sobota, 19 maja 2018

Kiedy Obywatele RP zamienią się w zombie?


Dziś i jutro przez cały dzień sprawdzam matury, a więc pewnie będę się tu mądrzyć w sposób mocno ograniczony, niemniej zaostawiam Was z moim znajnowszym felietonem dla „Warszawskiej Gazety” i życzę ciekawych refleksji.

      Jak pewnie zdążyliśmy zauważyć, minioy weekend upłynął nam pod znakiem kolejnego już tak zwanego “Marszu Wolności”, jaki każdej wiosny organizuje nam Platforma Obywatelska z przyległościami, i z prawdziwą troską należy stwierdzić, że o ile jeszcze dwa lata temu we wspomnianym marszu wzięło udział 250 tysięcy oburzonych obywateli, w zeszłym roku owych obywateli było już tylko 90 tysięcy, to tym razem do Warszawy zjechało ich zaledwie 50 tysięcy. Wniosek z tego jest taki, że jeśli oburzenie będzie nadal topniało w tym tempie, to w przyszłym roku marsz zgromadzi 20 tysięcy uczestników, za dwa lata tysiąc, a ponieważ dane policyjne wykażą, że poza dwoma wariatami, z których jeden wymachiwał unijną flagą, a drugi stał obok z założoną na twarz maską Jarosława Kaczyńskiego, nie pojawił się nikt, telewizja TVN24 ogłosi, że chyba jednak przez cały ten czas policja liczyła lepiej.
     I tą wesoła pointą moglibyśmy dzisiejszy felieton zakończyć, gdyby nie to, że wśród osób dyrygujących emocjami tej ponurej zbieraniny pojawił się kandydat na Prezydenta Warszawy, Rafał Trzaskowski i opowiedział zebranym, jak to ze swoim kumplem Sławomirem Nitrasem szli niedawno po Krakowskim Przedmieściu i  w pewnym momencie Nitras zadał mu zagadkę: „Co się zmieniło na Krakowskim w porównaniu z zeszłym miesiącem?” i natychmiast zresztą udzielił na nią odpowiedzi, że zmieniło się to mianowicie, iż gdzieś się straciły te wszystkie ponure gęby ludzi opłakujących ofiary Smoleńskiej Katastrofy i zrobiło się całkiem sympatycznie.  Zainspirowawszy się swoją historią, kandydat Trzaskowski powiedział co następuje (cytuję z pamięci): „A teraz chciałbym wezwać wszystkich do obywatelskiego nieposłuszeństwa. Proszę was, kochani, nastepnym razem jak tu przyjdziecie, uśmiechajcie się i pokażcie tym ponurakom, że Krakowskie Przedmieście to miejsce wesołe”.
     A ja sobie myślę, że ów ciekawy apel stwarza dla nas wszystkich ciekawą perspektywę. Otóż ja już sobie wyobrażam, jak to będzie kiedy ci wszyscy durnie, zachęceni przez swojego kandydata,  nagle zaczną wyłazić na ulicę i się szczerzyć  w czymś co uznają za uśmiechy, a ponieważ ich nastrój siłą rzeczy będzie z każdym dniem już tylko gorszy, końcowy efekt będzie taki, że z tymi twarzami, z jednej strony wypełnionymi czystą i jednoznaczną wściekłością, a z drugiej, z obnażonymi w upiornych uśmiechach zębami, dla każdego normalnego przechodnia będą wyglądali jak zombie.
     No ale to jeszcze nie teraz. Na ten widok będziemy musieli poczekać do kolejnych wyborów parlamentarnych, których termin przypada na jesień przyszłego roku, kiedy to najpierw  Prawo i Sprawiedliwość osiągnie w Parlamencie większośc konstytucyjną, a chwilę później okaże się, że Andrzej Duda w wyborach prezydenckich nie ma żadnego poważnego kontrkandydata, no i dojdzie wówczas do wspomnianego przez mnie kolejnego Marszu Wolności, na którym pojawi się tych dwóch wariatów, odpowiednio uśmiechniętych i wówczas nawet telewizja TVN24 zaapeluje, żeby ich jednak na wszelki wypadek, gdyby się mieli wysadzić, zamknąć.

Książki jak zawsze są do kupienia w księgarni na stronie www.basnjakniedzwiedz.pl. Bardzo polecam.
     

piątek, 18 maja 2018

O Temidzie z bielmem na oku


        W momencie gdy już prawie zamykałem wczorajszy dzień, dotarła do mnie wiadomość, że decyzją Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Gliwicach placowi im. Wilhelma Szewczyka w Katowicach, w ramach niedawnych procesów dekomunizacyjnych przemianowanemu na plac im. Marii i Lecha Kaczyńskich przywrócona zostaje jego oryginalna nazwa, a to z tego między innymi powodu, że zdaniem pani sędzi, Wilhelm Szewczyk w żaden sposób nie może być traktowany jako symbol komunizmu. Pisałem tu o wspomnianym Szewczyku jeszcze w zeszłym roku, przedstawiając czytelnikom, którzy mieli szczęście o nim wczesniej nie słyszeć, historię tego ciekawego człowieka, no ale ponieważ słowa lubią ulegać zapomnieniu, pozwolę sobie przytoczyć tamtą relację raz jeszcze. Otóż mówimy o człowieku, który
      Po ukończeniu liceum w Rybniku przeniósł się do Katowic. Działał w Obozie Narodowo-Radykalnym. Postulował wyeliminowanie Żydów z życia kulturalnego i gospodarczego. Literaturę i prasę żydowską uznawał za jedną z najgroźniejszych broni ‘żydowskiego państwa eksterytorialnego’. Podczas II wojny światowej został wcielony do Wehrmachtu. W latach 1941–1942 znajdował się na froncie zachodnim, w Normandii i wschodnim w Rosji. W sierpniu 1941 został ranny pod Smoleńskiem. Po leczeniu w Turyngii skierowany na front do Alzacji. Jak sam twierdził, za demonstrowaną postawę pacyfistyczną oraz krytykę Hitlera miał zostać aresztowany, wydalony z oddziału, a w 1942 osadzony w więzieniu w Katowicach. Stamtąd miał zbiec do Generalnego Gubernatorstwa podczas przepustki, gdzie – jak utrzymywał – uczestniczył w tajnym nauczaniu do 1945. Będąc w wojsku niemieckim, prezentował jednak jednoznacznie propolską postawę, m.in. korespondując w tej kwestii z gauleiterem Fritzem Brachtem.
      Po wojnie wrócił do Katowic i włączył się w tworzenie propagandy komunistycznej. W latach 1947–1948 był członkiem PPR, a następnie, od 1948 należał do PZPR. Redagował materiały propagandowe dla tutejszego komitetu wojewódzkiego PZPR. W 1953 był wśród grona 53 członków krakowskiego Związku Literatów Polskich, którzy poparli komunistyczne represje wobec duchowieństwa katolickiego w Polsce. Wspierał działania propagandy komunistycznej w trakcie głośnego procesu księży kurii krakowskiej. Jednym z przykładów jego propagandowego zaangażowania jest wydana w latach 60. książka ‘Z teczki wspomnień PPR’. Propagował w niej marksizm i leninizm oraz zmiany ustrojowe Polski. Żołnierzy Armii Krajowej nazwał wrogiem w cywilu, który popełnił ‘najohydniejsze zbrodnie’ na działaczach komunistycznych. Polska, według tej publikacji, kierowana była ‘nieomylną busolą mądrości doświadczonej – nauki marksizmu-leninizmu’. Od 1971 był członkiem Komitetu Wojewódzkiego PZPR w Katowicach, w latach 1980–1981 członkiem jego egzekutywy.Wilhelm Szewczyk był także wielokrotnym posłem na Sejm PRL – pełnił tę funkcję aż 6 kadencji (II, III, V, VI, VII i VIII kadencja), zasiadał w Sejmie od 1957 z przerwą w latach 1965–1969 aż do roku 1980”.
      No i dziś, jak słyszymy, sąd w Gliwicach uznał za stosowne wydać Wilhelmowi Szewczykowi świadectwo moralności.
      Wbrew temu jednak, czego czytający tę notkę mogą się spodziewać, to o czym chce opowiedzieć nie dotyczy Wilhelma Szewczyka, ale pewnego sędziego, no i w ogóle sędziów. Otóż, o czym tu już parokrotnie miałem okazję wspominać, był czas kiedy praktycznie cała moja zawodowa działalność była związana z pracą w katowickim EMPiK-u, gdzie prowadziłem kursy języka angielskiego. Tak się złożyło, że niemal wszystkie będące pod moją opieką wówczas grupy to byli albo policjanci, albo sędziowie, prokuratorzy, czy adwokaci, albo wreszcie funkcjonariusze Straży Ochrony Kolei, a więc w ten czy inny sposób wymiar sprawiedliwości. Wszystko się układało jak najlepiej pod każdym względem do czasu gdy nagle strzeliło mi coś do głowy, by założyć konto na Facebooku i tam zareklamować swój blog. Nie minęły dwa tygodniego, jak niemal z dnia na dzień straciłem praktycznie wszystkie swoje lekcję, a wszystko pod pretekstem, że „uczniowie są niezadowoleni i żądają zmiany lektora”. I to był moment, kiedy – co z pewnością pamiętają starsi czytelnicy – wyladowałem praktycznie na bruku.
      Jak już wspominałem, miałem już okazję o tym pisać, jest jednak coś, co, jak sądzę, nie zostało opowiedziane. Otóż wspomniana grupa prawników liczyła jakieś 12, a może 14 osób, ławki zaaranżowane były w tak zwaną podkowę, a dokładnie naprzeciwko mnie siedziała pewna pani prokurator oraz sędzia z Gliwic właśnie. Gdyby ktoś był ciekawy, skąd tak dobrze zapamiętalem te Gliwice, to już wyjaśniam, że po latach miałem okazję tego mojego ucznia oglądać w telewizji TVN24, jak przed kamerą komentował różnego rodzaju prowadzone przez gliwicki właśnie sąd sprawy. Pamiętam też tych dwoje, bo do penego momentu oni byli nastawieni do prowadzonych przeze mnie lekcji wyjątkowo entuzjastycznie. Nie będę tu wchodził w szczegóły, bo raz że każdy nauczyciel wie, jak tego typu „szkolny” entuzjazm wygląda, a reszta się może tego domyślić. I oto, proszę sobie wyobrazić jakis tydzień po tym, jak uruchomił swój profil na Facebooku, w zachowaniu owych dwojga uczniów nastąpiła wręcz dramatyczna zmiana. Ja ich dalej miałem dokładnie naprzeciwko siebie, tyle że na ich twarzach, zamiast dotychczasowych  rozanielonych spojrzeń, nie widziałem już nic poza zimną wrogością, a z ich ust nie wychodziło nic poza chamskimi złośliwościami. I to była moja ostatnia lekcja z ta grupą, bo przed kolejną usłyszałem, że uczniowie poprosiła o zmianę lektora.
     Niestety, nie pamiętam nazwiska tamtego sędziego z Gliwic, jednak tak naprawdę ono dla nas dziś nie ma najmniejszego znaczenia, zwłaszcza, że, jak czytam, w składzie, który wydał decyzję przywracającą dobre imię Wilhelmowi Szewczykowi zasiadały same panie. Rzecz polega na czymś zupełnie innym. Otóż, kiedy przeglądałem listy z nazwiskami owych gliwickich sędziów, czy to z Sądu Administracyjnego, czy Sądu Rejonowego, czy też wreszcie Sądu Okręgowego, w nadziei, że znajdę tam nazwisko, które przypomni mi „mojego” sędziego, uderzyło mnie, że tam tych nazwisk są setki. Dosłownie setki. I oto nagle znalazłem też jeszcze coś, mianowicie taką informację:
      W związku z zapytaniami odnoszącymi się do kandydowania przez Panią Teresę Kurcyusz - Furmanik, sędziego Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Gliwicach, do Krajowej Rady Sądownictwa informuje się, że zgłoszenie tej  kandydatury jest wynikiem osobistej decyzji Pani Sędzi. W procesie zgłaszania tej kandydatury i wyrażania dla niej poparcia organy Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Gliwicach (Zgromadzenie Ogólne Sędziów, Kolegium oraz Prezes Sądu)  nie brały udziału”.
       Ponieważ tak się składa, że ja sędzię Teresę Kurcyusz jeszcze w dawnych dobrych czasach miałem okazję poznać i o niej akurat mam wyłącznie dobre zdanie, zadumałem się nad tym dziwnym komunikatem, który sędziowie z Gliwic uznali za stosowne w specjalnym trybie ogłosić, no a potem już tylko gapiłem się w te setki nazwisk i nagle sobie uświadomiłem, że jeśli tam są jakieś wyjątki, to oni, aby nas o tym poinformować, z całą pewnością nie powstrzymają się od wydania w tej sprawie odpowiedniego komunikatu. Tymczasem więc, pozostajemy tam w tłumie setek nazwisk i kiedy je czytamy, musimy nagle dojść do wniosku, że to jest faktycznie bardzo ściśle zdefiniowana kasta, do której ani my, ani nikt inny nie ma żadnego dostępu. No może poza świętą pamięcią o Wilhelmie Szewczyku. Oczywiście, możemy sobie nieco w tej sprawie popyskować, ale choć przykro mi to mówić, ratunku nie widzę.
      Oczywiście, życzę ministrowi Ziobro wszystkiego dobrego, ale powtarzam: ratunku nie widzę.

Jak to mam zwyczaj zaznaczać w tym miejscu, moje książki są do kupienia w księgarni na stronie www.basnjakniedzwiedz.pl. Serdecznie zachęcam.


czwartek, 17 maja 2018

darmozjad.pl, czyli jak zgubić by znaleźć


      Jak pewnie zauważyliśmy, ostatnie dni upływaja nam pod znakiem z jednej strony kwestii katyńskiego pomika w Jersey City, a z drugiej burdelu, jaki został zainstalowany w jednym z mieszkań posła Platformy Obywatelskiej, Stanisława Gawłowskiego i nawet jeśli od czasu do czasu wypłynie kolejny temat, jak choćby sprawa zatapiania Hanny Gronkiewicz-Waltz, czy szarpania się z przewodniczącym Timmermansem, to wszystko i tak wraca do punktu startu, czyli sutenerstwa Gawłowskiego i tego żołnierza z nad rzeki Hudson z wbitym w kark, najpewniej przez Marsjan, bagnetem.
       Tymczasem jest coś, co, moim zdaniem jak najbardziej celowo, jest starannie zamilczane, a co, o ile mi wiadomo, zaledwie jeden raz zostało przedstawione w Wiadomościach TVP i natychmiast slutecznie zarzucone, czy to ze względu na to, że to nie jest temat na dziś, czy może w ogóle na wieczne czasy. Oto, jak wszyscy pamiętamy, pojawił się w pewnym momencie w politcznej kampanii temat niepłacenia przez wielkie zagraniczne firmy w Polsce podatków. Bez konkretnych szczegółów, jednak wyartykułowany na tyle dobitnie, że ja przynajmniej sprawę zapamiętałem i konsekwentnie wspomnianej któregoś wieczoru przez Wiadomości TVP informacji nie przegapiłem.
      Otóż proszę sobie wyobrazić, że – nie wiem, czy to są dane pełne, ale jak idzie o mnie, wystarczające – sytuacja na dziś wygląda następująco:
- Słynny cinkciarz.pl odnotował za zeszły rok przychód w wysokości 14 287 785 139 zł (dla absolwentów gimnazjów informacja, że i tu i w następnych okienkach chodzi o miliardy), stratę w wysokości 1 771 061 zł i zapłacił zero podatku;
- Francuska sieć handlowa Auchan przy przychodzie na poziomie 11 748 954 045 zł zaliczyła stratę w wysokości 522 233 219 zł i oczywiście podatku nie zapłaciła;
- Pierwszy nasz narodowy telekomunikacyjny operator Orange (dawniej TP SA) odnotował przychód w wysokości 13 022 747 892 zł, jednak nawet te dwa złote nie uchroniły braci Francuzów przed stratą w wysokości 689 269 863 zł i brakiem możliwości zapłacenia swojemu gospodarzowi choćby złotówki podatku;
- Podobnie jeśli idzie o dwóch pozostałych głównych operatorów, a więc T-Mobile i Plus – oni też odnotowali wyłącznie straty;
- Warto też zwrócic uwagę na Tesco, które w zeszłym roku sprzedało za całe 13 094 745 212 zł, ale ponieważ Brytyjczycy też niestety na tym interesie wyłącznie stracili, polskie państwo musiało się obejść ze smakiem.
      Szczerze powiedziawszy, mimo że tak tu się na co dzień wymądrzam, nie mam bladego pojęcia, jak się sprawy mają, jednak przy tym od wielu już lat pozostaję w stanie dręczącej mnie obsesji związanej z momentem, w którym polskie państwo uznało, że nic nie zaszkodzi jeśli odpowiedzialność za naszą państwową sieć telekomunikacyjną się deleguje na operatora francuskiego. I nawet nie chodzi o to, jak tu przy tej okazji realizowały  się interesy Jana Kulczyka, bo w ostatecznym rozrachunki i tak pozostaje polskie państwo. Niestety nie tylko wczoraj, ale i dziś.
      Otóż przy okazji publikacji tych danych chciałem zapowiedzieć, że ja mam kompletnie w nosie pajacowanie Patryka Jakiego, wygłupy Wojciecha Cejrowskiego na zmianę z młodym Rewińskim, a nawet plastusie tej jakiejś Pieli, dopóki nie zobaczę, że na katowickim salonie Orange pojawiła się kartka z nabazgranym napisem: „Zamknięte do odwołania”.
       A kiedy już załatwimy tę część, poproszę o to, by sprawdzić kolejnego utracjusza, czyli niejakiego Marcina Pióro.

Zachęcam wszystkich do regularnego zaglądania do księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl i kupowania książek. Tak jak prawdą jest, że czytanie to coraz częściej strata czasu, tu akurat nie ma jałowych miejsc.



środa, 16 maja 2018

Katechon, czyli Światło dla intelektualisty


No i zanów wygląda na to, że się spóźniłem. Otóż już miałem wrzucać dzisiejszy tekst, kiedy zajrzałem do Coryllusa, z Coryllusa przeszedłem na blog kolegi Rotmistrza, a tam wpadłem na ów Katechon i przypomniał mi się mój tekst sprzed dziewięciu lat. Najpierw chciałem w komentarzu zamieścić odpowiedni link, no ale mając świadomość, że linki mają zwykle siłę mocno ograniczoną, uznałem, że trzeba mi  będzie tu opublikować tamten tekst osobno raz jeszcze. A zatem, bardzo proszę.


      Pamiętam jak dawno, dawno temu, kiedy sam miałem dwadzieścia parę lat, a wokół panowała atmosfera, którą pewien – dziś już nie żyjący, niestety – Wojtek określił jako stan, w którym dla prawdziwie ambitnego człowieka, to co się tak naprawdę liczy, to „rower i stówa do jutra”, pojechałem z innym moim kolegą do Warszawy. Udałem się w tę podróż z powodów bardzo szczególnych. Kolega, choć dopiero na samym progu swojej uniwersyteckiej kariery, był już wtedy niezwykle zdolnym i bardzo szybko awansującym naukowcem i – o ile dobrze pamiętam – przy okazji swojej pracy doktorskiej, konstruował jakieś literacko-artystyczne wydarzenie na poziomie Instytutu Badań Literackich, czy jakoś tak. Więc zaprosił mnie, żebym przyjechał i wziął w tym czymś udział. Pamiętam, że tamtej nocy nie spałem, ponieważ – już po imprezie – do bladego świtu przesiedziałem w jakimś zadymionym pokoju z jego koleżankami i kolegami, nudząc się jak pies i nie będąc w stanie zrozumieć choćby jednego zdania z tego, o czym oni tam rozprawiali i ostatecznie mając już tylko ochotę najpierw im powiedzieć, co o nich wszystkich myślę, a później wyjść i się kulturalnie wyrzygać w jakiejś bramie.
      Innym razem, trochę nawet później w latach, pojechałem z przyjaciółmi ze studiów w góry, ale tak się jakoś złożyło, że po drodze ktoś zaproponował, żeby zahaczyć o Bielsko-Białą, więc poszliśmy do jakiegoś mieszkania, gdzie funkcjonował tak zwany ‘otwarty dom’ i już tam zostaliśmy na cały dzień i następnie na całą noc. Też wtedy nie spałem, bo raz że się nie dało, a dwa, że to były takie czasy, że się nie spało. Więc zamiast spać, siedziałem w jednym pokoju z małą kuchnią z bandą jakiś intelektualistów, którzy znów ględzili o kompletnie absurdalnych sprawach, o kórych wcześniej przeczytali w tysiącu jakichś nikomu niepotrzebnych książek. A wszyscy byli mądrzy jak cholera. Wtedy jednak przynajmniej była wódka, więc można się było upić.
      Ktoś mnie spyta, czemu ja się zadawałem z ludźmi, którzy mnie tak bardzo irytowali, a ja być może tylko to pytanie trochę zmodyfikował i sformułował je tak: Dlaczego ja się zadawałem z ludźmi mądrzejszymi od siebie? No, własnie nie wiem. Tak się jakoś złożyło, że gdziekolwiek mnie dni rzuciły, wśród wielu wspaniałych, pięknych ludzi, którzy zostali moimi cudownymi przyjaciółmi, raz po raz trafiałem na miejsca, gdzie nie było ani rowerów, ani stów na przeżycie, ani normalnej, ludzkiej rozmowy, ale wyłącznie książki i tabuny mądrali, wydzierających sobie te książki z rąk. I ile razy na nich trafiałem, to okazywało się, że im z jakiegoś powodu bardzo zależy, żebym z nimi trochę pobył i posłuchał, jak oni mówią. Nawet zupełnie niedawno, rozmawiałem z pewnym bardzo słynnym profesorem, takim co to się mówi, że nie w kij dmuchał, i on mi długo opowiadał o czymś, czego ja kompletnie nie rozumiałem, a on później wszystkich informował, jak to on lubi ze mną rozmawiać, bo ja należę do tych nielicznych w mojej rodzinie, z którymi się rozmawiać da. Kosmos.
      No więc nie wiem, czemu przez tyle lat nie udało mi się wokół siebie stworzyć takiej skorupy, która by mnie od intelektualistów – bo to przecież o nich jest tu mowa – skutecznie odgrodziła. Ale myślę, że to nie jest naprawdę istotne. To co dla mnie dziś ważne, to fakt, że ja od czasu, gdy poszedłem do liceum – a w tej sytuacji, można powiedzieć, że od zawsze – miałem bardzo silnie rozwinięty kompleks niechęci w stosunku do wykształcenia i wykształconych intelektualistów. Kompleks, który mnie doprowadził do tego, że ostatnia rzecz, na jakiej mi zależy, to ta, by ktokolwiek o mnie myślał, że jestem mądry, oczytany i wykształcony. Jeśli mogę wybierać, to zawsze wolę być idiotą. Ja tu jestem trochę jak Mr. Anus z duetu Happy Flowers, który śpiewa (jeśli to co on robi w ogóle nazwiemy śpiewaniem), jak to w jego rodzinie wszyscy są mądrzy i piękni, siostra tańczy w balecie, brat skończył studia, etc., a o sobie z dumą powtarza tylko jedno zdanie: „I’m the stupid one”.
      Więc prawda jest właśnie taka. Ja nie znoszę świata ludzi wykształconych, a już do szału doprowadza mnie sytuacja, gdzie bycie intelektualistą jest stawiane mi za wzór i argument. No i wiem przy tym, oczywiście, że to jest kwestia jakiegoś mojego kompleksu, którego już chyba do końca życia nie wyjaśnię. Kompleksu, na dodatek, z którego wprawdzie jestem bardzo dumny, ale co do którego jednocześnie, z drugiej strony, zawsze się obawiałem jest coś zdecydowanie nie w porządku. Który, przez swoją całkowitą irracjonalność, znosi mnie w stronę wręcz jakiejś psychicznej skazy.
      O czym już miałem okazję tu poinformować, wczoraj i przedwczoraj byłem w górach na góralskim weselu, ponieważ mój syn chrzestny żenił się z dziewczyną z tychże gór. Kiedy tylko okazja pozwalała wchodziłem przez moją komórkę do Internetu i patrzyłem, co słychać w Salonie. Wczoraj przed południem, wyszedłem na pole, znalazłem ten jednometrowy punkt, gdzie był jakikolwiek zasięg, napisałem parę komentarzy i na głównej stronie znalazłem tekst Adama Wielomskiego, zatytułowany Profesorowi Bartyzelowi w odpowiedzi http://adamwielomski.salon24.pl/.
      Zszedłem z pola, siadłem na ławce przed chałupą, między koniem, traktorem, a dwoma baranami i zacząłem Wielomskiego czytać. Dlaczego? Ze względu na nazwisko Bartyzela. Mam w domu jedną starą książkę z jego felietonami. Ksiązka napisana jest prosto, jasnym językiem, mądrze i nawet kilka fragmentów z niej znam na pamięć. A więc chciałem sobie w ten niedzielny poranek w górach poczytać, co Wielomski (jakby ktoś nie pamiętał, to ten od Jaruzelskiego) może mieć do powiedzenia Bartyzelowi.
      Nie przeczytałem tekstu Wielomskiego z dwóch powodów. Pierwszy to taki, że był dla mnie zdecydowanie za długi i nudny, a drugi to ten, że ja w ogóle nie rozumiałem tego, co on tam pisze. Zawartość tego tekstu, pomijając tych parę fragmentów, gdzie Wielomski się chwali, że, podobnie jak Bartyzel jest profesorem i że kiedyś jechał z nim pociągiem… no i że jak jeszcze był głupi jak inni, to jeździł na sankach z górki, z mojego punktu widzenia stanowi tak niemiłosierny bełkot, że gdyby to ode mnie zależało, to ja bym Wielomskiego pokazywał w cyrku. A kto wie, czy nawet nie w zoo. Jak już wspomniałem, w moim życiu nasłuchałem się intelektualistów wszelkiego autoramentu, ale pod pewnym względem – o którym za chwilę – Wielomski jest tu zjawiskiem wyjątkowym. Jeśli ktoś ma ochotę, niech rzuci okiem na blog tego człeka. Tam na samej górze jest napisane „W oczekiwaniu na Katechon”, a jakby komuś było mało, to obok jeszcze znajdzie informację, że Wielomski uważa się za „ultramontanina”.
      Jeśli już to nie zrobiło na kimś wrażenia, niech poszuka trochę niżej, już wewnątrz samego tekstu, i tam znajdzie całe stosy zdań typu: „Czy Jacek Bartyzel jest uczniem Richera i Febroniusza?”, albo „Tak by się też mogło wydawać, że prof. Bartyzel jest ultramontaninem, tak jak tradycjonaliści francuscy na czele z Josephem de Maistre’m, nie wspominając już o hiszpańskich karlistach”,albo „Niestety, w praktyce prof. Jacek Bartyzel okazuje się zwolennikiem gallikanizmu, richeryzmu, józefinizmu i febroniaryzmu”, albo „Postawa prof. Bartyzela jest typowa dla tzw. konserwatyzmu radykalnego /Guénon, Strauss, Voegelin, Gómez Davila”, albo „Tak, z punktu konserwatystów radykalnych, taki Carl Schmitt, Oliveira Salazar, Francisco Franco czy Charles Maurras – podobnie jak i Adam Wielomski – to konserwatyści ‘kauczukowi’”, czy dalej „Bardzo dobrze pisze o tym Jaime Balmes, sugerując, że legitymizm był tylko sztandarem pod którym zbierali się wrogowie liberalnej monarchii.” I proszę sobie teraz pomyśleć. Siedzi sobie taki Wielomski przy swoim biurku, obłożony tymi wszystkim dziwnymi książkami, które przeczytał od czasu, gdy zlazł z sanek, pisze ten śmieszny tekst, a następnie wkleja go w Internecie na stronie Salonu24, obok Mireksa, gw1990, toyaha, czy Galopującego Majora. Czy to jest normalne?
      Mało tego. On ten tekst wkleja, obok zdjęcia prezydenta Kaczyńskiego, które między jedną a drugą przeczytaną książką, tak sprytnie zrobił, że kiedy się na nie najedzie myszą, to pokazuje się, ile jeszcze dni musimy czekać aż tę prezydenturę szlag trafi na zawsze. Takie jaja na poziomie Voegelina i Febroniusza. Kiedyś, kiedy pierwszy raz w życiu dowiedziałem się, że ktoś taki jak Wielomski w ogóle istnieje, znalazłem w necie zdjęcie, jak on stoi obok Jaruzelskiego i się z dumą napina, wsadziłem mu to zdjęcie jako komentarz, a on to kompletnie zlekceważył. Dziś jest mi wyłącznie wstyd, ze sobie w ogóle pomyślałem, że to będzie sprytny gest. Że w ogóle przyszło mi do głowy odzywać się do Wielomskiego na poziomie ludzkim. No ale, jak już wspominałem, ja zbyt mądry nigdy nie byłem.
       Niezbyt mądry, ale tez nie na tyle głupi, żeby nie móc sobie pozwolić na refleksję na temat zjawiska, z którym mamy do czynienia w osobie Adama Wielomskiego. Otóż dziś, kiedy myślę o swojej obsesyjnej niechęci do intelektualistów, mam wrażenie, że tu jednak coś musi być na rzeczy. I to już nawet nie chodzi tylko o intelektualistów, ale w ogóle o ludzi z obsesjami. Myślę więc sobie, że jeśli obsesja pozostaje na poziomie tylko instynktów, to większego niebezpieczeństwa w tym nie ma. Na przykład ktoś, kto jest zagorzałym kibicem piłkarskim, jak Galopujący Major na przykład, czy Grześ, jeśli będzie chciał swoje teorie wprowadzić w życie, to w najgorszym wypadku pójdzie i będzie się prał z policją i innymi kibicami. Jeśli ktoś ma obsesję na punkcie czytania książek, to – w najgorszym dla siebie przypadku – kiedyś, w czasie przemeblowania, za dużo tych książek podniesie i coś mu się urwie w kręgosłupie. Jeśli ktoś się uzależni od seksu lub alkoholu, to też najwyżej go okradną inni pijacy, czy prostytutki. Co najważniejsze jednak, każdy z nich zawsze może od czasu do czasu pójść z dzieckiem na rower, albo pokłócić się z żoną. Gorzej jest właśnie w przypadku intelektualistów działających na poziomie idei. Oni, kiedy już przeczytają wszystko co jest do przeczytania i przemyślą wszystko, co im zostało podane do przemyślenia, to stamtąd nie mają już dokąd iść. Oczywiście, mogą, jak dziś Wielomski, wydawać jakieś pismo dla podobnych sobie wariatów, albo prowadzić bloga. A w przerwie pogadać z jakimś innym intelektualistą. Poza tym, taki Wielomski (bo o nim przecież dziś myślę) ani nie napije się wódki, ani nie pójdzie do kina, ani nie uda się na koncert, bo w jego łbie wyłącznie kotłują się jakieś obco brzmiące nazwiska i terminy, które jeśli go gdzieś prowadzą, to tylko do kompletnego zatracenia.
      Najgorzej jest, kiedy te idee są tak straszliwie egzotyczne i nikomu niepotrzebne, że można nimi żyć wyłącznie na poziomie własnych myśli, a jedyne zainteresowania związane z realnym światem i innymi ludźmi, jakie dany intelektualista ma poza nimi. Jak na przykład polityka. Co taki więc Wielomski może robić w polityce? Oczywiście, może prowadzić blog, na którym wklei animację z prezydentem Kaczyńskim i będzie tam coś przestawiał. Może też napisać o tym tekst. No ale co dalej? Przecież się od tego nie oderwie, bo nie ma się w którą stronę odrywać. A do sanek też już przecież nie wróci. I stąd już mu pozostaje tylko oszaleć i dać się zamknąć, albo oszaleć i zacząć strzelać. I może to najszybciej, bo w końcu okaże się, że to jest jedyny praktycznie dostępny gest, jaki mu pozostał.
      I tu już będę kończył, a jednocześnie powiem, o co mi tak naprawdę od początku chodzi. Zawsze wydawało się, że jeśli ktoś miał kiedykolwiek kompletnego fioła na punkcie wiedzy, to byli albo jacyś marksiści, albo masoni, czy inni okultyści. Ci którzy uznali, jak – za podszeptem szatana – nasi pierwsi rodzice, że wiedza jest czymś absolutnie pięknym. Nigdy by mi nie przyszło do głowy, że ktoś kto się uważa za konserwatystę da się zaczadzić do tego stopnia czymś tak fałszywym jak wiedza. A tu proszę, mamy takiego Wielomskiego. I co on zrobi z tym wszystkim, co przeczytał w tych swoich głupkowatych książkach? Jeśli idzie o dzień dzisiejszy, może najwyżej przestać chodzić do kościoła, albo sobie otworzyć inny. A w dalszej perspektywie, to już faktycznie pozostaje mu kupić sobie ten pistolet.
      Uważam mianowicie, że jest coś bardzo szczególnego w imieniu Lucyfer. Ten Który Niesie Światło. Zaznaczmy – światło zupełnie niepotrzebne, zupełnie zbędne, światło nie oświetlające niczego innego, jak tylko siebie. Światło z którego wyniknąć może wyłącznie grzech. Po co? Od tak, dla zabawy. Dla diabelskiej uciechy. Żeby zaliczyć kolejne opętanie. Bo tak to właśnie jest. Wielomski jest najzwyczajniej w świecie opętany. Siedziałem sobie wczoraj pod tą góralską chałupą, patrzyłem na lekko zamglone góry, czułem jak leciutko deszcz mi kapie na głowę i wiedziałem, że inaczej mój biedny rozum tego opisać nie da rady.

Przypominam, że książki nasze są do kupienia w księgarni pod adresem www.basnjalniedzwiedz.pl, a moje dodatkowo jeszcze można zamawiać pod mailowym adresem k.osiejuk@gmail.com. Zachęcam gorąco.


wtorek, 15 maja 2018

Gdy za oknem wiosna, a rozum lodem skuty


     Wygląda na to, że trochę nieopatrznie, zamiast trzymać się oryginalnego planu, aby odczynić Międlara, wrzuciłem tu piosenkę Ruby and the Ribcage. Otóż przed chwilą zajrzałem na blog wybitnego polskiego reżysera filmowego Tomasza Gwińcińskiego i zobaczyłem, że ruch, który tam się pojawił jeszcze wczoraj, nabrał nowych barw i bez komentarza się jednak nie obejdzie. Zacznę jednak może od początku. Otóż, jak sobie niektórzy z nas pewnie przypominają, parę tygodni temu wspomniany Gwińciński zachęcił nas do obejrzenia swojego najnowszego filmu i poprosił o komentarze. Ponieważ znam Gwińcińskiego osobiście i nawet miałem jeszcze niedawno przyjemność być z nim w relacjach koleżeńskich, zajrzałem na chwilę do wspomnianej produkcji, jednak uznając, że nic tam po mnie, puściłem sobie Black Sabbath i przy dźwiekach „Sweet Leaf” napisałem Gwińcińskiemu, że jego film mi się nie podoba. Ponieważ Gwińciński, zamiast mnie z godnością spuścić, postanowił się wdać w polemikę, to i też skończył jak skończyć musiał. No i tu również, zamiast się wreszcie zebrać do kupy i zachować jak człowiek świadom swoich talentów i ambicji, obraził się na mnie śmiertelnie i mnie ze swojego bloga wyrzucił na zbity pysk. Koniec pierwszego aktu.

     Oto akt drugi. Zamiast się zająć realizowaniem swoich ambicji, wybitny polski reżyser filmowy Tomasz Gwińciński, uznał za stosowne w dalszym ciągu, tym razem jednak już bez mojego udziału, prowadzić ze mną dyskusję i zamieścił na swoim blogu tekst zatytułowany „Harvard Referencing” poświęcony w całości temu, że mnie się jego film nie spodobał. Notka Gwińcińskiego spotkała się wręcz z szalonym zainteresowniem czytelników, co spowodowało, że liczba odsłon zaczyła się zbliżać się do trzech tysięcy. I pewnie na tym by się wszystko skończyło, gdyby nie pewne zdarzenie, w najmniejszym stopniu nie związane z filmem Gwińcińskiego i jego kompleksami. Oto zatem akt trzeci.

        Pod moim wczorajszym tekstem, podczas tradycyjnej przepychanki z moim serdecznym kumplem Valserem, opowiedziałem kawał o tym, jak do dyrektora cyrku przychodzi gość z walizką, z walizki wyskakują myszy z instrumentami, rozkładaja partytury, zaczynaja grać „Cztery pory roku” Vivaldiego, na co dyrektor cyrku krzywi się niezadowolony i mówi: „No niby jest nieźle, ale ten z waltornią to chyba Żyd”.
        Akt czwarty. Niemal natychmiast na blogu Gwińcińskiego pojawia się pod nickiem Sarah znany nam skądinąd kolega A-Tem i informuje czytelników, że bloger Osiejuk cierpi na chorobową jednostkę znaną pod nazwą narcystycznego zaburzenia osobowości. Na to dictum, na scenę wchodzi moja niegdysiejsza koleżanka Danae, a dziś już tylko pewna starsza pani, śmiertelnie na mnie obrażona, że ja nazwałem starszą panią,  i wstrząśnięta ową wesołą opowieścią informuje, że problem jest głębszy, bo ja nie tyle jestem narcyzem, co zwykłym niedouczonym idiotą, który nie wie, że w „Czterech porach roku” nie występuje waltornia. W tym momencie ja planuję napisać na ten temat tekst, no ale ze względu na Jacka Międlara i jego przemówienie do traktorzystów, uznaję, ze w sumie nie warto i zamieszczam na swoim blogu piosenkę Ruby and the Ribcage.
      Akt czwarty. Zaglądam na blog Gwincińskiego i z prawdziwym zdumieniem widzę, że te myszy zrobiły wrażenie nie tylko na Danae i wszystko zmierza ku temu, by notka Gwińcińskiego poświęcona moim bezeceństwom jednak przekroczyła magiczne trzy tysiące odsłon. Oto mianowicie zaczynają się tam gromadzić inni, z różnych powodów obrażeni na mnie komentatorzy i rwą sobie włosy z głowy na wiadomośc, że ja nagle wyskoczyłem z tą waltornią. Ponieważ zatem uważam za bardzo prawdopodobne, że owa demonstracja kompletnego zidiocenia może doprowadzić do tego, że tu się już za chwilę zarejestruje bloger Sowiniec, by ogłosić, że to on pierwszy rozpoznał we mnie brzmiącego cymbała, aby jakoś ratować ten portal przed kompletną kompromitacją, chciałbym poinformować tę naszą wesołą gromadkę, że w dowcipie, który opowiedziałem Valserowi pojawia się błąd znacznie bardziej wstrząsający. Otóż nie ma takiej możliwości, by ktokolwiek kiedykolwiek wyprodukował tak małą waltornię, by mogła na niej grać mysz.
      Życzę wszystkim zdrowia i dużo pieniędzy.

Jak zawsze zachęcam do kupowania moich książek. Ksiegarnia jest tam gdzie zawsze, czyli pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl.

Ruby and the Ribcage, czyli o wypędzaniu demonów


      Planowałem na dziś kompletnie inne refleksje, ale niemal w ostatniej chwili zacząłem sobie czytać najnowszy tekstCoryllusa i w momencie jak pojawił się na ekranie Jacek Międlar, w jednej chwili wszystko szlag trafił. Nie szkodzi jednak. Przede wszystkim to co zamierzałem wrzucić nie było aż tak warte, by się trzymać tego zębami i pazurami, a poza tym jeszcze przed Międlarem wspomniał Coryllus tytuł opery Brechta o mieście Mahagonny, a ja sobie nagle przypomniałem coś o czym pisałem w mojej książce o piosenkach, a co nosi nazwę Mahogany Sessions i pomyślałem, że jeśli nie damy sobie dziś nic na odtrutkę, to możemy ten dzień uznać za stracony. A do tego nigdy nie wolno nam dopuścić. A zatem The Mahogany Session i Ruby and the Ribcage. Zapraszam.



A moja książka o muzyce i nie tylko jest tu: https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/rock-and-roll-czyli-podwojny-nokaut/, albo tu: k.osiejuk@gmail.com. Polecam.

poniedziałek, 14 maja 2018

Sticky fingers, czyli o miłości do literatury


      Myślę, że większość z nas przynajmniej słyszała o tym, że tej jesienie Akademia Szwedzka nie przyzna nie przyznawać literackiej Nagrody Nobla, a to z powodu czegoś co ostatnio przyjęło się nazywać „skandalem seksualnym”, a jeśli tą wiadomością się nie przejęła, to z oczywistego powodu, że ta akurat kategoria budzi jeszcze mniejsze emocje niż wydawałoby się lider powszechnego zidiocenia, za jakiego uchodził dotychczas tak zwany Nobel pokojowy. Gdyby jednak ktoś potrzebował choćby pobieżnego wyjaśnienia, przypomnę, że wszystko zaczęło się jeszcze w listopadzie zeszłego roku, kiedy to szwedzki dziennik „Dagens Nyheter” opublikował artykuł oskarżający „powiązanego z Akademią Szwedzką mężczyznę”, dyrektora artystycznego klubu w centrum Sztokholmu – „legendarnej sceny dla literackich odczytów, wykładów, jazzu i muzyki klasycznej, goszczącej wielu laureatów Nobla oraz najsłynniejszych szwedzkich aktorów, artystów i profesorów, męża mającej związki z Akademią poetki”. Nazwisk dziennik oczywiście obłudnie nie ujawnił, delegując to zadanie na ulicę, i już tego samego dnia okazało się, że chodzi o francuskiego fotografa nazwiskiem Jean Claude Arnault (swoją drogą, to jest bardzo ciekawe, że jak dotychczas nie słychać, by Bernard Arnault wydał w tej sprawie jakiekolwiek oświadczenie), oraz o członkinię Akademi, Katarinę Frostenson… no i od tej chwili zaczął się upadek tego, co przez dziesięciolecia zajmowało się organizowaniem wspomnianej komedii.
      Jak już zaznaczyłem wcześniej, każdy z nas, kto choćby pobieżnie rejestrował działalność owej Akademii, zwłaszcza w dziedzinie literatury, nie mógł na tę informację zareagować inaczej jak wzruszeniem ramion, jest jednak coś, co moim zdaniem zasługuje na najwyższą uwagę. Otóż, jak pamiętamy, to co nas zawsze najbardziej u tych komediantów irytowało, to zawziętość, z jaką oni zawsze dbali o to, by każdym kolejnym laureatem był autor, przy którym nawet ktoś taki jak Szymborska będzie robił za artystę pióra, i wciąż zastanawialiśmy się, czemu oni to ciągną i jakie interesy nimi powodują. Proszę sobie zatem wyobrazić, że w całym tym wypełnionym seksualnym molestowaniem zgiełku ukryła się taka oto, moim zdaniem fascynująca wręcz, informacja, że owa Frostenson mianowicie, jeszcze przed ogłoszeniem Szymborskiej jako zwyciężczyni, ujawniła Arnaultowi jej nazwisko, dzięki czemu zarówno on, jak i jego kumple, mogli wygrać ciężkie pieniądze w zakładach bukmacherskich. Oooops!
      Ktoś zapyta, skąd to oooops. Już wyjaśniam. Wszyscy otóż zdajemy sobie doskonale sprawę, że każdy kto zdecydował się postawić załóżmy milion dolarów na to, że literackiego Nobla w roku 1996 otrzyma ta śmieszna pani z Krakowa, z tytułu swojego głęboko przenikliwego gestu zarobił tych milionów paręnaście. Obstawienie Szymborskiej bowiem jako kolejnego laureta Nobla było wówczas czymś porównywalnym być może tylko z prognozą, że piłkarski sezon Premiere League 1995/1996 zakończy się zwycięstwem katowickiego GKS-u. A ja, myśląc bardzo logicznie, zgaduję, że Szymborska to jedynie tak zwany wierzchołek góry lodowej. Nie ulega bowiem dla mnie najmniejszych wątpliwości, że tu właśnie leży odpowiedź na wcześniejsze pytanie, czemu oni te nagrody dawali niemal wyłącznie bandzie jakichś prowincjonalnych autorów, których jedynym autentycznym sukcesem było to, że ich nie znał nikt poza najbliższą rodziną, znajomymi i wynajętymi mediami. Jestem na sto procent pewien, że tak właśnie przez wszystkie te lata działał ten biznes, a to co jest w tym wszystkim już naprawdę zabawne, to fakt, że to wszystko w jednej chwili jasny szlag trafił przez ten cyrk pod nazwą #MeToo.
      Na sam koniec wyjaśnię, skąd się o tym przekręcie dowiedziałem. Otóż proszę sobie wyobrazić, że z artykułu znalezionego na portalu tvn24.pl. Co warte odnotowania, im nawet przez tę ich tępe łby nie przeszła myśl, że numer z Szymborską mógł oznaczać coś więcej, niż tylko to, że skoro ważni ludzie obstawiali jej kandydaturę w zakładach, ona musiała być naprawdę wybitną poetką. To zgłupienie idzie tak daleko, że oni się zupełnie poważnie zastanawiają, czy teraz, kiedy wybuchł ten skandal i musi nastąpić oczyszczenie, wreszcie przestaną otrzymywać nagrody tacy amatorzy jak Henryk Sienkiewicz, „którego ‘Quo Vadis’ czytają dziś wyłącznie siódmoklasiści, i to najczęściej z bryków i wreszcie to wyróżnienie przypadnie Adamowi Zagajewskiemu.
      Otóż mam dla nich przykrą wiadomość. Zagajewski nie ma już najmniejszych szans, choćby przez to, że za nim już od kilku dobrych lat agituje środowisko „Gazety Wyborczej” i on zwyczajnie nie gwarantuje odpowiednich zysków. To ja już, jeśli już mamy pozostać w nastroju patriotycznym, bardziej bym obstawiał Maleńczuka, albo reżysera Pawła Pawlikowskiego, jeśli oczywiście okaże się, że on jest też pisarzem.


           

Zachęcam oczywiście jak zawsze wszystkich do kupowania moich książek. Ponieważ one są do kupienia głównie w księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, nie ma szans, bym się miał kiedykolwiek skompromitować uczestnictwem w przekręcie organizowanym przez paru ponurych cwaniaków. 

niedziela, 13 maja 2018

O ludziach, którzy wzięli cierpienie za gardło i je zadusili


Kiedy napisałem wczorajszą notkę o proteście Adriana, Kuby i ich mam, pomyślałem, że sprawa jest na tyle kluczowa, że zostawię tu ów tekst jeden dzień dłużej, jednak przez ten cały czas chodził mi po głowie mój kolega Czesiu i pomyślałem, że przypomnę wspomniany wcześniej rozdział mojej książki o markach, dolarach, bananach i pewnym biustonoszu, w taki sposób by sprawę ostatecznie zamknąć. A zatem proszę bardzo. Oto mój kumpel Czesiu.    


      Dom do którego się przeprowadziliśmy po latach użerania się z niemiecką rodziną państwa Bilgerów, to długi, ośmiopiętrowy blok, z podwójnym tarasem na wysokości ósmego piętra. Oryginalnie chyba, całe to ósme piętro stanowiły strychy, jednak w pewnym momencie znajdujące się tam pomieszczenia zostały podzielone ściankami, i zagospodarowane na mieszkania, do których wejściowe drzwi prowadziły od jednego z tych tarasów.  W jednym z tych mieszkań mieszkał mój wielki, dziś już nieżyjący, przyjaciel imieniem Czesiu.
      Czesiu był w moim wieku i mieszkał z ciocią, siostrą swojej mamy, która umarła, gdy go rodziła, i jej mamą, tak zwaną Babcią. A zatem mieszkali oni tam w trójkę. Czesiu, Ciocia i Babcia – tak się do nich wszystkich zwracaliśmy: Czesiu, Ciociu, Babciu. Kiedy Czesiu miał roczek, zachorował na postępujący zanik mięśni i jego ojciec zostawił go na wychowanie Cioci i Babci.
      Ciocia była wówczas 18-letnią, niezwykle piękną dziewczyną i kiedy okazało się, że trzeba się będzie zająć Czesiem, postanowiła poświęcić życie właśnie jemu. Czesiu nigdy nie chodził, a przez to że jego mięśnie były zbyt słabe, od dziecka był uwięziony w specjalnym gorsecie. Przez całe jego życie – a żył ponad 40 lat – Ciocia i Babcia nosiły go, myły, obsługiwały go w łazience i ubikacji. Mówi mi dziś Ciocia, że ona nie może zrozumieć, skąd ona miała tyle siły. W pewnym momencie on ważył 50 kilo, a ona go przenosiła tak jak się nosi małe dziecko. Bez najmniejszego wysiłku. Ale ona nie umie zrozumieć jeszcze czegoś. Jak to możliwe, że ona przez te wszystkie lata ani razu nie zachorowała. Pewnie dlatego, że wiedziała, iż jej na chorowanie nie stać. Po prostu.
      Czesiu był człowiekiem bardzo mądrym, inteligentnym i wykształconym. Bardzo dużo czytał, dużo myślał i bardzo dużo się modlił. Słuchał muzyki, interesował się wszystkim i wszystko wiedział. Umiał naprawiać sprzęt elektroniczny. Robił też bardzo dobre czarno-białe zdjęcia, które sam wywoływał. Wiele z nich mam do dziś.
       No  i miał coś czego mu zawsze zazdrościłem. Nikt tak jak on nie potrafił robić wrażenia na dziewczynach. Siedział w tym swoim krześle, lekko odchylony do tyłu, z tym pozornie pogardliwym uśmiechem na twarzy i zmrużonymi oczyma i śmiał się tak jak nikt nie potrafił. Dziewczyny, które miały to szczęście się z nim znać, wszystkie jak jedna po pewnym czasie były w nim po uszy zakochane, a ponieważ wiedziały, że choćby ze względu na jego chorobę, sprawa jest beznadziejna, już tylko cierpiały. Ten jego talent, jak idzie o relacje z dziewczynami bardzo mi się przydawał, ile razy zdarzało mi się zakochać w którejś z moich koleżanek. To on mnie zawsze potrafił uchronić od kolejnej kompromitacji, tłumacząc jak dziecku, żebym nie robił z siebie błazna tam gdzie mnie nikt nie chce.
       Nigdy nie miał specjalnego wózka inwalidzkiego. Na spacery wyjeżdżał zwykłym wózkiem dziecięcym, ze specjalnie wzmocnionym podwoziem, tak by mogło ono utrzymać osobę dorosłą. Ile razy trzeba było wyjść na świeże powietrze, Ciocia pakowała go do tego wózka, zwoziła go z ósmego piętra na dół, następnie znosiła ten wózek po kilku schodkach… no i już – można było jechać. Po wielu latach tej mordęgi, udało się załatwić przeprowadzkę do mieszkania w tym samym bloku, tyle że na pierwszym piętrze. W ten sposób, wyjścia na spacer stały się zdecydowanie bardziej wygodne. Prosto z mieszkania wjeżdżał Czesiu do windy, windą zjeżdżał do piwnicy, a z piwnicy – już bez pośrednictwa schodów – można było wyjechać na podwórko. A dalej już, jak po maśle.
      Po kilku latach, postanowiono w bloku wymienić wszystkie windy, w rezultacie czego drzwi do nich zostały na tyle zwężone, że wózkiem nie dało się już wjechać. Czesiu został uwięziony na tym swoim pierwszym piętrze. Oczywiście Ciocia wielokrotnie zwracała się do odpowiednich instytucji, w tym oczywiście do czegoś, co wciąż chyba nosi dumną nazwę Państwowego Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych, by zainstalowano dla niego specjalną windę, albo chociaż położono na schodach coś w rodzaju szyn, jednak bez efektu. W tej sytuacji, ile razy uznano, że przydałoby się wyjść na spacer, trzeba było Czesia znosić po parędziesięciu schodach, razem oczywiście z tym wózkiem.
       Byliśmy wielkimi przyjaciółmi. Odwiedzałem go często, jak najczęściej, jednak z biegiem lat te wizyty topniały, chyba głównie dlatego, że wszyscyśmy się robili coraz starsi, ja miałem swoje życie, które mnie zaczęło, jak to życie,  wciągać, przyszły lata 90. i wtedy pojawił się ów nigdy dotychczas w naszym świecie tak intensywnie obecny czas, który zawsze mnie wyprzedzał o kilka długości. A więc widywaliśmy się rzadziej, rozmawialiśmy głównie przez telefon, a i to też bardzo, coraz bardziej zdawkowo, a ja wciąż, gdyby ktoś mnie spytał, kto jest moim najbliższym kolegą, wymieniłbym właśnie jego.
      Ale też był inny powód. Rzecz w tym, że Czesiu był coraz słabszy i trudno mu było przyjmować gości. Ile razy przychodziłem, widziałem, jak on się męczy, i coraz częściej miałem wrażenie, że jego te wizyty zbyt dużo kosztują. Któregoś dnia zadzwonił do mnie, i poinformował, że już ledwie potrafi oddychać, i w związku z tym zabierają go do szpitala.
       Z jednej strony jest mi głupio, że nie umiałem na tę okoliczność wymyślić nic mądrego, a z drugiej cieszę się, że znalazłem to jedno miejsce w moich myślach, by go poprosić, by kiedy już się znajdzie Tam, miał na mnie i na moją rodzinę oko. Obiecał, że zrobi, co będzie mógł. Do dziś mam bardzo silne wrażenie, że może wiele. I stąd te modlitwy.


To jest zaledwie jeden z wielu rozdziałów wspomnianej książki. Jeśli ktoś ma na tyle wrażliwości by sięgnąć głębiej, proszę o kontakt pod adresem k.osiejuk@gmail.com. Dedykacja w cenie.  


sobota, 12 maja 2018

Gdy uszkodzony płód otrzymuje prawo do życia


      Ponieważ od czasu kiedy już robić tego nie muszę, oglądania stacji TVN24 unikam wręcz systemowo, nie umiem powiedzieć do jakiego stopnia ci państwo grzeją temat okupacyjnego strajku, jaki z podpuszczenia posłanki Scheuring-Wielgus grupa kilku pań zorganizowała ze swoimi dziećmi w jednym z sejmowych korytarzy. Wczoraj jednak trafiłem na informację, że oto w którymś z ostatnich wydań „Szkła Kontaktowego” znana nam skądinąd aktorka, Maja Komorowska, odczytała tekst zatytułowany jako „List matki niepełnosprawnego syna” i pomyślałem sobie, że tam muszą już działać wszystkie tłoki. Patrzę na Komorowską, jak siedzi gdzieś na ławeczce na tle drzew, w ręku trzyma tabliczkę z logo stacji, i drżącym ze wzruszenia głosem ogłasza, że „jest mi wstyd za nasze państwo, że próbuje walczyć z [niepełnosprawnymi] i stawia im poprzeczkę”, i już wiem, że oni muszą widzieć ten protest, jako swoją ostatnią już szansę na takie przynajniej obniżenie notowań Prawa i Sprawiedliwości, by w przyszłorocznych wyborach zachować odpowiednio destrukcyjny wpływ na państwo. A muszę przyznać, że z pijarowego punktu widzenia, no ale też pod względem wykonania, owo zagranie z niepełnosprawnymi robi wrażenie prawdziwego majstersztyku, przynajniej w tym sensie, że strona rządowa nie ma żadnego praktycznie sposobu, by podjąć z przeciwnikiem uczciwą i otwartą rozmowę. Ja tu, pisząc to co piszę, jestem oczywiście w sytuacji bez porównania łatwiejszej, bo nawet jeśli ktoś się na mnie obrazi za to, że na przykład w swojej podłości jestem pełen pogardy dla ludzi dotkniętych ciężką niepełnosprawnością, stać mnie na to, by na tego rodzaju zarzuty wzruszyć ramionami i swoje słowa powtórzyć drugi, trzeci, a nawet czwarty raz. Taka minister Rafalska natomiast musi ważyć nie tylko słowa, ale i każdy gest, wiedząc, że jedna nieuwaga może oznaczać dla niej wręcz polityczny koniec. Z niepełnosprawnymi bowiem żartów, jak wiemy, nie ma.
      W czym rzecz? Otóż miałem okazję obejrzeć wczoraj obejrzeć fragment spotkania pani minister z protestującymi i to co mnie uderzyło, to fakt, że oni wszyscy, a więc zarówno obie matki, jak i ci dwaj chłopcy na wózkach, w sposób ewidentny zostali bardzo starannie wybrani do tego, by robić na nas wrażenie.  Matki są oczywiście odpowiednio pyskate, tak jakby nie robiły w życiu nic innego, jak się gdzie tylko jest okazja awanturowały, no ale tych protestów było już tyle, że do tego iż na pierwszy plan zawsze się wysuwa najlepszych, akurat zdążyliśmy się już przyzwyczaić. Chciałbym jednak zwrócić uwagę na tych dwóch chłopaków. Oni obaj, Kuba i Adrian, owszem, cierpią na ciężki brak koordynacji ruchowej, mają duże problemy z mową, natomiast poza tym są nadzwyczaj elokwentni, wybitnie inteligentni, a przy tym mocno, naprawdę mocno, pewni siebie. Wystarczy ich posłuchać przez minutę, czy dwie, by widzieć, że choroba naprawdę nauczyła ich, jak się prowadzi walkę o swoje interesy.
      Oglądałem to spotkanie i zwróciłem uwagę na dwa momenty, kiedy to autentycznie znieruchomiałem. Pierwszy, kiedy ów Adrian, zachowując się jak się zachowuje, mówiąc jak mówi, dwukrotnie przeprosił minister Rafalską za to, że choroba nie pozwala mu patrzeć jej prosto w oczy, a drugi raz, kiedy wręcz błagając ją, by się nad nim ulitowała i dała mu te pięć stów na „bochenek chleba, buty i żeby raz na jakiś czas mógł sobie pójść do kina”, powiedział co następuje: „A teraz panią dotknę” i złapał ją za rękę, i to był taki numer, że nawet ona, kobieta z pewnością twardza, na chwilę zgłupiała. Przepraszam bardzo, ale przy całym szacunku dla losu Adriana, nie mam najmniejszych watpliwości, że mamy do czynienia z kutym na cztery nogi cwaniakiem.
      No dobra, ktoś powie, to są zaledwie metody negocjacyjne – zdarza się w każdym, nawet najlepszym, towarzystwie. Problem bowiem polega na tym, że niepełnosprawnym w Polsce naprawdę nie jest łatwo i te 500 złotych by im się z pewnością przydały, a budżetowi nie zaszkodziły. Otóż nie. Oczywiście, że sytucja kiedy człowiek nie może pracować i jest na utrzymaniu rodziny lub opieki społecznej jest wręcz nie do zniesienia, tym bardziej jednak 500 złotych dla kogoś takiego jak Kuba czy Adrian to jest nic, a w najlepszym wypadku prawie nic. Mówi Rafalskiej Adrian, że on ostatnio z tego co dostaje od państwa opłacił czynsz za mieszkanie, kupił wspomniany „bochenek chleba”, a na buty i kino już mu nie starczyło. A ja się pytam, o co tu do cholery chodzi? O te buty i jakąś rozrywkę, tak? Wtedy dopiero życie Adriana stanie się w miarę znośne? Przecież to jest jakaś kpina.
       Ale to i tak wciąż nie wszystko. Tłumaczy Rafalska Adrianowi i Kubie, że ludzi w mniejszym lub większym stopniu niepełnosprawnych, którym te pieniądze trzeba by było dać, jest w Polsce grubo ponad milion, a w tej chwili budżetu na taki wydatek nie stać, na co ci mówią, że wcale nie, bo takich jak oni jest niespełna 272 tysięce, a cała reszta z tym co mają świetnie sobie poradzi. Tłumaczy im więc Rafalska, że Konstytucja nie pozwala tu nikogo wyróżniać, na co Kuba odpowiada, że niech ona się nie martwi, bo Trybunał na pewno za „te małe pieniążki” nie będzie się jej czepiał, obie matki drą się tak, że z trudem można usłyszeć, co kto mówi, a Adrian łapie Rafalską za rękę i cały ledwo żywy z wysiłku, niemal płacze: „Błagam, niech pani da mi te pieniążki”.
      No i jeszcze rzecz ostatnia. Jak wiemy, Parlament przyjął ustawę o bezpłatnym dostępie do wszelkich koniecznych sprzętów, środków potrzebnych do opieki nad ludźmi niepełnosprawnymi, oraz na rehabilitantów i innych opiekunów, na co Kuba i Adrian mówią, że oni nie potrzebują ani wózków, ani pieluch, ani materacy, ani w ogóle niczego, chcą tylko te pięć stów, bo oni najlepiej wiedzą, czego im potrzeba, a żeby moc tych słów podkreślić, jedna z matek rzuca obecnemu tam wiceministrowi w twarz paczką pieluch, każąc mu się nimi wypchać. No a w tej sytuacji, to ja już mam tylko jedno pytanie. Otóż jeśli mianowicie rząd się ostatecznie ugnie pod tymi żądaniami, wycofa się z tych wózków, pieluch i rehabilitantów i da Adrianowi i Kubie pieniądze, jak na to zareagują wszyscy ci, którzy mają na ten temat inne zdanie, niż osoby protestujący w Sejmie? Jednak kogo to obchodzi? Rzecz w tym, że tu się gra o coś zupełnie innego.
       Na koniec muszę wrócić do kwestii, którą poruszyłem na początku, a mianowicie ewentualnych zarzutów, że ja nie czuję empatii wobec ludzi tak bardzo pokrzywdzonych przez los. Otóż tak się złożyło, że ja w swoim życiu miałem okazję spotkać ich całkiem wielu. A więc znałem ludzi niewidomych, ludzi głuchoniemych, ludzi wiecznie przykutych do wózka, ludzi bardzo opóźnionych w rozwoju psychicznym, ale też mocno zdeformowanych fizycznie. I proszę sobie wyobrazić, że oni wszyscy, jak jeden mąż, nie byli ani mniej ani bardziej szczęśliwi od każdego z nas, a ostatnią rzeczą, jakiej od nas oczekiwali, było współczucie... no, z wyjątkiem może sytuacji, kiedy owo współczucie było im potrzebne do tego, by coś dla siebie załatwić. I daję słowo, że każdy z nich potrafił je wykorzystywać wręcz znakomicie. Dlaczego tak? Otóż dokładnie na takiej samej zasadzie jak to ma miejsce w przypadku ludzi zdrowych, silnych, sprawnych i szybkich pod każdym możliwym względem. Rzecz bowiem w tym, że oni tak naprawdę są dokładnie tacy sami jak my, z naszymi smutkami i radościami, ale też ze wszystkimi naszymi wadami i zaletami. A jeśli jest tu coś obrzydliwego, to to, że najbardziej się nad nimi dziś pochylają ci, którzy w innych sytuacjach odmawiają im prawa do tego by się choćby urodzić.


Zapraszam wszystkich do kupowania moich książek, które można zamawiać albo w księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, albo, częściowo, tu u mnie, pisząc na adres mailowy k.osiejuk@gmail.com.
     

piątek, 11 maja 2018

Czy Polska przestaje być żartem?

Właściwie to zostało nam jeszcze parę dni, ale ponieważ sprawy się dzieją bardzo szybko, już dziś przedstawiam swój najnowszy felieton dla „Warszawskiej Gazety”. Ja wiem, że jest ostatnio tendencja, by raczej przedstawiać naszą sytuację jako tragiczną, ale myślę, że tym bardziej nie zszkodzi, jeśli ja spróbuję pokazać, że zmienia się całkiem dobrze.       


     Muszę zupełnie uczciwie przyznać, że katyński pomnik, o który ostatnio wybuchła tak straszna awantura, bardzo mi się nie podoba, i to z dwóch względów. Po pierwsze, uważam, że jest on wyjątkowo paskudny, zarówno pod względem estetycznym, jak i artystycznym. To jest, moim zdaniem bardzo brzyski pomnik. Po drugie, i to jest chyba nawet ważniejsze, jestem głęboko przekonany o tym, że jeśli chcemy promować w świecie naszą wielkość, najgorszą metodą jest pokazywanie owemu światu, jak to strasznie zostaliśmy przez ów świat potraktowani i jak bardzo przez to ucierpieliśmy. Nie da się bowiem głosić chwały narodu inaczej, jak tylko opiewając jego zwycięstwo.
     Z drugiej strony jednak – i to, mam nadzieję, dla wszystkich jest sprawą oczywistą – uważam, że w obecnej sytuacji, kiedy to jakiś lewacki prowokator, człowiek, który w sposób zupełnie jasny obsesyjnie Polski i Polaków nienawidzi, wspólnie ze swoimi biznesowymi partnerami, próbuje usunąć ten pomnik, postawa zarówno polskich władz jak i amerykańskiej Polonii zasługuje na nasze pełne poparcie, a co więcej, szczególnie w obliczu tego, co się dzieje w tych dniach i co ma się wydarzyć w najbliższy weekend, na najwyższe wyrazy uznania.
     O co mi chodzi? Otóż mam wrażenie, że jeszcze nigdy w swojej naszej najnowszej historii Polska nie zademonstrowała tak wielkiej determinacji, by w pełni skutecznie pokazać swoim wrogom, że nadszedł najwyższy czas, by oni zrozumieli, że łatwo już było i teraz będzie już tylko gorzej. Oczywiście, nie mam złudzeń, że to, co Polska przedstawiła w tym tygodniu, to dopiero początki i upłynie jeszcze dużo czasu, zanim oni zorientują się, że faktycznie będzie się trzeba wobec nas inaczej ustawić, no ale, jak mówię, pierwszy krok został zrobiony.
     I mogę wszystkich zapewnić, że to wcale nie są powodowane chwilowymi emocjami złudzenia. To że to się dzieje naprawdę, możemy wszyscy zaobserwować już od pewnego czasu na własne oczy. Wystarczy że się rozejrzymy wokół siebie, byśmy zrozumieli, że oto nadszedł czas, kiedy Polska jako symbol i znak stała się po raz pierwszy chyba w swojej historii częścią kultury popularnej, tak jak brytyjska flaga, czy tak zwany American Dream. Jeszcze nigdy nie mieliśmy okazji obserwować, jak bardzo samo choćby słowo „Polska” przestało być jedynie nazwą.
     Oglądałem niedawno amerykański show telewizyjny, w którym jedna z największych dziś ichniejszych gwiazd, James Corden, zorganizował bieg sprinterski, w którym z jednej strony udział wziął Usain Bolt, a z drugiej on sam, plus wszyscy autorzy jego programu – producent, muzycy, kamerzyści, scenograf, scenarzysta, reżyser… I proszę sobie wyobrazić, że nagle, wśród nich wszystkich widzimy jednego z nich w koszulce z polskim orłem i napisem „Polska”. Pojawia się tam nawet jego nazwisko… i oto niespodzianka: to nie jest w żaden sposób polskie nazwisko. I niech mi teraz ktoś powie, że to nie jest Dobra Zmiana.



Książki, jak zawsze, są w pełnej ofercie w księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl. Gorąco i szczerze polecam.