sobota, 8 maja 2021

Rafał Trzaskowski, czyli skała, której bramy niebieskie nie przemogą

 

      Jak pewnie zdążyli zauważyć stali czytelnicy tego bloga, ze zwykłej ludzkiej ostrożności, staram się w ogóle nie reagować na informacje, zwłaszcza te szczególnie sensacyjne, jakie nam właśnie przyniosły nasze media. Czemu tak? A to z tej prostej przyczyny, że nigdy nie wiadomo co z nich ostatecznie wyniknie, a ja bardzo nie lubię znaleźć się jako ten głupi z ręką w nocniku. Tym razem z powodów jakie wyłuszczę poniżej, czuję potrzebę zająć się zdarzeniem jak najbardziej gorący, Oto, jak niektórzy z nas wiedzą, Rafał Trzaskowski wypowiedział się dla jakiejś niszowej amerykańskiej organizacji i opowiedział, w jaki sposób on, jako prezydent Warszawy, walczy z epidemią koronawirusa. Wypowiedź owa została opublikowana na Twitterze i oto, co usłyszeliśmy:

       Dzień dobry wam w Stanach Zjednoczonych, witam wszystkich nas tu w Europie, cześć Kostas [tu coś chyba po hiszpańsku]. A więc, mamy pewne napięcie między rządem a władzą lokalną. Konserwatywny rząd w Polsce, by użyć łagodnego określenia, szczególnie nas nie lubi, w wielu kwestiach niestety pojawiło się między nami napięcie i doszło do niedobrego współzawodnictwa. Z początku, rząd działał chaotycznie, a myśmy starali się to zrozumieć, zdając sobie sprawę z tego, że po swoim wyborczym zwycięstwie oni są wciąż w swego rodzaju szoku. W tej sytuacji postanowiliśmy realizować politykę rządu i wypełniać wszystkie ich zalecenia. Przede wszystkim dlatego, że jak by nie było to jest nasz wspólny rząd, no a poza tym, to właśnie rząd ma wszelkie narzędzia w ręku. Jednak później, kiedy pojawiła się druga i trzecia fala pandemii, postanowiliśmy wziąć sprawy w swoje ręce. Ja sam przyjąłem na siebie odpowiedzialność za pracę 11 szpitali. Zaczęliśmy kupować sprzęt, sprowadzać respiratory, no a przede wszystkim pojawiła się kwestia szczepień, a więc rozpoczęliśmy organizację miejsc, jak choćby stadiony, tak by można było skutecznie owe szczepienia przeprowadzać,. Ale też, widząc jak chaotycznie działa rząd, zmuszeni byliśmy poszukać szeregu swoich własnych ekspertów. No i zatem oczywiście staraliśmy błyskawicznie reagować na to co nam podpowiadali specjaliści na miejscu, co do na przykład organizacji pracy szpitali, ale też wsłuchiwaliśmy się w głos przedsiębiorców jak i zwykłych ludzi, którzy zwracali się do nas z pytaniami odnośnie restrykcji, jakie powinny być wprowadzane w celu powstrzymania rozprzestrzeniania się wirusa. I tu znów zmuszeni byliśmy działać sami, starając się w swoich wysiłkach wyprzedzać rząd, i to przez cały okres trwania kryzysu. Oczywiście, pozostawaliśmy też w stałym kontakcie z naszymi przyjaciółmi na całym w świecie, w tym również w Stanach Zjednoczonych, i to także dzięki ich pomocy udało się nam skutecznie prowadzić naszą walkę z COVID-em. Na wielu poziomach znacznie wyprzedziliśmy polski rząd, że wspomnę tu choćby o organizacji procesu szczepień, gdzie znacznie lepiej niż rządowi udało się nam przygotować całą procedurę zakupu szczepionek. Dziś na przykład, trzy czy cztery tygodnie przed rządem, jesteśmy już gotowi do startu z całą siecią punktów szczepień, czekając już tylko aż rząd dostarczy nam odpowiedniej ilości szczepionek. Od jutra zaczynamy rejestrację osób chętnych do zaszczepienia, a za tydzień ruszamy z całym procesem. A więc, jak widać, nie zważając na wspomniane napięcia między rządem, a władzą lokalną, staramy się pozostawać jak najbliżej w kontakcie z lokalną społecznością i przede wszystkim szybciej niż rząd reagować na konkretne ludzkie potrzeby. I z pomocą naszych przyjaciół okazujemy się być odpowiednio skuteczni.

       Wypowiedź Rafała Trzaskowskiego jest w języku angielskim, a ja ją tu tylko przetłumaczyłem na polski. Tłumaczenie to nie jest być może bardzo dokładne, jednak jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, że w swojej gadce Trzaskowski jest zdecydowanie bardziej skupiony na tym by brzmieć jak najbardziej „zawodowo”, niż by jego wypowiedź miała tak zwane ręce i nogi, to ja mogłem go albo ośmieszyć, albo postarać się stworzyć coś, co on w pierwszej kolejności musiał mieć na myśli.  Nie o to jednak chodzi. Rzecz w tym, że podobnie jak ja, zapewne znaczna cześć Czytelników zachodzi w głowę, po ciężką cholerę on z tym czymś wyskoczył. Otóż, moim zdaniem, kiedy oni się z nim skontaktowali i poprosili go o wypowiedź, on mógł sądzić że nikt się o tym co on tam wygaduje nie dowie, poza jakąś grupą Amerykanów, którym te jego rewelacje mogą odpowiednio zawrócić w głowie. No i coś nagle mnie wyszło. Mogło też jednak być tak, że on uznał, że nawet jeśli owa wypowiedź ukaże się w Sieci, wyborcy prawicy, a więc ci, których to co on wygaduje mogłoby w ogóle oburzyć, jako „wiejska dzicz”, i tak nic z tego nie zrozumie, a „kulturalne” towarzystwo zareaguje tak jak zawsze, a więc na gwizdek. Tymczasem okazało się, że biedaczek się przeliczył i dziś jest na językach być może całego świata.

        Ale jest jeszcze coś, co zasługuje na wyjaśnienie: po jasną cholerę ja się dziś tym gównem się zajmuję? Otóż kiedy po raz pierwszy zapoznałem się z wypowiedzią Trzaskowskiego, miałem nadzieję, że to ona dziś stanie się pierwszym newsem, przynajmniej w ramach tak zwanego „prawicowego” przekazu. Tymczasem – wyłączając z tego Internet, który, cokolwiek by o nim mówić, zawsze jest na miejscu – owszem, to tu to tam coś się pojawiło, jednak nikt nawet nie zadał sobie trudu by przełożyć na polski podstawową część wypowiedzi Trzaskowskiego, ograniczając się do paru kawałków i zwykłego pełnego idiotycznej propagandy komentarza, a samo zdarzenie, jak się obawiam, już jutro czy pojutrze zostanie zmielone w zalewie nowych, z punktu widzenia interesów Systemu ważniejszego i ciekawszych wydarzeń.

         I znów powraca pytanie: czemu? Czemu, gdy wydaje się, że przyniesiono im na tacy coś, co przez najbliższe lata nie będzie wymagało z ich strony najmniejszego wysiłku, oni zachowują się jakby uznali, że ten rodzaj zwycięstwa ich nie interesuje, bo gdy przeciwnik zostanie kompletnie unicestwiony, wszystko spadnie na ich biedne głowy i będzie się trzeba wziąć do prawdziwej roboty, a komu by się chciało? Lepiej więc takiego Trzaskowskiego, durnia i błazna, mieć pod ręką, by skutecznie mógł podtrzymywać przy życiu swoich koleżków z bandy. Tak długo jak oni wszyscy wreszcie nie zdechną i pojawi się pytanie: co dalej?



piątek, 7 maja 2021

Za co koronawirus nie lubi Indii?

 

Dziś pragnę podzielić się pewną refleksją dotyczącą sposobu w jaki państwowa propaganda zachęca nas, byśmy nie wierzyli różnego rodzaju oszustom i w czasie pandemii dbali o siebie i innych. Poniższy tekst ukazuje się też dzisiaj w „Warszawskiej Gazecie” i mam tylko nadzieję, że nikt nie zrozumie go jako zachęty do tego by zrzucić te cholerne maski i pokazać światu, jacy to jesteśmy wolni i niezależni.      

 

 

       Gdy chodzi o Indie, swoją wiedzę ograniczam do dwóch informacji. Pierwsza z nich jest krótka i, jak mówią Anglicy, „to the point”, czyli że tam mieszka niemal półtora miliarda ludzi. Druga z nich wymaga dłuższej wypowiedzi. Otóż pewien znajomy Hindus, żyjący i pracujący w Polsce, opowiadał, że w najbliższym czasie będzie musiał wrócić do Indii, by zająć się kwestią ożenku swoich trzech sióstr. Rzecz w tym, że one wszystkie są w odpowiednim wieku i to właśnie zadaniem rodziny pozostaje znalezienie – oraz opłacenie –  odpowiedniego męża, a to akurat na nim, jako na kimś kto zyskał odpowiednią finansową pozycję, spoczywa ów obowiązek. Głównym problemem jednak pozostaje to, że ponieważ jedna z owych sióstr nieszczęśliwie jest niepełnosprawna, i nie dość że nie ma szans na wydanie jej za mąż, to ona stanowi dla rodziny bardzo poważne towarzyskie obciążenie, to trzeba będzie ją zabić. Znajomy to powiedział zupełnie poważnie, bez śladu ironii. Normalnie tak jak się informuje o tym, co słychać i jak się sprawy mają.

        Dziś z kolei media podały informację, że papież Franciszek modli się o to by Indie, jak słyszymy, ogarnięte klęską pandemii koronawirusa, Pan Bóg raczył wyrwać z objęć owego nieszczęścia. A ja słucham zarówno słów Franciszka, jak i codziennych komunikatów na temat wspomnianego nieszczęścia, i oto czego się dowiaduję. Otóż dzisiejsze Indie, podczas gdy w liczbach bezwzględnych rejestrują mniej przypadków śmierci wywołanej plagą koronawirusa niż Stany Zjednoczone, czy Brazylia, to w relacji zgonów do liczby mieszkańców zajmują 115 miejsce, wyprzedzając nawet tak gwałtownie reklamowaną przez przeciwników szczepionek Szwecję, która, tak na marginesie, dumnie zajmuje 32 miejsce na świecie, nie wspominając o  naszej kochanej Polsce.

      W tej sytuacji więc, ja mam parę, moim zdaniem ważnych, uwag. Otóż, nie zapominając oczywiście o tym, że Indie to jest cywilizacja, która zawsze może nas czymś zaskoczyć, chciałbym zwrócić uwagę na to że jeśli w półtoramiliardowym kraju dziennie z powodu koronawirusa umiera trzy tysiące osób, to jest to informacja z naszego punktu widzenia kompletnie nieistotna. Oczywiście jest też bardzo możliwe, że tych ludzi umiera tam dziennie 300 tysięcy, tyle że oni w kompletnej ciszy nikną w zgiełku owych mordowanych kalekich sióstr, no ale skoro tak, to po ciężką cholerę zawracać nam głowę danymi, których jedynym celem, jak sądzę, jest zachęcenie jak największej liczby Polaków do tego, by skorzystali z Narodowego Programu Szczepień, z tym jednym, kompletnie absurdalnym argumentem, że oto w ciągu minionej doby w wyniku zarażenia koronawirusem w Indiach zmarło 3 tys. osób? Na kim ta liczba ma zrobić wrażenie? Na ludziach, którzy uważają, że nie ma żadnej pandemii?

         Gdy chodzi o mnie, niezmiennie noszę maseczkę i czekam na wyznaczony dla mnie termin szczepienia, kiedy jednak słyszę te modlitwy za Indie, to czuję się trochę dziwnie.



czwartek, 6 maja 2021

Ambasador w kościele - repryza

 

      Dzisiejsza notka ma źródło podwójne. Przede wszystkim, ja już od pewnego czasu, a więc od dnia, w którym kościół do którego zwykle uczęszczamy objął nowy proboszcz, myślę o tym, by przypomnieć tu pewne, obawiam się, że jak wiele innych, wydarzenie na zawsze zapomniane. Druga rzecz to ta, że, jak się dowiadujemy, na scenę próbuje się nagle wdrapać Bronisław Komorowski i z tymi jego ruchami część mediów łączy swoje nadzieje na powstanie projektu, który wreszcie rozsadzi od lat już zabetonowaną scenę. No a ja w tej sytuacji wprawdzie mogę milczeć, ale mi się nie chce. Najpierw zatem wspomnę o naszym nowym proboszczu. Otóż jest nim od niedawna wyjątkowo pozytywny człowiek nazwiskiem Zenon Pawelak. Ponieważ dał się on niemal od pierwszej chwili polubić, posprawdzałem go tu i ówdzie w Sieci i doszedłem do wręcz fascynujących informacji. Tu muszę wrócić do roku 2010 i wspomnianego na początku Bronisława Komorowskiego i przypomnieć ową zapomnianą historię. Otóż kiedy Komorowski został przez System wybrany na urząd Prezydenta RP, pojawiła się kwestia powołania po zamordowanym w Smoleńsku bp. Tadeuszu Płoskim nowego biskupa polowego i naturalnym kandydatem do objęcia tej funkcji wydawał się być, pełniący wówczas funkcję administratora Ordynatu Polowego, ksiądz Sławomir Żarski. Tak się jednak stało, że niemal w przeddzień swojej nominacji ksiądz Żarski podczas Mszy z okazji Święta Niepodległości odprawianej w Bazylice Świętego Krzyża wygłosił bardzo płomienne patriotyczne kazanie skierowane bezpośrednio do obecnego na miejscu Komorowskiego, Prezydent dostał na słowa Księdza ciężkiej cholery i ogłosił, że on sobie Żarskiego nie życzy więcej oglądać. W efekcie, nowym biskupem polowym papież Benedykt XVI mianował posługującego żołnierzom do dziś óczesnego biskupa pomocniczego archidiecezji krakowskiej Józefa Guzdka i w tej samej niemal chwili Minister Obrony Narodowej odwołał Żarskiego z fukcji administratora i zgodnie ze swoimi kompetencjami wydał komunikat stwierdzający, że ksiądz Żarski zostaje przeniesiony do rezerwy kadrowej. Jednak już na początku roku 2011 decyzją biskupa Guzdka objął stanowisko proboszcza w cywilno-wojskowej parafii  w Legionowie i tam posługiwał przez kolejne niemal dwa lata, zastąpiony z kolei przez mojego aktualnego proboszcza, wspomnianego księdza Pawelaka.

       Wróćmy więc może teraz na chwilę do Komorowskiego i dnia 11 listopada 2010 roku. Gdzieś w tamtym czasie opublikowałem tu na blogu następujący tekst:

 

 

      Sprawa jest wcale nie taka nowa, ale w świecie, gdzie wolny głos opinii publicznej nie istnieje, nie można się niczemu dziwić. 11 listopada, jak co roku, odbyły się odpowiednie uroczystości związane ze Świętem Niepodległości, a ich w pewnym sensie kulminacją była Msza Święta w warszawskiej Bazylice Św. Krzyża z udziałem Prezydenta RP. No i jest tak, że ja od wczoraj myślę o tej godzinie, czy może półtorej, próbuję sobie wyobrazić ten obraz, tę atmosferę, tę podniosłość, te twarze, te oczy, ten nastrój… no i te grozę. Bo tam jest też groza. Autentyczna groza.

      A więc wyobrażam sobie, jak zbliża się moment rozpoczęcia Mszy i do Bazyliki wchodzi On z tą kobietą i z całą świtą. I siadają w pierwszym rzędzie, w specjalnie na tę okazję przygotowanych miejscach. I siedzą. A później widzę, jak On wstaje, mruczy coś pod nosem, później siada, znów wstaje, znów coś mruczy, niby śpiewa, później znów siada… I widzę świetnie tę jego twarz, tak dobrze nam wszystkim dziś już znaną. Tę twarz. I te oczy. A więc oni znów siadają, a On owe oczy przymyka. Raz, ponieważ tak właśnie robi pewien typ ludzi w kościele w czasie mszy, kiedy chce pokazać wszystkim, jaki jest zadumany, czy może tylko pogrążony w modlitwie, a dwa, że po prostu się nudzi. No i spać się chce. No więc przymyka te oczy i głowa mu opada, bo już rzeczywiście zasnął. Widzę ten obraz tak bardzo wyraźnie, bo przede wszystkim umiem sobie pewne rzeczy wyobrazić, a poza tym, to nie jest wcale nic tak bardzo nowego. I obok widzę tę kobietę. I Ona też ma zamknięte oczy. I też śpi. I tak siedzą oboje, a wokół zwykłe odgłosy kościoła podczas nabożeństwa.

      W komentarzu pod wczorajszą notką zauważyłem, że to co się wydarzyło 11 listopada w czasie tej mszy i po niej, bardzo zdecydowanie przywołuje w mojej pamięci wydarzenia sprzed ponad już 40 lat, kiedy to w Warszawie odbywało się uroczyste przedstawienie mickiewiczowskich „Dziadów”, na sali, w pierwszym rzędzie siedział, wedle legendy, sowiecki ambasador, a faktycznie podobno jakiś człowiek od Gomułki – a więc tak czy inaczej Sowiet – a na scenie stał aktor, i w pewnym momencie okazało się, że wszystko co ów aktor mówi, mówi już tylko do niego. Do tego Rosjanina. I w pewnym momencie Rosjanin się zorientował…

      Ja oczywiście tamtej sceny nie widziałem, podobnie jak nie widziałem tego, co się działo w czasie, gdy ks. Żarski głosił swoją homilię. Wszystko znam albo z opowiadań ludzi, albo z tego co potrafię sobie wyobrazić. A więc wyobrażam sobie jego i ją, jak siedzą w tych pięknych wnętrzach warszawskiego kościoła, i wiedzą tak bardzo świetnie, On – że jest Prezydentem RP, a Ona – że jest Pierwszą Damą… i się zaczyna kazanie. I wtedy On się nagle budzi. Ciekawy jestem bardzo, co go zbudziło. Które słowo z tej homilii powiedziało mu po raz pierwszy, że dziś już spać nie będzie. Myślę, że – tak jak to zwykle bywa – musiał na sekundę oprzytomnieć na samym początku, ale już chwilę później, też zgodnie ze znanym wszystkim standardem, głowa ponownie mu opadła. Może tylko Ona spała cały czas. Ale to bym chciał wiedzieć. Czytam po raz kolejny słowa księdza Żarskiego i chcę wiedzieć, w którym to dokładnie momencie On zrozumiał, co się dzieje. Czy to było może słowo „patriotyzm”, wypowiedziane po raz czwarty? Myślę że nie. On zapewne cały początek przegapił. W końcu, czym jest patriotyzm? No czym? Ludzie święci! Dajcie normalnemu człowiekowi żyć!

      Więc myślę, że pierwsze minuty kazania wyglądały tak, ze kościół był kościołem, wokół czuć było ten piękny, jedyny, niepowtarzalny spokój, może czuć było zapach kadzidła i świec, no i głos księdza. A On siedział z przymkniętymi oczami i w skupieniu przyczesanym wąsem, a obok niego Ona… no, jak to ona. Po prostu, znękana życiem kobieta, o plastikowej twarzy Karla Lagerfelda. I płynęły te słowa o grobach i patriotyzmie, a oni nie słyszeli nic. I myślę sobie, że jego obudzić mogło albo jednak to wciąż powtarzane słowo „patriotyzm” – nie dlatego, że coś go nim nagle wystraszyło, ale przez swoją natarczywość i powtarzalność – albo któraś z kolejnych sekund:

U podstaw III Rzeczpospolitej miejsce patriotyzmu, zajęło stwierdzenie jednego z pierwszych premierów nowej Polski, który powiedział, że aby zostać bogaczem, to pierwszy milion trzeba ukraść. Propagowanie podobnych haseł zaowocowało tym, że wartość została zastąpiona anty-wartością. Patriotyzm zastąpiono promowanym kosmopolityzmem, miejsce uczciwości zajęła nieuczciwość, prawdę zastąpiono kłamstwem i pomówieniem, ofiarność i poświęcenie chciwością i pazernością, miłość nienawiścią. Natomiast z dziejowego doświadczenia Kościoła i Narodu wiemy, że prawdziwym bogactwem jest stan ducha i umysłu ludzkiego, a nie grubość portfela. Każda społeczność, która swe prawa opiera na anty-wartościach, napełnia się bólem i krzywdą”.

      I myślę dziś bardzo o tej scenie, i wyobrażam sobie, jak nagle we wnętrzach tego kościoła rozbrzmiewa ten „pierwszy milion”, lub może „promowany kosmopolityzm” to „pomówienie i ofiarność”, a On otwiera oczy i czuje niepokój. To musiało być gdzieś wtedy, że On nagle się ocknął i poczuł ten swąd spalonych ciał. Kolejny fragment już mu z całą pewnością uprzytomnił wyraźnie, co się dzieje:

Czy w czasie zeszłorocznych uroczystości Święta Niepodległości, ktokolwiek z nas przypuszczał, że prawo do własnej, niepodległej Ojczyzny oraz obowiązek ochrony i obrony jej niepodległości zostanie nam przypomniane krwią Prezydenta Rzeczypospolitej, Lecha Kaczyńskiego i 95 towarzyszących mu osób? Kolejny raz potwierdziła się prawda, że drogę do wolności i niepodległości, krzyżami się mierzy. Czy ktokolwiek przypuszczał u progu III Rzeczpospolitej, że aby Polska nie zginęła za naszego życia, to koniecznie trzeba nam uczyć się miłości do Polski i Polaków?

      I w tym momencie on już wiedział na pewno, że już nie zaśnie. A dalej mogło być już tylko gorzej. Jakoś mi się przypomniała ta historia z „Dziadami” sprzed lat, a przecież tych podobieństw wcale nie jest tak dużo. Poza ową opozycją „On i Słowo”, cała reszta jest inna. Przede wszystkim ówczesna inscenizacja, razem z tym ich Dejmkiem i tamtymi aktorami, nie miała żadnego szczególnego politycznego podtekstu. W dodatku, jak mówią źródła, całość przedstawienia podobała się nawet miejscowym Ruskim. I tylko ten jeden moment, kiedy ze sceny popłynęła ta fraza: „’Nie dziw, że nas tu przeklinają/ Wszak to już mija wiek/ jak z Moskwy w Polskę nasyłają/ Samych łajdaków stek’”, a po drugiej stronie okazało się, że siedzi ktoś, kto okazał się akurat w tym jednym momencie być tą własnie osobą, do której w gruncie rzeczy owe słowa były skierowane sprawił, że wszystko już nigdy nie było takie same.

      A więc mamy te dwie strony przekazu, ale poza tym jednak wszystko pozostałe jest już inne. Kiedy próbuję sobie wyobrazić to co tam, w tym warszawskim kościele, się wtedy działo, wydaje mi się, że Ksiądz Pułkownik nawet nie patrzył w stronę Bronisława Komorowskiego. Tak naprawdę, to była zwykła Msza Święta, tyle że ze względu na okazję bardziej udekorowana, i może jeszcze zamiast wiernych było więcej publiczności. No i tych dwoje. Mogę się oczywiście mylić, ale sądzę, że dla księdza Żarskiego to kto tam siedział, mogło nawet nie mieć specjalnego znaczenia. On miał wygłosić Słowo Boże na Święto Niepodległości i je wygłosił. Gdzieś w Sieci czytam, że po skończonej mszy, Bronisław Komorowski podszedł do Księdza i go zwymyślał, mówiąc między innymi, że: „jest zawiedziony i zaskoczony fragmentem kazania dotyczącym antywartości. - Jest ksiądz pułkownikiem, wojskowym, jak tak można - że Polska jest budowana na antywartościach!” krzyczał podobno Komorowski. I na to ksiądz Żarski miał Komorowskiemu powiedzieć, że on najwidoczniej nie zrozumiał kazania.

      A zatem możliwe że moje skojarzenia z rokiem 1968 są nie do końca uprawnione, ale są – i na to nic nie poradzimy. Ja widzę tamtego, nazwijmy go umownie, Ambasadora, który zabłąkał się na tamto przedstawienie i pewnie przez większą jego część przysypiał, a później nagle się obudził, i dziś znów widzę kogoś z pozoru kompletnie innego, a jednak dokładnie takiego samego, może nawet podobnego do tamtego kogoś z wyglądu, który też zgubił drogę i znalazł się w miejscu sobie kompletnie obcym, gdzie otaczają go ludzie i rzeczy, których on ani nie rozumie, ani nie nawet nie czuje, a przy okazji oczywiście w ogóle nie potrzebuje. I ja chcę dziś tylko sobie wyobrazić, jak to musiało wyglądać; jak wyglądał ten moment, kiedy Bronisław Komorowski nagle zrozumiał, że coś się dzieje i ogarnęło go tak straszne szaleństwo. Czy on siedział nieruchomo, czy zaczął się nerwowo rozglądać, czy obudził żonę? No i jak on to w ogóle wytrzymał? Przecież słowa, które musiały go dotknąć jako pierwsze, stanowiły wciąż dopiero początek kazania. A ile ono mogło trwać? 20 minut? Może więcej? Próbuję sięgnąć w najgłębsze miejsca swojej wyobraźni i ujrzeć te oczy, kiedy przestrzeń Bazyliki wypełniają słowa o tym, jak to „nadchodzi bowiem czas, kiedy trzeba zdać sprawę ze swego włodarzowania przed Bogiem i Narodem”, a tu zwyczajnie nie ma jak uciec. Nie ma jak i nie ma dokąd.

      Bardzo przejmująca jest ta chwila. Nawet kiedy widzimy ją tylko oczami naszej wyobraźni. Ona jest tak przejmująca, że jedyne co można zrobić, to w tym momencie przerwać tę historię i zakończyć cały wpis trzema kropkami…

 

           Skoro już zatem wiemy, gdzie obecnie przebywa i jak się miewa ksiądz Pawelak i jak sobie radzi, pragnę poinformować, że wbrew naszym obawom rok 2012 nie był dla księdza Żarskiego początkiem ostatecznej zsyłki, ale wręcz przeciwnie. Jak czytamy choćby w zawsze pomocnej w tego typu sytuacjach Wikipedii, Ksiądz „1 lutego 2013 został mianowany administratorem parafii św. Jana Chrzciciela w Józefowie-Michalinie, funkcję tę pełnił do 6 października tego samego roku. 1 lipca 2015 został mianowany administratorem parafii Świętych Apostołów Piotra i Pawła w Dębem Wielkim. 7 października 2016 został inkardynowany do diecezji warszawsko-praskiej. 12 października 2016 przestał być administratorem parafii Świętych Apostołów Piotra i Pawła, obejmując urząd proboszcza tejże parafii. Od 20 czerwca 2017 pełnił obowiązki dziekana dekanatu mińskiego-św. Antoniego z Padwy, do czasu wyboru nowego dziekana. 1 listopada 2017 został mianowany dziekanem tego dekanatu”.

         A teraz uwaga! „6 marca 2018, na wniosek ministra obrony narodowej, prezydent Andrzej Duda mianował go na stopień generała brygady. Akt mianowania odebrał 17 grudnia 2018 z rąk szefa Biura Bezpieczeństwa Narodowego Pawła Solocha.

 

       Ktoś być może zwróci uwagę na to, że tekst dzisiejszy jest, jak na nasze standardy, wyjątkowo długi i zapyta, jaki ważny powód widzę w jego przedstawianiu, no i jaki przede wszystkim z niego mamy pożytek. Otóż powodem jest właśnie ów, moim zdaniem, niewątpliwy pożytek, a więc płynąca z niego nauka, że Kościół to niezmiennie skała, którego żadni szatani nie przemogą. Aby to wiedzieć, wystarczy zauważyć gdzie dziś znajdują się wszyscy uczestnicy tamtych wydarzeń. A zwłaszcza tych dwóch, czyli ten który mówił i ten drugi, który słuchał.





 

 

wtorek, 4 maja 2021

Obalanie rządu Prawa i Sprawiedliwości - odsłona 639

 

       Oto wczoraj pojawiła się informacja, że Adam Michnik, występując jako emisariusz „Gazety Wyborczej”, w jednym ze szwedzkich dzienników opublikował całostronicowy apel wzywający Szwedów do ratowania jego projektu przed finansowym upadkiem, jaki nastąpił w wyniku faszystowskiego ataku polskiego rządu na niezależność prasy w Polsce. Gdy tylko wiadomość ta spotkała się z powszechnym zainteresowaniem, pojawiły się też kierowane pod adresem Michnika, ale również samego tytułu, szyderstwa budowane wokół opinii, że
„Gazeta Wyborcza” znalazła się na bruku, gdzie nie pozostaje jej nic innego jak żebrać o papierosa. A ja w tej sytuacji pragnę zwrócić uwagę na parę kwestii, które – choć oczywiście nie dają nam podstaw, by kwestionować fakt, że ów straszny projekt się kończy – przynajmniej każą zwrócić uwagę na fakt, że o żadnej żebraninie mowy być nie może. Jeśli bowiem weźmiemy pod uwagę oczywisty fakt, że żebrakiem nazywamy kogoś kto za wyżebraną pomoc nie jest nam w stanie zaproponować nic swojego, ale też tu w tym wypadku oczywistą prawdę, że szwedzki dziennik zgodził się zamieścić ogłoszenie Michnika kompletnie za darmo, to należy uznać, że Michnik i jego towarzystwo się nie sprzedają, ale zwyczajnie proponują bardzo intratny z punktu widzenia Szwedów interes. I jest kompletnie inną kwestią, czy dowodem na to, że ów interes jest wart zainwestowania, skoro Szwedzi go potraktowali z uwagą.

       A zatem kwestia rzekomego żebractwa jest moim zdaniem rozstrzygnięta, natomiast nie da się ukryć, że wciąż realny pozostaje problem upadku geszeftu pod tytułem „Gazeta Wyborcza”.  Nawet jeśli Szwedzi tego jeszcze nie wiedzą, faktem jest, że ta ich inwestycja jest jak psu na budę. Nawet jeśli wśród czytelników owego szmatławca znajdzie się grupa osób, którzy wyślą Michnikowi jakieś pieniądze, nawet jeśli tam się pojawi ktoś z większymi pieniędzmi i zechce wykupić część udziałów w Agorze, to efekt tego gestu nie będzie większy niż ten, jaki uzyskał George Soros ze swoimi 11% akcji zainwestowanych w ten przekręt. „Wyborcza” zdycha i to jest coś, czego efekt wszyscy zaobserwujemy, jeśli nie już za kilka miesięcy, to za rok czy najdalej dwa.

        I proszę sobie wyobrazić, że do przedstawienia niniejszych refleksji skłoniło mnie nie owo szwedzkie ogłoszenie, ale coś co miało miejsce znacznie bliżej. Oto proszę sobie wyobrazić, że portal onet.pl, również wczoraj, jako jedną ze swoich czołowych informacji, podał zestawienie 17 największych wpadek językowych w wykonaniu powszechnie znanych osób. Jeśli ktoś się zastanawia dlaczego 17, a nie na przykład 20, chętnie wyjaśnię, ale to za chwilę. Póki co, proszę sobie wyobrazić, że swój ranking Onet zaczyna od Andrzeja Dudy i jego „rezurekcji”, następnie, jako numer 2, idzie anonimowa mieszkanka Krakowa, która kiedyś poinformowała miejskie służby o tym, że zaobserwowała na drzewie „laguna” zamiast legwana. Po niej idzie wpadka numer 3, że „tajemnicze ‘zwierzę’ na drzewie po bliższych oględzinach okazało się... francuskim rogalikiem, czyli croissantem”. Dalej przychodzi kolej na wpadkę numer 4, a tą mianowicie, że kiedy pewna pijana kobieta na stacji benzynowej wjechała samochodem w dystrybutor paliwa, jeden z policjantów próbujący ją zatrzymać pomylił się i zamiast „dystrybutor” krzyknął „instrybutor”. Jako wpadkę numer 5 mamy informację, że owa stacja benzynowa po nagłośnionym przez media zdarzeniu stała się miejscem kultowym. Po wpadce numer 5 przychodzi wpadka numer 6, a więc słynny „Borubar” śp. Lecha Kaczyńskiego. Numer 7 to „hatakumba” Patryka Jakiego. Po Patryku Jakim, jako numer 8, Onet przedstawia nam ministra Waszczykowskiego i jego słynny „San Escobar”.  Dziewiątkę stanowi informacja, że wpadka Waszczykowskiego była komentowana na całym świecie. Numer 10 to historia pewnego policjanta, który podczas jednej z antyrządowych demonstracji użył słowa „kurwa”, a następnie głupio się tłumaczył, że on tylko krzyknął coś do swojego kolegi o przezwisku „Kulson”, na a dalej już idzie informacja, że od tego czasu w Polsce na policjantów mówi się „kulson”. Dalej idą wpadki oznaczone na liście numerami 11 i 12, a więc jakieś niegdysiejsze omyłki niegdysiejszego Ryszarda Petru. Jako numer 13, zapewne po to, by Ryszarda Petru natychmiast emocjonalnie unieważnić, wraca Lech Kaczyński z pamiętnym Irasiadem i informacją, że tak jak dziś cała Polska na policjanta mówi „Kulson”, tak w wyniku ówczesnej kompromitacji Lecha Kaczyńskiego, zwyczajowo na psa dowolnej rasy woła się „Irasiad”. Wpadka kolejna jest anonsowana numerem 14 i prowadzi nas do numeru 15, gdzie się dowiadujemy, że w dwóch swoich wpisach na Twitterze Andrzej Duda pisząc o Forcie Trump popełnił błąd i zamiast „fort” napisał „ford”, a następnie Nord Stream określił nazwą „North Stream”. Jako wpadka numer 16 pojawia się słowo amelinium”, które w jakimś anonimowym filmiku na youtubie zastąpiło zwykłe aluminium. Numer 17 to już tylko informacja, że różnych wpadek jest bardzo dużo i one są powodem do śmiechu.

      I to, jak sądzę, jest dobry moment by wrócić do wcześniejszego pytania, czemu owa lista Onetu zawiera 17 wpadek, a nie 10, czy 20, albo po prostu te najważniejsze cztery, czyli najświeższą w postaci „rezurekcji” prezydenta Dudy, „San Escobaru” Waszczykowskiego, no i owych straszliwych dwóch wpadek Lecha Kaczyńskiego z „Irasiadem” i „Borubarem”. Otóż, w moim bladym bardzo pojęciu, Bartosz Węglarczyk zapragnął, by na fali niedawnej „rezurekcji” pociągnąć temat i spróbować obalić rząd, przypominając wcześniejsze wpadki, głównie Lecha Kaczyńskiego i Andrzeja Dudy, no ale w celu zachowania pozorów, przygotował w tym celu dodatkowy materiał, licząc na to, że uda mu się dociągnąć do 20, jednak przy owym „amelinium” uznał że albo dalej w to brnąć nie wypada, albo że za horyzontem już tylko czekają Kopacz, Komorowski, Szczerba, Kidawa, Budka i cała reszta owej ferajny, a przecież nie o to chodziło.

         Bardzo to oczywiście jest wszystko śmieszne, natomiast informacja jaką chciałem dziś przekazać jest nadzwyczaj poważna i jest jak najbardziej związana z biznesową propozycją Adama Michnika, na którą zwróciłem uwagę na początku tej notki. Otóż wszystko wskazuje na to, że oni są już na progu ostatecznego upadku. „Gazeta Wyborcza” zbliża się do miejsca gdzie czeka ostateczne bankructwo, Onet, jak sądzę, patrzy już tylko co kombinuje Daniel Obajtek, a oni wszyscy drżą już tylko na myśl, co to będzie gdy Prawo i Sprawiedliwość wygra po raz trzeci wybory i na scenie zostaną już tylko Jarosław Kaczyński, jego koty i nowy ruch Bronisława Komorowskiego i Kosiniaka Kamysza



       

niedziela, 2 maja 2021

O tych co odchodzą i o nas, którzy zostajemy

 

       Dziś miałem nic nie pisać, ale stało się tak, że właśnie zmarł Bronisław Cieślak, aktor i komunistyczny poseł, a jego śmierć wywołała pewną bardzo moim zdaniem znaczącą reakcję, na temat której mam parę słów do powiedzenia. Otóż wczoraj również obejrzałem w TVP fragment rozmowy z żoną śp. Krzysztofa Krawczyka, gdzie ona bardzo płąkała i prosiła by choć na tydzień internet dał jej i jej rodzinie odetchnąć i zawiesił na te parę dni kampanię nienawiści i szyderstwa w stosunku do jej zmarłego męża. Ponieważ, owszem, w jakimś tam stopniu obserwuję zachowania internautów, to wiem o co chodzi Krawczykowej. Wiem do czego są zdolni ludzie, którym zaangażowani zaangażowanie w politykę odebrało podstawowe ludzkie odruchy. Ale wiem też do czego są zdolni ludzie, którzy mimo bardzo silnych politycznych emocji, potrafią się wykazać zwykłą ludzką wrażliwością i przede wszystkim opanowaniem.

       Zmarł więc Bronisław Cieślak, ja w związku z tą śmiercią przejrzałem dziesiątki komentarzy na Twitterze, a więc w miejscu gdzie tak jak nigdzie indziej można ujrzeć stan w jakim współczesny człowiek się znajduje, i proszę sobie wyobrazić, że nie mam najmniejszych wątpliwości, że czy to żona, czy dzieci, czy przyjaciele Cieślaka, nie będą mieli żadnego powodu by się skarżyć na ową znieczulicę, która tak dokuczyła Ewie Krawczyk. Daje słowo, że nie udało mi się znaleźć ani jednego komentarza, w którym ktoś by choćby jednym marnym słowem spróbował  tu wyrazić swoją satysfakcję. Ani jednego! Wręcz przeciwnie. Tam są wyrażane wyłącznie uczucie bólu, żalu i nawet szacunku dla Cieślaka jako aktora i człowieka, a ów gówniany PRL-owski serial jest porównywany do filmów o Bondzie.

       Ktoś się może zastanowi, co to się stało, że nastąpiła tak ogromna cywilizacyjna zmiana na portalu, który w żaden sposób cywilizowany nie jest. Otóż moim zdaniem rzecz polega na tym, że te wszystkie komentarze składające kondolencje nie tylko rodzinie ale całemu narodowi z powodu śmierci Cieślaka są pisane dokładnie przez tych samych ludzi, których Ewa Krawczyk wczoraj prosiła by się nad nią zlitowali. Ale jest jeszcze coś. Otóż moim zdaniem tam akurat ci wszyscy którzy Cieślaka nie znosili zarówno jako aktora, jak i człowieka, którzy nigdy nie mówili o nim inaczej jak „ten komuch”, dziś zrobili sobie od Twittera wolne. Przy okazji też pokazali jaka jest cywilizacyjna różnica między dwiema stronami dzisiejszego politycznego starcia. I to wcale nie tylko różnica powodowana tym, że dziś, przy tej deszczowej niedzieli, jedni gniją przed telewizorem, a drudzy idą na niedzielną mszę do swojego kościoła.

       No właśnie, już jest po 11, więc i na mnie pora.



 

     

                                             

sobota, 1 maja 2021

O skutecznym propagandy sposobie

      Nie bardzo wiem, czy miałem dotychczas okazję zwracać na to uwagę, ale jedną z rzeczy, która sprawia, że gdybym miał dziś jakąkolwiek inną możliwość na to by głosować na coś przynajmniej równie pewnego jak Prawo i Sprawiedliwość, to zrobiłbym to bez najmniejszego wahania, jest obsada programów informacyjnych publicznej telewizji. Chodzi o to, że sytuacja w której, w ramach państwowej propagandy, wręcz do porzygania jesteśmy karmieni komentarzami albo któregoś z barci Karnowskich, albo Tomasza Sakiewicza, albo ewentualnie Wojciecha Wybranowskiego, dla w miarę przytomnego odbiorcy jest zwyczajnie nie do wytrzymania. Praktycznie od samego początku jak PiS przejął publiczne media, zastanawiam się nad owym fenomenem, i nie potrafię znaleźć odpowiedzi, jak to się stało, że tych troje się tam się na tyle skutecznie zagnieździło, że owo zagnieżdżenie robi wrażenie autentycznej uzurpacji. I oto proszę sobie wyobrazić parę dni temu na portalu wpolityce.pl, prowadzonym oczywiście przez środowisko braci Karnowskich trafiłem na następujący tekst. Oto anonsowana wielkim czerwonym tytułem „nasz wywiad” ukazała się na owym portalu rozmowa z posłem Konfederacji Dobromirem Sośnierzem, gdzie ów Sośnierz tłumaczy się z wypowiedzi Janusza Korwina Mikke, w której ten stwierdził, że Adolf Hitler nie miał pojęcia o wszystkich nieszczęściach, jakie spadły na świat w latach 1939-45. Jak sobie Sośnierz radzi z tym problemem, nie jest tu dla nas w żaden sposób istotne, zwłaszcza że odpowiedź na to każdy w miarę inteligentny obserwator politycznej sceny wie znakomicie. To natomiast co nas dziś interesuje to fakt, że owa rozmowa – zaznaczam, że anonsowana przez portal zapowiedzią „nasz wywiad”, jest w całości przepisana z rozmowy jaką z Sośnierzem kilka dni wcześniej w telewizji TVPInfo przeprowadził Adrian Klarenbach. Tak się składa, że oglądałem ową oryginalną rozmowę i teraz gdy czytam tekst na portalu Karnowskich, nie mogę nie zauważyć, że to jest tekst dokładnie, słowo w słowo, przepisany z ekranu telewizora.

       Oczywiście, pierwsze co mi w tym momencie przychodzi do głowy, to myśl, że ten rodzaj bezczelności, nawet w tych „okolicznościach przyrody”, które wspólnie przeżywamy, jest czymś zupełnie niewyobrażalnym. Ja na przykład nie jestem sobie w stanie wyobrazić, by taki „Newsweek” przedrukował którąś z rozmów nadawanych przez TVN24 w ramach projektu „Fakty po Faktach” i zaanonsował ją jako swoją. Karnowscy to zrobili, a co ciekawe, z tego co zdążyłem zaobserwować, nikt na to nawet nie mrugnął okiem.

       I ten rodzaj zepsucia jest oczywiście dla nas wszystkich absolutnie wstrząsający, ja natomiast staram się w tym wszystkim, jak zawsze zresztą, znaleźć jakiś sens, i dochodzę do wniosku że to co się dzieje to przede wszystkim dowód na to, że ów propagandowy front, jaki dziś stworzył rząd, by bronić Polski przed atakiem, było nie było, kosmitów, zaczyna się koncentrować w jednym zjednoczonym projekcie, który powinien już za chwilę stworzyć taką siłę, że stanie się zwyczajnie nie do pokonania. Zaczynam mianowicie podejrzewać, że cały system państwowej propagandy tworzony przez Jarosława Kaczyńskiego i jego Prawo i Sprawiedliwość, coraz bardziej zaczyna przypominać swego rodzaju konsorcjum, której każda część współtworzy idealną całość.

         Czy to mnie cieszy, czy martwi? Otóż z czysto ludzkiego punktu widzenia jestem szczerze powiedziawszy załamany, zwłaszcza gdy widzę, jak bardzo głowni aktorzy owego projektu to banda kompletnych idiotów, w dodatku zepsutych do szpiku kości. Z drugiej jednak strony mam świadomość, że jesteśmy dziś – a mam tu na myśli cały świat – w trakcie cywilizacyjnej wojny, gdzie o braniu jeńców nikt nawet nie myśli, a to prowadzi do sytuacji gdzie zasada kto pierwszy ten lepszy, to pierwsza i praktycznie jedyna broń. W tak zwanym cywilizowanym świecie, jak wiemy, jest mnóstwo nadawców, którzy z jednej strony starają się robić wrażenie różnorodności, a tak naprawdę tworzą jeden wspólny przekaz. Jaki jest więc sens podtrzymywać owo złudzenie pluralizmu? Czy nie lepiej zjednoczyć siły i zupełnie uczciwie przyznać, że skoro mamy wojnę, to mamy wojnę i kropka?

         Jak pewnie część z nas wie, Daniel Obajtek odkupił od Niemców całą regionalną prasę, która dotychczas praktycznie w całości miała za zadanie realizować politykę najlepiej chyba wyrażoną pod hasłem „Jebać PiS”. W jednym ze swoich wstępnych oświadczeń prezes Obajtek zapewnił, że projekt który on tworzy będzie stanowił przykład całkowicie obiektywnego dziennikarstwa, no i że oczywiście żadne zmiany w obsadzie redakcji nie są planowane. I oto już chwilę później, jak słyszymy, szefem całego nowego projektu została – nie przesłyszeliśmy się – Dorota Kania i w jednej chwili zmieniła wymieniła katowickiego „Dziennika Zachodniego”. Sprawa w jednej niemal chwili wywołała autentyczną wściekłość tak zwanych „elit”, ja natomiast, mając świadomość zasług, jakie ów „Dziennik Zachodni” ma od lat dla niszczenia tego co tworzy polski sukces, uważam że gdy chodzi o niszczenie tego zła, niech oni biorą nawet Kanię. Kto wie, czy tak się właśnie nie kształtuje cały ten układ, że nikt go nie będzie w stanie zniszczyć równie skutecznie, jak ludzie wywodzący się z tego samego kulturowego źródła.

      Powtórzę więc może tylko to, że mamy wojnę i o braniu jeńców nie ma mowy.

     



piątek, 30 kwietnia 2021

O dobrym księdzu i świętym poecie

 

Wczoraj przeleciała mi przez ucho informacja o księdzu, który opiekował się chorymi na cholerę i na cholerę solidarnie z nim umarł. W pierwszej chwili pomyślałem, że może chodzić o księdza Antoniewicza, o któ®ym tu już kiedyś było, ale okazało się, że ten akurat ksiądz miał inne nazwisko. Przypomniał mi się jednak ksiądz Antoniewicz i tamten tekst, więc pomyślałem, że nie jest to najgorszy moment, by go tu powtórzyć. A więc bardzo proszę.

 

 

 

       7 kilometrów na południowy-zachód od Wolsztyna, przy drodze Poznań-Nowa Sól znajduje się wioska o nazwie Obra. W wiosce znajduje się barokowy klasztor pocysterski, obecnie należący do Misjonarzy Oblatów Maryi Niepokalanej, kiedyś dom dla miejscowych jezuitów. W klasztorze mieści się seminarium duchowne, oraz muzeum misyjne, a tuż obok wznosi się niezwykle piękny kościół pod wezwaniem św. Jakuba Apostoła, z równie pięknym osiemnastowiecznym obrazem "Wniebowzięcie", freskami, ołtarzami stallami, do których by wejść, należy najpierw zdeptać łeb Złemu. Kiedy obejrzymy to już wszystko, a być może weźmiemy udział w odprawionym specjalnie dla nas nabożeństwie, będziemy mogli zejść w podziemia kościoła i znajdziemy tam grobowiec z następującą inskrypcją:

Za wszystko dobro z bożej ręki wzięte,
za skarby wiary, za pociechy święte,
za trudy pracy i trudów owoce,
za chwile siły i długie niemoce,
za spokój walki, zdrowie i choroby,
za uśmiech szczęścia i za łzy żałoby,
i za krzyż ciężki na barki włożony,
niech będzie Jezus Chrystus pochwalony


A pod spodem podpis: O.K. Antoniewicz S.J.

      Ponieważ mija jesień, a z nią dzień 14 listopada, kiedy to, jak co roku, obchodziliśmy kolejną rocznicę śmierci Karola Antoniewicza, wydaje się, że nie zaszkodzi przypomnieć nam wszystkim historię życia tego świętego człowieka, a może jeszcze bardziej historię właśnie jego śmierci. Proszę posłuchać.

      Karol Bołoz Antoniewicz urodził się jako syn Józefa Antoniewicza w roku 1807 w od zawsze osiadłej w Polsce ormiańskiej rodzinie w miejscowości Skwarzawa pod Lwowem. Nauki w dzieciństwie pobierał pod kierunkiem nauczycieli prywatnych, a następnie rozpoczął studia prawniczych na Uniwersytecie Lwowskim. Dzięki swojej pracy i talentom, biegle władał pięcioma obcymi językami: niemieckim, francuskim, angielskim, włoskim i łaciną.

      Po ukończeniu studiów zdecydował się na wyprawę do Siedmiogrodu, gdzie mieszkała część jego rodziny, i gdzie pracował nad przygotowaniem historii Ormian. Pod koniec 1830 r. powrócił do Lwowa i podjął decyzję o wstąpieniu w szeregi powstańców listopadowych. Po upadku Powstania, poznał we Lwowie Zofię Antoniewicz, swoją kuzynkę, z którą po uzyskaniu dyspensy od samego Ojca Świętego, w toku 1833 r. wziął ślub, i z którą ostatecznie zamieszkał w rodzinnej Skwarzawie.

      Tam też przyszło na świat pięcioro dzieci Karola i Zofii, z których wszystkie nieszczęśliwie, jak się podejrzewa właśnie z powodu tego, że zostały poczęte ze związku kazirodczego, zmarły w wieku niemowlęcym. Przypuszcza się również, że ten właśnie ciąg nieszczęść ostatecznie zadecydował o dalszym życiu Antoniewicza.

      Otóż po śmierci ostatniego dziecka, biedna kobieta straciła zdrowie, i ostatecznie, w ostatnich dniach lipca 1839 roku, w szóstym roku ich małżeństwa, zmarła we Lwowie na gruźlicę. Po śmierci dzieci i małżonki Karol Antoniewicz postanowił zrealizować plany, które – jak sam wspominał po latach, a my nie mamy powodu, by mu nie wierzyć – snuł jeszcze z chorą żoną, że jeśli ona wyzdrowieje, ona wstąpi do Zgromadzenia Sióstr Miłosierdzia, on zaś do Towarzystwa Jezusowego. A zatem, już w miesiąc po śmierci żony, Antoniewicz zlikwidował majątek i zwrócił się z prośbą o przyjęcie do nowicjatu.

      Bezpośrednio po uzyskaniu święceń, Antoniewicz podjął pracę kaznodziejską we Lwowie i w okolicy. Nauczał religii w szkołach jezuickich, a także w domach prywatnych. W lutym 1846 r. jak wiemy, na terenach ówczesnej Galicji wybuchło jedno z najbardziej okrutnych w historii Polski chłopskich powstań. W okręgach jasielskim, sanockim, tarnowskim, bocheńskim i sądeckim uzbrojeni chłopi napadali grupami na majątki i plebanie, paląc, grabiąc i mordując mieszkańców. Wielkie talenty kaznodziejskie ojca Antoniewicza, które szczególnie być może zaznaczyły się podczas rozpoczętej przez niego krucjaty przeciwko pijaństwu, sprawiły, że już po zakończeniu powstania trafił on do grupki księży, których na prośbę gubernatora Galicji, księcia Ferdynanda d’Este, prowincjał jezuitów, ojciec Jakub Pierling, wysłał w rejony porabacyjne, aby tam głosili Słowo Boże. Rejony, należy wspomnieć, najcięższe, bo obejmujące tereny podgórskie. Swoją misję ojciec Antoniewicz rozpoczął w trzecim dniu po Wielkanocy, czyli zaledwie kilka tygodni po okrucieństwach powstania, a zakończył w październiku. Wraz z towarzyszącym mu ks. Ignacym Skrockim głosił nauki w Brzanach, następnie w Bobowej, Bruśniku, Ciężkowicach, Lipnicy, Gromniku, Wilczyskach, Podolu, Rożnowie, Korzennej, Tropiu, Staniątkach, Brzeźnicy, Nagoszynie i Wiewiórce.

      W swoich „Wspomnieniach misyjnych” pisał ojciec Antoniewicz tak:

Niemałe to zadanie, lud rozhukany i rozpasany na wszelkie zbrodnie, nawrócić do Boga, poruszyć do żalu i skruchy, nakłonić do zwrócenia podług sił i możności szkód uczynionych, a to w czasie, gdy jeszcze krew przelana się kurzyła, gdy wszelka powaga kapłańska, wszelka powaga Boska i ludzka zniszczona. Potrzeba było stanąć na tej ziemi krwią zbroczonej, patrzeć na łzy, żyć między rozpaczą i zbrodnią, i z kazalnic znieważonych kościołów gromić zbrodnie, pocieszać smutek, uspokoić rozpacz, okazać w całej wielkości i potędze sąd sprawiedliwości i miłosierdzia Boskiego”.

      Nienawiść do księży była potężna i powszechna. Ci jednak, gdy nie wpuszczano ich do kościołów, głosili nauki w opuszczonych karczmach, budynkach gospodarczych, na cmentarzach. Misje zakończyły się sukcesem, skłaniając miejscową ludność do czasem bardzo spektakularnych aktów żalu i pokuty. Chłopi gremialnie przystępowali do spowiedzi, mordercy błagali o wybaczenie win, winni sami oddawali się w ręce urzędników prosząc o sprawiedliwą karę. Po zakończeniu misji, z inicjatywy ojca Antoniewicza i ówczesnego biskupa tarnowskiego, odbyła się wielka pielgrzymka ekspiacyjna chłopów na Jasną Górę.

      Kiedy w roku 1848 to rząd austriacki wydał rozporządzenie o likwidacji
klasztorów jezuickich w Galicji, ojciec Antoniewicz wyruszył do Krakowa, a potem dalej na zachód. W roku 1851 roku, w raz z sześcioma innymi jezuitami, rozpoczął głoszenie Słowa Bożego na Górnym Śląsku. Sukces owych misji był tak wielki, że w wielu miejscowościach na Śląsku wierni zaczęli stawiać krzyże misyjne – pierwsze krzyże misyjne w historii tego regionu – a wieść o grupce jezuitów obiegła całą Polskę. Wiosną 1852 roku, arcybiskup gnieźnieńsko-poznański, zaprosił wędrujących jezuitów na Wielkopolskę.

      Ojciec Antoniewicz rozpoczął misje w kwietniu, wygłaszając kazania i spowiadając w Krobi, Krzywiniu. Kościanie i Niechorowie. Jak podają świadectwa tych co widzieli, na jego nauki przybywało niekiedy do 20 tys. wiernych. I wtedy to właśnie, późnym latem roku 1852, Wielkopolskę nawiedziła wielka epidemia cholery, otwierając w ten sposób ostatni okres życia ojca Karola Antoniewicza.

      Władze nakazały natychmiast przerwać misje, i choć w istocie rzeczy zostały one przerwane, to ojciec Antoniewicz nie opuścił ogarniętych nieszczęściem terenów, często do końca towarzysząc biednym mieszkańcom tej części Wielkopolski. Oto jak czas ten opisywał proboszcz z Kościana:

We dnie i w nocy pracują w tutejszej parafii, już to zaraz z rana o godzinie czwartej jeżdżąc do chorych, już to przed i po południu w kościele nie opuszczają konfesjonałów, już to późno w noc,czasem o godzinie pierwszej po północy odwiedzają w mieście i po wsiach chorych na cholerę. Od 10 bm. wzywano pomocy duchowej do 24 chorych dziennie, a umiera od tego czasu do 15 osób dziennie”.

      A tu zachowane świadectwo pewnego chłopa z Kiełczewa:

Wy ani połowy tego nie wiecie, co on czynił. Otóż gdy jednego dnia 13 chorych na śmierć przygotował, przyszedł odpocząć do mojej chałupy. W rozmowie nadmieniłem, iż tu znajduje się jedna rodzina opuszczona, której zapewne ani lekarz, ani ksiądz nie odwiedzi, ponieważ znajduje się w chlewie. Ks. Antoniewicz natychmiast wstał i wyszedł. Drzwi do chlewika były tak niskie, że tylko zupełnie schylonym wejść można było do niego. W środku zastał męża i żonę, leżących na gnoju w ostatnim stopniu cholery. Obok siedziało dwoje skulonych dzieci. Ks. Antoniewicz zaczął zaraz spowiadać chorych. Ale gdy żadne z nich ze słabości nie mogło się podnieść, kładł się kolejno przy każdym z nich na gnoju, żeby ich spowiedzi wysłuchać i nie opuścił ich, aż wydali ostatnie tchnienie. Teraz wyprowadził z chlewa dwoje zanieczyszczonych i brudnych dzieci. Sam je umył przy studni i poprosił mnie, abym miał o nich staranie, póki się kto z krewnych nie znajdzie”.

      I wreszcie refleksja samego ojca Antoniewicza:

Wczoraj trzynaście pogrzebów, dziś już ośmiu zmarło do południa. Dzięki niechaj będą Bogu, ani jeden nie umarł niewydysponowany. Ludu pełno w kościele do spowiedzi, a nie ma komu spowiadać, bo zaledwie siądę do konfesjonału, już wołają do chorego. O! nie wiem, jak Bogu dziękować, że nam najniegodniejszym pozwolił tu pracować”.

      Pewnego dnia, ojciec Antoniewicz komunikował pewnego bardzo już osłabionego chorobą człowieka. Człowiek ów był tak słaby, ze nie był w stanie przyjąć komunii. Po parokrotnych, nieudanych próbach, hostia wypadła mu z ust, spadła na ziemię, a ojciec Antoniewicz, nie chcąc by doszło do skalania Świętego Ciała Chrystusa, sam ją przyjął i w efekcie tego gestu sam zapadł na cholerę.

      Mimo dramatycznie pogarszającego się stanu zdrowia, do samego końca pozostał aktywny. Prowadził misje w Poznaniu, przez krótki czas znów mieszkał w Krakowie, gdzie jednak władze nakazały mu natychmiastowe opuszczenie miasta. Decyzja ta zbiegła się z informacją, o przekazaniu jezuitom dawnego klasztoru cystersów w Obrze i o wyznaczeniu go na przełożonego wspólnoty. W dniu 4 listopada przybył ojciec Antoniewicz do Obry, gdzie jeszcze w niedzielę, 7 listopada, wygłosił w miejscowym kościele kazanie do licznie zgromadzonych wiernych. Jednak stan zdrowia nie pozwolił mu już na jakikolwiek dalszy wysiłek. Wreszcie, w dniu 14 listopada 1852 roku, w obecności kilku członków rodziny zakonnej, mając zaledwie 45 lat, zakończył swoje święte życie. Pochowany został w krypcie miejscowego, wspomnianego na początku obrzańskiego kościoła. W grobie złożyli go współbracia zakonni, gdyż żadna z osób świeckich nie znalazła w sobie na tyle odwagi, by zbliżyć się do zniszczonego chorobą ciała owego dobrego księdza.

      A więc, jeśli zdarzy się nam jechać z Poznania do Nowej Soli, i miniemy już Wolsztyn, spróbujmy zatrzymać się w wiosce o nazwie Obra, wstąpmy do miejscowego kościoła i nawiedźmy grób ojca Karola Antoniewicza, jezuity. Przeczytajmy ów wiersz na płycie grobowca, napisany jak najbardziej ręką tego który tam spoczywa. A jeśli będziemy mieli szczęście, może nam się uda trafić na grupkę małych wiejskich dzieci i usłyszeć jak pięknie śpiewają kościelną pieśń „Chwalcie łąki umajone”. Jego pieśń. Pewnego księdza i poety, i – jak to już zostało powiedziane – dobrego człowieka.



 

środa, 28 kwietnia 2021

O ludziach, którzy postanowili nauczyć Jarosława Kaczyńskiego grać na gitarze

 

        Wczoraj na Twitterze przy jakiejś drobnej i nic nie znaczącej dyskusji na temat miejsca w jakim dziś znalazł się Paweł Poncyliusz, były polityk Prawa i Sprawiedliwości oraz jeden z głównych animatorów kampanii Jarosława Kaczyńskiego w wyborach prezydenckich roku 2010. Siłą rzeczy więc rozmowa z bieżących tematów przesunęła się na ów pamiętny czas, no i nieuchronnie też wróciły takie nazwiska jak, oprócz Poncyliusza, Joanna Kluzik-Rostkowska, czy Elżbieta Jakubiak, a ja, gdyby mi się chciało brać udział we wspominaniu tamtej żenady, mógłbym wymienić jeszcze wiele innych, nie mniej intersujących, nazwisk. To natomiast, co mnie zdecydowanie tam zainteresowało i w rezultacie sprowokowało do napisania dzisiejszej notki, to dylemat jaki się pojawił, czy Poncyliuszowi i reszcie owej załogi zależało na tym, by Jarosław Kaczyński został prezydentem, a oni przejęli władzę w Prawie i Sprawiedliwości, czy odwrotnie, by Jarosław Kaczyński przegrał, żeby prezydentem został Bronisław Komorowski, Kaczyński wraz z PiS-em zostali wysłani na emeryturę, oni natomiast na dopiero co powstałych gruzach zbudowali nową, bardziej nowoczesną i odpowiadającą na nowe wyzwania.

        Otóż ja, gdy zaczynamy rozmawiać o intencjach ludzi, którzy stali za porażką Jarosława Kaczyńskiego – a ja od zawsze do tej paczki zaliczałem również, a kto wie, czy nie przede wszystkim, Tomasza Sakiewicza wraz z jego polityczno-medialnym projektem – przypominam sobie  maj owego 2010 roku, kiedy to Jan Pospieszalski zaprosił mnie do swojego programu „Warto rozmawiać”, a zwłaszcza tę godzinę, czy pół, kiedy to na koszt TVP siedziałem przy kawie i ciastku w tamtejszej kawiarni, przy stoliku obok przyjaźnie gawędzili sobie, również zaproszeni do studia, Jan Hartman oraz Ludwik Dorn i w pewnym Dorn powiedział – a ja to słyszałem bardzo wyraźnie – że najlepszym rozwiązaniem byłoby to gdyby Kaczyński przegrał, jednak w sposób nie na tyle wyraźny, by doszło do upadku partii, czyli gdzieś na poziomie 30 procent. Właśnie tak Dorn powiedział: celem jest owe 30 procent, bo wszystko co wyżej będzie źle.

        Jak mówię, pamiętam tamtą rozmowę do dziś, wciąż jestem pod jej wrażeniem i jestem przekonany, że cała ówczesna kampania była zaprojektowana w taki sposób, by pozbawić Jarosława Kaczyńskiego przywództwa i jednocześnie przejąć władzę w Prawie i Sprawiedliwości. Jak dziś już wszyscy wiemy, mimo owej tak destrukcyjnej kampanii, Jarosław Kaczyński, dzięki nieprawdopodobnej więc społecznej mobilizacji i naturalnemu poparciu, osiągnął znakomity wynik – moim zdaniem faktycznie pokonując Komorowskiego – a to doprowadziło do umocnienia jego przywództwa i  ostatecznego zrzucenia na zbity pysk ze sceny tej bandy prowokatorów.

         Ktoś się zapyta, jaki jest sens wracać dziś do tamtych zdarzeń, kiedy ich głównie bohaterowie albo zniknęli kompletnie ze sceny, albo zostali do tego stopnia zmarginalizowani, że gdyby nie telewizja TVN24, pies z kulawą nogą by o nich nie pamiętał. Otóż, pomijając powód o którym wspomniałem na początku, a więc potrzebę przypomnienia jak to było z tamtymi wyborami, bardzo chciałbym – po raz nie wiadomo już który – zachęcić wszystkich do tego, by mieli oko na wszystkich, którzy próbują nas uwieść w mniej czy bardziej cwany sposób, a zwłaszcza na tak zwanych „naszych”, bo wystarczy odrobina pamięci, by sobie nagle odtworzyć te wszystkie twarze, które w swoim czasie rozbiły wrażenie tak bardzo nam bliskich, a ostatecznie potrzebowały zaledwie jednego fatalnego dnia, by sobie w głowach i sercach wszystko przestawić do góry nogami.



wtorek, 27 kwietnia 2021

Przystojny Tony, czyli o niemieckiej polityce socjalnej

 

       Przyznam szczerze, że od dłuższego już czasu, z każdym tygodniem, miesiącem, czy rokiem, coraz bardziej mam dość zajmowania się przez nas Niemcami pod kątem naszych niekończących się oczekiwań, że nadejdzie w końcu czas, gdy będziemy mogli ich zacząć traktować jako element mniej lub bardziej cywilizowanego świata. Ostatnio, wręcz już do – pardon me french – porzygania, muszę wysłuchiwać, jak cały niemal świat, a w tym najbardziej Polska apeluje do Niemców, by zechcieli łaskawie zrozumieć, że wchodzenie dziś w interesy z Rosją to błąd i kompromitacja, a ponadto postępowanie wysoce niemoralne. Gdy chodzi o mnie, to ja od Niemców od wielu już lat nie oczekuję nic, a jedyna nadzieja jaką od lat nieprzerwanie żywię, to ta, że przyjdzie czas, gdy cały ten teren się zaorze, a na świeżo utworzonej glebie zasadzi ziemniaki. Tymczasem tu i ówdzie, raz po raz, pojawiają się głosy, że trzeba ich jednak próbować cywilizować.

       Wczoraj przyszła wiadomość, że minister spraw zagranicznych Niemiec, Heiko Maas, oficjalnie stwierdził, że jakiekolwiek próby izolacji Rosji nie mają sensu i gdy chodzi o nich, to oni będą z Rosją utrzymywać dobrosąsiedzkie relacje i kropka. Jak rozumiem, w odróżnieniu od Polski. W tej sytuacji, nie pozostaje mi nic innego jak przywołać postać niejakiego Antona Mallotha. Otóż ów Malloth, urodzony w roku 1912 w Południowym Tyrolu we Włoszech, w pewnym momencie zdecydował się podjąć służbę na rzecz Trzeciej Rzeszy. Ostatecznie, po wybuchu II Wojny Światowej zainstalował się jako super nadzorca w czymś co nosiło nazwę „Kleine Festung Theresienstadt” i stanowiło  część zarządzanego przez gestapo obozu koncentracyjnego Theresienstadt w czeskim Terezínie, i tam od roku 1940 do 1945 działał on pod mroczną ksywą „Przystojny Tony”, wsławiając się tym, że osobiście zatłukł na śmierć ponad 100 osób. Po wojnie Maloth przez jakiś czas się ukrywał, następnie wyjechał do Austrii, gdzie schronił się u swoich teściów. Tam go wprawdzie wypatrzono i postawiono przed sądem, który go jednak uniewinnił, po czym Malloth wrócił do swoich Włoch, gdzie niepokojony przez nikogo od roku 1948 do 1988 korzystał z uroków życia w prześlicznej uzdrowiskowej miejscowości Merano. Wprawdzie już w pierwszych latach po wojnie Czechosłowacja wystawiła za Melothem list gończy, jednak nikogo wówczas to nigdy nie obeszło. W końcu w roku 1988 Włosi zorientowali się z kim mają do czynienia, Mallotha pozbawili obywatelstwa i odesłali Niemcom.

      I tam, proszę sobie wyobrazić, nikomu nawet do głowy nie przyszło, by Mallothowi wyrządzić jakąkolwiek krzywdę, a co ciekawsze, w tym momencie do akcji wkroczyła ukochana córka Heinricha Himmlera, Gudrun Burwitz – o której też można by powiedzieć wiele, ale nie ma tu na to miejsca – przez całe lata powojenne aż do roku 2018 nadzwyczaj hołubiona przez niemieckie państwo neo-nazistowska działaczka. Ona to, występując w imieniu dobroczynnej organizacji o nazwie Stille Hilfe, której celem była pomoc dawnym funkcjonariuszom hitlerowskiego reżimu, tuż po jego powrocie do Reichu, załatwiła Mallothowi nadzwyczaj komfortowe mieszkanie w domu starców w miasteczku Pullach – co ciekawe, postawionym na terenie przed laty należącym do Rudolfa Hessa. Pobyt Mallotha w owym domu starców, przez kolejne 12 lat był w całości finansowany z funduszy dysponowanych przez miejscową opiekę społeczną i dopiero w roku 2000, kiedy wyszło na jaw, że zdecydowana większość owego budżetu przeznaczana na zapewnianie wszelkich możliwych wygód Mallothowi, ktoś wyżej się nim zainteresował, zrobiła się z tego sprawa medialna. W dodatku ktoś nagle wspomniał imię ukochanej córki Himmlera, i w roku 2001 Malloth stanął przed sądem i został skazany na dożywocie. 55 lat po wojnie! Jak się wkrótce jednak okazało, i z tego nic nie wyszło, bo nieco ponad rok później, wtedy już 90-letni Malloth, z powodu zaawansowanej choroby nowotworowej, został zwolniony z więzienia, by zdechnąć, jak rozumiem, w łóżku, które mu kupiła Gudrun Burwitz z towarzyszami.

      A więc to są ci Niemcy, którzy przychodzą mi do głowy, gdy obserwuję owe ruchy na rzecz przybliżenia ich do świata zamieszkałego przez gatunek ludzki, zwierzęcy oraz oczywiście roślinny. I powtarzam: z mojego punktu widzenia, to jest już tylko wyłącznie miejsce nadające się do uprawy ziemniaków.

Post Scriptum: Gudrun Burwitz szczęśliwie dożyła swoich dni w Monachium, gdzie zmarła w swoim domu zaledwie trzy lata temu w wieku 88 lat, w przekonaniu że na świecie nigdy nie było lepszego człowieka od jej ojca.



niedziela, 25 kwietnia 2021

Koka i melonik, czyli polityka zagraniczna w wersji hard

Platforma Obywatelska zorganizowała wczoraj konferencję na temat polskiej polityki zagranicznej, która jej zdaniem pod rządami prawicy prowadzi Polskę ku kompletnej międzynarodowej anihilacji, a o oczywistym bezsensie owej inicjatywy świadczyć może choćby to, że, jak słyszę, uwagę na to wydarzenie zwróciły wyłącznie – w ramach swoich codziennych obowiązków – „Gazeta Wyborcza”, oraz – dla codziennego szyderstwa – telewizja publiczna. Ów brak zainteresowania wystąpieniami Radosława Sikorskiego oraz Borysa Budki był tak dojmujący, że odezwała się, wydawałoby się dawno już zmumifikowana, posłanka Śledzińska- Katarasińska i na ów brak poskarżyła się na swoim profilu na Twitterze, pisząc:

„Trudno dociec co tak naprawdę interesuje nasze media. Znakomita debata Bezpieczna Polska, pełna konkretów o wychodzeniu z dyplomatycznej izolacji i zapaści obecnych relacji międzynarodowych od UE po USA, nie doczekała się transmisji ani komentarzy. Ciekawe dlaczego. Polityka zagraniczna to działania wszystkich instytucji państwa w relacjach ze światem zewnętrznym”.

Gdy chodzi o mnie, to muszę przyznać, że wczorajszy dzień również minął mi we wspomnianej przez panią poseł nieświadomości, i dopiero pod wieczór dowiedziałem się, że wspomniana debata w ogóle miała miejsce, natomiast mogę zapewnić, że gdybym wcześniej o niej usłyszał, ze szczególnym uwzględnieniem słów o „działaniu wszystkich instytucji państwa w relacjach ze światem zewnętrznym”, swoją drogą wyjętych prosto z ust przemawiającego w jej trakcie Radosława Sikorskiego, z całą pewnością bym swoje zainteresowanie zademonstrował, choćby i na rzeczonym Twitterze. Za to dziś, zamiast zwyczajnie splunąć, chciałbym przypomnieć pewien swój dawny, bo pochodzący jeszcze z roku 2011, tekst, gdie owo współdziałanie przedstawiłem najlepiej jak potrafiłem. Zapraszam więc.

 

 

Bardzo, bardzo bardzo dawno temu, bo jeszcze w grudniu 2008 roku, prezydent Kaczyński, premier Tusk oraz minister Sikorski mieli w Brukseli wspólną konferencję prasową. Nie pamiętam już w tej chwili, z jakiej okazji ta konferencja była zorganizowana, jakie ją poprzedzały wydarzenia i jakie wydarzenia po niej nastąpiły, ale biorąc pod uwagę skład i miejsce, myślę że mogło chodzić o jakieś stosunkowo ważne dla Polski kwestie. To jednak nie ma dziś dla nas większego znaczenia. To jednak co się liczy, to z całą pewnością fakt, że oficjalnie autoryzowana atmosfera zbudowana wokół prezydentury Lecha Kaczyńskiego i samej jego osoby, stawała się pomału wystarczająco gęsta, by stopniowo otwierać już tę drogę, która ostatecznie miała doprowadzić do tego, co się ostatecznie nam zdarzyło prawie półtora roku później w Smoleńsku, a owa konferencja pokazała nam to w stopniu aż nadto wystarczającym.

A zatem było tak, że kiedy Prezydent odpowiadał na jedno z pytań, siedzący obok niego Donald Tusk w najlepsze sobie gawędził z siedzącym z kolei obok niego ministrem Sikorskim. Oto nasi politycy siedzieli przy konferencyjnym stole, na publiczności siedzieli polscy i zagraniczni dziennikarze, telewizja transmitowała tę konferencję na całą Polskę, ludzie patrzyli, Prezydent odpowiadał na pytania, a Sikorski tymczasem rozśmieszał z boku Tuska, ten wybuchał chichotem, i w odpowiedzi rozbawiał Sikorskiego. W pewnym momencie, Prezydent nie wytrzymał i PUBLICZNIE upomniał Premiera, żeby nie gadał.

Tu mała dygresja. Jestem nauczycielem i zachowanie, jakiego nam nie oszczędzili Sikorski z Tuskiem, miałem okazję obserwować wielokrotnie. Kiedy gadają małe dzieci, jakoś można to znieść. Kiedy już jednak gadają licealiści, nawet jeśli starają się robić to cicho, ich niskie głosy tak wibrują, że jest to po prostu nie do wytrzymania. Te głosy buczą, dudnią, chrypią i są zwyczajnie irytujące. Przeszkadzają. Kiedy gadał Tusk z Sikorskim, nie wiadomo było, co oni do siebie mówią, bo mówili cicho. Ale cały czas widać było ich rozbawione twarze i słychać było to niskie mruczenie, które wibrowało w ten sposób, że Prezydent w końcu przerwał i powiedział panom, żeby nie gadali. Nie umiem sobie przypomnieć, jak brzmiały jego słowa, ale on im po prostu powiedział, żeby nie gadali.

Tusk się zamknął, Sikorski zresztą podobnie, i tylko warto było widzieć minę Tuska, jego twarz, jego oczy, jak nagle – pozostawiony bez opieki swych medialnych i wizerunkowych doradców – kompletnie zbaraniał, nie wiedząc, co ma ze sobą zrobić. I oto nagle, po krótkiej chwili, kiedy Lech Kaczyński udzielał odpowiedzi na jedno z pytań, Radosław Sikorski ponownie nachylił się do Premiera i zaczął znów mu coś gadać do ucha. Tusk się roześmiał...

A ja się zacząłem zastanawiać nad następującą kwestią. Sikorski na sto procent musiał zdawać sobie sprawę z tego, że jeśli on jeszcze raz zrobi taki numer, Prezydent może się autentycznie zdenerwować. Nie mogę uwierzyć, żeby on – a nawet i premier Tusk – po prostu nie mogli się opanować i gadać musieli. Oni oczywiście potrafią wiele, ale nie przesadzajmy – ten chłopak z książki Hanny Ożogowskiej, który cierpiał na „goniosłowomatyzm”, to żart i fikcja. Ale nawet jeśli przyjmiemy, że to ani nie był żart, ani fikcja, tylko fragment autentycznych doświadczeń Ożogowskiej z dziećmi, które przewinęły się przez jej życie, u osób dorosłych tego typu zachowania mają miejsce wyłącznie w sytuacjach, kiedy ktoś jest bardzo pijany, albo – jak to się mówi w pewnych środowiskach – „urajany”. Tę możliwość, przy całej swojej elastyczności, gdy idzie osobę Sikorskiego, z góry odrzucam. Nie tym razem i nie w tym miejscu.

Jestem więc prawie pewien, że, jeśli po tym już pierwszym upomnieniu, Sikorski zdecydował ponownie się popisać, musiał to zrobić celowo. On musiał bezwzględnie wiedzieć, że to co on robi, może Lecha Kaczyńskiego wyprowadzić z równowagi. Nie wiem naturalnie, na co liczył dokładnie. Czy na to, że Prezydent po raz kolejny powie, żeby ci dwaj przestali gadać, a oni się zamkną i za chwilę spróbują raz jeszcze, czy może podniesie na nich głos i powie coś w rodzaju, że on sobie nie życzy, czy może – i to by było oczywiście najlepsze – wstanie i zacznie wrzeszczeć. Wiem natomiast, że on musiał mieć na oku coś bardzo szczególnego.

Ale mogło też być inaczej. Może być tak, że Sikorski zawsze świetnie wiedział, że Lech Kaczyński jest człowiekiem kulturalnym, eleganckim i poukładanym, i nie ma takiej możliwości, żeby stracił w jakiejkolwiek sytuacji nerwy tak, by go to mogło skompromitować. Mógł więc – jeśli jest tak jak przypuszczam – spodziewać się, że Prezydent – przez swoją delikatność – za drugim razem nic im już nie powie, tylko będzie w sobie to oburzenie przetrawiał, ukrywał je, robił dobrą minę do tej czarnej gry, i na przykład z tego wzruszenia dostanie zawału serca. I weźmie, i tak bardzo spektakularnie wykituje. I dlatego się na tę grę zdecydował.

Ktoś powie, że przesadzam. Że cokolwiek sobie myślimy o Radosławie Sikorskim, to nie jest tak, że on jest człowiekiem aż tak zepsutym. No, może i tak jest. Może i to racja. To znaczy, nie chcę tu powiedzieć, że biorę pod uwagę taką możliwość, że on jednak nie jest zepsuty, bo – moim zdaniem – jest zepsuty, jak ruska maszynka do golenia. Ja biorę natomiast pod uwagę, że on faktycznie mógł się nawciągać i go poniosło. I jeśli przyjmiemy tę opcję, to już mu właściwie mogę dać spokój. Jeśli okaże się, że tak to właśnie było, że tych dwóch tam jednak się upaliło, z tym że najwidoczniej Sikorski bardziej, to ja im nawet jestem w stanie za ten wybryk podziękować. Bo on by właściwie mógł nam pomoc znaleźć odpowiedź na wszystkie nurtujące nas pytania, które dziś – niemal trzy lata później – dręczą nas, jak nigdy wcześniej. A w końcu, o cóż innego chodzi, jak o to, by umieć zrozumieć coś, czego zrozumieć się pozornie nie da?

A zatem może być tak, że oni są ludźmi uzależnionymi od kokainy, czy innego świństwa, i to uzależnieni bardzo, bardzo mocno. Wszyscy. I Sikorski i Tusk i Kopacz i Graś i Nowak i cała ta banda. To by była jakaś odpowiedź. Ale, jak mówię – prawdziwej pewności wciąż nie mam.

Niedawno, w programie Moniki Olejnik Radek Sikorski skarżył się, że internauci brzydko o nim piszą, co niszczy jego reputację i go doprowadza do szewskiej pasji. Mam więc do niego jedno pytanie – proszę mi powiedzieć, co Pan wybiera? Crack, czy zwykłą podłość? Bo jestem przekonany, że nawet Pan, jeśli przypomni sobie tamto zachowanie, będzie musiał przyznać, że nie dał Pan nam – zwykłym, skromnym obywatelom, wylewającym swoje żale w Internecie – zbyt dużego wyboru.