wtorek, 30 kwietnia 2019

O trudnej sztuce namalowania konia z bananem w pysku


      Kiedy w roku 1913 francuski artysta Marcel Duchamp kupił sobie rower, odczepił od niego koło, przymocował je do stołka, a następnie przedstawił publiczności jako dzieło sztuki, Wojciech Kossak namalował obraz przedstawiający dziewczynę podającą dzban z wodą ułanowi, a ja sobie dziś myślę, że to mniej więcej wtedy też narodził się ów typ intelektualisty, który, jeśli się go zapewni, że ma szansę stać się lepszym od innych, gotów jest pomyśleć, powiedzieć i zrobić każdą rzecz, na którą, kierując się niczym innym jak zwykłym ludzkim wstydem, żaden normalny człowiek by się nie poważył. I wcale nie chodzi mi o to, że owo koło Duchampa to nic nie warte gówno. Wręcz przeciwnie, moim zdaniem ono wygląda bardzo ładnie i gdyby ktoś mi to coś podarował, a ja bym potrafił wygospodarować na to jakiś kąt, chętnie bym je sobie postawił i od czasu do czasu na nie zerkał. Gorzej z jego późniejszymi pomysłami, jak choćby ze słynnym pisuarem, no ale tu też nie mam wielkich pretensji do niego, jako artysty.
        Tu jednak pozwolę sobie na pewną dygresję. Otóż kiedy chodziłem do pierwszej klasy szkoły podstawowej, miałem kolegę Marka Gembickiego, który mimo swoich młodych lat potrafił w sposób idealny namalować konia, i nie tylko. Rzecz w tym, że ja nie mam wątpliwości, że Duchamp, gdyby mu się chciało, konia namalowałby równie sprawnie jak mój szkolny kumpel, jego problem natomiast polegał na tym, że on w pewnym momencie, jak wielu jego znajomych, czy to przez alkohol, czy narkotyki, hazard, czy kobiety, zwyczajnie oszalał i w ostatnim odruchu rozsądku, zamiast sobie palnąć w łeb, lub ewentualnie zdechnąć pod mostem, postanowił swoje szaleństwo sprzedawać. Jak się okazuje z sukcesem, a ja dziś mam na oku nie tego wariata i jemu podobnych, ale tych, co uznali że mają do czynienia z autentyczną sztuką, za którą jeszcze wypada płacić, a jeszcze bardziej tych, co uważają, że mają do czynienia z bezczelnym oszustwem i postanawiają z nim walczyć.  I to jest to, czego już nie jestem w stanie pojąć.
      Jak się Czytelnicy domyślają, powodem dla którego dziś piszę o sztuce i jej miłośnikach, jest tak zwany „bananowy protest”, w ramach którego praktycznie wszystkie towarzysko autoryzowane, oraz publicznie aktywne osobistości czują się w obowiązku zrobić sobie zdjęcie z wetkniętym w usta bananem i opublikować je w Internecie. Czemu oni to robią, wiadomo. Warszawskie Muzeum Narodowe wystawiło fotografie sprzed niemal 50 lat pewnej wariatki o artystycznym nicku Natalia LL, na których jakaś blondynka wpycha sobie do gardła banana, na co oburzył się wicepremier Gliński i kazał banany zdjąć. Ponieważ w tym momencie okazało się, że Natalia LL to wybitna artystka, a Gliński to nazistowski cenzor, wszyscy czołowi polscy celebryci zaczęli się fotografować z bananami i stąd dzisiejszy klops, no i ten tekst.
        Ktoś mnie zapyta, o co mi chodzi? Co mnie obchodzi minister Gliński i jakaś odjechana paniusia, która mu nie daje normalnie pracować? Otóż wciąż o to samo co zawsze. Moim problemem nie jest ani minister Gliński, ani tym bardziej ta pieprznięta dziś już staruszka. Moim problemem są celebryci z bananami. To do nich kieruję, jeśli któryś z nich usłyszy, swoje słowa. Przede wszystkim wyobraźcie sobie, moje drogie głuptaski, że owo dzieło sztuki, które tak przeżywacie, Natalia LL wykonała w roku 1972, a więc już po śmierci Jimiego Hendrixa, Jima Morrisona, oraz po tym jak Led Zeppelin nagrali wydali swoje legendarne „Stairway to Heaven”, a w Polsce banany można było oglądać głównie na puszczanych na „Konfrontacjach” amerykańskich filmach i Polacy fotografie tej wariatki mieli głęboko w nosie. Mało tego. Kiedy Natalia LL zaprezentowała swoją dziewczynę robiącą bananowi laskę, minęła właśnie dekada od czasu gdy niejaki Piero Manzoni nasrał do dziewięćdziesięciu puszek, kazał je zamknąć, a następnie, zanim eksplodowały, sprzedał je po ówczesnej cenie złota za uncję, a już po następnych dwudziestu latach kolejny artysta, Keith Boadwee wstrzyknął sobie do dupy farbę, a następnie ja wypierdział na płótno, by z tego powstało dzieło sztuki i z tego się mniej lub bardziej utrzymuje do dziś. No i co? Ja mam akceptować szaleństwa ministra Glińskiego? Mam poważnie traktować demonstracje ludzi z bananami?
          Ktoś powie, że Natalia LL nie komponuje swoich prac z gówna, a więc moje porównanie jest niecelne. Ona wyłącznie gustownie prowokuje, jej prowokacje obrażają nasze uczucia, a my na to nie możemy pozwolić. Wspomnijmy więc pewne zdarzenie, jakie miało miejsce w roku 1987 w Stanach Zjednoczonych, kiedy to niejaki Andres Serrano naszczał do szklanego pojemnika, wrzucił tam Ukrzyżowanego Jezusa i wystawił to coś w Nowym Jorku jako artystyczny projekt pod tytułem „Obszczany Chrystus”. Choć początkowo owo dzieło sztuki zostało przyjęte przez nowojorską publiczność z entuzjazmem, po pewnym czasie pojawiły się kontrowersje związane z faktem, że Serrano na wykonanie swojego dzieła otrzymał państwowy grant w wysokości 20 tys. dolarów i w wyniku protestów trzeba było mu kazać tę kasę zwrócić. Mimo to Serrano do dziś jest nadzwyczaj szanowanym artystą, o czym w najmniejszym stopniu świadczyć może fakt, że to jego właśnie projekty zdobią okładki albumów popularnego rockowego zespołu Metallica.
       A zatem jeszcze raz, o co chodzi? O to mianowicie, że tu jesteśmy my, a tam się kotłuje ta czarna mierzwa i ostatnią rzeczą jaką wypada nam robić, to zwracać na nią uwagę. A już z całą pewnością powinniśmy się wystrzegać jakichkolwiek zaczepek, bo póki co nie mamy wobec niej najmniejszych szans. Ich jest zwyczajnie za dużo.



Zachęcam wszystkich do kupowania mojej najnowszej książki o języku Brytyjskiego Imperium. Mam trochę jej egzemplarzy u siebie, więc jeśli ktoś ma ochotę na dedykację, zapraszam pod adresem k.osiejuk@gmail.com.


poniedziałek, 29 kwietnia 2019

O folwarkach zwierzęcych, ludzkich i innych


       Dzisiejszy tekst właściwie niczym nie różni się od większości tych, które tu publikuję od lat, a jednocześnie jest w pewnym sensie zupełnie wyjątkowy. Otóż to co decyduje o jego specjalnym charakterze, to fakt, że jest pisany na zamówienie, to natomiast co sprawia, że jest on jak każdy inny, to moje przekonanie, że nawet gdyby nie zwrócono się do mnie z ową prośbą, to wcześniej czy później tekst ten w tej czy innej formie i tak by powstał. Powiem więcej – on praktycznie już od pewnego czasu powstawał, a dziś znalazłem zaledwie ostateczny powód by powiedzieć coś, czego jeśli ja nie powiem, będą to musiały wykrzyczeć przysłowiowe kamienie.
      Otóż rozmawialiśmy sobie w minionych dniach wielokrotnie z żoną o sytuacji w oświacie i oto, kiedy już niemal doszliśmy do przekonania, że nie ma najmniejszych szans, by jeszcze za naszego życia polska szkoła odzyskała stan choćby względnej równowagi, parę dni temu nagle przyszła mi do głowy myśl, że jest jeden sposób – szczegóły oczywiście muszą zostać dopracowane – by większość owych problemów zlikwidować jednym prostym ruchem. Nie ma bowiem żadnego sensu dyskusja na temat poprawy jakości nauczania, godności nauczyciela, czy wreszcie codziennego komfortu pracy uczniów i nauczycieli, bez objęcia dyrektorów szkół, od samego początku do końca, bezwzględnym nadzorem, którego dziś praktycznie nie ma. Dziś jest tak, że dyrektor szkoły, od momentu uruchomienia procedury powołania na stanowisko aż do zakończenia kadencji znajduje się poza jakąkolwiek kontrolą ze strony jakichkolwiek czynników, poza być może policją, w momencie gdy się okaże, że ten systematycznie gwałcił uczniów, sprzedając im ewentualnie w dodatku narkotyki. Aktualna sytuacja jest taka, że dyrektorem szkoły – jeśli tylko jeszcze jako nauczyciel znajdzie w sobie wystarczająco dużo odpowiedniej bezczelności – może zostać każdy idiota, ze wszystkimi swojego idiotyzmu konsekwencjami, a potem – przez cały szereg czy to towarzyskich, czy formalnych powiązań    nie ma praktycznie takiej siły, by go odwołać. A trzeba nam wiedzieć, że to właśnie nikt inny jak dyrektor szkoły decyduje o losie podległych mu nauczycieli oraz pozostających pod ich opieką uczniów. To dyrektor szkoły decyduje o zatrudnieniu kolejnych nauczycieli, o ich ewentualnym zwolnieniu, lub o zmuszeniu do odejścia, o liczbie godzin, no i wreszcie o wysokości wynagrodzeń, wraz z dodatkami oraz wszelkiego rodzaju nagrodami. I nie łudźmy się: to nie dyrektor decyduje o tym, czy szkoła cieszy się opinią szkoły najlepszej, czy najgorszej w mieście. O tym, w jaki sposób będzie się kręciło owo zamknięte koło, decydują wyłącznie uczniowie, którzy jeśli zostają finalistami przedmiotowych olimpiad, to nie dlatego, że to ich szkoła pozwoliła im ów poziom wybitności osiągnąć, ale dlatego, że tacy już tam przyszli i przez tych parę lat nawet jeden z drugim nauczyciel-kretyn nie był w stanie ich zepsuć.
        Tak sobie na ten temat rozmawialiśmy i oto otrzymałem list od pewnego Karola Borczyka, człowieka do niedawna  przez wiele lat związanego ze znanym nam zapewne wszystkim Zespołem Pieśni i Tańca „Śląsk”, a po 28 latach pracy wyrzuconego z Zespołu. List jest bardzo obszerny, w sposób oczywisty pisany w wielkich emocjach, a jego autor prosi mnie, bym przedstawił opisany przez niego problem publicznie, bo – jak rozumiem – jeśli nie ja, to już chyba nikt. W czym rzecz? Otóż chodzi o to – i to jest coś, co łączy nasze tu nauczycielskie zmartwienia ze zmartwieniami Czytelnika – że sytuacja w „Śląsku” – przypomnę, że mamy do czynienia z instytucją państwową, utrzymywaną z publicznych pieniędzy – przypomina w sposób wręcz ponury to, co ja znam dzięki swojemu doświadczeniu zawodowemu i o czym próbowałem wspomnieć nieco wyżej. Czemu ponury? Otóż z tego co słyszę, to co się dzieje w polskich szkołach to w porównaniu z tym, co ma miejsce w rejonach symbolizowanych przez choćby ów zespół „Śląsk”, to piaskownica.
        Jak mówię, list człowieka z zespołu „Śląsk” jest bardzo długi i nie ma sposobu, by go tu omówić tak jak on na to zasługuje. Krótko bardzo jednak powiem tyle tylko, że od ośmiu lat dyrektorem „Śląska” jest niejaki Zbigniew Cierniak, który, wedle relacji pana Borczyka, wraz z grupą bliskich sobie osób stworzył z Zespołu klasyczny prywatny interes, którego jedynym praktycznie celem istnienia jest to, by dzięki państwowym dotacjom, dbać osobisty oraz finansowy komfort zaledwie kilkunastu osób z najbliższego kręgu Dyrektora, a statutowa działalność Zespołu stanowi tu wyłącznie brudne alibi.  Jeśli ktoś jest na tyle zainteresowany, by  poznać całość tego przekrętu, jakim dziś stał się Zespół Pieśni i Tańca „Śląsk”, proszę o kontakt, dziś jednak zwrócę tylko uwagę na dwa fragmenty wspomnianego listu, które mogą być interesujące tu dla nas:
      Kolejnym podobnym przykładem jest stanowisko (jako  prawdopodobnie dodatkowy pół etat) asystenta kierownika chóru pana Sławomira Danielskiego.  Człowiek ten jest na etacie chórzysty i dodatkowo – gdyż pieniędzy w zespole jest wystarczająco, przynajmniej dla osób z tzw. grupy uprzywilejowanych donosicieli – pełni funkcję asystenta kierownika chóru. Pan Danielski nie posiada jakiegokolwiek wykształcenia muzycznego, czy wokalnego, nawet w zakresie podstawowym, jest za to przewodniczącym ‘Solidarności’, a jego działalność polega głównie na inwigilowaniu pracowników, oraz pomaganiu dyrektorowi usuwać z pracy tych, którzy okazali się niewygodni”.
       Dyrektor Cierniak w 2011 r. – mając wówczas legitymację Platformy Obywatelskiej – podczas koncertów pasyjno-wielkanocnych Zespołu, tak by nie drażnić zbytnio ówczesnych władz, recytującemu Piotrowi Hankusowi nakazał zmienić oryginalne słowa z wiersza Tuwima ‘Modlitwa’ "...niech prawo zawsze prawo znaczy, a sprawiedliwość sprawiedliwość..."  na "...niech prawo zawsze prawo znaczy, a godziwość godziwość...".
        I tym mógłbym ten dzisiejszy tekst zakończyć,  gdyby nie konieczność wyciągnięcia palca w stronę tych, którzy to nieszczęście autoryzują i sponsorują, a w tym wypadku to już jest wyłącznie nasza sprawa. W tej sytuacji jeszcze jeden cytat:
        W dzisiejszej sytuacji politycznej, pozycja Dyrektora, a w konsekwencji stan całego projektu, jest szczególnie chroniony przez jego nadzwyczaj silne osobiste związki z obecnym ministrem sprawiedliwości Michałem Wójcikiem, uważającego się za przyjaciela Zespołu i jego rzecznika w wymiarze publicznym”.
         Skoro już kończymy, proponuję wrócić do refleksji, które przedstawiłem na samym początku, a dotyczących braku dostępu Dobrej Zmiany – niezależnie od intencji, jakie ona wykazuje wobec losu, jaki jest nam gotowany – do zarazy o popularnej nazwie „prywata”. Rzecz w tym, że dopóki nie sięgniemy do źródeł, wszystko to co dziś robi wrażenie rozwiązania, pozostaje wyłącznie pętlą. Oczywiście na szyję. Naszą.

Jak wiadomo, ukazała się niedawno moja dziewiąta książka. Wszystkich zainteresowanych zapraszam do księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, ewentualnie – to dla tych, którzy sobie życzą dedykacji –  do siebie: k.osiejuk@gmail.com.


sobota, 27 kwietnia 2019

O tym jak Dobra Zmiana pomogła nauczycielom osiągnąć skaliste dno


Obiecywałem już parokrotnie że z tematem szkolnych strajków kończę, i w pewnym sensie była to prawda, rzecz natomiast w tym, że jeszcze mamy dwa felietony z
Warszawskiej Gazety”, które zwyczajowo zamierzam tu zamieścić. A zatem tych, którzy są tematem zainteresowani średnio, proszę o zrozumienie, a pozostałych o uwagę.


       Trudno jest mi oczywiście powiedzieć, jaka będzie sytuacja w dniu, gdy Czytelnicy
będą czytać te słowa, gdybym jednak miał sugerować jakąś odpowiedź, zaryzykowałbym zdanie, że przewodniczący Broniarz już się zdąży wycofać na z góry upatrzone pozycje, a wyciśnięci jak szmata do podłogi nauczyciele zostaną odesłani do codziennej roboty. Czy to rozwiązanie mnie cieszy? Powiem uczciwie, że gdyby ktoś mnie spytał o moją ewentualną reakcję w momencie, gdy strajk się dopiero zaczynał, odpowiedziałbym pewnie, że upadek
protestu przy jednoczesnym triumfie nadzwyczaj aroganckiej władzy, potraktowałbym jako i swoją porażkę. Czemu tak? Odpowiedź jest prosta: otóż przez minione trzy lata nie zdarzyło
mi się doświadczyć ze strony Dobrej Zmiany tak potężnej fali kłamstw, i to kłamstw wybitnie bezczelnych, z jaką ona wyruszyła na wojnę z nauczycielami, gdy ci ogłosili swój protest. Ktoś więc zapyta, skąd moje wahania – czy, kto wie, czy nie ich kompletny brak – dzisiaj? Tu odpowiedź też jest prosta. Żeby ją jednak w pełni przedstawić, pozwolę sobie na krótkie wprowadzenie.
      Rzecz mianowicie w tym, że im dłużej ów strajk trwa i im bardziej widzę z
jednej strony zaangażowanie po stronie strajkujących szkół najgorszego autoramentua  a z drugiej nadzwyczajną zupełnie desperację strajkujących nauczycieli w demonstrowaniu swojego zidiocenia, tym bardziej dochodzę do wniosku, że wszystkie te kłamstwa, te obelgi kierowane w stronę nauczycieli, w żaden sposób nie stanowią części debaty ani ze środowiskiem, ani tym bardziej z przewodniczącym Broniarzem, ale mają tylko jednego adresata, mianowicie aktualny oraz ewentualny elektorat Prawa i Sprawiedliwości. To nieustanne machanie nauczycielom przed nosem ową kompletnie wirtualną „średnią”, ta gadka na temat kolejnej transzy podwyżek, jeśli w jakikolwiek sposób miała dotrzeć do nauczycieli, to tylko po to, by oni – jeśli tylko potrafią – zrozumieli, że w swoich oczekiwaniach są bez jakichkolwiek szans, a już szczególnie w kompletnie chorej nadziei, że to oni właśnie posłużą jako taran w akcji obalania popularnego rządu.
      To drugie zresztą wymaga naszej szczególnej uwagi. Otóż w ostatnich dniach, bez mrugnięcia okiem, z bezczelnie kamienną twarzą, premier Szydło zaproponowała nauczycielom „250 zł za 90 minut pracy więcej”. A moim zdaniem, owa oferta, w rzeczywistości znacząco obniżająca nauczycielskie pensje, mogła mieć tylko jeden skutek. Dla każdego umiejącego rachować nauczyciela, tworzyła tylko jedną wiadomość: „W tej wojnie
jesteście nikim, a więc mordy w kubeł”.
      To wszystko każe mi wycofać moje wcześniejsze pretensje pod adresem rządu. Oni doskonale zdają sobie sprawę z tego, że to jest wojna, w której nie bierze się jeńców. Oni wiedzą lepiej niż ktokolwiek z nas, że jeśli pozwolą sobie na chwile słabości, stracą wszystko, i to nie tylko dla siebie, ale przede wszystkim dla Polski. A gdy chodzi o środowisko z natury im wrogie i nie rokujące jakichkolwiek nadziei na opamiętanie, nie mogą sobie pozwolić na
jakąkolwiek litość.



Jak zawsze przypominam, że mam u siebie pewną ilość egzemplarzy swojej nowej książki o języku angielskim, jako zabójczej broni Imperium wymierzonej przeciwko światu. Zapraszam do kontaktu: k.osiejuk@gmail.com.

piątek, 26 kwietnia 2019

Dorota Łosiewicz moją kandydatką na przewodniczącego Brauniarza

        Nie mam naturalnie bladego pojęcia, jaka część czytelników tego bloga w ogóle wie, że od trzech tygodni w polskich szkołach i przedszkolach trwa strajk, a tym bardziej ilu z tych co wiedzą tak naprawdę sprawą się interesuje. Ja jednak, z licznych względów, owym strajkiem od samego jego początku żyję i, jak wiemy, daję tego zainteresowania świadectwo aż nazbyt często. Ostatnio aż sam się nawet zdziwiłem, kiedy sobie uświadomiłem, że dwa kolejne felietony dla „Warszawskiej Gazety” niemal bezwiednie poświęciłem tej właśnie kwestii. No ale, jak niektórzy z nas być może słyszeli, ów strajk się właśnie zakończył, a ja mam w tym temacie jeszcze parę słów do dodania. Otóż to, że on się zakończył, mnie zbytnio nie zaskakuje, bo tego ruchu spodziewałem się już znacznie wcześniej, natomiast, owszem, jest coś, co na mnie zrobiło pewne wrażenie. Mianowicie absolutnie się nie spodziewałem, że decyzje w tej sprawie zapadną tak błyskawicznie, że nawet biedny przewodniczący Broniarz nie będzie w stanie zareagować z odpowiednią godnością. Niemal do ostatniego momentu podskakiwał, mądrzył się, udawał gieroja, a gdy przyszło co do czego, musiał przyznać zupełnie otwarcie, że od samego początku był tu jedynie marionetką i w momencie gdy padło polecenie „koniec”, jemu nie pozostało nic innego jak powiedzieć: „Koniec”. Oczywiście, to tu to tam jeszcze jacyś nie do końca przytomni nauczyciele, czy działacze próbują stawać okoniem, ale my wszyscy wiemy, że to w rzeczy samej już koniec.
        Gdy chodzi o działaczy, powiem szczerze, że czemu oni są tak głupi, nie mam pojęcia, natomiast co do nauczycieli, muszę podejrzewać, że nimi już tylko kierują polityczne emocje. Ich nienawiść do PiS-u jest tak wielka, że sobie z nią zwyczajnie nie potrafią poradzić i stąd te wszystkie gesty. Swoją drogą – choć to niedokładnie dotyczy dzisiejszego tematu – chciałbym zwrócić uwagę na pewną szczególną kwestię, o której tu już nieśmiało chyba wspominałem. Otóż proszę zauważyć, jak wielu występujących w telewizji polityków, czy zwykłych komentatorów deklaruje, że ich żony to nauczycielki. Oto wczoraj po raz kolejny odezwał się  Paweł Kukiz i po raz kolejny ogłosił, że jego Małgosia również, jako część owej oświatowej nędzy, strajkowała. A ja mogę tylko powtórzyć: przepraszam panią Małgosię bardzo, ale czy nie jest tak, że, podobnie jak w przypadku wielu kolegów jej męża, ona uczy wyłącznie po to, by się pod nieobecność w domu męża nie zanudzić na śmierć i przy okazji zarobić na waciki? Czy nie jest przypadkiem tak, że zdecydowana większość nauczycielek ma głęboko w nosie, czy będzie zarabiała 2800, 3500, czy 5300, bo jak jej zabraknie zawsze będzie mogła skorzystać z karty do konta męża?
       No ale, jak mówię, nie o tym dziś miało być. To co mnie dziś skłoniło do zabrania głosu na ten temat, to telefon jaki pewna pani skierowała wczoraj wieczorem do prowadzących telewizyjny program „W tyle wizji” Doroty Łosiewicz oraz Marcina Wolskiego. Otóż powiedziała ona coś, co ja, owszem, wiedziałem od zawsze, ale na co też zwracałem tu parokrotnie uwagę, a czego dotychczas w publicznej dyskusji na temat sytuacji w polskich szkołach nikt nawet nie zechciał wydusić z siebie słowa. Otóż opowiedziała ona, ni mniej ni więcej, jak to większość pieniędzy wypłacanych nauczycielom za ich pracę jest przeznaczana dla osób w ten czy inny sposób tworzących najbliższy krąg dyrekcji. W grę tu wchodzą najpierw koleżanki dyrektorki, potem lokalni miejscy urzędnicy, działacze związkowi... można wymieniać. To oni, wraz z dyrekcją, przy pensjach niekiedy przekraczających 10 tys. złotych, tworzą ową średnią, którą rząd macha ludziom przed nosem, a o której zwykły nauczyciel nie jest nawet w stanie marzyć.
        No dobra. Każdy nauczyciel świetnie wie, jak wygląda ów system, a więc to co ta pani opowiadała, to żadna rewelacja. Ciekawe jednak było to, że prowadzący program Łosiewicz oraz Wolski nie to że nie zrozumieli jej słów, ale w moim rozumieniu, postanowili udać, że ich nie zrozumieli. Najpierw Łosiewicz powiedziała, że ona wie, że nauczyciele zarabiają zbyt mało i powinni zarabiać więcej, a kiedy wspomniana pani powtórzyła, że problemem nie są zbyt małe pieniądze, ale ich niesprawiedliwy podział, zabrał głos Wolski i poinformował, że rzeczywiście trzeba coś zrobić, żeby nauczyciele byli lepiej wynagradzani i rozmowa została zamknięta.
       A ja sobie myślę, że zachowanie tych dwojga jest wręcz zupełnie niechcąco symbolem czegoś znacznie bardziej istotnego, niż płace nauczycieli. Oni bowiem nadzwyczaj celnie pokazali, jak ogólny poziom tego, z czym przyszło nam żyć w każdym niemal wymiarze życia kraju, jest wynikiem wyłącznie tego, że ktoś jest czyimś kolegą, kochankiem, czy zwyczajnie odpowiednio bezczelnym cwaniakiem. Gdyby było inaczej, Dorota Łosiewicz – a przecież wcale nie ona najbardziej – w najlepszym wypadku mogłaby uczyć angielskiego w którymś z renomowanych warszawskich liceów.



A propos angielskiego, przypominam wszystkim, że mam u siebie pewną liczbę egzemplarzy swojej najnowszej książki o języku jako zabójczej broni Brytyjskiego Imperium. Zachęcam do kontaktu mailowego: k.osiejuk@gmail.com.

czwartek, 25 kwietnia 2019

Nowe kawałki na nowe słoneczne dni


W najbliższych dniach powinien się ukazać kolejny numer miesięcznika "Polska Niepodległa", a wraz z nim kolejna część moich krótkich kawałków do śmiechu. Polecam jedno i drugie i przypominam, że Piotr Bachurski zrezygnował z usług "Ruchu" i wydawane przez niego pisma dostępne są wszędzie, tylko nie tam.

Ostatnie tygodnie upływają nam praktycznie pod znakiem dwóch zaledwie wydarzeń: strajku nauczycieli oraz, jak się póki co wydaje, podpalenia katedry Notre Dame. Wydawałoby się, że to naprawdę niewiele jak na wymagania, jakie przed nami stawia ta rubryka, jednak, jak to często bywa, w momencie gdy zaczynamy się obawiać, że zostaliśmy przez ową scenę – tak małą i tak niemistrzowsko zrobioną – wchłonięci, oto pojawiają się osoby i głosy, które nam wynagradzają ową mizerię w nadmiarze. A jakby tego było mało, to wśród nich natrafiamy na nazwiska, o których dotychczas nawet nie słyszeliśmy. Oto, proszę sobie wyobrazić, że na czoło tej ludzkiej mierzwy wysuwa się człowiek o nazwisku Jaś Kapela. Gdyby ktoś, podobnie jak jeszcze do niedawna i ja, nie wiedział, kto zacz, spieszę poinformować, że ów Kapela to młody komunista, członek redakcji „Krytyki Politycznej”, komentator portalu onet.pl, oraz tu i ówdzie, jak się okazuje, poważny celebryta. Ów Kapela zechciał skomentować pożar paryskiej katedry w następujących słowach:
Moja dziewczyna powiedziała, że nie była w środku, bo za drogo i ja też nie byłem, ale przypomniał mi się za to wiersz Michała Kaczyńskiego pt. Warszawa płonie, a konkretnie wers: ‘nie gaście gówna, cud, że się pali’. [...]
Ło jezu. Wiadomo, że tragedia i zabytek, ale dajcie się człowiekowi nacieszyć. W końcu to naprawdę cud, że się pali. I wcale się nie cieszę, bo nie lubię KK, tylko zupełnie bezinteresownie lubię patrzeć jak płoną symobole cywilizacji, która prowadzi nas wprost do zagłady. Przepraszam.
Wbrew pozorom, ja nie mam do tego całego Kapeli o te słowa zbyt wielkich pretensji. W końcu przede wszystkim, jeśli on uważa, że Notre Dame to symbol cywilizacji, która „prowadzi nas wprost do zagłady”, to trudno się na niego boczyć za to, że jest szczery w swoich emocjach. Możemy najwyżej pomyśleć sobie, że mamy do czynienia z jeszcze jednym głuptaskiem i tyle wszystkiego. Gorzej, że ktoś taki jak Kapela uzyskał na tyle dużą popularność, że jego przemyślenia – nawet jeśli faktycznie nadzwyczaj oryginalne –  stają się w jednej chwili własnością publiczną. Weźmy mnie. Ja na przykład nigdy nie lubiłem Kazimierza Kutza i cywilizacji, którą on symbolizował. A teraz wyobraźmy sobie, że bym zwariował i napisał, że w trosce o każde życie proponuję, by w jego trumnie wywiercić dziurki, żeby robaki miały się jak wyrzygać. Czy to naprawdę jest powód, by mnie cytowały wszystkie główne media, a część z nich prosiła mnie o wywiad?

***

A z Kapelą jest tak jak najbardziej. Oto, jak się okazuje, on jest też pisarzem, wydawanym przez najpoważniejsze polskie wydawnictwa. Oto już w czerwcu ma się ukazać jego książka zatytułowana „Warszawa wciąga. Tu byłem, tu ćpałem, tu piłem. Przewodnik po warszawskich klubach”. Jeden z wielkich polskich portali internetowych Wirtualna Polska w ten sposób zapowiada rozmowę z tym wybitnym człowiekiem:
Żeby napisać książkę ‘Warszawa wciąga. Tu byłem, tu ćpałem, tu piłem’. Jaś Kapela zwiedził wiele warszawskich klubów, w których narkotyki są na wyciągnięcie ręki. Zażywał większość z nielegalnych substancji. Swoje doświadczenia spisywał, będąc na haju”.
Dalej oczywiście jest już sam Kapela, który opowiada o tym jak on będzie ćpał tak długo aż zauważy, że mu to szkodzi, natomiast na pytanie, dlaczego uważa, że narkotyki są okay, odpowiada:
Pomogły mi się otworzyć na innych ludzi. Zwiększają wrażliwość, jestem bardziej empatyczny. Psychodeliki są przeżyciem granicznym. Gdy pierwszy raz sięgnąłem po grzyby, miałem doświadczenia niemalże mistyczne, które dużo mi poukładały w głowie. Jest dużo badań pokazujących, że takie środki sprawiają, iż człowiek ma lepszy kontakt z naturą, ze swoją podświadomością. Psychodeliki są wykorzystywane w leczeniu ciężkiej depresji, terapii PTDS czy u osób terminalnie chorych, by pomóc im się zmierzyć z lękiem przed śmiercią. Jak sobie zjem grzybki, to czuję, że jestem częścią natury i śmierć jest czymś naturalnym”.
I znów, nie chodzi o Kapelę. W końcu każdy z nas niemal każdego dnia ma szansę się otrzeć czy to o jakiegoś nieszczęśnika po dopalaczach, czy normalnego pijaka i nic na to nie możemy poradzić. Problem w tym, że książkę Kapeli wydało uznane wydawnictwo, a promocję jej załatwia portal wp.pl. I to jest coś co woła o Bożą sprawiedliwość.

***

Ktoś powie, że to, czym my się tu zajmujemy, to jakieś peryferie. Podobnie jak peryferie tak naprawdę stanowi lansujący Kapelę portal. Skłonny jestem, pod pewnymi warunkami, się z tym zgodzić, natomiast wszystkim tym, którzy spodziewają się czegoś poważniejszego, przedstawiam Manuelę Gretkowską, wybitna polską pisarkę i byłą żonę czołowego publicysty „Newsweeka”, Cezarego Michalskiego, no ale, o czym nie wolno zapominać, a o czym ona sama odpowiednio przypomina, absolwentkę antropologi na École des hautes études en sciences sociales. I ta oto dama, w odróżnieniu od Kapeli, nie ogranicza się do prymitywnych pokrzykiwań, ale w temacie Notre Dame ma nam do przekazania naprawdę fascynujące informacje:
W średniowieczu na tamtejszym uniwersytecie wykładano astrologię. Gwiazdy o 18.50 kiedy wybuchł pożar były „gorące” dla paryskiego Nieba. W znaku Koziorożca zacieśnia się koniunkcja złowieszczego Saturna z echem Marsa ( Plutonem nieznanym epoce). Ta koniunkcja przynosząca zniszczenia jest jak kleszcze, zanurzone w żywioł ognia Barana, wiosennego Słońca. Do tego kwadratury sprzyjające katastrofom trudnym do wyobrażenia”. 
A dalej? Jest i dalej:
Notre Dame zbudowano prawie tysiąc lat temu zgodnie z masońską sztuką i symboliką chrześcijańską. Dach jest symbolem miłosierdzia, od niego zaczął się pożar. Mury - jednością dusz, laickich i kleru. Może w tym leży „przyczyna”, w nieudanej renowacji, remoncie Kościoła. Bóg niszczy swoje dzieło, powiedziano by w średniowieczu, za karę. Za pedofilię, brak miłosierdzia i pychę kleru. Sypie się Watykan, płonie Notre Dame.
Zabytek uratują ludzie. Ale tego co spłonęło, co zostało zniszczone w sumieniach, duszach wierzących nie da się uratować. Nadchodzi w Europie nowa epoka, sprzed pożaru Notre Dame i po, przed pedofilskim skandalem Sodomy i po
”. 
Ktoś po przeczytaniu tych przemyśleń powie, że to już Kapela lepszy, bo przynajmniej mówi to co ma w głowie. Kto inny spróbuje z Gretkowską się spierać i zwróci jej uwagę na to, że Katedra nie mogła być zbudowana zgodnie z „masońską sztuką”, bo tysiąc lat temu Diabeł jeszcze masonerii nie wymyślił. Niezależnie jednak od tego, jak na to ludzkie głupstwo zareagujemy, faktem jest, że nasze zainteresowanie ludźmi jak Gretkowska, Kapela, czy wielu, wielu innych, jest chore.

***

No ale co robić. Skoro nie ma co się chce, to się ma, to co dają. A dają – bardzo proszę o wybaczenie – aktora Malajkata. Gdyby ktoś nie wiedział, o kim mówię, Malajkat to jest, owszem, nikt, ale nie zmienia to faktu, że „Gazeta Wyborcza” poprosiła go o wypowiedź na temat strajku nauczycieli. Wypowiedź jest długa, bo aż na całą stronę, to co nas jednak interesuje z niej najbardziej, to fragment, który Redakcja, słusznie zresztą, uznała za jedyny warty uwagi i umieściła go w tytule całego tekstu:
Nauczyciele wytrwajcie – jest ciężko i czekają was czarne chwile zwątpienia, ale jeśli wytrwacie, jest szansa na zmianę waszej sytuacji, polskiej szkoły i naszego społeczeństwa”.
I tu przechodzimy do tematu szkoły i pań – co ciekawe, głównie pań – pracujących w szkołach na przysłowiowe waciki. Każdy w miarę przytomny obywatel wie, że obecny strajk to dalszy ciąg czegoś, z czym mieliśmy przyjemność w grudniu 2016 roku w Sejmie, następnie rok później przy okazji protestów w sprawie reformy sądów, a przez całe minione niemal już cztery lata, owej wojny wszystkich z Dobrą Zmianą. To jednak co tu zasługuje na uwagę, to fakt że, pomijając Malajkata, głos zabiera autentyczna elita. I tym optymistycznym akcentem, pozostawiając nas w wierze, że polskie życie publiczne jeszcze całkiem nie zeszło na psy, pozostawiam nas z nikim innym jak samym Lechem Wałęsą, a jemu oczywiście poświęcamy osobny akapit.

***

Jak stałem na czele Solidarności, władze próbowały pokonać strajk, odbierając strajkującym wypłatę. W odpowiedzi komitet strajkowy ogłosił, że płaci strajkującym podwójnie. Teraz sugeruję nauczycielom, że w tych warunkach powinni zrobić to samo. Strajkujący powinni stanąć na głowie, by im zapłacić podwójnie, aby ta władza ustąpiła tak, jak tamta władza”.
Osobiście proponuję po sto milionów. Dla każdego. A łamistrajków rozstrzelać.

wtorek, 23 kwietnia 2019

O tańcach pod uschniętą gałęzią

      W Pruchniku na Podkarpaciu, w ramach dorocznych uroczystości Wielkiej Nocy spalono kukłę Judasza. Mogę się domyślać, że, podobnie jak to ma miejsce przy tego rodzaju zabawach, zanim Judasz został spalony, okoliczni mieszkańcy potraktowali go odpowiednio, czy to plując na niego, okładając go kijami, czy rzucając w jego stronę wyzwiska. Tego typu ludowych uroczystości, jak można podejrzewać, odbywa się na całym świecie tysiące, i to nie tylko przy okazji Wielkanocy. Bierze się jakąś tradycyjnie złą postać, historycznie szczególnie niedobrze zasłużoną dla lokalnej społeczności i odprawia się nad nią jakieś paskudne rytuały. I myślę sobie, że nic w tym złego. Folklor ma swoje prawa na każdym poziomie społecznej aktywności. Czemu zatem zainteresowałem się tym Pruchnikiem. Otóż nie wiem, czy pomysł na tę zabawę jest od lat taki sam, czym może z jakichś politycznie uzasadnionych powodów w tym roku jej organizatorzy postanowili dołożyć nowe akcenty, ale tak się stało, że tegoroczna uroczystość w Pruchniku stała się przedmiotem ogólnoświatowej debaty, w związku z faktem że dręczony przez wieśniaków Judasz miał doprawiony duży nos i pejsy, a więc w tym samym momencie przestał być zwykłym głupim Judaszem i stał się Żydem.
       I tu powstaje moje pierwsze zdziwienie, a jednocześnie powód, dla którego uznałem za stosowne napisać na ten temat parę słów. Otóż przedstawienie Judasza przede wszystkim jako Żyda, to jest moim zdaniem coś tak głupiego, że właściwie tegoroczne uroczystości w Pruchniku automatycznie unieważnia. No bo, przepraszam bardzo, ale z tego co się orientuję, kiedy on siedział z Panem Jezusem i jedenastoma pozostałymi przy kolacji, to chyba jego żydostwo nie szczególnie rzucało się w oczy, a już zwłaszcza gdy chodzi o to, co on tam sobie w głowie rozważał. A w tej sytuacji, gdybym to ja organizował wielkanocne uroczystości w Pruchniku, to ja bym raczej owego Judasza wystylizował na Niemca, Ruskiego, na jakiegoś uszminkowanego transwestytę, czy choćby nawet na Donalda Tuska. Ale doklejać mu pejsy i nos? Przepraszam bardzo, ale to jest wyjątkowa bezmyślność.
       No dobra, stało się jak się stało. Wizerunek Judasza jako Żyda poszedł w świat i mamy teraz zgryz. A zgryz polega na tym, że już nawet Episkopat został zmuszony do zabrania głosu i zrugania mieszkańców Pruchnika za – o nie, nie za doklejenie Judaszowi nosa – ale za sam pomysł by z jakiejkolwiek, choćby niewiadomo jak złej dla naszej wrażliwości kulturowej postaci tworzyć kukłę a następnie się nad nią pastwić. Zdaniem Episkopatu tak czynić nie wypada i kropka. A ja przyznam, że jestem nawet skłonny się z tą opinią zgodzić. Co ciekawe, zwłaszcza w przypadku Judasza. Nie wiem, czemu tak jest, ale dla mnie on akurat był zawsze postacią nadzwyczaj tragiczną i kiedy myślę o tym, jaki on przez ową zdradę zgotował sobie los, zwyczajnie mi go żal. Czy Pan Bóg go juz na zawsze potęp[ił, czy w Swoim niezmierzonym miłosierdziu i dla niego znajdzie jakiśc marny kącik w Niebie, tego nie wiem, ale ostatnia rzecz jaka przychodzi mi do głowy, to tańczyć pod jego powieszonym na gałęzi ciałem.
       Ale jest jeszcze coś. Otóż ani Judasz, ani Pruchnik, ani tego typu emocje nie są jednynymi jakie są nam znane, i co ciekawe, nawet one nie są szczególenie spektakularne. Oto, w reakcji na propagandowy atak na Polskę, jaki ma dziś miejsce, parę osób na Twitterze wrzuciło filmiki z nieznanych mi uroczystości żydowskich, gdzie ich uczestnicy również rytualnie wieszają jakąś pacynkę u sufitu i walą w nią czym popadnie, a niekiedy nawet podbiegają do niej i zadają jej piękne lewe proste prosto w nos... niestety tego, czy to jest nos duży, czy mały, na filmie nie widać. Mnie jednak dziś najbardziej chodzą po głowie celebrowane od stuleci w Anglii uroczystości tak zwanego Dnia Guya Fawkesa, gdzie wśród tańców, śpiewów, pokazów sztucznych ogni, oraz powszechnej radości celebruje się śmierć pewnego katolika. I to śmierć nie byle jaką. Guy Fawkes, jak wiemy, w konsekwencji nadzwyczaj paskudnej i nieludzkiej intrygi, został skazany na karę tak zwanego „powieszenia, rozciągnięcia i poćwiartowania”. Kara ta była tak straszna, tak bolesna, że jak głosi historia, sprytny Guy Fawkes zanim wszystko się zaczęło, zeskoczył na głowę z szafotu, skręcił sobie kark i spokojnie zmarł.
       Guy Fawkes był katolikiem, nie Żydem. Najbliższe uroczystości odbędą się w Anglii 5 listopada. Polecam ten dzień uwadze naszych hierarchów. To a propos ogólnego szacunku dla człowieka.

piątek, 19 kwietnia 2019

Gdy On umiera


      Jesteśmy wreszcie w na progu Dnia Zmartwychwstania, a ja sobie myślę, że skoro nawet grzechem by było pójść do McDonalda na Big Maca, to co dopiero czytać jakieś niewydarzone refleksje na blogach. W tej sytuacji dziś bardzo króciutko, ale, w co mocno wierzę, bardzo pożytecznie.
      Nie wiem naprawdę, czy o tym wspominałem, czy nie, ale swego czasu zdarzyło się tak, że zadzwonił do mnie mój syn, a ja z jakiegoś powodu się nie zgłaszałem. On wiedział, że nie mam akurat lekcji, że jestem w domu, a ja mimo to się nie zgłaszałem. Pomyślał więc, że pewnie, jak zawsze, mam ściszony telefon, więc zajrzał do Sieci. No ale tam mnie też nie było. Sprawdzał więc na blogu, na Facebooku, na Twitterze i dzwonił – na nic. Dziś już nie pamiętam, co takiego się stało, że się kompletnie wyłączyłem, faktem jest jednak, że po paru godzinach on uznał, że ja umarłem i zaczął się bardzo gorliwie modlić, żeby to nie była prawda. No i to, jak się domyślamy, wymodlił.
      Ktoś powie, że on nic nie wymodlił, tyle tylko że ja coś tam miałem na głowie i się nie udzielałem. I to jest oczywiście możliwe. On się wystraszył niepotrzebnie. Jednak w jego rozumieniu – i to rozumieniu, które ja jestem gotów podzielać – on to że ja wciąż żyję w rzeczy samej wymodlił. No i znów ktoś zapyta, co on miał wymodlić, skoro ja wcale nie umarłem, jednak na to ja odpowiem bardzo prosto: on się nie modlił o to, bym ja ożył, ale żebym nie umarł. On się modlił, ponieważ wierzył w moc modlitwy, a nie w czary. Wciąż zbyt trudne? Przepraszam bardzo, ale w tej sytuacji ja już nie wiem, co powiedzieć.
      Natomiast mam do powiedzenia coś znacznie chyba bardziej ciekawego. Oto moja młodsza córka niedawno wpadła na bardzo oryginalną myśl. Otóż, jej zdaniem, ponieważ, jak wiemy, czas jest złudzeniem oraz pułapką, do której się wszyscy ochoczo przyzwyczailiśmy, nam się niezmiennie wydaje, że Chrystus za nasze grzechy wycierpiał już bardzo dawno temu. Tymczasem – wciąż relacjonuję jej tok myślenia – jest nadzwyczaj prawdopodobne, że On za nas cierpi i umiera dziś, w każdej chwili naszego życia. Tu i teraz. Jego cierpienie i śmierć to nie jest wydarzenie sprzed dwóch tysięcy lat, ale czymś co umyka naszemu rozumieniu czasu. Rzecz w tym że on cierpiał, cierpi i dopiero cierpiał będzie, a wielkość i intensywność tego cierpienia zależy od nas i tego, jak żyjemy. A zatem, zdaniem mojej córki, każdy grzech który popełniamy, to kolejny cios, kolejna rana, kolejny ból zadany Jezusowi.  I konsekwentnie, każde dobro, które czynimy, to nawet najdrobniejsza ulga w tym cierpieniu.
     Powiem szczerze, że nie mam pojęcia, czy to co ona mówi ma sens, a tym bardziej, czy nie jest tak, że to jest truizm, na który wybitni teologowie już dawno wpadli, a ja stoję przed nim jak dziecko we mgle. Jednego natomiast  jestem pewien. Dziś, gdy wszyscy stajemy wobec tej wielkiej tajemnicy Śmierci i Zmartwychwstania, tego typu refleksje nie są w niczym mniej usprawiedliwione niż zastanawianie się, czy Jezus sam zmartwychwstał, czy Jemu w tym pomógł Pan Bóg. A już z pewnością nie są w stanie ich zagłuszyć rozważania na tym, który papież jest ten prawdziwy: Franciszek, czy Benedykt?
     Zostawiam więc ten blog z tą refleksją na najbliższe dni. Powinno wystarczyć.

wtorek, 16 kwietnia 2019

Idą Święta, a ja jak co roku polecam "Wyborczą"


Właśnie wysłałem kolejny felieton do red. Bachurskiego i tak się złożyło, że poświęciłem go, po raz już drugi w historii tego bloga, moim bardzo osobistym refleksjom na temat niezwykłej zupełnie przydatności „Gazety Wyborczej” do przedświątecznego mycia okien. Kto czytał moją notkę sprzed dziewięciu lat, być może pamięta w czym rzecz, jednak biorąc pod uwagę fakt, że takich osób może być siłą rzeczy niewiele, a Święta już tuż-tuż, pomyślałem sobie, że dla wspólnej korzyści i dobra wspólnego, przypomnę dziś tamten tekst, zachęcając do zakupu tego naprawdę świetnego papieru. Wyrażam tylko nadzieję, że wczorajsze wydanie było takie cienkie zupełnie wyjątkowo, no i że oni nie codziennie sobie liczą po 5 zł za egzemplarz.


      Tak się ostatnio podziało, że Toyahowa, podobnie zresztą jak obie nasze córki, zakochały się w niejakim doktorze Housie. Gdyby ktoś nie wiedział, doktor House to postać czysto fikcyjna, choć nie do tego stopnia, żeby za nim stała wyłącznie zaawansowana technika komputerowa. Jego wprawdzie nie ma, ale aktor – bo to jest film – który gra jego rolę, jest jak najbardziej prawdziwy i wygląda dokładnie tak samo, mówi tak samo, porusza się tak samo i – co może najciekawsze – jest dokładnie taki sam, jak fikcyjny doktor House. Co gorsza, musiałbym być kompletnie zakłamany i w dodatku stuknięty, żeby udawać, że nie rozumiem, co za tym oczarowaniem stoi. Przyznaję więc bez awantur. Chciałbym być jak doktor House.
      Ponieważ nie jestem, jedyne co mi pozostaje to w każdy piątek pędzić do zaprzyjaźnionej budki z gazetami i kupować mojej żonie i moim obu córkom kolejny odcinek tego niezwykłego serialu. Dlaczego do budki z gazetami? Dlatego mianowicie, że Gazeta Wyborcza od pewnego czasu dodaje do swojego piątkowego wydania kolejne trzy epizody House’a i można tę płytkę kupić za 6 złotych. Dlaczego do zaprzyjaźnionego? Dlatego że we wszystkich innych kioskach nie można płytki kupić bez gazety. Chcesz House’a– musisz kupić Wyborczą. W sumie, tę politykę rozumiem, co nie znaczy, że muszę się jej podporządkowywać, prawda?
      I teraz następuje coś, co z jednej strony bardzo całą sprawę komplikuje, a z drugiej jest prawdziwym powodem, dla którego powstaje dzisiejszy wpis. Jak wszyscy wiemy, zbliżają się Święta Zmartwychwstania Pańskiego i powoli trzeba sprzątać mieszkanie. Ponieważ ostatnio jestem raczej bezrobotny, czuję że ten obowiązek w dużym stopniu spada na mnie. Obecnie jestem na etapie okien. Dziś, zanim się wziąłem za kolejny pokój, poszedłem do zaprzyjaźnionego kiosku po trzecią część trzeciej serii House’a… I jakież było moje rozczarowanie, gdy okazało się, że zamiast zaprzyjaźnionej pani Natalii jest kto inny, a o Housie dla mnie nic nie wiadomo. Nie pozostało mi więc nic innego, jak kupić płytkę gdzie indziej, ale za to z całą grubą Gazetą Wyborczą. Co też uczyniłem. Bez bólu. A dlaczego bez bólu, proszę posłuchać.
      Otóż, tym którzy jeszcze tego nie wiedzą, trzeba wiedzieć, że jestem mistrzem świata w szybkim i skutecznym myciu okien. Nauczyła mnie tego moja mama, kiedy jeszcze byłem dzieckiem, i od tego czasu swój talent wyłącznie rozwijam. Umycie okna zabiera mi rekordowo mało czasu, efekt jest zawsze bardzo pierwszej klasy, a do wykonania tej pracy potrzebuję wyłącznie wiadra z wodą, kawałka szmaty, płynu do mycia szyb i jedną przeciętnej grubości gazetę. Musi być gazeta. Żaden magazyn, żaden kolorowy chłam., nic śliskiego i błyszczącego. W grę wchodzi wyłącznie standardowa gazeta. Na czym polega sztuka mycia okien na poziomie mistrzowskim? Bierzemy szmatę i wiadro z wodą, myjemy najpierw szybę bardzo szybko z podstawowego syfu, następnie opryskujemy ją płynem z butelki, po czym starannie wszystko pucujemy zwiniętą w kupkę gazetą. Nie używamy żadnych ściereczek, żadnych gąbek, żadnych wycieraczek. Szybę pucujemy wyłącznie gazetą. Efekt jest taki, że ani nie robią się zacieki, ani smugi, ani nic nie trzeba poprawiać, wszystko odbywa się szybko i nawet kiedy z gazety zostaje tylko brudna mokra kupka, wszystko działa jak najlepiej. Na koniec, możemy ewentualnie rzucić na swoje dzieło krytycznie okiem i, jeśli jest coś do poprawienia, to przy pomocy nowego kawałka gazety i szczypty płynu jesteśmy w stanie to coś poprawić.
       Od pewnego czasu nie kupujemy gazet w ogóle i kiedy wczoraj wziąłem się za pierwsze okno, z przykrością zorientowałem się, że mam wszystko, a więc wiadro, wodę, szmatę, płyn… ale nie mam gazety. Wiedziałem że na Metro jest już przede wszystkim za późno, a poza tym ono akurat jest za cienkie, więc kupiłem Dziennik. I cóż się okazało? Wszystko było jak trzeba, tyle że z tą różnicą, że do umycia dwóch okien musiałem zużyć całą gazetę. Ten papier był tak beznadziejny – nie wiem, czy za cienki, czy za słaby, czy w ogóle jakiś lewy – że jednej szyby nie dało się zrobić, żeby coś jeszcze w ręku zostało. Czyścił dobrze, ale mówię Wam – rozpadał się w rękach. A więc, naturalną koleją rzeczy, zostawiłem resztę roboty na dziś.
       No i pojawił się ten House. Wierzcie mi lub nie, ale w życiu nie miałem w ręku czegoś tak fantastycznego jak ta Gazeta Wyborcza. Wystarczyło wziąć ten papier do ręki, zmiąć go należycie i od razu się czuło, że to jest ten moment. Że to jest coś niepowtarzalnego. W poprzednich latach właściwie wyłącznie myłem okna starymi Rzepami i przyznać muszę, że nie było źle. Rzepa jest mocna, szybko schnie, wystarcza na dość długo, ale niestety jest za twarda. A przez to, mam wrażenie, że rysuje szkło. Oczywiście, po jednym razie tego nie widać, ale jeśli wycieramy szyby Rzeczpospolitą regularnie, po pewnym czasie robią się nawet nie tyle że rysy, ale szyba matowieje. Odrobinkę tylko, ale matowieje. Dziennik, jak mówię, sprawdziłem wczoraj, i to jest nieszczęście. Po kilku ruchach, w ręku zostaje papka. Normalna papka. Do tego, od czasu jak niektórzy z nas jeszcze to brali do ręki, cena wzrosła dramatycznie, i przy obecnych 2,60 za numer, to już jest wyłącznie strata pieniędzy. Jeśli się uda umyć jedno okno, to i tak dużo. Wyborcza jest wprawdzie jedynie o 10 groszy tańsza, ale jaka oszczędność! Ja dzisiaj wszystkie okna – a zapewniam, że mam ich niemało i są przede wszystkim duże – umyłem jednym egzemplarzem, a i tak jeszcze zostało na wyłożenie kosza na śmieci.
       Mam wrażenie, że papier, na którym Agora drukuje swój dziennik jest może nawet tak samo dobry, jak stary, jeszcze peerelowski papier, z którego robiono na przykład Trybunę Robotniczą i którym prawdopodobnie okna myła moja mama. On nie dość że świetnie leży w dłoni, bardzo dobrze się mnie, a więc nie jest ani za twardy ani za miękki, to – czego nie rozumiem – bardzo dobrze się regeneruje. A więc, kiedy już wydaje się, że nic z niego nie będzie, to wystarczy go rozłożyć, przewietrzyć i on się znów robi suchy i gotowy do ponownego użycia. A przez to, że teraz jest – choć wciąż mocny – znacznie bardziej miękki niż na początku, bardzo dobrze się nadaje do poprawiania ewentualnych niedoróbek. Gdzieniegdzie można natrafić na reklamy jakichś szwedzkich ścierek po 30 złotych. Zapewniam. Zmoczona, zgnieciona, pomięta i lekko podsuszona Gazeta Wyborcza jest absolutnie najlepsza. Proszę popatrzeć na to zdjęcie. Przecież, gdyby komuś się chciało, nawet mógłby to czytać.




       A zatem polecam Wyborczą. Jest bezwzględnie najlepsza. Oczywiście, zdaję sobie sprawę z tego, że ktoś może mieć obiekcje natury moralno-politycznej. Tym bardziej, że nie da się ukryć, że każda złotówka, którą tu przeznaczymy na porządne umycie naszych okien na Święta, idzie do kieszeni ludzi, których za bardzo nie szanujemy. No ale zawsze można sobie powiedzieć – i będzie to jak najbardziej prawda – że jeśli my kupimy tę gazetę, to dla kogoś, kto ją może bardziej potrzebować, już nie starczy. A zatem, mamy na koncie dobry uczynek. A że Agorze wzrośnie sprzedaż i będą mogli podwyższyć nakład? Proszę bardzo, niech podwyższają. Święta miną i znów wszystko wróci do normy, a oni zostaną z kupą szmat, z którymi nawet nie będą mieli co zrobić.

Jak zawsze, bardzo namawiam do kupowania moich książek. Normalne księgarnie oczywiście odpadają, natomiast najlepsza jest jak najbardziej pod ręką. Wystarczy wpisać adres www.basnjakniedzwiedz.pl i już. Gdyby natomiast ktoś chciał książkę z dedykacją autora, proszę sie kontaktować ze mną pod adresem k.osiejuk@gmail.com.


poniedziałek, 15 kwietnia 2019

Czy pisać, czytać, liczyć i myśleć można się nauczyć bez pomocy szkoły?


   Przepraszam wszystkich którzy się mogą poczuć znużeni tematem, ale im dłużej w szkołach trwa strajk, tym bardziej czuję, że już od bardzo dawna nie pojawiła się w publicznej przestrzeni równie fantastyczna okazja do refleksji co do kwestii, która w ten czy inny sposób dotyczy nas wszystkich i to dotyczy w sposób możliwie najbardziej bezpośredni, a mianowicie szkoły właśnie. Oczywiście, jest i służba zdrowia i sądy i urzędy, czy wreszcie wszędzie obecna polityka, a więc coś choć w gruncie rzeczy wręcz wirtualnego, to wciąż wypełzającego na nas z każdego kąta, jednak w każdym z tych przypadków sprawy z nimi związane dotyczą zaledwie części z nas. Szkoła to w pewnym sensie drugi dom, jeśli nie dla nas, to dla naszych dzieci, wnuków czy siostrzeńców, gdzie naprawdę nie ma sposobu, by zachować brak zainteresowania. Ja sam w dodatku związany jestem z tą częścią naszego życia niemal na co dzień, praktycznie od zawsze, jako uczeń, ojciec, ale również nauczyciel, więc tym bardziej jest mi trudno się wyłączyć. Proszę więc mi już pozwolić przejść do rzeczy.
   Otóż tak się stało, że choć szczęśliwie w szkole już od dawna nie pracuję, to w ostatnim czasie mam niemal codzienny kontakt z siódemką tak zwanej szkolnej dziatwy, a wśród nich dwoje w ósmej klasie szkoły podstawowej, dwoje maturzystów, jeden chłopak w pierwszej klasie liceum, drugi zdającym maturę w przyszłym roku, oraz dziewczynka w identycznej sytuacji. Każde z tych dzieci chodzi do innej szkoły, z których tylko w jednej nie ma strajku, a mianowicie w tej, gdzie „moje” dziecko będzie zdawało maturę dopiero za rok. Troje z pozostałych dzieci jest albo w trakcie egzaminów, albo tuż przed. One wszystkie, z jednym wyjątkiem – tu swoją drogą, co bardzo ciekawe, mamy do czynienia ze szkołą płatną –  oczywiście do szkoły nie chodzą i albo siedzą w domu i dzielą czas między naukę, a zabawę, albo spędzają czas na tak zwanych „korkach”.
    I proszę sobie wyobrazić, że żadne z nich, w tym jak najbardziej tych troje, które stoją w obliczu najważniejszych egzaminów w ich dotychczasowym życiu, nie robią najmniejszego wrażenia, żeby dni, które własnie mijają, traktowały jako dla nich stracone. Rozmawiałem z tymi dziećmi na ten temat i daję słowo, że żadne z nich, ani te, które swój egzamin mają dopiero przed sobą, ani nawet te, które w tych dniach muszą się uczyć być może tak intensywnie, jak jak nigdy wcześniej, ani jednym słowem nie poskarżyły się, że przez to, że one nie mogą chodzić do szkoły i odbierać potrzebną im wiedzę od swoich nauczycieli, cokolwiek tracą. U żadnego z nich nie zauważyłem śladu lęku przed egzaminem, do którego nie zaostaną odpowiednio przygotowane przez panią z polskiego, angielskiego, czy matematyki. Wręcz przeciwnie, zwłaszcza te, które w ostatnich tygodniach się głównie uczą, twierdzą, że sytuacja w jakiej się wbrew swej woli znalazły, jest dla nich wręcz idealna, ponieważ dzięki niej nie muszą bez sensu tracić czasu na siedzenie godzinami w szkolnych klasach i wspólnie ze swoimi nauczycielami udawać, że wchodzą w jakąś super pożyteczną interakcję.
   I to, moim zdaniem, jest coś, czego owa rozdokazywana menażeria, wybierając się na ten swój protest, nie przewidziała – że z niego popłynie w świat tylko jedna naprawdę pożyteczna społecznie. Otóż w intelektualnym stanie, w jakim oni się znaleźli i w którym się czują tak bardzo pewnie, są tak naprawdę uczniom kompletnie zbędni.
    Ale jest jeszcze coś, być może jeszcze bardziej istotnego. Otóż proszę zwrócić uwagę, że nauczyciele nie zastrajkowali w październiku styczniu, czy nawet w marcu. Oni wybrali na ten protest czas w najbliższej okolicy egzaminów. Czemu tak? Oczywiście powód był jeden: oni wiedzieli, że w każdym innym momencie pies z kulawą nogą by się tym ich protestem nie zainteresował. Dlaczego? Właśnie dlatego, że tak naprawdę jedynym momentem, mającym praktyczne znaczenie w całym okresie tej tak zwanej edukacji, są właśnie egzaminy. Ale tu też nie przez to, że one w jakikolwiek sposób potwierdzają uczniowską wiedzę, czy choćby tylko stanowią podsumowanie tego, czego te dzieci się przez te wszystkie lata nauczyły o tym, czy o owym. Egzaminy mają znaczenie przede wszystkim techniczne, stanowiąc formalną przepustkę do przyszłej kariery. A zatem uderzenie nie w proces nauczania, ale w egzaminy właśnie, miało stanowić zamach na życie uczniów w sensie jak najbardziej dosłownym. I stąd, z jednej strony tak wielki niepokój rodziców i uczniów, a z drugiej determinacja strajkujących, ponieważ gra toczyła się nie o to, czy te dzieci będą mądre, czy głupie, wesołe czy smutne, czy czegoś się nauczą, czy nie, ale czy uda się je zastraszyć na poziomie wręcz fizycznym.
     No i tu znów, okazało się, że gdyby nie to, to nawet gdyby zamknięto szkoły przed dziećmi na długie miesiące, nikt by nawet nie zauważył tego protestu i tylko tu i ówdzie pojawiłaby się ta niezwykła myśl: po cholerę komukolwiek w ogóle taka szkoła? No i to już jest konkluzja wyjątkowo ponura.

Moje książki, jak wiadomo, można kupować w księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, ale też, gdyby ktoś życzył sobie dedykację, tu u mnie, przez kontakt mailowy: k.osiejuk@gmail.com. Zapraszam.

niedziela, 14 kwietnia 2019

Czy koniec strajku nauczycieli wyznaczy koniec publicznej kariery Rafała Ziemkiewicza?


      Kiedy piszę ten tekst, wygląda na to, że Rafał Ziemkiewicz wciąż nie zorientował się, co się stało, a stało się to, że najprawdopodobniej on własnie zakończył swoją karierę. Oto na fali strajkowego obłędu, który najwyraźniej pożarł obydwie strony owego starcia, nasz pan redaktor opublikował na swoim Twitterze następującą skargę:
      Insynuowano mi obrzydliwie w PO-mediach, jakobym do życzeń na Dzień Nauczyciela podpiął jakąś panią z pornoindustrii. Teraz gdy ta pani wystąpiła w TVN jako jedna z liderzyc zaostrzania strajku nauczycieli przez zablokowanie bachorom promocji, czekam na przeprosiny”.
      A pod tekstem zestawił dwa następujące zdjęcia:




          Jak się zdołałem zorientować, sprawa polega na tym, że TVN24 przedstawił wypowiedź nauczycielki z Białegostoku, w której ta wezwała do tego, by „nie dopuścić, nie sklasyfikować uczniów, nie wydać świadectw kończących szkołę”, Ziemkiewicz ją zobaczył w pełnej krasie i uznał, że kiedy on w październiku zeszłego roku składał nauczycielom szydercze życzenia z okazji ich święta, pisząc:
      W Dniu Nauczyciela - wszystkim pedagogom serdeczne życzenia i podziękowania za ich ciężką i często docenianą dopiero po wielu latach pracę”,
      zdjęcie którym zilustrował ów przebłysk dowcipu faktycznie przedstawiało autentyczną nauczycielkę z Białegostoku, panią Iwonę Jarocką. Rzecz w tym, że kobieta na zdjęciu sprzed miesięcy, to w rzeczy samej gwiazda filmów pornograficznych Jessica Jaymes, z którą Jarocka nie ma absolutnie nic wspólnego, który to jednak fakt oczywiście nie był już w stanie powstrzymać tego, co się z twitterowego konta Ziemkiewicza wysączyło w momencie owej szczególnej publikacji. W  momencie, kiedy wystukuję te słowa, twitt Ziemkiewicza rejestruje 1,2 tys. polubień, oraz 326 podań, a pod nim w stosunku do nauczycielki z Białegostoku wylewa się tak niewyobrażalna fala pogardy, że opinie takie jak:
      Przyjaciółka Niesiołowskiego”;
      Ona raczej na brak kasy nie narzeka. Robi sobie darmową reklamę. Takie korepetycje które ona udziela są pieruńsko drogie”;
      Stare próchno się z dupy sypie”;
      Może mi pałę postawić”;
      Botoksowa lafirynda”;
      Stara lampucera słabo wydmuchana przez pokój nauczycielski”;
      należą do tych bardziej eleganckich.
      Jak mówię, moim zdaniem to co się stało wyznacza ostateczny koniec kariery tego ponurego durnia. Ja wiem, że są czasy, gdzie granice kompromitacji zostały tu i ówdzie przesunięte poza kosmos, ale powtórzę po raz trzeci. Moim zdaniem, jeśli tylko ta nauczycielka się zaweźmie, to jest już po Ziemkiewiczu. To co mnie natomiast zastanawia, to coś nieco innego. Otóż mija właśnie 13 godzina jak Ziemkiewicz zamieścił swój twitt, on tam sobie ciągle bezpiecznie wisi, a dyskusja się nie kończy. Jak znam ten system, twitt Ziemkiewicza jest już żywy w ponad 300 innych miejscach, gdzie oczywiście internauci pokazują wszystkie swoje talenty.
        Czemu Ziemkiewicz go nie usunął? Czyżby był tak głupi, że uznał to co się dzieje za fantastyczną zabawę? Otóż nie sądzę. On oczywiście nie jest szczególnie inteligentny, czego zdążył dowieść już niejednokrotnie, jednak nie wierzę by on był aż tak głupi. Moim zdaniem on przy sobocie leży gdzieś zaćpany i nie ma czasu się zajmować tym całym swoim Twitterem. Pewnie wróci do domu nad ranem, wyrzyga się, położy spać, wstanie po południu i wtedy dopiero zobaczy, jaka to na niego od wczoraj czeka niespodzianka.
       No ale oczywiście może być różnie i z tego nic nie będzie. Wtedy będę musiał ze smutkiem stwierdzić, że ten idiotyczny strajk naprawdę nie przyniósł nam nic dobrego.


Gdyby ktoś był zainteresowany kupnem którejś z moich książek, w tym oczywiście tej najnowszej o języku jako ciężkiej broni Imperium Brytyjskiego, zapraszam do kontaktu. Mój adres: k.osiejuk@gmail.com


sobota, 13 kwietnia 2019

Czy z pokojów nauczycielskich zostaną usunięte klamki?


      Nie minął jeszcze tydzień od czasu gdy nauczyciele rozpoczęli swój protest przeciwko Dobrej Zmianie, a wygląda na to, że wszystkie plany i nadzieje, jakie za ową akcją stały w pierwszym rzędzie, zaczynają powoli zdychać, a oni wszyscy zostają już tylko z tym swoim pajacowaniem w kostiumach krów, czy świń, nagranym na telefonie i sprzedanym na Twitterze. A ja sobie myślę, że po raz kolejny okazało się, że nie ma takiego idiotyzmu, takiej bezczelności, czy wreszcie takiej kompromitacji rządzących, które by natychmiast nie zostały przelicytowane przez intelektualne popisy naszej kadry nauczycielskiej. Minister Suski, minister Zalewska, marszałek Karczewski – można wymieniać – oni potrafią naprawdę niemało, ale wystarczy nam choćby na moment zajrzeć do pierwszego lepszego pokoju nauczycielskiego, by natychmiast zweryfikować wszystkie nasze wcześniejsze emocje.
       Wspomniałem o owych filmikach, które jak grzyby po deszczu wyrastają to tu to tam i gdzie kolejni nauczyciele stają wręcz na głowie, by w bardzo krótkim czasie doprowadzić do sytuacji, gdzie już niedługo słowa „nauczyciel”, czy, co rzecz jeszcze gorsza, „szkoła”, zaczęły być traktowane jako wulgaryzmy. I owszem, filmy te robią kolosalne wrażenie, zwłaszcza na tych z nas, którzy dotychczas mieli przekonanie, że co by nie mówić o niektórych szkołach, czy niektórych nauczycielach, to jest to środowisko takie samo mniej więcej jak każde inne – lekarskie, prawnicze, czy dziennikarskie, gdzie wprawdzie większość to banda durniów, no ale zaledwie większość, a nie wszyscy. Tymczasem z tego co oni sami nam demonstrują wynika jednoznacznie, że, jak ocenił kiedyś jeden z moich uczniów – tak na marginesie, prawnik – „nauczyciele to najgorszy element”.
       Ktoś powie, że ja manipuluję. Pokazuje kilka kabaretowych grepsów wymyślonych i wykonanych w kilku szkołach przez jakąś lokalną nędzę i jak zawsze generalizuję. Proszę bardzo, zostawiam więc idiotów na boku i przedstawiam nauczyciela poważnego, dyplomowanego, z jednego z najlepszych krakowskich liceów, uwielbianego przez uczniów, nagradzanego nagrodami dyrektora, dla którego nauczanie to życiowa pasja i który – uwaga, uwaga – został właśnie wysłany przez środowisko do reprezentowania jego interesów w stacji TVN24, mgr. Dariusza Martynowicza. Martynowicz uczy języka polskiego i w taki oto sposób w wywiadzie dla wspomnianej stacji zaczyna prezentację swoich powodów do protestu:
      Ja protestuję właściwie w różnych sprawach. Walczę o swoje prawa, o los swojej rodziny. Bo ja mam też dzieci. Nie tylko dzieci mają osoby, które teraz są rodzicami gimnazjalistów i osób, które zdają egzaminy”.
      Wysłuchałem tego fragmentu z na tyle dużym rozbawieniem, że natychmiast przełączyłem się na całość tej rozmowy, jednak kiedy już na samym jej początku red. Pochanke wspomniała o „liście” jaki Martynowicz ogłosił publicznie, a napisany rzekomo „świetnym językiem”, machnąłem na tę rozmowę ręką i przeszedłem do wspomnianego listu. Jak się okazało ów tekst również został opublikowany przez TVN24, a tam już na samym początku, z jednej strony, prawdziwa literatura, a jednocześnie coś, przy czym ta przebrana za krowę nauczycielka traci cały swój urok. Oto pisze Martynowicz:
       Zamykaliśmy je zazwyczaj w pokoju nauczycielskim i w naszych szufladach. Tam leżały skryte gdzieś między uczniowskimi wypracowaniami. Mówione w pośpiechu, wyrażone czasem tylko w spojrzeniu, między łykiem kawy a kserowaniem kolejnych sprawdzianów. Nasze niewypowiedziane, czasem ze wstydem kamuflowane, małe tęsknoty. Tęsknoty o lepszej szkole, normalnej pensji i rodzinnych wakacjach w Chorwacji – wreszcie samolotem, a nie jak zazwyczaj samochodem. Wreszcie bez presji oszczędzania...”. 
      A więc już wiemy, o czym marzą strajkujący. Oni marzą o tym by zarabiać tyle, by wreszcie na wakacje do Chorwacji móc się udać samolotem, a się nie tłuc samochodem. No i żeby w tej Chorwacji móc, jak każdy normalny polski pracownik, listonosz, pani sklepowa, pracownik banku, taksówkarz, rejestratorka w przychodni, pani pielęgniarka, policjant, zadawać szyku bez liczenia się z pieniędzmi. A ja już się tylko zastanawiam, co siedzi w głowie mgr. Martynowicza. Czy jemu chodzi o to, że jego zdaniem samolot to jest taki szpan, że na niego stać tylko bogatych? A może on jeździ na wakacje do Chorwacji autostopem i marzy o prostej wygodzie? A może on wie, że samolot jest znacznie tańszy od samochodu, tyle że ponieważ regularnie cały swój nauczycielski budżet wydaje na benzynę, opłaty za autostrady, oraz wożenie się po okolicy już na miejscu, musi tam jeść już tylko szczaw i mirabelki, więc liczy na to, że na samolocie zaoszczędzi i wtedy starczy mu na rakiję? Tyle że w takim razie, czemu on już teraz nie lata tam samolotem, tylko jeździ autem?
        Próbuję tego bałwana rozgryźć, wreszcie zrezygnowany macham ręką i trafiam na Twitterze na mem utworzony przez jednego z użytkowników, który przy pomocy zabawnego fotomontażu wyszydził grupę polskich aktorów:




       Śmieszne? No, owszem, niczego sobie. Proszę jednak sobie wyobrazić, że na ów żart w jednej chwili zareagowała posłanka Pihowicz, biorąc go za dobrą monetę i pisząc: „’Rzondamy podwyrzek dla nauczycielów’ od żondu!!! Brawo Aktorzy!!!!
      A więc, już wiemy chyba, na czym stoimy. Po przeciwnej stronie mamy już tylko kupę nieudanych wariatów i żadnej drogi ucieczki. W tej sytuacji, nie pozostaje mi nic innego jak liczyć na Dobrą Zmianę. Wobec tego z czym mamy do czynienia, już tylko chyba może zadziałać goły terror. Proponuję zacząć od ogłoszenia wstrzymania obiecanych podwyżek, w dalszej kolejności oczywiście pozbawienie tych durniów majowej wypłaty, a na koniec obowiązek odrobienia strajku w lipcu. Oczywiście z udziałem dzieci. To będzie kara za to, że oni nie znaleźli w sobie dość obywatelskiej odpowiedzialności, by już w pierwszym dniu strajku pójść do pokoju nauczycielskiego i na kopniakach odprowadzić tych wszystkich magistrów do ich klas.

piątek, 12 kwietnia 2019

Czy prawicowa cenzura to cenzura dobra


Jak już wspominałem, „Warszawska Gazeta” została wycofana z kiosków „Ruchu” ze względu na zadłużenie, jakie owa przez lata gnuśności wypracowała w stosunku do biznesu red. Bachurskiego. W tej sytuacji, jak się domyślam, znaczna część Polski została odcięta od owego tygodnika, a przy okazji moich felietonów, w związku z tym postaram się swoje kolejne teksty publikować tu już w piątek. Dziś sprawa dość nietypowa, bo odpowiedź na pretensje Czytelnika, a przy okazji dość poonura refleksja ogólna. Zapraszam.       


       W styczniu tego roku minęło 6 lat, jak regularnie co tydzień zamieszczam w „Warszawskiej Gazecie” swój felieton. Od roku 2013 wiele się zmieniło, gdy chodzi o mnie jednak, jedna rzecz pozostała bez zmian. Otóż ja niezmiennie wyznaję ową zasadę, wyrażona kiedyś przez Wojciecha Młynarskiego: „Tu się, psia nędza, nikt nie oszczędza”. Mało tego. Ja ani przez moment nie pomyślałem, że ponieważ to co piszę może się komuś nie spodobać, to ja tym razem może spuszczę z tonu.
       Jak ta moja postawa jest odbierana? Doświadczenie mi podpowiada, że źle nie jest. Owszem, od czasu do czasu słyszę, że część Czytelników poczuła się rozczarowana tym, czy owym, jednak generalnie większych pretensji nie słyszę, a z różnych kontaktów osobistychdomniemuję, że są też osoby, które na kolejny mój felieton czekają z życzliwością.
        Jest przy tym wszystkim coś, co uważam za rzecz absloutnie unikalną w polskiej przestrzeni medialnej. Otóż pan Piotr Bachurski nigdy, ani jednym słowem, nie zasugerował, bym którykolwiek z moich tekstów wycofał, lub bym w nim zmienił choćby jedno słowo... przepraszam... RAZ się zdarzyło, że zostałem ZAPYTANY, czy ze względów procesowych ZECHCIAŁBYM zmienić jedno słowo. A przecież nie mam wątpliwości, że punktów, w których red. Bachurski z chęcią by się ze mną pospierał, jest bardzo dużo. A mimo to, jak mówię, on nigdy nie zażądał ode mnie, bym się zamknął. O czym to świadczy? O tym mianowicie, że „Warszawska Gazeta” jest wydawnictwem prawdziwie wolnym i niezależnym.
         Bywa też odwrotnie. Aż nazbyt często czytam w „Warszawskiej Gazecie” teksty, których z przeróżnych względów nie lubię. Raz tylko byłem tak oburzony, że napisałem polemikę, którą naturalnie Bachurski mi opublikował. Poza tym, nigdy nawet nie pisnąłem, zakładając, że mnie nic do tego. A już nawet do głowy mi nie przyszło, by zaapelować do Piotra Bachurskiego: „Czy autorzy takich określeń powinni zaszczycać grono komentatorów Państwa Tygodnika, którego jestem sympatykiem?
        A z taką właśnie kwestią zwrócił się do Redakcji czytelnik, któremu  nie spodobał się mój felieton o dwóch post-peerelowskich redaktorach sportowych, Włodzimierzu Szaranowiczu oraz Dariuszu Szpakowskim. O co poszło? Oczywiście wspomniany Czytelnik zastrzega, że „bez wątpienia każdy ma niezbywalne prawo do wyrażania sympatii lub antypatii wobec osób funkcjonujących w przestrzeni publicznej, w tym i dziennikarzy”, jednak już dalej pokazuje wyraźnie, że owo „każdy” dotyczy tylko tych, którzy mają poglądy, które mu nie przeszkadzają.
         Osobiście tego rodzaju postawę uważam za najgorszą; znacznie gorszą niż to, gdybym ja nagle oszalał i napisał felieton sugerujący, że Lech Wałęsa to wielki polski bohater. W takiej bowiem sytuacji, to byłby tylko głupi pogląd, który każdy mógłby bezlitośnie wyszydzić. Owo zdanie jednak o „zaszczycaniu grona komentatorów”, to powód do niepokoju. Jeśli bowiem część z nas zaczyna tęsknić za porządną prawicowo-konserwatywną cenzurą, to chyba czas szeroko otworzyć oczy i uszy.


Moja nowa książka schodzi nad podziw dobrze. W ciągu paru tygodni sprzedaliśmy niemal 100 egzemplarzy i nic nie wskazuje na to, by się to miało zatrzymać. Przypominam przy tym, że mam u siebie kilkanaście egzemplarzy i tej, ale też paru innych tytułów, a zatem gdyby ktoś był zainteresowany zakupem wraz z osobistą dedykacją, zapraszam do kontaktu: k.osiejuk@gmail.com.


środa, 10 kwietnia 2019

Na ostateczne pożegnanie gimnazjów - pieśń radosna


Jak już wszyscy chyba wiemy, zapowiadany przez KZNP strajk nauczycieli jednak doszedł do skutku i dziś mamy tak zwaną sytuację zero-jedynkową. Albo więc Broniarz z towarzyszami i z tym intelektualnie dramatycznie zgnuśniałym towarzystwem okupującym polskie szkoły doprowadzą do kryzysu, który zdmuchnie ze sceny władzę Prawa i Sprawiedliwości, albo władza skutecznie kryzys przeczeka i przy pierwszej nadarzającej się okazji tym wszystkim, którzy się dali wciągnąć w tę grę, tak dopieprzy, że oni się z tego nie pozbierają. Sposobów jest wiele, wystarczy że poza oczywistym pozbawieniem strajkujących nauczycieli miesięcznej pensji, wspomnę i o takiej, że oni wszyscy, wraz z uczniami – którzy, zwróćmy uwagę, nawet palcem nie kiwnęli, żeby zawalczyć o swoje wtedy, kiedy mieli na to niepowtarzalną szansę – zamiast pojechać na wakację, będą musieli lipiec spędzić na lekcjach. 
Dawałem już temu parokrotnie wyraz w swoich wcześniejszych notkach, dziś tylko potwierdzę swoje stanowisko, że moim zdaniem rząd ma tutaj bardzo starannie opracowany plan, który ma doprowadzić do ostatecznego wyrwania zębów środowisku nauczycielskiemu, które, jak wiele na to wskazuje, nigdy nie przestanie występować przeciwko każdej prawdziwie polskiej władzy i dopóki będzie miało szansę, swoją nienawiść do niej będzie skutecznie realizowało.  Ale powtórzę też, że w awanturze, której jesteśmy świadkami, z najwyższym trudem trzymam sztamę z władzą, a przeciwko strajkującym nauczycielom. To bowiem, co nam w ostatnich dniach pokazał rząd, kłamiąc na temat zarobków nauczycieli w sposób absolutnie wstrząsający, woła o pomstę do nieba. Jest jednak też coś, co sprawia, że tu akurat mam jednego tylko prawdziwego wroga, a więc Broniarza i spółkę. A mam tu na myśli likwidację gimnazjów, przeprowadzoną nadzwyczaj solidnie i skutecznie, przez Dobrą Zmianę, co, w moim rozumieniu rzeczy, stanowi pierwszy i zdecydowanie niezbędny ktrok do tego, by można było liczyć na lepszą przyszłość. Mimo wszystko.
Dziś więc, przy tej ciekawej bardzo okazji, chciałbym przedstawić dawny dość już tekst, napisany przy współpracy z moją żoną tekst na temat szkoły, z którą dziś już się szczęśliwie rozstaliśmy, a z którą wtedy jeszcze musieliśmy się męczyć jak jasna cholera. Bardzo proszę.


      Weekendowa „Rzeczpospolita” opublikowała właśnie tekst poświęcony czemuś, co zostało, dziś już chyba z 10 lat temu, nazwane reformą systemu edukacji, i co wraca do nas z każdym rokiem w postaci nie reformy, lecz jakichś przedziwnych ruchów, które zamiast reformować, powodują tylko kolejne wstrząsy. I stopniową zapaść całego systemu.
      No i oczywiście „Rzeczpospolita”, dokładnie w swoim stylu, odpowiednim do tego typu sytuacji, zamiast zwrócić uwagę na sedno problemu, kieruje nas na stary – i skutecznie wypróbowany – tor rozważań, na temat tego, czy to co się w polskiej szkole dzieje, budzi protesty środowiska, bo nauczyciele, tak jak każda korporacja, dbają tylko o własną kieszeń, czy może za tymi niepokojami stoi zwyczajny lęk o dalszy spadek jakości nauczania? Czy jest tak, jak mówi były szef MEN Edmund Wittbrodt – dziś oczywiście człowiek Platformy Obywatelskiej – że „każde środowisko protestuje, kiedy burzy się porządek, do którego się przyzwyczaiło”, czy może rację ma ów anonimowy nauczyciel z Krakowa, który wyraża obawę, że w nowym systemie uczniowie „zupełnie zbagatelizują naukę tych przedmiotów, których nie wybiorą jako rozszerzonych”? Czy wreszcie, jak alarmują dyrektorzy szkół, zmiana programu nauczania sprawi, że wielu nauczycieli straci pracę, czy może bardziej należy wierzyć jakiemuś Andrzejowi Jasińskiemu z czegoś, co się nazywa Ośrodkiem Rozwoju Edukacji, który zapewnia, że wprawdzie na poziomie ogólnym liczba godzin niektórych przedmiotów się zmniejszy, ale wszystko się wyrówna w ramach późniejszych specjalizacji?
      I tak się toczy ta niby-debata, a tymczasem, jak już wspomniałem na początku, system edukacji systematycznie się rozpada. I to z powodów całkiem niezależnych od tego, co powie któryś z dyrektorów, czy jakiś urzędnik zatrudniony w jednym z tych absurdalnych urzędów tuczących się na polskiej szkole. A początek przecież, trzeba przyznać, nie był całkiem niedorzeczny. Pomysł, by skrócić podstawówkę z ośmiu do sześciu lat, miał zdecydowanie ręce i nogi. Nie trzeba przecież wybitnego umysłu, by rozumieć, że 7 i 8 klasa, a więc 14 i 15-latki, to dzieci zdecydowanie za duże, żeby chodzić do tej samej szkoły co 7-latki. I że trzymanie ich dzień w dzień, przez całe lata, w tym środowisku, w dodatku w towarzystwie tych nauczycieli, ich wyłącznie, i to pod każdym możliwym względem, demoralizuje.
      A więc zaproponowany system 6 + 3 + 3 mógł być z pewnością dobrym rozwiązaniem. Jednak sens tego rozwiązania mógłby być odpowiednio rozpoznany pod jednym warunkiem, że po skończeniu szkoły podstawowej, małe dzieci staną się dziećmi dużymi, a więc gdyby po szóstej klasie 13 latki przechodziły w doroślejszy system nauczania. Niestety, wbrew, jak się domyślam, planom jakie mieli autorzy tej reformy, polskie gimnazja nigdy nie miały okazji pełnić owej funkcji pośredniego ogniwa między podstawówką dla małych i liceum dla dużych. Skracać pobyt w szkole dla małych – do 13 roku życia, i przygotować do pobytu w szkole dla dużych – od 16 roku życia.
      Gimnazja przy liceach – tyle że niestety bardzo nieliczne – akurat starają się to robić, i z nienajgorszym skutkiem, co widać po wynikach, ogólnej postawie i stopniu dojrzałości swoich absolwentów. Tyle że są to gimnazja pojedyncze, najczęściej specjalistyczne, a więc przeważnie z oddziałami dwujęzycznymi, do których w dodatku dzieci przyjmowane są na podstawie wewnętrznych egzaminów. No i bardzo dobrze. Myślę zresztą, że tak to właśnie miało, przynajmniej w teorii, wyglądać w całej Polsce: 13-latki będą podlegały edukacji bardziej zbliżonej do tej, jakiej podlegają 18- latki, niż tej, która obejmuje dzieci 7 czy 9-letnie.
      Oczywiście, może też być tak, że kiedy postanowiono wprowadzić gimnazja, akurat nikt nic sobie szczególnego nie myślał, ani tym bardziej nie planował. Mogło się zdarzyć, że gdzieś ktoś coś usłyszał, pomyślał, że właściwie czemu nie, i tyle. Że od samego początku nikt nawet nie brał pod uwagę, że gimnazja zostaną wyodrębnione ze szkół podstawowych, i że one będą pełniły jakąkolwiek inną funkcję poza posiadaniem tej swojej nazwy. A może któryś z tych bałwanów pomyślał, że kiedyś były gimnazja, więc niech i dziś, w nowej Polsce, też będą? Wszystko jest możliwe.
      Nieważne. To co się liczy, to fakt, że one generalnie, co widać po 10 latach od czasu jak się pojawiły, zaczęły gimnazja żyć własnym życiem, stając się czymś całkowicie – zakładam dobrodusznie – niezamierzonym. A więc przede wszystkim przedłużeniem podstawówek, wylęgarnią młodocianych przestępców i polem nieustannego użerania się nauczycieli z uczniami, i odwrotnie. Miałem okazję przed kilkoma laty pracować zarówno w takim, które było przerobioną podstawówką i w takim, które zostało podczepione do liceum. Różnica jest wręcz niewyobrażalna. Oczywiście, dzieci są tylko dziećmi i oczywiście są różne wszędzie. Jednak nigdzie tak jak w tym typowym osiedlowym gimnazjum, nie widać było tak wyraźnie, że to jest dalej ta sama podstawówka, tyle że akurat gdzieś wywiało maluchy. Dlaczego tak się dzieje? To oczywiste. Te szkoły są za duże, bez żadnego oblicza – a przez to wszystkie takie same – i oczywiście obowiązkowe dla wszystkich, bez jakiejkolwiek preselekcji, z identycznym dla wszystkich egzaminem końcowym.
      Pamiętam 15 latków przychodzących do liceum 10 lat temu, i pamiętam te podstawówkowe dzieci, jak stawały się niemal dorosłą młodzieżą po dwóch czy trzech miesiącach pobytu w liceum; tyle im było potrzeba żeby się przestawić na doroślejszy system w szkole. Na samodzielne robienie notatek, na elementarną odpowiedzialność za własne zaniedbania, lenistwo czy nieobecności, na porzucenie nawyku uciekania się do oczywistych kłamstw jako wymówek itd. Teraz do liceum przychodzą dzieci 16 letnie, i kiedy można by się było spodziewać, że ów dodatkowy rok, jaki uzyskały dzięki trzem latom w gimnazjum, pozwoli im wejść w ten nowy świat z większą powagą i przygotowaniem, okazuje się, że wszystko poszło w dokładnie przeciwnym kierunku. Ich „podstawówkowe’ nawyki zostały tylko lepiej utrwalone, a przez to, że wiek 15-16 lat to czas naprawdę szczególny, stały się też znacznie trudniejsze do wyprostowania, i teraz często nawet semestr, nawet rok, do tego nie wystarcza. I tę zmianę widzi każdy w miarę doświadczony nauczyciel.
      I teraz wchodzimy w coś, co zostało nazwane reformą podstawy programowej. Od września 2012 owa fikcja w postaci gimnazjów, które miały stanowić wspomniane przez mnie wcześniej ogniwo na drodze do dorosłości, a stały się bezsensownym i nie służącym niczemu przedłużeniem podstawówki, zamiast ulec poważnej naprawie, została tylko wzmocniona i jakby oficjalnie zatwierdzona. Przypomnę bardzo krótko, o co w tej reformie chodzi. Myśl jest mianowicie taka, że skoro młodzież uzyskuje tak fantastyczne wykształcenie ogólne w podstawówkach i gimnazjach, a nam, w nowych, jakże wymagających czasach, trzeba przede wszystkim specjalistów, prawie całe nauczanie ogólne będzie się odbywało w podstawówkach i gimnazjach, natomiast licea zajmą się niemal już tylko kształceniem wspomnianych fachowców. I znów, oczywiście, być może miałoby to sens, gdyby gimnazja można było uznać za sukces. Bo w teorii wszystko do siebie pasuje: trzy lata kształcenia ogólnego w gimnazjum + rok ogólnego kształcenia w liceum + dwa lata na specjalizację. A więc cztery plus dwa – wszystko wygląda rozsądnie. Tyle że teoretyczne założenia wzięły w łeb pewnie z powodu (oczywiście!) braku pieniędzy na przebudowanie szkół, zmniejszenie ich itd., a więc czegoś, co było pierwszym i być może podstawowym warunkiem sukcesu.
      A więc co będziemy mieli? Dokładnie to co napisałem wyżej, tyle że jeszcze gorzej. Bo w momencie gdy te biedne dzieci nabiorą podstawowej ogłady, by wziąć się wreszcie do prawdziwej nauki, okaże się, że czas już minął. I w efekcie, pojawi się cała armia 19 latków, którzy ani nie będą umieli liczyć, ani pisać, ani mówić, którzy będą się snuć po ulicach, bez pracy, bez jakiegokolwiek sensu w życiu i bez jakichkolwiek perspektyw. I proszę mi nie mówić, że ja przesadzam i dramatyzuję. Już jest bardzo źle. Niedawno w tej samej „Rzeczpospolitej”, w której dziś czytam ten kompletnie pusty tekst, nawet nie wiadomo po co i dla kogo, Robert Mazurek rozmawiał z pewną panią doktor z Uniwersytetu Warszawskiego, która ma zajęcia ze studentami dziennikarstwa. I w tej oto rozmowie, skarżyli się właściwie oboje, że ci właśnie młodzi ludzie, pragnący w przyszłości zostać dziennikarzami, systematycznie nie są w stanie rozpoznać nawet najbardziej pospolitych polskich frazeologizmów, takich jak „posypać głowę popiołem”, czy „gdzie dwóch się bije” i takie tam. I to są studenci dziennikarstwa. I proszę mi teraz powiedzieć, na jakiej zasadzie mamy wierzyć, że studenci budownictwa, medycyny, psychologii, matematyki, czy elektroniki są lepiej przygotowani?
      Oto prawdziwy problem. Pewnie, że nauczyciele boją się, że stracą pracę, czy choćby nawet tylko część etatów. Może akurat my angliści mniej niż fizycy, matematycy, czy poloniści, ale tu też przecież nie jest łatwo. Strach przed kryzysem jest powszechny. I wcale nie dotyczy tylko nauczycieli. Życie jest coraz trudniejsze, koszty utrzymania rosną, przyszłość jest bardzo, bardzo niejasna. Nikt nie jest spokojny. W tej sytuacji, uważam za wyjątkową bezczelność ze strony tych, którzy w tak bezmyślny sposób psują polską szkołę, pokazywanie palcem na nauczycieli i ogłaszanie, że oto mamy kolejną korporację, ze swoimi antyspołecznymi pretensjami. Że polskie państwo stara się wreszcie uczynić ten system wydajnym i i bardziej przystosowanym do nowych wyzwań, a tymczasem grupa leniuchów, dla swoich prywatnych interesów, gotowa jest wysadzić w powietrze tak potrzebną reformę. Oczywiście dobrze się tego typu argumentów słucha, zwłaszcza gdy samemu się jest produktem tego nieszczęsnego systemu. Nie zmieni to jednak faktu, że w rzeczywistości o żadnej reformie mowy nie ma, i że tu wcale nie chodzi o nauczycieli. Oni zresztą akurat, wbrew tej propagandzie, nigdy za wiele nie mieli. Problemem jest polska szkoła, która zwyczajnie umiera.
      Ktoś pewnie mi teraz powie, że łatwo jest mi tak się tu oburzać i tylko krytykować tych co, co by o nich nie mówić, przynajmniej próbują coś robić. A czy ja mam jakieś propozycje? Ale przecież ja je tu przedstawiłem. Niech już zostanie ten system. Niech te gimnazja sobie będą. Tyle że bez podjęcia przez państwo pewnego wysiłku – również finansowego – co do tego, by z gimnazjów zrobić prawdziwe szkoły dla dzieci, które już za chwilę staną się dorosłe, nie ma w ogóle o czym mówić. To już lepiej było tego nie ruszać i zostawić tamtą 8-letnią podstawówkę sprzed lat i cztery lata liceum z fakultetem w dwóch ostatnich klasach. Lub ewentualnie, skoro koniecznie trzeba coś zmieniać, wrócić do tego co mieliśmy w dawnej Polsce, a więc do systemu 6 letnich, lub jeszcze lepiej, 5-letnich – czyli obowiązkowo do 18 roku życia – gimnazjów, zorganizowanych na takiej zasadzie, że będą się mieściły jak najdalej od lokalnych szkół podstawowych. Dziecku, które weszło w 13 rok życia, powie się, że jest już dużym chłopcem – dziewczynkom akurat mówić tego nie będzie trzeba, bo one same dobrze to wiedzą – a teraz marsz do gimnazjum, do nauki! No ale żeby to skutecznie przeprowadzić, trzeba wiedzieć, po co się to robi i z jaką perspektywą. A więc trzeba mieć na sercu polską szkołę i polskiego ucznia… no i może przede wszystkim samą Polskę.
      No właśnie. Polskę. Za cokolwiek się wziąć, na końcu i tak pojawia się Polska. A więc znów odbyliśmy sobie taką akademicką pogawędkę, wywołującą najwyżej wzruszenie ramion.

Na szczęście już nie. Dziś już nie. Na szczęście.