piątek, 22 maja 2015

O niszczeniu nadziei i pożytecznych durniach

Powiem szczerze, że kiedy pisałem poniższy felieton w miniony wtorek, nawet w najsłodszych snach nie spodziewałem się, że moje prognozy się aż tak sprawdzą. Wiedziałem bowiem, że Duda Komorowskiego podczas debaty rozłoży na łopatki, wiedziałem, że powszechnie sączona opinia będzie taka, że Komorowski Dudę „zmasakrował”, jednak nie spodziewałem się, że Duda będzie aż tak lepszy i że oficjalnie podawana wyniki tego starcia będą dla niego aż tak złe. Tyle dobrego, że, jak się zdaje, po zeszłotygodniowym szaleństwie, znaczna część naszych się opamiętała i owej propagandzie nie uległa. Stoimy więc mimo wszystko stoimy na jednej nodze, z podniesioną głową… gotowi do skoku.

Kiedy felieton ten ukaże się w „Warszawskiej”, będziemy już w ostatnim dniu kampanii i po ostatniej z zapowiadanych wyborczych debat, a ja już dziś mogę zapowiedzieć, że jeśli podczas owej debaty Bronisław Komorowski nie zwariuje i nie zacznie mówić językami, albo zwyczajnie nie dostanie zawału serca z tego napięcia, prawicowa opinia publiczna ogłosi, że Duda niestety przegrał i że to jest już koniec. Dlaczego tak myślę? Już wyjaśniam.
Otóż, jak tylko sięgnę pamięcią, niemal wszystkie dotychczasowe debaty prezydenckie przez propagandę reżimową obsługiwane były w identyczny sposób. Jeszcze zanim się kandydaci rozeszli do domów, media związane ze sztabem popieranego przez siebie kandydata ogłaszały, że ten odniósł bezapelacyjne zwycięstwo, po czym przekaz ów wysyłany był tak długo aż cała Polska go powtarzała bez zająknięcia, i to niezależnie od tego, czy mówimy o tak zwanej Polsce „naszej”, czy Polsce „ich”. I proszę zwrócić uwagę, jak silny bywa ten atak. Nawet dziś większość z nas informację o tym, że pamiętną debatę Kaczyński - Tusk wygrał Tusk, powtarza jak mantrę. Jak on to zrobił, że ją wygrał? A bo zapytał o ceny tej marchewki, a bo zaapelował o poparcie nawet do tych, co Platformy nie lubią, a to wreszcie dzięki sprytnemu zagraniu Nowaka, który wysłał na tę imprezę wrzeszczące bojówki. I tak to działa od lat. Jedyne co trzeba, to pozbawić wrogi obóz nadziei, wiary i ducha walki.
Dokładnie to samo mamy dziś. Od minionej niedzieli, kiedy w telewizyjnym studio spotkali się Duda z Komorowskim, obóz Komorowskiego, przy aktywnym udziale mediów, ogłasza nie oglądając się na najbardziej oczywiste fakty, porażkę Dudy, a my na to, zamiast robić dokładnie to samo i głosić zwycięstwo kandydata, w najlepszym wypadku, łaskawie prosimy o zgodę na remis. Efekt jest taki, że w popularnym obiegu coraz bardziej narasta przekonanie, że jak zwykle System jest górą, że nasze nadzieje jak zwykle wzięły w łeb i że jak zawsze jedyne co nam pozostaje, to zapracowywać się na śmierć tylko po to, by raz na tydzień zajść sobie do lokalnego supermarketu i popatrzyć na to światło.
I ja bym to wszystko z chęcią znosił, gdyby nie fakt, że w tym strasznym procederze biorą udział również ci, którzy życzą Polsce jak najlepiej. Jak mówię, dziś, kiedy piszę ten felieton, mamy jeszcze dwa dni do tej debaty i związanych z nią komentarzy, ale ja już słyszę, jak z jednej strony Jarosław Gowin, z drugiej redaktor Skwieciński, a za nimi cała rzesza prawicowych internetowych komentatorów wyrażają swój zawód z tego powodu, że jednak Komorowski finiszuje jak złoto, natomiast my… no, my, jak to my. A wszystko to wbrew faktom i wbrew prostej pięknej prawdzie. Mam tylko nadzieję, że większość wyborców Andrzeja Dudy o ich istnieniu nawet nie ma pojęcia.

Mimo dni pełnych napięcia, zapraszam do księgarni na stronie www.coryllus.pl, gdzie można kupić każdą z moich sześciu książek. I daję słowo, że nie umiem powiedzieć, którą bardziej polecam.

czwartek, 21 maja 2015

Prezydent wydudany!

Jak już tu wspominałem, dzieci moje swoje emocje zaangażowały w kampanię Andrzeja Dudy w takim stopniu, że aż ja, który je przecież znam aż nazbyt dobrze, poczułem niepokój. Szczególnie moja najmłodsza córka od pewnego czasu operuje na takim poziomie, że parę razy powiedziałem jej, żeby przestała, bo zwyczajnie nie warto. No ale każdy kto ma dzieci, wie, jak bywa trudno.
Parę dni temu, przyszła ona do mnie i poinformowała, że na stronie Bronisława Komorowskiego na Facebooku znalazła numer telefonu do niego, od rana do wieczora próbuje się do niego dodzwonić, ale bez efektu. Dzwoniła tam dwa dni temu, wczoraj, dziś… i oto wreszcie – sukces. Zapraszam i polecam całym sercem:


Dlaczego w Ruskiej Budzie nie ma trzepaków?

Jak czytelnicy tego bloga wiedzą, od paru już lat, w każdy piątek, publikuję w „Warszawskiej Gazecie” felieton na tematy bieżące, na 444 słowa. I tym razem, już jutro, czytelnicy owego niezwykłego wręcz tygodnika będą mogli sobie poczytać odpowiednie refleksje. Ponieważ jednak wszystko ostatnio staje się tak intensywne, tak się też złożyło, że wczoraj, już pod koniec dnia, trafiłem na coś na tyle inspirującego, a jednocześnie nie zabierającego zbyt dużo miejsca, że postanowiłem szybko napisać kolejny tekst, tej samej dokładnie długości, tyle że z wyłącznym przeznaczeniem na ten blog. A zatem zapraszam. Dziś parę słów dla nas, a jutro piątek, a więc kolejny tekst od Piotra Bachurskiego. A potem już tylko cisza.

Już na sam koniec dnia, bardzo późnym wieczorem zajrzałem do Onetu i trafiłem na rozmowę z najbardziej chyba celebrowanym dziś polskim gangsterem, a obecnie świadkiem koronnym, czyli tak zwanym „Masą”. Zdaję sobie oczywiście sprawę z tego, jak z reguły reagują osoby kulturalne i przyzwyczajone do pewnego rodzaju etykiety, kiedy ktoś nagle w debacie o stanie państwa zacznie się powoływać na głos gangsterów. Jako zagorzały jednak badacz świata opisanego w zekranizowanej przez Francisa Forda Copollę powieści Mario Puzo „Ojciec Chrzestny”, owymi pogardliwymi gestami się nie przejmuję i mówię, co mi tak naprawdę leży na sercu. Mamy więc wywiad z owym Masą i pada następujące pytanie:
W czasie rządów Lecha Kaczyńskiego doszło do likwidacji WSI. Służb, do których ‘Pruszkowa’ nawet nie chciał Pan porównywać. Mówił Pan: ‘przy nich to my byliśmy mafia trzepakowa’”.
Na co gangster Masa odpowiada:
„Cała ta esbecja, ludzie z WSI... [mają dziś wpływy] nieograniczone. Tylko dziś nie latają jako wywiad, tylko jako biznesmeni. Kliki układowe, kolesiostwa, przyjaźnie zawarte w wojsku, na szkoleniach, wyjazdach. Z pełnym dostępem do służb, CBŚ, CBA. Dziś mówimy o nich ‘szara strefa’, a w następnym dziesięcioleciu powiemy wprost: mafia. Mają haki na wszystkich. Ta cała stara esbecja, WSI, może roztoczyć przed każdym czerwony dywan do gigantycznej kariery. Haki na polityków, którzy przecież są upier... w tym gównie od karku po pięty. Czemu oni nie chcieli weryfikacji? Rozliczeń komuny? Wchodzimy już w politykę, ale przynajmniej wiem, dlaczego krzyczano o Okrągłym Stole, że to zdrajcy. […] Nie chcę z nimi zadzierać. Uwierzcie mi, żaden program świadka koronnego by mi nie pomógł. Pewnie komuś się kiedyś wszystko znudzi i powie, jak to wyglądało. Zanim go upier..., to będzie sensacja na całą Polskę. Wspomnicie moje słowa”.
Ktoś powie, że człowiek ten to ani autorytet, ani nawet ktoś, kogo my tu możemy traktować, jako osobę choćby w minimalnym stopniu wiarygodną. I ja, choć akurat mam na ten temat inne zdanie, gotów jestem na rzecz dzisiejszej dyskusji ową opcję zaakceptować. Masa to cwany bandzior, który gada, co mu akurat pasuje i nie ma co go traktować poważnie. Rzecz jednak w tym, że ja mam dziś coś zupełnie innego w głowie, niż to, co nam opowiada współpracujący z władzą były szef pruszkowskiej mafii. Mnie zastanawia bardziej to, co jest powodem tego, że trzy dni przed wyborami firma o takiej pozycji jak Onet publikuje tę rozmowę, i przychodzą mi do głowy dwa rozwiązania: jedno takie, że chodzi o skompromitowanie Dudy, jako kandydata mafii nr1, a drugie, że celem tego ataku (bo to jest oczywisty atak) jest sam pan Prezydent, a więc kandydat mafii nr 2. Tej, o której gangster Masa mówi, że pokaże swoje prawdziwe oblicze dopiero za 10 lat.
A Wy co o tym myślicie?

Przypominam, że wszystkie moje książki można kupować w księgarni na stronie www.coryllus.pl. Poza tym, nawet nie warto się rozglądać.

środa, 20 maja 2015

Koniec kampanii, czyli czego się przestraszył Tomasz Lis

Jak widzimy, wiele wskazuje na to, że straszenie wyborców Andrzeja Dudy Kaczyńskim, Macierewiczem, powszechną inwigilacją, cenzurą, eksplozją czarnej nienawiści wszystkich do wszystkich, a nawet wojną z Rosją i Niemcami, straciło już choćby i potencjalną skuteczność. W tej sytuacji, propagandowy atak jest chyba raczej przekierowywany na to, że Duda naszego losu i tak nie zmieni i dotychczasowy syf pozostanie dokładnie tym samym syfem i niczym innym, więc nie ma na co liczyć i lepiej wybrać znaną nam rubaszność, niż Diabeł jeden wie, co. Nawet sam Kuba Wojewódzki, w programie od paru dni zapowiadanym, jako tajna broń sztabu prezydenta Komorowskiego, nie był w stanie się wspiąć ani trochę wyżej niż przyznanie, że jedynym praktycznie powodem, dla którego on zagłosuje na Komorowskiego jest to, że Komorowski to nie Duda. Swoją drogą, przepraszam bardzo, ale gdybym ja tu u nas w domu ogłosił, że planuję głosować na Dudę tylko dlatego, że on nie jest Komorowskim, to moja rodzina by mnie na stałe przeprowadziła do najbliższej galerii handlowej.
A zatem, wydaje się, że nie dość, że Dudy się już nikt nie boi, to w ogóle nikt już się nie boi niczego. Po tych paru miesiącach naprawdę bardzo intensywnej kampanii, zdecydowana większość z tych, którym jeszcze na czymkolwiek zależy, wie doskonale, że jeśli można czuć jakikolwiek niepokój, to ewentualnie przed kolejnymi latami okupowania Belwederu przez tych dwoje kosmitów. Mimo to jednak, jestem pewien, że zmienianie dziś kampanijnej strategii na bardziej agresywną jest absolutnie zbędne. Nawet nie szkodliwe, ale zbędne. Powiem więcej. Ja odnoszę wręcz wrażenie, że tak naprawdę najlepiej by było, gdyby Andrzej Duda wziął żonę, wyjechał na tę resztę dni gdzieś na parodniowe wakacje i pozwolił Komorowskiemu i jego ludziom w tych ich kłamstwach zwyczajnie zgnić. Ponieważ jednak prawa kampanii są, jakie są, nie ma co kombinować i trzeba walczyć do końca. Jednak, jak mówię, wygląda na to, że kwestia tych wyborów jest już od pewnego czasu rozstrzygnięta.
Dziś obejrzałem kawałek programu telewizji TVN24, która, co muszę przyznać bez bicia, stara się jak może, by nikt ich nie oskarżył, że w czymkolwiek przypominają telewizję publiczną, i trafiłem na coś absolutnie porażającego. Oto w pewnym momencie, podczas odczytywania bieżących doniesień, red. Anita Werner przerwała program i przekazała obraz do wsi o nazwie Dąbrówka Wielkopolska, gdzie, jak niemal natychmiast ogłosił żółty pasek, prezydent Komorowski „walczy o głosy wyborców”. I co ujrzeliśmy? Oto w pomieszczeniu przypominającym szkolną świetlicę grupa ubranych w regionalne stroje bardzo małych dzieci obtańcowuje jakiś układ, obok stoją ludzie w garniturach – w tym sam kandydat Komorowski – i wszyscy, nawet przez moment nie zwracając uwagi na te dzieci, sobie w najlepsze gadają. Tak to trwa minutę, dwie, trzy, cztery i w końcu transmisja zostaje przerwana i red. Werner z miną, której ja opisać nie jestem w stanie, prosi jakiegoś gogusia, żeby opowiedział o pogodzie. A ten też nie może się powstrzymać przed rzuceniem uwagi, że wprawdzie to co on powie nie będzie tak interesujące, jak to co było przed chwilą, ale słuchajmy.
Ja nie wiem, ilu ewentualnych zwolenników prezydentury Bronisława Komorowskiego oglądało to coś, a tym bardziej, ilu z nich uznało to za argument na rzecz swojego politycznego wyboru, ale muszę powiedzieć, że ja osobiście bym się z nimi nie zamienił. Bo to, do czego po wspomnianych miesiącach kampanii doszedł kandydat Komorowski, to otchłań, której ja nie jestem w stanie ogarnąć. Powiedzieć, że to jest koniec, byłoby bowiem czymś boleśnie nieadekwatnym.
Ale widziałem wczoraj coś jeszcze, a mianowicie cały zapis spotkania Andrzeja Dudy z Tomaszem Lisem w siedzibie Springera (jak ktoś ma ochotę, proszę uprzejmie: http://m.fakt.pl/polityka/politycy,11hgql). Przepraszam za to porównanie, ale to nie ja. To w komentarzu pod poprzednią notką nasz kolega Genezyp Kapen przypomniał tę postać: „Michael Corleone”. A skoro tak, to ja naprawdę apeluję do wszystkich tych z nas, którzy tak nieroztropnie zachęcają Andrzeja Dudę, by w czwartkowej debacie w TVN-ie pokazał, że nie jest maminsynkiem. Bardzo Was proszę, nie kuśmy losu, bo jeśli on posłucha naszych apeli i Komorowskiego zaatakuje na poważnie, część z nas tego nie wytrzyma i faktycznie uzna, że lepiej wybrać zgodę i porozumienie. A tego byśmy nie chcieli, prawda?

Od wczoraj nic się nie zmieniło. Jedyna literatura warta uwagi jest dziś do nabycia wyłącznie pod adresem www.coryllus.pl.

wtorek, 19 maja 2015

O grzesznej bezmyslności i kampanii na wietrze

Oczywiście, jestem głęboko przekonany, że Andrzej Duda przez ten ostatni tydzień kampanii poradzi z sobie znakomicie, i to wbrew wspólnym wysiłkom opłacanej propagandy sztabu Bronisława Komorowskiego i naszych bohaterów, by go na tej ostatniej prostej zwyczajnie zniszczyć. W owym przekonaniu utrzymuje mnie każdy kolejny dzień, kiedy on jeździ od miasta do miasta i niesiony falą tego entuzjazmu, zmierza prosto do zwycięstwa. Dobre myśli też mnie nie opuszczają, kiedy moje najmłodsze dziecko informuje mnie, że Dudzie dziś liczba polubień na Facebooku skoczyła o kolejne 2 tysiące. Ale jestem też w radosnym nastroju, kiedy widzę, jak sobie z tą sytuacją radzi bohater naszych serc od wczoraj, Bronisław Komorowski, który, jak słyszę, Dudę zwyczajnie pożarł.
Tym wszystkim natomiast, którzy z jednej strony ulegli owej propagandzie, która w sposób ewidentny i wyjątkowo perfidny sączona była już w trakcie debaty i przekazywała ów komunikat, że Komorowski jest lepszy, z drugiej strachowi przed potęgą okrutnej władzy, który nas dławi od wielu już lat, ale też swojemu małemu prywatnemu lękowi, by się w sytuacji rzekomo tak publicznie jednoznacznej, za bardzo nie wychylać, i ogłosili – jak choćby bloger Kuźmiuk – że w najlepszym wypadku uzyskaliśmy „remis ze wskazaniem”, chciałbym powiedzieć, że jeśli jakimś cudem im się udało nakręcić spiralę niepewności, czy wręcz strachu przed potęgą Systemu, i Komorowski to wygra, to ta porażka pójdzie na ich sumienie. Bo to oni – jeśli jakimś niefortunnym trafem do tego dojdzie – będą mogli o sobie powiedzieć, że gdy chodzi o niszczenie nadziei, wykazali się prawdziwym mistrzostwem.
Słuchałem wczoraj cały dzień doniesień medialnych na temat tej debaty, czytałem komentarze w sieci i całość zdominowały dwa rodzaje przekazu: jeden twierdził, że Komorowski Dudę rozniósł, a drugi, że ta klęska wcale nie była tak oczywista, choć faktycznie Komorowski był bardzo dobry, więc może lepiej, żeby już Duda w konfrontację z Komorowski nie wchodził, bo będzie jeszcze gorzej. Słuchałem tych głosów, czytałem te słowa i nagle zrozumiałem, że choćbyśmy byli nie wiadomo jak wierni i tą wiarą mocni, nie jesteśmy w stanie tym złym pomrukom w jakiś sposób nie ulec. Jest naprawdę niełatwo, kiedy w tak trudnym i pełnym napięcia i niepewności momencie dowiadujemy się, że nawet zdaniem ludzi nam życzliwych, przegrywamy. My tu oczywiście jesteśmy wystarczająco pewni siebie, ale zastanówmy się, jak na to zareagują ci, dla których polityka to zaledwie przystanek na ich drodze życia. Jak się zachowają ci, którzy dotychczas sądzili, że polityka to brudny biznes, w który nie warto się angażować, zobaczyli tego fantastycznego Dudę, który nie jest wcale taki straszny, zaczęli się zastanawiać… i właśnie się dowiedzieli, że wedle doniesień mediów, jak zwykle wygrywa władza?
Biorę pod uwagę, że za tym stoi dobra i szczera wola prawdziwych polskich patriotów i chodzi tylko o to, by w czwartek, skoro już musi dojść do kolejnego starcia, Duda wreszcie pokazał, że nie jest maminsynkiem, tylko prawdziwym bojownikiem, który Komorowskiego bezdyskusyjnie pokona. Otóż ja już dziś wiem, że Duda okaże się maminsynkiem i budyniem, i tę debatę przegra. Komorowski natomiast jak zwykle okaże się na tyle cwany, a my na tyle gamoniowaci, byśmy na ten cały interes machnęli ręką i zajęli się dalszą patriotyczną robotą do czasu aż wreszcie katolicka i patriotyczna Polska powstanie w osobie jakiegoś kolejnego Brauna, czy Kowalskiego, który nas doprowadzi do ostatecznego zwycięstwa. I wtedy będziemy wreszcie żyli wiecznie.
Powtarzam raz jeszcze. Jedno więcej słowo na temat tego, że kampania Dudy jest nieadekwatna, i niech was Pan Bóg Broni przed tym, żeby on przegrał. Bo za to coście zrobili spłoniecie w piekle.

Przypominam że książki kupujemy tylko na stronie www.coryllus.pl. Z tego co wiem, reszta nie istnieje.

poniedziałek, 18 maja 2015

Do moich przyjaciół tchórzy

Gdyby ktoś mnie pytał, minione targi, w sensie handlu, zysku i takich tam, były dla mnie czymś absolutnie najgorszym. Miałem już parę razy okazję być na tym nieszczęsny stadionie i to za każdym razem było doświadczenie na granicy katastrofy, no ale tak jak przez te dwa dni, jeszcze nie się nie czułem. Pomijając parę naturalnie miłych spotkań, muszę powiedzieć, że gdyby nie pojawienie się już niemal pod sam koniec Janusza Pichlaka – jeśli ktoś jest zbyt młody, niech sobie sprawdzi – z małżonką, którzy najzwyczajniej w świecie kupili wszystkie moje książki, a przy okazji okazali się być ludźmi absolutnie czarującymi i inspirującymi, musiałbym potraktować ten stadion i te targi, jako największą swoją porażkę. A więc, o targach tyle. Wystarczy.
Ponieważ całą wczorajszą debatę przesiedziałem w największym sukcesie III RP, czyli w pociągu Pendolino, wszystko co na jej temat wiedziałem, to to, co do mnie pisali patriotycznie wzmożeni znajomi. Przytoczę może tylko dwa fragmenty. Pierwszy, dłuższy: „Andrzej Duda, niestety, nie jest samodzielnym duchem przywódczym, tak to widać. Mój niezachwiany kandydat to w duszy taki krakowski prymusik. Komor, przykro mi bardzo, choć kłamie i manipuluje, wypada dobrze”. Drugi, krótki i w punkt: „Duda poległ. Strasznie poległ”. No i wtedy zadzwoniła do mnie moja młodsza córka i powiedziała tylko tyle: Komorowski wypił całą wodę. Duda nawet tej szklanki nie tknął. I ja już wiedziałem. Potem zadzwonił syn i powiedział, że w ciągu godziny Dudzie na Facebooku przybyło tysiąc nowych „polubień”. Ja wiedziałem, ona wiedziała i mam wielką nadzieję, że wiedzą też ci ludzie, którzy dzień w dzień przychodzą na spotkania z Dudą i niosą go na fali swojego entuzjazmu i mają w nosie Salon24 z jego mądrościami.
Ale kiedy też słyszę te drżące tchórzem głosy, przypomina mi się film „Lot nad kukułczym gniazdem”, a konkretnie scena, kiedy to McMurphy wypluwa tabletkę, którą kazała mu połknąć siostra Ratched, a wszyscy ci biedacy aż się kurczą z przerażenia, że co to będzie, jak ona się dowie, co on zrobił; jak on się nieroztropnie sprzeciwił władzy. Otóż tu mamy sytuację niemal identyczną. Już wszyscy byliśmy tak pewni siebie, tacy zadowoleni, tacy przekonani o tym, że Komorowskiemu nie pomogą już ani pastylki, ani zastrzyki, ani nawet czary, bo przecież pojawił się ten nasz Duda i, jak w tamtym filmie McMurphy, pokazał nam tę wolność i obiecał, że wszystko za nas załatwi… i nagle Komorowski tupnął nogą – tupnął tak jak on, dokładnie tak jak on, ani troszkę zgrabniej i mocniej – a my natychmiast stajemy na baczność i meldujemy się gotowi służyć władzy. Co za smutek! Co za żal!
Bardzo przepraszam, ale dalej już ani słowa, bo jestem w takim nastroju, że jeszcze chwila, a powiem Wam, że zwyczajnie na tego Dudę nie zasłużyliście. Najpierw to powiem, a potem Wam to udowodnię.

Książki są tak jak dotychczas w księgarni na stronie www.coryllus.pl.


sobota, 16 maja 2015

Jak nie płakać po B.B. Kingu

Zmarł B.B. King i ja mam pełną świadomość straty, jaką ponieśli w tym momencie miłośnicy bluesa na całym świecie. Nie pozostaje więc mi nic innego, jak złożyć im wyrazy szczerego współczucia. Byłbym jednak nieuczciwy, gdybym powiedział, że owe poczucie muzycznej utraty przeżywam wraz z nimi. Ja wiem, że B.B. King to był niezwykle miły i pewnie dobry człowiek, w dodatku niezwykle dla gatunku zasłużony, ale co mam robić, jeśli ja B.B. Kinga nigdy nie lubiłem? Po prostu. Jego akurat nie. To już bardziej Claptona. Nawet Nalepę. Kinga – nie. Zresztą, co będę dłużej ględził. Proszę poczytać sobie fragment z mojej książki o muzyce. O bluesie właśnie. Białym i czarnym.

Wiem oczywiście, co mówią specjaliści, a mianowicie to, że wszystko co jest, pochodzi od czarnego bluesa, a więc od tych biedaków, którzy przed stoma laty, zakuci w łańcuchy, stali gdzieś przy drodze i grzechocząc tymi łańcuchami, tworzyli sobie tło dla piosenek, które miały ich zachować w nadziei, lub ich jeszcze starszych braci i siostry, którzy z kolei na polach bawełny mruczeli sobie coś pod nosem, jednak kiedy słucham czy to Beatlesów, czy Talking Heads, czy nawet Van Morrisona, jakoś nie jestem w stanie się wczuć. Powiem więcej, ja nawet nie byłem w stanie odnaleźć tych źródeł u Hendrixa, kiedy on grał i śpiewał swoje Voodoo Chile… no może troszeczkę. Jednak, żeby od razu przyjąć za prawdę to, że wszystko to blues, to już nie bardzo.
Natomiast przyznaję, że sam blues – jak najbardziej. Pamiętam, że był nawet taki okres w moim życiu, kiedy ja słuchałem wyłącznie czarnego bluesa, i nie mam tu wcale na myśli ani John Lee Hookera, ani Muddy Watersa, ani nawet Big Bill Bronzy’ego, czy Howling Woolfa, ale tych najbardziej zapomnianych gitarzystów, niemal bez nazwisk, by już nie wspominać o twarzach. Jednak dość szybko przyszedł moment, kiedy nagle zrozumiałem, że z nimi jest trochę tak, jak dziś powiedzielibyśmy, z hip-hopem, czy punk rockiem, gdzie przez to iż każdy właściwie może to grać, 90 procent tej muzyki to coś kompletnie bez znaczenia. No bo nie oszukujmy się: mamy jakiegoś staruszka z gitarą, który się nazywa Big John Wanker, Blind Jimmy Hooch, czy J.J. Crook, z których każdy śpiewa dokładnie o tym samym, a więc o tym, że obudził się rano i poczuł, że musi się napić, jest dokładnie tak samo dobry i tak samo interesujący, jak jego kolega, no a nam już tylko pozostaje pytanie, jak długo można się tym zachwycać? A więc w pewnej chwili uznałem, że trzeba jednak sobie tych czarnych darować i zrobić w swoich zbiorach gruntowny porządek.
Mam, proszę sobie wyobrazić, kolegę, wybitnego jazzowego saksofonistę i kompozytora, który, gdy idzie o moją muzyczną edukację, ma zasługi nie do przecenienia. Otóż był czas, kiedy on mnie regularnie zapoznawał z całym najważniejszym dorobkiem czarnego awangardowego jazzu, i ja nawet nie dopuszczałem do siebie myśli, że jest coś ważniejszego w tej – i każdej zresztą muzyce – niż Archie Shepp, Albert Ayler, czy młody David Murray. W międzyczasie jednak obaj się mocno posunęliśmy w latach, no i pewnego dnia spotkałem mojego kumpla, chciałem mu coś wspomnieć o Sheppie, a on mi na to mówi, że czarny jazz to fikcja. Wszystko, co tam powstało największego, to byli biali. Czy to Mulligan, czy Bill Evans, czy Gil Evans, czy Chet Baker, czy wreszcie Dave Brubeck – oni wszyscy wyprzedzali swoich czarnych kolegów o lata świetlne. Oczywiście, i Miles, i Parker, a już zwłaszcza ci wszyscy nowojorscy i chicagowscy awangardziści potrafili robić wokół siebie odpowiednią atmosferę, do tego stopnia skutecznie, że ile razy tam się pojawił któryś z tych białych, to nam się wydawało, że to przyszedł uczeń do mistrza, tymczasem niewykluczone, że gdyby nie to, że tam zawsze był jakiś „towar”, to takiemu Bakerowi czy Mulliganowi nawet do głowy by nie przyszło, by się tam w ogóle pokazywać.
Czy tak było rzeczywiście, czy nie – co do tego pewności mieć nie mogę. Ja wiem oczywiście, że prawdopodobnie w całej historii jazzu trudno jest znaleźć coś tak znakomitego, jak trio Evansa ze Scottem LaFaro i Paulem Motianem, lub trąbkę i głos Cheta Bakera, niemniej wciąż wole myśleć, że bez czarnych – i nie mam tu na myśli tylko Coltrane’a i Milesa – to wszystko by raczej nie istniało. No ale mniejsza z tym. Rzecz w tym, że ja dziś dokładnie to samo, co czuje mój kolega muzyk odnośnie jazzu czarnego i białego, czuję, jeśli idzie o blues. Od dłuższego już czasu mam nieustające wrażenie, że dopiero kiedy słyszę bluesa w wykonaniu któregoś z białych, tak zwanych „epigonów” autentycznego czarnego bluesa, wiem, że nadszedł mój czas.
No dobrze, ja jestem zupełnie bezradny, gdy chodzi o Hookera. Nie mam słów, gdy słyszę Roberta Johnsona, Muddy Watersa, czy tych dwóch czarodziei, czyli duetu Sonny Terry i Brownie McGee. Jednak poza tym, gdy mowa jest już o całej tej reszcie, oni zaczynają mi się powoli zlewać w jedną masę bez jakiegokolwiek znaczenia. Przepraszam bardzo, ale jeśli mam słuchać B.B. Kinga, a więc prostą konfekcję, to już decydowanie wolę choćby i Claptona.
A tak naprawdę, w kwestii bluesa uważam, że nic się nie jest w stanie równać z tym granym przez białych muzyków. I naprawdę nie ma żadnego znaczenia, co oni sami powiedzą, a więc, że gdyby nie ktoś tam żyjący kiedyś w delcie Mississippi, to ich by nie było. Może i faktycznie ich by nie było, tyle że to nic nie zmienia. Oni są zwyczajnie lepsi. Weźmy na przykład wszystkie – mówię o wszystkich – albumy Ten Years After; posłuchajmy każdego – mówię o każdym – nagrania Petera Greena z Fleetwood Mac; rzućmy okiem, czy może uchem, na Canned Heat, czy choćby i Mayalla z Markiem i Almondem, grającymi wspólnie „Room To Move”, czy „California” – posłuchajmy tego wszystkiego i ja nie wierzę, żeby ktokolwiek z nas, kto zwyczajnie lubi posłuchać sobie bluesa, nie doszedł do wniosku, że prawdziwa zabawa zaczyna się dopiero tutaj.
I uważam, że to jest bardzo ciekawa obserwacja. Bo, owszem, nie ma najmniejszej wątpliwości, że oni wszyscy przyszli już na gotowe; że to wszystko wymyślił i przygotował dla nich zupełnie kto inny; że, wreszcie, to tamci, starzy bluesmani znad rzeki, tak naprawdę mają pełne pojęcie, o co w tym wszystkim chodzi. To wszystko prawda. Tak się jednak dziwnie złożyło, że biali do tego dołożyli coś, czego czarni dać nie potrafili. I to coś okazało się rzeczą absolutnie kluczową, by nie powiedzieć – decydująca. I to wszystko. Idę puścić sobie Alvina Lee.

Kiedy będą Państwo czytali ten tekst, niewykluczone, że ja już będę w Warszawie na stoisku nr 354 G na Stadionie Narodowym, podpisując książki i udzielając się towarzysko. Bardzo wszystkich zapraszam, dziś i jutro, nawet jeśli tylko po to, by pogadać.


piątek, 15 maja 2015

Andrzej Duda, czyli jak wygrać w ramach Systemu

Kończy się pierwszy tydzień kampanii przed drugą turą wyborów, a ja bym chciał przedstawić swój najnowszy felieton dla „Warszawskiej Gazety”. Mam nadzieję, że uda się w ten sposób wyjaśnić parę rzeczy, które wyjaśnienia, jak się okazuje, wciąż wymagają.

Jak wiemy, równolegle z naszą pierwszą turą wyborów prezydenckich odbyły się wybory parlamentarne w Wielkiej Brytanii i, jeśli spojrzeć na oba te zdarzenia pod kątem podziału sceny politycznej, zauważymy natychmiast, że nawet przy zachowaniu różnic systemowych, ta jedna kwestia pozostaje bez zmian: tu i tam wygrywa system. I kiedy używam słowa „system”, nie mam na myśli owego Systemu, którego kształtu i natury, do końca nie znamy, a który tak ładnie opisywał Herbert, ale ten nasz malutki, oswojony system, przeciwko któremu wielu z nas protestuje, wierząc, że jeśli on się trochę posunie, każdy z nas pokaże, jakie skrywał możliwości.
W wyborach brytyjskich przygniatające zwycięstwo odniosły sprawdzone partie władzy, czyli Torysi i Labourzyści, reszcie zostawiając parę drobnych złudzeń i satysfakcję z udziału w zabawie, no a u nas oczywiście walka się rozstrzygnie między urzędującym prezydentem, a Andrzejem Dudą, a wszystkim, którzy uważają, że czas na zmiany, pozostanie liczyć na to, że już jesienią Paweł Kukiz odniesie od dawna wyczekiwane zwycięstwo i cały ten układ rozniesie w pył.
Dla nas bardziej ciekawa oczywiście jest sytuacja polska. Proszę więc zwrócić uwagę na uczestników tej potyczki. Mieliśmy 11 zawodników, z czego dwóch (przynajmniej oficjalnie) reprezentowało władzę, a dziewięciu tak zwany głos protestu. I co? I nic. Okazało się, że mimo wszystkich słów, które padły w trakcie kampanii, chociaż wśród kandydatów było parę naprawdę przekonujących osób, wszystko odbyło się tak jak zawsze. A więc do drugiej rundy przeszedł system, w osobach Andrzeja Dudy i najgorszego z nich wszystkich Bronisława Komorowskiego. Paweł Kukiz – jak wcześniej Lepper, Tymiński, Palikot, czy Korwin-Mike – odegrał napisaną dla niego rolę głosu zdeptanego ludu i na tym się ów festiwal tak zwanej demokracji zakończył.
Powtórzę raz jeszcze. Proszę zwrócić uwagę na to, że wśród kandydatów było parę osób naprawdę dobrych: Wilk, Braun, Kowalski, czy Korwin. I co z tego? Nawet Braun, który w niektórych środowiskach był traktowany jak autentyczna nadzieja Polski patriotycznej, narodowej, katolickiej, na finiszu uzyskał niewiele powyżej 120 tysięcy głosów. Czy to znaczy, że my zostaliśmy już tak stłamszeni i zniewoleni przez antypolski reżim, że nie wyobrażamy sobie życia poza tą klatką? Oczywiście, że nie. Zwycięstwo Dudy i porażka Brauna świadczy tylko o tym, że jeśli ktokolwiek z nas pragnie autentycznej zmiany, zmiany dobrej, sprawiedliwej, a przede wszystkim skutecznej, nie będzie obstawiał sąsiada z góry, choćby i najmądrzejszego i najbardziej fantastycznego człowieka, jednak takiego, któremu brakuje tak zwanego „systemowego zaczepienia”.
A zatem, mamy dziś, z jednej strony, Pawła Kukiza, po którym możliwe, że za parę miesięcy pozostanie tylko wspomnienie, z drugiej Brauna z jego strzelnicą i 120 tysiącami głosów, a z trzeciej Andrzeja Dudę z realną obietnicą zwycięstwa. Przepraszam bardzo, ale trzeba mieć naprawdę pomieszane w głowie, żeby nie umieć z tego wyciągnąć dla siebie wniosków.

Jutro jadę do Warszawy na targi. Mam nadzieję, że jeszcze coś przed wyjazdem napiszę, ale jeśli mi się nie uda, proszę mi wybaczyć. Zapraszam do odwiedzania naszego stoiska, a jeśli ktoś nie może, zapraszam do księgarni na stronie www.coryllus.pl.

środa, 13 maja 2015

Her name's Kacik. Jowita Kacik



„Treść kursu: Kurs stanowi skrócone kompendium wiedzy na temat form i technik manipulacji współczesnego świata. Szczególne rozszerzenie znajdzie tematyka związana z manipulacją w mediach, polityce oraz dyskredytacji wizerunkowej przeciwnika. Zespół realizujący: mgr Jowita Kacik” (źródło: http://akz.pwr.wroc.pl/pdf/KATALOG_2011-12_tylko_studia.pdf)

Czy Kinga Duda słucha Rity Pax?

Ponieważ telewizja TVN24, a całkiem możliwe, że sama Grupa Bilderberg, najwyraźniej postanowiła kampanię wyborczą na rzecz Andrzeja Dudy poprowadzić za nas, ujawniając, że zbieranie podpisów w sprawie JOW-ów to były tylko takie „ćwiczenia na rzecz zbadania sprawności aparatu partyjnego”, sam Bronisław Komorowski z kolei rzucił się nam na pomoc, uznając, że ponieważ tradycja międzynarodowa jest taka, że kandydaci przechadzają się po ulicach i spotykają z ludźmi, on też tak zrobi, a ja obejrzałem transmisję na żywo z tej żenady, pomyślałem sobie, że nawet jeśli jak zwykle ponarzekam sobie troszeczkę, to tym razem w temacie politycznie zupełnie neutralnym. Muszę bowiem się przyznać do pewnej, moim zdaniem dość ciężkiej, przypadłości. Otóż, mimo, że mam swoje lata, swoje doświadczenie, a przede wszystkim swoją wrażliwość, ile razy widzę zapowiedź jakiegoś nowego polskiego filmu, projektu muzycznego, czy literackiego, a w niej opinię, że tym razem mamy do czynienia z wydarzeniem absolutnie wyjątkowym, najlepszym, z prawdziwym przełomem w naszej dotychczasowej historii, niezmiennie wierzę, że może faktycznie coś jest na rzeczy. Czytam gdzieś, że właśnie na ekrany kin wchodzi film, który może, jako pierwszy, stawać do konkurencji z produkcją światową, a nawet pod pewnymi względami stanowić tu rewolucję, i natychmiast zaglądam do Internetu w poszukiwaniu odpowiedniego zwiastuna. Gdzie indziej ktoś mi mówi, że w tej całej naszej muzycznej mizerii pokazał się artysta, który nie dość że rzuca na kolana, to rzuca tak, że nigdy byśmy nie uwierzyli, że to jest produkt krajowy, a ja sobie myślę: „Cholera, a nuż to faktycznie tak jest?” Innym razem ukazuje się książka zupełnie nieznanego dotychczas autora i ktoś mi ją zachwala, sugerując, że oto właśnie nam się objawił literacki geniusz, a ja natychmiast pędzę do księgarni, biorę to do ręki, zaczynam czytać… i już na pierwszej stronie płonę ze wstydu.
Wczoraj, proszę sobie wyobrazić, przeglądałem sobie zeszłotygodniowy jeszcze magazyn „W Sieci”, tam wpadam na relację autorstwa niejakiego Arka Lercha z najnowszej płyty artystki o estradowym pseudonimie Rita Pax, a w niej takie słowa:
Rita Pax nie celebruje premiery swojego drugiego krążka ‘Old Transport Wonders’, skupiając się na wyjściu do słuchacza, koncertach i pilnowaniu całego biznesu. – W dniu premiery sprawdziłam, czy płyta jest obecna na iTunes i poszłam spać – komentuje Paulina Przybysz. Może spać spokojnie, bo to właśnie Rita Pax jest dzisiaj przyszłością i teraźniejszością polskiej muzyki popularnej”.
Dalej Lerch opisuje nędzę współczesnego popu, gdzie dobry smak „zostaje zastąpiony przez słupki sprzedaży dużych wytwórni, a dyktat kultury przesytu nie pozwala na delektowanie się dźwiękiem, sprowadzając go do tła, najlepiej coraz mniej inwazyjnego. Dlatego jedyna nadzieja w mariażu popu z alternatywą, bo to połączenie daje szansę na przetrwanie najwyższych wartości, o jakich zazwyczaj mówimy, myśląc o sztuce”.
I tu pojawia się najnowszy album owej Pauliny Przybysz i jej artystycznego wcielenia, Rity Pax, oraz omówienie kolejnych piosenek. Czego tam nie ma? „Rozbrajająco przebojowe ‘Too Much’”, „odczytany na nowo gitarowy hałas w ‘Widow’”, szklanka, która stała się „integralną częścią ‘Self Adjusting Bomb’”, „ukłon w stronę Bjork w ekwilibrystycznie rozśpiewanym ‘Bow’”, „filtr z bluesem i zapętlonym transem w piosence tytułowej”. No i wreszcie „wokalny rozmach” w dwóch kolejnych utworach.
No więc zajrzałem do youtuba, owszem, to coś tam jest, wprawdzie, z wyjątkiem owego „na nowo odczytanego gitarowego hałasu”, niekoniecznie w postaci tego, co zdaniem Lercha najlepsze, ale na tyle bogato, by zrozumieć, że mamy kolejną polską odpowiedź na opisywane tu już parokrotnie brytyjskie „sessions”, tyle że tym razem na poziomie tak bezczelnie niskim, że dotychczas chyba nawet w Polsce niespotykanym. Zanim pokażę, o co mi chodzi, wcześniej może jeszcze jeden cytat, tym razem już z samej Pauliny Przybysz:
Proces komponowania był taki, że siedziałam przy organach Rhodesa, piłam herbatę i w spokoju tworzyłam. Dopiero potem aranżowaliśmy razem z chłopakami z zespołu. Ten luz powoduje, że często wpada się na różne fajne pomysły”.
A teraz klik i trzymajmy się foteli:





Wczoraj mieliśmy tu refleksje na temat tego, czego nam Andrzej Duda załatwić nie jest w stanie, a czego ja akurat bym pragnął tak, jak, nie przymierzając, Kukiz JOW-ów, Braun niedzielnych wypraw na strzelnicę Jego Królewskiej Mości, a Bronisław Komorowski „towarzyszki życia i psa” na bezludnej wyspie. I przedstawiłem pisarza Witkowskiego wraz z moim marzeniem, by on wraz ze swoim pedalstwem zniknął mi z oczu raz na zawsze. Następnie posłuchałem tej Rity Pax, obejrzałem powyższy clip, przeczytałem jak ona opisuje swój proces twórczy i z przerażeniem zrozumiałem, że gdyby to tylko chodziło o Witkowskiego, to może jakoś dalibyśmy sobie radę. Z Przybysz i z najwyraźniej nadchodzącą falą polskiej alternatywy pod tytułem „Postcard Sessions” nie mamy szans, zwłaszcza gdy się okaże, że taka Kinga Duda tego słucha ze łzami w oczach.

Ja wiem, że dla osób postronnych może to zabrzmieć mocno nieładnie, ale fakty są nieubłagalne. Tak naprawdę dziś wszystko co prawdziwie wartościowe zebrało się w księgarni Coryllusa pod adresem www.coryllus.pl. A jeśli ktoś mieszka w Warszawie i okolicach, zapraszam na Stadion Narodowy, gdzie w sobotę i w niedzielę na stoisku Kliniki Języka będę podpisywał swoje książki.