piątek, 31 maja 2019

Sześć krótkich kawałków na dobry letni apetyt

No i minął nam ten miesiąc jak z bicza strzelił, a przed nami kolejny odcinek mojej Tablicy, którą publikuję od pewnego czasu w „Polsce Niepodległej”, ostatnio niestety już tylko miesięczniku. Polecam niezmiennie i przypominam, że kioski „Ruchu” zostały z dystrybucji wyeliminowane. Niech zdychają, ewentualnie przejdą na utrzymanie Państwa, czego im i sobie serdecznie życzę.

Kiedy to piszę, jesteśmy już po wyborach i wypadałoby poświęcić większą część tych refleksji wyborom właśnie, tymczasem jest jeszcze w kolejce parę kwestii, których lekceważyć nie wypada. Otóż, jak wiemy, dogorywa kwestia rzekomej pedofilii w Kościele, która przez pewien czas stanowiła preludium do wspomnianych wyborów, a która jednocześnie potrafiła, jak to swego czasu ładnie określił niegdysiejszy Tadeusz Woźniak, zabełtać nam błękit w głowie tak, że klękajcie narody! Nie wiem, czy czytelnicy „Warszawskiej Gazety” wiedzą, ale pierwsza i jednocześnie główna osoba oskarżająca śp. prałata Jankowskiego o to, że ją w dzieciństwie seksualnie molestował, to jednocześnie ktoś, kto składa publicznie następujące świadectwo:
 „Miałam trochę ponad 10 lat, kiedy na naszym podwórku zaczął się często pojawiać trzydziestoparoletni ksiądz, który rozpoczął pracę w parafii nieopodal. Gdyby ktoś go obserwował z zewnątrz, to pewnie by się dziwił, bo gdy wchodził na podwórko, wszystkie dzieci – dziewczynki i chłopcy – rozbiegały się po kątach, uciekały.
Interesowały go dzieci od ośmiu do kilkunastu lat. Jak miał kogoś upodobanego, to zaciągał go na strych albo do piwnicy, a nawet szukał go po piwnicach, gdy ten przed nim uciekł. Niekiedy we dwoje czy troje chowaliśmy się przed nim w kotłowni za stosami węgla. Nie rozmawialiśmy wtedy o tym, dlaczego tak się dzieje. Byliśmy dziećmi, jeszcze tylu rzeczy nie rozumieliśmy”.
Gdyby ktoś nie rozumiał, o czym ja tu opowiadam, to informuję, że mamy do czynienia z wypowiedzią osoby, która jest głównym świadkiem oskarżenia księdza Jankowskiego o pedofilię, a której świadectwo doprowadziło do skazania Księdza na wieczną hańbę. I tyle.

***

No ale mamy te wybory i nadzieję, że ich wynik rozpocznie nowy okres w naszej poplątanej, historii. Dla każdego kto miał okazję obserwować rozwój wypadków sprawa jest nadzwyczaj jasna. Choć oczywiście lepiej byłoby, gdyby Prawo i Sprawiedliwość uzyskało przewagę bardziej widoczną, a więc gdyby jego kandydaci otrzymali 70 procent głosów, większość z nas jest mniej lub bardziej zadowolona. Tymczasem, niemal w charakterze pierwszego komentatora owego wyniku, zgłosił się sam były prezydent – niech mu Polska i pan Bóg to wybaczą – Rzeczpospolitej, Bronisław Komorowski, i wypowiedział następujące słowa:
Myślę, że znaczenie miało, kto ma jakie pieniądze i jak je może wydać. PiS korzysta ze wszystkich możliwości finansowania kampanii. Wydali na propagandę i na telewizję publiczną. To powinny być pieniądze wliczone w ich wydatki kampanijne. Jest charakterystyczne i warte przeanalizowania to, że PiS wygrywało w tych kręgach wyborczych, które nie płacą podatków”.
Ktoś mnie pewnie zapyta, o co chodzi, a ja oczywiście na tak zadane pytanie odpowiedzi udzielić nie potrafię. To jest również z mojego punktu widzenia jakiś kompletny upadek człowieka wraz z jego rozumem. Natomiast przypominam sobie pewne dawne dość zdjęcie z czasów gdy Bronisław Komorowski pełnił swoją funkcję, zrobione podczas jednej z uroczystych Mszy Świętych, gdzie Prezydent z Małżonką być powinni, a na którym on i ona śpią jak dwaj zapruci na śmierć pijaczkowie.
A zatem, podejrzewam, że to jest jedyna odpowiedź, jakiej dziś potrafię udzielić w kwestii, o co chodzi.

***

Zacięty bój, do jakiego doszło w Warszawie między Danutą Hubner a Andrzejem Halickim, zakończył się praktycznie remisem, a więc mimo że Hubner zdobyła większą sympatię mieszkańców Warszawy od Halickiego, to oboje zejdą nam szczęśliwie z oczu. Pozostają jednak refleksje, a tu, ponieważ, jak rozumiem, Halicki jest dziś odpowiednio niedysponowany, na pierwsze miejsce wysuwa się pani poseł Hubner i pokazuje, że prawdziwy komunista to człowiek myślący:
Powinniśmy przestać patrzeć na to, dlaczego oni są tacy mocni. Trzeba więcej pomyśleć o nas. My za bardzo się skupiamy na tym, że walczymy z PiS-em, a powinnyśmy walczyć o coś. Na wszystkich moich ulicznych spotkaniach nie rozmawialiśmy przeciwko PiS-owi, tylko o tym, co można zrobić, żeby Europa była silniejsza. Ludzie potrzebują czegoś pozytywnego i wyraźnego programu”.
To oczywiście prawda. Problem w tym, że już w roku 2011, przed parlamentarnymi wyborami gdzie Platforma uzyskała prawo do dalszego okradania Polski, sam Grzegorz Schetyna zauważył, że owo nieustanne walenie w PiS musi się skończyć katastrofą. I co? I nic. Trzeba było kolejnych czterech lat, by wreszcie Polska nie wytrzymała. Następne wybory za parę miesięcy. Rozumiem, że ci durnie napinają już muskuły.

***

Poza oczywiście nadzwyczajną frekwencją, oraz pięknym zwycięstwem Prawa i Sprawiedliwości, mam kilka refleksji takich sobie. Pierwsza z nich dotyczy sukcesu, jaki odnieśli Ewa Kopacz oraz Włodzimierz Cimoszewicz. Dwie polityczne osobistości, które w normalnych warunkach, ze względu na swoje zarówno fizyczne jak i intelektualne walory, nie byłyby w stanie nawet z sukcesem uruchomić skromnego straganu sprzedającego gry w trzy karty, uzyskały wynik, jakiego pozazdrościć im może każdy. Kopacz i jej kumpel Cimoszewicz pojawili sie odpowiednio w Łodzi i w Warszawie, poprosili o polityczne wsparcie i je dostali. Rozumiem Miller, Belka, nawet Liroy – jeśli idzie o Kopacz, nie mam słów. A Cimoszewicz? Umieram.
Druga ze wspomnianych refleksji to sprawa wbrew pozorom znacznie poważniejsza. Otóż do Parlamentu Europejskiego, dzięki mieszkańcom Gdańska, ponownie awansował Janusz Lewandowski. Ja wiem, że nie jestem jedyny, by owego Lewandowskiego traktować z zimną bezwzględnością, jednak jest w naszej historii pewne zdarzenie, które w pewnym sensie determinuje całą naszą współczesną świadomość. O ile oczywiście mamy owego zdarzenia świadomość. Otóż jeszcze w dawnych latach 90, kiedy to wolna Polska dopiero co odzyskiwała swoją pozycję w Europie, w lokalu w Poznaniu doszło do spotkania, podczas którego negocjowano tak nierzadkie wówczas prywatyzacyjne deale. W smutnym efekcie owych rozmów zginął śmiercią samobójczą pewien człowiek, niejaki Dieter F. Brockman z Kolonii. Tak to jest w życiu, człowiek strzela, a Pan Bóg kule nosi. Co ja chcę przez to powiedzieć? Nic takiego poza tym, że obecne wyniki wyborów bardzo mi się podobają, z paroma wyjątkami.

***

Gdyby ktoś myślał, że w reakcji na wybory nie zabrali głosu ludzie kultury, nic bardziej mylnego. Oto odezwał się aktor Maciej Stuhr i wypowiedział swoje zdanie nie tylko na tematy nam najbliższe, ale w ogóle dotyczące marności tego świata. Wysłuchajmy fragmentu owego jak najbardziej intelektualnie wzmocnionego popisu:
Przemińcie tandetne odrzuty! Artyści i politycy, amatorzy błyskawicznych lunchów!
Przemińcie budowniczowie, bywalcy kawiarń i konferencji, którzy sprzedajecie kupy cegieł, nazywając je domami!
Przemińcie wieśniacy z euro-wiochy! Gaduły, półgłówki, ochłapy i resztki!
Przemińcie wegetarianie, abstynenci, kalwini, którzy nie chcecie się odpieprzyć, smutasy. Przemińcie, definitywnie przemińcie!
I obwieście głośno i wyraźnie, że nikt nie walczy o wolność, ani sprawiedliwość! Włączycie wyłącznie ze strachu przed wszystkimi innymi!
A wszyscy wasi przywódcy, mają po kilka milimetrów wzrostu!
Bełkot wojennych podżegaczy! Łajno! Europejski kibel, pełen wciąż tego samego!
Kto w nich wierzy?! Odesłać ich wszystkich do kuchni, niech obierają kartofle!
Wykopać całe to bezmyślne pandemonium!
Podczepić całą tę wojnę do lokomotywy, na smycz z nią, wysłać do Australii i pokazywać gawiedzi!
Ludzie, narody, cele, wszystko to wielkie zero!
Wszyscy są winni upadku wszystkiego!
Upadek wszystkiego jest winien ich istnienia!
Kompletnie, całkowicie i nieodwołalnie... GÓWNO!!!”
Gdyby ktoś myślał, że to młody Stuhr taki płodny, jest w dużym błędzie. On tylko w swoich powyborczych emocjach cytuje jakiegoś zagranicznego poetę. A ja wybrałem ten fragment zamiast dość powszechnie cytowanego: „Ty, świętej pamięci wolna Polsko, która nigdy nie byłaś wolna, ropiejący wrzodzie na samym środku europejskiej dupy!”, bo nie tylko chodzi mi o to, co ta banda idiotów sądzi o Polsce, co bardziej o stan, w jakim oni się znaleźli w momencie gdy się okazało, że to już koniec gry.

***

Na sam koniec dzisiejszej zabawy zajrzyjmy do naszej ulubionej Krystyny Jandy. Tam bowiem się dzieją rzeczy ostateczne:
Dla mnie to jest tak traumatyczne przeżycie, te ostatnie dwa lata, to jest tak ciężkie doświadczenie z każdej strony... Ja zapadłam na zdrowiu i na umyśle. Ja po prostu byłam zawsze optymistką i wydawało mi się, że zdrowy rozsądek zwycięża, że wszyscy jednak są dobrzy. Okazało się, że nie, że jest bardzo dużo ludzi, którzy chcą źle”.
Pani Krystyno, głowa do góry. Jest jeszcze Pani kolega Maciej Stuhr. On chce zdecydowanie dobrze.





czwartek, 30 maja 2019

Pięć milionów od morza do Tatr, czyli Problem


     W minioną niedzielę przed południem wychodziłem z żoną z budynku szkoły, gdzie właśnie załatwiliśmy kilka formalnych kwestii związanych ze sprawdzaniem tegorocznych matur, i natrafiliśmy na bardzo znamienną rozmowę między pewną starszą parą, która dopiero co wzięła udział w odbywającym się w owej szkole głosowaniu, a ich znajomym, również starszym już panem, który właśnie na głosowanie się wybierał. Pan który był już po głosowaniu zapytał swojego zmierzającego do budynku znajomego: „Idziecie na wybory?”, na co tamten odpowiedział mu ni mniej ni więcej jak: „No ida. Dostołech 800 złotych, to co mom nie iść?”
     Tak to słowo w słowo się odbyło, a ja sobie myślę, że tu, w tej właśnie wymianie, leży cała odpowiedź na wszelkie nasze polityczne rozważania, które towarzyszą nam w tych powyborczych dniach. Starszy pan, który poszedł głosować – jak rozumiem, głosować na Prawo i Sprawiedliwość – zrobił to z dwóch względów, z których jeden jest dla mnie oczywisty, a drugi nadzwyczaj istotny. Otóż on zagłosował na Prawo i Sprawiedliwość przede wszystkim przez to, że bardzo przytomnie się zorientował, że ten właśnie wybór jest z jego punktu widzenia wyborem jedynym rozsądnym, a po drugie dlatego, że on w najgorszym wypadku do polityki, a tym samym do Prawa i Sprawiedliwości, ma stosunek rozsądnie obojętny. On z całą pewnością nie należy to tej części naszego społeczeństwa, która PiS-u pasjami nienawidzi, która na wspomnienie nazwiska Jarosława Kaczyńskiego, Mateusza Morawieckiego, Beaty Szydło – można wymieniać – zaczyna się pienić, która każdego wieczoru wpatruje się w błękit TVN-owskich „Faktów”, zaciskając pięści w bolesnej bezsilności. Gdyby on w ten sposób przeżywał politykę, jestem głęboko przekonany, że nie zagłosowałby na Prawo i Sprawiedliwość nawet gdyby on mu jednym krótkim gestem nie tylko dali 800 zł, ale w ogóle zwiększyli jego emeryturę, i to choćby dwukrotnie. I myślę, że dla większości z nas to moje przekonanie jest jasne i oczywiste.
        Prawo i Sprawiedliwość wygrało wybory dzięki takim właśnie ludziom jak ten pan, który w utrzymaniu rządów Prawa i Sprawiedliwości widzi swój najlepiej pojęty interes, ale też – i na to chciałbym zwrócić uwagę – nie przegrało owych wyborów z tego względu, że ci wszyscy, którzy uznali, że cały ten cyrk z wyborami, to nie jest ich problem i głosować zwyczajnie nie poszli. Doprawdy bowiem nie możemy mieć żadnej pewności, co by im przyszło do głowy, gdyby, mając tę całą politykę głęboko w nosie, nie znając się na niej i nie widząc najmniejszego w sensu w zastanawianiu się nad jakimiś obcymi sobie nazwiskami, zaczęli coś po tej wielkiej płachcie mazać. Ale ja przynajmniej wiem na pewno, że oni również, te ponad 50% społeczeństwa, podobnie jak ów starszy pan, który zagłosował na PiS, bo ten dał mu całkiem lekką ręką osiem stów, nie zaciskają pięści i zębów z wściekłości, kiedy ktoś im coś tam wspomni na temat Kaczyńskiego, Brudzińskiego, czy Ziobry. Krótko mówiąc, jeśli oni żyją nienawiścią, to najwyżej do swojego sąsiada, zięcia, czy kierownika w pracy. I z całą pewnością nie są tak głupi, żeby się zapluwać z wściekłości na myśl o kompletnie obcym sobie człowieku w telewizji, ani też nastawiać ucha, gdy jakiś inny, równie im nieznany człowiek, próbuje ich w tej samej telewizji na tego pierwszego napuścić. A więc, powtórzę: to również dzięki nim Prawo i Sprawiedliwość w tych wyborach odniosło tak spektakularne zwycięstwo.
      Ale Prawo i Sprawiedliwość zwyciężyło również dlatego, że ludzi żyjących od rana do nocy wspomnianą nienawiścią, okazało się za mało. Nie dużo za mało, ale na tyle, żeby się nie dać pokonać. Tu jednak pojawia się pewien problem, z którym będziemy musieli się jakoś w przyszłości zmierzyć. Otóż jakkolwiek byśmy się cieszyli z tego zwycięstwa, nie możemy wymazać z naszej świadomości tej prawdy, że ponad pięć milionów obywateli żywi do rządu Dobrej Zmiany czystą, niczym nie zmąconą nienawiść. A pięć milionów to nie w kij dmuchał. Proszę spojrzeć na liczby. W Polsce uprawnionych do głosowania jest niespełna 30 milionów ludzi, z czego nieco powyżej połowa ma to, o czym ja tu dzisiaj piszę, głęboko w nosie i póki co, nie ma takiej siły, która by była w stanie tę ich obojętność naruszyć. Z pozostałej części, ponad sześć milionów Dobrą Zmianę z różnych przyczyn popiera i prawdopodobnie popierać już będzie, a wspomniane pięć, jak sądzę, jest równie, a kto wie, czy nie bardziej jeszcze, zdeterminowane, by utrzymać swoje dotychczasowe stanowisko. Pozostaje jeszcze parę milionów tych, którzy coś tam sobie w głowach kombinują i głosują na tak zwany „antysystem”, ale to jest, jak wiemy socjologiczny drobiazg. Jednak, jak mówię, owe pięć milionów to problem, którego lekceważyć nie wolno. Pięć milionów ludzi bardzo mocno zainteresowanych polityką i jednocześnie wypełnionych czystą, bezwarunkową nienawiścią, która lekceważy nawet coś tak wydawałoby się naturalnego, jak osobisty interes, to coś prawdziwie niebezpiecznego. W obecnej dyskusji na temat wyniku wyborów to jest to coś, czego mi naprawdę brakuje. Cisza jaka panuje na temat tej części społeczeństwa, przetykana jakimiś głupkowatymi szyderstwami, jest moim zdaniem wyjątkowo nieroztropna.
        Czy jest zatem coś, co mógłbym uznać za szansę na to, że nie stanie się nic złego? Owszem. Otóż, moim zdaniem, liczba osób głosujących będzie się stopniowo zwiększać. Wydaje się, że w końcu coraz więcej z tych, którzy się wyborami dziś nie interesują, zrozumie, że w swoim własnym interesie powinni się jednak nieco otworzyć. A jeśli ich będzie odpowiednio dużo, to, mam nadzieję, że te nieszczęsne pięć milionów najzwyczajniej w świecie straci swoją ponurą zawziętość i pozostanie im już tylko zgorzkniałość, którą będą mogli demonstrować co najwyżej w stosunku do spotkanych na swej drodze ludzi, czy to w sklepie, czy też w pracy, czy zwyczajnie na ulicy. I w ten sposób oni zwyczajnie zamienią się miejscami z dzisiejszą obojętną większością. I to będzie moment, kiedy będziemy mogli powiedzieć, że, owszem, jest w Polsce jakieś 15 procent ludzi, którzy nigdy nie chodzą na wybory, ale to jest norma, którą da się bez problemu zaakceptować.
      Póki co jednak, powtórzę to raz jeszcze: miejmy na oku te pięć milionów.



Moje książki można kupować albo klikając w wybrane okładki tuż obok, albo ewentualnie przez kontakt bezpośredni pod adresem k.osiejuk@gmail.com. Serdecznie zapraszam i oczywiście zachęcam.
     


środa, 29 maja 2019

Gdzie Dominik Tarczyński spędzi tegoroczne wakacje?


       Pomijając właściwie tylko nokaut, jaki spadł na tępe łby kandydatów ugrupowania przedstawiającego się jako Konfederacja, to co zrobiło na mnie w minionych dniach wrażenie największe, to przypadek Dominika Tarczyńskiego. Gdyby ktoś nie wiedział, przypominam bardzo krótko, że Tarczyński to poseł Prawa i Sprawiedliwości, który jeśli wciąż utrzymuje zaufanie prezesa Kaczyńskiego, to chyba tylko przez to, że płynnie posługuje się językiem angielskim, a jak wiemy, Prezesowi tego typu umiejętność zawsze bardzo imponuje, a którego głównym przedmiotem aktywności jest kręcenie się po Twitterze i rozglądanie się za towarzystwem na najbliższy wieczór. Tarczyński to również człowiek, który w Prawie i Sprawiedliwości pełni funkcję podobną do tej, jaką w Platformie Obywatelskiej pełnił swego czasu Stefan Niesiołowski, z tą tylko różnicą, że Niesiołowski, co by o nim nie mówić, był zdecydowanie bardziej inteligentny oraz dowcipny.
      I oto, proszę sobie wyobrazić, jak grom z jasnego nieba spadła na nas wiadomość, że Dominik Tarczyński dostał się do Parlamentu Europejskiego z najgorszym możliwym wynikiem i to wyłącznie dzięki temu, że awantura między Unią a Wielką Brytanią się bezsensownie przedłuża i Diabeł jeden wie, czy będzie w tym bałaganie miejsce dla niego. Póki co jednak jest tak, że choć on do czasu aż Wielka Brytania nie wystąpi oficjalnie z Unii nie może oficjalnie objąć funkcji posła, to zgodnie z prawem owym posłem do Europejskiego Parlamentu jak najbardziej jest i przysługują mu dokładnie takie same prawa, jak, nie przymierzając, Januszowi Lewandowskiemu, czy jakiemuś innemu gangsterowi.
     Co w związku z tym? Wygląda na to, że nie dość że ten cwaniak został niemal rzutem na taśmę owym posłem, to jeszcze w stosunku do nich wszystkich znalazł się w pozycji wyjątkowo uprzywilejowanej. Z tego co zasugerował podczas ostatniej konferencji prasowej przewodniczący PKW wynika niezbicie, że Dominik Tarczyński, jako pełną gębą poseł do PE, choć wciąż poseł nieaktywny, będzie mógł liczyć na wszystkie należne owym urzędnikom apanaże.
      Co to oznacza? A więc wedle informacji jakie dochodzą do nas już od dłuższego czasu, Dominik Tarczyński, snując się po brukselskich knajpach i zbijając klasyczne bąki, będzie otrzymywał miesięczną pensję w wysokości 6710 euro miesięcznie na rękę, plus 4416 euro na różnego rodzaju wydatki związane z poselską działalnością.  Dodatkowo, będzie otrzymywał niemal 4 tys. euro miesięcznie na wszelkie inne wydatki poniesione w czasie pełnionej kadencji. Tarczyński może naturalnie zatrudnić też sobie asystentów, lub jeszcze lepiej, asystentki i na ten cel otrzyma dodatkowe nawet 24 tys. zł miesięcznie z budżetu Unii Europejskiej. Już nie będziemy wspominać o emeryturze, którą Tarczyńskiemu Europa będzie wypłacała już po roku posłowania po ukończeniu 63 roku życia. Nie 60, ani nawet 65, ale właśnie 63. Bardzo to ciekawe, prawda?
      No ale o tym już wielokrotnie dyskutowaliśmy i w sumie żadna z podanych liczb nie robi na nas najmniejszego wrażenia. Natomiast w sytuacji w jakiej jesteśmy dziś, z Tarczyńskim w dodatku w tle, przychodzi nam się wyjątkowo zupełnie zastanowić nad tym, co to za projekt, z którym mamy do czynienia. I znów, to też nie stanowi dla nas jakiejś szczególnej nowości, niemniej dziś nagle widzimy z całą , że zacytują poetę, jaskrawością, że ta Unia Europejska to najbardziej oczywisty biznesowy przekręt, którego celem jest tylko i aż wyprać możliwie jak najwięcej pieniędzy, z takim skutkiem, że ci, którzy do owego projektu zostaną dopuszczeni, będą mogli już do końca życia leżeć do góry brzuchem, nie próbując nawet dotknąć jakiejkolwiek uczciwej pracy.
      Jak mówię, myśmy to albo wiedzieli, albo czuli podskórnie od samego początku funkcjonowania tego czegoś, jednak przypadek Dominika Tarczyńskiego, przynajmniej dla mnie, stanowi swego rodzaju przełom poznawczy. I teraz, jak się domyślam, ktoś zapyta, że skoro tak, to w takim razie czemu ludzie, wydawałoby się porządni i uczciwi, decydują się brać udział w tym przekręcie. Otóż ja wiem, czemu mnie tam nie ma. Otóż nie ma mnie tam dlatego, że ani nikt mi tej fuchy nie zaproponował, ale też przez to, że ja mam inne sprawy na głowie niż kręcenie się po politycznych salonach i telewizyjnych studiach. Ale też nie ma mnie tam dlatego, że ja bym prawdopodobnie po kilku dniach tej aktywności, albo zwariował, albo zwyczajnie wykitował, a tego akurat nie chcę. Natomiast owszem, mam wielki szacunek dla tych wszystkich polityków Prawa i Sprawiedliwości, którzy mieli tę odwagę i determinację, by zrobić coś, co zrobić trzeba, a czego z czysto ludzkiego punktu widzenia zwyczajnie robić nie warto, nawet mimo tych pieniędzy, które tam leżą i czekają, by ktoś je sobie zabrał.
      Naprawdę bowiem nie jest łatwo przyłączyć się do projektu od początku do końca w sposób oczywisty zakłamanego,  nawet jeśli – i to powtórzę raz jeszcze – w pewnym sensie jest to jedyne co można w tej sytuacji zrobić.



Zapraszam do kupowania moich książek. Okładki są wyświetlone tuż obok, wystarczy kliknąć. Bardzo polecam.

wtorek, 28 maja 2019

Warszawa jest smutna bez niego?


       Planowałem poświęcić ostatnim wyborom ten jeden jedyny komentarz, jednak, jak to często bywa, wystarczył dzień namysłu, bym uznał, że jest tyle rzeczy do powiedzenia, że nie wystarczy na nie ani jedna, ani nawet dwie czy trzy kolejne notki. A zatem, proszę posłuchać, bo kilka kwestii zdecydowanie zasługuje na uwagę.
       Oto jeszcze wczoraj, kiedy ledwie zapowiadałem, że tym, co się wydarzyło w minioną niedzielę będę się jednak musiał zająć, planowałem zadumać się nad tym, jak to się stało, że Warszawa – przyznaję, że miasto i bez tego gromadzące nadzwyczaj szczególne towarzystwo – postanowiła największą liczbę głosów oddać na Włodzimierza Cimoszewicza. Ja się oczywiście spodziewałem, że tam akurat Prawo i Sprawiedliwość nie będzie miało konkurencji, gdy chodzi o kreowanie poczucia niechęci. A zatem byłem pewien, że Warszawianie, zamiast na któregokolwiek z kandydatów PiS-u, zagłosują na Hubner, Halickiego, Boniego, a nawet na Pihowicz. I nie chodzi mi o to, że Hubner jest nawróconą komunistką, Boni nawróconym esbekiem, a cała ta reszta to albo ludzie zbyt młodzi, żeby mieć jakiekolwiek poglądy, albo tym bardziej poczucie winy, podczas gdy Cimoszewicz to czysty bolszewik. Szlag trafił to jego NKWD i jego zapatrywania na świat. Biorąc pod uwagę fakt, że znaczna część wyborców nie ma w tym momencie nawet pojęcia, o czym ja mówię, to są rzeczy absolutnie bez znaczenia. Dlatego też, ja bym się nawet szczególnie nie zdziwił, gdyby Warszawianie postanowili wybrać jako swojego kandydata do Europejskiego Parlamentu Leszka Millera, tak jak to zrobili mieszkańcy Poznania. Miller, co by o nim nie mówić, to ktoś, kto ma pewien urok, pewien rodzaj inteligencji, no i przede wszystkim potrafi robić wrażenie – przepraszam za osobisty akcent – ale jakiegoś tam dziadka. Dziadka komucha, dziadka ubeka, dziadzia gangstera, ale w końcu małe dzieci nie muszą mieć aż takiej wrażliwości, by rozpoznawać ludzkie charaktery po odcieniu oczu.
      Tymczasem sami Warszawianie, nie licząc otaczających miasto gmin, w liczbie niemal 150 tysięcy postanowili oddać swój głos na tego dziwnego człowieka. Oto człowiek, który nie jest w stanie się uśmiechnąć bez ozdabiania swojej twarzy paskudnym szyderstwem, człowiek który, unikając odsłonięcia jakichkolwiek emocji, mówi wyłącznie przez zęby, człowiek którego sam ton głosu budzi bolesną odrazę, człowiek wreszcie, który wedle wszelkich powszechnie znanych kategorii stanowi przykład klasycznego skurwysyna, nagle zostaje wskazany przez mieszkańców Warszawy jako ich człowiek.
       Przyznaję bez bicia, że dla mnie wygląd ma często znaczenie podstawowe. Kiedy nie mam żadnych innych narzędzi rozpoznawania z kim mam do czynienia, wygląd jest bardzo ważny. Wiem oczywiście, że można się pomylić. Nawet jeśli przyjmiemy za prawdę, że charakter człowieka wyłazi z niego choćby nie wypowiedział jednego słowa, bywa różnie. Przepraszam jednak bardzo, ale są sytuacje, kiedy wątpliwości być nie może. I to jest moim zdaniem przypadek Cimoszewicza. To jest ktoś, kto wystarczy że zapuka do naszych drzwi, a my mu otworzymy, powinien zostać natychmiast zrzucony ze schodów bez słowa wyjaśnienia. A dodatkowo, na wszelki wypadek, można mu jeszcze zrzucić na łeb worek zgniłych kartofli.
      No ale dobra, niech będzie, że powinniśmy być bardziej merytoryczni. A zatem, mamy przede wszystkim klasycznego komucha, po drugie wychowanego przez ludzi, jakich święta ziemia nosić się brzydzi, ale też człowieka znanego z zachowań, za które zwykły człowiek albo poszedłby zwyczajnie siedzieć, albo przynajmniej został kopnięty w tyłek przez pierwszego z brzegu menela. I ten oto człowiek, najpierw w sposób kompletnie bezsensowny niszczy swój dom w Puszczy Białowieskiej następnie przeprowadza się do Warszawy, by chwilę później apelować do jej mieszkańców by na niego głosowali w europejskich wyborach, a oni... zrywają się na równe nogi, zaczynają bić brawo i wrzeszczeć z podniecenia? Dlaczego? To właśnie jest dla mnie zagadką, której rozwiązać nie potrafię.
      Byłem w Warszawie wiele razy i przy każdej z tych okazji miałem bardzo dużo okazji, by to miasto i ludzi, którzy je zamieszkują zmieszać z błotem. Zawsze jednak żyłem w przekonaniu, że nawet oni pewnych granic przekroczyć nie potrafią. Dziś już wiem, że to jest piekło. Autentyczne piekło.
       I tylko jedna rzecz nie przestanie mnie już męczyć chyba do śmierci. Jak to się stało, że w roku 2002 Lech Kaczyński został tam wybrany na prezydenta Warszawy z przewagą 70,54% głosów. Czy to możliwe, że już rok później to miasto zostało zaatakowane przez Marsjan?



Po prawej stronie są okładki moich książek. Część z nich jest już niestety sprzedana, ale te które pozostają w ofercie, można zamawiać. Wystarczy kliknąć w okładkę i sprawa prawie załatwiona. Ewentualnie proszę pisać na adres k.osiejuk@gmail.com.
       

    

poniedziałek, 27 maja 2019

O nastawianiu drugiego policzka


Żeby nikt broń Panie Boże nie myślał, że ja się przestałem interesować polityką i nie wiem, że wczoraj były wybory. Oczywiście dokładnie wiem, co się nam przydarzyło, jestem też pod niemal każdym względem ukontentowany, nawet owa wisienka na torcie w postaci zaciętego boju jaką Konfederacja stoczyła minionej nocy nie uszła mej uwadze, cała rzecz jednak sprowadza się do tego „niemal”, czyli do Warszawy. Przepraszam bardzo, ale to miasto jest praktycznie wszystkim co mi dziś zaprząta umysł, a ja od czasu gdy wczoraj zacytowałem jeden z moich ulubionych Psalmów, jeśli idzie o pomysły jestem całkowicie zużyty. W tej zatem sytuacji, będzie znów o pedofilii i obrzeżach. O wyborach może jutro.     


      Jak większość z nas z pewnością wie, zamiast wygłosić jak Pan Bóg przykazał normalne kazanie, wczoraj w naszych kościołach księża odczytali list biskupów, w którym ci, w możliwie najbardziej uniżonej formie, przeprosili za grzech pedofilii. Ja oczywiście bardzo się cieszę, że wymieniając najróżniejsze krzywdy, jakie w różnym czasie oraz w różnych miejscach osoby duchowne wyrządziły spotkanym na swej drodze dzieciom, biskupi zdecydowali się nie przepraszać w imieniu śp. prałata Jankowskiego znanej nam tu co nieco Barbary Borowieckiej, którą ten w latach 60. rzekomo przez kilka lat dzień w dzień gonił po strychach i piwnicach, regularnie plamiąc jej sukienki swoją spermą. Cieszę się, bo tego rodzaju upokorzenia bym zwyczajnie nie zniósł. A i tak, przede wszystkim ton owego listu, ale również jego treść i w moim pojęciu jego całkowita bezużyteczność, wystarczyły, by mnie serdecznie zmartwić.
      W czym rzecz? Otóż, co już zostało wielokrotnie powtórzone, ale również bardzo starannie wykazane, Kościół, ale również księża w swojej ogromnej większości, nie mają się doprawdy z czego tłumaczyć. Mam dwóch blisko zaprzyjaźnionych księży, obu mniej więcej z mojego pokolenia, a więc, jak rozumiem, nadzwyczaj doświadczonych w towarzysko-zawodowe kontakty z innymi księżmi, i oni obaj powiedzieli mi jednoznacznie, że w całym swoim życiu nie dość że nie zdarzyło im się spotkać księdza homoseksualisty, czy tym bardziej księdza pedofila, to jeszcze, z wyjątkiem dosłownie pojedynczych wypadków, nie zdarzyło im się o takich słyszeć. Ale ja sam, oraz wielu moich znajomych, z którymi tę kwestię konsultowałem, ani nie spotkaliśmy, ani nawet nie słyszeliśmy o księdzu, którego można by było podejrzewać o jakiekolwiek występki tej natury. Owszem, słyszałem o księżach cudzołożących, słyszałem o księżach chlejących, księżach pazernych na pieniądze, a nawet księżach kapujących do milicji... no ale to wszystko. A zatem uważam, że zwyczajnie tematu nie ma, a jeśli tu i ówdzie się zaczyna taki pojawiać, to znaczy że za tym stoi najbardziej bezczelne kłamstwo, którego podstawowym i ostatecznym celem jest zniszczenie Polski. Zgodnie z opisem przedstawionym przez księdza kardynała Wyszyńskiego, który powiedział, że kiedy przyjdzie pora na Polskę, oni zaczną od Kościoła.
       Przykładów owego kłamstwa jest dużo za dużo, ja bym jednak chciał dziś opowiedzieć o dwóch rzeczach, na które wpadłem zaledwie wczoraj, a które, przyznaję, poruszyły mnie szczególnie mocno. Proszę sobie wyobrazić, że oto na portalu tvn24.pl, na który, owszem, dość regularnie zaglądam, ukazało się coś takiego:



a pod spodem rozmowa z owym seksuologiem oraz psychoterapeutą i już na samym początku taki fragment:
„- Prowadzi pan terapię z pedofilami. Czy wśród pana pacjentów są księża?
  - Było ich kilku. Zgłosili się do mnie sami. To byli księża w różnym wieku. Jeden z nich w stanie duchownym był od 20 lat. Przychodzili na indywidualną terapię. Trwała dwa lata, niekiedy trzy. Co ich skłoniło, żeby poprosić o pomoc? Nie akceptowali swoich zachowań. Mieli wyrzuty sumienia. Jeden z nich molestował seksualnie dzieci. Pozostali fantazjowali, czuli wyraźne podniecenie, kiedy przebywali w otoczeniu najmłodszych. Bali się, że przekroczą dopuszczalną granicę”.
       Dalej mamy już rozmowę wyłącznie o pedofilii jako chorobie, o jej przyczynach, o sposobach leczenia, czy wreszcie o braku sensu karania pedofilów więzieniem, a już zwłaszcza wieloletnim. O księżach w dalszej części tej rozmowy się nie wspomina. Mamy tylko tych „kilku” księży, którzy się sami zgłosili do psychoterapeuty z prośbą by im pomógł w zwalczeniu żądzy, którą uważali za złą i grzeszną, chcieli się jej pozbyć, i którym on, jak sam twierdzi, jakoś tam pomógł, do tego wręcz stopnia, że o ile oni na początku myśleli o porzuceniu stanu duchownego, ostatecznie zostali w Kościele. Tymczasem, jak widzimy, cały ten tekst ilustrowany jest zdjęciem jakiejś zaszczutej małej dziewczynki i księdza w koloratce, no i ten kompletnie idiotyczny – pomijając, że kłamliwy – tytuł: „Żaden z moich pacjentów nie przestał być księdzem”.
       Nie będę oczywiście ukrywał tego, co sądzę o psychoanalitykach, psychoterapeutach, psychologach, czy psychiatrach, a więc ludziach, którzy zawodowo pukają do ludzkich dusz, udzielając jednocześnie politycznie motywowanym mediom wywiadów na tematy z polityką nie mającym nic wspólnego. Otóż, moim zdaniem, jeśli psycholog, a więc ktoś kto rzekomo jest w stanie przejrzeć na wylot najbardziej -przeboiegłych pacjentów, daje się wystawić do wiatru komuś takiemu jak TVN24, w naiwnym przekonaniu, że oto uzyskał szanse podzielenia się swoją specjalistyczną wiedzą na ważny temat, to znaczy, że z niego jest dupa nie psycholog. No ale przyznaję, że tym bardziej należy mu się uznanie, że się nie dał wciągnąć tej cwaniarze, która go wypuściła na tę rozmowę i  rozmowy na temat księży zwyczajnie odmówił. No i przy okazji, należy mu zaliczyć do zasług to, że unikając tej prowokacji pokazał nam bardzo wyraźnie, z kim mamy tak naprawdę do czynienia, do czego to bydło jest zdolne, no i jak bardzo grubą nicią szyta jest cała ta afera pod nazwą „pedofila w Kościele”.
       Drugą z zapowiedzianych historii poznałem również z TVN-u i przedstawię ją bardzo krótko. Otóż parę tygodni temu gdzieś w Polsce pewna 17-latka popełniła samobójstwo, nie mogąc dłużej znieść plotek, jakie krążyły w okolicy na temat jej rzekomych romantycznych relacji z księdzem. I to tyle. 
       No a my niestety wciąż zostajemy ze świadomością, że nasi biskupi jeszcze długo się będą musieli uczyć sposobów postępowania z tymi gangsterami.


Jeśli ktoś ma ochotę kupić którąś z moich książek, proszę klikać w okładki tuż obok. Cześć z nich, zanim i te tytuły się sprzedadzą, jest wciąż aktywna. Polecam.


     
     



niedziela, 26 maja 2019

Niech się odzieją przekleństwem jak szatą


      Powiem szczerze, że ze wszystkich manifestacji czystej bezczelności, z jakimi mamy do czynienia przez minione lata, jedną z najbardziej dokuczliwych jest powtarzająca się regularnie od pewnego czasu opinia, że gdyby śp. Lech Kaczyński widział, co jego brat oraz skupieni wokół niego politycy wyprawiają z naszą Polską, oraz Europą, zapłakałby ze wstydu i z żalu. Muszę przyznać, że nie ma wściekłości i autentycznej żądzy śmierci, jaka ogarnia mnie, ile razy słyszę, jak ten czy inny przedstawiciel tak zwanej „totalnej opozycji” ni stąd ni z owąd wyskakuje ze stwierdzeniem – niech tu głos Róży Thun stanowi symbol – że co by o nim nie mówić, „z Leszkiem to można było się przynajmniej pośmiać”.
       Rzecz w tym, że, na tyle jak jestem w stanie sięgnąć w przeszłość – a uważam, że pamięć mi wciąż dopisuje – nie było w najnowszej polskiej historii osoby, która by nie była poddana tak nienawistnej furii, jak prezydent Lech Kaczyński. Bywało różnie. Przedmiotem autentycznej nienawiści było wiele publicznych osób, by wspomnieć postaci takie jak Wojciech Jaruzelski, Jerzy Urban, Bronisław Geremek z jednej strony, Jarosław Kaczyński, Antoni Macierewicz, czy nawet w pewnym momencie historii Lech Wałęsa z drugiej, nie ulega jednak wątpliwości, że żadna z nich nawet przez moment nie została potraktowana z taką bezwzględnością, jak właśnie Lech Kaczyński.
      W ledwo co opublikowanym tu tekście przypomniałem falę niewysłowionego hejtu, jaka wylała się na Prezydenta, kiedy ten zapowiedział przyjazd do Bielska Białej, a z najwyższą satysfakcją opublikowanego przez „Gazetę Wyborczą”. To był jednak zaledwie jeden mały epizod. Prezydent chciał przyjechać do Bielska Białej, a „Gazeta Wyborcza” zamieściła w związku z tym szyderczy artykuł, uruchomiając tym samym ów wylew najczarniejszej czerni. Tamten czas jednak, o czym, jak mogę zaobserwować, wielu z nas zdaje się skutecznie zapominać, to było coś, z czym to co nas dziś oburza, czy to w przestrzeni oficjalnej, czy internetowej, nie jest nawet w stanie konkurować. To co my dziś nazywamy „hejtem”, to jest dziecięca zabawa w zestawieniu z tym, w jaki sposób zarówno ogólnopolskie media, jak i osoby z pierwszych politycznych szeregów, traktowały Lecha Kaczyńskiego.
      Kiedy sięgam pamięcią do tamtych czasów, w pierwszej kolejności przypominam sobie dzień, kiedy to Lech Kaczyński wbrew zapowiedziom nie pojechał na spotkanie Grupy Wyszegradzkiej i w tym momencie media zaczęły się zastanawiać, co takiego się stało, dochodząc ostatecznie do wniosku, że Prezydent dostał sraczki i nie mógł się ruszyć z Krakowskiego Przedmieścia. Nie wiem jak inni, ale ja na przykład pamiętam wesoły rysunek popularnego komika Andrzeja Mleczki, na którym widzimy prezydencką limuzynę, która ciągnie za sobą budkę z napisem „toi toi”.
      Myślę że wszyscy pamiętamy ów nadzwyczaj śmieszny – a jednocześnie tak przerażająco kłamliwy – greps, sugerujący, że Prezydent mówiąc o bramkarzu polskiej reprezentacji piłkarskiej, użył absurdalnego kompletnie nazwiska „Borubar”, która to szydercza nazwa tu i ówdzie funkcjonuje do dziś.
      Pamiętamy czas, gdy Prezydent, pragnąc uczcić 90 rocznicę odzyskania przez Polskę niepodległości, postanowił urządzić wielką galę z udziałem światowych przywódców, a służące wiernie władzy ogólnopolskie media wywołały powszechnie falę szyderstwa, która przekroczyła granice Polski i ostatecznie spowodowała, że żadnej gali tak naprawdę nie było.
      Pamiętamy czas, gdy w publicznej przestrzeni pojawiła się plotka, że w pobliżu Pałacu Prezydenckiego otwarto sklep monopolowy z takim oto przeznaczeniem, żeby prezydent Kaczyński miał zawsze pod ręką tak zwaną „małpkę”.
      Pamiętamy wciąż powtarzane przez polityków Platformy Obywatelskiej apele, jak najbardziej publicznie, by prezydent Kaczyński poddał się badaniom, które stwierdzą, czy on przypadkiem nie jest psychicznie chory.
       Ja pamiętam, jak w ogólnopolskim dzienniku pod nazwą „Dziennik” ukazał się tekst dziś nadzwyczaj prorządowego dziennikarza Majewskiego, w którym jak byk było napisane, że żona Prezydenta ma nad nim taką władzę, że on na rozkaz, chodzi na czworaka jak pies i prosi ją o wybaczenie za wszystkie jego przewinienia.
      Pamiętamy wszyscy, jak podczas mistrzostw świata w piłce nożnej w Austrii Lech Kaczyński rozkładał szalik z napisem „Polska” i w tym momencie któryś z fotoreporterów „Gazety Wyborczej” zrobił mu zdjęcie, kóre następnie zyskało wielką ogólnopolską popularność jako dowód, że Prezydent nawet nie potrafi odpowiednio rozłożyć szalika.
      Pamiętamy wreszcie konferencję prasową w Parlamencie Europejskim, podczas której Lech Kaczyński odpowiadał na pytania dziennikarzy, a siedzący obok niego Donald Tusk i Radosław Sikorski tak mu przeszkadzali, że on w końcu musiał ich publicznie upomnieć.
      Ja pamiętam tych wszystkich ludzi, odznaczonych przez prezydenta Kaczyńskiego różnego rodzaju orderami, którzy postanowili demonstracyjnie oddać swoje odznaczenia, ewentualnie ich w ogóle nie przyjmować, z żadnego innego powodu jak tylko tego, że one zostały przyznane przez NIEGO.
      I dziś oni wszyscy nagle załamują ręce, że prezydent Kaczyński, któremu oni właśnie wyszykowali tę wyprawę, na ich zamówienie zginął w Smoleńsku i przez to kultura polityczna w Kraju zeszła na psy? A, jakby tego było mało, niektórzy z nich się skarżą, że kiedy jego zabrakło, to nawet nie można się pośmiać.
     No dobra, dawno tego nie było, ale uważam, że nadszedł dobry moment. Poczytajcie sobie, nieszczęśnicy:

Niech dni jego będą nieliczne,
a urząd jego niech przyjmie kto inny!
Niech jego synowie będą sierotami,
a jego żona niech zostanie wdową!
Niech jego dzieci wciąż się tułają i żebrzą,
i niech zostaną wygnane z rumowisk!
Niechaj lichwiarz czyha na całą jego posiadłość,
a obcy niech rozdrapują owoc jego pracy!
Niech nikt nie okaże mu życzliwości,
niech nikt nie zlituje się nad jego dziećmi!
Niech jego potomstwo ulegnie zatracie;
niech w drugim pokoleniu zginie ich imię!
Niech Pan zapamięta winę jego ojców,
niech grzech jego matki nie będzie zgładzony!
Niech zawsze stoją przed Panem
i niech On wykorzeni z ziemi pamięć o nim,
za to, że nie pomyślał, aby okazać życzliwość,
lecz prześladował biedaka i nieszczęśliwego,
i w sercu strapionego śmiertelnie.
Miłował złorzeczenie: niech się nań obróci;
w błogosławieństwie nie miał upodobania:
niech od niego odstąpi!
Niech się odzieje przekleństwem jak szatą;
niech ono przeniknie jak woda do jego wnętrzności
i jak oliwa wejdzie w jego kości”.

sobota, 25 maja 2019

Prosimy o tabletkę dla pana W.


Ponieważ do wyborów został nam już tylko jeden dzień, staję przed pewnym dylematem. Otóż jeszcze wczoraj miałem plan, żeby po prezentacji hejtu, jaki wylał się jeszcze w roku 2009 na śp. Lecha Kaczyńskiego temat pociągnąć i przypomnieć tamten czas nieco szerzej, przedstawiając owego świętego człowieka, jako zdecydowanie najbardziej znienawidzoną postać w całej współczesnej polskiej historii. Ponieważ jednak wciąż siedzi w poczekalni mój najnowszy felieton z „Warszawskiej Gazety”, musiałem się zdecydować, co powinno pójść na pierwszy ogień, a co powinienem zostawić Czytelnikom na wyborczą niedzielę. No i ostatecznie zdecydowałem, że już dziś opublikuję wspomniany felieton z „Warszawskiej”, a o nienawiści w wydaniu turbo spróbuję coś napisać jutro. Zobaczymy, co z tego wyjdzie. Tymczasem, zapraszam.  


      Kiedy przedstawiałem swój poprzedni felieton, byłem szczerze przekonany, że w ten oto sposób ostatecznie kończę temat pedofilii, a tu nagle widzę, że Dobra Zmiana postanowiła powołać specjalną komisję badającą problem pedofilii nie tylko w odniesieniu do księży, ale w ogóle, ze szczególnym uwzględnieniem środowisk dotychczas nietykalnych, obejmujących, jak to ładnie wyraził Prezes, nawet laureatów Nagrody Nobla. A gdyby ktoś tego nie dosłyszał, uznając za stosowne tego Nobla głośno i wyraźnie powtórzyć. A my, jak to my prości ludkowie, natychmiast postawiliśmy uszy na sztorc i uwzględniając fakt, że zarówno Czesław Miłosz, jak i Wisława Szymborska już od pewnego czasu śpiewają w niewidzialnym chórze, skupiliśmy naszą uwagę na samym, że tak to elegancko ujmę, Panu Przewodniczącym.
       A ja, z drżącym sercem czekając na dalszy rozwój wypadków, wspominam rok 2008, kiedy to tematem numer jeden na pewien czas stał się występek pewnego ojca, który za zgodą matki i paru swoich kumpli gwałcił najpierw piętnastoletnią, a z biegiem lat, swoją dorosłą już córkę. Kiedy wiadomość o tym wyjątkowym przypadku ludzkiego upadku, dotarła do mediów, premier Tusk –  jak się zdaje, nadmuchany intelektualnie przez swoich odpicowanych w piękne garnitury doradców od wizerunku – zgłosił postulat, by pedofilów kastrować chemicznie, bo to zwierzęta nie ludzie.
      Dziś może nam się zdawać, że apel Donalda Tuska najpierw spotkał się z powszechnym entuzjazmem mainstreamu, by następnie na zawsze zniknąć w ścieku wypełnionym pamiętną ciepłą wodą, tymczasem nic podobnego. Otóż cała ta banda rzuciła się na biednego Donalda z zarzutem, że okrucieństwo tej kary dotyka nie nogi, nie ręki, nie głowy, ale tzw. seksualności. A dla nich seksualność jest wartością do tego stopnia najwyższą, że każda próba jej ograniczenia, stanowi zamach na najbardziej podstawowe prawo człowieka. Do dziś pamiętam ów nastrój histerii sprowadzający się do apelu, by nie dopuścić do tego, by powstało prawo, które ograniczy obywatelom prawo do uprawiania seksu. Do dziś pamiętam, jak Monika Olejnik w swoim kultowym już dziś programie TVN24 wykrzyknęła: „Przecież ten ojciec nawet nie był pedofilem”.
      A ja osobiście uważam, że jeśli po świecie chodzi jakiś typ, który uprowadza dzieci, a potem je gwałci, lub wyrządza im jakąś inną krzywdę, bo strasznie go podnieca ich strach, lub ich ból – i to niezależnie od tego, czy mamy do czynienia z pedofilem, czy jakimś zaćpanym durniem – to trzeba go złapać i postawić pod sądem, a jeśli wcześniej policja go skutecznie nie ochroni, to go po prostu zabić kijem, sztachetą, czy co tam okoliczni obywatele mają pod ręką.      
      No i tu wraca wspomnienie Donalda Tuska proponującego chemiczną kastrację pedofilów. Jemu akurat oczywiście dziś to już bez różnicy, ale przyznaję, że miałbym prawdziwą satysfakcję widząc, jak pana Bolesława panowie w białych kitlach przyciskają kolanem do ziemi i wciskają w jego słodkie usteczka tę tabletkę.



Jak zawsze, zwracam uwagę na książki, których okładki można zobaczyć tuż obok. Kliknięcie w niektóre z tych obrazków wprowadzi zainteresowane osoby do naszej księgarni, a tam już droga prosta. Jeśli ktoś woli jeszcze prościej, proszę napisać do mnie na adres k.osiejuk@gmail.com.

piątek, 24 maja 2019

Cała sala śpiewa z nami, czyli dawnych wspomnień czar


       Komitet Wyborczy Koalicji Europejskiej opublikował klip zachęcający do głosowania na swoją krakowską kandydatkę, Różę Thun. Proszę, oto on:



       Ktoś powie, że to nic takiego. Bezczelność, jak to bezczelność – nie ma o czym gadać. Jednak chyba jest, bo to, jak się okazuje, zaledwie początek. Otóż kandydatce Thun ów żart się tak spodobał, że zamieściła go na swoim profilu na Twitterze i ozdobiła następującym komentarzem:
To były czasy. Z Leszkiem to można było się przynajmniej  pośmiać”.
       W tym momencie odezwała się „Gazeta Wyborcza” i ściśniętym ze wzruszenia głosem Dominiki Wielowieyskiej pochwaliła zarówno klip, jak i komentarz Róży Thun:
Jakie miłe wspomnienie prezydenta Lecha Kaczyńskiego, aż się łezka w oku kręci. Fajnie, gdy spoty wykraczają poza plemienny podział partyjny”.
      W tej sytuacji zatem, z prawdziwą przyjemnością odczepiam się od tematu pedofilii i  zwracam się do obu pań ze swoją wieśniacką szczerością: Czy wam już hormony rozsadziły mózgi? Czy wy, do ciężkiej cholery, macie świadomość bezczelności która się wam wylewa z tych pokręconych języków? Czy jest coś jeszcze poza wyrwaną z płota sztachetą, co by te wasze tępe łby były w stanie przyjąć?
     Koalicja Europejska, a więc projekt jednoczący ludzi oraz partie odpowiedzialne całkiem jednoznacznie i bezpośrednio za śmierć Lecha Kaczyńskiego, nagle wyciąga tego świętego człowieka w swojej kampanii, by pokazać palcem ów gnój, jaki rzekomo wypełnił pozostawione po nim puste miejsce. I nikomu nawet powieka nie drgnie. Czy są jeszcze jakieś granice?
     Na wspomnienie Lecha Kaczyńskiego Wielowieyskiej zakręciła się łezka w oku, natomiast Róża Thun zatęskniła za czasami, kiedy to z Lechem Kaczyńskim, co by o nim nie mówić, mogła się przynajmniej pośmiać. A zatem dla nich specjalnie przypominam pewien epizod jeszcze z czasów, kiedy ów śmiech w redakcjach oraz na politycznych salonach rozbrzmiewał od rana do nocy. Oto nie kto inny jak właśnie „Gazeta Wyborcza”, pod tytułem „Prezydent objeżdża kraj, próbując ratować swoje sondaże i szanse na reelekcje”, zamieściła zdjęcie prezydenta Kaczyńskiego z zabawnie głupkowatą miną, by poniżej przedstawić następującą informację autorstwa redakcyjnej koleżanki Dominiki Wielowieyskiej, Ewy Furtak:
Do Bielska-Białej prezydent ma przyjechać w sobotę. W połowie września do bielskiego ratusza przyszło pismo z jego kancelarii z podziękowaniem za zaproszenie do odwiedzenia miasta i informacją, że prezydent przyjmuje je z przyjemnością. Ale - jak powiedziano ‘Gazecie' w urzędzie miasta - akurat teraz nikt prezydenta oficjalnie nie zapraszał. Prezydent od ponad tygodnia objeżdża kraj i odwiedza średniej wielkości miasta. Oficjalnie, w ramach obchodów 90-lecia odzyskania niepodległości".
      W tym momencie, skoro już hasło do zabawy zostało rzucone, rozpoczęły się tańce i swawole, a wszystko to, jak rozumiem, wśród perlistego śmiechu red. Wielowieyskiej i posłanki Thun:

Może pomidorkiem albo jajkiem zgniłym dostanie? Należy się temu idiocie.
***
oj ciupagi w Beskidach tez są w użyciu! Może się kaczuszka zdziwić jak mu góral-protestant ciupaga "zaprotestuje"....
***
nie wiem czego tutaj będzie szukał ten mamlaty zakompleksiony karzeł. Nie cieszy się poważaniem na Podbeskidziu - niepotrzebnie się tu pcha - bo będzie to jego kolejna porażka i punkciory ujemne do przyszłych wyborów. Pewnie w Bielsku dostanie sraczki - no i bardzo dobrze - spieprzaj, dziadu do mamusi
***
Ten osobnik nie jest wolny, najchętniej zrzekłby się urzędu, ale jego pedalski braciszek mu na to nie pozwala - stąd taka deprecha, sraczki, wściekanie się na opozycję. Ale im bardziej się wścieka i sraczkuje - większa szansa, że na serce zejdzie albo mu jelito grube pi**dolnie. Cieszmy się!
***
Re: ..Zobaczcie.....kaczka leci, oooo..... i bęc!
***
droga Pani! na szacunek to trzeba sobie zapracować. A ten pokurcz akurat tego nie potrafi "Ale wtedy nie spotkał się z mieszkańcami, bo padał deszcz."
hahahahahahah żałosne działania
***
Żałosne, nie dość, że wprasza się na szczyt UE, to teraz i tu, brak słów...
***
Co by tu k.rwa jeszcze spi.prz.ć panowie. Tak działają wielcy urzędnicy kancelarii pisdęta. I bardzo dobrze.
***
Na spotkanie z Panem Prezydentem ani ja, ani nikt inny z mojej rozlicznej rodziny się nie wybiera; nie lubię i nie poważam, mam go aż nadto dość na codzień w TVP, Szkle Kontaktowym itd! (to jest dobre, tak jakby sam sie pchal do szkla... - spiskowy)
***
Przecież go tam nikt nie chce - niech jedzie do drugiego kaczora. Jak tego człowieka szanować???? Totalne dno !!!Dlaczego Naród Polski musi cierpic przez tego pajaca??????????????
***
Nikt memłacza nie zaprasza a on wpie... się na krzywy ryj i wku...a ludzi.Takim samym wpie...niem jest próba zastąpienia premiera w Brukseli.
***
Dureń z wigorem wigoru to ma więcej od Tuska tak ale wtedy gdy go zażywa i trzyma jeszcze w ryju przed połknięciem.Czemu on tak wku...ająco wpływa na ludzi i czy on o tym wie.Ma teraz nowego podpowiadacza ofleja i brudasa w jednym jak delegacje innych państw mogą reagować na takiego śmierdzącego od papierosów kacyka ten nieogolony facet ma to co wszyscy menele wokół ust na zaroście nalot od dymu.Gdy się taki myje codzienne to tego nie widać a tu widać czyli kacyk się nie myje i z takimi tuzami my do europy.
***
Pokurcz wtedy nie wyszedł ale z powodu swoich słabych zwieraczy i upodobań do "czachojebów". Po co na deszczu jak można w ciepełku i blisko kibla.

       Ależ to były wesołe czasy, prawda? I komu to przeszkadzało? Nie można to było jeszcze parę lat z tym tupolewem poczekać?







czwartek, 23 maja 2019

Czy Frans Timmermans i Sylwester Latkowski to tajna broń Dobrej Zmiany?


      Święty Krzysztof mi świadkiem, że naprawdę robię wiele, by zamknąć tu na tym blogu temat pedofilii, no ale proszę mi powiedzieć, jakie mam szanse na dotrzymanie danego sobie słowa, kiedy ledwo co wyleciało mi z pamięci nazwisko tej biednej wariatki, którą ksiądz Jankowski gonił po podwórku i otaczających je piwnicach, a tu wyskakują na nas jak króliki z kapelusza dwaj osobnicy: tak zwany „dziennikarz śledczy” Sylwester Latkowski, oraz sam wiceprzewodniczący Komisji Europejskiej, Frans Timmermans. Latkowskiego nasze niezłomne media eksploatują do porzygania dzień w dzień, w jednym jedynym celu, by ten po raz pięćdziesiąty dziewiąty powiedział, że on ma całą listę wszelkiego typu celebrytów, którzy od lat wykorzystują seksualnie dzieci, no ale on oczywiście nazwisk nie ujawni, bo przecież kto chce, to łatwo sam do tego dojdzie. I to jest z mojego punktu widzenia coś zupełnie niewyobrażalnego. Każdy pierwszy z brzegu ksiądz, zaledwie podejrzewany o to, że gdzieś tam, kiedyś, klepnął w pupę jakieś dziecko, jest natychmiast przedstawiany w mediach z imienia, nazwiska, a często również z twarzy, i wszyscy są przy tym odważni jak jasna cholera. W wypadku wspomnianych celebrytów – wedle zapewnień Latkowskiego, osób stuprocentowo winnych – ani sam Latkowski, ani nasi niezłomni, nie potrafią się zdobyć na nic ponad to jedno ewentualnie zdanie: „Chyba nie muszę przypominać nazwiska tego dziennikarza”.  Przepraszam bardzo, ale to jest moment, kiedy ja już zupełnie na poważnie zaczynam się zastanawiać, czy jego nazwisko to nie Latkowski.
      Drugie zdarzenie, które kazało mi uczepić się tego idiotycznego tematu jak pijany płota, to niezwykle odważne wyznanie wspomnianego Timmermansa, że i on był jako dziecię seksualnie napastowany przez katolickiego księdza. Ową rewelacją ów dziwny człowiek podzielił się z nami wczoraj przy okazji swojej wizyty na zorganizowanym przez Roberta Biedronia wyborczym festynie, a dziś już cała Polska z napięciem czeka na coming out przybywającego dziś do Polski na zaproszenie Grzegorza Schetyny Manfreda Webera, aplikującego na stanowisko nowego przewodniczącego wspomnianej Komisji Europejskiej. Napięcie to jest tym większe, że istnieje mocna obawa, że Manfred Weber w ramach kampanii na rzecz Koalicji Obywatelskiej będzie jednak próbował przebić swojego holenderskiego kolegę popierającego Biedroniową Wiosnę, i ten nam opowie już nie o jednym księdzu, ale o kilku, no i jeszcze swoje przygody opisze w szczegółach. No a dni, które nam pozostaną do wyborczej niedzieli, mogą zostać wypełnione prawdziwą falą kolejnych, za każdym razem coraz ciekawszych, wyznań, i kto wie, czy jako gwóźdź programu po raz kolejny nie przemówi do nas sam pan premier Tusk.
       A w tej sytuacji, chciałbym przede wszystkim zwrócić uwagę Państwa na to, że gdy chodzi o mnie, to ja na temat rzekomej pedofilii w Kościele piszę regularnie od roku 2008. Trudno w to uwierzyć, prawda? Trudno jest naprawdę uwierzyć, że przekręt ten funkcjonuje w publicznej przestrzeni już ponad 10 lat. Jednak jest to jak najbardziej fakt, podobnie jak faktem jest, że owej histerii od samego początku towarzyszy kłamstwo wcale nie mniejsze niż to, z którym mamy do czynienia dziś. Przypomnijmy sobie zdarzenie wcale nie tak stare, bo zaledwie sprzed trzech lat, ale zwróćmy proszę przy tym uwagę na fakt, że ono mogłoby mieć miejsce tak samo dzisiaj, jak i trzy, czy sześć lat wcześniej.
       Oto w ramach wypalania rozpalonym żelastwem pedofilii w Kościele, w polskich i zagranicznych mediach ukazały się trzy teksty. Najpierw w bardzo aktywnym, gdy chodzi o walkę z chrześcijańską cywilizacją, brytyjskim „Guardianie” opublikowano ilustrowany wymownym zdjęciem ukazującym starszego księdza udzielającego komunii jakiemuś spłoszonemu dziecku, tekst zatytułowany „Catholic bishops not obliged to report clerical child abuse, Vatican says” o tym, jak to podobno Watykan wydał instrukcję, w której zachęca biskupów, by ukrywali przypadki pedofilii w Kościele, ponieważ Kościół powinien dbać o reputację. Oczywiście, w reakcji na owo sensacyjne doniesienie, „Gazeta Wyborcza” przetłumaczyła ów tekst i wrzuciła swoją własną już relację, adekwatnie zatytułowaną: „Watykan: Katoliccy biskupi nie mają obowiązku informowania o przypadkach pedofilii”. Żeby nikogo z nas nie pozbawić możliwości zapoznania się ze stanem spraw na linii Kościół – Świat, redakcja „Wyborczej” zrobiła wyjątek i w swoim internetowym wydaniu tekst ów udostępniła za darmo w ramach tak zwanego „bezpłatnego limitu platformy cyfrowej”.
     I oto, w tej samej niemal chwili okazało się, że ów news stanowi bezczelne kłamstwo, a do przekazania owej informacji wyznaczony został Onet. Ten wprawdzie swój tekst zaanonsował na głównej stronie tak samo, jak „Wyborcza”, czyli „Biskupi nie muszą zgłaszać pedofilii”, tyle że na samym końcu umieścił dyskretny znak zapytania, sam kliknięcie jednak prowadziło już bardziej dociekliwych czytelników do właściwego artykułu i tytułu... „Obowiązkiem Kościoła jest zgłaszanie przypadków pedofilii”:
Przedstawiciele Kościoła mają obywatelski, moralny i etyczny obowiązek zgłaszać przypadki pedofilii oraz współpracować ze świeckim wymiarem sprawiedliwości – przypomniał przewodniczący Papieskiej Komisji ds. Ochrony Nieletnich kardynał Sean Patrick O’Malley. […] W wydanym komunikacie, rozpowszechnionym przez Watykan, amerykański hierarcha przypomniał słowa papieża Franciszka o tym, że czyny wykorzystywania dzieci ‘nie mogą być nigdy więcej utrzymywane w tajemnicy’. Następnie oświadczył: ‘My, przewodniczący oraz inni członkowie komisji pragniemy stwierdzić, że nasze zobowiązania wobec prawa cywilnego muszą być oczywiście szanowane, ale niezależnie od nich wszyscy mamy obowiązek moralny i etyczny zgłaszać domniemane przypadki władzom cywilnym, które mają zadanie ochrony naszego społeczeństwa’”.
      Pisząc tamten tekst, przypomniałem sobie wypowiedź jednego z bohaterów afrykańskich wspomnień Roalda Dahla, Mdisho. Otóż wobec zbliżającej się II Wojny Światowej, ów Mdisho powiedział:
Uderzmy pierwsi. Weźmy ich z zaskoczenia, tych Niemców, panie. Pozabijajmy ich wszystkich zanim wojna się zacznie. To jest zawsze najlepszy sposób, panie. Moi przodkowie zawsze atakowali pierwsi Na wojnie nie ma reguł. Liczy się tylko zwycięstwo”.
      Mam wrażenie, że oni to już wiedzą od dawna, a myśmy, mimo tylu złych doświadczeń, nie zdecydowali się, by uderzyć jako pierwsi. I pomyśleć, że tyle było okazji i możliwości. Ktoś powie, że PiS rządził zaledwie chwilę i miał inne rzeczy na głowie. No i zgoda, ja bym jednak chciał wiedzieć, co przez ten cały czas robiły wspomniane niezłomne wcześniej media? Czyżby one uznały, że skoro mają Latkowskiego, to mogą się już zająć na spokojnie Smoleńskiem, Gronkiewicz, Tuskiem, Żydami i Europą? I nawet dziś jedyne na co ich stać, to odważnie wymienić nazwisko Romana Polańskiego.
       Ciekawe, czy kiedy już tę potyczkę będziemy mieli za sobą, a jestem pewien, że po niedzieli wszystko wróci do normy, nie będziemy głupio czekać na kolejny atak, tylko podejmiemy uderzenie wyprzedzające.



Przypominam swój adres mailowy: k.osiejuk@gmail.com. Gdyby ktoś chciał sobie kupić moją najnowszą książkę o języku angielskim jako zabójczej broni Brytyjskiego Imperium, zachęcam do kontaktu. A jeśli komuś się nie chce pisać, może kliknąć w okładkę tuż obok i wyjdzie prawie na to samo.

wtorek, 21 maja 2019

Nie zabijaj, nie cudzołóż, nie kradnij


       Do Facebooka podchodziłem jak pies do jeża dwukrotnie. Pierwszy raz wiele lat temu, niestety tamta próba zakończyła się dla mnie tragicznie, ponieważ w momencie, gdy postanowiłem się pokazać publicznie, straciłem niemal wszystkie swoje lekcje, a tym samym jedyne wówczas moje źródło utrzymania. Dlaczego? No tu jest sprawa jasna. Wszystko w ramach walki z pisizmem.
       W tej sytuacji zamknąłem swoje facebookowe konto – swoją drogą, czy wiedzą Państwo, że prognozy są takie, że po koniec XXI wieku, Facebook będzie rejestrował więcej kont zmarłych użytkowników, niż tych, którzy jeszcze się tam kręcą? – i po tym, jak wreszcie udało mi się jako tako odbudować swoją pozycję na rynku, konto to reaktywowałem. Dziś trudno jest mi powiedzieć, czy przez te lata coś się tu zmieniło, czy tak było zawsze, ale dziś w równie znacznym stopniu jak korzystam z Facebooka, korzystam też z tak zwanego Messengera, a więc programu, który umożliwia bezpośredni kontakt między znajomymi. W moim wypadku owo korzystanie sprowadza się do czegoś, co uruchomiło moje dziecko, a co nosi nazwę „Rodzinka” i polega na tym, że moja żona, moje dzieci, moja synowa, no i ja osobiście, wciąż jesteśmy ze sobą w kontakcie. I tu jest pierwsza ciekawa, a jednocześnie bardzo ważna dla całej historii, rzecz. Otóż, jak bardziej uważni czytelnicy zauważyli, nie wymieniłem swojego zięcia. Otóż on w tym nie bierze udziału, bo, jak powiedział, nie jest w stanie się połapać w tym nieustannym rozgardiaszu, gdzie od rana do wieczora wszyscy ze sobą gadają, najczęściej o rzeczach kompletnie nieistotnych, a przez to dla niego zwyczajnie nieciekawych, a często zupełnie niezrozumiałych.
      I tu przechodzę do tematu dzisiejszej notki. Otóż w tym, jak już wspomniałem, rozgardiaszu, syn mój w pewnym momencie podzielił się z nami na wspomnianej „Rodzince” następującą refleksją:
     Jak zabijasz dorosłego człowieka, to nie odbierasz mu życia, które już przeżył, bo tego już nikt nie skasuje, bo to już jest w przeszłości. Więc odbierasz mu tylko to, co dopiero ma się wydarzyć. Czyli nie ma różnicy między zabiciem dorosłego człowieka a zabiciem płodu, nawet gdyby to był tylko płód. Bo w obu przypadkach odbierasz tylko przyszłość. Jak ktoś zabije małe dziecko, to wszyscy to bardzo przeżywają i mówią, że to jest straszne, bo tak bardzo mało życia za nim, a tak dużo przed.  Co jest dowodem na to, co powiedziałem. A w przypadku aborcji to jest doprowadzone do skrajności, więc wszyscy powinni być jeszcze bardziej przeciwko”.
      Powiedziało moje dziecko co powiedziało, a następnie, jak ktoś niespełna rozumu, zachęciło nas wszystkich do dyskusji. Ponieważ, jak wszyscy rozumiemy, w ten sposób na tematy o takim poziomie powagi rozmawiać się nie da, ja, mimo bardzo szczerych chęci, machnąłem na ten apel ręką i zatopiłem się we własnych refleksjach. I oto co wymyśliłem i czym pragnę się podzielić dziś – również z nim – tu i teraz.
      Otóż pomyślałem sobie zupełnie nieoczekiwanie, że – choć syn mój zwrócił uwagę na coś prawdziwie niezwykłego – w jego rozumowaniu tkwi pewien błąd. I wcale mi nie chodzi o to, co się narzuca już w pierwszej chwili, a mianowicie to, że ze strony zwolenników aborcji pojawi się natychmiast argument, że płód to nie jest żadne życie, ale zaledwie zlepek komórek, a więc nie ma mowy o przeszłości, przyszłości, a więc również o życiu. Moja myśl – przyznaję, że myśl, która się pojawiła dziś w mojej głowie po raz pierwszy od 64 lat – jest taka, że, jak się zastanowić, to każde zabójstwo, bez względu na to, czy dotyczące nienarodzonego dziecka, ambitnej licealistki, czy starego dziada, takiego jak ja, wiąże się z odebraniem mu wyłącznie przeszłości, zapisanej we wspomnieniach. Żadne zabójstwo nie odbiera człowiekowi przyszłości, z tego prostego powodu, że przyszłość, poza naszymi aktualnymi i przeszłymi wyobrażeniami, zwyczajnie nie istnieje. Kiedy człowiek zostaje zamordowany, w tym momencie wszystko się kończy i dalej nie ma już nic. A zatem, jeśli spojrzymy na ów problem z praktycznego punktu widzenia, zabójstwo jest dokładnie takim samym występkiem, jak pospolita śmierć. Chodzi mi o to, że, czy człowieka zabije jakiś przygodny bandyta, czy lekarz ginekolog, czy rak trzustki, efekt jest dokładnie taki sam. Coś jak najbardziej realnego się kończy, a dalej nie ma już nic. A w związku z tym, że czegoś nie ma, nie ma też sposobu, by o tym mówić, jako o utracie. A w tej sytuacji, jeśli mamy na całą kwestię patrzeć, tak jak oni sobie życzą, a więc przez pryzmat owego symbolicznego już „szkiełka i oka”, to nawet najgorsze morderstwo nie jest tak naprawdę niczym specjalnym. Oczywiście, dla zabójcy to jest problem, bo za to co zrobił albo pójdzie siedzieć, albo po śmierci trafi do piekła.  Jednak fakt pozostaje faktem: czy człowieka zabije pijany kierowca, czy wesoły aborcjonista, czy zaćpany nożownik, czy wreszcie śmiertelna choroba, krzywda jest dokładnie taka sama, czyli praktycznie żadna. Odebrane zostaje bowiem wyłącznie to co jest tu i teraz, a więc życie. Nie wspomnienia, nie marzenia i tym bardziej nie jakaś kompletnie nieznana przyszłość, ale wyłącznie życie.
       I tu dochodzę do sedna moich rozważań, do których zachęcił mnie w tak piękny sposób mój syn. Otóż zabójstwo jako takie stanowi zło nie z tego powodu, że człowiek człowiekowi wyrządza krzywdę. Jeśli ja jutro z jakiegokolwiek powodu umrę, nie ma żadnego sposobu, by stwierdzić, czy to wydarzenie mi zaszkodziło, czy wręcz przeciwnie; czy ja coś straciłem, czy może jakąś przedziwną mocą nieznanego, zyskałem. Czy w związku z tym, co się stało, ja w tym ostatnim mgnieniu świadomości powinienem swojemu losowi – specjalnie, na potrzeby argumentacji, nie używam imienia Pana Boga – dziękować, czy go przeklinać. Dlaczego? Powtarzam raz jeszcze: dlatego, że ja nie mam żadnego sposobu, by się dowiedzieć, co mi zostało odebrane, czy zadane.
        A zatem, proszę pomyślmy przez chwilę, dlaczego, skoro jest jak jest, my wciąż wierzymy, że przykazanie „Nie zabijaj” jest tak ważne, że niektórym z nas wręcz wydaje się przykazaniem podstawowym, a wszystkie państwa traktują je z taką powagą, że zabójstwo obkładają karą największą? Otóż, w moim przekonaniu – przyznaję, że przekonaniu bardzo świeżym – jedyny tego powód jest taki, że wszyscy albo wiemy, albo czujemy podskórnie, że życie, którym zostaliśmy obdarzeni, nie należy do nas. Odbieranie go komukolwiek, w tym sobie samemu, jest zwykłą kradzieżą. Kradzieżą, a więc kto wie, czy nie występkiem równie poważnym jak wspomniane zabójstwo.
      A może nawet poważniejszym, dlatego choćby, że człowiekowi, któremu kieszonkowiec na dworcu ukradł stówę jest naprawdę przykro, a dziecko, które rozszarpał na kawałki jakiś rzeźnik w garniturze ma szczęśliwie wszystko w swoim ślicznym nosku.
      A co myśleć o sytuacji, gdy nagle komuś przyszło do głowy okraść Pana Boga.






poniedziałek, 20 maja 2019

Czy Tomasz Sekielski powinien zostać odznaczony Wielkim Orderem Dobrej Zmiany?


Nie wiem, czy w ten akurat sposób uda mi się zamknąć tu ostatnio zprzątający tak naszą uwagę temat, no ale spróbujmy. Otóż przed nami mój najnowszy felieton dla „Warszawskiej Gazety”, z którego część tez już tu omówiliśmy, ale, owszem, całość może być warta naszej uwagi. A zatem zapraszam.


Zanim z najświeższego, tak długo i z takim zaangażowaniem sił i środków atakowi przeciwko Kościołowi, a przede wszystkim św. papieżowi Wojtyle pozostaną jedynie nic nie znaczące strzępy, chciałbym podzielić się z czytelnikami „Warszawskiej Gazety” swoją skromną refleksją. Otóż, podobnie jak to było w przypadku niedawnego wystąpienia Donalda Tuska na Uniwersytecie Warszawskim, które to wystąpienie, jeszcze zanim się na dobre rozpoczęło, zostało wręcz zjedzone przez konferansjerkę niejakiego Jażdżewskiego, i tym razem cały zamysł wziął w łeb najpierw w momencie gdy na scenę wyszedł już dziś świętej pamięci ksiądz Franciszek Cybula, a już po paru dniach wieko tej trumny zostało dociśnięte bucikiem aktorki Pauliny Młynarskiej.
Zacznijmy jednak od księdza Cybuli. Póki co, jak sądzę, większość obserwatorów naszej sceny publicznej albo nie ma pojęcia, albo skutecznie zdążyło już zapomnieć, kim był ów dziwny ksiądz. Ci jednak co nie zapomnieli, wiedzą, że powiedzieć o księdzu Cybuli, że był czy to kapelanem prezydenta Wałęsy, czy nawet jego osobistym spowiednikiem, to naprawdę niewiele. Dla mnie na przykład, ksiądz Franciszek Cybula, gdy chodzi o owe pięć lat prezydentury Lecha Wałęsy, to koszmar, którego nie potrafię porównać nawet z prawdziwym złym duchem tamtych dni, a więc Mieczysławem Wachowskim, podsekretarzem stanu i szefem gabinetu prezydenta. Ci co pamiętają tamte czasy, pamiętają też owe wstrząsające wręcz ujęcia, gdzie nie było chwili, by Lech Wałęsa był pozbawiony towarzystwa jednego i drugiego, a twarz było nie było osoby duchownej  robiła tam wrażenie autentycznie upiorne. Oto pięć długich lat, kiedy to, przynajmniej z mojego punktu widzenia, na Krakowskim Przedmieściu zamieszkał Diabeł. I z tym obrazem w tle otrzymujemy informację, że ksiądz Cybula to agresywny homoseksualista, pedofil i jeszcze na dokładkę tajny współpracownik komunistycznej bezpieki, dzięki gwarancjom otrzymanym od Wałęsy, pozostający do śmierci poza wszelkim podejrzeniem. I to, proszę państwa, dla mnie jest jedyna warta uwagi informacja płynąca z filmu braci Sekielskich.
 To zatem jest film, ale przed nami coś co dopiero nadejdzie, bo, moim zdaniem, nadejść musi. Oto po raz drugi, jak się okazuje w ciągu minionych kilku lat aktorka Paulina Młynarska próbuje zainteresować opinię publiczną swoją historią związaną z pracą przy filmie Andrzeja Wajdy „Kronika wypadków miłosnych”. Jak się dowiadujemy, tym razem już chyba skutecznie, kiedy Młynarska była zaledwie 14 letnią dziewczynką, Wajda i jego ekipa, aby zmusić ją do obnażenia się na planie, otumanili ją jakimiś tabletkami oraz alkoholem, przez co ona do dziś, jak twierdzi, przeżywa koszmar. A my, którzy znamy jej niezwykłą historię, musimy jej wierzyć. Tego typu upadki bowiem raczej się nie zdarzają.
 I szczególnie to wyznanie Młynarskiej daje mi szczególną nadzieję, że jeśli tym razem połączone siły ogólnopolskich mediów nie uznają go za nie warte uwagi, to będzie zaledwie początek. I daję słowo, że bohaterami lawiny, która spadnie nie będą księża.



Gdyby ktoś miał życzenie kupić sobie którąś z moich książek, to niestety część z nich jest już niedostępna, ale kilka, owszem, znajduje się w księgarni www.basnjakniedzwiedz.pl. Wystarczy kliknąć w którąś z okładek obok i próbować iść dalej. Zapraszam.