piątek, 27 maja 2016

Zyta, czyli świat znieruchomiał część 6

Mamy za sobą uroczystości Bożego Ciała, kto korzysta z długiego weekendu, ten ma swoje przyjemności, kto natomiast jest na miejscu, zapewne nie pogardzi kolejną częścią listów od Zyty. Zwłaszcza że dziś mamy atrakcję nie lada.

Drogi Panie Krzysztofie!
Tak jest, tak trzymać! I nie puszczać! Nicować tę nicość aż do kości. Bo to jest nicość. Kupiłam to dzieło [niestety, nie umiem sobie przypomnieć, o co może chodzić, ale list jest z 8 stycznia 2012 roku, więc może ktoś coś wymyśli – przyp. mój] i przeczytałam, w pierwszej chwili pomyślałam, no cóż – wprawdzie grafomania, ale dobrze motywowana. Jednak tylko w pierwszej chwili, przez kilka minut. Do mojego popsutego (przez medycynę, geny mam dobre) zdrowia musi się Pan przyzwyczaić, bo lepiej nie będzie. Ale może zdążymy jeszcze wspólnie coś zrobić? Jak Bóg da. A teraz opowiem Panu anegdotkę. W MF zastałam w charakterze rzecznika prasowego bezczelnego młodziana bez wykształcenia i manier, przyjętego przez moją poprzedniczkę („to brat Roberta Mazurka”) w skład tzw. gabinetu politycznego, co niebywale ułatwiło szybkie rozstanie, ponieważ owe gabinety rozwiązują się automatycznie wraz ze zmianą osoby ministra. Otóż ten młodzian najpierw wpakował mnie na „minę” (miał dużo mniej wyczucia ode mnie) a potem nawet mnie straszył i groził mi jakimiś bliżej nieokreślonymi retorsjami. Smarkacz groził wicepremierowi przy świadkach i mimo to (sic!) jeden z ministrów przyjął go na trochę do swojego działu prasowego, a potem wylądował u Wildsteina w TVP na jakieś pół roku. Kiedy Wildstein odchodził z TVP, to tym chłopakom (między innymi owemu „bratu”) zapewnił kolosalne odprawy jako kompensatę utraconych zarobków, ponieważ byli to „specjaliści rynkowi”. Wówczas poprosiłam Mariusza Kamińskiego (CBA) na rozmowę i zapewniłam go, że to nie żadni fachowcy, a przykładowo „ten mój” to zwykły miglanc i dyletant, więc ofiarowanie mu pół miliona złotych (500 000 zł) odprawy z państwowej firmy jest złodziejstwem. Dałam to na piśmie – na papierze Ministra Finansów – skierowanym do Szefa CBA. Mariusz Kamiński chyba nie zdążył nic z tym zrobić, ale jego następca z całą pewnością ten papier znalazł (wcale się nie ukrywałam) i po-pokazywał. I co? I nico. I to jest obrazek z doliny nicości, prawda?
Zupełnie zapomniałam o najważniejszej sprawie. [Gdyby nie zdrowie], nigdy bym nie porzuciła polityki i Jarosława Kaczyńskiego. Nigdy! Na to nałożyła się Katastrofa Smoleńska i brak możliwości wyzwolenia się z pęt medycyny [...] Aha, proszę przy okazji pozdrowić Coryllusa. Dzielny facet i ma takie lekkie pióro,
pozdrawiam, dobranoc,
Zyta Gilowska

Ostro, czyż nie? Zapraszam wszystkich do księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie są do kupienia i moje i jego książki. Polecam.

czwartek, 26 maja 2016

Zyta, czyli świat znieruchomiał część 5

List, jaki Zyta Gilowska napisała do mnie w odpowiedzi na moje pytanie, jak faktycznie wygląda nasza polska sytuacja, gdy z jednej strony słyszymy, że kryzys jest, a z drugiej, że go nie ma – zależy, z której strony patrzeć.

Szanowny Panie Krzysztofie,
szykuję się, by coś większego powiedzieć w wywiadzie dla „Uważam Rze”. Co nieco półgębkiem powiedziałam dla „w polityce”. Ale „pójść na całość” nie mogę. Nie dlatego, że się boję o posadę i nie dlatego, że mogę zaszkodzić (chociaż mogłabym, bo część tego kryzysu to elementarna
psychologia), ale dlatego, że tenże kryzys jest tworem tak parszywie wrednym i skomplikowanym, że najlepsze byłyby egzorcyzmy.
Co jest przydatne dla nas:
1) tempo wzrostu polskiego PKB przy naszej mizerii wyjściowej i różnych sztuczkach z metodami liczenia tegoż PKB nie jest dobrym miernikiem naszej pomyślności;
2) tempo wzrostu długu publicznego mamy – średnioroczne w latach 2008-2012 – najwyższe ze wszystkich tzw. nowych państw członkowskich;
3) w ostatnich miesiącach zapożyczyliśmy się nad miarę (minister się chwalił, że już „wszystko co trzeba na ten rok, to sobie pożyczyliśmy i nie musimy się martwić”) i teraz część tych pożyczonych pieniędzy kombinujemy jednak oddać (no, nie wprost, tak dobrze to nie ma, za rozrzutność płaci się dwa razy) żeby „poprawić relację” długu do PKB na użytek krajowej publiki, bo w rachunkach unijnych próg 60% jest na wyciągnięcie ręki, ale tym to się nikt w Brukseli nie przejmuje (na razie!) - bawimy się więc jak Cyganka - „jeden pieniądz, drugi pieniądz”;
4) do „wzięcia” została już tylko energetyka i ciężka chemia;
5) system emerytalny stracił amortyzatory (chociaż jest jeszcze zasób ok. 220 mld zł zgromadzony w OFE w poprzednich latach i nie do końca utopiony na operacjach finansowych);
6) żyjemy ponad stan (w latach 2008-2011 liczba urzędników wzrosła o 100 tys.) i ponad wszelką logikę (polecam przykład Państwowej Agencji Żeglugi Powietrznej, której powstaniu w 2007 r. wściekle i SAMOTNIE opierałam się przez pół roku, a w której już w 2009 roku 45% załogi było silnie spokrewniona, przy średnim wynagrodzeniu sięgającym 11,5 tys zł), na dopalaczach (długi) i propagandzie;
7) kluczową częścią każdego kryzysu są OCZEKIWANIA i dlatego mamy taki harmider – w przyszłym roku musimy popożyczać ok. 170 mld zł (brutto, część to tzw. rolowanie długów – pożycza się od jednych, by oddać drugim) i boimy się że nie da rady, za dużo zapłacimy (odsetki) lub wcale nie będzie chętnych kredytodawców (jeśli pojawi się konkurencja w postaci tzw. euroobligacji).

Reszta nie ma dla przeciętnego obywatela żadnego znaczenia – jest ważna i poważna, ale nic nie możemy tutaj zrobić, nic zaradzić. Wątpię, by te „hołdy i akcesy” miały jakikolwiek inny sens niż „zabełtanie w głowach”. Aż takimi sprzedawczykami chyba nie są, raczej chodzi o przestraszenie nas, bo Francuzi, Niemcy, Włosi, Hiszpanie, Grecy już się nie boją. Czesi też nie bardzo się boją. A my wpadliśmy w jakiś stupor i boimy się – każdy czego innego, pewnie większość własnych szwindelków lub ignorancji. Proszę nie słuchać propagandy – ważna jest odwaga i prawda. Dorośli ludzie nie oddają się złudzeniom i jeśli takowe w Polsce się upowszechniają, to po prostu wstyd i tyle. Wiemy, że dostaną swoją zapłatę. Dostaną.
Pozdrawiam serdecznie,
Zyta Gilowska

Przypominam, że wszystkie moje książki są do kupienia w księgarni pod adresem www.coryllus.pl. I praktycznie tylko tam. Inaczej nie będzie.

środa, 25 maja 2016

Zyta, czyli świat znieruchomiał część 4

Strasznie się cieszę, że publikacja listów, które przez pewien czas parę lat temu wysyłała do mnie Zyta Gilowska, spotkała się z tak życzliwym odzewem Czytelników. Nie wiem, ilu z nas miało okazję obejrzeć przekazywaną przez TVP transmisję mszy żałobnej i wysłuchać wystąpień prezydenta Andrzeja Dudy i prezesa Jarosława Kaczyńskiego, ale słowa, które oni tam wypowiedzieli, pokazywały prosto i jednoznacznie, że mamy do czynienia z odejściem kogoś absolutnie najwybitniejszego w naszej całej współczesnej historii. Była więc ta śmierć, ta msza, te wystąpienia, a świat ani nie drgnął. Jedyną próbą uczczenia tego wydarzenia z tamtej strony, z tego co zdążyłem zauważyć, było odtworzenie przez TVN fragmentu uzasadnienia wyroku w sprawie oskarżeń Gilowskiej o współpracę ze Służbą Bezpieczeństwa, gdzie owa sędzia (miejmy na nią nieustannie oko) czuła się z jednej strony w obowiązku Gilowską uniewinnić, ale z drugiej zaznaczyć, że co jak co, ale „gadatliwa” to ona była. I oto Zyta Gilowska umiera, Duda i Kaczyński wygłaszają słowa zarezerwowane dla postaci najwybitniejszych, a świat kompletnie nie wie, o co chodzi i o co tyle zamieszania. Dziś już będzie wiedział. Jeśli tylko zechce, to będzie wiedział. A ja mu to ułatwię. Część czwarta:

Szanowny Panie Krzysztofie,
bardzo dziękuję za pamięć. U mnie wszystko bez większych zmian, aczkolwiek nie powiedziałbym, że „w najlepszym porządku”. Co tu kryć – od Katastrofy Smoleńskiej nie mogę się w pełni pozbierać, nie mogę i już. Mnóstwo zajęć przestało mi dawać zadowolenie, sporą część swoich wieloletnich prac porzuciłam z własnej inicjatywy i bez żalu. Moje batalie o „miliony” są przecież śmieszne w obliczu trwonienia „miliardów”, zresztą zapaść semantyczna demoluje praktycznie każdą debatę – ani gadanie, ani liczenie, ani jakieś planowanie chwilowo nie mają sensu, są przeciwskuteczne. Coryllus ma rację – albo się masowo powie „basta”, albo tak jak jest będzie nadal. Dobrze i jeszcze dobrzej. Oczywiście, że Pana regularnie czytam (o ile nie wyjeżdżam do pracy i mam pod ręką komputer) z dużą satysfakcją, zresztą Coryllusa też (odważny człowiek i bezczelny, że hej!). Oczywiście, proszę Mu przekazać mojego maila.
Pana nową książkę JUŻ KUPIŁAM – tzn. czekam na odbiór. Jest Pan kochany, ale nie wolno tak rozdawać swojej pracy! Oczywiście żartuję, kiedyś chętnie odbiorę obiecany egzemplarz – mam nadzieję, że wraz z dedykacją od Autora. Ale faktycznie transakcja została właśnie zrealizowana. Będę wiernie kupować wszystkie Wasze książki – i Pana, i Coryllusa (ależ to jest narwaniec) – dla siebie i moich najbliższych (syna i siostry). A Wy piszcie. U mnie po staremu, teraz oglądam mecze, ponieważ lubię piłkę nożną turniejową (ligowej już tak nie lubię) i mam trochę uciechy z tego powodu. Wspólnie z mężem oglądamy i jakoś to leci. Straszne były te przeczucia śp. Leszka Kaczyńskiego („o ile będę żył…”), do mnie też tak powiedział parokrotnie. Za każdym razem byłam zdumiona i zdziwiona i za każdym razem Go „poprawiałam”. Po raz ostatni powiedział tak do mnie 19 lutego 2009 r. A potem ja – sama nie wiem co mnie wtedy „napadło” – powiedziałam do Niego „trzymam kciuki”. Przez telefon. I to był piątek 09.04.2010, ok. 20:00. W przeddzień! No i teraz ja mam sporo niedobrych przeczuć. Ale pamiętam jak bardzo się cieszyliśmy na to Euro 2012, ależ byliśmy naiwni.
Serdecznie pozdrawiam,
Zyta Gilowska

Księgarnia Coryllusa czynna jest 24 godziny na dobę. A w niej wszystkie moje książki. Polecam najszczerzej. Droga prosta: www.coryllus.pl

wtorek, 24 maja 2016

Zyta, czyli świat znieruchomiał część 3

Dziś kolejne refleksje śp. Zyty Gilowskiej. Brak słów.

Szanowny Panie Krzysztofie,
Pana wpis o „Vivie” i obywatelce Katarzynie Glince (http://toyah1.blogspot.com/2011/12/o-kurwach-idiotach-i-czarnym-libido.html) zrobił mi wielką przyjemność, piękna sprawa. Czytałam mężowi na głos i od razu poczułam się lepiej. Niestety, od Wigilii choruję. W samo rozdawanie prezentów (w naszej rodzinie mamy tak samo jak u Was – dużo, dużo pod choinką, dzieci roznoszą dorosłym, co jest proste tylko do czasu, ponieważ w trakcie rozdawania zawsze jakieś karteczki się pourywają i dorośli zbiorowo odgadują kogóż to Gwiazdor tym osamotnionym pakunkiem chciał obdarować) zaczęłam intensywnie kaszleć, słabnąć, itd. itp. Prawie że popsułam to rozdawanie, ale jednak dobrze zorganizowana rodzina może wszystko, nawet chorego zmusić do entuzjazmu. A dzisiaj napisał Pan naprawdę przenikliwy tekst, odważny i dojrzały do bólu (http://toyah1.blogspot.com/2011/12/pfizer-vs-zus-remis-ze-wskazaniem.html). Mnie w chorobie zawsze jest smutno i smutniej. Wiem skąd się bierze (niby z przemęczenia, ale coraz częściej się „przemęczam” pomimo różnych ostrożności moich bliskich i mnie samej), wiem dlaczego się rozwija (dołącza się proces zapalny), wiem jak przebiega (organizm musi się odciążyć), brr... Po liście Pana leków zorientowałam się, że ma Pan ciut za wysokie ciśnienie i za wysoki poziom cholesterolu, da się z tym żyć (moja ś.p. Teściowa z takimi problemami dożyła do 91 lat). Proszę się dobrze namyśleć nad tym Sortisem, ponieważ ostatnio podnoszą się głosy, że farmakologiczne obniżanie poziomu cholesterolu jest bardziej szkodliwe niż ów cholesterol, też zresztą niejednoznacznie szkodliwy. Oczywiście, nie jestem lekarzem, ale miałam tak potężne przeprawy z medycyną, że w kilku sprawach nabyłam wiedzę superspecjalistyczną, dostępną nielicznym (zwłaszcza w Polsce), niestety zawsze „po fakcie”. Tychże faktów, z których każdy odrębnie kwalifikowałby się na całkiem malowniczy proces, ale nie w naszych realiach, było kilka i w sumie nieodwracalnie zepsuły mi układ krążenia. Potrzebowałam 4 lat, żeby się z sideł medycyny wysupłać i niestety, natychmiast wpadłam w następne. Nie wiem co było przyczyną takiej naiwności – może „przekleństwo profesorów, że wierzą innym profesorom?”, a może Poeta mądrze napisał, że „każdy takie widzi świata koło...”. Problem lekarstw jest jasny – lekarstwa kupujemy, znamy je, czytamy ulotki. Dużo ciemniejszą sprawą jest problem aparatury medycznej, różnych wszczepianych urządzeń, implantów, płynów, drutów, stawów, to są potężne pieniądze, ciche zamówienia, wielkie szpitale, wielkie cierpienia i równie wielkie oszustwa. Wobec medycyny człowiek staje jak niegdyś wobec wioskowego szamana, pełen strachu i nadziei. Ja obecnie jestem całkowicie „na nie”, odmawiam „współpracy”, a po 10-dniowym pobycie na oddziale intensywnej terapii (dla „dyskrecji”, bo aż taka chora to nie byłam) i przyjrzeniu się z bliska okolicznościom „ratowania życia”, odmawiam udania się nawet w pobliże jakiegokolwiek szpitala. Naturalnie, w międzyczasie medycyna faszerowała mnie zbędnymi chemikaliami i jak już zaczęłam „im” nie wierzyć, to na całego. Przy okazji dowiedziałam się, jak kiepsko działają, gdy są potrzebne. Przypuszczam, że najsilniej działa sygnalizacja genetyczna oraz ruch. A także – co chyba najważniejsze – poczucie zadowolenia z życia. Na brak szczęścia jest tylko miłość. I tego Panu NAJSERDECZNIEJ ŻYCZĘ.
Pozdrawiam,
Zyta Gilowska

Zapraszam jak zwykle do księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie są do kupienia moje książki. Polecam najszczerzej.

poniedziałek, 23 maja 2016

Zyta, czyli świat znieruchomiał część 2

Powiem szczerze, że wróciłem z Warszawy tak pełen niezwykłych wręcz refleksji, że w pierwszej chwili chciałem od razu wszystko z siebie wyrzucić. Jednak obietnica jest obietnicą i Warszawa z jej szczególnym bardzo charakterem będzie musiała poczekać aż zamkniemy cykl pod tytułem „Zyta Gilowska, czyli świat sznieruchomiał” Dziś część druga.

Drogi Panie Krzysztofie, dzisiejszy Pana tekst [mowa o wpisie na blogu z 5 stycznia 2012 roku http://toyah1.blogspot.com/2012/01/za-co-przyjdzie-komu-odpowiedziec.html - przyp. mój] jest trudny w odbiorze, chyba za bardzo. Pomyślałam sobie, że podrzucę Panu kilka refleksji, może się przydadzą. Trzeba koniecznie odróżnić położenie biednych, ale głupich ludzi, którzy łapiąc kredyty (zwłaszcza długoterminowe) tracą wolność. To jest obrzydliwa pułapka zastawiana przez tych rozchichotanych smarkaczy z TVN24 i CNBC, gdzie udają analityków i doradzają „w co inwestować”. Oni mają martwe oczy przegranych oszustów, też są w pułapce, też kredytów, tyle że większej i trwalszej. Ale inną sprawą jest wydawanie pieniędzy, gdy się je ma. To nie musi być takie głupie, przecież waluty są FIAT, a euro to nawet podwójne fiat money, po co to trzymać, niezbyt wiadomo. Niektórzy uważają, że lepiej wymienić te papierki na jakieś towary, inni, że na złoto, jeszcze inni, że ratunku nie ma. Osobiście nie mam melodramatycznych skłonności i przypuszczam, że sprawy będą się tak bardzo powolutku toczyć w złym kierunku, że się zorientujemy co powinniśmy robić. Ale oczywiście, pchanie ludzi do sklepów po intensywne zakupy tandety jest miłym zajęciem, jak zresztą zastawianie większości pokus cielesnych (bo nad pokusami duchowymi to jednak trzeba się nagłówkować). Diabeł ma łatwo, zwłaszcza na początku, pięknie to opisał Bułhakow w „Mistrzu i Małgorzacie”. I na marginesie, proszę sobie wyobrazić, że miałam sposobność mocować się z owym Lejbem Fogelmanem. Wpadłam - dosłownie - właśnie na niego, gdy w marcu 2006 r. wtargnęłam na posiedzenie Komisji Nadzoru Bankowego (wówczas jeszcze w strukturach NBP, pod przewodnictwem L. Balcerowicza), gdzie pełnił rolę głównego doradcy prawnego ówczesnego szefa banku Unicredito Alessandro Profumo (po niedawnych oskarżeniach o pranie brudnych pieniędzy via banki libijskie ten Pan wylądował w Radzie Nadzorczej GAZPROMU!). Wtedy nie dali mi rady, nie dali! Ten Lejb też nie dał, wręcz się „zaprzyjaźniał”. Ale po dwóch dniach zażartych negocjacji wówczas wkroczył K. Marcinkiewicz i osobiście ustąpił! Warto więc mieć na uwadze, że ten Lejb bywa w ciekawych rozdaniach, jest w jakiejś nomenklaturze biznesowo-światowej.
Serdecznie pozdrawiam,
Zyta Gilowska

Przypominam wszystkim, że moje książki można kupować na stronie www.coryllus.pl. Polecam gorąco i szczerze.

sobota, 21 maja 2016

Zyta, czyli świat znieruchomiał część 1

Pisałem już tu o tym parokrotnie, dziś jednak jest okazja szczególna, by sprawę przedstawić ponownie. Otóż wszystko zaczęło się jesienią 2011 roku, kiedy otrzymałem wiadomość od posłanki Prawa i Sprawiedliwości Izabeli Kloc o następującej treści: „Witam Pana serdecznie, chciałabym osobiście zaprosić Pana na jutrzejszą konferencję, pytała mnie o Pana Pani Prof. Zyta Gilowska”. I tyle. Pozdrowienia, numer kontaktowy i to wszystko. W pierwszej kolejności zadzwoniłem do mojego kolegi i wydawcy, Gabriela Maciejewskiego i zapytałem, czy on wie, co się dzieje, na co Gabriel odpowiedział, że owszem, Zyta Gilowska kupuje nasze książki.
Poszedłem naturalnie na wspomnianą konferencję, spotkałem Zytę Gilowską, porozmawialiśmy króciutko, ona wypowiedziała pod moim i Gabriela adresem parę uprzejmych słów, ja podarowałem jej swoją książkę, ona powiedziała, że wprawdzie ją już ma, ale zachowa tę z moją dedykacją, a tamtą da komuś w prezencie, uściskaliśmy się, no i to był pierwszy i ostatni raz, jak widziałem Zytę Gilowską. Kontakt jednak pozostał. Przede wszystkim oczywiście w tej formie, że Zyta Gilowska nadal regularnie czytała nasze notki, kupowała kolejne książki, ale – i to stanowi powód, dla którego dziś piszę te słowa – przez wiele lat, nawet w czasie, gdy jej bardzo ciężka choroba uniemożliwiała jej udział w życiu publicznym, komentowała sprawy publiczne w wysyłanych do mnie wiadomościach.
Jestem pewien, że te parę dni temu, kiedy Zyta Gilowska zmarła, większość z nas zauważyła, jak owo zdarzenie zostało zlekceważone przez wszystkie strony politycznego sporu. Z jednej strony, dowiedzieliśmy się, że oto zmarł zaledwie jeszcze jeden z byłych ministrów rządu Prawa i Sprawiedliwości, a z drugiej, że obok ministra, zmarła jeszcze „ta Gilowska” – założyciel Platformy Obywatelskiej, liberał i kolejny Żyd, którego bracia Kaczyńscy z nieznanych przyczyn wzięli do rządu. No i oczywiście – to już nieco później – mogliśmy zauważyć też tych, którzy tak naprawdę nie wiedzieli, co to za jedna ta Gilowska, no a poza tym i tak byli zajęci przeżywaniem śmierci Marii Czubaszek. A więc to jest to, z czym wszyscy dziś zostajemy. Ze śmiercią Marii Czubaszek. Minie rok 2016 i pies z kulawą nogą nie będzie wiedział, o co chodzi z tą jakąś Zytą.
Plan był taki, by listy, jakie do mnie pisała Zyta Gilowska, opublikować w najnowszym numerze „Szkoły Nawigatorów”. Po co? Odpowiedź jest prosta. Po to, by świat dowiedział się, co stracił, i żeby owa wiadomość stała się wiadomością publiczną. Co stracił świat wraz z odejściem Zyty Gilowskiej? I kiedy już wydawało się, że sprawa jest do końca rozstrzygnięta, zainterweniował syn Zyty Gilowskiej i poinformował nas, że on sobie nie życzy, żeby listy, jakie jego mama wysyłała do mnie, wydawać drukiem. Dlaczego? Powiem szczerze, że powodów nam nie przekazano. Nie, bo nie. Grzecznie, ale stanowczo. Próbowaliśmy tłumaczyć, wyjaśniać, zapewniać o naszej dobrej woli – na nic. Nie, bo nie.
W tej sytuacji, nie pozostaje mi nic innego, jak całość tej korespondencji opublikować tu na blogu. To jest mój blog, moja odpowiedzialność, a za to, co tu piszę, odpowiadam własnym sumieniem. A zatem, rozpoczynamy cykl serii notek pod wspólnym tytułem „Zyta, czyli świat znieruchomiał”. Oto część pierwsza. Zyta Gilowska odpowiada na pytanie, czy jej zdaniem, to co przed nami, to zło, czy głupota. Wszystko bez jakichkolwiek zmian. To co pisała nie wymagało korekty.

Oczywiście ZŁO. Jest metafizyczne przecież. Zatem trwałe, energiczne i zdeterminowane. Głupota jest materialna, biologiczna, (może to jakaś plątanina przetok po wyrwie spowodowanej grzechem pierworodnym?). Głupota jest niby rozległa i rozlana, ale miękka i podatna na perswazję, a także na wytrwałe ostrzeżenia. Zło chętnie karmi głupotę - to jest fantastyczne narzędzie dla zła. Dlatego Kościół ustanowiony przez Chrystusa musi wypełniać misję nauczycielską, to jest zasadniczy cel Kościoła Powszechnego – zaraz po głoszeniu Dobrej Nowiny i udzielaniu Sakramentów. A tego właśnie ostatnio dramatycznie zabrakło. Straszny czas zaczął się praktycznie natychmiast po śmierci Jana Pawła II. Jakby puściły jakieś potężne hamulce. Trzeba się modlić i porządnie żyć. Nic więcej pojedynczy człowiek nie może zrobić, chyba że jest lewakiem albo innym postępowcem. O rany! Za co ja się biorę - przecież jestem ekonomistą (ściśle ekonometrykiem), a nie teologiem! Ale mnie Pan podpuszcza, no, no...
Pozdrawiam,
Zyta Gilowska

PS. Coś jeszcze – z tym „długami europejskimi” to trochę głupiego szukają. Duże europejskie banki finansowały konsumpcję państw PIIGS, aby Niemcy mogły plasować tam swój eksport i rozwijać przemysł. Co ważne, wewnętrzna konsumpcja w Niemczech prawie „stała”, podobnie jak prawie stoi w Chinach, które zrobiły ten sam numer, co europejskie banki, ale na rzecz konsumpcji w USA (Chiny finansowały w ten sposób swój eksport do USA). W efekcie władze USA miały u siebie święty spokój (na kredyt) i mogły „się umacniać” poza granicami, a w ten sposób podtrzymywać dolara – cały czas drukowanego w ciemno, aż furczało. No, ale któż nie uwierzy walucie imperium? Świat wierzył, to i Chiny „wierzyły”. Teraz wyciągają łapki po amerykańskie firmy (już kupiły np. afrykańskie złoża i grunty rolne), Europa chciałby podobnie, ale na to Chiny nie pójdą, co to, to nie. Euro, to nie dolar. Tu udawać, że się „wierzy” nie ma interesu. Euro nie jest zwykłą walutą papierową, to jest waluta podwójnie papierowa, dla Europejczyków by wystarczyła, ale do ekspansji dobra nie jest. A zachciało się ekspansji i nie ma gdzie!! USA warują przy swoich (Irak, Libia) i ani rusz. No i jest problem, ponieważ Europa zafundowała sobie (Pokolenie marzec '68) taki niby hedonizm. Na kredyt. Tej tandety wystarczyło na tyle akurat, by zniszczyć system wartości (co nawiasem mówiąc, u nas też zbyt lekko poszło) i teraz jest problem. Nikt nie chce „postąpić” a chętnych do finansowania nie widać. To jest prawdziwe źródło obecnej paniki. Kto da pieniądze? I za co? W sumie państwa UE będą netto potrzebowały w 2012 roku ok. minimum 800 mld euro, by podtrzymać obecny poziom wydatków publicznych. Netto!!! Są więc dwie możliwości – dodrukuje się (ale aż tyle nie da rady) albo się uruchomi łańcuszek bankructw. Ten łańcuszek dotrze do USA (via tzw. CDS-y) i też zdrowo przetrzepie tamtejsze odnóża tzw. Rynka Finansowego. Konkludując, trwa szukanie kompromisu między imperialnymi interesami państw (USA, Niemcy, Francja, może Rosja) oraz interesami Rynka Finansowego. Chiny zapowiedziały brak zainteresowania, co mnie wcale nie dziwi. Niech oni nie dojdą do porozumienia. Niech ta komedia się skończy. My też zbiedniejemy, ale mniej i nie jesteśmy tak zepsuci. Natomiast nasi celebryci są zepsuci w stopniu megaeuropejskim, oni się boją, oni są na etatach u Rynka Finansowego, oni wymagają modlitwy. My zresztą też, ale my chyba z innego powodu. W ogóle Świat wymaga modlitwy, strasznie się pogubiła ta nasza cywilizacja chrześcijańska, gania nas kto chce. A chcą wszyscy, a najbardziej niby swoi.

Właśnie wyjeżdżam do Warszawy, gdzie przez cały weekend na targach na Stadionie Narodowym będę podpisywał swoje książki. Zachęcam wszystkich mieszkańców Warszawy i okolic do tej odrobiny aktywności, zwłaszcza że wiem doskonale, że poza naszym stoiskiem, tam tak naprawdę nie ma nic więcej. I tu nie ma nic do rzeczy moje rozbuchane ego. To jest fakt. Dziś i jutro, Stadion Narodowy, stoisko coryllus.pl, numer 45 BC.

piątek, 20 maja 2016

Jak wydrukować banknot o nominale 240 tysięcy złotych?


Dziś ukazuje się kolejny numer „Warszawskiej Gazety”, a w niej mój felieton. Serdecznie zachęcam do kupowania, a jeśli ktoś ma z tym trudności, to polecam dzisiejszą notkę.

Kiedy skończył się marsz KOD-u w Warszawie, a organizatorzy podali wynik 240 tysięcy, wokół naturalnie rozległ się pusty śmiech, w żaden sposób nie powstrzymało to jednak głosicieli owego absurdu przed powtarzaniem tej idiotycznej liczby, 240 tysięcy. Mało tego, kiedy piszę te słowa, internetowe wydanie „Gazety Wyborczej” podaje, że któryś z ichniejszych zapaleńców spędził kilka dni i nocy, by rozwiązać ową frekwencyjną zagadkę, i licząc każdą głowę osobno, otrzymał wynik 55 tys. uczestników. Powtarzam: mówimy o badaniach przeprowadzonych przez „Gazetę Wyborczą”.
Czy publikacja owych wyników cokolwiek zmienia, gdy chodzi o stan owego zidiocenia określonego liczbą 240 000? Oczywiście, że nie. Oglądam telewizję, czytam komentarze na internetowych portalach i wciąż wyskakuje na mnie zza rogu kolejny aktywista Światowego Ruchu Na Rzecz Ostatecznej Likwidacji Kaczyzmu i woła: „Ćwierć miliona!”
Od pewnego czasu zastanawiam się, skąd ta beznadziejna walka o utrzymanie w przestrzeni publicznej owego szaleńczego wręcz pomysłu, że kiedy szeroką ulicą idzie tłum ludzi, to oni wszyscy muszą się tak do siebie przytulać, że czują na sobie obcy oddech. Przecież to jest kompletny absurd. Nie ma fizycznej możliwości, by ludzi, którzy nie mają najmniejszego powodu, by się czuć czymkolwiek ograniczeni, zmusić do tego, by się bez sensu tłoczyli. Skąd więc owa walka o sprawę w gruncie rzeczy przegraną?
Otóż proszę sobie wyobrazić, że zgłosił się do mnie człowiek, który był tam, gdzie to się wszystko działo i poinformował mnie, że Platforma Obywatelska na kampanię promocyjną wspomnianego marszu wydała lekko licząc od sześciu do ośmiu milionów złotych. W jaki sposób? Ot, po prostu, zamawiając druk 1200 billboardów, następnie wynajmując od specjalnej firmy przestrzeń na ich ekspozycję, a wszystko w wyżej wymienionej cenie. Znajomy mój – przypominam, że człowiek, który przez cały czas był tam na miejscu – zapewnia, że najpierw na zlecenie Platformy Obywatelskiej za ciężkie miliony kazano wydrukować 800 bilbordów w średnim formacie i 400 w skali wielkoformatowej, następnie dodatkowe miliony musiano wypłacić obsługującej odpowiednie nośniki firmie Ströer, żeby oni to wszystko odpowiednio rozwiesili, a tym samym osiągając wspomniany wynik sześciu do ośmiu milionów złotych… i nagle wychodzi nam, że z owej demonstracji nie zostało nic poza tymi 50 tysiącami zwiezionych z całej Polski półprzytomnych durniów.
A zatem, o co zdaniem mojego znajomego może chodzić? Otóż o to, że owe 6 do 8 milionów to zaledwie te bilbordy i ich ekspozycja. Całość natomiast wspomnianego przedsięwzięcia idzie w liczby znacznie wyższe. I okazuje się nagle, że ten projekt uzyskał wynik, który zwyczajnie nie przejdzie. 50 tysięcy protestujących pani księgowa zwyczajnie nie przyjmie. I stąd oni wciąż, jak zaklęci, powtarzają te „ćwierć miliona”. By się ratować. W końcu, cel, owszem, jest szczytny, ale bez przesady. Pieniędzy nie drukuje się na prostej drukarce HP, otrzymanej od Orange jako prezent za przedłużenie umowy.

Jutro rano wyjeżdżam do Warszawy, gdzie na targach na Stadionie Narodowym będę podpisywał swoje książki. Zachęcam wszystkich do tej odrobiny aktywności, zwłaszcza że wiem doskonale, że poza naszym stoiskiem, tam tak naprawdę nie ma nic więcej. I tu nie ma nic do rzeczy moje rozbuchane ego. To jest fakt. Sobota i niedziela, Stadion Narodowy, stoisko 45 BC.

czwartek, 19 maja 2016

Czy Zuzia M. lubiła piosenki Black Sabbath?

Na fali nastrojów związanych ze skierowaniem do mnie przez panią Małgorzatę Płysę przedsądowego, jak rozumiem, pisma w związku z oskarżeniem przeze mnie jesienią zeszłego roku krakowskiego festiwalu Unsound o propagowanie satanizmu, wiele osób pyta mnie, czemu ja się aż tak bardzo uparłem, by dręczyć jakąś grupę wyznawców przedchrześcijańskich kultur pogańskich. Czy ja nie mam innych zmartwień? Czy naprawdę uważam, że jeśli jacyś durnie zaczną przekazywać sobie z rąk do rąk ściągnięte z Internetu wiktoriańskie kartki świąteczne, w przekonaniu, że dzięki temu świat poczuje dreszcz, to ja akurat muszę koniecznie zareagować? Otóż sprawa polega na tym, że ów wspomniany festiwal Unsound i stan umysłu jakiejś parki satanistów nie ma tu nic do rzeczy. Chodzi o poziom znacznie bardziej głęboki i znacznie bardziej uniwersalny.
Pisałem już o tym parokrotnie, jednak ponieważ rzeczywistość z każdym kolejnym dniem potwierdza moje oryginalne oceny, uważam, że nie zaszkodzi sprawę jeszcze raz przedstawić, wraz z ewentualnymi nowymi refleksjami. Jak wiemy, przez całe lata, kiedy w przestrzeni publicznej pojawiało się słowo „satanizm”, nasze pierwsze skojarzenia szły najpierw w kierunku zespołu Black Sabbath, a następnie, w kontekstach bardziej już wyszukanych, niejakiego Nergala i jego muzycznego projektu pod nazwą Behemoth. Przez praktycznie dziesięciolecia, satanizm jako taki kojarzony był albo ze wspomnianym Black Sabbath, albo z projektami określanymi przy pomocy nazwy „black metal”. I tyle. Poza tym, satanizm zwyczajnie nie istniał. Owszem, byli wśród nas tacy, którzy wiedzieli jeszcze, że gitarzysta zespołu Led Zeppelin był zauroczony pismami Alistaira Crowleya, który z kolei od zawsze uchodził za „papieża” współczesnego satanizmu, ale ogólnie rzecz biorąc, problem był, że tak to ujmę, ugłaskany i poskromiony.
I oto od pewnego czasu – i nie dajmy sobie wmówić, że wszystko zaczęło się od rytualnego zabójstwa pod Białą Podlaską – okazuje się, że ten cały Ozzy Osbourne, ten Nergal, ten wreszcie sam Alistair Crowley, to są stare dziady, którzy już dawno zostali z tego interesu wymiksowani, a Diabeł – bo to o nim dziś mówimy – korzysta z całkowicie innych mediów.
A więc mamy tę nieszczęsną Zuzię Maksymiuk, która dziś wraz ze swoim kolegą Kamilem odbywa karę wieloletniego więzienia i wszystko to, co ją tam zaprowadziło. Ja zdaję sobie oczywiście sprawę z tego, że to moje odwoływanie się tu do satanizmu jest jak psu na budę, niemniej jednak będę powtarzał z uporem maniaka: Zuzia i jej chłopak mają dziś zmarnowane życie nie dlatego, że słuchali zespołu ACDC. Oni znaleźli się na krawędzi wyłącznie przez to, że dali się uwieść czemuś, co ja nazywam za Janem Pawłem II „kulturą śmierci”, a co w moim głębokim przekonaniu stanowi współczesną formę realnego satanizmu.
Po tym jak doszło do wspomnianej zbrodni pod Białą Podlaską, wystarczyło doprawdy kilka chwil spędzonych w Internecie, by zdobyć pewność, że za tym, co się stało, nie stoją ani błędy wychowawcze, ani szkolne kłopoty, ani nawet zawiedziona miłość, ale zwykłe zanurzenie we wspomnianej kulturze śmierci, którą być może najlepiej symbolizują owe tysiące czarnobiałych zdjęć, w tysiącu pozornie odległych miejsc, prezentujących nieodmiennie twarze z wydrapanymi oczami. I niech nikt nie myśli, że to jest jakaś lokalna gra, w której zaangażowała się niewielka grupa pogubionych dzieci. Z tego, co można naprawdę bez większego wysiłku zaobserwować, wynika, że za tym stoi cała bardzo ściśle zdefiniowana cywilizacja i nie dajmy sobie wmówić, że tam Ozzy Osbourne śpiewa „Sweet Leaf”. Tam słychać jedynie wycie wiatru i trzask łamanych gałęzi. To jest projekt na taką skalę, że my nie jesteśmy go w stanie choćby w przybliżeniu ogarnąć. I jeśli dalej będziemy go lekceważyć, to przez to, że on jest po wielokroć utajniony, nie ogarniemy go nigdy.
Te wydrapane oczy wracają ze szczególną mocą, kiedy w grafice Googla wyszukamy obrazy związane z festiwalem Unsound. I to one właśnie prowadzą nas krok po kroku krętymi ścieżkami tego labiryntu do miejsc, o których istnieniu wcześniej nie mieliśmy pojęcia, a więc choćby do, jak się okazuje bardzo popularnych w wiktoriańskiej Anglii kartek świątecznych, gdzie też nie mieliśmy ani Diabła z rogami, ani haseł typu „Ave Satan”, ale wręcz odwrotnie, nieodmienne „Merry Christmas”, tyle że zanurzone nie w świetle Narodzin, lecz w triumfie śmierci. I znów, tam też nie znajdziemy nigdzie słowa „satanizm”. Ale nie znajdziemy też słowa „satanizm”, kiedy pójdziemy dalej ową drogą, na którą się już wcześniej zapuściliśmy i dotrzemy do czegoś, co funkcjonuje już w całkiem nowoczesnej nomenklaturze, jako albo „humanistyka okultystyczna”, albo po prostu „folk”. I tam też nie usłyszymy ani Nergala, ani Ozziego Osbourna, ani nawet Alistaira Crowleya. No dobra, zgoda. Jeśli się przyjrzymy uważniej, to znajdziemy gdzieś tam ukryte trzy szóstki, lub maleńki odwrócony do góry nogami pentagram, ale kto by się przejmował takimi głupstwami, gdy ma do czynienia ze zwykłą sztuką nawiązującą do czasów jeszcze przedchrześcijańskich, a więc ideologicznie nieskażonych.
Ale i tak nie o to tu chodzi. Nie to jest naszym największym zmartwieniem, że banda pogan postanowiła urządzić sobie nigdy nie kończące się święta. Problem polega na tym, że tym wszystkim, którzy się z zainteresowaniem wokół tego ogniska kręcą, chodzą po głowie najróżniejsze dziwne myśli, a wszystkie podporządkowane temu jednemu, podstawowemu pragnieniu, by się zakwalifikować do bezpośredniego uczestnictwa w owym Czarnym Kręgu. No i to już naprawdę nie jest najbardziej ich wina, kiedy on czy ona dojdą do wniosku, że bez tego jednego mocnego gestu się nie obejdzie; że aby zostać przyjętym, trzeba się wykazać czymś naprawdę dużym. I to wtedy właśnie dochodzi do zdarzeń takich, jak owa masakra pod Białą Podlaską.
Powiedziałem, że to tak naprawdę nie jest ich wina. Kto zatem jest za te ponure przypadki odpowiedzialny? Najprościej by było odpowiedzieć, że TenKtóryNiePrzepuszczaŻadnejOkazji, no ale to by było zbyt proste. On, o czym świadczy jego imię, wyłącznie korzysta z okazji. Stoi, czeka i korzysta. A naszym psim obowiązkiem jest pokazać palcem tych, którzy mu otwierają wciąż to nowe perspektywy.



Dziś rozpoczynają się Warszawskie Targi Książki organizowane każdego roku w maju na Stadionie Narodowym. Wbrew wcześniejszym planom Klinika Języka i tym razem ma tam swoje stoisko, w tym roku wyjątkowo bogate, a na nim oczywiście wszystkie moje książki. Ja sam przyjeżdżam do Warszawy w sobotę i będę dostępny na miejscu przez cały weekend. Zapraszam. Oczywiście wszystkie książki są też do nabycia w księgarni na stronie www.coryllus.pl.

środa, 18 maja 2016

Gdy łżą jak głodne psy

Planowałem dziś przedstawić tekst, w którym przekażę swoją wizję satanizmu, już nie jako elementu kultury pop, ale autentycznego projektu skierowanego na budowanie nowej świadomości, jednak nie zdążyłem. Zwyczajnie nie zdążyłem. Ponieważ jednak bardzo mi zależy, by nie zostawiać czytelników z gołymi rękami, bardzo krótko zrelacjonuję stan aktualnej propagandy antyrządowej. Otóż portal onet.pl podał informację, i utrzymał ją do końca dnia, że w wypowiedzi dla programu „Kropka nad i” Moniki Olejnik Mateusz Morawiecki powiedział, że nie marzy o niczym innym, jak o tym, by zostać premierem rządu. Prawda tymczasem jest taka, że na pierwsze pytanie Olejnik, Morawiecki odpowiedział, że on by uznał za zaszczyt awans na wiceszefa Prawa i Sprawiedliwości, natomiast na pytanie kolejne, czy ma chrapkę na stanowisko premiera, powiedział, że to nie jest temat i że nie ma o czym mówić. Naciskany przez Olejnik, powtórzył, że już na to pytanie odpowiadał 25 razy, to i może odpowiedzieć po raz 26, że w ogóle nie ma tematu. Nie przeszkodziło to Onetowi wybić na głównej stronie informacji: „Minister Morawiecki: propozycję objęcia stanowiska premiera uznałbym za zaszczyt”.
Oto drugi news. Bill Clinton ogłosił, że w Polsce nie ma demokracji, w związku z czym praktycznie wszystkie media – jedne z oburzeniem, a drugie z satysfakcją – poinformowały, że komentując wypowiedź Clintona Jarosław Kaczyński stwierdził, że Clinton powinien się leczyć. Tymczasem fakty są takie, że Jarosław Kaczyński powiedział, że biedny Bill Clinton nie ma absolutnie złych intencji, tylko korzysta z przekazów medialnych, które realizują lokalne interesy, natomiast ci, którzy mu te informacje suflują powinni się leczyć.
A więc tak się to robi w Chicago, tym razem jednak z pozycji zdecydowanie defensywnych. Na ile tylko potrafię dobrze ocenić sytuację, oni są w ciężkiej histerii i jeszcze parę dni, a zwyczajnie eksplodują. Tymczasem my nie zapominajmy, że TenKtóryNiePrzepuszczaŻadnejOkazji nie traci czujności. Miejmy na niego oko. Ale o tym jutro.

Przypominam, że w tym tygodniu rozpoczynają się Warszawskie Targi Książki organizowane każdego roku w maju na Stadionie Narodowym. Wbrew wcześniejszym planom Klinika Języka i tym razem będzie tam miała swoje stoisko, w tym roku wyjątkowo bogate, a na nim oczywiście wszystkie moje książki. Ja sam przyjeżdżam do Warszawy w sobotę i będę dostępny na miejscu przez cały weekend. Zapraszam. Oczywiście książki są też do nabycia w księgarni na stronie www.coryllus.pl.

wtorek, 17 maja 2016

Czemu Diabeł chodzi do kościoła, czyli skąd ten zgiełk

Od kilku dni żyjemy tu – jedni bardziej, inni mniej – pismem, jakie do mnie skierowała nieznana mi osoba o nazwisku Małgorzata Płysa reprezentująca organizatorów niesławnego krakowskiego festiwalu pod nazwą Unsound, czyli Fundację Tone. Jak niektórzy wiedzą, a inni mogą sobie bardzo łatwo sprawdzić u źródła, rzecz jest w tym, że uznawszy festiwal Unsound za projekt ściśle satanistyczny, a w dodatku próbujący do realizacji swoich czarnych planów wykorzystać parę krakowskich kościołów, opisałem gdzie tylko mogłem ów proceder, no i uruchomiwszy lawinę, doprowadziłem do tego, że dalsze losy owego festiwalu, a przy okazji osób go organizujących, zawisły na przysłowiowym włosku. Dziś, stojąc przed groźbą procesu, pragnę przypomnieć fakt dziś już niemal całkowicie zapomniany, a więc to, że na samym początku owej eksplozji, mam nadzieję, że rozbijającej wspomniany Unsound w drobny mak, nie stoi ani ten blog, ani grono jego najznakomitszych czytelników, ale mój skromny, na zaledwie 444 słowa, felieton dla tygodnika Piotra Bachurskiego „Warszawska Gazeta”. Dziś aż trudno uwierzyć, że to tak się zaczęło. To tam właśnie po raz pierwszy ukazał się ów tekst, a jeśli dziś okazuje się, że wszyscy i tak wciąż mówią o tym blogu, przepraszam bardzo, ale przy całej mojej skromności, to nie jest moja wina. Spójrzmy więc na sam początek.

Siadając do pisania dzisiejszego felietonu, czuję pewien niepokój, ponieważ mam świadomość, że dla wielu czytelników „Gazety Warszawskiej” kwestia organizowanych w Polsce od okazji do okazji muzycznych festiwali stanowi coś na tyle egzotycznego, że każda próba poruszenia tematu może się skończyć kompletną porażką. A mimo to, jestem przekonany, że sprawa, którą się postanowiłem dziś zająć, jeśli spojrzymy na nią z pewnego szczególnego punktu widzenia, nie pozwala choćby na chwilę zwłoki.
Oto proszę sobie wyobrazić, że w najbliższych dniach w Krakowie odbędzie się wielodniowy festiwal muzyczny o nazwie „Unsound”, którego charakter i podstawowy sens sprowadza się do propagowania najbardziej otwartego i jednoznacznego satanizmu. I od razu chcę się zwrócić do tych czytelników, którzy właśnie zaczynają się ironicznie uśmiechać i mruczeć coś na temat obsesji, którymi część z nas zdecydowała się żyć, podczas gdy jest tyle rzeczy ważniejszych, niż jakieś piosenki, i prosić ich, by się przez chwilę zechcieli zastanowić. Otóż ja akurat jestem naprawdę znakomicie zorientowany w dzisiejszej pop-kulturze i świetnie wiem, co się tam dzieje naprawdę, a co jest wyłącznie elementem taniego lansu pod hasłem „jesteśmy źli”. A zatem pragnę stwierdzić bez cienia wątpliwości, że w tym wypadku mamy do czynienia z autentycznym, celowym i bardzo przemyślanym satanizmem. W tym wypadku należy stwierdzić, że do Krakowa zawitało czyste zło i wiele wskazuje na to, że nikt się tym szczególnie nie przejął.
A sytuacja jest jeszcze bardziej wstrząsająca, niż możnaby się było spodziewać. Oto biorący udział w festiwalu artyści – powtórzę raz jeszcze, reprezentujący niemal wyłącznie i całkowicie jednoznacznie satanistyczny nurt we współczesnej sztuce muzycznej – planują występować w krakowskich kościołach. Z tego, co już dążyłem zauważyć, część koncertów ma mieć miejsce w kościołach pod wezwaniem Świętej Katarzyny, oraz Świętych Apostołów Piotra i Pawła. 16 października, u Św. Katarzyny, ma dojść do koncertu słynnego satanistycznego zespołu Current 93, którego logo stanowi ukrzyżowany Chrystus przyozdobiony odwróconym pentagramem [już po publikacji tego tekstu, sam David Tibet, lider zespołu zwrócił mi uwagę, że to nie pentagram, lecz krzyż papieski z gwiazdą Alistaira Crowleya]. Jak ogłasza strona festiwalu na Facebooku, również jeden z festiwalowych występów odbędzie się w kopalni soli w Wieliczce, tuż pod słynną solną rzeźbą Ostatniej Wieczerzy.
Moja Hanka, która jako pierwsza zorientowała się w tym, do czego doszło i która sprawę dogłębnie zbadała, zadzwoniła do kościoła Św. Katarzyny. Jak się okazało, organizatorem przedsięwzięcia z kościelnej strony jest pan organista, który w rozmowie telefonicznej córkę moją poinformował, że ona niepotrzebnie histeryzuje, ponieważ wszyscy uczestnicy festiwalu zostali przez Kościół odpowiednio sprawdzeni i nie ma żadnych powodów, by się niepokoić. Ksiądz proboszcz do telefonu nie mógł podejść, bo akurat jadł obiad.
Ja wiem, że jest Skała, na tej Skale stoi nasz Kościół, a moc piekieł Go nie pokona. Niech jednak nikomu z nas nie przyjdzie do głowy się pocieszać, że my wobec tej błogosławionej sytuacji nie mamy nic do roboty. On bowiem nie przepuszcza żadnej okazji.

Przypominam, że w tym tygodniu rozpoczynają się Warszawskie Targi Książki organizowane każdego roku w maju na Stadionie Narodowym. Wbrew wcześniejszym planom Klinika Języka i tym razem będzie tam miała swoje stoisko, w tym roku wyjątkowo bogate, a na nim oczywiście wszystkie moje książki. Ja sam przyjeżdżam do Warszawy w sobotę i będę dostępny na miejscu przez cały weekend. Zapraszam. Oczywiście książki są też do nabycia w księgarni na stronie www.coryllus.pl.