środa, 23 maja 2018

Jak się bronić przed TymCoSięUśmiecha?


     Czemu ona to zrobiła, mogę się tylko domyślać, a to co mi chodzi po głowie, to to, że ona prawdopodobnie widząc, jak ja z każdym kolejnym rokiem popadam w coraz większe otępienie, uznała, że skoro niemal kompletnie zrezygnowałem z czytania książek, to może jakoś uda się mnie podnieść z tego upadku przy pomocy filmów. No i wtedy właśnie moje najmłodsze dziecko namówiło mnie, bym obejrzał wszystkie sześć odcinków prezentowanego na Netflixie dokumentu zatytułowanego „Wild Wild Country”, co też uczyniłem i w związku z tym mam tu jedną bardzo krótką refleksję.
     Ponieważ gorąco zachęcam do obejrzenia owego filmu, a jednocześnie nie chcę go spoilerować, powiem bardzo krótko, że przedstawia on sytuację do jakiej doszło na początku lat 80. w amerykańskim stanie Oregon, kiedy to w miasteczku, dotychczas zamieszkiwałym przez 40, słownie czterdzisęci, głównie starszych osób, o nazwie Antelope, osiedliła się hinduistyczna sekta  dowodzona przez niejakiego Bhagwana Shree Rajneesha i w pewnym momencie uzyskała taką władzę i taką moc, że pojawiło się niebezpieczeństwo, że jeśli dojdzie to jakiegoś kryzysu, to co się stało przed laty w Jonestown z inspiracji niejakiego Jima Jonesa może się okazać zwykłym żartem. Jak mówię, nie zamierzam tu palić tematu, jednak chciałem się podzielić jedną drobną refleksją, która z jednej strony być może zachęci część Czytelników do obejrzenia tego filmu, a z drugiej powie nam coś bardzo ważnego na temat tego, co nas i dziś tu i teraz otacza. Otóż było tak, że ów Bhwagwan miał obok siebię sekretarkę, a jednocześnie najbardziej sobie zaufaną osobę zwaną Ma Anand Sheela, która de facto była mózgiel całej tej operacji i bez której, jak się miało po latach okazać, cały ten interes zwyczajnie nie był w stanie funkcjonować. No i kiedy po trwających przez wiele długich lat perypetriach, oni wszyscy zostają aresztowani i postawieni przed sądem, oglądamy scenę w której wypowiada się prowadzący sprawę prokurator, człowiek, dzięki któremu udało się sprawę zakończyć z sukcesem, i opowiada jak to po raz pierwszy miał okazję się skonfrontować osobiście z ową Sheelą. I mówi mniej więcej coś takiego: „Byłem wstrząśnięty. Ona była taka sympatyczna, taka radosna, taka życzliwa. Odpowiadała na wszystkie moje pytania i choćby jednym słowem nie dała mi powodu do tego, bym uznał, że kiedykolwiek mogła zrobić coś złego”. Ponieważ oglądałem ten film już od wielu godzin i byłem odpowiednio już zaangażowany, pomyślałem sobie, jak to na filmach: „Jasna cholera! No i na koniec okaże się, że ona jego też opętała”. No i w tym momencie padły kolejne słowa: „I w tym momencie zrozumiałem, że nie ma takiej kary, jaka komuś tak zdeprawowanemu mogła oddać sprawiedliwość”.
       A zatem, proszę Was wszystkich miejcie oko na tych, co się uśmiechają. Zwłaszcza wtedy gdy nikomu nie jest do śmiechu.



Zachęcam wszystkich do odwiedzania księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl i do kupowania moich, i nie tylko moich, książek.
   

wtorek, 22 maja 2018

Jak upamiętnić zasługi narodu żydowskiego dla naszej historii?


     Niewykluczone, że miałem tu już okazję o tym wspomnieć, jednak na wszelki wypadek przypomnę. Otóż parę lat temu, wczesnym przedpołudniem, zdarzyło mi się znaleźć w Warszawie, a ponieważ tak wyszło, że przez cały dzień nie miałem co ze sobą zrobić, postanowiłem parę z tych godzin przeznaczyć na wizytę w muzeum Polin. Gdyby ktoś sobie w tym momencie pomyślał, że skoro coś podobnego mi wpadło do głowy, to zapewne tego dnia musiał w Warszawie panować ciężki upał, i będzie miał całkowitą rację, tyle że wbrew pozorom ów upał wcale nie spowodował u mnie ciężkiego zaburzenia przytomności, lecz wręcz przeciwnie. Ja bardzo przytomnie uznałem, że jeśli mam ten dzień jakoś przeżyć, to jedyne co mi pozostaje, to znaleźć jakieś klimatyzowane miejsce, gdzie nie robiąc z siebie durnia, będę mógł przebidować parę godzin. No i padło na ten Polin.
      Ponieważ tu tym bardziej nie wiem, czy o tym wspominałem, wspomnę ewentualnie raz jeszcze. Otóż, choć faktycznie klimatyzacja w owym muzeum działała bardzo dobrze, o paru godzinach mowy być nie mogło, bo to miejsce nie dość że jest dramatycznie, wręcz przeraźliwie, nieciekawe, to jeszcze przez jakieś nierozpoznane przez mnie błędy architektoniczne, stwarza wrązenie pułapki, po której ani nie da się swobodnie poruszać, ani robić tego w poczuciu podstawowego choćby komfortu, ani wreszcie znaleźć prostą stamtąd drogę ucieczki. To jest tak straszny labirynt, w dodatku labirynt, którego poszczególne pomieszczenia praktycznie nie różnią się od siebie, że ja w pewnym momencie najzwyczajniej zacząłem się bać, że za chwilę nie pozostanie mi nic innego jak siąść tam wśród tych zdjęć i zacząć wrzeszczeć tak długo aż ktoś przyjdzie i mnie stamtęd wyprowadzi na ów panujący na zewnątrz warszawski upał.
     W końcu jakoś udało mi się stamtąd wydostać i kiedy już byłem na zewnątrz, wpadłem na grupę jakichś Żydów, którzy tam stali i śpiewali piosenki, i powiem zupełnie szczerze, że dla tego jednego doświadczenia pewnie warto tam było zajść. Żydzi jednak w końcu przestali śpiewać i udali się w nieznanym kierunku, a ja wszedłem do pierwszej lepszej knajpy, zamówiłem piwo i pomyślałem sobie, że to jest niezwykle ciekawe, dlaczego oni, mając do dyspozycji coś tak ogromnego, nie byli w stanie wypełnić tego historią, która by mogła kogokolwiek zainteresować? Czemu oni uznali że, chcąc zaprezentować nam dzieje swojego narodu na tym niewielkim skrawku świata, nie pokażą nam nic, z wyjątkiem kupy jakichś nic nie mówiących nam niczego zdjęć, i paru jakichś bylejakich pamiątek. No i pomyslałem sobie, że to jest właściwie zrozumiałe. Co oni bowiem mają nam o sobie do powiedzenia, jeśli większość tego to są rzeczy ściśle tajne i w żadnej mierze nie przeznaczone do tego, by o nich dyskutować poza najbardziej zaufaną częścią diaspory?
      A zatem stoi sobie tam w Warszawie to bezsensowne kompletnie muzeum, choćby i samym Żydom potrzebne jak psu na budę, i oto nagle dowiaduję się, że władze Polinu postanowiły ze swoją ekspozycją wyjść na zewnątrz i zaprezentować dzieje swojego narodu masom. Jak słyszę, w pobliżu Dworca Gdańskiego, skąd w roku 1968 część polskich Żydów wyjeżdżała na Zachód, aby upamiętnić tamten czas, Polin postanowił zamówić serię murali przedstawiających wizerunki bardziej wybitnych przedstawicieli swojej społeczności, a wśród nich Zygmunat Baumana, komunistycznego zbrodniarza i oprawcy. Oczywiście, niemal już na drugi dzień ów mural został zamalowany przy pomocy napisów „morderca” i „UB”, i oto, jak słyszę, w reakcji na to co się stało, władze muzeum postanowiły, że muralu z Baumanem nie będzie.
      A ja sobie myślę, że stało się bardzo źle. Raz, że moim zdaniem owa prezentacją wreszcie w sposób naprawdę ciekawy ubarwiła ową nudę, która wręcz wylewa się z wnętrza budynku muzeum Polin, a poza tym stanowić mogłaby naprawdę bardzo znaczący wkład w edukację młodszej częśći polskiego społeczeństwa, gdy chodzi o zasługi żydowskiego narodu dla naszego kraju. Ja prawdę powiedziawszy nie mam pojęcia, ile z osób zaludniających w roku 1968 Dworzec Gdański w Warszawie to byli osobnicy pokroju Zygmunta Baumana, ale jestem pewien, że nawet po bardzo starannej selekcji, władze Polinu znalazłyby tam wystarczająco wielu z nich, by stworzyć naprawdę piękną wystawę. I pomyślmy, jakież to by było wspaniałe przeżycie, zarówno estetyczne, jak i edukacuyjne, gdyby te twarze wpatrywały się na nas swoimi jakże mądrymi oczami, my byśmy je natychmiast dekorowali napisami „morderca”, „oprawca”, „kat”, czy zwyczajnie „ubek”, oni by te napisy natychmiast usuwali, i tak dalej, przez kolejne tygodnie. Z jednej strony mielibyśmy naprawdę czystą demonstrację polskiego antysemityzmu, a z drugiej solidną prezentację naszej wspólnej, wieloletniej, jakże ciekawej historii.
      Wygląda jednak na to, że, spryciarze, się szybko zorientowali. Szkoda.

Zapraszam wszystkich do naszej księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, gdzie można stale zamawiać nasze książki. Serdecznie zachęcam.

poniedziałek, 21 maja 2018

O różnych imionach, dobrych i mniej dobrych, i o sposobach ich naruszania


      Jak już wspominałem wczoraj, ostatni trzy dni minęły mi na sprawdzaniu matur, co oczywiście musiało sprawić, że moja aktywność na blogu musiała ulec pewnemu zakłóceniu. W tej sytuacji dzień mój minął jak minął, natomiast kiedy wróciłem wczoraj do domu, zanim jeszcze otworzyłem pierwszą flaszkę, zajrzałem do Szkoły Nawigatorów, gdzie internauci lubią się gromadzić i nie mogłem nie zauważyć, że pod moją nieobecność absolutny sukces odniosła notka, której autor udowadnia, że, wbrew powszechnemu przekonaniu, prezydent Lech Kaczyński nie zginnął 10 kwietnia 2010 roku w katastrofie w Smoleńsku, lecz co najmniej dwa dni wcześniej podczas zwykłej rutynowej egzekucji, natomiast cała ta gadka o rzekomej katastrofie w Smoleńsku, o której już od ośmiu lat próbuje nas informować między innymi brat Prezydenta, to zwykły humbug. Co ciekawe i nadzwyczaj bezczelne, autor tych rewelacji zupełnie jak gdyby nigdy nic, zapowiada jednocześnie, że jeśli nie przeproszę go za nieuprawnione sugestie, że on nie jest tym za kogo się nam przedstawia, skieruje przeciwko mnie pozew. Co być może jeszcze ciekawsze, sukces wspomnianej notki polega na tym, że ona nagle, ni stąd ni z owąd, uzyskała tyle komentarzy i tyle odsłon, że została umieszczona na pierwszym miejscu najchętniej czytanych i komentowanych tu ostatnio tekstów.
    Ktoś powie, że nie ma się czemu dziwić. Itiotyzm o tej skali obłędu nie mógł nie zostać zauważony. Otóż nie. Pomijając paru komentatorów, ogólny ton komentarzy sprowadza się niemal wyłącznie do wyrażana zadumy nad celnością wspomnianych obserwacji, a cała dyskusja pod wspomnianą notką to klasyczna wymiana coraz to nowych spostrzeżeń dotyczących coraz to nowych refleksji, nie mających nic wspólnego z tym, z czym tak naprawdę mamy tu do czynienia.
     W tej sytuacji, jako człowiek przede wszystkim zawistny, a poza tym nie znoszący porażek, pierwsze co zrobiłem po tym, jak doszedłem do siebie po pierwszym szoku, postanowiłem natychmiast napisać tekst, który wspomniane uwagi na temat prawdziwej historii tak zwanej „Smoleńskiej Katastrofy” zniszczy, a resztki wdepcze w ziemię. Kolejna więc rzecz, jaka mi przyszła do głowy, to ta, że napiszę coś więcej na temat wielkiego sukcesu reżysera Pawlikowskiego, który właśnie na festiwalu fimowym w Cannes za swój najnowszy film został wyróżniony jedną z nagród i ogłosił, że oto wreszcie Polska odniosła jakiś sukces, a aktorka Julianne Moore, kiedy mu składała gratulacje, wzruszyła się do łez. Jednak uznałem, że to wprawdzie jest temat, ale nie na tę okazję. Potem pomyślałem, że może coś napiszę o Janinie Ochojskiej, którą wpuszczono do Syrii i Sudanu, a do naszego Sejmu marszałek Kuchciński wejść jej zakazał, no ale to przy wyżej wspomnianym wyczynie też wydało mi się zbyt trywialne. Pomyślałem wreszcie, że może w takim razie uda się coś na tę sytuację zaradzić korzystając z tego że książe Harry jednym krótkim gestem zdobył dla Brytyjskiego Imperium Amerykę, no ale to by już z mojej strony było naprawdę bezczelne.
      No i proszę sobie wyobrazić, że kiedy wydawało się, że owo nadzwyczajne wręcz osiągnięcie ludzkiego geniuszu, zarówno ze strony autora, jak i jego oddanych czytelników,  pozostanie niepokonane, na znanym nam głównie z Twittera i Facebooka portalu pikio.pl zanalazłem informację, która chyba jako jedyna może rywalizować z tym, do czego doszło tu na naszej Szkole Nawigatorów. Oto, proszę sobie wyobrazić, okazuje się, że znana nam telewizyjna spikerka, Katarzyna Dowbor, jest w rozpaczy. Otóż nie dość, że sama zmaga się z kłopotami z tarczycą, to jeszcze jej ukochana córka okazuje się mieć cukrzycę. Mimo że obie panie korzystały z pomocy wielu lekarzy, cukrzyca nie ustepuje. Sytuacja rodzinna red. Dowbor jest o tyle bardziej tragiczna, że ona wciąż walczy o względy swojego syna, którego porzuciła, kiedy ten miał zaledwie 6 lat. On wprawdzie swojej mamie dawno wszystko wybaczył, no ale zadra wciąż w jego sercu tkwi i dziś, kiedy doszły kolejne dramaty, tym państwu naprawdę nie jest łatwo.
      Apeluję więc do osób spędzających tak owocnie czas tu na naszym portalu, by znaleźli też chwilę czasu, by obok oczywiście rozmyślań nad tym, jak to naprawdę było z tak zwaną Smoleńską Katastrofą i nad różnymi sposobami naruszania dobrego imienia tego czy tamtego, zadumać się nad tragicznym losem rodziny Dowbor. I bardzo proszę o odsłony i komentarze.

Zachęcam wszystkich, jak zawsze, do zaglądania do naszej księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl,  gdzie są do kupienia moje, a przecież nie tylko moje, książki. Każdą bardzo mocno polecam.

niedziela, 20 maja 2018

Gdy pada deszcz, a parasol jest w różowe koniki


     Kończy się nam miesiąc maj, a to dla bardziej ambitnych, a przede wszystkich odważnych, nauczycieli czas sprawdzania matur, co dla nich akurat oznacza pełne dwa weekendy plus, spędzone od rana do wieczora na czytaniu tych prac i ocenianiu ich według kryteriów tak ścisłych, że każdy słabszy umysł zwyczajnie wysiada. Ja akurat, mimo że od lat w szkole nie pracuję, to ze względu na doświadczenie i odpowiednią historię, od grubo ponad już dziesięciu lat, rok w rok, jestem wynajmowany przez tak zwaną Okregową Komisję Egzaminacyjną do tej roboty, z gwarancją, że wszystko zostanie zrobione szybko i solidnie.
      Chętnie bym obowiedział o tym, co tam się dzieje i wobec jakich wyzwań stają nauczyciele rok w rok, ale ponieważ każda, choćby wydawało by się najmniej istotna informacja, stanowi ścisłą zawodową tajemnicę, mowy nie ma bym puścił tu parę. Powiem tylko, że jest to robota wyjątkowo ciężka, wyczerpująca i, co dla mnie akurat pewnie najbardziej, istotne, nadzwyczaj odpowiedzialna.
     Ponieważ, jak już wspomniałem, ja akurat jestem tu wyjątkowo sprawny, dziś, po tych niespełna dwóch dniach, to co miałem zrobić, zrobiłem i mam tak zwany na Śląsku fajrant, a zatem mogę siąść i coś na dziś napisać, a daje słowo, że tematów jest sporo. Tak się jednak złożyło, że od razu po powrocie do domu, przeczytałem notkę Coryllusa i uznałem, że muszę poruszony przez niego temat uzpełnić i w ten sposób też go zamknąć. Otóż, jak być może część z nas wie, w zakończeniu swojego tekstu wspomniał Coryllus nazwisko reżysera Pawlikowskiego i honory, jakie złożył mu minister Gliński w związku odebraniem przez niego na festiwalu filmowym w Cannes nagrody dla najlepszego reżysera.   
      Oczywiście mam nadzieje, że każdy z nas ma swiadomość, że moim zdaniem wszystko na co w związku ze swoją artystyczną, i nie tylko, posługą zasługuje reżyser Pawlikowski, to tak zwana fanga w nos, niemniej musimy uznać, że problem jest znacznie poważniejszy. Otóż, kiedy próbujemy komentować to co się dzieje wokół tej dziwnej osoby i jej twórczości, nie możemy zapominać, że od pierwszej chwili, kiedy nazwisko Pawlikowski zaczęło funkcjonować w publicznej przestrzeni, znajdujemy się pod taką presją, że tak naprawdę jedyne co możemy zrobić, to się zamknąć i pójść na piwo. Pawlikowski to laureat Oscara za film „Ida” – co, jeśli uwzględnimy, jakość owej produkcji, stanowiło gest wyłącznie i nadzwyczaj bezczelnie polityczny – a dziś to już wyłacznie człowiek, który, wyczuwszy odpowiednio starannie aktualne polityczne trendy, każde swoje słowo, każdy swój gest, każde wręcz mrugnięcie powieką podporządkowuje jednemu celowi. Chodzi o to mianowicie, by na tyle wyraźnie zaprezentować się światu jako artysta represjonowany przez faszystowskie władze Rzeczpospolitej, by mieć gwarancje, że ów świat obejmie go swoim patronatem na najbliższe lata.
      Wyprodukował zatem Pawlikowski swój kolejny fim, o czym do niedawna pies z kulawą nogą nie miał pojęcia, i oto wystarczyło, że wspomniał ów cwaniak tu i ówdzie o tym, że jego nazwisko i twórczość znajdują się w Polsce na czarnej liście, by w jednej chwili okazało się, że oto powstało kolejne wybitne dzieło i by jury tego śmiesznego francuskiego festiwalu przyznało Pawlikowskiemu nagrodę dla najlepszego rezysera. I oczywiście na nic się zdała niemal natychmiastowa reakcja polskiego Ministerstwa Kultury, z wyjaśnieniem, że nie ma mowy o jakimkolwiek prześladowaniu Pawlikowskiego, skoro ta nędza najpierw dostała z PISF-u grube miliony, by to wszystko się mogło w ogóle rozpocząć, a nastepnie kolejne miliony, by to gówno można było w ogóle skończyć. Pawlikowski, trzymając się ustalonego wcześniej planu, w każdej kolejnej wypowiedzi potrafił znaleźć dobry powód, by wyjasnić, że owszem, może i tak było, ale on się wciąż czuje represjonowany. Nawet potem, kiedy minister Gliński oświadczył, że polski rząd i wszyscy Polacy – w tym, jak rozumiem, i ja – życzą Pawloikowskiemu samych sukcesów, ten cwaniak i tak nie mógł się powstrzymać, by odbierając tę nagrodę oświadczyć, że oto Polska wreszcie odniosła pierwszy sukces od lat.
      W czym rzecz? Otóż moim zdaniem, gdy chodzi o tak zwaną międzynarodową opinię publiczną, polskie władze znalazły się w sytuacji bez wyjścia. Z jednej strony, przy aktywnym udziale takich osób jak Pawlikowski, owe władze są z każdej strony w bezwzględny absolutnie sposób, wykluczający jakąkolwiek dyskusję, czy choćby tylko pytanie, atakowane, a z drugiej, każda próba obrony przed tą agresją jest tu w Polsce traktowana jako kolejny przejaw braku godności po stronie tej właśnie władzy. Tymczasem, moim zdaniem, z punktu widzenia polskiego rządu, fakt, że przeciwko niemu już zostało otwartych aż tyle różnych frontów – jestem pewien, że nie muszę ich wymieniać – a kolejnych można się tylko spodziewać, daje im już tylko jeden wybór: albo przestać reagować i starać się robić swoje, czekając aż wreszcie spadnie im na łeb coś spod czego się już nie podniosą, albo robić z siebie durnia, tak jak właśnie zrobił to Gliński.

      Oczywiście, sytuacja, w której minister Gliński, na temat którego swojego zdania wyrażać tu już nie muszę, nagle zaczyna tłumaczyć światu, jak bardzo on jest  szczęśliwy, że Pawlikowski otrzymał owo gówniane francuskie wyróżnienie, jest dla mnie przykra i wręcz trudna do zniesienia. Ja sam pewnie na jego miejscu, pierwsze co bym zrobił, to wydał komunikat, że Pawlikowski to punury grafoman, z którym Polska nie życzy sobie mieć nic wspólnego, a następnie podjął odpowiednie kroki, by go pozbawić obywatelstwa, no ale, jak wiemy, ja mam naprawdę łatwo.

      I Bogu dzięki.

   

Zachęcam wszystkich do systematycznego zaglądania do księgarni pod adresem www.basnjaknidzwiedz.pl, gdzie możemy kupować moje, i nie tylko moje, książki.

 

sobota, 19 maja 2018

Kiedy Obywatele RP zamienią się w zombie?


Dziś i jutro przez cały dzień sprawdzam matury, a więc pewnie będę się tu mądrzyć w sposób mocno ograniczony, niemniej zaostawiam Was z moim znajnowszym felietonem dla „Warszawskiej Gazety” i życzę ciekawych refleksji.

      Jak pewnie zdążyliśmy zauważyć, minioy weekend upłynął nam pod znakiem kolejnego już tak zwanego “Marszu Wolności”, jaki każdej wiosny organizuje nam Platforma Obywatelska z przyległościami, i z prawdziwą troską należy stwierdzić, że o ile jeszcze dwa lata temu we wspomnianym marszu wzięło udział 250 tysięcy oburzonych obywateli, w zeszłym roku owych obywateli było już tylko 90 tysięcy, to tym razem do Warszawy zjechało ich zaledwie 50 tysięcy. Wniosek z tego jest taki, że jeśli oburzenie będzie nadal topniało w tym tempie, to w przyszłym roku marsz zgromadzi 20 tysięcy uczestników, za dwa lata tysiąc, a ponieważ dane policyjne wykażą, że poza dwoma wariatami, z których jeden wymachiwał unijną flagą, a drugi stał obok z założoną na twarz maską Jarosława Kaczyńskiego, nie pojawił się nikt, telewizja TVN24 ogłosi, że chyba jednak przez cały ten czas policja liczyła lepiej.
     I tą wesoła pointą moglibyśmy dzisiejszy felieton zakończyć, gdyby nie to, że wśród osób dyrygujących emocjami tej ponurej zbieraniny pojawił się kandydat na Prezydenta Warszawy, Rafał Trzaskowski i opowiedział zebranym, jak to ze swoim kumplem Sławomirem Nitrasem szli niedawno po Krakowskim Przedmieściu i  w pewnym momencie Nitras zadał mu zagadkę: „Co się zmieniło na Krakowskim w porównaniu z zeszłym miesiącem?” i natychmiast zresztą udzielił na nią odpowiedzi, że zmieniło się to mianowicie, iż gdzieś się straciły te wszystkie ponure gęby ludzi opłakujących ofiary Smoleńskiej Katastrofy i zrobiło się całkiem sympatycznie.  Zainspirowawszy się swoją historią, kandydat Trzaskowski powiedział co następuje (cytuję z pamięci): „A teraz chciałbym wezwać wszystkich do obywatelskiego nieposłuszeństwa. Proszę was, kochani, nastepnym razem jak tu przyjdziecie, uśmiechajcie się i pokażcie tym ponurakom, że Krakowskie Przedmieście to miejsce wesołe”.
     A ja sobie myślę, że ów ciekawy apel stwarza dla nas wszystkich ciekawą perspektywę. Otóż ja już sobie wyobrażam, jak to będzie kiedy ci wszyscy durnie, zachęceni przez swojego kandydata,  nagle zaczną wyłazić na ulicę i się szczerzyć  w czymś co uznają za uśmiechy, a ponieważ ich nastrój siłą rzeczy będzie z każdym dniem już tylko gorszy, końcowy efekt będzie taki, że z tymi twarzami, z jednej strony wypełnionymi czystą i jednoznaczną wściekłością, a z drugiej, z obnażonymi w upiornych uśmiechach zębami, dla każdego normalnego przechodnia będą wyglądali jak zombie.
     No ale to jeszcze nie teraz. Na ten widok będziemy musieli poczekać do kolejnych wyborów parlamentarnych, których termin przypada na jesień przyszłego roku, kiedy to najpierw  Prawo i Sprawiedliwość osiągnie w Parlamencie większośc konstytucyjną, a chwilę później okaże się, że Andrzej Duda w wyborach prezydenckich nie ma żadnego poważnego kontrkandydata, no i dojdzie wówczas do wspomnianego przez mnie kolejnego Marszu Wolności, na którym pojawi się tych dwóch wariatów, odpowiednio uśmiechniętych i wówczas nawet telewizja TVN24 zaapeluje, żeby ich jednak na wszelki wypadek, gdyby się mieli wysadzić, zamknąć.

Książki jak zawsze są do kupienia w księgarni na stronie www.basnjakniedzwiedz.pl. Bardzo polecam.
     

piątek, 18 maja 2018

O Temidzie z bielmem na oku


        W momencie gdy już prawie zamykałem wczorajszy dzień, dotarła do mnie wiadomość, że decyzją Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Gliwicach placowi im. Wilhelma Szewczyka w Katowicach, w ramach niedawnych procesów dekomunizacyjnych przemianowanemu na plac im. Marii i Lecha Kaczyńskich przywrócona zostaje jego oryginalna nazwa, a to z tego między innymi powodu, że zdaniem pani sędzi, Wilhelm Szewczyk w żaden sposób nie może być traktowany jako symbol komunizmu. Pisałem tu o wspomnianym Szewczyku jeszcze w zeszłym roku, przedstawiając czytelnikom, którzy mieli szczęście o nim wczesniej nie słyszeć, historię tego ciekawego człowieka, no ale ponieważ słowa lubią ulegać zapomnieniu, pozwolę sobie przytoczyć tamtą relację raz jeszcze. Otóż mówimy o człowieku, który
      Po ukończeniu liceum w Rybniku przeniósł się do Katowic. Działał w Obozie Narodowo-Radykalnym. Postulował wyeliminowanie Żydów z życia kulturalnego i gospodarczego. Literaturę i prasę żydowską uznawał za jedną z najgroźniejszych broni ‘żydowskiego państwa eksterytorialnego’. Podczas II wojny światowej został wcielony do Wehrmachtu. W latach 1941–1942 znajdował się na froncie zachodnim, w Normandii i wschodnim w Rosji. W sierpniu 1941 został ranny pod Smoleńskiem. Po leczeniu w Turyngii skierowany na front do Alzacji. Jak sam twierdził, za demonstrowaną postawę pacyfistyczną oraz krytykę Hitlera miał zostać aresztowany, wydalony z oddziału, a w 1942 osadzony w więzieniu w Katowicach. Stamtąd miał zbiec do Generalnego Gubernatorstwa podczas przepustki, gdzie – jak utrzymywał – uczestniczył w tajnym nauczaniu do 1945. Będąc w wojsku niemieckim, prezentował jednak jednoznacznie propolską postawę, m.in. korespondując w tej kwestii z gauleiterem Fritzem Brachtem.
      Po wojnie wrócił do Katowic i włączył się w tworzenie propagandy komunistycznej. W latach 1947–1948 był członkiem PPR, a następnie, od 1948 należał do PZPR. Redagował materiały propagandowe dla tutejszego komitetu wojewódzkiego PZPR. W 1953 był wśród grona 53 członków krakowskiego Związku Literatów Polskich, którzy poparli komunistyczne represje wobec duchowieństwa katolickiego w Polsce. Wspierał działania propagandy komunistycznej w trakcie głośnego procesu księży kurii krakowskiej. Jednym z przykładów jego propagandowego zaangażowania jest wydana w latach 60. książka ‘Z teczki wspomnień PPR’. Propagował w niej marksizm i leninizm oraz zmiany ustrojowe Polski. Żołnierzy Armii Krajowej nazwał wrogiem w cywilu, który popełnił ‘najohydniejsze zbrodnie’ na działaczach komunistycznych. Polska, według tej publikacji, kierowana była ‘nieomylną busolą mądrości doświadczonej – nauki marksizmu-leninizmu’. Od 1971 był członkiem Komitetu Wojewódzkiego PZPR w Katowicach, w latach 1980–1981 członkiem jego egzekutywy.Wilhelm Szewczyk był także wielokrotnym posłem na Sejm PRL – pełnił tę funkcję aż 6 kadencji (II, III, V, VI, VII i VIII kadencja), zasiadał w Sejmie od 1957 z przerwą w latach 1965–1969 aż do roku 1980”.
      No i dziś, jak słyszymy, sąd w Gliwicach uznał za stosowne wydać Wilhelmowi Szewczykowi świadectwo moralności.
      Wbrew temu jednak, czego czytający tę notkę mogą się spodziewać, to o czym chce opowiedzieć nie dotyczy Wilhelma Szewczyka, ale pewnego sędziego, no i w ogóle sędziów. Otóż, o czym tu już parokrotnie miałem okazję wspominać, był czas kiedy praktycznie cała moja zawodowa działalność była związana z pracą w katowickim EMPiK-u, gdzie prowadziłem kursy języka angielskiego. Tak się złożyło, że niemal wszystkie będące pod moją opieką wówczas grupy to byli albo policjanci, albo sędziowie, prokuratorzy, czy adwokaci, albo wreszcie funkcjonariusze Straży Ochrony Kolei, a więc w ten czy inny sposób wymiar sprawiedliwości. Wszystko się układało jak najlepiej pod każdym względem do czasu gdy nagle strzeliło mi coś do głowy, by założyć konto na Facebooku i tam zareklamować swój blog. Nie minęły dwa tygodniego, jak niemal z dnia na dzień straciłem praktycznie wszystkie swoje lekcję, a wszystko pod pretekstem, że „uczniowie są niezadowoleni i żądają zmiany lektora”. I to był moment, kiedy – co z pewnością pamiętają starsi czytelnicy – wyladowałem praktycznie na bruku.
      Jak już wspominałem, miałem już okazję o tym pisać, jest jednak coś, co, jak sądzę, nie zostało opowiedziane. Otóż wspomniana grupa prawników liczyła jakieś 12, a może 14 osób, ławki zaaranżowane były w tak zwaną podkowę, a dokładnie naprzeciwko mnie siedziała pewna pani prokurator oraz sędzia z Gliwic właśnie. Gdyby ktoś był ciekawy, skąd tak dobrze zapamiętalem te Gliwice, to już wyjaśniam, że po latach miałem okazję tego mojego ucznia oglądać w telewizji TVN24, jak przed kamerą komentował różnego rodzaju prowadzone przez gliwicki właśnie sąd sprawy. Pamiętam też tych dwoje, bo do penego momentu oni byli nastawieni do prowadzonych przeze mnie lekcji wyjątkowo entuzjastycznie. Nie będę tu wchodził w szczegóły, bo raz że każdy nauczyciel wie, jak tego typu „szkolny” entuzjazm wygląda, a reszta się może tego domyślić. I oto, proszę sobie wyobrazić jakis tydzień po tym, jak uruchomił swój profil na Facebooku, w zachowaniu owych dwojga uczniów nastąpiła wręcz dramatyczna zmiana. Ja ich dalej miałem dokładnie naprzeciwko siebie, tyle że na ich twarzach, zamiast dotychczasowych  rozanielonych spojrzeń, nie widziałem już nic poza zimną wrogością, a z ich ust nie wychodziło nic poza chamskimi złośliwościami. I to była moja ostatnia lekcja z ta grupą, bo przed kolejną usłyszałem, że uczniowie poprosiła o zmianę lektora.
     Niestety, nie pamiętam nazwiska tamtego sędziego z Gliwic, jednak tak naprawdę ono dla nas dziś nie ma najmniejszego znaczenia, zwłaszcza, że, jak czytam, w składzie, który wydał decyzję przywracającą dobre imię Wilhelmowi Szewczykowi zasiadały same panie. Rzecz polega na czymś zupełnie innym. Otóż, kiedy przeglądałem listy z nazwiskami owych gliwickich sędziów, czy to z Sądu Administracyjnego, czy Sądu Rejonowego, czy też wreszcie Sądu Okręgowego, w nadziei, że znajdę tam nazwisko, które przypomni mi „mojego” sędziego, uderzyło mnie, że tam tych nazwisk są setki. Dosłownie setki. I oto nagle znalazłem też jeszcze coś, mianowicie taką informację:
      W związku z zapytaniami odnoszącymi się do kandydowania przez Panią Teresę Kurcyusz - Furmanik, sędziego Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Gliwicach, do Krajowej Rady Sądownictwa informuje się, że zgłoszenie tej  kandydatury jest wynikiem osobistej decyzji Pani Sędzi. W procesie zgłaszania tej kandydatury i wyrażania dla niej poparcia organy Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Gliwicach (Zgromadzenie Ogólne Sędziów, Kolegium oraz Prezes Sądu)  nie brały udziału”.
       Ponieważ tak się składa, że ja sędzię Teresę Kurcyusz jeszcze w dawnych dobrych czasach miałem okazję poznać i o niej akurat mam wyłącznie dobre zdanie, zadumałem się nad tym dziwnym komunikatem, który sędziowie z Gliwic uznali za stosowne w specjalnym trybie ogłosić, no a potem już tylko gapiłem się w te setki nazwisk i nagle sobie uświadomiłem, że jeśli tam są jakieś wyjątki, to oni, aby nas o tym poinformować, z całą pewnością nie powstrzymają się od wydania w tej sprawie odpowiedniego komunikatu. Tymczasem więc, pozostajemy tam w tłumie setek nazwisk i kiedy je czytamy, musimy nagle dojść do wniosku, że to jest faktycznie bardzo ściśle zdefiniowana kasta, do której ani my, ani nikt inny nie ma żadnego dostępu. No może poza świętą pamięcią o Wilhelmie Szewczyku. Oczywiście, możemy sobie nieco w tej sprawie popyskować, ale choć przykro mi to mówić, ratunku nie widzę.
      Oczywiście, życzę ministrowi Ziobro wszystkiego dobrego, ale powtarzam: ratunku nie widzę.

Jak to mam zwyczaj zaznaczać w tym miejscu, moje książki są do kupienia w księgarni na stronie www.basnjakniedzwiedz.pl. Serdecznie zachęcam.


czwartek, 17 maja 2018

darmozjad.pl, czyli jak zgubić by znaleźć


      Jak pewnie zauważyliśmy, ostatnie dni upływaja nam pod znakiem z jednej strony kwestii katyńskiego pomika w Jersey City, a z drugiej burdelu, jaki został zainstalowany w jednym z mieszkań posła Platformy Obywatelskiej, Stanisława Gawłowskiego i nawet jeśli od czasu do czasu wypłynie kolejny temat, jak choćby sprawa zatapiania Hanny Gronkiewicz-Waltz, czy szarpania się z przewodniczącym Timmermansem, to wszystko i tak wraca do punktu startu, czyli sutenerstwa Gawłowskiego i tego żołnierza z nad rzeki Hudson z wbitym w kark, najpewniej przez Marsjan, bagnetem.
       Tymczasem jest coś, co, moim zdaniem jak najbardziej celowo, jest starannie zamilczane, a co, o ile mi wiadomo, zaledwie jeden raz zostało przedstawione w Wiadomościach TVP i natychmiast slutecznie zarzucone, czy to ze względu na to, że to nie jest temat na dziś, czy może w ogóle na wieczne czasy. Oto, jak wszyscy pamiętamy, pojawił się w pewnym momencie w politcznej kampanii temat niepłacenia przez wielkie zagraniczne firmy w Polsce podatków. Bez konkretnych szczegółów, jednak wyartykułowany na tyle dobitnie, że ja przynajmniej sprawę zapamiętałem i konsekwentnie wspomnianej któregoś wieczoru przez Wiadomości TVP informacji nie przegapiłem.
      Otóż proszę sobie wyobrazić, że – nie wiem, czy to są dane pełne, ale jak idzie o mnie, wystarczające – sytuacja na dziś wygląda następująco:
- Słynny cinkciarz.pl odnotował za zeszły rok przychód w wysokości 14 287 785 139 zł (dla absolwentów gimnazjów informacja, że i tu i w następnych okienkach chodzi o miliardy), stratę w wysokości 1 771 061 zł i zapłacił zero podatku;
- Francuska sieć handlowa Auchan przy przychodzie na poziomie 11 748 954 045 zł zaliczyła stratę w wysokości 522 233 219 zł i oczywiście podatku nie zapłaciła;
- Pierwszy nasz narodowy telekomunikacyjny operator Orange (dawniej TP SA) odnotował przychód w wysokości 13 022 747 892 zł, jednak nawet te dwa złote nie uchroniły braci Francuzów przed stratą w wysokości 689 269 863 zł i brakiem możliwości zapłacenia swojemu gospodarzowi choćby złotówki podatku;
- Podobnie jeśli idzie o dwóch pozostałych głównych operatorów, a więc T-Mobile i Plus – oni też odnotowali wyłącznie straty;
- Warto też zwrócic uwagę na Tesco, które w zeszłym roku sprzedało za całe 13 094 745 212 zł, ale ponieważ Brytyjczycy też niestety na tym interesie wyłącznie stracili, polskie państwo musiało się obejść ze smakiem.
      Szczerze powiedziawszy, mimo że tak tu się na co dzień wymądrzam, nie mam bladego pojęcia, jak się sprawy mają, jednak przy tym od wielu już lat pozostaję w stanie dręczącej mnie obsesji związanej z momentem, w którym polskie państwo uznało, że nic nie zaszkodzi jeśli odpowiedzialność za naszą państwową sieć telekomunikacyjną się deleguje na operatora francuskiego. I nawet nie chodzi o to, jak tu przy tej okazji realizowały  się interesy Jana Kulczyka, bo w ostatecznym rozrachunki i tak pozostaje polskie państwo. Niestety nie tylko wczoraj, ale i dziś.
      Otóż przy okazji publikacji tych danych chciałem zapowiedzieć, że ja mam kompletnie w nosie pajacowanie Patryka Jakiego, wygłupy Wojciecha Cejrowskiego na zmianę z młodym Rewińskim, a nawet plastusie tej jakiejś Pieli, dopóki nie zobaczę, że na katowickim salonie Orange pojawiła się kartka z nabazgranym napisem: „Zamknięte do odwołania”.
       A kiedy już załatwimy tę część, poproszę o to, by sprawdzić kolejnego utracjusza, czyli niejakiego Marcina Pióro.

Zachęcam wszystkich do regularnego zaglądania do księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl i kupowania książek. Tak jak prawdą jest, że czytanie to coraz częściej strata czasu, tu akurat nie ma jałowych miejsc.



środa, 16 maja 2018

Katechon, czyli Światło dla intelektualisty


No i zanów wygląda na to, że się spóźniłem. Otóż już miałem wrzucać dzisiejszy tekst, kiedy zajrzałem do Coryllusa, z Coryllusa przeszedłem na blog kolegi Rotmistrza, a tam wpadłem na ów Katechon i przypomniał mi się mój tekst sprzed dziewięciu lat. Najpierw chciałem w komentarzu zamieścić odpowiedni link, no ale mając świadomość, że linki mają zwykle siłę mocno ograniczoną, uznałem, że trzeba mi  będzie tu opublikować tamten tekst osobno raz jeszcze. A zatem, bardzo proszę.


      Pamiętam jak dawno, dawno temu, kiedy sam miałem dwadzieścia parę lat, a wokół panowała atmosfera, którą pewien – dziś już nie żyjący, niestety – Wojtek określił jako stan, w którym dla prawdziwie ambitnego człowieka, to co się tak naprawdę liczy, to „rower i stówa do jutra”, pojechałem z innym moim kolegą do Warszawy. Udałem się w tę podróż z powodów bardzo szczególnych. Kolega, choć dopiero na samym progu swojej uniwersyteckiej kariery, był już wtedy niezwykle zdolnym i bardzo szybko awansującym naukowcem i – o ile dobrze pamiętam – przy okazji swojej pracy doktorskiej, konstruował jakieś literacko-artystyczne wydarzenie na poziomie Instytutu Badań Literackich, czy jakoś tak. Więc zaprosił mnie, żebym przyjechał i wziął w tym czymś udział. Pamiętam, że tamtej nocy nie spałem, ponieważ – już po imprezie – do bladego świtu przesiedziałem w jakimś zadymionym pokoju z jego koleżankami i kolegami, nudząc się jak pies i nie będąc w stanie zrozumieć choćby jednego zdania z tego, o czym oni tam rozprawiali i ostatecznie mając już tylko ochotę najpierw im powiedzieć, co o nich wszystkich myślę, a później wyjść i się kulturalnie wyrzygać w jakiejś bramie.
      Innym razem, trochę nawet później w latach, pojechałem z przyjaciółmi ze studiów w góry, ale tak się jakoś złożyło, że po drodze ktoś zaproponował, żeby zahaczyć o Bielsko-Białą, więc poszliśmy do jakiegoś mieszkania, gdzie funkcjonował tak zwany ‘otwarty dom’ i już tam zostaliśmy na cały dzień i następnie na całą noc. Też wtedy nie spałem, bo raz że się nie dało, a dwa, że to były takie czasy, że się nie spało. Więc zamiast spać, siedziałem w jednym pokoju z małą kuchnią z bandą jakiś intelektualistów, którzy znów ględzili o kompletnie absurdalnych sprawach, o kórych wcześniej przeczytali w tysiącu jakichś nikomu niepotrzebnych książek. A wszyscy byli mądrzy jak cholera. Wtedy jednak przynajmniej była wódka, więc można się było upić.
      Ktoś mnie spyta, czemu ja się zadawałem z ludźmi, którzy mnie tak bardzo irytowali, a ja być może tylko to pytanie trochę zmodyfikował i sformułował je tak: Dlaczego ja się zadawałem z ludźmi mądrzejszymi od siebie? No, własnie nie wiem. Tak się jakoś złożyło, że gdziekolwiek mnie dni rzuciły, wśród wielu wspaniałych, pięknych ludzi, którzy zostali moimi cudownymi przyjaciółmi, raz po raz trafiałem na miejsca, gdzie nie było ani rowerów, ani stów na przeżycie, ani normalnej, ludzkiej rozmowy, ale wyłącznie książki i tabuny mądrali, wydzierających sobie te książki z rąk. I ile razy na nich trafiałem, to okazywało się, że im z jakiegoś powodu bardzo zależy, żebym z nimi trochę pobył i posłuchał, jak oni mówią. Nawet zupełnie niedawno, rozmawiałem z pewnym bardzo słynnym profesorem, takim co to się mówi, że nie w kij dmuchał, i on mi długo opowiadał o czymś, czego ja kompletnie nie rozumiałem, a on później wszystkich informował, jak to on lubi ze mną rozmawiać, bo ja należę do tych nielicznych w mojej rodzinie, z którymi się rozmawiać da. Kosmos.
      No więc nie wiem, czemu przez tyle lat nie udało mi się wokół siebie stworzyć takiej skorupy, która by mnie od intelektualistów – bo to przecież o nich jest tu mowa – skutecznie odgrodziła. Ale myślę, że to nie jest naprawdę istotne. To co dla mnie dziś ważne, to fakt, że ja od czasu, gdy poszedłem do liceum – a w tej sytuacji, można powiedzieć, że od zawsze – miałem bardzo silnie rozwinięty kompleks niechęci w stosunku do wykształcenia i wykształconych intelektualistów. Kompleks, który mnie doprowadził do tego, że ostatnia rzecz, na jakiej mi zależy, to ta, by ktokolwiek o mnie myślał, że jestem mądry, oczytany i wykształcony. Jeśli mogę wybierać, to zawsze wolę być idiotą. Ja tu jestem trochę jak Mr. Anus z duetu Happy Flowers, który śpiewa (jeśli to co on robi w ogóle nazwiemy śpiewaniem), jak to w jego rodzinie wszyscy są mądrzy i piękni, siostra tańczy w balecie, brat skończył studia, etc., a o sobie z dumą powtarza tylko jedno zdanie: „I’m the stupid one”.
      Więc prawda jest właśnie taka. Ja nie znoszę świata ludzi wykształconych, a już do szału doprowadza mnie sytuacja, gdzie bycie intelektualistą jest stawiane mi za wzór i argument. No i wiem przy tym, oczywiście, że to jest kwestia jakiegoś mojego kompleksu, którego już chyba do końca życia nie wyjaśnię. Kompleksu, na dodatek, z którego wprawdzie jestem bardzo dumny, ale co do którego jednocześnie, z drugiej strony, zawsze się obawiałem jest coś zdecydowanie nie w porządku. Który, przez swoją całkowitą irracjonalność, znosi mnie w stronę wręcz jakiejś psychicznej skazy.
      O czym już miałem okazję tu poinformować, wczoraj i przedwczoraj byłem w górach na góralskim weselu, ponieważ mój syn chrzestny żenił się z dziewczyną z tychże gór. Kiedy tylko okazja pozwalała wchodziłem przez moją komórkę do Internetu i patrzyłem, co słychać w Salonie. Wczoraj przed południem, wyszedłem na pole, znalazłem ten jednometrowy punkt, gdzie był jakikolwiek zasięg, napisałem parę komentarzy i na głównej stronie znalazłem tekst Adama Wielomskiego, zatytułowany Profesorowi Bartyzelowi w odpowiedzi http://adamwielomski.salon24.pl/.
      Zszedłem z pola, siadłem na ławce przed chałupą, między koniem, traktorem, a dwoma baranami i zacząłem Wielomskiego czytać. Dlaczego? Ze względu na nazwisko Bartyzela. Mam w domu jedną starą książkę z jego felietonami. Ksiązka napisana jest prosto, jasnym językiem, mądrze i nawet kilka fragmentów z niej znam na pamięć. A więc chciałem sobie w ten niedzielny poranek w górach poczytać, co Wielomski (jakby ktoś nie pamiętał, to ten od Jaruzelskiego) może mieć do powiedzenia Bartyzelowi.
      Nie przeczytałem tekstu Wielomskiego z dwóch powodów. Pierwszy to taki, że był dla mnie zdecydowanie za długi i nudny, a drugi to ten, że ja w ogóle nie rozumiałem tego, co on tam pisze. Zawartość tego tekstu, pomijając tych parę fragmentów, gdzie Wielomski się chwali, że, podobnie jak Bartyzel jest profesorem i że kiedyś jechał z nim pociągiem… no i że jak jeszcze był głupi jak inni, to jeździł na sankach z górki, z mojego punktu widzenia stanowi tak niemiłosierny bełkot, że gdyby to ode mnie zależało, to ja bym Wielomskiego pokazywał w cyrku. A kto wie, czy nawet nie w zoo. Jak już wspomniałem, w moim życiu nasłuchałem się intelektualistów wszelkiego autoramentu, ale pod pewnym względem – o którym za chwilę – Wielomski jest tu zjawiskiem wyjątkowym. Jeśli ktoś ma ochotę, niech rzuci okiem na blog tego człeka. Tam na samej górze jest napisane „W oczekiwaniu na Katechon”, a jakby komuś było mało, to obok jeszcze znajdzie informację, że Wielomski uważa się za „ultramontanina”.
      Jeśli już to nie zrobiło na kimś wrażenia, niech poszuka trochę niżej, już wewnątrz samego tekstu, i tam znajdzie całe stosy zdań typu: „Czy Jacek Bartyzel jest uczniem Richera i Febroniusza?”, albo „Tak by się też mogło wydawać, że prof. Bartyzel jest ultramontaninem, tak jak tradycjonaliści francuscy na czele z Josephem de Maistre’m, nie wspominając już o hiszpańskich karlistach”,albo „Niestety, w praktyce prof. Jacek Bartyzel okazuje się zwolennikiem gallikanizmu, richeryzmu, józefinizmu i febroniaryzmu”, albo „Postawa prof. Bartyzela jest typowa dla tzw. konserwatyzmu radykalnego /Guénon, Strauss, Voegelin, Gómez Davila”, albo „Tak, z punktu konserwatystów radykalnych, taki Carl Schmitt, Oliveira Salazar, Francisco Franco czy Charles Maurras – podobnie jak i Adam Wielomski – to konserwatyści ‘kauczukowi’”, czy dalej „Bardzo dobrze pisze o tym Jaime Balmes, sugerując, że legitymizm był tylko sztandarem pod którym zbierali się wrogowie liberalnej monarchii.” I proszę sobie teraz pomyśleć. Siedzi sobie taki Wielomski przy swoim biurku, obłożony tymi wszystkim dziwnymi książkami, które przeczytał od czasu, gdy zlazł z sanek, pisze ten śmieszny tekst, a następnie wkleja go w Internecie na stronie Salonu24, obok Mireksa, gw1990, toyaha, czy Galopującego Majora. Czy to jest normalne?
      Mało tego. On ten tekst wkleja, obok zdjęcia prezydenta Kaczyńskiego, które między jedną a drugą przeczytaną książką, tak sprytnie zrobił, że kiedy się na nie najedzie myszą, to pokazuje się, ile jeszcze dni musimy czekać aż tę prezydenturę szlag trafi na zawsze. Takie jaja na poziomie Voegelina i Febroniusza. Kiedyś, kiedy pierwszy raz w życiu dowiedziałem się, że ktoś taki jak Wielomski w ogóle istnieje, znalazłem w necie zdjęcie, jak on stoi obok Jaruzelskiego i się z dumą napina, wsadziłem mu to zdjęcie jako komentarz, a on to kompletnie zlekceważył. Dziś jest mi wyłącznie wstyd, ze sobie w ogóle pomyślałem, że to będzie sprytny gest. Że w ogóle przyszło mi do głowy odzywać się do Wielomskiego na poziomie ludzkim. No ale, jak już wspominałem, ja zbyt mądry nigdy nie byłem.
       Niezbyt mądry, ale tez nie na tyle głupi, żeby nie móc sobie pozwolić na refleksję na temat zjawiska, z którym mamy do czynienia w osobie Adama Wielomskiego. Otóż dziś, kiedy myślę o swojej obsesyjnej niechęci do intelektualistów, mam wrażenie, że tu jednak coś musi być na rzeczy. I to już nawet nie chodzi tylko o intelektualistów, ale w ogóle o ludzi z obsesjami. Myślę więc sobie, że jeśli obsesja pozostaje na poziomie tylko instynktów, to większego niebezpieczeństwa w tym nie ma. Na przykład ktoś, kto jest zagorzałym kibicem piłkarskim, jak Galopujący Major na przykład, czy Grześ, jeśli będzie chciał swoje teorie wprowadzić w życie, to w najgorszym wypadku pójdzie i będzie się prał z policją i innymi kibicami. Jeśli ktoś ma obsesję na punkcie czytania książek, to – w najgorszym dla siebie przypadku – kiedyś, w czasie przemeblowania, za dużo tych książek podniesie i coś mu się urwie w kręgosłupie. Jeśli ktoś się uzależni od seksu lub alkoholu, to też najwyżej go okradną inni pijacy, czy prostytutki. Co najważniejsze jednak, każdy z nich zawsze może od czasu do czasu pójść z dzieckiem na rower, albo pokłócić się z żoną. Gorzej jest właśnie w przypadku intelektualistów działających na poziomie idei. Oni, kiedy już przeczytają wszystko co jest do przeczytania i przemyślą wszystko, co im zostało podane do przemyślenia, to stamtąd nie mają już dokąd iść. Oczywiście, mogą, jak dziś Wielomski, wydawać jakieś pismo dla podobnych sobie wariatów, albo prowadzić bloga. A w przerwie pogadać z jakimś innym intelektualistą. Poza tym, taki Wielomski (bo o nim przecież dziś myślę) ani nie napije się wódki, ani nie pójdzie do kina, ani nie uda się na koncert, bo w jego łbie wyłącznie kotłują się jakieś obco brzmiące nazwiska i terminy, które jeśli go gdzieś prowadzą, to tylko do kompletnego zatracenia.
      Najgorzej jest, kiedy te idee są tak straszliwie egzotyczne i nikomu niepotrzebne, że można nimi żyć wyłącznie na poziomie własnych myśli, a jedyne zainteresowania związane z realnym światem i innymi ludźmi, jakie dany intelektualista ma poza nimi. Jak na przykład polityka. Co taki więc Wielomski może robić w polityce? Oczywiście, może prowadzić blog, na którym wklei animację z prezydentem Kaczyńskim i będzie tam coś przestawiał. Może też napisać o tym tekst. No ale co dalej? Przecież się od tego nie oderwie, bo nie ma się w którą stronę odrywać. A do sanek też już przecież nie wróci. I stąd już mu pozostaje tylko oszaleć i dać się zamknąć, albo oszaleć i zacząć strzelać. I może to najszybciej, bo w końcu okaże się, że to jest jedyny praktycznie dostępny gest, jaki mu pozostał.
      I tu już będę kończył, a jednocześnie powiem, o co mi tak naprawdę od początku chodzi. Zawsze wydawało się, że jeśli ktoś miał kiedykolwiek kompletnego fioła na punkcie wiedzy, to byli albo jacyś marksiści, albo masoni, czy inni okultyści. Ci którzy uznali, jak – za podszeptem szatana – nasi pierwsi rodzice, że wiedza jest czymś absolutnie pięknym. Nigdy by mi nie przyszło do głowy, że ktoś kto się uważa za konserwatystę da się zaczadzić do tego stopnia czymś tak fałszywym jak wiedza. A tu proszę, mamy takiego Wielomskiego. I co on zrobi z tym wszystkim, co przeczytał w tych swoich głupkowatych książkach? Jeśli idzie o dzień dzisiejszy, może najwyżej przestać chodzić do kościoła, albo sobie otworzyć inny. A w dalszej perspektywie, to już faktycznie pozostaje mu kupić sobie ten pistolet.
      Uważam mianowicie, że jest coś bardzo szczególnego w imieniu Lucyfer. Ten Który Niesie Światło. Zaznaczmy – światło zupełnie niepotrzebne, zupełnie zbędne, światło nie oświetlające niczego innego, jak tylko siebie. Światło z którego wyniknąć może wyłącznie grzech. Po co? Od tak, dla zabawy. Dla diabelskiej uciechy. Żeby zaliczyć kolejne opętanie. Bo tak to właśnie jest. Wielomski jest najzwyczajniej w świecie opętany. Siedziałem sobie wczoraj pod tą góralską chałupą, patrzyłem na lekko zamglone góry, czułem jak leciutko deszcz mi kapie na głowę i wiedziałem, że inaczej mój biedny rozum tego opisać nie da rady.

Przypominam, że książki nasze są do kupienia w księgarni pod adresem www.basnjalniedzwiedz.pl, a moje dodatkowo jeszcze można zamawiać pod mailowym adresem k.osiejuk@gmail.com. Zachęcam gorąco.


wtorek, 15 maja 2018

Gdy za oknem wiosna, a rozum lodem skuty


     Wygląda na to, że trochę nieopatrznie, zamiast trzymać się oryginalnego planu, aby odczynić Międlara, wrzuciłem tu piosenkę Ruby and the Ribcage. Otóż przed chwilą zajrzałem na blog wybitnego polskiego reżysera filmowego Tomasza Gwińcińskiego i zobaczyłem, że ruch, który tam się pojawił jeszcze wczoraj, nabrał nowych barw i bez komentarza się jednak nie obejdzie. Zacznę jednak może od początku. Otóż, jak sobie niektórzy z nas pewnie przypominają, parę tygodni temu wspomniany Gwińciński zachęcił nas do obejrzenia swojego najnowszego filmu i poprosił o komentarze. Ponieważ znam Gwińcińskiego osobiście i nawet miałem jeszcze niedawno przyjemność być z nim w relacjach koleżeńskich, zajrzałem na chwilę do wspomnianej produkcji, jednak uznając, że nic tam po mnie, puściłem sobie Black Sabbath i przy dźwiekach „Sweet Leaf” napisałem Gwińcińskiemu, że jego film mi się nie podoba. Ponieważ Gwińciński, zamiast mnie z godnością spuścić, postanowił się wdać w polemikę, to i też skończył jak skończyć musiał. No i tu również, zamiast się wreszcie zebrać do kupy i zachować jak człowiek świadom swoich talentów i ambicji, obraził się na mnie śmiertelnie i mnie ze swojego bloga wyrzucił na zbity pysk. Koniec pierwszego aktu.

     Oto akt drugi. Zamiast się zająć realizowaniem swoich ambicji, wybitny polski reżyser filmowy Tomasz Gwińciński, uznał za stosowne w dalszym ciągu, tym razem jednak już bez mojego udziału, prowadzić ze mną dyskusję i zamieścił na swoim blogu tekst zatytułowany „Harvard Referencing” poświęcony w całości temu, że mnie się jego film nie spodobał. Notka Gwińcińskiego spotkała się wręcz z szalonym zainteresowniem czytelników, co spowodowało, że liczba odsłon zaczyła się zbliżać się do trzech tysięcy. I pewnie na tym by się wszystko skończyło, gdyby nie pewne zdarzenie, w najmniejszym stopniu nie związane z filmem Gwińcińskiego i jego kompleksami. Oto zatem akt trzeci.

        Pod moim wczorajszym tekstem, podczas tradycyjnej przepychanki z moim serdecznym kumplem Valserem, opowiedziałem kawał o tym, jak do dyrektora cyrku przychodzi gość z walizką, z walizki wyskakują myszy z instrumentami, rozkładaja partytury, zaczynaja grać „Cztery pory roku” Vivaldiego, na co dyrektor cyrku krzywi się niezadowolony i mówi: „No niby jest nieźle, ale ten z waltornią to chyba Żyd”.
        Akt czwarty. Niemal natychmiast na blogu Gwińcińskiego pojawia się pod nickiem Sarah znany nam skądinąd kolega A-Tem i informuje czytelników, że bloger Osiejuk cierpi na chorobową jednostkę znaną pod nazwą narcystycznego zaburzenia osobowości. Na to dictum, na scenę wchodzi moja niegdysiejsza koleżanka Danae, a dziś już tylko pewna starsza pani, śmiertelnie na mnie obrażona, że ja nazwałem starszą panią,  i wstrząśnięta ową wesołą opowieścią informuje, że problem jest głębszy, bo ja nie tyle jestem narcyzem, co zwykłym niedouczonym idiotą, który nie wie, że w „Czterech porach roku” nie występuje waltornia. W tym momencie ja planuję napisać na ten temat tekst, no ale ze względu na Jacka Międlara i jego przemówienie do traktorzystów, uznaję, ze w sumie nie warto i zamieszczam na swoim blogu piosenkę Ruby and the Ribcage.
      Akt czwarty. Zaglądam na blog Gwincińskiego i z prawdziwym zdumieniem widzę, że te myszy zrobiły wrażenie nie tylko na Danae i wszystko zmierza ku temu, by notka Gwińcińskiego poświęcona moim bezeceństwom jednak przekroczyła magiczne trzy tysiące odsłon. Oto mianowicie zaczynają się tam gromadzić inni, z różnych powodów obrażeni na mnie komentatorzy i rwą sobie włosy z głowy na wiadomośc, że ja nagle wyskoczyłem z tą waltornią. Ponieważ zatem uważam za bardzo prawdopodobne, że owa demonstracja kompletnego zidiocenia może doprowadzić do tego, że tu się już za chwilę zarejestruje bloger Sowiniec, by ogłosić, że to on pierwszy rozpoznał we mnie brzmiącego cymbała, aby jakoś ratować ten portal przed kompletną kompromitacją, chciałbym poinformować tę naszą wesołą gromadkę, że w dowcipie, który opowiedziałem Valserowi pojawia się błąd znacznie bardziej wstrząsający. Otóż nie ma takiej możliwości, by ktokolwiek kiedykolwiek wyprodukował tak małą waltornię, by mogła na niej grać mysz.
      Życzę wszystkim zdrowia i dużo pieniędzy.

Jak zawsze zachęcam do kupowania moich książek. Ksiegarnia jest tam gdzie zawsze, czyli pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl.

Ruby and the Ribcage, czyli o wypędzaniu demonów


      Planowałem na dziś kompletnie inne refleksje, ale niemal w ostatniej chwili zacząłem sobie czytać najnowszy tekstCoryllusa i w momencie jak pojawił się na ekranie Jacek Międlar, w jednej chwili wszystko szlag trafił. Nie szkodzi jednak. Przede wszystkim to co zamierzałem wrzucić nie było aż tak warte, by się trzymać tego zębami i pazurami, a poza tym jeszcze przed Międlarem wspomniał Coryllus tytuł opery Brechta o mieście Mahagonny, a ja sobie nagle przypomniałem coś o czym pisałem w mojej książce o piosenkach, a co nosi nazwę Mahogany Sessions i pomyślałem, że jeśli nie damy sobie dziś nic na odtrutkę, to możemy ten dzień uznać za stracony. A do tego nigdy nie wolno nam dopuścić. A zatem The Mahogany Session i Ruby and the Ribcage. Zapraszam.



A moja książka o muzyce i nie tylko jest tu: https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/rock-and-roll-czyli-podwojny-nokaut/, albo tu: k.osiejuk@gmail.com. Polecam.