poniedziałek, 18 czerwca 2018

O sztuce trzymania mordy w kuble


   
      Myślę że nie tylko ja, ale i znaczna grupa czytelników tego bloga pamięta czasy, gdy kardynał Wojtyła został ogłoszony papieżem i po pierwszych kilku latach pewnego chaosu poznawczego, bardzo już wyraźnie zaznaczył się podział na tych, którzy z jednej strony uważali, że misją Jana Pawła II jest reprezentowanie tej części Narodu, która pragnie prawdy i wolności, a z drugiej strony na tych, dla których głównym zadaniem Papieża miało być głoszenie tak zwanej „prawdy o Jezusie”. Wydaje się, że kulminacyjnym momentem owej konfrontacji, kiedy to już nikt nie mógł mieć choćby cienia wątpliwości, o co tu w tym wszystkim chodzi, był rok 1995, kiedy to papież Jan Paweł II, z okazji 50 rocznicy istnienia „Tygodnika Powszechnego” wysłał do jego naczelnego Jerzego Turowicza list, w którym uznał z konieczne napisać co następuje:
      Odzyskanie wolności zbiegło się paradoksalnie ze wzmożonym atakiem sił lewicy laickiej i ugrupowań liberalnych na Kościół, na Episkopat, a także na Papieża. Wyczułem to zwłaszcza w kontekście moich ostatnich odwiedzin w Polsce w roku 1991. Chodziło o to, ażeby zatrzeć w pamięci społeczeństwa to, czym Kościół był w życiu Narodu na przestrzeni minionych lat. Mnożyły się oskarżenia czy pomówienia o klerykalizm, o rzekomą chęć rządzenia Polską ze strony Kościoła, czy też o hamowanie emancypacji politycznej polskiego społeczeństwa. Pan daruje jeżeli powiem, iż oddziaływanie tych wpływów odczuwało się jakoś także w ‘Tygodniku Powszechnym’. W tym trudnym momencie Kościół w ‘Tygodniku’ nie znalazł, niestety, takiego wsparcia i obrony, jakiego miał poniekąd prawo oczekiwać; ‘nie czuł się dość miłowany’ – jak kiedyś powiedziałem. Dzisiaj piszę o tym z bólem, gdyż los ‘Tygodnika Powszechnego’ i jego przyszłość bardzo leżą mi na sercu”.
      I znów, myślę, że i tu wielu z nas wciąż pamięta, jaka była reakcja na te słowa adresatów tego listu, oraz ich akolitów. Kiedy już nie dało się dłużej owych słów zamilczeć, oni w najmniejszym stopniu nie poczuli się w obowiązku potraktować słowa Jana Pawła II jako napomnienia, lecz wręcz przeciwnie, uznali, że ponieważ mają do czynienia ze swoim dawnym kolegą, to co on do nich mówi, to jest takie sobie duszpasterstwo, które jeśli czegokolwiek od nich wymaga, to ewentualnie drobnych korekt na dotychczasowej ścieżce wiary. I od tego momentu było już oczywiste, że Jan Paweł II będzie  do samego końca traktowany wyłącznie jako polityczny argument, gdzie z jednej strony będzie wolność i prawda, a z drugiej Jezus Chrystus i jego nauka.
      Jak to się stało, że, mimo iż wydawało się, że kwestie naszej Wiary mamy już załatwione, temat ów wraca jak bumerang? Otóż jeden z Czytelników, jak rozumiem zanspirowany wcześniejszą dyskusją, podesłał mi link, którego głównym bohaterem jest osoba dotychczas mi kompletnie nieznana, jednak, jak się okazuje, tu i ówdzie kultowa, a mianowicie niejaki ojciec Augustyn Pelanowski. Poszukałem jego biogramu w Wikipedii i dowiaduję się, że ów Pelanowski to „paulin, długoletni ojciec duchowny w Wyższym Seminarium Duchownym Zakonu Paulinów w Krakowie na Skałce, rekolekcjonista, kaznodzieja, spowiednik, autor książek, publicysta, artysta malarz.
      […]
      Stał się znany w środowiskach chrześcijańskich dzięki uczestniczeniu w nawróceniach znanych polskich muzyków rockowych, m.in. Tomasza Budzyńskiego (Armia, 2Tm2,3), Darka Malejonka (Armia, Houk, 2Tm2,3), Piotra „Stopy” Żyżelewicza (Armia, Voo-Voo) i Grzegorza „Dzikiego” Wacława, związanego z warszawskim środowiskiem anarchistycznym. Użyczył swojego głosu na pierwszej płycie zespołu 2Tm2,3 – Przyjdź, w piosence Getsemani. Wystąpił w filmie Programu Poświęconego Frondy Dzyń (1994) według scenariusza Tomasza Budzyńskiego i Andrzeja Wasilewskiego. Jego rysunki zostały wykorzystane w booklecie płyty Houk Generation X (1995)”.
      Zainteresowałem się więc osobą owego wybitnego duchownego i oprócz tego, że to jest w istocie rzeczy postać dla tak zwanych „środowisk radykalnych” prawdziwie kultowa, dowiedziałem się również tego, że  on parę miesięcy temu w którymś z publicznych wystąpień powiedział co następuje:
      – Czasem ktoś mnie pyta, jak to teraz zrozumieć w związku z tymi wszystkimi niejasnościami jakie pojawiają się w Kościele, kogo tu słuchać? Proste: zejdź mi z oczu szatanie. Inaczej mówiąc: dopóki mówisz Piotrze prawdę o Mnie – jesteś Kefasem, papieżem, ale gdy kłamiesz o mnie, gdy manipulujesz moją Prawdą, to jesteś pod wpływem szatana, a szatana się nie słucha tylko egzorcyzmuje. Pan Jezus nie odrzucił Piotra. Wyegzorcyzmował go i Piotr zgodził się z Prawdą, spokorniał i poprawił się, przyjął korektę, Correctio fraterna”.
       I dalej:
       Nauczanie papieża jest bezbłędne jedynie wtedy, gdy jest zgodne z nauczaniem Jezusa”.
       I proszę sobie wyobrazić, że to co na mnie zrobiło największe wrażenie, to nawet nie to, że ów ksiądz w sposób niemal jednoznaczny sugeruje, że papieza Franciszka należy egzorcyzmować, ale to, że jako podstawowy argument przeciwko jego nauczaniu używa owego śmierdzącego już wręcz trupem tekstu: „Zadaniem Kościoła jest głoszenie Słowa Bożego, a wszystko co ponad to, to polityka”.
        Jak się dowiaduję, po tej, i jak się domyślam, również innych jego wypowiedziach, bo trzeba nam wiedzieć, że ojciec Pelanowski mówić bardzo lubi, kierownictwo zakonu paulinów przeniosło go w bardziej odpowiednie dla niego miejsce i objęło go nakazem powstrzymania się od owych popisów. W jednej chwili oczywiście w środowisku fanów Pelanowskiego podniósł się odpowiedni rwetes, któremu towarzyszył apel o zwieranie szeregów w obronie owego świętego męża przed agresją ze strony watykańskiej reakcji. I oto, proszę sobie wyobrazić, że w tym momencie Kościół, zamiast zacząć się tłumaczyć, wyjaśniać i prosić o zrozumienie, głosem wszystkich zainteresowanych osób, ogłosił, że mu nie jest nic wiadomo o tym, by ojciec Pelanowski został jakoś szczególnie ukarany, no i żeby w ogóle działo się coś szczególnego. Co ciekawe, nawet sam Pelanowski położył uszy po sobie, odmówił jakichkolwiek komentarzy, a sprawa została ostatecznie zamknięta i pozostawiona nic nie znaczącym plotkom.
       Jedyne co po tym krótkim zamieszaniu pozostało, to wciąż krążące gdzieś w czeluściach Internetu, opublikowane przez samego Pelanowskiego widzenie, w którym sam Jezus ogłosił mu co następuje:
       Czy wasz prezydent nie nazwał mnie królem? To czemuż się lęka i uśmiecha do władców tego świata? Powinien płakać przede Mną, a wysłucham go, a nie uśmiechać się do władców zaprzedanych kłamstwu. Nie musi nikomu się podobać, tylko Mnie, a wzmocnię wasz kraj i wywyższę! Ja swoją Krwią wybielam wszystko. Dałem wam dwa znaki, i inne, lecz dlaczego nie rozumiecie, po co uczyniłem te cuda eucharystyczne?
      Ktoś powie, że głupia sprawa i że dobrze by było to wszystko jakoś skomentować, no bo my chyba, jako wierny lud, mamy prawo do informacji. Otóż nie. My wszelkie informacje, jakich potrzebujemy, znajdziemy w Katechizmie Kościoła Katolickiego. A w związku z tym, nie będzie żadnego komentarza, poza tym jednym: to jest Skała, której bramy piekielne nie przemogą, a nam nic do tego, poza gorliwą modlitwą za grzechy nasze i tego świata. Zwłaszcza nasze.

Przypominam, że mam tu u siebie paręnaście egzemplarzy mojej książki „Rock and roll, czyli podwójny nokaut”. Polecam serdecznie. Kontakt, gdyby ktoś nie znał: k.osiejuk@gmail.com. 

niedziela, 17 czerwca 2018

Dlaczego nie należy krytykować ministranta


      Wczoraj w pewnym momecie żona moja znalazła gdzieś w Sieci informację, że papież Franciszek, podczas spotkania z czymś co nosi nazwę Forum Włoskich Rodzin, powiedział co następuje:
      W zeszłym stuleciu cały świat był zgorszony tym, co robili naziści, by doprowadzić do czystości rasy. Dzisiaj robimy to samo, ale w białych rękawiczkach”.
      Całości wystąpienia Papieża nie znamy, natomiast z powiajających się tu i ówdzie informacji, dowiadujemy się, że w swoim wystąpieniu użył on takich słów, jak „moda”, „zwyczaj”, „dzieciobójstwo”, „zabijanie niewinnego”, czy wreszcie „spokojne życie”.
       Niektórym z nas mogłoby się wydawać, że największe wrażenie robi tu owo porównanie owej „mody” do nazistowskiej koncepcji czystej rasy, ale moim zdaniem jest tu jeszcze coś, na co warto nam zwrócić uwagę w sposób szczególny. Otóż, jeśli spróbujemy poszukać w Internecie informacji na temat owego wystapienia, znajdziemy zaledwie parę miejsc, gdzie słowa Franciszka są w ogóle wspomniane. Co równie ciekawe, owej informacji nie towarzyszy jakikolwiek komentarz, tak, jakby nie dość, że słowa Franciszka uznano za zbyt niebezpieczne, ale też za zbyt ryzykowne uznano opisanie ich choćby krótkim komentarzem.
       A przecież nie jest tak, że to co powiedział Franciszek było jakoś szczególnie szokujące. Owszem, aborcji do Holocaustu nie przyrównał chyba żaden z poprzednich papieży, natomiast to że aborcja to nazizm w stanie czystym słyszymy choćby na tak zwanych „Marszach za Życiem”, czy w wypowiedziach bardziej radykalnych antyaborcyjnych działaczy. Za każdym razem zresztą spotykają się owe oceny z natychmiastową, i najczęściej nadzwyczaj gwałtowną reakcją środowisk lewicowych. Tu z jakiegoś przedziwnego powodu, papież Franciszek został oszczędzony.
      I niech nam się tylko nie wydaje, że liberalne media nie są zainteresowane nauczaniem Franciszka. Jest wręcz odwrotnie: one owym nauczanie są zainteresowane tak, jak nie były zainteresowane nauczaniem któregokolwiek z jego poprzedników. Jednak one są bardzo uważne nie wtedy gdy Papież potępia współczesny świat, ale wtedy, gdy głosi zbawienie tym wszystkim, którzy owo zabawienie proszą. Kiedy wszystkim skruszonym i proszącym o Boże miłosierdzie grzesznikom Papież o owym miłosierdziu opowiada, media nie przepuszczą żadnej okazji, by o tym wspomnieć… no dobrze, może zapomną o modlitwie, czy żalu za grzechy, czy wreszcie o podstawowym pragnieniu Boga, ale o tolerancji i zrozumieniu wspomną z całą pewnością. Tym razem, podobnie zresztą jak jeszcze przed laty, kiedy to Franciszek bardzo dobitnie nas poinformował, że „kto się nie modli do Boga ten się modli do Szatana”, nagle się okazało, że jednak nie wszystkie słowa Papieża kwalifikują się do popularnego rozpowszechniania.
      Franciszek to papież, który głosi przede wszystkim Boże miłosierdzie dla każdego, kto owego miłosierdzia pragnie. Tylko tyle, ale i aż tyle. Wydawałoby się, że sytuacja jest tak czysta, jak owe papieskie szaty. Tymczasem popularna kultura liberalna postanowiła po pierwsze wtłaczać nam do głów wiadomość o bezwarunkowym przebaczeniu, głównie zresztą dla jej najbardziej radykalnych przedstawicieli, a po drugie, możliwie jak najstaranniej zamilczać wszystko to, co Papież przedstawia nam jako nasz absolutny obowiązek, czyli pragnienie Boga. I, jak wiele na to wskazuje, owa metoda sprawdza się znakomicie. Wystarczy chocby wpaść na blogi.
      Jestem pewien, że ci z nas, którzy obserwują dyskusję, jaka ostatnio przetoczyła się przez portal szkolanawigatorow.pl, domyślają się, skąd się dziś wziął ten temat. Chodzi mianowicie o tekst, który – być może wbrew zamierzeniom swojego autora, naszego kolegi Rotmeistera – sprowokował bardzo mocny atak na Kościół papieża Franciszka. Nieco być może zaniepokojony reakcją czytelników, Rotmeister napisał kolejny tekst, w którym zadał pytanie, czy wolno krytykować papieża, czy może jego już nie. W trakcie kolejnej dyskusji pojawiło się nawet pojęcie, którego osobiście wcześniej nie znałem, a mianowicie niejakiej „papolatrii”. Ja osobiście oczywiście chętnie bym na owo pytanie, czy wolno krytykować papieża, odpowiedział pod wspomnianą notką, ponieważ jednak Rotmeister, zapewne w głębokim przekonaniu, że jego racje są tak słuszne, że on poważnej dyskusji nie potrzebuje, zablokował mi możliwość komentowania, pozwolę sobie tu u siebie na coś, o czym wcześniej właściwie wspominać nie zamierzałem. Otóż mamy tu na Śląsku naszego ordynariusza, arcybiskupa Wiktora Skowrca, o którym, choć go osobiście bardzo nie lubię, chyba tu dotychczas nie wspominałem. Dlaczego byłem tak dyskretny? Z dwóch mianowicie powodów. Otóż przede wszystkim moje podstawowe do niego pretensje nie są aż tak moim zdaniem ważne, by się tu z nimi wychylać. Nie sądzę bowiem, że publiczne występowanie z tym, co ja sądzę o Skworcu może w jakikolwiek sposób poprawić kondycję Kościoła, a na Kościele zależy mi znacznie bardziej, niż na Skworcu. Jest jednak jeszcze coś, co ja znam, a o czym nie napiszę, bo gdybym o tym napisał, to moje refleksję nie dość, że by Kościołowi nie pomogły, to jeszczcze by mu zaszkodziły. I niech wszyscy, szalenie jak rozumiem, pobożni czytelnicy nie myślą, że tu chodzi o jakieś pikantne historie związane z życiem czy posługą abp. Skworca. O, nie! O tym akurat ani nie mam żadnych pewnych informacji, ani owe informacje nie wydają mi się szczególnie interesujące. Chodzi wyłącznie o pewne jego wystąpienie, a dokładnie o jedno z owego wystąpienia zdanie. Tylko tyle.
      No i teraz mam uwagę końcową. Czy chodzi może o to, że mi nie wolno zacytować tego jednego, krótkiego zdania, bo w ten sposób zgrzeszę? Nie. Nic tego typu nie stoi na przeszkodzie, bym się tu teraz odpowiednio rozpisał. Problem natomiast jest w tym, że ja nie widzę żadnego powodu, by karmić tych, którzy nie marzą o niczym innym jak o tym, by kiedy oni będą wchodzić do Nieba, obok nich nie znalazł się nikt, kogo oni z jakiegokolwiek powodu nie lubią. A aby owo marzenie się zrealizowało, oni wiedzą, że najpierw trzeba zburzyć tę Skałę, a na niej postawić nową, lepszą. I to jest moja odpowiedź na pytanie – i tu pozwolę sobie na maksymalne obniżenie poziomu – czy wolno publicznie krytykować ministranta. Nie. Bo TenKtóryNiePrzepuszczaŻadnejOkazji tylko na to czeka. 


Jak już wspomniałem wczoraj, w tym tygodniu, a kto wie, czy nie jeszcze dłużej, sprzedajemy moją książkę o muzyce i tak naprawdę wcale nie o muzyce. Chęć zakupu proszę zgłaszać pod adresem k.osiejuk@gmail.com, a ja obiecuję, że dedykacja będzie w cenie.

sobota, 16 czerwca 2018

O myszach i prezesie


Dziś, z prawdziwą przyjemnością, zapraszam wszystkich do czytania mojego najnowszego felietonu z „Warszawskiej Gazety”. Nie uwierzycie, ale tym razem o prezesie Kaczyńskim. I myszach.


     Ledwo prezes Jarosław Kaczyński opuścił szpital, na trybunach zajmowanych przez obie polityczne frakcje doszło do ciekawej konfrontacji. Otóż z jednej strony, usłyszeliśmy jęk zawodu, że oto zostały ostatecznie ucięte rozpowszechniane przez część mediów plotki, że Prezes cierpi na raka trzustki, z drugiej natomiast strony – pomijając naturalną radość z tego powodu, że może wreszcie ktoś to całe, chyba ostatnio za bardzo rozpuszczone, towarzystwo weźmie za twarz i zrobi z nim porządek – do sympatyków Dobrej Zmiany dotarła informacja ciekawa i budząca nadzieję, że owa zmiana ma szansę stać się zmianą jeszcze lepszą. A wszystko dzięki temu, że prezes Kaczyński miał wreszcie okazję, by spokojnie i w miarę dogłębnie przestudiować sobie ofertę nadzorowanej przez Jacka Kurskiego telewizji, ze szczególnym uwzględnieniem stacji TVP Info.
     Oczywiście, wszystko co na ten temat słyszymy, to zaledwie pogłoski, w dodatku rozpowszechniane przez te same media, które tak niedawno ekscytowały swoich odbiorców wspomnianym wcześniej rakiem trzustki, więc należałoby nam tutaj zachować pewną wstrzemięźliwość. Jednocześnie jednak owa plotka brzmi tak sensownie, a przez to wiarygodnie, że nie widzę powodu, by jej nie brać bardzo poważnie pod uwagę. Rzecz w tym, że skutkiem pewnych dość niefortunnych zdarzeń, miałem ostatnio okazję obserwować z bliska życie szpitalne, a przy tej okazji rolę, jaką w owym życiu odgrywa umieszczony w sali telewizor. Oczywiście jest bardzo możliwe, że specjalnie z myślą o specjalnym gościu, dyrekcja szpitala zainstalowała Prezesowi pełną satelitarną obsługę, włącznie z takimi stacjami jak TVN24, czy Polsat News, jednak równie chętnie zakładam, że tam, podobnie jak ma to miejsce we wszystkich w Polsce szpitalach, jest zachowany standard, a więc podstawową ofertę stanowi TVP oraz jakaś drobnica, co w wypadku pana prezesa musiałoby głównie oznaczać TVP Info właśnie. A skoro tak, to on faktycznie mógł doznać bardzo cieżkiego wstrząsu poznawczego.
       Proszę sobie wyobrazić sytuację kogoś takiego jak Jarosław Kaczyński, a więc człowieka nie dość że inteligentnego, wrażliwego, no a przede wszystkim jednak bardzo, ale to bardzo konkretnego, który zamiast swojego ulubionego rodeo, dzień w dzień musi oglądać występy Michała Rachonia, Cezarego Gmyza, Wojciecha Cejrowskiego, z Basią Piela i jej „nowoczesnym socrealizmem”. Leży biedny Prezes w szpitalnym łóźku, kolano boli go jak jasna cholera, spoza szpitala słyszy odgłosy harcujących myszy, a w telewizorze zabawa wre na całego. A jakby tego było mało, co chwilę na ekranie pojawia się sam prezes Kurski i pieprzy coś na temat szczęścia, jakiego polskie społeczeństwo własnie doświadcza dzięki piosenkom Maryli Rodowicz i boskiej stopie Roberta Lewandowskiego, a wszystko w najnowoczesniejszym telewizyjnym przekazie w systemie 4K.
       No dobra. Przepraszam. Może być tak akurat, że Jarosław Kaczyński ma słabość do Maryli Rodowicz, nawet w jej współczesnej odsłonie, i tu mógł się nawet figlarnie uśmiechnąć. Tak czy inaczej, myślę, że możemy spokojnie czekać na wykopki. Czas najwyższy.

Wczoraj byłem we Wrocławiu posłuchać Coryllusa, jak opowiada o rzeczach, na których się nie znam, i które mnie kompletnie nie interesują i wróciłem zachwycony. Przy okazji przewiozłem paręnaście egzemplarzy swojej książki o muzyce. W związku z tym, zachęcam każdego – szczególnie tych, którzy muzyką się nie interesują i na muzyce się nie znają – do kontaktu pod adresem k.osiejuk@gmail.com. To jest zaledwie 25 zł plus 10 zł za przesyłkę, a satysfakcja plus dedykacja gwarantowane.
    

piątek, 15 czerwca 2018

Marvin Heemeyer, czyli raz jeszcze o zmartwychwstaniu


Pamiętam, jak kiedyś ktoś mi opowiedział taką oto historię o tym, jak to podczas uroczystego nabożeństwa wielkanocnego pewien ksiądz, gdzieś, zapewnie w jakiejś dziurze na peryferiach Polski, wszedł na ambonę i wygłosił kazanie o następującej treści: „Chrystus zmartwychwstał, ale wy w to i tak nie wierzycie”. I zszedł. Koniec. Tyle. W tej sytuacji, oraz w obliczu tego, co, jak widzę, dzieje się wokół mnie, nie pozostaje mi nic innego jak zamknąć ten trzydniowy cyklwspomnień  jeszcze jednym tekstem z mojej książki o paleniu diabła. Zachęcam serdecznie.



      Jeśli przyjmiemy, że 5 lat to szmat czasu, mogę chyba powiedzieć, że dość niedawno, dzieląc się refleksjami na temat jednego z moich ulubionych filmów, a mianowicie „Trzech dni Kondora”, wspomniałem jego finałową scenę, kiedy to biedny Robert Redford wygraża się, jak to on o wszystkim poinformuje „New York Timesa”, „New York Times” wszystko opisze, świat się dowie  i źli ludzie zostaną ukarani, na co jego rozmówca odpowiada mu: „A co, jeśli nie napiszą?” I, jak mówię, biedny, Robert Redford kamienieje, i tak film ów się kończy.
      O co chodzi? Otóż chodzi o to, co zawsze. Że w obliczu potęgi Systemu, jego ukrytej natury i nieznanego nam choćby kształtu, musimy zawsze zakładać, że w pewnych szczególnych sytuacjach nie mamy zwyczajnie szans. I tego stanu nie zmieni ani twarde prawo, ani wolne media, ani nawet tak zwana pięść ludu. Gdy stawka jest naprawdę wysoka, System robi, co chce.
      Jeszcze bardziej niedawno mieliśmy okazję zaobserwować, w jaki sposób owa kontrola Systemu działa w wersji turbo, na przykładzie wielkiej katastrofy budowlanej, jaka miała miejsce w Bangladeszu, i w wyniku której śmierć poniosło ponad 1000 osób. Niektórzy z nas pewnie jeszcze wszystko dobrze pamiętają, część z całą pewnością – zgodnie zresztą z oryginalnym planem – o niczym zwyczajnie nie słyszała, część, nawet jeśli coś tam kiedyś usłyszała, nie zwróciła na to uwagi i dziś nawet nie pamięta, że cokolwiek się wydarzyło, ale to się naprawdę zdarzyło. W Bangladeszu runął ośmiopiętrowy budynek, w którym na zamówienie największych światowych sieci odzieżowych szyto ubrania dla mnie i dla Ciebie i, jak mówię, w wyniku owego nieszczęścia zginęło ponad tysiąc osób. Rzecz jednak nie tyle w samej tragedii i w żniwie, jakie zebrała, ale w tym, że przez kilkanaście następnych dni, światowe media zastosowały wobec tego, co się stało, niemal pełną blokadę informacyjną. O ile się nie mylę, u nas w Polsce, zaczęto o tym pisać dopiero po tym, jak ja zamieściłem na swoim blogu odpowiedni tekst i w ślad po nim o sprawie poinformowała „Gazeta Polska Codziennie”. Mniej więcej tydzień po zdarzeniu.
     Dlaczego w sytuacji, gdy światowe media potrafią zrobić sensację z najbardziej trywialnych wypadków, polegających na tym, że gdzieś ktoś został zasypany kupą piasku, wpadł do studni, czy został zastrzelony przez jakiegoś wariata, o tym, że ponad 1000 osób zginęło podczas niewolniczej pracy na rzecz wielkiego międzynarodowego przemysłu, myśmy mieli się nie dowiedzieć nigdy, lub dowiedzieć się maksymalnie bezrefleksyjnie? Otóż poszło o to, że wspomniana katastrofa była czymś tak strasznym, tak głęboko porażającym, tak wreszcie pełnym znaczeń, że gdyby w tej sprawie została sprowokowana powszechna debata, System poniósłby bardzo poważne szkody. Pisałem o tym w odpowiednim momencie, dziś powtarzać się już nie mam nawet siły, ale tak to właśnie wygląda. Gdyby sposób, w jaki doszło do śmierci tych ludzi, został poddany gruntownej debacie, System by się mógł z tego zwyczajnie nie pozbierać.
       Bangladesz jest trzecim największym eksporterem taniej odzieży dla światowego przemysłu. Nie wiem, kto jest pierwszym i drugim. Może Indie, może Chiny, może jeszcze ktoś, ale Bangladesz jest trzeci. Dzięki praktycznie niewolniczej pracy tamtejszych kobiet i mężczyzn, cały świat chodzi odziany i wystrojony wedle uznania, wedle potrzeby i wedle swoich finansowych możliwości. I to jest podstawa Systemu. I jej zmieniać nie wolno. Tak ma być i tak będzie. A jeśli kiedyś przyjdzie nam o tym porozmawiać, to z całą pewnością powodem do tej rozmowy nie będzie to, że gdzieś zginęło 1000 osób. Uważam, że katastrofa w Bangladeszu pokazała nam tę prawdę w sposób wręcz modelowy.
        I oto wczoraj trafiłem na informację, że w roku 2004, a więc zaledwie 11 lat temu w miejscowości Granby w stanie Colorado pewien drobny przedsiębiorca nazwiskiem Marvin Heemeyer, właściciel zakładu produkującego i instalującego tłumiki do samochodów, w reakcji na plany władz swojego miasta wybudowania cementowni, której lokalizacja odcięłaby jego zakład od świata, a tym samym doprowadziła go do ruiny, a przede wszystkim ze względu na odmowę jakichkolwiek negocjacji, połączoną z systemową wręcz przeciwko niemu agresją, przy pomocy specjalnie zaprojektowanego i odpowiednio wyposażonego buldożera, zrównał z ziemią pół miasta, a następnie popełnił samobójstwo.
      Kto chce, może oczywiście sobie zajrzeć do Wikipedii i tam o wszystkim poczytać, ale trochę na wszelki wypadek, gdyby się komuś może nie chciało szukać, a trochę z potrzeby serca – właśnie tak! – przytaczam istotne fragmenty:
      „Kiedy kolejne petycje do władz, mediów i lokalnej społeczności nie dały żadnych rezultatów, Heemeyer poddał się, dzierżawiąc grunt firmie wywożącej śmieci. Umowa zakładała, że miałby on sześć miesięcy na wyprowadzenie się z posesji. Jak się później okazało, okres ten wykorzystał na ulepszenie swojego buldożera, osłaniając go miejscami ponad 30 centymetrami stali i betonu, instalując kamery zapewniające widoczność otoczenia w każdym kierunku, a w końcu konstruując klimatyzację i inne systemy pozwalające na komfortowe przebywanie wewnątrz przez wiele godzin.
        4 czerwca 2004, konstruktor zasiadł za sterami buldożera, wyjeżdżając przez ścianę swego dawnego warsztatu, a następnie zrównując z ziemią fabrykę cementu i wyruszając w miasto. W ciągu kilkugodzinnej wyprawy Heemeyer zniszczył doszczętnie budynek ratusza, siedzibę lokalnej gazety, dom burmistrza, i wiele innych budynków publicznych powiązanych z osobami, które były zaangażowane w spór. Łącznie w gruzach legło 13 budynków. To, że nikt nie został ranny, niektórzy świadkowie przypisywali precyzyjnej kalkulacji działań Heemeyera.
       Podczas powolnego i nieubłaganego pochodu pojazdu, policja i oddziały SWAT próbowały powstrzymać maszynę, ale zarówno ogień z broni długiej, jak i granaty nie miały żadnego wpływu na pojazd, i ostatecznie, po oddaniu ponad 200 strzałów (w tym amunicji przeciwpancernej), siły porządkowe musiały po prostu bezsilnie obserwować wydarzenia.
      Buldożer był uzbrojony w karabin Barrett M82karabin Ruger AC556pistolet Kel-Tec P11 i rewolwer magnum, ale Heemeyer użył ich tylko do celów obronnych. Gdy policjanci zorientowali się, że strzela ponad ich głowami, na początku sądzili, że po prostu słabo strzela, kiedy jednak później weszli do buldożera i zobaczyli uzbrojenie i kamery, uświadomili sobie, że gdyby Heemeyer chciał, mógłby pozabijać wszystkich z łatwością. Wszystko wskazuje więc na to, że jedynym celem Heemeyera była destrukcja budynków, a nie krzywdzenie ludzi.
      Heemeyer dwukrotnie zmierzył się z innymi maszynami. Gdy zaatakował cementownię, Code Docheff – właściciel zakładu – wsiadł do ładowarki i próbował trafić w silnik buldożera, a następnie zerwać gąsienicę. Marvin oddał najpierw kilka strzałów ostrzegawczych w powietrze, potem w łyżkę ładowarki, a potem zepchnął ją na bok. Docheff uciekł, słysząc strzały. Później, gdy buldożer znajdował się na terenie Independent Gas Co., władze wysłały w jego kierunku dwie zgarniarki. Jedna z nich zablokowała mu wyjazd, tak aby policja mogła oddać strzał z ciężkiej broni. Heemeyer zawrócił i próbował wyjechać z zakładu inną drogą, a potem po stoku znajdującym się wzdłuż drogi. Kiedy mu się to nie udało, ruszył w stronę zgarniarki. Pomimo, że kierowca z całych sił próbował go zatrzymać, Marvin zepchnął go na bok i odjechał. Kilka minut później zgarniarka zablokowała Heemeyerowi drogę wstecz podczas burzenia sklepu Gambles. Heemeyer ruszył przed siebie, niszcząc kompletnie ścianę budynku. Ostatecznie do akcji wkroczył inny buldożer, Caterpillar D9, ale wówczas było już po wszystkim.
      Gdy po pewnym czasie w pojeździe zawiodła chłodnica, a jedna z gąsienic zapadła się w piwnicy sklepu Gambles, pilot buldożera sięgnął po pistolet i popełnił samobójstwo. Zarówno pozostawione przez niego nagrania, jak i sposób budowy włazu, wskazują, że nigdy nie zamierzał opuścić buldożera – właz został skonstruowany tak, by jego ponowne otwarcie graniczyło z niemożliwością. Według niektórych źródeł Heemeyer zaspawał się w środku, choć wcale nie musiał tego robić – sama pokrywa ważyła 910 kilogramów i była dobrze wpasowana w pancerz, poza tym Heemeyer zalał ją olejem, by trudniej było ją chwycić, co odkryli policjanci próbujący dostać się do kabiny.
      Ponieważ obawiano się (bezpodstawnie, jak się okazało), że buldożer może być zaminowany, przewieziono go z dala od miasta i dopiero tam przystąpiono do prób otwarcia kabiny. Dopiero około 2 w nocy policjanci z pomocą palnika wycięli dziurę w miejscu, gdzie zainstalowana była kamera i weszli do środka. Wówczas z pomocą dźwigu wydobyto ciało Heemeyera.
      […]
      Straty spowodowane przez Heemeyera oszacowano na ponad 7 milionów dolarów. Mimo potępienia ze strony lokalnych władz i mediów, dla wielu osób, stał się ludowym bohaterem i symbolem sprzeciwu wobec władzy. Powstało wiele witryn gloryfikujących jego działania. […]
      Urzędnicy miejscy ogłosili 19 kwietnia 2005, że [buldożer] zostanie rozebrany i zezłomowany. Części zostaną rozwiezione po wielu złomowiskach by zniechęcić zwolenników Heemeyera do zbierania pamiątek”.
      Oczywiście ja biorę pod uwagę taką możliwość, że ktoś w tym momencie zakrzyknie: „To ty o tym Heemeyerze nie słyszałeś??? Nie słyszałeś o jego wypasionym Killdozerze?” Biorę to pod uwagę, ale jeszcze bardziej jestem pewien, że nic się takiego nie stanie. Gdyby bowiem ta sprawa była w owym 2004 roku choć minimalnie nagłośniona, ja akurat bym o tym usłyszał, i raczej bym tak łatwo tego nie zapomniał. Ale jest jeszcze coś. Gdyby bowiem o tym, co się stało w miejscowości Granby w Stanach Zjednoczonych w roku 2004 wolno nam było wiedzieć i szeroko dyskutować, autor notki w Wikipedii zamiast pisać o „witrynach” upamiętniających ów akt szaleństwa człowieka zaatakowanego przez System, z całą pewnością podałby nam całą listę tytułów książek i filmów opowiadających o tamtym i strasznym i tak fantastycznie pięknym piątku, a nazwisko Heemeyer byłoby znane na całym świecie, tak jak jakiś nie przymierzając, Rambo, czy choćby i Guy Fawkes, a więc postaci, które nie przestraszą nawet lokalnego chuligana, a co dopiero jakiegoś urzędnika.
       No ale my o Heemeyerze nie wiemy nic, a ja chętnie – jeśli wciąż komuś trzeba to wyjaśniać – opowiem dlaczego. Otóż o nim nam wiedzieć nie wolno. O nim nam nie wolno wiedzieć, nie wolno nam o nim dyskutować, a co najważniejsze, nie wolno nam próbować czynić z niego wzoru do jakichkolwiek rozmyślań. O Heemeyerze nam nie wolno mieć jakiejkolwiek głębszej wiedzy, która mogłaby być dla nas źródłem jakichkolwiek refleksji i nastrojów, podobnie jak nie wolno nam było usłyszeć o wspomnianym wcześniej nieszczęściu w Bangladeszu. To jest coś tak oczywistego, że aż głupio o tym mówić.
       Wspomniałem Guya Fawkesa. Dziś już mało kto wie, kim był Guy Fawkes, jednak my, ludzie jeszcze z tamtych lat, to wiemy, bo nas o nim uczono w liceum, więc opowiem. Guy Fawkes był katolikiem, a jednocześnie człowiekiem tradycyjnie uważanym za przywódcę grupy spiskowców, którzy wymyślili sobie, że w noc z 4 na 5 listopada 1605 roku wysadzą w powietrze budynek londyńskiego parlamentu, kiedy król i wszyscy ministrowie będą obradować. Do ostatecznego rozwiązania jednak nie doszło. Guy Fawkes i jego przyjaciele zostali pojmani, natomiast sam Fawkes uniknął najbardziej okrutnej śmierci tylko dlatego, że wcześniej sprytnie zeskoczył z szafotu i skręcił sobie kark, natomiast to co nas dziś interesuje, to to, co z tego dla nas zostało? Otóż rok w rok, każdego 5 listopada, cała Anglia świętuje tak zwany „Guy Fawkes Day”, gdzie Anglicy się bawią, śpiewają piosenki i strzelają petardami. Co ciekawe, doroczne obchody nie mają upamiętnić momentu, gdy to biedny Fawkes rzucił się z szafotu na łeb na szyję, ale tę właśnie noc, kiedy to ów brytyjski parlament miał wylecieć w powietrze, a nie wyleciał. Tak to właśnie System pokazał, jak można sobie poradzić z kłopotliwą historią. Można ją albo zlekceważyć, albo zamienić w zabawę.
      I ja sobie myślę, że jednak ci Anglicy mają w sobie coś wyjątkowego, czego nie mamy ani my, ani nawet tacy Amerykanie. Gdyby ci Amerykanie byli tak sprytni, to by dzień 11 września uczynili świętem narodowym, a my, ich śladem, organizowalibyśmy festyny dajmy na to każdego 10 kwietnia.
     No i jeszcze jedna, już na sam koniec, refleksja. Podczas niedawnych dyskusji tu na blogach, pojawił się nagle wielki, klasyczny dziś już zespół Sex Pistols i cały kontekst jego debiutu i kariery. Otóż jest tak, że dziś wciąż bardzo aktywnie działa wokalista zespołu John Lydon, i to działa tak, że w pewnym sensie nie ma konkurencji. Proszę sobie wyobrazić, że ile razy zespół gra swój utwór „Warrior”, John Lydon wygłasza odpowiednią laudację na cześć Guya Fawkesa właśnie. I o to właśnie chodzi. O Fawkesie on może gadać, co mu ślina na język przyniesie. Niechby jednak tylko zaczął coś pleść o Marvinie Heemeyerze, to by zobaczył, jak to wszystko działa.



Ktoś się być może zapyta, co ta historia ma wspólnego ze zmartwychwstaniem. Otóż nie ma nic bardziej żałosnego, niż tłumaczenie dowcipów. Książki jak zawsze są do nabycia w księgarni pod adresem www.basnjakniedziwedz.pl. A jeśli ktoś ma ochotę na specjalne potraktowanie, zapraszam do kontaktu pod adresem mailowym k.osiejuk@gmail.com, a ja natychmiast wyślę mu wybrany tytuł z osobistą dedykacją.

czwartek, 14 czerwca 2018

Zed's dead, baby. Zed's dead.


      Wczoraj i przedwczoraj, na naszym, jak by nie było, portalu www.szkolanawigatorow.pl przetoczyła się nadzwyczaj emocjonalna debata na temat, jakże inaczej, adhortacji papieża Franciszka „Amoris Laetitia”, którą to debatę zdominowało, jak się należało spodziewać, coś co osobiście lubię określać mianem „pysznej pobożności”. Debata była długa, brało w niej udział stosunkowo wielu komentatorów, kto wie, czy nie z dziesięciu, a jej główny przekaz był jeden: wieczne potępienie rozwodnikom. Nawet nie papieżowi Franciszkowi, ale tym krwiopijcom – rozwodnikom.
      Nie będę oczywiście wymieniał konkretnych nazwisk, czy choćby i nicków, ale tu przez ten blog, przewinęło się przez minione 10 lat więcej ludzi, którym zdarzyło się po rozwodzie założyć nowe rodziny, a którzy po tej kolejnej próbie prowadzą szczęśliwie życie, o jakim wielu z nas nawet nie jest w stanie marzyć, niż miałem okazję spotkać przez te wszystkie lata, które mam za sobą. Znam ich osobiście, bardzo ich szanuję, mocno ubolewam, że przez ten jeden błąd, jaki zdarzyło im się w życiu popełnić, dziś są oni w pewnym sensie poza Kościołem i bardzo im kibicuję, by zanim umrą, mogli jeszcze choć raz, wspólnie ze swoimi dziećmi przyjąć Komunię Świętą. Póki co, jak wiemy, wbrew proroctwom rozsiewanym przez wspomnianych „pysznych pobożnych”, to jest zwyczajnie niemożliwe. Nawet „ten Żyd i mason Franciszek”, póki co, nic w tej kwestii nie zmienił.
       Tak naprawdę jednak, wbrew złym plotkom, debata się toczy w sprawie jak najdalej niezwiązanej, czy to z rozwodami, czy też z cierpliwym znoszeniem towarzystwa „tej idiotki”, czy „tego gamonia”, a mianowicie Bożego Miłosierdzia, na które wielu z nas, kiedy tylko ono zaczyna dominować na Bożą Sprawiedliwością, zaczyna kręcić nosem. To jest coś absolutnie nie do uwierzenia, ale daję słowo, że prześledziłem niemal całą dyskusję na temat wspomnianej adhortacji i mam wrażenie, że minionej nocy wielu z nas zwyczajnie nie zasnęło w spokoju, jeśli tylko nie usłyszało zapewnienia, że kiedy przyjdzie Czas, rozwodnicy będą odpowiednio potępieni.
      W tej sytuacji zachęcam do kupowania mojej książki pod tytułem „Palimy licho, czyli o TymKtóryNieOpuszczaŻadnej Okazji” i na zachętę przedstawiam kolejny z jej rozdziałów.


      Oto minął nam dzień beatyfikacji Ojca Świętego, a jednocześnie Święto Bożego Miłosierdzia i kiedy wielu z nas było w nastroju i podniosłym i pełnym gotowości do wybaczania, miłowania i broń Boże rzucania kamieniami, jak grom z jasnego nieba spadła na nas wiadomość, że oto amerykańscy żołnierze zabili Osamę Bin Ladena. Ja oczywiście rozumiem sytuację z każdej strony. Przede wszystkim, wcale nie wykluczam, że jego można było już zabić dawno temu, tyle że dopiero dziś Obama uznał, że ten ruch go może jakoś uratuje przed ostatecznym upadkiem, no i decyzja została podjęta. Ale już niezależnie od tych politycznych zawiłości, mamy wojnę z terroryzmem, Bin Laden to terrorysta główny, postać wręcz symboliczna, człowiek uważany powszechnie za tego, który zorganizował atak na World Trade Center, a zatem ta śmierć nad nim wisiała już od dziesięciu lat. Jak to mówią niektórzy, dostał co chciał. Ja natomiast nastawiam uszu, otwieram szeroko oczy i wszystko, co słyszę i widzę, to wręcz histeryczna radość z tego, że sprawiedliwości stało się zadość, że słodki jest smak zemsty… no i że zdechł. Że wreszcie zdechł!
      Ale to też rozumiem. Wiem świetnie, że wśród nas jest wielu takich, którzy żyją tylko nienawiścią. Dla których słowa „prawo” i „sprawiedliwość” stanowią jedynie najbardziej wulgarne usprawiedliwienie dla ich nieumiejętności kochania i przebaczania. Dla ich pogardy odnośnie pierwszego przykazania Jezusa o miłości bliźniego. Wiem to, znam tych ludzi i wiem też, że sam nie jestem tu bez winy. Tyle że w momencie, gdy dręczony wyrzutami sumienia, pod wpływem napomnień ze strony tych, co kochać potrafią, i wzruszony widokiem rozmodlonych tłumów na Placu Świętego Piotra, zrozumiałem swą podłość i w geście dobrej woli nawet biskupa Pieronka potraktowałem jak bliźniego swego i siebie samego, nagle widzę, że tak zwane „życzenie śmierci” tryumfuje, i to w dodatku tam, gdzie tego tryumfu dotychczas próżno było szukać.
      Zaglądam do Onetu, a tam od razu tytuł: „Obudziliśmy się w bezpiecznym świecie”. I kto to tak dziwnie mówi? Przewodniczący Buzek! Czy to możliwe? Oczom nie wierzę. A dalej „Sikorski: YES THEY DID!” No nie! To nie może być. Czy to naprawdę ten Sikorski? Nie uwierzyłbym, gdyby nie ta jego szczególna angielszczyzna. „Yes they did”? To mógł być tylko Sikorski. I dalej Sikorski: „Bin Laden to największy zbir stulecia”. Ja rozumiem, że od Stalina i Hitlera większy. No ale i od Kaczyńskiego? Skąd ta nienawiść? Doprawdy, tego już nie pojmuję. Po ministrze Sikorskim przychodzi jakiś Tyszkiewicz – jak się okazuje, nie z PiS-u, tylko z Platformy Obywatelskiej – i ogłasza, że on „zwyczajnie i po ludzku z tego co się stało się cieszy”. Cieszy się, że umarł człowiek? No naprawdę! Brakuje słów.
      Wchodzę na Wirtualną Polskę, a tu mnie od razu ustawia wielki tytuł: „Wyszli na ulicę świętować jego śmierć”. I to, jak się okazuje, wyszli nie w Krakowie, Warszawie i Poznaniu, ale w samej Ameryce. Są nawet zdjęcia. Prawdziwy entuzjazm. I któż to tak się cieszy? Czy to możliwe, że akurat w Ameryce przebywa poseł Macierewicz z minister Fotygą i to oni urządzają te demonstracje tryumfującej nienawiści? Chyba jednak nie. To prawdziwi Amerykanie się tak cieszą. To oni demonstrują owo „death wish”. Ja rozumiem, że Amerykanie są głupi i podli. Mają to swoje Hollywood, obżerają się hamburgerami i nawet nie wiedzą, co to znaczy „bigosować”. No ale już bez przesady. Jak można się cieszyć, że umarł człowiek? Aż mnie dreszcz przechodzi po plecach, kiedy pomyślę, że oni mogli się o tę śmierć modlić.
      Ktoś mi powie, żebym przestał głupio ironizować, bo to co piszę, to czysta demagogia. Że Bin Laden stanowił zagrożenie dla świata, przez jego aktywność codziennie ginęli niewinni ludzie, że on był jak odbezpieczony granat i że jego trzeba było zabić. Po to, by świat stał się bezpieczniejszy. I to właśnie to ma na myśli przewodniczący Buzek, kiedy z takim rozrzewnieniem wspomina swój dzisiejszy ranek, kiedy się budził i do pierwszej kawy dostał tę dobrą nowinę. A ja sobie myślę, że wcale nie. Przez to, że Osama Bin Laden został zabity, świat w żaden sposób nie jest bezpieczniejszy. Niewykluczone, że jest wręcz przeciwnie. Jest bardzo możliwe, że dopiero teraz całe setki najbardziej zaczadzonych nienawiścią Arabów pokażą, na co ich stać. Przez ostatnie lata zresztą, to chyba jednak nie Bin Laden, ale właśnie oni – całe tabuny drobnych terrorystów, uzbrojonych w noże, karabiny i bomby, pustoszyły nasz świat. Nie ma takiej możliwości, żeby ci wszyscy Amerykanie szalejący z radości na wieść o tej śmierci, ale też i minister Sikorski i przewodniczący Buzek i ten jakiś Tyszkiewicz się tak cieszyli, bo poczuli się bezpieczniejsi. Powodów tej radości może być wiele, ale z całą pewnością nie należy do nich to, że oni wszyscy poczuli się bezpieczniej. I oczywiście też nie to, że, jak dziś majaczy Radek Sikorski, Bin Laden był najgorszy. Bo to jest oczywista brednia. I akurat ten bałwan musi to wiedzieć bardzo dobrze.
       Czemu więc się cieszą? Jeśli idzie o tych naszych pajacyków, nie mam do końca pewności, i szczerze powiem, że nie bardzo też mnie ich czarne dusze obchodzą. Może być oczywiście tak, że za tą ich reakcją stoi faktycznie ta zwykła ludzka satysfakcja z powodu tego, że sprawiedliwości stało się zadość. Ale nie sądzę. Akurat oni trzej sprawiedliwość, prawo i w ogóle człowieczeństwo mają w głębokiej pogardzie. Myślę, że tu mamy bardziej do czynienia z odruchową reakcją na ogólny trend. Należy się cieszyć, bo cieszy się świat, a więc i oni się cieszą. Natomiast nas bardziej interesuje odpowiedź na pytanie, dlaczego należy się cieszyć? Otóż najlepiej nam to wyjaśniają oczywiście Amerykanie, tak bardzo dziś rozentuzjazmowani. Ta Amerykanka, cytowana przez Wirtualną Polskę, jak mówi: „To świetnie, że Bin Laden nie żyje”. Należy się z tego cieszyć, bo Osama zasłużył na śmierć i tę śmierć dostał. Bo zwyciężyło prawo i sprawiedliwość. Bo tak naprawdę, jeśli przez te dziesięć lat tylu ludzi czekało na tę śmierć i tak bardzo jej Bin Ladenowi życzyło, to w żadnym wypadku ze względów praktycznych, lecz z naturalnego, ludzkiego pragnienia zemsty. Z tego, niekiedy – przyznaję, że niestety – dla zwykłych, prostych ludzi jedynego dostępnego pragnienia, by zobaczyć jak zdycha.
      Bo tak to już jest, że każdy normalny człowiek, o ile ma w sobie jeszcze jakieś wyższe pragnienia i emocje, a więc pragnienie prawdy, prawa i sprawiedliwości, i jakiegoś choćby podstawowego ładu, a nie żyje już tylko tym, by w odpowiednim momencie trafić pod opiekuńcze skrzydła „szpiclów, katów i tchórzy”, bo to oni wygrają, cieszy się gdy widzi, że dobro tryumfuje. Zwyczajnie. Zło dostaje w łeb, a dobro powstaje i krzyczy z radości. A Jezusowe przykazanie miłości bliźniego nie ma tu nic do rzeczy. Na tym polega porządek świata i przez to właśnie ten świat trwa i w tym trwaniu radzi sobie całkiem nienajgorzej. Bo tak to jest, że życzenie prawa, prawdy, ładu i sprawiedliwości, jest nieuchronnie związane z życzeniem śmierci dla tych, którzy przeciwko temu prawu, tej prawdzie i tej sprawiedliwości walczą. By zdechli. Po prostu. By zdechli. Bo czasem jest tak, że – jak już tu kiedyś wspominaliśmy – niektórych tylko śmierć potrafi wyprostować.
      A więc cieszmy się z tego, że Osama Bin Laden nie żyje. I że jego szczątki zostały wrzucone gdzieś do oceanu. Cieszmy się i radujmy. A jak już nam ta radość trochę przejdzie, będziemy mogli się może i pomodlić za jego duszę. W końcu, jak by nie patrzeć, to akurat jemu się od nas zawsze należało i należy. Nie tylko jemu. Nie tylko jemu.

      I to tyle wspomnień. Na koniec zagadka dla fanów jezyka angielskiego. Radek Sikorski, jak mieliśmy okazję zauważyć nieco wyżej, na swoim Twitterze skomentował egzekucję Bin Ladena słowami „Yes, we did”. W tej krótkiej sekwencji znajdują się dwa gramatyczne błędy. Kto je wskaże jako pierwszy, dostanie ode mnie w prezencie książkę, z której pochodzi powyższy tekst. Kto nie zgadnie, może sobie ją zawsze zamówić, albo w księgarni pod adresem www.basnjakniedziwedz.pl, albo bezpośrednio u mnie: k.osiejuk@gmail.com.


środa, 13 czerwca 2018

Jak daleko do Japonii, jak blisko


Parę dni temu napisał do mnie Czytelnik i poprosił bym mu wysłał dwa egzemplarze mojego drugiego zbioru felietonów „Palimy licho, czyli o TymKtóryNiePrzepuszczaŻadnejOkazji”. Przyznam szczerze, że trochę mnie to zaskoczyło. Ja wprawdzie sobie tę akurat z moich książek bardzo i pod każdym względem cenię, jednak jakoś ostatnio nawet sam o niej zapomniałem. Sprzedają się listy od Zyty, sprzedaje się 39 wypraw, sprzedaje się oczywiście listonosz, nawet rock and roll ostatnio się zaktywizował, natomiast te felietony, jak mówię, gdzieś się rozpłynęły. I oto pisze do mnie nieznany mi czytelnik i prosi o TegoKtóry…
Pomyślałem więc, ze rzucę na tę książkę okiem po latach i zobaczę, jak ona się dziś miewa. No i powiem nieskromnie, że ona się miewa znakomicie. Powiem więcej, ona się chyba nigdy wcześniej tak dobrze nie miała. W tej sytuacji, biorąc pod uwagę, że ten blog, poza funkcją rozrywkową, pełni również funkcję sprzedażową, pomyślałem sobie, że przypomnę z niej parę niedługich tekstów, licząc, że może w ten sposób kogoś, kto tu jest od niedawna, zachęcę do jej kupienia. Bardzo polecam. Dziś tekst o Japoni i o nas. I o nas.



      Okropny jest ten widok ogarniętej klęską żywiołu Japonii. Tak bardzo z jednej strony – dzięki dobrodziejstwom nowoczesnej techniki i komunikacji – spektakularny, a jednocześnie, przez obraz tych oszalałych z rozpaczy, bezradnych do końca świata ludzi, tak okropnie przytłaczający. No i oczywiście ten rozmiar zniszczeń, gdzie samochody, statki, pociągi, ciężarówki, domy i ludzie, gdzie to wszystko robi wrażenie makiety, dziecięcej budowli z klocków, a przez to czegoś kompletnie nierzeczywistego. I wtedy, w momencie gdy sobie uświadomimy, że to są jednak prawdziwe pociągi, prawdziwe domy, prawdziwe samochody, a w nich prawdziwi ludzie, i że ich jest tak strasznie dużo – można poczuć szacunek dla… no właśnie… szacunek dla czego? A może dla kogo? I wtedy dopiero można zrozumieć, że nie ma co podskakiwać. Nie ma co podskakiwać.
       Wcześniej oglądaliśmy tragedię Haiti. Oczywiście, widok był straszny. Te zasypane nieszczęściem, śmiercią i bólem slumsy. Te kobiety w kolorowych sukienkach i ci wychudzeni, z wytrzeszczonymi oczami chłopcy, snujący się bez sensu po tych ruinach. Wciąż widzę te kobiety w kolorowych sukienkach. A później te wiadomości o chorobach, o kolejnych zgonach, o grabieżach i o powszechnym zdziczeniu. I o tej pomocy międzynarodowej, tak bzdurnej i pustej i beznadziejnej. I o tych niby-dobroczynnych koncertach, służących wyłącznie temu, żeby parę schodzących gwiazd mogło się jeszcze raz pokazać. No i żeby Bob Geldof i Bono mieli swoją kolejną sesję. Jednak patrzę na to Haiti i po pewnym czasie już jestem spokojny. I myślę, że tu właściwie zawsze mniej więcej tak właśnie było. Właśnie tak. Te biedne dziewczyny w kolorowych sukienkach i ci wychudzeni chłopcy o czarnych oczach. Z jakiegoś powodu, ta Japonia, mimo wszystko robi większe wrażenie. Ciekawe przez co? W końcu to jest klęska, która swoim rozmiarem nawet nie dorównuje Haiti. Czy to te samochody? Czy może te statki? To lotnisko niknące pod czarną, brudną wodą? Czy tak wygląda Apokalipsa?
       Przecież mieliśmy Pakistan. Ale Pakistan – wiadomo. Nawet za bardzo nie ma na co patrzeć. Pola. Rozlegle, niekończące się pola, zatopione po horyzont. Nic. Nawet nie ma jak się na tym obrazie skupić. Żeby choć jeden mały samolocik wbity w kolorowy budynek. Jedna ciężarówka wyrzucona na drzewo. Jeden jacht wypłukany przez fale na brzeg, i dalej na jakąś autostradę. A tu tylko woda, i gdzie niegdzie jakieś ciało.
       Ta Japonia zdecydowanie robi wrażenie. I jeszcze do tego widzimy wciąż te elektrownie, jak nam mówią, bardzo poważnie uszkodzone, i unoszący się nad nimi dym… cholera wie, co to za dym. Na tym horyzoncie – one muszą być na horyzoncie, bo bliżej się podejść nie da – widzimy te elektrownie, wznoszące się i rozciągające się tak monumentalnie w tej mgle. A pod spodem żółty, lub czerwony pasek, z kolejną informacją, która i tak nie mówi nam nic z tego, co byśmy tak naprawdę rozumieli.
       My ludzie wierzący, czy może tylko przesądni – a już zwłaszcza ci z nas, którzy mają w sobie to dziwne, nieznośne pragnienie z jednej strony sprawiedliwości, a z drugiej wyjaśnienia, czemu jej tak wciąż brakuje – mamy w sobie taką skłonność, by tego typu nieszczęścia tłumaczyć w relacji do owego pragnienia sprawiedliwości. A więc mówimy, że to wreszcie Dobry Bóg się zniecierpliwił i postanowił walnąć pięścią. No ale czemu akurat w Japonię? Czyżby z powodu tego jednego obłąkańca, który wziął oficjalny ślub ze swoim telefonem komórkowym? Czy może przez te dziewczynki, które stworzyły słynną na cały świat fotkę dziecka w podkolanówkach i w krótkich spódniczkach z kolorowym lizakiem w dłoni? A może przez te sztuczne, elektroniczne zwierzęta? Diabli wiedzą, o co mogło pójść?
       No, ale biedne Haiti? Czyżby poszło o te czary. To voodoo? A to może w takim razie to wszystko dzieło Szatana, podczas Bóg Miłosierny tylko patrzy i smutny milczy? A ten Pakistan? A Australia?
      Ktoś gdzieś niedawno napisał, że to wielkie szczęście, że mieszkamy w środkowej Europie, tu nad Wisłą, gdzie ani trzęsienia ziemi, ani powodzie, ani tajfuny, ani nawet skromny pożar lasów. Podtopienia. No tak, podtopienia mamy, ale rząd sobie z nimi sprawnie radzi; a jak nie rząd, bo jest akurat w Brukseli, gdzie jest jeszcze spokojniej, to lokalni burmistrzowie. No tak. Tu jest bezpiecznie. Wprawdzie ostatnio spadł jeden samolot z 96 ludźmi na pokładzie, i spadł tak, że został z niego wyłącznie krwawy, ubłocony strzęp, i mały kawałek białoczerwonej szachownicy. Ale poza tym – zakupy i kopulacja. W sumie, jak by nie patrzeć, to nie jest wcale taki najgorszy bilans. A może my po prostu jesteśmy Bogu mili, a Szatanowi obojętni? W dodatku wiosna taka piękna.
      Jest w tym tylko jedna rzecz, która nie daje spokoju. To tu to tam, wciąż słychać, jakby ktoś się śmiał. Co to za, cholera jasna, śmiech? Kto to tak się śmieje? Co to za rechot? Czyżby to tylko śmiech Szatana? Dochodzący do nas oczywiście z dalekiej Japonii – tam może i bardzo głośny i świszczący, ale tu ledwo słyszalny. No tak. To pewnie stamtąd. To ich diabeł, nie nasz. A że słychać? Czemu nie? W końcu to prawda, że z Japonii do Warszawy całe tysiące mil, ale na przykład już takim samolotem, to trzask, prask i już.

A zatem, jeśli kogoś ten tekst poruszył po latach, zachęcam do odwiedzenia księgarni pod adresem https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/palimy-licho-czyli-o-tymktorynigdynieprzepuszczazadnejokazji/, ewentualnie bezpośrednio tutaj pod adresem mailowym k.osiejuk@gmail.com.


wtorek, 12 czerwca 2018

O Andżelice, co dostała na osiemnastkę prawko


      Wydaje mi się, że czytelnicy tego bloga to na ogół wiedzą, na wszelki jednak wypadek przypomnę, że tak się złożyło, że ani ja, ani moja żona nie mieliśmy nigdy samochodu. Co ciekawe, zarówno ona, jak i ja, legitymujemy się prawem jazdy, jednak, jak mówię, nasze dotychczasowe życie upłynęło nam bez auta i prawdopodobnie to się już nie zmieni. Samochód mają i nim śmigają zarówno mój brat, moja starsza córka, jak i syn, mieli samochód moi rodzice i teściowie, ma samochody wiekszość moich znajomych, my jednak, jak mówię, zachowujemy dawno przyjętą pozycję i jeśli pojawi się konieczność, to musimy korzystać albo z komunikacji publicznej, albo ze wsparcia znajomych, lub ewentualnie po prostu z taksówki, co, jak się zdaje, w skali roku i tak wychodzi znacznie taniej, niż miałoby to miejsce, gdybyśmy w którymś momencie naszej historii sobie pozwolili na auto.
       Skoro ta część została już odpowiednio wyjaśniona, muszę wspomnieć o czymś jeszcze. Otóż ile razy mam okazję przemieszczać się po Polsce samochodem, nie mogę pozbyć się świadomości, że w żadnym innym momencie swojego codziennego bytowania nie jestem tak narażony na śmierć, jak właśnie wtedy. W ciągu ostatnich paru lat miałem okazję podróżować samochodem na długim bardzo dystansie, z dużą bardzo prędkością i przez całą te podróż, za jednym i drugim razem, nie mogłem przestać myśleć o tym, że nie ma najmniejszej wątpliwości, że wśród tych setek, czy tysięcy mijanych samochodów, musi się zdarzyć co najmniej kilka, które jeśli nas nie zabiły, to tylko dlatego, że wciąż nie trafiły na odpowiedni moment. Proszę zrozumieć, o co mi chodzi. Jedziemy odpowiednio szybką trasą odpowiednio szybkiego ruchu, przed nami jadą równie szybko inne samochody, z naprzeciwka jadą samochody zachowując podobną szybkość, a ja cały czas mam świadomość, że to z czym mamy do czynienia, to coś co przypomina najbardziej klasyczny western, gdzie każdy jest uzbrojony i Bóg jeden wie, co się wydarzy, jeśli komuś nagle zalęgnie się w głowie jakiś bardzo niebezpieczny robak. I – pozwolę sobie to powtórzyć – nie oszukujmy się, wśród tych tysięcy tak zwanych „użytkowników dróg”, których spotykamy na swojej drodze, musi być co najmniej kilku, którzy są zwyczajnie uzbrojeni i to w amunicję jak najbardziej śmiertelną.
      Skąd to wiem? Otóż przede wszystkim stąd, że choć, jak wspomniałem, sam nie prowadzę, spędzam znaczną część swojego czasu poruszając się po różnego rodzaju ścieżkach i widzę, co się tam wyprawia. Otóż wielokrotnie, jadąc autobusem, czy tramwajem, byłem świadkiem, jak musieliśmy gwałtownie hamować, bo jakiś idiota postanowił nam wjechać prosto pod koła. Wielokrotnie – i tu daję słowo, że nie przesadzam – miałem okazję uniknąć śmierci, kiedy to przechodząc przez przejście dla pieszych nagle byłem atakowany przez jakiegoś durnia płci dowolnej, który akurat się zagapił, bo albo właśnie rozmawiał przez telefon, albo się dokądś spieszył. Zazwyczaj ostanio często odbywa się to tak, że stoję sobie przed przejściem, czekając na przerwę w ruchu, samochód staje, by mnie przepuścić, ja ruszam i nagle muszę się gwałtownie cofnąć, bo okazuje się, że pojawił się tu ktoś, kto zobaczył, że samochód przed nim się bez sensu zatrzymał i postanowił go sprytnie ominąć. Nie wiem, jak wygląda doświadczenie innych, ale z tego co zaobserowałem ja, moja żona i córka, ten typ zachowania stał się ostatnio wręcz plagą i niekiedy autentycznie dziwię się, że my, a już zawłaszcza nasz pies, który siłą rzeczy zawsze idzie przodem, wciąż żyjemy.
       Ja mam świadomość, że szczególnie w ustach kogoś tak starego jak ja, może to zabrzmieć dość komicznie, ale ja autentycznie uważam, że nie jest tak, że młodzi dziennikarze, politycy, nauczyciele, studenci, aktorzy, prawnicy, lekarze, oraz ich żony, mężowie, czy kochankowie są, owszem, niedouczeni, czy często zwyczajnie głupi, natomiast w momencie, gdy każdy z nich wsiada do swojego auta i rusza w drogę, nagle staje się myślącym, nadzwyczaj wrażliwym człowiekiem. No i że oczywiście żaden z nich ani nie chleje, ani nie zażywa. To jest zwyczajnie niemożliwe. Ta fala ruszyła parę dobrych lat temu i już się nie zatrzyma.
       Niedawno zmieniałem sobie w Urzędzie Miejskim pewne dane i trafiłem na urzędnika, który standardowo grzecznie chciał mi pomóc w wypełnieniu formularza. Kiedy doszedł do nazwy ulicy, przy której mieszkam, powiedział do mnie: „No tu pan wpisuje Kopernicka oraz numer i to wszystko”. Nie Kopernika, tylko Kopernicka, właśnie, no bo kto widział, by ulica się nazywała Kopernika? Przepraszam bardzo, ale kiedy myślę o tym, że on się porusza po okolicy samochodem, a niewykluczone, że przy tym od czasu do czasu lubi sobie pociągnąć, bardzo się cieszę, że przez większą część swojego życia byłem biedny, no i że jednak mam swoje drobne obsesje, no i nawet, kiedy jest ostatnio tyle słońca i oczy się same zamykają, przynajmniej jedno z nich staram się mieć zawsze otwarte.

Przypominam uprzejmie, ze moje książki są stale do kupienia w księgarni na stronie www.basnjakniedzwiedz.pl, ewentualnie tu u mnie, z dedykacją. Zapraszam zawsze.
     
      

poniedziałek, 11 czerwca 2018

Opole Wita, a u nas szósteczka ze złotym okuciem


Dziś może nieco wcześniej, ale ponieważ trudno szydzić z prezesa Kurskiego i jego kolejnego sukcesu w postaci Festiwalu Polskiej Piosenki w Opolu, zapraszam do czytania „Polski Niepodległej”, a tam również mojej rubryki „Wezwani do tablicy”. Co ja mogę na to, że to jest po prostu dobre?       


      Proponuję byśmy dziś zaczęli w sposób  nietypowy, a mianowicie od tak zwanej kroniki wypadków drogowych. Oto, jak donosi nieoceniony portal tvn24.pl, w Warszawie doszło do potencjalnie najtragiczniejszej drogowej kolizji, gdzie osobowy samochód, którym podróżowało 10 osób, z całą siłą walnął w latarnię, ulegając kompletnemu zniszczeniu. Jeśli ktoś się zastanawia, jak doszło do tego, że tam się zmieściło aż 10 osób, wspomniany portal odpowiedzi udziela natychmiast. Otóż obok kierowcy siedziały dwie osoby, pięć ścisnęło się na tylnym siedzeniu, natomiast dwie przytuliły się w bagażniku. Wszyscy podróżujący, którzy tak na marginesie odnieśli zaledwie lekkie obrażenia, mieli po 20 lat i byli studentami jednej z warszawskich uczelni.
      Zapoznawszy się z powyższą historią, natychmiast pomyślałem sobie o wypadku sprzed paru dni wcześniej, kiedy to jadący pod prąd kierowca terenowego Mitsubishi zderzył się czołowo z osobowym volvo, zabijając na miejscu 49-letnią kobietę. Jak się okazało na miejscu, kierowca miał we krwi ponad 5 promili alkoholu.  To z kolei wydarzenie przypomniało mi wypadek jeszcze wcześniejszy, z jesieni zeszłego roku, kiedy to rozpędzona ciężarówka prowadzona przez pijanego kierowcę uderzyła w stojące w korku samochody, zabijając dwie osoby. No a to wydarzenie oczywiście przywróciło wspomnienie tragedii jeszcze wcześniejszej, a mianowicie z sylwestrowej nocy roku 2017, kiedy to pijany kierowca wjechał na chodnik, zabijając na miejscu dwie dziewczynki, jedną 14-letnią, a drugą w wieku lat 16.
      Co łączy wszystkie te cztery przypadki? Otóż to mianowicie, że ich negatywnymi bohaterami był wyłącznie alkohol oraz przebywający w Polsce obywatele Ukrainy, ale jeszcze coś, co dla nas dziś jest istotne w sposób szczególny. Otóż każda z tych informacji była podana przez wspomniane medium w taki sposób, by owi „obywatele Ukrainy” pojawili się na samym końcu i to w taki sposób, by jak najmniej czytelników ów interesujący przecież bardzo fakt dostrzegło.  No a przede wszystkim, żeby nikt broń Boży w tym najnowszym przypadku nie mruknął, że nie ma jednak na tym świecie sprawiedliwości. I jak tu nie poczuć wdzięczności, że oni tak bardzo dbają o nasze dobre emocje?

***

      A Bóg nam świadkiem, że łatwo wcale nie jest. Popatrzmy na taką Magdę Gessler, kobietę która prowadząc od ponad już ośmiu telewizyjny program „Kuchenne rewolucje”  kradnie serca milionów przyjaciół stacji TVN. Otóż, jak doniosły bulwarowe media, wspomniana Gessler została ostatnio wezwana przez kierownictwo stacji, które ją poinformowało, że widzowie są ostatnio bardzo zawiedzeni poziomem występów swojej ulubienicy i jeśli ona się nie weźmie w garść, może być ciężko. O co chodzi konkretnie? Rzecz, proszę sobie wyobrazić, jest w tym, że wedle odczuć widzów, Gesslerowa ostanio zdecydowanie mniej klnie, mniej przekonywująco drze mordę na swoich rozmówców i w ogóle stała się zdecydowanie mniej chamska, a to się ludziom nie podoba. Jak Magda Gessler zareagowała na tę połajankę, tego niestety nie wiemy, ale domyślać się możemy, że metoda kija i marchewki jak zawsze okaże się skuteczna i sztandarowy projekt stacji TVN znów wróci na swój normalny, najwyższy poziom.

***

      Pierwsze jaskółki owego wzrostu poziomu już obserwujemy. Oto ledwie zakończył się sejmowy strajk tak zwanych „osób niepełnosprawnych i ich opiekunów”, a już nasza kiedyś ulubiona stacja natychmiast zaprosiła na rozmowę jednego z jej głównych bohaterów, Jakuba Hartwicha, który już wprawdzie nie błagał o 500 złotych „drobnych przecież pieniążków”, dzięki którym będzie mógł znaleźć pracę i żyć jak człowiek, ale zaapelował o coś znacznie większego. Otóż jego największym dziś marzeniem jest „posiadanie rodziny, tak by miał dla kogo żyć”. Zanim rząd zajmie się szukaniem dla Kuby żony, zwróćmy uwagę na nadzwyczaj optymistyczny element owej wiadomości. Proszę tylko popatrzeć. Kiedy Kuba pojawił się w Sejmie, był biedny, bezrobotny, kompletnie bezradny, zdany na łaskę i niełaskę swojej biednej mamy, a dziś, po czterdziestu dniach owego protestu, nie dość że ma pracę, gdzie robi za jedną z pierwszej jasności gwiazd, to  jak się okazuje pracę tę ma już od dobrych dwóch lat, a dziś szuka żony. Mało tego. Wystarczyło te 40 dni by Kuba Hartwich i jego mama być może zupełnie niechcąco ujawnili ciężką aferę, w której udział mają zarówno Państwowa Fundacja Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych, jak i wszystkie te drobniejsze jednostki, rzekomo wspierające Kubę i jego kolegów, a tak naprawdę zajmujące się wspólnie i w porozumieniu pasożytowaniem na tym co zdrowa część społeczeństwa płaci każdego dnia w swoich podatkach. I kto teraz powie, że protestującym nie należą się słowa najwyższego uznania?

***

      Ja wiem, że jest rzeczą niebezpieczną posuwanie się w marzeniach zbyt daleko, no ale w końcu, jak to mówią tak zwani humaniści, raz się żyje. A zatem marzymy. Otóż, w ramach swojej jakże pełnej najróżniejszych niespodzianek kampanii przed zbliżającymi się powoli choć nieubłagalnie wyborami samorządowymi, kandydat Rafał Trzaskowski wyraził pragnienie, by mógł być pierwszym prezydentem Warszawy, który udzieli ślubu parze gejów. Powiem zupełnie szczerze, że ja nie mam pojęcia, jak to jest z Kubą Hartwichem, ale czy to by nie było piękne, gdyby nagle się okazało, że jakimś cudem i on i jego kolega z protestu, Adrian Glinka, okazali się gejami i już w przyszłym roku nowowybrany prezydent Warszawy Rafał Trzaskowski mógł obu bohaterom owych 40 dni najpięknieszej w historii świata demonstracji determinacji oraz siły ducha udzielić błogosławieństwa? I niech mi tylko ktoś powie, że ja w tym momencie przekraczam granice, to ich natychmiast oskarżę o homfobię, a jak wiemy od homofobii gorszy jest już tylko antysemityzm.

***

      No własnie. Antysemityzm. Aby pokazać, że i w „Polsce Niepodległej” można znaleźć dobre słowa na temat zasług, jakie mają dla Polski oraz narodowej świadomości Polaków  nasi starsi bracia w wierze, chciałem zwrócić uwagę na naprawdę wspaniały gest, jaki uczyniło niedawno muzeum Polin, wystawiając w okolicach Dworca Gdańskiego w Warszawie portrety najwybitniejszych synów żydowskiego narodu, w tym znanego nam wszystkim Zygmunta Baumana. Ponieważ moja wiedza historyczna jest, choć odpowiednio dogłębna, to bardzo ograniczona, poza bratem redaktora Michnika oraz Heleną Wolińską nie potrafię wymienić zbyt wielu bohaterów tamtych czasów, którzy w ramach czystek roku 1968 zmuszeni zostali do opuszczenia tak ukochanej przez siebie Polski. Uważam jednak, że to bardzo dobrze, że kierownictwo Muzeum zdecydowało się na tego rodzaju projekt. Są bowiem chwile, kiedy nie ma nic ważniejszego od budowania historycznej świadomości Narodu.

***

      Żeby nie kończyć w nastroju aż tak podniosłym – w końcu pamiętajmy, że niniejsza rubryka to tak naprawdę ledwie chwila zabawy i wiosennego oddechu – spójrzmy, co się przydarzyło sławnemu tu i uwdzie posłowi Platformy Obywatelskiej, niejakiemu  Brejzie. Otóż w pobliżu miejsca zamieszkania wspomnianego posła odbywał się jeden z wielu ostatnio w całym kraju remontów i w ramach owych działań ustawiono na miejscu budkę o popularnej nazwie toi-toi. Którejś nocy do budki zawitał znajdujący się w potrzebie anonimowy obywatel i podczas standardowych czynności zaprószył tam ogień. Zaraz po oddaleniu się obywatela z miejsca incydentu, budka zajęła się ogniem, a nastepnie spłonęła. Nie minęły dwa dni, jak poseł Brejza powiadomił prokuraturę o próbie podpalenia kamienicy, w której ów wybitny obywatel mieszka z żoną i z dziećmi, a Platforma Obywatelska zwołała konferencję prasową, na której ogłosiła, że rząd Prawa i Sprawiedliwości, by zachować władzę, ucieka się do tak podłych zachowań, jak usiłowanie mordu na najbardziej prominentnych przedstawicielach opozycji.
      Ktoś powie, że ta rubryka naprawdę nie mogła upaść niżej, skoro uznała, że odpowiedni poziom rozrywki zapewni nam poseł Platformy Obywatelskiej Brejza i stojący pod kamienicą, w której ów mieszka, toi-toi. Ponieważ jestem otwarty na każdy przejaw, choćby i niesprawiedliwej krytyki, poprawiam się w jednej chwili i zamykam dzisiejsze refleksje osobą byłego Prezydenta Rzeczypospolitej, laureta Pokojowej Nagrody Nobla, bohatera naszej walki o niepodległość, zbawcy Narodu, samego Lecha „Bolka” Wałęsy. Otóż wspomniany Wałęsa, w jednej z ostatnich wypowiedzi dla mediów ogłosił, że ponieważ jest już starszym panem i jego dni są coraz bardziej policzone, on powoli szykuje się do ostatniej wyprawy, tam gdzie będzie mógł „pomóc Panu Bogu w Jego ciężkiej pracy”. Że co? Znowu przesadziłem? Przepraszam bardzo, ale czasy takie, że każde słowo robi wrażnie przesady. Proszę nie mieć pretensji do mnie.

Zapraszam wszystkich do kupowania moich książek, które są dostępne albo na stronie www.basnjakniedzwiedz.pl, albo tu u mnie, pod adresem k.osiejuk@gmail.com. Zachęcam uczcieiwie i szczerze.                                                                                                                                                                                                                                                                  

niedziela, 10 czerwca 2018

O strasznych snach mecenasa Giertycha


Mamy końcówkę pięknego, przynajniej tu w Katowicach, weekendu, a więc pewnie nie zaszkodzi, jeśli dziś właśnie wrzucę tu swój najnowszy felieton dla „Warszawskiej Gazety”. Dziś o ministrze i mecenasie Giertychu. Z radością.


      Pisałem o tym niedawno na blogu, jednak ponieważ pojawiły się nowe, moim zdaniem nadzwyczaj ciekawe, elementy, spróbuje sprawę pociągnąć dla czytelników „Warszawskiej”. Dla wyjaśnienia, gdyby ktoś sprawę przegapił, krótko przypomnę w czym rzecz. Otóż kiedyś sławne, a dziś już wyłącznie niesławne, wydawnictwo „Znak” zdecydowało się wydać biografię Antoniego Macierewicza, w znacznym, jak się zdaje, stopniu zbudowanej na dawnych esbeckich jeszcze podsłuchach, w której opublikował między innymi zapis awantury, jako ponad czterdzieści lat temu pani Macierewiczowa zrobiła swojemu mężowi awanturę za to, ze on, poświęcając się dla Ojczyzny, zaniedbuje ją i dom. Awantura jest, jak to mówią, karczemna, taka, jaką każdy niewątpliwie mąż miał okazję doświadczyć wielokrotnie, natomiast autorzy „Znaku” przedstawiają ją, jakbyśmy mieli do czynienia z ciężkim małżeńskim kryzysem, na tyle zresztą ciężkim, że warto o nim opowiedzieć choćby i po czterdzieściu latach.
      Kiedy wydawało się, że sprawa jest na tyle jasna, że wystrczy ją skomentować jednym siarczystym, staropolskim splunięciem, odezwał się, kiedyś sławny jak wydawnictwo „Znak”, a dziś równie jak „Znak” niesławny adwokat, Roman Giertych, i oświadczył, że osobiście „nie znosi Macierewicza, uważa go za wybitnego szkodnika, ale publikowanie podsłuchów SB z jego domowych awantur z żoną jest podłe i niezgodne z prawem”. I to jest, moim zdaniem, niezwykle ciekawe, że Roman Giertych – człowiek, o którego instynktach moralnych mamy pojęcie więczej niż wystarczające – nagle, dowiedziawszy się o tym, że wydawnictwo „Znak” opublikowało ubeckie donosy w sprawie małżeńskich kłótni jeszcze bardzo młodego małżeństwa Macierewiczów, postanawia odłożyć na bok wszystkie swoje aktualne interesy związane z bronieniem gangesterki, która przez osiem lat niszczyła Polskę, i zaprotestować przeciwko wykorzystywaniu esbeckich taśm przeciwko współczesnym elitom, określa jako podłe. Owszem, niezgodne z prawem, ale również podłe.
      Czemu tak się owej, wydawałoby się nadzwyczaj potrzebnej, refleksji czepiam, poza tym że jej autorem jest sam Roman Giertych? Otóż fakt iż pojawia się to nazwisko i imię stanowi wystarczający powód, jednak tu akurat chodzi mi o coś znacznie więcej. Problem z taśmami Macierewicza nie polega na tym, że owe elity postanowiły wykorzystać zapis małżeńskich awantur, ale na tym podsłuchiwani państwo mieli do siebie zwykłe codzienne małżeńskie pretensje. Gdybyśmy jednak stanęli w obliczu esbeckich nagrań rejestrujących rozmowy takiego Michała Boniego i jego małżonki, której nazwiska powolę sobie tu ze względów estetycznych nie cytować, a dotyczących jego współpracy z komunistycznymi służbami antypolskiej przemocy, to ja jestem jak najbardziej za. Dlaczego? Bo to jest część naszej historii. Nie jest natomiast częścią jakiejkolwiek historii, poza historią jednego z wielu szczęśliwych małzeństw, zapis kolejnej z całej serii rodzinnych kłótni.
      I tu dochodzimy do sedna problemu. Jeśli bowiem nagle Roman Giertych, człowiek zły, choć  jak najbardziej cwany, ni stąd ni z owąd postanawia działać, to znaczy, że chodzi wyłącznie o niego samego. Czekajmy więc, co nam przyniesie przyszłość.

Gdy chodzi o książki, wszystkie są na swoim miejscu, a więc w księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl. Zachęcam szczerze i gorąco.  
      

sobota, 9 czerwca 2018

O policjantach, złodziejach i ich znajomych z baru "Złoty Konik"


      Kiedy kilka dni temu usłyszałem nazwisko Iwony Cygan, w pierwszej chwili nie zainteresowałem się choćby i kontekstem towarzyszącej mu informacji, ale i nawet później, kiedy ów kontekst już do mnie dotarł, a więc okazało się, że oto rozpoczął się proces w sprawie jakiegoś zabójstwa sprzed lat, zaledwie westchnąłem i zająłem się innymi sprawami. I nie sugeruję tu, że ja wcześniej nie słyszałem wspomnnianego nazwiska i nie słyszałem o tragicznym losie owej Iwony, ani tym bardziej, że uznałem sprawę za mało poruszającą. Owszem, ja miałem gdzieś głęboko w pamięci zarówno nazwisko, jak i dramat tej dziewczyny, jednak w natłoku najróżniejszych medialnych doniesień o tym, że gdzieś ktoś wyszedł z domu i zniknął jak kamień w strumieniu, albo wyjechał do Egiptu i tam zmarł w niewyjaśnionych okolicznościach, albo że wyłowiono z rzeki jakieś zwłoki i służby głowią się, do kogo one należą, czy wreszcie to, że oto właśnie tak zwani „łowcy cieni” nie dość że wyjaśnili zagadkę czyjejś śmierci sprzed 20 lat, to jeszcze wykryli owej śmierci sprawcę, uznałem, że Iwona Cygan to zaledwie jeszcze jedno z tych nazwisk, których już poznaliśmy wystarczająco dużo, a przed nami kolejne, równie anonimowe i równie szybko przebiegające przez świat codziennych informacji. Jakimś cudem jednak, tym razem postanowiłem sprawdzić w czym rzecz i już wiem. I uważam, że to akurat jest coś, co wiedzieć trzeba.
       Rzecz w tym bowiem, że jeszcze latem 1998 roku odnaleziono zmasakrowane i zbeszczeszczone ciało 17 letniej dziewczyny i od tego czasu, przez niemal 20 lat, mimo że zarówno rodzina, znajomi, okoliczni mieszkańcy, ale również policja obsługująca małopolskie miasteczko Szczucin, z którego pochodziło to dziecko, wiedzieli, kto je zamordował, znali jego twarz i nazwisko, wszystkie zaanagażowane w sprawę służby konsekwentnie udawały, że sprawa jest na tyle tajemnicza, że jej wyjaśnienie jest zwyczajnie niemożliwe. Doszło nawet do tego, że w pewnym momencie został zamordowany świadek owej zbrodni, który zgodził się podzielić swoją wiedzą z policją i tu również sprawa została umorzona. Dopiero w kwietniu 2016 roku, po dojściu Prawa i Sprawiedliwości do władzy, sprawę przejęła Prokuratura Krajowa w Krakowie i rozpoczęły się aresztowania, które osiągnęły swój punkt kulminacyjny w roku 2017, kiedy to został sprowadzony z  Austrii do Polski mózg całej zbrodniczej operacji i po zwyczajowych perypetiach związanych z wyłączaniem się kolejnych sędziów, oraz z przenoszeniem rozprawy z miejsca na miejsce, jak czytam to tu to tam, przed sądem w Rzeszowie ruszył wreszcie proces, gdzie wśród oskarżonych, poza bezpośrednimi sprawcami zbrodni, znalazło się 14 byłych, ale też i obecnych, policjantów.
      Ja tu oczywiście nie będę opisywał ani gehenny, jaką, zanim umarła, musiała przejść Iwona Cygan, ani nawet kolejnych działań osób i instytucji odpowiedzialnych za rozwiązanie zagadki, której tak naprawdę nie było, natomiast chciałbym powiedzieć, że kiedy zabierałem się do pisania tego tekstu, pomyślałem sobie, że on będzie stanowił afirmację rządów Prawa i Sprawiedliwośi. I w tym momencie trafiłem nagle na wiadomość kolejną, a dotycząca mianowicie zdarzenia, jakie miało miejsce parę dni temu w Karpaczu, gdzie jakiś lokalny cwaniak, jadąc z nadmierną prędkością, zjechał na przeciwny pas ruchu, wjechał swoim passatem w człowieka na motorowerze i go zabił. Jak się dowiadujemy, mimo wniosku prokuratury, miejscowy sąd nie dosć że nie zastosował wobec tego mordercy aresztu, to w ogóle nie użył wobec niego jakichkolwiek innych tak zwanych „środków zapobiegawczych”.
      A gdyby jednak ktoś myślał, że to już koniec, to informuję, że tu się dopiero zaczyna prawdziwe piekło. Otóż, jak się okazuje, ów wesoły kierowca passata zaledwie miesiąc temu zabił na przejściu dla pieszych kobietę i został skazany przez miejscowy sąd na – tu pozwolę sobie na cytat, by nikt mi nie zarzucił, że coś zmyślam –  „jeden rok pozbawienia wolności z warunkowym zawieszeniem wykonania kary na okres próby wynoszący dwa lata”. Dziś, zanim jeszcza poprzedni wyrok się zdążył uprawomocnić, zabił kolejną osobę, a my mamy wszelkie powody do podejrzeń, że mu i tym razem nawet nie odebrano prawa jazdy. Dlaczego? Mam wielką nadzieję, że aby się tego dowiedzieć, nie będziemy musieli czekać kolejnych 20 lat.

Jak zawsze, zapraszam wszystkich Czytelników do zaglądania do księgarni na stronie www.basnjakniedzwiedz.pl, gdzie są do kupienia nie tylko moje książki. Polecam szczerze. I to wszystko na dziś.