piątek, 30 kwietnia 2010

Trzy zdjęcia, jedno kłamstwo, jeden interes



Ze względu na wiadome zdarzenia, jakie miały miejsce w dniu minionym, a których głównymi aktorami byli ludzie z Gazety Wyborczej, poprzedni wpis - zamieszczony również w Salonie24 - został kompletnie zmasakrowany. Ponieważ tu, póki co mamy znacznie więcej powietrza, poza zachowaniem tamtych zdjęć w stanie nienaruszonym, chciałem przedstawić stary bardzo wpis, który zamieściłem na swoim blogu w Salonie jeszcze w roku 2008, po pamiętnych Mistrzostwach Europy w Austrii. To wtedy pokazałem te trzy zdjęcia po raz pierwszy. Dziś trochę też reagując na prośby części czytelników, wklejam go tu jako wpis bieżący. Zapraszam.
Wspomniałem już kiedyś na moim salonowym blogu, że tu gdzie mieszkam i pracuję, jestem właściwie otoczony przez ludzi, dla których sens życia, poza pracą, jedzeniem i zakupami, sprowadza się do przeżywania swojej nienawiści do PiS-u i do braci Kaczyńskich. Są to przy tym ludzie, którzy jeśli idzie o ogólną wiedzę historyczną, polityczną i społeczną nie mają pojęcia dokładnie o niczym, z pominięciem tych faktów i nie-faktów, o których dowiedzieli się z telewizji.
Wczoraj z wizytą wpadła do nas tak zwana Rodzina. Ponieważ tak się składa, że oni akurat stanowią wzorowe przedstawicielstwo tej części społeczeństwa i tego rodzaju emocji, o których wspomniałem wyżej, przy okazji wizyty dowiedziałem się dokładnie wszystkiego, co słychać w publicznej domenie, tak pomiędzy telewizją TVN 24, Gazetą Wyborczą, a onetem.pl. Tematem politycznych pogawędek przy stole, stało się głównie zdjęcie ze stadionu w Wiedniu, na którym prezydent Kaczyński wspólnie z prezydentem Austrii Heinzem Fischerem zwyczajnie demonstrują zwykłe kibolskie szaliki, z tym, że prezydent Kaczyński ma szalik obrócony tyłem i napis "Polska" wygląda, jak odbity w lustrze.
Od razu zgadłem, że temat musiał dzień wcześniej chodzić w TVN-ie, i to chodzić ostro, bo inaczej ani jeden, ani drugi z naszych gości nie wiedziałby, jak się najnowsze sprawy polityczne mają i trzeba by było gadać po raz sześćdziesiąty siódmy o reklamówce Marii Kaczyńskiej, albo o nienawiści w oku Macierewicza.
Kiedy wizyta dobiegła końca, wszyscy wróciliśmy do swoich zajęć, a dzieci do komputerów, no i syn mój dostarczył mi trzy zdjęcia, które znalazł w necie.
Oto pierwsze z nich:
Jak widzimy, prezydent Fischer pięknie demonstruje swój szalik, natomiast prezydent Kaczyński, lekko spóźniony, czy to do zdjęcia, czy może po prostu wolniejszy, dopiero szalik rozkłada.
Teraz zdjęcie następne:
Tu widzimy, jak prezydent Fischer wciąż w niezmienionej pozycji dzierży swój szalik, natomiast nasz prezydent prawdopodobnie właśnie rozłożył swój i zanim go pokaże w pełnej okazałości, chce jeszcze sprawdzić, czy wszystko jest okay.
Wreszcie zdjęcie trzecie:
Wszystko już jest tak jak należy. Obaj prezydenci z dumą prezentują swoje patriotyczne zaangażowanie, a reporter cyka kolejne zdjęcie.
Patrząc na powyższą sekwencję, można łatwo zgadnąć, że całe zdarzenie trwało parę sekund. Jedna krótka chwilka na meczu piłkarskim, trzy szybkie ujęcia, trzy ładne scenki, a właściwie jedna scenka z prezydentami Polski i Austrii pokazującymi do kamer swoje szaliki.
TVN-24 jednak zna swój fach, zna potrzeby swoich widzów, a widzowie TVN-24, jak też już tu kiedyś wspominałem, też doskonale wiedzą, czego mogą oczekiwać od swoich mistrzów. No i, jak się okazuje,już nie po raz pierwszy, sprawa została załatwiona szybko i skutecznie. Cywilizowana część polskich mediów, bo, jak się okazuje, nie tylko telewizja szanownych państwa Walterów, ale również inne grupy medialne, zaprezentowały raz, a później drugi raz i trzeci i dziesiąty i pięćdziesiąty czwarty, środkowe zdjęcie z całej kolekcji - i tylko środkowe - tak by każdy zainteresowany uczestnik publicznej debaty wiedział... Co wiedział? No, co wiedział? Tak! Zgadza się! Brawo! Właśnie o to chodziło. Żeby każdy odpowiedzialny wyborca wiedział, że prezydent Kaczyński jest, oczywiście, idiotą. A ci, którzy to już wiedzą, żeby, broń Boże, nie zapomnieli.
W naszej debacie, od czasu do czasu, pojawiają się takie specjalne słowa klucze i zdania zaklęcia. Jest ich kilka. Wśród nich najpopularniejsze to obsesja, czy teoria spiskowa, no i zdania takie, jak Oczywiście, jak zwykle wszystkiemu winni dziennikarze, albo Jak ci się nie podoba, to jest przecież pilot.
Więc mi się nie podoba. I owszem, mam też pilota. Myślę, że nawet mogę wywalić mój telewizor na śmietnik, albo zdemontować moją Cyfrę i zamiast tego zamówić Telewizję Trwam. Natomiast tu w Salonie, jak zobaczę gdzieś sekwencję, która mnie dotknie i zaboli, to mogę nawet specjalnie ze względu na ten ból, zamykać oczy. Obawiam się, że niestety to i tak nic by nie dało. W końcu z ludźmi się człowiek spotyka, tak czy inaczej. Często, robi to nawet z autentyczną przyjemnością. Ale oni nie zamykają oczu. No i nie używają pilotów.
Przynajmniej nie wtedy, gdy dla własnego interesu i dla własnego zdrowia, powinni go z ręki nie wypuszczać.
Więc i tak zawsze mi powiedzą, co nowego, panie, w polityce.

czwartek, 29 kwietnia 2010

CDN



Nie wiem jeszcze, czy sprawa wyszła dalej poza Salon, i szczerze powiem, że nawet nie chcę wiedzieć. O ile się znam na życiu, to pewnie nie. A nawet jeśli tak się stało, i mainstream w jakikolwiek sposób zareagował, to najwyżej trochę i zaledwie na chwilę. W każdym razie, to właśnie z Salonu dowiedziałem się, że dwóch dziennikarzy radia Eska – choć przecież nie tylko – Kuba Wojewódzki i Michał Figurski napisali piosenkę, a radio ją wyemitowało, w której obaj panowie wyśmiewają ofiary katastrofy pod Smoleńskiem i szydzą z osób, które śmierć tych zmarłych opłakują.
To co się wydarzyło, naturalnie spowodowało… powiedzmy, dyskusję. Ci wszyscy dla których katastrofa 10 kwietnia stanowi ból i niekończącą się traumę, oczywiście poczuli się występem Figurskiego i Wojewódzkiego dotknięci i demonstrują swoje zranione uczucia. Również wobec koncernu Coca-Coli, który oprawił ów clip swoim logiem i, który – jak się okazuje – jest jednym ze sponsorów radia, które zatrudnia obu dziennikarzy. Druga strona, a więc ludzie, dla których większym problemem od śmierci 96 ludzi, jest fakt, że to nie koniecznie był zestaw, na który oni liczyli, no a przede wszystkim, że wśród ofiar nie znalazł się jeszcze ktoś, ograniczają się do albo do kpiących uwag na temat Coca-Coli, albo do uwag, że Figurski z Wojewódzkim się zaledwie wygłupili i nie ma o czym gadać, czy wreszcie do przerzucania odpowiedzialności za wzrost publicznej agresji na drugą stronę. Że, owszem, Figurski z Wojewódzkim odstawili chamstwo, no ale przecież to nie oni mówili o tym, gdzie stoi ZOMO, ani też nie oni obrażali internautów, że piją i oglądają pornografię. Że ten miecz jest obusieczny. Z jednej strony – może faktycznie niepotrzebnie – Figurski z Wojewódzkim nazywają śmierć Prezydenta i bliskich mu osób „wylanym z kąpielą dzieckiem”, no ale przecież z drugiej strony i mamy Radio Maryja, Pospieszalskiego i całą choćby publiczną telewizję. No i samego Jarosława Kaczyńskiego.
Uważam z bólem i z dużą pewnością, że chyba tym razem jednak mam rację, że ta debata jest nie do rozstrzygnięcia. Z punktu widzenia ludzi stojących po stronie – symbolicznie rzecz ujmując – Wojewódzkiego i Figurskiego, oni działają w okrążeniu i w gruncie rzeczy tylko się bronią. Podobnie my – no bo przecież i ja też – jesteśmy przekonani, że to my jesteśmy ofiarami agresji, tyle że nasza sytuacja jest o tyle gorsza, że jesteśmy poza mainstreamem, w ewidentnej niszy i nasze zło, nawet jeśli bywa równie wielkie, jest zaledwie wybrykiem. Nic nieznaczącym ekscesem, który i tak – jeśli tylko będzie trzeba – zostanie skutecznie wytknięty, opisany i ostatecznie wymieciony. Próbuję naturalnie tłumaczyć nasze racje, ale wiem z góry, że to wszystko na nic. Bo złości i szaleństwa jest zwyczajnie za dużo. O tyle za dużo, ze jest właściwie tylko ono: szaleństwo i ta złość.
Mimo to, wciąż tłumaczę. Dzisiejsza sytuacja, mimo że się jak najbardziej mieści w standardzie, do którego zdążyliśmy się już przyzwyczaić, ma w sobie coś szczególnego. Mianowicie kontekst. Mam na myśli kontekst śmierci niezwykłej, niecodziennej i prawdopodobnie takiej, która już się nigdy nie powtórzy. Podobnie żałoba, którą wielu z nas przeżywa jest czymś równie wyjątkowym. Czymś co zdeterminuje już na zawsze życie choćby tych wszystkich, którzy są dziś jeszcze dziećmi, czy ludźmi młodymi. W tej sytuacji, wydaje mi się, że to co zrobił Wojewódzki z Figurskim również zostanie zapisane w historii. Albo jako to czym jest, albo to czym się dopiero stać może. Ale o tym za chwilę.
A więc, uważam, że ten clip i ta piosenka – ten pop, który w pewnym sensie wykrakałem swoim poprzednim wpisem – i reakcja, jaką wywołuje, pokazuje rozkład sił w sposób znacznie lepszy, niż wszystko co było dotychczas. Gdyby siły, o których mówię, były wyrównane choćby tylko pozornie, Michał Figurski i Kuba Wojewódzki straciliby zajęcie jako osoby publiczne w jednej chwili. I wcale nie dlatego, że ich szefom to co oni stworzyli się nie podoba – to akurat nie – lecz dlatego, że Coca-Cola zdjęłaby jeszcze dziś swój patronat z radia Eska. I to też wcale nie dlatego, że szefowie Coca-Coli poczuli się tą piosenką dotknięci. Nic z tych rzeczy. Myślę, że i oni, i wiele z osob wspierających to przedsięwzięcie z wszystkich innych stron, bardzo się uśmiało, oglądając ten clip. Coca-Cola i wszyscy inni sponsorzy firm, które zatrudniają Wojewódzkiego i Figurskiego wycofałyby swój patronat, bo jeszcze ktoś inny – a mam tu na myśli System – wywarłby na nich taką presję, że oni nie mieliby wyjścia. Gdyby System – bo tak naprawdę od początku mówimy o Systemie – poczuł się dotknięty tą kpiną, jak spadla na ofiary i na pamięć po zamordowanych pod Smoleńskiem, możliwe że jedyną osobą, która by sobie coś pod nosem mruczała w tej kwestii, byłaby Magdalena Środa. A i tak, gdyby te jej mruknięcia wydostały się poza zacisze jej prywatności, wyleciała by ze swojej pracy z hukiem. Tak by właśnie było.
Ale tak nie jest i tak się nie stanie. Mogę się mylić, ale myślę, że jednak tak się nie stanie. Nie wydarzy się nawet drobny fragment z tej mojej zapowiedzi. Co najwyżej ktoś ewentualnie kogoś przeprosi, a kto inny zostanie – w najgorszym wypadku – jakoś ukarany. Na chwilę i troszeczkę. A my będziemy dalej się skarżyć na to, że nikt nie rozumie naszego bólu i tego jacy jesteśmy osamotnieni w naszych bojach. Oni zresztą też.
Jestem jednak jeszcze coś, co – znów mogę się mylić – ale mam wrażenie, że jednak musi się stać. W momencie jak masa krytyczna tej agresji, tej bezczelności i tego okrucieństwa z jednej strony, a bezradności z drugiej zostanie przekroczona, może się stać coś zupełnie nowego,. Coś czego jeszcze – przynajmniej u nas w Polsce – nie było. Jeśli się okaże, że System już nie dość że kpi z naszych przekonań, naszej wiary i naszych ambicji, ale zaczyna kpić z naszych łez i naszego bólu… i z nikąd nie ma ratunku, wolałbym nie być w skórze ani Michała Figurskiego ani Kuby Wojewódzkiego. Ani w skórze ich rodzin, ich przyjaciół i ich bliskich…
Ktoś mnie zapyta, czemu wciąż, od początku tego wpisu, jak by mnie coś opętało, powtarzam te dwa nazwiska. Nie wiem tego jeszcze do końca. Mam wrażenie tylko, że sprawia mi to po prostu przyjemność. Powtarzać te dwa nazwiska. Figurski i Wojewódzki. Wojewódzki i Figurski. Trochę się tej przyjemności, powiem zupełnie szczerze, boję.

Ich oczy nucą pop



Kultura pop, taka jaką dziś znamy, oczywiście cuchnie i każdy z nas jest w stanie wykazać na wiele przeróżnych sposobów, że ta ocena jest jak najbardziej sprawiedliwa. Mimo to, nie da się też ukryć, że z punktu widzenia tego co się liczy i co w ogóle ma jakiekolwiek znaczenie, nie ma nic ponad ten pop, ponad wszystko z czego on wyrasta i ponad to, co on tworzy. Od pierwszych dni, kiedy na tym blogu zaczęły pojawiać się te refleksje, problem wpływu jaki kultura popularna ma na nasze życie spotykał się ze szczególnym szacunkiem. Od pierwszych dni bowiem, kiedy pojawił się problem tego nieprawdopodobnego, bezprecedensowego kłamstwa i manipulacji, jakie niszczy Polskę i nas wszystkich, wiadomo było, że sukces tej czarnej misji mógł się powieść wyłącznie dzięki potędze kultury popularnej. Tych kolorowych magazynów, tych kabaretów, tych żartów, tańców, tego wielkiego, niekończącego się supermarketu. Tej galerii. Tego co w języku angielskim określa się słowem mall.
A zatem, nie sposób tę kulturę lekceważyć. Szczególnie dziś, gdy wszyscy bardzo wyraźnie możemy zobaczyć z jaką siłą ta właśnie kultura – ten pop – w tak spektakularnym geście, najpierw rozerwał na strzępy, a następnie zmiótł z powierzchni ziemi niemal całą polityczną, intelektualną, czy po prostu kulturową naszego kraju. Bo to on stał na samym początku tego dalekosiężnego planu. To pop. I jeśli te słowa czyta jakiś ambitny miłośnik kultury wyższej i czuje w tej chwili niepokój, to niech wie. Tam nie było nic więcej ponad zwykły pop. Naprawdę nie ma się czym szczycić.
Chodzi mi po głowie ten pop, bo i sam nie jestem bez winy. Tak się składa, że znaczna część mojej wrażliwości jest właśnie stamtąd. Właśnie stamtąd. Tyle że ja akurat czuję – i wiem że mam rację – że udało mi się ten pop wykorzystać dla siebie, a nie pozwolić, by to on mnie wykorzystał i wystawił na pośmiewisko czasów. Jak wielu innych. Dziś. A więc przychodzi dziś mi do głowy ten pop w postaci wiecznie niezgłębionego filmu Godfather Coppoli. Druga jego część, kiedy ktoś chce zabić Michaela Corleone, ale jakimś cudem on, jego żona i syn uchodzą z życiem i już po chwili okazuje się, że nawet nie dowiemy się, kto stał za tym zamachem, bo obaj zabójcy już i tak nie żyją, a zatem łańcuch się urwał. Nic takiego. Jak mówię, normalny pop.
Ale to już przeszłość. Obiecywałem sobie, że nie będę się zajmował grzebaniem w przyczynach katastrofy – KATASTROFY! – spod Smoleńska, bo i po co? I tak nic z tego. I tak umrę, nie doczekawszy się oficjalnego potwierdzenia tego, co się tam naprawdę stało. Ale się nie da. Moje dzieci choćby wciąż o tym gadają. Grzebią w Internecie, zbierają jakieś relacje, wciąż czytają jakieś ekspertyzy, ale – jakby tego było mało – są coraz bardziej przerażone i to przerażenie rozsiewają wokół. Pomyślcie tylko, jak one się czują. W efekcie jest tak, że nie sposób żyć, gdy wciąż wraca obraz tych biednych pilotów, którzy najprawdopodobniej przez te kilkanaście sekund wiedzieli jedno: że, cholera, wszystko przestało działać. Że to co było zawsze takie proste – no ma człowiek ten fach, to doświadczenie – w pewnym momencie się wie wszystko. A tu, nagle widać, jak pojawiła się obca ręka. I nie ma sposobu by ją odsunąć. Jakież to straszne!
A więc tak się jakoś dzieje, że ten nastrój faluje. Od prawdziwego życia, od tego mięsa – do przygody i zwykłych wzruszeń. Trochę mi to przypomina muzykę do filmu Taxidriver, gdzie groza przeplata się nieustannie z taką niezwykła lirycznością. A więc słyszę te codzienne głosy, które wciąż do mnie dochodzą jak złe fatum i znak zwykłej beznadziei, a jednocześnie wspominam te tłumy, te znicze, tę desperację, żeby nie ulec, nie zrezygnować. By dać znak. I żyję nadzieją. A później znów przychodzi ta noc. I znów myślę o tych wspaniałych, świetnie wyszkolonych pilotach, znakomitych, pewnych siebie fachowcach, i myślę – co oni czuli w momencie, gdy zorientowali się, że na pokładzie jest jeszcze ktoś, kogo nikt się nie spodziewał. No bo, kurcze, takie rzeczy się nie dzieją. Nie tu.
Myślałem, że ta żałoba potrwa dłużej. Że to co się stało, to jest coś tak wielkiego, coś tak niewyobrażalnego, coś tak oczywistego nawet dla najbardziej pustej głowy, że każdy musi temu ulec. Że nie ma takiej niewrażliwości, takiej bezmyślności, czy wreszcie takiej obojętności, która nie przestanie w tej sytuacji wciąż gadać. A tu mamy pop. Niezniszczalny, nigdy nie zmęczony, zawsze na posterunku – pop.
A więc i mi przychodzi do głowy coś równie mocnego jak ci wszyscy ludzie – i tu i tam i wszędzie, którzy nagle uznali, że zabawa się wcale nie skończyła. Przypomina mi się ten film, True Romance, gdy niejaki Virgil, brutalny morderca do wynajęcia, siedzi w fotelu nad zmasakrowaną Alabamą, którą zresztą już za chwilę ma zabić i mówi mniej więcej w ten sposób: „Pierwszy człowiek jakiego zabijasz, jest zawsze najgorszy. Nie ma znaczenia, czy jesteś Dusicielem z Bostonu czy jakimś Wyattem Earpem, Założę się, że ten facet, Charles Whitman, który z tamtej wieży wystrzelał tych wszystkich ludzi, musiał to przeżyć. Choćby pierwszego z nich. Poważnie. Pierwszy jest zawsze ciężki. Drugi już jest łatwiejszy. Zdecydowanie łatwiejszy. Pewnie – wciąż się coś czuje, ale już nie tak. Trzeci to już pestka. Trzeci to nic. Dochodzi do tego, że w końcu zabijasz ludzi tylko po to, by sobie popatrzeć, jak się zmienia wyraz ich twarzy”.
I myślę sobie, że to właśnie tak musi wyglądać. Najtrudniej było na początku. Niewykluczone, że niektórzy – na wiadomość o tym co się stało – w pierwszej chwili się zwyczajnie porzygali. Ja sam przez kilka dni oglądałem ich poszarzałe z przerażenia twarze. Dziś już jest im łatwiej. Ale przecież, jak uczy kultura popularna, drugi raz jest już zdecydowanie łatwiejszy. A trzeci – wystarczy się rozejrzeć. Nawet nie trzeba szczególnie nastawiać uszu.
A mi wciąż żal tych pilotów, bo mogę się domyślać, co oni czuli w ostatnich chwilach tamtego strasznego lotu. I żal mi Prezydenta i pani Kaczyńskiej i wszystkich tych ludzi, którzy – tak im się w życiu złożyło – znaleźli się tam, wtedy, na samym końcu tego strasznego planu. I z których dziś pozostały tylko skrawki, które wpadły w ręce ludzi złych. I tych tutaj i tamtych – tam. I żal mi Jarosława Kaczyńskiego, który kiedy nawet jeszcze nie opadła ta dziwna smoleńska mgła, znalazł się w samym środku szyderstw ze strony tych, którzy już nie są debiutantami, ale doświadczonymi uczestnikami tej gry. Już jest spokojnie.
Uważajmy na nich. Oni w tej chwili robią to co robią, i mówią to co mówią, już tylko po to, by zobaczyć, jak zmienia się wyraz naszych twarzy. A więc starajmy się. Zachowajmy postawę wyprostowaną. Pamiętajmy choćby o roku 1990. Ja, na przykład, wspominam słowa, które padły wtedy, w sobotę przed pierwszą turą wyborów prezydenckich z ust osoby mi bardzo bliskiej: „Jestem dziwnie spokojny. Mazowiecki wygra w pierwszej turze”. I powiem szczerze, że wtedy – wbrew mojej nadziei i wierze – bałem się, ze on może mieć rację.

środa, 28 kwietnia 2010

Cimoszewicz na prezydenta! I Komorowski też!



Ruszyła kampania. Podobno na razie wyłącznie ze strony Prawa i Sprawiedliwości i to ruszyła w sposób maksymalnie agresywny i podły. Odpowiedni ton został wprowadzony do języka debaty przez samego kandydata, a mianowicie Jarosława Kaczyńskiego. Chodzi o to, na co już uwagę zwróciło wielu poważnych komentatorów takich choćby jak Stefan Niesiołowski i Włodzimierz Cimoszewicz, a także znaczna część mediów, również tak zwanych mediów obywatelskich, że Jarosław Kaczyński dokonał ponownego podziału Polaków. Tym razem na tych, którzy zginęli w katastrofie pod Smoleńskiem i tych którzy w katastrofie pod Smoleńskiej nie zginęli.
Obrzydliwość postępowania kandydata Jarosława Kaczyńskiego znakomicie wykazał we wczorajszej telewizyjnej audycji w TVN24 pan premier Włodzimierz Cimoszewicz. Zwrócił on uwagę na to, że wskazując na fakt, że w katastrofie 10 kwietnia śmierć poniosła „patriotyczna elita naszego kraju” kandydat Kaczyński sugeruje jednocześnie, że ci co nie zginęli nie są ani elitą, ani tym, bardziej patriotyczną.
Ponieważ do końca kampanii pozostało jeszcze trochę czasu, a nie wszyscy liczący się komentatorzy mieli okazję zabrać głos, chciałem dziś zaproponować parę innych interesujących diagnoz. Otóż nie można nie zauważyć że:
1. Zwracając uwagę na fakt, że w katastrofie pod Smoleńskiem zginęli ludzi dobrzy i szanowani, pozbawieni najbardziej podstawowych uczuć politycy PiS-u sugerują, że ci co nie zginęli, to ludzie źli i niegodni szacunku. A każdy kto zna pokrętność pisowskich ścieżek wie, że im musi chodzić o ludzi Platformy.
2. Jeśli dziś politycy Prawa i Sprawiedliwości żądają wyjaśnienia przyczyn katastrofy, w sposób oczywisty informują, że nie interesuje ich wyjaśnienie czegokolwiek innego, poza tą katastrofą. A w tym, na przykład, działań CBA wobec posłanki Sawickiej. I czy może to znaczyć też, że inni politycy nie chcą wyjaśnienia tej sprawy?
3. Kiedy słyszymy, że Jarosław Kaczyński jest dobrym kandydatem na fotel prezydenta, jasne jest że nikt inny już nie może kandydować. Bo skoro jest jeden dobry, to po co inni – gorsi? Ten rodzaj zamachu na demokrację powinien budzić co najmniej oburzenie.
4. Nie rozumiemy też dlaczego rozpacz, którą tak otwarcie demonstruje dziś Jarosław Kaczyński z powodu straty takich ludzi jak Lech Kaczyński czy Grażyna Gęsicka, ma wykluczać rozpacz z powodu śmierci innych ofiar tego tragicznego wypadku? I ludzi którzy mieli to nieszczęście, że zginęli w innych wypadkach. Czy może być większa podłość niż dzielenie ofiar na lepsze i gorsze?
5. Czy nieustanne epatowanie społeczeństwa czarnymi pocztówkami przedstawiającymi Lecha Kaczyńskiego i panią Marię Kaczyńską, ma wykluczać debatę nad tym, dlaczego po piłkarskim meczu z Austrią prezydent Kaczyński nie umiał sobie przypomnieć, jak się nazywa polski bramkarz? Czy te pocztówki mają stanowić zapowiedź przyszłej pisowskiej cenzury.
6. Czy skoro zakazuje się dziś, pod pretekstem żałoby, społeczeństwu określanie zmarłych w katastrofie mianem „kretyn” i „idiota”, należy tez rozumieć, że kretynem i idiotą mogą być wyłącznie ci, którzy wciąż żyją, tak jak na przykład pan premier Cimoszewicz? I czy naprawdę od dziś wolno będzie każdemu lżyć polityków wrogich PiS-owi?
7. I wreszcie, dla czystości prowadzonej obecnie kampanii wyborczej, nie można nie zapytać, dlaczego nie wolno opowiadać śmiesznych przecież dowcipów, które powstały ostatnio na temat prezydenckiej pary, a wolno stwarzać wokół atmosferę smutku i żałoby i na przykład rozdawać wspomniane już pocztówki, i robić to w dodatku rękami starszych kobiet w czarnych strojach?
8. Nie sposób też nie zadać pytania, dlaczego Jarosław Kaczyński – kandydat w wyborach Prezydenckich – dotychczas nie zabrał głosu? Czy tego typu zachowanie ma oznaczać jakiś nowy styl nienawiści i pogardy dla tych, którzy chcą korzystać ze swojego prawa, by mówić? I wreszcie, czy kandydat Kaczyński chce nam w ten sposób wmówić, że kiedy on milczy, to nie mówi? Czy on, unikając mówienia, wierzy w to, że uniknie słusznej krytyki? Czy to ma być demokracja w rozumieniu PiS-u?
Zwracam się do wszystkich uczestników rozpoczynającej się kampanii wyborczej, czujących odpowiedzialność za Polskę, o zadawanie tych i innych trudnych pytań, zastrzegając jednocześnie, że jeśli 20 czerwca wynik głosowania nie będzie taki jak powinien być, osobiście napiszę protest do odpowiednich europejskich instytucji, żądając powtórzenia wyborów i głosowania na Włodzimierza Cimoszewicza. Albo kogoś równie godnego.

wtorek, 27 kwietnia 2010

Gdy prawda jest naga



W jednym z komentarzy, na blogu mojego serdecznego kolegi Coryllusa pojawiło się zdjęcie Bronisława Komorowskiego, jak stoi na tle biblioteki zawalonej całą kupą jednakowych grubych książek, z których jedną trzyma otwartą w ręku i z typowym dla siebie uśmiechem, gapi się w obiektyw aparatu.
Z mojego punktu widzenia, zdjęcie to jest tak poruszające, że gdyby w publicznej domenie istniał rzetelny i obiektywny przepływ informacji, Bronisław Komorowski przez najbliższe dwa miesiące kampanii wyborczej nie musiałby ani nic mówić, ani nic robić, ani nawet pokazywać się publicznie – sam, czy z panią Komorowską, obojętnie – a czerwcowe wybory przegrałby w podobnym wymiarze do tego, jaki sztab Tadeusza Mazowieckiego zaobserwował w roku 1990. Wystarczyłoby, żeby na bilbordach, plakatach i w medialnym przekazie pokazywano Komorowskiego zadającego szyku na tle tej biblioteki, z tą absurdalną książką w dłoniach, a nad tym wszystkim rozległo się wesołe szyderstwo z furmana z encyklopedią. To by wystarczyło.
Tak się jednak stało, że ktoś – albo jakiś prawicowy wesołek, a może prowokator, chcący w dłuższej perspektywie wykazać, jak to PiS manipuluje i kłamie – wykonał średnio udany, choć przyznać należy, że śmieszny, fotomontaż i dolepił na okładce tej mądrej książki, którą Komorowski udaje że czyta, tytuł – tyle że do góry nogami. Że niby ten buc dał się zaprowadzić do jakiejś poważnej biblioteki, następnie dał sobie wcisnąć do ręki wielki poważny tom i wyszła z tego cała prawda o nim, o jego stanie świadomości i kulturowej sytuacji, w jakiej przyszło mu się znaleźć. Kto inny ten fotomontaż zaakceptował, puścił to zdjęcie w obieg i nie trzeba było długo czekać jak ono znalazło się na blogu Coryllusa.
Nie podoba mi się ten fotomontaż z dwóch względów. Przede wszystkim dlatego, że jest kłamstwem. Bronisław Komorowski może i jest ruskim bucem – i w wymiarze symbolicznym i faktycznym – może i ma brzydką żonę, może jego charyzma ma kształt koła od wozu, ale z całą pewnością nie jest na tyle głupi, żeby przed sesją fotograficzną, która ma go wynieść do fotela Prezydenta RP, wraz z całym swoim pijarowskim otoczeniem się upalić. Komorowski trzymał tę książkę jak należy i nie ma najmniejszego powodu, żeby z niego szydzić za coś, czego nie zrobił. Podobnie zresztą, jak w ogóle nie ma powodu, żeby kłamać. Ale nie podoba mi się to zdjęcie jeszcze z innej przyczyny. Ono całkowicie zafałszowuje prawdę o Komorowskim, na co zwrócił zresztą uwagę w odpowiednim komentarzu Red Pill. Ta odwrócona do góry nogami ksiązka trywializuje całe to zło, jakiego uosobieniem jest Bronisław Komorowski. Gdyby do tej roboty nad zdjęciem zabrał się jakiś bardziej zawodowy manipulator, mógłby przestawić w jego marynarce guziki, albo zrobić mu na głowie głupkowaty kosmyk, albo dorobić mu brud za paznokciami, czy wreszcie urwać mu jedną ze sznurówek. Tyle że takie elementy mogą kompromitować wyłącznie wielkich, niezniszczalnych moralnie polityków – takich jakim był zmarły prezydent Lech Kaczyński, czy wciąż jest jego brat – na których całe zło tego świata nie ma innych argumentów jak takie drobne, niznieznaczące złośliwości, a nie ponurego urzędnika o podejrzanej przeszłości, którego jedyną siłą jest to, że – jak ładnie to sformułował Red Pill – „jedną osobę w życiu spotkałem, która była tak straszna, trochę się nawet boję pisać, kto to był”. A więc nie podoba mi się to zdjęcie, ponieważ z jednej strony kompromituje to czego kompromitować już naprawdę dłużej nie trzeba, a z drugiej trywializuje, coś co wcale nie jest trywialne.
Jest jeszcze jednak coś więcej, o czym bardzo chcę powiedzieć. Otóż okazało się, że wiele osób, które wczoraj nad tym zdjęciem pokładały się ze śmiechu, jak się okazuje, od początku świetnie wiedziało, że to jest manipulacja. Tyle że nikomu z nich to w ogóle nie przeszkadzało. Dla nich podstawową kwestią nie było to, czy ma do czynienia z kłamstwem, czy z prawdą, ale to, że pojawiła się dobra okazja do zabawy. Ktoś nawet sformułował tę myśl bardzo jednoznacznie. Że może to i fotomontaż, ale cośmy się pośmiali, to nasze. I muszę przyznać, że ta postawa już mnie rozbiła kompletnie. Bo ja jestem w stanie zrozumieć, że są ludzie, których wrażliwość na zło, jakie w sposób niewątpliwy symbolizuje Bronisław Komorowski jest tak prosta, że nie wymaga żadnych uzasadnień. Wiem że jest mnóstwo ludzi – sam ich znam i wielu z nich kocham – którzy widzą takiego Komorowskiego i czują, że na niego akurat trzeba bardzo uważać. I to, moim zdaniem, jest jak najbardziej w porządku. Natomiast nie jest dobrze, jeśli ci sami ludzie zaczynają się posługiwać niepotrzebnym kłamstwem, a w sytuacji gdy to kłamstwo im zostanie wykazane, wzruszają ramionami i mówią, że nic nie szkodzi. Z takimi akurat postawami miałem dotychczas do czynienia wyłącznie po stronie, która dziś do władzy pcha właśnie Komorowskiego. Widząc je tu, nie czuję się najlepiej.
Pamiętam – ale przecież nie tylko ja – jak przed laty już, ktoś chytry jak cholera rozpuścił plotkę, że Lech Kaczyńskie nie dość że nie wie, jak się nazywa bramkarz polskiej reprezentacji piłkarskiej, to na dodatek wymyśla dla niego jakieś głupie nazwiska i ogłasza je, kretyńsko udając, że jest wielkim kibicem piłkarskim. Od tego niezwykłego momentu nazwisko „Borubar” stało się z jednej strony symbolem najczarniejszej i najbardziej perfidnej manipulacji, a w konsekwencji najbardziej czystej nienawiści, a z drugiej strony dowodem na to, że prezydent Lech Kaczyński to zwykły cymbał i kupa śmiechu. Sprawa tego „Borubara” była wielokrotnie wyjaśniana i wydawałoby się, że po tych paru już latach ci wszyscy, dla których nienawiść i czarny rechot stanowią główny życiodajny płyn mogliby się zamknąć i rozejrzeć się za czymś bardziej świeżym. Nic z tego. Najwięcej na co można liczyć, to na to, że ktoś powie, że jednak „podobno” Prezydent jednak się nie pomylił. Że „podobno” to było jednak trochę inaczej. To, jeśli idzie o media. Nie wiem, jak sobie to wszystko w głowie układają zwykli uliczni komentatorzy, ale domyślam się, że większość z nich na wszelkie wyjaśnienia wzrusza ramionami. Właśnie na takiej zasadzie, że może i tak, może i nie, ale cośmy się pośmiali to nasze. A poza tym, nawet jeśli on dobrze zapamiętał to nazwisko, to mógł mówić wyraźnie, a nie bełkotać… Idiota.
Pamiętam – ale przecież nie tylko ja – jak przed laty, ktoś chytry jak cholera wrzucił do Internetu zdjęcie, jak Lech Kaczyński trzyma do góry nogami szalik piłkarski z napisem ‘Polska’. Że niby taki z niego gapa i ślamazara. Już w następnym momencie pokazano, że to zdjęcie było zaledwie jednym z serii następujących po sobie błyskawicznie ujęć, gdzie Prezydent układa sobie w rękach ten napis. Napisałem o tym cały tekst w Salonie, nawet podając taki przykład, że gdyby koś mnie sfotografował przy pomocy serii ujęć, jak się zabieram do obiadu, to bez najmniejszego problemu można by znaleźć takie, na którym byłoby widać czarno na białym, że ja nie dość że nie wiem jak się trzyma nóż i widelec, to jeszcze wyglądam przy tym jak kretyn. Odpisał mi na to ktoś, kto mnie poinformował, że niepotrzebnie się czepiam, bo tu nie ma żadnej manipulacji. Zdjęcie nie jest fotomontażem. Kaczyński trzyma szalik do góry nogami. Nikt mu tego szalika nie kazał tak trzymać. A przez to jest śmieszny. I koniec.
Dziś już Lecha Kaczyńskiego z nami nie ma. Został zdmuchnięty z powierzchni ziemi wraz ze swoją wielkością, dobrocią, uprzejmością, swoim intelektem, swoim patriotyzmem i miłością ludzi, którzy też go szanowali. Został zdmuchnięty z powierzchni ziemi również z tą całą nienawiścią, która przez całe lata wypełniała naszą przestrzeń publiczną. Kiedy powoli tworzy się ten mit i ta legenda człowieka mądrego, dobrego i pełnego poświęcenia, widzimy wyraźnie, że ten „Borubar”, ten szalik i jeszcze dziesiątki innych drobiazgów, które tworzyły naszą kulturę popularną tylko w tym jednym celu – żeby zniszczyć człowieka wielkiego, były w gruncie rzeczy jedyną bronią, jaką System miał przeciwko niemu. Dziś widać, jak oni wszyscy byli bezradni i jak, żeby uzyskać podstawowy cel, a więc stworzyć wokół Lecha Kaczyńskiego szyderstwo, które go przesłoni na zawsze i ostatecznie, musieli kłamać. Jak bardzo musieli kłamać. Jak nie mieli nic więcej, poza tym kłamstwem.
Jeśli dziś któryś z nich przyjdzie do mnie i powie, żebym się nie gniewał, ale postarał zrozumieć, w jakim napięciu przez te lata on żył, jak bardzo ta IV RP i to wszystko, co wokół niej się działo nie pozwalało mu spokojnie funkcjonować; jak bardzo wreszcie on wypatrywał tej szansy na odrobinę szyderstwa i śmiechu, nawet kosztem maleńkiego kłamstwa, to ja oczywiście mogę pokiwać głową ze zrozumieniem. Bo wiem, że to napięcie było tam ogromne. I zresztą wciąż jest. Bo rozumiem, jakie to musi być straszne, kiedy się czuje, że się nie ma racji, a jednocześnie wie, że przecież to niemożliwe. Jak to jest, kiedy dochodzi się do tego momentu, gdy okłamywanie samego siebie jest już jedynym sposobem na przeżycie. Myślę, że to rozumiem. Myślę, że na tym polega opętanie, lub – na bardziej podstawowym poziomie – choroba psychiczna.
Jednak nie widzę powodu, żebyśmy tutaj, ludzie którzy nie ulegli, którzy zachowali trzeźwość spojrzenia i czystość serc, musieli korzystać z tak nędznych sposobów na to by się dobrze poczuć. Zbliżają się wybory prezydenckie. Z jednej strony mamy Jarosława Kaczyńskiego, a z drugiej Bronisława Komorowskiego. To jest obraz tak oczywisty, że naprawdę jest bez znaczenia, czy któryś z nich na jakimś zdjęciu będzie wyglądał głupio.

poniedziałek, 26 kwietnia 2010

Przyszedł pan ze zdechłą żabą i pali jakieś liście



Powiem szczerze, że nie do końca się orientuję, czy moje przeczucia mnie nie zawodzą, niemniej jednak mam wrażenie, że Szatan – o którym tu już wielokrotnie wspominałem – zaatakował również na poziomie prostego przekazu medialnego. Kiedy oglądam telewizję – a oglądam ją stale i niezmiennie – widzę, że z jakiegoś dla mnie niezrozumiałego do końca powodu, w jej ofercie pojawiło się całe stado tak zwanych ateistów, a więc ludzi których przekaz i jednocześnie zasługa jest jedna – Boga nie ma. To co jest, to wyłącznie złudzenie i ludzkie kompleksy. No i oni. Ci którzy nam to porządnie wyjaśnią.
W minioną sobotę obejrzałem występ dwóch kobiet, a mianowicie Magdaleny Środy i – ostatnio nieoczekiwanej zupełnie gwiazdy telewizji TVN24 – Olgi Lipińskiej, które, wraz z jakąś doczepioną do nich „socjolożką”, ubolewały bardzo nad tym, że całe to poruszenie spowodowane śmiercią Prezydenta, jego żony i pozostałych osób, zostało zawłaszczone przez religię, Kościół i – konsekwentnie – zabobon. Że bardzo źle się dzieje, że z takim ważnym wydarzeniem nowoczesny człowiek nie umie sobie poradzić inaczej niż przy pomocy religii. Wczoraj z kolei, znów z nieznanego mi powodu, Grzegorz Miecugow zaprosił do telewizyjnego studia zaprosił niejakiego Zbigniewa Mikołejko, czy Mikołajko.
W tym momencie należy się parę słów wyjaśnienia. Ja znam tego Mikołejkę. Zwróciłem na niego uwagę jeszcze w zamierzchłych czasach kwitnącej III RP, kiedy to czytałem Gazetę Wyborczą. Kim jest ten człowiek? Otóż on jest wykształconym ateistą. Co ciekawe, o ile mi wiadomo, cała jego wielkość, czy może tylko szczególność, sprowadza się do tego, że jest on przekonany, że Bóg nie istnieje, i że każdy kto sądzi inaczej, to biedny, zahukany, pełen kompleksów nieborak. W sytuacji gdy nawet Jan Hartman – inny bohater bezbożnych mediów – przynajmniej od czasu do czasu zabierze głos w sprawach ogólnych, ów Mikołajko przez te wszystkie lata nie dokonał nic więcej, jak tylko twierdzi że Boga nie ma i zebrał całe swoje dotychczasowe wykształcenie w formę kilkunastu zdań, które zdołały ten sąd zgrabnie uzasadnić. I właśnie dzięki temu osiągnięciu, był w swoim czasie bohaterem Gazety Wyborczej, a dziś zupełnie niespodziewanie stał się gwiazdą Grupy ITI. To też znak czasów. Wydawałoby się jednak, że aby dać się pokazać w telewizji trzeba przynajmniej mieć gitarę i umieć coś zaśpiewać, zatańczyć, albo opowiedzieć żart.
Co mi strzeliło do głowy, żeby się zajmować ateistami. Czy którykolwiek z nich powiedział coś istotnego? Czy może któryś z nich wygłosił jakąś myśl, która kogokolwiek poruszyła? Poza wypowiedzią Magdaleny Środy, ubolewającej nad tym że nikt jakoś wciąż nie stworzył rytuału pozareligijnego – a i to z wielkim trudem – nie zdarzyło się nic takiego. Dlaczego więc nagle ta nisza stała się tematem w tym miejscu? Otóż wcale nie chodzi o nich. Problemem jest to, że reżimowe media, w tym konkretnym czasie, znalazły potrzebę sięgnięcia po ten szczególny arsenał. Po ateizm. W jednej sekundzie, przez niezbadany gest losu, lub może opętanego umysłu – wszystko jedno – zginęło 96 osób stanowiących elitę naszego pięknego kraju. Ten akt nieopisanego barbarzyństwa stworzył w jednej chwili napięcie tak mistyczne, ze jedynym dla niego ujściem stała się religia. Dlaczego? Nie wiem. Ale to nie jest opinia, lecz fakt. Tak się stało. Ta tragedia, ta katastrofa i ta śmierć spowodowały w jednej chwili reakcję, którą można zrozumieć jedynie na poziomie boskim. Ale jestem dziś pewien, że jeśli za tym nieszczęściem stoi wcielone zło – a myślę, że stoi – jego jedyną sensowną reakcją jest zakwestionowanie tego mistycznego wymiaru. I stąd ten zły szum.
Wraz z tym wiatrem wiary, nadziei i miłości pojawił się więc ten niedobry zgrzyt. Zgrzyt mówiący nam, że jesteśmy naiwni, głupi i bezużyteczni. Że to wszystko, czym się przejmujemy i co nam daje poczucie siły i wielkości, jest wyłącznie złudzeniem i bzdurą. A ja czuję, że to wszystko na nic. Że za tymi dziwnymi ruchami stoi już tylko zwykła desperacja, spowodowana poczuciem utraty władzy. To już jest wyłącznie pisk.
Moja wiara jest bardzo szczególna. Szczególna w tym sensie, że całkowicie racjonalna. Kiedy myślę o Bogu, o Jego realności i obecności w naszym życiu, jestem w pełni skoncentrowany nie tyle na wierze, lecz na jak najbardziej racjonalnym oglądzie tego co rozpościera się przede mną. Kiedy słyszę o najróżniejszych cudach, mam dla nich wytłumaczenie jak najbardziej racjonalne, a mimo to wciąż uważam je za oczywiste znaki, które wysyła nam Pan Bóg. Kiedy spotykam kogoś, kto mówi mi, ze Bóg umarł, lub wręcz że nigdy nie żył, jestem w stanie się z nim spierać wyłącznie na poziomie rozumowym. Krótko mówiąc, jeśli mam kłopoty z moją wiarą, one nie mają w żaden sposób natury racjonalnej. Dla mnie Bóg, zbawienie i życie wieczne są objaśniane w sposób wyłącznie logiczny. Inaczej natomiast jest, gdy nagle – a zdarza się to wcale nie rzadko – ogarniają mnie wątpliwości. Że może to wszystko to złudzenie, że za tym życiem nie ma nic, że to wszystko bujda, a my wszyscy zwyczajnie sobie coś roimy. Tyle że każdy taki moment tonie w kompletnej irracjonalności. Z moją niewiarą jest trochę tak jak z dzieckiem, które wie że tam w ciemnym kącie nic nie ma, ale wciąż się boi, że a nuż coś jednak wyskoczy. To jest zupełnie jak z tym człowiekiem, który wie, że życie naturalnie jest formą istnienia białka, ale nie da się ukryć, że czasem dzieją się rzeczy dziwne. No a poza tym, kto w ogóle może wiedzieć, jak to jest naprawdę. A więc w tym sensie, jestem dość podobny do takiego Mikołajki, jego przerażonych kolegów z ich wyobrażeniami na swój temat. Jestem mianowicie jak najbardziej racjonalistą, Tyle że może czasem czuję się jakoś nie tak jak bym chciał. I nie wiem, dlaczego.
A zatem, dokładnie tak samo jak dziecko, które zamyka oczy i wchodzi do ciemnego pokoju, bo wie, że nic tam złego na niego nie czeka i że wszystko to co mówią ludzie to żart, patrzę na to, co się w tych szczególnych dniach dzieje wokół nas. Uważam, że to co się stało 10 kwietnia pod Smoleńskiem to nie bajka i bzdura. To w sposób jak najbardziej oczywisty i realny – a co najważniejsze racjonalny – dotknięcie palca mojego Boga. To znak, który ma wytłumaczenie jak najbardziej rozumowe i pełne logiki. To żywa prawda. Oczywiście, boję się też trochę, że może mi się to wszystko tak tylko zdaje. Że w końcu bywa różnie, a człowiek popełnia niezwykłe czasem błędy. Jednak to się dzieje wyłącznie na poziomie zaklęć i koszmarów. I to wiem. I to mnie utrzymuje w zupełnie dobrym nastroju.
Ale wiem też jednocześnie, że to zło, co się naprzeciwko nas zebrało, ci wszyscy nieszczęśnicy, co głoszą, że to co się dzieje, potrwa jeszcze zaledwie parę dni, a najwyżej tygodni, i zniknie jak wszystko co się wydawało czymś niezwykłym dotychczas i też się skończyło, żyją złudzeniami. I ten wczorajszy Mikołajko, i ta Magdalena Środa, a za nimi wszyscy inni głosiciele przyszłości bez Boga, bez nadziei i bez sprawiedliwości, żyją złudzeniami. Oni są jak ci biedni czytelnicy ezoterycznych magazynów, którzy wierzą, że skoro jak się nasika na zleżałe trociny, to się lęgną robaki, to niewątpliwie życie powstało nie przez słowo Boga, lecz tak jakoś. To nie są racjonaliści, to nie są ludzie rozumni. To nawet nie są czarodzieje. Ich jedyna kompetencja to umiejętność składnego objaśniania swoich problemów związanych ze strachem przed wieczną mocą i nieskończoną miłością.
I pomyśleć, że to oni akurat zostali skierowani na pierwszy polityczny front walki o przyszłość naszej Polski! Równie dobrze mogliby wysłać człowieka z różdżką, lub z talią kart jakiegoś Tarota.

niedziela, 25 kwietnia 2010

Dreszcze



Jakiś już czas temu, wyjaśniając tu kwestię uporu, z jakim w swoich kontaktach z mainstreamowymi – czy, jak to niektórzy wolą nazywać, reżimowymi – mediami, korzystam niemal wyłącznie z usług telewizji TVN24, przekonywałem, że pod względem wartości informacyjnej, nie widzę w Polsce nic lepszego. Oczywiście, i sama postawa większości dziennikarzy i propagandowy wysiłek, jaki w ten przekaz wkładają właściciele stacji, nie pozostawia wątpliwości co do podstawowych intencji osób i instytucji stojących za tym projektem. Niemniej zawsze uważałem, że każda informacja jaka jest mi potrzebna do tego, bym wiedział co, gdzie, jak i dlaczego, jest każdego dnia obecna w przekazie TVN-u, i jest ona przy tym tak jasna i nieskrywana, że nie tylko mnie, ale każdemu kto chce się orientować w zawiłościach polskiej polityki, TVN24 całkowicie powinien wystarczyć.
Przedstawiając ów swoisty raport, wyraziłem jednocześnie przypuszczenie, że służby tworzące codzienny przekaz TVN-u są dziś o tyle mądrzejsze od dawnych, komunistycznych propagandzistów, że świetnie wiedzą jak bez znaczenia dla kształtowania publicznej świadomości jest bezpośrednia informacja, lub jej brak, natomiast to co się naprawdę liczy jest prowadzone niemal całkowicie poza tym, co przeciętny człowiek widzi i słyszy, gdy siedzi przed telewizorem i próbuje układać w swojej głowie to co do niego dociera. Że społeczna świadomość jest kreowana nie przez informację, lub jej brak, lecz przez tak zwaną kulturę pop i wszystko co się z nią wiąże. A zatem, nawet jeśli w głównym wieczornym programie TVN24 pojawi się absolutnie jednoznaczna wiadomość, że Donald Tusk jest premierem nieudanym, niekompetentnym i na co dzień zwyczajnie nieprzytomnym, i nawet jeśli ta informacja zostanie powtórzona jeszcze parę razy – z rzeczowymi dowodami w załączeniu – świadomość przeciętnego telewidza i tak zostanie skutecznie zmodyfikowana przez najbliższy występ Kuby Wojewódzkiego i jego gości, żart Szymona Majewskiego, zachowanie jurorów programu You Can Dance, czy wywiad, jakiego dla magazynu Gala udzielił, powiedzmy, Daniel Olbrychski. Że właściciele i promotorzy tego medialnego projektu doskonale to wiedzą, i się niczego nie boją.
Od paru dni jednak widzę coraz wyraźniej że jednak się boją. Że boją się jak cholera. I jestem niemal pewien, że problemem nie jest to, że kiedyś się myliłem, a dziś – skutkiem może tej tragedii, jaka nam została zesłana przez ludzi złych i opętanych – nagle ujrzałem całą prawdę. Nie. Jestem szczerze przekonany, że to tam u nich zaszło coś, co sprawiło, że to oni się zmienili. Nie ja. Co najwyżej mogę się przyznać do jednego. Możliwe, że za tamtym komfortem, jaki oni odczuwali, za tym ich spokojem, nie stało wyłącznie cyniczne przekonanie, że ludzie są na tyle głupi, że sprytnie sączona propaganda może być utrzymywana całkowicie poza warstwą informacyjną, a więc że czasy cenzury to piękna, acz już zużyta, melodia przeszłości. Dziś sobie myślę, że jest prawdopodobne, że oprócz tej wiedzy, mieli jeszcze jedną – że społeczeństwo, które siłą rzeczy musi być dopuszczane raz na jakiś czas do demokratycznych procedur, jest już odpowiednio i ostatecznie urobione. A tym samym, zagrożenia nie ma.
Tak jak to robiłem przez minione lata, w dalszym ciągu oglądam telewizję TVN24, z tą różnicą, że nie ma właściwie dnia, bym nie zauważył, że coś się zmienia. I to zmienia w sposób dramatyczny. Od kilku dobrych dni widzę bardzo wyraźnie, że niemal wszystko to co dotychczas funkcjonowało w popularnym TVN-ie, w kolorowych magazynach, w codziennej propagandzie Agory rozdawanej za darmo w polskich miastach każdego ranka – a więc kłamstwo i cenzura – zaczyna również dominować przekaz TVN24. Że to co dotychczas tworzyło swego rodzaju wyjątkowość tej stacji, choćby na tle Gazety Wyborczej, czy pomniejszych uczestników tak zwanego frontu ideologicznego, a co sprawiało, że w pewien sposób oni byli grupą znacznie bardziej od innych niebezpieczną, rozpłynęło się wraz z nadsmoleńską mgłą. A zmiana jest niewątpliwa. Ktoś dla kogo zło ma zawsze jedną jedyną twarz – choćby twarz Wojciecha Jaruzelskiego, czy Adama Michnika –może jej nie dostrzec. Ale ona jest i niech żałuje ten kto jej nie widzi. Bo oni się zwyczajnie zaczęli bać i to jest widok bezcenny. A jeśli się weźmie pod uwagę historię koncernu ITI, ludzi go tworzących i ich promotorów, ten strach musi mieć odpowiednio dużą wagę.
Co się więc stało? Co się stało, że TVN24 nagle poczuł, że zrobiło się niewygodnie? Nie wiem. Mogę się oczywiście domyślać, ale w sumie nie wiem. Muszę coś jednak tu powiedzieć. Coś co może nie ma znaczenia, z drugiej strony mieć może. Otóż niedawno, choć naturalnie, jeszcze przed tragedią 10 kwietnia, przeczytałem w Rzeczpospolitej wywiad z Zytą Gilowską. I ona wyraziła opinię, że fakt rezygnacji Donalda Tuska z walki o prezydenturę jest dla niej nieodgadnioną tajemnicą. Że jakkolwiek ona się przymierza do odpowiedzi na pytanie, czemu Donald Tusk zrezygnował ze swojego największego od lat marzenia, tej odpowiedzi nie znajduje. Dla niej to jest coś absolutnie tajemniczego, co – niewykluczone – nigdy nie zostanie wyjaśnione. Dziś, z perspektywy czasu, z doświadczeniem, jakie nas tak strasznie skaleczyło, myślę sobie, że ta zagadka może się wyjaśnić szybciej niż się spodziewamy. Jeszcze nie teraz. Dziś jest niedziela, jutro Jarosław Kaczyński być może zgłosi chęć udziału w walce o Polskę, za dwa miesiące odbędą się wybory prezydenckie. Wybory, które nagle – i to już nie tylko dla nas, ludzi, którzy zawsze żyli dobrą nadzieją – mogą przynieść zwycięstwo, którego miało nie być.
W moim pierwszym komentarzu, zamieszczonym tu jeszcze w tamtą sobotę, wyraziłem wiarę, że to nieszczęście ma sens i znaczenie. Dziś koło się zamyka. Wszystko, z każdą kolejną chwilą, dowodzi, że ten sens i to znaczenie jest bardzo, bardzo prawdopodobne. Słychać to nawet nad tym zgrzytaniem zębów. I nad tymi dreszczami.

piątek, 23 kwietnia 2010

O micie i o legendzie na lepsze czasy



Nie mam najmniejszego pojęcia, jak będzie wyglądała Polska za parę miesięcy. W jaki sposób to co się stało 10 kwietnia wpłynie na nasz los i los naszego kraju? Czy ten dzień stał się dla nas ostateczną klęską, czy może, dzięki bożej łasce, otworzył nam drzwi do czegoś nowego i lepszego? Towarzyszy mi oczywiście nadzieja, którą – od czasu, gdy zła ręka dokonała owego aktu zniszczenia – wyrażałem tu wielokrotnie, że ta cena wprawdzie była wielka, ale w paradoksalny sposób to myśmy sami ją dla siebie ustalili i że właśnie dlatego nie mogła być ona niższa. To myśmy prosili o taką ofiarę. Ale właśnie dlatego ta ofiara musi przynieść coś naprawdę dobrego. Więc mam dziś nadzieję na większe dobro.
Nie wiem, co stanie się teraz. Nie wiem ani tego, kto w nadchodzących wyborach zostanie kandydatem, jak to ktoś ładnie określił, wszystkich zwykłych Polaków, ani tym bardziej tego, czy ta kandydatura zdoła pokonać to zło, które się mobilizuje w sposób bezprecedensowy, wygra dla nas i dla Polski dobrą przyszłość. Nie wiem, czy to Jarosław Kaczyński poprowadzi nas do tego nowego etapu, czy może już ktoś inny, bardziej w tym momencie skuteczny. Nie wiem dziś prawie nic. Ale widziałem niedawno Jarosława Kaczyńskiego i wierzę – co też już miałem okazję podkreślić – że on wie. I że to nie on teraz się boi, ale że źli ludzie boją się jego. I boją się jak nigdy pewnie dotąd. I wiem, że tak jest dobrze.
Wiem tez jeszcze coś, o czym miałem okazję rozmawiać wczoraj z pewnym bliskim moim przyjacielem, a dziś z moim synem i o czym cały czas myślę. Że mianowicie to co się stało, to wielkie nieszczęście, pozostanie już zawsze w naszej polskiej świadomości, w naszej historii i w naszej pamięci, legendą i mitem. A właścicielem tej legendy i tego mitu będą ci, dla których Polska nie była nigdy sposobem na robienie brudnych interesów, lecz ci którzy ją kochali i jej służyli. Przez najbliższe lata, a może i dziesiątki lat, a może już i zawsze, naszą najbardziej patriotyczną tradycję, będzie symbolizowało to nieszczęście 10 kwietnia, to wszędzie już obecne hasło „Katyń 2010”, i wreszcie postać człowieka, którego miłość do Polski, odwaga i determinacja stały się pierwszą i jedyną pewnie przyczyną tego co się musiało stać. Pierwszą i pewnie jedyną przyczyną tej ofiary. Ta legenda będzie już zawsze miała postać Lecha Kaczyńskiego. Bo, wbrew temu, co powiedział niedawno pewien obłąkany staruszek, samoloty nie spadają co chwilę, a jak już spadną, świat nie kiwa głową i nie wraca do codziennych zajęć.
Bardzo pięknie o tym opowiadał jeszcze przed pogrzebem na Wawelu Jan Maria Rokita, w telewizyjnym wywiadzie, najpierw okrutnie ocenzurowanym, a potem skazanym na zapomnienie. Przez ostatnie dni, starałem się bardzo zdobyć to nagranie i je tu udostępnić w całości. Bo wierzę, że – co by o nim nie myśleć i czego mu z przeszłości nie pamiętać – w tej bardzo starannie przemyślanej i przygotowanej wypowiedzi, powiedział on coś, co daje nadzieję właśnie na to, że ta pamięć będzie już zawsze z nami i nie ma takiej siły, która by była w stanie ją zniszczyć. Że ona będzie funkcjonowała w naszej historii i patriotycznej świadomości co najmniej tak mocno, jak w świadomości Amerykanów do dziś funkcjonuje choćby śmierć prezydenta Kennedy’ego, czy zamach na WTC z 11 września. I że ten mit i ta legenda – jeszcze raz to podkreślmy – będzie naturalnie własnością całej Polski, ale zwłaszcza jednak Polski wiernej i patriotycznej. I to będzie własność bezcenna.
Proszę sobie posłuchać tego, co powiedział Jan Maria Rokita. Wierzę, że w dobrym odruchu dania dobrego świadectwa. Nie ze względu na niego, ale właśnie ze względu na to świadectwo, którego akurat nikt inny – tak się jakoś złożyło – nie potrafił tak dobrze przekazać. Pobierz plik

czwartek, 22 kwietnia 2010

O sztuce czekania



Od pierwszego dnia, a więc od pamiętnego sobotniego ranka, nie ulegało dla mnie wątpliwości – i czemu dałem to parokrotnie świadectwo – że samolot z Prezydentem na pokładzie nie spadł ot tak sobie, lecz został do tego upadku zmuszony. Przez kogo? Nie mam pojęcia i jestem głęboko przekonany, że tego się już nigdy nie dowiem. Jednak każda godzina, przynosząca nowe relacje, nowe wyjaśnienia i kolejne krętactwa, utwierdzała mnie w tym przekonaniu – że to nie był wypadek. Mówię tu o informacjach i o próbach dezinformowania, ale też – kto wie czy nie przede wszystkim – o dwóch kwestiach, które są dla mnie istotne jako dla człowieka liczącego w życiu przede wszystkim na swój zdrowy rozsądek. Chodzi o to mianowicie, że prezydenckie samoloty – pomijając jakieś walczące o władze afrykańskie kliki – zwyczajnie nie spadają, a tym bardziej nie spadają samoloty wiozące pół państwa, w tym polityków stanowiących jądro jedynej faktycznej opozycji. To jedno. Druga rzecz to taka, że ja niemal od samego początku miałem okazję obserwować te twarze. Poszarzałe ze strachu twarze premiera Tuska, Lecha Wałęsy i paru innych ważnych przedstawicieli obozu władzy. Jak się nagle dla nich samych okazało, władzy wyłącznie formalnej. Mówię tu o ludziach, którzy najwidoczniej nagle zdali sobie sprawę z tego, że zostali wplątani w coś, czego w najczarniejszych snach nie podejrzewali.
Jest jeszcze trzeci element kształtujący moje przekonanie o morderstwie i o tym co niedawno Jarosław Kaczyński nazwał męczeństwem swojego brata, jego żony i wszystkich innych, obecnych na pokładzie osób. Coś co się pojawiło nieco później, i co stale rośnie. Mówię tu o wręcz histerycznej demonstracji wdzięczności ze strony różnych środowisk dla postawy, jaką się wykazała Moskwa. Rosjanie od pierwszej chwili, a więc od momentu jak pewien ich dziennikarz, stacjonujący tu w Polsce, wyraził nadzieję, że za ten „wypadek” „Polaki” nie będą winić swoich wypróbowanych przyjaciół ze Wschodu, do dzisiejszego już zwyczajnego szaleństwa prezentowanego przez dziennikarzy, komentatorów, polityków, część Kościoła – choćby w osobie arcybiskupa Życińskiego apelującego o to, byśmy jakoś zechcieli się odwdzięczyć Rosjanom za ich dobroć – do wreszcie zaczadzonej tym kłamstwem opinii publicznej. Jestem pewien, że gdyby tego typu ciąg zdarzeń miał miejsce na poziomie zwykłych sąsiedzkich relacji w którejkolwiek polskiej wsi, każdy, najbardziej prosty wiejski głupek, wiedziałby, że „coś tu śmierdzi”. Że gdyby którejś nocy spłonęła chałupa z ludźmi w środku, a pierwsi z kondolencjami popędzili ci, dla których ta chałupa przez całe życia była cholerą i zgryzotą, całe okoliczne towarzystwo stanęłoby w miejscu i zaczęła się drapać po swoich prostych wiejskich łbach. A na każdego, kto by zaczął organizować uroczystość dziękczynną dla oczywistego winowajcy, patrzyliby z równym podejrzeniem, jak na samego napastnika. A więc ja dziś tu stoję i drapię się po moim prostym, wiejskim łbie.
Nie chcę jednak zbyt dużo o tym myśleć. Nie chcę ani protestować, ani apelować o powołanie „niezależnych komisji”, nie mam nawet planu, by więcej pisać o tym, że nasz Prezydent został zamordowany, a jego brat cudem tej śmierci uniknął. Przynajmniej nie przez najbliższe miesiące. Właśnie z tego powodu, że ja wiem, jak bardzo poważna jest to sprawa i jak bardzo poważni ludzie muszą za tą sprawą stać. Jestem o tym przekonany nie tylko widząc, jak nawet premier Tusk poszarzał, a Lech Wałęsa padł na kolana i zaczął prosić Boga o zmiłowanie, ale własnie obserwując, jak System powoli, systematycznie i bardzo skutecznie prowadzi tę sprawę w taki sposób, by wreszcie wyszła na prostą. Na każdym poziomie. Na poziomie tak zwanego „wyjaśniania przyczyn katastrofy”, ale również na poziomie zwykłej codziennej manipulacji i kłamstwa. Widzę jak każda sekunda medialnego przekazu, który jest nam przedstawiany, dobór komentatorów, układ relacji, obraz, każdy uśmiech i każdy grymas – jest wynikiem bardzo pracowitej, mrówczej pracy odpowiednich sztabów. Kiedy słyszę choćby, jak skutecznie udało się skadrować krakowski Rynek, by broń Boże nikt nie zobaczył tych trzech potężnych transparentów Solidarności Walczącej, w rzeczywistości dominujących nad całą resztą, jak bardzo się starano, by wypowiedź Jana Rokity dla TVN24 o nowej polskiej patriotycznej legendzie w osobie Prezydenta, najpierw kompletnie usunąć, a później skutecznie zmanipulować, jak cały medialny wysiłek skierowany jest na to by kwestionować nie męczeństwo zamordowanych osób, ale precyzję wypowiedzi Jarosława Kaczyńskiego, wiem, że to wszystko nie jest zwykłą zabawą, gdzie ktokolwiek bierze pod uwagę, że tę sprawę można przegrać. Że oni świetnie wiedzą, że skoro akcja nie do końca się udała, to teraz już nic więcej nie wolno zepsuć.
Nie interesuje mnie walka o publiczne ujawnienie prawdy o Smoleńsku. Nie teraz. Mamy zaledwie dwa miesiące. Ja widzę jak działa przeciwnik i nie zamierzam mu dawać czasu. Halina Bortnowska, o której już wspominam tu po raz trzeci – ale zasłużyła sobie na to jak najbardziej – wyraźnie pokazała dramatyzm chwili. Zaapelowała o jak najszybsze zakończenie dziś drobnego sporu o Wawel i odłożenie sprawy na po wyborach. Trzeba najpierw nie dopuścić do zwycięstwa Jarosława Kaczyńskiego. Trzeba dokończyć misternie przygotowany plan przejęcia władzy na zawsze. A wtedy taki drobiazg jak usunięcie tych ciał z wawelskiej krypty będzie jak splunięcie.
W tej sytuacji, ja też mogę poczekać. Wprawdzie nie wydaje się aby nasze cele były tak proste, ale i tak poczekam. Trzeba wygrać wybory. Później się zobaczy.

środa, 21 kwietnia 2010

Będziemy jeść palcami



Od pierwszego dnia, jak zaczęła się III RP, jesteśmy atakowani większymi lub mniejszymi zarzutami, że nasza życiowa filozofia jest błędna, bo oparta na pogardzie i nienawiści. Wspominam o początku III RP, ponieważ nie umiem sobie przypomnieć, by wcześniej ten problem w ogóle istniał. Nienawiść i pogarda stanowiły absolutnie nieodłączny element całej postawy, jaką ja i wielu innych Polaków czuło na co dzień i śniło nocą. Wiadomo było, i o tym się nawet nie dyskutowało, że porządny człowiek tą pogardą i nienawiścią żyje i w momencie gdy ona go opuści, to będzie tak jak by umarł. A więc i gardziliśmy i nienawidziliśmy z podniesionym czołem. Najpierw przez lata naszej peerelowskiej młodości, a później ponieśliśmy ją w nowe – niekiedy nawet bardziej występne – czasy, jak sztandar. Pogarda i nienawiść – nasze siostry w nieszczęściu – stały się więc przedmiotem debaty z początkiem lat 90-tych i owa debata toczy nasze życie nieustannie do dziś. Prawie do dziś.
Z autentycznym porażeniem, od kilku dni obserwuję, ze publiczny przekaz, który zawsze tak bardzo dbał o to, by wyłapywać w naszym życiu społecznym i politycznym wszelkie przejawy już nawet nie awantur i agresji, czy tzw. złego języka, ale wręcz zwykłego politycznego sporu i wystawiać je pod pręgierz społecznej krytyki, zaczyna powoli przebąkiwać o tym, że spór to rzecz normalna, że polityka zawsze była agresywna, że przecież rozejrzyjmy się po świecie, gdzie demokracje są o wiele bardziej rozbudowane niż u nas, a towarzysząca im agresja nie budzą nawet zdziwienia. Ci sami eksperci od elegancji, dobrego smaku, kultury dyskusji, porozumienia i szacunku dla przeciwnika, ni stąd ni z owąd wręcz proszą nas, żebyśmy nie byli naiwni, bo polityka to brudna rzecz i brudna przecież ma być. Bo inaczej demokracja – którą przecież wszyscy kochamy – zwyczajnie nie działa.
Doszło do tego, że parę dni temu jeden z najbardziej zaangażowanych głosicieli potrzeby publicznego napiętnowania polityki w ogóle, wręcz odwrócenia się od niej w odruchu społecznego protestu, jako emanacji chamstwa i ciągłej awantury, wspomniał o tym, że przecież popatrzmy na Izbę Gmin, jakie tam się dzieją rzeczy, jak tam nikomu nawet nie przyjdzie do głowy, żeby tonować poziom napięcia. Bo to jest samo mięso demokracji, to jest jej piękno.
Osobiście agresja w polityce, nawet budowana na nienawiści i pogardzie, nigdy mi nie przeszkadzała. Kiedy Janusz Palikot wniósł do telewizyjnego studia świński ryj, ta demonstracja budziła moje obrzydzenie nie ze względu na poziom agresji, jaki w sobie niosła, czy nawet nie ze względu na ten brak elegancji, jaki jej towarzyszył, ale wyłącznie przez, z jednej strony, osobę aktora – a więc człowieka, którego osobiste ześwinienie nie daje mu moralnego prawa do obrażania świń, a z drugiej przez zwykłą artystyczną tandetność tego gestu. Jednak nie przyszło mi nawet do głowy, że o wiele bardziej elegancko byłoby, gdyby na miejscu Palikota usiadł poseł na przykład Gowin i zaczął swoim strasznym szeptem sączyć swoje kłamstwa. Bo to nie agresja i nie wściekłość i nie pogarda – uczucia tak ludzkie, że aż zapisane w świętych psalmach – budzą niepokój, lecz kłamstwo. Nieludzkie, szatańskie, bezbożne kłamstwo. A zatem, można powiedzieć, ze przez te wszystkie lata III RP, moralna bitwa toczyła się nie między pogardą a miłością, lecz między pogardą a kłamstwem. Właśnie kłamstwem.
Dziś, o kilku już dni, widać wyraźnie, jak głosiciele dobrej nowiny świata miłości i wzajemnego zrozumienia, przesuwają swój czarny front i proszą o spór. Ta zmiana jest oczywiście dość dramatyczna, choćby, jak się wydaje, z tego względu, że jeśli zwykłemu kłamstwu, tyle że ubranemu w białe rękawiczki, ma towarzyszyć szyderstwo, okrucieństwo i strach, to perspektywy nie są najlepsze. Nie możemy się jednak dać przestraszyć. W końcu to my jesteśmy wojownikami. Jesteśmy wojownikami, a nie propagandzistami o pokręconych duszach. My wiemy co to pogarda, wiemy co to gniew, ale wiemy też co to kłamstwo. W końcu to ono nas uczyniło tym kim jesteśmy dziś. Ich zmotywowało, a nas wzmocniło. Więc nie musimy już się bać. Jestem głęboko przekonany, że to kłamstwo stanowiło skuteczną broń, właśnie wtedy gdy miało twarz eleganckiego katolickiego intelektualisty, zadumanego nad upadkiem świata wartości, czy może staruszka zostawiającego zepsutemu światu swój testament miłości. Ono nawet mogło stanowić ostrą broń, kiedy było używane przez podłych, jak to ładnie ujął niedawno w ocenzurowanym przez TVN24 wywiadzie, Jan Maria Rokita „nihilistów z Biłgoraja”. Kiedy jednak ci staruszkowie z profesorskimi tytułami i starsze panie z Klubów Inteligencji Katolickiej zaczną kłamać i pluć jednocześnie, nie będziemy mieli nowej jakości, lecz zwykłą parodię. Choćby z tego względu, że one – na przykład one – o Psalmach Króla Dawida mają równie wielkie pojęcie, jak o Chrystusowej Miłości zapisanej przez Ewangelistów. A więc żadne. Krótko mówiąc, to są durnie. „cyniczni i złośliwi, głupi, pasożyty, insekty, nowotwór na organizmie żywym”, jak ładnie to sformułował artysta popularny. A cóż oni mogą?
Minęła żałoba. Jeszcze przed nami ostatnie pogrzeby. Wczoraj zdjąłem z balkonu flagę. Mam poczucie, że i tak wisiała o ten jeden dzień za długo. Koniec żałoby i tak już został ogłoszony wcześniej. Choćby przez Halinę Bortnowską, która najjaśniej jak tylko potrafiła, zakomunikowała, że nawet sprawa zbezczeszczenia Wawelu przez ciała prezydenckiej pary powinna zostać odłożona na czas po zwycięstwie. Wczoraj Jarosław Kaczyński nazwał zmarłych w katastrofie pod Smoleńskiem męczennikami, sugerując jednoznacznie, że za tę katastrofę przyjdzie jeszcze komuś odpowiedzieć. Nie za ten wypadek, lecz za tę katastrofę. Nazwał ich męczennikami i natychmiast został zraniony pchnięciami ze wszystkich możliwych stron. A więc wojna. Proszą nas o spór? Będą mieli spór. Prawdziwy. Bez noża i widelca.

wtorek, 20 kwietnia 2010

Czemu syczą?



Nowy tydzień, a z nim koniec żałoby, zaczął się może jeszcze nie najostrzej, ale z całą pewnością przyniósł przedsmak tego, co przed nami. Wbrew temu co by się mogło wydawać, nie mam tu na myśli czegoś, co się powszechnie nazywa ‘brutalizacją życia’; nie chcę sugerować, że oto gdzieś wreszcie po raz pierwszy od pamiętnej soboty odezwał się Janusz Palikot; nie chodzi mi nawet o to, że po raz kolejny wyrzucił z siebie kolejną porcję syku Władysław Bartoszewski, czy któryś z „wielkich polskich artystów”. A więc nie będę relacjonował kolejnej eksplozji pospolitego zbydlęcenia. Mam tu dziś na myśli jedynie najbardziej podstawowe opętanie, o którym już tu wspominaliśmy w kontekście tego, co się po ciemnej stronie działo przez minione dni.
Nie chcę pisać ani o prostackiej wulgarności, ani o tzw. rynsztoku, ani nawet o okrutnej, bezmyślnej polityce. To nie jest ani to, z czym sobie dobrzy ludzie nie potrafią dać rady, ani nawet to, co najbardziej irytuje i nie daje spokoju. Mówiąc o przedsmaku tego, co – jak się domyślam – będzie nam towarzyszyło przez najbliższe tygodnie, mam na myśli najbardziej śliską i zakłamaną obłudę. To właśnie ta obłuda, to perfidne kłamstwo, ten dramatyczny ton skupiony wyłącznie na bezwzględnym zafałszowywaniu współczucia i szczerej sympatii, najbardziej poraża i, w konsekwencji, najbardziej boli. To nie zakrwawiony ryj świni najbardziej nas dręczy, lecz skupiona zakłamanym współczuciem twarz intelektualisty. I to ona – ta właśnie twarz – właśnie się ujawniła. Tak na dobry początek.
O ile mi wiadomo, pewną karierę w Sieci robi od wczoraj wypowiedź, jakiej dla Wprostu udzieliła pewna dama z Krakowa – a jakże! – nazwiskiem Halina Bortnowska. Starsi obserwatorzy naszej sceny publicznej nie muszą być objaśniani, kto zacz ta pani Bortnowska. Innym może wystarczy powiedzieć, że to jest ktoś taki, kto gdyby komuś przyszło do głowy stworzyć najbardziej przejmującą alegorię tego, czym w swoim najbardziej irytującym kształcie jest Tygodnik Powszechny – czy szerzej, katolicki intelektualista – jako projekt, akt i symbol, stanowiłby model wręcz idealny.
Ze względu na koligacje rodzinne i w pewnym stopniu również towarzyskie, mam trochę do czynieniu z ludźmi pokroju Haliny Bortnowskiej. I uważam, że ten moment jest równie dobry jak każdy inny, bym mógł powiedziec, że w ciągu minionych dni, jakie wszyscy przeżywamy, opłakując – a może czasem tylko przeżywając w osobistym wzruszeniu – śmierć Prezydenta i wszystkich innych, którzy stracili życie w katastrofie pod Smoleńskiem, ci właśnie ludzie, często bardzo dobrze wykształceni, często bardzo religijni, i najczęściej bardzo po ludzku sympatyczni i dobroduszni, nieodmiennie wyrażają opinię, że śmierć Lecha Kaczyńskiego była prostym wynikiem boskiej interwencji. Że – skorośmy sami nie potrafili sobie z tą zarazą poradzić – to On, kochający nas Bóg musiał wziąć sprawy w swoje ręce. A to, że my sami – reprezentowani przez tych, którzy tak bezmyślnie zdecydowali o zbezczeszczeniu wawelskiego wzgórza zwłokami prezydenckiej pary – wciąż nie potrafimy dojrzeć tego znaku, najpewniej zmusi Dobrego Boga do kolejnego aktu pomsty. Znam tych ludzi świetnie i choć sam z nimi staram się nie rozmawiać, w sposób naturalny dochodzą do mnie informacje o tym i o owym, co właśnie któryś z nich powiedział. Stąd też właśnie mam poczucie pewności, że wiem dobrze co siedzi w głowie Haliny Bortnowskiej – katolickiej intelektualistki i nie mniej katolickiego autorytetu.
Cóż takiego się stało, że o Halinie Bortnowskiej się mówi i że coraz więcej osob, którzy dotychczas nie mieli pojęcia o jej istnieniu, nagle na dźwięk jej nazwiska kiwają mądrze głowami i mówią: „O tak, Bortnowska. No tak, jasna sprawa. Całe szczęście, że jeszcze nam zostało parę prawdziwych autorytetów. A swoją drogą, czy ma pani może gdzieś jej zdjęcie?” Co się stało, że dla tych, dla których jej nazwisko było dotychczas równie znane jak nagrobny materiał o nazwie onyks, a który nagle okazuje się, że jest strasznie drogi i że ile to przedszkoli można by za niego wybudować, już dziś powoli Bortnowska staję się TĄ Bortnowską? Co ona takiego powiedziała? Otóż nic szczególnego. Dała jedynie tak bardzo charakterystyczne dla swojego środowiska objaśnienie etycznego wymiaru tego, czym w polityce jest żałoba i jak zachować powinno się sumienie, które ci, co ich Bóg nienawidzi, próbują w tę żałobę wplątać. W wypowiedzi dla Wprostu, która przez tę swoją bardzo charakterystyczną poetykę i szczególną zwięzłość, trafiła pod strzechy, powiedziała owa pani Bortnowska tak:
„Wbijmy też sobie do głowy - żebyśmy potem nie żałowali! - że podpis, a potem oddanie głosu na konkretnego kandydata nie jest właściwą formą kondolencji. To krok w przyszłość, w już nieodwołalnie otwarty nowy rozdział"
http://www.wprost.pl/ar/192793/Bortnowska-Co-jest-teraz-wazniejsze-od-sporu-o-Wawel/ .
Z powodów, o których wcześniej wspomniałem, uważam, że Halina Bortnowska śmierć Prezydenta traktuje w wymiarze religijnym, jako akt bożej sprawiedliwości. Jestem pewien, że – być może po pierwszym szoku – ona, podobnie jak wielu jej pobożnych kolegów, uwierzyła, że może Pan Bóg nie jest na tyle mściwy, żeby w odpowiednim czasie sprzątnąć takich szubrawców jak Stalin, Hitler, czy wcześniej jakiś Neron, natomiast z tym Kaczyńskim po prostu już nie wytrzymał. Halina Bortnowska sama jednak nie jest osobą pamiętliwą. O nie. Wystarczy na nią popatrzeć, posłuchać jej głosu, zobaczyć ten słodki tytuł bloga, który dla nas pisze – Myślennik, z jeszcze piękniejszym mottem z Kochanowskiego: „Przeto chciejmy wziąć przed się myśli godne siebie, myśli ważne na ziemi, myśli ważne w niebie”, żeby widzieć, że to nie jest żaden demon, lecz zwykła starsza pani, o której marnego słowa nie można powiedzieć, poza tym, że może czasem za bardzo przejmuje się tym, co na świecie układa się nie po jej myśli.
I dziś, kiedy już żałoba mija i trzeba się powoli brać za życie i za żywych, Halina Bortnowska, z głębi swoich „samorekolekcji”, prosi nas, żebyśmy broń Panie Boże, nie próbowali w żaden sposób gnić w naszej żałobie, ale tę żałobę wykorzystali po bożemu i ostatecznie zamknęli ten niedobry rozdział naszych serc. Ona nie agituje, ona nie obraża, ona się nie złości. Halina Bortnowska nie przynosi ani świńskiego ryja, ani wibratora, ani nie poi lokalnych pijaczków wódką żołądkówką. Ona nawet nie chce rozmawiać o polityce. Wręcz przeciwnie. Zachęca nas, byśmy się od polityki ostatecznie oderwali, bo polityka została ostatecznie pokonana. Swoim łagodnym głosem dobrego, świadomego katolika apeluje do nas, byśmy zrozumieli, że to już koniec tego koszmaru, bo Pan jest dobry i miłosierny.
… Widzę, że chyba się niepotrzebnie zaczynam nakręcać. Niepotrzebnie. Bo, wbrew temu co można by sądzić, i Halina Bortnowska i wielu innych dobrych, pobożnych, zatroskanych aktywistów tak zwanej ‘katolickiej inteligencji’ wcale nie czują się uspokojeni. Tego co zobaczyli przez ten miniony tydzień nie mogą w najmniejszym stopniu traktować jako zwycięstwa. Jestem przekonany, że dla wielu z nich ten dylemat, gdzie Bóg a gdzie Szatan, jest czymś absolutnie nie do zniesienia. No i przede wszystkim wiedzą też, że polityka, jako służba Bogu i Ojczyźnie, nie umarła. Że wręcz przeciwnie – wyszła z tego nieszczęścia obdrapana, ale wzmocniona. Gdyby było inaczej, i ona i inni głosiciele Dobrej Nowiny, nie baliby się aż tak. I siedzieli by cicho, a nie syczeli.

poniedziałek, 19 kwietnia 2010

O Europie, o Krzyżu i o nadziei



Niezwykle trudno jest mi pisać o wczorajszym dniu. Spędziliśmy go wszyscy w Krakowie i jedyne co udaje nam się dziś powiedzieć, to to, że już pewnie nic nigdy nie będzie takie samo. Że nic nigdy w życiu moim i w życiu mojej żony i dzieci nie przypominało tego, cośmy przeżyli przez ten jeden niedzielny dzień. Ani wydarzenia radosne, ani smutne, ani w ogóle podniosłe w jakikolwiek inny sposób – żadne z nich w najmniejszym stopniu nie pozostawiło nikogo z nas w takim stanie, jak ten wczorajszy dzień.
A bardzo chcę choć krótko napisać, choć parę słów, które zostaną tu jako pamiątka po tym właśnie dniu. A przy okazji, tym, którzy zechcą je przeczytać, dać choć podstawowe pojęcie o skali tego, co się wczoraj stało. Nie jest łatwo, choćby z tego względu, że przede wszystkim, wczorajsze uroczystości były z całą pewnością znakomicie zrelacjonowane przez różne telewizje i kto chciał, mógł i bez mojego pisania, skutecznie utonąć w intensywności, w tej gęstości obrazu, który wypełnił cały dzień. Mam na myśli wszystko – i ten kolor, i tempo w jakim to się toczyło, ten ceremoniał, te tłumy, i każdy pojedynczy, towarzyszący temu obrazowi dźwięk… Te odgłosy ptaków przebijające się nad biciem Dzwonu Zygmunta! I to tempo.
A więc, kto chciał, mógł każdą chwilę tego niezwykłego wydarzenia zobaczyć nawet choćby dzięki telewizji. A ja tak bardzo chcę coś na ten temat – choćby w jednym, gdybym tylko potrafił, zdaniu – powiedzieć. I myślę o paru chwilach, które wzruszyły mnie szczególnie i których może ani nie pokazała telewizja, ani nie opisali dotychczas komentarzy. I znów, chciałbym znaleźć to jedno wydarzenie, które najlepiej oddałoby wielkość tego co się wczoraj w Krakowie wydarzyło. Z tych kilku, to jedno.
Czy mam więc napisać o tych wspomnianych już ptakach, niemal głośniejszych od dzwonu, czy może – dużo jeszcze wcześniej – o grupie działaczy Solidarności Walczącej z Wrocławia, która pojawiła się na Rynku z potężnym transparentem, z całkowicie porażającym, unoszącym się nad krakowskim rynkiem jak fatum i wyrzut sumienia, napisem „JAKI PREZYDENT TAKI ZAMACH”, czy może o tym człowieku na Błoniach, który niemal przez cały czas płakał i którego córeczka spytała, czemu tatusiu płaczesz a on odpowiedział, bo bardzo cierpię? A może – znów wcześniej – jeszcze na Rynku, gdy ludzie zaczęli skandować „TVP! TVP!” tak intensywnie, że nagle gasły wszystkie telebimy i ustała transmisja TVN24, a przez to jakakolwiek transmisja, i pozostał tylko ten tłum?
Opowiem co innego. Gdy staliśmy w tym pięknym, potężnym – choć może i nie tak wielkim, jak przy okazji wcześniejszych wizyt papieskich – tłumie na Błoniach i nagle, około 17, na niebie pojawił się samolot, duży odrzutowy samolot, lecący w stronę Balic. Zdziwił mnie bardzo ten widok, raz że, jak nam powiedziano, niebo było zamknięte dla dużych, odrzutowych samolotów, a dwa, że co to za samolot może o tej porze chcieć lądować w Balicach. Po nim zresztą, zaczęły pojawiać się kolejne samoloty, ale już odlatujące z Krakowa, i wiedziałem, że to pewnie te cztery samoloty z rosyjskim prezydentem, który załatwił co miał załatwić i wraca do swoich spraw. Ale co to za samolot, wielki odrzutowy samolot, przylatuje do Krakowa, gdy uroczystości pogrzebowe już się tak naprawdę kończą?
Dopiero po powrocie do domu dowiedziałem się, że w tym samolocie był prezydent Gruzji Saakaszwili, który spóźnił się na pogrzeb swojego przyjaciela. I przeczytałem w portalu TVN24 http://www.tvn24.pl/-1,1652683,0,1,niezwykle-trudna-podroz-saakaszwilego,wiadomosc.html, co się stało. I to – jestem pewien – pokazuje nam coś, co świadczy o randze tego, co się wczoraj wydarzyło lepiej niż cokolwiek innego. Otóż prezydent Gruzji leciał na pogrzeb Lecha Kaczyńskiego z Ameryki. Najpierw wylądował w Lizbonie, następnie wsiadł w samolot do Rzymu, by jakoś ominąć tę chmurę i spróbować się dostać do Polski od południa. Następnie z Rzymu poleciał do Turcji, potem wsiadł w samolot lecący do Bułgarii, potem z Bułgarii do Rumunii, i dopiero stamtąd jakimś cudem przyleciał do Krakowa. I to jego samolot zobaczyliśmy, tacy zdziwieni około godziny 17, nad krakowskimi Błoniami. A, jak podaje portal TVN24, nie lżejszą być może podróż miała żona Prezydenta, która, by zdążyć na pogrzeb do Krakowa, spędziła 13 godzin w samochodzie. I kiedy już, po powrocie do Katowic, oglądałem już w telewizji obraz prezydenta Saakaszwilego składającego kondolencje Jarosławowi Kaczyńskiemu, Marcie Kaczyńskiej i tej dziewczynce, pomyślałem sobie – czemu zresztą dałem wyraz w komentarzu pod poprzednią notką – że ta śmierć, która nas tak zatrwożyła i zasmuciła, pokazała coś jeszcze. To mianowicie, że prawdziwa chrześcijańska Europa i przy okazji, być może, cały chrześcijański świat, skoncentrował się tu, na Wschodzie. Nie w Brukseli, nie w Sztokholmie, nie w Berlinie i nie w Paryżu. nie w Londynie, ale tu na Wschodzie. Gdzie ludzie, kiedy przyklękają to mają odruch robienia znaku krzyża. A kiedy ten znak robią, wiedzą też co on znaczy.
I nagle – aż boję się to pisać – zobaczyłem, że z pewnego punktu widzenia, te wszystkie Haroldy, Haakany, Obamy, a nawet prezydent Sarkozy, z tą – jak to określiła Toyahowa – swoją „cizią”, nie mają tu nawet czego szukać. Od czasu jak nawet widok klęczących Putina i Miedwiediew ich zwyczajnie przesłania, nie mają tu nawet czego szukać. I niewykluczone, że, gdyby tu przyjechali, wyglądaliby po prostu głupio.
I – jeśli się nie mylę – to też stanie się dziedzictwem tego co się wydarzyło tydzień temu niedaleko Smoleńska i zakończyło się w tak dostojny sposób wczoraj na Wawelu.

sobota, 17 kwietnia 2010

Jeszcze raz o walce w cieniu



Dobiega końca tydzień, który wielu z nas zapamięta do końca zycia. Tydzień, w ciągu którego powiedziano niemal wszystko, i w ciągu którego wykonano niemal każdy, wyobrażalny i niewyobrażalny, gest. Od poniedziałku zacznie się nowy czas. Pięknie go opisał we wczorajszej rozmowie z Bogdanem Rymanowskim Jan Maria Rokita, mówiąc o nowej polskiej patriotycznej tradycji, której twarzą i symbolem będzie przez najbliższe dziesięciolecia już tylko Lech Kaczyński. Jutro jeszcze weźmiemy udział w pogrzebie i zacznie się nowy czas.
Niestety część tej niezwykłej zapowiedzi, o której wczoraj wspomniał wczoraj Rokita, nie spełni się. Przez te wulkaniczną chmurę znad Islandii, przez wielu przeklętą, ale przez wielu innych błogosławioną. Chmurę, która z jednej strony opisywana była jako dzieło Szatana, ale przez niektórych – nawet tu w Salonie – jako objaw bożej nieskończonej miłości i sprawiedliwości. Przez tę chmurę – przynajmniej na razie – nie spełni się ta część owej pięknej legendy, którą opisał Rokita, gdzie najpotężniejsi ludzie tego świata przybywają na Wawel, by oddać sprawiedliwość człowiekowi dobremu i skromnemu, którego jedyną winą było to, że do końca ukochał swoją Ojczyznę. Przynajmniej na razie.
Zdarzyły się jednak przy tej okazji dwie rzeczy, które mnie wzmocniły w sposób zupełnie niezwykły. Otóż właśnie przed chwilą dowiedziałem się, dlaczego nie przyjedzie Angela Merkel. Okazuje się mianowicie, że ona do ostatniej chwili próbowała wrócić do Europy z Ameryki. Przyleciała do Lizbony, czyli do pierwszego europejskiego przystanku, i dalej – właśnie ze względu na tę wymodloną przez niektórych chmurę – już nie mogła. Najpierw liczyła, ze jakoś się uda polecieć dalej, później próbowała jechać samochodem, i ostatecznie uznała, że nie da rady. A więc została gdzieś w tej Europie, w drodze do Krakowa, bezradna i pewnie zmartwiona.
Ale jest też coś o wiele bardziej znaczącego. I to jest dla mnie coś co umiem tylko określić nieśmiertelnym zawołaniem Punk’s Not Dead! A kto wie ten wie, że to akurat jest zew lepszego świata i najpoważniejszego zwycięstwa. To jest okrzyk, z którym nie ma żartów. O co chodzi? O to mianowicie – słuchajcie, słuchajcie – że na lotnisku w Balicach wylądował dziś mały samolot typu Cesna, z premierem Maroka Abbasem el Fassi na pokładzie. Jak podają media, el Fassi, widząc że przez ten islandzki wulkan, ma małe szanse na normalny lot, a przylecieć bardzo do nas chciał, wsiadł do tej swojej Cesny i nikomu nic nie mówiąc poleciał do Krakowa na pogrzeb prezydenta Kaczyńskiego. I jest już w Krakowie. Właśnie tak.
A ja sobie myślę, że w tej sytuacji, jeśli idzie o mnie, może już nie przyjeżdżać nikt. Bo w czasach przełomu, gdzie jak nigdy znaczenie mają znaki, to co nas powinno zajmować najbardziej, to właśnie owe znaki.

piątek, 16 kwietnia 2010

Gdy zło się otrząsnęło


Pewnie nie tylko ja stoję osłupiały wobec sytuacji, kiedy w miarę jak mija pierwszy szok spowodowany sobotnią katastrofą, wszyscy ci, którzy w pierwszej chwili zamilkli, ogarnięci trochę strachem, a może tylko wstydem, zaczynają podnosić głowy. I głosy. Wiemy świetnie, że wawelska awantura spowodowana jest niemal wyłącznie pojawieniem się pierwszej dobrej okazji, by złe sumienia choć na moment mogły odetchnąć od tych cierpień, i cała czerń uczepiła się owej okazji jak tonący brzytwy. A mimo to, z jakiegoś niezwykłego powodu – zamiast machnąć ręką – martwimy się, gryziemy, i jest nam coraz bardziej przykro.
I to jest bardzo ciekawe. No bo zdajemy sobie sprawę, że nie ma mowy o jakimkolwiek pęknięciu. Że to nie jest tak, że śmierć Prezydenta i wszystko to co w jej wyniku nastąpiło, spowodowało w naszym kraju nowe, jeszcze bardziej groźne podziały. Przecież każdy dzień przynosi nam obraz prawdziwej skali, w jakiej leją się łzy z jednej strony, a wzbudza się gniewny rechot z drugiej. Widzimy to co widzą wszyscy i czujemy to co czuje naprawdę bardzo wielu, i nie mamy najmniejszego powodu, żeby się niepokoić. A mimo to, każdy z nas wie dobrze, jak ciężko jest przejść do porządku dziennego na tym szumem, tym zgrzytem i tym sykiem. Dlaczego?
Myślę sobie – i chcę się dziś tą myślą podzielić – że nasz niepokój, czy w konsekwencji ten ból, nie jest spowodowany tym, ze jest grupa ludzi, którzy prezydenta Kaczyńskiego nienawidzili i dalej nienawidzą. I to nawet jeśli ta nienawiść jest większa, niż dotychczas myśleliśmy. Nasz niepokój, a z nim to cierpienie, nie są też spowodowane nawet tym, że – jak wszystko na to wskazuje – to co się stało w Smoleńsku zostało przez nas wymodlone, czy – jak kto woli – wyczarowane. Bo tę nienawiść, podobnie jak fakt że ona była tak wielka, że nagle zrealizowała się w tej śmierci, można by było znieść. Bo ta demonstracja siły, jako zaprezentowało Zło, też tylko potwierdza siłę naszej nadziei, wiary i miłości. W końcu, poznać odpowiedź to zrozumieć, a zrozumieć to niekiedy nawet i wybaczyć.
Tyle że tak się jakoś dziwnie układa, że w momencie gdy uznajemy, że tę odpowiedź właśnie poznaliśmy, przychodzi nowa informacja, która każe nam się zacząć lękać, że tu jednak chodzi o co innego. Że to nie jest kwestia nienawiści, zła, czy nawet zwykłej bezmyślności, ale że za tym zgrzytem stoją jakieś racje. Takie same racje jak nasze w sensie autorytetu, tyle że zupełnie inne, jak idzie o wnioski. A więc to co nas męczy, to nie jest to co widzimy, ale wręcz przeciwnie – to czego nie widzimy, ale wciąż słyszymy, że to jest i ma się bardzo dobrze.
Katastrofa samolotu i śmierć Prezydenta – pisałem już o tym – nie zostały na nas zesłane przez zagniewanego Boga, który chciał nam coś przez to nieszczęście pokazać. To nieszczęście zostało, w sposób jak najbardziej oczywisty, przez nas wyproszone, i jedyne co w nim było niespodziewane, to to, że śmierć zabrała nie tylko Lecha Kaczyńskiego, ale i Jego żonę, ministrów, posłów, i dziesiątki innych ludzi, którzy przecież już naprawdę nikomu nie zrobili nic złego. Nawet jeśli założyć, że dla niektórych z nich, dobrą wiadomością byłoby nawet to, że obok Prezydenta umarł rzecznik Kochanowski, prezes Kurtyka, no a może przede wszystkim Przemysław Gosiewski, to reszta? No nie! O to przecież nikt nie prosił. Stało się jednak tak, że śmierć zachowała się, jak dobry rzeźnik, który dla dobrego klienta, gotów jest dokroić jeszcze pare plasterków szynki. I je dorzucić ot tak – na pamiątkę. Wszystko w cenie. Na dobry początek. I dokroiła.
Prawdopodobnie to ta właśnie szczodrość śmierci – czy bardziej może dokładnie – Szatana, tak oszołomiła tych wszystkich, którzy przyszli tylko po ten swój wymarzony kawałeczek. Od soboty próbuję się wczuć w to co oni muszą czuć. Z jednej strony tę satysfakcję, a z drugiej ciężki przecież wyrzut, ze to przecież nie o to chodziło. Że oni zostali źle zrozumiani. Że oni przecież nie są tak naprawdę złymi ludźmi. Oni – owszem – pragnęli śmierci, ale tylko tej jednej. No a przede wszystkim chcieli wziąć udział w czymś, co stanowiło zwykłą demokratyczną debatę. I przy okazji liczyli na to, że zaprezentują się jako dobrzy, zaangażowani obywatele.
I teraz widzimy ich wszystkich, jak powoli nabierają odwagi. Pomaleńku zrzucają z siebie te łańcuchy, na które przecież nawet nie zasłużyli. Nie mogą jednak powiedzieć, że oni się cieszą, że tak, że tego własnie chcieli. A więc protestują przeciwko pochówkowi Prezydenta na Wawelu. Czytamy list Andrzeja Wajdy, słuchamy rozważań Kazimierza Kutza o tym, jak ludzie chcą się śmiać i bawić, a nie kolejny raz wysłuchiwać smutnych melodii, zapoznajemy się z wypowiedziami publikowanymi na blogach, i za każdym razem robimy jeden i ten sam błąd. Mianowicie staramy się w tym wszystkim odnaleźć coś czego tam w ogóle nie ma. A więc cokolwiek ponad tę nienawiść. Jesteśmy zalewani dziesiątkami pustych, nic nie znaczących słów, jakichś kompletnie egzotycznych argumentów, zapewnień o szczerej sympatii do zmarłego Prezydenta – a już zwłaszcza jego wspaniałej żony – o jak najbardziej szczerym bólu z powodu tej straty. I jedyne czego nie widzimy w tym wszystkim, to śladu tego co ten cały szum konstytuuje i go napędza – a więc nienawiści. I to jest ten dysonans, który tak trudno znieść.
Przeczytałem dziś wpis Renaty Rudeckiej- Kalinowskiej i znaczną część dyskusji pod tym wpisem. Przeczytałem między innymi słowa kiedyś komentującego na tym blogu marka.dumle, w którym ten skarży się, że on już do tego stopnia nie może znieść tego festiwalu histerii jakie serwuje Polakom telewizja, że ostatecznie przestał tę telewizję w ogóle oglądać. Ani jednak Rudecka, ani on, ani nikt inny z wielu zaprzyjaźnionych z ich sposobem odczuwania, komentatorów ani jednym słowem nie przyznają się do tego, co nimi kieruje, a więc do czystej zwykłej nienawiści. O nie! Słowo nienawiść nie pada w ogóle. Nikt z nich nie przyzna czegoś jak najbardziej oczywistego, a mianowicie tego, że tak! Nienawidziłem tego sukinsyna i chciałem jego śmierci z całego mego serca, z całej mojej duszy, całą moją myślą. Przeciwnie. Każdy z nich wspina się na wyżyny swoich ludzkich i literackich możliwości, żeby powiedzie nam o tym, jak to on współczuje, rozumie, życzy, pamięta… tyle że jemu chodzi o podstawową prawdę i sprawiedliwość. Że on tylko pyta: Czy naprawdę trzeba aż tak?.
I to jest to, co tak trudno jest znieść. Weźmy oświadczenie Andrzeja Wajdy. Gdyby Andrzej Wajda, zgodnie ze swoją wiarą, powiedział, że jego serce nie może znieść tego, że takie bydle jak Lech Kaczyński ma być pochowane na Wawelu, i że nawet ta radość z powodu jego śmierci nie jest w stanie przesłonić zawodu, jaki on czuje z powodu tego aktu profanacji – przecież nie tego zamku, nie pamięci tamtych królów, ale wyłącznie jego, wielkiego europejskiego artysty, świętej wrażliwości – wszystko stałoby się znacznie prostsze. Ale on tego nie mówi. Żeby on choćby – dokładnie tak samo jak przed paru laty, niektórzy najbardziej nieprzytomni z nienawiści polscy patrioci krzyczeli pod adresem zmarłego Bronisława Geremka, pełne złości wyzwisko: „Żyd!” – dziś wypluł z siebie jak najbardziej szczerze tę obelgę: „Polak!”, stworzyłby pewną czarną, ale harmonię, którą można by było ze smutkiem uznać. Ale i on, i Kutz, i znani nam blogerzy, skutecznie się od tego aktu uczciwości uchylają. Oni nam mówią, że Lech Kaczyński był człowiekiem skromnym, dobrym i mądrym, że oni go nawet jeśli nie kochali, to z pewnością szanowali, a dziś po nim płaczą, tyle że Kaczorowi byłoby mu lepiej na Powązkach, albo gdziekolwiek indziej, byleby nie tu. No i przecież ta biedna Marta i jej mąż esbek mieliby bliżej. I to powoduje ten gniew. Właśnie to kłamstwo. Kłamstwo wyjątkowo perfidne. Kłamstwo szatańskie. Bo my się Szatana boimy.
Parę razy było mi miło się dowiedzieć, że słowa, które tu zamieszczam przynoszą satysfakcję, a czasem nawet ulgę i pociechę. Proszę więc i dziś się dać pocieszyć. Proszę mi uwierzyć, że za złem, którego w tych dniach doświadczamy, nie stoi nawet ślad jakiejkolwiek myśli. Tam nie ma śladu ani myśli, ale też choćby zwykłego ludzkiego pragnienia ładu i harmonii. Tam nie ma nic poza zimną nienawiścią. Tyle w nich dobrego, że oni trochę czują, że nienawiść to zło – a już szczególnie nienawiść bezinteresowna – więc bardzo pragną znaleźć jakiś punkt zaczepienia, który im pozwoli uwierzyć, że są jednak ludźmi.
A że umieją formułować zrozumiałe zdania? No trudno. Gdybyśmy słyszeli jakiś charkot, byłoby łatwiej. Ale, kto mówił, że będzie łatwo?

czwartek, 15 kwietnia 2010

Koniec balu, panno Lalu



Oto tekst, oryginalnie zamieszczony w specjalnym wydaniu Polisu, który przedstawiam tu i tylko tu. Dla dobra wspólnego. Proszę bardzo.
Kiedy dowiedziałem się o tym nieszczęściu po raz pierwszy, nie zauważyłem żadnego nieszczęścia. Ton informacji był taki, że pewnie urwało się koło, albo samolot leciutko wyleciał z pasa… ale ani przez chwilę nie pomyślałem, że mogło się stać to co się rzeczywiście stało. Jakoś tak szczęśliwie się rozwijała owa informacja, że mieliśmy wszyscy czas, żeby się przygotować na to co najgorsze. I wreszcie to ono – to najgorsze – znalazło nas w pierwszych łzach. I wtedy już byliśmy troszkę chociaż gotowi.
Myślę że nie byłem jedynym, który wtedy nagle uświadomił sobie, że to nie była zwykła katastrofa. Że za tym wszystkim stała czyjaś ręka i że nie jest naprawdę trudno tę rękę zidentyfikować. W jednej chwili uświadomiłem sobie, że i ten czas i to miejsce – przede wszystkim to miejsce – i te wszystkie dni, które nas do tego czasu i miejsca doprowadziły, były dniami bardzo starannie zaplanowanymi i że, nawet jeśli przypadek gra często rolę zbyt dużą – tym razem o żadnym przypadku być nie może. I się przestraszyłem. Później – aż dziwne, że to mówię – nie kto inny jak Lech Wałęsa wyraził w najlepszy sposób to co sam czułem, gdy w pierwszym swoim komentarzu powiedział, że o ile wtedy obcięto nam głowę, dziś wyrwano nam serce. Tak właśnie powiedział..
Warto, jak myślę się zatrzymać nad słowami Lecha Wałęsy. On był prezydentem i choćby z tego względu wie znacznie więcej niż nam się może wydawać. I nawet jeśli przez te wszystkie lata szaleństwo powoli stępiło jego zmysły i sam umysł, niewątpliwie coś tam z tego wszystkiego jeszcze potrafi pamiętać. A może choćby tylko czuć. I pomyślałem sobie, że musiał się Lech Wałęsa przestraszyć. Musiał nagle sobie resztkami sił uświadomić, że ta umowa była jednak jednostronna i że w niej nigdy nie było miejsca na żarty. Że on – a przecież nie tylko on – od samego początku stał nad krawędzią. I się przestraszył. Żal mi Lecha Wałęsy. Dziś jest już mi go tylko autentycznie żal. Bo to co się dzieje to już nie fikcja literacka spod znaku Agenta 007. To jest autentyczne mięso..
Ale jestem mu bardzo wdzięczny za sposób, w jaki mi objaśnił tak zgrabnie to, co się stało. I więcej już nic na jego temat. Niech żyje w spokoju. Bo z tego co on dziś musi czuć, ani nie ma się co śmiać, ani tym bardziej nie ma czego zazdrościć..
Zresztą, mnie też już tak bardzo ten aspekt sprawy nie pochłania. To akurat, w obliczu tego, co przed nami, jest bez znaczenia. Tu akurat nie mamy przede wszystkim ani nic do zrobienia, ani nawet do powiedzenia. Technika – a więc ręka – stojąca za tą hekatombą i tak już na zawsze pozostanie tajemnicą. Na tej szali, jaką stanowi współczesny świat, śmierć nawet tylu i nawet takich ludzi ma wciąż zbyt mały ciężar, żeby można było ryzykować jakąkolwiek debatę. Więc, mówiąc bardzo brutalnie, nie ma o czym gadać. Przynajmniej przez najbliższe 50 lat, a więc – co nie wykluczone – do końca świata..
Natomiast trzeba stać i trzeba iść. I trzeba bezwzględnie zachować, tylokrotnie już tu wspomnianą, postawę wyprostowaną. A żeby ją zachować, oczywiście trzeba wiedzieć że jesteśmy Polakami i nie jesteśmy w żadnym wypadku niczyimi sługami. Ale oprócz tego, jest jeszcze coś. To mianowicie, że to nie Pan Bóg chciał tej śmierci. Że ta śmierć, to była nasza inicjatywa. To myśmy jej chcieli, a przynajmniej wielu z nas. I że nawet ta ręka w pewnym momencie była kierowana nie przez Boga, lecz już wyłącznie przez Szatana. Że to on, Szatan, wysłuchał naszych próśb. A Pan Bóg dał nam w całej Swej łaskawości już tylko ten znak. I od nas zależy, czy go dobrze odczytamy. A ten znak ma wiele postaci. Raz jest taki, raz już inny. Ale zawsze pokazuje nam jedno. Że wszystko zależy od nas. I to zło które prowokujemy, ale też i to dobro, którego nam Pan Bóg udziela. I te nasze podłe i głupie porażki, ale też te zwycięstwa..
A zatem, przed nami zwycięstwo. Dziś słyszałem Adama Bielana jak mówił, że na uroczystości do Katynia miał jechać też Jarosław Kaczyński, lecz ostatecznie uradzono, że – mimo że taka okazja się może już nie przydarzyć – zostanie przy chorej matce. I to choćby jest ten znak, który nam pokazuje jak marnym przeciwnikiem jest Szatan, gdy przeciwko sobie ma prawdę i wierność. Jak całe zło tego świata może legnąć w gruzach przez coś tak prostego i prawdziwego jak prawda i wierność. I jeśli to zrozumiemy – zwyciężymy. Ktoś dziś napisał w komentarzu na blogu, że widział Jarosława Kaczyńskiego nad trumną brata i że ten wyglądał bardzo groźnie. Powiedziałem o tym mojej młodszej córce, a ona się zdziwiła i powiedziała, że miała dokładnie te same myśli. Że on wyglądał jak Michael Corleone. A syn mój powiedział. „On już się nie boi niczego. Nawet śmierci.”.
Jak pięknie pachnie napalm o poranku!

Wystarczy sięgnąć... aż sięgnąć



Pisałem już tutaj, bardziej i mniej bezpośrednio, że to nieszczęście jakie wszyscy przeżywamy, jest dla mnie doświadczeniem w większym stopniu mistycznym niż politycznym, czy nawet kulturowym. Oczywiście, może i nie chcę wchodzić aż tak daleko jak zrobił to mój serdeczny kolega Michał Dembinski na swoim blogu www.jeziorki.blogspot.com (przy okazji polecam jak najszczerzej), i szukać wśród tych znaków jeszcze głębiej, ale w końcu – czemu nie? W końcu, dzieją się rzeczy niezbadane, i prawdopodobne że już do końca naszego życia, wymagające od nas szczególnej pracy ducha i serca.
A więc znaki. Znaki, i płynąca z nich szansa. Ja sam nie do końca wiem, jakie to znaki, a tym bardziej jaka to szansa, ale Bóg mi świadkiem, że staram się i jedno i drugie rozpoznać najlepiej jak potrafię. Więc słucham słów, które do mnie dochodzą, zapamiętuję te obrazy i staram się. Bardzo się staram zrozumieć. No i rozglądam się wokół siebie. I widzę ludzi. Różnych.
O wielu z nich już też pisałem. Mniej lub bardziej bezpośrednio. O wielu z nich jednak nawet nie wspomniałem. A oni są, widzimy ich wszystkich w tej nieprawdopodobnej kolejce, oczami wyobraźni w tych pociągach jadącymi do Warszawy z najdalszych miejsc naszej Polski, ale też tych ludzi w swoich domach, jak siedzą przed telewizorami i płaczą razem z nami. I tu też próbuję znaleźć w tym wszystkim ten znak. I go zrozumieć.
Każdy z nas ma swoją szansę. Proszę Boga bym ją umiał dobrze wykorzystać. I proszę Boga bym w tym szukaniu nie pobłądził tak jak to już stało się udziałem wielu. Bo ich też widzę. Już Andrzej Wajda z żoną swoją dali swoje świadectwo, o którym powiedziano już i tak za dużo. A ja tylko dodam, że oni już z tym prawdopodobnie będą musieli umrzeć. A więc jest mi ich zwyczajnie żal. Wczoraj też widziałem przestraszonego kardynała Dziwisza, który w tym kluczowym momencie nie znalazł w sobie dość siły, żeby powiedzieć.: Tak, to ja. Ale też to ja mówię wam dziś – milczeć!
Też wczoraj widziałem w telewizji Władysława Bartoszewskiego, jak z charakterystyczną dla siebie satysfakcją ogłasza, że nie jest w stanie zrozumieć, dlaczego ktoś tak pospolity jak Prezydent Warszawy ma spoczywać nie dość że w obcym mieście, to jeszcze w tak świętym miejscu jak Wawel. I słyszę go, jak powtarza ten swój pomysł z prezydentem miasta i wiem, że musi być bardzo zadowolony z tego, że udało mu się tak sprytnie wyrazić to co czuje. Prezydent Warszawy. Prezydent Warszawy. Prezydent Warszawy… I widzimy, jak rośnie ta fatalna porażka, a ja wiem, że on też prawdopodobnie z tym będzie musiał zyć już zawsze. I też mu współczuję.
A przecież wszyscy dostaliśmy swoją szansę. Jak cudownie zbudował mnie Lech Wałęsa! Od swych pierwszych słów o wyrwanym sercu, do tej wzruszającej prośby do Pana Boga o przebaczenie, i wreszcie wczoraj w tym niezwykłym oświadczeniu o tym, że gdy działa Duch Święty, nie pozostaje nam nic innego niż się podporządkować. I zawierzyć. Biedny, i tak bardzo wciąż prawdziwy, Lech Wałęsa. Jak to się stało, że on wiedział gdzie trzeba spojrzeć, by zobaczyć prawdy, a inni – podobno nawet mądrzejsi i bardziej wykształceni od niego – już nie? Czy poszło o to, że go dotknął nagle ten palec, czy może zmotywował czysty, zwykły strach? Nie wiem. Ale wiem – i wierzę, że się nie mylę – że Lech Wałęsa pokazał nam wszystkim, że nikt nie jest z góry pominięty.