niedziela, 15 września 2019

O komunikacyjnym wykluczeniu i Dobrej Zmianie


Na ten piękny niedzielny poranek proponuję swój najnowszy felieton z „Warszawskiej Gazety” z nadzieją, że przynajmniej ci, którzy do tego znakomitego tygodnika nie mają dostępu, uznają, że ten dzień zaczął się im bardzo dobrze.     

      Gdyby ktoś mnie poprosił o wyjaśnienie, co sprawia, że ja z uporem godnym lepszej sprawy wierzę, że polityczna oferta Prawa i Sprawiedliwości jest ofertą poważną, a przede wszystkim wiarygodną, mógłbym oczywiście odpowiedzieć, że owych powodów jest zbyt dużo, by je tu opisywać. Ponieważ jednak tego pytania nie można pozostawić bez odpowiedzi, powiem tylko, że z mojego punktu widzenia, nawet gdyby z owych licznych argumentów obronił się tylko jeden, to on mi wystarczy, by wierzyć w ten projekt zachowując przekonanie, że moja wiara jest jak najbardziej usprawiedliwiona. A mam tu na myśli tak zwane „wykluczenie komunikacyjne”.
       W czym rzecz? Otóż wbrew dość często wyrażanej opinii, że ów problem jest tak powszechny, że w pewnym momencie przestał być zwyczajnie zauważany, mam tu zdanie odmienne. Otóż z tego co wiem, on faktycznie przestał być zauważany, tyle że stało się to dzięki temu, że owo komunikacyjne wykluczenie dotyczy tak małej liczby osób, że dla powszechnej świadomości praktycznie bez jakiegokolwiek znaczenia. Moje co do tego przekonanie bierze się stąd, że ja tę sytuację miałem okazję zaobserwować na przykładzie mojej rodzinnej wsi Sławatycze nad Bugiem, wsi samej w sobie od lat wykluczonej, coraz bardziej wyludnionej, biednej i samotnej. Jeśli chcemy dojechać do Sławatycz, lub ze Sławatycz wyjechać, mamy dwie proste możliwości – Włodawę na południe oraz Białą Podlaską na północny-zachód i dziś jedynym dostępnym tu środkiem transportu jest prywatny samochód. Rzecz w tym, że mimo wspomnianej pauperyzacji wsi i jej mieszkańców, należy przyznać, że tam praktycznie wszyscy mają jeden, a niekiedy i dwa samochody, a więc im ów zlikwidowany PKS, czy jeszcze parę lat temu obsługujący trasę Biała Podlaska - Sławatycze bus, nie zaprzątają w żaden sposób umysłu. Rzecz natomiast w tym, że jeśli tam, wśród tego tysiąca z małym hakiem mieszkańców znajdzie się choćby jedna osoba, która nie ma żadnej możliwości, by się stamtąd ruszyć, to z pewnego, wręcz metafizycznego punktu widzenia, mamy problem tak głęboki, że tylko nadzwyczaj wrażliwe oko jest w stanie go dojrzeć i się nim przejąć.
      Powtarzam. Gmina Sławatycze to na naszej polskiej mapie miejsce wyjątkowo zabiedzone, nie zmienia to jednak faktu, że co by o jego mieszkańcach nie mówić, o żadnym komunikacyjnym wykluczeniu nie może być mowy. Czemu to z takim naciskiem podkreślam? Otóż prawdopodobnie w większości polskich gmin, owa wykluczeniowa sytuacja jest jeszcze bardziej fikcyjna. Ale jednocześnie nie mam wątpliwości, że w większości z nich żyje przynajmniej jedna osoba, która czuje się tam jak w więzieniu. I to, że Dobra Zmiana – niechby nawet parę tysięcy – tych ludzi zauważyła i wyszła im na przeciw, to z pewnością nie w wyniku politycznych kalkulacji.
       I to jest to co ja u nich szanuję. I to jest to, co sprawia, że z czystym sumieniem będę na nich głosować.



Powiem szczerze, że bardzo liczyłem na to, że zeszłoroczny wrzesień się już nie powtórzy, jednak wygląda na to, że jeszcze i tym razem muszę prosić tych, którym moje dwie ostatnie notki umiliły ten piękny weekend, o jednorazowe wsparcie. Gdyby ktoś nie pamiętał, podaję namiary: Krzysztof Osiejuk 50 1050 1214 1000 0092 2516 8591, ewentualnie, jeśli ktoś wciąż jeszcze nie wrócił do kraju, to można przelewać pieniądze na mój paypalowy adres k.osiejuk@gmail.com. A  ja ze swej strony obiecuję, że będę Państwa zabawiał dopóki mi sił starczy. Korzystając z okazji, chciałbym z całego serca podziękować dwóm czytelnikom, którzy od dłuższego czasu regularnie co miesiąc wysyłają mi to co wysyłać uznali za stosowne. 

sobota, 14 września 2019

O gonieniu w piętkę, czyli jeszcze tylko cztery tygodnie


     Sam nie mogę w to uwierzyć, ale ledwie co zacząłem się autentycznie obawiać o to, że nadszedł czas posuchy, a mnie pozostanie już tylko przypominanie swoich starych tekstów, nastąpił prawdziwy wysyp nadzwyczaj inspirujących zdarzeń. Zanim jednak przejdę do rzeczy, pozwolę sobie na maleńką dygresję. Otóż doświadczając przeróżnych kontaktów z ludźmi serdecznie zaangażowanymi w nienawidzenie Prawa i Sprawiedliwości, zauważyłem, że pierwszą przyczyną ich szaleństwa jest to, że oni są na stałe przyklejeni do telewizora, w którym od rana do wieczora leci TVN24, a na jakikolwiek przekaz pochodzący z którejkolwiek innej strony, pozostają totalnie zamknięci. Ich jedynym źródłem informacji jest TVN24 i stąd ten ich przedziwny stan kompletnego zgłupienia. Gdy chodzi o mnie, ja dziś jestem w takim nastroju, że gdyby tam na zmianę nie pokazywali się Marek Belka, Grzegorz Kołodko, Ryszard Bugaj i Aleksander Kwaśniewski ze swoimi mądrościami, ja bym naprawdę z największą przyjemnością oglądał ów TVN24, choćby po to, by spróbować zweryfikować to co wydaje mi się że wiem. Niestety, tu jestem zupełnie bezradny, natomiast, owszem, nie ma dnia, bym jednak nie zajrzał do takich portali jak tvn24.pl, czy onet.pl, by jednak zachować jakiś intelektualny porządek. I stąd też wciąż czuję, że stoję mocno na obu nogach.
      A zatem, owszem, również wczoraj zajrzałem – i to niejednokrotnie – do portalu tvn24, a tam, proszę sobie wyobrazić znalazłem następującą informację:
Jak ustaliła ‘Gazeta Wyborcza’, pod koniec sierpnia 2015 roku na forum ‘Dziennika Gazety Prawnej’ pod artykułem o roszczeniach, które wobec poszukiwanego ‘złotego pociągu’ miał zgłaszać Światowy Kongres Żydów, internauta podpisany pseudonimem ‘jorry123’ napisał: ‘Podły, parszywy naród, nic im się nie należy...’. Doniesienie w tej sprawie do prokuratury złożyła mieszkanka Wrocławia. Jak napisała ‘Wyborcza’, śledczy ustalili, że za pseudonimem kryje się Jarosław Dudzicz, wówczas sędzia Sądu Rejonowego w Słubicach, a obecnie członek nowej Krajowej Rady Sądownictwa”.
      Z dalszej części tekstu dowiadujemy się, że w reakcji na doniesienia „Wuborczej”, już zareagowała Ambasada Izraela w Warszawie oraz oczywiście posłowie Platformy Obywatelskiej Borys Budka i Mariusz Witczak, którzy „zażądali od ministra sprawiedliwości odwołania sędziego Jarosława Dudzicza ze wszystkich funkcji w wymiarze sprawiedliwości. - To jest elementarz i minimum, które musi być od razu zrealizowane - powiedział Witczak. - Sędzia Dudzicz jest takim najgorszym symbolem tego, co się dzieje, gdy politycy obsadzają miernymi, ale wiernymi wymiar sprawiedliwości - ocenił Budka”.
      Ktoś powie, że nic nowego na wschodnim froncie i nie ma o czym gadać, ja bym się jednak upierał, że, owszem, dostaliśmy właśnie wręcz idealną prezentację tego, jak wygląda stan rzeczy przed zbliżającymi się wyborami. Przede wszystkim, ja kompletnie nie jestem w stanie zrozumieć, dlaczego fakt, że ktoś, nie tylko o żydowskim, ale o jakimkolwiek narodzie powiedział, że jest „podły i parszywy”, miałby być traktowany jak przestępca. A cóż to za zwyczaje? Kto mi zabroni napisać w internetowej dyskusji, że Rosjanie, lub Amerykanie, Hindusi, czy Brytyjczycy, to naród podły i parszywy. A cóż to jest za zwyczaj, gdzie tylko jeden naród ze wszystkich na świecie jest otoczony szczególna ochroną? Powiem więcej. Co to za polityka, która miałaby mnie karać za to, że o nas Polakach powiem, że jesteśmy podli i parszywi? Inna sprawa, że takiej akurat polityki nie ma nigdzie na świecie. W nas jak najbardziej można walić jak w kaczy kuper bez jakichkolwiek sankcji. Tymczasem tu okazuje się, że ów sędzia ma za swoje słowa być natychmiast usunięty z zawodu i wyrzucony na ulicę.
       Ale nie to jest tu dla mnie najciekawsze. To co na mnie zrobiło wrażenie największe, to owa „mieszkanka Wrocławia”, która na internetowym profilu „Dziennika Gazety Prawnej” odnalazła nagle tekst sprzed czterech lat na temat tak zwanego „złotego pociągu”, pod nim trafiła na komentarze czytelników, wśród tych komentarzy wypatrzyła ów podpisany przez jakiegoś „jorry 123”, wstrząśnięta owym porażającym antysemickim atakiem, pobiegła natychmiast na prokuraturę, a prokuratura po zbadaniu sprawy triumfalnie poinformowała „Gazetę Wyborczą”, że autorem owego skandalicznego wpisu jest jeden z wysługujących się dziś pisowskiej władzy sędziów.
       I jeśli ktoś myśli, że ja tu sugeruję, że to jest wszystko łgarstwo, jest w głębokim błędzie. Owszem, jest nadzwyczaj prawdopodobne, że owa „mieszkanka Wrocławia” to zaledwie ksywa użyta przez któregoś z cyngli z Czerskiej, natomiast cała reszta to prawda i tylko prawda. Oni w rzeczy samej od kilku dobrych tygodni, od rana do wieczora nie robią nic innego, jak przeglądają Sieć w poszukiwaniu jakichkolwiek informacji, które mogłyby w jakikolwiek sposób skompromitować Dobrą Zmianę. Wygląda na to, że wraz z upływem czasu, zwłaszcza gdy wybory już za miesiąc, oni nie dość że zaczęli sięgać do roku 2015, to jeszcze grzebią na internetowych forach. A ja już się tylko zastanawiam, ileż to oni musieli sprawdzić przeróżnych antysemickich komentarzy i to w ilu przeróżnych miejscach, zanim nagle trafili na tego jakiegoś Dudzicza. Przecież to jest naprawdę praca, za którą musi stać nie byle jaka desperacja. A mnie dziś interesuje już tylko owa desperacja. Tam się w tych łbach na miesiąc przed wyborami musi naprawdę kotłować.
       Ale jest jeszcze coś. Oto przy tak wielkim wysiłku, przy tak ogromnej pracy, przy takim zaangażowaniu, po tych wszystkich tygodniach, miesiącach, a kto wie, czy nie latach, udało im się znaleźć tego biednego Dudzicza, który tak naprawdę nie powiedział nic specjalnie odkrywczego. Ja rozumiem, gdyby jemu się wymsknęło coś na temat „plemienia żmijowego”, to można by go nawet porównać do arcybiskupa Jędraszewskiego. A tak? Tu Prawo i Sprawiedliwość ogłasza darmową opiekę stomatologiczną dla wszystkich polskich uczniów, a ci durnie się chwalą, że złapali jeszcze jednego polaczka, który swój antysemityzm wyssał z mlekiem matki. Dominik Tarczyński może spać spokojnie.



Powiem szczerze, że bardzo liczyłem na to, że zeszłoroczny wrzesień się już nie powtórzy, jednak wygląda na to, że jeszcze i tym razem muszę prosić tych, którym powyższy tekst umilił dzień, o jednorazowe wsparcie. Gdyby ktoś nie pamiętał, podaję namiary: Krzysztof Osiejuk 50 1050 1214 1000 0092 2516 8591, ewentualnie, jeśli ktoś wciąż jeszcze nie wrócił do kraju, to można przelewać pieniądze na mój paypalowy adres k.osiejuk@gmail.com. A  ja ze swej strony obiecuję, że będę Państwa zabawiał dopóki mi sił starczy. Korzystając z okazji, chciałbym z całego serca podziękować dwóm czytelnikom, którzy od dłuższego czasu regularnie co miesiąc wysyłają mi to co wysyłać uznali za stosowne. 

piątek, 13 września 2019

Trudne sprawy, czyli potrajamy widownię Polsatu


      No i nie trzeba było czekać długo, jak stało się i mamy temat, w dodatku temat nie byle jaki. Otóż oglądałem wczoraj trochę telewizję i powiem szczerze, że nie pamiętam dnia, kiedy działo się tak mało i tak nieinteresująco. W pewnym momencie doszło wręcz do tego, że praktycznie jedyną informacją, wałkowaną w koło Macieju, była wizyta ministra Glińskiego w Łodzi. Powiem szczerze, że ani tego nie wiem, ani nie chciało mi się też sprawdzać, czy nie jest przypadkiem tak, że Gliński kandyduje do Sejmu z Łodzi właśnie i podobnie jak premier Morawiecki wozi się dzień za dniem po Katowicach i okolicach, tak tenże Gliński zamieszkał ostatnio w Łodzi. Nie to jest jednak tu ważne, w końcu każdy skądś kandyduje i jego zbójeckim prawem, a i przy okazji zwykłym politycznym obowiązkiem, jest się pokazywać ludziom, o których głosy się walczy.
       No ale, jak już powiedziałem, nie wiem, jak to jest z ministrem Glińskim, natomiast, owszem, siłą rzeczy sprawdziłem nieco ścieżki, po których on się po owej Łodzi prowadzał, oraz, naturalnie, wysłuchałem szeregu jego wystąpień i to co mnie zdecydowanie uderzyło, to, że gdziekolwiek by on nie przemawiał, to każde jego wystąpienie ostatecznie musiało się koncentrować na polskiej kinematografii, która rzekomo jest chlubą Łodzi. Użyłem tu słowa „rzekomo”, choć przyznaję, że nie mogę wykluczyć iż dziś, kiedy już dwa niegdyś słynne piłkarskie kluby ŁKS oraz Widzew przestały być tego miasta chlubą i jedyną konkurencją dla każdego aspirującego tam jeszcze podmiotu pozostała pani prezydent Zdanowska, polska kinematografia może robić pewne wrażenie, ale nawet wtedy byłbym ostrożny z ocenami.
      Bo o co chodzi? Otóż w moim najszczerszym przekonaniu, gdy chodzi o polską kinematografię, to ona jest dziś w stanie konkurować wyłącznie z książkami Szczepana Twardocha, a to i tak z tym zastrzeżeniem, że nie mam na myśli całej polskiej kinematografii, ale, powiedzmy tylko filmy Patryka Vegi, które, przyznaję, przynajmniej dają mu zarobić. Cała reszta to już wyłącznie odpowiednik wspomnianego tu niedawno literata Kazimierza Michała Ujazdowskiego. A więc jeśli minister rządu, który ja, wbrew wszystkim i wszystkiemu, traktuję jako swój, jeździ po Łodzi i pieprzy androny na temat polskiej kinematografii, to zaczynam się poważnie zastanawiać, co przed nami.
      Ale od początku. Proszę sobie wyobrazić, że parę dni temu siedzieliśmy tu sobie w leniwej atmosferze przed telewizorem i oglądaliśmy sport. Ponieważ sport był nieciekawy, przełączyliśmy na TVP Info, ale TVP Info było jeszcze mniej ciekawe i w tym momencie moja żona zażądała pilota i wzięła sprawy w swoje ręce, co skończyło się na tym, że nas zatkało na Polsacie, a tam właśnie leciał program zatytułowany „Trudne sprawy”. Krótko powiem, co to takiego. Otóż od pewnego czasu w różnych telewizjach, ze szczególnym uwzględnieniem TVN-u, pojawia się format polegający na tym, że aktorzy-amatorzy odgrywają jakieś pisane na kolanie scenariusze na temat tak zwanego „prawdziwego życia”, których wspólnym wątkiem jest to, że między bohaterami dochodzi do ciężkiego kryzysu, ale w końcu wszystko się szczęśliwie kończy, a wszystko jest zrealizowane tak, jakbyśmy mieli do czynienia z historią prawdziwą, by nie powiedzieć – dokumentem. Ze wstydem przyznaję, że wiem o czym mówię stąd, że od kilku lat moja córka w chwilach szczególnego zgnuśnienia przełącza telewizor na TVN i sobie to puszcza, muszę jednak powiedzieć, że to co trafiłem niedawno na Polsacie, to było coś absolutnie wyjątkowego. Tam zawsze było raczej słabo, jednak pewne standardy były zachowywane, tu natomiast, pomijając to co sprawia, że człowiek jednak czeka na to co będzie dalej, wszystko było do tego stopnia upiorne, że myśmy się autentycznie od tego nie mogli oderwać. Przede wszystkim mieliśmy tam aktorów – i to zarówno kobiety jak i mężczyzn – którzy robili wrażenie, jakby tam pracowali za kieliszek wódki i papierosa. I nie chodzi mi tylko o ich grę, ale o samą prezencję. Czy mieliśmy przed sobą dyrektora szkoły, czy panią nauczycielkę, czy jej kochanka, czy jej ucznia, czy szkolnego psychologa, do tej roboty zostali wynajęci ludzie, w sposób oczywisty i bez zachowania najbardziej podstawowych pozorów, w najlepszym razie wyciągnięci z opieki społecznej, a najpewniej zwyczajnie znalezieni na ulicy. A więc najpierw ich tam sprowadzono, przeprowadzono podstawowy casting, kazano się im nauczyć odpowiednich kwestii, oni owe kwestie wyrecytowali, a myśmy to oglądali jak wryci.
        Ktoś mi w tym momencie powie, że ani Gliński, ani Łódź nie ma z tym nic wspólnego, a ja z miłą chęcią potwierdzę, że owszem, ani on ani owo miasto nie odpowiadają za to, co produkuje Polsat. Tym gorzej jednak dla nich, bo oto, proszę sobie wyobrazić, w momencie gdy doszło do punktu gdzie się tego już oglądać nie dało, żona moja znów wzięła w dłoń pilota, zaczęła szukać dalej i... na ekranie naszego telewizora pojawił się film „Zimna wojna”.
      Gdyby ktoś nie wiedział, o czym mówię, to rzecz jest o najwybitniejszej polskiej produkcji filmowej ostatnich dekad. Ja wiem, że właściwie każda polska produkcja powstała w ostatnich latach jest wybitna, niemniej „Zimna wojna” to jest wydarzenie. Mówimy tu o filmie, który odniósł międzynarodowy sukces, od Paryża przez Berlin po Nowy Jork, nieporównywalny z niczym, co powstało wcześniej i zapewne jeszcze długo później. Ja oczywiście „Zimnej wojny” wcześniej nie oglądałem, więc jak zawsze tliło się we mnie marzenie, że może faktycznie mamy do czynienia z przełomem, jednak to co zobaczyliśmy podczas opisywanego przeze mnie wieczoru, załatwiło owe marzenie krótko i do końca. Nie będę tu recenzował tych w sumie zaledwie kilku minut wspomnianej produkcji, wystarczy że powiem, że bardzo nam się spodobało, że Canal+ wyposażył ów film w napisy. Skąd ten pomysł, nie mam pewności, natomiast z naszego punktu widzenia, był to pomysł pierwszorzędny, ponieważ bez tych napisów, ze względu na realizację dźwięku, nie mielibyśmy pojęcia, o czym bohaterowie rozmawiają. A więc to akurat było okay.
        I to jest moment kiedy zmuszony jestem wrócić do ministra Glińskiego i jego uwag na temat Łodzi i jej zasług dla naszej kinematografii. Otóż wszystko – włącznie z Vegą, Pasikowskim, Smarzowskim, czy Saramonowiczem – jest jakie jest, i Bogu niech będą dzięki, jeśli w którymkolwiek z tych filmów pojawi się wystarczająco dużo grepsów, byśmy dali radę zmęczyć te dwie godziny. Gdy chodzi jednak o „Zimną wojnę” – przypomnijmy że mamy do czynienia ze zdobywcą kiludziesięciu międzynarodowych nagród filmowych czy to za zdjęcia, czy też scenariusz, reżyserię, czy grę aktorską – to było coś tak strasznego, że po kilku minutach wspólnie i w porozumieniu zdecydowaliśmy, że przełączamy się na Polsat i dalej oglądamy tamtych meneli, jak ciężko pracują na swoją flaszkę.
     Mówię to z pełną odpowiedzialnością. Program Polsatu był zrealizowany zdecydowanie bardziej profesjonalnie, a przede wszystkim był znacznie, znacznie ciekawszy niż produkcja w ten czy inny sposób reklamowana przez ministra Glińskiego, jako polska duma i sukces.
      Sytuacja, jak widzimy, jest coraz bardziej dramatyczna i powstaje pytanie, jakie na to wszystko mamy propozycje. Otóż moja jest taka, że gdy już Prawo i Sprawiedliwość wygra jesienne wybory, w pierwszej kolejności likwidujemy Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego, jednocześnie budżet państwa przestaje finansować tak zwaną „sztukę”, czy to filmową, czyli teatralną, czy plastyczną, czy jakąkolwiek inną, a pozostaje wyłącznie Dziedzictwo Narodowe. Gdy chodzi o mnie, korzyści z tego ruchu będą do tego stopnia wymierne, że może być nawet z Gombrowiczem.
        No i jeszcze jedno. Minister Gliński niech idzie wykładać na którejś z wielu polskich uczelni. Jestem pewien, że znajdzie coś odpowiedniego dla siebie, no i sobie tam świetnie poradzi.





Zachęcam wszystkich do kupowania mojej ostatniej książki o języku Imperium Brytyjskiego. To jest druga odsłona tego, co opisałem w swoim „listonoszu”, tyle że szerzej i moim zdaniem znacznie ciekaiej. Książkę zamawiać można albo w księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, albo bezpośrednio u mnie pisząc na adres k.osiejuk@gmail.com.
       


czwartek, 12 września 2019

Co to tak syczy?


Nie napisałem wczoraj żadnego tekstu z tego prostego powodu, że albo nie umiałem znaleźć odpowiednio interesującego tematu, albo, owszem, takich tematów znalazłem parę, jednak nie umiałem znaleźć odpowiedniego środka, by z tematu powstał tekst na poziomie, do którego się tu przyzwyczailiśmy. Zrobiłem więc sobie tę przerwę i kiedy przyszedł kolejny dzień, przeżyłem dokładnie tę samą pustkę. Ponieważ jednak nie mam sumienia, by sprawiać zawód tym z Państwa, dla których ten blog stanowi coś, co uważają w pewnym sensie za zagwarantowane, uznałem, że zamiast znów pozostawić tu puste miejsce, przypomnę któryś ze swoich bardzo stary teksów, licząc na to, że większość Czytelników, albo go nie pamięta, albo zwyczajnie nie miało okazji czytać.
Szukałem więc w tym swoim toyahowym archiwum i nagle wpadłem na coś, co dało mi powód do pewnej wręcz dumy. Okazuje się bowiem, że już w roku 2009 przedstawiłem tu tekst, który bardzo mocno zapowiadał nadejście czegoś, co w końcu nadeszło pod symboliczną nazwą #MeToo. Przedstawiam tu więc tamtą notkę, a przy okazji mam jeszcze pewną refleksję a propos tego, jak oni wszyscy potrafią być daleko, daleko spóźnieni. Oto niedawno trafiłem gdzieś na informację, że naukowcy na jednym z uniwersytetów w Irlandii, studiując problem tak zwanych fake newsów, doszli do wniosku, że to jest problem jeszcze większy niż się dotychczas wydawało, a to z tego względu – i oni to potwierdzili naukowo – że owe fake newsy nie tylko oszukują naszą bieżącą świadomość, ale również nasze wspomnienia. Irlandzcy naukowcy naukowo zbadali, że człowiek, któremu pewnego dnia wdrukowano w mózg jakieś kłamstwo, może nawet po latach być przekonany co do owego kłamstwa realności.
Kto by pomyślał, prawda? A teraz już właściwy tekst i nadzieja, że może jutro uda mi się napisać coś nowego.

      Z jednej strony z przykrością, a z drugiej, tylko ze zdziwieniem, stwierdziłem fakt, że cała seria ostatnich wpisów na tym blogu nie dotyczy już polityki. Z przykrością dlatego, że może to świadczyć o tym wprawdzie, że – jakoś tam podświadomie – uznałem, że w polityce sprawy idą w dobrym kierunku, ale też, może być i tak, że wręcz przeciwnie, nie ma już o czym gadać. Bo przyznać tu muszę, że kolejne tematy nie są wynikiem mojej przemyślanej decyzji. One pojawiają się dokładnie według wzoru, w jaki układają się moje codzienne myśli (i to jest właśnie kwestia tego zdziwienia). A, ostatnio, tak się jakoś dzieje, że ja o polityce zwyczajnie nie myślę. I, gdyby miało się okazać, że ze zwykłej rezygnacji, i zupełnie podświadomie, wyparłem z siebie wszelkie kwestie związane z moim pragnieniem, by ostatecznie ujrzeć Donalda Tuska i jego jedenastkę, na peryferiach polskiej polityki, to byłoby mi bardzo przykro.
      Polityka więc wisi gdzieś w najdalszej perspektywie, a ja patrzę przede wszystkim na to, co z takim poczuciem bólu przedstawiłem w obu tekstach na temat projektu zatytułowanego ‘Alicja Tysiąc’, czyli w efekcie czegoś co niechybnie przypomina koniec czasów. Co widzę dziś? Otóż widzę to przede wszystkim, że amerykański system wymiaru sprawiedliwości wreszcie znalazł sposób, by wyegzekwować swoje pretensje do osoby Romana Polańskiego. No i jednocześnie, niestety, widzę, jak kulturowa i cywilizacyjna dostojność tego wydarzenia zostaje, najpierw z pełnym wyrachowaniem, a później już tylko na zasadzie odtwarzania głosu tzw. autorytetów, przykryta przez powszechny krzyk w obronie tego, co wydarzyło się już ponad 30 lat temu.
      Zanim przejdę do rzeczy, bardzo proszę posłuchać pewnej historii, którą zaczerpnąłem z powieści, a jednocześnie z filmu, który dla mnie zawsze stanowił jedno z pierwszych źródeł pewnej szczególnej wiedzy moralnej. Mam na myśli Ojca Chrzestnego. Z całą pewnością w książce, a również – o ile pamiętam – w telewizyjnej, bardzo poszerzonej, wersji filmu Coppoli, tradycyjnie znana scena wizyty Hagena w Hollywood została poszerzona o jeden niezwykły epizod. Sytuacja w każdym razie jest taka, że Hagen przybywa do Hollywood, żeby się spotkać z Woltzem, słynnym filmowym producentem, by poprosić go o rolę dla Johnnego Fontane. Kiedy czeka na niego w recepcji, widzi przed sobą, na kanapie „najpiękniejsze dziecko, jakie Hagen widział kiedykolwiek. Dziewczynka ta miała nie więcej, niż jedenaście, czy dwanaście lat, była ubrana bardzo kosztownie, ale prosto, jak dorosła kobieta. Miała niewiarygodnie złote włosy, ogromne, niebieskie jak morze oczy i świeże, malinowe usta. Towarzyszyła jej kobieta będąca najwyraźniej jej matką…
      Po jakimś czasie, kiedy już wiadomo, że Woltz – człowiek, w oczywisty sposób, zły i zepsuty – nie da roli Johnnemu i Hagen musi wracać do Nowego Jorku, by przekazać złe wieści Donowi, opuszczając, tym razem już prywatną, posiadłość Woltza, widzi jeszcze raz tę dziewczynkę. I tak tę (fikcyjną absolutnie przecież) scenę opisuje Puzo, w tłumaczeniu Bronisława Zielińskiego: „Czekając pod oświetloną kolumnadą na samochód, Hagen zobaczył dwie kobiety wsiadające do długiej limuzyny, która już stała na podjeździe. Była to owa piękna, dwunastoletnia złotowłosa dziewczynka i jej matka, które widział rano w biurze Woltza. Teraz jednakże prześlicznie wykrojone usta dziewczynki były jakby rozmazane w obrzmiałą, różową masę. Błękitne oczy miała zamglone, a kiedy schodziła po schodach do samochodu, jej długie nogi chwiały się jak nogi okulawionego źrebięcia. Matka podtrzymywała dziewczynkę, pomagała jej wsiąść, sykała jej do ucha rozkazy. Obróciła głowę, by rzucić Hagerowi krótkie, ukradkowe spojrzenie, i dostrzegł w jej oczach płonący, jastrzębi tryumf. A potem i ona zniknęła we wnętrzu limuzyny”.
      Jeśli ktoś nie zna Ojca Chrzestnego i całej filozofii, która stanowi oczywisty przekaz tej historii, powinien mieć świadomość, że brutalność tej sceny przekracza wszelkie pozostałe opisy gwałtu i mafijnej przemocy, jakie tam znajdujemy. Z punktu widzenia ludzi mafii, wszystko to, co oni robili, było oczywiście złe, było czymś za co każdy z nich miał najprawdopodobniej trafić do piekła, ale utrzymywało się zawsze w ramach jakiejś – dziwnej i perwersyjnej – ale jednak, etyki. Hagen wiedział, że w momencie kiedy oni wszyscy przybyli do Ameryki i zdecydowali o swoim przyszłym życiu, tym samym podpisali na siebie cyrograf. Wiedziała to też pani Corleone, codziennie modląc się za duszę, wciąż jeszcze przecież, żyjącego męża. Kiedy jednak patrzył na to dziecko, wyprowadzane nad ranem z apartamentów Woltza, wiedział choćby to, że Johnny Fontane ostatecznie dostanie swoją rolę. Z tej prostej przyczyny, że Woltz to człowiek, który nie ma honoru. A zatem, jego da się zmusić do wszystkiego.
      Obawiam się, że gdyby Mario Puzo pisał swoją książkę dziś, musiałby stanowczo tę scenę albo wyciąć, albo przedstawić ją – w najgorszym wypadku – jako część tamtego świata, jako tamtego świata kontekst, by nikt nie miał poczucia zbyt dokuczliwego dysonansu. Gdyby pisał tę książkę dziś, musiałby, na przykład, dać do zrozumienia, że na tym własnie polega Hollywood, a za nim i cały nasz świat, i że nawet jeśli to co się tam dzieje nazwiemy złem, to będzie to jedynie takie samo zło jak każde inne, a więc w rezultacie nasze, zaprzyjaźnione, dobrze nam znane zło. No a już z całą pewnością nie sugerowałby, że z punktu widzenia kogoś takiego jak Don Vito Corleone i jego zbrodnicze otoczenie, to co zrobił Woltz, wołało o pomstę do nieba, lub choćby tylko wywoływało rumieniec wstydu na twarzy.
      Roman Polański, ponad już trzydzieści lat temu, na jednym z przyjęć zgwałcił trzynastoletnią dziewczynkę. A amerykańskie prawo, a za nim ja, używa słowa ‘zgwałcił’, bo prawdopodobnie w języku, wymierającej, ale jednak wciąż współczesnej cywilizacji, nie ma innego określenia dla tego, co tam się wówczas stało. Wprawdzie dziś, banda zepsutych, całkowicie zdemoralizowanych łajdaków, tłumaczy nam, że to nie był gwałt, bo to dziecko wyglądało jak dorosła kobieta, i przede wszystkim samo bardzo chciało zaspokoić zwierzęce instynkty Romana Polańskiego i jego ustosunkowanych przyjaciół. Jednak fakt pozostaje faktem. Ktoś tę dziewczynkę tam przyprowadził i nie zrobił tego po to, by te zwierzęta mogły zaczerpnąć intelektualnej inspiracji z jej obecności. Ja nie mam pojęcia, jak wyglądają przyjęcia w Hollywood i co trzeba zrobić, żeby się na nich znaleźć. Ale tyle, to się mogę domyśleć, że tam nie wchodzi się ot tak sobie. A jeśli na tych przyjęciach pojawiają się alkohol, narkotyki, czy małe dzieci, to nie na zasadzie magicznej sztuczki, tylko dlatego, że ktoś złożył odpowiednie zamówienie.
      Może i jestem naiwny i głupi, ale nie na tyle z pewnością, by uwierzyć w te wszystkie bzdury, próbujące zracjonalizować ówczesne pojawienie się tego dziecka obok Romana Polańskiego. Widzę dziś tę dziewczynkę, już trzydzieści lat starszą, typową spasioną Amerykankę, która, Bóg jeden wie, co zyskała na tym, że kiedy zaczynała swoje życie, znalazła się wśród tych wilków. Z całą pewnością, ani Polański, ani jego kumpel Jack Nicholson, ani nikt inny z tego chorego towarzystwa, nie załatwił jej aktorskiej kariery. Domyślam się, że za ten jednorazowy gest, dostała jakieś ciężkie pieniądze, dzięki którym ona i jej opiekunowie przeżyli swoje dotychczasowe życie. To mnie jednak bardzo mało obchodzi. Czym się dziś zadręczam, to wspomnianym na samym początku tego tekstu załamaniem i – obawiam się – ostatecznym krachem tego co znaliśmy pod pojęciem nowoczesnej chrześcijańskiej cywilizacji. A co z tak przerażającą wyrazistości obserwuję w wypowiedziach najprzeróżniejszych obłąkańców, którzy apelują o objęcie tego odrażającego czynu amnestią, by nie powiedzieć – zrozumieniem.
      Bo – nie oszukujmy się – to są zapowiedziane znaki. Matka, otoczona przez tabuny najbardziej czarnych doradców, wyciągająca serię odszkodowań od najprzeróżniejszych instytucji za to, że zmuszono ją do urodzenia dziecka. Dziecka, które żyje, chodzi do szkoły, ogląda otaczający je świat i pewnie marzy o tym, że kiedyś stanie się coś, co będzie dobre i piękne. Sędzia niezawisłego sądu, z bezwzględną surowością potępiająca tych, którzy pokazali zło palcem. Ekskluzywne prostytutki zostające prezesami państwowych firm. Zaczadzeni ludzie, z wykrzywionymi złością twarzami, wołającymi o śmierć. I wreszcie „płonący jastrzębim tryumfem” świat. Drżący z emocji na widok nadchodzącego końca.
      Panie, zmiłuj się nad nami!




wtorek, 10 września 2019

Gdy Dobra Zmiana wystraszyła śmierć


        Przy okazji powrotu naszych siatkarek z Turcji przypomniał mi się temat kiedyś wybitnej polskiej siatkarki Agaty Mróz, która dziś naturalnie jest już osobą całkowicie zapomnianą, swego czasu jednak przez parę tygodni była pierwszą gwiazdą reżimowych mediów. O co poszło? Otóż u Agaty Mróz, która była wówczas w zaawansowanej ciąży, zdiagnozowano białaczkę i poinformowano ją, że albo zachowa ciążę, albo szansę na przeżycie. Agata Mróz wybrała życie, urodziła dziecko, następnie poddała się zabiegowi przeszczepienia szpiku kostnego i po dwóch tygodniach zmarła.  Proszę mi pozwolić, że przypomnę dziś i tamtą dzielną dziewczynę, no i przy tym czasy, które mam nadzieję, już nigdy nie wrócą.  Bo oto, proszę sobie wyobrazić, tuż po pogrzebie, w Onecie, który – co warto zauważyć, był wówczas całkowicie polski  ukazała się następująca informacja:
       „Przedstawiciel prezydenta RP przekazał rodzinie Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski, przyznany Agacie Mróz pośmiertnie. Mąż siatkarki Jacek Olszewski powiedział jednak, że nie może go przyjąć, a jego zdaniem należy się on tym, którzy ratują życie, czyli lekarzom z kliniki hematologii. Zebrani w kościele i przed świątynią przyjęli to oklaskami.
       - Uważam, że Agata nie powinna być wykorzystywana w taki sposób, że dopiero w chwili śmierci dostała ten order. Ja jako mąż, może ktoś powie, że jestem niewdzięczny, ale nie mogę przyjąć tego orderu, ponieważ złamałabym w dniu pogrzebu Agaty po pierwsze moje przekonania, a po drugie - zdradziłbym ideały Agaty - mówił podczas pogrzebu Jacek Olszewski”.
      Wydawało się, że, pomijając samą śmierć – śmierć okropną, jak każda śmierć, a jeszcze bardziej okropną, bo w tak młodym wieku i w takich okolicznościach – nie stało się nic szczególnego. Kiedy umiera ktoś jakkolwiek zasłużony, tak się zwykle dzieje, że ci którzy są od tego – w tym wypadku Prezydent Państwa – honorują czasem zmarłą osobę odpowiednim orderem. Tak było zawsze i wszędzie, i tego typu gesty nie budziły niczyjego zdziwienia, ani już tym bardziej oburzenia.
      Niestety, nie żyjemy ani „zawsze”, ani tym bardziej „wszędzie”, ale w miejscu tak bardzo szczególnym i w czasach tak bardzo szczególnych, a jednocześnie w pewnym sensie tak strasznie schamiałych, że nawet nie bardzo się dziwimy, gdy po raz kolejny, tylko po to, żeby wykonać określone polityczne, czy też socjologiczne zadania, można wykorzystać nawet śmierć.
       O cóż chodzi? Przez ostatnie dni życia Agaty Mróz, sama jej osoba i jej tragiczna walka o życie stały się takim samym elementem najbardziej ohydnej kampanii medialnej, w sposób najbardziej obrzydliwy zanurzonej w tym, co stanowi idealnie skonstruowaną kulturę pop. Dzień w dzień postać, Agaty Mróz była przedstawiana na ekranach telewizorów i na stronach najbardziej krwiożerczych tabloidów bez najmniejszej litości. Oglądaliśmy Agatę uśmiechniętą, Agatę płaczącą, Agatę smutną, Agatę śpiącą, Agatę spacerującą z mężem, Agatę siedzącą z mężem na ławeczce. Oglądaliśmy Agatę Mróz z bliska i z ukrytych kamer. Agatę Mróz zza szyby i Agatę Mróz zza krzaka i zza drzewa. Wzruszaliśmy się zdjęciami Agaty w kolorze i w czerni i bieli.
      Dlaczego zorganizowano nam takie wzruszenia? Otóż dla samych wzruszeń. Dla zwykłej tabloidalnej satysfakcji. Dla zaspokojenia naszego najbardziej prymitywnego pragnienia, „żeby coś się wreszcie stało”.
       Oglądałem Agatę Mróz, jak spała, jak mówiła, jak jej twarz i jej głos wyrażały smutek, zmęczenie i jak umierała. I zastanawiałem się, jak można było na to pozwolić. No a przede wszystkim, kto na to pozwolił. I czekałem z przerażeniem, jak nad szpital, w którym toczyła się walka o Agatę Mróz nadleci Błękitny 24. A później, już całkowicie oszołomiony, patrzyłem, jak telewizja TVN 24 pokazuje konferencję prasową męża zmarłej dziewczyny. Oszołomiony, bo nagle zdałem sobie sprawę, że to jest dzień śmierci żony i matki i że to wszystko, co poprzedziło ten dzień, ta cała medialna zabawa we wzruszenia, miała przecież dwóch autorów, mianowicie media i tego kogoś, kto mediom na to wszystko przez ten cały czas pozwalał. Postawę mediów rozumiem. Nienawidzę jej, jestem nią absolutnie porażony, ale rozumiem. To są te czasy i to są te cele i to jest to okrucieństwo. Ale ktoś media do tego szpitala wpuścił, ktoś ich stale tam witał, ktoś tych reporterów zapraszał. I znów wraca pytanie. Dlaczego? I tego nie wiem. Nie wiem, dlaczego.
       No i wreszcie Agata Mróz została pochowana.
       I oto nie minęło wiele czasu, jak nadszedł czas pierwszych Zaduszek śp. Agaty Mróz, a ja włączyłem telewizor i w TVN24 zobaczyłem tarnowski rynek, a na rynku człowieka z niemowlęcym wózkiem. Za chwilę okazało się, ze człowiek z wózkiem to, wspominany już wcześniej Jacek Olszewski.  TVN24 ustawił męża siatkarki z wózkiem na rynku, w studio postawił redaktora Kuźniara, dziś, co warto zauważyć, pracującego dla Onetu, na pasku dał napis „Agata jest zawsze z nami"... i się zaczęło.
       Talenty intelektualne redaktora Kuźniara są znane wszystkim, jednak już pierwsze jego wejście było imponujące:
Panie Jacku, czy kiedykolwiek jeszcze będzie pan używał czasu przeszłego, mówiąc o żonie?"
      Dalej temperatura już tylko rosła. Kuźniar wlepiał oczy w wózek z półrocznym dzieckiem w środku i walił -
Na pewno był pan dziś na cmentarzu z Lilianką, czy podniósł pan ją i rozmawialiście o żonie?"
Co mówił pan Liliance, stojąc nad grobem żony?"
Powiedział pan już córce, że mama umarła?"
Ciężko jest wychowywać facetowi dziecko?"
"Czy ma pan takie chwile załamania, że mówi pan do żony: Agata, gdzie ty jesteś?"
Boi się pan tego momentu, kiedy Lilianka będzie na tyle duża i świadoma, że będzie pan musiał z nią porozmawiać na temat tego, co się stało?"
Płacze pan czasem?"
Co wyczytuje pan z twarzy Lilianki? Że mamy już kończyć, czy że mamy jeszcze chwilę?"
      Oczywiście była jeszcze druga część tej żenady, czyli odpowiedzi zaproszonej do telewizji gwiazdy. Pan Jacek trzymał jedną ręką wózek i kołysząc się stylowo na boki, udzielał prawidłowych odpowiedzi na prawidłowo oczywiście postawione pytania. Nie sprawiało mu to większych kłopotów, bo przez te kilka miesięcy od śmierci żony, miał okazję poznać system i jego działanie. Nauczył się więc, że pytania są podobne, a odpowiedzi zawsze takie same. A więc plótł typowe farmazony na temat tego, ja to on patrzy w oczy swojej Lilianki i widzi twarz Agaty, i że naprawdę bywa ciężko, ale wtedy zawsze przypomina sobie Agatę i wie, że ona już swoją misję na ziemi wypełniła i teraz on powinien być dzielny.
       W sumie, zupełnie nie ma się nad czym zatrzymywać. Wyuczone na pamięć odpowiedzi na wyuczone na pamięć pytania, a wszystko to po to, żeby odwalić temat pt. „Wzruszamy". Poza tym, naprawdę, od czasu, jak Justyna Steczkowska po śmierci swojego ojca odstawiła sesję dla Vivy w czarnych koronkach i w sztucznych łzach, trudno komukolwiek konkurować na tym polu, a co dopiero prostemu debiutantowi. Nie wolno zapominać, że Steczkowską wzięli w obroty zawodowi styliści, no i ona sama, jako też zawodowiec, potrafiła nawet uklęknąć z gracją. Natomiast tu, mieliśmy jednego, kompletnie sztucznego, jakiegoś pana Jacka, który, jeśli już musiał powiedzieć coś od siebie, to jedynie to nieszczęsne: „Na szczęście nie miałem jeszcze takiego załamania, że chciałbym rzucić to wszystko i pójść się gdzieś zabawić".
       Patrzyłem sobie więc wczoraj, już nie w TVN-ie, lecz w TVP Info, jak na lotnisku w Warszawie nasze zwycięskie siatkarki  wita sam prezes Ryszard Czarnecki, myślałem sobie, że nawet jeśli jedynym wynikiem Dobrej Zmiany będzie to, że nawet jeśli ta dziwna zabawa pod nazwą Hallowe’en wciąż będzie to tu to tam urządzana, mąż Agaty Mróz od czasu do czasu dalej się będzie lansował w kolorowych magazynachto przynajmniej na tarnowskim rynku nie stanie pomnik wydrążonej dyni, a my nie będziemy się musieli radować, że dynia przynajmniej nie gada.








poniedziałek, 9 września 2019

Nowy Gagarin, czyli jak odnieść polityczny sukces w sześć minut


      Głowy nie dam, ale mam wrażenie, że pamiętam ów lot z Moskwy do Barcelony sprzed kilku lat, kiedy to na skutek czyjegoś błędu, czy to pilota, czy kontrolera lotu, czy zwykłego skrętu losu, doszło do zderzenia w powietrzu dwóch samolotów i oczywistej tragedii. Muszę jednak przyznać, że o dalszym ciągu owej historii jeszcze do wczoraj nie słyszałem. A sprawa jest nie byle jaka. Otóż dalej było tak, że człowiek, którego żona i dzieci znajdowały się na pokładzie, lecąc do Hiszpanii na wakacje, uznał, że winnym tego całego nieszczęścia jest szwajcarski kontroler lotu i postanowił go za to zabić. Z tego co dziś czytam, by swój plan doprowadzić do szczęśliwego rozwiązania, jego realizacji poświęcił ów Rosjanin wiele miesięcy, wynajmując nawet prywatnego detektywa, by ten zdobył dla niego adres owego kontrolera, dzięki czemu ostatecznie szwajcarskiego kontrolera lotu dopadł i go zamordował. Samo zabójstwo było jednak na tyle ciekawe i tak istotne dla całej naszej dzisiejszej historii, że przynajmniej jeden jego szczegół tu przedstawię. Otóż było tak, że kiedy wreszcie ów Rosjanin stanął oko w oko ze swoim, jak uznał, prześladowcą, wbił mu nóż w brzuch, a następnie włączył stoper, by odliczyć sześć minut, a więc czas, kiedy jego dzieci spadały z nieba na ziemię, a potem, mimo błagań o darowanie życia,  dobił go 12 ciosami.
     Dziś jest tak, że wspomniany Rosjanin nie dość, że pod odsiedzeniu dwóch lat w szwajcarskim więzieniu, jest od dawna na wolności, nie dość że na temat jego nadzwyczaj poruszającej przygody zostały nakręcone dwa filmy, w tym jeden z Arnoldem Schwarzeneggerem w roli głównej, to po powrocie do Rosji został przez swoich rodaków podjęty jak bohater, a dziś zadaje szyku jako wiceminister budownictwa w rządzie Północnej Oseti, oraz, z tego co słyszę, również bardzo ważny polityk w skali ogólnorosyjskiej. Ale pewnie bym to wszystko uznał za jeszcze jeden temat niewart naszej uwagi, gdyby nie fakt, że, jak słyszę, ów Kałojew – bo tak to jemu jest – miał dwa nadzwyczaj znaczące wystąpienia. W pierwszym z nich powiedział, że jemu film ze Schwarzeneggerem się nie podoba, bo on tam został przedstawiony tak by wzbudzać współczucie, a on sobie życzy, by ludzie o nim myśleli przede wszystkim z szacunkiem. Druga myśl Kałojewa, która zrobiła na mnie wrażenie, to ta gdzie zgłosił pretensje do nas Polaków, że źle myślimy o Rosjanach, podczas gdy oni nas zwyczajnie wyzwolili z nazistowskiej niewoli i za to powinno się zniszczyć wszystkie polskie groby na terenie Rosji. I te dwie rzeczy sprawiają, że ja na jego wyczyn, który sam w sobie zasługuje wyłącznie na pogardę, a który dał mu ową wątpliwą sławę, patrzę w jeszcze inny sposób. Otóż ja się potrafię domyślić, czym jest rozpacz oraz związane z nim pragnienie zemsty, natomiast mam tu przed sobą dwie kwestie, które wypadałoby nam rozliczyć. Pierwsza z nich to te dwa lata w szwajcarskim więzieniu, a druga to oczywiście dzisiejsza polityczna pozycja tego ciekawego człowieka. Jak wiemy, on stracił dziecko, które przez równe siedem minut spadało w otchłań śmierci, w związku z czym ktoś inny został zmuszony do tego, by przez owe siedem minut również w pełni świadomie umierać, a na samym końcu mamy przede wszystkim rosyjskiego gieroja, który w nagrodę za swoje niezwykłe bohaterstwo w starciu ze zgniłym Zachodem zostaje odznaczony stanowiskiem ministra na okupowanych przez Rosję terenach, i jak rozumiem, zawsze przed zaśnięciem dziękuję Panu Bogu i Świętemu Prawosławiu za to, że tak pokierowały jego losem, że jest dziś tu gdzie jest.
      Przepraszam bardzo, ale to jest coś do tego stopnia symbolicznego, że moja radość z tego powodu, że dziś w nocy Nadal wpieprzył temu Rosjaninowi przewyższa nawet moją sympatię dla samego Nadala. I tego się będę trzymał do śmierci.


     


niedziela, 8 września 2019

O głębokim sensie pokuty i zadośćuczynienia


Kończy się kolejny tydzień, i to znów wręcz nie do wytrzymania tydzień nadzwyczaj dobry, a  zatem nie pozostaje mi nic innego jak zacytować najnowszy mój tekst, napisany specjalnie dla „Warszawskiej Gazety”, z nadzieją, że poniższe myśli utrzymają nas wszystkich w przekonaniu, że póki co przed nami tylko jedna droga. W dodatku idealnie prosta.

      Mijają dni od uroczystości 80-rocznicy napaści Niemiec na Polskę, a ja wciąż mam w głowie wystąpienie niemieckiego prezydenta, a zwłaszcza jeden jego fragment:
Przeszło tysiąc lat temu pierwszy gość, który przybył do Polski z Niemiec, cesarz Otton III, przyszedł do tego kraju boso jako zwykły pielgrzym, przyszedł boso na znak pokoju i pokory. Tak samo ja stoję dzisiaj przed Polskim Narodem bosy, jako człowiek, jako Niemiec, obarczony wielkim, historycznym brzemieniem. Nic nie może cofnąć przeszłości. Słowa nie mogą uśmierzyć bólu. Czyny nie mogą przywrócić utraconego”. 
      Wbrew pozorom jednak, nie chodzi mi wcale o tego całego Ottona, a dziś Steinmeiera, jak oni stoją tu przed nami boso, bo choć nie wiem, jak to naprawdę było z Cesarzem, gdy jednak chodzi o Steinmeiera, to ten z całą pewnością miał na sobie buty, a to sprawia, że cała gadka o tym, jaki to on jest dziś bosy, brzmi zwyczajnie śmiesznie i dziwię się tylko, że on się zdecydował no coś tak słabego. Chodzi mi natomiast o tę część zacytowanej wypowiedzi, gdzie Steinmeier zapewnia, że ani słowa ani czyny nie są w stanie odwrócić tego co się stało. To jest oczywiście prawda, ale w tej sytuacji również nie są w stanie odwrócić tego co się stało, owe wielokrotnie ponawiane prośby o wybaczenie. Co się temu Niemcowi wydaje? Że my im  wybaczymy co mianowicie? To może co zostało opisane w tym świadectwie?
Palitsch strzelił najprzód w ojca rodziny i zabił go na oczach żony i dwojga dzieci. Potym zabił dziewczynkę małą, trzymającą się kurczowo ręki bladej matki. Potem wyrwał dziecko małe, które nieszczęśliwa kobieta tuliła mocno do piersi. Chwycił za nogi – rozbił główką o ścianę. Wreszcie zabił matkę wpółprzytomną z bólu”.
      Skąd mu w ogóle przyszło do głowy, że on powie do nas „proszę o wybaczenie”, a my mu odpowiemy: „No dobra, wybaczamy” i na tym koniec? Co za bezsens!
      A zatem, on ma racje, że żadne słowa i żadne czyny nie cofną tego, co się stało. Więcej. Otóż żadne słowa i żadne czyny nie wyżebrzą od nas przebaczenia, choćby za tę jedną śmierć tego jednego małego dziecka i rozpacz tej jednej pobladłej z rozpaczy matki. Natomiast owszem, miałbym nieco więcej zrozumienia dla Steinmeiera, gdyby on inny fragment swojego wystąpienia, ten w którym wspomina coś na temat „siły humanizmu i oświecenia”, na temat „wolność i prawa”, na na temat europejskiego „bogactwa języków i kultur”, a za które Niemcy czują się „szczególnie odpowiedzialni”, uzupełnił prostą i jasną skierowaną do nas Polaków prośbą, byśmy byli tacy łaskawi i przedstawili odpowiednią fakturę. A wtedy, przynajmniej ja, przestanę się domagać od telewizji ZDF, by przeprosiła za „polskie obozy”. Bo ja ich przeprosiny mam równie głęboko w nosie, co wspomniane wcześniej prośby o wybaczenie.



Wszystkich zachęcam do odwiedzania naszej księgarni pod adresem www.basnjakniedziwedz.pl, gdzie są do kupienia również moje książki. Serdecznie i szczerze polecam.

sobota, 7 września 2019

Dziadzio rekin, czyli sens życia


      Moja żona – a muszę tu zaznaczyć, że ona moją aktywność w Internecie traktuje jako zło konieczne, a przez to, wszystko co ja tu robię, demonstracyjnie lekceważy    poinformowała mnie, że ona nie jest w stanie znieść tego, że ja do tego stopnia przejąłem się faktem, że zakończyłem 64 rok życia, że mam potrzebę ogłaszać ten fakt publicznie. No ale faktem jest, że dla mnie ten dzień jest w rzeczy samej tak ważny, że to są chyba pierwsze moje urodziny od wielu lat, które w ogóle zauważyłem.
       Czemu tak? Odpowiedź, jak już miałem okazję na to zwrócić uwagę, znajduje się w piosence Beatlesów „When I’m Sixty-Four”, którą znam od zawsze i mam do niej stosunek bardzo osobisty. W czym rzecz? Otóż, nie wiem, czemu tak to się ułożyło, ale ja właściwie od dziecka mam bardzo silne poczucie upływu czasu. Kiedy byłem dzieckiem, a potem młodzieniaszkiem i jeszcze jakiś czas potem, czas swoje życie odmierzałem kolejnymi olimpijskimi igrzyskami. A więc, kiedy miałem 13 lat, a w Meksyku organizowano Olimpiadę, miałem w głowie, że za cztery lata będę miał lat 17, kiedy cztery lata później w Monachium doszło do słynnej masakry, ja sobie myślałem wyłącznie o tym, że za kolejne cztery lata, ja już będę miał symboliczne gdzieniegdzie 21 lat, i tak dalej i tak dalej.
      Dziś mam lat 64 i wciąż słyszę słowa tamtej piosenki Beatlesów, której słuchałem wtedy, gdy właśnie skończyła się olimpiada w Meksyku, i gdyby ktoś nie wiedział, o co tam w ogóle chodzi, już wyjaśniam. Ów tekst jest oczywiście znacznie głębszy i inteligentniejszy, ale krótko mówiąc, rzecz sprowadza się do tego, że on jest bardzo młody, bardzo kocha jakąś dziewczynę, ona oczywiście jego, a on się zastanawia, jak to będzie, kiedy on będzie miał 64 lata, a oni wciąż będą razem, zakochani, wierni sobie i zwyczajnie szczęśliwi.
       No i przyszła kolej na mnie. Sam mam 64 lata i jednocześnie mam poczucie, że nie mam nic wspólnego z tą parą, którą tak pięknie przedstawili w swojej piosence Beatlesi. Owszem to już nie jest to co kiedyś, ale muszę uczciwie przyznać, że kiedy zamknąłem 40 rok życia i moje dzieci narysowały mi tę piękną laurkę, którą zresztą hołubię do dzisiaj, nie mogłem się uwolnić od myśli, że oto właśnie osiągnąłem wiek inżyniera Karwowskiego i z tą myślą nie było mi wesoło. Dziś mam poczucie, że te 24 lata to było nic, a ja wciąż jestem jasny i gotowy.
          Z okazji dzisiejszych urodzin otrzymałem dwa prezenty i, szczerze powiem, nie umiem powiedzieć, który z nich jest dla mnie ważniejszy. Pierwszy z nich to ta flaszka, jaką podarował mi mój serdeczny przyjaciel Aleksy, którą już napocząłem i jestem prawdziwie wzruszony.





      Od mojej żony natomiast otrzymałem coś takiego:




      I tu, w odróżnieniu od obrazka poprzedniego, który mówi sam za siebie, należy się wyjaśnienie. Otóż od czasu gdy zostałem obsypany wnuczkami i moje życie się zmieniło kompletnie, poznałem całą kupę piosenek dla dzieci, a wśród nich i tę gdzie dzidziuś rekin, mama rekin, tata rekin, dziadzio rekin, oraz babcia rekin płyną sobie w oceanie szukając rybek, które mogliby zjeść. Kto jest zainteresowany, może sobie wysłuchać całej historii, dla mnie jednak dziś najważniejsze jest to, że moja żona podarowała mi tego rekina z informacją, że to jest dla Grandpa Shark. A ja właśnie postanowiłem, że z nim dziś będę spał.
     I to jest szczęście związane z faktem, że się skończyło 64 rok życia.
     Miłego weekendu!






piątek, 6 września 2019

Moja słodka prywata na zbliżający się nieuchronnie dzień urodzin


      Do zwykłego trybu, w jakim funkcjonuje ten blog wrócimy już jutro, dziś jednak chciałby go wykorzystać do tak zwanej prywaty i podzielić się, nie tylko z jego stałymi czytelnikami, pewnym donosem. Otóż, zaczynając od początku, mój ostatni telefon został mi sprzedany z numerem u11 przez markę HTC i powiem uczciwie i z czystym sumieniem, że był to absolutnie najlepszy telefon, z jakiego dotychczas miałem okazję korzystać. Tak się jednak stało, że kiedy jakiś czas temu próbowałem nakręcić krótki film z moją wnuczką w roli głównej, wykonując pewien artystyczny manewr, telefon wypuściłem z ręki i ekran, jak to w takich sytuacjach bywa, się potłukł. Potłukł się troszeczkę, w żaden sposób nie przeszkadzając mi w korzystaniu z telefonu, niemniej moje przywiązanie do tego, by wszystko co mnie otacza trzymało odpowiedni poziom, po pewnym czasie uznałem, że z tymi pęknięciami jest mi mocno niewygodnie, na Allegro za 240 zł od radomskiej firmy Pixel GSM kupiłem nowy ekran, zaniosłem go do popularnej tu na miejscu firmy MasterKom i zleciłem im wymianę ekranu. MasterKom wprawdzie zwykle nie dokonuje napraw z wykorzystaniem dostarczonych przez klienta części, jednak z zastrzeżeniem, że jeśli ekran okaże się uszkodzony, oni mnie i tak z tytułu wykonanej pracy skasują na 80 zł, zamówienie przyjęli.
      Kiedy po długich dwóch dniach niezrozumiałego zawieszenia odbierałem telefon z informacją, że telefon nie działa ze względu na niesprawny ekran, uznałem, że jestem do tyłu o 80 zł, ze zdziwieniem dowiedziałem się, że właściwie oni mi te osiem dych darują. Mimo oczywistego zdziwienia, z tego prostego względu, że 80 zł  przynajmniej dla mnie piechotą nie chodzi, nie zapytałem skąd ta ich niezwykła uprzejmość, telefon wraz z ekranem bez słowa odesłałem do Radomia, z prośbą o naprawę.
      I oto, proszę sobie wyobrazić, Pixel GSM mnie poinformował, że ekran jest sprawny jak najbardziej, jednak przy próbie wymiany zostało uszkodzone gniazdo, tyle że tak poważnie, że próba naprawy musi nieco potrwać. Poczekałem więc nieco, po czym uzyskałem informację kolejną, że uszkodzenie jest tak poważne, że oni naprawy się jednak nie podejmą, i telefon został mi odesłany. Tu przy okazji muszę oddać Pixelowi należny honor, bo oni jak najbardziej zwrócili mi pieniądze za ekran, włącznie zresztą z kosztami wysyłki i uprzejmymi słowami, że jest im przykro, że mnie niepotrzebnie angażowali.
       I oto nagle zdarzyło się coś, co, gdyby miało miejsce wcześniej, prawdopodobnie swoich zmartwień bym nie miał, pojawił się pewien znajomy, który skontaktował mnie z zaufaną firmą serwisującą telefony i tam, po obejrzeniu mojego telefonu, poinformowano mnie, że nieszczęście musiało nastąpić na samym początku całego owego procesu, kiedy to mój telefon, jeszcze przy samym zdejmowaniu popękanego ekranu, został, że pozwolę sobie na cytat, „zmasakrowany”, jest do wyrzucenia, a to że Pixel go w ogóle próbował naprawić to jest wyłącznie gest uprzejmości z ich strony.
       Dziś jest tak, że właśnie, trochę ze zwykłej potrzeby czasów, a trochę z powodu zbliżających się urodzin, kupiłem sobie na raty nowy HTC u11 i znów się mogę cieszyć nową piękną współczesnością. Natomiast przy tej okazji chciałbym wszystkich, których to może zainteresować, poinformować, że katowicki punkt serwisowy o nazwie MasterKom przy ulicy Słowackiego 17 to dupki bez cienia wstydu.
      Nie polecam.


czwartek, 5 września 2019

Co Rafał Ziemkiewicz myśli na temat ptasiego mleczka


Możliwe, że to się już wcześniej wydało, ale z pewną – nie dużą, ale pewną – regularnością oglądam program telewizji TVP Info zatytułowany „W tyle wizji”, a tam niekiedy pojawia się nie kto inny, jak Rafał Ziemkiewicz. Otóż niedawno stało się tak, że ów Ziemkiewicz pochwalił się przed kamerami, że on jest nadzwyczaj dumny ze swojej książki, w której zniszczył Adama Michnika, wydanej pod odważnym bardzo tytułem „Michnikowszczyzna”. Ponieważ ja Ziemkiewicza znam z różnych zachowań, a nie tylko tych, o których on lubi wspominać, postanowiłem, że zadzwonię tam i zapytam go, czy on jest również dumny ze swojej książki zatytułowanej „Polactwo”, gdzie zaatakował nie Michnika, ale tych, których ów Michnik ma w odwiecznej pogardzie, czyli nas. Jak się należy spodziewać, całe to dzwonienie poszło na marne, natomiast ja wciąż mam w głowie to pytanie: Jak się dziś czuje wobec tego, co sobie o Polsce i Polakach myślał przed laty ten, który dziś jest traktowany przez wielu, jako pierwszy patriota i przyjaciel Dobrej Zmiany.
W tej sytuacji chciałbym przypomnieć pewien swój tekst, sprzed wielu, wielu lat i zaproponować chilę refleksji w temacie podstawowym: Jak długo my jeszcze będziemy pozwalać na to, by oni nas mieli za idiotów?

     

      Jak już tu kiedyś pisałem, pani Toyahowa tego bloga praktycznie nie czyta. Nie dlatego, że to o czym ja piszę, jej nie interesuje, choć, kto wie? Może czasem chodzić i o to też. Jej problem z tym blogiem jednak jest przede wszystkim taki, że te teksty są za długie, a ona nie ma serca, żeby się skupiać na jednym długim tekście, o ile to nie jest jakaś książka, najchętniej z historią Polski w tle. A zatem, gdybym miał prowadzić jakieś badania nad uczestnictwem Toyahowej w tak zwanej blogosferze, to jestem pewien, że okazałoby się, że ona znacznie częściej na przykład zagląda na stronę coryllus.pl, niż tu.
      Jest jednak typ blogów, które ona odwiedza nagminnie. Mam na myśli tak zwane blogi kulinarne. Z tego co słyszę, ich jest bardzo dużo, a ich autorki – bo to są głównie dziewczyny – z reguły dzielą się z czytelnikami przepisami na przeróżne ciasteczka, desery, torciki i takie tam. Często przepisy te są ozdabiane zdjęciami, niekiedy bardzo pięknie podanymi, i wówczas, oprócz samej radości z czytania, jest też na czym zawiesić oko.
      Niedawno poinformowała mnie Toyahowa o zdarzeniu, które przeleciało jak meteoryt przez nasze media i ostatecznie się rozproszyło w codziennym zgiełku. Otóż autorka jednego z owych ciasteczkowych blogów, niejaka Iwusia, zamieściła u siebie swój przepis na coś, co się popularnie nazywa „ptasie mleczko” i natychmiast otrzymała pismo od prawnika reprezentującego firmę „Wedel”, w którym właściciele „Wedla” żądają od niej, by – ponieważ „ptasie mleczko” to nie jest zwyczajna, popularna nazwa, lecz znak towarowy – obok tego swojego „ptasiego mleczka” umieściła znak ®. Dla większego efektu pozwolę sobie zacytować tu fragment pisma, jakie „Wedel” wysłał do owej Iwusi:
Wobec powyższego, w imieniu Lotte Wedel, zwracam się do Państwa z prośbą o uszanowanie praw mojego Mocodawcy i niezwłoczne zamieszczenie przy przepisach kulinarnych umieszczonych na Państwa stronie i posługujących się znakiem ‘PTASIE MLECZKO®’ notki o następującej treści: ‘Oznaczenie słowne ‘PTASIE MLECZKO ®’ stanowi zarejestrowany znak towarowy chroniony na rzecz Lotte Wedel sp. z o.o.’ oraz symbolu ® przy nazwie PTASIE MLECZKO lub, alternatywnie, niezwłoczne usunięcie przepisów kulinarnych posługujących się znakiem towarowym ‘PTASIE MLECZKO®’ z Państwa strony.
      Reakcja autorki bloga była szybka i oddająca firmie Lotte Wedel wszelką satysfakcję. Ona się tak przestraszyła tym listem, że w jednej chwili, najpierw oznaczyła nazwę „ptasie mleczko” znakiem ®, następnie przepis na to swoje ptasie mleczko usunęła z bloga, a w końcu usunęła z niego wszystkie pozostałe przepisy.
      Jak czytam dziś w Internecie, wszystko skończyło się dobrze. Kiedy strona z przepisami zniknęła, w Sieci podniosła się lekka wrzawa, i ostatecznie właściciele Lotte Wedel wycofali się ze swoich pretensji, przyznali, że ich poniosło, no i wszystko zakończyli odpowiednimi przeprosinami. A ja nie wiem, jaki jest dalszy los bloga tej jakiejś Iwusi i jej przepisów. Kiedy piszę ten tekst, próbuję tam zajrzeć, ale wygląda na to, że poza imieniem Iwusia, tam jest kompletnie pusto i że po przepisach nie pozostał nawet ślad. A zatem, mogę się domyślić, że kiedy ona dostała to pismo, jej strach był tak wielki, że ona nawet nie zachowała zawartości tego bloga, a teraz jest jej trudno to wszystko co tam było, odpowiednio odtworzyć. No ale nie wiem. W sumie, i tak nie moja to sprawa. Ja słodyczy raczej nie jem.
      Ktoś się być może zastanawia, jak to się stało, że Toyahowa w ogóle mi opowiedziała o tej Iwusi. Otóż było tak, że to ja zacząłem, a mianowicie najpierw opowiedziałem o tym, co się przydarzyło wspomnianemu już wcześniej, a jej dość bliskiemu, Coryllusowi. A było tak, że do Coryllusa dotarła informacja, że tygodnik „Uważam Rze” opublikował wyniki sondy, jaką przeprowadził wśród zaprzyjaźnionych patriotów w temacie „Dlaczego jesteś dumny z Polski?”, i w ramach owej sondy zabrał głos Rafał Ziemkiewicz i powiedział co następuje: „Jestem dumny z sarmatyzmu, z kultury i cywilizacji, można by rzec rozproszonej, sieciowej – bez centrów i prowincji, opartej na równości zaścianków”. Dotarła do Coryllusa ta informacja, i on, swoim zwyczajem, dostał szału. Dlaczego? Przede wszystkim oczywiście dlatego, że on ma zwyczaj reagować wybuchowo na wszelkie przejawy nieprawości, no a poza tym przez to, że miał do owego wybuchu pełne prawo. Bo o co chodzi? Znów muszę coś opowiedzieć.
      Otóż jakiś czas temu do Coryllusa zwrócili się przedstawiciele polskiej patriotyczno-konserwatywnej prawicy z prośbą by on im udostępnił parę swoich tekstów na temat polskiego sarmatyzmu, jako przykładu skutecznej organizacji sieciowej, bo oni planują zorganizowanie bardzo poważnej dyskusji, z udziałem tak wybitnych głów, jak choćby głowa Rafała Ziemkiewicza, i chcieliby te jego myśli w tej swojej dyskusji wykorzystać. Chodzi o myśli, nie o samego Coryllusa – on w końcu, jak by to powiedzieć, jeszcze nie całkiem dorósł, by móc debatować z komentatorami tej klasy co Ziemkiewicz – natomiast, jeśli można, teksty by się przydały. Ponieważ Coryllus, jak wiemy, jest bezpośrednim potomkiem wspomnianych sarmatów, odpowiedział patriotom, żeby się od niego odpieprzyli, a jego tekstów nawet nie próbowali ruszać, bo ich poszczuje psami. Patrioci na to wzruszyli ramionami i pierwszym efektem tego aktu obojętności na pohukiwania jakieś niedorobionego sarmaty, była właśnie wspomniana wyżej wypowiedź Ziemkiewicza, w której on wyraża swój podziw dla polskiego zaścianka, jako „można by rzec” – rozumiecie: „można by rzec” – skutecznej organizacji sieciowej.
      A więc mamy do czynienia z najbardziej chamską i bezwzględną kradzieżą intelektualną. Chamską, bo dokonaną przez kogoś kto ma wszelkie możliwości – i obowiązki przy okazji – by prowadzić samodzielną publicystykę na najwyższym poziomie, a bezwzględną, bo przeprowadzoną wobec kogoś, kto nie ma absolutnie żadnych szans i możliwości by się skutecznie obronić. Ale jest tu coś jeszcze. Otóż, jak wie każdy z nas, Rafał Ziemkiewicz znaczną część swojego zawodowego i finansowego sukcesu wyniósł z publikowania tekstów bardzo agresywnie zwalczających polski sarmatyzm i polski zaścianek. Jego dwie opasłe książki „Polactwo” i „Czas wrzeszczących staruszków”, to nic innego jak jeden wielki paszkwil na ten niezwykły skarb, jakim jest tradycja polskiego sarmatyzmu. Czemu Ziemkiewicz swego czasu wywijał owym antysarmackim sztandarem? Odpowiedź jest prosta. Dlatego, ze taka była przez całe lata moda. Kiedy w latach 90-tych do życia budziło się coś, co niektórzy mieli nadzieję, że będzie wolną i niepodległą Polską, było w bardzo dobrym tonie twierdzić, że wszystko by szło jak po maśle, gdyby nie te nasze narodowe przywary. Ten polski zaścianek, ten polski sarmatyzm, i to polskie, wręcz patologiczne, awanturnictwo i pieniactwo. Czy coś się od tego czasu zmieniło. Przyznam, że nie wiem. Osobiście nic nie zauważyłem. Mógłbym sądzić, że linia została zachowana. Dziś jednak widzę, że chyba coś przeoczyłem. A podpowiada mi to wolta, jaką właśnie uczynił Ziemkiewicz, kiedy na pytanie za co kocha Polskę, odpowiada bez mrugnięcia okiem, że za wrzeszczących staruszków.
      Opowiedziałem więc tę historię pani Toyahowej, a ona, jak to ona, wzruszyła ramionami i powiedziała, że przecież to jest zupełnie normalne. Po jaką cholerę oni swego czasu uruchomili te wszystkie blogi? Wyłącznie po to, by mieć darmowy rezerwuar tematów i myśli. Przecież to jest oczywiste. Od czasu jak są blogi, ani Ziemkiewicz, ani jego kumple nie muszą spędzić już ani jednej minuty nad zastanawianiem się, co by tu napisać i na jaki temat. Wszystko mają podane jak na tacy. I kto im podskoczy? No i wtedy mi opowiedziała historię owej Iwusi, jej czekoladek i jej upadku.
A ja już się tylko zastanawiam nad jednym. Kiedy Coryllus opisał swoją przygodę z Ziemkiewiczem, nagle pojawił się pod tym jego tekstem komentarz kogoś, kto się zarejestrował w Salonie specjalnie z tej okazji, i podpisał jako Hefalump. W komentarzu tym ów strejndżer wyraził zdziwienie, że ktoś taki jak Coryllus w ogóle istnieje. Że on nigdy wcześniej nie miał okazji natknąć się na ten nick, na ten blog i te idiotyczne teksty. Hmmm… I myślę sobie teraz, że głupio bardzo postąpiła pani Iwusia, likwidując swoje przepisy. Ona otrzymawszy to pismo od „Wedla” miała zmrużyć w teatralnym geście oczy i zapytać: „Wedel? A to ciekawe! Ptasie mleczko? A to nie ja to wymyśliłam? Bardzo dziwne”.