wtorek, 17 lipca 2018

Czy w piłce którą Putin dał Trumpowi był słynny pyton

Jak większość z nas wie, telewizja TVN24 ma w swojej drużynie androida o nazwie Anita Werner, ale też, jak się okazuje, a o czym wie już pewnie znacznie mniej osób, pragnąc jak najdokładniej powtórzyć wszystko to, co przez te wszystkie lata grupa ITI zdołała uzyskać, państwowa telewizja postanowiła znaleźć odpowiedź również i na to wyzwanie, i w ten sposób na ekranach naszych telewizorów pokazała się, jako pierwszy korespondent Wiadomości TVP w Stanach Zjednoczonych,  redaktor Zuzanna Falzmann.  Szczerze powidziawszy, kiedy się tu wyzłośliwiam, wcale nie mam pewności, czy mam rację, bo moja młodsza córka na przykład twierdzi, że Falzmann wygląda fantastycznie, i ona w ogóle nie rozumie, o co mi chodzi. Ja jednak będę się trzymał swojej pierwszej myśli, a więc tego, że tak jak „W tyle wizji” stanowi odpowiedź na „Szkło kontaktowe”, tak samo Falzmann została zamierzona jako odpowiedź na Werner. Innego rozwiązania tej zagadki nie widzę.
     Ktoś być może zapyta, skąd mi nagle do głowy przyszły te cyborgi, a ja już odpowiadam. Otóż, jak wiemy, wczorajszy dzień upłynął nam na komentowaniu spotkania prezydentów Trumpa i Putina w Helsinkach, no a ponieważ chciałem się dowiedzieć, co się tam ciekawego wydarzyło, obejrzałem wieczorne Wiadomości TVP, a tam korespondencję wspomnianej Falzmann, która poinformowała nas, że Trump poniósł w Helsinkach pełną porażkę, a ona to wie stąd, że przestudiowała doniesienia amerykańskich mediów i one jej powiedziały, jak jest. Otóż ja się zwykle na temat polityki zagranicznej, zarówno tej globalnej, jak i naszej miejscowej, nie wypowiadam, a to z tego powodu, że się na niej kompletnie nie znam, a nie znam się na niej, bo nie mam na jej temat jakichkolwiek wiarygodnych informacji. Uważam, że podczas gdy to co się dzieje na lokalnym rynku można jakoś ogarnąć, włącznie z tym wszystkim, co działające na nim strony próbują przed nami ukryć, polityka zagraniczna to jest coś, czym się trzeba naprawdę interesować, a i tak nigdy nie ma gwarancji, że to co nam się wydaje, że jest prawdą, tą prawdą w istocie jest. A zatem, nie znam się i się nie wypowiadam. Zostawiam to Coryllusowi, a jak coś, to zawsze mogę powiedzieć, że ja tylko słuchałem.
      Jednak to jest dokładnie też powód, dla którego uważam, że to co nam zaprezentowały Wiadomości TVP przy pomocy swojej korespondentki, to jest kompletny idiotyzm i dramatyczna wręcz niekompetencja.  Jak bowiem można przedstawiać jakiekolwiek oceny na podstawie informacji zaczerpniętych jedynie z oficjalnych konferencji prasowych i w oparciu o doniesienia liberalnych amerykańskich mediów, które, jak wiemy, są histerycznie więc wrogie prezydenturze Trumpa, a które jeśli chodzi o Putina, to nastrój im się zmienia mniej więcej co cztery lata? Donosi więc nam Falzmann, że Trump zwolnił Putina z wszelkiej odpowiedzialności za wszystkie jego występki, włącznie z aneksją Krymu i brytyjskimi morderstwami, a ja już tylko się dziwię, że „The New YorK Times” nie poinformował jej też, że ten nie zażadał od Putina zwrotu wraku naszego tupolewa.
     Jak mówię, nie znam się na globalnej polityce, i ani nie mam pojęcia, ani tak naprawdę w ogóle nie obchodzi mnie to, co sobie Trump i Putin kombinują, kiedy decydują się spotkać na te dwie godziny i pogadać. (Swoją drogą, to bardzo ciekawe, że przed spotkaniem media informowały, że spotkanie zostało zaplanowane na dwie godziny, ale jego uczestnicy zadeklarowali, że ostatecznie będzie ono trwało tak długo, jak będzie to konieczne, a kiedy ostatecznie skończyło się ono po dwóch godzinach, te same media ogłosiły, że wszystko trwalo dłużej niż to było planowane). Domyślam się jednak, że oni nie kombinują nic, bo, jak przypuszczam, to co się dzieje między Stanami a Rosją w ogóle nie decyduje się na tego typu spotkaniach, lecz zupełnie gdzie indziej i w zupełnie innym składzie uczestników. Ale nawet jeśli się mylę i faktycznie Trump z Putnem sobie uczciwie przedstawili, co na swój temat sądzą i co zamierzają z tym zrobić, to ostatnimi, którzy się o tym dowiedzą, będziemy my. My się liczymy wyłącznie jako cel propagandy prowadzonej przez jedne i drugie media tu i tam. Fatalnie, że do tego kłamstwa dołączyła też propaganda Dobrej Zmiany.
     Ale pieprzyć Dobrą Zmianę i jej media. Gorzej, że nawet tu na naszych blogach pojawiły się już ekspertyzy oparte na tym co na konferencji prasowej powiedział Putin, a co Trump. Wydawałoby się, że przynajmniej tu można liczyć na prawdziwie niezależną myśl, a tymczasem nic z tego. A wystarczyło z całego tego bablania podczas wspomnianej konferencji prasowej wyłowić jeden jedyny fragment, który zawierał coś więcej, niż zwykłe bablanie właśnie, a którego autorem był akurat Trump (tłumaczenie moje):
      Jako prezydent nie mogę podejmować decyzji w sprawie polityki zagranicznej w daremnym wysiłku, by sprawić przyjemność zorganizowanym grupom interesów, lub mediom, lub Demokratom, którzy nie mają innego planu jak tylko protestować i niszczyć. Konstruktywny dialog między Stanami Zjednoczonymi a Rosją daje szansę otwarcia nowych dróg ku pokojowi i stabilności w tym świecie. Wolę podjąć polityczne ryzyko dążąc do pokoju, niż ryzykować pokój w pogoni za polityką. Jako prezydent zawsze będę miał na sercu to co najlepsze dla Ameryki i to, co najlepsze dla Amerykanów”. 
     Ktoś powie, że ja właśnie zrobiłem dokładnie to samo, co zarzucam innym. Uległem owej oficjalnej narracji i uznałem ją za prawdę. Otóż nic z tego. Ja wciąż twierdzę, że słowa które padły podczas tej konferencji były w przeważającej większości nic niewarte. Natomiast ten jeden moment, kiedy Trump nagle uderzył w wątek niemal osobisty musiał zrobić wrażenie na wszystkich. Niestety, jak się okazuje, nie na każdym. I stąd dziś ten przekaz: Rosja zwycięża. Tylko Unia Europejska nas obroni.
PS. Już po napisaniu tego tekstu znalazłem serię komentarzy na ultra-lewackim, wręcz komunistycznym,  amerykańskim portalu vox.com, gdzie Trump za swoją uległość wobec Putina jest wręcz wdeptywny w ziemię. Zachęcam i mam nadzieje, że ten kubeł zimnej wody ostudzi rozhisteryzowane umysły.

Książki tam gdzie zawsze. Serdecznie zachęcam.

poniedziałek, 16 lipca 2018

Wesoła przygoda czarnego parasola


      Wracałem z Wojtkiem i Wackiem z Wrocławia, dokąd pojechałem, by posłuchać, jak Gabriel opowiada o rzeczach, o których ja nie mam pojęcia  i które mnie w najmniejszym stopniu nie interesują, i Wacek nagle powiedział, że ja jestem prawdziwym artystą, bo jak byliśmy w Wąchocku na obiedzie z ojcami Cystersami, tylko ja zauważyłem, że jeden z nich je obiad palcami. Zdziwiło mnie to oczywiście bardzo, bo wydawało mi się, że jeśli siedzimy w sali pełnej ojców zakonnych i w samym jej centrum siedzi jeden z nich i, jak gdyby nigdy nic, trzyma w ręku kotlet schabowy, i nikt z jego kolegów nie zwraca na to uwagi, to jest to naprawdę coś. No ale przyjąłem tę uwagę, by natychmiast o niej zapomnieć. Przypomniała mi się owa sytuacja wczoraj wieczorem, gdy włączyłem sobie telwizję TVP Info, by zobaczyć co słychać w polityce, a tu się okazało, że tematem numer jeden jest zwycięstwo Francji i fantastyczna postawa Chorwacji. To co mnie jednak zainteresowało najbardziej, to to, że choć zgromadzeni w studio politycy poruszali wszystkie możliwe tematy, nikt z nich nie zwrócił uwagi na to, że po zakończeniu meczu, kiedy to dokładnie w momencie dekoracji drużyn zerwała się chmura i na jej uczestników, włącznie z prezydentami, przewodniczącymi, sędziami, by już nie wspominać o samych piłkarzach, spadła ulewa, która ich wszystkich przemoczyła do suchej nitki… to znaczy, na prawie wszystkich, bo w momencie gdy zaczęło padać, do prezydenta Putina natychmiast podbiegł umyślny z ogromnym parasolem, to w tym momencie jedynie Putin został jak należy zadbany. Czy może w tym momencie Putin rzucił się z parasolem w stronę prezydent Chorwacji, panią Kolindą Grabar-Kitarović, by ją ochronic przed deszczem, co, jak chyba wszyscy się zgodzimy, byłoby zagraniem na takim poziomie, że chyba wszystkie sankcje świata wobec Rosji w jednej chwili zostałyby zniesione? Ależ skąd. On stał bardzo zadowolony, że jest taki suchy, i nawet mu do głowy nie przyszło, że jego goście mokną. A więc uroczystość trwała, na wszystkich, włącznie z nadzwyczaj elegancko wystawioną prezydent Chorwacji, lały się strumienie wody, a przez dłuższy czas tylko nad kompletnie suchym Putinem rozpostarty był wielki parasol. A kiedy już Rosja się zorientowała w sytuacji i przybiegło kilku jej przedstawicieli z maleńkimi damskimi parasolkami, to wszyscy już mieli te parasolki głęboko w nosie, a pewnie tylko Putin myślał, że tego parasolnikowa za to że on dupuścił do tego, że lewy rekaw jego marynarki zmoczył desz, trzeba będzie zesłać na Sybir.
      Oczywiście nadzwyczajne było to, jak każdy z nich, włącznie z tym durniem Macronem, potrafił w tym mokrym stanie zachować fantastyczny wręcz nastrój i cieszyć się chwilą – a ja osobiście ten moment cenię sobie z całych mistrzostw niemal najbardziej –  mnie jednak zadziwia najbardziej to, że, jak już wspomniałem, z tego co widzę, poza mną nikt na to nie zwrócił uwagi. Ktoś powie, że polityka i sport powinny być starannie oddzielane, więc zwyczajnie nie wypadało, by odnosić się do czegoś w gruncie rzeczy tak drobnego jak parasol na łbem Putina, jednak nie: polityka w najmniejszym stopniu nie została tam zapomniana. Otóż zgromadzeni w studio komentatorzy większą część swojego występu poświęcili na dyskusję na temat tego, jak to Putin fantastycznie wręcz wykorzystał propagandowo te mistrzostwa, pokazując światu, jaki z niego światowy człowiek, a z Rosji cywilizowany kraj. Na temat tego parasola nikt jednak nawet się nie zająknął. Nikt nawet nie zwrócił uwagi na to, że w normalnym świecie numer z parasolem by Putina zwyczajnie zadusił. W normalnym świecie, Rosja w tym momencie zostałaby postawiona w szeregu najdzikszych dyktatur w historii najdzikszego świata z samego środka afrykańskiej dżungli. My jednak nie żyjemy w normalnym świecie, i nie chodzi mi o to, że my tu wszyscy uważamy, że parasol przysługuje tylko politycznym przywódcom. Nic podobnego! W końcu wszyscy jesteśmy ludźmi świadomymi odpowiedzialności, jaką obłożył nas współczesny świat i świetnie znamy wszystkie przepisy. Problem w tym, że myśmy się w tym wypadku zwyczajnie zagapili i tego parasola nie zauważyli.
     A może to faktycznie chodzi o to, że czasy są takie, że aby reagować jak człowiek, konieczne trzeba być artystą?

Zapraszam wszystkich do kupowania moich książek. To jest dziś być może najlepsza inwestycja. Choćby na prezent.

niedziela, 15 lipca 2018

Jean Claude Juncker to głupia moczymorda


      Wbrew temu, co możnaby było sądzić na podstawie adresu dzisiejszej notki, ona w najmniejszym stopniu nie jest poświęcona przewodniczącemu Komisji Europejskiej, lecz pewnemu guziczkowi, ja jednak zdecydowałem się na ów fantazyjny tytuł z dwóch powodów. Przede wszystkim zainspirowany faktem, że mój piątkowy tekst z Justinem Bieberem w tytule, mimo że tak naprawdę w ogóle nie był o Bieberze, znalazł się bardzo wysoko wśród najchętniej odsłanianych notek na tym portalu, pomyślałem sobie, że jeśli kolejny tekst zadedykuję Junckerowi, to być może pod względem popularności prześcignę nawet notkę Bosona na temat tego, co piszą w Wikipedii. Drugi powód owego oszustwa jest już bardziej techniczny. Otóż uznałem, że może dla spokoju duszy pewnego godnego ojca, ja nie będę tytułował swoich tekstów w sposób ironiczny, ciężki dla przeciętnego czytelnika do zrozumienia i przywalę prosto między oczy, tak by nie trzeba było tracić czasu na zastanawianie się, czy ja tak na poważnie, czy może dla żartu. Stąd też ten Juncker i moja nadzieja na ciekawą dyskusję.
      A zatem, skoro wczoraj podzieliłem się swoimi wrażeniami w sprawie, jak sądzę, przynajmniej na razie, szczerej bardzo wiary piosenkarza Justina Biebera, to nie chcąc schodzić z tego poziomu jeszcze niżej i komentować pijaństwa przewodniczącego Junckera, pozostanę przy wydarzeniach internetowych. Otóż, jak niektórzy z nas wiedzą, istnieje w Stanach Zjednoczonych całodobowy telewizyjny sportowy kanał o nazwie ESPN, wedle powszechnej opinii najbardziej wpływowy sportowy kanał telewizyjny na świecie. Od roku 2013, w Polsce nie jest on dłużej transmitowany, ale każdy miłośnik sportu z pewnością wie, z czym tu mamy do czynienia. Proszę sobie więc wyobrazić, że w ostatnich miesiącach sportowa Ameryka żyje tym, że jedna z największych gwiazd kanału, niejaka Jemele Hill, została odsunięta od prowadzenia flagowego programu stacji, o nazwie „Sports Center”. Czemu to jest takie ważne? Otóż z dwóch przyczyn. Przede wszystkim jest to pierwszy przypadek, gdy właściciele stacji – być może zresztą jakiejkolwiek stacji – ukarali dziennikarza za szerzenie lewicowych poglądów – konserwatystom takie przygody się już zdarzały – a po drugie ona została zwolniona na bardzo stanowcze żądanie Białego Domu, który poczuł się dotknięty niezwykle agresywnymi antytrumpowskimi komentarzami Hill, które ta zamieszczała na Twitterze. Wprawdzie zarówno ona sama, jak i przedstawiciele stacji, wyrazili skruchę i zapewnili, że to co Hill sądzi o Prezydencie to jest jej osobiste stanowisko, ale nic to nie dało. Ona oczywiście pracy nie straciła, ale programu już nie prowadzi, mimo że, jak słyszę, przez to ESPN straciła mnóstwo w żywej gotówce, a ona sama wręcz prosi, by ją wyrzucili do końca, by mogła znaleźć sobie jakąś lepiej płatną pracę.
      I teraz, proszę sobie wyobrazić, że w znanej nam wszystkim z pewnością stacji CNN odbyła się dyskusja związana z tą aferą, w której poza prowadzącą program Brook Baldwin i jakimś czarnym kimś, wystąpił, jak słyszę, bardzo znany, dziennikarz sportowy ze stacji Fox, Clay Travis. I oto ów Travis, poproszony o skomentowanie tego, co się stało, powiedział mniej więcej tak: „Uważam, że bardzo źle się stało, że Hill została odsunięta, ponieważ zawsze wierzyłem, że prawo każdego do wyrażania swoich opinii powinno być szanowane. I pewnie bym przeciwko temu protestował, gdyby nie fakt, że właściciele stacji wczesniej nie mieli żadnych skrupułów, by wyrzucać z pracy ludzi za głoszenie poglądów prawicowych. Ale i tak wciąż twierdzę, że są dwie rzeczy, w które zawsze wierzyłem i nie przestanę wierzyć: Pierwsza Poprawka i cycki”.
      W tym momencie w studio zapanowała taka konsternacja, że Baldwin zaczęła nerwowo chichotać, a nieznany mi czarny mało się nie zadławił z oburzenia. Poproszono więc Travisa, by potwierdził to, co przed chwilą powiedział, a ten, z czystym spokojem, powtórzył: „Tak. Pierwsza Poprawka i cycki to dwie rzeczy, które w historii naszego kraju nigdy mnie nie zawiodły i dwie rzeczy, w które wierzę absolutnie”. W tym momencie ta głupia Baldwin zapytała raz jeszcze, czy on faktycznie powiedział „cycki”, na co Travis odpowiedział, że oczywiście: Pierwsza Poprawka oraz cycki to są dwie rzeczy, które on bardzo lubi. Wtedy zabrał głos czarny i oświadczył, że jest zszokowany tak strasznym przejawem seksizmu, bo choć on kobiety lubi i szanuje, to uważa, że ta uwaga o cyckach była wysoce niestosowna, na co z kolei Travis z poważną miną zapytał: „A cycków nie lubisz?” No i już po chwili zrobiło się takie piekło, że Baldwin Travisa wyłączyła, rozmowę przerwała i przeprosiła wszystkich za to, że w tym szoku zrobiła to aż tak późno. No i program się skończył.
     Kto chce, może to sobie obejrzeć tutaj
a ja już tylko powiem, że ta Pierwsza Poprawka to jest jednak coś. Oni wciąż bardzo się starają, żeby do niej wprowadzić pewne przypisy i wyłączenia, ale Konstytucja to jednak Konstytucja i to jest naprawdę potęga. Niedawno oglądałem też rozmowę, którą Tucker Carlson, dziennikarz z prawicowego Fox News, przeprowadził z działaczką ruchu na rzecz zakazu posiadania broni, która podpisała apel o to, by skonfiskować Amerykanom trzymaną przez nich w domach broń półautomatyczną. Właśnie tak: skonfiskować. Dziennikarz zapytał tę kobietę, jak ona sobie wyobraża przeprowadzenie owej akcji w stosunku do kilku milionów tak zwanych „law abiding citizens”. Czy ona zdaje sobie sprawę, jak ci ludzie zareagują, gdy wpadnie do nich urzędnik z policjantem i każą im oddać broń, którą oni trzymają schowaną głęboko w garderobie. Kobieta, mimo wielokrotnie ponawianego pytania, wciąż unikała odpowiedzi i plotła coś o zamordowanych niewinnych dzieciach, pytajac Tuckera, co by on myślał, gdyby wśród ofiar były jego dzieci. Ten zatem zapytał ją, czy ona jest również za tym, by odebrać Amerykanom broń ręczną, która wedle wszelkich statystyk przyczynia się do 99 procent wszystkich zabójstw popełnianych w Ameryce, ponieważ ta jednak się wciąż wyślizgiwała, to w końcu dziennikarz zrobił dokładnie to samo, co wcześniej Baldwin zrobiła z Travisem, czyli ją wyłączył.
      Niby to samo, a jednak nie to samo. Różnica jest taka, że Travis został wyłączony za poglądy, a ta cwaniara za to, że przyszła do studia udając, że chce rozmawiać, a tak naprawdę uznała, że wystarczy wygłosić oświadczenie. I to rzeczywiście jest duża różnica. Góra stoi.

Zapraszam wszystkich, jak zawsze, do czytania moich książek. One są do kupienia tam gdzie zawsze. A co to znaczy „zawsze”, każdy kto jest zainteresowany, może sobie łatwo sprawdzić. A skoro już sobie wyjaśniliśmy, że chodzi o życie, zachęcam każdego komu się spodobał powyższy tekst, by przelał na moje konto o numerze 50 1050 1214 1000 0092 2516 8591 6 zł 90 groszy, czyli dokładnie tyle ile trzeba zapłacić każdego tygodnia za kolejny numer tygodnika „Sieci”.  

sobota, 14 lipca 2018

O piosenkach, które już znamy


          Kiedy Piotr Bachurski zaproponował mi, bym do jednego z wydawanych przez niego magazynów, miesięcznika „Bez Cenzury”, pisał kryminalne historie, oczywiście zgodziłem się natychmiast, jednak już w nastepnej chwili, zastanawiając się nad formą, jaką owa seria ma przyjąć, wymyśliłem sobie, że ostatnią rzeczą na jaką sobie pozwolę będzie to, by którykolwiek z tych tekstów dotyczył wyłącznie, a nawet przede wszystkim, samej „akcji”. Od samego początku wiedziałem, że owe teksty będą zawierać refleksje, dla których, czy to któreś z tych zabójstw, czy nawet ich autorzy, będą wyłącznie tłem i pretekstem. Czemu tak? A to z tego powodu, że to jest też metoda, jaką przyjąłem w momencie gdy zaczynałem prowadzić ten blog, której się trzymam do dziś i która, moim zdaniem, sprawia, że, jak do dziś, nigdy się nie zdarzyło, bym uznał, że którykolwiek z moich tekstów został tu wrzucony na tak zwany „odwal się”. Owych kryminalnych histori zdążyłem opublikować kilkanaście, bardzo dbając o to, by w każdej z niech znalazły się dwa, a może i nawet trzy poziomy, których odnalezienie będzie od czytelnika wymagało choćby drobnego wysiłku i to też prawdopodobnie ostatecznie doprowadziło do tego, że redaktor naczelny „Bez Cenzury” uznał, że tak dłużej być nie może i zlecił tę robotę komuś, kto będzie się potrafił lepiej odnaleźć w komunikacji z owym przeciętnym czytelnikiem. A dziś i tak, to tu to tam, przychodzi ktoś i mówi mi, że te teksty o mordercach to jednak był zwykły bulwar. Tak jakbym ja kiedykolwiek pisał teksty o mordercach.
           Tak to jednak jest, że ja wciąż trzymam się swojej starej zasady i bardzo uważam na to, by nigdy przenigdy nie napisać tekstu, który w jakikolwiek sposób będzie opisywał wyłącznie to co każdy z nas może przeczytać na Twittere, lub wysłuchać w telewizji TVP Info. I znów ktoś zapyta, czemu tak, a ja chętnie odpowiem, że to wszystko dlatego, że gdybym ja miał tu wyłącznie komentować bieżące wiadomości i ich publiczne interpretacje, spaliłbym się ze wstydu. Myśle zresztą, że większość osób, które czytają ten blog od lat, choć niekoniecznie go komentują, za to właśnie go ceni i dziś też wie, o czym mówię.
           Wspomniana metoda ma ten jednak minus, że, o czym z prawdziwym bólem przekonuję się od lat, a w tych dniach, jest mi z tym wyjątkowo ciężko, mam bardzo mocne wrażenie, że gdybym zaczął swoje teksty pisać tak jak redaktorzy tygodnika „Sieci” choćby piszą swoje cotygodniowe felietony, osoby, które tu komentują nawet by nie zauważyły, że coś się stało. Gdybym nie  poświęcał połowy tego czasu na wymyślenie dobrego tytułu, gdybym tyle samo czasu co na napisanie tekstu nie poświęcał na jego dopracowanie, większość czytelników nawet by tego nie zauważyła.  A zatem, że już pozwolę sobie przejść do sedna, gdybym ja napisał notkę o nawróceniu Justina Biebera, wzruszając się tym, jak ten dzielny człowiek ujrzał Boga i w ten sposób dołączył do grona wyborców Prawa i Sprawiedliwości, a zatytułował ją na przykład „Justin Bieber – człowiek nawrócony na miłość”, reakcja większości czytelnikow byłaby taka sama, jak była, kiedy napisałem tekst o tym, że nawet jeśli nawrócenie Biebera jest nieszczere i za siedem lat jego małżeństwo z jego ukochaną rozpadnie się w blasku dokłanie tych samych kamer, jakie towarzyszyły jego pięknym początkom.  Czyli i tak musiałbym czytać pouczenia, że jestem bardzo naiwny, skoro uważam, że tym celebrytom należy wierzyć, bo to są bardzo wrażliwi ludzie.
          I to jest coś, co mnie martwi w sposób wręcz dewastujący. Ten brak zrozumienia, ta powierzchowność, to przywiązanie do owej starej już bardzo zasady, tak znakomicie wyrażonej w filmie „Rejs” przez Zdzisław Maklakiewicza, gdy wyznaje, że lubi tylko te piosenki, które już zna, najzwyczajniej w świecie mnie demobilizuje. Jaki jest bowiem sens się napinać, wymyślać jakieś trzypiętrowe koncepty, dbać o to, by każde zdanie miało swój sens, kiedy w efekcie i tak wychodzi na to, że większość czytelników i tak dojrzy sam wierzchołek tej góry i zacznie mi tłumaczyć, jaki to ja jestem płytki, bo oni ów wierzchołek dojrzeli już parę dni temu? Napisałem tekst o tym, że nawet jeśli nawrócenie Biebera i ten jego list do ukochanej to jedynie część projektu sprzedażowego, to moim zdaniem, jego ewangelizacyjny efekt, będzie miał znacznie większy zasięg niż te żałosne sacrosongi organizowane z udziałem Darka Malejonka, Mietka Szcześniaka i Staszka Sojki. Wiedząc, że pojawienie się nazwiska Biebera musi u części znać wywołać pewną konsternację, z premedytacją, tak by każdy dureń się zorientował, w czym rzecz, zatytułowałem go w sposób w najwyższym stopniu ironiczny „Justin Bieber się zaręczył”, a dla pewności jeszcze skierowałem do nich specjalny apel, żeby mi nie tłumaczyli czym jest pop, a na to przychodzą moi podobno od lat czytelnicy i mi tłumaczą, że ten cały pop to gówno, a Bieber to wytatuowany oszust, jak cała reszta z nich. Czemu oni to robią? Przykro mi to mówić, ale powód jest zawsze ten sam. Oni lubią tylko te piosenki, które już słyszeli.
       I na tym temat Biebera kończymy, co i tak nic nie zmienia, bo jestem pewien, że nawet jeśli ja jutro napiszę tekst pod tytułem „Niech żyje Związek Radziecki” natychmiast pojawi się mój kolega Valser i zacznie mi tłumaczyć, że ja się w swoim entuzjazmie mylę, bo Związek Radziecki był do dupy, a on to wie, bo, w odróżnieniu ode mnie, w tamtych czasach żył. Czemu tak? To proste. On tę wiedzę ma i ją sobie bardzo ceni.

Książki, jak już wspominałem są tam gdzie zawsze, a ponieważ jestem w nastroju marnym, nie będę się tu dziś napinał i wypisywał odpowiednich adresów, bo myślę, że ci akurat, którym je trzeba przypominać każdego dnia, i tak ich nie będą potrzebowali.

          

piątek, 13 lipca 2018

Justin Bieber się zaręczył


      Dziś jest taka okazja, że zanim zacznę, chciałbym prosić wszystkich mądrali, których problemy kończą się tam, gdzie moje się zaczynają, by, kiedy już skończą czytać ten tekst i poczują potrzebę dyskusji, nie prawili mi oczywistości. Ja mam swoje lata i swoje doświadczenia, i naprawdę coś tam z tego świata rozumiem. Proszę sobie zatem wyobrazić, że znany nam tu i ówdzie piosenkarz Justin Bieber właśnie się zaręczył – tak, nie ożenił, nie przespał, nie zapoznał się, ale właśnie zaręczył – z pewną modelką i ogłosił to wydarzenie na swoim Instagramie. Ponieważ jest Bieber piosenkarzem bardzo popularnym, zwłaszcza wśród pewnej dość szczególnej grupy dzieci, ów wpis został w jednej chwili przeczytany przez kilkanaście milionów fanów. Proszę zatem zobaczyć, czego te dzieci się dowiedziały. Moje tłumaczenie:

      Nie planowałem tego jeszcze ogłaszać, ale informacja mknie bardzo szybko. Posłuchaj Hailey tych prostych słów. Jestem tak bardzo zakochany we wszystkim, czym jesteś. Pragnę spędzić z Tobą całe swoje życie, z każdym dniem poznając każdą Twoją cząstkę, kochając Cię cierpliwie i serdecznie. Obiecuję opiekować się naszą rodziną z powagą i konsekwencją, tak by Jezus wraz z Duchem Świętym prowadził nas w naszej drodze i wspierał w naszych postanowieniach. Moje serce jest całkowicie Twoje i obiecuję, że zawsze będziesz na pierwszym miejscu. Jesteś miłością mojego życia, Hailey Baldwin, i nie chcę go spędzić z nikim innym. Sprawiłaś, że stałem się lepszym człowiekiem i mam nadzieję, że będziemy się pięknie uzupełniać. Już nie mogę się doczekać najlepszego dnia w swoim życiu. To dziwne, bo nagle widzę, że z Tobą wszystko zaczyna mieć sens. Dodatkowo mnie raduje nadzieja, że również mój młodszy brat i siostra stworzą w swoim życiu szczęśliwe i trwałe małżeństwa. Nie mogę uwierzyć, jak doskonale Pan Bóg to zaplanował. Zaręczyliśmy się  siódmego dnia, siódmego miesiąca, a siódemka to symbol duchowej doskonałości. To jest fakt! Możesz to sobie wyguglować. Przecież to jest jakiś obłęd! Przecież ja nigdy tego nawet nie planowałem, a dziś myślę, że i ta data pomoże jakoś zabezpieczyć naszą przyszłość i kiedy będziemy mieli po 70 lat, będziemy jeszcze lepsi. A więc lećmy! ‘Kto znalazł żonę - dobro znalazł i zyskał łaskę u Pana’. Oto rok łaski”.

      Oto więc podobno rok łaski, a przy okazji moja refleksja. Choć oczywiście życzę Bieberowi i jego ślicznej narzeczonej wszystkiego dobrego, starając się bardzo wierzyć, że ta jego dzisiejsza oczywista szczerość, nie jest zaledwie kaprysem, po którym za rok, czy dwa, czy choćby i, nomen omen, lat siedem nie eksploduje kolejnym głośnym rozwodem. Jednak już dziś myślę sobie, że sam fakt, że ten jego wpis na Instagramie, w tej właśnie chwili, ze łzami wzruszenia, tłumaczą sobie kolejne miliony dzieci na całym świecie, to jest ewangelizacja, jakiej świat nie widział. Nawet jeśli w najbliższą niedzielę do swojej pierwszej spowiedzi w życiu nie pójdą miliony, ale zaledwie tysiące.

Moje książki są do kupienia jak zawsze w księgarni pod adresem www.basnjakniedziwedz.pl, ale też i tu na miejscu. Proszę o kontakt mailowy: k.osiejuk@gmail.com.


czwartek, 12 lipca 2018

Sześć krótkich kawałków na letnie lenistwo


Ponieważ „Polska Niepodległa” jeszcze przez jakiś czas będzie się ukazywać w cyklu dwutygodniowym, a jak to ładnie śpiewali wspominani tu niedawno Rolling Stonesi, time waits for no one, siłą rzeczy część tego co staram się tu regularnie zamieszczać, miejscami brzmi jak prehistoria. No, weźmy choćby początek dzisiejszych kawałków. Oto maleńka Chorwacja świętuje wejście do finału mistrzostw świata, a tu nagle jakieś orły, panie. No ale ponieważ mam nadzieję, że każdy z nas coś tam sobie z tego wyciągnie, bardzo proszę: „Wezwani do tablicy”, część kolejna.

Nigdy nie miałem ambicji zostać współczesną Kasandrą, wygląda jednak na to, że nasz los nie zależy wcale od nas, ale na przykład, tak jak to miało miejsce w moim przypadku, od osiągnięć sportowych polskich piłkarzy. Oto nie minęły dwa tygodnie od publikacji poprzedniego odcinka „Wezwanych do tablicy”, gdzie napisałem, że jest nadzwyczaj prawdopodobne, że nasze Orły dostaną w skórę zarówno od Kolumbii, Senegalu, jak i Japonii, a tu się okazuje, że niemal się stało. Całe zespoły ekspertów najwyższej próby próbują znaleźć najbardziej odpowiednie wyjaśnienie owej rzekomo nadzwyczajnej zagadki, jednak to co na mnie zrobiło wrażenie największe, to występ niesławnego tak zwanego „psychologa społecznego” Jacka Santorskiego, który zakomunikował, że: gdy ma się poczucie wspólnoty, jedności to lęk się rozpuszcza. Tutaj mieliśmy taką konstelację może nawet indywidualności, ale nie drużynę, która ma przepływ. Nie chcę nadużywać angielskiego słowa ‘flow’”. 
Ja nie śledzę przebiegu medialnej kariery Santorskiego, więc możliwe, że on jest wciąż dostępny na gwizdek, jednak mam wrażenie, że kiedyś mieliśmy go znacznie więcej niż dziś. Na przykład w czasie tuż po Smoleńskiej Katastrofie on występował niemal codziennie w stacji TVN24, by tłumaczyć nam, że z psychologicznego punktu widzenia, podtrzymywanie przez nas żałoby po Prezydencie jest dowodem ciężkiego psychicznego defektu. W pewnym momencie jego aktywność na tym polu osiągnęła taki poziom intensywnośći, że zacząłem zupełnie poważnie podejrzewać, że on się jakimś cudem reinkarnował z wojskowego felczera z jednej z tych tak zwanych sowieckich „psychuszek”. W sumie ciekawa sprawa z tym rozpuszczonym lękiem. Czyżby jego dotychczasowa działalność prowadziła do wyłącznie do tego, by nie dopuścić do jego rozpuszczenia?

***

Rząd polski, po ciężkiej i niestety nie dającej szansy na zwycięstwo walce przeciw złemu światu, musiał ustąpić w sprawie tak zwanej „ustawie o IPN-ie” i, zachowując treść i sens dotychczasowych postanowień, zrezygnował z penalizacji defamacyjnych wobec Polski wystąpień. Premierzy Polski i Izraela wystąpili z bardzo oficjalnymi oświadczeniami, obie strony obiecały, że będą już grzeczne i wydawałoby się, że wreszcie Polska będzie mogła choć na chwilę odetchnąć i zająć się przygotowaniem do serii wyborów, gdy tymczasem odezwały się środowiska ultrapatriotyczne i po raz kolejny ogłosiły zdradę PiS-u, tym razem już chyba ostateczną, oznaczającą koniec tego zdradzieckiego projektu oraz szczęśliwe przejęcie władzy w kraju przez Boga, Honor i Ojczyznę.
Ktoś powie, że nie ma się co tym emocjonować, bo ci, którzy sami sobie udzielili wszelkich pełnomocnictw do reprezentowania wspomnianych Boga, Honoru i Ojczyzny, i to reprezentowania bezwzględnie oraz dożywotnio, zgłaszają się z pretensjami do przejęcia władzy praktycznie od samego początku III RP i zawsze z tym samym skutkiem. I pewnie byłoby w tym sporo racji, gdyby nie jedna rzecz. Otóż chyba nigdy wcześniej nie było tak, by siły Systemu aż tak się zaangażowały w to, by owych dzielnych ludzi wspierać w każdy możliwy sposób. Inna sprawa, że nigdy wcześniej też nie było tak, by System miał naprzeciwko siebie aż tak mocnego przeciwnika, jak nadzwyczaj skutecznie trzymający władzę Jarosław Kaczyński.

***

A kłopoty, jakie oni mają z Jarosławem Kaczyńskim, są naprawdę straszne i z każdym dniem coraz to nowsze. Ostatnio jest tak, że w momencie gdy Prezes opuścił szpital, na to towarzystwo padła zimna wściekłość z tego powodu, że w jednej chwili w łeb wzięły wszelkie nadzieje na to, że przyczyną przedłużającej się choroby był rak trzustki, lub przynajmniej zwykła utrata zmysłów. Wprawdzie Kaczyński wciąż przechodzi rekonwalescencję, w związku z czym nie bardzo się udziela publicznie, jednak już wszyscy się zorientowali, że lepiej raczejnie będzie. No dobra, nie wszyscy. Z całą pewnością przynajmniej były ojciec Międlar, oraz wciąż ten sam Marek Jurek żyją swoją ledwo już żywą nadzieją.

***

Nadzieja jest ledwo żywa, co nie przeszkodziło wspomnianemu Markowi Jurkowi, prezesowi partii pod nazwą Prawica Rzeczpospolitej, ogłosić, że ze względu na stałe łamanie przez władze Prawa i Sprawiedliwości umowy koalicyjnej, on i jego zastępy zrywają tę umowę i do najbliższych wyborów będą startować z list stowarzyszenia Kukiz15. Druga w partii osoba po Jurku, czyli Marian Piłka, również wypowiedziała się w tej wstrząsającej kwestii, naświetlając przy okazji szczegóły owego trzęsienia ziemi na prawicy: „W umowie były jasne sformułowania dotyczące startów naszych kandydatów. Niestety, nie zostały one dotrzymane”. Jak się również dowiadujemy, „porozumienie koalicyjne między Prawicą a Kukiz'15 nie zostanie jednak podpisane. Wszystko odbędzie się na zasadach dżentelmeńskiej umowy”. A zatem, wszystko jasne. Panowie Piłka i Jurek pragnęli uzyskać gwarancję, że nawet ze swoimi 15 głosami dostaną się do Sejmu, a Prezes im tego zagwarantować nie chciał. Na szczęście na ratunek pośpieszył bardzo ostatnio przetrzebiony Kukiz i w ramach „dżentelmeńskiej umowy” zapewnił Jurka z Piłką, że kto jak kto ale on i jego ludzie są prawdziwymi dżentelmenami. A my co do tego nie mamy wątpliwości, zwłaszcza gdy mamy świadomość, że tam już wszyscy niedżentelmeni dawno machnęli na tę „piętnastkę” ręką. Nie wspominając o samym Kukizie.

***

Ja wiem, że dzisiejsza kolejka „Wezwanych do tablicy” upływa nam nieco pod znakiem wakacji, w tym sensie, że owo lenistwo się z niej wręcz wylewa. I jest bardzo prawdopodobne, że skończylibyśmy marnie, gdyby wręcz rzutem na taśmę w telewizji TVN24 nie pojawił się sam prof. Norman Davies i skomentował wspomnianą już dziś zmianę ustawy o IPN-ie: „Nikt nie wie, czy zmiana ustawy o Instytucie Pamięci Narodowej jest dobrym kierunkiem czy nie. Prawo w Polsce nie jest prawem. Prawo się zmienia według momentu. Była ustawa, teraz jest nowy wariant, a za dwa miesiące może być kolejny”. Ktoś spyta, jak to jest, że Davies, który było nie było jest tu u nas zaledwie z wizytą wtrąca się w nie swoje sprawy. A ja chciałbym zwrócić uwagę na to, że w stanie emocji pana profesora następuje chyba bardzo niepokojąca zmiana. Proszę bowiem zwrócić uwagę na to, co on nam miał do powiedzenia tuż po Katastrofie Smoleńskiej:
Ale proszę zwrócić uwagę, że katastrofę wykorzystują zdeterminowani podpalacze: bezustannie oskarżają, rzucają insynuacje, organizują przepychanki, wzbudzają kłopoty rządu, a im więcej kłopotów ma rząd, tym większe korzyści odnosi opozycja. Tyle że obecnie w Polsce PiS nie jest normalną, demokratyczną opozycją. Raczej sektą polityczną mającą swojego guru, swoich świętych. I zamknięte mózgi. To ma charakter ruchu wywrotowego, który stara się nie tyle polepszyć III RP, ile ją zburzyć”.
Popatrzmy teraz, jak on się zachowywał jeszcze w roku 2016:
[Kaczyński] zachowuje się jak bolszewik i paranoidalny awanturnik. Prawo i Sprawiedliwość jest najbardziej mściwym gangiem w Europie. Gdańsk to szczególne miejsce ze względu na skojarzenia z Lechem Wałęsą, ‘Solidarnością’ i Tuskiem, który tam się urodził, skończył historię i wmurował kamień węgielny pod budowę muzeum. Kaczyński był w ‘Solidarności’, wspierał Wałęsę w kampanii wyborczej. Potem Wałęsa go odsunął, więc Kaczyński od tego czasu planował zemstę”.
A dziś tylko to, że „prawo w Polsce nie jest prawem”?
Obawiam się, że jeśli on będzie szedł tą drogą, to skończy w Kukiz15. A kto wie, czy nie w Prawicy Rzeczpospolitej.

***

PS: Ostatnio kilka osób zwróciło się do mnie z pretensjami, że od pewnego czasu nie informuję o intelektualnych postępach aktorki Krystyny Jandy. Przyznam, że wydawało mi się, że ona tu otrzymuje znacznie więcej uwagi niż jej się należy, no ale skoro Czytelnicy sobie życzą, proszę bardzo. Otóż nasza pani Krysia na swojej prywatnej stronie pochwaliła się, że przebywa aktualnie we Francji, gdzie pracuje nad swoimi pamiętnikami i zapewne na zachętę pochwaliła się serią  żartobliwych recenzji różnych popularnych książek. Oto żart dotyczący powieści Henryka Sienkiewicza „Potop”:
Kmicic jest warchołem i hulaką, ale poznaje fajną dupę, dostaje w cymbał szablą od kurdupla, zostaje patriotą i Babiniczem, w wyniku czego wysadza Szwedulcom kolubrynę. Dupa się wzrusza i zostaje jego łajfą”.
Po krótkiej naradzie, przyznajemy Krystynie Jandzie tytuł „Dupy Roku” i Wyróżnienie Specjalne w postaci ciosu w cymbał szablą od kurdupla. Konkurs na kurdupla zostanie ogłoszony w najbliższym czasie.

Jak zawsze zapraszam do kupowania moich książek. One są obecne tam gdzie zawsze, a dodatkowo tylko już u mnie parę ostatnich egzemplarzy „Listonosza”. Zachęcam: k.osiejuk@gmail.com.

środa, 11 lipca 2018

Jak zwariować od słuchania zagranicznych piosenek


      Miało być o Paddingtonie, ale niestety przed kolejkę wrył się Axl Rose z kolegami. A zatem…
      Przedwczoraj na Stadionie Śląskim wystąpił pop rockowy zespół Guns’n’Roses, który, jeśli mnie interesuje, to wyłącznie jako socjologiczna zagadka, jak to możliwe, że tak wiele, pozornie interesujących się rock and rollem osób, dało się uwieść czemuś tak okropnie tandetnemu, a jednocześnie nawet nie próbującego udawać, że mamy do czynienia z czymś więcej niż kreacją na miarę naszego Sławomira. Poczynając od tej kiczowatej, jak cały ten okres, który miała symbolizować, nazwy, przez ten głupkowaty kapelusik Slasha i bandanę Rose’a, aż po ich największy przebój „November Rain”, od którego gorsze jest już chyba tylko „Goniąc Kormorany” Piotra Szczepanika, to jest coś tak strasznego, że ja zwyczajnie nie mam słów.
       Wbrew jednak podejrzeniom, że oto właśnie przygotowuję się do wydania drugiej części swojej książki o rock and rollu, dzisiejszy tekst nie jest o muzyce, lecz wręcz przeciwnie, a więc o polityce. Otóż stało się tak, że wspomniany zespół Guns’n’Roses, promując swoją światową tegoroczną trasę, od samego jej początku zamieszcza w Sieci jednakowo brzmiące komunikaty „What the fuck is going on in Chicago”, „What the fuck is going on in London”, „What the fuck is going on in Stockholm”, i tak dalej w tej poetyce. Pomysł jak pomysł, a pomysł taki sam jak tamte idiotyczne róże wtykane przez bandę ćpunów w lecie 1968 roku w Chicago w lufy policyjnej broni, i pewnie nie byłoby w ogóle o czym mówić, gdyby nie wspomniana wizyta na chorzowskim stadionie i odpowiednio wcześniejsza zapowiedź: „What the fuck is going on in Poland”.
       I oto, proszę sobie wyobrazić, ledwo pojawiło się to pytanie, w Internecie polskie media głównego ścieku zawrzały i ogłosiły, że po Micku Jaggerze, który wezwał do tego, by nie skracać wieku emerytalnego prezes Gersdorf, oraz Eddiem Vedderze, który po raz sto osiemdziesiąty szósty od wydania swojego pierwszego albumu „Ten”, zaapelował o wolną aborcję w Polsce, do KOD-u również zapisał się zespół Guns’n’Roses i zadał kluczowe pytanie, co się kurwa w tej Polsce wyprawia.
       Jeśli ktoś myśli że ja sobie strugam żarty, to może wystarczy, że przytoczę fragment tekstu opublikowanego przez portal interia.pl:
       Jeszcze przed koncertem na odnowionym Śląskim na Twitterze pojawił się poniższy wpis, który można zinterpretować jako kolejny głos z zagranicy w sprawie głośno komentowanego sporu o Sąd Najwyższy. ‘Polsko, co się do cholery dzieje?’ - czytamy, a pod wpisem rozgorzała polityczna dyskusja wśród fanów (ponad 170 komentarzy, ponad 1,8 tys. polubień)”.
       Interia jest mało poważna? Proszę bardzo, więc, oto Wirtualna Polska:
       Kilka godzin przed poniedziałkowym koncertem Guns N' Roses na Stadionie Śląskim w Chorzowie zespół z przerażeniem spytał na Twitterze o obecną sytuację polityczną w naszym kraju. "Co się kur... wyprawia w Polsce?".
       I mógłbym w ten sposób cytować słowa całej kupy innych dziennikarzy od „Newsweeka” aż po „Wyborczą”, gdyby nie coś równie fascynującego. Otóż chwilę wcześniej oni wszyscy strasznie się podniecili występem na Opener Festival w Gdyni zespołu Massive Attack, który rzekomo miał zaapelować o „wolne polskie sądy”. Jak donosi czołowy przedstawiciel wspomnianego wcześniej ścieku, portal natemat.pl, „Kiedy Massive Attack grał na Open'er Festival piosenkę ‘Intertia Creeps’, publiczność zobaczyła tytuły z polskich gazet i portali internetowych. A wśród nich ‘Wolne sądy’, czy ‘Unio Europejska, ratuj polskie sądy’. Wśród widzów rozległ się głośny aplauz, gdy na ekranie wyświetlił się napis: ‘Kaczyński abdykuje za rok’. Były też bardziej egzystencjalne treści”.
      I tu znów to samo. Tegoroczna trasa zespołu Massive Attack oprawiona jest scenicznie w ten sposób, że na wielkim ekranie pojawiają się wycinki z lokalnych gazet z kompletnie przypadkowo wybranymi tytułami, od wolnych niedziel handlowych, przez prognozę pogody, po informacje na temat sytuacji na drogach. Opowiadał mi o tym mój syn, który był na tym koncercie i powiedział, że to były dziesiątki migających i zmieniających się w błyskawicznym tempie, dobranych kompletnie przypadkowo i zupełnie ze sobą niezwiązanych, prasowych nagłówków i rzeczywiście tam w pewnym momencie mignęła informacja o wolnych sądach (tej o Kaczyńskim on akurat nie zauważył). Tymczasem, jak widzimy, ci dziwni państwo nagle dostrzegli w tym swoją szansę i uznali, że należy zakomunikować, że oto, jak to gdzie indziej określił jeden z redaktorów „Newsweeka” odnosząc się do „demonstracji” Guns’n’Roses, „tego nie da się już zatrzymać”.
      W tej sytuacji nie pozostaje mi już nic innego, jak przedstawić pewną anegdotę. Oto rozmawiałem wczoraj chwilę z pewnym kolegą, który opowiedział mi, jak to pewnego dnia spędził bite 6 godzin w samochodzie z pewnym swoim znajomym, jak się okazało, nastawionym bardzo radykalnie antypisowsko do obecnej rzeczywistości. Przez pełne sześć godzin ów znajomy ani na moment nie potrafił się zamknąć, przekazując mojemu koledze kolejne informacje, jakie usłyszał ostatnio w telewizji na temat tego, jak to PiS prowadzi Polskę do ruiny. Kolega oczywiście próbował dyskutować, przedstawiał kontrargumenty, wyjaśniał sytuację, tłumaczył różne polityczne zawiłości, znajomy jednak natychmiast zmieniał temat i wyrzucał z siebie swoje kolejne smutki. Po sześciu godzinach owego równoległego dialogu, kiedy trzeba się było pożegnać, znajomy kolegi zadał mu nagle pytanie: „ALE TY CHYBA NIE JESTEŚ PISIAKIEM?”.
       I teraz coś absolutnie najlepszego. Kolega mój na zadanie pytanie odpowiedział jak najbardziej uczciwie: „A nie było tego widać?”, na co znajomy się rozchmurzył, pożegnał się i szczęśliwy wrócił do swojego codziennego piekła, w przekonaniu, że na szczęście owe pisiaki się zabetonowały w podrzeszowskich lepiankach.
       Ktoś się być może zapyta, co z tego wynika dla nas tu się spotykających? Nic. Zwyczajnie nic poza tym jednym. Góra stoi.

Zapraszam wszystkich do kupowania swoich ksiażek, które są do kupienia, albo w księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, albo tu u mnie, gdzie wystarczy napisać mail na adres k.osiejuk@gmail.com, no i jeśli ktoś mieszka w Warszawie, to też u Michała w sklepie Foto-Mag, który, tak na marginesie, chyba akurat ma przerwę urlopową. Jak na dziś, nakład licha oraz listonosza jest wyczerpany, a więc zostają listy od Zyty, biustonosz, rock and roll i 39 wypraw. U siebie mam jeszcze 6 egzemplarzy listonosza. Proszę się więc spieszyć.
    

wtorek, 10 lipca 2018

O tych co zamienili oko i ząb na kijek


Najpierw dwie wiadomości, obie złe. Pierwsza jest taka, że oto skończył się nakład książki „Palimy Licho, czyi o TymKtóryNiePrzepuszczaŻadnejOkazji” i z tego co mi obiecuje Gabriel, dodruku nie będzie. Druga to ta, że nawet nie został mi egzemparz autorski, więc będę sobie musiał go gdzieś kupić, co, sami przyznacie, wygląda dość głupio. A teraz dwie kolejne wiadomości, z których tylko jedna na szczęście jest zła. Skończył się kolejny dodruk „Listonosza” i tu również, przynajmniej narazie, dodruk nie jest planowany, co oczywiście dla niektórych może być wiadomością przykrą, natomiast dobra jest taka, że mam u siebie jeszcze sześć egzemplarzy, więc zachęcam do pośpiechu. Kontakt jest znany: k.osiejuk@gmail.com.
Bardzo chciałem dziś napisać tekst o niedźwiadku Paddingtonie, jednak już wtorek, a tekst z najnowszego wydania „Warszawskiej Gazety” wciąż czeka, a zatem Paddington będzie, mam nadzieję, jutro, a dziś o apokalipsie, na szczęście nie naszej.     

      Oto zupełnie niespodziewanie, w sezonie, gdzie można się co najwyżej spodziewać albo słońca, albo deszczu, gruchnęła wiadomość, że w ciągu najbliższych paru lat na wolność wyjdą gangsterzy lat 90. i w związku z tym Polska wróci do czasów gdzie porwania, wymuszenia i zabójstwa stały na porządku dziennym. Jak najbardziej postępowy portal tvn24.pl oddaje głos jednemu z pozostających na wolności i czekającemu na powrót zarówno swoich kolegów, jak i ludzi, którzy nie marzą o niczym innym jak o tym, by go zastrzelić, lub przynajmniej obciąć mu wszystkie palce, nos i uszy, a ten oznajmia co następuje:
      Myślę, że do trzech lat to wyjdą wszyscy. Będzie duża konkurencja, uprowadzenia ludzi z innych grup. Będą mieli po prostu o co walczyć”.
      Po gangsterze zabiera głos były policjant i tylko potwierdza diagnozę swojego kumpla z placu broni:
     Dawni członkowie gangu mokotowskiego czy pruszkowskiego nie potrafią robić nic innego poza tym, co już robili. Oni zatrzymali się mentalnie na 2000 roku. Wyjdą i znów to będą robić”.
     I to jest, moim zdaniem, wiadomość naprawdę poważna. Mieliśmy niedawno, przy okazji 25 rocznicy odzyskania niepodległości, ale także wstąpienia do tak zwanej Europy, falę spekulacji, co to będzie gdy z więzień zaczną wychodzić nie gangsterzy, którzy nas akurat mają w nosie, ale autentyczni psychopaci, którzy nie są w stanie przeżyć jednego dnia bez tego, by nie zgwałcić a następnie nie zamordować jakiegoś dziecka. No i chwilę potem dowiedzieliśmy się, że polskie państwo zadbało o nasze bezpieczeństwo i przy pomocy ustawy o tak zwanych bestiach, zagwarantowało nam, że ci najbardziej niebezpieczni z nich nie wyjdą na wolność do końca świata, a więc nie będziemy się musieli niczym, poza zwykłym być może poczuciem braku sprawiedliwości, martwić. Doszło i do tego, że nawet kiedy media poinformowały, że niesławny wampir z Bytowa poznał miłość swojego życia i wziął ślub w swoim nowym mieszkanku, też wiedziliśmy, że poza bezsilnym zaciskaniem pięści, nie mamy powodu do jakichś szczególnych wzruszeń.
     Tu tymczasem wygląda na to, że bestia bestii nierówna, a zatem musi nadejść czas, gdy ani my, ani przede wszystkim nasze zawsze pozostające w pełnej gotowości media, nie będziemy mieli powodu do narzekań, że jest jakoś nudno.
     No i w ten sposób dochodzimy do punktu, gdzie nie pozostaje nam nic innego jak po raz kolejny zadumać się nad niewyjaśnioną od początku świata zagadką, czym jest sprawiedliwość. I jakkolwiek byśmy nie liczyli, znów wychodzi na to, że owa twarda jak skała zasada „oko za oko, ząb za ząb”, nawet jeśli w relacjach międzyludzkich kompletnie bezużyteczna, a kto wie, czy nie grzeszna, gdy chodzi o tak zwany ład społeczny, nie ma nad sobą nic równie słusznego, prawdziwego i gwarantującego, że ten nasz świat w pewnym momencie nie popadnie w kompletny chaos.

Zapraszam wszystkich do księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl ewentualnie tu do mnie, jak już zaznaczyłem wcześniej. A jeśli kto mieszka w Warszawie, to do sklepu Foto-Mag, w Alei KEN, podobno tuż obok stacji metra. Nie znam się.
      
    

poniedziałek, 9 lipca 2018

Czy sędzia Gersdorf będzie śpiewać w chórkach u Rolling Stonesów?


     Mam uczennicę, dziecko bardzo ambitne, inteligentne i chętne do nauki, której dość niedawno przy jakiejś okazji pokazałem zdjęcie Lecha Wałęsy, a ona mnie zapytała, kto to taki. Powiedziałem jej, że to Lech Wałęsa, i ją ta informacja bardzo rozbawiła, bo ona nie miała pojęcia, jak ten jakiś Wałęsa w ogóle wyglada.
    Jeszcze wcześniej, a było to już wiele lat temu, pewna nadzwyczaj zdolna maturzystka usłyszała z moich ust nazwę The Beatles i była zaskoczona jeszcze bardziej, bo, proszę sobie wyobrazić, tej nazwy zupełnie nie kojarzyła. Ona autentycznie nie wiedziała, o kim ja mówię, kiedy wymawiam nazwę „Bitlesi”.
     Całkiem niedawno, kiedy wracaliśmy pociągiem z naszej króciótkiej wizyty nad morzem, w przedziale naszym poznaliśmy nadzwyczaj miłą dziewczynkę z Gdyni, miłą do tego stopnia, że w pewnym momencie ona nawet chciała mi pomóc wrzucić walizkę na półkę. Dziecko to jechało do Warszawy na koncert słynnej gwiazdy muzyki popularnej, Beyoncé i jej równie słynnego partnera Jay-Z. Kiedy dziecko to zaczęło mi tłumaczyć, kto to taki Beyoncé oraz Jay-Z, zapytałem je, czy planuje w tym roku wziąć udział w gdyńskim Openerze, a ona mi odpowiedziała, że w tym roku raczej nie, bo jest wyjątkowo słaby line-up. Zdziwiła mnie ta odpowiedź, bo w moim odczuciu tegoroczny Opener był zapowiadany jako wyjątkowo interesujący, z takimi gwiazdami jak Depeche Mode, Arctic Monkeys, Massive Attack, Nick Cave, czy David Byrne, że już nie wspomnę o „Weselu” Jana Klaty z muzyczna oprawą „Furii”. Jak się okazało, poznana przez nas dziewczynka, uznała ten zestaw za nie na tyle interesujący, by się fatygować. Przez wrodzoną delikatność nie zapytałem ją, czy nie jedzie na Stonesów.  
     W tej systuacji, z pełną premedytacją, oraz najwyższą przyjemnością, informuję, że wczoraj w Polsce wystąpił słynny niegdyś zespół muzyczny o nazwie The Rolling Stones, a tuż przed ich przybyciem do Polski nasz Lech Wałęsa wysłał do lidera zespołu, Micka Jaggera, list, w którym zaapelował do niego, by ten ze sceny potępił łamanie Konstytucji przez rząd Prawa i Sprawiedliwości. Co zrozumiałe, po owym niezwykłym, choć z drugiej strony przecież, jak najbardziej zwykłym, apelu Lecha Wałęsy, cała Polska z Jarosławem Kaczyńskim na czele zamarła w oczekiwaniu na słowa Micka Jaggera, i oto ten, owszem, jak donosi niemiecki portal onet.pl, który z kolei natychmiast jest cytowany przez amerykański „New York Times”, nawiązał do tematu, wykrzykując: „I am too old to be a judge but not too old to sing", co dla każdego sympatyka muzyki zespołu było ewidentną i nadzwyczaj dowcipną wymówką, nawiązującą do sztandarowego przeboju grupy Jethro Tull „Too Old to Rock’n’Roll, Too Young to Die”. Czy po wygłoszeniu wspomnianego oświadczenia, Rolling Stonesi zaśpiewali ten słynny kawałek, tego nie wiem, natomiast nie mam najmniejszych wątpliwości, że ten cwaniak Jagger wywinął się z zastawionej na niego pułapki znakomicie, sugerując, że on jest za stary, by się wtrącać w jakieś polityczne spory, zwłaszcza że nie jest komentatorem politycznym, lecz muzykiem rockowym.
      Jak się okazuje jednak, wspomniane wątpliwości ma kopany tu przeze mnie niedawno w swoje tłuste niemieckie dupsko, Der Onet. Otóż w relacji z koncertu dziennikarz wspomnianego portalu uznał, że nawiązanie to nie dotyczyło piosenki, ale zawodowej sytuacji sędzi Gelsdorf, i napisał co następuje: „Mick Jagger mówiąc o swoim wieku, nawiązał do zmian, jakie zaszły w Sądzie Najwyższym. Zgodnie z ustawą o SN, od 4 lipca część sędziów ze względu na ukończenie 65. roku życia z mocy prawa przeszła w stan spoczynku. Mogą oni dalej orzekać, jeżeli złożyli stosowne oświadczenie, a prezydent wyrazi zgodę na dalsze zajmowanie stanowiska. Takiego oświadczenia nie złożyła m.in. prof. Małgorzata Gersdorf”.
      Szczerze powiedziawszy, ja już od pewnego czasu podejrzewam, że wszystko co się pojawia na stronie portalu onet.pl, jest pisane przez dziennikarzay niemieckich, a następnie błyskawicznie tłumaczone na język polski przez jakichś Darków, czy Jacków. Skąd takie myśli? Otóż moim zdaniem nie ma takiej możliwości, by ten poziom zidiocenia, jaki zaobserwowaliśmy tu dziś, a jeszcze wcześniej w kwestii polskiego szowinizmu, o czym pisałem parę dni temu, mógł wyjść z polskich umysłów. Ja wiem, że my tu, między Szczecinem a Przemyślem, mamy wielu naprawdę poważnych durniów, jednak to co Onet wyprawia w ostatnich tygodniach, to musi być robota idiotów największych, a więc ludzi z Berlina, Hamburga, czy Bonn. Pomysł bowiem, by ktoś taki jak Mick Jagger poświęcił swój słynny bon mot, na rzecz prawa sędzi Gelsdor do późniejszej emerytury, stanowi obłęd najwyższej klasy. A jeśli, poważne jak by nie było, medium, jakim jest Onet, nagle decyduje się wszcząć ogólnonarodową debatę na temat wsparcia, jakie sędzia Gelsdor uzyskała od Micka Jaggera, to znaczy, że z nimi jest już naprawdę bardzo, ale to bardzo krucho. Oczywiście nie tylko z nimi. I nie z nimi przede wszystkim.
      No ale o tym już wspominałem nie raz, prawda?

Moje książki niezmiennie są do nabycia w księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, a jeśli ktoś życzy sobie książkę z osobistą dedykacją, to zapraszam do siebie, czyli do kontaktu mailowego k.osiejuk@gmail.com.   
     
 

niedziela, 8 lipca 2018

Gdy Dariusz Szpakowski nuci sowiecki hymn

      Zabieraliśmy się wczoraj z moją żoną do oglądania piłkarskiego meczu Chorwacja – Rosja, kiedy ona nagle zadała mi niezwykłe wprost pytanie: Przeciwko komu musiałaby wystepować Rosja, byśmy mieli im, Rosjanom, kibicować? I niemal w tym samym momencie, po krótkim zastanowieniu, uznaliśmy, że nie ma na świecie nacji, włączając w to Brytyjczyków, która budziłaby w nas tak nieprzyjazne emocje, jak właśnie Rosjanie. A zatem, nawet jeśli kiedyś się wydarzy, że rosyjska reprezentacja w czymkolwiek zmierzy się z kimkolwiek, będziemy zawsze kibicować przeciwko nim.
      Dlaczego jest tak, a nie inaczej, to temat na osobny felieton, dziś natomiast chciałem o czymś zupełnie innym. Otóż zanim wspomniany mecz się w ogóle rozpoczął, ledwo co wybrzmiały narodowe hymny i przyszło nam przy tym wysłuchać czegoś, co niektórzy z nas są zmuszeni znać na pamięć wręcz od dziesiątków lat, pierwszy sportowy komentator TVP, odziedziczony po wspaniałych latach PRL-u, Dariusz Szpakowski, wysłuchawszy rosyjskiego – a tak naprawdę sowieckiego – hymnu ogłosił, co następuje: „Na trybunach premier Rosji Dimitri Medwiediew i piękne wzruszające słowa hymnu ‘Lubimaja nasza strana – umiłowany nasz kraju’”.
      Otóż chodzi o to, że ja na Szpakowskiego mam oko jeszcze od lat ponurego bardzo wspomnianego PRL-u, no i jak najbardziej od czasu, gdy wydawało się, że ten cały syf wreszcie jasny szlag trafi, a ja, w swoich nadzwyczaj skromnych ambicjach, liczyłem wyłącznie na to, że na własne oczy zobaczę upadek dwóch zaledwie osób. Nie Kiszczaka, nie Jaruzelskiego, nie Rakowskiego, ale Jerzego Urbana i Dariusza Szpakowskiego. Taki byłem naiwny. Dziś oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że ów Szpakowski wygląda na tym tle wyjątkowo nędznie, ale powtarzam: jemu i Urbanowi, kiedy wygraliśmy wybory w roku 1989, życzyłem jak najgorzej.
      Od osób najlepiej poinformowanych wiem, że Szpakowski to jeszcze we wspomnianych czasach PRL-u ktoś wyjątkowo śliski i to owa śliskość doprowadziła go to miejsca, w którym znajduje się dziś, czyli do jakże oszukanej opinii gwiazdy, która przychodząc do nas z owych ponurych lat, jako jedna z nielicznych telewizyjnych, zachowała pozycję wyprostowaną. I proszę mi uwierzyć, że nie chodzi mi o to, że to jest – o czym wie każdy, kto interesuje się sportem, wie znakomicie – kompletmny głupek, który do roboty, która mu została przeznaczona zwyczajnie się nie nadaje, ale o ów ruski hymn i ten komentarz, jak najbardziej z wykorzystaniem języka rosyjskiego.
      Na koniec jeszcze jedna refleksja związana z owym wygranym przez Chorwację meczem. Otóż, kto wie, ten wie, ja jednak wspomnę, że od samego początku wspomnianych mistrzostw przyjęty jest zwyczaj, by przed rozpoczęciem meczu zawodnicy jednej i drugiej drużyny – jak rozumiem w prosteście przeciwko rasizmowi – zapozowali do wspólnego zdjęcia. Dotychczas wszystko grało jak należy, jednak wczoraj ni stąd ni z owąd doszło do sytuacji, że rosyjscy zawodnicy stali gotowi, czekając na Chorwatów, ci jednak nie przychodzili, podbijając gdzieś na drugim planie piłkę. By w końcu jednak, kiedy zaczęło się robić niezręcznie, paru z nich się leniwie ruszyło i wraż z rosyjskimi piłkarzami tak jak trzeba zapozowali. Paru z nich. Reszta się zawzięła i nie ustąpiła. Szpakowski nawet nie drgnął, tylko nucił pod nosem ten swój sowiecki hymn. Piękny był to widok. No i piękny gest. Ci, których na niego stać, wygrywają. I dlatego życzymy wszystkiego dobrego braciom Chorwatom w kolejnym meczu z Anglią.

Jak co dzień, zachecam wszystkich do kupowania moich książek, czy to w ksiegarni www.basnjakniedzwiedz.pl, czy osobiście u mnie pod adresem k.osiejuk@gmail.com. Mieszkańców Warszawy i osoby przejeżdżający przez stolicę zapraszam do sklepu Foto-Mag.