poniedziałek, 29 sierpnia 2011

Sianki-Wołosianka, czyli historia jednego Narodu i jednego plemienia

Poniższy tekst powstaje już od kilku dni i, tak jak to zwykle bywa w tego typu sytuacjach, w pewnym momencie przychodzi do głowy, żeby może dać spokój i całą tę Ukrainę przynajmniej na jakiś czas odłożyć na bok. Niestety, sama Ukraina nie bardzo daje nam jakiekolwiek pole manewru. Oto w „Uważam Rze” sprzed tygodnia natrafiłem na relację z, ukraińskiej oczywiście, zbrodni sprzed lat, kiedy to we wsi Ostrówki na Wołyniu, Ukraińcy zamordowali w najbardziej okrutny sposób 250 osób. Artykuł, tak jak większość tego typu artykułów, opisuje zdarzenie z najdrobniejszymi szczegółami, a nam nie pozostaje nic innego jak albo płakać, albo kipieć z wściekłości. Ewentualnie jeszcze możemy się cieszyć, że już niedługo do Ostrówek przyjedzie prezydent Komorowski, by zainaugurować kolejny nowy początek w relacjach polsko-ukraińskich.
Tak się składa, że moje stanowisko w wymienionej kwestii jest nieco bardziej oryginalne od wszystkiego, a sprowadza się ono do przekonania, że, w żaden sposób nie zapominając o wszystkich okrucieństwach, jakich Polacy doświadczyli swego czasu z rąk swoich ukraińskich oprawców, i zachowując tę samą na zawszę ocenę wątpliwych bardzo zasług Ukraińskiej Powstańczej Armii i jej przywódcy Stepana Bandery dla historii człowieka i świata, powinniśmy, jako naród wielki i godny, machnąć ręką na te wszystkie ukraińskie pretensje do niczym nie uzasadnionej wielkości, i zająć się własnymi interesami. A wśród nich, być może jednym z najważniejszych – by nie pozwolić Ukrainie wrócić pod skrzydła Rosji.
Z czego dokładnie wynika moje przekonanie o tym, że nie powinniśmy rozpamiętywać, a już z całą pewnością pozwalać na to, by pamięć o ukraińskich okrucieństwach wobec Polski i Polaków determinowała nasze myślenie o przyszłości tej części Europy? Otóż chodzi mi o to, że, moim zdaniem, z jednej strony, coś takiego jak naród ukraiński historycznie nie istnieje, i jeśli mamy mówić o Ukraińcach, to wyłącznie w kategoriach czegoś bardziej na kształt lokalnego plemienia, niż narodu, z drugiej natomiast strony, niezwykle rozbuchane pretensje dzisiejszej Ukrainy do tego by ta ich zupełnie świeża państwowość była przez cały świat traktowana bardzo poważnie, są i nie do opanowania, ale też i nie bardzo komukolwiek, poza oczywiście Rosją, mogą przeszkadzać.
Wydaje mi się, że przy obecnym stanie emocji, jakie obserwujemy po stronie ukraińskiej, a więc w postaci albo służalczego parcia w stronę Rosji na Wschodzie, albo głupiego nadymania się tą ich banderowską tradycją na Zachodzie, to nasze nieustanne żądanie od Ukraińców, żeby przeprosili nas za to co nam swego czasu zrobili, i jednocześnie pozwolili nam czcić pamięć Lwowa i okolic, jako naszą wspaniałą, polską pamięć, jest niczym innym jak domaganie się od nich, by przyjęli wreszcie to, dla mnie naturalne, a dla nich, nie do pomyślenia, stanowisko, że oni w najlepszym wypadku mogą liczyć na to, że historyczną i cywilizacyjną pozycję choćby takiej Polski osiągną, jak dobrze pójdzie, za jakieś pięćset lat. A już z całą pewnością, nie wcześniej, niż w dniu, gdy ich jedynymi liczącymi się bohaterami narodowymi przestaną być Stepan Bandera i Taras Szewczenko.
Jeszcze przed laty, kiedy swój blog prowadziłem w Salonie24, dyskutując zagadkę owego ukraińskiego zbydlęcenia, któryś z tamtejszych blogerów napisał coś takiego:
“Otóż UPA dokonała tych zbrodni z tak straszliwym bestialstwem (wyłupywanie oczu, palenie, krojenie piłami, obdzieranie ze skóry itd.) jak najbardziej celowo. Nie z powodu wrodzonego bestialstwa i zdziczenia ale jak najbardziej celowo i racjonalnie. Ponieważ UPA była bardzo zdyscyplinowana i zorganizowana, ale nie dość silna żeby wymordować wszystkich Polaków na Kresach, więc uznała, że jeśli będzie dokonywać tych mordów z tak straszliwym okrucieństwem, to wywoła przerażenie wśród wszystkich Polaków i nawet ci, których nie będzie można wymordować, sami uciekną za Bug.
To bestialstwo było częścią dobrze zaplanowanej zbrodni”.
Jest to wyjaśnienie oczywiście bardzo sensowne, choć jednak tylko częściowe. Bo ono odpowiada na pytanie o ukraińskie okrucieństwo odpowiada jedynie od strony technicznej. A ja bym chciał wiedzieć, dlaczego akurat Ukraińcy? Dlaczego nie Serbowie, dlaczego nie Chorwaci, dlaczego nie Wietnamczycy. Dlaczego nasi bracia Ukraińcy? Czyżby tamci byli mniej zdyscyplinowani? Bądźmy poważni.
Ja jednak nie znam odpowiedzi na to pytanie. Jedyne, co mi przychodzi do głowy: „Bo tak”.
Ale jeżeli ‘bo tak’, to tym bardziej nie ma już co dłużej na ten temat z Ukrainą rozmawiać. Nie ma też co dłużej o tym z nimi rozmawiać, nawet jeśli ktoś znajdzie na to pytanie odpowiedź bardziej intelektualnie umocowaną. Na przykład, że Ukraińcy mają to coś we krwi, albo, że szatan sobie Ukraińców bardzo upodobał. Bo oni, choćby się świat walił, winy na siebie nie wezmą. A jeśli nie wezmą, to możemy, owszem, nadal publikować zdjęcia rozprutych brzuszków i wyłupionych oczu i połamanych rączek i mówić, że to na cześć – ich i naszej – pamięci. Jeżeli tej odpowiedzialności na siebie nie wezmą, możemy też powiedzieć Ukraińcom, idźcie od nas w cholerę, bo jesteście zbyt straszni, żeby wasze imię zakłócało nasz sen.
I wreszcie, jeśli nie wezmą, powinniśmy natychmiast odwołać z Ukrainy naszego ambasadora, ich ambasadorów poszczuć psami, a na granicy poustawiać zasieki.
A nie wezmą. Bo wprawdzie była premier Tymoszenko dziś jest systematycznie truta gdzieś w kijowskim więzieniu, a były prezydent Juszczenko już wkrótce może się spokojnie spodziewać czegoś bardzo podobnego, jednak nie zmienia to faktu, że na murach całej zachodniej Ukrainy wciąż się będą powtarzać te same plakaty, billboardy i ten sam rodzaj graffiti, o jednym i tym samym przesłaniu – że nie ma jak Stepan Bandera i jego boski projekt o nazwie UPA.
Minioną sobotę spędziłem w Samborze, Truskawcu, Drohobyczu i – co być może najbardziej z tego wszystkiego znaczące – przejechałem się karpacką koleją z Sianek do Wołosianki, przez coś, co można z najczystszym sumieniem i drżącym sercem nazwać Zieloną Ukrainą. I, powiem najzupełniej uczciwie, ta wizyta zrobiła na mnie wrażenie nie mniejsze, niż te tyle już razu oglądane zdjęcia tych maleńkich dzieci przywiązanych kolczastym drutem do tego drzewa w którymś z parków we Lwowie, czy diabli wiedzą gdzie… no ale niewątpliwie tam, gdzie świat im wtedy pozwolił przez tę jedną chwilę chodzić zupełnie samopas. Sambor wygląda dość dobrze. Biednie, ale nie najgorzej. Natomiast Drohobycz, czy Truskawiec, gdyby nie te jeszcze nie do końca zniszczone polskie resztki, nie byłoby nawet o czym mówić. To co najpierw Sowieci, a później już sami Ukraińcy zrobili z tymi miasteczkami woła o pomstę do nieba. I jakby tego było mało, gdzie nie spojrzeć, te ich nędzne bazgroły, typu: „Sława gierojom UPA”, czy ów potężny, górujący nad drohobyckim rynkiem jak cała kamienica, portret Bandery.
No i te góry. Patrzyłem na tę zieleń, tak upojną i soczystą, tak gęstą i nieporównywalną z niczym innym, zanurzoną w tej biedzie i zniszczeniu wręcz nie do opisania, i myślałem sobie, że jaka to straszna niesprawiedliwość, że zabrano nam coś tak pięknego, a za to dali nam… no co? Jezioro Barlineckie? Nie żartujmy. Ale i to nie jest jeszcze najgorsze. Niechby i zabrali i coś tam zbudowali. Tymczasem nic z tego. Zabrali i porzucili, by gniło.
Wyjechaliśmy tą brudną, śmierdzącą wódą, lepką od jakiegoś wieloletniego syfu kolejką z wioski Sianki. Gdyby ktoś nie wiedział, Sianki to miejsce dziś już przedzielone na pół granicą, i żywe – ledwo żywe – jeszcze tylko trochę po ukraińskiej stronie. U nas już puste i zarośnięte kwiatami i drzewami.
Przed wojną Sianki były znaną w całej Polsce stacją sportów zimowych i jedną z największych miejscowości letniskowych z czterech powiatów górskich województwa lwowskiego, a w powiecie turczańskim – największym letniskiem. Wakacje regularnie spędzał tam marszałek Piłsudski. W latach trzydziestych na spragnionych radosnych wakacji turystów czekało w Siankach 10 domów letniskowych, 6 pensjonatów, luksusowo urządzone schronisko Przemyskiego Towarzystwa Narciarskiego, dom kolonii wakacyjnych T.N.S.W. we Lwowie, stacja turystyczno-narciarska P.T.T. u pani Genowefy Stefańskiej, kilka restauracji, bufet kolejowy, 7 sklepów spożywczych, piekarnia, orkiestra sezonowa, teatr amatorski, biblioteka, dancing, korty tenisowe, boisko do siatkówki i koszykówki, skocznia narciarska i tor saneczkowy. W 1935 r. powstała tu stacja meteorologiczna II rzędu, podobne stacje znajdowały się w Cisnej, Komańczy , Dynowie, Dolinie Kościeliskiej i Nowym Targu.
Byłem tam parę dni temu i nie znalazłem nawet echa tego, co tam się musiało przed laty dziać. I powiem szczerze, ze nie umiem nawet powiedzieć, jak by to miejsce wyglądało dziś, gdybyśmy naszej Ukrainy swego czasu nie utracili, ale i tak nie udałoby się nam uniknąć tego strasznego przejazdu przez Polskę sowieckich i polskich komunistów. Ale też, gdybyśmy tej Ukrainy nie utracili, a te minione dwadzieścia lat spożytkowalibyśmy tak, jak to widać, słychać i czuć aż nazbyt wyraźnie. Natomiast zastanawiam się, czy nie byłoby nam, mimo wszystko, lepiej się czuć w konfrontacji z tą bylejaką dzisiejsza Ukrainą i tymi Ukraińcami, snującymi się po tej zagrabionej nam ziemi z portretami Stepana Bandery, gdybyśmy chociaż te minione 20 lat poświęcili na to, by choćby tę nasza część Sianek doprowadzić do jakiegoś względnego choćby porządku i coś tam od nowa postawić.
Tymczasem pozostaje nam jedynie rozpamiętywać z jednej strony to co nam Ukraińcy, korzystając oczywiście najlepiej jak tylko potrafili, z ruskiej i niemieckiej pomocy, przed laty zrobili, a z drugiej tęsknić za tą zielenią. Nie wiem czy mam rację, ale wydaje mi się, że gdybyśmy dziś, choćby teraz, przy okazji najbliższych wyborów byli w stanie wybrać taką władzę, która rozumie czym jest Polska i co to słowo dla nas znaczy, za kilka lat moglibyśmy stanąć na nogi i osiągnąć taką pozycję, że – skoro już mówimy o Ukraińcach – oni by nam przynieśli siebie i ten Lwów i tę drugą część Sianek na tacy i poprosili, byśmy zechcieli się nimi zaopiekować. A jakby tego było mało, to by i przyznali, że ten Bandera to był jednak szubrawiec. A tak, wciąż mogą sobie bezpiecznie, pod samym naszym nosem, coś tam roić. I to jest nasz problem. Cała reszta, to już wyłącznie ich – i tylko ich – zmartwienie.
Ponieważ wszystko – przynajmniej na tym etapie – pozostaje takie jak dotychczas, bardzo proszę o dalsze wspomaganie tego bloga. Przez kupowanie książki i przez pomoc bardzo bezpośrednią, na podany obok Numer konta. Bardzo wszystkim za ten gest dziękuję.

sobota, 27 sierpnia 2011

Cyrylica, czyli sława gierojom UPA!

Właściwy tekst na temat Ukrainy – ciekawe po raz to już który – wciąż jeszcze przed nami, natomiast dziś chciałem zwrócić uwagę na coś, co nigdy tak naprawdę mnie nie zainteresowało, a tym razem, owszem, to coś zauważyłem. Otóż kiedy się człowiek nagle pojawi na Ukrainie, ale przecież też – co akurat tu jest dość ważne – w Rosji, czy w ogóle na terenach tak zwanego dawnego Sowietu, to co uderza przede wszystkim, to fakt, że wszystką wszędzie jest napisane tak zwaną cyrylicą. Dla człowieka takiego jak ja, lub pewnie każdego mojego mniej więcej rówieśnika, napisy sporządzone ową cyrylicą nie stanowią większego problemu, bo tych liter bardzo skutecznie uczyliśmy się w szkole, i nawet jeśli ktoś był uczeniem – tak jak ja – wyjątkowo marnym, to umiejętność czytania cyrylicy pozostaje z nim i tak już do śmierci. Syn mój nie ma pojęcia, co to tam jest napisane, moje córki podobnie, natomiast zarówno pani Toyahowa jak i ja – proszę uprzejmie. Po rusku rozmawiać umiemy mniej więcej tak samo, jakby ta nasza gadka była zaledwie częścią – i to częścią zdecydowanie gorszą – politycznego kabaretu, ale każdy możliwy tekst napisany cyrylicą odgadujemy w jednej chwili.
Skąd się wzięła ta cała cyrylica? Najprościej pewnie, choć niekoniecznie najbardziej zgodnie z prawdą, możnaby powiedzieć, że ona się wzięła dokładnie stąd, skąd wzięły się literki chińskie, arabskie, czy jakieś tam inne, równie egzotyczne, a więc z kultury nam obcej. I to oczywiście natychmiast rozjaśniłoby nam kwestię związaną z tym, że między Rosją i całą resztą tamtego świata, a nami, są lata świetlne. Nawet jeśli geograficznie, mamy ich tuż pod nosem. Jednak sprawa jest daleko bardziej skomplikowana. Otóż, jak sama nazwa na to wskazuje, cyrylica, to – cokolwiek by o niej myśleć – to nie jakaś chińszczyzna, lecz autentyczne, jak najbardziej, chrześcijaństwo, w postaci św. Cyryla, towarzyszącego mu nieustannie św. Metodego, a może nawet bardziej ich uczniów, niejakich Ochrydzkiego i Presławskiego. A więc ani Arabów, ani Chińczyków, lecz naszych braci Słowian. Wschodnich, ale i tak Słowian, jak najbardziej. To oni postanowili, że ich pobożność – były bowiem czasy, kiedy nic nie liczyło się tak jak pobożność – będzie dokumentowana właśnie przy pomocy tych dziwnych literek. I, nie wiedzieć czemu, tak już zostało do dziś.
W Rosji, czy w Bułgarii, nie byłem nigdy, natomiast, owszem, bywam niekiedy na Ukrainie. I powiem szczerze, ten świat, opisany wyłącznie tą cyrylicą, stanowi dla mnie jednocześnie swego rodzaju łamigłówkę i zabawę. Łamigłówkę, bo – każdy kto lubi czytać, wie, o czym mówię – tworzy nie lada wyzwanie sytuacja, kiedy człowiek otoczony jest z każdej strony tą cyrylicą, a jednocześnie nie może się powstrzymać przed tym, by to wszystko wciąż próbować odcyfrować. Zabawę natomiast z tej prostej przyczyny, że jest czymś przecież niewątpliwie zabawnym, kiedy się przez długie minuty człowiek męczy, żeby zrozumieć, co sprzedają w konkretnym sklepie, i nagle ze zdumieniem odkrywa, że tam jest napisane „Сeкoнд хенд”, lub w języku ludzi normalnych, wieśniakow takich jak my – stara szmata.
I to jest też to, co mnie tym razem, jak idzie o tę cyrylicę, na Ukrainie uderzyło najbardziej. Otóż okazuje się, że niewątpliwy postęp cywilizacyjny, jaki nastąpił po tamtej stronie, sprowadza się w dużym stopniu do tego, że kiedy oni chcą sobie coś zakomunikować na poziomie nowoczesnej reklamy, a więc, niech to będzie w ich wypadku, szyld sklepu, to nie będą pisali tak jak dotychczas: „produkty ze skóry”, „oranżada”, „zegarki”, lecz – odpowiednio – „Луи Витон”, „Спрайт”, lub „Слис лоцыс”, lub tak jakoś – nie znam się – tyle że oczywiście, zanim się do tego stwierdzenia dojdzie, należy być w odpowiednim wieku, przypomnieć sobie lata szkolne, i te literki przełożyć z ichniejszego na normalny. Idziemy sobie uliczkami takiego Drohobycza i wszędzie widzimy tylko ten syf, brud, te obdrapane ściany, dziurawe drogi, śmierdzące kible z powyrywanymi deskami, lub bez jakichkolwiek desek, natomiast z tą dziurą w podłodze. Idziemy przez to miasto, i widzimy, jak każda ulica, każdy dom, każdy ryneczek, czy zaułek są przyozdobione albo plakatami, albo rysunkami, albo jakimiś bazgrołami, informującymi o tym, że Stepan Bandera to największy ukraiński gieroj, i że sława UPA, czy nawet niekiedy potężnymi, od nieba do ziemi portretami wspomnianego Bandery – a wszystko to oplecione tą z jednej strony okropną i obcą, a z drugiej prześmieszną jak cholera cyrylicą. I nagle, pośród tego wszystkiego, mijamy kolejny sklep, smutny i szary jak cała reszta… i czytamy, czytamy, czytamy… a tam, nagle odkrywamy, że przed nami jak byk stoi: „Hewlett-Packard Service”, lub choćby skromne „Kodak Color”, tyle że w postaci kabaretowej. I jak tu się nie śmiać?
I pewnie słysząc te wszystkie glosy, które i tak już w tej chwili słyszę, mówiące mi, że jestem głupim szowinistą i rasistą, który uważa, że tradycja i przywiązanie do niej jest piękne, o ile tylko owa tradycja i przywiązanie są nasze, a nie cudze, zreflektowałbym się przynajmniej na tyle, by się zamknąć i trochę pomilczeć, gdyby nie dwie rzeczy, z mojego punktu widzenia decydujące. Pierwsza to taka, że, o ile się orientuję, cała ta kultura, że tak ja nazwę, „cyrylicowa”, nie wniosła do rozwoju świata nic, poza religią prawosławną, która – czego nawet oni sami za bardzo już nie ukrywają – przez to co uczyniła przez całe swoje dzieje, i nadal czyni, rosyjska cerkiew, jest już całkowicie skompromitowana, sowieckim komunizmem i samą tą właśnie cyrylicą, nota bene w cywilizowanym świecie używaną wyłącznie do tego, by w ten symboliczny sposób śmiać się z Rosjan. To już nawet Chińczycy doprowadzili do tego, że banda szpanerów na całym świecie, jak chce się odrobinę polansować, robi sobie tatuaże, lub ozdabia swoje T-shirty chińskimi literkami. Bo to, cokolwiek by znaczyło, niewątpliwie ładnie wygląda. Podobnie zresztą Arabowie. Natomiast, jak idzie o Cyrylicę, to ją, jak idzie o świat, już ostatnio widać wyłącznie w kolejnych odcinkach przygód niejakiego Borata.
Drugi powód, dla którego nie czuję się ze swoimi uprzedzeniami szczególnie źle, to taki, że widzę, jak sami Ukraińcy – a kto wie czy też nie Rosjanie, czy Bułgarzy – sami czują, że na tej cyrylicy daleko nie pojadą. Pisałem już o tym, że coraz bardziej – i nie mam wątpliwości, że coraz częściej – nie tylko ja widzę, że za tymi literkami stoi coś, co w sposób naturalny wyrasta z zupełnie innej niż ta wschodnio-słowiańska gleba, i że im bardziej będzie nam upływał czas, tym bardziej i tym częściej, cyrylica będzie służyła do tego, żeby, nie wiadomo po co i dla kogo, transkrybować w ten strasznie komiczny sposób angielski, niemieckie, czy francuskie słowa. A efekt tego niekiedy jest już tak komiczny, że oni sami coraz częściej rezygnują z cyrylicy na rzecz normalnego alfabetu łacińskiego. W minioną sobotę zajechaliśmy do Sambora i muszę przyznać, że to miasteczko zrobiło na mnie jak najbardziej pozytywne wrażenie. Oczywiście przede wszystkim przez to, ze było stosunkowo zadbane, mimo zbliżającego się wieczoru, wypełnione młodymi i sympatycznymi ludźmi, że – co dla mnie akurat bardzo istotne – ani razu nie zobaczyłem portretu Stepana Bandery i ani razu nie natrafiłem na nabazgrany na ścianie napis „Chwała bohaterom UPA”, ale też własnie tam znaleźliśmy fantastyczny pub, zupełnie identyczny jak dziesiątki takich pubów w Krakowie, czy Wrocławiu, i cała zewnętrzna zapowiedź tego co w środku była sporządzona pismem łacińskim.
Ktoś mnie spyta, co mnie to wszystko obchodzi? Czemu ja nie dam spokojnie żyć i czcić swoją tradycję Ukraińcom, Rosjanom, Bułgarom i kogo tam jeszcze mamy? Czemu ja się w ogóle wtrącam w nie swoje w końcu sprawy? Otóż zgoda. Pewnie mógłbym spokojnie się zamknąć i zająć tym, co mi jest bliższe i z całą pewnością, z punktu widzenia moich interesów, ważniejsze. Tyle że dopiero co, kiedy już wróciłem z tej Ukrainy i zapowiedziałem, że będę chciał coś na temat tej wycieczki napisać, pewien z komentatorów tego bloga zapytał mnie – jakież to już się robi nudne! – jak wygląda sprawa z antypolskimi nastrojami na Ukrainie i czy spotkałem się z przejawami tej antypolskości osobiście. A prawda jest taka, że ja tam, podczas tej mojej wyprawy, jedyne co zauważyłem na tyle, by to zapamiętać i się tym zainspirować, to przede wszystkim te nędzne resztki dawnej polskiej świetności, owo nieustanne obracanie tam i z powrotem nazwiska tego zbrodniarza i okrutnika Bandery i nazwy UPA, ta nędza i ta cyrylica. No i, to tu to tam, słabe próby wyjścia z tego nieszczęścia w jakimś sensowym, choćby tylko na pozór, kierunku. A ponieważ po raz pierwszy w zyciu zauważyłem ten tak niezwykły dysonans między ową cyrylicą, a światem, który tam powoli, wbrew wszystkiemu, wchodzi, pomyślałem sobie, że ona – ta właśnie cyrylica – stanowi, czy chcemy tego czy nie, symbol czasów nie nowych, lecz starych. I to starych wcale nie w tym najlepszym sensie.
I pomyślałem sobie, że naszym zadaniem jest przestać się wciąż przejmować kwestią, jak bardzo Ukraińcy są antypolscy, i jak bardzo dla nich Bandera i UPA są praktycznie jedynymi tradycyjnymi i narodowymi odniesieniami, na jakie ich stać. Bo to wszystko jest ich problem, a nie nasz. I jednocześnie przyszło mi do głowy, że oni prędzej czy później – choć mam nadzieję, że bardziej wcześniej – dojdą do wniosku, że na tej swojej nieszczęsnej historii daleko nie pojadą, i będą musieli przyznać, że ambicje ich poniosły bardzo za bardzo. I się uspokoić. A jak to uznają, to – jak sądzę – niemal jednocześnie machną ręką na tę swoją cyrylicę i zaczną wszystko pisać normalnie, jak cały normalny łaciński świat. Że też już gasnący i odchodzący w ciemną przeszłość? Cóż z tego? Trudno.
A jeśli efektem tej ewolucji miałoby być choćby to, że oni się wreszcie pogodzą z Rzymem, i to na dawno już ustalonych warunkach – to też nam powinno zupełnie wystarczyć.
Dziękuję wszystkim za dotychczasowe wsparcie, czy to w postaci kupowania książki o siedmiokilogramowym liściu, czy też wpłat na moje konto. Proszę o dalszą pamięć i dziękuję za wszystko.

środa, 24 sierpnia 2011

Platforma Obywatelska, czyli kolanem w brzuch na ziemi w zęby w nocy skrycie z nożem z góry w dół na magazyn przez worki z piaskiem wobec

Sprawa pozwu, jaki Platforma Obywatelska skierowała przeciwko sztabowi wyborczemu Prawa i Sprawiedliwości o to, że Prawo i Sprawiedliwość brzydko o Platformie mówi, została już wielokrotnie i bardzo treściwie omówiona w rożnych miejscach, w tym i tu – w postaci skromnego żartu – na tym blogu. Kiedy jednak wydawało się, że nie będziemy mieli potrzeby się więcej nad tym nieszczęściem pochylać, nastąpił finał tak nieoczekiwany, że, przynajmniej ja, nie mam innego wyjścia, jak tylko poświęcić tej kwestii pewną porcję refleksji.
Mówiąc o nieoczekiwanym finale, wcale nie mam na myśli tego, że decyzja sądu jest niekorzystna dla Prawa i Sprawiedliwości. Nikt bowiem, choćby w miarę tylko przytomny, nawet się nie spodziewał, że Platforma, kierując sprawę o kampanijne kłamstwa PiS-u do sądu, nie miała wszystkiego wcześniej uklepanego. Jaki będzie wyrok, było wiadomo od samego początku. Natomiast, przynajmniej jeśli idzie o mnie, spodziewałem się, że sędzia, uzasadniając swoją decyzję, zwróci uwagę na fakt, że w dwóch ze stu przypadków podanych przez czy to posła Hofmana, czy też posła Kamińskiego, Prawo i Sprawiedliwość dopuściło się jakiegoś błędu, coś tam nakłamało, i teraz powinno przepraszać. Ewentualnie jeszcze, że, wprawdzie wszystko co powiedział Kamiński czy Hofman, było jak najbardziej prawdziwe, tyle że sposób, w jaki oni to coś podali, był nacechowany takim ładunkiem nienawiści, że Platforma mogła się poczuć dotknięta, i teraz za to trzeba płacić.
Tymczasem, stało się coś takiego, że sędzia – nieznany mi, i to bez szczególnego bólu – w jak najbardziej relacjonowanej oficjalnie wypowiedzi stwierdził ni mniej ni więcej tylko to, że: „słowa wypowiedziane przez uczestników niniejszego postępowania były nieprawdziwe, albowiem abstrahując od skali udziału PO RP w przedmiotowych inwestycjach uznać należy, iż z całą pewnością na pewno nie były one zerowe”.
I to jest dla mnie prawdziwa bomba. Bo oto, ja już się nie boję, że teraz już coraz częściej będziemy musieli znosić tego typu wybryki na szczytach pierwszej, drugiej, czy trzeciej władzy, ale o to, że ten wyrok otwiera przed nami takie pole przeróżnych możliwości, że normalny człowiek nie będzie już w stanie tego znieść.
Wyobraźmy sobie mianowicie, jak to będzie, kiedy na przykład ja pewnego dnia na tym blogu ogłoszę, że minister Sławomir Nowak nie ma za grosz rozumu, a na to, któryś z jego asystentów, albo i on sam, poda mnie w tej sprawie do sądu, z taką oto argumentacją, że z tym groszem, to ja stanowczo przesadziłem. I wtedy, po solidnym zastanowieniu, sędzia ogłosi co następuje: „Słowa wypowiedziane przez pana Krzysztofa Osiejuka były nieprawdziwe, albowiem, abstrahując od objętości i ceny posiadanego przez ministra Nowaka przedmiotowego rozumu, uznać należy, iż z całą pewnością na pewno jego warość nie wynosi mniej niż jeden grosz”.
Ale to szaleństwo nie musi iść koniecznie tylko w jedną stronę. Załóżmy bowiem, że redaktor z „Gazety Wyborczej” Orliński po raz kolejny użyje wobec mnie epitetu „pacjent Toyah” i ta sytuacja wyprowadzi mnie z równowagi, szczególnie, że jak wiemy, jest kampania wyborcza, ja kandyduję do Sejmu RP, i moje dobre imię powinno być chronione co najmniej jak relikwia. A zatem, kieruję do sądu pozew przeciwko redaktorowi Orlińskiemu, tłumacząc wszystkim, że ja, owszem, bywam pacjentem, ale przecież nim nie jestem. Na przykład ostatnio ukąsił mnie w brzuch jakiś nieznany gatunek pająka, i w związku z tym parokrotnie byłem pacjentem pewnego gabinetu dermatologicznego, natomiast nie oznacza to w żaden sposób tego, że ja tym pacjentem jestem nadal. I w tej sytuacji, sędzia, niewykluczone, że już jakiś inny, wydaje następującą decyzję – red. Orliński ma publicznie mnie przeprosić, mówiąc „Przepraszam, kolego”, a w ramach zadośćuczynienia za straty moralne, pokryć moje dwa ostatnie rachunki dla firmy Orange, bo mnie akurat na to nie stać. Jako uzasadnienie tego wyroku pojawia się natomiast następujący tekst: „Słowa wypowiedziane przez redaktora Orlińskiego były nieprawdziwe, albowiem abstrahując od częstotliwości, z jaką pan Osiejuk pełni rolę przedmiotowego pacjenta, uznać należy, iż z całą pewnością na pewno on pacjentem nie jest, lecz jedynie bywa”.
Idiotyzm, w jaki zostaliśmy tu wpuszczeni, najpierw przez kampanię wyborczą Platformy Obywatelskiej, a następnie przez wynajmowanego przez nią sędziego, jest tak barwny, że właściwie moglibyśmy zanurzyć się w tym absurdzie na całą pozostałą część tych refleksji i się naprawdę dobrze zabawić. Mógłbym choćby posunąć się jeszcze trochę dalej, i na przykład wyobrazić sobie następującą sytuację. Otóż trzeba Państwu wiedzieć, że pani Toyahowa ma nieustanny zwyczaj komentowania mojego udziału w naszym wspólnym pożyciu w taki oto sposób, że mówi mi, jak to ja zawsze zapominam wyrzucać śmieci, albo nigdy nie pamiętam, by odstawiać talerz po zupie do zmywarki. Wyobraźmy więc sobie, jak by to było pięknie, gdybym ja się za to dręczenie obraził i podał Toyahową do sądu, tłumacząc, że wcale nie zawsze i wcale nigdy. Sąd, korzystając z wcześniejszego doświadczenia, kazałby pani Toyahowej mnie utulić i pozwolić mi kupić sobie extra flaszkę, a całość uzasadniłby w sposób następujący: „Słowa wypowiedziane przez panią Osiejuk były nieprawdziwe, albowiem abstrahując od częstotliwości, z jaką pan Osiejuk nigdy nie wynosi śmieci i zawsze zapomina wstawić do zmywarki talerz po zupie, z pewnością na pewno on nie robi tego zawsze i nigdy. Z całą pewnością w dotychczasowym pożyciu on posprzątał po sobie i po innych przynajmniej raz”.
Jednak to nie wszystko. Bo oto, okazuje się niespodziewanie, że jakimś cudem pani Toyahowa trafiła na ten tekst, i go, jeszcze większym cudem, przeczytała, a czytając, wpadła na słowo „nieustannie”. I ono to doprowadziło ją do autentycznego szału. Efekt tego wydarzenia jest już bardzo łatwy do przewidzenia. Kolejny sędzia wygłasza następującą kwestię: „Słowa wypowiedziane przez pana Osiejuka były nieprawdziwe, albowiem abstrahując od częstotliwości, z jaką pani Osiejuk marudzi z powodu jego braku przytomności, z pewnością na pewno ona nie robi tego nieustannie. Z całą pewnością w dotychczasowym pożyciu pani Osiejuk przynajmniej od czasu przerywała swoje przedmiotowe żale chwilami milczenia. Sąd abstrahuje od tego, jak długimi i częstymi”.
My się, jak wszyscy doskonale widzą, tu tak zabawiamy, podczas gdy sytuacja wcale nie jest radosna. To co się stało dziś w jednym z polskich sądów jest, z mojego punktu widzenia, wydarzeniem przykrym, bolesnym i – co tu gadać – groźnym. I to wcale nie dlatego, że jest to zdarzenie nie pierwsze, i poprzedzone paroma bardzo znaczącymi precedensami. Weźmy zupełnie niedawny wyrok sądu, w zupełnie innej sprawie, a stwierdzający, że artysta Nergal powinien zostać uwolniony z zarzutu obrażania uczuć religijnych pewnej grupy obywateli i może dalej bezkarnie drzeć na strzępy Pismo Święte, rozrzucać je wśród wściekłej publiczności i ogłaszać, że chrześcijanie tworzą zbrodniczą sektę, o ile tylko te swoje artystyczne poglądy głosi w zamkniętym i ekskluzywnym kręgu, złożonym z osob myślących podobnie jak on. Również nie boję się tego, co się dzieje w polskim systemie prawnym, bo zaczynam bardzo wyraźnie widzieć taką sytuację, gdzie na przykład ktoś, zamknięty w jak najbardziej swoim towarzystwie, ogłosi, i to tym razem całkowicie bezkarnie, że z tego Hitlera, to była jednak wyjątkowa łajza, że zaczął tak pięknie proces gazowania Żydów i, kiedy wszystko szło jak należy, to go nawet nie umiał odpowiednio i skutecznie zakończyć. Czy tego, z innej zupełnie beczki, że w jakimś równie zamkniętym kręgu, od dziś zupełnie bezkarnie będzie można zacząć głosić koncepcję aborcji do piątego roku życia, bo bachory to jednak utrapienie. Zwłaszcza dziewczynki.
Ja się boję czegoś zupełnie innego. Tego mianowicie, że na przykład, po przeczytaniu tego tekstu, wspomniany Orliński zwróci uwagę na pewien fragment pewnego fragmentu, wyrwie go z kontekstu, i poda mnie do sądu, za to, że ja wyrażam żal z powodu zaniedbań dokonanych podczas II Wojny Światowej przez Hitlera. A sąd oczywiście, i dlatego że jest w ogóle bardzo błyskotliwy, ale również przez to, że, jeszcze od czasów afery z tzw. „opcją niemiecką” wspomnianą swego czasu przez Jarosława Kaczyńskiego, ma piękny przykład, jak działać w sprawach związanych z kontekstem, da mi tak w mordę, ze się nie pozbieram. A jak ktoś spyta, za co, to mu odpowie mniej więcej w ten sposób: „Słowa wypowiedziane przez pana Osiejuka były szkalujące i wzywały do fizycznej likwidacji narodu żydowskiego, albowiem abstrahując od kontekstu, w jakim pan Osiejuk je wypowiedział, z pewnością na pewno one padły, i w przedmiotowej wypowiedzi stanowiły pewną całość. Z całą pewnością, zdanie wypowiedziane przez pana Osiejuka padło i sąd abstrahuje od tego, w jakim kontekście”.
Bo nie chodzi o jakieś pojedyncze przypadki sądowego szaleństwa. Chodzi o tendencję i plan. A tendencja i plan, tak jak ją widzę, sprowadza się do tego, że znakomity żart, przez niektórych wciąż pamiętany z równie znakomitej powieści Josepha Hellera „Paragraf 22”, zaczyna ni stąd ni zowąd dźwięczeć rytmem Międzynarodówki. Bo oto owa, w czasach mojej młodości, kultowa, scena, kiedy to dowiadujemy się, że „ja wam powiem, co to jest sprawiedliwość. Sprawiedliwość to kolanem w brzuch na ziemi w zęby w nocy skrycie z nożem z góry w dół na magazyn przez worki z piaskiem wobec przeważającej siły w ciemnościach bez słowa ostrzeżenia. Za gardło!!! Oto, czym jest sprawiedliwość, kiedy musimy być twardzi i niezłomni, aby stawić czoła szkopom. Z biodra! Rozumiecie?”, zaczyna nagle żyć własnym życiem. Nie jako żart, ale jako ostateczne spełnienie zapowiedzianego przed czterema już niemal laty czasu empatii i miłości. Niemal też w tym samym kształcie, z tą różnicą, że, tym razem, nie stawiamy już czoła szkopom, ale pisuarom.
No i jeszcze ten pułkownik. Dziś nie ma już żadnego pułkownika, ale zamiast niego, mamy jakiegoś zdolnego, bardzo zręcznie dostosowującego się do wymagań, jakie przed nami wszystkimi stawiają czasy III RP w rozkwicie swego sukcesu, sędziego. Z biodra. Rozumiecie?
Jak już każdy mniej więcej wie, ten blog jest i szeroko dostępny i otwarty dla wszystkich, którzy chcą, czy to się zabawić, czy to posmucić, czy może i powściekać. Wszystko za darmo. Jednak jeśli ktoś ma swoje możliwości, bardzo proszę o kupowanie książki o liściu, oddalonej stąd zaledwie o parę kliknięć, lub o wspieranie tego bloga finansowo pod podanym, też tuż obok, numerem konta. Ewentualnie, i jedno i drugie. Dziękuję.

wtorek, 23 sierpnia 2011

Nie dla łajz

Jak już wspomniałem przy okazji poprzedniego wpisu, miniony weekend spędziłem głównie w zachodniej Ukrainie, przy samej naszej granicy. Ponieważ pani przewodnik była bardziej niż klasyczną idiotką, na zwiedzanie Sambora, Truskawca i Drohobycza mieliśmy przydzielone jakieś 90 minut, natomiast większość dnia spędziliśmy na zaciskaniu pęcherzy i przełykaniu z głodu śliny w, co trzeba przyznać bez awantur, bardzo wygodnym autokarze. Biorąc jednak pod uwagę, że jakimś cudem udało nam się zdążyć na pociąg z Sianek do Wołosianki, można powiedzieć, że misja została spełniona. O tym jednak, zgodnie zresztą z zapowiedzią, za parę dni. Dziś będziemy rozprawiać o łajzach.
Nie bardzo dziś już pamiętam, co stanowiło początek tamtej rozmowy, ale stało się jakoś tak, że w pewnym momencie nasza koleżanka Marylka postawiła następujący problem: Skoro pewien typ kobiety określamy jako „jędza”, jak można określić analogiczny typ mężczyzny. Ponieważ kwestia wydała mi się interesująca, pomyślałem nad tym przez chwilę i doszedłem do wniosku, że, chociaż męskie jędze jak najbardziej istnieją i są nawet dość łatwe do opisania, wydaje się, że dotychczas nie została dla nich wymyślona odpowiednia nazwa. A więc ograniczyłem się jedynie do tego, by narysować typ mężczyzny, który, w momencie gdy jest głodny, zaczyna jęczeć, że go boli głowa i stwierdzić, że chyba faktycznie odpowiedniej dla niego nazwy dotychczas nie wymyślono. A więc z tego wszystkiego, została tylko ta jędza i jej głodny i obolały męski odpowiednik.
I proszę sobie wyobrazić, na pomoc nam przyszła pani Toyahowa. I to w momencie jak najbardziej nieoczekiwanym, a mianowicie podczas wspomnianej sobotniej wycieczki na zachodnią Ukrainę. A było tak, że w autokarze, który we wczesny sobotni ranek zabrał nas z Przemyśla do Drohobycza, równolegle do nas siedziała pewna pani z pewnym panem, jak się później dowiedzieliśmy, z miasta Łodzi. Ludzie tak trochę pewnie po trzydziestce, pani bardzo ładna, trochę pulchna, smutno uśmiechnięta, a pan wysoki, postawny, jak na moje oko – przystojny, w krótkich spodniach, i w ogólnie wycieczkowym nastroju. Siedzieli spokojnie, praktycznie ze sobą nie rozmawiając, głównie z powodu takiego, że pan albo jadł, przyrządzone mu zapewnie przez żonę, bułki z czymś w środku, albo spał. A więc on spał, budził się, mruczał że strasznie długo trwa ta podróż, ona dawała mu kolejną bułkę, on ją jadł, a ona, tym swoim smutnym spojrzeniem, patrzyła w okno. On zasypiał, a ona dalej patrzyła przez okno na mijane przez nas wręcz bajeczne cerkiewki.
Warto opowiedzieć o sposobie, w jaki on spał. Otóż, ponieważ był, ogólnie rzecz biorąc, duży, nogi miał wystawione w stronę przejścia, a jego reszta zachowywała się, jak reszta małego dziecka, które śpi na rękach u mamy. A więc, krótko mówiąc, kiedy spał, w pewien szczególny sposób – zwisał. To w tę, to w tamtą stronę. A czasem jakoś tak do przodu i w bok. I kiedy wydawało się, że on już się odpowiednio dużo wyspał i zjadł odpowiednio dużo tych bułek, i w związku z tym będzie miał siłę do dalszej podróży, okazywało się, że on jest coraz bardziej zmęczony. Budził się więc raz za razem z tego swojego dziecięcego snu i zaczynał płaczliwym głosem jęczeć, że on się źle czuje i jest zmęczony. Na co jego smutna żona pytała go czy zjesz może, Sławku, bułeczkę, albo, czy może chciałbyś, Sławku, włożyć sobie pod głowę polara, na co Sławek odpowiadał, że on chyba się prześpi, a jak idzie o polara, to chętnie.
W końcu nastąpił kryzys i ponieważ Sławek zaczął umierać ze zmęczenia („Bardzo źle się czuję, naprawdę bardzo źle się czuję”), przeniósł się wraz ze swoim polarem na tył autokaru, gdzie było więcej miejsca i tam się rozwalił do snu, gdzie już właściwie pozostał do końca podróży, zostawiając swoją żonę samą przy tym oknie, od czasu do czasu tylko odnajdującą go tym swoim smutnym wzrokiem, jakby chciała sprawdzić, czy on jeszcze żyje. Oczywiście te wszystkie okresu snu, jedzenia bułek i narzekania były przerywane krótkimi okresami spędzonym poza autokarem, a przeznaczonymi na zwiedzanie, kiedy to Sławek mógł sobie zapalić papierosa i z tym papierosem w palcach szukać swojej żony, krzycząc za nią: „No, gdzie jesteś?”, na co ona nieodmiennie odpowiadała mu „Nie bój się, Sławku. Jestem tutaj”. Stało się w pewnym momencie jednak też tak, że autokar zatrzymał się gdzieś między jednym a drugim miasteczkiem, przy jakimś przydrożnym – dość, trzeba przyznać eleganckim – motelu, byśmy mogli wreszcie coś zjeść. Był to moment zaraz po tym, jak Sławek przeniósł się na koniec autokaru i tam umarł. Okazało się, że owa śmierć zrobiła mu bardzo dobrze, bo wyszedł na zewnątrz w bardzo dobrym nastroju, i, gadatliwy jakby się czegoś najadł, chodził od jednego do drugiego, informując wszystkich, że się dobrze wyspał, i teraz w sumie jest bardzo dobrze, i że ostatecznie bardzo mu się na wycieczce podoba.
Wprawdzie to jest bardzo nie na temat, ale muszę powiedzieć parę słów o tym motelu. Otóż całość budynku, jak mówię, dość eleganckiego, stanowił motel, na dole była duża restauracja – akurat z jakiegoś powodu nieczynna – a obok, jak głosił szyld, tak „Bar”, do którego jakaś pani, którą znaleźliśmy w restauracji, nas skierowała. Jak już całą kupą zeszliśmy do tego baru, dwie dziewczyny plus kucharka, która zaciekawiona wynurzyła się z kuchni, najpierw nas poinformowały, że na szybko można dostać tylko trzy rodzaje zupy, natomiast na drugie danie trzeba będzie poczekać. Kiedy powiedzieliśmy, że nic nie szkodzi, poczekamy, dziewczyny powiedziały nam, że właściwie to jest tylko zupa, a gdy okazało się, że niech już będzie ta zupa, okazało się, że zostały już tej zupy zaledwie trzy porcje. W tej sytuacji trzy pierwsze osoby w kolejce poprosiły zupę, a reszta piwo lub kawę i tak wszyscyśmy zasiedli przy stolikach na zewnątrz.
Sławek wciąż jednak był wniebowzięty. Siedział obok mnie, jadł przyniesioną mu przez swoją smutną żonę bułkę, popijał ją przyniesioną mu przez żonę wodą mineralną, i wciąż powtarzał, że jest świetnie, bo się dobrze wyspał, i w sumie wycieczka mu się bardzo podoba. Żeby jakoś nawiązać rozmowę, powiedziałem mu, że owszem, jest super, a byłoby jeszcze lepiej gdyby pani przewodnik nie była taka durna. Okazało się, że on nic nie zauważył, więc mu wyjaśniłem, że chodzi mi o to, że na zwiedzanie tych trzech miasteczek można było zorganizować więcej czasu, niż po pół godziny, że skoro ona koniecznie chciała nam coś wciąż opowiadać, a musiała czytać wszystko z przewodnika, mogła przynajmniej nie wchodzić na strony na chybił trafił, no i przede wszystkim zorganizować odpowiedni czas na sikanie, na jedzenie i na zwiedzanie, a nie narzekać wciąż na to, że mamy strasznie mało czasu i że jeśli ktoś chce siusiu, to możemy się tu zatrzymać i wysikać za tym oto krzaczkiem, lub przystankiem.
I wtedy Sławek powiedział coś, co mnie autentycznie zamurowało i, jeśli ktoś mi nie wierzy, że to prawda, mogę tu złożyć uroczystą przysięgę, że nic nie zmyślam. Otóż, kiedy skończyłem, Sławek pokiwał znacząco głową, wydął wargi w szyderczym uśmiechu i powiedział: „No tak. Z babami już tak jest”.
Właściwie ten moment jest tak moim zdaniem mocny, że on już praktycznie kończy tę historię, ale muszę jeszcze dodać, już tylko dla porządku, że na samej granicy, po sam wieczór, kiedy – zgodnie z polsko-ukraińską tradycją sprawy się nieco wydłużały, w pewnym momencie Sławek się właściwie pobeczał („Dlaczeeeeego? No, dlaczeeeeego oni nas tak traktują?”) i z tych nerwów spadła mu z palca obrączka, którą następnie, chlipiąc i sapiąc, zaczął na czworakach szukać po ciemku na podłodze. Wspominam, jak mówię, o tym, dla porządku, ale jeszcze z jednego powodu. Otóż to własnie wtedy pani Toyahowa nachyliła mi się do ucha i szępnęła: „Ależ to łajza”. I oto właśnie chodzi. Ten facet to łajza, droga Marylko. Męskim odpowiednikiem jędzy jest łajza. I sam już nie wiem, co gorsze.
Jak wszyscy wiemy, blog który przed nami, to blog polityczny i nie trzeba zbyt wielkiej przenikliwości, żeby zauważyć, że ten wpis z polityką ma wspólnego – jak to kiedyś śpiewał mistrz Młynarski – niewiele zgoła. Jednak pragnę uspokoić bardziej spanikowanych czytelników. Polityka ma to do siebie, że wciśnie się wszędzie. Piszę więc ten tekst, a z tyłu głowy szumi mi najświeższa informacja o tym, że europoseł Platformy Obywatelskiej Protasiewicz właśnie się pobeczał, że on już nie może znieść tego, jak PiS wciąż powtarza, że Platforma źle rządzi. Że to jest potwarz i obelga, w dodatku nieprawdziwa, i Platforma tego tak zostawić nie może. I w związku z tym, oni w trybie wyborczym pozwą PiS do sądu o to, że ogłasza nieprawdziwe informacje, jakoby Platforma Obywatelska była do bani. A ja sobie myślę, że ten Protasiewicz to – wbrew temu, co wielu z nas ma skłonność sądzić – ani mason, ani gangster, ani jakiś drobny lewus z Wałbrzycha To jest zwykła łajza. Zwykła, ordynarna łajza. Ale przecież nie tylko on. Jestem głęboko przekonany, że fenomen Platformy Obywatelskiej tak naprawdę polega na tym, że oni stanowią pierwszą od czasów Unii Wolności polityczną formację grupującą wyłącznie albo jędze, albo łajzy. Albo takie Pitery, albo takich Protasiewiczów. Jestem przekonany, że gdyby tak ich wszystkich wsadzić do autokarów i wysłać na wycieczkę po pięknej, zielonej, zachodniej Ukrainie, to wszyscy oni spędziliby ten czas na spaniu, jęczeniu i wpieprzaniu bułek z masłem i z serkiem, które im na podróż przygotowały ich dupowate żony i równie dupowaci mężowie. Czyż nie mam racji?
Jeśli ten tekst kogoś dobrze nastroił, a może nawet rozbawił, bardzo mi jest miło. A będzie mi jeszcze lepiej, jeśli z tej okazji ktoś zechce kupić moją książkę, która tuż obok czeka by tylko w nią kliknąć, lub wspomógł nas finansowo pod podanym też tuż obok numerem konta. Dziękuję.
A już na sam koniec, wszystkim prawdziwym kobietom i mężczyznom z Prawa i Sprawiedliwości, dedykuję cover słynnej piosenki Jamesa Browna "It's A Man's World" w bardzo zabawnym wykonaniu zespołu The Residents. To jest coś zdecydowanie nie dla łajz.




O amatorach z cyrklem i czaszką za dwie stówy

Miniony weekend spędziłem z panią Toyahową częściowo w naszym ukochanym Przemyślu – który z każdym rokiem coraz bardziej poraża swoją urodą – i na Ukrainie, która jest po prostu Ukrainą. I kropka. Tym razem jednak nie byliśmy we Lwowie, ale tu, bliżej, czyli w Truskawcu, Drohobyczu i Samborze. No i przejechaliśmy się prawdziwą ruską kolejką przez prawdziwe polskie Karpaty… i muszę przyznać, że sięgam pamięcią w minione lata, i trudno mi jest znaleźć wydarzenie i obraz bardziej inspirujące, niż ta właśnie zielona Ukraina sprzed paru dni. Pisałem o Ukrainie parę razy, zawsze wywołując raczej wrogość – i to wrogość obustronną – niż akceptację, a po ostatnim tekście dowiedziałem się wręcz, że jestem zwykłym faszystą. Niestety, wygląda na to, że wszystko, co dotychczas w tym temacie miałem do powiedzenia, zyskało wyłącznie potwierdzenie, i, na domiar złego, jedyne co mogę do tego wszystkiego dodać, moje dotychczasowe refleksje, wyłącznie wzbogaci. A powiedzieć, i to powiedzieć na ten temat wiele, będę, prędzej czy później, musiał.
Ponieważ wszystko jednak ma swój czas, dziś o Ukrainie nie będzie nic. Co gorsza – dla tych, którzy na coś tu liczyli – tematem dzisiejszej notki będzie coś kompletnie innego, i jeśli w jakikolwiek sposób pierwsze jej zdanie w jakikolwiek sposób może ów temat anonsować, to wyłącznie przez to, że, owszem, za tym wszystkim stoi Przemyśl i te parę spędzonych tam dni. Mam jednak nadzieję, że to co wyjdzie, będzie wystarczająco pikantne. Otóż, trzeba nam wiedzieć, że tam gdzie my mamy swoje w Przemyślu miejsce, telewizji się raczej nie ogląda, natomiast czyta się prasę, a w tym: „Gazetę Wyborczą”, „Tygodnik Powszechny” i „Politykę”. Ostatnio, jak podejrzewam, również „Wprost”, choć tego akurat nie zauważyłem. Nieważne. Jest jak jest, i nie ma co w to w ogóle wchodzić, zwłaszcza że każdy z nas ma tu swoje do opowiedzenia. Jak idzie o mnie, ile razy jestem w Przemyślu, największe tu wrażenie robi na mnie jednak „Polityka”. Jak idzie o „Gazetę Wyborczą”, żadnych tajemnic nie ma. Wszyscy wiemy mniej więcej wszystko. Podobnie ma się rzecz z „Tygodnikiem Powszechnym”. Każde dodatkowe słowo będzie kompletnie zbędne. Gdyby tam był jeszcze ten „Wprost”, czy „Newsweek”, też moglibyśmy właściwie powtórzyć – i na temat samych tych tytułów i ludzi, którzy czerpią przyjemność w nurzaniu się w każdym z nich – to co już mówiliśmy tyle razy, i sprawę zamknąć. Z „Polityką”, przynajmniej z mojego punktu widzenia, sprawa jest bardziej skomplikowana. Otóż, ile razy mam okazję, to coś brać do ręki, to odnoszę wrażenie, że mam przed sobą najprawdziwszy PRL. Tak jak za starej komuny, mieliśmy do dyspozycji „Trybunę Ludu” i jej lokalne klony, a, jak idzie o tygodniki, to jakieś „Zwierciadło”, „Przyjaciółkę”, „Panoramę”, „Kulturę”, no i właśnie „Politykę”, tak dziś, „Polityka” właśnie robi wrażenie czegoś absolutnie przez upływ czasu nietkniętego. Ani jej nie zamknięto, tak jak tych innych gazet, ani też nie „zreformowano” pod nowe czasy – ona została taka jak była kiedyś, z tym Passentem, Mleczkiem, Grońskim, Czeczotem, Pietkiewicz, Paradowską i całą to komunistyczną bandą, którą możnaby wymieniać do porzygania, i – gdyby jakoś już nie umarli – to pewnie byliby tam wciąż Toeplitz i Rakowski, i – gdyby nie znalazł sobie innego, lepszego, biznesu – to i Urban.
A zatem mamy tę „Politykę”, zwyczajne peerelowskie ścierwo, nawet za bardzo nie udające, że proponuje coś nowego, i okazuje się, że jej czytelnikami nie są w żadnym wypadku ci starzy, ledwo przytomni dziadkowie z czerwonymi sztandarami wyciąganymi z garderoby raz na rok 30 kwietnia, lecz kwiat nowej polskiej inteligencji. I to jest dla mnie doświadczenie wręcz degradujące. A degradujące również przez to, ze ja nagle postanowiłem o tym w ogóle pisać. Przyznam szczerze, że czuję się tu trochę tak, jakbym nagle miał się zajmować Jaruzelskim, czy Gomułką. A tu jest jeszcze gorzej, bo ja nie dość, że piszę to co piszę, to jeszcze jeden z tych numerów dość dokładnie przejrzałem, a jeden z tych tekstów przeczytałem w całości. Tyle tylko nadziei, że z tego będziemy mieli za chwilę trochę zabawy.
Artykuł, który w najnowszym wydaniu „Polityki” zwrócił moją uwagę, choć sam zatytułowany jest skromnie „Pod fartuszkiem”, anonsowany jest w spisie treści tytułem „Masoni rosną w siłę”, i jest oczywiście poświęcony masonerii. Chyba już tu o tym kiedyś wspominałem, ale myślę, że nie zaszkodzi powtórzyć, że bardzo mnie interesuje zjawisko polegające na tym, że przekaz publiczny, taki jaki jest do nas wysyłany – i wcale nie mam tu na myśli „Naszego Dziennika” i okolic – z jednej strony, raz na jakiś czas, podaje nam przeróżne informacje na temat tego, co słychać u masonów, czy to we Francji, czy to w Anglii, czy też i u na w Polsce, a z drugiej każe nam wierzyć, że coś takiego jak masoneria w ogóle nie istnieje, a jeśli ktoś coś na ten temat wspomina, to z pewnością ma coś nie po kolei w głowie. Z jednej strony, któregoś dnia czytamy w „Gazecie Wyborczej”, na przykład, wywiad z jakimś mądralą, anonsowanym jako Wielki Mistrz jakiejś loży, na temat tego, jaka to masoneria jest silna, liczna i wpływowa, a w chwilę później, w tym samym miejscu, ktoś boki zrywa z tego, że gdzieś ktoś coś wspomniał na temat masonów, którzy mają wpływy. Nie mam pojęcia, o co tu chodzi, ale jestem pewien, że nawet jeśli to jest szaleństwo, to z całą pewnością jest w nim nie byle jaka metoda.
Autor artykułu w „Polityce” na temat masonów, fartuszków i rośnięciu w siłę, niejaki Wawrzyniec Smoczyński, swój tekst podaje bez śladu ironii, możnaby wręcz powiedzieć, że na kolanach przed wielkością tej szczególnej idei. A gdyby komuś, czytającemu te słowa o owych fartuszkach i czarach, przyszło do głowy chichotać, to obok jest też wywiad z samym największym francuskim mistrzem, dodatkowo ilustrowanym bardzo wyraźnym zdjęciem, na którym ten mistrz wygląda jak jakiś, panie, minister, czy nawet prezydent. I nawet mu z ust nic nie cieknie.
Ale spojrzymy na sam tekst. Oto jego początek: „Długie rzęsy, wysokie szpilki i bezpośredni styl bycia. Na pierwszy rzut oka Eloise Auffret nie różnie się od zwykłej paryżanki. – Do masonerii wstąpiłam dwa lata temu. Jestem czeladniczką w Loży Jedność, należącej do Wielkiej Loży Żeńskiej Francji – mówi 32-letnia kobieta. Czeladnik to drugi stopień wtajemniczenia masonerii błękitnej, pierwszy to uczeń, trzeci – mistrz. Auffret zna hasło i gest rozpoznawczy dla swojego stopnia. W loży może się już odzywać, nie wolno jej tylko głosować”.
Zanim zaczniemy czytać dalej, patrzymy w górę, a tam duże, kolorowe zdjęcie przedstawiające czyjąś dłoń w białej rękawiczce z młotkiem, przed nią palącą się świecę, obok wypięty brzuch z zieloną szarfą i czerwono-żółtym masońskim fartuszku, a dalej jakiegoś człowieka w garniturze, stojącego pod złotym trójkątem, a wszystko to zanurzone w tak okrutnie zagęszczonej i tandetnej symbolice, że gdyby choć dziesięć procent tego znalazło się w dwudziestej trzeciej części Harrego Pottera, te wszystkie biedne dzieci musiałyby zobaczyć wreszcie, jaka to nędza ta cała Rowling. No i jest podpis pod zdjęciem: „Wnętrze świątyni masońskiej w Dijon. Po lewej: Pulpit pierwszego dozorcy. W głębi stoi czcigodny mistrz”. A zatem już właściwie wiadomo wszystko, a przecież to tylko początek. Czytajmy dalej. „We Francji wolnomularzem można zostać z polecenia innego masona, albo na własny wniosek […]. Najpierw kandydata czeka spotkanie z czcigodnym mistrzem, jedynym jawnym przedstawicielem loży. Następnie [list motywacyjny] czytany jest w loży, a bracia lub siostry głosują. Jeśli list się spodoba, loża przeprowadza dochodzenie na temat adepta, którego wyniki znowu trafiają pod głosowanie. Jeśli kandydat przejdzie i tę próbę, jest zapraszany na posiedzenie pod opaską, czyli z zawiązanymi oczami. Bracia i siostry biorą go w krzyżowy ogień pytań, a potem głosują, czy może zostać przyjęty do loży […]. Wyznaczonego dnia adept stawia się w loży w odświętnym stroju. Najpierw trafia do izby rozmyślań, gdzie przy świeczce i czaszce ma spisać swój testament […]. Już w świątyni adepta czeka rytualna podróż przez cztery żywioły: ziemię, wodę, powietrze i ogień […]. Po zakończonej inicjacji kandydatowi zdejmuje się opaskę i czcigodny pasuje go mieczem na ucznia”. Jak wspomina cytowana przez autora „Polityki” Auffret, przeżyć, jakie w tym momencie następują, nie da się opisać słowami: „To jak poprosić kobietę, by opisała poród”.
Niestety, ani tu, ani nigdzie później, nie jest napisane, co powinien zawierać ów list motywacyjny, jak też i to, jak wygląda owo dochodzenie w sprawie kandydata, podobnie jak też nie wiemy, jakie to pytania w owym krzyżowym ogniu temu komuś zadają „bracia i siostry”, no i wreszcie, cóż takiego – choćby w najbardziej ogólnym zarysie – może kandydat na masona pisać w tym swoim „testamencie”, kiedy to siedzi przy biurku, na którym blask świecy tak uroczo i dostojnie oświetla czaszkę.
Oczywiście, możemy też tylko zgadywać, jak wygląda podróż przez ziemię, wodę, powietrze i ogień. Czy to jest tylko tak, że oni tej Auffret przypalają te jej długie rzęsy zapalniczką, a następnie wsadzają jej łeb do jakiejś wypełnionej wodą czaszki, albo może kładą ją do trumny i zakopują w ziemi, czy też ten rytuał jest tak wzniosły, że próba jego opisania jest równie bezcelowa, jak próba opisania porodu?
Jedno wiemy na pewno. Przynajmniej francuscy masoni, tych czaszek nie wykradają z okolicznych cmentarzy, ale kupują – wraz z fartuszkami i mieczami – w specjalnych sklepach. Za ciężkie pieniądze. Bo honor i zasady francuskim masonom nie pozwalają zamawiać taniego towaru w Chinach. Poważnie. Ja tego nie wymyśliłem.
Oczywiście, jak wszyscy widzimy, cała ta historia, to czysta kupa śmiechu. Wystarczy sobie wyobrazić, czy to tę kobietę z długimi rzęsami, na szpilkach, czy to tego człowieka o postawie i twarzy ministra, lub prezesa jakiejś gangsterskiej firmy – jedna cholera – jak zakładają te fartuszki i coś tam z zawiązanymi oczami mamroczą do kupionej za paręset euro w sklepie na rogu czaszki, a wszystko w takim uniesieniu, że słowa nie są tego w stanie opisać, żeby już świetnie wiedzieć, z czym mamy do czynienia. Problem tylko niestety w tym, że zarówno dla nich, jak i dla tego jakiegoś Wawrzyńca Smoczyńskiego, to wszystko jest w najwyższym stopniu poważne. Oni z całą pewnością gotowi są śmiać się z dzieci klęczących ze świecą do Pierwszej Komunii, czy starszych pań ściskających w dłoniach różańcowe krzyżyki, oni są w stanie się nawet śmiać z ludzi robiących znak krzyża na dźwięk nadchodzącej burzy. Oni oczywiście potrafią ryczeć do rozpuku z kolejnego kazania księdza Natanka. Jak idzie o tych wszystkich wypasionych mądrali z milionami na kontach bankowych i tych idiotycznych fartuszkach, snujących się wśród świec, czaszek, trójkątów, i diabli wiedzą czego jeszcze, im już tylko gardła ściska wzruszenie.
I każdy zdrowo myślący człowiek może zapytać: Co to za cholera? Czy to są jacyś kompletni pomyleńcy, czy może oni faktycznie coś mają na oku? Czy to są ludzie, którzy zupełnie postradali zmysły, czy może każdy z nich, w chwili, kiedy zakłada ten fartuszek i zaczyna coś mamrotać do stojącej przed nim czaszki, czuje taką samą doniosłość sytuacji, jak my, gdy przyjmujemy Najświętszy Sakrament?
Jedno jest pewne. Trzeciej możliwości być nie może. Oni są albo kompletnie zbzikowani, albo równie kompletnie zaczarowani. Ale, co jest jeszcze ciekawsze, jakkolwiek by na to nie patrzeć, bez względu na to, czy za tym co oni wyprawiają stoi szaleństwo, czy wiara – źródło tego musi być jedno. Mianowicie opętanie. A więc Szatan. A zatem, im dłużej się nad tym wszystkim zastanawiam, tym większą mam pewność, że ta cała masoneria, z tymi czaszkami, fartuszkami, mieczami, trójkątami i szachownicami to najbardziej wyrafinowany satanizm. Taki satanizm, przy którym ten nieszczęsny Nergal ze swoim kumplem sędzią, o którym ostatnio tak dużo rozmawiamy, nie byliby w stanie nawet porządnie sklecić tego wstępnego podania o przyjęcie na adepta.
Koś mi powie, że nie warto było pisać tych niemal już czterech stron, by na końcu stwierdzić coś tak oczywistego. Że masoneria to satanizm. Może i tak. Są jednak dwa powody, dla których jednak ten tekst tu zamieszczam. Pierwszy to taki, że, gdy się zastanowić, to żaden z dotychczasowych wpisów na tym blogu nie traktował o sprawach mniej oczywistych, niż ta dzisiejsza. Jeśli się zastanowić, to wszystko co tu powstaje, w ten czy inny sposób jest oczywiste w sposób modelowy. Ktoś kiedyś zresztą powiedział – a ja się z tym mogę chętnie zgodzić – że ja tu zamieszczam najbardziej proste i nudne prawdy, tyle że podane tak, że można się przy tym albo pośmiać, albo powzruszać. Otóż tak to właśnie jest i tak ma być.
Ale jest jeszcze jeden powód dla tego, że nie dość że wziąłem do ręki ten numer „Polityki”, nie dość że przeczytałem ten tekst, to jeszcze zatruwam nim ludziom czas. Mam bowiem wrażenie, że jest coś, co warto przy tej okazji powiedzieć bardzo stanowczo. Jeśli w tym wszystkim nie chodzi o zniszczenie Boga i stworzenie świata bez religii, ale tylko i wyłącznie wpuszczenie tu demona – a wszystko na to, musimy się zgodzić, wskazuje – to oni mogą równie dobrze zacząć od dziś te swoje świątynie przerabiać na kawiarnie. Bo religia to w żaden sposób nie jest pole, na którym oni wykazują jakiekolwiek kompetencje. Oni mogą się do tego swojego demona modlić cały boży rok, a i tak jedyny tego widoczny efekt będzie taki, że jeden dureń podrze Pismo Święte, drugi określi ten gest, jako działalność artystyczną, a trzeci powie, że chrześcijaństwo to sekta.
Bardzo dziękuję wszystkim tym, którzy kupują moją książkę o siedmiokilogramowym liści, a także tym, którzy pomagają mi finansowo i proszę o dalszą pamięć i wsparcie. Dziękuję.

czwartek, 18 sierpnia 2011

On się nazywa Pałasiński. Jacek Pałasiński

Ja oczywiście zdaję sobie sprawę, z tego, że ten typ skojarzeń ma się tu trochę jak pięść do nosa, jednak ze skojarzeniami już tak jest, że one są, i na to nic już nie można poradzić. Inna sprawa, że i tak akurat innych w zasięgu mojej pamięci nie ma, więc siłą rzeczy, tak jak jest, musi zostać. O co chodzi? Otóż w swoim „Roku 1984”, Orwell w pewnym momencie opowiada, jak to Winston próbuje sobie przypomnieć coś z czasów, kiedy świat był względnie normalny, i właściwie jego pamięć rozbija się już na samym początku o następujący dylemat: czy to co on sobie niby przypomina, działo się naprawdę, czy może mu się tylko tak zdaje. Ja tę niezwykłą powieść czytałem już bardzo dawno temu, a więc nawet w tej chwili nie umiem powiedzieć, czy to chodziło tylko o kasztany, czy aż o dzwony kościołów, niemniej problem był właśnie taki – że nowy świat jest już tak bardzo inny od tamtego, który został ostatecznie starty z powierzchni ziemi, a jednocześnie też robi wrażenie czegoś tak naturalnego, że istotnie, wszystko co kiedyś może i było, wydaje się dziś tak egzotyczne, że aż nierzeczywiste.
Przypomniał mi się ten Orwell na poziomie tak trywialnym i bylejakim, jak trywialny i byle jaki jest bohater tych refleksji, i, przyznam, że mam w związku z tym trochę wyrzuty sumienia, no ale skoro słowa płyną, nie należy im przeszkadzać. Nawet kiedy płyną wodą tak brudną i lichą. Mam otóż wrażenie, że był taki czas, kiedy dziennikarze zatrudnieni w najróżniejszych telewizyjnych stacjach, czy gazetach nie mogli brać udziału w reklamach zamawianych przez firmy zewnętrzne. A więc, jeśli ktoś taki jak na przykład redaktor Lis miałby ochotę za ciężkie pieniądze wystąpić w reklamie jakiegoś banku, czy towarzystwa farmaceutycznego, musiałby najpierw przestać być dziennikarzem TVP. O ile sobie przypominam, był nawet taki przypadek, że któraś z dziennikarek TVN-u wystąpiła w jakiejś zewnętrznej reklamie i z tej okazji została wywalona z pracy, a myśmy wszyscy sobie myśleli, że wiele na tym nie straciła, bo sobie pewnie jakąś nową pracę łatwo znalazła, natomiast co za tę reklamę dostała, to jej.
Czemu i skąd takie przepisy? Wydaje mi się, że powód dla ich wprowadzenia był tak samo oczywisty, jak fałszywy. Chodziło o to, by nie budzić podejrzeń, że dziennikarze publicznych mediów – publicznych w sensie tym, że kierowanych do opinii publicznej – są uzależnieni od jakichkolwiek innych od tej właśnie opinii agend i wpływów. Żeby nikt nie miał powodu sądzić, że taki, skoro już o nim mówimy, Tomasz Lis może w swojej publicznej misji kierować się interesem na przykład jakiegoś banku, który mu płaci za jego usługi. Jak mówię, reguła ta była tyle oczywista, co fałszywa, choćby z tego względu, że ostatnią rzeczą, jaką o sobie mogą powiedzieć tak zwani niezależni dziennikarze, jest to, że oni są właśnie niezależni, i to akurat wie każde w miarę choćby przytomne dziecko. No ale przepis był i wszyscy sobie z nim jakoś musieli radzić.
Dziś, kiedy widzimy tak bardzo wyraźnie, jak najprzeróżniejsi dziennikarze choćby takiego TVN-u, od Kuby Wojewódzkiego poczynając, przez Szymona Majewskiego, a kończąc na Tomaszu Zubilewiczu sprzedają się bez żadnych problemów wszystkim, niezależnie od tego, czy mamy do czynienia z bankiem, czy firmą farmaceutyczną, czy wreszcie siecią komórkową, jedynym pytaniem, jakie możemy sobie zadawać, jest już tylko to, czemu jeszcze nie wzięli się za tę robotę Grzegorz Miecugow, czy Monika Olejnik. Bo to istotnie jest zagadka przedziwna.
No ale przez to, że, z jednej strony, nasza świadomość tego, że żaden z nich nie jest ani obiektywny, ani niezależny, ani samodzielnie myślący, jest już naprawdę oczywista, a z drugiej, sami dobrze widzimy, co się tam wyprawia na poziomie tej niezwykłej już prostytucji, może się bardzo łatwo zdarzyć, że nagle, na wspomnienie czasów minionych, zaczniemy przecierać sobie oczy i pytać: „Czy to rzeczywiście tak było? Śmieszne.” A przed nami otwiera się przestrzeń wolności tak już szeroka, że nie ma właściwie absurdu, który nie mógłby zostać przyjęty, jako coś całkowicie zrozumiałego i naturalnego. Weźmy takiego Jacka Pałasińskiego. Załóżmy że któregoś dnia okaże się, że on zostaje zatrudniony jako pierwszy medialny doradca szefa Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, i na zmianę, albo prowadzi ten swój zabawny program o świecie według Jacka, albo występuje na konferencjach prasowych i tłumaczy, dlaczego należy podsłuchiwać telefoniczne rozmowy Jarosława Kaczyńskiego, a robi to, dajmy na to, w takim stylu: „Niech się, pani redaktor szanowna, skurwysyn cieszy, że jeszcze żyje”. Po czym pędzi do studia, bo tam już na niego czeka któraś z jego koleżanek, by powiedzieć: „To o czym nam dziś opowiesz, Jacku?” A on na to: „Dziś, Agato, będzie o pięknej Krecie”.
Absurd? Pewnie że tak. Sam to nawet wcześniej powiedziałem. Tyle że to jest absurd w świecie, który powoli odchodzi w przeszłość. Dziś do Hiszpanii przyleciał Benedykt XVI i mieliśmy wszyscy okazję obejrzeć na ekranach naszych telewizorów bezpośrednią transmisję z tego wydarzenia. Telewizja TVN24 na tę okoliczność do pracy wysłała aż dwóch swoich zawodowców, w tym właśnie samego specjalistę od religii jednocześnie i spraw międzynarodowych, Jacka Pałasińskiego. Pałasiński tym razem wprawdzie ani razu nie użył wobec Ojca Świętego epitetu „kruchutki staruszek”, ani też o zmarłym Janie Pawle II nie mówił „późny”, ale myślę sobie, że to pewnie była jakaś instynktowna reakcja na to, jak on sam dostrzegł, jak ciężka demencja złapała za mózg jego samego. O tym jednak za chwilę, bo najpierw chciałbym dokładniej pokazać, kogo mamy przed sobą, kiedy mówimy o Jacku Pałasińskim. Otóż Jacek Pałasiński, o ile mi wiadomo, jeszcze w reklamach nie występuje, natomiast prowadzi swój blog. I, wbrew temu, czego ktoś mógłby się spodziewać, nie jest to blog o pracy dziennikarza, albo o wspomnieniach Pałasińskiego z pobytu we Włoszech, ale normalny, pełen autentycznego mięsa, blog polityczny, myślę, że pod wieloma względami jeszcze bardziej wyrazisty, niż ten nasz. Popatrzmy na następujący fragment. Jarosław Kaczyński przybył na Jasną Górę na spotkanie Rodzin Radia Maryja i powiedział, że przed sobą widzi Polskę. Pałasiński na to pisze tak:
Nie uwłaczając nikomu, to, Panie Premierze, na Jasnej Górze stała przed Panem Polska na zasiłku, Polska najmniej twórcza, Polska nie umiejąca produkować bogactwa, Polska niewykształcona, Polska zaściankowa, Polska nieprzygotowana do stawienia czoła wyzwaniom współczesności, Polska zabobonna, Polska czerpiąca swą siłę do przetrwania z chorobliwej nienawiści do wszystkiego co czyste, szlachetne i mądre, Polska, która podzieli się wedle własnego życzenia, Polska mentalnie zakorzeniona w komunizmie, Polska, która za Polskę nigdy się nie biła, Polska budująca dla Polaków małe, krzywe i szare domy, Polska nie potrafiąca nawet wybudować gładkiej szosy, Polska rozkradająca własność prywatną i publiczną, Polska z pochodów na 22 lipca, Polska szmalcowników i donosicieli, Polska podła i głupia. To Pan wybrał sobie taką Polskę i chce do niej przynależeć. My nie”.
Wbrew pozorom, na mnie największe wrażenie z tego potoku czarnych glutów, nie zrobił jego środek, lecz początek i koniec, a dokładniej to, otwierające całość, „nie uwłaczając nikomu”, i zamykające ją „my”. Oczywiście, owo „nie uwłaczając nikomu”, w swojej tu akurat szczególności, jest bardzo typowe. Ono należy do tej bezcennej skarbnicy polskiej postkomunistycznej obłudy, rozpoczynającej się jeszcze na początku lat 90. od oświadczenia któregoś z udeckich polityków o jedzeniu nożem i widelcem, a kończącej się na dniu dzisiejszym i tej tuskowej bablaninie o miłości i empatii. Jednak jego szczególność jest równie uderzająca, ze względu na osobę samego Pałasińskiego. Ale o tym znów, ale za to, w ramach wieńczącej całość konkluzji, za chwilę, bo teraz trzeba coś powiedzieć na temat tego „my”. Na początku tego wpisu pisałem o skojarzeniach. Otóż kiedy czytam ten tekst z blogu Jacka Pałasińskiego, nie mogę nie wspomnieć „niemieckiego” skeczu Monty Pythona, kiedy to któryś z nich, przebrany za oficera Gestapo, wyciąga do nas palec w czarnej, skórzanej rękawiczce i mówi: „Vee know vot you did. Vee have seen your acts. Vee vill make you suffer and beg for mercy”. Jakoś tak. I teraz czytam to “my” Pałasińskiego I słyszę to prześmiewcze “vee”. To jest oczywiście bardzo komiczne, ale pewien dreszcz po plecach, owszem, przechodzi. Trzeba tylko red. Pałasińskiego trochę przylizać, no i nieco inaczej mu przystrzyc ten ruski wąsik.
Oglądałem zatem w telewizji transmisję z przylotu Benedykta XVI do Madrytu i do moich uszu dotarł komentarz Jacka Pałasińskiego o takiej urodzie, że aż to wszystko postanowiłem specjalnie na potrzeby tego bloga spisać. Proszę się wczuć. Samolot ląduje, otwierają się drzwi i słyszymy relację Jacka Pałasińskiego:
Już szef ceremoniału… he, he… zszedł, no i teraz wreszcie moment klu. Benedykt XVI stawia stopę, za nim kardynał… no i powitanie z królem. Juan Carlos Bourbon, Juan Carlos Pierwszy, który swe dzieciństwo spędził w Rzymie, nota bene, na wygnaniu… eee… chciałoby się powiedzieć obok królowa Sofia, jako się rzekło spadkobierczyni… eee… dynastii królów greckich. No i takie dość jeszcze właśnie na schodach. Część purpuratów stoi jeszcze, to tak w stu procentach niezgodne z… eee… protokołem, no ale… he, he… mamy do czynienia z dniami młodzieży, więc tu tak często protokół… eee… niestety często nie wystarcza”.
Słuchaliśmy tego Palasińskiego, jednocześnie, zupełnie jak nie z tego świata, widzieliśmy na ekranie Króla, Królową, Papieża Benedykta, tych wszystkich kardynałów.. i wyliśmy ze śmiechu. A kiedy już nam przeszło, i śmy się uspokoili, ja sobie przypomniałem te wszystkie wcześniejsze występy tego kosmity i pomyślałem sobie, po jaką cholerę on prowadzi ten swój blog. Ja rozumiem Wojewódzkiego i tę jego reklamę komórek, albo Majewskiego z tym bankiem. No, to są autentyczne pieniądze, których głupio nie brać, jak dają. Ale blog? Czy on naprawdę nie ma co robić w domu, tylko pluć na Prawo i Sprawiedliwość i ludzi, którzy je popierają? Rozumiem, że Walter pozwala, a może nawet i wspiera takiego typu aktywność, no ale czyż on nie ma niczego innego do roboty? Myślałem tak sobie, myślałem, i przyszły mi do głowy dwie rzeczy, i to już nie wiem kompletnie, która dla Pałasińskiego jest bardziej okrutna. On może mieć faktycznie mentalność takiego gestapowca ze skeczu Monty Pytona i to „vee” go tak rajcuje, że nie jest w stanie się powstrzymać. W telewizji nie dają, to on pisze na blogu. Druga opcja jednak jest taka, że Pałasiński czuje jakoś pół-świadomie, że jest debilem, który, o ile mu czegoś nie napiszą na kartce, to nie da sobie rady. Jednak przez to, że był akurat na tej placówce w Rzymie, kiedy umierał Jan Paweł II i jakimś cudem złapał tę popularność za nogi, to teraz musi się męczyć, i wszyscy tę mękę widzą, i ją jakoś zapamiętują. I stąd się on tak rwie do tego pisania, żeby pokazać ludziom, że on naprawdę umie coś powiedzieć tak bardziej inteligentnie. Tak jak to robią jego inni wykształceni koledzy. No i stąd się wzięło to „nie uwłaczając nikomu”. A ja się tylko zastanawiam, czy mu ten wordowski korektor nie musiał poprawić „uwłączając”. W sumie ciekawe, prawda?
Ten blog, jak wiemy, od samego początku służy wszystkim chętnym ludziom dobrej woli. Za darmo i bez ograniczeń. Jednak jeśli ktoś ma możliwości i chęci, bardzo proszę o finansowe wspieranie go pod podanym obok numerem konta. Każdy gest przyjmę z najwyższą radością i wdzięcznością. Dziękuję.

środa, 17 sierpnia 2011

O życiu na dobrych falach

Ponieważ ostatnio zebrało mi się na wspomnienia, nic nie zaszkodzi, jeśli i dziś – choćby tylko na początek tego tekstu – trochę sobie powspominam. W maju roku 1990 powstało Porozumienie Centrum, a ja, we wrześniu tego samego roku, do tego Porozumienia Centrum, w sposób jak najbardziej oficjalny, wstąpiłem. Oficjalny, a więc nie na takiej zasadzie, że coś tam komuś powiedziałem, ale z tymi wszystkimi składkami, zebraniami i całą konieczną resztą, włączając w to i to, że we wszystkich towarzyskich sytuacjach, od czasu do czasu, zmuszony byłem do odpowiadania na pytania typu: „Krzysiu? Ty chyba żartujesz???” Trzymałem się i Jarosława Kaczyńskiego i każdego firmowanego przez niego projektu bez przerwy przez wszystkie te lata, aż do czasu, gdy Porozumienie Centrum zostało doszczętnie i skutecznie przez Służby rozbite. Ale i wtedy też, nie poszedłem nigdzie indziej, lecz tkwiłem przy Jarosławie Kaczyńskim, i tak już mam do dziś.
Rok 1990, jak może część z nas pamięta, to był rok, w którym Polska wolna i suwerenna wierzyła w to, że dla bezpiecznej przyszłości i skutecznej nadziei, prezydentem powinien zostać Lech Wałęsa i nikt inny. Raz, że to jednak był Wałęsa, ale też z tego powodu, że nikt inny tym prezydentem nie mógł wówczas zostać. Porozumienie Centrum w dużym stopniu stanowiło inicjatywę, której podstawowym celem było zatrzymanie projektu, który miał w planie przejąć w Polsce wieczną władzę, a której beneficjentem miały być środowiska związane z jednej strony z Gazetą Wyborczą, a z drugiej z tak zwanym „reformatorskim skrzydłem PZPR”. Takie to były czasy, takie plany, taka walka, a naszą bronią w tej walce – jak trudno w to dziś uwierzyć! – był właśnie nie kto inny, jak Lech Wałęsa. Bardzo się zaangażowałem w to, by Tadeusz Mazowiecki, a z nim cała ta banda, której dzisiejszą emanacją jest sam Donald Tusk i Spółka, dostali wtedy lanie, i kiedy Lech Wałęsa został prezydentem, byłem bardzo szczęśliwy.
Kampania wyborcza, która ostatecznie doprowadziła do tej, jak się okazało, nieszczęsnej, a mimo to jedynej wówczas możliwej, prezydentury, była bardzo piękna i pełna dobrych emocji. Przede wszystkim, my, jako oczywiści zwycięzcy, prowadziliśmy ją bez jakiejkolwiek agresji, złości, nerwów, czy choćby strachu. Nosiliśmy te znaczki z prostym napisem „Tak”, i ile razy naprzeciwko nas pojawiali się oni, z coraz bardziej przerażoną nienawiścią, wzruszaliśmy jedynie ramionami i dalej robiliśmy swoje. Fajne to były dni. Pamiętam, że dzień za dniem stałem na tym niby rynku w Katowicach, rozdawałem te ulotki, znaczki, książeczki, czując jak potężna siła za mną stoi, a jednocześnie ze wszystkich stron nacierały na mnie twarze ludzi, które szyderczo pytały, czy ja przypadkiem nie zwariowałem, wierząc że Wałęsa ma jakiekolwiek szanse wygrać z panem Tadeuszem. Oczywiście, nie twierdzę, że było łatwo. Już wówczas System miał opracowany ten plan, który dziś z takim sukcesem wciela w życie, a polegający na tym, że nam się wmawia, że tak naprawdę jesteśmy zupełnie sami. A tamtym, że za nimi stoją właściwie wszyscy. Tym bardziej jednak nasze zwycięstwo było tak słodkie, a ich porażka – tak pełna wściekłości.
Stało się jednak tak, że przez te wszystkie lata – pomijając tamten epizod z roku 1990 – wspierałem Jarosława Kaczyńskiego cicho i spokojnie, i właściwie do czasu jak zacząłem prowadzić ten blog, jedyny praktyczny gest, jaki wykonałem na poziomie czystej polityki, to było wstąpienie do Prawa i Sprawiedliwości, a i to też, bardziej właściwie jako symboliczny, niż praktyczny gest, dopiero po tym, jak rząd PiS-u został w praktyce obalony. Dziś, w związku ze wspomnianym kandydowaniem – no i, może przede wszystkim, przez to, że ludzie PiS-u w okolicy dowiedzieli się, że zbijam bąki, zostałem poproszony o to, by – tak jak kiedyś, przed dwudziestu laty, pójść na katowicki rynek, i tym razem już w kompletnie nowych okolicznościach – niech żartobliwie będzie, że przyrody – namawiać do głosowania na PiS. W związku z tym zdarzeniem, chciałem przekazać tu parę, moim zdaniem, bardzo dobrych informacji.
Otóż moim zadaniem w tym dzisiejszym dniu było siedzenie na przystanku tramwajowym, pod pisowskim parasolem, obok jakiegoś nieznanego mi Dominika, i przez pięć bitych godzin zbieranie od nieznanych mi, a popierających Prawo i Sprawiedliwość osób, podpisów pod listami do Sejmu i Senatu. Przyznam szczerze, że szedłem na ten przystanek bardzo niechętnie. Przede wszystkim, jestem dziś o całe dwadzieścia lat starszy od tamtego człowieka, który rozdawał pro-wałęsowskie materiały wyborcze, a i czasy też robią wrażenie znacznie bardziej nerwowych, niż kiedyś, a ja nie miałem za bardzo chęci na użeranie się z bandą wściekłych gówniarzy, którzy na sto procent przyjdą, żeby pluć czy to na Lecha Kaczyńskiego, czy – to już ci bardziej delikatni – na wciąż jeszcze żyjącego Jarosława. Poza tym, ja – jak sądzę – dość dobrze znam moje miasto i jego zdolności okołopolityczne, i też jakoś głupio było mi czekać aż te smutne pięć godzin miną, tracąc czas na nudnym przyglądaniu się, albo obojętnemu, albo, dla odmiany, plującemu złością, tłumowi.
I oto, proszę sobie wyobrazić, tłum ani nie było obojętny, ani plujący złością. Na widok parasola z przyczepionymi pisowskimi tabliczkami, przychodziło do nas bardzo dużo osób. I starszych, i młodszych, i w średnim wieku, i kobiet, i mężczyzn. Ludzie byli weseli, zatroskani, smutni, skupieni, wszyscy bardzo sympatyczni i, co niezwykle ciekawe, bardzo ciekawi rozmowy. Praktycznie nie pojawili się tak zwani wariaci, których, jak wiemy, zawsze jest wszędzie pełno. Nikt nie przeklinał, nikt się nie złościł. Nie padło ani jedno słowo o bandytach, o żydach, o zdrajcach. Przychodzili tacy, którzy mówili, że tylko Kaczyński, ale też i tacy, którzy byli pełni wątpliwości. Przyszedł jakiś chłopak, który chciał koniecznie wiedzieć, jakie mamy gwarancje, że, kiedy PiS dojdzie do władzy, to cokolwiek się zmieni na lepsze. Był też człowiek dużo młodszy ode mnie, który powiedział, że on nie będzie głosował na byle kogo i koniecznie chciał wiedzieć, co ja w życiu osiągnąłem takiego, że on może mi zaufać. I też sobie pogadaliśmy. Niekiedy ludzi było tak dużo, że trudno się było zorientować, co się wokół dzieje. Dla sprawiedliwości, przyznam, że przyszedł też pewien starszy pan, który powiedział, że on na wybory nie pójdzie, bo on już nie wierzy nikomu, poza swoją córką, którą zdążył jeszcze pod koniec życia spłodzić. Niesamowite! Ale był uśmiechnięty i wesoły.
Przez te pięć godzin nie pojawił się nikt – dosłownie nikt – kto by choćby półgębkiem zadeklarował, że będzie głosował na PO.
W pewnym momencie pojawił się pewien pan, który stwierdził, ze ten nasz parasol wygląda strasznie nędznie, jak go porównać ze stojącym kilka ulic dalej parasolem Platformy, na co drugi, przyznał, że owszem. Choćby przez to, że tam siedzą cztery panieneczki w krótkich spódniczkach, a nie jakiś stary dziad i jakiś byle jaki chłopak. Wszyscyśmy się oczywiście roześmiali, a ja, po skończonym dniu, tak dla sprawdzenia sytuacji, poszedłem w stronę tych panienek ze zdjęciem Kazimierza Kutza i… wszystko się zgadzało. Parasol był prześliczny, dziewcząt było sztuk cztery, Kutza akurat nie zauważyłem, ale za to też nie zauważyłem nikogo więcej. Tylko ten śliczny parasol, te cztery lalunie i pełna, czysta nuda. W dodatku nuda, która robiła wrażenie, jakby trwała już od dłuższego czasu i jeśli ona jeszcze nie eksplodowała, to tylko dlatego, że owe panieneczki najwidoczniej właśnie znalazły sobie jakiś temat do rozmowy, i to owa właśnie rozmowa skutecznie trzymała je przy życiu. One wyglądały tak rozkosznie, że w pewnym momencie nagle pomyślałem sobie, że może nie byłoby źle podejść tam i zadać im jakieś proste pytanie, na przykład, jak ma na imię obecny prezydent Polski. A później napisać na ten temat jakiś wesoły tekst. No ale, machnąłem ręką. I stąd, to już będzie wszystko.
Zachęcam do wiary. No i tradycyjnie, proszę o finansowe wspieranie tego bloga, bo – tak jak już wspomniałem temu panu od osiągnięć – to niemal wszystko, co dotychczas udało mi się w moim życiu zdobyć.

O fartuszku za dwie dychy i końcu wakacji

Długi weekend minął mi dokładnie tak samo jak długi tydzień i długi miesiąc, a więc tak sobie, tyle że może szybciej, niż działo się to jeszcze rok temu. Mogłoby to oczywiście świadczyć o tym, że się starzeję, ale mówią mi mądrzy ludzie, że życie stawia przed nami tyle ofert, a każda z nich ciekawsza od drugiej, że szybki upływ czasu wcale już nie dotyczy ludzi starszych, ale w ogóle każdego, kto jakoś tam w to życie się angażuje, włączając w to nawet małe dzieci. Inna sprawa, że ja tych ofert za bardzo nie widzę, no ale kto wie, czy one nie są jakoś tak sprytnie ukryte, że niby ich nie ma, a jednak są. I przyśpieszają to moje życie właśnie tak dyskretnie.
Wymieniłem sobie dziś mailową korespondencję z naszą koleżanką Marylką i poskarżyłem się jej, że gniję, na co ona zapewniła mnie o tym, że mnie świetnie rozumie, ponieważ kiedyś sama bardzo skutecznie przeżywała ów stan gnicia. Oczywiście zrobiło mi się raźniej, tyle że przy tym, nagle przypomniałem sobie coś z bardzo już zamierzchłej przeszłości i to wspomnienie stało się tak intensywne, ze nie dość, że podzieliłem się nim z samą Marylką, to wygląda na to, ze będę się musiał nim podzielić i z tymi, którzy jakimś cudem jeszcze czytają te wpisy.
Otóż jeszcze w pierwszej połowie lat 70-tych, kiedy nie dostałem się na studia, poszedłem pracować do takiego typowego peerelowskiego domu handlowego w Katowicach, gdzie przyszło mi sprzedawać obywatelom popsute telewizory, popsute radia i z jakiegoś jednak powodu na ogół sprawne magnetofony. Jeśli ktoś planuje od razu mi przypomnieć, że ja już o tym pisałem i powinienem szybko zmienić temat, to od razu odpowiadam, że wiem, tyle że ja dziś nie o tym, ale o czymś obok tego. Przyszedłem więc pierwszy raz do pracy, stanąłem ładnie przy ladzie, w takim bardzo gustownym granatowym fartuszku, pojawił się pierwszy klient i zapytał, czy są magnetofony ZK-120. Ponieważ nie wiedziałem, powiedziałem grzecznie, że zapytam, poszedłem do mojego kierownika, spytałem, czy są magnetofony ZK-120, on mnie na to z porozumiewawczym mrugnięciem poinformował, że są w magazynie, ja wróciłem do mojego pierwszego klienta, powiedziałem mu, że zaraz przyniosę, no i mu przyniosłem. Kiedy on już odchodził z dokonanym zakupem, włożył mi do kieszeni mojego granatowego fartuszka jakieś pieniądze. Trudno mi jest dziś powiedzieć, ile to było, bo w ogóle słabo pamiętam, jakimi sumami obracaliśmy w tamtych czasach, ale powiedzmy, że jakieś 20 zł.
Ja oczywiście, ani nie byłem przygotowany na coś takiego, ani tym bardziej nie liczyłem na to, że on mi w ogóle będzie dawał jakiekolwiek ekstra pieniądze, ale, jak się okazało, ten akurat klient był zaledwie pierwszym z całego szeregu klientów, którzy z jakiegoś powodu uznawali, że sprzedawcy należy dać napiwek za to, że ich uprzejmie obsłużył. Po pewnym czasie doszło do tego, że klienci wrzucali mi do kieszeni tego mojego fartuszka tyle pieniędzy, że ich wielkość zaczęła parokrotnie przewyższać to, co ja tam w tym sklepie zarabiałem oficjalnie. Przychodził więc człowiek, kupował telewizor o nazwie Beryl, wychodząc dawał mi te 50 zł, na drugi dzień wracał z tym telewizorem, bo mu się zepsuł, ja mu dawałem nowy, on mi wtedy dawał kolejne 50 zł, na trzeci dzień przychodził z następnym, i dawał mi złotych 20, a ja sobie nagle myślałem: „A co to ma znaczyć? Czemu tylko 20? A co mu się nagle nie podoba?”
Ktoś może pomyśleć, że ja mam z powodu tego mojego zachowania jakieś wyrzuty sumienia i że ten tekst jest już kolejnym w temacie takiej taniej ekspiacji za dawne grzechy. Otóż nie bardzo. Nie widzę tu żadnej swojej winy. Przede wszystkim było tak, że ja, jeszcze na początku mojej pracy sprzedawcy, bardzo się opierałem przed tym wkładaniem mi ręki do kieszeni, a więc to, że te pieniądze tam wciąż lądowały nie było ani moją inicjatywą, ani nawet moim współsprawstwem. Tyle wszystkiego, że faktycznie, kiedy nagle tych pieniędzy z jakiegoś powodu nie było, to mogłem bardzo wyraźnie zauważyć, jak wygląda porządna tresura. I każda refleksja związana dziś z tamtym ciągiem zdarzeń, z pewnego punktu widzenia może być niezbyt komfortowa.
Powód dla którego opowiedziałem Marylce o tamtych czasach był bardzo ściśle określony, natomiast nie będę go tu w tej chwili powtarzał, bo i jakoś mi niezręcznie, a poza tym to, że opowiadam o tym fartuszku i tej kieszeni teraz, ma przyczyny zupełnie inne i daleko bardziej prozaiczne. Jak już wspomniałem, ów miniony długi weekend zostawił mnie w tak fatalnej rozsypce psychicznej, że ja od rana myślę sobie, że wypada cos nowego napisać, i nic mi nie przychodzi do głowy. To znaczy, do głowy przychodzą mi różne rzeczy, tyle że żadna z nich albo nie jest na tyle ciekawa, by się nią tu chwalić, albo może i jest ciekawa, natomiast ja nie umiem z niej wykroić nic większego, niż to jedno, czy powiedzmy dwa zdania.
Wczoraj na przykład oglądałem troszeczkę uroczystość składania wieńców przed pomnikiem w Warszawie, patrzyłem na kolejne delegacje, słuchałem głosu tej pani, która informowała, że oto idzie prezydent Komorowski, a teraz idzie premier Tusk, a za nim idzie marszałek Schetyna, i tak dalej i tak dalej, i w pewnym momencie pojawił się wojskowy attache Ambasady Brytyjskiej w Polsce, niejaki Nigel Phillips, a owa kobieta przedstawiła go jako „nigiel filips”. Dokładnie tak. Nie „najdżel”, ale „nigiel”. Śmialiśmy się z moim synem troszkę, bo to „nigiel” zabrzmiało rzeczywiście zabawnie. On nawet w pewnym momencie zaczął się zastanawiać, jak to się stało, że ona wiedziała, jak się czyta słowo „Phillips”, ale uznaliśmy, że pewnie ma w domu telewizor marki Philips i ponieważ jej mąż zawsze mówi do niej: „Zapuść Filipsa”, to ona tego akurat się nauczyła. Natomiast ten Nigel ją zaskoczył.
A więc wymyśliłem sobie, że może warto by było wziąć ten incydent z Nigelem, i spróbować od niego wyjść i dokądś dojść, ale nic z tego mi nie wyszło. Dziś natomiast, już w pełnej desperacji, zajrzałem na Onet i tam zobaczyłem dwie informacje. Pierwsza to taka, że „‘Zadymiarz’ z ‘S chce kandydować z list PiS”, o tym, że działacz stoczniowej Solidarności Karol Guzikiewicz ma czelność pójść śladem ludzi tak poważnych i powszechnie szanowanych, jak Julia Pitera, czy Stefan Niesiołowski, i też kandydować do Sejmu. Druga natomiast to ta, że Platforma Obywatelska skonstruowała „tajną broń”, dzięki której Polacy mieszkający na Wyspach Brytyjskich dadzą jej kolejne cztery lata władzy, i że ta broń nazywa się Jan Vincent Rostowski. No ale i jedno i drugie nie zainspirowało mnie w najmniejszym stopniu, no bo przede wszystkim, jak można komentować sposób myślenia, za którym stoi przekonanie, że dla zadymiarzy w Sejmie miejsca nie ma, bo wszystkie dostępne zajęli polityczni chuligani i bandyci, no a nawet jak już ktoś przedstawi na to jakąś w miarę poukładaną logikę, to już zupełnie nie ma sposobu, by uznać, że brytyjska Polonia jest już tak durna, że skoro nie chcą się dać nabrać na Donalda, to się dadzą nabrać na Vincenta? Zacząć rechotać? Przepraszam bardzo, ale tu na to miejsca nie ma.
A zatem, przejrzałem ten Onet i też stanąłem w miejscu. A pisać trzeba, bo, cokolwiek by o dzisiejszej sytuacji nie sądzić, to jakiejś oczekiwania wciąż wobec tego bloga istnieją. No i jednak pomyślałem sobie, że opowiem o tym niebieskim fartuszku i jego przepastnych kieszeniach, bo, wbrew pozorom, jest to opowieść wiele bardzo mówiąca nam wszystkim o nas wszystkich. I, jak ktoś chce, może ją nawet potraktować jako łamigłówkę. A skoro już System dostał cholery, że posłem może zostać solidarnościowy działacz Guzikiewicz, to przyszło mi do głowy coś jeszcze. Otóż proszę sobie wyobrazić, że o ile Guzikiewicz, jak sam mówi w wypowiedzi cytowanej przez Onet, jeszcze nie wie, czy się ostatecznie znajdzie na listach Prawa i Sprawiedliwości do Sejmu, bo on na razie jest tylko tak zwanym „kandydatem na kandydata”, to ja mogę powiedzieć, że jeśli idzie o mnie, to ja już jestem kandydatem niemal pełnym. Niemal, czyli jeszcze bez ostatecznego miejsca na liście. Ale owszem – będę kandydował w Katowicach do Sejmu z ramienia Prawa i Sprawiedliwości.
I teraz chciałem powiedzieć zupełnie uczciwie, że nie mam pojęcia, jak się ta walka skończy. Pewnie łatwo nie będzie. Ale jeśli jakimś cudem uda mi się do Sejmu wejść, to ci co ich mam w tej chwili w głowie, mogą się zacząć denerwować już bardzo naprawdę. Bo ani śp. Andrzej Lepper, ani dzisiejszy Guzikiewicz nie pokazali dotychczas nawet 10% z tego, co oni zobaczą, kiedy się ta kampania szczęśliwie dla mnie zakończy. Oni wtedy zobaczą, jak wygląda bezkompromisowość w wydaniu turbo. I zobaczą, jak to jest, kiedy rządzi lud. Lub jak mówią Anglicy gmin, czy ludzie zwyczajni.
Jest jeszcze coś. Podobnie jak wydanie przez mnie książki, najwyraźniej tylko pogorszyło moją sytuację finansową, może się zdarzyć, że powyższe oświadczenie też tylko mi zaszkodzi. W końcu posłom naprawdę nie trzeba sponsorować niczego. No ale, mogę jeszcze parę dni z tą wiadomością czekać, a w końcu i tak wszystko wyjdzie na jaw. A zatem, najuczciwiej jak potrafię, przypominam wszystkim zainteresowanym: ten blog jest w tej chwili jedynym źródłem mojego utrzymania. Bardzo więc proszę, kto chce i może, niech kupuje książkę – naprawdę warto – a kto już ja ma, niech łaskawie wspiera ten blog w inny sposób. Dziękuję.

sobota, 13 sierpnia 2011

O nas, głupich tchórzach

Gdyby komuś przyszło do głowy sądzić, że, skoro ja tak ładnie potrafię pisać, i to w dodatku pisać z pozycji najczęściej tak bardzo słusznych, to ze mnie musi być prawdziwy bohater, to chciałbym go dziś wyprowadzić z błędu. Jak idzie o bohaterstwo, to ja sobie mogę ewentualnie przyznać tu tylko jeden punkt. Za to – chwaliłem się już tym tutaj parę razy – że kiedy oferowano mi bardzo przyjemne studia za współpracę, to powiedziałem esbekowi, żeby poszedł szukać gdzie indziej. Za to, że bałem się jak cholera, a mimo to, powiedziałem mu, żeby na mnie nie liczył. I na tym koniec. Więcej ciekawych historii tego typu do opowiedzenia nie mam. Mam natomiast w pamięci coś, co, jak sądzę, w najlepszym dla mnie wypadku, ów jeden punkt mi odbiera. I chciałem dziś parę słów na ten własnie temat.
Dziś już nie pamiętam tego tak na sto procent, czy na moich studiach, coś co się wówczas nazywało szkoleniem wojskowym, trwało rok, czy dwa, ale wydaje mi się, że rok. O ile jednak sobie przypominam, na tak zwane wojsko na ulicy Krasińskiego w Katowicach, chodziliśmy w każdy czwartek tylko na czwartym roku. I stało się jakoś tak, że ja z tego wojska oblałem wszystkie egzaminy. Wszystkie, czyli najpierw pierwszy, potem drugi i trzeci termin, i, ostatecznie też, egzamin komisyjny. Na piąty rok zatem zostałem wpuszczony warunkowo, a więc z obietnicą, że będę się, tak jak wszyscy, przygotowywał do obrony, a jednocześnie jakoś to wojsko ostatecznie zdam. No i rok mijał, a ja tego wojska zdać dalej nie potrafiłem. Pamiętam tamten rok bardzo dobrze, bo był to w moim zyciu rok szczególny. Z jednej strony kończyłem studia, z drugiej właśnie wtedy brałem ślub z panią Toyahową, no i pisałem tę pracę. A na samej górze tego wszystkiego było to wojsko. Pamiętam więc ten rok świetnie, a razem z nim, przypominam sobie, że w pewnym momencie myśl o tym wojsku opanowała mój umysł do tego stopnia, że kiedy chodziłem sobie po mieście, w głowie miałem wciąż jakieś wojskowe piosenki, a mój krok – jakikolwiek by on nie był – był zawsze krokiem marszowym.
Zdałem w końcu to nieszczęsne wojsko, nie dlatego, że się skutecznie nauczyłem, ale przez tak zwane pośrednie kontakty towarzyskie, rodzinne i flaszkę koniaku. A więc, w sumie, poza straconymi nerwami, nie było tak źle. A moje nerwy, to trzeba przyznać, były w stanie dość szczególnym. W czerwcu mieliśmy ślub, w lipcu byliśmy na wakacjach, przez sierpień napisałem tę moją nieszczęsną – kiedy dziś na nią patrzę, słabą jak nie wiem – pracę magisterską, nadchodził wrzesień, miałem już wyznaczony termin obrony, a ja wciąż chodziłem wszędzie tym wojskowym krokiem. No ale jak mówię, w końcu się udało i udało się do tego stopnia, że ja nawet tego wojska nie zdawałem. Przyszedłem tam na ten ich egzamin, oni mi powiedzieli, dajcie Osiejuk ten indeks, i tyle. Później szybko pobiegłem na obronę, podczas której byłem tak osłabiony, że zrobiłem z siebie wyłącznie idiotę i dziś jestem tu gdzie jestem.
Jednak w czasie, kiedy jeszcze w ogóle nie wiadomo było jak się to skończy, podczas jednego z tych moich oblanych egzaminów, zdarzyło się coś, co mnie prześladuje do dziś. Otóż w pewnym momencie, któryś z tych majorów, czy pułkowników, ni z gruszki ni z pietruszki, zwrócił się do mnie z takim oto pytaniem: „Czy wy, Osiejuk jesteście rzymskim katolikiem?” Powiem zupełnie szczerze, że kiedy on wyskoczył z tą religią, wpadłem w prawdziwą panikę. Bo pierwsza moja myśl była taka, że co go to w ogóle nagle obchodzi? Druga taka, że obchodzi go z całą pewnością. A trzecia to ta, że od mojej odpowiedzi zależy bardzo wiele. No i odpowiedziałem mu w następujący sposób. Słowo w słowo: „Tak mnie wychowali moi rodzice”. Pamiętam, cholera, te słowa do dziś.
Dlaczego nie odpowiedziałem mu normalnie, jak człowiek, że tak, że jestem rzymskim katolikiem i wierzę w Jezusa Zmartwychwstałego i w Święty Kościół i dalej w tym kierunku? Otóż bałem się, że on tylko na tę odpowiedź czeka i jest na nią znacznie lepiej ode mnie przygotowany. Jakoś tak chyba to było. Dlaczego zatem nie powiedziałem, że nie? Że w żaden sposób. Że jestem porządnym komunistą. Tu już odpowiedź jest prosta. Tak głupi, co by o mnie nie sądzić, to ja nawet wtedy nie byłem. Tak czy inaczej, wymyśliłem tę idiotyczną odpowiedź ze strachu i prześladuje mnie ona do dziś.
Przypomniała mi się ta historia dziś, po tym jak już skończyłem czytać w „Rzeczpospolitej” wywiad Roberta Mazurka z piosenkarką Antoniną Krzysztoń. Nie w trakcie tej rozmowy, ale po jej przeczytaniu. Żeby powiedzieć, o co chodzi, parę słów o samej Antoninie Krzysztoń, której niektórzy mogą zupełnie nie znać. O Mazurku nie trzeba. O nim tu było już i tak dużo za dużo. Otóż Antonina Krzysztoń ma historię bardzo niezwykłą. Z jednej strony, przez swoje rodzinne powiązania, ona w czasach głębokiego PRL-u należała do najbardziej klasycznej warszawskiej socjety. A więc była siostrzenicą Haliny Mikołajskiej, Marian Brandys był jej wujkiem, i pewnie też przez to oczywiście, znała dokładnie wszystkich czołowych wówczas opozycjonistów – a, jak wszyscy wiemy, w tamtych akurat czasach, w odróżnieniu od tego, co mamy dziś, towarzyski mainstream mieścił się nie po stronie zajmowanej przez reżim, lecz właśnie przez opozycję. Zresztą sama Krzysztoń na ten temat dość dużo w wywiadzie dla „Rzepy” opowiada, a na kimś tak przywiązanym do tradycyjnego modelu życia towarzyskiego – ale też życia w ogóle, jak ja – te wszystkie szczegóły robią wrażenie takie sobie.
A więc to jest ta jedna strona. Druga strona natomiast jest taka, że Antonina Krzysztoń – o czym akurat już wiem z zupełnie innych źródeł, niż Mazurek i jego „Rzeczpospolita” – to jest człowiek bardzo porządny. Ona jest – i zawsze była – osobą niezwykle porządną, ideową, wierną i – co nie mniej ważne – mądrą. Wiem też jeszcze coś. Z powodu tego oto, że ona w zeszłorocznych wyborach prezydenckich oficjalnie poparła kandydaturę Jarosława Kaczyńskiego, praktycznie straciła pracę. I, powiem szczerze, kiedy dziś rano zobaczyłem, że Mazurek rozmawia z Krzysztoń, bardzo liczyłem na to, że wystarczająco duża część tego wywiadu będzie poświęcona temu, by opowiedzieć czytelnikom, jak się przejawia ów totalitaryzm, o którym niedawno wspomniał ojciec Rydzyk, i co wzbudziło tak nieprawdopodobną furię Systemu. Liczyłem na to, że Mazurek zapyta, a ona opowie, jak się zaczęła zmieniać jej zawodowa i towarzyska sytuacja od momentu, gdy ona zgodziła się swoim nazwiskiem wesprzeć kampanię Jarosława Kaczyńskiego, i jak System ją za ten gest potraktował. I jakie wnioski, z tego co się stało, powinniśmy wszyscy dla siebie wyciągnąć.
Mazurek rozmawia zatem z Antoniną Krzysztoń, ale najpierw rozmowa się toczy wokół jej wczesnej kariery, później słuchamy dość szczegółowych historii na temat Mikołajskiej, Brandysa i w ogóle ówczesnego życia w Warszawie i okolicach, i kiedy wydaje się, że na temat dzisiejszej sytuacji Krzysztoń nie padnie ani słowo – jest! Pod sam koniec tej rozmowy pojawia się temat właściwy. Krzysztoń najpierw mówi, jak ją irytuje to, że wielu traktuje jej sztukę jako sztukę ściśle religijną, i Mazurek na to rzuca co następuje: „Pani wpadła w gorszą szufladę – polityczną. W ostatnich wyborach prezydenckich znalazła się pani w komitecie Kaczyńskiego”. I, gdyby ktoś się spodziewał, że tu Antonina Krzysztoń powie, że tak, że ona popiera Prawo i Sprawiedliwość, że dla niej Kaczyński to lepszy prezydent, niż Komorowski, i że to, że ona w to wierzy, ją tak fatalnie ustawiło w jej życiu zawodowym, czy coś w tym kierunku, to jest w dużym błędzie. Okazuje się, że przede wszystkim Antonina Krzysztoń poparła Jarosława Kaczyńskiego nie przez politykę, lecz z „porywu serca”. Że ona „po prostu czuła, ze musi być przy tym człowieku”. Dlaczego? Tego akurat już tak do końca nie wiemy, no ale można się domyślić, że chyba z litości. Zresztą już w następnym zdaniu, Antonina Krzysztoń zapewnia wszystkich wątpiących, że ona nigdy się w politykę nie angażowała i nadal „śpiewa dla wszystkich”. A nie tylko „dla jednej partii”. A na przykład jej najbliższa przyjaciółka jest politycznie kompletnie gdzie indziej, niż ona, i one i tak się bardzo przyjaźnią.
To byłby oczywiście, jak ktoś słusznie zauważy, dobry moment dla samego Mazurka, by pokazać, jak wygląda dziennikarstwo porządne i niezależne. Ale tu już wywiad się kończy. Mazurek tylko nieśmiało zwraca uwagę, że Krzysztoń znalazła się w jednym miejscu „z innym bardem opozycji i ‘Solidarności’ Janem Krzysztofem Kelusem”, na co Krzysztoń odpowiada, że „to naprawdę powinno ludziom dawać do myślenia, tym bardziej, że wszyscy wiedzą, jak niezależną osobą jest Janek”. I na tym koniec. Kto chce, niech się domyśla. W końcu, jak słyszymy, to jest informacja, która ludziom „powinna dawać do myślenia”.
Czemu Mazurek i Krzysztoń postępują tak jak postępują? Główny powód jest wspólny. I to jest też mniej więcej ten sam powód, jaki stał za moją reakcją sprzed lat na pytanie tamtego peerelowskiego oficera o moją religię. Ostrożność wobec przeważających sił wroga. I Mazurek i Krzysztoń, a również i ja, jeszcze wtedy, kiedy byłem taki młody, zachowaliśmy się tak, a nie inaczej, ze strachu, że, jeśli się zdeklarujemy szczerze i uczciwie, to natychmiast dostaniemy tak w zęby, że się nie pozbieramy. W szczegółach natomiast jest już sytuacja bardziej zróżnicowana. Ja po prostu miałem nadzieję, że jeśli będę grzeczny, zdam ten egzamin. A więc wszystko było proste. Jak idzie o Krzysztoń, ona chce odzyskać to co miała – też nie do końca, ale jakoś tam miała – kiedyś. Sama zresztą, w innym miejscu tej rozmowy, przyznaje niemal jednoznacznie, że ona by chciała być popularna, jak inni jej koledzy artyści. Mazurek natomiast, boi się, by nie utracić tego, co ma. A więc opinii – inna sprawa, że to jest bardzo ciekawe, czyjej opinii – dziennikarza niezależnego i obiektywnego. I tak się niestety składa, że cała nasza trojka popełniła, lub wciąż jeszcze popełnia, ten sam błąd. A więc liczy na to, że System jest skłonny do kompromisu. Otóż nie. System żąda ofiary całkowitej i żadne częściowe ustępstwa go nie interesują. A zatem Mazurek, nigdy, już do końca swojego zawodowego życia, nie zostanie potraktowany przez System – nawet nie jako swój, bo to jest w ogóle niemożliwe – ale jako ktoś choćby neutralny. Nawet jeśli on się zepsi tak jak to zrobił Wołek, to i tak wszyscy będą go traktować jak kupę śmiechu, a używać go będą wyłącznie do szczucia na przeciwników prawdziwych. Jak idzie o Antoninę Krzysztoń, ona – ponieważ ma talent i jej piosenki mogłyby się znowu zacząć sprzedawać – musiałaby zrobić to, co zrobił swego czasu Maleńczuk, a więc podczas jednego z tych nielicznych koncertów, wyraźnie i bez drżenia w głosie, wrzasnąć do publiczności, by wyborcy PiS-u „wypierdalali”. On przecież też nigdy nie był piosenkarzem mainstreamowym, a proszę, jak sobie dziś świetnie radzi. A więc tak właśnie – żeby wypierdalali, a nie jakieś farmazony o śpiewaniu dla wszystkich. Bo dla wszystkich się nie śpiewa.
A ja? Co mogłem zrobić tamtego dnia ja? Oczywiście dziś już wszyscy wiemy, że ten wykręt i zrzucenie całej odpowiedzialności za moją wiarę na moich rodziców, nic mi nie dało. I dać mi nie mogło. Bo co to, kurwa, ma znaczyć, że rodzice tak mnie wychowali? Człowiek odpowiada sam za siebie i widzi przecież, co i jak. A więc, ja, przede wszystkim, miałem się zgodzić, jeszcze jakiś czas wcześniej, na tę współpracę, a skoro się tak spóźniłem, to przynajmniej zadeklarować ją z opóźnieniem, i liczyć na łaskę. A tak, to i w końcu trzeba było wydać pieniądze na tę flaszkę, i jeszcze mieć wyrzuty sumienia do końca życia. A wszystko, jak się dobrze zastanowić, jest takie proste. Ja miałem wtedy wyprostować się, nabrać głęboko powietrza, i powiedzieć głośno i wyraźnie, że Jezus Chrystus jest moim Panem, Antonina Krzysztoń miała powiedzieć, że ona nie śpiewa dla zdrajców i idiotów, natomiast Mazurek miał jej na to – głośno i wyraźnie – powiedzieć, że jej bardzo dziękuj za te słowa. Właśnie tak. Że jej bardzo dziękuje za te słowa. Bo gdybyśmy wszyscy byli trochę bardziej dzielni, o wiele łatwiej by się nam myślało o nadchodzącej przyszłości. A zatem, namawiam do odwagi. Bądźmy odważni.

Oczywiście, moja dzisiejsza sytuacja nie ma nic wspólnego ani z moim bohaterstwem, ani tchórzostwem, i nawet nie jestem pewien, czy mam dla niej jakiekolwiek usprawiedliwienie. Natomiast wiem, że ten blog jest dziś jedynym źródłem mojego utrzymania. A zatem wszystkich, którzy mogą mi w jakikolwiek sposób pomóc finansowo, proszę o kupowanie książki i o wpłaty na podany obok numer konta. Dziękuję.