piątek, 28 listopada 2014

O tym jak premier Kopacz robi dobrze Jerzemu Urbanowi

Nie mam pojęcia, na ile podejście to jest oryginalne, bo ani go z nikim nie konsultowałem, ani też za bardzo się nad nim pod tym kątem nie zastanawiałem, natomiast od bardzo już dawna jestem przekonany, że jeśli człowiek okazuje się nagle wypełniony złem, to nie dlatego, że jest albo głupi, albo owym złem w jakiś sposób skażony, lub wreszcie przez deficyt podstawowych wartości, ale z powodu zwykłego opętania, przez psychiatrów niekiedy nazywanego psychiczną chorobą. Krótko mówiąc, jeśli mam do czynienia z człowiekiem, który czyni zło nie od czasu do czasu, ani nie przez jakiś niefortunny zbieg okoliczności, ale z zasady i systematycznie, uważam, że jest to człowiek psychicznie chory. Mówiąc jeszcze prościej, jestem głęboko przekonany, że człowiek z natury jest dobry, uprzejmy i życzliwy, a wszelkie wyjątki od tej reguły wynikają z jakiegoś ciężkiego zaburzenia. Niewykluczone, że spowodowanego przez Zło zewnętrzne.
Jak mówię, nie wiem, na ile ta myśl jest oryginalna, a tym bardziej, na ile słuszna, jednak tak już jakoś mam, że dla mnie taki Donald Tusk, Janusz Palikot, Kazimierz Kutz, Bronisław Komorowski, Kuba Wojewódzki, Radosław Sikorski, czy, żeby już nie sięgać tak wysoko, niektórzy z naszych kolegów blogerów, to nie są ludzie z natury źli, czy głupi – choć ta ostatnia opcja jak najbardziej wchodzi w grę – ale zwyczajnie chorzy. To wszystko są ludzie z zaburzeniami. Gdyby nie owe zaburzenia, oni byliby tacy, jak zdecydowana większość z nas, a więc grzeszni jak każdy, ale w gruncie rzeczy chcący dobra.
W tym momencie, jak może bardziej sprytni czytelnicy się domyślają, pojawia się postać Jerzego Urbana. Ja o nim, o ile się nie mylę, wspominałem tu dotychczas tylko raz, kiedy pewnego razu dziennikarz Krzysztof Feusette postanowił poświęcić mu osobny artykuł, a redakcja, która u niego ów artykuł zamówiła, zilustrowała go wielkim, kolorowym – i tak jak to zwykle bywa, odpowiednio szokującym – zdjęciem, no i, jak się należy domyślać, ku wielkiej satysfakcji samego zainteresowanego, wszystko to opublikowała. Jednak nawet wtedy nie chodziło mi o Urbana – bo, jak mówię, dla mnie jest to człowiek, którego w normalnych warunkach należałoby tylko leczyć – ale o Feusette, lub jego szefów w redakcji, a więc ludzi, nawet jeśli cwanych, to w tym swoim cwaniactwie zaledwie średnio inteligentnych.
A więc mamy owego Jerzego Urbana, który pojawił się niedawno w telewizji i oświadczył, że gdy chodzi o niego, to on w ostatnich wyborach głosował na Platformę Obywatelską. Ja oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że dla niektórych z nas Jerzy Urban jest osobą na tyle negatywnie jednoznaczną, że nie wymagającą jakichkolwiek dodatkowych refleksji, poza tą, że to jest „głupie bydle i sukinsyn”, ja jednak bardzo bym chciał wiedzieć, dlaczego on akurat głosował na Platformę Obywatelską, a nawet jeśli nie głosował, tylko zwyczajnie kłamie jak bura suka, dlaczego złożył tego rodzaju oświadczenie. Otóż on to wyjaśnia. Jerzy Urban głosował na Platformę Obywatelską dlatego, że to Platforma jego zdaniem jest dziś jedyna siłą, która może powstrzymać PiS przed przejęciem władzy, a dla Jerzego Urbana nie ma nic gorszego, niż Jarosław Kaczyński jako premier. Z punktu widzenia interesów Jerzego Urbana, najgorsze co się może wydarzyć, to powrót Jarosława Kaczyńskiego do władzy.
No i dobrze. Ja to jestem w stanie zrozumieć. Jerzy Urban – człowiek, którego wszyscy świetnie znamy – jest bardzo zaangażowany w to, by Polska, a więc kraj, w którym żyje i z którym związany jest duchowo i emocjonalnie, rozwijał się i odnosił cywilizacyjne i gospodarcze sukcesy, uważa, że w momencie, gdy PiS obejmie władzę, te wszystkie jego marzenia szlag trafi i rozpocznie się proces przyspieszonego upadku. Oczywiście. Tak może być. Rzecz w tym jednak, że Jerzy Urban, pytany przez dziennikarza o przyczyny owego szczególnego zaangażowania, nie wspomina o żadnej z tych kwestii, lecz podaje dwa zupełnie inne argumenty: pierwszy to taki, że politycy PiS-u to „idioci”, a drugi, że w momencie, gdy Kaczyński zostanie premierem, wszyscy będą musieli chodzić do kościoła.
Mieliśmy niedawno okazję słuchać wypowiedzi byłego kumpla Urbana, Leszka Millera, który wprawdzie nie zadeklarował, że dla niego jedyną nadzieją na lepsze życie jest objęcie władzy przez Prawo i Sprawiedliwość, natomiast wielokrotnie mocno skrytykował politykę Platformy Obywatelskiej, oraz kompetencje polityków Platformy. Nie mówił, że Tusk i Kopacz to idioci, nie zarzucał im, że zbyt słabo angażują się na rzecz tego, by Kościół w Polsce przestał się szarogęsić, nie powiedział nawet, że Platforma to banda bałwanów, która nie potrafi powstrzymać PiS-u przed powrotem do władzy, ale stwierdził, że Platforma to katastrofa, w dodatku katastrofa, która najprawdopodobniej fałszuje wybory. Jakie dla mnie ma znaczenie to co powiedział Miller? Żadne, ale przede wszystkim dlatego, że z jego wypowiedzi nie wyczytałem jednej sugestii, że PiS stanowi jakikolwiek wybór. Gdyby Miller nagle oświadczył, że on w tych wyborach głosował na PiS, to ja bym miał poważny problem. Gdyby on powiedział, że głosował na PiS, bo nie ma nic gorszego dla Polski, jak rządy PO, to ja prawdopodobnie uznałbym, że czas na tę całą politykę machnąć ręką i zająć się zbieraniem bibułek po pomarańczach. Gdyby Leszek Miller złożył deklarację na rzecz wiecznych rządów Prawa i Sprawiedliwości, to ja by zaczął traktować Prawo i Sprawiedliwość, jako byt wrogi i obcy.
Gdyby coś takiego zrobił Jerzy Urban, a zrobiłby to z tym samym zaangażowaniem i powagą, z jaką poparł Platformę, a moja czy to miłość do PiS-u, czy nienawiść do PO, do tego stopnia odebrałaby mi zmysły, że ja i tak, mimo wszystko, głosowałbym na PiS, to mam nadzieję, że ktoś by się natychmiast pojawił i tak mi wpieprzył, żebym nie wiedział jak się nazywam i kim jestem i żeby do końca życia najgorsi ulicznicy rzucali za mną zgniłymi kartoflami.
Jerzy Urban nie jest idiotą, on nie jest cynikiem, nie jest też człowiekiem złym. To jest osoba opętana, a jeśli ktoś nie wierzy w zło wcielone, niech uzna, że to jest tak zwany „pomyleniec”. Wariat. Psychopata. Można wybierać. I przychodzi on do Was i mówi: głosujcie na Platformę, bo jak wygra PiS, wszyscy będziecie musieli w każdą niedzielę, a kto wie, czy nie codziennie, chodzić do kościoła.
Niech się nikomu nie wydaje, że to są słowa bez znaczenia.

Jutro z samego rana jadę do Warszawy na Targi Książki Historycznej, gdzie powinienem się pojawić już o godzinie 10 i gdzie do godziny 18 będę czekał na każdego zainteresowanego naszą ofertą. Zapraszam w imieniu swoim i Gabriela. Jeśli ktoś mieszka od Warszawy zbyt daleko, wszystko, co tam będzie, może zamówić w księgarni na stronie www.coryllus.pl.

czwartek, 27 listopada 2014

Imperium opisuje Smoleńsk, a my na jednej nodze, przed skokiem


Jak większość osób, które tu przychodzą, czy to by sobie poczytać, czy też dodatkowo to co przeczytali, skomentować, wie, teksty te ukazują się w dwóch miejscach. Tu w Salonie24, ale też przede wszystkim na moim prywatnym blogu na blogspocie, pod adresem toyah.pl. Ciekawą rzeczą, i wydaje mi się, że akurat zdecydowanie mniej znaną, jest to, że oba te miejsca są mniej więcej tak samo popularne i dzielą wszystkich czytających mniej więcej po połowie. A zatem, jeśli któryś z moich tekstów w Salonie24 rejestruje w pierwszym dniu 1500 odsłon, to mniej więcej tyle samo odsłon uzyskuje tekst zamieszczony na toyah.pl, tyle że i te i tamte odsłony generowane są przez różne osoby. Faktem jest bowiem to, że ci, którzy czytają choćby ten tekst na toyah.pl, najczęściej do Salonu24 nie zaglądają w ogóle, i odwrotnie – ci, którzy czytają moje notki w Salonie24, nie widzą żadnego powodu, by zaglądać na toyah.pl.
Ale jest jeszcze coś. Otóż czytelnicy z toyah.pl właściwie wcale nie komentują. Dla nich ten blog stanowi niemal wyłącznie źródło codziennej, czy prawie codziennej lektury. W ogromnej większości czytelnicy tekstów publikowanych na toyah.pl to nie są klasyczni internauci. Najczęściej są to ludzie, którzy internetu używają głównie w celach praktycznych, a więc do pracy, do odbierania i wysyłania wiadomości, lub niekiedy do sprawdzania najświeższych newsów. No i właśnie czytania tego, co się pokazało na toyah.pl.
Wielu z nich znam albo z nazwiska, albo osobiście. Od wielu z nich otrzymuję maile. Z paroma rozmawiam telefonicznie. Niektórych z nich regularnie spotykam na targach. Niektórzy mieszkają w Katowicach i znam ich z widzenia. Bardzo wielu z nich przez ostatnie parę lat wspierało mój blog finansowo. Niektórych z nich uczę angielskiego, czy to osobiście, czy – szczególnie w ostatnich miesiącach – przy pomocy Skype’a. Niemal każdy z nich to ktoś, kto ani nie interesuje się tym, co się dzieje w Salonie24, ani nie komentuje, natomiast owszem każdego dnia otwiera stronę toyah.pl i czyta.
Ostatnio w ten sposób poznałem pewnego niezwykłego człowieka z Poznania imieniem Przemek, który zażyczył sobie, bym go uczył angielskiego właśnie przez Skype’a, no i się uczymy. Uczymy się, no i siłą rzeczy trochę rozmawiamy o sprawach mniej lub bardziej zasadniczych, a z językiem nie związanych. Parę dni temu pojawił się temat Smoleńska i Przemek zasugerował, że za tę zbrodnie odpowiedzialny jest nie tylko Donald Tusk z kumplami, nie tylko Rosjanie, ale również nasi sojusznicy Amerykanie, Niemcy, Anglicy, Francuzi, czy kto tam jeszcze. W opinii Przemka, Lech Kaczyński został zamordowany za wspólną zgodą przede wszystkim Systemu, oraz państw, dla których to co on chciał stworzyć tu na wschodzie Europy, stanowiło może nie tyle zagrożenie, co po prostu zwyczajny zamach na prowadzone przez nich interesy, i związane z tymi interesami plany. W opinii Przemka, Lech Kaczyński musiał zginąć, bo jego wielki plan polegający na zbudowaniu tu, w tej części Europy solidarności państw opartej na niezależności i pełnej autonomii wobec tak zwanych interesów światowych, był nie do zaakceptowania nie tylko dla Rosji, ale również dla Stanów Zjednoczonych, Niemiec, Francji, czy Wielkiej Brytanii. A w tym wszystkim rola Donalda Tuska sprowadzała się wyłącznie do wykonywania poleceń. Dlatego – twierdzi Przemek – Smoleńsk za naszego życia nie zostanie wyjaśniony, a my tak bardzo wyczekiwanej sprawiedliwości nie doczekamy.
Powiem szczerze, że kiedy on mi to powiedział, a mówiąc to był bardzo pewny siebie i w owej pewności niewzruszony, w pierwszym odruchu uznałem, że to nieprawda; że on się myli; że jemu brakuje wiary i nadziei. I oto wczoraj pewien bloger tu w Salonie24 opublikował link do tekstu, który ukazał się ostatnio w internetowym wydaniu słynnego i bardzo wpływowego brytyjskiego tygodnika „The Economist” na temat sytuacji, w jakiej Polska znalazła się w wyniku tych przedziwnych wyborów, których druga tura odbędzie się już w najbliższą niedzielę. Ów tekst jest niezwykły o tyle, że robi wrażenie, jakby został napisany przez któregoś z piszących na zamówienie reżimu blogerów, których mamy tu paru w Salonie, lub, w najlepszym wypadku, przez któregoś z aspirujących dziennikarzy „Gazety Wyborczej”. Poziom analizy jest tam tak marny, że ja sobie zwyczajnie nie potrafię wyobrazić, by coś takiego mogło powstać tu w Polsce na poziomie zajmowanym przez zawodowych publicystów. Tam nie ma nic, co by można było uznać za choćby minimalnie oryginalne w stosunku do tego, co jeszcze trzy lata temu głosił w programach Moniki Olejnik Kazimierz Kutz, czy ogłaszał na łamach prasy pisarz Kuczok. Proszę może posłuchać fragmentu tego czegoś, w takim trochę na kolanie zrobionym tłumaczeniu. Już sam tytuł robi wrażenie – „Wybory w Polsce. Wywracanie stolika”. A dalej jest już tylko lepiej:
Jarosław Kaczyński od dawna lubi głosić spiskowe teorie. Twierdzi on, że współczesna Polska od samego początku jest skażona przez oszukańczą umowę roku 1989 między partyjnym aparatem, a kierownictwem Solidarności. Zupełnie ostatnio reprezentowana przez niego partia opracowała zestaw coraz bardziej szalonych teorii, jakoby katastrofa samolotu w Smoleńsku w roku 2010, w której śmierć poniósł jego brat Lech (wówczas prezydent) oraz wielu innych ważnych urzędników państwowych nie była zwykłym wypadkiem. Podczas gdy wszystkie dowody wskazują na to, że przyczyna katastrofy był błąd pilota, politycy PiS-u sugerują, że to albo Rosja wytworzyła sztuczną mgłę, albo że na pokładzie wybuchła bomba, a Rosjanie zamordowali tych, którzy przeżyli. Doszło do tak absurdalnej sytuacji, że stosunek do owego wypadku stał się dla prawicy w Polsce papierkiem lakmusowym patriotyzmu.
[…] Skonfrontowanym z tą sytuacją, pani premier Kopacz i Bronisławowo Komorowskiemu, niezwykle popularnemu prezydentowi, nie pozostaje więc nic innego, jak wzywać do pokoju i ostrzegać przed nieodpowiedzialnym i groźnym dla Polski zachowaniem Kaczyńskiego. Tego typu postawa, która pokazała swoją skuteczność już w pierwszych dniach po katastrofie w Smoleńsku, zniechęcając umiarkowanych Polaków do PiS-u, może znów okazać się sukcesem. Najnowsze sondaże opinii publicznej wskazują, że wspierany przez Platformę Obywatelską Bronisław Komorowski cieszy się zaufaniem 80% Polaków, natomiast premier Kopacz zajmuje drugie miejsce z poparciem 62%. Jarosławowi Kaczyńskiemu natomiast ufa zaledwie jedna trzecia Polaków, a więc trochę powyżej tego, czym się może pochwalić jego partia. Należy więc mieć nadzieję, że jeśli władzy w Polsce uda się ostudzić najbardziej rozpalone umysły, uda się też ocalić porządek demokratyczny przed katastrofą, jaką szykują dla Polski martyrologiczne kompleksy Jarosława Kaczyńskiego”.
Z mojego punktu widzenia, ów tekst sam w sobie robi wystarczająco duże wrażenie, natomiast znacznie bardziej interesujące są dwie inne kwestie. Otóż przede wszystkim zastanawia to, że ów tekst jest niepodpisany, a to by sugerowało, że on tu funkcjonuje, jako głos redakcji, a przez to i wydawcy. A zatem, biorąc pod uwagę fakt, że tematem tej analizy nie są jakieś lokalne brytyjskie przepychanki, ale sytuacja zagraniczna, mamy do czynienia z głosem Imperium. Druga rzecz warta uwagi, to taka, że skoro Imperium ogłasza – a ogłasza jak najbardziej – że Smoleńsk to zwykły wypadek, w dodatku wypadek, w którym zginął zaledwie „Lech, brat Jarosława, wówczas prezydent”, to znaczyć musi, że my tu przed sobą nie mamy żadnego praktycznie ruchu. Z tego jednego zdania wynika niezbicie, że z ich punktu widzenia, tak naprawdę nie stało się nic. A skoro tak, to nie należy się spodziewać, by temat miał wrócić kiedykolwiek ze zwiększoną mocą. Tu, jak to mówią, wszystko jest już pozamiatane. W Smoleńsku zginął „Lech, brat Jarosława” i kropka.
Jedyne co nam pozostaje, to tylko trzymać się tej jednej, ostatniej już nadziei, że nawet nad Imperium jest jeszcze System, i to oni, ci co trzymają ten świat w garści, będą decydować. To oni mogą sprawić, ze wszystko się zmieni z dnia na dzień. Niekoniecznie na lepsze. Jak większość z nas wie, lepiej będzie dopiero wtedy, gdy to wszystko ostatecznie pieprznie. No ale jest szansa, że zanim umrzemy, choć przez chwilę zobaczymy, jak pachnie sprawiedliwość, czy choćby jej namiastkę.

Prawdopodobnie jutro pojawi się jeszcze jedna notka, niemniej już dziś przypominam, że w sobotę będę podpisywał swoje książki na targach historycznych w Warszawie. Wszystkich, również tych, którzy nie planują nic kupować, ale chociaż zamienić parę słów, serdecznie zaprasza. Książki tymczasem są wciąż dostępne pod adresem www.coryllus.pl

wtorek, 25 listopada 2014

O tym, jak obserwatorzy OBWE zabrali babci dowód

Pisałem tu o tym parokrotnie, ale nie zaszkodzi to powtórzyć. W moim pojęciu, jednym z największych nieszczęść, jakie trapi nasze społeczeństwo jest brak pamięci. Nie mam najmniejszych wątpliwości, że gdyby każdy z nas miał w głowie takie miejsce, gdzie trzymałby choćby trzy czy cztery fakty z naszej najnowszej historii, które kiedyś uważał za ważne i o czymś jednak decydujące, wszystko stałoby się na tyle proste, że aby podejmować kolejne decyzje, nie musielibyśmy ani się z nikim konsultować, ani niczego sprawdzać, ani nawet jakoś szczególnie się nad wyborem zastanawiać.
Oczywiście, kiedyś było wszystko proste. Człowiek wiedział, że jeśli któryś z nich coś powie, to znaczy, że jest dokładnie odwrotnie; jeśli któryś z nich nam coś doradzi, to mamy postępować jakkolwiek, tylko nie tak, jak nam powiedziano; jeśli ktoś, kto jest stamtąd, proponuje nam jakiś deal, trzeba wiać gdzie pieprze rośnie. Czemu tak? Bo tak. Bo to jest cała nasza wiedza i jest to wiedza dobra. Dziś już z tą wiedzą nie jest tak wygodnie. Dziś musimy patrzeć, słuchać i starać się zapamiętywać.
Co pamiętam ja? Pamiętam, jak sądzę, dość dużo. Oczywiście czasem mam problemy ze szczegółami, a więc z niektórymi twarzami, czy datami, jednak co do tego, co ważne, pamiętam wszystko wystarczająco dobrze. Jakis czas temu tu na blogu wspominałem dwa niezwykłe zdarzenia jeszcze z roku 2005, kiedy to po podwójnym zwycięstwie Prawa i Sprawiedliwości cała Polska, w ramach akcji prowadzonej przez radio RMF FM, została oblepiona wielkimi czarnymi banerami, wzywającymi kolejne grupy zawodowe do emigracji. Pamiętam najpierw pierwszego bohatera owej akcji, jakiegoś człowieka z Łodzi, który uruchomił procedurę rezygnacji z polskiego obywatelstwa, a następnie drugiego z nich, drobnego dworcowego pijaka, którego ciągano po wszystkich możliwych mediach, by mógł bezkarnie obrażać polskiego prezydenta.
Dziś jednak chciałbym wrócić pamięcią do roku 2007, kiedy to CBA wykryło korupcję na szczeblu władzy, dokonało serii zatrzymań, a ponieważ zatrzymania dotyczyły polityków koalicji rządowej, nastąpił ciężki i gwałtowny kryzys polityczny, w wyniku którego Jarosław Kaczyński podał rząd do dymisji, a prezydent Kaczyński rozwiązał Sejm i zostały rozpisane nowe wybory.
Pamiętam też oczywiście nieco wcześniejszy proces odwoływania wszystkich kolejnych ministrów, bez jakichkolwiek uzasadnień merytorycznych, bez jakichkolwiek widocznych argumentów poza jednym – że on czy ona to minister zły i niekompetentny. To nie były takie czasy, gdzie któryś z nich coś nabroił i opozycja składała wniosek o jego odwołanie. Wtedy było tak, że Sejm był miejscem nieustannej, bezwzględnej i najbardziej brutalnej awantury, trwającej dzień za dniem, wspieranej przez opanowane przez opozycję media, gdzie każdy – dosłownie każdy – minister musiał się zmagać z wnioskiem o odwołanie. Kiedy dziś się tak powszechnie wspomina Zbigniewa Religę, jako polskiego bohatera, to ja nie mogę nie pamiętać, jak on był traktowany wówczas, podczas tamtego przewrotu.
Ale pamiętam jeszcze coś. Kiedy wszystko się jeszcze dopiero decydowało, ale każdy już wiedział mniej więcej, jak wygląda przyszłość, jednym z głównych bohaterów owej awantury był Janusz Kaczmarek, z jednej strony ktoś kto stał w samym centrum afery, która do niej doprowadziła, a z drugiej kandydat tych, którzy do niej z kolei doprowadzili, na premiera. I pamiętam, że wówczas polityczna sytuacja owego Kaczmarka w niczym nie przypominała tej, w jakiej się dziś znajduje prof. Gliński. Z niego ani nikt się nie śmiał, ani nie szydził, ani go z Sejmu nie wyrzucał, tłumacząc, że jemu tam się kręcić nie wolno. To był kandydat na premiera, zgłoszony przez samego Romana Giertycha, który ma swoje prawa i swoją powagę.
No i na końcu pamiętam jeszcze coś. Oto, kiedy już Jarosław Kaczyński uznał, że dalsze rządzenie nie ma perspektyw i że jedyne co mu pozostaje, to albo dać się skorumpować, albo odwołać do głosu społeczeństwa, cała opozycja, całe media, tak zwane autorytety, cała popularna kultura, wezwały do objęcia procesu wyborczego nadzorem ze strony obserwatorów OBWE. Ja to pamiętam znakomicie, jak z każdej strony słychać było głosy, że Jarosław Kaczyński będzie próbował sfałszować nadchodzące wybory, w związku z czym należy się o pomoc i ochronę zwrócić do organizacji międzynarodowych. To w pewnym momencie stało się pierwszym tematem polskiej debaty: jak ochronić polskie społeczeństwo przed niewątpliwą próbą sfałszowania wyborów. I wtedy nikt nie krzyczał, że dla takiego kraju jak Polska kontrola OBWE to wstyd i hańba. Nikt nie zastanawiał się, jak ów fakt, że z wszystkich krajów europejskich akurat Polska została uznana za miejsce, które wymaga szczególnej tego typu ochrony, wpłynie na naszą reputację. Ale i sam Jarosław Kaczyński, premier ustępującego rządu, jakoś szczególnie z tą przedziwną koncepcja nie walczył i ostatecznie wybory jesieni roku 2007 przeszły do historii, jako te, nad których uczciwością musieli stać obserwatorzy OBWE. I na szczęście bardzo skutecznie, bo ani resztki po reżimie Prawa i Sprawiedliwości nie zdołały nic zniszczyć, ani też owa niespotykana w cywilizowanym świecie akcja propagandowa prowadzona przez Leszka Balcerowicza i jego Forum pod tytułem „zabierz babci dowód” nie spotkała się z jakąkolwiek krytyką. Wybory wygrała Platforma, po paru latach doszło do Smoleńskiej Katastrofy, no i wtedy dopiero dostaliśmy wszyscy okazję ujrzenia, jak się robi politykę w Chicago i okolicach.
Mija 7 lat od czasu, gdy obserwatorzy OBWE zabrali dowód babci i wrócili do swoich codziennych zajęć gdzieś w odległych zakątkach Europy, a my wciąż liczymy te głosy. A najsmutniejsze jest to, że mi akurat nawet się nie chce sprawdzać, jak się sytuacja zmienia.

Wszystkich zainteresowanych zapraszam na stronę www.coryllus.pl, gdzie są do kupienia moje książki, w tym oczywiście ostatnia, o TymKtóryNiePrzepuszczaŻadnejOkazji. W sam raz na dzisiejszy jesienny dzień.

poniedziałek, 24 listopada 2014

Słynny helikopter, czyli jak zdechł rynek książek

Skończyły się targi książki w Katowicach, już za parę dni jesteśmy w Warszawie, za kolejnych kilka dni jedziemy do Wrocławia, a ja z każdym dniem mam coraz silniejsze przekonanie, że jeśli oni nie podejmą jakichś bardziej radykalnych kroków, których celem będzie wyrzucenie nas z tego rynku, już za parę lat, jedyne polskie książki, jakie ludzie w Polsce będą kupować, to będą kolejne książki moje i Gabriela. Inna sprawa, że to i tak będzie musiało nastąpić. Sytuacja na rynku jest bowiem taka, że ludzie w końcu poczują się zmuszeni do tego, by zacząć szukać na własną rękę. To bowiem, co mamy dziś, jest już zwyczajnie nie do utrzymania.
Trochę w kwestii owych targów najpierw opowiedziałem ja w sobotę, dziś swoje refleksje dorzucił Gabriel, ja jednak chciałbym zwrócić uwagę na aspekt, o którym on wspomniał zaledwie w jednym zdaniu, a który ja uważam za niezwykle wart specjalnej uwagi, a chodzi mi mianowicie o ludzi, którzy pojawiają się na kolejnych spotkaniach niemal wyłącznie ze względu na nas i nasze książki. Zanim jednak do tego przejdę dorzucę kamyk lub dwa do tego o czym dziś czytaliśmy na blogu Coryllusa. Otóż, wbrew moim obawom, pojawił się ostatecznie w Katowicach pisarz Pilipiuk i przyznaję, że wzbudził pewne zainteresowanie. Najpierw posadzono go na prowizorycznej estradzie, przeprowadzono z nim krótką rozmowę, a następnie przeniesiono na fotel obok, gdzie już stała może trzydziestoosobowa kolejka głównie młodych dziewcząt z prośbą o autograf. Ponieważ Pilipiuk ma zwyczaj, by ze swoimi czytelnikami rozmawiać dokładnie tak długo, jak długo trwa składanie przez niego podpisu (swoją drogą, polecam sposób, w jaki on trzyma długopis – to jest coś tak oryginalnego, że ja nie znajduję ani odpowiedniego porównania, ani słów, by to opisać), kolejka po kilku minutach się skończyła, a on już do końca dnia, znudzony krążył od stoiska do stoiska, bez celu, bez powodu i bez jednego słowa skierowanego pod czyimkolwiek adresem.
Wydawnictwo, które sprzedawało wspomniana przez Coryllusa książkę pod tytułem „Seksturysta”, nosi nazwę Robertson Polska, natomiast autor nosi oczywisty pseudonim, Adam Ambler. Chciałem coś znaleźć w Internecie na temat tego czegoś i oto co tu mamy:
Bohaterem Seksturysty jest Adam - handlowiec, samiec Alpha, podróżujący do różnych krajów, w tym wypadku do Indonezji, w poszukiwaniu miłości. Nie jest to miłość jaką znamy z tanich romansideł. Bohater szuka jej, spotykając się z przypadkowo napotkanymi kobietami, prostytutkami, kelnerkami, czy dziewczynami ze stron matrymonialnych, w jednym konkretnym celu - aby odbyć z nimi stosunek seksualny. Ale w każdym z tych aktów seksualnych jest pragnienie spotkania tej prawdziwej miłości, która, choćby oparta tylko na fizycznym kontakcie, spełniłaby poszukiwania bohatera.
Razem z nim zwiedzamy Indonezję. Zagłębiając się w lekturę barwnych opisów, oczami wyobraźni zobaczymy wiele miast, takich jak Dżakarta, Semarang, Dżogdżakarta oraz wyspę Bali. Dzięki jego opowieściom poznamy wygląd indonezyjskich kobiet, kobiecość balijskich dziewcząt i wiele egzotycznych legend, mitów oraz opisów życia mieszkańców Archipelagu Indonezyjskiego.
Przede wszystkim znajdziemy w tekście mnóstwo opisów erotycznych scen, z których wiele, jak słynny ‘Helikopter’, wykonywany przez chińskie prostytutki w Hotelu Alexis, czy tajemnicze kabazzah, czyli sekretne pobudzanie skurczami pochwy penisa partnera, na pewno zszokują czytelników. Adam jest dla czytelnika przewodnikiem po ogromnym, podziemnym świecie seksturystyki. Świecie, który bardzo trudno było by poznać, nawet samemu podróżując przez ten kraj. Są w nim dziesiątki klubów z kilkoma setkami młodych prostytutek, specjalne przyjęcia dla VIP-ów, pełne publicznych orgii, a także wiele innych - cichych, małych miejsc, gdzie biedne dziewczyny sprzedają swoje wdzięki za kilka misek ryżu.
Seksturysta, oprócz rangi przewodnika po podziemnym świecie płatnego seksu, jest również współczesną wersją moralitetu, w którym bohater uosabia cechy całej samczej męskości, a walka, jaką prowadzi z sobą samym, doprowadza go w końcu do celu i oczyszczenia, ale jakiego to już sami musicie przeczytać”.
No i mamy jeszcze fragment owej literatury:
Miała małe, szpiczaste, sterczące piersi, całowałem je przez długą chwilę, ale widać było, że Awan chce czegoś więcej. Sama zdjęła swoją bieliznę i uważnie patrzyła na moje ciało, kiedy pozbywałem się swoich sportowych spodenek. Oblizała wargi na widok mojego nabrzmiałego członka. Klęcząc na przeciwko siebie – na łóżku, całowaliśmy się, a mój sterczący biały kutas lśnił mocnym kontrastem na tle jej brązowego brzucha. Złapała za niego i opadła na plecy, kierując jego żołądź w stronę czerwonawych warg sromowych swojej cipki. Pchnąłem, gdy uniosła biodra i wszedłem w nią powolnymi ruchami bioder. Złapała mnie za moje sutki i szczypała je na przemian, wykręcając, gryząc, szarpiąc, aż zamiast przyjemności poczułem ból. Jęczała przy tym głośno, zapominając o swojej roli wyniosłej, barokowej damy, którą odgrywała przede mną przez ostatnie kilka godzin. Całowałem jej piersi i masowałem pośladki, wbijając się w nią bardzo mocno. Awan krzyczała z rozkoszy, raz za razem unosząc swoje biodra na spotkanie z moim kutasem”.
Jak już pisał o tym Gabriel, owo wydawnictwo i ową książkę – jedyną ofertę na tym stoisku – mieliśmy niemal tuż obok nas i mimo, że oni zatrudnili do tej niezwykłej reklamy trzy biedne przebrane za egzotyczne prostytutki dziewczynki, z tego co udało mi się zauważyć, ani jeden człowiek nie kupiła ani jednej książki. Powiem więcej – ani jeden człowiek nawet się przy tym stoisku nie zatrzymał. I ja to rozumiem. Na tych targach w ogóle nie było najlepiej, ale to co się działo na stoisku Robertson Polska stanowiło jednak ewenement. Zero ruchu. Zero. Tylko te trzy dziewczynki w czarnych chustach i siatkowanych pończochach.
Ktoś się spyta, po co ja o tym piszę. Otóż sprawa jest prosta. W moim rozumieniu, to jest wszystko, tak naprawdę, co się dzieje na rynku książki dziś, a jutro i pojutrze może być już tylko gorzej. Oczywiście, ów „Seksturysta” to swego rodzaju patologia, ale patologia pokazująca kierunek: to musi iść w tę stronę. No i na tym tle mamy książki moje i Gabriela.
Jestem pewien, że wielu czytelników tego bloga nie bardzo wie, jak wygląda nasza sprzedaż w szczegółach. Targi mamy w Krakowie, Warszawie, Wrocławiu, Białymstoku i w Katowicach i kto miał okazję, to wie, jednak gdy chodzi o Przemyśl, Poznań, Łódź, Szczecin, Bydgoszcz, Olsztyn, Gdańsk, czy Lublin, musi być znacznie gorzej. Otóż wszystkim tym, którzy pochodzą z tych miejsc i okolic chciałbym powiedzieć, że to co się dzieje na naszym stoisku przerasta wyobrażenie nawet najbardziej oddanych z naszych przyjaciół. Kiedy Gabriel, czy ja, dziękujemy „wszystkim, którzy zechcieli przyjść do nas i kupić nasze książki”, bardzo łatwo można pomyśleć, że to jest tylko zwykła kurtuazja, która dotyczy kilku osób, tymczasem nic podobnego: to są dziesiątki, a nawet setki osób. To jest ruch, który przez znaczna część dnia niekiedy się zwyczajnie nie kończy. I, co najważniejsze, to są osoby, które na tych targach pojawiają się tylko dla nas. To są osoby, które tam przychodzą, by wydają nie 50, czy 100 złotych, ale grube setki, niekiedy tysiące (swoją drogą, to oni tworzą tę słynna „pisowską nędzę”). To są wreszcie ludzie, którzy mają świadomość, że bardzo często to co my proponujemy to jedyne, co im, jako tym, którzy lubią czytać, zostało.
W sobotę po targach poszliśmy do mnie do domu na przygotowaną przez moja żonę kolację, , ale wcześniej, by trochę na spokojnie jeszcze pogadać, zaszliśmy do jednego z katowickich pubów, którego nazwy póki co nie zdradzę. Właścicielka tego miejsca, kiedy się dowiedziała, czym się zajmujemy, od razu zaproponowała nam serię spotkań autorskich. I to już jest umówione. A więc informacja jest taka: jeśli tylko nam nie zlikwidują Internetu, nie mają żadnych szans. Ale nie mają szans nawet wtedy, gdy go zlikwidują, jednak o ile nie zrobią tego już dziś. Każdy kolejny dzień zbliża nas bowiem do końca tego, co w tak drastyczny, ale jakże prawdziwy sposób ukazał nam przypadek książki pod tytułem „Seksturysta”.
Na koniec apel do tych, których TenCoNiePrzepuszczaŻadnejOkazji ma szczególnie na oku. Możecie już w tym momencie dostać cholery.

Jak wspomniałem, w najbliższy weekend mamy targi w Warszawie, w następny we Wrocławiu. Gabriel tam jest codziennie, ja tylko w sobotę. Jedną i drugą. Ale jestem. Zapraszam. Oczywiście wciąż jest czynna księgarnia pod adresem www.coryllus.pl

sobota, 22 listopada 2014

Kto pierwszy spocznie obok Leszka Millera?

Jak już prawdopodobnie większość czytelników tego bloga wie, w tych dniach odbywają się w Katowicach targi książki, a więc razem z Gabrielem udzielamy się towarzysko i handlowo w Spodku, i tym sposobem, nasze pisanie na blogach musiało albo ulec zawieszeniu – jak to się ma w przypadku Gabriela – albo sprowadza się do takiego trochę chaotycznego relacjonowania wszystkiego, co wydaje się godne zrelacjonowania, z czym będziemy mieli do czynienia tutaj. A zatem najpierw te targi. Z tego co zdążyliśmy zaobserwować dzisiaj, wynika bezsprzecznie, że gdy chodzi o Katowice, nie mamy do czynienia z żadnymi targami, lecz ze zwykłym tak zwanym „przewalaniem budżetu”. Myślę, że Gabriel w poniedziałek, kiedy wróci do domu, przedstawi problem dokładnie, a ja też może tu w swoim czasie dorzucę swoje trzy grosze, w tej chwili natomiast może tylko powiem, że dziś sytuacja na wspomnianych targach była taka, że gdyby nie pewna kobieta, która przed siedmioosobową publicznością odczytywała z kartki przerobione na śląską gwarę wiersze Brzechwy i Tuwima, jakiś pisarz, który opowiadał o swoich wrażeniach z więzienia w Tajlandii, do którego trafił na sześć lat przez to, że nieroztropnie uległ prowokacji lokalnej policjantki, która namówiła go na przemyt narkotyków, no i nas dwóch, którzy od pewnego momentu byli jedynymi autorami budzącymi jakiekolwiek zainteresowanie, w katowickim Spodku nie działo się nic, a wspomniane targi odbywały się wyłącznie w teorii. Ostatnio mieliśmy okazję się tu wystawiać dwa lata temu i wśród targowych atrakcji był nawet pisarz Pilipiuk i prof. Bralczyk. Dziś mieliśmy tylko te trzy wspomniane przeze mnie zdarzenia. Na tym koniec.
A tymczasem wszyscy żyjemy wyborami, a dokładnie rzecz biorąc kompletnie obłąkanym wybrykiem Grzegorza Brauna, Ewy Stankiewicz i niezidentyfikowanej reszty, którzy zamiast zaangażować się w pracę na rzec zwycięstwa kandydatów PiS-u w zbliżającej się już praktycznie za tydzień drugiej turze wyborów, postanowili… no właśnie nie bardzo wiadomo, co postanowili. Nabyta życzliwość w stosunku obojga nakazywałaby uznać, że postanowili zrobić z siebie durniów, natomiast rozum podpowiada, że wcale nie mamy do czynienia z durniami, lecz z bardzo wyrachowanymi cwaniakami, i dalej już ani słowa, bo robi się naprawdę nieprzyjemnie.
Kiedy Bronisław Komorowski w wyborach w roku 2010 pokonał Jarosława Kaczyńskiego, napisałem tekst, w którym, w bardzo głębokim przekonaniu, że mam bezwzględną rację, wyraziłem opinię, że wybory zostały bezczelnie sfałszowane. Pod moim tekstem ukazał się komentarz naszego przyjaciela LEMMINGA, informujący mnie, że lepiej by było dla nas wszystkich nie przyjmować tego typu rozwiązań do wiadomości, ponieważ o ile zwykłe morderstwo daje nam jakieś drogi wyjścia, sfałszowane wybory, stanowi tak zwany „game changer”, a więc sytuację, z której jedynym wyjściem jest albo rewolucja, albo zamach stanu. Co w naszej polskiej sytuacji jest bardzo trudne do wyobrażenia. I ja się z LEMMINGIEM w podstawowym sensie jego komentarza zgadzam do dziś: otóż – choć wciąż podtrzymuję swoją oryginalną opinię, że wybory w roku 2010 zostały sfałszowane – zgadzam się co do tego, że to co się wtedy stało, stanowiło klasyczny „game changer”, a dowodem na to jest to, z czym mamy do czynienia dziś. Z jednej strony, z władzą, która nie jest w stanie już zatrzymać owej spirali wyborczego kłamstwa, a z drugiej z oczywiste siłami, które owej sytuacji nie mają życzenia dłużej tolerować. A zatem, musimy stwierdzić, że to, co obserwujemy dzisiaj, to wojna między skorumpowaną władzą, a Systemem, który zdaje sobie sprawę z tego, że bez podstawowego, gwarantowanego przez współczesny, cywilizowany świat komfortu, interesów robić się nie da.
W reakcji na nadchodzące do nas informacje o awarii programów obsługujących proces wyborczy, napisałem krótki felieton dla „Warszawskiej Gazety”, gdzie przedstawiłem – nie wiem, po raz który już – opinię, że to z czym mamy do czynienia, to wojna, w której my akurat nie mamy nic do powiedzenia. Zgodnie z tradycją, tyle że w tym nieco bardziej chaotycznym wymiarze, chciałbym swoje myśli przedstawić i tutaj. Proszę posłuchać:


Przedstawiałem tę swoją teorię już i tu w „Warszawskiej Gazecie” i kilka razy na swoim blogu, ale ponieważ właśnie zakończyły się wybory samorządowe i Państwowa Komisja Wyborcza właśnie ogłosiła, że nie wiadomo, kiedy pojawią się oficjalne wyniki wyborów, nie wiadomo, w jakiej formie, i że im z tego powodu jest bardzo przykro, to ja sobie myślę, że skoro oni się aż tak wybezczelnili, ja już nie widzę najmniejszych przeszkód, by ze swoimi teoriami pójść jeszcze bardziej do przodu.
Kiedy ten felieton będzie się ukazywał w „Warszawskiej”, jest możliwe, że wyniki tych wyborów będą ogłoszone, i to niewykluczone, że z jeszcze wyższym, niż zapowiadane, zwycięstwem PiS-u, pewne podejrzenia mieć możemy. Otóż od pewnego czasu, jak wiele na to wskazuje, coś czego natury do końca nie znam, ale co chętnie nazywam Systemem, prowadzi tajną wojnę z ową siecią, którą przez minione 7 lat zastawiła na Polskę Platforma Obywatelska. Gdyby ktoś coś przegapił, króciutko powiem, o co mi chodzi. Otóż, moim zdaniem, Platforma Obywatelska przez te kilka lat z jednej strony wykazała się tak potężną niekompetencją, że zagroziła podstawom funkcjonowania samego państwa, z a drugiej poczuła się tak bezkarna, że zrobiła coś, czego cywilizowany świat zwyczajnie nie robi, a więc zaczęła fałszować wybory, tworząc idealne podstawy do tego, by władzy nie oddać nigdy. I ta właśnie sytuacja okazała się nie do zniesienia nie tylko dla znacznej części społeczeństwa, ale również dla różnego rodzaju interesów działających na poziomie Systemu, a więc poziomu, gdzie już nie liczy się doraźna polityka, ale tylko pieniądz. Widząc, że przez owo obłąkanie władzy, ponosi bardzo realne straty, System postanowił zaatakować. Na różnych poziomach i z zastosowaniem różnych środków, i moim zdaniem, obserwowana przez nas ostatnio seria kompromitacji władzy, te wszystkie afery, włącznie, i może najbardziej, z tą dzisiejszą, w postaci awarii systemu liczenia głosów, jest wynikiem oczywistej prowokacji. Jeśli na to, co się dzieje, spojrzymy logicznie i bez emocji, nie będziemy mieli innego wyjścia, jak uznać, że to co spotkało PKW, to atak mający na celu ostateczne rozbicie całego systemu fałszowania w Polsce wyborów. A skoro tak, to na samym końcu tego planu stoi odsunięcie od władzy Platformy Obywatelskiej. A z brutalności tego ataku, możemy sądzić, że jego wynik może być jeszcze bardziej spektakularny i ostateczny, niż to, z czym mieliśmy do czynienia w latach poprzedzających upadek Millera i Kwaśniewskiego.
Że szykuje się coś na kształt ostatecznego rozwiązania mogliśmy już przypuszczać poznając sondażowe wyniki dające zwycięstwo Prawu i Sprawiedliwości. Dziś nie mam najmniejszych wątpliwości, że to co obserwujemy, to kolejna odsłona tej samej akcji. Na zastanawianie się, co zrobić z PiS-em oni mają czas. Z Platformą muszą skończyć natychmiast. I to właśnie robią. Bardzo to zabawne. Niemal jak w filmach o chicagowskiej mafii.

Każdego, kto mieszka w Katowicach, lub niedaleko, zapraszam do Spodka, gdzie z Gabrielem jutro jeszcze i pojutrze będziemy do nieustannej dyspozycji. Tych, którzy mieszkają w okolicach Warszawy proszę o to, by przyszli w następną sobotę na targi książki historycznej, a ja tam wtedy też będę. Mieszkańców Wrocławia i okolic zapraszam z kolei do Wrocławia właśnie na doroczne targi we Wrocławiu, gdzie też obiecuje się pojawić i w kolejną sobotę. A zatem, jak widać, wiele przed nami.

środa, 19 listopada 2014

Tu Morrisey, tu targi, a tu System bierze Platformę za twarz

Dziś niestety bardzo krótko. Rzecz jednak w tym, że te dni są dla mnie o tyle szczególne, że musiałem niemal wszystkie obowiązki z całego tygodnia skupić w dwóch dniach, w dodatku jeszcze czekały na mnie dwa obowiązkowe teksty dla Bachurskiego – a więc cotygodniowy felieton dla „Warszawskiej Gazety” i tekst o milionerach dla „Gazety Finansowej” – a więc jestem kompletnie wypalony. W dodatku, sprawę którą dziś wszyscy żyjemy, a więc ów ostateczny krach państwa Platformy Obywatelskiej, zdiagnozowałem w tekście dla „Warszawskiej” i tu nawet nie bardzo jak mam o tym pisać.
Co mam na myśli, mówiąc o szczególnym dla mnie tygodniu? Otóż za moment wyjeżdżam do Warszawy na zaproszenie naszego – ostatnio bardzo skrytego, ale wiernego – kumpla LEMMINGA, który postanowił mnie wyciągnąć na koncert Morisseya, no i zwyczajowo ugościć, a już w piątek w Katowicach zaczynają się targi, na których wraz z Gabrielem będziemy sprzedawać wszystko, co mamy najlepszego, no a przy okazji spotykać się z każdym, kto tylko zechce przyjść i pogadać. W międzyczasie wieczorami będę jeszcze uczył. I tak mi zejdzie do niedzieli.
A więc daję słowo, że nawet gdybym miał pod ręką dziesięć fascynujących tematów, to już zwyczajnie nie mam siły. Bardzo proszę o wyrozumiałość.

Książki oczywiście czekają na każdego, kto wie, co dobre, pod adresem www.coryllus.pl.

poniedziałek, 17 listopada 2014

Jak głosowali Tomasz Jaśkiewicz i Mariusz Solecki, a jak my?

Ponieważ wczoraj wieczorem uznałem za stosowne zabrać głos w sprawie wyborów, uważam, że należy się Czytelnikom parę słów wyjaśnień. Otóż wczorajsza notka była, owszem, spowodowana częściowo tym, że wstępne sondażowe wyniki – po raz pierwszy od wielu lat – podały wyraźne zwycięstwo PiS-u nad Platformą, i to zrobiło na mnie pewne wrażenie. Nie mogę sobie bowiem wyobrazić lepszego potwierdzenia słuszności głoszonej przeze mnie od paru lat teorii, że między Systemem a rządząca Platformą Obywatelską toczy się wojna, której zwycięzcą może być tylko System. Ja wiem, że przez parę jeszcze dni będą się toczyły tajne targi odnośnie ostatecznych wyników tych wyborów, jednak tendencja jest już zaznaczona i dla Platformy w sposób oczywisty niekorzystna.
Drugi powód, dla którego zająłem się tym tematem, był już bardziej osobisty. Otóż ja tymi wyborami się praktycznie nie interesowałem, a ich wynik zajmował mnie tylko o tyle, o ile w ogóle interesuje mnie los tej bandy oszustów, którzy polską rządzą już od 7 lat. A więc, jeśli w ogóle zareagowałem, to głównie dlatego, ze wydawało mi się, że zareagować powinienem; że są ludzie, którzy chcieliby się dowiedzieć, co ja sądzę na temat tego, co się wydarzyło, i na choćby parę słów z mojej strony czekają. A więc to co mi leżało na sercu, napisałem. Natomiast poza tym, daję słowo, że tym razem, kiedy dzień wyborów w końcu nadszedł, ja już się znajdowałem kompletnie gdzie indziej i naprawdę bez jakiegokolwiek żalu. I proszę sobie wyobrazić, że nie tylko ja. Proszę sobie wyobrazić, że wczoraj wieczorem myśmy faktycznie włączyli wieczorem telewizor, faktycznie zerkaliśmy co chwilę okiem na ekran, by wiedzieć, co się tam dzieje, ale kiedy oni podali pierwsze wyniki, żadne z nas tego momentu nie zauważyło. Ja pisałem kolejny tekst dla Bachurskiego, żona sprawdzała jakieś prace, dzieci zajmowały się sobą… i wtedy dopiero ja rzuciłem okiem w telewizor, a tam już od paru minut emocjonowano się, że PiS wygrał.
Podobnie dziś rano. Obudziłem się i w ogóle nie pamiętałem o tych wyborach. Myślałem o dziesiątkach różnych rzeczy, a więc o tym, że ten tydzień będzie bardzo pracowity, bo to i normalna praca i w środę jadę do Warszawy na Morisseya, potem mamy te targi w Spodku, ale też i o tym, że pies jakiś chory i że mój biedny syn znów miał nocny dyżur i ciekawy jestem, jak on długo to wytrzyma, i dopiero wtedy sobie przypomniałem o tych wyborach i zajrzałem do Salonu, by sprawdzić, do kiedy Partia każe PKW naprawiać te ich komputery. No a chwilę później, i tak byłem już zupełnie gdzie indziej, czyli mianowicie, proszę sobie wyobrazić, przy Tomaszu Jaśkiewiczu, gitarzyście Chochołów, a potem już głównie Niemena. Właśnie tak: dalej już tylko myślałem o Jaśkiewiczu, o książce, którą on z jakimś drugim właśnie wydali, no i o tym, że ja dziś z okazji tych wyborów napiszę recenzję książki.
Jak wiedzą ci, którzy czytali moją książkę o rock’n’rollu, albo o podwójnym nokaucie, ja do zespołu Chochoły, a przy okazji, siłą rzeczy, do gitarzysty Jaśkiewicza, mam stosunek szczególny, a więc kiedy się dowiedziałem, że zapowiadana jest z nim książka-wywiad, najpierw się oczywiście odpowiednio zdziwiłem, a potem już tylko na tę książkę czekałem. No i właśnie jestem po lekturze, która zrobiła na mnie choćby takie wrażenie, że bardziej o niej myślę, niż o tym, że w Katowicach wreszcie Platforma dostała po nosie.
Zanim przejdę do komplementów, powiem może, co mi się w książce Jaśkiewicza i tego Górki (bo jemu jest Górka) nie podoba. Otóż ona wygląda i leży w ręku mniej więcej tak, jak wyglądały i leżały w ręku książki wydawane w latach, kiedy Jaśkiewicz grał z Chochołami, a potem Akwarelami. Ja wiem, ile kosztowało wydanie mojej ostatniej książki, wiem, ile Gabriel z Tomkiem zapłacili za wydanie „Świętego królestwa”, natomiast gdy idzie o „Byłem gitarzystą Niemena”, to ono musiało kosztować znacznie, znacznie mniej zarówno od jednego, jak i od drugiego. To jest ten rodzaj taniochy, który już na samym starcie, niemal z automatu sprawia, że tę książkę będą kupować wyłącznie ci, co ja bardzo mieć chcą, bo reszta zwyczajnie będzie się brzydziła ją wziąć do ręki, zwłaszcza gdy za to ktoś im każe zapłacić 39,99 zł.
Nie podoba mi się też – choć tu, przyznaję, problemem są moje osobiste kompleksy – że Górka do Jaśkiewicza, było nie było człowieka z pewną bardzo poważną artystyczna historią i mającego w dodatku swoje lata, cały czas się zwraca z tym irytującym, protekcjonalnym „Tomku”, zupełnie, jakby rozmawiał z jakimś znalezionym na ulicy nieszczęściem. No i to mi przeszkadza. Poza tym, wszystkich serdecznie zachęcam do tego, by jednak tę książkę sobie kupili. Oczywiście, zawsze też można pójść do biblioteki, ale ponieważ zakładamy, że jednak Jaśkiewicz jakieś tam grosze od wydawcy za nią dostaje, choćby ze względu na niego, wypada się poświęcić.
Przyznam, że ja dawno nie słuchałem niczyjej opowieści z takim zainteresowaniem, jak tego, co Jaśkiewicz ma do powiedzenia na temat swojego życia – życia w tamtym środowisku, w tamtej Polsce, wśród tamtych ludzi. To jest raport o takiej intensywności, że ja, jak już wspomniałem, dziś mam już tylko w głowie atmosferę owych lat 60-tych, czy początku 70-tych, a więc czasów, których sam byłem dość uważnym świadkiem. No i jest jeszcze sam Jaśkiewicz, jako człowiek. Ja go nigdy nie miałem okazji poznać osobiście, tyle wszystkiego, że – o czym pisałem w swoich „Markach, dolarach…” – zdarzało mi się o niego potykać przy różnych okazjach, natomiast to co robi tu wrażenie zupełnie porażające, to to, jaki to jest miły i skromny człowiek. Wszyscy wiemy, jaki jest dziś styl pisania tego typu wspomnień. To czego publiczność oczekuje i to co oczywiście natychmiast dostaje, to cała kupa z jednej strony szokujących historii z alkoholem, seksem i przemocą w roli głównej, a z drugiej jeszcze więcej nareszcie ujawnionych tajemnic dotyczących tego, jacy byli „naprawdę” ludzie, których cenimy i uważamy za bohaterów. Jaśkiewicz o nikim z nich nie mówi źle. O nikim! Nawet kiedy opowiada o tym, jak całymi miesiącami, biedny i chory chodził do Polskiego Stowarzyszenia Jazzowego, w tym osobiście do jego szefa starego Cejrowskiego, by oni mu zapłacili to co mu się należało, a ten za każdym razem ryczał „Proszę wyjść!”, to i tak opowiada o tym w taki sposób, byśmy potraktowali ów epizod tylko jako epizod, a później i tak pisze, że po latach on z Cejrowskim sobie wszystko wyjaśnili i już było dobrze. Nawet kiedy opowiada, jak się ciężko pochorował i z dnia na dzień, bez słowa, Niemen wyrzucił go z zespołu, i nikt nigdy – w tym sam Szef – nawet do niego nie zadzwonił, by zapytać, co u niego słychać. Pytany o to, albo się wykręca i mówi, że nie ma do nikogo żalu, bo uważa, że nic takiego się nie stało, albo zbywa pytania uwagą, że on w tamtym czasie i tak nawet nie miał telefonu.
Nie zalazłem jednego fragmentu w całej książce, by Jaśkiewicz mówił źle o kimkolwiek. Nawet gdy opowiada o tym, jak w pewnym momencie Niemen wpadł w nastrój tworzenia muzyki kompletnie nie do słuchania i do współpracy zatrudnił tych dwóch pajaców, Nadolskiego i Przybielskiego, którzy wszystko to zdominowali do tego stopnia, że ludzie z koncertów zwyczajnie wychodzili, wciąż powtarza, że to byli naprawdę bardzo zdolni muzycy, a to, że się do niego nawet nie odzywali, nawet mu nie mówili „cześć”, traktuje jako szczegół bez znaczenia.
Jest też jedna historia, która zrobiła na mnie wrażenie naprawdę potężne. Otóż już w latach późniejszych, kiedy Jaśkiewicz ów telefon dostał, Niemen do niego zadzwonił i zapytał, co tam u niego. Jaśkiewicz powiedział, że jest biedny i nawet nie ma gitary. No i proszę sobie wyobrazić, że Niemen mu tę gitarę podarował, gitarę naprawdę pierwszej klasy, z tego co mówi, Jaśkiewicz, najlepszą jaką kiedykolwiek miał. Pyta Górka, co z tą gitarą dziś i na to Jaśkiewicz odpowiada, że jej już nie ma, bo kiedy Niemen umarł, zwrócił się do niego Franciszek Walicki i powiedział, że będzie otwierał muzeum rock and rolla i jemu by się ta gitara do tego muzeum przydała. Jaśkiewicz mu tej gitary dać oczywiście nie chciał, ale, jak opowiada, Walicki stopniowo zrobił się tak agresywny, że wreszcie musiał ustąpić i mu tę gitarę dał. Opowiada o tym, a później już, bez dodatkowego komentarza, wraca do tego, by opowiadać, jak to, będąc całkowicie poza środowiskiem, on nawet nie wiedział, że Niemen jest ciężko chory, i kiedy się dowiedział, że on umarł, był w prawdziwym szoku.
Są w książce zdjęcia. Stary jest już ten Jaśkiewicz – starszy, wysuszony, łysy facet z gitarą i z tymi wszystkimi historiami do opowiedzenia. Warto go posłuchać. I pewnie ta jego skromność byłaby dla nas, którzy wiemy bardzo dobrze, kogo słuchamy, miejscami nie do zniesienia, gdyby nie te parę wypadków, kiedy nawet on nie może się powstrzymać, by rzucić jakby od niechcenia – fakt, że mocno zawoalowaną – uwagę, która dla nas niesie przekaz jednoznaczny: „Byłem bardzo dobry. Wówczas najlepszy”. A my się na to nawet nie oburzamy, bo wiemy, że to najprawdziwsza prawda.
Jak już napisałem na początku, ta książka wygląda tak, że z niej pewnie nic nie będzie, poza paroma kawałkami dla wydawcy i dystrybutora. Górka i Jaśkiewicz może za to co im z niej kapnie raz na jakiś czas kupią sobie big maca.
Na targach w Krakowie spotkałem bardzo dobrego kolegę – nauczyciela, Mariusza Soleckiego, z którym miałem przyjemność przez kilka lat pracować w jednej szkole i z którym się lubiliśmy. Proszę sobie wyobrazić, że napisał on ostatnio, a wydawnictwo o nazwie LTW mu wydało, znakomitą książkę pod tytułem „Literackie portrety Żołnierzy Wyklętych”. Ponieważ Solecki uczył polskiego moją starszą córkę, a ona go bardzo lubiła, poprosiła mnie, bym jej kupił tych „Żołnierzy” Soleckiego, a jeśli go zobaczę, bym wziął od niego autograf. Spotkałem więc go, kupiłem tę książkę, wziąłem autograf dla mojego dziecka, no i chwilę pogadaliśmy. Okazuje się, że Solecki już nie jest nauczycielem, pracuje jako magazynier w jakimś sklepie, no a ostatnio dostał pieniądze za tych żołnierzy i ich sprzedaż z ostatniego pół roku – jakieś 400 złotych. No i bardzo się cieszy, bo to jednak są jakieś pieniądze.
A ja podkreślam – książka Soleckiego to jest coś naprawdę dużego. To jest coś naprawdę wyjątkowego. No a w dodatku, przyznać trzeba, oni mu ja wydali znacznie staranniej, niż tamci Jaśkiewicza. Szczerze polecam.
A teraz idę sprawdzić, jak tam serwery.

Przypominam, że na stronie www.coryllus.pl można kupić mój najnowszy wybór tekstów – tym razem o TymKtóryNiePrzepuszczaŻadnejOkazji.