środa, 19 września 2018

Brzezina


Ponieważ dziś i jutro mam tu pewne sprawy do załatwienia, nie będę przez ten czas wrzucał tu nic nowego, no ale żeby tak już nie zlekceważyć kompletnie ludzi, od których tyle dostaję, to wklejam Wam tu (i tylko tu) jeden z rozdziałów mojej książki o markach, dolarach i pewnym biustonoszu. Bardzo to piękna historia, w sam raz na te nerowe czasy i na ten piekny, późno-letni dzień. Bądźcie zdrowi.

     Podczas jednego z naszych wakacyjnych pobytów u pana Kurowskiego w Rycerce, rozmowa zeszła na Sławatycze, i opowiedziałem naszemu gospodarzowi o tym, jak to Dziadek miał piękny prostokąt brzozowego lasu, z równie pięknym kwadratem polany, które całym swoim sercem starannie pielęgnował, a które dla mnie – wówczas jeszcze dziecka – stanowiły coś bardzo bliskiego autentycznemu rajowi. Opowiedziałem mu o tym lesie, o tej łące i w końcu też o tym, jak to Dziadek się w końcu bardzo postarzał, stracił zdrowie i siły, no i w ciągu zaledwie paru lat z lasu nie zostało ani jedno drzewo.

     Rycerka to wieś położonych w górach,  a  więc konsekwentnie pan Kurowski, jako jej stały mieszkaniec, to najprawdziwszy góral, z całą tą tradycyjną góralską oprawą, z której przede wszystkim, już od pierwszego wejścia, można zobaczyć przydomowy tartak, a jednym z głównych tematów rozmów są tak zwane kubiki drewna. Kiedy on słyszał o tym, jak to mojemu dziadkowi okoliczni ludzie wycieli cały las, wpadł w szał, jakiego ani wcześniej ani już nigdy później obserwować nie miałem okazji. To wtedy, prawdopodobnie po raz pierwszy raz w życiu zrozumiałem, jak świętą rzeczą jest to coś, co nosi tradycyjną nazwę własności.  

      Bardzo był na tych złodziei zły nasz gospodarz Stefan Kurowski i myślę, ze gdyby dziś – o ile on oczywiście jeszcze żyje – ktoś mu przypomniał naszą rodzinę, to on by nas kojarzył tylko z tą historią. Historią o tym, jak to pewien stary człowiek na Górnym Podlasiu miał piękną brzezinę, i kiedy pod koniec życia zaniemógł, mu tę brzezinę drzewo po drzewie okoliczni mieszkańcy rozkradli.

      Właśnie tak. Brzezinę. Moja obsesja na punkcie tamtego lasu z dzieciństwa jest tak silna, że ile razy na przykład mam okazję oglądać wspaniały film Andrzeja Wajdy pod tym właśnie tytułem, widzę las mojego dziadka. Nie był to duży las. Dziś mi jest oczywiście bardzo trudno powiedzieć, ile tam trzeba było zrobić kroków, by przejść go całego wzdłuż i wszerz, zwłaszcza że kiedy tam spędzałem czas, byłem bardzo małym dzieckiem i wszystko siłą rzeczy wydawało się większe i bardziej nieprzeniknione, jednak faktem jest, że już nawet i wtedy wiedziałem, że to nie jest duży las. Ot taki zwykły prostokąt lasu, jakie możemy spotkać wszędzie na tamtych terenach.

      Jeździliśmy tam oczywiście na grzyby, a przez to, że obok był jeszcze ów kwadrat łąki, każdego roku przychodził czas, kiedy trzeba było się tam pojawić i uczestniczyć w tak zwanych sianokosach, i w tym co później nieuchronnie następowało, w grabieniu i zbieraniu tego co zostało skoszone i wywożeniu do wykorzystania już w domu, na gospodarstwie. Pamiętam, że te wyjazdy miały niezmiennie bardzo uroczysta oprawę, a więc zabieraliśmy ze sobą kanapki, ugotowane na twardo jajka, ogórki, pomidory, no i – co może i najważniejsze – herbatę z cytryną w butelkach po jakimś winie, zawsze zatkaną zrobionym z gazety korkiem. Wszędzie panował odpowiedni upał, dorośli pracowali przy sianie, a my, czyli ja z moim kuzynem Józkiem, albo próbowaliśmy zbierać grzyby, albo najskuteczniej jak tylko było można, zbijaliśmy bąki.

      Do dziś nie wiem, jakie było tego wytłumaczenie, ale, gdy idzie o grzyby, lasy, które rosły w pobliżu były bardzo zdecydowanie wyspecjalizowane. W naszym lesie rosły głównie prawdziwki, w lesie z jednej strony kurki, a w lesie nieco dalej tak zwane kraśniaki. No i oczywiście, jak to dzieci, mieliśmy zwyczaj, by je wszystkie nazywać, czy to Prawdziwkowem, czy to Kraśniakowem, czy wreszcie Kurkowem.

      Ja zdaję sobie jak najbardziej sprawę z tego, jak są powszechnie odbierane opowieści wędkarzy, czy grzybiarzy odnośnie ich niewiarygodnych osiągnięć, jednak skoro już opowiadam o tej mojej brzezinie, a nie chciałbym opuścić ani jednego wartego wspomnień elementu, nie mam wyjścia i muszę wspomnieć o pewnym niezwykłym grzybobraniu, które zapisało się w mojej pamięci.

      Otóż któregoś dnia we dwójkę z moim kuzynem – do dziś zresztą moim wielkim przyjacielem –  wzięliśmy niewielki woreczek, który nam z reguły służył do grzybobrań, wsiedliśmy na rowery i pojechaliśmy na Poręby, co stanowiło wówczas tradycyjną nazwę owego świętego miejsca. Pochodziliśmy po tym lesie, znaleźliśmy parę grzybów, następnie zwiedziliśmy lasy okoliczne, potem wróciliśmy do naszego Prawdziwkowa, pokręciliśmy się jeszcze przez chwilę i ruszyliśmy do domu. I oto przy samym wyjściu, natrafiliśmy na najprawdziwszy wysyp najprawdziwszych, nomen omen, prawdziwków. Pamiętam, że niemal wszystkie były raczej nieduże, często jeszcze ledwo co brązowe, i było ich tak strasznie duzo, że zbierając je nawet nie musieliśmy się podnosić z kolan. Napchaliśmy nimi caly ten nasz woreczek… no i w tym momencie zaczął się kłopot, bo ich było jeszcze bardzo dużo, a myśmy nie mieli w co ich zbierać.

       Zaczęliśmy więc następnie z nich wrzucać do kapturów naszych kurtek, a kiedy i te kaptury już nie wystarczały, zdjęliśmy koszule i zrobiliśmy z nich takie zawiniątka, które też napełniliśmy grzybami. Wreszcie, kiedy już nie umieliśmy wpaść na żaden nowy pomysł, z bólem serca na resztę machnęliśmy ręką i wróciliśmy do domu.

       Powiem szczerze, że nie bardzo wiem, czemu ze wszystkich moich dziecięcych wspomnień z pobytu w Sławatyczach, to grzybobranie zapamiętałem tak dokładnie. Myślę, że to ów nastrój obfitości tak mnie dziwnie ustawił. Jak tamten sen, również jeszcze z tamtych czasów, jak to mam te swoje pięć, czy osiem lat, idę sobie brzegiem Bugu i co chwila gdzieś w trawie znajduję zgubione przez kogoś pieniądze. Tu jakaś złotówka, a tu pięć złotych, tu znowu jeszcze dwa złote – a wszystko tylko dla mnie. Na lody. I na nic więcej. I tylko dla mnie.

       Dziś już po mojej Brzezinie nie ma jednego śladu. Ani drzewa, ani krzaczka. Ani nawet wspomnienia. Byłem tam jakiś czas temu, i powiem szczerze, że nie potrafiłem nawet uczciwie rozpoznać, gdzie on wtedy, ów las, sobie tak pięknie rósł. Zupełnie jakby mi się coś poprzestawiało w głowie i zaszedłem w jakieś kompletnie obce sobie miejsce. Okropne. Naprawdę okropne. Jak jakiś cholera uniwersytet, czy co?

Podczas jednego z naszych wakacyjnych pobytów u pana Kurowskiego w Rycerce, rozmowa zeszła na Sławatycze, i opowiedziałem naszemu gospodarzowi o tym, jak to Dziadek miał piękny prostokąt brzozowego lasu, z równie pięknym kwadratem polany, które całym swoim sercem starannie pielęgnował, a które dla mnie – wówczas jeszcze dziecka – stanowiły coś bardzo bliskiego do autentycznego raju. Opowiedziałem mu o tym lesie, o tej łące, i w końcu też o tym, jak to Dziadek się w końcu bardzo postarzał, stracił zdrowie i siły, no i w ciągu zaledwie paru lat z lasu nie zostało ani jedno drzewo.


     Rycerka to wieś położonych w górach,  a  więc konsekwentnie pan Kurowski, jako jej stały mieszkaniec, to najprawdziwszy góral, z całą tą tradycyjną góralską oprawą, z której przede wszystkim, już od pierwszego wejścia, można zobaczyć przydomowy tartak, a jednym z głównych tematów rozmów są tak zwane kubiki drewna. Kiedy on słyszał o tym, jak to mojemu dziadkowi okoliczni ludzie wycieli cały las, wpadł w szal, jakiego ani wcześniej ani już nigdy później obserwować nie miałem okazji. To wtedy, prawdopodobnie po raz pierwszy raz w życiu zrozumiałem, jak świętą rzeczą jest to coś, co nosi tradycyjna nazwę własności.  

      Bardzo był na tych złodziei zły nasz gospodarz Stefan Kurowski i myślę, ze gdyby dziś – o ile on oczywiście jeszcze żyje – ktoś mu przypomniał nasza rodzinę, to on by nas kojarzył tylko z tą historią. Historią o tym, jak to pewien stary człowiek na Górnym Podlasiu miał piękną brzezinę, i kiedy pod koniec życia zaniemógł, mu tę brzezinę drzewo po drzewie okoliczni mieszkańcy rozkradli.

      Właśnie tak. Brzezinę. Moja obsesja na punkcie tamtego lasu z dzieciństwa jest tak silna, że ile razy na przykład mam okazję oglądać wspaniały film Andrzeja Wajdy pod tym właśnie tytułem, widzę las mojego dziadka. Nie był to duży las. Dziś mi jest oczywiście bardzo trudno powiedzieć, ile tam trzeba było zrobić kroków, by przejść go całego wzdłuż i wszerz, zwłaszcza, ze kiedy tam spędzałem czas, byłem bardzo małym dzieckiem i wszystko siłą rzeczy wydawało się większe i bardziej nieprzeniknione, jednak faktem jest, ze już nawet i wtedy wiedziałem, że to nie jest duży las. Ot taki zwykły prostokąt lasu, jakie możemy spotkać wszędzie na tamtych terenach.

      Jeździliśmy tam oczywiście na grzyby, a przez to, że obok był jeszcze ów kwadrat łąki, każdego roku przychodził czas, kiedy trzeba było się tam pojawić i uczestniczyć w tak zwanych sianokosach, i w tym co później nieuchronnie następowało, w grabieniu i zbieraniu tego co zostało skoszone i wywożeniu do wykorzystania już w domu, na gospodarstwie. Pamiętam, że te wyjazdy miały niezmiennie bardzo uroczysta oprawę, a więc zabieraliśmy ze sobą kanapki, ugotowane na twardo jajka, ogórki, pomidory, no i – co może i najważniejsze – herbatę z cytryną w butelkach po jakimś winie, zawsze zatkaną zrobionym z gazety korkiem. Wszędzie panował odpowiedni upał, dorośli pracowali przy sianie, a my, czyli ja z moim kuzynem Juzkiem, albo próbowaliśmy zbierać grzyby, albo najskuteczniej jak tylko było można, zbijaliśmy baki.

      Do dziś nie wiem, jakie było tego wytłumaczenie, ale, jak idzie o grzyby, lasy, które rosły w pobliżu były bardzo zdecydowanie wyspecjalizowane. W naszym lesie rosły głównie prawdziwki, w lesie oz jednej strony kurki, a w lesie nieco dalej tak zwane kraśniaki. No i oczywiście, jak to dzieci, mieliśmy zwyczaj, by je wszystkie nazywać, czy to Prawdziwkowem, czy to Kraśniakowem, czy wreszcie Kurkowem.

      Ja zdaję sobie jak najbardziej sprawę z tego, jak są powszechnie odbierane opowieści wędkarzy, czy grzybiarzy odnośnie ich niewiarygodnych osiągnięć, jednak skoro już opowiadam o tej mojej brzezinie, a nie chciałbym opuścić ani jednego wartego wspomnień elementu, nie mam wyjścia i musze wspomnieć o pewnym niezwykłym grzybobraniu, które zapisało się w mojej pamięci.

      Otóż któregoś w dwójkę z moim kuzynem – do dziś zresztą moim wielkim przyjacielem –  wzięliśmy niewielki woreczek, który nam z reguły służył do grzybobrań, wsiedliśmy na rowery i pojechaliśmy na Poręby, co stanowiło wówczas tradycyjną nazwę owego świętego miejsca. Pochodziliśmy po tym lesie, znaleźliśmy parę grzybów, następnie zwiedziliśmy lasy okoliczne, potem wróciliśmy do naszego Prawdziwkowa, pokręciliśmy się jeszcze przez chwilę i ruszyliśmy do domu. I oto przy samym wyjściu, natrafiliśmy na najprawdziwszy wysyp najprawdziwszych, nomen omen, prawdziwków. Pamiętam, że niemal wszystkie były raczej nieduże, często jeszcze ledwo co brązowe, i było ich tak strasznie duzo, ze zbierając je nawet nie musieliśmy się podnosić z kolan. Napchaliśmy nimi caly ten nasz woreczek… no i w tym momencie zaczął się kłopot, bo ich było jeszcze bardzo duzo, a mysmy nie mieli w co je zbierać.

       Zaczęliśmy więc nastepne z nich wrzucać do kapturów naszych kurtek, a kiedy io te kaptury już nie wystarczały, zdjęliśmy koszule i zrobiliśmy z nich takie zawiniątka, które też napełniliśmy grzybami. Wreszcie, kiedy już nie umieliśmy wpaść na żaden nowy pomysł, z bólem serca na resztę machnęliśmy ręką i wróciliśmy do domu.

       Powiem szczerze, ze nie bardzo wiem, czemu ze wszystkich moich dziecięcych wspomnień z pobytu w Sławatyczach, to grzybobranie zapamiętałem tak dokładnie. Myślę, że to ów nastrój obfitości tak mnie dziwnie ustawił. Jak tamten sen, również jeszcze z tamtych czasów, jak to mam te swoje pięć, czy osiem lat, idę sobie brzegiem Bugu i co chwilę gdzieś w trawie znajduję zgubione przez kogoś pieniądze. Tu jakaś złotówka, a tu pięć zloty, tu znowu jeszcze dwa złote – a wszystko tylko dla mnie. Na lody. I na nic więcej. I tylko dla mnie.

       Dziś już po mojej brzezinie nie ma jednego śladu. Ani drzewa, ani krzaczka. Ani nawet wspomnienia. Byłem tam jakiś czas temu, i powiem szczerze, ze nie potrafiłem nawet uczciwie rozpoznać, gdzie on wtedy, ów las, sobie tak pięknie rósł. Zupełnie jakby mi się coś poprzestawiało w głowie i zaszedłem w jakieś kompletnie obce miejsce. Okropne. Naprawdę okropne. Jak jakiś cholera uniwersytet, czy co?



        



Wspomniana książka dziś niestety jest już tylko do kupienia w księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, no ale czemu nie? To jest też zaledwie parę kliknięć stąd.
        

wtorek, 18 września 2018

Wezwani do tablicy, czyli siedem wesołych kawałków


Zanim zaczniemy, chciałbym bardzo podziękować Pawłowi z Krakowa, Zuzannie z Podkowy Leśnej, oraz Joli z Laskowca za ich gest przyjaźni. 
Obiecałem wprawdzie Orjanowi na dziś tekst pod tytułem „Za co Światowe Centrum Pederastów nie lubi swoich braci w sutannach”, jednak to będzie dopiero w piątek, a dziś myślę, że jest odpowiednia pora ku temu, by przedstawić kolejny odcinek mojego cyklu „Wezwani do tablicy”, jaki ukazuje się od pewnego czasu w dwutygodniku „Polska Niepodległa”. Jutro mnie tu nie będzie, bo mamy wizytę pewnego mojego kumpla, a w czwartek wspólnie jedziemy do Warszawy, gdzie on mieszka, a ja mam do załatwienia jedną sprawę. A więc do piątku.Mam nadzieję, że w dotychczasowej formie.

Nie pamiętam w tej chwili, czy zdarzyło nam się tu kiedykolwiek zajmować owym wesołym staruszkiem, ale nawet jeśli tak, to mamy wręcz fantastyczna okazję, by powrócić do tematu i to okazję nie byle jaką. Otóż, jak się właśnie okazało, Waldemar Kuczyński na swoim twitterowym koncie, którego uzywa wyłącznie do tego, by rzucac zgniłymi kartoflami w Jarosława Kaczyńskiego i wszystko co mu się z nim kojarzy, opublikował w tak zwanym „lyngłidżu” informację, która dotrze poza granicę Polski i w ten sposób zdobędzie on również uznanie międzynarodowe. Oto, co tam zostało napisane (podkreślam, że zachowałem oryginalną pisownię):
In Hitler’s times – a kid, during communism – a Communist and then a fervent enemy of the Regime. Former privatization minister in Independent Poland”.
Gdyby ktoś nie znał języka, służę pomocą. Otóż Waldemar Kuczyński informuje zagranicznego czytelnika, że on za Hitlera był dzieckiem, potem komunistą, a nastepnie gorliwym wrogiem Reżimu.
A ja w tej sytuacji myślę sobie, że to naprawdę szczęśliwy zbieg okoliczności, że Kuczyński nie urodził się ciut wcześniej, bo wtedy jego biogram na Twitterze musiałby wyglądać następująco:
„W czasach sanacji – dziecko, za Hitlera – kapo w Auschwitz, po wojnie komunista oraz funkcjonariusz komunistycznego aparatu bezpieczeństwa, po roku 1989 nominowany przez reżim na stanowisko ministra prywatyzacji. Dziś gorliwy przeciwnik Reżimu”.
Czyż nie jest trochę prawdy w powiedzeniu, że nigdy nie jest tak źle, by nie mogło być jeszcze gorzej?

***

Jest to zdecydowanie prawda. Proszę sobie mianowicie wyobrazić, że niesławny redaktor Jacek Żakowski, prowadząc swoją rutynową rozmowę w równie niesławnej stacji TOK FM, zwrócił się do Rafała Trzaskowskiego w następujących słowach:
Patryk Jaki to człowiek katastrofa. To on nas wpierzył – przepraszam, nie powiedziałem tego – wpakował w aferę reprywatyzacyjną”.
Muszę przyznać, że ja osobiście nie widzę nic złego w użyciu słowa „wpieprzyć”. Ja nawet nie widzę nic złego w opinii, że Jacek Żakowski to człowiek, któremu się „popieprzyło we łbie”. No ale ja, jak wiemy, jestem wiejskim chamem, a Żakowski to czołowy polski intelektualista, więc od niego wymagamy więcej. Jeśli jednak zatrzymamy się wyłącznie na merytorycznej wartości owej wypowiedzi, musimy dojść do wniosku, że musi coś być w historii życia red. Żakowskiego, co sprawia, że jemu te sejmowe przesłuchania zakłócają spokojny sen jeszcze bardziej niż świadomość, że już niedługo może nie starczyć na codzienną flaszkę.

***

A jak wiemy, są sytuacje, kiedy bez flaszki nie dość, że, jak mawiają Rosjanie, „nie razbieriosz”, to tak naprawdę w ogóle nie da się zrobic kroku. Proszę spojrzeć, jak bardzo ten rodzaj wspomagania potrafi podtrzymywać poziom polskiego dziennikarstwa. Oto w odpowiedzi na sukcesy, jakie polscy lekkoatleci osiągnęli na Mistrzostwach Europy, portal Wirtualna Polska zwrócił szczególną uwagę na osobę Sofii Ennaoui, zdobywczyni dla Polski srebrnego medalu w biegu na 1500 m. Oto co, relacjonując wywiad jakiego Ennaoui, jeszcze w roku 2015 udzieliła „Super Expressowi”, pisze niesławna wp.pl:
„Ennaoui pochodzi z Maroka: ‘Ludzie przestali klaskać, kiedy się dowiedzieli’”.
Tu natomiast mamy oryginał wypowiedzi, na podstawie której redaktorzy Wirtualnej Polski postanowili podjąć działania:
Myślę i mówię po polsku, jestem chrześcijanką. Rodzice się rozwiedli. Przez całe życie mnie i brata wychowywała mama, arabskiego w ogóle nie znam. A w Maroku byłam dopiero w tym roku. Podczas mityngu w Rabacie publiczność zerwała się z miejsc, gdy prowadziłam w biegu. A gdy usłyszała, że jestem Polką, to siadła”.
Nie chcę tu straszyć ani red. Żakowskiego, ani jego kolegów z branży, ale naprawdę nie wiem jak oni wszyscy sobie poradzą, gdy zabraknie zasilania.

***

Jako, było nie było, nauczycielowi głupio mi to mówić, ale mam bardzo poważne podejrzenie, że nie tylko my, ale nasze dzieci i wnuki znalazły się w sytuacji, gdzie się już tylko chleje. Proszę sobie wyobrazić, że na Facebooku ukazał się skan szkolnego sprawdzianu, gdzie uczniowie, na podstawie przeczytanego fragmentu, mieli wykazać się odpowiednimi zdolnościami. I oto nasze dziecko, na pierwsze pytanie, „Wyjaśnij, kogo – według zapisów konwencji – nazywa się dzieckiem?” odpowiedziało: „Według zapisów konwencji dzieckiem nazywa się każda istotę ludzką w wieku poniżej osiemnastu lat”. Na pytanie drugie, „Napisz, z których praw wymienionych w przeczytanym fragmencie korzystasz najchętniej”, dziecko  odpowiedziało: „Najchętniej korzystam z zajęć artystycznych”. Na kolejne pytanie, „Podaj przykład konkretnego wydarzenia świadczącego o tym, że korzystasz z prawa do uczestniczenia w życiu kulturalnym i artystycznym”, nasze dziecko napisało bardzo krótko: „Chodzenie do szkoły muzycznej”.

***

No i w tym momencie padło polecenie czwarte i ostatnie: „Wymień przykłady łamania praw dziecka we współczesnym świecie”, na co dziecko współczesnego świata odpowiedziało w sposób następujący:
„Łamanie praw dziecka to miedzy innymi aborcja. Aborcja to zabijanie dzieci leżących w łonie matki”.
I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie ostatnia odpowiedź. Obok niej pokazał się bowiem wielki czerwony znak zapytania, oraz zero punktów.
Jakiś czas temu media podały, że gdzieś zatrzymano nauczycielkę, która uwodziła swoich uczniów, a następnie sprzedawała im narkotyki. Czy to możliwe, że dziecko, którym się dziś zajmujemy, zostało tak naprawde ukarane za to, że nie chciało się złożyć na tak zwanego „bucha”?

***

Wiele wskazuje natomiast, że ostatnio już chyba wyłącznie wspomnianymi „buchami” żywi się nasz ex, Lech Wałęsa. Wziął zatem pan Bolesław udział w rocznicowym wiecu zorganizowanym przez niedobitki po Solidarności – z obu zresztą stron ówczesnego rzekomego konfliktu –  na terenie Stoczni Gdańskiej i przedstawił zgromadzonemu tam sortowi nadzwyczaj głęboką analizę politycznej sytuacji, w jakiej znalazła się Polska po zwycięstwie roku 1980 i konsekwencjach, jakie owo zwycięstwo miało dla dzisiejszej Polski:
„Udało nam się w sytuacji beznadziejnej, pilnowało nas tu ponad 200 tys. żołnierzy sowieckich w tamtym czasie, naokoło Polski stał milion żołnierzy sowieckich, i my doprowadziliśmy Polskę do wolności i potem oddaliśmy tę wolność demokracji. A ta demokracja była nie do końca przygotowana, a dlatego nieprzygotowana, bo w Katyniu nam głowy obcięto, bo komunizm też wykończył wielu dobrych patriotów. Nie byliśmy przygotowani ani fizycznie, ani umysłowo, ani programowo do przejęcia takiego wielkiego zwycięstwa, stąd mamy tego typu kłopoty dzisiaj”.
Komentatorzy natychmiast zwrócili uwagę na fakt, że po raz pierwszy od lat, zamiast mówić o sobie, Lechu konsekwentnie używał mnogiej formy „my”. Nas to jednak nie dziwi, jeśli uwzględnimy fakt, że on nie mówił o zwycięstwie, lecz porażce.

****

Na zwycięstwo przyszedł czas później, a wraz z nim wróciło stare dobre „ja”. Proszę posłuchać Lecha Wałęsę, kiedy przywołując na pamięć słynne „I have a dream” Martina Luthera Kinga, wypowiada swoje – nie bójmy się tego słowa – dziś już historyczne słowa:
„Pomimo wieku i zmęczenia stawiam się do waszej dyspozycji.Nie chcę zajmować żadnych stanowisk, chociaż za jednym tęsknię. Chciałbym być na chwilę profosem aresztu, by tych ludzi powsadzać i zrobić z nimi porządek. Wsadziłbym tam pana X i pana Y za niszczenie państwa, i dawałbym im tylko śledzie. Bez picia. Mogliby jeść śledzie do woli. Dawałbym z samego dnia beczki”.
I to jest naprawdę coś. Zwłaszcza gdy weźmiemy pod uwagę, jak na te słowa zareagował zgromadzony tam element. Otóż, jak donoszą media, kiedy on wspomniał o tych śledziach zachwyceni słuchacze zaczęli skandować słynne gierkowskie „Pomożemy!” I w ten sposób koło się zamknęło.

Jak zawsze polecam swoje książki. Te co jeszcze się nie sprzedały są do kupienia w księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, natomiast „Rock and roll, czyli podwojny nokaut” można zamawiać również bezpośrednio u mnie, korzystając z adresu mailowego k.osiejuk@gmail.com

poniedziałek, 17 września 2018

Czy grupa Fratria jest współproducentem filmu "Kler"?


     Wygląda na to, że już niedługo publiczna aktywność Grzegorza Górnego stanie się pierwszym powodem prowadzenia przeze mnie tego bloga, a jego nazwisko będzie najczęściej wymienianym przeze mnie publicznie. Okropny we mnie budzi lęk świadomość tego, co się może stać, jednak nie będąc w stanie postępować wbrew sobie, będę musiał wziąć ten ciężar na klatę, na plecy i na swoją i tak już skołataną od przeróżnych niespodzianek głowę.
      Oto nie umilkły jeszcze echa ataku, jaki wspomniany Górny, bez żadnego wyraźnego powodu, poza oczywistą niechęcią do papieża Franciszka, a co gorsza, w oparciu o oczywiste plotki, przypuścił na tak zwaną „mafię pedofilską” w Kościele Katolickim, oraz przy okazji sam Kościół, jak ten sam dziwny człowiek postanowił uczynić następny krok i tym razem zajął się księżmi-homoseksualistami, którzy jego zdaniem stanowią problem jeszcze poważniejszy, niż pedofile w sutannach. Jak pisze Górny, pedofilów wśród osób duchownych na całym świecie jest, owszem, bardzo bardzo wielu, jednak jeśli spojrzeć na statystyki, jeszcze gorzej jest choćby wśród nauczycieli, a więc w tych zawodach księża zajmują dopiero drugie miejsce.
       A zatem pozostaje pedalstwo. Już sam tytuł tekstu, podobnie zresztą, jak to się miało w przypadku wcześniejszego tekstu Górnego o księżach, gwałcicielach małych dzieci, robi wrażenie. Tam mieliśmy „Wstrząsające świadectwo watykańskiego arcybiskupa o Franciszku i skandalu pedofilskim w Kościele”, tu natomiast jest jeszcze mocniej: „Tęczowa ośmiornica oplata Kościół”.
      Skąd Górny to wszystko wie? No przede wszystkim, jak już wspomniałem, z oficjalnych statystyk, ale przede wszystkim z publikacji najwybitniejszych w branży ekspertow. Popatrzmy, jak to wygląda w praktyce i zapewniam, że to nie jest żart:
      Eksperci mówią w tym kontekście o tzw. syndromie wampira (ktoś ukąszony przez takiego osobnika sam staję się wampirem i kasa innych). To sytuacja, w której ofiara z czasem przemienia się w sprawcę. Ktoś kto został wyjorzystany seksualnie jako ministrant czy kleryk, już jako ksiądz często uwodzi młodszych od siebie. W ten sposób orientacja może się reprodukować środowiskowo przez pokolenia”.
       (- Co pani mówi, droga pani Gwóźdź? Syndrom wampira? Toż to aż strach pomyśleć! I oni tak jak te wampiry wysysysają z tych kleryków krew?
       - Krew? Kochana! Jaką tam krew? Normalnie, spermę.
       - Jezusie Przenajświętszy! Tego nie da się słuchać! A skąd to pani ma takie informacje?
       - Jak to skąd? Czytałam w tygodniu „Sieci”?
       - A to przypadkiem nie jakaś żydowska prasa?
       - Ależ gdzie tam, żydowska? Nasza. Polska). 
       Wracajmy zatem do Górnego:
      Logika funkcjonowania niejawnego grona wtajemniczonych w ramach szerszej społeczności zawsze kończy się tym samym: uruchomieniem ukrytych mechanizmów kariery, awansu, czy kierunku zmian. Publicyści katoliccy w USA piszą wprost o ‘lawendowej mafii’, która przeżera Kościół od środka. Jak jest skala tego zjawiska? Naukowcy publikują wyniki badań, podając liczby trudne do uwierzenia. Piszą wręcz o 30 proc. homoseksualistów wśród amerykańskiego duchowieństwa. Dane te uznaje za prawdopodobne największy znawca tej problematyki w USA, ks. prof. Donald Cozzens”.
      (- Jak pani mówi, pani Gwóźdź? Koza? Donald? To tak jak ten rudy, co to go wywieźli do Brukseli. On mi zawsze patrzył na pedała.
      I tak to się plecie przez cały tekst Grzegorza Górnego, zamieszczony – tak, tak, tym razem już nie na portalu wpotylice.pl, lecz jak najbardziej w pierwszym prawicowym tygodniku IV RP, „Sieci”).
      No dobra, ktoś powie, kiedy już poznaliśmy statystyki i zdanie „największych znawców tej problematyki w USA”, czas chyba na konkrety. A więc proszę uprzejmie, konkrety są jak najbardziej:
       Dziś wielu hierarchów katolickich otwarcie wspiera kulturę ‘gejowską’. Na przykład kard. Christoph Schönborn urządził niedawno w wiedeńskiej katedrze uroczyste nabożeństwo dla homoseksualistów z przemówieniami aktywistów gejowskich, głoszących, że ‘nie ma znaczenia, kogo kochamy, lub w kogo wierzymy’. Tego typu przykłady można mnożyć [oba podkreślenia moje]”.
       (- Co pani powiada, pani Gwóźdź? Że nie ma znaczenia w kogo wierzymy? Tak ten Schönborn powiedział? Że na takich, droga pani, nie ma kija! Ja na Święta jadę do Wiednia do syna, to pójdę do tego Donalda i mu wszystko wygarnę. Wampir jeden! No ale opowiadaj pani dalej, jak to jest z tymi przykładami?
      - No, wie pani, pani Drut, oni tam piszą, że tu by trzeba było usiąść i je pomnożyć, a ja z mnożenia, wie pani, jestem nie bardzo.
      - Oj szkoda! Ale zapytam syna, to mi policzy. On umie nawet liczyć po niemiecku).
      W tych dniach, na tle dyskusji na temat wchodzącego już niedługo na ekrany kin filmu „Kler” Wojciecha Smarzowskiego, niedawno jeszcze pierwszego bohatera wyobraźni redaktorów tygodnika „Sieci”, minister Gliński wydał oświadczenie, że on osobiście nie dał na ten film złamanego grosza, a w tej sytuacji pojawia się pytanie, skoro nie on, to kto? No i tu ja mam podejrzenie, że to mogłaby być grupa medialna „Fratria” wydawca między innymi wspomnianego tygodnika. Ale jest coś jeszcze, równie ciekawego. Otóż, jak się okazuje, współautorem scenariusza do wspomnianego filmu jest niejaki Wojciech Rzehak, wicedyrektor prywatnej szkoły ewangelickiej w Krakowie. To ja już sobie tylko myślę, że skoro mamy  jedną część tego teamu, czy jest zatem możliwe, że drugim z autorów owej wesołej historii jest sam red. Grzegorz Górny? W końcu czemu nie? Toż to człowiek nadzwyczaj pobożny.

W tej chwili już mam u siebie tylko „Rock and roll, czyli podwójny nokaut”. Tylko i aż. Bardzo łatwo można się przekonać: k.osiejuk@gmail.com

      


niedziela, 16 września 2018

O 400 muzułmanach, w drodze by nas wytruć za pomocą kebaba


Dziś zachęcam do czytania najnowszego wydania „Warszawskiej Gazety”, a w niej mojego cotygodniowego felietonu. Powinno być dobrze.     


      O tym że chorzowskie planetarium zostanie zamknięte na dwa lata, po to by po całkowitej przebudowie, przybrać formę czegoś na kształt wielkiego centrum nauki, mówiło się od dawna. Plan zakładał, że już w roku 2020 przy dotychczasowym obiekcie powstanie nowy budynek o powierzchni niemal 3 tys. m2, w którym będzie się mieściła wielka interaktywna wystawa edukacyjna. W starym budynku znajdzie swoje miejsce stanowisko z przekrojem Ziemi, platforma z makietą miasta, kolumna pogodowa oraz symulator lotu w kosmos i platforma wstrząsów. Na początek prac wyznaczono dzień 1 lipca, większość pracowników została wysłana na bezpłatne urlopy… i w tym momencie okazało się, że nie ma firmy, która by przyjęła to zlecenie. Czy może poszło o pieniądze? Nic podobnego: wszyscy ci, którzy mogliby się do tej roboty nadawać, akurat byli bardzo zajęci czymś innym, a przed sobą mieli kolejkę nowych terminów. Z tego co wiem, dziś Planetarium stoi puste i szuka kogoś, kto pragnie zarobić 100 milionów złotych, z obawą, że jako pierwszy pojawi się ktoś z masą wolnego czasu i pustym portfelem.
       Nie trzeba być bacznym obserwatorem sytuacji na rynku pracy, nie tylko w branży budowlanej, by wiedzieć, że Polska weszła w okres poważnego kryzysu, którego dalszy los stanowi prawdziwą zagadkę. Tuż obok mnie w błyskawicznym tempie i z tego co widzę, nadzwyczaj fachowo, odremontowana została kamienica wcześniej stanowiąca typąwą ruinę regularnie podpalaną przez okoliczną menelownię. Parę kroków dalej we wszystkich możliwych kierunkach dzieje się dokładnie to samo, a to co interesujące to fakt, że owe prace prowadzone są ukraińskimi rękami.
       Widzimy też coś jeszcze. Oto w moim mieście powstały właśnie dwie fantastyczne wręcz egzotyczne restauracje, jedna – kolejna już zresztą – z kuchnią indyjską, druga, być może jeszcze smaczniejsza i bardziej przyzjazna, serwująca potrawy libańskie. Nie wspominam tu oczywiście całej serii tureckich kebabowni. O rzut kamieniem stąd wyrosły dwa biurowce IBM, gdzie znaczna część obsługi to Hindusi. I nic nie wskazuje na to, by ta tendencja miała się zmniejszać.
        Czy to jest coś, co nas powinno martwić? Dopóki nie będzie na tym cierpieć Polska, jedynym realnym zmartwieniem jest to, że wśród części z nas  doszło do autentycznej histerii, której symbolem są kolejne – kompletnie niedorzeczne zdjęcia – kobiet w muzułmańskich chustach na głowach. Tymczasem statystyki za rok 2017, gdy chodzi o pozwolenia na prace wyglądają nastepująco: 200 tys. Ukraińców, 10 tys. Białorusinów, 15 tys. obywateli Indii, Bangladeszu oraz Nepalu, z 400 osobami z Afryki na końcu. Czterysta osób z Afryki i to jest, jak rozumiem, powód do rozpaczy?
       Tymczasem Planetarium czeka aż wreszcie pojawi się jakiś porządny polski narodowiec, założy firmę budowlaną i udowodni, że Polak potrafi nie gorzej, a kto wie, czy nie lepiej. A jego żona otworzy sieć polskich restauracji, gdzie pokaże światu co potrafi porządny polski gołąbek.




Tu na miejscu zostały mi już tylko dwa tytuły: „Rock and Roll, czyli podwojny nokaut” oraz dwie ostatnie „Zyty”. Oczywiście, wciąż można korzystać z oferty księgarni www.basnjakniedzwiedz.pl. Niezmiennie zachęcam.


sobota, 15 września 2018

Rozmowa P. McCartneya w mieszkaniu Jimmy'ego Fallona


      Na portalu szkolanawigatorow.pl, gdzie również prowadzę bloga, pojawiła się notka, która debatę internetową wzniosła na poziom dotychczas niespotykany. Oto bloger Genezy zamieścił tam tytuł „Rozmowa z J. Conradem w mieszkaniu Józefa Retingera”… i tylko tytuł, i już po krótkiej chwili tytuł ten zarejestrował niemal tysiąc odsłon, co ma szanse sprawić, że owa „notka” już za moment trafi na półkę z napisem „wpisy popularne”. W tej sytuacji, zanim przejdę do rzeczy, chciałbym wyjaśnić nie to kim są wspomniani Conrad i Retinger, bo jak rozumiem, to wiedzą wszyscy, ale dwaj bohaterowie kultury najniższej, dokąd ludzie poważni swoją myślą ani myślą sięgać.

      A zatem, Paul McCartney to kompozytor i autor tekstów piosenek popularnego niegdyś zespołu muzycznego o nazwie The Beatles, natomiast Jimmy Fallon to człowiek, który dziś w amerykańskiej telewizji z sukcesem prowadzi tak zwany „talk show” do którego zaprasza największe gwiazdy światowego popu. Jimmy Fallon to ktoś przy kim dziś Paul McCartney – przy całym dla niego szacunku – jest nikim, no ale biorąc pod uwagę, że wszyscy kolejno zapraszani do jego programu goście również przy nim są nikim, należy uznać, że sam fakt iż dany artysta znalazł się w kręgu zainteresowań Jimmy’ego Fallona to jest już wynik.

       Produkcję Paula McCartneya po roku 1970 szanuję bardzo wybiórczo, co nie zmienia faktu, że i tak uważam go za gwiazdę XX wieku na miarę…  tu niech każdy sobie dopowie co chce, a ja się chętnie z tym zgodzę. Natomiast gdy chodzi o Jimmy’ego Fallona, to jest dla mnie autentyczny hit. Tak jak w latach 60-tych nie można było zrobić kariery w Stanach Zjednoczonych bez zwrócenia na siebie uwagi Eda Sullivana, dziś, jeśli liczymy na odniesienie jakiegkolwiek suckcesu, powinniśmy się najpierw zwrócić do Jimmy’ego Fallona. Ile razy oglądam w Internecie jego show, nie umiem wyjść z podziwu dla owego profesjonalizmu, a co za tym idzie, poziomu popularnego przekazu, jakiego on nam dostarcza, no i wreszcie owej pewności, że oto dzieje się historia.
       Zachęcam do wyszukania na youtubie chociaż jednej z tych pozycji, tak by móc wyrobić sobie zdanie o tym, o czym tu dziś mówimy, tym jednak, którzy oskazali się zbyt leniwi i wolą czytać dalej, wyjaśniam. Otóż Jimmy Fallon to jest swój gosć, zwykły kumpel z dzielnicy, prawdziwy brat-łata, tyle że pijarowo o niebo lepszy od każdego, kogo kiedykolwiek mieliśmy szansę poznać. On jest sympatyczny, inteligentny, wesoły, dowcipny, słowem jest to ktoś, komu, jak to się mówi, lekką ręką powierzylibyśmy swój samochód, nawet jeśli akurat jest zajęty, zabawiając każdego wieczora przed telewizorami ponad 3 miliony widzów. Swoją drogą, gdyby ktoś myślał, że Jimmy Fallon to telewizyjne studio z pięćdziesiącioma smutnymi, zebranymi z ulicy ludźmi, tak jak to mamy choćby w przypadku audycji pod tytułem Kuba Wojewódzki, jest w głębokim błędzie. Jimmy Fallon Show, to jest ogromna sala koncertowa, wielkości być może katowickiego Spodka, gdzie regularnie dochodzi do wydarzenia, które my później oglądamy na naszych monitorach, wierząc głęboko, że oto jesteśmy znów u siebie w domu.
      Ostatnio, z tego co widzę na youtubie, częstym gościem Jimmy’ego Fallona jest wspomniany wcześniej Paul McCartney, jak już mówiłem, pierwsza być może twarz zespołu The Beatles, biorąc udział w prowadzonej na najwyższym możliwym poziomie profesjonalizmu kampanii związanej z wydaniem swojej nowej płyty. Powtarzam, nie chodzi o jeden, czy dwa wieczory. McCartney bywa u Fallona notorycznie i za każdym razem Fallon bierze w dłonie jego najnowszą płytę i podnosi ją w górę, informując owe 3 miliony amerykańskich fanów, by szykowali się do być może najważniejszej inwestycji swego życia.
       Czy Fallon i McCartney są kolegami? No, przecież nie. Ich nie łączy ani pochodzenie, ani zamieszkanie, ani biznesowa aktywnosć, ani wreszcie wiek, na tyle mocno, by mieli choćby do siebie dzwonić wieczorami, czy tym bardziej wpadać na wieczornego drinka z żonami. To z czym mamy do czynienia, to czysty biznes, w tym wypadku związany z promocją najnowszej płyty Paula McCartneya, która bez tego zwyczajnie się by się nie sprzedała.
       I tu przechodzę do podstawowej części swojej dzisiejszej notki. Otóż weszliśmy w czasy gdzie nie sprzedaje się nic poza żywnością, konfekcją, oraz wyjściem na miasto, czy wyjazdem na wakacje. Ani angażowanie się w muzykę, ani w książki, ani w sztukę, ani wreszcie w tak zwaną wiedzę, nawet jeśli ona jest związana ze śedzeniem debaty między dwoma Józefami, Conradem i Retingerem, nie ma dziś jakiegokolwiek komercyjnego sensu. To co się się sprzedaje, to praca i zabawa. Niedawno gdzieś czytałem, że w ostatnich miesiącach jedna z największych gwiazd światowego popu, Robbie Williams, znalazła się w biznesowym dołku, bo przez ostatni miesiąc na sprzedaży płyt zarobił – przypomnijmy, ze mówimy o artyście najwyższej klasy –  zaledwie jeden czy dwa funty. I dziś jedyne co mu pozostaje, to festiwale, które przeciętny konsument traktuje jako tak zwane „a night out” i tam jest szansa coś sprzedać.
        Nie ma się więc co dziwić, że ktoś taki jak Paul McCartney, próbując ze swoją najnowszą produkcją podbić amerykański rynek, wie doskonale, gdzie trzeba uderzyć. Trzeba uderzyć w gniazdo podstawowego popu i tam już pozostać, biorąc za dobrą monetę wszystko co tamci każą.
       Oto z jednej strony Paul McCartney, co by nie mówić, część światowej kultury XX wieku, a z drugiej telewizyjna gwiazda, Jimmy Fallon, bez którego nie stanie się nic, a ja w tej sytuacji mam już tylko jedną refleksję. Otóż dobiegając końca życia, dzięki nadzwyczaj odważnej inicjatywie mojego kolegi Coryllusa, napisałem, wydałem i pewnie jakoś sprzedam, osiem książek. Ktoś powie, że to, jak na te dziesięć lat, to nie jest jakieś szczególne osiągnięcie. Otóż ja byłbym w stanie się z tą uwagą pokornie zgodzić jeszcze zanim zobaczyłem Paula McCartneya, jak wręcz błaga Fallona, by zechciał choć jednym słowem wspomnieć o jego nowej płycie. Dziś jednak czuje się nieco lepiej.
         Powiedziałbym tu jeszcze coś, ale jesteśmy w takim miejscu, że tak naprawdę nie widzę ani sensu, ani potrzeby.



Z przykrością informuję, że tu u mnie do kupienia są już tylko ksiażka o muzyce oraz Listy od Zyty. W natłoku ostatnich zamówień doszło do tego, że i ja sam zostałem bez trzech swoich książek. Dopóki Gabriel nie zdecyduje się mi coś kapnąć, zostaję z tym co mam, a resztę sam sobie najwyżej kupie na Allegro.


piątek, 14 września 2018

Co bracia Karnowscy sądzą na temat skuteczności propagandowej Josepha Goebbelsa?


      Mam oczywiście świadomość, że sprawa z jaką tu dziś występuję, jest już dość przejrzała, proszę jednak nie wymagać ode mnie cudów. Jeśli już zdecydowałewm się na przedstawianie jednego tekstu dziennie, naprawdę nie jestem w stanie przewidywać tego, co się okaże hitem miesiąca. A więc uważam, że nie ma nic dziwnego w tym, że dopiero wczoraj trafiłem na tekst red. Marzeny Nykiel, opublikowany w  tygodniku „Sieci” sprzed paru tygodni, w wszczegółach poświęcony zapowiedzi nowego filmu jeszcze niedawno pieszczocha prawicowych mediów, reżysera Smarzowskiego, pod tytułem „Kler”, natomiast generalnie atakom skierowanym przeciwko Kościołowi Powszechnemu pod hasłem „Precz z pedofilią w Kościele”. Już sam tytuł tekstu Nykiel wskazuje na to, co przed nami: „Zohydzanie Kościoła”, dalej natomiast temperatura jedynie rośnie, osiągając poziom wrzenia w nastepującym fragmencie:
      „’Każdego dnia wychodzą na światło dzienne przypadki nadużyć seksualnych, których dopuszczają się członkowie kleru katolickiego. Niestety nie można już mówić o pojedynczych przypadkach, lecz raczej o zbiorowej zapaści moralnej. Wielku kapłanów i zakonników przyznało się do winy. Bez wątpienia owe tysiące przypadków odkrytych przez wymiar sprawiedliwości stanowią zaledwie wycinek prawdziwych liczb, wziąwszy pod uwagę, że hierarchia kościelna usiłowała ukryć i zatuszować wielu zwyrodnialców’.
     Skąd to cytat? Z ‘Gazety Wyborczej’? Z ‘Nie’? Z ‘Krytyki Politycznej’ czy ‘Newsweeka’? Nic z tych rzeczy. Widać ‘dobre’ wzorce są wyjątkowe…”.
      W tym momencie przerwałem lekturę i spróbowałem samodzielnie rozwiązać zagadkę przedstawioną nam przez Nykiel, i pomyślałem sobie, że skoro nie mówimy o „Wyborczej”, czy „Newsweeku”, to już tylko pozostaje tytuł administrowany i wypełniany treściami przez to samo towarzystwo, które zarządza tygodnikiem „Sieci”, a mianowicie portal wpolityce.pl. Czemu tak? Już tłumaczę. Otóż parę tygodni temu dotarła do mnie informacja, że na wspomnianym portalu ukazał się tekst jednego z naczelnych katolików wspomnianej części sceny, a mianowicie Grzegorza Górnego, w którym ten postanowił skomentować doniesienia światowych mediów – a więc czegoś, co przez samego papieża Franciszka zostało nadzwyczaj sensownie oraz inteligentnie określone tytułem „Wielki Oskarżyciel” –  odnośnie listu przekazanego owym mediom przez niejakiego arcybiskupaViganò w sprawie wspomnianych nadużyć w Kościele. Cóż więc nam przekazał wspomniany Grzegorz Górny? Oto w tekście opublikowanym mniej więcej w tym samym czasie co tygodnik „Sieci” opublikował tekst red. Nykiel, tyle że na portalu wpolityce.pl, Górny przedstawia problem, wprawdzie wyłącznie ograniczając się do cytowania Viganò, niemniej w taki sposób, byśmy wszyscy wiedzieli, że problem jest.
      I tu również pierwsze wrażenie robi tytuł: „Wstrząsające świadectwo watykańskiego arcybiskupa o Franciszku i skandalu pedofilskim w Kościele”. Dalej, jak mówię – jak rozumiem z tak zwanych „względów procesowych” – mamy już tylko omówienie słów Arcybiskupa, jednak w taki sposób, by nie było wątpliwości, że Górny z Viganò trzymają sztamę. A więc mamy te cytaty, a obok nich różne takie uprzejmości jak:Arcybiskup nie mógł dłużej milczeć” i „zdecydował się przerwać zmowe milczenia”, a więc „zauważa”, „przypomina”, „przywołuje słowa Chrystusa”, „nie boi się zarzutów”, „zwraca uwagę”, „stara się odpowiedzieć”, „alarmuje”, „błaga wszystkich”,  wreszcie „najbardziej go smuci”…
      Są tam jednak też fragmenty, poza samym tytułem, które Górny autoryzuje osobiście: 
      Chodzi zwłaszcza o tuszowanie skandali pedofilskich przez hierarchię katolicką”.
      Odpowiedzialność za to spoczywa nie tylko na kardynałach amerykańskich i watykańskich, lecz także na samym Franciszku”.
      Skandale pedofilsko-homoseksualne dotknęły ostatnio także Kościół w innych krajach, m.in. w Chile i Hondurasie. Dostojnikami zamieszanymi w tuszowanie tych afer byli jedni z najbliższych współpracowników Franciszka, zasiadający w powołanej przez niego tzw. Grupie Kardynałów G8 – Francisco Javier Errazuris Ossa z Chile oraz Oscar Rodriguez Maradiaga z Hondurasu”. 
      Z pewnością świadectwo arcybiskupa Viganò to tekst, który wstrząśnie Kościołem. Dziś publikują go lub omawiają wszystkie najważniejsze media na świecie. Pewnych rzeczy nie da się już dłużej ukryć. Pewnych rzeczy nie da się przemilczeć. Co powie Watykan? Co powie Franciszek?
      A więc oto Grzegorz Górny, Marzenia Nykiel, no i – tak, tak – nasza kochana Niepodległa. Czy w tej sytuacji ktokolwie się jeszcze dziwi, że w momencie gdy trafiłem na zagadkę przedstawiona przez Nykiel, ja uznałem, że skoro nie „Wyborcza” i nie „Newsweek” to już naprawdę pozostają już tylko braciKarnowsce  ze swoim kumplem Górnym?
       No i tu okazało się, że trafiłem kulą w płot. Górny słowem nie wspomniał na temat „zbiorowej zapaści moralnej”. Chodziło o kogoś zupełnie innego. Wróćmy do Nykiel:
       „… skoro tak aktualnie brzmi wypowiedź sprzed blisko 80 lat. Jej autorem jest szef propagandy III Rzeszy Joseph Goebbels, który w 1937 r. pod hasłem rozwiązłości duchowieństwa rozpętal walkę z Kościołem”.
      A zatem to Goebbels, a nie Górny!
     Ależ to figiel! Żeby się aż tak pomylić? Kto by pomyślał? Ci Karnowscy to faktycznie sprytne chłopaki.


Informuję, że dziś pozostało mi już tylko parę egzemplarzy „Listonosza”, kilka listów od Zyty, oraz bezpieczna ilość „Rock and Rolla”. Jeśli Gabriel zechce mi przyslać kilka egzemplarzy ze swojego magazynu, dam znać. Zainteresowanych proszę o kontakt pod adresem adresem k.osiejuk@gmail.com



czwartek, 13 września 2018

Podziękowania i jedno dawne wspomnienie


      Przede wszystkim pragnę podziekować Czytelnikom za nadzwyczaj poruszającą reakcję, z jaką spotkała się moja prośba o podratowanie nas w finansowym dole. To są chwile, kiedy, cokolwiek by się działo, nie można nie pomyśleć, że warto było, jest warto i nie ma najmniejszego sensu tracić nadziei. To co mnie wzruszyło dodatkowo, to fakt, że znaczna  większość osób, które odpowiedziały na moje wołanie, to ludzie, których zwyczajnie nie znam, a przynajmniej nie przypominam sobie, bym ich tu wcześniej spotkał. A to świadczy, że jest nas znacznie więcej, niż jeszcze pare lat temu. A zatem bardzo dziękuję licząc od samej góry:
1         1. Andrzejowi z Poznania
2         2. Michałowi z Foto-Maga
3         3. Stefanowi z Rzucewa
4         4. Piotrowi z Gorlic
5         5. Marcinowi z Warszawy
6         6. Dorocie z Mirska
7         7. Mateuszowi z Długołęki
8         8. Irenie i Leszkowi z Wygnanowa
9         9. Pani Ani z Katowic10. Aleksandrowi z Malca
    11. Edwardowi jak najbardziej z Przegędzy
    12. Wioletcie z Janowic Wielkich
    13. Tomaszowi z Suwałk
    14. Moim ludziom z Sieprawia
    15. Adasiowi z Chełmży
    16. Leszkowi z Bukowna
    17. Piotrowi ze Stawigudy
    18. Natalii z Krakowa
    19. Księdzu Rafałowi
    20. Sławomirowi z Gdańska
    21. Sylwestrowi z Wrocławia
    22. Michałowi z Goleniowa
No i jeszcze przelewy z dzisiaj, których dalibóg się nie spodziewałem:
    23. Markowi z Warszawy
    24. Piotrowi z Wrocławia
    25. Jerzemu z Piastowa
    26. Marcinowi z Wrocławia
    27. Jerzemu z Wadowic
    28. Grzegorzowi z Musowca
    29. Sławomirowi z Brwinowa
    30. Krystianowi z Prudnika
   

Ponadto dziękuję bardzo tym którzy w tych dniach kupili książki: Marcinowi z Dąbrowy Górniczej (Listonosz), Jarosławowi z Łomży (39 wypraw), Andrzejowi z Ostrołęki (Biustonosz oraz Listonosz) i wreszcie Robertowi (2xRock and Roll).


      Mój wierny czytelnik Mateusz G. poinformował mnie, że nie zdążył kupić mojej pierwszej książki „O siedmiokilogramowym liściu”, która od pewnego czasu jest już sprzedana. Dla niego więc specjalnie przypominam kolejny stamtąd tekst, a mianowicie coś co zatytułowałem

O ogniu, łkaniu w kominie, jednym pijaczku i dwóch kibolach

      Pewnego razu, jechałem z najmłodszą Toyahówną pociągiem z Katowic do Warszawy. Było to kilka lat temu, więc i ja i ona byliśmy odrobinę młodsi, co akurat w jej wypadku ma tu pewne znaczenie. W przedziale z nami siedziało dwóch Belgów, z których jeden patrzył przez okno, a drugi oglądał film na laptopie, jakiś pan, który czytał „Najwyższy Czas”, inny pan, który sobie spał i dwóch absolutnie modelowych, łysych kiboli. I to nie kiboli na miarę rządu pana premiera Donalda Tuska. To byli kibole jak najbardziej klasyczni, takich których można zobaczyć na zdjęciach policyjnych podczas tłumienia boiskowych ekscesów. Ja kompletnie do dziś nie mam pojęcia, co oni robili w pociągu typu IC – w końcu nie takim znów tanim. Podejrzewam, że jechali bez biletów. Wyglądali zresztą na takich, którzy nie kupują biletów nigdzie i pod żadnym pozorem.
      Jechali więc sobie kibole z nami w przedziale i zachowywali się jak najbardziej sportowo. Czyli pili piwo z puszek, omawiali ostatnie pojedynki z policją i jak najbardziej przeklinali. Przeklinali na poziomie absolutnie najwyższym, bez jakichkolwiek ograniczeń i bez jakiegokolwiek poczucia, że może nie są sami. Jeden z nich machał przy tym ręką, nieustannie zasłaniając panu z UPR-u poszczególne strony NC. Siedzieliśmy sobie z nimi w tym eleganckim przedziale, a ja miałem nadzieję podwójną. Przede wszystkim liczyłem na to, że oni pewnie wysiądą w Zawierciu, a – na wypadek gdyby jednak wybierali się do stolicy – że nie dojdzie do aktów przemocy. Przyznaję, cholera, że się normalnie bałem. Kiedy minęliśmy to Zawiercie, a im ani w głowie było wysiadać, zebrałem się w sobie, nachyliłem się grzecznie do tego łysego naprzeciwko mnie i grzecznie powiedziałem: „Bardzo przepraszam… ale widzi pan… małe dziecko… nie wypada tak przy niej…” Kibola jakby poraził prąd. Opluł się piwem, zaczął gwałtownie przepraszać, drapać się nerwowo po łysej pale i w końcu wydusił jedno prawie pełne zdanie: „Znowu nie takie małe, to prawie pannica”. Tak powiedział. Następnie przez chyba pięć minut obaj w ciszy żłopali te piwa, a później z tego napięcia wstali i się przenieśli do innej części pociągu.
      Dziś, kiedy to wspominam, pragnę przede wszystkim przeprosić moja córkę za to, że jej narobiłem publicznie wstydu (co mi natychmiast nie omieszkała wypomnieć - „Mnie to, jeśli chcesz wiedzieć, w ogóle nie przeszkadzało”), ale jednocześnie muszę jej powiedzieć, żeby znowu się tak nie nadymała, bo i tak się bardzo ograniczyłem. Początkowo bardzo chciałem kibolowi powiedzieć, że to co on robi to grzech. I że Pan Jezus jest bardzo zawiedziony. To by jej dopiero było wstyd.
      I proszę się ze mnie nie śmiać. Ja ten tekst mam bardzo skutecznie przećwiczony. Kiedyś, jeszcze dawniej, w pewien Wielki Piątek szedłem sobie pod moim domem i napotkałem na mej drodze człowieka bardzo, bardzo pijanego. Taki klasyczny ‘dziad’, jakby to określił pan Prezydent. Szedł sobie więc ten dziad, pijaniusieńki jak nie wiem co i wrzeszczał z wściekłością na cały świat, klął, pluł, bluzgał. A ja zatrzymałem się i powiedziałem: „Panie, przecież to Wielki Piątek! Jak pan może? Jakiż to straszny grzech. Chrystus umiera na krzyżu, a pan w takim stanie. I jeszcze te słowa”. Efekt był dokładnie ten sam, co kilka lat później, w Intercity z Katowic do Warszawy. Powiem tylko, że do dziś mam wyrzuty sumienia, że może powinienem był być bardziej delikatny. Powtarzałem jednak ten numer jeszcze parę razy, zawsze z identycznym skutkiem.
      Ale do czego zmierzam? Do tego mianowicie, że dobrzy ludzie grzechu się boją. Dobrzy ludzie nie chcą być źli. Dobrzy ludzie czują ten wiatr nawet w czasie największego upadku. I myślę sobie, że można by było właściwie tu skończyć. Jest wystarczająco mocno. Więc jeśli komuś już wystarczy, to się nie obrażę. Róbcie to co macie i tak zaplanowane. Ale ja jednak troszkę jeszcze poopowiadam, bo w sumie piszę to w bardzo mocno zdefiniowanym celu.
     Napisałem już dziś w którymś z komentarzy, że bardzo mi się podoba tekst pewnej piosenki Skaldów (był kiedyś taki popularny zespól – bardzo dobry). Początek leci tak: „Oj dana, dana, nie ma szatana, a świat realny jest poznawalny. Oj dana!” Ale najlepsze jest później: „Życie jest formą istnienia białka, ale w kominie coś czasem załka.” Chodzi mi właśnie o ten komin. Ja jestem absolutnie przekonany, że coś takiego jak lęk i podziw dla Najwyższego jest zupełnie autentycznym i wręcz przyrodzonym stanem każdego ludzkiego bytu. Jestem pewien, że każdy człowiek, choćby niewiadomo jak był przekonany o tym, że nie ma nic, w najgłębszych pokładach swojego serca wie, że to nieprawda. Wie że są sytuacje, kiedy żartów nie ma. Sytuacje wobec których nawet on zaczyna drżeć.
      To jest moim zdaniem reguła. Oczywiście, od reguły – jak mówią ludzie uczeni – są wyjątki, więc zakładam, że i od tej reguły są wyjątki. Zakładam więc też, że może i kilka dzisiejszych komentarzy, jakie pojawiły się pod moim poprzednim wpisem były wklepane przez owe wyjątkowe zupełnie umysły i serca. Przez ludzi, którzy, gdyby ich spotkał taki atak, jaki z mojej strony spotkał tych dwóch młodocianych bandytów i tego biednego pijaczka, po prostu najpierw by opluli mnie, a następnie najbliższy mijany kościół. Inna sprawa, że ja nie od dziś mam głębokie przekonanie, że jeśli już na kogoś mogę liczyć, to bardziej na tego dziada i tego łysola, niż na wykształconego absolwenta wydziału prawa na którejś z renomowanych polskich uczelni. Dlaczego? Dlatego, proszę sobie wyobrazić, że ich umysły może i są zatrute, ale przynajmniej zatrute ekologicznym i czystym gnojem, niż wysoko oczyszczoną kokainą, albo czymś podobnym (jak ktoś chce się obrazić, to uprzedzam – to tutaj to była czysta figura retoryczna).
      Jestem pewien bowiem, że ludzie potrafią być bardzo mężni, bardzo silni i bardzo szlachetni. Potrafią też jednak upadać, a kiedy już upadną, to potrafią jeszcze się potoczyć, czasem bardzo daleko, w bardzo nieprzyjemną ciemność. A kiedy upadną, niektórzy z nich potrafią się podnieść, czasem bardzo wczesnie, ale czasem dopiero na samym, samiusieńkim końcu. A jak już się podniosą, to często o wiele wyżej niż ktokolwiek z nas. Dlaczego tak się dzieje? Dlatego że przez całe ich życie, tliło się w nich to poczucie, że jednak świat realny nie jest do końca poznawalny. A ten ogień potrafi i palić i oświetlać drogę, jak nic innego.
      I powtarzam raz jeszcze. Wolę tych meneli i tych bandytów o wiele bardziej, niż wielu z tych, którzy, przynajmniej we własnym mniemaniu, złapali prawdziwą tajemnicę za największy palec u nogi. Wolę te dzieci, rozkołysane wewnętrznym przekonaniem że Boga nie ma, a już że na pewno nie ma Szatana, od tych wszystkich którzy mówią to samo i zachowują się dokładnie tak samo, jak te dzieci, tyle że jeszcze na przykład z prawdziwą pasją zaczytują się w horoskopach i wierzą autentycznie i głęboko, że jeśli puścić porządną rakietę w sylwestrową noc, to następny rok będzie lepszy.
      Wolę tych którzy w życiu nie zajdą do kościoła, bo ksiądz to pijak, a pani z plebanii to jego kochanka, ale jak zagrzmi, to robią znak krzyża, niż tamtych, którzy uważają, że to całe gadanie o dzieciach z Fatimy, to idiotyzm, oszustwo i że jeśli nawet coś tam się działo, to można to bardzo ładnie i naukowo wyjaśnić, natomiast wieczorem, jak wrócą z pracy, to pieczołowicie wycinają z gazet wszystkie możliwe informacje na temat tych wszystkich niewyjaśnionych przypadków lądowania na Ziemi pojazdów kosmicznych.
      W moim wpisie, do którego się tu wciąż odwołuję, wyraziłem satysfakcję z tego powodu, że mój Kościół jest tak cierpliwy i tak kochający. Że nikogo nie odrzuca i że jest zawsze gotowy na przyjęcie tych, którzy nagle zostali porażeni tym światłem. Ale tu już zbliżam się bardzo niebezpiecznie do najbardziej oczywistych oczywistości, że zacytuję klasyka, więc najlepiej już skończę.

     I tak to się skończył tamten tekst w  kształcie, w jakim znalazł się w książce. Dziś natomiast chciałbym dołożyć jeszcze pewien bonus, a więc fragment, który kończył ów tekst wyłącznie na blogu. Myślę, że warto:

      Taka to jest ta refleksja. A na sam już koniec, powiem każdemu kto może chcieć jeszcze czytać te końcowe zdania, że nie ulega dla mnie wątpliwości, że gdyby w tym pociągu, który pojawił się na początku, siedziało dwóch „krakowskich intelektualistów” i sobie na przykład żartowali na skądinąd znany temat „zimnego Lecha i krwawej Mary” – jak to ostatnio właśnie mają w zwyczaju „krakowscy intelektualiści” – a ja bym ich poprosił, żeby przestali, to oni na sto procent by nie przestali. Nie przestaliby ani gdybym ich poprosił, ani gdybym im groził, ani gdybym powoływał się na wartości humanistyczne i wartości chrześcijańskie. Nie przestaliby. Jedyne co by zrobili, to podnieśli na nas najpierw zdziwione, a później już tylko pełne pogardy spojrzenia i robiliby swoje. W tej sytuacji, zapewniam Was, że dla nich byłoby znacznie lepiej, gdyby pojechali do pobliskiego lasu i wywalili tam z obelżywym słowem na ustach swoją starą lodówkę.

Czy to było spowodowane moją prośbą o ratunek, czy stanowiło kwestię przypadku, nie mam pojęcia, ale dzieje się tak, że w tych dniach wciąż wysyłam kolejne książki. Mam jeszcze parę egzemplarzy „Marek, dolarów…”, kilka egzemplarzy „Listonosza”, kilka egzemplarzy listów od Zyty, oraz wciąż jeszcze dość dużo „Rock and Rolla”. Polecam z całego serca. O kontakt proszę na adres k.osiejuk@gmail.com.


środa, 12 września 2018

Moje życie w gąszczu kosmitów


       Wystarczył, proszę sobie wyobrazić, jeden dzień, kiedy nie pojawiłem się ze swoim nowym tekstem na portalu Szkoły Nawigatorów, a wydarzyły się dwie nadzwyczaj warte uwagi rzeczy. Pierwsza z nich to ta, że mój miły kolega, a jednocześnie administrator portalu, Parasolnikov, zagroził mi usunięciem z grona publikujących tam blogerów, druga natomiast to tak zwany coming out przeprowadzony na moim prywatnym blogu przez znanego nam tu bardzo dobrze kolegę Redpilla. Choć to co napisałem powyżej to szczera prawda, winien jestem pewne wyjaśnienie. Otóż rzecz w tym, że mimo iż Parasol faktycznie postraszył mnie ekstradycją, a Redpill w istocie rzeczy się fatalnie odsłonił, to ani jedno ani drugie nie było związane z brakiem mojej notki na SN, ale temu zaledwie towarzyszyło, jako komentarz do tak zwanego trollingu.
       Zacznę może od Parasola. Jak wiedzą Czytelnicy Szkoły Nawigatorów, przez te wszystkie lata kiedy prowadzę ten blog, nie było praktycznie dnia, kiedy wśród komentatorów nie pojawił się przynajmniej jeden, którego jedyną zasługą było skuteczne strollowanie mojej notki. Ja oczywiście w sytuacjach najbardziej drastycznych stosowałem pozostającą w mojej dyspozycji opcję blokowania, natomiast nie przypominam sobie, by kiedykolwiek w mojej obronie stanął wspomniany Parasol grożąc trollowi, że jeśli się nie uspokoi, to on go bez uprzedzenia wyrzuci na zbity pysk, a więc tym co obiecał zrobić ze mną. Czemu on zatem dla mnie akurat postanowił zrobić ów wyjątek? Powiem szczerze, że nie mam bladego pojęcia, zwłaszcza że Bóg mi świadkiem, nie poczuwam się do jakiejkolwiek winy. No ale stało się i będę musiał z tym zdziwieniem żyć.
       A teraz Redpill, a więc coś naprawdę dużego. Muszę jednak zrobić pewien wstęp. Otóż, o czym wiedzą bardziej czytelnicy bloga toyah.pl, charakter mojej oraz mojej żony pracy jest taki, że na życie zarabiamy przede wszystkim w ciągu roku szkolnego, natomiast z zarobionych w tym czasie pieniędzy staramy się odłożyć ile się da na dla nas pusty kompletnie czas szkolnych wakacji. W związku z tym, najgorszym finansowo okresem w ciągu roku jest dla nas regularnie koniec sierpnia i pierwsza połowa września. Pod koniec sierpnia pieniędzy na ogół brakuje nawet na comiesięczne rachunki, a domowy budżet zaczyna się wyrównywać najczęściej dopiero w połowie września. Zwykle jakoś tam dajemy radę, jednak w tym roku nastąpił jeden z tych kryzysów, który sprawia, że nagle okazuje się, że nie stać nas na przeżycie nadchodzących dni. Czemu tak się stało, my oczywiście wiemy, jednak to są już kwestie zbyt osobiste nawet jak na konfesyjny charakter tego mojego pisania. W tej sytuacji więc zrobiłem coś, co zdarzyło mi się robić już parę razy, a więc zaapelowałem na blogu toyah.pl do przyjaciół o wsparcie. I oto, proszę sobie wyobrazić, niemal natychmiast pojawił się komentator Redpill, człowiek który mnie zna wręcz osobiście od samego początku, z następującym komentarzem:
       To zwyczajnie nie wypada, żeby dorosły facet prosił o pieniądze, to jest wręcz wstyd, żeby w tym wieku nie mieć pieniędzy, ani pewnego źródła utrzymania. A bezczelnością jest prosić o wsparcie, bo się puściło kasę na wakacje. Może jednak idź w tę politykę, może byś dostał jakiś mandat, jak nie posła, to chociaż radnego, albo jakąś synekurę powinni Ci załatwić. Polityka to idealne miejsce dla pysznych nierobów”.
        Myślę, że ci z nas, ktorzy znają wcześniejsze komentarze Redpilla, podobnie jak znają ów kojarzący się z nimi image wrażliwego intelektualisty, mogą poczuć pewne zaskoczenie. Dla nich mam zatem coś jeszcze lepszego. Otóż zapewne dla podkreślenia intensywności swojej do mnie pogardy, obiecał mi Redpill, że sam mi wyśle „parę groszy”, a kiedy mu napisałem, że cokolwiek mi przyśle, ja mu natychmiast odeślę, otrzymałem informacje, że on mi te pieniądze wyśle z obcego konta, tak bym nie wiedział że to od niego, i je jak ten idiota przyjął.
       %f####@+???zzzzz!
       Czy wszyscy widzą to co ja widzę? Czy ktoś ma może jakąś nazwę dla tego, co tu się właśnie wydarzyło, poza tym co ja tu od lat powtarzam, że Internet to miejsce podwyższonego ryzyka, spowodowanego tym, że jesteśmy nieustannie otaczani przez prostych wariatów, przebranych jedynie za osoby lubiące sobie pogadać w możliwie ciekawym towarzystwie? Oto przed nami internauta Redpill – ten Redpill i żaden inny – i owa erupcja ektoplazmy. Ja się zwracam do swoich stałych i najbardziej wiernych czytelników, a często przyjaciół – a robię to bardzo dyskretnie na swoim prywatnym blogu – o ewentualne wsparcie nas w nagłej biedzie, na co na scenę wbiega Redpill i z szyderczym śmiechem obiecuje mnie do końca upokorzyć, wysyłając mi, roztropnie, jak przystało na prawdziwego mężczyznę, zaoszczędzone przez siebie pieniądze. A kiedy ja mu mówię, że ich nie przyjmę i mu je natychmiast odeślę, wpada na pomysł, by mi tę jałmużnę wcisnąć na tyle podstępnie, bym nie wiedział, że to od niego i w ten sposób nie zauważył jak ona mnie oblepi wiecznym wstydem.
      Po co to wszystko piszę? Otóż wcale nie po to, by się skarżyć na podłość niektórych z nas, ani tym bardziej dla zwykłej ludzkiej zabawy, jakiej dostarczamy tu sobie praktycznie każdego dnia. Ja przedstawiłem ów coming out kolegi Redpilla, żeby pokazać tym, którzy wciąż się łudzą przekonaniem, że my tu sobie tak miło spędzamy czas z ludźmi często sobie obcymi, ale jednak zawsze bliskimi w sensie wspólnoty pasji i często też wartości, że jest o wiele wiele gorzej. I to stąd – gdyby ktoś mnie o to pytał – w moich komentarzach pojawia się ostatnio dość często owa nieufność i idące za nią zniecierpliwienie, które niekiedy nawet przechodzi w apele do Coryllusa o większe skupienie. Bo daję słowo, że są chwile, kiedy ja już tylko czekam aż po Redpillu zaczną się ujawniać kolejni i wtedy dopiero się wszyscy zdziwimy.
       Na koniec jeszcze wrócę do kolegi Parsola. Nie gniewaj się, Stary. Ja o Tobie tu wspomniałem bez szczególnego powodu i tak naprawdę nawet nie mam do Ciebie żalu. Chodzi o to, że każdy tekst, jeśli ma być dobrze skomponowany, musi mieć odpowiednią formę, no a przede wszystkim w miarę interesujący początek. Ta historia ze mną jako trollem, to czysty zabieg formalny. Ja wiem, że Ty nie miałeś na myśli nic złego. Jest okay.

Przypominam że moje książki są do kupienia w księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl. Tu u siebie w tej chwili mam już tylko kilka egzemplarzy swojej korespondecji z prof. Zytą Gilowską, parę sztuk „Listonosza”, oraz pokaźną kupkę „Podwójnego nokautu”. W przyszłym tygodniu powinienem też mieć kilka egzemplarzy „Biustonosza” oraz „39 wypraw”. Ach, i jest szansa na parę egzemplarzy „Elementarza”. Mój adres: k.osiejuk@gmail.com.