niedziela, 22 lipca 2018

Nie strzelać do wariatów, czyli sorry, smutno


      Plan był taki – i w tym momencie jestem pewien, że większość czytelników już wie, że z planu wyszły nici – by dziś przedstawić ostatni felieton z „Warszawskiej Gazety”. Stało się jednak tak, że zupełnie nieoczekiwanie wpadłem na coś, co mnie zahamowało. Mam na myśli umieszczony na Facebooku przez jakieś lewackie odpady filmik, gdzie policja próbuje wylegitymować obywatela, który najpierw kręci się przed budynkiem Sejmu z puszką spreju, a następnie, na widok policji, wieje gdzie pieprz rośnie, i kiedy policja go skutecznie dopada i zamierza wylegitymować, w tym momencie pojawia się poseł Platformy Obywatelskiej, Nitras i rząda uwolnienia przechodnia. Sprawa, jak się okazuje – a poseł Nitras, jako poseł RP potwierdza ten fakt zupełnie bezczelnie – polega na tym, że szedł sobie wzdłuż budynku Sejmu 25-letni „chłopak” z puszką spreju i nagle napadli go pisowscy policjanci i poprosili o dowód osobisty, nie wiadomo z jakiego powodu i w imię czego. A kiedy on zaczął zupełnie naturalnie uciekać, oni zrobili się jeszcze bardziej agresywni, no i kiedy go wreszcie dogonili, na odsiecz ruszył poseł Nitras, „chłopaka” zasłonił własną piersią, no i się zaczęło.
       Tu mała dygresja a propos owego „chłopaka”. Otóż mój świętej pamięci Dziadek opowiadał nam, że od czasu gdy on skończył 12 lat, nie zdarzyło się ani razu, by go wyprzedził wschód słońca. Dlaczego? Bo robota i obowiązki czekały. Tymczasem tu, jak to ma miejsce na załączonym obrazku, widzimy jakiegoś 25-letniego szczerzącego zęby byka, przedstawianego przez media, jako „chłopak”, który zamiast się wziąć za jakąś uczciwą robotę, potrzebuje się ganiać z policją najwidoczniej aż nazbyt demokratycznego państwa.
       Oglądałem zatem ten film, nakręcony przez kumpli owego mężczyzny ze sprejem, z którego wynika, że on, mając na uwadze fakt, że jego interesy w tym momencie i w tej chwili już reprezentuje jeden z posłów RP,  jest w karnawałowym wręcz nastroju, sam poseł również zresztą bawi się znakomicie, i tylko ci biedni policjanci, którzy, przez swoje naturalne ograniczenia, nie są w stanie nawiązać normalnej rozmowy z tą hołotą, stoją tam jak kołki i z każdą chwilą widać, że to się musi skończyć porażką Polskiego Państwa. I rzeczywiście, wspomnianą właśnie porażką wszystko się kończy. Policjanci, wciąż zadręczani przez Nitrasa o podstawę prawną próby legitymowania rzekomo Bogu ducha winnego obywatela, zamiast powiedzieć, że wystarczy tylko to, że on poróbował na ich widok uciekać, coś tam maroczą bez sensu o tym, że oni mają swoje przepisy i ostatecznie cała przygoda kończy się tym, że przychodzi telefon z centrali i wszyscy rozchodzą się w pokoju, po to tylko, by lewacki komentator ogłosił, że na szczęście faszyzm nie przeszedł, a wolne sądy zwyciężyły.
      Oglądałem ten filmik i w pewnym momencie poziom emocji sięgnął takiego stopnia, że ja zawołałem swoje najmłodsze dziecko, by tu przyszło i mnie wsparło w tym nieszczęściu. I proszę sobie wyobrazić, że ona po minucie tej strasznej przepychanki  powiedziała, że zwyczajnie nie jest w stanie tego dalej oglądać, wstała i, mimo moich apeli, opuściła pokój.
       O co chodzi? Jestem pewien, że większość czytelników tego bloga odpowiedź na to pytanie zna świetnie. Ponieważ jednak dobrze jest w sytuacjach granicznych zademonstrować solidarność, powiem, co mi leży na sercu. Otóż, w normalnym świecie – przepraszam, za słowo „normalnym” – jeśli policja próbuje kogoś zatrzymać, a ten ktoś zaczyna uciekać, to albo się go łapie, przewraca na ziemię i zakuwa w kajdanki, a jeśli to jest niemożliwe, zabija. Dziś w Polsce mamy sytuację, gdzie policja nie ma nic do gadania, dlatego że naprzeciwko siebie ma zorganizowane grupy wariatów, o których powszechnie wiadomo, że tak naprawdę to są ludzie tacy sami jak my, tyle że albo akurat z powodów politycznych troszeczkę obłąkani, których tak naprawdę nie obchodzi nikt i nic, albo – i to już w wersji optymistycznej – prowadzący zwykłą dla tego regionu i tej sytuacji działalność publiczną, sprowadzająca się do tego, by się walnąć na chodnik i drzeć mordę. A zatem, jakoś głupio kogoś takiego wziąć i zastrzelić jak psa.
       Ktoś powie, że niech im w tej sytuacji Bóg da zdrowie. Polska nie z takimi sobie przez te wszystkie lata dawała radę. Jest jednak coś, co nie pozwala mi zachować spokoju. Widok tych biednych durniów ze znaczkiem „policja” na mundurze, którzy nagle okazują się tak dramatycznie bezradni wobec kogoś tak straszliwie bez przydziału, jak Sławomir Nitras, poseł ze Szczecina. To bardzo boli. I stąd tylko ten dzisiejszy tekst. I stąd ten smutny filmik. W temacie.



Książki tam gdzie zawsze. Serdecznie zachęcam.



sobota, 21 lipca 2018

Świński trucht jako doktryna dla Polski


      Parę dni temu sejmowa komisja próbująca rozwiązać zagadkę afery Amber Gold wzięła się ostatecznie za ministra Jacka Rostowskiego i choć przyznać trzeba, że całe to przesłuchanie, ze względu na wybitnie bezczelne zachowanie ministra, w pewnej chwili zaczęło robić wrażenie totalnego absurdu, ja sam zaobserwowałem tam coś, co muszę uznać za przekraczające nawet te granice, które zostały dostrzeżone przez popularne media.  I, jak się może niektórzy z nas domyślają, owszem, chodzić tu może o ów wszędzie już cytowany fragment wypowiedzi Rostowskiego, kiedy ten, komentując bezczynność organów polskiego państwa wobec tego, co się wyprawiało w Gdańsku, oznajmił, że właściwie fakt iż ministerstwo, ABW, CBA, służby skarbowe, prokuratura, czy wreszcie policja nie zrobiły nic w celu powstrzymania owego złodziejstwa, powiedział zupełnie otwartym tekstem, że może to i lepiej, że to się tak potoczyło, bo gdyby tylko Marcin P. zorientował się, że polskie państwo wie o jego działalności i zamierza go ścigać, to, jako szczególnie utalentowany przestępca, znalazłby tak nadzwyczajnie przemyślane sposoby, by ono do dziś nie byłoby wykryte.  A tak, proszę!  To wiec, że dziś Marcin P. i jego żona są w areszcie, stanowi zasługę rzekomej nieudolności państwa Platformy Obywatelskiej. Jak to pięknie określiła niezastąpiona przewodnicząca Małgorzata Wassermann, nie ma co gonić złodzieja, bo on wtedy będzie biegł jeszcze szybciej.
       Wszyscy się oczywiście dziś śmiejemy z tego biednego durnia, że on jest taki jaki jest, no a poza tym też i z tego, że on się tak fatalnie wystawił na pośmiewisko, ja jednak myślę sobie, że jest w tym coś naprawdę bardzo poważnego, o czym warto wspomnieć tu choć w paru słowach. Otóż, moim zdaniem, owa filozofia, że nie ma sensu gonić złodzieja, bo on wtedy będzie biegł jeszcze szybciej i wtedy dopiero będziemy mieli kłopot, pokazuje nam bardzo dokładnie, co nasza Polska przeżywała przez ostatnie dziesiątki lat i pokonanie czego obiecuje nam już dziś tylko Prawo i Sprawiedliwość. Ja jestem w najwyższym stopniu wdzięczny temu dziwakowi, że on w tak piękny i niewymuszony sposób przedstawił nam cały program rządów najpierw Donalda Tuska, a już pod koniec, również Ewy Kopacz, a tak naprawdę także w przeważającej części tego, z czym mieliśmy do czynienia przez minione niemal 30 lat. Tam od początku do końca chodziło wyłącznie o tę ciepłą wodę w kranie, w tym mianowicie ujęciu, że to jest maksimum tego, na co możemy liczyć, ponieważ wszystko co ponadto i tak jest dla nasz szaraczków nie do uzyskania. Dlaczego? Bo są uczestnicy tej gry od nas znacznie cwansi, którzy, cokolwiek my zrobimy, bez najmniejszego problemu sprawią, że temperatura się nie podniesię ani o jeden stopień. Oto owa doktryna dla Polski, do której przyjęcia od lat namawia Coryllus, tak jak ja przedstawili ci oto ludzie.
        Ale obok tego jeszcze coś. Chodzi o myśl, że skoro mianowicie jest jak jest, tylko frajer nie zechce przyłączyć się do zwycięzców.
        I to właśnie, jak nam to w sposób wręcz mistrzowski przedstawił były minister Jacek Vincent Rostowski, stanowi całą filozofię rządów minionych. Aż nie jestem w stanie uwierzyć, że ktoś tak głupi był w stanie wykrzesać z siebie aż tyle sensu.

Bardzo zachecam do kupowania moich książek. Adres, każdy kto chce, zna.
        

piątek, 20 lipca 2018

O walce idiotów pod dywanem


      Miało być dziś o sztuce więziennej, ale nie będzie, a czemu, to wyjaśnię później. Aby jednak nie robić niepotrzebnych wstępów, przejdźmy do tematu.
      Wszyscy, lub prawie wszyscy, znamy go pod imieniem Borat, jednak pewnie znacznie mniej z nas wie, że autorem owego popularnego dość projektu i jego głównym wykonawcą jest brytyjski Żyd nazwiskiem Sasha Baron Cohen, człowiek dziś niezwykle wpływowy w świecie, który reprezentuje, a wszystko zaczęło się nie od owego Borata, lecz zupełnie innej postaci, tak zwanego Ali G. Kim był – i jest – Borat, to już wiemy, kim był natomiast Ali G pozwolę sobie tu przedstawić. Mówiąc bardzo krótko, Ali G przedstawiał mieszkającego na przedmieściach Londynu Azjatę, prawdopodobnie muzułmanina pakistanskiego pochodzenia, absurdalnie karykaturalnego macho, pozującego na afro-amerykańskiego gangstera, zakochanego w przemocy, narkotykach i bezmyślnym hedonizmie idiotę. Stojący za projektem pomysł polegał na tym, że cudacznie wyszykowany, poobwieszany ciężkimi, udającymi złoto łańcuchami, będzie on w tym swoim ledwo zrozumiałym dla normalnego człowieka narzeczu przeprowadzał rozmowy z niczego nieświadomymi osobistościami z pierwszych stron gazet i, jeśli to tylko możliwe, je kompromitował, a jeśli to niemożliwe, zaledwie i aż, dostarczał widzom zabawy. Kiedy prowokacja wyszła na jaw i każdy, kogo on zaczepił, jak choćby David Beckham z żoną, wiedział, że to wszystko jest jedynie żartem, Cohen przeniósł się do Ameryki, gdzie mógł już naprawdę sobie poużywać. I to był chyba najpiękniejszy okres w jego karierze, a prawdopodobnie szczytowym występem był ten, z wtedy jeszcze zaledwie biznesmenem, Donaldem Trumpem. No ale potem przyszedł Borat i cała reszta i wszystko to powoli zeszło na psy.
      Proszę sobie jednak wyobrazić, że dawny Ali G własnie odżył, i to w najwyższej formie, tyle że ów program nosi nazwę „Who is America?” i tam już Cohen wciela się w najróżniejsze postaci, tak jak oryginalnie, kompletnych idiotów i prowokuje do tych czy innych zachowań ludzi mniej lub bardziej aktywnych w życiu społecznym Ameryki.
      To co sprawiło że zdecydowałem się o tym napisać, a ostatecznie pomyślałem, że jednak nie wypada wchodzić w szczegóły, to była rozmową z pewną nadzwyczaj elegancką panią, właścicielką którejś z większych kalifornijskich galerii sztuki nowoczesnej, gdzie Cohen, upozowany na niezwykle uzdolnionego byłego więźnia, przedstawił jej serię swoich wykonanych podczas pobytu w więzieniu prac malarskich, prosząc o ocenę. Dowcip polegał na tym, że owe portrety – bo były to głównie portrety współwięźniów – były wykonane przy pomocy gówna i spermy, oraz przy użyciu pędzelka zrobionego z włosów łonowych kolegów z celi. To był dowcip, a jego efekt był taki, że owa znakomita specjalistka w temacie sztuk plastycznych po kilku już chwilach w rzekomym artyście się tak aż zakochała, że zaoferowała mu kilka swoich włosów łonowych do ubogacenia jego pędzla, by na końcu, prosto do kamery ogłosić, że miała do czynienia z geniuszem.
      Jak mówię, po pewnym namyśle uznałem, że ani nie mam tu możliwości opowiadać o szczegółach tego przedstawienia, ani też nie bardzo widzę sens w tym, by po raz kolejny tu komentować sytuację na rynku szeroko pojętej kultury, zarządzanej pod każdą długością i szerokością geograficzną przez dokładnie te same osoby, a w tej sytuacji pomyślałem sobie, że opowiem o kolejnej prowokacji tego cwanego Żyda, tym razem wobec najbardziej eksponowanych lobbystów na rzecz zalegalizowania prawa do posiadania broni dla wszystkich, wszędzie i zawsze. Tym razem, Cohen upozowany na byłego oficera izraelskich służb wojskowych, spotyka się kolejno z wszystkimi najbardziej rozpoznawalnymi wojownikami wspomnianego lobby, poczynając od Philipa Van Cleave, prezesa organizacji o nazwie Virginia Citizens Defense League, walczącej o pełną realizację Drugiej Poprawki do Konstytucji, gwarantującej prawo do posiadania broni, przez niejakiego Larry Pratta, szefa organizacji pod nazwą Gun Owners of America, aż po całą serię kongresmenów, biorących aktywny udział w walece o powszechne prawo do posiadania broni. Tym razem dowcip polega na tym, że Cohen przedstawia im wszystkich swój plan o nazwie „Kinderguardians” sprowadzający się do tego, by uzbroić w broń półautomatyczną dzieci w przedszkolach, a każdy z nich – dosłownie każdy – słysząc o tym pomyśle dostaje prawdziwie małpiego rozumu i aż dławi się z ekscytacji na myśl, jak to będzie pięknie, kiedy nawet trzyletnie dzieci będą potrafiły zastrzelić tego złego.
      Oni wszyscy oczywiście wesoło sobie rozmawiają, i to nawet gdy w tle pojawia się reklama, gdzie w stylu Gumisi oferuje się małym dzieciom broń w kształcie misiów i królików, hitem wieczoru jednak jest moment, gdy jeden z zaczepionych przez Cohena adwokatów powszechnego dostępu do broni decyduje się z odbijającego się w jego okularach promptera napisane dla niego specjalnie na tę okazję wystąpienie o następującej treści:
      Czterolatki są czyste i niezmalnipulowane przez fake newsy i homoseksualizm. Nie martwią się, czy zastrzelnie uzbrojonego szaleńca jest poprawne politycznie. One po prostu to robią. Program oparto na badaniach naukowych. 4-letnie dziecko przetwarza obrazy 80% szybciej niż dorosły. Krótko mówiąc, niczym sowa, widzi w zwolnionym tempie. Dzieci poniżej piątego roku życia mają też podwyższony poziom feromonu Blink-182, wytwarzanego przez cześć wątroby zwaną Rita Ora. Pozwala on impulsom nerwowym podróżować przez szlak Cardi B do Wiz Khalifa 40% szybciej, co oszczędza czas i ratuje życie”.
      Wszystkich tych, którzy nie rozumieją w czym rzecz, zachęcam do skorzystania z Google’a, tak jak to chwilę temu zrobiłem sam, a jako komentarz mam coś takiego. Przede wszystkim, wygląda na to, że po raz kolejny okazuje się, że gdy chodzi o poziom zidiocenia po obu stronach ideologicznej barykady, ten najwyższy jest wciąż dla nas tu w Polsce nie do osiągnięcia. A więc Amerykanie pozostają nadal w czołówce. Druga rzecz jest już bardziej serio. Otóż dotychczas, jeśli miałem się w jakikolwiek sposób deklarować, trzymałem stronę tych, którzy postulują powszechny dostęp do broni. Dziś, gdy widzę to, co mają do powiedzenia najbardziej prominentni adwokaci owej idei, zmieniam zdanie i rezygnuję. Żadnej broni, poza policja i wojskiem.
       No i jeszcze jedno. Uwaga na tych, co są jeszcze głupsi i bardziej niebezpieczni niż posłanka Joanna Schmidt, przewożąca w bagazniku swojego samochodu dwóch działaczy tak zwanych Obywateli RP.



Wszystkich tych, którzy mieliby ochotę poczytać sobie w to deszczowe lato jakąś porządną książkę, ewentualnie umilić ten czas komus bloskiemu, zapraszam do kontaktu pod adresem k.osiejuk@gmail.com. Dedykacja w cenie.
     


czwartek, 19 lipca 2018

Przepraszam bardzo, ale kurwa mać!


      Miało być dziś o sztuce więziennej i innej, jednak temat ten został w ostatniej chwili zepchnięty i przesuniety o jeden dzień przez coś na co wpadłem wczoraj w Onecie późnym wieczorem. Nie bvędę tu jednak dużo mówił od siebie i większość dzisiejszej notki zajmie cytat, a na końcu może, jeśli przyjdzie mi coś mądrego do głowy, to króciótki komentarz. A zatem zapowiedziany cytat:
     Onet rusza z kampanią wizerunkową na 100-lecie odzyskania niepodległości Polski. - Od 100 lat jesteśmy wolni i tylko od nas zależy, czy będziemy się spierać, czy rozumieć. Właśnie to chcemy uświadomić Polakom - mówi o akcji #100latPolsko Bartosz Węglarczyk. Dyrektor programowy Onetu podkreśla, że najważniejsze są dla nas ‘wolność i jedność’.
       - My niczego nie sprzedajemy. Dajemy wszystkim bez wyjątku dostęp do informacji i pomagamy zrozumieć aktualne wydarzenia w kontekście różnych poglądów. Na naszym portalu spotykają się opinie i zdania wszystkich opcji politycznych, wyznaniowych i światopoglądowych, bo Onet jest dla wszystkich - mówi Węglarczyk.
       - Akcja ‘100 lat Polsko’ ma podkreślić, że ‘Mazurek Dąbrowskiego’ jest wspólnym dobrem wszystkich Polaków. Nawet gdy mocno różnimy się w poglądach, to hymn śpiewamy razem - dodaje. - Najważniejszą pieśń polskich patriotów najlepiej śpiewają dzieci. W naszym spocie dzieci z rodzin przeciwników politycznych mimo waśni rodziców chwytają się za ręce. Ta kampania będzie kontrowersyjna, będzie miała swoich zwolenników i przeciwników. Pewnie wywoła dyskusję. I bardzo dobrze. Najważniejsze jest dla nas to, żeby skłoniła do myślenia - podsumowuje dyrektor programowy Onetu.
      Już dziś zachęcamy do udziału w akcji #100latPolsko!
      Ja na tego Węglarczyka wpadłem jeszcze w dawnych latach 90 ubiegłego wieku, kiedy on był czołowym filmowym recenzentem „Gazety Wyborczej” i używał imienia Bartek i już wtedy mnie zadziwiłym, jak w wielkie bałwaństwo może popaść człowiek, którego los rzucił na publiczną scenę. Po pewnym czasie Bartek zniknął, natomiast w roli korespondenta „Gazety” w Stanach Zjednoczonych zaczął występować Bartosz Węglarczyk, no i tam było jeszcze garzej, choć jednak wiedziałem już o nim niemal wszystko, to wciąż nie wiedziałem, jak ten człowiek wygląda. Wrócił jednak Węglarczyk z Ameryki i niemal natychmiast został telewizyjnym celebrytą i to tak poważnym, że w pewnym momencie zaczął się nawet prowadzać ze znaną nam wszystkim pierwszą dziś gwiazdą prawicowej sceny, no i to był prawdziwy wstrząs, co zrozumie każdy, kto ich choć raz widział obok siebie. Ja tego co wtedy zobaczyłem zrozumieć nie potrafię do dziś i nie pomaga mi nawet w tym chaosie poznawczym plotka, że Węglarczyk jest wnukiem niesławnego funkcjonariusza UB Światły. Tamten moment sprawia, że informacja, jakoby Węglarczyk dziś jest zatrudniany przez Niemców na stanowisku dyrektora w Onecie, ma już nieco mniejszą siłę rażenia, niemniej jednak zacytowany wyżej tekst każe mi poszukać odpowiednich słów komentarza, a tu już tylko znajduję pewien obrazek. I to wszystko. Proszę bardzo.

  

Książki są wciąż tam gdzie zawsze. Bardzo zachęcam.








środa, 18 lipca 2018

Zanim Krzysztof Iwaneczko ogłosi swoje zaręczyny


      Przy okazji niedawnego felietonu poświęcoonego możliwych ubocznych skutkach zaręczyn Justina Biebera i jego, zamieszczonego w tej sprawie oświadczenia na Instagramie, moja koleżanka Jest Nadzieja zaproponowała wysłuchanie piosenki, jaką na Światowych Dniach Młodzieży zaśpiewał nieznany mi Krzysztof Iwaneczko. Sprawdziłem owego Iwaneczkę od razu, a kiedy zobaczyłem, ze on jest z samego Przemyśla, postanowiłem oczywiście poświęcić mu więcej uwagi. Szczerze powiedziawszy, ten występ na ŚDM nie zrobił na mnie większego wrażenia. Dodatkowo on tylko potwierdził, że tego typu okazje mają bardzo mały ewangelizacyjny wpływ na ludzi, którzy tam zwyczajnie nie bywają, co tylko potwierdza moją teorię wyrażona w tekście o Bieberze i jego aktualnej wierze. Natomiast dowiedziałem się przy tym, że ów Iwaneczko wygrał telewizyjny show Voice of Poland, obejrzałem sobie ten jego występ i muszę powiedziec, że to jest faktycznie głos na miarę Justina Biebera. To jest, moim zdaniem najlepszy głos, jaki pojawił się w Polsce za mojej pamięci.
     I tu pojawia się jednak kolejny problem. Ponieważ wchodząc na scenę Iwaneczko się przeżegnał, następnie, już po zwycięstwie ogłosił, że część swojej nagrody, a więc statuetkę, wystawia na licytację z przeznaczeniem na specjalny ośrodek szkolno-wychowawczy w Przemyślu, potem wystąpił na tych Dniach Młodzieży spiewając o Jezusie, a w międzyczasie, odnposząc się do kontraktu płytowego, który również stanowił część nagrody, ogłosił, że „Materiał już jest gotowy. Ja nie będę tolerował żadnych kompromisów, zwłaszcza tych biznesowych. Na pewno nie będziemy starać się ku temu, by mimo wszystko sprzedać. Chciałem pokazać Państwu, kim jestem, kim chcę zostać i mam nadzieję, że to się udało”, to jest już po nim. Skoro bowiem on nie zamierza tolerować żadnych kompromisów, zwłaszcza tych biznesowych, to w tym momencie, jak mówię jest już po nim. No i oczywiście szkoda wielka, ale takie jest życie i inaczej już nie będzie. Justin Bieber w pewnym momencie swojego życia postanowił jak najbardziej tolerować kompromisy, a zwłaszcza te biznesowe, no i dziś może sobie pozwolić nawet na to, by bezkarnie chwalić moc Zbawienia. I nawet to, że część z nas za owe kompromisy go serdecznie nienawidzi, jest dla niego i tych co go kochają bez znaczenia.
     Mimo wszystko, kibicujmy Iwaneczce, bo on na to zasłużył i posłuchajmy go, jak spiewa zanim mu jeszcze  pokazano początki tego, jak owe kompromisy będą musiały wyglądać.



Moje książki są jak zawsze tam gdzie zawsze. Bez żadnych kompromisów biznesowych. Polecam.


wtorek, 17 lipca 2018

Czy w piłce którą Putin dał Trumpowi był słynny pyton

Jak większość z nas wie, telewizja TVN24 ma w swojej drużynie androida o nazwie Anita Werner, ale też, jak się okazuje, a o czym wie już pewnie znacznie mniej osób, pragnąc jak najdokładniej powtórzyć wszystko to, co przez te wszystkie lata grupa ITI zdołała uzyskać, państwowa telewizja postanowiła znaleźć odpowiedź również i na to wyzwanie, i w ten sposób na ekranach naszych telewizorów pokazała się, jako pierwszy korespondent Wiadomości TVP w Stanach Zjednoczonych,  redaktor Zuzanna Falzmann.  Szczerze powidziawszy, kiedy się tu wyzłośliwiam, wcale nie mam pewności, czy mam rację, bo moja młodsza córka na przykład twierdzi, że Falzmann wygląda fantastycznie, i ona w ogóle nie rozumie, o co mi chodzi. Ja jednak będę się trzymał swojej pierwszej myśli, a więc tego, że tak jak „W tyle wizji” stanowi odpowiedź na „Szkło kontaktowe”, tak samo Falzmann została zamierzona jako odpowiedź na Werner. Innego rozwiązania tej zagadki nie widzę.
     Ktoś być może zapyta, skąd mi nagle do głowy przyszły te cyborgi, a ja już odpowiadam. Otóż, jak wiemy, wczorajszy dzień upłynął nam na komentowaniu spotkania prezydentów Trumpa i Putina w Helsinkach, no a ponieważ chciałem się dowiedzieć, co się tam ciekawego wydarzyło, obejrzałem wieczorne Wiadomości TVP, a tam korespondencję wspomnianej Falzmann, która poinformowała nas, że Trump poniósł w Helsinkach pełną porażkę, a ona to wie stąd, że przestudiowała doniesienia amerykańskich mediów i one jej powiedziały, jak jest. Otóż ja się zwykle na temat polityki zagranicznej, zarówno tej globalnej, jak i naszej miejscowej, nie wypowiadam, a to z tego powodu, że się na niej kompletnie nie znam, a nie znam się na niej, bo nie mam na jej temat jakichkolwiek wiarygodnych informacji. Uważam, że podczas gdy to co się dzieje na lokalnym rynku można jakoś ogarnąć, włącznie z tym wszystkim, co działające na nim strony próbują przed nami ukryć, polityka zagraniczna to jest coś, czym się trzeba naprawdę interesować, a i tak nigdy nie ma gwarancji, że to co nam się wydaje, że jest prawdą, tą prawdą w istocie jest. A zatem, nie znam się i się nie wypowiadam. Zostawiam to Coryllusowi, a jak coś, to zawsze mogę powiedzieć, że ja tylko słuchałem.
      Jednak to jest dokładnie też powód, dla którego uważam, że to co nam zaprezentowały Wiadomości TVP przy pomocy swojej korespondentki, to jest kompletny idiotyzm i dramatyczna wręcz niekompetencja.  Jak bowiem można przedstawiać jakiekolwiek oceny na podstawie informacji zaczerpniętych jedynie z oficjalnych konferencji prasowych i w oparciu o doniesienia liberalnych amerykańskich mediów, które, jak wiemy, są histerycznie więc wrogie prezydenturze Trumpa, a które jeśli chodzi o Putina, to nastrój im się zmienia mniej więcej co cztery lata? Donosi więc nam Falzmann, że Trump zwolnił Putina z wszelkiej odpowiedzialności za wszystkie jego występki, włącznie z aneksją Krymu i brytyjskimi morderstwami, a ja już tylko się dziwię, że „The New YorK Times” nie poinformował jej też, że ten nie zażadał od Putina zwrotu wraku naszego tupolewa.
     Jak mówię, nie znam się na globalnej polityce, i ani nie mam pojęcia, ani tak naprawdę w ogóle nie obchodzi mnie to, co sobie Trump i Putin kombinują, kiedy decydują się spotkać na te dwie godziny i pogadać. (Swoją drogą, to bardzo ciekawe, że przed spotkaniem media informowały, że spotkanie zostało zaplanowane na dwie godziny, ale jego uczestnicy zadeklarowali, że ostatecznie będzie ono trwało tak długo, jak będzie to konieczne, a kiedy ostatecznie skończyło się ono po dwóch godzinach, te same media ogłosiły, że wszystko trwalo dłużej niż to było planowane). Domyślam się jednak, że oni nie kombinują nic, bo, jak przypuszczam, to co się dzieje między Stanami a Rosją w ogóle nie decyduje się na tego typu spotkaniach, lecz zupełnie gdzie indziej i w zupełnie innym składzie uczestników. Ale nawet jeśli się mylę i faktycznie Trump z Putnem sobie uczciwie przedstawili, co na swój temat sądzą i co zamierzają z tym zrobić, to ostatnimi, którzy się o tym dowiedzą, będziemy my. My się liczymy wyłącznie jako cel propagandy prowadzonej przez jedne i drugie media tu i tam. Fatalnie, że do tego kłamstwa dołączyła też propaganda Dobrej Zmiany.
     Ale pieprzyć Dobrą Zmianę i jej media. Gorzej, że nawet tu na naszych blogach pojawiły się już ekspertyzy oparte na tym co na konferencji prasowej powiedział Putin, a co Trump. Wydawałoby się, że przynajmniej tu można liczyć na prawdziwie niezależną myśl, a tymczasem nic z tego. A wystarczyło z całego tego bablania podczas wspomnianej konferencji prasowej wyłowić jeden jedyny fragment, który zawierał coś więcej, niż zwykłe bablanie właśnie, a którego autorem był akurat Trump (tłumaczenie moje):
      Jako prezydent nie mogę podejmować decyzji w sprawie polityki zagranicznej w daremnym wysiłku, by sprawić przyjemność zorganizowanym grupom interesów, lub mediom, lub Demokratom, którzy nie mają innego planu jak tylko protestować i niszczyć. Konstruktywny dialog między Stanami Zjednoczonymi a Rosją daje szansę otwarcia nowych dróg ku pokojowi i stabilności w tym świecie. Wolę podjąć polityczne ryzyko dążąc do pokoju, niż ryzykować pokój w pogoni za polityką. Jako prezydent zawsze będę miał na sercu to co najlepsze dla Ameryki i to, co najlepsze dla Amerykanów”. 
     Ktoś powie, że ja właśnie zrobiłem dokładnie to samo, co zarzucam innym. Uległem owej oficjalnej narracji i uznałem ją za prawdę. Otóż nic z tego. Ja wciąż twierdzę, że słowa które padły podczas tej konferencji były w przeważającej większości nic niewarte. Natomiast ten jeden moment, kiedy Trump nagle uderzył w wątek niemal osobisty musiał zrobić wrażenie na wszystkich. Niestety, jak się okazuje, nie na każdym. I stąd dziś ten przekaz: Rosja zwycięża. Tylko Unia Europejska nas obroni.
PS. Już po napisaniu tego tekstu znalazłem serię komentarzy na ultra-lewackim, wręcz komunistycznym,  amerykańskim portalu vox.com, gdzie Trump za swoją uległość wobec Putina jest wręcz wdeptywny w ziemię. Zachęcam i mam nadzieje, że ten kubeł zimnej wody ostudzi rozhisteryzowane umysły.

Książki tam gdzie zawsze. Serdecznie zachęcam.

poniedziałek, 16 lipca 2018

Wesoła przygoda czarnego parasola


      Wracałem z Wojtkiem i Wackiem z Wrocławia, dokąd pojechałem, by posłuchać, jak Gabriel opowiada o rzeczach, o których ja nie mam pojęcia  i które mnie w najmniejszym stopniu nie interesują, i Wacek nagle powiedział, że ja jestem prawdziwym artystą, bo jak byliśmy w Wąchocku na obiedzie z ojcami Cystersami, tylko ja zauważyłem, że jeden z nich je obiad palcami. Zdziwiło mnie to oczywiście bardzo, bo wydawało mi się, że jeśli siedzimy w sali pełnej ojców zakonnych i w samym jej centrum siedzi jeden z nich i, jak gdyby nigdy nic, trzyma w ręku kotlet schabowy, i nikt z jego kolegów nie zwraca na to uwagi, to jest to naprawdę coś. No ale przyjąłem tę uwagę, by natychmiast o niej zapomnieć. Przypomniała mi się owa sytuacja wczoraj wieczorem, gdy włączyłem sobie telwizję TVP Info, by zobaczyć co słychać w polityce, a tu się okazało, że tematem numer jeden jest zwycięstwo Francji i fantastyczna postawa Chorwacji. To co mnie jednak zainteresowało najbardziej, to to, że choć zgromadzeni w studio politycy poruszali wszystkie możliwe tematy, nikt z nich nie zwrócił uwagi na to, że po zakończeniu meczu, kiedy to dokładnie w momencie dekoracji drużyn zerwała się chmura i na jej uczestników, włącznie z prezydentami, przewodniczącymi, sędziami, by już nie wspominać o samych piłkarzach, spadła ulewa, która ich wszystkich przemoczyła do suchej nitki… to znaczy, na prawie wszystkich, bo w momencie gdy zaczęło padać, do prezydenta Putina natychmiast podbiegł umyślny z ogromnym parasolem, to w tym momencie jedynie Putin został jak należy zadbany. Czy może w tym momencie Putin rzucił się z parasolem w stronę prezydent Chorwacji, panią Kolindą Grabar-Kitarović, by ją ochronic przed deszczem, co, jak chyba wszyscy się zgodzimy, byłoby zagraniem na takim poziomie, że chyba wszystkie sankcje świata wobec Rosji w jednej chwili zostałyby zniesione? Ależ skąd. On stał bardzo zadowolony, że jest taki suchy, i nawet mu do głowy nie przyszło, że jego goście mokną. A więc uroczystość trwała, na wszystkich, włącznie z nadzwyczaj elegancko wystawioną prezydent Chorwacji, lały się strumienie wody, a przez dłuższy czas tylko nad kompletnie suchym Putinem rozpostarty był wielki parasol. A kiedy już Rosja się zorientowała w sytuacji i przybiegło kilku jej przedstawicieli z maleńkimi damskimi parasolkami, to wszyscy już mieli te parasolki głęboko w nosie, a pewnie tylko Putin myślał, że tego parasolnikowa za to że on dupuścił do tego, że lewy rekaw jego marynarki zmoczył desz, trzeba będzie zesłać na Sybir.
      Oczywiście nadzwyczajne było to, jak każdy z nich, włącznie z tym durniem Macronem, potrafił w tym mokrym stanie zachować fantastyczny wręcz nastrój i cieszyć się chwilą – a ja osobiście ten moment cenię sobie z całych mistrzostw niemal najbardziej –  mnie jednak zadziwia najbardziej to, że, jak już wspomniałem, z tego co widzę, poza mną nikt na to nie zwrócił uwagi. Ktoś powie, że polityka i sport powinny być starannie oddzielane, więc zwyczajnie nie wypadało, by odnosić się do czegoś w gruncie rzeczy tak drobnego jak parasol na łbem Putina, jednak nie: polityka w najmniejszym stopniu nie została tam zapomniana. Otóż zgromadzeni w studio komentatorzy większą część swojego występu poświęcili na dyskusję na temat tego, jak to Putin fantastycznie wręcz wykorzystał propagandowo te mistrzostwa, pokazując światu, jaki z niego światowy człowiek, a z Rosji cywilizowany kraj. Na temat tego parasola nikt jednak nawet się nie zająknął. Nikt nawet nie zwrócił uwagi na to, że w normalnym świecie numer z parasolem by Putina zwyczajnie zadusił. W normalnym świecie, Rosja w tym momencie zostałaby postawiona w szeregu najdzikszych dyktatur w historii najdzikszego świata z samego środka afrykańskiej dżungli. My jednak nie żyjemy w normalnym świecie, i nie chodzi mi o to, że my tu wszyscy uważamy, że parasol przysługuje tylko politycznym przywódcom. Nic podobnego! W końcu wszyscy jesteśmy ludźmi świadomymi odpowiedzialności, jaką obłożył nas współczesny świat i świetnie znamy wszystkie przepisy. Problem w tym, że myśmy się w tym wypadku zwyczajnie zagapili i tego parasola nie zauważyli.
     A może to faktycznie chodzi o to, że czasy są takie, że aby reagować jak człowiek, konieczne trzeba być artystą?

Zapraszam wszystkich do kupowania moich książek. To jest dziś być może najlepsza inwestycja. Choćby na prezent.

niedziela, 15 lipca 2018

Jean Claude Juncker to głupia moczymorda


      Wbrew temu, co możnaby było sądzić na podstawie adresu dzisiejszej notki, ona w najmniejszym stopniu nie jest poświęcona przewodniczącemu Komisji Europejskiej, lecz pewnemu guziczkowi, ja jednak zdecydowałem się na ów fantazyjny tytuł z dwóch powodów. Przede wszystkim zainspirowany faktem, że mój piątkowy tekst z Justinem Bieberem w tytule, mimo że tak naprawdę w ogóle nie był o Bieberze, znalazł się bardzo wysoko wśród najchętniej odsłanianych notek na tym portalu, pomyślałem sobie, że jeśli kolejny tekst zadedykuję Junckerowi, to być może pod względem popularności prześcignę nawet notkę Bosona na temat tego, co piszą w Wikipedii. Drugi powód owego oszustwa jest już bardziej techniczny. Otóż uznałem, że może dla spokoju duszy pewnego godnego ojca, ja nie będę tytułował swoich tekstów w sposób ironiczny, ciężki dla przeciętnego czytelnika do zrozumienia i przywalę prosto między oczy, tak by nie trzeba było tracić czasu na zastanawianie się, czy ja tak na poważnie, czy może dla żartu. Stąd też ten Juncker i moja nadzieja na ciekawą dyskusję.
      A zatem, skoro wczoraj podzieliłem się swoimi wrażeniami w sprawie, jak sądzę, przynajmniej na razie, szczerej bardzo wiary piosenkarza Justina Biebera, to nie chcąc schodzić z tego poziomu jeszcze niżej i komentować pijaństwa przewodniczącego Junckera, pozostanę przy wydarzeniach internetowych. Otóż, jak niektórzy z nas wiedzą, istnieje w Stanach Zjednoczonych całodobowy telewizyjny sportowy kanał o nazwie ESPN, wedle powszechnej opinii najbardziej wpływowy sportowy kanał telewizyjny na świecie. Od roku 2013, w Polsce nie jest on dłużej transmitowany, ale każdy miłośnik sportu z pewnością wie, z czym tu mamy do czynienia. Proszę sobie więc wyobrazić, że w ostatnich miesiącach sportowa Ameryka żyje tym, że jedna z największych gwiazd kanału, niejaka Jemele Hill, została odsunięta od prowadzenia flagowego programu stacji, o nazwie „Sports Center”. Czemu to jest takie ważne? Otóż z dwóch przyczyn. Przede wszystkim jest to pierwszy przypadek, gdy właściciele stacji – być może zresztą jakiejkolwiek stacji – ukarali dziennikarza za szerzenie lewicowych poglądów – konserwatystom takie przygody się już zdarzały – a po drugie ona została zwolniona na bardzo stanowcze żądanie Białego Domu, który poczuł się dotknięty niezwykle agresywnymi antytrumpowskimi komentarzami Hill, które ta zamieszczała na Twitterze. Wprawdzie zarówno ona sama, jak i przedstawiciele stacji, wyrazili skruchę i zapewnili, że to co Hill sądzi o Prezydencie to jest jej osobiste stanowisko, ale nic to nie dało. Ona oczywiście pracy nie straciła, ale programu już nie prowadzi, mimo że, jak słyszę, przez to ESPN straciła mnóstwo w żywej gotówce, a ona sama wręcz prosi, by ją wyrzucili do końca, by mogła znaleźć sobie jakąś lepiej płatną pracę.
      I teraz, proszę sobie wyobrazić, że w znanej nam wszystkim z pewnością stacji CNN odbyła się dyskusja związana z tą aferą, w której poza prowadzącą program Brook Baldwin i jakimś czarnym kimś, wystąpił, jak słyszę, bardzo znany, dziennikarz sportowy ze stacji Fox, Clay Travis. I oto ów Travis, poproszony o skomentowanie tego, co się stało, powiedział mniej więcej tak: „Uważam, że bardzo źle się stało, że Hill została odsunięta, ponieważ zawsze wierzyłem, że prawo każdego do wyrażania swoich opinii powinno być szanowane. I pewnie bym przeciwko temu protestował, gdyby nie fakt, że właściciele stacji wczesniej nie mieli żadnych skrupułów, by wyrzucać z pracy ludzi za głoszenie poglądów prawicowych. Ale i tak wciąż twierdzę, że są dwie rzeczy, w które zawsze wierzyłem i nie przestanę wierzyć: Pierwsza Poprawka i cycki”.
      W tym momencie w studio zapanowała taka konsternacja, że Baldwin zaczęła nerwowo chichotać, a nieznany mi czarny mało się nie zadławił z oburzenia. Poproszono więc Travisa, by potwierdził to, co przed chwilą powiedział, a ten, z czystym spokojem, powtórzył: „Tak. Pierwsza Poprawka i cycki to dwie rzeczy, które w historii naszego kraju nigdy mnie nie zawiodły i dwie rzeczy, w które wierzę absolutnie”. W tym momencie ta głupia Baldwin zapytała raz jeszcze, czy on faktycznie powiedział „cycki”, na co Travis odpowiedział, że oczywiście: Pierwsza Poprawka oraz cycki to są dwie rzeczy, które on bardzo lubi. Wtedy zabrał głos czarny i oświadczył, że jest zszokowany tak strasznym przejawem seksizmu, bo choć on kobiety lubi i szanuje, to uważa, że ta uwaga o cyckach była wysoce niestosowna, na co z kolei Travis z poważną miną zapytał: „A cycków nie lubisz?” No i już po chwili zrobiło się takie piekło, że Baldwin Travisa wyłączyła, rozmowę przerwała i przeprosiła wszystkich za to, że w tym szoku zrobiła to aż tak późno. No i program się skończył.
     Kto chce, może to sobie obejrzeć tutaj
a ja już tylko powiem, że ta Pierwsza Poprawka to jest jednak coś. Oni wciąż bardzo się starają, żeby do niej wprowadzić pewne przypisy i wyłączenia, ale Konstytucja to jednak Konstytucja i to jest naprawdę potęga. Niedawno oglądałem też rozmowę, którą Tucker Carlson, dziennikarz z prawicowego Fox News, przeprowadził z działaczką ruchu na rzecz zakazu posiadania broni, która podpisała apel o to, by skonfiskować Amerykanom trzymaną przez nich w domach broń półautomatyczną. Właśnie tak: skonfiskować. Dziennikarz zapytał tę kobietę, jak ona sobie wyobraża przeprowadzenie owej akcji w stosunku do kilku milionów tak zwanych „law abiding citizens”. Czy ona zdaje sobie sprawę, jak ci ludzie zareagują, gdy wpadnie do nich urzędnik z policjantem i każą im oddać broń, którą oni trzymają schowaną głęboko w garderobie. Kobieta, mimo wielokrotnie ponawianego pytania, wciąż unikała odpowiedzi i plotła coś o zamordowanych niewinnych dzieciach, pytajac Tuckera, co by on myślał, gdyby wśród ofiar były jego dzieci. Ten zatem zapytał ją, czy ona jest również za tym, by odebrać Amerykanom broń ręczną, która wedle wszelkich statystyk przyczynia się do 99 procent wszystkich zabójstw popełnianych w Ameryce, ponieważ ta jednak się wciąż wyślizgiwała, to w końcu dziennikarz zrobił dokładnie to samo, co wcześniej Baldwin zrobiła z Travisem, czyli ją wyłączył.
      Niby to samo, a jednak nie to samo. Różnica jest taka, że Travis został wyłączony za poglądy, a ta cwaniara za to, że przyszła do studia udając, że chce rozmawiać, a tak naprawdę uznała, że wystarczy wygłosić oświadczenie. I to rzeczywiście jest duża różnica. Góra stoi.

Zapraszam wszystkich, jak zawsze, do czytania moich książek. One są do kupienia tam gdzie zawsze. A co to znaczy „zawsze”, każdy kto jest zainteresowany, może sobie łatwo sprawdzić. A skoro już sobie wyjaśniliśmy, że chodzi o życie, zachęcam każdego komu się spodobał powyższy tekst, by przelał na moje konto o numerze 50 1050 1214 1000 0092 2516 8591 6 zł 90 groszy, czyli dokładnie tyle ile trzeba zapłacić każdego tygodnia za kolejny numer tygodnika „Sieci”.  

sobota, 14 lipca 2018

O piosenkach, które już znamy


          Kiedy Piotr Bachurski zaproponował mi, bym do jednego z wydawanych przez niego magazynów, miesięcznika „Bez Cenzury”, pisał kryminalne historie, oczywiście zgodziłem się natychmiast, jednak już w nastepnej chwili, zastanawiając się nad formą, jaką owa seria ma przyjąć, wymyśliłem sobie, że ostatnią rzeczą na jaką sobie pozwolę będzie to, by którykolwiek z tych tekstów dotyczył wyłącznie, a nawet przede wszystkim, samej „akcji”. Od samego początku wiedziałem, że owe teksty będą zawierać refleksje, dla których, czy to któreś z tych zabójstw, czy nawet ich autorzy, będą wyłącznie tłem i pretekstem. Czemu tak? A to z tego powodu, że to jest też metoda, jaką przyjąłem w momencie gdy zaczynałem prowadzić ten blog, której się trzymam do dziś i która, moim zdaniem, sprawia, że, jak do dziś, nigdy się nie zdarzyło, bym uznał, że którykolwiek z moich tekstów został tu wrzucony na tak zwany „odwal się”. Owych kryminalnych histori zdążyłem opublikować kilkanaście, bardzo dbając o to, by w każdej z niech znalazły się dwa, a może i nawet trzy poziomy, których odnalezienie będzie od czytelnika wymagało choćby drobnego wysiłku i to też prawdopodobnie ostatecznie doprowadziło do tego, że redaktor naczelny „Bez Cenzury” uznał, że tak dłużej być nie może i zlecił tę robotę komuś, kto będzie się potrafił lepiej odnaleźć w komunikacji z owym przeciętnym czytelnikiem. A dziś i tak, to tu to tam, przychodzi ktoś i mówi mi, że te teksty o mordercach to jednak był zwykły bulwar. Tak jakbym ja kiedykolwiek pisał teksty o mordercach.
           Tak to jednak jest, że ja wciąż trzymam się swojej starej zasady i bardzo uważam na to, by nigdy przenigdy nie napisać tekstu, który w jakikolwiek sposób będzie opisywał wyłącznie to co każdy z nas może przeczytać na Twittere, lub wysłuchać w telewizji TVP Info. I znów ktoś zapyta, czemu tak, a ja chętnie odpowiem, że to wszystko dlatego, że gdybym ja miał tu wyłącznie komentować bieżące wiadomości i ich publiczne interpretacje, spaliłbym się ze wstydu. Myśle zresztą, że większość osób, które czytają ten blog od lat, choć niekoniecznie go komentują, za to właśnie go ceni i dziś też wie, o czym mówię.
           Wspomniana metoda ma ten jednak minus, że, o czym z prawdziwym bólem przekonuję się od lat, a w tych dniach, jest mi z tym wyjątkowo ciężko, mam bardzo mocne wrażenie, że gdybym zaczął swoje teksty pisać tak jak redaktorzy tygodnika „Sieci” choćby piszą swoje cotygodniowe felietony, osoby, które tu komentują nawet by nie zauważyły, że coś się stało. Gdybym nie  poświęcał połowy tego czasu na wymyślenie dobrego tytułu, gdybym tyle samo czasu co na napisanie tekstu nie poświęcał na jego dopracowanie, większość czytelników nawet by tego nie zauważyła.  A zatem, że już pozwolę sobie przejść do sedna, gdybym ja napisał notkę o nawróceniu Justina Biebera, wzruszając się tym, jak ten dzielny człowiek ujrzał Boga i w ten sposób dołączył do grona wyborców Prawa i Sprawiedliwości, a zatytułował ją na przykład „Justin Bieber – człowiek nawrócony na miłość”, reakcja większości czytelnikow byłaby taka sama, jak była, kiedy napisałem tekst o tym, że nawet jeśli nawrócenie Biebera jest nieszczere i za siedem lat jego małżeństwo z jego ukochaną rozpadnie się w blasku dokłanie tych samych kamer, jakie towarzyszyły jego pięknym początkom.  Czyli i tak musiałbym czytać pouczenia, że jestem bardzo naiwny, skoro uważam, że tym celebrytom należy wierzyć, bo to są bardzo wrażliwi ludzie.
          I to jest coś, co mnie martwi w sposób wręcz dewastujący. Ten brak zrozumienia, ta powierzchowność, to przywiązanie do owej starej już bardzo zasady, tak znakomicie wyrażonej w filmie „Rejs” przez Zdzisław Maklakiewicza, gdy wyznaje, że lubi tylko te piosenki, które już zna, najzwyczajniej w świecie mnie demobilizuje. Jaki jest bowiem sens się napinać, wymyślać jakieś trzypiętrowe koncepty, dbać o to, by każde zdanie miało swój sens, kiedy w efekcie i tak wychodzi na to, że większość czytelników i tak dojrzy sam wierzchołek tej góry i zacznie mi tłumaczyć, jaki to ja jestem płytki, bo oni ów wierzchołek dojrzeli już parę dni temu? Napisałem tekst o tym, że nawet jeśli nawrócenie Biebera i ten jego list do ukochanej to jedynie część projektu sprzedażowego, to moim zdaniem, jego ewangelizacyjny efekt, będzie miał znacznie większy zasięg niż te żałosne sacrosongi organizowane z udziałem Darka Malejonka, Mietka Szcześniaka i Staszka Sojki. Wiedząc, że pojawienie się nazwiska Biebera musi u części znać wywołać pewną konsternację, z premedytacją, tak by każdy dureń się zorientował, w czym rzecz, zatytułowałem go w sposób w najwyższym stopniu ironiczny „Justin Bieber się zaręczył”, a dla pewności jeszcze skierowałem do nich specjalny apel, żeby mi nie tłumaczyli czym jest pop, a na to przychodzą moi podobno od lat czytelnicy i mi tłumaczą, że ten cały pop to gówno, a Bieber to wytatuowany oszust, jak cała reszta z nich. Czemu oni to robią? Przykro mi to mówić, ale powód jest zawsze ten sam. Oni lubią tylko te piosenki, które już słyszeli.
       I na tym temat Biebera kończymy, co i tak nic nie zmienia, bo jestem pewien, że nawet jeśli ja jutro napiszę tekst pod tytułem „Niech żyje Związek Radziecki” natychmiast pojawi się mój kolega Valser i zacznie mi tłumaczyć, że ja się w swoim entuzjazmie mylę, bo Związek Radziecki był do dupy, a on to wie, bo, w odróżnieniu ode mnie, w tamtych czasach żył. Czemu tak? To proste. On tę wiedzę ma i ją sobie bardzo ceni.

Książki, jak już wspominałem są tam gdzie zawsze, a ponieważ jestem w nastroju marnym, nie będę się tu dziś napinał i wypisywał odpowiednich adresów, bo myślę, że ci akurat, którym je trzeba przypominać każdego dnia, i tak ich nie będą potrzebowali.

          

piątek, 13 lipca 2018

Justin Bieber się zaręczył


      Dziś jest taka okazja, że zanim zacznę, chciałbym prosić wszystkich mądrali, których problemy kończą się tam, gdzie moje się zaczynają, by, kiedy już skończą czytać ten tekst i poczują potrzebę dyskusji, nie prawili mi oczywistości. Ja mam swoje lata i swoje doświadczenia, i naprawdę coś tam z tego świata rozumiem. Proszę sobie zatem wyobrazić, że znany nam tu i ówdzie piosenkarz Justin Bieber właśnie się zaręczył – tak, nie ożenił, nie przespał, nie zapoznał się, ale właśnie zaręczył – z pewną modelką i ogłosił to wydarzenie na swoim Instagramie. Ponieważ jest Bieber piosenkarzem bardzo popularnym, zwłaszcza wśród pewnej dość szczególnej grupy dzieci, ów wpis został w jednej chwili przeczytany przez kilkanaście milionów fanów. Proszę zatem zobaczyć, czego te dzieci się dowiedziały. Moje tłumaczenie:

      Nie planowałem tego jeszcze ogłaszać, ale informacja mknie bardzo szybko. Posłuchaj Hailey tych prostych słów. Jestem tak bardzo zakochany we wszystkim, czym jesteś. Pragnę spędzić z Tobą całe swoje życie, z każdym dniem poznając każdą Twoją cząstkę, kochając Cię cierpliwie i serdecznie. Obiecuję opiekować się naszą rodziną z powagą i konsekwencją, tak by Jezus wraz z Duchem Świętym prowadził nas w naszej drodze i wspierał w naszych postanowieniach. Moje serce jest całkowicie Twoje i obiecuję, że zawsze będziesz na pierwszym miejscu. Jesteś miłością mojego życia, Hailey Baldwin, i nie chcę go spędzić z nikim innym. Sprawiłaś, że stałem się lepszym człowiekiem i mam nadzieję, że będziemy się pięknie uzupełniać. Już nie mogę się doczekać najlepszego dnia w swoim życiu. To dziwne, bo nagle widzę, że z Tobą wszystko zaczyna mieć sens. Dodatkowo mnie raduje nadzieja, że również mój młodszy brat i siostra stworzą w swoim życiu szczęśliwe i trwałe małżeństwa. Nie mogę uwierzyć, jak doskonale Pan Bóg to zaplanował. Zaręczyliśmy się  siódmego dnia, siódmego miesiąca, a siódemka to symbol duchowej doskonałości. To jest fakt! Możesz to sobie wyguglować. Przecież to jest jakiś obłęd! Przecież ja nigdy tego nawet nie planowałem, a dziś myślę, że i ta data pomoże jakoś zabezpieczyć naszą przyszłość i kiedy będziemy mieli po 70 lat, będziemy jeszcze lepsi. A więc lećmy! ‘Kto znalazł żonę - dobro znalazł i zyskał łaskę u Pana’. Oto rok łaski”.

      Oto więc podobno rok łaski, a przy okazji moja refleksja. Choć oczywiście życzę Bieberowi i jego ślicznej narzeczonej wszystkiego dobrego, starając się bardzo wierzyć, że ta jego dzisiejsza oczywista szczerość, nie jest zaledwie kaprysem, po którym za rok, czy dwa, czy choćby i, nomen omen, lat siedem nie eksploduje kolejnym głośnym rozwodem. Jednak już dziś myślę sobie, że sam fakt, że ten jego wpis na Instagramie, w tej właśnie chwili, ze łzami wzruszenia, tłumaczą sobie kolejne miliony dzieci na całym świecie, to jest ewangelizacja, jakiej świat nie widział. Nawet jeśli w najbliższą niedzielę do swojej pierwszej spowiedzi w życiu nie pójdą miliony, ale zaledwie tysiące.

Moje książki są do kupienia jak zawsze w księgarni pod adresem www.basnjakniedziwedz.pl, ale też i tu na miejscu. Proszę o kontakt mailowy: k.osiejuk@gmail.com.