wtorek, 7 grudnia 2021

O grzechu zaniedbania na poważnie

 

       W ostatnich dniach pewną karierę w Internecie oraz w tak przez niektóych zwanych  „mediach reżimowych” zrobił plakat, jakim warszawski ratusz przyozdobił miasto w związku z nadchodzącymi Świętami Bożego Narodzenia. Podczas gdy, wydawałoby się, każdy z nas wie, o czym mowa, to ja z kolei wiem, że wśród cztelników tego bloga, jest wielu takich, którzy nie dość że nie oglądają telewizji, a z wiadomości które docierają do nas każdego dnia, interesują się wyłącznie tymi, które mogą mieć znaczenie dla ich życia, a więc oni właśnie mogą zwyczajnie nie wiedzieć o jakim plakacie jest mowa. A zatem bardzo proszę, oto plakat który Rafał Trzaskowski, prezydent Warszawy, porozwieszał w zarządzanym przez siebie mieście.




 

       Jak się możemy łatwo domyślić, plakat został powszechnie uznany za skandaliczny z kilku powodów, z których główny był taki że z niego w żaden sposób nie wynika, czego ma dotyczyć owo „wszystkiego dobrego”. Znaczenie też miał fakt, że na nim nie ma choćby śladu Świąt, nie mówię że od razu szopki z uchodźcami z Afganistanu i Jezusem Murzynem z homoseksualnymi rodzicami, ale choćby Świętego Mikołaja z reniferami, czy niechby i tylko jednej marnej bombki. Nic. Mamy tylko to szkaradzieństwo, tych łyżwiarzy i wielki napis Warszawa. No i jeszcze to, że on jest zwyczajnie brzydki.

     Jest jednak coś jeszcze, na co – internauci oczywiście, bo któżby inny – zwrócili uwagę, a mianowicie fakt, że w tle tego wszystkiego widzimy osiem gwiazdek podzielonych w ten sposób, że trzy z nich są czarne, a pięć jasnych, co w sposób całkowicie oczywisty sugeruje, że one stanowią do dziś odzwierciedlenie bojowego zawołania politycznej opozycji, czyli „Jebać PiS”, tradycyjnie demonstrowanego przy pomocy owych ośmiu gwiazd. Internauci zauważyli, natomiast część polityków, a za nimi wspomniane media powtórzyły, ja jednak mam wrażenie, że – mimo iż w moim odczuciu, ów gest stanowi skandal nieporównywalny z niczym wcześniejszym tego typu – ten element akurat jest traktowany z pewnym dystansem, tak jakby większość komentatorow bała się oskarżenia o uleganie teoriom spiskowym.

      I w pewnym sensie jest to zrozumiałe, bo oto, zapytana przez któregoś z dziennikarzy rzecznik Ratusza oświadczyła, że nie ma mowy o jakichkolwiek tego typu aluzjach, wszystkie materiały publikowane przez Miasto są starannie weryfikowane, a urzędnicy mają bardzo stanowczy zakaz ujawniania swoich politycznych, religijnych, czy społęcznych poglądów. A zatem i owe osiem gwiazdek stanowią wyłącznie całkowicie obiektywny element sztuki plastycznej i jeśli ktokolwiek doszukuje się tam czegoś ponad wyraz czystej artystycznej ekspresji, zaświadcza tylko o swoich obsesjach.

     Dla nas tu się spotykających jest oczywiste, że rzeczniczka Prezydenta albo kłamie jak bura suka, albo jest tak głupia, że faktycznie patrzy na ten plakat i myśli, że ona też by sobie chętnie pojeździła na łyżwach, tyle że nie ma kiedy. I właściwie na tym można by było zamknąć temat, gdyby nie dwie rzeczy. Przede wszystkim, jak już wcześniej wspomniałem, to co się stało, to skandal nad skandale, zwłaszcza w świecie, który ma ambicje uchodzić za jakoś tam cywilizowany. Druga to ta, że faktycznie – zarówno wcześniej, zanim pani rzecznik powiedziała co powiedziała, ale już szczególnie potem – o tych gwiazdkach mówi się dziś zdecydowanie nieśmiało. Doszło do tego, że portal TVP Info – albo wpolityce.pl, wszystko jedno – więcej miesjca poświęcił na dowodzenie, że ci łyżwiarze to są rzekomo Murzyni (sic!).

     Otóż mamy sytuację jasną. Niejaka Aleksandra Jesionowska zatrudniona w biurze marketingu Urzędu Miasta jest od lat znaną działaczką wszelkich możliwych antyrządowych ruchów. To ona prowadziła w zeszłym roku kampanię świąteczną, gdzie również świątecznych elementów było tyle co kot napłakał. To ona też jest autorką słynnego dziś już logo Strajku Kobiet. Jej społęczne i polityczne poglądy stanowią wiedzę publiczną. Dziś na wspomniany temat wypowiada się ona tak:

To przykre, że gwiazdki na plakacie kojarzą się z polityką, a idąc tym tokiem myślenia, powinniśmy ocenzurować noc i zjawiska atmosferyczne. To trochę śmieszny fikołek logiczny, żeby mi przypisywać obsesję. Miłego adwentu, amen!”

     A więc tu mamy coś jeszcze. Lewackie bydle, które w, wydawałoby się wystarczająco niezręcznej dla siebie sytuacji, czuje się na tyle pewnie, że rzuca nam prosto w twarz owym „Miłego adwentu, amen”, a nam w sumie pozostaje już tylko się dziwić, że ona się jakimś cudem powstrzymała przed dorzuceniem do tego swojego „Jebać PiS”, by już w następnej chwili oburzyć się, że my ją oskarżamy o jakieś paskudztwa. No ale znów, nie chodzi o tę niedoroboioną idiotkę, ale o to, że, jak wiele na to wskazuje, udało się jej sterroryzować znaczną część tych, których wręcz obowiązkiem jest po tym co zrobiła wdeptać ją w świętą ziemię.

     Wśród naszych czytelników jest jeden, człowiek o naprawdę niezwykłej z mojego punktu widzenia wiedzy matematycznej. Mam więc dziś do niego pytanie. Wychodząc z tak zwanego rachunku prawdopodobieństwa, jaka jest szansa że polska artystka, o poglądach w sposób oczywisty skrajnie lewicowych, prezentuje plakat świąteczny w całości pozbawiony jakichkolwiek świątecznych symboli, umieszcza na nim  dokładnie osiem gwiazdek, podzielonych równo na pięć i trzy, co bezpośrednio – i to w sposób podwójny –  koreluje z aktualnie przeżywanym napięciem politycznym, jaka jest szansa, że to do czego doszło, jest jedynie dziełem przypadku?

     Ja z matematyki jestem tak zwana noga, ale zwykła przytomność umysłu każe mi uznać, że owo nieszczęście, rysując te gwiazdy i trzy z nich malując na czarno, z emocji się aż posrało. To po raz pierwszy. Drugi raz natomiast, gdy służby prezydenta Trzaskowskiego ów plakat zaakceptowały i wypłaciły jej to, na co się z nimi umówiła. Czemu tak trudno jest to zrozumieć mądrzejszym ode mnie?

 

 

niedziela, 5 grudnia 2021

sobota, 4 grudnia 2021

Don Paddington, czyli Godzilla powraca

 

Swój blog, najpierw ten tutaj, a wcześniej w Salonie24, prowadzę już ponad 13 lat i o ile kiedyś, zwłaszcza w Salonie on generował nadzwyczaj dużo – a niekiedy wręcz zbyt dużo – komentarzy, dziś, jak wiemy, jest przede wszystkim czytany, a gdy chodzi o komentarze, to nikomu z czytelników nie wydają się być one jakoś szczególnie potrzebne. I uważam, że tak jest dobrze. W końcu sam tytu l tego bloga wyraźnie pokazuje, jaki jest jego cel. Było jednak moment gdy owych komentarzy wprawdzie nie było zbyt dużo, ale były one generowane przede wszystkim przez kilku absolutnie wybitnych komentatorów, którzy do tej jakości zdecydowanie i bardzo regularnie dokładali swój bardzo wyraźny udział. Pozwolę sobie ich wymienić w kolejności przypadkowej: Ginewra, Orjan, Lemming, Don Esteban, Traube, oraz Don Paddington. Z nich wszystkich pozostał dziś praktycznie – mam nadzieję, że tylko jako komentator – już tylko Orjan, za co jestem mu niezwykle wdzięczny, ale oto całkiem ostatnio w dwóch komentarzach jak grom z jasnego nieba nawiedził nas nie kto inny jak, kto wie, czy nie najbardziej bezcenny z nich wszystkich, a mianowicie samozwańczy duszpasterz tego miejsca, ksiądz Rafał Krakowiak, znany nam skądinąd pod imieniem Don Paddington. Ponieważ jest tak, że jak już wielokrotnie wspomniałem, zdecydowana większość Czytelników w ciągu dnia zagląda tu raz i wraca dopiero przy kolejnej okazji obawiam się, że owe komentarze naszego księdza mogły zostać fatalnie zupełnie przegapione, wklejam tu je dziś jako dwie osobne refleksje, ważne zupełnie niezależnie od tego co ja miałem do powiedzenia. Proszę się rozkoszować do woli.

Przy okazji przypominam, że każdy kto tu może komentować, może również korzystać z tego miejsca jak ze zwykłęj platformy blogowej i wrzucać swoje włąsne teksty. Serdecznie zachęcam.

 

 

      Z pewnych powodów muszę się obecnie poddawać zabiegom rehabilitacyjnym i właśnie dzisiaj, wcześnie rano, gdy mój fizjoterapeuta wziął mnie na tortury, leżąc u niego na kozetce słuchałem sączącej się z radia porannej audycji. Nie wiem jaka to była stacja, ale sądząc po nastroju, było to coś w rodzaju Radia Z, RMF, czy jakiegoś innego RMI. Program prowadziła para dziennikarzy, z dobrymi głosami, a audycja była skonstruowana pod słuchaczy inteligenckich, jedzących akurat śniadanie, lub jadących do pracy. Skąd wiem, że inteligenckich? Ponieważ ton tego programu był bardzo ironiczny, prześmiewczy i… łagodnie pogodny w swej pogardzie do tych, którzy inteligentami nie są. Przykłady? Proszę uprzejmie:
- udawane współczucie dla tych (a tak naprawdę beka z nich), którzy są funkcjonalnymi analfabetami, potrafiącymi czytać i pisać, ale ze sztuki pisania nie korzystają, a jeśli coś czytają, to nie rozumieją nawet najprostszych komunikatów;
- dzisiaj obchodzimy dzień buraka; komentarz dziennikarza: „Ten dzień obchodzimy w naszym kraju przez 365 dni w roku”;
- dziennikarka narzeka, że musi wcześnie wstawać (ok. godz. 4.00), by zdążyć do pracy i stąd kładzie się spać ok. godz. 20.00; dziennikarz: „Czyli bezpośrednio po Dzienniku Telewizyjnym?”; dziennikarka: „No co ty! Ja Dziennika Telewizyjnego nie oglądam, bo wtedy w ogóle bym nie spała”.
I tak dalej. I tym podobnie.
      Zauważmy, że nie ma w tym radiowym gadaniu jakiejś agresji, za to jest zaproszenie skierowane do owych inteligentów, by razem z prowadzącymi audycję pośmiać się od rana z tych wszystkich buraków, którzy nic nie czytają, nic nie rozumieją i oglądają Dziennik Telewizyjny. Coś pięknego! I niedrogo.
      Na pierwszy rzut oka wygląda to bardzo niewinnie i można rzec, że jest to owszem, ironiczny, ale jednak bardzo zdystansowany przekaz, w którym ani razu nie pojawia się słowo „prezes”, czy „prawica”, że nie wspomnę o „katoliku”, albo „wyborcy pis-u”. W ten sposób, ów pogodny dystans do rzeczywistości sprawia wrażenie hołdowania postawie klerka, postawie w klasycznym znaczeniu tego słowa: „jestem twórcą, artystą/człowiekiem nauki; nie angażuję się; nikogo nie popieram; nikogo nie zwalczam; jestem estetą”. No tak. Ale w takim razie, jeśli nie angażuję się, nikogo nie popieram i nikogo nie zwalczam, słowem: „Nie chcę tego świata zmieniać w raj”, to dlaczego śmieję się i innych zachęcam do śmiechu z tych wszystkich „buraków”? Ot, zagwozdka!
      Oczywiście wiadomo, że dziś prawdziwych klerków już nie ma (i zapewne nigdy ich nie było), tym niemniej u tych, których sytuujemy po przeciwnej stronie, jest jakaś tęsknota za tym, by być postrzeganym jako klerk, czyli człowiek, dla którego twórczość dla samej twórczości jest najwyższą wartością, a wszystko inne jest nieważne. Tak! Nieważne! Chyba, że zapytamy tego klerka (kandydata na klerka), np. o to, czego nienawidzi. I na pewno usłyszymy wtedy w odpowiedzi, że nienawidzi głupoty i faszyzmu (+, ewentualnie, góralskiej muzyki). Wynika więc z tego, że nie z klerkiem mamy tutaj do czynienia, lecz raczej z kimś, kto dźwiga na sobie „brzemię białego człowieka”, czyli kogoś, kogo misją jest cywilizowanie „buraków”. A w takim razie trzeba ***** wszystkich, którzy temu cywilizowaniu się sprzeciwiają. A nade wszystko trzeba ***** „buraków” (czyli nas), ponieważ opieramy się jakże potrzebnemu dziełu cywilizowania, prowadzonemu przez dobrych i szlachetnych ludzi.
      Nadzieja w tym, że ów radiowy śmiech, jest wyrazem bezradności. Oby!

 

***

 

      Dzisiejsza Pańska opowieść jest – tak mi się wydaje – opowieścią o naszej bezradności wobec tych, „którzy pluć każą”. Konstrukcja dzisiejszego świata jest bowiem taka, że niewiele możemy przeciwstawić tym wszystkim, którzy posługując się taką czy inną Jane Fondą (à propos celebrytów/artystów/publicystów), bądź takim czy innym Aleksandrem Łukaszenką (à propos polityków/tych, którzy łudzą się, że są ważni), usiłują przeprowadzić swoją wolę, w myśl zasady: „Zgnoję was chamy, a uszczęśliwię!”*
Z tej bezradności nie zawsze zdajemy sobie sprawę, czego doświadczyłem będąc pacholęciem.
Miałem wtedy 11, czy 12 lat i dużo jak na swój wiek czytałem. A czytać za bardzo nie było co, poza tym, co w czasach rządów komunistycznych było powszechnie dostępne. Moi Czcigodni Rodzice nie popierali komunistów, ale też nie byli w jakiś jaskrawy sposób antykomunistyczni. Jak olbrzymia większość Polaków wiedzieli swoje i chcieli spokojnie żyć. Zdawali sobie oczywiście sprawę, że komuniści to podstępni kłamcy i trzeba uważać na to co drukują w prasie, bądź mówią w radio i telewizji, ale jednocześnie rozumieli, że pewnych rzeczy uniknąć się nie da. Nie da się uniknąć, bo synek połyka książki z dużą szybkością, a niektóre czyta już piąty, czy szósty raz. Wiejska Biblioteka Publiczna nie wystarczała, trzeba więc było książki kupować. Pamiętam (to tak à propos Wietnamu), że dostałem bodajże „pod choinkę” książkę Moniki Warneńskiej (zaciętej komunistki; dziennikarki „Trybuny Ludu”; korespondentki wojennej w Wietnamie) p.t.: „Ścieżki przez dżunglę”. Szybko ją przeczytałem i bardzo mi się podobała, zwłaszcza, że była wprost adresowana do dzieci i młodzieży. Przypomnę: miałem 11-12 lat. Tym samym nie miałem szans. Wietkong dobry, Amerykanie źli. Bojownicy o socjalizm dobrzy, ich przeciwnicy źli. Demoludy dobre, kraje kapitalistyczne złe…
      Powie ktoś: „No tak, dziecko wobec takiej indoktrynacji może faktycznie jest bezradne, ale dorośli? Choćby twoi rodzice. Nie wiedzieli jakie gówno ci sprezentowali?”
      A skąd mieli wiedzieć? Przecież nie czytali „Trybuny Ludu”, żeby się zorientować, kto zacz jest autorką książki. Owszem, słuchali „Wolnej Europy”, ale tam o Warneńskiej raczej nie mówili, a jeśli mówili, to była jedną z ostatnich osób, na którą moi Rodzice zwróciliby uwagę. Książkę zaś kupili, ponieważ w księgarni leżała pod szyldem „Literatura dziecięco-młodzieżowa”.

      Piszę o tym dlatego, ponieważ nie wydaje mi się, by dzisiaj, mimo upływu tylu już lat, sytuacja w jakiś znaczący sposób się zmieniła. Może nawet jest gorzej. Jest gorzej, ponieważ – jak to wielokrotnie Pan wskazywał – kultura pop jest wszechobecna. Ona rządzi, a mówiąc ściśle rządzą ci, od których jej kształt jest zależny. A tak się składa, że owi rządzący są ludźmi – jestem tego pewny – „którzy każą pluć”.
      Czy jesteśmy w stanie kulturze pop w takim kształcie coś przeciwstawić? Ci, „którzy plują” sądzą, że tak (o czym pisałem wczoraj). Co sądzą ci, „którzy każą pluć”, tego nie wiemy. Ważne jest jednak nade wszystko to, co na ten temat sądzimy my. Ale to już temat na inną opowieść.

*Bogusław Schaeffer: „Zorza”; tragikomedia.



piątek, 3 grudnia 2021

Daria Bułka, czyli czyli parę kompletnie nieistotnych uwag na temat Nowego Polskiego Kina

 

      Myślę że już tu o tym wspominałem, ale na wszelki wypadek zacznę od uwagi, że tak samo jak uważam, że dzisiejsze kino w Polsce jest najprawdopodobnie najgorszym kinem na świecie, z takim samym zdecydowaniem, ile razy dowiaduję się, że oto lada chwila ma trafić na ekrany kin coś, co stanie się prawdziwym wydarzeniem, wmawiam sobie, że może faktycznie tym razem się nam uda. Nawet dziś, kiedy z dość głóśnym hukiem do kin wchodzi film o Jolancie Brzeskiej, staram się wierzyć, że to będzie coś znacznie lepszego od wszystkiego, co nam zaproponowało ostatnie czterdzieści lat polskiego kina. Staram się bardzo, a mimo to wiem, że i tym razem dostaniemy coś na poziomie „Smoleńska”, jeśli nie czegoś jeszcze gorszego.

       Od pewnego czasu w naszej okolicy, podczas codziennych spacerów z psem regularnie trafiałem na plakaty zapowiadające projekt zatytułowany „Kraj” i o tyle szczególny, że składający się z kilkunastu etiud nakręconych przez kilkunastu młodych reżyserów i od razu się przyznam, że i tym razem pomyślałem sobie, że to będzie to coś, przynajmniej w sensie włożonego w produkcję zawodowego, a kto wie, czy nie intelektualnego też, wysiłku. I oto okazuje się, że dziś ów film jest umieszczony pod zagranicznym tytułem „Land” na Netflixie. Obejrzałem trzy z tych etiud i opowiem teraz co to takiego.

       W pierwszej z nich widzimy duży supermarket i frajera w stroju roboczym, z dzidziusiem w foteliku, jak rozmawia przez telefon z żoną, która drze na niego mordę, że ma w ciągu dziesięciu minut oddać dziecko. Gdy tak rozmawiają, przechodzący typ niechcąco na niego wpada i wytrąca mu z ręki telefon, który wpada pod półki z towarem. Frajer na chwilę odkłada fotelik z dzidziusiem, żeby wyjąć spod półek telefon, a gdy się podnosi, okazuje się, że dziecka nie ma. Zaczyna więc biegać po sklepie tam i z powrotem wrzeszcząc: „Zosia, Zosia, Zosia...”, licząc jak rozumiem, że dzidziuś zaraz do niego przybiegnie. Na to nadchodzi ochrona i grozi frajerowi, że jesli się natychmiast nie zamknie, to oni wezwą policję. Ten wszystkim tłumaczy, że mu ukradziono dziecko, ale w tym momencie cały już sklep wyzywa go od pedałów i oszustów.  Nagle frajer widzi kobietę z jego dzieckiem, która usiłuje szybko przejść przez kasy, podbiega więc do niej, żeby mu oddała dziecko, ale w tym momencie robi się prawdziwe piekło, ochrona rzuca się na frajera, by go zaaresztować, a on wyciąga zza paska młotek i po kolei wszystkich zabija. Trup ściele się gęsto, podłoga spływa krwią, a on, sam podobnie cały we krwi, biegnie wśród tych trupów do kobiety z jego dzieckiem, ona mu dziecko oddaje, on patrzy w kamerę i to już jest koniec filmu.

         Teraz kolejny. Właśnie zwolniony ze stanowiska ministra rolnictwa gość zostaje dyrektorem państwowej galerii sztuki. Jego pierwszą decyzją na nowym stanowisku jest usunięcie z wystawy wszystkich obrazów, na ktorych są nagie kobiety. W tej sytuacji konfrontuje się z nim jedna z pracownic, była kochanka dyrektora, i oczywiście zwracając się do niego na ty, tłumaczy mu czym jest sztuka, na co on mówi jej, żeby ona go nie tykała, bo ona na ty jest tylko z kobietami, które „bzyka”. Kiedy sytuacja robi się nie do zniesienia, przychodzi sprzątaczka i przynosi dyrektorowi herbatę do której wcześniej dosypała środek przeczyszczający. On wypija herbatę i natychmiast dostaje straszliwej sraczki. Sraczka jest tak ogromna, że już po chwili cała galeria jest zasłana gównem. Na to przychodzi jedna z pracownic galerii, wyjmuje telefon komórkowy i nagrywa to gówno, mówiąc, że to jest dzieło Jacksona Pollocka. Koniec.

       No i na koniec film trzeci, w pewnym sensie najważniejszy. Oto w mieszkaniu siedzi sobie młoda kobieta i nagle zostaje nawiedzona przez jakąś parę w towarzystwie policjanta i policjantki. Okazuje się, że ona od owej parki wynajmuje to mieszkanie, ale ponieważ od dwóch lat nie płaci czynszu, to oni przyszli z policją, żeby ją wyrzucić. Kobieta jednak informuje intruzów, że ona ma małe dziecko i w ten sposób jest nie do ruszenia. Policja natychmiast staje po jej stronie, a w momencie gdy para zaczyna się stawiać, policjantka pryska im w oczy gazem i ich aresztuje. Gdy zostaje sama, kobieta z dzieckiem rozbiera się do naga i w pełnej ekspozycji przechadza się tam i z powrotem po ekranie. Gdy chodzi taka goła, któregoś dnia przychodzi dwóch w strojach roboczych i mówią że są z gazowni. Kiedy ona nie chce ich wpuścić, przecinają łańcuch w drzwiach, wpuszczają do środka popryskanego wcześniej gazem frajera, wymieniają zamki w drzwiach i frajer zamieszkuje z gołą. Od tego czasu oana każe mu się zajmować dzieckiem, chodzić na zakupy, podczas gdy sama nie wychodzi z domu, tylko włazi na stół i tam całymi godzinami nago skacze. Na koniec frajer ją wyrzuca przez okno i w ten sposób odzyskuje mieszkanie, wraz z dzieckiem, które od teraz jest już jego.

       Dlaczego uznałem, że ten akurat kawałek jest najbardziej godny uwagi? Otóż ową gołą dziewczynę gra aktorka o nazwisku Daria Bułka, którą znam z tego tytułu, że jest moją sąsiadką i znajomą od psów. Muszę przyznać, że osobiście, od pierwszego razu jak ją poznałem, jestem nią zachwycony. Jest to moim zdaniem dziewczyna nadzwyczaj sympatyczna, wesoła, inteligentna i co warte podkreślenia, obiektywnie nadzwyczaj ładna. Teraz w dodatku, kiedy ją obejrzałem na tym Netflixie, uważam, że aktorsko ona w żaden sposób nie odstaje od najwybitniejszych polskich aktorek. To jednak co najważniejsze, w odróżnieniu od nich wszystkich, ona tak jak żadna przed nią zgodziła się – a wręcz złożyła deklarację – że jest gotowa brać role wymagające tak zwanej full frontal nudity, i to nie na chwilę, ale choćby i przez cały film. Uważam, że na dzisiejszym, tak trudnym przecież, filmowym rynku w Polsce, był to strzał w dziesiątkę. Rozmawiałem z nią jakiś czas temu i pytałem, czemu ona, tak wyjątkowo ładna i zapewne zdolna w wielu wymiarach aktorka, nie robi kariery ogólnopolskiej, na co ona odpowiedziała mi, że przede wszystkim musiałaby wyjechać do Warszawy, a i wtedy bez żadnej gwarancji sukcesu. I oto nie minęło pół roku, jak ona weszła na ową ścieżkę. I pomyśleć tylko, że wystarczył do tego ten jeden gówniany film. Otóż ja nie mam najmniejszych wątpliwości, że już niedługo o Darii Bułce usłyszymy, i to usłyszymy nie jeden raz, tak jak choćby swego czasu usłyszeliśmy o Sharon Stone, po jej jakże skromnym występie w innym gównianym filmie pod tytułem „Nagi instynkt”.



czwartek, 2 grudnia 2021

O Żydach. Tych którzy odchodzą i tych którzy zostają

 

Współpraca jaką przez długie lata prowadziłem z wydawnictwami Piotra Bachurskiego już jakiś czas temu dobiegła końca, a też przy tej okazji przyszło mi zakończyć pojawiający się tu co miesiąc cykl zatytułowany „Wezwani do tablicy”. Przyznam szczerze, że z tego wszystkiego najbardziej mi żal owych krótkich kawałków, które pisały mi się bardzo dobrze i dawały mi dużo satysfakcji. Oto jednak, kiedy już wydawało się, że z tą formą przyszło nam się na dobre pożegnać, wychodzi na to, że nie do końca, bo to, o czym chciałem napisać dzisiaj, wymaga, jak sądzę, tej właśnie, a nie żadnej innej metody. Proszę więc posłuchać.

 

***

 

Oto właśnie dotarła do nas informacja, że w wiosce Treblinka, w ramach programu Instytutu Pileckiego „Zawołani po imieniu”, 25 listopada, na terenie byłej miejscowej stacji kolejowej, odsłonięty został kamień z tablicą, upamiętniającą 21-letniego Jana Maletkę, człowieka który zginął za podanie wiadra wody Żydom, wywiezionym do niemieckiego obozu zagłady w tej właśnie Treblince. Jak podczas uroczystości mówiła wiceminister kultury i dziedzictwa narodowego, Magdalena Gawin: „Wraz ze swoim bratem i przyjacielem wielokrotnie widzieli Żydów duszących się w bydlęcych wagonach. Pomagali im wielokrotnie [...] Jana Maletkę wspominamy po raz pierwszy. Nikt nigdy o nim nie słyszał. Jego nazwisko miało zginąć w ludzkiej niepamięci. Nasza pamięć, nasz szacunek i nasza życzliwość wobec rodziny tej ofiary jest jednak szczególnie ważna. Oprawcy chcieliby, żebyśmy nie pamiętali. Ale my musimy robić wszystko, by pamiętać. Tak, żeby dobro zwyciężało, a sprawcy tych okrutnych zbrodni nigdy nie odczuwali satysfakcji”.

 

***

 

Historia ta mogłaby się jeszcze dłużej opowiadać, ale może pozostańmy przy tym co zostało już powiedziane i zwróćmy uwagę na to, że w reakcji na owo wydarzenie, „Gazeta Wyborcza” – dogorywająca jak należy, ale też, jak wiemy, wciąż potrafiąca kopnąć – opublikowała oświadczenie podpisane przez dwóch swoich wieloletnich współpracowników, a przy okazji, jak ich tytułuje sama Redakcja, członków polskiego oddziału loży B’nai B’rith, Andrzeja Friedmana i Sergiusza Kowalskiego. Wczytajmy się w te czarne słowa:

 Polska polityka historyczna sięgnęła granic obrzydliwości. Tym razem w wykonaniu wiceministry kultury Magdaleny Gawin, która odsłoniła w Treblince – uwaga, w Treblince! – pomnik Polaków ratujących Żydów. Magdalenie Gawin, jej szefowi Piotrowi Glińskiemu oraz nadszefowi obojga pragniemy przypomnieć, że w obozie zagłady w Treblince zagazowano nas ok. 900 tys., a udział Polaków na rampie polegał głównie na sprzedawaniu wody za dolary, złoto i brylanty.
Zanim Polska zacznie stawiać pomniki dla Polaków na cmentarzach żydowskich, musi sobie przypomnieć o Żydach zamordowanych przy udziale Polaków. Byli, oczywiście, Polacy sprawiedliwi wśród narodów, którzy zapłacili życiem za pomoc Żydom. Zasługują na wieczną pamięć i uznanie za odwagę i piękny czyn – ale nie na tamtej rampie. Jak nisko upadły polskie władze w swej nędznej próbie zaspokojenia apetytów wyborców pragnących uwierzyć w tę heroiczną fantazję. Część naszych przyjaciół i krewnych przeżyła Auschwitz. Nikt nie przeżył Treblinki”.

 

***


Kim jest Andrzej Friedman, nie mam bladego pojęcia, natomiast, owszem, nazwisko, czy może bardziej nawet imię owego Kowalskiego utkwiło mi w pamięci, jako właśnie człowieka „Wyborczej”. Sprawdziłem go i proszę sobie wyobrazić, że wedle Wikipedii, ów Sergiusz urodził się w roku 1953 w Związku Sowieckim jako jak najbardziej wnuk działaczy Komunistycznej Partii Polski. W roku 1956 jego polsko-żydowska rodzina przeniosła się do Polski. W 1976 ukończył matematykę na Uniwersytecie Warszawskim. W 1986 obronił doktorat z socjologii, w tym samym roku uzyskał członkostwo w Polskim Towarzystwie Socjologicznym. W 1988 za pracę ‘Solidarność polska. Studium z socjologii myślenia potocznego otrzymał przyznawaną przez PTS Nagrodę im. Stanisława Ossowskiego.

 

***


W tym momencie, gdyby ktoś myślał, że Kowalski to jakiś komuch, proszę sobie wyobrazić, że nic podobnego. To był jak najbardziej bohater naszej wolności. Podaję słowo w słowo za tą samą Wikipedią: Podczas studiów jako członek Zrzeszenia Studentów Polskich współorganizował akcję protestu przeciwko połączeniu tej organizacji ze Związkiem Młodzieży Socjalistycznej i przekształceniu jej w Socjalistyczny Związek Studentów Polskich. Od połowy lat 70. brał udział w akcjach i protestach opozycyjnych. Zajmował się dystrybucją pism drugiego obiegu, współpracował z Komitetem Obrony Robotników, Komitetem Samoobrony Społecznej „KOR” i Niezależną Oficyną Wydawniczą NOWA, był sygnatariuszem Deklaracji Ruchu Demokratycznego. Od 7 do 14 maja 1980 w kościele św. Krzysztofa w Podkowie Leśnej uczestniczył w głodówce solidarnościowej z uwięzionymi Dariuszem Kobzdejem i Mirosławem Chojeckim.

Podczas strajków sierpniowych 1980 aresztowany jako działacz KSS KOR, uwolniony na mocy porozumień sierpniowych. Był ekspertem w Ośrodku Prac Społeczno-Zawodowych przy Komisji Krajowej NSZZ „Solidarność”. Po wprowadzeniu stanu wojennego w nocy 13 grudnia 1981 został internowany wraz z żoną Kingą Dunin-Horkawicz, a ich półroczny syn został umieszczony w izbie dziecka. Zwolnienie uzyskał w lipcu 1982.

 

***

 

Ktoś powie, że w tym nie ma nic szczególnego. Pomijając fakt, że Kowalski zaraz po wyjściu z internowania zaczął robić uniwersytecką karierę to tu to tam, jego historia nie różni się wiele od tej, którą znamy z biografii Adama Michnika, Bronisława Geremka, Jacka Kuronia, Jana Lityńskiego, Henryka Wujca i wielu wielu innych, głównie Żydów, ale przecież nie tylko, to jest zaledwie jeden z nich. No może tylko jeszcze warto zwrócić uwagę na fakt, że tamci poszli w ogólnopolską politykę, a ten pozostał tam skąd przyszedł. Jest jednak coś, co Kowalskiego różni od nich wszystkich zdecydowanie. Otóż, cokolwiek by o nich mówić, to żaden z nich nigdy aż tak bardzo się nie odsłonił jako człowiek ogarnięty nienawiścią do Polski. Owszem, i Geremek i Kuroń to tu to tam załamywali ręce nad tak zwanymi zagrożeniami, które ich Polskę spychają w cywilizacyjny niebyt, żaden z nich nigdy jednak tak wyraźnie jak Kowalski nie ujawnił się jako ktoś kompletnie obcy, jako wróg. I to, z mojego punktu widzenia jest pewne odkrycie, bo ono potwierdza coś, o czym tu mówimy od dawna, ale wciąż jakoś odsuwamy od siebie.

 

***


Nie wiem ilu z nas to jeszcze pamięta, ale jeszcze w roku 2009, w niegdysiejszym „Dzienniku” ukazał się wywiad, jaki równie niegdysiejszy Cezary Michalski przeprowadził z dopiero co oszalałym redaktorem „Gazety Wyborczej” Michałem Cichym, w której to rozmowie padły następujące słowa:

Dla mnie Helena jest postacią rangi historycznej, nie można jej porównywać ze współczesnymi postaciami. Ze znanych mi ludzi, którzy w XX wieku żyli w Polsce, mogę ją porównać tylko do Celiny Lubetkin, która była żoną Antka Zukiermana, dowódcy ŻOB. I faktyczną dowódczynią powstania w getcie. Misja Heleny, która jest stuprocentową Żydówką, polegała zawsze na chronieniu polskich Żydów przed jakimkolwiek złym losem. To zadanie wykonała w stu procentach. Była komendantką ŻOB w latach 90. Nie można się dziwić, że ona ze swoim zapleczem kulturowym i genetycznym nie była specjalnie wrażliwa na to, że mordowano księży po 1981, czy że generał Fieldorf był ofiarą mordu sądowego, w którym brała udział sędzia Wolińska. Misją Łuczywo było ratowanie sędzi Wolińskiej i wszystkich, obojętnie jak zapisanych w historii Polaków żydowskiego pochodzenia przed jakimkolwiek nieszczęściem. Także przed naprawdę istniejącym tutaj antysemityzmem [...] Ale jak pan [etnicznych kryteriów] nie bierze pod uwagę, to pan nic nie zrozumie. Tak się składa, że ludzie Agory byli w większości pochodzenia żydowskiego. Nie było to ani żadnym przypadkiem, ani żadnym powodem do wstydu. Ale nie można oczekiwać od ludzi z takim backgroundem, że nagle staną się piewcami Narodowych Sił Zbrojnych […]. O tym, kim się jest, decyduje środowisko, w jakim się żyje. Instynktownie przejmujesz pewne zachowania, myśli i sformułowania. Naczelnym pragnieniem każdego człowieka jest, po pierwsze unikanie problemów, a po drugie uzyskanie pochwały od stada swoich szympansów. To bardzo silny mechanizm wzbudzania pozytywnego konformizmu, bez którego umieramy”.


***

 

Gdyby ktoś nie zauważył, o kim konkretnie mowa, to bohaterką owej wypowiedzi Michała Cichego jest nie kto inny jak Helena Łuczywo, o której dziś wiadomo, że jest posiadaczką tak zwanej „Złotej Akcji” Agory, i  że to jej nazwisko dziś Adam Michnik wymienia wśrod tych którzy go właśnie zdradzili. Żona moja, która, jak tu już wielokrotnie wspominałem, na punkcie studiowania żydowstwa ma autentyczną obsesję, pewnego razu na wspomnienie nazwiska Michnika rzuciła z pogardą, że jest to zaledwie ktoś, kogo przodkowie całkiem jeszcze niedawno snuli się po Warszawie, czy diabli wiedzą gdzie, w chałatach. No ale my dziś dumamy nad Sergiuszem Kowalskim, który ni stąd ni z owąd z codziennych doniesień medialnych wyparł samą Klaudię Jachirę. Kim jest ów dziwny człowiek i czym jest sekta, która uczyniła go tu w Polsce swoim przedstawicielem. Otóż kimkolwiek by on był, to zawsze pozostanie zaledwie człowiekiem do wynajęcia dla Adama Michnika, a my możemy mieć pewność, że gdy nadejdzie czas, kiedy to jednemu i drugiemu przyjdzie zejść z tego padołu, te dziki, które pojawiły się wczoraj w leśnym zakątku pod Żywcem nawet nie pierdną.


 

 

wtorek, 30 listopada 2021

O życiu wiecznym za 200 tysięcy dolców

 

      Wczoraj wieczorem mój kumpel Adaś Kozikowski zapytał mnie, czemu jeszcze nie skomentowałem na tym blogu załamania nerwowego Jarosława Gowina, a ja przede wszystkim pomyśłałem sobie, że owa sugestia jest o tyle ciekawa, że mi ani przez chwilę nawet do głowy nie przyszło, by owo nieszczęście komentować, a z drugiej strony, wydawałoby się czymś zupełnie oczywistym, że ja akurat, po tym jak, biorąc pod uwagę całość politycznych zachowań wydawałoby się byłego już polityka, wielokrotnie, jako coś nieuknionego, owo załamanie zapowiadałem, powinienem był się jakoś do tego co się stało odnieść. No ale teraz, nawet gdybym zmienił zdanie, to i tak już jest za późno, mogę więc tylko poinformować, że wedle najświeższych doniesień medialnych, Jarosław Gowin doszedł do siebie, zamieszczając na Twitterze komentarz, w którym poinfomował, że Leo Messi to najlepszy piłkarz w historii, ale Złota Piłka w tym roku należała się Robertowi Lewandowskiemu. A ów gest, moim zdaniem, oznacza, że ów dziwny człowiek jeszcze nie złożył broni i uznając, że co go nie zabiło, to go wzmocni i już wkrótce opowie nam o swoich kolejnych politycznych planach w telewizji TVN24.

        Ta natomiast refleksja, przypomniała mi pewną dużo, dużo starszą, kiedy to zadumałem się nad tym, jak to niektórzy ludzie, wbrew choćby i nieco kulawemu, ale wciąż zdrowemu, rozsądkowi, potrzebują, nawet jeśli nie żyć wiecznie, to owo życie udawać. W związku z tym zatem, bardzo proszę przypomnieć sobie pewien mój tekst jeszcze sprzed pięciu lat, opublikowany, swoją drogą, o ile dobrze pamiętam, wyłącznie w Salonie24, o takich właśnie dziwakach.

 

***

 

      Pamiętam tę myśl jeszcze z czasów, gdy byłem bardzo młody, ambitny i zaczytywałem się w różnych rzekomo mądrych książkach. Otóż słynny argentyński pisarz Jorge Luis Borges, kiedy był już bardzo starym człowiekiem, spotkał swojego równie starego jak on, dawno niewidzianego kolegę. „I co tam u ciebie?” – spytał Borges. „Umieram, mistrzu, powoli umieram” – odpowiedział Borgesowi kolega. „To dobrze, przyjacielu” – odrzekł pisarz. „Bardzo trudno byłoby żyć wiecznie”.

      Przyznaję, że samego Borgesa akurat nie czytałem. Owszem, parę razy się za te jego teksty brałem, ale nawet wtedy, kiedy potrafiłem czytać nawet Cortazara, Borges mi zwyczajnie nie wchodził. Tę jednak myśl zapamiętałem do dziś: „Trudno byłoby żyć wiecznie”. Ktoś powie, i jak najbardziej słusznie, że nie trzeba być Borgesem, by wymyślić coś na tym poziomie przebiegłości. Wystarczy odrobina wyobraźni, by kwestię uroków życia wiecznego mieć odhaczoną raz na zawsze. Wystarczy obejrzeć sobie film Spielberga pod tytułem „A.I.”, gdzie ów urok w pewnym momencie przybiera postać tak przerażającą, że najwidoczniej sami producenci uznali, że aby zrobiło się nieco sympatyczniej, pozostaje już tylko odwołać się do kosmitów. Co ja mówię „A.I.”? Wystarczy posłuchać piosenki Boba Dylana „Seven Curses”, gdzie klątwa rzucona przez piosenkarza na występnego sędziego brzmi szczególnie plastycznie:
Rzucam oto siedem klątw na podłego sędziego:

Pierwsza, by jeden lekarz go nie wyleczył

Druga, by dwóch uzdrowicieli go nie uzdrowiło

Trzecia, by troje oczu go nie zauważyło

Czwarta, by czworo uszu go nie usłyszało

Piąta, by pięć ścian go nie ukryło

Szósta, by sześciu grabarzy go nie pochowało

Siódma, by siedem śmierci go nie uśmierciło”.

Niech za to co zrobił, żyje wiecznie, chciałoby się zawołać.

      A więc, po co nam Borges i jego przemyślenia? Nie wiem, szczerze mówiąc, faktem jest jednak, że jakoś to zdanie: „To dobrze, przyjacielu, trudno byłoby żyć wiecznie” utkwiło mi w głowie.

     I oto, w sytuacji, gdy wydawałoby się, że sprawa jest oczywista i, pomijając naturalny lęk przed nieznanym, powinniśmy jednak się starać zachowywać podstawowy zdrowy rozsądek, dowiadujemy się, że nie byle kto, ale Peter Thiel, miliarder i twórca PayPala, człowiek, który jako jeden z pierwszych zainwestował w Facebooka, a dziś jest jednym z prominentnych członków słynnej skądinąd grupy Bilderberg, uwierzył, że dzięki systematycznym transfuzjom krwi pobranej od osób od niego odpowiednio młodszych, będzie mógł żyć wiecznie, a w związku z tym przekonaniem inwestuje dziś miliony dolarów w tak zwane start-upy, których jedynym zadaniem jest stworzenie metody, która powstrzyma naturalny dotychczas proces starzenia się.  

       Jak słyszę, jedną z firm zajmujących się ową nieśmiertelnością, jest kalifornijski projekt pod nazwą Ambrosia. Prowadzi on eksperymenty, podczas których osoby starsze przechodzą regularne transfuzje krwi pobranej od osób poniżej 25 roku życia. Za udział w dwuletnich sesjach, uczestnicy eksperymentu płacą 8 tys. dol. Niejaki Jesse Karmazin, szef Ambrosii, potwierdził już, że uczestnicy z nową krwią doświadczają odwrócenia starzenia każdego większego układu narządów. „Wyniki wydają się być długotrwałe, jeśli nie stałe”, oświadczył Karmazin.

     Media donoszą, że dziś już nie tylko Thiel, ale również wielu innych biznesmenów z Doliny Krzemowej w wolnym od zarabiania pieniędzy czasie, wiszą na klamce do wspomnianej Ambrosii i zajmują się kupowaniem sobie wieczności. Ile ten obłęd ich wszystkich kosztuje, tego oczywiście nie wiemy, jednak wedle nieoficjalnych informacji, szacuje się, że sam Thiel wydaje rocznie niemal 200 tys. dolarów na krew pewnego 18-latka, którą każe sobie regularnie wstrzykiwać.

     Przeżyliśmy niedawno w naszej Polsce wydarzenie pod nazwą Światowe Dni Młodzieży i, jak widzę, część z nas wciąż nie może się po tym, cośmy zobaczyli pozbierać. Jak się zdaje, bardzo powszechna refleksja sprowadza się tu do stwierdzenia, że Polska to jedno z ostatnich miejsc na świecie, gdzie ludzie się będą chronić, gdy nadejdzie Armagedon. Chrześcijańskie miłosierdzie kazałoby mi pewnie mieć nadzieję, że wśród tych uchodźców znajdą się ci wszyscy biznesmeni z Kalifornii, a my ich przyjmiemy z otwartymi ramionami. I takie rozwiązanie jest jak najbardziej prawdopodobne. Jest bowiem bardzo możliwe, że przyjdzie dzień, kiedy oni będą tu do nas wiać w podskokach. Póki co jednak, ja im życzę, by nawet siedem śmierci ich nie zabiło. Niech żyją wiecznie. Świat się skończy, a oni niech dalej żyją i liczą na kosmitów.




sobota, 27 listopada 2021

Czy prezes Stypułkowski może zostać ministrem sprawiedliwości w przyszłym rządzie Pawła Grasia?

 

      Myślę że każdy z nas wie o tym, że wśród wielu różnych bankowych instytucji operujących na naszym terenie jest też bank o wdzięcznej nazwie mBank, a wie to choćby i stąd, że jego nazwa każdej zimy pojawia się na ekranach naszych telewizorów przy okazji dorocznego cyrku pod nazwą Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy, jako jeden z owego wydarzenia głównych sponsorów. Przy tym jednak z całą pewnością mniej znanym faktem jest to, że od roku 2010 prezesem tego czegoś jest człowiek nazwiskiem Cezary Stupułkowski, wcześniej prezes PZU, a jeszcze wcześniej Banku Handlowego przekształconego następnie w Citi Handlowy. Wedle powszechnie dostępnych danych, Cezary Stypułkowski, jako prezes mBanku, w roku 2019, z tytułu pełnionej funkcji, zarobił 4,7 mln zł., a w kolejnym, jak wiemy, kryzysowym roku 2020, ponad 5 mln, stając się tym samym najlepiej zarabiającym prezesem banku w Polsce.

       Ktoś zapyta, co ja mam do Cezarego Stpułkowskiego, bo z całą pewnością nie to, że on rok w rok zgarnia takie pieniądze; w końcu pierwszy lepszy piłkarz angielskiej Premier League bije go na głowę, a z pewnością jest od niego znacznie mniej inteligentny. Wcale też nie chodzi mi o to, że jak się mogliśmy od początku wszyscy domyślać, a o czym w swoich dokumentach informuje IPN, ów Stypułkowski swego czasu był współpracownikiem Służby Bezpieczeństwa; w końcu lepsi od niego do owej wesołej gromadki dołączyli, by wspomnieć choćby paru byłych prezydentów RP. Rzecz polega na czym innym, ale do tego by ją odpowiednio naświetlić muszę się odwołać do Onetu i tego, co jeszcze w czasach, gdy wprawdzie Polską rządziła już koalicja Prawa i Sprawiedliwości, Ligi Polskich Rodzin oraz Samoobrony, ale w głowach niektórych wciąż głównym obiektem systemowego ataku było prowadzone przez Leszka Millera, a przegniłe do szpiku kości korupcją SLD, ów Onet zechciał podać jako jedną ze swoich codziennych wiadomości. Proszę teraz na pewien czas o mnie zapomnieć i wczytać się w tamten tekst. Mamy rok 2006:

Do tragedii doszło 11 listopada 2002 r. na drodze do Gdańska w pobliżu miejscowości Powierż, przy skrzyżowaniu z drogą lokalną Wiłunie - Powierż - Bartki. Dopuszczalna szybkość w tym miejscu wynosiła 90 km/godz. Informowały o tym czytelne oznakowania. Tymczasem mimo panujących już ciemności (minęła godz. 16) i wilgotnej jezdni, volvo pędziło z prędkością 144-156 km/godz. A może nawet większą, jak oceniają biegli. Kierowcą był ówczesny prezes CitiBanku  (dawniej Bank Handlowy) Cezary Stypułkowski. Samochód, podrasowane volvo S80, był autem służbowym. Zwykle prowadził je Sylwester Osiński, kierowca zatrudniony w CitiBanku. Jednak tym razem prezes nie skorzystał z jego usług -  nie jechał sam, lecz w towarzystwie Agaty K., dziennikarki telewizyjnej. Według informatorów 'GP' Stypułkowski mógł być pod wpływem alkoholu.

Pechowo z drogi lokalnej wyjechał fiat 126p. Znajdowało się w nim trzech nastolatków: Radosław Sobotko, który prowadził,  Radys i Szczepański. Fiat zatrzymał się, aby przepuścić samochody jadące bliższym pasem w kierunku Gdańska - droga lokalna jest drogą podporządkowaną. Potem przyspieszył i próbował włączyć się do ruchu. Był bez szans - miał na to tylko 3 sekundy.  Z dokumentów wynika, że zderzenie na skutek dużego przekroczenia prędkości przez prowadzącego volvo było nie do uniknięcia. Rozpędzone auto uderzyło przednią lewą częścią swojej karoserii w tylną prawą część karoserii malucha, który skręcał w lewo przy minimalnej prędkości. Prędkość volvo w połączeniu z imponującą masą spowodowała przerażające skutki: zupełną deformację nadwozia fiata 126p, wyrwanie kilkusetkilogramowej bryły metalu składającej się z fragmentu karoserii i silnika, odrzucenie ich  kilkadziesiąt metrów dalej, a także  duże uszkodzenie przydrożnej bariery ochronnej. Kierowca fiata 126 p i jeden z pasażerów zginęli na miejscu, drugi pasażer zmarł po kilkunastu dniach w szpitalu. Cezary Stypułkowski odniósł tylko nieznaczne obrażenia.

Sprawę prowadziła prokuratura w Nidzicy. Dotarliśmy do dokumentów tego śledztwa. Policjanci z drogówki oraz ich biegły rzetelnie wywiązali się ze swoich obowiązków. Opinia techniczna dowodzi ponad wszelka wątpliwość, że Stypułkowski przekroczył dozwoloną prędkość i nie zachował odpowiedniej ostrożności zbliżając się do skrzyżowania.  Mimo to śledztwo skierowano w stronę uniewinnienia byłego prezesa PZU. Brała w tym udział nie tylko miejscowa prokuratura, ale i pracownicy CityBanku. Jak wynika z zebranych przez nas informacji, na miejsce wypadku został przywieziony kierowca Sylwester Osiński. W Nidzicy krążyła wieść, że to on został początkowo wpisany do protokołu zdarzenia jako kierowca prowadzący służbowe volvo. Dziś trudno to sprawdzić. W każdym razie chodziło o to, że był trzeźwy. Stypułkowskiemu krwi nie pobrano. Jak powiedział dziennikarzowi 'Wprost'  wiosną br. prokurator Marek Borowiecki z prokuratury rejonowej w Nidzicy,  nie było takiej potrzeby, bo dmuchanie w alkomat wykazało zero alkoholu. Decyzję o odstąpieniu od badania krwi podjął sam Borowiecki (test alkomatowy jest znacznie mniej wiarygodny od badania próbki krwi). Pierwsze zeznania Stypułkowski złożył dopiero 15 listopada 2002 r., następne - 14 lutego 2003 r. Twierdzi w nich, że jechał ‘w granicach dozwolonej szybkości’. Daje też wyraz swojemu ‘zaskoczeniu’, gdy ujrzał w bardzo bliskiej odległości fiata. Zeznania są bardzo zręczne, mają na celu stworzenie przekonania, że całą winę za kolizję ponosi kierowca malucha. Prokurator dał wiarę słowom byłego prezesa - uznał, że Stypułkowski jechał z dozwoloną szybkością, a kierowca fiata 126p spowodował wypadek, naruszając przepisy drogowe. Rzekomo miał także wjechać na drogę bez włączonych świateł, choć zeznania świadków i pierwsza ekspertyza sporządzona na wniosek policji stwierdzały, że maluch był oświetlony i dobrze widoczny. Taki sam jest sens ekspertyzy, zamówionej przez komendę powiatową w Nidzicy, otrzymanej 28 lutego 2003 r. W efekcie prokuratura w Nidzicy uznała winę zabitego kierowcy fiata. Rodziny ofiar nie otrzymały żadnego zadośćuczynienia. Śledztwo postanowieniem prokuratury w Nidzicy umorzono w kwietniu 2003 r.

O wypadku milczały media, choć początkowo był dosyć głośny, a na miejsce zdarzenia przybyli nawet dziennikarze z centralnej  prasy i telewizji. Mimo to Stypułkowski musiał odejść ze stanowiska prezesa CitiBanku. W jego oficjalnym CV  podaje się, że był to skutek konfliktu z amerykańskim właścicielem. Jeden z wysokich funkcjonariuszy tego banku twierdzi jednak, że Amerykanie nie chcieli jako prezesa człowieka, który spowodował śmierć trzech osób. Tym bardziej, że podejrzewali winę sprawczą Stypułkowskiego.  Na początku 2003 r. został odwołany i odszedł z CitiBanku.

Niemal natychmiast po umorzeniu śledztwa otrzymał fotel prezesa PZU, który jak na zamówienie został zwolniony.

Kierowany przez niego największy polski ubezpieczyciel zorganizował szeroko reklamowaną akcję ‘Stop wariatom na drodze’, skierowaną na zwiększenie bezpieczeństwa na drogach.

Wokół tragedii w Powierży zapadło milczenie na prawie dwa lata, mimo że rodziny ofiar upominały się o sprawiedliwość. Choć w wywiadzie, jakiego 14 maja br. udzielił międzynarodowemu miesięcznikowi ‘Forbes’,  Stypułkowski wspomina zdawkowo, że podobno już w 2004 r.  jakieś ‘osoby jeździły do rodzin ofiar i namawiały je do złożenia zażalenia na postanowienie prokuratury’. Sam były prezes w pierwszą rocznicę śmierci trzech nastolatków wysłał ich rodzinom listy. Podkreślał w nich, że w sumieniu czuje się niewinny oraz… przekazywał wyrazy współczucia.

Jednak po zmianie ekipy rządzącej do ministra sprawiedliwości wpłynęła skarga rodzin na umorzenie śledztwa przez prokuraturę w Nidzicy. Czynności sprawdzające podjęła prokuratura okręgowa w Białymstoku. Niebawem ma zapaść decyzja o wznowieniu śledztwa i sądzę, że będzie pozytywna. Redakcja GP jest w posiadaniu opinii  sporządzonej przez biegłego na zlecenie tej prokuratury. Ustalił on ponad wszelką wątpliwość, że sprawcą potrójnego śmiertelnego wypadku był kierowca volvo S80. To sprawstwo jest zagrożone karą więzienia do lat ośmiu”.

       Co tam było dalej, tego nie wiem, ale mogę się domyślać, że dalej już nie było nic i to samo nic mamy dziś. Niedawno cała Polska żyła szaleńczą jazdą przez którąś z polskich wsi Donalda Tuska. Jemu akurat nikt nie wyszedł na drogę, a przecież mógł, bo czemu nie. Ma szczęście cwaniaczek, bo sytuacja jest taka, że w przeciwnym wypadku prezesem wielkiego banku już by nie został. Dziś już nie. I to jest powód, dla którego stoję tu gdzie stoję od lat.



 

O grzechu zaniedbania na poważnie

          W ostatnich dniach pewną karierę w Internecie oraz w tak przez niektóych zwanych  „mediach reżimowych” zrobił plakat, jakim warsza...