piątek, 31 lipca 2015

Czy będą się wieszać, czy strzelać?

Przeczytałem gdzieś wczoraj, że dla gnijącej Platformy prawdziwą wunderwaffe ma się okazać minister obrony Tomasz Siemoniak. Podczas gdy premier Kopacz jest jaka jest, a wszystko co się kręci wokół niej, robi wrażenie jeszcze gorsze, wybitni komentatorzy polskiej sceny politycznej stawiają właśnie na Siemoniaka, który tam podobno wyrasta ponad przeciętność i którego premier Kopacz szykuje, by to on zadał pisowskiej kontrrewolucji śmiertelny cios. Przeczytałem tę informację i od razu pomyślałem sobie, że to jest coś absolutnie fantastycznego, że zaledwie dwa dni wcześniej swój kolejny felieton dla „Warszawskiej Gazety” poświęciłem właśnie owemu cudownemu dziecku Donalda Tuska i Ewy Kopacz. Będą mieli więc premierę jak się patrzy. Polecam.

Ile razy patrzę na któregokolwiek z posłów czy ministrów rządzącej koalicji i widzę, jak każdy z nich, zamiast wiać gdzie pieprz rośnie, nie dość, że jeszcze bardziej wydaje się lgnąć do tego trupa, to sprawia wrażenie, jakby życie w tej owej cuchnącej symbiozie było czymś, za co warto oddać życie, staję jak wmurowany. Tym bardziej sztywnieję, kiedy próbuję zgadnąć, jak to się dzieje, że ktoś, kto dotychczas w miarę bezpiecznie funkcjonował poza owym układem, zamiast tam dalej siedzieć, włazi z własnej i nieprzymuszonej woli pod tę rynnę, podpisując naturalnie na siebie wyrok. Tak było choćby w przypadku ministra zdrowia Zembali, który mając wydawało by się wszystko, co było mu potrzebne do szczęścia, wystawił się na odstrzał, którego świadkami jesteśmy choćby w tych dniach, praktycznie niszcząc sobie karierę. No i właściwie już w pierwszym dniu jego urzędowania wyszło na jaw, że ów Zembala jest tak fatalnie zadłużony, przy majątku wynoszącym jakieś 12 tysięcy złotych plus 105 dolarów, że wszelkie pytania typu: „Czemu on to robi” nagle straciły sens.
No a po Zembali pojawiły się kolejne informacje dotyczące kolejnych polityków, o których można by tu długo, ale by móc zrozumieć kolejne jego z pozoru absurdalne posunięcia, może wystarczy, jak wspomnimy choćby o 10 milionach złotych długu na koncie Janusza Palikota.
Ja natomiast ostatnio zwróciłem uwagę na deklarowaną w odpowiednim oświadczeniu majątkowym sytuację finansową ministra obrony narodowej Tomasza Siemoniaka i myślę, że z powodów o których niżej, warto nam się nad nią zadumać. Otóż każdy w miarę uważny obserwator politycznej sceny zauważył ów najświeższy ruch wokół ministra Siemoniaka właśnie, który wskazuje na to, że tam toczy się autentyczna walka o to, co z nim zrobić, z wachlarzem szeroko rozciągniętym między prokuratorem, a drugim miejscem na liście wyborczej w Warszawie.
A więc zajrzałem do oświadczenia majątkowego Siemoniaka i proszę sobie wyobrazić, że on w zeszłym roku z tytułu ministrowania zarobił niemal 200 tysięcy złotych, z czego po spłaceniu bieżących zobowiązań zostało mu wszystkiego tych tysięcy zaledwie osiem. Cóż on zatem takiego spłaca? Otóż trzy kredyty, wszystkie we frankach, przy aktualnym saldzie w wysokości niemal 200 tysięcy CHF. Jeśli ktoś jest ciekawy, na co Siemoniakowi były te pieniądze, już odpowiadam: on za nie kupił trzy mieszkania, które postanowił wynajmować i w ten sposób złapać Pana Boga za palec. Co zatem z tych mieszkań? To też jest tam pokazane: 30 tysięcy złotych w zeszłym roku, czyli jakaś szósta część tego co on zarobił u Kopacz, z których też niemal nic już nie zostało. Jedyne więc co jest realne to te wciąż jakieś 800 tysięcy do oddania dla mBanku.
W październiku wybory, a ja już się zastanawiam, jak my zniesiemy tę falę samobójstw. Jeszcze zobaczymy jak bardzo to nie jest zabawne.

Przypominam, że pierwszy wybór tekstów z tego bloga „O siedmiokilogramowym liściu” można zamawiać już tylko u mnie pod adresem toyah@toyah.pl. Nakład „Elementarza” oraz „Biustonosza” zbliża się wprawdzie do końca, jednak obie są wciąż do kupienia w księgarni na stronie www.coryllus.pl. Zachęcam do pośpiechu.

środa, 29 lipca 2015

Jan Kulczyk, czyli się zatrzęsło

Zmarł Jan Kulczyk i dla kogoś takiego jak ja, a więc człowieka, który przede wszystkim ma już swoje lata i przynajmniej dotychczas starał się je wykorzystywać tak, by nic mu nic mu nie spadło znienacka na głowę i pozostawiając go wyłącznie w poczuciu ciężkiego wstydu, jest to wiadomość porażająca. Chodzi mianowicie o to, że są wydarzenia, przy okazji których najgłupsza rzeczą, jaką można zrobić jest pokiwać głową w zadumie i powiedzieć wzorem dziadka Britty i Anny: „Ho, ho, tak, tak”. Takie to było doświadczenie pewnego sobotniego ranka pamiętnego roku 2010 i takie to jest nasze doświadczenie dziś.
Zmarł Jan Kulczyk i, jak mówię, najgorszą rzeczą, jaką możemy teraz zrobić, to zacząć coś pleść na temat przemijania i ludzkich losów. Pamiętajmy: samoloty z prezydentami na pokładzie nie spadają, a jeśli ktoś ma ambicje, żeby być jednym z najbogatszych ludzi na świecie, to nie po to, by w wieku 65 lat zejść na skutek komplikacji pooperacyjnych, jak jakiś Nowak, czy Nowakowa. Miejmy więc dziś oczy i uszy szeroko otwarte.

Książki nadal są na swoim miejscu, czyli pod adresem www.coryllus.pl. Serdecznie polecam.

wtorek, 28 lipca 2015

On jest moim pasterzem, czyli witamy w studio tatuażu

Notka dziesiejsza chodzi mi po głowie od wielu już miesięcy, by nie powiedzieć lat i jeśli dotychczas nie udało mi się nawet jej zacząć, to przede wszystkim dlatego, że do dziś praktycznie nie umiałem znaleźć tego jednego obrazu, który zawsze jest potrzebny, kiedy chce się powiedzieć coś w formie wiersza, opowiadania, piosenki, czy choćby zwykłej refleksji. I oto od paru mam przed oczyma coś, co chyba doprowadzi mnie do tego, że wyrzucę to z siebie raz na zawsze. Ale zacznijmy od początku.
Parę dni temu szedłem sobie ulicą, kiedy minęła mnie dziewczyna, wedle wszelkich znanych mi standardów, bez śladu czegoś, co moglibyśmy nazwać postawą wyzywającą, z jednym maleńkim wyjątkiem: otóż wysoko na piersi, nieco z boku od miejsca, gdzie się zwykle nosi medalik, miała wytatuowany skromny krzyżyk. Choć widok ów zrobił na mnie pewne wrażenie, muszę przyznać, że nie stało się to po raz pierwszy. Oto parę lat temu jechaliśmy sobie pociągiem z Bletchley do Londynu i obok nas stała bardzo ładna kobieta w średnim wieku, niezwykle elegancka, i też w najmniejszym stopniu nie wyglądająca ekscentrycznie, z tym jednym wyjątkiem, że na nadgarstku miała niewielki tatuaż, jakiś napis, o ile pamiętam. Ale i to nie było moje pierwsze doświadczenie tego typu zjawiska, gdzie ludzie, pozornie niczym nie różniący się od nas, nagle odnajdują w sobie potrzebę, by przy pomocy tatuażu opieczętować choćby jeden fragment swojego ciała.
Oczywiście wszyscy wiemy, co mam na myśli. Mówię o owej szczególnej ogólnoświatowej modzie, rozlewającej się po piłkarskich boiskach, muzycznych estradach, ale też ulicach naszych miast, i to niekiedy do tego stopnia, że nagle z przerażeniem zauważamy, że na tym tle wyglądamy jakoś… dziwnie, a polegającej na ozdabianiu ciała różnego rodzaju obrazami, w takim zamiarze, by one pozostały tam na zawsze. Mówię o owej szczególnej intencji, która niektórym z nas każe złożyć tę szczególną, czasem bardzo osobistą, ale często też pozornie nic nie znacząca, deklarację – niekiedy tak doskonale ukrytą i nieprzeniknioną – w tak sposób, by ona już do końca naszego życia świadczyła o nas, tak jak świadczy o nas nasza twarz, nasza sylwetka, czy nasz charakter. Tyle że o ile tam często liczymy na to, że może z biegiem lat będziemy mądrzejsi, piękniejsi, czy zwyczajnie zgrabniejsi, tu zdajemy się walczyć o to, by to, jacy byliśmy w wieku 18, 25, czy 35 lat, zostało z nami już na zawsze. To jest trochę tak, jakbym ja, mając te swoje 15 lat i poczucie, że moim całym życiem jest piosenka zespołu Led Zeppelin „Since I’ve Been Loving You”, kazał sobie ową frazę wytatuować na plecach w pięknym łuku od ramienia do ramienia i nosił ja tam do dziś, kiedy zbliżam się do 60-tki. I przyznaję, że tego typu gestów nie rozumiem.
Ale, jak wiemy, kiedy pojawia się temat tatuaży, nie chodzi przecież wcale ani o ten krzyżyk na piersi, ani o ów łańcuszek na nadgarstku, ani nawet o herb miasta Katowic na plecach, ale o powszechne traktowanie ludzkiego ciała, jako płótna, które będziemy tak długo zamalowywać, aż nie zostanie tam choćby centymetr kwadratowy wolnego miejsca. A wówczas zaczniemy kaleczyć to ciało już bardziej bezpośrednio, przebijając je, rozcinając, wbijając w nie różnego rodzaju większe, lub mniejsze ozdoby. No a dalej już pozostanie nam tylko stawiać kolejne kroki, czy to przez wszczepianie sobie kocich wąsów, tygrysich zębów, czy diabelskich rogów.
Czemu to robimy? Nie wiem. Najbardziej prawdopodobną odpowiedzią wydaje mi się przyjęcie, że w tym akurat wypadku mamy do czynienia z psychiczną chorobą, taką jak anoreksja, bieganie, seks, hazard, czy inne natręctwa, a skoro tak, to też nie mamy za bardzo o czym rozmawiać. Ja jednak nie chcę się zajmować ani artystami, ani piłkarzami, ani wariatami. Mnie nie chodzi też o tej tak zwanej „białej nędzy”, która wierzy, że jak sobie wytatuuje tego węża albo smoka na łydce, to w ten sposób będzie awansowana do establishmentu. Ja dziś zastanawiam się zaledwie nad tymi z nas, którzy pewnego dnia tak bardzo pragną się gdzieś na którymś fragmencie swojego ciała podpisać, że się przełamują i idą sobie zrobić ten obrazek na kostce, czy na nadgarstku, tak by sobie móc od czasu do czasu na niego popatrzeć i poczuć tę satysfakcję. I proszę nie myśleć, że nie próbowałem tej zagadki badać osobiście. Owszem, miałem okazję pytać paru znajomych, czemu to robią, jednak nigdy nie uzyskałem jakiejkolwiek sensownej odpowiedzi, poza ta jedną, że tak będzie ładnie. A i to w najlepszym wypadku, bo i tak przeważnie odpowiedzią było tylko owo uparte spojrzenie typu: „A czemu nie?”
A zatem, nie pozostaje mi nic innego, jak samemu drążyć tę zagadkę: czemu tak wielu z nas tak bardzo potrzebuje złożyć na choćby drobnym fragmencie ciała ów podpis? Niechby to był ten wspomniany na początku krzyżyk. I muszę z prawdziwym bólem serca przyznać, że moje myśli niezmiennie idą w stronę tych młodych kobiet z Gdyni, o których ostatnio dość dużo pisały internetowe portale, a które zatrudnione były u jakichś lokalnych alfonsów w charakterze dziewcząt do towarzystwa. Jestem pewien, że większość z nas miała okazję oglądać policyjne zdjęcia przedstawiające tatuaże, jakie owi sutenerzy kazali wykaligrafować tym dziewczynom na nogach, ramionach, czy plecach, tak by one zaświadczały o tym, że każda z nich jest własnością któregoś z nich: „Made by B.”, „Własność Olka””, „Wierna suka Leszka”, „Kocham mojego pana i władcę”…
Z informacji, jakie do nas dochodzą wynika, że one wszystkie tak naprawdę chciały mieć te tatuaże i dziś nie ma sposobu, by je skłonić do tego, by zeznawały przeciwko swoim oprawcom. Otóż uważam, że właśnie tam, w tej Gdyni, dostaliśmy odpowiedź na tę zagadkę. Bo jeśli się tak naprawdę zastanowić, to różnica między tamtymi obrazkami, a… powiedzmy, wydrapanym na ramieniu chińskim znakiem, jest wyłącznie techniczna. To znaczy, że podczas gdy my każemy sobie przybijać te pieczątki na naszych łydkach, ramionach i plecach, to Leszek i Olek zdobią nogi, ramiona i plecy tamtych dziewcząt, w głębokim przekonaniu, że to jest ich ciało. Intencja więc, jednak, i cel pozostają te same: chodzi o to, by potwierdzić przed sobą, że nasze ciało należy do nas i do naszego pana i władcy. Że jesteśmy tak naprawdę niewolnikami. Czyimi? Aaaa… to jest już temat na dłuższą rozmowę.

Jak zawsze, zapraszam wszystkich do księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie są do nabycia moje książki. Szczerze polecam.

poniedziałek, 27 lipca 2015

Gdy szatani spoważnieli

W któryś z niedawnych wieczorów, zgodnie z prawie już ostatnio naszą domową tradycją, włączyliśmy telewizor, żeby sobie popatrzeć na program „Szkło Kontaktowe”. Wyjaśniałem to nasze dziwaczne zachowanie jakiś czas temu, więc może dziś już tylko dla przypomnienia: na przykładzie owej, jak by nie było, sztandarowej produkcji propagandowej Systemu, zarówno ja jak i mój syn z prawdziwą ekscytacją obserwujemy, w jaki sposób owa propaganda stopniowo zmienia kierunek, uderzając w znajdującą się pod ścisłą dotychczas ochroną Platformę Obywatelską. Trudno jest mi dziś przewidzieć, jak to się wszystko będzie rozwijać i czy przypadkiem nie będzie tak, że pod koniec roku Maria Czubaszek z Grzegorzem Markowskim będą odbierać telefony od najbardziej uzależnionych od tego sączonego od dziesięciu lat w ich mózgi jadu widzów, tylko po to by ich już tylko wyszydzać, jednak to co już dziś widzimy pozwala na bardzo odważne prognozy.
Podczas wspomnianej na początku dzisiejszej notki doszło do zdarzenia, które nawet na mnie zrobiło wrażenie. Oto proszę sobie wyobrazić, w pewnym momencie prowadzący audycję Tomasz Sianecki poruszył temat in vitro, puścił kawałek sejmowego wystąpienia w temacie posłanki Joanny Muchy, a następnie bez śladu ironii, czy choćby owego charakterystycznego uśmiechu, powiedział co następuje (cytat dosłowny):
A może tu jednak chodzi o to, że tutaj Platforma i pani Anna Grodzka i w ogóle środowiska lewicowe działają na rzecz lobby tych wszystkich instytucji, które zajmują się zmianą płci. Dzięki temu oni przecież zarobią dużo więcej pieniędzy. Tak jak z in vitro, wie pan, ono jest tylko po to, żeby kasę nabiły sobie instytuty, które się tym zajmują”.
Pierwsza oczywiście myśl, jaka mi przyszła do głowy, była taka, że to może jednak była zaledwie bardzo kąśliwa ironia, i że tak naprawdę Sianecki pragnął jedynie wykpić pewien rodzaj obsesji, zgodnie z którą za każdym rogiem czai się spisek. Jednak nie. Myśmy sobie ten fragment audycji obejrzeli kilkukrotnie i zarówno w głosie, jak i w oczach, jak i w ogóle w całym wyrazie twarzy Sianeckiego, nie było śladu owej kpiny. Ja mam wrażenie, że ja bardzo dobrze znam zarówno Sianeckiego, jak i ten jego słynny, niby ukrywany chichot, tu jednak na jego twarzy malowała się coś, co mógłbym nazwać smutną refleksją.
A później już było tylko lepiej. Towarzyszący Sianeckiemu Artur Andrus, najpierw zrobił minę, jakby mu na łeb spadł 16-tonowy odważnik, a potem wydukał mniej więcej coś w rodzaju: „O, to widzę, że pan tu nam jakieś spiskowe teorie wygłasza”. I na to, wciąż z tym swoim delikatnym, smutnym uśmiechem, Sianecki powiedział coś takiego: „Proszę sobie wyobrazić, że to nie ja. Niech mi pan uwierzy, że to nie ja”.
I bez dodatkowych słów, zmienił temat.
Ktoś mnie zapyta, czy jestem pewien, że mi się coś nie pomyliło, a ja bardzo chętnie odpowiem, że owszem, jestem pewien. Ja naprawdę znam tych cwaniaków bardzo dobrze i bardzo dobrze wiem, co oni potrafią. Był czas, że ja niemal zawodowo studiowałem ich zachowania i zdążyłem się nauczyć każdej z tych ich sztuk. Tym razem jednak, jeden z nich z tą swoją przedziwną deklaracją wyskoczył jak Filip z konopii. Po co? Co mu strzeliło do głowy? Jakie on ma plany? Pojęcia nie mam. Możliwe oczywiście, że zwyczajnie zwariował, ale tego nie wiem. Mówię jak było, a było jak mówię. I nie zdziwię się, jeśli się okaże, że to dopiero początek.

Zachęcam do kupowania naszych książek. Z tego co słyszę, zarówno „Elementarz”, jak i „Marki, dolary…” są już na wyczerpaniu. Jeśli ktoś nie ma, proszę się spieszyć. O dodrukach na razie nie ma mowy. Wszystko można zamawiać pod adresem www.coryllus.pl.

niedziela, 26 lipca 2015

Like A Rolling Stone, czyli złote gody

Miniony tydzień tak nas wciągnął w różnego rodzaju bieżące wydarzenia, że przegapiliśmy absolutnie niezwykłą rocznicę. Oto w dniach 15 i 16 czerwca 1965 roku Bob Dylan nagrał, a 20 lipca tego samego roku wydał na płycie „Highway 61 Revisited”, jedną z najwspanialszych swoich piosenek „Like A Rolling Stone”. A zatem parę dni temu minęło okrągłe 50 lat od zdarzenia podwójnie znaczącego: publikacji tego niezwykłego przeboju, oraz wydania owego albumu – zdaniem niektórych najwybitniejszego albumu Boba Dylana. Z tej okazji chciałbym przedstawić jeden z rozdziałów mojej książki o muzyce, którego pozornym bohaterem jest akurat Al Kooper, ale o którym chyba jednak nie mielibyśmy wiele do powiedzenia, gdyby nie geniusz Boba Dylana.

W filmie Scorsesego o Dylanie, Al Kooper przedstawia niezwykle interesującą historię związaną z nagrywaniem być może najwybitniejszego, obok „Blonde On Blonde” i „Blood On The Tracks”, albumu Dylana, „Highway 61 Revisited”. Otóż kiedy miały rozpocząć się sesje, producent nagrania, Tom Wilson poprosił swojego kumpla, Koopera właśnie, żeby wpadł do studia i im potowarzyszył. Kooper nie miał grać na płycie – Dylan miał już odpowiedniego gitarzystę – Mike’a Bloomfielda. Chodziło tylko o to, żeby sobie tam z nimi pobył. Jednak Kooper, już wtedy niezwykle zdolny, a przede wszystkim bardzo ambitny, gitarzysta, wziął ze sobą gitarę i tylko czekał na okazję, żeby się podłączyć. Tak się jednak zdarzyło, że w pewnym momencie usłyszał Bloomfielda w akcji, i tak się okropnie zawstydził, że szybko ze swoją gitarą uciekł gdzieś w kąt.
Jednak myśl, żeby nie zaprzepaścić tej szansy i jakoś na tej płycie zaistnieć, była w nim tak silna, że korzystając z okazji, że oryginalny organista na chwilę przesiadł się do fortepianu, podszedł do Wilsona i zaczął go zapewniać, że właśnie wpadł mu do głowy fantastyczny pomysł na partię organ, i że on jest im gotów to zagrać. „Al, przecież ty nie grasz na organach” – zaprotestował Wilson. „Ależ oczywiście, że gram” – odpowiedział Kooper. I właśnie wtedy, kiedy Wilson miał już go ostatecznie pogonić, zadzwonił telefon, Wilson na jakiś czas odszedł, a Kooper, znów korzystając z okazji, szybciutko usiadł przy klawiszach, i kiedy zespół zaczął się przymierzać do kolejnej wersji piosenki, zaczął z nimi grać… No i w tym momencie okazało się, że to jest jakiś dramat, bo oto Dylan krzyczy: „You used to laugh about, everybody that was hangin’ out!”, a Kooper – będąc gitarzystą oczywiście, a nie organistą – gra kompletnie obok, wyprzedzając zespół o ten ułamek chwili, jakby się bał, że Wilson zaraz wróci i go wyrzuci.
No i stało się. Podczas odsłuchiwania kolejnych wersji numeru, Dylan nagle usłyszał grającego na organach Koopera, no i zdecydował: „Dajcie te organy głośniej”. I tak właśnie powstała ostateczna wersja piosenki Dylana „Like A Rolling Stone”, no a na kolejnej płycie Dylana „Blonde On Blonde”, Bloomfielda już nie ma, natomiast Kooper jak najbardziej. I gra oczywiście… na organach.
Czemu uważam tę historię za aż tak znaczącą i aż tak wartą ponownego opowiedzenia? Otóż przede wszystkim dlatego, że mi ogromnie zaimponowała reakcja Koopera na grę Bloomfielda. Przecież to nie było tak, że Kooper był słaby, lub że jeszcze wtedy był muzykiem zaledwie aspirującym. Skoro on tam się wówczas znalazł, to on nie mógł być byle kim. A jednak usłyszał Bloomfielda i się zawstydził. Usłyszał Bloomfielda – wcale nie jakiegoś starego mistrza, ale chłopaka ledwo parę lat starszego – i schował tę swoją gitarę do futerału.
Ale jest jeszcze coś. I wcale nie mam tu na myśli reakcji Dylana. Kto go zna, nie takie rzeczy widział. Chodzi mi mianowicie o to, że na następnych wiele lat Bloomfield i Kooper zostali bliskimi przyjaciółmi i jeszcze bliższymi współpracownikami. I chodzi mi też o to, że dwa lata po tamtej tak ważnej dla nas wszystkich sesji, to Al Kooper właśnie założył zespół Blood Sweat & Tears, dał im ten swój nieprawdopodobny wręcz głos, napisał dla niech szereg znakomitych kompozycji, w tym nieśmiertelne, dedykowane Otisowi Reddingowi, „I Love You More Than You Will Ever Know”, i mimo że wprawdzie już po roku dostał na nich cholery i zostawił ich samych na pastwę losu, oni sobie fantastycznie poradzili i – nie obchodzi mnie, co mówią specjaliści – ale dla mnie jest rzeczą bezdyskusyjną, że to dopiero oni tak naprawdę rozpoczęli coś, co można z czystym sumieniem nazwać jazz rockiem. Nie Graham Bond, nie Soft Machine, oczywiście też nie Paul Butterfield, ale właśnie oni. I – mimo że ich drugi album był jeszcze lepszy od pierwszego – wierzę, że to on za tym wszystkim od samego początku stał. I wcale nie jestem pewien, czy gdyby nie on i nie Blood Sweat & Tears, mielibyśmy choćby Colosseum, If, Chicago, czy Chase, nie mówiąc już o tych mniejszych. A skoro tak, zawsze jest miło zobaczyć, jak tak wielki talent rozkwitał od samego początku. I ile najwspanialszej muzyki by nas ominęło, gdyby nie on właśnie. A zatem, dla Ala Koopera: Trzykrotne hip hip hurra! Za wszystko.

I taka to historia. Na koniec bardzo chciałbym prosić wszystkich zainteresowanych, by zechcieli otworzyć sobie poniższy link. Oczywiście wolałbym, żeby zamiast niego pojawił się tu gotowy klip, ale ze względów o których łatwo się jest już za chwilę przekonać, jest to niemożliwe. A zatem, bardzo serdecznie zachęcam, również do korzystania z kursorów. Czegoś takiego chyba jednak dotychczas nie było:
http://video.bobdylan.com/desktop.html

Jeśli ktoś ma ochotę na więcej, zapraszam do księgarni Coryllusa pod adresem http://coryllus.pl/?wpsc-product=rock-and-roll-czyli-podwojny-nokaut.

piątek, 24 lipca 2015

Czy Bronisław Komorowski i Czesław Kiszczak zostaną zbawieni?

O zamówionej przez diabli wiedzą kogo mszy dziękczynnej za pięć lat prezydentury Bronisława Komorowskiego nie miałem ochoty pisać z dwóch powodów. Pierwszy to taki, że ja już na najbliższe dni mam parę tematów oczekujących, do których jestem bardzo przywiązany i nie mogę się doczekać aż je będę mógł tu przedstawić, drugi natomiast związany jest z moją bardzo silną niechęcią do komentowania decyzji mojego Kościoła, zwłaszcza gdy chodzi o jego relacje z ludźmi, których osobiście uważam za bezbożników większych od siebie. Pamiętam zarówno pojawiające się wokół komentarze, ale również swoje własne emocje, kiedy po do dziś nie do końca wyjaśnionej śmierci Bronisława Geremka, w warszawskiej katedrze, przy najbardziej uroczystej koncelebrze, została odprawiona Msza Święta za jego duszę. I to wtedy napisałem zdanie, z którego do dziś jestem bardzo dumny, a w którym wyraziłem przekonanie, że oni wszyscy tak naprawdę nic poza tym nie mają: „Jakiż to miałby pogrzeb wspomniany już profesor Bronisław Geremek, czy, jeszcze wiele lat jeszcze przed nim, Jacek Kuroń, gdyby zamiast w warszawskiej archikatedrze, został pożegnany w Pałacu Kultury, albo w budynku Sejmu, albo choćby i na brukselskich salonach, a mistrzami ceremonii byłby były premier Bielecki, red. Michnik i ewentualnie - jako osoba pobożna - Lech Wałęsa?
I oto dziś, na wiadomość, że 6 sierpnia, w dniu zaprzysiężenia Andrzeja Dudy, w jednym z warszawskich kościołów odbędzie się msza dziękczynna za prezydenturę Bronisława Komorowskiego, wielu moich przyjaciół wyraża pełne rozpaczy oburzenie, że oto stajemy wobec ciężkiej profanacji. Doszło nawet do tego, że któryś z nich zasugerował, że jeśli Kościół nie wycofa się z tego rzekomo bluźnierczego projektu, będziemy mieli do czynienia z jego ostatecznym końcem.
Otóż proszę sobie wyobrazić, że nic podobnego ani nam, a ni naszemu Kościołowi nie grozi. Ja dziś mogę zajść do swojego księdza proboszcza i zamówić u niego mszę za swojego brata, który nie dość że nie wierzy w Boga, to jeszcze jest bardzo agresywnym antyklerykałem, w podziękowaniu za jego długie, dobre i uczciwe życie, a ksiądz nie będzie miał żadnego wyjścia, jak ową intencje ode mnie przyjąć i mszę odprawić. Bo w ten sposób działa nasz Kościół. Jest otwarty na wszystkich, a niewykluczone że na nich najbardziej. Powiem więcej. Jeśli mój brat zdecyduje się wziąć udział w tej mszy i z pragnienia czystej psoty przystąpi do Komunii Świętej, ksiądz tej Komunię ma obowiązek mu udzielić, bo jeśli tego nie zrobi, wyjawni coś, czego publicznie wyjawnić mu nie wolno.
Tak – powtórzę to raz jeszcze – zorganizowany jest nasz Kościół. I tak właśnie jest bardzo dobrze. Nie mają bowiem znaczenia intencje, jakimi kierowali się ci, którzy postanowili, że to będzie bardzo zabawny figiel, jeśli w dniu zaprzysiężenia Andrzeja Dudy, warszawscy biskupi odprawią uroczystą Mszę w intencji Bronisława Komorowskiego za jego lata służby Bogu i Ojczyźnie. Nie będzie też miało żadnego znaczenia to, jeśli podczas tej Mszy, obok samego prezydenta i jego żony, do Komunii przystąpią Ewa Kopacz razem z Michałem Kamińskim, a oboje wspólnie jeszcze tam wciągną ledwo żywego Czesława Kiszczaka. Oczywiście, ja biorę pod uwagę, że ktoś się tym widokiem zgorszy, jednak, przepraszam bardzo, ale to jest już problem tylko tych zgorszonych.
I dla nich właśnie mam moim zdaniem bardzo dobrą radę: jeśli tak bardzo sobie cenicie własne zgorszenie, to postarajcie się je inwestować, myśląc bardziej o sobie, a nie o jakichś czarownikach.

Przypominam że pierwsza książka z felietonami z tego bloga jest jeszcze dostępna pod adresem toyah@toyah.pl. Dedykacja w cenie.

O dobrym doktorze Bartoszu i jego nieroztropnych kolegach

Mamy piątek, a więc kolejny numer „Warszawskiej Gazety”. Szczerze zachęcam, nie tylko ze względu na mój felieton.

Mamy czas wakacji, upał nie opuszcza, zmiana lokatora na Krakowskim Przedmieściu jeszcze nieco przed nami, można więc chyba zająć się sprawami mniej poważnymi.
Jestem pewien, że część z nas pamięta jeszcze medialne doniesienia o tym, jak to były już minister zdrowia Bartosz Arłukowicz udawał się gdzieś samolotem i podczas lotu uratował życie jednemu z pasażerów, który z jakiegoś powodu zasłabł. Ton informacji był taki, że pasażer ów stracił przytomność i kiedy wydawało się, że sytuacja robi się bardzo niebezpieczna, akurat w pobliżu znalazł się dzielny pan minister, podjął akcję ratowniczą, zastosował wszelkie niezbędne czynności i szczęśliwie swojego współpasażera uratował. Komentujący sprawę dziennikarze jeszcze przez parę dni rozpisywali się z jednej strony o bohaterstwie Arłukowicza, z drugiej o jego wyjątkowo zimnej krwi, ale przede wszystkim o jego niezwykłym kunszcie zawodowym. W pewnym momencie, doszło do tego, że któraś z gazet zwróciła się do innego lekarza o ocenę umiejętności zawodowych ministra zdrowia i lekarz ów mógł tylko potwierdzić, że z opisu zdarzeń wynika, że wszystko co Arłukowicz zrobił – zrobił bez zarzutu.
Dni mijały, news o dzielnym ministrze został wyparty przez nowe doniesienia na temat przygód pani premier Kopacz w wagonach restauracyjnych na trasach Pendolino, i oto czytam dziś w jednym z zaprzyjaźnionych tygodników, że ów dramatyczny incydent w powietrzu, choć oczywiście jak najbardziej poruszający, zasługiwał na zdecydowanie więcej naszej uwagi, niż pierwsza z brzegu wakacyjna plotka. Oto, jak się dowiadujmy, uratowany przez Bartosza Arłukowicza pasażer, to nie zwykły obywatel, lecz sam senator Platformy Obywatelskiej Sławomir Preiss, który w towarzystwie partyjnych kumpli, z ministrem Arłukowiczem na czele, udawał się samolotem z Warszawy do Szczecina. I stało się tak, że ów Preiss w pewnym momencie się tak, że tak powiem, „nawalił”, że zaczął kolegom schodzić. No i to wtedy właśnie doktor Arłukowicz wkroczył do akcji i wyrwał Preissa z objęć śmierci.
Dokładnych szczegółów tygodnik nie podaje, a zatem nie wiadomo, czy oni wszyscy tam byli po wypiciu, tyle że Preiss gorzej zniósł pobyt w powietrzu, czy może ten Preiss już tak ma, że nigdzie się nie rusza bez flaszki, a reszta, włącznie z Arłukowiczem, leciała na trzeźwo. Nie wiemy też, co tak naprawdę Pressowi się stało, a więc, czy jemu trzeba było robić aż sztuczne oddychanie, czy tylko wystarczyło go przewrócić na brzuch, żeby się nie udławił. To jednak jest nie tak już ważne. Wbrew temu, co się nam może wydawać, nie jest nawet ważne, że oni tam najwyraźniej są już w takim stanie, że grzeją ostro i na okrągło. To co naprawdę zadziwia, to fakt, że reżimowe media wciąż potrafią człowieka zaskoczyć. Kiedy wydawało się, że oni nam już pokazali wszystko, numer z bohaterskim doktorem Arłukowiczem przebija wszystko. I dowodzi, że tak naprawdę wiele jeszcze przed nami.

Przypominam, że mam tu u siebie jeszcze kilka ostatnich egzemplarzy pierwszego zbioru felietonów z tego bloga „O siedmiokilogramowym liściu i inne historie”. Osobista dedykacja w cenie. Gorąco namawiam do zgłaszania się pod adresem toyah@toyah.pl.

czwartek, 23 lipca 2015

O Mszę dla Polski

Mogę oczywiście czegoś nie pamiętać, czy w ogóle mogło się zdarzyć, że coś przegapiłem, jednak wydaje mi się, że sposób, w jaki przy okazji ledwo co przeżywanego przez nas procedowania przez polski parlament tak zwanej „ustawy o leczeniu niepłodności”, a w rzeczywistości legalizacji metody in vitro w jej możliwie najbardziej liberalnej formie, na to co się dzieje zareagował Kościół, był w całej najnowszej historii Polski absolutnie unikalny. Mieliśmy tu naprawdę bardzo wiele najróżniejszego rodzaju sytuacji, gdzie wielu z nas wręcz modliło się o to, by wreszcie biskupi zabrali głos, a po tamtej stronie pojawiała się albo kompletna cisza, albo jakieś nikomu nic nie mówiące wypowiedzi – bez celu i bez powodu. Tym razem jednak Kościół najwidoczniej uznał, że nie dość, że nie można milczeć, to jeszcze konieczne jest wołanie głośne bardzo, jednoznaczne i adresowane możliwie bezpośrednio. No i na poziomie najwyższym, czyli Episkopatu.
Jaki był wynik tych apeli wiemy już dziś wszyscy, a widząc, w jaki sposób przez wielu, jak słyszę, członków mojego Kościoła, potraktowany został głos Hierarchii wraz z wysyłanymi przez nią wszystkim możliwymi ostrzeżeniami, czuję już nawet nie smutek, ale zwykły lęk. Bo to co przed nami to w moim rozumieniu oczywisty rozłam. Z tego co słyszę, doszło do tego, że już w krótce w jednym konfesjonale będzie siedział ksiądz A, w drugim ksiądz B, tu komunii będzie udzielał ksiądz C, a tam ksiądz D – i do każdego z tych punktów ustawiać się będą osobne kolejki. Aż wreszcie może zareaguje Watykan. A ten chyba jednak ma inne rzeczy na głowie, niż zaglądanie do Polski i rozdzielanie tam politycznie zwaśnionych stron.
W poprzednią niedzielę udaliśmy się na mszę świętą w kościele pod wezwaniem świętych Piotra i Pawła w Szentendre pod Budapesztem. Pisałem o tym trochę w jednej z poprzednich notek, dziś więc tylko parę dodatkowych refleksji. Ale może jednak zacznę od pewnego dawnego dość wspomnienia. Nie wiem, ilu z nas pamięta Piotra Wierzbickiego, człowieka, który zanim przeszedł do „gazowni”, był naczelnym „Gazety Polskiej”, ale jestem pewien, że jeśli już, to każdy ma swoje powody, by czy to Wierzbickiego szanować, czy go nie lubić. Gdy jednak chodzi o mnie, ja go wspominam za jedno zdanie, które ten zamieścił w swojej książce o tak zwanym „szarym człowieku”, a brzmiało ono mniej więcej tak, że szarego człowieka możemy spotkać w Polsce wszędzie, z wyjątkiem w kościele na Mszy Świętej. W kościele podczas Mszy Świętej, zdaniem Wierzbickiego, ludzie, którzy zwykle choćby i są wyjątkowo szarzy, stają się natychmiast kolorowi. Przypomniał mi się więc ów Wierzbicki, kiedy rozglądałem się ciekawie po kościele w węgierskim miasteczku Szentendre i obserwowałem modlących się ludzi. Były tam więc oczywiście osoby starsze, ale też mnóstwo młodych małżeństw, rodzin z małymi dziećmi, ale też młodzieży, nastoletnich dziewcząt i chłopców. Ponieważ był tragiczny upał, a miejsce ściśle wakacyjne, wszyscy byli ubrani bardzo lekko, to co mnie jednak uderzyło, to fakt, że kobiety, nawet jeśli do kościoła przyszły ubrane w lekkie stroje, po wejściu do kościoła wszystkie – i mówiąc „wszystkie” w najmniejszym stopniu nie przesadzam – wyjmowały z torebek specjalne szale i przykrywały nimi ramiona. I w ten sam sposób zachowywały się zarówno panie w starszym wieku, w wieku średnim, ale też te najśliczniejsze węgierskie dziewczyny, których tam było, jak na moje nerwy, dużo za dużo. One wszystkie wyjmowały ze swoich torebek albo te chusty, albo lekkie sweterki i zakrywały nimi ramiona. A obok nich stali starsi panowie i młodzi chłopcy i wszyscy byli tak piękni i skupieni i rozmodleni, że ja nagle zacząłem sobie zadawać pytanie, czy to możliwe, że oni po wyjściu z kościoła staną się znowu szarzy?
No a potem była już tylko msza i to nabożeństwo, to skupienie i te śpiewy – tak wstrząsające, że ja czegoś takiego u nas w Polsce nie miałem okazji przeżyć. Msza się skończyła, Kościół wstał, wyszedł i tam już na zewnątrz po chwili zrobił się kolejny tłum, złożony z ludzi, którzy sobie tam stali i rozmawiali. A mi tylko udało się jeszcze zrobić parę zdjęć, jeszcze zanim ich było już na tyle dużo, by mi się wszyscy w tym Kościele roztopić. Proszę, rzućmy okiem na jedno z nich. I miejmy nadzieję, że ta ich wiara – i ta wierność – dotrze w jakiś sposób i do nas. Bo, nie oszukujmy się, wyjątkowo ich potrzebujemy.

środa, 22 lipca 2015

I zawsze śmierć, jej żywy krok

Jednym z miejsc w Budapeszcie, których nie wolno nie odwiedzić jest oczywiście tak zwane Muzeum Terroru, gdzie każdy kto życzy sobie poznać najnowszą historię narodów, które miały to nieszczęście, by najpierw przejść przez czasy niemieckiej okupacji, a następnie przez nieszczęścia komunizmu. Dwie rzeczy uderzają, kiedy już kupi się ten bilet i minie ten sowiecki czołg, który jest do obejrzenia za darmo, jak te niedźwiedzie w warszawskim zoo: pierwsza to ta, że tu nie ma mowy o jakichkolwiek żartach, kabaretach i wesołych anegdotach z czasów minionych, a druga, że to muzeum to jest kawałek absolutnie profesjonalnej roboty. Miałem dwa razy okazję oglądać Muzeum Powstania Warszawskiego, byłem też bardzo niedawno w Muzeum Polskich Żydów i powiem szczerze, że nie ma sposobu by jedno i drugie próbować porównywać do budepesztańskiego Muzeum Terroru. Przepraszam bardzo ale to jest kosmos.
Nie będę przedstawiał tu tego wszystkiego co tam widziałem i przeżywałem, bo uważam, że każdy z nas powinien znaleźć okazję, by pojechać na Węgry i postarać się zwiedzić to miejsce, natomiast chciałbym tylko zwrócić uwagę na dwie rzeczy. Pierwsza to taka, że Węgrzy okresu komuny w żaden sposób nie traktują jak okazji do wesołych wspomnień, a wszelkich związanych z tamtym czasem pamiątek, jako elementów nowej popkultury. A zatem, podejrzewam, że gdyby któremuś z nich pokazać polską knajpę pod nazwą na przykład „Słodycze PRL-u”, gdzie cały wystrój sali oparty jest na socrealistycznej estetyce, ten ktoś mógłby się bardzo zdziwić. Na Węgrzech to całe nieszczęście pozostaje nieszczęściem i tylko nieszczęściem.
I to jest refleksja pierwsza. Druga z nich jest związana z niejakim Matiasem Rakosim, czy może lepiej, jak to wolą Węgrzy, Rakosim Matiasem, jednym z największych i najbardziej okrutnych zbrodniarzy, jaką w całej swej historii nosiła święta ziemia. Otóż kiedy się przechodzi przez owo nieprawdopodobne wręcz muzeum, można odnieść wrażenie, że tak naprawdę owe czasy terroru to są tylko oni – ten łysy człowiek bez szyi i jego skośnooka żona. Ponieważ tam większość informacji jest podana w języku węgierskim, nie jest łatwo się zorientować, z kim tu mamy do czynienia, jednak obecność tego Rakosiego na każdym niemal kroku, czy to w postaci wielkich socrealistycznych obrazów, czy zdjęć, czy starych filmów, czy oryginalnego modelu samochodu, którym on jeździł, a wszystko to w kontekście absolutnie nie skłaniającym do relaksu, wskazuje, że tak naprawdę węgierska pamięć jest splątana na zawsze wokół tych dwojga ludzi – owego Rakosiego i jego żony gdzieś z dalekiej Jakucji.
Ponieważ od kilku dni wciąż mam te Węgry w głowie, staram się nadrobić wszelkie braki, jakie nazbierały mi się przez całe życie i oto znajduję informację, że ów Rakosi, wywieziony przez Sowietów z Węgier w roku 1956 nigdy już nie wrócił do kraju i zmarł na owym szczególnym wygnaniu w mieście Gorki w 1971 roku. Czytam też że w roku 1970 komunistyczne władze Węgier wydały Rakosiemu zgodę na powrót do ojczyzny, pod warunkiem, że nie będzie się angażował w politykę – co też musi świadczyć o jego szczególnym statusie! – jednak ten im bardzo wyraźnie pokazał, gdzie jest jego prawdziwa ojczyzna i już tam w tym Gorkim został.
Czytam też, że po jego śmierci, skutkiem starań czy to rodziny, czy przyjaciół, czy politycznych wyznawców, prochy Rakosiego zostały sprowadzone na Węgry i spoczęły w na budepesztańskim cmentarzu Farkasrét, jednak jego grób do dziś jest oznaczony jedynie inicjałami, w obawie przed tym, że ktoś przyjdzie i najpierw zrówna go z ziemią, a potem się na niego wysra. Póki co jednak, wystarczy spojrzeć na poniższe zdjęcie, by się przekonać, że ktoś bardzo dba, by temu złu nie stała się najmniejsza krzywda.
I taka to historia. Co ona nam mówi? Sam się zastanawiam.



Przypominam, że ostatnie już egzemplarze książki „O siedmiokilogramowym liściu” można zamawiać pod adresem toyah@toyah.pl. Dedykacja w cenie. Polecam serdecznie.

wtorek, 21 lipca 2015

O pomniku, którego nienawidzą bardziej niż nas



W poprzedniej notce wspomniałem o pomniku, który stoi na budapesztańskim Placu Zwycięstwa i jest bardzo brutalnie kontestowany przez polityczne środowiska żydowskie, zarówno w samych Węgrzech, jak i naturalnie za granicą, no a skoro przez nie, to i jak najbardziej przez różnego rodzaju lokalne agendy. Chciałbym więc dziś może temat ów potraktować osobno, tak byśmy może dowiedzieli się na ten temat nieco więcej, i choćby w ten sposób poczuli wspólnotę losów wobec owej niebywałej wręcz agresji.
Kiedy wiosną zeszłego roku Węgrzy przystąpili do budowy pomnika mającego na celu upamiętnienie ofiar niemieckiej okupacji roku 1944, niemal wszyscy amerykańscy kongresmeni żydowskiego pochodzenia zwrócili się z petycją do premiera Victora Orbana, by się opamiętał i z realizacji swojego projektu wycofał. Wprawdzie wówczas jeszcze chyba nie były znane ani ostateczny kształt a już na pewno do końca symbolika pomnika, jednak przeciwko Węgrom skierowano całą siłę owego protestu, z tego jednego powodu, że im nagle przyszło do głowy uznać, że oni akurat mogą mieć coś do powiedzenia na temat II Wojny Światowej, poza pokornym przyznaniem się do swojego w niej udziału w charakterze sojuszników hitlerowskich Niemiec.
Amerykańcy Żydzi zarzucili więc Węgrom, że kiedy ci próbują na swój sposób upamiętnić ofiary niemieckiej okupacji Węgier, za tym gestem wręcz automatycznie stoi równoległa próba usprawiedliwiania udziału samych Węgrów w Holokauście, bo zdaniem Żydów, każdy przytomny człowiek wie, że gorliwość z jaką Węgrzy mordowali ich ojców i dziadków często przekraczała to, czego od nich wymagali niemieccy okupanci. A na to, by ktokolwiek próbował oskarżać Niemców o to, co nie było ich udziałem, żaden Żyd nie pozwoli.
Pomnik w proponowanym kształcie”, powiedział kongresmen Eliot Engel, „który przez obraz anioła atakowanego przez niemieckiego orła symbolizuje zwolnienie Węgrów z odpowiedzialności za Holocaust, nie doprowadzi do zgody, a bolesne rany jedynie rozdrapie. Byłoby czymś bardzo smutnym, gdyby rząd węgierski podtrzymał swoje plany budowy pomnika, który stanowi przykład dramatycznego braku wrażliwości i w ten sposób nie może właściwie upamiętnić tamtego strasznego czasu”.
Inny przedstawiciel amerykańskiej diaspory, kongresmen Henry Waxman dodał: „Jest mi bardzo przykro, kiedy widzę jak zapowiadany pomnik ma zafałszować rolę, jaką Węgrzy odegrali przy deportacji swoich żydowskich współobywateli i mam tylko nadzieję, że premier Orban wspólnie z organizacjami żydowskimi wypracuje odpowiedni sposób upamiętnienia tego, co tworzy wojenne doświadczenie wszystkich Węgrów”.
W reakcji na ów atak, Victor Orban przedstawił swoje stanowisko w czterostronicowym liście, w którym napisał między innymi: „Ofiary – czy to żydzi, czy chrześcijanie, czy osoby niewierzące – były ofiarami niemieckiego imperium, które jednym zbrodniczym gestem zakwestionowało dwa tysiące lat chrześcijańskiej tradycji. Przyznaję z bólem, że kolaboracja węgierskich elit z niemieckim okupantem pozostaje naszym grzechem, który trudno wybaczyć, jednak nie może być tak, by Węgrzy brali na siebie odpowiedzialność za grzechy, których nie popełnili. Chcemy stwierdzić wyraźnie i jasno fakt, że deportacje nie miałyby miejsca, nie byłoby tamtych wagonów i setek tysięcy ofiar, gdyby nie niemiecka okupacja”.
Stanął więc ten pomnik, na którym widzimy archanioła Gabriela z królewskim jabłkiem z krzyżem i wznoszącym się nad jego głową niemieckim orłem, a wokół trwa nieustanny zgiełk, który nie ustanie dopóki Węgrzy nie pochylą w pokorze głów i nie przyznają, że tak, to oni stali za tym całym nieszczęściem. Nie Niemcy, ale oni. Oczywiście, tak zapewne by nikt krytykom pomnika nie zarzucił kierowania się względami ideologicznymi, pojawiają się też zarzuty natury ściśle artystycznej. Oto ktoś twierdzi, że nad kształtem pomnika nie odbyła się publiczna dyskusja, a to w demokracji nie uchodzi, że sam pomnik jest brzydki i kiczowaty, kto inny wręcz zauważył, że archanioł Gabriel ma twarz młodego Victora Orbana, jeszcze ktoś uznał, że pomnik tak naprawdę upamiętnia niemieckich żołnierzy okupujących Węgry. A autor projektu pomnika, znany i uznany artysta nazwiskiem Párkányi Raab Péter, wciąż cierpliwie tłumaczy, że on zadbał o każdy najdrobniejszy jego element, tak by sprawiedliwość została oddana wszystkim bohaterom tej ponurej historii. A więc pracując nad swoim projektem, zwrócił uwagę na to, by Gabriel owego jabłka nie wznosił w geście triumfu, lecz wręcz przeciwnie, by z przymkniętymi jak we śnie oczyma, z trudem je chronił… poniżył się nawet do tego, by wyjaśnić, że jego modelem nie był młody Orban, lecz – tak jak to zwykle w tego typu sytuacjach bywa – jego żona. Wszystko na nic.
Stoi więc sobie ten pomnik i choć protest, jaki się wciąż wokół niego organizuje, nie jest tak pełen nieprzytomnej wręcz agresji, jak przed rokiem, kiedy to w obawie przed jego dewastacją cały teren musiał zostać odgrodzony specjalnymi barierkami, to wciąż jest jak najbardziej widoczny, tyle że estetycznie ucywilizowany w postaci wkomponowanego już chyba na stałe w tę przestrzeń pojedynczego drutu kolczastego i całego szeregu żydowskich pamiątek takich jak stare walizki, laski, futerały na skrzypce, i owe dziesiątki kamieni z wypisanymi na nich imionami ofiar, i z tym jednym już tylko żądaniem, by tam na tym placu nikt ani jednym słowem nie wspomniał o tym, że Węgrzy w tamtej wojnie nie byli agresorem, ale przede wszystkim ofiarą.
To, no i jeszcze jedno, trochę ukryte, ale dla każdego, kto tam był i miał czas by się rozejrzeć dookoła idealnie widoczne: by na tym placu było miejsce tylko dla tego jednego wspomnienia, po bohaterskich radzieckich żołnierzach, którzy wyrwali Węgry ze szpon faszystowskiej międzynarodówki i dla tego pięknego napisu: „Chwała radzieckim bohaterom i wyzwolicielom”. To jest coś, co ani nigdy nie przeszkadzało, ani nigdy przeszkadzać nie będzie, ani amerykańskim Żydom, ani europejskim biurokratom, ani węgierskim intelektualistom, i oczywiście ich polskim sojusznikom.
To nie. Nie to.

Jak zawsze zapraszam wszystkich do księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie są do kupienia nasze książki. Szczerze polecam.