niedziela, 21 stycznia 2018

Gdy Jezus zamieszkał w Watykanie

     Ponieważ wczorajsza notka wywołała zainteresowanie takie sobie, a ja osobiście uważam, że dziś być może nie ma tematu pod pewnymi względami ważniejszego, i prawdę mówiąc jestem akurat w takim nastroju, by pisać tylko na ten jeden temat, najpierw pomyślałem sobie, że może ów tekst zostawię, by sobie tu pobył przez tę dzisiejszą niedzielę, jednak ostatecznie zdecydowałem, że przypomnę tu refleksję jeszcze sprzed trzech lat, a jutro się zobaczy, ale ostrzegam, że może być jeszcze gorzej.    


      Co do znajomości Pisma Świętego, jestem znacznie słabszy, niż by wypadało. To co jednak wiem nieprzerwanie od dzieciństwa, to to, że Swoją miłość Jezus kierował głównie do ludzi grzesznych, upadłych i odrzuconych. Już przy Jego narodzeniu, wieść o nim została zaniesiona najpierw do pasterzy, a więc – nie oszukujmy się – ludzi, którzy musieli mieć sporo za uszami. Podobnie zresztą było z Apostołami. Jak mówię, nie bardzo mam podstawy, by się tu wymądrzać, ale z tego co pamiętam, większość z nich, kiedy ruszali za Jezusem, nie była jakoś szczególnie duchowo mocna. No i wreszcie główna wiadomość z owych paru lat, kiedy On nauczał: Maria Magdalena nie była żadnym wyjątkiem.
      Natomiast ja, owszem, dobrze wiem, że jeśli Jezus potrafił być naprawdę brutalny, to wobec ludzi wówczas najbardziej religijnych i, gdy chodzi o Pismo, najlepiej wykształconych. To ich systematycznie napominał, im groził wieczną karą, jeśli się nie opamiętają, a bywało, że zwyczajnie potępiał. To nie prości grzesznicy, ale owi ludzie bez skazy, byli pierwszym przedmiotem Jego gniewu.
      Podobnie jak jestem mało kompetentny w słowach Pisma, tak samo dość kiepsko się orientuję w naukach papieża Franciszka. To co wiem jednak na pewno, wystarczy mi, by nie przegapić owego niezwykłego faktu, że jego nauczanie jest zwrócone głównie do ludzi grzesznych, upadłych i odrzuconych, a jego gniew własnością tych, którzy od lat pluskają się w aurze najczystszych.
      A jedno wiem na pewno, i tu nie muszę ani mieć szczególnie dobrej pamięci, ani być kimś wybitnie oczytanym, ani na bieżąco z doniesieniami na temat tego, co się dzieje na linii Watykan - Lud Boży. Ja mianowicie widzę to, słyszę i czuję każdego dnia, jak wielką wściekłość we współczesnych uczonych w piśmie wywołuje owa papieska nauka. Przyjmuje Franciszek na audiencji grzesznego księdza, który stojąc wręcz nad grobem, pragnie jeszcze z nim – niejako rzutem na taśmę – porozmawiać, rozmawia z nim, a potem przytula, całuje w rękę i się z nim żegna, a faryzeusze wyją ze złości. Franciszek, zwracając się do owych faryzeuszy, by dzieląc się swoją wiarą z ludźmi grzesznymi i słabymi, czynili to tak, by nikogo do Jezusa nie zniechęcać, a ci się w tym momencie zaczynają jeżyć i wołają: „A może on by się zamiast nami, zajął pedałami?” Apeluje wreszcie papież do tych, co już nawet się nie budzą ze snu w Duchu Świętym, by nie odłączali się od tego jednego Kościoła, który jest nasz i tutaj, a oni marszczą brwi z niezadowolenia i pytają się jeden drugiego: „A ten czego znowu od nas chce?”
      Ponieważ nawet jeśli on im odpowie, to i tak go nie zrozumieją, sam im wyjaśnię tę zagadkę: On od Was chce tego samego, czego chciał od Was Jezus. Ocalić Was przed Waszym grzechem. Nic więcej, nic mniej.

Zapraszam oczywiście do księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, gdzie można kupować moje książki.


sobota, 20 stycznia 2018

O tych co przychodzą po zmroku

      Napisałem tu niedawno tekst, w którym wziąłem w obronę papieża Franciszka przed agresją ze strony naszych głównych portali prawicowo-katolicko-niepodległościowych, zarzucających mu wspieranie aborcji. Oczywiście, wystarczyło zaledwie parę godzin, by plotki, które stały na samym początku tego kłamstwa, zostały skutecznie odsłonięte, niestety wszystko co nastąpiło potem, jedynie potwierdza od dawną znaną prawdę, że na zatwardziałe serca i umysły nawet sam Diabeł nie pomoże. A już zwłaszcza gdy on nie ma najmniejszego interesu, by cokolwiek tu jeszcze mieszać. Portal, który nas tu, ze zrozumiałych względów, być może interesuje najbardziej, a więc wpolityce.pl, zamiast przeprosić za tekst swojego głównego teologa Grzegorza Górnego i zająć się sporem na linii Kukiz – Balcerowicz, zamieścił tekst kolejny, w którym Górny bije na alarm, pokazując jak to Kościół, którego, jak wiemy z obietnicy samego Jezusa, bramy piekielne nie przemogą, zostaje połykany przez wszelkie zło tego świata. W tekście zatytułowanym „Czy droga Kościoła prowadzi do Boga, czy do nowoczesności”, Górny, opierając się na kilku wyrywkowych, zaczerpniętych oczywiście – bo skąd inąd – z doniesień medialnych, wypowiedziach hierarchów, którzy prawdopodobnie bez aktywności wspomnianych mediów by zwyczajnie nie istnieli, udowadnia, że sprawy się mają dokłanie tak jak on, Górny, mówi, a więc Kościół rzeczywiście, zamiast do Boga, prowadzi nas do nowoczesności. Jakie to są doniesienia? Otóż jeden z niemieckich biskupów, Franz-Josef Bode, wyraził opinię, że pary homoseksualne powinny zostać obięte opieką Kościoła; kardynał Tobin z Newark w wywiadzie dla „New York Timesa” powiedział, że nie widzi powodu, by kiedyś w przyszłości kardynałem nie została kobieta; jakiś ksiądz ogłosił, że jego zdaniem Kościół powinien przestać traktować antykoncepcję jako grzech; biskup Dunn z Auckland na spotkaniu z lokalną młodzieżą stwierdził, że Kościół powinien się otworzyć na środowiska LGBT; Archidecezja Los Angeles ogłosiła program czegoś, co nosi nazwę Kongresu religijnego i tam podobno aż dziewięć – Górny zapewne wie, choć nam nie powie, na ile w sumie – wystąpień ma być związanych z problemem LGBT; niejaki ksiądz Paul Zulehner z Wiednia w wywiadzie dla lokalnej gazety zapowiedział, że w roku 2019 papież Franciszek uzna kapłaństwo kobiet.
      Znalazł Górny w internecie te informacje, napisał na ten temat tekst o tym, że papież Franciszek, zamiast prowadzić nas do Boga, prowadzi nas do Szatana, pobiegł z owym tekstem do swoich kumpli Karnowskich, ci mu oczywiście natychmiast ten tekst zamieścili na swoim portalu i… przepraszam bardzo, ale nie przychodzi mi do głowy nic innego, jak tylko to, że ów interes się kręci.
      W tej sytuacji ja też coś opowiem. Otóż mam kolegę, który mieszka na wsi pod Warszawą i tam jest kościół, do którego ów kolega tradycyjnie uczęszcza, a którego być może najbardziej prominentnym parafianinem jest jeden z braci Karnowskich. Otóż jest tak, że od czasu do czasu, w ramach swojego kolejnego tournee po kraju, do owej wsi zajeżdża Grzegorz Górny, a po niedzielnej mszy świętej, ksiądz proboszcz zaprasza go na ambonę, by ten opowiedział o swojej książce o Świętym Gralu, która przy wyjściu z kościoła jest oferowana do sprzedaży. Przepraszam wszystkich bardzo, ale – zakładając, że Grzegorz Górny w swoim tekście słusznie bije na alarm – mam bardzo silne przekonanie, że to co być może faktycznie zwiastuje problemy, to nie ów biedny staruszek, 78-letni dziś już ksiądz Paul Zulehner z Wiednia, ale ów wypasiony byczek nazwiskiem Górny, jak się domyślam, z Warszawy.

Jutro niedziela, a więc i Msza Święta. Tam na szczęście ludzie, zamiast kupować książki, będą się normalnie, jak to ludzie, modlić. Jeśli jednak ktoś ma ochotę soboie poczytać na poziomie, zapraszam do księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl.



piątek, 19 stycznia 2018

Sukces, czyli i ty zostaniesz urzędnikiem

Ponieważ dziś nic sensownego mi do głowy nie przychodzi, proponuję, byśmy z lekkim wyprzedzeniem zajrzeli do „Warszawskiej Gazety”. A tam mój najnowszy felieton na bardzo inspirujący temat. Polecam.

      Prace komisji do spraw warszawskiej reprywatyzacji się rozkręcają, niemal każdy kolejny tydzień przynosi nowe, niekiedy wręcz fascynujące, wiadomości, jak choćby ta najnowsza, dotycząca tego, że kuratorem wyznaczonym przez Ratusz do jednej ze spraw był oficer Służby Kontrwywiadu Wojskowego, czy nieco wcześniejsza, że mąż i córka Hanny Gronkiewicz Waltz zwrócili miastu po okrągłym milionie, na mnie jednak największe wrażenie zrobiła informacja, że niejakiemu Jakubowi R, już wcześniej oskarżonemu o przyjęcie łapówek w wysokości 30 milionów złotych, dołożono kolejny zarzut tym razem w wysokości 20 milionów.
      Powiem uczciwie, że na łapówkach się nie znam, głównie dlatego, że właściwie nigdy nie pełniłem funkcji, które dawałyby mi tu jakieś możliwości edukacyjne. No dobra, raz się zdarzyło, że, kiedy jeszcze pracowałem w szkole, jeden z rodziców chciał mi wcisnąć pięćset złotych, bym jego dziecku załatwił zdanie matury, no ale przede wszystkim wszyscy chyba wiedzą, że to musiał być jakiś żart, no a poza tym, cóż to jest pięć stów w porównaniu z 50 bańkami? W sytuacji jednak, która mnie tak poruszyła, może jeszcze bardziej, niż sama wysokość łapówki, wrażenie robi fakt, że ów Jakub R. to ani minister, ani wiceminister, ani dyrektor w ministerstwie, ani prezydent, czy któryś z wiceprezydentów miasta, ani nawet dyrektor w warszawskim Ratuszu, ale zaledwie – że pozwolę sobie zacytować – „zastępca Dyrektora Biura Gospodarki Nieruchomościami Urzędu m.st. Warszawy”.
      Proszę zwrócic uwagę na to, co się tu dzieje. Mamy oto urząd jednego z polskich miast, jakieś biuro, jego dyrektora, owego dyrektora zastępcę, oraz system, w którym ów urzędnik-zastępca jest w stanie do swojej pensji dorobić na poziomie kilkudziesięciu milionów złotych. Ma ów urzędnik prawdopodobnie żonę, dzieci, dzieci chodzą do szkoły, a tam koledzy się pytają, co robi tatuś, na co pada odpowiedź: „Jest urzędnikiem w Ratuszu”, a tu nagle pojawia się suma 50 milionów złotych. Jak to możliwe? Bo „taki mamy klimat”?
     Otóż tak to właśnie widzę. To musi być kwestia klimatu i nie udawajmy, że chodzi tylko o Warszawę. I nie chodzi tylko o Warszawę, nawet jeśli tę sumę obniżymy do jednego miliona. I jeszcze coś. Nie oszukujmy się. Tu nie może chodzić tylko o urzędy miast.
      Wypadałoby te uwagi zakończyć jakąś mocną refleksją, a ja zrobię coś mocno nieortodoksyjnego, a więc sięgnę po pomoc do samego Jacka Fedorowicza, któremu jeszcze w czasach PRL-u władza pozwoliła wydać naprawdę znakomitą książeczkę pod tytułem „W zasadzie tak”, w której napisał on, że komuna to jest takie miejsce na świecie, gdzie człowiek wprawdzie helikoptera sobie nie kupi, ale na flaszkę zawsze starczy. Komuna już dawno za nami, podobnie jak cała tamta słodko-gorzka atmosfera. Wkroczyliśmy w nowy wspaniały świat, gdzie, aby kupić sobie helikopter, a nawet kilka, nie trzeba być ani tak zwanym badylarzem, ani nawet milicyjnym kapusiem. Wystarczą zarękawki.




Oczywiście, książki, jak zawsze, są do kupienia w księgarni pod adresem www.basnjakniedziwedz.pl, a jeśli ktoś woli klikać od razu, to tu na blogu, w okładkę tuż obok. Zachęcam.

czwartek, 18 stycznia 2018

Porównali mnie do Józefy Henellowej! Czy Patryk Jaki się za mną ujmie?

      Gdyby ktoś nie wiedział, to chciałem poinformować, że Krzysztof Pieczyński, to, jak wielu innych polskich aktorów, zaledwie polski aktor, dla nas natomiast interesujący z dwóch powodów. Pierwszy to ten związany z jego karierą aktorską, a więc rolami w takich perłach polskiego kina, jak „Krzyk”, „Tanie pieniądze”, „Prowokator”, „Pokuszenie”, „Grający z talerza”, „Enduro Bojz”, „Daleko od okna”, „Uwikłanie”, „Ziarno prawdy” i daję słowo, że wielu, wielu innych – a przy okazji równie wybitnych – a drugi, dotyczący już jego życia osobistego, które potoczyło się w taki sposób, że on pewnego dnia doszedł do wniosku, że jest tak przystojny, że powinien zaryzykować w samym Hollywoodzie, wyjechał tam, po pewnym czasie wrócił, rozpił się, a następnie oszalał i dziś – oczywiście nadal wystepując w kolejnych arcydziełach polskiej kinematografii – stanął na czele założonej przez siebie organizacji, której celem statutowym jest zdelegalizowanie Kościoła Katolickiego.
     Choć pewnie nie jest to dla mnie powodem do szczególnej chwały, ja o tym Pieczyńskim słyszałem wcześniej, a to mianowicie przy okazji jego działalności społecznej, która staje się niekiedy tak ekstrawagancka, że o kolejnych jego wybrykach donoszą wszystkie spragnione krwi media, no a ja, chcąc nie chcąc, muszę w tym brać jakiś tam udział. Ostatnio na przykład dowiedziałem się, że ów Pieczyński – przypominam, że w pierwszym rzędzie aktor filmowy – ogłosił ni mniej ni więcej, jak to mianowicie:
      „Co to za świat, ten świat snów? To jest świat uwolniony od ego, od tej męskiej zasady. Świat bliższy tej części bóstwa, która reprezentuje żeńskość, księżyc, boginie. Ten świat bogini rodzi, czyli nadaje formę wszystkiemu. Mężczyzna zapładnia. Ten świat daje nam nieustanne impulsy. Nasza dusza, kiedy jest pozbawiona ego, jest zabierana z ciała, jest informowana przez kolory i przez światło wyższych inteligencji kosmicznych, jest pouczana. Przez kody światła ta dusza wraca i odbywa się nieustanny proces ewolucji. Dlatego Kościół chce kontrolować sny.
      A zatem, jak widzimy, jest nieciekawie, ale nikt nie powie, że nieinteresująco.
      I oto, proszę sobie wyobrazić, że w dniu wczorajszym wszystkie nasze media obiegła sensacyjna wręcz informacja, że ów Krzysztof Pieczyński szedł sobie ulicą gdzieś w Warszawie i nagle zatrzymał się przy nim obcy człowiek, i nazwał go „pedałem”. Pieczyński na to, zamiast wzruszyć ramionami i pójść dalej, wdał się z tym dziwakiem w dyskusję, no i od słowa do słowa doszło do bijaktyki, która skończyła się wezwaniem policji i wszystkim tym, co się zwykle z tym wiąże. Stan rzeczy na dziś jest więc taki, że obaj panowie oskarżają się wzajemnie o napaść, policja prowadzi dochodzenie, a ja się zastanawiam, jak ja bym się zachował w sytuacji, gdyby ktoś do mnie na ulicy powiedział „pedale”. Przyznaję, że raz zdarzyło mi się, że grupa młodzieży na pobliskim osiedlu zaczęła na mnie krzyczeć „Owsiak, ty chuju”, ale raz, że ja na te złośliwości nie zareagowałem, a dwa, że nawet gdybym jednak zareagował i za to dostał od tych dzieciaków po łbie – zwracam uwagę na to, że ani Pieczyńskiemu, ani temu drugiemu nic się poważnego nie stało – to nie bardzo sobie wyobrażam, bym miał wzywać w tej sprawie policję, a tym bardziej, by z tego zdarzenia ktokolwiek miał ochotę czynić sprawę publiczną... No dobra, ja wiem, że tytuł „Został pobity, bo wzięli go za Jurka Owsiaka” brzmi nieźle, jednak bez przesady. Jest w końcu jakaś hierarchia.
       Tymczasem mamy dziś do czynienia z sytuacją, gdy jakiś wariat wdaje się w bojkę z innym wariatem, który go nazwał „pedałem” i w jednym momencie sprawa nabiera wagi ogólnopaństwowej. Proszę zwrócić uwagę raz jeszcze na to, co tu się dzieje. Mamy dwie osoby, o zbliżonej publicznej rozpoznawalności, które się pokłóciły, a następnie się nieco poprzepychały i całe ogólnokrajowe media nie mówią o niczym innym, jak o tym właśnie.
     Mało tego. Jak się okazuje, sprawa nabrała charakteru wydarzenia o takiej randze, że głos zabrał sam wiceminister sprawiedliwości Patryk Jaki, który na – jak by inaczej – Twitterze oświadczył co następuje: „Pobicie Krzysztofa Pieczyńskiego to skandal. Musimy z takimi zachowaniami walczyć. Jutro poproszę o nadzór MS na tą sprawą”. A więc, jak widzimy, sprawa już idzie na biurko samego ministra Zbigniewa Ziobro i dopóki nie wyjaśni się, jak to było z tym „pedałem” i całą resztą, Polska nie zazna spokoju.
       Prowadzę ten blog już niedługo 10 lat i bywało różnie, włącznie z epitetami typu „mieszanka żydowsko-katolicka” z bezpośrednim odniesieniem do „Tygodnika Powszechnego”. Przepraszam bardzo, ale ja już naprawdę wolałbym być „pedałem”. No ale w tej sytuacji, co ja mam robić? Prosić Patryka Jakiego, by się za mną ujął i moją sprawę objął bezpośrednim nadzorem rządu Dobrej Zmiany?
      Nie jest dobrze. Powtarzam: nie jest dobrze. Ale damy radę. Nawet jeśli od czasu do czasu ktos taki jak aktor Pieczyński będzie musiał otrzymać fangę w nos.

Moje książki niezmiennie są tam, gdzie były wczoraj, a więc w księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl. Zapraszam z całego serca.


środa, 17 stycznia 2018

Czy samolot może poślizgnąć się na skórce od banana?

     Już myślałem, że w natłoku przeróżnych zdarzeń, ten moment nigdy nie nastąpi, ale jakoś się udało i wreszcie mam okazję odnieść się do tekstu, który tu zamieściłem w minioną sobotę, a więc analizy Katastrofy Smoleńskiej przedstawionej przez prof. Marka Czachora. Otóż to, co z jednej strony u Czachora podziwiam od lat, a z drugiej, to co tak naprawdę sprawiło, że oddałem tu mu miejsce na pełne dwa dni, to to, że on – oczywiście przy wszystkich różnicach, jakie nas dzielą pod względem nie tylko zawodowym, ale zwyczajnie intelektualnym – podobnie jak ja, nigdy nie odważył się choćby zasugerować swojej własnej teorii odnośnie tego, co tak naprawdę stało się w Smoleńsku. Wie Czachor, że sprawa śmierdzi na kilometr, zna doskonale ów kontekst, który ów smród w pierwszej kolejności uruchomił i do dziś nie pozwala mu ustąpić, a mimo to, ile razy zabiera głos w sprawie, która od ośmiu już prawie lat w znacznym stopniu wypełnia jego życie, każdą refleksję kończy zdaniem: „Nie wiem, co się stało w Smoleńsku”.
      A teraz to, co, stwierdzam bardzo nieskromnie, nas łączy… niech będzie że tylko duchowo. Możliwe, że ktoś, spośród tych tysięcy tekstów, jakie tu w ciągu niemal już 10 lat wrzuciłem, znajdzie i taki, gdzie ja, w jakimś szczególnym uniesieniu, faktycznie zasugerowałem, że jednak wiem, jednak prawda jest taka, że jedyne co ja kiedykolwiek wiedziałem, gdy chodzi o Katastrofę Smoleńską, to to, że nawet jeśli to była zwykła katastrofa, gdzie leci sobie samolot i nagle, czy to przez tragiczną awarię, czy pogodę, czy też błąd pilotów, spada, i ludzie giną, to na jej początku stała czyjaś bardzo paskudna intencja, by nie powiedzieć modlitwa. I proszę mi nie mówić, że to wciąż jest tylko opinia, bo to akurat jest fakt. Nie moja opinia, ale obiektywny, bardzo łatwy do zweryfikowania, fakt. O śmierć Lecha Kaczyńskiego modliło się przez cały okres jego prezydentury, a kto wie, czy i nie wcześniej, wystarczająco dużo osób, by owe modlitwy dotarły tam gdzie dotrzeć miały i tam właśnie, na miejscu, zostały wysłuchane.
      Napisałem tu kiedyś tekst pod tytułem „Psikus w kolorze krwi”, w którym pokazałem, w jaki sposób zwykłe życzenie, nawet jeśli wyrażone w formie zwykłej szczeniackiej psoty, może się zamienić w coś przeraźliwie realnego, a dziś, kiedy prof. Czachor publikuje swoją kolejną analizę, powtarzając niezmiennie, że wie tylko tyle, co mu wiedzieć jest dane, ja również powtarzam też tylko to, co wiem na pewno. Otóż gdyby nie ta nienawiść i tamto życzenie śmierci, tamtej katastrofy by nie było. Inaczej mówiąc – i tu pozwolę sobie odnieść się do przykładu, który nam tak pięknie przedstawił Czachor – wystarczyło nie zostawiać na schodach tej skórki od banana. A ktoś ją zostawił, i ja już mam tylko nadzieję, że za to zostanie ukarany. Obojętne – tu, lub dopiero tam.

Zapraszam wszystkich do ksiegarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, gdzie są do kupienia moje książki. Bardzo zachęcam.

      

wtorek, 16 stycznia 2018

O pająkach Sakiewicza i jeszcze lepszej zmianie

      I znów trudno jest nadążyć z tematami. Kiedy bowiem wydawało się, że będę musiał jeszcze na chwilę wrócić do sprawy Smoleńska, zdałem sobie sprawę z tego, że dziś jest już chyba ostatni moment, bm mógł przedstawić swój najnowszy felieton do „Warszawskiej Gazety”. Okazja ku temu jest tym lepsza, że oto nasz dzisiejszy bohater, nie mogąc się prawdopodobnie otrząsnąć po utracie swojego głównego politycznego sponsora, Antoniego Macierewicza, wypowiedział się na temat prezydenta Dudy w taki sposób, że  nie unikniemy cytatu:
      „Sam nic nie zrobił dla prawdy o tym, co się wydarzyło 10 kwietnia. A przecież był beneficjentem sprawy smoleńskiej. Byłby politykiem kompletnie nierozpoznawalnym, gdyby nie to, że wystąpił w filmie ‘Mgła’. Wcześniej nikt go nie znał. Zaistniał dzięki temu, że 5 mln widzów zobaczyło jego twarz w dokumencie poświęconym tragedii smoleńskiej”.      
      Trudno sobie wyobrazić lepsze wprowadzenie do tematu o, co by nie mówić – pająkach. Zapraszam serdecznie.    


      Doczekaliśmy wreszcie ostatecznego zakończenia procesu rekonstrukcji i wygląda na to, że czego byśmy tu nie powiedzieli i jak byśmy się w związku zaproponowanymi nam rozwiązaniami nie czuli, faktem jest, że nadszedł czas, by zapiąć pasy i z uwagą wypatrywać  tego co przed nami. Gdy chodzi o mnie, nie ukrywam, że mam autentyczne powody do satysfakcji, gdyż moja dość oryginalna diagnoza, opisująca wspomniany kryzys, jako wynik podjętej przez prezesa Kaczyńskiego walki o pozbawienie Antoniego Macierewicza niebezpiecznie rujnujących Dobrą Zmianę wpływów, a w efekcie usunięcie go ze sceny, okazała się jak najbardziej słuszna. Jeszcze w tekście podsumowującym miniony rok, mimo plynących do mnie z wielu stron sugestii, że powinienem się jednak przyznać do błędu w ocenie sytuacji, napisałem wyraźnie, że, z mojego punktu widzenia, najważniejszym wydarzeniem mijającego roku był potężny kryzys na linii Prezydent – Minister i wręcz pokerowa zgrywka  prezesa Kaczyńskiego, który dla osiągnięcia ostatecznego zwycięstwa poświęcił nawet premier Beatę Szydło, wraz z jej niebywałym wręcz wizerunkowym sukcesem.
      Jak mówię, dziś jesteśmy już po całym zamieszaniu i obserwując reakcję komentatorów kojarzonych z tak zwanym „obozem Antoniego”, możemy sobie tylko wyobrazić, co by się działo, gdyby Macierewicz został wymieniony jeszcze podczas powoływania Mateusza Morawieckiego na stanowisko premiera, nawet gdyby owa uroczystość miała być połączona z innymi zmianami. Już wtedy pojawiały się to tu to tam głosy, że gdyby wraz z nominacją Morawieckiego odwołany został Macierewicz, część posłów PiS-u mogłaby albo zagłosować przeciw wotum zaufania, lub zwyczajnie głosowanie pod dowolnym pretekstem zbojkotować. A już nie wspomnę, jakie piekło by się rozpętało, gdyby, nie daj Boże, Macierewicz został zwyczajnie odwołany przez premier Szydło w ramach zwykłej procedury rekonstrukcyjnej jeszcze w lecie.
      Wyraźnie widzimy, jakiego niebezpieczeństwa udało się Kaczyńskiemu uniknąć, czytając choćby internetowe głosy mniej lub bardziej radyklanych prawicowych komentatorów, gdzie kierowane pod adresem Prezydenta, Prezesa, no i oczywiście Premiera oskarżenia o zdradę Ojczyny należą i tak do tych bardziej łagodnych.  Oczywiście, głównie przez to, że jest on naturalnym przedstawicielem owego towarzystwa, ale też dzięki temu, że jego głos jest naturalnie uważniej słuchany, na czoło owego ataku wysuwa się środowisko „Gazety Polskiej”  wraz z Tomaszem Sakiewiczem. Komentując dymisję Antoniego Macierewicza z funkcji szefa MON-u, oświadczył on, że w pełni podtrzymuje swoją wcześniejszą zapowiedź, że w przypadku, gdy prezydent Duda doprowadzi do pozbawienia Macierewicza funkcji, on, Sakiewicz, na Dudę więcej nie zagłosuje. Tym razem wprawdzie nie padła deklaracja, że jeśli nie Macierewicz, może być i Donald Tusk, no ale my się oczywiście domyślamy, że skoro w głowie tego dziwnego człowieka tego typu myśl się raz pojawiła, to po coś.
      A ja sobie myślę, że jest dobrze. Póki co, to oczywiście tylko jeden z nich, ale wystarczyło dobrze tupnąć, a one zaczynają wyłazić. Jak owe tak nieśmiało przed laty zapowiadane pająki Wałęsy.


Nasze książki są niezmiennie do kupienia w księgarni na stronie www.basnjakniedzwiedz.pl, ewentualnie, jeśli komuś jest zbyt daleko, może klikać w okładki na stronie www.toyah.pl

poniedziałek, 15 stycznia 2018

Papież legalizuje aborcję, czyli całe kłamstwo całą dobę

   Planowałem dziś wrzucić tu bardzo optymistyczny felieton z najświeższego wydania „Warszawskiej Gazety”, jednak wszystko się zmieniło, kiedy jeszcze wczoraj wieczorem znalazłem w Sieci najpierw pojedynczą informację, sygnowaną przez portal prawy.pl, a następnie już całą serię powtarzających ją komentarzy na wszystkich głównych prawicowych portalach, odnośnie tego, że papież Franciszek przyznał swój order św. Grzegorza niejakiej Lilianne Ploumen, byłej minister w holenderskim rządzie, oraz wybitnej działaczce na rzecz swobodnego mordowania nienarodzonych dzieci. Wiadomość, przekazywana zarówno przez nasze portale, jak i – bo tam oczywiście pewien ruch również można zaobserwować – odpowiednie strony angielskojęzyczne, jest właściwie jednobrzmiąca. Otóż, jak się okazuje, to co wiemy, wiemy stąd, że order zaprezentowała i o fakcie otrzymania go od Papieża poinformowała w krótkim, opublikowanym na youtubie filmiku, sama Ploumen, a oryginalną informację, wraz ze wspomnianym filmikiem, przekazał światu portal o nazwie lifesitenews.com. Reszta to wyłącznie cytat ze wspomnianego lifesitenews.com.
     Obejrzałem ten film, zapoznałem się z wszystkim, co jest dostępne w Sieci na ten temat i wiem dokładnie tyle co widzę na youtubie, a więc, że owa Ploumen pokazuje ów order, mówi, że go dostała od Franciszka i klepie się po brzuchu ze śmiechu, że oto papież postanowił odznaczyć orderem ruch proaborcyjny. Poza tym nie wiadomo nic, a więc przede wszystkim, czy to jest w ogóle prawda, czy może fragment jakiegoś ichniejszego telewizyjnego show na wzór „Kuba Wojewódzki i jego goście”, a jeśli prawda, to za co on ten order dostała i z jakiej okazji – nic, dosłownie nic.  Kilkunastosekundowy filmik, jakaś kobieta, jakiś facet, jakiś uczepiony do wstążki krzyż i owa szydercza mowa. Również w Sieci, znajduję też artykuł, gdzie ktoś się zastanawia, czy ów krzyż jest prawdziwy i czy ona sobie tego wszystkiego nie wymyśliła, ale to wszystko.
       I pewnie nie byłoby się nad czym zatrzymywać w końcu cały ten Internet to, jak wiemy, 99 procent kłamstw, które nas nic nie powinny obchodzić – gdyby nie fakt, że, jak mówię, wiadomość została powtórzona przez wszystkie nasze największe prawicowe portale, od wpolityce.pl po pch24.pl i gloria.tv, a wszystkie w oparciu wyłącznie o tekst w lifesitenews.com, no i ten dziwny, kilkusekundowy film na youtubie, a za tą wiadomością wylała się już cała seria komentarzy, w których sugestia, że musimy się za tego „skurwysyna” – właśnie tak –  modlić, należy do tych najbardziej delikatnych i chrześcijańsko stonowanych.
       Piszę ten tekst i daje słowo, że nie wiem, co się tam takiego stało, poza tym, że zwyczajnie nie wierzę w to, żeby, bez jakichś szczególnych zupełnie powodów, Papież postanowił odznaczyć swoim orderem najbardziej oszalałą z nienawiści do nienarodzonych dzieci aborcjonistkę. Biorę pod uwagę dwie możlwiości: pierwsza, i najbardziej prawdopodobna, to ta, że to wszystko od początku do końca jest jakimś ponurym żartem, a druga, że może faktycznie ta dziwna kobieta ma jakieś zasługi, o których my nie wiemy, a które czynią ją, przy tym co ona robi na co dzień, osobę świetą. Jestem natomiast całkowicie pewien, w odróżnieniu od niektórych z nas, że papież Franciszek nie wspiera zabijania dzieci poczętych.
        Pisałem już o tym niedawno i dziś jest dobry moment, by to powtórzyć. Otóż, wśród wielu naprawdę fantastycznych rzeczy, jakie nam daje Internet, jest coś, co stanowi jego przekleństwo, a mianowicie to, że on zarówno ludziom złym, jak i głupim, daje dokładnie te sama prawa, co ludziom kto wie, czy nie świętym. A jeżeli on nadaje owe prawa ludziom złym i głupim, to tym samym odbiera je nam, zmuszając nas do tego, by z ludźmi złymi i głupimi spędzać wspólnie czas. Informację, którą właśnie tu przekazałem, znalazłem u znajomego na Facebooku i natychmiast zwróciłem mu uwagę, że to jest najprawdopodobniej fejk. I wiecie, co on mi odpowiedział? Otóż rzecz w tym, że nawet jeśli to jest fejk, to nic nie szkodzi, bo  i tak to do Franciszka baaaaardzo pasuje.
      I to jest coś, co sprawia, że ja nagle nie mam już ochoty spędzać czasu w tym świecie. Towarzystwo bowiem, gdzie za obowiązującą przyjmuje się zasadę, że nie jest ważne, czy mówimy prawdę, czy kłamiemy, byleby nasze kłamstwa pozwalały nam żyć w prawdzie, to jest dla mnie świat zainfekowany czymś bardzo paskudnym. Powiem szczerze, że wolę już czytać Harrego Pottera.

Zapraszam wszystkich do księgarni na stronie www.basnjakniedzwiedz.pl, gdzie są do kupienia moje książki.


sobota, 13 stycznia 2018

http://www.mif.pg.gda.pl/kft/Akron1/Po2lat_v4.pdf

      Przed nami cały weekend, a wraz z nim tekst absolutnie wyjątkowy, i to nawet nie dlatego, że nie mój, bo z tym już tu mieliśmy do czynienia nie raz, ani też z powodu nazwiska jego autora, bo jestem pewien, że on sam by sobie nie życzył, by go tu jakoś szczególnie wyróżniać, ale ze względu na samą rangę przekazanej informacji. Chodzi mianowicie o coś, co – przynajmniej wedle moich jak najbardziej szczerych podejrzeń – stanowi prawdę o stanie badań nad przyczynami i przebiegiem Katastrofy Smoleńskiej, a więc czegoś, z czym, w ten czy inny sposób, bardzo niedługo wchodzimy już w ósmy rok.
      Mimo tego jednak, co zostało powiedziane, nie obejdzie się bez odpowiedniej prezentacji. Otóż, z punktu widzenia tego bloga, Marek Czachor jest jego jednym z najstarszych i najwierniejszych czytelników i przyjaciół, jednym z tych, których miałem szczęście poznać osobiście, na którym się nigdy nie zawiodłem i którego traktuje jak dobrego i wypróbowanego przyjaciela. Oprócz tego, jest dla mnie Marek Czechor mężem Magdy, o której mogę powiedzieć dokładnie to samo, co o nim. Magda jest jednym z najstarszych i najbardziej wiernych przyjaciół tego blogą i moją serdeczną koleżanką.
       Dziś jednak mówimy o Czachorze. Ja wiem, że czasy takie, że to akurat może już nic nie znaczyć, ale kiedyś był Czachor wielokrotnie prześladowanym i więzionym działaczem Solidarności Walczącej, a dziś profesorem nauk fizycznych w Katedrze Fizyki Teoretycznej i Informatyki Kwantowej na Wydziale Fizyki Technicznej i Matematyki Stosowanej Politechniki Gdańskiej, ale także – co dla nas ma znaczenie szczególne – swego czasu, bardzo ważnym członkiem tak zwanego Komitetu Naukowego I Konferencji Smoleńskiej, w pracach którego, po roku beznadziejnych prób podjęcia merytorycznej dyskusji, ostatecznie musiał zrezygnować i dziś, już wyłącznie na własny rachunek, próbuje dociekać prawdy o Smoleńsku. I mówi nam rzeczy, moim zdaniem, porażające.
      Oto wczoraj przysłał mi prof. Czachor link do swojego najnowszego opracowania, ze względu na powszechny bojkot środowiskowy, zamieszczonego na prywatnej stronie i kolportowanego przez zaprzyjaźnione środowiska, w którym oczywiście prezentuje swoje spostrzeżenia dotyczące stanu badań nad Katastrofą Smoleńską w wersji dostarczanej przez podkomisję Antoniego Macierewicza, ale może przede wszystkim ostrzega nas przed kompromitacją, która, jego zdaniem, nas wszystkich czeka, kiedy owa wersja zostanie nam ostatecznie i oficjalnie przedstawiona.
      W pierwszej chwili, planowałem pracę – bo to w rzeczy samej nie jest jakiś głupi felieton, lecz naukowa praca – Czachora tu w całości wkleić, jednak ze względów ściśle technicznych zmuszony jestem ograniczyć się do odpowiedniego linku. Ja wiem, że dla wielu z nas klikanie w linki to zadanie ponad ludzkie możliwości, tym razem jednak zachęcam jak nigdy wcześniej. I bardzo proszę, trzymajmy się foteli, bo kto wie, czy nie mamy do czynienia z prawdziwą rewolucją.


piątek, 12 stycznia 2018

Krótkie kawałki - The Best Of

      Redakcja „Polski Niepodległej” jeszcze w grudniu poprosiła mnie, bym w ramach swojego cyklu „Wezwani do tablicy” przedstawił raport z mijajacego roku. Oto co nam wyszło. Proszę bardzo. Najlepsze kawałki na rok 2017, a już w przyszłym tygodniu kolejny numer naszego dwutygodnika.






Skończył się rok 2017 i można powiedzieć, że był to rok dobry choćby z tego względu, że śmiechu było co niemiara, do czego mam nadzieje przyczyniła się również i ta nasza skromna rubryczka. Ponieważ w wielu miejscach przeprowadzane są  odpowiednie podsumowania, i ja bym chciał przedstawić swoja subiektywną  listę najzabawniejszych wydarzeń mijającego roku. Zapraszam.

Miejsce 10: Dominik Tarczyński
Czy kogoś jeszcze dziwi, że politycy Prawa i Sprawiedliwości zachowują się jakby uznali, że będą rządzić wiecznie? Dopiero teraz trafiłem na zdjęcie posła Tarczyńskiego – to ten sam co swego czasu sfotografował się, jak siedzi w jacuzzi na tle warszawskich wieżowców i gapi się w wielki paluch swojej prawej nogi – w czerwonym płaszczu z kołnierzem z jenota. Tarczyński zrobił sobie to zdjęcie w jednym ze sklepów, następnie zamieścił je na swoim profilu na Twitterze, a pod spodem dał komentarz: „Mój sweterek i moda a'la Szejnfeld są passe. Teraz polecam czerwony płaszcz z Jenotem”. Słyszę głosy, że jeśli ktoś szydzi z Tarczyńskiego, tym samym udowadnia, że nie zna się na żartach i się nie nadaje do tego, by się pokazywać w dobrym towarzystwie. Przepraszam bardzo, ale wolę żarty Leszka Millera. Przynajmniej się przy nich nie muszę rumienić.

Miejsce 9: Dawid Podsiadło
Nie mamy wprawdzie żadnych informacji na temat ewentualnego udziału w strajku kobiet artysty estradowego Dawida Podsiadły, natomiast, owszem, ów wybitny intelektualista skomentował wybór Donalda Trumpa na stanowisko prezydenta Stanów Zjednoczonych. Poproszony przez Onet o wyrażenie swojej opinii na ten temat, Podsiadło odpowiedział dwoma słowami: „Duży chuj”. Jesteśmy pod wrażeniem i przewidujemy, że już niedługo lewicowe środowiska Nowego Jorku zorganizują naszemu artyście tournée po największych klubach w mieście i już tylko apelujemy do Amerykanów o czujność. Wąsik, jaki ostatnio Podsiadło rzucił sobie na wargę, może wśród męskiej części publiczności wywołać zamieszki.

Miejsce 8: Tomasz Nałęcz
Tomasz Nałęcza w rozmowie z „Gazetą Wyborczą” wypowiedział się na temat różnic między Jarosławem Kaczyńskim, a Józefem Piłsudskim: „Czy pan sobie wyobraża Józefa Piłsudskiego” - intelektualnie zaatakował Nałęcz dziennikarza - „pędzącego w kolumnie samochodów do Torunia, by jakiemuś wpływowemu zakonnikowi złożyć hołd lenny? A wyobraża pan sobie go spacerującego po Sejmie w obstawie prywatnych ochroniarzy?” Powiem szczerze, że nie wiem, jak tam dziennikarz „Wyborczej”, natomiast ja odpowiadam bez bicia, że nie wyobrażam sobie Piłsudskiego ani w limuzynie pędzącej do ojca Rydzyka, ani na Wiejskiej w towarzystwie oficerów BOR-u, ani nawet Piłsudskiego wygrywającego finał Wimbledonu po porywającym pojedynku z Elvisem Presleyem. Natomiast, owszem, gdy chodzi o profesora Nałęcza, to umiem go sobie wyobrazić w najróżniejszych sytuacjach. Nawet rapującego na scenie wspólnie z Czesławem Mozilem i Adamem Michnikiem.

Miejsce 7: ksiądz Kazimierz Sowa
Niech się nam nie wydaje, że ksiądz Sowa to nie ksiądz tylko zwykły gangster. To jest wciąż jak najbardziej ksiądz. W wywiadzie dla „Tygodnika Powszechnego” w ten sposób tłumaczy się ze swoich ścieżek: „Choćbyś nie wiem jak skrupulatnie kontrolował to, co robię i mówię, nie znajdziesz ani jednego momentu, w którym stojąc przy ołtarzu, zrobiłbym choć aluzję do tego, na kogo należy głosować”. Ja wprawdzie nie miałem nigdy okazji ani widzieć, ani też słyszeć, jak ksiądz Sowa jest księdzem, niemniej jestem pewien, że on nigdy podczas odprawiania Mszy Świętej nie ogłosił jako Dobrej Nowiny, że nasza przyszłość jest w rękach gangów. A przeciez mógł, czyż nie? I tak to mianowicie wygląda modelowy rozdział Kościoła od Państwa.

Miejsce 6: Andrzej Mleczko
Mówi Andrzej Mleczko: „Jestem trochę załamany brakiem poczucia humoru naszych rodaków, cały czas myślałem, że z poczuciem humoru jest u nas w porządku, ale ostatnie wydarzenia szczególnie polityczne spowodowały to, że zaczynam mieć wątpliwości. Gdyby nasi rodacy mieli poczucie humoru, to umieraliby ze śmiechu, patrząc na pana prezydenta, na rządzącą partię, panią premier, na to co się dzieje, chociaż niektóre rzeczy są rzeczywiście bardziej smutne niż wesołe”. A ja muszę się tu z Panem Artystą zgodzić. To prawda, Polacy nie mają poczucia humoru, a raczej mają poczucie humoru nie takie, jak powinni. Zamiast się śmiać z prezydenta Dudy, czy premier Szydło, śmieją się na przykład z politycznego kompana Mleczki, który przyczepił sobie do głowy helikopter, czy z Romana Giertycha, gdy ten zabawnie podskakuje z grupą jakichś starych ubeków. Jak żyć? Jak żyć?

Miejsce 5: Bartłomiej Misiewicz
Jako pierwszy o tym, co się stało, poinformował tygodnik „Nie”, redagowany przez człowieka, którego nazwisko piszemy zwyczajowo z małej litery, czyli jerzego urbana, a wiadomość naturalnie natychmiast powtórzyła telewizja TVN24. Oto, jak się okazuje, nasze Ministerstwo Obrony Narodowej postanowiło wybić specjalną pamiątkową monetę, dedykowaną byłemu rzecznikowi Ministerstwa, Bartłomiejowi Misiewiczowi. Na awersie monety widnieje biało-czerwona flaga, godła czterech rodzajów sił zbrojnych i napis: "Bartłomiej Misiewicz". Na rewersie orzeł i napis: "Ministerstwo Obrony Narodowej". Cała Polska zachodzi w głowę, co to się takiego stało, że to Misiewicz akurat, od miesięcy pierwszy obiekt powszechnego antypisowskiego szyderstwa, stał się bohaterm tego rodzaju wyróżnienia, a ja mam wrażenie, że gest ministra Macierewicza nie mogł być bardziej przejrzysty. Oto przesłanie – lepszego być nie mogło – jakie on w ten sposób wysłał do Systemu: „Całujcie nas w dupę”.

Miejsce 4: Borys Budka i Kamila Pihowicz
Ktoś powie, że owa rubryka zdecydowanie się stacza, skoro my tu, zamiast o poważnych rzeczch, rozmawiamy, albo o francuskich masonach, albo o Borysie Budce, jako bohaterze internetowego serialu. Otóż nie zgadzam się z tym zarzutem. Zarówno bowiem sytuacja francuska, jak i przypadek rzekomego romansu Borysa Budki i Kamili Pihowicz, świadczą dobitnie o tym, że oni faktycznie toną i znikąd nie widać ratunku. Jeśli bowiem Europa w odpowiedzi na kryzys, jaki ją ogarnął, jedyne co potrafi wymyślić, to usunięcie kolejnego Krzyża, a tu u nas z kolei nasi mądrale już tylko potrafią się gapić w serial „Ucho Prezesa”, i to wyłącznie po to, by porechotać z Jarosława Kaczyńskiego i Andrzeja Dudy, to znaczy, że przed Polską najjaśniejsza przyszłość. Wydaje się, że wyjątkowo celnie scharakteryzował tę sytuację marszałek Brudziński: „Te mainstreamowe ‘kozaki’ tak mają. Śmieszą ich własne ‘klozetowe’ żarty, a jak sami w ‘czapkę’ dostaną to: chlip, chlip”. Właśnie tak – chlip, chlip. Prędzej czy później.

Miejsce 3: Agnieszka Holland
Właśnie zakończyła się największa doroczna gala filmowa na świecie, czyli tak zwane Oscary. Niestety Agnieszka Holland nie dostała nawet głupiej nominacji. Pozostał więc tylko Berlin, a więc jedyne miejsce na świecie, gdzie nawet dziura w skarpetce może odnieść artystyczny sukces. No ale tym razem to też nie wystarczyło i Holland, mimo że jako główny argument przedstawiła swoją córkę-lesbijkę, musiała się zadowolić zaledwie drugim miejscem. To pewnie dlatego, komentując swoją porażkę, postanowiła powiedzieć coś na temat ministra zdrowia w rządzie Beaty Szydło: „Radziwiłł to okrutny myśliwy, który nie tylko chce zabić zwierzynę, ale jeszcze się nad nią pastwi”. I my to rozumiemy. Bronisław Komorowski wprawdzie nie tylko chciał zabijać zwierzynę, ale ją realnie zabijał, natomiast z całą pewnością się nad nią nie znęcał. Robił sobie z nią tylko zdjęcia, a znęcaniem zajmował się wyłącznie jego pies.

Miejsce 2: Przemysław Wojcieszek
Jak się dowiadujemy, robiący interesy również w Polsce, francuski kanał telewizyjny Canal+, podpisał dwuletnią umowę na dystrybucję filmu niejakiego Przemysława Wojcieszka, zatytułowanego po angielsku „Knives Out”. Gest właścicieli Canal+ jest o tyle przede wszystkim ważny, że gdyby nie on, na rozpowszechnianie filmu Wojcieszka,który jest, jak to mówi młodzież „tani i do bani”, pieniedzy nie wyłożyłby nikt i ów wybitny artysta byłby nadal zmuszony go wyświetlać, jak dotychczas, na fasadzie siedziby Prawa i Sprawiedliwości na Nowogrodzkiej w Warszawie. Drugim powodem, dla którego są dziś w Polsce osoby, którym poczucie wdzięczości dla Francji definiuje sens życia, to sam film Wojcieszka, opowiadający, mówiąc bardzo krótko, o grupie polskich patriotów, którzy wrzeszcząć „Niech żyje Breivik”, dokonują rytualnego mordu na swojej ukraińskiej koleżance, by w ten sposób zademonstrować swoją nieskończoną miłość do Polski.  Jeśli ktoś myśli, że to jest jakiś żart, zapewniam, że nie. Trzymamy się wyłącznie faktów. Obłęd istnieje i ma się dobrze.

I oto miejsce 1. Zwyczięzcą naszego konkursu na głupstwo roku zostaje sam pan profesor Marcin Król, niemal rzutem na taśmę pokonując samą Krystynę Jandę, która niemal niezagrożona zmierzała do zajęcia pierwszego miejsca. Ponieważ jednak w ostatniej chwili dała się wyprzedzić Królowi, uznałem, że dla osoby tak wybitnej byłoby zbyt upokarzające znaleźć się na miejscu drugim, a zatem pani Krystynie przyznajemy dyplom honorowy za całokształ, a Marcin Król otrzymuje Puchar Brzmiącego Cymbała za następujące podsumowanie przyjęcia przez Sejm ustaw okołosądowych: „To jest zło. PiS dla mnie uosabia w całości i niektórzy z przedstawicieli PiS-u uosabiają zło, diabła”. Gratulacje, Profesorze. Jest Pan niezrównany. Kiedy po wyborach 2015 powiedział Pan, że z wyborcami Prawa i Sprawiedliwości nie czuje wspólnoty duchowej, bo ci „nie piją wina w Toscanii, nie jedzą ostryg w Bretanii, nie znają Europy z jej atrakcjami i kulturą, a Kaczyński na wakacje jeździł do Sopotu”, wydawało się, że znaleźlismy się na poziomie skalistego dna. Okazuje się, że Pan się wciąż rozwija. Żeby tylko nie skończył Pan jak ów nieszczęśnik, Piotr S.



Przypominam, że moje książki są do kupienia w księgarni na stronie www.basnjakniedzwiedz.pl. Zachęcam gorąco.

czwartek, 11 stycznia 2018

Być jak Aleksander Ścios, czyli jak podzieliłem polską prawicę

     Odwołanie Antoniego Macierewicza z rządu wywołało w niektórych środowiskach prawicowych atak histerii, który można faktycznie  porównać  tylko do – jak to ładnie zauważył nasz nieoceniony Coryllus – harmideru, jakim hinduscy taksówkarze dręczą pasażerów, puszczając im muzykę na cały regulator, w przekonaniu, że skoro ma się wybór między 1 a 10, to zupełnie naturalnie należy wybrać 10. Jednak mimo że poziom owego obłędu, ale też jego wymiar czysto merytoryczny, robią na mnie pewne wrażenie, staram się do niego podchodzić z pełnym zrozumieniem, zwłaszcza mając na uwadze to, o czym pisałem parokrotnie miesiące temu, a mianowicie fakt, że pozbawienie funkcji ministra kogoś takiego jak Macierewicz niechybnie zostanie przez niektóre środowiska odebrane, jako wręcz zamach stanu, o czym Jarosław Kaczyński musiał wiedzieć, podchodząc do kwestii rekonstrukcji przez wiele miesięcy, jak pies do jeża.
       Jest jednak coś, czego nie przewidziałem. Otóż wiedząc, że nie da się utrzymać Dobrej Zmiany z Macierewiczem na pokładzie,  a jednocześnie mając świadomość emocji, jakie on przez te wszystkie lata zdołał wzbudzić u swoich sympatyków, nie spodziewałem się, że mamy do czynienia z autentycznym kultem jednostki, gdzie nawet nabardziej oddani zwolennicy demokracji, gdy przychodzi co do czego, uznają wprawdzie, że mamy prezydenta, premiera, wybory, parlament, jednak wszystko to traci znaczenie przy Umiłowanym Przywódcy. Jeszcze przedwczoraj zajrzałem na dwa prawicowe portale, wpolityce.pl oraz niezalezna.pl, na co dzień mocno ze sobą skłócone, i ku swemu zdziwieniu i tu i tam znalazłem ten sam tekst, napisany przez niejakiego Adama Sosnowskiego, jak czytam, „redaktora prowadzącego miesięcznika ‘Wpis’, autora kilku książek oraz wielu artykułów publicystycznych i naukowych”, gdzie jak byk stoi takie oto zdanie: „Gdy na początku lat 2000. z ramienia ruchów narodowo-katolickich Macierewicz ubiegał się o fotel prezydenta Warszawy, prezydent Andrzej Duda – który dziś tak naciskał na jego dymisję – był członkiem kosmopolitycznej Unii Wolności”. Rozumiecie Państwo co my tu mamy? Oto zarówno Tomasz Sakiewicz, jak i bracia Karnowscy, jednym głosem, ogłaszają dziś, że kiedy Antoni Macierewicz, starując w wyborach na prezydenta Warszawy przeciwko Lechowi Kaczyńskiemu, realizował swój narodowo-katolicki patriotyzm, Andrzej Duda wspólnie z Leszkiem Balcerowiczem budował Świątynię Szatana. Wprawdzie na temat narodowo-katolickiego zaangażowania Macierewicza pięć lat później oba media milczą – być może dlatego, że wówczas Duda już dawno wydoroślał, a o wyrwanie Polski z rąk Millera i Kwasniewskiego walczył, jak zawsze samotnie, Jarosław Kaczyński – no ale rozumiem, że czasem bez drobnych kłamstw ani rusz.
       I znów, mimo tego, że wciąż staram się rozumieć te wszystkie emocje, nie mogę nie zauważyć, że oto na scenę wchodzi nie kto inny jak sam bloger Aleksander Ścios – po dekonspiracji blogerki Kataryny, ostatni już Tajny Rycerz Zakonu Wolnego Słowa – a za nim ludzie z transparentem głoszącym, że Ścios to „autor analiz niezwykle trafnych i bardzo często proroczych”, z sugestią, jak rozumiem, że to co się właśnie stało, a więc ostateczne oddanie Polski w łapy Żydów z WSI, on akurat przewidział już lata temu.
      Otóż, z mojego punktu widzenia, pojawienie się w kontekście dzisiejszych wydarzeń owego, tak zwanego, Ściosa, jest o tyle znaczące, że w pewnym sensie cały problem ostatecznie zamyka. Ja publicystyki tego kogoś nie znam i szczerze powiedziawszy nigdy nie starałem się poznać, natomiast oczywiście znakomicie znam całą tę legendę, która się za nim wlecze od ponad już dziesięciu lat, kiedy o niej myślę, widzę wyłącznie głęboką brązową czeluść, a w owej czeluści zaledwie jeden konkret, czyli wiadomość, jaką on osobiście wysłał do mnie po tym, jak w pierwszym roku mojego blogowania Onet obdarował mnie jako blogera roku laptopem. W owym mailu Aleksander Ścios przedstawił mi swoją analizę, w której dowodził, że Onet dał mi tego laptopa wyłącznie po to, by podzielić polską prawicę, a jedyne co ja mogę teraz zrobić, jeśli chce być traktowany jako polski patriota, to zwrócić im ten laptop. Kto pamięta, ten pamięta, ale niech ci, co nie pamiętają, wiedzą, że stało się mianowicie tak, że ja laptopa Onetowi nie zwróciłem, natomiast sprzedałem go Coryllusowi, no i dziś – z tego co słyszę – widzimy skutki owego tragicznego posunięcia. Prawica została ostatecznie podzielona, z jednej strony mamy Kaczyńskiego, Morawieckiego, Dudę i resztę, a z drugiej Ściosa i Macierewicza i, jak zapowiada sam Grzegorz Schetyna, przed nami już tylko wojna domowa.
     A skoro już doszliśmy tak daleko, to ja mam dla wszystkich coś znacznie ciekawszego. Oto, w nawiązaniu do informacji, że Ścios to „autor analiz niezwykle trafnych i bardzo często proroczych”, chciałbym pokazać, że ja również potrafię tworzyć analizy nie tylko trafne, ale wręcz prorocze, i to na nie gorszym poziomie, niż robi to Maestro.
      Oto, bardzo krótko, bo nie ma czasu na głupstwa, proszę sobie wyobrazić, że, moim zdaniem, Antoni Macierewicz, jeszcze w czasie tworzenia rządu premiera Olszewskiego, został wydelegowany przez Służby, by jak najdalej trzymać braci Kaczyńskich od władzy. Tak zwana „lista Macierewicza”  to był wynik spisku Służb właśnie, w wyniku którego Macierewicz wspólnie  z Korwinem-Mikke doprowadzili do obalenia rządu Olszewskiego. Po czerwcu 1992 roku Macierewicz praktycznie zniknął ze sceny, by powrócić w roku 2000, kiedy już było wiadomo, że nadszedł czas ostatecznej likwidacji tak zwanej postkomuny i trzeba było się zająć ewentualnymi przyszłymi zwycięzcami. To wtedy właśnie Służby wyznaczyły Macierewiczowi zadanie budowania nowej prawicy. Kiedy już wszyscy widzieli, że z niego, jako człowieka, który poza niszczeniem, umiejętności jakichkolwiek nie posiada, nie będzie wielkiego pożytku, znalazł Macierewicz miejsce przy boku Lecha Kaczyńskiego, no a po jego śmierci jeszcze bliżej „centrali”, czyli samego Prezesa i tam grzał swoje miejsce aż do roku 2015 i podwójnego zwycięstwa Prawa i Sprawiedliwości. Gdy okazało się, że  Dobra Zmiana szaleje w najlepsze i nie ma sposobu, by ją zniszczyć bezpośrednio, powstał taki oto plan, by Macierewicz, jako minister obrony, doprowadził do takiego konfliktu między Prezydentem, a rządem, żeby to wszystko trafił jasny szlag. No i doprowadził. Na szczęście, dzięki niezwykłej wręcz cierpliwości z obu stron, oraz ich równie wielkiemu poczuciu odpowiedzialności za Polskę, najpierw udało się zachować między oboma Pałacami w miarę poprawne relacje, a następnie – i tu mamy cały kunszt Jarosława Kaczyńskiego – pozbyć się tego szczura w taki sposób, by straty były jak najmniejsze.
      I co? Nie mówiłem, że też tak potrafię? A oni mi wyskakują z jakimś, panie, Ściosem.
      Jak zatem widzimy, dziś jest tak, że pani poseł Krystyna Pawłowicz na chwilę się pogubiła, Tomasz Sakiewicz zadeklarował, że będzie jednak głosował na Tuska, któryś z tak zwanych bardów Solidarności postanowił zwrócić order, jak zawsze trochę zawrzał Internet, gdy jednak chodzi o reakcje poważniejsze, chyba nic większego niż małżeńska chryja między redaktorami Rachoniem a Hejke nam już nie grozi. A więc – Alleluja i do przodu!

Właśnie uzyskałem raport z grudniowej sprzedaży moich książek. Od czasu gdy wydaliśmy listy od Zyty, czegoś takiego nie przeżyłem. Bardzo wszystkim dziękuję i polecam się na przyszłość. Można albo klikać w okładki na moim blogu, ewentualnie udać się do księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl. Tam naprawdę jest w czym wybierać. Wystarczy uwierzyć.