sobota, 6 lutego 2016

Dlaczego w filmie "Zjawa" nie pojawia się nazwisko Astor?

Ponieważ na ekrany kin trafił wreszcie fantastyczny zupełnie film „Zjawa”, z całą pewnością doskonałym dla niego uzupełnieniem będzie historia rodziny Astorów, którzy tam już wtedy gdzieś kursowali, choć oczywiście w samym filmie o nich nie ma ani słowa. Poniższy tekst został wcześniej opublikowany w „Gazecie Finansowej”, a następnie trafił do mojej książki zatytułowanej „39 wypraw na dziewiąty krąg”.

Kiedy słyszymy nazwisko – czy choćby tylko samą nazwę, być może bardziej nawet niż nazwisko, popularną – Astor, przychodzi nam automatycznie do głowy albo nazwa słynnego hotelu Waldorf-Astoria, albo jeszcze bardziej znana linia kosmetyków Margaret Astor, czasem, choć to już może głównie ci z nas, którzy lubią rozczytywać się w bestsellerowych historiach, słysząc słowo „Astor” uniosą z zainteresowaniem głowy, przypominając sobie, że to przecież wśród ponad półtora tysiąca ofiar zatonięcia Titanica, znajdował się jakiś Astor, a wśród tych, którzy ocaleli, znalazła się jego młodziutka, prześliczna, ciężarna i zaledwie 18-letnia żona, Madeleine.
Popatrzmy może przez chwilę na tę część historii – historii wręcz niezwykłej, której niemal każdy fragment zasługuje na osobne potraktowanie – rodziny do dziś traktowanej, jako najbardziej zamożnej i najbardziej wpływowej w całej historii Stanów Zjednoczonych. Oto w roku 1910 John Jacob Astor IV, biznesmen i handlarz nieruchomościami, wynalazca między innymi hamulca do roweru, autor udanej powieści science-fiction, wysoki oficer podczas wojny hiszpańsko-amerykańskiej, a przede wszystkim kolejny w długiej linii dziedziców największej do dzisiejszego dnia rodzinnej fortuny Astorów, ledwo co porzuciwszy swoją pierwszą żonę Avę, poznał 18-letnią Madeleine Talmage Force, córkę niezwykle dobrze umocowanego w nowojorskiej socjecie biznesmena i kolekcjonera sztuki Williama Hurlbuta, jak najbardziej z wzajemnością się w niej zakochał i po pewnych bardziej zawiłych staraniach – były to czasy, kiedy nawet kościoły protestanckie krzywo patrzyły na rozwodników – ją poślubił. Ponieważ zarówno Madeleine, jak i sam Astor byli ludźmi powszechnie znanymi, małżeństwo to spotkało się z szeroką falą publicznej krytyki, a zatem, trochę pewnie po to, by jakoś przeczekać ów szturm, wsiadł Astor z tym dzieckiem na bliźniaczy dla Titanica statek Olympic i udali się na wakacje za morze, aż do Egiptu. Tak się jednak zdarzyło, że podczas być może najpiękniejszego okresu w życiu młodej pary, Madeleine zaszła w ciążę i pragnąc by ich dziecko przyszło na świat w Nowym Jorku, namówiła Astora, by kupił im bilety w kabinie pierwszej klasy udającego się właśnie w swój dziewiczy rejs Titanica, i cała ekipa, a więc Astor, służący Astora, Victor Robbins, Madeleine wraz ze swoją służącą Rosalie Bidois i opiekunką Caroline Endress, by już nie wspomnieć o Kitty, ukochanej suczce Astora, zapokładowali się w Cherbourgu we Francji i zajęli jeden z najbardziej ekskluzywnych apartamentów.
Oczywiście nie ma sposobu, by przekonująco dziś odtworzyć wszystko to, co się działo przez te tragiczne godziny, kiedy Titanic tonął, na pewno natomiast wiadomo, że kiedy Madeleine wchodziła do łodzi ratunkowej, pojawił się obok niej Astor i zwrócił się do załogi, by pozwolono mu towarzyszyć swojej ciężarnej żonie, jednak został poinformowany, że dopóki wszystkie kobiety i dzieci nie zostaną zabrane z pokładu, mężczyźni zostają na miejscu, no i w ten sposób John Jacob Astor IV ostatecznie zakończył swoje piękne życie. Wiadomo też, że kiedy Madeleine wsiadała do szalupy, odstąpiła swój piękny szal obcej kobiecie z dzieckiem, prosząc, by owinęła go nim to dziecko.
Ponieważ jednak naszym celem nie jest powtarzanie po raz kolejny wielokrotnie już opowiadanych historii, ale relacjonowanie Historii pisanej wielką literą, proponuję byśmy teraz nie kontynuowali już tej przygody i nie opisywali kolejnych małżeństw Madeleine aż do jej smutnej i tak przedwczesnej śmierci w roku 1940, i kolejnych Astorów numer pięć, sześć, czy siedem, lecz cofnęli się o cały ponad wiek do tyłu i przyjrzeli się uważniej, jak to się wszystko zaczęło. I aby to zrobić, zamieńmy może ową pojawiającą się po nazwisku Astora rzymską czwórkę na jedynkę – albo najlepiej zabierzmy te laseczki stamtąd w ogóle – i oto przed nami stanie sam ojciec tego niezwykłego rodu John Jacob Astor. Mamy więc 17 dzień lipca 1763 roku, kiedy to w niemieckiej wiosce Walldrof niedaleko Heidelbergu urodził się Johann Jacob Astor, jako czwarte dziecko lokalnego masarza również imieniem Johann Jacob i jego żony Marii Magdaleny Vorfelder i brat Georga, Heinricha i Melchior. Mimo że kariera Astora rozpoczęła się jeszcze w Niemczech, gdzie pomagał swojemu ojcu w interesach, handlując śmietaną, mlekiem i serem, już w roku1779, zanim jeszcze ukończył 16 rok życia, wyjechał za swoimi braćmi do Londynu, gdzie zmienił imię na John i pracując dla najstarszego Georga przy produkcji fletów, nauczył się języka.
W marcu 1784 roku, tuż po zakończeniu wojny, Astor wyemigrował do Nowego Jorku, tak jak wcześniej za bratem, tyle że tym razem Heinrichem, który już prowadził tam mały interes rzeźniczy, w którym Astor się początkowo również udzielał. Jednak już wkrótce rozpoczął interes, który miał go ostatecznie doprowadzić do miejsca, gdzie stał się pierwszym amerykańskim milionerem (miliardy wówczas jeszcze ludziom nawet nie chodziły po głowach), a mianowicie zaczął handlować futrami z Indianami i białymi myśliwymi i już pod koniec lat 80-tych uruchomił swój pierwszy sklep z futrami w mieście. Również, zupełnie niezależnie od interesu futrzarskiego, działał jako agent swojego drugiego brata Georga w handlu fletami.
Dziś, jeśli w ogóle wspominamy Johna Jacoba, mamy skłonność zapominać, że na samym początku każdy z braci miał podobne szanse i wcale nie było tak, że to John był z nich najzdolniejszy i najbardziej obrotny. Taki Heinrich na przykład, będąc wielkim entuzjastą wyścigów konnych, w roku 1788 zakupił i sprowadził z Anglii do Stanów Zjednoczonych rasowego konia o imieniu Messenger, który zapoczątkował powstanie słynnej i cenionej na całym świecie w rasy Standardbred. I myślę, że to miejsce jest równie dobre, jak każde inne, by o tym wspomnieć.
No ale patrzmy może dalej na życie Johanna. We wrześniu 1785 roku Astor ożenił się z córką szkockich emigrantów o imieniu Sarah. Mimo że do tego małżeństwa wniosła zaledwie 300 dolarów, okazała się osobą tak niezwykle utalentowaną biznesowo, że niektórzy do dziś jeszcze twierdzą, że gdyby nie ona i jej aktywny udział we wszystkich niemal biznesowych przedsięwzięciach Astora, dynastia Astorów nigdy by nie powstała.
Astorowie mieli ośmioro dzieci, z czego jedno urodziło się martwe, dwoje zmarło krótko po narodzinach, jedno przez całe długie życie cierpiało na ciężką chorobę psychiczną, a dwoje, niejakie Dorothea i Eliza, były tak nieciekawe, że nie wiemy o nich nic. Wystarczyło jednak tych dwoje, czyli Magdalene Astor, która dostarczyła dynastii słynnego Charlesa Astora Bristeda, no a przede wszystkim Williama Backhouse’a Astora Seniora, który poślubił córkę bardzo znanego senatora i z którą miał siedmioro dzieci, w tym Johna Jacoba Astora III, oraz Williama Backhouse’a Astora Juniora, by wyjazd młodego Johanna z Niemiec do Anglii w roku 1779 nabrał właściwego sensu.
Przy okazji, mamy tu też odpowiedź na pytanie, czemu w dawnych latach przezorni, ambitni i przewidujący rodzice dbali o to, by mieć jak najwięcej dzieci.
W roku 1794 między Wielka Brytanią a Stanami Zjednoczonymi został zawarty tak zwany Traktat Londyński, inaczej zwany po prostu Jay Treaty. Traktat regulował część spornych spraw, jakie pozostały po zakończeniu Rewolucji, postanawiając między innymi, że Brytyjczycy zakończą okupację niektórych fortów, wypłacona zostanie rekompensata w wysokości ponad 10 milionów dolarów dla amerykańskich armatorów za straty poniesione przez nich w wyniku wojny, natomiast Stany Zjednoczone spłacą brytyjskie długi zaciągnięte przed wojną, a opiewające na ogólną kwotę 600 tys. funtów. Powołano również dwie komisje, mające ustalić granicę pomiędzy Kanadą a USA, Amerykanie nadali Wielkiej Brytanii klauzulę największego uprzywilejowania, no i, co z punktu widzenia Astora i jego futrzarskiego biznesu najważniejsze, dano Indianom prawo wolnego przemieszczania się pomiędzy USA i Kanadą.
Astor natychmiast wykorzystał ów zapis, i widząc jak najpierw otworzyły się nowe rynki w Kanadzie i w rejonie Wielkich Jezior, podpisał kontrakt z Kompanią Północno-Zachodnią, która wówczas z Montrealu konkurowała z Kompanią Zatoki Hudsona wówczas z siedzibą w Londynie i zaczął prowadzić import futer z Montrealu do Nowego Jorku, a następnie oczywiście do Europy. Ocenia się, że do roku 1800 zarobił Astor niemal ćwierć miliona dolarów i stał się jedną z najważniejszych ówcześnie postaci w handlu futrami. Jego agenci działali na całym zachodnim obszarze Stanów Zjednoczonych i, choć dokładnych informacji tu nie posiadamy, gdy chodzi o konkurencję, nie przebierali w środkach. W roku 1800, idąc za przykładem Chińskiej Księżniczki, pierwszego amerykańskiego statku, który przewiózł towary ze Stanów Zjednoczonych do Chin, Astor zainicjował handel futrami, herbatą i drzewem sandałowym z chińskim kantonem Guangzhou i tu również niezwykle się wzbogacił.
Nieszczęśliwie dla Astora, Ustawa o Embargu z roku 1807, zakazująca handlu z Kanadą, przyhamowała nieco jego interesy. Jednak uzyskując osobiste pozwolenie od prezydenta Jeffersona, Astor w roku 1808 założył American Fur Company, a następnie Pacific Fur Company oraz Southwest Fur Company, tu, by móc kontrolować handel futrami w rejonie Wielkich Jezior i Rzeki Kolumbii, dopuszczając do interesu Kanadyjczyków. We wrześniu 1810 roku, na bezpośrednie zlecenie Astora, Nowy Jork opuścił statek Tonquin, który po ponad sześciu miesiącach rejsu, drogą wokół przylądka Horn dotarł na zachodnie wybrzeże. Tam grupa cieśli pod nadzorem niejakiego Roberta Stuarta przystąpiła do budowy faktorii nazwanej na cześć pomysłodawcy i fundatora ekspedycji Fort Astoria, a dowódca statku, kapitan Jonathan Thorn, zajął się skupowaniem cennych futer dzikich zwierząt, takich jak bobry, gronostaje, czy wydry, dostarczanych mu zarówno przez okolicznych Indian z plemienia Nuu-chah-nulth, jak też i białych traperów i myśliwych.
I tu niestety po raz kolejny okazało się, że stare przysłowie o myszach, które pod nieobecność kota bez przeszkód harcują, ma swoje głębokie uzasadnienie. Nie wiemy, co wówczas robił sam organizator tego przedsięwzięcia, niemniej jednak porywczy charakter Thorna doprowadził wkrótce do zerwania przyjaznych początkowo stosunków z Indianami. Doszło do ciężkiej awantury, w czasie której ten idiota Thorn spoliczkował wodza, w wyniku czego Indianie pozabijali większość załogi, piękny statek wysadzili w powietrze, no i tym samym unicestwili marzenia Astora o transporcie futer drogą morską.
Tymczasem ekspedycja lądowa, którą Astor kazał zorganizować zupełnie niezależnie od morskiej, miała swoje własne problemy. Grupą, złożoną z 56 białych, którym towarzyszyli indiańscy przewodnicy oraz trójka tłumaczy, Marie Dorion, jej mąż Pierre Dorion Młodszy, oraz niejaki Edward Rose, dowodził przemysłowiec o nazwisku Wilson Price Hunt, posiadający niestety niewielkie doświadczenie podróżnika. Ekipa wyruszyła z St. Louis wczesną wiosną 1811 roku, jednak obawa przed spotkaniem z nieprzyjaznymi Czarnymi Stopami spowodowała, że wybrano dłuższą drogę. Po osiągnięciu Snake River postanowiono spłynąć nią do Kolumbii, w związku z czym zakupiono od Indian odpowiednią ilość canoe, ale wkrótce rzeka okazała się zbyt rwąca i kilku uczestników wyprawy utonęło. W rezultacie zrezygnowano z trzymania się rzeki. Ekspedycja podzieliła się na kilka grup, które posuwały się dalej pieszo. Ci co przeżyli, dotarli do Astorii w lutym 1812 roku.
Astoria – swoją drogą pierwsze amerykańskie osiedle na zachodnim wybrzeżu – zawiodła Astora. Ponieważ od czerwca 1812 roku Stany Zjednoczone były w stanie wojny z Wielką Brytanią, a w związku z tym, przy groźbie uderzenia ze strony Royal Navy i tym samym zniszczenia faktorii wraz z zawartością, Astor odsprzedał placówkę Kompanii Północno-Zachodniej. I chociaż na mocy traktatu gandawskiego Astoria w roku 1818 wróciła do American Fur Company, Astor stracił zainteresowanie Zachodem i skoncentrował się na rejonie Wielkich Jezior. Wkrótce też, po zawarciu historycznego porozumienia z nieprzyjaznymi dotychczas bardzo Czarnymi Stopami, gdy chodzi o polowania na bizony, kompania zaczęła zarabiać krocie na skórach bizonich z Wielkich Równin.
Znaczący też wpływ na ponowny rozwój interesów Astora miało przegłosowanie przez Kongres ustawy zakazującej handlu futrami na terenie Stanów Zjednoczonych firmom zagranicznym. W ten sposób American Fur Company zdominowała kompletnie handel w rejonie Wielkich Jezior, a w roku 1822, na wyspie Mackinac, Astor utworzył dla American Fur Company centrum biznesowe, sprawiając, że w pewnym momencie wyspa stała się metropolią handlu futrami. Biznesowe koneksje Astora objęły swoim zasięgiem cały świat, a jego statki można było spotkać na wszystkich morzach.
To co sprawia że historia finansowa Astora jest tak bardzo romantyczna, wiąze się naturalnie z futrami, jednak to co tak naprawdę przyniosło mu majątek największy, to handel nieruchomościami. Zaczął Astor kupować ziemię już w roku 1799, kiedy jeszcze mieszkał w Nowym Jorku i trzeba przyznać, że już wtedy był właścicielem bardzo wielu znacznej wielkości budynków nad brzegiem rzeki. Po tym jednak, gdy handel z Chinami zaczął przynosić mu już bardziej poważne zyski, jego inwestowanie w nieruchomości stało się bardziej usystematyzowane i ambitne. W roku 1803 kupił ogromny teren ciągnący się od Broadwayu aż do Hudson River, między ulicami 42 i 46. W tym samym roku i w roku następnym kupił znaczny majątek od byłego wiceprezydenta Aarona Burra, który skutkiem nielegalnego pojedynku, w którym wziął udział i w którym zabił swojego politycznego konkurenta, popadł w całkowitą infamię. W roku 1830 Astor przewidział, że prawdziwie duże pieniądze czekają na niego nie na odległych preriach, lecz właśnie w Nowym Jorku, które już wkrótce miało się stać jednym z największych miast na świecie. Jednym krótkim i zdecydowanym ruchem wycofał się więc z American Fur Company i ze wszystkich swoich pozostałych związanych z handlem futrami interesów, a za otrzymane pieniądze zaczął kupować co tylko mógł na terenie Manhattanu. Następnie, przewidując bardzo słusznie dalszą rozbudowę Manahattanu w kierunku północnym, kupował systematycznie teren za terenem, budynek za budynkiem, nawet daleko poza ówczesne granice miasta. Sam nie budował nic na posiadanych przez siebie terenach i wolał je wynajmować innym, a ci już tam budowali, co im przyszło do głowy, płacąc oczywiście Astorowi odpowiednio wysoki, coraz wyższy z każdym rokiem, czynsz. I tak już to trwało do jego śmierci.
Kiedy umierał w roku 19848, uważany był za najbogatszego człowieka w Stanach Zjednoczonych, pozostawiając po sobie posiadłość wartą ponad 20 milionów dolarów. Jego cały majątek, gdyby go przeliczyć na dzisiejsze wartości, stanowiłby równowartość 110 miliardów dolarów, co go plasuje na piątym miejscu wśród najbogatszych ludzi w całej amerykańskiej historii. W swoim testamencie zapisał Astor 400 tysięcy dolarów na budowę w Nowym Jorku tak zwanej Biblioteki Astora, która następnie została połączona z innymi miejskimi bibliotekami, tworząc Bibliotekę Publiczną Nowego Jorku, oraz 50 tysięcy dolarów (przypominam, że wciąż mówimy o starych pieniądzach) na przytułek dla biednych i sierociniec w swojej rodzinnej wiosce, rodzinnym Walldorf.
Główną część swojej fortuny zapisał Astor swojemu drugiemu dziecku Williamowi, ponieważ, o czym już wspomnieliśmy, najstarszy syn był psychicznie chory, natomiast trzeba przyznać, że na jego leczenie przeznaczył wystarczająco dużo pieniędzy, tak by mu wystarczyły do końca życia.
Astor jest pochowany na Cmentarzu Trójcy Przenajświętszej na Manahattanie, do której z biegiem lat przyłączyło się wielu członków jego rodziny, natomiast on sam do śmierci pozostał członkiem lokalnego niemieckiego Kościoła Reformowanego.
I kończąc już tę niezwykłą historię, żałując, że nie jesteśmy w stanie opowiedzieć o wielu innych Astorach, którzy następowali już po nim, tworząc pejzaż tak niezwykły, powinniśmy może pozwolić sobie na jakąś bardziej ogólną refleksję. Tyle że niestety tu nic mądrego nam do głowy już nie przyjdzie. Gdyby on jeszcze żył w początkach dwudziestego wieku, to coś by się tam dało wygrzebać, ale wtedy, kiedy był ten Nowy Jork i parę innych większych miast, a poza tym już tylko te prerie i ci Indianie, diabli wiedzą, co się tam tak naprawdę działo. Kto był bandytą, kto szeryfem, a kto ich niewinną ofiarą. Pozostaje się nam więc już tylko przenieść do miasta i przekazać tę szczególną bardzo informację, że John Jacob Astor był wybitnym wolnomularzem, pełniącym wcześniej funkcję Mistrza Wielkiej Loży Holandii, a w późniejszych latach, Wielkiego Skarbnika Wielkiej Loży Nowego Jorku.

Jeśli ktoś ma ochotę poczytać sobie 38 innych tego typu historii, polecam gorąco swoją książkę o bogatych ludziach i ich często bardzo marnym końcu. Do kupienia tu w Internecie pod adresem http://coryllus.pl/?wpsc-product=39-wypraw-na-dziewiaty-krag


piątek, 5 lutego 2016

Chcecie mieć telewizję - wygrajcie wybory

Publicznej telewizji, w każdym zresztą wydaniu, nie oglądałem praktycznie w ogóle przez 10 lat, czyli mniej więcej od czasu, gdy pojawiła się telewizja TVN24 i w jej towarzystwie było mi bardzo dobrze. Ostatnio jednak, po tym, jak za sprawy publiczne wzięło się Prawo i Sprawiedliwość, bez fałszywej skromności postanowiłem rzucić okiem na to, co tam słychać. Przeleciałem zatem wzrokiem przez to, co tam się aktualnie dzieję i muszę przyznać, że jestem pod wrażeniem. Okazuje się, że determinacja, z jaką Prawo i Sprawiedliwość postanowiło wyjąć państwo z rąk mafii, przeniosła się na państwowe media, no i nagle mamy to co mamy, a więc telewizję ściśle rządową, i w odróżnieniu od tego, cośmy mieli wcześniej, nie udającą nawet, że tu ma miejsce jakaś dyskusja. Tam rzędzą nasi, a reszta, jeśli jest zainteresowana, może się ustawić w kolejce.
Przyznaję, że tuż po kolejnych, wygranych przez Prawo i Sprawiedliwość, wyborach bardzo się bałem tego, do czego to dojdzie, kiedy tak zwani „nasi” przejmą państwowe media, jednak faktem jest, że z każdym kolejnym dniem nabierałem przekonania, że tu akurat nie ma innego wyjścia. Każdy bowiem krok wstecz, czy choćby zaledwie zwolnienie tempa, musi oznaczać porażkę.
Nie wiem, jak inni, ja natomiast bardzo dobrze pamiętam, jak to w roku 2005 Prawo i Sprawiedliwość odniosło podwójne zwycięstwo, powołało koalicyjny rząd i pierwszy, cały praktycznie, wysiłek włożyło w to, by realizować ów mandat w taki sposób, by nikomu, broń Boże, nie przyszło do głowy sądzić, że grozi nam jakakolwiek rewolucja. Zaczynając na nieszczęsnym Marcinkiewiczu, a kończąc na wspomnianych wcześniej mediach, władze partii uznały, że samo zwycięstwo gwarantuje jakiś tam sukces, a dalej już tylko pozostaje dbać o reputację, no i oczywiście, niemal natychmiast okazało się, że zamiast choćby pozornego porozumienia, zainicjowany został proces, który ostatecznie doprowadził do smoleńskiej masakry.
Tak się zatem 10 lat temu skończyły próby stworzenia czegoś na kształt cywilizowanej politycznej rywalizacji. Okazało się bowiem, że rywalizacja, owszem, jest możliwa, ale wyłącznie na zasadach ustalonych znacznie wcześniej i diabli wiedzą gdzie. A jak się to komuś nie podoba, niech się modli, by nie trafił na tak zwaną kosę.
No i wczoraj nagle włączam telewizor, by obejrzeć sobie, co się tam dzieje na odcinku prostej propagandy i okazuje się, że dzieje się dobrze. Telewizja Polska realizuje zadania przedstawione przez rząd, na ekranie szyku zadają Tomasz Sakiewicz i Samuel Pereira, jakaś biedna komunistka z portalu lewica24.pl, która liczyła pewnie na to, że będzie mogła się pokazać i odpowiednio awansować choćby w połowie tak, jak swego czasu niejaki Zandberg, dowiaduje się, że ma siedzieć cicho do czasu aż się ją zawoła, a ja sobie myślę, że, przy wszystkich moich wcześniejszych zastrzeżeniach, tak jak jest, jest bardzo dobrze i nie może być inaczej. Gdybyśmy bowiem ustąpili choćby na centymetr, oni by nas zwyczajnie złapali za gardło i zatłukli na śmierć.
Powołany został do życia kolejny już zespół, tym razem, jako „podzespół” do spraw wyjaśnienia przyczyn smoleńskiej katastrofy, i pierwszym widocznym tego efektem stało się to, że telewizja TVN24 mogła wygrzebać z medialnego niebytu Michała Fiszera i wszystkich pozostałych ekspertów, którzy niemal już 6 lat temu tłumaczyli z telewizora nam, jak to pijany prezydent Kaczyński kazał pijanemu gen. Błasikowi, by ten, niewykluczone, że również pijanemu, kapitanowi Prostasiukowi kazał lądować we mgle, by oni dziś swoje rewelacje powtórzyli raz jeszcze, tyle że z uwzględnieniem naturalnych przesunięć. Patrzyłem przez jakiś czas w ten TVN i nagle sobie uświadomiłem, że tam się przez minione lata nikt nie – przepraszam za język – opieprzał. Ani TVN24, ani „Gazeta Wyborcza”, ani „Newsweek”, ani „Polityka” nawet nie próbowali nas przekonywać, że oni stoją z boku. To co od nich otrzymywaliśmy, to wyłącznie najbardziej brutalna propaganda, oparta na kłamstwie i tylko na kłamstwie. I dziś, kiedy minister Macierewicz przedstawia nowy zupełnie zespół mający pracować nad wyjaśnieniem przyczyn smoleńskiego nieszczęścia, telewizja TVN24 przez cały boży dzień nie jest w stanie zaprosić do studia jednej osoby, która by spróbowała chociaż udawać, że bronić tezy o zamachu w Smoleńsku. Jedyne co dostajemy, to ten grubas i jego kumple po fachu.
W tej sytuacji, przepraszam bardzo, ale ja nie widzę najmniejszego powodu, by przejęta przez PiS telewizja publiczna miała od rana do wieczora nie nadawać wypowiedzi Samuela Pereiry i całej tej bandy prawicowych żurnalistów, zwłaszcza że, wbrew moim bardzo błędnym obawom, poza tym, że on wygląda jak wygląda, wspomniany Pereira jest naprawdę całkiem sprawny. A że w tej sytuacji media stają się kpiną? Przepraszam bardzo, ale to nie myśmy to narysowali.

Oczywiście w księgarni pod adresem www.coryllus.pl nic się nie zmieniło i książki czekają. Zapraszam.

czwartek, 4 lutego 2016

Jeszcze o podróżowaniu na gapę

Przedwczoraj, w reakcji na medialne doniesienia, jakoby prof. Bogusław Wolniewicz, gwiazda polskiej myśli prawicowej, obrażony wyszedł ze studia telewizji Republika, bo nie mógł słuchać, jak sam to określił, „bujd”, na temat katastrofy w Smoleńsku, napisałem tekst, w którym akurat nie odniosłem się do wspomnianego wywiadu, którego, szczerze powiedziawszy, nawet nie obejrzałem, lecz do samej postaci Profesora, z którą się bardzo wyczerpująco zapoznałem z pomocą Wikipedii. Otóż prof. Wolniewicz, wedle informacji pomieszczonych we wspomnianej Wikipedii, swoją podstawową karierę naukową realizował bez jakichkolwiek – podkreślam, jakichkolwiek – przeszkód w czasach głębokiego PRL-u, zadając szyku na uniwersytetach całego świata, od Moskwy przez Wiedeń i Leeds, po Chicago, dziś jest jednym z głównych komentatorów mediów zawiadywanych przez ojca Rydzyka, a gdy chodzi o poglądy, to z jednej strony głosi upadek obecnej cywilizacji wobec potęgi chrześcijaństwa, a z drugiej, supremację siły nad słabością, dzięki czemu choćby taka aborcja, czy eutanazja znajdują swoje pełne i logiczne usprawiedliwienie. Prof. Wolniewicz, filozof i myśliciel, jest również ateistą i wierzy, że po śmierci nie ma absolutnie nic, choć jednocześnie dopuszcza prawdopodobieństwo istnienia jakiejś uniwersalnej super inteligencji, której my, ta nędza zamieszkująca naszą planetę Ziemię, nie jesteśmy w stanie ogarnąć.
Mamy więc owego prof. Bogusława Wolniewicza i moją jeszcze bardzo świeżą notkę. Zaprezentowałem swoje refleksje, skupiając się przede wszystkim na tym, jak to możliwe, że w najbardziej łagodnej dla siebie wersji, półprzytomny wariat, a najpewniej oczywisty mason, zostaje nagle czołowym autorytetem najbardziej wolnościowych mediów. Jak to możliwe, że człowiek, który otwarcie głosi, że życie jest gówno warte, bo ono jest zarówno początkiem i końcem, nagle, wyłącznie przez to, że potrafi wyrzucić z siebie kilka nieprzyjemnych słów pod adresem Donalda Tuska, staje się bohaterem naszej wrażliwości i naszych emocji? I oto w odpowiedzi na postawioną zagadkę, zostałem zasypany całym stekiem – właśnie tak, stekiem – komentarzy, w których postanowiono mi wytłumaczyć, że z tym Smoleńskiem, to rzeczywiście jakaś bardziej ciemna sprawa, od której ciemniejszy mogą być jedynie Macierewicz razem z Ewą Stankiewicz.
Otóż mnie dziś, po niemal sześciu już latach, Smoleńsk interesuje w stopniu minimalnym, a zatem te wszystkie uwagi na temat wybuchów zbywam lekceważącym wzruszeniem ramion, i oto nagle okazuje się, że to wszystko niestety na próżno, bo problemem nie jest jakiś ruski agent i sposób, w jaki on bez żadnego trudu wchodzi w naszą świadomość, tylko Smoleńsk właśnie.
W dyskusji pod wspomnianą notką, komentarzy na temat Wolniewicza i jego obłędu praktycznie nie było. Cała rozmowa koncentrowała się wyłącznie na kwestii Smoleńska. Oczywiście mógłbym na to machnąć ręką i uznać, że moi czytelnicy na ułamek chwili stracili rozum, jednak moja wrodzona uprzejmość każe mi postąpić inaczej. Otóż proszę sobie wyobrazić, że poświeciłem się i ostatecznie obejrzałem rozmowę, jaką Ewa Stankiewicz przeprowadziła z Wolniewiczem. I jest tak, że przez zdecydowanie większą część Wolniewicz realizował postawione przez System zadanie i mówił to co może powiedzieć każdy z nas, a więc to, że Europa ze swoimi bankami pragnie zniewolić polski naród, no i że islam stanowi dla Europy zagrożenie. I oto nagle, kiedy Stankiewicz i Wolniewicz niemal spijali sobie słowa z ust, pewnie trochę ze względu na wiek, bo z całą pewnością przez Stankiewicz nie zaczepiony, prof. Wolniewicz wystąpił z pytaniem, co my mamy przeciwko Rosji, na co Stankiewicz, w sposób oczywisty, zareagowała nazwą „Smoleńsk”. No i w tym momencie Wolniewicz dostał autentycznej cholery. Rozmowa wygląda mniej więcej tak:
- Oni są gotowi sprowadzić tu obcą interwencję. I co? Będziemy walczyć z NATO? Na jakiej podstawie twierdzi pani, że jesteśmy zagrożeni przez Rosję?
Stankiewicz wspomina o serii eksplozji, na co Wolniewicz:
- Seria eksplozji? Bujda. Oszczerstwo wobec federacji rosyjskiej. Działanie na szkodę Polski. Szczucie opinii rosyjskiej przeciwko Polakom.
Ale to jest ważna sprawa, mówi Stankiewicz.
- To nie jest żadna ważna sprawa. Jak jest mnóstwo dowodów, to nie ma żadnego dobrego – krzyczy, wręcz drze się, Wolniewicz.
No i wreszcie wściekły za to, że mu Stankiewicz zmieniła temat, bo on chciał o Tusku i Żydach, wychodzi.
Otóż rzecz polega na tym, że Wolniewicz faktycznie nie chciał rozmawiać o Smoleńsku i to ta właśnie tematyka ostatecznie wyprowadziła go z równowagi. On chciał tym razem jedynie zwrócić naszą uwagę na fakt, że Europa to przeszłość i cała nadzieja w Rosji. I stąd też, zdecydowanie przedwcześnie, wyskoczył z owym – jego zdaniem, retorycznym – pytaniem o rosyjskie zagrożenie, na co Stankiewicz nie pozostało nic innego, jak wyciągnąć ten Smoleńsk i doprowadzić do ostatecznej awantury. Rzecz ma się natomiast tak, że, jak wszystko na to wskazuje, Wolniewicz to kret, w Smoleńsku doszło do zamachu, ojciec Rydzyk całkowicie bezmyślnie, wyłącznie po to, by po raz tysięczny usłyszeć, że Tusk to zdrajca Narodu, utrzymuje na pensji oczywistego satanistę, a my jesteśmy tak okropnie głupi, że ani nic nie widzimy, ani nie słyszymy, ani nie rozumiemy. A kiedy nam się tłumaczy, że nie byłoby źle pozwolić sobie na odrobinę intelektualnej elastyczności, robimy się jeszcze bardziej zawzięci i powtarzamy dokładnie to, co nie on jedynie nam wbija do naszych biednych głów.
Fatalnie. Po prostu fatalnie.

Zachęcam wszystkich do odwiedzania księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie można kupować moje książki.

środa, 3 lutego 2016

Warzecha, czy wiadrem w łeb

Od pewnego czasu, osoby, które trafiły na ten blog dzięki Twitterowi, pytają mnie, o co chodzi z owym „pilotem boeinga”, który pojawia się, ile raz na horyzoncie zauważymy Łukasza Warzechę. No i o co Warzecha się na mnie gniewa. Ponieważ nie mam możliwości odpowiadać wszystkim indywidualnie, pomyślałem, że powtórzę tu dawną już bardzo notkę, która spowodowała właśnie, że Łukasz Warzecha zaapelował do mnie, bym się nie ważył wchodzić z nim w polemikę, bo on jest „pilotem boeinga”, podczas gdy ja zaledwie „kierowcą traktora”. Oto więc tekst przed nami tekst, który doprowadził Warzechę do takiej pasji, że zrobił z siebie durnia na wieki wieków. Ponieważ dodatkowo ten sam Warzecha wczoraj właśnie ogłosił, że politycy Prawa i Sprawiedliwości tępią bogatych, ponieważ nie potrafią znieść, że komuś się lepiej powodzi, pozwolę sobie tę repryzę zadedykować właśnie jemu – Warzesze. Łukaszowi Warzesze.
Może ktoś wie, może nie wie tego nikt – nieważne – fakt jest jednak taki, że od pewnego czasu jestem w dyskretnym konflikcie z Łukaszem Warzechą. Wprawdzie ani na siebie nie bluzgamy (jeśli pominąć sytuację, kiedy to red. Warzecha porównał mnie do Azraela), a przy osobistych spotkaniach zachowujemy wobec siebie chłodną uprzejmość, fakt pozostaje faktem – napięcie istnieje. Z czego się to wzięło? Mam wrażenie – choć oczywiście mogę się mylić – że zacząłem ja, zarzucając Warzesze wykalkulowaną łagodność wobec jego kolegów-dziennikarzy, w sytuacjach kiedy zwykłe poczucie sprawiedliwości wymaga walnięcia pięścią, jeśli nie w nos, to w stół. Poszło mianowicie o to, że któregoś dnia, w telewizji TVN24, Warzecha dyskutował z Żakowskim, który traktował go w sposób tak skandalicznie nieprzyzwoity, że aż się prosiło o interwencję. Tymczasem Warzecha jedyne na co zwracał uwagę, to na to, by chamstwo Żakowskiego broń Boże nie przybrało na sile. Zwróciłem mu na tą jego słabość uwagę na blogu, za co zostałem przez Warzechę skarcony i poinformowany, że on ze mną nie życzy sobie więcej rozmawiać. Sytuacji dodatkowo pewnie nie poprawiła moja odpowiedź, w której wyraziłem nadzieję, że następnym razem, kiedy Warzecha spotka się w telewizyjnym studio z agresją swojego kolegi-dziennikarza, stać go będzie choćby na 10% tej stanowczości, na którą właśnie pozwala sobie wobec skromnego blogera.
Dziś czytam wpis Łukasza Warzechy, zatytułowany Pan Wiadro, w którym Warzecha rozprawia się w szalenie dowcipny, a przy tym bardzo brutalny sposób z Tomaszem Wołkiem http://lukaszwarzecha.salon24.pl/133874,pan-wiadro. Sprawa, krótko mówiąc, polega na tym, że kilka dni temu Warzecha spotkał się z Wołkiem w telewizyjnym studio, odbył z nim rozmowę na temat demonstracji robotników w Poznaniu, i ponieważ wciąż najwidoczniej czuje po tej dyskusji jakiś niedosyt, postanowił opowiedzieć nam dziś o tym, co on mianowicie sądzi o Wołku i tym wszystkim czym Wołek jest. Problem mój natomiast związany jest z tym, że ja oglądałem rzeczoną rozmowę i doskonale wiem, skąd u Warzechy te dzisiejsze niepokoje. I o tym chciałem teraz parę słów.
Każdy kto zna choć trochę Wołka i jego kolegów od mokrej roboty, może się domyślić, co ten dziwny człowiek wyprawiał. Jeśli istnieje jakiś standard zachowań opartych na bezczelnym chamstwie i cynicznym kłamstwie, ten właśnie standard przedstawił Tomasz Wołek. Niestety jednak, jeśli też możemy mówić o jakimś standardzie lękliwości i moralnej bezczynności wobec brutalnej arogancji, to ten z kolei standard pokazał Łukasz Warzecha. Kiedy z coraz większą rozpaczą słuchałem owej dyskusji, oczywiście doskonale wiedziałem, że Warzecha z Wołkiem się zasadniczo nie zgadza, jednak ta moja wiedza wynikała nie z tego, co mówił Warzecha, lecz mimo tego, co on mówił. Nie z jego reakcji, ale mimo jego reakcji. Niestety, taki czujny nie był już prowadzący rozmowę red. Knapik, który już by niemal zakończył ją radosną konstatacją, że jak to jest miło, gdy istnieje taka zgodność między dyskutantami, gdyby nie to, że Warzecha, niemal rzutem na taśmę, zdołał w końcu wydukać, że on się jednak z Wołkiem nie zgadza.
Dziś, Łukasz Warzecha odważnie, pryncypialnie i bezkompromisowo rozprawia się z Wołkiem na swoim blogu. Porównuje go do montypythonowskiego wiadra – bez poglądów, bez argumentów i w końcu bez sumienia – a ja się zastanawiam, czemu dopiero dziś. Czemu kilka dni temu, kiedy miał okazję go ośmieszyć oko w oko, przed szerszą publicznością, jeśli dał jakieś świadectwo, to wyłącznie świadectwo konformizmu i tchórzostwa? I to dodatkowo w sytuacji naprawdę dramatycznej, kiedy nie chodziło o jakieś głupie akademickie dyskusje na temat tego, czy lepszy jest PiS, czy Platforma, ale o Solidarność. O tę SOLIDARNOŚĆ.
Kończy swój okropnie odważny wpis Warzecha następującymi słowami: „Zadzwonił do mnie wczoraj znajomy, który widział wspomniany program. Powiedział, że widać było po mnie, jak bardzo byłem wkurzony. Nie sądziłem, że aż tak rzucało się to w oczy”. I to już jest moment naprawdę dramatyczny. Ja wiem jak jest. Pisałem tu o tym wielokrotnie. Znam i osobiste uwarunkowania ludzi, dla których dziennikarstwo jest pracą i utrzymaniem. Ja wiem, jak ciężko jest pogodzić różne żywioły, kiedy trzeba walczyć i z własnym charakterem i z obowiązkiem i ze świadomością, że się jest cały czas obserwowany. Jednak są granice, których nie tyle nie wolno przekraczać, ale zwyczajnie nie wypada. Nawet jeśli na szali, z jednej strony, stoją dobre koleżeńskie stosunki między dwoma dziennikarzami, z drugiej zwykły wstyd i wyrzuty sumienia, a z trzeciej tak zwana pozycja towarzysko-zawodowa.
Ale najgorzej, wierz mi gruby, gdy sam nie wierzysz w to co mówisz”. To było z Pietrzaka. Jeszcze bardzo starego Pietrzaka. Bardzo starego. I że, cholera, akurat dziś trzeba mi ten wierszyk przypominać.

Zapraszam wszystkich do księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie mamy wszystkie moje książki i nie tylko.

wtorek, 2 lutego 2016

O tym jak Bogusław Wolniewicz wybrał się na gapę do Torunia

Gdybym któregoś dnia zwariował i postanowił policzyć wszystkie tak zwane „tagi”, które przez te wszystkie lata zawieszałem na swoich notkach, nie mam pojęcia, ile by mi ich w sumie wyszło, ale myślę, że bardzo grube tysiące. Paręnaście tysięcy pojęć, zjawisk, nazw i nazwisk, które przez ów ostatni czas wypełniały życie każdego z nas, a ja niemal codziennie miałem na ich temat coś do powiedzenia. Kiedy ostatnio zastanawiałem się nad tym, jak już wszystko, co musiałem powiedzieć na każdy niemal temat, powiedziałem i dziś już właściwie pozostaje mi się tylko systematycznie powtarzać, doszedłem do wniosku, że i gdy chodzi o wspomniane tagi, nie mam jakiegokolwiek sposobu, by tam dodać coś nowego. I oto dziś nagle uświadomiłem sobie, że jest jeszcze coś, o czym się przez minione osiem lat nie zająknąłem jednym choćby słowem i przysięgam, że nie umiem powiedzieć, dlaczego. No ale może dziś mi się mimo wszystko uda odpowiedzieć na pytanie, dlaczego nigdy na moim blogu nie zostało wspomniane nazwisko Bogusława Wolniewicza.
Oczywiście ja owego Wolniewicza znam od wielu lat i z nazwiska, i z wyglądu, i z głosu, i z tego, co on ma do powiedzenia na przeróżne tematy i przyznaję, że parę razy wysłuchałem go z zainteresowaniem, a w dodatku jeszcze niekiedy z tym, co on głosił się solidaryzowałem, a mimo to wystarczyło, że od jego zniknięcia z ekranu czy to telewizora, czy komputera minęła minuta, czy dwie, ja niezmiennie byłem już zajęty czym innym. Wystarczyła chwila, by Wolniewicz ze swoimi mądrościami przestawał dla mnie istnieć. Jest oczywiście znacznie więcej komentatorów kojarzonych powszechnie z tak zwaną prawicą, którzy są mi wybitnie obojętni, że wspomnę choćby takiego Michalkiewicza, czy Ściosa, jednak co by o nich nie powiedzieć, muszę przyznać, że zarówno jeden jak i drugi przynajmniej parę razy jakoś tam jednak mnie zainspirowali. Wolniewicz nigdy. Tu akurat świeci kompletna pustka. Pustka do tego stopnia, że ile razy ktoś mi poleca – a zdarza się to nad podziw często – jakiś jego wykład, czy choćby pyta, czy Wolniewicza przy jakiejś tam okazji słuchałem, czuję, jeśli nie złość, to czyste poirytowanie.
Ktoś się zapyta, co się zatem takiego stało, że nagle dziś postanowiłem o nim pisać. Otóż stało się tak, że Wolniewicz, prawdopodobnie korzystając z jednej z ostatnich okazji w swoim życiu, by się nam wszystkim ostatecznie przedstawić, wystąpił w TV Republika i w reakcji na uwagę Ewy Stankiewicz, że w Smoleńsku doszło do zbrodni zabójstwa, dostał takiej cholery, że najpierw się popluł, potem wszystkich poobrażał, a w końcu wściekły wyszedł ze studia. Dlaczego? Bo przede wszystkim on akurat nie rozumie, skąd sześć lat po Katastrofie komukolwiek mogą po głowie chodzić aż tak absurdalne pomysły, jak zamach, a poza tym gorąco protestuje przeciwko – wybitnie jego zdaniem szkodliwemu z polskiego punktu widzenia – obrażaniu Rosji.
Dowiedziałem się o tej szczególnej demonstracji i ze zdziwieniem zauważyłem, że nie czuję się w żaden sposób zaszokowany. Ja wiem oczywiście, że 90 procent wygłaszanych przez Wolniewicza to tu to tam opinii, predestynuje go nie tylko do tego, by wywiady z nim przeprowadzała sama Ewa Stankiewicz, ale i do tego nawet, by ojciec Rydzyk ustanowił go jednym ze sztandarowych komentatorów w swoich mediach, mimo to jednak, kiedy widzę starego wariata, który zachowuje się jak wariat, to trudno, żebym się zaczął dziwić. Jeśli coś mnie zastanawia, to wyłącznie zawziętość, z jaką nie tylko przecież ojciec Rydzyk, ale cały legion bardzo poważnych prawicowych autorytetów postanowił przymykać oko na oczywisty obłęd tego dziwnego człowieka, tylko po to, by ten mógł publicznie i autorytatywnie nawrzucać Unii Europejskiej, Donaldowi Tuskowi, oraz bezbożnemu światu.
A zatem, kiedy dowiedziałem się, że on wpadł w szał, kiedy Stankiewicz wspomniała o smoleńskiej zbrodni, pomyślałem, że wreszcie przyszedł czas i na niego. No i zadałem sobie w związku z tym trud, żeby przyjrzeć się uważnie temu dziwnemu człowiekowi i bez fałszywej skromności muszę stwierdzić, że moje oko i moja intuicja mnie i tym razem nie zawiodły. Oto przede wszystkim dowiaduję się, że życiorys Wolniewicza to typowy życiorys jeszcze jednego klasycznego peerelowskiego cyngla. I to podany nam bez najmniejszych niedomówień. Przy okazji też jednak, już nie tylko poznaję kolejne opinie Wolniewicza na temat tego, jak to bezbożny świat pożera resztki tego, co zbudowała cywilizacja chrześcijańska, ale dowiaduję się, że wśród tych wszystkich bardzo smakowitych kąsków przechowywanych na wypadek, gdy trzeba będzie coś powiedzieć dla mediów ojca Rydzyka, czy w ogóle dla prawicowej masy, ten dziwny staruszek skrywa precyzyjnie opracowaną teorię na tematy znacznie bardziej konkretne, a więc na przykład, jakie to mamy pożytki z aborcji, eutanazji i w ogóle z eliminowania z zajmowanej przez nas przestrzeni wszystkiego, co słabe i kruche. No i, kiedy już wszystko, co trzeba było poznać, poznać zdołałem, trafiam na jeszcze jedną, niezwykle, moim zdaniem, znaczącą myśl owego od wielu już lat bohatera naszej prawicowej i chrześcijańskiej wrażliwości. Oto zapytany, czy gdyby życie jego córki byłoby uzależnione od przeszczepu nerki, podtrzymałby swoją negatywną opinie na temat transplantacji, on rzuca: „Nie oddałbym. Powiedziałbym: ‘Niech umrze’”.
Strasznieśmy tu niedawno szydzili z tak zwanych „naszych”, że oni, tylko po to, by zdobyć choć jeden dodatkowy głos w bieżącej przepychance, najlepiej głos z tamtej strony, gotowi są się na chwilę pogodzić z samym nawet Szatanem. I oto pojawia się ktoś jeszcze lepszy. Wolniewicz. Bogusław Wolniewicz. Szczery sowiecki faszysta, który jeśli jeszcze nie zdecydował się powiedzieć, gdzie leży prawdziwe zbawienie świata, to tylko po to, by się zbyt wcześnie nie zdekonspirować. I co? On musiał się dopiero wściec na Stankiewiczową, żebyśmy zobaczyli, kogo oni nam tu podsunęli? Niech jego kariera będzie wiecznym wyrzutem sumienia dla nich wszystkich, ze szczególnym jak najbardziej uwzględnieniem Torunia.
A co ja? Ja już i tak rozgadałem się na jego temat do granic przyzwoitości. Więc kończę. I przynajmniej ten jeden raz się z nim zgodzę. Niech umiera.

Zapraszam wszystkich do księgarni pod adresem www.coryllus.pl. To jest pierwsze miejsce, gdzie, jeśli ktoś ma ochotę, może sobie kupić którąś z moich książek. Nie tylko o polityce.

poniedziałek, 1 lutego 2016

Po co być Polakiem?

Tak się składa, że wśród najwybitniejszych tenisistek na świecie mamy cztery dziewczyny, które mówią gładko po polsku, jednak tylko jedna z nich jest oficjalnie uważana za Polkę, mianowicie Agnieszka Radwańską. Angelique Kerber ma polskie obywatelstwo, zameldowana jest i mieszka pod Poznaniem, w wielu wypowiedziach podkreśla, że czuje się Polką, jednak oficjalnie przedstawiana jest jako Niemka. Mamy tam też mieszkającą w Danii Caroline Wozniacki, która jednak – mieliśmy okazję to wszyscy słyszeć, choćby podczas meczów – rozmawia po polsku. Nie do końca wiem, jak się sprawa do końca przedstawia z Sabine Lisicki, jednak również miałem okazję słyszeć, jak ona mówi po polsku, co by świadczyło, że jej rodzice po tym jak wyjechali do Niemiec, nie pozwolili, by ona zapomniała tak zwaną „mowę ojczystą”. A ja się zastanawiam, dlaczego? Po cholerę im w tych Niemczech był polski język? Na wszelki wypadek?
Przyznaję, że piszę ten tekst pod wrażeniem zwycięstwa Angelique Kerber w Australian Open i jednoczesnym zajęciem przez nią drugiego miejsca na liście najlepszych tenisistek na świecie. Kerber w Australii występowała jako Niemka, na widowni widzieliśmy całą kupę podekscytowanych Niemców z Niemieckimi flagami, tymczasem z boku słyszeliśmy informację, że „Ania” tuż po zakończeniu turnieju wraca do domu do Puszczykowa i tam będzie się przygotowywać do dalszych występów.
Ktoś powie, że to wszystko jest zwykłe zawracanie głowy, ponieważ świat dziś skurczył się do tego stopnia, że ludzie przeprowadzają się z kraju do kraju tak jak kiedyś przeprowadzali się z dzielnicy do dzielnicy, czy ewentualnie z miasta do miasta, i taka Kerber równie dobrze może mieszkać w Bremie, Paryżu, Londynie, Monako, czy w Puszczykowie i nam nic do tego. W dodatku, jeśli się jest osobą o pozycji międzynarodowej, znaną na całym świecie, której kariera czyni ją obywatelem świata, w rzeczy samej staje się obywatelem świata. Otóż nie. Możliwe, że tak się dzieje z kimś, kto urodził się w Wielkiej Brytanii i przeprowadził do Nowego Jorku, czy kimś, kto urodził się w Stanach i pewnego dnia postanowił zamieszkać w Paryżu. Tak się też może dziać w przypadku, gdy ktoś się urodził w Paryżu i nagle postanowił zostać Rosjaninem. Wszyscy wiemy, jak ten rodzaj obłędu działa. My jednak mówimy o dziewczynie, która urodziła się w Niemczech, w Niemczech ukończyła szkoły, w Niemczech zrobiła światową karierę i nagle uznała, że ona chce do Polski, bo w Polsce mieszkają jej dziadkowie i ona tam lubi być.
Ja wiem, dlaczego ja chcę żyć i umrzeć w Polsce. Wiem też, dlaczego żyć i umrzeć w Polsce nie chce francuski aktor Gerard Depardieu i dlaczego on wybiera Rosję. Ja nawet wiem, dlaczego Depardieu nie chce być Francuzem. Ja nawet kiedyś słyszałem wypowiedź Białorusinki Azarenki, w której ona nagle pozdrowiła swoją „babuszkę”. No ale Azarenka jednak na Białorusi się urodziła i z tego co wiem Białorusi nie opuściła. Zastanawiam się natomiast, jakie emocje kierują drugą tenisistką na świecie, która właśnie zarobiła kolejne trzy i pół miliona dolarów, by zamieszkać w Puszczykowie 13 km. od Poznania. Ale również ciekawy bardzo jestem, jak to się stało, że wśród czołowych tenisistek na świecie są cztery Polki, i to nie tylko Polki z tytułu miejsca urodzenia, ale z wyboru. Czemu im wszystkim nawet do głowy nie przyjdzie, by tą cała Polską pieprznąć i żyć pełnią życia na tak zwanym Zachodzie?
Mam kumpla, który urodził się w Kolonii, jednak jego ojciec przyjechał do Niemiec dopiero na początku lat 60. z Chorwacji. Kumpel mój od zawsze czuje w sobie tę Chorwację, jeździ tam na wakacje, kibicuje chorwackim sportowcom, natomiast po chorwacku – ani me, ani be. Ani jemu nie zależało, by się chorwackiego nauczyć, ani jego ojcu nie przyszło do głowy, by mu ten język jakoś przekazać. A więc kumpel mój jest Niemcem, który wie, że jego ojciec to Chorwat. I tyle.
Mam też przyjaciela, który jeszcze w latach 80. wyjechał do Stanów, tam się ożenił z Amerykanką i założył rodzinę. Z tego co wiem, jego dzieci po polsku nie mówią ani słowa. Noszą bardzo dziwne polskie nazwisko, ale po polsku nie mówią. A więc wiem też, że ów polski sentyment nie musi być czymś bardzo uniwersalnym, ale jednak jest, i bardzo chciałbym wiedzieć, co go tworzy. Co sprawia, że taka Angelique Kerber, mając to życie takie właśnie, a nie inne, po zdobyciu australijskiego szlema, wsiada w samolot i leci do Poznania? Bo stamtąd już o rzut beretem do dziadka, który mówi na nią Ania. Nie do Bremy, nie do Kolonii, nie do Monachium, ale właśnie tam, do tego Puszczykowa. Bardzo bym chciał, żeby ktoś ją o to spytał i przekazał nam to co ona odpowiedziała. Może to by i nam pomogło zrozumieć i poczuć ów niezwykły uśmiech losu.

Przypominam, że moje książki są do kupienia w księgarni pod adresem www.coryllus.pl.

sobota, 30 stycznia 2016

Gdy zwycięzcy się bawią

Przed nami kolejny felieton dla "Warszawskiej Gazety". W sam raz na koniec tygodnia. Polecam i felieton i tygodnik.

Kiedy dziś spojrzymy na polityczny rozkład sił w naszej Polsce, musimy dojść do wniosku, że po tym jak Prawo i Sprawiedliwość przejęło kontrolę nad publiczną telewizją, przy naszej dotychczasowej jednoznacznej dominacji w tak zwanej Sieci, najbliższe kilkanaście lat to dla polskiej prawicy czasy miodem i lekiem płynące. Proszę bowiem zwrócić uwagę, jak wygląda dziś polityczna scena w kraju. Z jednej strony mamy Prawo i Sprawiedliwość z prezydentem Dudą, premier Beatą Szydło, no i, o czym pod żadnym pozorem nie wolno zapominać, Jarosławem Kaczyńskim, a z drugiej, autentycznie gnijącą Platformę Obywatelską, jakąś kompletną fikcję, po której już za chwilę nie pozostanie wspomnienie, pod nazwą „Nowoczesna”, jakieś drobiazgi w postaci PSL-u i Kukiza z tą jego smutną zbieraniną jakichś pionków… a dalej już nic. Po prostu nic.
A zatem, zwyciężyliśmy. Po tych wszystkich latach upokorzenia, znaleźliśmy się w miejscu, gdzie nie ma takiej siły, włącznie z tak zwaną Unią Europejską, która byłaby w stanie odebrać nam tę władzę i, jak wiele na to wskazuje, coraz więcej z nas zdaje sobie z tego sprawę. I tu właśnie zaczyna się problem. Owo poczucie ostatecznego triumfu sprawiło, że wielu z nas uznało, że skoro tak sobie Pan Bóg zaplanował, my nie musimy już nic. Skoro to Pan Bóg powiedział tu ostatnie słowo, nam już nie pozostaje niż, jak tylko zbierać to, co zasialiśmy.
Dla, jak się domyślam, uczczenia owej okazji, w ciągu ostatnich tygodni mieliśmy okazję obserwować dwa niezwykłe wydarzenia pod nazwą twit-up, zorganizowane przez triumfującą władzę, a jednocześnie mające na celu zademonstrowanie wspomnianego wcześnie triumfu. Gdyby ktoś nie wiedział, chodzi o to, że kancelarie pani premier Szydło, oraz prezydenta Dudy zwołują całe owe wspierające polską prawicę internetowe towarzystwo, by się stawiło w umówionym miejscu i zgodziło się odstawić oczywistą klakę dla obecnie panującej nam z bożej łaski władzy. Efekt jest oczywiście taki, że na miejscu pojawiają się, z jednej strony, aspirujący, acz nie do końca uszanowani przez zwyciężców, dziennikarze, którzy liczą na to, że dzięki owej towarzyskiej autoryzacji, będą mieli na przyszłość lepszą pozycję przetargową, a z drugiej, owa internetowa nędza, która z kolei liczy na to, że jeśli zamieści na Twitterze swoje selfie z Prezydentem, lub z panią Premier, ci, którzy z najróżniejszych powodów nie mieli okazji znaleźć się „tam i teraz” zobaczą, jacy są mali.
I taka to jest sytuacja. Tak właśnie oto wszyscy walczymy o sukces rządu Prawa i Sprawiedliwości. Podczas gdy rząd rządzi a Prezydent tworzy tak zwany wizerunek kraju, jeden i drugi jednocześnie walczą z zewnętrzną reakcją, my się bawimy i przede wszystkim uważamy, by nie stracić ani jednej okazji do tego, by na tym wszystkim się wylansować, jako ewentualni uczestnicy owej imprezy, gdzie na środku stoi bardzo duży i niezwykle smakowity tort.

Wszystkich zapraszam do księgarni pod adrsem www.coryllus.pl, gdzie czekają książki moje i nie tylko. Polecam z serca.

piątek, 29 stycznia 2016

Hubert H - reaktywacja

Muszę – po raz nie wiem już, który – przyznać się do ciężkiej naiwności. Otóż, kiedy zobaczyłem na youtubie film pod tytułem „Pijany Duda kradnie kwiaty spod Pomnika Nieznanego Żołnierza”, którego pomysł opierał się, owszem, na pokazaniu filmu z Prezydentem składającym kwiaty, tyle że puszczonego od tyłu, uznałem to za bardzo dowcipną satyrę na medialne manipulacje, które od niemal już dziesięciu lat są nam serwowane ze strony najróżniejszych ośrodków propagandowych światowej władzy. Skoro już znalazłem tego „pijanego Dudę”, nie miałem też najmniejszych kłopotów, by obejrzeć kolejny żart, zrobiony według tego samego pomysłu, a zatytułowany „pijana Szydło kradnie znicz spod Ambasady Francuskiej w Warszawie”, i tu też pomyślałem sobie, że jacyś ambitni prawicowi internauci postanowili w kabaretowy sposób zademonstrować techniki medialnej manipulacji, i, owszem, przyznaję, że spodobał mi się ten pomysł. Bierzemy premier Szydło, jak zapala znicz pod Ambasadą Francji i za pomocą bardzo prostego tricku robimy z niej tak zwaną „bekę”.
Kiedy zdążyłem zapomnieć o całej sprawie, okazało się, że internauta, który wymyślił numer z prezydentem kradnącym kwiaty, wcale nie był dowcipnym prawicowym internautą, szydzącym z medialnych manipulacji, lecz szczerą bardzo owych manipulacji ofiarą, zwykłym idiotą, który uznał, że wrzucając do sieci ten filmik, skutecznie wyszydzi znienawidzonego przez siebie polityka, a tym samym doprowadzi do tego, że cały świat na jego widok będzie już tylko ze świętą nienawiścią rechotał.
W jaki sposób dotarła do nas wiadomość, że akcja „pijany Duda” stanowiła szyderstwo nie z medialnej propagandy, lecz z samego Dudy? Otóż zakomunikowano nam to w sposób, którego, gdybym nie był taki naiwny, mógłbym się spokojnie spodziewać od pierwszego momentu, jak na nią w padłem na youtubie. Otóż do mieszkania autora filmiku wkroczyło ABW, skonfiskowało mu komputer, prokuratura postawiła zarzuty znieważenia Głowy Państwa, a sprawa została natychmiast pochwycona przez główne media. Oczywiście, w jednej chwili zareagował też rząd, ale przede wszystkim Prezydent, wydając oświadczenie, że lokalne służby zrobiły z siebie durniów i że w ogóle nie ma o czym gadać, główna wieść jednak poszła: Prawo i Sprawiedliwość wzięło się za Internet.
I wszystko mielibyśmy oczywiście załatwione, gdyby nie fakt, że ja, mimo że, owszem, jestem naiwny, mam swoją pamięć i pamiętam owo niezwykłe wprost zdjęcie:


Oto wybitny lewicowy dziennikarz Piotr Najsztub, przeprowadzający dla telewizji rozmowę z niejakim Hubertem H. dworcowym menelem, którego swego czasu System kupił po to, by ten najpierw publicznie zwymyślał prezydenta Kaczyńskiego, by następnie został zaciągnięty przed sąd i by w końcu stał się częścią kampanii nienawiści przeciwko Prezydentowi, który w tej akurat sprawie był Bogu ducha winien i, podobnie jak dziś Andrzej Duda zapewniał, że nie ma o nic pretensji – niestety bez skutku. Pamiętam tamto zdjęcie i pamiętam tamten czas, pamiętam też samego Huberta H., który, jako nieomal mój sąsiad, przez jakiś zadawał szyku w okolicy, wśród lokalnych pijaczków, w wypasionych ciuchach, które prawdopodobnie otrzymał od telewizji TVN w nagrodę za dobre sprawowanie. Pamiętam wszystko i nikt mi nie powie, że ja nie wiem, jak to działa. Bierze się jakiegoś przypadkowego nieszczęśnika, każe mu się wykonać jeden odpowiedni numer, a potem już wszystko się dzieje zgodnie z procedurami.
Patrzę na ich bezradną wściekłość, widzę, jak im z tych wyszczerzonych w naszą stronę zębów spływa zatruta piana i wiem świetnie, co za teatr się tu odbywa, ale jednaocześnie zaczynam się obawiać, że jeśli numer z internautą Zabawnym Kucem nie wypali, trzeba będzie się wziąć za coś innego. Mocniejszego. I kto wie, czy oni w swojej desperacji nie posuną się na tyle daleko, by wziąć i zamordować jakąś Kopacz, czy inną Kidawę-Błońską. Mieliśmy już Cybę i tego biedaka, działacza PiS-u, ale, jak już to zapowiadał stary Marks, historia zawsze wraca w formie autoparodii.
Uważajmy na nich bardzo i śpijmy z jednym okiem otwartym, bo nie znamy dnia ani godziny.

Zapraszam jak zawsze do księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie można kupić moje książki. Do wyboru do koloru.

czwartek, 28 stycznia 2016

Abe Vigoda, czyli gdy biznes stał się sprawą czysto osobistą

Zmarł Abe Vigoda. Tym razem naprawdę. Wedle doniesień mediów, na przestrzeni kilkunastu ostatnich lat, Vigoda umierał parokrotnie, tym razem jednak odszedł od nas ostatecznie. W wieku 95 lat Abe Vigoda zmarł i to jest już koniec.
Trudno doprawdy powiedzieć, jak to się stało, że plotki o jego śmierci krążyły praktycznie od początku lat 80., czyli od czasu gdy jego wielka rola Salvatore Tessio, w równie wielkiej produkcji Francisa Forda Copolli „The Godfather”, wciąż jeszcze poruszała serca wielu. Tak się jednak stało, że on wciąż umierał i z martwych powstawał, i to do tego stopnia systematycznie, że w końcu on sam autoryzował powstanie internetowej strony, której jedynym praktycznie celem było informowanie, że Abe Vigoda jeszcze żyje. Tym razem jednak, jak się okazuje, te 95 lat okazało się wszystkim, na co kogoś nawet tak wielkiego jak on było stać.
Dla każdego, kto zna i lubi film Coppoli, jest jasne, że tam pierwszą postacią jest naturalnie sam Don Vito Corleone, no i Michael, grany przez, debiutującego praktycznie, Ala Pacino. To są te dwie całkowicie bezdyskusyjne postaci i trudno dla nich tam znaleźć jakąkolwiek konkurencję. Reszta już jest rozdzielana całkowicie demokratycznie, a zatem dla kogoś rolą, której zapomnieć się nie da, będzie rola Hagena, dla kogoś innego Clemenzy, kto inny poczuje sentyment do Roberta De Niro, ktoś inny jeszcze może poczuć sympatię do samego Luki Brasi, któremu zdarzyło się zginąć jeszcze zanim się wszystko zaczęło, dla mnie jednak gwiazdą pierwszej wielkości był tam od zawsze Tessio, grany przez Abe’a Vigodę.
Nigdy nie zapomnę sceny, kiedy on pojawia się po raz pierwszy, jeszcze na weselu Connie, wysoki, łysiejący, okrutny morderca, tańczący z małą dziewczynką w taki sposób, że ona stoi na jego butach, a on ją w tym tańcu prowadzi. Miły, starszy pan, robiący wrażenie kochanego dziadziusia, który za chwilę powie „ho, ho, tak, tak”. Później jeszcze pamiętam, jak to Tessio właśnie rekomenduje Rodzinie lokal, w którym Michael ma zastrzelić komendanta policji i Virgila Sollozzo. On zna to miejsce i zapewnia, że tam będzie można obu sprzątnąć na czysto.
No i wreszcie pamiętam też scenę niemal finałową, kiedy to Tessio właśnie okazuje się zdrajcą, a potem, kiedy już jego podły czyn wychodzi na jaw, a on sam prowadzony jest na egzekucję, zwraca się do Hagena i mówi: „Powiedz Michaelowi, że to był tylko business. Zawsze go lubiłem”. I jest dokładnie taki sam, jak przed laty, wysoki, łysiejący dziadzio, tańczący z małą dziewczynką, tak, by jej było jak najwygodniej.
To jest zresztą coś bardzo szczególnego. Hasło „To był tylko biznes” stało się częścią naszego języka, naszej kultury, naszego codziennego stylu, a dla tych, którzy jakoś tam znają i lubią film „The Godfather”, jest czymś oczywistym, że ta sentencja pada z ust starego Corleone, ewentualnie Michaela. Tymczasem tak akurat nie jest. To jest owa niezwykła scena pod koniec drugiej części filmu, kiedy Tessio jest prowadzony na śmierć i mówi – on właśnie – „Powiedz Michaelowi, że to był tylko biznes. Zawsze go lubiłem”. Co za scena! Co za rola! Co za aktor! Abe Vigoda. Dziś kiedy go już nie ma, niech dostanie to od nas. Bez niego ten film nawet w połowie nie byłby tym, czym jest dziś.
Zobaczmy sobie tę scenę raz jeszcze. Niestety z tymi głupimi szwedzkimi napisami, no ale niczego lepszego nie znalazłem.



Wszystkich zapraszam gorąco do księgarni pod adresem www.coryllus.pl gdzie można kupować wszystkie moje książki.

środa, 27 stycznia 2016

Europa, czyli ściana

Tak się jakoś sprawy ułożyły, że minął cały tydzień, a ja nie miałem nawet kiedy przedstawić swojego ostatniego felietonu z „Warszawskiej Gazety”. No ale, na wszystko musi przyjść czas, więc bardzo proszę. Oto parę drobnych refleksji na temat Europy teraz i kiedyś.

Pierwszy raz wyjechałem za granicę dopiero kiedy skończyłem 25 lat. Znalazłem się pierwszy raz w życiu za granicą i pierwsze co poczułem, to zapach, którego nigdy wcześniej nie doświadczyłem. Dziś wiem, że to był zapach towarów w sklepach. Młodsi czytelnicy mogą tego nie wiedzieć, ale jest tak, że sklepy pachną.
Poczułem więc najpierw zapach, a następnie zauważyłem, że ludzie są mili, że sprzedawczynie w sklepach odzywają się do klientów śpiewnym tonem, że na ulicach nie widać pijaków i tzw. hołoty. No i oczywiście te samochody. Mnóstwo bardzo eleganckich samochodów. Spodobała mi się Europa. Do tego stopnia mi się spodobała, ze w pewnym momencie postanowiłem się tam przenieść, ale dzięki Bogu – czy ktoś z nas może wie, czym jest tak zwana „matematyka przypadku”? – wybuchł stan wojenny i szczęśliwie jestem tu gdzie jestem.
Europa mi się spodobała, choć muszę przyznać, nie potrafiłem ani na moment wyzbyć się pewnego napięcia. Na przykład bardzo byłem rozczarowany, że kiedy poszedłem do kina na film „Easy Rider”, który w Polsce z jakiegoś powodu był niedostępny, wszyscy na sali palili papierosy i gadali, a sam film oczywiście był zdubbingowany i nic z niego nie zrozumiałem. Uznałem wówczas, że w Polsce mi się podoba bardziej.
Nie podobało mi się też, że ludzie, choć owszem, byli bardzo sympatyczni, to dla mnie zachowywali się trochę, jak automaty. Pamiętam też pewnego studenta medycyny, który z przepracowania najzwyczajniej w świecie stracił zmysły, bo uznał, że dla kariery można zaryzykować. Ale i tak byłem pod wrażeniem. Bo to była Europa, a nie ruskie chamstwo.
Ponownie wyjechałem do Europy po 15 latach, do Anglii i do Walii. Było cudownie. Ale już – tym razem – do głowy mi nie przyszło, że chciałbym tam żyć. A przynajmniej nie tak do końca na poważnie. Później zdarzyło mi się być w Anglii parę razy, raz we Francji i zawsze byłem zachwycony. Nie zmienia to faktu, że z pięknego Avignonu pamiętam głownie te bandę kolorowych idiotów, drących mordy w samym środku tego cudownego miasta, wściekłych, pełnych nienawiści. Pamiętam, jak na nich patrzyłem i nie mogłem pojąć, jak to możliwe, że los pozwala człowiekowi żyć w takim miejscu, a ten odwraca się do niego ze wzgardą.
Wciąż ich widzę, a to między innymi dlatego, że dziś właśnie, kiedy piszę ten tekst, miałem po raz pierwszy okazję zobaczyć, czym jest naprawdę tak zwany Parlament Europejski, jeśli z niego choć na chwilę wyjąć te parę gwiazd, o których na co dzień dowiadujemy się z mediów. Zobaczyłem tę straszną nędzę na tle owej wstrząsającej fikcji i zrozumiałem, że ta ponura hołota w Avignionie już owe dziesięć lat temu musiała czuć to, czego ja się dowiedziałem właśnie dziś. Świat, do którego los ich rzucił, nie dał im wielkiego wyboru.

Wszystkich niezmiennie zapraszam do księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie są do kupienia moje wszystkie książki.