czwartek, 23 listopada 2017

Siedem refleksji na zmurszałe tematy

Od czasu gdy „Polska Niepodległa” przeszła na cykl dwutygodniowy, znaleźliśmy się w sytuacji, gdzie do wyboru mamy już tylko albo uznać, że tu nie ma miejsca dla tematów, które nikogo już nie interesują i zapomnieć o tym, co nas jeszcze niedawno tak skutecznie wciągało, albo zacisnąć zęby i żyć wspomnieniami.  No i się zwyczajnie pouśmiechać. Uśmiechajmy się zatem.

Miniony tydzień zdominowany został przez jedno praktycznie wydarzenie i chyba nie mamy wyjścia, jak się odpowiednio zaangażować. Dotychczas o tym pewnie nikt z nas nie miał bladego pojęcia, ale okazało się właśnie, że wśród wielu pisarzy, znanych, mniej znanych i w ogóle nieznanych, chodzi też po naszym świecie człowiek o nazwisku Janusz Rudnicki. Wielka kariera Rudnickiego rozpoczęła się już jakiś czas temu i jak się można domyślić, nie jest ona związana w żaden sposób z jego działalnościa literacką. Rzecz w tym, że kiedy ten, poproszony przez Wirtualną Polskę o opinię na temat Polski i jej obecnej politycznej sytuacji, powiedział, co nastepuje: „Mój najbardziej dotkliwy wkurw to nasz polski antysemityzm. Niestety nasz. Piekący, tępy i zajadły. Wyssany z mlekiem cholera wie jakiej matki, nieangielski i niekreolski. Kiedy widzę, słyszę i czytam to, co wydaje z siebie to bydło, brakuje mi tchu. Myślę sobie: ‘Co za koszmar!’. Łapię się na tym, że najchętniej zagnałbym ich do stodoły i niechby ich tam spalił ogień ich nienawiści. Polacy en block to kartofle. Przeciętny Polak to kundel. Najbardziej to widać na lotniskach, przez które przewijają się wszystkie rasy świata. Polski lud ma do dziś mordy z obrazów Dudy-Gracza. Jeśli przyjąć, że na przykład prymitywna i zacofana amerykańska Polonia jest wypadkową tego ludu, no to co?
Formuła tej rubryki jest taka, że nie ma tu możliwości poświęcenia większej ilości miejsca wypowiedziom Rudnickiego, myślę jednak, że to co pokazałem wyżej, w pełni wystarczy. Choćby tylko po to, byśmy się mogli zadumać nad tym, jak naprawdę dziś niewiele trzeba, by zostać przyjętym do tak zwanej „elity”. Wystarczy na jednym oddechu wypowiedzieć słowa „wkurw” i Polska.

***

A trzeba przyznać, że dziś Rudnicki, niewykluczone, że właśnie dzieki tej wypowiedzi i jej szczególnej poetyce, stał się częścią elity pełną gębą. Ale zacznijmy od początku. Otóż jakiś czas temu niejaka Anna Śmigulec z „Wysokich Obcasów” umówiła się z Rudnickim w kawiarni i w pewnym momencie, kiedy sobie tak z nim siedziała przy stoliku, pojawił się jakiś kolega Rudnickiego, a ten powitał go okrzykiem: „Chodź! Kurwy już są”. Dziennikarka się obraziła i to co się stało, opisała publicznie, prawdopodobnie licząc na to, że po aferze Harveya Weinsteina i spółki uda jej się odpowiednio zaistnieć. I proszę sobie wyobrazić, że… nic z tego. Niemal w tym samym momencie, gdy ukazały się rewelacje owej Śmigulec, zorganizowany i uruchomiony został front obrony Rudnickiego, co ciekawe głównie przez jego znajome, które ogłosiły, że im tego typu zachowanie Janusza nie przeszkadza, bo wszyscy wiedzą, że Rudnicki to taki śmieszek i jemu wolno więcej, niż tym obślizgłym męskim szowinistom z PiS-u.

***

W sumie, to jest bardzo ciekawe, co mówią koleżanki  redaktor Śmigulec, że wszyscy doskonale i od dawna wiedzą, że Rudnicki to takie wesołe chamiszcze, bo to by wskazywało na to, że kiedy ona szła na spotkanie z nim w tej knajpie, również doskonale wiedziała czego się może spodziewać. Czy to możliwe więc, że ona by bardzo dobrze zniosła sytuację, w której Rudnicki nazywa ją „kurwą”, tyle że w sytuacji tête-à-tête, a nie w towarzystwie obcych? Ja zdaję sobie sprawę z tego, że to wszystko brzmi wręcz nieprawdopodobnie, jednak musimy pamiętać, że cały czas mamy do czynienia ze środowiskami bezpośrednio związanymi z „Gazetą Wyborczą”, a to jest świat, gdzie wszystkie, dosłownie wszystkie, reguły są odwrócone, a normalny człowiek może się zapuszczać wyłącznie na własne ryzyko.

***

No popatrzmy może na wypowiedź dziennikarki „Wyborczej”, prywatnie żony niesławnego redaktora Jacka Żakowskiego, gdzie ona w następujący sposób tłumaczy nam zagadkę Janusza Rudnickiego: „Pamiętam, jak Janusz Rudnicki wkręcił mnie (skutecznie), że jego nowa dziewczyna, którą za chwilę miałam poznać, jest prostytutką i to wyjątkowo tanią – 50 zeta za godzinę. Albo jak na imprezie przekonywał kolegę, że już ze mną ustalił, że wezmą mnie na dwa baty. Albo jak wyrywał dziewczynę (przy mnie) na historię o tym, że totalnie na niego lecę, ale jestem za brzydka i mu przy mnie nie staje. Albo, że jak mu dam dupy, to będę mogła sobie dopić jego piwo […] oczywiście rozumiem, że nie wszystkim muszą się podobać takie seksistowskie żarty, i że nie każdy musi je rozumieć. No ale przecież nie wolno za to Januszka (na miły bóg) wrzucać do jednego worka z Weinsteinem”.
Mam nadzieję, że wiedzą Państwo, o co mi chodzi, kiedy mówię, że to towarzystwo jest z innego świata, ani ludzkiego, ani zwierzęcego, ani nawet chyba świata nieożywionego. No bo zastanówmy się, czy nie byłoby się nam łatwiej porozumieć z taką choćby sztachetą w płocie?

***

Wspomniałem na początku, że ostatnie dni zostały zdominowane przez relacje towarzyskie między polskimi feministkami, a pisarzem Rudnickim, ale to nie jest do końca prawda. Oto mniej więcej w tym samym czasie, gdy po lewackiej strony sceny toczyła się debata na temat róznic między relacjami Harveya Weinsteinem z jego aktorkami, a relacjami, jakie łączą polskie feministki z ich partnerami seksualnymi, Kościół reprezentowany tu przez grupę szanowanych powszechnie duchownych podjął debatę na temat moralnej dopuszczalności samobójstwa, z tym zastrzeżeniem, że owo samobójstwo jest wyrazem protestu przeciwko rzadom Prawa i Sprawiedliwości. Najbardziej chyba spektakularne okazało się wystąpienie biskupa Tadeusza Pieronka, w którym głosząc wielkość rozpaczliwego protestu Piotra Szczęsnego wobec rządów Prawa i Sprawiedliwości, wyznał, że on wprawdzie również jest bardzo rozczarowany PiS-em, jednak sam sobie nie wyobraża, by mógł się osobiście oblać benzyną i podpalić, bo mu „brakuje odwagi”. Proszę zwrócić uwagę, że księdzu biskupowi nie chodzi ani o to, że samobójstwo to bardzo ciężki grzech, lub że życie jest zbyt piekne, by je poświęcać na ołtarzu bieżącej polityki, ale wyłącznie o brak odwagi. A my się tylko możemy domyślić, że gdyby nie owo tchórzostwo, to biskup Pieronek by nam urządził taki popis, że Prezesowi i Błaszczakowi poszłoby w pięty.

***

Swoją drogą, z tego biskupa Pieronka jest poważny cwaniak. Chwaląc „bohaterski” czyn Piotra Szczęsnego swoją wypowiedź układa w taki sposób, by nikt mu nie zarzucił, że występuje w imieniu Kościoła. Każde jego słowo to wyłącznie jego osobista moralno-polityczna refleksja. Podobnym sprytem wykazał się również popularny internetowy jezuita, o. Grzegorz Kramer, który też coś tam chlapnął na temat „odwagi”, ale szybko się zreflektował i wszystkich wielokrotnie przeprosił. O wiele mniej rozsądnie postąpił inny wybitny ksiądz, Adam Boniecki, który w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” zasugerował, że współczesna nauka Kościoła rozróżnia samobójstwo od samobójstwa i pewne jego rodzaje usprawiedliwia.  Wygłosił ksiądz Boniecki tę naukę i natychmiast dostał w łeb od swoich przełożonych, którzy mu udzielili bardzo poważnego ostrzeżenia za to, że miesza ludziom w głowach. Ciekawe. Zapuścił ksiądz Boniecki brodę, uznając zapewne, że to go zbliży intelektualnie do nieświętej pamięci Bronisława Geremka. A tu… taaaaka lipa.

***

Zrobił się nagle nastrój dość ponury, dobrze by więc było się nam na koniec nieco pośmiać. Proszę więc bardzo. Oto z okazji zbliżającego się Święta Niepodległości zorganizowano w Gdańsku spotkanie z Adamem Michnikiem, na którym pojawiła się niespodziewanie grupa działaczy Młodzieży Wszechpolskiej, która postanowiła powitać Michnika tradycyjnym chlebem i solą, ale ze względu na brak jednego i drugiego, przyniosła ze sobą wiadro ze smołą. Co by o nich nie mówić, chłopaki z Młodzieży Wszechpolskiej humor mają nozrównany. Kiedy piszę dzisiejszy tekst, słyszę, że Donald Tusk zdecydował się przyjąć zaproszenie na obchody Dnia Niepodległości i pojawi się na Placu Piłsudskiego. Pewnie nic z tego nie wyjdzie ale naprawdę miło jest sobie wyobrazić, jakby to było, gdyby oni zechcieli ten numer ze smołą wykonać raz jeszcze.

Książki oczywiście są nadal tam gdzie wcześniej, czyli pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl. Polecam uczciwie i serdecznie.






środa, 22 listopada 2017

Przejmujemy ZPR-y, czyli zmiana jeszcze lepsza - repryza

      W dyskusji pod moim wczorajszym tekstem o oczach Antoniego Macierewicza, na pierwszy plan wysunęły się dwa zarzuty. Jeden pod adresem Andrzeja Dudy i pani Agaty, że owa parka, zamiast pracować na rzecz Ojczyzny, dba wyłącznie o to, by się stroić i rozdawać uśmiechy, drugi, adresowany już tylko do mnie, że z takim zacięciem atakuję ministra Macierewicza, natomiast jakąś dziwną ochroną objąłem Prezydenta. Gdy chodzi o pretensję pierwszą, to głosu zabierać nie mam ochoty, bo uważam, że nasze oczekiwania w stosunku osób występujących publicznie, na poziomie tak zwanego wizerunku, to kwestia gustu. Mnie na przykład to, jak się prezentują prezydent Duda z Małżonką bardzo odpowiada, natomiast domyślam się, że dla wielu z nas wzorem najbardziej naturalnej elegancji są Witold Gadowski, czy Stanisław Janecki. A więc o tym już ani słowa.   
      Chciałbym natomiast zareagować na zarzut podniesiony przede wszystkim przez naszego kolegę Bendixa, jakobym ja na tym blogu prezydenta Dudę wyłącznie ozłacał i nawet seria tekstów na temat Kędryny, to robota nie moja, tylko Coryllusa. Otóż rzecz w tym, że ja od roku 2009 o Antonim Macierewiczu na tym blogu wspomniałem siedem razy i, pomijając wczorajszy tekst, bez jednego krytycznego słowa. Z drugiej strony, o Prezydencie wspomniałem chyba ze sto razy i jeśli ktoś ma ochotę, to niech sobie sprawdzi, czy zawsze w tonie wskazującym na to, że ja mam do niego jakąś niedobrą słabość. Dziś, w obliczu sporu miedzy Andrzejem Dudą, a Antonim Macierewiczem, trzymam stronę Prezydenta. Swoje powody przedstawiłem i nie będę ich tu powtarzał. Natomiast specjalnie dla Bendixa, który wprawdzie podobno czyta wszystko co ja publikuję, tyle że wciąż mu się plącze kto, co i jak, przypominam swój tekst zatytułowany „Przejmujemy ZPR-y, czyli zmiana jeszcze lepsza”, którego rocznicę będziemy obchodzić w najbliższy piątek.
   

      Oto niemal niepostrzeżenie najstarsze dziecko III RP, popularna bulwarówka „Super Express” ukończyła 25 lat i pewnie pies z kulawą nogą by na to wydarzenie nie zwrócił uwagi, gdyby nie to, że przy tej okazji w Teatrze Polskim doszło do wielkiej fety, którą swoją obecnością zdecydowali się zaszczycić prezydent Andrzej Duda z Małżonką. Ktoś powie, że z tym psem to nieprawda. Przede wszystkim, „Super Express” to bardzo poważne przedsięwzięcie, w dodatku, przez osobę swojego naczelnego, przedsięwzięcie niezwykle zasłużone dla Dobrej Zmiany, no a poza tym cóż tam taki prezydent choćby i z małżonką jest w stanie zmienić, kiedy tam bawią się tak zasłużone nie tylko dla III RP osoby, jak Maryla Rodowicz, Katarzyna Cichopek, Cezary Pazura z żoną, Monika Olejnik, detektyw Rutkowski, Beata Tadla, Jan Pietrzak, Andrzej Gołota, Leszek Miller, a nawet piosenkarka Doda? Czy naprawdę trzeba tam było ściągać prezydenta Dudę, żeby te urodziny rozbrzmiały szerokim echem po całym kraju, zwłaszcza że całość transmitowała państwowa telewizja?
      A to przecież nie koniec atrakcji. Jak się dowiadujemy z najlepszego źródła, bo od samego jubilata: „wielką galę rozpoczęło oczywiście odśpiewanie ‘Sto lat’, a właściwie Happy Birthday w wykonaniu Dody wystylizowanej na Marliyn Monroe. Redaktor naczelny "Super Expressu" podziękował wszystkim Czytelnikom gazety - Jesteśmy dumni z naszych czytelników, którzy mają wielkie serca i za te serca chciałem podziękować. Dziękuję państwu za te 25 lat i ‎mamy nadzieję że przed nami kolejne 25.Jakby tego było mało, podczas uroczystości ogłoszono wyniki jubileuszowego plebiscytu. I tak oto sportowcem 25-lecia został Andrzej Gołota, filmem 25-lecia „Dzień świra”, aktorem 25-lecia Cezary Pazura, przedsiębiorcą 25-lecia Roman Kluska, osobowością 25-lecia Ilona Łepkowska, artystą 25-lecia Zenon (nie mylić z Wacławem) Martyniuk, natomiast nagroda specjalna 25-lecia przypadła piosenkarce Dodzie, która z tej okazji wraz ze swoją grupą muzyczną Virgin wykonała premierowo piosenkę „Kopiuj wklej”. Przepraszam bardzo, ale czy naprawdę do pełni sukcesu tego przedsięwzięcia potrzebny był tam jeszcze prezydent Duda z panią Agatą?
      Otóż okazuje się, że tak. Oni tam też się pojawili. Dziś jest tak, że część z nas zastygła w krępującym milczeniu, część się zastanawia, czy w związku z obecnością pary prezydenckiej, strój jaki na sobie miała Doda był odpowiedni do sytuacji, a jeszcze inni się cieszą, że to świetnie, że Prezydent tam zawitał, bo należy wspierać polski biznes, a jak wiemy „Super Express”, to biznes jak najbardziej polski, bo utrzymywany przez jak najbardziej polskie Zjednoczone Przedsiębiorstwa Rozrywkowe i ich szefa, człowieka nazwiskiem Benbenek – Polaka, pełną, że się tak wyrażę, gębą. Właśnie tak. A zatem, to my. Co ciekawe, tamta strona milczy jak grób. Kiedy moglibyśmy się spodziewać fali okrutnego szyderstwa, oni akurat zatopili się w uprzejmej dyskrecji. Ciekawe, prawda?
       W tym momencie, z tak zwanej ostrożności procesowej, będę musiał swoją dzisiejszą notkę zakończyć i tylko powiem, że głupio jest patrzeć, jak mój prezydent jest pięknie rozprowadzany przez swoje otoczenie. Bo nie oszukujmy się. To nie jest tak, że on już od paru tygodni chodził podniecony i wszystkim powtarzał, by mu nie zapomniano przypomnieć o urodzinach „Super Expressu”. To tak nie działa. Kiedy się jest prezydentem, chodzi się w różne miejsca, a więc tu, tam i jeszcze gdzie indziej, a niekiedy jest i tak, że dla podniesienia rangi wydarzenia, wraz z żoną. A gdzie, to akurat sam prezydent do tego już głowy nie ma.
       A więc, jak mówię, to już jest koniec. A ja tylko chciałbym powiedzieć mojemu prezydentowi, że jeśli tak bardzo lubi brać udział w imprezach urodzinowych, to następnym razem niech wpadnie na urodziny mojego psa. Tak będzie dla niego i dla nas wszystkich zdecydowanie lepiej. A jak ktoś mi powie, że ja się tak nakręciłem ze względu na pupę piosenkarki Dody, to go stąd wyrzucę.

Zachęcam wszystkich do kupowania moich książek. Wszystkie są do nabycia w ksiegarni na stronie www.basnjakniedzwiedz.pl.

wtorek, 21 listopada 2017

Antoni Macierewicz, czyli czy te oczy mogą kłamać?

      Muszę się przyznać do czegoś, o czym tu wcześniej ani nie wspominałem, ani wspominać nie chciałem, z różnych względow. Przede wszystkim nigdy nie miałem wrażenia, że sprawa jest na tyle pilna, by się nią zajmować, no a poza tym zawsze istniały powody, by ją traktować jako zbyt delikatną politycznie, by się specjalnie popisywać swoimi przemyśleniami, a tym bardziej składać jakieś deklaracje. Ponieważ jednak nadszedł moim zdaniem odpowiedni czas, chciałbym powiedzieć, że gdy chodzi o Antoniego Macierewicza, mój do niego stosunek oscylował niemal wyłącznie między bardzo silną niechęcią połączoną z kompletnym brakiem zaufania, a rozbawieniem wynikającym z jego zawsze tak spektakularnych popisów w politycznej debacie.
     Ponieważ zdaję sobie sprawę z tego, że tego typu słowa na tym blogu mogą wywołać pewną konsternację, od razu powiem, dlaczego Antoniego Macierewicza, z bardzo krótkimi przerwami, niemal zawsze źle tolerowałem. I wbrew temu, co się może niektórym z nas wydawać, wcale nie chodzi o jego pojedyncze wypowiedzi, czy zachowania, bo tu on akurat zawsze starał się robić wrażenie bardzo dobre. Ja Macierewicza nie lubię głównie ze względu na historię, jaką on za sobą ciągnie przez całe lata 90, a więc przez ową dziwną dekadę, kiedy naprawde szło w Polsce na ostro. Z jednej strony mieliśmy połączone siły Systemu próbujące nas przydusić do ziemi, z drugiej Jarosława Kaczyńskiego, starającego się, najczęściej całkowicie samotnie, odnaleźć się w tej wojnie, a na tym tle kręcił się Antoni Macierewicz, polityk w końcu nie z ostatniego rzędu, realizujac swój zawsze niezwykle cwany plan wyzwolenia Polski spod postsowieckiej okupacji, z którym wszedł nawet w lata 2000. Gdyby ktoś nie pamiętał, proszę spojrzeć, jak wyglądała jego polityczna kariera po tym, jak upadł rząd Olszewskiego, wedle doniesień Wikipedii:
     „19 lipca 1992 został usunięty z ZChN, tworząc m.in. wraz z Mariuszem Maraskiem i Piotrem Walerychem małą partię pod nazwą Akcja Polska, która weszła w czerwcu 1993 w skład Ruchu dla Rzeczypospolitej Jana Olszewskiego. W wybprach parlamentarnych w tym samym roku bez powodzenia ubiegał się o reelekcję z listy Koalicji dla Rzeczypospolitej w krakowskim (otrzymał 11 586 głosów).
       W listopadzie 1993 reaktywował Akcję Polską. W 1995 wstąpił do Ruchu Odbudowy Polski, a w 1996 został wiceprzewodniczącym rady naczelnej tej partii. W wyborach parlamentarnych w 1997  z listy ROP wszedł do Sejmu III kadencji, uzyskując 15 221 głosów. Po rozłamie w tej partii, tuż po wyborach został prezesem założonej przez siebie partii Ruch Katolicko-Narodowy. W latach 1996–1997 współdziałał w opracowaniu Obywatelskiego Projektu Konstytucji. W 2001 został liczbą 24 900 głosów wybrany do Sejmu z listy Ligi Polskich Rodzin w okręgu warszawskim, której klub opuścił po kilku miesiącach na skutek konfliktu z Romanem Giertychem. W IV kadencji od 2004 do 2005 był członkiem sejmowej komisji śledczej ds. prywatyzacji PKN Orlen.
      W wyborach samorządowych w 2002 kandydował na stanowisko prezydenta Warszawy. Kampanię zakończył w pierwszej turze, z poparciem 5849 wyborców (1,09%), zajmując 8. miejsce na czternastu kandydatów. Współtworzył wówczas koalicję Razem Polsce, zrzeszającą niewielkie konserwatywno-narodowe ugrupowania prawicy, która zaprzestała działalności po porażce w tych wyborach. Od maja do lipca 2004 reprezentował Polskę w Parlamencie Europejskim.
      Wraz z Janem Olszewskim i Gabrielem Janowskim i z poparciem Anny Walentynowicz przed wyborami parlamentarnymi w 2005 stworzył federacyjną partię Ruch Patriotyczny, która w wyborach do Sejmu nie przekroczyła progu wyborczego, uzyskując 1,05% głosów”.
      Czy wszyscy widzą to co ja widzę? Proszę mi zatem powiedzieć, jakie zasługi dla wolnej Polski, poza zwykłym pyskowaniem i robieniem wrażenia, miał Antoni Macierewicz przez te wszystkie lata, kiedy się wszystko rozstrzygało? Mam nadzieje, że nie zaliczymy do nich tego jednego procenta głosów przeciwko Lechowi Kaczyńskiemu w wyborach samorządowych w 2002 roku, ani nawet kolejnego procenta dla oczywiście bardzo patriotycznego ruchu w wyborach do Sejmu w roku 2005, tym razem przeciwko Prawu i Sprawiedliwości. Przepraszam bardzo, ale kim byłby dziś Antoni Macierewicz, gdyby nie to, że po objęciu władzy przez Prawo i Sprawiedliwość, w roku 2006 Jarosław Kaczyński nie podjął decyzji, że najwyższy czas zlikwidować Wojskowe Służby Informacyjne i z sobie znanych powodów uznał, że nikt nie zrobi tego lepiej od Macierewicza?
     A zatem wiemy już, jakie mam zarzuty do Antoniego Macierewicza. Według mnie, politykiem jest on wyjątkowo marnym, a przede wszystkim niesamodzielnym, tyle że przez jakieś nie do końca przez nas poznane cechy charakteru, czy temperamentu, został wykorzystany przez Jarosława Kaczyńskiego, który jak wiemy kieruje się przede wszystkim zimną kalkulacją, a nie emocjami, do realizowania pewnych zadań dla Polski, no i je lepiej lub gorzej realizuje… do niedawna. Otóż, jak wszyscy zauważyliśmy, w ostatnich miesiącach obecność Antoniego Macierewicza w publicznej przestrzeni nie jest związana z jego osiągnięciami w badaniu przyczyn i przebiegu Katastrofy Smoleńskiej, co – zechciejmy sobie łaskawie przypomnieć – w pewnym momencie było przedstawiane, niemal jako jego znak firmowy, lecz kompletnie bezsensowny spór z prezydentem Dudą o jednego z jego zaufanych generałów. Nie będę tu wyjaśniał konkretnie, w czym rzecz – kto chce, może sobie łatwo doczytać w innych miejscach – natomiast chciałbym zwrócić uwage na fakt, że awantura z Prezydentem jest naprawdę jednym z niewielu tematów, które dostarczają paliwa tym wszystkim, którzy nie liczą już dziś na nic, jak tylko na to, że Jarosław Kaczyński umrze i pusci ten cały bałagan samopas.
      Ktoś powie, że to Duda jest zdrajcą, a nie Macierewicz, to Duda ma żonę Żydówkę i epizod w Unii Demokratycznej, a Antoni Macierewicz to wielki polski patriota. A ja się tu kłócić nie będę i powiem, że może i taka jest prawda: Duda to Żyd, a Macierewicz to polski bohater. Tyle że, przepraszam bardzo, ale co z tego, jeśli Andrzej Duda jest dziś legalnie urzędująceym prezydentem, w dodatku cieszącym się najwyższą popularnością wśród najbardziej patriotycznie zorientowanej części społeczeństwa i, póki co, gwarantującym kolejne zwycięstwa Dobrej Zmiany, a Macierewicz tak czy inaczej pozostaje wyłącznie jednym z ministrów w rządzie Beaty Szydło, którego w każdej chwili można zastąpić kimkolwiek, bez absolutnie żadnej szkody dla dalszych losów kraju? Że co? Że Macierewicz się obrazi i założy kolejny ruch o kolejnej bardzo fantazyjnie brzmiącej nazwie i w następnych wyborach dostanie swoje tradycyjne 1,09 %? A cóż to komukolwiek szkodzi?
      A zatem, ja od Macierewicza dziś oczekuję tylko jednego. Niech się na chwilę chociaż oderwie od szykowania swojej kandydatury na – wreszcie! – przyszłego lidera polskiej prawicy, bo on jest tak słaby, że z nim wygra nawet Patryk Jaki, a kto wie, czy nawet nie Dominik Tarczyński.
      Kończę ten tekst i już czuję swąd wściekłości, jakiej ten blog dotychczas nie zaznał. W tej sytuacji, myślę, że nic nie zaszkodzi, jak do tego wszystkiego dorzucę jeszcze jedną refleksję odnośnie wrażenia, jakie Antoni Macierewicz robi na swoich sympatykach podczas swoich medialnych występów. Otóż moja świętej pamięci ciocia Marysia któregoś dnia, widząc w telewizji Donalda Tuska, powiedziała: „Popatrz na niego. Stawia te oczy jak złodziej”. Otóż moim zdaniem Antoni Macierewicz stawia oczy jak złodziej. Od zawsze i nigdy inaczej. Nawet wtedy, gdy informował Wałęsę, że wie, że ten wie, że on wie. I wcale nie chodzi mi o tę mityczną nienawiść. Wcale nie. W oczach Macierewicza nie ma śladu nienawiści. Tam jest sama miłość. I to jest drugi powód, dla którego mu nie ufam.

Zapraszam wszystkich do odwiedzania księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl i do kupowania naszych książek. Naprawdę trudno znaleźć coś choćby podobnego.



poniedziałek, 20 listopada 2017

O karze za ludobójstwo

Znów jesteśmy nieco spóźnieni, ale, jak to mówią, co ma wisieć, nie utonie, a więc dziś przedstawiam swój ostatni felieton z „Warszawskiej Gazety”. Myślę, że mocny jak należy.

       Pomijając fakt, że jest coś dziwnego w tym, że materiały ani w żaden sposób tajne, ani nawet nie pochodzące z tak powszechnie ostatnio ujawnianych podsłuchów, wychodzą na wierzch dopiero po wielu latach, warto zwrócić uwagę na fakt, że oto media ujawniły fragment posiedzenia tak zwanej Komisji Millera, badającej Smoleńską Katastrofę, fragment prawdziwie wstrzasający. To bowiem co słyszymy wskazuje na fakt, że swego czasu bardzo medialnie eksploatowany wątek rzekomej obecności generała Błasika w kokpicie tupolewa, był od początku do końca prowokacją mającą na celu zrzucenie winy za katastrofę bezpośrednio na Generała, a pośrednio oczywiście na prezydenta Lecha Kaczyńskiego, którego polecenia ten zobowiązany był wykonywać. Chodzi o to, że podczas posiedzenia Komisji przewodniczący Miller zarządził, by mimo oczywistego braku dowodów, a nawet podejrzeń, wspólnie i jednogłośnie przekazać do wiadomości publicznej informację, że wedle ustaleń Komisji, generał Błasik tuż przed katastrofą wtargnął do kokpitu.
     Owa informacja, już sama w sobie, robi na każdym nieuprzedzonym obserwatorze wrażenie, to natomiast, co mnie tu interesuje szczególnie, to dwie kwestie, na które, jak się zdaje, mało kto zwrócił uwagę. Otóż przede wszystkim nie mogłem nie zauważyć, że w momencie, gdy sam przewodniczący Miller dość niezgrabnie, zapewne czująć, że bierze udział w ciężkim przekręcie, proponuje, by nie ogłaszać jednoznacznie, że w kabinie znajdował się generał Błasik, ale osoba „spoza załogi”, ewentualnie „Pan Generał dowódca Sił Powietrznych”, jednak bez nazwisk, do rozmowy wtrąca się któryś z pozostałych członków Komisji i mówi co następuje: „Jeżeli  można, ja bym wolał jednak, żeby to było już w tym opisie, bo po co, po co potem dowiązywać ten wątek kryminalny w innym miejscu? […] Czemu tu pisać, że osoba spoza załogi? Jeśli tu w opisie napiszemy, że jest to Dowódca Sił Powietrznych, to te klocki bardziej będą pasowały do siebie”.
      Rzecz w tym, że chciałbym bardzo się dowiedzieć, kto wygłosił te słowa. Kto przede wszystkim, w ów wyjątkowo parszywy sposób wrzucił tu ten „wątek kryminalny”, no i kto to taki wpadł na pomysł, że tu tak naprawdę chodzi tylko o to, by „te klocki pasowały so siebie”. Chciałbym bardzo poznać twarz i nazwisko tego tak wybitnie gorliwego człowieka. A to z jednego i tylko jednego powodu, który się zresztą wiąże z drugim interesującym mnie bardzo elementem tej sprawy.
      Otóż, jak już wspomniałem, zapis owej narady nie był ani utajniony, ani też szczególnie chroniony. Wszystko też tam brzmi bardzo wyraźnie, nie słychać jakichkolwiek cięć. Wszystko więc wskazuje na to, że oni tam sobie rozmawiali w pełnym przekonaniu, że nie ma takiej siły, która mogłaby spuścić na nich jakąkolwiek karę. To zatem ich poczucie bezkarności, bardzo mnie moblizuje do tego, by z nich wszystkich wyciągnąć tego jednego specjalistę od „kryminalnych wątków” i „klocków” i mu osobiście wyrwać serce z gardła.


Na stronie www.basnjakniedzwiedz.pl możemy znależć moje książki. Naprawdę szczerze polecam.

niedziela, 19 listopada 2017

Telefon do tamtego świata

      Pochowaliśmy wczoraj na cmentarzu w Przemyślu mojego teścia, a ja mam z tej okazji refleksję, moim zdaniem, zupełnie szczególną. Otóż w swoim kazaniu podczas mszy żałobnej ksiądz w pewnym momencie rzucił mniej więcej taką myśl: „Żegnamy dziś Andrzeja, ale to tylko na chwilę. Niedługo się z nim znów spotkamy i będziemy razem już na zawsze. I co do tego zgadzamy się chyba wszyscy. Nawet ci, którzy uważają, że Boga nie ma i że w ogóle nie ma nic, lubią od czasu do czasu wspomnieć o tym, że nasi zmarli gdzieś tam sobie żyją, myślą o nas, spoglądaja na nas z góry, no i że czekają na to, by się znów z nami połączyć”, a my wszyscy kiwaliśmy głowami i powtarzaliśmy sobie w duchu, że tak, to są naprawdę piękne słowa.
     I ja też słuchałem tego, co mówił ksiądz i myślałem sobie, że to w rzeczy samej są słowa bardzo piękne, głębokie i mądre. I przypomniałem sobie natychmiast pogrzeb Wisławy Szymborskiej, uroczystość całkowicie świecką, gdzie nie było ani Boga, ani nawet specjalnie zamówionego księdza, były natomiast kolejne przemówienia ludzi, którzy wciąż powtarzali, że żegnają się z Szymborską zaledwie na chwilę, a tymczasem niech ona tam gdzieś, Diabeł jeden wie gdzie, słucha swojej ukochanej Elli Fitzgerald. Tak było i ja tam byłem i przyznaję, że patrząc na ten cyrk coraz bardziej drętwiałem.
      Pochowaliśmy więc mojego teścia, wróciliśmy do Katowic i w pewnym momencie oboje uznaliśmy, że wypada teraz jak zawsze zadzwonić do niego i opowiedzieć mu o tym, jak było. Powiedzieć mu, jak było w Przemyślu, że lało, ale za to było dużo ludzi, że przyjechała nawet Jedynakowa i przywiozła jakiś pierścień Solidarności dla Mamy i że wujek Janek wszystko odpowiednio zorganizował i była ciocia Bożenka i mnie nie poznała, że ciocia Ewa bardzo ładnie wyglądała i że byli Maciek i Jacek, że przyjechała nawet Jadzia z Opola, a wujek Jurek po operacji chodzi o lasce, że Martynka była bardzo grzeczna i wszyscy byli zachwyceni, jaka ona śliczna, że Antek z Dorotą zamówili naprawdę najpiękniejszy wieniec, a Zosia się popłakała i że wujek Staszek wygłosił bardzo piękne kazanie o tym, że się pożegnaliśmy tylko na chwilę, no i że po pogrzebie poszliśmy na obiad, że był bardzo dobry rosół, zupełnie jak w domu, że ta autostrada do Katowic jest tak wygodna, że wróciliśmy do Katowic w dwie godziny i dwadzieścia minut, inna sprawa, że Krzysiek jechał 160 na godzinę, no i na samym końcu, że Liverpool wygrał z Southhampton 3:0… no i w tym momencie zrozumieliśmy, że koniec już z tymi telefonami i że nie ma dokąd dzwonić. Przynajmniej nie przez najbliższe lata.
      Siedzieliśmy tak sobie zadumani nad tym i owym, kiedy zadzwonił telefon właśnie i to był ktoś bardzo nam bliski, jeden z tych, o których podczas kazania mówił ksiądz, że nawet oni wierzą, że mimo iż nie ma nic, to jednak coś jest, i zapytał nas, jak tam na pogrzebie. A ja oczywiście opowiedziałem mu o tym, jak to mamy wielką ochotę zadzwonić do naszego taty i mu o wszystkim opowiedzieć, a tu nagle okazuje się, że ani nie ma gdzie dzwonić, ani cokolwiek opowiadać. I oto, proszę sobie wyobrazić, że ów nasz brat i przyjaciel powiedział zupełnie poważnie i szczerze, że ależ powinniśmy i tak zadzwonić, a kiedy się zgłosi automatyczna sekretarka, to mamy i tak gadać i powiedzieć wszystko, co mamy do powiedzenia, a tato nas z całą pewnością usłyszy.
     Jak? W jaki sposób? Przy pomocy jakich elektronicznych, a może kosmicznych urządzeń? Tego akurat już się nie dowiedzieliśmy.
     No a przede wszystkim nie dowiedzieliśmy się, skąd nagle pomysł, by szukać czegoś, czego nikt nie zgubił. I może to i dobrze. Jeszcze byśmy się dowiedzieli, że zdecydowana większość księży to pedofile, a Boga wymyślili pierwotni ludzie ze strachu przed piorunami.

Zapraszam wszystkich do odwiedzania ksiegarni na stronie www.basnjakniedzwiedz.pl i do kupowania naszych książek. Naprawdę warto.

     

piątek, 17 listopada 2017

A teraz, drogie dzieci, pani Rowling zrobi wam bliznę

Jutro chowamy mojego teścia, a więc jeszcze przez parę dni będę tu głównie z doskoku. Ponieważ nie chce tak zupełnie zostawić tego bloga z, że tak to określę, pustymi rękami, chciałbym przypomnieć swój dość już stary tekst, jeszcze z roku 2009, w którym przedstawiłem, moim zdaniem, bezwzględnie najbardziej solidną krytykę cyklu powieściowego o małym czarodzieju Harrym Potterze. Bardzo jestem z tego dumny.



      
      Robię gołąbki dla mojej rodziny i chodzą mi po głowie różne myśli. Oto gotuje się druga kapusta, a ja siadłem na chwilę, żeby chociaż zacząć ten dzisiejszy wpis. I przypomina mi się film, polski, zrobiony jeszcze wtedy, gdy polskie filmy dało się z przyjemnością oglądać, zatytułowany Przyjęcie na dziesięć osób plus trzy. Chodzi o to, że Maklakiewicz gra człowieka, który właśnie wyszedł z więzienia, mieszka z matką staruszką, która go utrzymuje i od czasu do czasu, ponieważ go bardzo kocha, daje mu parę złotych na to, żeby on mógł się z kolegami schlać. Któregoś dnia, pod klasyczną PRL-owska budką z piwem zaczepia go dzielnicowy i pyta, czy mu nie wstyd być na utrzymaniu starej matki: I wówczas Maklakiewicz mówi tak: „Dopóki człowiek ma matkę, pozostaje dzieckiem. Gdy ją straci, dba o swoje utrzymanie. Tu wiek nie ma nic do rzeczy”. Scena ta, z punktu widzenia dzisiejszych standardów, a pewnie i wszelkich standardów, jest absolutnie horrendalna. Jeśli się nad nią zastanowić, to od czasu jak Jezus powiedział ewangelistom o niebieskich ptakach, nie było zdania równie porażającego w swoim przesłaniu. Jak by ktoś nie wiedział, to dodam tylko, że za tym akurat stoi Jan Himilsbach. Podobnie jak Maklakiewicz, pijak. I podobnie jak ja – degenerat.
       Przypomniał mi się ten cudowny polski film, a po nim, natychmiast inny, już nie polski, ale normalny – hollywoodzki. Też stary, z 1984 roku, a zatytułowany Miejsca w sercu. Sally Field gra kobietę, której mąż nagle umiera, zostawiając ją z czworgiem chyba dzieci. Dzieci jak dzieci – zwykłe. Ani bardzo grzeczne, ani bardzo niegrzeczne. Tyle że, może dlatego, że akcja filmu dzieje się jeszcze w starych bardzo czasach, nie chodzą w bejsbolówkach, ani w kapturach, ani nie mają tatuaży, ani kolczyków w nosie i w pępkach. A ona też – klasyczna wdowa, która całe życie doskonale wiedziała co ma robić, żeby rodzina funkcjonowała, ale też świetnie wiedziała, że są rzeczy, o które ona dbać nie musi, bo od tego ma męża. Pewnego razu, najstarszy syn chuligani się i wypada go ukarać. Niestety Field nie wie, jak, a przede wszystkim, jakie kary, się wyznacza i wymierza,. Więc zwraca się do tego niegrzecznego, najstarszego syna z kluczowym pytaniem: „Co by zrobił ojciec?” I wtedy ten chłopak najpierw się zastanawia i szczerze odpowiada, że o ile on dobrze pamięta to by mu wlepił pięć (a może dziesięć – tym razem ja nie pamiętam) pasów na tyłek. No i je zbiera, praktycznie wymuszając je na biednej matce.
      Co mi strzeliło do głowy, żeby opowiadać filmy? Część tej zagadki została już wyjaśniona. Ale oczywiście, powodów jest więcej i z pewnością ważniejszych. Pierwszy jest taki, że obiecałem napisać, dlaczego podoba mi się książka A.A. Milne o Kubusiu Puchatku, i dlaczego nie podoba mi się cykl książek o Harrym Potterze. A żeby cokolwiek napisać, należy to pisanie jakoś zacząć. A zatem, proszę potraktować to co wyżej jako wstęp. Jest jednak i inny powód takiego a nie innego wstępu. Chciałem najlepiej jak umiem pokazać, co mnie przyciąga, jeśli idzie o sztukę, taką jak film, czy literatura, a więc jeśli idzie o wykreowaną opowieść, lub obraz. Chodzi bowiem zawsze tylko o to, żeby to przede wszystkim było coś tak prostego, że aż zwalającego z nóg. A poza tym, żeby to było opowiedziane w taki sposób, że słuchając tej opowieści, człowiek zapomina że oddycha. A to jest zadanie nie do wykonania przez byle kogo. Tego się nie da zrobić tak, że ktoś w ramach pijackiej, albo po-pijackiej przygody, przeżyje coś, co wyda mu się zabawne i uzna, że to on w takim razie napisze na ten temat całą książkę, albo nakręci o tym cały film. Dodatkowo, nie może być tak, że ktoś, zastanawiając się nad własnym życiem, wpadnie na pomysł, że właściwie, skoro nie udało mu się dostać na medycynę, czy zatrudnić w banku, można by zostać artystą i od tego czasu zaczyna się wyłącznie zajmować szukaniem odpowiednich kontaktów. Krótko mówiąc, jeśli chce się malować obrazy, pisać książki, układać piosenki, kręcić wielkie filmy, czy grać piękne melodie na instrumencie i liczyć na to, że się to sprzeda, trzeba być jednym ze stu tysięcy, a nie jednym z dziesięciu.
      Albo trzeba się znaleźć w odpowiednim miejscu i w odpowiednim czasie. A to miejsce i czas, wcale nie muszą być wybrane bardzo uczciwie. Nie wiem na pewno, czy to co opowiada o sobie ani Rowling jest prawdą, ale oficjalna wersja jest taka, że ona kiedyś nabazgrała parę słów w knajpie na chusteczce do nosa i jej wyszedł Harry Potter. Z tym świstkiem bibułki poszła do któregoś wydawcy i w ten sposób stała się najsłynniejszą i najbogatszą autorką książek dla dzieci na świecie. I to jest pierwszy powód, dla którego twierdzę, że całą tą histerią związaną z Potterem stoi zwykłe oszustwo. Przypadki się zdarzają, ale nie w taki sposób. Talenty również spadają na nas z nieba, ale nie ot tak sobie. Najlepszym dowodem na to, że cudów nie ma, a wszystko jest bardzo starannie planowane, jest choćby kompletnie zapomniany i zlekceważony talent człowieka o imieniu Schmaletz, o którym kiedyś tu wspomniałem. Nawet Al Cooper i Mike Bloomfield, kiedy nagrywali z Dylanem Highway 61 Revisited, byli wielkimi gitarzystami już wcześniej, a Cooper na tyle wybitnym i zdeterminowanym muzykiem, że nawet mógł sobie pozwolić na to, by grać nagle na organach.
      Ale wracajmy do Pottera. Jego wyjątkowa bylejakość opiera się nie na jednym filarze – czyli na bylejakości talentu jego autorki – lecz na trzech bardzo mocnych podstawach. Jeden, to wspomniany już styl pisarski. Ta książka napisana jest w taki sposób, że każdy przeciętny copywriter w każdym przeciętnym wydawnictwie umie tak pisać. Tam nie ma jednego zdania, które wskazywałoby na to, że ona potrafi więcej, niż ktokolwiek inny, będący w tym zawodzie. Co więcej, skoro już pojawił się ten copywriter, cała narracja i cała fabuła tej ksiązki prowadzona jest tak, jakby pisała ją nie jedna osoba, lecz kilka. Efekt jest taki, że Harry widzi lustro, nagle z lustra wychodzi potwór, ale kiedy już go ma zabić, Harry wypowiada zaklęcie i w tym momencie zamienia się w sowę i wylatuje przez okno. Tymczasem okazuje się, że sowa, w którą on się zamienił nie umie latać, bo kiedy wypowiadał zaklęcie, coś mu się pomyliło i przez tą swoją pomyłkę sprowadził Valdemorta i zmienił go w sowę i teraz Harry jest Valdemortem … i tak to się ciągnie. Dokładnie na zasadzie telenoweli. Albo jeszcze gorzej: Kiedyś grałem na komputerze Atari w taką grę, gdzie trzeba było wybierać jedną z dróg. Idziesz albo do lasu, albo na polanę? Wybierasz las. W tej sytuacji rozpalasz ognisko, czy zbierasz grzyby? Zbierasz grzyby. Skoro zbierasz grzyby – znajdujesz złotą monetę, czy pięknego grzyba? Znajdujesz monetę… I w ten sposób do usranego końca. Oto fabuła Harrego Pottera. Nie istnieje żaden logiczny i przemyślany plan, lecz wyłącznie seria epizodów, z których każdy wynika z poprzedniego i które można ciągnąć w nieskończoność, do czasu jak ktoś nie powie: „Panowie, kończmy” i wtedy wszyscy giną, albo się żenią, albo ulatują w kosmos.
      Obrońcy Harrego Pottera twierdzą, że to wszystko jest nieważne, bo to jest książka dla dzieci i liczy się przygoda i przesłanie. A przesłaniem jest przyjaźń, wierność, miłość, więc dzieci – czytelnicy tej książki – mają wszystko co trzeba, żeby się przez nią stać lepszymi i mądrzejszymi ludźmi. A to, że świat przedstawiony w książce, to świat czarów i czarodziei, tylko wzmacnia dziecięcą wyobraźnię i też przez to czyni ich lepszymi. Tyle że to nieprawda. W przygodach Harrego Pottera nie ma ani miłości, ani przyjaźni, ani wierności, ani nawet zdrady. Jedyne co tam jest to kompletny chaos i przypadek, który jest wynikiem tego że w tamtym świecie hula nieustanna magia, gdzie wszyscy rzucają na siebie zaklęcia i wszyscy wszystkich chcą zniszczyć, lub uratować. Każdy w każdym momencie może stać się dobry, albo zły, zależnie albo od fantazji osoby, która aktualnie pisze kolejny rozdział, albo od potrzeb scenariuszowych. Dodatkowo jeszcze, ta magia, która trzyma w kleszczach jakikolwiek sensowny kształt tej opowieści, i która się nigdy nie kończy, bo wszyscy są magikami równie wybitnymi jak i kompletnie nieudanymi, nie jest magią prawdziwą, a więc magią na widok której moglibyśmy sobie pomyśleć, że oto jest coś o czym nigdy wcześniej nawet nie pomyśleliśmy, ale magią w takiej postaci, jak ją mógłby sobie wyobrazić każdy głupek. A więc lustra, z których coś wyłazi, albo stoły, które zaczynają chodzić, albo samochód, który fruwa. I to ma rozbudzać wyobraźnię dzieci? Dziękuję bardzo. Wolę „Lethal Weapon IV”. Przynajmniej tam ktoś jest lepszy, lub silniejszy, lub mądrzejszy i nie jestem wystawiony na rozwiązania takie, jakie są w Potterze, gdzie nawet największy czarodziej świata, czyli Dumbledore co drugi dzień jest głupi, niesprawiedliwy, albo kompletnie nieprzytomny, a jedyne co potrafi naprawdę, to robić magiczne sztuczki prosto z programu David Coppperfield Show.
      No i jest jeszcze jeden aspekt tej ksiązki, czy serii książek, który sprawia, że ona stała się tak popularna i która uczyniła z Rowling gwiazdę. Chodzi mi o ten podstawowy, a zarazem jedyny pomysł na ten projekt. W normalnych bajkach było zawsze tak, że istniał świat realny i świat czarodziejski. Przygoda polegała na tym, że niekiedy świat czarodziejski przenikał do świata naszego i z tego się coś tam ciekawego rodziło. Tu, jak się zdaje, po raz pierwszy zostało zaproponowane takie rozwiązanie, że to wszystko jest naszym światem, z tą różnica, że – jak się okazuje – niektórzy z naszych sąsiadów i znajomych to czarodzieje. I oni są od nas lepsi, więksi, szlachetniejsi, jakby wybrani. Oni są elitą. Okazuje się, że istnieje może i tu, za rogiem, świat równoległy, gdzie niektórzy z nas spędzają czas wtedy, kiedy ich nie widzimy. Oczywiście, przygody Harrego Pottera nie mogły pokazać tamtego świata w sposób zbyt egzotyczny, raz że autorzy tej ksiązki ani by tego dobrze zrobić nie potrafili, ani im by się nie chciało, a przede wszystkim dlatego, że ci czarodzieje muszą być tacy jak my, bo inaczej dziecięcy czytelnik nic by z tego co tam się dzieje nie zrozumiał. A więc oni ściągają na lekcjach, na święta mają choinkę, jedzą jajecznicę, i oczywiście jeżdżą pociągiem z przedziałami. Mimo to jednak, tylko pozornie sa tacy jak my, ponieważ kiedy ich zobaczymy na tle zwykłych ludzi, czyli tzw. mugoli, którzy są po prostu nicnieznaczącym robactwem, zobaczymy, że między nami a nimi jest cały kosmos. Oni są wybrani.
      I to jest własnie aksjologia powieści Rowling. Jeśli chcesz się wydostać ze świata mugoli, musisz stać się czarodziejem. A do tego nie potrzebujesz ani inaczej się ubierać, jeść tego czego nie lubisz, więcej się uczyć, mieć mniej wad, czy słabości, być ładnym, czy przystojnym, Wystarczy że się zdeklarujesz, że chcesz do nich przystąpić. A więc zostać czarodziejem. Ciekawa sprawa w Kamieniu filozoficznym Dumbledore mówi w pewnym momencie tak: „Scars can come in useful.I have one myself above my left knee which is a perfect map of the London Underground”, co po polsku brzmi tak: “Blizny mogą się przydać. Sam mam jedną nad lewym kolanem, jest doskonałym planem londyńskiego metra”. O co chodzi z tym metrem i z tymi bliznami. Co ta głupkowata z pozoru informacja może powiedzieć dziecku, które jedyne co z tego wszystkiego wie, to to, ze chciałoby zostać czarodziejem, jak Harry Potter? Dokładnie nic. Fakt jest jednak taki, że dla światowej masonerii, londyńskie metro stanowi symbol ich zwycięstwa i władzy. Plan londyńskiego metra dokładnie bowiem odzwierciedla układ kabały, a więc jednego z podstawowych dla masońskiej symboliki znaku http://www.johncoulthart.com/pantechnicon/kabbalah.html. A to, że o tej „koincydencji” w swojej piosence „Station to Station” nie do końca popowy piosenkarz David Bowie śpiewa "Here are we, one magical movement from Kether to Malkuth", wcale nie trywializuje problemu, lecz wręcz przeciwnie.
       Pomijając ogólne wrażenie, wynikające z całego szeregu śladów, tropów i okoliczności, jest to jedyny dla mnie całkowicie jednoznaczny dowód, że Harry Potter ma ukryte inspiracje masońskie. I nawet jeśli w kolejce do komentowania tego wpisu stoi już cała masa osób, które gotowe są mi zarzucać obsesje i brak powagi, ja mam wciąż jedno pytanie: Po ciężką cholerę Dumbledore w powieści Rowling ma tę bliznę? Tak sobie? To taki żart? Taki kaprys? To jest nic nie znacząca zabawa? Dziękuję bardzo, ale ja się w kabałę bawić nie mam ochoty. Szczególnie gdy ona jest mi wrzucana podstępnie. A ja jeszcze wiem coś więcej. Że w tej „wspaniałej” książce jest ich prawdopodobnie dużo więcej, tyle że proszę ode mnie nie wymagać za wiele. Na tym akurat się nie znam i nawet nie mam odpowiednich ambicji. Zwłaszcza że celem tego wpisu tak naprawdę nie jest szukanie satanistycznych inspiracji dla literackich osiągnięć J.K. Rowling, lecz wykazanie, że to jest po prostu nędzna literatura, od której każdego roku na świcie powstaje cały szereg mądrzejszych i lepiej napisanych książek. Choćby takich jak cykl opowieści Johna Bellairsa o Louisie Barnavelcie, o której jednak pies z kulawą nogą nie słyszał, bo w jej sprawie w księgarniach na całym świecie nie rozdawano czapek i różdżek. I jeszcze wyrażenie zdziwienia, że ludzie z pozoru inteligentni, wrażliwi i myślący, bez mrugnięcia okiem przyjęli aż tak nachalną manipulację.
       Ktoś może zapytać, dlaczego, skoro za sukcesem Harrego Pottera stały aż tak wielkie wpływy, czemu w efekcie powstało coś tak taniego i płytkiego? Przyznam się że nie wiem. Są jednak na to dwa wyjaśnienia. Jedno to takie, że oni są mocni wyłącznie w starciu z tak nędznym przeciwnikiem, co by akurat było dość pocieszające. Drugie jest znacznie smutniejsze. Oni wiedzą, że przy takim przeciwniku, mogą działać nawet na ćwierć gwizdka. A i tak, to co chcą – skutecznie osiągną.
       Harry Potter. Kiedyś będziemy się tego wstydzić.

Zapraszam jak zawsze do księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, gdzie są do kupienia moje książki.


czwartek, 16 listopada 2017

Pomidor

       Jak już wspomniałem wczoraj, zmarł mój teść i owo odejście wiąże się z tyloma refleksjami, że przyjdzie czas, kiedy je tu po kolei wszystkie przedstawię. Dziś jednak nie bardzo mam siłę, ani też ochotę, do tego, by komentować bieżące wydarzenia.Natomiast z prawdziwą przyjemnością chciałbym zacytować podaną przez portal tvn24.pl informację o następującej treści:
       „Po dwóch latach rządów PiS 37 procent badanych w sondażu Kantar Public uważa, że nastąpiła zmiana na gorsze, a 36 procent - że na lepsze. 27 procent badanych nie ma zdania na ten temat. 47 procent ankietowanych jest zdania, że od objęcia władzy przez PiS, w Polsce zaszły duże zmiany, 6 procent uznało, że żadnych zmian nie ma. Z sondażu przygotowanego na dwulecie rządów PiS wynika, że 28 procent Polaków ocenia, iż Platforma Obywatelska rządziłaby gorzej od PiS, 27 procent jest zdania, że tak samo, a 18 procent, że lepiej. 27 procent badanych nie umie odpowiedzieć na tak postawione pytanie. Zmiany, które zaszły w kraju od przejęcia władzy przez PiS, jako duże ocenia 47 procent badanych, 31 procent uważa, że są one małe, a 6 procent wskazało w sondażu odpowiedź ‘żadne’. 16 procent nie wybrało jakiejkolwiek z odpowiedzi. Zdaniem 37 procent ankietowanych nastąpiła zmiana na gorsze; według 36 procent - na lepsze, 27 procent badanych nie ma zdania na ten temat”.
        Przepraszam, ale na to wszystko, ja mam tylko jeden komentarz: „Pomidor”.
        A jeśli ktoś potrzebuje wyjaśnienia, to wyjaśnienia z wczesniej przedstawionych powodów nie będzie, natomiast zachęcam do refleksji.


Nasze książki, jak zawsze, są do kupienia w księgarni na stronie www.basnjakniedzwiedz.pl. Zachęcam gorąco.

środa, 15 listopada 2017

Tym razem bez tytułu

       Wczoraj, po paru miesiącach walki, zmarł mój teść. Odszedł nie cierpiąc, świadomy, że to już koniec, radosny na spotkanie po latach swojej ukochanej żony.
       A ja chciałbym dziś podziękować wspaniałym lekarzom z Oddziałów Neurochirurgii oraz Rehabilitacji Neurologicznej Szpitala Klinicznego w Katowicach – Ligocie za profesjonalną opiekę, za ich wysiłek, za dobrą cierpliwosć i stałą uprzejmość. Dziękuję paniom pielegniarkom i pielęgniarzom zarówno w Klinice, jak i w ośrodku Beta-Med w Chorzowie, wszystkim niezwykle sympatycznym, grzecznym i ofiarnym, za wszystko co zrobili, by te ostatnie dni były dla naszego taty i dziadka naprawdę dobre. Dziękuję też fantastycznym rehabiltantom zarówno z Oddziału Rehabilitacji Neurologicznej, jak i w Beta-Medzie. Na koniec też chciałbym podziękować ratownikom medycznym, z którymi w tym czasie miałem okazję się spotkać parokrotnie i którzy zawsze byli dla nas uprzejmi, profesjonalni i bardzo pomocni.

      Do zobaczenia, Tato. Mam nadzieję, że pozwolą Ci tam oglądać mecze Twojego Górnika Zabrze, no a przede wszystkim  Premier League.

wtorek, 14 listopada 2017

Arena idei, czyli wrestling dla lepszego sortu

       Przyznam, że niemal owo wydarzenie przegapiłem, ale, owszem, udało mi się kątem oka dojrzeć, że doszło do zapowiadanej od paru dni wielkiej debaty TVN-u , zatytułowanej z charakterystycznym dla tych ludzi wdziękiem, „Arena Idei”, podczas której na wyeksplowatowany już niemal do porzygania temat nienawiści, która rzekomo rozdarła Polskę na pół, przed zgromadzoną publicznością, oraz pod czujnym okiem red. Kolendy-Zaleskiej, dyskutowali ksiądz Boniecki, oraz profesorowie Łętowska, Bralczyk i Zybertowicz. Jak mówię, choć odpowiednio wcześniej wiedziałem o szykowaniu owego przekrętu, z czasem o nim zapomniałem i tylko zupełnym przypadkiem udało mi się obejrzeć niewielki jego fragment. Może zanim przejdę do rzeczy, wyjaśnię może, czemu wspominając o owej „rozdzierającej Polskę na pół nienawiści” użyłem słowa „rzekoma”. Otóż rzecz w tym, że, choć oczywiście ów podział istnieje i w pewnych swoich formach, jak choćby zabójstwo Marka Rosiaka, czy samobójstwo Piotra Szczęsnego, przybiera postać prawdziwie upiorną, ma znaczenie, tylko dla nas, natomiast dla ogromnej większości społeczeństwa stanowi coś tak egzotycznego, że gdyby im kazać sprawę komentować, oni nie wiedzieliby nawet, o co dokładnie chodzi. I dotyczy to nawet tych osób, które w codziennych plotkach lubią rzucić to tu to tam, że „Kaczyński to stary pedał”, albo że „Tusk to rudy złodziej”, jednak nawet im w głowie przeżywać jakąkolwiek nienawiść do kogokolwiek, poza oczywiście nielubianym sąsiadem, czy szefem w pracy. A zatem, jeśli dziś TVN organizuje wspomnianą debatę, podczas której wszyscy jej uczestnicy udają, jak to oni strasznie przeżywają fakt, że społeczeństwo jest tak okropnie podzielone, to robi to wyłącznie po to, by przedłużyć obu stronom, a sobie przede wszystkim,  alibi na dalsze lata wykorzystywania tego, jako argumentu w walce o władze i pieniądze.
     A zatem mieliśmy wczoraj ową niby debatę zorganizowaną wokół tego niby problemu, gdzie każdy znakomicie znał swoją rolę i robił wszystko, by nie doszło do niekontrolowanego wybuchu. I pewnie wszystko to nie byłoby warte komentarza, gdyby nie obecni na publiczności tak zwani „ludzie kultury”, z których rozpoznałem pisarzy Stasiuka i Chwina, a wysłuchałem Chwina. Otóż w pewnym momencie Chwin zwrócił się do Zybertowicza z pytaniem, czy on akceptuje pojęcie „gorszego sortu” jako część swojego słownika. I proszę sobie wyobrazić, że uzyskawszy tak doskonałą pozycję do tego, by zarówno Chwina, jak i całe to towarzystwo, zwyczajnie rozpędzić na cztery wiatry, mówiąc, że ależ tak, podobnie jak wy od dziesięcioleci traktujecie mnie, jako gorszy sort, tak samo i ja was uważam za sort jednoznacznie gorszy, Zybertowicz najpierw zaczął się zarzekać, że on osobiście korzystaniu w debacie z takich określeń się sprzeciwia i sam ich unika, a następnie zaczął temu durniowi tłumaczyć, że kiedy  Jarosław Kaczyński mówił o „gorszym sorcie” jemu tak naprawdę chodziło o coś zupełnie innego, czym oczywiście natychmiast sprowokował wrzaski pozostałych uczestników spotkania, oraz szydercze buczenie i śmiech ze strony publiczności i już po chwili musiał się grzecznie zamknąć.
      Mamy za sobą już niemal 30 lat owego mordobicia, gdzie wszyscy o wszystkich powiedzieli już niemal wszystko, zaczynając od pamiętnego „ciemnogrodu”, przez „moherowe berety”, czy „Januszów z Rzeszowa”, po wreszcie obsrywające za pieniądze z 500+ nadmorskie plaże rodziny z 500+ z jednej strony, czy „komuchów”, „zdrajców Ojczyzny”, „Żydów” i „sługusów Sorosa” z drugiej i nagle się okazuje, że pisarz Chwin ma problem z „gorszym sortem”? Czemu to zatem nagle dla Zybertowicza, wybitnego socjologa, okazało się takie trudne, by wytłumaczyć tej durnej pale, że gdy dochodzi miedzy ludźmi do poważnych sporów, jest rzeczą zupełnie naturalną, że w pewnym momencie jedni zaczynają uważać tych drugich, w tym, czy innym punkcie, za gorszych, głupszych, a niekiedy nawet podlejszych i że wówczas zaczynają nimi gardzić?
      A tu Zybertowicz miał zadanie szczególnie łatwe, ze względu właśnie na osobę Chwina. To bowiem nie kto inny jak Chwin przecież, o czym miałem okazję pisać przed wielu laty tu na tym blogu, wziął udział w zorganizowanej przez media zabawie pod tytułem, „Czy Polska jest sexy?” i przedstawił następujący opis Polaków: „Naród kurtkowców, szalikowców, bereciarek, kłębiący się w przejściach podziemnych dresowaty lud z lumpeksu, który siebie samego nie cierpi, bo wie, że jest pogardzany i sam sobą pogardza, przekonany przy tym głęboko, że winę za wszystko ponoszą podli inteligenci, agenci i aferzyści”. Przepraszam bardzo, ale on chyba ludzi, o których nam z takim talentem opisuje, nie uważał za równy sobie sort. A, proszę zwrocić uwagę, Chwin nie gardzi nami za to nawet, że jesteśmy faszystami i chcemy zniszczyć demokrację, ani nawet za to, że kochamy Polskę w nieładny sposób, lecz wyłącznie za nasz „buracki” wygląd i charakter i niechęć do aferzystów. Za to więc, co on nazwywa „polskością”. Ile więc kosztowało to Zybertowicza, żeby zamiast się przed Chwinem bez sensu usprawiedliwiać, rzucić mu prosto w twarz: „Jasne, że uważam pana za gorszy sort. Człowiek, który z taką wyższością wypowiada się o ludziach, wśród których żyje, tylko za to, że ubierają się w lumpeksach i instynktownie nie lubią złodziei, nie zasługuje na nic lepszego”. A potem może jeszcze zwróciłbym się do Letowskiej z prośbą, by może doprecyzowała kwestię owych „peryferii”, o których wspomniała w wywiadzie dla „Wyborczej”, mówiąc: „I musimy zdecydować, czy chcemy być wschodnimi peryferiami Zachodu, czy zachodnimi Wschodu”.
      Ktoś powie, że może Zybertowicz akurat tamtej wypowiedzi Chwina nie znał, tyle że to nie ma najmniejszego znaczenia. Nawet gdyby on nie miał bladego pojęcia, kto to taki ten Chwin, powinien przede wszystkim mieć rozeznanie w zasługach, jaką choćby ci, którzy zaprosili go do udziału w tej debacie, mają gdy chodzi o zbudowanie wokół znacznej części Bogu ducha winnej części społeczeństwa atmosfery getta i morderczej wręcz pogardy, no a przede wszystkim miał znaleźć w sobie tę uczciwość, by Chwinowi powiedzieć, co myśli o nim i o takich jak on. A przewidując, że może być trudno, miał ze sobą wziąć do studia ów słynny tekst „Newsweeka” o głupich, brzydkich i zdziczałych Polakach z 500 +, rozwalających się jak robactwo na plaży we Władysławowie i poczytać im fragmenty.
      No ale nie wziął i nie przeczytał, a ja myślę, że to może i dobrze, bo jeszcze by się okazało, że ksiądz Adam Boniecki ze sobą z kolei zabrał kilka ulubionych egzemplarzy „Gazety Polskiej”, czy „W Sieci” i Zybertowicza trzeba by było stamtąd wynieść, jak wierzga i przeprasza, ze to przecież nie on, tylko Sakiewicz z Pawlickim.

Moje książki, jak zawsze są do kupienia w ksiegarni na stronie www.basnjakniedziwedz.pl. Zapraszam gorąco.

     

poniedziałek, 13 listopada 2017

O sumieniu księży i nie tylko

Oczywiście chciałbym, żeby to już było naprawdę po raz ostatni, ale Diabeł jeden wie, jak, jeśli w ogóle, sprawa będzie dalej rozwijała, więc obiecywać niczego nie będę. Przed nami więc jeszcze parę refleksji w temacie niedawnej śmierci pod Pałacem Kultury, jakie zamieściłem w minionym tygodniu w „Warszawskiej Gazecie”. Mam nadzieję, że, mimo wszystko, każdy z nas znajdzie tam coś nowego do tego, by się zadumać.    


      Nieoczekiwanie, tematem debaty stała się sprawa pewnego Piotra Szczęsnego, który 19 października (co ciekawe, dokładnie w rocznicę zamordowania działacza Prawa i Sprawiedliwości, Marka Rosiaka) podpalił się pod Pałacem Kultury, by zaprotestować przeciwko rządom Pis-u, i zwyczajnie zmarł. O tym, że sprawa ma szerszy zakres świadczy fakt, że o ile na samym początku ów biedny człowiek był przedstawiany w mediach jako Piotr S., dziś, dzięki zaangażowaniu takich ośrodków antyrządowej propagandy, jak „Newsweek”, jego nazwisko jest już własnością publiczną, i pojawiają się nawet głosy, by w dzień, w którym Szczęsny dokonał aktu samospalenia, oraganizować kontrmiesięcznice na wzór tych znanych nam od roku 2010.
     Mieliśmy w Polsce już wcześniej tego typu dramatyczne gesty, z których najbardziej wprawdzie znanym jest sprzeciw Ryszarda Siwca wobec inwazji Związku Sowieckiego na Czechosłowację, ale oprócz tego też samospalenie się Walentego Badylaka w proteście przeciwko ukrywaniu przez komunistyczne władze prawdy o Katyniu, no i wreszcie ów straszny gest z roku 2011, kiedy to przed Kancelarią Prezesa Rady Ministrów podpalił się pracownik Urzędu Skarbowego wyrzucony z pracy za próbę ujawnienia korupcji w swojej firmie. Wydaje się, że perspektywa, jaka została nam dziś podarowana, pozwala nam spojrzeć na te wszystkie przypadki z pewnym dystansem. Oto mamy ludzi, osiągających poziom desperacji, który prowadzi ich do śmierci faktycznie męczeńskiej, w pierwszym wypadku za wolność Czechosłowacji, w drugim za prawdę o Katyniu, w trzecim – tu akurat ów biedny człowiek szczęśliwie przeżył – za życie rodziny, no i zwykłą sprawiedliwość. Tym razem na scenie pojawia się ów Piotr Szczęsny i oddaje życie za demokrację, Europę i, last but not least, Puszczę Białowieską, a cała Polska zrywa się na równe nogi i ogłasza nową erę.
      I gdy wydawałoby się, że sprawa jest absolutnie czysta i każde dodatkowe słowo zbędne, do dyskusji włącza się Kościół i ustami biskupa Pieronka ogłasza, że oto doszło do aktu mądrości, ujawnionej przez bohaterstwo wręcz wyjątkowe. A zatem mamy dyskusję i tu pojawia się myśl sprzed wielu już laty znanego nam księdza Tischnera o nastepującej treści: „Mnich buddyjski dokonując aktu samospalenia, decydował się na ofiarę pełną bólu. Chciał w ten sposób krzykiem swoim ogłosić, że ma coś bardzo ważnego do powiedzenia. Nic na świecie nie boli tak jak oparzenie. Sumienie jest ostateczną instancją, która rozstrzyga, co człowiek powinien, a czego nie powinien zrobić. I gdybym zaobaczył, że taki jest głos jego sumienia, musiałbym to uznać”.
      Pojawia się owa myśl i nieoczekiwanie zaczyna stanowić argument w walce o Prawdę. Oto, jak się okazuje, każdy postępuje zgodnie z własnym sumieniem i ci będą zbawieni. Reszta, odwołująca się do jakichś przesądów i kombinująca bez sensu, balansuje na linie. I tak jak to ma miejsce już od lat, wygrywa ksiądz Tischner, ów słynny specjalista od „gówno prawdy” i jego kolejni uczniowie.


Moje książki można niezmiennie kupować w księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl. Polecam goraco.