piątek, 17 sierpnia 2018

Gdy zgasła ostatnia gwiazda

Plan był taki, by dziś, dla odmiany, wyrazić szacunek dla Dobrej Zmiany i napisać parę słów o deportacji na Ukrainę Ludmiły Kozłowskiej. Zmarła jednak, jak wiemy, Aretha Franklin i ponieważ jest to dla nas wszystkich – nawet tych, którzy jej śpiewu nigdy nie słuchali – strata nie do opisania, więc nawet tak potężne osoby jak ruscy szpiedzy będą musieli poczekać, i to aż do poniedziałku. Rzecz bowiem w tym, że względów rodzinnych w sobotę wyjeżdżamy na dwa dni do Warszawy, a to sprawia, że w tym tygodniu niedziela wypada. No a ponieważ z felietonem dla „Warszawskiej” czekać nie mogę, on się pojawi jutro, a Ruscy będą dopiero w poniedziałek. Dziś natomiast żegnamy Arethę.
       Przez cały dzień jesteśmy atakowani informacją, że oto zmarła „królowa muzyki soulowej” i to jest oczywiście prawda. Aretha Franklin faktycznie zawsze była i nigdy nie przestała być królową soulu, no i dziś od nas odeszła. Rzecz jednak w tym, że razem z nią odeszła też w ogóle ostatnia wielka gwiazda soul, a co więcej odeszł też ostatni wielki głos jazzu, bluesa, soulu i wszelkich innych muzycznych gatunków. Więcej. Wraz z Arethą Franklin skończyła się tak naprawdę epoka wielkich wokalistów, czy to mężczyzn, czy kobiet. Kiedy zabrakło Arethy Franklin, prawdziwego śpiewu będziemy już tylko mogli słuchać z płyt. Nie ma już Niny Simone, Johnny’ego Casha, nie ma Billy Holiday i Elli Fitzgerald, nie ma Jamesa Browna i Sary Vaughan, nie ma Raya Charlesa i  Luthera Vandrossa, Sama Cooka i Franka Sinatry, Marvina Gaya, Otisa Reddinga i Wilsona Picketta… nie ma już nikogo. I tego nie zmieni nawet fakt, że wciąż jeszcze świecą gwiazdy jak Barbra Streisand, Diana Ross, czy Dionne Warwick, bo to jednak jest inny wymiar. To co się stało to jest koniec pewnego bardzo ważnego rozdziału. I nie oszukujmy się: ich już nikt nie zastąpi nie dlatego, że nie ma utalentowanych muzyków i wspaniałych głosów, ale dlatego, że świat muzyki już nigdy nie będzie taki jak był wtedy, kiedy zaczynała swoją karierę Aretha Franklin i inni. Powiedzmy sobie szczerze: gdyby tak się złożyło, że ona by się urodziła 50 lat później i właśnie zaczynała karierę, i szczęśliwie nie skończyła jak Amy Winehouse, to nie różniłaby się niczym od całej masy piosenkarek w rodzaju Diany Krall, czy Nory Jones.
      A zatem to jest koniec. Od dziś będzie już tylko gorzej. Posłuchajmy więc na koniec jednej z tych piosenek. Jednak ani nie „Natural Woman”, ani „I Say A Little Prayer”, ani „Respect”, ale jakoś mniej ostatnio słyszanej, a przecież też nie byle jakiej.



Zachęcam do kupowania moich książek. Z ośmiu zostały już tylko cztery i też jest ich już coraz mniej, więc trzeba się spieszyć. www.basnjakniedzwiedz.pl oraz u mnie osobiście, przez kontakt mailowy k.osiejuk@gmail.com.


czwartek, 16 sierpnia 2018

Defilada ze wsi Warszawa

     Oglądałem sobie wczoraj w telewizorze transmisję z defilady, z coraz większym zachwytem podziwiałem te czołgi, wozy opancerzone, tych żołnierzy i  żołnierki, czy wreszcie samoloty i helikoptery, i kiedy już byłem naprawdę bliski wycofania się ze wszystkich brzydkich słów, jakie ostatnio wypowiedziałem pod adresem Dobrej Zmiany przypomniałem sobie muzyczny projekt, o którym tu kiedyś przez chwilę rozmawialiśmy, a mianowicie tak zwaną „Kapelę ze wsi Warszawa”. Skąd to pozornie kompletnie bezsensowne skojarzenie? Czyżby to był mój nowy plan, by wszystko kojarzyć z muzyką? Otóż nie. Dziś o muzyce ani słowa. Już zatem wyjaśniam, choć jednak może na początek przypomnę, co to jest takiego owa Kapela. Jest to mianowicie, jak już wspomniałem, projekt muzyczny, ale nie tylko, a jeśli brać pod uwagę poziom czysto muzyczny, również nie przede wszystkim muzyczny. Oczywiście są tam i muzycy i piosenkarze, instrumenty i piosenki, i to niekiedy bardzo zwyczajne, jednak po bliższym przyjrzeniu się, okazuje się, że mamy do czynienia głównie z bardzo silnie akcentowanym przekazem agresywnie pogańskim, by – cytując tu słowa papieża Franciszka „Kto się nie modli do Boga, modli się do Szatana” – nie powiedzieć – satanistycznym właśnie. To co sprawia, że owa Kapela ze wsi Warszawa robi szczególne wrażenie, to fakt, że proponowana przez nich muzyka to nie jest ani black metal, ani death metal, ani w ogóle jakikolwiek metal, czy choćby przez niektórych uważany za Zło rock’n’roll. Muzyka Kapeli ze wsi Warszawa to najbardziej radosny folk, w dodatku uprawiany przez ludzi, wedle najbardziej powszechnych standardów, zwyczajnie miłych. I dopiero gdy wsłuchamy się w śpiewane przez nich teksty, czy, jeszcze bardziej, poczytamy sobie wywiady z muzykami, ujrzymy całą naturę owego przedsięwzięcia, która sprowadza się do przypomnianego niedawno hasła: „Nie ma innej prawdy jak przedchrześcijański świat drzew, wiatru i kwiatów”.
         I niech się nam nie wydaje, że Kapela ze wsi Warszawa to zaledwie gdzieś tam troszeczkę skażony odprysk z tego, co tworzy naszą cywilizację. Otóż nie. Kapela ze wsi Warszawa to część coraz bardziej popularnego pogańskiego nurtu, obecnego nie tylko w muzyce, ale w ogóle w naszej kulturze i obyczajowości. A to jak ów nurt potrafi być agresywny możemy zauważyć również w szeregu przeróżnych wydarzeń, wcale nie przede wszystkim muzycznych, mających miejsce niemal codziennie w różnych miejscach Polski pod patronatem stowarzyszenia o nazwie Centrum Słowian i Wikingów, z główną zabawą organizowaną regularnie w sierpniu na wyspie Wolin pod nazwą „Festiwal Słowian i Wikingów”. Przypatrzmy się programowi owego wydarzenia:
- Uroczyste rozpoczęcie festiwalu. Korowód spod Kolegiaty św. Mikołaja Biskupa w Wolinie.
- Obrzęd przekazania władzy jarlowi Jomsborga – kapłani wraz z burmistrzem przekazują insignium jarlowi.
- Otwarcie świątyni – wniesienie stanic, obrzęd niecenia ognia, modlitwa do ognia i ofiarowanie, skandynawski obrzęd ofiarowania blot.
- Obrzęd uznania i przyjęcia dziecka do wspólnoty – inscenizacja.
- Wróżenie ze szczap wróżebnych (tzw. źrebi) dla mężczyzn oraz z linii w popiele dla kobiet.
- O tarczy Jarowita, która uratowała chrześcijańskiego mnicha – inscenizacja według relacji Herborda i Ebbona.
- Woda i ogień w obrzędowości dawnych Słowian – prelekcja Natalii Zacharek.
- Wróżba z koniem według obrządku arkońskiego utrwalonego przez kronikarza Saksona Gramatyka – inscenizacja.
- Skandynawskie braterstwo krwi, tzw. wejście pod darń – inscenizacja.
- Słowiański obrzęd ciałopalenia poprzedzony obrzędami wyprowadzenia duszy – inscenizacja.
- Weles, chtoniczny bóg Słowian – prelekcja dr. Michała Łuczyńskiego.
- Otwarcie świątyni – wniesienie stanic, rozniecenie ognia, ofiarowanie.
- Słowiańska obrzędowość i magia ochronna – ofiara zakładzinowa i ofiara dla Domowika.
- Hávamál – Pieśń Najwyższego – prelekcja dr. Łukasza Malinowskiego.
- Skandynawski obrzęd ofiarowania blodörn (tzw. krwawy orzeł) – ofiara z człowieka – inscenizacja.
- O skandynawizacji słowiańskich wątków wierzeniowych – prelekcja dr. Kamila Kajkowskiego.
- Słowiański obrzęd ofiarowania – ofiara z człowieka na podstawie źródeł pisanych i archeologicznych – inscenizacja.
- 9 światów Yggdrasila – spotkanie dla dzieci i młodzieży z mitologią skandynawską – prelekcja dr. Remigiusza Gogosza.
- Skandynawski obrzęd wystawienia słupa pogardy – nithstang.
- Wyrocznie i wróżby w pogańskiej Skandynawii – prelekcja prof. Leszka P. Słupeckiego.
- Słowiańska magia pogodowa w zależności od warunków atmosferycznych: przywołanie deszczu na podstawie relacji Burharda z Wormacji, odpędzanie chmur deszczowych na podstawie tradycji ludowych.
- Targ niewolnic. Kroniki mówią o Słowianach jako o ludziach handlujących osobami wziętymi w niewolę. Będzie na co popatrzeć, a i niewolnicę zdatną do pracy zakupić.
- Perun, uraniczne bóstwo Słowian – prelekcja dr. Michała Łuczyńskiego.
      I oto, proszę sobie wyobrazić, podczas wczorajszej defilady, w rocznicę Cudu nad Wisłą oraz w Święto Wniebowzięcia, kiedy już przelacieały te samoloty, a żołnierze odmaszerowali w dal, na scenie pojawiły się tak zwane grupy rekonstrukcyjne, w tym, jak nas poinformowała TVP – tak, tak – nasi znajomi Słowianie i Wikingowie ze wspomnianego Centrum. I ja wcale nie chcę sugerować, że tam popłynęły słowa znanej tu i ówdzie piosenki:
Rozgniewała się żona
Wzięła pieniążki i poszła do księdza
Mój dobrodzieju, dorodź mi temu
Co ja uczynić mam mężowi swemu

Wstań no rano
A choć o północy zagotuj wody
I wyparz mu oczy
Wyparz mu oczy, połamie mu nogi
I przepędź jego hej prze z cztery progi

Tak za lasem
Za leszczyną
Tańcował ksiądz z gospodynią
Kurek zapiał
Pies zaszczekał
Ksiądz ci pierdnął jak uciekał
”.
      O nie! Tam nikomu nie przyszło do głowy się wyłamywać z obowiązującego kanonu. Tam się odbyła wyłącznie rekonstrukcja z udziałem wczesnośredniowiecznych wojów, a prezydent Duda z Małzonką, premier Morawiecki i minister Błaszczak mogli już tylko z podziwem kiwać głowami.
      A ja już się tylko zastanawiam, czy dziś, kiedy oni się dowiedzili o tych słowianach i wikingach, nie pomyśleli sobie, że właściwie czemuż by przyszłorocznego urlopu nie spędzić na wyspie Wolin. Tyle ciekawych eventów, a i dzieci znalazłyby coś dla siebie.




Przypominam, że moje książki można kupować w księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl oraz tu na miejscu u mnie, przez kontak mailowy k.osiejuk@gmail.com. Zachęcam gorąco.

środa, 15 sierpnia 2018

Jak to jest być głupim jak but


        Wspominałem tu przez te wszystkie lata parę razy amerykańskiego dziennikarza Boba Greene’a, którego czytam namiętnie i od którego czerpię zarówno ściśle określoną wiedzę, jak i umiejętność przelewania tej wiedzy na zdania. Otóż kiedy Greene był jeszcze początkującym dziennikarzem, miał rubrykę w „Chicago Tribune”, gdzie relacjonował wielkie rockowe koncerty, w których uczestniczył jako zaproszony reporter. Pewnego dnia jeszcze w roku 1972 miał okazję uczestniczyć w słynnym koncercie zespołu Jethro Tull w nowojorskiej hali Madison Square Garden. Oto jego relacja:
     Wokalista zespołu Ian Anderson bisował, a rozentuzjazmowana publiczność napierała na scenę. Części z nich udało się dotrzeć do dolnej części ściany, prowadzącej już do samej sceny, skąd, stając na ramionach znajomych, próbowali wyskoczyć w górę i znaleźć się tuż obok swoich bohaterów. Stałem na scenie obok wzmacniacza i obserwowałem całą sytuację. Ian Anderson śpiewał, a młodzi fani zespołu podchodzili coraz bliżej. Nie było widać twarzy, natomiast na krawędzi sceny pojawiały się palce, gotowe by się podciągnąć i wejść na scenę. Terry Ellis, manager zespołu, również się przyglądał. Z całkowitym spokojem, wziął w rękę młotek i ruszył w kierunku Andersona i jego mikrofonu. Przyklęknął i wciąż bardzo spokojnie, ile razy zobaczył palce, walił w nie młotkiem. Któreś z tych dzieci ślepo sięgało brzegu sceny, a Ellis rozbijał te palce swoim młotkiem. Efekt był natychmiastowy. Młotek spadał na palce, a ich właściciel wpadał z powrotem w publiczność. Nigdy nie widzieliśmy całej osoby. Raz za razem palce wynurzały się z ciemności, Ellis rozwalał je młotkiem, no i w ten sposób wreszcie koncert dobiegł końca”.
       Nie byłem nigdy na koncercie zespołu Jethro Tull. Kiedy ich kochałem, byłem przede wszystkim zbyt mały, żeby znosić walenie młotkiem po palcach, a poza tym to był czas, kiedy oni do Polski nie przyjeżdżali. Owszem, pamiętam jakby to było wczoraj, jak mój starszy brat pożyczył od jednego ze swoich kolegów magnetofon Tonette, a z nim taśmę firmy Agfa, gdzie na jednej stronie była pierwsza płyta Led Zeppelin, a na drugiej „Stand Up” Jethro Tull właśnie. Miałem wówczas pewnie jakieś 15 lat, ta taśma była z nami pewnie z tydzień i przez ten czas nauczyłem się każdej z tych piosenek na pamięć. Do dziś zresztą to własnie drugi album Jethro Tull jest moją ulubioną ich płytą, tuż po „Thick As A Brick”.
         Ciekawy jest bardzo ów album, a jednocześnie cała kompozycja. Dowcip – bo to był trochę dowcip – polegał na tym, że okładka, zrobiona w formie gazety, informowała, że autorem tekstu tej piosenki jest genialny ośmioletni poeta nazwiskiem Gerald Bostock, którego nawet widzimy na okładce i możemy tam też przeczytać pełną i  bogatą relację na temat owego niezwykłego talentu. News jest taki, że ów ośmiolatek ze swoim poematem wygrał któryś z lokalnych konkursów poetyckich, jednak po protestach ze strony publiczności został oskarżony o psychiczną chorobę zdyskwalifikowany. Na pierwszej stronie owej gazety jest również tekst, w którym sugeruje się, że Bostock jest również ojcem swojej 14-letniej koleżanki imieniem Julia. Tak więc odpowiednio zachęceni, nastawiamy płytę i od razu słyszymy początek owego niby poematu:
      Mam nadzieję, że jakoś to przemęczycie
        Moje słowa są niczym szept, a głuchota aż wrzeszczy
        Mogę sprawić, że coś poczujecie, do myślenia was nie zmuszę
        Wasza sperma spływa ściekiem, a miłość ginie w zlewie
        No i walicie konia gdzieś w kącie
        Załatwiając te wasze zwierzęce interesy
        A ci wszyscy mądrale nawet nie mają pojęcia, jak to jest
        Być głupim jak but”.
       Nie będziemy tu dziś słuchać całości tego dzieła w wykonaniu Jethro Tul. Na początek proponuję jedynie samo otwarcie. Potem ten sam fragment w wykonaniu fantastycznej, choć kompletnie nieznanej, piosenkarki, no a na koniec, owszem, całość, ale też w wykonaniu tak zwanych amatorów. Tak byśmy wszyscy mieli okazję zobaczyć, jak talenty mogą się rodzić choćby na kamieniu.










      Przypominam, że moje książki są niezmiennie do kupienia w ksiegarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, lub ewentualnie u mnie osobiście. Kontakt mailowy k.osiejuk@gmail.com


wtorek, 14 sierpnia 2018

Nasze kochane Portishead


        Oczywiście żadna wiążąca decyzja nie została jeszcze podjęta, ale przez te dwa dni, kiedy grałem tu różne piosenki, chodzi mi po głowie myśl, by ten blog powoli się przeistoczył w blog przede wszystkim muzyczny. Czemu? No, przede wszystkim bardzo mi się spodobała sytuacja, zwłaszcza sobotnia, kiedy moja notka nie przekroczyła nawet tysiąca odsłon, a dyskusja jaką wzbudziła, była niemal tak żywa, jakbym ja co najmniej ujawnił nieznane tajemnice powołania tak zwanej komisji reprywatyzacyjnej, a co więcej chyba ani jeden komentarz mnie nie zirytował, jako nieadekwatny, złośliwy, czy zwyczajnie głupi. Po drugie, ostatnio zbyt często zauważam, że na temat bieżących wydarzeń nie mam nic mądrego do powiedzenia, a gdy chodzi o refleksje na tematy bardziej ogólne, przede wszystkich nie chcę się powtarzać, no a poza tym bardzo też się boję, że przez intensywność tego pisania, poziom notki może się okazać niewystarczająco godny tematu, a ten element był dla mnie zawsze czymś wręcz podstawowym; żeby temat nie musiał się za mnie wstydzić.
      Ale jest jeszcze coś, o czym myślę od wczoraj. Otóż Coryllus w swojej ostatniej notce napisał coś takiego: „O ile przyjemniej jest siedzieć przed monitorem i wcielać się w tę czy inną rolę...I dyskutować, dyskutować, dyskutować, o tym kto jest kim i dlaczego robi to, co robi”. A ja sobie pomyślałem, że on mi to wyjął z ust, bo w ostatnim czasie dokładnie ta sama myśl chodziła mi po głowie, zwłaszcza po tym, jak wrzuciłem tu tekst o Hypatii i Marii Dzielskiej, tyle że nie umiałem jej tak ładnie wyrazić. 
      No i jest wreszcie ta muzyka, której słucham od zawsze, na której się znam i o której mogę rozmawiać w nieskończoność. Weźmy choćby ów Portishead, o którym nasz kolega Kuldahrus napisał, że oni nie mieli nigdy choćby jednej złej piosenki, a ja mogę tylko dodać, że oni też nie mieli jednej piosenki gorszej od drugiej, a z drugiej strony Valsera, którego zdaniem Portishead to pospolita nędza. Poświęciłem im rozdział w mojej książce „Rock and roll, czyli podwójny nokaut” i zachęcając oczywiście do jej kupowania, przypominam go tutaj.      


      Pamiętam tę lekcję – już wiele, wiele lat temu – z dziewczynką, która miała taką fantazję, że chciała, by przez cały czas było włączone radio i żeby grała muzyka. Siedzieliśmy więc sobie u niej w pokoju, coś tam robiliśmy, a z radia leciały piosenki. To wtedy właśnie, po raz pierwszy w życiu, usłyszałem „Sour Times” Portishead.
      Ja oczywiście nie miałem pojęcia, co to takiego; nawet nie wiedziałem, że zespół pod tą nazwą istnieje; ale też nigdy wcześniej nie słyszałem czegoś podobnego. I pamiętam, że myśmy coś tam robili, tu leciała ta piosenka, a ja poczułem tak straszny żal, że już pewnie ani tego więcej nie usłyszę, ani, co najgorsze, nie dowiem się, kto to śpiewa. A to była Beth Gibbons.
      Okazuje się jednak, i całe szczęście, że nawet jeśli cuda się zdarzają, to nie na tym poziomie. Jak idzie o rynek, on niczego wartościowego nie zostawi na pastwę losu. Nie ma takiej możliwości, by gdzieś się pojawiło coś naprawdę wybitnego, i żeby rynek się tym czymś nie zainteresował. W innym miejscu tej książki czytamy o zespole Arctic Monkeys. To jest jedyny znany mi przypadek, kiedy autentyczna kariera powstała całkowicie poza rynkiem oficjalnym; kiedy zanim oficjalny rynek się zdążył zorientować i wyskoczył ze swoimi pieniędzmi, wszystko już było gotowe. I oczywiście to robi wrażenia, natomiast nawet tu nie ma się co jakoś szczególnie emocjonować. Otóż rynek Arctic Monkeys ostatecznie nie przegapił. Początek oczywiście im umknął, ale potem wszystko już poszło tak jak należy.
      A zatem – nie powiem „tym bardziej”, bo to by nie było zbyt eleganckie w stosunku do tych dzieci z Sheffield – piosenka Portishead też nie mogła zniknąć w czeluściach piekła, jakim jest owa branża. A skoro ta piosenka, to również Beth Gibbons i jej koledzy z zespołu, no i ostatecznie cały ten projekt pod nazwą Portishead. Oni wszyscy musieli się znaleźć tu, gdzie są dzisiaj. A ja się bardzo niepotrzebnie wtedy smuciłem.
      Któregoś dnia, parę lat później, siedziałem tu u nas w domu z moim kumplem Michałem Dembińskim, i nagle zobaczyliśmy, że TVP puszcza koncert Portishead z Nowego Yorku. Oczywiście przestaliśmy gadać, obejrzeliśmy go w milczeniu do samego końca, a kiedy już odzyskaliśmy przytomność, ja, trochę po to, żeby jakoś sprawę załagodzić, powiedziałem, że mam wrażenie, że to jednak jest wtórne. Na to Michał się uniósł i zapytał: „Tak? Wobec czego?” Ja zacząłem intensywnie myśleć, i z głupia frant odpowiedziałem: „Billie Holiday”. Na co on machnął ręką i odpowiedział: „Daj spokój”.
       Portishead powstali w roku 1991. Pierwszy album – ten, na którym znalazło się owo rujnujące jedną z moich lekcji „Sour Times” – został wydany w roku 1994. Drugi studyjny dopiero trzy lata później. Na kolejny musieliśmy czekać 11 lat. A zatem, mamy już ponad 20 lat, i 33 piosenki. Każda na najwyższym absolutnie możliwym poziomie. Trzy płyty, 33 piosenki, i nie ma żadnego sposobu, by autorytatywnie powiedzieć, że ta jest gorsza, a tamta lepsza. Oczywiście, każdy ma coś, co lubi najbardziej. Ja też. Natomiast nie widzę możliwości, żebym ja tu chciał wchodzić w polemikę z kimś, kto uważa inaczej.
      Portishead nie nagrywają wciąż to nowych albumów, jak sądzę, z prostej przyczyny: prawdopodobnie nie mają wystarczająco dużo pewności, że to co wydadzą, będzie wystarczająco dobre. Zapewne bardzo się boją sytuacji, kiedy to oni wydają kolejną płytę, a część tych, którzy ich traktują, jak coś najważniejszego w życiu – a zaręczam, że co najmniej kilku takich jest – odwracają się zawiedzeni. I nie widzę możliwości, by było inaczej. Portishead to jest już wystarczająco uznana marka, by mieć pewność, że każda kolejna płyta się sprzeda. Im ani nie grozi to, że gdy oddadzą materiał do produkcji, ktoś im powie, żeby się nie wygłupiali, bo to jest zwyczajnie za słabe, ani tym bardziej to, że ten album trafi do sklepów i się nie sprzeda. To jest rynek, a rynek wchłonie wszystko. Beth Gibbons, Geoff Barrow, Adrian UtleyClive Deamer i Dave MacDonald to jest taka marka, że oni już do końca życia mogą jechać na samej nazwie. Jak, nie przymierzając, jakieś U-2, czy Metallica. A mimo to, tego nie robią.
      A nie jest też tak, że oni się pokłócili, albo prowadzą rozległe, osobne biznesy i nie mają czasu na sztukę. Zespół Portishead istnieje jak najbardziej i jest w ciągłym ruchu. W tym roku wystąpił i w Glastonbury i w Krakowie i w dziesiątkach innych miejsc na świecie, i – kilka z tych koncertów miałem okazją oglądać – ani na moment nie pokazał, że im nie zależy. Dwa lata temu oni przyjechali do Poznania i proszę sobie wyobrazić, że i ja tam byłem. Ten koncert się zaczął, minął, skończył się i tam też ani przez chwile nie było widać, że jest inaczej, niż było 20 lat temu.
     Portishead swoją trzecią i ostatnią jak dotąd płytę wydali w 2008. Mało kto lepiej wie ode mnie, jak wielu na nią czekało. I się doczekało. Od tego czasu minęło już 5 lat… i cisza. Oni jeżdżą od miasta do miasta, i grają te swoje 33 piosenki przed wiecznie rozentuzjazmowanym tłumem fanów, a my czekamy na płytę czwartą, i nie jesteśmy nawet sobie w stanie wyobrazić, co to będzie takiego. Ale wiemy, że ona się pojawi, i znów albo się okaże czymś absolutnie niezwykłym, albo jej zwyczajnie nie będzie.
     Na trzecim albumie Portishead znajduje się piosenka zatytułowana „Machine Gun”. Każdy w miarę zorientowany słuchać bez najmniejszego ryzyka popełnienia błędu, już od pierwszych jej dźwięków, że to nie jest ani cover hendrixowskiego „Machine Gun”, ani dowód na to, że oni są jednak mało samodzielni. „Machine Gun” Portishead to hołd dla Hendrixa. A ja nie mam najmniejszych wątpliwości, że Jimi Hendrix gdzieś tam to wszystko widzi, i słyszy każdy z tych, tak nowych z jego punktu widzenia, dźwięków, i jest bardzo, ale to bardzo usatysfakcjonowany.

      A zatem, zróbmy teraz to, czego książka nam dać nie mogła, czyli posłuchajmy i popatrzmy. „Machine Gun”.


     


poniedziałek, 13 sierpnia 2018

Jak się nazywa ta zaraza?


Już wkrótce ukaże się kolejne wydanie tygodnika „Warszawska Gazeta” z moim nowym felietonem, a tymczasem wszystkich tych, co z dowolnych powodów do tego fantastycznego pisma dostępu nie mają, zachęcam do czytania mojego ostatniego tekstu.     


      Temperatura tak zwanego politycznego sporu, a w rzeczywistości najbardziej klasycznego sporu cywilizacyjnego, jakiego jesteśmy niemymi świadkami od czasu gdy Prawo i Sprawiedliwość objęło w kraju władzę nie spada, a wręcz przeciwnie, wydaje się, że zmieniła się w ciężką gorączkę, która miejscami przechodzi w zwyczajne majaczenie. Wszyscy pamiętamy czasy, gdy bywało naprawdę ciężko, choćby w latach 2005-2007, czy w miesiącach bezpośrednio po Smoleńskiej Katastrofie, jednak tego co się wyprawia dziś, wydaje się, że ludzkie oko dotychczas nie widziało, a ucho nie słyszało. Pisarka Nurowska publicznie ogłasza, że ulepiła sobie laleczkę voodoo symbolizująca posła Piotrowicza i wbija w nią szpilki modląc się dla niego o szybki i ostateczny wylew, reżyser Holland przyznaje, że ona w młodości w ten sposób zamordowała dwie osoby, filozof Środa opowiada o swoim uczestnictwie w sabatach czarownic, a na deser, gitarzysta i piosenkarz estradowy Hołdys informuje, że on ze swoja rodziną rozmawia wyłącznie przez „szyfrowany telefon”. Mało tego, wspomniana wcześniej prof. Środa opowiada jak to towarzysząc umierającej piosenkarce Korze w jej ostatnim tchnieniu rozpaliła przed jej domem „szamańskie” ognisko w nadziei, że jej przyjaciółka nawet jeśli umrze, to nie umrze.
       Poza tym, to co zawsze, czyli grupki oszalałych z rozpaczy nad deptaną Konstytucją mieszkańców Warszawy kierujący najbardziej wulgarne bluzgi w stronę ochraniających publiczną przestrzeń polcjantów, kandydat Trzaskowski deklarujący, że jako nowy prezydent Stolicy jako swój podstawowy cel przyjmie pozbawienie władzy Prawo i Sprawiedliwość, no i Komisja Europejska szykująca się do zadania ostatecznego ciosu faszyzmowi.
       A ja już się tylko zastanawiam dlaczego rząd polski nie wpadł jeszcze na pomysł, by ruszyć z ogólnopolską kampania billboardową, na którym będzie jeden tylko tekst:
       Jeśli PO wygra jesienne wybory, to ma wszystko: parlament, rząd, prezydenta, swój Trybunał Konstytucyjny, rzecznika praw obywatelskich, wkrótce IPN. Ma telewizje, radia, swoje media. Będą mieli pod kontrolą wszystko, łącznie ze sportem. Ja się tego nie boję, bo nie bardzo wierzę w despotyczne skłonności PO. Pocieszam się, że to byłby raczej miękki reżim. Dziennikarze będą się bali mocniej zaatakować Platformę, niezależni eksperci nie będą się tak wyrywać do krytykowania rządu, sędziowie będą brali pod uwagę to co powie prezydent Komorowski. Wszyscy będą wiedzieć, że z nimi trzeba się liczyć. Ale będzie to wszystko jakieś miękkie, da się to przeżyć. [Paweł Śpiewak 2011]”
      Ktoś powie, że ja sobie stroję żarty. Że to niemożliwe, żeby kto jak kto, ale Paweł Śpiewak powiedział coś podobnego. To musi być jakiś fejk. Otóż nie. Te słowa, wobec nadchodzących wyborów, zostały wypowiedziane przez Śpiewaka w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej” w roku 2011 i można powiedzieć, że on wszystko znakomicie przewidział.To się autentycznie dało przeżyć, o czym świadczy fakt, że w końcu daliśmy im w kość. I to jak!
      Tylko skąd nagle to oburzenie? To musi być jakaś egzotyczna zaraza.

Książki tam gdzie zawsze. Jeśli komuś zależy, to sobie z pewnością poradzi.

niedziela, 12 sierpnia 2018

Czy woda utleniona jest skutecznym lekarstwem na plagę gołębi


          Mamy dwa balkony, jeden od strony ulicy, drugi od podwórka. I tak się złożyło, że przez ponad dwadzieścia lat jeden z tych balkonów był wyłączony z użytku ze względu na plagę gołębi, które tam sobie zrobiły domek, z którego ich się nie dało przy pomocy jakichkolwiek środków „wyczyścić”. I oto, proszę sobie wyobrazić, z jakiegoś powodu, jesienią zeszłego roku pojawiły się na naszym podwórku kawki, które opanowały cały teren i gołębie skutecznie przepędziły. Dziś gołębie, owszem, to tu to tam widać, ale nie na tyle, byśmy się mogli nimi przejmować, a nasz balkon wrócił do należnego sobie użytku.
        Ponieważ byłem bardzo ciekawy, czy z tymi kawkami to była jakaś zorganizowana akcja, czy może ich pojawienie się miało inne racjonalnie wytłumaczalne przyczyny, zadzwoniłem do Coryllusa, który jak wiemy również jest z wykształcenia leśnikiem, opisałem mu sytuację i poprosiłem o wyjaśnienie. I proszę sobie wyobrazić, że kolega Coryllus powiedział mi, że tego typu zjawiska nie mają jakiegokolwiek logicznego sensu i tak się po prostu w naturze dzieje. Po prostu któregoś dnia pojawiają się kawki, innego razu wrony, za innym razem mewy i niech Bóg broni tego, kto chciałby to samodzielnie w jakikolwiek sposób regulować, czy chocby próbować wyjaśniać.
        Mamy zatem te kawki, które krążą wokoło pilnując między innymi naszego balkonu i szafa gra.
        Ktoś spyta, skąd mi przyszło do głowy, by pisać o tych kawkach. Otóż niedawno na Facebooku jeden z moich znajomych nieznajomych wrzucił link do wywiadu ze znanym nam tu już nieco inżynierem Ziębą, specjalistą od alternatywnej medycyny, gdzie już sam tytuł informował o cudownej terapii na wszelkie choroby w postaci wstrzykiwania do żył wody utlenionej. Ponieważ ja już tego Ziębę mam doskonale opisanego od czasu gdy go osobiście usłyszałem, jak się pochwalił, że jego książka napisana przez niego w języku angielskim na temat między innymi leczniczych możliwości wody utlenionej idzie na Amazonie po 1000 dolarów, natomiast jej polskie tłumaczenie można u niego kupić za jedyne 35 zł, w odpowiedzi na ów link napisałem mojemu znajomemu nieznajomemu z Facebooka, że lepiej będzie, jeśli Zięba sobie wstrzyknie tę wodę utlenioną w mózg… i tą złośliwością rozpętałem prawdziwe piekło, gdzie jednym z jednym z najłagodniejszych życzeń było to, by za grzech jaki właśnie popełniłem Pan Bóg mnie raczył wybawić od mąk piekielnych, a argumenty po stronie Zięby sprowadzały się do opisywania przeróżnych pozytywnych skutków jego terapii wodno-utlenionej, jakich różne osoby doświadczyły. Oto ktoś cierpiał na bóle kości i mięśni, który uniemożliwiały mu poruszanie się, napił się wody utlenionej i wszystko przeszło. Kto inny cierpiał na bóle serca i duszności – woda utleniona wszystko wyleczyła. Jeszcze ktoś nie mógł spać po nocach, wystarczyło, że wstrzyknął sobie wodę utlenioną i już śpi jak dziecko. Tu z kolei kogoś przez całe lata bolała głowa z powodu kłopotów z zatokami – wlał sobie wodę utlenioną do nosa i głowa natychmiast przestała go boleć. Tu znów komuś dziecko zachorowało na ciężki katar, wlał dziecku do ucha wodę utlenioną i natychmiast katar minął
        W tej sytuacji chciałbym poinformować wszystkich zainteresowanych, że ja przez całe długie lata od jesieni do późnej zimy kaszlałem tak, że nie mogłem czasem prowadzić lekcji, bezskutecznie chodziłem do różnych lekarzy i od kilku dobrych lat kaszel mi minął. Jakieś dwadzieścia lat temu, również przez wiele długich lat cierpiałem na tak zwane hemoroidy, które niekiedy naprawdę nie dawały mi żyć i mimo że nie zdecydowałem się na konsultacje lekarskie owe hemoroidy minęły bezpowrotnie. Wiele lat temu również, przez wiele długich lat tak strasznie bolała mnie stopa, że niekiedy nie byłem w stanie chodzić. Tym razem próbowałem to leczyć – jednak bezskutecznie. Któregoś dnia ból minął i do dziś jestem jak nowonarodzony. Co ciekawe, jesienią zeszłego roku, wraz z pojawieniem się kawek, zaczęły mnie straszliwie boleć palce u nóg, jednak tu też wraz ze zniknięciem gołębi ból ustał i dziś również jestem szczęśliwy. Innym jeszcze razem z tyłu głowy pod włosami pojawiło mi się znamię, które nabrzmiewało, następnie pękało, krwawiło, zasychało, potem znikało, znów rosło, znów pękało, znów krwawiło, i znów znikało i tak przez długie długie lata. Ani tego nie leczyłem, ani nie próbowałem usuwać, a ono sobie samo znikło i od wielu lat nie ma po nim śladu. Już nie będę wspominał, jak to wiele lat temu, bez żadnej widocznej przyczyny zachorowałem na bezsenność i kiedy żona mi zaczęła tłumaczyć, że to jest normalny skutek starości, nagle zacząłem spać na nowo i tak mam już do dziś, ani nawet o tym, jak to nie wiedzieć czemu, od chyba już 20 lat nie bolał mnie ząb, a mam ich ciągle wiekszość.
       O co chodzi? O to mianowicie, że gdybym w każdym z tych wypadków zażywał wodę utlenioną, dziś prawdopodobnie głosiłbym wszem i wobec geniusz inżyniera Zięby i jego cudownej utlenionej terapii. Gdyby jednak okazało się, że to znamię pod włosami to był nowotwór, a ja bym od niego, mimo wstrzykiwania sobie w głowę wody utlenionej, umarł – do dziś bym Ziebę straszył po nocach za to co mi najlepszego uczynił. A piszę to wszystko po to, by powiedzieć, że najczęściej nie mamy bladego pojęcia, czemu coś nas zaczyna boleć, a czemu przestaje, z wyjątkiem tych kilku nielicznych sytuacji, które oficjalna medycyna skutecznie zdiagnozowała i na które to przypadłości znalazła skuteczny lek. I nie dajmy sobie wmówić, że gdzieś daleko, w bieszczedzkiej wiosce, mieszka pewien staruszek, który leczy wszystko przy pomocy kory drzew, lub że tu bliżej na krakowskiej AGH jest pewien inżynier, który napisał książkę o cudownych właściwościach wody utlenionej i jeśli ktoś będzie stosował jego rady, to nawet przy najwyższym poziomie cholesterolu będzie zdrów jak ryba, bo to jest jeszcze większe oszustwo niż to, że te moje gołębie sprowadzili tu Żydzi, a kawki zostaly zainstalowane na moim podwórku przez tajne działania Janusza Korwina Mike.

Moje książki, mimo tego że jest ich już niewiele, wciąż są do kupienia na stronie www.basnjakniedzwiedz.pl, oraz u mnie pod adresem k.osiejuk@gmail.com. Polecam i zapraszam.
      

sobota, 11 sierpnia 2018

Lubimy tylko te piosenki, które już znamy

Zgodnie z obietnicą, daję od siebie odetchnąć i słuchamy piosenek.


piątek, 10 sierpnia 2018

Piosenka

Z przykrościa informuję, że wczoraj sprzedały się trzy ostatnie egzemplarze "Licha". Po resztę zapraszam do kontaktu pod adres k.osiejuk@gmail.com. A dla podniesienia tempertatury dnia, zapraszam do słuchania piosenki.


czwartek, 9 sierpnia 2018

Hypatia z Aleksandrii patronem setnej rocznicy odzyskania niepodległości?

      Nad tym, czy pisać ten tekst zastanawiam się już od paru dni, a mój problem jest podwójny. Przede wszystkim, nie mam pewności, czy wypada mi komentować życiowe dokonania osoby, która nie dość że, jak to się mówi u mnie na wsi, „jeszcze nie wystygła”, a po drugie, na tym o czym chcę pisać nie znam się w stopniu choćby szczątkowym. A mam na myśli historię i to w dodatku historię jak najbardziej starożytną. A mimo to, jak widzimy, udało mi się przełamać i prę do przodu z podniesioną przyłbicą.
       Jak wiemy, niedawno zmarła prof. Maria Dzielska i owe odejście zostało ogłoszone z taką uroczystością, że na jej pogrzebie pojawili się i Prezydent i Premier i sam Prezes O Kulach, co, o ile czegoś nie przegapiłem, nie miało miejsca od czasu odejścia Zyty Gilowskiej. I tu muszę przyznać zupełnie uczciwie, że ja dotychczas nie miałem nawet pojęcia o tym, że ktoś taki jak śp. prof. Maria Dzielska w ogóle istnieje. Owszem, nazwisko Dzielski gdzieś tam słyszałem i dziś, kiedy już mam okazję się nad tym wszystkim zastanawiać, wiem już, że chodziło o niejakiego Mirosława Dzielskiego. Ale przejdźmy już może do szczegółow.
       Otóż, jak się okazuje, ów Mirosław Dzielski, mąż śp. Profesor, był przede wszystkim filozofem oraz działaczem „Solidarności”, a gdy chodzi o konkretne już poglądy, wyznawcą projektu wedle którego od demokracji znacznie bardziej wartościowy jest kapitalizm, a w związku z tym jego pomysł na Polskę sprowadzał się do tego, by elity zgodziły się na zachowanie komunistycznego terroru, a w zamian za to władza skończyła z socjalistyczną gospodarką. Wiedząc, że często w ostatecznym rozrachunku nic nie liczy się tak, jak słowo, sprawdziłem, co Mirosław Dzielski miał do powiedzenia już bardziej konkretnie, i proszę sobie wyobrazić, że w historii zapisała się tylko jedna jego myśl: „Nienawiść przebrana w szaty miłości i wierząca na dodatek szczerze, że jest miłością – oto czym jest socjalizm”. I to jest to co pozostało po tym wybitnym człowieku. Nam pozostaje więc już tylko zastanowić się, czy wspomniany projekt miał szansę na realizację, czy nie. Tego jednak nie udało się nam sprawdzić, ponieważ jeszcze przed czerwcem 1989 roku Dzielski wyjechał do Stanów i tam niemal natychmiast umarł. A więc do dziś jedynym, jak się zdaje, państwem oficjalnie realizującym marzenie Dzielskiego pozostają Chiny, a w praktyce… kto wie? Kto wie?
       No ale to nie Mirosław Dzielski jest dziś pierwszym bohaterem tej notki, lecz wdowa po nim, śp. prof. Maria Dzielska, wybitny historyk, filolog klasyczny oraz zasłużony nauczyciel akademicki, jak czytam, „jeden z najczęściej tłumaczonych na języki obce polskich historyków”, a to przede wszystkim ze względu na wydaną przez Harvard University Press książkę pod tytułem „Hypatia z Aleksandrii”. Jak mówię, nie znam się na historii i o owej Hypatii z Aleksandrii pierwsze słyszę, ponieważ natomiast jestem zawsze bardzo ciekawy świata, sprawdziłem, w czym rzecz i oto, czego się dowiedziałem. Otóż owa Hypatia to, wedle części przekazów, w tym też informacji podawanych przez Dzielską, żyjąca w Aleksandrii na przełomie IV i V wieku wybitna matematyczka, która jako poganka została okrutnie zamordowana przez wypuszczony na nią przez tamtejszego patriarchę, św. Cyryla z Aleksandrii, chrześcijański motłoch. Ponieważ mój szacunek do świętych Kościoła Katolickiego jest na tyle duży, że ja, kiedy tylko słyszę choćby jedno złe słowo wypowiedziane przeciwko któremukolwiek z nich, natychmiast się najeżam, a więc i tym razem postanowiłem sprawdzić, jak to było z ową Hypatią i jej oprawcami, jednak, jak się okazuje, tak naprawdę wszystko co na jej temat wiemy, stanowi wyłącznie spekulacje, w dodatku podnoszone niermal wyłącznie przez antychrześcijańską reakcję. Owszem, istnieje teoria, że owa Hypatia wynalazła astrolabium i areometr, jednak inne źródła wskazują, że to nie ona, tylko ktoś zupełnie inny. Ponieważ nie zachowały żadne jej pisma, wszystko co wiemy na temat jej naukowych dokonań sprowadza się do określenia „nie wykluczone”, a i to, jak się zdaje, nie sięga poza to nieszczęsne astrolabium. Tak naprawdę o owej Hypatii nie wiadomo nawet czy, kiedy chrześcijanie ja mordowali, ona miała 25, czy może 60 lat. Dzielska – tu zresztą trzeba jej oddać sprawiedliwość – twierdzi, że 60, natomiast jej najbardziej zagorzali fani utrzymują, że ona umierając była piękną dziewczyną w wieku lat 25. O wiele więcej natomiast wiadomo na temat jej tak zwanej działalności filozoficznej, a konkretnie tego, że udało się jej wokół siebie stworzyć ściśle pogański krąg wyznawców, który w pewnym momencie uzyskał dość znaczne wpływy, a przez ówczesne społeczeństwo, w znacznej większości silnie chrześcijańskie, było traktowane z najwyższą nieufnością, jako sekta czarnoksięska, czy wręcz satanistyczna. I to ostatecznie sprawiło, że to nie Cyryl, lecz miejscowy tak zwany lud ostatecznie ją wywlókł na ulicę i tam zgodnie z ówczenym zwyczajem odpowiednio okrutnie zamordował.
       Inaczej tę sytuację widzi Dzielska. Otóż jej zdaniem, to nie motłoch, lecz sam Cyryl stał za tym mordem:
       ...zarzuty stawiane Cyrylowi dotyczą ponadto głębszego aspektu sprawy niż tylko udziału w zewnętrznych manifestacjach wrogości i kłamstwa. Dotykają sfery jego psychologii i moralności. Cyryl uczynił coś, co można by określić naruszeniem zasad chrześcijańskiego porządku moralnego, któremu miał służyć. Stało się tak dlatego, że nie umiał pogodzić się z przegraną. Chciał być liderem społeczności aleksandryjskiej, a tymczasem to miejsce w kręgach elity zajmowała Hypatia... Pobudzało to jego ambicje, prowadziło do frustracji i patologicznej zawiści. Cyryl stawał się niebezpieczny. Aż trzy źródła mówią nam o zawiści Cyryla jako przyczynie śmierci Hypatii. Chodzi tutaj o Sokratesa, Hezychiusza i Damascjusza. Najcięższe, bezpośrednie, imienne oskarżenia o kierowanie się prymitywną, mroczną zawiścią wobec Hypatii spadają na Cyryla ze strony Damascjusza…”.
      Inna sprawa, że sama Dzielska przyznaje, że „trudno jest udowodnić bezpośrednią odpowiedzialność Cyryla za ten mord, niemniej i tak to on jest odpowiedzialny za to co się stało”.
      Spójrzmy więc już na koniec na postać owego rzekomego zbrodniarza, św. Cyryla z Aleksandrii. Tu już tajemnic praktycznie nie ma. Tam niemal wszystko jest starannie zapisane i udokumentowane i jeśli gdziekolwiek trafiamy na jakiekolwiek złe słowo skierowane przeciwko temu świętemu człowiekowi, to najpierw, gdy chodzi o jemu współczesnych,ze strony jego politycznych przeciwników, w tym przede wszystkim schizmatyka Sokratesa Scholastyka, który Cyryla więc patologicznie nienawidził za to, że ten kazał zburzyć postawione przez antypapieża Nowacjana kościoły, a dalej pojawia się już właściwie tylko żyjący na przełomie V i VI wieku pogański filozof Damascjusz, no a potem już głównie liczni filozofowie wieku Oświecenia, którzy, jak choćby irlandzki wolnomyśliciel, John Toland, czy po nim sam Wolter, postanowili wynieść Hypatię na swoje ołtarze. A dziś prawdopodobnie jest tak, że gdyby nie wspomniana praca Dzielskiej, wydana przez Harvard University Press i przetłumaczona na wiele języków, o owej najpewniej aleksandryjskiej czarownicy, pomijając niektóre loże, pies z kulawą nogą by nie pamiętał.
      Zmarła więc owa wybitna profesor, jak słyszę osoba dobra, uczciwa i dzielna, nad urną z jej prochami przemówienia wygłosili Prezydent, Premier i Prezes, a ja się już tylko zastanawiam, czy naprawdę zrobiło się aż tak sucho, że nie stać nas na nic lepszego?



Ze szczerym bólem serca informuję, że zostały już tylko dwa egzemplarze mojej książki „Palimy Licho, czyli o TymKtóryNiePrzepuszczaŻadnejOkazji”. Proszę się pośpieszyć i nie mieć do mnie pretensji, gdy na wszelkie pytania o tę książkę będę musiał odpowiadać tak jak się to ma w przypadku „Siedmiokilgramowego liścia”: „Nie pamiętał pan, przepraszam, sorry, smutno”.

środa, 8 sierpnia 2018

Wesoła piątka na upalny sierpień


Kolejne dwa tygodnie za nami, a więc pora na moje krótkie kawałki z „Polski Niepodległej”. Mam nadzieję, że będzie wesoło jak zawsze.



Dzisiejsze wydanie „Wezwanych do tablicy” będzie o tyle inne od poprzednich, że w całości poświęcone osobom, które marszałek Karczewski zechciał specjalnie dla nas uprzejmie nazwać „świrami”. Ja oczywiście wiem, że przez te wszystkie miesiące jak jesteśmy razem, tu się głównie kręcą owe „świry”, jednak tym razem mam na myśli autentyczną patologię, bez jakichkolwiek skrótów i kompromisów. Na pierwszy rzut bowiem idzie nie kto inny, jak chyba tu dotychczas nie widziana, Magdalena Środa, która w wypowiedzi dla telewziji TVN Style powiedziała co następuje:
Na nasze zjazdy, może nie w Krakowie, ale już w innych miejscach, w Mądralinie, przyjeżdżała pewna czarownica prosto z Salem i uczyła nas różnych rzeczy. Wszystkiego nie mogę powiedzieć, bo jesteśmy związane tajemnicą i każda z nas ma dyplom. W każdym razie w noc Walpurgii albo w  głęboką noc bogini Hekate spotykamy się i gry i wtajemniczenia trwają do samego rana. Efekty tego, oczywiście widać potem w życiu politycznym”.
Ja oczywiście biorę pod uwagę, że profesor Środa postanowiła zaledwie nas sprowokować i tak naprawdę cała ta gadka o czarownicach z Salem to zwykła ironia, nie mająca nic wspólnego z prawdą, jednak, znając zarówno dotychczasową publiczną działalność tej dziwnej kobiety, ale też poziom szaleństwa, jakie ogarnęło ostatnio część z nas, nie mogę też do końca wykluczyć takiej oto możliwości, że to wszystko się dzieje naprawdę i Magdalena Środa w rzeczy samej ze swoimi znajomymi z Uniwersytetu Warszawskiego spotykaja się pokątnie gdzieś w lesie i tam próbują wpływać na to co się w Polsce dzieje od roku 2015. Że ludzie wykształceni mają pewne ograniczenia? Otóż nie. Ograniczenia mamy my wieśniacy. Tamci najbardziej cenią wolność.

***

Popatrzmy choćby na to, co się niedawno wydarzyło tuż pod czujnym okiem wspomnianej Magdaleny Środy. Oto niejaka Maria Nurowska, podobno pisarka, ogłosiła tak samo publicznie, że ona właśnie zrobiła sobie z czegoś laleczkę, która ma przedstawiać posła Prawa i Sprawiedliwości Stanisława Piotrowicza i teraz codziennie wbija w nią szpilki, by tego „zamordystę, w porównaniu z którym poza panną Wassermann, nikt nie jest aż tak bezczelny, a przez to skuteczny, nie koniecznie zabić, ale doprowadzić do małego wylewu i paraliżu”.  Na to wyznanie zareagowała, najwidoczniej bliska bardzo znajoma Nurowskiej, reżyser filmowa Agnieszka Holland, oświadczając, że:
Marysiu, ja to zrobiłam w młodości 2 razy, za każdym razem ze skutkiem śmiertelnym. Obiecałam sobie i mojej córce, że już nigdy żadnego voodoo nie wykonam. Jestem przeciwna karze śmierci!
Oczywiście w tej sytuacji niektórzy z nas natychmiast zwrócą się z apelem do Ministra Sprawiedliwości, by zechciał się zorientować w sytuacji i sprawdził, czy faktycznie był czas, kiedy to Agnieszka Holland celowo doprowadziła kogoś do śmierci, a potem pod wpływem tego zdarzenia zwariowała i do dziś to tu to tam odpowiada, że to wszystko przez czary. Ja jednak bym na to machnął ręką. Moim zdaniem to wszystko jest wyłącznie przez Jarosława Kaczyńskiego. Swoją drogą ciekawe, że ten człowiek, mimo chorego kolana, ma wciąż aż tyle charyzmatów.

***

Żeby nikt nam nie zarzucił, że z nas szowinistyczne męskie świnie, chciałbym zwrócić uwagę na bardzo ciekawą wymianę między znanym tak zwanym działaczem miejskim Janem Śpiewakiem, a jeszcze bardziej znanym bohaterem Okrągłego Stołu i całej reszty, Andrzejem Celińskim. Oto Śpiewak, opierając się na zgromadzonych przez siebie materiałach związanych z warszawską reprywatyzacją wpadł na niejakiego Robenka i zwrócił uwagę, że Robenek ów, zanim zajął się wykupywaniem warszawskich kamienic, przez znaczną część minionych 30 lat działał w okolicach tak zwanych Służb, a razem z nim pokazywał się nie kto inny jak nasz faworyt, Andrzej Celiński. Pomijając to, że Celiński jest jaki jest, nie wiem o nim nic, ale skoro pojawiły się zarzuty, że ów bohater naszej walki robił interesy z ruską agenturą, można by się było  spodziewać, że Celiński zareaguje merytorycznie i wyjaśni, że to nieprawda, albo zwyczajnie, jak to oni mają w zwyczaju, się zamknie. Tymczasem nie. Celiński zareagował i ogłosił, że on owszem pracował gdzie pracował, natomiast Śpiewak to, cytuję – „ch…”. Śpiewak na te informację zareagował z honorem, czyli zwrócił się do Celińskiego, by mniej pił, ja natychmiast zastanawiam się nad czymś innym. Co ci ludzie mają w głowie, że ich aż tak nosi? Ta miesza w kotle czarownic, inna wbija szpilki w szmacianki, a ten tu nagle zapluwa się nieprzytomnie w sytuacji, gdy i tak nie jest już lekko. Czy ja się mylę, kiedy mówię, że dziś schodzimy na poziom najniższy?

***

Obawiam się, że nie. Zwłaszcza że ta zaraza, jak się okazuje, dopada już nie tylko jakieś niedobitki w rodzaju Celińskiego, czy byłą aktorkę Stalińską, ale wciąż jak najbardziej aktywne gwiazdy, w tym wypadku chodzi o posła do Sejmu RP, Pawła Kukiza. Otóż po tym jak senatorowie Prawa i Sprawiedliwości wystrzelili w kosmos, pijarowsko być może nadzwyczaj skuteczny, ale w praktyce wyjątko fatalny pomysł Prezydenta w sprawie ogólnonarodowego referendum konstytucyjnego, ów Kukiz zapisał na swoim profilu na Twitterze co następuje:
Jedno tylko powiem - jesteście bydlakami. Antyobywatelską burżuazją. Hołotą post bolszewicką, gnojami, które dla synekur i apanaży gotowe są sprzedać cały Naród. Łapa w łapę PiS z PO przeciw Polakom. Przeciw zwykłym ludziom. Przeciw wolności i demokracji. POPiSowym ścierwem jesteście i prędzej czy później za to zapłacicie. A teraz, gnoje pod krawatami, możecie mnie do sądu podawać”.
A ja sobie myślę, że to jest bardzo ciekawe, że ktoś taki jak Paweł Kukiz, a więc człowiek jakoś tam jednak obeznany z tajnikami życia publicznego, potrafi zrobić z siebie takiego durnia. I wcale nie chodzi mi o to, że on uważa, że Senat powinien był przyjąć prezydencki projekt referendum, bo to nie jest myśl jakoś szczególnie oryginalna. Rzecz w tym, że on wyrzuca z siebie to „ścierwo”, tych „bydlaków”, tę „hołotę”, tych „gnoi”, by chwilę później wypiąć dzielnie klatę i zaapelować do polityków Prawa i Sprawiedliwości, by go za te słowa pozwali. Że niby on jest taki odważny i bezkompromisowy. W tej sytuacji nie pozostaje mi nic innego jak zwrócić się do Kukiza bezpośrednio: „Panie Pawle, nie dość że jest pan idiotą, co w sumie nie jest jakimś wyjątkowym wyczynem, to, jak artysta estradowy nie ma Pan startu do Sławomira i tej cizi, która mu na co dzień towarzyszy. A teraz niech mnie Pan pozywa”.

***

Powiem szczerze, że, kończąc te dzisiejsze rozważania, wciąż nie mam pojęcia, czy zamykający je Rafał Trzaskowski to wariat, czy zwyczajny głupek, natomiast z naturalnie dobrego serca zakładam, że on akurat zwyczanie nie wytrzymał napięcia i wciąż może się chwalić, że wbrew wszelkim przeciwnościom losu, zachowuje on pozycję w miarę wyprostosowaną. W miarę. Rzecz w tym, że prowadząc swoją kampanię na prezydenta Warszawy, uznał on za stosowne ogłosić publicznie że:
Bronisław Geremek uczył mnie Cywilizacji europejskiej w Kolegium Europejskim w Natolinie, po francusku. Był poważny, zadumany i srogi. Dostałem najwyższą notę na roku, bo mój ówczesny francuski nie pozwolił na oratorskie popisy i zmusił do wypowiedzi chłodnej, precyzyjnej i oszczędnej. Profesor lubił konkret. Pamiętam, że referowałem credo Edgara Morina z „Penser l’Europe”. Czułem się, jakbym zdawał egzamin życia u biblijnego patriarchy z obrazów Rembrandta. Książkę zrozumiałem 10 lat później. A kiedy w 2015 roku wręczałem Edgarowi Morinowi nagrodę na szczycie ministrów europejskich Trójkąta Weimarskiego w Paryżu, miałem nieodparte wrażenie, że z obrazów zawieszonych na ścianie pałacu przy Quai d’Orsay spogląda na mnie lekko rozbawiony profesor. A jednak warto było czytać Morina”.
I tym zabawnym akcentem zostawiam Czytelników w zagadce: wariat, czy głupek? Odpowiedzi proszę nadsyłać do Redakcji. Nagrody nie są przewidziane.


Pragnę poinformować, że zostały już tylko dwa ostatnie egzemplarze mojej książki „Palimy licho, czyli o TymKtóryNiePrzepuszczaŻadnejOkazji”. Wznowienia nie będzie i pozostanie już tylko Allegro, a ja książek kupionych na Allegro posdpisywac nie będę. Zainteresowanych proszę o kontakt pod adresem k.osiejuk@gmail.com.