wtorek, 15 kwietnia 2014

Dlaczego nasi chcą odebrać Poczcie Polskiej trąbkę?

Moje doświadczenia osobiste, jeśli idzie o takie firmy, jak Poczta Polska, Zakład Ubezpieczeń Społecznych, Urząd Skarbowy, czy Polskie Górnictwo Naftowe i Gazownictwo, o czym miałem już okazję tu pisać, są wyłącznie dobre. Dobre również były moje relacje z Telekomunikacją Polską, zanim stała się ona Telekomunikacja Francuską, oraz z firmą, której nazwy dziś już nie pamiętam, a która sprzedawała mi prąd, zanim do Polski zawitał kapitalizm i nagle okazało się, że dostarczycielem energii elektrycznej są już nie Polacy, ale jacyś Szwedzi. I nie zmieniło sytuacji ani o jotę to, że w pewnym momencie zamiast Szwedów wrócili Polacy, tyle że już tak bardzo europejscy, że właściwie równie dobrze oni wszyscy mogą zostać z dnia na dzień zamienieni na Niemców z RWE, a my się i tak nawet nie zorientujemy. No i skoro doszliśmy już aż tu, to powiem uczciwie, że jeśli po przeczytaniu tych słów został jeszcze ktoś, kto nie złapał się z przerażenia za głowę, to chciałbym go zapewnić, że kiedy taki ZUS, czy Urząd Skarbowy zostaną najpierw wystawione na sprzedaż, a następnie kupione przez prywatnego właściciela o nazwie, dajmy na to, Polska Grupa Powszechnej Kontroli Finansowej, by już chwilę później trafić w ręce jakichś Rosjan czy Norwegów, i to oni będą dbali o nasze emerytury i podatki, i liczyć na to, że ten ktoś zrozumie, o co mi chodzi.
Zresztą nie trzeba się uciekać do sytuacji aż tak absurdalnych. Wystarczy bowiem, że już wkrótce nie będzie Poczty Polskiej z tą jej złotą trąbką, bo całością naszych spraw związanych z usługami pocztowymi zajmie się coś, co nosi nazwę Polskiej Grupy Pocztowej i od pewnego czasu prowadzi bardzo aktywną działalność na rzecz wprowadzenia tu tak zwanej „konkurencji”.
Oto w poprzednim tygodniku „W Sieci”, nie tym gdzie red. Górny odnajduje Świętego Grala, ale w tamtym wcześniejszym, gdzie Ryszard Makowski organizuje patriotyczną rozrywkę dla spragnionej zarówno głębokich wzruszeń, jak i dobrej zabawy, tłuszczy na Stadionie Narodowym, niejaki Wikło wzywa do ostatecznego rozprawienia się z Pocztą Polską. Oczywiście człowiek ten jest zbyt sprytny, żeby tak od razu i bez wykrętów proponować likwidację jednego z ostatnich śladów polskiej państwowości, wręcz jednego z podstawowych jego symboli, a więc on tylko apeluje o uczciwą konkurencję, gdzie obok Poczty Polskiej będą funkcjonowały takie firmy jak In Post, czy Polska Grupa Pocztowa, natomiast muszę przyznać, że w całej historii moich kontaktów z prawicową publicystyką, również tą prezentowaną w tygodniku „W Sieci”, nie spotkałem się z bałwaństwem podniesionym aż do takiego kwadratu, i to też z zastrzeżeniem, że traktujemy owego Wikłę jako bałwana, a nie jeszcze jednego działającego na zlecenie redaktora.
Pomijając już jednak tego Wikłę i jego ewentualne – nomen omen – uwikłania, warto by się było zastanowić, jak to się dzieje, że w akcję w tak oczywisty sposób ustawianą przez interesy tak ciemne, że o nich nikt z nas nawet nie może mieć choćby bladego pojęcia, angażują się prawicowe media, które, jak można by było wierzyć, powinny raczej mieć na sercu sprawy wykraczające nieco poza coś tak nieistotnego jak to, kto dziś stoi na czele Poczty Polskiej i w jaki sposób nią kieruje. Kto jak kto, ale oni powinni bardzo dobrze pamiętać, jak działa polski kapitalizm z tą całą prywatyzacją, tymi wszystkim przetargami i całą to nieszczęsną tak zwaną konkurencją, choćby przez swoje doświadczenie najpierw z kupnem za ciężkie pieniądze przez Grzegorza Hajdarowicza „Rzeczpospolitej” z przyległościami, a następnie doprowadzeniem tego wszystkiego do ruiny. Czy oni sobie nawet nie zadali pytania, jak to jest w ogóle możliwe, co wszyscy przecież mogliśmy niemal na żywo oglądać, że Hajdarowicz najpierw bierze ogromną pożyczkę z Getin Banku, którą od początku wiadomo było, że kto inny będzie spłacał, a następnie robi wszystko, by niemal w tym samym momencie nic już nie mieć z tym biznesem wspólnego, bo tu ani przez chwilę tak naprawdę nie chodziło o pieniądze, a już z całą pewnością nie o te? Jak to jest możliwe, że po tym wszystkim ktokolwiek z nich jeszcze jest w stanie na poważnie rozprawiać na temat wolnej konkurencji?
No ale widocznie oni nie wiedzą. Najwidoczniej oni są tak zajęci sobą, że nie są w stanie ani nic widzieć, ani, nawet jeśli coś zobaczą, choćby w najprostszy sposób owe obrazy ze sobą łączyć. W tej sytuacji ja powiem, może nie Wikle, bo, jak już zauważyliśmy, jego zadania są mocno niejasne, ale choćby Karnowskim, jak to wszystko się potoczy, kiedy już Polska Grupa Pocztowa zajmie miejsce Poczty Polskiej. Otóż ich właściciel – swoją drogą, ciekawe, że nigdzie nie można znaleźć żadnej na jego temat informacji – po paru miesiącach sprzeda swoje udziały jakiemuś Niemcowi, któremu ostatnią rzeczą na jakiej będzie zależało, to to, żeby poczta w jakiejś Polsce dobrze funkcjonowała. A więc stanie się to, co się stało z Telekomunikacja Polską, czy dziesiątkami innych polskich firm, które, co by o nich nie powiedzieć, kiedyś przynajmniej funkcjonowały w jakiejś konkretnej rzeczywistości, a dziś oferują tak naprawdę tylko tak zwane „telefoniczne biura obsługi”. Stanie się też to, co już niedługo stanie się z Polskimi Kolejami Państwowymi i tą resztą resztek, które po dwudziestu już ponad latach radosnego budowania kapitalizmu z Polski zostały. A aktywny udział w zamykaniu tego interesu wezmą oczywiście najbardziej nasi z naszych.
Żeby jakoś zamknąć tę notkę, opowiem swoją dzisiejszą przygodę. Poszedłem na pocztę, żeby wysłać swoją książkę listonoszu księdzu Don Paddingtonowi. Dwa okienka, dwie miłe panie, wszystko działa idealnie, nagle jednak wszystko zaczyna się sypać, bo nawala Internet. One się gapią bezmyślnie w ekrany tych swoich komputerów, kolejka robi się coraz dłuższa, a ja już wiem, że one korzystają z Neostrady, która, jak nam wszystkim wiadomo, jest ważnym graczem na polskim rynku dostarczycieli Internetu. Skąd to wiem? Jak to skąd? Tez korzystam z Neostrady i widzę, co się tam wyprawia. Czy ktoś się dziwi? Naprawdę nie ma czemu, w końcu mamy ten kapitalizm, prawda?

Przypominam, że księgarnia Coryllusa – www.coryllus.pl – sprzedaje mój Elementarz i książkę o liściu zaledwie po 15 złotych. Serdecznie polecam. To jest już koniec nakładu i nie ma planu wznowień. Poza tym, tam są moje inne książki i w ogóle cała masa innych rzeczy, nie tylko do czytania. Przy okazji ponawiam swój bardzo dramatyczny apel o wsparcie. Zbliżaja się Święta a tu się szykuje prawdziwy dramat. Dziękuję.

niedziela, 13 kwietnia 2014

W durszlaku im do twarzy

Mamy kolejny weekend, a więc tradycyjnie przestawiam swój ostatni felieton z "Warszawskiej Gazety". Mam nadzieję, że rozweseli nam on ten niedzielny dzień i da nadzieję na lepszy tydzień.

Nie wiem, czy czytelnicy „Warszawskiej Gazety” wciąż pamiętają owe kuriozum, a jeśli nie pamiętają, to czy w ogóle na nie zwrócili uwagę, przypomnę więc. Otóż przed parunastu laty pewien Amerykanin, niejaki Bobby Henderson, ogłosił publicznie, a następnie przeprowadził odpowiednią procedurę prawną, w wyniku której zarejestrowane zostało wyznanie noszące nazwę pastafarianizmu, głoszące, że świat został stworzony przez Latającego Potwora Spaghetti, zgromadzone w Kościele Latającego Potwora Spaghetti i zobowiązujące swoich członków do noszenia na głowie durszlaka.
Ponieważ Ameryka jest duża, a świat jeszcze większy, owo wydarzenie spotkało się z pewnym zainteresowaniem jedynie w Austrii i w Czechach, natomiast w stosunkowo niewielkiej Polsce, która od czasu gdy swoją przystań znalazły w niej, jak to swego czasu celnie określił Jarosław Kaczyński, „różne szatany”, jest otwarta na wszelkie zło tego świata, to coś się rozpanoszyło na tyle bezczelnie, że w pewnym momencie trafiło na poziom mediów ogólnokrajowych, oczywiście z żądaniem, by odpowiednie władze zechciały i tu w Polsce zarejestrować Polski Kościół Latającego Potwora Spaghetti.
Jak mówię, Polska jest stosunkowo nieduża i w ostatnich latach bardzo mocno zdemoralizowana, ponieważ nie na tyle jednak jak wspomniane Austria i Czechy, władze odmówiły oficjalnego uznania tego opętania i naszych pastafarian odesłała tam gdzie ich miejsce, a więc w sam jego środek.
Czy to dobrze, czy źle? Otóż nie mam wątpliwości, że gdyby ów gest nie wynikał z typowego, podszytego fałszem wyrachowania, gdyby za nim poszły następne, czyli obciążenie inicjatorów tego przedsięwzięcia takimi sankcjami, by się do śmierci spod nich nie wygrzebali, gdyby wreszcie polskie państwo ogłosiło jasno, że wszelkie tego typu próby rozrabiania zostaną najsurowiej potraktowane, ja bym tym decyzjom jednoznacznie kibicował. Tu jednak mieliśmy do czynienia ze zwykłym lękiem przed społeczeństwem. Ja nie mam wątpliwości, że zarówno minister Boni, który tym satanistom odmówił rejestracji, jak i sam premier Tusk, z którym on sam musiał swoją decyzję konsultować, jak również cała reszta tej bandy klaunów i uzurpatorów, gdyby tylko mogli, jako pierwsi zapisaliby się do tej sekty, w głębokim przekonaniu, że to wszystko jest szalenie zabawne… tyle że czuli, że chyba im nie wypada.
A zatem, kiedy dziś słyszę, że oto sąd zakwestionował decyzję ministra Boniego sprzed lat odmawiającą tym opętańcom rejestracji i wszczął odwrotną procedurę, myślę sobie, że wcale nie jest aż tak źle. Mam bowiem nadzieję, że polski sąd, który najwyraźniej zatracił najprostsze instynkty, zarejestruje te durszlaki i oni wszyscy stopniowo nabiorą odwagi i sami zaczną się tak nosić. Daniel Olbrychski, Kazimierz Kutz, ksiądz Sowa, Jerzy Stuhr, Jacek Żakowski, a po nich – widząc, że oto pojawia się nowy, popularny trend – pójdzie Radek Sikorski, wspomniany wcześniej Donald Tusk, a kto wie czy na końcu nie i sam Pan Prezydent z Małżonką. I wtedy ich wszystkich będziemy mieli jak na przysłowiowym widelcu. Wreszcie.

Jak już miałem okazję ponarzekać, przed nami tydzień dramatycznie niepeny. Jesli ktoś ma tylko możliwości i lubi czytać te teksty, bardzo proszę o wsparcie dla tego bloga, a przy okazji dla nas. Numer konta i adres w paypalu zamieszczam obok i oczywiście za kazdy gest, bardzo dziekuję.

sobota, 12 kwietnia 2014

Karpiel-Bułecka i Jacyków nauczyli się angielskiego

Dziś na moim blogu w Salonie24 pojawiła się reklama najnowszej metody nauczania języka angielskiego tak zwaną metodą Colina Rose’a. Klikając w reklamę, można było zajść na odpowiednią stronę, a tam dowiedzieć się, że nauka wspomnianą metodą jest prowadzona przez coś, co działa w Polsce już od kilku lat i nosi nazwę Instytutu Colina Rose. Kim jest Colin Rose, poza tym, że genialnym twórcą szybkiej nauki języka angielskiego przez Internet, nie wiemy, natomiast, owszem, dostajemy pełną informację na temat prezesa Instytutu. Nazywa się on Krzysztof Litwiński, a zanim został specjalistą od nauczania języków obcych, był prezesem GE Capital Golub oraz „wieloletnim zawodowym tłumaczem, pracującym osobiście z Prezydentem USA Georgem W. Bushem, brytyjską Premier Margaret Thatcher, sekretarzami generalnymi NATO i ONZ i dziesiątkami najważniejszych postaci światowej polityki i biznesu”.
Z informacji, jaką znajdujemy na stronie, dowiadujemy się, że wśród klientów Instytutu są „znane gwiazdy, a także Policja, BOR, Kancelaria Prezydenta RP i największe spółki giełdowe”, i od razu otrzymujemy żywe tego dowody. Najpierw, na zachętę oglądamy klip z jakiegoś tefauenowskiego programu, gdzie wypowiadają się dwie nieznane nam cizie, zwyciężczynie programu Top Model, Magdalena Roman i Paulina Papierska. To trzeba zobaczyć i usłyszeć, niemniej same słowa też robią wrażenie. Mówi Roman:
Uczę się angielskiego metodą Collina Rose. Jest to bardzo fajna metoda, która uaktywnia wszystkie zmysły, i po prostu łatwo się przyswaja wiedzę i… no i jest super”.Teraz Papierska:
Uczę się angielskiego metodą Collina Rose’a i to jest bardzo świetna metoda. Wszystkim polecam, naprawdę. Bardzo śmieszna”.
I teraz, gdyby ktoś mi zarzucił, że ja się zajmuje bzdurami, czas na prawdziwe gwiazdy. Najpierw otrzymujemy listę osób, które uczą się u Litwińskiego, a dalej już tylko zachwyty: „wokalista Michał Szpak, stylista Tomasz Jacyków, najbardziej uznana w świecie polska projektantka mody Ewa Minge, wokalista Zakopower Sebastian Karpiel-Bułecka, Łukasz Zagrobelny, Katarzyna Cerekwicka, pierwsza polska Top Model Paulina Papierska, Dorota Gardias, Anna Popek, Krzysztof Jankowski JANKES, prezenter radia ESKA, tancerz i finalista You Can Dance Tomasz Barański”. No i nic mi nie wiadomo o tym, żeby policja, BOR, czy Kancelaria prezydenta publikowały w tej sprawie jakieś oświadczenia.
Dorota Gardias: „Miałam wcześniej ogromną obawę przed mówieniem. Okazało się, że jestem w stanie rozmawiać po angielsku na każdy temat. Pierwsze efekty zaskoczyły mnie podczas wyjazdu zagranicznego już po dwóch czy trzech miesiącach".
Tomasz Jacyków: „Już po półtora miesiąca stwierdzam, że język, który był mi stosunkowo obcy, przestaje być mi obcy... Bywa, że jestem chory, leżę i nie mam siły ruszyć ręką ani nogą, ale na angielski zbieram się i wychodzę. Jeżeli się zdarzy, że akurat nie ma mnie w Warszawie, to jest mi tych utraconych zajęć bardzo żal. Od razu staram się je nadrobić, jak mogę”.
Anna Popek „Ujęcie, na przykład, tematów gramatycznych jest na tyle śmieszne i zabawne, że w ogóle nie traktuje się tego, jak jakiegoś nudnego wkuwania”.
Sebastian Karpiel-Bułecka: „Ja się do tego stopnia w to wciągam, że potrafię cały dzień myśleć, kiedy wreszcie będę miał czas, żeby usiąść do komputera i to wszystko tam sobie porozwiązywać. Jestem tym zafascynowany”.
Pewnie większość z nas miała okazję choć raz odebrać w swoim telefonie komórkowym wiadomość mniej więcej takiej treści: „Nie rozumiemy dlaczego nie chcesz odebrać gwarantowanej nagrody w postaci najnowszego modelu samochodu BMW”; albo „Prosimy, siądź wygodnie w fotelu i nabierz głęboko powietrza, bo właśnie wylosowałeś 100 000 złotych. Wystarczy, że wyślesz esemes na numer…”; czy może ewentualnie „Jeśli jesteś właścicielem numeru xxx, mamy dla Ciebie wspaniałą wiadomość: oto czeka na Ciebie milion złotych. Wystarczy, że…”. Otrzymujemy te wiadomości, i tylko się już zastanawiamy, jak to się dzieje, że w majestacie prawa, w cywilizowanym wydawałoby się zakątku świata, zupełnie oficjalnie, bez najmniejszego wstydu prowadzi się na codzień proceder mający na celu oszukiwanie być może setek tysięcy ludzi, których wina nie polega nawet na tym, że w swojej łapczywości podpisali jakąś skomplikowaną umowę i teraz muszą płacić. Tu mamy do czynienia z ludźmi, którzy nigdy nic nie podpisali, ale zaledwie zabrakło im tej odrobiny nieufności do tak zwanego liberalnego świata. Czy są wśród nich Tomasz Jacyków, Dorota Gardias i Sebatsian Karpiel-Bułecka? Nie sądzę. Myślę, że oni są na tyle przebiegli, że tych esemesów nie traktują poważnie. Natomiast, jak widzimy, każdy z nich szerokim gestem wydał grube kilka tysięcy złotych na to, by jacyś specjaliści od gry w trzy karty ich nauczyli je w osiem tygodni rozdawać po angielsku. A może to nie o to chodzi? Może w tych esemesach zabrakło im tego podstawowego bodźca, a mianowicie porządnej promocji. Może więc następnym krokiem w rozwoju owej esemesowej gangsterki pojawią się ogłoszenia tego typu:
Postęp, jaki dokonał się także w dziedzinie badań ludzkiego mózgu i psychologii uczenia się jest większy, niż w ciągu całej wcześniejszej historii ludzkości. Dziś już wiemy, dlaczego małe dziecko uczy się własnego języka w ciągu kilkunastu miesięcy, zaś dorosły, wykształcony człowiek często latami nie potrafi nauczyć się kolejnego. Ale wiemy też, dlaczego niektórzy mają pieniądze, a inni są biedni. Dowiedziały się właśnie tego osoby tak wybitne, jak Tomasz Jacyków, czy Sebastian Karpiel-Bułecka”, a pod spodem będzie cytat z Bułecki, który powie:
To niesamowite, jak niewiele trzeba było, bym otrzymał zupełnie za darmo fantastyczny samochód za 200 tysięcy złotych. Wystarczyło, że odesłałem esemesa w konkursie. Naprawdę, polecam wszystkim. Każdy ma szansę”.
Trafiłem gdzieś w sieci na rozmowę Rafała Ziemkiewicza z Januszem Korwinem Mikke, i w pewnym momencie Korwin mówi, że jedną z przyczyn, dla których poziom polskiej edukacji jest tak niski, jest to, że w ramach nowocześnie pojętej integracji miesza się dzieci tak zwane „normalne” z „kretynami”. Nie zgadzam się z Korwinem w sposób fundamentalny. Jedno z drugim nie ma nic wspólnego. Problem polega na tym, że, jak to śpiewał kiedyś Wojciech Młynarski, „najtrudniej rozpoznać bandytę, gdy dookoła są sami szeryfi”. Mam nadzieję, że Korwin wie, o czym mówię. W końcu ma podobno bardzo wysokie IQ. Kto wie, czy nie wyższe od Dody Elektrody. Może nawet tak wysokie, że mógłby się zapisać na kurs angielskiego do szkoły profesora Litwińskiego.
A mi już tylko pozostaje zachęcić wszystkich do kupowania mojej najnowszej książki bardzo pięknie i celnie zatytułowanej „Kto się boi angielskiego listonosza?” Tam każdy znajdzie wszelkie informacje niezbędne przy podejmowaniu decyzji o rozpoczynaniu nauki języka angielskiego. I oczywiście całą też serię przestróg przed całym tym czarnym biznesem związanym ze sprzedawaniem lekcji i kursów, który niech sobie nawet i hasa, jeśli jego ofiarami mają padać różnego rodzaju celebryci, współpracownicy prezydenta Komorowskiego, a kto wie, czy nawet nie on sam; natomiast bardzo mi zależy, byleby udało mi się przed nim uchronić tych, co nawet im w głowie, że świat jest zły, parszywy i pełen kłamstwa. Adres naszej księgarni: www.coryllus.pl, a jak ktoś sobie życzy to i mail toyah@toyah.pl. No i niezmiennie apeluję o wsparcie dla tego bloga, a przy okazji i dla nas. Bo idą Święta, a atmosfera robi się jakaś nie bardzo.

piątek, 11 kwietnia 2014

Mars zaatakował forum Agory?

Minęła wczoraj czwarta rocznica zbrodni w Smoleńsku, a ja, jak oczywiście wielu czytelników tego bloga zauważyło, nawet słowem się na ten temat nie zająknąłem, że już nie wspomnę o poświęcaniu temu wydarzeniu osobnej notki. No, może akurat nie do końca jest to prawda, bo z pewnego punktu widzenia, wczorajszy tekst o tym, jak to polskie środowiska artystyczne skupione wokół między innymi idei symbolizowanej przez pamięć o Smoleńsku, walczą o to, by prezydent Komorowski z małżonką pozwolili im zorganizować koncert ku czci III RP i odrobinę na nim zarobić, stanowił jakąś tam odpowiedź na te cztery lata, które właśnie minęły. No ale fakt pozostaje faktem: na temat samej Katastrofy nie padło ani jedno słowo.
Czemu tak. Otóż mam wrażenie, że ja już trochę na ten temat pisałem, a wszystko sprowadza się do tego, że ma moim zdaniem świętą rację Coryllus, kiedy mówi, że w momencie gdy w roku 2010, przy jak najbardziej aktywnej pomocy Kościoła, usunięto z Krakowskiego Przedmieścia modlących się ludzi, to co mogło jedynie skutecznie chronić pamięć o Smoleńsku w kształcie nieskażonym zostało bardzo skutecznie zniszczone. Od czasu gdy najpierw poszli stamtąd księża, następnie zniknął Krzyż, a na samym końcu odeszli też ludzie z różańcami, owa pamięć została całkowicie spacyfikowana do przestrzeni kontrolowanych medialnie i propagandowo miesięcznic i telewizyjnych transmisji z posiedzeń Zespołu Parlamentarnego, które tym samym, siłą rzeczy, stały się niczym innym, jak częścią propagandowej fikcji. A w tej sytuacji, przepraszam bardzo, ale o czym tu pisać, o czym rozmawiać, co nowego powiedzieć? Że to nie była zwykła katastrofa, ale zamach, czy może powinienem od razu walić z grubej rury i pisać, że Waldemar Kuczyński to ruska swołocz?
No więc, to jest jeden powód, dla którego nawet nie bardzo mam ochotę wydawać w formie książkowej swoich posmoleńskich felietonów, i to już niezależnie od tego, że Coryllus, który jest, jak wiemy, moim wydawcą, i tak już bardzo się temu sprzeciwia. Ale jest tu jeszcze coś więcej, i bardzo możliwe, że to jest podstawowy powód mojej niechęci do zajmowania się Smoleńskiem. Otóż ja nie wiem oczywiście do końca, jakie czarne intencje za tym stoją, ale nie ulega dla mnie wątpliwości, że ludziom naprawdę złym – i nie mam tu na myśli różnego rodzaju naiwnych bałwanów, takich jak choćby część moich kolegów blogerów – bardzo zależy na tym, żebyśmy temat Smoleńska wciąż na okrągło wałkowali, i to na maksymalnie dużym poziomie emocji. A skoro tak, to chyba jest jasne, że ja się w realizację tego planu wpisywać ani nie muszę, ani nie będę.
Jak wygląda dokładnie ten plan, miałem okazję zaobserwować wczoraj, zachęcony przez jednego z blogerów do zapuszczenia się na forum dyskusyjne gazety.pl. Otóż pod informacją na temat listu, jaki do Jarosława Kaczyńskiego wystosował ojciec poległego w Smoleńsku Sebastiana Karpiniuka, który to fakt już sam w sobie mógłby nas zachęcać do tego, żeby natychmiast uciekać do domu i zamykać drzwi na trzy spusty, w gazecie.pl rozwinęła się debata, podczas której przez parę godzin mogliśmy czytać dziesiątki komentarzy, pisanych jeśli nawet nie tą samą ręką, to pochodzących z całą pewnością z jednej szkoły, z takim oto mniej więcej przesłaniem (cytat oczywiście oryginalny): „kiedy wreszcie zdechniesz żoliborski podwórku uczynił nam te łaskę,proszę cię o to”. Naprawdę. Nic nie koloryzuję.
Jak mówię, w ten sposób napisanych komentarzy, o tym samym poziomie agresji i identycznej stylistyce, było kilkadziesiąt jeden po drugim, bez choćby jednej skromnej przerwy na zaczerpnięcie oddechu, i nagle one się skończyły jak ręką odjął, i w jednej chwili zostały zastąpione przez inne, reprezentujące już drugą stronę debaty, tyle że wciąż w sposób oczywisty pisane przez tę sama osobę, ewentualnie stanowiące część tego samego projektu. Proszę, oto próbka, też, ma się rozumieć, z zachowaniem oryginalnego kształtu:
Opcja ruska,ktora Putin zgwalcil-tak mozna powiedziec o PO i jej faryzeuszach.Mam nadzieje ze nie zatarl im zaworow,bo ropy u nich mnogo.Dzis dupa i lep peka wiec zmienili wajche nie moga zapomniec gwaltu na zywca.Oto PO w pelnej krasi
.Ja nie mam zamiaru przeklejać linku do tej wymiany, jednak proszę mi uwierzyć na słowo: tu też mamy kilkadziesiąt identycznych bluzgów, jeden po drugim, bez chwili przerwy na oddech. Najpierw więc ten zalew najbardziej ohydnego, nie cofającego się przed niczym gówna wylewanego na głowę Jarosława Kaczyńskiego, a potem to samo dokładnie gówno, tyle że już wrzucane na głowy Donalda Tuska i jego szajki. W jednym i drugim wypadku, z tego samego kibla i z tym samym zaangażowaniem. I jeszcze raz: tam nie ma innych rąk. Przygotowując się do pisania tej notki przejrzałem niemal każdy z zamieszczonych tam od wczoraj komentarzy i nie znalazłem ani jednego, który byłby napisany przez osobę przypadkową. Ja bym się nie zdziwił, gdyby się kiedyś okazało, że to forum dyskusyjne nawet nie należy do Agory, ale jest outsourcingowane z jakiegoś Kazachstanu.
Wspomniałem wcześniej, że nie znam planu, jaki za tym wszystkim stoi, ale to jedno wiem na pewno: im bardzo zależy, żeby temat Smoleńska nie schodził z porządku każdego kolejnego dnia. I to możliwie w wydaniu hard-core. Tak więc wczoraj mieliśmy tego biednego Karpiniuka, a dziś – tak, tak – egzorcyzmy, które, jak słyszę, wczoraj na Krakowskim Przedmieściu odprawiał ksiądz Małkowski, następnie sprawę szerokiej publiczności, już za pośrednictwem TVN24, objaśniał poseł Błaszczak, a teraz, kiedy piszę te słowa, czego już nie sprawdzałem, ale jestem pewien, że odgaduję prawidłowo, na portalu gazeta.pl już za chwilę nastąpi zmiana warty i ci, co pisali, że „Ten Karpiniuk to pamiętam, był zakapior, coś na kształt Palikota. Widać że niedaleko pada jabłko od jabłoni. Like father, like son”, pójdą zajarać, a na ich miejsce wejdzie ktoś, kto zapyta, dajmy na to: „czy oddzialy SS (sekty smolenskiej) pod wodza Maciereqicza juz zajely jakies budynki rzadowe tak jak to ropia ruscy w doniecku?
Proszę więc mnie zrozumieć. Ja nie mogę w tym brać udziału, choćbym nawet miał do powiedzenia coś niezwykle głębokiego i oryginalnego. Nie mogę, bo tu nawet nie chodzi o poziom. Ja nie sądzę bowiem, że tam, gdzie ta dyskusja ma swoje początki, zalecenie jest takie by pisać dużo i głupio. Nie. To jest takie głupie, bo, choć owszem, tego ma być dużo, wszystko ma się dziać przede wszystkim szybko, a, nie oszukujmy się, do tej roboty garnie się najgorszy element. No i ma się dziać. Od czasu gdy miejsce, gdzie przez pewien czas na Krakowskim Przedmieściu stał ów krzyż, opuściła ostatnia osoba z różańcem, a zamiast biskupów pojawił się ksiądz Małkowski ze swoimi egzorcyzmami, pozostało już tylko to paplanie plus oczywiście Szatan, którego to wszystko zapewne bardzo, ale to bardzo bawi.
Przepraszam więc, ale nic z tego. Jednak gdyby ktoś planował tu przyjść i zapytać mnie, jak to ostatecznie jest? Czy ja ostatecznie uważam, że prezydent Kaczyński w Smoleńsku poległ w walce, czy że zginął w wypadku komunikacyjnym, to, acz robię to bardzo niechętnie, odpowiem już teraz. Poległ. Podobnie jak Sebastian Karpiniuk zresztą. I żeby to wiedzieć, nie muszę ani nikogo prosić o dowody, ani się nimi z nikim dzielić.

Ja wiem, że niełatwo jest w to uwierzyć, proszę jednak sobie wyobrazić, że zbliżają się Święta i mamy bardzo wyraźną szansę, że zwyczajnie nie będziemy mieli za co ich urządzić. Po raz pierwszy od wielu lat. Przepraszam, ale stoimy pod ścianą. Mamy tuż obok ten nieszczęsny numer konta i jesli tylko ktoś może sobie pozwolić, proszę o pomoc. Dziękuję.




czwartek, 10 kwietnia 2014

25 lat minęło, czyli Rolling Stonesi śpiewają Kaczmarskiego

Słowo daję, że pisząc swoją poprzednią notkę, w życiu bym się nie spodziewał, że jeszcze kiedykolwiek w życiu wspomnę o Ryszardzie Makowskim, a już z całą pewnością inspirowany nie którymś z wyjątkowo ciekawych komentarzy, ale wydarzeniem przypadkowym i całkowicie od tematu niezależnym. Tymczasem dzisiejszy dzień przyniósł mi coś naprawdę wyjątkowego. Jednak zacznijmy od samego początku.
Otóż kiedy przy okazji wspomnianej notki na temat tenisa, napisałem, że o Ryszardzie Makowskim nie wiem niemal nic, nie było w tych słowach ani kpiny, ani kokieterii. Moja cała wiedza na temat tego człowieka i jego rzekomo licznych talentów sprowadza się do tego, co niekiedy znajduję w jego felietonach w tygodniku „W Sieci”, w informacji, że występował on kiedyś w kabarecie OTTO, w pewnym ogłoszeniu zamieszczonym jakiś czas temu na łamach wspomnianego tygodnika, że jeśli ktoś akurat planuje poważniejszą uroczystość rodzinną, i z tej okazji szuka śpiewającego komika, może zadzwonić do Makowskiego, a on chętnie przyjedzie i zabawi zgromadzone towarzystwo, no i wreszcie w owym niezwykłym świadectwie podczas minionych Targów Wydawców Katolickich w Warszawie. I to wszystko. Nawet tego, że on jest wysokim, postawnym mężczyzną, co jest dla mnie zawsze źródłem najprawdziwszych kompleksów, dowiedziałem się zaledwie parę dni temu.
Powiem więcej. Kiedy go obserwowałem podczas tych targów, ani nie wiedziałem, ani nawet nie próbowałem się szczególnie zastanawiać, co on tam sprzedaje. Jeśli coś w ogóle obstawiałem, to raczej zbiór jakichś tekstów kabaretowych, czy może „wywiad rzekę”, ale z całą pewnością nie płytę z piosenkami. Tymczasem wygląda na to, że to były piosenki. Makowski, jak się dziś dowiaduję, to przede wszystkim bard, trubadur i śpiewający głos polskiego zgnębionego patriotyzmu. I to głos, jak się okazuje, o ambicjach bardzo szczególnych.
Oto w najnowszym numerze tygodnika „W Sieci”, gdzie co tydzień ukazuje się krótki tekst Makowskiego, znalazło się też coś znacznie poważniejszego, jego jak najbardziej autorstwa. Oto Makowski na dwóch dużych stronach ilustrowanych wielkim kolorowym zdjęciem Micka Jaggera przedstawia bardzo surową krytykę stosunku polskiego państwa do rodzimej sztuki rozrywkowej. Poszło mianowicie o to, że prezydent Komorowski z małżonką zapowiedzieli, że w ramach obchodów 25 rocznicy oni załatwią nam, by na Stadionie Narodowym 4 czerwca zagrali Rolling Stonesi, a cała grupa polskich gwiazd estrady, nie zważając na to, że najprawdopodobniej państwo Komorowscy nie wiedzą nawet o czym mówią, zgłosili oficjalny protest, argumentując, że okazja o tak wielkiej skali historycznej, jak 25 rocznica pierwszych częściowo wolnych wyborów powinna dać okazję zabłyśnięcia naszym polskim talentom, a nie jakimś angielskim emerytom. Wedle zaprezentowanej logiki, nie ma sensu, by państwo polskie wyrzucało w błoto grube miliony złotych dla jakichś upadających szarpidrutów tylko po to, by oni po raz enty zgrali to swoje „Satisfaction”, podczas gdy wiele znacznie tańszych, a równie zdolnych polskich gwiazd, nie może się od lat wręcz doprosić, by świat się o nie upomniał.
Przyznaję, że ja już wcześniej słyszałem o wspomnianym proteście i z bardzo wielu nazwisk, które się tam pojawiły, zapamiętałem piosenkarkę Krystynę Prońko i wokalistę zespołu Tilt, Tomasza Lipińskiego. To oni między innymi zgłosili pretensje do wystąpienia na stadionie w Warszawie zamiast Rolling Stonesów. Na jakiej zasadzie i z jakimi gwarancjami, tego nie doczytałem, ale za to dziś Ryszard Makowski sprawę doprecyzował. Otóż poziom artystyczny i tak zwana zabawa liczą się jak najbardziej, natomiast to co najważniejsze, to wymiar duchowy całego przedsięwzięcia, a to mogą zagwarantować jedynie prawdziwi patrioci. O sobie Makowski akurat skromnie nie wspomina, za to pisze tak:
Taki koncert powinien mieć przede wszystkim wymiar patriotyczny. I tu się robi problem. To znaczy problem dla rządzących. Ich pojęcie patriotyzmu często bardzo odbiega od średniej krajowej. Pamiętamy różowy dzień flagi i orła z czekolady.
Zaproszenie piosenkarzy anglojęzycznych gwarantuje, że ze sceny widz nie usłyszy niewygodnych treści. Powyje razem z zespołem światowe hity i też dobrze. A przecież taka rocznica powinna być przede wszystkim naszym świętem. Gdyby zrobić uczciwy przegląd krajowych artystów, z pewnością znaleźliby się tacy, którzy udźwignęliby ciężar koncertu z okazji 25-lecia III RP. Na przeszkodzie stoją jednak względy polityczne. Autorzy, którzy śpiewają o rzeczach istotnych, są dla obecnej władzy zupełnie niewygodni.[…]
Największym artystą śpiewającym o sprawach ważnych dla narodu jest w tej chwili właśnie Jan Pietrzak.[…]
Jest też parę projektów, które warto byłoby przy tej okazji zaprezentować: ‘Panny wyklęte’, Tadek, Firma Solo, Leszek Czajkowski i Paweł Piekarczyk. Poza tym jest Kazik Staszewski, jest parę bardzo dobrych zespołów rockowych i wykonawców młodszego pokolenia, jak Dawid Podsiadło. Nie brakuje też odtwórców perfekcyjnie przypominających pieśni Jacka Kaczmarskiego. Żeby koncert nie tchnął nadmiernym patriotyzmem, można na finał wpuścić zespoły gwarantujące masom zabawę. Ostatecznie tego typu wydarzenie, obok przekazu, powinno zapewniać także uciechę. Bawmy się, szanując prawdę o naszych czasach”.
Ktoś powie, że ja nic nie zrozumiałem. Makowski to satyryk i znany jajcarz, a tekst, który na mnie zrobił takie wrażenie to oczywista ironia. Makowski nie proponuje, żeby na Stadionie Narodowym zamiast Rolling Stonesów wystąpili Dawid Podsiadło i Paweł Piekarczyk. On napisał to co napisał, żeby wykpić autorów protestu w sprawie planowanego występu Rolling Stonesów. Przecież to jest zupełnie oczywiste. Otóż nie. Niestety, tu nic się nie da zrobić. Oczywiście, ponieważ styl pisarstwa Makowskiego jest na tyle nieporadny, możliwe, że ów tekst miejscami rzeczywiście robi wrażenie parodii, jednak parodią nie jest. A już na pewno nie jest parodią zamierzoną. Makowski naprawdę proponuje, by 4 czerwca na Stadionie Narodowym urządzić wielki benefis Jana Pietrzaka, uświetniony przez tak wspaniałych gości, jak Tadek i Firma Solo i zamknięty wspólną zabawą w wykonaniu którejś ze słynnych polskich gwiazd radosnego popu. Polskiego popu. Popu niekoniecznie upolitycznionego, ale też, jak rozumiem, o odpowiednio ograniczonym poziomie satanizmu. I to wszystko – powtórzę to raz jeszcze – jest pisane jak najbardziej serio.
Skąd wiem, że Makowski nie robi sobie z nas jaj? Otóż ja, moim nieskromnym zdaniem, jestem absolutnym mistrzem ironii i wyjątkowo zgrabnie potrafię ją wypatrzeć. Sposobów na to jest oczywiście kilka, jednak podstawową rzeczą jest znalezienie tego jednego choćby śladu, który na nią wskazuje. Jeśli mamy do czynienia z tekstem, który mamy traktować z przymrużeniem oka, on musi w sobie zawierać choć jedną informację, która nam mówi, że to wszystko nie dzieje się naprawdę. Pamiętam na przykład jak pewnego razu napisałem tekst pod tytułem „Bronię Senatora”, który był do tego stopnia przewrotny, że sam nawet Coryllus, z którym wówczas jeszcze się nie znaliśmy, uznał za stosowne mi napisać, że jestem durniem. No ale ja przyznaję, że nie zostawiłem tam wtedy żadnej innej aluzji co do tego, że to wszystko jest niczym jak czystą kpiną, poza tą jedną: że to jest tekst Toyaha, co Coryllusowi akurat nic nie mówiło. Tu w przypadku Makowskiego nie ma choćby i tego. Nie dość, że ten tekst jest napisany jak najbardziej na poważnie, to nie możemy nawet powiedzieć, że przecież znamy wszyscy Makowskiego, i skoro on coś takiego napisał, to znaczy że to musi być ironia. Makowski bez śladu uśmiechu na twarzy, a biorąc pod uwagę fakt, że on jak się zdaje w ogóle akurat się nigdy nie uśmiecha, bez choćby jednego figlarnego błysku w oku, pisze, że trzeba natychmiast odwołać występ Rolling Stonesów 4 czerwca w Warszawie, i tę robotę dać Pietrzakowi, Piekarczykowi i innym, a kto wie, czy nie też – w najgłębszym domyśle – i jemu samwemu, Makowskiemu. Bo 25 rocznica powstania III RP wymaga odpowiednio poważnego nastroju, a nie jakiegoś, panie, „Paint It Black”.
Tak jak to jednak często przy tego typu okazjach bywa, dla mnie i tu Makowski jest zaledwie pretekstem, bo w rzeczywistości sprawy są daleko poważniejsze. Otóż, jak wiemy, choćby z prowadzonego ostatnio ze szczególną ofiarnością bloga Jarosława Gowina, pojawiła się u nas moda na reklamowanie polskich produktów, w taki sposób, byśmy wszyscy, ile razy zajrzymy do lokalnego sklepu, zwracali baczną uwagę na to, czy ser, mleko, sok, musztarda, czy jabłko, które zamierzamy sobie kupić nie zostało broń Boże dostarczone nam przez firmę, która nawet jeśli kiedyś była firmą polską, dziś już nie należy do jakiegoś Francuza, czy Niemca. Czemu mamy tak robić? Przede wszystkim oczywiście z poczucia naszego patriotyzmu, no ale również dlatego, że, jak powszechnie wiemy, polskie jest lepsze. I ja, mimo mojego obrzydzenia zarówno do samego Gowina, jak i do uprawianej przez niego polityki, jestem w stanie to przesłanie zrozumieć i docenić. Ja, owszem, wciąż skłonny jestem wierzyć, że jabłko, musztarda czy kiełbasa, do produkcji których nie dopuszczono unijnych macherów, są znacznie lepsze, a nawet może i bezpieczniejsze w spożyciu, od wszystkiego co ową Europą zostało skażone. Czy mam rację, tego nie wiem, natomiast z całą pewnością mam w sobie tę wiarę i ona mnie nie opuszcza.
Jeśli chodzi o Rolling Stonesów i Jana Pietrzaka to nie ma absolutnie takiej możliwości, żeby Pietrzak był od nich lepszy pod jakimkolwiek względem. I kiedy mówię "pod jakimkolwiek względem” mam również na myśli to, że Rolling Stonesi są od niego lepsi nawet w wymiarze czysto ludzkim. Dla mnie nie ma najmniejszej wątpliwości, że w twórczości Rolling Stonesów, nawet jeśli oni wychwalają diabła, jest więcej prawdy, niż u Pietrzaka, kiedy on śpiewa o zbrodni smoleńskiej. Ja jestem najgłębiej przekonany, że Rolling Stonesi byliby bardziej na miejscu niż Jan Pietrzak, nawet gdyby okazją do ich występu była peregrynacja Obrazu Matki Boskiej Królowej Polski. Ale powiem coś jeszcze: ja nie mam wątpliwości, że kiedy Makowski namawia Komorowskiego, by ten zrezygnował z usług Rolling Stonesów, bo tego wymaga interes narodu, kłamie jak bura suka, bo tak naprawdę chodzi mu tylko o to, by trafić kawałek z tych milionów, które czy to Ministerstwo Kultury, czy Kancelaria Prezydenta planuje wydać na czerwcowe obchody. Ale to i tak nie wszystko. Ja po prostu wiem, że gdyby nagle pani Komorowska przychyliła się do postulatów środowisk estradowych i postanowiła, że to jednak jest świetny pomysł, by 4 czerwca Stadion Narodowy wybrzmiał piosenką Jana Pietrzaka w autorskiej interpretacji i Jacka Kaczmarskiego w interpretacji jego wybranych naśladowców, Makowski najpierw dostałby jasnej cholery, że czemu tylko Pietrzak i tamci, a nie on, a już po chwili byśmy mogli obserwować prawdziwie surrealistyczną powtórkę z „Wodzireja” Feliksa Falka, w której udział brałby już nie tylko Makowski, ale cała reszta tej bandy gamoni. I to by dopiero nam pokazało, z kim tak naprawdę mamy do czynienia.
To by rzeczywiście był cyrk nie z tej ziemi, a ja już tylko na sam koniec pozwolę sobie wyrazić nadzieję, że taki obrót sprawy jest przecież całkiem prawdopdoobny. W końcu, jeśli idzie o Pietrzaka, to on, jak sięgnę pamięcią, od zawsze potrafił być faworytem władzy nawet wtedy, gdy pozornie stał po zupełnie przeciwnej stronie, że o Kaczmarskim już nie wspomnę, a co do Rolling Stonesów, to sprawa chyba od samego początku robi wrażenie jakiejś tandetnej prowokacji, i dobrze wiemy, że z tego występu i tak nic nie wyjdzie. A zatem, kto wie, co nas czeka, kiedy wreszcie nadejdzie ów radosny dzień, jak to bardzo celnie w swojej ćwierćprzytomności określił Makowski, „25 rocznicy III RP”?

Przypominam wszystkim zainteresowanym, że kończy się nakład książki o liści oraz Elementarza i w związku z tym Coryllus zarządził promocję obniżającą cenę obu do zaledwie 15 złotych. Ponieważ wciąż sprzedajemy Angielskiego listonosza, jest dobra okazja do tańszego zakupu paru prawdziwie dobrych książek. Coryllus.pl – polecam serdecznie.
Również, tradycyjnie już, proszę o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta. Nie wypada mi wchodzić w szczegóły, ale wbrew pozorom sytuacja jest bardzo dramatyczna. Dziękuję.

wtorek, 8 kwietnia 2014

O wizerunku, strzelaniu w stopę i głupstwie tego świata

Nie znam go ani osobiście, ani nawet jako komika czy barda, szczerze powiem, że nawet jeśli chodzi o jego felietony publikowane w tygodniku „W Sieci”, też nie mam tu specjalnego doświadczenia, z tego jednak co zdążyłem poznać, Ryszard Makowski pozostaje dla mnie kimś, i to w najlepszym dla niego wypadku, całkowicie obojętnym. Minęły jednak przedwczoraj Targi Wydawców Katolickich w Warszawie, gdzie miałem okazję spędzić miło i w bardzo miłym na ogół towarzystwie cały weekend i tak się złożyło, że owego Ryszarda Makowskiego miałem niemal naprzeciwko siebie przez pełne dwa dni, i powiem uczciwie, że jestem pod wrażeniem. O co chodzi? Otóż, tak jak to już opisywał Coryllus, i tak jak to dzieje się zawsze, kiedy mamy te targi i wystawiamy tam swoje książki, sytuacja wygląda tak, że my tam sobie siedzimy, popijamy kawę lub coca colę, ewentualnie też podjadamy jakieś wafelki, czy te kanapki z serem, które nam zawsze przynosi Michał, od czasu do czasu, kiedy podejdzie ktoś, kto nas nie zna, a pragnie się czegoś dowiedzieć o naszych książkach, wstajemy i grzecznie sobie rozmawiamy, by znów później już tylko siedzieć i pisać te dedykacje. No i sprzedawać, sprzedawać, sprzedawać. Na okrągło, cały czas, niemal bez przerwy, aż do autentycznego zmęczenia.
Patrzyłem od czasu do czasu na tego Makowskiego, i to co mnie uderzyło, to fakt, że on przez cały ten niemal czas, jak się domyślam, również w czwartek i piątek, stał. Możliwe, że coś przegapiłem, ale na tyle, na ile zdążyłem się zorientować, on nawet na chwilę nie usiadł. Czy dlatego, że mu czytelnicy i słuchacze nie dali? Otóż nie. On stał, mimo że przez bardzo długie chwile nikt od niego nic nie chciał. I powiem uczciwie zupełnie, i w pewnym sensie wbrew sobie, że to mi bardzo, ale to bardzo zaimponowało. Przez dwa dni, jakie spędziłem na tych targach, miałem okazję widzieć wiele bardzo znanych twarzy. Byli Terlikowski, Pospieszalski, Semka, Michalkiewicz, była Ewa Stankiewicz, był Marek Jurek, byli Sakiewicz i Zawisza, a pewnie jeszcze wiele innych gwiazd, których akurat albo nie znam, albo w tym tłumie nie zauważyłem, Makowski był jedynym, który się nie szlajał między tymi stoiskami, ale tam stał i cierpliwie rozmawiał z każdym, kto chciał z nim porozmawiać. Reszta kręciła się tam i z powrotem i zadawała szyku. Patrzyłem więc na niego, jak stoi taki potężny, taki skamieniały i taki chyba jednak bardzo smutny, i pomyślałem sobie, że jakkolwiek bym na niego nie patrzył na co dzień, nie umiem stracić z oka tego, co w tym najważniejsze, a więc człowieka. Ale jest jeszcze coś. Zobaczyłem w tym momencie kogoś, kto – mogę się mylić, ale tak to oceniam – nie potrafi w życiu robić nic innego, jak tylko odstawiać jakieś nędzne skecze na wynajętych pokazach i pisać jeszcze marniejsze teksty w tygodniku redagowanym przez swoich kolegów, a jednocześnie ma bardzo wyraźną świadomość tego, że on tej roboty tak naprawdę nienawidzi, tyle, że znów – nie umie nic innego. No i żeby przynajmniej zachować jakąś elementarną choćby przyzwoitość, stoi przez te cztery dni od rana do wieczora i próbuje sprzedawać te swoje, jakie by one nie były, talenty. I tym właśnie się różni od innych, którzy nie są od niego w żaden sposób bardziej utalentowani, tyle że oprócz tych talentów brakuje im owej przyzwoitości. Takie oto miałem myśli, patrząc na Ryszarda Makowskiego na warszawskich targach książki katolickiej.
Czemu piszę dziś o Makowskim, który, jak już pisałem, obchodzi mnie w stopniu naprawdę śladowym? No więc, raz że on faktycznie tak bardzo się starając, zrobił na mnie wrażenie, a dwa, że jestem dziś akurat świadkiem afery z naszym najwybitniejszym aktualnie tenisistą Jerzym Janowiczem, i mam tu w związku z tym kilka, moim zdaniem bardzo istotnych, refleksji. W czym rzecz? Po serii przegranych pojedynków mianowicie, wystąpił Janowicz na konferencji prasowej i skrajnie poirytowany bezczelnie agresywnym zachowaniem dziennikarzy, walnął mikrofonem w stół, i – a mówię to z lekką, ale naprawdę tylko lekką, przesadą, zachęcił ich, żeby się od niego odpi…lili raz na zawsze. A ja już wiem, jakie będą dalsze losy Janowicza, jeśli się natychmiast nie opamięta i panów dziennikarzy uprzejmie nie przeprosi, a w dodatku jeśli natychmiast nie zacznie osiągać sukcesów co najmniej tak znaczących, jak Agnieszka Radwańska. Bez tego, on już dla nich wszystkich zawsze będzie stanowił tylko tarczę, w którą można bezkarnie walić.
Żeby sprawdzić kierunek wszystkich wiatrów, jeśli idzie o Janowicza, zajrzałem nawet na „nasz” portal wpolityce.pl, i tam również już tylko szyderstwa, a więc dokładnie to samo, z czym mamy do czynienia za każdym razem, kiedy tylko Agnieszce Radwańskiej zdarzy się przegrać któryś z pojedynków.
Pisałem już raz, całkiem zresztą niedawno, na temat tenisa, poruszony sposobem, w jaki jest traktowana właśnie Agnieszka Radwańska przez pewnego szalenie patriotycznie zorientowanego tenisowego eksperta, który tak bardzo kocha Polskę i każde ewentualne kolejne nasze narodowe zwycięstwo, że dla bardzo specyficznie pojętego interesu Kraju, on by był gotów Radwańską „zajechać” na śmierć. Chodziło mi o postawę, która z uwagi na dobro polskiego tenisa, nie ma nic przeciwko temu, by Agnieszka Radwańska z dnia na dzień zaczęła najpierw wyglądać, jak Serena Williams, następnie wskoczyła na pierwsze miejsce w tenisowych rankingach, a następnie zwyczajnie umarła z wycieńczenia. Miałem wreszcie na myśli postawę, gdzie w obliczu naszych wściekłych emocji, nie liczy się nawet człowiek.
Jadąc do Warszawy, później jeszcze przed spaniem, no i wracając już w niedzielę do domu, czytałem słynną autobiografię jednego z największych tenisistów w historii dyscypliny Andre Agassiego „Open”. Proszę posłuchać, jak się zaczyna ta książka, w – swoją drogą wyjątkowo kiepskim – przekładzie jakiegoś Rybskiego:
Otwieram oczy i nie wiem, gdzie ani kim jestem. Nie jest to znów tak bardzo niezwykłe uczucie – połowę życia spędziłem, nie wiedząc. Mimo to jest jakoś inaczej. Ta dezorientacja jest bardziej przerażająca. Bardziej krańcowa.
Spoglądam w górę. Leżę na podłodze obok łóżka. Teraz sobie przypominam. Przeniosłem się z łóżka na podłogę w środku nocy. Jak zwykle. Dobrze mi to robi na kręgosłup. Zbyt długie leżenie na miękkich materacach powoduje ból nie do wytrzymania. Liczę do trzech, po czym rozpoczynam długotrwały, trudny proces wstawania. Z kaszlnięciem i jękiem przewracam się na bok i zwijam do pozycji embrionalnej, a następnie przekręcam na brzuch. Teraz muszę odczekać, aż krew zacznie żywiej krążyć w żyłach.
Obiektywnie rzecz biorąc, jestem młodym człowiekiem. Mam trzydzieści sześć lat, ale budzę się, jakbym miał dziewięćdziesiąt sześć. Po trzech dekadach biegu co sił, zatrzymywaniu się w miejscu, wyskakiwania wysoko i ciężkiego lądowania moje ciało jest jakby ciałem obcego człowieka. Szczególnie o poranku. […] Zmęczenie w ostatnich dniach jest wykańczające. Pomijając osłabienie fizyczne, targają mną wyczerpujące emocjonalne burze wywołane zbliżającą się emeryturą. Teraz, wychodząc z samego środka zmęczenia, dopada mnie fala bólu. Chwytam się za plecy. Plecy wczepiają się we mnie. Czuje się tak, jakby ktoś zakradł się w nocy i założył mi blokadę kierownicy na kręgosłup. Jak mam grać w US Open z blokadą na kręgosłupie?[…]
Urodziłem się z zeszytywniającym zapaleniem stawów kręgosłupa, co oznacza, że ostatni kręg kręgosłupa oddzielił się od pozostałych, zaatakował, zbuntował się. Jest to główny powód, dla którego chodzę, stawiając palce do wewnątrz. Przez ten jeden rozregulowany kręg nerwy mają mniej miejsca wewnątrz kręgosłupa i przy najmniejszym ruchu odczuwają tę ciasnotę. Do tego należy dorzucić, że dwa przestawione dyski i kość nie przestają rosnąć w bezskutecznym wysiłku, by osłonić uszkodzony obszar, a moje przewody nerwowe odczuwają prawdziwą klaustrofobię. Kiedy nerwy na tych ściśniętych odcinkach zaczynają protestować, gdy wysyłają sygnały ostrzegawcze, przez nogi przebiega fala bólu, przy której zasysam powietrze i zaczynam mówić różnymi językami. W tym momencie ukojenie przynosi jedynie położenie się i odczekanie. Jednak czasami taka chwila przychodzi w środku meczu. Wtedy jedynym ratunkiem jest zmiana stylu gry – sposobu wykonywania zamachów, biegania; wszystko należy robić inaczej. Wtedy dopada mnie skurcz mięśni.
[…]Mój organizm nie łaknie emerytury – on już dawno na nią przeszedł. Moje ciało przeprowadziło się na Florydę, kupiło sobie tam mieszkanie i białe spodnie sansabelt. Dlatego prowadzę negocjacje ze swoim ciałem, prosząc, by raz na jakiś czas na kilka godzin wróciło z emerytury. Większość tych negocjacji wspieram zastrzykiem z kortyzonu, który czasowo zgłusza ból.[…]
Tenis jest sportem, w którym zawodnik mówi sam do siebie. Żaden inny sportowiec nie gada do siebie tyle, ile tenisista. Oczywiście miotacze, golfiści, bramkarze mruczą pod nosem, ale tenisiści rozmawiają ze sobą – odpowiadają sami sobie. W ferworze gry tenisiści wyglądają jak ludzie niespełna rozumu, którzy wyszli na otwartą przestrzeń, coś bredzą, klną, przeprowadzają poważne debaty z własnym alter ego. Dlaczego? Ponieważ tenis jest cholernie samotną grą. Jedynie bokserzy są w stanie pojąć samotność tenisisty – chociaż mają do dyspozycji sekundantów z narożnika i trenerów. Nawet przeciwnik boksera jest poniekąd towarzyszem z ringu, kimś, z kim można się mocować i do kogo można stękać. W tenisie staje się twarzą w twarz z wrogiem, wymienia z nim ciosy, lecz bez dotykania, czy rozmawiania z nim ani też z kimkolwiek innym. Przepisy zabraniają tenisiście rozmawiać na korcie nawet ze swoim trenerem. […] W tenisie człowiek jest jak na bezludnej wyspie. Ze wszystkich sportów uprawianych przez kobiety i mężczyzn tenis jest najbliższy przymusowej izolacji, która niezmiennie prowadzi do dialogowania z samym sobą, co dla mnie zaczyna się podczas popołudniowego prysznica. To właśnie tutaj zaczynam do siebie wygadywać różne wariactwa raz za razem aż zaczynam w nie wierzyć. Na przykład, że osoba upośledzona ruchowo jest w stanie startować w US Open. […] W swojej karierze zwyciężyłem w ośmiuset sześćdziesięciu dziewięciu meczach, co daje mi piąte miejsce wśród wszystkich tenisistów na świecie. Wiele z tych spotkań zostało wygranych podczas popołudniowego prysznica”.
I to tyle tego mocno przydługiego cytatu. A ja zwyczajnie nie potrafię uwierzyć, że tej biografii nie czytali ci wszyscy dziennikarze i blogerzy, fani i specjaliści od tenisa, którzy uznali za stosowne zadręczać na zmianę Agnieszkę Radwańską i Jerzego Janowicza swoimi mądrościami. Ktoś kto nie czytał tej książki powie, że to z mojej strony demagogia, bo tu mamy Agassiego lat 36, a tam Janowicza dopiero wchodzącego w dyscyplinę. Tyle że książka, o której mówię, to nie jest przede wszystkim skarga człowieka, który kończy karierę i już nie daje rady, ale przede wszystkim sportowca, który z jednej strony od zawsze szczerze nienawidzi tego co robi, i co przynosi mu od początku wszystkie możliwe cierpienia, a co nawet nie było jego pomysłem, ale na co został skazany przez tych, którzy od początku byli od niego starsi i bardziej doświadczeni, a z drugiej wie, że z tego samego powodu i tak już nic innego w życiu nie będzie w stanie robić. Więc robi to co musi.
A to przecież nie wszystko. Andre Agassi przez wiele lat był jednym z największych tenisistów świata, ale zanim osiągnął szczyt – zupełnie jak Agnieszka Radwańska – kręcił się przez całe lata wokół czwartej, czy piątej pozycji i nie miał sposobu, by ten stan przełamamać. Przez wiele lat, będąc już zawodnikiem ze ścisłej czołówki, nie był w stanie wygrać jednego wielkoszlemowego turnieju. Dlaczego? Powody były zawsze tak samo oczywiste, jak kompletnie niezrozumiałe, ale najczęściej sprowadzały się o tego, że Agassiego przytłaczała atmosfera miasta, stadionu, czy samego kortu. Niekiedy chodziło o to, że on sam nie wiedział, o co chodzi, i jedyne co miał w głowie, to to, że on już ma tego tenisa serdecznie dość. A kiedy już nawet zaczął wygrywać te szlemy, to i tak wciąż niespodziewanie dla wszystkich przegrywał, by ostatecznie wypaść poza klasyfikację, no i by potem znów wrócić na szczyt. Czemu? I tu mamy tę samą sytuację, co wcześniej. Powodów była niezliczona ilość, a każdy z nich równie tajemniczy, jak poprzedni i następny. I to zarówno wtedy, gdy przegrywał z zawodnikiem, który miał tak gęste włosy (sic!), że one go zwyczajnie dekoncentrowały, jak i wtedy, gdy – co on przyznaje z pełną szczerością – przegrywał specjalnie tylko po to, by w następnej rundzie nie musieć grać z Beckerem, którego szczerze nienawidził, a brakowało mu pewności, czy go na tym korcie da radę odpowiednio upokorzyć.
Dziś czytam w naszej wpolityce.pl, że Janowicza zapytano, czemu on przegrał z Cilicem, a on zaczął się „pokrętnie tłumaczyć”, że czuł na korcie jakiś mur, tak na marginesie zresztą, dokładnie powtarzając słowa Agassiego z jego autobiografii; i to, zdaniem redaktora wpolityce.pl jest czymś Janowicza kompromitującym. Natomiast dziennikarz o nazwisku Tomaszewski napisał, że „minął rok, a Janowicz jest wciąż niedojrzałym, rozpieszczonym przez rodziców chłopcem, który nie potrafi dokonać samooceny, nabrać do siebie dystansu. Nie potrafi przegrać z godnością. Jego agresja kryje strach, niepewność. No i strzelił sobie w stopę. Zraził do siebie wielu życzliwych mu ludzi i zrujnował swój wizerunek”.
To ja już zbliżając się do końca mam pytanie do tego Tomaszewskiego, czy on czytał autobiografię Agassiego? Jako specjalista od tenisa, chyba powinien był? Czy może się mylę? A jeśli czytał, to czy udało mu się policzyć, ile razy Andre Agasi zniszczył swój wizerunek zanim osiągnął pozycję dzisiejszą, przy której nikt nie może w jego stronę rzucić marnego słowa?
No i już prawie na sam koniec, wrócę do Makowskiego. Czemu uznałem, że on tu nam dobrze posłuży, jako klamra dla tego tekstu, który przecież w ogóle nawet nie jest o nim? Otóż uważam, że on tam, stojąc na tym dziwnym stoisku, sygnowanym nazwą jakiejś nieznanej mi telewizji, robił wrażenie człowieka strasznie samotnego, i wciąż cały czas chodzi mi po głowie myśl, że ci wszyscy jego kumple z branży, jak Jan Pietrzak, Łukasz Warzecha, Robert Mazurek, Tomasz Sakiewicz, czy Piotr Semka, który – co widziałem, jak najbardziej – podszedł nawet i się z nim ładnie przywitał, muszą mieć z niego niemałą „bekę”, widząc jak on tam stoi tuż obok Coryllusa i mnie, i się upokarza. I myślę sobie jeszcze, że tak właśnie dzieli się ten świat: na tych co robią i na tych co to, co inni robią, potrafią tylko komentować.
W sumie, niewesołe to refleksje, a zatem już naprawdę na sam koniec mam dla wszystkich wesołą wiadomość. Warzecha nie odszedł z „Faktu” i nie dołącza, jak piszą dziś Karnowscy, do „ścisłego grona redaktorów ‘w Sieci’”, bo tak sobie zaplanował swoją karierę, ale dlatego, że został do tego zmuszony. I to jest taki sam fakt, jak to, że Janowicz, nie mówiąc już o Agnieszce Radwańskiej, może im wszystkim najwyżej podać nogę. Im nogę może podać tak naprawdę każdy. I z całą pewnością, nawet ktoś taki jak Ryszard Makowski.

Przypominam, że wszystkie moje książki są do kupienia w księgarni Gabriela Maciejewskiego pod adresem coryllus.pl Od dziś, w ramach wiosennej promocji, moje dwie pierwsze książki, wydane jeszcze pod nickiem Toyah, „O siedmiokilogramowym liściu” i „Twój pierwszy elementarz” są do nabycia po jedynie 15 zł. To już jest reszta nakładu i nie ma gwarancji, że będziemy go wznawiać. A zatem – serdecznie i szczerze zachęcam. Tradycyjnie, wszystkich przyjaciół tego bloga proszę o wspieranie go pod podanym obok numerem konta. Dziękuję.

poniedziałek, 7 kwietnia 2014

Wybory za pasem, czyli nadchodzą ludzie z kombinerkami

Niemal zgodnie z obietnicą, przedstawiam ostatni felieton z "Warszawskiej Gazety" i jednocześnie obiecuję, że już jutro napiszę coś znacznie większego. Pod każdym względem. Na to jednak potrzebuję trochę więcej czasu.

Kiedy byłem dzieckiem, popularny był paradoks, że „nie mam nic przeciwko Murzynom, ale bądźmy wdzięczni, że najgorsze co nas tu w Polsce spotkało, to Cyganie”. I niekoniecznie musiało chodzić o Murzynów, ale równie dobrze można było przy odpowiedniej okazji powiedzieć, że nie mamy nic przeciwko kobietom, ale…, lub że nie przeszkadzają nam Niemcy, jednak…, czy że zwierzęta są okay, chociaż…, i dalej w tym stylu.
Czy ów żart był śmieszny, czy wręcz przeciwnie, jest dziś dla nas kwestią bez znaczenia; to, o co przede wszystkim tam chodziło, to złośliwe zobrazowanie pewnego szalenie przebiegłego typu zakłamania, gdzie ktoś do nas przychodzi z jednoznacznie wrogim zamiarem, a jednocześnie od wejścia deklaruje, jak czyste on ma intencje. Chodzi o ten typ zakłamania, gdzie ktoś nas zachęca, byśmy się z nim udali na majowe nabożeństwo, a po drodze oblewa nas benzyną i podpala. To jest ten rodzaj zakłamania, z którym nie tak dawno mieliśmy do czynienia w bardzo ponurym wypadku pewnej rodziny z Jastrzębia Zdroju i ich ojca.
Przepraszam bardzo wszystkich, że wpadam w tak dramatyczny ton, ale jak wiemy, zbliża się cała seria wyborów, zaczynając od Europy, a kończąc na polskim parlamencie i każdy rozgarnięty Polak wie, że jeśli tych wyborów nie wygra Prawo i Sprawiedliwość, całe nasze polityczne zaangażowanie możemy wrzucić do przegródki z napisem „historia zidiocenia”. Dlaczego PiS? Czy dlatego że oni są tacy fantastyczni i w swojej wyjątkowości cokolwiek nam gwarantują? Oczywiście, że nie. Jeśli PiS nam cokolwiek gwarantuje, to kolejne lata wstydu i zgryzoty, tyle że, jak zapewne dziś już wszyscy czujemy, przyszło nam żyć na końcu czasów i nie pozostaje nam nic innego, jak dawać świadectwo. Nie popisywać się, ale dawać świadectwo. A więc to, co robi Jarosław Kaczyński.
A zatem, naszym obowiązkiem nie jest oszukiwanie się, że oto przed nami seria fantastycznych zwycięstw, które doprowadzą do tego, że Polska, a za nią cały świat, zmienią się w raj na ziemi, ale walka o to, byśmy już dziś nie trafili do piekła. Niestety, co już wielokrotnie obserwowaliśmy w sytuacjach podobnie dramatycznych jak ta, w jakiej się dziś znajdujemy, pojawiają się nauczyciele, którzy nam tłumaczą, jak to powinniśmy machnąć ręką na nasze przeczucia i jeszcze raz postawić na coś, co jest podobno „wiernością”.
Właśnie w „Warszawskiej Gazecie” odezwał się śląski poeta Marcin Hałaś, zadeklarował, że się do PiS-u „zraził”, a mi zarzucił, „zagorzałe pisowstwo”. I to jest opinia tak podejrzanie głupia, że mógłbym ją zbyć uwagą, że ja zagorzałym pisowcem przestałem być, kiedy Hałaś krążył gdzieś w okolicach UPR-u. Jednak mam coś lepszego.
Otóż nie przeszkadzają mi 20-letni działacze PAX-u robiący karierę w PRL-owskich strukturach władzy, którzy dziś „zrażają się” do PiS-u, jednak wolę, żeby to nie oni dziś nas prowadzili do zwycięstwa.

Bardzo dziękuję wszystkim, którzy zechcieli zajrzeć do nas na Targi, kupic książki i porozmawiać. Jednocześnie, jak zwyklę proszę o nas pamiętać i wspierać tego bloga pod podanym obok numerem konta.