poniedziałek, 22 lipca 2019

O lubieniu i nie lubieniu raz jeszcze, czyli piosenka jest dobra na wszystko


      Szczerze powiedziawszy, słabo mi przychodzi pisanie o bieżącej polityce. Rzecz w tym, że wszystko jest tak przewidywalne, tak powtarzalne i, co gorsza, tak oczywiste, że nie bardzo widze sposób, by napisać coś, nawet nie prowokującego, ale zwyczajnie interesującego. A daję słowo, że się staram. Przeczytałem na przykład informację o tym, że pewna artystka namalowała portret Niesławnego Nergala, ten od niej portret kupił i obiecał, że go wystawi na aukcję z przeznaczeniem na Fundację o Wolność Świata od Religii, czy jakoś tak. Przy okazji, owa Pani udzieliła wypowiedzi dla mediów i powiedziała, że ten Nergal to nie dość, że jest bardzo sympatyczny, to jeszcze fajny.
      Przed chwilą obejrzałem sobie fragment wywiadu z Patrykiem Vegą dla Onetu i ten z kolei mówi, że jego nowy film ma na celu pogodzenie dramatycznie rozbitego społeczeństwa.
     Moje dzieci były w tych dniach w Przemyślu i jakimś cudem natrafiły na idący przez miasto pochód, na czele którego szedł poseł Arłukowicz. Zapytałem syna, czy poza Arłukowiczemi jego znajomymi ktoś jeszcze w tym pochodzie szedł, a ten odpowiedział, że nie dość, że nikt, to jeszcze wyglądało na to, że poza nim nikt na tę nędzę nie zwrócił uwagi.  
      Przepraszam bardzo, ale o czym tu pisać?
      Pomyślałem więc, że wszystkich spragnionym bieżących komentarzy czytelników poproszę o jeszcze chwilę cierpliwości i pociągnę temat zespołu The Who. Pod wczorajszą notką pojawił sie komentarz miłośnika sztuki Pete’a Townshenda i jego kolegów, w której ten przedstawił mi listę piosenek zespołu, które jego zdaniem stanowią o jego wielkości. Posłuchajmy więc dziś zespołu The Who:



Było ostro? To prosimy dalej:



Jeszcze? Proszę uprzejmie. Oto, zdaniem Czytelnika, najlepsza wersja utworu „Pinball Wizard”:



       W tej sytuacji ja przedstawię kilka piosenek kilku zespołów o pozycji znacznie mniejszej od The Who, działających w tym samym okresie i w podobnej stylistyce, o których dziś mało kto pamięta. Najpierw The Kinks:



Teraz Troggs:



I jeszcze Troggs, gdyby ktoś myślał, że to jest tylko 'one hit wonder', jak The Who:



Lećmy dalej. The Animals:



Spencer Davis Group. Ktoś zna?



T-Rex?



Guess Who (sick!)



        Przepraszam bardzo, ale jaki ja mam intelektualny i estetyczny interes, żeby słuchać The Who?
        Ktoś powie, żebym się odpieprzył, bo skoro ktoś lubi piosenki The Who, to ma do tego prawo. Więcej, każdy ma prawo twierdzić, że wrzucone tu piosenki The Who są o niebo lepsze, niż owe pojedyncze, który podobają się mi. No i dobrze. Ale w takim razie, jak nie rozumiem, skąd u tych samych ludzi taka złość, kiedy ja powiem, że od The Who wolę Chochoły. Wolno mi, prawda?

        
      



niedziela, 21 lipca 2019

O filmach bez scenariusza, powieściach bez historii i piosenkach bez melodii


       Dzisiejszy tekst, tak akurat wyszło, najprawdopodobniej zainteresuje zaledwie małą część z nas, tę mianowicie która wśród swoich codziennych zajęć wymienia słuchanie muzyki, i to nie na zasadzie tak zwanego „niezbędnego szumu”, ale muzyki jako tego elementu naszego życia, bez którego byłoby nam równie pusto jak bez dobrego jedzenia, dobrej flaszki i dobrego towarzystwa. Ponieważ jednak, zanim osoby niezainteresowane będę zmuszony zaprosić na jutro, również dla nich mam pewną bardzo ciekawą historię. Otóż, jak niektórzy pewnie pamiętają, 10 czerwca byłem w Ludomach na uroczystości konsekracji kościoła, no a potem oczywiście wróciłem do domu. Opowiem trochę o powrocie. Otóż dzień był nadzwyczaj upalny, jeden z tych naprawdę upalnych czerwcowych dni, które wszyscy pamiętamy, siedziałem w pociągu z Poznania do Katowic, a ponieważ na trasie Poznań – Wrocław trwają tak zwane prace, pociąg posuwał się z prędkością 20 km/godz, a PKP udostępniły nam wagony z tych najgorszych, w pewnym momencie pomyślałem sobie, że jeśli nie sprawię sobie natychmiast jakiejś przyjemności, to zwyczajnie zejdę. A skoro tak, to wszedłem na Allegro i kupiłem sobie winylową koncertową płytę Led Zeppelin, o której istnieniu wcześniej nawet nie słyszałem. Z powodów tu nieistotnych doszło do nieporozumienia, co spowodowało, że człowiek który płytę mi sprzedał, do mnie zadzwonił, no i zaczęliśmy gadać. Ja zwykle nie reaguję na nieznane numery, a już z całą pewnością nie w sytuacji, gdy jadę pociągiem, na zewnątrz jest upał nie do wytrzymania, wszystkie okna są pootwierane i człowiek nawet nie słyszy własnego oddechu. No ale tym razem odebrałem, no i jak mówię, był to człowiek, który sprzedał mi tę płytę, a dzwonił, by wyjaśnić nieporozumienie. Ponieważ jestem osobą z natury uprzejmą, odpowiednio uprzejmie rozmawiałem z nieznajomym mi człowiekiem i kiedy już mieliśmy wrócić do swoich zajęć, on mi wyznał, że czyta mojego bloga, ma moje książki, no i w ogóle trzyma ze mną polityczną sztamę. Tak jak się jednak spodziewałem, w końcu też mnie poinformował, że gdy chodzi o książkę o muzyce, to ma swoje uwagi, a ja oczywiście od razu wiedziałem, że chodzi o The Who. No bo o cóż innego? O Metallicę? Nie żartujmy.
      W tym momencie osoby niezorientowane, o co chodzi w kilku ostatnich zdaniach, już pożegnam i będę kontynuował temat. Ale najpierw wrócę do wspomnianej książki. Otóż jest tam rozdział, w którym absolutnie szczerze, uczciwie i z pełnym przekonaniem, że mam rację, stwierdziłem, że dla wielu jak najbardziej kultowy zespół The Who to nędza, która choćby takim naszym Chochołom nie dorasta do pięt. O co mi chodziło? Naprawdę o nic wielkiego. Chciałem tylko zwrócić uwagę na to, że podczas gdy Chochoły zaśpiewały pięć fajnych piosenek: „Szpilki”, „Tak mi źle”, „Zaimki”, „Naście lat”, „Amor a kysz”, to The Who może się pochwalić wyłącznie jedną, a mianowicie „My Generation”. Do dziś jestem głęboko przekonany, że pomijając mój dawny tekst o Wołyniu, żadne wypowiedziane przeze mnie słowo nie wywołało w stosunku do mnie podobnej fali niechęci, no i to pewnie przez tamto doświadczenie, kiedy odbywałem rozmowę z moim nowym znajomym, od razu wiedziałem, że musi chodzić o te Chochoły i to The Who.
       Od tamtego czasu upłynął już grubo ponad miesiąc, ja zdążyłem kupić kilka kolejnych płyt, z których jestem nadzwyczaj zadowolony, no a co najważniejsze, zdążyliśmy się  jakoś tam zaprzyjaźnić, przynajmniej do tego stopnia, że gadamy sobie przez telefon i planujemy spotkanie. Rozmawialiśmy też wczoraj, no i wreszcie zeszło na to nieszczęsne The Who. Ponieważ ja się upierałem, że mamy do czynienia z kompletnym nieporozumieniem, mój nowy znajomy poprosił mnie, bym sobie posłuchał koncertu The Who z Leeds, bo wtedy dopiero zrozumiem, jak fatalnie sie pomyliłem, stawiając nad nimi nasze polskie Chochoły. Wysłuchałem więc owego koncertu i muszę przyznać, że oni faktycznie grają najlepiej. Ja naprawdę dawno nie słyszałem – nie wyłączając z tego nawet mojego ulubionego Led Zeppelin – rockowego grania o takim poziomie energii i profesjonalizmu. Tam zwyczajnie nie da się włożyć szpilki. Jedyny problem jest w tym, że poza wspomnianym wcześniej „My Generation”, z powodów dla mnie oczywistych, rozciągniętym do nieznośnych piętnastu minut, nie ma nic. Ani jedna z tych piosenek, nie dość że nie jest kompletnie do zapamiętania, to w dodatku podczas samego słuchania nie wywołuje jakichkolwiek emocji. Rozmawialiśmy dość długo i w pewnym momencie zeszliśmy na Beatlesów, Roda Stewarta i innych wielkich artystów muzyki pop. Doszliśmy do porozumienia w tym, że Paul McCartney jest wybitnym – kto wie, czy nie jednym z najwybitniejszych – gitarzystą basowym, a Ringo Starr podobnie wybitnym perkusistą; przyjęliśmy wspólnie za fakt, że Black Sabbath, Colosseum, czy Ten Years After, to wspaniali muzycy. Ja jednak przez cały ten czas miałem w głowie myśl, że choć to wszystko prawda i to prawda bardzo istotna, najważniejsze jest to, że oni, poza muzycznym profesjonalizmem, pozostawili po sobie piosenki. A gdyby nie te piosenki, to oni cały ten swój kunszt mogliby wsadzić sobie w nos.
      Na prośbę mojego nowego kolegi wysłuchałem koncertu The Who z Leeds i z tym samym przekonaniem co wcześniej będę powtarzał: ONI NIE MAJĄ PIOSENEK. A skoro tak, to oni są jak film bez scenariusza, książka bez historii, spotkanie bez towarzystwa. Pisałem o tym w swojej książce „Marki, dolary, banany i biustonosz marki Triumph”, a tu tylko przypomnę. Były jeszcze lata  60, wróciłem do domu ze szkoły, wszedłem do pokoju, a na stole leżał odpakowany częściowo z szarego papieru „Dziwny jest ten świat” Niemena. Ja tego widoku i tej atmosfery nie umiem zapomnieć do dziś. Ale jest coś więcej. Do dziś pamiętam każdą z tamtych piosenek. Zgoda. „My Generation” jest lepsze, ale na tym koniec.
      Napisałem mu o tym i ciekawy jestem co mi odpowie, póki co jednak, ja mam coś do powiedzenia. Otóż jest w Warszawie na ulicy Nowogrodzkiej sklep muzyczny o nazwie Megadisc, gdzie można kupić muzykę o jakiej miłośnikom tak zwanego „grania” się nie śniło. Właściciel sklepu, pan Jacek Leśniewski, to człowiek – ilu takich zostało w naszych sparszywiałych czasach – który żyje tym co robi i żyje tym bez jakichkolwiek kompromisów. Siedzę nad płytami, które od niego kupiłem, głaszczę te okładki, wchłaniam ich zapach, no i słucham tej muzyki, o której istnieniu nawet nie miałem pojęcia i myślę sobie, że powinienem się tymi wrażeniami podzielić. Co tym samym czynię.


     

sobota, 20 lipca 2019

Gdy media są w rękach cwanych bałwanów


Dzień się zaczyna tak pięknie, że nie pozostaje mi nic innego jak machnąć ręką na produkowanie kolejnego felietonu, a zamiast tego przedstawię swój najnowszy tekst dla „Warszawskiej Gazety”. Z wciąż pozostającym pytaniem: Czemu to tylko ja?    

       Oto popularny dziennikarz Robert Mazurek skierował na łamach „Rzeczpospolitej” do szefowej Wiadomości TVP Danuty Holeckiej list otwarty, w której zarzucił jej, że uprawiana przez nią propaganda od czasów Stanu Wojennego różni się jedynie tym, że dziś dziennikarze nie są przebrani za żołnierzy. List Mazurka wywołał pewne poruszenie, nie tyle ze względu na swoją treść – bo ta była równie idiotyczna jak wszystko to co słyszymy z ust prominentnych przedstawicieli tzw. „totalnej opozycji” – ale przez fakt, że Mazurek dotychczas uchodził za dziennikarza związanego z prawicą i jego wystąpienie rzeczywiście zabrzmiało mocno fałszywie.
       Gdybym miał dyskutować z Mazurkiem, to nie wchodziłbym w merytoryczną polemikę, ale zwrócił uwagę na fakt, że gdy ktoś, kto od dobrych dwudziestu lat tkwi w centrum najbardziej bezczelnej politycznej propagandy, nagle unosi się oburzeniem na ową propagandę właśnie, to to jest wydarzeniem, a nie jakieś tam cwaniactwa Jacka Kurskiego i jego ludzi.
       No ale ponieważ tam gdzie wypadałoby splunąć, należy rozmawiać, chciałbym dodać i swój głos do zainicjowanej przez Mazurka krytyki publicznych mediów. Nie chodzi mi jednak o to nieznośne wręcz judzenie, z którym mamy do czynienia na co dzień, dokładnie tak samo długo, jak długo częścią tej branży jest Robert Mazurek, bo, szczerze mówiąc, tę część całego przedsięwzięcia uważam za jedyną możliwą, natomiast to co mnie autentycznie doprowadza do cholery to intelektualny poziom prezentowany przez kolegów Mazurka, w tym również tych, z którymi on przez wiele lat bez mrugnięcia okiem i z pełnym zaangażowaniem współpracował.
       Oto obejrzałem dziś kolejne wydanie propagandowej audycji TVP, „W tyle wizji”, którego gospodarzami byli Stanisław Janecki i Dorota Łosiewicz z macierzystego dla Mazurka tygodnika „Sieci” i proszę sobie wyobrazić, że jak długo żyję, z tego co odstawiła na wizji wspomniana Łosiewicz, nie miałem okazji nawet sobie wyobrazić.
       Najpierw red. Łosiewicz zaczęła dumać, ile tak zwanych „jedynek” zażyczył sobie PSL w negocjacjach z Platformą Obywatelską: czy było ich 200, czy 20? Ostatecznie, red. Janecki wyjaśnił Łosiewicz, że oczywiście 20. Po chwili, kiedy tematem audycji stała się 50 rocznica startu pierwszej misji na Księżyc, Łosiewicz zakomunikowała, że od czasu jak Neil Armstrong postawił swoją stopę na powierzchni Księżyca, „nie udało się tego osiągnąć nikomu”. Tu również Janecki poczuł się w obowiązku ją poprawić. Nie minęło kilka minut, jak red. Łosiewicz z autentycznym wzruszeniem ogłosiła, że dziś już trwają zapisy na prywatne loty na Księżyc i cena biletów sięga „8 tys. funtów”. No i tu znów Janecki poprawił ją, że nie osiem, ale osiemset, i tak ostatecznie owa audycja dobiegła ostatecznego końca.
       A ja się już tylko zastanawiam, jak oni – w tym ów red. Robert Mazurek – wyobrażają sobie, że to wszystko uzyska kształt, o jakim wszyscy marzyliśmy, kiedy problem polega na tym, że osobami za to odpowiedzialnymi są zwykli głupcy.



Zachęcam oczywiście niezmiennie do kupowania moich książek. Wszystkie te które jeszcze się nie sprzedały są dostępne w księgarni www.basnjakniedzwiedz.pl, ewentualnie proszę pisać do mnie na adres k.osiejuk@gmail.com.




piątek, 19 lipca 2019

Co wyborcy Magdaleny Adamowicz sądzą o wieczności?


      Myślę, że stałych czytelników tego bloga nie muszę przekonywać, że wśród wielu rzeczy które mnie w jakimkolwiek stopniu interesują, być może na ostatnim miejscu znajduje się to, kto jaki posiada majątek, a tu również myślę o politykach, co do których mam niezmienne przekonanie, że nie po to oni szli w tę branżę, żeby dziadować. I oczywiście, nie zmienia faktu to, że jest coś naprawdę szczególnego w tym, że milionerami stają się ludzie, którzy poza zadawaniem szyku w tym czy innym towarzystwie, nie zhańbili się jakimikolwiek talentami, ani nawet jakąkolwiek pracą. Mam już swoje lata i wiem, że wolny rynek to pojęcie naprawdę szerokie, a mi nic do tego.
      Nie wiem więc za bardzo dlaczego, kiedy dziś zostały ujawnione majątki świeżo-wybranych europejskich parlamentarzystów, zainteresowało mnie bardzo oświadczenie majątkowe złożone przez Magdalenę Adamowicz, wdowę po zamordowanym prezydencie Gdańska. Oczywiście, ona nie jest, i, jak się zdaje, nigdy nie była politykiem, więc dobrze by było wiedzieć, skąd ona to wszystko ma. Ktoś powie, że odziedziczyła po zmarłym mężu, który w polityce robił przez długie lata. I ja to rozumiem. Adamowicz robił co robił, żył jak żył, więc dziś trudno by jego żona i dzieci nie miały z tego korzystać. Nie trzeba w końcu daleko sięgać, by przyjrzeć się finansowej sytuacji prominentnej posłanki Prawa i Sprawiedliwości, Doroty Arciszewskiej-Milewczyk, która po śmierci swojego męża-biznesmena – i to biznesmena na skalę światową – zdecydowała się żyć z odziedziczonym po nim majątkiem równym zadłużeniu i, jak widzimy, radzi sobie z tym – w odróżnieniu od wielu swoich współobywateli – znakomicie i to znów nie jest nasza sprawa.
        No więc, przyjmujemy z dobrodziejstwem inwentarza wiadomość, że Magdalena ze swoimi córkami – to jest wbrew pozorom element nadzwyczaj istotny – podobnie jak posłanka Milewczyk, wszystko zawdzięcza talentom męża. I że to jest sytuacja normalna. Spójrzmy jednak przez chwilę na oświadczenie majątkowe Adamowicz:
- środki pieniężne zgromadzone w walucie polskiej: 176,185,91 zł;
- środki niepełnoletniej córki zgodnie z załącznikiem;
- papiery wartościowe: 157,529,75 zł, 35,328,47, 41,858,39;
- mieszkanie z połączonych technicznie dwóch lokali (2KW) oraz miejsce w hali garażowej: 499 tys. zł oraz 410 tys. zł. (pozostałe mieszkania w załączniku);
- Działka niezabudowana: 180,000 zł, 150,000 zł, 45,000 zł;
- 30400 akcji w PZU oraz 1500 w KGHM;
- członkostwo w radzie nadzorczej TRANSREM sp. Zoo, Gdańsk: wynagrodzenie netto 22,487,32 zł.;
- umowa o pracę Uniwersytet Gdański, AWF FiS, członkostwo w radzie nadzorczej: 118,789 zł. netto;
- dochody z najmu: 110,992 zł.
      No i czas na zobowiązania:
- własny kąt hipoteczny w PKO BP, do spłaty 505,754,00 zł.;
- kredyt hipoteczny MAL BAZA 365 [??? – moje], do spłaty 314,260 zł.;
- kredyt hipoteczny MAL BAZA 365 [????? - moje]: 98,418 zł.
      W czym rzecz? Otóż wbrew pozorom, nie w tym że ta straszna kobieta aż tak nieroztropnie zdecydowała się żyć na krawędzi. Jej los, szczerze powiedziawszy, jest mi obojętny. Mnie interesują tylko dwie rzeczy. Pierwsza to taka, co to za cholera ta MAL BAZA i dlaczego nikt nie uznał za stosowne mi tego wytłumaczyć. A druga, kiedy już się dowiem, co to ta takiego, może ktoś mi odpowie na pytanie, co się porobiło w głowach aż tylu mieszkańców Gdańska i okolic, że my się dziś musimy zajmować czymś tak małym?




środa, 17 lipca 2019

Czy powinniśmy dziękować Bogu za Internet?


      Miałem na dziś nieco inne plany, jednak z samego rana trafiłem na Twitterze na coś takiego że już nie umiałem się oderwać. Przedstawiam Państwu internautkę Adrianę Borowiecką:
       Kaczyński umiera. Ale na screenie jest w linku, że dziada chcą pochować jakże by było inaczej na Wawelu. Jakby skurwysyn się czymś zasłużył z bratem. Wypieprzyć obu z Wawelu plus żoneczkę Maryśkę K.
       Mamy więc ten tekst, poniżej zdjęcie Jarosława Kaczyńskiego, jeszcze niżej informację podaną przez portal o nazwie wieści24.pl, że ów Kaczyński jest śmiertelnie chory na raka, no a dalej już sama dyskusja, a w niej nasi i nie nasi, a wszyscy najwyraźniej gotowi do tego, by w odpowiednio godny sposób rozpocząć nowy dzień. Na bandę tych satanistów machnę jednak ręką, a zajmę się wyłącznie prawdziwymi polskimi patriotami. Spójrzmy przez chwilę:
 Kobietą jesteś, ale chętnie bym ci pizdnął w ryj”;
Stara i paskudna ździra z ciebie,brzydsza niż kwit na węgiel”;
Skurwysyn to cię spłodził, a potem inny wyruchał w dupę”;
Chyba Ci tłuszcz padł na mózg. Tłuszcz z dupy”;
Ty szmato podła jeszcze nie zdechłaś????? Jak śmiesz życzyć śmierci????? Ile ci zarazo czerwona płacą za to hejtowanie?????”;
Nie dość że tępa ameba to jeszcze kurewsko brzydka”;
Powiem ci coś ADA. Patrzę na Twój tweet i zerkam na twój tłusty leb to nie jestem zdziwiony że zamiast mózgu który służy do myślenia masz pod czaszką około 1kg gówna. Jeśli ktoś pisze takie rzeczy to zawsze zadaje pytanie GDZIE TY SIĘ WYCHOWAŁAŚ?? W BURDELU??”;
Ciebie stara kurwo widocznie nikt przez całe życie dobrze nie wypieprzył - co zresztą nie dziwi, mało kto lubi głupa rżnąć - przez to tak ci jad ostatnie czynne komórki we łbie wyżera”;
Co za kurwisko nienawistne”;
I kto to pisze? Jakaś ubecka qrwa? Ty suko jesteś tak samo głupia jak brzydka i gruba?”;
Zamknij dupę gruba raszplo”;
Spierdalaj do Mcdonaldsa na burgera gruby trolu”;
Tłusta szmata idż się wykręć”.
Jeny, takie słowa z tak paskudnej mordy. Utkaj dziurę ulańcu. Zabłysnąć możesz jedynie na TT takimi wstawkami zbierajac watpliwy poklask od oszołomow twojego pokroju. I cyk - zgłoszonko. Wypierdalaj do warzywniaka po pietruszkę za 20 zeta”.
      O co chodzi? No, niestety, o to, co zawsze. A więc przede wszystkim mój kłopot polega na tym, że niemal wszystkie wyżej zacytowane wypowiedzi są oznaczane albo orłami w koronie, albo biało-czerwonymi flagami, albo czerwoną liczbą 100 dla oznaczenia roku polskiej niepodległości. A więc mamy tu niemal wyłącznie nadzwyczaj zaangażowanych w polskie sprawy patriotów, a więc ludzi, na których wszyscy tak bardzo liczymy. Ale prawdziwy kłopot polega na tym, że tam są oczywiście dwie strony i druga, tu nie cytowana, jeśli w czymś od naszej odstaje, to wyłącznie w tym, że częściej wspomina o śmierci. Co to oznacza? To mianowicie, że na poziomie tak zwanego politycznego sporu mamy poziom emocji, z którym chyba jednak już sobie nie poradzimy.
       Ktoś powie, że to jest tylko Internet i to w dodatku w swoim wyjątkowo paskudnym wydaniu; że biorąc pod uwagę fakt, iż połowa społeczeństwa w ogóle nie interesuje się polityką, a zdecydowana jego część nie ma nawet pojęcia, co to takiego ten cały Twitter, to mamy do czynienia z niszą niszy niszy. I to jest prawda. Ten syf, który się tam kotłuje to tak naprawdę ułamek procenta, który w żaden sposób nie odzwierciedla prawdziwego stanu rzeczy. Jest też całkiem możliwe, że większość z ludzi, o których rozmawiamy, to tak naprawdę nasi sąsiedzi, na co dzień ani trochę mniej mili i życzliwi od nas samych. I, powtarzam raz jeszcze, to wszystko jest bardzo możliwe. Dziś jednak myślę o tym, co Jarosław Kaczyński powiedział niedawno na którymś z przedwyborczych pikników, że powinniśmy wreszcie złożyć broń i zacząć żyć w jakiejś tam zgodzie. Ja wiem, że on doskonale sobie zdaje sprawę z tego, że to jest nie do wykonania i jego słowa mają wymiar wyłącznie propagandowy, no ale zakładając, że gdzieś tam w czyichś marzeniach faktycznie pojawia się obraz owej zgody, to właśnie opisana dziś przez mnie wymiana pokazuje bardzo wyraźnie, że to są marzenia ściętej głowy – oczywiście najchętniej głowy tej „pizdy”, czy „chuja” po drugiej stronie.
      Wczoraj zajmowaliśmy się tutaj Robertem Mazurkiem i jego krytyką publicznej telewizji i uprawianej przez nią propagandy, której poziom jego zdaniem stanowi nie mniejsze zagrożenie niż narkotyki i pornografia. W pewnym momencie, w swoim tekście Mazurek jednak woła: „O dzięki Ci Boże za Internet!”, co jak rozumiem stanowi wyraz satysfakcji, że w tym ciężkim starciu czystego zła, nie jesteśmy zdani wyłącznie na telewizję. No więc bardzo proszę, mamy też Internet i już chyba pewność, że jeśli za coś powinniśmy dziękować Panu Bogu, to akurat zdecydowanie bardziej za telewizję, choćby i tę kierowaną przez Jacka Kurskiego, niż za Internet. Bo choć oczywiście to całe nieszczęście zaczyna się na szczeblach znacznie wyższych niż twitterowe konta jakichś wariatów, to właśnie tu możemy je ujrzeć w wersji HD i we wszystkich kolorach tęczy. I to tu w Internecie właśnie znajdziemy odpowiedź na klasyczne już pytanie: Kiedy będzie lepiej?


   

wtorek, 16 lipca 2019

Obrazek z doliny nicości


       Jak niektórzy z nas już wiedzą, popularny dziennikarz Robert Mazurek na łamach „Rzeczpospolitej” opublikował list otwarty do szefowej „Wiadomości TVP” Danuty Holeckiej, w którym zasugerował, że propagandowa bezczelność kierowanej przez nią audycji wymaga już tylko tego, by zatrudnieni tam dziennikarze zostali przebrani w mundury Ludowego Wojska Polskiego. Przeczytałem ten list i przyznaję, że w pierwszej chwili dostałem takiej cholery, że chciałem Mazurka wdeptać jak najbardziej merytorycznie w ziemię, jednak po pewnym zastanowieniu uznałem, że dam sobie spokój. Człowiek bowiem, który od lat stanowi wręcz jądro tego nieszczęścia jakie są polskie media i nagle, ni stąd ni zowąd, zaczyna się ustawiać w pozycji jedynego sprawiedliwego, nie zasługuje na nic więcej, jak, wspominany tu już parokrotnie szlag w łeb zdechłym kurczakiem. A ja ten własnie gest zamierzam w stosunku do niego dziś wyegzekwować.
      Zanim jednak przejdę do rzeczy muszę wrócić do czasów, kiedy to powstawała moja książka, w której zamieściłem swoją korespondencję ze śp. Zytą Gilowską. Otóż, jak chyba wszyscy rozumiemy, zanim zdecydowaliśmy się ją ostatecznie wydać, musiałem zwrócić się z prośbą o zgodę do męża pani premier, Andrzeja Gilowskiego. Ten początkowo prosił, by tych listów nie publikować, a wśród wymienionych przez niego powodów szczególne wrażenie zrobił list, w którym pani premier odniosła się do sytuacji, jaka miała miejsce w TVP, kiedy to jej szefem był Bronisław Wildstein, a owej sytuacji głównym aktorem był brat naszego dzisiejszego bohatera, Roberta Mazurka. Obawiał się mianowicie pan Gilowski, że ujawnienie tego listu może się źle przysłużyć staraniom Rodziny, by dla upamiętnienia tak wielkiej postaci, jaką była prof. Gilowska, założyć fundację jej imienia i zdobyć dla niej patronat Prezydenta RP.
      Ktoś zapyta, co ma Robert Mazurek, do swojego brata, jego brat do Wildsteina i wreszcie, co ma do tego wszystkiego prezydent Duda. Otóż sprawa, wbrew pozorom, jest bardzo prosta. Otóż, jak mi relacjonował pan Gilowski, prezydent Duda właśnie przyznał Wildsteinowi jakiś poważny order, no i państwo Gilowscy obawiali się, że skoro ci dwaj są w takiej komitywie,  to jeśli rodzina Zyty Gilowskiej, która, jak się nagle okazuje, brzydko się wypowiedziała na temat Wildsteina, zgłosi się nagle do Prezydenta z prośbą o patronat, to ten im go zwyczajnie nie udzieli. Wtedy własnie użyłem wobec pana Gilowskiego argumentu, który tu lekko może sparafrazuję:
      Proszę Pana, pochował pan właśnie swoją żonę, kobietę na której pogrzebie byli jednocześnie Prezydent RP, Premier Rządu RP oraz prezes rządzącej partii. Proszę mi w tej sytuacji powiedzieć, kto jest w stanie cokolwiek zrobić przeciwko tej pamięci?
      I proszę sobie wyobrazić, że pan Gilowski w tym momencie powiedział: „Zgoda”.
     Myślę, że teraz jest dobry moment na to, by zacytować list prof. Gilowskiej, który wywołał wspomniany niepokój:
      Drogi Panie Krzysztofie!
      Tak jest, tak trzymać! I nie puszczać! Nicować tę nicość aż do kości.
      Bo to jest nicość. Kupiłam to dzieło [
mowa o książce Bronisława Wildsteina „Dolina nicości” – przyp. mój] i przeczytałam, w pierwszej chwili pomyślałam, no cóż - wprawdzie grafomania, ale dobrze motywowana. Jednak tylko w pierwszej chwili, przez kilka minut.
      Do mojego popsutego (przez medycynę, geny mam dobre) zdrowia musi się Pan przyzwyczaić, bo lepiej nie będzie. Ale może zdążymy jeszcze wspólnie coś zrobić? Jak Bóg da.
      A teraz opowiem Panu anegdotkę. W MF zastałam w charakterze rzecznika prasowego bezczelnego młodziana bez wykształcenia i manier, przyjętego przez moją poprzedniczkę („to brat Roberta Mazurka”) w skład tzw. gabinetu politycznego, co niebywale ułatwiło szybkie rozstanie, ponieważ owe gabinety rozwiązują się automatycznie wraz ze zmianą osoby ministra. Otóż ten młodzian najpierw wpakował mnie na „minę” (miał dużo mniej wyczucia ode mnie) a potem nawet mnie straszył i groził mi jakimiś bliżej nieokreślonymi retorsjami. Smarkacz groził wicepremierowi przy świadkach i mimo to (sić!) jeden z ministrów przyjął go na trochę do swojego działu prasowego, a potem wylądował u Wildsteina w TVP na jakieś pół roku. Kiedy Wildstein odchodził z TVP, to tym chłopakom (między innymi owemu „bratu”) zapewnił kolosalne odprawy jako kompensatę utraconych zarobków, ponieważ byli to „specjaliści rynkowi”. Wówczas poprosiłam Mariusza Kamińskiego (CBA) na rozmowę i zapewniłam Go, że to nie żadni fachowcy, a przykładowo „ten mój” to zwykły miglanc i dyletant, więc ofiarowanie mu pół miliona złotych (500 000 zł) odprawy z państwowej firmy jest złodziejstwem. Dałam to na piśmie - na papierze Ministra Finansów - skierowanym do Szefa CBA.  Mariusz Kamiński chyba nie zdążył nic z tym zrobić, ale jego następca z całą pewnością ten papier znalazł (wcale się nie ukrywałam) i po-pokazywał. I co? I nico. I to jest obrazek z doliny nicości, prawda?
      Serdecznie pozdrawiam,
      Zyta Gilowska
      Gdyby ktoś liczył w tym momencie na jakikolwiek komentarz, to przepraszam, ale poza zwróceniem uwagi na to, że oto dziś, w pewnym sensie jeden z bohaterów tego przekrętu, Robert Mazurek, unosi się nagle moralnym oburzeniem wobec zła, z którym ani on, ani jego żona, ani – tak tak – jego dziecko nie mogą sobie poradzić, nie powiem już nic więcej na ten temat.
       I chętnie bardzo skończę już ten tekst, który, przyznaję, jest mi bardzo niemiły, zwracając uwagę na dwie rzeczy. Moja książka ostatecznie okazała się wcale nie tak niebezpieczna, jak początkowo obawiała się rodzina Zyty Gilowskiej, a to z tego powodu, że przez te wszystkie miesiące, kiedy była ona jeszcze dostępna, pies z kulawą nogą się na jej temat nie zająknął. Gdyby nie ten blog i starania Gabriela Maciejewskiego z wydawnictwa Klinika Języka, ona by już dziś dawno została skutecznie przemielona, tak jak miliony ton innych książek zalegających magazyny w całej Polsce. Dziś jej nakład jest wyczerpany, natomiast tu raz jeszcze się okazuje, że towarzystwo ma się nadzwyczaj dobrze.
      Ale jest coś co robi wrażenie być może jeszcze większe. Otóż z tego co widzę, fundacja o jakiej myślała rodzina pani profesor Gilowskiej ostatecznie nie powstała. Ciekawe dlaczego?
      I jeszcze coś. Ktoś pewnie zapyta, po ciężką cholerę ja dziś postanowiłem ujawnić coś, co powinno było zostać tajemnicą. Otóż powód jest jeden. Jestem mianowicie pewien, że to iż dziś stoimy przed wielką szansą ostatecznego odebrania władzy tej czarnej zarazie, która dręczy Polskę od dziesięcioleci, zawdzięczamy w dużym stopniu Jackowi Kurskiemu i Danucie Holeckiej. Ja o nich osobiście mogę sobie myśleć różnie, faktem jest jednak to, że gdyby nie ich determinacja, to my byśmy tego ataku nie przetrwali. I w tej oto sytuacji przychodzi Robert Mazurek i, tak naprawdę w imieniu tych co szczęśliwie przegrali, prosi nas o to, byśmy byli bardziej mądrzy, kulturalni i eleganccy. W imieniu prof. Zyty Gilowskiej pragnę Wam wszystkim powiedzieć: Idźcie w cholerę.




Ponieważ, jak już wspomniałem, książka z listami od śp. Zyty jest już niedostępna, nie będę zachęcał do je kupowania. Jest oczywiście pewna szansa, że Gabriel zarządzi jakiś drobny dodruk, ale póki co, trzeba było się wykazać większym refleksem. Mam nadzieję, że przynajmniej niektórzy z nas wyciągną z tego naukę. Mój adres: k.osiejuk@gmail.com
      



poniedziałek, 15 lipca 2019

Let's sing along with John, Paul, George and Ringo


      Są dwa powody, dla których zdecydowałem się dziś nie dzielić świeżymi refleksjami, ale przedstawić Państwu jeden z rodziałów z mojej książki o cieniach na SS Mantola.  Pierwszy jest taki, że z powodu różnych zajęć, faktycznie nie dałbym rady napisać nic nowego, a drugi, że słuchałem ostatnio różnych piosenek Roda Stewarta i pomyślałem sobie, że poza Beatlesami nie ma nikogo o tak wielkim dorobku, gdy chodzi o liczbę popularnych przebojów. Nikt poza tymi dwoma nie jest w stanie tak bogato wypełnić porządnej playlisty, w taki sposób by starczyło na kilka godzin, i żeby to jednocześnie były melodie, które da się zwyczajnie śpiewać. Przypomniałem więc sobie, przy okazji tego Stewarta, Beatlesów, a wraz z nimi rozdział z mojej książki o języku Imperium. No a zatem zapraszam do czytania, no i oczywiście zachęcam do tego, by tę książkę kupować i czytać. Najprościej będzie napisać do mnie na adres k.osiejuk@gmail.com. Naprawdę warto.

       Znałem w życiu dwie osoby, które nauczyły się płynnie posługiwać językiem angielskim i w mowie i w piśmie, ucząc się całkowicie samodzielnie i w praktyce nie korzystając z jakichkolwiek lekcji. Pierwszą z nich był kolega ze studiów, który nie miał języka angielskiego ani w szkole, ani nie uczył się na kursach, ani prywatnie, a wszystko czego się na jego temat dowiedział, to oglądając filmy, słuchając piosenek, a przede wszystkim czytając brytyjską prasę, która wbrew pozorom była w tamtych czasach jak najbardziej dostępna w tak zwanych Klubach Międzynarodowej Prasy i Książki, czyli krótko mówiąc dzisiejszych Empikach. A więc, jak nam sam opowiadał, czytał on jak opętany te gazety, tłumaczył sobie z nich każde słowo, no i w końcu uzyskał taki poziom, że został przyjęty na filologię angielską tu niedaleko w Sosnowcu, a trzeba wiedzieć, że w tamtych latach była to sztuka  wymiarze wyznaczanym przez studia medyczne.  Druga ze wspomnianych osób, to moja młodsza córka, która wprawdzie miała angielski w szkole, jednak na poziomie takim, że równie dobrze moglibyśmy o tym nie wspominać. Co ciekawe, nie uczyła się angielskiego w domu, raz że ja osobiście nigdy nie widziałem możliwości, by uczyć własne dziecko, a dwa, że, wbrew temu, co niektórzy sądzą, my tu po angielsku ani nie rozmawiamy ani w ogóle ten temat w życiu rodzinnym aż tak często się nie pojawia. Jak to więc się stało, że ona dziś z angielskiego jest naprawdę dobra? Otóż w jej akurat wypadku zadziałało wyłącznie słuchanie piosenek i uczenie się na pamięć tych tekstów. Oczywiście, ona musi mieć bardzo szczególne językowe ucho, oraz pamięć, niemniej fakt jest faktem: to co ona dziś niewątpliwie uzyskała, zawdzięcza niemal wyłącznie tym piosenkom.
      Kiedy myślę o tych kilku pozaakademickich sposobach uczenia się języka, a więc czytaniu gazet, oglądaniu filmów, oraz słuchaniu piosenek, odnoszę wrażenie, że dziś już właściwie pozostaje nam tylko ten film. Czemu tak? Sprawa jest prosta: gazety są tak stare jak tamten świat, który już jest dawno za nami, a więc nie jesteśmy nawet sobie w stanie wyobrazić, by któreś z naszych dzieci, czy nawet my sami, nagle kupowali „Daily Mirror”, czy „International Herald Tribune” - a to się wówczas najczęściej czytało - by potem ślęczeć nad tymi zdaniami ze słownikiem. Podobnie niestety jest z piosenką. Wprawdzie ich jest wokół cała masa, niemal wszystkie, nawet jeśli wykonywane przez Duńczyków, czy Belgów w języku angielskim, w swojej znacznej większości w najmniejszym stopniu nie spełniają swojej edukacyjnej roli. Wiąże się to głównie z tym, że akurat tam śpiewany tekst był od zawsze zaledwie  pretekstem do tego, by publiczność mogła się słuchając i tańcząc, również wesoło bawić, podśpiewując sobie w rytm melodii. W efekcie, teksty, których moglibyśmy się nawet nauczyć na pamięć, to często nie są nawet pełne zdania, lecz jakieś skrawki luźnych obrazów bez treści. I niech się nam nie wydaje, że ta prawda dotyczy tylko sztuki z naszego punktu widzenia niższej. Proszę choćby rzucić okiem na znakomitą przecież i w jak najbardziej znakomitym wydaniu piosenkę, przy której w dodatku możemy się znakomicie bawić, a mianowicie „Sweet Dreams” zespołu Eurythmics:
Sweet dreams are made of this
Who am I to disagree?
I travel the world
And the seven seas,
Everybody's looking for something.
Some of them want to use you
Some of them want to get used by you
Some of them want to abuse you
Some of them want to be abused.
      A dalej? Dalej jest już tylko gorzej:
Hold your head up
Keep your head up, movin' on
Hold your head up, movin' on
Keep your head up, movin' on
Hold your head up
Keep your head up, movin' on
Hold your head up, movin' on
Keep your head up, movin' on
      Przepraszam wszystkich bardzo, ale to od tego już lepsza jest “Autobiografia” Perfectu. Przynajmniej gdy chodzi o naukę języka. I to jest bardzo wielka szkoda, bo kiedy sobie przypominam choćby to jak ja sam znałem na pamięć piosenki Beatlesów, Roda Stewarta, Genesis, Dylana, czy, dużo później już The Smiths, to dziś wiem, że ten pociąg już odjechał, a następnego już nie będzie. Popatrzmy choćby na Beatlesów i zauważmy, że tu nie tylko są porządne zdania, ale najbardziej podstawowa gramatyka:
When I get older losing my hair
Many years from now
Will you still be sending me a Valentine
Birthday greetings bottle of wine
If I'd been out till quarter to three
Would you lock the door
Will you still need me, will you still feed me
When I'm sixty-four
You'll be older too
And if you say the word
I could stay with you
I could be handy, mending a fuse
When your lights have gone
You can knit a sweater by the fireside
Sunday mornings go for a ride
Doing the garden, digging the weeds
Who could ask for more
Will you still need me, will you still feed me
When I'm sixty-four
Every summer we can rent a cottage
In the Isle of Wight, if it's not too dear
We shall scrimp and save
Grandchildren on your knee
Vera, Chuck and Dave
Send me a postcard, drop me a line
Stating point of view
Indicate precisely what you mean to say
Yours sincerely, wasting away
Give me your answer, fill in a form
Mine for evermore
Will you still need me, will you still feed me
When I'm sixty-four
      Czemu wybrałem akurat tę piosenkę? Otóż dlatego, że tu jest praktycznie wszystko. I zdania warunkowe, i konstrukcje imiesłowowe, i czasowniki modalne, i Present Perfect i Past perfect, no i - last but not least - tak nieprawdopodobnie bogate słownictwo. Proszę sobie więc wyobrazić teraz ucznia, który słuchając tej piosenki wielokrotnie, w końcu zna ją na pamięć i w efekcie nie jest wręcz w stanie zrobić tak powszechnie występującego błędu jak na przykład „When I will have sixty four years”, a już jako czysty zysk zna na pamięć zwroty takie jak „Who could ask for more?”, „Drop me a line”, czy „If it’s not too dear”.
       A przecież to jest zaledwie jedna z setek podobnie pożytecznych piosenek, nie tylko zresztą Beatlesów.
      Ja wiem oczywiście, że to co tu piszę, jest zarówno nauczycielom, jak i uczniom jak psu na budę, więc te uwagi mogą wyłącznie służyć jako być może ciekawa refleksja na temat świata, któryśmy znacznie przegonili, ale popatrzmy jeszcze na coś, co nie jest tak stare jak Beatlesi, ale i tak należy do świata który minął. Fragment piosenki REM „Losing My Religion”:
That's me in the corner
That's me in the spotlight
Losing my religion
Trying to keep up with you
And I don't know if I can do it
Oh no, I've said too much
I haven't said enough
I thought that I heard you laughing
I thought that I heard you sing
I think I thought I saw you try
Every whisper
Of every waking hour
I'm choosing my confessions
Trying to keep an eye on you
Like a hurt lost and blinded fool, fool
Oh no, I've said too much
I set it up

       Tu oczywiście nie ma zbyt wiele rzucającego się w oczy sensu, o który warto by się było bić, jednak spójrzmy, ile tu konstrukcji, które jeśli zapadną nam w pamięć, potrafią się naprawdę przydać. Choćby to „I heard you laughing” i chwilę później „I heard you sing”. Daję słowo, że na empikowych kursach tego nas nikt nie nauczy. Dlaczego? Bo ci którzy tam uczą, w najlepszym wypadku słuchają Moniki Brodki. W najlepszym.


            .

niedziela, 14 lipca 2019

O maśle za dziewięć złotych i trufli za dwa


     Dzisiejszy tekst traktuję jako o tyle istotny, że wskazujący na pewne moim zdaniem nadzwyczajnie odkrycie, którego jestem autorem. To znaczy – tu muszę się nieco poprawić – owo odkrycie tak do końca nie stanowi żadnej rewelacji, ponieważ od pewnego czasu nie tylko przecież ja miałem wrażenie, że to czym my tu się tak bardzo emocjonujemy, to zwykła gra, której my jesteśmy zaledwie częścią. No a dziś zaledwie znalazłem na to bardzo bezpośredni dowód. Otóż, jak pewnie niektórzy z nas zdążyli zauważyć, zwolennicy tak zwanej „totalnej opozycji”, głównie w Internecie, kolportują informację, jakoby rząd Prawa i Sprawiedliwości podwyższył ceny żywności. Pomijając oczywiście owe wyliczenia, najczęściej wzięte z tak zwanej popularnie „dupy”, ile razy widziałem kolejne przedstawiane nam rachunki, zastanawiałem się przede wszystkim, co to takiego się stało, że ci, wydawałoby się pełną gębą liberałowie, nagle uznali, że państwo powinno coś zrobić, by ceny masła, czy pietruszki, zdecydowanie zostały obniżone, podczas gdy ich niemal święta wiara dotychczas wskazywała na to, że ceny – i w ogóle cały poziom naszego życia – zależy wyłącznie od tak zwanego „wolnego rynku” i naszej zapobiegliwości.
      No ale od razu odpowiadałem sobie, że mamy tu do czynienia przede wszystkim z tak zwanym „elektoratem”, a więc z czymś, co jest gotowe na wszystko, więc nie ma się co tą nędzą zajmować. No i w tym momencie, proszę sobie wyobrazić, że ów cenowy obłęd zrobił tak silne wrażenie na tych, którzy całym tym interesem w ten czy inny sposób kręcą, że postanowili oni sobie, by ten „myk” wykorzystać w przedwyborczej kampanii. Oto mianowicie, jak rozumiem, najwyższe kręgi Platformy Obywatelskiej, wpadły na pomysł, by wyprodukować plakat w formie sklepowego rachunku, z którego będzie wynikać, że za masło w Polsce trzeba dziś płacić 9 zł, a za kilogram schabu bez kości złotych 24. Mało tego: ów plakat tak się Grzegorzowi Schetynie i innym spodobał, że najwyraźniej zostało wydane zarządzenie, by każdy lokalny oddział Platformy Obywatelskiej, ale również każdy ważniejszy polityk owej Platformy, zamieścił w Internecie zdjęcie wspomnianego plakatu. Z masłem za 9 zł. I owe zdjęcia się oczywiście ukazały.
       Całość tego idiotyzmu została potwierdzona na najwyższych partyjnych szczeblach, a więc głosem szefa kampanii, Krzysztofa Brejzy, który ogłosił, że:
Drożyzna będzie głównym tematem kampanii. Ziemniaki są dziś niczym trufle, a pietruszka staje się rarytasem”.
      Otóż ja, owszem, wiem, że coś takiego jak trufle w przyrodzie istnieje, choć osobiście, ze względu na między innymi cenę właśnie, nie miałem okazji sprawdzać. W odróżnieniu oczywiście od ziemniaków... i mam nadzieję, że wszyscy czytający ten tekst wiedzą, o czym mówimy. Podobnie ma się sprawa z pietruszką. Ja, szczerze mówiąc, nie wiem ile ostatnio płaciłem za dwie pietruszki, które żona moja kazała mi kupić do zupy, czy to była złotówka, czy złotych dwa, a może cztery, w każdym razie nie zauważyłem, by to był rarytas.
       No ale mamy tego Brejzę, który najpoważniej na świecie publikuje wyżej zacytowany komunikat, i liczy na to, że on dotrze... no do kogo? Ja zdaję sobie sprawę z tego, że od czasu gdy doradcy Donalda Tuska wpadli na pomysł, by politykę w kraju prowadzić wyłącznie szerząc kompletnie pozbawioną rozumu nienawiść, znaczna część polskiego społeczeństwa nawet nie słucha tego, co do nich mówi poseł Brejza. Im wystarczy Kaczor, jego Kot i Mamusia. Tu jednak mamy coś więcej. Otóż nie mam najmniejszych wątpliwości, że skoro poseł Brejza mówi, to on mówi do kogoś. Oni są oczywiście głupi, ale nie na tyle głupi, by wyrzucać pieniądze w błoto. A więc, on mówi do kogoś i wychodzi mi na to, że on mówi do mnie. Poseł Brejza uznał, że ja, jako wiejski głupek, nie wiem, jaka jest różnica między truflą, a kartoflem, a więc jeśli on mi powie, że dziś ziemniak kosztuje tyle co trufla, to ja się zadławię z wrażenia i w nadchodzących wyborach zagłosuję na Koalicję Europejską. Przepraszam wszystkich bardzo, ale ja innego wyjaśnienia dla tego szaleństwa nie widzę.
       W tej sytuacji ja mam wiadomość nie tyle do posła Brejzy, bo, jak sądzę, on dziś żyje w świecie Obcych, natomiast, owszem, chciałbym powiedzieć coś tym wszystkim, którzy Brejzy nie słuchają i są skupieni wyłącznie na swojej nienawiści do PiS-u. Otóż chciałbym Wam powiedzieć, że może by jednak Wam nie zaszkodziło, gdybyście się zainteresowali ludźmi, których wspieracie. Bo ja nie mam najmniejszych wątpliwości, że gdyby wspomniany PiS osiągnął poziom posła Brejzy – a przyznaję z bólem, że niekiedy bywa naprawdę ciężko – to ja bym tą całą polityką pieprznął równo i zakopał się pod ziemię ze wstydu.
        Na koniec muszę wrócić do początkowej uwagi na temat odkrycia, jakiego własnie dokonałem. Otóż myślę sobie o tym Brejzie i o tych truflach i kartoflach i dochodzę do przekonania, że chyba jednak widzę jeszcze jedno rozwiązanie. Otóż nawet jeśli Brejza i jego sztab uważają nas z idiotów, to z pewnością nie aż takich. Oni muszą z całą pewnością wiedzieć, że tego typu zagrywki przyniosą im tylko ciężka porażkę. A skoro tak, to ja biorę bardzo mocno pod uwagę, że dziś Platforma Obywatelska walczy bardzo mocno z PiS-em o to, by pod żadnym warunkiem wrócić do władzy. Póki co wygląda na to, że idzie im naprawdę wspaniale.

Jak zawsze serdecznie zachęcam do kupowania moich książek. W księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl zostało jeszcze parę starych tytułów, no ale oczywiście i ten najnowszy, o języku jako tajnej broni Brytyjskiego Imperium. Serdecznie polecam.



sobota, 13 lipca 2019

Szwab, czyli o złym naśladownictwie


Dziś może na ten deszczowy dzień zaproponuję swój najnowszy felieton z „Warszawskiej Gazety”. Może będzie dobrze.

       Nie mam pewności, jak to się wszystko zaczęło, czy to może któryś z tych cymbałów, przycisnął złą literkę na klawiaturze, czy może, to ktoś z tak zwanych „prawych” buszujących po Twitterze dopuścił się dowcipnej prowokacji. Faktem jest, że przedstawiciele „totalnej opozycji” wykazali się tu wyjątkowym gapstwem i od kilku dni cała Polska jeździ po niej jak po łysej kobyle.
      O co poszło? Otóż ostatnio, kiedy wspomniana opozycja jeździ po kraju, zachęcając Bogu ducha winnych ludzi, by pomogli im odsunąć od władzy Dobrą Zmianę, na Twitterze pojawił się tag zatytułowany „TwójSzwab”, którym zupełnie nieświadomi tego, co czynią, politycy Platformy Obywatelskiej z przyległościami, zaczęli oznaczać swoje propagandowe kawałki.
       Dziś, jak mówię, cała Polska drze z Platformy przysłowiowego łacha, a jakby tego było mało, za tego „szwaba” wzięły się też prawicowe media, z TVPiS na czele i nie ma dnia, ani godziny, by gdzieś tam ktoś sobie na nim nie poużywał. Nie wiem, jak to długo jeszcze będzie wałkowane, ale czy to potrwa chwilę, czy jeszcze parę tygodni, czy już za parę dni Polska o tym całym „szwabie” zapomni, czy przez najbliższe lata na Schetynę, czy Tuska będziemy wołali „Twój Szwab”, tak czy inaczej mnie się to nie podoba. Dlaczego? Już tłumaczę.
     Otóż jeszcze kilka lat temu, kiedy praktycznie wszystkie media głównego nurtu, zarówno te papierowe, elektroniczne, jak i tak zwane społeczne, a za nimi cała kultura popularna, były w lewicowo-liberalnych rękach, propagandowa metoda zaobserwowana w omawianym wypadku, była niemal w stałym użyciu, tyle że z wektorem skierowanym w prawą stronę politycznej sceny. Na czym ona polegała? Otóż na tym właśnie, że brało się jakiś nic nie znaczący drobiazg, robiło się z niego temat i wałkowało się go tak długo, aż w końcu wystarczyło jedno krótkie i mocne hasło, by każdy przeciętny obywatel reagował na jego dźwięk ślinieniem się. Pamiętamy te znaki wszyscy bardzo dobrze: „Borubar”, „Roker Perejro”, „wieśmak”, „kaczka”, „małpka”, „sraczka”, czy nawet niezapomniane „debeściaki” i z pewnością też wielu z nas doskonale pamięta jakie spustoszenia w psychice tak wielu ludzi uczyniła ta straszna manipulacja. Że przesadzam? To proszę choćby sobie przypomnieć ów rysunek Andrzeja Mleczki, na którym widzimy prezydencką limuzynę, która ciągnie za sobą budkę z napisem toi-toi i zastanowić się, jakie warunki musiały być spełnione, by ten żart mógł być w ogóle zrozumiany. No i co trzeba było zrobić, by te warunki zapewnić tak by ostatecznie fani Mleczki mogli krzyknąć: „Zesrał się ten idiota!”
      A więc nie podoba mi się bardzo to, że prawicowe media dziś z takim zapałem korzystają z tamtych metod i tamtego dorobku. I jeśli ma się okazać, że Platforma Obywatelska ostatecznie zniknie ze sceny politycznej tylko dlatego, że ludziom będzie się kojarzyła ze „szwabem”, to właściwie jest mi wszystko jedno.



Przypominam, że w księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl są do kupienia moje książki, w tym ta najnowsza, o języku angielskim, jako zabójczej broni Imperium. Jeśli ktoś sobie życzy dedykację, to zapraszam do siebie. Mój adres: k.osiejuk@gmail.com.

piątek, 12 lipca 2019

O Wołyniu, pamięci i zapominaniu raz jeszcze


Blog, na którym się niemal każdego dnia spotykamy, prowadzę od ponad już dziesięciu lat i powiem uczciwie, że te lata nie zawsze były łatwe. A łatwe nie były głównie z tego powodu, że ja chyba nigdy wcześniej w całym swoim życiu nie zapracowałem sobie aż na tylu wrogów. Oczywiście, był to też czas, kiedy spotkało mnie też wiele radości, niemniej nie mogę zapomnieć też tego, że niemal od pierwszego dnia dla wielu stałem się niemal wrogiem publicznym. I niech nikomu nie wydaje się, że ów podział przebiegał po tradycyjnej linii politycznej. Nic podobnego. Powiem wręcz, że kiedy spoglądam na miniony czas z dzisiejszej perspektywy, widzę, że tak naprawdę najwięcej złych słów zostało w moim kierunku wypowiedzianych ze strony nie klasycznego lewactwa, ale  tak zwanych „naszych”. Jak mówię, od niemal pierwszego dnia, jak się tu zacząłem dzielić swoimi refleksjami.
       Otóż był początek roku 2008, a więc roku pierwszego, a ja napisałem tekst na temat rzezi wołyńskiej i całego tego ciężaru, jaki musi polskie państwo nosić na swoich barkach do dziś, jeśli chce zachować tego wszystkiego sens, i wydaje mi się, że to wtedy właśnie wszystko się zaczęło. Dziś, jak wiemy, męczymy się, jak zawsze, z ową nieśmiertelną kwestią Wołynia, a ja chciałbym przypomnieć swój tekst z tamtych lat. Bardzo jestem ciekawy, jak to będzie tym razem.

      Myślałem, że po tych kilku dniach zupełnie jałowego roztrząsania, z jednej strony ogromu ukraińskich zbrodni popełnionych wobec Polaków ma Wołyniu, a z drugiej rzekomego tchórzostwa, koniunkturalizmu, czy może tylko głupoty Prezydenta, kiedy wszystkie już chyba słowa, po wszystkich stronach tej debaty, zostały powiedziane, przyjdzie czas na milczenie.
      Nic podobnego. Dzisiejsza „Rzeczpospolita” na pierwszej stronie informuje o tym, że kombatanci Wołynia są rozgoryczeni postawą Lecha Kaczyńskiego, na drugiej publikuje komentarz Rafała Ziemkiewicza, też w tonie ciężkiego rozgoryczenia, a wewnątrz numeru, zamieszcza wkładkę z chirurgicznie wręcz precyzyjną analizą ukraińskiego mordu.
     Oczywiście, zdaję sobie sprawę, że swoje już miałem okazję powiedzieć i prawdopodobnie nic nowego nie wymyślę, ale z drugiej strony jest faktem, że wszyscy już swoje zdążyli powiedzieć, włącznie ze wspomnianym Ziemkiewiczem, który wcześniej już swoje poglądy wyraził w tej samej „Rzeczpospolitej” w tekście na dodatek bez porównania bardziej obszernym niż dziś, a mimo to wszyscy gadają, jak nakręceni. Więc ja pozwolę sobie raz jeszcze, tym razem – obiecuję – może krócej.
      Wśród osób zajmujących się sprawą barbarzyńskiego mordu, pojawiają się dwa rodzaje emocji. Jeden to ten, gdzie obsesyjnie wręcz powraca się do opisywania męki polskich ofiar okrucieństwa UPA, z jednoczesnym wymuszaniem na Ukrainie uczciwego nazwania tej części swojej historii po imieniu, a następnie potępienia wszystkiego, co za nią stoi. Z drugiej strony z kolei, mamy ludzi, którzy nadal, z – dla mnie nie do końca zrozumiałym – upodobaniem wbijają do naszych serc te straszne obrazy, a jednocześnie zapewniają, że przyjaźń z Ukrainą nie powinna być ani podważana, ani zagrożona, bo przecież UPA, to nie wszyscy Ukraińcy.
      Uważam, że w jednym i w drugim sposobie myślenia, obecny jest pewien bardzo ciężki błąd, a boję się, że oprócz błędu, pewna bardzo nieprzyjemna intencja. O jakim błędzie myślę? Otóż, w moim najszczerszym mniemaniu – co zresztą bardziej lub mniej otwarcie, przyznają wszyscy uczestnicy debaty – nie ma sensownej możliwości, żeby Ukraina kiedykolwiek zgodziła się zakwestionować tę swoją straszliwą historię. Może, jak powtórnie kiedyś wpadnie w łapy Rosji, to dla jakich swoich nieistotnych w tej chwili ciemnych interesów, Rosja każe Ukraińcom oficjalnie potępić zbrodnie UPA i oni oczywiście to a chęcią zrobią. Póki Ukraina jest wolna, nie ma takiego sposobu.
      Ten błąd jest ściśle powiązany z kolejnym. Otóż rzeczy polega na tym, że jeśli Ukraina nie zmierzy się uczciwie ze swoją – choćby i jednorazową – podłością, to właśnie przez fakt, że nawet jeśli UPA to nie cała Ukraina, to jest to wystarczająco duża i wpływowa część Ukrainy, żeby sprawa została uznana za zamkniętą. Zapominanie o tym, to, jak mówię, błąd, natomiast to, co nazywam brzydką intencją, to właśnie to detaliczne rozgrzebywanie tej męki sprzed 65 lat. Bo o co chodzi? Czyżby zamiar był taki, żeby ludziom przedstawić prawdę? Przepraszam bardzo, ale ci, których prawda, w tym ta prawda, w ogóle interesuje, mieli okazję tę prawdę poznać wielokrotnie. Ja osobiście pamiętam, że już jako małe dziecko – a nie byłem wychowywany w środowisku super patriotycznym – wiedziałem, że Ukrainiec, to ktoś, kto uzbrojony jest najczęściej w widły. Sami komuniści zresztą, przez wiele lat, być może ze względu na pamięć o Świerczewskim, o tym Ukraińcu z widłami nie dawali zapomnieć.
      Sam Rafał Ziemkiewicz pisze w swoim oryginalnym artykule:
"Tym, co wyróżnia rzezie na Wołyniu spośród wszystkich znanych historii zbrodni etnicznych, jest niewiarygodne bestialstwo zbrodniarzy. Ani stalinowskie NKWD, ani hitlerowskie Einsatzgtruppen nie popisywały się osobistym okrucieństwem. Rezuni OUN-UPA oraz innych nacjonalistycznych formacji wydawali się natomiast znajdować w nim szczególne upodobanie".
      No i sprawa jest zupełnie jasna. Nikt, nigdy, w takim stopniu nie zaprzeczył temu, czym jest w potocznym rozumieniu człowiek, jak nasi bracia Ukraińcy. Skoro jednak wszyscy o tym wiemy, to po co wyciągać te fotografie i prosić specjalistów od spraw wołyńskich o kolejne relacje, z zastrzeżeniem, że dobrze by było, gdyby może relacje te były jak najbardziej plastyczne? To nazywam nieładną intencją.
      Ale oczywiście wciąż możemy pytać dlaczego? Dlaczego? Dlaczego właśnie oni? Dlaczego? Częściowo na to pytanie odpowiada pewien bloger:
„Otóż UPA dokonała tych zbrodni z tak straszliwym bestialstwem (wyłupywanie oczu, palenie, krojenie piłami, obdzieranie ze skóry itd.) jak najbardziej celowo. Nie z powodu wrodzonego bestialstwa i zdziczenia ale jak najbardziej celowo i racjonalnie. Ponieważ UPA była bardzo zdyscyplinowana i zorganizowana, ale nie dość silna żeby wymordować wszystkich Polaków na Kresach, to uznała że jeśli będzie dokonywać tych mordów z tak straszliwym okrucieństwem to wywoła przerażenie wśród wszystkich Polaków i nawet ci których nie będzie można wymordować sami uciekną za Bug. To bestialstwo było częścią dobrze zaplanowanej zbrodni”.
      Dlaczego mówię, że jest to wyjaśnienie tylko częściowe? Bo ono odpowiada tylko na moje pytanie od strony technicznej. A ja bym chciał wiedzieć, dlaczego akurat Ukraińcy. Dlaczego nie Serbowie, dlaczego nie Chorwaci, dlaczego nie Wietnamczycy. Dlaczego nasi bracia Ukraińcy? Czyżby tamci byli mniej zdyscyplinowani? Bądźmy poważni. Ja jednak nie znam odpowiedzi na to pytanie. Jedyne, co mi przychodzi do głowy, to bardzo prymitywne i głupie: bo tak.
      Ale jeżeli ‘bo tak’, to tym bardziej nie ma już co dłużej na ten temat z Ukrainą rozmawiać. Nie ma też co dłużej o tym z nimi rozmawiać, nawet jeśli ktoś znajdzie na to pytanie odpowiedź bardziej intelektualnie umocowaną. Na przykład, że Ukraińcy mają to coś we krwi, albo, że szatan sobie Ukraińców bardzo upodobał. Bo oni, choćby się świat walił, winy na siebie nie wezmą. A jeżeli nie wezmą, to możemy, owszem, nadal publikować zdjęcia rozprutych brzuszków i wyłupionych oczu i połamanych rączek i mówić, że to na część pamięci.
       Jeżeli nie wezmą, możemy też powiedzieć Ukraińcom, idźcie od nas w cholerę, bo jesteście zbyt straszni, żeby wasze imię zakłócało nasz sen.
      I jeśli nie wezmą, prezydent Kaczyński zdecydowanie powinien odwołać z Ukrainy naszego ambasadora, ich ambasadorów poszczuć psami, a na granicy poustawiać zasieki.
       A nie wezmą. Bo pani premier Tymoszenko – owszem – bez najmniejszego wysiłku może spuścić swoje śliczne oczy nad śmiercią Bronisława Geremka i powiedzieć, że jest jej bardzo przykro, ale na tym jej możliwości współczucia się kończą. I w tej zupełnie nowej sytuacji, prawdopodobnie większość tych, dla których sprawa Wołynia jest jedynym miernikiem ludzkiego patriotyzmu z jednej strony, a skuteczności polskiej polityki międzynarodowej z drugiej, będzie usatysfakcjonowana. A pan red. Rafał Ziemkiewicz nie będzie musiał pisać tak ciężkich głupstw, jak to, które mu się przydarzyło w dzisiejszej „Rzepie”, gdzie w jednym zdaniu, z tylko sobie znanych powodów, popadając w kłamstwo zupełnie niezwykłe, pisze, niemal explicite, że w imię pojednania z Ukrainą Polska jest gotowa „zapomnieć” i przyjąć „ukraińską wersję” historii.
       Piszę, że Ziemkiewicz kłamie. Ale może być też tak, że nie kłamie. Może on faktycznie wierzy, że dopóki prezydent Kaczyński nie posadzi prezydenta Ukrainy, panią premier Ukrainy, oraz przewodniczącego ukraińskiego parlamentu przed sobą, nie pokaże im dodatku do dzisiejszej „Rzepy” wraz z odpowiednią kolekcją zdjęć i nie każe im trzem złożyć pod każdym z nich swoich podpisów, to tym samym zarówno zapomina, jak i uznaje.
        Ale wówczas nie potrafię uwierzyć, że to ten sam Ziemkiewicz, który w jednym ze swoich gorszych okresów, uznał za stosowne napisać i wydać książkę pod zajebistym wręcz tytułem „Polactwo”.