wtorek, 30 grudnia 2008

Śrubka, sprężynka i szalik z jedwabiu

Czas podsumowań nie chce minąć. Dziwne. Celebrowanie końca roku i początku roku nowego na takim poziomie emocji śmierdzi na odległość najgorszym pogaństwem, a my – jakby nam kompletnie odbiło. Nawet Toyahówna z młodym Toyahem postanowili pojechać jutro do Krakowa, żeby postać sobie przez całą noc na mrozie, posłuchać jak grają zespoły, a w międzyczasie wrzasnąć, że oto zmieniła się data. Ja rozumiem, ktoś taki stary jak ja może przynajmniej się cieszyć, że udało mu się pociągnąć jeszcze rok. Ale dzieci? Co za satysfakcja? Ale jest jak jest, więc niech im będzie. Byle tylko trafili jakiś osobowy do Katowic, co się wydaje mało prawdopodobne. Od czasu jak otworzyli tę niby autostradę między Katowicami a Krakowem, jak nie masz samochodu, możesz najwyżej poczekać, aż będzie coś jechało ze Szczecina do Przemyśla, albo z powrotem.
My zostajemy w domu. Będziemy jeść bigos, wypijemy resztę jesiennych nalewek, pani Toyahowa będzie czytała kolejne wspomnienia o polskich Żydach, a ja pewnie będę się zastanawiał, jak bardzo trzeba zgłupieć, żeby ten fakt został uznany i poświadczony oficjalnie. Od razu mam przy tym wiadomość dla przedstawicieli tzw. rozsądnej części społeczeństwa, która przychodzi tu wciąż, na ten mój blog, żeby się poczuć lepiej, że nie chodzi mi o to, co im się wydaje. Więc proszę się wstrzymać z żartami, bo i tak będą niecelne.
Zresztą żeby pić nalewki (albo co tam jest pod ręką), czytać o Żydach i dumać nad sytuacją w jaką wpędziły nas te dziwne czasy, wcale nie trzeba czekać do tej pojutrzejszej nocy. Toyahowa i dziś jest obstawiona tymi książkami, a ja i tak, jak widzicie, oczywiście coś wytropiłem i już nie mogę spokojnie się zająć oglądaniem TVN24, dopóki nie wywalę całej mojej goryczy na ten monitor. Poszło tym razem o dwie rzeczy. W Rzepie ukazał się cytat z Andrzeja Wajdy. Jedno zdanie. Ale za to jakie! Pan Artysta, zapytany przez Newsweek o przyczyny upadku komuny, odpowiedział co następuje: „Ten ustrój upadł także dlatego, ze ja robiłem filmy, a Wałęsa i ludzie przyszłej ‘Solidarności’ je oglądali”. To jedno. Parę stron dalej dwie rzepowe panie redaktorki gawędzą sobie o wszystkim z Arturem Zawiszą.
Tu musi nastąpić dłuższa dygresja. Jeśli ktoś chciałby wiedzieć, skąd nagle pomysł, żeby o cokolwiek pytać akurat Zawiszę, to wyjaśnienie pada zaraz na początku. Okazuje się, że środowisko pana Artura dokonało skutecznego przejęcia władzy w publicznej telewizji i w publicznym radio, więc tym samym pan Artur znalazł się ponownie w kręgu o popularnej nazwie establishment. A tu, jak wiadomo, żartów nie ma. Jest szansa, że przy najbliższej okazji, jak Artur Zawisza pojawi się na ciasteczkach u Rymanowskiego to nie będzie wyłącznie stroił min, ale nawet zabierze głos, a poseł Wenderlich raczy na niego spojrzeć przychylnym wzrokiem. W końcu władza to władza.
Więc tu, w tym pięknym wywiadzie – który z pewnością Zawisza już od rana ma wywieszony w antyramie nad swoim biurkiem – panie wywiadowczynie pytają rzeczonego Zawiszę, jak on ocenia fakt, że pobożni ludzie dokonali inwazji na TVP, odpowiada, że jest dobrze, bo jeden z nich jest „doborowym wydawcą”, a drugi „cenionym intelektualistą i pełnokrwistym publicystą”. Ale to by może nie było aż tak ważne (w końcu doborowych wydawców i pełnokrwistych publicystów, nie wspominając już o cenionych intelektualistach, my ludzie starsi poznaliśmy już zbyt wielu), gdyby nie to, że „nominacja redaktora naczelnego szanowanego periodyku [‘świetnie rozpoznawalnego w świecie kultury chrześcijańskiej’] na dyrektora najbardziej intelektualnej anteny radia to znak zmian na lepsze w mediach publicznych”. Więc wreszcie idzie ku lepszemu. Po 18 latach bezbożnych, głupich i nieprofesjonalnie zarządzanych mediów, nastała jutrzenka „ładu” prawdziwie „narodowego”. I oto zwiastun tego ładu przemawia na łamach Rzeczpospolitej.
Ale to była, jak zapowiedziałem, jedynie bardzo rozbudowana dygresja. Tu również – podobnie jak w wypadku Pana Artysty – chodziło mi o jedną, i tylko jedną, myśl. Otóż, skoro już Artur Zawisza – dzięki niezwykle wyrafinowanej zagrywce bohatera moich zimowych dni, Piotra Farfała – powstał jak Feniks z popiołów politycznego niebytu, Rzeczpospolita, w konkluzji wywiadu, zwraca się do niego z pytaniem dziś już podstawowym: „A chce pan wrócić do Sejmu?”
Oto odpowiedź:
SKUPIAM SIĘ NA WIELOPŁASZCZYZNOWEJ DZIAŁALNOŚCI BIZNESOWEJ. ZDARZA SIĘ, ŻE OJCZYZNA WOŁA, ALE MUSIAŁABY BARDZO GŁOŚNO KRZYCZEĆ”.
Od momentu, jak po raz pierwszy zapoznałem się z tą bufonadą Andrzeja Wajdy z Newsweeka i tym czymś – nie umiem znaleźć odpowiedniego słowa; może ktoś mi pomoże – w wykonaniu Artura Zawiszy, minęło parę dobrych godzin. Ale teraz, zacytowałem te słowa, dałem je w kursywie, pogrubiłem, wyodrębniłem do osobnego akapitu, i gdybym mógł jeszcze coś z nimi zrobić, to pewnie by zrobił, ale nie przychodzi mi nic do głowy. Więc siedzę i gapię się w monitor i… pustka. Chyba sobie zrobię przerwę.
----------------------------------------------------------------------------------------------------------------
No i już jestem. I myślę sobie, że może i ja jakoś spróbuję podsumować ten rok. A może – żeby się nie tak do końca angażować w ten pogański obyczaj – nie koniecznie nawet rok. Może w ogóle podsumować coś bardziej rozlazłego w czasie. Pisałem tu kiedyś o plazmie. Plazmie, czyli czymś czego ani nie sposób dotknąć, ani opisać, ani nawet pewnie umiejscowić. A co jest, bo się ją czuje od momentu jak człowiek otworzy rano oczy, aż po tę chwilę, kiedy zacznie czuć nadejście snu. Oto zdarzyło mi się dziś ujrzeć to coś w dwóch kompletnie różnych, wręcz biegunowych miejscach. Z jednej strony mamy Andrzeja Wajdę, kiedyś reżysera – zdolnego bardzo reżysera, autora jednego, dwóch, czy nawet trzech wybitnych filmów – a z drugiej Artura Zawiszę, polityka – dziś, jak sam się przedstawia, „wielopłaszczyznowego” biznesmena. Dwoje ludzi, tak z pozoru całkowicie politycznie i kulturowo i ideowo innych, a w rzeczywistości dokładnie identycznych. Ludzi, którzy po prostu, w pewnym momencie, nie wytrzymali tego, zwykłego przecież w naszym życiu, napięcia i zwariowali.
Ale nie zwariowali tak, jak to się przydarzyło wielu innym osobom, których los, czy nawet talent, rzucił w światła reflektorów. Nie spotkał ich los tych pierwszych bohaterów Solidarności, których i ja spotykam niekiedy na ulicy mojego miasta i wiem, że z każdym dniem jest z nimi coraz gorzej, bo tak jakoś to życie okazało się dla nich okrutne. Nie. Oni są wciąż na widoku, wciąż jeszcze noszą porządne garnitury i porządne szaliki do bardzo porządnych płaszczy. Ale są faktycznie w tym samym miejscu, gdzie tamci, i podobnie jak tamci snują się po okolicy i coś plotą o Ojczyźnie, która już raz ich wezwała i być może wezwie ich znów, z tym zastrzeżeniem, że oni akurat są bardzo zajęci. Jak ten Piotrek ze Ścianki. Tyle że on się błąkał po ulicach i klatkach schodowych, a oni po redakcjach poważnych dzienników i tygodników.
I może własnie dlatego, przez te płaszcze i szaliki, oni staja się tacy nieokreśleni, niedotykalni. Zamieniają się w plazmę. A nam się każe na nich patrzeć, słuchać ich słów, a przede wszystkim akceptować, jako stały element tego naszego życia. Niekiedy nawet, przy odpowiednim podmuchu wiatru, któryś z nich doczeka miana autorytetu, mędrca, głosu pokolenia. I wtedy dopiero robi się zamieszanie. Do siego roku!

poniedziałek, 29 grudnia 2008

Mokra robota roku

Kończy się rok 2008 i nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy nie podsumowywali wszystkiego, co się podsumowywać da, ale również wszystkiego tego, co podsumowywać się najzwyczajniej w świecie nie da, pomijając już to, że podsumowywać nie ma sensu. Mamy więc skandal roku, głupstwo roku, aktora roku, sportowca roku, książkę roku, żart roku, film roku, piosenkę roku, debiut roku, polityka roku, mądrość roku i blog roku. Dotychczas, być może ze względu na moją tegoroczną aktywność, największe wrażenie zrobiła na mnie dyscyplina o nazwie ‘blog roku’. Szczególnie od czasu gdy otrzymałem wiadomość emailem, że mam się zgłosić, a wtedy Jacek Żakowski (nie żartuję - Żakowski jest tu jurorem) powie, jak on widzi moje pisanie w skali globalnej. Już widziałem siebie na monitorze laptopa pana redaktora i samego pana eksperta, jak czyta mój tekst o tym, że on sam i jego koledzy to durnie i myśli sobie: „Ho, ho! Z tego Toyaha to nie byle jaki bloger! Dajmy mu może wyróżnienie”.
Pomyślałem więc sobie, że jak idzie o różnego rodzaju konkursy na zakończenie roku, pozostanę jednak obojętny, gdy oto dziś w Rzeczpospolitej zobaczyłem artykuł zatytułowany „Pod znakiem Pereiro i Borubara” http://www.rp.pl/artykul/240729.html i naturalnie dostałem cholery. O co poszło? Właśnie o tego Borubara i Pereiro. Ci co mnie znają, wiedzą mniej więcej, co się w mojej biednej głowie dzieje, ale jest jednak – właśnie na zakończenie tego roku – jeszcze coś, co należy powiedzieć i uważam, że to właśnie miejsce jest do tego najlepsze.
Kiedy Lech Kaczyński skomentował dla Polsatu ów słynny mecz z Austrią i sekwencja „Boruc bardzo” zabrzmiała na tyle nieprecyzyjnie, że jakiś anonimowy specjalista od rżenia, zdecydował, że Kaczyński jest tak głupi (oczywiście!), że uznał, że nasz Artur nosi nazwisko Borubar, i wraz z uzyskaniem tej wiedzy, cała najbardziej zidiociała część opinii publicznej uniosła w górę obie ręce i wrzasnęła: „Hurra! Niech zdycha!”. Z perspektywy roku wiemy, jak echo tego wrzasku rozbrzmiewało przez następne miesiące. Pamiętamy doskonale wszystkie żarty na ten temat, wszystkie wnioski, jakie z tej ‘prezydenckiej wpadki’ najbardziej światła część społeczeństwa wyciągała i wszystkie najbardziej poważne polityczne diagnozy, które najbardziej szanowani analitycy kazali nam przyjmować z wiarą i zaufaniem.
Doskonale pamiętamy, na jak starannie przygotowany grunt padły słowa Palikota dotyczące czy to rzekomego alkoholizmu Prezydenta, czy jego psychicznej choroby. W końcu ktoś kto sądzi, że bramkarz naszej reprezentacji Artur Boruc ma na nazwisko Borubar, musi być stuknięty. Albo na nieustannym gazie. Tak właśnie się hartowała ta stal, z którą dziś wszyscy musimy się zmagać. Właśnie w ten sposób umacniała się ta nienawiść, która zupełnie niepostrzeżenie stała się absolutnie równoprawną częścią tego krajobrazu, który jeszcze kilka lat temu każdy zdrowomyślący człowiek musiałby uznać za kompletną fikcję.
Gdyby tylko komuś chciało się grzebać w śmieciach, mógłby zajrzeć do tekstów paru z bardziej uznanych tu autorów, którzy za swój główny cel wzięli wdeptanie w ziemię wszystkiego, co się rusza, a co w taki lub inny sposób kojarzy się z projektem o nazwie IV RP. Mógłby wówczas ten odważny badacz odnaleźć cały ten wysiłek, sprowadzający się do jednego. Do udowodnienia, że Lech Kaczyński jest po prostu wiecznie nieprzytomny, a ile razy próbuje coś powiedzieć, to wydobywa z siebie wyłącznie niezidentyfikowany gulgot. Sam pamiętam, jak mi tu najróżniejsi specjaliści od przyłapywania Lecha Kaczyńskiego na kiksach, tłumaczyli najpoważniej na świecie, że Prezydent trzymał flagę do góry nogami, bo głupek nie ma pojęcia, jak wygląda polska flaga, albo że z tym ‘Borubarem’, to była autentyczna niewiedza.
Dziś, kiedy kończy się ten rok, właściwie wszyscy już przyznają, że nie było żadnego ‘Borubara’, że na polskiego Brazylijczyka, nawet komentatorzy sportowi w emocjach z jakiegoś powodu mówią ‘Pereiro’, że ta flaga była do góry nogami tylko przez ułamek sekundy – tyle że co z tego? Jeszcze parę dni temu, jakimś zupełnie chorym rzutem na taśmę, ten szczególny dziennikarz TVN24, którego nazwiska mi się nawet nie chce wymieniać, wręcz błagał językoznawcę Bralczyka, żeby przyznał, że ‘Borubar’ jednak tam był. Że może „panie profesorze, to jednak niewiedza?” Nic z tego. Bralczyk smutno pokręcił głową i zapewniłł, że to jednak był ‘Boruc bardzo’.
Tylko znów… co z tego? Dziś w Rzepie widzimytekst, którego jedynym celem jest to, żeby na zamknięcie tego roku jeszcze sobie trochę pozrywać boki z Prezydenta. Żeby każdy, kto albo się nie zorientował, albo już zdążył zapomnieć, wbił sobie do głowy, ze „hitem ostatnich 12 miesięcy stały się nazwiska, zwłaszcza te źle wymawiane” i że prawdziwą „furorę” zrobiły te związane z Lechem Kaczyńskim. Dziennikarka Rzepy oczywiście przyznaje, że w większości to wszystko albo bzdura, albo ‘lipa’, tylko znów – co z tego? Ten rok i tak przechodzi do historii jako rok Borubara, Benhauera, Pereiro i – nagle nie wiedzieć czemu – Rona Asmusa. A jak by komuś było za mało, to pani redaktor przypomni jak to „językowe lapsusy Prezydenta inspirowały internautów’. I teraz dopiero się będziemy mogli poskręcać ze śmiechu, że „Oback Barama, Barubar Bambara, Barabar Obameiro, Borubar O’Lama”. Czy dziennikarka poważnego dziennika podejmuje choćby najmniejsza próbę wyjaśnienia skołowanym czytelnikom, co to się takiego stało w ciągu tego roku, że doszło do tak strasznej kumulacji najbardziej ohydnego kłamstwa? Ależ gdzie tam! Przecież tu nie chodzi o to, żeby cokolwiek wyjaśniać. Mają być jaja! W końcu Sylwester już za pasem.
Proszę zwrócić uwagę na następującą rzecz. Po odrzuceniu ‘Borubara’ jako skrajnej manipulacji – na dodatek manipulacji, w którą został zaangażowany cały system reżimowej propagandy plus najszerzej traktowana kultura pop – załóżmy, że przyjmiemy wersję najbardziej dla Prezydenta przykrą. On się nie zagapił, ale był autentycznie przekonany, że trener polskiej reprezentacji nazywa się Benhauer, a nasz reprezentant nosi nazwisko Pereiro. Lech Kaczyński jest w kwestii piłki nożnej kompletnym dyletantem. I co z tego? Ten typ niewiedzy jest dyskwalifikujący dla Prezydenta RP? Chyba tylko w świecie gdzie do miana politycznych i moralnych autorytetów wysunięto bandę amatorskich piłkarzy z Kaszub i okolic. To że Lech Kaczyński zapomniał, jak ma na nazwisko jeden trener piłkarski i jeden piłkarz staje się wydarzeniem roku w kategorii „Polityczny słownik 2008”?
Omawiany artykuł Rzeczpospolita umieściła na szóstej stronie dzisiejszego wydania. Na stronie ósmej natomiast, ekspert Jadwiga Staniszkis http://www.rp.pl/artykul/240726.html przedstawia całkowicie serio analizę, z której wynika, że Prawo i Sprawiedliwość, Kaczyńscy i wszystko, co oni reprezentują dobiega ostatecznego końca. Zupełnie serio, prof. Staniszkis spekuluje na temat rozsądku Schetyny, powagi Olejniczaka, niezłomności Dorna, dzielności Tuska, kompetencjach Klicha, nadziejach które budzi tzw. Ruch Polska XXI i – naturalnie – „prostactwa” Lecha Kaczyńskiego?
Czy może – ktoś zapyta – Jadwiga Staniszkis ma pretensje o Borubara i flagę? Ależ skąd. Taka to ona znowu nie jest. Tę flagę i ten internetowy greps ona trzyma głęboko w swej podświadomości. No a poza tym Staniszkis to nie Palikot. Dla niej Kaczyński robi z siebie durnia nie dlatego, że jest pijakiem i cierpi na chorobę Alzheimera. Ona jest mądra. Ona wie, że nie. On jest po prsostu słaby. A na udowodnienie tego, pani profesor może nam przedstawić nie ślinę, ale poważną socjologiczno-polityczną paplaninę.
W tej robocie bowiem istnieje zasadniczy podział obowiązków. Na poziomie najbardziej wulgarnej kultury pop działają specjaliści od popu. Roboty wykończeniowe należą do przedstawicieli kultury wyższej.

niedziela, 28 grudnia 2008

Vibration negative!

Minął rok od kiedy w Polsce nastał nowy czas – czas empatii i miłości. Minął już rok od czasu, gdy premier Donald Tusk ogłosił, że tylko ktoś, kto potrafi kochać, ma moralne prawo dzierżyć władzę. Minął rok, jak każdy obywatel naszego kraju, dzień w dzień, doświadcza tej właśnie, zapowiedzianej jesienią zeszłego roku, polityki miłości, dobroci i porozumienia.
Zacząłem ten wpis od ewidentnej ironii. Nie mam przy tym wątpliwości, że wśród osób, które zechciały poczytać sobie te moje dzisiejsze słowa, nie ma nikogo, kto by uznał, że te żarty na temat polityki miłości, to nie żarty, ale czysta i chłodna ocena. Nie mam wątpliwości, że stali bywalcy tego bloga doskonale wiedzą, że o żadnej polityce miłości być nie może, ale – co więcej – jestem pewien, że ci, którzy tu bywają niechętnie, przypadkowo, albo tylko po to, żeby się powyzłośliwiać, podobnie wiedzą, że to całe gadanie o uśmiechu i życzliwości to najzwyklejsza lipa. I że przez ten z górą już rok, nie było jednego dnia, żeby choćby drobny ślad tego, co premier Tusk za Marleyem określił, jako ‘pozytywne wibracje’, zaistniał w powszechnej świadomości. Jest wyłącznie wściekłość, nienawiść i bezwzględna praca na rzecz całkowitego unicestwienia przeciwnika.
A mimo to, cała reżimowa propaganda, w najbezczelniejszy możliwy sposób, nie ustaje w wysiłkach, żeby najbardziej ogłupiałej części narodu wbijać do głów to niezwykłe kłamstwo: zło minęło, rodzi się dobro. Nie ma dnia, żebyśmy nie musieli słyszeć, a czasem również i oglądać, absolutnie bezprecedensowych popisów niegrzeczności i zwykłego chamstwa, w wykonaniu najbardziej prominentnych polityków Platformy Obywatelskiej i służących jej dziennikarzy. I za każdym razem, kiedy stajemy jak wrycie przed kolejnym, jeszcze bardziej dosadnym wybuchem zwykłego buractwa, otrzymujemy natychmiast tym głośniejsze zapewnienia, że – owszem – bywa nieładnie, ale i tak wszystko, co prawdziwie ohydne już szczęśliwie za nami.
Politycy, pracownicy mediów, ludzie kultury, eksperci, związani finansowo i emocjonalnie z Platformą Obywatelską zalewają publiczna domenę najbardziej czarną wulgarnością, a jednocześnie przybierają eleganckie pozy, uprzejmie ściszają głosy, w zatroskaniu pochylają głowy, tylko po to, żeby na użytek najbardziej tandetnej propagandy, wysyłać w świat komunikaty typu: „Każdy ma swojego Palikota”, „Polityka to bagno”, „Przynajmniej nie musimy słuchać Kurskiego”.
Wczoraj, w komentarzach na moim blogu, znalazłem jeden, który mnie – powiem szczerze – zaskoczył. Zaskoczył mnie dlatego, że pochodził od kogoś, kto gości tu wystarczająco długo, żeby przynajmniej w minimalnym stopniu nauczyć się pewnej samodzielności w myśleniu. I żeby przynajmniej w swojej pro-reżimowej argumentacji nie używać najbardziej zużytych klisz, takich własnie, jak „Co do Palikota, no cóż, każdy potrzebuje swojego Kurskiego”. Ale takie własnie słowa padły i naturalnie sprowokowały reakcje oniemiałych obywateli.
Prosiliśmy marka.dumle, bo o niego tu chodzi, żeby podał choć jeden przykład wypowiedzi Jacka Kurskiego, który mógłby go upoważniać do czynienia takich porównań. Na nic. Albo okazywało się, że dumle nie ma czasu grzebać po Internecie, albo że mu się chce spać, albo, że to skandal, żeby ktoś oczekiwał od niego dowodzenia swoich poglądów (że niby o poglądy, a nie o fakty, tu chodzi). Ponieważ uznałem, że nie ma takiej możliwości, żeby, nawet nie tylko marek.dumle, ale w ogóle którykolwiek z głosicieli podobieństwa kulturowych wymiarów Palikota i Kurskiego, zechciał podjąć się zadania niewykonalnego, zajrzałem do podanych przez marka źródeł i wynotowałem wszystko, co było konieczne i możliwe do wynotowania.
Ja wiem, że każda informacja może być zawsze uzupełniona czymś nowym, że każdy gest może być oskarżony o nieobiektywizm i nieuczciwość, ale zrobiłem co należało. Zajrzałem do wikicytatów – zgodnie z sugestią dumle – i najuczciwiej jak tylko potrafiłem, wybrałem z nich to co uważałem za najbardziej reprezentatywne. Jeśli ktoś ma inne propozycje, zachęcam do aktywności. Oto zestaw najbardziej agresywnych wystąpień Jacka Kurskiego, znajdujących się w wyliczeniu wikiquote.org. http://pl.wikiquote.org/wiki/Jacek_Kurski
To co mówi Krzaklewski, jest zwyczajnym bełkotem, dlatego trzeba spytać przewodniczącego, czy jest mężczyzną i liderem, czy jest babą, która wisi u klamki Wałęsy.
Tu wychodzą jakieś niesamowite kompleksy Donalda Tuska w polityce międzynarodowej.
Z tym Wehrmachtem to lipa, ale jedziemy w to, bo ciemny lud to kupi.
Gdy pan redaktor Żakowski słyszy o liście Wildsteina i idei lustracji to trzęsą mu się portki.
Daję słowo. To wszystko, co zamieściło wikiquote.org, a co może z biedą funkcjonować, jako przykład chamstwa i agresji. Powtarzam – ktoś może zna jakieś bardziej śmierdzące kwiatki, ale tam – daję słowo – nie ma nic więcej. Wcisnąłem nawet ten nieszczęsny, wałkowany już na tysiąc sposobów, „ciemny lud”, który i tak – co każdy baran widzi – nie jest tu akurat w najmniejszym stopniu opinią Kurskiego. Poza tymi jednak czterema wypowiedziami, nie ma tam nic.
A oto co podaje wikiquote.org na temat Janusza Palikota. Też wynotowałem najbardziej mięsiste fragmenty. http://pl.wikiquote.org/wiki/Janusz_Palikot.
Ale co? Ziobro czy mi się podoba? Nie, jest zbyt zniewieściały.
Apeluję do Lecha Kaczyńskiego, żeby wytrzeźwiał i wreszcie przedstawił opinii publicznej, co naprawdę myśli w pełni swoich przytomnych sił.
Duch Belzebuba z Torunia pomieszał panu język.
Działacze Solidarności sami zachowują się jak wieprze, bo chcą tylko dla siebie.
Ja uważam prezydenta Lecha Kaczyńskiego za chama.
Jeśli badania psychiatryczne posłów będą standardem, to pan Karski ich nie przejdzie.
Lech Kaczyński nie panuje nad swoimi urazami i emocjami. Można tylko pogodzić się z tym, że ten bachor biega po całej Europie, szaleje, krzyczy i robi wrzawę.
PZPN to burdel, w którym dziwki zarażają HIV-em.
Roman Giertych jest właścicielem burdelu w Tarnowie. Informuję prokuraturę. Proszę o sprawdzenie.
Nie pozostaje mi nic innego jak powtórzyć hasło, które krzyczą ludzie na stadionach: j...ć PZPN.
To jest zły człowiek, czyli – trzymając się języka teologicznego – on jest szatanem.
Czy można jakoś porównać siłę rażenia i brutalność obu zestawów wypowiedzi? Proszę uprzejmie, próbujmy. Kurski twierdzi, że Krzaklewski to bełkocząca baba, Tusk ma kompleksy, ludzie, zdaniem czarnej propagandy, są ciemni, a redaktor Żakowski współpracował. Proszę mi zatem uczciwie powiedzieć, jakie komunikaty przekazuje Janusz Palikot?
Ale przecież nie chodzi tylko o Palikota. Każdy szanujący się obserwator naszego życia politycznego w erze ‘miłości i empatii’ wie, że tego ‘kwiatu’ jest znacznie więcej. Oto przed nami nowa twarz Platformy Obywatelskiej, Sebastian Karpiniuk, też upamiętniony w sieci. http://pl.wikiquote.org/wiki/Sebastian_Karpiniuk
Panie prezydencie, niech pan porzuci tę drogę, niech pan porzuci drogę kartoflanej zaściankowości.
Pan powinien mieć embargo nawet na oddech.
Uwzględniając cechy charakteru ministra Ziobry, bardziej można by go określić jako killera z twarzą dziecka niż jako zwierzynę, na którą się poluje.
Zacznijmy zadawanie pytań, bo Mularczyk - Jola Rutowicz komisji - blokuje nam pracę.
Czy marek.dumle, albo któryś z kolegów, zechce uprzejmie odpowiedzieć na pytanie, co nam mówi Sebastian Karpiniuk, młoda gwardia PO? Nie? Ja mam to zrobić? Proszę uprzejmie. Prezydent to ‘kartofel z zaścianka’, Macierewicz nie powinien mieć prawa do życia, Ziobro to morderca o twarzy dziecka, a poseł Mularczyk – to modelowy idiota. Mam jeszcze jedną prośbę do marka.dumle i do jego politycznych przyjaciół. Proszę mi wskazać jedną wypowiedź Jacka Kurskiego na tym poziomie obelżywości. Jedną wypowiedź Jacka Kurskiego, w której ten zarzuca swoim politycznym przeciwnikom, ze są zaściankowymi chamami, mordercami, idiotami i że nie powinni żyć. A może Karpiniuk to nikt ważny? Może.
Znasz, Marku, Stefana Niesiołowskiego? Proszę uprzejmie. Oto Twoja wikipedia http://pl.wikiquote.org/wiki/Stefan_Niesio%C5%82owski
Jak śmie ten obrzydliwy załgany hipokryta, ten obłudnik Napieralski, mówić, że nie dali legitymacji partyjnej telewizji.
Jest to po prostu nikczemny dureń i ten nikczemny dureń nie może być ministrem polskiego rządu.
Kaczyńscy są źródłem wszelkiego zła. Zwłaszcza Jarosław Kaczyński.
Lech Kaczyński potrzebuje kuracji, która doprowadzi jego system nerwowy do porządku. Pytanie, czy to chwilowa zapaść, nerwica czy trwałe uszkodzenie, które wcześniej czy później skończy na komisji lekarskiej.
[Rydzyka] trzeba potępić i nazwać tak jak na to zasługuje, czyli gruboskórnym prostakiem.
On jest po prostu chuliganem politycznym, a nie żadnym ojcem. […] Jako szkodnik powinien być wyrzucony z Radia Maryja i zesłany do klasztoru, najlepiej poza granicami Polski.
Ryszard Kalisz to porno – minister, który doskonale pasuje do porno – prezydenta. Mamy sojusz dwóch pornograficznych grubasów.
Tak akurat wyszło, ze na samym końcu tego zestawu wylądował tekst o Kaliszu i Kwaśniewskim, autorstwa własnie Niesiołowskiego. Ja pamiętam bardzo dobrze, jak Niesiołowski wyskoczył z tą słynna już dziś obelgą. I przyznam zupełnie szczerze, że słuchając tych słów, byłem zachwycony. Szalenie mi się podobało słuchać, jak Niesiołowski obraża Kwaśniewskiego i Kalisza. Ale też ja nigdy nie ukrywałem, że do wszelkiej maści komunistów czuję wyłącznie pogardę i nienawiść. W latach osiemdziesiątych, osobiście gdzie tylko mogłem, powtarzałem słynną rymowankę: „A na drzewach, zamiast liści będą wisieć komuniści”. Przyznaję – ja w stosunku do Kwaśniewskiego i Kalisza i całej tej bandy post-komunistycznego zielska nie czuję ani krzty miłości, współczucia i przyjaźni. A jak ich widzę i słyszę, są we mnie wyłącznie wibracje negatywne.
Ale ja nie udaję kogoś kim nie jestem. Jeśli ktoś mi powie, że, kiedy mówię o Wenderlichu, Siwcu, Millerze – wyłazi ze mnie całe moje zło, to nie będę robił uników i pokazywał palcem na Palikota. Nie będę mówił, że ja reprezentuje samo dobro, a jeśli mówię o Szmajdzińskim, że to komunistyczna świnia, to z mojej strony to tylko taka inteligentna riposta, a poza tym taka to moja uroda. Więc proszę też bardzo wszystkich tych, którzy na Jacka Kurskiego, Jarosława Kaczyńskiego, Przemysława Gosiewskiego, Tadeusza Rydzyka, Annę Fatygę, Antoniego Macierewicza, Prezydenta, patrzą jak na osoby, które powinny mieć „embargo na oddech”, ale także wszystkich tych, którzy nie są w stanie bezwarunkowo uznać zła kryjącego się za tego typu fantazją, żeby to zwyczajnie przyznali. Powiedzcie uczciwie – Tak. Uważamy, że tu przegrywamy z własnym złem. Jeśli idzie o tych tu panów i te panie, to mamy tylko swoją nienawiść. I – owszem – jesteśmy z niej bardzo dumni. A naszą miłość chowamy dla tych, których akurat lubimy.
Powiedzcie to.

sobota, 27 grudnia 2008

O Palikocie o jego teczkach

Nie wiem, jak wygląda sytuacja rynkowa Dziennika i szczerze powiem, że interesuje mnie ona o tyle tylko, o ile na końcu znajduje się ostateczne zamknięcie tej gazety. Uważam, że swoją polityką prowadzoną przede wszystkim wobec swoich czytelników Dziennik nie zasłużył na nic lepszego, jak pełny upadek. Nie wiem, więc, co tam słychać u redaktorów Krasowskiego i Michalskiego i ich mocodawców, ale domyślam się, że chyba wszyscy oni uznali, że trochę przeholowali, i próbują odzyskać utracony teren.
W zeszłym tygodniu bardzo się uśmiałem, czytając debatę zorganizowaną przez rzeczonych Krasowskiego i Michalskiego na temat dwóch lat prezydentury Lecha Kaczyńskiego, do której zaprosili Jana Rokitę i Rafała Matyję. Jak wiemy, ani Rokita, ani Matyja nie zostali tam dopuszczeni, po to żeby chwalić Prezydenta, a mimo to obaj główni redaktorzy Dziennika ani jednemu ani drugiemu nawet nie dali szans się popisać. Zarówno Rokita jak i Matyja, od samego początku, byli tak porażeni stanem emocji obu naczelnych co do osoby Prezydenta, że właściwie jedyne co mogli robić, to drapać się po swoich biednych głowach i próbować zgadnąć, co to się wyprawia.
Najciekawiej chyba opisał sytuację Rafał Matyja mówiąc: „Jadąc na to spotkanie, byłem przekonany, że jestem człowiekiem głęboko rozczarowanym co do prezydentury Lecha Kaczyńskiego, że mam jej wiele do zarzucenia, ale po tym, co słyszę od was, nie jestem w stanie wypowiedzieć żadnego argumentu przeciwko Kaczyńskiemu. To co słyszę, powoduje, że nie mam problemu z Lechem Kaczyńskim, mam problem z wami. Co was ugryzło, że mówicie na tak bardzo wysokim poziomie emocji?"
Uśmiałem się, a jednocześnie sobie pomyślałem, że tak spektakularny coming out, jakiego się dopuścili Michalski i Krasowski, musi doprowadzić do choćby minimalnego wahnięcia w polityce Dziennika, bo przecież jakieś pozory, to nawet czasem Michnik próbuje zachowywać. No i stało się. Od razu w środę wigilijną, Krasowski z Michalskim postanowili pokazać ludzkie oblicze i uderzyli z grubej rury. Opublikowali rozmowę z Oleksym, w której ten tłumaczy między innymi dwóm durniom z Dziennika, Reszce i Majewskiemu, że to chamstwo w stosunku do Prezydenta, które w modnym towarzystwie z taką miłością jest celebrowane od dwóch lat, jest już zwyczajnie nieludzkie. Mazurek rozmawia z Ryszardem Terleckim, gdzie poseł Prawa i Sprawiedliwości jest pokazany z sympatią i bez śladu złych intencji. No i - co najciekawsze - Luiza Zalewska poświęca w tym samym numerze cały wielki reportaż osobie Janusza Palikota. Reportaż zupełnie niezwykły. I o tym własnie chciałbym tu słów kilka. http://www.dziennik.pl/polityka/article287765/Palikota_mocno_wyboista_droga_do_gwiazd.html
Red. Zalewska pisze od początku do końca o Palikocie, ale dla każdego w miarę zorientowanego i czujnego czytelnika, Palikot jest tu wyłącznie pretekstem. Ja nie czytałem jeszcze tekstu, w tak kompleksowy, a jednocześnie tak bezlitosny sposób, odsłaniającego prawdziwą kondycję projektu o nazwie Platforma Obywatelska. Nie czytałem też artykułu w tak bezwzględny sposób pokazujący Platformę, jako kolosa na glinianych nogach, który się musi zawalić przy najmniejszym podmuchu. I który, jeśli jeszcze nie upadł, to tylko dlatego, że wszyscy jego konstruktorzy i aktorzy zamarli w pełnym przerażenia bezruchu.
Szczególnie ostatnio, wciąż słyszymy opinie odmieniające na wszelkie możliwe sposoby słowa zachwytu nad nieprawdopodobnym politycznym i wizerunkowym sukcesem Platformy Obywatelskiej. Mówią nam najróżniejsi eksperci, że ludzie, którzy stworzyli ten dziwny projekt, osiągnęli sukces wręcz nieznany w historii polityki. Stworzyli mianowicie coś z niczego, a to coś nagle stało się wartością realną, a jakby tego było mało - wartością na wieki. Tłumaczy nam się, że scena polityczna została faktycznie zamknięta i ostatecznie określona, z kwitnąca Platformą i niknącym PiS-em i że nawet jeśli ktoś odważy się podjąć jakieś działania, będą to wyłącznie działania pozorne. Tymczasem Luiza Zalewska przedstawia nam portret jednego człowieka i sytuację jednego środowiska, które w rzeczywistości balansuje na krawędzi przepaści.
Oczywiście, zakładać muszę, że red. Zalewska może nie pisać pełnej prawdy. Może się za chwilę okazać, że te jej wszystkie fakty i analizy są dokładnie tyle samo warte, co kultowy już idiotyzm, jaki swego czasu wyprodukował na temat Marka Kuchcińskiego umysł red. Anny Marszałek, albo niedawny tasiemiec o Prezydencie autorstwa wspomnianych już Reszki i Majewskiego. Jednak, moje osobiste doświadczenie mówi mi, że Zalewska to ani nie Marszałek, ani tym bardziej Reszka z Majewskim, więc nie wykażę się chyba szczególną naiwnością, jeśli jej akurat zaufam.
Pisze więc Luiza Zalewska o Palikocie, a tak naprawdę pokazuje nam miejsce zajmowane przez Platformę Obywatelską w sensie politycznym i moralnym. Dowiadujemy się więc oczywiście, że tak niezwykły sukces zarówno medialny, towarzyski, jak i polityczny Palikota jest przede wszystkim wynikiem starannie zaplanowanej kampanii wizerunkowej. Co ważniejsze jednak, Luiza Zalewska bardzo jasno pokazuje, że wszystko co Palikot robi, poczynając od skandalizujących happeningów, a kończąc na nieustannej akcji niszczenia wizerunku Prezydenta odbywa się - nawet jeśli nie za zgodą najwyższych władz Platformy - z kompletnym lekceważeniem tej zgody braku. Z lekceważeniem, na które Palikot może sobie w sposób demonstracyjny pozwolić.
Z informacji zebranych przez Zalewską można wywnioskować, że publiczna pozycja, jaką Palikot potrafił sobie wypracować (według badań, pomijając Tuska i Niesiołowskiego, jest on najbardziej rozpoznawanym politykiem Platformy) przekłada się bezpośrednio na jego pozycję w Platformie. Pisze red. Zalewska o palikotowych pieniądzach, o tłumach nieustannie obecnych wszędzie tam gdzie Palikot się pojawi, a my już wiemy, że nie ma w Platformie nikogo, kto - nawet gdyby bardzo tego chciał - zdecyduje się Palikota ruszyć. To można było zrobić jeszcze jakiś trok temu. Obecnie, przyszłość Palikota jest wyłącznie w jego rękach. Jak mówię - nie ma znaczenia, czy Tusk, Schetyna, Chlebowski Palikota potrzebują, czy nie. Wygląda na to, że to własnie on trzyma całą Platformę za przysłowiowy pysk i to on powie, kiedy będzie dość.
Ale jest jeszcze coś. Janusz Palikot nie robi wrażenia kogoś, kto ma cokolwiek do stracenia. Nie należy przypuszczać, żeby było coś, co go może powstrzymać przed robieniem tego, na co on ma ochotę i co on uzna za dobre dla siebie. Jak słusznie zauważa Eryk Mistewicz, asortyment środków w dyspozycji kogoś takiego jak Palikot nie ma granic. Palikot może któregoś dnia obrzucić Sejm prezerwatywami, albo strzelać do posłów z pistoletu na wodę, albo robić sto tysięcy najróżniejszych innych - z punktu widzenia normalnego człowieka - idiotycznych rzeczy, które tylko przyniosą mu nowe tłumy na spotkaniach i kolejne godziny w telewizyjnych studiach. I jeśli Palikot zechce, to za jakiś czas, pod względem wewnątrz-partyjnej popularności pobije samego Tuska. O ile już to nie nastapiło. A wtedy nie dość, że machnie ręką na te prezerwatywy i ten pistolecik. Nie dość, że machnie ręką na Lecha i Jarosława Kaczyńskich. On się zabierze za tych, którzy mu zawadzają bezpośrednio. A że ma talent i determinację, to wiemy nie tylko my.
Obecnie nie widać jednego takiego elementu, który by mógł ograniczać Palikota wewnątrz układu władzy w Platformie, ale też nie widać takiej możliwości, żeby kto inny jak tylko sam Palikot mógł decydować o jego pozycji w partii. W momencie gdy Palikot zostanie - z jakiegokolwiek powodu - usunięty z Platformy, albo choćby w chwili gdy jego pozycja zostanie wbrew jego oczekiwaniom w jakikolwiek sposób ograniczona, nastąpi koniec Platformy. Palikot zainwestował zbyt dużo własnej pracy, własnego wysiłku i własnych pieniędzy w to czym dziś jest, żeby pozwolić komukolwiek na przestawianie swojej osoby wbrew własnej woli.
Ale też jest bardzo mało prawdopodobne, żeby w obecnym układzie władzy w Platformie, Palikot długo wytrzymał. Jest politykiem zbyt ambitnym i o wiele zbyt agresywnym, żeby zadowolić się tym co ma. Już wkrótce zażąda czegoś więcej. A jeśli tego nie dostanie, Donald Tusk i koledzy dopiero zobaczą, jak wygląda piekło. Bo Palikot, jak już rozpozna otwierające się możliwości, dokładnie z tym samym talentem i tym samym zaangażowaniem, z którym pełnił swoją dotychczasową rolę platformowego psa, założy na siebie kolejny strój - platformowego kata. I jestem pewien, że zarówno Donald Tusk jak i Grzegorz Schetyna doskonale wiedzą, co przed nimi. Wyhodowali sobie to coś i teraz muszą akceptować tę swoją smutną sytuację tak długo, jak im się każe.
Najśmieszniejsze w tym wszystkim jest to, że dbając o dobre samopoczucie Palikota, muszą nawet dbać o to, żeby go w czasie burzy piorun nie zabił. Bo na taką ewentualność, Palikot - który na sto procent czytał Ojca Chrzestnego - tez już się odpowiednio przygotował.

piątek, 26 grudnia 2008

S nowom godom, tawariszczi! Czyli wężykiem po bandzie

Minęły Święta Bożego Narodzenia i przede wszystkim chciałem się pochwalić, że ten czas wykorzystałem w sposób na tyle pełny, żeby z radością neofity móc dziś zakomunikować, nie tyle moim stałym czytelnikom, co głównie poważnym publicystom i komentatorom, którzy już od dłuższego czasu nawoływali mnie do refleksji i opamiętania, że oto nadszedł ten moment, kiedy mogę im wszystkim ogłosić: jest dobrze! Jest mi tylko przykro, że to moje wyjście z mroku trwało tak długo, co niepotrzebnie wszystkich narażało na niepotrzebny stres.
Przede wszystkim więc przepraszam pana redaktora Łukasza Warzechę, który mnie, pośrednio lub bezpośrednio ostrzegał, bym nie brnął głupio i nieroztropnie, a ja nie usłuchałem. Ale również przepraszam wszystkich innych szczerych przyjaciół polskiej prawicy, którzy długo przede mną demaskowali niskość Jarosława Kaczynskiego, i też nawoływali do rozsądku. Wróciłem i jestem do dyspozycji.
Jednak wciąż będę powtarzał. Wiem, jak bardzo przez tyle lat się myliłem i jak wiele szkód poczyniłem swoim tępym uporem i nieumiejętnością przyznania się do błędu. Świąteczny okres, który zgodnie z zapowiedzią, wykorzystałem na refleksję i zadumę, pozwolił mi zrozumieć, że dla polskiej prawicy i dla wszystkich patriotycznie zorientowanych Polaków, nie ma w tej chwili ważniejszego zadania, jak gruntowne zreformowanie partii, której kiedyś wszyscy zaufaliśmy, ale która ostatnio, coraz częściej, po prostu i zwyczajnie pozbawiała nas złudzeń. Partii o nazwie Prawo i Sprawiedliwość.
Muszę wreszcie powiedzieć coś, co powoduje u mnie poczucie największego zażenowania i sprawia, że się rumienię, ale co powiedzieć po prostu trzeba. Jarosław Kaczyński, człowiek który kiedyś był dla mnie nadzieją i drogą, okazał się własnie moja największą porażką i zawodem. Dopiero z perspektywy czasu widzę, jak bardzo się co do niego myliłem, a jednocześnie jak bardzo byłem odurzony, nie tyle swoją bezkrytyczną miłością, co haniebnym uporem, żeby tkwić w błędzie.
Wiem jednak, że to co tu mówię to zaledwie słowa. A nie słów nam dziś trzeba. I tak straciliśmy zbyt dużo czasu. Teraz, kiedy i tak nie mamy pewności, czy nie jest już być może za późno - również z mojej winy i winy innych, takich jak ja, ludzi nieroztropnych i niemądrych - ale kiedy jednak Prawo i Sprawiedliwość wciąż może być może liczyć na te 20-25% poparcia społecznego, należy zakasać rękawy i rozpocząć projekt odbudowy polskiej prawicy.
Pragnę dziś zgłosić mój projekt. Projekt, który przez okres Świąt solidnie przemyślałem i który - uważam - jest projektem dobrym. Wiem, że dla wielu z Was, ze względu na moje świetne teksty, jestem bohaterem i wielkim moralnym autorytetem. Dlatego apeluje do Was. Bierzmy się do roboty. Przede wszystkim trzeba usunąć prezesa naszej obecnej - a dla wielu z Was - już byłej partii, Jarosława Kaczyńskiego. Kaczyński nie spełnił pokładanych w nim nadziei i zamiast pędzić od zwycięstwa do zwycięstwa, zatapia ten piękny projekt, którego wszyscy przecież jesteśmy współautorami. Tak dłużej być nie może. Jarosław Kaczyński musi odejść.
Następnie powinniśmy zwołać powszechny, ogólnopolski zjazd polskiej prawicy - coś w rodzaju Okrągłego Stołu Polskich Patriotów - i dokonać ponownego, tym razem ostatecznego zjednoczenia wszystkich patriotycznie zorientowanych ugrupować narodowych. Należy przy tym zadbać, żeby wszyscy, którzy nie zgodzą się uczestniczyć w tym wielkim projekcie, zobowiązali się, że nie będą na własną rękę organizować własnych projektów. Bowiem rzeczą najważniejszą jest, byśmy się nie dali podzielić i bezmyślnie rozproszyć głosy.
Kiedy już utworzymy jedno, wielkie prawicowe ugrupowanie chadecko-narodowe (proponuję nazwę Przymierze Prawicy „Wielka Polska"), powinniśmy rozważyć prawną możliwość zapisania dotychczasowego poparcia sondażowego dla Prawa i Sprawiedliwości na nasze konto. Uważam, że te 25% wyborców, może stanowić znakomity punkt wyjścia dla naszej przyszłej działalności politycznej. Będąc tak silnym ugrupowaniem opozycyjnym, mając na dodatek w swoich szeregach wybitnych polskich patriotów, dotychczas tak nieszczęśliwie i brutalnie stłamszonych przez Jarosława Kaczyńskiego, możemy wkrótce wysunąć się na pierwsze miejsce w sondażach poparcia dla polskich partii politycznych.
Podczas pierwszego posiedzenia nowej partii, umówimy się co do nowej nazwy i oczywiście wybierzemy nowego prezesa. Proponuję, żeby został nim kolega Farfał. W przypadku, gdyby ten wybitny, młody działacz z jakiegoś powodu nie zgodził się kandydować - co jest możliwe; w końcu ma wiele obowiązków jako nowy prezes telewizji publicznej - prezesem mogę zostać ja.
Wiem bardzo dobrze, że w działalności politycznej to co się liczy najbardziej to uczciwość i idee. Nie odniesiemy sukcesu, jeśli za naszymi działaniami nie będzie stała trwała wiara w uczciwość naszego projektu i świadomość, że to co robimy, to nie dla nas, ale dla przyszłych pokoleń. Czasy są jednak takie, że jeśli chcemy z sukcesem zaistnieć na scenie politycznej, jeśli chcemy z sukcesem działać dla dobra wspólnego, musimy mieć pieniądze. A pieniędzy nie mamy. Wprawdzie kolega Farfał, jako prezes telewizji, może zechce nas wspomóc, ale to - jak wiemy - kropla w morzu potrzeb. Chciałem w tym miejscu zaproponować pewne rozwiązanie. W Wigilię miałem okazję zapoznać się w Dzienniku, z artykułem pani redaktor Luizy Zalewskiej na temat posła Janusza Palikota. Z informacji przekazanych przez panią redaktor wynika, że poseł Palikot, z jednej strony, jest osobą bardzo zamożną, a z drugiej nie skąpi środków na cele, do których jest przekonany. Z powodów, w które nie chcę tu wchodzić, związki pana posła z Platformą Obywatelską nie są na tyle mocne, żeby nie spróbować zachęcić Janusza Palikota do naszej inicjatywy. Jestem pewien, że z osobą tak zdeterminowaną, a jednocześnie ideową, możemy zdobyć odpowiednie środki na przynajmniej wstępną działalność, i - konsekwentnie - na zwiększenie sondażowego poparcia choćby o parę procent.
Na koniec, muszę jeszcze wspomnieć o czymś, co, zdaniem niektórych z naszych kolegów, może stanowić pewien problem. Otóż, jak wiemy, od czasu gdy błędna i destrukcyjna polityka prowadzona przez Jarosława Kaczyńskiego doprowadziła do tak ciężkich podziałów na polskiej prawicy, w jej szeregach pojawił się nurt, że tak powiem, liberalny. Nie wolno nam również zapominać o tych kolegach. Są w końcu też wielkimi polskimi patriotami, większość z nich chodzi do kościoła, więc uważam, że należy również wziąć pod uwagę ich wrażliwość. Proponuję, żeby podczas zjazdu założycielskiego nowej formacji, przeprowadzić dyskusję pod kątem ideowego kształtu nowego ugrupowania. Jeśli większość nowych członków PP"WP" opowie się za odchyleniem liberalnym, ja osobiście nie mam nic przeciwko temu. Mogę z równie wielkim, patriotycznym zaangażowaniem pełnić funkcję prezesa partii nowego typu, partii narodowo-liberalnej. Już dziś mogę obiecać, że na drugi dzień po wyborze mojej skromnej osoby do tej zaszczytnej funkcji, podejmę rozmowy z Platformą Obywatelską i SLD dotyczące ewentualnego zjednoczenia naszych ugrupować i stworzenia wspólnego Bloku Na Rzecz Polski.
Póki co wzywam wszystkich moich fanów i miłośników do poważnej oczywiście dyskusji. A do pana redaktora Łukasza Warzechy mam prośbę specjalną. Czy, widząc, że mamy plan i dobre chęci, nie zechciałby nas Szanowny Pan wesprzeć od strony, że tak powiem elegancko, medialnej?

niedziela, 21 grudnia 2008

Samotność długodystansowca

Zbliżają się Święta Bożego Narodzenia, i tak, jak tu już zauważył jeden z moich wiernych czytelników janmucha, na ten czas będę się chcial wyłączyć z pisania. Przed nami ten tekst, który akurat czytacie i może jeszcze jeden, albo dwa. Nie wiem. Przygotowania do Świąt mają swoje prawa, szczególnie jeśli nad wszystkim trzyma straż pani Toyahowa. Chciałbym więc dać Wam coś specjalnego. Wam, a szczególnie tym, którzy dzielą moje marzenia i moje przekonania. Okazja ku temu jest szczególna, ponieważ ledwo wczoraj, w Rzeczpospolitej, do obozu tych, którzy nie wytrzymali, dołączył Piotr Semka. Gdyby ktoś nie do końca zdawał sobie sprawę, co znaczy nazwisko Semka, to przypominam - to jeden z tych dwóch, którzy wtedy, gdy było naprawdę ciężko, napisali i wydali książkę zatytułowaną Lewy czerwcowy.
Wczoraj w Rzepie, Piotr Semka opublikował długi artykuł zatytułowany PiS bez ojcobójcy. Zupełnie szczerze powiem, że przeczytałem tylko początek tego semkowego artykułu, a całą resztę po kawałeczku. Tyle, żeby się zorientować o co chodzi, i w jakim momencie swojego politycznego wyboru znalazł się Semka. Jednak nie na tyle, żeby mieć możliwość polemizowania z jego tezami, a nawet nie na tyle, żeby podać tu link do tego artykułu. Nie o Semkę tu bowiem chodzi, a nawet nie chodzi o jego artykuł. Problemem jest tak zwana wiara i wytrwałość. Ale nawet nie tylko to. Mam zamiar pisać o wierze, o wytrwałości, ale również o najbardziej podstawowym poczuciu szacunku do samego siebie.
Każdy z nas dokonał w pewnym momencie jakiegoś wyboru i - ufam głęboko - nasz wybór nie był spowodowany tym, że nam się akurat tak opłacało, albo że byliśmy głupi, czy po prostu naiwni. Wybraliśmy tę drogę, a nie inną, bo byliśmy przekonani, że to jest droga słuszna i na tej drodze będziemy potrafili zachować nasze człowieczeństwo, a jeśli ktoś uważa, że ten ton jest zbyt patetyczny, to niech będzie, że uznaliśmy, że tu nam będzie po prostu wygodnie.
Bywało rożnie. Pamiętam, że bywało bardzo różnie. Trzymaliśmy się jednak tej drogi, bo, cokolwiek się działo, wiedzieliśmy, że są rzeczy podstawowe i nawet jeśli od czasu do czasu spadniemy na pysk, to jest to w sumie drobiazg, jeśli porównać to z całością. Więc trwaliśmy i - mam wciąż bardzo silne wrażenie - nie było nam wcale tak źle. A bywało fatalnie.
Dziś czytam artykuł Semki, który deklaruje utratę wiary. Zobaczył Semka parę sondaży i stracił wiarę. Nie dość, że stracił wiarę, to jeszcze tą utratą wiary pragnie się podzielić. Nie dość, że chce nam wszystkim o tym swoim zwątpieniu opowiedzieć, to jeszcze próbuje nam je zracjonalizować i przekonać nas, że my zrobilibyśmy dobrze, gdybyśmy poszli jego śladem.
W jednym z moich ostatnich tekstów wyraziłem pretensje do Rafała Ziemkiewicza, że on, człowiek, który, dzięki pewnemu zbiegowi okoliczności, ale również - o czym nie wolno zapominać - przez swoje własne talenty i dzielną pracę, miał szansę naprawdę na wiele, szansę te zmarnował. Zamiast niego, pewne sprawy musieli kontynuować ludzie od niego dzielniejsi, mądrzejsi, bardziej odważni, bardziej cierpliwi i bardziej zdeterminowani. Oni to zadanie pociągnęli i doszli tu, gdzie doszli. Jednak się ani nie poddają, ani nie wątpią, bo wiedzą, że tego talentu i tej szansy marnować nie wolno.
Dotychczas było tak, że ci, którzy zostali w tyle, stali cierpliwie i cierpliwie przyglądali się rozwojowi wypadków. Ani nie pomagali, ani nie przeszkadzali. Stali i czekali. Ostatnio jednak, z jakiegoś powodu, uznali oni, że dość już tego czekania. Nie wiem, czy oni mają jakieś nowe pomysły, czy przez te lata bezczynności nabrali nowej energii i są gotowi, żeby spróbować jeszcze raz, czy może zmądrzeli i chcą nam zaproponować pewne nowe, lepsze rozwiązania. Może i tak. Wątpię jednak,. Z tego co widzę, mam wrażenie, że oni chcą nadal stać i czekać, tyle, że postanowili czekać na coś bardziej interesującego. Coś bardziej ekscytującego. Sami jeszcze do końca nie wiedzą, co to takiego, ale czują, że tak jak jest, jest jakoś nudno.
Jak tu powszechnie wiadomo, jestem bardzo żarliwym zwolennikiem projektu symbolizowanego przez Jarosława Kaczyńskiego. Od osiemnastu lat Jarosław Kaczyński jest dla mnie jedynym politykiem, który potrafi najbardziej skutecznie reprezentować moje pragnienia i moje nadzieje. Był już kiedyś taki czas, że Jarosław Kaczyński był na krawędzi niebytu. Porozumienie Centrum nie istniało, a Jarosław Kaczyński był posłem wyłącznie dzięki wsparciu Jana Olszewskiego i jego kanapowej partii. Brat Jarosława, Lech, był całkowicie poza polityką i nie było żadnych nadziei na to, że sytuacja może się w jakikolwiek sposób odwrócić. Ani na moment nie zwątpiłem w Jarosława Kaczyńskiego. Wiedziałem, że nie ma nikogo, kto - jak mówię - może skuteczniej wyrażać moje nadzieje i moje ambicje. Ponieważ ja się do tego nie nadawałem, pozostawał on. Jestem wciąż tu gdzie jestem i nie mam ani przez moment poczucia, że coś po drodze spaprałem.
Szczerze powiem, że nie wiem, jak to będzie dalej. Mam głębokie przekonanie, że PiS, i sam Jarosław Kaczyński, wrócą do władzy i że Lech Kaczyński ponownie zostanie wybrany przez większość narodu prezydentem. Mogę się mylić. Może się okazać, że to było zbyt trudne na siły dwóch w gruncie rzeczy ludzi. Ale wierzę, że im się uda.
Zdaję sobie, że sytuacja nie jest lekka. Nie chce mi się nawet powtarzać wszystkich tych słów, które tu już wielokrotnie padały. Ale sytuacja nie jest lekka i, cokolwiek różni specjaliści od objaśniania nam spraw oczywistych powiedzą, jest jasne, że najmniej temu wszystkiemu winny jest Jarosław Kaczyński. Jeśli popełnił on jakiś błąd, którego można by mu było pamiętać, to tylko ten, że w pewnym momencie nie machnął na wszystko ręką i nie przyłączył się do silniejszego. Niewykluczone, że dziś byłby ministrem w rządzie Platformy Obywatelskiej, a może nawet szanowanym powszechnie Marszałkiem Sejmu. Jest jednak jak jest. Kaczyński balansuje na krawędzi, a ja - i jeszcze oprócz mnie całe masy - też balansujemy na krawędzi.
Więc nie wiem, jak będzie dalej. Możliwe, że to, co dziś wydaje mi się oczywiste, czyli nieuchronny upadek tego wielkiego kłamstwa, jakim jest Platforma Obywatelska, jest jedynie złudzeniem. Może ja kompletnie źle zdiagnozowałem stan społecznych nastrojów i ogólny kształt świadomości wyborców. Możliwe, że się fatalnie pomyliłem. Jeśli tak, będzie mi przykro, a Piotr Semka będzie tryumfował u boku kogoś znacznie silniejszego niż Jarosław Kaczyński.
Może jednak się okazać, że mój polityczny węch i moje wyczucie nie zawiodło mnie na moment. Może się okazać, że ta cała zmasowana nagonka na braci Kaczyńskich, to nieustanne modlitwy o śmierć dla obu, to nie była taka tylko zabawa emocjami, ale dowód strachu i w gruncie rzeczy pewności, że nic jeszcze nie jest rozstrzygnięte. Że to, z czym mamy dziś do czynienia, czyli między innymi te przedziwne i zasmucające gesty zwątpienia, to wynik tego strachu, że jeszcze nic do końca nie wiadomo. I że ten strach był jak najbardziej uzasadniony.
W roku 2005 PiS wygrał wybory parlamentarne, a Lech Kaczyński, w powszechnym głosowaniu, został wybrany prezydentem. Od tego czasu, nie ma dnia, żeby ktoś mi tłumaczył, że prezydent Kaczyński już praktycznie nie istnieje, a wystarczy jeszcze parę tygodni, by notowania PiS-u spadły do 7% poparcia. Nie ma jednego dnia, od trzech już teraz lat, by banda ekspertów nie przekonywała mnie, ze moje oddanie dla PiS-u jest kompletnie irracjonalne. A ja wiem tyle, że od czasu, jak PiS wygrał w roku 2005, sondażowe poparcie dla mojej partii, mimo, że się ciągle waha, utrzymuje się mniej więcej na tym samym poziomie. Wiem jednak coś jeszcze. To mianowicie, ze w roku 2007 na PiS głosowało niemal 2 mln. wyborców więcej, niż przy poprzedniej okazji. Wiem też, że w ostatnich wyborach uzupełniających na Podkarpaciu, PiS wlał swoim kontrkandydatom w sposób absolutnie bezprecedensowy. Ja rozumiem, ze Podkarpacie to Podkarpacie, a nie Sopot, czy Warszawa, na przykład. Ale ja też nie oczekuje, że w Warszawie, lub w Sopocie, co drugi człowiek będzie szanował Jarosława Kaczyńskiego.
Wiem jeszcze coś. Że im więcej będzie głosów wbijającym nam do głowy, że Platforma Obywatelska jest projektem na wieczność, a Prawo i Sprawiedliwość to był zaledwie eksces w historii. Im głośniejsze będą te głosy i im większy w nich udział będą mieli ludzie tacy jak Piotr Semka, tym bardziej te miliony ludzi, dla których PiS pozostaje jedyną ofertą, będą milczeć i z tym większym hukiem odezwą się za parę lat, przy okazji kolejnych wyborów. I wtedy wielu się zdziwi.
I gdzie wtedy będzie Piotr Semka, Rafał Ziemkiewicz i jeszcze paru innych? Przyjdą tu znowu i powiedzą, że bardzo się cieszą?

sobota, 20 grudnia 2008

Death Wish 666

Zarówno mój kolega LEMMING, jak i pewnie (mam nadzieje) kilku innych czytelników moich tekstów, woleliby, żebym nie zajmował się sprawami doraźnymi. A kiedy już widzą, że wkleiłem jakiś link do niewątpliwie bardzo doraźnych rozważań, to już w ogóle czują tylko zawód. Muszę się więc już na samym początku usprawiedliwić, zwracając uwagę na fakt, że tzw. doraźność bezlitośnie nas łapie za gardło, i naprawdę trudno jest ją lekceważyć. Inna sprawa, że i ten link i ten tytuł, to w gruncie rzeczy pozory. Tak naprawdę, ja wciąż piszę o rzeczach jak najbardziej ogólnych. W dzisiejszym Dzienniku Robert Mazurek zamieszcza w gruncie rzeczy bardzo smutny, wręcz rozpaczliwy tekst na temat zdziczenia ludzkich serc i sumień http://www.dziennik.pl/opinie/article285948/Wyksztalciuchy_skladaja_hold.html Pisałem mniej więcej o tym samym, tu w Salonie - nawet i ostatnio - parę razy, wzbudzając pewne zainteresowanie, ale również prowokując niektórych do protestów, że przesadzam, albo że wręcz wpadam w histerię.
Ponieważ Robert Mazurek w jakiś sposób mnie wsparł w moich obawach i zmartwieniach, pozwolę sobie na parę jeszcze uwag o życzeniu śmierci. Jednak na początek chciałbym zwrócić uwagę na sam początek felietonu Mazurka. Pisze on tak: „Wszedłem niechcący, bo wiem, jak tania jest odwaga internetowych mądrali, jaki poziom większości ze snutych przez nich refleksji, i dlatego z założenia nie czytuję takich komentarzy". Proszę popatrzeć - Mazurek doskonale wie, co tam, na tych portalach, w tych środowiskach, wśród tych emocji, na niego czeka. On do tego stopnia wie, co słychać na szczytach prawdziwego zaangażowania, że nawet nie ma ochoty sprawdzać, czy tam się ewentualnie coś zmieniło. Tym razem jednak z jakiegoś powodu zajrzał i, jak pisze, „przytkało" go.
Osobiście myślę, że go nie ‘przytkało'. Mazurek jest zbyt inteligentnym i uważnym obserwatorem, żeby coś go jeszcze było w stanie zdziwić, a co dopiero ‘przytkać'. Uważam, że ten akurat fragment Mazurkowi służy bardziej do wzmocnienia wrażenia, niż faktycznego opisania emocji. I dobrze. Tak można.
Jednak z drugiej strony, nie wykluczam, że to o czym on pisze, mogło rzeczywiście stanowić nawet dla niego odkrycie. Ja oglądałem ten wywiad, jaki ze Zbigniewem Religą przeprowadził TVN24 i, powiem szczerze, cały czas z trudem powstrzymywałem łzy. Kto go oglądał tak jak ja, a nie zatracił najbardziej podstawowych ludzkich odruchów, wie o czym mówię. Ja osobiście chyba nie miałem okazji przeżyć tego rodzaju wzruszeń, na tym poziomie, i - znów - kto widział ten wywiad i kto nie zatracił swego najbardziej elementarnego człowieczeństwa, wie, o czym mówię.
Mazurek nie czyta portali typu tvn24.pl, bo wie co tam na niego czeka. Tym razem jednak zajrzał i napisał swój piękny felieton. Wyraził w nim w sposób najbardziej czytelny i adekwatny swój protest. Powiedział, co powiedzieć należało, i nie byłoby może o czym gadać, gdyby nie jeden szczegół. Otóż Mazurek pisze, że, jego zdaniem, administrator forum, na którym pojawił się ten straszny wpis, w którym śmierci w cierpieniach życzy się nie tylko Zbigniewie Relidze, ale każdemu sympatykowi PiS-u, powinien był zareagować. A jeśli tego nie zrobił, to powinien był zostać do tego zmuszony przez szefów TVN-u, albo wylany z roboty.
I racja. On powinien był i oni powinni byli. Ale ani on nie zareagował, ani oni nie zrobili tego, co powinni byli zrobić. I to akurat Mazurek zostawia bez odpowiedniego rozstrzygnięcia. Ani tego nie komentuje, ani nie próbuje wyjaśnić. Nic. Daje tylko ładny rym Tuwima o mezaliansie między psem a wesołymi komentatorami, w tym wypadku internautami z portalu tvn24.pl.
A problem istnieje i jest bardzo, bardzo poważny. Prawda bowiem jest taka, że administrator tego portalu, nawet jeśli i ten konkretny wpis, o którym pisze Robert Mazurek, jak i wszystkie inne, że znów zacytuję Mazurka, „rzygi", widział, to one na nim nie zrobiły żadnego wrażenia. Nie zrobiły wrażenia, bo one doskonale odzwierciedlają stan duszy administratora i, z jego punktu widzenia, nie stanowią one jakiegokolwiek ekscesu.
Ale należy też wiedzieć, że ani ten najważniejszy komentarz, ani jakiekolwiek mniejsze komentarze, dla szefów administratora tego portalu, również nie stanowią sensacji. Dokładnie z tych samych powodów. Oni, w najlepszym dla siebie wypadku, są już do tego rodzaju zła przyzwyczajeni, a jest też bardzo możliwe, że to jest również ich osobiste zło. Pisałem już w Salonie wiele razy o programie Szkło Kontaktowe. W jednym, z ostatnich wydań, miałem okazję oglądać w akcji Tomasza Sianeckiego i Krzysztofa Daukszewicza. W pewnym momencie, zadzwonił ktoś do studia i powiedział, że u niego w mieście był ostatnio Jarosław Kaczyński i to pewnie przez tę wizytę, w okolicy wystąpiło trzęsienie ziemi. W Szkle Kontaktowym taki poziom jest na porządku dziennym i ma wrażenie, że to tylko ja uważam ten poziom za niski. Daukszewicz na to powiedział, że to pewnie Pan Bóg chciał trafić w pana prezesa. Ja to rozumiem tak, że Daukszewicz uważa, że sprawa pozbawienia życia Kaczyńskiego jest na tyle nie cierpiąca zwłoki, i tak przy tym obiektywnie uzasadniona, że jego zdaniem, Dobry Bóg już się tym zajmuje.
Powiem więcej. Ja jestem pewien, że jeśli Daukszewicz powiedział to, co powiedział, to on musiał doskonale wiedzieć - albo choćby czuć - że to nie zrobi na nikim negatywnego wrażenia. Że zasugerowanie, że w tej chwili na Kaczyńskiego już nawet sam Pan Bóg poluje, nie spowoduje u bliskich Daukszewiczowi umysłowo i emocjonalnie ludzi żadnego nieprzyjemnego napięcia. On to powiedział w poczuciu pełnego bezpieczeństwa.
I słusznie. Tomasz Sianecki nawet na ten tekst nie zareagował, nawet nie mrugnął okiem. On, albo zwyczajnie go nie dosłyszał, bo w ogóle nie słucha dowcipów Daukszewicza - co by go oczywiście ratowało - albo - czego się obawiam - uznał tę uwagę za nieciekawą, albo po prostu oczywistą. Więc można byłoby sądzić, ze zareaguje na to jakiś Pieczyński, czy jak oni się tam w tym TVN-ie nazywają, i upomną Sianeckiego, że nie reaguje, a Daukszewiczowi powiedzą, żeby na przyszłość uważał, albo wypieprzał. Ale oczywiście, jak się domyślam, nic takiego się nie stało. Bo gdyby im faktycznie zależało, żeby trzymać pewien pułap, to mieli do tego, by o to zadbać, niezliczone okazje już dawno. Jednak czas ten wykorzystali tylko na tyle, ze dziś Daukszewicz jest tylko bardziej rozwydrzony, a Sianecki jeszcze bardziej wszystko ma w nosie.
Ktoś mi z pewnością na to wszystko powie, żebym nie był zakłamany, bo kto krzyczał „Spieprzaj dziadu"? Kto mówił o tych, „którzy stoją tam, gdzie stało ZOMO"? Kto zarzucał internautom, że „się onanizują przed monitorami"? Kto gadał o „Dziadku z Wehrmahtu"? Że niby było tak, że prezydent Warszawy Lech Kaczyński powiedział do tego niegrzecznego menela „Spieprzaj dziadu", więc niech się teraz nie dziwi, że ludzie mu życzą śmierci.
Ktoś inny, z kolei, tradycyjnie wyśmieje mnie, ze niby tak bardzo nie lubię Dziennika, a jednak go czytam. Albo - po raz 116 - dowiem się, że to bardzo dziwne, że tak chętnie oglądam Szkło Kontaktowe. Ktoś inny jeszcze, powie mi, że najwyraźniej już gonię w piętkę, bo czuję, że to już końcówka Kaczyńskich i całego tego ich chorego projektu. Powiem szczerze, ze nie ma takiej możliwości, żeby ktoś z moich tradycyjnie tu piszących polemistów był w stanie mnie czymś nagle zaskoczyć. Może z wyjątkiem wspomnianego tu na początku LEMMINGA. Ale on akurat dobrze wie, o czym ja mówię.
Jestem więc też pewien, ze jednej rzeczy na sto procent tu nie zobaczę. Czystego, bezwarunkowego przyznania, że po tamtej stronie faktycznie kręci się bardzo dużo, bardzo podejrzanego towarzystwa i że nie byłoby źle się zastanowić, dlaczego im tam jest aż tak dobrze i wygodnie. I jak to się stało, że oni są właśnie tacy. Tego jednak nie będzie.
Pamiętam, jak jeszcze latem, po śmierci Bronisława Geremka, na stronach Salonu ukazało się dość dużo komentarzy, nie biorących udziału w ogólnej żałobie, w tym wiele wypełnionych ohydnym rechotem. Wszystkie zostały natychmiast usunięte. Kilka kont zostało zablokowanych. Paru użytkowników wyleciało stąd na dobre.
Czy szefowie i właściciele telewizji TVN-24 są w stanie wydać choćby jednozdaniowy komunikat, w którym przeproszą za treści, które ukazały się na zarządzanym przez nich portalu po wyemitowaniu wywiadu z umierającym Zbigniewem Religą? Oczywiście że nie. Oni nawet nie są w stanie postarać się o osobistą refleksję w tej sprawie. Mnie to, niestety, nie dziwi. Mam nadzieję, że Roberta Mazurka również. Chciałbym jednak, żeby kiedyś zechciał coś na ten temat napisać. Bo lubię go czytać.

piątek, 19 grudnia 2008

O szacunku i obrażonym ego

Ja oczywiście zdaję sobie sprawę, że jeśli znów napiszę o Ziemkiewiczu, to część machnie ręką, część powie, że mam obsesję, a pozostali będą się denerwować, że ja zaczepiam Ziemkiewicza, podczas gdy on nasz. Być może tylko garstka, najczęściej tych, co i tak są dla mnie dobrzy, powie, że było warto. No, ale co mam zrobić, kiedy jestem szczerze przekonany, że nie tylko warto, ale wręcz trzeba. Kiedy przedwczoraj pisałem o Ziemkiewiczu pod kątem jego zbłąkania, żeby nie powiedzieć upadku, szczerze sądziłem, że ten jeden raz wystarczy i nie będę musiał się nad nim więcej pastwić. Ale tak się fatalnie stało, że Jarosław Kaczyński udzielił wywiadu jednemu z Karnowskich, Karnowski postanowił zapytać Kaczyńskiego o Ziemkiewicza, Kaczyński powiedział coś co Ziemkiewicza zdenerwowało, Ziemkiewicz uznał za konieczne zaprotestować, więc teraz protestuję ja.
Poszło o tekst, który Ziemkiewicz umieścił w Rzepie - http://www.rp.pl/artykul/9158,236423_Rafal_Ziemkiewicz__Kocha__lubi__szanuje.html, a który tu już bardzo szeroko omówiłem. Nie ma więc sensu pochylać się nad każdym słowem, czy każdym zdaniem, czy nawet każdym ważniejszym fragmentem przemyśleń Ziemkiewicza, bo wszystko co trzeba i tak zostało z każdej strony powiedziane. Podejrzewam, że częściowo to mogło być przyczyną, że prezes Kaczyński, poproszony o komentarz, powiedział, że on Ziemkiewicza komentował nie będzie.
Oczywiście ja wiem, że Jarosław Kaczyński jest mało w podobnych sytuacjach elegancki. Zdaję sobie sprawę, że mógł zachować się inaczej. Uważam, że byłoby o wiele lepiej, gdyby na pytanie Karnowskiego, powiedział coś w stylu: „Dziękuję redaktorowi Ziemkiewiczowi za jego cenne uwagi. Przy odrobinie wolnego czasu postaram się nad nimi zastanowić". Ewentualnie, gdyby chciał w jakiś sposób zamanifestować bark uznania dla tez Ziemkiewicza, mógł na przykład powiedzieć: „Doceniam starania redaktora Ziemkiewicza, ale pozwolę sobie się z panem redaktorem nie zgodzić". Problem jednak w tym, że Ziemkiewicz nie ma pretensji do Kaczyńskiego o to, że on jest mało elegancki. On się denerwuje, że Kaczyński go zlekceważył. Nie wydaje mi się zatem, żeby jakakolwiek inna reakcja Kaczyńskiego na pytanie Karnowskiego, poza podjęciem rzeczowej polemiki, dała Ziemkiewiczowi satysfakcję. I tak by się uniósł. Albo nie zgodził.
A to że Kaczyński nie ma ochoty brać się za objaśnianie swoich zachowań i opowiadanie o swoich planach Ziemkiewiczowi, jest dla mnie kompletnie oczywiste. Raz że nie ma na to miejsca, a dwa, że szkoda słów. Ziemkiewicz twierdzi, że jemu bardzo się nie spodobało, że Kaczyński nie chce z nim gadać, twierdząc, że skoro Ziemkiewicz go nie lubi, to znaczy że z nim nie ma jak rozmawiać. Ja osobiście jestem pewien, że to akurat nie miało większego znaczenia. Poszło wyłącznie o rozdęte ego Ziemkiewicza, które nie wytrzymało tego lekceważenia. Ale niech będzie. Niech zostanie tak, że faktycznie, jak pisze Ziemkiewicz jest rzeczą zdumiewającą, że polityk „chce traktować poważnie opinie tylko tych, którzy go lubią".
Więc ja twierdzę, że w tym nie ma nic zdumiewającego. Gdybym ja był politykiem, to w życiu bym nie wsłuchiwał się w opinie kogoś kto mnie ewidentnie nie lubi. Być może, czasem, gdybym w jakiś sposób uznał, że warto się na chwilę na czymś podobnym skupić, to bym się skupił. Ale poza tym? Po co? Szczególnie gdy, to co mówi człowiek, który mnie nie lubi, jest dla mnie w sposób oczywisty głupie. Zresztą, jak sądzę, Ziemkiewicz, gdyby tylko nie był tak nadęty, doskonale by to rozumiał. Przecież on sam, przez wiele lat, był ważnym politykiem Unii Polityki Realnej i jestem na sto procent pewien, że jemu ani na moment nie przyszło do głowy, żeby pochylać się z szacunkiem nad ‘dobrymi' radami tych wszystkich, którzy zarówno UPR-u, jak i jego samego nie lubią. A to że Ziemkiewicz Kaczyńskiego nie lubi od dawna, jeszcze właśnie z czasów UPR-u, gdy UPR - przynajmniej w mniemaniu Korwina - stanowił dla PC i samego Kaczyńskiego konkurencję, jest bezdyskusyjne. Więc jeszcze raz powiem - ani nie ma o czym gadać, ani z kim gadać.
Dziś Onet informację o odrzuceniu trzech wet prezydenta ozdobił wykrzyknikiem i zatytułował „Sejm odrzuca weta prezydenta!" Ten wykrzyknik w tytule informacji jest równie głupi i kompromitujący dla Onetu, jak ewentualne umieszczenie obok tego zdania, roześmianej buźki. Każdy normalnie myślący człowiek wie, że wykrzyknik umieszczony w tym miejscu jest absolutnie niemerytoryczny i świadczy wyłącznie o tym, że w redakcji Onetu, po sejmowych głosowaniach, zapanowała taka radość, że panie i panowie stracili głowę. W związku z tym szaleństwem, oczywiście cała informacja była równie pozbawiona sensu, jak ten tytuł i ten wykrzyknik. Onet ani się nie zastanowił nad tym, jak wygląda układ sił po tym głosowaniu, kto stracił, kto zyskał, co sobie będą ludzie myśleli o jednych i o drugich i jak to będzie teraz dalej. Nie zastanowił się, dlaczego w ogóle SLD poparło Platformę. Czy chciało, czy musiało, czy miało w ogóle jakieś wyjście? Nic. Jedynie głupkowata radość z tego, że Prezydent oberwał.
Ale ja to rozumiem. Onet Prezydenta nie lubi, więc trudno, żeby w sytuacji, kiedy, z ich wyjątkowo niemądrego punktu widzenia, Prezydent przegrał, próbowali na chłodno analizować sytuację, która nastąpiła. Ale pomyślmy teraz, co by było gdyby Onet był choć w połowie tak wpływowym elementem polskiej opinii, jakim jest Ziemkiewicz, i gdyby Karnowski w wywiadzie z Kaczyńskim zapytał go, co on sądzi o tym, że Onet jest zadowolony z nowego sojuszu PO - SLD? Odpowiedź Kaczyńskiego z pewnością byłaby podobna do tej, która tak zmartwiła Ziemkiewicza, a ja ewentualnie mógłbym przyznać, że można by to było jakoś ubrać zgrabniej. Bo - i to Ziemkiewicz przecież powinien uczciwie przyznać - jaki jest sens tłumaczenia czegoś Onetowi, który i tak wie swoje?
Ja sobie tak tu troszkę żartuję, ale muszę przynajmniej zakończyć poważnie. Ziemkiewicz swój felieton zamyka następującą uwagą: „Publicysta nie jest po to, żeby polityk go lubił. Byłoby to wręcz niezdrowe. Ale Jarosław Kaczyński ludziom o podobnych do mnie przekonaniach zrobił swego czasu bardzo wiele nadziei. Sądzę, że choćby z tej racji winien jest mi nieco więcej uwagi, niż to okazał". I to już jest, jak to mówi młodzież, afera! Ja już jakiś czas temu zauważyłem, i nawet tu przeciwko temu zaprotestowałem, że dziennikarze, z jakiegoś kompletnie nieznanego mi powodu, uznali, że im wolno znacznie więcej, niż komukolwiek innemu. Z zupełnie niezrozumiałych dla mnie przyczyn, dziennikarze wierzą głęboko, że jeśli mówi polityk, to jego słowa są albo ważne, albo nie. Albo zasługują na uwagę, albo zasługują na lekceważenie. Natomiast dziennikarza należy słuchać zawsze, i w całkowitym skupieniu, bo on reprezentuje tak zwany głos opinii publicznej i na dodatek głos najbardziej obiektywny, a więc prawdziwy.
Ziemkiewicz idzie jeszcze dalej. On nie dość, że uważa, że Kaczyński ma go słuchać uważnie, bo on jest głosem i opinii i wyborców i pokoleń i środowisk, ale ma go słuchać już zupełnie prywatnie, ponieważ Ziemkiewicz na Kaczyńskiego osobiście kiedyś liczył.
W tej sytuacji, ja powiem panu Redaktorowi jedną rzecz. Rafał A. Ziemkiewicz ma bardzo konkretne poglądy polityczne, bardzo konkretne nadzieje związane z Polską i bardzo konkretne interesy. O ile się orientuję, Rafał Ziemkiewicz zawsze pragnął, żeby Polska była krajem bogatym, prosperującym, cywilizowanym, sprawiedliwym. Żeby komunistyczna hołota została ostatecznie, raz na zawsze z tego Kraju wypędzona. Żeby wszystko zło, cała ta post-komunistyczna gangsterka straciła raz na zawsze rację bytu. Na rzecz tej idei, Ziemkiewicz nawet kiedyś zaangażował się politycznie. Niestety, okazał się politykiem marnym i nieskutecznym. Do tego stopnia jego ambicje wzięły w łeb, że machnął na politykę ręką i postanowił się już tylko mądrzyć.
Pracę, której Ziemkiewicz nie potrafił nawet dobrze zacząć, postanowił kontynuować Jarosław Kaczyński. Dla tej pracy poświęcił życie. Również dla zaspokojenia osobistych marzeń Ziemkiewicza. Ponieważ ta praca jest ciężka i wymaga nieustannej, bardzo ciężkiej - dla takich jak Ziemkiewicz niemożliwej do prowadzenia - wojny, Kaczyński, bywa, że popełnia błędy. Ale walczy i to walczy jak najskuteczniej. W tej sytuacji, uważam, że Ziemkiewicz, „choćby z tej racji", winien mu okazywać choć trochę więcej szacunku, niż mu aktualnie okazuje.

czwartek, 18 grudnia 2008

Brawo Redaktorze! Polska Wam dziękuje

Po kilku dniach ciężkich zmagań z materią wewnętrzną i zewnętrzną, pora na coś lekkiego. Okazję do tego dała mi informacja, którą znalazłem na blogu księdza Artura Stopki. Ksiądz chwali redaktora z Gazety Wyborczej, Piotra Pacewicza za to, że zaprotestował przeciwko nominacji Bogdana Rymanowskiego na Dziennikarza Roku 2008. http://wyborcza.pl/1,76842,6079642,Niedziennikarz_Roku.html . To że Rymanowski dostał od magazynu Press 10 tys. euro i informację na papierze, że w zeszłym roku w Polsce każdy inny dziennikarz był od niego gorszy, powziąłem wczoraj od młodego Toyaha i wzruszyłem ramionami. W końcu kto miał ją dostać, skoro cała reszta już chyba dostała tę nagrodę w latach poprzednich? A drugi raz fundować ekstra zakupy Olejnik, czy Sekielskiemu trochę chyba niezręcznie. No owszem, mógł ten dyplom otrzymać sam Pacewicz, ale on dostanie pewnie coś tam, jak to coś tam będzie rozdawać jego środowisko.
Natomiast wiadomość dzisiejsza, że Pacewicz się wściekł, spadła na mnie zupełnie niespodziewanie i sprawiła mi przyjemność przede wszystkim dlatego, że w ogóle jest miło widzieć jak się piorą służby, ale również dlatego, że podzielam zdanie Pacewicza - Rymanowski jest do bani. A w związku z tym jest prawdopodobne, że taki głos przynajmniej troszkę zepsuje Rymanowskiemu nastrój. Nastrój który wczoraj wieczorem był niezwykle irytujący.
Dlaczego uważam, że Pacewicz ma, przynajmniej częściowo, rację? Głównie dlatego, że faktycznie jest tak, że Rymanowski nie jest dziennikarzem. Rymanowski to jest taki ktoś, kto przez jakiś niezwykły zbieg wypadków, uzyskał dostęp do publicznej domeny, a tam ktoś wymyślił, że on jest sympatyczny i że związku z tym będzie rozmawiał z politykami. I faktycznie, od tego czasu, rozmawia on z tymi politykami, całą swoją aktywność ograniczając do dwóch rzeczy. Pierwsza z nich to irytujące demonstrowanie wręcz dziecięcego zadowolenia, że tak los sprawił, że on może sobie posiedzieć obok kogoś sławnego. Druga, to nieznośne, połączone nieodmiennie a tą wspomnianą już radością typu „patrzcie-tu-jestem", jak to określa Pacewicz, „podkręcanie pyskówki".
To szczucie przybiera dwie formy. Jeśli Rymanowski ma przed sobą jednego rozmówcę, to błyskawicznie rzuca na stół jakieś nazwisko i zaczyna plotkować. Jeśli ten ktoś, kogo Rymanowski ściągnął do programu powie, że poseł X się myli, Rymanowski natychmiast rzuca: „Chce pan, panie pośle powiedzieć, że X, nie ma pojęcia, o czym mówi?" Jeśli studyjny gość Rymanowskiego wyrazi opinię, że X nie ma racji, Rymanowski natychmiast wali: „Chce pan, panie pośle, powiedzieć, że X kłamie?" I tak to leci. Nie ma nic więcej. Nie ma żadnej rozmowy, żadnych dylematów, żadnej inteligentnej myśli. Jest tylko przeciwnik i „Czy pan, panie pośle, twierdzi, że X jest głupi?" I wciąż ta sama, głupkowata mina dziecka, zadowolonego, że sprawił komuś figla.
Nieco inaczej jest wtedy, gdy Rymanowski ma przed sobą kilku rozmówców. Wtedy już tylko jest ten rozradowany wzrok, a poza tym najzwyklejsza ‘naparzanka'. Rymanowski rzuca temat, który on wie, że musi ‘chwycić' i od tego momentu wszyscy wrzeszczą na wszystkich, nie ma mowy, żeby cokolwiek zrozumieć, czas leci, chaos kipi, by po dziesięciu minutach Rymanowski z zadowoloną miną zapowiedział przerwę, bo „jak teraz nie przerwiemy to chyba ja się będę musiał pokłócić z moim szefem". I szeroki uśmiech satysfakcji z udanego żartu.
Ja nie znam jednego zdania wypowiedzianego przez Rymanowskiego, które zawierałoby jakąkolwiek własną i oryginalną myśl. Nie znam jednego zdania, o którym można by było powiedzieć, że oto Rymanowski coś spostrzegł, czego kto inny już wcześniej nie zauważył. Żeby Rymanowski otworzył jakiś nowy poziom debaty. Nic. Jedynie to radosne wiercenie się w fotelu i podbijanie bębenka. Ja nie widziałem ani razu, żeby Rymanowski, usłyszawszy jakąś odpowiedź, spróbował temat pogłębić, albo poszerzyć w inny sposób, jak przez prowokowanie do powtarzania tego samego, tyle że w innej, bardziej agresywnej wersji. A to stwarza wrażenie, że Rymanowski w ogóle nie słucha tego co do niego mówią. On jedynie zauważa pojedyncze słowa i każe się nimi ekscytować. Albo się w ogóle nie odzywa, tylko się cieszy.
Daję słowo, że od Rymanowskiego lepszy jest każdy. No może prawie każdy. Na przykład, nie jestem wcale pewny, czy akurat do tej grupy zaliczyłbym Pacewicza. No ale to już jest osobny temat i osobny tym ‘nie-dziennikarstwa'. Mogę jednak pocieszyć Pacewicza. W swoim gazetowym środowisku na sto procent nie jest on aż tak bardzo osamotniony.
Nie zmienia to faktu, ze dziś napisałem wyraźnie i jednoznacznie, że Pacewicz ma rację. Ktoś mi teraz może pewnie zarzucić, że wczoraj skopałem Ziemkiewicza, a dziś chwalę Pacewicza. I że to o mnie świadczy fatalnie. Mógłbym na to, równie prosto i jednoznacznie, odpowiedzieć, że przede wszystkim Pacewicza nie chwalę, tylko uznaję fakt, że nawet ktoś taki jak on dostrzegł poziom dziennikarski Bogdana Rymanowskiego. I że, o ile mi wiadomo, żaden z tzw. ‘naszych' dziennikarzy akurat tej odwagi nie miał. Ale, niech i tak będzie. Niech będzie że go chwalę.
Jest bowiem jedna rzecz, którą Pacewicz może sobie zapisać na plus. Doprowadził do tego, ze wojna między WSI, a stara ubecją weszła w nową fazę. Dziś czytam, że po opublikowaniu komentarza Pacewicza, TVN24 odwołał Skaner Polityczny, w którym miała wystąpić Dominika Wielowiejska, inna wybitna ‘nie-dziennikarka'. A to jest zdecydowanie wystarczający powód, żeby powiedzieć: „Brawo, Pacewicz! My wiemy, że za tym co wy wyprawiacie stoją jakieś tam wasze ciemne sprawki, ale dobrze robicie. Tak trzymać!"

Ekipa poważna, ekipa niepoważna

Wczorajszą Kropkę nad i, którą, w miarę możliwości oglądam regularnie, obejrzałem dopiero po północy. Monika Olejnik tym razem rozmawiała z politykiem Platformy Obywatelskiej, Sławomirem Nitrasem, i szefem OPZZ, nazwiskiem Jan Guz. Rozmowa była o emeryturach, więc jako osoba mało zorientowana, nie powiem na ten temat nic. Inna sprawa, że ja dziś i tak zupełnie o czym innym. Mianowicie o chamstwie.
Jak ktoś sobie życzy posłuchać audycji, to niech sobie wejdzie na stronę TVN24 i dalej postępuje według instrukcji. Jak ktoś nie wie, gdzie tę stronę znaleźć, niech sobie poszuka w googlu. Ja i tak mam mocne podejrzenie, że, zajmując się dziś Sławomirem Nitrasem, mocno schodzę w rejony niebezpieczne, więc proszę ode mnie nie wymagać, żebym jeszcze wklejał jakieś linki, albo przepisywał fragmenty. Kto chce, niech sobie sprawdza sam.
Rozmawiali więc sobie, Olejnik, Guz i ten Nitras, program dobiegał końca i w pewnym momencie Nitras powiedział Guzowi, człowiekowi na pierwszy rzut oka dużo starszemu od siebie, żeby spytał może swojej mamy, to ona mu powie, jak to było za komuny. Tak jakoś. W każdym razie, zaproponował temu Guzowi, żeby porozmawiał ze swoją mamą. Guz uśmiechnął się (cały czas zresztą się uśmiechał - może taki ma wyraz twarzy) i powiedział tak: „Moja mama odeszła 50 lat temu". Na to Nitras coś tam pomruczał i powiedział co następuje: „Moja mama też odeszła, ale ja tym nie epatuję telewidzów".
Zdębiałem. Najpierw pomyślałem, ze mi się to zdawało. Ale, kiedy zobaczyłem, że Olejnik też wpadła w panikę i jęknęła: „Panowie, proszę", wyłączyłem telewizor i spróbowałem pójść spać.
Właściwie mógłbym w tym momencie zakończyć ten mój wpis i tylko zaapelować do czytelników, żeby zostawiali komentarze, albo mógłbym urządzić jakiś konkurs na obelgę pod adresem Nitrasa, albo sam zakończyć ten wpis jakimś mocnym słowem, które jeszcze przez jakiś czas będzie odpowiednio dźwięczało. Jednak po pierwsze, wolałbym nie popadać w nadmierną brutalność, a po drugie byłoby jakoś głupio poświęcać Nitrasowi cały wpis. I tak, jak już wspomniałem, czuję się nie najlepiej.
Więc powiem tak. Wczoraj był obchodzony gdzie niegdzie Dzień Walki z Chamstwem, czy tak jakoś. Jak mi zrelacjonował młody Toyah, w telewizji pokazano reportaż o przeklinaniu. W pewnym momencie reporter powiedział, że klną nie tylko prymitywy i chamy, ale nawet ludzie kulturalni, na poziomie. I jako przykład, wyciągnął Kazimierza Kutza. Według słów dziennikarza, Kutz jest tak kulturalny, że on potrafi kląć przez dziesięć minut, nie powtarzając ani razu tej samej obelgi. To mnie nie zaskoczyło. To znaczy, nie zaskoczyło mnie to, że Kutz potrafi rewelacyjnie kląć. To, że Kutz jest przez innych kulturalnych ludzi uważany za postać z wyższej półki, właściwie też nie bardzo. Na tej półce w ogóle musi być wesoło. Natomiast dziwi mnie to, ze Kutz funkcjonuje publicznie, jako osoba kulturalna. Do tego stopnia kulturalna, że nawet kiedy szpetnie klnie, to on nie klnie, tylko recytuje poezję. No ale, w końcu nie jest to pierwsza i ostatnia rzecz, która mnie dziwi.
Dziś w Salonie, Igor Janke denerwuje się na dziennikarza Tomasza Jastruna, że on też schamiał. Chodzi mianowicie o to, że Jastrun napisał, że dziennikarze, których poglądy polityczne Jastrunowi nie pasują są grubi i on jak ich widzi, to nie może jeść. W komentarzu przypomniałem panu Igorowi, że Jastrun się zwyczajnie rozwija, a jego rozwój został zapoczątkowany jakiś już czas temu, w momencie, kiedy on, tuż po śmierci Zbigniewa Herberta, uznał za stosowne zapoznać opinię publiczną z nazwą choroby psychicznej, na którą cierpiał poeta. Blogerka mona dodała, że tak naprawdę Jastrun nie jest żadnym pionierem. Z ludzi zbyt niskich, mających stare buty, albo cierpiących w dzieciństwie na choroby szydzili przed nim już inni. Ja tylko mogę poprawić monę, że nie przed Jastrunem, ale równolegle do Jastruna. Fakt pozostaje faktem. Po tamtej stronie, dzieją się rzeczy bardzo szczególne.
Ktoś się spyta, co to się z tymi ludźmi dzieje? Ktoś inny zacznie rzucać obelgi. Ja może odwołam się do rozmowy, jaką Dziennik przeprowadził w sobotę z Zytą Gilowską. http://www.dziennik.pl/polityka/article281436/Tusk_nie_jest_naiwna_dzieweczka.html
Minister Gilowska, w dwóch miejscach, zwraca uwagę na pewną, rzadko dość wspominaną, cechę ludzi polityki, mianowicie powagę. Raz Gilowska wspomina o tym, że Prezydent to poważny człowiek, a w innym miejscu mówi, że politycy PiS-u - w odróżnieniu od innych polityków - są po prostu poważni. Przyjmuję ten opis za swój. Uważam, że tak naprawdę tylko o to chodzi. To wszystko, to kwestia zwykłej powagi. Są ludzie poważni i są ludzie niepoważni. Jedni są poważni, inni już nie.
Żeby skończyć ten tekst czymś bardziej pocieszającym, opowiem Wam pewną rzecz. Poruszam się po mieście autobusami. Zauważyłem więc już jakiś czas temu, że na moim przystanku, zawsze rano na autobus czekają dwie młode matki. Zwykłe dziewczyny, zadbane, pewnie nawet można powiedzieć, że ładne. Z rozmowy, jaką prowadzą nie wynika, żeby były bardzo wykształcone - taka zwykła średnia klasa. Mają ze sobą swoich synów. Obaj synowie są już dość duzi, ale siedzą w specjalnych, wzmocnionych wózkach, bo są ciężko chorzy. Codziennie rano, obie te mamy wiozą swoich synów do jakiejś szkoły dla dzieci upośledzonych. Jeśli spojrzeć na twarze tych młodych kobiet, nie sposób nie dojrzej tej niezwykłej siły, tej wielkiej szlachetności. One są jak anioły.
Chciałbym, żebyście te matki z synami mogli zobaczyć. Wiedzielibyście, o czym mówię. Ale nic z tego. Jeśli Wam podam namiary, istnieje obawa, że tam też przylezie Nitras z Kutzem i Jastrunem i odstawią szopkę. I z pewnością nie będzie to szopka bożonarodzeniowa.

środa, 17 grudnia 2008

Dlaczego lubimy mieszać w tym co już pomieszane

Rafał A. Ziemkiewicz, ponownie zabrał się za Kaczyńskich. W dzisiejszej Rzepie, pod tytułem Dlaczego nie lubimy lubić Kaczyńskich http://www.rp.pl/artykul/9157,235281_Dlaczego_lubimy_nie_lubic_Kaczynskich_.html. Tytuł przemyśleń Ziemkiewicza jest ważny podwójnie. Przede wszystkim warto się mu przyjrzeć w kontekście całego artykułu, który stanowi tak nieprawdopodobny zbiór niekonsekwencji, że właśnie ten tytuł doskonale oddaje całą nielogiczność wywodu Ziemkiewicza i ją doskonale ilustruje.
Drugi powód jest może jeszcze ciekawszy. Otóż niedawno, pozwoliłem sobie w którymś z moich wpisów na dość nieuprzejme stwierdzenie, że moje problemy zaczynają się tam, gdzie problemy wielu się kończą. Ja mam wrażenie, że Ziemkiewicz, od pewnego czasu bardzo próbuje pokazać coś podobnego. Że, mianowicie, każdy coś tam wie, ale on wie jeszcze coś i w ten sposób jest zawsze o ten krok do przodu. Chodzi o to, że ci najbardziej prostaccy komentatorzy twierdzą, że Kaczyńscy są do niczego. Z kolei ci bardziej zaawansowani mówią, że może oni znowu tacy źli nie są, ale ludzie ich nie lubią. Na to przychodzi Ziemkiewicz i proponuje pójść nieco dalej - ludzie lubią nie lubić Kaczyńskich.
W tej sytuacji, ja dla Ziemkiewicza mam wiadomość nienajlepszą. Moim zdaniem Ziemkiewicz lubi pisać, że ludzie lubią nie lubić Kaczyńskich. A, co ciekawsze, jestem pewien, że moja diagnoza jest zdecydowanie bardziej zaawansowana badawczo, nawet nie w kontekście samego Ziemkiewicza i jego refleksji. Ale tak w ogóle.
Jednak wrócę na chwilę do pierwszej mojej uwagi odnośnie tytułu artykułu Ziemkiewicza. Mam wrażenie, że on - siadając do tego tekstu - zrobił tak, że najpierw sobie wymyślił fajny tytuł, a potem napisał wszystko to, co mu się wydaje. Myślę, że tak to właśnie było, bo w samym tekście nie ma niemal słowa o tym, że ludzie lubią Kaczyńskich nie lubić. Owszem, Ziemkiewicz pisze, że Kaczyńscy są nielubiani, próbuje nawet - bez ładu i składu - tłumaczyć, dlaczego tak jest, przedstawia nawet bardzo nieprzyjemne dla Kaczyńskich prognozy na przyszłość. Natomiast o tym, że ludzie lubią ich nie lubić, nie ma w tekście Ziemkiewicza prawie nic. A szkoda, bo ja bym chętnie poczytał jakąś ciekawą diagnozę na temat tego, dlaczego tak wielu ludzi nie dość, że nie lubi kogoś takiego jak Kaczyńscy, to jeszcze uważają ten rodzaj smaku za powód do dumy.
A teraz sam tekst i jego pokrętność. Oczywiście z Ziemkiewiczem ciężko polemizować, bo on nauczył się tak pisać, że właściwie każdy fragment jego wypowiedzi jest przede wszystkim bardzo ładnie napisany, a poza tym bezwzględnie słuszny, tyle że jako całość, jeśli się tylko uważnie przyjrzeć, to co on przedstawia, nie pokazuje nam dokładnie nic. Tak, między innymi było z jego książką o beznadziejnych Polakach. Nie było tam jednego fragmentu, do którego można by się było przyczepić, ale co chwilę, czytając te strony, człowiek dostawał cholery, bo to co czytał na stronie 67, absolutnie mu się nie zgadzało z tym, co stało jak byk na stronie 34.
Tu jest podobnie. Ze wszystkich tez Ziemkiewicza, pewna i nie do podważenia jest tylko jedna. Że Kaczyńskich wielu bardzo nie lubi. Że ich nie lubią kabareciarze, salonowi inteligenci i ludzie, którym zaczęło się ostatnio powodzić i nie lubią słuchać tego, kto przynosi złe wieści. Cała reszta już się tak kołysze, że można dostać choroby morskiej. Pisze na samym początku Ziemkiewicz - i pisząc to nawet sugeruje, że to mógłby być zarówno początek i koniec całego artykułu - że niechęć do Kaczyńskich i jej demonstrowanie jest „modne". Okay. Rozumiem. Moda. Tylko w takim razie, po co, parę zdań dalej, zaczyna pan Rafał tę niechęć racjonalizować?
W pewnym momencie, powtarza Ziemkiewicz swą ostatnio ulubioną tezę o społeczeństwach post-kolonialnych i występującej w tych społeczeństwach wzajemnej nienawiści między elitami a motłochem. W pewnym momencie sugeruje on chyba, że toj uż dłużej Polski nie dotyczy. Ale chyba mi się zdaje, bo o to bym akurat Ziemkiewicza nie podejrzewał, że on uznał, że wystarczyły dwa lata, żeby Polska przestała byc krajem post-kolonialnym. Więc w takim razie, ja bym bardzo chciał, żeby Ziemkiewicz mi dokładnie pokazał, gdzie są te elity, które nienawidzą motłochu i gdzie stoi ten post-kolonialny motłoch, którego elity irytują. Czy elity to tylko tzw. „salon", czy może wszyscy politycy, artyści, pisarze i Radzio Majdan? A może to „salon" jest tym nienawidzącym motłochem? Załóżmy, że wszystko jest rozłożone tradycyjnie. To znaczy elity to i Majdan i Maria Peszek i Daniel Olbrychski i Maria Janion, a hołota, to reszta. Ale w takim razie, kto kogo nienawidzi? Peszek mnie, a ja Peszek? To właściwie by się zgadzało? Ale gdzie w tym wszystkim jest Rafał Grupiński, na przykład? Czy on jest elitą, której hołota nienawidzi, czy on jest hołotą, która nienawidzi elit? No i gdzie w tym wszystkim się mieści Jarosław Kaczyński? I kto go nienawidzi?
Rafał Ziemkiewicz sugeruje (chyba), że w roku 2005 Kaczyński był lubiany. I to by się zgadzało. Ja pamiętam bardzo dobrze, że Jarosław Kaczyński, a jego brat, jeszcze bardziej, byli bardzo lubiani. Ale wtedy Polacy byli w nastrojach rewolucyjnych, więc szli na te kaczorowe hasła. Jednak już w roku 2007, poziom życia wyraźnie się podniósł i ludzi te brutalne okrzyki zaczęły już tylko irytować. Czyli wynika z tego, że PiS wygrał wybory w roku 2005, kiedy było fatalnie, ale po dwóch latach tych wspaniałych i skutecznych rządów, Polska się ucywilizowała, wyszła z tego post-kolonialnego dołka i obróciła się przeciwko swoim wybawcom. No więc, niech będzie. Nie brzmi to najgorzej. Sukces pożarł swojego ojca. Bywa.
Ale dalej pisze Ziemkiewicz tak: „Tymczasem wybory roku 2007, jak już pisałem, były znakiem zasadniczej zmiany w tym, co nazwałem tu ‘profilem psychologicznym' Polski. Jak każda poważna zmiana, tak i ta ma wiele przyczyn. Jedną z ważniejszych jest wejście w życie publiczne pokolenia, które ukształtowało się już w III RP. Pojawienie się przy urnach 3 milionów nowych wyborców, głównie młodych i wielkomiejskich, nie mogło nie zmienić politycznego pejzażu".
Bardzo pana Rafała przepraszam, ale żeby w tak niemądry sposób wyciągać te 3 miliony „nowych wyborców", to ja naprawdę nie potrzebuję aż Ziemkiewicza. Każdy w miarę sprytny człowiek, choć trochę interesujący się losami Kraju, doskonale wie, ze te 3 miliony nie świadczą o niczym więcej, jak tylko o tym, że profesjonalizm pewnych ośrodków sterowania społeczeństwem, bardzo w ostatnich latach się usprawnił. I jeżeli w tym nieszczęsnym roku 2007 cokolwiek zmieniło cokolwiek, to nie ci „młodzi i wielkomiejscy" (co za snobizm!) pejzaż, ale pejzaż to stado bezwolnych, bezideowych ludzików. Ja wiem, że Pan, panie Rafale, pewnie mi nie uwierzy, ale oni nawet nie znają języka angielskiego na poziomie pre-intermediate. Dokładnie tak samo, jak minister Sikorski - wbrew temu, co napisał ten dziwny pan w Newsweeku - wcale nie mówi po angielsku bez polskiego akcentu. To są wszystko mity, które, gdyby tylko chcieli, bez problemu obaliliby ci dwaj mili panowie z programu w Discovery Channel. A Pan tymczasem aż drży na dźwięk słowa ‘wielkomiejski'.
Oczywiście, nie byłby Ziemkiewicz rzetelnym analitykiem, gdyby nie wspomniał o Wałęsie. I bardzo słusznie. Fenomen poparcia dla Wałęsy na wszystkich etapach jego nędznej kariery jest wart uwagi. W latach osiemdziesiątych społeczeństwo miało Wałęsę w nosie. Dopiero po telewizyjnej debacie z Miodowiczem trochę mu ‘skoczyło'. Co nie zmieniło faktu, że do wyborów w roku 1989 nie poszedł co trzeci uprawniony. W czasie kampanii prezydenckiej w roku 1990 Wałęsa był, według wszelkich oficjalnych sondaży i analiz, zakałą tego narodu. Co oczywiście nie zmieniło faktu, że Mazowieckiemu - absolutnemu faworytowi tej rozgrywki - wlał bez najmniejszych kłopotów. I co oczywiście z kolei, nie zmieniło faktu, że z tej trochę ponad połowy uprawnionych, w pierwszej turze na Wałęsę zagłosowało nawet nie 40%. Przez cały okres swojej fatalnej prezydentury i przez kolejne lata, Wałęsa był niemal nikim, jeśli idzie o poziom społecznego poparcia. W drugiej połowie lat 90, jeśli ktokolwiek wspominał Wałęsę, to jednocześnie spluwał przy tym przez ramię. Później przyszedł okres tryumfu PiS-u i obu braci Kaczyńskich, a od ponad dwóch lat znów bohaterem zbiorowej świadomości jest nagle Wałęsa, a Kaczyńscy, jak to zgrabnie sugeruje Ziemkiewicz, mogą sobie najwyżej pomarzyć.
Tyle że Ziemkiewicz o Wałęsie wspomina w tym zakresie, w jakim mu to pasuje, natomiast cały powyższy obraz jest mojego autorstwa. A on się ma nijak do wszystkich tych wygibasów, które przedstawia Ziemkiewicz.
Ja bym naprawdę bardzo chciał, żeby Rafał A. Ziemkiewicz, publicysta wybitny, przedstawił mi w tej mierze jakąś w miarę poukładaną propozycję. Niech on mi w sposób logiczny przedstawi sytuację polityczną Kaczyńskich, powie mi dlaczego jest tak jak jest i - wciąż trzymając się uczciwie linii wywodu - pokaże co dalej. Ja tymczasem dowiaduję się, że ludzie Kaczyńskich nie lubią, bo taka jest moda. Z czego wynika, że nawet gdyby ich mieli za co lubić, to i tak by ich nie lubili. Że Kaczyńscy są do niczego, bo nie umieją zadbać o wizerunek. Że nawet gdyby zadbali o wizerunek, to i tak wszystko na nic, bo oni już są tym, jak to ładnie określają Anglicy, ‘starym kapeluszem'. Że Kaczyńscy mają pretensję do mediów, a to jest bez sensu. A wszystko to po to, żeby w każdym kolejnym zdaniu znaleźć coś, co wszystkiemu temu po kolei zaprzeczy.
Ja bardzo serdecznie panu Rafałowi Ziemkiewiczowi - i wszystkim innym publicystom mającym ambicje wyższe, niż zwyczajne podlizywanie się władzy - proponuję po raz chyba kolejny, żeby przestał kombinować. Oczywiście, w miejscu gdzie zaczynają się nasze problemy, a innych się kończą jest całkiem przyjemnie. Niemniej kombinować nie trzeba nawet tu. Bo i tu wszystko jest proste. Mniej więcej połowa uprawnionych ludzi do głosowania ma wszystko, co się dzieje na poziomie wyższym niż sklep i telewizor, w dupie. Tak naprawdę nawet dużo więcej niż połowa, ale tylu od czasu do czasu potrafi ruszyć głową. Z tej połowy, zdecydowana większość nie jest w stanie pozwolić sobie na jedną samodzielną myśl. Jeśli coś wiedzą, to tylko dlatego, ze ktoś im wcześniej powiedział, co mają wiedzieć. Nawet jeśli idą tę swoją wiedzę raz na cztery lata zademonstrować, to też tylko dlatego, ze ktoś ich do tego namówił.
Tu mała dygresja. Chętnie oglądam teleturniej pod nazwą Milionerzy. Przy niskich sumach, czasem TVN postanawia zaskoczyć grających pytaniem typu: „Jak się nazywał pies Lecha Kaczyńskiego?", albo „Jak Ludwik Dorn nazwał widzów Szkła Kontaktowego?", czy „W co Ludwik Dorn chciał ubrać lekarzy?", ewentualnie „Jak według Prezydenta RP nazywa się polski bramkarz?", czy choćby, „Co dziennikarze RMF-u wręczyli Ludwikowi Dornowi na konferencji prasowej?" Czy myślicie, że ktokolwiek powie, że ‘irasiad', że ‘wykształciuchy', że ‘kamasze', że ‘Borubar', że ‘wieśmaki'? W życiu! Siedzą na tym stołeczku ludzie mądrzy, wykształceni, oczytani, gotowi wygrać ten pierwszy milion - i żaden z nich nie ma najmniejszego pojęcia, o czym jest mowa.
Bo to jest, panie Rafale, cała odpowiedź. O tym, co będzie, a czego nie będzie; o tym jak myśleć, a jak - broń Boże - nie myśleć; o tym kogo lubić, a kogo nie lubić - decyduje jakieś 10 procent społeczeństwa. Wśród nich jest ogromna większość tych ludzi, którzy Jarosława i Lecha Kaczyńskich bardzo lubią, tyle, ze nie lubią o tym mówić, bo są łagodni, mili i nienawidzą się kłócić. A Pan mi coś truje o tym, że „Donald Tusk dostrzegł zmianę", a Kaczyński nie. Jak mówię, żeby czytać takie głupstwa, Pan akurat mi nie jest za bardzo potrzebny.

wtorek, 16 grudnia 2008

Czy gdzieś tu jesteś, Eligiuszu?

Może niewiele osób wie, a jeszcze mniej pamięta, że dziś, 16 grudnia, mija jedna z wielu, żadna szczególna, zwyczajna rocznica tego szczególnego jednak bardzo wydarzenia, jakim było zabójstwo pierwszego polskiego prezydenta, Gabriela Narutowicza, przez Eligiusza Niewiadomskiego. 16 grudnia 1922 roku, zaledwie cztery lata po odzyskaniu prze Polskę niepodległości i dwa tygodnie po tym, jak pierwsze polskie Zgromadzenie Narodowe wybrało pierwszego prezydenta, po ciężkiej kampanii nienawiści skierowanej przeciwko Narutowiczowi, Niewiadomski oddał w kierunku Prezydenta trzy strzały, zamykając w ten haniebny sposób tę prezydenturę. Ktoś kto nie interesuje się historią, nie ma na tematy historyczne pojęcia, i generalnie Narutowicza i Niewiadomskiego ma w nosie, mógłby pomyśleć, że Eligiusz Niewiadomski, to był jakiś dziwak, który wiedziony atmosferą, która go przerosła, postanowił albo dać to chore świadectwo, albo po prostu przejść do historii. Nie on pierwszy, i też nie ostatni. Nic bardziej błędnego. Niewiadomski to nie był pierwszy z brzegu wariat. Nie był też osobą szczególnie wybitną, ale umiał ładnie malować, ładnie pisać o sztuce, był aspirującym do wybitności działaczem patriotycznym i niepodległościowym, a jeśli komuś to imponuje, to nawet można przypomnieć, że uważany jest za jednego z pionierów polskiego taternictwa i autora jednej z pierwszych map Tatr.
Kim był w takim razie Gabriel Narutowicz, człowiek, którego Niewiadomski zamordował? Był wybitnym konstruktorem i inżynierem, zyskał sławę, jako pionier elektryfikacji Szwajcarii, gdzie spędził dużą część życia, był kierownikiem budów kilku wielkich europejskich elektrowni wodnych. Był także profesorem w katedrze budownictwa wodnego na Politechnice w Zurychu, gdzie w kolejnych latach pełnił funkcję dziekana. W 1915 roku został przewodniczącym międzynarodowej komisji regulacji Renu. Był również, podobnie jak Niewiadomski, wybitnym polskim patriotą, przez wiele lat biorąc aktywny udział w walce o niepodległość Ojczyzny. Poza tym wszystkim jednak, jak głoszą przekazy, był ateistą, masonem i w gruncie rzeczy udawanym Polakiem, co ostatecznie miało go zgubić.
Mieszkał przez tę większą część swojego życia w Szwajcarii, głównie z tego powodu, że ze względu na nakaz aresztowania wydany przez władze carskiej Rosji, nie mógł wrócić do Polski. Dopiero w roku 1919, po odzyskaniu przez Polskę niepodległości, na zaproszenie polskiego rządu, wrócił do Polski. Wsparł aktywnie proces odbudowy Kraju, zajmując kolejno najwyższe stanowiska państwowe, by ostatecznie - nieszczęśliwie dla siebie - zgodzić się kandydować na prezydenta Kraju i tym prezydentem na parę dni zostać.
Sytuacja polityczna w nowej, świeżo odzyskanej Polsce, i związane z tą sytuacją nastroje były takie, że zwycięstwo Narutowicza spotkało się z nieprzytomnym gniewem ludzi będących politycznymi przeciwnikami Narutowicza i jego zaplecza. Gniew ten był dodatkowo wzmocniony faktem, że jego sukces kompletnie zaskoczył patriotyczną prawicę, która sądziła, że zwycięstwo ma w kieszeni.
Te niespełna dwa tygodnie, między wyborem Narutowicza, a jego śmiercią, upłynęły na bezprecedensowej publicznej nagonce na nowego prezydenta i fali ulicznych rozruchów, które w dniu jego zaprzysiężenia, doszły do takiego poziomu opętania, że napędzeni antyprezydencką propagandą demonstranci próbowali powstrzymać Narutowicza siłą.
Zastanawiam się dziś nad atmosferą tamtych czasów. Myślę sobie o tym, co mogli czuć wszyscy ci, którzy pragnęli, by prezydentem został Maurycy hrabia Zamoyski, również Polak wielki i wybitny. Chciałbym móc sobie wyobrazić, jak z dnia na dzień, ich gniew, ich wściekłość, ich szaleństwo stopniowo narastały i ostatecznie doprowadziły do tego, że jeden z nich, ten nieszczęsny Eligiusz Niewiadomski postanowił zrobić to co zrobił. Zastanawiam się, czy, gdyby mnie jakaś maszyna czasu wrzuciła w te grudniowe dni roku 1922, mógłbym poczuć tę żądzę krwi, czy byłbym zszokowany jej intensywnością, czy może bym wzruszył obojętnie ramionami? Ciekawe. Czy wzruszyłbym ramionami?
Ale myślę też dziś o samym Niewiadomskim. Czy on, kiedy obudził się tego ranka, czuł głównie dreszcz emocji? A może strach? Czy może tylko nienawiść? Czy kiedy strzelał do Prezydenta, drżała mu ręka, czy może był niewzruszony, jak Bóg kierujący swój gniew przeciw grzesznikowi?
Ciekawy jestem, co kierowało Niewiadomskim tak już do samego końca, ponieważ chciałbym bardzo wiedzieć, w jaki sposób się kształtuje ten typ nienawiści i czy ona się żywi wyłącznie samą sobą, czy może do tego trzeba czegoś jeszcze. Czy w momencie kiedy Niewiadomski strzelał do Prezydenta, w jego biednej głowie była tylko Polska - i jej przyszłe powodzenie - czy może oprócz niej, jeszcze wspomnienie tego nędznego dzieciństwa, tych ciężkich wypadków, jakie go przez całe życie stopniowo niszczyły, te nieustanne zawody, kórych mu do końca nie oszczędzano? To poczucie tak bardzo nieudanego życia. Czy ta nienawiść do Narutowicza była tak powszechna, że gdyby nie Niewiadomski, to ktoś inny chętnie podjąłby się tego szatańskiego zamówienia? Czy w tym oszalałym tłumie dobrych, kochających swoją Ojczyznę ludzi, mógł się znaleźć tylko ktoś taki jeden, zupełnie wyjątkowy morderca.
W pewnym momencie przyszło mi do głowy, ze tego typu opętanie zwykle nie trwa długo. Że to zwykle jest tylko gorączka jednej chwili, po której wszystko się na ogół uspokaja. Że może gdyby Narutowiczowi pozwolono trochę dłużej pożyć, jakoś by się to wszystko potoczyło. Ale, kiedy przygotowywałem się do pisania tego tekstu, trafiłem w Internecie na stronę czegoś, co się nazywa nacjonalista.pl i co mnie bardzo poruszyło. Jest tam artykuł o Eligiuszu Niewiadomskim i o tym grudniowym zamachu, w całości sławiący zabójstwo Narutowicza http://www.nacjonalista.org/encyklopedia.php?id=19.
Ponieważ mam przekonanie, że autorzy tego portalu stanowią z pewnością bardzo pewną kontynuację tej myśli, tych emocji i tego planu, który stał za atmosferą tamtych dni i ich fatalnego zwieńczenia, pomyślałem, że zapoznam się z tym, co oni mają na ten temat do powiedzenia, jak oni widzą to, co mnie tak zastanawia i jak oni tłumaczą tamto - w ich mniemaniu - błogosławione wydarzenie. Oto trzy, moim zdaniem, kluczowe fragmenty. Oto pierwszy z nich: „Narutowicz miał zaszczyt otwierać wystawę obrazów w warszawskiej Zachęcie i gdy stał przy jednym z płócien w jego kierunku padły trzy śmiertelne strzały - w ten sposób Niewiadomski zmazał hańbę, jaką przyniósł narodowi polskiemu ten wybór".
I drugi: „Ulice stały się miejscem wielkich rozruchów, czyniono wszystko, by nie dopuścić do zaprzysiężenia Narutowicza na urząd. Prezydent-elekt okazał się jednak człowiekiem zdecydowanym na wszystko i zaślepiony żądzą władzy i kariery postanowił jednak nie wycofywać się. Z wielkimi trudnościami (obsypano wiozący go samochód błotem i śniegiem, próbowano zatrzymać) jednak dostał się do gmachu Sejmu, gdzie został zaprzysiężony".
I wreszcie trzeci, opisujący pogrzeb Niewiadomskiego, straconego w roku 1923 w warszawskiej Cytadeli: „W dniu pogrzebu na Cmentarzu Powązkowskim zebrało się kilkanaście tysięcy ludzi, którzy śpiewając patriotyczne pieśni pokazali w ten sposób wielką radość i dumę z czynu Niewiadomskiego, jednocześnie okazując smutek spowodowany jego straceniem. Wielka część społeczeństwa, w tym księża, profesorowie i inne grupy elit - z dumą przyjęły ten czyn, jako akt odwagi, męstwa i bezinteresownego poświęcenia tego co najcenniejsze dla losu państwa. Przez wiele miesięcy a nawet lat na grobie tego wielkiego męża zawsze były składane świeże kwiaty i paliły się znicze, tak samo jak płonęły dumne polskie serca. Księża odprawiali msze za duszę Niewiadomskiego, jednocześnie próbując nie dopuszczać do uczczenia pamięci Narutowicza. Była to wielka manifestacja polskiego patriotyzmu."
Dlaczego cytuje te dziwne słowa? Dlatego, że jestem przekonany, że mówią nam one coś, co powinniśmy wszyscy wbić sobie do głowy i nie zapominać nigdy, nawet na chwilę. To mianowicie, że hańba - szczególnie hańba uszlachetniona rządzą władzy i kariery - powinna zostać zmazana i że aktu zmazania hańby mogą dokonać tylko najwięksi. I że prawdziwa nienawiść nie gaśnie nigdy.
I teraz, ktoś może powie, że przecież, skoro Niewiadomski był tak wybitny i tak gotowy do pracy dla Kraju, mógł sam pokierować swym życiem tak, by to on został tym prezydentem, a nie Narutowicz. Przecież on nie był byle kim. A jeśli miał w sobie wystarczająco dużo determinacji, żeby znienawidzić dla Ojczyzny, to mógł też chyba znaleźć jej odrobinę, żeby tej Ojczyźnie skutecznie służyć. Jednak wybrał inną drogę. Ciekawe, czy łatwiejszą, czy może bardziej naznaczoną wyrzeczeniem i pracą? Co przychodzi łatwiej?
Można z tym pytaniem zwrócić się do twórców portalu nacjonalista.pl. Czy uważacie, że Wy byście tak potrafili? Czy potraficie tylko inspirować i zachęcać, natomiast do ostatecznego rozwiązania wolicie delegować najlepszych z Was? Czy macie już gotową listę, która w ostateczności może i Wam pozwoli na ten zaszczyt w postaci pogrzebu, na który przyjdą tysiące, a po stu latach będą o was pisać nowi przedstawiciele nowych patriotyczno-narodowych elit.
Ale mam też pytanie do Was, którzy stoicie po kompletnie przeciwnej stronie tej sceny. Może nawet przede wszystkim do Was. W końcu to Wy ostatnio kręcicie tą karuzelą. A więc jak Wam się podoba postać Eligiusza Niewiadomskiego? Czy sądzicie, ze to był zdolny, zaangażowany, odważny człowiek, o dobrze skonstruowanych emocjach i odpowiednio wzmocnionej energii, tyle że ta energia została skierowana w niewłaściwym kierunku? A może uważacie, ze tacy Eligiusze są zawsze przydatni, każdy odpowiednio do czasów i wymagań, które czasy przed nami stawiają. Tyle że urodził się dużo za wcześnie. Powiedzmy równe sto lat za wcześnie?