sobota, 30 stycznia 2010

O siedmiokilogramowym liściu



Są rzeczy które mnie nurtują może nieco bardziej niż wszystko to, co może od czasu do czasu człowieka nurtować. Nie wiem na przykład, jak to się stało, ze kiedy byłem małym jeszcze chłopcem, stałem się tak bardzo otwarty na muzykę. Wspominałem już tu chyba kiedyś, że kiedy miałem zaledwie piętnaście lat, słuchałem z niezwykłym napięciem jazzu, który nawet z punktu widzenia moich dzisiejszych doświadczeń, mógłby być uznany za zbyt ekstrawagancki. Pamiętam że kiedy w roku 1969 Led Zeppelin wydali swoją pierwszą płytę, a zatem jeszcze wcześniej, nie mogłem ani na moment przestać słuchać choćby tego dziś już klasycznego Dazed and Confused. A pierwsze King Crimson? To był przecież ten sam rok. A miałem przecież dopiero lat 14. Rozumiałbym to pewnie jakoś lepiej, gdyby moi rodzice byli ludźmi w jakikolwiek sposób umuzykalnionymi, gdyby którekolwiek z nich grało na jakimś instrumencie, gdyby mnie do muzyki w jakikolwiek sposób zachęcali. Gdyby chociaż w moim domu muzyka grała nieustannie. Ale nic z tego. To było wyłącznie we mnie. Dziwne.
Niedawno bardzo pisałem o tym, że moi znajomi, tak się jakoś złożyło, są w większości ludźmi w ten czy inny sposób wybitnymi. Wczoraj spotkałem się z moim starym kolegą, który oprócz tego że jest moim kolegą, jest autentycznie wybitnym artystą. Przyniósł mi ów mój kolega swoje nagranie sprzed iluś tam lat, którego wcześniej nie znałem i które w żaden sposób nie było podobne do czegokolwiek co wcześniej słyszałem. Siedziałem i słuchałem tego w zauroczeniu i pytam go, jak to jest, że on puszcza coś takiego komuś, kto ani nie ma muzycznego wykształcenia, ani w ogóle ogólnego muzycznego pojęcia, ani nawet nie umie na głupiej gitarze zagrać Domu wschodzącego słońca, i liczy na to, że coś z tego będzie. A on mi (słuchajcie, słuchajcie!) mówi, że to właśnie dla takich jak ja muzyka w ogóle powstaje.
Brzmi to tak jak bym się chwalił, ale proszę zwrócić uwagę, że chodzi mi o coś zupełnie przeciwnego. Ja wręcz chcę podkreślić, że to co tu się dzieje, nie jest w żaden sposób moją zasługą. Ani moją, ani moich rodziców, ani sytuacji, ani miejsca, ani czasu. Tu nie ma mowy o zasługach czyichkolwiek. Tu jest tylko zagadka. Coś spada na człowieka i od tego momentu już sobie jest. I nie ma nikogo, kto by potrafił pokazać palcem jedno choćby bardzo skromne dla tego wytłumaczenie. Poza tą muzyką jestem – też o tym wspominałem – głupi jak but. Nie mam żadnego oczytania. Kiedy rozmawiają ludzie wykształceni, najczęściej nie rozumiem, o co im chodzi. Gdyby ktoś mnie siłą zmusił do pisania testu na inteligencję, to najprawdopodobniej uzyskałbym z niego jakieś pięćdziesiąt punktów. Jeśli nie mniej. Niedawno mój kolega don esteban kazał mi przeczytać książkę jakiegoś Blooma. Tak się składa, że mam tę książkę, bo już dawno temu ktoś mi kazał ją kupić, ale oczywiście nawet nie przeczytałem pierwszej strony. A więc gapię się w tę okładkę i myślę, że może gdyby ten Bloom śpiewał, albo grał na trąbce, to ja bym się do niego zabrał. A tak?
Ale nie jest to jedyna rzecz, która mnie dręczy. Jest coś jeszcze, co jest już bardzo osobiste, i nawet nie wiem, czy mi wypada o tym pisać, ale w końcu ten blog jest już od dawna konfesyjny jak cholera, więc może i to zniesie. Otóż chodzi o to, że ja mam bardzo poważny kompleks na tle kłamstwa i krętactwa. I to jest ciekawa sprawa. Gdyby poprosić tu jakiegoś psychologa, pewnie by mi wytłumaczył, że to wynika z jakichś moich starych doświadczeń, które tak mnie załatwiły na całe życie. Jednak, choć bardzo się staram to zbadać, nic mi mądrego nie przychodzi do głowy. Moje życie układa się dla mnie od dzieciństwa tak, że ani mnie nikt nie skrzywdził, ani ja nikogo szczególnie nie skrzywdziłem, ani nie miałem złych snów, ani w ogóle nic wokół mnie nie stwarzało nigdy takich napięć, bym się miał jakoś szczególnie stresować. No, może z wyjątkiem szkoły, gdzie byłem uczniem raczej marnym i ten czas akurat wspominam nienajlepiej. Ale przecież nie ja jeden. A więc, tu mamy kartę czystą. A mimo to, to kłamstwo mnie zwyczajnie dewastuje.
Zauważyłem to też stosunkowo wcześnie. Jeszcze za najbardziej czarnej komuny, ja się autentycznie od rana do wieczora dławiłem z oburzenia, ile razy słyszałem co oni wygadują. I tu, podobnie jak w przypadku muzyki, nie miałem żadnego powodu, żeby się czuć jakoś wyróżniony. Wprawdzie moi rodzice nie byli tak zwanymi ludźmi systemu, ale – jak to jest u zwykłych wieśniaków – też nie angażowali się w walkę w jakikolwiek sposób. U mnie w domu ani nie śpiewało się patriotycznych pieśni, ani nie chodziło się na demonstracje, ani nie czytało na głos Sienkiewicza. Powiem więcej. Moi rodzice nawet nie byli szczególnie pobożnymi ludźmi w tym sensie, żeby jakoś mieli tę swoją religijność demonstrować. Zero. Normalnie się żyło i jeśli Mama lub Tato wspominali coś na temat polityki, to wyłącznie w formie zalecenia, żeby uważać, bo wezmą i zabiją. A ja, jeśli komunistów nienawidziłem z całego serca, to nawet nie za to, że ta ich ideologia była zła i nieludzka, a Polsce brakowało suwerenności, lecz wyłącznie za te ciągłe kłamstwa, które – jak mówię – mnie z dnia na dzień demolowały. Skąd to się brało? Nie wiem. A mimo to, kiedy przyszło do tego – też tu już o tym była mowa – że miałem się zdecydować, czy nie pójść na współpracę, to wiedziałem, że prędzej zgodzę się stracić wszystko, niż powiem skurwysynowi tak.
Czemu o tym wszystkim piszę? Powód jest jak najbardziej prozaiczny. Mój kolega, wspomniany tu już dziś don esteban, miał tu wczoraj chyba, krótką wymianę z innym moim kolegą LEMMINGIEM, na temat tego, jak pochodzenie, narodowość, czy cholera wie co tam jeszcze, wpływa na to, kim, lub czym, czym człowiek się staje. I w pewnym momencie, don esteban rzucił ot tak sobie, że może ja kiedyś coś na ten temat napiszę (tak to działa, prawda?). A ponieważ szanuję moich kolegów i wiem, że mam w stosunku do nich zobowiązania, zmartwiłem się bardzo, że jednak nic z tego nie wyjdzie. No bo co ja mogę mądrego powiedzieć w tak sformułowanym temacie? A jednak piszę. O tym, co tworzy człowieka. Co sprawia, że człowiek jest zły, lub głupi, lub wrażliwy, lub tępy jak deska w dworcowym szalecie, a może mądry bardzo, lub bardzo głupi, lub dzielny lub ewentualnie tchórzliwy? Co sprawia, że jeden człowiek z największym okrucieństwem dręczy innych ludzi, a co nim powoduje, że ktoś stojący tuż obok nad tymi ludźmi wyłącznie płacze? Czy to może być narodowość? Co za bzdura!!! Jak można mówić o narodowości, podczas gdy nawet coś tak kameralnego jak rodzina, nie jest w stanie wpuścić w ten świat maleńkiego nawet podmuchu czegoś przewidywalnego? Oczywiście, bez pewnych podstaw, takich już najbardziej niewzruszonych, może być naprawdę ciężko, ale cała reszta naprawdę przychodzi już naprawdę nie wiadomo skąd.
Jest coś takiego jak wrażliwość, rozum, czułość. Jedni mają i jedno i drugie i trzecie. Inni zaledwie jedno. Dlaczego? Skąd? Bóg jeden wie. I to chyba by była odpowiedź na wszelkie pytania, które nas otaczają, ile razy spotykamy kogoś osobiście, lub jedynie o kim słyszymy, i chcemy wiedzieć dlaczego jest tak, a nie inaczej. Dlaczego? Bóg jeden wie. Ten, który jest wszędzie i stwarza nas i ich i wszystko każdego dnia. I wszystko wprawia w ruch. A my, jeśli tylko będziemy otwarci na to co dostaliśmy, z pewnością nie będziemy potrzebować już nic więcej. Moja najmłodsza córka któregoś dnia, jeszcze jesienią, przyszła do domu i powiedziała: „Liść spadł mi na głowę. Wyobraźcie sobie, co by było, gdyby on ważył siedem kilo. Przecież zabiłby mnie jak nic!”. Ciekawe, prawda? Czasem mam wrażenie, że niektórym z nas na głowy spadają te siedmiokilowe liście. I zabijają ich, zanim jeszcze ci zdążą się na dobre ucieszyć, że spotkało ich tak wielkie szczęście.
Również nam, tu piszącym, byłoby moim zdaniem dobrze się zastanowić, skąd się biorą te wszystkie nerwy, te awantury, te oskarżenia i podejrzenia. Pojawia się często taka opinia, że część z nas jest, jak to się określa, „zadaniowana”. Że to co ja tu piszę, to nie efekt moich przemyśleń, lecz konsekwentna realizacja czyjegoś planu. I że to co piszą jacyś mądrale od Tuska, to też nie pochodzi z ich serc, lecz z kieszeni, lub czarnych teczek. A zatem, że każdy jest wystarczająco mądry, żeby być też wystarczająco wrażliwym i czułym. A ja myślę, że nie. Że to wszystko jest szczere jak diabli. Że nawet kiedy ktoś bezczelnie kłamie, to robi to ze szczerego serca. Nawet jak ktoś kogoś krzywdzi, to tez jest głęboko przekonany, że tak trzeba. I to co ja piszę, jest szczere jak diabli, i tak samo szczere jest to co pisze ktoś kto mnie uważa za idiotę. Problem jest jedynie w tym, że niektórzy z nas dostali ten swój talent i zamiast go z pokorą przyjąć i wykorzystać, to najpierw się wściekli, że chcą więcej, i w efekcie nawet to co mieli - zmarnowali.
I już na sam koniec, powiem coś jeszcze. Proszę wszystkich psychologów, psychiatrów i innych specjalistów od ludzkiej duszy, żeby się nie mądrzyli bardziej niż trzeba. Bo sami wiedzą dokładnie tyle samo co ja. Czyli nic.

piątek, 29 stycznia 2010

Hello Goodbye



Czas, w którym Naród z zaciśniętym gardłem czekał na ostateczną decyzję Donalda Tuska co do ewentualnego startu w wyborach prezydenckich mijał mi sympatycznie. A sympatycznie dlatego, że nieczęsto człowiekowi zdarza się taka sytuacja, że, czekając na coś, co się ma wydarzyć, wie, że każde rozwiązanie będzie dobre. Więcej – że każde rozwiązanie będzie lepsze od tego drugiego. W ogóle, muszę przyznać, że sprawa jesiennych wyborów ekscytuje mnie w minimalnym stopniu z tego prostego powodu, że ja po prostu wiem, że Lech Kaczyński ma tę drugą kadencję właściwie w kieszeni. Oczywiście, ja biorę pod uwagę taką ewentualność, że zdarzy się coś czego nie przewidziałem, a nawet to, że jestem gorszym prorokiem, niż mi się dotychczas wydawało, niemniej moja pewność co do ostatecznego rezultatu i tak jest wystarczająco mocna, żebym – jak mówię – się sprawą nie zajmował.
Dlaczego tak bardzo wierzę w to, że Lech Kaczyński wygra te wybory? Z trzech powodów, i od razu powiem, że akurat nie mam tu na myśli tego oczywistego faktu, że on zwyczajnie jest dobrym prezydentem. On wygra drugą kadencję akurat z innych względów niż ten, który mógłby się wydawać najbardziej oczywistym. Lech Kaczyński będzie prezydentem przez kolejne lata przede wszystkim dlatego, że jego przeciwnicy są za słabi, po drugie dlatego, że nie zrobił nic takiego (albo nic szczególnego jego wrogowie na niego nie znaleźli) co by go jakoś dramatycznie osłabiało, a po trzecie – i to jest akurat najważniejsze – że jest aktualnym prezydentem, a nie zaledwie pretendentem. A zdecydowana większość społeczeństwa patrzy na prezydenta kraju dokładnie tak samo, jak na prezydenta swojego miasta, sołtysa, burmistrza, czy choćby swojego szefa. A więc z podejściem, które można streścić w słowach: „Po co to ruszać?”
Proszę sobie przypomnieć sytuację sprzed wielu lat, kiedy to Lech Wałęsa chciał utrzymać swoją prezydenturę. On nie miał wówczas praktycznie żadnego poparcia. Po kilku latach panoszenia się po Belwederze, jego notowania spadły tak nisko, że nie było sposobu znaleźć człowieka, który wciąż by twierdził, że Wałęsa jest okay. Sytuacja Wałęsy była o tyle gorsza, że naprzeciwko siebie miał nie byle kogo, ale Kwaśniewskiego. A więc człowieka przeszkolonego w stopniu niemal doskonałym. Kogoś, kto przez kolejne lata dowiódł wystarczająco jednoznacznie, że jest nie do ruszenia nawet wtedy, gdy trzyma się mównicy, żeby nie upaść. I z nim właśnie Lech Wałęsa przegrał zaledwie o parę punktów. Ktoś powie, że to dlatego, że społeczeństwo nie chciało komunisty, i w tej konfrontacji wolało już nawet kogoś takiego jak Wałęsa. Proszę nie żartować. To że Kwaśniewski był czerwony, a Wałęsa nie, interesowało zaledwie kilka osób, w tym – mogę się przyznać – może też i mnie. Ludzie głosowali na Wałęsę, bo Wałęsa był prezydentem, a nie jakimś dupkiem z ambicjami. I tak też będzie i tym razem. Z tą różnicą, że naprzeciwko siebie nie stoi Kwaśniewski i Wałęsa, lecz Lech Kaczyński i jeden z nich.
A zatem – jak już powiedziałem – sprawa zbliżających się wyborów jest dla mnie ciekawa wyłącznie o tyle, o ile w ogóle ciekawe jest to że świat żyje i się rusza. No i na tym tle, okazuje się, że premier Tusk jednak zrezygnował ze swoich marzeń i nadal będzie musiał przypieprzać od rana do nocy i dostawać cholery, że trzeba pracować, zamiast się bawić. Przyznam, że przez chwilę, zanim ta decyzja została zakomunikowana, wydawało mi się, że gnuśność zwycięży i Tusk jednak ogłosi start. I bardzo mi było miło. Wiedziałem bowiem, że w momencie, jak on powie, że idzie w prezydenty, w Platformie – czyli w partii, której nie lubię – wszyscy rzucą się natychmiast sobie do gardeł i w ciągu paru miesięcy ten chory projekt rozpadnie się na kilka rozhisteryzowanych grup interesów. Wiedziałem, że i Komorowski i Palikot i Schetyna, a może nawet i jakaś Pitera, postanowią, że nie ma lepszej dla nich propozycji, niż bycie premierem i będziemy mieli bardzo wesołe kilka tygodni. A w końcu, po co się żyje, jeśli nie dla kilku miłych chwil?
Stało się inaczej. Partia zwyciężyła i Donald Tusk musiał się obejść smakiem. Domyślam się, że w Platformie napięcie w ostatnich tygodniach był już tak wielkie, że Tusk po prostu został postawiony pod ścianą. Dowiedział się mianowicie, że w momencie jak ogłosi start w wyborach, straci i jedno i drugie, a z jego Platformy nie zostanie nawet mokra plama. A więc powiedział pani Małgosi, że jeszcze nie dziś, jeszcze nie w tym roku, jeszcze nie teraz i poszedł sobie poodbijać piłkę. A więc co mamy na tę chwilę? Można by było sprawę strywializować i powiedzieć, że mamy choćby wyniki wczorajszej sondy przeprowadzonej przez Tusk Vision Network, która wykazała, że Komorowski, jako potencjalny prezydent, jest już za Kaczyńskim. Ale, jak wiemy, sondaże to bzdura i głupstwo, więc popatrzmy na to jak się rzeczy mają, z rozsądkiem. A rozsądek nam mówi co następuje. O ile Donald Tusk miał jeszcze przynajmniej teoretyczne szanse zjednania sobie sympatii jakichś dziwnych pań, które co wieczór kręcą do Szkła Kontaktowego, żeby poinformować świat, że Pan Premier to sympatyczny młody człowiek, to w momencie jak on się wycofał, to już zostają tylko Komorowski, Sikorski, i Palikot, a więc ludzie, którzy nawet nie wyglądają jak chłopcy z boiska. Zostają tylko zwykłe buce z trzeciego rzędu, którzy mają dokładnie taką samą umiejętność przyciągania sympatii społecznej, jak – nie przymierzając – człowiek, który sprzedaje warzywa na placu. W jaki sposób – no weźmy już tego Komorowskiego – ponury i nudny jak flaki z olejem woźnica chce wyrzucić z Belwederu urzędującego – raz lepiej raz gorzej, ale zwyczajnie urzędującego – prezydenta? Przecież to, że tego się nie da zrobić, wie każdy student pierwszego roku socjologii.
A zatem, kwestię wyborów prezydenckich mamy już odfajkowaną podwójnie. Zostaje ten smutny rząd i ta smutna partia, i wszystko to, co ich z zewnątrz oplata pajęczyną brudnych interesów, a od środka zjada w postaci zwykłej, grzesznej gnuśności. Wczoraj dowiedziałem się dwóch rzeczy. Pierwsza to taka, że Janusz Palikot zażądał prawyborów co do platformowatego kandydata do prezydentury. Druga to ta, że – mimo najróżniejszych starań specjalistów od mieszania ludziom w głowach – to co się działo podczas prac komisji hazardowej, było dobrze widać i słychać. A to mi wystarczy. Tak jak w ogóle to co mam, uważam że mi wystarczy.
Ach! Byłbym zapomniał. Jest jeszcze coś. Widziałem w telewizji Donalda Tuska. Już kiedyś zapowiadałem, że on skończy w klinice. Dziś to jest pewne bardziej niż kiedykolwiek.

czwartek, 28 stycznia 2010

To co jest i to co nigdy nie powinno się wydarzyć



13 marca 1996 roku do podstawówki w miejscowości Dunblane w Szkocji, wszedł niejaki Thomas Watt Hamilton, zastrzelił szesnaścioro małych dzieci, panią od wuefu, a później siebie. Patrzę dziś na okładkę starego Time’a, gdzie na czarnym tle widać szkolną klasę, złożoną z bardzo małych dzieci. I wiem, że większość z nich zmarła w tym strasznym ataku, ale część przeżyła, a wśród tej części jest też dzisiejszy mistrz tenisowy Andy Murray, który dziś już – jak sam mówi – mało z tamtego dnia pamięta, ale wie tyle, że kiedy Watt mordował dzieci, on sprytnie schował się w jakiejś klasie. No i żyje.
Teraz, kiedy piszę ten tekst, Murray gra z Cilicem o finał Australian Open. Przedwczoraj oglądałem Murraya jak wygrywał z kontuzjowanym Nadalem i w pamięci utkwił mi piękny obrazek. Murray prowadzi już 2-0 w setach, w trzecim secie wygrywa trzeci gem i w tym momencie podchodzi do niego Nadal i informuje, że to już koniec. Patrzę na twarz Murraya, który zamiast się cieszyć, wygląda tak, jakby oto się dowiedział, że przegrał i to przez jakiś najgłupszy na świecie błąd. Ta twarz, w tej jednej sekundzie, jest tak fascynująca, że myślę sobie, że gdyby tak zrobić z tego ułamka chwili zdjęcie, to byłoby to zdjęcie niezwykłe. Kto wie, czy nie równie niezwykłe, jak zdjęcie z Time’a sprzed lat.
Mój ulubiony zespół muzyczny The Smiths śpiewał kiedyś taką piosenkę, która działacze antyaborcyjni uznawali za swoją. Mówiąc bardzo skrótowo, chodziło o to, że jakaś kobieta, czy dziewczyna w Anglii, zawinęła swoje nowonarodzone dziecko w News Of The World (to taki brytyjski Fakt) i wrzuciła je do rzeki. I śpiewa Morrissey – o tym utopionym niemowlęciu – „Mogła być poetką, mogła być idiotką”… I myślę sobie, że to jest bardzo niezwykła piosenka.
http://www.teksty.org/The_Smiths,This_night_has_opened_my_eyes
Andy Murray, dziś wybitny tenisista, w marcu 1996 roku miał dziewięć lat. Myślę sobie, że już wtedy musiał być bardzo silnym dzieckiem. Wiedział, że trzeba żyć. A co my mamy z tego? Wbrew pozorom, bardzo dużo. Kiedy już znajdziemy odpowiedni czas, możemy usiąść i pomyśleć. A z całą pewnością jest o czym.

wtorek, 26 stycznia 2010

O chamstwie gnuśnym i nie-gnuśnym



Niedawno, rozmawiając sobie prywatnie z moją salonową koleżanką laleczką, zwierzyłem się, że właściwie wszyscy moi znajomi i koledzy są ode mnie znacznie wybitniejsi, lepiej wykształceni i, w konsekwencji, mądrzejsi. Laleczka wprawdzie bardzo uprzejmie uznała, że to co gadam to zwykła kokieteria, ale podtrzymuję – wszyscy moi znajomi, przyjaciele i koledzy są ode mnie znacznie wybitniejsi. Powiem coś więcej. Ja, otaczając się towarzystwem lepszych od siebie, działam z pełną premedytacją, ponieważ ufam, że dzięki tej konfiguracji będę mógł świecić odbitym od nich światłem i przez to sam doświadczę większego szacunku. Postępuję tu trochę na przekór zasadzie sprawdzonej przez młode dziewczęta, które, jak może ktoś zauważył, lubią się kolegować z brzydszymi od siebie, licząc na to, że w ten sposób własnie będą lepiej świecić. I choć biorę pod uwagę, że mogę się mylić, myślę, że tak będzie lepiej.
Mam więc, w tym moim wybitnym towarzystwie, wybitnego kolegę, którego córka wyjechała jakiś czas temu do Londynu i zrobiła tam autentyczną karierę. Pracuje w bardzo poważnej filmowej firmie post-produkcyjnej, i oprócz tego, że od czasu do czasu chodzi po czerwonym dywanie na Leicester Square, na co dzień spotyka bardzo sławnych ludzi, i się z nimi – jak twierdzi mój kolega – nawet kumpluje. Córka mojego kolegi jest, z mojego punktu widzenia, wciąż dzieckiem, a że znam ją autentycznie od urodzenia, to tym bardziej ją traktuję nie jak młodą damę, lecz przede wszystkim jak dziecko kolegi. A zatem, co oczywiste, ile razy dowiaduję się co ona ostatnio zrobiła, gdzie była i kogo poznała, jestem z niej bardzo dumny i szczęśliwy, że tak jej się wiedzie. A już kiedy niedawno kolega powiedział mi, że ona właśnie spędziła cały dzień z Ridleyem Scottem (gdyby ktoś nie wiedział, to ten od Łowcy Androidów) i dziś już jest z nim po imieniu, to się rozpłynąłem
A więc, widzą Szanowni Państwo, gdzie ja się obracam? Żeby jednak nie tworzyć złudzeń, że wszystko jest takie słodkie i pełne wrażeń, pozwolę sobie opowiedzieć pewną historię, jeszcze z moich lat dziecięcych. Kiedy byłem szczenięciem, uczęszczałem do jedynej w moim mieście podstawówki wyłącznie dla chłopców. Ponieważ były to lata same w sobie szczególne, a w pobliżu nie było dziewcząt, które mogłyby poprawić ogólną atmosferę odrobiną elegancji i urody, moimi kolegami byli wówczas niemal wyłącznie okoliczni bandyci, lub włóczykije. Ponieważ, właśnie ze względu na czasy, nauczyciele byli na wszelki wypadek uzbrojeni w przybory do bicia, szkoła jakoś działała i wydaje mi się, że nawet nie najgorzej. A już z całą pewnością lepiej, niż dzisiejsze osiedlowe gimnazja. Któregoś dnia, nauczycielka chciała ukarać jednego z moich kolegów, którego nazwiska nie wymienię, bo niewykluczone, że jakimś cudem dożył do tych smutnych lat i jeszcze nie daj Boże umie czytać. Ten, zdenerwowany, wyrwał jej plecionkę (było coś takiego) i nie chciał oddać. Kiedy pani zaczęła się z kolegą szarpać, on na nią spojrzał zagniewany i powiedział co następuje: „Odpierdolcie się, bo w ryj dostaniecie”.
Oczywiście, opisane zdarzenie dla czytelników tego bloga może być szokujące, niemniej ja, zamiast się oburzać, namawiam wszystkich, by zwrócili uwagę na pewien drobny acz istotny szczegół. Otóż mój kolega zwrócił się do naszej pani per wy. On nie powiedział do niej „Odpierdol się”. On ją nie potraktował jak pierwszą lepszą. On zwrócił się do niej tak, jak go rodzice uczyli, by zwracać się do osób starszych. Z zachowaniem szacunku i protokołu. A że treść nie ta? No trudno. Chciał, by ona go przestała dręczyć i zwrócił się do niej w tej sprawie najlepiej jak potrafił, ale co najważniejsze, tak jak został nauczony. Bo, jak widzimy, to był chłopak wprawdzie zbłąkany i pełen pokręconych mysli, ale z całą pewnością grzeczny dla starszych.
Dlaczego w tak brutalny sposób przeszedłem z dzisiejszego Leicester Square do wczorajszej ‘pedałówy’ (tak nazywaliśmy naszą szkołę)? Dlatego mianowicie, że chciałem najlepiej jak potrafię pokazać i tym którzy czytają ten blog i, być może, też mojemu koledze, że Marta nie jest z Ridleyem Scottem na ty. W języku angielskim, co akurat większość z nas wie, druga osoba nie ma liczby pojedynczej. I nie jest też tak – jak niektórzy twierdzą – że czy mówimy ‘ty’, czy ‘wy’, używamy angielskiego zaimka ‘you’. W języku angielskim zwyczajnie nie ma zaimka ‘ty’. Jest tylko to ‘wy’ i kropka. Oczywiście, ja wiem, że piosenki, że czarni, że rap. Ja nawet pamiętam jak Louis Jordan śpiewał Is You Is Or Is You Ain’t My Baby. Fakt jednak pozostaje faktem. Tam jest tylko to ‘wy’.
Ale jest jeszcze coś, co mnie kiedyś bardzo uderzyło, a dziś czasem lubię się tym moim odkryciem podzielić z innymi. Otóż sposób, w jaki anglojęzyczne ludy zwracają się wciąż do siebie, jest bardzo podobny do tego, co kiedyś było powszechnym zwyczajem na polskiej wsi na przykład. Przychodził sąsiad do sąsiada, a ten go witał: „Siądźcie Macieju i odpocznijcie”. Ten siadał i mówił: „I jak wam się wiedzie, Janie? Kapusta obrodziła?” Czy oni byli na ty? No przecież nie! Dwóch starych wieśniaków, jeden z jednego końca wsi, drugi z drugiego – jacyż oni koledzy? Normalni sąsiedzi. A ponieważ byli nauczeni dobrych manier, zwracali się do siebie z szacunkiem. Przyznaję, że nie wiem, jak by to brzmiało, gdyby któryś z nich zwrócił się do drugiego: „Niech Pan się ze mną napije, panie Gula.” Ale czuję pod skórą, że jakoś głupio.
Czy to znaczy, że oni nie używali formy ‘pan’? Owszem, używali – tak jak dziś Anglicy na przykład używają formy ‘sir’ – jednak wyłącznie wtedy gdy przyjeżdżali do miasta i chcieli załatwić coś w urzędzie, albo kiedy ekonom przychodził do nich w jakiejś sprawie. Wtedy mówili pewnie coś w rodzaju: „Bo ja tu mam dla was taki dokument, panie”. Jeśli to był dobry ekonom, albo dobry urzędnik, kazał im siadać i mówił „No, nie stójcie już tak Macieju”. A jeśli był urzędnikiem lub ekonomem głupim i gnuśnym, najpewniej korzystał z formy równie jak on sam durnej, a więc z takiej, którą dziś słyszymy w niektórych piosenkach, i wyrzucał z siebie coś typu: „Siadaj chamie i nie gadaj”.
Jestem w tym wieku, że coraz częściej myślę sobie, że nie byłoby źle, gdyby czasy zmieniały się troszkę wolniej. Nawet gdyby ceną za to było to, że ludzie tacy jak mój kolega z podstawówki zaludnialiby tę ziemię gęściej, niż się to ma dziś. Myślę sobie o tym również w tych dniach, kiedy wielu czytelników tego bloga zarzuciło mi, że jestem chamski i niegrzeczny. Że zwracam się nie tylko do swoich wrogów, ale zwłaszcza do przyjaciół i sojuszników, w sposób brzydki i niegodny. Że psuję styl i szyk. Że niszczę poziom i marnuję to co prawdziwie wartościowe. Że jestem wstrętny. Więc myślę sobie, czy nie byłoby lepiej, gdyby dzięki wykwintnej i stałej formie, udałoby się osiągnąć stan, że nie byłoby mowy o tym, że ktoś jest kulturalny lub niekulturalny, grzeczny lub nie. Liczyłby się wyłącznie komunikat, bo kulturę byśmy od początku mieli z głowy. Mój kolega Gemba, po raz kolejny zniesmaczony faktem, że ten blog schodzi na psy wpisywałby tu komentarz: „Czy wy, Krzysztofie rozum postradaliście? Zajrzyjcie no na PW , bo chcę was opierdolić dyskretnie”. A ja bym mu odpowiadał tak jak mój podstawówkowy kolega przykazał: „Macieju, odpierdolcie się, bo w ryj dostaniecie”. I byłoby cudnie!
I tylko czasem, gdyby Igor Janke, lub ktoś z Administracji zainterweniował, to bym mu napisał: „Wybaczcie, Panie. Darujcie jeszcze tym razem. My już z Maciejem załatwimy sprawę w chałupie”. I byśmy załatwili.

niedziela, 24 stycznia 2010

O tłumaczeniu dowcipów



Kiedy Janusz Palikot został blogerem Salonu24, zaskoczyło mnie to zaledwie troszeczkę. Ja ten trend obserwuję od pewnego czasu, i nie dość, że go obserwuję, to wiem, o co chodzi. Salon24, przy swojej niszowości, jest miejscem mianowicie bardzo poważnym, i każdy minimalnie sprytny polityk powinien wiedzieć – a jeśli nie wie, to prędzej czy później się zorientuje – że tu warto uderzyć. I uderzy. Albo samodzielnie, albo przez swojego asystenta, ale uderzy.
A więc patrzę jak przychodzą. Najpierw Czarnecki z Girzyńskim, potem Dorn, niedawno Pawlak, a teraz Palikot. Zobaczyłem tego Palikota i się zadumałem. Jednak nie nad Palikotem, ale nad sposobem, w jaki on został tu przyjęty. To co zobaczyłem na jego blogu, a więc i powódź komentarzy, i uroczyste powitanie, jakie mu zgotował Igor Janke, i wreszcie tę eksplozję potrzeby pokazania Palikotowi, jak my go tu wszyscy nienawidzimy, a jednocześnie jak bardzo szanujemy jego pozycję, mnie poraziło. Już wcześniej dziwiłem się, że tak wielu, z pozoru rozsądnych i myślących ludzi, tak bardzo potrzebowało dowartościować obecność tu Waldemara Pawlaka, no ale pal go licho! Pawlak to wprawdzie tylko (i aż Pawlak), ale pal go licho! Palikot to co innego. Trudno mi mianowicie wyobrazić sobie postać tak śliską i nieprzyjemną w tej śliskości, która by tak zasługiwała na zimne lekceważenie jak Palikot. A jednak to czego się można było się spodziewać, nie nastąpiło. Palikot został tu przyjęty fajerwerkami. Wprawdzie głównie nienawiści i pogardy, ale fajerwerkami.
I wtedy pomyślałem, że się zniżę i napiszę ten tekst http://toyah.salon24.pl/151915,flaszka-z-januszem. Nie o Palikocie przecież, ale o ludziach, którzy mu tę fetę zorganizowali. Tekst, w którym postawię pytanie, jak to się stało, że rozwiązanie z pozoru oczywiste, czyli kompletna pustka i – pomijając zwyczajową paplaninę paru trolli – milczenie pod tym blogiem, nie nastąpiło. Nie chciałem tego robić, ale kiedy już zobaczyłem, że wśród komentujących pojawił się i Sowiniec, a to po to, by nawiązać z Palikotem dyskusję filozoficzną, siadłem i zacząłem pisać tekst. O ludziach, którzy, choć wiedzą że mają do czynienia wyłącznie ze śliskim złem, do tego zła lgną, jak do Matki Ziemi. Napisałem więc tekst, w którym wyraziłem zdziwienie, że ktoś tak podły i nikczemny jak Palikot jest w Polsce traktowany ze szczególną wciąż rewerencją. Że nawet ci, którzy wiedzą, że on jest zaledwie podły i nikczemny, czują, że ta jego podłość i nikczemność są jednak inne, barwniejsze, może bardziej ironiczne, może w pewnym sensie stańczykowskie, i że ten rodzaj podłości i nikczemności zasługuje na szacunek.
To było zdziwienie. Ale również napisałem, że tak być nie powinno. Że to jest szalenie smutne, że ktoś kto w gruncie rzeczy reprezentuje poziom menela Huberta K., tylko dlatego, że jest ładnie ubrany, ma pieniądze i wykształcenie filozoficzne, nagle właśnie przez te swoje szaty, ten majątek i ten tytuł magistra traktowany jest z większą powagą. Wreszcie, żeby podkreślić swój stosunek do Palikota i zaproponować jedyny możliwy sposób, w jaki z nim można rozmawiać, dopuściłem się czegoś, czego się wręcz bałem, że przez swój prymitywizm i jednoznaczność, przykryje cały sens mojej wypowiedzi. Wygłosiłem więc ten pełen menelskiego bełkotu, a jednocześnie prostej nienawiści tekst, skierowany bezpośrednio już do Palikota i sprawę zamknąłem.
I co się stało? Najpierw otrzymałem mail od jednego z moich kolegów, w którym ów kolega poinformował mnie z wyższością, że on już o Palikocie dwa razy pisał i jeśli idzie o niego, to wystarczy. Następnie pojawił się pierwszy komentarz, w którym nie bardzo mi znany bloger, w odpowiedzi na tekst w którym wezwałem do tego, by z Palikotem nie gadać, pouczył mnie, że Palikota należy bojkotować, a nie tracić czas na pisanie o nim. Po chwili pojawił się kolejny komentarz, w którym inny bloger, tym razem już mi znany, napisał, że zajmując się Palikotem tracę czas, i w dodatku go dowartościowuję. Tym razem już nie wytrzymałem. Nie wytrzymałem dlatego, że sytuacja w której ktoś, kto na blogu Palikota zostawił kilkanaście komentarzy, w odpowiedzi na tekst, w którym ja wyrażam z tego powodu smutek i zażenowanie, poucza mnie, że z Palikotem gadać nie należy, jest zwyczajnie kuriozalna. No a potem już poszło jak z górki. Jedni zwracali mi uwagę, że moje uwielbienie dla Palikota jest żałosne, a inni oskarżali mnie, że zamiast krytykować Palikota, to obrażam „naszych”. Świat stanął na głowie? Tak jakby.
To co się stało, jest dla mnie doświadczeniem bardzo przykrym z wielu względów, o których nie chce mi się już tu pisać. Spróbuję jednak jakoś z tym żyć i zobaczymy, jak mi pójdzie. Muszę jednak zwrócić uwagę na coś jeszcze, co się też zdarzyło przy okazji tego wpisu, a co mnie pociesza i pozwala wierzyć, że było warto. Otóż ja już wcześniej spostrzegłem, że ile razy napiszę coś co wydaje mi się bardziej ważne i wartościowe, na ten blog, w zwiększonej liczbie złażą się komentatorzy, których zwykle określa się mianem trolli. I tak się właśnie zdarzyło teraz. Wśród komentarzy pod omawianym wpisem, pojawiło się ich dużo więcej niż zwykle. I to jest dla mnie wiadomość dobra. Bo otóż okazało się, że wśród czytelników owego wpisu byli też i tacy, którzy go zrozumieli bez najmniejszego wysiłku. I uznali ten wpis za na tyle ważny, żeby w nim pomieszać. I to mnie raduje. Bardzo.
Na koniec już mam informację tylko dla moich przyjaciół. Nasz kolega giz 3miasto zaapelował do mnie, bym w tym co piszę był bardziej jednoznaczny. Żebym pisał jaśniej i z uwzględnieniem możliwości, że do niektórych z nas trzeba mówić prosto, jednowarstwowo i bez tych okropnych komplikacji. Otóż nie! Nic z tego nie będzie. Będę pisał tak jak dotychczas, zakładając że czytelnicy tego bloga potrafią jednocześnie czytać i rozumieć. I prędzej głupi zmądrzeją, niż ja zacznę pod każdym z moich wpisów umieszczać specjalne przypisy dla tych, którym się albo nie chce, albo che, ale nie za bardzo. Niedoczekanie Wasze!

sobota, 23 stycznia 2010

Flaszka z Januszem



Myślę że nikt kto zna i czyta ten blog nie pomyślał sobie, że te parę dni kompletnego bezruchu, w jaki to miejsce popadło, spowodowane zostały wejściem na Salon24 posła z Lublina, Janusza Palikota. Ja jestem wprawdzie osobą bardzo wrażliwą i spragnioną splendoru, ale przecież nie aż tak, żeby na wiadomość, że oto mam nowego kolegę, i to kolegę aż tak wysoko postawionego jak Janusz Palikot, zaniemówić. A zatem, przyczyny mojego milczenia były daleko bardziej prozaiczne niż owo święto towarzyskie, Raz, że zakończyła się kluczowa dla mnie faza konkursu i musiałem odrobinę odetchnąć, a poza tym potrzebowałem – z czystej (lub rudnej), niskiej próżności – sprawdzić coś jeszcze. Czy, mianowicie, jeśli umieszczę tu wpis o charakterze wyłącznie techniczny, który nawet nie pojawi się na stronie głównej, uda mi się pod nim zebrać sto komentarzy. I jest. Setka padła. Co wiem, to już tylko moje.
To wszystko co napisałem wyżej, oczywiście nie zaprzecza faktom. Ja jak najbardziej przeczytałem wpis Janusza Palikota, który został umieszczony na stronie głównej Salonu, podobnie jak i mowę powitalną, jaką na cześć naszego nowego kumpla wygłosił Igor Janke, część z bardzo wielu komentarzy, które ozdobiły ów wpis, a także dwa osobne wpisy red. Janke, poświęcone temu niezwykłemu wydarzeniu. Zapoznałem się starannie ze wszystkim, z czym uznałem za stosowne się zapoznać i nawet podzieliłem się pewną refleksją z Administracją. Mało tego, zajmując się cały czas liczeniem komentarzy pod poprzednią notką, walczyłem też ze sobą, by nie przeprowadzić kolejnego eksperymentu i nie umieścić na swoim blogu następującego tekstu:

Wszyscy obserwujemy prace komisji śledczej, mającej na celu zbadanie afery hazardowej. Ze swojej strony, chciałem tylko wyrazić nadzieję, że poseł PSL-u, Franciszek Stefaniuk, zechce zbadać przy okazji, dlaczego jego partia zawiązała koalicję parlamentarną z mordercami polskich żołnierzy w Afganistanie. Od tego bowiem będzie zależeć to, czy opinia publiczna zechce docenić śledcze talenty pana posła Stefaniuka.
Plan był taki, że ja zamieszczę ten tekst i zobaczę, co zrobi Administracja. Czy Igor Janke na przykład napisze komentarz, w którym zapewni mnie o swoim poparciu dla wolności debaty, czy osoba, która decyduje o kształcie głównej strony Salonu, umieści ten wpis wysoko, średnio wysoko, czy może w ogóle, no i wreszcie, czy uda mi się zebrać choćby połowę liczby komentarzy, na jakie zarobił swoją refleksją poseł Palikot? No ale jakoś z każdą godziną ta pasja mnie opuszczała, a w to miejsce pojawiało się zdziwienie… i właściwie już tylko zdziwienie. W dodatku, kiedy wreszcie zmuszono Palikota do przeredagowania debiutanckiej notki, a Igor Janke dzielnie przyznał się do błędu, już tylko liczyłem do stu i myślałem sobie, jak to się dzieje, że pewien rodzaj zła potrafi być czymś tak atrakcyjnym, że nawet mądrzy i porządni ludzie stają wobec niego zupełnie bezbronni. Jak to się dzieje, że dopóki zło jest i pozostaje zwykłym, prymitywnym aktem chamstwa, a na dodatek swoją agresję wyraża w tępy i bezpośredni sposób, nie chcemy mieć z nim nic wspólnego, odwracamy się do niego z pogardą i szlachetną wyniosłością? Dlaczego natomiast w dokładnie tej samej sytuacji, ale gdy to zło nie jest już nagie i gruboskórne, lecz jest przystrojone w szaty wykształcenia, elokwencji, a co jeszcze bardziej prawdopodobne – ironii i prowokacji, oczy nam rozbłyskują ciekawością, a myśl pragnieniem debaty?
Jestem pewien, że gdyby zamiast Janusza Palikota, dokładnie ten sam tekst zamieścił w Salonie na przykład Andrzej Lepper, czy ktoś pewnie równie sławny jak Palikot i o podobnych ambicjach, a jak idzie o skuteczność walki z prezydentem Kaczyńskich, może nawet bardziej od Palikota wpływowy i skuteczny, czyli menel Hubert K. (jeśli oceniać po liczbie wyników w Googlu, przebijający Palikota wielokrotnie), to poza Sowińcem, pogadać by z nim chciało zaledwie paru najbardziej aktywnych trolli. I na tym koniec. Już nie mówię, że Administracji nawet by nie przyszło do głowy, żeby ten wpis w jakikolwiek sposób promować. Mimo, w sumie jak by nie było, niewątpliwego wydarzenia, jakie by ta wizyta i ten debiut tu stanowiły. Dlaczego? No właśnie dlatego, że ani Lepper, ani Hubert K. nie są dla inteligentnego, wykształconego i ambitnego obserwatora jakimkolwiek partnerem, właśnie przez swoją jednoznaczność. I jeden i drugi oczywiście mogą zostać przy równych okazjach wyciągnięci i wykorzystani, ale na co dzień pozostają po prostu nieciekawi. Należą do innego świata, a przez to do zupełnie obcej nam kultury.
Co innego Palikot. On z perspektywy przeciętnego półinteligenta, nawet jeśli jest chamem, to jest chamem „piekielnie inteligentnym”, „niezwykle skutecznym”, no a przede wszystkim jest „Stańczykiem post-polityki”, a to już jest naprawdę coś. Ktoś powie, że to jest coś takiego jak Urban, posłanka Senyszyn, czy Krzysztof Daukszewicz. Trochę oczywiście tak, ale przy okazji, w tym akurat wypadku, mamy do czynienia z czymś znacznie poważniejszym. Zarówno on i ona i tamten też – choć oczywiście bardzo wciąż pociągający –reprezentują jednak cywilizację upadającą. Jeszcze parę lat i już będą wyłącznie drzeworytami w encyklopedii. Palikot, podobnie jak Hubert K., są już produktem III RP. Tyle że dopóki to Palikot będzie producentem, a Hubert K. zaledwie konsumentem, na demokrację w tej kwestii liczyć nie ma co. A publiczna akceptacja pozostanie tam gdzie jest.
Janusza Palikota nienawidzimy, śmiejemy się z niego, nieustannie apelujemy o to by go za jego ekscesy bojkotować, a z drugiej strony zaakceptowaliśmy go jako stały i niezwykle barwny element naszego świata. On jest częścią establishmentu takiego jaki uważamy za swój i, choć nas niekiedy irytuje, to żyć bez niego ani nie możemy, ani nie chcemy. Popatrzmy na mnie. Mnie też jego salonowy debiut zainspirował. Mój nowy kumpel Janusz w pewnym sensie zmienił moje życie. Troszeczkę, ale przecież to że to piszę, świadczy o tym niezbicie. Chciałem więc go powitać. Mojego nowego kolegę Janusza – blogera: „Cześć Janusz! Sie, kuźwa, ma! Wbijaj kiedy z flaszką do Katowic, to sie naprujem”.

czwartek, 21 stycznia 2010

Dziękuję, ale kończymy



Zakończyła się druga tura konkursu na blog roku 2009. W naszej kategorii, jak pewnie większość z Was wie, udało nam się zmieścić w pierwszej dziesiątce. Trzecia pozycja, którą ten blog zajmował przez tak długi czas, okazała się jednak nie tak bezpieczna, jak można się było spodziewać. Akcja prowadzona przez Stanisława Michalkiewicza, dzięki niezwykle skutecznej mobilizacji jego sympatyków, pozwoliła w ostatniej chwili wyeliminować z walki wielu blogerów, którzy nie mogli liczyć na nic więcej, jak tylko na swój talent i szacunek swoich czytelników.
A zatem, oryginalny plan Michalkiewicza, by trzecia tura w tej kategorii, była już wyłącznie formalnością, nie do końca się powiódł. Nie wiem do końca, czemu on to robił. Z tego co słyszę, za tym planem może się kryć i polityka, i osobiste ambicje, ale również czysta zabawa. Odpowiedzi jednak nie znam. I, szczerze powiem, w tej chwili mnie ona też już nie za bardzo interesuje. Teraz już nie. Cieszę się, że ten dziwaczny plan nie wypalił i że w pewnym sensie, co przyznaje nawet jedna z osób z tamtej strony, mógł się nawet odbić rykoszetem. Zobaczymy. Mam nadzieję, że tak się właśnie stanie. I że ten rykoszet, dla ludzi, którzy w gruncie rzeczy chcieli ten konkurs zepsuć, będzie bardzo bolesny. Bo na to jak najbardziej sobie zapracowali. Ja mam swoją satysfakcję, i w stosunku do wszystkich którzy zechcieli poprzeć ten blog, pozostaję zobowiązany i pełen wdzięczności.
Kiedy zgłaszałem ten blog do konkursu, nawet nie mogłem się spodziewać, że dostanę aż takie poparcie i że aż tyle osob zechce się tak zaangażować w to co tu robię. To czego się chciałem dzięki temu konkursowi dowiedzieć – dowiedziałem się. I jestem w najwyższym stopniu szczęśliwy. Na więcej nie liczyłem, nie liczę, i proszę się mną dalej już nie przejmować. Bardzo proszę, by w dalszej części tego konkursu nie brać mnie już pod uwagę. Głosy, które planowaliście w dalszym ciągu oddawać na ten blog, a jednocześnie na blog blogerów, proszę przenieść na blog naszego kolegi corellusa w literackiej części konkursu, lub oczywiście – jeśli ktoś ma innych faworytów – zgodnie ze swoim sumieniem.
Dziękuję jeszcze raz i proszę mi kibicować w kwestii ostatecznej decyzji, która ma wskazać Blog Roku 2009 w kategorii – polityka.

środa, 20 stycznia 2010

O cwanej prawicy w cwanym świecie



Pierwszy raz na nich wpadłem jeszcze za komuny. Byli dzielni, zawzięci i głupi. Ciekawe to były czasy. Wówczas jeszcze głupota była cnotą. Tylko bowiem człowiek głupi mógł wierzyć, że warto w ogóle cokolwiek robić i tylko człowiek głupi miał to przekonanie, że zwyciężyć potwora to tyle co splunąć. Spotykałem ich właściwie codziennie i jeśli patrzyłem na nich z podziwem, a jednocześnie wiedziałem, że oni w życiu nie wyjdą poza te swoje marzenia, to nie dlatego że byłem jeszcze głupszy, ale wręcz przeciwnie – byłem mądrzejszy. Tyle, że – jak już wspomniałem – to głupota była cnotą. To ona właśnie miała rację.
No i zwyciężyli. I poprowadzili dalej tę walkę, już w nowym wymiarze. Tyle że tu właśnie pojawiły się pierwsze przeszkody. Tu właśnie okazało się, że przeciwnik jest już bardzo konkretny, często znacznie bardziej wyrachowany, a przede wszystkim o wiele bardziej cwany. I w jednej chwili zdałem sobie sprawę z tego, że tym razem już na pewno nic z tego nie będzie, bo oni naprzeciwko siebie już nie mają zwykłego, tępego straszydła, którego można było pokonać zwykłą wiarą i determinacją, ale Cywilizację. A z Cywilizacją, jak wiemy, nie ma żartów. Cywilizacja nie odpycha. Ona jest uprzejma, łagodna i gotowa do współpracy. A oni oczywiście byli nadal tak samo głupi, choć nie na tyle oczywiście, by nie zauważyć, że trzeba przegrupować siły. I że też trzeba się wycwanić. No i się wycwanili. Na swoją skromną miarę, ale się wycwanili.
Na dwa sposoby. Jedni nauczyli się ładnie mówić, kupili sobie lepsze skarpetki, niektórzy z nich zapisali się nawet na jakieś studia i zostali zaakceptowani jako część najnowszej historii Polski. Kiedy ostatecznie przegrali, poszli w biznesy i tylko już od czasu do czasu, przy okazji większych rocznic, wystąpią w telewizji i opowiedzą, jak to człowiek siedział za wolność. To większość. Inni pozostali wierni, ale jednocześnie postanowili, że oni już będą naprawdę cwani. I stworzyli tak zwaną nową polską prawicę. Prawdziwą, wierną, bezkompromisową. I ich też mogłem oglądać, tak jak przed laty, w akcji każdego dnia. Tyle że już w tym nowym okresie ich walki. Od samego początku, dzień w dzień byłem świadkiem, jak ci sami bohaterowie sprzed lat, których kiedyś tak podziwiałem, i na których jednocześnie patrzyłem z góry, krzątają się po salonach i obracają w swoich wycwanionych już głowach nowe plany. Pamiętam więc ich z czasów, kiedy organizowali pierwszą kampanię Lecha Wałęsy. Pamiętam ich, jak obalali rząd Jana Olszewskiego. Pamiętam, jak w każdym momencie, gdy tylko dojrzeli nową dla siebie szanse, natychmiast zaczynali poważną „polityczną grę”. Pamiętam, jak upadali i natychmiast się podnosili i natychmiast szli tam, gdzie widzieli że się coś dzieje. Albo na ratunek Europy, albo Polski, albo autonomii swojego regionu, czy choćby wolności prostego obywatela niszczonego przez państwo. A szli tam, nie żeby uczestniczyć, nie żeby budować, tylko żeby rozrabiać. Rozrabiać tak jak za dawnych lat, tyle że dziś już w znacznie bardziej cwany sposób.
Jak to się stało, że dopuszczono ich do gry? W końcu to nie była byle jaka gra. To nie była już zabawa w rzucanie kamieniami i uciekanie do najbliższego kościoła. To, jak już wspomniałem, była wyższa jazda. Nie mogło być przecież tak, że przychodziło dwóch niedorobionych intelektualistów z krzyżami na piersiach, informowali, że właśnie założyli partię o nazwie Ojczyzna Wolna – Ruch Patriotyczno-Konserwatywny ‘Szaniec’, a III RP otwierała szeroko swoje ramiona i zapraszała ich do środka. Chociaż, kto wie? Może faktycznie chodziło o to, by stworzyć dwie elity, jedną realną, a drugą na niby? Ale skoro tak, to po co? Tu akurat już mamy do czynienia z zagadką, choć wydaje mi się, że odpowiedź i tak da się znaleźć – chodziło najpewniej o to, by nie dopuścić do powstania w Polsce normalnej, silnej prawicy. Ci co mieli takie rzeczy wiedzieć i – jak się okazuje – wiedzieli, doskonale zdawali sobie sprawę z tego, że prawica to taki śmieszny twór, który w połączeniu z głupotą, której zawsze jest w nadmiarze, będzie zawsze robił to, co mu się każe. A zatem, nie ma lepszego sposobu na dezintegrację prawicy, niż stworzenie jej odpowiednich warunków do swobodnej działalności, oczywiście z dyskretnym i stałym nadzorem.
No i dalej już poszło jak z płatka. Kiedy dziś wspominam kolejne nazwiska, kolejne twarze, kolejne polityczne ruchy na polskiej prawicy, wciąż widzę z jednej strony tę głupotę, a z drugiej święte poczucie, że nikt od nas nie jest bardziej cwany. I widzę też, jak stopniowo, pomaleńku, kiedy polski, rozproszony jak stado baranów, ruch konserwatywny ponosił kolejne porażki, jego liderzy, których praktycznie zawsze było tyle samo ile partii, a może nawet i więcej, zostawali na lodzie, ale za to z tym poczuciem, że co jak co, ale cwani to byliśmy naprawdę. No i patrzę na nich teraz, w najróżniejszych sytuacjach. Kiedy zawiązują koalicję parlamentarną i od pierwszego dnia kombinują, jaki by tu wykręcić numer, żeby wszystkim oko zbielało Albo rozwalają rząd, który współtworzą, bo sobie coś bardzo cwanego obmyślili i wierzą głęboko, że tym razem się uda. Albo wchodzą do publicznej telewizji i choć wiedzą, a może właśnie dlatego, że wiedzą, że to tylko chwila, zachowują się jak banda jajcarzy, którzy pękając ze śmiechu, są mocno przekonani, że oto własnie nabijają sobie kolejne punkty. I występują w mediach, z chytrymi uśmiechami, wyszczekani tak że świat nie widział, oczytani w klasykach myśli konserwatywnej, pokazują wszystkim, jacy to z nich mistrzowie politycznej debaty. No i wreszcie, kiedy już nikt ich nigdzie nie chce, nawet jeśli tylko po to, by się z nich pośmiać, widzą nagle całą tę niezwykłą przestrzeń, której na imię Internet i tam dopiero zaprowadzają swoje porządki. Skoro nie udało się zapanować nad realem, to czemu nie spróbować w Sieci?
Oto polska prawica. Z jednej strony strasznie zadumana i pełna niezwykle szlachetnych refleksji na temat życia, śmierci, i świętości jednego i drugiego. Pełna najgłębszych przemyśleń w kwestii zasad i ideałów. A z drugiej, intelektualnie, a przede wszystkim emocjonalnie, na poziomie kogoś, kto właśnie ukończył szkołę i zaczyna pisać biznesplan. Bo koledzy mu powiedzieli, że dobrze jest coś rozkręcić tam gdzie jest kasa i perspektywy. Polska prawica, patrząca z dumnie wydętymi wargami na wszystkich. I na tych którym się udało, i na tych którym się nie udało; i na tych, którzy przegrali, bo byli za mało zdolni, lub zbyt leniwi, ale też na tych, którym się udało, bo mieli spryt i talent… I działają, i walczą i tworzą plany i strategie, i zawsze są z siebie strasznie zadowoleni. Bo są. Bo nie wypadli z gry. No i też dlatego, że nawet „czerwoni” muszą od czasu do czasu się z nimi liczyć. A że wciąż nie ma nagrody? Ależ im na nagrodach nie zależy! Polska prawica to ideowcy. Wszystko co robią, robią wyłącznie dla Boga i dla Ojczyzny.
A codzienną satysfakcję, że znów udało się kogoś przechytrzyć, można zawsze potraktować jako bonus i bardzo miłą niespodziankę.
PS. Kończy się druga tura konkursu. Można głosować do czwartku do 12.00. Jeśli uważacie, że to dobry blog, bardzo proszę jeszcze o ten wysiłek i o wysyłanie esemesów o treści C00026 (to są trzy zera) na numer +487144. Onet wysyła potwierdzenia. Jeśli potwierdzenie nie przyszło, to znaczy, że wystąpił błąd. Dziękuję.

wtorek, 19 stycznia 2010

Czy ktoś się przestraszył?



Zbliża się czas wyborczy, i z każdym dniem, jeśli tylko zechce nam się rozejrzeć, zobaczymy, że może być jeszcze lepiej, niż się nam mogło jeszcze niedawno wydawać. I prezydent Kaczyński, jak wszystko na to wskazuje – wbrew pozorom nawet te sondaże, które dostały małpiego rozumu na to wskazują – zostanie wybrany na drugą kadencję, a i też sam PiS ma wszelkie powody, żeby wrócić do formy sprzed lat. I to, paradoksalnie, dokładnie z tego samego powodu, dla którego dwa lata temu władzę w Polsce objął Donald Tuskk ze swoją ferajną. Czyli nie przez swoje szczególne zasługi, tylko skutkiem zmęczenia rywali. A to że Platforma dziś jest już wyłącznie zmęczona, by nie powiedzieć, wytarta na glanc, jest faktem. Po prostu – faktem. Tam już w tej chwili nie ma zupełnie nic. Z nimi jest tak mniej więcej, jak z tymi biegaczami z Monty Pythona, którzy z powodu chorobliwego braku wyczucia kierunku, zaraz po starcie rozbiegli się we wszystkie strony. Biegli, owszem, szybko, tylko co z tego, skoro bez sensu?
Stało się jeszcze coś, co świadczy prawdopodobnie o tym, że establishment czuje pismo nosem. Otóż Michał Kamiński udzielił dużego wywiadu, w którym w jednym miejscu, naprawdę króciutkim i dla całości w ogóle nieistotnym, przyznał, że w nie dającej się przewidzieć przyszłości, nie ma możliwości wykluczenia koalicji PiS-u z SLD. Zwłaszcza jeśli ta ewentualna koalicja zostanie obwarowana najróżniejszymi warunkami. No i w tym momencie się zaczęło. Histeria rozhulała się tak wielka, że nawet biedny Marek Migalski od niej zgłupiał i zaczął cichutko popłakiwać. Nie mówię już o innych, znacznie od niego mniej rozumnych i rozsądnych osób. A mnie się podoba i to co powiedział Kamiński, i cała ta głupkowata reakcja establishmentu. Dlaczego? Zawsze z tego samego powodu, co wcześniej. Oni nawet jak się schowają w samym środku lasu, to i tak, pierwsze co zrobią, to rozpalą ognisko, żeby wszyscy wkoło zobaczyli ten dym.
A więc co widzimy? Widzimy mianowicie scenariusz, który – czując, że Platforma jednak przy okazji kolejnych wyborów straci władzę – źli ludzie przygotowali dla PiS-u. Otóż PiS wygrywa wybory, najprawdopodobniej jednak nie na tyle mocno, by rządzić samodzielnie. Co jest nowością, i to nowością decydującą, do Sejmu poza PiS-em i Platformą dostaje się jeszcze tylko SLD, bo tym razem już prawdopodobnie nawet członkowie Ochotniczych Straży Pożarnych z rodzinami nie wystarczą. I teraz właśnie zostaje uruchomiony następujący scenariusz. Ponieważ PiS jest głupi jak był, i z komunistami nie chce nawet negocjować, do akcji wkracza Platforma Obywatelska, bez najmniejszych skrupułów dogaduje się z SLD i wspólnie tworzą rząd. Prawo i Sprawiedliwość, wystrychnięte na dudka, mimo zwycięstwa wyborczego przechodzi do opozycji, a na oskarżenia kierowane pod adresem Platformy, że układają się z czerwonymi, słyszy, że od czasu kiedy Lepper został przez Kaczyńskiego autoryzowany jako część mainstreamu, świętości już nie ma, komunistów już nie ma, polityka jest już wyłącznie zlepkiem interesów, a jedyne zło to wyłącznie Gosiewski, Brudziński i sam PiS. Oczywiście w tym pluciu najbardziej aktywny udział mają media i z Jarosława Kaczyńskiego i jego partii nie zostaje mokra plama. Polskę na najbliższe lata przejmuje Tusk z Kwaśniewskim, i można otwierać szampany. I to jest właśnie ten dym, o którym wspomniałem wcześniej.
Niektórzy mają pretensje do Kamińskiego, że nawet jeśli miał dobre intencje, to powinien był siedzieć cicho i nie prowokować. Że takie gadanie, nawet jeśli wyrwane z kontekstu, zostanie wykorzystane, zwolennicy PiS-u uwierzą, że PiS ciągnie do komuny i się zniechęcą. A ja uważam, że nic bardziej błędnego. Przede wszystkim jest bardzo fajnie, że Kamieński powiedział to co powiedział, bo tych, którzy już mieli gotowy plan, porządnie nastraszył. A widzieć tę bandę, jak się boją – to przyjemność nie do przeceniania. Poza tym, o elektorat PiS-u nie ma się co bać. My mamy swój rozum i doskonale wiemy, że P to znaczy Prawo a S - Sprawiedliwość. I że to jest prawo i sprawiedliwość naprawdę, a nie dla fasonu. I że my jesteśmy zawodnikami autentycznie twardymi.
PS - Jeszcze do czwartku można głosować. Bardzo proszę o poparcie. C00026 na numer +487144

poniedziałek, 18 stycznia 2010

Michalkiewicz



Stanisława Michalkiewicza znam, choć nie czytam. I od razu muszę powiedzieć, że nie czytam nie dlatego, że się nie zgadzam, lecz wyłącznie dlatego, że w ogóle z czytelnictwem u mnie słabo. Kiedyś, owszem, bywało lepiej, ale dziś, w sytuacji gdy nawet przestałem kupować Rzepę, trudno ode mnie oczekiwać, bym czytał Michalkiewicza. Wiem jednak, co u niego słychać. Że prowadzi blog, że walczy, no a przede wszystkim, że szczególnie dla tych, co się urodzili po roku 1990 i nie należą do Młodych Demokratów, stanowi autorytet.
O Michalkiewiczu ponownie usłyszałem dziś od mojego kolegi FYM-a. Otóż okazuje się, że od kilku lat ów dziennikarz, działacz i polityk, aktywizuje się przy okazji kolejnej edycji konkursu na blog roku i korzystając ze swoich wpływów, próbuje ten konkurs rozpieprzyć. Z tego co przeczytałem u FYM-a wynikało, że aktywność Michalkiewicza na tym polu jest na tyle skuteczna, a jednocześnie irytująca, że sam FYM na przykład z uczestnictwa w konkursie w tym roku zrezygnował. Zajrzałem więc na blog Michalkiewicza, by zorientować się, o co chodzi dokładniej. No i się zorientowałem. Zarówno, o co chodzi i jak bardzo o to coś chodzi.
Nie wiem jak poprzednie, ale dzisiejszy wpis Michalkiewicza jest krótki i bardzo do rzeczy. Zaczyna się tak:

Kochani!
W ubiegłym roku pomogliście głosować na właściwych ludzi - i dzięki Wam otrzymałem nagrodę Bloggera roku 2008 w kategorii POLITYKA. Nie udało się, niestety, zablokować drogi p. Joannie Senyszyn.
Mam nadzieję, że w tym roku zadanie wykonamy w stu procentach. Bardzo proszę by ci z Państwa, których stać na wysłanie SMS za 1 zł + 22 grosze VAT, wysłali go na numer 7144, głosując na jeden z poniższych blogów
Ja mam tak, że jeśli ktoś do mnie zwraca się per „kochani”, to natychmiast robię się czujny. Bo wiem, że to gada albo Aleksander Kwaśniewski, albo Donald Tusk, albo ewentualnie pewne bydle, z którym na szczęście nie mam okazji już od kilku lat. A więc wiem też, że to „kochani” ma na celu jedno. Przypieprzyć mi tak, bym się nie podniósł. Michalkiewicz jednak na tym „kochani” nie poprzestaje. Dalej jest, jak widzimy, równie ciekawie. Ciekawie i na tyle jednoznacznie, że nawet nie muszę tego co on pisze analizować. Zwrócę tylko uwagę na fragment o stuprocentowym „wykonaniu zadania”. O jakież to bowiem może chodzić zadanie? O zablokowanie Senyszyn? O załatwienie Michalkiewiczowi ponownie tytułu blogera roku? Czy może jeszcze o coś innego?
Sytuacja rozjaśnia się nieco dalej. Michalkiewicz najpierw pisze tak: „By uniknąć zmarnowania głosów proszę, by na dany blog zagłosowali ci z Państwa, których nazwiska zaczynają się na literę podaną z lewej strony”, a następnie podaje listę 13 blogów, oznaczanych tymi literkami. A więc system jest, jak widzimy, taki, że Michalkiewicz nie zachęca swoich zwolenników, żeby głosowali na jego blog, ani na blog, który on uważa za świetny, ani nawet nie na to, by nie głosować na Senyszyn i powiedzmy Toyaha – czyli nawet nie bierze udziału w konkursie na blog roku – ale podaje listę i każe na nią głosować według klucza, który tworzą pierwsze litery nazwisk głosujących. A więc, apeluje do swoich zwolenników, by głosowali nie dość że na serię nieznanych sobie blogów, ale jeszcze by w sytuacji gdy komuś się podoba blog na przykład jakiegoś Tomka, ten ktoś nie głosował na niego pod żadnym pozorem, jeśli jego nazwisko nie zaczyna się na literę R, lub T.
Dlaczego ja sugeruję, że Michalkiewicz nie bierze udziału w konkursie, a przynajmniej nie w sposób, który można by nazwać standardowym? Dlatego że z instrukcji, którą on podaje wynika, że jemu w żaden sposób nie chodzi o to, by przegrała Senyszyn, czy żeby wygrał Michalkiewicz, lub choćby ten symboliczny już Tomek, czy żeby nawet żeby przegrał któryś z blogerów, których Michalkiewicz nie lubi jeszcze bardziej niż Senyszyn, ale wyłącznie o to, żeby ten konkurs właśnie rozpieprzyć. On organizuje system głosowania na blog roku, który przy dość i tak już niszowym charakterze konkursu, musi pełnić funkcję wyłącznie destrukcyjną. On się zachowuje jak ubek, który włazi w tłum i pierwszą z brzegu osobę kopie w kostkę w nadziei, że to uruchomi lawinę. W dodatku jeszcze do swojej chamskiej prowokacji wykorzystuje kupę durniów, którzy nie wiedzą na co głosują, ale za to myślą, że skoro ktoś taki jak „TEN Michalkiewicz” powie im coś w stylu „z góry pięknie dziękuję”, to oni w ten sposób staną się lepsi i ważniejsi.
Czemu Michalkiewicz tak się zachowuje? Z tego co podaje wikipedia, wynika że on wprawdzie nie jest człowiekiem bardzo starym, ale ma już wystarczająco dużo lat, by zająć się bardziej sobą niż innymi, szczególnie gdy widać wyraźnie, że zajmowanie się innymi szło mu dotychczas nie najlepiej. Można by było sądzić, że ktoś taki jak Stanisław Michalkiewicz, jeśli przyjąć, że jest zwykłym, porządnym człowiekiem, który co miał do zrobienia, to zrobił, jeśli ma jeszcze jakieś ambicje, to powinien je realizować przynajmniej z umiarem i z godnością. No a już z całą pewnością nie powinien robić z siebie durnia.
Moje dzieci z upodobaniem każdego lata jeżdżą na festiwal Heinekena o nazwie Open’er do Gdyni. W związku z tym, że obecnie trwa pełne napięcia ogłaszanie składu uczestników festiwalu, one często siedzą w Internecie i uczestniczą w jakichś forach dyskusyjnych na temat tego festiwalu i muzyki w ogóle. Osoby, które się tam spotykają, to najczęściej dzieci takie jak one. Ale wczoraj dowiedziałem się, że w tym całym tłumie, rej wodzi jakiś starszy typ, podpisujący się Bright, który zamiast spędzać czas z rodziną, chodzić do kina z kolegami, lub zabijać czas pisząc bloga, lansuje się przed tymi dziećmi jako wielki autorytet, jednym się podlizuje, innych obraża, wbija się w każdą sensowną rozmowę, nie dając spokojnie podyskutować, i w efekcie na tym forum panuje nieustanny chaos i zdenerwowanie. Czemu robi to co robi ów Bright? Czy on prowadzi jakąś zaplanowaną dywersję, czy on ma w ogóle jakiś poważniejszy cel? Nie sądzę. To tylko w końcu piosenki. Myślę, że to jakiś pedofil, lub po prostu wariat, który z tej swojej samotności świruje, a ponieważ posiada pewną wiedzę i spryt, grupa dzieci daje się na jego akcje nabierać i go traktuje poważnie.
Czy to co napisałem przed chwilą ma sugerować, że Michalkiewicz to też wariat? O nie! Absolutnie! W żaden sposób! Michalkiewicz to nie wariat. To ktoś, kto ma w głowie bardzo starannie poukładane. Inna sprawa, że nie wiemy do końca, jak starannie, no i przede wszystkim, kto mu ten porządek w głowie zrobił. Jakiś czas temu, przy okazji tzw. ‘sprawy Brody’ dowiedziałem się, że u Michalkiewicza na blogu toczy się dyskusja na temat tego, kim jest Toyah. Z tej dyskusji wynikło, że Polska jest zagrożona i każdy porządny patriota powinien przede wszystkim użyć wszelkich swoich sił, by nie pozwolić na szerzenie się blogowej zarazy. A ja sobie myślę, że chociaż te nasze blogi to wciąż zaledwie nisza, to akcja trwa. Widzieliśmy ją w pewnym momencie na łamach ogólnokrajowej prasy, obecnie można ją obserwować nawet tu w Salonie, a tymczasem okazuje się, że ona się zaczęła już parę lat temu. I że to już nie jest tylko grupka aspirujących szpicli, lecz prawdziwa koalicja. Bardzo groźna. I bardzo niesympatyczna. Pisałem tu wielokrotnie, że ja oczywiście takiej Senyszyn, czy nawet red. Żakowskiego nie lubię i nie szanuję, ale – przy całym szacunku dla ich ambicji i możliwości – nie mam wątpliwości co do tego, że tak wysoko jak Michalkiewicz ani ona ani on, choćby się napięli, nie podskoczą.

ITI pikuje



Wprawdzie nigdy nie zdarzyło mi się wykrzyknąć hasła „ITI Rulez!”, ale każdy kto tu bywa wystarczająco często (niezmiennie proszę o wysyłanie C00026 na numer +487144), wie że to właśnie ITI od lat dostarcza mi codziennych informacji i skutecznie kształtuje mój światopogląd. To właśnie telewizja TVN24, już od dnia, kiedy to arabscy terroryści jednym krótkim aktem szaleństwa, zmienili już na zawsze krajobraz Nowego Jorku, jest moją codzienną gazetą i rozrywką. TVN24 zawsze szczerze uważałem za, jak na nasze warunki, profesjonalne i stosunkowo przyjazne medium. Wygląda na to jednak, że nawet dla takich fachowców jak Wojskowe Służby Informacyjne, czas płynie zbyt szybko.
Wprawdzie sam tego nie widziałem, ale przeczytałem w Salonie, że niedawno właśnie TVN24 poinformowało swoich widzów, że skutkiem awarii energetycznej Warszawa znalazła się w kompletnych ciemnościach. Po chwili jednak okazało się, że to pomyłka, i że jedyna awaria jaka się zdarzyła, to awaria kamery umieszczonej gdzieś nad Warszawą i to co widziała dziennikarka, to nie była ciemność, lecz pusty ekran.
Dla prawdziwego fana na przykład muzyki, wiadomość tego typu byłaby bardzo przykra, bo świadcząca o tym, że nowa płyta ulubionego wykonawcy jest jeszcze gorsza niż poprzednia, a i tak lepiej ją słuchać z otwartym sercem, póki nie pojawi się kolejna. W odniesieniu do telewizji TVN24 jest nie lepiej. Zwłaszcza że tu też pewien upadek możemy obserwować już od pewnego czasu. Dziś nie pamiętam co było najpierw, czy zezowaty dziennikarz, czy wyglądająca jak android dziennikarka. Faktem jest, że pojawienie się obu tych gwiazd już stanowiło pewien szok. Pamiętam, że w czasach kiedy mnie przyjmowano na studia, każdy z nas – zakładając że w przyszłości będzie nauczycielem – musiał dostarczyć zaświadczenie, że nie ma odrażającego wyglądu i cuchnącego oddechu. Kiedy po raz pierwszy zobaczyłem redaktora Warasińskiego byłem porażony. Bo nie mogłem uwierzyć, że w firmie tak zawodowej jak ITI, pojawia się człowiek z karykaturalnym zezem, informuje że chciałby zostać pracującym na wizji dziennikarzem, a oni mu mówią: „Super! Właśnie kogoś takiego szukaliśmy”. A tak właśnie przecież musiało się stać.
I to nie raz. Pamiętam na przykład, jak poczułem pewien niepokój gdy usłyszałem, gdy pierwszy specjalista owej telewizji od przeglądu prasy zagranicznej, z mądrą miną gada coś na temat Ojca Świętego i tytułuje go frazą „późny Jan Paweł II”. Wreszcie ledwo co wczoraj, przecierałem oczy ze zdumienia, widząc jak ITI przed swoją kamerą ustawiło kobietę napakowaną jak Frank Gifford, na dodatek w spódniczce ewidentnie przekręconej pupą do przodu, i kazało jej prowadzić program. Już nie chcę się znęcać nad czytającą pogodę Dorotą Gardas, z której nawet jej – kulturalni oczywiście jak cholera – redakcyjni koledzy już tylko potrafią się nabijać. Czy nad – przepraszam najmocniej – Małgorzatą Domagalik…
Co się dzieje z tymi służbami? Jakaś, cholera, dywersja? A może skończyły się pieniądze? Czy to tylko zwykły, znany z historii, proces, polegający na tym, że każda nowość stanowi karykaturę tego co było poprzednio? Niezależnie od odpowiedzi na to pytanie, z mojego punktu widzenia, sytuacja jest nie najlepsza. Bo przy tym tempie rozkładu, zanim przyjdą wybory, z tego TVN-u zostanie tylko ta nędzna, brudna propaganda. Dobra jednak wiadomość to taka, że jeśli ją mają uprawiać zezowaci dziennikarze ze źle dopasowaną szczęką, na dodatek przy spieprzonych kamerach, to PiS nawet nie będzie musiał zawiązywać koalicji z SLD, na co się już tak cieszą wilki prawicy spod znaku sierpa i młota.

niedziela, 17 stycznia 2010

O miłości jak sprężyna



Życie nasze jest tak zbudowane, że przez większą jego część, w domu zaledwie śpimy i spędzamy późne popołudnia i wieczory. Główna część dnia schodzi nam na albo siedzeniu z bandą obcych osób w szkole, lub w pracy. Jeśli się nad tym zastanowić, jest to właściwie wiadomość wstrząsająca. Szczególnie dla kogoś, kto ceni sobie towarzystwo rodziny i przyjaciół, i jeśli uważa swoje życie za szczęśliwe, to właśnie przez to, że jest ta rodzina i są ci przyjaciele. Oczywiście jest możliwe, że wspomniany system, choć na pierwszy rzut oka, wręcz dewastujący, w ostatecznym rozrachunku stanowi idealną równowagę. Istnieje taka ewentualność, że gdyby nie ta praca i nie ta szkoła, człowiek zwyczajnie by od tego światła oślepnął. Kto wie? Może więc tak jak jest – zresztą nie tylko w tej dziedzinie – jest dobrze. Może i nawet bardzo dobrze. A zatem, może dopiero przez ten tak znacznie przedłużony kontakt z ludźmi, którzy nam są w ogóle do szczęścia niepotrzebni, w pełni czujemy to szczęście, kiedy wreszcie nadchodzi?
Może. A mimo to jednak, kiedy się zastanowimy nad tą naszą życiową sytuacją, musimy poczuć co najmniej niepokój. A niepokój ów musi stać się jeszcze większy, kiedy z naszych wyliczeń wyjdzie nam, że większą część czasu, który już pozornie mamy tylko dla siebie, również poświęcamy tej pracy, czy tej szkole, a ściślej przeżywaniu tego, co nas tam spotkało. Tym wszystkim przykrościom, upokorzeniom i niesprawiedliwościom, na które zostaliśmy narażeni przez konieczność przebywania z ludźmi złymi, głupimi i podłymi. Na ile się orientuję, w wielu domach w ten sposób opisana sytuacja jest smutnym standardem. Sam, tak się składa, mam na ten temat wiele do powiedzenia. I ze względu na swoje kilkunastoletnie szkolne doświadczenia, i choćby ze względu na obecne doświadczenia na przykład pani Toyahowej. I z opowieści osób mi bliskich, ale i z własnych przeżyć, doskonale wiem, jak człowiek i jego życie prywatne może zostać zniszczone przez z pozoru tak drobny fakt, że przez pewną część dnia jest narażony na kontakt z idiotą, lub zwykłą szują.
Myślę o tym od tygodnia, i pewnie już kilka dni temu bym się tym zajął, gdyby nie to, że zawsze działo się coś, co trzeba było powiedzieć akurat dziś i teraz. W ubiegłym magazynie Wprost tak zwany cover story został poświęcony osobie zmarłego niedawno generalnego dyrektora kancelarii Donalda Tuska, Grzegorza Michniewicza. Oczywiście Wprost, jako z trudem ukrywający się tabloid, nie byłby sobą, gdyby samobójstwa Michniewicza nie umieścił w kontekście czegoś co sam nazywa „niewyjaśnionymi śmierciami w polskiej polityce” i nie zbił kolejnych groszy na ciekawym temacie. Kiedy jednak zajrzy się już do samego tekstu, okazuje się, że mamy do czynienia z najbardziej prozaiczną prozą życia. I że ta śmierć, podobnie jak dziesiątki innych, jest zwykłą częścią owej prozy. Że za nią stoi dokładania taka sama tajemnica, jak za każdym dniem, który każdy z nas albo przeżywa, albo już przeżyć nie zdoła. A więc może to być tajemnica choroby, tajemnica załamania nerwowego, tajemnica samotności, tajemnica zdrady, albo tajemnica jakiegokolwiek innego bólu, na temat którego nie mamy absolutnie nic do gadania.
Mimo to, zwróciłem uwagę i na ten temat i na właściwy już tekst o Grzegorzu Michniewiczu, ze względu na dwie rzeczy. Przede wszystkim uderzyło mnie zdjęcie na okładce. Tak to już jest – a już na pewno ze mną – że człowieka trzeba widzieć. To znaczy, dopóki go nie zobaczymy, jakoś oczywiście musimy sobie radzić, niemniej w większości sytuacji, dopiero ten obraz zamyka całą sprawę. Widzę więc tego Michniewicza na okładce Wprost i czuję, że wiem już znacznie więcej niż kiedykolwiek. No i jest ta druga rzecz. W samym tekście, parokrotnie jest zasugerowane, że Grzegorz Michniewicz, mimo tego wielce poważnego tytułu dyrektora generalnego który nosił, był w gruncie rzeczy urzędnikiem niższego szczebla, a w kontekście struktury tak wielkiej jak rząd, każdy właściwie, z kim miał do czynienia, był jego przełożonym. To jest sugestia. Natomiast już bardzo jednoznacznie jest powiedziane, że bezpośredni przełożony Michniewicza, minister Tomasz Arabski traktował go w sposób metodyczny i systematyczny, jak szmatę i że Michniewicz to traktowanie bardzo źle znosił.
Wspomniałem już, że Wprost nie byłby zwykłym szmatławcem, gdyby nie uczynił ze śmierci Grzegorza Michniewicza zagadki na miarę tragicznej historii III RP. Muszę więc konsekwentnie dodać, że nie byłby też ten tygodnik typowym symbolem tego, co się dzieje z polskimi mediami, gdyby potrafił się skupić wyłącznie na temacie i nie próbował, wbrew podstawowej logice, zamazywać problem przez wymachiwanie oskarżeniami niby ‘po sprawiedliwości’, a tak naprawdę zupełnie na oślep. Ale jest Wprost tym czym jest, więc oczywiście dowiadujemy się, że Michniewicz był zaszczuty nie tylko przez swoich bezpośrednich przełożonych, którzy się nad nim notorycznie znęcali, ale również przez swoich dawnych kolegów z PiS-u, którzy mu dokuczali za to, że nie jest już PiS-owcem jak należy, lecz platformerskim kolaborantem. Nie byłby Wprost tym czym jest, gdyby opisując z odpowiednimi detalami mobbing, jakiemu Michniewicz był poddawany ze strony Arabskiego, nie wspomniał, że ta sytuacja była dokładnym powtórzeniem tego, co go spotykało za PiS-u ze strony niejakiego Skiby. Wprawdzie w innym miejscu jest jak byk napisane, że ów Skiba i Michniewicz byli przyjaciółmi i że Skiba Michniewicza nieustannie promował, ale równowaga zostaje zachowana.
Nieważne. Redaktorzy robią swoje, zawsze zgodnie ze standardami, natomiast konkretnie opisany fakt i bardzo dokładnie zrelacjonowane przygody Michniewicza, pokazują jedno. Michniewicza najprawdopodobniej w gabinecie Donalda Tuska spotykało to co spotyka wielu z nas w pracy, w szkole i w ogóle w relacjach z ludźmi obcymi, a o czym nie potrafimy zapomnieć po powrocie do domu, czym zatruwamy wieczory naszym bliskim i co nam często również nie pozwala spokojnie spać. I że on to bardzo przeżywał. Wprost, jak mówię, podaje szczegóły. A więc pisze, że Michniewicz nieustannie tłumaczył znajomym, że Arabski to jednak porządny człowiek, bo ile razy zachowa się jak bydle, zawsze potrafi za to przeprosić. Że ostatnio coraz częściej wypytywał znajomych, czy nie mogliby mu załatwić posady u Prezydenta, czy może gdzieś w PiS-ie. Wreszcie opisuje tę jedną historię, kiedy to wściekły Arabski wezwał Michniewicza na codzienne bluzgi, najpierw kazał mu kilka godzin warować pod swoim gabinetem, a później wyskoczył na niego z mordą, że zamiast pracować jak wszyscy, bez sensu się szlaja po korytarzach. I oczywiście, wyciąga wniosek, że Grzegorz Michniewicz pewnie z tego powodu popadł w depresję i się powiesił.
Jeśli idzie o moje zdanie na ten temat, to od razu powiem, że ani go nie mam, ani mieć nie chcę. Samobójstwo samo w sobie jest dla mnie taką zagadką, że odmawiam tu sobie jakichkolwiek kompetencji. Ale nawet gdybym odnalazł w sobie tę dziwną chęć do szperania w zdarzeniach tego typu, i tak nie potrafiłbym sobie wyobrazić, jak wieczny urzędnik, człowiek dla którego całe życie było wyłącznie pracą na poziomie władzy państwowej, nagle popełnia samobójstwo, bo jego szef jest, jak na jego wrażliwość, zbyt dużą kanalią. No, ewentualnie musiałbym uznać, że Partia Miłości kryje w sobie pokłady serdeczności, o których świat dotychczas nie słyszał. No ale aż taki złośliwy, to ja nie jestem, żeby twierdzić oni swoją miłością potrafią zabijać. Zresztą wcale nie chodzi mi o to, żeby dociekać przyczyn. Mnie zainteresowały tu – jak już pisałem – wyłącznie dwie rzeczy. To zdjęcie i ta historia o Arabskim wyskakującym na Michniewicza z pyskiem. I w ten sposób przechodzę do konkluzji, na którą jednak muszę przeznaczyć osobny akapit.
Nie wiem, ile lat miał Grzegorz Michniewicz, kiedy zmarł. Szukałem odpowiednich informacji w Internecie, ale bez efektu. Ze zdjęcia jednak wynika, że był znacznie starszy od Tomasza Arabskiego. Jeśli więc dziś usiłuję sobie wyobrazić sytuację, gdy ten Michniewicz siedzi na krzesełku przed gabinetem Arabskiego, który, jak pisze Wprost, „ma opinie człowieka gwałtownego i szorstkiego dla podwładnych”, i czeka aż ten go wezwie i zwyzywa, i po godzinie czekania Arabski wyskakuje na niego ze swojego gabinetu – taki jak go znam, wypasiony byczek pod czterdziestkę – i wydziera się na niego, że zamiast pracować, zbija bąki, to, powiem zupełnie szczerze, jestem poruszony. Bo świetnie wiem, o co chodzi. I wiem jeszcze jedno. Że ja – nie dlatego, że jestem szczególnie nerwowy, lub jakoś specjalnie przywiązany do swojej godności – ale wyłącznie po to, by nie dostać zawału serca z nerwów, strzeliłbym tego Arabskiego w pysk i zrezygnował z takiej pracy. Nawet gdybym miał jeszcze bardziej tłuc nędzę, niż to robię teraz. A gdyby ten Arabski – bo jak się dowiadujemy, umiał przepraszać – przyszedł do mnie i zaczął coś tłumaczyć, to bym mu powiedział, żeby… nie powiem co, bo się Administracja na mnie pogniewa.
I wiem jeszcze coś. Że to by absolutnie nic nie dało. Że to dokładnie nic by nie zmieniło w tym, do czego doprowadziły nasze nowe czasy w naszym nowym wspaniałym świecie. Że to chamstwo, które wynika i z charakteru ludzi, dla których ten świat został stworzony i którzy tylko tu się mogli poczuć naprawdę dobrze, i z charakteru tego właśnie świata i wymagań, jakie on stawia przed ludźmi, będzie się tylko rozrastać. Że ono będzie coraz większe i coraz bardziej intensywne. I że każdy kto zgodzi się w nim uczestniczyć i je tolerować, oczywiście będzie na co dzień traktowany jak robactwo, ale za to w niedzielę będzie mógł pójść do sklepu i sobie coś kupić. Natomiast cała reszta, albo będzie powiększać klientelę coraz szerszej oferty kredytowej, albo będzie zdychała w nędzy, albo… No ale o tym mieliśmy nie mówić.
PS - Przypominam o konkursie i proszę o esemesy: C00026 na numer +487144

sobota, 16 stycznia 2010

Jak zostałem chamem - tayfalowi z miłością i nędzą



Prowadzenie bloga (przy okazji, niezmiennie proszę o wysyłanie C00026 na numer +487144) jest zajęciem bardzo miłym, choć niezmiernie ryzykownym. Przyjemność związana z wylewaniem swoich żali i radości pod stopy najczęściej obcych kompletnie osob i świadomość, że niektóre z tych osob ze szczerą chęcią, czy to te żale, czy te radości, przyjmują jako swoje, jest nie do przecenienia. I to jest jak najbardziej oczywiste. Bardziej skomplikowana sytuacja związana jest ze wspomnianym ryzykiem. Ryzyko to bierze się przede wszystkim stąd, że absolutna większość osób do których dany blog jest w efekcie kierowany, to byt całkowicie wirtualny. A to sprawia, że autor bloga musi nieustannie czuwać, by to wspólne dobro, jakie stara się stworzyć nie zostało zaatakowane i zniszczone przez zwykłych oszustów. I to jest trudne jak cholera. Jak bowiem można rozpoznać zło, gdy nie znamy ani jego twarzy, ani jego głosu, ani nawet najbardziej mglistego kształtu, lecz to co dostajemy, to wyłącznie literki wystukiwane na klawiaturze komputera? W dodatku komputera kompletnie niezidentyfikowanego. A jednak jakoś się udaje. Jakoś ten system działa. I dzięki Bogu. W przeciwnym razie, można by było cały ten interes natychmiast zamknąć.
Niektórzy mówią, że ten blog jest blogiem elitarnym. Nie do końca wiem, na czym ta elitarność miałaby polegać, szczególnie gdy, według danych statystycznych, każdy z pojawiających się tu wpisów czytają grube tysiące osób. Ale powiedzmy, że jest w tej ocenie pewna prawda. Wystarczy spojrzeć na całą grupę stałych czytelników i komentatorów, którzy przez te niemal już dwa lata uznali ten blog za swój. To oni stopniowo przejęli to miejsce. To oni nadają mu podstawowy charakter i jeśli są tacy, którzy uważają, że warto tu przychodzić i czytać te teksty, to w dużym stopniu ze względu na nich, na pisane przez nich komentarze i poziom tych komentarzy. Wszyscy mam nadzieję wiedzą, o kim mówię. I być może tu zawierałby się ów elitaryzm. A mimo to, a może właśnie przez to, trzeba uważać. Czasem bardzo. Bo proszę pomyśleć, jakie mamy możliwości obrony przed kimś, kto z jakiegoś powodu uważa to miejsce za coś co należy zniszczyć, i to zniszczyć jak najszybciej i jak najskuteczniej? Jeśli ten ktoś przyjdzie i zacznie tu rozrabiać, można go zwyczajnie stąd usunąć. Co jednak robić, jeśli ten atak będzie prowadzony pod przykryciem? I co robić, jeśli tych napastników będzie więcej? Jeśli oni tu przyjdą w całej gromadzie i, udając przyjaciół, zaczną powoli, lecz z pełną konsekwencją zmieniać ten blog i tych którzy go współtworzą w pośmiewisko? I jakie mają możliwości ci, którzy ten blog traktują jako wartość, by go skutecznie obronić?
Tu właśnie pojawia się kłopot, a jednocześnie ryzyko. Przeżyliśmy taki atak zupełnie niedawno, kiedy to bloger Matka Kurka przylazł tu któregoś dnia i udając niewinną, naiwną studentkę, wrażliwą przyjaciółkę wolnej, uczciwej i sprawiedliwej Polski, miał jeden jedyny cel – pokazać, że autor tego bloga i ludzie, którzy tu piszą to banda idiotów, których można jednym prostym gestem wyprowadzić w pole i zostawić ich tam na zawsze. Jaki zatem miałem z tym nieszczęsnym Kurką kłopot? Taki mianowicie, że trzeba go było rozpoznać i to rozpoznać jak najwcześniej, mając do dyspozycji wyłącznie kupę pisanych dzień w dzień tekstów, z jednej strony bardzo życzliwie traktowanych prze Administrację, a z drugiej stwarzających wszelkie pozory uczciwej, choć bardzo skromnej publicystyki. A jakie ryzyko? Dwojakie. Z tego powodu, że każda reakcja była dla tego blogu szkodliwa. Gdybyśmy podjęli z tą „studentką” uczciwą debatę i jeszcze – co nie daj Boże – zaprosili ją tu do grona przyjaciół, to naturalnie skończyłoby się to dla nas wszystkich kompromitacją. Z kolei, gdybym ja, jako autor tego bloga sklął ją i wyprowadził stąd za uszy, jako kłamczuchę, zostałbym oskarżony o chamstwo i dyktatorskie zapędy. Co tam – sklął! Gdybym choćby wszczął jakąś skromną polemikę, albo wyraził najlżejsze podejrzenia, też znalazłyby się powody, żeby w ten blog uderzyć. I tak się zresztą stało. W momencie gdy uznałem, że cały ten cyrk pod tytułem PiS wróci należy jednym ruchem rozwiązać, najpierw zaczęło płakać to „skrzywdzone dziecko”, a za nim inni, oburzeni takim traktowaniem salonowicze.
Jak można rozpoznać prowokację? Nie ma sposobu, żeby to opisać. Sprawa jest wyjątkowo złożona i zresztą nie ma tu na nią miejsca. Jedyne co mogę teraz powiedzieć, to to, że trzeba po prostu uważać. Trzeba być ostrożnym i tyle. No i się nie bać, że kogoś się skrzywdzi, a samemu zostanie się oskarżonym o chamstwo. Każdy normalny i uczciwy człowiek wie, czym jest Internet i jaką stanowi siłę. Każdy normalny i uczciwy człowiek wie, że nie należy się obrażać, bo wszyscy jesteśmy w podobnej sytuacji i wszyscy mamy te same mniej więcej zmartwienia. I że przede wszystkim to, kto jest chamem, a kto nie, będziemy mogli stwierdzić dopiero wówczas, gdy zobaczymy twarz, usłyszymy głos i wypijemy wspólnie to choć jedno piwo. Wiedział to na przykład świetnie nasz wspólny kumpel tayfal, który przy pierwszej tu swojej wizycie został potraktowany głupio i niesprawiedliwie przez samego autora tego blogu. Więc nie trzeba się bać. I trzeba uważać.
Pokażę to co mam na myśli, na najnowszym przykładzie. Jakieś dwa miesiące temu, w mojej poczcie wewnętrznej pojawiła się wiadomość następującej treści:

Witam serdecznie!
Chciałem zacząć od słów Tyma z Rejsu – ‘znamy się mało’, ale są one nieadekwatne, gdyż nie znamy się w ogóle.
Jestem absolutnym nowicjuszem w tzw. blogosferze. Choć piszę ‘od zawsze’, mojego macierzystego bloga uruchomiłem dwa miesiące temu, a od paru tygodni publikuję moje teksty na Niepoprawnych i S24.
Dlaczego o tym piszę? Ponieważ któregoś razu jeden z komentatorów na moim blogu (dokładnie była to ‘malwina’) w jednym zdaniu podziękowała Bogu za mnie, za FYM-a, Ściosa, Toyaha i Michalkiewicza!
Do niedawna nie miałem pojęcia kim są ci ludzie(z wyjątkiem Michalkiewicza). Dziś już wiem, a malwinowski komentarz uważam jeden z najpiękniejszych komplementów. Poczytałem FYM-a, Toyaha i Ściosa i ucieszyłem się, że ktoś napisał o nich i o mnie w jednym zdaniu. Dlatego pragnę się przywitać!
Nurni
Jak można zareagować na tego typu wiadomość? Można oczywiście oszaleć z dumy i satysfakcji (niektórzy mi tu zarzucają, że jestem zarozumiały i łasy na pochlebstwa). W końcu, nie lada to gratka znaleźć się w grupie czterech blogerów, stanowiących niewątpliwy „dar od Boga”. Ale można też zadumać się nad tak dziwaczną wiadomością, nad jej formą, treścią i całym kontekstem, w jakim ona się pojawia i dojść do przekonania, że się ma do czynienia albo z prowokatorem, albo z idiotą. A następnie można ja już tylko zapomnieć. I to właśnie uczyniłem.
Ów Nurni pojawił się znów, tym razem jako nurniflowenola, chcąc koniecznie wiedzieć, dlaczego zgłosiłem ten blog do konkursu. Ponieważ, siłą rzeczy, nie pamiętałem z kim mam do czynienia, a pytanie uznałem za prowokacyjne, odpisałem mu, że go nie znam i żeby w związku z tym się ode mnie odpieprzył. W tym momencie, nie dość że ów nurniflowenola się obraził, to w dodatku jeszcze zostałem przez parę innych osób oskarżony o to, że jestem chamski i głupio podejrzliwy. No i zostałem na polu bitwy, jako cham. A jaka jest sytuacja? Mamy kogoś, kto przyłazi na ten blog i pisze tekst, który wyżej zacytowałem. Tekst, jak mówię, napisany albo przez prowokatora, albo idiotę. Jednocześnie na innych blogach zostawia komentarze, w których zwraca się do gospodyni zwrotem „ekskluzywna hard-kurewna” i informuje wszystkich, że lubi gdy „kobiety pierdolą”. A przede wszystkim, mamy sytuację, gdzie ja to wszystko wiem, bo takie rzeczy, jeśli chcę być odpowiedzialny za to co tu robię, powinienem wiedzieć, a inni tego nie wiedzą, bo ani nie chcą, ani chcieć nie muszą. Trudno. Niech już więc będzie.
No i zostaje to chamstwo. Trochę już na ten temat napisałem. Ale powiem coś jeszcze. Niedawno, jak się dowiaduję, grupa blogerów zawiązała inicjatywę na rzecz walki z internetowym chamstwem. Co ciekawe jednak, zarówno sami organizatorzy tego przedsięwzięcia, jak i najbardziej aktywni uczestnicy, to osoby, które – z mojego punktu widzenia – mogliby równie dobrze prowadzić kursy, na których mogliby uczyć, jak najskuteczniej zrealatywizować chamstwo w taki sposób, by można było zawsze i wszędzie być z siebie zadowolonym. Co jeszcze ciekawsze, znaczna część z nich to ci, dla których cały sens przebywania tu, stanowią bardziej lub mniej udane próby psucia debaty. Dla których jedyna realna satysfakcja to skuteczne doprowadzenie do kolejnego konfliktu i awantury. I to oni właśnie podejmują tę „piękną inicjatywę”. A kiedy Administracja, zupełnie zresztą niezależnie od tych bezczelnych wygłupów, w ramach zwykłej procedury, jednego z nich wyrzuca za trollowanie, podnosi się wielki wrzask w obronie kultury dyskusji i przeciwko cenzurze.
Ale takie zachowanie nie powinno dziwić. To jest stara szkoła stworzona zresztą przez Trzecią RP w jej wczesnych latach. To właśnie wtedy, cała polityczna agresja prowadzona przez ściśle związany z ówczesną Unią Demokratyczną establishment, a skierowana przeciwko aspirującemu społeczeństwu, opierała się na bezprzykładnym chamstwie i oszczerstwie. To w tamtych latach, osłupiały naród zobaczył, jak wygląda kulturalny, wykształcony i inteligentny człowiek, często z profesorskim tytułem, gdy zaczyna pluć nienawiścią. To wtedy, każdy a miarę wrażliwy obywatel zobaczył, jak to może wyglądać, kiedy się idzie po trupach. I dlatego też, kiedy się to wszystko wie i pamięta, człowiek staje się cudownie nieprzemakalny, gdy tylko usłyszy kolejny apel o kulturę dyskusji i kolejny protest przeciwko tak zwanemu chamstwu. Bo każdy, choć w podstawowym stopniu myślący człowiek wie, że chamstwa, od czasu gdy stało się słowem-kluczem, najczęściej należy szukać zupełnie gdzie indziej, niż to kulturalny świat by sugerował.
A my tu, już i tak zostaniemy tymi chamami. A ja osobiście nawet nie mam nic przeciwko temu. Jeśli tamto jest kulturą, to ja z prawdziwą radością mogę być chamem. Być chamem w świecie ukrytej, bezwzględnej agresji? Czemu nie? Pamiętam, dawno jeszcze, pojechałem z moją jeszcze wtedy nie-żoną na festiwal w Jarocinie. Szliśmy tym pasażem, a obok tej ścieżki siedzieli na ziemi chłopcy i dziewczęta i wyglądali jak najbardziej groźnie. To był pierwszy jeszcze rzut czegoś co się nazywało punk-rockiem i oni wszyscy wyglądali strasznie i pięknie jednocześnie. To w żaden sposób nie był ten zaćpany brud i to nieszczęście, które możemy oglądać dziś. To był prawdziwy, szczery punk. Siedzieli więc wzdłuż tego pasażu, robili groźne miny, a moja wówczas jeszcze nie-żona bała się jak cholera. A oni, kolejno, to ten to tamten, wstawali, grzecznie się kłaniali i mówili: „Cześć”. Bo mnie znali, ale ponieważ wiedzieli, że jestem od nich starszy, byli po prostu grzeczni. W ogóle byli grzeczni. To były grzeczne dzieci. Oni chamami nie byli. Chamstwo dopiero miało nadejść. I to i tamto.

piątek, 15 stycznia 2010

O krwi, o współczuciu i o uciekającym życiu



Jak niektórzy z nas być może zauważyli, telewizja ostatnio przestała pokazywać zbliżenia zakrwawionej twarzy premiera Berlusconiego, a zamiast tego dostarcza nam zbliżenia zakrwawionych twarzy zmarłych lub umierających wśród gruzów mieszkańców Haiti. Patrzyliśmy więc wczoraj wieczorem i my na to miasto i tych ludzi, i wtedy najmłodsza Toyahówna spytała mnie, jak to się dzieje, że te wielkie tragedie zdarzają się najczęściej w takich miejscach jak Haiti, a nie we Francji, Australii, w Polsce, w Norwegii, w Stanach Zjednoczonych, czy w Kanadzie? A więc jak to się dzieje, że to właśnie te najbiedniejsze kraje spotyka tak smutny los? No i sobie trochę porozmawialiśmy na temat tego świata, który – jak wiemy – jest najlepszy z możliwych, choćby z tego powodu, że „wszystko co uczynił było bardzo dobre”.
Blog, który prowadzę (proszę o wysyłanie C00026 na numer +487144) jest blogiem politycznym, a więc takim, w którym przedstawiam swoje polityczne poglądy, i – jak twierdzą niektórzy – prawicowym. Niektórzy mówią wprawdzie, że nic podobnego, że wręcz przeciwnie – lewicowym, a nawet bolszewickim. No ale niech już będzie, że prawicowym. W związku z tym, zastanawiam się, czy reagując na zaufanie mojej córki co do tego, że ja wiem wszystko, nie powinienem był, odpowiadając na jej pytanie, wydąć mądrze warg, unieść w zadumie brwi i skierować ją do ewangelicznej przypowieści o człowieku, który budował na piasku. Czy, nie jest tak może, że gdybym to zrobił, nie dość, że bym pokazał swoją prawicowość najwyższej próby, to jeszcze moja wypowiedź miałaby walor edukacyjny, a córka moja w przyszłości, dzięki tej nauce, zostałaby jakąś bardzo skuteczną businesswoman i mogłaby mnie na starość utrzymywać? Nie powiedziałem jej jednak o tym piasku, ani tez o skale, ale normalnie – tak jak zawsze – porozmawialiśmy o wszystkim i o niczym, wylaliśmy swoje żale i rozeszliśmy się do wieczornych zajęć.
Ponieważ niniejszy blog jest blogiem podobno prawicowym, pojawia się tu niekiedy osoba Zbigniewa Herberta, który, co powszechnie wiadomo, dla nas prawicowców, jest i sztandarem i pałką. Ledwo wczoraj mieliśmy okazję przyjrzeć się, jak to działa. Ale i ja sam, o ile dobrze pamiętam, wyciągnąłem Herberta raz, już wiele miesięcy temu, przy okazji jego wiersza o współczuciu. Piękny to wiersz. Bardzo mądry i bardzo poruszający. No i, jak wiele tych wierszy – dziś już klasyczny. I wraca więc dziś do mnie ta „arytmetyka współczucia”, kiedy siedzimy z moją córką, oglądamy telewizyjne obrazki z Haiti i zastanawiamy się nad tym światem, który z cała pewnością jest „bardzo dobry”. Ale wraca ona do mnie nie tylko teraz. A może nawet nie najbardziej teraz. Są bowiem obrazy jeszcze inne, na swój sposób podobne, czasem o bardziej uniwersalnym przekazie, czasem bardziej prowincjonalne, gdzie z tą herbertowską arytmetyką dzieją się rzeczy dość dziwne.
Proszę mi pozwolić jeszcze przez moment pozostać na Haiti. Parę dni temu, kilka razy pojawiła się postać kobiety w sukience, stojącej w samym centrum kadru, na zawalonej oczywiście gruzami ulicy. To co było w tej postaci szczególne, to to, że ona nie była zakrwawiona, ani w ogóle nie wyglądała na ofiarę tej katastrofy. Napisałem że ona stała. To nie do końca prawda. Ona nie stała. Ona była skręcona w największej rozpaczy. Ona wykonywała najbardziej poruszający taniec rozpaczy. Jeśli umiemy sobie wyobrazić kobietę, którą dotknęła strata niemiłosierna i nieopisana, strata na którą ona umie już wyłącznie reagować takim histerycznym pląsem, od którego następny krok to już tylko wewnętrzna eksplozja, to właśnie zobaczymy tę kobietę w sukience na tle zniszczonego miasta. Widziałem parokrotnie tę postać na ekranie mojego telewizora i chciało mi się wyć.
Wcześniej jednak, jeszcze zanim Haiti zniknęło pod ziemią i zanim ta dziewczyna we wzorzystej sukience tak okrutnie przeżyła swoją stratę, ta sama telewizja pokazała szpitalną salę gdzieś w Polsce, na tej sali szpitalne łóżko, a na tym łóżku człowieka – jak nas poinformowano – z rakiem nerki, z przerzutami do kręgosłupa. Biedny ów człowiek, mówiąc bardzo zachrypniętym z choroby głosem, opowiadał mniej więcej tak, że on bardzo by chciał żyć, że nawet nie wiecie jak chciałbym żyć, że mam, w sobie tyle pragnienia, by zwalczyć tę chorobę, odnajduję w sobie wszystkie możliwe pokłady wiary i woli życia, ale niestety z powodu jakichś urzędowych zawirowań, lekarze przestali podawać mi lekarstwo. Chwilę później wyjaśniono nam, że rząd Donalda Tuska we wrześniu zeszłego roku wydał jakieś rozporządzenie, jednak – z sobie tylko znanych powodów – z terminem wyłącznie trzymiesięcznym. I kiedy owe trzy miesiące minęły, zapomniał rozporządzenie przedłużyć, no i stąd właśnie ten szpital, to łóżko, ten człowiek i te jego straszne słowa.
A ja tonę we współczuciu. I dla tej być może umierającej z rozpaczy czarnej dziewczyny. I dla tego człowieka, tak bardzo czepiającego się życia. Mówią mi, że na Haiti zginęło być może aż 100 tys ludzi. Sto tysięcy. Mocna rzecz. To jest dopiero arytmetyka! Ciekawy jestem, co by na to powiedział Zbigniew Herbert. Ciekawy jestem, co by Herbert powiedział na widok tego cierpiącego w polskim szpitalu mężczyzny i tej sukienki uświnionej rozpadającym się światem. Herbert był wielkim poetą, cudownym prorokiem, jednak mimo to, podejrzewam, że gdyby był tu z nami i spytalibyśmy go, co mamy o tym wszystkim myśleć, powiedziałby po prostu, że nic i że chodźmy już lepiej się napić. Ale też nie wiem, co bym powiedział mojej córce, gdyby ona spytała mnie nie o to trzęsienie ziemi, ale o Polskę. To bym dopiero miał dylemat. Co można odpowiedzieć dziecku, gdy pyta nas o Polskę, a nam w głowie tylko ten Herbert i to współczucie?
Dziwny mi ten tekst wyszedł. Niby prawicowy, a właściwie bolszewicki. By nie powiedzieć, że płonący rewolucją. No i jeszcze ten Herbert ciągnący nas na wódkę. To już chyba trąci o jakąś zdradę, prawda?

czwartek, 14 stycznia 2010

Moja prostytucja



Wystartował konkurs na blogera roku, kto chciał blog swój zgłosił, kto nie chciał – nie. I wszystko zostałoby w standardzie, a ja słowa bym na ten temat nie pisał, gdyby nie fakt, że ci którzy nie chcieli i jeden z tych którzy chcieli, nie zdecydowali się zabrać głosu. I to głosu niezwykłego. Otóż pojawiła się opinia, że udział w konkursie na blog roku jest obciachem z dwóch powodów. Po pierwsze, ze względu na osobę organizatora, a po drugie ze względu na coś, co można by było nazwać powagą sztuki blogerskiej. Przyznaję, że choć ów głos nazywam niezwykłym, gotów jestem go zrozumieć. Ja sam, jeszcze rok temu, zwłaszcza gdy zobaczyłem, że pierwszym jurorem oceniającym poziom blogów politycznych będzie Jacek Żakowski, otrzymawszy maila z Onetu zachęcającego mnie do udziału, wzruszyłem wyniośle ramionami. Powiem więcej, jeszcze wcześniej, kiedy Igor Janke zaprosił piszących na Salonie do Warszawy na urodziny tego portalu, pomyślałem sobie, że nie będę się wygłupiał, bo przecież nie o to chodzi, żeby się lansować, lecz żeby pisać i być niezależnym artystą. A zatem, jak widać, oskarżenie o obciach nie brzmi dla mnie szczególnie egzotycznie, ani w jednym ani w drugim wymiarze. A jednak piszę dziś ten tekst i od razu uprzedzam, że skrupułów dziś mieć nie będę.
Przede wszystkim, pozostając jeszcze przy mojej postawie sprzed roku, muszę stwierdzić, że jakkolwiek się czułem dobrze, nie jadąc do Warszawy, a później nie wystawiając się Żakowskiemu pod ocenę, nawet do głowy mi nie przyszło, żeby komukolwiek z tych, którzy postąpili inaczej, a już z całą pewnością komukolwiek ze swoich przyjaciół wyrzucać, że nie postępują tak jak ja. Nawet mi do głowy nie przyszło, że moja odmowa udziału w urodzinach Salonu, czy niechęć do zgłaszania tego blogu do konkursu jest czymś więcej niż moją własną sprawą. Więcej. Nie dość że nie pisałem nic na ten temat i nie szturchałem innych, pokazując swoją wyższość, w związku z tym, co robią inni, nie miałem nawet jakichkolwiek niedobrych myśli. Sam się czułem dobrze, i reszta mnie bardzo mało obchodziła. Przez ten rok jednak, zauważyłem, że, przede wszystkim, ludzi jednak bardzo interesuje nieustanne porównywanie się z innymi na poziomie etycznym, a – co może jeszcze ważniejsze – podziały, jakie można zaobserwować przy tych porównaniach, mają się nijak do tego, co nam się mogło przez całe lata wydawać. Dziś, kiedy piszę ten tekst, nie mam już najmniejszych wątpliwości, że napięcie, jakie mogłem obserwować prze miniony rok jest co najmniej niezdrowe.
O co mi chodzi? Otóż przy okazji minionego jubileuszu jaki tu obchodziłem., otrzymałem prywatną wiadomość od jednego z moich bliskich kolegów, gdzie on mnie sklął za to, że upadłem tak nisko, że zgłosiłem ten blog – właśnie TEN BLOG – do konkursu. I podobno nie chodziło mojemu koledze nawet o to, że to Onet i Sekielski, i że to co ja robię to najgorsza kolaboracja, ale że włączając to mojego pisanie w system, równie dobrze mógłbym wystąpić w Tańcu z gwiazdami. Kolega był na mnie tak wściekły, że nawet nie pogratulował mi pięciuset tekstów, które pisałem również dla niego. Jego zdaniem, to z czym mamy tu do czynienia, to sztuka i to sztuka elitarna, więc ja, współtworząc ją z innymi przedstawicielami tej elity, zamiast szukać taniego poklasku, mam się skupić na wewnętrznej solidarności idei. A więc, znów, widać tu wyraźnie dwa wymiary krytyki, z jaką spotyka się uczestnictwo w konkursie Onetu. Jedni krzyczą o niezależności, a drudzy o kolaboracji. To drugie, to na przykład mój kumpel Consolamentum, który wczoraj u Rybitzkiego, kpił z tych, którzy z jednej strony plują na ITI, a z drugiej temu ITI włażą w tyłek.
Piszę ten blog już niemal dwa lata. Od samego początku udało się wokół tych tekstów zebrać grupę osób, z których wielu już odeszło, ale wielu też zostało – no i też pojawili się nowi – dla których to co tu mogą przeczytać stanowi jakąś wartość. Czasem bardzo dużą. Widząc to i przyjmując to z autentyczną satysfakcją, nie mogłem jednak nie zauważyć, że wiele z tych osób od samego początku uznało, że to że oni się utożsamiają z poglądami, jakie są tu głoszone, mogą w pewnym sensie potraktować mnie, z moimi poglądami i moim talentem, jako część swojej ‘stajni’. A tym samym, żądać ode mnie posłuszeństwa, lojalności, a przede wszystkim uczestnictwa w regularnie przeprowadzanych testach. W efekcie tego szczególnego układu przez wiele miesięcy byłem przyjacielem wielu i to przyjacielem, którym oni mogli się chwalić na co dzień, tyle że oczywiście do czasu. W momencie, gdy się okazywało, że – nawet nie same teksty, bo one były wciąż mniej więcej takie same – ale ja sam odważyłem się zrobić coś, co mogło świadczyć, że jednak nie jestem „swój”, i kiedy powtórzyło się to kilka razy, całe zaufanie natychmiast trafił szlag. Najpierw okazało się, że nie jestem jednak polskim patriotą, później że nie jestem aż taki bezkompromisowy, później że jestem zwykłym zdrajcą, a dziś się okazuje, że jednak jest zwyczajnie mainstreamowy i kleję się do establishmentu. Co ciekawe, za każdym razem, okazywało się nagle coś jeszcze. To mianowicie, że te teksty są w gruncie rzeczy do niczego. Źle napisane i fałszywe.
Trudno jest mi się zajmować wszystkim. A więc i ten patriotyzm i tę bezkompromisowość, a nawet tę zdradę odłożę być może na później. Dziś zająć bym się chciał establishmentem. Tylko nim i nawet nie tylko ze względu na brak miejsca, ale być może przede wszystkim dlatego, że ten akurat zarzut jest mi najbardziej przykry. Porozmawiajmy więc o establishmencie. Przyjrzyjmy się, czym jest establishment, ale też jak się przedstawia scena alternatywna. Co słychać w tak zwanym punk-rocku. Najbardziej zawzięci głosiciele wolnego słowa i wolnego sumienia przede wszystkim odmawiają mi prawa publikowania w Salonie24. Raz, dlatego że Salon to zwykła agentura, a dwa że wróg. Fakt że ja tu piszę, a nie wyłącznie w Blogmediach, czy w jakimś innym „niezależnym” portalu dyskwalifikuje zarówno mnie jak i te teksty. Są też tacy, którym wprawdzie aż tak nie przeszkadza, że te teksty ukazują się w Salonie, ale że są wciąż na górze głównej strony i że ja o to „zabiegam”. A zatem zamiast przyłączyć się do tzw. „zapiwniczonych”, jestem liże tyłek Igorowi i jestem jednym z „onych”. No i są wreszcie ci, którzy uznali, że każdy mój gest w stronę wyjścia z tym blogiem poza jego elitarny charakter to dowód słabości. Co ich wszystkich łączy? Moim zdaniem to mianowicie, że oni naprawdę wierzą, że establishment ma swoją opozycję w anty-establishmencie, no i naturalnie też to, że tylko oni ten anty-establishment reprezentują.
Porozmawiajmy więc może o tzw. anty-establishmencie. A więc o tym, na co może liczyć każdy zdolny, ambitny i uczciwy głosiciel wolnego słowa. Zachęcany przez wielu, swego czasu postanowiłem zorientować się, czy tych tekstów nie dałoby się gdzieś wydrukować. Przez kolegę z Salonu, Sowińca zgłosiłem się do człowieka z wydawnictwa Arcana. Dowiedziałem się, że o publikacji mowy nie ma, chociaż być może któryś z tych tekstów wydrukują w magazynie. Więcej nie rozmawialiśmy. Przez innego znajomego, nawiązałem kontakt z Gazetą Polską i z jej naczelnym Sakiewiczem. Próby choćby zachęcenia Sakiewicza do wstępnej rozmowy skończyły się kompletna porażką. Osobiście napisałem mail do Dominika Zdorta z Rzeczpospolitej z pytaniem, czy nie wydrukowaliby mojego tekstu na temat wyrzucenia Mariusza Kamińskiego z CBA, tłumacząc, że być może byłoby dobrze, gdyby Rzeczpospolita zainteresowała się głosem z blogów. Zdort odpisał mi, że oni mają mnóstwo fajnych swoich tekstów i żebym wpadł innym razem. Kiedyś, widząc że Wprost uruchomiło własną stronę z blogami, pomyślałem, że wyślę im swój adres. Odrzucili mnie, pisząc, że jestem zbyt kiepski. Miałem okazję rozmawiać z rzecznikiem PiS-u, posłem Błaszczakiem i namawiałem go, by PiS zainteresował się tym, co się dzieje tu w Salonie i, ze względu na potencjał, jaku tu się znajduje, spróbował jakoś to wykorzystać. Pomijając kilka uprzejmych słów – zero. Przez te dwa lata, jedyną osobą – spoza stałych czytelników tego bloga – jedyną osobą, która zainteresowała się tym, co się tu dzieje, był Ojciec Rachmajda ze swoimi pięknymi Zeszytami. Tylko on. Przeczytał któryś z tych tekstów, poprosił mnie o kontakt i zaproponował współpracę. Ale przecież nie tylko mi. Przeczytał wiele innych tekstów i autorowi każdego z nich też zaproponował współpracę. A zatem, pokazał, że go obchodzi coś więcej.
Wspomniałem wcześniej o moim koledze Krzysiu Wołodźce, który dziś żartuje sobie z nas, uczestników konkursu na blog roku, że jesteśmy tacy zakłamani. Miałem kiedyś okazję z nim spędzić miłe parę godzin przy piwie. Zapowiedział mi wtedy, że Magazyn Obywatel, z którym współpracuje będzie mnie – jako ukrytego lewicowca – prosił o pisanie dla nich stałego felietonu. Powiedziałem, że bardzo mi miło i że chętnie będę dla nich pisał. Więcej ten temat się nie pojawił. A dziś Wołodźko się ze mnie śmieje, że ja kolaboruję z Walterem! Ze wszystkich znanych mi osób i instytucji, które można by było podejrzewać, że zainteresują się blogami, jako czymś nowym, świeżym, a jeśli znajdą tam coś robionego z sercem i talentem, przedstawią jakąkolwiek propozycję, zaledwie jeden skromny ksiądz z Poznania zechciał ruszyć w tej sprawie palcem.
Po co to wszystko piszę? Wbrew pozorom, wcale nie po to, żeby się skarżyć na swój blogerski los. On jest akurat zupełnie satysfakcjonujący. Może nawet z bardzo. Chodzi mi o to, żeby pokazać, że ze wszystkich znanych mi osób i instytucji, które zrobiły cokolwiek dla tego bloga, poza czytaniem go i chwaleniem talentu autora, jedynie Ojciec Rachmajda, Igor Janke i teraz Onet wykazali jakiekolwiek zainteresowanie. Piszę to po to, żeby wszystkich tych, którzy kpią, że zdradzam swoją sztukę i niezależność i kolaboruję z wywiadem wojskowym spytać, dlaczego nawet Gazeta Polska, nawet Arcananie zorganizowały konkursu na blog roku? Dlaczego nawet Gazeta Polska nie zainteresowała się tym, co się tu dzieje? Dlaczego żaden z wybitnych prawicowych publicystów – z wyjątkiem Warzechy, którzy raz tu wpadł, żeby mi powiedzieć, że on pilotuje boeinga, podczas gdy ja się wożę traktorem – którzy się tu produkują od czasu do czasu, nie zechciał tu przyjść na dłużej i trochę wspólnie z nami pokomentować?
Kiedyś umieściłem tu bardzo emocjonalny tekst przeciwko aborcji, zatytułowany Viva la Muerte, czyli powrót do przyszłości http://toyah.salon24.pl/88074,viva-la-muerte-czyli-powrot-do-przyszlosci. Po jakimś czasie wybitny publicysta katolicki red. Terlikowski zamieścił u siebie na blogu tekst Teraz oni – rok 2025 http://terlikowski.salon24.pl/50177,teraz-oni-rok-2025, który moim zdaniem został zwyczajnie z mojego wpisu zerżnięty. Biorąc jednak pod uwagę, że przypadki się zdarzają, no i że każdy głos prawdy jest cenny, nie robiłem awantury, tylko napisałem Terlikowskiemu komentarz, w którym pogratulowałem mu wpisu i zaznaczyłem, że ja wcześniej dałem u siebie coś bardzo podobnego. Terlikowski nie odezwał się słowem. On nigdy zresztą nie odezwał się słowem. Kilka razy komentowałem u niego wcześniej. Nigdy nie odpowiedział w jakikolwiek sposób. Wiele razy pisałem teksty w duchu, który jest mu bliski. Terlikowski ani razu nie zostawił tu jednego komentarza. Nic. Zero. Tu niekiedy – jak wiemy – dzieją się rzeczy dla spraw Kościoła, ochrony życia, wiary, niezwykłe. Terlikowski – ale przecież nie tylko on – pozostaje niezainteresowany. Czy mam teraz może pisać o Pawle Milcarku? Bez żartów.
Teraz, kiedy zgłosiłem ten blog do konkursu organizowanego przez Grupę ITI, spotykają mnie cierpkie uwagi na temat mojego upadku. Chciałem więc tym wszystkim bojownikom o czystość wolnego słowa i o godność sceny alternatywnej., powiedzieć co następuje. Nie ulega dla mnie wątpliwości, że Onet, ITI całe to towarzystwo z redaktorem Sekielskim na czele, które będzie oceniało ten blog, to ferajna co najmniej podejrzana. Jednak jestem przy tym pewien, że gdyby ten konkurs, jakimś cudem, zechcieli zorganizować red. Terlikowski, z red. Ziemkiewiczem i z red. Sakiewiczem, a wszystko to pod patronatem magazynu Christianitas, ten blog przede wszystkim zostałby do konkursu pod byle pretekstem niezakwalifikowany, albo by zwyczajnie gdzieś w tym bałaganie zginął. Ale gdyby nawet jednak tak się zdarzyło że jakimś cudem by mu się udało, to i tak by pies z kulawą nogą by na niego nie zwrócił uwagi, bo i tak wygrałby któryś z nich. Nawet gdyby w jury znajdowali się sami polscy patrioci, antykomuniści, gorliwi katolicy i wybitni niezależni publicyści. I jestem przekonany, że to co tu, na tym blogu powstaje, prędzej zostanie zauważone i docenione przez red. Sekielskiego, a autor tych słów – jako utalentowany bloger – zaproszony do współpracy przez TVN24, z gwarancją pełnej niezależności, niż red. Sakiewicz zapyta mnie, czy mógłby któryś z moich tekstów wydrukować w Gazecie Polskiej.. Dlaczego? Dlatego, że w jakiś tajemniczy sposób Walterowi zależy, a Sakiewiczowi nie.
No i na koniec jeszcze jedno do tych, którzy – spodziewam się – już pędza, by mi powiedzieć, że nie jest obciachem pchać się w objęcia Onetu, ale w ogóle wystawianie tej sztuki do jakichkolwiek konkursów. Że nisza jest piękna, a popularność do dupy. Że moje pragnienie bycia uznanym i powszechnie czytanym przynosi mi wstyd i jest hańbiące dla mnie, dla tego bloga i dla wszystkich, którzy wkładają tu tyle serca, by ten blog współtworzyć. Proszę mi wybaczyć, ale nie wierzę w czystość Waszych intencji. Jednak nie mam możliwości, by tu swoją rację udowodnić. Przynajmniej do czasu, aż Rafał Ziemkiewicz czy Waldemar Łysiak nie zarobią na swoich książkach tyle pieniędzy, by ufundować nagrodę dla najlepszego blogera, ja uniosę się dumą, pofrunę na skrzydłach prawdziwej twórczej wolności i wyślę obu na przysłowiowe drzewo, a Wy wtedy rzucicie się na mnie, że wypuszczam z rąk taką okazję, taki honor i takie wyróżnienie.