piątek, 23 czerwca 2017

Do widzenia się z panem, panie ka

       Jak może część z nas pamięta, parę tygodni temu opublikowałem tu notkę pod tytułem „Za co masoni nie lubią listów Zyty Gilowskiej”, w której poskarżyłem się na pewnego Stanisława Krajskiego za to, że ten jeździ po Polsce z wykładami na temat masonerii i wspomagając się cytatami z mojej książki zawierającej wspomniane listy, nie dość, że uporczywie odmawia podania nazwiska jej autora, to jeszcze powtarza kłamliwą informację, jakoby listy od Zyty opublikowane zostały wbrew życzeniu rodziny. I oto, proszę sobie wyobrazić, że jeden z czytelników – a diabli wiedzą, czy nie sam zainteresowany – poinformował mnie, że pan K. trzyma rękę na pulsie i właśnie odpowiedział na moje pretensje na swoim blogu w wyjątkowo bezczelnym wpisie, w którym po pierwsze kłamliwie twierdzi, że on o listach od Zyty wspomniał podczas zaledwie jednego wykładu, że on nie miał nawet pojęcia, że listy od Zyty ukazały się drukiem poza tym co się pojawiło na jakimś anonimowym blogu, no i że on nie miał żadnego sposobu, by owego „anonimowego prawicowego blogera” zidentyfikować.
      Czemu ja z takim przekonianem używam słowa „kłamliwie”? Przede wszystkim, ja sam znam dwa różne, dostępne w Internecie wykłady Krajskiego, gdzie on powołuje się na listy od Zyty, a więc mogę z czystym sumieniem sądzić, że ich jest więcej, a on faktycznie dopuszcza się tego przekrętu notorycznie. Po drugie, nie ma takiego sposobu, by ktoś taki jak Krajski, jak sam pisze, „przypadkiem” trafił na mój blog i to akurat na tę jedną notkę z jednym z listów od Zyty. Mogło się oczywiście zdarzyć, że jemu ktoś o tych listach powiedział i wysłał mu link akurat do tekstu o Fogelmanie, no ale w tej sytuacji, pozostaje zagadką, skąd on ma taką wiedzę na temat moich początkowych targów z rodziną prof. Gilowskiej? On musiał czytać całość tych listów, a jeśli to faktycznie robił na moim blogu, to miał dziesiątki możliwości, by się dowiedzieć, że owe listy zostały wydane w formie książkowej i poznać nazwisko ich adresata. Ja oczywiście biorę pod uwagę ewentualność, że Krajski, tak jak wielu z nich, to w swojej gnuśności osoba w sposób naturalny dramatycznie beztroska, no ale nie aż tak. Przepraszam bardzo, ale nie aż tak.
      No i wreszcie rzecz trzecia. Pisze Krajski, że „przez swoją krótką wypowiedź chciałem złożyć hołd autorowi bloga za to, że te listy jednak opublikował w internecie”. I to jest już bezczelność niewyobrażalna. Krajski, opowiadając swoim słuchaczom o Fogelmanie i jego interesach tak jak to relacjonowała Zyta Gilowska w listach do „anonimowego prawicowego blogera”, połowę swojej wypowiedzi poświęca na to, by publiczność zapamiętała bardzo dokładnie ów fakt, że te listy ukazały się mimo prostestów rodziny, tak jakby bez tej informacji jego wykład tracił sens, i on dziś chce nas przekonać, że zrobił to tylko po to, by „złożyć hołd” anonimowemu autorowi owej publikacji?
      Ale jest jeszcze coś, o czym Krajski napisał na swoim blogu (https://kukonfederacjibarskiej.wordpress.com/2017/05/30/dlaczego-zostalem-zaatakowany-i-obrazony-nie-wiem/), a czego ja akurat wcześniej nie wiedziałem. Otóż okazuje się, że on opowiadając o listach od Zyty na publicznie organizowanych spotkaniach, przede wszystkim promuje swoją kolejną książkę o masonerii, gdzie się wspomaga opublikowanymi przeze mnie listami od Zyty jednocześnie, jak się sam chwali, „zgodnie z zasadami pracy naukowej podając w przypisach adres internetowy tej strony”, owe listy cytuje. A skoro zatem jest tak, to ja muszę uznać, że ta cała gadka, jaką Krajski zabawia swoją publiczność na spotkaniach to nie jest tak zwany „heat of the moment”, lecz dokładnie opracowana akcja.  Ja wiem, jak się pisze książki, a więc też wiem, że on nad tymi listami musiał siedzieć i je opracowywać na tyle uważnie, by wiedzieć, co i jak. A zatem, kiedy on dziś cytuje fragment mojej wypowiedzi, że „kiedy już wydawało się, że sprawa jest do końca rozstrzygnięta, zainterweniował syn Zyty Gilowskiej i poinformował nas, że on sobie nie życzy, żeby listy, jakie jego mama wysyłała do mnie, wydawać drukiem [co sprawiło, że] w tej sytuacji, nie pozostaje mi nic innego, jak całość tej korespondencji opublikować tu na blogu”, tym bardziej wtedy, kiedy tę książkę pisał, musiał mieć świadomość, że zastrzeżenia Pawła Gilowskiego nie dotyczyły publikacji na blogu, lecz wydawania tych listów drukiem. A to dowodzi, że kiedy Krajski podczas swoich spotkań z takim namaszczeniem podkreśla, że owe listy zostały opublikowane wbrew stanowisku rodziny, nie mówi o blogu, lecz o książce. A skoro o książce, to wie też na pewno, że na książkę zgoda być musiała, no a przede wszystkim, że ta książka w ogóle istnieje. A zatem, kiedy zapewnia nas o tym, że o książce nie miał pojęcia, kłamie jak bura suka. Czemu to robi, to już problem jego i jego sumienia.
      I to jest wszystko co chciałem przekazać Krajskiemu dziś, kiedy wiem, że on doskonale wie, z kim ma do czynienia. I to nie od dziś.
     Gdy chodzi o resztę, to już w całości dla Czytelnika. I tu też nigdy nie było inaczej.


Zapraszam wszytskich do księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, gdzie można kupowaćmoje ksiązki.

czwartek, 22 czerwca 2017

Z wizytą w jaskini profesjonalistów

       Kiedy Piotr Bachurski zaproponował mi prowadzenie w tygodniku „Polska Niepodległa” rubryki pod tytułem „Wezwani do tablicy”, postawił sprawę jasno. Chodzi o to, by przedstawić format już wielokrotnie sprawdzony, a więc serię krótkich, często zabawnych komentarzy na tematy bieżące, takie jakie znamy, z jednej strony, z tygodnika „W Sieci”, czy „Do Rzeczy”, a z drugiej, choćby z „Polityki”, tyle żeby to było znacznie, znacznie lepsze. Jak wiemy, podjąłem się tego zadania i jakoś tam udaje mi się je realizować, jednak od samego początku do wczoraj jeszcze miałem obawę, że jakkolwiek bym się starał, nie będzie mi łatwo przebić dotychczasowych mistrzów, czyli choćby „wsieciowych” Mazurka i Zalewskiego.
       I oto proszę sobie wyobrazić, że po dość długiej przerwie kupiłem kolejny numer wspomnianego tygodnika i jak za dobrych dawnych czasów, w pierwszej kolejności zajrzałem do kultowej wręcz na prawicowej scenie rubryki „Z życia koalicji i opozycji”… i okazało się, że jest dobrze. Upadek, jaki zarejestrowali obaj redaktorzy otwiera przed nami pole do działania wręcz nieograniczone. Oto pierwsza część owej rubryki, czyli „Z życia koalicji” i pierwsy news. Okazuje się, że w Kacelarii Prezydenta doszło do wymiany Małgorzaty Sadurskiej na niejaką Halinę Szymańską i nasi redaktorzy zastanawiają się, kto zacz. Odpowiedź jest jedna: nie wiadomo, ale jest „cwana”. Koniec.
     Druga notka dotyczy tej samej Szymańskiej, tyle że tym razem już dowiadujemy się, że ją do Pałacu Prezydenckiego skierował Joachim Brudziński wbrew Prezesowi.
     Kiedy wydaje się, że coś wiemy, pojawia się kolejny „króciak”, a wraz z nim informacja, że podobno to nie Brudziński, lecz Artur Balazs, co może świadczyć, że Szymańska, podobnie jak inni jego znajomi, jest osobą bardzo zamożną, co oczywiście nas pozostawia w sytuacji, w jakiej byliśmy na początku, a jednocześnie dowodzi, że trzech pierwszych kawałków owej parki wybitnych redaktorów mogłoby równie dobrze nie być.
      I tu jest wreszcie pora na żart w postaci informacji, że mimo iż Sadurska już nie pracuje dla prezydenta, jej zdjęcie wciąż widniej w tak zwanym „entranecie”, co oznacza, że – tu cytat – „biedny Duda nie może się jej pozbyć”. Oto żart i jego koniec.
      W kolejnym „króciaku” w dalszym ciągu pozostajemy w temacie Sadurskiej i dowiadujemy się, że wszelkie pretensje o to, że ona otrzymała intratne stanowisko w zarządzie PZU są pełne fałszu, bo oto były wiceminister Platformy Obywatelskiej Michał Chyczewski dostał fuchę w Alior Banku, a media o tym awansie solidarnie milczą. Koniec.
      Następna notka podtrzymuje temat Chyczewskiego, a pointa jest taka, że to wstyd, że PiS nie ma własnych kadr i musi sięgać po zasoby Platformy Obywatelskiej. I to tyle. Naprawdę. Tam nie ma nic więcej.
       Pora na informację kolejną. Oto jesteśmy świadkami „kryzysu przywództwa” Beaty Szydło, niemniej pozycja pani premier jest wciąż dość pewna, a to wszystko zasługa jej krytyków z Parlamentu Europejskiego. Gdyby nie oni, już by było po Szydło. I to jest drugi żart. Rozumiemy, prawda? Szydło swoja pozycję zawdzięcza Tuskowi i temu drugiemu.
       Fakt jednak jest faktem, że pozycja Szydło drży w posadach, bo Prezes stracił do niej zaufanie, ale ponieważ jemu się ciągle zmienia, może się zdarzyć, że i tym razem wszystko będzie inaczej, niż się wydaje i to wcale nie dlatego, że redaktorzy tygodnika „W Sieci” dotrą do kolejnych plotek. I tu też nie ma nic więcej. Oto początek i koniec owej refleksji: Szydło jest na odstawce, ale Kaczyńskiemu jak zawsze może się odmienić.
      Na sam koniec pojawia się Jacek Sariusz-Wolski oraz pretensje, że ten się podlizuje PiS-owi w sposób nadmiernie bezczelny i powinien przestać. Koniec. Tyle.
      Ktoś powie, że to jest żywa demonstracja problemu, przed jakim stoją tacy redaktorzy jak Mazurek z Zalewskim, którzy od początku założyli sobie, że będą siedzieć w rozkroku na owym przysłowiowym płocie i, nasi, czy nie nasi, ciąć po równo, gdy tymczasem pojawia się kwestia, z czego można szydzić, jeśli idzie o tak zwany „rząd dobrej zmiany”, który czego się tknie, zmienia w złoto? Zobaczmy więc, jak się prezentuje profesjonalny humor Mazurka z Zalewskim, gdy chodzi o opozycję. Może tam udało im się wygrzebać coś naprawdę ciekawego? I proszę sobie wyobrazić, że tu jest znacznie, znacznie gorzej, a żeby zaprezentować ów upadek, proponuję rzucić okiem na wybraną całość:
      „Ostatnio przy całkiem akademickiej okoliczności (przechodziliśmy obok z tragarzami i nas wpuszczono) spotkaliśmy Zbyńka Siemiątkowskiego, dawnego rzecznika SLD. Ale czasy się zmieniają, to już nie ten umiarkowanie rozgarnięty Zbyniek, który uważał, że tamerlan był władcą starożytnym, a kóremu Izabella Sierakowska obiecywała, cytujemy ‘obciąć jaja’”. Teraz to poważny profesor UW, dr hab. Zbigniew Siemiątkowski. Zbyniek był jednak przez profesurę traktowany tak obcesowo, że zrobiło nam się przykro. Nikt, poza jubilatem, nie chciał z nim gadać”.
      I jeśli ktoś myśli, że ja złośliwie wybrałem coś najmniej udanego, jest w dużym w błędzie. Jest wręcz odwrotnie. To jest coś z tego całego zestawu zdecydowanie najlepszego. Owszem, kompletnie bełkotliwego, ale przynajmniej robiącego wrażenie czegoś przynajmniej przemyślanego. Reszta, to jakieś kompletne bzdury na temat Kukiza i Liroya. Bez sensu, celu, a przede wszystkim humoru.
      W ten zatem sposób dochodzimy do sedna rzeczy, czyli konkluzji. Oto mamy dwóch wybitnych prawicowych dziennikarzy III RP, którzy odstawiają coś na poziomie, którego normalny czytelnik tolerować nie ma sposobu. To jest najbardziej pusta pustka i praktyczny koniec czegoś, co przywykliśmy nazywać profesjonalnym dziennikarstwem. Pozostaje pytanie, dlaczego do tego doszło. Jak to się stało, że owi dwaj, jak by nie było, profesjonaliści, mogli osiągnąć poziom tak niski? Otóż sądzę, że na to pytanie znam odpowiedź. Rzecz w tym przede wszystkim, że tak naprawdę, poza dostępem do zawodowych plotek, które kiedyś sięgały poziomu Rywina, a dziś nie wychodzą poza rappera Liroya, oraz poczuciem humoru, które się ogranicza do kpienia z imion, oni nigdy nie mieli nic. Do tego jednak doszło jeszcze owo zepsucie, a wraz z nim przekonanie, że oni praktycznie nie muszą się już starać – ciemny lud kupi wszystko, co mu się zaoferuje, nawet jeśli nie będzie miał pojęcia, co w tym worku jest. Niektórzy czytelnicy tego bloga pamiętają, jak opisałem swoje spotkanie z jednym ze wspomnianych profesjonalistów, kiedy to spytałem go, czemu wspomniana rubryka jest tak słaba – a wówczas jeszcze, jak się okazuje, była całkiem na poziomie – i czemu on to robi. Odpowiedź była: „Karnowscy dobrze płacą”. Wygląda na to, że Karnowscy nie dość, że dobrze płacą, to w dodatku gwarantują długowieczność. A skoro tak, to wspomniany „ciemny lud” wystarczy, by się utrzymać na powierzchni do emerytury.
      Ale tak naprawdę chodzi o coś znacznie więcej, niż dwóch zepsutych prawicowych dzienikarzy. W końcu, nie oni jedni. Kiedy Piotr Bachurski prosił mnie, bym zaczął raz na tydzień pisać te kawałki, wiedziałem, że mnie absolutnie nie stać na to, by zejść poniżej pewnego poziomu. Z dwóch względów. Po pierwsze, ja nie mogę zawieść czytelników, a po drugie, jeśli tylko obniżę poziom, to Bachurski mi powie, że albo się wezmę w garść, albo on mi podziękuje i poszuka kogoś lepszego. Czy on by tak zrobił faktycznie, co do tego pewności nie mam, ale wolę dmuchać na zimne i staram się jak jasna cholera, żeby każdy kolejny tekst był lepszy od poprzedniego. No i mamy, co mamy.
      Tymczaem, z drugiej strony, jest tak zwane zawodowe dziennikarstwo, które na całego korzysta z owej patologii i jeszcze ma czelność coś tam nam opowiadać na temat różnicy między amatorami i zawodowcami. Przepraszam bardzo, ale do nich mam tylko jednen apel: proszę się łaskawie zamknąć. Co do nas natomiast, zachęcam do czytania „Polski Niepodległej”. W każdą środę nowy numer, a w nim wszystko co najważniejsze.

Przypominam, że w księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl mamy nasze książki, a jest ich bez liku. Polecam każdą i wszystkie.
.
       

    

środa, 21 czerwca 2017

Przyszedł pan hrabia z pieczątkami

Ja oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, ze wśród czytelników tego bloga jest wielu takich, którzy bardzo źle znoszą sytuacje, gdy ja, zamiast wrzucać kolejny nowy tekst, przypominam jaskieś stare ramoty. Stało się jednak tak, że oto któraś z niemieckich gazet, jakieś Frankfurter coś tam, czy jakaś inna cholera, zarzuciła nam Polakom, że my bardzo próbujemy uczynić z Niemców stronę odpowiedzialną za II Wojnę Światową i że to jest z naszej strony bardzo brzydkie. Ja nie wiem, oczywiście, jak oni te swoje dziwne myśli konkretnie ułożyli, ale wiadomość była faktycznie taka, że Niemcom bardzo nie podoba się to, że oni mają być uznani jako sprawcy II Wojny Światowej. No a skoro tak, to ja nie mam innego wyjścia, jak na tę hucpę zareagować, i to zareagować najlepiej jak tylko potrafię, czyli starym dość, bo z roku 2009 roku tekstem o paru ciekawych pieczątkach. Posłuchajmy, a jeśli to przecta jakiś Niemiec, to tym lepiej.

Pomaleńku zbliża się 70 rocznica napaści Niemiec na Polskę, a ja mam bardzo przejmujące wrażenie, że jakimś bardzo sprytnym, niemal niewidocznym propagandowym zagraniem, cała publiczna uwaga została przesunięta z głównego problemu, jakim jest udział niemieckiej cywilizacji i kultury w historii XX wieku, na problem tzw. „trudnych stosunków rosyjsko-polskich”. Już za kilka dni będziemy wspominać to, co się stało 1 września 1939 roku i jednocześnie przeżywać (każdy z nas na swój własny sposób) każdy dzień, który – skutkiem właśnie tego, co Niemcy sobie w swoich niemieckich głowach umyślili – zmieniał życie Narodu, a ja widzę wyraźnie, jak ktoś się mocno bardzo postarał, by nagle się okazało, że to Rosjanie są tymi złymi, a Niemcy zwyczajnie mogą tylko czekać aż my sobie nasze ruskie sprawy ostatecznie wyjaśnimy.
A może się okazać, że jest jeszcze gorzej. Dziś właśnie się dowiedziałem, że moskiewska uroczystość związana z promocją historycznej pracy objaśniającej światu, że owe 70 lat temu do wojny doprowadził polsko-niemiecki sojusz, została łaskawie przesunięta, co – wedle opinii telewizji TVN – świadczy z jednej strony o tym, że rozsądna postawa polskiego rządu przyniosła dobre efekty, a drugiej, że ci Rosjanie to jednak, podobnie jak Niemcy, też równi goście, z którymi – postępując odpowiednio grzecznie – można naprawdę wiele. Łatwo się w tej sytuacji domyślić, że przez te trzy dni, jakie nam zostały do rocznicowych obchodów, sprawy się tak pięknie ułożą, że z zapowiadanych przemówień pozostanie tylko wystąpienie kanclerz Merkel i premiera Putina, którzy opowiedzą coś o wspólnej Europie i europejskiej współpracy, premiera Tuska, który podziękuję za ciepło i dobre wibracje, a Kartofla się poprosi, żeby z wystapienia zrezygnował w celu niezadrażniania.
Boże mój! Jak to gładko poszło. Patrzę na to, co się tu wyprawia i myślę sobie, że musiało być tak, że przy załatwianiu spraw gazowych, Niemcy z Rosjanami, na prośbę niemieckich przyjaciół, zrobili sobie chwilę przerwy i ustalili, że w związku z polskimi obsesjami, Rosjanie przeprowadzą prowokację pod tytułem „Polska Odpowiedzialność za Wybuch Drugiej Wojny Światowej”, tym samym dając Niemcom czas na oddech, tuż przed Rocznicą wykonają jakiś lekki gest… a później już będzie 2 września i będzie spokój.
No więc trudno. Skoro mamy taką sytuację, że polski rząd, zamiast troszczyć się o narodowe interesy, daje się rozprowadzać sprytniejszym od siebie, my akurat możemy najwyżej pójść do kościoła i pomodlić się za Ojczyznę i za tych, co dla tej Ojczyzny z niemieckich i rosyjskich rąk ponieśli śmierć. A ja, być może, jeszcze mogę napisać dzisiejszy tekst, licząc na to, że jak najwięcej ludzi go przeczyta i dzięki temu, przynajmniej w tym miejscu, wspomniany spokój nie będzie aż tak krystaliczny. 17 września będziemy pamiętać dzień, gdy Polska została podpalona przez Sowietów. Ale to jeszcze wciąż przed nami. Dziś myślmy o Niemcach.
Na tę właśnie okazję mam przygotowanych kilka obrazków. Najpierw wyobraźmy sobie jak mówi zły Niemiec, wybitny prawnik, gubernator Hans Frank:
Gdy kiedyś wygramy wojnę, nie mam nic przeciw temu, aby zrobić siekaninę z Polaków i Ukraińców i z tego wszystkiego, co się tu wałęsa – zrobić z nimi to, co się tylko będzie podobało”.
Teraz kolej na dobrego Niemca, hrabiego (!) Clausa von Stauffenberga, który mówi o mieszkańcach Generalnej Guberni tak: „To niewyobrażalna hołota. Bardzo dużo Żydów i bardzo dużo mieszańców. Ci ludzie będą posłuszni jedynie pod knutem. Tysiące jeńców wojennych wykorzysta się dla naszego rolnictwa. W Niemczech na pewno będą użyteczni, pracowici, posłuszni i skromni”.
I na koniec spójrzmy na Niemca ani złego ani dobrego. Na zwykłego, porządnego Niemca. Nie wiemy, jak się nazywa, jak wygląda, nawet nie słyszymy jego głosu. Wchodzimy na teren Muzeum w Oświęcimiu i, wśród najróżniejszych pamiątek, widzimy dokument stwierdzający, że pewien człowiek został skazany na trzy dni karceru za to, że zrobił kupę za barakami, zamiast w toalecie. Dokument jest sporządzony bardzo starannie, jest dobrze zachowany, a na dokumencie widzimy pięć pieczątek i sześć podpisów. Pięć niemieckich pieczątek i sześć niemieckich podpisów, poświadczających, że więzień faktycznie zrobił tę kupę i że kara została nałożona zgodnie z przepisami.
I oto, za trzy dni będziemy obchodzić rocznicę tego dnia, gdy do Polski przyjechali niemieccy prawnicy, niemieccy arystokraci, niemieccy urzędnicy, ze swoimi porządnie wykonanymi pieczątkami i swoimi pięknymi piórami, umoczonymi w porządnym niemieckim atramencie. I rozpoczęli budowę Nowej Europy.
17 września dopiero za trzy tygodnie. Na razie pamiętajmy o tych.

Książki, jak zawsze, są do kupienia w ksiegarni na stronie www.basnjakniedzwiedz.pl. Polecam. Swoją drogą, ciekawe, że wciąż muszę.

wtorek, 20 czerwca 2017

... i znów mnie podchodzą krótkie numery

No i znów nam minął kolejny tydzień, jutro środa, a skoro środa, to i kolejny numer „Polski Niepodległej”, a w niej moje kolejne kawałki do śmiechu. Polecam bardzo serdecznie. Jeśli ktoś nie miał okazji nabyć poprzedniego numeru, służę uprzejmie. Oto zestaw z mijającego tygodnia.


Kiedy wydawało się, że sprawa smoleńskich trumien będzie stymulowała nasze emocje przez dłuższy czas, okazało się, że służby propagandowe Platformy Obywatelskiej postanowiły zagrać va banque, wygrzebały gdzieś stare, choć dotychczas nieznane, nagrania z restauracji „Sowa & Przyjaciel” i materiał dostarczyły telewizji TVP Info, tym samym kwestie smoleńskie skutecznie przykrywając. Na nagraniach możemy usłyszeć, jak słynny kapelan telewizji TVN24, ksiądz Kazimierz Sowa, umawia się z biznesmanem Mazgajem, byłym szefem BOR-u, generałem Janickim, oraz ministrem Grasiem w różnych sprawach, w tym dotyczących obsady najważniejszych spółek skarbu państwa, oraz skutecznego niszczenia opozycyjnych mediów. Politycy Platformy Obywatelskiej twierdzą oczywiście, że to nie oni chcą przykryć temat owych zbeszczeszczonych szczątków, lecz partyjana telewizja walczy o to, by świat nie dowiedział się o tym, że minister Sadurska ma objąc funkcję wiceprezesa PZU, ale my mamy swój rozum, no a w tej sytuacji jedyne co możemy zrobić, to zwrócić się do Pawła Grasia, by usciskał od nas Pana Przewodniczącego.

*

Donald Tusk wprawdzie nie zabrał jeszcze głosu w sprawie kubańskich cygar, jakie otrzymywał regularnie od prezesa Mazgaja, niemniej tak zwana „afera księdza Sowy” kwitnie i służy nam jako autentyczna inspiracja. Problem bowiem, gdy chodzi o księdza Sowę, nie polega najbardziej na tym, że ów świątobliwy mąż prowadził polityczno-biznesowe rozmowy w wymiarze zwykle określanym, jako gangsterski – w końcu nawet sam prezydent Lech Wałęsa miał swojego kapelana, księdza Cybulę – ale że w trakcie owych rozmów uzywał języka, jakiego podczas nabożeństw się nie spotyka. Wedle doniesień mediów, ksiądz Sowa robił wszystko, by się wtopić w tłum, a na mnie osobiście największe wrażenie zrobiła nastepująca wypowiedź: „Ty, a o kogo chodziło, co on mówił, że PSL-owcy nie wiedzieli, że mieli w zarządzie swojego człowieka, bo rozumiem, że on go odpierdolił, ale kogo Ty kogo kogo? [...] Chodziło o kogoś, kogo Włodek zdymisjonował, a on nie wiedział, że... PSL, on się okazał, jak go wyjebali. I nagle kurwa wiesz, przylatuje Bury i wszyscy kurwa… Nasz człowiek”. Ktoś powie, że to jest wszystko zbyt skomplikowane. Otóż nie, to jest proste, jak umysł owego księdza. Tam nie ma nic poza tą jedną myślą: „Kto, gdzie i za ile?”

*

Niech się nam jednak nie wydaje, że ksiądz Sowa to nie ksiądz tylko zwykły gangster. To jest wciąż jak najbardziej ksiądz. W wywiadzie dla „Tygodnika Powszechnego” w ten sposób tłumaczy się ze swoich ścieżek: „Choćbyś nie wiem jak skrupulatnie kontrolował to, co robię i mówię, nie znajdziesz ani jednego momentu, w którym stojąc przy ołtarzu, zrobiłbym choć aluzję do tego, na kogo należy głosować”. Ja wprawdzie nie miałem nigdy okazji ani widzieć, ani też słyszeć, jak ksiądz Sowa jest księdzem, niemniej jestem pewien, że on nigdy podczas odprawiania Mszy Świętej nie ogłosił jako Dobrej Nowiny, że nasza przyszłość jest w rękach gangów. A przeciez mógł, czyż nie? I tak to mianowicie wygląda modelowy rozdział Kościoła od Państwa.

*

Skoro pojawił się temat państwa, rzućmy okiem i zobaczmy, co tam, panie, słychać w wielkim świecie. Otóż jak poinformował światową opinię publiczną adwokat odsiadującego wyrok masowego mordercy Andersa Breivika, Oeystein Storrvik, jego klient zmienił imię i nazwisko i widnieje obecnie w aktach stanu cywilnego jako Fjotolf Hansen. Co by nie mówić, jedno jest pewne. My oczywiście mamy swojego księdza Sowę, prezesa Mazgaja, generała Janickiego, a nawet Pawła Grasia, że nie wspomnę o powracającym ostatnio na łamy mediów tak zwanym „mordercy z Bytowa”, ktoś taki jednak jak ów Breivik… przepraszam, Hansen, że już nie wspomnę o Storrviku, czy Fjotolfie, by się tu w żaden sposób nie przyjął. Inna sprawa, że nie powiniśmy się zbytnio napawać swoją wyjątkowością, bo nie znamy dnia ani godziny, jak się okaże, że ksiądz Sowa zmienił nazwiko i dziś funkcjonuje wyłacznie jako, powiedzmy, Genowezy Kowalczyk. To wciąż wpradzie jeszcze nie norweski black metal, ale kierunek odpowiedni.

*

My tu sobie oczywiście żartujemy, ale to naprawdę nie jest zły pomysł z tą zmianą nazwisk. W końcu, zgodnie z życzeniem księdza arcybiskupa Jędraszewskiego, ksiądz Kazimierz będzie musiał wrócić z Warszawy do Krakowa, a więc diecezji, do której został przypisany i poświęcić się swojemu oryginalnemu zadaniu, czyli odprawianiu mszy i udzielaniu sakramentów, co jednak z resztą? Jak oni, nieboraczkowie, sobie poradzą w sytuacji, gdy wszystko wskazuje na to, że Prawo i Sprawiedliwość będzie rządziło przynajmniej do czasu, jak na jego czele stoi prezes Kaczyński? W końcu nadejdzie ten moment, kiedy ich spotka los wspomnianego Breivika-Hansena i trzeba będzie się odnaleźć w nowej rzeczywistości. Najłatwiej będzie miał Radek Sikorski. Ten, normalnie, przyjmie nazwisko żony – Applebaum. Radek Applebaum? To brzmi naprawdę interesująco.

*

Skoro już dzis praktycznie cały odcinek naszej zabawy poswięcony jest księżom, chciałbym zwrócić uwagę na coś, co się wydarzyło na Twitterze, a więc w miejscu gdzie nikt normalny już chyba nie zgląda. Otóż pewien szczerze zaangażowany w głoszenie światu Słowa Bożego ksiądz Janusz Chyła, komentując sprawę skiędza Sowy, postanowił ogranąć swoją miłością wszystkich księży i napisał co nastepuje: „Krytykujcie o. Rydzyka, x Sowę, Jacka Międlara, ojca Kramera i innych. Robimy mądre i głupie rzeczy. Ale ważne, abyście się za nas modlili”. Na to, omen omen, wywołany do tablicy, odezwał się znany nam skądinąd ojciec jezuita Grzegorz Kramer z nastepującym apelem: „Proszę mnie wyłączyć z tej wyliczanki. Nie życzę sobie tego”. Głupio to mówić, ale wygląda na to, że już niedługo przyjdzie moment, kiedy to ojciec Kramer nie będzie miał innego wyjścia jak zmienić nazwisko. Osobiście proponuję: Maliniak. Imię obojętne, może być nawet Dennis.

*

Czytelnicy „Polski Nepodległej” mogą się w tym momencie poczuć mocno niedowartościowani. W końcu sam minister Graś to zdecydowanie zbyt mało, by zaspokoić nasze polityczne emocje, a wciąż gadać o księżach jakoś niezręcznie. Specjalnie więc w celu zaspokojenia owych potrzeb, chiałbym wrócić do prostej, chamskiej polityki. Oto, proszę sobie wyobrazić, że prezydent Warszawy Hanna Gronkiewicz Waltz, podjęła decyzję, by, skoro państwo zdecydowało się zaprzestać finansowania zabiegów in vitro, opiekę nad owym procederem przejął budżet miasta. Pomysł prezydent Waltz formalnie zrealizowała Rada Miasta, no i dziś mamy taką sytuację, że najpewniej decyzję Rady Warszawy uchyli wojewoda, sprawa trafi do sądu i efekt będzie taki, że prezydent Hanna Gronkiewicz – Waltz będzie zmuszona zmienić nazwisko. Hannah Breivik byłoby jak się zdaje, jak najbardziej odpowiednie. A co szkodzi? Zdaje się, że ostatnio się zwolniło.

*

I oto na sam już koniec, zupełnie niespodziewanie, pojawiła się wiadomość absolutnie wyrzucająca w kosmos wszystkie dotychczasowe. Jak się okazuje, już w lipcu z oficjalną wizytą pojawi się w Polsce prezydent Stanów Zjednoczonych Donald Trump. Ja zdaję sobie oczywiście sprawę z tego, co wielu z nas myśli sobie o prezydencie Trumpie, nie zmienia to jednak faktu, że już w lipcu do Polski, w ramach swojego prezydenckiego debiutu na arenie międzynarodowej, przybędzie prezydent Stanów Zjednoczonych. Dlaczego Donald Trump uznał, że to właśnie Polska powinna stanowić jeden z przystanków w jego inauguracyjnej podróży po świecie, pozostaje kwestią spekulacji, faktem jest jednak, że on wybrał Polskę i jest to niewątpliwie wielki sukces polskiej polityki, zarówno zagranicznej, jak i wewnętrznej. Opozycja już przygotowuje odpowiednią narrację. Oto pierwsza propozycja: „Trump spotka się z Dudą. Trafi swój na swego”. Oczywiście. Trafiła Polska na Amerykę. Co za wstyd! A pomyśleć, że mogliśmy wybrać inną drogę i dziś cieszyć się przyjaźnią premiera Luksemburga i jego męża.


Jak to robie każdego dnia, tak i dziś zachęcam gorąco każdego do odwiedzania naszej ksiągarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, gdzie są do kupienia moje książki. Naprawdę warto. Zawsze.




poniedziałek, 19 czerwca 2017

Europa - reaktywacja

Premier Szydło wygłosiła swoje, dziś już historyczne, przemówienie odnośnie pamięci i wynikającego z niej obowiązku, jaki rządzący mają wobec swoich obywateli, ogólnie rozumiana Europa ustami jednego ze swoich urzędników zabrała natychmiast w tej sprawie głos, co w konsekwencji doprowadziło do tego, że przeciwko Polsce rozpętała się prawdziwa akcja defamacyjna, a nam tu nie pozostaje nic innego, jak konsekwentnie, z dumnie podniesioną głową, głosić zwycięstwo życia nad śmiercią. Uważam, że jest to bardzo dobry moment, by przypomnieć swój tekst jeszcze z roku 2009, bardzo adekwatnie zatytułowany „Europa”.

Dla każdego z nas, kto żyje wystarczająco długo i z w miarę otwartym sercem, jest jasne, że grzebanie w języku i w znaczeniach, może postawić wiele spraw na głowie, a jeśli komuś szczególnie zależy na tym, żeby wszystko stało na głowie, to warto i o to czasem powalczyć. Najwybitniejsi specjaliści z Ministerstwa Kłamstwa i Propagandy (znanego inaczej pod nazwą Ministerstwa Prawdy i Edukacji) doskonale wiedzieli, że kontrolując przeszłość, kontrolują przyszłość, ale – być może nawet i lepiej – że kontrolując język, kontrolują człowieka.
Jeśli mamy wystarczająco dużo lat, by pamiętać czasy, które nam było przeżyć pod komunistycznym butem, doskonale wiemy, jak słowo potrafiło stać się ciałem. I wcale tu nie szydzę. Jestem jak najbardziej poważny, ponieważ nigdy nie miałem wątpliwości, że to co nam tu wprowadzono, to była prawdziwa religia, z prawdziwymi rytuałami, prawdziwymi mszami, w czasie których modlono się do autentycznego Dzieciątka, tyle że o nazwisku Lenin. Ci co pamiętają to zdjęcie, to je pamiętają. Oni tak to sobie właśnie zaplanowali. Dać nam coś w zamian. I jeśli dzisiaj głupi ludzie śmieją się z kościelnych rytuałów, tych pieśni, tych szat, to ani im do głowy nie przychodzi, że padli ofiarą najbardziej perfidnego kłamstwa. I że jeśli któregoś dnia będą kpić z Pierwszej Komunii, że to zupełnie jak pasowanie na młodzika, to są jeszcze tacy, którzy będą z nich autentycznie dumni.
Bo jest właśnie tak, że – czasem w większym, czasem w mniejszym stopniu – najbardziej liczą się słowa i znaczenia, jakie im nadamy. Proszę zwrócić uwagę, że najczęściej z manipulacją tego typu mamy do czynienia na poziomie ideologii, albo tego, co się ideologią stało. Od czasu jak ideologią stał się seks i generalnie robienie sobie dobrze, możemy zapomnieć o używaniu – we wszystkich językach świata – w tradycyjnym znaczeniu, słów takich jak gumka, impreza, trawa czy seks właśnie. A słowo miłość? Czy ono przypadkiem nie otrzymało nowego sensu? Jeśli któraś z moich czytelniczek myśli, że mi się pomieszało we łbie, niech spróbuje zwrócić się do swojego kolegi w pracy z pytaniem „czy masz gumkę?” Niedowiary! Tak jakby ktoś bardzo sprytny doszedł do wniosku, że wystarczą zaklęcia, a wszystko nabierze odpowiedniego kształtu.
Swój poprzedni wpis postanowiłem poświęcić tak zwanej Europie i tak zwanemu buractwu. Czyli w gruncie rzeczy jednemu słowu i jednemu znaczeniu. Pamiętam jak jeszcze wiele, wiele lat temu, mój wciąż dobry kolega opowiadał mi, że wracał pociągiem z Niemiec i w przedziale siedziała jedna pani, która relacjonowała swojemu towarzyszowi wrażenia z pobytu w wielkim świecie i w pewnym momencie krzyknęła: „A tych taksówek to tam tyle, że aż strach wyjść na szosę!” Pamiętam, że bardzośmy się wszyscy śmiali z tej pani, ale – z perspektywy lat – jeśli się dobrze zastanowić, to zobaczymy, że, jakkolwiek jej zachwyt nie był komiczny, ona przynajmniej nazywała rzeczy po imieniu. Ona zwyczajnie opisała stan faktyczny. Stwierdziła fakt – że w Niemczech jest bardzo dużo samochodów, i że dla kogoś nieprzyzwyczajonego, nie jest łatwo się w tym zgiełku poruszać. Jakkolwiek jednak byśmy byli rozbawieni zachwytem tej pani, jedno jej przyznać trzeba. Nie wrzasnęła: „Ależ tam jest Europa!”
Z punktu widzenia dzisiejszych czasów i emocji, jakie nam przyszło odczuwać, ta pani zachowała się jednak jak burak na widok tzw. cywilizacji. Dla niej ulica była szosą, a samochody taksówkami i wszystko działo się bardzo szybko. Ale ja bym bardzo chciał podkreślić raz jeszcze. Ona przynajmniej nie uznała, że własnie miała kontakt z Europą. A nawet, jeśli gdzieś w głębi swojej świadomości czuła, że była w Europie, to z pewnością słowo Europa rozpoznała w jego dosłownym, zgodnym z prawdą, znaczeniu. A nie zrobiła tego, co niestety robi notorycznie, dzień w dzień, aż do tak zwanego „porzygania” wielu z nas.
Pierwszy raz wyjechałem za granicę bardzo późno, kiedy już miałem 25 lat. I tak nie najgorzej. Wiele lat później, kiedy pracowałem w szkole, miałem kolegę polonistę, który – nawet dziś, w czasach, które nie dają człowiekowi za dużo szans – wyjechał służbowo do Francji i w ten sposób zainicjował swój kontakt ze światem. Jeśli przypadkiem to czyta – a nie jest to wykluczone – to go bardzo pozdrawiam. On wie. Więc wyjechałem do tego Frankfurtu (prawdziwego) i najpierw poczułem zapach, którego nigdy wcześniej nie czułem i nigdy nie zapomnę. Dziś wiem, że to był zapach towarów w sklepach. Ci którzy są zbyt młodzi, żeby wiedzieć, mogą nie uświadamiać sobie tego faktu – sklepy pachną. Więc poczułem najpierw zapach, a następnie zauważyłem, że ludzie są mili. Że sprzedawczynie w sklepach odzywają się do klientów śpiewnym tonem, Że na ulicach nie widać pijaków i tzw. hołoty. No i oczywiście te „taksówki”. Spodobała mi się Europa. Do tego stopnia mi się spodobała, ze w pewnym momencie postanowiłem się tam przenieść, ale dzięki Bogu (!!!) Jaruzelski wprowadził stan wojenny i jestem tu gdzie jestem.
Europa mi się spodobała, choć – muszę przyznać – nie potrafiłem ani na moment wyzbyć się pewnego napięcia. Na przykład bardzo byłem rozczarowany, że kiedy poszedłem do kina na film „Easy Rider”, który w Polsce z jakiegoś powodu był niedostępny, wszyscy na sali palili papierosy i gadali, a film oczywiście był zdubbingowany. Uznałem wówczas, że w Polsce podoba mi się lepiej. Nie podobało mi się też, że ludzie – owszem – byli bardzo sympatyczni, ale nie mogłem ani na chwilę przestać myśleć, że oni są jak automaty. Tutaj też Polska podobała mi się bardziej. Pamiętam, kiedy pewien kolega pokazał mi pewnego studenta medycyny, który z przepracowania najzwyczajniej w świecie stracił zmysły. Bo medycyna w takim świecie to nie byle co. Ale i tak mi się podobało. Bo to była Europa, a nie ruskie chamstwo.
Ponownie wyjechałem do Europy po 15 latach, do Anglii i do Walii. Było cudownie. Ale już – tym razem – do głowy mi nie przyszło, że chciałbym tam żyć. A przynajmniej nie tak do końca na poważnie. Później zdarzyło mi się być w Anglii parę razy, raz we Francji, i zawsze byłem zachwycony. Nie zmienia to faktu, że z pięknego Avignonu pamiętam głównie te bandę młodych Arabów, drących mordy w samym środku tego cudownego miasta, wściekłych, pełnych nienawiści. I pamiętam, jak patrzyłem na nich i nie mogłem pojąć, jak to możliwe, że los rzuca człowieka w takie miejsce, a ten odwraca się do tego losu plecami.
Dziś bardzo tęsknię za południem Francji, za Londynem, a nawet może i za tym Frankfurtem, a jednocześnie czytam na TVN-owskim pasku, że w Berlinie spalono kilkanaście eleganckich samochodów, a we Francji kilkadziesiąt. A oprócz tego oczywiście przyswajam wszelkie inne wiadomości. Wczoraj, pewien komentator, nie do końca chyba zrozumiawszy mój ‘anty-europejski’ wpis, przypomniał mi, że wielka Hiszpania zeszła do piekła. Ja to wszystko wiem. Ja doskonale zdaję sobie sprawę z tego, co z tą naszą Europą zrobiła ta banda, ten obślizgły gang barbarzyńców. Ja świetnie zdaję sobie sprawę, co tam się wyprawia. Ale jednocześnie wiem, że w momencie, jak przekroczymy naszą zachodnią granicę, pierwsze co spotkamy to przemili, grzeczni ludzi.
Syn mój spędził ponad miesiąc w Hiszpanii tego lata. Chciał znaleźć jakąś pracę. Byliśmy pewni, że nie będzie z tym najmniejszego kłopotu. On, według wszelkich, powszechnie obowiązujących standardów, wygląda bardzo dobrze. Jest mądry, grzeczny, wykształcony, no i zna świetnie hiszpański. Niestety, Hiszpania przeżywa ciężki kryzys i tam gdzie on akurat był, bezrobocie sięga ponad 20%. Gdy idzie o Hiszpanię, wiemy – jak już wspomniałem – coś znacznie więcej. To jest piekło. Mimo to, syn tęskni za Hiszpanią dzień w dzień. On tęskni za tymi ludźmi, za tą Europą. Za tym kosciołem, z tym niezwykłym księdzem. Za tą prawdziwą Europą, która – mimo wszystko – wciąż jakoś sobie radzi.
I teraz trzeba nam wrócić do języka i do tego kłamstwa. Otóż ja wiem, co to jest Europa. Ja wiem co to jest europejskość i co to jest dzicz. Jeśli dziś, po tych wszystkich latach moich doświadczeń, moich nadziei i moich zawodów, muszę słuchać z ust ludzi zakłamanych, fałszywych i złych jakieś niestworzone bzdury na temat Europy i buractwa, to ja bardzo dziękuję. Ja doskonale się orientuję, co jest wielkie w Europie i dlaczego należy do tej Europy niestrudzenie zmierzać. Ja doskonale wiem, jak nam bardzo ta Europa jest potrzebna. Ale ja też doskonale zdaję sobie sprawę z tego, do czego tę piękną Europę doprowadzili zwykli tandeciarze, najzwyklejsza sowiecka hołota. Jeśli ja dziś słyszę w mojej ulubionej telewizji o brytyjskich nożownikach, o tych rozbitych rodzinach, o tej wiecznie dostępnej aborcji, o tych bandach faszystów i zwykłych debili niszczących swoje piękne miasta, to ja doskonale wiem, co się w mojej Europie wyprawia. Jeśli ja dzień w dzień muszę słuchać, jak ta banda kretynów próbuje mnie naciągnąć na najbardziej tandetny numerek, to ja proszę, żeby mnie z tego wyłączyć. Bo ja wiem, czym jest Europa. I wiem, że to, co mi proponujecie, to nie jest żadna Europa. To zwykła ruska gra w trzy karty.
Na koniec, chciałbym – jeszcze raz – zwrócić uwagę na to towarzystwo, z którym mamy do czynienia. Oto ludzie, którzy nie mogą nam dać spokoju nawet na chwilę z tą swoją niby-Europą. Od rana do nocy, zawracają nam głowę, swoimi głupkowatymi uwagami na temat tego co europejskie, a co zaściankowe. No ale niech będzie. Może faktycznie im chodzi o Europę autentyczną, o Europę piękną, Europę szlachetną? Tyle że to akurat nie jest prawda. Wystarczy im się przyjrzeć. Wystarczy popatrzeć, jak się zachowują, posłuchać co mówią. Pozwolę sobie znów pokazać na nich palcem: Donald Tusk z tą swoja gumą do żucia i w piłkarskich gatkach, Kazimierz Kutz z tymi swoimi przekleństwami, ten Piotr Najsztub, czy Waldemar Kuczyński, którzy nie wiadomo, czy aż się nie umyli, czy zaledwie zapomnieli zmienić ubranie. A przecież mogę tak wymieniać jeszcze przez pół strony. Oni, kiedy nas ciągną do tej swojej ‘Europy’, mają na mysli coś bardzo szczególnego. Oni, uznawszy, że Wielki Sowiet zdechł, obstawili coś, co im akurat wydało się interesujące. Ta banda ruskich chamów nie ma na uwadze Europy naszych marzeń. Im chodzi o cos dokładnie przeciwnego.
Oni są jak ci bohaterowie sondy najnowszego „Wprostu”, kompletnie obojętne, bezmyślne, ogłupione dzieci, spędzające swoje życie między siłownią a lekcjami angielskiego, a na wakacje wyjażdzający wyłącznie do "Europy Zachodniej", o których „Wprost” spekuluje, że to oni są naszą przyszłością.
Otóż nie. Przyszłośc nie będzie taka. Bo ten 'europejski' wypadek, to był w rzeczywistości tylko epizod. I teraz wreszcie przychodzi czas na to, żeby dać świadectwo. Żeby pokazać, że się nie daliśmy nabrać na ten nowy język. Żeby pokazać, a przede wszystkim powiedzieć, że w tej sytuacji, przy tych akurat propozycjach, przy tym poziomie kłamstwa, my pozostaniemy wierni sobie. My postanawiamy zostać burakami.

Przypominam, że moje książki sa do kupienia w księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl. Polecam serdecznie.

niedziela, 18 czerwca 2017

O pewnej okrągłej rocznicy w blasku pochodni


Nie rozmawialiśmy tu dotychczas o pożarze, jaki niedawno wybuchł w Londynie i doprowadził do śmierci do dziś nie wiadomo jak wielu osób, bo raz że mieliśmy do omówienia sprawy nas bardziej zajmujące, a po drugie, o przyczynach owego pożaru i jego niewyobrażalnej wręcz skali nie wiemy nic. Wczoraj, jak się dowiadujemy, oprócz tego, że wedle oficjalnych danych liczba osób zmarłych w tym nieszczęściu znacznie wzrosła, pojawił się nowy element, a więc seria poważnych protestów organizowanych w Londynie pod hasłem „żądamy sprawiedliwości”.
Przyznać muszę, że z mojego punktu widzenia dziwne to hasło. Z jakiegoś powodu w budynku wybucha pożar, na miejscu pojawiają się strażacy, mimo ich z pewnością bardzo uczciwej pracy umierają ludzie, odpowiednie służby prowadzą śledztwo mające na celu wyjaśnienie wszelkich związanych z pożarem zagadek, a tymczasem miasto ogrania wileki protest wzywający do wyegzekwowania sprawiedliwości wobec winnych. Kogo? Tego, kto zaprószył ogień, czy może strażaków, którzy przyjechali zbyt późno? A może jeszcze kogoś?
To co na mnie jednak zrobiło wrażenie największe to wypowiedź burmistrza Londynu, owego muzułmanina, który miał już wcześniej okazję odpowiednio się popisać tuż po niedawnym ataku przeprowadzonym na zarządzane przez niego miasto kilka dni wcześniej. Otóż ów dziwny człowiek oświadczył, że podobnie jak prostestujący, on również liczy na pełne wyjaśnienie przyczyn owej tragedii i apeluje do premier May o to by się wzięła solidniej do roboty. Oto burmistrz Londynu i jego słowa. Ciekawe, prawda?
Jak mówię, nie mam pojęcia, co tam się stało takiego, że ten budynek zachował się jak prawdziwa pochodnia, no i czemu to się stało niemal w jednej sekundzie. Mam jednak koleżankę, która mieszka na miejscu, próbuje tam, najczęściej za niewyobrażalną wręcz cenę, związac koniec z końcem i oto, co mi napisała. Proszę posłuchać:
Wczoraj czy przedwczoraj spalił się wieżowiec. Taki jest właśnie Londyn, ma wiele możliwości i może zaoferować piekło na ziemi również. Nie do pomyślenia, żeby w Polsce tak budynek spłonął. Ja widziałam podbny budynek w środku, mieliśmy wycieczkę w mojej firmie jak byłam caretakerem. SHP zajmuje się również renowacją takich wieżowców. Te mieszkanka w środku są jak klatki, mieszkasz tam jak w wielkiej puszce do konserw.
W 2016 ten budynek był poddany renowacji, może ta nowa konstrukcja była łatwopalna, albo coś w środku, oni wszędzie mają wykładziny, jeśli te wykładziny są z łatwopalnego materiału, to szybko się rozprzestrzeniało. I może jakieś korytarze powietrzne, to ogień hulał.
Te wszystkie domy w Anglii dla mnie to jakaś prowizorka. Widziałam naprawdę ładny, porządny dom tylko raz chyba, ostatnio jak robiłam sprzątanie pod Londynem.
Dla mnie taki wieżowiec - pochodnia wygląda jak ofiara rytuału satanistycznego. Mamy 2017 r. - okrągła rocznica zaołżenia/ujawnienia loży londyńskiej”.
I w ten sposób zakończę tę niedzielną notkę. Tu naprawdę nie ma słów. A w końcu kto z nas chce iść śladem tego satanisty Sadiqa Khana? Jak to ładnie określił mistrz Ronaldo, lepiej siedzieć cicho.


Przypominam, że moje książki są do kupienia w księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl. Tym wszystkim, którzy lubia sobie wędrować po blogach i nie mogą się doczekać aż trafią na odpowiedni poziom, polecam portal www.szkolanawigatorow.pl. Dalej nie trzeba szukać.

sobota, 17 czerwca 2017

Czy pan włodek, będzie musiał przeżyć słodkie deja vu?

     Nadszedł kolejny weekend, a więc pora na mój felieton z „Warszawskiej Gazety”. Dziś o waldku… przepraszam, włodku…. A może o władku? Obojętne.     

     Być może Państwo jeszcze pamiętają, jak pewnego poranka na warszawskiej Pradze, dwóch nastolatków rzucało koszami na śmieci w przejeżdząjące tramwaje, na owe popisy chuligaństwa zareagował pewien policjant,  w odpowiedzi został kilkakrotnie pchnięty nożem i zmarł. Nie wiem, co dziś słychać u tamtych gówniarzy, czy trafili do poprawczaka, czy może do więzienia, a tym bardziej nie mam pojęcia, czy wciąż siedzą, czy może wrócili do swoich domów i korzystają z uroków życia na emigracji w Londynie, podejrzewam jednak, że jeśli śledzą  z uwagą wydarzenia w kraju, to muszą czuć dużą satysfakcję, widząc, jak kiedyś ich sztandarowe hasło CHWDP wyszlachetniało i zamieniło się już tylko w inteligencki rechot.
      Niedawno portal tvn24.pl pokazał nam film, na którym policjanci próbują wylegitymować pewnego dwumetrowego dryblasa, który został przez nich przyłapany, jak przechodzi przez jezdnię w niedozwolonym miejscu, a ten, zamiast się podporządkować poleceniom, z policjantów szydzi, a jego żona owe żarty nagradza kpiącym śmiechem, tym samym zachęcając „swojego miśka” do dalszych szyderstw. Ponieważ ostatecznie szyderstwa zmieniły się w agresję, policjanci owego byczka powalili na ziemię i założyli mu kajdanki, sprawą zainteresowała się telewizja TVN i nakręciła reportarz o brutalności „pisowskiej policji”.
      W tych dniach mieliśmy wszyscy okazję obejrzeć film z próby wylegitymowania przez policję Władysława Frasyniuka, który chwilę przedtem podczas antyrządowej demonstracji zaatakował policjanta. Tu Frasyniuk, podobnie jak tamten człowiek, również nie chce się wylegitymować, pytany o nazwisko, poklepuje policjanta po ramieniu i dowcipnie odpowiada, że się nazywa Jan Wincenty Grzyb i że jest kumplem Lecha Kaczyńskiego. My oczywiście wiemy, że gdyby w Stanach Zjednoczonych Frasyniuk, nawet nie poklepał policjanta po ramieniu, ale wyciągnął w jego kierunku rękę, zostałby w najlepszym dla siebie wypadku w jednej chwili obalony na ziemię, skuty i wsadzony prosto do aresztu, niestety jesteśmy w Polsce, a nie w Stanach i społeczna atmosfera jest taka, że policja i wojsko, za to, że odrzucając propozycję przyłączenia się do antyrzadowego puczu, tym samym stanęli po stronie „faszystowskiego reżimu” i zostali przez główny nurt, potraktowani jako element wrogi.
      Na wspomnianym filmie widzimy, jak Władysław Frasyniuk kpi z dwóch młodych policjantów, że oni nie wiedzą z kim mają do czynienia. Otóż mam dla Frasyniuka wiadomość, która mu się z pewnością nie spodoba. Oni, podobnie zresztą jak 90% Polaków w ich wieku, nie wie ani jak wygląda, ani tym bardziej kim był nie tylko Frasyniuk, ale nawet Wałęsa. Oni wiedzą, kto to taki Andrzej Duda, Beata Szydło, no i oczywiście Jarosław Kaczyński i lepiej już nie będzie. A skoro tak, to dojdzie i do tego, że kiedy tylko władza poczuje, że napięcie nieco spadło, to zarówno Frasyniuk, ale nawet aktorka Janda za klepanie policjanta po ramieniu dostaną prostą fangę w nos. Normalnie, w ramach antyterrorsytycznej samoobrony. I świat ani drgnie.

Zapraszam wszystkich do naszej księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, gdzie są do kupienia moje książki. Polecam gorąco.

      

piątek, 16 czerwca 2017

Ziko i Koko, czyli o życiu na haczyku

             Kto miał okazję czytać książkę z listami od Zyty, zapewne pamięta, że pewna ich część dotyczyła poruszanych na tym blogu wcześniej kwestii związanych z tak zwanym „przemysłem farmaceutycznym” i że przesłanie owej wymiany świadczyło jednoznacznie i bezwzględnie przeciwko owemu przekrętowi. Powiedziałbym nawet, że Pani Profesor w tym temacie utrzymywała się na pozycji znacznie bardziej radykalnej niż ja, a która, co należy podkreslić, zawsze była wysoce krytyczna.
     Każdy kto zna treść książki „O samotnej wyspie, zapomnianej łodzi i oceanie bez kresu”, czy choćby miał wcześniej okazję czytać ten blog, ten wie, że od wielu już lat, ze względu i na wiek, ale też na różne życiowe zaniedbania, zmuszony jestem dożywać swoich dni, zażywając szereg tabletek, które w ten czy inny sposób podtrzymują mnie przy życiu.  Czy to mi przeszkadza? Nie. W końcu nie do takich rzeczy musimy się stale przyzwyczajać. Stało się jednak ostatnio tak, że mój lekarz, z czystej dbałości o zdrowie swojego pacjenta, zapisał mi kolejny lek, który mam brać codziennie rano, a który nosi dość zabawną nazwą Amlozek. Biorę więc ów Amlozek od kilku miesięcy, a ponieważ od pewnego czasu zaobserwowałem, że niebezpiecznie zaczęły mi puchnąć kostki, pomyślałem sobie, że nie byłoby źle sprawdzić, czy przypadkiem owo puchnięcie kostek nie jest jednym z tak zwanych „niepożądanych działań” stosowania owego leku. Sprawdziłem i proszę sobie wyobrazić, że w obliczu listy, która się przed nami otwiera, owe kostki stają się nagle równie trywialne jak na przykład chroniczne ziewanie. A więc po kolei:
- obrzęk powiek, twarzy, lub warg
- obrzęk języka oraz gardła powodujący znaczne trudności w oddychaniu
- zawał serca (tu producent, trzeba przyznać, stanowczo zaleca wizytę u lekarza)
- zapalenie trzustki
- lęk, depresja, bezsenność
- drżenie, zaburzenia smaku,omdlenie, osłabienie
- zaburzenia widzenia, podwójne widzenie
- wymioty
- utrata włosów
- zaburzenia oddawania moczu
- powiększenie piersi u mężczyzn
      A jeśli ktoś spyta, co o z tymi spuchniętymi kostkami, już odpowiadam: też są, jak najbardziej, wśród wielu innych, niewymienionych tu zdarzeń. Kostki mi spuchły z powodu dbałości o ciśnienie. A więc to już wiemy na sto procent: zażywamy lek pod nazwą Amlozek i musimy być przygotowani na to, że spuchną nam kostki. W tej sytuacji jednak, módlmy się zatem już tylko o to, byśmy z dbałości o nasze serce nie dostali przy okazji owego serca zawału, ani choćby głupiego zapalenia trzustki, bo jak wiemy, z trzustką nie ma żartów jeszcze bardziej, niż z sercem.
      Ponieważ, jak się domyślam, zrobiła nam się tu atmosfera lekko zabawowa, chciałbym ją nieco zepsuć. Rzecz bowiem w tym, że zostaliśmy złapani w sieć i nie wydaje mi się, byśmy dali radę się z niej wyplątać, a to w żaden sposób nie jest powód do śmiechu. Cierpimy na nadciśnienie, idziemy do lekarza, lekarz przepisuje nam lekarstwo o nazwie Amlozek, my je zaczynamy grzecznie zażywać i nagle się okazuje, że umieramy na zawał serca, lub raka trzustki, ewentualnie przeżywamy, tyle że z nieco powiększonymi piersiami. Bo taki mamy klimat.
     Jestem pewien, że czytelnicy tego bloga mają swój rozum i nie potrzebują ani jednego słowa więcej, ja jednak nie mogę się powstrzymać przed odpowiednim zamknięciem tematu. Proszę się zastanowić, co byśmy powiedzieli, gdybyśmy zaszli nie do sieci aptek „Ziko”, by kupić lek na nadciśnienie, ale do sklepu sieci „Media Markt” w celu zakupienia telewizora, i podczas zakupu otrzymalibyśmy informację, że wybrany przez nas telewizor jest wprawdzie naprawdę bardzo dobry, tyle że może się zdarzyć, że podczas oglądania programu „Jaka to melodia” on wybuchnie i nas zabije, albo wcześniej jeszcze spowoduje u nas raka trzustki. Chyba byśmy się zadumali na figlami, jakie nam płata Nowy Wspaniały Świat, czyż nie? Ciekawe, prawda?


Gdyby ktoś był zainteresowany, moje książki są do kupienia w ksiegarni na stronie www.basnjakniedzwiedz.pl. Szczerze zachęcam. 

czwartek, 15 czerwca 2017

Trzydzieści lat minęło, czyli czy prezes Ochódzki jest Polakiem

     Na targach w Bytomiu, w pewnym momencie podeszła do stoiska pewna pani, wzięła do ręki jeden z ostatnich już egzemplarzy mojego „Elementarza” i zaczęła go przeglądać. Po chwili odłożyła książkę z obrzydzeniem na miejsce i poinformowała mnie, ze za to, co napisałem o blogerze Seawolfie, ona nksiązki nie kupi, a że mną nie chce mieć nic wspólnego. Jej zdaniem bowiem świętej pamięci Seawolf był najwybitniejszym polskim blogerem, a moja ocena jego pisarstwa jest „niesprawiedliwa”, a przede wszystkim „nieobiektywna”. Tłumaczyłem tej pani, że ja z Seawolfem na poziomie towarzyskim żyłem bardzo dobrze, jako koledzy lubilismy się i takie tam, natomiast faktycznie to jak pisał mi się nie podobało, on to wiedział i przyjmował uporzejmie do wiadomości. Na nic. Pani była obrażona i ostatecznie rozstalismy się w niezgodzie.
     Rozmawialiśmy trochę o tym zdarzeniu z Coryllusem i doszliśmy do wniosku, że to jest naprawde okropne, że zarówno on, jak i ja, od samego niemal początku naszej publicznej działalności jesteśmy wystawieni na najbardziej okrutne szyderstwa, a gdy chodzi o ocenę naszych umiejętności, to nikt nie ma dla nas żadnej litości. Czy to komukolwiek przeszkadza? Czy ktoś może się oburza sposobem w jaki się traktuje „najwybitniejszych polskich blogerów”. Nie zauważyłem. Czy mnie to oburza? Ani trochę. Dlaczego? A to dlatego mianowicie, że moim zdaniem każdy może sobie o każdym myśleć to co chce. I nikomu nic do tego.
      Jest jednak tak, że jest grupa nazwisk, które z każdej możliwej strony są ścisłą objęte ochroną i, choć oczywiście mamy demokrację, wolność słowa i swobodę dyskusji, ich akurat można albo cenić, albo się zamknąć. Znamy te osoby i ich nazwiska, znamy poziom owej ochrony, więc nie ma tu już dłużej o czym gadać. Natomiast chciałbym powiedzieć, dlaczego nagle przypomniała mi się owa pani z naszym kolegą Seawolfem. Otóż cały internet świętuje dziś 30 rocznicę śmierci reżysera Barei, a ja sobie myślę, że to między innymi on należy do wspomnianego klanu „nietykalnych” i niech Bóg broni każdego, kto zechce ogłosić, że filmów Barei nie lubi i nigdy nie lubił. A już zwłaszcza w 30 rocznicę jego śmierci.
      Pisałem o Barei jeszcze w roku 2011 i choć zdaję sobie sprawę, że 30 lat to może zbyt krótki okres na tego typu wspomnienie (w końcu z tego co mi wiadomo, nawet o Szekspirze, również zmarłym, można pisać, co człowiekowi przyjdzie do głowy), niemniej chciałbym tamten tekst dziś własnie przypomnieć i liczyć na to, że przynajmnie część z nas, uzna, że choć z niego był z pewnością „równy gość”, to te filmy są już nie za bardzo.

      Nie umiem powiedzieć, jak to się stało, że ktoś zupełnie niedawno na naszym blogu wspomniał o filmach Stanisława Barei i to w kontekście, który mi osobiście jak najbardziej odpowiada, a więc jako o wzorowym przykładzie polskiej komedii dla wykształciuchów. Stało się tak jednak, a ja mogę tylko podejrzewać, że kiedyś – oczywiście nie mam pojęcia kiedy i po co – o tym niezwykłym zjawisku musiałem wspomnieć, ktoś tę moją wypowiedź zapamiętał , i z jakiejś okazji do niej nawiązał. Tak czy inaczej, ten Bareja się pojawił, ja na to pojawienie się zareagowałem tak jak reaguję na niego zawsze, a więc nieprzyjaznym ziewaniem, i obiecałem, że będę musiał w końcu tu na blogu i za niego i ten jego szczególny kult się wziąć. Oczywiście, jak tylko obejrzę w całości jeśli już nie „Misia”, to przynajmniej jakikolwiek jego film w całości. W końcu głupio jakoś pisać o czymś, co się zna wyłącznie pobieżnie.
      Uparłem się na tego „Misia” i powiem szczerze, że starałem się bardzo. Do tego stopnia bardzo, że zacząłem od rozwiązania najbardziej dla Barei i jego sztuki filmowej korzystnego, a mianowicie czegoś, co na youtubie wisi, jako „Miś – the best of”, czy jakoś tak. Wiadomo bowiem, że wybór najlepszych scen, najlepszych piosenek, najlepszych melodii, czy wreszcie najlepszych dowcipów, to jest coś co działa zawsze. Jestem uczciwie przekonany, że nawet gdyby mi ktoś zaproponował dziesięć najlepszych scen z filmu „Czas Apokalipsy” , to ja bym też to obejrzał z przyjemnością. Ba! Wierzę głęboko, że ja bym nawet był w stanie wysłuchać w całości płytę z najlepszymi piosenkami zespołu U-2 – zakładając oczywiście, że nie byłoby ich więcej jak osiem.    A więc, wbrew swojemu bardzo tu jednoznacznemu doświadczeniu, miałem wielką nadzieję, że owe najlepsze sceny z „Misia” – w odróżnieniu od samego „Misia” – obejrzę jednak od początku do końca. Otóż nic z tego. Stało się dokładnie tak, jak to się wielokrotnie – naprawdę wielokrotnie – działo przy okazji najróżniejszych filmow Stanisława Barei. Jeszcze na dobre nie zacząłem, a już skończyłem.
      A zatem, jak wszystko na to wskazuje, mamy kłopot. Bo skoro nie udało mi się wycierpieć owej kompilacji najbardziej śmiesznych scen z tego filmu, to o tym bym obejrzał cały film, mowy być już nie może. A skoro nie zobaczę „Misia”, to nie bardzo jak mam o nim pisać. I co gorsza, wygląda na to, że nie mam jak o nim pisać już do końca mojego życia. I pewnie bym na to machnął ręką, gdyby nie fakt, że – jak mnie poinformował dziś mój kolega Coryllus – problem Barei pojawił się na blogach i wzbudził poważną dyskusję. Nie wiem, kto i w jaki sposób zaczął ten temat, nie wiem też jak się ta dyskusja rozwinęła, wiem natomiast, co napisał na ten temat Coryllus, a ponieważ, mimo że całość jego refleksji mi jak najbardziej pasuje, pewne jego uwagi wydały mi się mało precyzyjne, a czasem zdecydowanie obok problemu, postanowiłem, że jednak się złamię i o Barei napiszę coś od siebie.
      Pozostaje kwestia tego „Misia”, którego – jak już przyznałem – nigdy nie miałem okazji, nie dość że w całości, to w ogóle w jakiejś solidnej części obejrzeć. Myślę, że jednak sobie poradzę, a to dlatego, że z tego co wiem, nie ma absolutnie takiej możliwości, żeby ktoś kto widział dziesięć różnych fragmentów filmów Barei, nie mógł tym samym poznać całości jego możliwości. Często tak bywa, że do porządnej oceny pracy artysty trzeba znacznie więcej, jednak jak idzie o Bareję – uważam, że on nie potrzebuje naprawdę o wiele więcej. Skąd takie moje podejrzenie? Stąd mianowicie, że Bareja to w sposób absolutnie zdecydowany człowiek jednego pomysłu, a pomysł ten można opisać przy pomocy takiego obrazu. Przychodzi człowiek do baru mlecznego i zaraz przy wejściu wita go napis „Zdrowe mleko – zdrowa praca”. Siada ów człowiek przy stoliku, który ma jedną nogę krótszą, więc się tak okropnie kołysze, i od razu wiadomo, że przy nim nie da się ani jeść, ani pić. W tym momencie podchodzi do niego nadęta kelnerka i pyta: „Czego?” Kiedy on prosi o herbatę, dowiaduje się, że jest tylko wódka. Człowiek na to pyta dlaczego, na co ona mu mówi, żeby uważał, bo ona zaraz zawoła milicję. Człowiek chce wyjść z baru i okazuje się, że się wyjść nie da, bo się zacięły drzwi. Męczy się z tymi drzwiami, męczy, i wreszcie, kiedy już ma wychodzić, dopada go kelnerka i każe mu za to, że używał bez potrzeby stolika, wpłacić sto złotych na odbudowę miejscowego placu im. Bohaterskich Traktorzystów. I tak to się plecie przez kolejne sceny, a wszystko to jest naturalnie okropnie inteligentne, śmieszne, a przede wszystkim bardzo odważne, bo wszyscy przecież wiemy, jak to za PRL-u było ciężko z cenzurą.
      Uważam więc, że do tego, by spróbować opisać zjawisko pod nazwą „Stanisław Bareja”, to co o jego filmach wiem, wystarczy mi w zupełności. A jeśli nawet miałem tu jeszcze pewne wątpliwości, to po próbie obejrzenia zestawu „Najlepsze z…” wiem, że tak jak jest, jest z całą pewnością dobrze. Bo to akurat, że filmy Stanisława Barei, jeśli idzie o pomysł i metodę, oparte były wyłącznie na sekwencji takich, jak je sobie wyżej wymyśliłem, grepsów, to fakt nie do dyskusji. Pod tym względem, one przypominają to, co – z zupełnie innej beczki – mamy okazję obserwować w przygodach Harrego Pottera, czy – jeszcze prościej – w klasycznej telewizyjnej telenoweli, gdzie trzy razy w tygodniu scenarzyści muszą dopisywać kolejne przygody, a robią to siłą rzeczy tak, że jeśli scena dziesiąta nie ma jakiegokolwiek logicznego powiązania ze sceną drugą, to zupełnie nic nie szkodzi, bo sens w tym, żeby związek był wyłącznie między sceną drugą a trzecią i między dziesiątą, a dziewiątą.
      Tak właśnie się rozwijają scenariusze wszystkich znanych mi filmow Stanisława Barei. Tam nie chodzi o nic innego jako to, by w ciągu tych dziewięćdziesięciu czy stu minut, opowiedzieć maksymalnie dużo dowcipów o autobusie, który ma napisane, że jedzie na Obrońców Moskwy, a tymczasem jedzie na Plac Trzeciego Czynu Społecznego, czy o kranie, gdzie zarówno z zimnego jak i ciepłego kurka leje się wrzątek, no i żeby wszędzie było jak najwięcej ponurych wieśniaków w beretach i z petem w ustach, czekających w kolejce na bilet z zakładu pracy do teatru na „Hamleta”. No i oczywiście, żeby autorami tych wszystkich gagów byli najwybitniejsi polscy aktorzy komediowi, a więc Bronisław Pawlik, Stanisław Tym, Wojciech Pokora, Krzysztof Kowalewski, Jerzy Turek, Jerzy Dobrowolski, Jacek Fedorowicz… można by wymieniać.
      Nazwiska tych aktorów – stałych aktorów Barei – wspominam nie bez przyczyny. Chodzi o to, że ja nie za bardzo chcę się koncentrować na jakości tych filmów, z tej prostej przyczyny, że, jak podejrzewam, to że one są jako filmy do niczego, w chwilach podstawowej równowagi, wiedzą nawet ci, którzy normalnie traktują je jako obiekt kultu. Z filmów Barei, jeśli na moment przestaniemy patrzeć na nie jak na maszynkę do opowiadania kawałów, nie zostanie nam nic, poza być może grą niektórych z aktorów. Ale jeśli wspominam o aktorach, to też wcale nie po to, żeby się zachwycać nad ich grą. Tu akurat chodzi mi o to, byśmy zwrócili uwagę na fakt, że Stanisław Bareja, reżyser, który jest przez niektórych dziś traktowany jak samotna wyspa na oceanie komunistycznego kłamstwa, przez cały czas tkwił po uszy w najbardziej oczywistym mainstreamie. To nie był ktoś, kto stworzył niezależne antypeerelowskie kino, zgromadził wokół siebie grupę swoich aktorów, i w organizowanych po salkach parafialnych pokazach, podtrzymywał ducha narodu. Kiedy się patrzy na te filmy dziś, i widzi się rozmach, z jakim one były robione i tych właśnie aktorów – wszystkich najbardziej akurat wtedy pierwszorzędnych – to nie można się łudzić, że filmy Barei powstawały poza samym głównym nurtem.
     Ale to przecież też wszyscy wiemy. Wiemy świetnie, że jeśli Bareja miał kłopoty, to były to ewentualnie zwykłe towarzyskie rozgrywki, a i to nie sądzę, by one były dla niego jakoś szczególnie męczące. Nawet jeśli Bareję tępił Kutz ze swoim ubeckim towarzystwem, to ten bojkot nie mógł być aż tak silny, żeby on się mógł nim przejmować. To zresztą były takie czasy, że akurat bardziej po linii było trzymać z tak zwaną opozycją, niż z betonem. Choćby Daniel Olbrychski, Jacek Fedorowicz, czy Maja Komorowska mogą coś na ten temat powiedzieć. Tyle że ja jestem niemal pewien, że gdyby Stanisław Bareja dziś żył i był dziarskim staruszkiem, to by występował co tydzień w TVN-ie i razem z Kutzem pluł na rdzewiejący w Smoleńsku wrak tupolewa. I niech mi teraz ktoś powie, czemu nie?
      Ale i to przecież nie jest tu najważniejsze. Bo w końcu – jak mówię – to że filmy Barei obiektywnie były w najlepszym wypadku przeciętne i to, że jeśli on faktycznie był antykomunistą, to dokładnie tak samo jak każdy z nas, włącznie z przeciętnymi członkami PZPR. Chodzi mi dziś najbardziej o ten kult. O to, że dla wielu z nas – i to również tych, którzy wiedzą wszystko bardzo dobrze i do końca – z jakiegoś powodu, ten „Miś”, te Alternatywy i ta cała reszta jego komedii pozostają wręcz symbolem walki z komuną. Walki przez śmiech i szyderstwo, ale właśnie walki. I to właśnie ze względu na tych moich druhów w biedzie, piszę ten tekst. By zwrócić im uwagę na jeden bardzo, moim zdaniem, interesujący aspekt całej tej barejowskiej histerii. Chodzi mi mianowicie o to, że z jakiegoś powodu, szczególnie chyba film „Miś” jest ulubionym filmem całej tej bandy młodej platformerskiej miejskiej inteligencji. Oczywiście nie tylko „Miś”. Również „Dzień świra”. „Miś” i „Dzień świra”. Te dwa filmy stanowią przedmiot autentycznego intelektualnego kultu dla tego właśnie pokolenia. Można by wręcz powiedzieć wielo-pokolenia. Oni oczywiście lubią też „Testosteron” i „Ladies”, i inne komedie, ale to tylko dla jaj. Poważne myślenie odbywa się dopiero przy okazji „Misia” i „Dnia świra”. To wtedy właśnie, przeciętny, nowoczesny wykształciuch zaczyna intensywnie kontemplować coś, co Rafal Ziemkiewicz kiedyś opisał jako „polactwo”, a co pop-kulturowo stanowi zjawisko znacznie szersze od tego co można było znaleźć w oryginale. Bowiem na poziomie „Misia” nie mamy już Polaka z jego przywarami i kompleksami. Tam nie mamy już Polski jako zacofanego skansenu. W „Misiu” wtedy, a dziś w „Dniu świra”, mamy już tylko zwykłe śmierdzące gówno. Oczywiście pokazane tak, by nikt się nie porzygał, lecz się pośmiał i zadumał, ale jak najbardziej gówno. I stąd, jak sądzę, popularność Barei wśród nowej polskiej inteligencji.
      Pamiętamy wszyscy, jak to w tym samym czasie, kiedy Bareja kręcił swoje „antypeerelowskie” komedie, karierę robił Jerzy Gruza ze swoim „Czterdziestolatkiem”. Z jakiegoś powodu, „Czterdziestolatek” nigdy nie uchodził za przejaw niezależnej walki z komuną. Wręcz przeciwnie, wielu z nas „Czterdziestolatka” do dziś tępi, jako przykład najbardziej chamskiej peerelowskiej propagandy. A ja przyznam, że tego nie rozumiem. To znaczy, rozumiem, że „Czterdziestolatek” to była propaganda, natomiast nie rozumiem, dlaczego „Czterdziestolatek” był propagandą, a „Miś” już nie. Czy może dlatego, że w tym całym pezetpeerowsko, ubecko, debilnym otoczeniu Karwowski i jego rodzina byli zwykłymi, sympatycznymi ludźmi? Czy może dlatego, że Karwowski był członkiem PZPR? Przepraszam wszystkich bardzo, ale tego nie rozumiem. Przecież jak idzie o kpiny z ówczesnej Polski i tych co wtedy Polską rządzili, tam było wszystko co trzeba. Natomiast przyznaję – w „Czterdziestolatku” nie wszyscy byli polskim bydłem. Tak naprawdę, tam w ogóle nie było polskiego bydła. I stąd pewnie ów brak szacunku.
      Nie oszukujmy się. Barei wcale nie chodziło ani o PRL, ani o komunizm, ani o niewolę, ani nie o terror. Tu nie chodziło o to, że przez tyle lat musieliśmy żyć w tym upiornym świecie, gdzie nic, i to dosłownie nic, nie działało. Tu śmieszne jest to, że to co pokazuje Bareja to jest Polska i Polacy. Kraj debili, agentów i wieśniaków. Dziwek i idiotek. Kraju gdzie wszystko śmierdzi syfem i starą szmatą. O nie! Tam w ogóle nie chodziło o komunizm. I dziś, kiedy tak próbuję oglądać te fragmenty barejowskich grepsów, myślę sobie, że gruncie rzeczy ówczesnym towarzyszom tamte filmy się musiały bardzo podobać. Na zasadzie takiej, że no popatrzcie kolego, i z kim to my się tu musimy męczyć. A dziś, jestem pewien, że film „Miś” jest również jednym z ukochanych filmów takiego Stefana Chwina, o którym parę razy też już miałem okazję wspomnieć. On tam z pewnością potrafi znaleźć dla siebie wieczną inspirację.
      Na początku zaznaczyłem, że mocnym powodem, dla którego wziąłem się jednak ostatecznie za Bareję był tekst mojego kolegi Coryllusa, i że są akcenty w jego wpisie, które pozostawiają we mnie poczucie pewnego braku. O co chodzi? Otóż Coryllus sugeruje, że Stanisław Bareja kręcił te filmy na zamówienie Partii. Może nie całej Partii, może nie zamówienie bezpośrednie, ale że tak czy inaczej ktoś tam, gdzieś tam, wziął go na bok i powiedział, ze nie byłoby źle coś w tym tonie kręcić. Nie zgadzam się z tą opinią. Uważam, że gdyby Bareja był zaledwie wynajętym specem od sączenia tej trucizny, nie byłoby tak źle. W końcu ich było zawsze bez liku. Problem w tym, że on prawdopodobnie autentycznie uważał, że to co mamy w Polsce to fatalny, straszny, nieludzki System, tyle że Polacy są tak do dupy narodem, że na nic lepszego nie zasługują. I w ten sposób, on był w pewnym sensie prekursorem tego całego nurtu polskiej współczesnej myśli intelektualnej, który tak nas niszczy dziś. I to właśnie dlatego, jest on ulubieńcem tych, których na co dzień uważamy za zdrajców, katów i tchórzy, i tak często też ulubieńcem nas samych. Uważam, że nie zaszkodziłoby było się troszeczkę nad tym zastanowić.


Przypominam, że moje książki są do kupienia w księgarni na stronie www.basnjakniedzwiedz.pl. Zapraszam.


środa, 14 czerwca 2017

Podchodzą mnie krótkie numery, część kolejna


Dziś w kioskach ukazuje się kolejny numer tygodnika „Polska Niepodległa”, a w nim znane nam już wszystkim „króciaki”. Gdyby ktos nie zdążył zapoznać się z poprzednią edycją, zapraszam i życzę dobrej zabawy.


Miniony tydzień upływa nam w ponurym cieniu smoleńskich ekshumacji, i kiedy wydawałoby się, że ci którzy swój czas do wygłaszania różnego rodzaju mądrości już mieli i go wykorzystali tak jak umieli, okazuje się że oni wszyscy, zamiast się uprzejmie zamknąć, wciąż nas pouczają. Jako pierwszy chyba odezwał się sam Radek Sikorski i ogłosił, że o ile wcześniej był on ekshumacjom przeciwny, to dziś, kiedy otwierane są kolejne trumny, on już nie uważa, że ekshumacje zostały zaplanowane jako pisowska intryga mająca na celu udowodnienie zamachu. Teraz, widząc owe wymieszane z niedopałkami papierosów ludzkie szczątki, Sikorski wie, że ekshumacje są jednak przeprowadzane rzetelnie, a po znalezieniu fragmentów ośmiu różnych ciał w trumnie generała Kwiatkowskiego, wie na pewno, że mowy o jakimkolwiek zamachu być nie może. No i słusznie. Przecież to jest oczywiste, że tych ludzi zwykła bomba by aż tak nie porozrywała. To mogła być tylko solidna ruska brzoza.

*

Swoją drogą, to okropna szkoda, że tych ekshumacji jeszcze w roku 2010 nie zaordynował rząd Donalda Tuska. Wyobrażacie sobie Państwo jaki byłby to potężny zastrzyk społecznego poparcia, gdyby już wtedy ludzie się dowiedzieli, jakie spustoszenia może wywołać jedna ruska brzoza? Platforma rządziłaby dziś już trzecią kadencję, Jarosława Kaczyńskiego by już dawno w polskiej polityce nie było, a Polska by nadal brylowała na europejskich salonach przy coraz większej z każdym dniem sympatii ze strony tak wybitnych polityków, jak przewodniczący Timmermans i Juncker, natomiast wspomniany Sikorski nie musiałby ronić łez nad Polską, skarżąc się, że „my zamiast trzymać się z tymi, którzy podtrzymują zachodnie wartości, którzy chcą by Europa miała zdolność do obrony własnej, do promieniowania wartościami europejskimi, demokratycznymi na swoje sąsiedztwo, to raczej sympatyzujemy z radykałami, z tymi którzy grają w rosyjską grę rozdzielania Europy od Stanów Zjednoczonych i wzmacniania skrajności, tak by rozbić Unię Europejską”. No i co najważniejsze moglibyśmy, jak w dawnych dobrych czasach, grać w rosyjską kartę, siedząc po właściwej stronie.

*

Swoją drogą, nikt się chyba nie spodziewał, jak wiele za uszami musi mieć w smoleńskiej sprawie wspominany przez nas już chyba dużo za długo minister Sikorski. A biorąc pod uwagę jego aktywność w obliczu tego czego się dowiadujemy przy okazji kolejnych ekshumacji, tego brudu musi być naprawdę cała kupa. W innej swojej wypowiedzi dla telewizji TVN24 były minister wytłumaczył nam wszystkim, że to ani do niego, ani do premier Kopacz, a już tym bardziej do samego Donalda Tuska, nie powinny być kierowane jakiekolwiek pretensje, gdyż „to nie członkowie Rady Ministrów są patologami i nie oni dokonali tych pomyłek”. Oczywiście. Z wszelkimi pytaniami należy się zwrócić do rosyjskich patologów: „A wy, towarzyszu, dlaczego dokonaliście pomyłki? Jak mogliście zapomnieć, że człowiek ma tylko dwie dłonie dwie nogi i jedną głowę? Czy trzeba było tyle pić?” Proponuję, by w tej sprawie wysłać do Moskwy ministra Grasia. On na pewno jeszcze pamięta, że pomyłka po rosyjsku to „aszybka”.

*

Swoją drogą, ostatnio tych pomyłek jest zdecydowanie zbyt dużo. Również na naszym nędznym poziomie domowej polityki. Oto Ryszard Bugaj, człowiek o którego istnieniu nawet najbardziej uważni obserwatorzy by od dawna nie pamiętali, a który, podobnie jak Marek Siwiec, czy Zbigniew Janas, dzięki uprzejmości „zaprzyjaźnionej stacji”, owszem, wciąż gwiazdorzy. Ostatnio wyznał on przed kamerami wspomnianej stacji, że głosując na Andrzeja Dudę również dokonał pomyłki, ale za to dziś u niego „Andrzej Duda jest skreślony definitywnie”. Swoją drogą, ciekawa postać ten Bugaj. Właściwie każdy z nich, choćby nie wiem jak przypadkowy i nieważny, może o sobie powiedzieć, że swoje 15 minut miał. Bugaj nie. Tak bardzo się starał, tak często już pozwolono mu przekroczyć próg do sieni, i ostatecznie zawsze brakowało dla niego miejsca. Krótko mówiąc, Ryszard Bugaj to ktoś, kto nigdy nikogo nie zawiódł, a więc też ktoś, o kim nikt nigdy nie powie, że „skreśla go definitywnie”. A więc jeden sukces już ma.

*

Jak już wspomnieliśmy, gdyby nie stacja TVN24, nasza wiedza o ważnych postaciach najnowszej polskiej historii byłaby znacznie uboższa. Nie dość że nie wiedzielibyśmy kim są tacy ludzie jak Marek Siwiec, Włodzimierz Cimoszewicz, Andrzej Olechowski, Jerzy Wenderlich, Władysław Frasyniuk, to niewykluczone, że, zwłaszcza młodsze pokolenie, nie rozpoznałoby nawet i Kazimierza Marcinkiewicza, czy Ludwika Dorna. Powiem więcej, pewna znajoma licealistka ujrzała niedawno zdjęcie Lecha Wałęsy i krzyknęła: „To jest Wałęsa? To on tak wygląda? Jakie jaja!” W tej sytuacji, wydaje się krzyczącą niesprawiedliwością, że oni wciąż nie pokazują jako autorytetu Andrzeja Milczanowskiego, w pamiętnych latach 90. najpierw szefa UOP-u, a następnie Ministra Spraw Wewnętrznych. Zwłaszcza gdy jego zastępca-hippis Piotr Niemczyk regularnie robi tam za gwiazdę.

*

Nie martwmy się jednak zbytnio. Wprawdzie TVN24 jeszcze na Milczanowskiego nie zwróciła uwagi, natomiast tak w ogóle to ów ciekawy człowiek jest bardzo aktywny. Ostatnio wystąpił na jakimś spotkaniu byłych ubeków i żołnierzy WSI i komentując ostatnie posunięcia rządu Prawa i Sprawiedliwości, powiedział co następuje: „Czy musicie się z tym godzić? Na pewno nie! Czy jest szansa wystąpienia z takimi środkami, które umożliwią wam nie tylko protest, ale skuteczny protest i wstrzymanie tego. Bez ryzyka nie ma wyników. Wiem to bardzo dobrze i niektórzy z państwa tutaj obecnych też to wiedzą. […] Jesteście ludźmi jakby szczególnie predysponowanymi z racji wykonywanych funkcji uprzednio, żeby tę władzę nacisnąć. Dotkliwie”.
No, naprawdę. Apelujmy do redakcji TVN24. Nie wolno marnować takich talentów. Że co? Że Milczanowski to terrorysta? I co z tego? Czyż nie jest tak, że jego jedyną winą jest to, że mówi to, co inni mają w sercu?

*

Inna sprawa, że oni naprawdę nie mają lekko. Oto nagle okazuje się, że coś co, do niedawna pod czujnym okiem samego Mieczysława Wachowskiego, prowadziło różne interesy pod nazwą „Fundacja Instytut Lecha Wałęsy” stoi nie dość że przed widmem bankructwa, to jeszcze zarzutami o prosty finansowy przekręt. Jak właśnie ujawniono, z setek milionów złotych, jakie polskie państwo karmiło ów interes przez lata, zostało jakieś parę złotych, a wierzyciele żądają zwrotu całości. Obecny prezes Fundacji, słynny sędzia Jerzy Stępień, wypowiadając się w tej sprawie dla mediów, powiedział, że przede wszystkim pieniądze nie zostały „roztrwonione, rozgrabione, lecz zostały przeznaczone na inne cele niż te, które sformułowali donatorzy i do których realizacji Instytut się zobowiązał”. Zapytana o to, jakie proponuje rozwiązanie obecnej sytuacji, odpowiedział, że Fundacja zwróci się do niegdysiejszych dobrodziei przewodniczącego Wałęsy z prośbą o rozłożenie długu na raty. To byłby oczywiście pomysł bardzo inteligentny, gdyby uznać, że po kolejnych wyborach gangi odzyskają władzę. Ponieważ jednak wszystko wskazuje na to, że tak się nie stanie, może lepiej niech sędzia Stępień skrzyknie swoich kumpli prawników i wspólnie z nimi ogłosi, że żądanie od Lecha zwrotu dotacji jest niezgodne z Konstytucją. W końcu, oni, podobnie jak ubecy od Milczanowskiego, też mają swoje doświadczenie. Najwyżej poprosi się o pomoc przewodniczącego Timmermansa.

*

No bo gdy idzie o samą Polskę, jak wiemy, wielkich nadziei mieć nie można, a nikt lepiej tej prawdy ostatnio nie wyraził, jak sam messer Adam Michnik. Podczas któregoś z licznych ostatnio spotkań z czytelnikami, mających na celu sprawienie, by „Gazeta Wyborcza” nie podzieliła smutnego losu węgierskiego „Népszabadság" powiedział ów wybitny mąż co następuje: „Nie możemy oddać Polski tym gówniarzom”. Gdyby ktoś nie wiedział, o kogo może tu chodzić, chętnie wyjaśniam. Redaktor Michnik mówił o „młodych, wykształconych, z dużych miast”. Dziś to oni są ci źli. Kto zatem pozostał? Wygląda na to, że albo my mohery, albo Milczanowski z kumplami. Wybór wydaje się być oczywisty. Powodzenia.


Jak zawsze, zapraszam wszystkich do księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, gdzie są do kupienia moje książki.