustów i pokazali nam z przeraźliwą wyrazistością, do czego zdolny jest człowiek opętany – ale jednak o życiu. Nie o śmierci. Tymczasem zmarł Maciej Zembaty i zwykłe dla tego miejsca refleksje będą musiały jeszcze chwilę poczekać.
Co mnie obchodzi Maciej Zembaty? Powiem zupełnie szczerze, że gdyby nie jeden naprawdę drobny element jego życia, zupełnie nic. To co mam do powiedzenia na temat Macieja Zembatego w żadnej mierze nie przekracza tego, co mam do powiedzenia na temat Marii Czubaszek, Jacka Janczarskiego, Jana Kaczmarka, Stefana Friedmana, Jana Tadeusza Stanisławskiego i całej plejady innych radiowych kabareciarzy sprzed lat, których kiedyś chętnie słuchałem, a czasem nawet podziwiałem, ale po których zostało dziś już tylko wspomnienie. A więc pamiętam, jak kiedyś zadzwoniłem do jakiegoś trójkowego programu, prowadzonego przez właśnie Macieja Zembatego – nazywał się chyba ‘Mój program na antenie’ – i on właśnie odebrał telefon, ja mu powiedziałem, że jest mi bardzo miło i że bardzo mnie zawsze śmieszyły jego stare jeszcze bardzo programy, w których on puszczał swoje ulubione piosenki, a on powiedział, że jemu też jest bardzo milo i żeby nie mówić do niego ‘pan’, lecz ‘Maciek’.
Pamiętam też oczywiście jego zaangażowanie w promocję Cohena w Polsce. Tyle że, ponieważ ja raczej należałem do fanklubu Dylana, a nie Cohena, samego Cohena, w odróżnieniu wielu młodych dziewcząt i chłopców, znałem jeszcze przed Zębatym, a język szczęśliwie też znałem na tyle, by sobie piosenki Cohena tłumaczyć samodzielnie, jego dzieło nie było mi tu do niczego potrzebne. Wręcz przeciwnie – Zembaty śpiewający Cohena wyłącznie mnie irytował.
Jest jednak coś, co uważam za autentyczny wkład Zembatego w całą polską współczesną kulturę, i to wkład tak silny, że, przynajmniej z mojego punktu widzenia, wręcz tę kulturę zmieniający. Mam tu na myśli piosenkę, którą on w pewnym momencie swojego życia napisał do muzyki marsza żałobnego Chopina. Zastanawiam się, czy to dlatego, że w tamtych latach, kiedy ta piosenka była przebojem, sam osobiście byłem bardziej od innych zaangażowany w tę część polskiej rozrywki, czy może wszyscy, którzy w tamtym czasie słyszeli tę piosenkę już na zawsze pozostali nią skażeni, niemniej jednak pozostaje faktem, że kiedy dziś słyszę melodię szopenowskiego marsza – tak niebywale porażającą w swoim smutku – nie potrafię nie podśpiewywać sobie pod nosem tekstu, który Maciej Zembaty kiedyś, kiedy był jeszcze młody i silny, uznał za stosowne do niej dopisać.
Jest oczywiście możliwe, że każdy kto czyta ten tekst wie, o czym mówię, ale na wszelki wypadek sprawę przybliżę. Otóż piosenka Zembatego zaczyna się tak: „Jak dobrze mi w pozycji tej, w pozycji horyzontalnej”. Później jest jeszcze zabawniej, czyli na przykład: „Choć właśnie pada - pada deszcz ,w dębowej trumnie sucho jest. Ubodzy krewni przemoczeni są zupełnie. Żona pewnie się przeziębi”. No i wreszcie, już pod sam koniec, tak: „O wieko bębnią krople dżdżu, kołyszą słodko mnie do snu. Ubogim krewnym trumna wrzyna się w ramiona i już ledwo idzie żona. Raz dwa i lewa! Raz dwa i lewa!”
Uczeni specjaliści od spraw kultury, to co przedstawiłem powyżej, nazywają ‘czarnym humorem’, a ja oczywiście jestem w stanie ten opis przyjąć i zaakceptować. Nawet jeśli, jak już napisałem na początku, śmierć, na ten swój osobliwy sposób, traktuję – nomen omen – śmiertelnie poważnie. To co mnie jednak tu uderza na tyle, by dziś w ogóle o śp. Macieju Zembatym i jego piosence pisać, to oczywiście, poza oczywiście samym tu niezwykłym pomysłem, by podmiotem lirycznym tego utworu był człowiek, który umarł i ów fakt swojej śmierci uważał za świetny żart, to, że jakimś absolutnie niezwykłym gestem – Bóg jeden wie, tak naprawdę czyim – ten tekst wkomponował się już na zawsze w melodię tego strasznego marsza. I teraz, kiedy Maciej Zembaty, jak się okazuje, nagle zmarł i sam znalazł się w owej „dębowej trumnie” zlewanej kroplami deszczu, myślę sobie, że oczywiście jest całkiem możliwe, że zasługi Zębatego dla naszej kultury leżą bardziej po stronie zajmowanej przez Leonarda Cohena, tyle że obawiam się, że jest jednak inaczej. Że Maciej Zembaty w zupełnie inny sposób zmienił nasze życie.
Czy o ten marsz mam do Zembatego pretensje? Nie. I powiem to jeszcze raz. O ten marsz do Zembatego pretensji nie mam. Przede wszystkim, uważam, że to jest naprawdę bardzo dobrze i dowcipnie napisany tekst, i że, co więcej, nie ma w tym nic złego, by ktoś – ratując się być może jak tylko potrafi przed swoim własnym lękiem przed śmiercią – postanowił być może sobie z niej pożartować. Natomiast dziś dręczy mnie jednak jedyna myśl. Że Maciej Zembaty leży dziś w tej swojej rozpaczliwie smutnej trumnie i chyba jednak nie jest mu do śmiechu. Ani jemu, ani też jego bliskim i jego rodzinie. I że nawet jeśli jakiś cymbał, który nawet dziś nie jest w stanie pojąć tego, co się naprawdę stało, postanowi sobie z tej śmierci dworować, będąc szczerze przekonany, że Maciej Zembaty właśnie tego by sobie od nas dziś życzył, to z całą pewnością nie jest wesoło. Jest smutno jak sto diabłów. Bo w tym deszczu padającym na wieko trumny, choćbyśmy się nie wiadomo jak napinali, nie znajdziemy nic śmiesznego.
A więc jest mi smutno, że i nawet jego śmierć w końcu dopadła. Ale też sobie myślę, że kiedy za parę dni będziemy mieli pogrzeb Macieja Zembatego, wszyscy, którzy przyjdą go żegnać, staną wobec bardzo poważnego kłopotu. Przede wszystkim nie bardzo sobie potrafię wyobrazić, by mu w jego ostatniej drodze nie towarzyszyła melodia żałobnego marsza Chopina. Dlaczego? Raz z tej przyczyny, że to jest melodia w tej sytuacji zwyczajnie oczywista, a dwa, że jeśli jej mu nie zagrają, będzie to gest brzmiący bardzo, ale to bardzo, fałszywie. Z drugiej strony, nie potrafię sobie wyobrazić, by mu ta melodia towarzyszyła. Dlaczego? Z bardzo prostego powodu. Bo może w pewnym momencie dojść do takiej sytuacji, że cały kondukt zacznie się nagle śmiać. I to by było okropne. Pogrzeb, który zamienia się w parodię może się stać czymś całkowicie nie do zniesienia.
Wypadałoby skończyć te refleksje myślą jakąś bardziej może ogólną. I oczywiście ta myśl będzie. Będzie, bo ona właściwie stoi na samym początku powstania tego tekstu. Jest to myśl z całą pewnością bardzo trywialna, dla niektórych wręcz nieciekawa. Jednak uważam, że nic nie zaszkodzi, jeśli będziemy ja sobie powtarzać. Otóż powinniśmy pamiętać, że wszystko co w życiu robimy, powinniśmy robić z przekonaniem, że przyjdzie czas, gdy ten nasz czyn, czy choćby tylko gest, prędzej czy później odbije się i do nas wróci tak zwanym rykoszetem. I oczywiście, dobrze będzie, jeśli ów rykoszet pozwoli nam zasypiać w spokoju. Gorzej, jeśli nie.
A od tej refleksji, mamy już naprawdę bardzo blisko, by wrócić do naszych zwykłych codziennych politycznych zgryzot. Pierwszy obraz, jaki mi przyszedł do głowy, to Stefan Niesiołowski, aż zacierający ręce na samą myśl o tym, że Jarosława Kaczyńskiego będzie można oficjalnie uznać za obłąkanego. Ale o tym już pewnie następnym razem.

Jeśli ktoś uznał ten tekst za wart przeczytania, a może i dalszych refleksji, bardzo jest mi z tą myślą dobrze. Będzie mi jednak jeszcze lepiej, jeśli dzięki niemu, ktoś uzna za odpowiedni gest wsparcie tego bloga pod podanym obok numerem konta. Dziękuję wszystkim bardzo serdecznie.

poniedziałek, 27 czerwca 2011

O tych co krążą

Nie było mnie trochę, ale, jak widać, nie ma sposobu, żebyśmy mogli choć jeden zwyczajny dzień pozostawić bez odpowiedniego komentarza. Ledwo co oddaliłem się od komputera, by świętować rocznicę ślubu, czym wprawiłem się w stan kompletnego zawieszenia, najpierw doszła do mnie informacja, że już opinia publiczna wie, co brał Kaczyński, następnie, że te przygłupy pobiegły do Benedykta na skargę na ojca Rydzyka, a dziś moje dzieci zasypały mnie kilkoma kolejnymi, równie - zgodnie z moją niedawną zapowiedzią, że w pewnych szczególnych okolicznościach, może się okazać, że co złe to dobre - wesołymi. A więc z pewnością jest o czym gadać. Ale po kolei.
Ktoś powie, że to co brał Kaczyński jest newsem na poziomie zbliżonym do tego, jaka kupę miał wczoraj jego kot, albo – jeśli już mamy przejść na poziom nie-polityczny – czy jedna pani lub jeden pan byli wczoraj w nastroju dobrym, czy nie bardzo. Ktoś tak powie, i oczywiście będzie miał rację. Jak wiemy, człowiek – o ile nie jest wyprodukowaną w Rosji maszyną, jak Donald Tusk – ma to do siebie, że go od czasu do czasu coś boli. I jeśli jest to głowa, to bierze Apap, lub Ipuprom, a jeśli go boli dusza, to bierze coś innego, co oczywiście ma swoją nazwę, tyle że ja, dzięki Bogu, żadnej z nich nie znam. To znaczy, nie znałem do niedawna. A więc do dnia, kiedy świat się dowiedział, co brał Kaczyński.
Otóż, jak poinformowali mnie dobrzy ludzie, i to, jak się zdaję, już w pierwszym dniu mojej pani Toyahowej srebrnej wycieczki, Kaczyński brał – uwaga, uwaga – Xanax i Hydroksyzynę. Co to znaczy, o czym świadczy, i co z tego wynika, do końca nikt nie wie, ale trzeba przyznać, że całość brzmi bardzo dobrze. Wiemy już bowiem, że kiedy Kartofel dowiedział się smoleńskiej zbrodni, to wziął i się zaćpał. I to nie jakąś koką czy amfą, jak to się dzieje w porządnym i szanującym się towarzystwie warszawskich adwokatów, ale – Xanaxem i Hydroksyzyną. Pięknie! Naprawdę pięknie!
Wspomniałem o dobrym towarzystwie. Nie bez powodu. Otóż to właśnie dzięki ludziom z towarzystwa, można było już na parę dni przed ujawnieniem wspomnianych rewelacji spodziewać się, że ten Xanax, Hydroksyzyna, lub coś innego, o równie wdzięcznej i równie syczącej nazwie, w końcu musi wystrzelić.
Podczas swojej wizyty u Moniki Olejnik, Ryszard Kalisz – jak ostatnio wieść gminna niesie, adwokat wybitny – z wyżyn swojego autorytetu, stwierdził, ze nie ma nic absolutnie dziwnego, a już z całą pewnością, nieprawidłowego w tym, że biegli psychiatrzy, na polecenie sądu zajmą się głową i duszą Jarosława Kaczyńskiego. Ja nie wiem, co się dzieje w głowie Ryszarda Kalisza – a przynajmniej nie na pewno – nie wiem, jakie on ma obecnie interesy, nie wiem o nim dosłownie nic, poza tym, co tak pięknie niedawno opisał Jarosław Kaczyński, kiedy wyraził podejrzenie, że Ryszard Kalisz nie może być bardziej inteligentny, niż to „widać po twarzy”. No i jeszcze czymś – że te słowa musiały Kalisza doprowadzić do autentycznej cholery. A to już jest nie byle co.
A zatem Ryszard Kalisz, twierdzący że skoro sam Jarosław Kaczyński przyznał, że po tragicznej i okrutnej śmierci swojego brata bliźniaka, bratowej i całej kupy przyjaciół, czemu w dodatku towarzyszyła jeszcze wiadomość dodatkowa, że on sam też być może znajdował się na liście do odstrzału, przez jakiś czas musiał brać środki uspokajające, to władza powinna absolutnie zbadać, czy za tym nie kryje się jakaś poważna psychiczna usterka, nas tu nie jest w stanie zainteresować. No bo co możemy mieć z tego, że będziemy dumać nad tym, co siedzi głowie tego szczególnego człowieka? Nic. Zero. To, co nas czeka, może oznaczać wyłącznie stratę czasu. No bo jeśli nawet dojdziemy do przekonania, że Kalisz to skończone bydle, albo że równie skończony matoł, to i tak satysfakcji z tego mieć żadnej nie będziemy. A gdybyśmy się tak jedynie chcieli powyzłośliwiać, to i tak Jarosława Kaczyńskiego z tym „po twarzy” nie przebijemy. A więc, jak idzie o Kalisza, niech się zapuchnie w spokoju.
Z naszego punktu widzenia o wiele ciekawsze jest zachowanie Moniki Olejnik. Otóż ona, dociskała Kalisza w sprawie postawy owego sędziego, który postanowił przebadać Jarosława Kaczyńskiego chyba przez 15 minut, i ze sposobu, w jaki ona z nim rozmawiała, wynikało jasno, że w tej sytuacji ona trzyma stronę Kaczyńskiego. A więc wciąż, do znudzenia, zadawała Kaliszowi to samo pytanie, że niby dlaczego sądy mają się zajmować stanem psychicznym polityków, na co Kalisz jej odpowiadał – również do znudzenia – że Jarosław Kaczyński jest takim samym obywatelem, jak każdy inny i podlega takim samym procedurom, i że on Olejnik zapewnia, że każdego dnia w Polsce sądy pod kątem stanu umysłu sprawdzają tysiące obywateli. I tak od nowa, od nowa i od nowa.
To co mnie w tym wszystkim uderzyło, to akurat nie to, ze Olejnik, przynajmniej pozornie, była przeciwko publicznemu badaniu stanu zdrowia psychicznego Jarosława Kaczyńskiego, bo w końcu sprawa robi wrażenie oczywistej nawet na poziomie zajmowanym przez Monikę Olejnik. Zaniepokoiło mnie natomiast to, że ona przez całe te 15 minut ani razu nie wspomniała o tym, że jedyną winą Kaczyńskiego było tu tylko to, że po śmierci tych wszystkich osob on się tak wzruszył, że potrzebował przez jakiś czas brać środki uspokajające. A więc zrobił coś, co z całą pewnością zdarzyło się każdemu z nas choćby raz w zyciu. Ona musiała z pewnością wiedzieć, że wobec tej kompletnie chorej niby to prawniczej tyrady Kalisza, te parę słów uściślenia zamknęło by całą dyskusję na cztery spusty. A jednak nawet się na ten temat nie zająknęła. Uważam wręcz, że nic by jej nie zaszkodziło zapytać Kalisza, czy jeśli ona na przykład parę razy w życiu brała środki uspokajające, to jego zdaniem jej też przysługuje sądowy psychiatra? Ale ona tu milczała. Ani jednym słowem nie powiedziała też Kaliszowi, żeby się przestał wygłupiać, bo jeśli on będzie się upierał przy swoim zdaniu, to może być pewny, że od następnego dnia jego psychiczna sytuacja może również zostać wywleczona na widok publiczny, i to jak najbardziej oficjalnie.
Pozostaje pytanie, czemu Monika Olejnik, dziennikarka o której można powiedziec wiele, ale z całą pewnością nie to, że ona sobie nie umie radzić w sytuacjach trudnych, postanowiła tę rozmowę Kaliszowi oddać praktycznie walkowerem. Odpowiedź na to pytanie może być tylko jedna. Otóż i on i ona i cała kupa ich krewnych i znajomych, to jedna szajka. Każdy z nich, a w tym towarzystwie ów słynny dziś sędzia zajmuje pozycję bardzo ważną, mają jeden cel. Zamknąć Kaczyńskiego. Pod jakimkolwiek pretekstem, choćby na chwilę. Byle by mu zrobić krzywdę. Byle by go zobaczyć jak zostaje zdjęty z tej sceny. A taka szansa, że kiedy go będą zdejmować, to wszyscy będą wiedzieli, że to nie z powodu jakiejś niepoprawnej działalności politycznej, ale z powodu zwykłego obłąkania, może się już więcej nie powtórzyć. Numer z Xanaxem i Hydroksyzyną świadczy o tym, że oni to wiedzą tak dobrze, że aż ich ta wiedza przesunęła w stronę autentycznej histerii. Bo dalej nie ma już nic. Tylko warczenie. Więc „wracają wieczorem i warczą jak psy i krążą po mieście. Włóczą się, szukając żeru; skowyczą gdy się nie nasycą”.
Lecz Ty, Panie…

środa, 22 czerwca 2011

O kulturze w czarnych okularach

Miało już nić nie być, ale tak się złożyło że nagle część rodziny poszła do szkoły w sprawie świadectw, część niańczyć pewne trojaczki, część zdawać – lub oblewać – kolejny egzamin, a ja zostałem sam z psem i z myślami jak zwykle okropnie patriotycznymi, tyle że dziś akurat patriotycznymi lokalnie. Wspomniałem o tym wczoraj, jednak bez wchodzenia szczegóły, z tej prostej przyczyny, że nie chciałem by ten temat w jakikolwiek sposób zdominował treść wczorajszego, w końcu dość ogólnego przecież, wpisu. Miałem nadzieję, że może w komentarzach ktoś coś na ten temat powie i w ten sposób sprawa stanie się bardziej publiczna, ale – co mnie zresztą wcale nie dziwi – wygląda na to, że temat jest faktycznie jak najbardziej lokalny. A zatem, ponieważ, jak mówię, jestem tylko z psem, który mnie od komputera odganiać nie planuje, a wyjeżdżamy dopiero po południu, chcę coś opowiedzieć.
Zacznę jednak od początku. Otóż w Katowicach mieszkam od zawsze. Jest to moje miasto pod każdym względem, co więcej, jest nim coraz bardziej i z coraz większą dla mnie satysfakcją, i wszystko wskazuje na to, że moim miastem już pozostanie. Czy to znaczy, że do Katowic nie mam uwag? Ależ w żadnym wypadku. Akurat jak o to chodzi, tych uwag mam prawdopodobnie jeszcze więcej niż do Polski, tyle że nie uważam tego faktu za wystarczający powód, bym zaczął swój lokalny status określać na przykład ‘katowictwem’.
Katowice miało w swojej i mojej historii różne okresy, najczęściej dość podłe. Zacznijmy od tego, że przez wiele wiele lat, i kiedy byłem jeszcze dzieckiem, a i potem w wieku już bardziej dojrzałym, katowickie nocne niebo było pokryte taką szczególną czerwono-żółto- brązową łuną. I to wcale nie przez nadmiar świateł i neonów, bo tych świateł i neonów tu akurat przez większość czasu za dużo nie było, ale z powodu niebywałego stężenia różnych smrodów emitowanych przez te hurty, fabryki, kopalnie i Bóg jeden wie, cośmy tu jeszcze mieli zaszczyt mieć. I było coś jeszcze, co wciąż dobrze pamiętam. Był mianowicie czas, kiedy trzeba było się nieustannie myć. Wystarczyło połazić trochę po ulicach, żeby szyja, ręce, nogi, uszy, nos – wszystko było czarne od brudu. To akurat pamiętam bardzo dobrze. Człowiek szykował się wieczorem do mycia, zdejmował skarpetki, a nogi były czarne. Dmuchał w chusteczkę do nosa, a chusteczka robiła się czarna.
A więc to był ów fizyczny, wszechobecny bród. Ale było coś jeszcze. Wystarczyło wyjechać z Katowic do Poznania, Gdańska, Warszawy, Krakowa, Wrocławia, żeby poczuć wielki świat. Żeby zobaczyć i prawdziwe światła – oczywiście, prawdziwe, jak na skalę naszą, Polską – i prawdziwe sklepy, i ludzi ubranych ładnie i kolorowo, i żeby nagle zobaczyć, że miasto może być czynne również nocą. A to robiło naprawdę duże wrażenie. Pamiętam jak kiedyś pojechałem do Krakowa i bardzo mnie zdziwiło, kiedy zobaczyłem wystawę sklepu mięsnego, który nie dość że miał zrobioną wystawę, to jeszcze na tej wystawie te nieszczęsne, smutne kawałki kiełbasy, były ułożone na liściach zielonej sałaty. Żeby było ładnie.
Jeśli idzie o tak zwana kulturę, to mieliśmy oczywiście parę kawiarni, dwa czy trzy kluby studenckie, gdzie występowały czasem polskie zespoły jazzowe, Jerzy Dudek od pewnego czasu kręcił ten swój festiwal, a w pobliskim parku był jeszcze mały amfiteatr, tak zwane Zielone Oczko, gdzie czasem ktoś tańczył i śpiewał, a które to Zielone Oczko zostało już za nowej Polski przejęte przez mafię i ostatecznie, po pewnej słynnej strzelaninie, tej mafii odebrane. No i też zawsze było coś, co się nazywało Hala Parkowa, gdzie były organizowane czasem koncerty, a czasem nawet jakiś ruski cyrk. I nie mam tu zamiaru sobie żartować. Hala Parkowa to było coś. Zanim została przerobiona na mini-market, któregoś dnia występowali tam sami Animalsi, a jak nie było Animalsów, to Niebiesko Czarni i Czerwone Gitary.
No i rzecz najważniejsza. Gierek wybudował nam Spodek. A skoro był już ten Spodek, to od czasu do czasu, pod tym rudo-żółtym niebem, w tym brudzie i syfie, występował nie kto inny jak sam Eric Clapton, czy Suzie Quarto. O tak! Spodek to było coś. Nawet Warszawa czegoś podobnego nie miała.
I nagle, już w latach 90-tych, wszystko, cały ten niezwykły, tak wręcz kosmiczny krajobraz, zaczął się powoli – bardzo powoli – zmieniać. Budynki Komitetu Wojewódzkiego PZPR zostały przerobione na Uniwersytet i skromną salę koncertową dla WOSPRiT-u, Hala Parkowa, jak już wspomnieliśmy, została przerobiona na sklep, Zielone Oczko popadło w wieloletnią ruinę, tylko Spodek trwał i dzielnie podtrzymywał opinię Katowic jako miejsca europejskiej kultury. No i nagle też okazało się, że zniknął ten wszechobecny brud. No i nagle też okazało się, że znad miasta zniknęła ta wieczna łuna. Katowice stały się zwykłym, smutnym, szarym miastem, jakich wiele w całej Polsce, tyle że już ze sklepami, światłami i wypasionymi samochodami. Nawet było tak, że po Katowicach, swoją czarną Testarosą, jeszcze zanim został zawodowym zabójcą, jeździł sam Ryszard Bogucki. Jedno pozostało takie jak było zawsze. Kiedy robiło się ciemno, Katowice zasypiały, a jedyne ślady życia, stanowiły już tylko te kolorowe przewoźne billboardy reklamujące burdele.
Nie wiem, kiedy to się stało, bo nastąpiło to jakoś tak niezauważalnie i nagle, ale kiedy dziś idę przez Katowice, to czuję się trochę tak, jak w Gdańsku w latach 80-tych, tylko trochę bardziej. Wprawdzie w Hali Parkowej nadal jest sklep – inna sprawa, że już nie jakaś Billa, lecz Alma – ale poza tym wszystko wygląda inaczej. Zielone Oczko zostało zastąpione przez bardzo elegancką – i dobrą! – restaurację. Spodek jest w remoncie, a ja już wiem, że wewnątrz ma najlepszy system nagłośnieniowy w Europie, na katowickim lotnisku już po raz drugi Rojek będzie organizował swój Off Festiwal, o którym moje dzieci – a one wiedzą – mówią, że robi znacznie lepsze wrażenie, niż Open’er w Gdyni, niedaleko, na terenie starej kopalni jest organizowany tzw. Tauron Festival, który dla miłośników nowej muzyki jest czymś równie ważnym jak dla całej reszty Open’er, każdego roku jesienią do Katowic zjeżdżają naprawdę gwiazdy, by występować na trwającym całe tygodnie festiwalu Ars Cameralis, stare kopalnie zostały przerobione na galerie sztuki, a na katowickim Rondzie postawiono tę znaną trochę z telewizora, szklaną kopułę, gdzie również próbuje się robić jakąś lepszą czy gorszą sztukę.
I nagle też, nie wiem kompletnie kiedy, Katowice zaczęły żyć nocą. Nie wiem kiedy, ale wiem, że tak się stało, bo widzę to codziennie. Choćby na przykładzie ulicy Mariackiej. Mariacka to miejsce w Katowicach niemal tak samo kultowe jak Zielone Oczko. Wprawdzie mafia tam raczej nie zaglądała, podobnie zresztą jak nie zaglądał tam nikt, natomiast wszyscy wiedzieli, że ulica Mariacka istnieje, a istnieje wyłącznie po to, żeby okoliczni pijacy, menele i hołota mieli gdzie sobie za flaszkę podupczyć. Taka właśnie przez całą historię mojego miasta była ulica Mariacka. Ulica symbol, ulica wyrzut sumienia.
I właśnie wczoraj ulica Mariacka – i nowa główna ulica Mariacka, ale też nowa, tak zwana tylna ulica Mariacka – stała się też symbolem tego, czym się stały Katowice w ostatnich latach, ale też symbolem tego, czym w ostatnich latach stała się Polska. Otóż przede wszystkim, kiedy mieszka się w mieście, które ma taką ulicę, nie trzeba już jechać ani do Gdańska, ani do Warszawy, ani do Poznania, ani do Wrocławia. Myślę, że można już nawet nie jechać do Krakowa. Ale jeśli ktoś z Katowic dziś zajedzie do któregoś z tych miast, to wyłącznie może wzruszyć ramionami. Trochę dlatego, że – pomijając to wszystko, o czym pisałem wyżej – Katowice mają swoją ulicę Mariacką. I wcale nie chodzi o to, że ona stała się tak nagle tak wyjątkowo piękna i bogata, choć to oczywiście też, ale o to, że jest tak trudno uwierzyć, by można było tak skutecznie i radykalnie zmienić coś co jest symbolem upadku na symbol autentycznego sukcesu. Kto widział, wie o czym mówię.
Ale chodzi też o to, że i Gdańsk i Wrocław i Warszawa przez te wszystkie lata, prawdopodobnie uznawszy, że i tak wszystko należy do nich, zwyczajnie zdechły. Dziś, jeśli ktoś z Katowic, czy choćby z Żor czy Mikołowa pojedzie do Wrocławia, czy Poznania, najwyżej się wkurzy, że to tu to tam spotkało go coś, czego w Mikołowie czy Żorach nie mogłoby się pojawić nawet w najgorszych koszmarach. One wszystkie stały się zwykłymi polskimi miastami, bez szczególnych fajerwerków, ale też bez szczególnych porażek. Ot, takie Katowice z końca lat 90-tych. Tyle że wciąż z tą dziwaczna, uzyskaną jeszcze za PRL-u, reputacją.
Ulica Mariacka była wczoraj wypełniona miastem. Miastem radosnym, kolorowym, pełnym nadziei na to, że to co się udało zrobić, otworzy drogę do czegoś co się w dzisiejszej Europie określa jako rozwój, ale co też być może sprawi, że i Polska stanie się miejscem bardziej demokratycznym w tym sensie, że nie opartym na dominacji paru ośrodków, jak na przykład Rosja, ze swoją Moskwą i jakimś, cholera, Leningradem, lecz czymś bardziej przypominającym Anglię, czy Francję, gdzie naprawdę warto być wszędzie. I oto ci wszyscy ludzie, którzy czekali tam na tej ulicy Mariackiej – jak to przedziwnie dziś brzmi! – w tych koszulkach, z tymi słonecznikami, nagle się dowiedzieli, że nie można liczyć absolutnie na nic. Że ten plan, który polegał na tym, by Polska została zredukowana do tych pięciu miast: Poznania, Gdańska, Krakowa, Warszawy i Wrocławia, to nie był wypadek, lecz poważny i przemyślany plan, za którym stoją poważni państwo i ich bardzo poważne interesy.
Paradoksalne było to – o czym mogliśmy się choćby przekonać, oglądając telewizję – że w tym samym czasie, kiedy Katowice traciły swoją szansę, a ten kolorowy tłum mógł już tylko wlepiać rozdziawione oczy w ten ekran, we Wrocławiu w ogóle mało kto wiedział, że się cokolwiek dzieje. W czasie ogłoszenia wyników tego konkursu, na rynku we Wrocławiu nie było nawet jakiegokolwiek wydarzenia. Przepraszam, coś było. Jakiś festiwal kultur, czy coś w tym stylu. Dopiero na wiadomość, że to Wrocław otrzymał europejską nagrodę Stolicy Kultury, władze miasta zaprosiły ludzi na 9 wieczór, żeby przyszli na rynek, to im się coś zorganizuje. I oczywiście, pies z kulawą nogą się tam nie pokazał. Bo po co? Dla tych głupich 1,5 mln euro? A komu one potrzebne, skoro pan minister niedawno im rzucił 100 mln zł.?
I myślę, że jeśli próbować wyjaśnić sobie, jak to się stało, ze ani Katowice, ani Lublin – całkowicie naturalni kandydaci do tego, by otrzymać ten tytuł i naprawdę zdemokratyzować Polskę na najbliższe dziesięciolecia – nie otrzymały tu nagle nic, przychodzą do głowy dwie odpowiedzi. Pierwsza to ta, o której już wcześniej pisałem. Aktualna polityka naszego rządu jest taka – socjologowie zresztą mają na to specjalną nazwę – by wszystko pakować tam, gdzie już i tak wszystko jest, lub choćby kiedyś było. Myśl jest taka, ze jeśli bogaci dostaną jeszcze więcej, to dla biednych zawsze coś tam spadnie i będzie git. A zatem nie ma interesu, by pakować jakiekolwiek pieniądze, czy choćby tylko promować takie ośrodki, jak Katowice, Lublin, Przemyśl, czy Koszalin. Wszystko już dawno zostało rozprowadzone jak w dawnym NRD, gdzie wiadomo było, że jest Berlin, Lipsk, Drezno i wystarczy. A jak ktoś będzie ambitny, to niech się stara.
Ale jest jeszcze jednen powód, który, jak sądzę stoi za tą wczorajszą, wręcz niebywałą decyzją. Otóż chodzi o te 1,5 ml euro. Z punktu widzenia miasta, i to niekoniecznie Wrocławia, ale nawet wspomnianych Żor, to są bowiem żadne pieniądze. Natomiast są to już jakieś pieniądze jeśli idzie o interes jednego urzędnika i jego rodziny. Wrocław w ogóle nie potrzebował tytułu Europejskiej Stolicy Kultury. Wrocław nie potrzebował też tych pieniędzy. Wrocław ten cały konkurs miał głęboko w nosie. Natomiast te 1,5 mln. to już było coś. Nawet jeśli nie dla ministra Zdrojewskiego, czy dla jakiegoś urzędnika wrocławskiego ratusza, ale choćby dla tego dziwnego człowieka o wyglądzie gangstera, który w pewnym momencie na chwilę się pokazał w telewizji jako przewodniczący tej europejskiej komisji do spraw europejskiej kultury, to wszystko staje się jasne. I pomyśleć, że mamy dziś taki rząd, który nie jest w stanie dostrzec choćby tak oczywistej oczywistości. Ale niech nie widzi. I tu już nawiązuję do tematu wpisu wczorajszego. Niech nie widzi. Niech dalej działa jak działa. Własnie wczoraj stracił znaczną część poparcia na Śląsku. I tak jest dobrze.

wtorek, 21 czerwca 2011

Schadenfreude, czyli wszystkiego najgorszego z okazji wykopek

Dotarły właśnie do mnie trzy informacje, z których żadna nie jest w jakikolwiek obiektywny sposób radosna, a ja właściwie nawet nie to, że nie jestem zmartwiony, ale wręcz odwrotnie – czuję bardzo szczególny rodzaj satysfakcji. Cóż więc takiego się stało? Otóż przede wszystkim okazało się, że Carlos Santana jednak nie wystąpi w Warszawie, a co gorsza chyba nawet nie wystąpi w Zabrzu, ani choćby i w bytomskiej operze. Zero. Ktoś kto wie, kim jest Carlos Santana, z całą pewnością rozumie rangę tego wydarzenia. Nie wiem, jak to co się stało odpowiednio nazwać, ale, powiedzmy, jest to coś znacznie poważniejszego niż sytuacja, w której nagle swój występ odwołałby goszczący niedawno w Warszawie Ringo Starr.
Dlaczego zatem Carlos Santana nie zagra dla nas w Warszawie? Dlatego mianowicie, że prezydent Hanna Gronkiewicz Waltz na to nie pozwoliła. Dlaczego nie pozwoliła? Jestem pewien, że ona akurat ma swoje powody, a jak ją znam, tych powodów ona jest w stanie, w każdym dowolnym temacie, zawsze pokazać nawet i tysiące, tyle że dla mnie one są tu kompletnie bez znaczenia. Koncert Carlos Santany w Warszawie się nie odbędzie, bo miasto na ten koncert nie wyraziło zgody.
Druga miła dla mnie wiadomość – i podobnie, jak ta poprzednia, miła w sposób całkowicie bezinteresowny – to taka, ze zapowiadany na któryś tam dzień lipca mecz Polonii Warszawa z argentyńską drużyną Boca Juniors też się nie odbędzie. Czemu tak? Bo właściciele stadionu Legii Warszawa – w górę ITI! – na którym ten mecz miał się odbyć, postanowili zrobić psikusa kibicom konkurencyjnej drużyny, rzekomo tylko przy okazji dbałości o względy bezpieczeństwa. Co mnie obchodzi Boca Juniors? Znacznie mniej niż Carlos Santana, i być może mniej więcej tyle samo, co jakaś rocznica warszawskiego klubu piłkarskiego. A mimo to, wiadomość o odwołaniu tego meczu cieszy mnie niemal tak samo jak wcześniejsza, o odwołaniu koncertu Santany.
No i wreszcie trzecia, tym razem dotycząca czegoś, co mnie jak najbardziej obchodziło. Otóż właśnie się okazało, że Katowice nie uzyskały tytułu Europejskiej Stolicy Kultury, tracąc go na rzecz Wrocławia. Nie uzyskał też tego tytułu Lublin, który był oceniany jako jedyny groźny konkurent Katowic. Nie mam zamiaru wchodzić tu w szczegóły. Być może, jeśli pojawią się tu odpowiednie komentarze, sprawa zostanie odpowiednio naświetlona. Kto się jednak przez ostatnie miesiące interesował tymi zawodami, wie co oznacza ten wynik.. A już z całą pewnością wiedzą ci wszyscy, którzy od kilku dni czekali na dzisiejszy dzień w Katowicach, oblepiając miasto tymi wszystkimi słonecznikami, sercami i Bóg jeden wie, czym jeszcze, ale też i ci którzy byli w tym samym czasie we Wrocławiu i sprawę owej kulturalnej stolicy mieli głęboko, i jak najbardziej naturalnie, w nosie. I jedni i drudzy z całą pewnością wiedzą, że przekręt do jakiego dziś doszło, jest przekrętem modelowym. Powtarzam – modelowym. A oznacza on mniej więcej to, co było opisywane już wielokrotnie w literaturze i w filmach, a co się streszczało w zdaniu: „Jeśli go nie znokautujesz – przegrasz”. Gdyby w tej chwili w ogóle istniała taka fizyczna możliwość, nad Polską niosłoby się wyłącznie buczenie. Zupełnie jak na jednym z organizowanych przez PZPN meczów, i to raczej – w obawie przed powszechnym wstydem – w skali bardziej lokalnej. A więc trochę się martwię, tak jak martwię się zawsze, kiedy dochodzi do zwycięstwa kłamstwa i przemocy. Z drugiej strony wiem, że to co się dziś stało to tylko jeszcze jeden krok w stronę ostatecznego wyzwolenia. A więc czuję się nienajgorzej.
Ja wiem, że zaczynam się niebezpiecznie przesuwać w pobliżu tak zwanej bandy, jednak nic na to nie poradzę. Satysfakcja jest tu oczywista. A mogłoby być nawet jeszcze lepiej. Na przykład w sierpniu w Katowicach ma się odbyć tak zwany Off Festiwal, w którym miałem przyjemność uczestniczyć w zeszłym roku, i na którym w tym roku mają wystąpić dwa zespoły, które dla mnie znaczą bardzo wiele, a mianowicie Public Image Ltd. i Gang Of Four. I teraz sobie myślę, jak bym się poczuł, gdyby nagle miało się okazać, że Donald Tusk, albo któryś z jego przedstawicieli tu na Śląsku, podjął decyzję, by ten Off odwołać, bo… obojętne co. Niech będą znów względy bezpieczeństwa, lub to że ten jakiś Rojek za późno o swoich planach poinformował wojewodę, czy szefa Ruchu Autonomii Śląska. Oczywiście, bardzo bym się zmartwił z tego względu, że prawdopodobnie ominęłaby mnie ostatnia okazja w życiu, by usłyszeć na własne uszy i zobaczyć na własne oczy, jak John Lydon – zgoda, że stary, ale jednak – spiewa swojego Albatrosa. Jednak satysfakcja z tego powodu, że ta banda złodziei i idiotów kopie sobie pomaleńku grób stanowiłaby tu wartość bezcenną.
Muszę przyznać, że skutkiem tego wszystkiego, co nam przez minione lata zgotowała ta szajka, ja ostatnio u siebie obserwuję coś, co się przed laty pojawiło w powieści Orwella, kiedy to Winston – już w kompletnej i wręcz chorej desperacji – deklaruje, że właściwie, to jemu by nie przeszkadzało, gdyby wszystko trafił jasny szlag. I, oczywiście, co zresztą już przyznałem wcześniej, ja zdaję sobie sprawę z tego, że – nawet jeśli podobny rodzaj myślenia pojawiał się jeszcze przed laty w wypowiedziach tysięcy mniej lub bardziej publicznych osob w Polsce, tyle że skierowany w odwrotną stronę – głosząc tego rodzaju opinie, stąpam po bardzo cienkim lodzie. Jest jednak tak, że jestem uczciwie przekonany, że ci wszyscy, którym ja dziś aż tak bardzo źle życzę, że przy okazji zahaczam też i o swój teren, na którym oni się tak fatalnie rozpanoszyli, nie dali mi najmniejszej szansy, bym się mógł tu wykazać jakąkolwiek solidarnością, pomijając moją naturalną solidarność z tymi, którzy są dziś prześladowani.
Jaką szansę mam tu na myśli? Otóż tę samą, którą oni dostali wówczas, gdy przez dwa lata Polska była rządzona przez Prawo i Sprawiedliwość, a mianowicie szansę na normalną demokratyczną zmianę. Podczas rządów Prawa i Sprawiedliwości nie ulegało ani na moment wątpliwości, że utrata władzy przez Jarosława Kaczyńskiego jest na wyciągnięcie ręki. Nie dość że nie wchodziła w grę ani próba utrzymania władzy siłą, ani drogą jakichś wyborczych fałszerstw, ani w ogóle przy pomocy jakichkolwiek metod niedemokratycznych, to wiadomo było, że przy tak potężnym ataku Systemu ta władza upadnie prędzej czy później, a raczej bardziej prędzej, niż później. Więc tak naprawdę nawet przez chwilę nie pojawił się problem taki, że PiS władzy nie odda. Problem był wyłącznie taki, że on nie chce jej oddać już dziś, a najpóźniej jutro. I to właśnie owa niecierpliwość sprawiała, że System był aż tak wściekły, że w pewnym momencie tę swoją wściekłość skierował przeciwko Polsce.
Dziś mamy sytuację w najmniejszym nawet stopniu nieporównywalną z tym, co się działo przed czterema laty. Przede wszystkim oczywiście, o ile dziś nawet reżimowe media przyznają, że projekt pod nazwą Platforma Obywatelska skończył się kompletnym fiaskiem, tamta nienawiść do Prawa i Sprawiedliwości była całkowicie irracjonalna. Ona wynikała wyłącznie ze złości Systemu, że ktoś kto nigdy nie miał odpowiedniej autoryzacji do rządzenia Polską, ową władzę uzyskał w demokratycznych wyborach. Tam nie było jednego skromnego argumentu. Wyłącznie wściekłość i wspomniane już wcześniej zadanie, by z ową „uzurpacją” skończyć natychmiast. Ale też cztery lata temu, ludziom którzy stali na czele koalicji antypisowskiej, ale również wszystkim drobnym owej koalicji sojusznikom, nawet do głowy nie przyszło, by się troszczyć o przyszłość. Przyszłość była oczywista. Nikt nawet przez moment nie brał pod uwagę takiej oto możliwości, że z jakiegoś powodu PiS pozostanie przy władzy na całe długie lata, czy wręcz dziesięciolecia i że jedynie jakiś kataklizm może zakończyć to, ich zdaniem, nieszczęście. Jak mówię, tam chodziło wyłącznie o to, by wszystko się stało dziś. A najlepiej – wczoraj.
Jeśli my sobie dziś tu marzymy o Polsce bez Platformy Obywatelskiej i bez tych okropnych, tak bardzo bezczelnie na nas spoglądających twarzy, to nie ma co się oszukiwać – wielu z nas wie, że to są tylko marzenia. Coraz więcej jest natomiast ludzi, którzy mówią, że Platforma Obywatelska rządzić będzie wiecznie. Że oni wymyślili ten absolutnie nieludzki sposób utrzymania władzy na zawsze, nawet bez konieczności odwoływania się do bezpośredniej przemocy, i że ten pomysł udaje im się idealnie wcielać w życie. Jest coraz więcej ludzi, i to już nie tylko zwykłych osób takich jak my, lecz nawet poważnych ekspertów i komentatorów, którzy przewidują, że Platforma Obywatelska nie będzie musiała nigdy oddać władzy nikomu, bo społeczeństwo zostało tak skutecznie otumanione, że żadnej zmiany nawet już nie chce. Że nawet jeśli każdy dzień będzie przynosił kolejne kompromitacje tej ekipy, choćby nie wiadomo jak bulwersujące, dla społecznej opinii każda z nich pozostanie bez najmniejszego znaczenia.
I to jest właśnie bezpośredni powód, dlaczego coraz więcej osób wyraża taką oto opinię, że to nieszczęście, jakie ogarnie naszą Polskę może tylko pokonać jakieś inne nieszczęście. Że jeśli nie stanie się nic naprawdę niedobrego, jeśli Polska przez kolejne lata, będzie sobie wyłącznie tak jak dotychczas cichutku i bez większych wstrząsów gasła, to kiedy już przyjdzie ten moment, że z niej nie zostanie już nic, jak tylko sklep na rogu i plazma na ścianie każdej sypialni, będzie już na wszystko za późno. A jeśli mimo to, okaże się, że jakimś cudem jednak nie jest za późno, to to co ten wówczas już naprawdę biedny kraj spotka, będzie czymś absolutnie najstraszniejszym.
Pamiętam bardzo dobrze serię wypowiedzi Waldemara Kuczyńskiego, jeszcze sprzed lat, kiedy on mówił, nie na jakimś blogu, nie w jakiejś czarnej desperacji, ale jak najbardziej spokojnie i w sposób mocno przemyślany, że on życzy Polsce wszystkiego najgorszego. Dosłownie. Bez śladu przenośni. Zwyczajnie tak – że on życzy Polsce wszystkiego najgorszego. Czemu on tak mówił? Czy dlatego, że czuł, że tylko kataklizm jest w stanie zmieść z powierzchni ziemi Jarosława i Lecha Kaczyńskich, czy raczej dlatego, że mu na tych porządkach zależało jak najszybciej. A może chodziło o coś jeszcze? Może on jednak wiedział coś jeszcze? Może on już wtedy przewidywał w swej mądrej głowie, że nawet jeśli ich się uda obu zabić, to to może być wciąż za mało? Że nawet jeśli uda się zniszczyć cały ten projekt o nazwie Prawo i Sprawiedliwość – to to wciąż może się okazać za mało? Że nawet jeśli on i jego szajka obejmą w Polsce władzę i obejmą ją tak skutecznie, że żadne demokratyczne wybory im już tej władzy nie odbiorą – to wciąż może być za mało? Wciąż będzie brakowało skutecznej gwarancji. Może on jest osobą tak przenikliwą, że on od początku wiedział, że on i jego czarni bracia mogą zachować władzę wyłącznie na gruzach, na których już nigdy nic nie urośnie? I dlatego wówczas wypowiedział to swoje zaklęcie.
Jest jeszcze czwarta wiadomość, która mnie cieszy wedle dokładnie tego samego schematu. Otóż, jak podaje TVN24, „biegli sądowi zbadają stan psychiczny Jarosława Kaczyńskiego”. Mam nadzieję, że go uznają za niepoczytalnego. Już się nie mogę doczekać.

Informuję wszystkich przyjaciół tego bloga, że oto dziś ja i pani Toyahowa świętujemy 25 rocznicę naszego ślubu, a w związku z tym jutro wyruszamy na zasponsorowaną nam przez ludzi bliskich wycieczkę we dwoje i wracamy dopiero w poniedziałek. Do tego czasu, proszę się nie gniewać, ale nie będę pisał. Co najwyżej podopisuję na komentarze. Jeśli kto jednak poczuje się spragniony, zapraszam do tekstów archiwalnych. No i do komentowania tego bardzo brzydkiego w swojej wymowie tekstu dzisiejszego. Będzie mi bardzo miło. Dziękuję wszystkim za wszystko.

poniedziałek, 20 czerwca 2011

Ayo w Zabrzu, Ayo w Polsce

Kiedy siadam do pisania tego tekstu, zdaję sobie sprawę, że przyjdzie za chwilę moment, kiedy okaże się on całkowicie niepotrzebny, a co gorsza, niepotrzebny prawdopodobnie dlatego, że on istotnie jest całkowicie niepotrzebny i bez znaczenia. Mimo to, chodzi mi on po głowie od wczorajszego wieczora, a, jak powszechnie wiadomo, jeśli coś chodzi po głowie, to prędzej czy później trzeba będzie coś z tym zrobić. A zatem ja, wedle świętej zasady, że „co masz zrobić jutro, zrób dziś”, wyrzucam to z siebie właśnie po to, żeby mieć to – nomen omen – z głowy.
Poszło o to, że wczoraj wieczorem pojechałem z moim synem do Zabrza na koncert piosenkarki Ayo, którą bardzo, ale to bardzo lubię. Tu od razu należy się słowo wyjaśnienia. Otóż, kiedy dowiedziałem się, że Ayo będzie śpiewać w okolicy, jak zwykle w takich sytuacjach najpierw się bardzo zapaliłem, a później stopniowo całe emocje ze mnie wyszły, bo to i trzeba zapłacić nie wiadomo ile za te bilety, później tam do tego Zabrza najpierw jechać, później stamtąd wracać, a każdy kto mniej więcej orientuje się w śląskim krajobrazie, wie, że akurat jak idzie o Zabrze, Gliwice, Bytom i Chorzów to od tych czterech punktów na mapie Polski gorszy chyba jest już tylko rynek w Świętochłowicach. Tak się jednak złożyło, że tuż przed tym koncertem, kiedy już wiedziałem, że Ayo, jak będę chciał, to sobie pooglądam najwyżej na płycie DVD z paryskiej Olimpii, okazało się, że ze względu na nikłe zainteresowanie zabrskim występem, bilety na ten koncert sprzedaje Groupon za połowę ceny, no i to sprawę załatwiło. Wsiedliśmy w pociąg i pojechaliśmy do tego Zabrza.
Prawdopodobnie, gdyby nie ten Groupon, koncert albo by został odwołany, albo całą publiczność porozsadzanoby na vipowskich miejscach pod sceną owego nieszczęsnego Domu Muzyki i Tańca, a mimo to, kiedy zgasły światła i Ayo z zespołem weszli na scenę, na widowni tak około jednej czwartej miejsc święciło pustkami, a reszta siedziała dokładnie tak, jak się można było spodziewać, czyli jak ludzie, którzy przyszli do Domu Muzyki i Tańca, żeby się odchamić. I oto, nawet ku memu – a więc kogoś kto wie co potrafi Ayo – zdziwieniu, ona w ciągu zaledwie kilkunastu minut doprowadziła tych ludzi do entuzjazmu, jakiego chyba jednak dotychczas nie byłem świadkiem. To co się działo na publiczności i na scenie i w powietrzu pomiędzy, stworzyło taki ogień, że przez drugą część koncertu praktycznie cała publiczność słuchała koncertu na stojąco, oblepiając scenę z każdej strony, tańcząc śpiewając i oczywiście wlepiając oczy w tę kobietę. A trzeba wszystkim wiedzieć, że jeśli jest coś na świecie, w co warto wlepiać oczy – to może być właśnie ona. I nikt więcej.
I stało się też tak, że w pierwszym rzędzie tej sali, tuż pod sceną, siedziały cztery osoby. Był to mężczyzna, nie bardzo już młody, ale zdecydowanie młodszy ode mnie, chyba dwie dziewczyny i jakiś chłopak. Wszyscy młodzi, ale już chyba dorośli. Coś w stylu młodego ojca z dorosłymi dziećmi. Ponieważ na sali w ogóle, jak się zdaje, nie było nikogo, komu koncert mógł się nie spodobać, ta czwórka reagowała na wszystko co się działo na scenie z właściwym zainteresowaniem. A więc bili brawo, świecili telefonami komórkowymi dla robienia nastroju, a nawet próbowali śpiewać. To co ich jednak odróżniało od całej reszty, to było to, że oni nie stali, lecz siedzieli. A ponieważ siedzieli, nie mogli widzieć, co się dzieje na scenie, bo im zasłaniali tańczący ludzie. A ponieważ ludzie im zasłaniali, to on kazali się ludziom odsunąć, tak by mieć przed sobą puste miejsce i mieć oko na scenę z pozycji siedzącej.
Ayo szalała, tańczyła, skakała po scenie, prosiła ludzi, żeby śpiewali i tańczyli razem z nią, zaprosiła też ich całą kupę na scenę, żeby mieć ich obok siebie, zespół grał jak w transie, ten smutny Dom Muzyki i Tańca w Zabrzu przeżywał godziny swojego życia, a tych czterech ani drgnęło. Ponieważ trudno było utrzymać tę przerwę pod sceną, ludzie zaczęli ich prosić, żeby i oni wstali i się bawili. Zero reakcji. Oni siedzieli w tym swoim pierwszym rzędzie dalej i przeżywali koncert wyłącznie na siedząco. Tylko od czasu do czasu, jak ktoś się niebezpiecznie przysunął, to go odpychali, lub darli mordę, żeby się odsunąć, bo nic nie widać I tak już do samego końca.
A ja się dziś zastanawiam, co to byli za jedni? I dlaczego oni musieli cały czas siedzieć? Wbrew wszystkiemu i wbrew wszystkim? I jedyne co mi przychodzi do głowy, że to musiała być jakaś ważna ekipa z Zabrza. Może ichniejszy wiceprezydent z rodziną, albo jakiś dyrektor, czy prezes jakiejś lokalnej firmy. Ale coś tak czuję, że to jednak był ktoś ze strony politycznej. Chyba jednak wiceprezydent miasta. A jak nie, to w każdym razie z całą pewnością ktoś, kto dostał specjalne zaproszenie na ten koncert i uznał, że nie po to ma miejsca vipowskie, i to jeszcze pierwszym rzędzie, żeby nagle stać jak jakaś wiejska hołota. Owszem, koncert niczego sobie, gwiazda na poziomie, ale bez przesady. W końcu jesteśmy w Domu Muzyki i tańca w Zabrzu, a nie gdzieś na jakiejś buraczanej imprezie.
Nie wiem. Mogę się mylić. Przyczyna tego niezwykłego zachowania mogła być zupełnie inna, ja jednak nie umiem nic wymyślić. W każdym razie, scena ta była szokująca w stopniu nadzwyczajnym.
Pozostaję więc przy wiceprezydencie, lub ewentualnie – właśnie w tym momencie przyszło mi to do głowy – mężu pani prezydent Zabrza z dziećmi. Czemu? Bo raz że to rozwiązanie wydaje mi się najbardziej logiczne, a poza tym pomaga mi tu z siebie wydusić pewną refleksję, do której się czuję szczególnie przywiązany. Otóż, jak już wspomniałem, wśród śląskich miast, jest ta wspomniana przez mnie na początku czwórka, a więc Chorzów, Bytom, Zabrze i Gliwice, które w pierwszych latach naszej transformacji uchodziły za wzór rozwoju i postępu. Pamiętam, że na początku lat 90-tych mówiło się, że Gliwice, Zabrze, Bytom, to miasta z przyszłością. Jak idzie o Chorzów, to on miał tego swojego Kopla, i on też, jak najbardziej, przodował we wszelkich rankingach na nowoczesnego europejskiego samorządowca. Nie trzeba oczywiście przypominać, że każde z tych miast, przez wszystkie te lata, zawsze było rządzone najpierw przez środowiska związane z Unią Wolności, a później z Platformą Obywatelską, niekiedy z nowymi i dawnymi komunistami, a później nawet jeśli w jakiś sposób od jednych, drugich i trzecich wyemancypowane, to niewątpliwie zawsze reprezentujące tzw. Polskę postępową i nowoczesną. W każdym razie, takie PC, lub PiS nie miały tam nigdy wstępu.
Wprawdzie nasze rozważania nie dotyczą Bielska-Bialej, a więc miasta znajdującego się daleko poza tym naszym Śląskiem, niemniej też kiedyś prześlicznego i naprawdę pozytywnie inspirującego. Jest jednak coś, co natychmiast przychodzi do głowy, kiedy porównuje się takie na przykład Gliwice i właśnie Bielsko-Białą, a więc z jednej strony ich kompletny upadek, a jednocześnie ów nieustanny, wspólny tradycyjny element właścicielski pod nazwą Unia Wolności i Jej Dzieci. Kiedy się patrzy na to, do czego władze każdego z tych miast doprowadziły to, o co miały się troszczyć i za co powinny pod każdym względem odpowiadać, to nie ma takiej możliwości, żeby nie zadać sobie pytania, co to za ludzie wzięli na siebie tę robotę. I cóż oni wszyscy mają ze sobą takiego wspólnego, co sprawia, że dziś możemy o nich myśleć jednocześnie i w podobny sposób?
Ja w Zabrzu bywam na tyle rzadko, by wiedzieć o tym mieście absolutne minimum. Nie wiedziałem więc tez, że tuż obok tego Domu Muzyki i Tańca, gdzie wczoraj występowała Ayo, znajduje się park i że ten park nosi imię Jacka Kuronia. Nie wiedziałem też, że przy wejściu do tego parku znajduje się pomnik Jacka Kuronia. Pisałem tu niedawno o pomnikach i myślę, że ten temat nie musi tu wracać przez bardzo długi czas, a już z cała pewnością nie dziś, zaledwie po paru tygodniach. Jednak tak się stało, że wczoraj pojechaliśmy z młodym Toyahem do tego Zabrza i zobaczyliśmy ten pomnik. Najpierw ten pomnik, potem ten straszny peerelowski budynek, to jego dramatycznie ponure wnętrze, tę cudowną Ayo, która z tak pięknym, skutkiem to co się dało tam ożywić, to ożywiła.
No i tych czterech buców, w których nawet ona nie potrafiła tchnąć ducha. Zupełnie na ślepo obstawiam, że to był mąż prezydent Zabrza z jej dziećmi. Jak mówię, robię to całkowicie na ślepo i może się więc okazać, że to wcale nie oni. Jeśli oni – w to mi graj. Jeśli nie, tak jak pisałem na początku, ten wpis jest niemal kompletnie pozbawiony powodu. Niemal. Bo cała reszta, wyłącznie z wynikającymi z niej refleksjami, to absolutna prawda. I niech przynajmniej ten fakt zasłuży na to słowo „niemal”.
A teraz, posłuchajmy sobie Ayo. To moja robota. Ładnie prawda?

Panicz Mikołaj na płytce

W pierwszej chwili, prawdopodobnie zresztą jak większość moich rodaków, po otrzymaniu wiadomości o niezwykle bohaterskiej postawie Donalda Tuska podczas sobotniego spaceru ze swoim Wnukiem Mikołajem, poczułem radość i dumę. Radość z tego, że przede wszystkim, dzięki czujności umysłu i gibkości członków Pana Premiera, zostało uratowane zdrowie Panicza, dumę natomiast z tej oto przyczyny, ze doczekaliśmy czasów, kiedy nie tylko wielki przyjaciel naszego narodu Władimir Putin potrafi stawić czoła ciężkiemu i poważnemu zagrożeniu, ale także i nasz Ukochany Przywódca, jak się okazuje, wie zawsze, co w trawie piszczy. Oczywiście, zdaję sobie sprawę, że pokonanie tygrysa może wciąż być jeszcze zadaniem jak na nasze polskie możliwości nie do wykonania, ale z pewnością dobrze, że możemy już teraz, w roku naszej prezydencji w Unii Europejskiej i na rok przed Euro2012, pochwalić się czymś wielkim.
Niestety już po pierwszych chwilach uniesienia ogarnęły mnie pewne wątpliwości, a następnie w moje serce wkradł się niepokój, związany z podejrzeniem, że prawdopodobnie bohaterstwo premiera Tuska – w żaden sposób niekwestionowane – zostało przez złych ludzi wykorzystane do złej i perfidnej gry.
Zanim jednak, przejdę do rzeczy, chciałbym oddać głos dziennikowi Fakt:
Czujny wzrok, wyostrzony słuch i gotowość do nagłego biegu. Opieka nad 2,5-letnim wnukiem to trudniejsze zadanie niż polityczne rozgrywki. Nawet dla Donalda Tuska (54).
Wystarczy na sekundę spuścić dziecko z oka, a katastrofa gotowa. Jednak nic tak nie uspokaja, nic nie łagodzi bólu po bolesnym upadku jak opiekuńczy uścisk kochającego dziadka.
Donald Tusk tradycyjnie w weekend zostawia politykę i leci do rodzinnego Sopotu. Jego najbliżsi współpracownicy wiedzą, że nie należy wtedy szefowi przeszkadzać. Bo przestaje być premierem i staje się dziadkiem. Zabiera ukochanego Mikołajka na spacer czy na plac zabaw. Na wycieczki wybiera się tylko z nim. Dopiero po zakończonej zabawie chłopca odbiera mama.
Tym razem zabawa widać trochę się przeciągnęła. Gdy Mikołajek zobaczył mamę, stęskniony wyrwał się dziadkowi i ruszył pędem w jej stronę. Niestety, małe stópki wnusia potknęły się o nierówny chodnik i malec się przewrócił.
Był płacz, okrzyki bólu i rozżalenia. Na szczęście, znany z dobrej kondycji fizycznej szef rządu błyskawicznie doskoczył do dziecka i już po chwili tulił chłopca w ramionach. Nie minęła minuta, a malec się uspokoił. Nic dziwnego, że rodzice tak chętnie oddają Mikołajka w ręce dziadka. Chyba nikt inny nie potrafi go tak szybko pocieszyć po bolesnym upadku".
Jeśli przeczytamy tę relację – przyznaję, piękną i wzruszającą – pobieżnie, możemy nie zauważyć nic niepokojącego. Jednak po uważnym przyjrzeniu się pewnym szczegółom, musimy zdecydowanie zaprotestować. Mam tu na myśli fragment, kiedy to Panicz Mikołajek, rzekomo „stęskniony”, „wyrwał się” Premierowi. Przede wszystkim chyba każdemu z nas trudno sobie wyobrazić, by Panicz mógł się swojemu Dziadkowi „wyrwać”. Żelazny acz czuły uścisk niezawodnej dłoni Premiera, z pewnością by tego typu nierozsądny manewr uniemożliwił. A już z całą pewnością nikt nie uwierzy w to, że owo „wyrwanie się” było wynikiem jakiejkolwiek „tęsknoty” za innym niż Pan Premier towarzystwem. Ów brak logiki jest zresztą widoczny choćby w zestawieniu powyższej informacji z innymi elementami opisanego zdarzenia, choćby z faktem, że zaledwie w ciągu minuty, utulony przez swojego Dziadka, Panicz Mikołaj przestał płakać. Jeśli relacje między Premierem a Jego Wnukiem są aż tak dobre, nie sposób sobie wyobrazić, by zabawa między Obiema Osobami mogła się w jakikolwiek sposób „przeciągnąć”, a tym bardziej, by skutkiem owego „przeciągnięcia”, Dziecko zatęskniło za matką. To jest zwyczajnie niemożliwe.
Pozostaje nam teraz tylko się zastanowić, jak mogło dojść do tego typu manipulacji. Jestem pewien oczywiście, że służby prasowe Premiera dokładnie i wiernie przekazały gazecie Fakt wszystkie informacje. Do zdarzenia dojść musiało i nie ma co do tego wątpliwości. Panicz z całą pewnością biegł i w pewnym momencie, jak przekazuje Fakt, „małe stópki wnusia potknęły się o nierówny chodnik i malec się przewrócił”. Jednak przyczyna wypadku musiała być z całą pewnością inna.
Korzystając z okazji, że blog ten odwiedza stosunkowo dużo osób bardzo zaanagazowanych w tworzenie dalszych sukcesów sprawującej władzę Ekipy, zwracam się z apelem o odpowiednie zaangażowanie na rzecz wyjaśnienia przyczyn tego nieszczęśliwego wypadku. Czy Panicz Mikołaj czegoś się przestraszył? Czy może biegł w przeciwną stronę, a więc do swojego Ukochanego Dziadka? Czy może ktoś, na przykład przechodzący obok Moher, Panicza złośliwie przewrócił? Odpowiedzi na te pytania dziś jeszcze nie znamy, ale powinniśmy ją poznać. I czym szybciej to się stanie, tym lepiej dla Polski.
Jednak rzeczą najważniejszą jest to, byśmy sobie umieli odpowiedzieć na dwa podstawowe pytania. Po pierwsze, komu zależało na tym, by relacja przygotowana przez służby Premiera, została w tak skandaliczny sposób zmanipulowana? Drugie to takie, kto dopuścił do tego, by płytki chodnikowe przy placu zabaw, na którym w każdą sobotę bawi się Panicz Mikołaj były nierówne?
Po ustaleniu powyższych kwestii, proponuję, by winnych ukarać śmiercią. Dla przykładu.

niedziela, 19 czerwca 2011

Ruszył przetarg na klatkę dla Jarosława K.

Mijają kolejne dni, a cały świat wciąż nie może dojść do siebie po tym jak Joanna Kluzik – Rostkowska porzuciła swoich dobrodziejów i poszła na służbę do nowych państwa. Co ja mówię? Dojść do siebie? Dojść do siebie świat cały nie będzie w stanie jeszcze przez długie miesiące. Dziś świat owym transferem wciąż żyje, a poziom emocji z nim związany jest już tak wielki, że nawet chińscy biznesmeni, którzy chcieli nam pomoc w przygotowaniach do Euro 2012 zorientowali się, że przy tego rodzaju napięciu, nie mają ani z kim, ani nawet o czym gadać, zabrali łopaty i pojechali kręcić swoje lody do Gabonu.
Pisząc ten tekst, czuję się wyjątkowo komfortowo. Niniejszy tekst jest pisany dla Warszawskiej Gazety, a ponieważ jej cykl wydawniczy jest tak ułożony, że to co się ukazuje w kioskach w piątek, musi być oddane do Redakcji najpóźniej we wtorek wieczorem, często dotyczy kwestii – tak jak to się dzieje i w tym wypadku – sięgających nawet minionego weekendu. Biorąc pod uwagę fakt, że nasza scena polityczna, i w ogóle to co się dzieje na świecie, pędzi w takim tempie, i zmienia się tak dramatycznie i tak szybko, zawsze istnieje ryzyko, że te kilka dni cały efekt mojego tu pisania obróci w pył. A już z całą pewnością, jeśli nawet nie do piątku, to do niedzieli, kiedy te słowa będzie można przeczytać i tu na blogu. Tu jednak jest inaczej. Jestem bowiem pewien, że nawet gdyby te słowa miały się ukazać w druku dopiero za miesiąc, to i tak do tego czasu nie wydarzy się nic, co by mogło przebić sprawę Joanny Kluzik – Rostkowskiej. Kobiety, która… no właśnie – która co? Zaraz do tego wrócimy.
Dla nas, ludzi którzy są w sprawach politycznych jakoś tak doświadczeni, a w dodatku jeszcze mają swój rozum i potrafią kojarzyć różne ważne i mniej ważne wydarzenia, jest czymś oczywistym, że tak zwana „sprawa Kluzik” nie jest żadną sprawą Kluzik, choćby z tego prostego powodu, że sama Joanna Kluzik – Rostkowska jest kimś na tyle nieważnym i bez znaczenia, że jeśli ona tu w ogóle zaistniała, to wyłącznie dlatego, że ktoś znacznie wyżej od niej postawiony uznał za stosowne się nią w jakimś swoim geszefcie posłużyć. To z czym mamy tu do czynienia, to nie jest sprawa Kluzik, lecz coś co można by już bardziej było nazwać sprawą Tuska. A i to też tylko pod warunkiem, że samego Premiera moglibyśmy nazwać kimś kto o czymkolwiek decyduje. A to, jak wiemy, jest, zwłaszcza ostatnio, kwestią mocno dyskusyjną.
A więc my, ludzie, którzy mniej więcej wiedzą, co i jak, mamy w tej sprawie pełną jasność. Była oto sobie pewna kobieta, która przez pewien nieprawdopodobnie skomplikowany zbieg szeregu okoliczności, stała się w pewnym momencie punktem centralnym politycznych wydarzeń, a ponieważ najprawdopodobniej kiedyś, jeszcze przed wielu, wielu laty, okazała się nieroztropna, naiwna i nieostrożna, ktoś bardzo przebiegły przyszedł dziś do niej i poprosił ją o przyjaźń. A ona, w tej swojej słabości, nie miała innego wyjścia, jak tylko się na tę prośbę zgodzić.
Swoją drogą, jakież to musiało być okropne. Niedawno Paweł Kowal, zapytany o to, jak on ocenia zachowanie swojej byłej koleżanki, powiedział coś w stylu: „Ja ją rozumiem. Po tylu dniach tak silnej presji naprawdę trudno jej było dłużej walczyć”. A ja sobie wyobrażam, jak to musiało wyglądać. Nadchodzi kolejny dzień, a tu dzwoni telefon od jakiegoś Schetyny, czy innego Arabskiego i znów wszystko się zaczyna od nowa: „No to jak będzie? Decydujesz się?” Albo: „Czy nie rozumiesz, że czas mija, a twoja sytuacja jest taka sama jak dwadzieścia lat temu?” Albo: „Czy wiesz, że dziś już nikt się za tobą nie wstawi?” I tak z każdym dniem od nowa. Parę razy tu wspominaliśmy o filmie ‘Ojciec Chrzestny’. Toż to jest sytuacja żywcem wyjęta ze sceny, gdy stary Corleone prosi owego biednego Bonaserę o przyjaźń i ten ostatecznie, cały drżący i zlany potem, całuje go w rękę i mówi „Bądź mym przyjacielem”.
Czytałem dziś analizy dotyczące tej niby sprawy Kluzik, a przedstawione przez całe poważne jak jasna cholera grono wybitnych ekspertów. A wygląda to mniej więcej w ten sposób, że według doradcy politycznego Wiesława Gałązki, Kluzik-Rostkowska „po raz kolejny zdradziła swoje środowisko, a w przyszłości może okazać się niebezpieczna także dla Donalda Tuska”. Na tę błyskotliwą wypowiedź przychodzi dr Agnieszka Kasińska-Metryka, i jej z kolei zdaniem, „transfer do PO był dla niej jedynym wyjściem”. Zresztą owa Agnieszka Kasińska-Metryka – tak nawiasem mówiąc, uczona z Uniwersytetu im. Jana Kochanowskiego w Kielcach – mówi coś jeszcze. Otóż ona jest „daleka od tego, by nazywać zachowanie byłej przewodniczącej PJN zdradą, ale przyznaje, że nadwyręży to jej wizerunek. Bo jak ufać osobie, która co innego mówi, a zupełnie co innego robi?”
Ale oto pojawia się kolejny mędrzec, jakiś Sergiusz Trzeciak z czegoś co się nazywa Collegium Civitas i rzecze: „Środowisko PJN może czuć się bardzo zawiedzione postawą osoby, która do tej pory była założycielką i twarzą tej partii, zachowanie swojej niedawnej przewodniczącej niewątpliwie będą odbierali, jeśli nie wprost jako zdradę, to na pewno jako przejaw nielojalności. Osoby, które jej uwierzyły i wyszły za nią z innych partii, mogą sobie teraz - kolokwialnie mówiąc - pluć w brodę”.
I tak dalej i w ten własnie sposób, tych trzech mądrali rozmawia sobie o czymś, co owszem nadaje się do nawet bardzo poważnej debaty, tyle że pod jednym warunkiem – że się wie, o czym mowa. A więc o tym, że z jakichś mniej lub bardziej jasnych kalkulacji, rządząca partia postanowiła sterroryzować jednego drobnego polityka, i zrobiła to bez cienia wstydu, całkowicie bezkarnie, wręcz w świetle jupiterów. Tymczasem tu Trzeciak „twierdzi”, Gałązka się z nim „zgadza”, Metryka ma „jednak” inne zdanie, na co znów Gałązka „ocenia”, a Trzeciak „tłumaczy”. A wszystko oczywiście podsumowuje Metryka, objaśniając, że „nie zapominajmy również, że Kluzik-Rostkowska jest kobietą. Ten czynnik też trzeba uwzględnić. Obawiam się, że może zostać zepchnięta na margines . Była posłanka PiS musi się jeszcze jako polityk dużo nauczyć. Szczególnie w zakresie negocjacji i tworzenia paktów politycznych”.
Myślę, że nadeszła odpowiednia chwila, żeby wrócić na moment do samej Kluzik – Rostkowskiej. Pojawiają się opinie, wedle których Joanna Kluzik-Roskowska, przyłączając się do tego towarzystwa, zachowała się jak ladacznica. Otóż, o czym już w pewnym sensie wspomniałem wcześniej, uważam takie myślenie za błąd, i to błąd na tyle poważny, że odwracający naszą uwagę od prawdziwego problemu. To nie Kluzik miała interes, żeby się tam pchać. Prawdziwe interesy były robione całkowicie poza nią. A naszym obowiązkiem nie jest wymyślanie dziś obelg pod adresem ofiary tych zdarzeń, lecz nazwanie owego interesu. I ja rozumiem, że to nie jest zadanie łatwe, tyle że to akurat nie poważania nas do tego, by wybierać tanie skróty.
A zatem, jeśli się zastanowić nad interesem, jak Platforma Obywatelska miała, by ją do siebie ciągnąć, to choćby nie wiadomo jak się naprężać, sensu w tym większego nie znajdziemy. Ktoś powie, że im chodziło wyłącznie o rozbicie PJN-u i kusili wszystkich, a Kluzik akurat udało się tak nastraszyć, że się przyczołgała Tyle że jeśli mamy założyć, że oni są już tak spanikowani, że nawet boją się takiego PJN-u, to znaczy że w ogóle nie ma się czym zajmować. W dodatku, nawet ktoś tak głupi i zdesperowany jak oni, powinien znakomicie wiedzieć, że nie było lepszego sposobu na zniszczenie tej niby konkurencji, niż – nawet płacąc Kluzik za to, żeby tam z nimi się męczyła do samego końca – utrzymywać ten PJN w jego dotychczasowej formie. Oni jej kazali się ze sobą zaprzyjaźnić z całą pewnością z innego powodu.
Można też więc oczywiście sobie wymyślać, że ponieważ to towarzystwo tak już ma, że wierzy głęboko w to, że o sukcesie decydują nazwiska, a więc oni są w stanie naprawdę wiele zrobić – szczególnie, dziś, kiedy wszystko wskazuje na to, że nie jest łatwo – by tę swoją partię zamienić w coś w rodzaju parady gwiazd, gdzie obok siebie będą stali aktor Olbrychski, gimnastyk Blanik, muzyk Hołdys, była tramwajarka Krzywonos, dziennikarz Lis i polityk Wałęsa… No właśnie – Wałęsa. To jest zrozumiale. Ale Kluzik? Co oni mogą chcieć od Kluzik? I to jeszcze przy zastosowaniu tak wielkich środków? Bo przecież, jak wiemy, to się nie działo tak, że ona przyszła, mrugnęła do nich oczkiem, a oni na to krzyknęli: „No dobra, wskakuj siostro”. Oni przez całe długie tygodnie zadręczali ją tak okrutnie, że nawet sam Kowal, a wcześniej Elżbieta Jakubiak, zasugerowali, ze tak naprawdę, to oni dziś czują w stosunku do niej wyłącznie współczucie. Po co więc?
Otóż mam w tej sprawie pewną teorię. Donald Tusk i ci wszyscy, którzy w Platformie Obywatelskiej mają cokolwiek do gadania, muszą bardzo, ale to bardzo się bać Jarosława Kaczyńskiego. Oni również najprawdopodobniej święcie wierzą w to, że on jest groźny pod względem psychicznym. Oni z całą pewnością są przekonani, że mają do czynienia z wariatem, który się na nich zasadził i ich chce zabić. Jestem przekonany, że ten niedawny numer, kiedy to któryś sąd wysłał do Kaczyńskiego pytanie o historię jego ewentualnego szaleństwa, to nie był indywidualny wybryk jakiejś idiotki, ale działanie na wyraźne polityczne zamówienie. I teraz jest tak, że oni muszą podejrzewać, że Joanna Kluzik – Rostkowska, jako osoba, która przez wiele lat, a już szczególnie przez te kilka miesięcy po Smoleńsku, była bardzo blisko Jarosława Kaczyńskiego, będzie im mogła na jego temat powiedzieć najróżniejsze ciekawe rzeczy, które im pomogą go ostatecznie zamknąć, jeśli nie w psychiatryku to przynajmniej w więzieniu. Uważam, że oni wykazują tu myślenie jakie można pewnie obserwować już tylko w gangach. Jeśli komuś gdzieś tam przyjdzie do głowy wyrwać z konkurencyjnej bandy kogoś wysoko postawionego, to wcale nie dlatego, że oni go uważają za super gościa, dzięki któremu staną się jeszcze bardziej skuteczni i szanowani w środowisku. Co to, to nie. Oni obcych traktują z pogardą i wrogością, a jedyne czego się po nich mogą spodziewać, to tylko tego, że ci im dostarczą jakichś pożytecznych informacji.
I uważam, że tu właśnie wszystko odbyło się w ten właśnie sposób. Najpierw wyrwali z PiS-u Kluzik i Poncyliusza, pozwolili im założyć ten PJN licząc na to, że być może uda się w ten sposób odciągnąć od PiS-u elektorat, a kiedy zobaczyli, że z tego gówno będzie a nie partia, może i by machnęli na to wszystko ręką, ale w swojej głupocie, postanowili się wziąć za Kluzik. Dlaczego uważam, że zrobili to w swojej głupocie? Otóż dlatego, że trzeba być kompletnym bałwanem, żeby myśleć, że akurat Jarosław Kaczyński mógłby się dzielić z kimkolwiek, a już zwłaszcza z taką Kluzik, tajemnicami, które, choćby teoretycznie, mogłyby stanowić dla tych łobuzów w jakikolwiek sposób łakomy kąsek.
A zatem moja prognoza na najbliższe tygodnie, bo chyba jednak nawet nie miesiące, wygląda następująco. Oni zapewne dziś obracają Joannę Kluzik – Rostkowską na wszystkie strony, obiecując jej w zamian za informacje, jedynkę w Rybniku, czy gdzieś w Żorach, a ona wciąż im powtarza, że no mówię wam, z niego prawdziwy wariat. No autentyczny szaleniec. Brał te tabletki, jedną po drugiej. A oni wciąż swoje: „Konkrety, Joanno. Konkrety”. A ponieważ ona nawet nie będzie im mogła opowiedzieć, jak to on kiedyś się na nią rzucił na tylnym siedzeniu pisowskiej limuzyny, wszystko skończy się tak, że gówno dostanie, a nie tę jedynkę. I skończy się cała ta historia tak, że jej do tego PO nie przyjmą nawet na członka, a jedyne na co jej pozwolą, to bezpiecznie ogłosić, że ona ma dość polityki i chce się zająć… zaraz, jak to było? Szeroko rozumianą działalnością biznesową? Tuż przy Arturze Zawiszy.
A na pocieszenie niech wie, że tej jedynki i tak by nie dostała, bo lokalni działacze Platformy prędzej przestaną ślązaczyć, niż zgodzą się oddać komuś obcemu to co zdobyli przez te parę lat służenia nowej bolszewickiej władzy.

Minął jeden tydzień, zaczyna się następny, a ja – ostatnio już zgodnie z tradycją – nie mam pojęcia, jak on się skończy. Proszę więc wszystkich o wspieranie tego bloga i z góry dziękuję za każdy dobry gest.

sobota, 18 czerwca 2011

O lewych czarusiach z Ministerstwa Prawdy

Minister Spraw Zagranicznych Radek Sikorski poleciał do Tunezji, i wracając do Polski zabrał na pokład swojego samolotu 16 uchodźców z Afryki – prześladowanych u siebie w kraju czarnych chrześcijan. Sam lot, podobnie zresztą jak przyjęcie na lotnisku w Warszawie, zostało należycie sfilmowane przez ekipę telewizyjną i odpowiednio zrelacjonowane. A więc wszyscy mogliśmy zobaczyć eleganckie wnętrze rządowego samolotu, a w nim grupkę przestraszonych, czy może tylko speszonych mężczyzn, kobiet i małych dzieci, jak dzięki serdeczności i – oczywiście! – empatii naszych przywódców fruną ku wolności.
Kiedy skończyła się sekwencja w samolocie, zobaczyliśmy ponownie ową gromadkę i samego pana ministra, który powiedział co następuje (cytat dosłowny!):
Polska dba o prawa chrześcijan na całym świecie. To jest nasz symboliczny gest solidarności z prześladowanymi chrześcijanami w Polsce. Jestem wzruszony, bo sam byłem uciekinierem”.
I ta właśnie wypowiedź, przy całym moim szacunku dla sytuacji, w której 16 biednych, udręczonych naszych braci w wierze znajduje ratunek w Polsce, tworzy całość symboliki tego zdarzenia, pod kątem roli, jaką w tym przedsięwzięciu odegrał rząd Platformy Obywatelskiej. Chodzi o dwie rzeczy. Najpierw pierwsza z nich. Otóż mam tu na uwadze samego Radka Sikorskiego, który patrzy na te twarze, na te oczy, na te czarne wynędzniałe sylwetki, i ma czelność kłamać im w żywe – nomen omen – oczy mówiąc, jak to on się wzruszył, ponieważ kiedyś dzielił z nimi ich los.
Dla rozjaśnienia sprawy, przypomnijmy fakty, z czasów, kiedy nie było jeszcze Radka, lecz zwykły Radosław. Otóż Radosław Sikorski, jak czytamy w Wikipedii, w marcu 1981 roku był uczniem przedmaturalnej klasy jednego z bydgoskich liceów ogólnokształcących, a jednocześnie przewodniczącym komitetu strajkowego. W czerwcu tego samego roku, jak rozumiem w dowód uznania dla swojego bohaterstwa podczas szkolnego strajku, otrzymał paszport i wyjechał do Wielkiej Brytanii, aby podszlifować język angielski. Z jakiegoś powodu, kiedy nadszedł wrzesień, zamiast wrócić do szkoły, młody Sikorski dalej szlifował język, a kiedy już w Polsce został wprowadzony stan wojenny, zwrócił się do brytyjskich władz o azyl polityczny i go otrzymał. Nie wiemy, w jaki sposób i gdzie Radosław Sikorski zdał maturę, bo o tym Wikipedia akurat milczy, natomiast wiadomo, że w pewnym momencie został przyjęty na studia w Oxfordzie, gdzie został członkiem czegoś co się nazywa Klubem Bullingtona, a co, jak również podaje Wikipedia, stanowi „ekskluzywne stowarzyszenie zrzeszające studentów-mężczyzn z rodzin angielskiej prawicy”. Dalsze dzieje Radosława Sikorskiego, z naszego akurat punktu widzenia, są tu nieistotne, ale dla porządku jeszcze tylko dodam, że po trzech latach studiów, uzyskał Sikorski tak zwany licencjat, a później – kiedy to miało miejsce, tego niestety również Wikipedia nie podaje – na swój specjalny wniosek otrzymał jeszcze tytuł magistra. Już bez konieczności studiowania i zdawania jakichkolwiek egzaminów. Podobno na Oxfordzie takie zwyczaje są tradycją. Rozdawanie tytułów magistra na pisemny wniosek.
I dziś Radek Sikorski, minister w rządzie Donalda Tuska, zabiera z Afryki grupę czarnych uchodźców, sadza ich przed kamerą i bez jednego marnego mrugnięcia okiem, oświadcza, że oto w jego zyciu nastąpił prawdziwie wzruszający moment, bo kiedy zobaczył tych biedaków, stanęła mu przed oczyma jego własna młodość i ciężkie życie w ponurych czasach PRL-u, kiedy to on „sam był uciekinierem”. Kiedy i on cierpiał prześladowania. Rozumiem że również za wiarę w Jezusa Ukrzyżowanego.
Wszyscy znamy Radka Sikorskiego bardzo dobrze. Czasem być może aż za dobrze. I wydawałoby się, że nie ma takiej rzeczy, która by nas potrafiła w nim zadziwić. Nie ma też takich słów pogardy, które choćby sama jego milcząca obecność nie byłaby w stanie w nas wywołać. Jednak jego widok na tle tych czarnych chrześcijan – jego, z tą tak bardzo niejasną, a z drugiej strony tak wystarczająco jasną historią w tle – robi wrażenie szczególne. Stoi oto ten bufon i roni łzy nad wspólnym, swoim i tych biedaków, losem. Brat w męce, jasna cholera! Przepraszam najmocniej, ale niech go wreszcie jasny szlag trafi!
Ale jest coś jeszcze niezwykle interesującego i jeszcze może bardziej symbolicznego, co znaleźć możemy w tej wypowiedzi. Osobiście bardzo nie lubię czepiać się ludzi, których nie lubię, za ich zwykłe, ludzkie pomyłki, a tym bardziej przejęzyczenia. W tym jednak wypadku nie mogę się powstrzymać, zwłaszcza że tu akurat owo przejęzyczenie jest bardzo znamienne. Mam tu na myśli fragment, na który już pewnie wiele osób czytających zamieszczony wyżej cytat z Sikorskiego zauważyło: „To jest nasz symboliczny gest solidarności z prześladowanymi chrześcijanami w Polsce”.
Mam zatem do Radka Sikorskiego w tej chwili już tylko jedną sprawę. Niech on się ze mną i z moimi braćmi chrześcijanami nie solidaryzuje. Niech on się, wraz ze swoimi partyjnymi kolegami, od nas, polskich chrześcijan odpieprzy. Niech da nam święty spokój. Szczególnie zwłaszcza, gdy napotka nas na Krakowskim Przedmieściu. Bo mogę mu obiecać, że gdy jego solidarna obecność stanie się zbyt natarczywa, pokażemy mu jak wygląda prawdziwa jesień średniowiecza. I wtedy dopiero zobaczy też, jak potrafi wyglądać prawdziwe chrześcijaństwo, kiedy jest prześladowane przez lewych czarusiów z Klubu Bullingtona.

Jeśli ktoś uważa, że ten tekst jest na tyle inspirujący, że warto by było dla niego wstać w sobotni poranek i udać się do kiosku, proszę o uprzejmy grosz. Dziękuję.

piątek, 17 czerwca 2011

Po co prawda? Czym jest kłamstwo?

Kilka już razy zadręczaliśmy się tutaj dylematem w takiej o to kwestii, czy oni wiedzą że kłamią? I na to pytanie odpowiedzi oczywiście były dwie, no może trzy. Pierwsza taka, że nie – nie wiedzą. Druga, że oczywiście wiedzą. Trzecia natomiast taka, że czasem wiedzą, a czasem zupełnie nie mają o tym pojęcia. Zwróćmy przy tym uwagę na fakt szczególny. Otóż ani na moment nie pojawiła się ewentualność taka, że oni nie kłamią, lub nawet że nie kłamią czasami. I to również było sprawą oczywistą. Bo oni kłamią zawsze, a jeśli jest w tym coś jeszcze bardziej szczególnego, to fakt, że oni nawet kiedy mówią prawdę, to też kłamią, bo skala ich opętania jest tak wielka, że ta prawda pojawia się w ich ustach wyłącznie na zasadzie kompletnego przypadku. A, jak wiemy, prawda przypadkowa, nie jest żadną prawdą.
To zresztą prowadzi nas do zjawiska bardzo interesującego cywilizacyjnie. Myślę, że znakomicie opisał tę kwestię w jednym ze swoich komentarzy nasz kolega Orjan, pisząc, że o ile w czasach Jezusa, kiedy Piłat pytał „Czym jest prawda”, on ani nie negował potrzeby prawdy, ani w ogóle nie kwestionował faktu, że prawda istnieje. On zaledwie wyrażał swoją bezradność wobec próby opisu prawdy. Dziś, w nowoczesnym świecie, którego nowoczesność jest tak znakomicie symbolizowana przez to, co niektórzy nazywają postpolityką, a co mamy okazję z wybałuszonymi oczami obserwować na co dzień w prezentacjach dostarczanych nam przez służby Systemu, problem tego czym jest prawda, nie istnieje. Jeśli to z czym mamy do czynienia możnaby opisać przy pomocy pytania, to brzmiałoby ono tak: „Po co prawda?”
I naturalnie, w odróżnieniu od piłatowego pytania, gdzie odpowiedź była albo niezwykle trudna do znalezienia, albo akurat wyjątkowo prosta, bo stojąca w zakrwawionych szatach tuż przed jego oczyma, to nowe, bardzo nowoczesne pytanie, nawet już nie czeka na odpowiedź, bo ona jest dostarczona w pakiecie z samym pytaniem. Ona powstaje dokładnie w tym samym momencie, w którym zadane zostaje to pytanie. Otóż prawda jest po nic. Z punktu widzenia dzisiejszych czasów, prawda jest przede wszystkim kompletnie nieinteresująca, nieinspirująca i nie mająca żadnej przyszłości. Z punktu widzenia dzisiejszych czasów – a prorocy tych czasów, znakomicie to rozumieją i świetnie się z tą wiedzą czują – to co jest naprawdę fascynujące i piękne to właśnie skuteczne kłamstwo, a więc kłamstwo, które pokazuje jak bardzo prawda, nawet nie to że jest wobec niego bezradna, ale że w ogóle jest stara, brzydka i niedołęzna.
I o tym też już, o ile sobie dobrze przypominam, rozmawialiśmy. Weźmy kwestię taką, że Polska jest, jak powszechnie wiadomo, krajem ludzi religijnych, myślących tradycyjnie, według niektórych wręcz obskuranckich. I oto nagle pojawia się informacja, że ci właśnie katolicy, antysemici, tępi konserwatyści, tak jak popierają stosowanie kary śmierci za ciężkie zbrodnie, lub chcą intronizacji Chrystusa na Króla Polski, postulują równocześnie wprowadzenie prawa do aborcji, eutanazji, zapłodnienia in vitro, a na dokładkę pozbawienia księży praw wyborczych. I wtedy okazuje się nagle, że ta przedziwna sytuacja, świadcząca wyłącznie albo o jakimś szaleństwie, lub w najlepszym wypadku o ciężkim moralnym kryzysie, jest opisywana jako coś niezwykle interesującego i wartego ważnej debaty.
Całe sztaby socjologów i tak zwanych psychologów społecznych, stwierdzają w swej pracy badawczej, że oto znaczna część społeczeństwa, na co dzień bardzo mocno związana z nauką Kościoła Katolickiego, regularnie praktykująca swoją wiarę, aktywnie uczestnicząca w różnego rodzaju grupach modlitewnych, pielgrzymkach i wszelkich innych kościelnych projektach, jednocześnie za swoich głównych wrogów uważa Radio Maryja i Jarosława Kaczynskiego. I to odkrycie, zamiast budzić w nich oczywisty niepokój, powoduje wyłącznie pełen pięknej elektryczności dreszcz. A kiedy na dodatek zaobserwują fakt, że ci sami ludzie czują nieposkromioną sympatię do osób, których cała publiczna działalność ma na celu zniszczenie Kościoła w Polsce, to wtedy już potrafią wyłącznie krzyczeć ze szczęścia.
Od czterech już niemal lat, każdy w miarę przytomny obserwator naszej sceny publicznej widzi, że projekt o nazwie Platforma Obywatelska przynosi Polsce wyłącznie ruinę i wstyd. To w skali ogólnej. Natomiast jeśli idzie o poziom gestów codziennych i podstawowych, nie ma praktycznie dnia, żeby któryś z wybitnych przedstawicieli tego projektu nie zrobił, lub nie powiedział czegoś, co i jego i ów projekt wyłącznie kompromituje. Dowiadujemy się powiedzmy któregoś dnia, że oto któryś z ministrów, lub sam Premier, coś ukradł, zepsuł, lub zwyczajnie zrobił z siebie idiotę, a jego najbliższe otoczenie, nie jest w stanie go nawet za to potępić, bo, jak się okazuje, każdy z nich ma na swoim koncie winy jeszcze znacznie bardziej poważne. I to stanowi wiadomość jak najbardziej oficjalną. I w tym momencie owi socjologowie i psychologowie społeczni przeprowadzają szereg badań, z których wynika, że właśnie opisany wyżej szereg zdarzeń doprowadził do znacznego wzrostu poparcia dla rządu i tworzącej go koalicji. Czy ta konstatacja budzi w nich jakikolwiek niepokój? Czy ten typ obserwacji każe im się zastanowić nad tym, że skoro dochodzi do tego rodzaju zakłóceń poznawczych, to albo coś bardzo niedobrego musi się dziać z samym społeczeństwem, albo system politycznej propagandy stworzył bardzo niebezpieczny mechanizm nacisku na ludzi i go bardzo skutecznie realizuje? Ależ skąd! Oni wszyscy są wręcz zachwyceni, że oto prawda została w tak cudowny sposób zrealitywizowana, że nagle okazała się zupełnie niepotrzebna.
Skąd mi przyszło do głowy, by ponownie pochylać się nad tym przykrym elementem naszego dzisiejszego życia? Pierwszy powód to ten, o którym już wspomniałem wyżej. Ostatnie tygodnie przyniosły nam kompromitację tego rządu w skali dotychczas chyba jednak niespotykanej. Przede wszystkim mam tu na myśli kompletną klęskę Polski, jako tzw. wielkiego placu budowy. W dodatku, jeszcze, skoro mówimy o klęsce, należy zauważyć, że to nie jest tylko tak, że oni się bardzo starali, ale im nie wyszło, bo czy to zabrakło pieniędzy czy też spadł deszcz, czy może wszystko nagle zamarzło. Owa budowlana katastrofa ma przyczyny jak najbardziej subiektywne, i wszystko wskazuje na to, że za nią stoi czyste, zwykłe przestępstwo. Jeszcze nie zdążyliśmy przetrawić dobrze informacji o niespodziewanym końcu budowy, kiedy okazało się, że inflacja osiągnęła niespotykany od 10 lat poziom 5%.
Jakby tego było mało, na Polaków zaczęły spadać zwykłe pospolite nieszczęścia, które oczywiście najczęściej są przede wszystkim skutkiem działań złego losu, ale ponieważ tak to się nieszczęśliwie ułożyło, że od pewnego czasu – jak najbardziej z inicjatywy partii rządzącej – były chętnie używane jako bat na polityczną opozycję, będą już w ten sposób wykorzystywane zawsze. Mam tu na myśli serię bardzo tragicznych wypadków drogowych, które – co akurat tu jest niezwykle istotne – dotknęły ludzi bardzo biednych i bardzo pracowitych. Dziś dowiadujemy się, że w Świętochłowicach, w jednej z tych nędznych śląskich kamienic, doszło do tragicznego pożaru i kolejnych pięć osób straciło życie. Czy owa seria dramatycznych wydarzeń w jakikolwiek sposób wpłynęła na zmianę społecznych nastrojów? Ani trochę. Czy to znaczy, że one się nie zmieniły? Ależ wręcz przeciwnie. Zmieniły się bardzo. Wedle relacji, jakie otrzymujemy od socjologów i psychologów społecznych, bardzo znacznie wzrosło poparcie dla obecnej władzy, a to prawdopodobnie dlatego, że ludziom bardzo spodobał się ostatni kongres Platformy Obywatelskiej.
I co w związku z tym? Jak to co? Jest świetnie. Z punktu widzenia interesów nauk społecznych, ten rodzaj opętania jest prawdziwym skarbem.
A więc to byłby jeden powód, dla którego postanowiłem dziś wrócić do tematu, czym jest prawda i czym kłamstwo, z rozszerzeniem o ów nowy wymiar problemu, a więc kwestię określoną przez Orjana słowami: „Po co prawda?”. Drugi z nich związany jest natomiast z wydarzeniem dość peryferyjnym, a jednak, moim zdaniem, niezwykle istotnym. Otóż ostatnio rząd wysłał w naszym kierunku dwa przekazy. Pierwszy sformułowany przez samego Premiera, że mianowicie chorwackie truskawki są znacznie smaczniejsze od polskich, a drugi, przez ministra Sikorskiego, że oto Polacy powinni zrezygnować z wakacji w kraju na rzecz wakacji w Egipcie, po to by wesprzeć tamtejszą gospodarkę. Obie te wypowiedzi, a zwłaszcza ta odnosząca się do potrzeby wspierania przez polskich obywateli egipskiego państwa, spotkały się naturalnie z odpowiednią reakcją wszystkich choćby minimalnie wrażliwych obserwatorów, w tym samego Jarosława Kaczyńskiego. I kiedy wydawało się, że sprawa jest tak oczywista, że nie ma potrzeby jej dalszego komentowania, okazało się, że nawet jeśli ona jest oczywista, to akurat Jarosław Kaczyński powinien siedzieć cicho, bo wszyscy rzekomo pamiętamy, jak to on parę lat temu sam wysyłał Polaków do Egiptu.
I teraz jest tak. Otóż każdy kto pamięta tamto wystąpienie, wie, że Jarosław Kaczyński nie wysyłał Polaków do Egiptu, nie namawiał ich, żeby korzystali z egipskich luksusów, tylko mówił, że nie może być tak, żeby znaczna część polskiego społeczeństwa – społeczeństwa jak by nie było europejskiego i demokratycznego – skutkiem straszniej i bezprzykładnej biedy, było wyłączona z tego typu ewentualnych przyjemności, jak wakacje w Egipcie. On nie mówił ani jednym słowem, że Egipt jest miejscem dla nas, że wakacje w Egipcie są lepsze niż wakacje nad polskim morzem. On jedynie wyrażał oburzenie sytuacją, w której wielkiej części Polaków odbiera się możliwość sprawdzenia tego stanu rzeczy. I oto nagle pojawia się cała banda zwykłych, codziennych kłamców, którzy aż łapią się za brzuchy z rozbawienia, jak to ten sam Kaczyński, który dwa lata temu kazał Polakom jechać do Egiptu, dziś oburza się na Sikorskiego, kiedy ten robi dokładnie to samo.
Ktoś powie, że to standard. Temat nie wart uwagi. Otóż byłoby pewnie dokładnie tak, gdyby nie to, że wszystko wskazuje na to, że o celności owego szyderstwa przekonani są nie tylko oni, ale również i ci, kórych psim obowiązkiem jest myśleć i nie dać sobą manipulować. Wczoraj w Wirtualnej Polsce Igor Janke poświęcił tej sprawie cały swój felieton. Że sprawa Polaków w Egipcie niby ze strony Jarosława Kaczynskiego stanowi szczególną bezczelność, natomiast dla polityków jest ostrzeżeniem, by uważać na swoje słowa, bo one zwykle obracają się przeciwko nim samym. Igor Janke, z tego co czytam w tym dziwnym felietonie, jest szczerze przekonany, że przed dwoma laty Jarosław Kaczyński rzeczywiście polecał Polakom wakacje w Egipcie. Nie że on o Egipcie mówił w sposób czysto symboliczny i że załamywał ręce nad tym, że Polaków na Egipt nie stać, ale nad tym, że oni tam nie chcą jeździć. Ktoś znów powie, że z Igora Janke nie jest żaden wzór zwykłego uczciwego dziennikarstwa. A ja na to odpowiem, że może i nie jest, natomiast jestem przekonany, że akurat jeśli idzie o niego, on swój felieton pisał jak najbardziej uczciwie i w przekonaniu, że jego umysł jest tu niezwykle ostry i czujny. Czemu tak myślę? Dlatego mianowicie, że po pierwsze, co by o Igorze Janke nie mówić, on nie należy do pierwszego rzędu reżimowych manipulatorów, a z całą pewnością nie w obowiązującym w tamtych rejonach stopniu.
Jest jednak jeszcze coś, co każe mi wierzyć, że Janke jest tu szczery. A powodem tym jest osoba posłanki Prawa i Sprawiedliwości nazwiskiem Zalewska. Otóż wczoraj w telewizji wystąpiła owa kobieta i na uwagi Bogdana Rymanowskiego na temat Egiptu – uwagi, zaznaczmy, całkowicie zgodne w nastroju z obowiązującym trendem – wpadła w kompletną panikę. On ją pytał, jak to jest, że jej osobisty prezes może być aż tak zakłamany, a ta wiła się jak piskorz, by uniknąć przykrej sytuacji, cały czas zmieniała temat, przerzucała zarzuty na Sikorskiego, tłumaczyła że ona nie chce rozmawiać o Kaczyńskim, bo oskarżony jest Sikorski, i ani jednym słowem nie potrafiła zgasić tego szaleństwa. W pewnym momencie doszło do tego nawet, że zamiast powiedzieć, że ona siedziała podczas przemówienia Kaczyńskiego w pierwszym rzędzie – bo siedziała w tym rzędzie w rzeczy samej – i wszystko świetnie słyszała, i że Kaczyński nikogo nie namawiał do wyjazdu do Egiptu, w czystej już desperacji, przyjęła propozycję Rymanowskiego, żeby uznać, że wszyscy politycy lubią od czasu do czasu zaliczyć wpadkę, a Kaczyński nie jest tu wyjątkiem.
Ja od niej nie wymagam, żeby ona była tak sprytna, by wyjaśnić Rymanowskiemu, obecnemu w studio Wenderlichowi, a przy okazji Igorowi Janke i całej kupie otumanionych widzów, że nie jest uczciwe kogoś, kto na przykład ubolewa na tym, że ludzi w Polsce nie stać na prywatną opiekę zdrowotną, oskarżać o to, że każe ludziom chodzić do prywatnego lekarza. Natomiast spodziewam się po niej, że ona będzie rozumiała, co do niej mówi prezes jej partii. I że będzie umiała to co zrozumie, zapamiętać.
Na początku tych refleksji pojawił się problem określony przeze mnie pytaniem: „Czy on wie, że kłamie”. I zaraz po tym pytaniu pojawiła się odpowiedź, że raz wie, raz nie wie, a raz wie lub nie wie. Dziś zaczynam się obawiać, że w przypadku wielu z nas – nie wielu z nich, ale wielu z nas – to pytanie również robi wrażenie bardzo aktualnego. Ponieważ mam przed sobą tak zwanych „naszych”, nie będę zakładał, że oni kłamią z rozmysłem. Nawet nie bardzo mam ochotę sugerować, że oni w ogóle kłamią. Wolę zakładać, że „nasi” są okay. To są dobrzy, porządni, wrażliwi ludzie, którzy kłamstwem się brzydzą i kochają prawdę. Dla nich nie istnieje ani dylemat pod tytułem „Czym jest prawda?” ani też dylemat drugi, pod tytułem „Po co prawda”. Jedyny ich problem polega na tym, że są leniwi i gnuśni. Bo to że głupi, też z czystego dla nich szacunku, odrzucam jako pomówienie. Tyle że co nam z tego?

Mija kolejny tydzień autentycznego strachu. Jeśli ktoś z czytających te słowa ma jakiś luźny grosz, proszę o wsparcie tego bloga pod podanym obok numerem konta. Dziękuję.

czwartek, 16 czerwca 2011

Bąk, czyli pejzaż po balu

Ci z nas – szczególnie osoby lubiące wpadać w nastrój typu „dobrze już było” – którzyśmy dorastali w latach, powiedzmy 60-tych, lub jeszcze wcześniej, mówimy niekiedy, że gdyby nas, jeszcze jako ludzi młodych, raptownie wrzucić w świat dzisiejszy, moglibyśmy tego szoku nie wytrzymać. I wcale nie chodzi tu o to, że nasza szczenięcość była pozbawiona komputerów, sklepów i telefonów komórkowych, lecz wyłącznie o to, że tamte czasy, cokolwiek by o nich nie mówić, znały jeszcze coś takiego choćby jak wstyd. A więc, jeśli mówię tu o szoku technicznym, to najwyżej w tym sensie, że wprawdzie całą pracę za człowieka, zgodnie z wcześniejszymi planami, wykonują maszyny, ale za to człowiek pracuje dwa razy więcej i dwa razy ciężej. To natomiast o co mi chodzi przede wszystkim, to o szok kulturowy. I ani słowa więcej na ten temat, bo to jest przede wszystkim coś na zupełnie osobny wpis, a poza tym każdy i tak mniej więcej wie, o co chodzi.
Ostatnio jednak miałem okazję zaobserwować zjawisko w pewnym sensie odwrotne w stosunku do tego, o czym wspomniałem wyżej. Chodzi mi mianowicie o to, że istnieje pewna sfera naszego życia, która jakiś czas temu przybrała formę tak patologiczną, że gdybyśmy nagle, już po latach, mieli okazję ją zaobserwować w kształcie oryginalnym, prawdopodobnie nie bylibyśmy w stanie uwierzyć, że coś takiego kiedykolwiek było w ogóle możliwe. Co mam na myśli? Otóż być może idealnym symbolem tego o czym mówię, byłby przypadek całej wielotygodniowej medialnej kariery pewnego lokalnego menela i pijaka o nazwisku Hubert H. Pisałem tu o nim ostatnio kilka razy – przyznaję, że z poczuciem pewnego niezrozumienia skali problemu – ostatnio nawet całkiem niedawno, uzupełniając, dla rozjaśnienia części czytelników treści przekazu, swój tekst zdjęciem owego Huberta H. w towarzystwie popularnego dziennikarza Piotra Najsztuba.
Dlaczego uważam, że ten właśnie przypadek w sposób odpowiedni symbolizuje wspomniane zjawisko? Z dwóch powodów. Pierwszy z nich jest taki, że zrobienie narodowego bohatera ze zwykłego pijaka i drobnego przestępcy tylko dlatego, że ten, w stanie kompletnego zamroczenia alkoholowego, publicznie zwymyślał urzędującego prezydenta państwa, to naprawdę wyczyn nie lada. Gdyby się zastanowić nad tym przypadkiem troszkę staranniej, niż on wydaje się na to zasługiwać, trzeba by było dojść do wniosku, że we współczesnej cywilizacji – cywilizacji dowolnej – tego typu zdarzenie zwyczajnie nie jest możliwe. Można sobie oczywiście wyobrazić sytuację w pewnym sensie podobną, że oto jakieś dziecko, czy półprzytomny staruszek pisze na murze „Jebać rząd” i za to zostaje zmasakrowany przez przechodzącego policjanta, lub choćby postawiony przed sądem za obrazę najwyższych władz państwowych, i wówczas jakieś organizacje praw człowieka postanawiają tego kogoś użyć w swojej kampanii. Tu jednak nie mamy do czynienia ani z dzieckiem, ani z jakimś ekscentrycznym staruszkiem i represyjnym państwem, lecz wyłącznie z jakimś najbardziej pospolitym śmieciem, wulgarnie zaczepiającym ludzi, a następnie, wobec próby wylegitymowania go przez wezwaną policję, lżącego cały świat. I podkreślmy to raz jeszcze – śmieciem awansowanym do pozycji narodowego celebryty wyłącznie dlatego że przy okazji owego lżenia, zelżył też i „tego” prezydenta.
Drugi powód jest taki, że sposób w jaki to zdarzenie zapisało się w publicznej pamięci, dowodzi bardzo zdecydowanie głównej tezy niniejszego tekstu. Że oto ten rodzaj szaleństwa jest tak wybitnie egzotyczny i z punktu widzenia tradycyjnie opisywanego świata tak nierealny, że wiele osób zwyczajnie nie było w stanie zachować jednego o nim wspomnienia w swojej pamięci. Przypadek Huberta H. i jego medialnej kariery jest tak absurdalny, że, gdyby on się nam przydarzył dziś, wywołałby publiczny szok na skalę dotychczas nieznaną. Trzeba też przy tym jednak powiedzieć, że skoro on przed pięcioma laty został potraktowany jako, owszem, interesujący, niemniej jednak stanowiący zaledwie element tamtego pejzażu, to ów pejzaż musiał być pejzażem nie byle jakim.
Patrząc na to wszystko z dzisiejszej perspektywy, można pomyśleć, że istotnie atak, jaki System skierował wobec Prawa i Sprawiedliwości przed pięcioma laty był brutalny, i niewykluczone że nawet nie do końca współmierny do przewin tamtego rządu i tamtego prezydenta, niemniej jednak mieścił się on w ogólnie przyjętym zakresie, w jakim działają współczesne media. W końcu nie ma dziś dnia, by czy to gazety, czy radio, czy wreszcie telewizja nie wypełniały swojego przekazu informacjami całkowicie nieistotnymi, ale za to gwarantującymi to, że najbardziej zidiociała część publiczności zechce się nimi karmić, a w domenie polityki by nie dokuczały poszczególnym ministrom z powodu ich oczywistego już dla wszystkich dziadostwa. Nie ma też dziś dnia, żeby media nie kpiły z kolejnego cymbalstwa prezydenta Komorowskiego, jak choćby ostatnio, przy okazji skierowanej przez niego do młodzieży nauki, że nieważne wykształcenie, bo to co się naprawdę liczy, to osobista inteligencja. Każdy przyzna, że praktycznie codziennie, od rana do wieczora, jak najbardziej dowiadujemy się o tym, że oto gdzieś znów któryś z naszych władców coś spieprzył, lub coś ukradł, lub ewentualnie powiedział coś tak skandalicznego, że można się już tylko zacząć martwić o jego zdrowie. A mimo to, wciąż twierdzę, że nawet gdyby ten śmiech stał się jeszcze większy i jeszcze powszechniejszy, to i tak to, z czym mieliśmy do czynienia przed laty, pozostanie dla nas prawdziwym kosmosem.
Mamy tego Huberta H. A przecież on tam, w tamtym pejzażu, nie był wcale osamotniony. Przypomnijmy sobie słowa Donalda Tuska z kampanii przed wyborami w roku 2007, kiedy to opowiadał on, jak to, kiedy podróżujemy przez Niemcy, nie widzimy tylu krzyży przy drogach co w Polsce. I że te nasze krzyże to skutek zbrodniczej polityki zaniedbania prowadzonej przez PiS. Gdyby dziś ktoś nagle zaczął wykorzystywać wczorajszą tragedię minibusa wiozącego pracowników firmy ochroniarskiej, jako argument w politycznych sporach, pół narodu złapałoby się za głowę. Przypomnijmy sobie całą kampanię związaną z tym, że jacyś policjanci kupili wieśmaki dla któregoś z ministrów. Przypomnijmy sobie medialną kampanię związaną z tym, że Jarosław Kaczyński miał urwany guzik od marynarki, a Ludwik Dorn za krótkie skarpetki. Przypomnijmy sobie pielęgniarki protestujące przed Urzędem Rady Ministrów z butelkami wypełnionymi kamyczkami, które to butelki były uruchamiane dokładnie co godzinę, i tak przez całe tygodnie, podczas gdy wszystkie telewizyjne stacje informacyjne, o każdej równej godzinie, przełączały się na transmisję na żywo z tego klekotania. Spróbujmy sobie przypomnieć wielodniową medialną aferę spowodowaną tym tylko, że żona Prezydenta, wyruszając z nim w podróż, zabrała do samolotu reklamówkę z kanapkami. Przypomnijmy sobie, jak to ówczesna opozycja parlamentarna kierowała do Marszałka wniosek o dymisję WSZYSTKICH ministrów. Z jednym tylko uzasadnieniem: że każdy z nich jest ministrem złym i niekompetentnym. I akcja ta była prowadzona nie dość, że przy pełnej akceptacji ze strony mediów, to jeszcze często przy ich pełnym entuzjazmie.
Przypomnijmy sobie, że tam niemal nigdy nie chodziło o to, że rząd rozpisał przetarg na budowę autostrady, a następnie przyjął ofertę od jakiejś dziwnej chińskiej spółki o 40% niższą od wstępnego kosztorysu. Tam niemal nigdy nie chodziło o to, że inflacja w Polsce wzrosła do 5%. Tam też nigdy nie chodziło o to nawet, że Lech Kaczyński w jakimś ciężkim otępieniu zabrał kieliszek szwedzkiej królowej, lecz wyłącznie o to, że sąsiadująca z Pałacem Prezydenckim publiczna apteka zakupiła ileśtam tabletek Viagry, czy jakiegoś innego leku na potencję i że to zapewne dla prezydenckich ministrów. Tamte czasy nie były przepełnione troską o to, że Prezydent ma ciężką chorobę serca, która uniemożliwia mu sprawowanie urzędu, lecz plotkami na temat tego, że on ma chroniczną sraczkę i że to jest bardzo zabawne. Tam nie było dylematu, na ile opozycja ma współpracować z rządem i prezydentem dla pomyślności ojczyzny i jej obywateli, lecz wyłącznie pełne satysfakcji liczenie, ile to już ważnych osob zrezygnowało z udziału w wielkim balu prezydenckim, który ten bałwan postanowił zorganizować nie wiadomo po co i dla kogo, z okazji Święta Niepodległości.
Jakoś myślę o tym wczorajszym nieszczęściu w Chrzczonowicach, kiedy to tych ośmiu ochroniarzy – zapewne w jednym z supermarketów – jadących do pracy zabrała śmierć. Myślę też o jeszcze wcześniejszej tragedii, jeszcze z lutego, kiedy to tamci młodzi mężczyźni z Hajnówki tak samo jechali do pracy, i też ich zabrała ta sama dokładnie śmierć. I słyszę, że to nie tyle przez stan naszych dróg, lecz trochę może przez to, że właściciele tych aut jeżdżą na kiepskich i zużytych oponach, bo nowe są cholera drogie, a każdy przecież wie, jak nie jest łatwo. I myślę o tych wszystkich młodszych i starszych mężczyznach i kobietach, codziennie, każdego ranka, jadących do pracy, i najczęściej do tej pracy jakimś cudem dojeżdżających, tyle że tam, już tam na miejscu, dowiadujących się, że jednak nie dostaną pieniędzy za ostatnie trzy miesiące, bo jakiś Chińczyk, Niemiec, czy Polak – jeden diabeł – na razie nie ma im czym płacić. I zastanawiam się, ileż to oni muszą tam w tej swojej pracy zarabiać, żeby tak, zamiast normalnie kraść, czy robić w bramie obok pośredniaka z kolegami flaszkę na trzech, najpierw siadać przy stole, bazgrać to cholernie zabawne CV, które intelektualiści z Agory w swoim czasie odpowiednio wyśmieją, a później zadawać sobie ten trud, by wstawać każdego ranka i jechać do pracy? Z całą pewnością nie mniej niż jakieś pięć złotych za godzinę. No, powiedzmy, cztery.
Jakaż okropna jest ta cisza. Ileż się zmieniło od czasu, gdy zabawiał nas nie tylko ów hałas kamieni w butelkach po wodzie mineralnej, ale w ogóle było znacznie bardziej wesoło. Jeszcze żył Lech Kaczyński, więc i był Irasiad i Borubar i – wspomniana już wyżej – sraczka, i kartofle i guziki, i sznurówki. I Palikot poił meneli alkoholem. I agenci z CBA łapali Bogu ducha winnych lekarzy, i kabarety kwitły i gwiazdy tańczyły. Aż trudno uwierzyć, że to tak niedawno. Czemu nagle zrobiło się tak okropnie cicho?