wtorek, 31 marca 2020

Modlitwa za Krzysia


Nie wiem, jak inni, ale gdy chodzi o mnie, to muszę przyznać, że to iż nie mogę pójść do kościoła i wziąć udziału we Mszy Świętej, że przed Świętami nie uda mi się zapewne pójść jak człowiek do spowiedzi, że nie poświęcimy tym razem naszych potraw, no i że w ogóle te Święta miną nam pod tym nieszczęsnym koronawirusowym terrorem, stanowi dla mnie obciążenie, z którym jest mi dość ciężko żyć. Jest bowiem tak, że – prawdopodobnie przez to, że sam w sobie nie odnajduję tej Wiary, której bardzo pragnę – nie za bardzo też potrafię też uwierzyć, że bez czysto fizycznej obecności Kościoła – a więc tego ołtarza, tych ludzi, tego księdza, tej Komunii, no i wspomnianej już wcześniej spowiedzi – jestem w stanie sobie poradzić. Chyba nigdy w życiu, pomijając może jakieś bardzo wczesne młodzieńcze lata, nie przyszło mi do głowy, by wpaść w nastrój, gdzie pomyślałbym sobie, że ponieważ Wiara jest we mnie, to wszystko co ją reprezentuje symbolicznie i czego mogę dotknąć palcem, jest mi w gruncie rzeczy niepotrzebne. Wręcz przeciwnie – zawsze wiedziałem, że bez tego co daje mi moja parafia, mój kościół i mój ksiądz, sam nie dam rady.
No i zbliżają się Święta, już za parę dni piątek Drogi Krzyżowej, potem Niedziela Palmowa, a w następnej kolejności Triduum Paschalne, no i Wielkanoc, a ja czuję się nadzwyczaj niezręcznie.
Nie wiem, czy to przez to, czy może w związku z tym, że nie miałem dobrego tematu na dzisiaj, a koniecznie chciałem coś wartego opowiedzenia powiedzieć, przypomniałem sobie swój dawny tekst, jeszcze sprzed 7 lat, o pewnym drobnym pijaczku i równie drobnym buciku i postanowiłem go również tutaj przypomnieć. Nie do końca jestem pewien, w jaki sposób, ale mam dość mocne wrażenie, że on jednak nawiązuje do tej niezwykłej Utraty. Bardzo proszę.


      Czy to jest spowodowane szykującą się już bardzo wyraźnie zmianą władzy, czy czymś może zupełnie innym, wiedzieć nie mogę, jednak faktem jest, że kiedy skończyłem pierwszą część tłumaczenia ścieżki dialogowej do filmu o Roju i Żołnierzach Wyklętych, i rzuciłem okiem na stan politycznej debaty w Sieci, zauważyłem znaczne nasilenie głosów sugerujących, że przeciętny wyborca Platformy zarabia więcej niż przeciętny wyborca PiS-u. A to w sposób jednoznaczny świadczy o moralnej wyższości jednych nad drugimi.
       Ja z tym idiotyzmem miałem już do czynienia wcześniej, i to niejednokrotnie, jednak wydawało mi się, że jego moc w sposób całkowicie naturalny przeminęła, i już nikt nam w ten sposób głowy zawracał nie będzie. Tymczasem nagle patrzę, a tu, co chwilę, wyskakuje na nas jakiś niedzielny liberał i zaczyna to wszystko jeszcze raz od początku. Wstrząsające.
      W pierwszej chwili pomyślałem sobie, że napiszę osobny tekst, w którym przedstawię poważną socjologiczną analizę tego typu myślenia, ale przyznam, że po tych kilku dobrych dniach przerwy jestem tak wyposzczony, że chodzą mi po głowie sprawy znacznie, ale to znacznie ciekawsze. Jednak skoro już zacząłem, to spróbujmy się przez chwilę zatrzymać na tym szczególnym rodzajem obłąkania. Załóżmy, że faktycznie, przeciętny wyborca Platformy Obywatelskiej zarabia więcej od przeciętnego wyborcy Prawa i Sprawiedliwości. Dobrze by było jednak zastanowić się, jak te proporcje rozkładają się bardziej szczegółowo. Nie jestem oczywiście tu żadnym fachowcem, ale sądzę, że ten podział może wyglądać następująco: 25% wyborców PiS-u zarabia przeciętnie 10 tysięcy złotych, 25% - 5 tysięcy, 25% 2,5 tysiąca, natomiast 25% jest na zasiłku. Gdy chodzi o Platformę, tam 50% zarabia przeciętnie 10 tysięcy, 40% 5 tysięcy, 10% 2,5 tysiąca, natomiast bezrobotnych tam zwyczajnie nie ma, bo, jak wiemy, wyborcy Platformy to ludzie zaradni i, nawet jeśli marnie, to oni jakoś tam zawsze ciągną. O czym to świadczy, jakie nam każe się z tego wyciągać wnioski – niech każdy rozważy już samodzielnie.
      Jakiś bardziej cwany leming powie mi jednak, że to wcale tak nie jest. Że wśród wyborców PiS-u, ludzi, którzy zarabiają 10 tysięcy miesięcznie praktycznie nie ma, bo ludziom, którym się powodzi, taki Kaczor nie jest do niczego potrzebny. Wyborcy PiS-u, to głównie jacyś żyjący z europejskiej pomocy wieśniacy, miejska menelownia, i garstka tych, którzy jakoś ciągną, ale mają przerośnięte ambicje i liczą na to, że Kaczyński im załatwi choćby minimalny sukces, natomiast owo 25-25-25-25, to elektorat właśnie Platformy, a więc partii dla wszystkich.
      Szczerze powiedziawszy, nie sądzę, żeby tak to się rozkładało, ale ponieważ wpadłem dziś w nastrój przyjazny, jestem skłonny, choćby na rzecz dzisiejszej dyskusji, tę opcję poprzeć. A zatem, okay. Przyjmuję, że wyborcy PiS-u to ludzie biedni tak jak ja, albo jeszcze bardziej – że wyborcy PiS-u to ludzie, którzy sami sobie zawinili, sami, przez swoją głupotę i kompletne nieprzystosowanie się, doprowadzili się do stanu, w którym się znajdują i jeśli mają pretensje, to do siebie na końcu. Załóżmy, że tak to właśnie jest. I w ten sposób pozwolę sobie przejść do zasadniczego fragmentu dzisiejszej refleksji.
      Okolica, w której mieszkam, jeśli idzie o wymiar, że tak to ujmę, „cywilizacyjny”, rozwija się dwukierunkowo. Z jednej strony powstają tu kolejne banki, lombardy, sklepy z używaną odzieżą, punkty produkcji i sprzedaży tureckich kebabów, a nawet salony gier. Swoją drogą, wydaje mi się, że gdzieś tak skromnie ukryte w środku tego wyliczenia lombardy przeżywają prawdziwy renesans. Niedawno na przykład, pewien zaprzyjaźniony policjant z Siemianowic opowiedział mi, że ma znajomego, który jest właścicielem sieci lombardów, i że, wedle jego relacji, on miesięcznie skupuje od ludzi 10 kilogramów złota. A więc ruch z pewnością jest.
      To byłby więc wymiar pozytywny tego, co się dzieje w naszym kraju. Niestety, można też zauważyć pewne zjawiska, które musielibyśmy potraktować jako przykre i nie dające nam cienia satysfakcji. Oto na mojej ulicy, która generalnie robi wrażenie bardzo solidne, stoi kamienica, która z jakiegoś powodu została opuszczona, a tym samym wystawiona na pastwę okolicznego tak zwanego „menelstwa”. Spowodowało to, że wśród tych banków, tych pięknych sklepów z używanymi ciuchami, tych punktów sprzedaży kebabów, tych lombardów, a nawet obok dwóch konkurujących ze sobą sklepów z sukniami ślubnymi, wciąż się kręcą śmierdzący, a co gorsza zwyczajnie brzydcy, wyborcy PiS-u.
      Z jakiegoś powodu, większość z nich okupuje murek w pobliżu lokalnego sklepu należącego do sieci „Żabka”. Powiem absolutnie uczciwie, że przez całe moje życie, mimo że sam zawsze należałem do bardzo podejrzanej części społeczeństwa, do owych „meneli” miałem stosunek mocno zdystansowany. Zdystansowany w tym sensie, że nie dość, że nie miałem nigdy potrzeby, by się z nimi, pod jakimkolwiek pozorem bratać, to nawet nie dałem się nigdy porwać tym wszystkim historiom o tym, jak to oni tkwią w wymiarze, którego my zwyczajnie ani nie znamy, ani nie jesteśmy w stanie zrozumieć.
      I oto, jakiś już czas temu, czekałem na wczesnoporanny tramwaj, który miał mnie zabrać do miejsca, gdzie mi płacą, a na ławeczce siedział ów menel. Tramwaj nie nadjeżdżał, a menel się do mnie uśmiechnął i powiedział, co następuje: „Przepraszam, ale chciałbym o coś zapytać?” Ponieważ jestem stary i cwany, od razu zrozumiałem, o co chodzi, jednak ponieważ uśmiech menela – jego usta i oczy – mnie najzwyczajniej urzekł, dałem mu dwa złote. W tym momencie menel – autentyczny, doskonały, cuchnący, cały obrzmiały od wódy, zaopatrzony w swoje, jakże klasyczne, kule – powiedział: „Daj pan spokój. Zjadłbym coś. Czy może mi pan kupić coś do jedzenia”. Odebrałem mu więc te dwa złote, poszedłem do pobliskiej piekarni i kupiłem mu mini pizzę za 2,50, a on ją zaczął od razu jeść. Tyle.
       Od tego momentu jednak, już się nie dało ukryć, że jesteśmy kumplami, prawda? Widzę go codziennie, on się do mnie uśmiecha tymi swoimi cudownie radosnymi oczami, ja daję mu te dwa złote, których on nie chce, gadamy sobie o niczym i wracamy do swoich zajęć.
      Kiedyś kupiłem mu piwo. Szedłem do sklepu, a on mi powiedział, że jemu się strasznie chce pić. Jest gorąco jak cholera, i czy nie mógłbym mu kupić butelki wody. Od początku podejrzewałem, że z tą wodą, to nie do końca czysta zagrywka, no i on faktycznie po chwili powiedział, że w sumie mogę sobie darować tę wodę i kupić mu piwo. Poszedłem do tego sklepu, ale ponieważ gryzło mnie trochę sumienie, do tego piwa kupiłem mu zapakowane w folie trzy kiełbasy i bułkę. Dałem mu to wszystko, wyjaśniając, że te kiełbasy to po to, żebym nie miał grzechu. Wtedy to właśnie on po raz pierwszy mnie autentycznie zaskoczył i powiedział, że w tej sytuacji, żeby mnie od tego grzechu wybawić, on się będzie za mnie modlił. Ja mu powiedziałem, że jego modlitwa za jedno piwo, bułkę i trzy tanie kiełbasy to fantastyczny biznes, no i rozstaliśmy się do następnego razu.
       Owego następnego razu nie rozmawiałem z nim, bo był tak pijany, że na mnie nawet nie spojrzał. Ale już kolejnego dnia, szedłem do domu, a on siedział na ławce z kolegą. Przywitaliśmy się, uścisnęliśmy sobie dłonie, a on mnie zapytał, czy mogę mu dać na cztery bułki. Dałem mu 5 złotych, a on się mnie, ni z gruszki ni pietruszki, zapytał, czy ja wiem, do kogo należy się modlić. Ja mu inteligentnie odpowiedziałem, że to zależy, bo można się modlić i do samego Pana Boga, Maryi, czy choćby i Ducha Świętego, ale też do różnych pośredników, na co najpierw kolega zawołał: „Racja!”, natomiast „mój” menel spojrzał na mnie chytrze i powiedział: „Najlepiej jest się modlić do Matki Boskiej Nieustającej Pomocy”.
      A mi w tym momencie przypomniał się filmik, który swego czasu trochę krążył w Internecie, którego autorzy pokazali bardzo ekspresyjnie, jak to przeciętny menel ma większą wiedzę od przeciętnego gimnazjalisty, a więc natychmiast postanowiłem sprawę zbadać osobiście. Zapytałem więc mojego menela – następnym razem zapytam go, jak ma na imię – czy on widział obraz Matki Boskiej Nieustającej Pomocy i wie, co jest na dole tego obrazu. Na co on mi odpowiedział: „Bucik”. Ledwo żywy, powiedziałem mu, żeby dbał o siebie, uważał na siebie i zawsze pamiętał, że Matka Boska mu ten spadający bucik, jak trzeba będzie, złapie.
      I w tym momencie on powiedział coś takiego – i, przepraszam bardzo, ale będziemy kończyć – „Chodzi o to, żeby w ten moment, kiedy ten bucik trzeba złapać, trafić. A to już nie jest takie łatwe”.
       I dalej już nie mogę, bo się wzruszyłem. Jak mnie zobaczy moja żona, to się będzie ze mnie śmiała.
       No i proszę, miał być kolejny polityczny felieton, a wyszło coś takiego.




poniedziałek, 30 marca 2020

Małgorzata Kidawa-Błońska, czyli ctrl + alt + delete


      Przyznać muszę, że dotychczas byłem święcie przekonany, i owemu przekonaniu dawałem wyraz nawet tu na blogu, że podjęta przez Platformę Obywatelską histeryczna wręcz kampania na rzecz przesunięcia terminu wyborów prezydenckich powodowana jest wyłącznie faktem, że w dobie kryzysu notowania prezydenta Dudy zwyżkują w takim tempie, że przynajmniej na dzień dzisiejszy on jest nie do pokonania. Co więcej, oskarżyłem opozycję o to, że oni do tego stopnia się zapętlili w pragnieniu odzyskania władzy, że gotowi są się wręcz modlić o to, by koronawirus zniszczył nas na tyle bezlitośnie, by cała rozpacz wyborców zwróciła się przeciwko Prawu i Sprawiedliwości i w konsekwencji władza wróciłaby to jej prawowitych właścicieli. Jeszcze wczoraj rano przeczytałem twitterowy komentarz Romana Giertycha, w którym ten zapowiedział, że już wkrótce gniew ludu zetrze PiS z powierzchni polskiej ziemi, a jednym z pierwszych jego przejawów będzie zburzenie któregoś z pomników Lecha Kaczyńskiego i tym bardziej utwierdziłem się w przekonaniu, że to jest kierunek, w którym zmierza myśl tych ludzi i który własnie zapowiedziałem.
      I oto, proszę sobie wyobrazić, już w krótką chwilę po tym trafiłem na dwie wypowiedzi kandydatki Kidawy-Błońskiej, które kazały mi wręcz całościowo zrewidować ową teorię. Najpierw wezwała owa dziwna kobieta nas wszystkich to zbojkotowania majowych wyborów, a zatem praktycznie sama się wycofała z kandydowania, a następnie, zanim jeszcze zdążył opaść kurz po owym kuriozalnym wystąpieniu, media przekazały fragment internetowego spotkania z wyborcami, jakie sztab kandydatki dla niej zorganizował w Sieci i tam własnie doszło do zdarzenia, które na pewien czas przykryło nawet kwestie koronowirusa. Oto któryś z internautów – jak sądzę, mieliśmy tu do czynienia z oczywistą prowokacją, zorganizowaną przez kogoś kto znacznie lepiej od nas orientuje się w stanie zdrowia Kidawy-Błońskiej – zadał jej następujące pytanie: „Czy naprawdę powiedziała pani, że życie jest ważniejsze od Konstytucji?”, na co ta odpowiedziała: „Nie, nie powiedziałam, że życie jest ważniejsze od Konstytucji. Takiego zdania nie użyłam. To wszystko co było na takiej hejtowej planszy było nieprawdą. [...] Dla mnie zawsze życie człowieka jest ważne. Życie człowieka należy chronić. Ale też trzeba pamiętać, że Konstytucja i wartości w naszym życiu mają znaczenie”.
      Do czego zmierzam? Otóż nie wiem ilu Czytelników zwróciło uwagę na niedawny komentarz naszej koleżanki Ginewry – tych którzy nie wiedzą, poinformuję, że nadzwyczaj kompetentnego językoznawcy – na wszelki wypadek ów komentarz tu powtórzę:
      Jak obserwuję wypowiedzi pani Kidawy, to jestem przekonana, że ona ma objawy demencji. Nie żartuję, demencja nie musi dotyczyć osiemdziesięcioletnich staruszków, czasami zaczyna się wcześniej. Świadczy o tym uporczywe zapominanie słów, skołowaciały język, który powoduje zniekształcanie głosek, a w rezultacie całych wyrazów. Nikt mi nie wmówi, że to się dzieje na skutek stresu. Przecież ona działa w polityce od 30 lat, jest przyzwyczajona do kamery i wystąpień publicznych – robiła to setki razy pełniąc różne odpowiedzialne funkcje publiczne.
Schetyna wysunął ją jako kandydatkę, bo miała naprawdę dobry wizerunek i dobrze wypadała w mediach. A tu nagle się posypało (po prostu choroba).
      Teraz dżentelmeni bezpardonowo zrzucają ją z sań. Przykro patrzeć. A ona w tym wszystkim taka bezradna i zagubiona. Nawet jej nie przyjdzie do głowy, żeby się postawić, bo nie bardzo panuje nad tym, co się wokół niej dzieje. Wykonuje rozkazy zupełnie bezrefleksyjnie
”.
      I tu jeszcze na chwilę wrócę do wspomnianego wystąpienia na temat życia, Konstytucji oraz wartości. Otóż w momencie gdy Kidawa rozpoczęła swoją wypowiedź, głos z offu jej przerwał i upomniał, że ona się pomyliła, bo chodziło o stawianie Konstytucji nad życiem, a nie odwrotnie, ona jednak stanowczo zapewniła, że wszystko jest tak jak miało być od początku i wygłosiła tekst, który przytoczyłem wyżej. Wygląda więc na to, że ja rzeczywiście postawiłem błędną diagnozę co do sytuacji na politycznym froncie i faktycznie nie chodzi o to, że oni się zwyczajnie boją porażki i chcą przesunięcia wyborów na czas po katastrofie, ale sprawa jest znacznie grubsza: prawdopodobnie ich kandydatka straciła kontrolę nad rzeczywistością i jedyną szansą na honorowe wycofanie się z owej kompromitującej sytuacji jest odwołanie wyborów i rozpoczęcie wszystkiego od początku, z nowym programem, a przede wszystkim z nowym kandydatem. Sytuacja bowiem, gdy w ciągu najbliższego z górą miesiąca, Małgorzata Kidawa-Błońska w sposób już zupełnie otwarty straci możliwość prowadzenia kampanii, może być dla Platformy Obywatelskiej i całej wspierającej tę kandydaturę koalicji, nie do uniesienia. A więc jedyne co im pozostaje, to opcja zero.
      No i kiedy wydawało mi się, że sprawa jest ostatecznie wyjaśniona, pojawił się na sam koniec jeszcze raz wspomniany wcześniej Roman Giertych z następującym komunikatem:
     Ogłaszam amnestię dla pierwszych 10 posłów PiS, którzy opuszczą klub parlamentarny i przejdą do opozycji. Mogą liczyć na moje zaangażowanie w obronę przed potencjalnymi zarzutami związanymi z ich dotychczasowym udziałem w tej grupie. Amnestia oczywiście nie dotyczy kierownictwa”.
      A zatem, skoro pojawiają się pierwsze oznaki nowej epidemii, ja już naprawdę nie wiem, o co tu tak naprawdę chodzi. Czy tu mamy do czynienia z demencją, czy może z jakąś zrozumiałą tylko dla wybranych metodą, czy może po prostu strach im wszystkim stopniowo wyżera mózgi i już za chwilę oni nam odstawią taki spektakl czystego szaleństwa, że na dobre zapomnimy o koronawirusie, przez chwilę się pośmiejemy, a następnie zwyczajnie wrócimy do swoich zakładów pracy, do szkół, no a przede wszystkim na tak bardzo stęsknione za nami ulice.



niedziela, 29 marca 2020

Arytmetyka spisku, czyli Donald Trump zamyka Nowy Jork


       Pamiętam do dziś jak w czasach, których dziś już mało kto pamięta, rozbił się autokar wiozący pielgrzymów do Lourdes, a może do Fatimy i wszyscy uczestnicy owej pielgrzymki zginęli. Był to czas, kiedy jeszcze był z nami prezydent Lech Kaczyński i to jego decyzją wprowadzona została w całym kraju żałoba. Pamiętam przy tym jednak, jak to w reakcji na ową decyzję pojawiły się głosy, że trzeba być idiotą jak ten Kaczyński, by urządzać narodową żałobę z okazji śmierci 20 osób, podczas gdy każdego dnia znacznie więcej ginie w wypadkach na drogach i pies z kulawą nogą o nich nie myśli.
       Pamiętam jak wówczas czułem całym sobą, że jest coś nie w porządku w tych kalkulacjach i że za nimi w znacznie większym stopniu stoi nienawiść do Lecha Kaczyńskiego niż zwykły ludzki rozsądek, niemniej nie udało mi się sformułować odpowiedniej oceny tego przedziwnego zjawiska. I oto dziś kiedy wszyscy, zgodnie z zaleceniem szczęśliwie nam panującego Prawa i Sprawiedliwości, siedzimy wszyscy w domach i z niepokojem czekamy na dalszy rozwój koronawirusowych wypadków, uzmysłowiłem sobie, że chyba już wiem, czym był spowodowany tamten mój niepokój. Otóż, jak się dowiedziałem, ledwie co wczoraj, na skutek wspomnianej wcześniej zarazy w ciągu jednego dnia zmarło we Włoszech 889 osób, i słysząc to, uświadomiłem sobie nagle, że to jest mniej więcej tak jakby jednego dnia rozbiły się cztery duże samoloty. Z tego co wszyscy wiemy, samoloty się raczej nie rozbijają, a jeśli tak, to niezwykle rzadko, a zatem, ile razy do tego rodzaju zdarzenia dojdzie, cały świat jest mocno poruszony. I w tym momencie pojawia się pytanie: 200 osób, 400 osób, 800? A cóż to takiego w sytuacji gdy w samej Polsce każdego dnia, dzień w dzień, 300 osób umiera na raka, a kto wie ile jeszcze osób ginie w wypadkach drogowych, z powodu zwykłej grypy, starości, czy popełnia z rozpaczy samobójstwa? I tu nagle sobie zdałem sprawę z tego, że życie sobie płynie, ludzie rodzą się i umierają, bilans w ten czy inny sposób się utrzymuje i jesteśmy w stanie ów stan rzeczy zaakceptować, o ile nie wydarzy się coś szczególnego, a więc jeśli nie nastąpi kolejna katastrofa w kopalni i w jej wyniku umrze trzech górników, czy jeśli na świat nie spadnie zaraza i każdego dnia zacznie umierać mniej więcej tyle samo osób, co również każdego dnia umiera z powodu choćby wielopostaciowego glejaka mózgu.
        I w tym momencie zdałem sobie też sprawę z tego, że to o czym mówimy, to coś, co nam ni stąd ni zowąd zostało dodane i to wystarczy, byśmy uznali, że tym razem jednak zupa była za słona, a herbata za słodka. Do czego zmierzam? Otóż bardzo mi by dziś zależało, by udało nam się wreszcie ogarnąć całą tę arytmetykę koronowirusa, w takim kształcie, w jakim ona realnie funkcjonuje. Problem bowiem polega na tym, że w takich dajmy na to Niemczech, gdzie sytuacja jest naprawdę krytyczna, dotychczas zachorowało na korowirusowe zapalenie płuc 57695 osób, z czego niemal siedem tysięcy wczoraj i z czego 433 osoby zmarły, a cały świat staje wobec tego wydarzenia na baczność i nikt nawet nie pomyśli, że w tym samym czasie grubo ponad 80 milionów Niemców, podobnie jak my tu w Polsce, spędza czas w domu i już nie może się doczekać aż ten cały cyrk się wrreszcie skończy i będzie można wrócić do normalnego życia.
        Bo tak naprawdę największy problem – pomijając oczywiście wszystkie nieszczęścia związane z tym, że na pewien czas nasz świat musiał się faktycznie zatrzymać – polega na tym, że my nie mamy bladego pojęcia, o co w tym wszystkim chodzi. Bo że tu w tym wszystkim istnieje drugie, a kto wie czy nie trzecie dno, wie każdy z nas, o ile tylko w pewnym momencie uda mu się zrzucić z twarzy tę śmieszną maseczkę i równie śmieszne i niedorzeczne rękawiczki z rąk. Bo coś tu się zdecydowanie dzieje, skoro cały świat staje w miejscu wobec tego, że we Włoszech na 70 milionów mieszkańców 100 tysięcy zapada na nowy rodzaj grypy, z czego 10 tysięcy umiera, a reszta siedzi zamknięta w swoich mieszkaniach i od czasu do czasu wychodzi na balkon, by zagrać na gitarze i zaśpiewać jakąś piosenkę.
       Pisałem tu już nieco na ten temat, ale ponieważ żyję jak każdy z nas i jestem otoczony światem, którym otoczeni jesteśmy wszyscy, zauważam, że ostatnio doszedłem do miejsca, gdzie ów koronawirus śni mi się po nocach. A to świadczy o tym, że ten dziwny projekt – bo tego że mamy do czynienia z projektem jestem dziś niemal pewien – pochłonął również i mnie. A jednak, jak widać, wciąż walczę i być może w jednym z ostatnich już odruchów chciałbym zwrócić uwagę wszystkich z nas na to, że choć z tej przyczyny, że we Włoszech zmarło właśnie, zupełnie nadprogramowo, 889 osób, jest nam oczywiście wszystkim tak samo przykro, jak z tej przyczyny, że gdzieś na końcu świata z powodu głodu zmarło parokrotnie więcej ludzi takich samych jak my, nie istnieje najmniejszy powód ku temu byśmy nie zaczęli sobie zadawać pytania, o co tu w tym wszystkim chodzi. Bo że w sytuacji gdy mamy do czynienia z czymś w skali historycznej autentycznie drobnym, czyjąś tajemniczą decyzją cały świat staje w miejscu i wszelkie pytania próbujące kwestionować ową zmowę są ściśle zakazane, ja nie mogę jednak nie zadać tego pytania po raz już kolejny: co tu się dzieje?
        I powiem zupełnie uczciwie, że nie jest moją winą, że w sytuacji gdy już naprawdę nie ma na kogo liczyć, pozostaje się uciec do starych dobrych teorii spiskowych. A tu nagle wszystko się nam ładnie otwiera i pojawia się wraz z tym teoria, że podczas gdy sam wirus jest oczywiście autentyczny i ktoś go faktycznie uznał za stosowne wypuścić, to cała ta panika, sprawiająca że, jak już wspomniałem, cały świat stanął, stanowi zupełnie osobny projekt, którego celem jest zapewnienie sobie wystarczająco dużo miejsca na przeprowadzenie akcji oczyszczenia naszego świata z tego całego chłamu, który doprowadził do tego, że nasze czasy stały się niekiedy naprawdę trudne do zniesienia.
          My tu w Polsce jesteśmy w sytuacji wręcz komfortowej, szczególnie po fali najnowszych wydarzeń, natomiast dziś od siebie, jeśli mogę coś zaproponować, bardzo kibicujmy Donaldowi Trumpowi, by dzielnie dotrwał do jesiennych wyborów i je odpowiednio zdecydowanie wygrał.






piątek, 27 marca 2020

O liskach chytruskach i drobnych cwaniakach ze sztamajzą


      Wczoraj na Twitterze któryś z komentatorów zadał mi, w jego opinii, jak sądzę, nadzwyczaj przebiegłe pytanie, dlaczego to Prawo i Sprawiedliwość tym razem, wbrew wszelkim będącym w bezpośrednim zasięgu możliwościom, ale też wcześniejszej praktyce, w momencie gdy Platforma Obywatelska wraz z Konfederacją zażądały by bieżąca sesja Sejmu odbyła się tradycyjnie w Sali Plenarnej, a nie w systemie on-line, bez wahania owemu szantażowi się podporządkowało, zamiast normalnie stanąć okoniem i pokazać kto tu rządzi. Nie chciało mi się drążyć intencji owego ciekawego internauty, jakkolwiek by one jednak były, sądzę, że dokładnie to samo pytanie zadawał sobie przez cały wczorajszy dzień nie tylko on: dlaczego PiS w sytuacji, gdy praktycznie wszystkie racje stały po stronie władzy, ale też zwykłego zdrowego rozsądku, wycofał się zupełnie bez walki?
      Zanim postaram się odpowiedzieć na to pytanie, chciałbym je nieco rozszerzyć. Otóż myślę, że dziś również bardzo wielu z nas zastanawia się nie tylko nad tym czemu PiS, ale czemu oni. A zwłaszcza tym drugim –  czemu oni? Jaka niezwykła strategia stała za pomysłem, by w sytuacji gdy cały praktycznie naród, na apel ministra Szumowskiego, premiera Morawieckiego, prezydenta Dudy, oraz wszystkich zaangażowanych w walkę z epidemią służb, siedzi potulnie w domach, znaczna jego część, kiedy tylko wyjdzie z domu, zakłada antywirusowe maski oraz rękawiczki, a nasze miasta i wsie gromadzą się przed telewizorem, by nerwowo czekać na dalsze instrukcje, zwalić się w komplecie do Warszawy i tam urządzić debatę na temat błędów popełnionych przez rząd w obliczu pandemii? Jaki to wybitny umysł w imieniu tego towarzystwa uznał, że jeśli oni założą na siebie te antywirusowe gadżety i po kolei będą wchodzić na mównicę by pieprzyć coś na temat opieszałości rządu w walce z koronawirusem i jego odpowiedzialności za śmierć milionów, to obserwujący to ludzie nie wpadną na pomysł, że ta Platforma to jednak banda bezczelnych idiotów?
         To są pytania – mam na myśli to oryginalne i to, moim zdaniem znakomicie je uzupełniające – na które pierwsza narzucająca się odpowiedź brzmi: „Nie wiem. Tu mamy do czynienia z kompletnym brakiem logiki”. I choć w pierwszej chwili i ja sobie w ten sposób próbowałem z ową przedziwną sytuacją radzić, dziś już właściwie mam pewność, że i jedni i drudzy wykazali się tu dość dużym sprytem, by nie powiedzieć cwaniactwem, tyle że, jak to często bywa, cwaniactwo jest dobre pod warunkiem, że nie biorą się za nie amatorzy. A tu tymczasem było tak, że najprawdopodobniej władze Platformy, podobnie jak wspomniany na samym początku internauta, uznały, że jeśli cała opozycja zagrozi rządowi, że wbrew zakazowi jej posłowie pojawią się w Sejmie i będą tam obradować, jak im każe Konstytucja i troska o interesy milionów wyborców, ów rząd użyje siły, żeby zgodnie z nowym z obowiązującym w kraju prawem ich stamtąd wyprowadzić, i w tym momencie dojdzie do takiego skandalu, że świat przynajmniej na kilka dni przestanie mówić o koronawirusie, a zajmie się znów Polską i faszystowskim reżimem, o którego istnieniu wszyscy wiedzą, ale który ostatnio jakby się ukrył pod tymi respiratorami. Uważam, że oni już widzieli oczami duszy, jak Premier ogłasza, że każda próba zorganizowania nielegalnego zgromadzenia spotka się ze zdecydowaną reakcją organów porządkowych, a wszyscy, którzy ów zakaz zlekceważą zostaną potraktowani z całą surowością prawa, a już następnego dnia Sejm zostaje otoczony zbrojnym kordonem policji, a ze wszystkich stron nadchodzą broniący Konstytucji posłowie i cała ta zbieranina, która już od kilku tygodni tylko przebiera nogami, by zrobić gdzieś jakąś kolejną antypisowską rozpierduchę.
       Oni w moim przekonaniu na to bardzo liczyli, a ja sam dodatkowo widziałem, co – bez względu na to, jak by się ta konfrontacja zakończyła – będzie musiało nastąpić później. I jestem pewien, że w całym ciągu kolejnych zdarzeń wcale nie najbardziej spektakularnym byłoby wprowadzenie stanu wyjątkowego, w tym też aresztowań normalnie chronionych immunitetem posłów. Oczywiście o żadnych prezydenckich wyborach w maju mowy by być już nie mogło, a kiedy by już po tej całej epidemii opadł kurz, okazałoby się, że Prawo i Sprawiedliwość wyszło z tego starcia tak poobijane, że jedyne o czym można by było myśleć, to o dymisji rządu oraz przyspieszonych wyborach.
        Czy ktoś powie, że to był głupi plan? Owszem, on był głupi, ale naprawdę niewiele brakowało, byśmy się o tym nawet nie dowiedzieli. Na szczęście w tym momencie rząd zachował się wręcz wzorowo, powiedział: „Chcecie ryzykować zdrowiem i życiem ludzi, stosujecie wobec Polaków ten swój podły szantaż? Prosimy bardzo. Pamiętajcie jednak, że wszystko będzie policzone” i całą tę bandę wpuścił do Sejmu, a ci z tej wdzięczności do swojej i tak już potężnej kompromitacji dorzucili to pajacowanie w maseczkach przed obiektywami swoich smartfonów. Mało tego, okazało się na dodatek, że od Borysa Budki et consortes więcej zwykłej ludzkiej przytomności wykazują nie tylko komuniści, ale nawet peeselowcy z Kukizem, w sposób modelowy rzucili ich na pożarcie, i dziś wszystko na to wskazuje, że nawet jeśli ta zaraza okaże się bardziej agresywna niż się nam zdawało i wybory 10 maja odbyć się jednak nie będą mogły, to zanim zostanie wyznaczony ich nowy termin, po Kidawie, Bosaku, Kierwińskim, Winnickim, Giertychu, czy Nitrasie nie pozostanie nawet wspomnienie i na placu boju pozostanie już tylko Biedroń, Hołownia i Ukochany Przywódca Narodu Jarosław Kaczyński i każdy kogo on nam wskaże.



czwartek, 26 marca 2020

Osiem krótkich kawałków, czyli zaraza w koronie


Trochę musieliśmy tym razem poczekać, ale wreszcie mamy bardzo dobry moment, by wrzucić tu najświeższy zestaw moich krótkich kawałków dla „Polski Niepodległej”. Oczywiście głównie o koronawirusie, no bo jakże inaczej. Zapraszam.


Z prawdziwą radością pragnę poinformować czytelników „Polski Niepodległej”, że wbrew powszechnym obawom ogromnej większości polskiego społeczeństwa, redaktor Tomasz Lis niemal całkowicie wyzdrowiał i poza lekkim paraliżem fragmentu ust, czuje się znakomicie i z naturalną dla siebie swadą bierze udział w publicznej debacie. Oto korzystając z okazji, jaką daje panująca w Polsce zaraza, spowodowana przez tak zwany koronawirus, postanowił ów mąż skomentować nadzwyczajną wręcz popularność, jaką zdobył wśród Polaków minister zdrowia Łukasz Szumowski ogłaszając, że „zachwyty nad ministrem Szumowskim to dowód dramatycznego obniżenia naszych oczekiwań”. Przyznać przy tym trzeba, że znalazł pan redaktor jednocześnie miejsce, by pana ministra skomplementować, przyznając, że Szumowski, mimo iż reprezentuje zdegenerowaną władzę pisowską, przynajmniej „nie wygląda na aroganckiego, kłamliwego buca”. Ups!

***

Osobiście mam wątpliwości, czy to Tomasz Lis akurat ma najpełniejszy mandat do tego, by decydować o tym, kto wygląda na buca i kto owym bucem jest lub nie, no ale załóżmy, że demokracja daje prawo głosu nawet takim aroganckim i kłamliwym bucom, jak Lis, więc może machnijmy na niego już w tym momencie ręką i przejdźmy do sedna. Otóż, jak wiele ostatnio na to wskazuje, przedstawiciele tak zwanej „totalnej opozycji” wobec tego co się aktualnie dzieje, stracili kompletnie głowę, a wraz z nią podstawowy instynkt samozachowawczy. Żeby w sytuacji gdy społeczeństwo podąża za każdą kolejną decyzją władz jak za panią matką, notowania prezydenta, rządu, a w tym przede wszystkim ministra Łukasza Szumowskiego przebijają kolejne szklane sufity, w dodatku termin wyborów prezydenckich zbliża się wielkimi krokami, w sposób tak nieprzytomny władzę i jej przedstawicieli atakować, trzeba faktycznie zwariować. Można by było próbować to szaleństwo jakoś usprawiedliwiać, gdyby opozycja miała do zaproponowania jakiś alternatywny program – nie koniecznie nawet mocny i szczególnie wiarygodny, ale program – natomiast tu nie ma nic poza profilem Romana Giertycha na Twitterze.

***

Ów wybitny polityk zabrał głos w kwestii obecnych szans Andrzeja Dudy na drugą kadencję, oraz odłożenia wyborów prezydenckich na czas po epidemii. Najpierw więc zapowiedział, że w obliczu kompletnej porażki rządu w walce z koronawirusem, oraz zablokowania coniedzielnej kościelnej propagandy, Andrzej Duda nie wejdzie nawet do drugiej tury, następnie zażądał, by ów rzekomo katastrofalny dla Prezydenta majowy termin został przesunięty, by w końcu antykryzysowy pakiet premiera Morawieckiego podsumować w następujący sposób:
Patologiczny kłamca nie może być dobrym przywódcą w czasie największej klęski jaka nawiedziła Polskę od wielu dziesięcioleci. Tyle nakłamał, że teraz nikt mu nie wierzy”.
Wszyscy pewnie się w tym momencie zastanawiamy, jaki to niezwykły plan zagnieździł się w giertychowej głowie, a ja – starając się zachować resztki dla niej szacunku i próbując odnaleźć w tych zaskorupiałych tunelach choć ślad sensu – myślę sobie, że on musi bardzo liczyć na to, że faktycznie, zgodnie z najbardziej czarnymi prognozami, zanim minie epidemia, umrą dziesiątki, a przy szczególnie pomyślnych dla demokratycznej opozycji wiatrach, setki tysięcy Polaków, i wtedy wraz z owymi wiatrami przeminie nie tylko Duda, ale w ogóle cała władza Prawa i Sprawiedliwości. Jeśli mam rację, to przyznaję, ten Giertych wciąż jednak coś tam sobie kalkuluje.

***

A to przecież tam się jednak ostatnio nie zdarza zupełnie. No bo, zastanówmy się, jaki rodzaj myślenia stał za pomysłem, by kandydatce Koalicji Obywatelskiej w wyborach prezydenckich, Małgorzacie Kidawie-Błońskiej najpierw kazać do półki z książkami przyczepić zdjęcie przodka, następnie usiąść za biurkiem przed laptopem, z owym zdjęciem w tle, oraz wygłaszać orędzie do narodu? Mało tego. Jakaż to bowiem przenikliwość sprawiła, że już na samym początku owego wystąpienia ktoś tuż obok kandydatki z hałasem spuścił wodę w ubikacji i w ten sposób sprawił, że resztę orędzia większość internautów oglądało krztusząc się ze śmiechu, w przekonaniu, że już za chwilę okaże się, że to akurat nie, jak się roi mecenasowi Giertychowi, prezydentowi Dudzie, ale kandydatce Kidawie właśnie przyjdzie marzenia o władzy odłożyć na półkę już po pierwszej turze wyborów?

***

Swoją drogą, to jest coś zupełnie niezwykłego, że wśród najtęższych umysłów opozycji nie znalazł się taki, który by zorganizował wokół epidemii akcji, dzięki której może nie koniecznie udałoby się odzyskać utracone przez minione błędy pozycje, ale przynajmniej nie utracić tego, co z czasów dawnej światłości pozostało. Pojawiają się głosy, że wszystko przez Tuska, bo to on akurat, jako naturalny lider i przywódca, w dodatku człowiek z owym handikapem w postaci stanowisk w unijnych strukturach, był naturalnym kandydatem do rozniesienia Andrzeja Dudy na strzępy. Otóż nie. Wystarczy się dziś bowiem Tuskowi nieco uważniej przyjrzeć, by się zorientować, że on już dawno padł ofiarą zupełnie innego wirusa, który nie atakuje ani serca, ani płuc, ani nawet wątroby, lecz sam mózg i gdyby on tu tylko spróbował się choćby na moment zaangażować, sam Borys Budka rzuciłby mu się do gardła i w obronie Konstytucji przegryzł mu gardło.

***

A tymczasem to było takie proste. Doprawdy trudno sobie wyobrazić lepszą okazję do przeprowadzenia skutecznej kampanii wyborczej niż tego rodzaju kryzys, z jakim się dziś musimy mierzyć. Wystarczyło zgłosić chęć współpracy z rządem i prezydentem w akcji ratunkowej, wezwać najbardziej oszalały z nienawiści antypis do tego, by się dyskretnie zamknął, a następnie, dzień po dniu, konsekwentnie i cierpliwie, zgłaszać wszelkie możliwe uwagi dotyczące sprawniejszego zarządzania kryzysem, wynikające oczywiście z naturalnej troski o to by Polska wyszła z tego wszystkiego z tarczą, jako dumny europejski kraj dumnych i odpowiedzialnych obywateli. A w momencie gdy doszłoby już do wyborów, stanąć z podniesioną głową i pokazać, jak to w sytuacji próby, okazało się, że i Budka i Kierwiński i Sikorski i Kidawa i Neumann potrafią wykazać się profesjonalizmem, spokojem, no a przede wszystkim patriotyzmem. Tymczasem tu jak nie Kidawa, to Nitras, a jak nie Nitras, to Giertych, a jak nie oni wszyscy, to jeden z bardziej wymownych propagandzistów Koalicji Obywatelskiej na Twitterze, niejaki Tomasz Urbaś:
PiSowcy mogą zdominować gospodarkę przez wrogi wykup firm i nieruchomości nawet za 200 mld zł podczas wywołanego przez Kaczyńskiego kryzysu gospodarczego. Nie mają kasy? Inżyniera finansowa i wykorzystanie instytucji państwowych już im dają taką możliwość...Wprowadzenie przez PiS de facto stanu wyjątkowego na czas nieokreślony (!) pod pozorem stanu zagrożenia epidemią, to obostrzenia regulacyjne, które wywołają kryzys i zniszczą przedsiębiorców, aby przejąć ich majątki w drodze gospodarczego zamachu stanu”.
No, a wszystko to z odgłosem spuszczania wodą w ubikacji na dworku Małgorzaty Kidawy-Błońskiej w tle.

***

Strasznie monotematyczna zrobiła nam się ta dzisiejsza Tablica, no ale co robić skoro, poza starciem między koronawirusem i polityką, tak naprawdę nie ma nic innego. Nawet, jak się zdaje, prokuratura chwilowo zawiesiła śledztwo w sprawie łapówek przyjmowanych przez niegdysiejszego dr Grodzkiego, a TVP Info dyskretnie wycofała się z przedstawiania kolejnych występków tak zwanej Kasty. Zostali więc nam już tylko minister Szumowski i zespół dzielnych lekarzy z jednej strony plus banda jakichś ponurych niedobitków z drugiej, których dziś chyba najprzedniejszym przedstawicielem pozostanie radiowy dziennikarz Wojciech Mann, który całkiem, jak sądzę, zupełnie bezwiednie podsumował stan owych umysłów, najpierw wlewając w siebie flaszkę czegoś ewidentnie niezdrowego, następnie bełkocąc coś do kamery, a w końcu publikując w Sieci ów niezwykły wręcz bełkot:
Dobry wieczór, bonsoir, good evening, guten abend. Krótko mówiąc, dobry wieczór. Gdybym w tej chwili miał się odnieść do sytuacji, jaka panuje, to musiałbym to zrobić skrótowo. Brzmiałoby to, powiedzmy sobie otwarcie: w dupie to mam”.

***

I tak to chyba faktycznie jest. Oni w istocie rzeczy mają to wszystko już od pewnego czasu głęboko w swoich brązowych dziurach i inaczej nie będzie.





środa, 25 marca 2020

Rush Limbaugh, czyli jaki ten świat jest mały


Sytuacja na froncie walki z koronawirusem rozwija się częściowo zgodnie z zapowiedziami, a jednocześnie wciąż jesteśmy zaskakiwani kolejnymi doniesieniami, z każdym dniem coraz bardziej ponurymi.  Ja, tak jak dotychczas, zachowuję spokój i jeśli coś mnie naprawdę martwi to to, że mimo wszelkich nadziei, nie uda się owej zarazy powstrzymać w na tyle krótkim terminie, byśmy wszyscy nie popadli jednak w jakąś niedobrą depresję. No i jeszcze coś. Bardzo bym chciał, by to zło, jakie na tym tle się nam bardzo bezwstydnie rozpanoszyło, zostało w jakiś odpowiednio spektakularny sposób pokonane. I to nie tylko tu u nas w Polsce, ale na całym świecie. Gdzie, choćby na przykładzie pogadanki jakiej udzielił niedawno Amerykanom Rush Limbaugh, widzimy, że w gruncie rzeczy ono – to zło – wszędzie jest bardzo takie samo i posługuje się równie bardzo takimi samymi jak to nasze metodami. Proszę, oto ów tekst, przetłumaczony przeze mnie specjalnie dla Czytelników tego bloga.      


       Wiecie co? Kiedy oglądałem wszystkie te relacje i nieustanne próby wywołania paniki – a to jest właśnie to z czym mamy dziś do czynienia – przyszło mi w końcu do głowy bardzo dobre porównanie. Otóż koronawirus jest jak huragan na kilka dni przed uderzeniem.
       Odnajdźcie w swojej pamięci dowolny huragan z tych z którymi mieliśmy ostatnio do czynienia – niech będzie Katrina, obojętnie – a następnie przypomnijcie sobie, w jaki sposób relacjonowały to co się dzieje media. „On zniszczy wszystko co napotka na swojej drodze. Wszystko rozniesie w pył! To będzie piąta kategoria. A to oznacza totalną destrukcję”. Nikt nie zna siły z jaką uderzy, są tylko przewidywania. Nikt nie wie, gdzie uderzy. Nikt nie wie, kiedy. Nasze możliwości prognozowania są lepsze niż kiedyś, ale to z czym mamy do czynienia to wciąż zaledwie wróżenie z fusów, szczególnie im dalej od lądu ów huragan się znajduje. Media jednak wiedzą, że zapewni on więcej kliknięć, więcej odsłon, większe i bardziej tłuste nagłówki, a to z kolei znacząco zwiększy zainteresowanie opinii publicznej. I to otworzy ludziom oczy i będą wiedzieć, że za wszystko to będzie można winić Trumpa, przynajmniej tak długo, aż już się dłużej nie da. Oni już wiedzą i aż się ślinią w obliczu perspektywy, że to on okaże się odpowiedzialny.
      Nadchodzi huragan. Już pierwsze fale zaczynają atakować wybrzeże. A oto mamy dowód! Reporterzy są już na plażach, powiedzmy Północnej Karoliny i pokazują nam bardzo wyraźnie, że fale osiągnęły już wysokość 15 centymetrów powyżej normy. „Widzicie? Nadchodzi! Nadchodzi! Będzie wielka powódź, jak nie tu, to tam. Już się dowiadujemy o pierwszych szkodach, a to nam zwiastuje wielkie nieszczęście”. Specjaliści od gównoburzy są już na miejscu. Ich kamery skierowane są na zachód, na wschód, w każdą stronę, z której może nadejść huragan, choćby najmniejszy jego ślad.
      I z tym samym dokładnie mieliśmy do czynienia w przypadku przesłuchań odnośnie impeachmentu
      Wszystko co do nas dochodziło to plotki.
      Niekończący się ciąg spekulacji.
      I to samo gdy chodzi o kwestię spisku Trumpa z Rosją. Nigdy nie otrzymaliśmy jakichkolwiek dowodów, nawet strzępków dowodów, a mimo to przypomnijmy sobie, co nam mówiono. Trump tonie! No i te nieustanne doniesienia od anonimowych źródeł z CIA, że jest już tylko kwestią czasu, jak ostateczne dowody zostaną ujawnione. Oparte wyłącznie na plotkach dowody wciąż jeszcze przed rozpoczęciem przesłuchań, nieprzerwany ciąg spekulacji. I nie inaczej było z raportem Muellera.
       Koronawirus stanowi dziś dla dziennikarzy zajmujących się wyłącznie kreowaniem medialnej gównoburzy dokładnie taką samą szansę, tak samo doskonałą jaką stwarzał huragan, na to by można było zaatakować ludzi, którzy nie wierzą w zmiany klimatu powodowane przez człowieka. Podobnie jak rozdmuchiwano skalę huraganu, kłamano na jego temat zanim ktokolwiek poznał jego pełną siłę oraz kształt, a wszystko wyłącznie po to, by siać propagandę, używa się dziś koronawirusa do propagowania informacji, że:
A.      Donal Trump nie interesuje się naszym losem i dba tylko o siebie;
B.      Donald Trump jest niekompetentny;
C.      Donald Trump traktuje problem zbyt lekko;
D.     Umrzecie i będzie za to odpowiedzialny Donald Trump;
E.      A to stanowi nowy początek dla Demokratów!
I to jest szansa dla Demokratów, tak jak szansą dla Demokratów
był impeachment, jak szansą dla Demokratów było przesłuchanie Muellera, jak szansą dla Demokratów był olbrzymi huragan; dla Demokratów i dla całej tej bandy od zmian klimatu. No i teraz koronawirus stanowi te samą dokładnie okazję.
     Taki jest ich stały schemat. I takie są media tworzące ową histerię. To jest ich pełna definicja. Macie to wszystko przed oczami. Ich problemem natomiast jest to, że się mylili niezmiennie przez cały okres kadencji Trumpa. Mylili się w kwestii swojej każdej najbardziej ponurej prognozy, a owe prognozy stawiali niezmiennie z dramatycznie absurdalną pewnością siebie.
      Przedstawiali te prognozy, korzystając z nieujawnionych źródeł i przy ich pomocy dowodząc, że „Trump tonie”, no i gwarantując niezmiennie, że już za chwilę pojawią się dowody na współpracę Trumpa z Rosją i że Trump faktycznie kłamał. „Kto wie, czy on nawet nie był rosyjskim szpiegiem?” To nie ustawało nawet na chwilę. Nawet wtedy, gdy dowody jednak nie zostały dostarczone; nawet wtedy, gdy już przestały być zapowiadane.
       Nawet wtedy, gdy dowody stały się niewidzialne, oni nas wciąż zapewniali, że w końcu okaże się, że jest zupełnie odwrotnie w stosunku do tego, co się już okazało. Wszystko jest winą Trumpa jeszcze zanim zostaną przedstawione jakiekolwiek fakty. A gdy już fakty zostaną dostarczone i okaże się, że media się fatalnie myliły, okaże się, że odpowiedzialnych zwyczajnie nie ma. Nikt się nigdy nie przyzna do tego, że to on pomógł stworzyć ów tak straszny informacyjny chaos.
      Nawet huragany są przypisywane Trumpowi, choćby przez to, że nie wierzy on w to, że to człowiek jest odpowiedzialny za zmiany klimatu. Nawet zanim okaże się, że wartość zniszczeń nie przekroczyła marnego dolara, to i tak będzie można za to obciążyć Trumpa. A wtedy, kiedy ich zapowiedzi końca świata spektakularnie zawiodą, oni natychmiast wyruszą by szukać kolejnego zdarzenia, które da im nadzieję na to, że może tym razem uda się Trumpa zatopić.
       Pamiętacie może, co mówiłem po tym jak impeachment nie wypalił? „Moi Drodzy, pozostało jeszcze 10 miesięcy. Będzie jeszcze coś. Będzie jeszcze wiele takich ‘jeszcze cosiów’, które wyskoczą na nas między dziś a dniem wyborów i które zostaną wykorzystane dokładnie tak samo”. No i proszę! Oto mamy: Koronawirus.
„Panie Limbaugh, czy chce pan powiedzieć, że koronawirus nie jest...?” Nie, nie chcę. Proszę nie przypisywać mi czegoś, czego nie powiedziałem. Ja mówię dokładnie to co chcę powiedzieć i uwielbiam słuchać tego co mówię, ponieważ mam rację. A ja uwielbiam mieć rację.




wtorek, 24 marca 2020

Chwała Konstytucji, czyli Borys Budka Prezydentem IV RP


     Syn mój w tych dniach zwrócił się do mnie z bardzo zabawnym pytaniem, czy wiem, jak zareagowałaby polityczna opozycja, gdyby skutkiem kompletnej nieporadności polskiego rządu w walce z epidemią koronawirusa, w reakcji na serię spektakularnych porażek prezydenta Dudy, oraz notorycznych kłamstw reżimowej medialnej propagandy, badania sondażowe zaczęły wskazywać na zwycięstwo w pierwszej turze wyborów prezydenckich Małgorzaty Kidawy-Błońskiej, a Jarosław Kaczyński ogłosił, że majowy termin wyborów stoi pod znakiem zapytania. Pytanie to uważam za zabawne, bo po pierwsze sama stojąca za nim myśl zabawna faktycznie jest, a poza tym odpowiedź na nie jest tak oczywista, że czyni je zabawnym podwójnie. Reakcja opozycyjnych polityków i wspierających ich mediów byłaby dokładnie taka sama, jak dziś odpowiedź Jarosława Kaczyńskiego na zadane mu przez dziennikarza RMF-u pytanie o ewentualną konieczność przesunięcia terminu wyborów, a więc, że Konstytucja bardzo wyraźnie ogranicza tu jakąkolwiek dowolność i lepiej żeby Kaczyński ze swoimi totumfackimi nie próbował nic przy niej majstrować. Mało tego, gdyby tylko przedstawiciele władzy zaczęli cokolwiek przebąkiwać na temat konieczności ochrony ludzi przed rozszerzaniem się zarazy, jestem pewien, że Koalicja Obywatelska wraz z przystawkami w jednej chwili zorganizowałaby wielotysięczne demonstracje w obronie Konstytucji, nie oglądając się ani na koronawirusa, ani na ewentualne jego mutacje.
      Jednak, jak wiemy, jest jak jest, prezydent Duda zmierza szybkimi krokami do wyborczego zwycięstwa, a jeśli kandydatka Kidawa-Błońska wyciągnie z głębin swojego skołatanego umysłu jeszcze kilka takich bon motów, jak owi wczorajsi „inspiratorzy”, to zwycięstwa w wymiarze dotychczas znanym wyłącznie z wyborów w czasach PRL-u. W tej sytuacji im faktycznie pozostała już tylko próba odłożenia tych wyborów do czasu aż Polska szczęśliwie się pod tym wirusem zawali, pociągając za sobą setki tysięcy trupów, a wśród tych co zostaną, miliony bezrobotnych, pogrążonych w nędzy i kredytach rodzin, i liczenie na to, że nieudolny rząd zostanie przez wygłodniały tłum wywleczony na ulicę i zlinczowany, no a wtedy już nawet nie trzeba będzie ogłaszać nowego terminu wyborów, bo prezydentem zostanie przez aklamację Borys Budka, a Małgorzata Kidawa-Błońska wróci na fotel marszałka wreszcie w pełni demokratycznego Sejmu.
        No a co z ową ludzką nędzą, której udało się wyrwać z łap zarazy? Im oczywiście znajdzie się coś do roboty, żeby się nie kręcili bez sensu po sklepach, a jeśli któryś będzie próbował narzekać, to obieca mu się wędkę. Jak za dawnych dobrych czasów wczesnej III RP.


       

niedziela, 22 marca 2020

Czy zaraza koronawirusa stanie się naszym World Trade Center?


Jak wiemy, odpowiadając na prośby wielu sympatyków opozycji, Jarosław Kaczyński udzielił w końcu wypowiedzi dla mediów i gdyby oni tylko mieli jeszcze w sobie odrobinę przytomności, zamknąłby im twarze na dobre. Ponieważ tak się nie stało, przedstawiam swój najnowszy felieton dla „Warszawskiej Gazety”, no i oczywiście komu się tylko da, polecam wspomniany wywiad. Powinno pomóc.     

       Nie wiem, czy czytelnicy „Warszawskiej Gazety” pamiętają wybory prezydenckie w Stanach Zjednoczonych jeszcze w roku 2000 oraz następne, cztery lata później, już po słynnym ataku na World Trade Center. Na wszelki wypadek przypomnę. Zanim kwestia islamskiego terroryzmu stała się pierwszym tematem medialnych doniesień, w walce o prezydenturę zmierzyli się młodszy George Bush oraz być może największy idiota w całej historii tamtejszej polityki, Al Gore, i mimo iż ostatecznie prezydentem został George Bush, to nikt nigdy już nie  zapomniał, że faktycznie więcej głosów zdobył Al Gore. Czy to było tego przyczyną, trudno powiedzieć, ale niewykluczone, że to właśnie z tego powodu, od tego własnie momentu George Bush stał się aż tak znienawidzonym przez środowiska intelektualne Stanów Zjednoczonych prezydentem, że porównywano go już tylko z Richardem Nixonem, a dziś niewykluczone, że jedynym jego kontrkandydatem byłby Donald Trump.
      I oto nie minął rok, jak arabscy islamiści dokonali słynnego ataku na World Trade Center i proszę sobie wyobrazić, że w obliczu kryzysu, który nastąpił, George Bush nagle zaczął zyskiwać na popularności i to w takim tempie, że niektórzy do dziś twierdzą, że to on tak naprawdę stał za zamachami, których zresztą tak naprawdę nawet nie było. Jak tam faktycznie było, tego nie wiemy, ale efektem owego wzrostu popularności było to że w kolejnych wyborach, startując przeciwko Johnemu Kerry’emu, George Bush Jr – przypomnijmy, że zgodnie z lansowaną opinią najgorszy prezydent od czasu Nixona, uzyskał wyraźną większość i wygrał drugą kadencję z przysłowiowym palcem w nosie.
        Co to ma wspólnego z nami? Wydaje mi się, że odpowiedzi na to pytanie, nawet jeśli jej nie znamy, to możemy się domyślić. Oto już w maju będziemy głosować za, lub przeciw drugiej kadencji dla Andrzeja Dudy i sytuacja jest może nie aż tak napięta, jak to miało miejsce w roku 2001, czy w latach kolejnych w Stanach Zjednoczonych, niemniej jednak, owszem mamy kryzys przejawiający się choćby w tym, że dziś w niedzielę, gdy piszę ten tekst, w moim kościele było 15 osób, a to z tego jedynego powodu, że władza ma jeden i jeden tylko cel: uchronić Polaków przed zarazą zwaną koronawirusem i zarządzeniom owej władzy podporządkowała się nawet tak nadrzędna wobec wszystkiego co rządzi tym światem instytucja jak Kościół.
      Powiem szczerze, że ja nie mam bladego pojęcia, o co tak naprawdę chodzi z tym cholernym koronawirusem. Nie wiem, jak się prezentuje realne zagrożenie, nie wiem, jak to się rozwinie i co z tego dla nas wszystkich wyniknie, natomiast wiem – i widzę to każdego dnia coraz wyraźniej – że Andrzej Duda wygra majowe wybory dokładnie tak samo jak w roku 2004 George Bush Jr.. Tyle że już w pierwszej turze i ze znacznie większą niż tamten przewagą.
     A to jest dziś mój jedyny cel.



sobota, 21 marca 2020

Czy ktoś nas tu chce zrobić "na wnuczka"?


        Plan miałem taki, by dziś wrzucić tu swój najnowszy felieton dla „Warszawskiej Gazety”, jednak stało się tak, że żona moja wczoraj przełamała się i wyszła z domu, by zrobić zakupy w pobliskim Auchanie, a po powrocie do domu, w stanie ciężkiej depresji spowodowanej tym co tam zobaczyła, podjęła postanowienie, że przez najbliższe dwa tygodnie, zgodnie z zaleceniem ministra Szumowskiego, nie ruszy się z miejsca. Kiedy jakoś doszła do siebie, zajrzała do Internetu, przestudiowała stan wirusa na świecie, no i jak co dzień ostatnio załamała ręce nad biednymi Włochami. W dodatku, nasze dziecko, które szczęśliwie tu z nami mieszka, znalazło w tej samej Sieci relację na żywo z Bergamo, skąd ostatnio zamordowani przez tę zarazę ludzie wywożeni są w wojskowych konwojach, no i w tym momencie padło to pytanie, które, jak się nagle okazuje, na to by zostać zadane czekało długo za długo, a mianowicie, jaka to część włoskiego społeczeństwa padła dotychczas ofiarą owego nieszczęścia.
       Tu muszę na chwilę przerwać swoją opowieść i wprowadzić pewną dygresję. Otóż podczas gdy ja z matematyki zawsze byłem tak ułomny, iż to że z powodu jakichś właśnie ujawnionych braków w wykształceniu, jestem nagle zmuszony do zdawania matury z owego przedmiotu, stanowi mój najstraszniejszy i najczęściej powtarzający się senny koszmar obok dość powszechnie popularnego błąkania się po ulicach w samej tylko kusej koszuli na grzbiecie, żona moja nie dość, że od wczesnych lat dziecięcych z matematyki była mistrzem, to w dodatku takich lewusów matematycznych jak ja, traktuje z zimną i niewzruszoną pogardą.
       I oto, proszę sobie wyobrazić, kiedy dziś zaczęliśmy się użalać na temat tych nieszczęsnych Włoch i moje dziecko znad swojej komórki zapytało, jaki to procent całego społeczeństwa tam już został zarażony, moja żona odpowiedziała w zamyśleniu, że chyba jeszcze nie jest tak najgorzej, bo chyba 10% jeszcze nie przekroczono...
       Wszyscy oczywiście przyjęliśmy to wyliczenie ze smutną zadumą, jednak mijały godziny, a ja wciąż myślałem o tych 10 procentach, drapałem się w moją tępą matematyczną pałę i wreszcie siadłem do kalkulatora, przypomniałem sobie, w jaki sposób się wylicza procenty, zajrzałem do Sieci, sprawdziłem najświeższe włoskie dane, przeprowadziłem odpowiednie obliczenie i proszę sobie wyobrazić, że wyszło mi – zapewniam, że sam parokrotnie wynik sprawdzałem, następnie przekazałem go żonie do sprawdzenia, która również liczyła ów procent kilkukrotnie, zarówno na kalkulatorze, a wreszcie już z czystej desperacji przy pomocy ołówka i kartki – i  wyszło nam wspólnie, że dziś stan epidemii we Włoszech, a więc kraju najbardziej na świecie zakażonym, sprowadza się do 0,07 procenta społeczeństwa. Gdyby ktoś myślał, że ja coś pomyliłem, powtarzam głośno, powoli i wyraźnie: do dziś we Włoszech na spowodowane koronawirusem zapalenie płuc zachorowało siedem setnych społeczeństwa, natomiast cała reszta śpiewa piosenki z balkonów i ma zakaz wychodzenia na ulicę.
       Dlaczego ja piszę o Włoszech, a nie o Polsce? Z dwóch powodów. Przede wszystkim, wedle wszelkich dostępnych danych, to Włochy są dziś krajem dotkniętym przez ów wirus w stopniu najwyższym, więc to na nich powinniśmy patrzeć, skoro jak wiemy należy dmuchać na zimne. Poza tym, ja trochę boję się przedstawiać opinie na temat stanu epidemii w Polsce, bo wiem bardzo dobrze, że wśród nas jest wielu, którzy gotowi są mnie wyśmiać, sugerując, że zakażonych jest znacznie znacznie więcej, tyle że z powodu braku testów i przez typowe dla obecnej władzy nieustanne łgarstwa, wciąż się czujemy w miarę niezagrożeni. No ale skoro już się zająłem Włochami, to wszystkim tym, którzy dziś i Polsce życzą takiego samego rezultatu, by tylko ów koronowirus w końcu zadusił jednocześnie Prezydenta, Rząd i Prezesa – a że tacy są, to wiem z osobistego doświadczenia –  chciałbym przekazać, że wedle tych samych co wcześniej danych, w Polsce zarażona została 0,001 % społeczeństwa, czyli słownie jedna tysięczna.
        A skoro powiedzieliśmy już i to, pragnę dodatkowo wszystkich tych wesołków poinformować, że wedle oficjalnych danych, każdego dnia w Polsce z powodu nowotworów umiera ponad 300 osób, a zatem skoro oni już się aż tak zaangażowali, niech może się bardziej zdadzą na tego raka.
       No ale żeby nie kończyć w tak marnym nastroju, chciałbym zadać pytanie, które mnie jednak z każdą chwilą coraz bardziej gnębi: o co tu do ciężkiej cholery chodzi? Ja wiem, że pierwszą narzucającą się odpowiedzią jest popularne: jeśli nie wiadomo o co chodzi, to znaczy, że chodzi o pieniądze. Mnie to jednak nie zadowala. Ja nadal chcę wiedzieć, o co tu do ciężkiej cholery chodzi. I mam nadzieję, że przynajmniej któryś z Czytelników, zanim jutro znów wyjdę z psem z domu i znów zobaczę, jak Polskę praktycznie zwinięto, mi to zechce wytłumaczyć. A ja, póki co, będę się w dalszym ciągu zajmował czytaniem wierszyków.



piątek, 20 marca 2020

Czy Polska Policja jest przygotowana na ostateczne rozwiązanie?


      Kilka dni temu na oficjalnym profilu Polskiej Policji na Twitterze został opublikowany apel, który wielu zaskoczył, mnie jednak przede wszystkim wzruszył. Proszę rzucić okiem:   
      Z powodu pandemii COVID-19, która wywołała panikę, a na nas nałożyła wiele nowych zadań i czasami nieprzewidywalne zachowania wielu osób, oczekujących od nas i innych służb ciągłej pomocy, prosimy o zaprzestanie wszelkich działań przestępczych/haniebnych/niegodziwych do odwołania - przekazują funkcjonariusze Policji.
      Docenimy spodziewaną współpracę związaną z powstrzymaniem się od popełniania przestępstw i wykroczeń i już z góry dziękujemy za współpracę oraz zrozumienie. Powiadomimy oddzielnym komunikatem, kiedy będzie można wrócić do codziennej działalności przestępczej kontynuując dalej starą zagrywkę policjant-złodziej”.
      Czemu ów dziwny apel mnie wzruszył, wyjaśnić nie jestem w stanie, tak jak w ogóle trudno jest bardzo objaśniać wzruszenia, natomiast, owszem, mogę powiedzieć, dlaczego uważam go za ważny. Otóż on w sposób wręcz idealny – chyba po raz pierwszy aż tak obrazowo – pokazuje nasz świat, jako arenę walki dobra ze złem, w którym zło stoi na pozycji od początku przegranej, a to z tego prostego powodu, że musi przegrać, co w każdej chwili, a co dopiero w sytuacji choćby tak poważnego kryzysu, można potraktować z aż tak upokarzającym pobłażaniem.
       Ważniejszą rzeczą jest jednak to, że tym bardziej właśnie w obliczu tego rodzaju demonstracji, ja już się nie mogę nacieszyć perspektywą kiedy to cała ta banda ludzi złych i występnych doczeka momentu, gdy wspomniana Polska Policja, a więc tak zwani „good guys”, zechcą na nich zawiesić swoją uwagę. Nie wiem wprawdzie oczywiście, kogo przede wszystkim mieli na myśli nasi policjanci, gdy układali sobie w głowie ów apel, ale przeczucie mi mówi, że im mogło wcale najbardziej nie chodzić o tradycyjnych przestępców, ale o tych z nich, którzy uznali, że stan powszechnego lęku przed zarazą stanowi dla nich świetną okazję, by ów lęk wykorzystać i na nim zarobić, a przy okazji z niego sobie poszydzić. I tym sposobem, tym bardziej z Polską Policją trzymam tu sztamę.
        Nie wiem też z całą pewnością, czy to co uważam za fakt, rzeczywiście jest faktem, ale zakładam, że faktycznie panowały kiedyś takie zwyczaje, że kogoś, kto w sytuacji wojny, czy innego powszechnego zagrożenia, kiedy to w powszechnym zamieszaniu wymagało się od ludzi pewnej wrażliwości oraz solidarności, decydował się drugiego człowieka oszukać, lub okraść, automatycznie się rozstrzeliwało, wieszano, czy w jakikolwiek inny sposób eliminowało ze społeczeństwa. I ja dziś, kiedy to tak dzielnie wszyscy walczymy z tym cholernym koronawirusem, słyszę o tym, że gdzieś w Lublinie jacyś cwaniacy wyłudzają od ludzi starych, bezradnych, a często zwyczajnie naiwnych różnego rodzaju kosztowności, to jak najbardziej uważam, że każdy z owych cwaniaków powinien zostać za to co robi przykładnie powieszony na głównym placu w mieście.
          Myślę, że warto opowiedzieć, na czym polega ów szczególny manewr. Otóż ktoś, kogo jak się domyślam, Polska Policja jeszcze nie poznała, odwiedza wybrane osoby, przedstawia się jako przedstawiciel służb państwowych i zachęca je, by przekazały mu w zaklejonej kopercie ze starannie zapisanym swoim nazwiskiem i adresem wspomniane kosztowności, a on je przekaże do specjalnego laboratorium, w którym przy pomocy specjalnej aparatury oczyści się je z wirusa, a następnie odkażone już jak należy właścicielowi zwróci. Nie znam oczywiście danych dotyczących skuteczności tego przekrętu, podobnie też jak nie wiem, na ile skuteczne są wszystkie inne, stosowane przez wszelkiej maści podobnych oszustów, których jak słyszę, nazbierało się ostatnio wcale nie tak mało, ale sam ów pomysł ma w sobie tak wielkie pokłady pogardy do drugiego człowieka, wołające o natychmiastową Boską interwencję, że ja naprawdę gotów jestem apelować tu o rozwiązania wyjątkowe i ostateczne.
       A skoro już mówimy o pogardzie, to nie miałbym też nic przeciwko temu, by do tej grupy dokooptować poznańskiego sędziego Aleksandra Brzozowskiego, który właśnie umorzył sprawę i wypuścił na wolność jednego z nich, niejakiego Hossa, niesławnego pomysłodawcy i głównego organizatora procederu znanego popularnie pod nazwą „na wnuczka”. Bo, jeśli mam być szczery, to wcale nie mam pewności, czy ten rodzaj szyderstwa z prostego człowieka, jak też sama społeczna szkodliwość czynu, z jakimi mamy tu do czynienia, nie przerasta nawet zła, do jakiego dochodzi w tych dniach w Lublinie. A jeśli sędzia Brzozowski się pewnego dnia zdziwi, to będzie można mu przypomnieć, że Polska Policja odpowiednio wcześnie naprawdę bardzo grzecznie i uprzejmie prosiła go o zrozumienie.