czwartek, 24 kwietnia 2014

Z Jarosławem Kuźniarem po zwycięstwo

Każdy kto czyta naszego kolegę Coryllusa, miał z całą pewnością okazję zwrócić uwagę na fakt, że mamy do czynienia z kimś praktycznie całkowicie odciętym od kontaktu z mediami. Na czym ów stan dokładnie polega? Przede wszystkim na tym, że w jego domu nie ma ani radia, ani telewizora, a jeśli pojawi się od czasu do czasu jakaś gazeta, to naprawdę bardzo rzadko i tylko w tym jednym celu, by mógł on sprawdzić coś, o czym mu doniesiono, a dane internetowe są niepełne, lub wręcz nie istnieją. Skoro już znamy sytuację, zastanowić się wypada, jakie są skutki tego stanu rzeczy? Przede wszystkim, wszystko to, co Coryllus pisze, obejmuje niemal wyłącznie przestrzeń idei. W jego tekstach praktycznie nie pojawiają się nazwiska dziennikarzy, polityków, czy znanych nam z telewizji komentatorów. Nie ma zatem faktycznej możliwości, by ktoś kto zajrzy na blog Coryllusa znalazł tam tekst, w którym on szydzi z jakiegoś redaktora Morozowskiego, czy byłego ministra Nowaka. To już bardziej prawdopodobne jest to, że, zapytany o jednego czy drugiego, Coryllus odpowie, że nie bardzo te nazwiska mu się kojarzą.
Jest jednak pewien znaczący wyjątek od tej zasady. Przy okazji jakichś świąt, czy w wakacje, Coryllus z żoną i dziećmi wyjeżdżają z wizytą do babci, a tam nie dość że jest i telewizor, to jeszcze gazety, a nie dość że gazety, to same najprzedniejsze, czyli „Wyborcza”, „Polityka” i „Wysokie Obcasy”. I w tym momencie Coryllus, zupełnie jak mój wygłodniały labrador, rzuca się czy to na ów papier, czy na ekran telewizora, i chłonie… Wszystko: filmy, telewizyjne dyskusje, wiadomości, artykuły jakiejś Janiny Paradowskiej, Wojciecha Maziarskiego, czy Kazimiery Szczuki – bez różnicy i bez wyjątku. A potem wraca do domu, a my możemy mieć pewność, że kilka kolejnych jego notek nie będzie dotyczyło historii Czech, Polski Jagiellońskiej, czy Anglii, powieści Llosy, ani rynku wydawniczego w kraju i na świecie, ale właśnie rozprawiania się z tym telewizorem, czy bandą idiotek z „Wysokich Obcasów”.
Czy mnie to dziwi? Absolutnie! Powiem wręcz, że ja tę postawę doskonale rozumiem choćby z tego powodu, że sam bardzo dobrze wciąż pamiętam, jak sam przed laty nie zajmowałem się praktycznie niczym innym, jak wyszukiwaniem odpowiednich inspiracji w telewizji TVN24, czy w jakichś „Rzeczpospolitych”, czy „Dziennikach”. I wiem równie dobrze nie tylko, jak bardzo to potrafi wciągać, ale jak tam faktycznie wiele można znaleźć naprawdę fantastycznych tematów.
Dziś telewizję oglądam tylko jeśli chodzi o piłkę nożną i tenis, z gazet czytam po łebkach tygodnik „W Sieci”, który lubi mieć w domu moja starsza córka, a poza tym już mam tylko ten Internet i blogi. I powiem szczerze, że nie czuję ani jakiegokolwiek żalu, ani utraty. Mam wręcz wrażenie, że zajmowanie się tu na tym blogu tym, co nam przynoszą media ma niemal same wady. Przede wszystkim, nie jestem w stanie pozbyć się podejrzenia, że to czego dostarczają nam telewizje czy gazety stanowi czystą fikcję, w dodatku fikcję w której nie jesteśmy nawet rozpoznać właściwych hierarchii, a co gorsza fikcję, gdzie nawet najprawdziwsza prawda staję się zupełnie niepostrzeżenie kłamstwem, a to, jak wiemy, jest już czymś bardzo, ale to bardzo niebezpiecznym, i lepiej się od takich stanów trzymać z daleka.
Jest jednak jeszcze coś, co sprawia, że czynienie z doniesień medialnych tematu notek jest niewarte przysłowiowej wyprawki. Otóż moje doświadczenie jest takie, że niemal zawsze, kiedy mam ochotę zwyczajnie ponarzekać na jakiegoś Mazurka, czy Lizuta, musi natychmiast zjawić się któryś z komentatorów, który mi powie coś mniej więcej takiego: „To ty czytasz to gówno?”, albo „A kto to taki ten Lisut, bo nie znam?” A to, jak wiemy, bywa czymś najgorszym. To jest coś tak irytującego, że ja, słysząc tego rodzaju popisy, zwyczajnie tracę chęć do dłuższego przebywania w tym miejscu.
Mimo to, wiele wskazuje na to, że przez najbliższy przynajmniej czas będę się zajmował tym, co znalazłem w mediach. Tym razem już jednak ani w TVN-ie, ani w Superstacji, ani w Polsacie, czy we „Wproście” – ten rozdział i jest już dawno zamknięty, ale może przede wszystkim wielokrotnie przeżyty – ale w dostępnych mi mediach prawicowych. Poza tym, chyba nigdy tak jak tym razem nie miałem poczucia, że to jest coś, co mam wręcz obowiązek robić: siedzieć tam od rana do nocy i pokazywać na nich palcem. Nieraz już tłumaczyłem tego powody, ale może wypada mi to zrobić jeszcze raz.
Otóż, inaczej niż głosi wspomniany wcześniej Coryllus, ja jestem bardzo mocno przekonany, że Prawo i Sprawiedliwość wygra najbliższe, a po nich już wszystkie w tej serii, wybory. Prawo i Sprawiedliwość wygra te wybory, przejmie władzę, Platforma Obywatelska podzieli los dawnej Unii Wolności, w jej miejsce System stworzy coś zupełnie nowego… i wtedy zacznie się atak; atak, przy którym to, co przeżywaliśmy przez pamiętne dwa lata rządów koalicji PiS-u, Samoobrony i LPR-u będzie zaledwie miłym wspomnieniem. I atak ów będzie tym cięższy, im wyraźniejsze będzie nasze zwycięstwo. I stanie się tak, że przeciwko tej nowej agresji my będziemy mogli wystawić tylko dwa oddziały: uczciwą i zdeterminowaną władzę, i uczciwe i profesjonalne media. Jeśli tego zabraknie, Prawo i Sprawiedliwość wśród powszechnego gniewu i w atmosferze szyderstwa, zostanie wyrzucone poza polską politykę na zawsze. Otóż ja bardzo wierzę w to, że Jarosław Kaczyński jest w stanie – choć Bóg mi świadkiem, że nie wiem, jak – zapewnić nam rządy mądre, uczciwe i skuteczne, dzięki którym Polska zacznie się powoli wydobywać z tego nieszczęścia, w które wepchnął ja Donald Tusk i cały ten projekt znany pod nazwą Platformy Obywatelskiej. Ale wiem też, że, podobnie jak to będzie w przypadku wielkości tego zwycięstwa, im lepsze i dobre dla Polski będą te rządy, tym większa będzie nienawiść zarówno polskiej, jak i zagranicznej popkultury. I tu bez sprawnego i mądrego wsparcia niezależnej prasy i telewizji, nie damy rady.
Tymczasem, z tego co widzę, na to nie mamy w tym momencie co liczyć. Jak wszystko na to wskazuje, ci, którzy najprawdopodobniej będą stanowić tak zwaną medialną oprawę tego co ma się stać projektem dla Polski, to jest od początku do końca banda durniów, którym się wydaje, że ludzie są tak głupi, że dla nich nawet nie trzeba się szczególnie wysilać, żeby wszystko co się im powie, przyjęli. To jest wyłącznie kupa nadętych cwaniaków, przekonanych, że skoro przez osiem lat, parę stacji telewizyjnych i kilku wynajętych dziennikarzy potrafiło skutecznie robić wodę z mózgu połowie społeczeństwa, to znaczy, że oni powinni to zrobić dokładnie w ten sam sposób, tyle że jeszcze lepiej i jeszcze skuteczniej. I ani im do głowy nie przyjdzie, że działając bez wsparcia Systemu to swoje cwaniactwo mogą sobie wsadzić sam środek czegokolwiek. I wszystko wskazuje na to, że mam w tych swoich podejrzeniach rację.
Oto w kultowym wręcz już ostatnio na tym blogu portalu wpolityce.pl znalazłem wiadomość zatytułowaną „Co Kuźniar miał na myśli? Cudaczne zapiski dziennikarza TVN-u. Zobacz!” z dużym kolorowym zdjęciem, na którym najpierw widzimy dziennikarza TVN24 Jarosława Kuźniara z magazynem „Playboy” w ręku, a poniżej następujący tekst:
Widzowie od dawna zastanawiają się, co chodzi po głowie prezenteraTVN24, Jarosława Kuźniara. Rąbka tajemnicy uchylił sam zainteresowany. Kamerzysta stacji telewizyjnej uchwycił jego tajemnicze notatki… Kartki z tekstem pomocnym przy zapowiadaniu kolejnych materiałów pokryły się hieroglifami popełnionymi długopisem Kuźniara. Co przedstawiają? Cyfry, figury geometryczne, a nawet fragment postaci… Zobaczcie sami”.
Pod spodem natomiast widzimy zdjęcie typowych notatek, jakie pewnie każdy telewizyjny dziennikarz ma przed sobą, a tam faktycznie jakieś gryzmoły: kwadracik, kreska, jakieś kółko… żadnej nawet postaci – w sumie nic. Prawdopodobnie Kuźniar prowadził kolejny program i ponieważ, jak wiemy, pisanie po tych kartkach jest elementem dziennikarskiego sznytu, a on akurat nie miał nic do notowania, coś sobie bazgrał. Jeszcze coś? Może chociaż – skoro pojawił się ten „Playboy” – jakiś penis, czy cycki? Nic. Tyle. Oto cała wiadomość. I oto cały powód, dla którego redaktorzy prawicowego portalu w polityce.pl postanowili się zająć Kuźniarem. No i oczywiście cały dowód na to, że Kuźniar to kretyn i my mamy głosować na Kaczyńskiego, bo on do propagandowej roboty zatrudni Krzysztofa Feusette i wreszcie będzie tak jak zawsze miało być.
Ale tu jest coś jeszcze. Otóż podana przez portal informacja zdobyła sześć czy siedem może komentarzy internautów, z których trzy mniej więcej tej samej treści: „To jest poziom, którego powinniście się wstydzić”. Oprócz tego jest też złośliwy, choć niezwykle dowcipny, komentarz jakiegoś podpisującego się nickiem „azor” antypisowca który pisze, że ten kwadracik, jaki Kuźniar narysował to pewnie dowód na obecność trotylu na pokładzie tupolewa i jeden stanowiący na te złośliwość odpowiedź, którą przytoczę w całości, w oryginalnym brzmieniu:
Jedno jest pewne że azor ma odbyt jak Rów Mariański .Tak ostro palipierdolec rozkalibrował ryj azora i odbyt,rózowym .azor a wArczysz jak palipierdolec rzuca ci różowy aport”.
A ja już na sam koniec powiem tylko jedno, i akurat nie to, że najwidoczniej moderatorzy portalu wpolityce.pl postanowili dorównać temu, co znamy z „Wyborczej”, bo tu przynajmniej idziemy łeb w łeb. Mnie bardziej chodzi o to, że bracia Karnowscy plus Załoga uznali, że oni się będą troszczyć o internautę Azora i reprezentowana przez niego publiczność, i w ten sposób Polska stanie się wolna, zasobna i sprawiedliwa
Otóż ja Wam obiecuję, że zrobię wszystko, żeby wam się nie udało.

Przypominam, że nakład moich dwóch pierwszych książek, wydanych jeszcze jako książki Toyaha, jest już niemal wyczerpany, i w związku z tym, Gabriel sprzedaje je po marne 15 złotych. Szczerze polecam. To jest naprawdę okazja. Zarówno one, jak i wiele jeszcze innych rzeczy do nabycia pod adresem www.coryllus.pl
I jeszcze jedna wiadomość bieżąca. Zmianie uległ adres w paypalu. Od dziś łączymy się przez toyah@toyah.pl

środa, 23 kwietnia 2014

Lezą nasi, z "Barką" na ustach

Jak dobrze wiedzą czytelnicy tego bloga, on ostatnio, w swojej podstawowej treści, stanowi walkę z planem, jaki najwyraźniej szykuje nam tak zwany prawicowy mainstream na wypadek przejęcia przez Prawo i Sprawiedliwość władzy w kraju. Krótko bardzo mówiąc, chodzi o to, by, kiedy już premierem zostanie Jarosław Kaczyński, a za medialną propagandę wezmą się tak zwani „nasi”, dało się wykorzystać wszystkie nauki jakie płyną z niemal ośmioletniej działalności propagandowej Systemu, tyle z tym założeniem, że my to zrobimy lepiej, bardziej, no i przede wszystkim prawdziwiej. A zatem, my naprawdę zadbamy o to, by już nigdy więcej nie funkcjonowały w przestrzeni publicznej takie kłamstwa jak te, że Antoni Macierewicz ma twarz wykrzywioną nienawiścią, ale że twarz wykrzywioną nienawiścią ma minister Rostowski. No i żeby, jak to niedawno zgrabnie ujął Ryszard Makowski, zawsze znalazło się tam coś dla prostego człowieka.
Niedawno poświęciłem tej sprawie osobną notkę i natychmiast pojawił się komentarz oburzonego czytelnika, który zażądał, bym dostarczył dowodów na to, że prawicowe media traktują ludzi jak najgorszych durniów, a w tym postępowaniu są tak zawzięci, że przy nich bledną media postkomunistyczne.
Wstydząc się jak cholera tego, że muszę tłumaczyć to, co tłumaczenia nie wymaga, robiłem oczywiście co mogłem, ale szczerze powiem, że wciąż nie wiem, czy moje wyjaśnienia mogły się w ogóle okazać potrzebne komuś, kto najwyraźniej i tak nie widzi, nie słyszy i nie czuje. Tymczasem jednak w przerwach, jakie w sposób naturalny pojawiły się podczas minionego świętowania, zajrzałem parę razy do Internetu, i proszę spojrzeć co znalazłem. W wpolityce.pl pojawiło się, jako trzecia wiadomość wśród tak zwanych „informacji najważniejszych” coś takiego. Ponieważ nie udało mi się zrobić z tego wystarczająco mocnego skrótu, oto całość:
To się nazywa fantazja! 30-letni Arkadiusz Ł. poszukiwany listem gończym postanowił ukryć się przed funkcjonariuszami, którzy odwiedzili jego mieszkanie. Najwyraźniej za bardzo uwierzył w swoją zdolność do kamuflażu. Śledczy znaleźli go leżącego nieruchomo na łóżku.
Mężczyzna, wobec którego zasądzono trzymiesięczny tymczasowy areszt liczył na to, że cienka kołdra nie pozwoli policjantom na zauważenie jego obecności. W końcu tonący brzytwy się chwyta…
A warto pamiętać, że funkcjonariusze z komendy stołecznej zajmujący się poszukiwaniem i ściganiem dokładnie ustalili miejsce pobytu 30-latka. Pojawili się pod właściwym adresem z samego rana. Co ciekawe, kiedy zapukali do drzwi usłyszeli głośny szept mężczyzny rozmawiającego przez telefon. Nie kwapił się jednak otworzyć drzwi mundurowym.
W końcu policjanci zwrócili się o pomoc do straży pożarnej. Dopiero zjawienie się strażaków, umożliwiło wkroczenie do mieszkania przez balkon. To, co funkcjonariusze zobaczyli na miejscu mogło wywołać tylko uśmiech politowania. Okazało się, że ścigany mężczyzna leży schowany pod… kołdrą.
Arkadiusz Ł. ma teraz dużo czasu na wymyślanie lepszych kryjówek. Obecnie przebywa w areszcie śledczym, w którym spędzi co najmniej 3 miesiące”.
Przepraszam bardzo, ale ja już nie mam siły do tych ludzi. Ja ich nie rozumiem, oni mnie wyprzedzają pod każdym względem i powiem uczciwie, że już naprawdę nie widzę innego sposobu, jak tylko ten, by w nich walić, jak w kaczy kuper. Dzień po dniu, od rana do wieczora. I naprawdę nie chodzi mi o to, że autorem powyższego jest wspominany ostatnio przez mnie specjalista od grzebania w śmietnikach z nadzieją, że uda mu się znaleźć jakiegoś odpowiednio interesującego trupa, ale o problem znacznie poważniejszy. Dziennikarze tygodników „Do Rzeczy”, „W Sieci”, wpolityce.pl, czy Telewizji Republika naprawdę stoją pierwsi w kolejce do tego, by tworzyć elitę przyszłego układu władzy, a człowiek, którego tekst omawiam wyżej, a którego nazwiska wstyd mi powtarzać, z całą pewnością znajdzie swoje miejsce w rozdaniu, które musi nastąpić. A jeśli tak się stanie, wystarczy parę miesięcy, żebyśmy się nie pozbierali najpierw ze wstydu, a następnie spod gradu zgniłych pomidorów, którymi niechybnie zostaniemy zasypani. I ja daję słowo, że nie rozumiem, czemu oni to robią. Oto ukazuje się kolejny numer tygodnika „W Sieci”, gdzie na okładce widzimy Jana Pawła II z zaciśniętą w złości twarzą, który nam wygraża pięścią, a obok tytuł-informacja, że Jan Paweł II byłby wściekły na III RP. Przepraszam bardzo, ale to jest bez porównania coś gorszego, niż wczorajsza paplanina Tuska, że papieżowi bardzo by się spodobał klip za 7 milionów o Polsce nucącej „Hey Jude”, bo to był człowiek z poczuciem humoru i dystansem.
A zatem, raz jeszcze: Co to za ludzie? Rozumiem, że część z nich to zwykli durnie, których nam Dobry Bóg zesłał szczodrze i po równo, ale oto niedawno miałem okazję, również na wspomnianym portalu wpolityce.pl, czytać tekst czołowego przecież naszego dziennikarza Jerzego Jachowicza, gdzie on ni mniej ni więcej jak tylko zastanawiał się nad tym, do kogo podobny jest z twarzy były minister Jacek Rostowski. Popatrzmy na fragment tych refleksji:
Obawiam się jednej rzeczy, że pod wpływem kłamstw i fałszywych oskarżeń PiS o wszystko, co najgorsze, twarz Rostowskiego może zdeformować się do tego stopnia, że zatraci ludzkie rysy. Wtedy mogłaby zamienić się w głowę… nie, nie jestem w stanie tego słowa wypowiedzieć. Czy on naprawdę tego nie widzi? Niech się przejrzy w Niesiołowskim”.
A ja się już zwrócę może do nas samych, czy tego naprawdę nie widać, co oni wyprawiają? Popatrzmy więc może na coś takiego:
Obawiam się jednej rzeczy, że pod wpływem kłamstw i fałszywych oskarżeń rządu o wszystko, co najgorsze, twarz Kaczyńskiego może zdeformować się do tego stopnia, że zatraci ludzkie rysy. Wtedy mogłaby zamienić się w głowę… nie, nie jestem w stanie tego słowa wypowiedzieć. Czy on naprawdę tego nie widzi? Niech się przejrzy w Macierewiczu”.
Niechby coś takiego spłodził chory umysł jakiegoś Maziarskiego, lub Lisa. Co byśmy wtedy sobie pomyśleli nie o tym przesłaniu, ale o tym poziomie dziennikarstwa? Jakie mielibyśmy reflesksje, gdy idzie o tak zwany dziennikarski obiektywizm, gdy idzie o to, co nam oferuje dzisiejsza władza. Otóż ja odpowiem na to pytanie dokładnie tak samo, jak odpowiedziałem jeszcze w zeszłym roku, kiedy bohater dzisiejszej notki portal wpolityce.pl opublikował sondaż pod tytułem „Czy wstydzisz się za radnych Platformy Obywatelskiej?”: nie mielibysmy żadnych z tej prostej przyczyny, bo tego typu tekst nie mógłby wyjść ani spod palca Wojciecha Maziarskiego, ani Tomasza Lisa. Oni bowiem nawet jeśli nie mają wstydu, mają pewną dyscyplinę związaną z podstawowym choćby szacunkiem dla czytelnika.
A zatem, powtarzam po raz kolejny: Nadchodzą nasi. Szykujmy się na poważne wrażenia.

Przypominam wszystkim, że w księgarni Coryllusa pod adresem www.coryllus.pl wciąż włączona jest promocja na szereg książek, których nakład się powoli wyczerpuje, w tym na obie książki Toyaha. To jest zaledwie 15 zł. od egzemplarza, a zatem nie ma powodu, by zwlekać, nawet jeśli ktoś już je ma. Na prezent będą jak znalazł. No i jak zwykle, serdecznie proszę o stałe wspieranie tego bloga. Bez Waszej pomocy nie ma nic. Dziękuję.

wtorek, 22 kwietnia 2014

Z minister Bieńkowską na Woodstock

Jeszcze przed Świętami mój stały dostawca tematów do tego bloga był uprzejmy przysłać mi link do strony hyperreal.info, o której istnieniu dotychczas nie miałem najmniejszego pojęcia, a która, owszem, zrobiła na mnie autentyczne wrażenie. To co tam się przede wszystkim rzuca w oczy, to cały jej wystrój – najtańszy, najbardziej skromny, wskazujący na to, że tak zwany „target”, na który strona owa jest kierowana, nie potrzebuje żadnej oprawy; jemu w całości wystarcza treść.
Jaka to treść? Link który otrzymałem, kierował mnie akurat na treść w całości dotyczącą kokainy, z uwzględnieniem potrzeb osób albo już kokainę zażywających, ewentualnie tych, którzy dopiero planują się nią zainteresować. Sam tekst jest bardzo długi, pełen wszelkich możliwych szczegółów, mówiąc jednak najkrócej, tworzy on solidny poradnik dla każdego faktycznego, czy dopiero potencjalnego narkomana. To na co jednak mój kumpel zwrócił moją uwagę, to nie tyle sam tekst i sam fakt istnienia tego typu strony, lecz to, że tuż obok stoi jak byk reklama wyborcza niejakiego Macieja Kowalskiego, tak zwanej „dwójki” na zachodniopomorskiej liście kandydatów do Parlamentu Europejskiego z ramienia Europy Plus (Kwaśniewski, Kalisz, Siwiec). Jak mówię, tam poza tekstem nie ma prawie nic więcej, więc owa reklama na hyperreal.info stanowi praktycznie jedyny graficzny akcent.
Czemu, ktoś spyta, nas tak bardzo sprawa zainteresowała? Można by pewnie krótko odpowiedzieć, że poszło o owo spięcie między treścią a reklamą, które robi przecież pewne wrażenie. Wrażenie też robi filmik z wypowiedzią byłego ministra Marka Balickiego, który tłumaczy jak ważna rzeczą jest, by polskie prawo przystosowało się, jeśli idzie o narkotyki, do trendów europejskich. Nie można też przegapić reklamy jakiejś klubowej imprezy w Tychach, która zapowiada się, jako prawdziwa atrakcja dla wszystkich przyjaciół tego projektu. Jednak jest tu coś jeszcze, na co zwróciłem już sam uwagę, zaglądając w różne zakątki hyperreal.info. Otóż ja oczywiście nie mam pojęcia, czy to z czym mamy tu do czynienia jest w naszym kraju czymś wyjątkowym, a jeśli nie, czy jego pozycja na rynku narkotykowym – bo z całą pewnością, możemy tu już mówić o rynku – jest jakoś szczególnie znacząca. Wiem jednak, że jest to przedsięwzięcie na bardzo dużą skalę. Liczba przekierowań, jakie on niesie jest tak ogromna i niesie treści tak szokujące, że bardzo bym się zdziwił, gdyby się miało okazać, że to nie jest w pierwszym rzędzie internetowy sklep z jednym jedynym asortymentem: narkotykami. To co tam widać jest najzwyczajniej w świecie coś tak obezwładniającego, że ja zwyczajnie nie mam ani sposobu, by to choćby spróbować opisać, ale też nie sądzę, by z owego opisu płynęła dla nas jakaś praktyczna korzyść. Znalazłem natomiast tam coś, co nas musi zainteresować, a przy okazji z całą pewnością przeniesie w rejony nam znacznie bardziej praktyczne, a tym samym bliższe, i dzięki czemu już wkrótce będziemy się potrafili znacznie lepiej odnaleźć wobec kolejnej edycji organizowanego rok w rok przez Jerzego Owsiaka Festiwalu Woodstock. Słyszeliśmy już na jego temat wiele, ale uważam, że dopiero ta relacja, i tak siłą rzeczy przeze mnie mocno okrojona, pozwoli nam uzyskać odpowiednią perspektywę. I załóżmy, że to będzie pierwszy cel publikacji przeze mnie tego świadectwa, no i pierwsza płynąca z niej korzyść. Proszę się trzymać krzeseł.

Na wstępie muszę zaznaczyć, że raport był pisany „na raty” pod wpływem różnych substancji jak 4-ho-met, 4-aco-dmt, 2cp, MJ, a część na trzeźwo. Tak więc jest on zróżnicowany pod względem stylu jak i spojrzenia na opisywane wydarzenia.
Woodstock. Godzina około 13stej. Ostatnie 2 godziny spędziłem na umieraniu w palącym słońcu stojąc w kolejce pod prysznic. Myślałem, że trochę dobrej MJ umili nam czekanie, ale po spaleniu gibona zarówno mi jak i A zrobiło się słabo. Poszedłem pod kraniki schłodzić się odrobinę.
Myślę nad wybraniem się do Kriszny w celu zjedzenia czegoś, ponieważ ostatnio jadłem dzień wcześniej po południu i z tego względu jestem dość słaby, a wiem, że po homecie raczej nie uda mi się niczego zjeść. Stwierdzam, że może jednak najpierw przyjmę metocynę, a dopiero potem wybiorę się coś zjeść- miałem nadzieję, że zdążę zanim wejdzie.
Zastanawiałem się czy wziąć 30 czy 20 mg. Biorąc jednak pod uwagę, że jestem dość niewyspany i głodny stwierdziłem, iż 20mg będzie odpowiedniejszą dawką. Suma summarum zjadłem jednak około 25mg, gdyż na kartce po dzieleniu zostało sporo osadu, więc zlizałem wszystko w myśl zasady „nic się nie może zmarnować”. Jak się później okazało decyzja o zjedzeniu mniejszej dawki była drugim najlepszym pomysłem tego dnia, zaraz po tej o niejedzeniu śniadania.
Dobra, zarzucone, teraz szybko do Kriszny póki jeszcze rozumiem jak racjonalnie używa się tych śmiesznych papierków w różnych kolorach z wizerunkami króli. Zamieniłem jeszcze kilka słów ze znajomymi i ruszyłem w podróż kilka minut później. Idąc drogą przez las zacząłem dostrzegać już zwiększone nasycenie kolorków i delikatne falowanie. Czuję, że coraz bardziej mi wchodzi, a równocześnie coraz bardziej odchodzi mi ochota na jedzenie. Przyspieszam kroku, idzie mi się bardzo lekko i „wesoło”. Dochodzę do Kriszny.
Bodyload już prawie znikł. Po ok 40 minutach od wyjścia z obozowiska nagle stwierdzam, że mam już siłę i czas powoli wracać, by zobaczyć jak tam sobie radzą współtripowicze i podzielić się z nimi wrażeniami.
Wróciłem do obozowiska. Podróżnicy w dobrym humorze, chociaż A, która zjadła 30mg nie poczuła kompletnie nic. Jest mi smutno, że nie może zobaczyć tego co my, a przynajmniej ja.
Wchodzę do czyjegoś namiotu. Patrzę na ścianki sypialni namiotu (chodzi mi o to tekstylne coś). Oprócz falowania i rozciągania pojawiły się to tu to tam plamy tęczy (coś jak na krople benzyny na kałuży). Ta tęcza ma w sobie jakiś ukryty przekaz. Zdaje mi się, że jest ona przebłyskiem idealnego wszechświata równoległego, bramobłędem w matrixowej powłoce ochronnej…
Pada pomysł by iść na piwo. Stwierdzam, że to świetna okazja do integracji z resztą wielkiej woodstockowej rodziny. Po drodze mijamy wioskę piratów na rozstaju dróg, która zdaje się być statkiem pod piracką banderą na tym spokojnym, harmonijnie ustabilizowanym oceanie festiwalu.
Dochodzimy do namiotów z piwem. Stwierdzam, że nie mam ochoty go pić. W końcu po co komuś kto czuje się jak bóg napój tak ułomny i przymulający jak piwo? W tym momencie wpada mi do głowy myśl, że sensem Woodstocku nie jest to, by dojść w określone miejsce, bo wtedy mamy do czynienia z uczuciem zakończenia czegoś, dojścia do pewnej granicy. Na Woodstocku powinno się po prostu chodzić, gdyż jest to zgodne z nieskończoną strukturą wszechświata.
Wracamy do obozu. Jest 38 stopni. Porywam 5L baniak z wodą. Wiem, że będzie to mój najlepszy przyjaciel tego dnia. Piję kilka łyków momentalnie odzyskując całą energię. Już wiem! Woda jest moim głównym zasilaniem. Od dziś piję wodę, zasilam się sacharozą i zagryzam witaminami w tabletkach. Prawie idealny posiłek dla prawie idealnego stworzenia. Kumpel obok mnie pije wódę. Częstuje mnie, ale mnie aż skręca na myśl o piciu rozpuszczalnika w takich warunkach. Mówię mu, że dostanie udaru, ale nie słucha. (kilka godzin później prawie dostał udaru, odwieźli go ratownicy)
Następnie dotarłem pod dużą scenę (nazwaną przez jednego z współtripowiczów maszynownią) gdzie z nieba lał się żar, a krajobraz był iście marsjański. Rudo-brunatną pylistą nawierzchnię fotony bombardowały z tak potężną energią, że aż widoczna była wyraźna niebiesko-ultrafioletowa poświata. Chciałem zrobić zdjęcie, ale obsługa urządzeń elektronicznych zawsze sprawia mi problemy w tym stanie. Byłem pewien, że udało mi się zrobić zdjęcie, jednak na drugi dzień okazało się, że jednak nie…
Postanowiliśmy zapalić szczyptę dobrej sativy by podbić trochę efekty słabnącego już 4-H.
Nastąpił delikatny nawrót OEV’ów. X zaczął opowiadać o genezie nazwy jego zespołu. Tutaj wspomnienia są dość mocno zamazane, pewnie przez marihuanen i niski poziom cukru. Pamiętam jedynie, że było zabawnie.
Było około 17-18 gdy zacząłem dość wyraźnie tracić siłę na cokolwiek. To ten moment! Teraz uda mi się coś zjeść.
Kriszna- podejście II Biorę do ust trochę ryżu i… eksplozja smaku! Na pewno w dużej mierze mogę zawdzięczać to temu, że 2 tyg przed woodem rzuciłem palenie, a do tego nie jadłem przez około dobę, ale był to zdecydowanie najintensywniejszy pod względem doznań smakowych posiłek jaki w życiu jadłem.
Ryż był słony przyprawiony curry z tego co pamiętam. Gdy go zjadłem zabrałem się za tą pyszną słodką kaszę, która dosłownie wypełniła mnie węglowodanową energią. Kalejdoskop smaków jakiego doświadczyłem podczas spożywania tego talerza pełnego rozmaitości był tak bogato zdobiony, że nie sposób było zapamiętać każdą nutę smakową.
Akumulatory naładowane, czas się przebrać w coś bardziej koncertowego i zabrać trochę dobrej ganji by jak najdłużej utrzymać ten stan.
Byłem na koncercie odbywającym się na dużej scenie. To było coś elektronicznego. Koncert ten dał mi tak potężną dawkę energii i euforii, że całkowicie zatraciłem się w muzyce rozpoczynając tym samym koncertowy ciąg, który polegał na bieganiu od małej do dużej sceny poprzez wioskę Kriszny i tańczeniu na wszystkich koncertach na które chciałem tego dnia iść.
Chciałem zobaczyć jak teraz wygląda duża scena. Idąc w jej kierunku miałem do przeskoczenia błotnistą rzekę stworzoną przez wodę spływającą z kraników. Wziąłem największy możliwy rozpęd na jaki było mnie stać, skoczyłem pobijając wszelkie swoje dotychczasowe rekordy i… wjebałem się w błoto w butach, które w żaden sposób nie chroniły przed wodą L Uznałem to za dość zabawne więc zacząłem się śmiać. Poszedłem na górkę zobaczyć dużą scenę i wtedy wpadłem na genialny pomysł: siądę sobie na pagórku koło tego bagna i poobserwuje zmagania ludzi z nim. Metody były różne, ale rozróżniłem kilka powtarzających się stylów:
„na lekkoatletę” – przeskok, który czasami kończył się bardzo efektownym lądowaniem w błocie
„na spostrzegawczo-zachowawczego”- 20m dalej leżała deska po której można było przejść
„na czołg”- przejście przez błoto na wyjebce (najczęstsze gdy zawodnik uzbrojony był w glany)
W połączeniu z kilkoma kolejnymi lufkami nabitymi Easy Sativą dało mi to ponad godzinę szczerego śmiechu.
Był to zdecydowanie jeden z najpiękniejszych i najwartościowszych tripów jakie miałem okazję przeżyć. Zdecydowanie mogę stwierdzić, że otworzył mi oczy na wiele aspektów mojego życia i zmienił je w znaczącym stopniu”.


Powyższy tekst pragnę poświęcić dziesięcioletniej już polskiej obecności w Unii Europejskiej. Pani minister Bieńkowska bardzo dziś narzekała na to, że tylko ona czuje ten dreszcz, a zatem ja, w ten uroczysty sposób, pragnę zademonstrować swoją wobec tych dreszczy solidarność.

No i skoro tu już mamy spokój, przypomnę, że wszystkie moje książki są do kupienia w księgarni Gabriela pod adresem www.coryllus.pl. Oba „Toyahy” w promocyjnej cenie, i uprzedzam, że to już jest koniec nakładu. Przy okazji, proszę wszystkich bardzo gorąco o wspieranie tego bloga pod umieszczonym obok numerem konta. Dziękuję.

poniedziałek, 21 kwietnia 2014

O tym, czego się nigdy nie dowiemy, i nigdy nie zapomnimy

Wprawdzie wtorek dopiero jutro, a moja przedświąteczna obietnica dotyczyła wtorku właśnie, skoro jednak Święta już praktycznie za nami, a od paru dni chodzą mi po głowie bardzo ważne myśli, chciałbym tu zostawić na tę noc i może jeden jeszcze dzień jedno zdjęcie i parę krótkich akapitów.
Jak już tu opowiadałem, za oknem mam cudowny wręcz kościół garnizonowy obsługujący garnizon, którego nie ma, i dwóch wspaniałych księży, grzeszników takich jak my, a jednocześnie aniołów, jakimi już pewnie być nie zdążymy, a do tego wszystkiego doszedł jeszcze ów Grób Pański – o ile pamiętam pierwszy taki od wielu, wielu lat.
Nie mam ochoty tego, co tu widzimy komentować, więc powiem tylko dwie rzeczy. Pierwsza to taka, że rozmawiałem z proboszczem i – trochę w żartach – powiedziałem mu, że kiedy go będą za ten grób stąd zabierać, zorganizuję demonstrację taką, jak w obronie księdza Lemańskiego, na co on mi odpowiedział: „Niech pan nawet k… nie próbuje”.
Druga, już tylko dla niektórych czytelników tego bloga. Jeśli założymy opcję z Waszego punktu widzenia nieprawdziwą, wręcz absurdalną, a więc tę, że tam rzeczywiście doszło do zbrodni, której celem było zabójstwo Lecha Kaczyńskiego, czy jesteście sobie w stanie wyobrazić dowód, który by Was przekonał? Czy widzicie taką możliwość, że oni pozwoliliby, żeby to się wydało? Tak myślicie? Naprawdę?



Przypominam, że wszystkie moje książki są do nabycia w księgarni Gabriela pod adresem www.coryllus.pl. Szczerze polecam. No i tradycyjnie, serdecznie proszę o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta. Dziękuję.

czwartek, 17 kwietnia 2014

Ze śmiercią mu do twarzy

Powiem szczerze, że gdyby ktoś mnie spytał, dlaczego wśród tych paru miejsc, które codziennie odwiedzam podczas moich wędrówek po Internecie jest też portal wpolityce.pl, nie wiedziałbym, co odpowiedzieć. Z całą pewnością nie chodzi o to, że ja tam znajduję jakiekolwiek informacje, choćby z tego względu, że tam informacji nie ma żadnych. To jest projekt wyłącznie propagandowy, nawet w porównaniu do internetowych stron „Gazety Wyborczej”, „Polityki”, czy „Newsweeka”. Tamci przynajmniej próbują udawać, że informują, a ja i tak przecież w tamtą stronę nawet okiem nie mrugnę; wpolityce.pl wykazuje tu całkowitą niechęć do jakiegokolwiek kompromisu. Oni wyłącznie judzą i to w najgorszym bolszewickim stylu.
A może chodzi o to, że owo szczucie jest jakoś zabawne, albo przedstawione w sposób po prostu interesujący? Też nie. Tam się najczęściej spotykamy z taką nędzą, że jeśli już zupełnie wyjątkowo zdarzy się nam znaleźć coś wartego uwagi, to jest to jakiś przedruk z blogów, a przez to, że oni czują szczególna miętę do tego co na blogach jest najgorsze, to jeśli się to w ogóle da czytać, to nie częściej niż raz na ruski rok.
A więc daję słowo, że nie wiem, czemu tam niekiedy zaglądam. Gdybym jednak musiał już tu dać jakąś odpowiedź, to podejrzewam, że ponieważ wpolityce.pl stanowi swego rodzaju przedłużenie tygodnika „W Sieci”, to dla mnie część środowiska, które, po tym jak już Prawo i Sprawiedliwość przejmie w Polsce władzę, będzie, jak podejrzewam, stanowiło medialny mainstream, a zatem ja studiuję ich z taką uwagą po to, bym się w przyszłości nie dał zbyt boleśnie zaskoczyć.
I oto, proszę sobie wyobrazić, zajrzałem dziś w pewnej chwili na stronę wpolityce.pl i znalazłem tam informację. Prawdziwą, pozbawioną – nawet nie politycznego, ale jakiegokolwiek choćby – komentarza informację. Proszę, oto interesujący nas fragment słowo w słowo:
Znany portorykański śpiewak, gitarzysta i kompozytor, Jose Feliciano nie żyje. Jak poinformowała policja i lokalne media, w czwartek w wypadku samochodowym [tak jest w oryginale]. Muzyk miał 78 lat. Pozostawił żonę i czterech synów.
Według informacji podanych przez policję i prasę do wypadku doszło przed świtem w czwartek. Samochód, którym Feliciano jechał sam, uderzył w słup wysokiego napięcia.
Jose Feliciano urodził się w 1945 roku. Ociemniały od urodzenia, już od najmłodszych lat grał i śpiewał w klubach Harlemu i Greenwich Village. Jego właściwa kariera rozpoczęła się występem na Newport Folk Festival w 1964 r. Tam został po raz pierwszy zauważony przez szeroką publiczność, krytyków i wydawnictwa płytowe. Jego bogaty repertuar tworzyły piosenki…”, i tak dalej już do końca.
Załóżmy teraz, że nikt z nas nie wie, kto to taki Jose Feliciano i zapoznajemy się z gołą informacją redakcji wpolityce.pl. Czego się z niej dowiadujemy? Tego mianowicie, że oto w wypadku samochodowym zginął słynny piosenkarz i gitarzysta nazwiskiem Jose Feliciano, który prowadził samochód, walnął nim w słup energetyczny i zginął. Chwilę później jednak wyraźnie czytamy, że Feliciano był niewidomy od urodzenia, a zatem musimy w tym momencie poczuć pewien niepokój. Co to za cholera? Niewidomy gitarzysta prowadził samochód, i to zupełnie sam, a nie pod czyjąś opieką, jak to mieliśmy okazję oglądać w filmie „Zapach kobiety”? Przecież to jest dopiero informacja, a nie to, że on zginął. Dalej jednak już o tym ani słowa, tylko normalnie życiorys artysty i jego osiągnięcia. Czemu wsiadł do tego samochodu? Po co w ogóle nim ruszył? Czy on tam naprawdę był sam? Czy może to jednak nie on prowadził, tylko do podstawowej informacji wkradł się paskudny błąd?
Ponieważ bardzo mnie te pytania nurtowały, wpisałem sobie tego Feliciano w googlu i okazało się, że owszem, zginął w wypadku samochodowym portorykański artysta nazwiskiem Jose Feliciano, tyle że to był inny Feliciano. W ten słup wjechał jakiś Jose Feliciano, który podobno w tym Portoryko był bardzo znany, natomiast myśmy o nim nawet nie słyszeli. No i on rzeczywiście jechał sam, tyle że od Feliciano, o którym informował portal wpolityce.pl, różnił się też tym, że nie był niewidomy.
Kiedy piszę ten tekst, na stronie wpolityce.pl jest już informacja właściwa i odpowiednio poprawiona. Nie ma już ani śladu po opisywanym przez mnie nieporozumieniu, ani też jakiegokolwiek wyjaśnienia, i powiem uczciwie, że ja bym pewnie się tą sprawą w ogóle nie zainteresował – w końcu pomyłki się zdarzają, zwłaszcza gdy umiera Jose Feliciano, znany śpiewak i gitarzysta i okazuje się, że było dwóch śpiewaków i gitarzystów o tym samym imieniu i nazwisku – gdyby nie to, że tu w ogóle nie chodzi o zwykłą pomyłkę. Spróbujmy sobie bowiem wyobrazić, w jaki sposób powstała opisywana przeze mnie wiadomość. Oto redakcja wpolityce.pl dowiaduje się, że zginął Jose Feliciano, a stało się tak, że jechał on samochodem i wjechał w betonowy słup. Ponieważ tutejsi redaktorzy znają się jednak na muzyce i wiedzą, kto to taki ten Feliciano, do tej informacji dokładają znaleziony w Sieci życiorys, włącznie z informacją w pewnym sensie podstawową, że Feliciano był niewidomy, i nawet przez chwilę nie zastanawia ich to, jak on mógł jechać tym samochodem sam? Czy nawet przez chwilę im nie przyjdzie do głowy, że tu jest coś nie tak i że tak jak oni o tej śmierci poinformowali, owa informacja jest pozbawiona jakiegokolwiek sensu? I o czym, przepraszam bardzo, może to świadczyć?
Jeszcze raz. Jedzie niewidomy Jose Feliciano nad ranem, samiusieńki swoim samochodem, wpada na słup, ginie na miejscu, a redakcja wpolityce.pl opowiada nam, z czego ten niewidomy Feliciano był znany i dlaczego jego śmierć to tak wielka strata. A my się zastanawiamy, co to za ludzie zostają dziś dziennikarzami? Czy to znaczy, że już nie tylko mamy kłopot z czytaniem bez zrozumienia, ale nawet też bez choćby podstawowego zrozumienia pisaniem? Oni gadają i nie wiedzą co gadają?
Pod tekstem, który mnie tak poruszył znajduje się, owszem, podpis. Jest to jakiś A.M. połączony z PAP. A zatem domyślam się, że ów A.M. przeczytał podaną przez PAP informację, że w wypadku zginął znany portorykański śpiewak „mistrz salsy i bolera”, tyle że jego mózg zatrzymał się już tylko na samym nazwisku i słowie „śmierć”, a my dostaliśmy to cośmy dostali. No ale, jak mówię, to jest tylko połowa tej historii. Dalej już bowiem pojawia się znany nam wszystkim niewidomy Feliciano kierujący tym samochodem niczym Al Pacino w filmie o zapachu kobiety, a A.M. nawet nie drgnie powieka. W końcu chyba PAP wyraźnie napisał, że zginął Feliciano i że kierował tym samochodem, tak, czy nie?
Będę już kończyć ten smutny w sumie bardzo, bo poświęcony pozycji, jaką dziś zajmuje polskie dziennikarstwo, tekst, i myślę sobie, że chyba jednak powinienem przynajmniej spróbować dojść do tego, kto to taki stoi za inicjałami A.M. Otóż przeglądam skład redakcji portalu wpolityce.pl i tam jest tylko jedna osoba mogąca się podpisywać w ten sposób. Jest to zastępca redaktor naczelnej stowarzyszonego portalu o nazwie wsumie.pl, Doroty Łosiewicz, Aleksander Majewski. Ups!
Zobaczmy więc teraz wszyscy, kto to taki ten Majewski, bo ja już wiem. To jest bloger. Prawdziwy bloger Salonu24, o którym nawet kiedyś miałem przykrość pisać przy okazji tak zwanej „sprawy małej Madzi”, kiedy ów wybitny reporter na swoim blogu na bieżąco relacjonował postępy w śledztwie dotyczącym rzekomego porwania tego dziecka, i jeśli idzie o Salon24, robił tam za pierwszego w sprawie eksperta. A ja na niego zwróciłem uwagę, kiedy pojawiły się pierwsze informacje o tym, że Madzia nie została porwana, ale być może (podkreślam: być może!) zamordowana przez swoją mamę. To były dopiero pierwsze plotki, ciała tego dziecka oczywiście wciąż jeszcze nie znaleziono, wszyscyśmy mocno liczyli na to, że ono jednak jakimś cudem jeszcze żyje, gdy tymczasem ów Majewski powiesił na swoim blogu następujący tekst:
Matka najbardziej poszukiwanego dziecka w Polsce przyznała, że nie doszło do żadnego porwania. Dziecko nie żyje. Katarzyna Waśniewska twierdzi, że Magda wypadła jej z rąk i uderzyła o próg. Tym samym przyznała się do nieumyślnego spowodowania śmierci dziewczynki. Jej mąż najprawdopodobniej nie wiedział o wypadku.
Detektyw Krzysztof Rutkowski przyznał w rozmowie z TVP Info, że miejsce, gdzie znajdowały się zwłoki dziecka wskazała matka. Ciało pozostawiono pod drzewem przy rzece Czarnej Przemszy, niedaleko od budynków Huty Buczek.
O wypadku nie wiedzieli również dziadkowie dziewczynki. Wcześniej Katarzyna Waśniewska odmówiła badania wariografem, tłumacząc się złym stanem psychicznym. Do badania przystąpił natomiast jej mąż. Wynik był pozytywny.
Sprawą przez tydzień zajmowała się katowicka policja”.
A więc wiemy już, z kim mamy do czynienia. Ten Majewski to dziennikarz z krwi i kości, taki prawie drugi Gadowski, dla którego świat ma zapach krwi. Jestem pewien, że kiedy już wygramy te wybory, na niego czeka naprawdę wielka kariera. Bo takie pistolety przydadzą się każdej władzy.

To już chyba ostatnia moja notka przed Świętami. Serdecznie więc wszystkich pozdrawiam w te niezwykłe dni, a tym, którzy tę Święta widzą podobnie do mnie, życzę, by Jezus Zmartwychwstały rozświetlał ich ścieżki przez wszystkie kolejne dni tego roku, no i do zobaczenia we wtorek. Przy okazji serdecznie dziękuję wszystkim, którzy tak bardzo o nas w tych dniach pamiętali i tak nam w tych biednych dniach pomogli. Bez Was, co powtarzam po raz nie wiem który, nas nie ma.

środa, 16 kwietnia 2014

Skąd Paweł Graś ma numer telefonu Kasi Tusk?

Wydawało mi się zawsze, że sprawa jest całkowicie jasna i nie wymagająca nawet osobnej rozmowy, tymczasem po raz kolejny już okazuje się, że nie ma takiej oczywistości, która, nie dość że potrzebuje specjalnych wyjaśnień, to jeszcze na niektórych spada jak grom z jasnego nieba. I to, powiem uczciwie, jest dla mnie wiadomością dość przerażającą. Co mam na myśli? Otóż, jestem pewien, że wielu z nas musiało zauważyć pewne bardzo szczególne zjawisko, które pojawia się w naszej przestrzeni publicznej już od wielu, wielu lat, a sprowadza się do tego, że któryś z ważnych polityków, od zwykłego posła po premiera, czy nawet któryś ze znanych artystów, dziennikarzy, czy literatów staje przed mikrofonem i ni mniej ni więcej ogłasza, że ostatnio otrzymał mnóstwo esemesów lub maili od prostych ludzi, którzy coś mu tam chcieli zakomunikować.
Ja tego typu informacje zawsze przyjmowałem z potężnym ziewnięciem, i to wcale nie dlatego, że one są siłą rzeczy wyjątkowo nieciekawe, ale głównie przez to, że kłamstwo, które za nią stoi jest tak niewyobrażalnie bezczelne i głupie, że, jeśli się nad nim choć przez chwilę zastanowimy, możemy od niego dostać wyłącznie jakiegoś porażenia. Co więcej, zawsze wierzyłem, że ta bezczelność i ta głupota są tak dojmujące również przez to, że nie ma na świecie człowieka tak naiwnego, który byłby gotów ich nie zauważyć. Tymczasem nagle okazuje się, że nic takiego się nie dzieje. Okazuje się nagle, że te wszystkie gwiazdy, czy to polityki, czy estrady, doskonale wiedzą, co robią i świetnie się orientują w reakcjach, jakie to ich paplanie wywołuje.
Czemu ja się tak denerwuję? Otóż chodzi o to, że nie ma takiej możliwości, by ktokolwiek z nas, jeśli nie jest bezpośrednio związany z tym światem, miał dostęp do prywatnych telefonów posłów, ministrów, premierów i wszelkich innych celebrytów, o ile nie uzyska ich od nich osobiście. Jeśli idzie o moje relacje z tak zwanymi osobami publicznymi, ja obecnie mam w swojej komórce numer telefonu do Janka Pospieszalskiego, który dostałem od niego osobiście. Kiedyś też miałem telefon do Anny Walentynowicz, który również ona sama mi przekazała, bym do niej zadzwonił, i telefon do Przemka Gintrowskiego, również otrzymany od niego osobiście. I ja sobie nie wyobrażam, żebym którykolwiek z tych numerów podał komukolwiek bez zgody zainteresowanego. Dostałem też kiedyś numer telefonu od posła Błaszczaka z prośbą bym do niego zadzwonił, jak będę coś do niego miał, ale ponieważ nigdy nie odebrał, myślę, że to nie był jego numer. Kiedyś prosiłem o telefon do Migalskiego, ale mi go nie dał. Kiedyś chciałem też od wspólnego znajomego dostać numer telefonu do Kuchcińskiego, który jest moim dawnym kolegą, ale go nie dostałem. I to jest koniec tych przygód.
I uważam, że to jest coś tak oczywistego, że nawet moja żona, która jak najbardziej ma w swojej komórce numer telefonu do minister Kluzik, która, tak się składa, jest jej szkolną przyjaciółką, nie byłaby w stanie od owej Kluzik wydębić numeru telefonu do premiera Tuska, czy tym bardziej do jego córki. Dlaczego? Bo Kluzik mojej żonie go nie da.
No ale załóżmy, że jednak mi bardzo zależy, żeby napisać do Kasi Tusk obelżywy esemes, proszę więc moją żonę o numer do Kluzik, ona mi go daje, ja dzwonię do niej, pytam, czy ona nie zna kogoś, kto zna numer telefonu Kasi Tusk, ona mówi, że owszem, zna Tuska i ze zaraz mi oddzwoni. Ja chwilę czekam, Kluzik oddzwania, przekazuje mi ten numer, a ja natychmiast wysyłam do Kasi Tusk esemesa, w której w najbardziej obelżywy sposób obrażam ją, jej ojca i jej przyszłe dzieci i grożę im wszystkim okrutną śmiercią. I co? Ja mam uwierzyć, że wtedy Donald Tusk występuje na konferencji prasowej i informuje, że on musiał wzmocnić ochronę dla swojego dziecka, bo jacyś pisowscy bandyci grożą śmiercią jego córce, a i on się też czuje zagrożony, a ja sobie siedzę przy komputerze i zacieram ręce z satysfakcji? Przepraszam bardzo, ale są tu jacyś idioci, którzy uważają, że to jest obraz choć minimalnie realistyczny? Tak? To proszę już sobie stąd pójść.
Ktoś powie, że to ja jestem idiotą, bo wszyscy wiemy, że świat, a Polska już z całą pewnością i to wyjątkowo ściśle, trwa w sieci działań takich służb, dla których nie jest najmniejszym problemem nie tylko wywęszyć numer telefonu do Kasi Tusk, ale także numer jej biustonosza i najnowsze wyniki poziomu cholesterolu we krwi, oraz krwi w moczu. No i to jest oczywiście święta prawda, tyle że ja nie widzę takiej możliwości, żeby ktokolwiek z ludzi związanymi z owymi służbami miał w ogóle ochotę – a przede wszystkim interes – by wysyłać do tej biednej dziewczyny setki esemesów o treści takiej, jaką zacytował wczoraj na swojej konferencji Premier.
Swoją drogą, ja bym bardzo był ciekawy usłyszeć opinię któregoś z niezależnych od władz językoznawców na temat odczytanych przez premiera Tuska obelżywości. No bo proszę popatrzeć na ten język: „Twoje bękarty zdechną, a ty zostaniesz zabita… rozszarpana na strzępy wraz z całą rodziną… jesteście parszywym pomiotem smoleńskiego mordercy… przekaż ryżemu kundlowi, że zostanie zabity za mord smoleński.. ty, bezrobotna dziwko, też zostaniesz zabita, i cała wasza rodzina, bo ścierwo ryżego kundla musi być wytępione do pięciu pokoleń”.
Przepraszam bardzo, ale muszę coś jeszcze powiedzieć o sobie. Ja swego czasu, zanim jeszcze na swoim blogu toyah.pl włączyłem moderowanie komentarzy, otrzymywałem najróżniejszego rodzaju uwagi, które, jeśli chodzi o poziom emocji, były zbliżone do tego, co wyżej, jednak z którejkolwiek by strony na nie patrzeć, one przynajmniej robiły wrażenie pisanych przez żywych ludzi. To co mamy powyżej to jest zwykła literatura. Za tym nie stoi jakakolwiek emocja, jakakolwiek złość, jakakolwiek nawet furia. To jest z wyrachowaniem napisane wpracowanie pod tytułem: „Podła pisobolszewia wysyła groźby do córki premiera Tuska”. Jak mówię, tu z całą pewnością przydałaby się ekspertyza ze strony jakiegoś solidnego językoznawcy, choćby i we współpracy z psychologiem. A ja już dziś jestem pewien wyników tych badań. Bo to co nam odczytał Donald Tusk to jest, jak to lubią mówić dzieci, zwykły fejk.
No ale to i tak jest bez znaczenia, bo, jak już wspomniałem wcześniej, rzecz polega na tym, że nawet gdyby jakiś kompletnie poharatany psychicznie i emocjonalnie człowiek, choćby i wierny uczestnik marszów w obronie Telewizji Trwam, Gazety Polskiej i pamięci ofiar Smoleńska, faktycznie dostał takiego rozstroju nerwowego, a jednocześnie kompletnie zatracił instynkt samozachowawczy, i zapragnął słać tego typu esemesy do Kasi Tusk, nie wiedziałby jak to zrobić, bo zwyczajnie ani nie zna jej numeru telefonu, ani też nie zna nikogo, kto mógłby mu go dać. Jest tylko jedna możliwość, żeby jakimś niebywałym przypadkiem odczytane przez Premiera wczoraj esemesy nie powstały w jego kancelarii w ramach politycznej walki z PiS-em i faktycznie pochodziły z telefonu tej nieszczęsnej kobiety. Wśród jej bliskich znajomych jest ktoś, kto jest autentycznie psychicznie chory i z jakiegoś powodu jej bardzo nie lubi. Ponieważ ona, również z jakiegoś nieznanego nam powodu, czuje do tego człowieka sympatię, dała mu kiedyś swój numer, a on teraz do niej wydzwania i śle te chore teksty. Tyle że ja już naprawdę nie widzę sposobu, by nas to cokolwiek mogło obchodzić.
I rzeczywiście nie obchodzi. Nie obchodzi do tego stopnia, że ten tekst nawet nie miałby szans powstać, gdyby nie fakt – i wrócę tu do początku tej notki – że najwidoczniej wielu moich znajomych, i tu na blogu i poza tą przestrzenią, wciąż się zastanawia, kto to taki napisał do Kasi Tusk? Nie, skąd miał jej numer, ale kto? I po co? Ponieważ nie chciałbym tych pytań pozostawić zawieszonych w próżni odpowiem najlepiej jak umiem. To był minister Paweł Graś. To on je napisał na polecenie Premiera. I to jest, zapewniam, odpowiedź zdecydowanie bardziej wiarygodna, niż ta, że tam w ogóle jakiekolwiek tego typu esemesy kiedykolwiek istniały.

Przypominam wszystkim, że trwa promocja na moje dwie pierwsze książki, wydane jeszcze pod imieniem Toyah. Każda z nich kosztuje 15 złotych i jest do kupienia w księgarni pod adresem coryllus.pl. To jest już końcówka nakładu, więc proszę nie zwlekać. Dodruk nie jest planowany.
Proszę również wszystkich czytelników tego bloga, którzy wciąz nie stracili wiary w to, że warto go wspierać, o pomoc na podany obok numer konta, lub adres w paypalu. Oczywiście dziękuję wszystkim, którzy o nas nie zapomnieli

wtorek, 15 kwietnia 2014

Dlaczego nasi chcą odebrać Poczcie Polskiej trąbkę?

Moje doświadczenia osobiste, jeśli idzie o takie firmy, jak Poczta Polska, Zakład Ubezpieczeń Społecznych, Urząd Skarbowy, czy Polskie Górnictwo Naftowe i Gazownictwo, o czym miałem już okazję tu pisać, są wyłącznie dobre. Dobre również były moje relacje z Telekomunikacją Polską, zanim stała się ona Telekomunikacja Francuską, oraz z firmą, której nazwy dziś już nie pamiętam, a która sprzedawała mi prąd, zanim do Polski zawitał kapitalizm i nagle okazało się, że dostarczycielem energii elektrycznej są już nie Polacy, ale jacyś Szwedzi. I nie zmieniło sytuacji ani o jotę to, że w pewnym momencie zamiast Szwedów wrócili Polacy, tyle że już tak bardzo europejscy, że właściwie równie dobrze oni wszyscy mogą zostać z dnia na dzień zamienieni na Niemców z RWE, a my się i tak nawet nie zorientujemy. No i skoro doszliśmy już aż tu, to powiem uczciwie, że jeśli po przeczytaniu tych słów został jeszcze ktoś, kto nie złapał się z przerażenia za głowę, to chciałbym go zapewnić, że kiedy taki ZUS, czy Urząd Skarbowy zostaną najpierw wystawione na sprzedaż, a następnie kupione przez prywatnego właściciela o nazwie, dajmy na to, Polska Grupa Powszechnej Kontroli Finansowej, by już chwilę później trafić w ręce jakichś Rosjan czy Norwegów, i to oni będą dbali o nasze emerytury i podatki, i liczyć na to, że ten ktoś zrozumie, o co mi chodzi.
Zresztą nie trzeba się uciekać do sytuacji aż tak absurdalnych. Wystarczy bowiem, że już wkrótce nie będzie Poczty Polskiej z tą jej złotą trąbką, bo całością naszych spraw związanych z usługami pocztowymi zajmie się coś, co nosi nazwę Polskiej Grupy Pocztowej i od pewnego czasu prowadzi bardzo aktywną działalność na rzecz wprowadzenia tu tak zwanej „konkurencji”.
Oto w poprzednim tygodniku „W Sieci”, nie tym gdzie red. Górny odnajduje Świętego Grala, ale w tamtym wcześniejszym, gdzie Ryszard Makowski organizuje patriotyczną rozrywkę dla spragnionej zarówno głębokich wzruszeń, jak i dobrej zabawy, tłuszczy na Stadionie Narodowym, niejaki Wikło wzywa do ostatecznego rozprawienia się z Pocztą Polską. Oczywiście człowiek ten jest zbyt sprytny, żeby tak od razu i bez wykrętów proponować likwidację jednego z ostatnich śladów polskiej państwowości, wręcz jednego z podstawowych jego symboli, a więc on tylko apeluje o uczciwą konkurencję, gdzie obok Poczty Polskiej będą funkcjonowały takie firmy jak In Post, czy Polska Grupa Pocztowa, natomiast muszę przyznać, że w całej historii moich kontaktów z prawicową publicystyką, również tą prezentowaną w tygodniku „W Sieci”, nie spotkałem się z bałwaństwem podniesionym aż do takiego kwadratu, i to też z zastrzeżeniem, że traktujemy owego Wikłę jako bałwana, a nie jeszcze jednego działającego na zlecenie redaktora.
Pomijając już jednak tego Wikłę i jego ewentualne – nomen omen – uwikłania, warto by się było zastanowić, jak to się dzieje, że w akcję w tak oczywisty sposób ustawianą przez interesy tak ciemne, że o nich nikt z nas nawet nie może mieć choćby bladego pojęcia, angażują się prawicowe media, które, jak można by było wierzyć, powinny raczej mieć na sercu sprawy wykraczające nieco poza coś tak nieistotnego jak to, kto dziś stoi na czele Poczty Polskiej i w jaki sposób nią kieruje. Kto jak kto, ale oni powinni bardzo dobrze pamiętać, jak działa polski kapitalizm z tą całą prywatyzacją, tymi wszystkim przetargami i całą to nieszczęsną tak zwaną konkurencją, choćby przez swoje doświadczenie najpierw z kupnem za ciężkie pieniądze przez Grzegorza Hajdarowicza „Rzeczpospolitej” z przyległościami, a następnie doprowadzeniem tego wszystkiego do ruiny. Czy oni sobie nawet nie zadali pytania, jak to jest w ogóle możliwe, co wszyscy przecież mogliśmy niemal na żywo oglądać, że Hajdarowicz najpierw bierze ogromną pożyczkę z Getin Banku, którą od początku wiadomo było, że kto inny będzie spłacał, a następnie robi wszystko, by niemal w tym samym momencie nic już nie mieć z tym biznesem wspólnego, bo tu ani przez chwilę tak naprawdę nie chodziło o pieniądze, a już z całą pewnością nie o te? Jak to jest możliwe, że po tym wszystkim ktokolwiek z nich jeszcze jest w stanie na poważnie rozprawiać na temat wolnej konkurencji?
No ale widocznie oni nie wiedzą. Najwidoczniej oni są tak zajęci sobą, że nie są w stanie ani nic widzieć, ani, nawet jeśli coś zobaczą, choćby w najprostszy sposób owe obrazy ze sobą łączyć. W tej sytuacji ja powiem, może nie Wikle, bo, jak już zauważyliśmy, jego zadania są mocno niejasne, ale choćby Karnowskim, jak to wszystko się potoczy, kiedy już Polska Grupa Pocztowa zajmie miejsce Poczty Polskiej. Otóż ich właściciel – swoją drogą, ciekawe, że nigdzie nie można znaleźć żadnej na jego temat informacji – po paru miesiącach sprzeda swoje udziały jakiemuś Niemcowi, któremu ostatnią rzeczą na jakiej będzie zależało, to to, żeby poczta w jakiejś Polsce dobrze funkcjonowała. A więc stanie się to, co się stało z Telekomunikacja Polską, czy dziesiątkami innych polskich firm, które, co by o nich nie powiedzieć, kiedyś przynajmniej funkcjonowały w jakiejś konkretnej rzeczywistości, a dziś oferują tak naprawdę tylko tak zwane „telefoniczne biura obsługi”. Stanie się też to, co już niedługo stanie się z Polskimi Kolejami Państwowymi i tą resztą resztek, które po dwudziestu już ponad latach radosnego budowania kapitalizmu z Polski zostały. A aktywny udział w zamykaniu tego interesu wezmą oczywiście najbardziej nasi z naszych.
Żeby jakoś zamknąć tę notkę, opowiem swoją dzisiejszą przygodę. Poszedłem na pocztę, żeby wysłać swoją książkę listonoszu księdzu Don Paddingtonowi. Dwa okienka, dwie miłe panie, wszystko działa idealnie, nagle jednak wszystko zaczyna się sypać, bo nawala Internet. One się gapią bezmyślnie w ekrany tych swoich komputerów, kolejka robi się coraz dłuższa, a ja już wiem, że one korzystają z Neostrady, która, jak nam wszystkim wiadomo, jest ważnym graczem na polskim rynku dostarczycieli Internetu. Skąd to wiem? Jak to skąd? Tez korzystam z Neostrady i widzę, co się tam wyprawia. Czy ktoś się dziwi? Naprawdę nie ma czemu, w końcu mamy ten kapitalizm, prawda?

Przypominam, że księgarnia Coryllusa – www.coryllus.pl – sprzedaje mój Elementarz i książkę o liściu zaledwie po 15 złotych. Serdecznie polecam. To jest już koniec nakładu i nie ma planu wznowień. Poza tym, tam są moje inne książki i w ogóle cała masa innych rzeczy, nie tylko do czytania. Przy okazji ponawiam swój bardzo dramatyczny apel o wsparcie. Zbliżaja się Święta a tu się szykuje prawdziwy dramat. Dziękuję.