Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sekty. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sekty. Pokaż wszystkie posty

środa, 23 maja 2018

Jak się bronić przed TymCoSięUśmiecha?


     Czemu ona to zrobiła, mogę się tylko domyślać, a to co mi chodzi po głowie, to to, że ona prawdopodobnie widząc, jak ja z każdym kolejnym rokiem popadam w coraz większe otępienie, uznała, że skoro niemal kompletnie zrezygnowałem z czytania książek, to może jakoś uda się mnie podnieść z tego upadku przy pomocy filmów. No i wtedy właśnie moje najmłodsze dziecko namówiło mnie, bym obejrzał wszystkie sześć odcinków prezentowanego na Netflixie dokumentu zatytułowanego „Wild Wild Country”, co też uczyniłem i w związku z tym mam tu jedną bardzo krótką refleksję.
     Ponieważ gorąco zachęcam do obejrzenia owego filmu, a jednocześnie nie chcę go spoilerować, powiem bardzo krótko, że przedstawia on sytuację do jakiej doszło na początku lat 80. w amerykańskim stanie Oregon, kiedy to w miasteczku, dotychczas zamieszkiwałym przez 40, słownie czterdzisęci, głównie starszych osób, o nazwie Antelope, osiedliła się hinduistyczna sekta  dowodzona przez niejakiego Bhagwana Shree Rajneesha i w pewnym momencie uzyskała taką władzę i taką moc, że pojawiło się niebezpieczeństwo, że jeśli dojdzie to jakiegoś kryzysu, to co się stało przed laty w Jonestown z inspiracji niejakiego Jima Jonesa może się okazać zwykłym żartem. Jak mówię, nie zamierzam tu palić tematu, jednak chciałem się podzielić jedną drobną refleksją, która z jednej strony być może zachęci część Czytelników do obejrzenia tego filmu, a z drugiej powie nam coś bardzo ważnego na temat tego, co nas i dziś tu i teraz otacza. Otóż było tak, że ów Bhwagwan miał obok siebię sekretarkę, a jednocześnie najbardziej sobie zaufaną osobę zwaną Ma Anand Sheela, która de facto była mózgiel całej tej operacji i bez której, jak się miało po latach okazać, cały ten interes zwyczajnie nie był w stanie funkcjonować. No i kiedy po trwających przez wiele długich lat perypetriach, oni wszyscy zostają aresztowani i postawieni przed sądem, oglądamy scenę w której wypowiada się prowadzący sprawę prokurator, człowiek, dzięki któremu udało się sprawę zakończyć z sukcesem, i opowiada jak to po raz pierwszy miał okazję się skonfrontować osobiście z ową Sheelą. I mówi mniej więcej coś takiego: „Byłem wstrząśnięty. Ona była taka sympatyczna, taka radosna, taka życzliwa. Odpowiadała na wszystkie moje pytania i choćby jednym słowem nie dała mi powodu do tego, bym uznał, że kiedykolwiek mogła zrobić coś złego”. Ponieważ oglądałem ten film już od wielu godzin i byłem odpowiednio już zaangażowany, pomyślałem sobie, jak to na filmach: „Jasna cholera! No i na koniec okaże się, że ona jego też opętała”. No i w tym momencie padły kolejne słowa: „I w tym momencie zrozumiałem, że nie ma takiej kary, jaka komuś tak zdeprawowanemu mogła oddać sprawiedliwość”.
       A zatem, proszę Was wszystkich miejcie oko na tych, co się uśmiechają. Zwłaszcza wtedy gdy nikomu nie jest do śmiechu.



Zachęcam wszystkich do odwiedzania księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl i do kupowania moich, i nie tylko moich, książek.
   

niedziela, 13 kwietnia 2014

W durszlaku im do twarzy

Mamy kolejny weekend, a więc tradycyjnie przestawiam swój ostatni felieton z "Warszawskiej Gazety". Mam nadzieję, że rozweseli nam on ten niedzielny dzień i da nadzieję na lepszy tydzień.

Nie wiem, czy czytelnicy „Warszawskiej Gazety” wciąż pamiętają owe kuriozum, a jeśli nie pamiętają, to czy w ogóle na nie zwrócili uwagę, przypomnę więc. Otóż przed parunastu laty pewien Amerykanin, niejaki Bobby Henderson, ogłosił publicznie, a następnie przeprowadził odpowiednią procedurę prawną, w wyniku której zarejestrowane zostało wyznanie noszące nazwę pastafarianizmu, głoszące, że świat został stworzony przez Latającego Potwora Spaghetti, zgromadzone w Kościele Latającego Potwora Spaghetti i zobowiązujące swoich członków do noszenia na głowie durszlaka.
Ponieważ Ameryka jest duża, a świat jeszcze większy, owo wydarzenie spotkało się z pewnym zainteresowaniem jedynie w Austrii i w Czechach, natomiast w stosunkowo niewielkiej Polsce, która od czasu gdy swoją przystań znalazły w niej, jak to swego czasu celnie określił Jarosław Kaczyński, „różne szatany”, jest otwarta na wszelkie zło tego świata, to coś się rozpanoszyło na tyle bezczelnie, że w pewnym momencie trafiło na poziom mediów ogólnokrajowych, oczywiście z żądaniem, by odpowiednie władze zechciały i tu w Polsce zarejestrować Polski Kościół Latającego Potwora Spaghetti.
Jak mówię, Polska jest stosunkowo nieduża i w ostatnich latach bardzo mocno zdemoralizowana, ponieważ nie na tyle jednak jak wspomniane Austria i Czechy, władze odmówiły oficjalnego uznania tego opętania i naszych pastafarian odesłała tam gdzie ich miejsce, a więc w sam jego środek.
Czy to dobrze, czy źle? Otóż nie mam wątpliwości, że gdyby ów gest nie wynikał z typowego, podszytego fałszem wyrachowania, gdyby za nim poszły następne, czyli obciążenie inicjatorów tego przedsięwzięcia takimi sankcjami, by się do śmierci spod nich nie wygrzebali, gdyby wreszcie polskie państwo ogłosiło jasno, że wszelkie tego typu próby rozrabiania zostaną najsurowiej potraktowane, ja bym tym decyzjom jednoznacznie kibicował. Tu jednak mieliśmy do czynienia ze zwykłym lękiem przed społeczeństwem. Ja nie mam wątpliwości, że zarówno minister Boni, który tym satanistom odmówił rejestracji, jak i sam premier Tusk, z którym on sam musiał swoją decyzję konsultować, jak również cała reszta tej bandy klaunów i uzurpatorów, gdyby tylko mogli, jako pierwsi zapisaliby się do tej sekty, w głębokim przekonaniu, że to wszystko jest szalenie zabawne… tyle że czuli, że chyba im nie wypada.
A zatem, kiedy dziś słyszę, że oto sąd zakwestionował decyzję ministra Boniego sprzed lat odmawiającą tym opętańcom rejestracji i wszczął odwrotną procedurę, myślę sobie, że wcale nie jest aż tak źle. Mam bowiem nadzieję, że polski sąd, który najwyraźniej zatracił najprostsze instynkty, zarejestruje te durszlaki i oni wszyscy stopniowo nabiorą odwagi i sami zaczną się tak nosić. Daniel Olbrychski, Kazimierz Kutz, ksiądz Sowa, Jerzy Stuhr, Jacek Żakowski, a po nich – widząc, że oto pojawia się nowy, popularny trend – pójdzie Radek Sikorski, wspomniany wcześniej Donald Tusk, a kto wie czy na końcu nie i sam Pan Prezydent z Małżonką. I wtedy ich wszystkich będziemy mieli jak na przysłowiowym widelcu. Wreszcie.

Jak już miałem okazję ponarzekać, przed nami tydzień dramatycznie niepeny. Jesli ktoś ma tylko możliwości i lubi czytać te teksty, bardzo proszę o wsparcie dla tego bloga, a przy okazji dla nas. Numer konta i adres w paypalu zamieszczam obok i oczywiście za kazdy gest, bardzo dziekuję.

Czy Donald Tusk wierzy w Boga?

        Gdy chodzi o kardynała Rysia, czy wielu innych księży, biskupów, arcybiskupów i kardynałów, to często bywa tak, że czuję rozczarowan...