poniedziałek, 17 grudnia 2018

Dla Górników z Wujka




Z czasów, kiedy jeszcze publikowałem swoje teksty w Salonie24, wspominam blogera, który regularnie, w każdą rocznicę wybuchu II Wojny Światowej, zamieszczał tam swój jeden i wciąż ten sam tekst, a ja pamiętam, że za każdym razem gdy go czytałem, byłem pod jego wielkim wrażeniem. On naturalnie publikował też inne teksty, żaden z nich jednak nie był nawet w drobnej swojej części tak poruszający, jak ten, który dziś wciąż tak bardzo mam w głowie.
Nie wiem, czemu on to robił. Czy to dlatego, że temat go tak ujął, czy może miał świadomość, że nigdy wcześniej, ale też już nigdy później czegoś tak dobrego nie napisze, jak mówię, nie wiem, ja jednak mam dziś odpowiedni bardzo nastrój, by zrobić coś podobnego, a więc przypomnieć swoją notkę sprzed lat, napisaną dla uczczenia pamięci Górników z Wujka. Mam mocne poczucie, że ten akurat rok, kiedy władze Warszawy postanowiły usunąć tablicę upamiętniającą owych dziewięciu męczenników, jest w sam raz, by tamten tekst odtworzyć ponownie.

      Kiedy się myśli o Kopalni „Wujek”, można sobie wyobrażać, że to jest miejsce robiące wrażenie już na pierwszy rzut oka, tymczasem prawda jest taka, że tam naprawdę nie ma nic ciekawego. Są te dwa kominy, podwójny krzyż, pomnik z dziewięcioma krzyżami, jest ten mur, na nim pamiątkowe tablice, dalej główny budynek kopalni z napisem „Kopalnia Wujek”, a przed murem te dziwne pudełkowate domy, w których wciąż jeszcze mieszkają ludzie, pamiętający tamten grudzień sprzed 30 lat. To jest naprawdę mało ciekawe miejsce. A zatem, kiedy się tam idzie po raz drugi i trzeci, to właściwie nie ma na co patrzeć i czym się wzruszać, w związku z czym tam się głównie przychodzi i odchodzi. Jak ktoś ma ochotę, robi jeszcze zdjęcie. Ale można też sobie usiąść na pobliskim murku i pogapić się w ten mur i ten napis: „Kopalnia Wujek”. No a potem, jeśli się ma czas i człowiek nigdzie się nie spieszy, można też zajść do pobliskiego muzeum i od razu zobaczyć, że tam jest tak samo mniej więcej skromnie, jak na zewnątrz i tak samo jak na zewnątrz nie ma co liczyć na to, że się usłyszy choćby pojedynczy krzyk. Znajdziemy tam klasyczną izbę pamięci z kilkoma zdjęciami, makietą terenu kopalni z dnia szturmu, jednym przestrzelonym kaskiem, figurą zomowca w pełnym rynsztunku i tą salą projekcyjną, gdzie się wyświetla dokument o tym, jak to swego czasu polskie państwo zabiło dziewięciu górników.
      Ale można tam też przy odrobinie szczęścia spotkać człowieka nazwiskiem Stanisław Płatek, który może nam opowiedzieć o tamtym dniu dokładnie tak jak go zapamiętał, a zapamiętał bardzo dobrze. Otóż kiedy na „Wujku” wybuchł strajk, on miał trzydzieści lat, żonę i syna i w krytycznym momencie, kiedy się pochylał nad rannym kolegą, został trafiony w ramię zomowską kulą i to pewnie uratowało mu życie, bo gdyby nie zwrócił uwagi na kolegę, ale zajmował się sobą, dostałby z boku w okolice brzucha i dziś nie opowiadałby nam o 16 grudnia 1981 roku.  
       A tak opowiada nam Stanisław Płatek, że w sumie w tamtych starciach brało udział 3 tysiące górników, że z tych dziewięciu, pięciu dostało w głowę, a dwóch w serce, i że jak go wieźli karetką pogotowia, to milicja karetkę zatrzymała, wyciągnęli go stamtąd i on pamięta, jak przed nim stanął wysoki bardzo milicjant i chciał mu wlać, ale między milicjanta a niego wszedł wojskowy lekarz i go przed tym ciosem zasłonił.
      A my sobie nagle uświadomimy, że te 3 tys. ludzi, to nie byle co. To musiała być walka, jakiej współczesny świat nie widział. 3 tys. ludzi – takiego starcia nie było nawet w Powstaniu Warszawskim. Proszę pamiętajmy o tym, kiedy będziemy wspominać tamten dzień, bo to jest coś. To jest naprawdę coś.



Książka się pisze. Powinna być na nowy rok gotowa. Dziękuję za wsparcie.


piątek, 14 grudnia 2018

Zmiana warty, czyli bitwa rozdzieranych koszul

Żeby nie przedłużać przerwy, która została wymuszona przez pracę nad nową książką, dziś już przedstawiam swój najświeższy felieton z „Warszawskiej Gazety”. I może jeszcze bardzo pouczająca anegdota. Otóż wysłałem ten tekst Piotrowi Bachurskiemu, a on mi odpisał w następujący między innymi sposób:
Jesteśmy niezależną gazetą więc mamy prawo do własnej oceny. W Gazecie Polskiej taki tekst nie mógłby się ukazać”.
Bardzo zachęcam.
         

      Myślę, że większość z nas ma świadomość pozycji, jaką w Prawie i Sprawiedliwości zajmuje Jarosław Kaczyński. I nie chodzi mi bynajmniej o to, że jest on prezesem partii, czy nawet tak zwanym kingmakerem, bo to jest nomen omen oczywista oczywistość. Kiedy mówię o pozycji, mam na myśli to, że tam przede wszystkim każdy chyba zdaje sobie sprawę z tego, że gdy jego zabraknie, partia w jednej chwili przestanie istnieć. I stanie się tak nawet wtedy, jeśli on odpowiednio wcześniej wyznaczy swojego następcę. Myślę też, że ci z nas, którzy interesują się krajową polityką na tyle by wiedzieć, jak ona jest zbudowana i jak funkcjonuje, nie raz mieli okazję zadumać się i nad tym, jak bardzo w gruncie rzeczy Prawo i Sprawiedliwość jest kolosem na dwóch nogach, które nawet jeśli nigdy nie były gliniane, to przez ten nieprawdopodobny wysiłek któregoś dnia mogą dłużej już nie dać rady utrzymać tego, co je tak strasznie wyczerpuje. Bo prawda jest taka, że to wszystko może runąć jeszcze zanim Prezes ogłosi swoje odejście.
      Skąd te ponure refleksje? Otóż oglądałem parę dni temu tę część posiedzenia Parlamentarnego Klubu Prawa i Sprawiedliwości, gdzie Jarosław Kaczyński zwrócił się ze słowem również do nas przed telewizorami. I wcale nie chcę tu komentować tego, co było treścią jego wystąpienia, choć mam wrażenie, że ono zawierało również aluzję do tego, o czym napisałem wcześniej; że z tych słów przebijała dość wyraźnie troska o to, co będzie dalej. Ale, jak mówię, nie to moim zdaniem zasługuje na naszą największą uwagę. To bowiem, co rzuciło mi sięw oczy to organizacja sceny oraz publiczności, oraz zachowanie tych wyróżnionych krzesłem w pierwszym rzędzie.
       Oto mamy tak zwany stół prezydialny z marszałkami Sejmu  i Senatu, mównicę z Prezesem, a przed sceną rząd wspomnianych krzeseł, gdzie siedzą sami wybrani, a więc Premier, ministrowie i najważniejsi posłowie… i każdy ich gest, każde spojrzenie wskazuje na to, że oni są z jednej strony przerażeni myślą, że kolejny dzień może sprawić, że ten układ się nagle zmieni, a z drugiej, każdy z nich wręcz staje na głowie, by się broń Boże się nie zagapić i nie spóźnić z brawami dla kolejnej myśli Prezesa.
       Ja rozumiem, że mamy spotkanie Jarosława Kaczyńskiego z wyborcami gdzieś w terenie i ludzie, którzy tam przyszli co chwilę biją brawo, a niekiedy nawet wznoszą pełne entuzjazmu okrzyki. Sytuacja kiedy robi to premier rządu i jego ministrowie, to nie są już proste emocje, ale czyste lizusostwo. Sytuacja, kiedy Minister Spraw Wewnętrznych gwałtownie odkłada na kolano telefon, by wznieść jak należy dłonie do oklasków, budzi wyłącznie zażenowanie i każe się zastanawiać nad tym, co oni, przepraszam, ale szykują.
      Tym bardziej czarno widzę moment, kiedy on odejdzie. Już słyszę ten dźwięk rozdzieranych koszul.

Moje książki są do kupienia w księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, w sklepie Foto-Mag tuż przy stacji metra Stokłosy w Warszawie, no i ewentualnie tu: k.osiejuk@gmail.com. Naprawdę warto.

środa, 12 grudnia 2018

Siedem krótkich kawałków w paskudnym mokrym śniegu


Dziś może przedstawię kolejną część swoich krótkich kawałków z cyklu „Wezwani do tablicy”, które publikuję raz na dwa tygodnie w piśmie Piotra bachurskiego „Polska Niepodległa”. Bardzo polecam.



Kto chce wierzyć, niech wierzy, kto nie, niech spędza dzień w spokoju, faktem jest jednak to, że do jakże licznej już grupy komentujących politykę celebrytów dołączyła siostra Irena, skądinąd znana jako Krzysztof Materna, konferansjer i komik. Pojawił się zatem na scenie Krzysztof Materna i natychmiast ogłosił co następuje:
Wie pan, wszedłem już w tryb asertywności w stosunku do tego, co się dzieje, bo denerwowanie się i antagonizowanie nic mi nie daje. W związku z tym ani się swoich poglądów nie wstydzę i wyrażam je tam, gdzie mogę, ani nie robię tego w sposób nienawistny. Bardziej z pewnego dystansu. Nie jestem bojownikiem, nie uważam się za eksperta gospodarczego ani za kogoś, kto ma we wszystkim rację. Oczywiście mam wiele pretensji do tych, którzy rządzą naszym krajem.
O kłamstwo, obłudę, cynizm, arogancję, chęć zemsty. O wszystko to, co jest takie straszliwie prymitywne, mimo że wiem, iż polityka polega także na oszustwie. Najbardziej się jednak dziwię, że tylu ludzi w Polsce jest tak naiwnych, iż dają sobą manipulować”.
Ja oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że kogoś, kto zaczyna swoją wypowiedź od zapewnienia, że w nim nie ma za grosz nienawiści, należy traktować ze zdwojoną ostrożnością, niemniej ta eksplozja wściekłości robi nawet na mnie wrażenie. Pomyślmy bowiem, jaki to jest niezwykły zestaw: z jednej strony nie znający nienawiści Materna, z drugiej ludzie kłamliwi, obłudni, cyniczni, aroganccy i kipiący pragnieniem zemsty, a z boku my - banda naiwnych durniów, pozwalających sobą manipulować.

***

Jak się jednak okazuje, Krzysztof Materna ma wszelkie powody, by się denerwować. Jak nam wyjaśnia w tym samym wywiadzie, jego ból wynika z tego, że mu autentycznie pęka serce ze zmartwienia, jak jego dzieci, które „wchodzą obecnie w dorosłe życie będą się miały w tej Polsce która jest taka, jaka jest”.
No, doprawdy chciałbym bardzo, lecz nie wiem, jak mogę pocieszyć naszą gwiazdę. Znalazłem jednak ostatnio zupełnie niezależnie dwie informacje, które być może przyniosą jakąś pociechę. Oto okazuje się, że w 2016 roku do Krzysztofa Materny zgłosił się dziennikarz, 49-letni Jacek Bazan i oświadczył, że jest nieślubnym synem Materny. Materna senior zrobił odpowiednie badania i okazało się, że Bazan faktycznie jest jego dzieckiem, co tatuś przyjął z radością, bo zawsze jest dobrze dowiedzieć się, że ma się syna. Mało tego, jak podają media, również córka Materny wystąpiła publicznie i to w sukni, która odsłaniała jej pępek i - pardon me french - cycki, i to jej przyniosło ogólnopolską sławę, co również powinno cieszyć dumnego tatę, bo cóż jest piękniejszego niż to, że dzieciom się powodzi?
W tej sytuacji jednak mam radę dla konferansjera Materny. Niech on się aż tak bardzo nie martwi. Dzieci z pewnością sobie dadzą radę. Nawet wśród ludzi kłamliwych, obłudnych, cynicznych i aroganckich.

***

Ja wiem, że to wygląda trochę głupio, kiedy inspiracją dla dzisiejszego odcinka „Wezwanych do tablicy” staje się nagle ktoś na miarę Krzysztofa Materny, zapewniam jednak, że już kończę. Rzecz w tym jednak, że we wspomnianym wywiadzie, Materna, próbując nam pokazać, jaki jest młody, otwarty, pełen pozytywnych wibracji, mówi tak:
Wie pan, czasem czuję się, jakbym miał lat 40, a kiedy indziej nawet 30. Mam absolutnie młody stosunek do świata. Jestem tego świata ciekawy i staram się go rozumieć. Lubię młodą twórczość. Słucham Dawida Podsiadły, Organka, Taco Hemingwaya. Współpracuję z Jimkiem, utalentowanym kompozytorem i dyrygentem młodego pokolenia, świetnie się z nim rozumiem, lubię posłuchać kunsztu śpiewającego Mariana Opanii. Chodzę i do teatru Krystyny Jandy, i jestem zafascynowany teatrem Warlikowskiego”.
Przepraszam bardzo, ale w momencie gdy na tej liście pojawił się teatr Krystyny Jandy, to mi już zabrakło argumentów. W sumie jednak ciekawe, że Krzysztof Materna nie wspomniał przy okazji o sztuce aktorskiej Anny Nehrebeckiej.

***

A propos aktorów, jak wiele wskazuje, „Gazeta Wyborcza” już wkrótce ogłosi kolejną żałobą narodową - a z pewnością nie ostatnią w tych latach - bo, jak się dowiadujemy, w bardzo cięzkim stanie przebywa w szpitalu dziś już niemal 90-letni Kazimierz Kutz, mistrz hejtu, który tak zgrabnie ukształtował naszą dzisiejszą rzeczywistość,  i różnego rodzaju fan cluby wbitnego reżysera i polityka wzywają do wsparcia wybitnego syna Ziemi Śląskiej w trudnych chwilach. W jaki sposób to mamy robić pozostaje zagadką, natomiast ja tu dziś się zastanawiam, jak sobie poradzi w tej nowej sytuacji redakcja regionalnego wydania „Gazety Wyborczej”. Z tego co miałem okazję zaobserwać, dotychczasową sprzedaż na Śląsku nakręcał im cotygodniowy felieton mistrza Kutza, no a kiedy jego zabraknie, to kto tam się pojawi? Krzysztof Materna, czy Anna Nehrebecka?

***
A może nie trzeba nam mierzyć tak nisko i wypadałoby postawić na samego Romana Giertycha. Może to on, kiedy już opadnie kurz, zostanie felietonistą katowickiego wydania „Gazety Wyborczej”? Skąd taka myśl? Otóż powrócił ów dzielny mąż na czołówki medialnych doniesień w związku z próbą dealu między bankierem Czarneckim, a państwowym urzędnikiem Chrzanowskim i w ramach zwykłej propagandowej napieprzanki między stronami, ni stąd ni z owąd okazało się, że zawodowy sukces Giertycha opiera się wyłącznie na tym, że on jak nikt inny potrafi każdą przegraną sprawę wpędzić w taki bałagan, że ci biedni sędziowie nie są w stanie nawet wydać z siebie jęku. Cóż za tem ów biedaczek będzie miał do powiedzenia, kiedy już polskie sądy zaczną działać? To już tu naprawdę pozostaje felieton dla lokalnego dodatku do „Wyborczej”.

***

Proszę sobie wyobrazić, że gdy myśmy się tu zastanawiali, kogo obsadzić w roli pierwszego felietonisty „Gazety Wyborczej”, gdy natura zgłosiła się po swoje i nie wiadomo było, czy trafi na Annę Nehrebecką, czy Romana Giertycha, dotarła do nas wiadomość, że prezes Kurski uznał wreszcie, że Wojciech Cejrowski jako pierwsza twarz TVP to obciach i wstyd i Cerjrowskiego wystawił za drzwi. Media donoszą, że poszło o dwie wypowiedzi Cejrowskiego na temat prezesa Kaczyńskiego. W przypadku pierwszej pan Wojtek stanął w obronie dzieci poczętych, a Jarosława Kaczyńskiego ustawił na pozycji współczesnego Heroda, natomiast w drugim wypadku zaprotestował przeciwko sposobowi, w jaki wspomniany Jarosław traktuje kobiety i zaproponował by ktoś w związku z tym nakładł mu po pysku.
Otóż myśmy tu mieli na Cerjrowskiego oko już od pewnego czasu, więc te dwa ostatnie wybryki nie powinny nas jakoś szczególnie zaskakiwać, jednak przyznaję, że to co widzimy to jest naprawdę coś, a w tej sytuacji wypada nam tylko prezesowi Kurskiemu pogratulować szybkosci reakcji. Co do samego Cejrowskiego, życząc oczywiście bardzo długiego życia Kazimierzowi Kutzowi, proponuję, jak już się pewnie większość czytelników domyśla, by ten jak najszybciej aplikował do Agory w sprawie tej roboty. Dopóki żyje Soros.

***

No i proszę, kiedy wydawało się, że już powiedziane został wszystko, pojawił się ów Soros. A z nim tekst z „Gazety Wyborczej”, która, jak wiemy została ostatnio postawiona przez niego na nogi. Oto w nadzwyczaj prześmiewnym tekście zatytułowamnym „Ujawniamy! Kim naprawdę jest George Soros”, redaktor podpisujący się nazwiskiem Michał Gostkiewicz wyjaśnia, że akcje Agory Soros odkupił od przejmowanego akurat przez Prawo i Sprawiedliwość PZU. Co z tego wynika, wyjaśnienie jak na mój rozum jest zbyt skomplikowane, to co natomiast zrozumiałem do końca, to ten fragment:
Mesjasz? Geniusz? Hochsztapler? Szczodry społecznik? Prawdziwy demokrata? Cyniczny cwaniak? Problem z Sorosem polega na tym, że jest w nim wszystkiego po trochu. Z konglomeratu twarzy i wcieleń węgierskiego finansisty wyłania się twardy gracz, który ma tyle pieniędzy, że inwestuje je w to, na co ma ochotę. A on akurat ma ochotę inwestować w media i organizacje pozarządowe. W demokrację. I robi to - jak wskazuje jego życiorys - najwyraźniej nie tylko dlatego, że mu się to po prostu opłaca”.
Swoją drogą, za tego hochsztaplera, ktoś tam będzie musiał polecieć.


Gdyby ktokolwiek miał do mnie jakąś sprawę, również w sprawie książek, podaję swój adres mailowy: k.osiejuk@gmail.com.

poniedziałek, 10 grudnia 2018

... i broń Boże nie zakładajmy żółtych kamizelek


          O czym chyba miałem okazję już tu wspominać, Francuzów i Francji nie lubię, w znacznym stopniu ze względów, których nie potrafię wymienić krótko i jednoznacznie. Jest mi tu tym bardziej ciężko, że w życiu miałem okazję poznać zaledwie paru z nich i nawet jeśli każdy z nich mnie zirytował, to wciąż prawdą jest, że ich nie lubię. Do tego dochodzi jeszcze polityka i tu do Francji dochodzą jeszcze Belgia, Holandia, Luksemburg, Niemcy, a więc najbardziej twarde jądro Unii Europejskiej i w ogóle tak zwanego zachodniego świata. W tej sytuacji jest czymś oczywistym, że kiedy gdzieś na tamtych terenach dochodzi do społecznych protestów, odczuwam bardzo nieprzyjemną satysfakcję przytłoczoną uwagą „Widziały gały co brały”. I jest też oczywiste, że kiedy dziś oglądam pokazywane nam niemal każdego dnia francuskie uliczne awantury, nie mogę się opędzić od bardzo złośliwych myśli.
      Przy tym wszystkim jednak muszę zaprotestować przeciwko nadzwyczaj silnej skłonnoości występującej po tak zwanej „naszej” stronie do traktowania tej bandy tępej huliganerii jako sojuszników. Przede wszystkim bowiem, jeśli liczymy na to, że to ów ruch żółtych kamizelek, czy jak oni się tam zwą, doprowadzi do tego, że Zachód znormalnieje, to jesteśmy w wielkim błędzie. Przede wszystkim, z tego co słyszę, to jest w mieście Paryżu zaledwie 10 tys. regularnie rozrabiających ludzi, a więc liczba przypominająca mniej więcej nasz KOD w chwilach jego największego sukcesu, a poza tym, właśnie przez to, że to jest zaledwie ten ich jakiś KOD, tyle że młodszy i bardziej energiczny, lepiej by było dla nas, byśmy nie wskazywali na nich akurat jako na przykład.
       Powtarzaliśmy tu u nas wielokrotnie przy różnego rodzaju okazjach, że jeśli jesteśmy niezadowoleni z władzy, to przede wszystkim powinniśmy mieć pretensje do samych siebie za to, że daliśmy się tak fatalnie oszukać, a jeśli życzymy sobie swój błąd naprawić, to powinniśmy poczekać do najbliższych wyborów i tam się wykazać rozumem i starannością. Kiedy Francuzi parę lat temu wybierali sobie tego lalusia za prezydenta i to w sposób aż tak zdecydowany, wszyscyśmy tu rwali sobie włosy z głowy, jak można było aż tak zgłupieć. Ja niestety obawiam się, że dziś, nawet jeśli już nie tylko 80, ale aż  95 procent francuskiego społeczeństwa będzie żądało dymisji Macrona, to w kolejnych wyborach oni sobie wybiorą kogoś przynajmnie równie beznadziejnego, a sytuacja intelektualna do której oni się doprowadzili i która determinuje ich polityczne i społeczne zachowania, to jest już wyłącznie ich osobista zasługa. I nie oszukujmy się, że tu chodzi tylko o Francję, o to że tam się ostatnio bardzo obniżyły warunki życia i ludzie są rozczarowani. Dokładnie taka sama sytuacja jest we wspomnianej Belgii, Holandii i Niemczech, a także w Hiszpanii, Włoszech i w Austrii, i tu w najmniejszym stopniu nie chodzi o to, że tam masło jest droższe niż w Polsce. Nie mam najmniejszych wątpliwości, że oni wszyscy czują, że coś niedobrego się z nimi dzieje, tyle że są już tak ogłupiali, że zaczynają zachowywać się jeszcze bardziej irracjonalnie, niż dotychczas, w tym wypadku przeracając i podpalajac samochody, wybijając szyby w sklepach i rzucając czym popadnie w policjantów.
      Proszę zwrócić uwagę na jeszcze jedną rzecz. Jak słyszymy, ów ruch żółtych kamizelek nie ma przywódcy i to podobno sprawia, że z nimi się ciężko dyskutuje. I to jest moim zdaniem coś, co tym bardziej każe nam na nich uważać. Jeśli oni rzekomo nie mają przywódcy, to znaczy, że ów przywódca gdzieś jak najbardziej jest, tyle że póki co nie ma żadnego interesu, by się ujawniać. Wiemy na pewno, że on z jakiegoś powodu nie lubi Macrona i uważa, że trzeba go jak najszybciej usunąć i zamiast niego postawić tam kogoś, kto będzie bardziej odpowiedni. A to tym bardziej oznacza, że owa francuska rozróba to nie jest nasz interes.
       Niedługo mamy kolejne wybory europejskie, jest duża szansa, że wygrają je tak zwane partie polulistyczne i to , a nie jacyś dziwni ludzie przebrani w żółte kamizelki, stanowi dla nas szanse na bardziej komfortowe budowanie lepszej przyszłości. Trzymajmy się tego.

Książka się pisze coraz lepiej i mam wielką nadzieję, że będzie dobrze. Póki co, wciąż przed nami Święta, więc jeśli ktoś myśli o ładnym prezencie, proszę pisać do mnie, a już powiem, jakie są opcje. k.osiejuk@gmail.com

sobota, 8 grudnia 2018

Ilu ludziom pomoże Anna Dymna dzięki chorobie Kazia Kutza?


      Przede wszystkim chciałbym wszystkich zainteresowanych poinformować, że zapowiedziana książka się pisze i jeśli dalej będzie się pisała tak jak dotychczas, do końca roku powinna być gotowa. A dziś, tak byśmy tu nie zostali tacy zapomniani przez weekend, przesyłam najnowszy felieton z „Warszawskiej Gazety”. Powinno być dobrze. Dziękuję za cierpliwość.

      Wiem, że to może zabrzmieć niezbyt ładnie, ale muszę się przyznać do tego, że kiedy dowiedziałem się, że Kazimierz Kutz, kiedyś reżyser, a ostatnio polityk, zamógł na zdrowiu i trafił do szpitala, wprawdzie się nie ucieszyłem, ale żebym się szczególnie zmartwił, to nie powiem. Pewnie trochę dlatego, że kiedy nagle zaczyna odchodzić ktoś, kto przeżył już 90 lat, to traktujemy to bardziej jako coś naturalnego niż szokującego, chociaż w tym akurat przypadku poszło o coś innego. Choć mam swoje powody, by na nazwisko Kutz się krzywić, jedna rzecz zdefiniowała sposób, w jaki o nim myślę dziś. Otóż jeszcze w tak zwanych czasach posmoleńskich wystąpił Kazimierz Kutz w telewizji TVN24  i wspomniał rozmowę ze swoim kumplem, pisarzem Jerzym Pilchem, który z kolei mu opowiedział, jak to gawędził sobie z pewnym góralem i ten wysunął taką oto hipotezę, że Jarosław Kaczyński każąc swojemu bratu lądować w Smoleńsku, zdawał sobie sprawę, że to do jego śmierci, plan jednak był taki, że dzięki temu jego ukochany brat zostanie narodowym bohaterem, a on sam wykorzysta tę śmierć do swej politycznej kariery. A ja jestem przekonany, że to właśnie ta wypowiedź, nawet jeśli nie pierwsza, sprawiła, żę po tych wszystkich latach wciąż tak wiele osób ową insynuacje powtarza z tak wielką satysfakcją
        Jak mówię, to głównie wydarzenie sprawiło, że na wieść o cieżkiej chorobie Kazimierza Kutza, nawet jeśli się nieco zadumałem, nie zburzyło mi to z pewnością zazwyczaj dobrego nastroju. No i to też ten właśnie nastrój pewnie sprawił, że kiedy przeczytałem na Facebooku wyliczenia szefa klubu radnych Prawa i Sprawiedliwości Piotra Pietrasza odnośnie rocznych zarobków Kutza - swoją drogą, wcale nie tak bardzo wysokich - wzruszyłem jedynie ramionami, zastanawiając się może tylko nad tym, co to Pietrasza w ogóle obchodzi. Kiedy jednak za ten komentarz wylał się na niego wręcz nieprzyzwoity hejt, a jednocześnie dowiedziałem się skąd się w ogóle wziął temat, z wrażenia aż przysiadłem. Oto proszę sobie wyobrazić, że kiedy pojawiła się wiadomość o chorobie Kutza, natychmiast zareagowała zawodowo trudniąca się dobroczynnością Anna Dymna i zorganizowała zbiórkę pieniędzy na neurologiczna rehabilitację reżysera, oświadczając - uwaga, uwaga: „Kaziu to mój ukochany reżyser. Pomoc mu jest naszą wspólną powinnością”.
      Przepraszam bardzo, ale czuję, że mamy do czynienia z tak nieprawdopodobną bezczelnością, a jednocześnie zezwierzeńceniem, że jedyny komentarz, jaki przychodzi mi do głowy, to ten, że najwidoczniej trafił swój na swego. Może i Dymna jest osobą skromną intelektualnie, nie na tyle jednak, bym uwierzył w to, że ona liczy na to, że „Kaziu” pociągnie na tyle długo, by doczekać dnia, kiedy jej fundacja zakończy tę ponurą zbiórkę.
      A skoro tak, to uważam, że byłoby znacznie mądrzej gdyby radny Pietrasz, zamiast brać się za oświadczenia majątkowe tego staruszka, zajął się Dymną.

Wszystkich zachęcam do zaglądania do księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, gdzie można kupować moje książki. Zachęcam również do kontaktu mailowego pod adresem k.osiejuk@gmail.com. Tym którzy mieszkają w Warszawie, a lubią mieć wszystko od razu w ręku, polecam fantastyczny sklep Foto-Mag tuż obok stacji metra Stokłosy.


czwartek, 6 grudnia 2018

Gdy nie ma czasu przyszłego, a wszyscy mądrzy jak jasna cholera


Marki, dolary, banany i biustonosz marki Triumph


Do roboty!

      Zacząłem ostatnio wracać do starych tekstów wspominanej tu już parokrotnie Peggy Noonan, a skoro do starych, to również pomyślałem sobie, że ciekawe by było rzucić okiem na to o czym ona pisze dziś, choćby przy okazji prezydentury Donalda Trumpa. Zajrzałem więc na jej internetową stronę i proszę sobie wyobrazić, że tam były wyłącznie starsze teksty, plus informacja, że ponieważ Noonan aktualnie pracuje nad nową książką, przez pewien czas pozostaje nam to, co ona napisała zanim zasiadła do poważnej pracy.
      I powiem uczciewie, że to mnie zdziwiło. Mi nawet do głowy nie przyszło, by w związku z pracą nad książką zawieszać coś tak drobnego jak pisanie felietonów. Wydałem tych książek dokładnie osiem i za każdym razem pisanie ich szło zupełnie równolegle z codzienną publikacją notek. I jakoś się udawało.
      Kłopot w tym, że od czasu wydania listów od prof. Gilowskiej minęły już ponad dwa lata i kiedy wydawało mi się, że na tym owa przygoda się zakończy, Gabriel zażyczył sobie, bym napisał coś nowego. Ponieważ propozycja ta spadła na mnie dość niespodziewanie, a decydować się trzeba było natychmiast, pomyślałem, że będą musiał zrealizować wielokrotnie formułowane wobec mnie życzenie, by napisać kolejną część „Listonosza”, czyli zrobić coś, czego wcześniej ani przez chwilę nie planowałem. A skoro tak, to pierwszym moim zadaniem jest stworzenie czegoś, co nie okaże się zaledwie cieniem oryginału. W tej chwili chodzi o to, by druga część „Listonosza”, była w stosunku do pierwszej czymś takim, jak druga część „Ojca Chrzestnego” wobec pierwszej, a w żadnym wypadku nie trzecia wobec dwóch pierwszych. A to z mojej strony wymaga, obawiam się, znacznie większego wysiłku niż dotychczas.
       Mało tego. Dziś wiele wskazuje na to, że tuż po ukończeniu „Listonosza” nr 2, będę się zabierał za jeszcze kolejną książkę, która również nie może być ot taka sobie, a czegoś takiego jeszcze nie ryzykowałem. I to tym bardziej zmusza mnie do jeszcze większej pracy.
       Wprawdzie nie pójdę tropem Peggy Noonan i nie zawieszę tego bloga na kołku, natomiast proszę mi pozwolić zwolnić nieco dotychczasowe tempo, co sprawi, że przez najbliższe dwa miesiące będę pisał rzadziej. Nie dużo rzadziej, ale rzadziej. A ja za to obiecuję, że się naprawdę postaram.
        Dziś, a już na pewno jutro, opublikuję tu swoją wypowiedź na temat swoich „Marek, dolarów…”, którą nam bardzo ładnie zmontował Michał, a na razie idę z psem, a potem już do roboty.

środa, 5 grudnia 2018

Hans, Kurt i Jurgen, czyli o świecie, który znika w globalnym ociepleniu


      W niedzielę na targach pojawił się Michał - to ten co  w nadzwyczaj profesjonalny sposób nagrywa nasze gadki - i poprosił mnie, bym opowiedział coś o jedynej aktualnie książce, o której jeszcze nie opowiadałem, a mianowicie o „Markach, dolarach, bananach i biustonoszu marki Triumph”. Żeby jakoś zacząć i opowiedzieć przede wszystkim o tym, co to w ogóle za książka, opowiedziałem anegdotę związaną z osobą i twórczością pisarza Stasiuka. Otóż było tak, że podczas targów krakowskich kilka lat temu siedział sobie na stoisku obok ów Stasiuk, a ja, chcąc się zorientować, co on takiego pisze, podszedłem i wziąłem do ręki książkę pod tytułem „Dojczland”, otworzyłem na pierwszej stronie i zacząłem czytać. Sparafrazuję: „Wysiadłem na dworcu kolejowym w Berlinie. Wyszedłem na ulicę i potknąłem się o zarzyganego menela. Poszedłem do swojego hotelu, z nadzieją, że kupię sobie niebieskiego Walkera i wypiję go w swoim pokoju. Niestety mieli tylko czerwonego”. No i to tyle. Rzecz jest w tym, że moja książka, to jest mniej wiecej coś takiego, tyle że w o wiele lepszym guscie, mądrzejszego, bardziej interesującego, no i znacznie lepiej napisanego. No i aby z kolei przybliżyć słuchaczowi, co mam na myśli, przeczytałem do kamery mały kawałek rozdziału właśnie o moim pobycie w Niemczech.
       Póki co, ten film wciąż jeszcze jest w przygotowaniu, więc nie wiem, jak tam ostatecznie owa prezentacja wypadła, natomiast myślę sobie, że to jest faktycznie bardzo dobra książka, a żeby zachęcić Czytelników do jej kupienia, przedstawię tu cały ów rozdział, o tym jak to mi było w owych Niemczech w roku 1980. Proszę posłuchać.

    
      Któregoś dnia, podczas mojego jedynego w czasach PRL-u pobytu na Zachodzie, mój tamtejszy kolega Hans powiedział, że zawiezie mnie do miejscowości Kelsterbach, żeby mi pokazać McDonalda i wziąć do kina na film – w Polsce z niewiadomych do końca powodów  zakazany – „Easy Rider”. Bardzo się tą propozycją ucieszyłem, może nie tyle ze względu na McDonalda, co przez ten film, no i pojechaliśmy.
      Przyznaję od razu, że z McDonalda nie zapamiętałem nic, poza tym, że wówczas sobie pomyślałem, że to jest jednak bardzo drogi interes. Gdy idzie o film, to owszem, było ostro. Poszliśmy do tego kina, siedliśmy sobie na swoich miejscach, zaczął się film, i oczywiście od razu okazało się, że jest zdubbingowany, co prowadzi do tego, że i Dennis Hopper, i Peter Fonda, nie wspominając już o młodym Jacku Nicholsonie, rozmawiają po niemiecku. Ponieważ jednak dla mnie sama świadomość, że wreszcie zobaczę „Swobodnego jeźdźca” była atrakcją wystarczająco dużą by jakoś szczególnie marudzić, nie pyskowałem, natomiast o wiele gorsze było to, że kinowa publiczność miasta Kelsterbach zachowywała się w sposób, jaki dla mnie, przybysza z komunistycznej Polski, był co najmniej szokujący. Otóż oni się zachowywali jakby byli w knajpie. Gadali, żarli coś, pili, palili papierosy, a wszystko to było tak w tej swojej egzotyce niezrozumiałe, że z tego pokazu nie zostało we mnie nic. Po filmie powiedziałem mojemu niemieckiemu dobroczyńcy, że z polskiego punktu widzenia, to co się działo w tym kinie, to był totalny syf, na co on się obraził i od tego czasu nasze stosunki trochę się ochłodziły.
      Kiedy dziś wspominam tamte tygodnie i owego Hansa, myślę sobie, że to musiał być albo jakiś wariat, albo poważny komunista, bo o polityce w ogóle nie rozmawialiśmy, a jego potrzeba by w ciągu tych paru tygodni odkupić wszystkie niemieckie grzechy wobec Polaków robiła naprawdę wrażenie. Pewnie właśnie w ramach owego programu ekspiacji, pojechaliśmy na weekend do którejś z wsi w góry Taunus. Hans był trenerem jakiejś piątoligowej może drużyny piłkarskiej, w dodatku ligi dziecięcej, więc wybraliśmy się tam w towarzystwie tych dzieci – piłkarzy z Frankfurtu nad Menem. Powiem uczciwie, że ja z uwagi na swój zawód, na młodzieży znam się dość dobrze, ale to czego byłem świadkiem tam, na tym niby-obozie piłkarskim, wspominam do dziś. Te dzieci to był taki element, że podejrzewam, iż gdyby oni jakimś cudem trafili do takiego technikum mechanicznego w Pile, czy nawet elitarnego liceum ogólnokształcącego w Działdowie, na drugi dzień zostaliby na osobiste żądanie swoich polskich kolegów relegowani.
      Pamiętam że poszliśmy do jakiejś knajpy, siedzieliśmy tam, grzaliśmy to piwo, a ja patrzyłem, jak każdy z tych młodocianych Szkopów kombinuje co by tu ukraść. Czy to szklankę, czy talerzyk, czy może jakiś nóż. Wszystko jedno. Byleby się zmieściło pod t-shirtem czy w skarpetce.
      Niedaleko akademika, w którym mieszkałem, znajdowała się  knajpa, gdzie kelnerem był pewien Grek – kolega z tego samego akademika. Bardzo miły człowiek. Kiedyś sobie trochę dłużej porozmawialiśmy o świecie i jego problemach, i on mi powiedział, że mi coś pokaże. Zaprowadził mnie do siebie do pokoju, podprowadził pod okno, i pokazał mi jakiegoś Niemca siedzącego po przeciwnej stronie przy biurku. Niemiec sterczał nad rozłożonymi papierami, na uszach miał słuchawki, i zachowywał się, jakby był kompletnie opętany. Skakał, machał rekami, walił pięściami po blacie biurka i – to oczywiście tylko widzieliśmy – coś krzyczał. Ów Grek wyjaśnił mi, że to jest jego znajomy, student czwartego roku medycyny, który nie wytrzymał presji i oszalał. Obecnie uczy się do egzaminów, które pewnie zda, bo jest bardzo zmotywowany. Później uzyska dyplom, uda się na jakąś terapię, dzięki której uda mu się pozbyć złych duchów, no i zostanie pierwszorzędnym niemieckim lekarzem z pierwszorzędną pensją.
       To wszystko co tam Niemczech 30 lat już temu zobaczyłem, od tego czasu nie pozwala mi poważnie traktować poważnie tych zawodzeń, jacy to my Polacy jesteśmy kulturowo i cywilizacyjnie uwstecznieni w stosunku do Zachodu. Inna sprawa, że to był rok 1980. Dziś może faktycznie jesteśmy nieco bliżej. A może dalej? Chyba mi się coś już zaczyna mylić. W każdym razie jesteśmy wciąż w Niemczech.




To ostatnie zdanie oznacza tylko tyle, że kolejny rozdział jest również o Niemczech, bo taki podczas pisania tej książki miałem pomysł, by w ten właśnie sposób płynnie przyechodzić z jednego rozdziału do drugiego. Książka jest do nabycia w księgarni Coryllusa pod adresem https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/marki-dolary-banany-i-biustonosz-marki-triumph/, w sklepie Foto-Mag w Warszawie, ewentualnie tu u mnie. E-mail: k.osiejuk@gmail.com


wtorek, 4 grudnia 2018

O rozpoznawalności i wypranych budżetach


       Pisał o tym już wczoraj w Szkole Nawigatorów w swoim podsumowaniu zakończonych właśnie warszawskich targów książki Coryllus, więc ja może pozwolę sobie na drobne uzupełnienie. Otóż podczas gdy faktycznie jest tak, że, jak się zdaje, dzisiejszy rynek książki kręci się głównie wokół takich tytułów, jak wspomniane „Seks, sztuka i alkohol” niejakiego Andrzeja Klima, czy „Najpiękniejsze prostytutki średniowiecznej Francji”, „Najpiękniejsze morderczynie w Anglii Henryka VIII”, „Najprzystojniejsi skrytobójcy carskiej Rosji” „Najinteligentniejsi oprawcy stalinowskich więzień”. Ze względu na to, że wciąż mieliśmy jakieś swoje zajęcia, nie było zbyt wiele okazji, by zaglądać na sąsiednie stoiska, a już zwłaszcza snuć się tam z myślą o tych bardziej od nas oddalonych, więc nie wiem, jak się sytuacja przedstawiała statystycznie, ale faktem jest, że niemal każde stoisko, które osobiście odwiedziłem, posiadało tego typu literaturę.
      Było tam jednak coś jeszcze, moim zdaniem równie niepotrzebnego, by nie powiedzieć bezużytecznego, a mianowicie cała kupa książek, niezmiennie grubych i wydanych niezmiennie w pięknej, twardej oprawie, gdzie całą okładkę wypełniała twarz autora, a tytuł był równie nieciekawy, co owej twarzy nazwisko. A zatem mieliśmy tuż obok nas książkę Macieja Wierzyńskiego „Trzy połówki życia”, Anny Seniuk „Nietypowa baba jestem”, Anny Seniuk „Warto mimo wszystko”, Adama Bonieckiego pod tytułem „Boniecki”, Radosława Sikorskiego „Polska może być lepsza”, Danuty Stenki „Filtrujac z życiem”, czy tuż obok nas książkę napisaną przez Adama Rotfelda, a zatytułowaną „W poszukiwaniu strategii”. Były też pozycje podobne, a więc opowiadające o kimś znanym, choć napisane przez kogoś nieznanego, jak Mileny Kindziuk „Jerzy Popiełuszko - biografia”, lub odwrotnie, napisane przez kogoś znanego, za to o kimś kompletnie nieznanym, jak Wojciecha Manna „Artysta - opowieść o moim ojcu”.
       Co różni te wszystkie pozycje, każdy z nas może sobie sam dopowiedzieć, ja bym natomiast chciał zwrócić uwagę na to, co je łączy. One z całą pewnością nie zostały wydane, by je ktokolwiek kupił. Nie mam najmniejszych wątpliwości, że za decyzją kolejnych wydawnictw decydujących się na tego typu towar stoi wyłącznie coś, co już jakiś czas temu nazwaliśmy przewalaniem budżetu. Moim zdaniem, nie ma bowiem takiej możliwości, by ktokolwiek ryzykował własne pieniądze, by wydać drukiem w najdroższym formacie coś co się nazywa „W poszukiwaniu strategii” i zostało napisane przez jakiegoś Rotfelda, którego zdjęcie w dodatku stanowi jedyny element okładki. Nie ma też szansy na to, że ktoś zechce kupić książkę Manna o jego ojcu, o którym wiadomo tylko tyle, że był podobno artystą. Mało tego, oni by tego nie sprzedali nawet gdyby Rotfeld napisał książkę o strategii odnośnie kupowania seksu za pomocą alkoholu w dawnym PRL-u, a ojciec Wojciecha Manna w latach 60-tych artystycznie fotografował gołe baby.
     Wszystko to wiec oczywiście było nadzwyczaj słabe, ale najsłabsze zachowałem na koniec. Otóż niemal naprzeciwko nas siedział z zamiarem rozdawania autografów znany jeszcze niektórym z nas Jacek Snopkiewicz, jako autor książki, wydanej w roku 1993 i zatytułowanej „Teczki, czyli widma bezpieki - czarny scenariusz czerwcowego przewrotu”, na okładce której po raz pierwszy mieliśmy okazję zobaczyć słynne „oczy Macierewicza”. Od tego czasu upłynęło już tyle lat, że ja bym osobiście dzisiejszego Snopkiewicza wziął za jakiegoś staruszka, który zmęczony życiem przysiadł przy jednym ze stoisk, żeby spokojnie wykorkować, gdyby przed nim nie stała kartka z napisem „Jacek Snopkiewicz”, a obok niego nie leżała książka z tym samym nazwiskiem i tytułem „Bezpieka. Zbrodnia i kara?”, jak się zdążyłem zorientować, o nieukaranych zbrodniarzach okresu stalinizmu. Siedział więc ten Snopiewicz, siedział i siedział, kompletnie samotny, bezrobotny, rozpoznany, jak się zdaje, tylko przez mnie, a potem wstał i sobie poszedł diabli wiedzą gdzie.
      Ktoś teraz być może powie, że niepotrzebnie i głupio się wymądrzam, bo i ja i Coryllus i Szymon, który tam też był ze swoją książką o Wielkiej Wojnie, jesteśmy jeszcze mniej rozpoznawani od Snopkiewicza, by już nie wspominać o Adamie Rotfeldzie. Możliwe bardzo. Rzecz jednak w tym, że choćby ta różnica była niewiadomo jak duża, to faktem jest, że wszyscy, którzy nas znają, kupują wszystko, co wydamy i proszą o jeszcze, natomiast tamci pozostają przy tym, że owszem, znają. I stąd właśnie moje przykonanie o tym, że tu chodzi wyłącznie o ten budżet, który trzeba wyprać. I stąd też moje przekonanie, że przyszłość jest dla nas bardzo jasna.
       Na koniec dobra, z dawna wyczekiwana wiadomość. Otóż prawdopodobnie w pierwszych miesiącach przyszłego roku będziemy wydawać drugą część „Listonosza” i, jeśli uda mi się przekonać do tego Gabriela, to jeszcze coś, ale to będzie już niespodzianka. I obiecuję, że zrobię wszystko, by jedno i drugie było jeszcze lepsze niż to co dotychczas.

Dzisiejszy tekst publikuję wyjątkowo i tu, ze względu na to, że dotyczy jak by nie było projektu mojego kumpla Coryllusa i uzupełnia jego wczorajszy tekst. Przy okazji, uściski dla wszystkich.