piątek, 4 października 2019

O szarym paprochu w głowach niektórych z nich

      Dziś, zamiast klasycznej notki, poświęconej jednemu z klasycznych wydarzeń kolejnego dnia, postanowiłem przedstawić kilka zupełnie osobnych refleksji, dotyczących odpowiednio osobnych zdarzeń, z pozoru drobnych, a jednak o ładunku moim zdaniem wręcz wybuchowym.  A skoro tak, proponuję pójść śladami mistrza Hitchcocka i zacząć od samej góry, tak by dalej już emocje mogły już tylko rosnąć.
      Oto, proszę sobie wyobrazić, że w stacji TVN24 pojawił się po raz kolejny Włodzimierz Cimoszewicz – TEN Włodzimierz Cimoszewicz – i ogłosił, że polski kandydat na przewodniczącego komisji do spraw rolnictwa w Parlamencie Europejskim, Janusz Wojciechowski, podczas wstępnego przesłuchania przed europejskimi politykami się skompromitował i dziś już prawdopodobnie nie ma najmniejszych szans na objęcie stanowiska, które mu zostało zaplanowane.
Przepraszam bardzo, ale zanim ja się zainteresuje tą informacją na poważnie, proszę mi wyjaśnić, kto to taki ów Cimoszewicz? Co to za zwierzę? Czy jest ktoś kto jeszcze go traktuje poważnie poza stacją TVN24? Ktoś mi tu podpowiada, że on był premierem rządu, no ale cóż to za argument, kiedy fakty są takie, że premierem rządu była również Ewa Kopacz, że już nie wspomnę o Kazimierzu Marcinkiewiczu. Oni oboje byli premierami rządu i, przepraszam bardzo, ale co to jest dziś za argument?
      A zatem, mamy sytuację taką, że Włodzimierz Cimoszewicz – TEN Włodzimierz Cimoszewicz – poproszony przez jedną z głównych polskich telewizji o wypowiedź, coś tam sobie mówi, a owa telewizja postanawia tę wypowiedź nagłośnić, jako swój headline. Przepraszam raz jeszcze, ale to jest z mojego punktu widzenia kompletna magia. Włodzimierz  Cimoszewicz jako komentator politycznej sceny.
      Jest jednak jak jest, faktów nie jesteśmy w stanie zmienić, a zatem nie pozostaje nam nic innego jak ruszyć o krok dalej. Oto w tej samej telewizji TVN24 ukazała się bardzo zawzięta debata między posłem Platformy Obywatelskiej, Sławomirem Neumannem, a szefem partii Razem, Adrianem Zandbergiem, podczas której ów Zandberg ogłosił, że w dzisiejszej Polsce „jeśli ktoś ma pieniądze, to może się leczyć, a jeśli nie ma, to umiera wcześniej”. Ja rozumiem, że Zandberg to jakieś lewackie nieszczęście, które nie zasługuje choćby na wzruszenie ramion, natomiast nie jestem w stanie pojąć, jaki plan stoi za tym, by nie dość, żeby tę nędzę zapraszać do studia czołowej polskiej stacji informacyjnej, to jeszcze jej mądrości wybijać grubą czcionką na powszechnie dostępnym portalu.
      O co chodzi? Otóż mój rodzony brat dwa lata temu został zaatakowany przez bardzo agresywny nowotwór i dzięki wysiłkowi lekarzy tu w Katowicach, ale również tam w Warszawie, został – w co bardzo głęboko wierzę – wyleczony.  Teść mojej córki zapadł na raka prostaty, i również, dzięki poświęceniu lekarzy to tu to tam, wydaje się, że może żyć nadzieją na długie życie. Żona mojego bliskiego kumpla dwa lata temu, tuż przed Świętami Bożego Narodzenia zapadła na agresywnego raka piersi i ona również dziś żyje nadzieją, że przed nią całe życie. Dzięki komu? Dzięki lekarzom, którzy wykonywali swoje powinności bez jednego dodatkowego grosza na waciki.
      A tu przyłazi ten komuch i pieprzy coś na temat pieniędzy, które trzeba mieć, by przeżyć. Ja oczywiście nie potrzebuję tu nikogo zapewniać, że osoby, o których tu wspomniałem, nie są nawet w ułamku procenta tak zamożne jak choćby George Harrison, którego akurat jak najbardziej uratować się nie dało, a to z tego prostego powodu, że każdy z nas wie, że informacja jakoby nasi lekarze nie byli w stanie ruszyć tyłka, by spróbować uratować czyjeś życie, to jest skandal jakiego świat nie widział.
      I wcale tak naprawdę nie chodzi o to co powiedział Zandberg. To jest, jak już to podkreśliliśmy, zaledwie komuch, bez cienia wrażliwości, przez co jest skazany na to, że prędzej czy później będzie musiał prosić na ulicy o papierosa i kubek kawy. Rzecz w tym, że, o czym już wspomniałem, tę jego wypowiedź publikuje jako wiadomość naczelną i pierwszą i to jeszcze w formie tytułu, sam TVN24. Bez wstydu, bez jakiejkolwiek refleksji. A ja już bym tylko chciał wiedzieć, jak się zachowają 13 października lekarze, których ci idioci oskarżyli o tego typu interesowność, gdzie nie ratuje się życia dopóki ktoś nie zapłaci.
      No i trzecia historia. Proszę sobie  mianowicie wyobrazić – a to jest, co zupełnie niezwykłe, również wiadomość przekazana nam przez portal tvn24.pl – że jakiś czas temu pewna amerykańska policjantka wracała zmęczona ze służby do domu i jakimś cudem – wielu z nas ma żony, a zatem to akurat jesteśmy w stanie zrozumieć – weszła do mieszkania obok. Weszła do owego mieszkania, zobaczyła jakiegoś Murzyna i go zwyczajnie, w przekonaniu, że ma do czynienia z włamywaczem, zastrzeliła. Policjantka została właśnie skazana na 10 lat więzienia i pojawiają się głosy, również oczywiście ze strony rodziny zastrzelonego człowieka, że te dziesięć lat to kpina. Proszę sobie jednak wyobrazić – i co ciekawe, jest to wiadomość podana przez tę samą co poprzednio telewizję TVN24 – że brat zastrzelonego mężczyzny przed sądem złożył następujące oświadczenie:
      „Kocham cię jako człowieka i nie życzę ci niczego złego. Jeżeli naprawdę żałujesz, wiem, mogę mówić tylko za siebie, ale ja ci wybaczam. Wiem, że jeżeli zapytasz Boga, on ci wybaczy. Kocham cię tak, jak każdego innego człowieka. I nie zamierzam mówić, że mam nadzieję, iż zgnijesz w więzieniu i umrzesz, jak mój brat. Osobiście chcę dla ciebie jak najlepiej. Jeżeli naprawdę żałujesz, wiem, że mogę mówić tylko za siebie, ale wybaczam ci. Chcę dla ciebie jak najlepiej, ponieważ wiem, że tego pragnąłby dla ciebie Botham. A najlepsze byłoby zawierzenie twojego życia Chrystusowi”.
      Po tym wystąpieniu brat zabitego zapytał sądu, czy może przytulić skazaną. Gdy sędzia wyraziła zgodę, Brandt podszedł do policjantki, która zastrzeliła jego brata i, jak dalej relacjonują redaktorzy TVN24, objął ją i  oboje się popłakali. Chwilę później – wciąż relacjonuję doniesienia TVN24, do policjantki podeszła sama sędzia i również ją przytuliła, przekazując słowa wsparcia. Wręczyła jej także Biblię.
      O co chodzi? Odpowiedź jest prosta. A jak ktoś jej wciąż nie zna, to gapa. Zagadką za to wciąż pozostaje pytanie, jak to jest, że ci ludzie są w stanie tuż obok siebie zestawić te trzy wiadomości i nie wzbudzić w sobie jakiejkolwiek refleksji, że z nimi jest coś nie tak. Wciąż się nam kłania owa przepiękna wypowiedź osiołka Kłapouchego:
      „No brain at all, some of them. Only grey fluff that’s blown into their heads by mistake”.


      

czwartek, 3 października 2019

Chleba dosyć, a zatem igrzyska!


       Już po opublikowaniu notki o tym, jak to prawda może popsuć dobrą zabawę, postanowiłem poświęcić kolejny dzień na to aż temat odpowiednio wybrzmi, a tu okazało się, że stało się coś, co sprawiło, że zanim on faktycznie zdążył wybrzmieć, sprawę trzeba będzie kontynuować. W tej sytuacji, zamiast zmienić temat i jednocześnie nastrój, wypada mi pozostać przy kwestii owej dobrej zabawy.
      Jak wiemy, podczas zorganizowanej przez TVP przedwyborczej debaty, poseł Budka zaprezentował odpowiednio duże powiększenie aptecznego paragonu, na którym jak byk widniała informacja, że któremuś z nas pisowskie państwo kazało zapłacić ponad 2 tys. zł. za lek ratujący życie dziecka, które zawiniło światu tym jedynie, że trzeba mu było przeszczepić nerkę, czy wątrobę – relacje są różne. Już po chwili okazało się jednak, że paragon, choć jak najbardziej autentyczny, został wystawiony na coś, co w ramach państwowej refundacji kosztuje głupie trzy złote, a tu nie dość że został zakupiony bez wskazań lekarza, to w dodatku w podwójnej ilości, prawdopodobnie z tego prostego względu, że dwa tysiące robią znacznie lepsze wrażenie niż tysiąc. Przyznam, że kiedy się o tym dowiedziałem, moja pierwsza myśl była taka, że w przeddzień debaty sztab wyborczy Koalicji Obywatelskiej wyasygnował z partyjnej kasy te głupie dwa patyki, kupił to lekarstwo i szybko przekazał paragon Budce, by ten go odpowiednio wykorzystał, jednak już po chwili okazało się, że cała ta historia to zwykły fejk. Chore dziecko wprawdzie faktycznie istnieje, jego troskliwi rodzice również, lekarz wystawiający receptę podobnie, tyle że w rzeczy samej apteka sprzedała ów lek nie za trzy złote, ale znacznie więcej. Co więcej, głos w sprawie zabrali kolejno dyrektor szpitala, w którym leczony jest chłopiec, który wyraził oburzenie, że politycy wykorzystują ciężką pracę lekarzy do swojej kampanii, matka dziecka, która zaprotestowała przeciwko wciąganiu jej i jego dziecka w politykę, a na końcu dziennikarze, którzy wnikliwie zbadali sprawę i stwierdzili, że Budka owego paragonu ani nie wymyślił, ani też nie dostał od mamy dziecka, ale ściągnął z sieci, gdzie on dzień wcześniej ukazał się na portalu o wesołej nazwie wiocha.pl. I to tyle co wiemy na dziś.
       Śmieją się więc dziś wszyscy z Budki i jego prowadzących, że się tak fatalnie skompromitowali, sami zainteresowani bronią się jak mogą, wymyślając coraz to nowe argumenty, już oczywiście nie na rzecz tego, że te 2 tys. były warte każdej złotówki, ale że PiS i tak zniszczył służbę zdrowia, a ludzie na SOR-ach umierają jak nigdy wcześniej, a ja się zastanawiam, czemu nikt, dosłownie nikt, nie zadał sobie trudu, by porozmawiać z mamą tego dziecka i  zapytać, czemu ona, nie czekając na zaplanowane za miesiąc badania, które mogłyby jej dać odpowiedź na pytanie, czy jemu w ogóle to lekarstwo jest potrzebne, a w związku z tym, czy ona będzie mogła jednak te dwa tysiące zaoszczędzić na bardziej potrzebne luksusy. Czemu nikt do niej nie poszedł i nie zapytał, czemu ona kupiła od razu dwa opakowania tego leku, powtórzmy, w sytuacji, gdy wedle wszelkich dostępnych danych, jej dziecko było wciąż jeszcze przed badaniami. No i wreszcie, czemu ona chwilę po tym jak zakupiła ten lek, pierwsze co zrobiła to ów paragon odpowiednio zeskanowała i wrzuciła go na ten idiotyczny portal. A przy okazji, skoro sama zrobiła z tych dwóch tysięcy aferę, czemu teraz krzyczy, że została okrutnie wykorzystana przez, nie polityka, ale polityków. No i ewentualnie pytanie najważniejsze, kto jej dał te dwa patyki?
       No dobra, poniosło mnie. Nie bardzo przede wszystkim wypada, no a poza tym nie bardzo istnieje możliwość, by ona dziś była tak chętna jak jeszcze trzy dni temu, by się popisywać swoją ciężką sytuacją, więc gadać z nią nie ma jak. No ale co stoi na przeszkodzie, by którykolwiek z tych dziennikarzy, czy polityków, zamiast coś ględzić o Budce, któremu się coś we łbie poprzewracało, czy właśnie o tej pani, której prywatność została tak brutalnie obnażona, zadał owo pytanie publicznie: jak to się w ogóle od początku odbyło? Czemu owa mama, mimo oczywistego braku potrzeby – gdyby była potrzeba, ona dostałaby receptę z refundacją, lub w ogóle, otrzymałaby to lekarstwo za friko w szpitalu – w pierwszej kolejności zakupiła za ciężkie pieniądze dwa opakowania owego leku, czemu pierwsze co zrobiła to opublikowała skan tej recepty w Internecie, no i jak to się stało, że już po paru godzinach Borys Budka otrzymał piękną dużą fotografię tego paragonu z równie pięknym podpisem „Paragon hańby”? Czy to naprawdę jest takie trudne, by wydobyć z siebie tego typu refleksje?
        Dziś słyszę, że dziecko, dla którego rzekomo został zakupiony ów lek, swój miało cztery lata temu, w dodatku pojawia się też informacja – wspomniana zresztą już nieco wyżej – że dzięki wsparciu polskiego państwa, w szpitalach, gdzie jest leczony dany pacjent, to lekarstwo jest refundowane w całości, a więc jest przekazywane całkowicie za darmo, a dziś, jak już wspomnieliśmy, są już tylko prowadzone okresowe badania, mające dać lekarzom informację, jak się nasz przeszczep miewa. A tu ta mama, powtórzę to raz jeszcze, w przeddzień wyborów parlamentarnych, pędzi do apteki i za 2 tys. zł. kupuje to coś nie wiadomo po co i dla kogo.
       A ja się pytam raz jeszcze, czemu nikt z tych, którzy dostają za to pieniądze, nie zajrzy choć troszkę głębiej i nie zada pytania o wiele, wiele ciekawszego niż te wszystkie oczywistości, a mianowicie, co tu się do kurwy nędzy wyprawia?
      No i na koniec jeszcze coś naprawdę smakowitego. Rządowe media z pełną afirmacją powtarzają wypowiedź dyrektora szpitala, w którym leczone jest to dziecko, dr Marka Migdała, który o opisanej wyżej przez mnie interwencji Państwa mówi tak: „To akurat jest pozytywny przykład, gdzie poprawia się opieka nad naszymi pacjentami”. A ja sobie myślę, że to też jest bardzo ciekawe, jaki ów dzielny pan doktor jest staranny w swojej wypowiedzi. Szczególne wrażenie na mnie robi owo słowo „akurat”.



wtorek, 1 października 2019

W jaki sposób prawda może zepsuć dobrą zabawę?


       Zbliżają się te nasze, jak zawsze, najważniejsze w historii wybory, a mi po głowie chodzi pewna wcale nie tak nowa myśl, że tu – znów, jak zawsze – wszystko jest i tak od dawna umówione. W czym rzecz? Pisałem już o tym parę razy, ale przypomnę. Otóż mam nieodparte wrażenie, że w tym całym politycznym zamieszaniu, są kwestie, które można by było przez jedną czy drugą stronę skutecznie poruszyć, jednak z jakiegoś powodu i jedni i drudzy tematu nie chcą w żaden sposób ruszyć. Weźmy aferę z Salą Kongresową. Miejsce to, jak być może część z nas wie, a bardzo możliwe, że większość nawet nie ma o tym pojęcia, od wielu już lat jest w stanie tragicznego, któregoś dnia rozpoczętego, a następnie, po zmarnowaniu wszystkich przeznaczonych przez miasto Warszawa pieniędzy, zarzuconego remontu. Kiedy patrzy się na Pałac Kultury z zewnątrz, wszystko wygląda jak z obrazka, więc może to jest powód, dla którego ogromna większość mieszkańców Warszawy, nawet nie myśli o tym, czemu tam od wielu lat nic się nie dzieje. I to ja oczywiście jestem w stanie zrozumieć, natomiast nie rozumiem, czemu w samym centrum kampanii, siły propagandowe Prawa i Sprawiedliwości, zamiast pieprzyć coś na temat pomordowanych na jakiejś wyspie kóz, nie zadadzą prostego pytanie: gdzie są te pieniądze? No czemu?
      Podobnie, z drugiej strony, nie rozumiem, dlaczego Platforma Obywatelska i obsługujące ją media nie wywołają ciężkiej afery w związku ze sposobem, w jaki nagle zakończyły się wieloletnie prace podkomisji Antoniego Macierewicza i tuż przed ogłoszeniem ostatecznego raportu, sprawa została zakopana głęboko pod najgłębszą piwnicą. Czemu oni, w ramach tych wszystkich ciężkich dyskusji na temat tego, co PiS zrobił złego, albo jeszcze gorszego, nie zadadzą prostego pytania: „co z tym raportem i co z tymi zmarnowanymi latami?” i nie zadają go dziś w dzień przez najbliższe dwa tygodnie. To znaczy, ja oczywiście odpowiedź na to pytanie znam, natomiast chciałbym wiedzieć, czemu ta odpowiedź również dla tych co spowodowali tamtą katastrofę jest taka trudna.
    No i jeszcze coś, o wiele mniejszego kalibru, ale z tego samego gatunku dziwnego zamilczenia, o której tu wspominałem kilka dobrych razy, a mam tu na myśli moim zdaniem nadzwyczaj znaczącą wypowiedź Pawła Śpiewaka, czołowego ideologa antypolskiej krucjaty, jeszcze z roku 2011. Cytowałem ją tu parokrotnie, ostatnio nawet przypomniałem na swoim profilu twitterowym i wygląda na to, że ona na nikim nie robi choćby w drobnej części takiego wrażenia, jak na mnie. A mam tu na myśli słowa, jakich Paweł Śpiewak w przeddzień wyborów parlamentarnych w roku 2011 wypowiedział w rozmowie z Robertem Mazurkiem:
    „Jeśli PO wygra jesienne wybory, to ma wszystko: parlament, rząd, prezydenta, swój Trybunał Konstytucyjny, rzecznika praw obywatelskich, wkrótce IPN. Ma telewizje, radia, swoje media. Będą mieli pod kontrolą wszystko, łącznie ze sportem.
      Ja się tego nie boję, bo nie bardzo wierzę w despotyczne skłonności PO. Pocieszam się, że to byłby raczej miękki reżim. Dziennikarze będą się bali mocniej zaatakować Platformę, niezależni eksperci nie będą się tak wyrywać do krytykowania rządu, sędziowie będą brali pod uwagę to co powie prezydent Komorowski. Wszyscy będą wiedzieć, że z nimi trzeba się liczyć.[…] Ale będzie to wszystko jakieś miękkie, da się to przeżyć…”.
      Proszę zwrócić uwagę na to, co tu się dzieje. Śpiewak, człowiek, który dziś nie może spokojnie się napić, bez odłożenia na bok swoich antypisowskich obsesji, opisuje rządy Platformy Obywatelskiej dokładnie takimi, jakie one pozostały w naszej bolesnej pamięci:
      Platforma „ma wszystko: parlament, rząd, prezydenta, Trybunał Konstytucyjny, rzecznika praw obywatelskich, IPN, telewizje, radia, media. Wszystko pod pełną kontrolą, „łącznie ze sportem. Dziennikarze będą się Platformy bali, niezależni eksperci nie będą się rwać do krytykowania rządu, sędziowie będą po wskazówki biegać do prezydenta Komorowskiego i wszyscy będą wiedzieć, że ze zdaniem władzy „trzeba się liczyć”.
       My wiemy, że tak właśnie przez te osiem lat było i ta wiedza wciąż nas trzyma za gardło. Natomiast nie rozumiem, czemu w żadnej z wielu politycznych przedwyborczych debat, nikt z tak zwanych „naszych” nie zapyta: „Przepraszam bardzo, ale mam tu taki cytat z jednego z waszych autorytetów, czy mógłbym prosić o komentarz?” Czemu Prawo i Sprawiedliwość, zamiast zabawiać nas popisami aktora Rewińskiego w urnie wyborczej, nie wypuści porządnego klipu zbudowanego na tamtej wypowiedzi ważnego profesora Śpiewaka? Czy w niej jest coś takiego, co tylko ja uważam za nadzwyczaj decydujące? Czy to możliwe, że nimi kieruje ta sama obojętność, która kieruje tymi wszystkimi z nas, którzy uznali, że to co gadał Śpiewak osiem lat temu, jest w ogóle nieciekawe?
      Daję słowo, że to jest dla mnie zagadką. Przecież wystarczyłoby z tamtego cytatu zrobić temat na parę dni, żeby propagandzie sączonej przez ich media i polityków zamknąć twarze na dobre. A tu tymczasem zaledwie wzruszenie ramion. Czy to możliwe, że my wiemy, że to by zakończyło tę cała zabawę w politykę, a zabawa musi trwać? Czy to możliwe, że my milczymy na temat tej Sali Kongresowej i wyciągamy te głupie kozy, a oni nie chcą wracać do kwestii Macierewicza i jego podkomisji, bo wszystkim zależy tylko na dobrej zabawie?  Daję słowo, że tego się coraz bardziej boję.
     No ale nic to. Po raz kolejny czekam aż ktoś weźmie choćby tego cwaniaka z ryżą bródką za łeb i go zapyta: „To jak to w końcu jest z tym miękkim reżimem? No jak?”



 





poniedziałek, 30 września 2019

Wybory już za dwa tygodnie, a my pamiętamy o Józku


Do wyborów pozostały zaledwie dwa tygodnie, a ja wciąż – nie powiem, że bardzo często, ale, owszem, od czasu do czasu – zadaję sobie pytanie, czemu ja się tak zaparłem, by na Prawo i Sprawiedliwość nie dość, że głosować, to jeszcze do takiego właśnie wyboru kogo się da zachęcać. I w tym momencie przychodzi mi do głowy parę odpowiedzi, z których być może ta najbardziej dżwięczna nosi imię Józek. Czemu Józek? Otóż 20 kwietnia 2012 roku zamieściłem tu tekst zatytułowany „Józek, czyli Polska w budowie”, poświęcony pewnemu człowiekowi, w moim rozumieniu zniszczonemu przez funkcjonujący tu u nas w tamtych latach system, w sposób absolutnie modelowy. Pamiętam tamten czas, a wraz z nim parszywy los, na jaki ów czas Józka skazał, i dziś, jak mówię, ile razy się zastanawiam, czemu trzeba zrobić wszystko, by tamten koszmar nigdy już do nas nie wrócił, wśród paru różnych odpowiedzi pojawia się i ta: Chodzi o to, by Józek nie był już nigdy pozbawiony radości życia.
Proszę mi pozwolić, że wrócę do tamtych wspomnień bardziej konkretnie:

      Mamy dwa balkony. Jeden od ulicy, drugi od podwórka. Wprawdzie tak się jakoś złożyło, że w istocie korzystamy tylko z jednego z nich, a na drugi machnęliśmy praktycznie ręką, któregoś dnia przyszło nam do głowy, by ten, gdzie zdarza nam się spędzać czasem czas, odnowić. Zrobiliśmy to w sposób całkowicie standardowy, a więc kupiliśmy ładne szare płytki i zwróciliśmy się do znajomego fachowca, niejakiego Józka, by je nam tam elegancko położył. Z fachowcami, jak wiemy, bywa różnie, przede wszystkim z tego powodu, że oni są zwykle znacznie gorsi, niż się przedstawiają, a jeśli wziąć pod uwagę, że pewna część z nich każde zarobione pieniądze lubi wydać na flaszkę, mamy tu zawsze pewne ryzyko.
      Jednak nasz człowiek był już tak skonstruowany, że wydawał pieniądze głównie na utrzymanie rodziny, a jak idzie o robotę, to wygląda na to, że z nim sytuacja była odwrotna od tradycyjnej. On był akurat znacznie lepszy, niż można się było spodziewać. A zatem po jednym dniu porządnej pracy, nasz balkon lśnił urodą i elegancją.
      Józek nie jest naszym bliskim znajomym. Tyle wszystkiego, że mieszka niedaleko, nasze dzieci chodziły do jednego przedszkola, i kiedy się widzimy, mówimy sobie dzień dobry. Gdyby go nie znać zupełnie i spojrzeć jak przechodzi obok nas, można by było pomyśleć, że to jest własnie ktoś taki, kto za parę złotych położy nam płytki na balkonie, lub ewentualnie może i nawet wytapetuje kuchnię, a więc tu zaskoczenia nie ma. To co jednak może zaskakiwać, to to, że on praktycznie nigdy nie jest pijany. Ja go spotykam stosunkowo często, jednak jeśli zdarzyło mi się widzieć, jak wraca do domu z jakiegoś bardziej sympatycznego towarzyskiego spotkania, to najwyżej parę razy. Poza tym, on jest zaledwie typowym człowiekiem w starszym wieku, z bardzo typową zoną i typowymi dorosłymi dziećmi – jak znam życie, dziś pewnie gdzieś w Londynie, lub w Hamburgu.
      Niedawno szedłem sobie z rana z psem na spacer i spotkałem Józka. Myślę, że to jednak musiało być z jego inicjatywy, wyrażonej może gestem, a może ledwie spojrzeniem, ale tym razem przystanęliśmy i troszkęśmy pogadali. Oczywiście najpierw, niezwykle oryginalnie, zapytałem go co słychać, a on mi odpowiedział, że idzie szukać pracy. Wcześniej przez trzy miesiące pracował na jakiejś budowie, ale kiedy minął ów trzeci miesiąc, a właściciel firmy nadal mu nie płacił, zrezygnował, no i teraz chodzi i szuka czegoś nowego. Ponieważ w Katowicach strasznie się ostatnio dużo wszędzie buduje – włącznie z potężną budową w okolicach dworca kolejowego – on zdecydowanie ma gdzie chodzić, tyle że jak dotychczas zdecydowanie bez efektu. No więc opowiadał mi Józek, że był i tu i tam i jeszcze w wielu innych miejscach, ale nigdzie takich jak on nie potrzebują. Ale ponieważ, jak mówię, tych miejsc jest wciąż coraz więcej, on każdego ranka wychodzi z domu i chodzi po mieście w poszukiwaniu czegoś do roboty.
       Pogadaliśmy jeszcze chwilę, po czym ja poszedłem do parku z psem, a on na jakąś kolejną budowę. Kiedy wracałem do domu, znów spotkałem Józka, tyle że już nie w pobliżu naszych domów, ale w drodze do parku. Oczywiście pracy nie dostał, a teraz idzie do parku, bo nawet nie ma po co iść do domu. Nie bardzo jest się do czego spieszyć, prawda? A ja własnie wtedy zrozumiałem nagle ów szczególny wymiar tego naszego polskiego nieszczęścia, w jakim się nagle znaleźliśmy po tych wszystkich latach. Bo mam wrażenie, że bardzo łatwo jest odebrać, a następnie przyjąć do wiadomości informację, że iluś tam robotników zeszło z placu budowy którejś z nowych polskich dróg, bo już nie mają siły czekać na zaległe wypłaty. W końcu, jak wiemy, zawsze ktoś gdzieś na coś czeka, zawsze gdzieś ktoś kogoś wystawia do wiatru, gdzieś powstają jakieś nieprzyjemne spięcia, a poza tym, komu nie jest ciężko? No, proszę powiedzieć – komuż to nie jest dziś ciężko? I w tym wszystkim jakoś umyka nam ów wymiar najbardziej podstawowy, wymiar który zwykle potrafi dostrzec tylko on. Tylko Józek. Bo łatwo jest usłyszeć, że gdzieś znowu szlag trafił kolejny plan i znów trzeba będzie ograniczyć swoje oczekiwania, nieco trudniej jednak pójść ten krok dalej, że są też ludzie, dla których zarówno ten plan, jak i te oczekiwania oznaczały może ich całe życie. Spróbujmy pomyśleć o człowieku, który jest jakimś murarzem, malarzem, może cieślą, czy diabli wiedzą kim jeszcze, każdego ranka wychodzi z domu w poszukiwaniu pracy, a następnie – ponieważ już nie ma siły słuchać ciągłych narzekań żony – idzie na samotny spacer do parku, i nagle, któregoś dnia pojawia się ta tak długo oczekiwana szansa, bo oto albo powstaje jakaś autostrada, albo most, albo nowy hotel, czy kolejne centrum handlowe i jakimś cudem on tam idzie, a oni mu mówią: „Dobra, przyjdź pan jutro rano do roboty”.
       No i on oczywiście przychodzi. A ponieważ mu na tej pracy bardzo zależy, jest zawsze na czas, robi co do niego należy, jak trzeba – w końcu Mistrzostwa już niedługo, a czas goni – zostaje dłużej niż było umówione, a może i też pracuje w soboty, lub nawet w niedziele. I jest tam każdego dnia, od rana do wieczora, i w pewnym momencie ogrania go taka satysfakcja, że nagle myśli sobie, że jak dostanie pierwszą wypłatę, to weźmie, cholera jasna, poświęci się i nawet wrzuci coś na tacę. I oczywiście mija ten miesiąc pierwszy i kolejny i oczywiście – w końcu wszyscy wiemy jak jest – wiadomo już, że o żadnych pieniądzach mowy być nie może, tyle że jakoś tak głupio rzucić to wszystko i pójść sobie do domu, bo wtedy to już w ogóle nie ma o czym gadać. Więc wstaje Józek dalej każdego ranka i idzie na tę budowę i robi za trzech, żeby mu nikt nie powiedział, że się obija, więc mu się nie należy, aż w końcu przychodzi ten moment, że się dalej tak już po prostu nie da. Zwłaszcza że wcale nie jest tak łatwo wyjaśnić żonie, która jest dokładnie tak samo bezradna jak on sam, że to wszystko to naprawdę nie jest jego wina.
      Wczoraj w telewizji najpierw pokazano tych kręcących się w kółko po rozgrzebanej autostradzie robotników, którzy ani nie chcą się brać za te swoje łopaty, ani też kolejny dzień wracać do domu bez grosza, a zaraz po nich jakąś bardzo elegancką kobietę, która mówi, że ponieważ okazało się, że w Polsce budować drogi się nie opłaca, ona zwija ten interes, natomiast jak idzie o Józka, to jej jest bardzo przykro, ale nawet nie ma za bardzo czym mu zapłacić. Po niej pokazała się jakaś inna, równie elegancka kobieta, i oświadczyła, że ona nic o tym nie wie, żeby tamta nie miała czym płacić, a wręcz przeciwnie, wedle jej wiedzy, ona ma jak najbardziej, bo ona sama jej te pieniądze dała. Później przyszedł któryś z ministrów i powiedział, że wszystko jest na dobrej drodze, i jak trzeba będzie, to on da ze swoich. Na koniec już przyszła tradycyjna publiczność, z których część powiedziała, że pewnie, gdyby rządził Kaczyński, to on by wziął tę łopatę i sam wybudował tę autostradę, a część tradycyjnie wyruszyła na kolejną demonstrację w obronie wolnych mediów.
      A Józek? Normalnie. Trochę tam postał, trochę popyskował, i jeszcze zanim wrócił do domu, poszedł się przejść do parku, żeby wszystko sobie odpowiednio przemyśleć i zastanowić się, co ma powiedzieć, żeby było dobrze.

Dziś Józek już nie żyje. Kiedy tak chodził szukając pracy, dopadł go jakiś paskudny nowotwór, najpierw spędził jakiś czas w szpitalu, potem w hospicjum, no i w końcu zmarł. Skąd to wiem? Od jego żony, którą znam z widzenia i niekiedy spotykam. Co ciekawe, bardzo często, kiedy na nią wpadam, ona jedzie do parku, lub z parku na rowerze i, powiem szczerze, że wygląda kwitnąco. Zupełnie jakby na nowo odżyła.
W tych właśnie momentach myślę sobie, że musi być coś w owej starej plotce, że jednym z głównych czynników zwiększających prawdopodobieństwo raka jest brak radości życia. I już w następnej chwili myślę sobie, jak ja tych skurwysynów potrzebuję tępić.




niedziela, 29 września 2019

O Romanie, który się zasmarkał


Ja oczywiście zdaję sobie znakomicie sprawę z tego, jak wielkie temat dzisiejszej notki może wzbudzić w Czytelnikach podejrzenia, że oto dostałem ciężkiej obsesji na punkcie Romana Giertycha. Otóż zapewniam, że nic takiego się nie dzieje. Problemem bowiem nie są moje ewentualne obsesje, lecz przede wszystkim fakt, że ów Roman ostatnio doznał pewnego niebezpiecznego wzmożenia i gdzie się nie obejrzeć, to on tam już na nas czeka ze swoimi spostrzeżeniami, a poza tym dzisiejszy tekst to mój najnowszy felieton z „Warszawskiej Gazety”, który ja, ze względu na cykl wydawniczy owego tygodnika, pisałem jeszcze w miniony poniedziałek. A zatem przedstawiam dziś swoje refleksje na temat aktywności owego dziwnego człowieka i zapewniam, że z nim się tym samym pożegnamy na wiele lat, jeśli nie na całe życie... o ile oczywiście on nas znów nie zainspiruje swoim kolejnym wybrykiem.  



       Przyznaję, że pisząc te słowa, czuję się dość niepewnie, a to dlatego, że nie dość że poświęcam je osobie, a nie zjawisku, to w dodatku na okoliczność jednego tylko, kompletnie zresztą bzdurnego, zdarzenia. A mam tu na myśli Romana Giertycha i jego szaleństwa.
       Jeśli mimo to zdecydowałem się w ten sposób Romana uhonorować, pragnę zapewnić, że cele mi przyświecają znacznie głębsze i bardziej godne, albowiem chodzi o to, że jesteśmy już wszyscy coraz bliżej wyborów i naprawdę powinniśmy wiedzieć, w jakiej kondycji znajdują się ci, którzy próbują nam przeszkodzić w naszej walce o piękną Polskę. A w tej sytuacji, wiele wskazuje na to, że mało kto tak jak wspomniany Roman, będzie w stanie nam sytuację naświetlić, wraz ze wszystkimi koniecznymi demonstracjami.
      Wspomniałem o pewnym wydarzeniu, które zmobilizowało mnie do zajęcia się dziś tą, a nie inną sprawą. O co mianowicie chodzi? Otóż proszę sobie wyobrazić, że wspomniany Roman ni z gruszki ni z pietruszki skierował otwarty list do polskich przedsiębiorców, by każdy z nich w swojej firmie stworzył tak zwany „fundusz wyborczy”, z którego po szczęśliwie wygranych przez Koalicję Obywatelską wyborach zatrudnieni przez niego ludzie, którzy na ową Koalicję oddadzą swój głos, otrzymali specjalną premię. Roman zapewnia wszystkich, że on, jako poważny adwokat, a więc człowiek mający przepisy prawa w małym palcu lewej nogi, sprawę pod owym prawnym kątem zbadał i zapewnia, że wszystko jest lege artis. Chodzi tylko o to, by właściciel konkretenej firmy zaapelował do swoich pracowników o głosowanie na Koalicję Obywatelską, a już tydzień po wygranych oczywiście wyborach, on każdego sprawdzi, jak głosował, i wszyscy którzy się zakwalifikują, otrzymają odpowiednią premię. Sam Roman już dał dobry przykład i jego ludzie wiedzą dokładnie, co mają robić i za ile.
       Gdyby ktoś sądził, że ja sobie stroję żarty, bo choć wszyscy wiemy, kogo ten felieton dotyczy, są pewne granice, w tym granice kompromitacji, specjalnie dla tego niedowiarka przytaczam fragment wspomnianego pisma:
      Apeluję do wszystkich przedsiębiorców, a szczególnie do właścicieli małych i średnich firm o ustanowienie w swoich firmach specjalnej premii wyborczej wypłacanej już tydzień po wyborach, o ile oczywiście obecna partia rządząca nie będzie miała większości pozwalającej na sformowanie rządu. Nie ma żadnego zakazu w kodeksie wyborczym, aby ustanowić taką premię i sam deklaruję, że zapowiem ją w moich firmach”.
      Jak już wspomniałem, każdy z nas wie, kim jest Roman Giertych i jakie są jego przypadki, natomiast to, co on odstawił w tym wypadku stanowi kuriozum, dla którego jedynym usprawiedliwieniem może być tylko to, że poziom histerii, jaka ogarnęła zarówno jego samego, jak i tych wszystkich, którzy mu na dziś towarzyszą, jest tak wielki, że gdy chodzi o nas, dwa tygodnie przed wyborami, możemy spokojnie rozpocząć naszą prywatną, w pełni komfortową, ciszę wyborczą.



Zachęcam wszystkich do kupowania moich książek, tych, które jeszcze są do kupienia, bo przyjdzie moment, że one się sprzedadzą i będzie ogólne biadolenie. Nie pierwsze zresztą. Proszę o kontakt pod adresem k.osiejuk@gmail.com.
     

sobota, 28 września 2019

O chuju, dupie i kupie kamieni


      Wczorajszy dzień upłynął mi pod kątem przeżywania najnowszego spotu wyborczego Platformy Obywatelskiej, gdzie zwykła polska rodzina – mama, tata, dwoje dzieci i dziadek – siedzą przy stole i rozprawiają na taki oto temat, że rządy Prawa i Sprawiedliwości doprowadziły ich do stanu, gdzie oni już nie znają ani dnia ani godziny. Spot był na okrągło nadawany przez oglądaną przez mnie stację TVP Info, a ja mam wciąż w głowie twitt niesławnego Romana Giertycha, który zapowiadając ową prezentację, z jednej strony zapewnił, że to będzie najmocniejsze uderzenie tej kampanii, a z drugiej, wyraził poważne wątpliwości co do tego, czy Jacek Kurski zdecyduje się zaprezentować pisiorom owo wejście smoka.
       Dziś, jak już wspomniałem, TVP Info, kosztem wręcz znacznie ciekawszych informacji, na okrągło pokazuje nam ów klip, a podstawowa informacja idzie taka, że ta rodzina na ekranie, to nie jest żadna rodzina, tylko wynajęci aktorzy, dotychczas znani ze wspominanych niedawno tu na tym blogu seriali TVN-u i Polsatu. W dodatku, w ramach gładkiego kontrataku, premier Morawiecki zaprosił ową „rodzinę” na osobiste spotkanie w wybranym przez nią miejscu, Internet zwrócił uwagę, że na stole przy którym siedzą ci zrujnowani przez pisowskie państwo biedacy leży pierwszej klasy i-phone, a red. Klarenbach we wspomnianej wcześniej stacji przedstawił dane, z których wynika, że przy wszystkich kłopotach, jakie przeżywa polska służba zdrowia, wbrew informacjom podanym w owym klipie, akurat na wizytę u kardiologa dziecięcego czeka się nie 11 miesięcy, lecz najczęściej tydzień, a w ekstremalnych wypadkach miesiące trzy.
        No ale sedno zdarzenia sprowadza się do tego, że oni do opowiedzenia historii zwykłej polskiej rodziny wynajęli nie zwykła polską rodzinę lecz aktorów. Otóż moim zdaniem, w tym akurat nie ma nic niestosownego. Mamy tu bowiem do czynienia z praktyką starą jak III RP, stosowaną przez wszystkie strony politycznego sporu, i nie byłoby powodu, by się nad tym pochylać, gdyby nie jedna kwestia. Otóż prezentując ów klip, oni zapowiedzieli, że będziemy mieli do czynienia z autentykiem, i to też ów autentyk dał Romanowi Giertychowi powód do tego, by ogłosić przełom w tej kampanii.
        W tym momencie ktoś powie, że okay. Sprawę wyjaśniłem, co należało powiedzieć, powiedziałem, możemy wracać do domu. Otóż nie bardzo. Jest tu bowiem jeszcze parę kwestii do omówienia. Otóż każdy kto widział ów klip – jak słyszymy, w założeniu wręcz sensacyjny – widzi od pierwszej chwili, że to są aktorzy. To są aktorzy w sposób znacznie bardziej oczywisty, niż gdyby Platforma Obywatelska do tej roboty wynajęła Daniela Olbrychskiego, Maję Komorowską, dzieci młodego Stuhra, oraz Janusza Gajosa na dokrętkę w roli dziadka. Mało tego. Zarówno ten i-phone leżący na stole, jak i owe bajki o tym, jak długo dziś w Polsce chore na serce dziecko musi czekać w kolejce do lekarza-specjalisty, to nieistotny szczegół. To co ma tu funkcję decydującą, to fakt, że całe to ględzenie, nawet w wykonaniu autentycznej rodziny, złożonej z działaczy KOD-u i ich dzieci oraz wnuków, nie miałoby najmniejszego propagandowego znaczenia, z tego prostego względu, że oni nie mówią nic nowego w stosunku do tego, co każdy z nas, jeśli tylko ma taką fantazję, może usłyszeć każdego dnia w stacji TVN24. Z przekazem tym jest dokładnie tak samo jak z pamiętnym listem napisanym przez tego nieszczęśnika, który parę lat temu podpalił się pod Pałacem Kultury, a w którym nie było nic innego jak garść cytatów z antyrządowych mediów, oraz wystąpień na demonstracjach KOD-u. To z tego względu tamtej śmierci nikt nie potraktował poważnie, i tak samo dziś tego klipu, niezależnie od tego, kto owe monologi wygłasza, nikt nie uzna za godnego uwagi.
       No i na koniec muszę wrócić do Romana Giertycha. Otóż cokolwiek byśmy o nim nie mówili, faktem jest, że pozycja jaką on zajmuje w dzisiejszej debacie, nie jest wcale aż tak nieistotna. Nie wiem, jak to jest z jego rozpoznawalnością, ale biorę bardzo mocno pod uwagę, że więcej osób w Polsce wie, kto to jest Roman Giertych, niż co to za jeden ten Schetyna, że już nie wspomnę o Kidawie-Błońskiej. I oto ów nad wyraz ambitny człowiek, bez cienia wstydu, anonsuje na Twitterze opisywany przez nas klip, zapewniając wszystkich, że oto nastąpił przełom i od dziś Koalicja Obywatelska rusza po zwycięstwo.
       Do czego zmierzam? Otóż chodzi mi o to, że w sposób dziś absolutnie oczywisty, jest już po nich. Co bardzo zabawne, przykład Romana wskazuje na to, że oni autentycznie wciąż nie mają tego świadomości. Oni najpewniej, najpierw produkując wspomniany klip, a potem go analizując pod kątem skuteczności, są głęboko przekonani, że tam u nich wreszcie coś drgnęło. Oczywiście przy zachowaniu wszelkich proporcji, oni są jak owi działacze Konfederacji, chlipiący przed siedzibą TVP, że prezes Kurski ich lekceważy.
       Ja wiem, że nigdy nie warto się szczególnie naprężać, jednak tu sytuacja wydaje się być wyjątkowo klarowna. Po przeciwnej stronie mamy już tylko dziś już przysłowiowego chuja, dupę i kupę kamieni, a więc nic nie stoi na przeszkodzie by powiedzieć: 60. Co tam 60. Bierzemy 70.



piątek, 27 września 2019

Vive la Hate, część piąta i ostatnia


      Czy nam się to podoba, czy nie, oto pierwszą gwiazdą kampanii stała się kobieta o nazwisku, czy może zaledwie artystycznej ksywce, Jachira. Przyznaję, że zanim ona osiągnęła swoje 15 minut, ja o niej miałem pojęcie między bladym i żadnym, natomiast dziś widzę w niej autentyczną nadzieję dla wręcz druzgocącego zwycięstwa Prawa i Sprawiedliwości w nadchodzących wyborach. Uprzedzam tu jednak, głównie przypadkowych czytelników tego bloga, że pisząc to, wcale nie mam na myśli takiej sytuacji, że owa Jachira tak skompromituje promującą ją antypisowską koalicję, że na tę biedaczkę głosu nie odda nikt poza paroma onanistami, którzy właśnie odebrali swoje dowody osobiste i postanowili z nich skorzystać. Otóż nic podobnego. Ja wobec Jachiry mam prognozy znacznie bardziej dalekosiężne i dziś pragnę je tu przedstawić.
          Zanim jednak przejdę do rzeczy, proszę mi pozwolić zacząć od problemów, jakie się pojawiają wokół tej dziwnej kobiety. Otóż my tak naprawdę w ogóle nie mamy pojęcia, kim jest ta pani. Patrząc najpierw na jej dotychczasową działalność, w najmniejszym stopniu jeszcze jednym amatorskim projektem jeszcze jednej wariatki, a następnie na sukces jaki ona w ramach owej działalności osiągnęła, możemy podejrzewać, że ona ma za sobą znacznie większe argumenty niż jej osobiste, choćby nie wiadomo jak chore, zaangażowanie. A zatem to jest coś, co nas stawia w sytuacji dość trudnej, z tego choćby względu, że kiedy z ową Jachirą się przypychamy, nie mamy bladego pojęcia, kto tak naprawdę na nas napiera. Z drugiej strony jednak, ów projekt, juz na pierwszy rzut oka jest tak żałośnie głupi, że wystarczy naprawdę chwila spokojnego namysłu, by to głupstwo jednym prostym ruchem zniszczyć.
       Jednak znów, wcale nie mam na myśli tego, by Jachirze zamknąć buzię. Wręcz przeciwnie, należy z najwyższą starannością zadbać nie tyle nawet oto, by ona mogła się nadal produkować, ale by wygrała tę wybory i to z jak najlepszym wynikiem. Aby z kolei do tego doprowadzić, musimy wręcz stanąć na głowie, by, skoro jej mocodawcy nie potrafią, uczynić z niej naszą współczesną Dolores Ibárruri. I tu, w moim pojęciu, szczególne zasługi ma prezes Kurski i jego telewizja. To co jego załoga w ostatnich dniach wyprawia, a mam tu na myśli wręcz obłędne promowanie tej idiotki, to jest coś, czego nawet przy resztkach mojego do niego szacunku, ja bym od Jacka Kurskiego się nie spodziewał. Podczas gdy jeszcze dwa tygodnie temu o Jachirze pies z kulawą nogą nie słyszał, ona dziś jest, jak wspomniałem, pierwszej wielkości gwiazdą, a z każdym kolejnym żądaniem ze strony rządowych mediów, by Schetyna ją wyrzucił na zbity pysk, i z każdym kolejnym zapewnieniem płynącym ze strony Kidawy-Błońskiej, że nic się nie da zrobić, ona mierzy prosto w to, by uzyskać w Warszawie wynik, jakiego nikt z nich nie uzyskał nigdy. A więc, jak wiele dziś na to moim zdaniem wskazuje, dwoma największymi zwycięzcami nadchodzących wyborów w Warszawie będzie z jednej strony Jarosław Kaczyński, a z drugiej, ona właśnie – Klaudia Jachira. To ona właśnie – również dzięki wspaniałej pracy sztabu prezesa Kurskiego – ma największą szansę porwać serca i umysły Warszawian, tych samych Warszawian, którzy podobno dziś są w stanie skoczyć w ogień za swoim prezydentem, który w ich świętym przekonaniu uchronił Warszawę przed wywołaną przez PiS ekologiczną katastrofą.
       Ktoś mnie być może zapyta, czemu uważam, że zwycięstwo Jachiry nad Kidawą-Błońską będzie naszym polskim sukcesem. Dla mnie sprawa jest oczywista i jednoznaczna. Zwycięstwo Jachiry w Warszawie – dziś moim zdaniem nadzwyczaj prawdopodobne –  będzie stanowiło prostą demonstrację tego, jaki jest poziom świadomości tych wszystkich, którzy tworzą polityczne, ale również intelektualne zaplecze owego skrawka naszej polskiej ziemi. A skoro tak, to od momentu, jak Warszawianie w ten właśnie sposób zademonstrują swój stan obywatelskiej świadomości, zostaną też oni wszyscy ostatecznie skompromitowani. A przynajmniej gdy chodzi o to właśnie miejsce, ja nie mam żadnych innych marzeń.
      Ktoś w tym momencie pewnie dostanie na mnie cholery, że ja tak bezmyślnie ujawniłem ten swój plan. Że teraz Schetyna, Neumann, czy jakiś inny Szczerba, pójdą po rozum do głowy i zarządzą, by tę Jachirę, zanim będzie za późno w cholerę pogonić. Wszystkich zaniepokojonych pragnę uspokoić. Taki rozwój zdarzeń nam nie grozi. Przede wszystkim ten blog, Bogu dzięki, ma zbyt mały zasięg, by którykolwiek z nich moje refleksje przeczytał, a nawet jeśli je przeczyta, to by potraktował je poważnie. Po drugie natomiast, oni doskonale wiedzą, że już dziś, jeśli tylko spróbują ową Jachirę ruszyć choćby palcem, to w jednej chwili jakieś 90 procent ich warszawskich wyborców nadchodzące wybory zbojkotuje. Czemu? Bo to co ich tak naprawdę intelektualnie napędza to jest właśnie ktoś taki jak Jachira. Jeśli jej zabraknie, to oni stracą wszelką motywację by się angażować w sprawy ogólnospołeczne.
      I znów ktoś powie, że przecież to by było dla nas rozwiązaniem najlepszym. Niech Platforma Obywatelska stanie się normalną partią, przestrzegającą podstawowych standardów, a nawet ziejącą czystą, najprawdziwszą miłością, a w ten sposób straci swoich wszystkich wyborców i będziemy mieli wszyscy od nich święty spokój. Otóż nie jest tak do końca. Jeśli tak się stanie, może i oni stracą Warszawę, Szczecin, Gdańsk, Poznań i Wrocław; może stracą te wszystkie pozostawione przez Sowietów tereny na północy i zachodzie Polski, ale może też być tak, że razem z tym nazbierają nowego elektoratu, który dotychczas nie lubił ani PiS-u, ani Czarzastego z towarzyszami, ani w ogóle całej tej polityki, za jej kłótliwość i brutalność, a teraz im zaimponują kulturalni państwo z dawnej stajni Jacka Kuronia. Więc to by było rozwiązanie najgorsze, bo by nas cofnęło do punktu, od którego się to wszystko zaczęło. Powinniśmy się zatem zdecydowanie trzymać wersji turbo. Oni mają oszaleć z nienawiści i w dodatku zrobić to na oczach świata, tak by już nikt nie miał wątpliwości, co to za towarzystwo. Żadnych dekoracji, żadnych masek. A do tego właśnie jest nam potrzebna Jachira pokonująca 13 października Kidawę-Błońską w Warszawie.   
          Dlatego też – powtórzę to raz jeszcze – chwała Jackowi Kurskiemu za to, że on się w swoich posunięciach okazał aż tak przenikliwy i zmusza dziś te cymbały brzmiące do aż takiej mobilizacji w obronie swojej nienawiści.  Aż dziw bierze, że on się przy tym ze mną nie konsultował.



Zachęcam niezmiennie wszystkich do kupowania moich książek. Wszelkie informację są dostępne pod mailowym adresem k.osiejuk@gmail.com.


Klaudia Jachira, wielka nadzieja Dobrej Zmiany


      Czy nam się to podoba, czy nie, oto pierwszą gwiazdą kampanii stała się kobieta o nazwisku, czy może zaledwie przydomku, Jachira. Przyznaję, że zanim ona osiągnęła swoje 15 minut, ja o niej miałem pojęcie graniczące z bladym i żadnym, natomiast dziś widzę w niej autentyczną nadzieję dla wręcz druzgocącego zwycięstwa Prawa i Sprawiedliwości w nadchodzących wyborach. Uprzedzam tu jednak, głównie przypadkowych czytelników tego bloga, że pisząc to, wcale nie mam na myśli takiej sytuacji, że owa Jachira tak skompromituje promującą ją antypisowską koalicję, że na tę biedaczkę głosu nie odda nikt poza paroma onanistami, którzy właśnie odebrali swoje dowody osobiste i postanowili z nich skorzystać. Otóż nic podobnego. Ja wobec Jachiry mam plany znacznie bardziej dalekosiężne i dziś pragnę je tu przedstawić.
          Zanim jednak przejdę do rzeczy, proszę mi pozwolić zacząć od problemów, jakie mamy z tą dziwną kobietą. Otóż my tak naprawdę w ogóle nie mamy pojęcia, kim jest ta pani. Patrząc najpierw na jej dotychczasową działalność, w najmniejszym stopniu jeszcze jednym amatorskim projektem jeszcze jednej wariatki, a następnie na sukces jaki ona w ramach owej działalności osiągnęła, możemy podejrzewać, że ona ma za sobą znacznie większe argumenty niż jej osobiste, choćby nie wiadomo jak chore, zaangażowanie. A zatem to jest coś, co nas stawia w sytuacji dość trudnej, z tego choćby względu, że kiedy z ową Jachirą się przepychamy, nie mamy bladego pojęcia, kto tak naprawdę na nas napiera. Z drugiej strony jednak, ów projekt, już na pierwszy rzut oka jest tak żałośnie głupi, że wystarczy naprawdę chwila spokojnego namysłu, by to głupstwo jednym prostym ruchem zniszczyć.
       Jednak znów, wcale nie mam na myśli tego, by Jachirę zamknąć. Wręcz przeciwnie, należy z najwyższą starannością zadbać nie tyle nawet oto, by ona mogła się nadal produkować, ale by wygrała tę wybory i to z jak najlepszym wynikiem. Aby z kolei do tego doprowadzić, musimy wręcz stanąć na głowie, by, skoro jej mocodawcy nie potrafią, uczynić z niej naszą współczesną Dolores Ibárruri. I tu, w moim pojęciu, szczególne zasługi ma prezes Kurski i jego telewizja. To co jego załoga w ostatnich dniach wyprawia, a mam tu na myśli wręcz obłędne promowanie tej idiotki, to jest coś, czego nawet przy resztkach mojego do niego szacunku, ja bym od Jacka Kurskiego się nie spodziewał. Podczas gdy jeszcze dwa tygodnie temu o Jachirze pies z kulawą nogą nie słyszał, ona dziś jest, jak wspomniałem, pierwszej wielkości gwiazdą, a z każdym kolejnym żądaniem ze strony rządowych mediów, by Schetyna ją wyrzucił na zbity pysk, i z każdym kolejnym zapewnieniem płynącym ze strony Kidawy-Błońskiej, że nic się nie da zrobić, ona mierzy w to, by uzyskać w Warszawie wynik, jakiego nikt z nich nie uzyskał nigdy. A więc, jak wiele dziś na to moim zdaniem wskazuje, dwoma największymi zwycięzcami nadchodzących wyborów w Warszawie będzie z jednej strony Jarosław Kaczyński, a z drugiej, ona właśnie – Klaudia Jachira. To ona właśnie – również dzięki wspaniałej pracy sztabu prezesa Kurskiego – ma największą szansę porwać serca i umysły Warszawian, tych samych Warszawian, którzy podobno dziś są w stanie skoczyć w ogień za swoim prezydentem, który w ich świętym przekonaniu uchronił Warszawę przed wywołaną przez PiS ekologiczną katastrofą.
       Ktoś się być może zapyta, czemu ja uważam, że zwycięstwo Jachiry nad Kidawą-Błońską będzie naszym polskim sukcesem. Dla mnie sprawa jest oczywista i jednoznaczna. Zwycięstwo Jachiry w Warszawie – dziś moim zdaniem nadzwyczaj prawdopodobne –  będzie stanowiło prostą demonstrację tego, jaki jest poziom świadomości tych wszystkich, którzy tworzą polityczne, ale również intelektualne zaplecze owego skrawka naszej polskiej ziemi. A skoro tak, to od momentu, jak Warszawianie w ten właśnie sposób zademonstrują swój stan obywatelskiej świadomości, zostaną też oni wszyscy ostatecznie skompromitowani. A przynajmniej gdy chodzi o to właśnie miejsce, ja nie mam żadnych innych marzeń.
      Ktoś w tym momencie pewnie dostanie na mnie cholery, że ja tak bezmyślnie ujawniłem ten swój plan. Że teraz Schetyna, Neumann, czy jakiś inny Szczerba, pójdą po rozum do głowy i zarządzą, by tę Jachirę, zanim będzie za późno w cholerę pogonić. Wszystkich zaniepokojonych pragnę uspokoić. Taki rozwój zdarzeń nam nie grozi. Przede wszystkim ten blog – Bogu dzięki – ma zbyt mały zasięg, by którykolwiek z nich moje refleksje przeczytał, a nawet jeśli je przeczyta, to potraktowałby je poważnie. Po drugie natomiast, oni doskonale wiedzą, że już dziś, jeśli tylko spróbują ową Jachirę ruszyć choćby palcem, to w jednej chwili jakieś 90 procent ich warszawskich wyborców nadchodzące wybory zbojkotuje. Czemu? Bo to co ich tak naprawdę intelektualnie napędza to jest właśnie ktoś taki jak Jachira. Jeśli jej zabraknie, to oni stracą wszelką motywację by się angażować w sprawy ogólnospołeczne.
          Dlatego też – powtórzę to raz jeszcze – chwała Jackowi Kurskiemu za to, że on się w swoich posunięciach okazał aż tak przenikliwy. Aż dziw bierze, że on się przy tym ze mną nie konsultował.



Zachęcam niezmiennie wszystkich do kupowania moich książek. Wszelkie informację są dostępne pod mailowym adresem k.osiejuk@gmail.com.


środa, 25 września 2019

Czy Mariusz Kozak-Zagozda wymyślił Borubara?


       Swój pierwszy zbiór felietonów, zatytułowany „O siedmiokilogramowym liściu i inne historie” opublikowałem w roku 2011, natomiast rok później ukazała się książka niejakiego Sławomira Kmiecika zatytułowana „Przemysł pogardy”. Mimo że ów Kmiecik okazał się na tyle uprzejmy, by w swojej relacji z lat nienawiści wspomnieć również i moje teksty, książkę tę dziś wspominam bardzo niechętnie z dwóch względów. Pierwszy powód jest taki, że, moim zdaniem, problemem w ogóle ani nie jest, ani nigdy nie była, pogarda, pogarda, o której tak pięknie pisał Zbigniew Herbert, prosząc nas by nas nie opuszczała nasza „siostra Pogarda”, bo „oni wygrają”. Problemem realnym nie jest bowiem pogarda, która z natury rzeczy jest dobra i zasługująca na pielęgnowanie, lecz nienawiść – upiorna i zła, i, co najważniejsze objawiająca się w formie plazmy, której nie można ani zdefiniować, ani nawet pokazać palcem.
      I to też stanowi drugi powód, dla którego książka Kmiecika mi się nie podobała. Jestem mianowicie w pełni przekonany, że gadanie o nienawiści, a już zwłaszcza w stylu, jaki zaproponował Kmiecik – a jemu oczywiście chodziło o nienawiść – jest pozbawione jakiegokolwiek sensu. Owszem, można pokazywać palcem, jak to nienawiść jest wykorzystywana w walce politycznej, jak jedna strona politycznego sporu dąży do sukcesu, wzbudzając powszechną nienawiść w stosunku do przeciwnika, natomiast wszelka dyskusja na ten temat mija się z celem, ze wspomnianego przeze mnie wcześniej powodu: to jest plazma.
       Faktem jest natomiast, że to, co się narodziło w roku 2005 stanowiło początek czegoś, czego ostatnie, mam nadzieję, podrygi odczuwamy jeszcze dziś, to był szatański wręcz plan polityczny, zakładający, że jeśli przy wykorzystaniu wszelkich dostępnych środków uda się wzbudzić w społeczeństwie odpowiedni poziom nienawiści wobec przeciwnika, a następnie, z użyciem tych samych środków, zadbać o to, by owa nienawiść wyłącznie rosła, będzie można zachować władzę „do końca świata i jeszcze dłużej”.
       Ktoś powie, że ja, tak zresztą jak my wszyscy, wyłącznie zmyślam i moja gadka jest psu na budę. Na to ja, proszę sobie wyobrazić, mam zawsze przygotowaną odpowiedź. Otóż pamiętam jak dziś wywiad, jakiego tygodnikowi „Do Rzeczy” (a może „Uważam Rze?) w roku 2011, tuż przed nadchodzącymi wyborami parlamentarnymi udzielił Grzegorz Schetyna, walczący wówczas o partyjne przywództwo i oznajmił, że jeśli Platforma Obywatelska chce zachować władzę na dłużej, powinna zmienić strategię i zrezygnować z uprawiania „polityki nienawiści”. Dziś oczywiście czasy się zmieniły, choćby przez to, że owa polityka faktycznie nie wypaliła, ale też sam Grzegorz Schetyna aktualnie świetnie rozumie, że choć krytykowana przez niego wówczas metoda, choć w sposób oczywisty błędna, była w sytuacji jego ugrupowania jedyną możliwą. My natomiast swoje wiemy, a skoro wiemy swoje, to wiemy też, że w rzeczy samej dzisiejsza debata na temat tak zwanego „hejtu” stanowi bezpośrednią pochodną tego, co doradcy Donalda Tuska z roku 2005 mu zaproponowali i co on tak skwapliwie i do pewnego czasu z dość znacznym sukcesem realizował.
        Wiemy swoje i co najważniejsze na ten temat nie podejmujemy jakiejkolwiek dyskusji, bo mamy świadomość, że tu, przez wspomnianą wcześniej plazmę, jesteśmy całkowicie bezbronni. W momencie gdy zaczynamy dyskutować na temat nienawiści, zwycięzcą niezmiennie pozostaje ten, kto, jak to pięknie swego czasu określiła moja świętej pamięci ciocia, „stawia oczy jak złodziej”. Nie podejmujemy dyskusji, natomiast, owszem, dajemy świadectwo, a w ramach owego świadectwa powtarzamy wszem i wobec, że cały sukces tzw. „Antypisowskiego Frontu”, jaki przez wiele lat mieliśmy okazję obserwować, był efektem działania owego przemysłu nienawiści. I proszę, nie wchodźmy tu w jakiekolwiek dyskusje, gdzie ktoś nam podsuwa tematy pod tytułem „tam gdzie stało ZOMO”, czy „gorszy sort”, bo to nas, zamiast do prawdy, doprowadzi do czystego obłędu. Jak doprowadziło ich.
      Kiedy Sławomir Kmiecik wydał swoją książkę, mój drogi kolega, znany nam wszystkim zapewne jako Coryllus, napisał, że wobec tego, co się ukazało w moim „Siedmiokilogramowym liściu”, praca Kmiecika jest bezwartościowa, a przede wszystkim wtórna. Ja bowiem ową nienawiść rozłożyłem tam na łopatki, i każdy jej najdrobniejszy przejaw pokazałem przy pomocy odpowiednio zaostrzonej szpileczki. To ja właśnie opisałem tam, w jaki sposób owa nienawiść – a nie żadna pogarda – stanowiła bardzo precyzyjny plan polityczny i jego nadzwyczaj udaną realizację. I to właśnie resztki tamtego planu – inna sprawa, że, jak to bywa z resztkami, wyjątkowo dokuczliwe – mamy okazję w tych dniach przeżywać z pewnym napięciem.
        Oczywiście, portal zatytułowany „Sok z buraka”, choć szczerze mówiąc, niezbyt bacznie obserwuję, to znam i to znam na tyle dobrze, że informacje, które ostatnio do mnie dochodzą ani mnie nie szokują, ani nawet nie dziwią. Dla mnie to wszystko co jest tam przekazywane, to bezpośrednia konsekwencja owej „polityki miłości”, którą w swoim pamiętnym expose z roku 2007 zapowiedział Donald Tusk, a co jeszcze wcześniej, w sposób daleko mniej zorganizowany, kołatało się po polskiej scenie politycznej w latach poprzednich. To jest zarówno „Mamusia Jarusia”, jak i „Borubar”, „Matka Kurka”, czy wreszcie „Ojciec który Ma Ryja”. To wszystko funkcjonowało w ten czy inny sposób tu i tam, by wreszcie w roku 2013 eksplodować w postaci wspomnianego projektu „Sok z buraka”. Nie dziwią mnie więc, ani nie szokują informacje ujawniane przez media, które wskazują na to, że ów „Sok z buraka” to projekt wykoncypowany, opracowany i realizowany w Platformie Obywatelskiej jeszcze od roku 2008. Skąd ta data, już tłumaczę. Otóż – a tu zwracam Państwa uwagę po raz nie wiem już który, że aby dojść do źródła, należy zajrzeć przynajmniej od czasu do czasu na ten blog – kiedy czytam informacje na temat przeprowadzonego przez tygodnik „Sieci” śledztwa dotyczącego wspomnianego projektu i jego autorów, owszem, dowiaduję się rzeczy przez wiele lat skrywanych przed nami – również przez prawicowe media – lecz jednocześnie zastanawiam się, czemu oni – zresztą nie pierwszy już raz – nie poszli krok dalej i nie zajrzeli nieco głębiej. Oto, jak nam powiedzieli redaktorzy „Sieci”, za cała sprawą stoi człowiek Platformy Obywatelskiej, zatrudniony przez nią i przez powiązane z nią instytucje, niejaki Kozak-Zagozda. Wiemy nawet już dziś, że ów Kozak jeszcze w latach kwitnącej III RP był jednym z twórców sukcesu takich marek odzieżowych jak Reserved, czy Kropp. Nie wiemy natomiast – i jak widzę, nikogo to nie interesuje – jak doszło do tego, że Kozak, jeszcze w roku 2008, a więc rok po wyborczym zwycięstwie Platformy Obywatelskiej i odsunięciu pierwszego rządu Prawa i Sprawiedliwości od władzy, rzucił w cholerę posadę ważnego dyrektora w owym odzieżowym koncernie,w pewnym sensie jego twórcę, i udał się na bezrobocie. Zajrzyjmy zatem do informacji podanej przez wszystkie do dziś najważniejsze portale ponad 10 lat temu:
      Kozak-Zagozda formalnie pracę w LPP SA zakończy w połowie sierpnia. Swoje odejście tłumaczy przyczynami rodzinnymi. - Szukam nowego wyzwania w Warszawie - mówi nam pytany o dalsze plany zawodowe.
      Podczas swojej pracy w LPP SA Kozak-Zagozda stworzył m.in. logo Cropptown i nazwę Esotiq. Wykreował także większość kampanii reklamowych realizowanych w ostatnich latach dla Reserved oraz Cropptown, wprowadzając tę pierwszą markę do telewizji i zmieniając jej wizerunek na silnie związany z modą. Przez ostatni rok namówił do współpracy uznanych polskich projektantów Marcina Paprockiego, Mariusza Brzozowskiego i Gosię Baczyńską, którzy dla Reserved przygotowali specjalne kolekcje
”.
      I znów zastanówmy się, jakie to rodzinne przyczyny sprawiły, że w owym roku 2008 Kozak pieprznął tym wszystkim i udał się w stronę „nowych wyzwań”, którym oczywiście rodzina już nie będzie przeszkadzać. Ja oczywiście odpowiedzi na tę zagadkę się domyślam, jednak jeszcze chwilę pozwolę sobie podrążyć. Jest rok 2007 i Platforma Obywatelska rusza w drogę, która ma nie mieć końca, jednak mimo zaangażowania potężnych środków, w tym niezapomnianego Forum Obywatelskiego Rozwoju z Mecenatem, wciąż jest potrzeba utrzymania kontaktu z obywatelem. No i w tym momencie ktoś wpada na pomysł, by do tej roboty wynająć kogoś, kto się na rzeczy zna i gwarantuje sukces, i wybór pada na naszego Kozaka.
       Ja oczywiście nie wiem, jakie tam sumy zostały w ów projekt zaangażowane, faktem jest, że już w roku 2008 wszystkie główne media podają informację, że „Kozak-Zagozda formalnie pracę w LPP SA zakończy w połowie sierpnia, swoje odejście tłumaczy przyczynami rodzinnymi i chęcią szukania nowego wyzwania w Warszawie”, pięć lat później ten sam Kozak zakłada portal „Sok z buraka”, a dziś bryluje w Internecie, jako bohater walki z kaczyzmem.
      Ja natomiast bym dziś tylko prosił o to, by nasi „niepokorni” spróbowali sprawdzić, co Kozak robił i z czego żył w latach 2008-2013, kiedy to „względy rodzinne” zmusiły go do zmiany zainteresowań, no i co go nagle pchnęło do tego, by uruchomić portal, który, a co do tego nie mam najmniejszych wątpliwości, w ten czy inny sposób przyniósł mu profity znacznie większe, niż uzyskiwał z tego głupiego Croppa.
       Kończąc już ten, i tak wyjątkowo długi tekst, pragnę jeszcze zwrócić uwagę na jedną rzecz. Otóż, jak wiemy, dziś, obok Kozaka, czarnym bohaterem prawicowych mediów jest Klaudia Jachira – internetowa performerka, wysłana na front walki z Prawem i Sprawiedliwością. Jak również jest nam wiadomo, owa Jachira została umieszczona na wyborczych listach Koalicji Obywatelskiej do Sejmu, a dziś, wobec jej nieparlamentarnych zachowań, pojawiają się głosy, by ją z owych list usunąć. Gdy chodzi o mnie, to chciałem oświadczyć, że ja jestem jak najbardziej za tym, by dla dobra sprawy, Jachirę zostawić tam, gdzie ona jest i pozwolić jej dostać się do Sejmu. Już nie mogę się doczekać, jak w naszej kochanej Warszawie ona zdobędzie największą liczbę głosów, rozpieprzy w drobny kurz tę nieszczęsną Kidawę-Błońską, a my się wreszcie dowiemy, na czym tak naprawdę wyrosło to zło. I to będzie ów skromny bonus do konstytucyjnego zwycięstwa Prawa i Sprawiedliwości. Również dla niego.





Książki „O siedmiokilogramowym liściu”, podobnie jak większości moich książek, juz nie ma, natomiast coś tam wciąż czeka na wrażliwe umysły. Proszę o kontakt pod adresem k.osiejuk@gmail.com  


wtorek, 24 września 2019

Pięć krótkich kawałków na pożegnanie lata


No i minął nam kolejny miesiąc, a wraz z tym nadeszła kolej na nowy odcinek „Wezwanych do tablicy”, a więc krótkich kawałków, które publikuję w miesięczniku „Polska Niepodległa”. Życzę miłej zabawy.


Sytuacja na publicznej scenie tak się nam w tych dniach ułożyła, że nie pozostaje mi nic innego jak dzisiejszy odcinek „Wezwanych do tablicy” poświęcić tak zwanym „świrom”.  Żeby temat wprowadzić z odpowiednim przytupem, zacznę może od świra nr 1, a więc popularnego aktora Wojciecha Pszoniaka. Otóż, jak już większość z nas wie, w Sieci ukazała się seria spotów, w których mniej lub bardziej znane gwiazdy salonów III RP zachęcają Polaków do udziału w zbliżających się wyborach hasłem „Nie świruj, idź na wybory”. Co jednak tu najbardziej interesujące, owa zachęta jest skonstruowana w taki sposób, że zanim zostanie wypowiedziane kluczowe wezwanie, każdy kolejny aktor zachowuje się, jak osoba z poważnym psychicznym oraz fizycznym defektem, czyli jak choćby ów chłopak zawleczony przez swoją mamę na inwalidzkim wózku  w ramach niedawnego protestu w Sejmie, czyli jak ów – w rozumieniu autora pomysłu –  kampanijny „świr”.
Kiedy w reakcji na ten idiotyzm w mediach rozpętało się piekło, głos zabrał rzeczony Pszoniak, tłumacząc, że on w ogóle nie rozumie o co te do niego pretensje, bo przecież wszyscy znamy słynne zdjęcie Alberta Einsteina, gdzie ten wystawia język i nikt mu nigdy nie zarzucał, że szydzi z osób kalekich.
Otóż panie Pszoniaku! Niech Pan wreszcie zrozumie, że nikt nigdy nie będzie kierował jakichkolwiek pretensji do Pana, i nikt też nigdy nie będzie od Pana wymagał niczego innego ponad to, by Pan z talentem odgrywał scenki przed kamerą, najlepiej tak, byśmy się wszyscy mieli okazję pośmiać. Pretensje są do tych, którzy napisali Panu tę rolę i za jej wykonanie Panu zapłacili. Niech się Pan zastanowi, jakie można mieć żale do zwykłego pajaca?

***

Świrem nr 2 zostaje w tym miesiącu słynna trójmiejska tramwajarka Henryka Krzywonos. Otóż owa kobiecina wystąpiła na briefingu prasowym z jednym z młodych Wałęsów i poskarżyła się na program 500+. Otóż chodzi o to, że ona ostatnio dużo jeździ po polskich wioskach, gdzie, jak wszyscy wiemy, ludzie się mnożą jak króliki, i ze smutkiem zauważa, że tam nikt nie pracuje, bo wszyscy żrą za otrzymywane od Państwa pięćsetzłotowe banknoty. Proszę posłuchać:
Jakieś pieniądze ludzie dostali i zapomnieli o całym świecie, wpadły im pieniążki do kieszeni. Z drugiej strony wielu Polaków nie pracuje z tego względu. Na wsiach, na których jestem bardzo często obecna, ludzie porzucili pracę, nikt nie zbiera truskawek, nikt nie wychodzi do robienia prac polowych, bo uważają, że to starczy. To się odbija na dzieciach.
A ja sobie myślę, że to właściwie ciekawe, że do udziału we wspomnianej kampanii ze świrami nie zatrudniono pani Heni. Czyż to by nie było piękne, gdyby ona stanęła przed kamerą, wygłosiła powyższy tekst o truskawkach i pracach polowych, a potem z poważną miną wycedziła: „Nie świruj, idź na wybory”? Może wtedy przynajmniej w Gdańsku wreszcie by ludzie ruszyli siedzenia i zagłosowali przeciwko tym, którzy ich od lat tak strasznie robią w trąbę.

***

A propos robienia w trąbę, przedstawiam Państwu świra nr 3, czyli Romana Giertycha, który oto właśnie skierował list do polskich przedsiębiorców o następującej treści:
Apeluję do wszystkich przedsiębiorców, a szczególnie do właścicieli małych i średnich firm o ustanowienie w swoich firmach specjalnej premii wyborczej wypłacanej już tydzień po wyborach, o ile oczywiście obecna partia rządząca nie będzie miała większości pozwalającej na sformowanie rządu”.
To co ten człowiek wymyślił świadczy moim zdaniem o dwóch rzeczach. Pierwsza to ta, że on z tej rozpaczy, w jaką wpędziły go przedwyborcze sondaże, ześwirował w sensie dosłownym, i to jest konstatacja w sumie smutna. Ale jest coś w tym jednak wesołego. Otóż mam na myśli widok Giertycha, jak tydzień po wyborach – oczywiście, dzięki sprowokowanej przez siebie obywatelskiej aktywności pracowników, przegranych przez Prawo i Sprawiedliwość – rusza w Polskę i w każdej kolejnej firmie sprawdza, czy ową premię otrzymali tylko ci, co głosowali na Koalicję Obywatelską, czy może tam się też zaplątali jacyś ukryci naziści.

***

Skoro o nazistach mowa, przed nami świr numer 4, czyli artysta filmowy i teatralny Jerzy Stuhr. I niech nikt nie myśli, że ja mam jakieś podejrzenia w stosunku do tego zacnego człowieka. Wręcz przeciwnie. Otóż, jak się dowiadujemy, on postanowił stanąć na czele walki z narodowo-socjalistycznym rządem PiS-u podejmując próbę doprowadzenia go do bankructwa, a więc w konsekwencji do zejścia z politycznej sceny. Jak on tego dokona? Otóż procesując się z Państwem Polskim w sądzie w związku z cierpieniami, jakich on doznaje każdego wręcz dnia, wdychając emitowane przez owo Państwo zanieczyszczenia. I znów oddajmy głos samemu świrowi, tym razem jednak w formie możliwie wiernej parafrazy jego wystąpienia w sądzie:
Z powodu zanieczyszczenia powietrza cierpię na problemy górnych dróg oddechowych, a przez fakt, że przeszedłem chorobę nowotworową znajduję się w grupie podwyższonego ryzyka. Odczuwam coraz bardziej trud wykonywania zawodu. Gdy wychodzę na scenę, boję się, że z powodu wywołanego przez smog kaszlu będę musiał przerwać przedstawienie. A nie mogę odmówić udziału w spektaklu nawet gdy w mieście obowiązuje alert smogowy. Nie ma rady, trzeba iść i grać, bo ludzie zapłacili za bilety. Nawet zwolnienia lekarskie wkładamy do kieszeni, żeby nie robić kłopotów telewizji”.
A ja sobie tak myślę, że kiedy weźmiemy pod uwagę poziom zawodowy Jerzego Stuhra i jego duszących się polskim smogiem kolegów, może nie byłoby złym pomysłem, gdyby Polskie Państwo poszło z nimi wszystkimi na taką ugodę, że oni wszyscy od dziś wycofują się z działalności publicznej, a premier powoła do istnienia specjalny fundusz, z którego oni będą do śmierci otrzymywać emerytury. Niechby nawet w wysokości przysługującej do niedawna byłym pracownikom SB. Że to by była zbyt duża rozrzutność? Wcale nie koniecznie. Przede wszystkim, dzięki pracy rządu, możliwości mamy całkiem spore, no a poza tym, czyż korzyści płynące z tego, że oni by się wreszcie zamknęli, nie byłyby dla środowiska naturalnego wręcz zbawienne?

***

Na koniec chciałbym do miana świra miesiąca nominować jeszcze jedną osobę, jednak mam tu pewien kłopot. Otóż mój kandydat jest już bardzo zaawansowanym staruszkiem i nie bardzo wiem, czy mi wypada. Jednak po dłuższym zastanowieniu postanowiłem trzymać się oryginalnego planu, a to z tego względu, że gdybym owego człowieka tu potraktował wyjątkowo, to mógłbym przez środowiska walczące o przestrzeganie zasad politycznej poprawności, zostać oskarżony o tak zwany „ageism”, czyli o dyskryminację ze względu na wiek. A ponieważ chcę tego uniknąć, przedstawiam Państwu prof. Adama Strzębosza, świra nr 5, który w tych dniach skierował do premiera Morawieckiego list otwarty, w którym zaapelował do niego o wyrzucenie z rządu ministra Ziobry. A było tak:
W sposób stanowczy i zdecydowany zwracam się do pana o odwołanie pana ministra Zbigniewa Ziobry ze stanowiska ministra sprawiedliwości i to nie tylko dlatego, że pod jego bokiem działała grupa właściwie przestępcza, bo ujawniająca tajne materiały personalne i dokonująca hejtu o znamionach zniesławienia, na której czele stał wiceminister sprawiedliwości Łukasz Piebiak, którego pan powołał. Pan minister Ziobro odpowiada za nominacje na wysokie stanowiska sędziowskie często ludzi sfrustrowanych, gotowych na wszelkie kompromisy moralne dla uzyskania wysokich stanowisk. Proszę pana premiera o możliwe niezwłoczne odwołanie pana ministra Zbigniewa Ziobry ze stanowiska ministra sprawiedliwości. Przecież jest pan historykiem, a historia tego panu nie zapomni”.
Właściwie treść tego listu komentuje się sama, ja jednak mam tu pewne wątpliwości co do oryginalnego autorstwa. Otóż styl tej przemowy robi wrażenie parodii tego co dawniej kursowało w publicznej przestrzeni jako „przemówienia towarzyszy”. Proszę zwrócić uwagę na zakończenie. Ileż tam jest możliwości! „Przecież jest pan inżynierem i wie pan, jak się buduje, a nie burzy”; „Przecież jest pan lekarzem i zna pan zasadę ‘po pierwsze nie szkodzić’”; „Przecież jest pan nauczycielem i wie pan, czym jest odpowiedzialność wobec tych, których pańskiej opiece powierzono”; „Przecież jest pan aktorem i wie pan, że trzeba grać rolę, którą panu przeznaczono”... Ups! Coś nie wyszło, a więc kończmy z tym wstydem.