piątek, 24 października 2014

Mohacz pomszczony...

Ponieważ właśnie wróciłem z Krakowa z targów, a jutro z samego rana wyjeżdżam tam ponownie, i jest już, dla mnie przynajmniej, koniec dnia, dziś bardzo krótko. Pewnie bym z pisaniem tej notki powstrzymał się do poniedziałku, ewentualnie do niedzieli wieczorem, gdyby nie fakt, że muszę choćby bardzo krótko opowiedzieć o sztandarowym w tych dniach projekcie Tomka Bereźnickiego i Gabriela Maciejewskiego „Święte Królestwo”. Komiks oparty o drugą część „Baśni jak niedźwiedź” jest czymś tak pod każdym dosłownie względem rewelacyjnym, że nie mogę się powstrzymać, by o tym choćby tych parę słów nie napisać.
Przede wszystkim edycja. Oczywiście nie byłem w stanie chodzić po wszystkich stoiskach wystawowych i porównywać to, co tam jest wystawione z produktem Bereźnickiego i Maciejewskiego, ale nie wyobrażam sobie, by w całej przestrzeni wystawowej, ale w ogóle w całej przestrzeni okupowanej przez wydawców książek w Polsce, można było znaleźć coś równie eleganckiego, czystego i zwyczajnie doskonałego. Zawsze mi się wydawało, że gdy idzie o oprawę, moje książki – z tymi przepięknymi obrazami Marka Kamieńskiego – spełniają wszystkie wymogi, by o nich powiedzieć, że to jest produkt pierwszej klasy. Bereźnicki i Maciejewski dziś zwyczajnie przekraczają granice.
No i sama zawartość. To jest, jak wskazuje sam tytuł, przeniesiony na język komiksu – swoją drogą komiksu na najwyższym poziomie zawodowstwa – fragment książki Maciejewskiego „Baśń jak niedźwiedź – część 2”, a więc, kto ową tematykę zna, wie, w czym rzecz. To co już do tej historii dodał Bereźnicki, to takie ujęcie tematu, że w efekcie otrzymujemy coś, co można by nazwać „komiksem totalnym”, gdzie mamy i obraz i słowo i niezwykle inteligentną aluzję i żart i całą serią zagadek typu: „Wytęż wzrok, gdzie ukrył się Jackson Pollock?”, które można rozwiązywać, czytając to dzieło drugi, czwarty, dziesiąty i siedemnasty raz. Niezwykle inspirująca rzecz!
W życiu nie sądziłem, że zanim umrę porwie mnie coś takiego, jak komiks, ale tym razem muszę się przyznać do zagrania bardzo paskudnego. Otóż książka, jak na to, co sobą przedstawia, nie jest zbyt droga i kosztuje tylko 60 złotych, co jednak z przyczyn nam znanych, dla mnie wciąż jest czymś nie do przejścia. Stało się jednak tak, że ja ją zobaczyłem, obejrzałem i uznałem, że ją muszę mieć. No i pewnie bym ją zwyczajnie Gabrielowi ukradł, gdyby nie to, że ją w bardzo podstępny sposób wyżebrałem. No i ją mam. I teraz na nią patrzę i mruczę pod nosem ze szczęścia, jak to rosyjskie dziecko, które dostało na urodziny gumę do żucia Donald i zapłakało ze wzruszenia: „Żwaczki Donałd. Nie magu uwierit. Nikamu nie dam. Budu chranit kak rielikwiu”.
Jutro mamy sobotę, po sobocie niedzielę i to są te dwa dni, kiedy można przyjechać do Krakowa na ulicę Galicyjską 9, znaleźć stoisko oznaczone numerem D 73 i sprawić sobie prawdziwą przyjemność. Od siebie już tylko dodam, że nie tylko w postaci tej akurat książki. Zapraszam w imieniu swoim i kolegów Artystów.

Jeśli ktoś ma jednak do Krakowa zbyt daleko, albo jesienne deszcze go osłabiły i nie może wychodzić z łóżka, pozostaje księgarnia pod adresem www.coryllus.pl. Tam jest wszystko to samo, tyle że trzeba będzie jeszcze ponieść opłatę pocztową. Tak czy inaczej, też warto.

czwartek, 23 października 2014

Powrót do przyszłości, czyli rozmowa z Pawłem raz jeszcze

Wczoraj bloger Integrator – swoją drogą szczerze polecam – przypomniał pewne zdarzenie sprzed lat, które nas w tamtych dniach bardzo absorbowało, a dziś, przykryte przez cały szereg zdarzeń znacznie ciekawszych, najzwyczajniej w świecie, przeminęło z wiatrem. Mam tu mianowicie na myśli pewną debatę, do której, wbrew temu, co niektórzy sądzą, tak naprawdę nie doszło. Oto tuż po smoleńskim nieszczęściu, a tuż przed wyborami prezydenckimi, w których przeciwko siłom Systemu startował ledwo żywy Jarosław Kaczyński, pewien Paweł, wówczas członek grupy tworzącej warszawski sztab wyborczy Jarosława Kaczyńskiego, chcąc merytorycznie, ale również jak najbardziej propagandowo, wzmocnić organizowany w Hotelu Europejskim cykl debat, zaproponował zorganizowanie spotkania Jarosława Kaczyńskiego z blogerami. Pomysł, skonsultowany między innymi z Joanną Kluzik-Rostkowską, wówczas szefową kampanii, i drugą ważną osobą w Sztabie, Elżbietą Jakubiak, otrzymał tak zwane zielone światło i rozpoczęły się przygotowania. No i stało się tak, że niemal w jednej chwili, kiedy z jednej strony Paweł robił wszystko, by owa debata się odbyła i zakończyła sukcesem, z drugiej, zatrudnieni w sztabie młodzi działacze Prawa i Sprawiedliwości, przeprowadzili bardzo brutalną akcję przeciwko owej debacie, co doprowadziło do tego, że to co z niej zostało to jakieś strzępy, o których ani nikt nie wiedział, ani wiedzieć nie chciał.
Parę miesięcy później przeprowadziłem z Pawłem rozmowę na temat całej tej kampanii i zamieściłem ją na blogu. Rozmowa znalazła stosunkowo szeroki oddźwięk, do tego stopnia, że, kiedy pojawiła się konieczność usunięcia z Partii przyszły działaczy PJN, została w całości przedrukowana przez portal PiS-u i gdzieniegdzie odpowiednio skomentowana, jednak jak mówię, z czasem sprawy związane z tamtymi wyborami zostały przykryte przez nowe wydarzenia i nowe emocje, i dziś, jak sądzę, większość z nas nawet nie pamięta, co się wtedy zdarzyło na pograniczu wielkiej polityki.
I pewnie bym dziś tamtych emocji nie przypominał, gdyby nie fakt, że bloger Integrator jakimś przeciwnym przypadkiem zobaczył na ulicy plakat prezentujący kandydaturę na radnego Warszawy działacza PiS-u, człowieka nazwiskiem Michał Grodzki, w jednej chwili skojarzył go sobie z Michałem Grodzkim, który wówczas, w roku 2010, działał w sztabie wyborczym Jarosława Kaczyńskiego i który – ta, to on! to on! – podjął bardzo skuteczną akcję niedopuszczenia do tamtej debaty. Dlaczego? Bez powodu. Za jego zaangażowaniem stała zwykła zawiść i obrażone ambicje. Chodziło o to, by to co musiało odnieść bardzo spektakularny sukces, nie zostało przeprowadzone bez jego i jego kupli udziału. Dziś ów Grodzki kandyduje do Rady Warszawy z drugiego miejsca i należy się spodziewać, że kariera przed nim stoi otworem.
W komentarzu pod tekstem Integratora ja z kolei przypomniałem inne zdarzenie, kiedy to podczas trzecich urodzin Salonu doszło do mojego i paru innych kolegów spotkania z Jarosławem Kaczyńskim i któryś z kolegów zwrócił uwagę Prezesa na mój blog, zachęcając go, by partia zechciała wykorzystać przykłady tego typu zaangażowania dla dobra ogółu. Kaczyński wysłuchał tej opinii, przywitał się ze mną, pogratulował mi osiągnięć i zaproponował, bym, jeśli „chcę robić karierę w PiS-ie” zgłosił się do lokalnego oddziału partii i tam rozpoczął wspinaczkę wedle zwykłych procedur. Takie to były kiedyś czasy. Dziś świat polityki jest już zupełnie inny, zmieniło się niemal wszystko, nawet nie ma już Kluzik i Jakubiak. Nie ma już nawet tamtego Pawła. Jedno wszak pozostaje nietknięte – działacze, procedury i kariery. Przypomnijmy więc sobie tamten wywiad sprzed lat. To jest tekst bardzo długi, ale w końcu mamy jesień, za oknem ponury deszcz i chłód, w dodatku Coryllus w Krakowie na targach, a więc co nam szkodzi spędzić trochę czasu na wspomnieniach:

Opowiedz może proszę najpierw, jak to się stało, że w ogóle zostałeś członkiem sztabu wyborczego Jarosława Kaczyńskiego? Czy to że od początku wspierasz jego projekt i przywództwo wystarczyło?
Dzięki znajomościom. Jak zresztą każdy. Chciałem pomóc, wiedziałem, że się przydam, poszukałem kontaktów – no i mnie polecono.
Więc jak to wyglądało? Przychodzisz. Przedstawiają cię i co się dzieje?
Zostałem przedstawiony Pawłowi Poncyliuszowi. Powiedział, żebym chwilę poczekał, i poszedł. Po dokładnie dwóch godzinach czekania i patrzenia, jak mnie mija na korytarzu, w końcu znalazł dla mnie chwilę czasu. Wziął mnie do jakiegoś pokoju, rozłożył się na krześle i zapytał co robię, czym się zajmuje, co umiem? Kiedy zacząłem opowiadać mu o sobie, do pokoju weszła Joanna Kluzik-Rostkowska z posłem Kamińskim i powiedziała Poncyliuszowi żeby sobie poszedł gdzie indziej, no więc wyszliśmy…
Chcesz powiedzieć, że weszła i zwyczajnie powiedziała, żebyście sobie poszli?Właśnie tak. Po prostu „Idźcie gdzieś stąd” czy coś w tym stylu i tyle. Resztę naszej i tak krótkiej rozmowy dokończyliśmy w pustym pokoju, a więc na stojąco. Ustaliliśmy, że w związku z brakiem planów i dopiero kształtującą się strategią kampanii, skontaktuję się z nim telefonicznie w poniedziałek. I wówczas spróbuje mnie przydzielić do jakiegoś konkretnego zadania. To był piątek, więc po 3 dniach zadzwoniłem do posła z pytaniem czy już mogę wejść i działać. Odpowiedź udzielona telefonicznie przypominała tę z piątku, czyli ustaliliśmy, żebym zadzwonił w środę rano. Zadzwoniłem. Poseł odebrał, ale poprosił o telefon o dwunastej. Zadzwoniłem tym razem bez odpowiedzi. Pomyślałem, że widocznie jest zajęty, więc wysłałem esemesa informując, że będę dzwonił po 14tej. Zadzwoniłem ale i tym razem nie udało się. Ponieważ trochę żyję na tym świecie, rozumiem, że nie każdy może od ręki odebrać telefon, i że na pewno ma masę ważniejszych spraw niż odbieranie telefonów, choćby nawet wcześniej umówionych.
No i co? Czekałeś aż oddzwoni, czy jak?
Obawiając się, że jeśli będę czekał bezczynnie, to mogę się zwyczajnie nie doczekać, zadzwoniłem do Elżbiety Jakubiak. Ponieważ Poncyliusz podczas piątkowej rozmowy, głośno rozważał wariant umieszczenia mnie w grupie pani Jakubiak, zadzwoniłem do niej z pytaniem, czy by mnie przyjęła. Zgodziła się i zaproponowała jakoś dwa dni później spotkanie w siedzibie sztabu na Nowogrodzkiej. Na spotkanie nie przyszła, coś jej wypadło, ale poprosiła bym skontaktował się z szefem jej grupy, z człowiekiem którego nazwała swoją prawą ręką a którego z litości, bo sporo będzie tu o nim złego, z imienia nie wymienię. No cóż, ten pan, chłopak mniej więcej w moim wieku, a więc niewiele po trzydziestce, stał na czele czteroosobowej grupy, zajmującej mały pokoik z widokiem na dach sąsiedniego budynku. Przedstawiłem mu się, powiedziałem po co i na czyje polecenie przyszedłem, po czym we dwóch udaliśmy się do sąsiedniego pustego pokoju pogadać. Na pytanie od kogo jestem, odpowiedziałem zgodnie z prawdą, a na moje pytanie co mam robić, dostałem znaną mi już śpiewkę że nie wiadomo, że jest mały bałagan i że na razie sobie po prostu jesteśmy. Po tym krótkim badaniu, wróciliśmy do pokoju i tak zaczęła się moja praca w sztabie.
Praca, czyli co?
W skład grupy wchodziło od tej pory 6 osób – owa prawa ręką Jakubiak… a, niech będzie – Michał, 3 studentów (dwóch z Krakowa, jeden z UW), jedna dziewczyna o imieniu Marysia, no i ja. Potem pojawiło się jeszcze paru studentów. Przychodziłem tam na parę godzin dziennie i te godziny, tego pierwszego dnia przesiedziałem. Po prostu. Nie było absolutnie nic do roboty.
Ale oni coś tam robili, czy nie?
No, nie bardzo. Albo siedzieli przy laptopach i coś tam dłubali, albo się kręcili bez sensu w kółko. Wiesz jak to jest, byli ludzie, ale nie było decyzji. Nie było pomysłu co z tym wszystkim dalej.
No a Poncyliusz, albo Kluzik przychodzili tam, żeby się dowiedzieć co się dzieje?
Skąd! Oni byli na wyższym poziomie że tak powiem wtajemniczenia. Przychodzili na posiedzenia szefów sztabu a potem gdzieś lecieli. Pamiętam nawet jak ci dwaj z Krakowa narzekali, że z tą ‘warszawką’ nic się nie da robić, i takie tam, i że oni tu przyjechali na własny koszt i szlag ich trafia że nie mogą konkretnie działać… Posiedziałem więc znów te parę godzin, pogadałem trochę o polityce, ale też nie za wiele, bo jakoś się nie kleiło, i poszedłem sobie z nadzieją że jutro będzie lepiej. No i faktycznie było lepiej, bo pojechałem z Michałem do Hotelu Europejskiego zobaczyć salę w której miał być robiony call center i tym podobne pomysły sztabu…
A co ci się nie podoba z tym call center? Przecież wszyscy byli zachwyceni.
Byli zachwyceni, bo to niby taka nowoczesna koncepcja. Że niby wielki świat, Europa. A przecież to była czysta fikcja. Jak myślisz, ile osob dziennie tam dzwoniło? I po co? Wielkie mi call center! Przecież to w ogóle nie miało przełożenia na wynik wyborów. Szkoda nawet gadać.
No dobra. Pojechaliście do tego call center.
Pojechaliśmy, zobaczyliśmy i wróciliśmy. Kolejnego dnia wreszcie się coś znalazło. Miałem obdzwonić listę warszawskiego honorowego komitetu poparcia dla Jarosława Kaczyńskiego, i zaprosić osoby które się na niej znajdowały na wiec inaugurujący kampanię prezesa PiS – miał się odbyć na Placu Teatralnym. Miałem dzwonić do ludzi, nie wiedząc nawet, gdzie te autorytety na owym placu mają się spotkać. Więc najpierw dzwoniłem do nich, pytałem czy przyjdą, a na pytanie gdzie mają się stawić, odpowiadałem że nie wiem, ale że ktoś zadzwoni jeszcze dziś, albo jutro rano, czyli w dniu wiecu. Na tej liście było około stu osób. Ja obdzwoniłem połowę, potem miał ktoś poinformować resztę, a wieczorem jeszcze raz te sto telefonów wykonać żeby poinformować tych ludzi o miejscu spotkania. Paranoja. Nikt z tych ludzi w grupie Jakubiak nie umiał mi powiedzieć, gdzie będzie to spotkanie, nie wiedział kogo o to zapytać, nie wiedziała też posłanka Jakubiak. No i dzwoniliśmy do całej masy poważnych ludzi – profesorów, doktorów, aktorów, piosenkarzy, twórców – kompletnie bez sensu. W końcu ktoś podjął decyzję, i te telefony rozpoczęły się od nowa - do tych samych osób, tym razem by podać miejsce spotkania członków komitetu – boczne wejście do Teatru, od ulicy Wierzbowej.
No ale ja pamiętam, że ten pierwszy wiec, ze względu na powódź, miał się wyłącznie sprowadzać do koncertu-zbiórki właśnie na powodzian?
No tak. Tyle że najpierw miał być Kaczyński z krótkim wystąpieniem na tle tego komitetu złożonego ze znanych ludzi, a później ten koncert. No i chodziło o to, żeby zebrać z jednej strony tych artystów, a z drugiej profesorów i innych. Wszystko po to by pokazać, że Prezesa wbrew temu co mówią media, popierają ludzie z różnych środowisk, także ci że tak brzydko powiem „z górnych szczebli drabiny społecznej”.
Dobra. Więc dzwonisz.
W trakcie owego obdzwaniania członków tego komitetu, okazało się że nagle część artystów zrezygnowała z udziału w wiecu. Okazało się, że ktoś, prawdopodobnie ze sztabu, ich wszystkich zniechęcił.
Skąd wiesz, że ze sztabu? I że w ogóle zniechęcił.
Jakubiak powiedziała, że to ktoś od nas. Padło nawet nazwisko, ale poprzedzone wyrazem „chyba” więc go tu nie powtórzę. I zaraz potem zaczęła dzwonić do kolejnych, znanych sobie piosenkarzy i kompozytorów z prośbą, czy oni by nie mogli ściągnąć na ten wiec innych piosenkarzy, w miejsce tych którzy się wycofali.
A więc jest wiec…
To była chyba sobota. I wtedy okazało się, że ktoś wymyślił, że honorowy komitet, zamiast stać na scenie tuż za Jarosławem Kaczyńskim, zostanie stłoczony tuż przed sceną, za barierkami, w miejscu gdzie zazwyczaj stawia się młodzieżówkę. Przyszedłem na plac gdy była już masa ludzi, więc o tym nie wiedziałem ale powiedziano mi o tym na drugi dzień w sztabie. No więc oni wszyscy – jak mówię, profesorowie, artyści i inni – stali za barierkami, do których przyciskał ich zebrany na placu tłum. I pamiętam, jak właśnie wtedy sobie pomyślałem, że gdybym to ja był w takim komitecie, i gdyby mnie w taki sposób potraktowano, na kolejny już bym zwyczajnie nie przyszedł.
Słyszałem, że tam nic nie było w ogóle słychać.
Zero. Nagłośnienie było tak fatalne, że to co mówił kandydat słyszeli tylko ci co stali 10 metrów przez sceną. Reszta osób które stały albo dalej, albo gdzieś po bokach, kryjąc się przed upałem, nie słyszała dokładnie nic. Sprawdziłem to osobiście przemieszczając się w tym celu po placu. Oto jak wyglądała organizacja inaugurującego spotkania Jarosława Kaczyńskiego z wyborcami, zorganizowana przez ludzi pracujących dla niego w sztabie. Nie wiem kto to zrobił, ale wiem, że ten ktoś to zwyczajnie spaprał. I nie jestem pewien, czy chcę nawet wiedzieć, jak wyglądały inne wiece.
Z tego co opowiadasz o sytuacji wewnątrz sztabu, wynika, że inaczej być nie mogło.
Ogólne wrażenie miałem takie, że nikt tu nie ma żadnego planu. Ciągle widziałem jakiś ludzi i posłów, którzy łazili po korytarzu i zaglądali do pokoi – jakby wszyscy wszystkich szukali. Drugie spostrzeżenie to takie, że tam w ogóle nie było osoby która wyróżniałaby się zdecydowanym działaniem. Brakowało dyrygenta. Stale miałem wrażenie, że oni wszyscy się tak o siebie ocierają, uważając tylko, żeby nie nadepnąć komuś na nogę - w końcu nikt do końca nie wiedział kto był pod kogo podwieszony. Poza tym, miałem wrażenie, że każdy chciał być na tyle „mocno” zaangażowany, by w razie sukcesu móc powiedzieć że to w części dzięki niemu, ale jednocześnie na tyle „powierzchownie”, by w razie porażki nikt nie mógł zwalić na nich choćby części odpowiedzialności. To oczywiście było źródłem owej bezdecyzyjności, która każde zadanie czyniła nielogicznym, częściowym, i ogólnie trudnym do wykonania, jeśli już w ogóle jakieś się pojawiło.
Dobra. Lećmy dalej.
Jakoś tak zaraz po tym wiecu, prace grupy do której należałem, zaczęto stopniowo przenosić do Hotelu Europejskiego. Wynajętą tam na miesiąc salę podzielono na sektory, które miały pełnić funkcje kawiarenki, biura, sali debat, no i tego call center. Salę tę wynajęto za kwotę której nie wymienię, ale z nóg zwalała nie tyle kwota wynajmu, bo akurat w Warszawie to standard, ale sposób w jaki ją wynajęto - o dwa tygodnie za wcześnie. I przez te dwa tygodnie stała pusta, odwiedzana od czasu do czasu przez różnych ludzi pracujących w sztabie, lub dla sztabu, którzy mieli z niej zrobić wyżej wspomniane centrum... Po prostu stała pusta, bo ktoś tam nie umiał podjąć decyzji co, jak i kiedy. Ogólnie ciężka sprawa. Nawet harmonogram przebudowy tej sali wskazywał na to, że osoba która się tym zajmowała, a była nią owa prawa ręka pani Jakubiak, nie miała ani wyczucia, ani pojęcia o planowaniu. Ekipa odpowiedzialna za wystrój, montaż przepierzeń pomiędzy poszczególnymi wspomnianymi częściami została poproszona o wykonanie tej pracy w czwartek, a już na drugi dzień kazano jej to rozbierać, bo w sobotę w tej sali miało odbywać się jakieś wesele. Po weselu, znów wezwano tą ekipę, która ponownie wszystko zmontowała. Gdy zapytałem osobę z mojej grupy, czy nie można było odłożyć pierwszego montażu na poniedziałek po weselu, tak by nie robić tego dwa razy, dostałem odpowiedź że nie ma problemu bo najgorzej montuje się pierwszy raz, potem już idzie szybciej.
Dobre!
Salę w końcu wykończono. Powstał kącik dla dzieci. Żadnych dzieci wprawdzie tam nie widziałem, za to bardzo spodobało się to dziennikarce z TVN, która będąc w stanie błogosławionym widocznie dostrzegła w tym jakiś urok. Była kawiarenka z mapą II RP i stylowymi krzesłami, miejsce dla dziennikarzy, sala gdzie odbywać się miały debaty, no i sala obok, w której miano wyświetlać to co będzie się działo w sali debat, gdyby w pierwszej zabrakło miejsca.
No ale, jak patrzymy na to wszystko z dzisiejszej perspektywy, to jednak wszystko jakoś działało, i to nawet nienajgorzej. Sam tam byłem, i pomijając opisywane już przeze mnie zamieszanie z tą naszą debatą, nie wyglądało to najgorzej.
Tak. Jakoś. Wszystko działało jakoś. Będąc jeszcze na Nowogrodzkiej, zwróciłem uwagę, że na stronie jarosławkaczynski.info czyli oficjalnej stronie kandydata, godło Polski nie jest biało czerwone, a biało-niebieskie…
O tak! To też nasz Antek zauważył. Strasznie się wściekał, że to jest kompletna porażka…
Osoby w mojej grupie odpowiedziały mi, że oni już to zgłaszali, ale nikt nie reaguje. Nie wiem komu i gdzie zgłaszali. Ja to zgłosiłem poseł Jakubiak, która podenerwowana odpowiedziała mi, żeby jej nie zawracać głowy... była tuż przed jakimś telewizyjnym występem. Pewnie jakimś ważnym. Ale zdziwiło mnie, że mniej ważnym okazała się ewentualna kompromitacja kandydata na którego rzecz pracuje. Że nie ma nagle znaczenia, jak kampania Jarosława Kaczyńskiego zostanie przez ten błąd odebrana przez internautów, albo jak on sam zostanie wyszydzony przez media.
Media na to chyba nawet nie zwróciły uwagi…
Nie wiem. Może ich to zwyczajnie nie obchodziło. Wtedy jednak zrozumiałem, skąd się brały te wszystkie potknięcia Lecha Kaczyńskiego. Nie jego potknięcia, ale ludzi, którzy organizowali jego prace. To przyznanie orderu Jaruzelskiemu, wieszanie flagi do góry nogami itd. Kiedy sobie pomyślałem, że on w swej nieświadomości mógł się otaczać właśnie takimi ludźmi, po raz pierwszy zrobiło mi się smutno. Bo przyszło mi nagle do głowy, że tak naprawdę mógł być w tym pałacu zupełnie sam.
Przesadzasz.
Nie wiem. Może. Ale tak sobie wtedy pomyślałem. Naszym głównym zadaniem zapoczątkowanym już na Nowogrodzkiej a potem w hotelu było tworzenie harmonogramu debat. No i rzecz jasna wymyślanie tych debat i dobieranie do nich prelegentów. No więc wymyślała nasza grupa temat, np. sprawy zagraniczne, i jako prelegenta dobierała posła Kowala. Albo debatę na temat wojska, i wpisywała w rubryce obok, że poprowadzi to ktoś tam równie znany. Tym mniej więcej zajmowała się 6 osobowa grupa, poza od czasu do czasu przenoszeniem krzeseł z miejsca na miejsce pod dyktando prawej ręki Jakubiak, który najwyraźniej czuł się dzięki takim pustym zadaniom spełniony. To naprawdę było wyjątkowe. Tam nie działo się w tych dniach nic, a on ciągle chodził to tu to tam, gdzieś jeździł, wracał, wydawał nic nieznaczące polecenia... Na moją prośbę, by mi powierzył adaptację kawiarni Batida…
Co to jest Batida?
No, tam obok jest taka kawiarnia i był plan, żeby ją wykorzystać na rzecz kampanii. No więc, kiedy mu powiedziałem, że Jakubiak zgodziła się bym się tym zajął, on się normalnie obraził…
O co?
No nie wiem. Że coś załatwiam z Jakubiak za jego plecami, chyba. No i odpowiedział, że nie dam sobie rady, bo to duża operacja logistyczna. Wiesz, że ja jestem inżynierem na budowie. Ogarnięcie budowy, zorganizowanie pracy robotników, podwykonawców, dostawców materiałów tak by zmieścić się w wyznaczonym czasie, można nazwać operacją logistyczną. Umówienie się z projektantem wnętrz, który zaprojektuje wystrój kawiarni i go wykona nie mogło być czymś dużym, a już na pewno żadną tam logistyką. Najwyraźniej dla prawej ręki posłanki Jakubiak to było coś. Wspominam o tym z dwóch powodów. Od tej chwili wzrastała we mnie niechęć do pracy w sztabie, do tego ciągłego udawania, robienia sztucznego tłumu, i wszystkiego tego co nie miało nic wspólnego z pracami sztabu jako takimi. Cholera, cała para szła w gwizdek. Drugi powód dla którego ci o tym mówię, to ten, by pokazać jacy ludzie pracowali na rzecz Jarosława Kaczyńskiego także na poziomie niższym. Nie tym poselskim, ale tu gdzie przekazywane były gdzieś tam wyżej wypracowane, jeśli już, zadania. I że to wszystko w związku z tym nie mogło się udać. No i jeszcze taka wstawka.... ta Batida. W końcu z niej nic nie wyszło. Stała pusta, bo kawiarnia przeniosła się do budynku obok. I każdy kto przechodził obok mógł zobaczyć mizernotę tego co powstało... na zewnątrz nad witryną wisiały dwa małe głośniczki, osłonięte przed deszczem folią, przez które w kółko leciały przemówienia Kaczyńskiego. Leciały, ale nikt nic nie rozumiał, nie mógł zrozumieć, bo hałas przy Krakowskim, przejeżdżające autobusy, gwar uliczny skutecznie te głośniki zagłuszał. A to były takie najgorsze, beznadziejne pudła. Nawet gdyby tam była cisza, też pewnie słychać by było wyłącznie jakieś bełkotanie.
Potwierdzam. Byłem, słyszałem.
No i jeszcze ten smutny plakat z Jarosławem, w szybie pustego lokalu. Wtedy zrozumiałem że przegramy. Bo wiesz, nawet te debaty były tworzone ot tak dla tworzenia. A potem i tak najczęściej okazywało się, że z jakiś tam powodów debata musi się odbyć w innym terminie, albo godzinę wcześniej, albo dwie później. Ja dwukrotnie przyszedłem na koniec, nie wiedząc nawet, że debata została przeniesiona. Wiedzieli tylko ci, co zmiany wprowadzali, media które były o tym informowane, i nikt więcej. Siłą więc rzeczy najczęściej była na nich garstka osób.
Co się dziwisz? Miała się zacząć o 15.30, zaczęła się o 16, ale i tak cud, że do niej doszło.
Szkoda że nie podchodzono do tych debat jako elementu konsolidującego wyborców, albo ich edukującego. Wystarczyło, że były media. Sala mogła być pusta, byle w pierwszych rzędach ktoś siedział, byle w kadrze wszystko dobrze wyglądało.
O ile wiem, ich nawet i tak za bardzo w telewizji nie pokazywali.
No bo to wszystko nudne i bezsensowne było... na tyle, że w tym czasie nosiłem się z zamiarem zrezygnowania z pracy w sztabie. Nie mam w sobie tyle fałszu, by stale chodzić wśród takich ludzi i udawać, że wszystko gra. I nie ma we mnie zgody na to by uprawiać taką fikcję, i to z takim zaangażowaniem, że gdyby którąkolwiek z tych osób zapytać w tych dniach dlaczego nic nie robimy, pewnie by się obraziła. Ja tak nie umiem. Strasznie mnie wtedy nosiło, i coś się we mnie gotowało. Bo to nie były zwykłe wybory. Najpierw wygrana PO w wyborach parlamentarnych, a potem ta sprawa ze Smoleńskiem,... to były wybory wyjątkowe. To była walka o przyczółek w postaci Pałacu Prezydenckiego, reduty która mogła pomóc w odtworzeniu silnie zranionej prawicy, ale już na bazie młodszego pokolenia. A tu, dosłownie, takie byle co. Dlatego po raz kolejny zwróciłem się do pani Jakubiak z prośbą o przydzielenie mi konkretnego zadania. Zaproponowałem jej że zrobię własną debatę, i będzie to pierwsza debata blogerów w Polsce.
To ta nasza.
Tak. Pomysł wydawał mi się ciekawy. Jest tak, że każdy kto wpisze w google hasło „debata blogerów”, na pierwszym miejscu wśród wyników otrzyma link do debaty Komorowskiego z blogerami, ale to była debata video, poprzez Internet. Moja debata miała być debatą blogerów z blogerami, na żywo. Po raz pierwszy w Polsce. I to wydarzenie miało kojarzyć się i być już na zawsze przypisane Jarosławowi Kaczyńskiemu, któremu zarzuca się wstecznictwo i niezrozumienie tego co nowoczesne. Jakubiak powiedziała, żebym to robił. To było w biegu. Ona od jakiegoś czasu nie odbierała ode mnie telefonów, więc gdy spotkałem ją w sztabie po prostu poleciałem za nią, przedstawiałem swój pomysł, a ona wsiadając do auta powiedziała żeby robić. Tak całkiem bez zgłębiania się w to co mówię, miałem wrażenie że na odczepnego. Ale to wtedy nie było ważne. Ważne było to, że powiedziała tak, i że miałem się z tym zgłosić do tego jej Michała. Zgłosiłem się. Wyznaczył mi czwartek tuż przed wyborczym weekendem I-szej tury. I o godzinie 15.30. Zapytałem jednego z tych studentów z Krakowa, czy chciałby mi pomóc i się tym zająć. Powiedział, że okay, i od razu przedstawił mi listę swoich blogerów. W momencie gdy mu powiedziałem, że mam swoje plany, napisał mi że nie jest zainteresowany, że swoją rolę widział tylko w zaproponowaniu tych blogerów. Ale skoro wybrałem innych, to jego to przestaje interesować. Poprosiłem go więc przynajmniej o umieszczenie informacji o tej debacie na stronie www. Powiedział, że to nie z nim trzeba gadać, ale z Marysią. Miał mi w związku z tym przesłać jej numer, ale na tym się zakończyło. Zresztą wiedział o niej Michał, i też nic. Informacji o debacie, o tak pionierskiej debacie, nie umieszczono na stronie www.jaroslawkaczynski.info. I wtedy zrozumiałem, że oni tej debaty nie chcą.
Wiedziałem, że tam się coś niedobrego dzieje. Ale rozmawiałem z Kluzik i ona obiecała, że będzie miała na wszystko oko.
Ona nie mogła mieć na nic „oka”, bo była wciąż umordowana swoją pracą, i tyle tylko, że w tamten czwartek pokazała się w sztabie i oni pewnie uznali, że skoro ona się z nami zna, to lepiej nie robić kłopotów. Zresztą sam widziałeś. Ona była zmęczona i przygnębiona. Rozmawiała z nami, patrząc od niechcenia w komórkę. Nie bardzo obchodziło mnie co mówi, miałem co innego na głowie, ale zapamiętałem coś co zrobiło na mnie duże wrażenie. Ona powiedziała ci na koniec tej rozmowy, że ma już dość, że jest zmęczona, i że już nie może się doczekać, aż znów wróci do domu o normalnej porze i zrobi dzieciom kolację... zresztą wciąż teraz o tym gada w telewizji. Zapamiętałem to, bo gdyby padło to z ust „zwykłej” kobiety, to byłaby to bardzo piękna, i zdrowa reakcja. Ale powiedziała to szefowa sztabu! Demonstrując tak całkowicie psychiczne i motywacyjne rozbicie i to w połowie drogi, bo wciąż jeszcze przed drugą turą, utwierdziła mnie w przekonaniu, że to nie może się udać. No i jeszcze ten Poncyliusz. Pamiętasz, jak on do nas podszedł i bez zwykłego „dzień dobry” czy „przepraszam” zapytał ją o coś, i bez słowa poszedł. Ty mu nawet powiedziałeś „dzień dobry” i wysunąłeś dłoń, a on nic. Polityk, cholera. Przecież jego pierwszym, i najprostszym obowiązkiem jest się uśmiechać do nieznanych sobie ludzi i ściskać im te dłonie. Tak po prostu. Zresztą nieważne...
Był zajęty. Miał sprawy.
Jasne, że miał sprawy. Tyle że my to rozumiemy, ale ludzie, których on spotyka na co dzień mogą mieć to w nosie. A skąd wiesz, czy to nie jest jego stały styl? I skąd wiesz, co sobie o tego typu stylu myślą ci, którzy są mniej wyrozumiali?
Niech ci będzie.
Wyście się rozglądali ciekawie po sali, podczas gdy ja siedziałem wkurzony i napięty. Pierwszy rzut oka na salę debat uświadomił mi zaraz po wejściu, że ludzie od Jakubiak zbojkotowali nie tylko umieszczenie debaty na stronie www, ale i sama debatę. Sala nie była w ogóle przygotowana…
To już kiedyś opowiadałem.
No to ja jeszcze dodam parę obrazków. Nie było foteli dla prowadzących, nie było nagłośnienia. Zdjąłem z podium mównicę, postawiłem na niej fotele, poprosiłem chłopaków od nagłośnienia o podłączenie i rozdanie mikrofonów. Wszystko na szybko. Gdy skończyłem była prawie 16, czyli po czasie. Trzeba było zaczynać. Tuż przed rozpoczynającą debatę mową prowadzącego, podszedł do mnie jakiś wyraźnie zdenerwowany pan z pytaniem co tu się dzieje. Zdezorientowany twierdził, że pytał kogoś ze sztabu (to był człowiek z grupy w której pracowałem), co to za debata teraz będzie, i otrzymał odpowiedź że to nic takiego. Żeby przyszedł o 17.
Obrazili się i tyle.
Niech się obrażają, ale tu chodziło nie o nich. Ja myślę, że im tak naprawdę w ogóle nie zależało na wyniku tych wyborów. Że on był gdzieś tam daleko na horyzoncie myśli, a tymczasem ważniejsze na co dzień było to całe łażenie i lansowanie się. Ale Piotr Pałka - ten który debatę prowadził – chłopak też jakoś w moim wieku był rewelacyjny. Naturalny, niezepsuty, młody dziennikarz.... no i blogerzy, każdy na swój sposób ciekawy i oryginalny. Na debatę przyszło około 20 osób…
Było więcej.
Niech będzie, że więcej. Ale i tak, zważywszy na brak informacji na stronie www, na wczesną godzinę (w Warszawie pracuje się zwyczajowo do 17tej) było świetnie. Po części w której pytania zadawał Prowadzący...
Dobra. O tym ja już pisałem na blogu. Opowiadaj dalej.
To był mój ostatni raz w sztabie. Więcej tam nie byłem.
Powiedz mi tylko, czemu ci tak zależało, żeby w ogóle dziś zacząć o tym mówić? Rozmawialiśmy przecież wiele razy wcześniej, i zawsze zgadzaliśmy się, że nie ma co w tej kampanii więcej grzebać.
Gdy zrezygnowałem z pracy w sztabie, obiecałem sobie że to co tam widziałem nie ujrzy światła dziennego. Wstyd, więc nie ma o czym opowiadać. I tak było do chwili gdy Marek Migalski swym otwartym listem rozpoczął jeden z najcięższych ataków medialnych na osobę Jarosława Kaczyńskiego jakie pamiętam. Na człowieka bez którego PiS nie przetrwa roku. Atak o tyle wyjątkowy, że już właściwie nie na to co on mówi, ale jak mówi i że w ogóle mówi. Atak w którym chodzi o pokazanie, że to jest człowiek szalony, opętany nienawiścią, wynikającą z głębokiej depresji po stracie brata. I gdyby zasadę „o rodzinie tylko w rodzinie” złamał sam Migalski, mimo wszystko, poseł niższej rangi, zdania bym nie zmienił. Ale nie mogłem zachować się inaczej, gdy pożywki dla mediów swymi komentarzami dostarczyła i Elżbieta Jakubiak, która przedłużyła atak na Prezesa tekstami o konieczności debaty wewnętrznej - ciekawe, że prowadzonej na zewnątrz. Na pomoc, niestety nie Prezesowi, a zawieszonej za nielojalność koleżance, przybyła posłanka Kluzik, podważając u Olejnik, stanowisko Prezesa w sprawach tak fundamentalnych jak współpraca rosyjsko-niemiecka. Ich nielojalność każe mi dziś mówić. Po to by pokazać, kim są ludzie, którzy dali przyzwolenie mediom by uderzyć w ich szefa. Chciałem pokazać, że ci co dziś błyszczą w mediach, mając się za pokrzywdzonych, są autorami porażki Jarosława Kaczynskiego, który przez takich ludzi mógł wygrać tylko dzięki bożej pomocy i wbrew swemu sztabowi.
No ale przecież Jarosław Kaczyński osiągnął wspaniały wynik. Porównaj to z prognozami z czasów jeszcze sprzed paru miesięcy. Porównaj to z notowaniami samego PiS-u.
Posłuchaj. On miał wygrać. Popatrz na Komorowskiego i przypomnij sobie, co sam mówiłeś jeszcze wiosną. Że taką miernotę pokona każdy. A z tą całą siłą, jaką nam dało to, co powszechnie nazywamy Solidarnymi 2010, on miał być rozniesiony w pierwszej turze. Przypomnij to sobie. I popatrz dziś, jak oni z tą ohydna satysfakcją pokazują te migawki z czasu kampanii, te z gibającym się Migalskim, z tym idiotycznym kwiatkiem w zębach. Ty myślisz, że komu się to spodobało? Ilu ludzi uznało, że to jest to czego oni chcą. Jakieś, przepraszam dziwadło w kolorowych szmatkach żrące kwiatki!
No ale ty nie narzekałeś na Migalskiego, ale na tych studentów w sztabie w Hotelu.
No ale to wszystko to był sztab. I ci studenci i Jakubiak i Migalski. To właśnie ten sztab organizował kampanię. To sztab wymyślał strategię. Przecież nie możemy wymagać od Kaczyńskiego, żeby on sobie to wszystko sam ułożył. Wybory prezydenckie to wielkie przedsięwzięcie, którego prowadzenie kandydaci na całym świecie zlecają osobom zaufanym, i które to w razie wygranej kontynuują swoją pracę na wysokich stanowiskach u boku zwycięzcy. To wszystko działa jak naczynia połączone. Nawet nie chce mi się tego tłumaczyć.
No ale chyba widział co się dzieje?
Wcale nie musiał widzieć. Każdy ma swoje zadanie. A jeśli idzie o Kaczyńskiego, to nie zapominajmy, że to że on w ogóle wystartował w tych wyborach, to był gest wręcz nieludzki. Wygranie tych wyborów to był ich obowiązek. A jeśli chcesz mówić o jego winie, to ona mogłaby się ewentualnie sprowadzać tylko do tego, że akurat im kazał poprowadzić tę kampanię. Mówię ci to wszystko, żeby każdy kto to przeczyta, wiedział jak słuszną decyzję podjął Kaczyński zawieszając Jakubiak i wyrzucając Migalskiego... ale też właśnie jak bardzo się z tą decyzją spóźnił. Mówię ci to, by pokazać że ponad interes partii, i lojalność wobec lidera, oni wybrali swój interes, swoje ambicje i wzajemną lojalność względem siebie. I że to kryterium koleżeństwa w przypadku posłanki Kluzik, już teraz doprowadziło do kuriozalnej sytuacji, że zamiast lojalności względem prezesa własnej partii, wybrała lojalność względem wiceprezesa partii opozycyjnej, Grzegorza Schetyny! Mówię ci to żeby pokazać, że w kontaktach z PO podczas prac sztabowych, osoby te najwyraźniej przejęły sposób myślenia i zachowania tych pierwszych. Poprosiłem cię też wreszcie o tę rozmowę, by ten kto to czyta, zrozumiał, że względem PiS-u media stosują zasadę kija i marchewki. Bo gdy podczas kampanii PiS szedł w złą stronę, mówiono o świetnych wynikach Kaczyńskiego... aż w końcu przegrał wybory. Teraz gdy Kaczyński wrócił na dobrą drogę, i stara się wszystko poukładać i odbudować dawną pozycję, gdy PiS zwiera szeregi, próbuje się go z tej drogi odwieść, insynuując załamanie nerwowe depresje, niepoczytalność – tłumacząc tym wszystkim aktualnie słabe wyniki w sondażach. I oni wiedzą co robią. Bo gdy w PiS pierwsze skrzypce grał Kurski, Ziobro, czy Macierewicz, partia ta miała i Rząd i Sejm i Prezydenta. Ale wtedy ktoś wymyślił, że tych ludzi trzeba wysłać do Brukseli, tak by nie było komu pilnować polskiego podwórka. Wyjechali, a ich miejsce zajęli ludzie, którzy dobrze bawili się w czasie kampanii... Jasna cholera, popatrz, oni przebrani za dzieci kwiaty grali na gitarach i śpiewali piosenki podczas gdy pisowscy wyborcy wciąż byli pogrążeni w żałobie i szoku po utracie swego Prezydenta! Potrafisz to pojąć?! A teraz zbratani tą wspólną dobrą zabawą, uderzyli w Kaczyńskiego w sposób absolutnie bezpredecedensowy. Dla takich ludzi nie ma miejsca w pierwszych szeregach tej partii, bo ona przez takich ludzi słabnie, i traci zdezorientowanych takim zachowaniem wyborców. Nie ma w nich szczególnie miejsca dla polityków, którzy, choćby jak Joanna Kluzik-Rostkowska, publicznie oznajmiają, że nie widzą wielowiekowej już przecież współpracy rosyjsko-niemieckiej. I że jeśli Jarosław Kaczyński tak twierdzi to dlatego, że wpadł w jakieś niedobre psychiczne kłopoty. Bo to jest groźne już nie tylko dla samego PiS-u, ale jak pokazuje historia jest groźne dla Polski.
Tośmy sobie pogadali.
Owszem. Dziękuję.
To ja ci dziękuję.


Jak już wcześniej wspomniałem, mamy w Krakowie targi i Gabriel już tam jest. Ja dołączę do niego jutro i będę już codziennie aż do niedzieli. Zapraszam. Tego nie wypada przegapić.Oczywiście jak zawsze proszę o wsparcie dla tego bloga. To juz ostatni miesiąc, ale miesiąć bardzo nerwowy. Dziękuję.

środa, 22 października 2014

O tym, jak prezydent Putin zaznaczył swój teren

Oczywiście mam świadomość, że w sytuacji gdy przez parę dni nie umiałem znalazłeźć w sobie siły, by cokolwiek tu napisać, nagle się pojawiam i piszę tekst o Radku Sikorskim, tego rodzaju zachowanie musi zostać potraktowane co najmniej ze zdziwieniem. Z drugiej strony jednak musimy się chyba wszyscy zgodzić co do tego, że wśród całego szeregu skandali, jakich przez te wszystkie lata rządów Platformy Obywatelskiej mieliśmy okazję doświadczać, to czego dokonał właśnie wspomniany Radek Sikorski, dziś już nawet nie skromny minister, ale sam Marszałek Sejmu, a więc wedle zapisów Konstytucji, druga osoba w państwie, robi wrażenie i wymaga pewnego komentarza.
Ja wiem, że zdecydowana większość z czytających ten tekst doskonale wie, w czym rzecz, jednak i ze względu na interes tych paru, co akurat tego nie wiedzą, no i też nie ukrywam wymagania, jakie przed autorem stawia tego typu tekst, gdzie wszystko powinno być w miarę jasne w sposób obiektywny, dosłownie parę zdań poświęcę na objaśnienie zdarzenia. Otóż w wypowiedzi dla któregoś z amerykańskich mediów ów Sikorski powiedział, że kilka lat temu, jeszcze w czasach prezydentury Lecha Kaczyńskiego, Donald Tusk spotkał się z Władimirem Putinem, podczas którego Putin naszemu premierowi zaproponował rozbiór Ukrainy i odzyskanie przez Polskę Lwowa, jednak ponieważ Tusk bardzo przebiegle przewidział, że rozmowa może być rejestrowana, tematu nie podjął. Ponieważ informacja ta natychmiast wywołała burzę, i to przez swoją podstawowa treść, ale też przez fakt, że owa treść została utajniona nie tylko przed Prezydentem RP, ale – zakładając nawet, ze teń dureń Kaczyński nie zasługiwał na to by być elementem polskiej i europejskiej polityki – i przed polskimi sojusznikami w Europie, środowiska związane z władzą wpadły w pewną histerię, która ostatecznie skończyła się na tym, że Sikorski poinformował, że jemu się wszystko pomyliło, a nowy szef polskiej dyplomacji Grzegorz Schetyna ogłosił, że tym samym sprawa zostaje zamknięta.
A my tu mamy kilka możliwości. Pierwsza to taka, by uznać, że faktycznie Radek Sikorski jest notorycznie zaćpanym półgłówkiem, który nie wie, co robi i co mówi, a każdy jego gest i każde jego słowo jest wyłącznie wynikiem jakichś wdrukowanych w jego mózg odruchów, i zająć się sprawami ważniejszymi, niż jakieś absurdalne płody jego umysłu. Druga to taka, by jednak przyjąć, że wprawdzie Radek Sikorski w istocie rzeczy jest notorycznie zaćpanym półgłówkiem, ale to właśnie z tego powodu zdarzyło mu się ujawnić coś, co stanowiło dotychczas absolutnie najwyższej rangi tajemnicę, a zrobił to dlatego, bo uznał, że jeśli on opowie, jak to jego pryncypał Donald Tusk był czujny podczas rozmowy z samym Wodzem, i on i Donald Tusk natychmiast zyskają dodatkowe poparcie w społeczeństwie. Istnieje też inna ewentualność, taka mianowicie, że Radek Sikorski ma do Donalda Tuska pretensje za to, ze ten nie dał mu obiecanego stanowiska w Brukseli, a ponieważ jest notorycznie zaćpanym półgłówkiem, uznał, że on w ten sposób wyrządzi Tuskowi szkodę, a sam zostanie… no właśnie tego, kim zostanie, już nie wiem, choćby z tego względu, że nie mam tak naprawdę pojęcia, jaki ma wpływ na ludzkie przeżywanie kokaina.
Pierwszą z tych opcji odrzucam, jako nieprawdopodobna nawet w przypadku kogoś takiego, jak Sikorski. Ja zwyczajnie nie widzę takiej możliwości, by jemu się aż tak pomyliły daty i spotkania. Oczywiście, gdyby chodziło o jakiś drobiazg, czy dyplomatyczna ploteczkę, to owszem – mogłoby się tak zdarzyć, że Sikorski coś pokręcił. Nie jednak jeśli chodzi o Ukrainę, Rosję, Polskę, Putina i Tuska i kwestię rozbioru wielkiego europejskiego państwa. Tego typu pomyłka na tym poziomie po prostu nie wchodzi w grę. Sikorski musiał wiedzieć co mówi. Mógł nie wiedzieć, po co to mówi; mógł sobie snuć różne, choćby najbardziej chore, z tym związane plany; mógł wreszcie z jakiegoś powodu się, kiedy to powiedział, zwyczajnie nie kontrolować – jednak to jest pewne. On wiedział, co mówi i najprawdopodobniej nie kłamał. A zatem musimy brać poważnie pod uwagę, że już niezależnie od tego, jakie marszałek Sikorski miał tu intencje, do spotkania między Tuskiem a Putinem, na którym Putin Tuskowi zaproponował Lwów doszło. I ja w związku z tym chciałbym teraz się skoncentrować na czymś, na co, o ile się orientuję, akurat żaden z komentatorów nie zwrócił uwagi, a mianowicie na to, skąd Putinowi przyszło do głowy, by uderzać z czymś takim do Tuska. Przecież jeśli się nad tym zastanowić, to jest kompletny absurd. Czy jesteśmy sobie w stanie wyobrazić, że Putin z tego typu propozycją zwraca się do jakiegokolwiek choćby tylko pozornie poważnego polskiego polityka, pomijając tych już kompletnie obłąkanych narodowców, patrzących na Rosję jako na jedynego, historycznie i geograficznie prawdziwego sojusznika Polski? Czy jest możliwe, by Putin uznałby za dobry pomysł zaproponowanie odzyskania Lwowa Kwaśniewskiemu, Millerowi, Pawlakowi, a nawet Giertychowi, czy nawet Palikotowi? Czy jest możliwe, że taki Putin uznałby wychodzenie z takimi propozycjami do któregokolwiek z nich za na tyle bezpieczne, by się nie przejmować tego typu szczerości skutkami? Otóż nie: to jest absolutnie niemożliwe. On natomiast musiał doskonale wiedzieć, że Donald Tusk to człowiek tak pod pewnymi względami szczególny, że on nie dość, że ową propozycję zachowa w swojej dyskrecji, to nie wykluczone, że ją przyjmie. Nie dlatego, że jemu tak bardzo zależy na Lwowie, ale dlatego, że on może ten plan potraktować, jako bardzo dobry start dla swojej absolutnie już wyjątkowej kariery człowieka, który z Polski uczynił pierwszą obok Rosji wschodnioeuropejską potęgę. Uważam, że Władimir Putin tak właśnie musiał sobie o Tusku myśleć i miał ku temu powody specjalne. Nie przewidział tylko, że ten nieszczęśnik nagle się wystraszy, że to jest jakaś prowokacja, że Putin go nagra, a później tę taśmę ujawni i będzie wstyd. Czy ktoś z nas jeszcze pamięta, jak to wtedy właśnie, kiedy wedle relacji Radka Sikorskiego, Donald Tusk wrócił ze spotkania z Putinem do Polski, rosyjska prasa w kółko powtarzała opinię, że polski premier to ich człowiek w Polsce, a ten z kolei, poproszony o komentarz, odpowiedział, że jemu jest bardzo miło i oświadczył, że Putin jest naszym człowiekiem w Rosji? Pamiętamy to?
Czy mając to wszystko na uwadze, możemy się jeszcze zastanawiać, jak mogło dojść do tej strasznej katastrofy w Smoleńsku i do śmierci polskiego prezydenta? Czy tu w ogóle pozostają nam do rosstrzgnięcia jakiekolwiek dylematy? Otóż sprawa polega na tym, że bohaterem tych ostatnich wydarzeń wcale nie jest Sikorski, który moim zdaniem w ciągu najbliższych miesięcy nas opuści i to niewykluczone, że na dobre. Tu tematem jest tylko i wyłącznie Donald Tusk, a więc ktoś kogo na pewnym bardzo szczególnym etapie naszych polsko-rosyjskich relacji Władimir Putin uznał za swojego człowieka w Polsce, i to człowieka nie byle jakiego.
Ja wiem, że, pomijając tę naszą drobną satysfakcję, to moje pisanie jest jak psu na budę. Wiem, że już za parę dni, po tym co się stało nie pozostanie nawet wspomnienie, bo każde wypowiedziane przez nich i przez nas słowo zostanie przykryte tysiącami nowych, tak naprawdę dla większości znacznie ciekawszych, a co ważniejsze, znacznie bardziej zrozumiałych. I nie łudźmy się. Prawda jest taka, że w gruncie rzeczy, to co się stało, interesuje tylko nas, a już jakikolwiek problem stanowi zaledwie dla części z nas. Wszyscy pozostali, jeśli w ogóle słyszą, jak my tu sobie rozmawiamy, nawet jeśli się z nas nie śmieją, to patrzą na nas z politowaniem. I tak to się wszystko zawsze kończy. A ja jednak wciąż piszę i jakimś niebywałym cudem, mam wrażenie, że warto.

Jeśli ktoś mieszka w Krakowie, lub okolicach, albo akurat planuje spędzić tam najbliższy weekend, pragnę go zaprosić na targi książki, które się będą odbywać w Nowej Hucie od jutra do niedzieli. Gabriel Maciejewski, czyli Coryllus, będzie tam siedział przez cały czas z naszymi książkami, natomiast ja pragnę mu towarzyszyć od piątku do niedzieli, od rana do wieczora i wszystkim służyć tym co mam. Oczywiście, dotychczasowy adres księgarni www.coryllus.pl pozostaje bez zmian, więc wszystkich, którzy akurat są od Krakowa zbyt daleko, lub nie mają jechać do Nowej Huty, zachęcam do kupowania wszystkich moich książek właśnie tam. Jednocześnie proszę o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta. Dziękuję za wszelkie gesty.

niedziela, 19 października 2014

Czy smoleński wrak trafi do Ruskiej Budy?


W ten piękny niedzielny poranek przedstawiam kolejny felieton dla „Warszawskiej Gazety”. Życzę miłego czytania.


Jak doniosły media, czy sam pan prezydent Komorowski, czy może jego najbliżsi doradcy, a może jacyś poważniejsi specjaliści od animowania polityki na poziomie ogólnopolskim, postanowili, że w obliczu zbliżających się w przyszłym roku wyborów prezydenckich, dobrze by było poszerzyć elektorat i niezbyt wygórowaną ceną za to będzie postawienie w Warszawie pomnika pamięci tak zwanych „ofiar katastrofy w Smoleńsku”. W ślad za tym pomysłem poszły czyny i w Kancelarii Prezydenta wyprodukowano list, który rodziny ofiar rzekomo skierowały do Prezydenta po to, żeby on wysłuchał ich głosu i zgodził się objąć patronatem budowę pomnika. W tym samym niemal momencie inna komórka, odpowiedzialna już nie za moderowanie głosu ludu, ale bezpośrednio gestów Prezydenta, przekazała mediom informację, że Prezydent jest projektem życzliwie zainteresowany, a my już teraz tylko możemy czekać na dalszy rozwój wypadków.
Moim zdaniem, po tym gdy głos zabrały rodziny ofiar oraz najwyższa władza, przyszedł czas, by prezydent Gronkiewicz-Waltz zamówiła w CBOS-ie badanie odnośnie tego, co myślą Warszawiacy o pomyśle postawienia pomnika i by się okazało, że oto znacznie wzrósł odsetek obywateli twierdzących, że pomnik ofiarom się jednak należy. Po publikacji pierwszych wyników, telewizja TVN24 powinna rozpocząć akcję badania opinii już nie tyle publicznej, co przedstawiającej zdanie tak zwanych autorytetów. Na pierwszy ogień powinien pójść Daniel Olbrychski i jego wypowiedź:
Jako aktor, a więc ktoś szczególnie wrażliwy na ludzkie losy, a przy okazji Warszawiak z krwi i kości, od wielu lat cierpiałem przez brak pomnika ofiar Smoleńska, więc dziś bardzo się cieszę, że moje miasto będzie coraz piękniejsze”.
Za Olbrychskim przyjdzie muzyk Hołdys:
Zdaję sobie sprawę z tego, że przez żałosne medialne manipulacje, część moich fanów uważa, że ja prezydenta Kaczyńskiego nazwałem „chujem”, ale to nieprawda. Ja tak powiedziałem o Kaczorze, natomiast Prezydenta zawsze szanowałem, więc dziś uważam, że jemu się ten pomnik należy”.
Po Hołdysie nastąpi wypowiedz pisarza Kuczoka:
Jo godołech, co tyn Smolyńsk to tymat do rzici, ale dziś to jo bych już tak nie powiedzioł. Pomnik mo być”.
Monika Olejnik
Znałam i ceniłam prezydenta Kaczyńskiego, a zwłaszcza panią Marię. Bardzo się cieszę, że w Warszawie wreszcie stanie pomnik ofiar tego wypadku”.
Na sam koniec pojawi się z całą pewnością kardynał Nycz i przedstawi Warszawiakom, jak sprawę widzi sam Duch Święty:
Mija pięć lat, jak ów Krzyż na Krakowskim Przedmieściu zjednoczył nas wszystkich w Cierpieniu Jezusa Chrystusa. Módlmy się o to, by grzech nas nie zniewolił, by Boża Miłość pokonała nienawiść i pozwoliła nam wspólnie pracować dla dobra Polski. Oczywiście będę bardzo zadowolony, jeśli Pan Bóg pozwoli mi osobiście poświęcić nowopowstały pomnik”.
No i wtedy – jestem tego pewien – CBOS ponownie przepyta Warszawiaków i Pan Prezydent nie będzie już miał innego wyjścia, jak tylko objąć patronatem tę piękną ideę. Czyżby następny w kolejce był wrak?

Zapraszam wszystkich do księgarni pod adresem www.coryllus.pl i zachęcam do kupowania moich książek, w tym pierwszego tomu felietonów pod tytułem „O siedmiokilogramowym liściu i inne historie”. Już za chwilę ukaże się kolejny ich wybór, więc będzie jak znalazł. To już jest prawdopodobnie ostatni miesiąc, kiedy będę apelował o wsparcie dla tego bloga, jednak póki co jest tak, że wciąż bardzo tej pomocy potrzebujemy i bez niej do tego listopada nie dociągniemy. Bardzo proszę i dziękuję.

sobota, 18 października 2014

"Listen you fuckers!", czyli gdy nadchodzi zło

Myślę, że każdemu z nas przynajmniej raz w życiu zdarzyło się, że będąc świadkiem jakiegoś niewyobrażalnego zła, wyrzucił z siebie owo sakramentalne: „Zabiłbym s…syna”. Każdy kto zna mnie i te teksty wie, że ja akurat tego typu emocje traktuję jak chleb powszedni, jednak wczoraj przydarzyło mi się coś, co chyba po raz pierwszy w życiu wzbudziło we mnie uczucie, którym choćby najbardziej okrutne zabójstwo nie oddałoby sprawiedliwości. Mam na myśli uczucia, gdzie właściwie już nie pozostaje nic, jak tylko owo pragnienie, by spojrzeć w to zło, przyglądać się mu, kontemplować je tak długo aż ono zacznie wrzeszczeć o litość. I wtedy dopiero je zdusić jak karalucha.
Kiedy nieco wyżej użyłem określenia „po raz pierwszy w życiu”: chyba troszeczkę przeholowałem. Pierwszy bowiem raz w życiu miałem do czynienia z tego typu emocjami, kiedy usłyszałem o tych dwóch… no nie wiem, jak ich nazwać, którzy pewnego dnia zainteresowali się pewną dziewczyną, którą spotkali w pociągu i ją sterroryzowali do tego stopnia, że ona przez całą noc i dzień musiała im dostarczać rozrywki, a kiedy już się jej towarzystwem znudzili, to ją z tego pociągu wyrzucili i ona umarła. Przez te niekończące się godziny, oni wysiadali z jednego pociągu, wsiadali do następnego, z tamtego znów wysiadali i przesiadali się, by jechać dalej, wokół było pełno ludzi, a to biedne dziecko było tak przerażone, że nawet nie miało siły zwrócić się do nikogo o pomoc, no i w końcu zmarło wypadając z pędzącego pociągu. Pamiętam, że wtedy sobie pomyślałem, że ja bym tych dwóch ani nie chciał zabić, ani nawet w jakiś szczególny sposób dręczyć, ale zwyczajnie ich zmusić, by siedzieli grzecznie dzień za dniem na jakiejś odpowiednio twardej ławce i znosili mój wzrok.
Też sobie przypominam ów szczególny rodzaj zła, który wywołuje w nas tak szczerą bezradność, że nie ma sposobu, by ją skutecznie zaspokoić, kiedy parę lat temu dotarła do nas informacja, że pewna Ala, czy Natalia z Łodzi wysłała do premiera Tuska list, w którym napisała, że siedem lat temu odszedł od nich ojciec, mama jest nauczycielką matematyki bez pracy, jest im bardzo ciężko i czy Premier nie mógłby coś zrobić, by mama dostała pracę. Na to urzędnik z Kancelarii napisał mniej więcej, jak następuje;
Szanowna Pani! Informujemy, że nie zajmujemy się pośredniczeniem w poszukiwaniu pracy. Z Pani problemem radzimy się zwrócić pod internetowym adresem www.praca…”, itd. itd.
I oto wczoraj pewien mój przyjaciel, człowiek, który już wielokrotnie pomógł mi tu na blogu, gdy było naprawdę ciężko – i nie mam tu tylko na myśli pomocy finansowej – przysłał mi link do artykułu z dziennika „Fakt”, z którego się dowiadujemy, że oto w Gdyni został rozbity gang zajmujący się sutenerstwem. Artykuł, jak przystało na „Fakt”, jest ilustrowany odpowiednimi zdjęciami, jednak to co najciekawsze można już sobie przeczytać:
Zmuszali do prostytucji, używali przemocy wobec wykorzystywanych kobiet, bogacili się na ich krzywdzie, a najwierniejszym tatuowali na ciele m.in. takie napisy: ‘Własność Pawła’, ‘Wierna suka Leszka’, ‘Niewolnica Pana Olka’… Policja rozbiła gang 3 braci B. z gdyńskiego Witomina. Przez 4 lata na przestępczej działalności zarobili prawie 6 mln zł.
Do Sądu Rejonowego w Gdańsku trafił właśnie akt oskarżenia przeciwko gangsterom. Na ławie oskarżonych zasiądzie w sumie 21 osób, którym zarzucono m.in. czerpanie korzyści z prostytucji, handel narkotykami, nielegalne posiadanie broni i udział w zorganizowanej grupie przestępczej.
Założycielami gangu byli trzej bracia: 31-letni Aleksander B., 26-letni Leszek B. i 34-letni Paweł B. W kontrolowanych przez braci agencjach pracowało blisko 70 kobiet. Większość z nich była zmuszana do prostytucji. Były jednak też takie, które prawdopodobnie godziły się na współpracę z przestępcami. To właśnie na ciałach tych kobiet tatuowano m.in. takie napisy: ‘Własność Pawła’, ‘Wierna suka Leszka’, ‘Niewolnica Pana Olka’”.
Ponieważ „Fakt” to „Fakt”, wspomniane wcześniej zdjęcia są takie jak trzeba i wszystko potwierdzają w najdrobniejszych szczegółach tak by nikt z nas nie miał wątpliwości, że to się dzieje naprawdę.
Jak czytamy, oskarżonych w sprawie jest 21 osób, ale mnie najbardziej interesują ci trzej: Olek, Leszek i Paweł, a więc ci, którzy wykazali się taką fantazją by tym dziewczynom kazać wytatuować te właśnie teksty, z tą poetyką i z tym przesłaniem. No i ci, którzy widząc te swoje sześć baniek, rozkoszowali się zapewne myślą, że tak jak im, one nikomu się nie należą – przez ten ich szyk, ten bigiel, no i to przede wszystkim to poczucie humoru, zapisane w tych tatuażach.
I to jest właśnie ten moment, kiedy w obliczu takiego zła, ja już bym sobie życzył tylko jednego: żeby mi ich tu wszystkich dostarczyć, a ja już bym całą resztą się odpowiednio zajął. I wcale nie mam na myśli znanej nam ze słynnego filmu Tarantino „jesieni średniowiecza”. O nie – ja jestem człowiekiem wyjątkowo łagodnym. Ja bym chciał się tylko odpowiednio długo i dokładnie przyjrzeć. I zapewniam, że bym im przez ten czas dawał i jeść i pić i pozwalał spać. A kiedy by się budzili, widzieliby już tylko moje spojrzenie. I mam nadzieję, że ono by ich zabiło. A jeśli nie, to daję słowo, że tylko ich strata – Pawła, Leszka i Olka z Gdyni.
Ktoś się zapyta, dlaczego ja tych trzech aż tak nie lubię. Przecież takich jak oni, a nawet gorszych jest cała masa, a tu jeszcze mamy ten „Fakt”, a więc coś, co już na samym początku należy podzielić przez dziesięć. Przecież nie ma praktycznie dni, byśmy nie usłyszeli o jakichś zaćpanych durniach, którzy zatłukli swoje maleńkie dziecko na śmierć, czy o jakimś starym durniu, który regularnie gwałcił swoją maleńką wnuczkę, czy wreszcie o jakichś bałwanach w kapturach, którzy zadźgali nożem swojego kolegę lub koleżankę – w czym oni są od Olka, Leszka i Pawła lepsi? Otóż oni moim zdaniem od Olka, Leszka i Pawła lepsi w tym sensie, że każdy z nich padł jednak ofiarą czegoś, czego on ani nie wybierał, ani na co nie miał żadnego wpływu. I nawet jeśli uznamy, że ich w wymiarze jak najbardziej podstawowym nie usprawiedliwia nic, to jednak jest coś, co tu akurat ich znacznie przewyższa i przy czym oni naprawdę z tym swoim zgłupieniem nie maja nic do gadania. Jeśli chodzi o Leszka, Olka i Pawła, oni zamieszkują krąg najwyższy, lub, zależy jak na to spojrzymy, najniższy. Kiedy czytam zacytowany tekst z „Faktu” i oglądam te zdjęcia, które redaktorzy „Faktu” zapewne za ciężkie pieniądze kupili od któregoś z policjantów w Gdyni, nie mam najmniejszych wątpliwości, że ci trzej tworzą coś, co musimy nazwać złem ostatecznym. I nie ma najmniejszego znaczenia, że te dziewczyny być może były bardzo zadowolone, że Leszek, Olek i Paweł zażyczyli sobie, by każda z nich została otatuowana od dołu do góry tymi autografami, to nie one bowiem są tu oskarżone. Nie chodzi nawet o to, że oni w ogóle uruchomili ten tak bezwzględny i nieludzki biznes: świat w końcu stoi burdelami. Rzecz w tym, że tu przed sobą mamy ludzi, którzy to wszystko potraktowali aż tak osobiście; że oni doszli w tym swoim upadku do tego punktu, gdzie ani ich już nic nie tłumaczy, ani nikt ich w tym wyścigu nie wyprzedza. To jest ten punkt, gdzie ja na przykład już nic więcej nie chcę, jak spojrzeć im prosto w oczy i patrzeć tak długo, aż któryś z nich mi powie, bym go zabił.
Przedmowę do mojej nowej książki o Diable napisał samozwańczy duszpasterz tego bloga ksiądz Rafał Krakowiak i zechciał porównać mnie do bohatera filmu Scorsesego „Taxi Driver” Travisa. Powiem szczerze, że mam tu odczucia ambiwalentne, bo z jednej strony, ja się bardzo z tym co on czuje i jak te swoje uczucia przekłada na wymiar praktyczny, utożsamiam, ale z drugiej strony mam bardzo mocne podejrzenie, że Travis to zwyczajny wariat. Tu jednak, kiedy czytam doniesienia „Faktu” na temat Olka, Pawła i Leszka, trzech gdyńskich sutenerów, przypominam sobie scenę ze wspomnianego „Taksówkarza”, kiedy to Travis tłumaczy Iris, jakim to złym człowiekiem jest Sport i mówi, że on jest najgorszy, i w tym momencie, zamiast użyć jakiegoś pięknego literackiego porównania, by to zło opisać, zaplątuje się i już tylko bezradnie powtarza w kółko to słowo: „the worst”.
A ja sobie przypominam scenę znaczenie wcześniejszą, kiedy on, Travis, przygotowuje się do czegoś, czego jeszcze ani nie zna, ani tak naprawdę nie rozumie i mówi „Listen you fuckers! Here’s the man who couldn’t stand it…”. Otóż w tym momencie przyznaję rację Księdzu. Gdyby tak ich wszystkich, a więc i tego Pawła, Leszka i Olka zwyczajnie powystrzelać, świat – w tym świat naszej polityki – by się stał lepszy. Tyle że wcześniej trzeba by było im odpowiednio długo popatrzeć w oczy. Tak, byśmy już do końca wiedzieli, jak wygląda czyste zło.

Zapraszam wszystkich do kupowania moich książek, które są głównie do nabycia na stronie www.coryllus.pl. Zapewniam, że każda z nich jest trochę jak piwo Carlsberg, a więc „prawdopodobnie najlepszą literaturą na świecie”, a pewnie jeszcze bardziej bardziej, bo z tym Carlsbergiem akurat sprawa wcale nie jest taka oczywista. Bardzo proszę o wsparcie dla tego bloga. To już są ostatnie chwile, ale bardzo, bardzo nerwowe.

piątek, 17 października 2014

O ludziach z misją, o fałszowanych wyborach i o nas kundlach

O Macieju Pawlickim, człowieku od lat związanym przede wszystkim z polską branżą filmową, a ostatnio – zapewne głównie dzięki temu, że on okazał się nagle „nasz” – również dziennikarzu, pisałem tu dosłownie raz. Poszło o jego tekst, opublikowany jak najbardziej w tygodniku „W Sieci”, a poświęconym serii niewyjaśnionych samobójstw osób mniej lub bardziej związanych z badaniem przyczyn Katastrofy Smoleńskiej, a dokładnie o ostatni owego tekstu akapit. Pisze tam Pawlicki tak:
Czy my, mieszkańcy Priwiślańskiego Kraju, także gasimy światło, zamykamy okiennice, bo nie chcemy widzieć tego, co się wydarzy? Czy bezczynnie czekamy na śmierć Artura Wosztyla, by dostać za nią kolejne miesiące skundlonego spokoju, że Starsza Pani się nie gniewa?
Co mnie w zachowaniu Pawlickiego tak poruszyło? Wbrew pozorom, wcale nie to, że on zamiast normalnie użyć nazwy „Polska” zdecydował się na ów ruski żart w postaci „Priwiślańskiego Kraju”. Ja doskonale zdążyłem poznać stan umysłów tych ludzi, ich wrażliwość, poczucie humoru i zwykłą inteligencję, by się zatrzymywać nad tego typu bzdurami. Poszło o coś znacznie poważniejszego, a mianowicie o sposób, w jaki Pawlicki staje nad nami z batem i woła, byśmy się wzięli do roboty, bo Ojczyna w niebezpieczeństwie i w dodatku jeszcze nam grozi, że jeśli dalej będziemy się tak opieprzać, to on rozgłosi, że nie jesteśmy żadnymi Polakami, ale „kundlami”. Czy moim zdaniem nam się nie należą tego typu słowa? Tego nie powiedziałem. Ja sam na tym blogu wielokrotnie miałem okazję, i ją często bardzo bezpośrednio realizowałem, by wyrazić swoje pretensje o to, jak my się fatalnie prowadzimy wobec tego, co się w Polsce – a przecież już w tej chwili nie tylko w Polsce – dzieje. Rzecz jednak w tym, że to iż owe ciężkie słowa padają z ust kogoś takiego jak Pawlicki, a więc człowieka, który najpierw przez całe lata to co dziś przeżywamy budował, potem na to swoje dzieło bezczynnie patrzył, a teraz nagle struga ważniaka i nam mówi, że mamy walczyć, bo inaczej znów okażemy się niegodni, stanowi bezczelność najwyższej miary. Wystarczy przejrzeć dowolny numer tygodnika „W Sieci”, by zobaczyć, jak oni, a więc absolutnie pierwsza liga prawicowego dziennikarstwa, walczą; wystarczy rozejrzeć się wkoło i zobaczyć wymierne efekty tej walki; wystarczy spróbować znaleźć tam choćby jeden tekst, choćby jedną myśl, w jakikolwiek sposób zmieniającą tę nędzną rzeczywistość na lepsze; wystarczy to, by wiedzieć już na sto procent, że tam jest już tylko ciężka gnuśność i zimna obojętność. I na to przychodzi Pawlicki i zaczyna podnosić głos w naszą, nie w swoich kumpli z tygodnika i okolic, ale w naszą stronę, żebyśmy się wzięli za siebie, bo System zamorduje kolejnego człowieka. Oczywiście, jak to mamy robić, tego nam Pawlicki nie powie, raz że sam nie wie, a dwa, że jest tak pyszny w tym swoim przywództwie, że przecież nie będzie się zniżał do tego, by nas instruować.
I teraz się okazuje, że tak jak tam każdy odgrywa rozpisane role, a więc Mazurek z Zalewskim, Dorota Łosiewicz, Jan Pietrzak, ten jakiś Kiersun, Makowski, Fesusette, Makowiecki, a ostatnio już nawet Warzecha, robią jaja i kabaret, Karnowscy przeprowadzają wywiady z „naszymi”, cała kupa specjalistów od kultury na czele z wdową po Andrzeju Łapicki, Adamskim, Ladą i Ciesielskim, zajmują się reklamą i sprzedażą, a grupa mniej już ważnych nazwisk coś tam bredzi o polityce i społeczeństwie, Maciej Pawlicki jak się wydaje przyjął na siebie rolę tego, który rozdziela ogień i organizuje ruch. Ostatnio w artykule redakcyjnym wezwał nas do opamiętania prosto i po żołniersku postawionym pytaniem: „Czy pozwolimy sfałszować wybory?”
I tu znów mógłbym się zapytać, tak jak to zrobiłem poprzednim razem, czy Pawlicki mówi to do mnie, czy może do swoich kumpli redaktorów i artystów filmowców, lub zapewne osobiście mu znanych polityków. No bo jeśli do mnie, to przepraszam bardzo, ale wygląda na to, że on się już poczuł tak mocno, że się w tej bezczelności zwyczajnie zatracił. Czy on naprawdę właśnie uznał, że władza fałszuje wybory i postanowił w tej sprawie zorganizować pospolite ruszenie, by każdy z nas przy najbliższej okazji pędził do najbliższych komisji wyborczych z aparatem i robił zdjęcia protokołom, bo jak nie, to my już zawsze będziemy tymi „kundlami”? Przepraszam bardzo, ale czy on tam też z nami pójdzie, czy może akurat będzie zajęty czymś innym?
W lipcu 2010 roku, tuż po wyborach, w wyniku których prezydentem został ogłoszony Bronisław Komorowski, zamieściłem na swoim blogu tekst pod tytułem „O burych sukach na poważnie”, gdzie moim zdaniem od początku do końca wykazałem, że wybory te zostały sfałszowane. Pamiętam, że kiedy przedstawiłem swoje wyliczenia, rozgorzała bardzo gorąca debata, z której do dziś pamiętam słowa mojego kumpla Lemminga, który mi napisał, że jeśli rzeczywiście było tak, jak ja mówię, to jesteśmy ugotowani. Dlatego, że nawet taka zbrodnia jak smoleńska, może w końcu zostać wyjaśniona, a winni zostać ukarani, natomiast fałszowanie wyborów to jest coś, z czego już się nie wychodzi tak łatwo, bo to jest już tak zwany „game changer”, a więc coś, co można odwrócić już tylko drogą rewolucji. Zaznaczając, że on w moją teorię nie wierzy, napisał jeszcze coś takiego:
Dlaczego Jarosław Kaczyński milczy? Niczego nie sugeruje nawet? Nie domyślił się? Nie wie? Przecież musiał się domyślić, skoro Ty się domyśliłeś. Dlaczego kontynuuje działalność? Jeśli oszukano w tych, to będzie oszustwo w każdych następnych wyborach, PiS już nigdy nie wygra. To po co ta mobilizacja, mówienie o przyszłych kampaniach itd? Co to za System tak potężny, że umie sfałszować wyniki wyborów od połowy, a nie umie od początku ich kontrolować. Przecież można by od początku dać 53 na Pana Bronka i nikt by nie miał podejrzeń. Jak to jest, że oni są zarazem tacy wyrafinowani i tacy głupi?
Od tamtego czasu, jak wiemy, minęły już ponad cztery lata i dopiero bardzo niedawno zauważyłem, że problem fałszowania wyborów zaczął być podnoszony. Po tym jak ja napisałem swój tekst zapadła kompletna cisza. Dopiero po kilku miesiącach, zadzwoniła do mnie Ewa Stankiewicz i powiedziała, że Pospieszalski jej powiedział o moim tekście i czy ja bym jej mógł go przysłać, bo ona sama nie umie go znaleźć, a chciałaby go przeczytać. Po co jej on, nie powiedziała. Ja oczywiście jej ów tekst posłałem, a później jeszcze zadzwoniłem jeden raz czy drugi, ona już jednak ani nie odbierała telefonu, ani nie oddzwoniła. To wszystko. To był jedyny, że tak powiem, publiczny skutek moich refleksji, wówczas traktowanych przez wielu komentatorów, jak fikcja, a dziś powszechnie przyjmowany fakt.
Ktoś mi powie, że ja jednak muszę być strasznie zarozumiały, że oczekuję od mainstreamowych dziennikarzy, czy ważnych polityków, by czytali mojego bloga. Otóż nie. Ja od nich tego nie wymagam i co więcej tego się po nich nie spodziewam. Natomiast skoro się okazuje, że żaden z nich, w tym oczywiście sam Maciej Pawlicki wtedy, gdy jeszcze z tym można było próbować coś robić, nie dość że nie zauważyli tego przekrętu – przekrętu moim zdaniem całkowicie oczywistego, a dziś już potwierdzonego prawie oficjalnie, w tym przez samego Stefana Niesiołowskiego – to jeszcze nie znaleźli w swoim otoczeniu nikogo, kto by ich do jakiejkolwiek refleksji w tej kwestii zachęcił, to, bardzo przepraszam, ale nich się oni wszyscy ode mnie dziś odpieprzą.
Maciej Pawlicki w swoim tekście w tygodniku „W Sieci”, pisząc o tym, jak to głosy oddane przez zwolenników Prawa i Sprawiedliwości w ostatnich wyborach, zamiast trafić do urn, a następnie do PKW, trafiły do „czarnej dziury”. Owa czarna dziura tak się Pawlickiemu spodobała, że w jednym krótkim felietonie wspomina o niej aż trzy razy. A ja wciąż pamiętam argument, którego przed czterema laty tak bardzo naiwnie użył mój przyjaciel Lemming, pisząc jak to ja chyba coś źle sobie wyliczyłem z tymi głosami, bo skoro to takie proste, to czemu na to nie wpadł ani Jarosław Kaczyński , ani w ogóle nikt poza mną. Przecież skoro ja się domyśliłem, to on się też musiał domyślić. A więc czemu milczy? Przecież jeśli ja mam rację i doszło do fałszerstwa, to w następnych wyborach też będą fałszować i PiS już nigdy nie wygra. A skoro tak, to po co ta mobilizacja i mówienie o przyszłych kampaniach. No i przede wszystkim, skoro oni sa tacy potężnie, to czemu zaczęli fałszować dopiero od połowy, a nie zaczęli od samego początku? I jak to jest, że oni są zarazem tacy wyrafinowani i tacy głupi?
Jak mówię, od tamtych wyborów i od dnia, kiedy ja opublikowałem tamten przerażający w swojej wymowie tekst, minęło już ponad 5 lat. Kupa czasu. Nawet zdążyliśmy przez te lata zapomnieć o tym, że tam w tym smoleńskim lesie wciąż leżą te szczątki. I na to podnoszą łby nasi dziennikarze, patrzą nam prosto w oczy i tak potrząsając tymi łbami, mówią: „No dalej! Do roboty, wy kundle! Nie widzicie, że w tej waszej gnuśności ciągniecie ze sobą i nas?” Otóż nie. To nie my ich ciągniemy. To oni nas ciągną i to do dziury, przy której tamta wcale nie jest ani taka czarna, ani taka głęboka.
Przyznam, że z katowickim PiS-em i jego społeczną reprezentacją w postaci Klubu Gazety Polskiej mam kontakt sporadyczny, a ostatnio, z pewnych szczególnych powodów, już właściwie żaden. Jednak widząc, że oni tu wciąż w naszym parafialnym kościele urządzają spotkania z ciekawymi ludźmi, przełamię się i zgłoszę do nich, żeby może na kolejne spotkanie zaprosili Macieja Pawlickiego. No i zrobię wyjątek i się tam udam. I mu napluję do oka.

Zapraszam wszystkich na stronę www.coryllus.pl, gdzie są do kupienia wszystkie moje książki. Wszystkie, to znaczy bez tej ostatniej, gdzie swoją drogą tekst o burych sukach jest jak najbardziej. Ale to już niedługo. Polecam. No i bardzo prosze o wspieranie tego bloga. Przyznaję, że juz nie mam siły o to prosić, ale co mi pozostaje? Dziękuję.

czwartek, 16 października 2014

O tym, jak postanowiliśmy wygrać wybory z prof. Religą

Nie wiem, jaki los czeka tygodnik „W Sieci”, kiedy już Prawo i Sprawiedliwośc przejmie władzę, no i, jeśli zachowa swoją pozycję, jaki poziom będzie prezentowało, póki co jednak, z tego co obserwuję, oni przed nakreślonym przez mnie rozwojem sytuacji, a więc zwycięstwem PiS-u bronią się przysłowiowymi zębami i pazurami. I, powiem szczerze, to mnie nie dziwi. Przecież wystarczy spojrzeć na poziom owej publicystyki, by widzieć, że poza tym kabaretem, z którym mamy dziś do czynienia, już nic innego nie potrafią. I ja nie mam najmniejszej wątpliwości co do tego, że oni sami wiedzą to najlepiej.
Paradoksalnie, sytuacja w jakiej ja się znajduję jest bardzo podobna. Wyobraźmy sobie, że Jarosław Kaczyński zostaje premierem, z bezwzględną parlamentarną większością wspierającą rząd, któremu on przewodzi, a ja, co w tej sytuacji mam robić? Niszczyć ludzi, których on, Kaczyński, wyznaczył na ministrów, oraz całe to towarzystwo, które niewątpliwie będzie funkcjonowało, jako grupa medialnego wsparcia Rządu Wybawienia Narodowego, a tym samym wciąż się narażać na kolejne komplementy ze strony całej tej bandy złoczyńców, którzy po tylu latach wreszcie zostali odsunięci od władzy, a dziś zaczynają na nowo przebierać nogami, by ponownie dostać to, co zawsze uważali za swoje? A może ja wtedy zostanę jakim anarchistą i będę głosił tę jedną prawdę, że urzędy mają zostać zburzone, a władza powinna zostać przekazana ulicy? A może będę po prostu robił to co robię dziś, a więc stawał na środku tej ziemi i krzyczał wzorem Travisa z filmu „Taxi Driver”: „Listen you fuckers, you screwheads!” Może tak. A zatem trzeba uznać, że ja tu jednak jakieś pole manewru jeszcze mam. Z nimi jest znacznie gorzej.
Mimo że ostatnio wszyscyśmy tu w domu jakby stracili serce do regularnego kupowania tygodnika „W Sieci”, ostatnio się złamałem, i kiedy z zapowiedzi w portalu wpolityce.pl usłyszałem, że oni trafili na jakieś stare komentarze Ewy Kopacz, która w rzekomo okropnie brutalny sposób niszczyła dziś już nieżyjącego Zbigniewa Religę i że owe rewelacje są do tego stopnia rewelacyjne, że postanowiono z nich zrobić okładkowy temat numeru, ruszyłem do kiosku z gazetami i dałem im te 5,90. No i faktycznie, sama już okładka krzyczy wielkim, kolorowym fotoszopem, na którym z jednej strony widzimy dobroduszną twarz Profesora, a z drugiej tego belfegora z wyeksponowaną sztuczną szczęką i groźnie uniesionym zaczerwienionym pewnie od ciągłego obgryzania paluchem. No ale na to machnąłem ręką: w końcu, jak to dziś ładnie zauważył Coryllus, mamy już tylko „prawdę czasu i prawdę sprzedaży”, a mnie przecież interesuje samo mięso, a więc wybity wielkimi literami tytuł „Jak Ewa Kopacz niszczyła Religę”.
Zaglądam do środka i tekst faktycznie jest, poprzedzony nazwiskiem autorki Mai Narbutt i jeszcze piękniejszym niż na okładce Profesorem, a w nim normalna historia życia i kariery Zbigniewa Religi, od czasów, gdy on był jeszcze studentem i podejmował pierwsze decyzje co do swojej przyszłej specjalizacji, przez pierwszy przeszczep, po budowę tego swojego Centrum, no i aż po czasy ostatnie, kiedy to umierał jako minister zdrowia w rządzie Jarosława Kaczyńskiego. Żadnych rewelacji. Można by było nawet powiedzieć, że red. Narbutt pisząc swój reportaż zebrała różne informacje, które były dostępne przez te wszystkie lata na temat Profesora i zrobiła z nich syntezę na te trzy czy cztery strony. No może tylko bardziej niż inni zaakcentowała to, że Profesor był ciężkim cholerykiem i jako szef potrafił naprawdę dokuczyć. Jest na przykład historia – do której jeszcze w dalszej części tych refleksji powrócę – o tym, jak dziś słynny kardiochirurg Bochenek, wdowiec po zamordowanej w Smoleńsku Krystynie Bochenek, prosił Religę, wówczas jeszcze swojego szefa, by mu pozwolił pójść do szpitala do żony, która akurat rodziła, a ten go zrugał, że ma się nie opieprzać i brać do roboty, i wiedzieć, że kobiety sobie świetnie w takich sytuacjach radzą, bez pomocy rozhisteryzowanych mężów… no i go nigdzie oczywiście nie puścił. Poza tym jednak tam już nie ma nic.
No niemal nic. W końcu przecież tytuł z okładki zobowiązuje, prawda. Oto faktycznie okazuje się, że Ewa Kopacz Religi bardzo nie lubiła i go notorycznie gnoiła. Pisze Narbutt;
Był przez Kopacz faulowany i atakowany w sposób chamski, trudno użyć innego słowa. Używała argumentów ad personam, obrzydliwych i zupełnie nietrafionych.[…] Niechęć Kopacz do Religi wykraczała nawet poza poetykę walki politycznej. Można było odnieść wrażenie, że odreagowywała jakieś kompleksy”.
Może jakieś przykłady? Wypadałoby przecież, pomyśli ktoś, podać teraz ów zestaw chamskich fauli, tak żeby wyborcy przy najbliższej okazji wiedzieli, co to za swołocz ta Platforma. Otóż proszę sobie wyobrazić, że mamy tylko jeden cytat, jak to Ewa Kopacz któregoś dnia określiła Zbigniewa Religę mianem „jednego z najbardziej leniwych ministrów”. I to wszystko. Tam nie ma nic więcej. Ja oczywiście pamiętam, jak ona to powiedziała i pamiętam pewne oburzenie, jakie te słowa wywołały głównie jednak nie przez to, że ponieważ każdy znał Religę, jako autentycznego pracoholika, Kopacz najzwyczajniej w świecie mogła się tu zamknąć, ale przez to, że już wtedy mówiło się, że on jest chory, więc siłą rzeczy może robić wrażenie mało aktywnego. No ale, przepraszam, bardzo, czy to faktycznie już było wszystko? Kopacz ogłosiła, że jako minister Religa się obija i to jest powodem robienia przez tygodnik „W Sieci” tematem swojego numeru chamstwo Kopacz? Pisze red. Narbutt, że kiedy Religa posłyszał, jak Kopacz nazwała go leniem, „był wstrząśnięty” i skarżył się współpracownikom, że on by łatwiej zniósł, gdyby ona nazwała go „bandytą, pijakiem, łapownikiem”, a ja rozumiem, że podobnie redakcja „W Sieci” w takim wypadku na temat numeru wybrała już coś innego. Gdyby Kopacz powiedziała o Relidze, że to „bandyta, pijak i łapownik”, my byśmy jej to darowali. No ale leń?
Ja tu trochę sobie ironizuję, ale rzecz jest jak najbardziej poważna. Donald Tusk pojechał do Brukseli, System na stanowisko premiera powołał tę dziwną kobietę, Polska się sypie, Prezydent pisze do siebie listy z prośbą o objęcie patronatem budowy pomnika w ofiar Smoleńska, za pasem seria wyborów, które polska prawica planuje wygrać, a największy prawicowy tygodnik opinii publikuje wielki propagandowy tekst nie dość że dotyczący sprawy tak małej, że nawet przez mikroskop jej nie widać, to w całości zbudowany na niczym nie podpartych insynuacjach. Oczywiście my wszyscy raz że Kopacz znamy, a przede wszystkim dobrze pamiętamy najświeższą historię, więc jesteśmy w stanie natychmiast dostarczyć cały zestaw dowodów na to, jak Platforma Obywatelska i jej politycy – nie tylko Kopacz – profesora Religę traktowali. No ale rozumiem, że ten tekst redakcja tygodnika kieruje nie do nas najbardziej, ale do tych, których chciała do czegoś przekonać. Otóż rzecz w tym, że jeśli przekonała, to tylko do czegoś kompletnie niezamierzonego, a mianowicie do tego, że z tego Religi to tak naprawdę był kawał s…syna. Dlaczego? Już wyjaśniam.
Otóż ja już gdzieś, z relacji bliskich mi osób, wiem, jak najprawdopodobniej została odebrana informacja o tym, jak to Religa nie pozwolił Bochenkowi pójść do swojej właśnie rodzącej żony. Reakcja tu musi być jednoznaczna i opisałem ją w zakończeniu poprzedniego akapitu. Mamy tu zresztą jeszcze coś. Wszyscy wiemy, że Krystyna Bochenek, kobieta która wtedy rodziła i nie mogła się doczekać wsparcia ze strony męża, wiele lat później zginęła w Smoleńsku obok prezydenta Kaczyńskiego. No i wiemy też, że to była ta miła pani, która organizowała olimpiadę ortograficzną i wszyscy ją kochali. A biedny dr Bochenek do dziś pewnie pamięta, stojąc nad grobem swojej ukochanej żony, jak to kiedy ona im rodziła dziecko nie mógł przy niej być, bo Religa, wielki profesor i pasjonat swojej pracy, nie miał wystarczająco dużo serca. I nikt z tego nie będzie wiedział już nic, ani o Relidze, ani o Krystynie Bochenek, ani przede wszystkim może o dr Bochenku, o którym, jako o surowym szefie, ludzie, którzy go znają mają dziesiątki jeszcze bardziej ciekawych niż ta historii do opowiedzenia. Z kolejnej przedwyborczej zagrywki braci Karnowskich zostanie im tylko jedno: ta Kopacz wcale nie jest taka najgorsza, natomiast o Relidze warto by było pogadać.
Ja nie wiem, który to już raz stawiam to pytanie: czemu oni to robią? Czy oni przeprowadzili wcześniej jakieś badania wśród swoich czytelników i im wyszło, że to w większości są takie barany, że oni się nawet nie muszą bardziej starać, by każdy bez najmniejszych oporów ten ich kit łyknął i poprosił o więcej, czy może faktycznie jest tak, jak już raz zdarzyło mi się pomyśleć, że oni to robią wyłącznie po to, by PiS znów przegrał i by oni nie musieli zmieniać tego, co im tak dobrze od lat już służy? Faktem jest, że to co się dzieje na tak zwanym odcinku propagandy woła o pomstę do nieba. I to na szczęście z każdej strony. Dziś na przykład, idąc z psem na spacer, zobaczyłem wielki billboard reklamujący kandydata Platformy Obywatelskiej na prezydenta Katowic, na którym z jednej strony widać jakiego odpicowanego w garniak i rozchełstaną koszulę sutenera, a z drugiej napis: „Katowice. Miasto dla ludzi” i od razu sobie pomyślałem, że może nie jest tak źle. Tyle że co z tego, prawda?
Książka o Diable poszła do druku. Nasz ksiądz Rafał Krakowiak napisał do niej piękną i bardzo dla mnie uprzejmą przedmowę. Oto jej fragment:
Martin Scorsese w 1976 roku zrealizował film p.t. Taksówkarz (Taxi Driver). Przedstawił w nim historię Travisa (granego przez Roberta De Niro) – młodego, niezbyt bystrego weterana wojny w Wietnamie, który pracując jako nocny taksówkarz, zmuszony był obcować ze złem wypełzającym nocą w miasto. Travis komentował to następująco:Nocą wyłażą wszystkie zwierzęta. Kurwy, alfonsy, pedały, transwestyci, narkomani, dilerzy. Pewnego dnia spadnie prawdziwy deszcz i zmyje cały ten brud.
Travis chciał w jakiś sposób na to zło reagować, ale w swej prostocie nie wiedział jak. Sądził, że powinna się tym zająć władza, jakiś prezydent, czy ktoś w tym rodzaju, bo przecież nie można pozwolić, by zło się panoszyło. Złem, które najbardziej Travisa poruszyło, była sprawa Iris (granej przez Jodie Foster). Dziewczyna ta nie miała jeszcze 13 lat. Uciekła z domu i wpadła w łapy Sporta (Harvey Keitel), nowojorskiego alfonsa, który najpierw dziewczynkę w sobie rozkochał, a potem zrobił z niej prostytutkę. Jedna z najmocniejszych (i najbardziej obrzydliwych) scen w tym filmie to ta, gdy Sport z czułością przytula Iris i zapewniając o swej do niej miłości tańczy z nią przekonując, że to co dziewczynka robi na ulicy nie jest wcale złe. Chwilę potem Sport oferuje Iris klientom zapewniając, że mogą z nią zrobić co zechcą, oczywiście za wyjątkiem jakichś brutalniejszych akcji.
Travis nie mógł tego znieść. Ponieważ ci, od których oczekiwał działania byli bierni, a tzw. zwykłych ludzi to nie obchodziło, wziął sprawy w swoje ręce. Kupił broń, zrobił sobie na głowie irokeza, a potem zabił Sporta i jego pomagierów.
Ten film robi olbrzymie wrażenie, zwłaszcza jeśli zestawimy jego treść z naszymi polskimi historiami, a szczególnie tymi historiami, którym przyglądamy się poprzez twórczość Toyaha.
By to dobrze zrozumieć trzeba wreszcie wskazać (a czynię to z wielką niechęcią) na TegoKtóryNiePrzepuszczaŻadnejOkazji. Któż to jest? To ten, który (jak sama nazwa wskazuje) nie przepuszcza żadnej okazji – nie przepuszcza okazji by np. poszerzyć przestrzeń obecności zła.
Gdy spytamy Travisa gdzie jest zło, odpowie nam, że zło się ukrywa, ale nocą jest widoczne jak na dłoni w tych kurwach, alfonsach, ich klientach itd: Wychodzisz i czujesz ten smród. Wszędzie się unosi. Można dostać bólu głowy.
Gdy spytamy Osiejuka gdzie jest zło, odpowie nam, że „po Smoleńsku” zło już się nie ukrywa. Jeśli ktoś chce może je dostrzec w całej okazałości, bo zostało odkryte (albo samo się ujawniło). Zło skrywające się kiedyś pod osłoną nocy, dokonało agresji na światło dnia, potem na to co dla nas święte i drogie, a w końcu na nasze dusze.
TenKtóryNiePrzepuszczaŻadnejOkazji. Któż to jest? To ten, który (jak sama nazwa wskazuje) nie przepuszcza żadnej okazji – nie przepuszcza okazji by np. podeptać to co bezbronne i słabe.
Gdy spytamy Travisa co go wkurza, odpowie nam, że wkurza go Sport, bo wykorzystuje nieletnią. Wkurza go także Iris, bo jest frajerką: idzie z każdym degeneratem i śmieciem, i sprzedaje się za nic dla jakiegoś alfonsa, który czeka w korytarzu. I jeszcze uważa – pieprząc się z żulami i mordercami – że to fajne.
Gdy spytamy Osiejuka co go wkurza, odpowie nam, że wkurza go mniej więcej to samo co Travisa, tyle tylko, że „po Smoleńsku” nie chodzi już o jakąś Iris i jakiegoś Sporta, ale o wszystkich Polaków, bo TenKtóryNiePrzepuszczaŻadnejOkazji chce z nich wszystkich zrobić (bo jest okazja!) kurwy i alfonsów, a oni – nieszczęśni, zaczarowani lub zahipnotyzowani – albo tego nie widzą, albo uważają, że to fajne”.
Mnie jest oczywiście bardzo miło, że ksiądz Krakowiak, pasterz mojej duszy i przyjaciel, tak o mnie dobrze myśli, że kiedy czyta te teksty, to mu się przypomina film „Taxi Driver”, i nie ukrywam, że w tej jego diagnozie coś jest. Ja bym tu jednak chciał wrócić do myśli, która się już tu pojawiła wcześniej i dotyczy nieco innego fragmentu z tego filmu. Oto Travis staje na środku ubitej ziemi i woła „Listen you fuckers!” Ja wbrew pozorom wcale nie nawołuję do tego by strzelać. Wystarczy kazać im słuchać. No ale do tego trzeba mieć serce, a nie myśli skupione na tym, jak idzie sprzedaż.

A propos sprzedaży: idzie zupełnie dobrze. Zapraszam na stronę www.coryllus.pl. Na razie wciąż bez książki najnowszej, ale daję słowo, że jest w czym wybierać. Bardzo proszę o wspieranie tego bloga. jesteśmy w sytuacji tak dramatycznej, jak to dawno sie nam nie zdarzyło i musimy jeszcze przetrwać miesiąc.