poniedziałek, 1 września 2014

Z ostatniej chwili: Donaldowi Tuskowi mylą się czasy

Nie oglądałem sobotniej konferencji prasowej Donalda Tuska, bo udaliśmy się z żoną na wieczorną wizytę, gdzie telewizor akurat był włączony na transmisję z meczu siatkówki, a więc cała nasza wspólna uwaga była akurat skierowana na dyskutowanie pomysłu, by ze Stadionu Narodowego uczynić symbol sukcesu III RP i wymienianie się na ten temat żartami. Ciekawą rzeczą jest to, że osoba, u której byliśmy w gościach, to ktoś, dla kogo polityka, zwłaszcza polityka oparta na walce Platformy Obywatelskiej z pisobolszewią, stanowi niemal jedyny już w tej chwili sens życia, to że temat ewentualnego wyboru premiera Tuska na owego unijnego przewodniczącego w ogóle się nie pojawił trochę mnie, przyznam, zaskoczyło.
A zatem, o tym, że Tusk został tym przewodniczącym, dowiedziałem się już po wyjściu, no a o tym, że odbyła się owa konferencja prasowa i Tusk zrobił z siebie kompletnego bęcwała opowiedział mi po powrocie do domu mój syn. O jakim bęcwalstwie mówię? No, siłą rzeczy o tym związanym z faktem, że on nie zna języka i fakt ten praktycznie zdominował cały przekaz owej prezentacji. Z tego co usłyszałem, trzy momenty zrobiły na zebranych dziennikarzach wrażenie. Przede wszystkim, chodzi o sytuację, gdy któryś z nich zadał pytanie ustępującemu przewodniczącemu, temu jakiemuś Rompuyowi, a Tusk, sądząc że to do niego, zaczął coś pleść i to w taki sposób, że wszyscy się musieli zorientować, że on nie dość że nie zauważył, że to nie on miał odpowiadać, to jeszcze nie zrozumiał, o co w pytaniu chodziło.
Druga chwila ciężkiego wstydu nastąpiła, kiedy Donald Tusk oświadczył, że on wprawdzie dziś jeszcze języka angielskiego nie zna, natomiast obiecuje, że na 1 grudnia, a więc początek kadencji, będzie gotowy na 200%.
No i wreszcie przyszedł moment najstraszniejszy, kiedy z pytaniem wyskoczył któryś z kolejnych dziennikarzy i z cyniczną złośliwością poinformował Tuska, że on na razie może będzie mówił po angielsku, ale obiecuje, że do grudnia nauczy się polskiego.
Czytelnicy tego bloga wiedzą znakomicie, że ostatnią rzeczą, jaką ja toleruję u siebie, czy u innych jest szydzenie z ludzi, którzy nie znają języka. Moim zdaniem, to że ja na przykład umiem posługiwać się językiem angielskim, nie jest ani moją szczególną zasługą, ani powodem do jakiejś szczególnej satysfakcji, a już z całą pewnością nie czyni ze mnie kogoś lepszego od innych. Owszem, pomaga mi to w życiu, daje poczucie większej pewności siebie w różnych życiowych sytuacjach, ale tym bardziej już na przykład zwiększa moje poczucie bólu i wstydu z tego powodu, że nie znam już ani języka francuskiego, ani niemieckiego, ani hiszpańskiego, ani nawet słowackiego. A zatem też, ja do Donalda Tuska mogę mieć dziesiątki różnych pretensji i mogę go krytykować za wiele różnych rzeczy, natomiast z całą pewnością nie za to, że on po angielsku ani be ani me.
Jest jednak coś, co sprawia, że tym razem problem owej niekompetencji robi wrażenie i wcale nie chodzi mi o to, że on został tym przewodniczącym i moim zdaniem powinien angielski znać. Wcale nie. Przewodniczącymi Rady Europejskiej byli tacy politycy, jak Sarkozy czy Berlusconi, Grek Costas Simitis, Portugalczyk Jose Socrates, Hiszpan Lopez i ja bym się nie zdziwił, gdyby się okazało, że żaden z nich nie znał angielskiego lepiej niż Donald Tusk. Tyle że ja również bym się bardzo zdziwił, gdyby którykolwiek z nich demonstrował swoje z tego powodu kompleksy, i to w taki sposób, by wymuszać na innych już tylko okrutne szyderstwa.
Ale niestety, taki to już jest nasz pan premier. Człowiek, dla którego podstawą całej jego politycznej działalności jest wyłącznie podlizywanie się tym, których się z jakiegoś powodu boi. Donald Tusk to człowiek, który, gdyby tylko mógł, to by nawet się nie odzywał, w obawie, że nie daj Boże coś źle powie i ci jego europejscy protektorzy zaczną robić dziwne miny. I stąd prawdopodobnie, zamiast sprawę kompletnie zlekceważyć i pozwolić miejscowym tłumaczom, którzy chyba przecież nie zarabiają mało, robić swoje, zaczął się jak dureń tłumaczyć i składać te absurdalne obietnice, że on wprawdzie dziś to nie za bardzo, ale w ciągu najbliższych miesięcy przysiądzie fałd i się nauczy.
Otóż rzecz w tym, że on się nie nauczy. Skoro on się nie nauczył do dziś, to już się nie nauczy nigdy. Choćby nawet od dziś do końca listopada nic innego nie robił, jak uczył się angielskiego pod okiem najlepszych nauczycieli plus zespołu native speakerów, nic z tego nie będzie. I wcale nie chodzi o to, że on na to, by się języka nauczyć, jest za głupi. Nie o to chodzi. On jest zwyczajnie za stary, poza tym na naukę nie ma czasu, no i wreszcie – możliwe, że tu akurat to też ma znaczenie – akurat nie ma do języków tak zwanej smykałki. Zdarza się.
Tuż po tym, jak Donald Tusk skompromitował się tą gadką o języku, którego on się do grudnia nauczy, zabrała głos Hanna Gronkiewicz-Waltz i oznajmiła, że pan premier już od siedmiu lat ma codziennie zajęcia z native speakerem i jest bardzo pojętnym uczniem, tyle że jeszcze trochę mu się „mylą czasy”. No dobra, załóżmy że to prawda. Możliwe, że on tak naprawdę sobie z językiem radzi, tyle że powinien jeszcze jakoś te „czasy” złapać. Jeśli jednak to prawda, to ja muszę zmienić swoje zdanie na temat Donalda Tuska. Jeśli Waltz nie kłamie, i on faktycznie od siedmiu lat dzień w dzień ma zajęcia z native speakerem i dziś już tylko mu się mylą czasy, to znaczy, że on jest jednak kompletnym idiotą. I jeśli ma się okazać, że ta jego nadchodząca „prezydentura” ma przez najbliższe lata wzbudzać tumany śmiechu wyłącznie z tego powodu, że on nie umie się nauczyć „czasów”, to ja chyba zrobię wyjątek i tym razem też się pośmieję.

Zapraszam wszystkich na stronę www.coryllus.pl, gdzie można kupić moją książkę o języku angielskim pod bardzo sympatycznym tytułem „Kto się boi angielskiego listonosza?” Jak zwykle, proszę też bardzo wszystkich o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta. To już, mam nadzieje, jest końcówka, ale bardzo intensywna. Dziękuję.

niedziela, 31 sierpnia 2014

Donald Tusk do Brukseli, czyli rozwiązanie ostateczne

W zgiełku, jaki wypełnił publiczną debatę, po tym jak Donald Tusk został wyznaczony na stanowisko przewodniczącego Rady Europy, mam wrażenie, że wciąż ginie pewien drobny, jednak bardzo moim zdaniem istotny, element. Otóż, jak z pewnością wszyscy pamiętamy, jeszcze parę tygodni temu, kandydatura Tuska była do tego stopnia nierealna, że w pewnym momencie nawet on sam uznał za stosowne oświadczyć, że jemu ani w głowie porzucanie Polski, bo tylko tu widzi sens pracy i działania. A, jak się możemy domyślić, takie oświadczenie w ustach Tuska, a więc człowieka, który nawet się podrapać za uchem nie może bez wcześniejszej konsultacji ze specjalistami od politycznego wizażu, musiało być spowodowane informacją, że o żadnym awansie mowy być nie może.
I oto nagle David Cameron, jak grom z jasnego nieba, ogłasza, że nikt jak tylko Donald Tusk… i lawina rusza z intensywnością wręcz niespotykaną. Ja ani w tej chwili już nie pamiętam, ile dni to trwało, ani tym bardziej nie chce mi się tych dni liczyć, ale z całą pewnością nie upłynął tydzień, jak wszystko się rozstrzygnęło. A biedny Tusk nawet nie zdążył pisnąć. Zupełnie, jakby któregoś dnia zbudził go telefon, ktoś mu powiedział, że ma się przygotowywać, bo za parę dni będzie miał konferencję prasową w Brukseli w języku angielskim, po czym odłożył słuchawkę.
Sympatycy Platformy Obywatelskiej, wyrażając radość z faktu, że oto Donald Tusk, jako premier rządu i ważny polski polityk, a przy okazji Polska, jako kraj, zostali w tak piękny sposób uhonorowani owym zaszczytnym i prestiżowym stanowiskiem, szydzą z Jarosława Kaczyńskiego, że on by pewnie też tak chciał, ale nie dla psa kiełbasa, bo Unia Europejska to zbyt poważna organizacja, żeby tam jakąkolwiek rolę mogli odgrywać jacyś żoliborscy nieudacznicy. A ja sobie próbuje wyobrazić ową, zgadzam się, że absolutnie absurdalną sytuację, że to Jarosławowi Kaczyńskiemu nagle ktoś każe przeprowadzić do Brukseli i objąć któreś z europejskich stanowisk. Przede wszystkim, on by owej propozycji nie przyjął. Dlaczego? Z paru powodów. Przede wszystkim, on autentycznie ma w Polsce sprawy ważniejsze, niż zadawanie szyku w projektach fikcyjnych i bez znaczenia, po drugie jest politykiem zbyt ważnym i poważnym, żeby rzucać się na oferty z natury rzeczy skierowane w stronę polityków reprezentujących trzecią, czy czwartą ligę (czy ktoś z nas wyobraża sobie, żeby ktokolwiek miał czelność zaproponować to stanowisko Cameronowi, Merkel, czy choćby temu Włochowi Renzi?) i wreszcie, on doskonale zdaje sobie sprawę, jak i my sami zresztą, że jego rezygnacja z przewodzenia PiS-owi oznacza koniec nie tylko samego PiS-u, ale całej nadziei, jakie Polacy wiążą z sukcesem tego projektu. Wyjazd Kaczyńskiego do Brukseli, z każdego punktu widzenia, stanowiłby dla niego wizerunkową kompromitację o skali niewyobrażalnej.
Czy to, co się stało, kompromituje również Tuska? Oczywiście, że nie. Przede wszystkim dlatego, że po tych wszystkich latach, on już wielokrotnie przekroczył wszelkie granice kompromitacji i cokolwiek dziś zrobi, nie ma jakiegokolwiek znaczenia dla jego publicznej oceny. Jeśli idzie o Tuska, to jego już nawet nie kompromituje to, co się stało podczas wczorajszej konferencji prasowej; jego nawet nie kompromituje publicznie sformułowane oświadczenie pani Małgorzaty Tusk, że awans jej męża to dla nich i większe pieniądze, większy prestiż, no i wygodniejsze życie; w przypadku tego człowieka, jak mówię, nie może się stać już nic, co naszą opinię na jego temat zmieni.
Ale ja jednak bardzo chciałbym wiedzieć, co takiego się stało, że kilka dni temu, ni z gruszki ni z pietruszki, David Cameron oświadczył, że to Tusk będzie kolejnym przewodniczącym Rady Europy? Tego ani nikt nam nie powie, ani też, jak widać, nikogo to za bardzo nie interesuje. W tej sytuacji, ja bym zaryzykował pewną teorię, możliwe, że dość ryzykowną, niemniej dla tych, którzy lubią czytać ten blog, wcale nie tak bardzo zaskakującą, bo wynikającą prosto z tego, co tu już wcześniej było proponowane. Otóż, jak sobie niektórzy z nas z pewnością przypominają, moja polityczna diagnoza jest taka, że System, widząc, że przez minione siedem lat rządzenia, władza Platformy Obywatelskiej tak bardzo się skorumpowała, uległa takiemu zepsuciu, że doszło do sytuacji we współczesnej Europie niewyobrażalnej, a więc nie tylko do serii politycznych zabójstw, ale do systematycznego, całkowicie bezkarnego, fałszowania wyborów, uznał, że musi zareagować i Platformę Obywatelską, już nie tylko jako partię i polityczny projekt, ale jako układ ściśle pozapaństwowy, rozwiązać, czy to przy pomocy prowokacji, czy serii intryg. Jak mówię, to jest tylko teoria, a więc coś, co jest siłą rzeczy narażone na niepewność, a nawet znaczne prawdopodobieństwo błędu. No ale ponieważ nie mamy dziś w Polsce jakichkolwiek ośrodków dostarczających nam niezależnej politycznej analizy, pozostają te moje biedne spekulacje. A zatem, moim zdaniem, to z czym mamy do czynienia od pewnego już czasu, to bardzo mozolnie prowadzony przez System proces likwidowacji Platformy Obywatelskiej i doprowadzenia do zmiany rządu. To jest coś takiego trochę, jak to, z czym mieliśmy do czynienia jeszcze w latach 90-tych ubiegłego wieku, kiedy doprowadzono do ostatecznego zniszczenia politycznej reprezentacji „Gazety Wyborczej”, czyli Unii Wolności, no i parę lat później, kiedy zadano ostateczny cios środowiskom post-pezetpeereoskim, reprezentowanym przez Leszka Millera i Aleksandra Kwaśniewskiego. Moim zdaniem, dziś mamy do czynienia z procesem, jeśli nie identycznym, to bardzo analogicznym, a wczorajsze powołanie Donalda Tuska na ową, jak to mówią Amerykanie, „Mickey Mouse position” to ostateczny krok – po niepowodzeniu prowokacji taśmowej – do skutecznego zakończenia owego nieszczęścia.
Nie chce mi się i szkoda mi energii, by wyjaśniać tu, w jaki sposób to, co się wczoraj stało, ma doprowadzić do upadku tego rządu i powołania nowego. Jest to dla mnie na tyle jasne i oczywiste, że, jeśli mam tu jeszcze coś powiedzieć, wolę się skupić na kwestiach ciekawszych, a już a całą pewnością zabawniejszych. I wbrew pozorom wcale mi nie chodzi o widok Donalda Tuska, jak za nasze pieniądze przez najbliższe pieniądze, dzień w dzień, po trzy godziny rano i trzy godziny po południu, będzie się uczył języka angielskiego, żeby zdążyć na grudzień. To akurat jest smutne, nie zabawne. Wesoła natomiast jest próba wyobrażenia sobie, kogo Platforma Obywatelska z Polskim Stronnictwem Ludowym wyznaczą na kolejnego premiera. Największe szanse podobno ma marszałek Ewa Kopacz. Jeśli mam cokolwiek doradzać naszym posłom, proponuje, by głosować na nią obiema rękoma.

Zapraszam na stronę www.coryllus.pl, gdzie wciąż mamy fantastyczne promocje. Prawie tak fantastyczne, jak książki nimi objęte. Oczywiście, niezmiennie proszę o wspieranie nas pod podanym obok numerem konta. Dziękuję.

O tym jak Radek Sikorski został sołtysem

Piękny niedzielny ranek, Donald Tusk po pierwszej z wielu kolejnych nieprzespanych nocy, z każdego kąta dobiega szyderczy śmiech, czytajmy więc najświeższy felieton z „Warszawskiej Gazety”.

Gdyby sprawa, którą chciałbym dziś opisać, wydarzyła się, powiedzmy, w roku 2006, jestem pewien, że temat dzisiejszego felietonu byłby zupełnie inny. Po co bowiem zajmować się czymś, co zarówno media, politycy, popularna kultura, ale też i niezależna opinia publiczna, omówili już na wszelkie sposoby, a główny bohater owej debaty, wśród szyderstw i okrutnego rechotu, został już dawno zmieciony ze sceny politycznej? Tak by to było w roku 2006, a ponieważ dziś jesteśmy już znacznie bardziej zaawansowani zarówno w czasie, jak i w politycznym obyczaju, no a przede wszystkim przez to, że nasz bohater jest dziś pierwszym przedstawicielem elit, które tworzą wszelką opinię i de facto decydują, kiedy rżymy, kiedy uśmiechamy się szyderczo, a kiedy kiwamy w zamyśleniu głową, powinniśmy tu wrzucić swoje cenne grosze.
A poszło o to, że minister Radek Sikorski, zamieszkały w wiosce o pięknej nazwie Chobielin na Kujawach, nie mogąc już dłużej znieść sytuacji, gdzie najwięksi politycy tego świata, koronowane głowy i prezydenci, chcąc do niego trafić z wizytą, muszą się błąkać po okolicznej dziczy, narażać się na kontakty z lokalną hołotą i cierpieć niezasłużone upokorzenia, zwrócił się do lokalnych władz o postawienie specjalnego znaku informacyjnego o treści „Dwór Chobielin”. Ponieważ ze względów prawno-administracyjnych tego typu rozwiązanie było niemożliwe do wyegzekwowania – drogowskazy w Polsce nie mogą kierować wędrowców pod prywatne adresy, ale co najwyżej do miejscowości i punktów o statusie kulturalno-turystycznym – minister Sikorski postanowił, że on ów drogowskaz otrzyma, uzyskawszy wcześniej dla swojego gospodarstwa status miejscowości o nazwie Chobielin Dwór – miejscowości skromnej, niewielkiej, z zaledwie czterema mieszkańcami, ale jednak osobnej miejscowości. Podzwonił więc to tu, to tam, przekonsultował sprawy z odpowiednimi urzędnikami, poprzekonywał wątpiących, oświecił nieprzekonanych i ostatecznie Ministerstwo Administracji i Cyfryzacji zadecydowało, że ze wsi Chobielin zostanie wykrojony kawałek zamieszkały przez obywatela Radosława Sikorskiego, jego małżonkę Anne Appplebaum, oraz dwoje nieletnich o imionach Aleksander i Tadeusz i teren ów uzyska rangę sołectwa, którego sołtysem będzie oczywiście sam Radosław Sikorski, wybrany na to stanowisko jednogłośnie przez całą wieś.
Pewien mój znajomy, dowiedziawszy się o tym, że tam w kręgach nadzorowanych przez jego ulubione środowisko polityczne dochodzi do tego typu wynaturzeń i że owe wynaturzenia są to tu to tam narażone na szyderstwa ze strony politycznej opozycji, zadeklarował, że jego nienawiść do Prawa i Sprawiedliwości i wszystkiego co owa partia reprezentuje jest już tak wielka, że gdyby on wygrał na loterii milion złotych, za parę tysięcy kupiłby sobie telewizor, a cała resztę przekazał na dobro fundacji, która by mu zagwarantowała niszczenie PiS-u. Tu i ówdzie jestem krytykowany za to, że w swoich refleksjach podpieram się niepotrzebnie cytatami z Psalmów. Niestety to jest jedyne, co mi czasem przychodzi do głowy, może zwłaszcza dziś:
Wytrać ich w gniewie, wytrać, by już ich nie było”.

Przypominam, że nasze książki, jak zawsze, są do nabycia na stronie www.coryllus.pl i wszystkich przyjaciół tego bloga proszę o wsparcie pod podaym numerem konta. Dziękuję.

sobota, 30 sierpnia 2014

Czy Rick Deckard to przypadkiem nie android?

Oparty na opowiadaniu Philipa Dicka „Czy androidy śnią o elektronicznych owcach”, słynny film Ridleya Scotta „Blade Runner”, w Polsce znany pod tytułem „Łowca androidów”, to coś, co, jeśli chodzi o kino, ma dla mnie znaczenie porównywalne wyłącznie z „Ojcem Chrzestnym” Coppoli... no może nie wyłącznie, ale kiedy piszę ten tekst, przychodzi mi do głowy, jako punkt odniesienia, tylko ten Coppola. Wydaje mi się zresztą, że jeśli wolno nam niekiedy traktować sztukę filmową, czy jakąkolwiek inną zresztą, na poziomie przekazu czysto filozoficznego, to oczywiście nie będziemy tu mówić ani o „Harrym Potterze”, ani o „Wojnach gwiezdnych”, ani o tych idiotyzmach Bergmana, czy Kieślowskiego, ani nawet o filmie „Matrix”, bo to wszystko jest żart i bzdura, natomiast te dwa filmy, a tak naprawdę dwie opowieści, Philipa Dicka i Mario Puzo, sięgają poziomu traktatu jak najbardziej filozoficznego. Tak je widzę i powiem uczciwie, że ta intuicja mnie dotychczas nie zawiodła.
Wspomniałem tu ledwo co przedwczoraj o filmie Scotta, w nawiązaniu do refleksji, jakie mnie ogarnęły podczas owych paru dni, kiedy kursowałem z moją żoną między Bratysławą a Wiedniem i z każdą chwilą coraz bardziej przeżywałem owo wrażenie, jak bardzo to czego doświadczam przypomina mi sytuację wymyśloną przez Philipa Dicka. O co poszło? Otóż ja w trakcie tej wycieczki choćby na jedną chwilę nie mogłem się pozbyć wrażenia, że nasz świat jest już ostatecznie i nieodwołanie zorganizowany według wzoru zaprezentowanego w opowiadaniu Dicka i w filmowej realizacji Ridleya Scotta. Oto bowiem jesteśmy świadkami starcia dwóch cywilizacji, jedną z nich nazwijmy „cywilizacją dnia”, a drugą „cywilizacją nocy”, ewentualnie „cywilizacją życia” i „cywilizacją śmierci”. Ja oczywiście zdaje sobie sprawę z wielkiego uproszczenia, jakim owa refleksja jest skażona, uproszczenia na granicy prostej nieprawdy, niemniej to jest coś, co mi przyszło do głowy, kiedy podróżowaliśmy między budowanym niemal od początku głównym dworcem kolejowym w Wiedniu, a tak zwaną hlavną stanicą w Bratysławie. I nie mogłem przestać myśleć o filmie „Blade Runner”.
Już pisałem o tym wcześniej, ale ponieważ każdy z tych tekstów stanowi jednak osobną całość, opowiem wszystko raz jeszcze. Pomysł Philipa Dicka na opowiadanie, przeniesiony następnie na ekran przez Ridleya Scotta, polegał na tym, że praktycznie w całości opuszczona przez ludzi Ziemia jest już tylko gigantyczną kolonią, której podstawowym zadaniem jest produkcja na rzecz tych, co żyją sobie spokojnie gdzieś daleko w znacznie bardziej przyjaznym punkcie Galaktyki. Nie wiemy, jak wygląda tamten świat, gdzieś daleko w głębi kosmosu, tu natomiast jest noc, deszcz, przerażające światła reklam i anonimowy tłum, w znacznej części złożony z jakichś Chińczyków, czy Wietnamczyków, zajętych swoimi sprawami.
Chodzi o to, że System, do obsługi owej „fabryki” stworzył całkowicie sztuczną istotę – tytułowego androida – która stanowi idealną kopię człowieka, tyle że zaprogramowaną w taki sposób, by mogła żyć zaledwie przez trzy lata, a następnie była zastępowana przez nowszy model. I oto właśnie został stworzony model absolutnie nowoczesny, który nie dość, że posiada wszelkie fizyczne atrybuty przynależne człowiekowi, to posiada również coś w rodzaju duszy, a skoro duszy, to i wspomnień, marzeń, tęsknot i przede wszystkim pragnienia życia i leku przed śmiercią. Ponieważ owe „inteligentne” androidy w pewnym momencie zorientowały się, o co toczy się gra, postanowiły wykraść Systemowi tajemnicę długowieczności, a tym samym stały się w tej opowieści tak zwanymi „bad guys”. Główny bohater, grany przez Harrisona Forda, to policjant, ów łowca androidów, którego zadaniem jest owe zbuntowane androidy tropić i skutecznie niszczyć – bo przecież nie zabijać. A więc mamy ten film, mamy te emocje, tę akcję, tego dobrego Harrisona Forda i te złe, okrutne roboty, które Ford systematycznie likwiduje, mamy też oczywiście tę śliczną dziewczynę, w której on się zakochał, a która nieszczęśliwie – nawet o tym nie wiedząc – jest również androidem, no i wreszcie nadchodzi końcówka filmu i ostatnia, absolutnie kluczowa, kwestia. Oto Harrison, jeden z ostatnich ludzi na Ziemi i jego ukochana, jak się okazuje, android, pragną z tego piekła uciec, a za nimi wybrzmiewa głos: „It’s too bad she won’t live, but then again, who does?
Każdy kto zna język angielski na poziomie, powiedzmy, średnio-zaawansowanym, wie, że ma do czynienia z tekstem niełatwym. Zdarza się. Gorzej, że on stał się nie do przejścia również dla wynajętego przez dystrybutora „Blade Runnera” tłumacza, który go najzwyczajniej w świecie zmasakrował, niszcząc praktycznie całą filozoficzną warstwę filmu. Bo o co chodzi? Otóż ów kończący film pełen tryumfu wrzask Systemu ogłasza, że na Ziemi życia już nie ma w ogóle, że nawet ten biedny Harrison Ford jest też niczym więcej, jak skonstruowanym przez System androidem, którego zadaniem przez te parę lat, jakie mu pozostały, jest niszczenie innych androidów. Bo życie, życie prawdziwe, jest już w całości przeniesione zupełnie gdzie indziej.
Film „Blade Runner” należy do tej kategorii filmów, o których się mówi, że to są „filmy kultowe”. Co to znaczy? To mianowicie, że dla pewnej grupy osób one są czymś takim, jak na przykład dla kibiców Legii Warszawa klub Legia Warszawa, dla kibiców Gieksy – Gieksa, a dla miłośników zespołu Depeche Mode, inicjały DM. Oni ów film widzieli dziesiątki razy, znają go na pamięć, potrafią cytować z głowy najróżniejsze jego fragmenty, a niekiedy nawet noszą T-shirty z odpowiednim wizerunkiem i napisem. Otóż ja się zawsze zastanawiałem, jak oni wszyscy sobie poradzili z owym końcowym zdaniem, przetłumaczonym przez wynajętego przez dystrybutora specjalistę, jako „Jaka szkoda, że ona musi umrzeć, ale kto powiedział, że ona nie umrze?” I od razu sobie odpowiadałem, że musieli sobie poradzić, no bo w końcu, jeśli się już coś kocha, to się temu skutecznie poświęca, prawda? A jeśli sobie z nim nie poradzili, to czemu oni uważają ów film za swój ulubiony? Czemu oni go niemal wyznają, skoro nie wiedzą tej jednej, najważniejszej, wręcz podstawowej rzeczy, że tu nawet Harrison Ford jest też androidem?
W komentarzu pod tekstem na temat Wiednia i Bratysławy jeden z komentatorów, jak się domyślam, również fan owej pamiętnej produkcji Ridleya Scotta, poinformował mnie, że gdyby faktycznie miało się okazać, że Rick Deckard jest również androidem, to byśmy mieli do czynienia z rewolucją. W tej sytuacji, ja mam już tylko jedną radę: uczmy się języków. A jeśli ktoś potrzebuje konkretów, może zacząć od mojej książki o angielskim listonoszu. Wystarczy jeden z zamieszczonych w niej rozdziałów, by nie mieć najmniejszych problemów ze zrozumieniem przesłania powieści Dicka, filmu Scotta, no i w ogóle tego wszystkiego, co nas oblepia niemal z każdej strony.

Moja książka o języku angielskim jest dostępna na stronie www.coryllus.pl, a numer konta, na który bardzo proszę słać pomoc, jest tuż obok. Dziękuję bardzo.

piątek, 29 sierpnia 2014

Chodzi Lisek koło drogi, czyli powrotny do jumy

Jak pewnie większość z nas zdążyła zauważyć, ostatnimi laty w Polsce, ale również w innych częściach współczesnej Europy, przede wszystkim w Niemczech, pojawił się element przedstawiający się jako artysta, a swoją działalność sprowadzająca do tego, by na przykład cierpiącemu na Krzyżu Jezusowi doczepić jakiś mniej lub bardziej obsceniczny element, albo wykopać w ziemi dziurę, następnie do tej dziury wleźć i zacząć odmawiać Różaniec, ewentualnie rozebrać się do naga i zacząć się onanizować przed obrazem Matki Boskiej Częstochowskiej. Każdy tego typu incydent jest oczywiście najpierw nagłaśniany przez lokalny oddział „Gazety Wyborczej”, następnie kontestowany przez środowiska patriotyczno-kościelne, a wreszcie przedstawiane przez mainstream, jako emanacja wolnej artystycznej ekspresji gnębionej przez najczarniejszą katolicką reakcję. I tak ten proceder trwa w najlepsze od lat.
To co przedstawiłem wyżej – przyznaję, że w wersji mocno podkoloryzowanej – to zaledwie owa najbardziej prostacka, bo żerująca na najbardziej podstawowych religijnych emocjach, część współczesnej tak zwanej sztuki performerskiej, i trzeba przyznać, że w gruncie rzeczy mocno ograniczona, gdy idzie o liczbę zaangażowanych w nią wykonawców. No bo pomyślmy, kogo tu mamy? Jest oczywiście ta Nieznalska, a dalej już tak naprawdę nie wiadomo kto. No, ktoś tam z pewnością musi jednak być, bo temat ciekawy, nośny i gwarantujący medialny rozgłos, ale ja przynajmniej w tym momencie żadnego innego nazwiska przypomnieć sobie nie mogę.
Nie znaczy to jednak, że ów tak zwany performance kończy się na Nieznalskiej i paru aspirujących absolwentach miejscowych oddziałów ASP. Sztuka współczesna dziś, to coś, co musi spełniać jeden tylko warunek: ma gwarantować artyście szanse na choćby minimalnie skromny dochód przy jak najmniejszych kosztach. I tu oczywiście, już na starcie odpadają takie artystyczne gesty, jak oryginalnie namalowany obraz, piosenka o chwytliwej melodii, powieść o poruszającej serce fabule, czy zabawne (lub prawdziwie smutne) przedstawienie teatralne. Każde bowiem z nich wymaga zarówno umiejętności, talentu, jak i często ciężkiej pracy, a na to nie ma ani ochoty, ani warunków, ani czasu, ani przede wszystkim owego niezwykłego splotu przypadków, który przywykliśmy nazywać darem bożym. Cóż więc pozostaje? Otóż wyłącznie bezczelność, tępa determinacja i nadzieja, że przy pomocy tych dwóch czynników uda się przekonać jakiegoś głupiego i z reguły wrogiego nam urzędnika, że oto zdarzyło mu się odkryć coś prawdziwie wartościowego. Co? A to akurat jest już bez znaczenia, liczy się bowiem jedynie wrażenie. Jak już wspomniałem, dobry jest Jezus kopulujący ze smokiem, czy to w formie przedstawienia teatralnego, instalacji, powieści, czy obrazu, ale innych rozwiązań jest wiele. Powtarzam: chodzi wyłącznie o to, by urzędnik trzymający budżet na kulturę uznał, że ma do czynienia z czymś, czego on sam wprawdzie nie rozumie, a może nawet nie akceptuje, ale co z całą pewnością jest sztuką wysoką, no i żeby w związku z tym rzucił groszem.
Ktoś mnie spyta, co mi strzeliło do głowy, by się zajmować tymi hochsztaplerami i ich durnymi sponsorami, skoro wszystko mniej więcej i tak już zostało wyjaśnione w niedawnym tekście o budżetowej jumie. Otóż chodzi o to, że niemal w tym samym momencie, kiedy umieściłem na tym blogu tamten tekst, otrzymałem z zaprzyjaźnionych źródeł informację o artyście nazwiskiem Robert Lisek, niekiedy, zapewne dla dodania sobie powagi, z literką „B” w środku. Kto to taki ów Lisek? Czy jest to może człowiek, który rozbiera się do naga i kopuluje z figurą Matki Boskiej? Czy jest to może ktoś, komu artystyczna wizja każe maczać Hostię w psich odchodach? A może mamy do czynienia z artystą niezainteresowanym treściami religijnymi, natomiast dokonujący symbolicznych podpaleń stodół wypełnionych Żydami? Otóż nic z tych rzeczy. Artysta Lisek to w najlepszym razie ktoś, kto ma świadomość perspektywy znacznie dłuższej niż ta wyznaczana przez doraźną politykę, w najgorszym, zwykły, ledwo co aspirujący satanista, a tak naprawdę… przepraszam bardzo, ale muszę się tu odwołać do informacji przedstawionej przez niego samego:
Robert B. Lisek to artysta wszechstronny, naukowiec, matematyk. Eksploruje granice technologii i chętnie korzysta ze wszelkich dostępnych mu środków (m.in. bioinżynierii, sztucznej inteligencji, hacktywizmu, radykalnych interwencji społecznych), aby rozszerzać pojęcie sztuki”.
I dalej:„Dzisiaj jest już uznanym na całym świecie interdyscyplinarnym artystą, którego prac nie da się jednoznacznie sklasyfikować i określić. Swoją twórczością przesuwa granice rozumienia sztuki trwale łącząc ją z nowymi technologiami. Uzupełnia sztukę nowych mediów o wciąż nowe środki ekspresji (jak biotechnologie i nanotechnologie.
Ponad setka wystaw na całym świecie, których był autorem, tworzy szeroki front jego zainteresowań, który ciągnie się od transhumanizmu, przez sztuczną inteligencję, po wpływ mediów na nasze życie. Każda z jego prac jest skomplikowanym tworem, który w trafny sposób opisuje współczesną kondycję człowieka”.
Jeszcze? Bardzo proszę:
Lisek zajmuje się również zagadnieniem transhumanizmu, czyli rozwijania ludzkich możliwości przy pomocy technologii, aby w końcu stworzyć ponad- (tudzież trans-) człowieka. W swojej pracy ‘Capital’ skupił się właśnie na stworzeniu obiektu, który będzie zupełnie nowym gatunkiem. W tym celu przebadał kod paru różnych wirusów i połączył je z kodem własnego DNA. W ten sposób pokazuje ograniczenia człowieka i sposoby ich przekraczania, oraz rozwija wizję przyszłości, w której ewolucją człowieka sterować będziemy przy użyciu technologii.
Jest również aktywnie działającym naukowcem, związanym z wrocławską Katedrą Logiki i Story Lab na University of Texas w Dallas. Zgłębia zagadnienia teorii grafów, teorii złożoności, zbiorów częściowo uporządkowanych, jeżdżąc po świecie z wykładami”.
Ktoś się zapyta, jaki to ostatecznie rodzaj sztuki kryje się za tym bełkotem? Otóż na to również pada odpowiedź. Owa sztuka to: „Radical Art Strategies, Critical Art, Software Art, Hacktivism, Tactical Media, BioArt, Performance Art; Contemporary Art, Post-Conceptual Art, Meta-Media Art”, wszystko, jak w oryginale, a więc z wielkich liter.
Ponieważ Lisek jest również muzykiem, jest też i muzyka: „Electronic music, Noise, Contemporary music, Spectral music, Stochatistic music, Concret music, Musica futurista”. Ja mam akurat trochę kłopot z owym „concret”, no ale to jest już moje skażenie zawodowe, więc się nie będę nad tym zatrzymywał.
No ale, jak już wcześniej zostało wspomniane, jest Lisek również naukowcem. W jakiej dziedzinie nauki on robi? Proszę uprzejmie: „Theory of Ordered Sets, Combinatorics, Algebra,
Systems Science, Artificial General Intelligence, Knowledge Representation and Discovery in Databases, Generalized Information Theory, Complexity Theory; Philosophy of Science, Foundations of Mathematics and Computer Science, Logic, Epistemology, Methodology of Science
”.
Ktoś mi pewnie teraz powie, że ja nie mam najmniejszego powodu, by się zajmować jakimś wariatem, który założył internetową stronę i wypisuje dyrdymały, które jeśli w ogóle wykraczają poza przestrzeń jego opętanego umysłu wywołują wyłącznie wysoko uniesione brwi. Otóż nic z tego. Lisek, jak się dowiadujemy, to uznany przez najróżniejsze gremia artysta, a mówiąc o gremiach mam też na myśli takie instytucje, jak Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego, czy Komitet Badań Naukowych, przedstawiany jako „naczelny organ administracji rządowej do spraw polityki naukowej i naukowo-technicznej państwa”. To te właśnie jednostki kulturalne, o takiej pozycji w państwie, kupiły towar oferowany przez Liska.
No a mimo to, jestem pewien, że każdy z nas czuje ów smród kłamstwa, kłamstwa niewyobrażalnego, kłamstwa modelowo wręcz bezczelnego, kłamstwa, które zasługuje wyłącznie na staropolskiego kopa w dupę i strzał w ryj. I nie mam wątpliwości, że taka postawa byłaby jedynie słuszna. Bo ja oczywiście rozumiem, że mamy takiego Liska, który zjawia się w jakimś urzędzie rozdzielającym fundusze na rozwój kultury i sztuki z grubą teczką jakiś dyrdymałów, czy to w postaci zadrukowanych kartek A-4, czy płyt CD i DVD i informuje jednego czy drugiego durnia, że on właśnie „zajmuje się zagadnieniem transhumanizmu, czyli rozwijania ludzkich możliwości przy pomocy technologii, aby w końcu stworzyć ponad- (tudzież trans-) człowieka”, i ma taki oto problem, że jeśli natychmiast nie dostanie na swoje prace kilku kawałków, to sztuki nie będzie, a ów dureń, w szczerym przekonaniu, że ma do czynienia z prawdziwym artystą, to gówno bez mrugnięcia okiem kupuje. My jednak jesteśmy bardziej dociekliwi i chcielibyśmy ową sztukę choćby przez chwilę poczuć, czy to wzrokiem, czy uchem, czy dotykiem. A zatem może posłuchajmy. Oto jesteśmy na youtubie, gdzie Lisek jak najbardziej umieszcza swoje dzieła:




Jestem pewien, że to wystarczy. Nie mam najmniejszych wątpliwości, że każdy z nas widzi, z czym my tu mamy do czynienia. Wiem też – ja to po prostu wiem – że to co tu widzimy i słyszymy wyjaśnia nam dokładnie wszystko, co ewentualnie wymagałoby wyjaśnienia. Ten człowiek jest albo chory, albo cwany w sposób dotychczas światu nieznany. Tymczasem my, mieszkańcy planety Ziemia, stajemy wobec tego rodzaju zjawisk kompletnie bezradni. I cóż możemy na coś tego typu wymyślić? Jak możemy zaradzić tego rodzaju najbardziej porażającemu kłamstwu? Otóż ja, owszem, mam na to odpowiedź. Proszę mianowicie zwrócić uwagę na to, ile wyświetleń zaliczyła wyżej przedstawiona komedia. Kiedy piszę ten tekst, jest ich 161. Otóż 161 razy komuś – niewykluczone, że samemu Liskowi i mnie – zechciało się obejrzeć choćby jedną sekundę artystycznej pracy niejakiego Roberta B. Liska. Przepraszam bardzo, ale ja też mam swój profil na youtubie i zdarzyło mi się nawet zamieścić tam parę wyprowdukowanych przez siebie filmików. Otóż tam nie ma nic szczególnego, jakieś migawki z koncertów, parę wspomnień z wakacji, jeden zabawny filmik z naszym psem, ale każdy z nich – każdy! – zalicza więcej obejrzeń, niż popisy Liska. Tyle że mi ani w głowie, by z tymi moimi prezentacjami uderzać do Instytutu Badań Naukowych, ogłaszać, że jestem naukowcem i prosić o granty na kolejne.
Na sam koniec mam jeszcze coś naprawdę porażającego. Otóż ponieważ bardzo mnie zainteresowało to, że ów Lisek przedstawia się, jako „scientist”, zwróciłem się do mojego kumpla-artysty Marka Kamieńskiego – swoją drogą tego samego, którego obrazy znajdują się na okładkach większości z moich książek – człowieka wybitnie wrażliwego i wykształconego, by mi wyjaśnił, o co chodzi z tą nauką. Czemu nagle Lisek jest naukowcem? Otóż, jak twierdzi Kamieński, w tej chwili sytuacja budżetowa jest taka, że sztuka się lepiej sprzedaje, jeśli zostanie podpięta pod działalność naukową. Ja oczywiście tego nie rozumiem, ale tak to podobno wygląda. Jeśli Lisek zwraca się do ministra o granty i mówi, że maluje obrazy, tworzy artystyczne projekty, pisze muzykę, może oczywiście coś dostać, ale wciąż niewiele. Wystarczy natomiast, że on właściwego urzędnika poinformuje, że każde z tych dzieł jest jednocześnie projektem naukowym, a fundusze popłyną najszerszym strumieniem. I stąd się wziął ów „matematyk”. Stąd ów „scientist”. I stąd ta „algebra”. To stąd wreszcie owo niezwykle komiczne „combinatorics”. Tak to się bowiem robi w Chicago.
A już na sam koniec, gdyby ktoś pomyślał, że my tu jesteśmy tacy wieśniaccy i niedzisiejsi, to niech się Lisek przygotuje na coś, co dla niego pozostanie nieosiągalne do zasranej śmierci, choćby skonstruował maszynę dzięki której będzie potrafił pierdzieć nie jednym, ale wszystkim otworami, jakimi go obdarzył Dobry Bóg. Oto sztuka prawdziwa, która istnieje sama z siebie, bez grantów i cwaniakowania u klamek przygłupich urzędników. Za trudne? Dobra. Niech zatem nasz Lisek spróbuje numeru z czerwoną chusteczką, który pokazałem tu bardzo niedawno. Też zbyt skomplikowane? To przepraszam bardzo, ale ja wysiadam i oświadczam, że jeśli nowy rząd PiS-u nie doprowadzi tych złodziei do takiej nędzy, że im nie pozostanie nic innego, jak żebrać na ulicy o papierosa i słoik rosołu, to ja przy kolejnej okazji prędzej zagłosuję na mojego psa, niż na nich. A teraz zakładam mu obrożę, i idę na spacer do parku. A my słuchamy Matmos. Może być bez Bjork.



Jak już tu zapowiadaliśmy, w przygotowaniu jest kolejny wybór moich felietonów, tym razem z okresu „posmoleńskiego” pod roboczym tytułem „Palimy licho, czyli o TymKtóryNiePrzepuszczaŻadnejOkazji”. Nakład poprzedniego, o siedmiokilogramowym liściu, jest już na wyczerpaniu. Kto nie ma, niech się spieszy, bo jest szansa, że już wkrótce będzie dostępny tylko ten nowy, a głupio byłoby się spóźnić. Do końca obowiązuje cena promocyjna 15 zł. Kto już jednak to co chciał, ma i żadnych nowych planów wobec tych feleitonów nie ma, bardzo proszę o wsparcie dla tegobloga. Bez niego nie pociągniemy. Dziękuję

czwartek, 28 sierpnia 2014

Bratislava-Wien Express, czyli czy androidy śnią o niedzielnych zakupach

Jeszcze późną wiosną, kiedyśmy próbowali jakoś sobie zaplanować choćby najmniejsze wakacje, żona moja znalazła najpierw jakąś groszową ofertę akademiku w Bratysławie, a następnie jeszcze tańszą Polskiego Busa tam i z powrotem. Zamówiliśmy więc sobie ten hostel (sic!), kupiliśmy te bilety, no i spokojnie czekaliśmy na koniec sierpnia. No i stało się tak, jak się w sumie można było spodziewać: kiedy termin wyjazdu zaczął się niebezpiecznie zbliżać, okazało się, że nas zwyczajnie na pobyt w tej Bratysławie nie stać. No, może z trudem by się dało zapłacić ów akademik, no ale o tym, by tam te parę dni przeżyć, a już na pewno, by się przez trzy dni wozić do Wiednia i z powrotem – marzyć nie było sposobu. No i wtedy, dzięki wsparciu kilku sponsorów, znalazły się odpowiednie fundusze i pojechaliśmy.
W ten oto sposób, chciałbym poinformować czytelników tego bloga, że miniony weekend, dzięki determinacji przyjaciół, spędziliśmy we dwójkę na linii Bratysława – Wiedeń. Ale to nie wszystko. Bo oto dzięki tej samej determinacji i poświęceniu, mam nadzieję, że powstanie refleksja jedna z najważniejszych, jakie tu w ostatnich dniach powstały, i przynajmniej w ten sposób uda mi się odwdzięczyć za to, cośmy dostali.
Nigdy wcześniej nie byłem w Bratysławie i nigdy wcześniej nie miałem okazji zobaczyć Wiednia, natomiast, owszem, zdarzyło mi się jeszcze za PRL-u spędzić kilka tygodni w zachodnio-niemieckim Frankfurcie, no i w nowszych już czasach w Anglii i na południu Francji. Poza tym jednak, za granicę nie jeżdziłem i moje doświadczenie bezpośrednich kontaktów z tak zwanym „światem” jest niemal żadne. Ponieważ stolica Słowacji niemal graniczy z Węgrami i Austrią, z Wiedniem łączy ją stałe, szybkie i stosunkowo niedrogie (13 euro w obie strony) połącznie kolejowe. Pociąg ten jest ściśle międzynarodowy, z międzynarodową obsługą, z międzynarodową informacją, no i z międzynarodowym towarzystwem w środku i powiem szczerze, że to jest coś, co od pierwszej chwili robi wrażenie. Mamy z jednej strony ten smutny dworzec kolejowy, w smutnej jak jasna cholera Bratysławie, tych smutnych ludzi w smutnych domach, to euro, którym oni się na własne życzenie udławili, to ich Stare Miasto, tym bardziej przygnębiające im bardziej odstające od tego, co znajdujemy poza nim, a z drugiej ten Wiedeń, tak dostatni i wyniosły, a jednocześnie tak porażająco normalny, że trudno go porównać z niczym tego typu na świecie… no i ten pociąg, który dosłownie co godzinę, przez cały boży dzień, wozi ludzi w jedną i w drugą stronę, jakby to nie były dwie osobne cywilizacje, dwa osobne wymiary, dwa osobne państwa, ani nawet dwa osobne miasta, ale dwie dzielnice tego samego miasta, no i ów przedziwny zamysł, który każe ten dziwny obyczaj utrzymywać.
Byłem raz w Lyonie i w Avinionie, kilka razy w Londynie i są to, z mojego punktu widzenia oczywiście, miejsca niezwykle piękne, jednak każde z nich ma w sobie pewien element szaleństwa i swego rodzaju chaosu, który sprawia, że będąc tam, człowiek zawsze znajdzie coś znajomego, coś co sprawia, że się może poczuć, jak u siebie w domu, nawet jeśli ten dom jest w Katowicach, Poznaniu, Rzeszowie, czy w Lublinie. Weźmy taki Londyn. Wystarczy znaleźć się o rzut kamieniem od Chelsea, a więc w Battersea, żeby w tym pejzażu odnaleźć, nie przymierzając Świętochłowice, lub Bytom nawet. Wiedeń jest zupełnie inny. Wiedeń robi wrażenie idealnego modelu, który w dzisiejszym tak naprawdę okropnie zanarchizowanym świecie staje się w pewnym momencie czymś kompletnie nierzeczywistym. Jeśli w Londynie, czy, jak sądzę, Paryżu, Berlinie, czy w Nowym Jorku, owszem, możemy znaleźć punkty, które przytłoczą nas tym czymś, co przyjęło się określać, jak „najlepsze miejsce do życia”, Wiedeń jest taki cały. Myśmy go przeszli wszerz i wzdłuż, nie spiesząc się, spokojnie, bez niepotrzebnych, nerwowych gestów i nie znaleźliśmy tam miejsca, którego nie można byłoby potraktować, jako „najlepsze miejsce do życia”.
Ale jest jeszcze coś. Wiedeń robi wrażenie, jakby był jedynym miejscem na Ziemi, o którym można powiedzieć, że to jest Europa. Europa w sensie oczywiście symbolicznym, ale Europa chrześcijańska, Europa białego człowieka, pozbawiona jakichkolwiek widocznych wynaturzeń, lata świetlne od jakichkolwiek ekscentryzmów, dostojna, poważna, mieszczańska, zamożna, a jednocześnie skromna i uprzejma, do bólu tradycyjna, gdzie się nawet jeszcze nie przyjął ów rzekomo bezwzględny, unijny zakaz palenia w knajpach.
Ja wiem, że to może zabrzmieć strasznie prostacko, ale tam nawet dość liczni muzułmanie z tymi osłoniętymi tradycyjną czernią kobietami, robią wrażenie Europejczyków. Ja wiem, że to może zabrzmieć strasznie prostacko, ale przez te trzy dni, gdy sobie po Wiedniu wędrowaliśmy, nie zauważyłem ani jednej osoby, która robiłaby wrażenie bardziej ekscentryczne, niż ja, czy moja żona. Nawet te tatuaże i kolczyki w nosach, tak bardzo ostatnio modne, były eksponowane w sposób maksymalnie dyskretny. Wiedeń to miasto, gdzie wszelkie subkultury by się zwyczajnie udławiły własną samotnością.
Skoro więc udało mi się jakoś opowiedzieć to co opowiedziałem, czas na faktyczny wstęp i właściwe, zapowiedziane w tytule tej notki, refleksje. Nie wiem, ilu z nas zna film Ridleya Scotta zatytułowany „Łowca androidów”, lub oryginalnie „Blade Runner”, ale chodzi tam o to, że Ziemia została już opuszczona praktycznie przez wszystkich tych, którzy mieli jakiekolwiek aspiracje, natomiast tu została już tylko produkcja, ludzie, którzy tę produkcję nadzorują, oraz tytułowe androidy, czyli sztuczne istoty, wyglądające, zachowujące się i pracujące, jak zwykli ludzie, które się ową produkcją na rzecz świata zewnętrznego zajmują już bezpośrednio. Mamy więc ową wieczną noc, ów nieustanny deszcz, owe wszechobecne światła neonów i ponury tłum, poruszający się tam i z powrotem bez choćby minimalnie określonego celu. Życie natomiast – życie zwykłe, prawdziwe, dostatnie, w świetle dnia i w blasku słońca i cieple domu rodzinnego – zostało już przeniesione w inne miejsce kosmosu. Intryga filmu sprowadza się do tego, że grupa androidów najnowszej generacji, a więc takich, których od żywych ludzi różni już naprawdę tylko to, że żyją zaledwie trzy lata, chce wykraść z rąk Systemu tajemnicę długowieczności, a w owym pragnieniu życia i lęku przed śmiercią stanowią dla niego takie zagrożenie, że ów System zmuszony jest je niszczyć.
Przypomniał mi się ów „Blade Runner”, dokładnie w dniu, kiedy przyjechaliśmy do Wiednia po raz trzeci i była akurat niedziela. Otóż proszę sobie wyobrazić, że, mimo iż to miasto i tak zrobiło już na nas wrażenie nieporównywalne z niczym, co widzieliśmy poprzednio, owa niedziela to było naprawdę coś. Ja już podczas swojego pobytu we Francji, czy tych paru wizyt w Londynie, czy jeszcze wcześniej w zachodnich Niemczech, zauważyłem, że znaczna część sklepów w niedzielę jest zamknięta, tu jednak przeżyłem autentyczny szok. Proszę mi uwierzyć, że wszystkie – dosłownie wszystkie – sklepiki, sklepy, supermarkety, usługi, były nieczynne. Zamknięte były niemal wszystkie restauracje, kawiarnie i puby, i dopiero po południu można było zobaczyć niektóre z nich, jak otwierają się na zapewne turystów. I to nie tylko te prowadzone przez białych mieszkańców Wiednia, ale również restauracje chińskie, hinduskie, arabskie – Wiedeń wyglądał tak, jakby w niedzielę, czyli w dzień święty, który należy święcić, wszyscy jego mieszkańcy – niezależnie od kultury czy wyznania – zaakceptowali fakt, że niedziela to dzień wypoczynku i ewentualnie modlitwy. W ową spędzoną w Wiedniu niedzielę widzieliśmy głównie puste ulice, spacerujące pary, pojedynczych ludzi wyprowadzających na spacer swoje psy, no i owe zamknięte wokół sklepy, a wszystko to w akompaniamencie kościelnych dzwonów.
Dlaczego ów widok i owa atmosfera przypomniały mi tamten film Ridleya Scotta? Z tej mianowicie prostej przyczyny, że ja wtedy właśnie sobie pomyślałem, że tak pewnie by on wyglądał, gdyby Scottowi, czy może wcześniej Dickowi, autorowi tego pomysłu, przyszło do głowy pokazać ów świat, który Ziemię zostawił daleko, daleko z tyłu. Świat, który wszystko to, co brudne, brzydkie, trudne i bolesne zostawił ostatecznie za sobą.
Mamy już od wielu lat w Polsce debatę na temat handlu w niedzielę. Jedni z nas twierdzą, że niedziela jest boża i nasza, a drudzy, że to jest jakiś przesąd, którego nikt w dzisiejszym cywilizowanym świecie nie zrozumie. Od owego niedzielnego dnia, który spędziłem w Wiedniu, mam nie opuszczające mnie wrażenie, że ci drudzy, ci, którzy nam tłumaczą, że nie ma absolutnie żadnego powodu, by ludziom odbierać przyjemność niedzielnych zakupów, to, pomijając naszych rodzimych idiotów, lub prowokatorów, są Anglicy, Belgowie, Holendrzy, Francuzi i Austriacy właśnie. Zwłaszcza ci, którzy albo bezpośrednio reprezentują sieci takie jak Tesco, Billa, czy Lidl, albo są przez owe sieci wynajmowani w ramach tak zwanego outsourcingu. W końcu nic nie jest za darmo, a na wolną niedzielę trzeba sobie zapracować, prawda?
Ale jest jeszcze coś, co mi chodzi po głowie: otóż bardzo interesujące jest zakończenie filmu Scotta, w polskiej wersji językowej zresztą całkowicie zmasakrowane. Oto Harrison Ford, policjant mający za zadanie wyłapywać i zabijać zbuntowane androidy, zakochuje się w dziewczynie, która, nawet o tym nie wiedząc, owym androidem oczywiście jest. Po serii bardzo emocjonujących zdarzeń, próbując się wyrwać z tej strasznej pułapki, jaką na nich zastawił świat, w którym przyszło im żyć, oboje wyruszają w ostatnią, ostateczną podróż, a za nimi rozbrzmiewa okrzyk któregoś z przedstawicieli Systemu: „It’s too bad she won’t live, but then again, who does”, co w swobodnym tłumaczeniu na język polski mogłoby na przykład brzmieć: „Szkoda, że będzie musiała umrzeć… ale czy ktoś tu w ogóle żyje?”. Autor tłumaczenia stworzył coś, co słyszymy z ekranu, jako: „Jaka szkoda, że ona umrze, ale kto powiedział, że nie umrze?”, gubiąc cały sens przesłania filmu, no ale my i tak już swoje wiemy i drżymy. I tak naprawdę drżeliśmy na długo jeszcze nawet zanim powstał ów kicz o jakimś Matriksie.
W czym rzecz? Otóż mam wrażenie, że to, z czym mamy do czynienia w tym filmie, to tak naprawdę jest zaledwie wersja soft. Tam, na Ziemi zostały już tylko maszyny, tu natomiast mamy wciąż jak najbardziej żywych ludzi. Czy to tam w Słowacji, czy tu w Polsce. Wystarczy, że na świeżo akurat remontowanym głównym dworcu kolejowym w Wiedniu wsiądziemy do pociągu jadącego w kierunku Bratysławy i już po godzinie zobaczymy tę noc, ten deszcz i te reklamy Coca-Coli. I to jest widok, który naprawdę potrafi poruszyć, żeby nie powiedzieć złapać za gardło i wbić w ziemię.

Zapraszam wszystkich i każdego do księgarni na stronę www.coryllus.pl, gdzie wciąż są do nabycia dwie pierwsze książki Toyaha po bardzo atrakcyjnych cenach. To jest już koniec nakładu, a dodruk nie jest planowany. I jak zawsze, jestem nieskońcczenie wdzięczny za wszelkie wsparcie dla tego bloga. Dziękuję.

środa, 27 sierpnia 2014

O kulturalnej jumie w wielce kulturalnym stylu

Parę dni temu przez media przeleciała informacja, że prokuratura postanowiła się zająć meczem piłkarskim miedzy Śląskiem Wrocław i Cracovią, czy może Arką Gdynia i Zawiszą Bydgoszcz, obojętne, który miał się odbyć na Stadionie Narodowym, na organizację którego polskie państwo wydało jakieś półtora miliona złotych, a który ostatecznie, z przyczyn, które są tu dziś dla nas kompletnie nieistotne, się nie odbył. Co prokuratura chce od organizatorów? Otóż podejrzenie jest takie, że cały pomysł na zorganizowanie owej imprezy od początku do końca polegał właśnie na tym, by ona się nie odbyła; by rozprowadzając ów budżet mieć świadomość faktu, że im mniej trzeba się będzie zajmować samym meczem, tym więcej zostanie do podziału. No a skoro tak, to juma. A skoro juma, to kryminał, bo póki co, kraść nie wypada.
Wysłuchałem tej informacji i powiem szczerze, że ani mi nie drgnęła powieka. Otóż chyba jeszcze paręnaście lat temu w Gdyni wystąpić miał David Bowie i też ostatecznie do koncertu nie doszło, jak się okazało, z powodu nikłego zainteresowania ze strony publiczności. Tak się składa, że akurat David Bowie jest mi doskonale obojętny, nigdy nie miałem ani jednej jego płyty, z wyjątkiem „Ziggi Stardust”, której akurat fizycznie nie znoszę, nie znam nawet tytułów jego piosenek, i myślę, że nawet gdyby on miał wystąpić w katowickim Spodku, wolałbym ten czas spędzić w inny sposób. Wiem natomiast, że David Bowie to światowa gwiazda pierwszej jasności, a liczba jego fanów w Polsce wystarczyłaby, żeby wypełnić największe z dostępnych w kraju areny. Koncert w Gdańsku natomiast się nie odbył, bo, jak ogłosili organizatorzy, bilety nie poszły.
To co się stało, było dla mnie wiadomością na tyle szokującą, że postanowiłem sprawę zbadać niemal u źródła, a zatem skonsultowałem się z moim wieloletnim kumplem, który nie dość, że jest umocowany w branży na tyle wysoko, by sytuację znać, to jeszcze mieszka w Gdyni i to co się tam dzieje zna jeszcze lepiej, niż i tak już by nam wystarczyło. Powiedział mi więc mój kumpel, że cała ta impreza pod tytułem „David Bowie w Polsce” została załatwiona dokładnie w ten sposób, jak wiele lat później ów mecz na Stadionie Narodowym: rzuca się hasło, uzyskuje się jak najwyższy budżet, a następnie robi się wszystko, by go rozdzielić na jak najmniej osób, w jak największej części, z efektem wymarzonym takim, że samemu artyście odpala się odpowiednie odszkodowanie za występ, do którego z jakichś tam przyczyn nie doszło, i wszyscy są zadowoleni.
Przypomniała mi się zarówno sprawa niegdysiejszego koncertu Davida Bowie, ale też owe zeszłotygodniowe doniesienia na temat przekrętu z meczem na Stadionie Narodowym przy okazji imprezy o nazwie Tauron Festival, która odbywa się corocznie w Katowicach. Jak pewnie większość z nas wie, Tauron to jeden z czterech najważniejszych w Polsce dostawców energii i to ów koncern właśnie uznał, że opłaci im się drobną część budżetu przeznaczonego na promocję zainwestować w tego rodzaju festiwal. Że niby muzyka to energia. Ponieważ jednak prezesi Taurona na muzyce i organizacji festiwali znają się w stopniu minimalnym, do tej roboty wynajęli kierowaną przez dwóch lokalnych cwaniaków firmę o nazwie More Music Agency. Ja akurat nie wiem dokładnie, jak się tego typu biznesy organizuje, ale domyślam się, że wszystko odbyło się bardzo prosto: Tauron przelewa na konto owej „Agency” żywą gotówkę, a jej szefowie za to zobowiązują się zorganizować festiwal w taki sposób, by on się odbył, odniósł jakiś tam medialno-komercyjny sukces, no i żeby w następnym roku główny sponsor nie zmienił reprezentującego branżę partnera. Co trzeba, żeby to wszystko się jakoś zamknęło? Otóż przede wszystkim trzeba wynająć odpowiedni teren, postawić kilka scen, wydrukować bilety, zorganizować ich dystrybucję, zaprosić do udziału odpowiednią liczbę wykonawców, zapowiedzieć udział dwóch czy trzech gwiazd pierwszej wielkości, no i odpowiednio, i jak najszybciej, podzielić ten budżet, najlepiej tak, żeby przy następnej okazji mieć dobry argument do wyproszenia jego zwiększenia.
W tym roku Tauron Festival zapowiadał występ dwóch gwiazd. Przede wszystkim Neneh Cherry z nowym projektem, no i ledwie debiutującego, a mimo to już otoczonego dość znacznym kultem Australijczyka o ksywie Chet Faker. Gdybym ja akurat miał pieniądze i czas, i gdybym jeszcze mógł te pieniądze i czas tak spożytkować, by obejrzeć tylko tych dwoje, pewnie bym się zdecydował, natomiast faktem jest, że dla znacznej części młodej festiwalowej publiczności sens udziału w tegorocznym festiwalu opierał się na obecności owego Fakera. Jestem pewien, że bardzo duża część biletów na festiwal została sprzedana właśnie ze względu na niego, i to właśnie ze względu na niego tegoroczna edycja Tauron Festival miała odpowiednią rangę. Z tego co mi opowiadały moje dzieci, bilety na koncert Australijczyka zostały sprzedane niemal natychmiast, a z biegiem czasu, wraz ze zbliżaniem się koncertu, ich cena skoczyła niemal dwukrotnie. No i nagle, kiedy do dnia występu zostało już ledwie parę dni okazało się, że Faker jednak nie wystąpi. Dlaczego? Nie wiadomo. Bo tak wyszło. Podobno źle się poczuł.
Ktoś się zapyta, po jasną cholerę ja się zajmuje takim głupstwem, jak Tauron Festival i jakiś gwiazdor, który nie dotrzymuje terminów. Otóż czytelnicy tego bloga, w większości pewnie słabo zorientowani, gdy idzie o dzisiejszy rynek muzyczny, tego nie wiedzą, ale ostatnie lata w Polsce to autentyczna plaga odwołanych koncertów. Nie są to wprawdzie wydarzenia na poziomie Black Sabbath, ACDC, czy Iron Maiden, jednak dzisiejszy rynek – i tego też osoby niezainteresowane mogą nie wiedzieć – to przede wszystkim artyści znani z Internetu, a więc ci, co dziś tworzą autentyczny popyt. Black Sabbath, ACDC, czy Iron Maiden, to muzyka dla starych dziadów, takich jak ja, gwiazdy klasycznego popu, takie jak Justin Timberlake, Jaz-Z, czy Rihanna to świat nam zupełnie obcy, natomiast dzisiejszy rynek festiwalowy, a więc wobec ciężkiego kryzysu na rynku płytowym, tak naprawdę rynek jedyny, to klasyczny internetowy underground. W minionych latach swoje koncerty w Polsce w ostatniej chwili, poza Chetem Fakerem, odwołali tacy wykonawcy, jak Ellie Goulding, Future Islands, Jake Bugg, czy Thom Yorke. Z gwiazd większych, w ostatniej chwili odwołany został ostatni komercyjny hit, Pharrell Wiliams. W Gdańsku wprawdzie odbył się koncert Justina Timberlake’a, stanowiący część bieżącej światowej trasy artysty, na który oficjalne ceny biletów dochodziły do tysiąca złotych, jednak to, co widzowie zobaczyli, to zaledwie cień tego, co zapowiadały doniesienia z innych aren. Inny program, inny wystrój, w efekcie znacznie skromniejszy show, no i sam występ zwyczajnie krótszy. Dlaczego? Co takiego się stało, że coś, co wedle wszelkich znanych dotychczas standardów nie mogło różnić się pod jakimkolwiek względem od oryginału, w rezultacie okazało się kompletną porażką?
Otóż ja mam na to i wszelkie wcześniejsze pytania odpowiedź jedną. Otóż moim zdaniem, dziś organizacja wszelkich akcji związanych z wykorzystywaniem budżetów – budżetów, podkreślam, jakichkolwiek, a więc zarówno prywatnych, jak i publicznych – sprowadza się do tego, by jak największą ich część rozdzielić między organizatorów, a za to, co zostanie, spróbować jakoś tę imprezę sfinansować. Najlepiej oczywiście, jak już wspomniałem na początku tej notki, i z czym mieliśmy do czynienia w przypadku afery z meczem na Stadionie Narodowym i niedoszłego występu Davida Bowie sprzed lat, byłoby doprowadzić do sytuacji, gdzie impreza się zwyczajnie nie odbędzie. Mam wrażenie, że najgorsze, co tych cwaniaków może spotkać to to, jak się zachował Justin Timberlake. On prawdopodobnie w ostatniej chwili dowiedział się, że nie ma tego, nie zapewniono tamtego, nie dadzą mu jeszcze czegoś, a w dodatku poinformowali, że pieniędzy jednak jest mniej, niż miało być, a on, zamiast się zgodzić na jakieś skromne odszkodowanie i w Gdańsku się nie pokazać, pomyślał, że głupio byłoby tak się nagle obrażać, wziął co dali, tyle że sam też dał to co dał i tyle.
No i teraz znów ktoś się spyta, co z tego? Co nas interesuje branża rozrywkowa i tych paru gangsterów, którzy postanowili się na niej dorobić. Otóż moim zdaniem, to, co się stało na Stadionie Narodowym i to, co się dzieje w przemyśle muzycznym jest zaledwie odpryskiem owej gigantycznej „jumy”, z którą mamy do czynienia na każdym poziomie polskiego życia publicznego. Moim zdaniem, w każdym możliwym jego wymiarze, i to niezależnie od tego, czy chodzi o małe wioski, wielkie miasta, rynek książek, muzyki, prasy, filmu, teatru, nauki, czy czegoś, co się oficjalnie opisuje terminem „coaching”, a co obejmuje wszelkiego rodzaju kursy, szkolenia, doradztwa, dziś już nie chodzi o nic innego, jak tylko o to, by wypatrzeć gdzieś jakieś pieniądze, zgłosić się z dowolnym projektem, a następnie już tylko pozwolić, by dokooptowano do interesu tyle odpowiednio znaczących osób i instytucji, by można było mieć pewność, że całe przedsięwzięcie uda się zamknąć w taki sposób, by każdy był zadowolony. No może, z wyjątkiem klienta, który zapłacił i albo dostał coś, na co nie liczył i pomyślał, że może następnym razem będzie lepiej, albo się obraził i dostał zwrot pieniędzy.
Wróćmy na chwilę jeszcze do dwóch wspomnianych wcześniej cwaniaków z More Music Agency. Tak się składa, że wśród paru innych tak zwanych „jednostek kulturalnych” na Śląsku, oni obsługują znany w środowisku Jazz Club „Hipnoza”. Jeszcze kilka lat temu nie było tygodnia, by w owej „Hipnozie” nie odbywał się jakiś poważny mniej lub bardziej koncert. W „Hipnozie” występowali David Murray, Arthur Blythe, Billy Bang, Kahil El’Zabar, Nicole Mitchell, wszyscy przy pełnej sali. Dziś tam już się głównie pije piwo i słucha jazzu z odtwarzacza CD. Czemu? Ależ to jest proste: po cholerę się napinać, skoro miasto i tak to co i tak już przeznaczyło na rozwój lokalnej kultury, da? Jak mówię, to co ja tu piszę, opiera się nie na mojej wiedzy, ale na tym co widzę i co mi każe wyciągać wnioski, ale moim zdaniem jest tak, że dziś ci dwaj nie muszą już robić poza tym, że raz do roku przedstawią listę, na której będzie napisane, jak to przez minione 12 miesięcy Jazz Club „Hipnoza” przyczynił się do rozwoju kultury na Śląsku, ile pieniędzy wydał, o ile więcej będzie potrzebował w roku następnym, ktoś tam przybije pieczątkę i sprawa załatwiona. Jak mówię, po co się napinać, a już zwłaszcza, gdy jeszcze jest ten Tauron?
A odbiorca tej oferty? On zresztą i tak już wkrótce prawdopodobnie zostanie na tyle skutecznie wyćwiczony, że będzie zadowolony zawsze, wiedząc, że jeśli nie będzie tego piwa, to nie będzie nic, a kiedy nie będzie nic, to jak żyć panie premierze? Jak żyć?

Wszystkich zainteresowanych zapraszam na stronę www.coryllus.pl, gdzie wciąż obowiązują wyjątkowo ciekawe promocje na niektóre z moich i Coryllusa książek. Szczerze polecam, również te, akurat promocjami nie objęte. No i wciąż, jak zawsze, proszę wszystkich, którym zbywa, o wsparcie dla tego bloga. Dziękuję.