sobota, 31 października 2020

Don Paddington: Aforyści, czyli w gębę ci plują, a ty udajesz, że deszcz pada, oraz o innych takich perełkach myśli, albo o pragnieniu sprawiedliwości. Część 2.

 Szybciej niż mogliśmy na to liczyć ksiądz Krakowiak podesłał mi drugą część swoich refleksji na temat sprawiedliwości, a ja z najwyższą radością ją publikuję, życząc wszystkim bogatych wrażeń.

 

 

      Coryllus po raz kolejny się skompromitował, co powoduje – a propos relacji istniejących miedzy naszymi blogami – że mowy nie ma, byśmy się od-obrazili. Wspomniana kompromitacja pana Gabriela polega na tym, że utrzymuje on, iż jeden z dadaistów tak naprawdę nie jest żadnym ideowcem, lecz po prostu chce się ożenić, tyle tylko że nie wie, jak to ludziom powiedzieć. Kuriozum i bzdura! Kompromitacja! Jak można mówić, że ktoś chce się ożenić (zwłaszcza dadaista!), skoro w warunkach pandemii nie można wesel robić??!! To elementarne, drogi Watsonie.

      Kto nie wie o co chodzi, winien przeczytać poniższy tekst, który choć w ogóle nie dotyczy kolejnej kompromitacji Coryllusa, niesie ze sobą stosowne wyjaśnienie.

 

      Minionego lata, podczas prowadzonych przeze mnie rekolekcji Pomocników Maryi Matki Kościoła, dotknęliśmy tematu sprawiedliwości, a mówiąc ściśle tego, co jest treścią 4. Błogosławieństwa Chrystusa Pana: „Błogosławieni, którzy łakną i pragną sprawiedliwości, albowiem oni będą nasycen”. Toyah, który w tych rekolekcjach brał udział i przysłuchiwał się mojemu gadaniu, powiedział w końcu – a propos sprawiedliwości – że on nigdy w ten sposób o tym nie myślał. Przypomniałem sobie o tym właśnie teraz, jako o czymś znamiennym, bo jeśli Toyah, było nie było facet bystry (choć nieoczytany) i w miarę pobożny, o chrześcijańskim ujęciu sprawiedliwości (bo przecież o tym mówiłem) nigdy nie myślał, to co dopiero ci, którzy… No właśnie.

      O czym Toyah nigdy nie myślał, a na rekolekcjach się z tym spotkał? Chodziło o jedną drobną rzecz, a mianowicie o wskazanie, że sprawiedliwość człowieka jest bezpośrednio związana z osiągnięciem przez niego zbawienia, oraz że sprawiedliwym ma być każdy człowiek, a nie tylko sędzia, względnie ci od których zależy sprawiedliwy kształt świata, bo ustanawiają, czy egzekwują jakieś prawo.

      Kwestia zbawienia jest tutaj kluczowa (wspomniałem o niej w części 1., załamując ręce nad idealizmem protestujących młodych, niedoświadczonych, nieoczytanych i aspirujących z deficytami) i, rzekłbym – najgłębiej ewangeliczna. Proponuję, byśmy się nad tym trochę zastanowili, tym bardziej, że ostatnio nastąpił wysyp aforyzmów autorstwa kapłanów, którzy ubolewając nad niesprawiedliwością rzeczywistości świata tego, jednocześnie bardzo pragną by świat stał się lepszym i lepszym stał się Kościół (najbardziej nagłaśniani aforyści: o. Adam Szustak, oraz autorzy tekstu „5 x NIE / 5 x TAK. Apel zwykłych księży”). W aforyzmach tych obecna jest przede wszystkim teza o zbyt dużym zaangażowaniu politycznym Kościoła, a co za tym idzie ZBYT MAŁEJ EWANGELICZNOŚCI Tegoż, czytaj: „Kościół sam sobie jest winien, że ludzie – zwłaszcza młodzi – mają go gdzieś”. Początkowo odniosłem wrażenie, że zasadniczy aforyzm tych wypowiedzi brzmi następująco: „Sprawiedliwość to usilne i pełne entuzjazmu dążenie, do coraz głębszej ewangeliczności polskiego Kościoła (CGEPK) poprzez coraz głębszą liberalizację polskiego społeczeństwa (CGLPS).”  Chcąc sobie także pewne rzeczy w głowie uporządkować, pomyślałem sobie, że aforyzmy młodych, niedoświadczonych, nieoczytanych i aspirujących z deficytami, to swego rodzaju wersja ekspresjonizmu, natomiast kapłańskie aforyzmy to czysty dadaizm (nie ma znaczenia jak rozumiemy terminy „ekspresjonizm” i „dadaizm”; co to kogo obchodzi?; grunt, że technicznie terminy owe są użyteczne i efektowne publicystycznie). Po chwili jednak, choć pozostałem przy ocenie o ekspresjonizmie i dadaizmie, coś wewnątrz mnie zadrżało w proteście przeciwko przypisywaniu dadaistom pragnienia CGEPK poprzez CGLPS. Oni oczywiście – powtórzmy to z mocą – chcą lepszego świata i lepszego Kościoła, ale nie w ten sposób! No gdzie? Jak? Fuj! Absolutnie, że nie! Dlatego też trwajmy przy wspomnianej już tezie kapłanów – aforystów, o zbyt dużym zaangażowaniu politycznym Kościoła, a co za tym idzie ZBYT MAŁEJ EWANGELICZNOŚCI Tegoż, co możemy rozumieć w sposób następujący: „Kościół sam sobie jest winien, że ludzie – zwłaszcza młodzi – mają go gdzieś”.

Co tu dużo mówić… To może nie jest tak mocne jak CGEPK poprzez CGLPS, ale swój procent też ma.  Gdy bowiem zapoznałem się z tymi dadaistycznymi wypowiedziami, poczułem się osobiście skarcony przez moich Czcigodnych Konfratrów – aforystów (a jest za co mnie karcić; publikuję wszak na blogu politycznym fanatycznego pisiora, żeby nie powiedzieć: kaczysty!) i jedyne co mocno skruszony mogę w tym momencie zrobić, to głosić Ewangelię, bijąc się jednocześnie w otłuszczoną kapłańskim lenistwem pierś, że robiłem to dotąd mało ochoczo, a nade wszystko w zgodzie z Nią nie żyłem i nie żyję.

 

      Przechodząc więc do adremu, zwróćmy się ku Dobrej Nowinie o Zbawieniu, a konkretnie ku Kazaniu na górze (Mt 5 – 7), ze szczególnym uwzględnieniem 8 Błogosławieństw, których częścią jest wspomniane wcześniej 4. Błogosławieństwo:

„Jezus, widząc tłumy, wyszedł na górę. A gdy usiadł, przystąpili do Niego Jego uczniowie. Wtedy otworzył swoje usta i nauczał ich tymi słowami:

«Błogosławieni ubodzy w duchu, albowiem do nich należy królestwo niebieskie. 

Błogosławieni, którzy się smucą, albowiem oni będą pocieszeni.

Błogosławieni cisi, albowiem oni na własność posiądą ziemię.

Błogosławieni, którzy łakną i pragną sprawiedliwości, albowiem oni będą nasyceni.

Błogosławieni miłosierni, albowiem oni miłosierdzia dostąpią.

Błogosławieni czystego serca, albowiem oni Boga oglądać będą.

Błogosławieni, którzy wprowadzają pokój, albowiem oni będą nazwani synami Bożymi.

Błogosławieni, którzy cierpią prześladowanie dla sprawiedliwości, albowiem do nich należy królestwo niebieskie.

Błogosławieni jesteście, gdy ludzie wam urągają i prześladują was, i gdy z mego powodu mówią kłamliwie wszystko złe na was. Cieszcie się i radujcie, albowiem wasza nagroda wielka jest w niebie. Tak bowiem prześladowali proroków, którzy byli przed wami.” (Mt 5, 1 – 12)

 

      Zanim przejdziemy do 4. Błogosławieństwa, proszę pozwolić, że poczynię swego rodzaju uwagę interpretacyjną do 8 Błogosławieństw (być może nam się to w przyszłości przyda). 

Określenie „błogosławieni” należy rozumieć jako „szczęśliwi” (w oryginalnym tekście greckim Ewangelii wg. św. Mateusza: μακαριοι). 

      Błogosławieństwa są tak skonstruowane, że w każdym z nich jest podany warunek uzyskania błogosławieństwa/uszczęśliwienia – np. ubóstwo w duchu, miłosierdzie, czystość serca itp. – oraz mowa jest o nagrodzie, która jest efektem spełnienia owego warunku.

W każdym Błogosławieństwie ową nagrodą jest zawsze zbawienie (królestwo niebieskie), opisywane przez Chrystusa jako pocieszenie, posiadanie na własność ziemi, nasycenie, dostąpienie miłosierdzia, oglądanie Boga, ucieszenie się godnością synów Bożych.

 

      A teraz już tylko o sprawiedliwości…

      Można przypuszczać, że gdy Pan Jezus ogłosił światu treść 4. Błogosławieństwa, słowa Jego wzbudziły żywy oddźwięk w słuchających go tłumach, bo przypomnę, że sprawiedliwość to z jednej strony „jedno z największych marzeń człowieka”, a z drugiej strony ludzką codziennością jest głębokie poczucie (mające niewątpliwy wpływ na kształt marzeń) niesprawiedliwości: niesprawiedliwości życia, losu, Boga, władzy, sędziego. Poczucie zaś niesprawiedliwości skłania do narzekania, a czasem nawet do buntu (czyż nie tego właśnie obecnie doświadczamy?). Możemy więc przyjąć, że Jezus mówiąc o sprawiedliwości jak gdyby dostrajał się do tych odwiecznych ludzkich narzekań, spowodowanych niesprawiedliwością. Myliłby się jednak ktoś, kto by sądził, iż Jezus z Nazaretu jest jakimś rewolucjonistą, który przyszedł zburzyć stary, niesprawiedliwy porządek, aby na jego gruzach zbudować sprawiedliwy „nowy, wspaniały świat”. Nasz Pan nie jest rewolucjonistą! Jest Nauczycielem, tłumaczącym na czym sprawiedliwość polega i jest Mistrzem, pokazującym w jaki sposób należy sprawiedliwość praktykować, by osiągnąć zbawienie. No właśnie: zbawienie…

 

      Mówi Pan Jezus: „Błogosławieni, którzy łakną i pragną sprawiedliwości, albowiem oni będą nasyceni” – nasyceni, to znaczy (zgodnie z uwagą interpretacyjną) zbawieni.

Jak widać, zbawienie pojawia się na wyciągnięcie ręki już wówczas, gdy sprawiedliwości łakniemy i pragniemy, co jest dla nas dobrą wiadomością. Złą wiadomością jest to, że sprawiedliwość trzeba tutaj postrzegać w ściśle określony (tym samym: nie dowolny) sposób. Spróbujmy się temu przyjrzeć (UWAGA! Mogą pojawić się nudne definicje!).

Zazwyczaj sprawiedliwość kojarzy się ludziom z jakimś prawem, tzn. sprawiedliwie jest wtedy, kiedy władza i ludzie tej władzy podporządkowani, postępują w zgodzie z jakimś prawem (mam tu na myśli tzw. prawo stanowione). I tak zapewne jest, o ile założymy, że owo prawo – przepisy prawne – są sprawiedliwe. Musimy jednak brać pod uwagę i tę możliwość, że ktoś (samorząd, parlament, król) ustanawia, ogłasza i egzekwuje prawo niesprawiedliwe. A jeśli prawo jest niesprawiedliwe, to trudno sądzić, by postępowanie w zgodzie z takim prawem, było postępowaniem sprawiedliwym, a egzekwowanie takiego prawa było wyrazem sprawiedliwości. Pytanie tylko, skąd wiemy, że jakieś prawo, czy w ogóle cokolwiek, jest niesprawiedliwe? Ot, zagwozdka!

 

      Leonia Pawlak i ludzie zgadzający się z jej sposobem myślenia twierdzą, że niesprawiedliwe jest to wszystko, co w danym momencie im nie odpowiada. Jest to twierdzenie bardzo efektowne, a przy tym pod pewnym względem skuteczne (zwłaszcza jeśli się ma do dyspozycji granat, lub tłum młodych, niedoświadczonych, nieoczytanych i aspirujących z deficytami)  ale niestety, niektórzy z dość tajemniczych względów uważają, że zbyt prymitywne. I proponują, by Leonię Pawlak zastąpić jakimś referendum, albo najlepiej Wysoką Komisją Mędrców. Hm… A co na ten temat mówi Biblia?

Biblia mówi, że trzeba kierować się mądrością. Mądrość zaś – według Pisma Świętego – polega na tym, by postępować w życiu zgodnie z Prawem Bożym, poprzez które wyraża się wola Boga. I nie potrzeba tutaj żadnej Komisji Mędrców, bo każdy chrześcijanin znający treść Dekalogu, może dzięki tej treści z dużą dozą dokładności określić, co jest dobre, a co jest złe, a tym samym co jest sprawiedliwe, a co niesprawiedliwe. Jeśli więc jesteśmy pytani, skąd możemy wiedzieć, czy jakiś przepis prawny jest sprawiedliwy, czy też nie, odpowiadamy, że wiemy to dzięki treści 10. Bożych Przykazań: jeśli prawo stanowione przez człowieka jest zgodne z Dekalogiem, to możemy sądzić, że owo prawo jest sprawiedliwe, bądź – uwzględniając złożoność ludzkiej rzeczywistości – ku sprawiedliwości zmierza, a jeśli jest niezgodne z Dekalogiem, to jest z definicji niesprawiedliwe.

      Biorąc to wszystko pod uwagę, osobiście nie sądzę, by Panu Jezusowi – gdy mówi o sprawiedliwości – chodziło o zgodność ludzkiego postępowania z jakimkolwiek obowiązującym prawem, dodajmy: ludzkim prawem. Chodzi tutaj raczej o zgodność postępowania z prawem, które szanuje Bożą wolę, bądź wprost o postępowanie zgodne z Dekalogiem. Na pewno bowiem jest prawdziwe następujące stwierdzenie: „Ten kto żyje w zgodzie z Prawem Bożym, jest człowiekiem sprawiedliwym”. Problem polega tylko na tym, w jaki sposób owo Prawo jest przez nas rozumiane i w efekcie, na ile jest możliwe, by żyć z owym Prawem w zgodzie.

 

      Pan Jezus, w Kazaniu na Górze, przedstawia tę kwestię następująco:

„Nie sądźcie, że przyszedłem znieść Prawo albo Proroków. Nie przyszedłem znieść, ale wypełnić. Zaprawdę bowiem powiadam wam: Dopóki niebo i ziemia nie przeminą, ani jedna jota, ani jedna kreska nie zmieni się w Prawie, aż się wszystko spełni. Ktokolwiek więc zniósłby jedno z tych przykazań, choćby najmniejszych, i uczyłby tak ludzi, ten będzie najmniejszy w królestwie niebieskim. A kto je wypełnia i uczy wypełniać, ten będzie wielki w królestwie niebieskim. Bo powiadam wam: Jeśli wasza sprawiedliwość nie będzie większa niż uczonych w Piśmie i faryzeuszów, nie wejdziecie do królestwa niebieskiego.” (Mt 5, 17 – 20)

      Dobrze słuchajmy: jeśli nasza sprawiedliwość (tj. sprawiedliwość praktykowana przez chrześcijan) nie będzie większa, niż sprawiedliwość uczonych w Piśmie i faryzeuszów, to nie wejdziemy do królestwa niebieskiego. Zapytajmy więc w takim razie, na czym polega sprawiedliwość owych uczonych w Piśmie i faryzeuszów, czyli inaczej mówiąc: na czym polega sprawiedliwość żydowska?

 

      Myślę, iż owa sprawiedliwość polegała – czy też polega – na stosowaniu się do litery Prawa. Jest jakieś prawo, w jakiś sposób sformułowane i dopóki przestrzegamy owych sformułowanych prawem przepisów, dopóty jesteśmy sprawiedliwi. Mamy na przykład taki zapis prawny: „Nie zabijaj”. Według pojęć żydowskich, żyjemy w zgodzie z tym prawem dopóki kogoś nie zabijemy, tzn. nie spowodujemy czyjejś fizycznej śmierci. Ot, po prostu: póki nie mamy do czynienia z trupem, póty nie zostało złamane 5. Przykazanie. Podobnie rzecz się ma z 7. Przykazaniem: jeśli nie zawłaszczyliśmy cudzej własności, to nie przekroczyliśmy prawa, a tym samym nie popełniliśmy niesprawiedliwości. Takie mniemanie o sprawiedliwym, bądź niesprawiedliwym postępowaniu, dotyczy każdego  Bożego Przykazania i takie właśnie poglądy miał Pan Jezus na myśli, gdy mówił o sprawiedliwości uczonych w Piśmie i faryzeuszów. Decydująca w ocenie postępowania człowieka jest tutaj zgodność ludzkiego czynu z literą Prawa, a więc z tym, w jaki sposób owo Prawo zostało sformułowane. Można to ująć w następującą zasadę: „Kto stosuje się do litery Prawa, ten postępuje dobrze i jest sprawiedliwy”.

      Cóż na to powiemy? Powiemy: „Dobrze! Tak powinno być. Przykazania Boże są jasno sformułowane i człowiek owym formułom powinien być wierny. Dekalog nie może być łamany. Trzeba żyć w zgodzie z literą Bożych Przykazań”. Dlaczego więc Pan Jezus mówi, że tak pojmowana sprawiedliwość uczonych w Piśmie i faryzeuszów, z ich „literalnym” podejściem do Dekalogu, jest niewystarczająca dla chrześcijan? Przecież jest czymś pożądanym, by wszyscy ludzie stosowali się do litery Prawa, czyli Prawa owego nie łamali. Co się w tym Chrystusowi nie podoba? Posłuchajmy samego Mistrza:

„Słyszeliście, że powiedziano przodkom: «Nie zabijaj»; a kto by się dopuścił zabójstwa, podlega sądowi. A Ja wam powiadam: Każdy kto się gniewa na swego brata, podlega sądowi. A kto by rzekł swemu bratu: «Głupcze», podlega Wysokiej Radzie. A kto by mu rzekł: «Bezbożniku», podlega karze piekła ognistego. (Mt 5, 21 – 22)

      Co wynika z tych słów Chrystusa? Myślę, iż Jezus pokazuje nam tym tekstem, w jaki sposób chrześcijanie mają rozumieć ową literę Prawa Bożego. Bo czy rzeczywiście jest tak, że na przykład 5. Przykazanie zostaje przekroczone dopiero wtedy, gdy ktoś pozbawia kogoś fizycznego życia? A dlaczego w ogóle doszło do odebrania komuś życia? Stało się tak, ponieważ zabójca gniewał się na swego brata, nienawidził go, zazdrościł mu, albo go lekceważył i pogardzał nim.

      Pan Jezus wskazuje więc tutaj na przyczynę, która powoduje przekroczenie litery Prawa. Przecież ludzie nikogo nie zabijają bez powodu. Zazwyczaj też bez powodu nie kradną, nie cudzołożą, kłamliwie nie przysięgają... Zanim ktoś złamie literę Prawa (zabije, zdradzi żonę, dokona kradzieży, fałszywie kogoś oskarży), to wpierw w owym człowieku pojawia się pycha, gniew, chciwość, zazdrość, nieczystość, lenistwo, łakomstwo... I już w tym momencie, gdy człowiek coś takiego w sobie odczuwa, przekracza któreś z Bożych przykazań: nie zabił, ale gotów jest zabić, ponieważ nienawidzi i gniewa się na swego brata; nie zdradził żony, ale gotów jest wiarołomstwo popełnić, ponieważ nie panuje nad żądzą, którą odczuwa wobec innej kobiety; nie ukradł, ale gotów jest to uczynić, ponieważ chciwość go zaślepia. Wynika więc z tego, że Pan Jezus wskazuje na konieczność zachowywania nie tylko litery Prawa, ale też tego, co nazywamy duchem Prawa. Cóż z tego, że ktoś litery Prawa nie przekracza, skoro nie żyje duchem Prawa? Ktoś taki jest albo obłudnikiem, ukrywającym przed światem prawdę o swoich uczynkach, albo też nader lekkomyślnym człowiekiem, który lekceważąc przyczyny prowadzące do przekroczenia litery Prawa i nie panując nad nimi, wcześniej czy później ową literę Prawa złamie. Powie ktoś: „Nas to nie dotyczy. My jesteśmy chrześcijanami i nie myślimy jak żydzi”. Naprawdę? W takim razie skąd biorą się te chrześcijańskie dusze, które spowiadają się mniej więcej tak: „Proszę księdza: nikogo nie zabiłem, nikogo nie okradłem, żony nie zdradziłem, do kościoła chodzę. Więcej grzechów nie pamiętam. Proszę o rozgrzeszenie”? Przecież jest to spowiedź chrześcijanina, który myśli jak żyd. A Pan Jezus mówi temu chrześcijaninowi: „Jeśli sprawiedliwość twoja nie będzie większa od sprawiedliwości uczonych w Piśmie i faryzeuszów, jeśli nie będziesz żył duchem Prawa Bożego – nie wejdziesz do królestwa niebieskiego”.

 

      Błogosławieni, którzy łakną i pragną sprawiedliwości... Błogosławieni, którzy łakną i pragną żyć w zgodzie z duchem i literą Prawa Bożego. Oni będą zbawieni.

W tym miejscu, w tradycji chrześcijańskiej pojawia się zazwyczaj rozważanie o dobrym władcy i o zbawiennym wpływie ducha i litery Prawa Bożego na prawo stanowione, które traktowane tutaj jako wychowawca, jest w ścisłym związku z ludzką obyczajowością (pomijamy tutaj akademicki spór, czy prawo stanowione wynika z obyczaju, czy też obyczaj kształtowany jest przez prawo). Ponieważ jednak, jak o tym wspomniałem na wstępie, dadaiści orzekli, że wpływ ducha i litery Prawa Bożego na prawo stanowione skutkuje „zbyt dużym zaangażowaniem politycznym Kościoła, a co za tym idzie ZBYT MAŁĄ EWANGELICZNOŚCIĄ Tegoż”, dalsze zajmowanie się tym tematem jest bezprzedmiotowe.

Są jednak jeszcze inne kwestie dotyczące sprawiedliwości, które w związku z 4. Błogosławieństwem warto poruszyć. Ale o tym, w następnej części (o ile nastąpi).



 

piątek, 30 października 2020

Przemsa: Małe zwycięstwa

Jakiś czas temu, napisałem do Szkoły Nawigatorów tekst, który przypomniał mi się w związku z bieżącymi wydarzeniami. Jest to dość luźne skojarzenie, jednak nie na tyle, by wymagało specjalnych wyjaśnień. Może tylko tyle, iż prosta mądrość, że gdy dasz komuś palec, będzie chciał całą rękę, znajduje potwierdzenie w całkiem poważnych badaniach naukowych i niezależnie od tego, czy używana z premedytacją i w pełni świadomie, bywa wykorzystywana do osiągania niosących dalekosiężne i długotrwałe rezultaty, przełomowych celów. Innymi słowy dyskutując o wprowadzeniu furtki do ustawy aborcyjnej, warto mieć to na uwadze. 


"Małe zwycięstwa"

Zacznę od wyjaśnienia, że przykładem z książki Duhigga pt. „Siła nawyku. Dlaczego robimy to, co robimy i jak można to zmienić w życiu i biznesie” chciałem posłużyć się już w innych, wcześniejszych tekstach. Jest on na tyle wymowny i uniwersalny, że można wykorzystać go z powodzeniem przy różnych okazjach. Opisuje bowiem pewien swoisty "modus operandi", który pozwala osiągnąć założony cel z powodzeniem i trwale. Wymaga jedynie konsekwencji i cierpliwości.

Co istotne, w sposobie tym tak naprawdę nie ma nic odkrywczego. Jestem przekonany, że wielu z nas nie raz zastosowało go z powodzeniem w ogóle się nad nim nie zastanawiając. Po prostu, tak jak zgodnie ze znaną maksymą intuicyjnie czujemy, że nawet najdalsza podróż zaczyna się od pierwszego kroku, tak samo skądś wiemy, że by osiągnąć finalny sukces, potrzebujemy najpierw wygrać coś małego.

Dziś nie będę jednak pisał o przeczuciach, czy też naturalnej umiejętności doboru właściwej metody, lecz o dobrze znanej, omówionej i co najważniejsze z premedytacją stosowanej przez ludzi sprytnych i zdeterminowanych tak zwanej „strategii małych zwycięstw”. Powód by wreszcie teraz o niej wspomnieć jest bardzo dobry, gdyż przykład, którym zaraz się posłużę idealnie wpisuje się dość głośny od kilku dni temat.

Ale po kolei.

Charles Duhigg w „Sile nawyku” opisuje, jak w USA pod koniec lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku, organizacje starające się o uchylenie praw umożliwiających ściganie z różnych paragrafów gejów ponosiły ciągłe porażki w starciu z władzą ustawodawczą. Nic nie wskazywało, by istniała jakakolwiek szansa na to, by Amerykańskie Towarzystwo Psychiatryczne zaprzestało definiowania homoseksualizmu jako zaburzenia psychicznego. Wreszcie, po wielu niepowodzeniach, na początku lat siedemdziesiątych, jedna z lobbujących za zmianą tego stanu rzeczy grup postanowiła zacząć od czegoś znacznie skromniejszego, a mianowicie przekonania Biblioteki Kongresu, by przeklasyfikowała książki traktujące o ruchu wyzwolenia osób homoseksualnych z kategorii skupiającej pozycje dotyczące nienormalnych relacji seksualnych i przestępstw z nimi związanych do innej, kojarzącej się mniej negatywnie. Po stosunkowo niedługim czasie Biblioteka uległa temu żądaniu tworząc nową podgrupę księbozbiorów nazwaną mniej więcej Homoseksualizm. Ruch wyzwolenia osób homoseksualnych oraz ruch na ich rzecz.

Niby drobiazg, rzecz pozornie bez większego znaczenia; dotycząca czysto porządkowego umiejscowienia książek na półkach, szkoda nawet wspominać.

Jak się szybko okazało, było to zdarzenie o niebagatelnym, przełomowym znaczeniu.

Wieść o tej zmianie szybko rozeszła się po całym kraju. Organizacje walczące o zwiększenie praw homoseksualistów zaczęły się na nią powoływać i dzięki niej mogły z powodzeniem występować o dofinansowanie; wreszcie jawnie homoseksualni politycy z różnych stanów postanowili ubiegać się o urzędy powołując się właśnie na tę decyzję Biblioteki Kongresu.

Następnie „w roku 1973 Amerykańskie Towarzystwo Psychiatryczne, po trwających kilka lat wewnętrznych dyskusjach, ponownie sformułowało definicję homoseksualizmu, który nie był już zaburzeniem psychicznym — otwierając tym samym drogę ustawom delegalizującym dyskryminowanie ludzi ze względu na ich orientację seksualną.”*

Tak oto małe zwycięstwo, wydawałoby się że błahe i na mocno niszowym polu, utorowało drogę sukcesowi, który w roku 1973 był przecież zaledwie zalążkiem tego, co widzimy teraz.

Duhigg w „Sile nawyku” nadaje temu triumfowi środowisk homoseksualnych wymiar raczej pozytywny, ale to nie ma żadnego znaczenia. Jeżeli chcemy, wedle własnego uznania, możemy wskazywać coś dokładnie odwrotnego utyskując, że tym właśnie kończy się danie komuś małego palca. To zupełnie nieistotne z tego względu, że ocena samego mechanizmu w żaden sposób nie wpływa na jego skuteczność i funkcjonowanie. On po prostu działa. To jedyna lekcja, jaką powinniśmy wyciągnąć z tego przykładu. By tak zwyczajnie nie mieć złudzeń.

Gdy więc wiceprezydent pogronkiewiczowej Warszawy Paweł Rabiej stwierdza, że nie jest zwolennikiem zmieniania społeczeństwa na siłę; że jest za etapowaniem: najpierw wprowadzi się związki partnerskie, potem równość małżeńską, a na koniec przyjdzie czas na adopcję dzieci, to możemy mu tylko podziękować za przypomnienie i - zapewne nieopatrzne tudzież zwyczajnie bezrefleksyjne lub wręcz bezmyślne - wyartykułowanie wprost tego, co doskonale przecież czujemy.

Czy nam się to podoba czy nie, strategia małych kroków tak właśnie działa. Powolutku, gdyż „małe zwycięstwa nie łączą się ze sobą gładko, bezszwowo, seryjnie, sprawiając, że osiągnięcie każdego kolejnego małego zwycięstwa przybliża nas o wyraźny krok do jakiegoś wcześniej określonego celu”**.


Obojetnie więc czego strategia ta by nie dotyczyła, obroną przed nią jest nieustępowanie. Wydaje się, że innej opcji nie ma.


*Charles Duhigg „Siła nawyku. Dlaczego robimy to, co robimy i jak można to zmienić w życiu i biznesie”Copyright © for the Polish edition by Dom Wydawniczy PWN, Warszawa 2013. Tłumaczenie: Małgorzata Guzowska. Str. 118-119
**Karl Weick. Tamże str. 118


http://przemsa.szkolanawigatorow.pl/mae-zwyciestwa

Dlaczego Julka zaczęła używać brzydkich wyrazów?

 

       Tak się akurat  składa, że wśród moich znajomych mam pięć, a może sześć osób, które są bardzo zaangażowane w mający właśnie miejsce tak zwany Strajk Kobiet i są to, z dwoma wyjątkami, kobiety. Jeśli mówię, że oni wszyscy są zaangażowani „bardzo”, to dokładnie to mam na myśli. A więc oni noszą maseczki z błyskawicą, na balkonach wywieszają plakaty z charakterystycznymi hasłami, a jeśli mają okazję, to odpowiednio też dekorują swoje samochody. Biorą oczywiście bardzo aktywny udział w codziennych demonstracjach i choc nie wiem, czy piszą po budynkach oraz kościołach, to nie zdziwiłbym się gdyby tak było. Wiem na pewno, że podczas owych demonstracji wykrzykują brzydkie słowa, bo pokazują to choćby na swoich profilach na Facebooku i gdzie indziej. I to mnie akurat nie dziwi, do czego zresztą jeszcze wrócę w dalszej części tych refleksji. Ciekawi mnie natomiast bardzo, że oni wszyscy są na co dzień nadzwyczaj kulturalnymi, grzecznymi, miłymi i spokojnymi ludźmi, z których ust nie dość że nigdy nie słyszałem jednego wulgarnego słowa, to nawet nie zdarzyło mi się u nich zauważyć, tego co nawet mi się niekiedy zdarza, a więc tak obecnie modnego „wkurwienia”.

      Ów paradoks tak mnie zaintrygował, że, proszę sobie uprzejmie wyobrazić, gdy szedłem sobie wczoraj z psem, i mijając najnowsze moje odkrycie w postaci napisu „JP pizda”, spotkałem jedną ze wspomnianych znajomych dziewcząt, oczywiście w maseczce z błyskawicą, i nie zastanawiając się długo zagadnąłem w te słowa:

- Dzień dobry, kurwa.

     Znajoma, co stwierdziłem z satysfakcją, najpierw lekko zdębiała, a następnie cichutko odpowiedziała:

- Dzień dobry.

     Kiedy już pierwsze lody zostały przełamane, postanowiłem nie czekać, tylko jechać utartą już ścieżką:

- Strasznie jestem dziś wkurwiony. Niech sobie pani wyobrazi, że wczoraj ten chuj tak mną szarpnął, że się wypierdoliłem jak długi i tak się jebnąłem w kolano, że mnie do dziś napierdala.

      Przez twarz mojej znajomej przebiegł błyskawiczny proces myślowy, a że jest ona na co dzień osobą bardzo inteligentną, szybko doszła do siebie, oczy rozbłysły jej zrozumieniem i odpowiedziała:

- Trzeba było nas nie wkurwiać.

     A ja, ponieważ wszystko co chciałem to już właśnie załatwiłem, powiedziałem:

- Do widzenia, kurwa.

     Ona mi odpowiedziała:

- Do widzenia.

       I każde z nas poszło w swoją stronę.

***

      Jestem pewien że wielu z nas się zastanawia, czemu te wszystkie dziewczyny – a wiele z nich, z całą pewnością, to osoby na ogół bardzo łagodne i grzeczne – nie dość, że się zdecydowały wziąć udział w akcji pod hasłem „Wypierdalać!”, to jeszcze na ten czas pozwoliły sobie na ową niezwykłą wprost przemianę, która pozwala im bez mrugnięcia okiem skandować zarówno owo „wypierdalać”, jak i różnego rodzaju inne plugastwa, takie jak „jebać”, „kurwa”, „pizda”, czy „chuj”. Otóż moim zdaniem mamy tu dwa poziomy szaleństwa, które z siebie wzajemnie wyrastają. Wszyscy pewnie pamiętamy czas, kiedy byliśmy małymi dziećmi i czasem, gdzieś w kąciku, kiedy nikt nie patrzył pisaliśmy to tu to tam słowo „dupa” i to sprawiało, że przez chwilę czuliśmy się bardziej odważni, no a przede wszystkim poważni. Mało tego: owa „dupa”, nabazgrana gdzieś na kartce, na szkolnej ławce, czy na murze, dwała nam pewien zastrzyk adrenaliny, tak by dalsza część dnia mogła być uznana za udaną. Uważam, że tu mamy do czynienia z czymś bardzo podobnym. I ja w żaden sposób nie sugeruję, że tych dwóch moich kolegów, czy te cztery znajome dziewczyny, gdy sobie gdzieś tam siedzą w barze na kawie, czy przy piwie, albo idą sobie ulicą i rozmawiają, nie rzucą od czasu do czasu popularną „kurwą”. Oczywiście, że to im się zdarza, a niektórym z nich nawet dość często. Dziewczynom i chłopcom. Ale to wyłącznie prywatnie. Nie ma natomiast wielkich szans, że którekolwiek z nich zacznie nagle wypowiadać te świństwa publicznie i to jeszcze na głos. Dlaczego? Odpowiedź jest prosta: bo nie wypada.

      Mam wrażenie, że nawet najbardziej typowy kibol, czy zdegenerowany menel, zna tu pewne ograniczenia. Pisałem tu kiedyś o tym, jak zdarzyło mi się jechać pociągiem z dwoma klasycznymi kibolami właśnie i oni nie byli w stanie  skończyć jednego zdania bez owego przerywnika w postaci słowa „kurwa”. O ile pamiętam pojawiło się tam również parę razy słowo „przypierdolić” ewentualnie „jebnąć”, ale wyłącznie w bardzo konkretnych kontekstach, bez jakiejś szczególnej demonstracji męskości. Podobnie z tymi przydworcowymi pijaczkami. Oni również klną, ale jeśli zdarza im się wpaść w ton, który możemy zaobserwować wśród dziewcząt biorących udział w dzisiejszych demonstracjach, to wiemy na pewno, że oni wypili coś znacznie gorszego niż zwykła wóda, a kto wie, czy nie z dodatkową posypką. Spotykamy ich czasami, prawda? Idą ulicą, wściekli jak nie wiadomo co, wymachują rękami i bluzgają na czym świat stoi, a my wiemy, ze tam musiało być coś jeszcze.

      I tu mamy te eleganckie inteligentne, jak to się zabawnie przyjęło określać na Twitterze, Julki i to jest dokładnie ten sam język, a jeśli ktoś im zwróci uwagę, to pada jedno jedyne wytłumaczenie: „To dlatego że jesteśmy wkurwione”.

      Czemu tak? Jaka jest tego przyczyna? Kto wymyślił ten niezwykły plan i korzystając z jakiej logiki? Otóż, kto to wymyślił oczywiście nie wiem, natomiast domyślam się, że tu chodziło o to, by w nich wszystkich wywołać dokładnie ten sam pierwotny instynkt, który nimi rządził, gdy były jeszcze dziećmi. Plan tym razem jednak był taki, by one te „dupy” i „cycki” pisały nie na szkolnych ławkach, gdy pani nie patrzyła, ale by je artykułowały głośno i wyraźnie. No i oczywiście z odpowiednimi do wieku i okoliczności modyfikacjami. Proszę zresztą spojrzeć na główne hasło ich kampanii: „Wypierdalać!”. Otóż jeśli się zastanowić, to w większości sytuacji w których ono jest używane, jest ono używane kompletnie bez sensu. Widzieliśmy wszyscy scenę przed jednym z kościołów, gdzie do tych dzieci wyszedł ksiądz, próbował im cos tłumaczyć, a one zaczęły nagle skandować „Wypierdalaj!”. Dziwne, prawda? Przyszły pod jego dom, zaczęły mu tam hałasować, a gdy on do nich wyszedł, to kazały mu „wypierdalać”. Ja bym rozumiał, gdyby to on wyszedł do nich i krzyknął: „Wypierdalać!”, tymczasem stało się dokładnie odwrotnie.  Dziś chodzę po mieście, wszędzie widzę te plakaty z napisem „Wypierdalać!” i nie ukrywam, że nie mam innego dla tego dziwactwa wytłumaczenia niż to jedno: One nie chcą mnie przepędzić; one zaledwie chcą użyć publicznie brzydkiego słowa. Po co? A to jest już inna sprawa. To jest po to, by się nakręcić i dodać sobie siły.

      I tu się pojawia kolejna kwestia, która, moim zdaniem tę wcześniejszą stworzyła i którą też ta dziś już podtrzymuje przy życiu. Otóż moim zdaniem ów ktoś nam kompletnie obcy i nieznany uznał – przewidując, jak wielu z nas, że już wkrótce dojdzie do praktycznej delegalizacji aborcji – że jeśli da się skorzystać z okazji i wreszcie obalić ten rząd, to trzeba do tego użyć kobiet i to właśnie w ten sposób, że się je zachęci do tego, by wyszły na ulicę wyrzucając z siebie to co je przez tyle lat jakoś tam wiązało, czyli najbardziej wulgarne przekleństwa. Powiem szczerze, że pomimo wielu wątpliwości, nie bardzo lubię dyskutować na temat różnic  między psychiką kobiet, a psychiką mężczyzn. Natomiast nie  potrafię nie zauważyć, że mamy w historii naprawdę wiele przykładów na to, że kobiety dają się zdecydowanie bardziej od nas manipulować w tym sensie, że one stają się znacznie bardziej od nas podatne na wszelkiego rodzaju emocjonalne oszustwa. I nie chodzi mi tylko o ostatnio bardzo popularne oszustwa „na wnuczka”, czy o wciąż powtarzające się historie kobiet, które wysłały swoje całe oszczędności jakiemuś rzekomemu amerykańskiemu żołnierzowi z Afganistanu, czy wreszcie tamte wszystkie dziewczyny, które padły ofiarą niegdysiejszego Mola, wrażliwego poety Murzyna, czy wcześniej Kalibabki, syna Posejdona.

    
      Czytam ostatnio książkę o obozie koncentracyjnym dla dzieci w okupowanej przez Niemców Łodzi, gdzie prym wiodła pewna młoda dziewczyna nazwiskiem Pohl, którą się dziś wspomina jako stworzenie, którego okrucieństwa nie da się porównać z niczym innym. A ja już tylko się zastanawiam, czy ona, kiedy mordowała te dzieci, bardzo przeklinała. Myślę że tak. Bez tego z pewnością nie byłoby jej aż tak łatwo.

      Mogę się tu oczywiście mylić, ale jeśli mam rację, to uważam, że ten ktoś, kto wpadł na pomysł by tym wszystkim Julkom w płaszczykach do kolan, w podartych dżinsach i wełnianych czapeczkach założonych na długie blond włosy kazać biegać od kościoła do kościoła i wrzeszczeć „Wypierdalać!”, powinien się jednak spalić w piekle. Od pewnego czasu nie bardzo mam ochotę używać tego rodzaju retoryki, no ale co robić, skoro nic innego nie przychodzi mi do głowy?



     

 

Integrator: Płód to płód a jajko to nie kura

Dziś piątek, co z zasady nastraja mnie weekendowo, i co tu mówić niknie też powoli zapał do roboty, także do pisania. Szczęściem trafiłem w sieci na filmik, który wyręczy mnie w tym dziele.

Bo znajdziecie tam wszystko jak na patelni; i to pomieszanie z poplątaniem jakie zwolennicy zabijania noszą w głowach i które zawsze wychodzi ilekroć zaczyna się im stawiać pytania; tą jakże właściwą lewactwu manierę płytkiego zgłębiania tematu; wreszcie zobaczycie jak wszyscy oni bronią się, wręcz uciekają przed wszystkim co mogłoby zmienić ich sposób postrzegania spraw.

Całkiem niedawno dowiedziałem się, że to zjawisko zostało już szerzej opisane a przede wszystkim nazwane - "echo chamber" co po naszemu znaczy "komora echa". Wiki mówi, że to jest metaforyczny opis sytuacji, w której przekonania są wzmacniane przez komunikację i powtarzane w zamkniętym systemie, izolującym je przed obaleniem. Bez wątpienia wielu z nich żyje w komorze echa; karmieni informacjami z jednego źródła z automatu odtracają inne w obawie, że zburzy im to ich świat, a wtedy będą musieli stanąć w prawdzie, że całe lata trwali w błędzie, marnowali czas dany im tu na ziemi, skrupulatnie przecież odliczany przez Wszechmogącego. Oni podświadomie czują, że to przebudzenie będzie boleć niemniej niż bolało bohaterów Matrixa wyrywanych ze sztucznego letargu, co tłumaczy małą liczbę nawróconych. Tak u nas jak i w filmie. Szczególnie, że presja towarzyska, którą dziś sami współtworzą od razu da im się we znaki. Nie będzie polituj, to będzie ich słono kosztowało. Mamy więc jak mamy, niby jest wolność a masa ludzi zwyczajnie boi się powiedzieć co tak naprawdę myśli. Niczym ślimak do bezpiecznej muszelki wraca więc jeden leming z drugim do swojej komory echa; jedni włączają do kolacji TVN, inni raczą się na śniadanie SokiemZBuraka, inni będą sobie w pracy wysyłać reklamę "zimnego Lecha"... i mają święty spokój.

A skoro przy pomieszaniu z poplątaniem jesteśmy, wczoraj w Faktach pokazywali jak gdzieś w Polsce tłum aborcjonistów śpiewa Rotę, akurat fragment "tak mi dopomóż Bóg". Przezabawne.

Wiele źródeł, jeden przekaz, miliony podpiętych umysłów: komora echa. Zobaczcie sobie ten filmik, szczególnie te uliczne wywiady a zrozumiecie jak oni wszyscy podobnie gadają: płód to jest etap rozwoju człowieka ale nie człowiek, płód to jest płód, ziarnko to nie roślina, żołędź to nie dąb, jajko to nie kura. Przecież oni nie mogli wszyscy wpaść na to jednocześnie, im ktoś to wtłoczył. Tak czy siak ciekawe poznawczo. Zapraszam na seans.


https://youtu.be/2YcmFCtWojA

Ps. Dla tych co nie mają czasu można skoczyć do 1:13:00 potem 2:10:15

czwartek, 29 października 2020

Don Paddington: Aforyści, czyli w gębę ci plują, a ty udajesz, że deszcz pada, oraz o innych takich perełkach myśli, albo o pragnieniu sprawiedliwości, część 1.

Wprawdzie nasz serdeczny druh, ksiądz Rafał Krakowiak, pojawiający się tu z przerwami od samego początku, ma pełne prawo by tu publikować bez mojego zaangażowania, ale jak to bywa ze starszymi już panami, w obliczu nowoczesnej techniki się poddał i poprosił mnie bym ten tekst  jeden z kilku kolejnych  opublikował tu w jego imieniu. Co niniejszym czynię. Sam nawet jeszcze nie czytałem, ale założę się, że będzie dobrze. Jak zawsze.


     Pan Gabriel Maciejewski, t.j. Coryllus, na swoim jakże bardzo kiedyś z nami zaprzyjaźnionym blogu, w notce pt. Dlaczego Kamil Durczok przemawia? przekazał nam – a propos pełnych gniewu manifestacji udręczonego przez reżim PiS i bezduszny Kościół ludu – bardzo trafny opis tego eventu: Od dawna wszyscy wiemy, że żaden gniew ludu nie istnieje, a jeśli lud wychodzi na ulicę i się nie modli, tylko drze mordę, to znaczy, że został do tego wynajęty. Opcja – pożyteczni idioci także jest brana pod uwagę, ale myślę, że mniej ona znaczy w obecnych okolicznościach”.

     Osobiście nie znam się na tych sprawach, ale rozumiem, że jeśli ktoś jest tutaj wynajęty, to wynajęty jest do czegoś, a owo coś to – biorąc pod uwagę kontekst tego co się nie tyle od kilku dni, ale od bardzo, bardzo dawna dzieje – żarliwa, pełna entuzjazmu praca na rzecz coraz głębszej liberalizacji polskiego społeczeństwa (CGLPS). To jest oczywiście hipoteza robocza, wcale nie mojego autorstwa, ale biorąc pod uwagę fabułę większości manifestacji, oraz istotną treść sypanego przez ostanie choćby trzydzieści lat w ludzkie serca ziarna, z którego owe manifestacje wyrosły, należy sądzić, że owa hipoteza jest dość dobrze potwierdzona. CGLPS jest z jakiegoś powodu przez wynajmującego bardzo pożądana, a ponieważ Kościół tejże liberalizacji raczej nie sprzyja, no to – mimo zarazy – mamy to co mamy. PiS-owi dostaje się przy okazji i niejako z definicji, tym bardziej, że tam ciągle jest wielu takich, którym bardziej jest po drodze z Kościołem (choć mówi się, być może oszczerczo, że przyszłość tej partii, czyli młodzieżówka PiS, widzi w CGLPS coś nieuniknionego i w jakiejś mierze pożytecznego) niż z wynajmującym. Nie mam pojęcia kto jest tym wynajmującym (pytajcie o to Coryllusa), natomiast mniemam, że wynajęci działają za jakieś wynagrodzenie, pożyteczni idioci zaś, zaktywizowali się za darmo, co samo w sobie jest zresztą dowodem ich zidiocenia, jeśli wierzyć opiniom bywałych w świecie ludzi.

     Ja aż tak bardzo nie jestem wobec tych – jak mówi pan Gabriel – „pożytecznych idiotów” surowy, bo choć jego diagnoza jest dla wynajętych przez zleceniodawców wykonawców planu CGLPS (z natury rzeczy są oni ludźmi, bądź instytucjami spowitymi bardziej czy mniej gęstą mgłą, więc na użytek tego tekstu jestem tutaj gotów o nich powiedzieć: pies ich drapał) druzgocąca, to nie ukrywam, że z tymi „pożytecznymi” mam istotny problem. Ów problem nie bierze się stąd, że są to najczęściej ludzie młodzi, w dość dużej liczbie (boć nie wszyscy uczestniczą w manifestacjach) i niedoświadczeni, ani też stąd, że są tak jak Toyah nieoczytani, albo, jak by rzekł Coryllus: „aspirujący, z deficytami i bez żadnych charyzmatów”. Mój problem z tymi ludźmi polega na tym, że oni są idealistami. Innymi słowy mówiąc: ich zbawienie jest zagrożone.

      Od razu nadmieniam, że idealny to niekoniecznie doskonały, a idealista idealiście nie jest równy. Są bowiem różne idee na tym świecie. I nie wszystkie prowadzą ku zbawieniu. Ja zaś jestem katolickim kapłanem i siłą rzeczy zależy mi, by ci młodzi, niedoświadczeni, nieoczytani i aspirujący z deficytami nie zmarnowali sobie życia przez pogoń za jakąś ideą, która jest – jak widać na załączonym obrazku – bardzo chwytliwa i jeszcze bardziej fałszywa.

       Cóż to za idea? Jacek Kuroń (tak, tak: ten Jacek Kuroń!) powiedział o niej – bodajże w wywiadzie dla Gazety Wyborczej – że „jest jednym z największych i najbardziej niebezpiecznych marzeń człowieka”. Jeśli ktoś sądzi, że Jacek Kuroń, jakże bardzo nielubiany po prawej stronie płotu, ma tutaj na myśli aborcję na żądanie, to niniejszym wyprowadzam go z błędu. Ten niegdysiejszy działacz czerwonego harcerstwa i wybitny działacz demokratycznej opozycji, mówiąc o największym i najbardziej niebezpiecznym ludzkim marzeniu miał na myśli ideę sprawiedliwości i to jeszcze na dodatek sprawiedliwości pełnej i absolutnej.

      Pomińmy tutaj kwestię, dlaczego Kuroń uważał, że marzenie o sprawiedliwości jest niebezpieczne, a także co ma poeta na myśli, gdy mówi o sprawiedliwości pełnej i absolutnej. To nam do niczego nie jest potrzebne. Zwróćmy uwagę tylko na to jedno stwierdzenie: „sprawiedliwość jest jednym z największych marzeń człowieka”. Prawda? Oczywiście, że prawda. A wiemy to stąd, że ludzie pragnąc sprawiedliwości, bardzo często narzekają – narzekają intensywnie, z gniewem, często też z mięsem w ustach – na rozmaite przejawy niesprawiedliwości. I nie myślę tutaj tylko i wyłącznie o źle działających sądach i czekających je (daj Boże!) gruntownej reformie. Mam raczej w głowie obraz ludzi myślących i mówiących mniej więcej tak: „To jest niesprawiedliwe, że życie jest tak ciężkie; to jest  niesprawiedliwe,  że tak mało zarabiam;  to jest niesprawiedliwe, że mnie wyzyskują; to jest niesprawiedliwe, że on ma więcej, a ja mniej; to jest niesprawiedliwe, że jedni mogą być z życia zadowoleni, a drudzy nie…” Ludzie biadolą w ten sposób na brak sprawiedliwości dzisiaj i prawdopodobnie, w podobny sposób, biadolili na tenże brak ich przodkowie, a można podejrzewać, że w podobny sposób biadolić będą także ich potomkowie. Poczucie niesprawiedliwości jest bowiem zjawiskiem nader powszechnym i bardzo dotkliwie przez ludzi odczuwanym. W praktyce wygląda to tak, że nieszczęście spowodowane jakąś niesprawiedliwością i to samo nieszczęście spowodowane przez przypadek, to są w ludzkim mniemaniu dwa różne nieszczęścia  i jest czymś oczywistym, że owo pierwsze, wynikające z braku sprawiedliwości, jest znacznie boleśniejsze. Trudno się więc dziwić, że tego typu zjawiska jak niesprawiedliwość rządzących, niesprawiedliwość sędziego, niesprawiedliwość nauczyciela, niesprawiedliwość prawa itd., są uznawane za godne potępienia. Ponieważ zaś ludzie dosyć często  uważają,  że  niesprawiedliwie  się  nimi  rządzi, niesprawiedliwie osądza czy ocenia, niesprawiedliwie urządza się świat, w którym mają żyć – każdy kto mówi o sprawiedliwości i sprawiedliwość obiecuje, może liczyć na ludzkie zainteresowanie, bo sprawiedliwość to „jedno z największych marzeń człowieka”.

     Sprawiedliwość, czyli co? No właśnie… Czym jest sprawiedliwość?

     By przybliżyć sobie przedmiot naszego namysłu, odwołajmy się do kilku aforyzmów, bo są one efektowne i w przeciwieństwie do nudnych definicji, bardziej w lekturze strawne. Zacznijmy od Arystotelesa, który choć kochał definiować, to od czasu do czasu potrafił też rzucić zręcznym aforyzmem. Choćby takim: „Prawdziwą sprawiedliwością jest przeżyć to, co się uczyniło innym”. Następnie idzie mistrz aforystyki, czyli sam książę Franciszek de La Rochefoucauld i jego jakże ironiczna myśl: „Miłość sprawiedliwości jest u większości ludzi jedynie obawą doznania niesprawiedliwości”. Poważny Józef Joubert mówi nam, że „sprawiedliwość to prawda w działaniu”, a przenikliwy swą pobożnością Błażej Pascal zwraca naszą uwagę na fakt, że „istnieją dwa rodzaje ludzi: sprawiedliwi, którzy uważają siebie za grzeszników, i grzesznicy, którzy uważają siebie za sprawiedliwych”. Swoje trzy grosze wtrąca też Monteskiusz, pouczając nas, że „sprawiedliwość dla innych jest miłością dla nas”, oraz że „sprawiedliwość podnosi głos, ile może, ale trudno jej o posłuch w zgiełku namiętności”. Nie zaskakuje nas Karol Marks, gdy mówi: „Co burżuje uważają za słuszne lub sprawiedliwe, to nie ma znaczenia. Idzie o to, co jest konieczne i nieuniknione w danym systemie produkcji”. Z wielką uwagą warto się też wsłuchać w głos wkurzonej Oriany Fallaci, która klarowała rozmaitym radykałom, że „wolność oddzielona od sprawiedliwości jest tylko połową wolności, a obrona tylko naszej wolności jest obelgą dla sprawiedliwości”. Niezła jest też myśl T.S. Eliota: „Świat jest pełen niesprawiedliwości. Bankier może napisać zły poemat i nic. A niech tylko poeta spróbuje wypisać zły czek”. Nawet ten stary komunista Stanisław Jerzy Lec jest w swej prześmiewczości do przyjęcia, gdy ostrzega: „Schodźmy z drogi Sprawiedliwości! Jest ślepa”. – co nie zmienia faktu, że jeśli chodzi o szyderstwo, to nic nie przebije Józefa Hellera i jego Paragrafu 22 z następującym bon motem: „Sprawiedliwość to kolanem w brzuch z ziemi w zęby w nocy skrycie nożem z góry w dół na magazyn okrętu przez worki z piaskiem wobec przeważającej siły w ciemnościach bez słowa ostrzeżenia. Za gardło”.

     Myślę, że dzięki tym aforyzmom mamy już jakiś, niech będzie, że wstępny ogląd tego, co jest jednym z największych marzeń człowieka”. Wypada teraz wyjaśnić, dlaczego uważam, że młodzi, niedoświadczeni, nieoczytani i aspirujący z deficytami ludzie, którzy biorą udział w tych tak bardzo niepokojących nas manifestacjach, pragną przede wszystkim sprawiedliwości, a wszystko inne jest pretekstem. Wyjaśnienie tej kwestii jest stosunkowo proste, o ile uważnie przyjrzymy się komunikatom, które kierują do świata młodzi, niedoświadczeni, nieoczytani i aspirujący z deficytami i jeśli owe komunikaty umieścimy w kontekście „jednego z największych marzeń człowieka”. Jeśli to uczynimy, to odwołując się do aforyzmu Józefa Hellera, a mówiąc ściśle, do formy tego aforyzmu, zetkniemy się, a może nawet zderzymy, z czymś następującym:

     „Sprawiedliwość to Jędraszewski stop księżniczki nie księża PiS OFF strefa wolna od Kai Godek i zdrowia nie zdrowaśki czyli po prostu wypierdalać i niech żyje wkurw #OstraJazdaKobiet aborcja bez granic wybór nie zakaz oraz strajk kobiet a tak w ogóle to mam wyjeżdżać za granicę żeby zrobić to czego w naszym kraju już nie można więc jebać PiS w imię matki córki i umiłowanej siostry, bo trzeba było nie spluwać w twarz kobietom w samym środku epidemii a jak nie chcesz aborcji to jej sobie nie rób Jarek niestety twój rząd obalą kobiety bo PiS niszczy Polskę więc żądamy aborcji na życzenie a PiS won gdyż angry women will change the world i dlatego nie za bardzo mnie interesuje jak przywrócą tę przesłankę do aborcji po prostu mają to zrobić więc to jest wojna to jest szturm i blokujemy wszystko a wam wara od kobiecych wyborów gdy myślę czuję decyduję gdyż wolność równość aborcja na żądanie piekło kobiet prawa kobiet a na dodatek katolicy katują kobiety i ksiądz przerwał mszę i patologia i witamy w średniowieczu więc Kościół katolicki winny NIE święty dlatego moje sumienie nie twoje zmartwienie bo wy macie na rękach krew kobiet i nie wy będziecie rodzić trupy no to trzeba jebać PiS gdyż kompromisu już nie ma to był chuj a nie kompromis więc obalimy rząd bo aborcja jest prawem człowieka i katoliczki też potrzebują aborcji stąd rozdział państwa od Kościoła gdyż rewolucja jest kobietą siła jest kobietą i nasze ciało nasza sprawa nasza godność wasza podłość i ogólnie mamy dość i ogólnie módlmy się o prawo do aborcji i ogólnie nie wyprzesz się że twoja wina twoja wina twoja bardzo wielka wina a przecież ja nie jestem inkubatorem nie jestem ideologią jestem człowiekiem więc urodzę wam lewaka bo w sprawie rodzenia nie macie nic do powiedzenia a aborcja powinna być legalna do 71 roku życia no i prawo ludzkie nie kościelne a tak w ogóle to trzeba było nas nie wkurwiać trzeba było nas wyskrobać więc nie idziemy do roboty i jeszcze Polka nie zginęła i wolna cipka wolna Polska a katolicy precz od macicy bo aborcja wszędzie była jest i będzie i to jest kurwa dramat dlatego mówię otwórz biskupie i NIE cierpieniu w imię ideologii i fanatyzmu religijnego oraz kobieto Kościół to Twoje piekło a kto nie skacze ten za PiS-em hop hop hop i generalnie chcę mieć wybór i generalnie ja stoję ja tańczę ja walczę więc wypierdalać bo prawda jest po naszej stronie. Bóg jest kobietą a aborcja to nie grzech!”

     Ja wiem, że trzeba to przetrawić i że łatwo nie będzie. Kontakt z tej klasy aforystyką jest zawsze trudny. Dlatego też nie spieszmy się, lecz dajmy sobie trochę czasu……………………………

     Powie ktoś, że samo nader sztuczne i efekciarskie umieszczenie na początku tego aforyzmu zwrotu „Sprawiedliwość to…” nie sprawia, że ów aforyzm w jakikolwiek sposób odnosi się do idei sprawiedliwości. Nie odnosi się? To w takim razie dlaczego młodzi, niedoświadczeni, nieoczytani i aspirujący z deficytami wychodzą na ulice i mówią/krzyczą to, co powyżej? Bo ktoś im powiedział, że warto to zrobić dla aborcji na żądanie, czy chujków i cipek w rozmaitych konfiguracjach? Nie! Oni demonstrują, ponieważ brak aborcji na żądanie i kulturowo – prawne ograniczenia nałożone na niczym nieskrępowane posługiwanie się wspomnianymi wyżej wesołymi gadżetami, postrzegają jako jaskrawą niesprawiedliwość. Bardziej świadomi i zdemoralizowani, ową aborcję, tudzież inne postulowane rzeczy, traktują jako środek wiodący do celu, którym jest wspomniana wcześniej CGLPS. Tyle tylko, że dla gołego CGLPS (gołego, czyli nie obudowanego czymś postrzeganym jako szlachetne) ludzie – poza jakimiś radykałami – nie kiwną palcem. Natomiast w protest przeciwko niesprawiedliwości angażują się już tłumy, bo tego rodzaju protest jest zawsze czymś szlachetnym, pochwały godnym i uwznioślającym i ludzie chcą w czymś takim uczestniczyć, bo jakże tu nie działać na rzecz ziszczenia się jednego z największych marzeń człowieka”, jakże tu powstrzymać się od kopa i mocnego słowa wymierzonego w tych, którzy owemu ziszczeniu się przeszkadzają.

      Skąd to wszystko wiem? Zrobiłem jakieś badania wśród demonstrantów? Oczywiście, że nie. Tym niemniej, biorąc pod uwagę jaką taką znajomość ludzkiej natury, którą to znajomość  posiadłem przede wszystkim dzięki spełnianej przeze mnie posługi spowiednika zapewniam, że jeśli kogokolwiek z owych młodych, niedoświadczonych, nieoczytanych i aspirujących z deficytami zapytać, czy walczą z niesprawiedliwością, albo walczą o to, co sprawiedliwe, każdy z nich odpowie twierdząco i to jeszcze z błyskiem w oku, a może nawet z dumnie podniesioną głową.

       Oczywiście, w olbrzymiej swej większości ludzie ci nie walczą o sprawiedliwość, lecz o to, co sobie jako sprawiedliwość wyobrażają. Możemy z tego szydzić, zwracając uwagę na to, że choć raczej na pewno młodzi, niedoświadczeni, nieoczytani i aspirujący z deficytami o choćby wspomnianych wyżej aforystach nie słyszeli, to jednak aforystyka nie jest im zupełnie obca, ponieważ w ewidentny sposób wcielają w życie treść aforyzmu, którego autorką jest wybitna myślicielka, znana i popularna Leonia Pawlak. Jej dotyczący sprawiedliwości aforyzm wszedł pod strzechy, a jakiś Arystoteles czy La Rochefoucauld niech się gonią i przy Pani Pawlak niech głosu nie zabierają. Znamy ten aforyzm? Oczywiście, że znamy, a przytaczamy go tutaj tylko dla porządku: „Sąd sądem, a sprawiedliwość musi być po naszej stronie”.

      I można by te szyderstwa w stosunkowo łatwy sposób ciągnąć dalej, gdyby nie to, że babcia Pawlakowa, choć wieśniara i postać fikcyjna, wygrywa. Wygrywa w tym znaczeniu, że jej aforyzm wgryzł się w ludzkie serca i umysły i bardzo trudno jest temu przeciwdziałać. Trudno, ponieważ – jak wiele o tym świadczy – ci, na których Coryllus wskazuje jako na wynajmujących, zrozumieli jak przypuszczam, że myśl Leoni Pawlak ma wymiar uniwersalny i jest znakomitym narzędziem w pracy na rzecz coraz głębszej liberalizacji polskiego, czy wręcz jakiegokolwiek społeczeństwa. Sposób posługiwania się owym narzędziem jest bardzo prosty:

1.     - W sposób dowolny określa się, co jest sprawiedliwe, a co jest niesprawiedliwe.

2.     - Wskazuje się na wroga, który określonej w dowolny sposób idei sprawiedliwości się sprzeciwia.

3.             W pewnych sytuacjach, wynikających najczęściej z trudności przeżywanych przy posługiwaniu się nader skomplikowaną kategorią sprawiedliwości, termin „sprawiedliwość” zastępuje się terminem „racja” (niestety w tym momencie osłabia się siłę aforyzmu babci Pawlakowej, ponieważ „mieć rację” to nie to samo – a propos poziomu szlachetności – co „walczyć o sprawiedliwy świat”).

      I to właściwie wszystko. Czy ktoś walczy o aborcję na żądanie, o ochronę klimatu, o małżeństwa jednopłciowe, o wolność Tybetu, o możliwość chodzenia bez maseczki w czasie pandemii, o szeroką dostępność narkotyków, o bezkarność dla chuliganów, czy nawet o Kościół bez tego szkodnika Franciszka, zawsze może powołać się na swoje poczucie sprawiedliwości (swoją rację), wskazując jednocześnie na tych, którzy owej sprawiedliwości (racji) sprzeciwiają się, bądź mogą się sprzeciwić.

      Otrzymujemy wtedy następujące konstrukcje myślowe:

- Sąd sądem, a sprawiedliwość musi być po naszej stronie.

- Kościół Kościołem, a racja jest po naszej stronie.

- Kaczor Kaczorem, a sprawiedliwość musi być po naszej stronie.

- Nauka nauką, a racja jest po naszej stronie.

I tak dalej… I tym podobnie…

       Czy możemy sobie z tym poradzić? Jeśli nie odwołamy się do chrześcijaństwa, to nie. Tyle tylko, że chrześcijaństwo jest ponoć – przynajmniej na naszych szerokościach geograficznych – w odwrocie. Nie do końca w to wierzę, tym bardziej, że jak się okazuje, nie zawsze się orientujemy, jakie narzędzia daje nam chrześcijaństwo, by dawać sobie radę ze współczesnymi aforystami. Ale o tym, w następnych częściach (o ile się pojawią)…




 

Integrator: Gambit Kaczyńskiego

Odezwa Kaczyńskiego do narodu to mistrzostwo świata, i już mówię dlaczego.

Mamy oto na ulicach polskich miast; hordy barbarzyńców, opętanych nienawiścią do wszystkiego co polskie i święte; dzieci i młodzież zwolnione z chodzenia do szkoły, które nie mogąc upuścić energii w zamkniętych siłowniach, dyskotekach czy to innych zwyczajowych miejscach na to przeznaczonych, przywarły do tych pierwszych just for fun; wreszcie etatowych zadymiarzy dla których udział w takich hucpach to chleb powszedni. Skrzyknął się zatem na fejsie niemały zespół ludzi rozgrzanych, gotowych na wszystko, głównie na starcie z policją przy czym gro tego towarzystwa - podkreślam - to dzieci, bo - z kolei uprzedzam - o przelanie tej właśnie krwi najbardziej koordynatorom bałaganu zależy. I co? Nic! Z jednej strony siła spokoju, z drugiej wciąż  "wkurwienie" ale i wyraźne osłupienie. Do tego tanga potrzeba dwojga a jak tu ruchawkę zaczynać gdy policja stoi z tarczą u nogi?! 

Dziesiąta rano, słucham w radio monologu prowadzącego, który niemal żąda od swego gościa by Kaczyński rzucił w ten tłum oddziały szturmowe. W te dzieci? Bo scenariusz tragedii był niewielu znany: Rzucić tą młodą naiwność na ulicę, a gdy jazda policji skończy się niezgorzej jak ta husarów pod Kircholmem - od tej chwili wszystkie chwyty będą dozwolone. Polegną dzieciaki? Co z tego?! Rewolucja zawsze żarła trupy swych dzieci i piła krew z ich czaszek puchara. 

Gambit to taktyka z gry szachowej, polegająca na poświęcaniu piona, na wykonywaniu w odpowiedniej chwili kroku w tył, by dzięki temu ostatecznie wygrać. Tym też sposobem uliczną zadymę rozegrał Kaczyński; wstrzymał policję a wezwawszy naród pod kościoły, plan opozycji oparty o krew na ulicach puścił w drebiazgi. Czekało PO wraz Lewicą posoki polskich dzieci jak kania dżdżu, by obwieścić dobrą nowinę światu, tymczasem źle wyszło, bo ruszyło lewactwo na ludzi broniacych kościoły, i trzeba było zgasić kamery. Zgoda z Kaczyńskim grzmiącym w Sejmie - od dziś w tych ławach poselskich zasiadają przestępcy.

Odbito od świątyń lewactwo, ruszyła modlitwa różańcowa, dzieci bezpiecznie wróciły do domów. A wszystko za sprawą apelu Prezesa. Sześciominutowego! Jak zacnie?

I tylko smaczku sprawie dodaje fakt, że ponoć "dare il gambetto" znaczy też po włosku "podstawić nóżkę" ;)

Autor: Integrator