wtorek, 20 sierpnia 2019

O zapomnianej łodzi


      Jak pewnie część z nas zdążyła się zorientować, przez cały ten czas jak prowadzę swój blog, udało mi się wydać dziewięć książek i wszystko wskazuje na to, że to już koniec. Trochę mnie to martwi, bo, jak słyszę Quentin Tarantino planuje nakręcić jeszcze jeden film, przez co będzie miał ich dziesięć, a ja się prawdopodobnie zatrzymam tu gdzie jestem, no ale niech będzie i tak, zwłaszcza że ja, jak by nie patrzeć, się jednak rozwijałem. Natomiast, gdyby ktoś mnie się spytał, którą z moich książek uważam za najlepszą, nie umiałbym odpowiedzieć z tego prostego powodu, że podobnie jak ani razu w ciągu tych ponad już dziesięciu lat nie zdarzyło mi się opublikować na tym blogu notki, z której byłbym choć trochę niezadowolony, tak każdą z tych książek chowam w swojej bardzo życzliwej pamięci. Gdybym jednak mimo to miał wyróżnić z nich dwie, to bym przede wszystkim wskazał na „Marki, dolary, banany i biustonosz marki Triumph”, która zarówno pod względem czysto literackim, jak i... że tak to ujmę – emocjonalnym, przewyższa wszystko co znam, natomiast w sensie ważności, postawiłbym na tak zwane „listy od Zyty”, które zupełnie szczerze uważam za coś absolutnie wyjątkowego w minionych trzydziestu latach.
        Dziś jest tak, że z owych dziewięciu tytułów dostępnych są już tylko cztery, a więc wspomniane „Marki, dolary...” „Rock and roll, czyli podwójny nokaut”, po raz nie wiadomo po raz który wznawiane „Kto się boi angielskiego listonosza”, no i naturalnie najnowsza – „Imperium, czyli gdzie pada cień na MS Mantola”. Reszta jest sprzedana i nic nie wskazuje na to, by którakolwiek z nich miała zostać wznowiona. A ja niezmiennie mam w głowie wspomniane listy od Zyty. Czemu? Otóż temu, że choć one się sprzedały stosunkowo szybko, to, jak już powiedziałem, w moim odczuciu stanowią najbardziej niesprawiedliwie zlekceważoną książkę w naszej najnowszej historii. By wytłumaczyć w czym rzecz muszę przejść do kolejnego akapitu.
      Otóż kiedy zmarła Zyta Gilowska, a ja zwróciłem się do jej męża, Andrzeja Gilowskiego z prośbą, by zgodził się na publikację tych listów, on w pierwszej chwili zaprotestował, tłumacząc się, że ze względu na ich treść, on się boi, że to co się może stać włanością publiczną, może też zaszkodzić Rodzinie. I wtedy ja na to odpowiedziałem mniej więcej tak: „Panie Andrzeju, właśnie pochował Pan żonę, na której pogrzebie, transmitowanym przez państwową telewizję, byli Prezydent RP, premier rządu RP, oraz prezes rządzącej partii. Proszę zrozumieć, że w tej sytuacji nikt z nich nie jest w stanie Pana dotknąć choćby spojrzeniem”. No i, jak wszyscy wiemy, pan Andrzej Gilowski udzielił mi zgody na tę publikację. Pojawia się pytanie, cóż takiego znajduje się w tych listach. Otóż, wbrew pozorom, nic aż tak sensacyjnego. Zaledwie parę bardzo drobnych szczegółów, jednak na tyle istotnych dla naszej wiedzy o świecie w jakim przyszło nam żyć, że ja osobiście niepokój pana Andrzeja Gilowskiego byłem w stanie zrozumieć. Mógłbym nawet powiedzieć, że te kilka tak naprawdę słów, jakie przez te niespełna trzy lata zdążyła mi powiedzieć Zyta Gilowska, to prawdziwy przewodnik po współczesnej Polsce.
        Jest jednak jeszcze coś. Otóż w momencie gdy książka się ukazała, ona trafiła na pierwsze miejsce listy książek zakazanych, i to zakazanych po wszystkich stronach sceny. Z tego co wiem, nikt nigdzie, po żadnej ze wspomnianych stron, nie odważył się wspomnieć choćby jednym słowem, że coś takiego jak prywatne maile Zyty Gilowskiej w ogóle istnieje. I tu mamy coś niezwykle ciekawego, bo proszę sobie wyobrazić, że tu nie poszło o ewentualne zagrożenie dla partii rządzącej – Zyta Gilowska do końca była całym sercem z Jarosławem Kaczyńskim – lecz o interesy pojedyńczych osób i środowisk. To wyłącznie ze względu na strach przed ujawnieniem brzydkich rzeczy ich dotyczących, wokół tej książki zapanowała bezwzględna zmowa milczenia. Doszło do tego, że o niej nie wspomniano nawet podczas rocznicowej uroczystości na lubelskim uniwersytecie. Mało tego, kiedy próbowałem umieścić informację o tych listach w notce poświęconej Zycie Gilowskiej w Wikipedii, nie minęło pięć minut, jak ona została stamtąd usunięta.
          I choć mimo faktu że ona się dość szybko sprzedała, ja wciąż chowam w sobie pretensje, przede wszystkim o to, że coś, co powinno stać się powszechną sensacją, zostało aż tak zlekceważone, ale też o to, że trzeba było aż trzech lat, by te głupie tysiąc egzemplarzy czegoś tak ważnego, się sprzedało. Jest więc tak, że książki z listami od Zyty już nie ma ani w księgarni u Coryllusa, ani – z tego co widzę – w ogóle nigdzie, a ja dopiero co dowiedziałem się, że nasz kolega Wacek z Opola gdzieś odnalazł jeszcze jakieś 18 egzemplarzy, które pozostały po którymś ze zorganizowanych przez tamtejszą Solidarność spotkań.
       Dziś z tych książek zostało już zaledwie siedem sztuk, ale ja mam ważniejszą informację. Otóż ja nie mam sumienia, by tę resztkę nakładu sprzedawać po 30 zł, tak jak to było zamierzone na początku. W tej sytuacji dziś cena tych listów wynosi dziś 100 zł, a zapewniam, że jak dojdziemy do pięciu ostatnich egzemplarzy, to ja ją podwyższę do 200 zł i wrzucę na Allegro. Już nie mogę się doczekać wyniku, a jeśli ktoś wciąż nie rozumie, o co chodzi, przedstawiam krótki fragment z tych wyznań:
      Problem lekarstw jest jasny -  lekarstwa kupujemy, znamy je, czytamy ulotki. Dużo ciemniejszą sprawą jest problem aparatury medycznej, różnych wszczepianych urządzeń, implantów, płynów, drutów, stawów, to są potężne pieniądze, ciche zamówienia, wielkie szpitale, wielkie cierpienia i równie wielkie oszustwa. Wobec medycyny człowiek staje jak niegdyś wobec wioskowego szamana, pełen strachu i nadziei. Ja obecnie jestem całkowicie ‘na nie’, odmawiam ‘współpracy’, a po 10-dniowym pobycie na oddziale intensywnej terapii (dla ‘dyskrecji’, bo aż taka chora to nie byłam)  i przyjrzeniu się z bliska okolicznościom ‘ratowania życia’, odmawiam udania się nawet w pobliże jakiegokolwiek szpitala. Naturalnie, w międzyczasie medycyna faszerowała mnie zbędnymi chemikaliami i jak już zaczęłam ‘im’ nie wierzyć, to na całego. Przy okazji dowiedziałam się, jak kiepsko działają, gdy są potrzebne. Przypuszczam, że najsilniej działa sygnalizacja genetyczna oraz ruch. A także - co chyba najważniejsze - poczucie zadowolenia z życia. Na brak szczęścia jest tylko miłość”.


     
Jak już wspomniałem, mam jeszcze siedem egzemplarzy wspomnianej książki. Cena egzemplarza, jak już wspomniałem, wynosi 100 zł. Kto zdąży – gratulacje. Kto nie – będzie musiał kupować na Allegro. Znacznie już drożej. Proszę pisać na adres k.osiejuk@gmail.com.



poniedziałek, 19 sierpnia 2019

Czy wizerunek Matki Bożej to dobro ogólnonarodowe?


      Może niektórzy z nas wciąż pamiętają, gdyby jednak komuś coś umknęło, to przypomnę jak kilka już lat temu napisałem tutaj, że wszystkie prowadzone przez  antyaborcyjne środowiska akcje, na których przedstawia się zdjęcia rozszarpanych kilku tygodniowych płodów, są całkowicie pozbawione jakiegokolwiek innego sensu, niż tego który ma na celu doprowadzenie do histerii tak ludzi wrażliwych, jak i tych, którzy wszelką wrażliwość mają głęboko w nosie. Krótko mówiąc, chodzi o to, że dziś, jeśli któraś z pań ma życzenie przerwać ciążę wystarczy że zdobędzie zwykłe tabletki na wrzody żołądka i zażywając jedną, a najwyżej dwie, ma pewne poronienie jak złoto.
       Wiedzę tę uzyskałem od zaprzyjaźnionego lekarza ginekologa i to on też mi powiedział, że ponieważ organizatorzy owych awantur, z jednej czy z drugiej strony, wiedzą doskonale, że one mają już dziś wyłącznie cel polityczny, a walka o prawo do życia, do śmierci, wolności, czy zniewolenia, nie ma tu nic do rzeczy, to co robią jest zwykłą brudną polityką.
      Przypomniałem sobie ową kwestię sprzed lat dziś, gdy praktycznie nie ma dnia, byśmy nie słyszeli o kolejnych starciach między wszelkiej maści zboczeńcami spod znaku tęczy, a niezłomnymi patriotami spod znaku Krzyża. Otóż dotarła właśnie do mnie pewna nadzwyczaj interesująca informacja, która sprawiła, że o tych wszystkich awanturach zacząłem myśleć dokładnie tak samo jak o walkach między feministkami z wieszakami, a ludźmi demonstrującymi zdjęcia poćwiartowanych dziecięcych ciał. Tu bowiem bardzo podobnie nie chodzi o to, by dojść do jakiegoś ostatecznego rozstrzygnięcia, lecz wyłącznie o tworzenie wiecznego zamieszania, gdzie z jednej strony jakiś wariat z biustonoszem na głowie będzie wymachiwał obrazem Matki Boskiej Częstochowskiej z dorobionymi cyckami, a z drugiej cała rzesza oburzonych katolików będzie kierowała sprawę do sądu w związku z obrazą uczuć.
       Dałem przykład z Matką Boską nie bez przyczyny. Otóż, jeśli przyjrzymy się metodom działania osób reprezentujących ideologię LGBT, musimy zauważyć, że gdyby oni ograniczyli się wyłącznie do tego, by swoje demonstracje budować wyłącznie wokół owej tęczy i choćby nie wiadomo jak perwersyjnych dekoracji, pies z kulawą nogą by ich nie oszczekał. Rzecz w tym, że oni niezmiennie maszerują nosząc takie czy inne symbole religijne. Ja nigdy tego nie zrozumiałem, czemu na tych demonstracjach wciąż widzimy osoby przebrane za biskupów, czy siostry zakonne, czemu – tak jak ostatnio – tam się pojawiają te waginy wpisane w eucharystyczne symbole. Czemu tych ludzi tak męczy świadomość tego, że gdzieś są ludzie którzy wierzą w Ukrzyżowanego i Zmartwychwstałego Jezusa i Jego nauki? Co ich to w ogóle obchodzi? Jaki to jest ich problem?
       Jest jednak faktem, że symbolika religijna stanowi podstawowy wystrój tych demonstracji i to fakt jej notorycznego bezczeszczenia powoduje tak wielkie społeczne oburzenie, z którego nigdy nic nie wynika, a co gorsza, nigdy nic nie wyniknie. Czemu? Już tłumaczę. Otóż sytuacja jest taka, że jeśli ja na przykład zobaczę jakiegoś sodomitę który niesie obraz Matki Boskiej Częstochowskiej z doczepionym do Jej ust bananem, to, owszem, mogę założyć sprawę w sądzie o naruszenie moich osobistych uczuć religijnych, jednak wyłącznie w trybie karnoprawnym, co mnie od samego początku skazuje na porażkę. Wówczas bowiem to ja będę musiał udowodnić, że ów banan nie był jedynie dziełem sztuki, lecz aktem agresji skierowanym przeciwko mojej religijnej wrażliwości. A tego nie udowodnię.
      Jeśli w Warszawie zostanie otwarta wystawa, na której zostanie pokazana seria krzyży, gdzie zamiast Jezusa będziemy mieli parówkę, prezerwatywę, czy zwykłego penisa, moja sytuacja również nie zmieni się ani na jotę, gdyż tu znów, to do mnie będzie należało udowodnienie, że to o co mam pretensje to nie dzieło sztuki i święta wolność wypowiedzi, lecz realna obraza moich uczuć.
      A fakty są takie, że wystarczyłoby zaledwie przyjąć ustawę, w której wszystko to co dla nas jest święte, a co więcej, ma symboliczne znaczenie dla naszej historii oraz narodowej świadomości, zostało objęte cywilnoprawną ochroną na wypadek naruszenia czyichś dóbr osobistych. Wystarczyłoby zapisać w ustawie, że wizerunek Matki Boskiej Częstochowskiej jest objęty ochroną prawną przewidzianą dla dóbr osobistych. Wystarczyłoby uznać na drodze ustawowej, że znak Krzyża stanowi znak i symbol związku religijnego i on również podlega prawnej ochronie przewidzianej dla dóbr osobistych. Ale przecież ja nie tylko mam na myśli ten jeden wizerunek i ten jeden symbol. Jestem pewien, że ustawodawca ma wystarczająco dużo możliwości, by owym aktem objąć niemal wszystko, czym dziś się nieustannie próbuje nas rozjuszyć, włącznie z biskupimi czy zakonnymi szatami.
     Ktoś powie, że to jest nie do wykonania, bo w rzeczy samej przecież mamy wolność ekspresji, więc nie ma możliwości wprowadzenia przepisów, które będą ową wolność ustawowo ograniczały. Jeśli ktoś się czuje obrażony, proszę bardzo, może się procesować, no ale poza tym nie ma tu już  żadnego innego pola manewru.
      Otóż, jak już wcześniej wspomniałem, ta ścieżka jest w istocie rzeczy ślepa i z gruntu nie do wykorzystania. Proszę jednak zwrócić uwagę na coś zupełnie przez nas lekceważonego, a mianowicie choćby na fakt, że podczas omawianych tu demonstracji nigdy się nie zdarzyło, by którykolwiek z tych wariatów niósł tablicę z logo Prawa i Sprawiedliwości z dorysowanym na przykład kutasem. Ktoś powie, że może im tak fantastyczny pomysł nie przyszedł do głowy, a ja na to odpowiem, że jest to oczywiście możliwe, jednak głównym powodem tego braku jest Ustawa o Partiach Politycznych, a szczególnie jej artykuł 17, gdzie jak byk stoi:
Nazwa, skrót nazwy i symbol graficzny partii politycznej zgłoszonej do ewidencji w sposób określony w art. 11 korzystają z ochrony prawnej przewidzianej dla dóbr osobistych”.
      Mam nadzieję, że wiemy już wszyscy, co by się stało, gdyby któryś z nich wpadł na ten fantastyczny wręcz pomysł, by w ten oto sposób zaczepić PiS. On by niemal z automatu stanął przed sądem, z pozwu cywilnoprawnego, gdzie to nie PiS musiałby udowodnić, że się poczuł dotknięty, ale on, że o żadnym dotknięciu nie ma mowy.
       Spójrzmy teraz na Matkę Boską Częstochowską, a tak naprawdę nie tylko na Nią. Gdzie by się znaleźli ci wszyscy mądrale, gdyby istniała ustawa stwierdzająca, że ten czy inny wizerunek objęty jest szczególną ochroną na zasadach odnoszących się do dóbr osobistych. Nie da się? Proszę uprzejmie. Oto przed nami fragment ustawy dotyczącej osoby zupełnie innej, podobnie zresztą jak Matka Boska, dla znacznej części społeczeństwa zupełnie obojętnej:
U S T A W A
z dnia 3 lutego 2001 r.
o ochronie dziedzictwa Fryderyka Chopina
Art. 1. 1. Utwory Fryderyka Chopina i przedmioty z nim związane stanowią dobro ogólnonarodowe podlegające szczególnej ochronie. Nazwisko Fryderyka Chopina i jego wizerunek są chronione odpowiednio na zasadach dotyczących dóbr osobistych.
      Mam nadzieję, że i tutaj wszyscy wiemy, co by się stało, gdyby któryś z nich uznał, że byłoby czymś szalenie dowcipnym gdyby on wpisał słynny profil Szopena w tęczę i poniósł go podczas którejś ze swoich demonstracji, głosząc dodatkowo, że Szopen, jak wszyscy wiemy, był osobą transpłciową. Ministerstwo Kultury, które tu jest prawnym właścicielem tego wizerunku i jego symbolicznej dla Polski wartości, dołożyłby temu idiocie taką karę, że ten by się z niej nie podniósł.
      A zatem mamy taką oto sytuację. Chronione są nazwy i znaki partii politycznych, chronione jest nazwisko Fryderyka Szopena, jego wizerunek, ale i nawet – co tu jest czymś wręcz fascynującym –  Dworek w Żelazowej Woli wraz z otaczającym go parkiem”, a to wyłącznie przez to, że wszystko to Ustawodawca uznał za „dobro ogólnonarodowe”, natomiast gdy chodzi o Obraz Jasnogórski, w niego póki co można walić jak w kaczy kuper. A niby czemu to? Bo są wśród nas osoby niewierzące? Nie żartujmy. Ja też mam w nosie Mazurki Szopena i zdecydowanie bardziej od nich cenię Beatlesów.
       A zatem, wracając do kwestii podstawowej, nie widzę żadnych powodów byśmy się musieli dalej zadręczać wybrykami tych sodomitów. Co więcej, nie widzę jakichkolwiek przeciwwskazań ku temu, by ich zwyczajnie wziąć za pysk i ustawić do pionu. To jest naprawdę kwestia jednej decyzji. Czemu jej wciąż nie ma? Oczywiście biorę pod uwagę to, że oni są zbyt zajęci bieżącą polityką i nie wpadło im to do głowy, ale jest też moim zdaniem bardzo możliwe, że sytuacja taka jaka jest, im bardzo pasuje. Przynajmniej mają przeciwnika, a bez niego trzeba by było czasem ruszyć głową, by nie powiedzieć – dupą.





Przypominam, że jakimś cudem udało mi się odzyskać kilkanaście egzemplarzy mojej książlki z listami od prof. Zyty Gilowskiej. Z tych kilkunastu zrobiło się już ledwie kilka, ale te wciąż czekają na chętnych. Dziś cena jest już znacznie wyższa od oryginalnej, ale tak to jest z tym cholernym rynkiem i moim osobistym poczuciem wartości. I inaczej nie będzie. Zachęcam do kontaktu. Mój adres mailowy to k.osiejuk@gmail.com





      

niedziela, 18 sierpnia 2019

Czy w Sejmie RP zostanie odsłonięta tablica pamięci męczeńskiej śmierci Dawida Kosteckiego?


       Miałem na dziś nieco inne, bardziej szerokie plany, jednak, jak wiemy, co ma wisieć, nie utonie, a my dziś się zajmiemy kwestią znacznie bardziej doraźną. Otóż nieopatrznie zajrzałem wczoraj na onet.pl, by zobaczyć, jak sobie te biedaczki radzą, i z miejsca trafiłem na tekst o długim i przeciągłym tytule: „Tajemniczy telefon znajomego Dawida Kosteckiego do ‘Gazety Wyborczej’. ‘Proszę przekazać Mariuszowi Kamińskiemu pozdrowienia’”. Gdyby ktoś nie wiedział, Kostecki to były bokser, a w ostatnich latach bezwzględny bandyta, który parę tygodni temu albo sami się powiesił, albo został w więziennej celi powieszony przez swoich kolegów, i w związku z tym Platforma Obywatelska z wszystkimi możliwymi przystawkami, oraz zaprzyjaźnionymi redakcjami, postanowiła wszcząć wokół tej sprawy ogólnopolską awanturę pod hasłem „Marek Kuchciński morduje świadków swojej przestępczej działalności”.
      Nie mam ani ochoty, ani też nie widzę potrzeby, by objaśniać wszystkie te drogi którymi wędrują myśli ludzi Platformy, poza tym uważam, że wszystko, na co chciałem dziś zwrócić uwagę znajdziemy w samym tekście Onetu. Proszę uważać, bo będzie trzęsło:
     Maciej M. jest bliskim znajomym Dawida Kosteckiego. Dwa tygodnie po śmierci pięściarza miał również podjąć próbę samobójczą. Wówczas władze więzienia postanowiły przewieźć go z Rzeszowa na oddział zamknięty szpitala psychiatrycznego w Krakowie.
     Podczas pobytu w Krakowie udało mu się skontaktować z dziennikarzami [‘Gazety Wyborczej’]. W swojej wiadomości podawał, że Dawid Kostecki nie popełnił samobójstwa, lecz zginął, bo miał dużą wiedzę o kulisach tzw. afery podkarpackiej. Dotyczy ona powiązań policji z właścicielami rzeszowskich domów publicznych.
      Po tym, jak Maciej M. skontaktował się z mediami, ponownie został przeniesiony, jednak nie podano dokąd. Dziennikarzom ‘GW’ udało się ustalić, że Maciej M. przebywa w szpitalu przy zakładzie karnym nr 2 przy ul. Kraszewskiego w Łodzi.
      Wczoraj Maciej M. wysłał do ‘Gazety Wyborczej’ wiadomość, w której twierdzi, że obsługa szpitala oraz służba więzienna próbują udowodnić, że jest niepoczytalny. Mężczyzna w swojej celi miał m.in. znaleźć gwoździe. Boi się, że zostanie oskarżony, że to on je przemycił, aby zrobić sobie krzywdę. W jego celi ma nie być również prądu.
       Jak informuje ‘GW’ dziś bliskim Macieja M. udało się go odwiedzić w zakładzie karnym. Uniemożliwiono im wyniesienia kartki z oświadczeniem dla mediów.
      Maciejowi M. udało się jednak dziś dodzwonić do ‘Gazety Wyborczej’. W krótkiej rozmowie powiedział, że grożono mu śmiercią. - W zakładzie karnym w Rzeszowie wychowawca powiedział mi "Lepiej, żebyś pier*** się na linę" - powiedział Maciej M. Dodał, że ma informacje, które mogą obciążyć Zbigniewa Ziobrę i Patryka Jakiego.
      - Proszę przekazać Mariuszowi Kamińskiemu pozdrowienia. Chodzi o spotkanie w hotelu. On będzie wiedział o co chodzi - po tych słowach Maciej M. się rozłączył”.
      Czy Państwo widzą to co ja widzę? Oto przed nami jeden z głównych portali informacyjnych w Polsce i jedna z najbardziej wpływowych gazet, a tam historia o jakimś gangsterze, który, jako świadek korupcji na szczytach władzy, drży o swoje życie, umieszczany jest w ściśle chronionych przed publicznym okiem celach, zamykany w zakładach psychiatrycznych to w Krakowie, to w Łodzi, skąd nie wiadomo jakim cudem wciąż się mu „udaje” albo dodzwonić do „Gazety Wyborczej”, albo wysłać im wiadomość z kolejnymi rewelacjami na temat zarówno gwoździ, które mu obsługa podrzuca, żeby go w odpowiednim dla siebie momencie oskarżyć o to, że chce sobie je wbić w skroń lub w sece, jak i grożenia mu śmiercią przez  więziennego wychowawcę.
      Zamknięty ten jakiś Maciej M. – a ja się domyślam, że „Gazeta Wyborcza” ukrywa swoje źródło za inicjałem, by władze Prawa i Sprawiedliwości nie domyśliły się, kto to taki chce zadenuncjować ministrów Jakiego i Ziobro, i go nie zabiły tak jak Kosteckiego – w którymś z pisowskich psychiatryków, łapie za telefon i dzwoni do redakcji „Wyborczej”, prosi redaktorów, by w związku z jakimś spotkaniem w hotelu przekazali Mariuszowi Kamińskiemu pozdrowienia, w tym momencie obsługa szpitala wyrywa mu z ręki telefon, no ale wiadomość zostaje przekazana i wspomniani redaktorzy w te pędy owe pozdrowienia przekazują dalej i, jak rozumiem, już tylko nastawiają czujnie uszu, by usłyszeć, jak minister Kamiński na te pozdrowienia zareaguje. Czy się tylko ze strachu porzyga, czy może ucieknie na Białoruś, lub, jeszcze lepiej, do Północnej Korei.
       Ktoś mi powie, że powinienem wiedzieć, czym jest Onet i w związku z tym traktować ich z należnym lekceważeniem. Otóż ja sam Onet traktuję jak najbardziej lekceważąco, tyle że gdy chodzi o ten akurat przypadek, to muszę przyznać, że oni jak najbardziej relacjonują gołe fakty. „Gazeta Wyborcza” w rzeczy samej opublikowała ową relację na temat telefonicznych rozmów, jakie odbyła ze wspomnianym Maciejem M., a owa publikacja w kręgach antyreżimowej opozycji wywołała takie poruszenie, że... proszę posłuchać:
       Posłowie PO-KO zaapelowali w środę do ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobry o nadanie statusu świadka koronnego i objęcie szczególną ochroną w zakładzie karnym Macieja M.
      Na konferencji w Sejmie poseł PO-KO Arkadiusz Myrcha przypomniał, że w związku z okolicznościami śmierci Dawida Kosteckiego parlamentarzyści tego ugrupowania składali wnioski do prokuratora generalnego Zbigniewa Ziobry i apelowali do marszałek Sejmu o podjęcie natychmiastowych działań w tej sprawie.
      - Tak jak wczoraj deklarowaliśmy, występujemy w trybie art. 152 do pani marszałek Sejmu o natychmiastowe zwołanie komisji sprawiedliwości i praw człowieka, na której posiedzeniu powinien być obecny osobiście pan minister sprawiedliwości i prokurator generalny Zbigniew Ziobro - powiedział Myrcha.
     - Wystąpimy również o ochronę dla ostatniego już, prawdopodobnie kluczowego świadka w aferze podkarpackiej - Macieja M. Wystąpimy o status osoby szczególnie chronionej w zakładzie karnym oraz o status świadka koronnego dla Macieja M. - zapowiedziała z kolei posłanka Agnieszka Pomaska (PO-KO)”.
      Minęły obchody Święta Wojska Polskiego, zostało po nich wszystko to co zostało i zostać musiało, przed nami dwa miesiące zanim ta straszna nędza zostanie rozbita w proch, a oni najwidoczniej są już w punkcie gdzie nie pozostaje im nic innego jak prowadzić tajne rozmowy telefoniczne z jakimiś wariatami, nawet jeśli za te rozmowy muszą owym wariatom odpowiednio płacić. No i jeszcze jest Lech Wałęsa, który dziś zapowiada krwawą walkę o demokrację, i który już za chwilę prawdopodobnie nawiąże kontakt z mieszkańcami Galaktyki Gama X„Gazeta Wyborcza” oraz Onet natychmiast nas o tym wydarzeniu poinformują, a TVN24 przeprowadzi z tego wydarzenia transmisję na żywo.
      I tak się skończy III RP. Nie hukiem, lecz skomleniem.



Pragnę przypomnieć, że mam jeszcze tylko 7 egzemplarzy książki z listami od Zyty Gilowskiej. Ona nie jest dziś już tak tania, jak była przez minione trzy lata, niemniej lepiej jest się nie spóźnić. Bo jest nadzwyczaj prawdopodobne, że to jest już koniec. Mój adres mailowy: k.osiejuk@gmail.com
 



sobota, 17 sierpnia 2019

Czy tegoroczną nagrodę Grzegorza I Wielkiego odbierze Marcin "Różal" Różalski?


Możliwe, że to jest troszkę zbyt wcześnie, ale damy radę. Oto mój wczorajszy felieton dla „Warszawskiej Gazety”. Polecam serdecznie.


      Myślę, że wciąż pamiętamy, jak nie tak wcale dawno, bo na samym początku tego roku, reżyser filmowy Patryk Vega, wspólnie z prof. Ryszardem Legutko, został wyróżniony przez środowisko „Gazety Polskiej” tak zwaną nagrodą św. Grzegorza I Wielkiego, za to, że, jak to pięknie sformułowała przedstawicielka fundatora,  red. Katarzyna Gójska Hejke, ów wybitny człowiek i artysta „dzielnie stawał w obronie prawdy w życiu publicznym”.  O co chodziło konkretnie? Otóż o film Vegi zatytułowany „Botoks”, który zdaniem prawicowych mediów stanowił niezwykłe świadectwo chrześcijańskiej wrażliwości reżysera, a według oceny zaprezentowanej przez samego zainteresowanego „dzieło nakreślone bezpośrednio ręką Boga”.
      Dziś już, po tych kilku miesiącach, wiemy, że w filmie Vegi chrześcijaństwa jest dokładnie tyle samo co rzekomej wrażliwości jego twórcy, że promocja, jaką prawicowe media Vedze urządziły, była zaledwie bezczelnym propagandowym kantem, a na dodatek, wchodzi właśnie na ekrany kolejne dzieło Vegi, tym razem jednak nie dość że nie o potrzebie obrony wartości, ale tych, którzy owych wartości próbują bronić, najbardziej wulgarnie wyszydzający. 
      I gdy wydawałoby się, że to co się stało w przypadku Vegi i owego brudnego geszeftu ze wspomnianą nagrodą, nauczy tych wszystkich durniów przynajmniej tego, że  jeśli nie ma się szacunku dla drugiego człowieka, to nie ma mowy o szacunku dla siebie samego, i oni nie będą już więcej próbować tego rodzaju metod zbijania politycznych punktów, bez oglądania się na choćby podstawową przyzwoitość, to, proszę sobie wyobrazić, że nowym bohaterem wspomnianych środowisk, tym razem reprezentowanych przez portal braci Karnowskich wpolityce.pl, stał się niejaki Marcin „Różal” Różalski, były mistrz tzw. mieszanych sztuk walki, znany jednak głównie ze zdeformowanej tatuażami twarzy i z wypowiedzi w rodzaju: „Satanista w prostej linii, ja by nie patrzeć, to jest poganin, to ktoś kto nie idzie w dogmatach katolickich, które są najbardziej zakłamanymi kurwa dogmatami świata. Wystarczy sobie przeczytać, jakąkolwiek kurwa mądrą książkę, nie napisaną przez jakiegoś cymbała, jakiegoś kurwa chrześcijanina, który pierdoli jakieś głupoty, tylko normalną książkę. Polecam ‘Biblię Szatana’ LaVeya”.
       Za co zatem Karnowscy polubili dziś tego dziwnego człowieka? Otóż, proszę sobie wyobrazić, za to, iż ten udzielił im wywiadu, a oni, nazywając go po przyjacielsku „Różal”, zaanonsowali krzykliwymi literami „TYLKO U NAS” i pozwolili mu mówić:
       Każdy ma swoje rzeczy święte. Dla jednej osoby będzie to rodzina, dla innej krzyż i wiara. Dla mnie święte są symbole narodowe. Nie można żartować z flagi i godła, bo za te symbole zginęły miliony ludzi. Tolerancją mają być żarty z symboli narodowych?”
       Otóż chciałbym na koniec oświadczyć, że jeśli tak zwani „dziennikarze niepokorni” zamierzają się nadal w ten sposób z nami zabawiać, to ja nie znam odpowiednio wulgarnych słów by ich nimi potraktować. A już zwłaszcza, gdy oni w przyszłym roku wspomnianą wcześniej nagrodę zdecydują się dać swojemu nowemu kumplowi, Różalowi.



Wszystkim zainteresowanym przypominam, że udało mi się zdobyć paręnaście egzemplarzy mojej, wyczerpanej już, książki z listami od śp. Zyty Gilowskiej. Jeśli ktoś pomyśli, że warto by to mieć, zapraszam do siebie pod adresem k.osiejuk@gmail.com.
  

piątek, 16 sierpnia 2019

O pokręconych dróżkach Bożej Opatrzności


      Nie pamiętam niestety, od którego z księży (bo to z całą pewnością był ksiądz) to usłyszałem, ale chodzi mniej więcej o to, że tak zwana Opatrzność Boża nie działa tylko w jednym kierunku, ale jak najbardziej w obu. A ja to widzę mniej więcej tak, że jeśli idzie sobie człowiek drogą i rozwiąże mu się but, on się zatrzyma, żeby go zawiązać i w tym momencie tuż przed nim urwie się stary, zaniedbany balkon, to owszem można powiedzieć, że ten but mu się rozwiązał dzięki Bożej Opatrzności i też tylko dzięki owej opatrzności on wciąż żyje. Może być też jednak inaczej. Idzie sobie człowiek drogą, rozwiąże mu się but, on się schyli, żeby go zawiązać, ruszy dalej i w tym momencie spadnie mu na głowę stary zaniedbany balkon i go zabije. Otóż zdaniem owego księdza za tym również stoi Opatrzność Boża, która uznała, że – choć my oczywiście tego nie rozumiemy – tak będzie lepiej, gdy chodzi o interes większy.
       Podoba mi się ta teoria choćby z tego względu sam mam pewne ważne dla mnie doświadczenie, które, z mojego przynajmniej punktu widzenia, świadczy o krętych drogach owej Bożej Opatrzności, która, dla mojego przynajmniej dobra, zadziałała w sytuacji, gdy wszystko wskazywało na to, że nie pozostaje mi nic innego jak płakać. Mam na myśli Stan Wojenny, który w pewnym momencie mojego życia zmartwił mnie naprawdę bardzo, a w jego efekcie dziś, zamiast gnić gdzieś w Danii, czy Niemczech wśród bandy zboczeńców, jestem tu gdzie jestem i bardzo sobie to chwalę. A daję słowo, że było już naprawdę blisko.
       Otóż rzecz jest w tym, że moim zdaniem – choć, powtarzam, większości z tego my ani nie rozumiemy, ani nie mamy możliwości, by zrozumieć to kiedykolwiek – jedną z gorszych rzeczy, jaka nam grozi, to narzekanie na tak zwany los. Bo kto wie, czy za tym, co nazywamy losem, nie stoi po prostu Pan Bóg i Jego dla każdego z nas plan.
      To co dotychczas napisałem brzmi bardzo poważnie i wydaje się zapowiadać jakieś nie wiadomo jak głębokie refleksje. Tymczasem, nic podobnego. Dziś będziemy mówić o polityce i to w wydaniu najbardziej podstawowym. Otóż, jak wszyscy wiemy, wczoraj w Katowicach odbyły się uroczystości Święta Wojska Polskiego i powiem zupełnie szczerze, że ja w najśmielszych swoich przypuszczeniach nie spodziewałem się, że może dojść do czegoś o takiej skali. A wszystko zaczęło się od dnia gdy – oczywiście po wcześniejszych umizgach –  Prawo i Sprawiedliwość ogłosiło, że w październikowych wyborach z Katowic i okolicy będzie kandydował sam premier Mateusz Morawiecki. Usłyszałem tę wiadomość i wprawiła mnie ona w naprawdę dobry nastrój, nie dlatego, że uważam Morawieckiego za fantastycznego człowieka – czemu swoją drogą nie zaprzeczam – ale ze względu na to, że po raz nie wiem już który Jarosław Kaczyński pokazał, że jest najwyższej klasy strategiem. Jeśli Mateusz Morawiecki zdobędzie serca mieszkańców Śląska – a to, o czym w dalszej części tej notki, jest dziś więcej jak pewne – Prawo i Sprawiedliwość ma szansę na większość konstytucyjną.
       Ucieszyłem się zatem z tej nominacji i nie musiałem dłużej czekać, by się dowiedzieć, że w ogóle Katowice stały się głównym celem wyborczej kampanii Prawa i Sprawiedliwości, z kulminacją w dniu wczorajszym. Otóż chodzi mi o to, że poszliśmy z żoną wczoraj do miasta oglądać te czołgi i samoloty i powiem szczerze, że ja od czasu jak tu przed laty przyjechał św. Jan Paweł II, nie miałem okazji obserwować takich tłumów i takiego entuzjazmu. Poszliśmy do miasta i widząc co się dzieje, pierwsze co zrobiliśmy, to daliśmy nogę i jak najprędzej wróciliśmy do domu. Tak było, i dla mnie, a więc dla kogoś, kto wydawałoby się zna dobrze gnuśność w jakim ten region jest od lat pogrążony, to co zobaczyłem to był autentyczny szok.
        Piszę te słowa i wiem, że wciąż pewnie nie powiedziałem, po co w ogóle te dzisiejsze refleksje. Już to naprawiam. Otóż, jak słyszę, pojawiają się zarzuty, że Prawo i Sprawiedliwość urządziło ten cały „cyrk” wyłącznie w jednym celu: by wesprzeć kampanię premiera Morawieckiego. I ja chcę tu powiedzieć, że owszem, ów „cyrk” jak najbardziej wspiera kampanię Premiera, podobnie jak sama nominacja Premiera wspiera kampanię PiS-u na Śląsku. Powiem więcej. Wszystko, dosłownie każdy dzień, jaki nam wyznacza czas do wyborów, gdy chodzi o Śląsk, jest wyłącznie po to, by wesprzeć kampanię premiera Morawieckiego i jak najbardziej PiS-u. Powiem jeszcze więcej: to że wczoraj, podczas tak zwanego „wojskowego pikniku”, przez całe godziny premier Morawiecki chodził wśród ludzi, rozdawał autografy i się z ludźmi fotografował, to nie brudny pomysł Jarosława Kaczyńskiego; to wyłącznie efekt czegoś, co nastąpiło znacznie, znacznie wcześniej. A zatem problem wcale nie polega na tym, że tu doszło do jakiegoś oszustwa. Nic podobnego. To wszystko, z czym mamy dziś do czynienia to wyłącznie efekt całej serii wybitnie korzystnych dla PiS-u wydarzeń, z których najświeższym jest fakt, że akurat znaleźliśmy się w przededniu setnej rocznicy Powstań Śląskich i trzeba by było nie mieć kropli oleju w głowie, by z tej okazji nie skorzystać.
      Proszę spojrzeć na serię zdarzeń. Po ośmiu latach tego upadku, od którego, wydawałoby się nie ma ucieczki, pojawia się na scenie Andrzej Duda, który rozbija w proch Bronisława Komorowskiego, chwilę później Prawo i Sprawiedliwość uzyskuje w wyborach samodzielną większość, która umożliwia mu bezkarne realizowanie planu, który, jak rozumiem, Jarosław Kaczyński miał w głowie od lat. Mijają lata i wszystko wskazuje na to, że wreszcie doczekaliśmy czasu, że owo Zło, z którym musieliśmy się w ten czy inny sposób mierzyć nawet nie przez osiem, ale przez 30 niemal lat, zostanie ostatecznie zniszczone. A jakby tego było mało, nagle się okazuje, że wszystkie wiatry, jakie zaczynają nagle wiać, wieją wyłącznie w tym jednym upatrzonym wcześniej kierunku.
      Od wczesnych godzin rannych brałem udział we wczorajszych uroczystościach i nie mogłem się otrząsnąć z wrażenia, że wszystko się układa w taki sposób, by każda kolejna kolejna minuta przybliżała Prawo i Sprawiedliwość do ostatecznego, i chyba jednak faktycznie ostatecznego, zwycięstwa. Tu naprawdę nie chodzi o to, że władza wykorzystuje swoją władzę właśnie po to, by wzmacniać szanse na wyborcze zwycięstwo. Otóż nie. Władza nie musi korzystać z władzy. Wystarczy, że będzie korzystała z tego, co wspomniane wiatry przyniosą. A wiatry te, jak już wspomniałem, są nadzwyczaj korzystne.
      Nadszedł zatem czas, by sobie wyjaśnić, czemu tak. Co się takiego stało, że obecna władza ma tyle nieprawdopodobnego wręcz szczęścia? Jak to się dzieje, że wydawałoby się każdy ruch powietrza działa na jej korzyść i ona nawet nie musi szczególnie mocno walczyć, by ów ruch wykorzystać? Otóż ja mam swoją teorię i ona jest związana bardzo mocno z tym, o czym pisałem na początku tych refleksji. Otóż moim zdaniem, za wszystkim tym, co się zdarzyło zarówno w latach 2005-2007, no i potem, przez kolejne osiem lat, z kulminacją w postaci Katastrofy Smoleńskiej, oraz sfałszowanych wyborów prezydenckich, stała Boża Opatrzność. Jestem szczerze i głęboko przekonany, że gdyby tam chociaż jedna cegiełka spadła o ułamek sekundy wcześniej lub później, wszystko by się potoczyło zupełnie inaczej...
      Ja zdaję sobie sprawę, że w tym momencie wpadłem w nastrój niebezpiecznie metafizyczny, ale cóż ja mogę poradzić, skoro minął ten wczorajszy dzień i ja ani przez moment nie miałem chwili wątpliwości, że wszystko bardzo przyspieszyło, do tego stopnia, że my tu właściwie możemy przestać się martwić. A gdy chodzi o mnie, to z najwyższą radością mogę trzymać w sercu fakt, że podczas uroczystej Mszy za Ojczyznę, jaka miała miejsce w moim kościele, z udziałem wspomnianego Premiera, nie wspominając już o Prezydencie z Małżonką, miałem zaszczyt czytać św. Pawła do Koryntian z tym fragmentem, gdzie na końcu zostaje pokonana śmierć.
        Bardzo miło jest być choćby marnym skrawkiem tego tak upragnionego zwycięstwa.





Przypominam, że niemal cudem udało mi się zdobyć ostatnich 18 egzemplarzy mojej książki z listami od Zyty Gilowskiej. Większość z nich już jest w rękach Czytelników, natomiast, owszem, można wciąż do mnie pisać na adres k.osiejuk@gmail.com i pytać. Zapraszam.

środa, 14 sierpnia 2019

Jak się nie zgubić na rynku książki?


      Właśnie dotarła do mnie informacja, że ostatecznie sprzedał się nakład mojej książki „39 wypraw na dziewiąty krąg”, w związku z czym postanowiłem dziś wrzucić notkę czysto techniczną. Otóż przede wszystkim należy nam wiedzieć, że z wszystkich moich książek, jakie do tej pory ukazały się w Klinice Języka, do nabycia zostały już tylko cztery: „Marki, dolary...”, „Podwójny nokaut”, „Kto się boi angielskiego listonosza”, oraz ostatnia, „Gdzie pada cień na MS Mantola”. U siebie, z tych których nakład został wyczerpany, mam już tylko trzy egzemplarze „39 wypraw”, oraz kilka (ze względu na ruch w zamówieniach, nie wiem dokładnie, ile) listów od Zyty.
       Jak sądzę, pomijając „Listonosza”który jest wznawiany regularnie, póki co żadne dodruki nie wchodzą w grę. Kto miał okazję zaglądać do bieżących tekstów Coryllusa, wie, że mamy ciężki kryzys czytelniczy i musimy go przeczekać, z nadzieją, że coś się ruszy. Czemu tak jest, mam swoje podejrzenia, ale nie jest moją sprawą, by tu w to wchodzić. Wystarczy, że wspomnę, że kilka dni temu oglądałem rozmowę, jaką z Kubą Wojewódzkim przeprowadził dla Onetu Jarosław Kuźniar i praktycznie jedynym tematem tej rozmowy była najnowsza książka Wojewódzkiego, którą ten zabrał ze sobą i regularnie, nie próbując nawet zachowywać pozorów, wystawiał ją do kamery. I myślę sobie, że skoro jest jak jest, to znaczy, że ten rynek leży i kwiczy. Skoro ktoś taki jak Kuba Wojewódzki, człowiek, dla którego, wydawałoby się, wydanie książki to kaprys na waciki, musi prosić swoich znajomych z Onetu, by mu pozwolili tę książkę rozreklamować, to znaczy, że dzieje się coś, co do czego skali, możemy jedynie spekulować.
      A zatem, mamy kryzys, w którym udało mi się już sprzedać – przypominam że praktycznie bez żadnego wsparcia ze strony rynku – pięć książek. I to jest wynik. Z reakcji czytelników, którzy spóźnili się z kupnem listów od Zyty Gilowskiej – moim zdaniem, najważniejszej książki, jak ukazała się w Polsce co najmniej w minionych latach – wnioskuję, że mamy tu jeszcze, w tej powszechnej nędzy, pewne możliwości.
      A zatem, jeśli ktoś nie zareagował na czas i nagle zapragnął kupić sobie moje „Wyprawy”, czy „Listy”, zapraszam do siebie. Przy okazji jedna uwaga, być może najbardziej istotna. Otóż aby się zorientować w cenach uzyskiwanych przez niektórych autorów, zaszedłem na Allegro i tam zobaczyłem, że „Vademecum ojca” Korwina idzie po stówie, coś tam Cejrowskiego, ale z autografem, za 150, a stary Łysiak – lepiej nie mówić. W tej sytuacji uznałem, że byłoby mi wstyd, gdybym przynajmniej tę Zytę sprzedawał po 30 zł. A zatem, jeśli ktoś ma ochotę, dziś ta cena wynosi 100 zł. Przesyłka i dedykacja w cenie. W końcu, jak powszechnie wiadomo, jeśli sami się nie zaczniemy szanować, to trudno liczyć na innych.
       Mój adres k.osiejuk@gmail.com



wtorek, 13 sierpnia 2019

Będą polować - repryza


       Oglądam dziś trochę telewizję i, z tego co zdążyłem zauważyć, wśród pięciu najważniejszych informacji na czoło wysuwa się sprawa jakiegoś gangstera, który zmarł w w więziennej celi, a mecenas Giertych na jego szyi wypatrzył dwa ślady po ukłuciach, które mu zadalił Jarosław Kaczyński z Markiem Kuchcińskim. By jakoś zrównoważyć ten wstyd, pomyślałem sobie, że przypomnę swój dawny tekst, jeszcze z roku 2011, a więc z czasów, gdy chyba wszyscy mieliśmy o wile zdrowszą perspektywę w ocenianiu stanu państwa i jego urzędników. Ciekawe, ilu z nas w ogóle pamięta jeszcze to o tym to, o czym ja mówię?

       Kilka dni temu, wśród wielu różnych informacji, jakie stale otrzymuję od znanych mi i nieznanych osób, znalazła się i taka, że pojawiła się oto spekulacja, że śmierć byłego wiceministra w rządzie Prawa i Sprawiedliwości, Eugeniusza Wróbla będzie wymagała znacznie poważniejszych wyjaśnień, niż to iż z niepewnych powodów zabił go jego niepoczytalny syn. A zatem – jak słyszę – nawet jeśli nie teraz, to być może za kilka kolejnych lat, i to nieszczęście będzie trzeba ponownie badać w ramach prac jakiejś komisji parlamentarnej, czy innego specjalnie na tę okazję powołanego ciała. Mniej więcej tak samo, jak to dziś się dzieje ze sprawą zamordowanego przed wieloma laty Krzysztofa Olewnika.
      W pierwszym odruchu, oczywiście zainteresowałem się tym co usłyszałem, jednak – jak w wielu innych tego typu przypadkach, z którymi mamy do czynienia w dzisiejszej politycznej sytuacji Polski – moja główna reakcja była taka, że może i tak, a może i nie. Czasy bowiem mamy takie, że skoro wszystko jest możliwe – a jak się okazuje, wszystko możliwe jak najbardziej jest – możliwe są też najróżniejsze fantastyczne ludzkie domysły. W świecie, w którym System wziął ludzi gruntownie za pysk, pozostawiając ich w przekonaniu, że cokolwiek ich spotka, mają przyjąć bez najmniejszego skrzywienia, nie można się dziwić, że część ofiar takiego traktowania, zwłaszcza ta bardziej myśląca, musi wychodzić z założenia, że lepiej nie wierzyć w nic, niż się z tragicznym opóźnieniem ciężko zdziwić, że po raz kolejny daliśmy się wystrychnąć na dudka.
      Pomyślałem więc sobie, że może być i tak, że syn ministra Wróbla faktycznie zwariował, zatłukł swojego ojca, pociął go tą piłą na kawałki, następnie wywiózł go nad ten zalew i te nieszczęsne szczątki utopił, a dziś nic z tego nawet nie pamięta bo mu szaleństwo zjadło mózg. Ale też dlaczego niby nie może być sensowna taka wersja, że ponieważ Eugeniusz Wróbel był wybitnym specjalistą od lotnictwa, miał bardzo wiele do powiedzenia na temat katastrofy Smoleńskiej i chciał się tą swoją wiedzą podzielić, został z tej okazji zamordowany przez System, a ten jego syn i jego możliwe szaleństwo zostało tylko do tego odpowiednio wykorzystane? Czemu nie może być tak? A to niby czemu taka wersja zdarzeń ma być wykluczona? Czyżby pojawiły się jakieś nowe informacje na temat ludzi, którzy od kilku lat zajmują się Polską? Nic mi na ten temat nie wiadomo.
     No ale, jak mówię, przyjąłem te nowe fakty z pełną otwartością, a jednocześnie z pełną rezerwą, czekając albo na ewentualne dodatkowe dane, lub na wiadomość, że sprawa jest jednak definitywnie zakończona. I oto przy okazji sytuacji towarzyskiej, jaka wiąże się z dniami zamykającymi każdy rok, spotkałem się z moim bardzo bliskim, choć jakiś czas już nie widzianym kumplem, który – jak się dowiaduję – był dobrym znajomym rodziny Eugeniusza Wróbla i jego osobiście, na tyle dobrym, że z nimi wszystkimi był, jak to się mówi, na ty. I okazało się, że on do sprawy ma stosunek bardzo podobny do mojego. A więc – może tak, a może nie. Z tą tylko różnicą, że w jego wypadku za wersją „tak” przemawia nie tylko przekonanie, że ludzie, których ostatnio tak często mamy w naszych złych myślach, są zdolni do wszystkiego, ale wiele bardzo konkretnych szczegółów. Otóż kolega mnie informuje, że od rzekomej awantury między młodym Wróblem i jego ojcem, a zatopieniem poćwiartowanych zwłok, minęły zaledwie trzy godziny. Każdy z nas wie, jak to trzy godziny to jest mało czasu, jeśli mamy do wykonania coś ważnego i pracochłonnego. Każdy z nas wie, jak czas szybko biegnie, jeśli mamy na coś zaledwie trzy godziny, a tej pracy jest naprawdę dużo. Nie wiem, jak inni, ale ja czasami nawet mam koszmary, że muszę cos zrobić, a tego zrobić już nie zdążę, bo z jednej strony czas nie pozwala, a z drugiej wszystko idzie jakoś wolniej, niż iść miało.
      Młody Wróbel w ciągu tych trzech godzin najpierw zabił więc swego ojca, następnie pociął piłą zwłoki na drobne kawałki, następnie wyniósł je w workach do samochodu, następnie skutecznie posprzątał mieszkanie, wycierając krew na tyle dokładnie, że po powrocie do domu rodzina nie zauważyła nic podejrzanego, wreszcie wywiózł te worki nad Zalew i tam dopiero, po tych trzech godzinach, zadzwoniono do niego, pytając, co z ojcem. Ani ja, ani nikt z nas prawdopodobnie, nie wie ile czasu zajmuje ćwiartowanie ludzkich zwłok piłą mechaniczną. Nie wiemy też, czy tego typu czynność można prowadzić metodycznie, spokojnie odliczając czas. Osobiście na przykład wiem, ile czasu zajmuje posprzątanie mieszkania z większego bałaganu. Wiem też – i proszę mi wybaczyć to zestawienie – ile czasu zajmuje posprzątanie łazienki po zabiciu paru karpi. Wiem też, ile czasu zajmuje zabicie tych karpi.
       A z synem Eugeniusza Wróbla problem był jeszcze taki, że on podobno działał pod wpływem skrajnego wzburzenia, czy wręcz i obłąkania. I tu znów nie umiem ocenić sytuacji, ale wydaje mi się, że stan takiego szaleństwa, gdzie bez jakichkolwiek przyczyn, poza opętańczą furią, nie bardzo ułatwia planowania i metodycznego działania. Wydaje mi się, że jeśli ktoś jest aż tak obłąkany – to bez względu na to, czy się spieszy, czy działa jak w zwolnionym tempie – nie ma szansy zdążyć.
      I jest jeszcze coś. Mój kolega, który znał tych ludzi bardzo dobrze, twierdzi, że Eugeniusz Wróbel był potężnie zbudowanym, silnym, wysportowanym mężczyzną, podczas gdy jego syn – absolutnie i uderzająco – wręcz przeciwnie. On mi mówi, że syn Wróblów, postawiony przy swoim ojcu, to było niepozorne chuchro. I on nie umie uwierzyć, że ten chłopak był w stanie skutecznie pozbawić przytomności kogokolwiek, a co dopiero swojego ojca.
      Ale to już wszystko. Oczywiście, wiadomo – co już zostało przypomniane – że Eugeniusz Wróbel był wybitnym specjalistą lotniczym. To podobno głównie dzięki niemu, w ogóle istnieje lotnisko w Pyrzowicach koło Katowic. Wiadomo, że on na temat wszelkich możliwych tajemnic związanych z katastrofą w Smoleńsku mógł wiedzieć naprawdę dużo. Ale co wiedział, i czy to co wiedział mogło by nas jakkolwiek posunąć do przodu? I czy to co wiedział, to wiedział tylko on, czy może takich osób w Polsce jest więcej, tyle, że akurat niefortunnie wypadło na niego, że to on wystąpi jako przykład dla wszystkich, którym jakieś niebezpieczne myśli snują się po głowach? Tego nie wiem ani ja, ani też mój kolega, znajomy rodziny państwa Wróbel.
      O wiele więcej natomiast możemy powiedzieć na doraźne tematy polityczne. Na przykład ledwo co wywiadu telewizji TVP Info udzielił prezydent Bronisław Komorowski i oświadczył, że sprawa smoleńska w ogóle nie powinna być tematem naszych rozmów. Przyczyna katastrofy jest jedna, a mianowicie podjęta przez polskich pilotów próba lądowania w złych warunkach. Według tego co czytam, Komorowski stwierdził ni mniej ni więcej, jak tylko że: „radziłbym nie szukać jakiś ekstra nadzwyczajnych wytłumaczeń, bo niestety - w moim przekonaniu - sprawa jest w sposób arcyboleśnie prosta”. A więc to jest to co nasz prezydent „by nam radził”. Żebyśmy przestali grzebać, gdzie nie trzeba. To jest rada, jaką ma dla nas nasz prezydent. Domyślam się też, że on nam to radzi, jak to się kiedyś mówiło, po dobroci. Dziś. Następnym razem, jeśli nie skorzystamy z tej rady, niewykluczone, że jego ludzie, będą musieli podjąć działania bardziej przemawiające do rozumu. Jakie? A skąd to my szaraczki mamy wiedzieć?
      To jest zatem zły glina. A co słychać u gliny dobrego? Otóż glina dobry też zabrał głos. Kiedy go spytano, jakie on ma życzenia na przyszły rok, okazało się, że życzenia są dwa. Chodzi mu o to, żeby swojego wnuka nauczyć grać w piłkę, a następnie pójść z nim pierwszy raz w życiu na mecz. Skomentowałem już tę szczerą niezwykłą wypowiedź Donalda Tuska – bo, jak już się wszyscy słusznie domyślamy, to on jest tym dobrym policjantem – w komentarzu na blogu. Przyszło mi bowiem do głowy, że jemu już naprawdę niewiele zostało. Póki sił i zdrowia starczy, można biegać za piłką. A cała reszta już naprawdę nie od niego zależy. Reszta to już czysta geopolityka.
      Jak słyszę, Jan Pietrzak, artysta kabaretowy, zażartował ostatnio, że w ramach klasycznych powrotów historii w formie farsy, mamy znów sytuację opisywaną jako podział „Wasz prezydent, nasz premier”, tyle że to już jest układ, jak mówię geopolityczny, a nie nasz przaśny, polski. Gdyby ktoś chciał znać moje zdanie w tej kwestii, mam poczucie, że tak czy inaczej, w tak sformułowanym układzie, Donald Tusk stoi na pozycji przegranej. I niech lepiej uważa, bo z całą pewnością jego dobry kumpel Komorowski wciąż uwielbia zapach sosenek o świcie.





Książka z listami od Zyty Gilowskiej schodzi na tyle szybko, że należy się obawiać, iż jeszcze chwila, a ktoś będzie płakał. Przypominam kontakt: k.osiejuk@gmail.com.

poniedziałek, 12 sierpnia 2019

Dlaczego ani sierp, ani młot nie chciały się wkomponować w znak Polski Walczącej?


       Przyznać tu dziś muszę, że jeśli dotychczas nie podejmowałem się komentowania wystąpienia abp. Marka Jędraszewskiego i wszystkich tych razów, jakie on wycierpiał ze strony ludzi złych i podłych, to nie dlatego, że nie miałem nic na ten temat do powiedzenia, ale z tego prostego powodu, że wszystko co jak najbardziej chodziło mi po głowie, czy to jeśli idzie o słowa Arcybiskupa, czy reakcje wspomnianego towarzystwa, było tak trywialne i oczywiste, że jakoś mi było wstyd się choćby odezwać. Sprawę jeszcze też pogorszyło zachowanie braci Karnowskich, którzy w owej bezczelnej bezczelności, która nawet mnie tym razem zaskakuje, najpierw uznali za stosowne ochrzcić abp. Jędraszewskiego mianem „Arcybiskupa Niezłomnego”, a następnie umieścić go w panteonie bohaterów polskiej prawicy tuż obok niejakiego Różala, wariata i satanisty.
       A jednak postanowiłem nawiązać do wspomnianego tematu z jednego tylko względu, w niezwykły zupełnie sposób przez chyba wszystkich komentatorów dziwnie zlekceważonego. Przyjrzyjmy się może najpierw kluczowym dla sprawy słowom Arcybiskupa:
      Czerwona zaraza już po naszej ziemi całe szczęście nie chodzi, co wcale nie znaczy, że nie ma nowej, która chce opanować nasze dusze, serca i umysły. Nie marksistowska, bolszewicka, ale zrodzona z tego samego ducha, neomarksistowska. Nie czerwona, ale tęczowa”.
      Oczywiście wszystko to co mówi Ksiądz Arcybiskup to szczera prawda i tylko prawda, natomiast mnie zdziwiła bardzo reakcja na te słowa, a raczej kompletny brak reakcji na ową część wypowiedzi Księdza,  która dotyczyła zarazy nie „tęczowej”, ale „czerwonej”. Już wiemy, jaką wściekłość wywołała owa „zaraza tęczowa”. Znamy to oburzenie, to żądanie dla Księdza wszelkich możliwych kar, zarówno cywilnych jak i kościelnych, znamy też oczywiście wszystkie te argumenty wyjaśniające, że wbrew swoim zapewnieniom, Ksiądz nie zaatakował ideologii, lecz Bogu ducha winnych ludzi. A ja się zastanawiam, czemu nikt, a w tym przede wszystkim najbardziej prominentni działacze dawnego, komunistycznego reżimu, jak Leszek Miller, Dariusz Rosati, czy Włodzimierz Czarzasty nie ujęli się za dawnymi towarzyszami, że już nie wspomnę o tych milionach szarych członków PZPR, którzy dokładnie w tej samej wypowiedzi Arcybiskupa zostali przez niego, podobnie jak geje, lesbijki i transwestyci, rzekomo nazwani „zarazą”?  Czy Leszka Millera i Włodzimierza Czarzastego może wystąpienie abp. Jędraszewskiego nie zainteresowało? Ależ skąd! Oni byli nim wstrząśnięci nie mniej niż Robert Biedroń ze swoim kochasiem, i na ten temat wypowiedzieli wcale nie mniej od niego słów. Jednak, wbrew temu, czego byśmy się mogli po nich spodziewać, wyłącznie w obronie osób LGBT. Na temat owej „zarazy czerwonej” nie padło ani jedno słowo.
      No więc, zastanawiam się, czemu tak? Czy  oni może dziś uważają, że owa „czerwona zaraza” to była faktycznie zaraza? Nie sądzę. Z innych bowiem ich wypowiedzi można sądzić, że oni nie czują tu szczególnych wyrzutów sumienia, a nawet są jakoś tam ze swojej przeszłości dumni. A więc może oni jednak uznali, że słowa Arcybiskupa na temat „czerwonej zarazy” odnosiły się nie do nich, jako ludzi, ani tym bardziej do wspomnianych szarych członków partii, ale do ideologi, a oni dziś faktycznie wiedzą, że z tą ideologią to było coś nie za bardzo? No ale w tej sytuacji jest dla mnie czymś kompletnie niezrozumiałym, by to zdanie o dwóch zarazach podzielić tak dokładnie na pół, w ten sposób, by jedna jego część dotyczyła, ideologii, a druga już wyłącznie osób. Hmmm...
      Myślę o tym i myślę, i przychodzi mi do głowy coś chyba dość oczywistego. Otóż to, że oni wzruszyli zaledwie ramionami na tę część o „czerwonej zarazie”, natomiast dostali cholery na słowa o „zarazie tęczowej”, świadczyć może tylko o tym, że kiedy Arcybiskup mówił o zarazie nowej, która chce opanować nasze dusze, serca i umysły, zarazie już nie marksistowskiej i bolszewickiej, ale zrodzonej z tego samego bolszewickiego ducha i już nie czerwonej, lecz tęczowej, to miał rację i że oni doskonale wiedzieli, że miał rację. Nie wiem, jak to jest z tymi wszystkimi poprzebieranymi nieszczęśnikami z biustonoszami na łbach i nakręconymi przez media ich aktualnymi fanami – możliwe, że oni w swoim oburzeniu są dobroduszni i szczerzy – gdy chodzi jednak o starych komuchów, ci z całą pewnością świetnie wiedzą, o co się toczy gra. Oni wiedzą, że tamte dawne pomysły są już dawno passe i nie ma sensu ich po latach odgrzebywać. Tym mogą się już tylko zajmować jakieś świry z uniwersytetu w Toronto, czy w Warszawie. To natomiast co może porwać tłumy to właśnie owo LGBTQ+. I koniecznie z tą tęczą, która tak pięknie wkomponowuje się w każdy możliwy kontekst, choćby to była Matka Boska, znak Polski Walczącej, czy po prostu nasze godło. O wiele lepiej niż ten głupi sierp i młot.
       A więc po pierwsze oczywiście ideologia, po drugie ideologia zrodzona z bolszewickiego ducha, no i po trzecie zaraza. Jak najbardziej zaraza. Miejmy na nich oko.



Zostało mi jeszcze ledwie kilka egzemplarzy mojej książki z listami od Zyty Gilowskiej. I to jest póki co koniec. Z tego co wiem, jej nie ma już nigdzie. Zachęcam więc wszystkich, którzy się spóźnili, bo nie mam wątpliwości, że przyjdzie taki czas, kiedy ona będzie kosztowała grube setki złotych. Grube.



niedziela, 11 sierpnia 2019

O niełatwej sztuce haratania w gałę


Zgodnie z moimi wcześniejszymi podejrzeniami, główny pomysł na własnie rozpoczętą kampanię wyborczą będzie polegał, z jednej strony, na wytykaniu Prawu i Sprawiedliwości wszystkich niecnych zachowań marszałka Kuchcińskiego, a z drugiej – co jest moim zdaniem rzeczą w pełni zrozumiałą – przedstawianie przez rządową propagandę, dzień po dniu, wszystkich bezeceństw popełnianych przez pełne osiem lat albo przez Donalda Tuska, albo przez jego ludzi kolegów od gały. Oczywiście, najprościej w mojej sytuacji byłoby się zamknąć i pozwolić się tym państwu wyszaleć, jednak przez fakt, że charakter tej kampanii naprawdę nie został zaprojektowany w gabinetach polityków Prawa i Sprawiedliwości, a ja jestem pewien, że, cokolwiek byśmy o nich dziś nie powiedzieli, oni akurat woleliby rozmawiać o sprawach bardziej dla Polski istotnych, czuję że muszę się tu, choć ten jeden raz, za którąś ze stron opowiedzieć i w tej sytuacji po raz drugi z rzędu przypomnę dawny tekst z tego bloga, tym razem mój i tylko mój. Proszę posłuchajmy tych odgrzebanych po ponad już 10 latach (tak, tak!) refleksji i spróbujmy zrozumieć, że dziś naprawdę nie mamy zbyt wielkiego pola manewru.




      W dzisiejszej Rzepie – nie wiem, jak w pozostałej części kraju, ale u mnie na prowincji, na 4 stronie – znajduje się przepiękne, kolorowe zdjęcie premiera Donalda, jak w piłkarskich gatkach przemierza piłkarskie boisko. Patrzę na twarz premiera i widzę piłkarza. Piłkarza nie byle jakiego. Piłkarza z krwi i kości. Piłkarza napastnika, piłkarza, obrońcę, piłkarza pomocnika. Piłkarza kapitana. Piłkarza premiera z którego jestem dumny. Premiera, który został piłkarzem, bo kocha piłkę. Ale i premiera piłkarza, który został premierem, bo kocha ludzi. I przyznaję, że od czasu, gdy zobaczyłem Donalda Tuska w peruwiańskiej czapeczce, nie miałem okazji go widzieć w tak wielkiej chwale.
      Dlaczego „Rzeczpospolita” publikuje to piękne zdjęcie? Chodzi o to, że kiedy jeden z  biznesmenów zaszedł do zaprzyjaźnionego prezydenta zaprzyjaźnionego Sopotu, to wielmożny pan prezydent, korzystając z wizyty, poprosił kolegę o kasę na dwa mieszkania – dla kolegi i dla mamusi. Po co  biznesmen szedł do sopockiego ratusza? Dokładnie nie wiadomo, ale miał sprawę, no a wiadomo, że jak się ma sprawę, to się idzie tam, gdzie się ze sprawami normalnie chodzi. Ja na przykład, jak coś potrzebuję, to od razu walę do prezydenta mojego miasta.
      No więc panowie się spotkali, pogadali i chyba jednak coś nie wypaliło, bo biznesmen na drugi dzień pobiegł do premiera na skargę.
      Właściwie, nawet gdyby ta historia się kończyła w tym miejscu, można by było ją uznać za hit wakacji, a tu okazuje się, że to dopiero początek. W tym miejscu bowiem pojawiają się tytułowe piłkarzyki. Oto zagadka: jeśli człowiek szuka uszka premiera Tuska, to gdzie ma się podziać? Odpowiedź: w takiej sytuacji powinien się dowiedzieć, na którym boisku przebywa pan premier i pędzić tak, żeby zdążyć, zanim pan premier będzie albo szczęśliwie umordowany, albo umordowany i wściekły. Biznesmen zatem trafił do premiera i w tym momencie informacja podana przez Rzeczpospolitą jest tak wzruszająca, że muszę ją tu przytoczyć w wiernym brzmieniu:
      „Julke [to nazwisko wspomnianego przedsiębiorcy] o sprawie poinformował Donalda Tuska. Wszystko odbyło się na boisku piłkarskim, gdzie politycy PO kończyli właśnie grę w piłkę”.
      Do tej uroczej chwili wrócę za chwilę. Na razie dalszy ciąg story (ulubione słowo specjalisty od oszukiwania ciemnego ludu, Eryka Mistewicza). Otóż pan premier z przedsiębiorcą coś tam poszeptali, a na drugi dzień biznesmen Julke udał się do prokuratury i powiedział, że prezydent Sopotu jest trefny, jak dziewięciozłotowy banknot.
      Mamy więc maleńką aferę. Nawet nie aferę, lecz aferkę z piłeczką w tle. Duże afery, z kaczką w tle, już były i miejmy nadzieje, że dopóki miłość trzyma wszystko za pysk, nie wrócą. W każdym razie, stąd to zdjęcie w Rzepie.
      Co będzie dalej, trudno powiedzieć. Nawet ludzie wynajęci przez "Rzeczpospolitą" do komentowania zawiłości polityki i tego, co wokół niej, w końcu w tych zawiłościach doświadczeni jak mało kto, próbują odpowiedzieć na to pytanie i bezradnie rozkładają ręce. Jak mówią równie w tym doświadczeni Rosjanie, pożyjemy zobaczymy. Ja natomiast proponuję wrócić do zdjęcia i tej króciutkiej informacji: "Wszystko odbyło się na boisku piłkarskim, gdzie politycy PO kończyli właśnie grę w piłkę."
      Jak ja bym chciał tam wtedy być! Uważam, że dla człowieka, którego pewnego rodzaju pasją jest obserwowanie i analizowanie wydarzeń politycznych, a już szczególnie w czasach tak ciekawych, jak nasze, trudno o większe marzenie, jak to. Być tam i wtedy. Tam, gdzie dzieje się historia. Wyobrażam sobie ten dreszcz. Niedzielne, późne przedpołudnie. Pan premier wychodzi z żoną kościoła, pod kościołem czekają już na niego premier Schetyna, minister Nowak, minister Drzewiecki, minister Arabski, minister Grupiński, minister Grad, a może nawet ten minister z piosenki Kazika, Derdziuk. Wszyscy już przebrani w piłkarskie buciki i koszulki, przebierają nogami. Premier Schetyna w jednym ręku trzyma siatkę z dwiema piłkami, a w drugim torbę z gatkami dla Donalda. Donald Tusk, premier, rzuca porozumiewawcze spojrzenie pani Małgosi i mówi krótko: „To nahazie. Idę z kolegami na gałę”. I cała grupa wsiada do aut i śmigają na boisko. A tam... ależ tam się musi dziać! Słów brakuje, żeby opisać ten festiwal prawdziwej męskiej przyjaźni i prawdziwych męskich pasji. Potrafię sobie wyobrazić każdą minutę tego wydarzenia. Donald z numerem 11 na koszulce, najpewniej kapitan drużyny, krzyczy, rozstawia kolegów, czasem zaklnie siarczyście, jak przystało na prawdziwego mężczyznę. Pot wszystkim spływa z umęczonych szczęściem czół. A ja widzę każdą chwilę tego pięknego zdarzenia.
      Nie wiem jednego. Czy na stadionie są tylko Donald z ministrami, czy może jeszcze wokół boiska zabrali się widzowie. A jeżeli się zebrali, to kto jest wśród nich? Czy tylko zwykli mieszkańcy Sopotu, którzy przyszli popatrzeć na swoich panów? Czy może jacyś inni, już nie tak wybitni politycy, aspirujący jedynie do tego, żeby kiedyś się wybić, zostać choćby vice-ministrem i też móc którejś niedzieli czekać na premiera Tuska pod kościołem?
      Wyobrażam sobie jednak, że tak. Że stoją też inni panowie. Niektórzy w garniturach, niektórzy w dresach i biją brawo ile razy premier Schetyna, albo sam Donald Tusk ładnie zagra. I nagle na linii bocznej, w momencie gdy „politycy PO kończyli właśnie grę w piłkę”, pojawia się pan biznesmen Julke i gwiżdże w stronę premiera (wyobrażam sobie, że w takich okolicznościach prawdziwi mężczyźni nawołują się tylko gwizdnięciami). Donald patrzy w stronę linii bocznej i krzyczy: „Co jest, kuhwa? Nie widzisz, że ghamy?” No ale moment, widać, jest ważny, więc premier, piłkarskim truchtem biegnie do swojego kolegi ze sfer gospodarczych i tu się zaczyna sprawa...
      Oj tak! Jakaż to musiała być piękna chwila. Zobaczyć premiera w akcji. Premiera, który nie tylko potrafi kochać, ale również grać w piłkę nożną, a jak trzeba, to i znaleźć czas na sprawy państwa. I że do tego wszystkiego nie musi być w Warszawie! Premier pokazuje, że rządzić naprawdę można z każdego miejsca na świecie. I nawet nie musi to być jakże piękne i egzotyczne Machu Picchu. Dbać o ludzi, których się kocha, można nawet ze skromnego boiska w małym, nadmorskim mieście Sopocie.

      Taki to był tamten tekst i taka refleksja. Mam nadzieję, że w tej chwili większość czytelników rozumie, dlaczego poczułem tak silną potrzebę zabrania głosu. I proszę nie myśleć, że to wszystko przez to, że Marek Kuchciński to mój stary kumpel.




sobota, 10 sierpnia 2019

Co nam pokazuje Bóg, gdy mamy w garści cały Kraj


  Prezydent ogłosił termin wyborów, wszystko zostało odpowiednio opublikowane, no i w związku z tym należy przyjąć, że kampania ruszyła. Gdy chodzi o opozycję, wygląda na to, że oni już do samego końca, a więc do 11 października się nie pozbierają i będą się zajmować wyłącznie żoną, synem i siostrą marszałka Kuchcińskiego, w nadziei, że stanie się cud, ludzie się ostatecznie zreflektują i uznają, że z tym całym 500+ to oni się jednak dali fatalnie nabrać. O PiS-ie, powiem uczciwie, gadać mi się nie chce, wystarczy więc może tylko jeśli powiem, że oni właściwie, od momentu, gdy marszałek Kuchciński został wycofany na z góry upatrzone pozycje, mogą już nawet zrezygnować z tych głupkowatych pikników i całość kampanii przekazać w ręce prezesa Kurskiego, który, ze znaną nam aż nazbyt dobrze gracją, przedstawi nam już ze wszystkimi możliwymi szczegółami całą historię wożenia się przez Donalda Tuska do Sopotu i z powrotem, by z kolegami „haratać w gałę”. A że jest o czym opowiadać, to my już nawet dziś bardzo dobrze wiemy.
Jak już wspomniałem, przebieg kampanii wyborczej został odpowiednio nakreślony i moim zdaniem na żadne korekty miejsca już nie ma. I wcale nie chodzi o to, że sprawa tych meczyków jest tak ważna, czy choćby tylko interesująca. Nie. Problem w tym, że, z tego co zdążyłem zaobserwować, cały potencjalny elektorat antypisowski tak się zachłysnął tymi nieszczęsnymi lotami Kuchcińskiego, że oni już się spod tego nie wygrzebią. A skoro tak, to PiS już nawet nie musi nic wymyślać. Wystarczy publikowanie listy wszystkich tamtych lotów i ich bohaterów.
W tej sytuacji, w pierwszej chwili miałem ochotę przypomnieć któryś ze swoich tekstów z tamtych dawnych lat, który by nam nieco odświeżył pamięć, ale ponieważ mamy dziś kolejną rocznicę Katastrofy Smoleńskiej, a więc czegoś, co zostało nam zarówno dane, jak i zadane, pomyślałem sobie, że, owszem, wrócę do wspomnień, tyle że Machu Picchu będzie musiało chwilę poczekać, natomiast dziś zamieszczę tu tekst, jaki jeszcze w kwietniu 2010 na moim blogu w Salonie24 opublikował nasz nieoceniony ksiądz Rafał Krakowiak. Ktoś powie, że dziewięć lat, to nie to samo, co dziesięć. Okrągłą rocznicę będziemy mieli dopiero za rok. Ja jednak, przyznam uczciwie, boję się, że to może być czas, gdy każde moje, a tym bardziej księdza Krakowiaka słowo, nie będzie miało najmniejszego sensu. Mam nadzieję, że się mylę, mimo to, bardzo proszę przypomnieć sobie tamten niezwykły wprost tekst.

Najpierw dorzucę swój kamyczek do metafizycznych interpretacji Katastrofy. Jest odwiecznym zwyczajem, że od 5 niedzieli Wielkiego Postu, w naszych świątyniach zakrywa się krzyże, albo wręcz wynosi się je z kościoła. Istnieje wiele interpretacji tego zwyczaju (zasłona jako znak tajemnicy, którą jest Boża miłość do człowieka; „post dla oczu”; znak uniżenia się Syna Bożego), ale mnie osobiście zawsze odpowiadała ta, której sensem było pytanie: „Wyobraź sobie, co by się stało ze światem, z ludźmi, z Tobą, gdyby nie było tego wszystkiego, co krzyż sobą wyraża?”
Ta myśl o braku obecności krzyża i wynikających z tego konsekwencjach, przyszła mi do głowy w sobotę, 10 kwietnia, gdy w telewizyjnych relacjach opisujących mordercze cechy smoleńskiej mgły, pokazywano katyński krzyż, jego cień i te puste krzesła, na których nikt już nie usiadł… Przyszła mi ta myśl do głowy, bo ktoś powiedział, że w prezydenckim samolocie była cała Polska. Była tam cała Polska (taka, jaką Ona w swej różnorodności jest, w wymarzonych przez śp. Prezydenta ideowych proporcjach, oraz z tym, co z owych proporcji może wynikać), ponieważ Lechowi Kaczyńskiemu – i pewnie Bożej Opatrzności – zależało, by cała Polska (właśnie taka!) pokłoniła się Ofiarom Katynia i by cały świat to zobaczył. No i zobaczył…
I ta Polska została zasłonięta, zabrana. Pozostała pusta przestrzeń (albo jak chce Lech Wałęsa: Polska z obciętą głową i wyrwanym sercem, tzn. trup), w którą żałobnie się wpatrujemy, mając okazję by zastanowić się, co się stanie ze światem, z Polakami, jeśli Polski (z wiadomymi ideowymi proporcjami i różnorodnością) nie będzie i nie będzie tego wszystkiego, co taka Polska sobą stanowi.
I Pan Bóg w dobroci swojej pokazuje nam co się stanie.
Pokazuje, że Polska bez głowy i serca (tzn. trup), jest wreszcie państwem, które tak dobry człowiek jak premier Putin, traktuje z należytą atencją. Może to już czynić, ponieważ – jak to wczoraj ocenił moskiewski dziennik „Kommiersant” – po tragedii w Smoleńsku powstała sytuacja, w której możliwy jest prawdziwy przełom w stosunkach między Rosją i Polską, a – cytuję: „ci politycy w Polsce, którzy opowiadają się za pojednaniem z Rosją, otrzymali taką swobodę manewru, o jakiej tydzień temu mogli tylko marzyć”.
Prawda, że to jest piękne?
Bóg pokazuje, że Polska bez głowy i serca (tzn. trup) może być zarządzana bez głowy i serca, co unaocznia nam wszystkim biedny i jakoś taki zdziwiony premier Tusk (dlaczego zdziwiony? Przecież jako dobry chrześcijanin, głęboko przeżywający w niedawnym Wielkim Tygodniu tajemnice Męki Pańskiej, powinien był wiedzieć, że gdy dzieje się jakieś zło, to działa wtedy ręka szatana, posługująca się niekiedy ręką całkowicie materialną, oraz Ręka Bożej Opatrzności, która – z szacunku dla ludzkiej wolności – zło dopuszczając, z tego zła dobro wyprowadza. Czyżby Pan Premier poczuł się zaskoczony obecnością ręki, pisanej z małej litery?). Oczywiście, premier Tusk osobiście bardzo się stara i na pewno bardzo dba o zachowanie Majestatu Rzeczypospolitej. Stąd też tylko i wyłącznie głupocie jego niefrasobliwych, pozbawionych wyobraźni doradców można przypisać fakt, że wszystkie asy dzierży w swych dobrych dłoniach premier Putin.
Skoro jednak ambasador Polski w Moskwie, razem ze wszystkimi swoimi ludźmi nie rozpoczął „okupacji” smoleńskiego lotniska, skoro nie podjęto próby (być może naiwnej), by jak najszybciej polskimi siłami to lotnisko zabezpieczyć, skoro nikt z rządu Pana Tuska nie zwrócił się z prośbą o powołanie międzynarodowej komisji (choćby NATO-wskiej) d.s. zbadania okoliczności śmierci Zwierzchnika Sił Zbrojnych RP i najwyższych polskich dowódców wojskowych, no to co tak prostolinijny i szczery człowiek jak premier Putin miał zrobić? Pozwolić, by we wraku zderzonego ze smoleńską mgłą prezydenckiego samolotu, grasowały jakieś cmentarne hieny? Oczywiście, że nie mógł na coś takiego pozwolić. A to, że przy okazji wpadła mu w ręce możliwość by sprawić (np. sugestią, iż w smoleńskiej katastrofie, miały swój „ręczny” udział polskie służby specjalne), aby premier polskiego rządu przytulał się do niego skwapliwie, ufnie i na zawołanie, świadczy tylko o tym, że Premier Rosji wie doskonale, iż polityka to m.in. sztuka wykorzystywania możliwości.
Bóg pokazuje, że Polska bez głowy i serca (tzn. trup), jest już gotowa na to, by usłyszeć rosyjskie „przepraszamy za Katyń”. Co prawda, do niedawna oficjalne stanowisko Kremla (równoległe do klękania premiera Putina w Katyniu) wyrażone przed sądem w Strasburgu było następujące: „Nie udało się potwierdzić okoliczności schwytania polskich oficerów, charakteru postawionych im zarzutów i tego, czy je udowodniono, ani też tego, czy Polaków w ogóle rozstrzelano” – ale cóż, sytuacja rozwija się w sposób dynamiczny.
Gdy w minioną sobotę, o godz. 8:56 pojawiła się owa wspominana już, a wymarzona swoboda manewru, nic nie stoi na przeszkodzie (nawet zagrożenie dla bezpieczeństwa Rosji, ze strony bezczelnych i chciwych potomków katyńskich ofiar, chcących swymi roszczeniami oskubać biedne rosyjskie państwo na sumę przynajmniej 22 miliardów dolarów), by prezydent Miedwiediew mógł powiedzieć, że katyński mord został dokonany z polecenia najwyższych władz radzieckich, w tym Józefa Stalina. Możemy tylko domniemywać, dlaczego sobotnia katastrofa w sposób tak nagły zwiększyła bezpieczeństwo naszych rosyjskich przyjaciół, ale tak czy inaczej czują się bezpieczniejsi i już.
Bóg pokazuje także i to, że Polska bez głowy i serca, jest znakomitym, pragmatycznym i elastycznym partnerem gospodarczym. Wymarzona swoboda manewru, która jakże niespodzianie (żeby nie powiedzieć: szczęśliwie) pojawiła się w minioną sobotę, daje możliwość chociażby sfinalizowania polsko-rosyjskiej umowy o dostawy gazu ziemnego do Polski. Dzięki temu obecny i następne polskie rządy, nie będą sobie musiały zaprzątać głowy dywersyfikacją dostaw (te wszystkie kosztowne, nie mające ekonomicznego uzasadnienia gazoporty, azerbejdżańskie rury, czy mityczne łupkowe gazy), bo i faktycznie, sama myśl o innych źródłach paliw niż rosyjskie, jest nadużyciem zaufania i wielką krzywdą wobec tych, którzy okazują nam tak wielkie zrozumienie i solidarność.
Na tę nową, ekonomiczną jakość Polski, rynki finansowe zareagowały pozytywnie, czego znakiem było to, iż w miniony poniedziałek, na warszawskiej giełdzie „WIG20 po spokojnej sesji wzrósł o prawie 1 proc., czym ustanowił nowy rekord zwyżki i pokazał swoją siłę”. I trzeba się z tego cieszyć, bo jak mówi jeden z finansowych analityków (Piotr Kuczyński), po sobotnich wydarzeniach „rządząca koalicja (przez rynki odbierana jako dla nich korzystna) umocniła się. Pamiętać też trzeba, że wybór nowego szefa NBP zapewni jednolitość opinii na linii RPP – NBP – rząd. Znikną swary. Dlatego też, brutalnie mówiąc, inwestorzy zagraniczni mogą niedługo jeszcze lepiej oceniać sytuację w Polsce”.
Coś pięknego!
No i na koniec, a propos – jak to taxer nieco wyżej ładnie ujął: „obrzydliwej w treści, a ślicznej w formie” notki toyaha, Bóg pokazuje nam, że Polska bez głowy i serca, będzie Polską ruskich buców (powodowany ostrożnością procesową wyjaśniam, że określenie „ruski buc”, jest na blogu toyaha terminem technicznym, opisującym coś co jest bardzo osobiste, intymne, wręcz ontologiczne - a skutkujące mentalnością charakteryzującą się wewnętrzną pustką, kulturowym wykorzenieniem, pobłażliwym stosunkiem do fałszu i lekceważeniem dla prawdy, swego rodzaju bezwzględnością i innymi tym podobnymi przymiotami).
Oczywiście, biorąc pod uwagę to, co napisałem wyżej, należy zauważyć, że te nasze swojskie, ruskie buce, to jednak druga liga, w porównaniu ze wschodnimi mistrzami. Tym niemniej pomysł, propagowany przez tak wiele znakomitych autorytetów, by nienawiść i szaleństwo w imię jedności społeczeństwa podnieść do rangi normy powszechnej, ze wszech miar zasługuje na uznanie.
Czy to już wszystko, co dobry Bóg nam pokazuje? Oczywiście, że nie. Bóg pokazuje także i to, że nadszedł czas, by się na coś zdecydować: albo na żywą (w wiadomych ideowych proporcjach i różnorodności) Polskę Kaczyńskiego, (i tu trzeba się liczyć chociażby: z zimnym wiatrem i mgłą z Rosji, niezadowoleniem inwestorów zagranicznych, rechotem i fuckami ruskich buców), albo na święty spokój Polski martwej, nie mającej wpływu na bieg spraw politycznych, gospodarczych czy społecznych.
Nie wiem dlaczego właśnie teraz nadszedł czas wyboru. Ale wiem, że Bóg pokazując nam to wszystko pragnie, byśmy wybrali dobrze. Już wkrótce zasłona będzie zdjęta. Czas namysłu minie. Polska nie jest jeszcze trupem. Na razie śmierć dotknęła Jej symbole. To jest bolesne, ale Polska jest, żyje. Patrząc na tłumy chcące pokłonić się Prezydenckiej Parze, jestem optymistą. Tych ludzi żadne wulkaniczne pyły nie przykryją.
No i jest Pan Jarosław, który owych ludzi – daj Boże! – poprowadzi.




Jak już wspomniałem wczoraj, niezbadanym cudem przyjechało do mnie słownie osiemnaście ostatnich egzemplarzy mojej książki z listami od Zyty Gilowskiej. Jej cena, jak to bywa na rynku, jest odpowiednio wyższa, a mimo to dziś już z nich zostało egzemplarzy zaledwie dziewięć. To jest, jak sądzę, najważniejsza książka, jaka ukazała się w kraju w minionych latach, a jednocześnie książka absolutnie najbardziej zamilczana, a zatem nie ma czasu na niepotrzebne kalkulacje. Mój adres mailowy to k.osiejuk@gmail.com.