niedziela, 26 maja 2019

Niech się odzieją przekleństwem jak szatą


      Powiem szczerze, że ze wszystkich manifestacji czystej bezczelności, z jakimi mamy do czynienia przez minione lata, jedną z najbardziej dokuczliwych jest powtarzająca się regularnie od pewnego czasu opinia, że gdyby śp. Lech Kaczyński widział, co jego brat oraz skupieni wokół niego politycy wyprawiają z naszą Polską, oraz Europą, zapłakałby ze wstydu i z żalu. Muszę przyznać, że nie ma wściekłości i autentycznej żądzy śmierci, jaka ogarnia mnie, ile razy słyszę, jak ten czy inny przedstawiciel tak zwanej „totalnej opozycji” ni stąd ni z owąd wyskakuje ze stwierdzeniem – niech tu głos Róży Thun stanowi symbol – że co by o nim nie mówić, „z Leszkiem to można było się przynajmniej pośmiać”.
       Rzecz w tym, że, na tyle jak jestem w stanie sięgnąć w przeszłość – a uważam, że pamięć mi wciąż dopisuje – nie było w najnowszej polskiej historii osoby, która by nie była poddana tak nienawistnej furii, jak prezydent Lech Kaczyński. Bywało różnie. Przedmiotem autentycznej nienawiści było wiele publicznych osób, by wspomnieć postaci takie jak Wojciech Jaruzelski, Jerzy Urban, Bronisław Geremek z jednej strony, Jarosław Kaczyński, Antoni Macierewicz, czy nawet w pewnym momencie historii Lech Wałęsa z drugiej, nie ulega jednak wątpliwości, że żadna z nich nawet przez moment nie została potraktowana z taką bezwzględnością, jak właśnie Lech Kaczyński.
      W ledwo co opublikowanym tu tekście przypomniałem falę niewysłowionego hejtu, jaka wylała się na Prezydenta, kiedy ten zapowiedział przyjazd do Bielska Białej, a z najwyższą satysfakcją opublikowanego przez „Gazetę Wyborczą”. To był jednak zaledwie jeden mały epizod. Prezydent chciał przyjechać do Bielska Białej, a „Gazeta Wyborcza” zamieściła w związku z tym szyderczy artykuł, uruchomiając tym samym ów wylew najczarniejszej czerni. Tamten czas jednak, o czym, jak mogę zaobserwować, wielu z nas zdaje się skutecznie zapominać, to było coś, z czym to co nas dziś oburza, czy to w przestrzeni oficjalnej, czy internetowej, nie jest nawet w stanie konkurować. To co my dziś nazywamy „hejtem”, to jest dziecięca zabawa w zestawieniu z tym, w jaki sposób zarówno ogólnopolskie media, jak i osoby z pierwszych politycznych szeregów, traktowały Lecha Kaczyńskiego.
      Kiedy sięgam pamięcią do tamtych czasów, w pierwszej kolejności przypominam sobie dzień, kiedy to Lech Kaczyński wbrew zapowiedziom nie pojechał na spotkanie Grupy Wyszegradzkiej i w tym momencie media zaczęły się zastanawiać, co takiego się stało, dochodząc ostatecznie do wniosku, że Prezydent dostał sraczki i nie mógł się ruszyć z Krakowskiego Przedmieścia. Nie wiem jak inni, ale ja na przykład pamiętam wesoły rysunek popularnego komika Andrzeja Mleczki, na którym widzimy prezydencką limuzynę, która ciągnie za sobą budkę z napisem „toi toi”.
      Myślę że wszyscy pamiętamy ów nadzwyczaj śmieszny – a jednocześnie tak przerażająco kłamliwy – greps, sugerujący, że Prezydent mówiąc o bramkarzu polskiej reprezentacji piłkarskiej, użył absurdalnego kompletnie nazwiska „Borubar”, która to szydercza nazwa tu i ówdzie funkcjonuje do dziś.
      Pamiętamy czas, gdy Prezydent, pragnąc uczcić 90 rocznicę odzyskania przez Polskę niepodległości, postanowił urządzić wielką galę z udziałem światowych przywódców, a służące wiernie władzy ogólnopolskie media wywołały powszechnie falę szyderstwa, która przekroczyła granice Polski i ostatecznie spowodowała, że żadnej gali tak naprawdę nie było.
      Pamiętamy czas, gdy w publicznej przestrzeni pojawiła się plotka, że w pobliżu Pałacu Prezydenckiego otwarto sklep monopolowy z takim oto przeznaczeniem, żeby prezydent Kaczyński miał zawsze pod ręką tak zwaną „małpkę”.
      Pamiętamy wciąż powtarzane przez polityków Platformy Obywatelskiej apele, jak najbardziej publicznie, by prezydent Kaczyński poddał się badaniom, które stwierdzą, czy on przypadkiem nie jest psychicznie chory.
       Ja pamiętam, jak w ogólnopolskim dzienniku pod nazwą „Dziennik” ukazał się tekst dziś nadzwyczaj prorządowego dziennikarza Majewskiego, w którym jak byk było napisane, że żona Prezydenta ma nad nim taką władzę, że on na rozkaz, chodzi na czworaka jak pies i prosi ją o wybaczenie za wszystkie jego przewinienia.
      Pamiętamy wszyscy, jak podczas mistrzostw świata w piłce nożnej w Austrii Lech Kaczyński rozkładał szalik z napisem „Polska” i w tym momencie któryś z fotoreporterów „Gazety Wyborczej” zrobił mu zdjęcie, kóre następnie zyskało wielką ogólnopolską popularność jako dowód, że Prezydent nawet nie potrafi odpowiednio rozłożyć szalika.
      Pamiętamy wreszcie konferencję prasową w Parlamencie Europejskim, podczas której Lech Kaczyński odpowiadał na pytania dziennikarzy, a siedzący obok niego Donald Tusk i Radosław Sikorski tak mu przeszkadzali, że on w końcu musiał ich publicznie upomnieć.
      Ja pamiętam tych wszystkich ludzi, odznaczonych przez prezydenta Kaczyńskiego różnego rodzaju orderami, którzy postanowili demonstracyjnie oddać swoje odznaczenia, ewentualnie ich w ogóle nie przyjmować, z żadnego innego powodu jak tylko tego, że one zostały przyznane przez NIEGO.
      I dziś oni wszyscy nagle załamują ręce, że prezydent Kaczyński, któremu oni właśnie wyszykowali tę wyprawę, na ich zamówienie zginął w Smoleńsku i przez to kultura polityczna w Kraju zeszła na psy? A, jakby tego było mało, niektórzy z nich się skarżą, że kiedy jego zabrakło, to nawet nie można się pośmiać.
     No dobra, dawno tego nie było, ale uważam, że nadszedł dobry moment. Poczytajcie sobie, nieszczęśnicy:

Niech dni jego będą nieliczne,
a urząd jego niech przyjmie kto inny!
Niech jego synowie będą sierotami,
a jego żona niech zostanie wdową!
Niech jego dzieci wciąż się tułają i żebrzą,
i niech zostaną wygnane z rumowisk!
Niechaj lichwiarz czyha na całą jego posiadłość,
a obcy niech rozdrapują owoc jego pracy!
Niech nikt nie okaże mu życzliwości,
niech nikt nie zlituje się nad jego dziećmi!
Niech jego potomstwo ulegnie zatracie;
niech w drugim pokoleniu zginie ich imię!
Niech Pan zapamięta winę jego ojców,
niech grzech jego matki nie będzie zgładzony!
Niech zawsze stoją przed Panem
i niech On wykorzeni z ziemi pamięć o nim,
za to, że nie pomyślał, aby okazać życzliwość,
lecz prześladował biedaka i nieszczęśliwego,
i w sercu strapionego śmiertelnie.
Miłował złorzeczenie: niech się nań obróci;
w błogosławieństwie nie miał upodobania:
niech od niego odstąpi!
Niech się odzieje przekleństwem jak szatą;
niech ono przeniknie jak woda do jego wnętrzności
i jak oliwa wejdzie w jego kości”.

sobota, 25 maja 2019

Prosimy o tabletkę dla pana W.


Ponieważ do wyborów został nam już tylko jeden dzień, staję przed pewnym dylematem. Otóż jeszcze wczoraj miałem plan, żeby po prezentacji hejtu, jaki wylał się jeszcze w roku 2009 na śp. Lecha Kaczyńskiego temat pociągnąć i przypomnieć tamten czas nieco szerzej, przedstawiając owego świętego człowieka, jako zdecydowanie najbardziej znienawidzoną postać w całej współczesnej polskiej historii. Ponieważ jednak wciąż siedzi w poczekalni mój najnowszy felieton z „Warszawskiej Gazety”, musiałem się zdecydować, co powinno pójść na pierwszy ogień, a co powinienem zostawić Czytelnikom na wyborczą niedzielę. No i ostatecznie zdecydowałem, że już dziś opublikuję wspomniany felieton z „Warszawskiej”, a o nienawiści w wydaniu turbo spróbuję coś napisać jutro. Zobaczymy, co z tego wyjdzie. Tymczasem, zapraszam.  


      Kiedy przedstawiałem swój poprzedni felieton, byłem szczerze przekonany, że w ten oto sposób ostatecznie kończę temat pedofilii, a tu nagle widzę, że Dobra Zmiana postanowiła powołać specjalną komisję badającą problem pedofilii nie tylko w odniesieniu do księży, ale w ogóle, ze szczególnym uwzględnieniem środowisk dotychczas nietykalnych, obejmujących, jak to ładnie wyraził Prezes, nawet laureatów Nagrody Nobla. A gdyby ktoś tego nie dosłyszał, uznając za stosowne tego Nobla głośno i wyraźnie powtórzyć. A my, jak to my prości ludkowie, natychmiast postawiliśmy uszy na sztorc i uwzględniając fakt, że zarówno Czesław Miłosz, jak i Wisława Szymborska już od pewnego czasu śpiewają w niewidzialnym chórze, skupiliśmy naszą uwagę na samym, że tak to elegancko ujmę, Panu Przewodniczącym.
       A ja, z drżącym sercem czekając na dalszy rozwój wypadków, wspominam rok 2008, kiedy to tematem numer jeden na pewien czas stał się występek pewnego ojca, który za zgodą matki i paru swoich kumpli gwałcił najpierw piętnastoletnią, a z biegiem lat, swoją dorosłą już córkę. Kiedy wiadomość o tym wyjątkowym przypadku ludzkiego upadku, dotarła do mediów, premier Tusk –  jak się zdaje, nadmuchany intelektualnie przez swoich odpicowanych w piękne garnitury doradców od wizerunku – zgłosił postulat, by pedofilów kastrować chemicznie, bo to zwierzęta nie ludzie.
      Dziś może nam się zdawać, że apel Donalda Tuska najpierw spotkał się z powszechnym entuzjazmem mainstreamu, by następnie na zawsze zniknąć w ścieku wypełnionym pamiętną ciepłą wodą, tymczasem nic podobnego. Otóż cała ta banda rzuciła się na biednego Donalda z zarzutem, że okrucieństwo tej kary dotyka nie nogi, nie ręki, nie głowy, ale tzw. seksualności. A dla nich seksualność jest wartością do tego stopnia najwyższą, że każda próba jej ograniczenia, stanowi zamach na najbardziej podstawowe prawo człowieka. Do dziś pamiętam ów nastrój histerii sprowadzający się do apelu, by nie dopuścić do tego, by powstało prawo, które ograniczy obywatelom prawo do uprawiania seksu. Do dziś pamiętam, jak Monika Olejnik w swoim kultowym już dziś programie TVN24 wykrzyknęła: „Przecież ten ojciec nawet nie był pedofilem”.
      A ja osobiście uważam, że jeśli po świecie chodzi jakiś typ, który uprowadza dzieci, a potem je gwałci, lub wyrządza im jakąś inną krzywdę, bo strasznie go podnieca ich strach, lub ich ból – i to niezależnie od tego, czy mamy do czynienia z pedofilem, czy jakimś zaćpanym durniem – to trzeba go złapać i postawić pod sądem, a jeśli wcześniej policja go skutecznie nie ochroni, to go po prostu zabić kijem, sztachetą, czy co tam okoliczni obywatele mają pod ręką.      
      No i tu wraca wspomnienie Donalda Tuska proponującego chemiczną kastrację pedofilów. Jemu akurat oczywiście dziś to już bez różnicy, ale przyznaję, że miałbym prawdziwą satysfakcję widząc, jak pana Bolesława panowie w białych kitlach przyciskają kolanem do ziemi i wciskają w jego słodkie usteczka tę tabletkę.



Jak zawsze, zwracam uwagę na książki, których okładki można zobaczyć tuż obok. Kliknięcie w niektóre z tych obrazków wprowadzi zainteresowane osoby do naszej księgarni, a tam już droga prosta. Jeśli ktoś woli jeszcze prościej, proszę napisać do mnie na adres k.osiejuk@gmail.com.

piątek, 24 maja 2019

Cała sala śpiewa z nami, czyli dawnych wspomnień czar


       Komitet Wyborczy Koalicji Europejskiej opublikował klip zachęcający do głosowania na swoją krakowską kandydatkę, Różę Thun. Proszę, oto on:



       Ktoś powie, że to nic takiego. Bezczelność, jak to bezczelność – nie ma o czym gadać. Jednak chyba jest, bo to, jak się okazuje, zaledwie początek. Otóż kandydatce Thun ów żart się tak spodobał, że zamieściła go na swoim profilu na Twitterze i ozdobiła następującym komentarzem:
To były czasy. Z Leszkiem to można było się przynajmniej  pośmiać”.
       W tym momencie odezwała się „Gazeta Wyborcza” i ściśniętym ze wzruszenia głosem Dominiki Wielowieyskiej pochwaliła zarówno klip, jak i komentarz Róży Thun:
Jakie miłe wspomnienie prezydenta Lecha Kaczyńskiego, aż się łezka w oku kręci. Fajnie, gdy spoty wykraczają poza plemienny podział partyjny”.
      W tej sytuacji zatem, z prawdziwą przyjemnością odczepiam się od tematu pedofilii i  zwracam się do obu pań ze swoją wieśniacką szczerością: Czy wam już hormony rozsadziły mózgi? Czy wy, do ciężkiej cholery, macie świadomość bezczelności która się wam wylewa z tych pokręconych języków? Czy jest coś jeszcze poza wyrwaną z płota sztachetą, co by te wasze tępe łby były w stanie przyjąć?
     Koalicja Europejska, a więc projekt jednoczący ludzi oraz partie odpowiedzialne całkiem jednoznacznie i bezpośrednio za śmierć Lecha Kaczyńskiego, nagle wyciąga tego świętego człowieka w swojej kampanii, by pokazać palcem ów gnój, jaki rzekomo wypełnił pozostawione po nim puste miejsce. I nikomu nawet powieka nie drgnie. Czy są jeszcze jakieś granice?
     Na wspomnienie Lecha Kaczyńskiego Wielowieyskiej zakręciła się łezka w oku, natomiast Róża Thun zatęskniła za czasami, kiedy to z Lechem Kaczyńskim, co by o nim nie mówić, mogła się przynajmniej pośmiać. A zatem dla nich specjalnie przypominam pewien epizod jeszcze z czasów, kiedy ów śmiech w redakcjach oraz na politycznych salonach rozbrzmiewał od rana do nocy. Oto nie kto inny jak właśnie „Gazeta Wyborcza”, pod tytułem „Prezydent objeżdża kraj, próbując ratować swoje sondaże i szanse na reelekcje”, zamieściła zdjęcie prezydenta Kaczyńskiego z zabawnie głupkowatą miną, by poniżej przedstawić następującą informację autorstwa redakcyjnej koleżanki Dominiki Wielowieyskiej, Ewy Furtak:
Do Bielska-Białej prezydent ma przyjechać w sobotę. W połowie września do bielskiego ratusza przyszło pismo z jego kancelarii z podziękowaniem za zaproszenie do odwiedzenia miasta i informacją, że prezydent przyjmuje je z przyjemnością. Ale - jak powiedziano ‘Gazecie' w urzędzie miasta - akurat teraz nikt prezydenta oficjalnie nie zapraszał. Prezydent od ponad tygodnia objeżdża kraj i odwiedza średniej wielkości miasta. Oficjalnie, w ramach obchodów 90-lecia odzyskania niepodległości".
      W tym momencie, skoro już hasło do zabawy zostało rzucone, rozpoczęły się tańce i swawole, a wszystko to, jak rozumiem, wśród perlistego śmiechu red. Wielowieyskiej i posłanki Thun:

Może pomidorkiem albo jajkiem zgniłym dostanie? Należy się temu idiocie.
***
oj ciupagi w Beskidach tez są w użyciu! Może się kaczuszka zdziwić jak mu góral-protestant ciupaga "zaprotestuje"....
***
nie wiem czego tutaj będzie szukał ten mamlaty zakompleksiony karzeł. Nie cieszy się poważaniem na Podbeskidziu - niepotrzebnie się tu pcha - bo będzie to jego kolejna porażka i punkciory ujemne do przyszłych wyborów. Pewnie w Bielsku dostanie sraczki - no i bardzo dobrze - spieprzaj, dziadu do mamusi
***
Ten osobnik nie jest wolny, najchętniej zrzekłby się urzędu, ale jego pedalski braciszek mu na to nie pozwala - stąd taka deprecha, sraczki, wściekanie się na opozycję. Ale im bardziej się wścieka i sraczkuje - większa szansa, że na serce zejdzie albo mu jelito grube pi**dolnie. Cieszmy się!
***
Re: ..Zobaczcie.....kaczka leci, oooo..... i bęc!
***
droga Pani! na szacunek to trzeba sobie zapracować. A ten pokurcz akurat tego nie potrafi "Ale wtedy nie spotkał się z mieszkańcami, bo padał deszcz."
hahahahahahah żałosne działania
***
Żałosne, nie dość, że wprasza się na szczyt UE, to teraz i tu, brak słów...
***
Co by tu k.rwa jeszcze spi.prz.ć panowie. Tak działają wielcy urzędnicy kancelarii pisdęta. I bardzo dobrze.
***
Na spotkanie z Panem Prezydentem ani ja, ani nikt inny z mojej rozlicznej rodziny się nie wybiera; nie lubię i nie poważam, mam go aż nadto dość na codzień w TVP, Szkle Kontaktowym itd! (to jest dobre, tak jakby sam sie pchal do szkla... - spiskowy)
***
Przecież go tam nikt nie chce - niech jedzie do drugiego kaczora. Jak tego człowieka szanować???? Totalne dno !!!Dlaczego Naród Polski musi cierpic przez tego pajaca??????????????
***
Nikt memłacza nie zaprasza a on wpie... się na krzywy ryj i wku...a ludzi.Takim samym wpie...niem jest próba zastąpienia premiera w Brukseli.
***
Dureń z wigorem wigoru to ma więcej od Tuska tak ale wtedy gdy go zażywa i trzyma jeszcze w ryju przed połknięciem.Czemu on tak wku...ająco wpływa na ludzi i czy on o tym wie.Ma teraz nowego podpowiadacza ofleja i brudasa w jednym jak delegacje innych państw mogą reagować na takiego śmierdzącego od papierosów kacyka ten nieogolony facet ma to co wszyscy menele wokół ust na zaroście nalot od dymu.Gdy się taki myje codzienne to tego nie widać a tu widać czyli kacyk się nie myje i z takimi tuzami my do europy.
***
Pokurcz wtedy nie wyszedł ale z powodu swoich słabych zwieraczy i upodobań do "czachojebów". Po co na deszczu jak można w ciepełku i blisko kibla.

       Ależ to były wesołe czasy, prawda? I komu to przeszkadzało? Nie można to było jeszcze parę lat z tym tupolewem poczekać?







czwartek, 23 maja 2019

Czy Frans Timmermans i Sylwester Latkowski to tajna broń Dobrej Zmiany?


      Święty Krzysztof mi świadkiem, że naprawdę robię wiele, by zamknąć tu na tym blogu temat pedofilii, no ale proszę mi powiedzieć, jakie mam szanse na dotrzymanie danego sobie słowa, kiedy ledwo co wyleciało mi z pamięci nazwisko tej biednej wariatki, którą ksiądz Jankowski gonił po podwórku i otaczających je piwnicach, a tu wyskakują na nas jak króliki z kapelusza dwaj osobnicy: tak zwany „dziennikarz śledczy” Sylwester Latkowski, oraz sam wiceprzewodniczący Komisji Europejskiej, Frans Timmermans. Latkowskiego nasze niezłomne media eksploatują do porzygania dzień w dzień, w jednym jedynym celu, by ten po raz pięćdziesiąty dziewiąty powiedział, że on ma całą listę wszelkiego typu celebrytów, którzy od lat wykorzystują seksualnie dzieci, no ale on oczywiście nazwisk nie ujawni, bo przecież kto chce, to łatwo sam do tego dojdzie. I to jest z mojego punktu widzenia coś zupełnie niewyobrażalnego. Każdy pierwszy z brzegu ksiądz, zaledwie podejrzewany o to, że gdzieś tam, kiedyś, klepnął w pupę jakieś dziecko, jest natychmiast przedstawiany w mediach z imienia, nazwiska, a często również z twarzy, i wszyscy są przy tym odważni jak jasna cholera. W wypadku wspomnianych celebrytów – wedle zapewnień Latkowskiego, osób stuprocentowo winnych – ani sam Latkowski, ani nasi niezłomni, nie potrafią się zdobyć na nic ponad to jedno ewentualnie zdanie: „Chyba nie muszę przypominać nazwiska tego dziennikarza”.  Przepraszam bardzo, ale to jest moment, kiedy ja już zupełnie na poważnie zaczynam się zastanawiać, czy jego nazwisko to nie Latkowski.
      Drugie zdarzenie, które kazało mi uczepić się tego idiotycznego tematu jak pijany płota, to niezwykle odważne wyznanie wspomnianego Timmermansa, że i on był jako dziecię seksualnie napastowany przez katolickiego księdza. Ową rewelacją ów dziwny człowiek podzielił się z nami wczoraj przy okazji swojej wizyty na zorganizowanym przez Roberta Biedronia wyborczym festynie, a dziś już cała Polska z napięciem czeka na coming out przybywającego dziś do Polski na zaproszenie Grzegorza Schetyny Manfreda Webera, aplikującego na stanowisko nowego przewodniczącego wspomnianej Komisji Europejskiej. Napięcie to jest tym większe, że istnieje mocna obawa, że Manfred Weber w ramach kampanii na rzecz Koalicji Obywatelskiej będzie jednak próbował przebić swojego holenderskiego kolegę popierającego Biedroniową Wiosnę, i ten nam opowie już nie o jednym księdzu, ale o kilku, no i jeszcze swoje przygody opisze w szczegółach. No a dni, które nam pozostaną do wyborczej niedzieli, mogą zostać wypełnione prawdziwą falą kolejnych, za każdym razem coraz ciekawszych, wyznań, i kto wie, czy jako gwóźdź programu po raz kolejny nie przemówi do nas sam pan premier Tusk.
       A w tej sytuacji, chciałbym przede wszystkim zwrócić uwagę Państwa na to, że gdy chodzi o mnie, to ja na temat rzekomej pedofilii w Kościele piszę regularnie od roku 2008. Trudno w to uwierzyć, prawda? Trudno jest naprawdę uwierzyć, że przekręt ten funkcjonuje w publicznej przestrzeni już ponad 10 lat. Jednak jest to jak najbardziej fakt, podobnie jak faktem jest, że owej histerii od samego początku towarzyszy kłamstwo wcale nie mniejsze niż to, z którym mamy do czynienia dziś. Przypomnijmy sobie zdarzenie wcale nie tak stare, bo zaledwie sprzed trzech lat, ale zwróćmy proszę przy tym uwagę na fakt, że ono mogłoby mieć miejsce tak samo dzisiaj, jak i trzy, czy sześć lat wcześniej.
       Oto w ramach wypalania rozpalonym żelastwem pedofilii w Kościele, w polskich i zagranicznych mediach ukazały się trzy teksty. Najpierw w bardzo aktywnym, gdy chodzi o walkę z chrześcijańską cywilizacją, brytyjskim „Guardianie” opublikowano ilustrowany wymownym zdjęciem ukazującym starszego księdza udzielającego komunii jakiemuś spłoszonemu dziecku, tekst zatytułowany „Catholic bishops not obliged to report clerical child abuse, Vatican says” o tym, jak to podobno Watykan wydał instrukcję, w której zachęca biskupów, by ukrywali przypadki pedofilii w Kościele, ponieważ Kościół powinien dbać o reputację. Oczywiście, w reakcji na owo sensacyjne doniesienie, „Gazeta Wyborcza” przetłumaczyła ów tekst i wrzuciła swoją własną już relację, adekwatnie zatytułowaną: „Watykan: Katoliccy biskupi nie mają obowiązku informowania o przypadkach pedofilii”. Żeby nikogo z nas nie pozbawić możliwości zapoznania się ze stanem spraw na linii Kościół – Świat, redakcja „Wyborczej” zrobiła wyjątek i w swoim internetowym wydaniu tekst ów udostępniła za darmo w ramach tak zwanego „bezpłatnego limitu platformy cyfrowej”.
     I oto, w tej samej niemal chwili okazało się, że ów news stanowi bezczelne kłamstwo, a do przekazania owej informacji wyznaczony został Onet. Ten wprawdzie swój tekst zaanonsował na głównej stronie tak samo, jak „Wyborcza”, czyli „Biskupi nie muszą zgłaszać pedofilii”, tyle że na samym końcu umieścił dyskretny znak zapytania, sam kliknięcie jednak prowadziło już bardziej dociekliwych czytelników do właściwego artykułu i tytułu... „Obowiązkiem Kościoła jest zgłaszanie przypadków pedofilii”:
Przedstawiciele Kościoła mają obywatelski, moralny i etyczny obowiązek zgłaszać przypadki pedofilii oraz współpracować ze świeckim wymiarem sprawiedliwości – przypomniał przewodniczący Papieskiej Komisji ds. Ochrony Nieletnich kardynał Sean Patrick O’Malley. […] W wydanym komunikacie, rozpowszechnionym przez Watykan, amerykański hierarcha przypomniał słowa papieża Franciszka o tym, że czyny wykorzystywania dzieci ‘nie mogą być nigdy więcej utrzymywane w tajemnicy’. Następnie oświadczył: ‘My, przewodniczący oraz inni członkowie komisji pragniemy stwierdzić, że nasze zobowiązania wobec prawa cywilnego muszą być oczywiście szanowane, ale niezależnie od nich wszyscy mamy obowiązek moralny i etyczny zgłaszać domniemane przypadki władzom cywilnym, które mają zadanie ochrony naszego społeczeństwa’”.
      Pisząc tamten tekst, przypomniałem sobie wypowiedź jednego z bohaterów afrykańskich wspomnień Roalda Dahla, Mdisho. Otóż wobec zbliżającej się II Wojny Światowej, ów Mdisho powiedział:
Uderzmy pierwsi. Weźmy ich z zaskoczenia, tych Niemców, panie. Pozabijajmy ich wszystkich zanim wojna się zacznie. To jest zawsze najlepszy sposób, panie. Moi przodkowie zawsze atakowali pierwsi Na wojnie nie ma reguł. Liczy się tylko zwycięstwo”.
      Mam wrażenie, że oni to już wiedzą od dawna, a myśmy, mimo tylu złych doświadczeń, nie zdecydowali się, by uderzyć jako pierwsi. I pomyśleć, że tyle było okazji i możliwości. Ktoś powie, że PiS rządził zaledwie chwilę i miał inne rzeczy na głowie. No i zgoda, ja bym jednak chciał wiedzieć, co przez ten cały czas robiły wspomniane niezłomne wcześniej media? Czyżby one uznały, że skoro mają Latkowskiego, to mogą się już zająć na spokojnie Smoleńskiem, Gronkiewicz, Tuskiem, Żydami i Europą? I nawet dziś jedyne na co ich stać, to odważnie wymienić nazwisko Romana Polańskiego.
       Ciekawe, czy kiedy już tę potyczkę będziemy mieli za sobą, a jestem pewien, że po niedzieli wszystko wróci do normy, nie będziemy głupio czekać na kolejny atak, tylko podejmiemy uderzenie wyprzedzające.



Przypominam swój adres mailowy: k.osiejuk@gmail.com. Gdyby ktoś chciał sobie kupić moją najnowszą książkę o języku angielskim jako zabójczej broni Brytyjskiego Imperium, zachęcam do kontaktu. A jeśli komuś się nie chce pisać, może kliknąć w okładkę tuż obok i wyjdzie prawie na to samo.

wtorek, 21 maja 2019

Nie zabijaj, nie cudzołóż, nie kradnij


       Do Facebooka podchodziłem jak pies do jeża dwukrotnie. Pierwszy raz wiele lat temu, niestety tamta próba zakończyła się dla mnie tragicznie, ponieważ w momencie, gdy postanowiłem się pokazać publicznie, straciłem niemal wszystkie swoje lekcje, a tym samym jedyne wówczas moje źródło utrzymania. Dlaczego? No tu jest sprawa jasna. Wszystko w ramach walki z pisizmem.
       W tej sytuacji zamknąłem swoje facebookowe konto – swoją drogą, czy wiedzą Państwo, że prognozy są takie, że po koniec XXI wieku, Facebook będzie rejestrował więcej kont zmarłych użytkowników, niż tych, którzy jeszcze się tam kręcą? – i po tym, jak wreszcie udało mi się jako tako odbudować swoją pozycję na rynku, konto to reaktywowałem. Dziś trudno jest mi powiedzieć, czy przez te lata coś się tu zmieniło, czy tak było zawsze, ale dziś w równie znacznym stopniu jak korzystam z Facebooka, korzystam też z tak zwanego Messengera, a więc programu, który umożliwia bezpośredni kontakt między znajomymi. W moim wypadku owo korzystanie sprowadza się do czegoś, co uruchomiło moje dziecko, a co nosi nazwę „Rodzinka” i polega na tym, że moja żona, moje dzieci, moja synowa, no i ja osobiście, wciąż jesteśmy ze sobą w kontakcie. I tu jest pierwsza ciekawa, a jednocześnie bardzo ważna dla całej historii, rzecz. Otóż, jak bardziej uważni czytelnicy zauważyli, nie wymieniłem swojego zięcia. Otóż on w tym nie bierze udziału, bo, jak powiedział, nie jest w stanie się połapać w tym nieustannym rozgardiaszu, gdzie od rana do wieczora wszyscy ze sobą gadają, najczęściej o rzeczach kompletnie nieistotnych, a przez to dla niego zwyczajnie nieciekawych, a często zupełnie niezrozumiałych.
      I tu przechodzę do tematu dzisiejszej notki. Otóż w tym, jak już wspomniałem, rozgardiaszu, syn mój w pewnym momencie podzielił się z nami na wspomnianej „Rodzince” następującą refleksją:
     Jak zabijasz dorosłego człowieka, to nie odbierasz mu życia, które już przeżył, bo tego już nikt nie skasuje, bo to już jest w przeszłości. Więc odbierasz mu tylko to, co dopiero ma się wydarzyć. Czyli nie ma różnicy między zabiciem dorosłego człowieka a zabiciem płodu, nawet gdyby to był tylko płód. Bo w obu przypadkach odbierasz tylko przyszłość. Jak ktoś zabije małe dziecko, to wszyscy to bardzo przeżywają i mówią, że to jest straszne, bo tak bardzo mało życia za nim, a tak dużo przed.  Co jest dowodem na to, co powiedziałem. A w przypadku aborcji to jest doprowadzone do skrajności, więc wszyscy powinni być jeszcze bardziej przeciwko”.
      Powiedziało moje dziecko co powiedziało, a następnie, jak ktoś niespełna rozumu, zachęciło nas wszystkich do dyskusji. Ponieważ, jak wszyscy rozumiemy, w ten sposób na tematy o takim poziomie powagi rozmawiać się nie da, ja, mimo bardzo szczerych chęci, machnąłem na ten apel ręką i zatopiłem się we własnych refleksjach. I oto co wymyśliłem i czym pragnę się podzielić dziś – również z nim – tu i teraz.
      Otóż pomyślałem sobie zupełnie nieoczekiwanie, że – choć syn mój zwrócił uwagę na coś prawdziwie niezwykłego – w jego rozumowaniu tkwi pewien błąd. I wcale mi nie chodzi o to, co się narzuca już w pierwszej chwili, a mianowicie to, że ze strony zwolenników aborcji pojawi się natychmiast argument, że płód to nie jest żadne życie, ale zaledwie zlepek komórek, a więc nie ma mowy o przeszłości, przyszłości, a więc również o życiu. Moja myśl – przyznaję, że myśl, która się pojawiła dziś w mojej głowie po raz pierwszy od 64 lat – jest taka, że, jak się zastanowić, to każde zabójstwo, bez względu na to, czy dotyczące nienarodzonego dziecka, ambitnej licealistki, czy starego dziada, takiego jak ja, wiąże się z odebraniem mu wyłącznie przeszłości, zapisanej we wspomnieniach. Żadne zabójstwo nie odbiera człowiekowi przyszłości, z tego prostego powodu, że przyszłość, poza naszymi aktualnymi i przeszłymi wyobrażeniami, zwyczajnie nie istnieje. Kiedy człowiek zostaje zamordowany, w tym momencie wszystko się kończy i dalej nie ma już nic. A zatem, jeśli spojrzymy na ów problem z praktycznego punktu widzenia, zabójstwo jest dokładnie takim samym występkiem, jak pospolita śmierć. Chodzi mi o to, że, czy człowieka zabije jakiś przygodny bandyta, czy lekarz ginekolog, czy rak trzustki, efekt jest dokładnie taki sam. Coś jak najbardziej realnego się kończy, a dalej nie ma już nic. A w związku z tym, że czegoś nie ma, nie ma też sposobu, by o tym mówić, jako o utracie. A w tej sytuacji, jeśli mamy na całą kwestię patrzeć, tak jak oni sobie życzą, a więc przez pryzmat owego symbolicznego już „szkiełka i oka”, to nawet najgorsze morderstwo nie jest tak naprawdę niczym specjalnym. Oczywiście, dla zabójcy to jest problem, bo za to co zrobił albo pójdzie siedzieć, albo po śmierci trafi do piekła.  Jednak fakt pozostaje faktem: czy człowieka zabije pijany kierowca, czy wesoły aborcjonista, czy zaćpany nożownik, czy wreszcie śmiertelna choroba, krzywda jest dokładnie taka sama, czyli praktycznie żadna. Odebrane zostaje bowiem wyłącznie to co jest tu i teraz, a więc życie. Nie wspomnienia, nie marzenia i tym bardziej nie jakaś kompletnie nieznana przyszłość, ale wyłącznie życie.
       I tu dochodzę do sedna moich rozważań, do których zachęcił mnie w tak piękny sposób mój syn. Otóż zabójstwo jako takie stanowi zło nie z tego powodu, że człowiek człowiekowi wyrządza krzywdę. Jeśli ja jutro z jakiegokolwiek powodu umrę, nie ma żadnego sposobu, by stwierdzić, czy to wydarzenie mi zaszkodziło, czy wręcz przeciwnie; czy ja coś straciłem, czy może jakąś przedziwną mocą nieznanego, zyskałem. Czy w związku z tym, co się stało, ja w tym ostatnim mgnieniu świadomości powinienem swojemu losowi – specjalnie, na potrzeby argumentacji, nie używam imienia Pana Boga – dziękować, czy go przeklinać. Dlaczego? Powtarzam raz jeszcze: dlatego, że ja nie mam żadnego sposobu, by się dowiedzieć, co mi zostało odebrane, czy zadane.
        A zatem, proszę pomyślmy przez chwilę, dlaczego, skoro jest jak jest, my wciąż wierzymy, że przykazanie „Nie zabijaj” jest tak ważne, że niektórym z nas wręcz wydaje się przykazaniem podstawowym, a wszystkie państwa traktują je z taką powagą, że zabójstwo obkładają karą największą? Otóż, w moim przekonaniu – przyznaję, że przekonaniu bardzo świeżym – jedyny tego powód jest taki, że wszyscy albo wiemy, albo czujemy podskórnie, że życie, którym zostaliśmy obdarzeni, nie należy do nas. Odbieranie go komukolwiek, w tym sobie samemu, jest zwykłą kradzieżą. Kradzieżą, a więc kto wie, czy nie występkiem równie poważnym jak wspomniane zabójstwo.
      A może nawet poważniejszym, dlatego choćby, że człowiekowi, któremu kieszonkowiec na dworcu ukradł stówę jest naprawdę przykro, a dziecko, które rozszarpał na kawałki jakiś rzeźnik w garniturze ma szczęśliwie wszystko w swoim ślicznym nosku.
      A co myśleć o sytuacji, gdy nagle komuś przyszło do głowy okraść Pana Boga.






poniedziałek, 20 maja 2019

Czy Tomasz Sekielski powinien zostać odznaczony Wielkim Orderem Dobrej Zmiany?


Nie wiem, czy w ten akurat sposób uda mi się zamknąć tu ostatnio zprzątający tak naszą uwagę temat, no ale spróbujmy. Otóż przed nami mój najnowszy felieton dla „Warszawskiej Gazety”, z którego część tez już tu omówiliśmy, ale, owszem, całość może być warta naszej uwagi. A zatem zapraszam.


Zanim z najświeższego, tak długo i z takim zaangażowaniem sił i środków atakowi przeciwko Kościołowi, a przede wszystkim św. papieżowi Wojtyle pozostaną jedynie nic nie znaczące strzępy, chciałbym podzielić się z czytelnikami „Warszawskiej Gazety” swoją skromną refleksją. Otóż, podobnie jak to było w przypadku niedawnego wystąpienia Donalda Tuska na Uniwersytecie Warszawskim, które to wystąpienie, jeszcze zanim się na dobre rozpoczęło, zostało wręcz zjedzone przez konferansjerkę niejakiego Jażdżewskiego, i tym razem cały zamysł wziął w łeb najpierw w momencie gdy na scenę wyszedł już dziś świętej pamięci ksiądz Franciszek Cybula, a już po paru dniach wieko tej trumny zostało dociśnięte bucikiem aktorki Pauliny Młynarskiej.
Zacznijmy jednak od księdza Cybuli. Póki co, jak sądzę, większość obserwatorów naszej sceny publicznej albo nie ma pojęcia, albo skutecznie zdążyło już zapomnieć, kim był ów dziwny ksiądz. Ci jednak co nie zapomnieli, wiedzą, że powiedzieć o księdzu Cybuli, że był czy to kapelanem prezydenta Wałęsy, czy nawet jego osobistym spowiednikiem, to naprawdę niewiele. Dla mnie na przykład, ksiądz Franciszek Cybula, gdy chodzi o owe pięć lat prezydentury Lecha Wałęsy, to koszmar, którego nie potrafię porównać nawet z prawdziwym złym duchem tamtych dni, a więc Mieczysławem Wachowskim, podsekretarzem stanu i szefem gabinetu prezydenta. Ci co pamiętają tamte czasy, pamiętają też owe wstrząsające wręcz ujęcia, gdzie nie było chwili, by Lech Wałęsa był pozbawiony towarzystwa jednego i drugiego, a twarz było nie było osoby duchownej  robiła tam wrażenie autentycznie upiorne. Oto pięć długich lat, kiedy to, przynajmniej z mojego punktu widzenia, na Krakowskim Przedmieściu zamieszkał Diabeł. I z tym obrazem w tle otrzymujemy informację, że ksiądz Cybula to agresywny homoseksualista, pedofil i jeszcze na dokładkę tajny współpracownik komunistycznej bezpieki, dzięki gwarancjom otrzymanym od Wałęsy, pozostający do śmierci poza wszelkim podejrzeniem. I to, proszę państwa, dla mnie jest jedyna warta uwagi informacja płynąca z filmu braci Sekielskich.
 To zatem jest film, ale przed nami coś co dopiero nadejdzie, bo, moim zdaniem, nadejść musi. Oto po raz drugi, jak się okazuje w ciągu minionych kilku lat aktorka Paulina Młynarska próbuje zainteresować opinię publiczną swoją historią związaną z pracą przy filmie Andrzeja Wajdy „Kronika wypadków miłosnych”. Jak się dowiadujemy, tym razem już chyba skutecznie, kiedy Młynarska była zaledwie 14 letnią dziewczynką, Wajda i jego ekipa, aby zmusić ją do obnażenia się na planie, otumanili ją jakimiś tabletkami oraz alkoholem, przez co ona do dziś, jak twierdzi, przeżywa koszmar. A my, którzy znamy jej niezwykłą historię, musimy jej wierzyć. Tego typu upadki bowiem raczej się nie zdarzają.
 I szczególnie to wyznanie Młynarskiej daje mi szczególną nadzieję, że jeśli tym razem połączone siły ogólnopolskich mediów nie uznają go za nie warte uwagi, to będzie zaledwie początek. I daję słowo, że bohaterami lawiny, która spadnie nie będą księża.



Gdyby ktoś miał życzenie kupić sobie którąś z moich książek, to niestety część z nich jest już niedostępna, ale kilka, owszem, znajduje się w księgarni www.basnjakniedzwiedz.pl. Wystarczy kliknąć w którąś z okładek obok i próbować iść dalej. Zapraszam.



niedziela, 19 maja 2019

Dlaczego Tomasz Lis się nie łajdaczy?


Ponieważ do wyboru mam albo ciągnąć temat pedofilii – a przyznać muszę, że, jeśli problem potraktować szerzej, to mamy przed sobą kwestię nieczystości w ogóle, ta dyskusja końca zwyczajnie nie ma, albo naszą wspólną uwagę poświęcić wyborom europejskim, to przepraszam bardzo, ale niech się wyborami zajmie premier Szydło z ministrem Gowinem i tym nożownikiem z Buska Zdroju, a ja jednak zostanę przy wspomnianej nieczystości.
Otóż przeczytałem dziś na portalu tvn24, że niejaki Sosnowski ze znanego nam ostatnio aż nazbyt dobrze kwartalnika „Więź”, postanowił ratować Kościół przed wieczną zgubą i w związku z tym zaapelował o – uwaga, uwaga – zniesienie celibatu. I to jest moim zdaniem coś tak niebywale głupiego, że ja albo muszę uznać, że Sosnowski jest niespełna rozumu, albo że on jest częścią owego większego projektu, który ma na celu doprowadzenie do ostatecznego i nieodwołanego upadku Kościoła i gada, co mu każą.
Jak bowiem można w ogóle pomyśleć, że zezwolenie księżom na małżeństwa, związki partnerskie, koleżeńskie, pijackie, czy Diabeł jeden wie, jak je nazwać, sprawi, że oni nie będą uwodzić swoich gospodyń, zaciągać do łóżka zakochane parafianki, zdradzać swoich kochanków z innymi, równie atrakcyjnymi mężczyznami, czy wreszcie wkładać łapy w majtki małych dzieci? Co temu Sosnowskiemu się roi w jego pustym łbie? On nam chce powiedzieć, że ci wszyscy pedofile, to ludzie, którzy przez lata żyli w celibacie i nagle nie wytrzymali? A może jemu chodzi o to, że ci wszyscy księża, którzy dziś muszę się tłumaczyć ze swoich zboczeń padli ofiarą celibatu? On może sugeruje, że ksiądz Cybula w pewnym momencie postanowił się wziąć za swoich ministrantów, bo chciał koniecznie sprawdzić jaki to ten słynny seks jest przyjemny, a ponieważ Kościół zakazał mu się żenić, to udał się w najbliższe dogodne miejsce?
Mogę się oczywiście mylić, ale nie wierzę, żeby nawet dziennikarze kwartalnika „Więź” byli aż tak tępi, żeby z zupełną powagą głosić związek między celibatem, a wyuzdaniem, a  nie widzieć go między wyuzdaniem, a... wyuzdaniem.
Przepraszam bardzo, że to sie staje już może zbyt prostackie, ale czy Sosnowski żyje w przekonaniu, że ci wszyscy ważni celebryci, o których Seweryn Latkowski nakręcił tę swoją nędzę, sprowadzali sobie do domów te dzieci z Dworca Centralnego dlatego, że nie wolno im było zwyczajnie podupczyć? On może uważa, że niegdysiejszy Krzysztof Piesiewicz spotykał się z tymi kurwami głównie po to, by one mu pokazały, czym jest seks?
Jak mówię, nie chętnie wchodzę na ten poziom, bo to wszystko jest tak oczywiste, że aż wstyd o tym mówić, w tej zatem sytuacji, po raz kolejny ostatnio, przypomnę stary tekst, a wraz z nim sprawę owego Piesiewicza, szczególnie dziś bardzo niesłusznie zapomnianą.

      O powrocie Krzysztofa Piesiewicza dowiedziałem się z „Rzeczpospolitej”, którą czytam w weekendy. Wszystko inne, co wiem na temat jego najświeższych starań, by na kolejne cztery lata zachować bezkarność, to już tylko relacje znajomych, oparte z kolei na relacjach mediów. W wypowiedzi Piesiewicza dla „Rzeczpospolitej”, uderzyły mnie właściwie tylko dwie rzeczy. Uderzyły do tego stopnia, że gdyby cały ten wywiad ograniczony był wyłącznie do tych dwóch kwestii – byłbym dokładnie tak samo usatysfakcjonowany, jak jestem obecnie. Chodzi mi mianowicie najpierw o fragment, w którym wyjaśnia Piesiewicz, że on z zasady nie trzyma u siebie w domu damskich strojów, lecz tylko czasami, ktoś mu je przyniesie, i, korzystając z jego nieuwagi, go w nie przebierze, a dalej o informację, że, kiedy on przekazywał złym ludziom niemal cały swój majątek, to nie w odpowiedzi na szantaż, lecz w ramach „odkupywania od nich swojej godności”. Jakoś tak.
      Jeśli w minioną niedzielę, wręcz rzutem na linię, kupiłem sobie tygodnik „Wprost”, to za tym gestem stały sprawy dla mnie daleko bardziej interesujące, niż nędzne życie senatora Piesiewicza. Poszło mianowicie o to, że pewien kolega poinformował mnie, że w tym właśnie wydaniu „Wprostu” opisana jest historia rodziny niejakich Likusów, a ja Likusami się nieco interesuję. Czemu się nimi interesuję? Otóż tylko i wyłącznie ze względu na pewien hotel, który znajduje się w moim mieście i jest Likusów własnością, oraz ze względu na okolice tego hotelu, które – jak głosi plotka, owi Likusowie, przynajmniej jeszcze jakiś czas temu, mieli zamiar elegancko zagospodarować. Czemu się zainteresowałem Likusami dziś? Z tego mianowicie powodu, że – wedle relacji mojego kolegi – autor artykułu we „Wproście” sugeruje, że Likusowie, to zwykła mafia. A ja chciałem się przekonać o tym bardziej osobiście.
      Stało się jednak tak, że ponieważ zacząłem przeglądać to wydanie „Wprostu” od początku, najpierw przeczytałem wstępniak Lisa, następnie rozmowę tego samego Lisa z Piesiewiczem i, zanim jeszcze dotarłem do Likusów, zatrzymałem się w tym miejscu i pomyślałem, że, zanim mi przejdzie, muszę szybko coś napisać. I to napisać tak, żeby jednocześnie i zamknąć sprawę Krzysztofa Piesiewicza, a przy okazji powiedzieć coś na tematy bardziej ogólne i znacznie od niego samego ważniejsze.
      Rozmowa Tomasza Lisa jest znacznie dłuższa od tego, co miałem okazję czytać jakiś czas temu w „Rzeczpospolitej”, jednak zarówno główne punkty obrony, jak i cały jej zamysł pozostaje ten sam. Widać tu już naprawdę bardzo wyraźnie, że czas, który upłynął od tamtego wydarzenia sprzed lat, kiedy to – może przypomnę – Krzysztof Piesiewicz wpuścił do swojego mieszkania dwie ekskluzywne kurwy, a następnie, po to, by to, co się tam w tym mieszkaniu między nimi odbywało, nie ujrzało światła dziennego, zawarł bliższe związki z paroma kolegami owych kurew, Piesiewicz wykorzystał bardzo owocnie. Powiedzmy tak owocnie, jak w jego sytuacji, już bardziej się nie dało. Dziś chciałem najpierw napisać trochę o tych owocach, a następnie o sprawach, jak mówię, znacznie bardziej poważnych.
      Mówi więc Piesiewicz Lisowi, podobnie jak wcześniej „Rzeczpospolitej”, że on tych ciuchów u siebie nie trzymał. Że to nie jego sukienki, lecz sukienki przyniesione mu do domu przez złych ludzi. Mówi też – i tu widać ów kunszt prawniczy – że nie ma mowy o żadnym szantażu. Przynajmniej nie na etapie wstępnym. Kiedy Piesiewicz dawał tym bandziorom pieniądze, to nie jako osoba szantażowana, lecz jako ktoś, kto chce, nie kupić, ale „odkupić” – Piesiewicz bardzo się stara, żeby to słowo zostało zapamiętane – swoją godność. On nie mógł płacić szantażystom, bo przede wszystkim, ktoś taki jak on z szantażystami się nie zadaje, a poza tym, za cóż on niby miał im płacić? Owszem, później szantaż faktycznie się pojawił, no ale wtedy Piesiewicz natychmiast, jak przystało na uczciwego obywatela, powiadomił organa ścigania.
      A więc to jest już stały element przyjętej przez senatora Piesiewicza obrony przed atakami ludzi podłych i niewrażliwych, którzy chcą, jak pisze Tomasz Lis w artykule wstępnym do tego wywiadu, go „dobić”. Jest jednak element nowy. Otóż okazuje się, że, jeśli Piesiewicz zadawał się z kurwami, to z całą pewnością, bezwiednie i całkowicie wbrew sobie. Było mianowicie tak, że jechał on sobie swoim samochodem, i w okolicach hotelu „Marriott” spotkał pewną panią. Piesiewicz wprawdzie nie wyjaśnia, jak do tego spotkania mogło dojść, skoro on jechał samochodem, a ona sobie stała przed hotelem, no ale jakoś się zgadali i porozmawiali ze sobą przez opuszczoną przez Piesiewicza szybkę swojego mercedesa. Natomiast to co jest tu najważniejsze, to fakt, że, jak opowiada Piesiewicz, ona w ogóle nie sprawiała wrażenia, że „może wykonywać najstarszy zawód świata. Jej zachowanie, ubiór, sposób mówienia, absolutnie na to nie wskazywały. Zresztą później okazało się, ze ta osoba pracowała w różnych instytucjach. Była np. asystentką prezesa jakiejś spółki”. A zatem to wszystko było nie tak, jak sugerowały media. Piesiewicz ani się nie zadawał z szantażystami, ani z kurwami. On zwyczajnie, jak to się każdemu może zdarzyć, jechał samochodem i zobaczył porządną dziewczynę, która wyglądała na asystentkę jakiegoś prezesa, zatrzymał się, ona się uśmiechnęła, a że robiła wrażenie osoby sympatycznej, pogadał z nią przez opuszczoną szybę, no i normalnie – umówił się na wieczór, że ona do niego wpadnie. Po co? Ot tak, pogadać. Przecież nie po to, by między nimi miało dojść do jakichś brzydkich rzeczy.
      Później zresztą on też się spotykał i z nią i z jej koleżanką i z jej kolegami wyłącznie przez tę, podpowiedzianą mu przez Lisa, nieznośną lekkość bytu. No i współczucie dla ludzkich przypadków i nieszczęść. Oto na przykład Piesiewicz dowiaduje się, że jakaś Zosia na Wszystkich Świętych poszła z rodziną na cmentarz w Marysinie Wawerskim i jej jamnik poszedł do lasu i wykopał plastikową torbę z płytą z jego, Piesiewicza, numerem telefonu . Zosia dodaje, że „ja, przepraszam, ja tę płytę przegrałam, byłam poruszona tymi zdjęciami”. Lis, poruszony tą opowieścią, pyta Piesiewicza grzecznie, jak to się stało, że on w tę bujdę uwierzył, na co Piesiewicz bez mrugnięcia okiem wali dalej: „Żeby to nie wiem, jak brzmiało, to proszę pamiętać, że ja miałem w życiu kilka jamników. Mój brat, który w czasie tej afery zmarł, nie wytrzymał tego, miał hodowlę jamników. Ta pani, wygląda jak pięćdziesięciokilkuletnia, sympatyczna pielęgniarka i mówi, że miała niedawno operację, są jej potrzebne pieniądze i że należy się znaleźne. Mówię, że zawsze należy się znaleźne, pani się przyzwoicie zachowała”…
      Mało? Proszę bardzo. Można tak bez końca. Źli ludzie, którzy zasadzili się na senatora Piesiewicza, doskonale wiedzieli, jak go podejść. Oni – w odróżnieniu od nas, potworów bez serca i rozumu – wiedzieli na przykład, że Piesiewicz to człowiek wrażliwy i pełen chrześcijańskiego współczucia. I że z nim trzeba po chrześcijańsku, a nie z nienawiścią. I oto jeden z nich wysyła do Piesiewicza esemesa: „Nie chcę mieć tych filmików. Wierzę w Boga i wiem, że on jest sprawiedliwy, i że pana piekło się skończy, chodzi tylko o to, żeby pan zabrał ten ostatni element, którego ja już nie chcę mieć. Potrzebne mi są pieniądze na mieszkanie”. Dziś Piesiewicz tak to komentuje: „Widzi pan, jak to jest zredagowane. Cała moja działalność była nastawiona na kontakt z ludźmi, na pomaganie ludziom. No i to słowo ‘Bóg’”.
      Dla zwykłych ludzi, najlepiej zwykłych, takich jak my, wieśniakow, to wszystko, co opisałem powyżej, to – jeśli tylko ktoś nas zapewni, że to nie jest jakieś wymyślone głupstwo – jedynie kupa śmiechu, lub opowieści jakiegoś wariata. Dla części z nas, pewnie tej bardziej niestety wykształconej, to ani kupa śmiechu, ani bredzenia szaleńca, lecz zwykła gadka jeszcze jednego adwokata, tyle że w jednaj z tych jego przegranych spraw. I najlepiej by było oczywiście, dla wspólnej rozrywki, powiedzieć to wszystko, co było do powiedzenia i sprawę zamknąć, tyle że czasy mamy takie, że to co jest z pozoru oczywiste, nagle może się okazać bardzo skomplikowaną materią. Tak skomplikowaną, że nie dość, że nie ma wręcz możliwości sformułowania jednoznacznej oceny tego co wydaje się, że stoi jak byk przed naszym nosem, ale nagle wychodzi na to, że to co smutne, jest wesołe, to co straszne jest zupełnie przyjazne, a to co tchórzliwe jest jak najbardziej bohaterskie. Z artykułu wstępnego Tomasza Lisa, wynika jednoznacznie, że on akurat, w tym całym obłędzie, trzyma stronę Krzysztofa Piesiewicza. Ktoś mi właśnie podpowiada, że Janina Paradowska już zakomunikowała, ze ona akurat w wyborach do Senatu będzie głosowała na Piesiewicza. Nawet Kazimierz Kutz – który zachował przynajmniej tyle ostrożności, by o Piesiewiczu mówić z zachowaniem pewnego dystansu – mówi o nim jednak, mimo wszystko, jak o kimś, o kim można mówić, jak przynajmniej o człowieku. A przynajmniej o człowieku zdecydowanie bardziej ludzkim, niż taki na przykład Jarosław Kaczyński. No i wszyscy oni, jednym głosem wołają, by dać Krzysztofowi Piesiewiczowi szansę. Że niech go ocenią wyborcy.
      A ja się zastanawiam nad tym, co się stanie, jak wyborcy też postanowią dać mu szansę, i Piesiewicz ponownie zostanie wybrany senatorem? Jeśli te brednie, które on sobie tak starannie opracował i które z taką konsekwencją powtarza w kolejnych wywiadach, zostaną przez wyborców uznane za warte ich głosu, i to wszystko co on dotychczas zrobił i to, co on ciągle wyprawia, uzyska tak potężną autoryzację? Otóż ja się obawiam, że, przynajmniej z mojego punktu widzenia, zostanie przekroczona pewna, wydawałoby się jednak nieprzekraczalna granica. Oczywiście, bywało już tak, że ludzie na swoich przedstawicieli wybierali wariatów, głupców, a nawet gangsterów. Jednak zawsze można było powiedzieć, że albo frekwencja była tak niska, że sukces odniosłaby nawet kupa gówna, gdyby tylko znalazł się ktoś z pieniędzmi, który by ją odpowiednio przez tę kampanię przeprowadził, albo że to gangsterstwo, czy idiotyzm nie były wcale takie jednoznaczne. W przypadku Piesiewicza, nie uwolni nas od odpowiedzialności ani niska frekwencja, albo jakakolwiek niejednoznaczność. I jeśli on jednak tym senatorem zostanie, ja nie wiem, jak my będziemy potrafili dalej żyć.
       Ale jeszcze będziemy musieli poradzić sobie z czymś więcej. Nawet dziś, problem ten stoi przed nami jak ściana. Otóż Krzysztof Piesiewicz już uzyskał to swoje poparcie wśród całej kupy najróżniejszych celebrytów i osób publicznego jak najbardziej zaufania. A ja się zastanawiam, skąd się to poparcie wzięło? Oczywiście, część z nich to koledzy Piesiewicza, więc tu sprawa jest, powiedzmy, że dosyć czytelna. Z całą pewnością, wielu z nich to zwykli durnie, którzy nie rozumieją nigdy i nic, poza tą jedną informacją, że życie jest ciężkie i pełne niespodzianek, a człowiek nie ma i tak wiele do gadania. Są też wśród nich i tacy, którzy mają na sumieniu rzeczy co najmniej tak wstydliwe, jak te, które sobie sprawił Piesiewicz i jakoś nie mają tu siły protestować. Natomiast nie ma wątpliwości, że są też tacy – jak choćby tylko ten Lis i Paradowska – którzy świetnie wiedzą, że on zrobił z siebie pośmiewisko, i nie ma słów, które są go tu w stanie usprawiedliwić, natomiast uważają przy tym, że jeśli nasz świat ma się odpowiednio rozwijać, to trzeba robić wszystko, by styl życia, jaki sobie wybrał Krzysztof Piesiewicz, kiedyś się stał stylem co najmniej równoprawnym. By kurwienie się, narkotyzowanie, nałogowe kłamstwa, zdrada, niewierność, bezprzytomny hedonizm, udręczenie innych (Piesiewicz sam przyznaje, przez to jego niezwykłe zaangażowanie że zmarł jego brat) stały się naszym chlebem powszednim, i żeby w przyszłości już nigdy nikomu nie przyszło do głowy takie sprawy jak sprawa Krzysztofa Piesiewicza opisywać przy pomocy kategorii moralnych, lecz co najwyżej intelektualnych.
      I wtedy wreszcie nastanie nowy porządek. Ktoś kogoś zatłucze na śmierć, a opinia publiczna na to powie: „No wiesz, to chyba jednak nie było zbyt mądre”. Na co sprawca skromnie spuści oczy i powie: „No, tak, przyznaję. Trochę sobie to wszystko źle wymyśliłem”. I będzie git.
      Pozostaje jeszcze jednak kwestia. Otóż Krzysztof Piesiewicz w rozmowie z Lisem mówi tak: „Czasami czuję się gorzej w wolnym kraju, niż w PRL”. I to jest jednak problem. No bo albo uznamy, że jednak Piesiewicz po raz kolejny coś źle wykombinował, albo trzeba nam będzie się zastanowić, jak inaczej rozwiązać sprawę ojca Rydzyka i jego stosunku do III RP i totalitaryzmu.



Zapraszam wszystkich do księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl gdzie można kupować moje książki. Jeśli komuś za daleko, to może sobie też kliknąć tu obok w jedną z okładek, albo ewentualnie napisać do mnie na adres k.osiejuk@gmail.com.





sobota, 18 maja 2019

Miłość w czasach zarazy - reaktywacja


W momencie gdy trwająca już praktycznie od lat kampania skierowana przeciwko Kościołowi Katolickiemu pod pretekstem walki z pedofilią została, tu u nas przynajmniej, ukoronowana filmem braci Sekielskich, pomyślałem sobie, że jedyny sposób, jaki pozostaje w dyspozycji dobrych ludzi, by ów atak odeprzeć, to pokazanie zjawiska pedofilii jako problemu cywilizacyjnego, z którym Kościół Katolicki akurat ma niewiele wspólnego. Choć z satysfakcją stwierdzam, że jest dobrze, chciałbym tu dołożyć swoje trzy grosze i przypomnieć swój stary bardzo tekst z czasów, gdy problem publicznie nie był autoryzowany choćby jednym słowem. Serdecznie zapraszam do refleksji.


      Rozdano Oscary i nagrodę za najlepszy film otrzymał wspaniała brytyjska produkcja o jąkającym się królu. Dziś już więc prawdopodobnie duża część osób czytających te słowa wie, kim był Jerzy VII, Edward VIII, i mniej więcej, jak to w tuż przedwojennej Anglii się działo. Pisałem troszkę parę tygodni temu o tym filmie, ale może przede wszystkim o samej tej niezwykłej historii, na swoim blogu, jednak bez większego efektu. No bo co jednak prawdziwy pop, to prawdziwy pop. I wcale tu nie ironizuję.
      Dziś ów film jest już świetnie znany, choć pierwsze ślady tej sławy pojawiły się już jakiś czas temu, w momencie gdy trafił on do polskich kin i zrobił na wszystkich odpowiednie wrażenie. Ja na przykład przypominam sobie, jak parę tygodni temu wracałem samochodem z pewnego miasteczka w północno-zachodniej Polsce i trafiłem na odpowiednie informacje w Radiu Zet, które tamtej niedzieli grało nam cały czas i, tak jak tylko ono potrafi, przyprawiało mnie o mdłości.
      Otóż, jak wspomniałem, była to niedziela, a nadchodzący poniedziałek niósł imieniny Walentego, a więc tak zwane ‘Walentynki’. W związku z tą datą, prowadzący program dziennikarze Radia Zet dostali odpowiedniego obłędu, i postanowili wiodącym tematem dnia uczynić tak zwaną „miłosną historię króla Edwarda”. Gdyby wciąż ktoś nie wiedział, o czym mówię, krotko przedstawię sprawę. Otóż Król Edward VIII był bohaterem opisywanych w filmie wydarzeń wyłącznie jako poboczny bohater negatywny – laluś, lowelas i kompletnie durny brat Jerzego. Przy całej swojej beznadziejności został jednak na ułamek chwili królem, a to z tej prostej przyczyny, że był najstarszym synem zmarłego króla Jerzego V i tym samym naturalnym kandydatem do tronu. Problem z Edwardem był dwojakiego rodzaju. Pierwszy był taki, że został on uwiedziony przez jakąś bardzo podejrzaną Amerykankę, dwukrotnie zamężną, wciąż z jakimś swoim amerykańskim mężem, i w konsekwencji całkowicie stracił dla niej głowę. Drugi – już najbardziej istotny – to ten, że zbliżała się niemiecka agresja na Europę, a zarówno on jak i ta lala byli całkowicie pod urokiem Hitlera i jego planów dla świata. Jest cała masa spekulacji na temat tego związku, wiele z nich pozostających do dziś tylko spekulacjami, ale wśród nich pojawiają się i takie, że oboje funkcjonowali jako hitlerowscy szpiedzy, a to, że ona Edwarda w ogóle uwiodła, to też był wynik bardzo starannych wcześniejszych przygotowań z wielu stron.
      Tak czy inaczej, gdy idzie o filmową historię, to co łączy tych dwoje to żadna miłość, tylko zwykła szajba – a niewykluczone, że jakaś dużo grubsza afera – która już nie tylko dla Anglii, ale i dla całej Europy, stanowi śmiertelne zagrożenie. A w momencie gdy on wreszcie zostaje skutecznie pozbawiony korony, i razem z nią zostaje przepędzony z interesu, wiemy że jest dobrze i możemy się skupić już tylko na walce o to, by Jerzy przestał się wreszcie jąkać. Tymczasem dziennikarze Radia Zet w najlepsze rozpływają się nad romantyczną przygodą pary, dla której miłość była ważniejsza od kariery, no i nad tym nieszczęśnikiem, który rzekomo tak kochał, że dla niego nawet korona strąciła wartość. I naturalnie zastanawiają się przy okazji, dlaczego to w dzisiejszych czasach polityka stała się tak brudna i bezideowa, że nawet nie można sobie wyobrazić czegoś tak pięknego i prawdziwego.
       Słuchałem tego radia i tych idiotycznych, pełnych wzruszenia lamentów nad upadkiem cywilizacji miłości, i przyszło mi nagle do głowy, że kto wie, czy dziennikarze Radia Zet nie są aż tak ciemni, żeby nie złapać tego akurat fragmentu filmowej opowieści, i wiedzą doskonale, że za tym wszystkim stała zwykła zdrada stanu, i możliwe, że bardzo brudny spisek. W końcu w ostatnich latach mieliśmy już niejednokrotnie okazję przekonać się, że dla pewnego typu ludzi, którzy często na nasze nieszczęście, kierują naszymi myślami na bardzo popularnym poziomie, nie ma nic ważniejszego, jak parę lewych dreszczy o najbardziej tandetnym francuskim wymiarze. Co tam zbrodnia? Co tam interes kraju? Co tam naród? Czym wreszcie jest prawda, a czym kłamstwo, jeśli przed nami rozciąga się tak cudna miłosna baśń? Oczywiście nie wolno nam rezygnować z proporcji, niemniej ten obłęd w pewnym sensie może nam przypomnieć choćby tę, w pewnym momencie wspominaną to tu to tam, miłosną przygodę pewnego harcerza i pewnej harcerki z tak różnych stron świata. I co nam tu ktoś będzie gadać o jakimś Dziadzi, gdy liczy się miłość? W końcu żyjemy w świecie, który już trochę trwa. I który wcale się nie zaczął w dniach, gdy Służby uprowadziły córkę marszałka Kerna, a całą Polskę zalały łzy wzruszenia. A zatem znów stajemy przed tą straszną wieścią, że to z czym mamy do czynienia, to wcale nie chwilowe zawirowania, lecz najbardziej podstawowe kwestie cywilizacyjne.
      Przed kilkoma dniami, też na swoim blogu, opisałem bardzo zabawną sytuację, jaką miałem okazję zaobserwować w porannym programie telewizji TVN, gdzie jakaś w większości kompletnie mi nieznana, zgromadzona w studio ekipa, pod kierunkiem dziennikarza Żakowskiego i telewizyjnej celebrytki Jolanty Pieńkowskiej, zachwycali się nad szerokimi możliwościami, jakie daje spragnionym prawdziwej miłości Polkom i Polakom szansa wyjazdu do Afryki, czy w jakieś równie egzotyczne miejsce, i zakosztowania seksu z, jak to wdzięcznie określiła Pieńkowska, „tubylcami”. Oczywiście, nawet gdyby Pieńkowska na myśl o przygodzie erotycznej z jakimś Arabem, nie straciła głowy i nie użyła tego zabawnego określenia, news byłby i tak. No bo jest niewątpliwym newsem informacja, że oto, zupełnie oficjalnie, w jak najbardziej publicznej przestrzeni medialnej, lansuje się zwykłe kurewstwo, usprawiedliwione wyłącznie tym, że to jest kurewstwo egzotyczne, i że jeśli ktoś się przy okazji zarumienia, to wyłącznie z tak zwanej chcicy.
      Opisałem tę telewizyjną historię i natychmiast przysłano mi link do informacji, podobno gdzieniegdzie już dość skutecznie obdyskutowanej, że Marcin Kydryński – celebryta, podróżnik i miłośnik jazziku ze szklaneczka piwa przed ryjem – opublikował swego czasu jakąś książkę o swoich afrykańskich przygodach, której szczęśliwie dla niego przez całe lata nikt nie czytał, aż wreszcie wpadła w jakieś bardziej uważne ręce i… się wszystko rozlało. O co poszło. Otóż, jak wiele na to wskazuje, Kydryński, zapewne z paroma kumplami, pojechał do tej Afryki i spędzał czas gapieniu się na małe dziewczynki. Jeśli ktoś myśli, że przesadzam, lub zwyczajnie fantazjuję – proszę uprzejmie. Oto relacja na gorąco, o Afrykankach:
      „Czarne dziewczęta w Afryce są prawie zawsze dzikie. Jest to wynik wychowania w społeczeństwie zbudowanym na męskim przywódcy stada. Tak jak lwy, goryle, tak żyją plemiona Czarnej Afryki. Ich dziewczęta mają wpisaną genetycznie nieufność. Są płochliwe jak małe antylopy, choć urodę dziedziczą po wielkich kotach. Nie nadają się do oswojenia. Mówią innym językiem nawet wtedy, gdy używają tych samych co my słów. Najczęściej jednak nie mówią w obecności mężczyzn. Łaszą się. Albo polują, jak lwice. Takim polowaniem jest afrykańska prostytucja. Seks dla większości Afrykanek to jedyna radość życia. Używają go w sposób równie naturalny i spontaniczny jak zwierzęta. Jeśli nie pracują i nie kochają się - nuda je zabija. Często więc łączą te zajęcia. Ich prostytucja nie jest konsekwentna. Biorą pieniądze wtedy, kiedy ich potrzebują. Czasem proszą jedynie o śniadanie. Częstokroć proszą tylko o to, by je wziąć. A są nie do wyobrażenia piękne. Nie sądzę, żeby znalazł się zdrowy mężczyzna, który umie oprzeć się ich urokowi. Nie jest to bowiem wdzięk ludzki, do którego przywykliśmy, ale zwierzęcy. Te dziewczyny proszą, żeby je pokryć. Zaczynają wtedy pachnieć inaczej, nagle, jak rozkrojone owoce. Wszystko w nich gada o zbliżeniu, oczy, usta, dłonie. Wreszcie mówią wprost tak jak formułowałyby to kocie samice, gdyby potrafiły mówić. Takie dziewczyny spotkałem później w klubie Florida 2000 w Nairobi i na ulicach Mombasy i wielokrotnie w Ugandzie. Uciekły ze swoich plemion do większych miast lub urodziły się już w miastach i chcą żyć w rytmie, w jakim pulsuje ich organizm”.
      O Arabkach:
      Prawdę mówiąc od pierwszej mojej wyprawy do północnej Afryki mam pewną słabość do małych Arabek. ‘Czarodziejki’... - powiedział o nich Adam rano przy promie, kiedy dziewczynka może dwunastoletnia, z figlarnie opartą na biodrze ręką patrzyła na niego z żarem, przed którym nie ma ucieczki. To dobre słowo, czarodziejki. W Dajr al-Madinie odnalazłem wśród oblepiających mnie dzieci takie śliczne małe zwierzątka. Miałem w portfelu kilka banknotów. Może trzy funty. W hotelu dwudziestopięciofuntówki. Je uszczęśliwia funt, nawet dwadzieścia pięć piastrów. Przychodziły mi do głowy myśli występne, że za dwudziestkę mógłbym taką pachnącą miodem, śniadą dziewczynkę wziąć do swojego hotelu i pieścić przez wiele godzin. Świństwo, ale potworną miałem na to wówczas ochotę. Tymczasem były te trzy funty, a dzieci zostało siedmioro. Dać im czy nie dać? Nie mam nic innego, one popiskują o pieniądze, a dziś Wigilia...
       Powiem szczerze, że kiedy pisze ten tekst, nie mam pojęcia, co słychać u Marcina Kydryńskiego. Czy on został wyrzucony poza swoje dotychczasowe towarzystwo? Czy może nic mu się nie stało i dalej kasuje pieniądze za swoje afrykańskie wspomnienia i reklamę Pilznera? A może pojechał znów do Afryki poszukać sobie jakichś małych dzieci, by je schrupać jak „rozkrojony owoc” i nagle trafił na jakiegoś czarnego byka, który schrupał jego i z nim już mamy święty spokój? Nie wiem tego wszystkiego i szczerze powiem, mało mnie to interesuje. To co mnie tu autentycznie zastanawia, to fakt, ze z tego co czytam wynika bardzo jednoznacznie, że pretensje do Kydryńskiego nie są o to, że on dostaje wzwodu na widok biednego czarnego dziecka i na samą myśl, by je „pokryć” oblewa go mokry pot, ani nawet o to, że on się tym swoim zbydlęceniem autentycznie chwali, lecz o to zaledwie, że on o tych dzieciach myśli jak o zwierzętach. I też nawet nie w tym kontekście, że w ten sposób wychodzi z niego zwykła zoofilia – bo przecież wiadomo, że człowiek jest wolny i może robić co chce, szczególnie jeśli idzie o seks – ale, że to jest takie rasistowskie. Podejrzewam, że gdyby Kydryński pojechał do Afryki i sobie do tyłka wpuszczał węże, a później to pięknie opisywał, cywilizowany świat nawet by jednego słowa przeciwko niemu siebie nie wypuścił. Wąż to wąż, a hobby to hobby.
      To co mnie z jednej strony bawi, a z drugiej autentycznie przeraża, to świadomość mianowicie, że gdyby Kydryński już nawet i pozostał przy tych dzieciach, tyle że nie nazywałby ich zwierzętami, podejrzewam, że to też by zostało mu darowane. Wprawdzie pedofilia jest karana, ale przecież nie z pominięciem różnic kulturowych. Czyż nie? A różnice kulturowe, to czynnik niezwykle tutaj istotny. W końcu nie ma żadnego powodu, żeby kultura chrześcijańska wpychała się ze swoimi brudnymi zapisami w piękno wolnego i różnobarwnego świata. A zatem, gdyby nie ta wpadka ze zwierzętami, myślę, że Kydryńskiemu wszystko by uszło na sucho. I to jest ów straszny, wręcz szatański obraz naszego świata. Bo najważniejsze by zawsze zwyciężała miłość. A wtedy, gdyby Marcin Kydryński tylko potrafił udowodnić, że autentycznie potrafi kochać, niewykluczone, że w nadchodzących wyborach trafiłby jakieś dobre miejsce na przykład na listach Platformy Obywatelskiej.
      Ale przecież niekoniecznie Platformy. Nie oszukujmy się. Tu nie chodzi przecież tylko o Platformę. Mówimy przecież o świecie. I jesteśmy już w tej chwili i tak wystarczająco przerażeni, by bez kolejnych obaw zauważyć, że dla takich jak on miejsce znajdzie się wszędzie. Na niego – co całkiem przecież, ale to całkiem możliwe – czekają w różnych częściach naszego życia publicznego. Ludzie znani, wygadani, ładni; dobrze ubrani politycy, artyści, dziennikarze; celebryci, umęczeni swoją codzienną służbą, z pieniędzmi, które w końcu i tak na coś muszą wydać. A gdy ktoś jest człowiekiem i światowym, i słucha dobrego jazzu, no i – last but not least –wykazuje bardzo postępowy szacunek dla kulturowej odmienności, i lubi sobie przy tym dyskretnie podupczyć, a może i coś jeszcze, to tym lepiej. W nagrodę może od razu trafić na okładkę błyszczącego kolorowego pisma, może i z piękną żoną i równie pięknymi dziećmi w pięknych wnętrzach, a Jolanta Pieńkowska zrobi z nim ładny wywiad, gdzie będzie wszystko – i przygoda, i emocje i tajemnica… no a przede wszystkim prawdziwa miłość.

Zanim usiadłem do tej notki, pokazałem ów tekst mojej córce, a ta błyskawicznie dokonała przeszukań w Internecie i znalazła oświadczenie młodego Kydryńskiego, w którym ten stwierdził, że tamten Kydryński i dzisiejszy Kydryński to dwaj różni Kydryńscy i on prosi, by dzisiejszego Kydryńskiego z tamtym Kydryńskim nie mieszać. A ja sobie myślę, że to jest oświadczenie wręcz niezwykłe. Toż to prawie słowo w słowo to, co w rozmowie ze swoją ofiarą sprzed lat w filmie braci Sekielskich powiedział pewien ledwo żywy już dziś ksiądz.
Różnica jest tylko taka, że ksiądz przeprosił. No i że miał kogo przeprosić.

                                         Zdjęcie: Marcin Kydryński


piątek, 17 maja 2019

Urzekła mnie twoja historia, czyli paint it black


      Basia urodziła się w Gdańsku w latach 50 i tam też dorastała. Jej mama była sekretarką, a tato pracował w stoczni. Dzieciństwo Basi nie było łatwe: tato był alkoholikiem i całymi tygodniami pozostawał poza domem, w tym czasie mama Basi w sposób najbardziej okrutny, zarówno fizycznie jak i psychicznie znęcała się swoją córką. Wspomina dziś Basia:
      Odkąd pamiętam, biła mnie za wszystko, co zrobiłam i czego nie zrobiłam. Naczynia nie były pomyte na czas, siostra i brat nie odrobili lekcji… Zawsze ja byłam winna. Jestem najstarsza z trójki z rodzeństwa. Mama nigdy mi nie wierzyła, nawet wtedy gdy jako ośmiolatka nie nastawiłam ziemniaków o właściwej godzinie, bo zaprowadziłam płaczącego brata do lekarza.
      Miała licznych adoratorów, była bardzo atrakcyjna. I zimna. Świetnie ubrana, zawsze w czółenkach, eleganckich kostiumach. Lubiła się pokazać.
Jednocześnie kazała mi kłaść się na tapczanie i biła pasem, dopóki się nie zsikałam. A jak się zsikałam, to dostawałam za to, że to zrobiłam”.
      W tej sytuacja Basia jako dziecko większość czasu spędzała na podwórku. I tu znów oddajmy głos Basi:
      Podwórko, choć znajdowało się niedaleko przepięknej gdańskiej starówki, nie było miejscem dziecięcej sielanki. W pobliżu naszego bloku stał kościół, a obok niego salka katechetyczna. Ja na religię nie chodziłam, po prostu rodzice mnie nie zapisali. Była druga połowa lat 60., miałam trochę ponad 10 lat, kiedy na naszym podwórku zaczął się często pojawiać trzydziestoparoletni ksiądz, który rozpoczął pracę w parafii nieopodal. Gdyby ktoś go obserwował z zewnątrz, to pewnie by się dziwił, bo gdy wchodził na podwórko, wszystkie dzieci – dziewczynki i chłopcy – rozbiegały się po kątach, uciekały.
      Interesowały go dzieci od ośmiu do kilkunastu lat. Jak miał kogoś upodobanego, to zaciągał go na strych albo do piwnicy, a nawet szukał go po piwnicach (a były rozległe, poniemieckie), gdy ten przed nim uciekł. Niekiedy we dwoje czy troje chowaliśmy się przed nim w kotłowni za stosami węgla. Nie rozmawialiśmy wtedy o tym, dlaczego tak się dzieje. Byliśmy dziećmi, jeszcze tylu rzeczy nie rozumieliśmy”.
      Ksiądz Henryk, bo tak mu było na imię, szczególnie upodobał sobie Basię i od pierwszego razu jak ją zgwałcił, ona już nigdy nie zaznała spokoju. Próbowała się przed nim ukrywać. Kiedy tylko pojawiał się na podwórku, ona albo uciekała do domu, albo próbowała się schować w jakichś zaułkach, ale on ją zawsze potrafił dopaść. Kręcił się po okolicy tak długo aż wreszcie ją znalazł i wtedy albo ją gwałcił, albo przynajmniej doprowadzał do wytrysku, brudząc jej sukienkę.
      Czemu ani Basia, ani jej koleżanki, z których niektóre zaszły z księdzem w ciążę, nie powiedziały rodzicom o tym, co się dzieje? Otóż Basia wyjaśnia tę kwestię jednoznacznie: PRL to były czasy, kiedy rodzice nie ufali swoim dzieciom, a każde słowo skierowane przeciwko księżom było traktowane z całą surowością.
      Mimo tak ciężkiego dzieciństwa, Basia ukończyła podstawówkę ze średnią 4,95, w związku z czym mogła wybrać sobie najlepsze liceum w mieście. Tam też należała do wyróżniających się uczniów, ponieważ jednak miała pewne problemy z chemią, rodzice zapisali ją na korepetycje i tam poznała Wojtka, w którym się z wzajemnością zakochała. Ponieważ mama Basi nie wyraziła zgody na ich związek, Basia postanowiła zajść z Wojtkiem w ciążę. I znów oddajmy głos Basi:
      Reakcja mamy mnie zaskoczyła. Stwierdziła, że zawsze była za tym, żebym wyszła za Wojtka. Zapytała, który to miesiąc i czy byłam już u lekarza. Gdy powiedziałam, że czwarty i że jeszcze nie byłam na badaniach, zaproponowała, że mnie umówi ze swoim lekarzem we Wrzeszczu. Warto, by mnie prowadził do końca ciąży. Zgodziłam się, zdumiona jej serdecznością. Pojechałam z nią na wizytę. Lekarz kazał mi się rozebrać i siąść na fotelu. Nagle jego żona, która była zarazem jego pomocnicą, zaczęła przypinać mi nogi i ręce klamrami do fotela, a moja mama powiedziała do lekarza: ‘No, to wiesz, co masz zrobić. Tylko bez znieczulenia, żeby pamiętała, że matki należy słuchać’. To był szok. Wtedy ten człowiek zaczął na żywo usuwać mi ciążę! Pokazywał fragmenty płodu i powtarzał: ‘Zobacz, matki należy słuchać’”.
      Ale przy tym też stało się coś jeszcze gorszego. Otóż mama Basi poinformowała Wojtka, że Basia usunęła ciążę, bo nie chciała mieć z nim dziecka, a Wojtek jej uwierzył. W pierwszej chwili chciał Basię porzucić, ale udało się jakoś sprawę załagodzić i Basia znów zaszła w ciążę. Jednak i tym razem mama Basi uknuła intrygę i poinformowała Wojtka, że to nie on jest ojcem dziecka. Tym razem Wojtek już nie był w stanie znieść presji i dzieci się rozstały, w wyniku czego Basia tragicznie poroniła.
      W pierwszym momencie  Basia chciała popełnić samobójstwo, na szczęście pewnego dnia w Sopocie poznała o siedem lat starszego Australijczyka, który się w niej zakochał od pierwszego wejrzenia, a ona, jak wspomina, „dla niego i dzięki niemu” pod koniec lat 70. Wyjechała do Melbourne, gdzie urodziła się ich córka Amanda.
      Szczęście niestety nie trwało długo. Okazało się, że ojciec Amandy Basię zdradza i para się rozstała. Minęło parę samotnych lat, kiedy Basia poznała w pracy pewnego Greka, mężczyznę dobrego i troskliwego, z którym Basia zaszła w ciążę i urodziła mu córkę Eleonorę. Niestety i on okazał się człowiekiem podłym. Któregoś dnia rzucił sie na Basię i zaczął ją dusić, ta wezwała policję, Grek został aresztowany, a Basia znów została sama. Jednak i tym razem koło fortuny okazało się dla Basi szczęśliwe, bo pojawił się przy niej mężczyzna wręcz doskonały, któremu Basia wreszcie mogła zaufać. No i niestety również tym razemszczęśćie trwało krótką chwilę. Okazało się że jej nowy partner to bezwzględny homoseksualista, działający na szeroką skalę w Internecie. Gdyby ktoś miał jakieś pytania, trzeba nam wiedzieć, że w Australii Internet był już powszechnie stosowany w latach 80.
      Pod koniec lat 80 Basia wraz ze swoimi córkami przyleciała do Polski i zaprowadziła je do parku, w którym kiedy była jeszcze młodą dziewczyną spotykała się z Wojtkiem. I proszę sobie wyobhrazić, że nagle ujrzała, że na ich ulubionej ławce siędzi nie kto inny jak Wojtek. Zaprosił więc Wojtek dawną miłość do swojego mieszkania w Oliwie, gdzie wciąż mieszkał ze swoją mamą. Para wyjaśniła sobie przeszłość i miłość wróciła.
Znów czas na Basię we własnej osobie:
     Przełom lat 80. i 90. był niezwykły. Upadała komuna. Scorpionsi śpiewali o ‘dzieciach jutra, które marzą o wietrze zmian…’. W ich ‘Wind of Change’, które powstało już po zwycięstwie Solidarności, pobrzmiewają nasze nadzieje z tamtego czasu. W Gdańsku czuło się ten wiatr zmian. Wydawało się, że wszystko jest możliwe. Zakochaliśmy się wtedy z Wojtkiem w sobie na nowo. Ponieważ miał problemy z alkoholem, postawiłam warunek: jeżeli nie pójdzie na leczenie, to za niego nie wyjdę. Nie zrobiłabym tego, żebym nie wiem jak go kochała. Miałam ojca alkoholika, dlatego nie wyjdę za alkoholika. Wojtek poszedł na odwyk i rzeczywiście przestał pić. Pobraliśmy się w 1993 roku. Zdecydowaliśmy, że polecimy z dziewczynkami do Australii, by mogły tam dokończyć szkołę”.
      I wtedy to Basia zaczęła się interesować sztuką i kulturą aborygeńską. Posłuchajmy, jak to się zaczęło:
Chciałam zrozumieć, co jest siłą tych niesamowitych malowideł, dlaczego są na nich kółka i kropki, białe szkielety na czarnym tle, dlaczego wszystko jest takie „patyczkowe”, jak ja to mówię. Gdy pytałam o to Aborygenów, twierdzili, że Australia tak wygląda z lotu ptaka. Odpowiadałam: ‘Ale przecież setki lat temu nikt nie latał samolotami. Nie mogliście wiedzieć, że ona tak wygląda z powietrza’. Oni na to, że potrafią wejść w stan oddzielenia od swojej duszy i widzieć wszystko z lotu ptaka. Poza tym inspirują ich zmarli. Porozumiewają się z nimi i przelewają na płótno (a we wcześniejszych wiekach na korę lub na kamienie w jaskiniach) to, co tamci widzą. Sami robią farby z kwiatów, gałęzi i innych darów natury. Zafascynowana ich wizjami zaczęłam malować. Potrafię zrozumieć aborygeńską sztukę, ale nie potrafię tego wypowiedzieć. Wszyscy w tym nurcie malują w podobny sposób: żółw zawsze oznacza miłość, żmija – początek życia, jaszczur – powodzenie w różnych przedsięwzięciach”.
      Po pewnym czasie zainteresowanie przekształciło w pasję i Basia postanowiła zostać artystką. Ponieważ jej obrazy wywołały w środowisku wielkie zainteresowanie, postanowiła wrócić z Wojtkiem i córeczkami do Polski i otworzyć galerię sztuki aborygeńskiej. Gdy wszystko rozwijało się pomyślnie,  nadszedł rok 2000, kiedy to okazało się, że Basia ma bardzo złośliwego czerniaka, który po pewnym czasie zaczął dawać przerzuty i wszystko w tym momencie się skończyło. Córka Basi nie dostała się na studia plastyczne, Wojtek znów zaczął pić, w dodatku po wydaniu ostatniej złotówki z zaoszczędzonych 60 tysięcy złotych, prowadzący leczenie Basi profesor poinformował, ją że skoro „życie nie jest dla niej warte dopłaty”, będą musieli się pożegnać i Basia zmuszona została do przerwania leczenia. Wracała z rozmowy z profesorem płacząc i w tym momencie ktoś ją klepnął w ramię, i usłyszała słowa „Hi, Barbara”. Odwróciła się i zobaczyła swojego serdecznego kolegę, wykładowcę na Uniwersytecie Gdańskim, któremu kiedyś wyświadczyła tę przysługę, że przygotowała jego studentów do egzaminów językowych. Poskarżyła się więc Basia swojemu koledze na swoją trudną sytuację, a jego ogarnęło takie współczucie, że nie dość że kupił Basi bilet na samolot to Australii, to jeszcze  załatwił jej tam pracę w szkole dla Aborygenów.
      Ponownie posłuchajmy opowieści Basi:
      W tym okresie, gdy uczyłam dzieci Aborygenów pod Hedland, przeszłam wtajemniczenie w ten fascynujący świat. Aborygeni przeważnie nie tolerują białych ludzi, bo oni na siłę chcą zmienić ich odwieczne przyzwyczajenia. Stawiają im domy, w których jest światło, gaz, łóżka, a ci wynoszą materace na zewnątrz i śpią pod gołym niebem. Nie chcą zmieniać swojego sposobu życia. Biały człowiek często tego nie rozumie, narzuca im swój styl myślenia. Dlatego Aborygeni są nieufni, ostrożni. Ja bardzo szanowałam ich odrębność. No i byłam sobą, nie udawałam. Szczerze się angażowałam. Może dlatego z czasem zaczęłam być przyjmowana jak członek rodziny. Kiedy malowali patykami, mogłam siedzieć godzinami i patrzeć, jak to robią. Kiedyś dziewięćdziesięcioletni Aborygen zaproponował, że pokaże mi malowidła sprzed 60 000 lat w pobliskiej jaskini. Odpowiedziałam, że nie. Na co on, że w pobliżu jest jedna jaskinia, o której istnieniu nie wiedzą biali ludzie. Bardzo się ucieszyłam. Najpierw musieli mnie jeszcze zaakceptować ich zmarli przodkowie, a kiedy okazało się, że moja aura jest wyrazem ich akceptacji, po odpowiedniej ceremonii mogłam tam pójść. Do jaskini odprowadzało nas wielu członków plemienia. W środku starzec wziął mnie za rękę i zaczął pokazywać malowidła naścienne. Nie potrafię opisać uczucia, które mi towarzyszyło. To było dotykanie sacrum. Po tej wizycie moja więź z mieszkańcami tego rezerwatu była jeszcze mocniejsza”.
      Basia nie powiedziała Aborygenom, że choruje, jednak, jak się okazało, mówić tego nie musiała. Oni sami to wiedzieli doskonale. I oto, kiedy już przyszedł czas pożegnania, na lotnisku zebrała się grupa Aborygenów z dzidami i zaczęli wydawać dziwne dźwięki, po czym najstarszy z nich pocałował Basię w policzek i powiedział: „Ten rak odejdzie, zobaczysz. Nasze modlitwy poskutkują”. Oczywiście Basia zapytała go, skąd on to wie, a on jej odpowiedział, że o jej chorobie powiedzieli mu zmarli przodkowie.
      Basia wyjechała do Perth i została przyjęta do szpitala. Pojawiały się kolejne przerzuty i kolejne operacje, a tymczasem za Basią do Australii przyjechał Wojtek. Niestety wciąż pił i wszelkie zarobione pieniądze przepijał, przez co, żeby sprowadzić do siebie pozostawione w Polsce córeczki, Basia zaczęła malować drewniane naczyńka i sprzedawać na rynku. By zająć dobre miejsce, musiała być na targu z naczyńskami o trzeciej rano, a w związku z tym każdego wieczoru musiała wychodzić ze szpitala o 21 i iść pieszo 28 kilometrów. Któregoś wieczoru, zanim wyszła na conocną wędrówkę, lekarka która przepisywała Basi tabletki na uspokojenie, zapytała, czemu ona jest taka smutna. Basia opowiedziała jej swoją historię kończąc informacją, że zostawiła w Polsce swoje córeczki, bardzo za nimi tęskni, chciałaby je sprowadzić do siebie, ale nie ma pieniędzy. Następnego dnia, kiedy wróciła do szpitala, lekarka wręczyła Basi kopertę z biletem na samolot dla jej młodszej córki, mówiąc, że „ona i jej mąż są lekarzami, zarabiają 10 tysięcy dolarów tygodniowo”, więc dla nich taki bilet to żaden wydatek.
       Tymczasem Wojtka, który praktycznie żywił się jedynie alkoholem w każdej możliwej postaci, zaatakował rak trzustki i para się rozstała ponownie, z tym zastrzeżeniem, że Basia do niego wróci, kiedy ten przestanie pić i pójdzie na studia. Jak sobie zażyczyła, tak też się stało. Wojtek rozpoczął studia kryminalistyczne, kończąc je z wyróżnieniem. Niestety krótko potem zmarł z powodu cukrzycy.
       Ostateczny zwrot w życiu Basi nastąpił, kiedy do Australii przybył nieżyjący dziś już ksiądz Jan Kaczkowski i już po chwili stał się wielkim przyjacielem i powiernikiem Basi, sprawiając że Basia w wieku 60 lat po raz pierwszy w życiu przystąpiła do Sakramentu Pokuty oraz przyjęła Komunię Świętą, ale dla którego również i Basia stała się źródłem Nowej Wiary i Drogą Zbawienia. Jak zaświadcza sama Basia, ich niezwykłe relacje uzyskały wymiar wręcz transcendentny, kiedy Basia zamówiła u pewnego aborygeńskiego artysty malarza obraz namalowany wedle jej projektu, który okazał się tak niezwykły, że ludzie, którzy go dotknęli, doznawali uzdrowień, duchowych, ale również i fizycznych. Ale też, wedle osobistego świadectwa Basi, w pewnym momencie wspomniany ksiądz Kaczkowski wypowiedział do niej następujące słowa: „Wierzę w to głęboko, że gdyby Chrystus był kobietą, to miałby twoją twarz”.
        Dziś Basia jest znów w Polsce, czekając aż urzędnicy Episkopatu zechcą się z nią umówić i wysłuchać jej świadectwa o tym, jak to, kiedy była jeszcze małą dziewczynką, była wielokrotnie zgwałcona przez księdza Henryka Jankowskiego. 
        Ktoś spyta mnie teraz, skąd ja to wszystko wiem. Otóż ja to wiem z dwóch źródeł: przede wszystkim z osobistej relacji Basi w piśmie „Więź”, TU, ale też oczywiście z wywiadu, jakiego w tych dniach Barbara Borowiecka udzieliła telewizji TVN24. Barbara Borowiecka – główny świadek oskarżenia w sprawie pedofilii w Kościele Katolickim.
       Polecam.