sobota, 20 czerwca 2020

Jeszcze raz o tym czego nigdy nie będzie nam wolno wiedzieć


      Muszę przyznać, że kiedy pisałem wczorajszy tekst o kontrolowaniu przepływu informacji, byłem niemal pewien, że to nie jest koniec tematu i że będę musiał do tej kwestii już za chwilę wrócić. Z dwóch powodów. Przede wszystkim, byłem przekonany, że wielu z nas nie zrozumie powagi sytuacji i ów tekst zwyczajnie zlekceważy, a ponadto mocno się obawiałem – jak się okazuje, bardzo słusznie – że sprawa owej niemieckiej państwowej pedofilii sprzed lat będzie przez kolejne dni wałkowana przez wszystkie media, z każdą chwilą z coraz większym przekonaniem, że oto właśnie ujawniana jest wielka, dotychczas całkowicie nieznana tajemnica. O co chodzi? Otóż, o czym od lat informuje choćby głupia Wikipedia, przez całe lata 70. pewien słynny niemiecki psycholog nazwiskiem Helmut Kentler prowadził pod państwowym patronatem swój autorski eksperyment, w ramach którego zgarnięte z ulic Berlina patologiczne dzieci przekazywał pod opiekę notorycznym pedofilom, chcąc udowodnić doświadczalnie, czy stosunki seksualne między dziećmi a dorosłymi mogą wpływać pozytywnie nie tylko na dorosłych, ale również na owe dzieci. I oto nagle dziś, kiedy ów Kentler szczęśliwie zdechł, a jego wyczyny w międzyczasie zdążyły już się stać historią, nasze – ale przecież nie tylko nasze – media ni stąd ni zowąd ogłaszają owe zdarzenia sprzed lat, jako rzekomo właśnie odkrytą sensację. Słuchałem wczoraj informacji nadchodzących z różnych mediów i tam nikt – dosłownie nikt – nie zająknął się, że sprawa tego Kentlera i jego eksperymentu to pieśń ponurej bardzo przeszłości, a jeśli ktoś się zapyta, dlaczego, to ja mam na to odpowiedź jedną: żeby broń Boże nikt nie zapytał, dlaczego, skoro to było coś aż tak dużego, myśmy o tym nie mieli okazji się w odpowiednim czasie dowiedzieć? No i jakie interesy nagle stoją za tym, by właśnie dziś zapadła decyzja, że należy nas o tym zboczeńcu poinformować? I to z takim hukiem.
        Otóż, nie po raz pierwszy zresztą w ogóle, ale i również na tym blogu, dochodzę do wniosku, że system reglamentacji informacji jest tak skonstruowany, że są rzeczy o których powinniśmy się dowiadywać albo natychmiast, ewentualnie z odpowiednim opóźnieniem, albo wreszcie nigdy, i że przypadek owego Niemca i jego zboczonych obsesji nie jest wcale pierwszym, ale też niestety nie ostatnim. Jestem pewien, że przed nami jest jeszcze cała kupa podobnych rewelacji, które staną się rewelacjami wyłącznie dlatego, że w odpowiednim czasie komuś bardzo zależało, żeby jeszcze przez jakiś czas one pozostały w możliwie starannym ukryciu.
      Ja bym jednak chciał wspomnieć o dwóch kwestiach, które w pewnym momencie zaistniały wyłącznie na tym blogu, a ich faktyczny czas pewnie dopiero nadejdzie. Oto stali czytelnicy wciąż pamiętają, jak opublikowałem tu tekst o tym, że w Bangladeszu zawalił się gmach w którym współcześni niewolnicy produkowali towar dla wielkich globalnych sieci odzieżowych, skutkiem czego zginęło blisko 2 tysiące osób. O owym zdarzeniu, wbrew pozorom, wcale nie dowiedziałem się z popularnych mediów, które akurat w tej sprawie solidarnie milczały, ale informację na ten temat wytropiłem dzięki nadzwyczajnemu przypadkowi. Zamieściłem więc na ten temat tekst i trzeba było jeszcze kolejnego tygodnia, by wiadomość o tej tragedii zaczęła się pojawiać w mediach głównego nurtu  inna sprawa, że maksymalnie ostrożnie  zarówno tu, jak i na szerokim świecie. Czemu tak to się stało, właściwie rozumiem. W tanią produkcję odzieży w rejonach reprezentowanych w tym wypadku przez ów nieszczęsny Bangladesz zaangażowane są tak wielkie pieniądze i tak wielkie kariery, że ci idioci prawdopodobnie faktycznie uwierzyli, że te 2 tys. ofiar skutecznie uda się przykryć medialnym wrzaskiem, a kiedy okazało się, że chyba nie do końca, to coś tam na ten temat wspomnieli, a dziś i tak świat nie ma bladego pojęcia o być może najbardziej tragicznej katastrofie budowlanej w historii współczesnego świata.
        Jest jednak jeszcze coś, o skali moim zdaniem znacznie przekraczającej nie tylko ów Bangladesz, ale praktycznie wszystko, co dziś pozostaje praktycznie zapomniane, a mianowicie tak zwany „indyjski żywopłot”. Niektórzy – znów niestety głównie stali czytelnicy tego bloga – wiedzą, że w w XIX wieku stacjonujący w Indiach Brytyjczycy, w celu zablokowania nielegalnego przemytu soli ze wschodu kraju na zachód, posadzili złożony z najbardziej trujących krzewów autentyczny żywopłot o długości niemal 3 tys. kilometrów, wysoki i szeroki na cztery metry, przedzielający Indie z północy na południe. Ówczesne kroniki wskazują, że ów żywopłot, na którym poniosło okrutną śmierć tysiące Hindusów, funkcjonował przez kilkadziesiąt lat i tworzył konstrukcję, którą swoją wielkością można porównać wyłącznie z Wielkim Murem Chińskim.
       Dziś po nim nie ma śladu, każdy najdrobniejszy kolec został z indyjskiej ziemi starannie usunięty, ale to co najbardziej nas dziś interesujące to fakt, że dziś ów jak najbardziej historyczny fakt jest opisany wyłącznie w trzech miejscach: w książce Roya Moxhama, człowieka, który ową niezwykłą prawdę prawdę odkrył i opisał, w Wikipedii oczywiście, no i w mojej książce o Brytyjskim Imperium, o której tu od pewnego czasu wspominam i zachęcam do jej kupowania.
        Czemu zatem jest tak, że coś tak autentycznie dużego pozostaje całkowicie zapomniane, i to zapomniane jak najbardziej celowo? Co sprawia, że Brytyjczycy, znani z tego, że się nie wstydzą niczego, nawet swoich największych występków, w szczerym przekonaniu, że wszystko co pomagało budować Imperium zasługuje nie tylko na pełne wybaczenie, ale też na wszelkie zaszczyty, o tym żywopłocie rozmawiać nie pozwalają? Powody mogą być różne, ale, szczerze powiedziawszy, one mnie aż tak bardzo nie interesują. O wiele bardziej ciekawi mnie to, że pewnie któregoś dnia – kto wie, czy nie dopiero po mojej śmierci –  światowe media podadzą informację, że oto właśnie brytyjscy historycy znaleźli dowody na to, że w połowie XIX wieku na terenie Indii został posadzony żywopłot, którego potęga – gdyby ówczesna technika na to pozwalała – byłby widoczny z Kosmosu, a którego jedynym celem było wymordowanie tak wielu jak to tylko możliwe tubylców, którzy odważyli się wystąpić przeciwko brytyjskim interesom w tej części świata. I nikomu nie przyjdzie do głowy się zastanawiać nad tym, że wiele lat temu, pewien brytyjski bibliotekarz, a za nim pewien polski bloger postanowili o tym w swoim własnym skromnym gronie opowiedzieć.

Zachęcam więc wszystkich do kupowania książki, w której to wszystko jest odpowiednio przedstawione. „Imperium, czyli gdzie pada cień na SS Mantola”, moja ostatnia książka, do nabycia tu u mnie pod adresem k.osiejuk@gmail.com. 




piątek, 19 czerwca 2020

O tym co wiemy, czego się dopiero dowiemy i czego nie będziemy wiedzieć nigdy


      Nie będę ukrywał, że gdy chodzi o moje aktualne priorytety, to najchętniej nie pisałbym o niczym innym jak tylko o zbliżających się wyborach prezydenckich i o tym, jak będziemy musieli sobie radzić gdy przez jakiś przedziwną złośliwość losu, prezydentem zostanie Rafał Trzaskowski. Z drugiej strony, jeśli tak naprawdę się nad tym zastanowić, to o czym tu pisać? Że nie ma na świecie socjologa, który byłby w stanie zbadać tak zwane społeczne zachowania w sytuacjach rozstrzygających? A cóż ja mogę mieć na ten temat do powiedzenia? Że demokracja to fatalne nieporozumienie, czy może że jest pewien zestaw argumentów i związanej z nimi siły przekonywania, która sprawi, że się nagle wszyscy ogarniemy, podczas gdy w ostatecznym rozrachunku, jak zawsze wszystko jest kwestią nieogarnianego przez nas przypadku? A zatem, muszę się przyznać do porażki i poświęcić dzisiejszy tekst kwestii absolutnie różnej od tego, czym wszyscy dziś żyjemy, a w moim odczuciu dotyczącej spraw absolutnie podstawowych.
      Proszę więc sobie wyobrazić, że znaczna część mediów ledwie co wczoraj przekazała rzekomą rewelację, która poruszyła serca i umysły wielu, że oto jeszcze w roku 1969 władze działającej na terenie Berlina opieki społecznej przekazały w ręce niejakiego Dr Helmuta Kentlera, seksuologa z Hannoveru, troje porzuconych przez patologiczne rodziny dzieci, a ten w ramach prowadzonych przez siebie badań jak najbardziej naukowych, umieścił te dzieci w domach znanych służbom pedofilów, w przekonaniu, że w ten sposób owi pedofile znajdą drogę do skutecznej resocjalizacji, a jeśli nie, to przynajmniej sobie odpowiednio poużywają. Od tego czasu projekt zwany powszechnie „eksperymentem Kentlera” tylko się rozwijał prowadząc do stanu, gdzie w latach 70. w samym Berlinie ponad tysiąc dzieci trafiło w ręce pedofilów, a wszystko z tej jednej przyczyny, że pewien ważny naukowiec postanowił sprawdzić, czy jego teorie trzymają się kupy, a niemieckie państwo mu to z najwyższą radością umożliwiło.
       Jak wspomniałem, były to lata 70-te, a ja tylko wspomnę, że był to też czas, gdy w roku 1975 znany nam tu ówdzie Daniel Cohn-Bendit, ówcześnie jeszcze nie poseł do Europarlamentu, lecz zaledwie wychowawaca w przedszkolu, wydał książkę, w której wychwalał same korzyści płynące z „erotycznych zabaw” między dorosłymi a dziećmi. Co ja mówię o roku 1975? Jeszcze w roku 1981, lokalny polityk Jürgen Trittin, po latach poseł do Bundestagu oraz przez siedem lat minister w rządzie Gerharda Schrödera, w imieniu Partii Zielonych podpisał petycję wzywającą do uznania pedofilii jako skłonność naturalną, w żaden sposób nie podlegającą kryminalizacji.
       I oto dziś niemal wszystkie media głównego nurtu podają informację, że oto właśnie owa afera ujrzała światło dzienne i wobec niej cały świat zamarł w bezruchu. O co chodzi? Rzecz w tym, że o Kentlerze i jego szatańskim eksperymencie świat miał okazję usłyszeć już przynajmniej – przynajmniej! –  cztery lata temu, a więc – by nie wspominać już o mediach niemieckich –  choćby z artykułu jaki ukazał się w roku 2016 choćby w dzienniku „The Irish Times”, gdzie wszystko zostało opisane bez jakichkolwiek niedomówień. A zatem, jeśli dziś nagle nasze media, od TVP Info przez Onet po TVN24, jako wiadomość dnia podają informację, że Niemcy znalazły się w samym centrum pedofilskiej afery, to ja mam do powiedzenia tylko jedno: oni nas od początku do końca prowadzą na smyczy, którą raz nieco poluzowują, a innym razem ściągają tak byśmy zajmowali się tylko tym, czym aktualnie powinniśmy się zajmować.
      Czytam dziś doniesienia zarówno na portalu TVP Info, jak i TVN24 i widzę jak tu i tam sprawa owego Kentlera przedstawiana jest jako absolutny news. Mało tego, z tego co czytam wynika, że sprawa zaczęła swoje nowe życie również w Niemczech. Tam też nagle wszyscy się nagle przebudzili i zauważyli, że coś takiego jak „eksperyment Kentlera” w ogóle kiedykolwiek miał miejsce. A ja się już tylko zastanawiam nad ową raz dłuższą raz krótszą smyczą, i wcale nie tylko wtedy gdy chodzi o jakieś niemieckie tajemnice, ale w ogóle, gdy przed sobą mamy to czym żyjemy na co dzień. Wygląda bowiem na to, że wszystko czego się dowiadujemy i co zostaje nam wyznaczone jako temat do bieżących smutków i radości podlega bardzo starannej reglamentacji. O tym, czym one chcą byśmy żyli, media z całą pewnością nas poinformują. To co w aktualnej sytuacji nie powinno stanowić przedmiotu naszych trosk, zostanie również bardzo starannie rozplanowane w czasie tak byśmy niegdy nie czuli ani przesytu ani niedosytu emocji. Cel jest jeden: każdy z nas ma mieć dokładnie tyle w głowie, ile mu zostało przydzielone. A jeśli komuś mało, niech cierpliwie poczeka, a na pewno przyjdzie czas, kiedy będzie mógł sobie poszumieć.
       A w tej sytuacji starajmy się pamiętać, że nie ma nic ważniejszego niż nasza pierwotna intuicja. I nie dajmy sobie wmówić, że nie jesteśmy w stanie mieć własnego zdania, o ile ktoś nam nie pozwoli go mieć.


      

czwartek, 18 czerwca 2020

Siedem krótkich kawałków na ratowanie Polski


Od czasu gdy „Polska Niepodległa” z dwutygodniowego przeszła na cykl miesięczny, a w dodatku przez tę zarazę poproszono mnie, bym materiały do mojej „Tablicy” przysyłał o tydzień wcześniej niż miało to miejsce dotychczas, kiedy te kawałki zostaną udostępnione ogółowi Czytelników, wszystko to stanie się do tego stopnia nieaktualne, że być może nie będzie w ogóle o czym gadać. Na szczęście my się tu spotykamy praktycznie codziennie, więc też możemy trzymać rękę na pulsie. Do wyborów zatem pozostały już zaledwie niespełna dwa tygodnie, więc będziemy mieli nieco okazji sobie na ten temat porozmawiać. Dziś zatem mój najbardziej świeży zestaw wesołych kawałków na tematy mniej lub bardziej istotne. Zapraszam. Przy okazji ponawiam swój przedwczorajszy apel o bardzo doraźne wsparcie. Byłem wczoraj w ZUS-ie i wygląda na to, że nie ma litości. Mój numer konta: Krzysztof Osiejuk 50 1050 1214 1000 0092 2516 8591, a jeśli ktoś chciałby skorzystać z systemu PayPal, to proszę używać mojego zwykłego adresu: k.osiejuk@gmail.com. Dziękuję z góry, a z dołu tym, którzy już na moją prośbę o pomoc uprzejmie zareagowali.




Kiedy już najnowsza „Tablica” trafi do kiosków, będziemy albo po wyborach, albo wciąż niepewni ostatecznego rozstrzygnięcia czekali na Wielki Finał, dziś natomiast widzimy, że po stronie zajmowanej przez Rafała Trzaskowskiego napięcie osiągnęło poziom, gdzie ów kandydat poczuł się zmuszony do skorzystania z usług będących zawsze pod ręką aktorów, a na czoło owego przedstawienia wysunął się sam Bogusław Linda, który zgodził się wystąpić w scenie, gdzie patrząc w oko kamery swoim słynnym zimnym wzrokiem bezwzględnego esbeka, raz, a po chwili jeszcze raz, łamie niewidzialny długopis i wygłasza kwestię: „Trzask prask i po długopisie”.  Jako ludzie zaznajomieni z całym politycznym kabaretem ostatniego dwudziestolecia wiemy, że chodzić tu musi o to, że Andrzej Duda, jako tak zwany „Długopis”, wybory musi przegrać, ja natomiast zastanawiam się, co stało za samym pomysłem zaangażowania do tego klipu aktora Lindy i to w taki a nie inny sposób, no i jaka to myśl mogła uruchomić wiarę w to, że z pewnością niemała aktorska gaża nie pójdzie na marne. Pojawia się w tym momencie podejrzenie, że wszystko odbyło się w następujący sposób:

- I wtedy złamiesz długopis i powiesz „Trzask i po długopisie", czaisz? Że Trzaskowski załatwi Dudę - Długopis.
- Ale ja nie mam długopisu.
- To nie wiem, udawaj, że masz, jesteś podobno aktorem
[...]
- Dlaczego dwa razy złamałeś?
- Nie mówiliście, że ma być raz. Skoro tyle zapłaciliście, to uznałem, że mogę za friko dodać ten drugi. Ostatni raz robię dla was kampanię, sk...syny”.

***

No więc z Lindą wyszło jak wyszło, natomiast wiele wskazuje na to, że sztab Trzaskowskiego stawiając na aktorów, postawił również na aktorów niezawodowych. Otóż jakieś krety zainstalowane przez sztab Andrzeja Dudy w garderobie Rafała Trzaskowskiego uzyskały skądś scenariusz wyborczego klipu kontrkandydata, który, jak rozumiemy, miał kwestie kampanii rozstrzygnąć w ciągu paru minut. Otóż plan był taki, by wśród tak zwanych „zwykłych ludzi” przeprowadzić casting i w ten sposób wyłonić osoby o wyglądzie wiejskiego głupka, tłustej sklepowej, łysego kibola-faszysty, półprzytomnego żołnierza Powstania Warszawskiego, krakowskiego intelektualisty, osoby widocznie niepełnosprawnej, gdzie każdy z nich solidarnie wypowie słowa poparcia dla kandydatury Rafała Trzaskowskiego i w ten sposób będzie można pokazać, że niezależnie od codziennych podziałów, za Trzaskowskim stoi cała Polska.
Oczywiście, dzięki owemu wyciekowi, z projektu nic nie wyszło, i wszyscy w sztabie zaczęli solidarnie udawać, że nic się nie stało. Ja natomiast chciałbym wyjaśnić, dlaczego pochwaliłem sztab Trzaskowskiego za to, że postawił na aktorów niezawodowych. Moim zdaniem, gdyby miało dojść do tego, że otyłą sklepową zagra Dorota Stalińska, kalekę Zbigniew Zamachowski, kibola młody Stuhr, intelektualistę Stuhr stary, a powstańca Daniel Olbrychski, to byśmy mieli taki cyrk, że informacja o owym projekcie zostałaby przez sztab Dudy skutecznie ukryta, ów klip zostałby nakręcony i wyemitowany i dziś oni by już byli praktycznie po wyborach.

***

Uczciwie powiem jednak, że chodzi mi nieustannie po głowie myśl, że oni i tak mają już ten wyścig z głowy. Wprawdzie Państwowa Komisja Wyborcza – ale pewnie też bez szczególnych pretensji ze strony Prawa i Sprawiedliwości, w obawie przed międzynarodowym skandalem – uznała autentyczność owych nadzwyczaj komicznych 1 600 tys. podpisów jakie rzekomo zebrał Rafał Trzaskowski, jednak każdy kolejny dzień owej kampanii wskazuje na to, że jedyne co może powstrzymać ich kandydata przed dogonieniem Małgorzaty Kidawy-Błońskiej, to postawa pozostałych kandydatów, dotychczas zdecydowanie aspirujących do tego, by powalczyć z aktualnym prezydentem. Weźmy choćby takiego Krzysztofa Bosaka, który wprawdzie od samego początku nie mógł liczyć na jakieś szczególnie silne poparcie, jednak zdecydowanie miał szansę na uzyskanie wyniku, który dałby mu odpowiednią pozycję na kolejne wybory. Tymczasem odezwał się, jak rozumiem, przez nikogo ani nie pytany, ani tym bardziej nie zachęcany, były poseł Jacek Wilk, który zaapelował do ostatnich „prawdziwych polskich patriotów”, by w ewentualnej drugiej turze, którą oczywiście Bosak przegra, głosowali na Trzaskowskiego. Dlaczego? Bo PiS to klasyczna żydokomuna. Przepraszam bardzo, ale jeśli istnieje jeszcze jakieś bardziej skaliste i zamulone dno politycznej przebiegłości, to nie pozostaje nam nic innego jak ponownie zajrzeć do norki, w której przebywają celebryci.

***

Oto, proszę sobie wyobrazić, głos w kwestii zbliżających się wyborów zabrała pisarka Manuela Gretkowska i ogłosiła, że ona akurat będzie głosować na Rafała Trzaskowskiego, ponieważ
od 1989 nie mieliśmy tak fotogenicznego prezydenta Warszawy, ani uwodzicielskiego kandydata na prezydenta Polski. Trzaskowski to zwycięzca sondaży typujących ideał Polaków w kategorii rządzący: mężczyzna w średnim wieku, odpowiedzialny, żonaty, dzieciaty. Na Tinderze też to mu by nie przeszkadzało, gdyby kandydował do kadencji trwałego związku. Polska chce wreszcie miłości, a nie tylko pierdolenia.
Przeglądając prezydencką ofertę ostatniego 30-lecia widać, że zaletą Trzaskowskiego jest: brak okularów, wykształcenie, trzeźwość, również polityczna, brak brata bliźniaka, wąsów i nie bycie kretynem. Jak na ten kraj to wyjątek i sukces”.
Oczywiście cała ta wypowiedź robi wrażenie, ja natomiast chciałbym zwrócić uwagę na ostatnią frazę: „Jak na ten kraj to wyjątek i sukces”. Moim zdaniem to jest coś absolutnie niezwykłego, jak oni muszą gardzić Polską, skoro nawet wychwalając wszelkie boskie niemal przymioty swojego kandydata, nie mogą się powstrzymać przed uwagą, że on jest taki wspaniały wyłącznie na tle tego polskiego gówna. No a przy tym, już niezależnie od wszystkiego, ciekawe jest też to jak to się dzieje, że taka gwiazda jak Manuela Gretkowska byłaby gotowa pójść do łóżka z Trzaskowskim, wyłącznie z braku kogoś z lepszymi, bo zagranicznymi, papierami.

***

Gdy mowa o papierach, warto byłoby poznać, jakie papiery posiada były artysta estradowy Zbigniew Hołdys, który w tych niełatwych przecież dniach zebrał się w sobie i wrzucił na swój profil na Twitterze krótki, ale jakże bogaty w treść komentarz:
Biblia zaczyna się na ‘bi’. Przypadek?”
Ja oczywiście, biorąc pod uwagę niezgłębione poziomy umysłu Zbigniewa Hołdysa, nie jestem w stanie stwierdzić z całą pewnością, czy on chciał tu zwyczajnie zażartować, czy  może faktycznie dopadła go tej treści refleksja. Niemniej jednak, biorąc pod uwagę to co o nim zdążyłem się dotychczas dowiedzieć, zakładam, że on wcale nie żartuje, a skoro tak, to nie zdziwię się, jak oni jeszcze na finiszu kampanii zaczną studiować Pismo Święte i cytować wybrane fragmenty. Na początek proponuję:
Złorzecz Bogu i umieraj!”

***

Skoro doszliśmy do spraw Wiary, nie możemy zlekceważyć Szymona Hołowni, a więc zdaniem wielu, jedynego prawdziwego chrześcijanina wśród wszystkich kandydatów do urzędu prezydenta. Otóż ów kandydat, w reakcji na ogłoszenie przez prezydenta Dudę tak zwanej Karty Rodziny, powiedział co następuje:
Kiedy słucham tych ornitologiczno-teologiczno-homofobicznych wypowiedzi Joachima Brudzińskiego, jak słucham homofobicznych głupot, które wygaduje prezydent Duda, to zastanawiam się, czy mają świadomość, że te słowa, które rzucają i w ich mniemaniu cementują jakąś wspólnotę, doprowadzą prawdopodobnie do samobójstwa kogoś w zupełnie realnym świecie”.
A ja jestem absolutnie pewien, że Hołownia wie, co mówi. Jako wieloletni pracownik stacji TVN, on z całą pewnością doskonale zna listę wszystkich aktualnych oraz potencjalnych kandydatów do kolejnych spektakularnych samobójstw, których to jego szefostwo hoduje od lat. I wie, że każdy dzień może byc tym, kiedy któremuś z nich zostaną za pokwitowaniem wydane zapalniczka, flaszka z jakąś łatwopalną cieczą, oraz odpowiedni list. Nie zdziwię się też, jeśli pierwszego z nich – a ja mam wielką nadzieję, że i ostatniego – oni odpalą jeszcze przed wyborami. Jak słyszę, jeden już się znalazł, niestety chyba jednak jakiś trefny, bo z pretensjami wyłącznie do sądów.

***
A ja już na sam koniec chciałbym w ramach suplementu już poza „Polską Niepodległą”, dodać jeszcze jedną refleksję. Oto po zakończeniu wczorajszej debaty, TVP Info na swoim twitterowym koncie zaproponowała sondaż, gdzie można było obstawiać zwycięzcę owej debaty. Niestety już po paru minutach, kiedy okazało się, że projekt został zaatakowany przez tak zwane boty, a więc aplikacje stworzone w celu automatycznego generowania głosów, z których na kandydata Trzaskowskiego przypadało kilkanaście głosów na sekundę, w efekcie czego on w pewnym momencie zaczął osiągać wynik grubo ponad 80%, TVP Info musiało zabawę przerwać i ogłosić jej koniec. Gdy chodzi o mnie, to ja akurat bardzo jestem z tego co się stało zadowolony. Rzecz w tym, że jesli oni naprawdę myślą, ze przez takie sztuczki – jak rozumiem prosto z inowrocławskiego Ratusza – napędzą swojemu kandydatowi głosów, to znaczy, że my akurat mamy już z górki.

***

Do usłyszenia mam nadzieję, że w nie popsutej Polsce.







środa, 17 czerwca 2020

Czy Andrzej Duda słusznie twierdzi, że jesteśmy mądrzy?

      Myślę, że oryginalny plan był taki, że na fali szaleństwa spod znaku LGBT, Robert Biedroń i jego mama grzecznie poproszą prezydenta Dudę o spotkanie, na którym oni pokażą mu jak wygląda miłość dziecka do matki, oraz matki do dziecka, niezależnie od tego czy dziecko jest gejem, lesbijką, czy transseksualistą, i jak bardzo potrafi boleć okrucieństwo z jakim Andrzej Duda traktuje Bogu ducha winnych ludzi, a ten w odpowiedzi wzruszy z pogardą ramionami i powie im, że ze „zboczeńcamii” nie rozmawia.
      Początek wyglądał jak dwustuzłotowy banknot:
Proponuję prezydentowi Dudzie spotkanie, chętnie spotkam się, przyjdę z moją mamą, z moim partnerem porozmawiam z prezydentem Dudą, jak żyje się z osobom LGBT. Panie prezydencie, proszę o spotkanie, przyjdę z moją mamą. Pan powie mojej mamie, że wychowała kogoś innego, niż człowieka, tak jak pan to powiedział, albo wyjaśnimy sobie te sprawy
      Jak mówię, pomysł był naprawdę bardzo dobry, niemal wręcz doskonały i pewnie przyniósłby przeciwnikom obecnego Prezydenta niezmierzone szkody, gdyby nie owo „niemal”. Otóż, jak wszyscy wiemy, Andrzej Duda, zamiast wydąć pogardliwie wargi i poinformować media, że jest zajęty kampanią i nie ma czasu na próżne pogawędki, podanie o spotkanie rozpatrzył pozytywnie i zaprosił Biedronia z mamą do Pałacu Prezydenckiego. W tym momencie wydarzyły się dwie rzeczy. Z jednej strony, Prezydent został zaatakowany przez dotychczasowych – przynajmniej tak wynika z ich deklaracji – zwolenników za to, że spotykając się ze wspomnianymi „zboczeńcami” zsunął się do poziomu Rafała Trzaskowskiego, a jednocześnie pokazał swoją prawdziwą, tęczową duszę; z drugiej natomiast, obóz kandydata Biedronia wpadł w panikę, słusznie zresztą bardzo zauważając, że to co oryginalnie miało przynieść Dudzie niechybną porażkę, zostanie wykorzystane przez niego ściśle propagandowo i w efekcie pozwoli mu się zaprezentować, jako człowiek nie dość że otwarty, to jeszcze na tyle wyluzowany, że on nawet w ogniu kampanii może sobie pozwolić na niezaplanowane spotkania z tymi, którzy nagle zażyczyli sobie z nim pogadać, choćby i „pedałami”. Wpadł zatem Robert Biedroń w panikę, błyskawicznie napisał swojej mamie krótki tekst, w którym ta – szczerze jak dziecko – poinformowała że zaproszenia nie może przyjąć, bo nie będzie brała udziału w działaniach, których jedynym celem jest promocja kandydatury takiej jak Andrzeja Dudy – rasisty i homofoba.
     Ups!
     Ja oczywiście nie jestem w stanie już teraz przewidzieć, jak się teraz potoczy propagandowe rozgrywanie sytuacji, wedle wszelkiej logiki, dla Prezydenta zwycięskiej, a dla jej autorów kompromitującej, bo przede wszystkim jest całkiem prawdopodobne, że rozpowszechniana zapewne przez opozycyjne media plotka pozwoli wielu z nas uwierzyć, że to Andrzej Duda zapragnął spotkać się z tą dziwną parką, to oni z godnością pokazali mu plecy i wreszcie to on teraz wyszedł z tym swoim głupim zaproszeniem, jak Adrian na na mydle. To jest moim zdaniem bardzo prawdopodobne, ale nie można też wykluczyć czegoś jeszcze gorszego. Otóż ci wszyscy rzekomi i autentyczni wyborcy Andrzeja Dudy, którzy po oficjalnej zapowiedzi wspomnianej audiencji, uznali go za kogoś kto tylko po to, by się podlizać towarzystwu spod znaku „gender”, gotów jest wystąpić przeciwko tym, którzy go wybrali, nawet nie spróbują zauważyć swojego błędu. Jest całkiem możliwe, że oni wręcz uznają, że Prezydent został w gruncie rzeczy wystrychnięty przez Biedronia na dudka, który to wszystko w taki właśnie sposób zaplanował i dostał dokładnie to czego chciał.
        Ktoś się mnie zapyta, dlaczego wbrew temu co głosi sam Andrzej Duda, że Polacy są mądrzy i nie dadzą się łatwo oszukać, próbuję sugerować, że jest wręcz odwrotnie? Otóż przyznaję, że choć bardzo bym chciał się mylić, aż nazbyt często czuję, że tu akurat mój prezydent się fatalnie myli i pokłada w nas zbyt dużą wiarę. W takich też sytuacjach naprawdę jestem szczęśliwy, że istnieje telewizja TVP Info w kształcie zaprojektowanym przez było nie było pierwszej klasy cwaniaka, Jacka Kurskiego, i oni jakimś cudem potrafią przemówić do resztek rozumu przynajmniej części z tych cymbałów.



wtorek, 16 czerwca 2020

Czy Komisja Europejska zakaże Polsce produkcji margaryny Palmy?


Zanim przedstawię kolejną notkę zmuszony jestem ogłosić coś, co nie może czekać. Otóż otrzymałem właśnie z ZUS-u informację o zadłużeniu sięgającym jeszcze roku 2014, co powoduje, że w ciągu 7 dni muszę skądś wyszarpać ponad 5 patyków, a przyznaję bez bicia, że tyle to ja nie mam nawet na życie. W związku z tym bardzo proszę wszystkich starych, ale też i nowych czytelników, którzy znaleźli na tym blogu jakąś swoją przystań, by po raz nie wiem już który zechcieli jednorazowo mnie wesprzeć. A ja ich wszystkich zachowam w serdecznej wdzięczności i będę tu nadal, dla naszego wspólnego dobra, w miarę możliwości codziennie, publikował swoje kolejne bardziej lub mniej doraźne refleksje. Dla wszystkich zainteresowanych wklejam numer konta: Krzysztof Osiejuk  50 1050 1214 1000 0092 2516 8591.

      Dziś tymczasem chciałbym nieco pociągnąć temat powszechnego usuwania z powszechnej pamięci wszelkich śladów niewłaściwego traktowania przez rasę białych panów czarnych mieszkańców naszej planety. Byliśmy już świadkiem niszczenia pomników, ostatnio pisałem o tym, jak ktoś nagle sobie uświadomił, że słynnego rondo w Liverpoolu swoją nazwę Penny Lane zawdzięcza jakiemuś handlarzowi niewolników i tabliczkę i ową nazwę zamalował czarną farbą, a teraz właśnie słyszę, że BBC zdecydowało się jednak przywrócić ocenzurowany na krótką chwilę epizod słynnego serialu komediowego „Fawlty Towers” o Niemcach. Kto widział ten wie, a ja może tylko przypomnę, o co tam chodziło. Otóż ani o Niemców, ani o kobiety, ani o inne niekoniecznie poprawnie politycznie kwestie, ale o jak najbardziej „czarnuchów”. Jest zatem tak, że Fawlty rozmawia z Majorem, ledwie już przytomnym staruszkiem, pamiętającym jeszcze czasy, gdy Imperium było jak najbardziej Imperium i rozmowa wygląda tak:
-  Zawsze ma pan do pomocy Elsie.
-  Kogo?
-  Elsie.
-  Ona wyjechała kilka lat temu, Majorze.
-  To dziwne. Wydawało mi się, że widziałem ją ledwo co wczoraj.
-  Nie sądzę. Mieszka w Kanadzie.
-  Dziwne stworzenia te kobiety.
-  Przepraszam, ale mam rzeczy do zrobienia…
-  Znałem kiedyś jedną. Bardzo ładna, wysoka, ojciec był bankierem.
-  Naprawdę?
-  Nie pamiętam nazwy banku.
-  Nic nie szkodzi.
-  Musiałem na nią mocno lecieć, bo zabrałem ją by zobaczyła Indie.
-  Indie?
-  Na Oval. Fantastyczny mecz. Cudowna końcówka. Surrey musiało zdobyć 33 punkty w pół godziny. A ona nagle wyszła, żeby przypudrować sobie... ręce, czy coś tam... Kobiety. Nigdy nie wracają.
-  Bardzo mi przykro.
-  Ciekawe, że ona przez przez całe przedpołudnie mówiła na Hindusów „czarnuchy”. Ależ nie, powiedziałem. Czarnuchy to Karaiby. Ci tutaj to brudasy. Nieprawda, odpowiedziała. Krykiet to wyłącznie czarnuchy.
-  Im się wszystko miesza. Ja to widzę codziennie u swojej żony. W ogóle nie potrafią myśleć.
-  Ale jak ona miała na imię? Wciąż ma mój portfel.
-  Jak już mówiłem. Żadnego pojęcia o logicznym myśleniu.
-  Kto?
-  Kobiety.
-  Myślałem, że mówi pan o Hindusach.
-  Nie. Czyż to nie Oscar Wild powiedział, że one mają mózgi jak ser szwajcarski?
-  Że takie twarde?
-  Nie. Że pełne dziur.
-  Naprawdę? Hindusi?
-  Nie. Kobiety.

      Proszę spojrzeć, co tu się dzieje. Każdy kto zna ten serial, ale też choćby prześledzi przetłumaczoną przeze mnie rozmowę, wie że Major – a wraz z nim całe to nie tylko postkolonialne myślenie – jest tu straszliwie wyszydzony. Nikt przy zdrowych zmysłach nie może uznać, że tu w jakikolwiek sposób obraża się Czarnych. Zresztą każdy kto zna poglądy Johna Cleese’a i w ogóle jego kolegów z Monty Pythona wie, że oni są ostatnimi ludźmi na Ziemi, których można by było zakwalifikować jako rasistów. A mimo to, na fali owego zidiocenia, BBC decyduje się w pierwszym odruchu zdjąć ten odcinek z agendy. I my się teraz dziwimy, że ktokolwiek, a w tym niechby i nawet ktoś tak głupi jak Kolenda-Zaleska, mógł pomyśleć, że kiedy ktoś powie, że LGBT to ideologia a nie ludzie, sugeruje, że ludzie homoseksualni nie są ludźmi lecz zwierzętami?
       Jest jednak coś, o co tym razem boję się naprawdę. Pewnie niektórzy z nas pamiętają moją notkę sprzed lat o czarnym bohaterze afrykańskich wspomnień Roalda Dahla, Mdisho z plemienia Mwanumwezi. Cała książeczka, z której zaczerpnąłem ów przykład, jest wręcz wypełniona kolonialnym myśleniem, gdzie Kolorowi – niezależnie czy zamieszkują tereny Indii, Karaibów, czy Afryki, są w sposób oczywisty przedstawicielami rasy niższej i sam Roald Dahl, choć mocno naznaczony duchem głębokiego humanizmu, by nie powiedzieć chrześcijaństwa, nie jest w stanie oderwać się od cywilizacji, która go wychowała. Oto fragment z rozdziału o Mdisho. Jest więc wrzesień roku 1939, ówczesna Tanganika, właśnie Wielka Brytania wypowiedziała wojnę Niemcom i plan jest taki, by wszystkich okolicznych Niemców internować w świeżo zorganizowanych obozach. Ponieważ z punktu widzenia Mdisho oszczędzanie jeńców nie ma najmniejszego sensu, bierze ów ostry muzułmański miecz, pędzi przed siebie i obcina głowę miejscowemu plantatorowi sizalu.  Dahl jednak nie potępia Mdisho, lecz stara się go usprawiedliwić w taki oto szczególny sposób:
Spojrzałem na niego i się uśmiechnąłem. Nie mogłem mieć do niego pretensji za to co zrobił. On był zaledwie dzikim tubylcem z plemienia Mwanumwezi, ulepiony przez nas Europejczyków na kształt oswojonego służącego, a teraz jedyne co zrobił, to rozbił skorupę, w której był zamknięty”.
      Przepraszam wszystkich bardzo, ale ja naprawdę, nomen omen, czarno widzę przyszłość Roalda Dahla i jego książek. Jeśli tylko któryś z nich sobie przypomni ten fragment, a po nim wyszuka jeszcze kilka podobnych, jak choćby ten, gdzie panna Trefusis informuje, że jej czarny służący obcina jej paznokcie u nóg, bo ona się tej roboty brzydzi, a na jej plantacji każdy Czarny musi chodzić w butach, bo ona nie może patrzeć na ich bose stopy, to będziemy mieli wszystkie te cudowne książki, całą tę wielką literaturę na zawsze z głowy.
     Ja na szczęście wszystko co mogłem jego mieć, to już mam, i nie oddam tego nawet kiedy każda z tych książek stanie się prawdziwym białym krukiem. A gdy chodzi o powszechny obłęd, którego w tej czy jakiejś innej postaci chyba jednak nie unikniemy, to staję jasny i gotowy.




poniedziałek, 15 czerwca 2020

Jak powiedzieć po angielsku "tęskno mi Panie"?

Zainspirowany wydarzeniami związanym z zabójstwem George’a Floyda, oraz nawiązując do występków Brytyjczyków popełnionych przez nich przez wszystkie lata ich istnienia, postanowiłem przypomnieć tekst sprzed lat, zamieszczony w mojej książce o Brytyjskim Imperium i zupełnie niespodziewanie owa notka sprawiła, że zgłosiło się do mnie kilka osób pragnących ową książkę kupić, a ja im ją z prawdziwą przyjemnością wysłałem. W tej sytuacji nie potrafię się powstrzymać przed opublikowaniem tu kolejnego fragmentu, z nadzieją, że w ten sposób uda mi się jeszcze kogoś zachęcić do zakupu. A to powinno każdemu dać autentyczną satysfakcję. Inna sprawa, że chyba jednak bardziej tym, co się interesują językiem.

         Być może niektórzy z nas pamiętają znaną książkę Josepha Hellera „Catch 22”, mistrzowsko wręcz przetłumaczoną na język polski  przez Lecha Jęczmyka, oraz ten jej fragment, z którym ani on sobie nie poradził, ani też nie poradziliby sobie nawet więksi od niego mistrzowie. Najpierw może kontekst. Otóż podczas apelu generał prosi żołnierzy, by jeśli mają jakieś uwagi krytyczne, zgłaszali je bez obaw, na co Clevinger mówi do Yossariana, że on w takim razie pójdzie i im powie, co mu się nie podoba. Yossarian ostrzega swojego kumpla, by tego nie robił, bo zostanie ciężko ukarany, dochodzi do sprzeczki, no i w pewnym momencie Clevinger rzuca zdanie, że jeśli wszystko ma się odbywać zgodnie z zasadami sprawiedliwości, to wojsko nie może uznać go winnym, no i oczywiście ktoś donosi na Clevingera i ten staje przed sądem wojskowym. Może od razu zajrzyjmy do oryginału:
'I didn't say you couldn't punish me, sir.'
'When?' asked the colonel.
'When what, sir?'
'Now you're asking me questions again.'
'I'm sorry, sir. I'm afraid I don't understand your question.'
'When didn't you say we couldn't punish you? Don't you understand my question?'
'No, sir. I don't understand.'
'You've just told us that. Now suppose you answer my question.'
'But how can I answer it?'
'That's another question you're asking me.'
'I'm sorry, sir. But I don't know how to answer it. I never said you couldn't punish me.'
'Now you're telling us when you did say it. I'm asking you to tell us when you didn't say it.'
Clevinger took a deep breath. 'I always didn't say you couldn't punish me, sir.'
'That's much better, Mr. Clevinger, even though it is a barefaced lie. Last night in the latrine. Didn't you whisper that we couldn't punish you to that other dirty son of a bitch we don't like? What's his name? Cadet Clevinger, will you please repeat what the hell it was you did or didn't whisper to Yossarian late last night in the latrine?'
'Yes, sir. I said that you couldn't find me guilty…'
'We'll take it from there. Precisely what did you mean, Cadet Clevinger, when you said we couldn't find you guilty?'
'I didn't say you couldn't find me guilty, sir.'
'When?'
'When what, sir?'
'Goddammit, are you going to start pumping me again?'
'No, sir. I'm sorry, sir.'
'Then answer the question. When didn't you say we couldn't find you guilty?'
'Late last night in the latrine, sir.'
'Is that the only time you didn't say it?'
'No, sir. I always didn't say you couldn't find me guilty, sir.
      I tu, jak widzimy, mamy do czynienia z przypadkiem idiomu językowego, który jest tak unikalny, że tłumacz ma do wyboru już tylko albo zmienić całą scenę na własną, albo z niej zrezygnować, co zresztą Jęczmyk uczynił. Jednak tym razem nie chcę rozmawiać o różnicach językowych, lecz kulturowych i aby temat wprowadzić, opowiem może anegdotę, którą opowiedział mi niedawno zaprzyjaźniony ksiądz. Otóż na początku lat 90 minionego wieku mieszkał w diecezji poznańskiej ksiądz, który przybył tam prosto z Białorusi, posługiwał się przepięknym kresowym akcentem i jeździł samochodem marki Syrena. Były to pierwsze lata naszego polskiego kapitalizmu, a zatem Syren już raczej na ulicach się nie widywało, ów ksiądz jednak się tym nie przejmował i w dalszym ciągu eksploatował swoje auto. Ponieważ jednak ono się nieustannie psuło, ów ksiądz na wszelki wypadek, gdziekolwiek się nim udawał, zakładał na siebie niebieski roboczy kombinezon. Jechał sobie więc któregoś dnia tą swoją Syrenką, kiedy przy drodze zauważył innego księdza czekającego na okazję. Zatrzymał się, ksiądz wsiadł i zaczęła się rozmowa. Okazało się, że spotkany ksiądz udaje się na rekolekcje dla księży, gdzie ma wygłosić kazanie, no i w którymś momencie ów zabrany z drogi ksiądz zapytał kierowcę, czy jest osobą wierzącą.
- O tak, odpowiedział, ksiądz-kierowca. Jestem bardzo wierzący.
Rekolekcjonista się ucieszył i zapytał, kierowcę czy chodzi do kościoła.
- O tak! - ten mu odpowiedział. - Czasem nawet parę razy dziennie.
Rekolekcjonista  ucieszył się jeszcze bardziej i zapytał:
- A czy przyjmuje pan Komunię Świętą?
- O tak! - odpowiedział ksiądz-kierowca. - Ile razy jestem na mszy, przyjmuję Komunię Świętą.
      I tak sobie panowie rozmawiali, w końcu się pożegnali, rekolekcjonista udał się na spotkanie z księżmi, nasz ksiądz wrócił do swoich, no i opowiedział im swoją przygodę. Ci się go oczywiście zapytali, czemu nie powiedział swojemu pasażerowi, że też jest księdzem. Czemu pozwolił mu tkwić w błędzie. Na to ten odpowiedział:
- No wieeeci, ja mu nawet chciał to powiedzić, ale pomyślał soobi, że szkoda by było zmarnować tak piękny przykład duszpasterski.
      Myślę sobie o tej historii i ciekawy jestem, przed jakim to zadaniem stanąłby tłumacz, któremu by przyszło do głowy przetłumaczyć to wszystko na język angielski. I nie mam najmniejszych wątpliwości, że gdyby on się głupio za to wziął i gdyby nawet wykonał tę robotę w sposób super profesjonalny pod względem językowym, ów tekst i tak pozostałby dla angielskiego czytelnika kompletnie niezrozumiały. Kulturowa przepaść bowiem, jaka się rozciąga między Polską, a Anglią jest tak wielka, że tak naprawdę, gdyby ktoś się faktycznie uparł, by tę historię tamtemu czytelnikowi opowiedzieć, to wszystko musiałoby się przede wszystkim dziać w Indiach w latach 30 poprzedniego wieku, bohaterami byłby Anglik i któryś z miejscowych, no i w ogóle rozmowa dotyczyłaby czegoś kompletnie innego.
     Co ja zresztą mówię, Polska i Anglia? Weźmy taką Warszawę i dajmy na to Katowice. Jest taki kawał. Jedzie sobie autobus, na przystanku do autobusu wsiada siostra zakonna i w tym momencie ktoś mówi „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus”. Na to kierowca zatrzymuje pojazd, wstaje, odwraca się w stronę pasażerów i pyta: „Kto to powiedział?” Wszyscy przerażeni milczą, udając że coś piszą na telefonie. Ponieważ jednak kierowca nie zamierza ustąpić, jakaś kobieta wstaje i nieśmiało mówi: „To ja, panie kierowco”. Na to kierowca: „Żeby mi to było ostatni raz, bo wyrzucę z pojazdu, a wy, szanowni państwo, pamiętajcie, że jeśli się spóźnimy to tylko przez tego Kaczora”.
      A teraz spróbujmy opowiedzieć ten kawał komuś z Warszawy, czy Poznania.  Okaże się, że on w ogóle nie zrozumiał już samego początku, włącznie przede wszystkim z tym jakimś tam Jezusem.
      No ale skoro już z zamierzchłych czasów Imperium Brytyjskiego, przeszliśmy tak gładko do współczesnej Polski, zajrzyjmy może do innego imperium i do wbrew pozorom jeszcze bardziej zamierzchłych czasów, niektórym z nas paradoksalnie znanych aż nazbyt dobrze. Oto fragment niefortunnie zapomnianej już dziś kompletnie książeczki Jacka Fedorowicza  zatytułowanej „W zasadzie tak”. Oto jej fragment:
      W restauracji  n i e  w o l n o  p i ć  a l k o h o l u.
        Wiem, ze namawianie do niepicia jest głosem wołającego na puszczy. Ale będę wołał. Pić alkohol można w domu, od biedy można w bramie lub na plaży. Pod żadnym pozorem nie wolno pić w restauracji. Człowiek pijący w restauracji naraża się na ruinę finansową, bo zapłaci rachunek dwu- lub trzykrotnie większy niezależnie od tego ile zjadł i wypił, naraża się ponadto na krzywdy moralne i fizyczne, bo jako pijany ma co prawda ogólna sympatię społeczeństwa, ale niech nie zapomina, że jest  w y j ę t y  s p o d  p r a w a.
       Niech no tylko spróbuje zaprotestować przy dubeltowym rachunku. Telefon na pogotowie milicyjne i koniec. Proszę pamiętać, że kelner, portier, szatniarz (a także: konduktor, kierowca, kontroler, babka klozetowa, listonosz, bileter) są  w  e w e n t u a l n y m  s p o r z e  s t r o n ą  r e p r e z e n t u j ą- c ą  p l a c ó w k ę  p a ń s t w o w ą,  a  p i j a n y  j e s t  p i j a- n y,  choćby wypił tylko pół kieliszka i jako taki nigdy nie ma racji. Jego zeznań po prostu nie bierze się pod uwagę”.
      I ten tekst również można bardzo łatwo przetłumaczyć na język angielski, jednak chyba sami już widzimy, że to by było pewnie jeszcze bardziej bezcelowe, niż miałoby to miejsce w przypadku wcześniejszym.
      Jak zatem wygląda sytuacja odwrotna, gdy to my chcemy sobie poczytać o tym, co tam się dzieje, czy działo w Imperium Brytyjskim. Oczywiście pewnych problemów uniknąć się nie da, jednak różnica jest taka, że z jakiegoś powodu myśmy zawsze byli bardziej zainteresowani tamtym światem, a zatem konsekwentnie, nawet jeśli czytamy o czymś co pozostaje dla nas kompletną egzotyką, jesteśmy w stanie nie dość, że wiele z tego zrozumieć, to wręcz się tym autentycznie zainteresować. Popatrzmy więc może na Anglików żyjących w czasie gdy Imperium stanowiło wciąż jeszcze Imperium, tak jak to opisał wybitny autor Roald Dahl, opisując swój rejs statkiem z Londynu do ówczesnej Tanganiki. Pomijam tu akurat fakt, że Dahl to nie do końca Brytyjczyk, więc przynajmniej miał w sobie tyle otwartości, by nam te kwestie nieco przybliżyć, ale mimo to refleksje się pojawiają.
I had never before encountered that peculiar Empire-building breed of Englishman who spends his entire life working in distant corners of British territory. Please do not forget that in 1930s the British Empire was still very much the British Empire, and the men and women who kept it going were a race of people that most of you have never encountered and now you never will. I consider myself very lucky to have caught a glimpse of this rare species while it still roamed the forests and foot-hills of the earth, for today it is totally extinct
More English than the English, more Scottish than the Scots, they were the craziest bunch of humans I shall ever meet.”
      Dalej jest już o samym języku, ale do tego dopiero dojdziemy.

Tych rozdziałów jest całe mnóstwo, a ten jest wyłącznie na zachętę. Polecam serdecznie i namawiam do kupowania tej książki bezpośrednio u mnie. Egzemplarze, którymi dziś handluje Klinika Języka już od dawna nie są w żadnej mierze moją sprawą. Kontakt pod adresem k.osiejuk@gmail.com.


niedziela, 14 czerwca 2020

Gdzie się urodziła Katarzyna Kolenda-Zaleska?


      Kiedy Katarzyna Kolenda-Zaleska, dziennikarka stacji TVN24, wyrzuciła ze studia posła Jacka Żalka za to, że ten miał czelnosć powiedzieć, że LGBT, to ideologia, a nie ludzie, rozgorzała powszechna dyskusja, czy Kolenda to idiotka, czy prowokator. Otóż ja mam na ten dylemat odpowiedź i ona jest bardzo jednoznaczna. Pani redaktor Kolenda-Zaleska jest osobą całkowicie szczerą i wszelkie podejrzenia, że ona posła Żelka wywaliła z wizji, realizując jakiś misterny polityczny plan, są nieuzasadnione. Ona go potraktowała w ten sposób z tego prostego powodu, że on jej zdaniem, twierdząc, że ruch LGBT to nie ludzie, lecz ideologia, tym samym zasugerował, że jej przyjaciele geje to nie ludzie, a szarańcza.
       Czemu takie jest moje zdanie? Otóż ja na Katarzynę Kolendę-Zaleską mam oko od wielu już lat i miałem już też wielokrotnie okazję się przekonać, że to jest porządna, szczera dziewczyna, która jeśli nawet od czasu do czasu wywinie jakiś korporacyjny numer, to się z niego wyspowiada u zaprzyjaźnionego dominikanina i będzie miała święty spokój. Oto jeszcze w roku 2009 zamieściłem tu tekst, w którym przeanalizowałem nie tylko stan umysłu owej nieszczęsnej kobiety, ale również jej talenty dziennikarskie i oto co mi z moich badań wyszło. Fragmenty:
     
       Otóż w czasach, kiedy jeszcze czytałem dziennik „Dziennik”, miałem niekiedy okazję przeżywać dziennikarski kunszt red. Kolendy-Zaleskiej, która od czasu do czasu była proszona przez redakcję o parę słów i wówczas chętnie tam zamieszczała krótkie komentarze na tematy bieżące. Teksty te, pod względem formalnym, były zawsze na tak nieprawdopodobnie niskim poziomie, że ja się nigdy nie potrafiłem nadziwić, że tego typu techniczna bezradność w niektórych środowiskach nie stanowi problemu. Rzuciłem się więc i dziś na Kolendę, bo chciałem bardzo popatrzeć, jak ona sobie poradzi z problemem Kaczyńskich. Nie merytorycznie. Merytorycznie sprawa jest już oficjalnie wyjaśniona. To są szkodnicy i idioci. Tu miałem na sercu wyłącznie formę. Język. Styl. Zgrabność. A w tej sytuacji zerknąłem do „Wyborczej”.
       I nie zawiodłem się. Pani redaktor Kolenda-Zaleska zaczyna swój tekst o ostatecznym końcu Kaczorów tak: „PiS robi wszystko, a jednak niewiele z tego wychodzi. Dlaczego? Po prostu - nie wiadomo o co PiS-owi chodzi”. Mam nadzieję, że wiecie, co mam na myśli. Gdyby Kolenda była uczennicą gimnazjum przed końcowym egzaminem i w ten sposób napisałaby swoją pracę próbną, egzaminator podkreśliłby ten fragment, a na marginesie napisałby coś w stylu „Robi wszystko???? Czyli co?” A po przeczytaniu reszty, dałby jej dwójkę, zakładając, że praca jest przynajmniej na temat. Reszty zresztą już nie czytałem. Wystarczyła mi informacja, że Kolenda trzyma stały poziom i że napięcie wokół Kaczyńskich nie ustaje.
       Pomyślałem jednak sobie, że o Kolendzie można by było napisać osobny tekst. W końcu, wśród naszych dziennikarzy jest bardzo dużo wybitnych nieudaczników, ale ona robi wrażenie naprawdę wyjątkowe. Pierwszy raz miałem z nią do czynienia parę lat temu, kiedy – właśnie we wspomnianym „Dzienniku” – przeczytałem jej tekst o Lepperze i Samoobronie. To było coś takiego:
Może jestem naiwna, ale uważam, że w rządzie powinny zasiadać autorytety intelektualne i moralne. Andrzej Lepper, z całym szacunkiem do niego jako do człowieka, nie jest ani jednym, ani drugim. Jego kilkunastoletnia obecność w polskiej polityce miała tylko negatywne konsekwencje dla jakości samej polityki, a przede wszystkim dla społeczeństwa. Wzięcie go do rządu przez Prawo i Sprawiedliwość było po prostu sprzeniewierzeniem się wszelkim standardom. Doszło do relatywizacji zasad kierujących życiem publicznym. Jeśli godzimy się na to, żeby człowiek, który ma na koncie wyroki, pełnił zaszczytną funkcję wicepremiera, to znaczy, że się godzimy na wiele. I w takim razie dużo rzeczy jest już dozwolonych. Za sprawą Samoobrony polska polityka obniża loty, zamiast dążyć do tego, aby w kraju rządziły autorytety i ludzie kompetentni. Najgorsze, że całe społeczeństwo to dostrzega i też obniża swój poziom, bo przykład idzie z góry. Jak wiadomo, to elity kształtują standardy obowiązujące w społeczeństwie. Nie tylko polityczne, ale też kulturowe. A jaki wpływ na społeczeństwo mogą mieć takie ‘elity’ jak Andrzej Lepper i inni działacze Samoobrony? Jaki wpływ na morale Polaków miały np. afery seksualne w Samoobronie? Z własnego doświadczenia wiem, że ludzie Samoobrony naprawdę potrafią wprawić w zażenowanie. Z racji wykonywanego zawodu czasami z nimi rozmawiam i widzę, że niektóre posłanki, czy posłowie Samoobrony mają problem nawet z poprawnym formułowaniem zdań po polsku. W takich momentach przypominam sobie, że parlamentarzystami były takie osoby, jak Tadeusz Mazowiecki, czy Władysław Bartoszewski. Do rangi symbolu urasta to, że na miejscu Wiesława Chrzanowskiego zasiada teraz Genowefa Wiśniowska.
      Przeczytałem ten tekst i pomyślałem sobie, że sytuacja, z jaką mamy do czynienia, jest naprawdę niezwykła. Jak można być zawodowym dziennikarzem i pisać tak, jakby każde zdanie było jednocześnie pierwszym i ostatnim? Postanowiłem więc, że napiszę osobno o Kolendzie, choćby po to, żeby pokazać wszystkim, jak marnych przeciwników mamy my – bojownicy IV RP. Zajrzałem więc do Internetu i rozejrzałem się za innymi tekstami, które mogłyby nas tu zainteresować. I wszystko się potwierdziło w całej rozciągłości. Na dodatek, Kolenda okazała się mistrzem wstępu. Oto parę przykładów owych zdań otwierających:
Nie ma osoby, która nie śledziłaby w napięciu procesu Josefa Fritzla. Ja też się do nich zaliczam.”
Biorąc pod uwagę doświadczenie w różnych dziedzinach, na stanowisku prezesa TVP najchętniej widziałbym Wiesława Walendziaka”.
W orędziu Lecha Kaczyńskiego zabrakło mi potwierdzenia, że prezydent ma wizję tego, jak Polska może wyjść z kryzysu. Oceniam to wystąpienie jako element doraźnej polityki – nagle euro stało się punktem, wokół którego koncentruje się dyskusja. A przecież nie tylko o to chodzi!”
Być może moje poglądy w tej kwestii są nieco staroświeckie, ale wydawało mi się zawsze, że ludzie – a politycy w szczególności – powinni samodzielnie określać swój stosunek do rzeczywistości”.
Żeby z młodego człowieka wyrósł inteligent w dosłownym tego słowa znaczeniu, trzeba włożyć w to wiele pracy. Ogromne znaczenie ma rodzina, atmosfera w domu – czy są w nim książki, czy rodzice je czytają, czy chodzi się do teatru? Ale na kształtowanie młodego człowieka ogromny wpływ ma także szkoła. I jeżeli miałoby to być miejsce, którego celem jest ukształtowanie przyszłego inteligenta, bardzo taki pomysł popieram”.
       
      Oryginalny tekst był oczywiście znacznie dłuższy i szerszy, myślę jednak że nam tu dziś wystarczy tylko tych parę cytatów. Chodzi w końcu tylko o to – jak już zresztą to wcześniej zauważyłem – by wyjaśnić jedną i tylko jedną kwestię: czy oni są głupi, czy za ich czynami stoi jakiś plan. No i może jeszcze jedno: czy Kolenda to pomyłka, z którą oni wszyscy muszą sobie z jakiś niezbadanych dla nas przyczyn zmagać, czy tak naprawdę, gdybyśmy poczytali co mają do powiedzenia na różne tematy tacy Grzegorz Kajdanowicz, czy Anita Werner, to byśmy się musieli przeprosić z samym Krzysztofem Feusette? Co ja mówię z Feusette. Nawet z Dorotą Łosiewicz.



sobota, 13 czerwca 2020

Gdy piekło nie zna gniewu wzgardzonego wyborcy


      Nie wiem, czy czytelnicy tego bloga w jakiejkolwiek części lubią słuchać Beatlesów, a tym bardziej – jeśli tak rzeczywiście jest – czy znają piosenkę pod tytułem „Penny Lane”, jeśli jednak tu akurat przestrzeliłem, to zachęcam. To jest arcydzieło.


       
      O czym jest ta piosenka? Otóż o niczym szczególnym. To jest zaledwie opis pewnego miejsca w Liverpoolu, właśnie o nazwie Penny Lane, które Paul McCartney ukochał i postanowił je uwiecznić w swojej piosence tak jak je zapamiętał. Bez żadnych zbędnych aluzji, czy ukrytych znaczeń. Przede wszystkim więc piękna piosenka.
      Czemu zatem o niej dziś wspominam? Powodów jest parę, pierwszym z nich jednak jest to, że, jak się dowiaduję z mediów, na fali znanych nam wydarzeń, ktoś zdecydował się zajść tam w to miejsce w Liverpoolu i tablicę z nazwą Penny Lane czarną farbą zamazać. Kiedy pierwszy raz o tym usłyszałem, bardzo się zdziwiłem, ale natychmiast też zacząłem się zastanawiać, cóż tam w tekście wspomnianej piosenki było takiego, co mogłoby aż tak rozjuszyć żałobników po śmierci George’a Floyda, a kiedy nie znalazłem dosłownie nic, zrobiłem coś, co – tak na marginesie – polecam wszystkim, a więc wpisałem w Google’a hasło „Penny Lane controversy” i znalazłem jak najbardziej poważne objaśnienie, że problem leży w tym, że owa nazwa Penny Lane pochodzi od nazwiska niejakiego Jamesa Penny, handlarza niewolnikami i zapiekłego antyabolicjonisty i według wielu powinna była już dawno zniknąć z mapy świata, a dziś owa konieczność jest szczególnie paląca.
       Pisałem tu parę dni temu o tym, jak Brytyjczycy ni stąd ni zowąd zdecydowali się wymazać ze swojej osobistej, ale również historycznej pamięci wszelkie ślady swojej niewyobrażalnej podłości, natomiast widok tego kogoś, kto ciemną zapewne nocą zakrada się na Penny Lane by zniszczyć tablicę z ową nazwą w mojej wyobraźni stanowi nie komedię, ale realną bardzo katastrofę. W czym rzecz? Otóż nie mogę nie zauważyć, że wspomniany idiota, czy idiotka, nie jest w żadnym wypadku wyjątkiem, ale sam konkretny kontekst owego zdarzenia nie jest też czymś nadzwyczaj wyjątkowym. Nie trzeba bowiem być szczególnie bacznym obserwatorem, by zauważyć, że przykładów co najmniej równie ciężkiego zgłupienia poznajemy każdego wręcz dnia dziesiątki, również tu na naszym podwórku. I to wcale nie koniecznie związanego z zabójstwem George’a Floyda. Oto, również wczoraj, na Facebooku zamieścił ktoś zdjęcie strony z magazynu „Wysokie Obcasy”, a tam artykuł zatytułowany: „Koniec spontanicznego seksu z nieznajomym poznanym w internecie? Jak zmieni się nasze życie seksualne po pandemii”.
       Kilka dni, na tym samym Facebooku pokazał się komentarz grupy o nazwie „Dziewuchy dziewuchom”, zachęcający do aborcji i ozdobiony obrazkiem prężącej się z dumą kobiety w t-shircie z napisem „Miałam 25 aborcji”.
      Ta sama grupa nieco wcześniej w tym samym miejscu zamieściła obrazek, na którym widzimy napis „Dzień Matki”, a poniżej kobietę z klasycznym dziecięcym wózkiem, w którym siedzi sobie słodki piesek.
      Ktoś powie, że to co ja tu opowiadam, to patologia, natomiast realny świat tak naprawdę wygląda zupełnie inaczej. Na to ja mam oczywiście gotową odpowiedź, że moim zdaniem, jeśli patologię rozumiemy jako margines, to w żadnym wypadku z patologią nie mamy do czynienia, no a poza tym, tym razem mnie wcale nie chodzi o nich, lecz jak najbardziej o nas. Otóż ja nigdy nie potrafiłem zrozumieć, jak to się dzieje, że ludzie w znacznym stopniu dokładnie tacy sami jak my, dokonując swoich politycznych wyborów nie są w stanie dostrzec, że tak naprawdę postępują w tym momencie kompletnie wbrew sobie. Pewien mój znajomy, człowiek starszy, bardzo religijny, grzeczny i nadzwyczaj uprzejmy, w żadnym wypadku niezrównoważony, tego całego LGBT fizycznie nie znosi. Dlaczego? Bo on ma przekonania do tego stopnia konserwatywne, że nie toleruje jakichkolwiek nowinek. Powiem więcej. On nie może patrzeć na Jerzego Owsiaka i na cały ów harmider związany z Wielką Orkiestrą Świątecznej Pomocy, a jakby tego było mało, wciąż mi mówi, że dorosły człowiek, który chodzi w czerwonych spodniach i kolorowych okularach, jest zwyczajnym pajacem, a nie poważnym człowiekiem. O George’u Floydzie mówi, że to podobno jakiś narkoman i przestępca, więc on nie widzi powodu, by się nim przejmować. Jednocześnie, mój znajomy nienawidzi PiSu i wszystkiego co mu się z nim kojarzy, do tego stopnia, że nie jest w stanie w swojej głowie uporządkować tych wszystkich relacji i zrozumieć, że tak naprawdę on występuje przeciw sobie. Ktoś powie, że w pojęciu niektórych, PiS to jest taka sama zaraza jak ta cała hołota, która dziś pali amerykańskie miasta i drze mordę próbując zagłuszyć szelst banknotów, tyle że jeszcze się nie do końca ujawnili. Może i tak, to co mnie jednak wciąż bardzo zajmuje, to zaangażowanie zarówno mojego znajomego, jak i wielu, naprawdę wielu jemu podobnych w to, by popierać kogoś takiego jak Rafał Trzaskowski, a więc reprezentanta tego wszystkiego, czym oni z całego serca gardzą.
       Czemu więc oni życzą szybkiej i możliwie bolesnej śmierci temu komuś, kto wszystkim tym, czym oni gardzą, gardzi solidarnie wraz z nimi, a jednocześnie ludzi, którzy przedmiot owej pogardy pielegnują z najwyższym zaangażowaniem i pilnują, by mu się broń Boże nie stała jakakolwiek krzywda, postanowili uznać za gwaranta tego, że w końcu ich podły nastrój się poprawi? Zagadka ta stanowi dziś dla mnie prawdziwą zagadkę i mimo wielu starań, nie potrafię jej rozwiązać.
        Widzę tu jednak światło w tunelu. Otóż wczoraj też chyba Konfederacja ustami jednego ze swoich ważnych przedstawiciela, ogłosiła, że oni w ewentualnej drugiej turze wyborów swoich wyborców będą wzywać do głosowania na Rafała Trzaskowskiego. Podobnie dziś, kiedy pisze ten tekst, była szefowa kampanii Andrzeja Dudy, Turczynowicz-Kieryłło udzieliła wywiadu stacji TVN24, gdzie zadeklarowała, że ona również woli Trzaskowskiego. A ja najpierw sobie pomyślałem, że ona idealnie wręcz ilustruje słynny bon mot Williama Congrave’a, że „piekło nie zna gniewu kobiety wzgardzonej”, a następnie przyszło mi do głowy, że może ta prawda nie dotyczy tylko kobiet. Może tak naprawdę zarówno mój znajomy, jak i wiele innych osób – zarówno zwykłych ludzi, jak i polityków – z taką zawziętością pragnie ostatecznego zniszczenia Jarosława Kaczyńskiego i wszystkiego tego, co się z nim kojarzy właśnie przez to, że oni uznali, że on właśnie w pewnym momencie ich życia nimi wzgardził. Jak, gdzie, kiedy – tego nie wiemy i niewykluczone, że nawet oni sami już tego przypomnieć sobie nie potrafią, ale to poczucie odrzucenia w nich tkwi i nie spoczną dopóki nie otrzymają tej jedynej satysfakcji na którą tyle juz lat czekają. Ktoś się zapyta: No dobrze, ale co potem? Jak oni sobie poradzą z tymi gruzami, nad którymi będzie się już tylko unosił ów wielki tęczowy transparent z owym pieskiem w dziecięcym wózeczku? Otóż tu też mam swoje podejrzenia. Moim zdaniem, oni są głęboko przekonani, że potem wszystko już pójdzie z górki. Powstanie jakiś nowy prawicowy projekt, z jakimś pobożnym, przystojnym i kulturalnym przywódcą, który obieca tę całą tęczową zarazę, razem z Owsiakiem i całą tą antycywilizacyjna hałastrą rozgonić, i nigdy nie da im po sobie poznać, że nimi tak naprawdę głęboko gardzi. A oni go całym sercem poprą i będzie jak w niebie. 



   

piątek, 12 czerwca 2020

Za co starsze panie z towarzystwa kochają Rafała Trzaskowskiego?


Jak w każdy piątek, również i dziś do kiosków trafia kolejny numer „Warszawskiej Gazety”, a w nim oczywiście i mój felieton. Ponieważ nie wszyscy czytają ów tygodnik, a ci co czytają, też nie zawsze mają okazję na niego trafić, przedstawiam ów tekst i tutaj. Powinno byc dobrze.


     Wśród niezliczonych kpin kierowanych pod adresem Jarosława Kaczyńskiego, oraz ludzi, którzy pokładają w nim nadzieję na to, że Polsce nie stanie się krzywda nie do naprawienia, jest i ta, że zarówno on, jak i jego zwolennicy, stworzyli wokół hasła „Jarosław” swoisty kult jednostki. Stąd też on sam jest powszechnie porównywany do kolejnych przywódców Korei Północnej, Stalina, czy wreszcie Hitlera, a ci, którzy wymyślają coraz to nowsze sposoby wyrażenia poparcia, jak choćby słynne „Ja-ro-sław Polskę zbaw”, są wyszydzani, jako osoby tragicznie zaczadzone miłością do Wodza.
      Osobiście owe szyderstwa mam w dużej pogardzie z dwóch względów. Przede wszystkim, choć oczywiście nie mogę zaprzeczyć, że dla wielu z nas Jarosław Kaczyński rzeczywiście jest przedmiotem swoistego kultu, pragnę zwrócić uwagę, że nie jest to – i nigdy nie był – w żaden sposób kult osoby, lecz jedynie bardzo patriotycznej idei, w jaką wierzymy, a on jest zaledwie ilustracją owej wiary. Nigdy nie spotkałem się z tym, by którakolwiek z owych rzekomo zakochanych w Prezesie osób swoją miłość wyrażała głosząc publicznie, że Jarosław Kaczyński jest nadzwyczaj przystojny, że melodia jego głosu zniewala, czy wreszcie, że kiedy przemawia, to w brzmieniu wypowiadanych przez niego słów, można wyczuć „jazzującą frazę”. Choćby nie wiadomo jak bardzo tłumy jego zwolenników dawały się ponieść, to i tak na początku i końcu owych uniesień będzie wyłącznie Polska. Nie on.
      I to jest jeden powód, dla którego wspomniane szyderstwa z pełnym zdecydowaniem odrzucam. Drugi z nich, to wspomniana „jazzująca fraza” i niedawna wypowiedź pisarki Manueli Gretkowskiej poświęconej Rafałowi Trzaskowskiemu. Proszę posłuchać:  
Od 1989 nie mieliśmy tak fotogenicznego prezydenta Warszawy, ani uwodzicielskiego kandydata na prezydenta Polski. Trzaskowski to zwycięzca sondaży typujących ideał Polaków w kategorii rządzący: mężczyzna w średnim wieku, odpowiedzialny, żonaty, dzieciaty. Na Tinderze też to mu by nie przeszkadzało, gdyby kandydował do kadencji trwałego związku. Polska chce wreszcie miłości, a nie tylko pierdolenia.
Przeglądając prezydencką ofertę ostatniego 30-lecia widać, że zaletą Trzaskowskiego jest: brak okularów, wykształcenie, trzeźwość, również polityczna, brak brata bliźniaka, wąsów i nie bycie kretynem. Jak na ten kraj to wyjątek i sukces. W dodatku Trzaskowski nie strzela z propagandowych armat, nie wije się do disco polo i suwerena tylko jazzuje. Może po ojcu muzyku ma tę jazzującą frazę. Przemawiając czasem improwizuje ale precyzyjnie”.
      Ktoś powie, że to co ja tu sugeruję nie ma najmniejszego sensu, choćby dlatego, że Jarosław Kaczyński nie jest ani fotogeniczny, ani uwodzicielski, ani wreszcie w jego głosie nie słychać jakiejkolwiek, a tym bardziej jazzującej, frazy. No ale skoro ludzie idą za Kaczyńskim mimo tego, że jemu brakuje tego wszystkiego, to znaczy, że oni tak naprawdę nie idą za nim, ale za czymś znacznie ważniejszym, czego ani Trzaskowski, ani tym bardziej starsze panie z towarzystwa z ciężką nimfomanią, nigdy nie zrozumieją.