poniedziałek, 15 września 2014

O tym jak pisarz Polkowski poszedł na wojnę z blogosferą

Doprawdy, te nasze ścieżki niekiedy plotą się tak, że nie dość, że nie potrafimy ich rozpoznać i nazwać, to nawet odpowiedzieć sobie na pozornie przecież bardzo proste pytanie, jak to się stało, że przyszło nam się na nich znaleźć. Spójrzmy choćby na to, co mnie się przytrafiło nie dalej jak wczoraj wieczorem. Oto, w sposób do dziś dla mnie całkowicie niezrozumiały, trafiłem na dwa teksty napisane przez osoby których ani istnienie, ani tym bardziej opinie, nie obchodzą mnie w najmniejszym stopniu, i tu nagle okazuje się, że z tego spotkania powstaje kolejna notka, a wraz z nią kolejny powód dla nas wszystkich, by się zastanowić nad miejscem, w którym nam dziś przyszło się znajdować.
Zanim jednak powiem, o kogo mi konkretnie chodzi i kto to tak skutecznie załatwił nam ów początek kolejnego tygodnia, proponuję rzucić okiem na fragmenty owych wypowiedzi. Naprawdę nie będzie tego wiele. Najpierw tekst numer jeden:
Wybory uzupełniające wygrywają jakieś Koc, Kloc i Pupa. Dla tych samych klocków, zdemoralizowanych do szpiku kości, nieuków z czerwoną metryką, uporczywie apelujących do najgorszych ludzkich instynktów, do podłości i ciemnoty – wojnę polsko-polską wywołują wszyscy inni, ale nie oni, nie ich plugawy język, nie ich mowa nienawiści, nie oszczerstwa i ohydne kłamstwa”.
„A to oznacza poza realizacją zadań, nadanie priorytetu rozliczeniu Kaczyńskiego i dobranie się do tyłka całej tej klice z Panem Bogiem na gębach własne świństwa przypisującej innym. Czas łagodnych rządów Tuska, tolerancji dla łajdactwa dotąd bezkarnie znieważającego Polskę, jej władze i większość nas, Polaków, którzy te władze wybrali - skończył się”.
„Zużyte twarze Kaczyńskiego i jego służby domowej oraz partyjnej, tego bezczelnego, epatującego chamstwem i głupotą aferalnego towarzystwa – prawem kaduka, czyli prawem spuścizny po komunie usadzonej w polskiej polityce od dwudziestu pięciu lat muszą wreszcie zniknąć… Czas by wizerunku Ojczyzny, polskiej polityki, nie szpeciły wstrętne, wrzaskliwe, niemoralne, bezczelne, wredne, zawistne i pazerne na pieniądze zużyte twarze z PiS”.
A teraz tekst numer dwa:
Każdego dnia ciąży mi żrący osad obłudy pierwszych lat wychodzenia z komunizmu. Truje mnie zarówno pokraczna spuścizna niedawnej przeszłości, jak i świadomość, że to mętne krętactwo trwa. Pierwszą miksturą alchemików III RP była obleśna czułość, z jaką liderzy strony solidarnościowej obłapiali owinięte w odległy cień Moskwy sflaczałe odwłoki zbankrutowanych władców PRL”.
Opozycyjni petenci składali namiętne hołdy wystraszonym arystokratom z WRON lub KC w podzięce za bezkrwawe podzielenie się władzą”.
Drugą precyzyjnie przeprowadzoną 25 lat temu operacją zatruwania Polski był szybki drenaż zasobów finansowych społeczeństwa, a po nim stopniowy proces kolonizacji gospodarczej, zsynchronizowany z programem niszczenia przemysłu. Żeby obie operacje przebiegły sprawnie, spod obfitującego w kanty okrągłego stołu warszawka wyciągnęła pożytecznych ludzi. Przekształceniem agentów Moskwy w mężów stanu opiekował się człowiek, który wcześniej przez pół wieku uczył się, jak na różne sposoby osiągać to, co dozwolone - Tadeusz Mazowiecki, który gdy został ostatnim premierem PRL, zapragnął być polskim Adenauerem i wykorzystać doświadczenia wychodzenia z klęski hitleryzmu. Diabeł aliancko-adenauerowskiego wzorca tkwił w szczegółach procesu, którym dyskretnie zastąpiono denazyfikację”.
Ja już naprawdę czuje się znużony nieustannym pokazywaniem, jak bardzo nasza dzisiejsza debata, po obu stronach politycznej sceny, sięgnęła wspólnego dna. Powoli zaczynam wątpić, czy stan intelektualnego, moralnego i zwyczajnie ludzkiego upadku, w jakim się znalazły nasze tak zwane elity, budzi troskę sięgającą choćby minimalnie poza ten blog i związane z nim środowisko. Coraz częściej zastanawiam się, czy to, co dla nas tutaj jest powodem do naprawdę szczerych zmartwień, dla większości uczestników tej debaty – a nie mam tu wcale na myśli ludzi, którzy w niej uczestniczą w przerwie między niedzielnymi zakupami w galeriach handlowych, a przeżywaniem kolejnego odcinka przygód Anny Marii Wesołowskiej – jest czymś zupełnie naturalnym, a co ważniejsze, pożądanym i dobrym.
Od paru już lat czytam teksty pisane przez najwybitniejsze umysły polskiej publicystyki, wysłuchuję opinii dostarczanych nam przez najważniejszych polskich polityków, oglądam wystąpienia największych autorytetów publicznej opinii w Polsce, a kiedy już zaczynam wątpić w to, że tak zwany mainstream będzie mi miał do przekazania coś naprawdę interesującego i inspirującego, sięgam do internetu, gdzie mam nadzieję, że trafię na coś świeżego, a tam okazuje się jest jeszcze gorzej. Więc wracam do mainstreamu, a tam… wypowiedzmy wreszcie to nazwisko Jan Polkowski – pisarz, poeta, no i od niedawna też publicysta tygodnika "W Sieci", i wiadomość autentycznie porażająca: to co dotychczas uznawaliśmy za manifestację obłąkania, jakie System na część z nas zesłał, by ułatwić sobie prowadzenie interesów, to żadne obłąkanie – to prawdziwy obraz naszej ludzkiej kondycji. My właśnie w tym stanie się dziś znajdujemy i nic nie wskazuje na to, by komukolwiek to przeszkadzało. A co do obłąkania, to wygląda na to, że jeśli ktoś tu jest obłąkany to na pewno nie oni. Na pewno nie ona.
No właśnie. Wciąż chyba nam brakuje tego drugiego nazwiska. Właśnie jednak sobie pomyślałem, że ono tu nie padnie. Nam niech wystarczy Polkowski. Natomiast, jeśli jemu będzie zależało, by się dowiedzieć, gdzie się czai autentyczna konkurencja, to niech już sobie sam poszpera w sieci. Może się przy okazji dowie czegoś o sobie. Jestem pewien, że sobie poradzi.

Zachęcam do odwiedzania księgarni pod adresem www.coryllus.pl. Tam wciąż – i już do wyczerpania nakładu – dwie książki Toyaha idą po 15 zł plus wysyłka, reszta zbliża się też do końca, tyle że o promocji na razie nikt nie myśli, no i już wkrótce będziemy mieli kolejny wybór felietonów, tym razem bardzo monotematyczny. Bardzo wszystkich prosze o wspieranie tego bloga. Bez tego, przyszłość wygląda gorzej jak marnie. Dziękuję.

niedziela, 14 września 2014

O fajkę i kubek gorącego rosołu dla pani sędzi

Na początek chciałbym opowiedzieć pewną historię:
Otóż, jak donoszą lokalne media, Sąd Okręgowy w Koszalinie utrzymał wyrok na dyrektora służby więziennej płk Krzysztofa Olkowicza, uznający go winnym przestępstwa. Cóż takiego nabroił ów Olkowicz? Otóż korzystając z drogi służbowej, zlecił wpłatę 40 zł grzywny za psychicznie chorego Arkadiusza K., który trafił do aresztu za kradzież wafelka wartości 99 groszy. Ów K. ukradł w sklepie wspomniany wafelek, został przez ochronę zatrzymany, skazany na grzywnę w wysokości 100 złotych z zamianą na pięć dni aresztu, grzywny nie zapłacił, no i poszedł siedzieć. Kiedy Olkowicz dowiedział się, co się stało, najpierw postanowił, że on za owego K. wpłaci 40 złotych, o przygotowanie powyższej kwoty poprosił swoją sekretarkę, a zastępcy szefa aresztu, w którym przebywał K., zlecił dokonanie przelewu.
I w tym momencie stało się tak, że podwładni Olkowicza zgłosili się do Ministerstwa Sprawiedliwości, informując ministra o podejrzeniu naruszenia przez dyrektora przepisu, który nie pozwala na uiszczanie grzywny za osobę, która uiszczającemu nie jest wystarczająco bliska.
Olkowicz stanął przed sądem, ten w dwóch instancjach wydał wyrok skazujący, a jego uzasadnienie przedstawiła sędzia Renata Rzepecka-Gawrysiak, wyjaśniając, że „to iż Arkadiuszowi K. nie można przypisać winy z uwagi na chorobę psychiczną nie oznacza, że kradzież nie miała miejsca”. Odnośnie Olkowicza natomiast, sędzia oświadczyła, że „zachowanie Olkowicza cechuje się społeczną szkodliwością i jest niedopuszczalne w przypadku osoby piastującej ważne stanowisko w systemie służby więziennej”.
Wyrok jest prawomocny.
A ja chciałbym zwrócić uwagę na sekwencję zdarzeń. Człowiek zwija ze sklepowej półki wafelek i zostaje zatrzymany; w wyniku standardowej procedury zostaje przewieziony do aresztu i wsadzony na pięć dni; kiedy wiadomość trafia do dyrektor służby, ten bierze osadzonego na rozmowę, stwierdza, że człowiek jest ewidentnie nienormalny, w odruchu serca i rozumu, wpłaca za niego 40 zł. i każe go wypuścić.
I w tym momencie do akcji wchodzą najpierw jego podwładni, którzy natychmiast na swojego szefa kablują do ministerstwa, po nich za dyrektora bierze się niezawisły sąd, a niezawisła sędzia wygłasza mowę, która dziś już w sposób ostateczny pieczętuje stan polskiego państwa:
To iż Arkadiuszowi K. nie można przypisać winy z uwagi na chorobę psychiczną nie oznacza, że kradzież nie miała miejsca”, natomiast „zachowanie Olkowicza cechuje się społeczną szkodliwością i jest niedopuszczalne”.
Niedawno, zwracając uwagę na rozpanoszony ostatnio wśród tak zwanych współczesnych artystów proceder wyciągania od państwa budżetów na działalność antypolską, antyreligijną i antycywilizacyjną, zapowiedziałem, że jeśli nowy rząd w pierwszej kolejności nie zrobi porządku z tą bandą szarlatanami, ja się z takiej polityki wypisuję. Dziś chciałbym do tej deklaracji dodać, że oni również już dziś mogą na mnie przestać liczyć, jeśli równocześnie nie zadbają o to, by sędziowie tacy, jak ta paniusia z Koszalina, wylądowali na ulicy z kubkiem gorącej zupy i wyżebranym papierosem.


Powyższy tekst ukazał się wcześniej w „Warszawskiej Gazecie”, a ja zapraszam wszystkich do księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie można kupować wszystkie moje książki. Proszę jednocześnie o wspieranie tego bloga. Bez tej pomocy, on nie mógłby istnieć. Dziękuję.

sobota, 13 września 2014

O blogowaniu zimnym, gorącym i letnim na poważnie

Tekst, który dziś postanowiłem zaprezentować chodził mi po głowie już od bardzo długiego czasu, jednak z powodów dwojakich zawsze jakoś z tego kalendarza wypadał. Co mam na myśli, mówiąc o „powodach dwojakich”? Otóż głównie chodzi o to, że ja nie znajdowałem w sobie chęci, by się tematem zajmować, bo zawsze przychodziło mi do głowy coś moim zdaniem ważniejszego i siłą rzeczy ciekawszego, a z drugiej strony, ile razy nadchodził ów dzień, kiedy ciekawych tematów nie było, albo może i były, tylko ja sam byłem w formie byle jakiej, zamiast rzucać się na tę nędzę, wolałem uczciwie przeczekać ten dzień, czy dwa i wyjść z czymś naprawdę dużym.
Tak się jednak ułożyło, że ledwo co wczoraj, zamieściłem na tym blogu tekst moim zdaniem zupełnie wyjątkowy pod każdym względem, ważny, ciekawy i głęboki, no i z jakiegoś powodu on nie wzbudził u czytelnika najmniejszego zainteresowania. A już z całą pewnością znacznie mniejsze, niż dwie poprzednie refleksje, owszem, płynące z samego serca, ale jednak nawet nie mające prawa konkurować z tym ostatnim. Zobaczyłem, jak myśl, z mojego punktu widzenia, wręcz rozstrzygająca, budzi wyłącznie wzruszenie ramion, a więc pomyślałem, że może na razie nie będę ryzykował i zajmę się tym czymś, co mnie gnębi od lat.
O co chodzi? Otóż kiedy sześć lat temu zakładałem tego bloga, przede wszystkim nie wiedziałem, że istnieje coś takiego jak możliwość banowania. Co ja mówię, banowania? Ja nawet nie wiedziałem, że prowadzenie bloga wiąże się z nieustannym owego bloga doglądaniem i udziałem w debatach na temat kolejnych notek. No ale po chwili zorientowałem się, o co chodzi i uznałem, że ja, w odróżnieniu od wielu innych blogerów, banować nie będę i stworzę tu wolne forum wolnych ludzi, działających w celu wolnej wymiany poglądów. Niestety, już bardzo szybko poznałem, czym jest tak zwany trolling i uznałem, że tu akurat trzeba się ograniczać. No i zacząłem banować.
Ale to nie wszystko. Obok tego trollingu, nie mogłem nie zauważyć, że tak naprawdę jestem jednym z naprawdę nielicznych blogerów, dla których owo blogowanie jest sprawą jak najbardziej poważną w tym sensie, że ono determinuje znaczną część mojego życia. Bardzo szybko zorientowałem się, że dla ogromnej większości owych blogerów czy ledwie (i chyba głównie) komentatorów, owa aktywność to wyłącznie zabawa prowadzona po to, by się oderwać w wolnej chwili od zajęć znacznie poważniejszych, albo – i to niestety znacznie częściej – jedyna okazja, by, jak to mówią, zaszaleć w towarzystwie – w dodatku towarzystwie całkowicie anonimowym, ową anonimowość w najwyższym stopniu też gwarantującym. W tej sytuacji, nie pozostało mi nic innego, jak albo dać sobie z tym całym projektem spokój, albo go kontynuować, tyle że bez pomocy osób, którzy są albo wynajęci, albo zwyczajnie samotni, odrzuceni i desperacko wyglądający towarzystwa. Wybrałem to drugie.
Dziś, jak to już wcześniej zaznaczyłem, mija już ponad sześć lat od czasu, gdy zacząłem pisać, z tego pisania, w ten czy inny sposób powstało pięć książek z szóstą już niemal na dniach, a problem mojej niechęci do użyczania tego miejsca, jako forum dyskusyjnego dla ludzi, których ani nie znam, ani nie lubię, ani nie mam ochoty znać i lubić, kipi i to kipi z intensywnością dotychczas chyba niespotykaną.
W czym rzecz? Otóż w pewnym momencie, kiedy ten blog zyskał pewną popularność i sympatię, pojawiła się grupa komentatorów, która czując silną potrzebę nie tyle wejścia w zaproponowaną dyskusję, co popisania się swoją elokwencją i inteligencją, albo pokłócenia się z autorem, albo przynajmniej owemu autorowi pokazania, gdzie jego miejsce, czy choćby wreszcie zwykłego zabicia czasu, uznała, że owe pragnienie jest niejako z automatu ich konstytucyjnie gwarantowanym prawem. Otóż ja, ze względu na sposób, w jaki od samego początku ów blog traktowałem, nie byłem w stanie tolerować tego rodzaju wybryków i ostatecznie owych intruzów stąd kolejno powyrzucałem.
Gdyby ktoś nie złapał, o co chodzi, powtórzę jeszcze raz, powoli. Ja prowadzę blog, który jest dla mnie nieomal całym życiem. Przez sześć lat od czasu, gdy on powstał, nie napisałem jednego tekstu, co do którego nie miałbym pewności, że to jest tekst, który powstał w samym środku serca, no i w tym momencie przychodzi grupa ludzi, którzy mnie informują, że ponieważ oni mają akurat wolną chwilę, to chcieli sobie pogadać, a swoją pogawędkę proponują zacząć od tego, że ja jestem idiotą. I wcale nie chodzi o to, że oni do mnie zwracają się per Krzysiu. To jest drobiazg. Chodzi o to, że oni z mojego punktu widzenia, są tysiące lat świetlnych za tym, o czym ja piszę, a im się wydaję, że oto przyszedł czas na to, by pogadać. Kiedy ja im mówię, że nie mam na to czasu i ochoty, oni czepiają się tego miejsca, jak pijany płotu, ja im raz jeszcze mówię, żeby przestali, oni nie ustępują, wtedy ja ich stąd wyrzucam… no i w tym momencie zaczyna się prawdziwa rzeź. Bo oto owi dyskutanci się obrażają na mnie za to, że ja nie chcę rozmawiać.
Ja zdaje sobie oczywiście sprawę z tego, że opis, który wyżej przedstawiłem jest mocno skrótowy, a więc siłą rzeczy niepełny. Jedna kwestia jednak musi pozostać nietknięta: ja prowadzę ten blog, pewna liczba osób przychodzi go czytać, a następnie na poruszane tematy dyskutować, ja z niektórymi z nich rozmawiać przyjemności nie mam… no i w tym momencie oni się na mnie obrażają, zarzucając mi nawyki totalitarne, zamordyzm i strach przed dyskusją. To ostatnie ciekawi mnie zresztą szczególnie, no bo załóżmy, że ja głoszę jakieś poglądy, one się komuś nie podobają, ten ktoś chce mi o tym powiedzieć, ja tego kogoś nie chcę słuchać i zaklejam mu usta cenzorska taśmą… przepraszam bardzo, ale w czym problem? Czy on poza mną nie widzi świata? Nie, to nie. Niech gada z kim innym. Ja bym tak robił. Przecież to jest takie proste!
Niestety, tu w Salonie24 doszło do sytuacji wręcz niepojętej. Cała grupa komentatorów, z którymi ja nie miałem życzenia utrzymywać kontaktów, dostała na mnie takiej cholery, że oni nie są w stanie spędzić dnia, by gdzieś się na mnie nie poskarżyć. Mało tego! Oni utworzyli klub, gdzie jeśli jeden z nich odczuje potrzebę się do mnie zwrócić z pretensjami, cała reszta w jednej chwili przybiega, by go wesprzeć i mu opowiedzieć, jaka to ze mnie swołocz. To jest kilka osób, często takich, które kiedyś sobie bardzo moje towarzystwo ceniły, ale w momencie, gdy ja ich z tego miejsca wyprosiłem, ogarnął ich taki do mnie żal, że oni wszyscy na zmianę piszą teksty o tym, jaki to ze mnie głupek, następnie pod tymi tekstami dyskutują jak opętani na temat poziomu owej mojej głupkowatości i tylko od czasu do czasu któryś z nich przyzna, że tak naprawdę chodzi o to, że ja ich kiedyś zbanowałem. I powiem szczerze, że ja tego nie rozumiem.
Jak mówię, ja tu piszę już od ponad sześciu lat i tak naprawdę znam wyłącznie tych blogerów, którzy mnie w którymś momencie tej historii zaszczycili swoją obecnością na moim blogu. Ja wiem, że to może być czymś bardzo nieładnym, ale ponieważ ja autentycznie od wielu lat nie czytam książek, od paru lat nie czytam gazet, a nawet ostatnio nie chce mi się nawet czytać maili, to i trudno wymagać, bym czytał jakieś nieznane mi, w dodatku, napisane byle jak blogi. Jednak jest jak jest i ja tu się naprawdę ograniczam w stopniu wyjątkowym. I oto, przychodzą do mnie jacyś dziwni ludzie, chcą ze mną rozmawiać, a jeśli ja owej rozmowy odmawiam, to się na mnie obrażają i uruchamiają nagonkę, jakiej świat nie widział.
Czemu ja nie chcę z nimi rozmawiać? Otóż to akurat jest kwestia bardzo prosta. Tu są dwie – i tylko dwie – odpowiedzi. Pierwszy powód jest taki, że ja ich nie lubię i kropka. Tyle. Nic więcej. Kogoś nie lubimy, a więc jeśli nie chcemy z nim gadać, nie gadamy. Drugi jest już bardziej skomplikowany i wymaga dłuższej prezentacji. Otóż ja, przez to, że ten swój blog traktuję szalenie poważnie, bardzo bym nie chciał, żeby on się znalazł w miejscu takim, na jaki ostatnio przyszło mi trafić, o ironio przy okazji obserwowania jak to się gnoi mnie, moją rodzinę i moje zycie. W czym rzecz? Zaglądam tam i widzę następującą wymianę (cytuję z pamięci, a więc z pewnością bardzo niedokładnie):

- Bingo
- Co bingo?
- Nic. Jest pięknie.
- A u mnie leje.
- Co za idiota!
- On zawsze był idiotą.
- Tak jak ten jego kumpel.
- Bingo.
- To ty?
- Ja.
- Dobrze że nie pisarz.
- To nieudacznik.
- Tak jak ten drugi.
- Bingo.
- Ja pasuję
- To tylko zabawa.
- Kto się bawi, ten się bawi.
- Ba.
- Ba ba.
- Czyli baba?
- Baba-żebrak


Przepraszam bardzo, ale dlaczego ja mam w to wchodzić? Czemu ja mam brać w tym udział? Dlaczego ja mam nagle uznać, że oni mieli rację; że to wszystko od samego początku był faktycznie tylko żart; że to jest tylko Internet? No i wreszcie, dlaczego ja nie mogę sobie wybierać znajomych. Ja wiem, że przy siedmioletnich rządach Platformy Obywatelskiej możliwości manewru mamy coraz mniejsze, no ale to wciąż chyba jeszcze nie zostało nam zabrane. Czy może się mylę?

Jak zawsze, zapraszam wszystkich do księgarni pod adresem www.coryllus.pl i zachęcam do kupowania naszych książek. Na tej pustyni, jaka wokół, to już naprawdę jedno z ostatnich zielonych miejsc. A jaka woda! Jednocześnie, również jak zawsze, prosze o wspieranie tego bloga pod podanym onbok numerem konta. To jest właśnie to życie. Dziękuję.


piątek, 12 września 2014

I jeszcze raz o tym, który nam nie daruje chwili nieuwagi

Kwestia owego dziwacznego projektu, znanego pod nazwą Ice Bucket Challenge wyprzedziła mnie zanim udało mi się zebrać myśli, wymyślić jakąś w miarę sensowną metodę odniesienia się do tego zjawiska, no i napisać na ten temat notkę. I powiem szczerze, że mnie to nie dziwi. Rzecz bowiem w tym, że projektów tego typu, a więc akcji, których pomysł pojawia się w przestrzeni publicznej z dnia na dzień, następnie wieść o nich opanowuje Internet w postępie geometrycznym, by wreszcie okazywało się, że jest to coś, w co zaangażowany jest i były prezydent Bush, i piosenkarz Justin Bieber i nasza tenisistka Agnieszka Radwańska i wszyscy sobie albo zakładają coś na głowy, albo na rękę, albo przyczepiają do klapy marynarki, albo wygłaszają na youtubie jakieś bezsensowne zdanie, czy wreszcie – tak jak tu – leją sobie lodowatą wodę na łeb, a na samym końcu pojawia się oczywiście Jerzy Owsiak z wozem strażackim na jakimś stadionie i pokazuje, jak to dopiero on potrafi z niczego zrobić prawdziwy event… a więc tego typu akcji jest zatrzęsienie, pojawiają się one z zadziwiającą regularnością, a na końcu i tak wszyscy wiemy, że za tym wszystkim stoi jakiś ciężki budżet, do którego dopuszczonych jest parę osób o już kompletnie nikomu nieznanych nazwiskach.
I powiem szczerze, że mnie ta sytuacja ani nie bawi, ani nawet nie fascynuje, jako przejaw zła w wersji turbo, ale zwyczajnie przeraża. Bo ja na przykład nie wiem, czy już jutro ktoś wpadnie na pomysł, by nas wszystkich zaangażować w projekt, który skończy się jakąś bardzo spektakularną katastrofą, i który to projekt, przez to, że w nim udział wezmą i prezydenci i wielcy artyści i znakomici piosenkarze i wybitni sportowcy, a może i najwybitniejsze moralne autorytety z papieżem Franciszkiem na czele, odniesie taki sukces, że on nas wszystkich bez reszty pogrąży. I ja tu oczywiście mógłbym teraz zacząć wymyślać jakieś, dziś dla na robiące wrażenie absurdalnych, przykłady, ale myślę, że przede wszystkim nasza wyobraźnia wciąż mocno zostaje w tyle za rzeczywistością, a poza tym każdy ma swoją, więc niech się bawi. Wylewanie sobie na łeb lodowatej wody już mieliśmy.
A zatem, jak mówię – wciąż tak naprawdę (wiem! wiem!) nie potrafiąc na dobre zacząć tego tekstu – to że rozwój projektu pod tytułem „Ice Bucket Challenge” mnie wyprzedził, mnie nie zdziwiło. Tu tak naprawdę ani nie ma czego komentować, ani nawet jeśli komentować nam przyjdzie ochota, nie bardzo wiadomo, jak to robić, by nie popaść w kiepski trywializm. No ale pewne rozwiązanie, i to rozwiązanie wybitnie interesujące, podpowiedziało nam jednak samo życie. Otóż jak się dowiadujemy, główny pomysłodawca tego projektu, polegającego na tym, że z dnia na dzień, cały świat uzna za niemal sens życia i działania wylewanie sobie na głowę kubła z lodowatą wodą – nie żeby zebrać jakieś pieniądze, nie żeby komuś pomóc, nie w końcu, żeby z tego został jakiś pojedynczy ślad, który sprawi, że gdzieś na ułamek chwili zamiast zła pojawi się dobro, ale dla zwykłego poczucia bycia jednym z gangu – popełnił samobójstwo.
Samobójstwo, jak wiemy, to rzecz ludzka. Nie on pierwszy i nie ostatni, natomiast z tego co czytam wynika, że rodzina, znajomi i przyjaciele owego Coreya Griffina, 27-latka, który jako pierwszy wpadł na pomysł, by dla ratowania zdrowia swojego chorego na stwardnienie rozsiane kumpla, wyjść z tą akcją z wiadrem, są wszyscy w głębokim szoku, bo on przede wszystkim jeszcze na chwilę przed śmiercią był w fantastycznym nastroju, bardzo dobrze mu się powodziło, wszyscy go kochali i on wszystkich kochał, i to że on nagle postanowił się przenieść do Krainy Grzybów, to dla wszystkich wielki szok i jeszcze większa tajemnica.
Ja natomiast, powiem zupełnie uczciwie, nie bardzo się temu co się stało dziwię. Wcześniej wprawdzie o istnieniu tego Griffina nawet nie słyszałem, natomiast, owszem, ów dziwny projekt i jego niezwykła kariera nie umknęły mojej uwadze, podobnie zresztą, jak gdzieś w Sieci znaleziona informacja, że rytuał polegający na wylewaniu sobie na łeb lodowatej wody, to pomysł o rodowodzie ściśle satanistycznym. A ja, jako człowiek, w którego opinii filmy takie jak „Egzorcysta”, czy „Omen”, to dzieła prawdziwie wybitne w swojej prawdziwości, wiem, jak to dziwnie się potrafią plątać ludzkie ścieżki.
Szkoda tylko, myślę sobie, że tam też musiała się zabłąkać nasza Agnieszka Radwańska, dziewczyna, którą wszyscy tak bardzo kochamy. Może ją jednak Nasz Pan nie pozwoli skrzywdzić. Przecież On może wszystko.

Zapraszam wszystkich do księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie już niedługo będzie do nabycia moja książka o Tymktórynie przepuszczażadnejokazji, a gdzie na razie można sobie poużywać na naprawdę różnych częstotliwościach. Jednocześnie bardzo, bardzo, bardzo prosze wszystkich o jeszcze chwilę wysiłku i wsparcie tego bloga pod podanym obok numerem konta. To naprawdę jeszcze tylko chwila, ale chwila kluczowa. Dziękuję.

czwartek, 11 września 2014

Czy Serena Williams to też android?

Gdy zakończył się finał turnieju kobiet US Open, a Serena Williams widząc, jak rozgromiła Karolinę Woźniacką, wpadła w histerię, której można by się było spodziewać raczej po jakiejś debiutantce, która wbrew wszelkim przewidywaniom, wygrała swój pierwszy wielki turniej, a nie po tenisistce numer 1 na świecie, już po chwili kort zamienił się w trybunę honorową, na której pojawili się organizatorzy turnieju, zaproszeni przez nich wybitni goście, oraz główny sponsor, który wręczył Williams najpierw czek na trzy miliony dolarów za zwycięstwo, a do tego jeszcze jeden na milion z racji jakiejś premii.
Odebrała Serena Williams te pieniądze, a ja na nią spojrzałem raz jeszcze, jak ona strasznie się cieszy, obejrzałem ją sobie od stóp do głowy i pomyślałem, że odeszliśmy naprawdę bardzo daleko od owych tak bardzo starych już zwyczajów, kiedy to nawet w sporcie jak najbardziej zawodowym i podporządkowanym najbardziej wyszukanym interesom, pewne granice były jednak uznawane. Ale nie tylko to. Popatrzyłem na nią, przypomniałem sobie kilka najbardziej spektakularnych momentów meczu, w którym biedna Woźniacki równie dobrze mogła tylko stać i się ślicznie uśmiechać, i nagle zrozumiałem, że tu nie ma miejsca na choćby cień zdziwień. No bo jeśli uwzględnimy te kolejne cztery miliony dolarów, które Williams właśnie otrzymała i je dodamy je do tych wcześniej przez nią zarobionych 50 milionów, musimy zrozumieć, że nie ma takiego sposobu, by ktoś się nagle zjawił i powiedział, że on bardzo przeprasza, ale to wszystko to była tylko taka prowokacja i żart, i od dziś kobiety już wyłącznie będą walczyć z kobietami, a mężczyźni z mężczyznami.
Ja nagle sobie uświadomiłem, że nie ma takiej możliwości, by nagle doszło do jakiejkolwiek dyskusji na temat tego, że Serena Williams, przy stanie, w jakim od niemal początków swojej kariery sportowej się znajduje, jest tak naprawdę tenisistką przeciętną, tak jakby przeciętnym tenisistą byłby, powiedzmy drugi w tym roku zwycięzca nowojorskiego turnieju, Cilic, gdyby on z jakiś powodów walczył wyłącznie z kobietami i, owszem, najczęściej wygrywał, ale od czasu do czasu dostawał też od nich łupnia. Bo nie oszukujmy się: Serena Williams to jest ktoś, kto przy swoich warunkach fizycznych i sile, którą prezentuje, przy tych blisko 200 kilometrowych serwisach, powinna wszystkie te swoje koleżanki regularnie lać do zera. Tymczasem ona, wyglądając jak wygląda, owszem, wygrywa z Karoliną Woźniacki, która też wygląda jak wygląda, tyle że w odróżnieniu od Williams jest bardzo dobrą tenisistką, jednak przy tym oddaje Polce aż sześć gemów, a mimo to cieszy się jak dziecko z tego sukcesu, a świat nawet nie piśnie ze wstydu.
No trudno. Jest jak jest i widocznie tak ma być. Jednak mnie dziś nie tyle chodzi o to, by się znęcać nad Sereną Williams, ale zastanowić właśnie nad owym brakiem choćby najcichszego piśnięcia. Ja naprawdę dość uważnie wsłuchiwałem się w ton komentarzy podczas i już po tym pojedynku, zarówno w wykonaniu polskich sprawozdawców, sprawozdawców brytyjskich, ale też Wilandera z Schett i nie mogłem nie zauważyć, jak oni wszyscy walczyli sami ze sobą, by nie powiedzieć w pewnym momencie słowa za dużo, by nie zwrócić uwagi na to, że to co widzimy to jakaś ponura komedia i jeśli to ma dalej tak trwać, tak naprawdę wyłącznie ze względu na jednego zawodnika, to ten sport to nie jest sport, ale jakaś ciężka kpina. Proszę zwrócić uwagę, jak dziś komentowany jest każdy niemal sport, gdy chodzi o ewentualny doping, czy w ogóle jakieś przewały na poziomie nielegalnego wspomagania. Wszyscy są podejrzani: kolarze, sprinterzy, ciężarowcy, nawet biedna Justyna Kowalczyk. Ktoś z nich pobiegnie, wyskoczy, coś podniesie, od razu wszyscy komentatorzy kręcą nosem, ze trzeba by było ich sprawdzić, czy przypadkiem coś się tam złego nie dzieje. Tymczasem my od kilku już lat musimy oglądać tego androida, każdy z nas widzi to, czego nie widzieć się nie da, i nikt nawet nie westchnie ze zdziwienia.
To co mnie uderzyło w komentarzach odnośnie gry Sereny Williams, to to, że żaden z nich choćby półgębkiem nie wspomniał o tym, że Williams jest wybitną tenisistką, ale wyłącznie się łapał za głowę ze zdziwienia, jak to jest, że ona znów zrobiła coś, czego żadna tenisistka na jej miejscu by nie zrobiła. Tam nie było słychać śladu zachwytu nad jej tenisowymi umiejętnościami, sprytem, czy inteligencją, ale wyłącznie nad tą niezwykłą siłą. I ani słowa o tym, że tak się nie da.
Czemu? Otóż ja wiem świetnie, czemu. Niechby tylko którykolwiek z nich spróbował zasugerować, że tenisistka, która wygląda jak wielki czarny smok, albo – może bardziej adekwatnie – jak czterech Schwarzeneggerów, i która uderza piłkę z siłą tak potężną, że wielu mężczyzn nie byłoby w stanie z nią konkurować, nie powinna być dopuszczona do gry z normalnymi kobietami. Niechby tylko któryś z nich choćby się na ten temat zająknął, do dziś byśmy słyszeli hałas, z jakim on by wylatywał z tej telewizji. To już nawet przed laty można było przynajmniej mówić o Navratilovej, że to jest kobieta w sensie wyłącznie umownym. Dziś na kort wychodzi Williams, a wszyscy tylko zasłaniają głowy, jakby ona miała zaraz rzucać granatami i czekają aż ona sobie wreszcie pójdzie. Raz na zawsze.
Pamiętam, niedawno, podczas turnieju w Wimbledonie, media sportowe obiegła na krótko wiadomość, że Serena Williams musiała przerwać spotkanie, bo nagle zaczęła się zachowywać, jakby była pijana. Takie zresztą były tytuły doniesień: „Serena pijana?” Poszło o to, że ona nie umiała utrzymać w ręku piłki, bo ta jej wciąż wypadała, a kiedy wreszcie udawało się jej w nią trafić, to zamiast lecieć za siatkę, spadała jej niemal pod nogi. No i w związku z tym owo podejrzenie, że ona wypiła za dużo. Oczywiście dla każdego, kto oglądał ten film, a choć raz widział człowieka pijanego, było jasne, że ona pijana w żaden sposób nie jest, ale za to jest ciężko chora, a z tej choroby wręcz półprzytomna. A ja jestem ciekaw, co ją tak załatwiło? No ale tego to już się z pewnością nigdy nie dowiemy. To już prędzej, kiedy ona wykona kolejne podanie o prędkości 250 km/godz i dostanie szału z radości, któryś z tych komentatorów nie wytrzyma i powie, że to się już powoli robi nieprzyzwoite, niż zada normalne przecież pytanie, jak to możliwe, że ona przy tej pozycji, przy tych pieniądzach i tej sławie, nie może sobie pozwolić na lekarza, który będzie miał na nią odpowiednie oko. No, może dopiero, gdy ją spotka los Michaela Jacksona. Może wtedy.



Skończyłem składać kolejny zbiór felietonów – tym razem poważny tak, że przy nich książka o liściu to wesoły kabaret – poprzedni tekst też był raczej ponury, niż do śmiechu, powyższy jest mimo wszystko dość lekki (w końcu to tylko pop). No ale myślę, że chwila oddechu nigdy nie zaszkodzi. Jak zwykle zapraszam do księgarni pod adresem www.coryllus.pl i do zamawiania książki o angielskim listonoszu. Zaczął się rok szkolny, nasze dzieci poszły do szkoły, a po co mają dostawać z angielskiego pały? No po co?

wtorek, 9 września 2014

Język jako podstawowa broń Imperium

Przyznać muszę, że nie mam pojęcia, jak to się stało, że wcześniej nie przyszło mi to do głowy, no ale ostatecznie przyszło i szczerze chciałbym teraz wiedzieć, czy owa refleksja jest choć odrobinę oryginalna. No ale, żeby się tego dowiedzieć, nie pozostaje mi nic innego, jak się nią tu podzielić i poczekać aż ktoś coś powie.
Otóż przy okazji turnieju US Open, oglądałem sobie ostatnio Eurosport, w tym ich flagowy program „Game, Set, Mats”, w którym od lat na tematy tenisowe rozmawiają czołowy kiedyś tenisista ze Szwecji Mats Wilander z również dość kiedyś popularną austriacką tenisistką Barbarą Schett, i nagle uświadomiłem sobie, że oni, mimo że nie dość, że ani dla niej ani dla niego język angielski nie jest językiem ojczystym, to w dodatku jeszcze zarówno on jak i ona mówią z dość mocnym akcentem, obaj rozmawiają wyłącznie po angielsku. Mało tego. Otóż mimo to, że zdecydowana większość aktywnych dziś tenisistów to ani Brytyjczycy, ani Amerykanie, ani Australijczycy, wszyscy oni, gdziekolwiek się pojawią i ktoś ich poprosi, by zechcieli coś powiedzieć, używają wyłącznie języka angielskiego… no dobra, powiedzmy, że Francuzi bardzo mocno walczą o to, by tam występowanie języka angielskiego ograniczyć do minimum, jednak faktem jest, że owe próby budzą raczej życzliwe zainteresowanie, jako jedynie demonstracja typowych francuskich kompleksów, a nie coś, co należałoby traktować serio. Faktem jest, że poza językiem angielskim, tam żadnego innego nie ma. Nawet ten biedny Nadal ze swoim kumplem Ferrerem muszą się męczyć i gadać po angielsku. Tak dziś wygląda ów świat: spotykają się ze sobą Serbowie, Chorwaci, Włosi, Hiszpanie, Niemcy, Polacy, Rosjanie, Argentyńczycy, Szwajcarzy, Czesi, Białorusini, Chińczycy, Japończycy, Duńczycy, Grecy, Francuzi i tylko ci Francuzi niekiedy zaciskają zęby i każą wołać tłumacza – reszta gada po angielsku i kropka.
Ktoś powie, że to dobrze, że tak właśnie ma być. Dzisiejszy świat doszedł do punktu, gdzie jeśli ludzie mają się porozumiewać, a porozumiewać się muszą coraz częściej i gęściej, trzeba się zdecydować na jeden język, który wszyscy wspólnie uznamy za wspólny, no i padło na angielski. Mogło paść na niemiecki, francuski, hiszpański, czy na przykład polski, ale akurat trafiło na angielski. Dlaczego? Tego nie wiemy. Może dlatego, że każdy z nas zna Beatlesów i Elvisa, a filmy amerykańskie wszyscy oglądamy chętniej, niż włoskie, szwedzkie, francuskie, czy holenderskie, więc to język angielski stał się językiem popu, a pop, jak wiemy, rządzi. No ale to i tak nie ma znaczenia, bo mnie nie interesuje zastanawianie się, dlaczego jest, jak jest, ale zaledwie opisanie faktu. A fakt jest taki, że językiem uniwersalnym jest właśnie język angielski.
Oglądałem więc kolejne transmisje, słuchałem Wilandera, jak z tym swoim zabawnym akcentem rozmawia z jeszcze zabawniejszą pod tym względem Schett, słuchałem rozmowy z kolejnymi tenisistami, z których tak naprawdę jedynie Szarapowa mówiła, jakby urodziła się i wychowała w Stanach, i nagle zacząłem się zastanawiać, jak na to wszystko patrzą Amerykanie, czy szczególnie może Brytujczycy. Co oni sobie myślą, kiedy słyszą ten swój język na okrągło z każdej strony i to używany przez ludzi, którzy często ledwo co się potrafią nim posługiwać, no ale się posługują. Bo muszą. Bo inaczej nikt z nimi nie będzie chciał rozmawiać.
Wyobraźmy sobie proszę, jak by to było, gdyby nagle to nasz, polski język stał się owym językiem uznanym za wspólny i dziś, w dniach, w których odbywa się ten nowojorski turniej, ów Wilander z Schett i Szarapowa z Nadalem i Djokowic z Federerem, no i oczywiście Williams z Murrayem, wszyscy gadaliby, lub usiłowaliby gadać po polsku. Ja oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że wielu z nas w tym momencie się uśmiechnie z przekąsem, a może nawet roześmieje z powodu dobrego żartu, ale mi tym razem ani w głowie żartować, bo ja w najmniejszym stopniu nie planuję teoretyzować, dlaczego w świecie popu króluje język angielski, a nie polski, czy francuski, ale zastanawiam się, jakie to by miało znaczenie dla na Polaków, gdyby oni wszyscy z mniej lub bardziej zabawnym akcentem starali się mówić po polsku, i gdyby ta sytuacja była dla wszystkich tak samo naturalna, jak dziś dla wszystkich naturalnym jest słuchanie tego angielskiego.
Próbuję sobie wyobrazić tę sytuację i myślę, że jednego możemy być pewni: my byśmy nawet o tym, jak to jest z tą naszą mową tak śmiesznie podawaną przez tych tenisistów nie myśleli. Ale przecież nie tylko tenisistów. My byśmy z tym samym spokojem słuchali, jak na różnego rodzaju muzycznych konkursach, wszelkiego rodzaju festiwalach piosenki, piosenkarze z całego świata, z tym swoim mniej lub bardziej ciężkim akcentami śpiewają po polsku, i ani by nas to nie ruszało, ani nie śmieszyło, ani nawet za bardzo nie interesowało. Oni śpiewają po polsku, bo jak mają śpiewać, jeśli liczą na sukces. Po angielsku? Nie żartujmy.
Do czego zmierzam? Otóż ja tak naprawdę chciałbym już tylko bardzo wiedzieć, jak owa sytuacja, w której język angielski jest językiem światowym, wpływa na moralną kondycję takich Anglików? W jaki sposób owa świadomość, którą Anglicy mają wręcz od urodzenia, że jeśli ktokolwiek chce, nawet niekoniecznie odnieść sukces, ale w ogóle móc się liczyć, czy to w sporcie, czy w piosence, czy w polityce, czy w nauce – musi przynajmniej spróbować nauczyć się ich języka, a jeśli mu się nie uda, to musi jakoś próbować się nim posługiwać, a jeśli wciąż pozostaje niezrozumiały, to niech nie zawraca głowy. Oto angielska świadomość, towarzysząca niemal każdemu z nich od urodzenia do śmierci –jeśli ktoś nie chce, albo nie potrafi, to niech nie zawraca głowy. Więc ja naprawdę bardzo chcę wiedzieć, jak rozwinięci oni by byli, jak pewni siebie i jak po prostu silni, gdyby nie ta świadomość, że jeśli komuś nie pasuje, niech nie zawraca głowy.
Ktoś mi powie, że to działa w obie strony i że tak samo, jak język wpłynął na ową pozycję, tak samo mogło się zdarzyć, że oni najpierw musieli się zasłużyć na różnych innych poziomach, by wreszcie uzyskać ów szacunek, gdy idzie o język. I pewnie tak było. Pewnie to wszystko faktycznie krążyło różnymi torami, ja jednak podejrzewam, że oni musieli od samego początku wiedzieć, że jeśli zaniedbają kwestie języka, to zwycięstwo nie będzie pełne. No a dziś, jak wszystko wskazuje, jest.
I wcale jego największym ostatnio przejawem nie jest to, że to David Cameron załatwił komuś tak byle jakiemu, jak Donald Tusk stanowisko Króla Europy. Co ja mówię – Cameron? Nawet nie to, że Kate jest znów w ciąży i rzyga, a od wczoraj o tym fakcie informują wszystkie światowe agencje.

Wszystkich zainteresowanych zapraszam do księgarni Gabriela Maciejewskiego pod adresem www.coryllus.pl, gdzie można kupić wszystkie nasze książki, z których zaledwie jedna jest częściowo napisana w języku angielskim, no ale to tylko po to, byśmy sobie jakoś radzili, gdy już zostaniemy wybitnymi tenisistami. Jednocześnie bardzo wszystkich proszę o wspieranie tego bloga pod numerem konta umieszczonym tuż obok. Dziękuję.

poniedziałek, 8 września 2014

Cała Polska czyta Neues Deutschland

Poniższy tekst napisany został w miniony wtorek dla Piotra Bachurskiego i jego „Warszawskiej Gazety”, a więc stanowi coś, co można dziś już nazwać „musztardą po obiedzie”. Zwłaszcza gdy i tu na tym blogu sprawa europejskiej prezydentury Donalda Tuska została już dogłębnie omówiona. No ale zgodnie ze zwyczajem, ale też może dla nabrania oddechu przed kolejnymi sprawami, zapraszam.


Pierwszą reakcją mediów na zrobienie Donalda Tuska Przewodniczącym Rady Europejskiej, była bezczelna, nawet jak na nich, manipulacja nazwą owego stanowiska. Angielskie słowo „president”, w tym bowiem wypadku, musi oznaczać „przewodniczącego” i naprawdę nie ma tu najmniejszego powodu, by aż tak to podkolorowywać… poza jednym, a mianowicie potrzebą dowartościowania Donalda Tuska.
Jednak dla reżimowych propagandzistów, nawet określenie Prezydent Rady Europejskiej okazało się nie dość przekonujące, a więc w efekcie otrzymaliśmy krótkie i jak najbardziej jednoznaczne, „Prezydent Europy”. I to jest już coś. Bo oto mamy prezydentów Czech, Francji, Litwy, Gruzji, Niemiec, Polski, a nawet Rosji i każdy z nas wie, że to są zaszczyty nie byle jakie. Tymczasem się okazuje, że maleńki Sopot spłodził polityka, przy którym oni wszyscy zwyczajnie bledną, a mianowicie Prezydenta Europy.
Pompowanie Donalda Tuska odbywa się na wszelkich poziomach, takich jak choćby odśpiewanie przez ściągniętą do telewizji publiczność „Sto lat”, wypowiedź Kasi Tusk, że jej tato został właśnie „królem Europy”, czy występ dla „Gazety Wyborczej” jakiegoś angielskiego lektora, który nie mógł się nadziwić, jak Donald Tusk podczas pierwszej „prezydenckiej” konferencji prasowej, „całkowicie spontanicznie” wymyślił fantastyczny żart „polish my Polish”.
A ja przyznaję, że choć każdy z tych wybryków robi na mnie wrażenie, to ja mam innego faworyta, mianowicie opublikowany przez „Wyborczą” reportaż z Sopotu w pierwszym dniu po tym, jak jego mieszkańcy dowiedzieli się, jakie szczęście ich spotkało. Tekst ów zaczyna się tak:
Dzień po ogłoszeniu decyzji o objęciu przez Donalda Tuska funkcji przewodniczącego Rady Europejskiej życie w kurorcie toczy się normalnie - ludzie spacerują z psami, jeżdżą na rowerach, robią zakupy w sklepach. Pod domem premiera przy ul. Władysława Syrokomli też niewiele się zmieniło. Gdyby nie obecność dwóch czarnych limuzyn "borowików" i kilku paparazzich na chodniku, nikt by nie pomyślał, że w skromnym wielorodzinnym budynku mieszka premier Polski, a od wczoraj – prezydent Europy”.
To jest początek. A dalej? Przepraszam bardzo, ale dalej jest już tak, że przy tym wspomniane „Sto lat” wygląda na ponurą antytuskową agresję. Nie mam ochoty cytować tego, jak za owym „cudem” świadczą sąsiadki nowego prezydenta, „pani Małgorzata”, „pani Krystyna”, „student Michał”, czy „Maciek, sprzedawca ze sklepu Delikates 5 Społem”. Największe bowiem wrażenie robi to, co jest obok. Oto krótki przegląd tego, co oni potrafią:
Jakim człowiekiem jest na co dzień Donald Tusk?
Ryneczek, na który przychodzi Małgorzata Tusk, jest w niedzielę zamknięty, ale zaglądamy do pobliskiego sklepu spożywczego przy ul. Władysława Łokietka, gdzie Tuskowie często robią zakupy”.
Idziemy kilka kroków dalej i spotykamy panią Małgorzatę, która wyszła na spacer z psem”.
W delikatesach Społem wszyscy sprzedawcy bardzo dobrze znają premiera i jego rodzinę”.
Tak, tak! Nie ma żartów. Oni faktycznie są zdecydowani walczyć aż zdechną. No i ich kłopot. My się nad nimi użalać nie musimy.

Jeśli ktoś z nas ma ochotę kupić sobie coś naprawdę dobrego do czytania, a nie umie się zdecydować, zapraszam do księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie są do nabycia książki moje i Gabriela Maciejewskiego. I nie tylko.