sobota, 20 października 2018

George Ezra w Warszawie


       Dzięki cierpliwej przyjaźni naszego kolegi Lemminga, jedziemy za chwilę z Toyahową do Warszawy na koncert George’a Ezry, a zatem do poniedziałku! A tymczasem zostawiam Was z dwiema przepięknymi piosenkami, kto wie, czy nie najpiękniejszymi w tym stuleciu. No i ten głos. Ten głos.







        A na wybory zdążymy. Spokojna głowa.

piątek, 19 października 2018

Głupota, czyli ósmy grzech główny


      Zapraszam dziś do czytania najnowszego wydania „Warszawskiej Gazety”, a w niej mojego felietonu. Dziś o naszych baranach.

      Pamiętam, jak w ciemnych latach 90-tych, kiedy to III RP dopiero zaczynała pokazywać swoją wstrętną twarz, po latach starań, przy zaangażowaniu służb jawnych i niejawnych doprowadzono do praktycznej likwidacji Porozumienia Centrum, z którego na placu boju pozostał nieomalże jedynie Jarosław Kaczyński. Posłował więc on sobie, kompletnie bez sensuw ramach maleńkiego klubu Jana Olszewskiego i w pewnym momencie atmosfera zrobiła się tak beznadziejna, że w jednym z wywiadów zauważył samotny prezes, że dalsza walka jest bezcelowa, skoro jedynym powodem uprawiania polityki okazuje się być odbieranie co miesiąc poselskiej pensji.
     Pamiętam też dobrze, jak wypowiedź tę zrelacjonowała „Gazeta Wyborcza”, przytaczając sam jej koniec, gdzie Jarosław Kaczyński mówi, że jedynym powodem uprawiania polityki jest comiesięczne odbieranie pensji. Śmiechu i szyderstw oczywiście było co niemiara, niestety ani po raz pierwszy, ani tym bardziej po raz ostatni, z tą może różnicą, że wraz z postępem czasu nastąpił równie znaczący postęp w technikach manipulacji i dziś obywatele wymagają czegoś znacznie bardziej przekonującego, niż tego typu kłamstwa. Okazuje się, że nie wszyscy i nie zawsze.
       Przypomniał mi się bowiem tamten incydent całkiem niedawno, kiedy to Prawo i Sprawiedliwość, korzystając z pierwszej nadarzającej się okazji, jaką dała nam Dobra Zmiana, zdecydowało się powołać na stanowsko Rzecznika Praw Dziecka osobę, która rzeczywiście będzie tym rzecznikiem tak jak na to polskie dzieci zasługują, a więc Agnieszkę Dudzińską. Kandydatura Dudzińskiej została zgłoszona, zaaprobowana przez odpowiednią komisję i ostatecznie skierowana do ostatecznego głosowania w Sejmie. I proszę sobie wyobrazić, że kiedy wydawało się że wszystko jest już tylko formalnością, zgłosiła się posłanka Platformy Obywatelskiej i przytoczyła publiczną wypowiedź Dudzińskiej, w której ta wyraziła opinię, że skoro przyjmujemy dopuszczalność aborcji, by „zaoszczędzić” rodzicom cierpień związanych z wychowywaniem chorego dziecka, należy konsekwentnie dopuscić eutanazję, w przypadku, gdy urodzi się dziecko autystyczne, czy cierpiące na porażenie mózgowe. Przytoczyła posłanka Kochan ową wypowiedź, tyle że całkowicie pomijając jej pierwszy fragment i skupiając się wyłącznie na owej eutanazji.
      Pewnie nie byłaby ta historia na tyle ciekawa, by robić tu reklamę osobie tak podłej, że nie zasługującej choćby na splunięcie, gdyby nie fakt, że ową tak bezczelnie prymitywną przynętę połknęła na tyle duża grupa posłów Prawa i Sprawiedliwości, że kandydatura Dudzińskiej, ku nieprzytomnej wręcz radości totalnej opozycji, przepadła. I to jest moim zdaniem problem dla nas, wyborców Prawa i Sprawiedliwości, którzy tak bardzo liczą na to, że dzięki swojemu wyborowi, uda się im przejść ten tak strasznie ciężki okres powszechnego upadku cywilizacji. Jeśli bowiem tam są ludzie – a z tego co wiem, wśród tych najbardziej zaczadzonych owym kłamstwem były nie byle jakie nazwiska – to znaczy, że najwyższy czas, by się za nich wziąć i to wziąć na poważnie. Bo jeśli oni zamierzają dalej się wieźć na swojej głupocie, to marny nasz los.

Książki cierpliwie czekają na odważnych czytelników pod adresem k.osiejuk@gmail.com. Bardzo polecam.

czwartek, 18 października 2018

Za co Diabeł lubi ludzi bezgrzesznych?


       Na fali iście kosmicznego ataku, jaki został skierowany przeciwko Kościołowi z tytułu plagi sodomii, jaka rzekomo ogarnęła poszczególne Jego struktury, głos w sprawie zabrali już chyba wszyscy, zaczynając od artysty estradowego Nergala, a kończąc oczywiście na mnie. Wśród całego tego zgiełku największe chyba wrażenie zrobiła jednak wypowiedź Stanisława Michalkiewicza w sprawie miliona złotych, jakie Kościół został zmuszony zapłacić pewnej kobiecie z tego powodu, że w dzieciństwie została ona – jak to się ostatnio przyjęło mówić – wykorzystana seksualnie przez któregoś z księży. Michalkiewicz, na dokładnie takim poziomie, z jakiego go znamy i do którego zdołał nas przyzwyczaić, komentując ów wyrok  wyraził opinię, że biorąc pod uwagę wysokość owego odszkodowania, owo wówczas 13-letnie dziecko, a dziś już młoda kobieta, może powiedzieć, że tamten czy to gwałt, czy zaledwie niefortunny zbieg okoliczności, wcale nie był aż taki niefortunny, jak by się mogło w pierwszej chwili wydawać. Nie wspominając już o całym szeregu zawodowych prostytutek, które przez całe swoje życie zawodowe nie zarobiły nawet drobnej części tego miliona.
     Zapytał mnie mój syn, co sądze o Michalkiewiczu i jego mądrościach, a ja mu odpowiedziałem, że moje zdanie na temat tego dziwnego człowieka nie zmienia się od kilkunastu dobrych lat, a moim zdaniem jego główny grzech polega nie na tym, że on nie ma racji w tym co głosi, ale na tym, że nawet jeśli jakimś cudem wyczuwa prawdę, to jest tak zapatrzony w siebie, że zanim zdoła ją opisać, to z owej prawdy zostają wyłącznie funta kłaków warte idiotyzmy. I tak też było w przypadku historii tego nieszczęsnego dziecka, oraz owego niegodziwego księdza, który to dziecko postanowił pewnego dnia na swoją zgubę przygarnąć. Michalkiewicz oczywiście, jako człowiek było nie było inteligentny, wiedział że sprawa nie jest tak prosta jakby się mogło wydawać, ale, jak mówię, zbrakło mu odrobiny skromności, by się zreflektować zanim palnął to głupstwo.
      A zatem mamy tę tragedię, związaną z jednej strony z losem jaki połączył tego księdza i tamtą dziewczynkę, a z drugiej ten kompletnie idiotyczny wyrok sądu, którego zapewne jedyną intencją było dokuczyć Kościołowi, ale przy tym też ów wciąż nie opisany do końca problem związany z tym, co seks potrafi robić z ludźmi i roli, jaką w tej zarazie odgrywają tak zwani „inni szatani”. A przecież wydawałoby się, że nie ma nic prostszego jak wskazać palcem na tak oczywistego winowajcę tego stanu rzeczy, jakim jest współczesna kultura, moda, rozrywka, czy wreszcie media, które, gdyby tylko mogły, karmiłyby społeczeństwa wyłącznie wspomnianym seksem, no ale też – paradoksalnie, dzięki stałemu sprzeciwowi chrześcijańskiej cywilizacji – nie mogą.
      Piszę ten tekst i – nie po raz pierwszy zresztą – ogarnia mnie owa niedparta świadomość, że to o czym chciałbym napisać jest tak oczywiste, że aż wstyd jest wychodzić z argumentami tak dziecinnie trywialnymi, a jednocześnie zwyczajnie zawstydzającymi. Czy naprawdę mamy skończyć na tym, że będziemy rozmawiać o owej modzie, która każe kobietom paradować w poszarpanej i potarganej odzieży, a może o tych hostessach w telewizyjnym programie Kuby Wojewódzkiego, które regularnie podsuwają mu pod nos swoje gołe pupy, a on udaje, że dostał kolejnego wzwodu? Przecież nie.
       No ale trzeba coś powiedzieć. Otóż pozwolę sobie może w tej sytuacji nieco przesunąć poziom argumentacji na coś, o czym tu chyba dotychczas nie rozmawialiśmy, a mam na myśli przestrzeń, gdzie jakimś cudem kampania #MeToo i nie dociera i już nie dotrze. Oto znany nam tu trochę amerykański felietonista Bob Greene swego czasu opisał przygody, jakich zaznał będąc jeszcze młodym dziennkarzem, zajmującym się relacjonowaniem wielkich wydarzeń rockowych tu i tam. Proszę posłuchać:
     Stosunek zespołów do kobiet był taki, jakby stanowiły one jedno z zamawianych do pokoju dań. Było ich zawsze mnóstwo, o każdej porze, a więc, o czym tu myśleć? Pewnego wiosennego wieczoru znalazłem się w hotelowym pokoju z Faces, ówczesnym zespołem Roda Stewarta. Pewna dziewczyna, kręcąca się przy zespole od dłuższego już czasu, pokazywała jasno, że jest chętna pójść do łóżka z każdym, kto tylko ją zechce. Dla chłopaków w zespole to było jednak rozwiązanie zbyt konwencjonalne. Zamiast się z nią kochać, rozebrali ją, położyli na podłodze, a następnie, metodycznie, zaczęli wkładać w nią różne przedmioty. Kostki mydła z łazienki, klucze do pokoju, banana, skórkę od banana – pokładali się przy tym ze śmiechu. A dziewczyna śmiała się również. Leżała z szeroko rozłożonymi nogami i wesoło rozmawiała z muzykami. Faces byli wówczas jedną z największych muzycznych atrakcji na świecie, a więc dziewczyna czuła się jednoznacznie zaszczycona.
[…]
      Pewnego wieczoru, po koncercie  zespołu Alice Coopera, wrócilismy do hotelu, gdzie czekały już na nas dziesiątki miejscowych nastolatek. Pięknie wyszykowane, wymalowane, stały cierpliwie przed hotelem i posłusznie szły do pokoju każdego kto kiwnął na nie palcem. Nigdy nie udało mi się odkryć, w jaki sposób tyle tak młodych dziewcząt potrafiło tak często spędzać noce poza domem, ale one rzeczywiście tam przychodziły i zostawały. Nad ranem członkowie zespołu schodzili na parking do podstawionych samochodów, by udać się na lotnisko, a te dziewczyny czekały już na nich na parkingu. W świetle poranka, wyglądały o wiele mniej egzotycznie niż poprzedniego wieczoru, blade, z rozmazanym makijażem, w wymiętych sukienkach, czekając tylko na jedno słowo pożegnania”.
      Ktoś mnie spyta, po co ja przytaczam te historie? Czy może chcę w ten sposób zasugerować, że te wszystkie kobiety dostały to czego chciały, a więc na swój los zasłużyły? Oczywiście że nie. Owszem, były wśród nich zapewne i takie, ale przecież nie tylko. Chodzi mi o coś innego. Otóż wielu z bohaterów lat czasów opisywanych przez Greene’a wciąż żyje i to żyje ciesząc się powszechnym podziwem i szacunkiem. I to nie tylko Rod Stewart, czy Alice Cooper, ale i Paul McCartney, Mick Jagger, Eric Clapton, Robert Plant… można wymieniać. Wielu z nich to pierwszej klasy gwałciciele i pedofile, wcale nie mniej doświadczeni niż, nie przymierzając Roman Polański, i żeby to wiedzieć nie trzeba nawet świadectwa Boba Greene’a. Przecież o tym, co się tam działo można przeczytać w oficjalnych biografiach muzyków, ale nawet w ich autobiografiach, gdzie oni o tym mówią bez cienia wstydu, a niektórzy z nich otrzymują jeszcze za to od Królowej tytuły szlacheckie.
       A więc jeszcze raz. Ja nikogo nie usprawiedliwiam. Ani aktorów, ani poetów, ani sportowców, ani telewizyjnych gwiazd, ani też oczywiście księży. Ja chcę zaledwie zwrócić uwagę na fakt, że są sytuacje, kiedy to co nas rzekomo tak bardzo oburza, nagle staje się czymś kompletnie nieznaczącym, a czasem wręcz naturalnym. I chciałbym wiedzieć, czemu tak jest? Czy to możliwe, że tak naprawdę powód jest zawsze ten sam? Czy to możliwe, że skoro już postanowilismy czynić zło, ono absolutnie nie może być wynikiem grzechu, czy naszych słabości, lecz wyłącznie sposobem na życie i sukces? Skoro już zdecydowalismy się czynić zło, powinniśmy przede wszystkim zadeklarować, że robimy to z czystym sumieniem i prawdziwą radością, bez głupich wyrzutów sumienia. Wtedy dopiero doznamy usprawiedliwienia.

Gdyby ktoś był w jakikolwiek sposób zainteresowany, zapraszam do korzystania z mojego adresu mailowego k.osiejuk@gmail.com.

środa, 17 października 2018

Cztery wesołe kawałki na piękną końcówkę lata


Przyszła kolejna pora na krótkie kawałki, jakie regularnie piszę dla dwutygodnika „Polska Niepodległa”, tym razem jednak będzie znacznie krócej, a to w związku z tym, że jeden z oryginalnych tematów postanowiłem potraktować szerzej w którejś z wcześniejszych notek, więc nie ma sensu, by się tu powtarzać. A zatem dziś tylko cztery wesołe kawałki. Mam nadzieję, że nie mniej wesołe niż zazwyczaj.


Jak się okazuje po raz enty, nie ma takiej kompromitacji i takiego wstydu po stronie Dobrej Zmiany, której nie przebiłaby kompromitacja i wstyd po stronie opozycji. Proszę sobie mianowicie wyobrazić, że ni z gruszki ni z pietruszki odezwał się sam przewodniczący Tusk i na Twitterze ogłosił co następuje:
Dzisiaj, kiedy tak wielu ludzi, nawet najpotężniejsi światowi przywódcy, zaczyna watpić w wolność, solidarność i demokrację, pamiętajmy o przesłaniu Mandeli i Wałęsy, by zło dobrem zwyciężać. I że - bez względu na to, w jak trudnej sytuacji byli - nigdy nie skapitulowali”.
Muszę w tym momencie przyznać, że choć Donalda Tuska uważam od zawsze za osobę intelektualnie wyjątkowo zapuszczoną, czegoś takiego nie spodziewałem się usłyszeć z jego ust w nawet najsłodszych snach. Ostatnio ta banda durniów, najwidoczniej podejmując kolejną próbę obalenia rządu Prawa i Sprawiedliwości, ujawniła jakieś stare taśmy, z których miało wynikać, że premier Morawiecki to stary aferzysta, a tymczasem wyszło na to, że Donald Tusk w okresie swojego premierostwa nie zajmował się niczym, jak obmyślaniem strategii, jak tu przy najbliższej okazji strzelić bramkę Grasiowi. Dziś wszyscy się śmieją z biednego Donalda, a tymczasem warto by się było zastanowić na tym, czy faktycznie ów czas haratania w gałę nie był dla tego biedaka najlepszym okresem w jego intelektualnym rozwoju.

***

Czytelnicy mi zarzucą, że ja zamiast ich zabawiać, zajmuję się poważną polityką, której oni mają już serdecznie dość. W tej sytuacji, bardzo proszę, jestem do usług. Schodzimy do poziomu mułu. Oto ten sam Onet, który postanowił obalić rząd przy pomocy tak zwanych „Taśm Morawieckiego” przeprowadził bardzo polityczną rozmowę z pisarką Manuelą Gretkowską. Każdy kto śledzi występy tej pani, pamięta, że jeszcze w lipcu tego roku, z wielkim hukiem ogłosiła ona, że ma już dość polityki i niech nikt nie liczy z jej strony na jedno słowo w tej kwestii. A brzmiało to tak:
Uznano, że kraczę, że Gersdorf nie pójdzie na urlop, poszła. W tym dniu Polska poszła się j*** z Kaczyńskim, na zawsze. Będą nami rządzić ich faszystowskie pomioty. […] Nie chcę już wstawiać komentarzy politycznych, a memy mnie mdlą. […] Szkoda marnować życie na walkę z idiotami. […] Chcę zająć się wreszcie sztuką, pięknem oraz turystyką. Groteska stała się jałowa, dawno przestała mnie bawić. Poszukam czegoś więcej - egzystencji, duchowości, przyjemności”.
Kiedy było już tak pięknie, znów się okazało, że kobieta zmienną jest i Gretkowska wróciła na pierwszą linię frontu, tym razem walki z Kościołem. Słuchajmy:
Kiedy były zabory, Kościół mógł istnieć i zarządzać duszami. Dla Kościoła wrogiem też jest demokracja zachodnia i Unia Europejska. Kościół wolałby być w szarej strefie bezprawia, tak jak Polska idzie szarą strefę bezprawia. Nie zdziwiłabym się, gdyby okazało się, że Kościół dogaduje się z Putinem”.
Piszę ten tekst i zastanawiam się nad tym, jakie słowa byłyby w stanie skomentować ten poziom upadku tak zwanej opozycji, i z bólem serca przyznaję, że nic mi nie przychodzi do głowy. Ani na temat wypowiedzi Gretkowskiej, ani też Onetu, który postanowił tę wypowiedż swoim autorytetem firmować. A zatem, wypijmy za zdrowie kolejnej kadencji!

***

A to wcale jeszcze nie koniec. Proszę sobie wyobrazić, że za komentowanie polityki wziął się też sam Nergal, artysta estradowy, lider satanistycznego projektu pod nazwą Behemoth, i tu – na co zachęcam wszystkich, by zwrócili uwagę – znów w wypowiedzi dla Onetu, w następujący sposób opisał rządy Dobrej Zmiany:
Bardzo często słyszę pytanie, czy za granicą jest inaczej niż w Polsce. Wyobraź sobie, że jest. Weź Norwegię, taki Mayhem i kilka innych bandów. One są dotowane przez państwo. Jadą sobie na przykład na trasę do Stanów i podstawowe koszty czy loty mają opłacane. A przecież to są dziesiątki tysięcy euro czy dolarów, które normalnie idą z naszej kieszeni czy gaży. My musimy sobie na to zapracować, co mądre państwo by doceniło. Mądre państwo, którym Polska nie jest, bo mamy wyjątkowo głupią władzę. Norwedzy potrafili z muzyki blackmetalowej, która miała kiedyś nawet pewne konotacje kryminogenne, zrobić coś dobrego. Tam black metal to zaraz po fiordach jest najważniejsze dobro narodowe”. […]
Powtórzę coś, co już przy okazji jakiejś batalii sądowej mówiłem: Drogie państwo, drodzy decydenci, droga autorytarna władzo - jestem artystą, który ciężko i uczciwie pracuje. Żadnym Dyzmą. Od 30 lat zapieprzam na to, co mam, a mój status na świecie jest niepodważalny. Ja nawet nie pracuję, ja zapie***lam. I zarabiam pieniądze, które przywożę do Polski, ponieważ to w Polsce zarejestrowana jest spółka Behemoth. Zostawiam w tym kraju rocznie setki tysięcy złotych, które wy oczywiście z otwartymi rękoma przyjmujecie i rozdajecie darmozjadom. Dajecie im po 500 zł, żeby się, ku**a, rozmnażali, by sami bezmyślni ludzie powiększali wasz elektorat, przedłużając waszą kadencję. To jest skandal i ja się na to nie zgadzam”.

***

I tu znów, komentarza nie będzie. Natomiast, owszem, pozwolę sobie na pewną refleksję. Otóż w ostatnich dniach, rozmowy – swoją drogą bardzo, bardzo podobne – z owym Nergalem przeprowadziły dwa wielkie tytuły: Onet oraz TVN24. Przepraszam bardzo, ale jeśli oni doszli już do tego punktu desperacji, że wybrali sobie muzykę zespołu Behemoth za ostateczną broń w walce z faszystowskim reżimem PiS-u, to możemy spać spokojnie. Co oczywiście nie zmienia faktu, że kiedy już wszystko się uspokoi, trzeba się będzie zastanowić, co z tymi idiotami zrobić.

Jak zawsze zachęcam do kupowania moich książek. Z tego co wiem, wciąż jest wielu czytelników, którzy nie mają na tyle przekonania, by zaryzykować i sięgnąć po coś zupełnie nieznanego. Uważam to za błąd. To ryzyko bowiem niekiedy nagradza nas przeżyciami najpiękniejszymi. Zapraszam choćby tu do siebie. Mój adres: k.osiejuk@gmail.com 

wtorek, 16 października 2018

Dla nas to igraszka, im chodzi o życie


      Do wyborów zostało nam już zaledwie parę dni, i przy tym co w ostatnich dniach zdążyłem zaobserwować, dochodzę do bardzo poważnych obaw, że poziom histerii w jakiej znalazła się polityczna opozycja, może ją już za chwilę doprowadzić do takiej eksplozji, że w ten – jak mówią, wciąż jeszcze nadzwyczaj pogodny – niedzielny dzień, nie będzie po nich czego zbierać. Jeszcze nie zdążyła ucichnąć wrzawa po wypowiedzi Grzegorza Schetyny na temat konieczności likwidacji pisowskiej szarańczy, która obsiadła zdrową tkankę obywatelskiego społeczeństwa, głos zabrał inny polityk Platformy Obywatelskiej, Grzegorz Furgo, publikując na Twitterze przeróbkę znanego plakatu z czasów II Wojny Światowej, gdzie Hitler zachęcał Polaków do wsparcia Niemców w ich eksterminacyjnych wysiłkach, w taki sposób, by zachęcić Polaków do wsparcia Niemców, tyle że tym już razem w ich wysiłkach na rzecz budowania wspólnej Europy. No i tu podobnie, ledwo się podniósł kolejny rwetes, Onet opublikował najnowszy fragment taśm sprzed pięciu lat, na których Mateusz Morawiecki cieszy się, że nasz mistrz kierownicy Robert Kubica złamał rękę. Tu reakcja była jeszcze szybsza. Otóż niezastąpiony portal tvn24.pl, informując o taśmach, musiał już w tym samym tekście poinformować też o tym, że Morawiecki spotkał się z Kubicą, panowie sprawę sobie wyjaśnili, rozeszli w przyjaźni, a jakby tego było mało, strzelili sobie wspólną fotkę, którą Kubica natychmiast zamieścił na swoim Instagramie pod tytułem „Z wizytą u Premiera” oraz z adnotacją, że „Polska zawsze wspiera swoich”.
      A więc, jak widzimy, wszystko rozwija się we właściwym kierunku, na mnie jednak największe wrażenie zrobiła informacja podana przez wspomniany portal tvn24.pl – a jak widzę, również przez liczne inne media – że oto w Ostrowcu Świętokrzyskim wicedyrektor jednego z liceów, a jednocześnie nauczyciel historii oraz WOS-u, obiecał uczniom piątki, jeśli łaskawie zechcą wziąć udział w spotkaniu z premierem Morawieckim. Z informacji podanej przez portal wynika, że sprawą już zajęli się politycy Platformy Obywatelskiej, a ja już tylko czekam, aż pan nauczyciel zostanie odpowiednio ukarany za zmuszanie Bogu ducha winnych dzieci do wspierania pisowskiej władzy.
     Czemu piszę akurat o tym? Otóż zdecydowana większość osób czytających ten tekst prawdopdoobnie w tym momencie zastanawia się, co to za dziwadło z tego dyrektora, że on zwyczajnie nie zwolnił dzieci z lekcji i nie wysyłał ich na spotkanie z premierem rządu, który właśnie zawitał do ich miasta, ale zamiast tego grzecznie zapytał, czy oni nie chcieliby tam pójść, i jakby tego było mało, tym, którzy pójdą, obiecał piątki za obywatelską aktywność. Przecież to jest jakaś komedia. Wszyscy chodziliśmy do szkoły, a niekiedy nawet wciąż chodzimy i wiemy, jak się tego typu wydarzenia organizuje. Klasa jest zwalniana z lekcji, idzie na imprezę i nie ma dyskusji. I wiemy dokładnie, o jakiej imprezie mówimy. To może być wszystko: spotkanie ze znanym dziennikarzem, sportowcem, aktorem, politykiem wreszcie – bez znaczenia. Jest okazja, klasa idzie. Co ja mówię, spotkanie? Chodzi się na wykłady na uniwersytet, do kina, do teatru i nikt nigdy nikogo nie pyta, czy on ma ochotę wziąć w tym czymś udział, czy nie. To jest wyjście w ramach lekcji i koniec. A po lekcjach? Tak samo po lekcjach. Nikt nikogo nie pyta o zdanie. Najwyżej obiecuje się stopnie za aktywność, tak jak w tym wypadku.
      A ten biedak prosił tych bałwanów, którzy za ten jego strach przed byciem posądzonym o sprzyjanie faszystowskiej władzy zakapowali do TVN-u, żeby wykazali obywatelską aktywność?
     Ale jest coś jeszcze co mnie nie dziwi. Mianowicie reakcja na to wydarzenie antyrządowych mediów, oraz wybranych polityków. Oto Sławomir Neumann z Platformy Obywatelskiej tak zareagował na to o czym właśnie się dowiedział: „Tego wicedyrektora z Ostrowca należy pokazać jako przykład PiS-owca, który jest gotów dać dzieciom piątkę za to, że przyjdą na spotkanie z Morawieckim”. A więc problem w tym, że oto właśnie PiS przejął szkoły?
      Oni muszą być dziś w strasznym stanie. Za chwilę te wybory, miną kolejne miesiące, zmieni się układ w tej nieszczęsnej Unii Europejskiej, potem wybory parlamentarne, po nich prezydenckie, a oni wiedzą, że z miejsca, w którym się znaleźli, wyjścia nie ma.
       Może to co mam na myśli pokażę na przykładzie. Oto w Katowicach jednym z najbardziej oplakatowanych kandydatów Koalicji Obywatelskiej jest niejaki Łukasz Borkowski. Popatrzmy na jego profil:
       Katowickie struktury Platformy Obywatelskiej zatrudniły rzecznika prasowego – został nim Łukasz Borkowski. Będzie prowadził biuro prasowe partii i nadzorował jej komunikację w mediach społecznościowych. PO w Katowicach nie miało wcześniej osoby na takim stanowisku.
       Borkowski dotychczas pracował m.in. w Ministerstwie Administracji i Cyfryzacji jako asystent senatora Kazimierza Kutza. Odbył staż w Parlamencie Europejskim. W latach 2013-2017 pełnił ponadto funkcję wiceprzewodniczącego krajowego zarządu Stowarzyszenia Młodzi Demokraci – odpowiadał wtedy za współpracę z młodzieżowymi organizacjami politycznymi z całej Europy.
       Rzecznik katowickiej PO działa też społecznie w stowarzyszeniu BoMiasto”.
       A teraz zastanówmy się, co się stanie z owym Łukaszem, jaka go czeka zawodowa przyszłość, kiedy okaże się że przez najbliższe paręnaście lat będzie musiał pracować na kasie w Lidlu?
       Myślę, że teraz już wiemy co ich wszystkich tak dusi za gardło.

Moje książki są jak zawsze do kupienia w księgarni pod adresem www.basnjakniedziwedz.pl i szczątkowo jeszcze tu u mnie. Mam na myśli przede wszystkim listy od Zyty oraz „Podwójny nokaut”. Zapraszam do kontaktu pod adresem k.osiejuk@gmail.com.




poniedziałek, 15 października 2018

Do czego nam służy biskup Pieronek?


Dziś odłożony nieco w czasie najnowszy felieton z „Warszawskiej Gazety”. O biskupie Pieronku i telewizji TVN24. Kiedy go pisałem, mieliśmy zaledwie za sobą rozmowę Moniki Olejnik z księdzem biskupem, jednak dziś już stało się coś, co zdecydowanie poszerza naszą perspektywę. Otóź dyrekcja stacji, zorientowawszy się, że im plan nie wypalił, kazała redaktorom straty nadrobić. Ci więc szybciutko się poprawili i przeprowadzili z księdzem osobną rozmowę, już na tematy bardziej bezpieczne. No ale o tym być może już innym razem.    


      Na biskupa Tadeusza Pieronka mam oko od wielu lat, jeszcze od czasów, gdy władzę w Polsce niepodzielnie prowadziło SLD na przemian z PSL i z Unią Wolności, śp. Lech Kaczyński nie był nawet politykiem, a Prezes był zaledwie byłym prezesem. To wtedy dał się biskup Pieronek poznać jako bardzo gorliwy obrońca Kościoła i Jego nauki, a z drugiej jako równie gorliwy krytyk owej bezbożności, jaką niosły ze sobą tamte rządy.
     Ale pamiętam biskupa Pieronka z czasów nieco już późniejszych, kiedy wywołał prawdziwą furię tak zwanego „głównego ścieku”, publicznie ogłaszając, że na współczesne feministki nie ma już innego skutecznego sposobu, jak kwas siarkowy. Jeszcze później nastąpił szereg innych wypowiedzi Biskupa, związanych z nauczaniem Kościoła, gdzie każde jego słowo traktowałem jak niemal wyjęte z moich ust. Ale wtedy już wiedziałem, że gdy chodzi o tak zwany „Kościół tradycyjny”, nie ma On być może większego sojusznika niż biskup Pieronek właśnie.
      No a jeszcze później na scenę wkroczyło Prawo i Sprawiedliwość i biskup Pieronek pokazał nam swoją drugą twarz, twarz polityka i to polityka na tyle zaangażowanego, że w jednej chwili stał się dla polskiej prawicy wrogiem publicznym numer 1. Przyznam uczciwie, że nie mam bladego pojęcia, skąd u biskupa Pieronka tak silna, wręcz fizyczna niechęć do Prawa i Sprawiedliwości, której on nie jest w stanie choćby na chwilę ukryć. Nie wiem też, jak to się dzieje, że człowiek wydawałoby się naprawdę pobożny i w tej swojej pobożności naprawdę głęboki, w sprawach politycznych potrafi być jednocześnie być tak dramatycznie niemądry. A jest w istocie rzeczy tak, że biskup Pieronek autentycznie robi wrażenie, jakby w momencie gdy zdejmuje z szyi koloratkę, jednocześnie odkładał na półkę uczepiony do niej na sznurku rozum.

     I tak wygląda prawda na temat owej niezwykłej wprost dychotomii u księdza biskupa Tadeusza Pieronka. Tym bardziej zdziwiła mnie Monika Olejnik zapraszając Księdza do swojego programu „Kropka nad i” by go wypytać o problem pedofilii wśród księży, ze szczególnym uwzględnieniem dowodów przedstawionych przez Wojciecha Smarzowskiego w filmie „Kler”, a potem się bardzo zdziwiła, kiedy biskup Pieronek najpierw wyraził rozczarowanie z powodu nagonki prowadzonej przeciwko Kościołowi, a potem, pytany o odpowiedzialność, odpowiedział, że nie ma żadnego powodu, by to Kościół akurat odpowiadał za grzechy pojedynczych księży.

     A był moment, gdy naprawdę można było z tego skutecznie wyjść, kiedy to Olejnik zapytała Biskupa, czy on nie zna przypadków opisanych przez Smarzowskiego w jego filmie, a ten odpowiedział, że zna o wiele gorsze. Trzeba się było tego uczepić. Trzeba go było najpierw poprosić, by się z nami podzielił swoimi obserwacjami, potem delikatnie przesunąć akcenty z Kościoła na przestrzeń bardziej świecką, nawet gdy chodzi o pedofilię i jestem pewien, że w końcu doszliby państwo do PiS-u. I wtedy by się dopiero zaczęło.


Zachęcam wszystkich do kupowania moich książek, czy to w księgarni pod adresem www.basnjakkniedzwiedz.pl, czy tu u mnie. Proszę się kontaktować mailowo: k.osiejuk@gmail.com

 

    
 

piątek, 12 października 2018

Czy Robert Biedroń zadusi III RP?


       Obiecywałem, że przed weekendową przerwą wrzucę tu swój najnowszy felieton z „Warszawskiej Gazety”, a następnym razem zobaczymy się po niedzeli,  i słowa dotrzymuję, bo faktycznie następnym razem zobaczymy się już w poniedziałek. Niestey nie wyszło z felietonem, bo zaskoczyły mnie sprawy bieżące i przyszło mi dziś pisać o czymś, co by mi jeszcze wczoraj nawet do głowy nie przyszło. Ale może zacznijmy od początku.
        Otóż bardzo dobrze pamiętam, jak jeszcze chyba w złotych  latach 90., kiedy Polska dopiero dołączała do wielkiej rodziny krajów europejskich i wszystko było prowadzone ze znacznie większą niż dziś ostrożnością, nagle doszło do prawdziwej rewolucji i w przestrzeni medialnej pojawiło się trzech tak zwanych „gejów”: Murzyn z Koniakowa Krystian Legierski, długowłosy intelektualista z Warszawy Szymon Niemiec, oraz takie milusie ciasteczko z Rymanowa pod Przemyślem, Robert Biedroń. Mimo że wydawałoby się, że najlepiej z tamtych czasów powinienem zapamiętać Murzyna, w pamięci pozostał mi Robert Biedroń, a to z tej okazji, że trafiłem kiedyś w telewizorze na jakąś z nim rozmowę i uderzyło mnie to, że on wystepował na tle plakatu z gołym chłopem. Pomyślałem sobie wtedy, że to jest bardzo dziwne, że on się zdecydował na tego typu dekorację, z tego względu, że jest chyba oczywiste, że gdyby ktokolwiek z nas, osób heteroseksualnych, wystąpił w telewizji i za swoimi plecami powiesił plakat z gołą babą, to chyba każdy by uznał nas za zboczeńca, a co najmniej ciężkiego onanistę. A tu, proszę. Mamy tego Biedronia, na ścianie goły facet i cała sala śpiewa.
      No ale to już jest historia. Rzecz w tym, że lata mijały, w środowisku – tak samo zresztą, jak to się dzieje w polityce – doszło do przetasowań, Niemiec ściął włosy, otworzył swój własny kościół i został księdzem, czy może nawet biskupem, Murzyn poszedł, jak się zdaję w biznesy, no i na scenie został ów człowiek z plakatem, czyli Robert Biedroń. Otóż muszę od razu przyznać, że ja z tego rozwoju zdarzeń jestem bardzo zadowolony, bo Biedronia zwyczajnie lubię. Oczywiście nie znam go osobiście, ale jeśli mam go oceniać jako osobę, którą spotykam w telewizji i czasem słyszę jak mówi, to ja mu daję zdecydowane osiem punktów na dziesieć, a te dwa mu zabieram wyłącznie dlatego, że jest zboczony i się w dodatku z tym obnosi. Poza tym, on jest dla mnie bez zarzutu. Czemu go lubię? Tak naprawdę z jednego powodu. To jest bardzo miły człowiek. Na tyle na ile go mogę ocenić z tej odległości, on ma wszystko, co trzeba mieć, by być uważanym za człowieka uprzejmego, wesołego i sympatycznego. Ja lubię oglądać Biedronia, lubię jego uśmiech, lubię słuchać jak mówi. A zatem, krótko mówiąc, wśród wielu polskich polityków, Biedroń jest dla mnie jednym z najsympatyczniejszych.
     I z tego co wiem, nie jestem w tym wrażeniu odosobniony. Znam naprawdę dość dużo osób, które czują do Biedronia podobną sympatię. Znam ludzi, którzy polityką zajmują się o tyle o ile, na ruchy LGBT patrzą co najmniej z dystansem, na temat politycznej wojny między PiS-em, a Platformą nie mają zbyt wiele do powiedzenia, z którymi przy okazji różnych spotkań można rozmawiać naprawdę o wszystkim, nawet nie zahaczając o politykę, i którzy mi mówią, że gdyby mogli, to głosowaliby na Biedronia jako przyszłego polskiego prezydenta. Dlaczego? Odpowiedź jest jedna. Bo to jest bardzo miły i fajny człowiek. Może coś jeszcze? Nic. Tylko to. Biedroń jest super. Poza tym nie ma znaczenia nic. Czy on będzie kłamał, kradł, czy z Polski urządzi kraj płynący miodem i mlekiem, czy rują i poróbstwem, a może w ogóle on się Polską zajmować nie będzie, a zarząd przekaże w ręce tych, którzy plan mają? To nie jest w ogóle temat. Tematem nie jest nawet to, że on jest zboczony.
     Gdy Biedroń niespodziewanie ogłosił, że rezygnuje z kolejnej kadencji jako prezydent Słupska, pojawiły się głosy, że za tą decyzją stoi strach przed porażką, która nad Biedroniem wisi od czasu gdy mieszkańcy Słupska zorientowali się, że on jest patentowanym bałwanem i leniem, pod którego okiem miasto gnije. A ja sobie natychmiast pomyślałem, że celem tego niespodziewanego manewru wcale nie musi być powrót na z góry upatrzone pozycje, bo Biedroń, gdyby wystartował w wyborach, zachowałby swoje stanowisko z palcem w nosie. Jest wręcz przeciwnie, ruch Biedronia to atak na pozycje dotychczas zajęte przez tę bandę nieudaczników, którzy nazywają siebie „opozycją totalną” i wyparcie ich ze sceny. Kiedy Biedroń po raz pierwszy ogłosił brak zainteresowania lokalnymi wyborami, byłem niemal pewien, że on może jeszcze nie szykuje się do walki o prezydenturę kraju, ale o to by stanąć na czele głównego lewicowego ugrupowania i wejść z odpowiednim hukiem do Parlamentu – bo czemu nie?
      I oto, proszę sobie wyobrazić, zwróciłem w tych dniach uwagę na Biedronia dwukrotnie. Pierwszy raz parę dni temu, kiedy on się pokazał w TVP Info w ekskluzywnym wywiadzie dla Michała Rachonia i przez te paręnaście minut nie zrobił jednego fałszywego ruchu, nie popełnił jednego choćby drobnego błędu. Mimo tego że Rachoń nie był w stanie ukryć wyrazu obrzydzenia na twarzy, mimo nieustannych z jego strony zaczepek, Biedroń był jak zawsze grzeczny, sympatyczny, uśmiechnięty, wręcz radosny. No i, jakby tego było mało, wczoraj media poinformowały, że w wypowiedzi dla tej szczujni TOK FM, zapowiedział stworzenie nowej, prawdziwej lewicowej siły, która wyprze ze sceny Platformę i Nowoczesną, a wraz z nimi tych wszystkich dawnych bohaterów nowoczesnego socjalizmu, którzy dali się im „wytresować”. 
      No i się zaczęło. Atak jaki jest w tym momencie prowadzony przeciwko Biedroniowi z tamtej strony jest rzekomo spowodowany tym, że on mówiąc o „tresurze” miał na myśli Barbarę Nowacką i w ten sposób okazał się podłym szowinistą i chamskim pedałem, który nienawidzi kobiet.  Jednak nie oszukujmy się, Nowacka jest tu wyłącznie pretekstem, a tak naprawdę za tą agresją stoi wyłącznie świadomość, że oto Biedroń zapowiedział właśnie ich koniec, i to koniec znacznie bardziej spektakularny niż ten, który od pewnego czasu już zapowiadają kolejne sukcesy Dobrej Zmiany.
     Jak mówię, Robert Biedroń nie szykuje się na urząd Prezydenta RP, a przynajmniej jeszcze nie tym razem. Nie sądzę, by on liczył też na to, że w najbliższych wyborach odsunie PiS od władzy.  Cokolwiek by bowiem o nim nie mówić, on nie robi wrażenia głupiego. Natomiast, owszem, z pewnością doskonale czuje, że przyszedł moment, kiedy to on stanie na czele opozycji. Dla Platformy Obywatelskiej i całej tej hałastry jest to wiadomość zdecydowanie ponura. A dla nas? Na najbliższy czas wręcz znakomita, przez to, że gwarantująca nam uzyskanie w najbliższych wyborach parlamentarnych większość konstytucyjną. A potem? To się zobaczy. W każdym razie jedno jest pewne. Wszystko jest w naszych rękach. Im nie zostało już nic, poza ewentualnie naszymi błędami.

Jak już zapowiadałem, wyjeżdżamy do Zakopanego na weekend i wracamy w niedzielę. Do tego czasu proszę korzystać z pięknego końca pięknego roku i do zobaczenia w poniedziałek. Jak ktoś ma chwile, niech sobie kupi którąś z moich książek. Jak to zrobił, tłumaczyłem ostatnio parokrotnie.
   

czwartek, 11 października 2018

Modlitwa za Wojciecha Smarzowskiego


       Ostatnio wszyscy się śmiejemy z Moniki Olejnik, która jak ostatni tuman zaprosiła do swojego programu biskupa Tadeusza Pieronka, żeby go namówić na gadkę na temat filmu „Kler”, a który się tylko skrzywił i powiedział, że on na ten temat nic nie ma do powiedzenia, bo film uważa za oszukany, a Kościół jako całość bez cienia winy. Na ten temat będę jeszcze opowiadał jutro w swoim felietonie napisanym do „Warszawskiej Gazety”, tu tylko wspomnę, że bezrozumność Olejnik objawiła się w tym, że ona uznała, że skoro Biskup Pieronek nie znosi PiS-u to z pewnością też jest bardzo zaangażowany w walkę z pedofilią wśród księży. Tymczasem jest tak, że z wyjątkiem pewnej oszalałej z nienawiści grupy osób, gdzie owa nienawiść pozostaje w prostej proporcji do ich ogólnej ludzkiej kondycji, polityczne wybory ludzi mają się nijak do tego, kim oni są w życiu, pracy i zabawie.
       Myślę o tym biednym Biskupie i przypominam sobie dyskusję, jaka tu i ówdzie się na chwilę pojawiła, kiedy to po odejściu kardynała Dziwisza, na jego miejsce Papież powołał dotychczasowego metropolitę Łodzi abp. Marka Jędraszewskiego, natomiast do Łodzi skierował nikogo innego jak samego krakowskiego biskupa pomocniczego, Grzegorza Rysia. Mówię o dyskusji, głównie jednak internetowej, podczas której z jednej strony stali ci, którzy uznali, że oto Pan Bóg nagrodził Kraków, natomiast ukarał Łódź, a z drugiej ci, którzy mieli zdanie dokładnie odwrotne. I mało kto zechciał zwrócić uwagę na to, że polityka chodzi własnymi drogami, a Kościół swoimi i nawet jeśli owe drogi są niekiedy bardzo fałszywe, to wciąż są to drogi osobne.
       Jakimś cudem wczoraj, bardzo już późnym wieczorem, trafiłem na bardzo krótkie jak na biskupa kazanie wspomnianego abp. Rysia – który, co jest moim zdaniem bardzo prawdopodobne, w nadchodzących lokalnych wyborach będzie głosował na prezydent Zdanowską – i pomyślałem sobie, że je tu wkleję. Bardzo proszę wsłuchać się w jego słowa, zwłaszcza tych, którzy strasznie tęsknią za biskupem Jędraszewskim i tych, co się tak bardzo cieszą, że wreszcie tego Jędraszewskiego z Łodzi papież Franciszek pogonił, i zastanowić się, w jaki sposób jest tu akurat abp. Jędraszewski od abp. Rysia gorszy, lub lepszy? No a dla tych, którzy są tak starsznie wstrząśnięci filmem „Kler”, mam pytanie za 10 punktów: Który z nich to pedofil?

    

      No i za abp. Rysiem zachęcam wszystkich do nauczenia się na pamięć tej modlitwy:
      Panie, pamiętaj nie tylko o ludziach dobrej woli, ale także o ludziach złej woli. Nie pamiętaj jednak zła, które nam uczynili, zapamiętaj natomiast dobro, jakie w nas się zrodziło pośrodku tego doświadczenia. Zapamiętaj naszą przyjaźń, naszą solidarność, wzajemną pomoc, wytrwałość, wiarę. I kiedy ci źli ludzie staną przed Tobą na sąd, niech to właśnie dobro, które w nas się zrodziło, wyjedna im pełne przebaczenie”.


Tak się składa, że ponieważ przewodniczący Broniarz załatwił nauczycielom jutro dzień wolny, wyjeżdżamy z żoną na weekend do Zakopanego, a zatem w sobotę i niedzielę dam tu od siebie odetchnąć. Wrzucę więc tu jeszcze tylko wspomniany felieton z „Warszawskiej Gazety”, no i do zobaczenia w poniedziałek, jak Bóg da. Oczywiście proszę kupować książki, bo naprawdę warto.


środa, 10 października 2018

O różnorodnym krajobrazie polskiego Podlasia


      Z dużym opóźnieniem dotarła do mnie wiadomość, że kandydat na burmistrza Suchowoli na Podlasiu, człowiek nazwiskiem Wiesław Bruzgo, nie jest już moim partyjnym kolegą. Bruzgo został przez lokalny zarząd Prawa i Sprawiedliwości usunięty z partii, a rzecznik Mazurek poinformowała, że Bruzgo nie jest już kandydatem PiS-u. Jakby tego było mało, Platforma Obywatelska, zapowiedziała, że doniesie na Bruzgo do prokuratury, a więc wygląda na to, że przed kandydatem Bruzgo przyszłość niełatwa.
     Oczywiście, choć Suchowola to Podlasie, co by wskazywać mogło na to, że dzisiejsze kłopoty po Bruzgo spłyną jak po kaczce, kłopot jest taki, że to nie jest to Podlasie, które mam w sercu, ale teren znajdujący się pod polityczną oraz kulturową kuratelą Włodzimierza Cimoszewicza, gdzie najprawdopodobniej Bruzgo nie miałby szans na zwycięstwo nawet gdyby nie spotkały go te wszystkie przykrości. To zresztą jest zapewne powód, dlaczego Prawo i Sprawiedliwość machnęło na niego tak lekką ręką.
     No ale powiedzmy może wreszcie, co to takiego przydarzyło się kandydatowi Bruzgo. Otóż, jak donoszą media, ów ciekawy człek, podobnie jak ja, internauta, publikował w Sieci swoje spostrzeżenia na temat politycznej sytuacji w Polsce i na świecie w sposób, który pewnie na „moim” Podlasiu przeszedłby niezuważony, natomiast w Suchowoli i okolicach, owszem, zrobił pewne wrażenie. Proszę sobie mianowicie wyobrazić, że – jak wciąż donoszą media – kandydat Bruzdo wyraził opinię, że pani premier Ewa Kopacz to „parchate antypolskie kurwisko”, pan przewodniczący Lech Wałęsa to „pierdolony czerwony śmieć”, pani poseł Kamila Gasiuk-Pihowicz to „pizda” i „zdzira”, a dzisiejsza opozycja to „banda kurew i alfonsów”. Nie oszczędził Bruzdo nawet naszych amerykańskich przyjaciół, nazywając byłą pierwszą damę Hillary Clinton „wredną, fałszywą, sprzedajną kurwą”. Kiedy z kandydatem Bruzdo skontaktowała się dziennikarka lokalnej „Gazety Współczesnej”, by się dowiedzieć czegoś na temat stosunku Bruzgo do głoszonych przez Prawo i Sprawiedliwość wartości chrześcijańskich, na miejscu usłyszała tylko, że jest „niemieckim ścierwem”, a po pewnym czasie otrzymała wyjaśnienie, że poglądy Bruzgo „nie są radykalne, a jedynie propatriotyczne, mające na celu zachowanie żywotnych interesów szeroko rozumianych obywateli polskich i utrzymanie ich praw do samostanowienia w mocy”.
      Ktoś zapyta, po ciężką cholerę ten tekst, jeśli nie po to, by sobie poszydzić z mojego byłego już partyjnego kolegi, a przy okazji bezkarnie porzucać mięsem w kierunku nielubianych polityków. Otóż proszę sobie wystawić, że pierwszym moim celem było pokazanie, jak dramatyczne skutki niesie emocjonalna wstrzemięźliwość i jej brak, zwłaszcza w warunkach ekstremalnych. Oto w takiej Suchowoli, gdzie, jak już wspomniałem, wydawałoby się, że obecność Włodziemierza Cimoszewicza, powinna łagodzić obyczaje, dochodzi do tak oburzających wybryków. Tymczasem na południowym Podlasiu, jak choćby w ukochanej przeze mnie gminie Hanna, każdy bluzg wykrzyczany przez Wiesława Bruzgo, wyborcy, młodzi i starzy, trzymają głęboko w sercu, panuje niczym niezmącony umiar, wdzięk i elegancja.
      Bardzo to wszystko ciekawe. Nie zdziwiłbym się, gdyby faktycznie nadchodzące wybory przyniosły jednak jakąś rewolucję.



Zachęcam wszystkich do kupowania moich książek, czy to przez sklep pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, czy też tu u mnie przez kontakt mailowy k.osiejuk@gmail.com.

wtorek, 9 października 2018

Fotościanka, czyli jak zdobyto Dziki Zachód


        Jak już tu wielokrotnie deklarowałem, wręcz z zasady nie lubię ani polskiego filmu, ani polskiego aktorstwa, ani w ogóle współczesnej polskiej twórczości artystycznej. Moja niechęć do owej produkcji jest tak silna, że ja już właściwie nawet nie muszę podejmować kolejnych prób walki ze swoimi uprzedzeniami, by wiedzieć, że tu akurat nie mam na co liczyć. A przyznać muszę, że przy mojej wręcz wyssanej z mlekiem matki wierze w człowieka, ta nadzieja, że może jeśli ten jeden jeszcze raz spróbuję, to okaże się, że jednak coś się tam dzieje, jest naprawdę duża. Oczywiście, nie mam tu na myśli takich gwiazd jak Patryk Vega, Małgorzata Szumowska, czy Wojciech Smarzowski, bo tu akurat sprawa jest zamknięta od dawna, natomiast jeśli już weźmiemy takiego Pawła Pawlikowskiego z takimi filmami jak „Ida”, czy, ostatnio zwłaszcza, „Zimna wojna”, to łapię się na tym, że odczuwam pewien niepokój, związany z ową nadzieją, że może tym razem faktycznie nastąpił cud i powstało autentyczne dzieło.
      No ale, jak mówię, to są tylko chwile niezdrowego zwątpienia, po których przychodzi owo mocne bardzo przekonanie, że i tym razem nic z tego nie będzie. Ani pod względem reżyserii, ani gdy chodzi o scenariusz, ani wreszcie w wymiarze czysto aktorskim. A zatem nie ma co się trudzić.
      A więc to już wiem. Natomiast przyznaję, że mimo iż bardzo się staram znaleźć choćby częściową odpowiedź na pytanie, czemu tak się dzieje, że oni wszyscy są tak dramatycznie słabi, wciąż pozostaję bezradny. Czemu oni nie potrafią wymyśleć jednej prostej, wzruszającej historii, nakręcić ją w taki sposób, by to się dało ogladać, no i zagrać tak, by człowiek nie musiał się za tych aktorów wstydzić. Przecież to niemożliwe, żeby oni byli aż tak nieutalentowani, czy tym bardziej, żeby im brakowało odpowiedniego zawodowego wykształcenia. Oczywiście coś tam mi chodzi po głowie, jednak zawsze ostatecznie stwierdzam, że ta nędza pozostaje zagadką niewyjaśnioną.
      Ostatnio, jak wiemy, swój wielki triumf przeżywa wspomniany Paweł Pawlikowski ze wspomnianym filmem „Zimna wojna”. Pojawiają się głosy, że on ma wielkie szanse już nie tylko za „film obcojęzyczny”, ale jako reżyser niemal równie wybitny co Spike Lee, czy Damienne Chazelle. Co więcej, wraz z nim swój czas –  kto wie, czy nie jeszcze bardziej eksponowany – przeżywa aktorka Joanna Kulig, o której się pisze, że ona jest już murowaną kandydatką do Oscara, obok takich gwiazd jak Nicole Kidman, Viola Davis czy Amy Adams. No i znów, choć ja nie widziałem tego filmu, ani nie miałem okazji śledzić aktorskich zdolności owej Kulig, wiem, że z tego nic nie będzie i wiem też, że nie umiem wyrazić słowami, czemu uważam, że film Pawlikowskiego jest tak samo przeciętny – i to w najlepszym wypadku –  jak dziesiątki filmów produkowanych każdego roku w Niemczech, Francji, Holandii, Bułgarii, Grecji, Włoszech, czy Serbii, a Joanna Kulig jest aktorką tak samo wiarygodną jak cała reszta tego towarzystwa z Krakowa, Warszawy, czy Wrocławia. A tym bardziej, czemu jest jak jest. 
      I oto, proszę sobie wyobrazić, wczoraj komentator marcin d. podrzucił mi link do informacji, że wspomniani Pawlikowski i Kulig święcą właśnie triumfy w Nowym Jorku na tamtejszym festiwalu filmowym, gdzie oczywiście ich film budzi wręcz falę zachwytów, a dowodem na to, jest fakt, że oni nie tylko robili zdjęcia słynnym aktorom, ale sami osobiście zapoznali tam aktorkę Jodie Foster, a ta zapozowała z nimi do paru wspólnych zdjęć, które Kulig oczywiście natychmiast wrzuciła na swojego Instagrama. Proszę rzucić okiem:





       Mam nadzieję, że nie muszę już mówić nic więcej. Moim bowiem zdaniem, tu właśnie jest odpowiedź na dylemat, o którym wspomniałem wyżej. Czemu oni nie mają żadnych szans? Otóż właśnie dlatego. Oni nie mają żadnych szans właśnie dlatego. Znów wprawdzie nie umiem tego wyrazić słowami, ale, jak mówię, mam nadzieję, że to zdjęcie mówi wszystko. Wszyscy pamiętamy, jak Oscara za film nieanglojęzyczny udało się załatwić dla „Idy” i okazało się, że podczas ogłoszenia tej nagrody, aktorek Kuleszy i Trzebuchowskiej nie było na sali, bo siedziały w barze i piły darmowe wino. Tu mamy tę Foster – właśnie taką, jak na tym zdjęciu – a obok Kulig i tego pajaca, którzy wyglądają, jakby właśnie wsadzili łby w tę dziurę w kawałku tektury, na którą można czasem trafić w wiejskich lunaparkach.
      Przepraszam bardzo, ale to są ludzie, dla których jedyny realny sukces zaczyna się i kończy na telewizyjnym występie w programie Kuby Wojewódzkiego. I wyżej już nie będzie.
     „Za szybą Wars wita nas”.

A propos tego, czego już nie będzie, nie będzie kolejnych moich książek. Kiedy te zejdą, na tym ta przygoda się skończy. Wczoraj sprzedał się ostatni egzemplarz „Tego Który…”. Co do reszty, proszę zamawiać w księgarni pod adresem basnjakniedzwiedz.pl, ewentualnie pytać przez maila k.osiejuk@gmail.com.