piątek, 23 lipca 2021

O bankach, pociągach i dobrej nowinie

 

Pisałem tu niedawno o tym, że dzięki wsparciu jakiego polskim rodzinom udziela rząd premiera Morawieckiego, przejechaliśmy się ja i moja żona pociągiem typu pendolino, do Kuźnicy na Półwyspie Helskim, tam i z powrotem, za jedyne 320 zł. Jutro natomiast wybieram się, tym razem już sam, do siebie na wieś, i za tę przyjemność, również z wykorzystaniem wspomnianego pendolino, na trasie Katowice-Warszawa-Biała Podlaska płacę niecałe złotych 60. A zatem, gdyby ktoś mnie pytał,to odpowiem, że jako ktoś, kto w życiu nie posiadał samochodu, działalność polskiego rzadu odczuwam, jako coś nadzwyczaj pozytywnego.

Działalność rządu jednak, jako coś zdecydowanie pozytywnego odbieram z wielu innych powodów. Nie wiem, czy ktoś tu to jeszcze pamięta, ale swego czasu w jednym z zaprezentowanych tu tekstów zwróciłem uwagę na to, że w najbiższej mi okolicy znajduje się kilkanaście banków, niemal jeden obok drugiego, a owo spostrzeżenie wywarło na mnie takie wrażenie, że poświęciłem mu cały tekst, pełen bardzo głębokich refleksji natury ogólnej. I oto, proszę sobie wyobrazić, w tych dniach zamknięto nagle funkcjonujący tuż obok od lat Bank ING, a ja zdałem sobie nagle sprawę z tego, że od tamtego czasu z kilkunastu placówek pozostały zaledwie cztery, podczas gdy cała reszta została zwyczajnie zlikwidowana, jako, jak rozumiem, nikomu niepotrzebna.

 I to, z mojego punktu widzenia, jest wiadomość jak najbardziej dobra i dobrze rokująca na przyszłość. Dziś więc, ponieważ, jak już wspomniałem, jutro wyjeżdżam a z powrotem będę dopiero w środę, pomyślałem sobie, że dla przypomnienia zostawię Państwa z pewnym starym tekstem, z czasów, kiedy to było jeszcze tak, jak niektórzy bardzo by chcieli, by było znowu. Do usłyszenia, kto wie, czy jeszcze nie przed środą.

 

 

      Mój problem z bankami jest tak stary, jak moje z nimi kontakty. Otóż pamiętam, że kiedyś – przynajmniej pozornie – bank to była taka firma, do której kiedy człowiekowi brakowało na coś pieniędzy, ten się zwracał o pożyczkę, ona dawała mu powiedzmy 5 tys. złotych, w ciągu najbliższych dwóch powiedzmy lat odbierała od niego 6 tys., wszyscy się do siebie uśmiechali, mówili sobie do widzenia, i tyle wszystkiego. Te czasy jednak należą już do zamierzchłej przeszłości. Dziś jest tak, że bank nie czeka aż ktoś komu brakuje pieniędzy zwróci się do niego po pomoc, tylko sam zasadza się na bezbronnych obywateli na ulicach, w zakładach pracy, a nawet tych, niczego się nie spodziewających sprzed telewizorów, i bez względu na to, czy ich potrzebują, czy nie, wciska im każde możliwe pieniądze. I – jeśli człowiekowi się uda – w ciągu najbliższych kilku lat, odbiera od niego dwa lub trzy razy tyle, co mu pożyczył, i interes zamyka. To, jak mówię, jeśli człowiek ma szczęście. Najczęściej jednak jest tak, że bank nie odbiera od niego niczego, tylko wciska mu jeszcze więcej i jeszcze więcej, i kiedy już doprowadzi do tego, że człowiek musi co miesiąc, przez kolejne 5, czy 10 lat, spłacać na przykład trzy tysiące złotych miesięcznie, przestaje go traktować jako swojego klienta, lecz już tylko jako swojego dłużnika… a, tak naprawdę, niewolnika.

      Co bardzo ciekawe, wśród banków nie ma konkurencji. One współpracują ze sobą bardzo zgodnie, a zatem, nie tak jak w przypadku telefonii komórkowej, jeśli dany obywatel korzysta z usług na przykład Banku PKO i BZWBK, nic nie stoi na przeszkodzie, by w dowolnym momencie zaprzyjaźnił się z bankiem, dajmy na to, BPH, lub wspomnianym już Eurobankiem. Owa demokracja wygląda następująco: Niczego nie spodziewający się człowiek zachodzi do Eurobanku, żeby coś tam załatwić, na co, ta, też już wspomniana, biedna, stercząca przed komputerem dziewczyna, mówi mu coś takiego: „Panie Wojtku, widzę tu właśnie u siebie na ekranie, że mamy dla pana bardzo fajną ofertę. Za chwilkę możemy panu udzielić bardzo korzystnego, oprocentowanego na 7,5%, kredytu, w wysokości 12 tysięcy złotych. Przy okazji – bo widzę tu, że ma pan też kredyty w PKO i w BPH – spłacimy za pana tamte zobowiązania, a w ramach naszej oferty, ustalimy panu nas tyle fajny układ spłat, że o ile dziś płaci pan miesięcznie aż 735 zł., to w tym nowym układzie będzie pan miał do płacenia tylko 690 zł. A więc, jak pan widzi, nie dość, że zaoszczędza pan 45 zł., to jeszcze dostaje pan dziś od nas 12 tysięcy. Plus oczywiście fajny firmowy kubeczek. No i co pan powie na kartę z kredytem 3600?”

      I, oczywiście, jeśli spojrzymy, z jednej strony, na kondycję dotychczas działających na rynku banków, a z drugiej tempo w jakim powstają wokół nas coraz nowsze, możemy się domyślić, że najczęściej pan Wojtek przynętę łyka – albo, w wersji optymistycznej, ze względu na te 12 tysięcy, albo w gorszej sytuacji, z powodu tych 45 złotych – pani Jola, czy Żaneta uzupełnia swoją najbliższą nędzną wypłatę o jednorazowe 10, czy 20 złotych, a Eurobank jest już na prostej drodze, by zdobyć kolejnego niewolnika, złapać go za gardło i przydusić do ziemi.

      Znam ludzi, którzy na to wszystko niezmiennie powtarzają jedną i tę samą mądrość: „Jak kto głupi, jego problem”, i oczywiście nie mam innego wyjścia, jak im wszystkim przyznać rację. Jest tak, jak oni mówią. Jak kto głupi, ma za swoje. Zastanawia mnie jednak przy tym jednak kwestia. Wiemy wszyscy bardzo dobrze, że papierosy, alkohol i lekarstwa szkodzą. W związku z tym, jakiś czas temu został wprowadzony powszechny zakaz reklamowania papierosów i mocnych alkoholi. Przy okazji, na poszczególne biznesy nałożono obowiązek, by na każdej paczce papierosów stała jak byk informacja, że palenie zabija, a reklamy piwa zostały uzupełnione ostrzeżeniem, że alkohol szkodzi zdrowiu. Jak idzie o lekarstwa, nawet głupi Rutinoskorbin nie może być reklamowany, jeśli na koniec nie pojawi się standardowy tekst o obowiązku konsultacji z lekarzem, bo inaczej taka tabletka może człowieka zatruć. Ciekawy teraz jestem, czy ci sami liberalni miłośnicy banków, którzy dziś opiewają ludzką wolność i odpowiedzialność za swój los, uważają, że te lekarstwa i te papierosy należy sprzedawać bez tych głupich dodatków dla idiotów. A jeśli uznamy, że w tym akurat nie ma nic złego, to dlaczego na każdym banku nie umieścić następującej na przykład informacji: „Drogi Kliencie! Ostrzegamy: Przekraczając próg naszego banku i zostając naszym klientem, robisz to na własną odpowiedzialność, i jeśli w następstwie tego kroku za kilka lat popełnisz samobójstwo, Twoja rodzina przejmuje wszystkie Twoje zobowiązania, a pretensję kieruje wyłącznie do Ciebie”?

      Ostatnio w telewizji możemy oglądać najróżniejsze tak zwane reklamy społeczne. Czy to dotyczące tego, by nie jeżdzić po pijaku samochodem, czy też, żeby nie sprzedawać dzieciom alkoholu, czy ich zwyczajnie nie bić, czy wreszcie, by się nie obżerać i w ogóle dbać o siebie. Jaki zatem jest dobry argument przeciwko temu, by wśród owych społecznych kampanii nie pojawiły się filmy pokazujące drżących ze strachu przed dzwoniącymi do drzwi windykatorami ludzi, z zablokowanymi przez banki kontami? Że człowiek jest kowalem własnego losu? Przepraszam bardzo, ale to już jest skrajna bezczelność, bo tu widać jak na dłoni, że ten los jest wykuwany przez znacznie szybszych rewolwerowców niż ja, czy ten pan siedzący przed telewizorem i bojący się zasnąć.

      Ja wiem, że myśl, by wziąć banki za mordę jest zwyczajnie śmieszna. No bo jak? Wedle jakiego prawa mielibyśmy pisać ustawy, które ten dotychczasowy przekręt zwyczajnie zresetują? No więc dobrze. Już milczę. Opowiem jednak jeszcze o pewnej mojej przygodzie i zwrócę uwagę na pewien bardzo interesujący aspekt relacji, jakie się utworzyły ostatnio między bankiem, a obywatelem. Otóż pamiętam, jak ponad jeszcze dziesięć lat temu do szkoły, w której pracowałem, przyszło troje pracowników Citi Banku, i podczas długiej przerwy zaproponowali nam – nauczycielom specjalną kartę ze zdjęciem i czterema tysiącami do dowolnego wykorzystania. Wzięliśmy ją wszyscy. Nie wiem, jak inni moi koledzy-nauczyciele, ale ja dziś już tej karty szczęśliwie nie mam. Trwało to niemal dziesięć lat, a walka o to, by ją skutecznie im zwrócić, zasługuje wręcz na osobną relację. Natomiast jakiś czas temu spotkałem pewnego mojego byłego ucznia, ubranego elegancko w garnitur i próbującego sprzedawać te same karty Citi Banku. Ponieważ we mnie akurat klienta miał marnego, zaproponowałem mu, by zaczął chodzić po szkołach i przedszkolach, bo tam ma ludzi z jednej strony odpowiednio biednych, a z drugiej – na bezpiecznych etatach z regularnie płaconym ZUS-em. I na to on mi odpowiedział, że nic z tego, bo wszystkie państwowe placówki tego typu oni już mają dawno obstawione. Dziś muszą szukać gdzie indziej.

      Otóż jest tak, że ja już chyba wiem, co to jest to „gdzie indziej”. Dziś, owo „gdzie indziej” oznacza „wszędzie”. Wystarczy popatrzeć na aktualne reklamy banków, by widzieć, że oni się już wzięli za ludzi bez jakichkolwiek zabezpieczeń, a być może już, nawet bez stałych dochodów. Możesz być biedny, bez pracy i bez przyszłości. Bylebyś jeszcze nie był na liście niewolników. A to już można sprawdzić bez jakichkolwiek papierów, w Internecie w ciągu 5 minut. Inna sprawa, że ostatnio, jak widzę to tu to tam, nawet i ten BIK niedługo przestanie być potrzebny. Bo cóż mogą oznaczać te zachęcające potencjalnych klientów zapewnienia, że kredyt się otrzymuje w ciągu 15 minut i bez żadnych zaświadczeń? Proszę zwrócić uwagę. Kto bierze kredyt, na który nie są wymagane jakiekolwiek zaświadczenia? Kto zgadza się na warunki kredytowe które nie są obwarowane jakimiś dłuższymi, niż piętnastominutowymi terminami? Przecież jest rzeczą oczywistą, że dzisiejsza oferta większości banków kierowana jest przede wszystkim do ludzi, którzy, z jednej strony, są bez pieniędzy, ale za to z odpowiednim poziomem desperacji, a z drugiej, tych, którzy nie mają bladego pojęcia, czy kiedykolwiek będą mieli w ogóle szanse, by ten kredyt spłacać. To do nich właśnie przychodzą dziś właściciele banków i mówią: „No dobra. Chodź. Dostaniesz zaraz, dajmy na to, sześć tysięcy, tylko zostaw nam numer konta, na które przychodzi twoja pensja, numer telefonu i adres. Ach! I jeszcze jeden telefon na wypadek, gdyby ci się coś przytrafiło”.

      Ja wiem, ze ton tego tekstu jest bardzo dramatyczny. Ale, przepraszam bardzo, jaki on ma być, skoro w sposób najbardziej oczywisty mamy do czynienia z najzwyklejszym rabunkiem, i to rabunkiem dokonywanym nie na tych, którzy mają, ale na tych, którzy nie mają i prawdopodobnie już nigdy mieć nie będą. Mamy do czynienia z najbardziej bezczelnym atakiem skierowanym pod adresem tych, którzy praktycznie stoją nad grobem, i sens jest taki, by przede wszystkim ten grób im maksymalnie przybliżyć, a kiedy już zdechną, zabrać im wszystko, co po nich zostanie.

       Czemu banki i ci, którzy ten ich proceder od strony prawnej wspierają, tak postępują? Nie wiem. Nie znam się. Natomiast mam nadzieję, że wolno mi sobie poteoretyzować. Otóż ja mam bardzo mocne przekonanie, że zarówno właściciele banków, jak i legislatorzy, wiedzą świetnie, że przed nami jest kryzys, którego wielu nie przeżyje. W tej sytuacji, i jedni i drudzy, w obliczu tego tsunami, chcą zająć pozycje jak najbezpieczniejsze. Właściciele banków wiedzą, że kiedy ten kryzys się skończy, na tym cmentarzu, wszędzie dookoła będzie wystarczająco dużo pozostawionych kosztowności. I wszystko to oni będą mogli sobie pozbierać. Ci natomiast, którzy pozwalają im się bezpiecznie do tych łowów przygotowywać, zbierają odpowiednie środki na przyszłe przeżycie. I tak to działa.

      Więc co na to możemy powiedzieć my, którzy ani w tym wszystkim bardzo aktywnego udziału nie bierzemy, ani też się na tych wszystkich sztuczkach nie znamy? Jak już powiedziałem, kandyduję do Sejmu, by spróbować wejść w to towarzystwo, rozejrzeć się i ewentualnie coś spróbować w tym kierunku zrobić. Jeśli natomiast okaże się, że zrobić nic się nie da, to pozostanie mi zacząć wrzeszczeć to jedno hasło: „Spalić banki, a ludziom oddać ich pieniądze”. Mam nadzieję, że jeszcze nie jest za późno.



 

czwartek, 22 lipca 2021

Wolny rynek, czyli wędką po łbie

 

       Nie bardzo wierzę w to, że próba wyeliminowania z polskiej sceny medialnej tworów takich jak TVN kiedykolwiek się powiedzie, niemniej jednak z zaciekawieniem wyczekuję każdej nowej informacji na temat tego, jak ów plan się miewa. Ponieważ, jak już wspomniałem, nie mam tu szczególnych złudzeń, bardziej od podstawowego tematu zainteresowała mnie wypowiedź jednego z posłów Konfederacji, który ni mniej ni więcej oświadczył że on będzie się zdecydowanie sprzeciwiał pozbawieniu TVN-u prawa do udziału w rynku mediów Polsce, a to mianowicie wyłącznie ze względu na jego wiarę w uniwersalną wartość wolnego rynku. Gdyby ktoś, kto zna sposób działania informacyjnej odnogi Grupy, a więc stacji TVN24, doskonale wie, dlaczego w momencie kiedy usłyszałem o owym „wolnym rynku” zaniemówiłem. Dotychczas bowiem nie wierzyłem w to, że – pomijając oczywiście ambitną młodzież licealną – ktokolwiek jeszcze jest w stanie traktować owo pojęcie poważnie, czy w ogóle jako coś realnie istniejącego. Tymczasem jeden z wyróżniających się posłów Konfederacji, człowiek dorosły i, jak sądzę, wykształcony, twierdzi że nie wolno TVN-owi przeszkadzać w zatruwaniu naszej polskiej przestrzeni nieludzką propagandą, bo w końcu rynek to rynek, czyli, jak rozumiem, ostatni bastion normalności w tym skorumpowanym świecie. Tymczasem prawda jest taka, że, jak wszyscy wiemy, a jeśli nawet nie wiemy, to się dowiadując o tym absolutnie nie dziwimy, już wiele tysięcy lat temu ów pierwszy człowiek, który postanowił coś wyprodukować, a następnie to coś sprzedać z zyskiem, został zwyczajnie zamordowany, jego interes został przejęty, a dalej juz poszło wszystko z górki i tak przetrwało do dzisiaj. No, tyle może że nie koniecznie przy użyciu tępego narzędzia.

        Niedawno usłyszałem, że tu i ówdzie krąży pogłoska, że gwiazda wspomnianego TVN-u, Kuba Wojewódzki, za udział w telewizyjnej reklamie otrzymał 2.5 mln złotych. Jak słyszę, dobrzy ludzie dyskutują nad tym, czy 2,5 mln dla Wojewódzkiego to nagroda sprawiedliwa czy nie. Jedni twierdzą, że on absolutnie nie powinien tyle zgarniać za było nie było parę minut wygłupu, inni natomiast że rynek to rynek i nam nic do tego. Rzecz natomiast – dla mnie absolutnie oczywista – jest taka, że te całe dwa i pół miliona to bujda na czternaście fajerek. Kto bowiem jest taki głupi, by Wojewódzkiemu dawać 2,5 mln, skoro jemu wystarczy tysiąc na dziwkę z Ukrainy? No i kto jest w stanie uwierzyć w taką scenę, że do Wojewódzkiego przychodzi jakiś umówiony, prosi go o występ w reklamie, daje 10 tys. zł, a Wojewódzki mu mówi: „Żartujesz, stary. Poniżej dwóch i pół bańki nie mamy o czym rozmawiać”.

       Moim zdaniem jednak wcale nie chodzi o to, że jemu tych dwóch i pół miliona nie pokazano. Owszem, on je zobaczył, ale wyłącznie na podpisanym przez siebie rachunku, z osobnym oświadczeniem, że jest zadowolony i nie zamierza się o nic nigdy upominać.  No ale, jak się domyślamy, nie chodzi wcale o tego nieszcześnika, ale o tak zwany kapitalizm. Otóż ów kapitalizm to fejk, który nigdy nie był niczym innym jak tylko fejkiem. To natomiast co stanowiło zjawisko jak najbardziej realne, to coś co w języku angielskim funkcjonuje pod nazwą „block busting”. Opowiem krótko, bo to jest rzecz nadzwyczaj ciekawa. Otóż jest sobie dzielnica, na którą chrapkę ma jakiś inwestor. Zanim jednak przedstawi ofertę – korzystając naturalnie z sobie tylko znanych sposobów – rozpuszcza informację, że już wkrótce do dzielnicy mają się wprowadzić Murzyni, Cyganie, czy, normalnie, uchodźcy z Erytreii, w tym momencie ludzie zaczynają na gwałt sprzedawać mieszkania – bo informacje są jak najbardziej wiarygodne – ceny spadają, no a ów kapitalista i, jak rozumiem, pełną gębą wolnorynkowiec, kupuje całość za bezcen.

       To jest oczywiście, podobnie jak wcześniejsza historia o Kubie Wojewódzkim i jego milionach, tylko anegdota, niemniej jednak chciałbym bardzo, żeby ona pokazała, jak bardzo to co nam się wydaje, wcale nie jest tym, ale czymś kompletnie innym. Ale też, konsekwentnie, byśmy zechcieli zrozumieć – bo o tym przecież jest ten mój dzisiejszy tekst – że tak naprawdę od zawsze do dziś był tylko i wyłącznie ów „block busting” i nic więcej.

        W mojej książce, dziś już wyłącznie tonącej w odmętach zapomnienia, zawierajacą moją korespondencję ze śp. Zytą Gilowską, wspomniana Pani Premier pisze tak:

Nie wiem, co to jest ‘kapitalizm’. To jakaś propagandowa zbitka. Na pewno wrogiem Kościoła Powszechnego jest korporacjonizm, ale tenże przyjmuje postać państw! Proszę popatrzeć na Chiny – to olbrzymia korporacja, bardzo złożony holding nie odwołujący się do żadnej religii – ‘ubóstwione”’ są tylko ogólnikowe ‘niebiosa’, no i przodkowie. Bardzo pierwotne podejście – kult przodków jest przecież archetypiczny.

Nasz Pan Jezus Chrystus nauczał w epoce niewolnictwa, Kościół najlepiej sobie radził (na razie!) w feudalizmie, natomiast my zmierzamy do jakiegoś ‘niewolnictwa bis’.

Może tym poszukiwaczom prostych wskazówek  chodzi tylko o lichwę? Z lichwy wywiodło się sporo zła. Ale islam – usuwając lichwę – pozwolił temu złu eksplodować w inny sposób. Przyznam, że nie umiem zinterpretować takich bon motów. Proszę zrozumieć, naprawdę nie czuję się kompetentna. Ja się znam tylko na kilku wzorach (ekonometria) i finansach publicznych (też głownie współczesnych)

Proszę mnie nie cytować – gawędzimy prywatnie. Wymądrzających się jest aż nadto.

      Jak być może wiadomo, ja z owym cytowaniem zaczekałem do czasu aż Pani Profesor od nas odeszła, i – o czym już może nie każdy wie – moment kiedy te jej słowa zostały upublicznione, to był też moment kiedy zarówno ona, jak i pamięć o niej, zostały wrzucone na półkę z napisem „vaporized” (kto wie, ten wie). Wygląda na to, że nikt tak dobrze jak ona nie wiedział jak bardzo to co nam się wciska jest jednocześnie zwykłym fejkiem i jak bardzo też odkrycie tej prawdy może być dla niektórych groźne.

      Ja wiem, że inaczej być nie mogło, niemniej jednak trochę szkoda. Gdybyśmy choć trochę mogli o tym porozmawiać, przynajmniej posłowie Konfederacji i jej wyborcy nie musieliby robić z siebie błaznów.  



 

wtorek, 20 lipca 2021

"Für Deutschland", czyli o metodzie skutecznego uprawiania polityki

      Oglądaliśmy wczoraj trochę Wiadomości TVP i, tak jak można się było spodziewać, w pewnym momencie pokazał nam się były minister Jacek Rostowski i powtórzył już po raz chyba tysięczny znaną nam kwestię: „Pieniędzy nie ma i nie będzie”, a córka moja nagle zapragnęła wiedzieć, co ów człowiek aktualnie porabia. Zastanowiłem się przez chwilę i pomyślałem sobie od razu, że prawdopodobnie odpowiedź na to pytanie – podobnie jak i na to, co się dziś dzieje z Ryszardem Kaliszem, Markiem Migalskim, Włodzimierzem Cimoszewiczem, Grzegorzem Kołodką, Joanną Kluzik-Rostowską, Kazimierzem Marcinkiewiczem, Pawłem Kowalem, Stanisławem Cioskiem i wieloma innymi zapomnianymi bohaterami – znają dziś już tylko ci z nas, co w miarę regularnie oglądają stację TVN24. No i wtedy też nagle uświadomiłem sobie, że ja sam nie włączam tej stacji praktycznie od jakichś pięciu już lat.

      Skąd taka decyzja? Otóż muszę powiedzieć, że konkretnej decyzji nigdy tu nie było, natomiast z całą pewnością od pewnego momentu świadomość, że oglądanie TVN-u w sposób nieunikniony wiąże się z koniecznością oglądania wspomnianych twarzy i wysłuchiwania sączących się z nich ekspertyz, a ja tego rodzaju doświadczenia zwyczajnie sobie nie życzę. No bo zastanówmy się, po co mi tu gdzie dziś jestem głos takiego Grzegorza Kołodki?

      Czy jednak w związku z tym, ktoś spyta, nie jest tak, że przez owo zaniedbanie ja nie mam pełnego obrazu tego co się dzieje w Polsce i na świecie? A ja chętnie przyznam, że to jest bardzo prawdopodobne, tyle że dla mnie tak zwana „pełna” wiedza na temat stanu rzeczy jest dokładnie tak samo potrzebna jak – o czym również dziś dowiedziałem się z publicznej telewizji – dla polityków oraz sympatyków opozycji, tak zwany „program”. Zarówno owi politycy, jak i ich wyborcy, rzeczony program – że już nie wspomnę o pełnej informacji – mają głęboko w nosie, bo jedyne co ich tak naprawdę interesuje, to odsuniecie Jarosława Kaczyńskiego od władzy. Za wszelką cenę. A zatem, mnie również do niczego nie są potrzebne mądrości ekspertów stacji TVN-24. Ja mam tylko jedno marzenie, to mianowicie żeby oni wszyscy się udusili tą swoją tak dziś dramatycznie eksponowaną histerią.

      Ale jest jeszcze coś. Otóż, jak pewnie wielu z nas zauważyło, od czasu gdy do Polski wrócił Donald Tusk, praktycznie nie było dnia, by telewizja publiczna nie poświęciła mu odpowiednio dużo miejsca w swoim przekazie. Zauważyliśmy to, a jednocześnie też zwróciliśmy uwagę na to, że znaczna część owego przekazu to powtarzane w kółko bardzo krótkie fragmenty z jego słynnego już, wygłoszonego w języku niemieckim, wystąpienia do Niemców właśnie. Wielu z nas też zapewne mocno się irytuje, kiedy widzi, jak redaktorzy Wiadomości potrafią podczas jednego tylko wydania nawet kilkukrotnie ograniczyć informacje o aktywności Donalda Tuska do sekwencji „Für Deutschland”, dodatkowo czasem ubarwiając ową sekwencję zdaniem „Danke für alles”. A ja, co może niektórych zdziwi, ile razy jestem świadkiem owego zagrania w wykonaniu naszych kochanych propagandzistów, nie mogę się nim nacieszyć. Otóż moim zdaniem, to jest wszystko, czego wymaga dzisiejszy poziom politycznej debaty. Sposób w jaki ona została w ostatnich latach zniszczona zarówno przez polityków, jak i różnego rodzaju aktywistów, dziennikarzy, ale również – i to wcale w nie najmniejszym stopniu – wszelkiego typu internetowe grupy, ostatecznie i nieodwołalnie unieważnia wspomnianą debatę. To co wcześniej nazwaliśmy sobie „pełnym obrazem”, czy nie daj Boże „obiektywnym spojrzeniem”, to już tylko czysty mit i bzdura. To co się obecnie liczy, to wyłącznie kilka stworzonych na potrzeby bieżącej propagandy memów, najczęściej zbudowanych na najbardziej bezwstydnych kłamstwach. Ponieważ strona reprezentowana dziś przez ów przedziwny powrót Donalda Tuska w owych kłamstwach i sztuce przerabiania ich na owe memy, nie ma sobie równych, ja dziś czepiam się niemal jak pijany płotu tego „Für Deutschland” i życzę sobie by ono było powtarzane choćby tak długo i często jak pamiętny „Borubar”, czy „Kaczy Führer”.

     I niech nikt nie myśli, że mi tak bardzo na tym zależy, bo liczę na to, że dzięki temu zachowam swoje dotychczasowe morale. Nic podobnego. Moje morale pozostanie już na zawsze niewzruszone, niezależnie od tego, jak mnie będą nakręcać czy to Maciej Knapik, czy Michał Rachoń, Ryszard Legutko, czy Roman Giertych. Szczerze powiedziawszy, gdy chodzi o nie akurat, dziś już nawet Jarosław Kaczyński nie musi się mną zajmować. Ja już mam tylko jeden cel: władza dla Prawa i Sprawiedliwości, i to włądza możliwie pełna, tak długo jak to tylko będzie konieczne. A przy, jak już wspomniałem, dzisiejszym stanie debaty, nie widzę nic bardziej skutecznego niż powtarzanie w koło Macieju tej frazy „Für Deutschland”. Reszta to już jest zaledwie dodatek. A skoro tak, to mam też głębokie przekonanie, że te słowa i ich obsesyjne nagłaśnianie przez publiczną telewizję, doprowadzi w końcu samego ich autora do stanu takiej wściekłości, takiego wybuchu, że telewizyjne kamery ów wybuch odpowiednio zarejestrują i wtedy dopiero Wiadomości TVP będą mogły zamienić przekaz na nowy. A my wtedy dopiero będziemy mieli prawdziwą frajdę.



sobota, 17 lipca 2021

Posłuchaj to do Ciebie

 

        Blog ten zacząłem prowadzić prawie 12 już lat temu z powodu zwykłego kaprysu. Otóż dowiedziałem się, że istnieje coś takiego jak blogosfera, no i się zgłosiłem. Ponieważ z jednej strony publikowane przeze mnie teksty zdobyły pewną popularność, a z drugiej my tu znależliśmy się w bardzo poważnych finansowych tarapatach, uznałem że nie zaszkodziłoby gdybym zwrócił się do najbardziej wiernych czytelników o finasowe wsparcie, no i jeśli kolejne lata jakoś udało nam się przetrwać, to dzięki czytelnikom właśnie. Przy okazji, dzięki inicjatywie mojego kumpla Gabriela Maciejewskiego, zostałem autorem książek, to miejsce również zaczęło być wykorzystywane jako sposób na zwiększenie sprzedaży książek, czyli krótko mówiąśc, życie. Cokolwiek jednak się tu działo, podstawowy cel był zawsze jeden, i symbolizowany niezmiennie hasłem: Posłuchaj to do Ciebie.

        Dziś, Bogu dzięki, udało nam się wypłynąć na powierzchnię i nie mam najmniejszego powodu, by – co cielkawe, w odróżnieniu od większości dostarczycieli róż orakich treści – dodatkowo, praktycznie wszystkie moje książki zostały już wykupione i nie mam też żadnego powodu by prowadzić tu jakąkolwiek reklamę, ktoś więc mógłby się spytać jaki ja mam powód, by tu w ogóle jeszcze niemal każdego dnia przychodzić i zostawiać swoje kolejne refleksje. Otóż odpowiedź na to pytanie jest jedna. Ja to robię dziś już tylko z wdzięczności dla tych wszystkich, którzy przed laty uratowali nas przed kompletnym upadkiem. Wiem bowiem, że to wszystko co tu pisałem i do dziś piszę, jest tym na co oni kazdego ranka czekają i nie mam serca, by ich tak zostawić. No i piszę przede wszystkim dla nich.

       I to jest odpowiedź na pytanie, które być może nurtuje nie tylko mnie, ale kilku uczestników tego bloga: czemu ja to robię? Czy chodzi o to, że ja mam głęboką potrzebę podzielenia się ze światem swoimi refleksjami na tematy bieżace? Nie. Czy może chodzi o to, że ja się już od tego bloga uzależniłem i nie bardzo wiem, co innego miałbym robić wieczorami, czy nad ranem? Oczywiście że nie. Moje życie jest dziś zdecydowanie uporządkowane i ja akurat autentycznie traktuję to pisanie jako zobowiazanie, wdzieczość i nic więcej.

        Ale oto pojawia się dodatkowy kłopot. Jak wiemy, dzisiejszy świat polityki dostarcza nam tak dużo emocji, że w ten czy inny sposób musimy je jakoś z siebie wyrzucić, więc prowadzenie bloga mogłoby służyć jako sposób na uwolnienie się od pewnych niepokojów. Otóż tu, gdy chodzi o mnie, również nie w tym rzecz. Oto po tych wszystkich latach dotarłem do momentu – a moi stali czytelnicy pewnie już zdążyli to zauważyć – gdzie wszystko staje się kompletnie nieciekawe. Wiem że to może zabrzmieć trochę nieładnie, ale ja już od pewnego czasu mam wrażenie, że wszystko to o czym tu próbuję pisać jest w pewnym sensie wymuszone i nieszczere, w tym sensie, że to co opisuję jako problem, dla mnie problemem w ogóle nie jest.

      Szykowałem się do tego tekstu już od pewnego czasu, ale dziś jednak usłyszałem, że Donald Tusk w wywiadzie dla telewizji TVN24 powiedział, że jeszcze zanim on go zamordował, Lech Kaczyński powiedział mu w przyjaznym zaufaniu, że on Tuska przestrzega przed swoim bratem Jarosławem Kaczyńskim, który jest klasycznym antyeuropejczykiem i prowadzi Polskę do zguby. Jak słyszę, redaktor TVN-u zapytał Tuska, czy on mówi poważnie, ten potwierdził, a ja sobie myślę, że wobec czegoś takiego ja stoję bezradny. Oczywiście, mogę tu napisać na ten temat felieton, ale przecież mi nigdy nie chodziło o to, by prowadzić walkę z takimi mistrzami politycznej publicystyki jak Stanisław Janecki czy Jacek Karnowski. A zatem, przepraszam, bardzo, ale co ja tu mam do szukania?

      Ktoś powie, że ja się niepotrzebnie uczepiłem tego Tuska, podczas gdy on wcale nie jest tu najważniejszy. No i dobrze. Tematów bowiem jest, zwłąszcza ostatnio cała masa. Oto, proszę sobie wyobrazić, że w tak zwanej Sieci pojawił się fejkowy news, przypisany Polskiej Agencji Prasowej i informujący, że premier Morawiecki zapowiedział podwyżkę cen benzyny do 8 zł za litr, zapewniając jednocześnie, że dzięki działaniom rządu, Polaków będzie na to stać. W tym momencie pojawił się jeden z czołowych dziennikarzy Onetu, niejaki Szwertner i podał dalej to kłamstwo, powodując oczywiście lawinę. Przepraszam bardzo, ale czy może to jest powód dla którego ja powinienem zabierać tu głos. Nie sądzę.

        Minister Czarnek wspomniał gdzieś, że Kościół Adama Bonieckiego, to nie jest Kosciół Powszechny, tylko jakaś para-protestancka sekta i za te, jakże prawdziwe słowa, został zaatakowany przez red. Terlikowskiego. Gdy Terlikowskiemu zwrócono uwagę na to, żeby się nie wymadrzał, bo nie jest nawet teologiem, odpowiedział, że teologiem wprawdzie nie jest, ale jest za to filozofem. Nie dodał wprawdzie, że tak samo jak filozofami byli Kant i Arystoteles, czy choćby Św. Tomasz z Akwinu, ale sama ta deklaracja i tak jeszcze jakieś pięć czy sześć lat temu wywołąła by u mnie potrzebę wyszydzenia tego cymbała brzmiącego. Dziś już mi się zwyczajnie nie chce, a skoro nie chce, to nawet gdybym coś napisał, to by nie było tego warte.

        Polska polityka weszła w fazę, która z mojego punktu widzenia nie podlega jakiemukolwiek opisowi. To z czym mamy do czynienia to zwykłe szaleństwo, którego ja osobiście ani nie mam sposobu ani chęci opisywać. A dla mnie to jest oczywiście problem. Ja wciąż mam poczucie, że jest wiele osób, którym się nie jestem w stanie odwdzieczyć inaczej jak przez te teksty, a jednocześnie nie jestem już w stanie komentować tego obłędu uczciwie i  odpowiednio szczerze. No bo popatrzmy na tego Tuska. On wraca z Brukseli, rzekomo ratować Polskę od PiS-owskiej przemocy, i bez cienia wstydu szczuje Jarosława Kaczyńskiego przeciwko bratu, którego sam swego czasu doprowadził do owego strasznego końca. I przede mną stoi Donald Tusk i ja mam tę twarz skomentować, w inny sposób od tego jak to zrobiła moja świętej pamięci ciocia, mówiac, że „on stawia te oczy jak złodziej”? Przepraszam bardzo, ale to już jest ponad moje siły. I, co gorsze, chęci.

        Co zatem przed nami? Oczywiście ja dalej tu będę pisał, wyłącznie z nieskończonej wdzięczności dla tych wszystkich którzy tu swego czasu wykazali tak wielkie serce. Proszę mi jednak wybaczyć jeśli to będzie tylko od czasu do czasu, a więc wtedy gdy będę miał pewność, że dam Wam to na co zasługujecie.

 

piątek, 16 lipca 2021

Czy przyszłość Donalda Tuska to przekręt na milicjanta?

Dziś proponuję Państwu swój najnowszy felieton z "Warszawskiej Gazety". Niestety znów o Donaldzie Tusku, ale co zrobić, gdy on się wepchał i nie chce wyjść? 


      Nie wiem który to już raz muszę powtórzyć, ale jaką mam możliwość, by udawać, że nic nie zauważyłem, gdy chyba każdy z nas już w tej chwili widzi, że Donald Tusk rzeczywiście wrócił, rozsiadł się nam jak jakieś panisko i ani na moment nie wyglada jakby miał sobie pójść w cholerę? Wrócił więc nam ów Donald Tusk – wbrew wszelkim rozsądnym prognozom, opartym na jak najbardziej sensownych, czysto finansowych, wyliczeniach – i to co, mnie przynajmniej, uderzyło, to przyjęcie jakie mu zgotowały nie tyle dawnoreżimowe media jako takie, ale zajmujące tam wyróżniające się pozycje kobiety. To co po tych kilkunastu już dniach, gdy ów dziwny człowiek stara się tu odnaleźć swoje miejsce, zauważam przede wszystkim to, że jego powrotu oczekują tu przede wszystkim pewne mocno już starsze panie w typie Moniki Olejnik, Katarzyny Kolendy-Zalewskiej, czy dziennikarki „Newsweeka” Renaty Grochal, i to one głównie – a trzeba wspomnieć, że poza tymi trzema jest ich cały tabun – robią temu durniowi odpowiednią klakę.

      Spędzam trochę czasu na portalach w rodzaju Twittera czy Facebooka, i nie mam watpliwości co do tego, że powyższa refleksja nie stanowi wyłącznie mojego wymysłu. Otóż jest bardzo wielu komentatorów, którzy uważają, że gdyby nie histeria stworzona głównie oczywiście przez kobiety, ale nie tylko, bo tu szczególny typ meżczyzny ma również swoje do powiedzenia, powrót do kraju Donalda Tuska przeszedłby niemal niezauważony. Tymczasem, jak sami widzimy, dla niektórych z nas jego pojawienie się robi wrażenie swego rodzaju „Powtórnego Przyjścia”. Oto ledwie co wczoraj, wspomniana Renata Grochal zapowiedziała na Twitterze najnowszy numer tygodnika „Newsweek” gdzie już na samej tytułowej stronie Donald Tusk jest zapowiadany jako „RATOWNIK”, a sama ów zapowiedź świadczy o tym, że owa kobieta, gdy chodzi o Donalda Tuska, jest gotowa pójść na wszystko.

       Jak mówię, kwestia, czemu aż tak wiele osób, gdy chodzi o Donalda Tuska, traci wszelkie możliwe hamulce, frapuje nie tylko mnie, natomiast ja jestem przekonany, że odpowiedź na ów dylemat – mimo że również wielu z nas ma tu swoje przeczucia – przedstawił bardzo skutecznie w swojej powieści „Bracia Karamazow” wybitny rosyjski pisarz, Fiodor Dostojewski. Otóż kiedy toczy się proces o zabójstwo, w którym oskarżonym jest człowiek jednoznacznie zły i występny, a dowody przeciwko niemu nie ulegają najmniejszych wątpliwości, zdecydowana większość obecnych na sali sądowej kobiet ma jedno tylko marzenie: by on z jednej strony został uwolniony od odpowiedzialności, ale by jednocześnie broń Boże nie okazało się, że to nie on jest mordercą. Ja oczywiście biorę pod uwagę taką możliwość, że pisarz Dostojewski miał jakieś osobiste kompleksy, gdy chodzi o relacje damsko-męskie, myślę sobie jednak, że nawet jeśli, to tu akurat trafił w samo sedno. Starsze panie tak właśnie mają: widzą bezczelnego łajdaka, i natychmiast tracą rozum. Przypadek Donalda Tuska moje przypuszczenia wyłącznie potwierdza.



wtorek, 13 lipca 2021

O siedmiu dziadach i pewnym stolarzu

 

       Minęła nam kolejna miesięcznica Smoleńskiej Katastrofy i przynajmniej ja mógłbym się do każdej z nich do tego stopnia przyzwyczaić, by je przestać zauważać, gdyby nie fakt, że przy tej okazji – z uporem, który z mojego punktu widzenia przekracza choćby najdalsze granice obłędu – na owych uroczystościach pojawia się grupa wciąż tych samych osób wyłącznie po to, by przedrzeć się przez ochraniających je policjantów czy żołnierzy i złożyć wieniec z doczepioną na nim uwagą, że to sam śp. Lech Kaczyński jest odpowiedzialny za śmierć swoją, swojej żony oraz niemal setki innych osób. Wszystko odbywa się zawsze tak samo. Pod pomnikiem pojawia się Jarosław Kaczyński z obstawą, kładzie wieniec, przyklęka, chwilę się modli, poczym odwraca się i odchodzi, a tymczasem w pobliżu kotłuje się owa banda wariatów, a ja zachodzę w głowę – czemu? Pomyślałem też o nich już następnego dnia, gdy na boisko stadionu w Londynie wbiegł jakiś tamtejszy wariat i on też – podobnie jak ci nasi tutaj – postanowił się przedstawić światu, ot tak, bo naszła go taka potrzeba. I tu również mamy do czynienia z podobnym mechanizmem, gdzie raz na jakiś czas, zawsze w ten sam sposób, pojawia się ktoś i robi coś tak kompletnie bez sensu, że mnie akurat ogarnia lęk przed plazmą, której nie jestem w stanie przeniknąć.

       Myślę o tym dziwnym człowieku na stadionie Wembley i o tych ludziach wychodzących z domu każdego 10 miesiąca, by... no właśnie, co? Po co? I dla kogo? Dla czego? I przypomina mi się pewna historia sprzed ponad 10 już lat, kiedy Lech Kaczyński jeszcze żył, a w tych głowach już wtedy kotłowało się owo szaleństwo. Proszę, wspomnijmy tamten czas.

 

 

 

 

      Z przykrością muszę zakomunikować, że dziś, wbrew moim szczerym nadziejom, będzie poważnie. I niełatwo. I, co gorsza, obawiam się, że poważnie (i niełatwo) będzie znacznie częściej, niż mogłem się tego przez moment spodziewać. A skutek tego będzie taki, że i poważniejsze będą komentarze. A skoro poważniejsze komentarze, to i cały blog będzie poważniejszy i przez to wciąż coraz bardziej elitarny. Trudno. Eksperyment z Wałęsą był – owszem – ciekawy, ale przychodzi nowy dzień i człowiek zwany ‘Wałkiem’ jeszcze bardziej maleje, a my idziemy znów na żywioł.

      Zaczęło się od tego, że wczorajszym popołudniem udaliśmy się całą gromadą na wizytę do Osoby Nam Bardzo Bliskiej. Ponieważ Bliska Nam Osoba czerpie swoje poczucie uczestnictwa głównie z „Gazety Wyborczej”, tzw. living room jest egzemplarzami tego czegoś wręcz wymoszczony. A przez to że Osoba Nam Bliska jest nam rzeczywiście bliska, możemy sobie nawet pozwolić na okazjonalne, między jednym ciasteczkiem a drugim, szeleszczenie papierem. W pewnym momencie, w tym papierowym szeleście, wpadłem na niezwykle ciekawą informację. Ze względów wielorakich i dla mnie jak najbardziej oczywistych, nie podam tu ani odpowiedniego linka, ani nawet żadnych szczegółów, ale mogę bardzo rzetelnie opowiedzieć o co chodzi. Otóż gdzieś na warszawskiej Pradze, pewien biznesmen, o ile dobrze zapamiętałem z Łeby czy z okolic, postanowił rozdysponować pewną liczbę wybitych osobiście przez siebie monet, które nazwał „dziadami”. Owe dziady mają wartość siedmiu złotych każdy i zostały przez biznesmena wyprodukowane z okazji siódmej rocznicy wielokrotnie już ocelebrowanego przez nasze elity wydarzenia, kiedy to Lech Kaczyński, będąc jeszcze prezydentem Warszawy, zwymyślał, właśnie na Pradze, pewnego okolicznego menela, nazywając go „dziadem”. „Gazeta Wyborcza” na drugiej stronie swojego wydania informuje, że biznesmen wybił owe dziady w ramach szyderstwa z prezydenta Kaczyńskiego i że jeśli któryś z czytelników „Gazety” znajdzie się szczęśliwie na warszawskiej Pradze, będzie mógł sobie za jednego dziada kupić kawę lub piwo, ewentualnie wymienić monetę na siedem prawdziwych złotych. W ramach realizowania swojej publicznej misji, „Gazeta Wyborcza” publikuje w ramce listę lokali, gdzie przyjmowane są dziady.

      Jest to oczywiście informacja pod każdym względem porażająca. Porażająca do tego stopnia, że wczoraj, po wchłonięciu i przełknięciu jej, już do końca wizyty nie byłem w stanie się odpowiednio skupić. Ale też porażająca aż tak, że nie widzę sposobu, by ją w jakikolwiek sposób skomentować. W artykule na temat człowieka z dziadami, pojawiła się jednak jeszcze jedna informacja, która stała się prawdziwym początkiem tego wpisu. Otóż, jak podaje „Gazeta”, przedsiębiorca z Łeby, podjął starania, by odszukać owego menela, który pewnego pięknego dnia stał się celebrytą. On chce go poznać, chce go pokazać Polakom i prawdopodobnie zorganizować jakieś większe obchody upamiętniające wydarzenie sprzed siedmiu lat, podczas których on z tym praskim pijaczkiem byliby gwiazdami i symbolami odradzającej się z niewoli polskiej niepodległości. Kiedy przeczytałem tę informację, pierwsza myśl, jaka mi przyszła do głowy to ta, że o ile wyprodukowanie tych monet nie było wielkim problemem, podobnie jak nie sprawiło żadnego kłopotu zorganizowanie dla tej inicjatywy odpowiedniej medialnej oprawy, ta akurat część może nie wypalić. Z bardzo prostego powodu – pan Dziad już prawdopodobnie albo jest w stanie uniemożliwiającym mu publiczne występy, albo wręcz nie żyje. Dlaczego tak myślę? Myślę tak dlatego, że moje doświadczenie każe mi przypuszczać, że gdyby on był w jakikolwiek sposób dostępny, redaktorzy Mrozowski z Siekielskim z TVN-u już dawno by go wygrzebali gdzieś albo na Pradze, albo na Dworcu Centralnym, albo wydobyli spod jakiejś sterty śmieci i sprowadzili przed kamery. Myślę, że było już wystarczająco dużo okazji, żeby oni, albo ich ludzie, albo ludzie zupełnie innych ludzi, wygrzebali tego nieszczęsnego człowieka choćby spod ziemi i zaprezentowali go swojej publiczności nawet, gdyby on był wyłącznie trzęsącą się i zarzyganą kupą ludzkiego nieszczęścia. W końcu telewizja TVN za coś tym swoim specjalistom od charakteryzacji płaci, co mieliśmy okazję oglądać zarówno podczas niedawnego występu pani Weroniki Pazury, jak i parę lat temu na przykładzie pijaka Huberta K. A zatem, przypuszczam, że on już jednak nie żyje. I na niego akurat Koalicja 21 października liczyć już nie może. I tak go będę już traktował. Jako straconą okazję. Bóg więc z nim.

      Natomiast nie jest to jeszcze koniec tych refleksji. Więcej. W pewnym sensie, to zaledwie ich początek. Bowiem stało się tak, że w ciągu minionych kilkunastu godzin usłyszałem o wielu przeróżnych śmierciach i się zadumałem. Poinformowano nas otóż, że policja zastrzeliła bandytę, który był eskortowany z więzienia do szpitala i został odbity przez swoją żonę, czy kochankę. Dowiedziałem się również, że człowiek, który kierując po pijanemu, wjechał w grupę ludzi i ich ciężko poturbował, powiesił się w swojej celi na sznurowadłach. Dotarła również do nas wiadomość aż z Ameryki, że człowiek – znów człowiek – który kilka lat temu zamordował dziesięć przypadkowych osób i został za to przez sąd skazany na karę śmierci, został właśnie pozbawiony życia. I już nie żyje. Jakby tego było mało, moja córka przyszła do mnie z wiadomością, że bramkarz piłkarskiej reprezentacji Niemiec rzucił się pod pociąg, bo już nie chciał żyć i też już nie zyje. Co za dzień!

      Ale jest jeszcze jedna śmierć, o której bardzo chcę napisać. Śmierć niby ta sama, a jednak zupełnie inna. Śmierć, o której – jestem pewien – nikt z nas nie słyszał, a jest to śmierć równie przejmująca, jak wszystko to, co tu dziś zostało pokazane. A jednocześnie inna. Zupełnie inna, bowiem całkowicie naturalna, idealnie ludzka, tak niezwykle i pięknie wypełniająca przestrzeń, w której żyjemy i w tak niezwykle dostojny sposób uzupełniająca nasze życie. A przez to, że nie jest to przy tym śmierć jedna z wielu, lecz taka, która daje nam okazję zastanowić się nad wszystkim tym, o czym na co dzień zastanawiać się nie mamy czasu, to trzeba o niej wspomnieć. W wydaniu magazynu „The Economist” z 5 listopada, w dziale wspomnieniowym, znalazłem całostronicową informację zatytułowaną po prostu „Alan Peters, stolarz, zmarł 11 października w wieku 76 lat” . Pytałem kolegę, który takie rzeczy powinien wiedzieć, czy Alan Peters to nazwisko znane i celebrowane w Wielkiej Brytanii. Powiedział mi że nie. Że Alan Peters był stolarzem i zmarł i znany jest dopiero teraz, kiedy napisał o nim „The Economist”. A czemu „The Economist” o nim wspomniał? To już możemy się dowiedzieć z samego artykułu. A zaczyna się on tak:

Sięgając nieprzytomnie z samego ranka po parę skarpetek, niewielu z nas zastanawia się nad tym, jak gładko otwiera się nasza szuflada. Lecz dla Alana Petersa, który przez wiele lat był prawdopodobnie najlepszym producentem mebli w Wielkiej Brytanii, właściwie zbudowana i funkcjonująca szuflada stanowiła ukoronowanie jego rzemiosła. Idealna szuflada, ja sam powiadał, powinna się przesuwać jak na powietrznej poduszce, a podczas otwierania winna sprawiać, że inne szuflady niepostrzeżenie ukryją się w hermetycznej przestrzeni”.

      Alan Peters budował meble, ale zamysł artykułu w „The Economist” jest taki, żeby opowiadać głównie o tych jego szufladach. Więc czytam opowieść o Alanie Petersie, stolarzu, który niedawno zmarł w wieku 76 lat, a który całe swoje pracowite życie składał meble i składał je najlepiej jak potrafił. O tym jak to miał zwyczaj, podczas rozmowy, głaskać stół przy którym siedział. I takie tam. I wreszcie dochodzę do końca artykułu: „To co się dla niego liczyło najbardziej to to, by mebel był prosty i uczciwy, żeby funkcjonował. I żeby był na tyle porządny, by można go było podpisać swoim nazwiskiem. Jeśli ludzie chcą to nazywać sztuką, proszę bardzo. Lecz w jego wypadku wszystko sprowadzało się do etyki rzemiosła. Jak to kiedyś sformułował Barnsley, jego nauczyciel, wiejski rzemieślnik miał po prostu się starać. ‘Jeśli oś koła u wozu skrzypiała, jeśli belka była przeżarta żywicą, jeśli stóg siana stał krzywo’ wszyscy we wsi wiedzieli, czyja to robota. No i, oczywiście, tak samo było z zacinającą się szufladą”.

      Ktoś się spyta, co mi strzeliło do głowy, żeby nagle pisać o tym stolarzu. Czy ja może próbuję przemycić jakąś złośliwość. Nic z tych rzeczy. Nie dziś. W końcu dziś piszemy o śmierci i o bohaterach. I o cywilizacji. Wielka Brytania to kraj, który ma wiele na sumieniu i za wiele będzie musiał odpowiedzieć. Ale tu akurat nie usłyszy ode mnie marnego słowa. Oni potrafią odnajdywać bohaterów i ich czcić. Choćby w tak skromny sposób, jak przez notkę w ilustrowanym magazynie. W tym widzę normalność, za którą tęsknię. Normalność, o której wspomniałem pod koniec wczorajszego wpisu. To jest właśnie ta moja normalność.

      My póki co, produkujemy dziady.



 

niedziela, 11 lipca 2021

Czy Jerzy Urban czytał Dostojewskiego?

 

     Jak już tu parokrotnie wspomniałem, książki przestałem praktycznie czytać jakieś 30 lat temu i dziś pewnie na palcach jednej ręki mógłbym policzyć tytuły, którym przez te wszystkie lata uległem. Czemu tak? Nie mam pewności, jak to wyjaśnienie zostanie tu akurat odebrane, ale w pewnym momencie uznałem, że – podobnie zresztą jak film, który mnie kiedyś fascynował znacznie bardziej – ten rodzaj złudzeń nie jest mi do niczego potrzebny i jeśli już mam się wzruszać czymkolwiek poza życiem realnym, to wystarczy mi muzyka. I proszę sobie wyobrazić, że kiedy wydawało się, że tak jak jest, zostanie już do końca i te książki tak sobie będą stały aż ktoś je wreszcie wyrzuci do śmieci, syn mój wręcz zażądał bym przeczytal powieść Dostojewskiego zatytułowaną „Bracia Karamazow”, jego zdaniem najwspanialszą powieść, jaką on czytał w całym swoim życiu. Ponieważ wybieraliśmy się akurat pociągiem nad morze, pomyślałem sobie, że te 10 godzin z małym hakiem mi wystarczą, no i przyznaję, że – pierwszy raz w życiu, swoją drogą – zabrałem się za tego Dostojewskiego. Dopiero dziś owych „Braci Karamazow” skończyłem i pragnę podzielić się tutaj pewnym odkryciem, co ciekawe, nie do końca związanym z samą literaturą. Owszem, uważam że Dostojewskiego czyta się równie dobrze jak Bułhakowa, Gogola, czy innych Rosjan i jeśli miałbym wrócić do tego typu wzruszeń, to niechby to nawet i był wspomniany on. Gdyby jednak ktoś nie wiedział o co tam chodzi, to bohaterem jest stary Karamazow, człowiek karykaturalnie podły, głupi i cyniczny – gdybyśmy mieli szukać porównań, to taki trochę Jerzy Urban – i jego trzech synów. Najstarszy Mitia, trochę w typie ojca, średni Iwan, taki bardziej intelektualista, no i najmłodszy Alosza, bardzo pobożny i nieskończenie dobry człowiek. Cała historia praktycznie opiera się na nigdy nie kończących się różnego rodzaju debatach na temat Wiary, sensu i bezsensu życia, miłości, nienawiści, dobra i podłości, a wszystko to wypełnione nieustanną, taką typowo rosyjską, egzaltacją ze łzami i tłuczonymi kieliszkami... i oczywiście dziesiątkami najczęściej kompletnie szlonych kobiet. I oto w pewnym momencie nadchodzi rozdział, gdzie Iwan – pierwszej klasy ateista – robi nadzwyczaj pobożnemu Aloszy niezwykle głęboki i kompletny wykład na temat oszustwa, jakie jego zdaniem stanowi Kościół, a czyni to w formie przypowieści zatytułowanej „Wielki Inkwizytor”. Tu również muszę przedstawić parę słów streszczenia. Jest XV wiek, w Hiszpanii szaleje papieska inkwizycja, niewinni ludzie jeden po drugim płoną na stosach, a tymczasem wierny lud wciąż daremnie wyczekuje powtórnego przyjścia Jezusa, nie chcąc uwierzyć, że został przez Boga oszukany i poza zepsutym do szpiku kości Kościołem nie ma już nic. Pewnego jednak dnia, trochę na zasadzie kaprysu, do Sewilli wpada na moment sam Jezus. Ludzie natychmiast padają na kolana, wielbią Boga, błagają o cuda, no a Jezus oczywiście to tu to tam daję im to o co proszą. I na to pojawia się tytułowy Wielki Inkwizytor, bezwzględny 90-letni już starzec, każe Jezusa aresztować i wtrąca go do więzienia. Nadchodzi wieczór, ów Inkwizytor odwiedza Jezusa w celi i przedstawia mu sytuację, która w jego ujeciu wygląda tak, że Bóg przegrał już na samym początku, kiedy Jezus odrzucił bardzo dobry deal, jaki mu zaproponował Szatan na pustyni. Popełnił On ten błąd, uwierzył w człowieka, dał mu wolność, i w efekcie tego cały ów religijny interes przejął wraz z Szatanem założony przez Niego Kościół. A zatem, 15 wieków po Ukrzyżowaniu Bóg jest grzesznemu i skorumpowanemu kompletnie światu niepotrzebny, bo owemu światu do tego by się poczuł komfortowo wystarczy ów, kierowany przez Szatana i służący mu kler, Kościół. Wygłaszany przez Inkwizytora tekst jest bardzo długi, a zarówno pisarski, jak i intelektualny talent Dostojewskiego sprawia, że on faktycznie może robić wrażenie.

       A ja teraz właśnie chciałbym opowiedzieć, dlaczego on również i mnie poruszył. Otóż stało się tak jednak wcale nie przez ową sofistykę, ale przez fakt, że, jak się zdążyłem zorientować, ów w sumie zabawny dość fragment stanowi wręcz Biblię dla wszelkiego autoramentu ateistów, racjonalistów, humanistów i Diabeł jeden, nomen omen, wie kogo jeszcze. Kiedy od pewnego już czasu spotykam się z owymi tyradami skierowanymi przeciwko Kościołowi, duchowieństwu i w ogóle ludziom wiernym, nagle sobie uświadamiam, że dosłownie wszystko co oni mają do powiedzenia, zostało już od początku do końca sformułowane przez Dostojewskiego w jego znakomitej powieści. Daję słowo, że to co nam opowiada ów Iwan, to naprawdę wszystko. Choćbyśmy szukali po całym świecie, nie znajdziemy nic więcej. Proszę sobie wyobrazić, że grzebiąc w Internecie, trafiłem nawet na niesławny portal racjonalista.pl, a tam oczywiście jakieś nadzwyczaj poważne francuskie czy niemieckie opracowanie objaśniające niezwykłą wręcz celność słów owego Wielkiego Inkwizytora przytaczanych przez Iwana i  cytowanych przez Dostojewskiego. Mało tego, gdzie indziej znalazłem też typowy bryk z przeznaczeniem dla maturzystów chyba, gdzie autor z najwyższą powagą potwierdza prawdziwość owych argumentów, zapewniając przy tym, że Dostojewski w rzeczy samej stworzył postać Iwana na swoje podobieństwo.

       Ciekawe jest też zakończenie owego rozdziału. Wysłuchawszy opowieści swojego brata, Alosza wybucha dobrodusznym śmiechem, informuje Iwana, że cała ta historia jest beznadziejnie głupia, bardzo konkretnie tłumaczy mu dlaczego, ale jednocześnie prosi go, by doprowadził ją jednak do końca. Iwan opowiada więc jak to już na sam koniec Inkwizytor, widząc że Jezus nie dość że w żaden sposób nie okazuje ani złości, ani zniecierpliwienia, ani zdenerwowania, ani nawet niepokoju, to jeszcze się w ogóle nie odzywa, tylko patrzy mu z dobrocią prosto w oczy, traci panowanie i krzyczy do Niego, by może się wreszcie odezwał, na co Jezus wstaje i bez słowa całuje tego satanistę w usta. A sam Iwan nagle się uśmiecha i mówi do Aloszy, by o tej całej historii zapomniał, bo to są tylko takie głupie popisy jeszcze jednego głupca.

       A ja wciąż przeglądam te internetowe stroniczki i wciąż trafiam na kolejne opracowania na temat słuszności rzekomej ekspertyzy samego Dostojewskiego. I tu właśnie nagle odnajduję sens czytania książek. Otóż moim zdaniem, on polega na tym, że właśnie dzięki owej wielkiej literaturze – w większości kompletnej fikcji i jedynie czystej zabawie zdolnych autorów – możemy się przestać dziwić. Znając te wszystkie dzieła, możemy się bardzo łatwo przekonać, jak bardzo wszystko to z czym mamy dziś do czynienia w publicznej przestrzeni już było, i to było nie raz. Jak bardzo te wszystkie madrości, te wszytkie tak bardzo inteligentne popisy, one wszystkie zostały wzięte z tego, co ktoś tam kiedyś wymyślił, czy to Szekspir, Tołstoj, Proust, Mann, czy którykolwiek jeszcze z nich, których zresztą tak naprawdę nikt z nich nawet nie czytał, a to co oni podają jako swoje, to też tylko zasłyszane gdzieś cytaty lub streszczenia. A to wszystko jest tak oczywiste, a jednocześnie trywialne, że ten tym tle nawet wspomniany wcześniej Jerzy Urban okazuje się być kiepską bardzo podróbką.

       A zatem, chciałbym dziś, z tej oto okazji, że przeczytałem wreszcie książkę i to książkę nie byle jaką, przyznać, że chyba było warto. Kto wie, ile tego jeszcze czeka na mnie za rogiem.



piątek, 9 lipca 2021

Za co Bruksela nie szanuje Donalda Tuska?

 

A zatem, skoro wakacje na półmetku, przedstawiam kolejną refleksję, tym razem w postaci tekstu, który dziś też ukazuje się w kolejnym wydaniu „Warszawskiej Gazety”. Swoją drogą , nie wiem, czy jest to powszechnie wiadome, ale wspomniana „Warszawska Gazeta” jest dziś piątym najlepiej sprzedawanym tygodnikiem opinii, po „Polityce”, „Gościu Niedzielnym”. , „Newsweeku”, oraz „Sieci”. Sprzedaż to tylko sprzedaż – wiemy jak to jest, gdy chodzi o tak zwaną „oglądalność” – to co robi jednak wrażenie to fakt, że wspomniany tygodnik, mimo swojego oczywistego wzięcia, nie jest w ogóle uwzględniany w jakichkolwiek oficjalnych klasyfikacjach. Rozmawiałem na ten temat z red. Bachurskim i powiedział mi on, że jeśli chce się być w tak zwanej „bandzie”, trzeba zapłacić, a on płacić nie ma zamiaru, no i w ten sposób mamy to co mamy. Są osoby które mi zarzucają, że obstawiłem nie tego konia, ja jednak nie ma najmniejszych wątpliwości co do tego, że nie ma takiego nieszczęścia, jakie by mnie spotkało, gdybym został współpracownikiem któregokolwiek z pozostałych tytułów, nie wyłączając z tego zajmującego szóstą pozycję „Do Rzeczy”.

 

 

 

      Gdy siadam do kolejnych refleksji, myślę sobie że choćbym bardzo się starał, to tym razem nie mam wyjścia i ten akurat felieton muszę poświęcić Donaldowi Tuskowi i jego triumfalnemu powrotowi z wieloletniej emigracji do Kraju. Nie mam jednak zamiaru szydzić z tego kosmity, czy to powtarzając, swoją drogą zabawny internetowy żart, że oto Donald Tusk, kiedy w Polsce panowała bieda z nędzą, musiał wyjechać za chlebem, a dziś wraca pełen nadziei do płynącej miodem i mlekiem Ojczyzny, ani nawet bardzo poważnie analizować jak najbardziej prawdopodobnej ewentualności, że ów powrót do Polski to nie wolna decyzja Donalda Tuska, tylko kolejne zadanie, do którego go wyznaczyło państwo niemieckie, ale zastanowić się nad tym, jak to się stało, że ten dziwny człowiek upadł tak nisko, by pozwolić sobie na aż takie upokorzenie.

       Zanim jednak powiem parę moim zdaniem ważnych słów na tematy wagi najcięższej, chciałbym na chwilę wrocić do kwestii podstawowej: dlaczego Donald Tusk w ogóle wyjechał – przyznajmy że nie do końca – z Brukseli. Otóż najbardziej prawdopodobnym wyjaśnieniem owej zagadki jest oczywiście to, że jemu wracać do Polski kazali Niemcy, a on oczywiście nie miał wyjścia i zrobił co zrobić należało. Ja jednak jestem bardzo ciekawy, co takiego Donald Tusk miał w sobie, że przez te siedem, czy ile tam lat, gdy zadawał szyku na brukselskich salonach, nie potrafił przedstawić swoim pracodawcom choćby jednego argumentu za tym, by oni zaczęli go traktować poważnie. No dobrze, udało mu się jakoś nauczyć dukać po angielsku, no ale nie oszukujmy się, z punktu widzenia tych podejmujących kluczowe decyzje, to akurat jest szczegół. No ale też, przez swoją wrodzoną bezczelność, potrafił poruszać się Tusk wśród prezydentów, premierów i osób prowadzących finanse, z pewną swobodą, no ale znów – tam oni wszyscy po pewnym czasie się czują jak na szkolnej wycieczce. Tymczasem tu wydaje się że jemu zabrakło tego jednego, co by sprawiło, że owo brukselskie towarzystwo uznało go za swojego i pozwoliło mu zostać.

        Tu muszę się przyznać do pewnej naiwności. Otóż kiedy po raz pierwszy usłyszałem, że Donald Tusk wraca, by wyrwać Platformę z rąk Budki i jego kolegów, pomyślałem, że to nieprawda. Byłem bowiem przekonany, że on do Polski nie wróci niegdy. Raz, przez to że on wie co go tu czeka z powodu czysto kryminalnych zaszłości, a dwa, że, jako było nie było ważny brukselski urzędnik, on ma naprawdę mnóstwo możliwości prowadzenia naprawdę wygodnego życia za całkiem dobre pieniądze. Tymczasem on wrócił. Czemu? Na to pytanie odpowiedź jest jedna: bo mu kazali. A to stawia przed nami kolejną kwestię: jak to się stało, że oni mu mogli cokolwiek kazać? I tu odpowiedź jest jedna: Donald Tusk to idiota. W dodatku idiota nawet z perspektywy Niemiec, Francji, Belgii, czy Bułgarii.



wtorek, 6 lipca 2021

Czy przed nami walka w kisielu między sędzią Żurkiem a ministrem Ziobro?

 

      Ledwo co wróciliśmy z nad morza, a już jedziemy w góry, tyle tylko że na zaledwie trzy dni. Będzie to jednak miało wpływ na kondycję tego miejsca, bo dzisiejszy tekst będzie jedynym przed piątkiem, a ja, jeśli mam być całkiem szczery, to i tak podejrzewam, że niewiele więcej jak parę osób odbierze to jako stratę. Tak czy inaczej, wracamy w czwartek, a potem, z niewielką przerwą, wszystko będzie mniej więcej przez cały rok tak jak wcześniej. Dziś jednak chciałbym podzielić się refleksją, która przyszła mi do głowy, gdy się dowiedziałem, że Donald Tusk, który właśnie został wysłany na kolejną placówkę, wygłosił takie mniej więcej słowa:

Rząd Prawa i Sprawiedliwości najpierw zabrał wszystkim wszystko, a następnie wybranym grupom rzucił jakieś ochłapy”.

        Bezczelny idiotyzm tego zdania jest, jak zapewne wiemy tu wszyscy, tak porażający, że skomentować się go zwyczajnie nie da, ja jednak chciałbym się zadumać nad tym, czemu Donald Tusk w ogóle postanowił owe słowa wypowiedzieć. My oczywiście mamy świadomość wszelkich deficytów, jakie tego nieszczesnika zdążyły nawiedzić, mimo to ja akurat nie wierzę, by on w owej ocenie był do końca szczery. Już pierwsza jej część jest kompletnie pozbawiona sensu, bo w koncu cóż oznacza to, że PiS zabrał „wszystkim wszystko”? Przecież nawet gdyby PiS bardzo pragnął zabrać wszystko wszystkim, to z czysto praktycznych wzgledów nie byłby w stanie tego zrobić i nawet ktoś o móżdżku wielkości tuskowej, wie to znakomicie. A zatem – czemu? Odpowiedź na to pytanie jest jedna. Otóż ten sam móżdżek obmyślił sobie, że osób do których on ów przekaz zaadresował, z nadzieją, że ci akurat go zaakceptują, jest wystarczająco dużo, by to zrobiiło różnicę.  A zatem, tę zagadkę mamy wyjaśnioną. Tusk – sam poważny bałwan – jest niezmiennie i od lat przekonany, że na przeciwko siebie ma ludzi jeszcze głupszych od siebie i że to wystarczy.

        W tym jednak momencie pojawia się kwestia dodatkowa. Oto przynajmniej ja bardzo bym chciał wiedzieć, jakie przeciwko temu właśnie Donaldowi Tuskowi argumenty może przedstawić Jarosław Kaczyński i jego ludzie. Gdy chodzi o mnie, ja tu nie mam najmniejszych problemów. Gdy chodzi o mnie, wystarczy mi choćby świadomość, że dzięki Karcie Dużej Rodziny, razem z żoną mogliśmy się przejechać pociągiem do Kuźnicy na Helu w 5 godzin za 160 zł, i w ten sam sposób z powrotem do Katowic, i że w owej Kuźnicy oraz okolicach spotkaliśmy dziesiątki młodych małżenstw z dziećmi, a często i z psami – pięknych i szczęśliwych. 

       To jednak jestem tylko ja, i mam poważne obawy, że sam nie dam rady. Oto bowiem, proszę sobie wyobrazić, ledwie co wczoraj pewna moja uczennica opowiedziała mi historię o tym, jak przed laty kupiła mieszkanie od Zbigniewa Ziobry i jego brata, którzy, jak się okazuje, swego czasu postanowili działać na tak zwanym „rynku”. I wcale nie chodzi ani o mieszkanie, ani jego faktyczny standard, ani nawet cenę, bo tu wszystko było na miejscu, ale o sprawy jak najbardziej przyziemne. Otóż kiedy już transakcja została sfinalizowana i pozostała już tylko kwestia kluczy, okazało się, że Ziobrowie nie mają czasu, by owe klucze mojej znajomej przekazać. Po dłuzszych staraniach, któregoś dnia do znajomej zadzwonił brat Zbigniew, poinformował ją że dzwoni w sprawie kluczy i że aktualnie przebywa na lotnisku w Krakowie. Znajoma odpowiedziała mu oczywiście, że ona w Katowicach, więc nie bardzo wie, co ma z tą informacją zrobić. Zbigniew Ziobro dał jej do zrozumienia, że ona powinna albo przyjechac po te klucze do Krakowa, albo wyjść przed dom i czekać aż przyjedzie taksówka z kluczami. Znajoma zapytała oczywiście wówczas,  jeszcze zaledwie posła do europarlamentu, kto za tę taksówkę zapłaci, a kiedy usłyszała że jak najbardziej ona, poradziła Ziobrze, żeby sobie ten swój klucz wsadził w dupę, a następnie wezwała ślusarza, który zamki wymienił i wszystko zakończyło się szczęśliwie.

        I pewnie faktycznie sprawa miałaby bardzo pozytwny finał, gdyby nie fakt, że znajoma moja jest dziś głęboko przekonana, że Ziobro i całe to towarzystwo, w imieniu którego on się dziś udziela, to banda idiotów.

      A ja nie mam już nawet siły żeby jej tłumaczyć że sędzia Żurek podobnie, że już nie wspomnę o Donaldzie Tusku.




sobota, 3 lipca 2021

Czy Jacek Kurski to prezes zły i gnuśny?

My tu wprawdzie wciąż zażywamy nadmorskiego powietrza, ale ponieważ w międzyczasie ukazał się kolejny numer "Warszawskiej Gazety", a wraz z nim mój najnowszy felieton na 444 słowa, bardzo proszę, niech on będzie i tu.

       Osobiście wątpię, by owa informacja wzbudziła większe zainteresowanie, jednak ponieważ została ona, zwłaszcza po prawicowej stronie sceny, skomentowana w sposób jednoznacznie negatywny, uznałem że i ja zabiorę głos,  choćby po to, by sprowadzić rzeczy do równowagi. O co chodzi? Otóż niedługo po tym, jak prezes Radiokomitetu Jacek Kurski z hukiem wziął kolejny ślub kościelny, wcześniej porzucając swoją dotyczasową żonę, dał się nam usłyszeć – i to  z równie potężnym nagłośnieniem – ponownie, informując publicznie każdego kto zechciał słuchać, że oto w prywatnej kaplicy Domu Arcybiskupiego w Częstochowie, abp Wacław Depo udzielił sakramentu chrztu córce Kurskich, Annie Klarze Teodorze.

       Informacja ta, udokumentowana dodatkowo serią zdjęć na których widzimy rozradowanych rodziców, wzbudziła, jak już wspomniałem, bardzo gwałtowną reakcję ze strony osób powoli tracących cierpliwość do Kościoła, który toleruje najbardziej oczywiste świetokradztwo, tylko dlatego, że autorem owego świętokradztwa jest ważny polityk obozu władzy, a jednocześnie przyjaciel księży i biskupów. I ja oczywiście częściowo rozumiem owe słowa gniewu, podobnie jak chętnie przyznaję, że gdy chodzi o Jacka Kurskiego akurat, to mnie również trudno na naszej politycznej scenie znaleźć osobę podobnie zakłamaną, cyniczną i zepsutą. Politycznie pożyteczną? Jak najbardziej. A jednak zepsutą do końca.

       Mimo to, nie uważam, by miało sens oburzanie się na któregokolwiek z bohaterów tej szopki, czy to na Kościół, czy to na Arcybiskupa, czy nawet na prezesa Kurskiego. Kurski i abp Depo zrobili to co było z ich punktu widzenia jak najbardziej naturalne. Jest całe mnóstwo publicznie rozpoznawalnych osób – ale przecież nie tylko – którzy mają bliskie stosunki czy to z któymś z księży, czy nawet i biskupów, i jest dla nich czymś zupełnie oczywistym, by z jednej strony poprosić o duszpasterską posługę, a z drugiej owej posługi nie odmówić. Oczywiście, Jacek Kurski akurat mógłby się ze swoją „religijnością” aż tak nie obnosić, no ale, jak już wspomnieliśmy, jest to człowiek cyniczny, więc nie sposób mieć do niego o jego zachowania pretensje. No i jest wreszcie Kościół. Otóż nie oszukujmy się. Nigdy w całych Jego dziejach nie było dnia, by to tu to tam Księża nie udzielali sakramentów osobom głupim, złym i gnuśnym, a przez to nie dochodziło do aktów świętokradztwa, a ja jestem pewien, że ów stan rzeczy jest z góry wkalkulowany w misję Kościoła.

       Jest natomiast coś co, gdy chodzi o najnowszy występ państwa Kurskich, zrobiło na mnie pewne wrażenie. Otoż, komentując chrzest swojego dziecka, Joanna Kurska powiedziała: „Anna Klara jest owocem naszej miłości i naszym małym cudem. Bardzo ją kochamy i chcieliśmy, by jak najszybciej otrzymała sakrament chrztu świętego”. Otóż jeśli ona poczuła potrzebę publicznego usprawiedliwiania decyzji ochrzczenia swojego dziecka pod koniec trzeciego miesiąca życia, to tym bardziej potwierdza to fakt, że dla Kurskich cała ta wiara, to cyrk na kółkach. I to jest temat.