niedziela, 24 września 2017

Madame L'Oréal, czyli historia pewnego opętania

Oto dotarła do nas wiadomość, że w wieku 94 lat zmarła Liliane Bettencourt i dziś najbogatszą kobietą świata jest jej córka, Francoise. Wiadomość jak wiadomość, natomiast wszystko nagle zaczyna wyglądać inaczej, gdy przeczytamy tekst, który się znalazł w mojej książce „39 wypraw na dziewiąty krąg”. Polecam serdecznie.


Kiedy przyglądamy się tu życiu i karierze potężnych rodzin finansowych, i to niezależnie od tego, czy to jest rodzina tak liczna i słynna jak Waltonowie, lub Kennedy, czy już nie tak spektakularnie wypełniająca stronice kolorowych pism, jak powiedzmy synowie Truetta Cathy, praktycznie w każdym z tych przypadków można zaobserwować pewne stałe zjawisko, a mianowicie niezwykłą wewnętrzna solidarność. Oczywiście zdarza się niekiedy, że gdzieś tu i ówdzie trafi się jakaś czarna owca, niemniej reguła jest taka, że oni stoją wobec całego świata, jak skała.
Czemu tak się dzieje? Wydaje się, że pierwszym powodem muszą być jednak te pieniądze. System bowiem jest tak skonstruowany, że oni, będąc oczywiście cały czas rodziną, są w pewnym sensie partnerami w biznesie i zwyczajnie nie mogą sobie pozwolić na nielojalność. Z drugiej jednak strony, tam musi być coś jeszcze, co sprawia, że owa lojalność przybiera kształt aż tak solidny. I moim zdaniem, za tym stoi fakt, że wielu z nich najczęściej miało jednak te rodziny bardzo liczne. Czy to weźmiemy takiego Kennedy’ego z czasów nam bardziej współczesnych, czy wspominanego już tu Astora, jeszcze z lat dawnych, oni naprawdę starali się, by mieć dużo dzieci i jakoś te dzieci wychować, no i skutecznie przygotować do owego szczególnego życia, jakie im zostało pisane. I na ogół, jak wiemy z historii, te zabiegi odnosiły skutek.
I oto dziś przed nami staje kobieta nazwiskiem Liliane Henriette Charlotte Schueller, bardziej nam znana pod nazwiskiem, jakie zyskała po mężu, francuskim polityku André Bettencourt, a może jeszcze bardziej pod nazwą marki, której jest jednym z głównych udziałowców, mianowicie L'Oréal. Właśnie tak – L'Oréal Betencourt, jeszcze w lutym 2014 roku najbogatsza kobieta na świecie z majątkiem 34 miliardów dolarów.
Popatrzmy więc, jak to się wszystko zaczęło. Urodziła się Liliane w Paryżu jako jedyne dziecko Louise Madeleine Berthe z domu Doncieux i Eugène Schuellera, założyciela L'Oréal, jednej z największych na świecie firm kosmetycznych. Kiedy miała zaledwie 5 lat zmarła jej mama i w ten sposób jej więzy z ojcem zacieśniły się jeszcze bardziej niż dotychczas. W roku 1950 poznała, a następnie poślubiła, niejakiego André Bettencourt, który niewykluczone, że dzięki temu układowi przez całe lata 60-te i 70-te pełnił ministerialne stanowiska we francuskim rządzie, a w końcu też awansował do pozycji wiceprezesa zarządu L'Oréal. Wydaje się, że aby uzyskać pełniejszy obraz tego, o jakich ludziach tu rozmawiamy, nie zaszkodzi przyjrzeć się owemu André i zastanowić, jakim to sposobem udało mu się trafić pod skrzydła L'Oréal.
Otóż we wcześniejszych latach Bettencourt był członkiem bardzo brutalnej faszystowskiej grupy, którą stary Schuller jeszcze w latach 30-tych finansował i wspierał politycznie, a która już w czasie II Wojny Światowej oczywiście kolaborowała z hitlerowskimi Niemcami. Kiedy wojna się skończyła, zarówno on, jak i wielu innych członków owej czarnej organizacji, został przygarnięty przez Bettencourta i mimo, a może bardziej dzięki swojej nienajlepszej przeszłości, stał się częścią L'Oréal. No i tym prostym sposobem, młoda Liliane poznała owego André, zakochała się w nim i została panią Bettencourt. Państwo młodzi zamieszkali w posiadłości Art Moderne w Neuilly-sur-Seine i mieli jedno dziecko, urodzoną w roku 1953 córeczkę, Françoise.
W roku 1957, kiedy stary Bettencourt wreszcie zmarł, Liliane, jako jedyny spadkobierca, odziedziczyła cały majątek i przejęła podstawową część udziałów w firmie ojca. W roku 1963 L'Oréal trafiło na giełdę, z tym że Bettencourt zachowała swoje udziały. Kiedy w roku 1974 pojawiło się zagrożenie, że L'Oréal może zostać znacjonalizowana, Bettencourt wpadła w panikę i połowę swoich udziałów zamieniła na 3% akcji w Nestlé S.A. Wedle danych na koniec roku 2012, Liliane Bettencourt jest właścicielem 30,5% podstawowych akcji L'Oréal, z czego 12.56% zostało zabezpieczonych na rzecz jej córki. Reszta, a więc niemal 70%, dzieli się między Nestle, publicznego właściciela i oszczędności firmy. W roku 2012 Bettencourt przestała pełnić funkcję Przewodniczącego Rady Dyrektorów L'Oréal, które to stanowisko przejął jej wnuk Jean-Victor, natomiast córka Françoise, oraz jej mąż Jean-Pierre Meyers, zostali członkami Rady.
Myślę, że jest to dobry moment, by się przyjrzeć owej Françoise, bo to w pewnym sensie ona się tu staje głównym bohaterem naszej historii, jednak zanim to zrobimy, wróćmy do roku 1987, kiedy to Liliane Bettencourt poznała fotografa i znanego francuskiego celebrytę o nazwisku François-Marie Banier. Kariera tego człowieka jest tak niepojęta, a jednocześnie podejrzanie typowa, że warto ją tu choćby bardzo krótko opisać. Mimo że urodził się w mniej więcej zwyczajniej paryskiej rodzinie, jeszcze jako dziecko porzucił dom i nawiązał przyjaźnie z niektórymi z najbogatszych mecenasów sztuki i artystów. W wieku 16 lat poznał Salvadora Dali, a ten go w jednej chwili tak polubił, że wysyłał po niego limuzynę, by ten zechciał się pojawić w posiadłości Dalego i porozmawiać z nim o sztuce. Zanim skończył 19 lat został bliskim przyjacielem wówczas 64-letniej milionerki i patronki sztuki Marie-Laure de Noailles. W wieku 22 lat opublikował swoją pierwszą powieść i mniej więcej w tym samym czasie, słynna francuska projektantka i właścicielka biznesu związanego z handlem antykami, wówczas 75-letnia Madeleine Castaing, aby pomóc mu w karierze, za 70 tysięcy franków kupiła dziesięć jego fotografii.
W kolejnych latach Banier zaprzyjaźnił się z wieloma znanymi ludźmi, takimi jak Pablo Picasso, Yves Saint Laurent, Pierre Cardin, Françoise Sagan, Samuel Beckett, Vladimir Horowitz, Louis Aragon, François Mitterrand, Kate Moss, czy wreszcie sam Mick Jagger. Nic więc dziwnego, że, posiadając już takie zaplecze, w roku 1987 ów Banier otrzymał zlecenie na przeprowadzenie sesji fotograficznej Liliane Bettencourt oraz Federico Felliniego dla francuskiego magazynu „Egoiste”. Od dnia w którym się poznali, przypadli sobie autentycznie do serca, a przyjaźń między nimi sięgnęła punktu, gdzie Bettencourt postanowiła uczynić się powiernikiem i dobroczyńcą Baniera. Wśród prezentów, jakimi go przez kolejne lata obsypywała, były dwie polisy na życie w wysokości odpowiednio 253 i 262 miliona euro, 11 dzieł sztuki wartości 20 milionów euro, w tym obrazy Picassa, Matisse’a, Mondriana a także fotografię autorstwa słynnego surrealisty Man Raya, no i również oczywiście nieokreślona suma w gotówce. Kiedy wybuchła afera i za sprawę wzięła się córka Bettencourt, pojawiły się zarzuty, że choć wprawdzie z całą resztą mogło być różnie, gdy chodzi o polisy akurat, Banier obie wyłudził, gdy pani Bettencourt przebywała w szpitalu i była słaba zarówno na ciele, jak i na duszy.
Tymczasem w listopadzie 2007 roku zmarł André Bettencourt i już w grudniu córka pani Bettencourt, Françoise Bettencourt Meyers, założyła w sądzie sprawę przeciwko Banierowi, oskarżając go o, jak to określają Frncuzi, abus de faiblesse, czyli fizyczne i psychiczne wykorzystywanie drugiej osoby dla osiągnięcia osobistych korzyści. Czy ową Françoise kierowała miłość do mamy i troska o jej honor, czy zwykłe moralne oburzenie postępkiem tego dziwnego człowieka, czy wreszcie żal za tymi obrazami, połączony z obawą, że na tym nie koniec, tego nie wiemy, natomiast pewne przypuszczenia snuć możemy jak najbardziej, choćby widząc nie tylko to, kim jest ów Banier, ale również, kim jest sama Françoise. Otóż poza tym, że, jak wiemy, była i jest ona jedyną córką Eugene i Liliane Bettencourt, oraz prawną dziedziczką owego wielomiliardowego interesu plus tego wszystkiego, o czym wiedzieć nie musimy, zasłużyła się jeszcze, jako autorka biblijnych komentarzy, oraz prac na temat stosunków między żydami i chrześcijanami.
Najciekawsze jednak dopiero przed nami. Otóż kiedy Françoise podrosła na tyle, by zorganizować sobie życie, wyszła za mąż za wnuka zamordowanego w Auschwitz rabina, wspólnie z którym zdecydowała, że ich dzieci zostaną wychowane w wierze żydowskiej. Przez pewien czas tu i ówdzie pojawiały się dość mocne kontrowersje, związane z nazistowskimi zaszłościami rodziny, jednak bez większego wpływu na karierę małżeństwa.
Mamy w każdym razie tego Baniera, biedną, zakochaną w nim do nieprzytomności panią Bettencourt z majątkiem, którego, nawet gdyby chciała nim Baniera rozdzielać codziennie, wyzbyć się go nie byłaby w stanie, no a naprzeciwko jak najbardziej już przytomną córkę z prawdopodobnie jeszcze bardziej przytomnym zięciem i wnukami, którzy wiedzą, że trzeba działać szybko, zanim pani Bettencourt sporządzi poprawioną wersję testamentu.
W odpowiedzi na skargę, tak zwana Brigade Financière, skarbowe ramię policji, wszczęła dochodzenie i po wysłuchaniu opinii ludzi będących blisko pani Bettencourt, we wrześniu 2009 roku postanowiła przekazać sprawę sądowi w Nanterre. Sąd jednak, zamiast rozpatrzyć sprawę i wydać decyzję, zadecydował, że pani Bettencourt będzie musiała się poddać badaniom psychiatrycznym, na co sama zainteresowana oczywiście się nie zgodziła.
I oto w lipcu roku 2010 okazało się, że lokaj pani Bettencourt jest w posiadaniu jakichś taśm, z których wynika, że pani Bettencourt jednak zdążyła zmienić testament i pomijając udziały w L'Oréal, które już zostały przekazane Françoise i jej dwojgu dzieciom, uczyniła Baniera swoim „jedynym spadkobiercą”.
Sprawa ciągnęła się jeszcze przez pewien czas i wtedy nagle, w grudniu 2010 roku, Françoise Bettencourt-Meyers ogłosiła, że właściwie problemu nie ma, nikt się na nikogo już nie gniewa i sprawa jest zamknięta.
Jak jest naprawdę, do końca nie wiadomo, ale nieoficjalnie mówi się, że Bettencourt i Banier się rozeszli, a on sam został z testamentu pani Bettencourt wykreślony. Co z obrazami Picassa i obiema polisami, nie wiadomo.
I oto już latem 2011 roku, jak grom z jasnego nieba spadła na światową opinie publiczna informacja, że pani Bettencourt ogłosiła, że będzie organizować psychiatryczną pomoc dla swojej córki Francoise i wszystko zaczęło się od nowa. Tym razem sprawy poszły znacznie szybciej. 8 lipca prasa doniosła, że Francoise Meyers złożyła w sądzie wniosek o objęcie swojej mamy stałą opieką, ponieważ nie jest ona już dłużej w stanie zarządzać swoim majątkiem. Już 17 października sędzia zadecydował, że ponieważ faktycznie pani Bettencourt nie jest na tyle zdrowia, by się orientować w tym co się wokół niej dzieje, zostaje ona skierowana pod opiekę rodziny, natomiast nadzór nad całym majątkiem i bieżącymi interesami przejmują córka pani Bettencourt i jej dwoje wnucząt. Ponadto sędzia wyznaczył starszego wnuka na osobistego opiekuna pani Bettencourt.
Dziś wprawdzie sprawa przyszłości rodziny Bettencourt nie jest ostatecznie rozwiązana, jako że reprezentujący Liliane Bettencourt adwokat ogłosił właśnie, że „pani Bettencourt gotowa jest na wojnę atomową ze swoją córką”, jednak póki co, całością interesu zarządza Francoise Bettencourt-Meyers, a po tym, jak sędzia zadecydował, że „tylko on jest w stanie skutecznie zaradzić ewentualnym konfliktom między Liliane Bettencourt i Françoise Bettencourt-Meyer”, pani Bettencourt znajduje się pod czułą i staranną opieką swojego wnuka, członka Zarządu L’Oréal, oraz Rady Nadzorczej rodzinnego holdingu Tethys, Jeana-Victora Meyersa, który dba o jej zdrowie i baczy, by babci niczego w życiu nie brakowało.
Kiedy przyglądamy się tu życiu i karierom potężnych rodzin finansowych, trafiamy na przeróżne przypadki. Niektórzy z ich członków ginęli w zamachach, inni umierali zaatakowani przez śmiertelne choroby, jeszcze inni popadali w ruinę i kończyli życie bez grosza przy duszy, ale też byli i tacy, którzy odchodzili w otoczeniu ludzi, którzy ich kochali i za nimi płakali. Nieczęsto się chyba jednak zdarza, by doszło do tego, że mamy wielką finansową rodzinę, gdzie właściwie każdy dla każdego jest wilkiem, nikt nikomu nie ufa, nikt nikogo nie kocha, nikt o nikogo nie dba, i każdy tylko patrzy, gdzie tu wbić kolejny nóż. Ktoś powie, że pani Bettencourt jest sama sobie winna, że się zaczęła zadawać z jakimś cwaniakiem, o którym przecież musiała słyszeć różne ponure historie i że nagle uznała, że ona tak naprawdę nikogo nie kocha tak jak jego. No ale skoro faktycznie doszła do tego przekonania, to nie jest chyba możliwe, że ona to zrobiła wbrew rodzinnej tradycji, rodzinnym zasadom, wierze, moralności, wbrew odwiecznym prawom rządzącym prowadzeniem rodzinnego biznesu, no i jak gdyby z lekceważeniem dla całej tej miłości, którą otrzymywała od swojej rodziny. Skoro ona pod koniec życia nagle uznała, że tak naprawdę tylko ów fotograf jest jej naprawdę bliski, to wszystkiego tego, co wyżej wymieniłem najprawdopodobniej tam w ogóle nie było.
Rozmawialiśmy sobie tu niedawno o rodzinie Waltonów i nie znaleźliśmy chyba tam zbyt wiele powodów, by ich wszystkich darzyć jakimś szczególnym szacunkiem. Jednego jednak im zarzucić nie można, a mianowicie braku wewnętrznej rodzinnej solidarności. Cokolwiek by o nich powiedzieć, oni robią wrażenie skały. I prawdopodobnie nie należy się dziwić, że jak donosi „Forbes” w ostatnich dniach, Liliane Bettencourt nie jest już najbogatszą kobietą na świecie, nie jest nawet już drugą najbogatszą kobietą na świecie. Nie dość że wyprzedziła ją Christy Walton, to przed nią jest już nawet Alice Walton. Tyle dobrego, że mieszka sobie spokojnie w swojej posiadłości, wnuk się nią opiekuje i nie grozi jej, że się przewróci, złamie nogę i będzie musiała cierpieć. No a przede wszystkim z całą pewnością nikt się nie zakradnie nocą do jej sypialni i nie zaprószy ognia.

Wspomnianą na początku książkę można kupić tu Polecam gorąco i szczerze. Tam takich i podobnych historii jest znacznie więcej. W sam raz na nadchodzące jesienne wieczory.


sobota, 23 września 2017

O różnicach między sztuką poważną a niepoważną

     Myślę, że niewielu z nas zna to nazwisko. Tu na Śląsku jednak, szczególnie w środowiskach akademicko-intelektualnych, Tadeusz Sławek jest gwiazdą pierwszej wielkości, i nie przesadzę, jeśli powiem, że akurat gdy chodzi o wspomniane kręgi, jego popularność przekracza granicę tego naszego grajdołka, sięgając i Krakowa, Poznania, a kto wie, czy nie i Warszawy. Ponieważ jednak większość czytelników tego bloga to ludzie prostoduszni, podchodzący do wszelkich kulturowych rewolucji z dużą ostrożnością, z myślą o nich właśnie wyjaśnię, kim jest Tadeusz Sławek. Otóż przede wszystkim – i jestem pewien, że on sam nie miałby nic przeciwko temu – przedstawiając go, należy zwrócić uwagę na jego wygląd, którego on chroni jak relikwi, a który upodabnia go do Jezusa, jakiego znamy ze świętych obrazów. No ale te włosy, broda i wąsy to zaledwie obraz, a Tadeusz Sławek to w każdym wypadku coś znacznie więcej niż obraz. Tadeusz Sławek to były rektor Uniwersytetu Śląskiego, poeta, artysta-performer, tłumacz, badacz literatury, nauczyciel akademicki, znawca kultury popularnej, komentator polityczny, autor wielu książek oraz płyt CD, naukowych opracowań, artykułów publikowanych w tak szanowanych mediach jak „Tygodnik Powszechny”, czy „Gazeta Wyborcza”, uczestnik wielu paneli dotyczących wszystkich możliwych zagadnień, krótko mówiąc, nie ma dziedziny, poza budową dróg i mostów, gdzie Tadusz Sławek nie zaznaczyłby swojej obecności.
      Osobiście poznałem Tadeusza Sławka lata temu, jeszcze podczas moich studiów na  Uniwersytecie Śląskim, gdzie on, będąc jeszcze skromnym magistrem, już się piął po drabinie również towarzyskiej kariery. Muszę tu zrobić pewną dygresję. Otóż z powodu tego, że ja sam, przez swoje – przyznaję, że wynikające z wrodzonej tępoty –  wieloletnie zaangażowanie w studia uniwersyteckie, byłem tam swego rodzaju ciekawostką, z Tadeuszem Sławkiem miałem kontakt na tyle specjalny, że kiedyś mi nawet pożyczył płytę Johnna Lennona „Mind Games”.
      I oto, proszę sobie wyobrazić, parę dni temu stałem sobie na przystanku tuż obok, czekając na tramwaj, który mnie zawiezie na cotygodniowe lekcje, patrzę, a obok na tramwaj czeka nie kto inny jak sam Tadeusz Sławek, dokładnie taki sam jak przed laty. Podszedłem do niego po tych dziś już ponad 30 latach, powiedziałem grzecznie: „Dzień dobry, panie profesorze, miło pana spotkać”, on, niespodziewanie zupełnie, powiedział: „Dzień dobry, panie Krzysztofie”, no i naturalnie weszliśmy w krótką pogawędkę. Najpierw ja go zapytałem, co u niego, on mi odpowiedział, że za rok idzie na emeryturę, no i zapytał, co porabiam, no a ja uderzyłem z najwyższej oktawy i powiedziałem, że żyję między innymi z pisania książek. No i się zaczęło. Profesor zwyczajny, doktor habilitowany, Tadeusz Sławek zapytał, na jakie tematy te książki, ja mu odpowiedziałem, że na różne, on zapytał ile, ja mu odpowiedziałem, że osiem, on zapytał, jak się sprzedają, ja mu odpowiedziałem, że szału nie ma – dokładnie w ten sposób: „Szału nie ma” – niemniej dzięki dość dużej grupie stałych czytelników, żyć się da i te kilka stów miesięcznie wpadnie, co, biorąc pod uwagę fakt, że od ostatniego tytułu minął już ponad rok, nie jest źle. On, co było widać, trochę się zaniepokoił, jednak dzielnie ciągnął dalej i spytał, czy ja to wydaję „własnym sumptem”, na co ja mu odpowiedziałem, że wszystko jest wydawane przez wydawnictwo „Klinika Języka”, że sprzedajemy bezpośrednio przez Internet, no i że jakoś ciągniemy.
      No i w tym momencie padło pytanie, moim zdaniem, absolutnie kluczowe: „A tak przy okazji, proszę mi powiedzieć, ile w tej chwili kosztuje wydanie książki?” Powiem szczerze, że trochę mnie zdziwiło, że ktoś taki jak Tadeusz Sławek, który wydał książek dziesiątki, nie wie, ile trzeba zapłacić za wydanie książki, niemniej odpowiedziałem mu, że różnie, ale na ogół gdzieś pomiędzy 5, a 10 tysiącami, zależnie od objętości, jednak przez pierwsze kilka tygodni wszystko się pokrywa przez wpływy ze sprzedaży, no a potem, to już zyskami dzielę się uczciwie z wydawnictwem i szafa gra.
     No i w tym momencie doszło do zdarzenia, które jest pierwszym powodem, dla którego piszę dziś ten tekst. Oto Tadeusz Sławek, który dotychczas czekał wraz ze mną na tramwaj, powiedział: „Przepraszam, panie Krzysztofie, ale muszę już lecieć” i odleciał w tak zwaną siną dal, a ja zostałem ze swoimi myślami. Co to za myśli, jestem pewien, że, jak już wspomniałem, prostoduszni z reguły, czytelnicy tego bloga wiedzą doskonale, a więc nie widzę powodu, by ciągnąć te refleksje dalej, może tylko poza apelem do samego Tadeusza Sławka, by się aż tak nie martwił. On i jego znajomi sobie zawsze jakoś poradzą. A ta cała mierzwa? Zawsze można sobie wytłumaczyć, że mierzwa nie ma znaczenia, choćby z tego powodu, że nad owym interesem czuwa ktoś, kto bardzo dba, by nie doszło do jakichś niespodziewanych zwrotów akcji.

A propos książek, ja wiem, że dopóki miedzy innymi Tadeusz Sławek nie powie, że warto, niektórym z nas jest bardzo ciężko się przełamać, niemniej jednak daje słowo honoru, że warto. Nasza księgarnia znajduje się pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl.  
    

        

piątek, 22 września 2017

Jak duet Kurski - Fajbusiewicz zrobią nam wodę z mózgu

      Spędzamy sobie tu czas na tym blogu, zajmując się rzeczami mniej lub bardziej istotnymi, od czasu do czasu jednak pojawi się coś zupełnie niespodziewanego, co nie dość że nie może zostać zlekceważone, to w dodatku nie może nawet czekać. Zanim jednak przejdę do rzeczy, muszę zrobić pewien wstęp.
      Otóż – opisałem to zresztą w swojej książce „Marki, dolary, banany i biustonosz marki Triumph” – miałem kiedyś bardzo bliskiego kumpla, dziś już niestety nieżyjącego, z którym w dawnych latach peerelowskich kupiliśmy sobie na spółkę w Pewexie płytę amerykańskiego zespołu o nazwie Chase. Chase nigdy nie byli szczególnie popularni, po paru zresztą latach działalności zginęli w katastrofie lotniczej i nie pozostało po nich choćby wspomnienie, jednak ja i mój kumpel lubiliśmy ich szalenie. Dziś, jak już wspomniałem, kumpel mój nie żyje, co się stało z tą płytą, nie mam bladego pojęcia, natomiast ten jeden album Chase, tak na marginesie, zatytułowany „Pure Music”, mam w głowie do dziś.
      I oto parę dni temu, któryś z komentatorów, zupełnie ni z gruszki, ni z pietruszki, zechciał nam przypomnieć ów zespół, jako jeden ze swoich ulubionych, natomiast na owo wspomnienie zareagowała komentatorka Mela i poinformowała nas, że fragment piosenki zespołu Chase był wykorzystany w czołówce znanego peerelowskiego serialu „07 zgłoś się” i podpisany nazwiskiem kompozytora Korcza. Kiedy próbowałem sprawę wyjaśnić, okazało się, że Mela się pomyliła, bo nie chodziło wcale o Borewicza i Korcza, lecz o inny, również mający swoje początki jeszcze w PRL-u, program telewizyjny, a mianowicie prowadzony przez Michała Fajbusiewicza tak zwany „Magazyn Kryminalny 997”, gdzie faktycznie w samej czołówce słyszymy oryginalny Chase, a na końcowych napisach stoi jak byk, że muzykę do serialu zrobił niejaki Michał Izydorczyk.
     I teraz jest tak, że do tego, że gdzieś ktoś tu u nas, a przecież nie tylko u nas, kradł cudze pomysły, czy nawet podpisywał własnym nazwiskiem cudze melodie, zdążyłem się przyzwyczaić, a poza tym naprawdę nie jest moim problemem ani Fajbusiewicz, ani Izydorczyk, ani tym bardziej program „997”. Przyznaję wprawdzie, że numer, jaki wykonali autorzy programu „997” jest dośc wyjątkowy, niemniej, jak mówię, poradzę sobie. To co mnie natomiast przy tej okazji poruszyło naprawdę, to wiadomosć, że Telewizja Polska postanowiła reanimowac Fajbusiewicza, i program pod tytułem „Magazyn Kryminalny 997” zostaje od 5 października wznowiony. A zatem, po „Pegazie”, „Sondzie”, „Sensacjach XX wieku”, no a ostatnio samej Maryli Rodowcz, dostajemy Fajbusiewicza we własnej osobie i jeszcze tylko wróci „Jacek i Agatka” na dobranoc dla dzieci, a poczujemy się już prawie jak w starej dobrej komunie, zwłaszcza gdy tak jak dotychczas każdego dnia po wspomnianej dobranocce, kiedy dzieci pójdą już spać, ich rodzice punktualnie o 19.30 otrzymaja kolejną porcję najwyższego gatunku propagandy, realizowanej wedle najlepszych wzorów wyznaczonych przez niezapomniany „Dziennik Telewizyjny”.
      A ja się już tylko zastanawiam nad dwiema kwestiami. Pierwsza z nich to ta, czy rozmowy Jacka i Agatki będą puszczane w dawnej kolejności i podpisane nazwiskiem Wandy Chotomskiej, czy może w związku z tym, że ona dopiero co zmarła, zastąpi się je nazwiskiem Marcina Wolskiego, który napisze tym piłeczkom pinpongowym jakieś świeże polityczne teksty, druga natomiast, czy reaktywowany „Magazyn Kryminalny 997” będzie, tak jak przed laty, witał nas utworem zespołu Chase „Cronus”, podpisanym nazwiskiem jakiegoś Izydorczyka, czy może prezes Kurski zażąda od odpowiednich osób, by coś tam jednak do końcowych napisów dokleili. Myślę sobie o tym, jednak tak naprawdę jestem przekonany, że tu akurat nic się nie zmieni. W końcu tu widać bardzo wyraźnie, jak nowa władza sobie wszystko zaplanowała. Rzecz w tym, by, gdy chodzi o propagandę, nic nie kombinować, tylko czerpać garściami z tego, co nam dał PRL, tyle że w kształcie nieco bardziej unowocześnionym, dzięki zastosowaniu współczesnej techniki komputerowej. I oczywiście nie wygłupiać się z jakimś bezsensownym podpisywaniem. Skoro po kolejnych wydaniach „Wiadomości TVP” nie pokazuje się informacja, że redaktorem prowadzącym był Witold Stefanowicz, równie dobrze można jako autora muzyki do wielkiego telewizyjnego hitu Michała Fajbusiewicza zostawić nazwisko Michała Izydorczyka. Zwłaszcza że diabli wiedzą, co z nim się dzisiaj dzieje, a po zespole Chase nie zostało nawet wspomnienie.
      I już na sam koniec, ktoś powie, że ze mną faktycznie jest coś nie w porządku, skoro ja znajduję związek między piosenką kompletnie nieznanego zespołu Chase, a prezesem Kurskim. Otóż tym wszystkim zaniepokojonym czytelnikom chciałbym zakomunikowac, że 90 procent tego tekstu to taka tylko zabawa w słowa, zaprezentowana z nadzieją, że ktoś się zechce przyłączyć. Temat dzisiejszej notki natomiast jest tylko jeden: „Jak duet Kurski – Fajbusiewicz zrobią nam wodę z mózgu”, co można zobaczyć, jeśli tylko podniesie się nieco wzrok.


Zapraszam wszystkich do księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, gdzie są do kupienia nasze książki. Coś zupełnie bezcennego.


czwartek, 21 września 2017

Siedem krótkich kawałków dla chwili relaksu

Mamy jeden dzień spoźnienia, ale damy radę. Rzecz w tym, że wczoraj w kioskach ukazał się kolejny numer znakomitego tygodnika „Polska Niepodległa”, a w nim kolejny zestaw moich kawałków do śmiechu na tematy okołopolityczne. Polecam. Dziś tutaj jednak przedstawiam to, co już za nami. Równie dobre.


Było tak, że na warszawskim Mokotowie dwóch chuliganów wdarło się do zajezdni tramwajowej i pomazało farbą jeden z wagonów. Pracownicy zajezdni przyłapali chuliganów, jeden z nich zdołał uciec, natomiast drugi, mimo że bardzo dzielnie walczył, by się nie poddać, został ostatecznie zatrzymany, przyczepiony łańuchem do zniszczonego tramwaju i grzecznie poproszony, by w ciągu kolejnych kilku godzin osobiście i skutecznie tramwaj wyczyścić. Kiedy wydawało się, że wreszcie doczekaliśmy wszyscy czasów, gdzie przynajmniej w najbardziej oczywistych sytuacjach prosty obywatelski odruch wyręczył w jego cieżkiej pracy państwowy wymiar sprawiedliwości, okazało się, że obywatelska postawa pracowników zajezdni może im przynieść jedynie zmartwienia. Oto już niemal na drugi dzień po zdarzeniu, głos zabrał niejaki Maciej Kalisz, pracownik Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka, i oświadczył co nastepuje: „Wydaje się, że owo legalne ujecie obywatelskie przekształciło się w bezprawne pozbawienie wolnosci”. Nie wiem, jaką karę prawo przewiduje za wspomniane „bezprawne pozbawienie wolności”, wygląda jednak na to, że mamy problem. Ale jest jeszcze coś. Otóż, jak się okazuje, ów faworyt Fundacji Helsińskiej, to zamieszkały w Polsce Ukrainiec, co może oznaczać, że przed pracownikami zajezdni kłopoty jeszcze większe, czyli oskarżenie o prześladowanie narodowej mniejszości. A tu, jak wiemy, żartów nie ma.

***

Niewykluczone, że kiedy sprawa owych prześladowań się rozniesie, o wszystkim się dowie redakcja niemieckiego „Sueddeutsche Zeitung”, a skoro tak, to też ich czołowy cyngiel, niejaki Heribert Prantl. Ów Prantl zrobił ostatnio u nas w kraju pewną karierę, pokazując takim tuzom polskiego dziennikarstwa jak Tomasz Lis, Waldemar Kuczyński, czy Jacek Żakowski, że istnieje poziom zidiocenia, jakiego żaden z nich osiagnąć nie jest w stanie i oświadczył: „Orbanowskie Węgry wymówiły najwyższemu sądowi Unii Europejskiej posłuszeństwo prawne, odmówiły mu wszelkiego szacunku, akceptacji i uznania. Orban zarzuca sądowi złamanie prawa. To nie jest zwyczajna obelga, bluźnierstwo i prawna zniewaga, to nie jest tylko złe zachowanie, to jest atak na fundament Europy. Węgry sabotują europejską rację stanu. Prawo konstytuuje Unie Europejską jako wspólnotę. Europa jest wspólnotą prawa, a Trybunał Sprawiedliwości jest powołany do stanowienia prawa. Kto ignoruje to sądownictwo i dopuszcza się tym samym samosądu, ten zrywa ze Wspólnotą, stawia się ex lex, poza prawem”. Myślę, że każdy z nas ma tu coś, co wobec owej eksplozji niewysłowionego obłędu, chciałby powiedzieć, jeśli jednak idzie o mnie, to pragnę zwrócic uwagę na fragment dotyczący tego, co ten dziwny człowiek zechciał nazwać „europejską racją stanu”. A my wciąż pamiętamy wypowiedź przewodniczącego Junckera, w której ów medrzec przyznał, że jest w stałym kontakcie z przedstawicielami obcych cywilizacji, którzy sa zaniepokojeni tym, co się dzieje, między innymi, w Polsce i na Węgrzech. Czy to możliwe, że następnym etapem będzie obrona racji stanu Galaktyki?

***

Część z czytelników „Polski Niepodległej” pewnie w tym momencie zaprotestuje, że nie życzy sobie, by tu zamieszczać komentarze dotyczące jakiś durniów z Luksemburga, czy Holandii i skupić się na pośle Budce, ewentualnie aktorce Jandzie, a więc na naszych polskich sprawach. Ja mam oczywiście na to natychmiast odpowiedź, że nie możemy się izolować, i powinniśmy mieć stale oko na to, co się dzieje w Europie, której jak by nie było, jesteśmy częścią. Jednak skoro tak, to proszę bardzo. Przenieśmy się na nasze podwórko. Oto dotarła do nas informacja, że wśród całej tej awantury mającej na celu zdyscyplinowanie takich członków Unii Europejskiej, jak Polska, Czechy, czy Węgry, ni z gruszki ni z pietruszki, odezwał się Minister Spraw Zagranicznych Niemiec, niejaki Thomas de Maizière, i oświadczył, że on osobiście nie życzy sobie, by Unia Europejska wtrącała się w sprawy krajów członkowskich i wymuszała na nich przyjmowanie imigrantów. Na te słowa natychmiast odezwała się nasza totalna opozycja i ustami swojego przedstawiciela, senatora Platofrmy Obywatelskiej, Filipa Libickiego, oświadczyła, że słowa ministra de Maizière, stanowiąc zaledwie część kampanii wyborczej w Niemczech, są bez znaczenia, a sankcje w stosunku do Polski są wciąż konieczne, bo premier Kopacz obiecała i owej obietnicy należy dotrzymać. Kiedyś za takie uwagi karano stryczkiem. Dziś, szczególnie w wobec zachowań tak zwanych „osób sprawnych inaczej”, trzeba dyskutować. Dyskutujmy więc.

***

Wprawdzie większość bardziej przytomnych obserwatorów naszej sceny politycznej od początku wiedziało, że całe zamieszanie wokół rzekomego konfliktu na linii Prezydent - Rząd to wręcz prymitywna zagrywka propagandowa, mająca na celu zneutralizowanie tak zwanego „Projektu Adrian”, mimo to dziś jeszcze nawet, kiedy już doszło do spotkania Andrzeja Dudy z Jarosławem Kaczyńskim i panowie się wręcz uściskali, część komentatorów nie może się wyzwolić z otmętów szaleństwa. Oto głos zabrał pierwszy ostatnio ekspert totalnej opozycji, Ludwik Dorn, i poinformował że „spotkanie z inicjatywy prezesa Kaczyńskiego jest istotne, bo ten, kto prosi o rozmowę pokazuje, że jest w trudniejszej sytuacji, Spotkanie odbywa się w Belwederze, czyli na terenie prezydenckim i to jest niesłychanie ważne, bo po raz pierwszy Andrzej Duda został uznany za prezydenta przez pana Jarosława Kaczyńskiego”. A my już tu tylko możemy zauważyć, że skoro nawet ktoś tak inteligentny jak Ludwik Dorn zorientował się, że fakty przekazywane w kabarecie „Ucho Prezesa” to fikcja, to znaczy, że tam się dzieją rzeczy niezwykłe.

***

Jeszcze tylko totalna opozycja dogada się między sobą i wszystko zagra jak należy. Rzecz w tym, że tu mamy poważny konflikt, co do oceny politycznych zdarzeń. W tym samym niemal bowiem momencie, co… swoją drogą, ciekawe, jak owego mędrca powinniśmy dziś tytułować… Ludwik Dorn poinformował, że Jarosław Kaczyński ogłosił kapitulację wobec Pałacu Prezydenckiego, odezwał się też poseł PSL, Piotr Gogorzelski i przedstawił analizę, z której wynika, że jest całkiem odwrotnie i to jednak Jarosław Kaczynski jest górą, a wspomniane spotkanie ma jedynie na celu „zdyscyplinowanie Pana Prezydenta”, żeby PiS-owi nie podskakiwał. A więc jednak Adrian? W tej sytuacji pozostaje nam wszystkim Państwu miłej zabawy.

***

My tak tu sobie żartujemy, a tymczasem wciąż niewyjaśniona pozostaje kwestia niemieckich reparacji. Sprawa, jak mówię, jest bardzo poważna i wymaga równie poważnej refleksji, tymczasem rząd Dobrej Zmiany z uporem godnym lepszej sprawy na pierwszy front walki wysuwa wiceministra Patryka Jakiego, który na swoim Twitterze oświadcza (pisownia oryginalna): „Kwestia reparacji wojennych to sprawa oczywista. Skoro Niemcy za zniszczenia wojenne płacą Francji czy Wielkiej Brytanii , dlaczego nie Polsce, która poniosła większe straty? Gdybyśmy te bilony złotych zamiast na odbudowę Polski po niemieckiej hatakumbie przeznaczyli na rozwój naszego państwa, to Polska była by dziś dwa razy silniejsza ekonomicznie”. Dziś cała, wspomniana przez ministra Jakiego, Polska śmieje się z tego, że ten jest przekonany o istnieniu słowa „hatakumba”, ja chciałbym jednak zwrócić uwagę na coś, moim zdaniem, znacznie ciekawszego. Otóż, jeśli się wczytać w wypowiedź Jakiego, należy dojść do wniosku, że on zwyczajnie bełkocze. Problem z „hatakumbą” można zwalić na karb nieuwagi lub pośpiechu. Ja sam choćby mam kolegę, który pewnego razu, w dawnych jeszcze bardzo czasach, zerwał wszelkie stosunki z dziewczyną, która się biedna zagapiła i wspomniała coś na temat samochodu marki „mitsibushi”. A zatem my tu musimy też dać swiadectwo: całość owego wpisu świadczy o tym, że Patryk Jaki to ktoś, kto, kiedy się do nas zwraca, cały swój intelektualny wysiłek kieruje na to, by mu się krawat broń Boże nie przekrzywił, no i w efekcie, mamy to co mamy, czyli choćby ową „hatakumbę”.

***

Ktoś zapyta, co to zmienia, a ja z autentyczną radością odpowiadam, że nic. Dlaczego? Bo w odwodzie zawsze pozostaje poseł Platformy Obywatelskiej Michał Szczerba, który myje ręce zanim się wysika. Przepraszam bardzo, ale tu już nawet sam Lucyfer nie pomoże.


Wszystkich bardzo serdecznie zachęcam do odwiedzania naszej księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl i do kupowania naszych książek. Nie wiem, ile razy można powtarzać, że dziś na rynku nie ma nic lepszego.

środa, 20 września 2017

Czy Rolling Stonesi mają coś do ukrycia?

      Proszę sobie wyobrazić, że właśnie dostałem wiadomośc od naszego kumpla Tomka Bereźnickiego, w której informuje mnie on, że przyszło mu wziąć udział w koncercie Rolling Stonesów. Przyznaje bez bicia, że jeszcze parę dni temu nie miałem bladego pojęcia, że tych czterech staruszków jeszcze się produkuje na scenie, natomiast tak się cudownie zdarzyło, że dokładnie w tym samym dniu, co Tomek wysłał mi maila z informacją o swojej przygodzie, znalazłem na Youtubie zapis całego koncertu wspomnianych Rolling Stonesów z Dusseldorfu czy Hamburga, więc byłem mniej wiecej na bieżąco.
      W swoim mailu Tomek pisze coś dla mnie absolutnie niezwykłego, a co ja muszę tu zacytować słowo w słowo: „Teraz bardziej to zrozumiałem, dlaczego oni nie łapiąc się teoretycznie nawet do pierwszej setki zespołów i tak są najlepsi”. Jak mowię, wprawdzie nie na żywo, ale jakoś tam obejrzałem ten występ na Youtubie i potwierdzam. Od nich wszyscy są lepsi, a oni i tak rządzą. Jak to się stało? Być może się dowiemy, kiedy ktoregoś dnia oni będą grali swój kolejny koncert, każdy z nich w jednej chwili umrze i rozlegnie się głos. Jego głos.
      Proszę sobie może poczytać mój tekst na ich temat zamieszczony w ksiące „Rock and roll, czyli podwójny nokaut”.


      Pisałem już o tym w innym miejscu, ale powtórzę. Otóż ja bardzo źle znoszę sytuację, kiedy któryś z bardziej, słusznie, czy mniej słusznie, uznanych muzyków, lekceważąco wypowiada się na temat zespołu Led Zeppelin. Oczywiście, nikt pewnie tu nie przebije Pete’a Townshenda, głównie ze względu na to, że ja nie bardzo umiem sobie wyobrazić, jakim prawem ktoś taki jak Townshend może się wypowiadać lekceważąco o kimkolwiek, poza być może swoim kumplem z zespołu Rogerem Daltreyem, ale też przez ów szczególny rodzaj obślizgłości, z jaką on swoje opinie na dowolny temat ma zwyczaj przekazywać. Niedawno jednak trafiłem na Keitha Richardsa, i to, przyznam, mi wystarczy, żeby to, co wcześniej chciałem pisać o Rolling Stonesach nieco przearanżować.
     Co zatem takiego mówi nam Richards na temat zespołu Led Zeppelin?  On wprawdzie nie jest aż tak desperacko bezpośredni jak Townshend, ale, owszem, też robi wrażenie. Poproszony mianowicie o opinię, mówi, że dla niego Led Zeppelin, to przede wszystkim Jimmy Page, który jest fantastycznym gitarzystą, później przez dwie minuty gada o Page’u, by na koniec znów się głupkowato uśmiechnąć i powtórzyć, że Led Zeppelin to Page, i tylko Page.
      W tej sytuacji, ja bym chciał powiedzieć, co to takiego ci Rolling Stonesi. I tu spróbuję temat ująć trochę w podobny sposób, w jaki sprawę Led Zeppelin ujął Keith Richards, a więc nie skupiając się na tym, w jaki sposób Rolling Stonesi stanowią jedno z najważniejszych zjawisk w muzyce rock’n’rollowej, ale w jaki sposób Rolling Stonesi są, jeśli nie wyłącznie, to przede wszystkim, produktem. Produktem pierwszej klasy, ale produktem. Takim samym produktem, jak produktem jest na przykład Superman, Spider-Man, czy słynne piosenkarskie duo John Lennon i Yoko Ono.
      Myślę, że wystarczy spojrzeć na jakiekolwiek zdjęcie zespołu, szczególnie z ostatniego (sic!) okresu ich aktywności, czyli już po odejściu Billa Wymana, by wiedzieć, co mam na myśli. Tam nie ma jednej zmarszczki na ich twarzach, jednego błysku w oczach, jednego kosmyka włosów na ich głowach, który jest autentyczny. To co widzimy, to efekt – już chyba jednak ostateczny – 50 lat pracy najwybitniejszych na świecie stylistów i specjalistów od wizerunku. A co dla nas ciekawsze, również to, co zespół robi od dziesiątek już lat na poziomie muzycznym, to też wynik dokładnie tej samej pracy.
      Oczywiście nie będę się wygłupiał i negował fakt oczywisty, a więc choćby to, że jeden z ostatnich koncertów zespołu, a więc ich debiut w Glastobury jest jednocześnie jednym z ich najlepszych, jaki zdarzyło mi się oglądać, jednak nie oszukujmy się. Jeśli spojrzeć na nich i słuchać tych piosenek bez tych wszystkich emocji, zupełnie na zimno, i to nawet bez szczególnej złośliwości, to przecież to, co widzimy, jest autentycznie śmiechu warte. Przecież oni nie są już nawet w stanie się przestać choćby na moment wygłupiać. Trzech starych dziadów pozujących na steranych życiem czarnych bluesmanów, plus ten czwarty, zachowujący się, jakby go ktoś czterdzieści cztery lata temu nakręcił, i od tego czasu tylko wymieniał baterie. I to ma być sztuka?
     Ktoś z całą pewnością powie teraz, że tak; że to właśnie jest sztuka. Że i to ich granie i te ich piosenki i ta wieczna energia to sztuka najczystsza, i nie mająca sobie równej. Zastanówmy się więc, jak to z tymi Rolling Stonesami było przez te wszystkie lata? Jak wygląda ów bilans po 50 latach? Popatrzmy więc przez chwilę, już może nie na Beatlesów, bo to by było zagranie bardzo nieczyste, ale na Hendrixa, który też przecież nie wszedł do historii dzięki fantastycznym piosenkom. Otóż on grał praktycznie tylko przez trzy lata, wydał cztery płyty i na koncertach grał wciąż te same dziesięć piosenek, z których – jako osobne, godne zapamiętania – można pamiętać „Voodoo Chile”, „Crosstown Traffic”, „Purple Haze”, „Who Knows”, „Machine Gun”, i te parę bluesów, które wciąż zmieniały tytuły. Powtarzam: dziesięć piosenek, trzy lata i koniec.
     Rolling Stonesi wkraczają właśnie w swoją szóstą dekadę, i z tym samym do porzygania szpanem, co pięćdziesiąt lat temu, raz na parę lat ruszają w kolejną stadionową  trasę i tłuką te same dziesięć przebojów, doskonale wiedząc, że całej reszty równie dobrze mogłoby nie być. A już zwłaszcza tych dwóch numerów Richardsa właśnie, które musimy obowiązkowo wysłuchać, kiedy Jagger za kulisami poddawany jest transfuzji. A, żeby nikt nie zapomniał, że oto mamy prawdziwą historię rocka, to na trzeci bis, zawsze nam przywalą „Satisfaction”. Gdyby ktoś nie pamiętał – z roku 1965.
      I w tej oto sytuacji, poproszony o opinię na temat zespołu Led Zeppelin, Keith Richards – ani szczególnie wybitny gitarzysta, taki sobie kompozytor, żaden wokalista, ale za to jedna z najsłynniejszych masek współczesnej kultury pop – nagle potrzebuje się robić strasznie przebiegły i coś tam plecie na temat tego, że Jimi Page to wybitny gitarzysta, natomiast Led Zeppelin… sami wiecie. Jeszcze tego brakowało, żeby i na Page’a postanowił ponarzekać!
      Nie ma żadnej wątpliwości co do tego, że Rolling Stonesi mają swoje miejsce w historii tej muzyki i nikt im go nie odbierze. Te paręnaście piosenek, które oni wyprodukowali przez te 50 lat to jest kanon rock’n’rolla. Faktem jest, że nawet dziś jeszcze, każde kolejne pojawienie się tych ludzi na scenie tworzy naprawdę poważną jakość, natomiast inną sprawą jest to, że przyznając im to co do nich należy, nie powinniśmy zatracać proporcji. A już na pewno nie wypada, by taki Keith Richards przychodził i próbował opisywać zespół Led Zeppelin z pozycji nauczyciela, bo nawet jeśli uznamy, że muzycznie on i jego koledzy zasłużyli sobie na specjalne prawa, to zawsze pozostaje sprawa Briana Jonesa, i z tego ani on, ani żaden z nich się nie wytłumaczy. A już zwłaszcza, gdy po przeciwnej stronie będą mieli Page’a, Planta i John Paul Jonesa, którzy, kiedy zmarł Bonham mieli w sobie na tyle artystycznej i ludzkiej powagi, by machnąć na ten cały biznes ręką i nie robić z siebie wystawy.

Moja książka o muzyce jest do kupienia tu. Polecam serdecznie.


wtorek, 19 września 2017

Posłuchaj, to do Ciebie

      Przyszła pora by zamknąć naszą akcję pod tytułem „Złotówka dla Toyahuja”, a wraz nią, konieczność przedstawienia podstawowych informacji wraz z komentarzem, które powinny zainteresować przede wszystkim samych uczestników akcji, ale, jak sądzę, również naszych drogich hejterów. Otóż przez te trzy dni na podany przeze mnie numer konta wpłynęło 125 złotówek, trzy osoby przysłały maile z informacją, że się przyłączają do akcji, jednak z różnych powodów przelewu zrobić nie są w stanie, no i warto jeszcze wspomnieć o 16 złotówkach przekazanych przez Paypala, głównie przez czytelników z zagranicy.  Tym samym, na potrzeby parafii prowadzonej przez naszego sprawdzonego przyjaciela, księdza Rafała Krakowiaka, przekazuję 141 złotówek z prośbą o modlitwę za mnie i za ludzi, którzy tu ze mną są.
      Nie wiem dlaczego, choć domyślam się, że powody nie są w żaden sposób dla nas interesujące, bardzo znaczna część czytelników tego bloga, o których wiem, że tu są, lub nawet znam osobiście, w naszej akcji nie wzięła udziału. Są wśród nich osoby, które przesłały mi pieniądze tydzień wcześniej, w odpowiedzi na moją prośbę o wsparcie, a tu widocznie uznały, że się nie będą wygłupiać, ale jest też szereg osób mi bliskich, o których wiem, że ten blog czytają i lubią, ale ponieważ nie czują się częścią tak zwanej „społeczności internetowej”, konsekwentnie trzymają się z dala od wszelkich internetowych akcji. To jest parędziesiąt osób, znanych mi zarówno z twarzy, jak i z nazwiska, w stosunku do wielu z nich czuje nieopisaną wdzięczność i dziś o nich tu pamiętam. Wiem, że oni się nie dorzucili do tacy, ale z pewnością mają szereg innych sposóbów, by godnie wydać swoje pieniądze.
      Nie umiem powiedzieć, czy jest więc nas 300, czy mniej, czy więcej, ale z czystym sumieniem informuję, że to jest mniej więcej ta liczba i że jeśli trzeba będzie, to powalczymy i w cieniu.
      Bardzo wszystkim dziękuję i obiecuję, że póki mi życia i rozumu starczy będę robił to, co robię dotychczas, ku naszemu wspólnemu wzruszeniu. Bo, powiedzmy sobie, co tak naprawdę mamy, poza owym wzruszeniem? No co?
      Już na sam prawie koniec chciałbym dorzucić jeszcze jeden, moim zdaniem, zupełnie kluczowy komentarz. Może otóż ktoś powiedzieć, że tych 141 czytelników to ja mogę sobie wsadzić w nos. Nic bardziej mylnego. Niech którykolwiek z tych mądrali pokaże mi kogokolwiek na tym rynku kogoś, kto przedstawi 141 osób, którzy na wezwanie: „Proszę o złotówkę”, zadadzą sobie ten trud, by wejść na stronę swojego banku i wykonać ten przelew. Który z nich jest w stanie to po to sięgnąć? Pisarz Twardoch? Aktor Linda? Dziennkarz Wolski? Artysta Pietrzak?
      No właśnie, Pietrzak. Nie oglądałem jego występu na festiwalu w Opolu, bo zwyczajnie zasłuchałem się w muzykę, której akurat słuchałem tu u siebie i o wszystkim zapomniałem. Jak jednak słyszę od znajomych, doszło do pełnej, kompletnej i tragicznie żenującej kompromitacji. Ja nie chcę się znęcać nad osobą, jak by nie było już starszą, niemniej mam propozycję: niech Jan Pietrzak ogłosi w Interencie zbiórkę z jakiegokolwiek powodu, nie związanego z budową łuku triumfalnego nad Warszawą i wtedy dopiero się naprawdę policzymy. Rzecz bowiem w tym, że nie ma znaczenia ilosć, lecz jakość. I z tą refleksją zostawiam czytelników tego bloga. Jutro wracamy do tego co od niemal już 10 lat tu przeżywamy. Do naszych smutków i radości.
     Wcześniej użyłem słowa „prawie”. Owo „prawie” to – choć powinno się ich tu znaleźć znacznie więcej – zaledwie dwa komentarze. Pierwszy został załączony do przelewu:
Kiedyś źle Pana oceniłem. Przepraszam. Pan mnie zbanował. Nic to. Zawsze Pana czytam, podziwiam i propaguję”.
     No i jeszcze jeden, zamieszczony w komentatrzu na blogu:
„No teraz to żeś mnie pan zdenerwował. Przyjechałem właśnie do domu po 27 godz tournee za kierownicą, zaparzyłem herbatę, usiadłem na podłodze przed laptopem, a tu taki numer! Nie byłoby nic w tym złego, tylko nie pamiętam loginu do konta, a sięgnięcie po niego wymaga ruszenie kufra z podłogi, bo login leży na szafce 3m dalej. I tu jest problem. Ale niech tam, raz się żyje.
Przepraszam za głupi komentarz, ale po ponad dobie bez snu trudno napisać coś sensownego”.
    Bardzo dziękuję. Nawet gdybym miał to pisać już tylko dla Was dwóch, będę pisał.



Książki, jak zawsze są do kupienia na stronie www.basnjakniedzwiedz.pl. Zapraszam z całego serca.

poniedziałek, 18 września 2017

300?

      Dziś mamy kolejny, i tym razem już ostatni dzień naszej akcji „Złotówka na Toyahuja”, której, nawet jeśli nie jedynym, to zdecydowanie podstawowym, celem było ustalenie choćby w skromnym bardzo przybliżeniu, ile nas tu tak naprawdę jest i jaka jest tej obecności jakość. Wyniki oraz komentarz przedstawię jutro, dzis natomiast uwaqżam, że jest moment nie gorszy od każdego innego, by przedstawić tu pewną analizę, którą przeprowadziłem już jakiś czas temu, a dziś mam ochotę się nią podzielić. Otóż musimy sobie powiedzieć szczerze, że ten blog jest zjawiskiem całkowicie niszowym, w tym sensie, że osób, które o nim słyszało jest jeszcze mniej, niż tych, którzy mają w pamięci nazwisko… dajmy na to piosenkarki Poli Rise, a więc kobiety, z którą niedawno rozmowę przeprowadził portal onet.pl i która, jak sama opowiada, podarowała swoją płytę samej Bjork. A należy pamiętać, że ja tu nie rozbijam żadnych murów. W końcu sam jestem autorem, który swoje książki podarował Andrzejowi Dudzie i Jarosławowi Kaczyńskiemu, a wspomniany Onet już osiem lat temu podarował mi wypasiony laptop, czyż nie?
       Do czego jednak zmierzam? Otóż chodzi o to, że, jakkolwiek byśmy byli w swoje wybory zaangażowani, jakkolwiek byśmy nie byli do nich przywiązani i jakkolwiek byśmy tego miejsca nie traktowali, jako coś sobie nadzwyczaj bliskiego, musimy się pogodzić z faktem, że nas jest nie więcej jak 300 osób. Każdy pożeracz kultury popularnej wie, że to jest liczba nie byle jaka, jednak nie oszukujmy się – to są zaledwie trzy setki i więcej póki co nie będzie.
      Kiedy ja to zauważyłem po raz pierwszy? Otóż stało się to w roku 2008, kiedy to wspomniany Onet ogłosił kolejną edycję konkursu na polityczny blog roku, a ja go wygrałem, uzyskując trzysta mniej więcej głosów. I choć wysyłanie tych esemesów to była bardzo poważna akcja – kto tam był, to wie – wszystko się zatrzymało na tych paru setkach czytelników, dalej ani rusz i do widzenia z państwem. A jeśli ktoś myśli, że dziś, po tych wszystkich latach, jest znacznie lepiej, jest w poważnym błędzie. Te 300 osób to liczba stała i, jak się domyślam, póki co nie do ruszenia, a cała ewentualna reszta, to już wyłącznie czysty przypadek, czyli mniej więcej to, co jest udziałem tak zwanego mainstreamu, czyli chocby wspomnianej Poli Rise.
      Opowiem, jak wygląda sytuacja na przykładzie, który jest mi szczególnie bliski. Otóż, jak stali czytelnicy tego bloga, świetnie wiedzą, ja od roku 1990 jestem partyjnie związany z wszelkimi projektami firmowanymi przez Jarosława Kaczyńskiego, poczynając od Porozumienia Centrum, a kończąc na Prawie i Sprawiedliwości. Wprawdzie od pewnego czasu nie płacę już składek, uznając, że choćby wszystkie te książki, które przekazałem nieodpłatnie swojej partii, żeby ona sobie nimi handlowała, w pełni pokrywają moje wobec niej zobowązania, a mimo nawet pewnym gróźb, oni wciąż mnie nie skreślają i, jak się domyślam, mają swoje powody. A zatem jestem wciąż legalnym członkiem Prawa i Sprawiedlwiości i jako ten, od czasu do czasu, jeśli tylko czas mi pozwoli, biorę udział w organizowanych w Kościele Garnizonowym tuż za moim oknem, nieprzerwanie miesiąc w miesiąc od 7 lat, smoleńskich mszach. Proszę sobie wyobrazić, że z osób, które tam regularnie spotykam, a wszystko to lokalni członkowie partii, rozpoznaje mnie co najwyżej jedna. Z ludzi, którzy tam regularnie przychodzą, a jest to jakieś 100 osób, zaledwie jeden człowiek, czyli ten kto te msze zamawia, wie że ja prowadzę tego bloga i wydaję książki. Nie żeby on się jakoś tym przejmował, ale przynajmniej wie. Dla całej reszty jestem kimś, kto nawet nie jest człowiekiem z tak zwanej „branży”.
      Ale mam jeszcze jedną historię. Pewnie nikt z nas tego nie zauważył, ale właśnie dyrektorem Instytutu Polskiego w Düsseldorfie został Wojciech Poczachowski. Co to takiego ów Instytut Polski, pojęcia nie mam, natomiast, owszem, wiem, kim jest Poczachowski. Otóż jest to człowiek z wzcześniej wspomnianej „branży”, a przy okazji mój wieloletni kumpel. Zanim został mianowany na stanowisko owego dyrektora w Düsseldorfie, prowadził Poczachowski audycję w Radio Katowice, w której przeprowadzał rozmowy z gwiazdami bieżącej polityki. Szedłem sobie parę tygodni temu tu niedaleko i spotkałem Poczachowskiego. Pogadalismy chwilę, poplotkowaliśmy, w końcu Poczachowski pyta, co u mnie i co porabiam, a ja mu mówię, że prowadzę popularnego bloga i piszę książki. I proszę sobie wyobrazić, że Poczachowski nie miał o tym wszystkim bladego pojęcia. Tak go jednak owa wiadomośc poruszyła, że uznał, że „musi koniecznie” do mnie niedługo zadzwonić i zaprosić mnie do jednej z najbliższych audycji. Dziś Poczachowski jest już nagle w Düsseldorfie, a ja sobie myślę, że całe jego szczęście, że nie zdążył zrobić że mną tego wywiadu, bo wówczas o owym Düsseldorfie mógłby sobie tylko pomarzyć. Ale nawet i to nie. Ja jestem pewien, że nawet gdyby on na chwilę stracił kontrolę nad sytuacją i chciał do mnie zadzwonić, oni by mu bardzo porządnie wytłumaczyli, dlaczego nie powinien tego robić. I on by nie zadzwonił, a przynajmniej nie w sprawie wywiadu. Tak to już bowiem jest, że wszelkie hierarchie są już od dawna bardzo starannie poukładane, a o tym, kto trzyma kluczyk do najważniejszej szuflady, wie tylko parę osób.
      Ktoś powie, że to wszystko są wiadomosci bardzo niedobre, a ja od razu pragnę każdego zapewnić, że nic bardziej błędnego. Sytuacja na rynku bowiem jest dzis taka, że popularne stwierdzenie Andy’ego Warhola o tym, że każdy ma swoje piętnaście minut było oczywiście jak najbardziej słuszne, tyle że dziś realizuje się w zasadzie, że każdy ma swoje 15 minut, a każda kolejna sekunda, w każdym kolejnym przypadku, jest najczęściej jedynie złudzeniem, które w każdej chwili może prysnąć. A zatem, czy mamy do czynienia ze wspomnianymi wcześniej Wojciechem Poczachowskim i piosenkarką Polą Rise, czy politykiem Borysem Budką, czy nawet aktorem Karolakiem, to wszystko jest typowo piaszczysty grunt, gdzie jedyne pragnienie ogranicza się do tego, by jakoś przeżyć i nie odpaść. A jeśli są jakieś wyjątki, to je można –  w każdej zresztą dziedzinie – policzyć na palcach.
      A zatem w ostatecznym rozrachunku, nie liczy się ilość, lecz jakość. A jeśli o to chodzi, to ja nie mam najmniejszego powodu do narzekania. Minione 10 lat, w tym może zwłaszcza ostatnich pare tygodni, pokazały mi najlepiej jak tylko było można, że nie mam się ani czego bać, ani czego żałować. Jak to się pięknie mówi na prerii – góra stoi.
      A dziś, podobnie ja wczoraj, chciałbym wzmocnić ten dzisiejszy tekst czymś sprzed lat, a mianowicie notką z lutego 2009 roku pod jakże tajemniczym tytułem „300”.
     
      No i dziś przyszło mi zamykać kolejną setkę. Wpadło mi jednak właśnie do głowy pewne skojarzenie, które sprawia, że te 300 wpisów nabiera szczególnego, bardzo symbolicznego znaczenia. Myślę o komiksie Franka Millera i inspirowanym nim filmie o tym niezwykłym tytule. Nie znam się kompletnie na komiksach. Jedyny fragment tej dziedziny sztuki jaki znam dość dobrze to „Przygody Koziołka Matołka” i trochę też coś, co się kiedyś czytało, a co się nazywało „Tytus, Romek i Atomek”. Poza tym jestem tu niemal kompletnie bezradny. Mam natomiast w domu młodego Toyaha, który mi każe ze sobą chodzić do kina, a więc pewnego razu obejrzałem ekranizację kultowego – jak się dowiaduję – komiksu o Spartanach i ich beznadziejnej walce z Persami.
      Bardzo mi się ten film podobał. Mamy go w domu na DVD i od czasu do czasu sobie rzucimy okiem. Dziś jednak chciałem nie o filmie, ani nie o komiksie, ale o tych 300 tekstach, które, jeśli się tylko na spokojnie zastanowić, mają bardzo zbliżoną moc do tej, jaką dysponowało tych 300 Spartan. Jeśli się tylko spokojnie zastanowić, to – myślę sobie – te moje słowa, bez względu na to jak bardzo zaangażowane, jak pełne emocji i prawdziwej wiary, są niczym w porównaniu z tym, co stoi naprzeciwko i przeciwko czemu one faktycznie są skierowane. I wcale nie chodzi mi tu o moich kolegów hejterów, którzy też tu prowadzą swoją prywatną wojnę. Akurat oni, że się tak nieskromnie wyrażę, mnie nie martwią. Uważam – jeszcze mniej skromnie – że oni akurat, nawet gdyby się nagle zgromadzili wszyscy razem, mnie nie przestraszą. Więc to nie z nimi walczę. Naprzeciwko bowiem mam nie paru, podobnie jak ja, amatorskich publicystów, lecz całą organizację, której faktycznego kształtu, pochodzenia, ani składu do końca nikt z nas nie zna, ale która na swoje usługi zgromadziła setki wybitnych polityków, wielkich autorytetów, znakomitych dziennikarzy, profesjonalnych doradców, cały powszechny system edukacji, potężny biznes, grupy wydawnicze, ogromną część kultury popularnej, a przede wszystkim najbardziej sprawne kanały medialne, pomagające dzień i noc komunikować się z demokratycznym społeczeństwem. A to już jest przeciwnik potężny.
      Dlaczego więc wciąż piszę i skąd mam wciąż tyle wiary w to, że warto? Stąd mianowicie, że mam szczere przekonanie, iż te 300 tekstów, to nie są same tylko teksty. Za tą liczba kryją się ludzie, w moim najgłębszym przekonaniu, prawdziwie wielcy i tak niezłomni, że z nimi się w ostatecznym rozrachunku wyłącznie wygrywa. Parę z moich niedawnych wpisów poświęciłem właśnie takim ludziom. Jeszcze wcześniej pozwoliłem sobie, najlepiej jak umiałem, oddać mój szacunek Annie Walentynowicz. Dziękowałem tu państwu Gwiazdom i każdemu z tych wszystkich walczących z dala od głównego nurtu bohaterom, o których akurat sobie pomyślałem.
       W którymś z najnowszych komentarzy, które uprzejmie zostawiane są na moim blogu, ktoś napisał, że siły, które się przeciwko nam sprzymierzyły, okazały się jednak zbyt słabe „w kościach”, żeby pokonać to co mamy najlepszego. Nie zniszczyły na przykład Antoniego Macierewicza. I to jest fakt. Jednak nie cała. Bo nie zniszczyły nie tylko Macierewicza. Nie zniszczyły również Lecha i Jarosława Kaczyńskich, nie zniszczyły Anny Walentynowicz, nie zniszczyły Gwiazdów, nie zniszczyły Krzysztofa Wyszkowskiego. Nie zniszczyły też – o czym mogliśmy się z satysfakcją niedawno przekonać – Kornela Morawieckiego. Nie zniszczyły wielu z tej przecież nielicznej garstki, która okazała się silniejsza od czasów w których przyszło im wszystkim żyć i walczyć. Nie zniszczyła wreszcie tych wszystkich z nas, którzy się solidarnie wspieramy, nawet dziś. Tutaj. Właśnie dzięki nim warto jest pisać i dlatego też łatwo jest wierzyć, że to nie jest już takie ciężkie zadanie.
      Powiedzmy więc, że tak jak tych tekstów jest już – razem z dzisiejszym – 300, można nawet przyjąć, że w ogóle wszystkich nas też jest 300. Zgoda więc. Niech zatem będzie tylko 300. Ale za to, jakież piękne jest to poczucie, że kiedy nam powiedzą: „Nasze strzały przysłonią wam słońce”, to my z radością i dumą odkrzykniemy: „Więc będziemy walczyć w cieniu!”



Przypominam, że akcja "Złotówka dla Toyahuja" trwa dziś tylko do godziny 14, bo tylko te wplaty zostaną jeszcze dziś zaksięgowane. Oczywiście pozostaje jeszcze paypal i adres toyah@toyah.pl i to już do samego wieczora. Zapraszam wszystkich do księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, gdzie można kupować moje książki.

niedziela, 17 września 2017

Czy Maryla Rodowicz zostanie dyrektorem do spraw rozrywki w TVP?

           Jak część z nas może zauważyła, państwowa propaganda, nie dość, że od paru dni zamęcza nas festiwalem piosenki w Opolu, to jeszcze każe nam wierzyć, że oto właśnie dzięki owemu wydarzeniu, odzyskaliśmy wreszcie ową kulturę, która kiedyś przynosiła nam tyle radości, czy choćby zwykłego poczucia satysfakcji. Na pierwszy ogień poszła oczywiście Maryla Rodowicz z ukradzionymi  biednemu Laskowskiemu „Kolorowymi jarmarkami” i, na wypadek, gdyby ktoś uznał, że dzieje się coś niedobrego, na Twitterze oczywiście głos zabrał minister Patryk Jaki i ogłosił co następuje: „Na złość wszystkim, Opole2017 jest naprawdę świetne. W amfiteatrze rewelacyjna atmosfera. Hejt 3RP jak zwykle pomaga”. W tym samym czasie, niesławny „Sok z buraka” przypuścił bezkompromisowy atak na Marylę Rodowicz sugerując, że skoro piosenkarka właśnie postanowiła obchodzić swoje 50-lecie na pisowskiej imprezie, to powinna się już szykować do stulecia w burdelu.
      Proszę zwrócić uwagę na to, do czegośmy przez ostatnie lata doszli. Oto mamy kolejny tak zwany „Krajowy Festiwal Polskiej Piosenki w Opolu”, organizowany nieprzerwanie, Gomułka, Kiszczak, czy Tusk,  każdego lata od roku 1963, na estradzie, jak niemal rok w rok od 50 lat, pląsa Maryla Rodowicz, no i, tak jak to się działo przez wszystkie te lata, z jednej strony, zalewa ją fala bezprzykładnego uwielbienia, a z drugiej równie bezprzykładnego szyderstwa, tyle że nagle się okazuje, że hejterzy i wielbiciele, nie mrugnąwszy nagle okiem, zamienili się miejscami.
     A co z nami, zwykłymi obserwatorami tego, co się dzieje to tu to tam? Otóż my mamy swoje myśli, swoje wspomnienia i swoje refleksje dotyczące tego, jak krętymi scieżkami kroczy zwykłe ludzkie obłąkanie.  
       Kiedy piszę te refleksje przypomina mi się tekst, który napisałem jeszcze 6 lat temu, kiedy to z jednej strony żałowałem tego, co nam prawdopodobnie bezpowrotnie minęło, a z drugiej strony po ciuchu liczyłem na to, że jednak może stanie się cud. No i proszę sobie wyobrazić, że cud się stał, tyle że niestety w formie parodii. Jak zawsze. Rzućmy więc proszę okiem na tamte dawne myśli.

      Im dłużej człowiek obraca się w dzisiejszym, nowoczesnym świecie, tym częściej musi dochodzić do wniosku, że – tak jak to w popularnych dowcipach informowało Radio Erewań – lepiej już było. I to wcale niekoniecznie musi dotyczyć perspektywy osób reprezentujących pokolenie zstępujące, takich jak choćby autor tych słów, ale nawet ludzi znacznie młodszych, których dzieciństwo czy młodość przypadły na końcówkę PRL-u. Wiadomo oczywiście, że im kto starszy, tym większą ma skłonność do wspominania lat minionych, z pominięciem wszystkiego, co było w nich bolesne, czy choćby zaledwie niemiłe. Mam jednak wrażenie, że dzisiejsza Polska i w ogóle świat – oferując nam to co są w stanie zaoferować – tę tęsknotę wyłącznie wzmacniają. Nawet jeśli ma ona dotyczyć zaledwie końcówki lat 80-tych.
       Osobiście mam naprawdę dużo powodów, by lata przed rokiem 1990 wspominać z autentyczną sympatią. I zgadzam się, że częśćtych wspomnień  jest bardzo subiektywna, wynikająca z tego, że wszystko mi się już w mojej starej głowie wyrównuje, a przez to oczywiście zawsze narażona na wyśmianie. Ale też nie mam żadnych wątpliwości, że znaczna ich część, to coś naprawdę mocnego i wcale nie tak łatwego do zbicia w uczciwej dyskusji. Weźmy choćby kwestię czasu wolnego, a więc czasu, który można poświęcić na wszystko, czego człowiek sobie zażyczy. Jestem pewien, że każdy z nas, kto tamte czasy pamięta, przyzna bez dyskusji, że za PRL-u tego czasu było znacznie, ale to znacznie więcej. Pamiętam, jak ja i inni moi koledzy, kiedy byliśmy jeszcze dziećmi, mieliśmy niekiedy w szkole okazję, czy to do narysowania, czy opisania na kartce w zeszycie, czy wreszcie do opowiedzenia własnymi słowami, jak to sobie wyobrażamy świat w roku 2000. I wspominam dziś, że w tych relacjach przede wszystkim zawsze wracała myśl, że w przyszłości nie będzie samochodów, pociągów, ani nawet samolotów, a zamiast tego ludzie będą podróżować takimi małymi rakietami. Ale również mieliśmy wtedy niemal pewność, że ponieważ pracę za ludzi przejmą maszyny, wówczas jeszcze zwane robotami – wtedy jeszcze o komputerach nie było nam nic wiadomo – przeciętny człowiek będzie pracował trzy, a maksymalnie cztery dni w tygodniu. Dziś, jak widzimy, cała ta prognoza wzięła w łeb, choćby z tego względu, że o rakietach w ogóle nie ma mowy, pociągi jeżdżą jeszcze wolniej niż wtedy, samochody stoją w korkach i poruszają się z prędkością od 0 do 15 km. na godzinę, a my pracujemy tak dużo i tak ciężko, jak nigdy dotąd. Do tego stopnia dużo i ciężko, że kiedy wreszcie przychodzi ten błogi moment bezczynności, to nie jesteśmy nawet w stanie myśleć, a co dopiero spędzać czas. Najwyżej w którymś z supermarketów.
      Ktoś powie, że to jest demagogia, bo w komunie, przez ów nieustanny brak wszystkiego, zaczynając od kolorowych pism, a kończąc na Internecie, człowiek nudził się jak pies, i już tylko wył o to, by wyjechać choć na chwilę za granicę i poczuć ową świadomość, jak miło może upływać czas. Tyle że jest to oczywista nieprawda. Jeśli idzie o mnie choćby, to jeszcze jako dziecko, czy już młody człowiek, oczywiście nie miałem żadnego powodu, żeby siedzieć do trzeciej nad ranem i zajmować się rozrywkami – o ile oczywiście nie pojechałem do swojego kolegi Karola do Bytomia, żeby z nim pić, gadać i słuchać muzyki – ale jakoś nie przypominam sobie, bym kiedykolwiek narzekał na to, że jest mi nudno. A z pewnością nie robiłem tego częściej, niż zdarza mi się to dziś. Za to właśnie dziś rozmawiam ze swoim synem, który znów, po raz kolejny, zasnął po południu, wyrzucam mu tę dramatyczną stratę czasu, a on na to mi tłumaczy, że jego wszyscy znajomi śpią po południu. Dlaczego? Bo zwyczajnie tkwią w ciągłym niedospaniu. I o to właśnie tu chodzi. Ja chodzę spać po północy, bo szkoda mi wieczoru, a przy okazji życia, a oni śpią, ile razy chce im się spać.
      Gdy idzie o spędzanie czasu bowiem, życie w PRL-u, w porównaniu z tym, co mamy dziś, było zwyczajnie fascynujące i pełne różnorakich uciech, do których jakimś cudem nie był potrzebny ani telefon komórkowy, ani youtube, ani nawet pub w piątkowy wieczór. Ale, kiedy myślę o PRL-u, być może jeszcze mocniej, niż tę niezwykłą wręcz możliwość najpełniejszego spędzania wolnego czasu, odczuwam fakt, że ludzie którzy mnie otaczali, podobnie jak ludzie, których znalem wyłącznie z telewizji, czy z radia, w swojej większości robili intelektualnie znacznie lepsze wrażenie, niż to ma miejsce dziś. Oczywiście, i wtedy i dziś, pewien typ obywateli – na obu wymienionych poziomach – mógłby zostać określony zawsze i wyłącznie tym samym epitetem, czyli „dureń”, lub „agent”, no ale przecież nie mamy też żadnego powodu, by utrzymywać, że wtedy było pod tym względem gorzej. I durniów i agentów zawsze można było grabić jak jesienne liście. Czy wspomnimy tamtą panią z kasy biletowej na dworcu kolejowym w Radomiu, czy niejakiego Ubermana z Dziennika Telewizyjnego i zestawimy ich z kultowym już Andrzejem z Działdowa, czy Maciejem Knapikiem z TVN24, różnicy wielkiej nie znajdziemy, natomiast wystarczy porównać choćby Wojciecha Młynarskiego z tamtych czasów z Wojciechem Młynarskim dziś, by wiedzieć, co się z nami wszystkimi przez te wszystkie lata podziało.
       Myślę zresztą, że Wojciech Młynarski akurat jest tu w istocie świetnym przykładem. I to ze względu na to kim był wtedy i kim jest dziś, jako człowiek i artysta, ale również – a może przede wszystkim – ze względu na to, co się stało z tymi wszystkim, którzy kiedyś go cenili, a jego piosenki traktowali jak swój głos, a i dziś go cenią i uważają za jakiś tam autorytet. Aby móc bardziej dokładnie przekazać, o co mi chodzi, pozwolę sobie tu przypomnieć tekst piosenki Młynarskiego właśnie, zatytułowanej „Ballada o wronach”. Proszę posłuchać:

W berżeretkach, balladach, canzonach
Bardzo rzadko jest mowa o wronach,
A ja mam taki gust wypaczony,
Że lubię wrony...

Los im dolę zgotował nielekką:
Cienką gałąź i marne poletko,
Czarne toto i w ziemi się dłubie-
- a ja je lubię...

Gdy na polu ze śniegiem wiatr wyje,
Żadna wrona przez chwilę nie kryje,
Że dlatego na zimę zostają,
Że źle fruwają...

Ale wrona, czy młoda, czy stara,
Się do tego dorabiać nie stara
Manifestów ni ideologii -
i to ją zdobi...

Gdy rozdziawią dziób, wiedzą dokładnie,
Że ich głosy brzmią raczej nieładnie,
Lecz nie wstydzą się i nie tłumaczą,
Że brzydko kraczą...

I myśl w głowach nie świta im dzika,
By krakaniem udawać słowika,
By krakaniem nieść sobie pociechę -
i to jest w dechę!

Żadna wrona się także nie łudzi,
Że postawi ktoś stracha na ludzi,
Co na wrony i we dnie, i nocą
Czyhają z procą...

Wrony fruną z godnością nad rżyskiem,
Jakby dobrze im było z tym wszystkim,
I w tym właśnie zaznacza się wronia
Autoironia.

Nie udają słodyczy nieszczerze,
Mężnie trwają w swym szwarc-charakterze,
Nie składają w komorę zasobną,
Jak więcej dziobną,

Wiedzą, że, mimo wszystkie przemiany
Nie wyrosną na rżysku banany,
Nie zamienią się w kawior pędraki,
Bo układ taki...

       Przypominam sobie dziś ten tekst, czytam go po raz kolejny, i zastanawiam się, czy Młynarski byłby w stanie go napisać dziś. I czy gdyby jakimś cudem był to w stanie zrobić, to czy ułożyłby go tak, by to przesłanie brzmiało właśnie w taki sposób, w jaki brzmiało wtedy. Ale zastanawiam się nad czymś jeszcze. Czy gdyby dziś Wojciech Młynarski napisał ten tekst właśnie tak, zawierając w nim dokładnie tę myśl, która go zdobiła wówczas, czy nad nim zachwycaliby się autorzy „Szkła Kontaktowego”, tak jak się dziś zachwycają nad wierszami Młynarskiego o tym, że Jarosław Kaczyński to bałwan i drobny dyktator. Ale też zastanawiam się jeszcze nad czymś. Czy tym tekstem i tą piosenką, gdyby ją w ogóle byli w stanie zrozumieć i polubić, zachwycaliby się ci wszyscy, którzy, tak jak ja i moi znajomi z młodości wtedy, tworzą dziś tak zwaną młodą miejską inteligencję, I we wszystkich tych wypadkach, mam na to odpowiedź jedną – nie. Ani bowiem Wojciech Młynarski nie napisałby dziś takiej piosenki – bo raz, że by zrobić tego nie potrafił, a dwa, że by nie chciał – ani w Szkle Kontaktowym by jej nie wyemitowali, ze względu choćby na fragment o „mężnym trwaniu w swym szwarc-charakterze”, zwłaszcza w sytuacji, gdy prokuratura postanowiła jednak się zabrać za Antoniego Macierewicza na poważnie, ani też ci wszyscy, którzy uchodzą za koneserów sztuki wysokiej i ambitnej, by jej nie mieli ochoty słuchać, bo nawet gdyby zrozumieli jej przesłanie – a może zwłaszcza wtedy – wiedzieliby, że to nie jest to, na co czekali.
       Proszę spojrzeć uważnie na wspomniany przeze mnie tekst Wojciecha Młynarskiego z lat, kiedy on i jego słuchacze, byli jeszcze istotami rozumnymi. Proszę się w niego wsłuchać. Proszę spróbować się zastanowić, o czym on jest. I co on nam próbował powiedzieć wtedy, kiedy podobno nie byliśmy ludźmi wolnymi. I proszę wreszcie zauważyć, jak wiele się od tamtego czasu w Polsce musiało zmienić, by wszystko to, co wówczas, dla samego Młynarskiego i dla nas, stanowiło prawdziwą wartość, nagle stało się niepotrzebnym balastem. Bo tamte czasy, cokolwiek by o nich mówić, dawały nam wystarczająco dużo wolności – i to wolności prawdziwej – byśmy potrafili znaleźć w sobie wewnętrzną siłę, a na zewnątrz czas do tego, by myśleć, myśleć i myśleć. I to właśnie ta siła i ten czas pozwoliły nam zachować w sobie to człowieczeństwo, które następnie dało nam moc, by wszystko co wówczas było złe i fałszywe, odrzucić i stworzyć sobie szansę na lepsze. I niestety tę szansę zmarnowaliśmy. Jak najgorsze łachudry. Wstyd!

Zapraszam wszystkich do księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl i przypominam, że tylko do jutra do godziny 14 trwa akcja pod nazwą „Złotówka dla Toyahuja”. Szczegóły w notce sprzed paru dni.


sobota, 16 września 2017

O niemieckiej kulturze i pięciu pieczątkach

Moja akcja, ogłoszona w czwartkowej notce, a zatytułowana prosto i w punkt „Złotówka na Toyahuja” trwa i ma się nad wyraz dobrze. Pozostały nam jeszcze trzy dni, bym we wtorek mógł ogłosić wyniki i zebrane pieniądze przekazać do parafii w Kiekrzu. Tych, którzy mają na ten blog oko szczególne, zapewniam, że wszystko, co zostanie wysłane po godzinie 14 w poniedziałek, wydam na papierosy i alkohol, a jak się trafi to i może narkotyki. Póki co, zapraszam do czytania mojego ostatniego felietonu w „Warszawskiej Gazecie”.    


    Wbrew intensywnym zabiegom ścisle określonych środowisk politycznych po obu stronach, by sprawę ostatecznie zamknąć, a nad tym, co jeszcze pozostało, zaciągnąć parawan milczenia, kwestia stosunków polsko-niemieckich powraca ze zwielokrotnioną siłą. Za każdym też kolejnym razem wygląda na to, że tak długo, jak wspomniane środowiska będą udawały, że wszystko jest w porządku, napięcie po drugiej stronie będzie się tak kumulowało, że wszystko skończy się najzwyklejszym wybuchem.
     Co w tym jest szczególnie zastanawiąjące, to fakt, że  strona niemiecka, a więc, wydawałoby się, najbardziej zainteresowana w tym, żeby mieć wreszcie swięty spokój, nie robi nic, by owo napięcie łagodzić. Wręcz przeciwnie, co chwila po tamtej stronie pojawiają się głosy i gesty, które napięcie wyłącznie zaogniają. Oto w tych dniach, w niemieckim dzienniku Sueddeutsche Zeitung , wystąpił niejaki Heribert Prantl i zarzucił Węgrom „brak wychowania”. Ja oczywiście zdaje sobie sprawę z tego, że gdzie Węgry, a gdzie Polska, a tym bardziej, że akurat w relacjach z Węgrami owa słynna niemiecka bezczelność może im dawać poczucie większej swobody, niż ma to miejsce w przypadku Polski, mimo to, tym akurat razem, pojawiło się coś, co woła o komentarz, mianowicie owo „dobre wychowanie”.
      Rzecz w tym, że Niemcy akurat mają tu osiągnięcia rozpoznawane nie tylko na Węgrzech, ale wszędzie na świecie, Polski stąd w żadnym wypadku nie wyłączając. Jestem przekonany, że każdy w miarę historycznie uświadomiony Polak, czytając  wypowiedź owego Prantla, musi poczuć ów dreszcz ściśle określonych emocji. Tak zwana „niemiecka kultura”, nierozerwalnie, jak wiemy, związana z owym wspomnianym przez Prantla „dobrym wychowaniem”, to coś, z czym się musiał spotkać każdy z nas, zwłaszcza w sytuacjach, nazwijmi je granicznymi. A zatem, jeśli dziś na pierwszy front politycznej walki o przyszły kształt Europy Niemcy wysyłają kogoś takiego jak Prantl, z takim a nie innym przekazem, to znaczy, że w tym szaleństwie musi być metoda. Oni ewidentnie chcą nas zirytować. Po co? No, tego niestety poki co nie wiemy.
      Ja bym jednak chciał jeszcze przez chwilę pociągnąć wątek owego „dobrego wychowania” i wspomnieć coś, co każdy z nas może w każdej chwili obejrzeć w muzeum w Auschwitz, gdzie wśród najróżniejszych pamiątek, widzimy dokument stwierdzający, że pewien człowiek został skazany na trzy dni karceru za to, że zrobił kupę za barakami, zamiast w toalecie. Dokument jest sporządzony bardzo starannie, a na nim widzimy pięć pieczątek i sześć podpisów. Pięć niemieckich pieczątek i sześć niemieckich podpisów, poświadczających, że więzień zachował się niekulturalnie i że kara została nałożona zgodnie z przepisami. Nic nie zmyślam. To jest do sprawdzenia.
      Mam więc dziś do Niemców jedno przesłanie: Uważajcie, bo igracie z ogniem. Jeśli się nie opanujecie, to tutaj już nikt nie będzie zauważał imigrantów z Afryki, czy Ukrainy. Cała nasza uwaga będzie się koncentrowała na ludziach mówiących po niemiecku.

Bardzo serdecznie zachęcam do odwiedzania księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, gdzie można kupić książki najlepsze, dla najlepszych. No dobra, mówię o najlepszym sorcie.
     

   

piątek, 15 września 2017

Za co sataniści nie lubią Donalda Trumpa?

    Ogłoszona w poprzedniej notce akcja „Złotówka na Toyahuja” trwa i się pięknie rozwija, w związku z czym, z zamknięciem zbiórki, ogłoszeniem wyników, no i oczywiście przekazaniem wszystkiego na tacę w kościele pod wezwaniem św. Michała Archanioła i Wniebowzięcia NMP  w Kiekrzu, poczekam do poniedziałku, dziś natomiast chciałbym opowiedzieć o tym, jak się zupełnie nieoczekiwanie skonfrontowałem z satanizmem w wersji pop. Nie po raz pierwszy zresztą.
   A wszystko zaczęło się od tego, że przez media przeleciała informacja, że polski zespół grający pod nazwą Decapitated tak zwany „death metal” odbywał właśnie niezwykle udaną trasę po amerykańskiej prowincji i po jednym z koncertów jego członkowie zostali aresztowani pod zarzutem zbiorowego gwałtu. Z tego co byłem w stanie zrozumieć, poszło o to, że nasi rodzimi sataniści zostali po koncercie zaczepieni przez jedną z fanek, a ponieważ ona im się spodobała, zaprosili ją do autokaru, tam najpierw ją zbiorowo zgwałcili, następnie wystawili na ulicę, ona pobiegła na policję, złożyła zawiadomienie o przestępstwie i nasze chłopaki – co dla mnie wręcz fascynujące, z samego Krosna – zostały zgarnięte, a reszta trasy została odwołana.
   Powiem szczerze, że w związku z tym, co się stało, nie czuję choćby odrobiny satysfakcji. Przede wszystkim, potrafię sobie wyobrazić, jakim ciosem musi być dla tych chłopców z Podkarpacia, a zwłaszcza dla ich lidera i założyciela, któremu rodzice dali na chrzcie Wacek, kiedy to, co oni autentycznie osiągnęli własną pracą i talentem, w jednej chwili runęło jak domek z kart, i to wyłącznie przez to, że zrobili coś, co od zawsze kompletnie bezkarnie robili i robią znacznie więksi i ważniejsi od nich. No ale stało się i dziś, jedyne na co oni mogą liczyć, to na to, że jakoś się z tego wykaraskają i może nawet uda im się owe straty obrócić na swoją korzyść. W końcu ani Mick Jagger, ani Robert Plant, ani nawet Ozzy Osbourne nie mogą się pochwalić, że za gwałt na fance zostali aresztowani i wsadzeni za kratki.
   No ale jest jeszcze coś. Otóż przez swoją wyssaną z mlekiem matki ciekawość, kiedy usłyszałem o istnieniu zespołu Decapitated, postanowiłem sprawdzić, co to takiego i powiem szczerze że oni są naprawdę bardzo dobrzy. Poświęciłem dość dużo czasu na to, by się tym czymś zainteresować i powtarzam –  na tle tego, co się dzieje na rynku, oni są naprawdę bardzo dobrzy. A dzieją się tam rzeczy niebywałe. Oto, jak się dowiaduję, każdego roku we Francji odbywa się festiwal pod nazwą Hellfest, prawdopodobnie najważniejszy festiwal promujący muzyczny satanizm, gdzie z naszych artystów mamy oczywiście Behemotha i, jak się okazuje, również Decapitated, a poza nimi cały wachlarz najróżniejszych projektów, przy których nawet Nergal robi wrażenie czegoś bardzo gustownego i wyrafinowanego.
   Nie jestem w stanie znaleźć słów, by opisać, co się dzieje na festiwalu Hellfest we francuskim Clisson, natomiast kto chce może wejść na youtube’a i sobie obejrzeć. Rzecz w tym, że trzeba dopiero zobaczyć całość, by zrozumieć, jak bardzo mamy do czynienia z klasyczną ślepą uliczką. Pomijając oczywiście ową muzyczną wirtuozerię, której się nie da zakwestionować, tam nie ma nic, co by dawało tym biedakom szanse na przeżycie. To jest tak straszna żenada, że jeden Zenek Martyniuk swoją elegancją i estetyczną głębią by ich wszystkich rozniósł w sekundę. Patrzę choćby na szwedzki zespół pod nazwą Ghost, który gra metal na poziomie wytyczonym przez swoich starszych kolegów z zespołu Europe, tyle że tu muzycy mają łby udekorowane maskami z rogami, a robiący za papieża wokalista wysyła w zebrany tłum przebrane za zakonnicę cizie z mszalnymi kielichami, które następnie poją tę bandę nieletnich półgłówków z wytatuowanymi ryjami jakimś, jak się domyślam, najtańszym winem, i jedyne co mi przychodzi do głowy, to to, że to jest coś tak słabego, że sam Lucyfer w końcu nie wytrzyma i za karę ześle na nich wszystkich zarazę, która ich zwyczajnie powybija w pień, a już tam na miejscu będzie im po wieczne czasy kazał czyścić te kotły z gówna.
   A przecież ów Ghost to zaledwie jedno z wielu pierwszoligowych przedsięwzięć na europejskim rynku satanistycznego popu. Przepraszam bardzo, ale muszę to powtorzyć. Cokolwiek byśmy nie powiedzieli, to w konfrontacji z tym całym cyrkiem, te chłopaki z Krosna, czy – tu może już trochę mniej – Nergal, to autentyczni artyści. 
   Ale pies z nimi tańcował. Dzieci chcą tego słuchać, a nawet być przy tym gwałcone – proszę bardzo. To co natomiast uważam za naprawdę ciekawe to fakt, że – i widać to wyraźnie na zamieszczonych na youtubie filmikach – ów festiwal jest transmitowany w pełnym HD przez jeden z najbardziej uznanych kanałów kulturalnych w Europie, czyli ARTE. A zatem, jak się można domyślić, to jest propozycja, jaką ma dla nas dziś Europa. Powtarzam, ja nie mam pretensji do artystów. Oni robią co mogą, by, przy naprawdę dużej i silnej konkurencji, wypełnić tę niszę, organizowanie jednak dla ich starań aż takiej klaki budzi najgorsze podejrzenia. I nie wierzę, że za tym stoi tylko to, że oni, kiedy tylko przestaną krzyczeć „Fuck Pope”, to zaczynają ryczeć „Fuck Trump”. Tu chodzi jednak o kulturę, nie o politykę. I to jest jeszcze jeden powód, dla którego powinniśmy nie spuszczać z nich oka. A chłopaki z Decapitated niech bezpiecznie wracają do Kraju i uważaja na siebie. Stąpają bowiem bo terenie wąskim i ciężko skażonym.



Nasze książki niezmiennie są do kupienia na stronie www.basnjakniedzwiedz.pl. Nigdzie nie znajdziemy nic lepszego. Daję na to najszczersze słowo honoru