wtorek, 15 stycznia 2019

Nienawiść, czyli pikuś


       No więc, jak już wszyscy wiemy, prezydent Adamowicz jednak zmarł, i z tego co słyszę od osób znających się na sprawie, trzy ciosy, jakie zadał mu ów Stefan Wilmont, ledwo co wypuszczony z więzienia bandzior, były tak precyzyjnie wymierzone, że praktycznie każdy z nich był śmiertelny. A zatem w ten okropny sposób Paweł Adamowicz zakończył swoje krótkie życie, a ja mam w związku z tym całą kupę przymysleń, jednak dziś spróbuję je skondensować w trzech zaledwie refleksjach.
      Przede wszystkim, od pierwszej praktycznie chwili, kiedy dotarła do mnie informacja o owym kuriozalnym ataku, zastanawiam się, jak to jest, że po pięciu latach odsiadki wychodzi z więzienia 27- letni mężczyzna i pierwsze co robi, to zaczyna bardzo precyzyjnie planować zabójstwo prezydenta Gdańska. Czemu jego? Diabli wiedzą, ale faktem jest że jemu chodzi o Adamowicza właśnie i nikogo innego. Akcja przeprowadzona jest nadzwyczaj starannie, począwszy od powzięcia informacji, kiedy i gdzie będzie czekał na swoją śmierć prezydent, przez uzyskanie przez Wilmonta specjalnej przepustki dla wybranych przedstawicieli mediów, następnie przejście przez wszelkie kontrole nie ze scyzorykiem, ale z naprawdę solidnym nożem, wreszcie po danie sobie wystarczająco dużo czasu, by nie tylko zdążyć skutecznie ranić Adamowicza, ale jeszcze przez niemal minutę swobodnie triumfować, włączając w to krótkie oświadczenie do zebranych pod sceną imprezowiczów. No i na koniec sprawa podstawowa. Jak donoszą media, Wilmont cierpi na schizofrenię, a zatem niewykluczone, że przed nim kilka spokojnych lat w jakimś przytulnym ośrodku dla osób zdrowych inaczej.
      Druga refleksja związana jest z nastrojem, w jaki wpadł wczoraj mój syn. Otóż on poczytał sobie przeróżne komentarze w Internecie i doszedł do wniosku, że nie mamy najmniejszych szans. I nie chodzi tylko - a tym bardziej przede wszystkim - o owe bluzgi z ust typowych internautów, gdzie na wiadomość o śmierci Adamowicza strzelają kapsle od piwa, ale o głosy osób powszechnie znanych i szanowanych, takich choćby jak Andrzej Celiński, który popisał się wpisem na Twitterze: „Jarosławie Kaczyński - wypierdalaj”, czy Donalda Tuska, który tamże wezwał swoich sympatykow do obrony Gdańska przed pisowską szarańczą. Otóż mam dla mojego syna wiadomość pocieszającą: gorzej już było i lepiej nie będzie. Musimy się z tym nauczyć żyć, choćby prezydent Duda, a z nim cały gdański Ratusz, nie wiadomo jak się starali, by udowodnić nam wszystkim, że im jest naprawdę przykro z powodu tego co się stało.
       Poza tym, powiedzmy sobie szczerze - oni sami już naprawdę ledwie dyszą.
       No i wreszcie coś na temat samego Zmarłego. Otóż wreszcie znalazłem powód, by rzucić okiem na ową niezwykłą karierę, i to co na mnie zrobiło autentyczne wrażenie, to wiadomość, że po tym jak w roku 1989 Paweł Adamowicz ukończył studia na Wydziale Prawa i Administracji Uniwersytetu Gdańskiego uzyskując tytuł magistra oraz stanowisko asystenta, to już w kolejnym roku, w wieku 25 lat, został owego Uniwersytetu Gdańskiego prorektorem do spraw studenckich. Właśnie tak!
       Dalsza kariera świętej, jak rozumiem, pamięci Pawła Adamowicza przebiegała bardzo przewidywalnie, a tego oczywistym skutkiem była jego ponad dwudziestoletnia prezydentura miasta zakończona atakiem 27-letniego schoizofrenika, oraz polityczna pozycja, która dziś jego duszy daje tę satysfakcję, że z okazji jego śmierci Prezydent RP ogłasza żałobę narodową.
      Swoją drogą, to bardzo ciekawe, że on się dał tak fatalnie wrobić w ten projekt pod nazwą „Nowy Wspaniały Świat”. W końcu ja też kiedyś miałem 25 lat… co ja mówię, 25? Ja nawet pamiętam jak miałem lat 53. No ale myślę sobie, że gdyby w roku 1980 ktoś mi zaproponował, bym został prorektorem Uniwersytetu Śląskiego, to bym z wrzaskiem uciekł gdzie pieprz rośnie. Prezydentem Katowic bym oczywiście, jak wszyscy widzimy, nie został, tym bardziej nie mówiono by dziś o mnie od rana do wieczora we wszystkich telewizjach, ale przynajmniej te 10 kolejnych lat byłoby moje.
      I nie dajmy się zwieść. Nienawiść to Pikuś. Pan Pikuś.


k.osiejuk@gmail.com
             
        

poniedziałek, 14 stycznia 2019

O starej dobrej nienawiści od początku


      Prowadzę ten blog już za chwilę 11 lat i kiedy zaglądam do tekstów najstarszych, nie mogę nie zauważyć, że ich pierwszym tematem była nienawiść, oraz pragnienie śmierci, które w moim odczuciu stanowiły główną metodę Platformy Obywatelskiej najpierw na zdobycie władzy, potem na jej utrzymanie, a dziś na jej odzyskanie. Trudno mi oczywiście powiedzieć, jaki procent z czytających te refleksje to ludzie, którzy pamiętają tamten czas i lata wcześniejsze, jednak jestem pewien, że ci co pamiętają wiedzą też, co mam na myśli, kiedy wspominam o nienawiści, jako sposobie uprawiania polityki. Mam też nadzieję, że część z nas pamięta wywiad, jakiego jeszcze w roku 2011 udzielił ówczesnej wersji dzisiejszych „Sieci” Grzegorz Schetyna, gdzie powiedział, że Platforma Obywatelska najbliższe wybory przegra, jeśli cały swój program będzie opierać na szczuciu na Prawo i Sprawiedliwość. Ostatecznie przyszły nowe wybory i okazało się, że Schetyna się jednak grubo pomylił, no i trzeba było czekać kolejne cztery lata, by on - tym razem już w zupełnie nowej roli - miał z tego coś dla siebie. Nienawiść ostatecznie dostała w ryj.
      Ktoś zapyta, skąd te dzisiejsze przemyślenia. Otóż, jak wszyscy już pewnie wiemy, wczoraj, podczas dorocznej zabawy w dobroczynność, został zaatakowany przez nożownika niesławny prezydent Gdańska, Paweł Adamowicz i z informacji jakie do mnie dochodzą, wynika, że z nim jest bardzo krucho. Oczywiście, nie będę udawał, że jakoś szczególnie ów temat spędza mi sen z powiek. Chodzi mi o to, że spośród wielu tragedii, jakie spadają na ten nasz świat to tu to tam, ta akurat porusza mnie od tak sobie. Oczywiście, źle jest gdy człowiek jest cierpiący, też jest niedobrze, gdy to tu to tam pokaże się jakiś wariat, by zrobic komuś krzywdę, natomiast jeśli faktycznie życzę Adamowiczowi, by z tego wyszedł, to przede wszystkim z tą myślą, że może się go wreszcie uda postawić przed sądam i on tam nam opowie o sprawach, które przez tyle lat ukrywał.
      W tym jednak, co się wczoraj stało jest coś, co mnie interesuje jeszcze bardziej niż los Adamowicza. Otóż patrząc na sylwetkę tego durnia z nożem, jego historię no i zachowanie podczas tego ataku, nie zdziwiłbym się, gdyby się okazało, że ktoś wpadł na pomysł, że dobrze by było problem Adamowicza rozwiązać w sposób ostateczny i to co się wczoraj właśnie stało, odpowiednio zaaranżował, tyle że - tak jak to się im ostatnio często zdarza - ktoś inny tę robotę - na co, jak już wspomniałem, bardzo liczę, spieprzył.   
      Dzisiejszy tekst jednak będzie nie o Adamowiczu, lecz o sprawach znacznie poważniejszych, czyli o zwykłej nienawiści - o której dziś nagle wszyscy zaczęli pieprzyć trzy po trzy - a z mojego punktu widzenia najlepszym sposobem zwrócenia uwagi na sprawę będzie przypomnienie mojego tekstu jeszcze z marca 2008 roku pod tytułem „Wykopywanie taboretu”. Proszę bardzo:
      
    


      Może zabrzmi to jak fikcja, niestety jest najczystszą prawdą.
      Otóż spotkałem niedawno pewnego obywatela. Pełny standard: wyższe wykształcenie, rodzina, samochód, porządna praca, bardzo miła powierzchowność, niewymuszona uprzejmość. W pewnym momencie obywatel ów poskarżył mi się, że od pewnego czasu onet nie chce umieszczać jego postów i że jego zdaniem robi to ze względu na słowo “ścierwo”. Pisze on bowiem tekst zaczynający od słów “Wy piso-bolszewickie ścierwo” i onet tego nie puszcza. Chodzi teraz o to, żeby “ścierwo” zastąpić czymś innym, tylko czym?
      Rozmawialiśmy dłużej i mój znajomy powiedział, że jemu osobiście jest wszystko jedno, kto będzie rządził i w ogóle jest mu ogólnie wszystko jedno, ale ma jedno marzenie. Chce zobaczyć Kaczyńskich, Ziobrę, Gosiewskiego, Girzyńskiego, Szczygłę w kajdankach, a potem już z radością przeżywać każdy dzień, wiedząc, że wszyscy oni gniją w więzieniu.
      Kiedy mu powiedziałem, że jak już PiS przestanie istnieć, to trzeba będzie się pozytywnie za czymś opowiedzieć, odpowiedział spokojnie i bez śladu emocji, że od czasu rządów Mazowieckiego on osobiście nie obstawia nikogo szczególnie, ale chce, żebym zrozumiał, że to wszystko jest nieistotne, wobec tej jednej jedynej emocji:
      „Niech pan zrozumie. Jak już będą wreszcie wieszać Kaczyńskiego, to ja będę pierwszy, który z radością wykopie spod niego ten taboret. Bo ja nie mówię o polityce, o rządzeniu, o tym czy oni coś tam zrobili dobrze, czy źle. Ja ich po prostu nienawidzę.
      Mój rozmmówca ani się nie denerwował, ani nie używał brzydkich słów, ani nie miał szczególnie złej miny. Po prostu chciał mi wytłumaczyć swój stosunek do, jak to określał “piso-bolszewii”. Nie dyskutował, nie przekonywał, nie był ciekawy moich opinii – po prostu najuczciwiej na świecie tłumaczył swoją polityczną postawę.
      Przyznam, że osobiście nie sądzę, żeby onet.pl specjalnie ignorował mojego znajomego, urażony słowem “ścierwo”. Jeśli się czyta codzienne komentarze internautów, trudno się słowem “ścierwo” poczuć szczególnie zaszokowanym. Nienawiść - czysta, żywa, najszczersza nienawiść do wszystkiego, co reprezentują bracia Kaczyńscy ubierana jest na forum onetu w tak fantazyjną retorykę, że tu nie może chodzić o kolejne słowo. I nie o słowach chcę pisać. Chodzi mi mianowicie o ogólne podejście.
      Wszyscy jesteśmy okropnie rozdyskutowani, wielu z nas uważa, że ma rację i że ta nasza racja jest tak szczera, że wystarczy krok, a uda się osiągnąć choć minimalne zbliżenie. Jest jednak przy tym tak – i część z nas zdążyła tego boleśnie doświadczyć – że niekiedy po przeciwnej stronie zamiast argumentu spotykamy jedynie prostą, czystą niechęć. Niechęć ta manifestuje się różnie; czasem jest to zdanie typu “A wam tam w PiSie ile płacą za te komentarze?”, a czasem jasne i proste: “Pisiory, zamknąć dzioby”.
      Po rozmowie z moim znajomym nagle uzmysłowiłem sobie, że oto po raz pierwszy z taką uczciwością i szczerością zostałem skonfrontowany z całym sednem obecnego sporu. Mój rozmówca nie obrażał mnie, nie złościł się na mnie, nie lekceważył mnie kąśliwymi docinkami. Zwyczajnie przedstawiał stan rzeczy. Chodzi mianowicie o nic innego, jak o najzwyklejszą, najdoskonalszą nienawiść i tyle. Reszta to już tylko tak zwany PR, czy jak mu tam. Gdzie więc miejsce na rozmowę? Gdzie czas na szukanie porozumienia i zgody? Wszędzie może, ale nie w tym temacie.
      Mądrzy komentatorzy, znawcy przedmiotu, analitycy bardziej i mniej obiektywni starają się rozpoznać scenę polityczną i społeczną w kraju. Ośrodki badania opinii publicznej mierzą stosunek społeczeństwa do tego czy innego polityka, tego czy innego zdarzenia, a doświadczeni eksperci przedstawiają swoje analizy i proponują rozwiązania. Ostatnio wszyscy zajmujemy się niską oceną społeczną pana Prezydenta. Okazuje się bowiem, że 50% społeczeństwa uważa, że Prezydent powoduje konflikty, 21%, że nie wpływa na nic, 46%, że jest gorszy od prezydenta Kwaśniewskiego, 21%, że zdecydowanie źle wpływa na wizerunek Polski, 58%, że nie reprezentuje godnie Polski, etc. etc. I wszyscy zastanawiamy się, dlaczego, oraz co można i trzeba zrobić, żeby nie było tak źle.
Mnie natomiast wśród pytań sondażowych brakuje jednego, podstawowego: jaki procent z osób badanych i badających żyje od rana do nocy jednym, pięknym marzeniem: by być w końcu tym pierwszym, który wykopie taboret?

Powyższy tekst pochodzi z mojej pierwszej książki „O siedmiokilogramowym liściu i inne historie”, która jest już sprzedana. Jak słyszę od Coryllusa, na najnowszą można liczyć dopiero w lutym, a niewykluczone że dopiero w marcu. Tego co jest już i jeszcze, proszę szukać na stronie www.basnjakniedzwiedz.pl, a wszelkie pytania zgłaszać do mnie, czyli na adres mailowy k.osiejuk@gmail.com.


niedziela, 13 stycznia 2019

Świadectwo (reprise)


Wróciłem własnie z kościoła i powiem szczerze, że jestem poruszony jak dawno nie byłem. Otóż proszę sobie wyobrazić, że te opętane przez Owsiaka dzieci już się tak wybezczelniły, że nie wystarczy im stać z tymi puszkami przed kościołem, ale normalnie pakują się do środka. W tej sytuacji, mimo że obiecywałem już sobie, ze więcej o tej czarnej zbiórce nie będzie ani słowa, muszę coś przypomnieć. Bardzo proszę, oto tekst sprzed lat, ze świadectwem naszego dobrego księdza, Rafała Krakowiaka. Zachęcam.


Do corocznej eksplozji dobroci i miłości ma dojść już za paręnaście godzin, a zatem już pod sam koniec tej szczególnej wigilii, chciałbym przekazać świadectwo naszego księdza, który niekiedy tu w Salonie24 komentuje jako Don Paddington, a tak na co dzień jest sobie skromnym proboszczem w małej wiosce w Wielkopolsce. Posłuchajmy:
„Jerzy Owsiak kojarzy mi się nieodmiennie z jednym wydarzeniem, które w sposób decydujący wpłynęło na sposób, w jaki go postrzegam. Otóż w czasie wielkiej powodzi 1997 roku, w parafii w której pracowałem, zorganizowaliśmy zbiórkę artykułów pierwszej potrzeby dla powodzian. Z Kurii otrzymaliśmy adres jednej z parafii pod Opolem i postanowiliśmy ciężarówką mojego znajomego zawieźć zebrane dary do potrzebujących. I wtedy pojawił się pewien problem. Nie mogliśmy w żaden sposób skontaktować się z tamtejszym proboszczem, a jazda w ciemno nam się nie uśmiechała. Nasi kurialiści zapewniali jednak, że nie ma się czym przejmować – adres został przesłany z Kurii opolskiej i nawet jeśli przyjedziemy niezapowiedziani, zostaniemy przywitani serdecznie. Oczywiście, to czy doznamy tam jakichś serdeczności, czy też nie, nie było moim zmartwieniem. Problemem była tylko i wyłącznie kwestia dojazdu. Chcieliśmy wiedzieć, czy przy wciąż wysokim poziomie wody w Odrze, zalanych bądź podmytych drogach i zagrożonych mostach, w ogóle jest możliwe do owych powodzian dotrzeć.
Tak czy inaczej pojechaliśmy, i po licznych przygodach i jeszcze liczniejszych objazdach, dotarliśmy na miejsce. Owa wieś wyglądała strasznie. To niesamowite, co rozszalała woda może nawyczyniać. Do dzisiaj śnią mi się niektóre widoki. Podjechaliśmy pod widoczny już z daleka kościół. Stała tam grupka ludzi, od której na nasz widok odłączył się jakiś mężczyzna, energicznie otworzył drzwi naszej ciężarówki i zaczął na nas wrzeszczeć. Prawdę powiedziawszy, rzucał najgorszym mięsem, przy czym najbardziej dobitnie brzmiało słowo „wypierdalać!”. Ponieważ nosił na sobie kapłańską koszulę, domyśliłem się, że jest to ów miejscowy proboszcz, który według poznańskich kurialistów, miał nas bardzo serdecznie przywitać. No i przywitał…
Po chwili jednak okazało się, że zaszło przykre nieporozumienie, a jego przyczyną okazał się być sam Jerzy Owsiak. Otóż owa podopolska wioska w czasie powodzi została praktycznie odcięta od świata, i bardzo szybko zaczęło ludziom brakować wody pitnej, żywności, suchych ubrań, leków itd. W ogólnym bałaganie i przy permanentnej niemożności miejscowych władz, proboszcz okazał się jedynym człowiekiem, który potrafił powodzian skrzyknąć, zorganizować ich i w ogóle zacząć działać, tak by w tej trudnej sytuacji ratować co się da i pomóc zwłaszcza tym, którzy z racji wieku, albo choroby mieli najtrudniej. To był naprawdę dzielny ksiądz, choć, jak widzimy, trochę choleryczny. Kiedy woda trochę opadła, pojawiła się możliwość wspomożenia tej wsi transportami podobnymi do naszego. Jako jedne z pierwszych pojawiły się bodajże trzy ciężarówki od Jerzego Owsiaka. To znaczy pojawiły się kilka kilometrów od celu, jeszcze przy wjeździe na most ma Odrze… i się zatrzymały. Tymczasem, kiedy proboszcz dowiedział się, że wspomniane ciężarówki jadą właśnie do niego, zwołał ludzi do wyładunku, czeka, a tu nic – ani widu, ani słychu. Ciężarówki jak stały za Odrą, tak stoją. Zepsuły się? Nie wiadomo. Ludzie czekali najpierw całą noc, potem cały dzień. W końcu proboszcz, jako że samochody zalało i były nie do użytku, wsiadł na rower i pojechał na drugi brzeg. I tam oto grzecznie mu wyjaśniono, że ponieważ pan Owsiak życzy sobie, żeby wjazd transportu do wsi i rozdzielanie darów rejestrowała ekipa telewizyjna, musi uzbroić się w cierpliwość, bo tak się niefortunnie złożyło, że owa ekipa najwcześniej może przyjechać jutro, a kto wie, czy nie dopiero za dwa dni. Proboszcz oczywiście zasugerował, by machnąć ręką na telewizję i jak najszybciej przyjeżdżać, bo powodzianie bardzo potrzebują pomocy. Wtedy to jeden z członków owego transportu, w obecności księdza, zadzwonił z komórki do Owsiaka, przedstawił sytuację i spytał co robić. Po chwili rozłączył się i powiedział, że szefowi bardzo jednak na telewizji zależy, a więc jednak trzeba będzie te parę dni jeszcze poczekać. Proboszcz na takie dictum zdenerwował się okrutnie, nawkładał tym ludziom – z Jerzym Owsiakiem na czele – od bezdusznych chamów, i kazał im, jak już zostało wspomniane, „wypierdalać”. Przy okazji też zapowiedział, że jeśli którakolwiek z panaowsiakowych ciężarówek wjedzie do jego wsi, to on i jego parafianie własnoręcznie te ciężarówki, wraz z tym co się na nich znajduje, spalą. No i to właśnie następnego dnia, tak się złożyło, że do owej wioski wjechała nasza ciężarówka, a ksiądz proboszcz – biorąc nas za ludzi z ekipy Jerzego Owsiaka – zareagował jak zareagował.
Wydarzenie to przypomina mi się zawsze wtedy, gdy widzę Jerzego Owsiaka, lub gdy ktoś zastanawia się, co z nim jest nie tak, skoro właściwie wszystko wydaje się być super. I przychodzą mi wtedy na myśl słowa Chrystusa: ‘Kiedy dajesz jałmużnę, nie trąb przed sobą, jak obłudnicy czynią w synagogach i na ulicach, aby ich ludzie chwalili. Zaprawdę powiadam wam: ci otrzymali już swoją nagrodę. Kiedy zaś ty dajesz jałmużnę, niech nie wie lewa twoja ręka, co czyni prawa, aby twoja jałmużna pozostała w ukryciu. A Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda tobie.’ (Mt 6,2-4)I na koniec zdanie prawosławnego teologa, diakona Andrieja Kurajewa*: ‘Zło może podejmować nawet pożyteczne działania, nie zmieniając swojej własnej natury. Na przykład czyniąc to w taki sposób, że pomagając ludziom pod jednym względem, pod innym względem będzie się umacniało ich sojusz ze złem w innych dziedzinach życia – choćby przez rozpalanie próżności ofiarodawców’.
 * Cytat z „Frondy”. Diakon Kurajew pisze tam o Apokalipsie św. Jana Apostoła. Temat mnie zainteresował, ponieważ swego czasu prowadziłem rekolekcje, których zagadnieniem była właśnie Apokalipsa z jej 'błyskawicami, głosami, gromami, wielkimi trzęsieniami ziemi i krwią tryskającą aż po wędzidła koni' – i było to coś (przynajmniej dla rekolekcjonisty) wspaniałego. Kurajew, choć schizmatyk, bardzo dorzecznie – a przy tym ortodoksyjnie –  sprawę przedstawia, i jak sądzę, jego przemyślenia mogą być całkiem niezłym komentarzem, do niektórych z naszych notek".
Pozostaje jedno pytanie. Czy Ksiądz kłamie? Miłych snów dla Milych Państwa.




sobota, 12 stycznia 2019

Za co lubię Roberta Biedronia


        Nie dość, że trzeba pisać książkę, co zabiera resztki czasu, jaki mam w ciągu dnia, to jeszcze wczoraj Hanka urodziła mi drugą wnuczkę i to mnie z kolei bardzo angażuje emocjonalnie. W tej sytuacji wciąż proszę Czytelników o wybaczenie, ale nic nowego nie dam rady napisać, natomiast, owszem, mamy najnowsze wydanie „Warszawskiej Gazety”, a w niej mój zabawny felieton.       
        


      Telewizję TVN24 oglądałem bardzo regularnie przez całe lata wyznaczające czas, kiedy to, jeśli ktoś w ogóle miał ochotę oglądać telewizyjne programy informacyjne, miał do wyboru wyłącznie wspomniane TVN24 oraz TVP, która wówczas była jeszcze gorsza. Przyznać muszę, że nie traktuję tamtych lat jako straconych, choćby z tego względu, że przy moim naprawdę dużym zainteresowaniu polityką, nikt chyba tak jak owa stacja nie zapewniłby mi tego poziomu doznań i jak najbardziej pozytywnych refleksji. Kiedy jednak Dobra Zmiana przejęła w Polsce władzę i tym samym to co najgorsze zostało ograniczone praktycznie już tylko do TVN24, machnąłem na nich ręką i praktycznie tam już nie zaglądam. I tu podobnie, nie uważam, żeby działa mi się jakakolwiek krzywda - nawet przy pełnej świadomości nędzy, jakiej Jacek Kurski z kolegami nam nie oszczędzają - tyle że dziś, kiedy piszę te słowa, czuję pewien brak.
      O co chodzi? Otóż, jak uważni czytelnicy zapewne pamiętają, w zeszłym tygodniu skomentowałem występ w owej telewizji trzech byłych polityków, a mianowicie Marka Borowskiego, Ludwika Dorna, oraz Marka Migalskiego. Obejrzałem fragment - oczywiście że tylko fragment - wspomnianego programu i pomyślałem sobie, że ci z nas, którzy pozostali wierni owej ofercie muszą znajdować się w bardzo ciekawym stanie emocjonalnym, skoro to co mają do powiedzenia ci trzej panowie ma dla nich jakiekolwiek znaczenie. Z nimi naprawdę musi być coś nie tak, skoro oni gotowi są wyrwać ze swojego życia 15 minut, czy niekiedy i całe pół godziny, by dowiedzieć się co siedzi w głowie kogoś, kto od dawna praktycznie już nie istnieje. No i od razu pomyślałem, że jedynym powodem, by się zachowywać aż tak irracjonalnie, jest pragnienie, by usłyszeć jak ktoś - ktokolwiek tak naprawdę - w telewizji mówi brzydko o PiS-ie. Innego rozwiązania tej zagadki nie widzę.
      Wspomniałem o braku. Jaki brak mam na myśli? Otóż chodzi o to, że ja nie wiem, czy to, że telewizja TVN24, jako swojego prime time commentator bierze kogoś takiego jak Marek Borowski, to wypadek, czy standard, a przez to, że nie oglądam owej stacji, tego oczywiście wiedzieć nie mogę. Od czego jednak mamy Internet? Otóż przeprowadziłem w tej sprawie dochodzenie i oto czego się dowiedziałem. Przed nami zestaw zaproszonych gości z ostatnich miesięcy, poza już wspomnianymi:
      Ryszard Kalisz, Paweł Kowal, Kazimierz Marcinkiewicz, Aleksander Kwaśniewski, Włodzimierz Cimoszewicz, Leszek Miller, Marek Dukaczewski, Janusz Zemke, Michał Ujazdowski, Andrzej Olechowski, Adam Rotfeld, Ryszard Bugaj, Jerzy Hausner, Barbara Labuda, Grzegorz Kołodko, Leszek Balcerowicz, Jerzy Buzek, Stanisław Ciosek, Joanna Senyszyn, Marek Belka, Ryszard Schnepf, Waldemar Pawlak, Krystian Legierski.
      Właśnie tak: Krystian Legierski. Przepraszam bardzo, ale cokolwiek byśmy sobie nie myśleli na temat TVP, my przynajmniej mamy Biedronia. A to mi w pełni wystarczy, żeby się modlić o to, by stare nie wróciło.

Przypominam o swoich książkach, które są do kupienia w znanych już nam chyba wszystkim miejscach, a jeśli ktoś ma wątpliwości, to proszę o kontakt pod adresem k.osiejuk@gmail.com.

środa, 9 stycznia 2019

O komórce z Bogiem i bez Niego



      Przyznać muszę, że pisanie książki idzie mi jak przysłowiowa krew z nosa, a jeśli wczoraj udało mi się coś napisać, to tylko dlatego, że to był tekst za który w lutym dostanę od Piotra Bachurskiego 300 zł, a to jest dla mnie ważne. Skąd to lenistwo? Nie wiem. Podejrzewam, że to jest w ogóle takie moje związane z wiekiem zmęczenie, które prowadzi mnie do tego, że zamiast zrobić coś pożytecznego, wolę siedzieć w fotelu i gapić się w ścianę. Poza tym moje dziecko przebywa aktualnie w szpitalu i jeśli nie uda się uspokoić sytuacji, lada chwilę urodzi mi drugą wnuczkę więc wszyscy jesteśmy myślami z nimi. A zatem, jest jak jest. W tej więc sytuacji, proponuje swój kolejny stary bardzo tekst, o tyle jednak aktualny, że zahaczający o temat, który się nam tu ostatnio troszkę pojawił, a mianowicie ateizm. Bardzo polecam.

        Wspominałem już tu z pewnością o pewnym moim koledze, który choć, jak idzie o wiek, mógłby być spokojnie moim synem, jest właśnie moim kolegą, i to kolegą nie byle jakim. Takim kolegą, z którym lubię się spotykać, a jak zaczniemy gadać, to właściwie możemy już nie kończyć. Siedzimy sobie więc od czasu do czasu z tym moim kolegą, otwieramy flaszkę za flaszką, słuchamy muzyki, albo oglądamy jakieś DVD, czas leci, a ja sobie myślę, ze to jest jedna z tych sytuacji, które Anglicy określając zwrotem „click in”. Poznajemy kogoś i od razu wiemy, że coś się stało. Coś co sprawia, że jest inaczej niż zwykle. I jest okay.
      A więc – rzadko bo rzadko – ale spotykam się niekiedy z tym moim kolegą i sobie gadamy. Jest w tej relacji jeszcze jedna ciekawa sprawa. Otóż to co nazywamy ogólnie poglądami, on ma całkowicie inne od moich. To znaczy, i on i ja oczywiście zgadzamy się co do tego, że nie należy kraść, kłamać i dręczyć innych ludzi, że bycie uprzejmym to wartość, a nie obciach, że można prowadzić rozmowę, nie używając jako przerywnika słowa ‘kurwa’ i nie wspominając wciąż o tzw. dupach, no i jeszcze że polskie komedie są absolutnie beznadziejne. Poza tym jednak dzieli nas już niemal wszystko.
      Weźmy takiego Kuczoka. Mój kolega uważa, że Kuczok jest pisarzem świetnym. Weźmy Jarosława Kaczyńskiego – Kaczyński jego zdaniem jest do niczego. Pan Bóg – oczywiście nie istnieje. Religia – kupa śmiechu. Polska, patriotyzm, Smoleńsk – w ogóle nie ma o czym gadać. Gdybym miał jednym zdaniem przedstawić pogląd na życie mojego kolegi, określiłbym, go jako klasycznego humanistę, z tych humanistów dla których na przykład to że senator Piesiewicz wybrał się na dziwki i kokę nie jest w ogóle tematem rozważań etycznych, a co najwyżej intelektualnych. Aha! On jeszcze lubi zespół Hej i uważa, że Nosowska jest dobrą piosenkarką.
      Spędziliśmy wczoraj wieczór, i tak się jakoś złożyło, że kiedy już obgadaliśmy tego Kuczoka i nowe DVD Radiohead, i kiedy już obejrzeliśmy sobie krótki, zaledwie, dwudziestopięciominutowy, ale za to oscarowy - i to jaki! - film „Six Shooter”, kolega mój włączył koncert Nicka Cave’a i pozostałą część tego wieczoru przegadaliśmy, rozmawiając o Bogu jako czymś wyłącznie irracjonalnym i czymś całkowicie racjonalnym. Bardzo inspirująca to była rozmowa. Ja utrzymywałem, że ateizm jest zachowaniem dokładnie tak samo rozumnym, jak wiara w Tarota i w to, że Harry Potter to postać historyczna. No i jeszcze, że jeśli ja od czasu do czasu zaczynam drżeć przed Nieznanym, to do głosu dochodzi już tylko ta kompletnie bezmyślna część mojego człowieczeństwa. Kolega mój z kolei twierdził odwrotnie – że właśnie irracjonalna jest wiara w to, że Bóg istnieje. Ja mu mówię, że jeśli my tak siedzimy nad tą flaszką i sobie elegancko rozmawiamy, a na ekranie telewizora śpiewa Nick Cave, to w sposób absolutnie oczywisty za tym stoi On. Bo po prostu inaczej się nie da. I że dla mnie ten fakt jest oczywisty nie dlatego, że ja wierzę w duchy, ale wręcz przeciwnie – dlatego, że ja w duchy nie wierzę. I że jeśli czasem w nocy zrywam się z krzykiem myśląc, że Boga nie ma, to na tej samej zasadzie, jak czasem drętwieje mi na plecach skóra, bo mam dziwne wrażenie, że coś chodzi po pokoju. A on na to, że nieprawda. Że to są tylko komórki. A ja mu na to, że to bardzo ciekawe. Nie wierzy w duchy, natomiast wierzy w komórki. Co za bezsens! Toż to najbardziej wieśniacki zabobon. A on się ze mnie śmieje. I tak to mniej więcej sobie szło.
      No i nagle zeszło na dzieci i in vitro. Kolega wygłosił kwestię z mojego punktu widzenia strasznie trywialną i jeszcze bardziej przewidywalną, że co ma zrobić para, która chce mieć dziecko, a z jakiegoś powodu tego dziecka mieć nie może, ja mu na to odpowiedziałem – równie trywialnie i przewidywalnie – że „chcenie” dziecka nie jest ani argumentem ani tym bardziej jakąkolwiek wartością, a ponieważ już obaj byliśmy odpowiednio nakręceni, dalej już było tylko ciekawiej. I w pewnym momencie przyszło mi do głowy coś tak niezwykłego, że mój biedny kolega zupełnie stracił głowę, ja się ucieszyłem, że już wiem, o czym muszę napisać kolejny tekst, a moje dzieci – kiedy z nimi jeszcze wczoraj w nocy tę swoją myśl skonsultowałem – stwierdziły, że się bardzo głęboko i w sposób oczywisty mylę. No ale ja już tak mam, że się do swoich myśli – szczególnie jeśli uważam je za bardzo oryginalne – bardzo mocno przyzwyczajam. Proszę posłuchać.
      Było otóż tak, że w pewnym momencie mój kolega wspomniał o tej swojej ewentualnej chęci posiadania dzieci, ja go spytałem a po cholerę mu dzieci, on rzucił, że choćby po to, żeby kontynuować linię, ja mu na to powiedziałem, że to jest powód wyjątkowo marny i nagle przypomniała mi się kobieta o nazwisku Szyszkowska i pewien z nią stary bardzo wywiad, kiedy ona wygłosiła następującą opinię. Ona jest bardzo mianowicie zrozpaczona sytuacją taką oto, że natura stworzyła człowieka, a więc byt wyposażony w rozum, a z nim w marzenia, pragnienia i tak zwany ból istnienia i świadomość nieuchronnego końca tego istnienia. Mówiła Szyszkowska, że natura wykazała się tu okrucieństwem wręcz nie do opisania. Jak można było stworzyć człowieka z jego pragnieniem życia i powiedzieć mu, że umrze i że z niego nie zostanie nic?
      A ja sobie wtedy pomyślałem, że skoro człowiek nie wierzy w Boga, w Jego słowa o tym by żyć i się rozmnażać, i w życie wieczne, po co do licha mu te dzieci? Jeśli spojrzeć na to całkowicie racjonalnie, to przede wszystkim on sprowadzając je na świat skazuje je wyłącznie na ów ból istnienia, a sobie ściąga na głowę wyłącznie kłopot. No bo – wciąż zachowując ten pozorny racjonalizm – posiadanie dzieci, to kiepska inwestycja. I to bez względu na to, czy się je ma z miłości, czy z przypadku. Można wręcz powiedzieć, że im bardziej one są wynikiem miłości, tym gorzej, bo wszelkie związane z nimi zmartwienia są już tylko większe. Ma człowiek te dzieci i od pierwszych dni musi się głównie o nie martwić. Że albo zachorują, albo stanie im się jakaś krzywda, albo umrą w wypadku, lub na jakąś chorobę. Musi wydawać na nie swój czas, swoją energię i pieniądze. Musi wciąż się martwić tym, czy one się dobrze uczą, czy są mądre, czy są grzeczne, a jeśli się uczą źle i są niegrzeczne – to już jest zmartwienie nie do przejścia. Później one dorastają i albo zaczynają chuliganić, albo wpadają w anoreksję. I tak przez dziesiątki lat, dzień w dzień. I z każdym rokiem jest coraz gorzej. Bo kiedy dzieci są małe, to jeszcze jakoś można je kształtować. Później one idą sobie w cholerę z domu i dobrze jeśli od czasu do czasu wpadną na obiad i nie powiedzą nam przy okazji czegoś przykrego.
      Ktoś mnie spyta, a czy jeśli jest Bóg, to wszystko to co napisałem wyżej traci swoją moc? Odpowiem, że tak. Jeśli jest Bóg, to wszystko o czym napisałem wyżej, traci swoją moc. Właśnie tak. Dlaczego? Bo Pan Bóg nadaje temu jedyny sens. Tylko On.
      Oczywiście, może być tak, że wszystko pójdzie dobrze. Że te dzieci i będą mało chorowały, i nie przydarzy im się w życiu większa krzywda, i że kiedy dorosną, będą nas nadal kochały i chciały z nami spędzać czasem wspólnie czas. Że się nie będą kłócić , rozwodzić i wpadać w jakieś ciężkie kłopoty. I że same nie będą miały zmartwień związanych ze swoją pracą i z domem i ze swoimi z kolei dziećmi. I że wnuki, które nam dadzą też będą dobre i słodkie. A kiedy będziemy już starzy i bezradni, zechcą nas nadal kochać i nas wspierać. To oczywiście jest możliwe. Natomiast biorąc pod uwagę wszelkie szanse i zagrożenia, zyski i straty, wydaje mi się, że z całkowicie racjonalnego punktu widzenia – a więc z punktu widzenia kogoś, kto uważa, że są tylko komórki – dzieci, to nie jest żaden interes. Mówiąc językiem biznesu – ryzyko jest zwyczajnie dużo za duże.
      I odwrotnie, jeśli żyjemy w jakimś luźnym związku bez żadnych ślubów i obietnic, ze świadomością tego bólu istnienia, o którym mówiła Szyszkowska, po co sobie dokładać dodatkowych wyzwań? I to w dodatku wyzwań, które wiążą się z jakimiś zobowiązaniami. Jeśli są pieniądze i coś co za te pieniądze można kupić, w tym wszystkim dziecko może stanowić najwyżej jeszcze jeden kaprys. Jak nowy samochód, czy ładna koszula lub kapelusz. Wprawdzie wczoraj słuchaliśmy tylko Nicka Cave’a i trochę Radiohead, i nie było mowy o Jaggerze czy Richardzie, czy Stewarcie, ale popatrzmy na nich. Ja nie wiem, ile oni mają sztuk dzieci i ile oni sobie w życiu poświecili wzajemnie czasu i emocji, ale podejrzewam że płodząc tych chłopców i te dziewczynki, wszyscy zorganizowali sobie wszystko tak, żeby ich to za dużo nie kosztowało. A więc domyślam się też, że z ich punktu widzenia, posiadanie dzieci to na ogół czysta frajda. No ale, jak wiemy, ta akurat sytuacja jest bardzo niestandardowa. Zwłaszcza że nie jest wykluczone, że każdy z nich wcale nie jest żadnym ateistą, lecz należy do jakiegoś fajnego kościoła.
      A ja myślę o ateistach i o swoim przekonaniu, że ateizm jest czymś całkowicie irracjonalnym i bezrozumnym. Fikcją i zabobonem. Że jeśli przyjmujemy jako fakt to że Boga nie ma i że jest tylko ten krótki czas i już tylko gwiazdy, to ja za takie życie serdecznie dziękuję. Nie tylko dlatego, że ono jest zwyczajnie po żydowsku nieopłacalne, ale też dlatego, że jest czymś kompletnie nielogicznym. Powiedziałbym, ze wręcz nienaukowym. I myślę że mam tu bezwzględną rację. Że jeśli mamy do czynienia z kimś całkowicie przekonanym o absolutnej wyższości Nauki nad Miłością, w takim sensie że to pierwsze to humanizm, a drugie to przesąd, to mamy do czynienia z kimś całkowicie zaplątanym. Zaplątanym w taki gąszcz ciemności, że z niego jedyna już droga wyjścia to wiara w UFO, lub w Drzewo, lub w Śnieg. Albo w sznur na szyję. A więc w coś co pobożni wieśniacy określają słowem ‘Szatan’. I tym określaniem zamykają sprawę skutecznie i ostatecznie.
      Wspomniałem tu o konsultacjach jakie przed napisaniem tego tekstu przeprowadziłem z moimi dziećmi. I o tym, że za moje myśli zostałem przez nie zrugany. Nie pokażę im tego, co napisałem, bo boję się, że mi powiedzą, że mam tego tekstu absolutnie nie publikować, bo sobie tylko narobię wstydu. Jednak zaryzykuję. Zobaczymy co będzie. Czekam z rozdartą na piersi koszulą.

Powyższy tekst został umieszczony w mojej książce „Palimy licho, czyli o TymKtóryNiePrzepuszczaŻadnejOkazji”, dziś już niestety sprzedanej. Są jednak wciąż inne, równie dobre, a zatem serdecznie polecam. Kontakt: k.osiejuk@gmail.com.


poniedziałek, 7 stycznia 2019

O tym jak Edyta Górniak zmasakrowała Ludwika Dorna


Ponieważ mamy wciąż zaległy felieton z „Warszawskiej Gazety”, a czas nie czeka na nikogo, proponuję dziś swoje noworoczne refleksje. Tym razem, jak widzimy, z Edytą Górniak i Ludwikiem Dornem w rolach głównych.     


     Nasza dzielna opozycja weszła w Nowy Rok z przytupem. Z tego co zauważyłem, na pierwszy ogień poszła świeżo reaktywowana piosenkarka Edyta Górniak, która podczas organizowanej przez stację TVN zabawy sylwestrowej zawołała do zgromadzonej publiczności, że wprawdzie miniony rok był nie taki jak miał być, ale musimy pamiętać, że każdy dzień może przynieść zmianę, której się nawet nie spodziewamy. Czy tak to brzmiało dokładnie, nie wiadomo, zwłaszcza że ja się tego jej proroctwa nie nauczyłem na pamięć, natomiast przekaz brzmiał podobnie.
      Ledwo skończyła swój występ Górniak i tym samym skończyły się igrzyska, do akcji ruszyła już sama telewizja i zaprezentowała nam debatę, w której udział wzięło trzech wybitnych ekspertów, a mianowicie - od lewej - Marek Migalski, Ludwik Dorn i - last but not least - niezastąpiony Marek Borowski. Każdy z nich, jeden po drugim, serdecznie zresztą zachęcany przez prowadzącą dyskusję redaktor Justynę Pochanke, przedstawił bardzo silne dowody na poparcie wyrażonej przez Edytę Górniak podczas sylwestrowego koncertu tezy, że w nowym roku wszystko jest możliwe. Gdybym miał stawiać na zwyciężcę tego konkursu, pierwsze miejsce przypadłoby Ludwikowi Dornowi, który z prawdziwie rabinacką inteligencją ogłosił, że w „przyszłym roku zniknie jedna z dwóch wielkich partii”, jednak uczciwość reporterska wymaga ode mnie, bym przytoczył przynajmniej krótkie fragmenty wypowiedzi pozostałych, równie wybitnych, ekspertów.
      Otóż pierwszy zabrał głos Marek Borowski i powiedział co następuje:
      Widzę taką możliwość, wynikającą z konstytucji, a także z twórczej interpretacji tejże konstytucji przez Prawo i Sprawiedliwość. Jeśli bardzo dla PiS-u opłacalne przedterminowe wybory zostaną ogłoszone przez prezydenta z zaskoczenia, wówczas zgodnie z przepisami wszystkie terminy ulegają skróceniu. Rejestracja list powinna nastąpić w ciągu piętnastu dni, to oznacza, że duże partie dadzą sobie radę, mniejsze już niekoniecznie, a już na pewno opozycja nie zdoła sporządzić wspólnych list, czyli będzie skazana na porażkę”.
       Po Borowskim głos zabrał Marek Migalski:
       W kontekście przyspieszonych wyborów parlamentarnych istotne jest, jak wytłumaczyć wyborcom, że ich partia odrzuca ich własny budżet i to rękami ich prezydenta. Wygrywa się nie tylko twardym elektoratem, ale tymi pięcioma, siedmioma, dziesięcioma procentami, które zyskuje się w czasie kampanii wyborczej. Przedterminowe wybory do Sejmu i Senatu mogłyby być korzystne dla Prawa i Sprawiedliwości, ponieważ wyprzedziłyby elekcję do europarlamentu, która jest skrajnie niekorzystna dla PiS. Wobec tego wyprzedzając to, PiS uprzedza jednocześnie tę pułapkę, którą na tę partię zastawił Donald Tusk, mówiąc o tym, że to będą wybory za bądź przeciwko członkostwu Polski w Unii Europejskiej. To jest oczywiście pewne uproszczenie, ale widać, że ta narracja stanowi problem dla PiS”.
       Ponieważ Dorn sprawę tu już wcześniej odpowiednio podsumował, dodając przy tym, że on nie sądzi, by PiS się zdecydował na wcześniejsze wybory, uznać należy, że jednak palma pierwszeństwa w tym towarzystwie należy się Edycie Górniak. Do siego roku!

Wszyscy oczywiście czekamy na nową książkę, a tymczasem zachęcam wszystkich tych, co maja zaległości, do kupowania tych co już są. Proszę o kontakt pod adresem k.osiejuk@gmail.com.


niedziela, 6 stycznia 2019

... a gdzie był wtedy TenKtóryNiePrzepuszczaŻadnejOkazji?

      Dziś zupełnie niespodziewanie, jednak w sprawie nadzwyczaj ważnej. Co ciekawe, ważnej nie przez to, że ona jest sama w sobie w szczególny sposób ważna, ale z tego względu, że nasza często tak bardzo uboga świadomość - czy może czasem i wiara - sprawia, że rzeczy wydawałoby się całkowicie oczywiste - i to często oczywiste nawet dla małych dzieci - stają się dla nas wyzwaniem naprawdę nielichym. Jak wszyscy już dziś zapewne wiemy, w Koszalinie, podczas zabawy w jednym z tak zwanych „Escape Rooms” doszło do pożaru, skutkiem czego zmarło pięć piętnastoletnich dziewczynek. Z tego co już w tej chwili wiemy, dzieci te zmarły na skutek zatrucia tlenkiem węgla, zanim jeszcze wybuchł pożar, co nie zmienia jednak faktu, że rozmiar tej tragedii siłą rzeczy jest nadmuchiwany przez medialne sugestie, jaka to musiała być straszna śmierć, kiedy one płonęły i nie mogły stamtąd uciec, bo albo miały ręce skute kajdankami, albo męczyły się z jakimiś szyframi w zamkach. A nad tym wszystkim króluje złowieszczy napis „Escape Room”.
      Może opowiem, co to takiego. Ale zacznijmy od początku. Otóż prędzej bym się śmierci spodziewał - choćby i od zaczadzenia - niż tego, że po tym jak one wydawałoby się ostatecznie zniknęły w mrokach PRL-u, kiedykolwiek jeszcze powróci moda na tak zwane gry planszowe, tymczasem, jak się okazuje, doszło do tego, że to tu to tam nawet Internet - by nie powiedzieć umieranie z nudów nad piwem w pubie - jest stopniowo wypierany przez owe gry i zwłaszcza młodzi ludzie  potrafią spędzać całe godziny już nie tylko układając Scrabble czy budując hotele w Monopolu, ale ćwicząc wyobraźnię, i nie tylko wyobraźnię, podczas dziesiątek, czy setek kompletnie nowych, powstajacych niemal codziennie zabaw. I oto, jak gdyby w ramach twórczego rozwinięcia tego rodzaju rozrywki, powstały owe „Escape Rooms”, gdzie robi się mniej wiecej to samo, co na planszy, tyle że w realu, a dojście do mety stanowi uruchomienie zamka otwierającego drzwi. Rozmawiałem o tym z moimi dziećmi i z góry im zapowiedziałem, że ja bym w to nie wchodził, bo przede wszystkim bym się znudził, a poza tym umarł ze strachu, że stamtąd do końca życia nie wyjdę, no i dowiedziałem się, że przede wszystkim ta zabawa trwa tylko godzinę, po której i tak trzeba ustąpić miejsca następnym w kolejce, a poza tym nawet jakbym chciał wyjść wcześniej to z tym nie ma żadnego problemu.
      I tak nie pójdę, ale chciałbym, żeby to było jasne dla tych, co mają w głowie wciąż te kajdanki i ewentualny pożar.
      A teraz do rzeczy. Mamy oto tych pięć biednych dziewczynek, które w tak niespodziewanym momencie musiały umrzeć i oczywiście nie ma słów, które byłyby w stanie zadośćuczynić tragedii jaką dziś przeżywają ich bliscy. Każdego dnia w najróżniejszych okolicznościach umiera w Polsce setki, czy może i tysiące osób, kiedy jednak w jednym wypadku ginie pięć młodych dziewcząt, to mamy do czynienia z czymś absolutnie osobnym i wyjątkowym. Pamiętam, jak wiele lat już temu doszło do katastrofy polskiego autokaru w której śmierć poniosło kilkanaście osób i kiedy prezydent Lech Kaczyński ogłosił żałobę narodową, wszystkie niemal media, włącznie z Internetem, oburzyły się, że a cóż to za okazja, by ogłaszać żałobę, skoro codziennie na drogach ginie znacznie więcej osób. Otóż nie. Codzienna, powszechna śmierć jest jak gdyby wliczona w nasze codzienne rachunki i ona nigdy nie stanie się sprawą narodową, co innego śmierć górników w kopalni, czy tamtych turystów w autokarze, czy nieszczęście tych pięciu dziewczynek. A więc dziś płaczemy nad nimi wszyscy, a jednocześnie musimy pamiętać o czymś, o czym najwyraźniej wielu z nas zapomina. Otóż chodzi o to, że to nie Pan Bóg zabił te dziewczynki, to nie On jest za ich śmierć odpowiedzialny, to nie On wreszcie pokazał Swoje najwyższe okrucieństwo. Nie ma nic bardziej błędnego w powiedzeniu, że człowiek strzela, a Pan Bóg kule nosi. Owszem, to prawda, że człowiek strzela, a jeśli ktokolwiek poza nim te kule nosi, to z całą pewnością nie Pan Bóg, tylko mianowicie TenKtóryNiePrzepuszczaŻadnejOkazji. I jeśli ktokolwiek jest za śmierć tych dziewczynek odpowiedzialny, to z całą pewnościa nie Pan Bóg. On nam dał wszelkie możliwe wskazówki do takiego postępowania, by one żyły i od tego momentu wszystko jest już w rękach Szatana, który, jak wiemy pewnego dnia zostanie pokonany tuż przed Śmiercią, ale przede wszystkim w naszych. Przede wszystkim w naszych.
       Czytam komentarze na temat tego nieszczęścia i to jest coś zupełnie nieprawdopodobnego, jak wielu z nas wciąż wraca do tego kompletnie idiotycznego pytania: A gdzie był wtedy Bóg? Przepraszam bardzo, ale o co tu chodzi? O to, żeby On stał nad tymi najbardziej niewinnymi, czy nad tymi najbardziej pobożnymi, czy może nad tymi najbardziej grzesznymi - żeby zdążyli się jeszcze nawrócić - a może nad wszystkimi dziećmi - bo to tyle jeszcze życia przed nimi - a może nad naszymi dziadkami, bo nasze dzieci bez nich nie będą mogły żyć, a może w ogóle jako ów Wszechmogący powinien ingerować w każdy konflikt między złem, a dobrem i na złych zsyłać pioruny, a dobrych osłaniać Własną tarczą? Czy tak sobie wyobrażają świat nasi kochani ateiści, którzy oczywiście w żadnego Boga nie wierzą, ale jednocześnie Go strasznie nie lubią, za to, że jest taki fałszywy?
       Jak wiemy, parę miesięcy temu miałem okazję wziąć udział w specjalnie dla mnie zorganizowanych rekolekcjach księdza Rafała Krakowiaka i ksiądz powiedział mi coś bardzo ciekawego. Otóż on podejrzewa, że prawdziwi ateiści w ogóle nie istnieją. Tam gdzie my widzimy ateistów stoją zazwyczaj ludzie, którzy absolutnie nie negują istnienia Boga, oni dobrze wiedzą, że Bóg istnieje, tyle tylko, że są szczerze przekonani, że On wcale nie jest dobry. Ich zdaniem, kiedy On nam powiedział, że jest dobry, to zwyczajnie nas okłamał. Rozmawiałem sobie z księdzem Krakowiakiem i tak się wspólnie zaczęliśmy zastanawiać, że ciekawe skąd oni się tego wszystkiego dowiedzieli? Kto im przekazał ową Złą Nowinę.
     A dziś, kiedy piszę ten tekst, zastanawiam się z kolei, kto nam szepcze do ucha to dziwne pytanie: A gdzie był wtedy ten wasz Bóg?

Jak zawsze bardzo zachęcam do kupowania moich książek. Część z nich wprawdzie już jest sprzedana, ale to co zostało ma swoją wagę. Wszelkie pytania proszę zgłaszać mailowo na k.osiejuk@gmail.com.
       

piątek, 4 stycznia 2019

Dawnych wspomnień czar, czyli góra stoi


       No więc z początkiem nowego roku, druga książka o języku angielskim została ostatecznie zamknięta. Mamy tytuł, okładkę, oprawę i teraz już wszystko w rękach Coryllusa. Z tego co wiem, jest niewielka kolejka, więc trzeba będzie troszkę poczekać. Natomiast, zgodnie z zachętą ze strony wspomnianego Coryllusa, zabieram się już do kolejnej, z którą chciałbym zdążyć na kwietniowe targi - o czym, to już niespodzianka - co będzie musiało spowodować kolejne zwolnienie tempa, gdy chodzi o blog. Oczywiście, jeśli pojawi się coś nie cierpiącego milczenia, na pewno się odezwę, no a poza tym będę publikował raz na tydzień felietony z „Warszawskiej Gazety” i co dwa tygodnie krótkie kawałki z „Polski Niepodległej”. Zastanawiam się też, czy, aby nie było nam tu aż tak samotnie, nie powrzucać tu też niektórych ze starych tekstów: z tego co widzę, jest bardzo dużo nowych czytelników, którzy zwyczajnie nie mieli okazji się z wieloma z nich zapoznać.
      Na start może bardzo fajny tekst sprzed  ponad dziesięciu już lat, pod ładnym bardzo tytułem „Pedofilia - rzut oka z Polski B”. Bardzo proszę. Trochę na czasie. Jak wszystko tak naprawdę.

W informacji, którą umieściłem na stronie z moim blogiem, stoi, jak byk: „łagodny konserwatysta". Informacja ta na ogół nie wzbudza większego zainteresowania, pomijając sytuacje, w których ktoś jest tak roztrzęsiony moimi opiniami, że zaczyna kpić. Na przykład: „Łagodny konserwatysto! Gratuluję chamstwa", albo: „Jeśli to ma być łagodny konserwatysta, to ja dziękuję", i tak dalej w tym stylu.
Spieszę więc wytłumaczyć, że informując o moim łagodnym konserwatyzmie, nie miałem na myśli tego, że jestem łagodnym i kulturalnym konserwatystą, jak, powiedzmy Jarosław Gowin, czy ktoś taki, lecz, że jestem chamem, jak na przykład Jacek Kurski, lecz o przekonaniach lekko konserwatywnych. Ani więc Gowin, czy mąż pani minister Hall, ale też nie Wojciech Wierzejski. Zwyczajny cham z Polski B.
W moim łagodnym konserwatyzmie jest jednak pewien element, który mnie zbliża do konserwatystów niełagodnych. Chodzi mianowicie o tzw. zbrodnię i karę. Osobiście jestem jak najszczerszej przekonany, że kara śmierci jest rozwiązaniem historycznie i cywilizacyjnie sprawdzonym, sprawiedliwym i skutecznym. Uważam, że okrutnych morderców, gangsterów bez serca, różnego rodzaju bezlitosnych, pozbawionych ludzkich odruchów bandytów, należy stawiać przed sędzią, który, jeśli uzna to za wskazane, powinien z czystym sumieniem móc skazywać ich na śmierć.
Uważam też, na przykład, że, jeśli policja dowiaduje się, że kibole z jednej drużyny piłkarskiej jadą autobusami gdzieś do lasu, żeby tam spotkać się z kibolami z drugiej drużyny piłkarskiej i lać się po mordach, to przede wszystkim powinna od każdego z nich odebrać oświadczenia, że wszystko, co się wydarzy w związku z tym ich hobby, biorą na siebie, następnie dowieźć ich na miejsce, otoczyć teren, żeby jacyś postronni ludzie nie odnieśli krzywdy, a potem już pozwolić się im tłuc do woli.
Po zakończonej walce, wywożeniem trupów i opatrywaniem ran tych, którzy przeżyli, zajmują się organizatorzy spotkania, a społeczeństwu nic do tego. Jeśli oczywiście zostaną przy okazji walki poczynione jakieś szkody, czyli połamane drzewa, albo zniszczone ławki, to oczywiście procedury powinny być standardowe, natomiast w moim konserwatyzmie typu Polska B, stawiam na to, żeby broń Boże, społeczeństwo nie brało na siebie jakichkolwiek kosztów związanych z tym, co tam sobie banda idiotów zaplanuje.
W ostatnich dniach, przez Polskę, jak burza przetacza się dyskusja na temat chemicznej kastracji pedofilów. Co ciekawe, dyskusja ta została nam wrzucona nie po zwykłym akcie pedofilskim, lecz po przypadku jakiegoś ojca, który, za zgodą matki i paru swoich kumpli, gwałcił najpierw piętnastoletnią, a z biegiem lat, swoją dorosłą już córkę. Kiedy wiadomość o tym wyjątkowym przypadku ludzkiego upadku, dotarła do mediów, premier Tusk - jak się zdaje, nadmuchany intelektualnie przez swoich odpicowanych w piękne garnitury doradców od wizerunku - zażądał, żeby pedofilów kastrować chemicznie, bo to zwierzęta nie ludzie.
No i się zaczęło. Cała gromada pilnych uczniów profesorów od tzw. politycznej poprawności, rzuciła się na biednego Donalda z pytaniem, jak on w ogóle tak może. Co ciekawe, głównym argumentem w tej niezwykłej wojnie autorytetów z rządem autorytetów, stało się nie to, że ta cała kastracja będzie nieskuteczna, albo, że taka kastracja przyniesie więcej szkody niż pożytku, czy że zamiast kastrować, lepiej byłoby po prostu im wszystkim poobcinać łby i byłby spokój.
Odnoszę wrażenie, że gdyby Tusk zaproponował, żeby za karę pedofilom kazać przez sto lat wisieć na łańcuchu głową w dół, albo uznał, że trzeba ich wysyłać na jakieś wymyślne tortury, to wykształcona część opinii publicznej jakoś by ten przejaw płynącej z sopockiego boiska miłości zdzierżyła. Tu, tymczasem, ostrze krytyki zostało skierowane w tę stronę, że okrucieństwo tej kary dotyka nie nogi, nie ręki, nie głowy, ale tzw. seksualności. A dla wykształconych ekspertów od człowieczeństwa, seksualność jest wartością do tego stopnia najwyższą, że każda próba jej ograniczenia, stanowi zamach na najbardziej podstawowe prawo ludzkie.
Oglądam program Moniki Olejnik pt. Kropka nad i, w którym red. Olejnik najpierw przesłuchuje Michała Kamińskiego, następnie samego Donalda Tuska, a w kolejnym dniu ministra Ćwiąkalskiego i w każdej sekundzie tego jej programu widać, jak ona strasznie nie może się pogodzić z myślą, że nagle ktoś zostanie pozbawiony możliwości uprawiania seksu. Ona wie, że pedofilia, ona wie, że cierpienie dzieci i rodzin, ona doskonale zdaje sobie sprawę, że ten rodzaj przestępstwa jest szczególnie drastyczny, ona nawet wie, że przestępcy tego gatunku mają wybitną zdolność do recydywy; ona wie, że takich typków, jak ten ojciec gwałcący swoją córkę zasługuje na najbardziej surową karę. Jednak Monika Olejnik nie może znieść myśli, że on mógłby, mocą wyroku sądowego, zostać pozbawiony możliwości uprawiania seksu.
A minister Ćwiąkalski wije się, jak piskorz i zapewnia panią Olejnik, że ależ skąd, że to tylko pastylka, że to tylko na jakiś czas, że on dalej będzie mógł osiągać wzwód, że przecież to nie jest zabieg operacyjny, tylko chemiczny. Na co Monika Olejnik spogląda na niego surowym okiem i mówi: „To zamach na seksualność". A chwilę później łapie się ostatniej deski ratunku i grzmi, jakby już zupełnie oszalała na tej karuzeli krętactw: „Przecież ten ojciec nawet nie był pedofilem".
I tak się toczy ta dziwna debata, w której z jednej strony mamy gwałtowną potrzebę ze strony Platformy Obywatelskiej tupnięcia nóżką, a z drugiej kompletną bezradność elit, jeśli idzie o nazwanie zła złem, a dobra dobrem. Do tego jeszcze dochodzi bardzo szczególny aspekt tego sporu. Ten mianowicie, że i jedna i druga strona weszła na teren dla siebie kompletnie niewygodny. Platforma Obywatelska ruszyła do ostrej walki z przestępczością i, przyjmując maskę bezwzględnego szeryfa, wygląda po prostu głupio, a elity, stojąc w obliczu zbrodni szczególnej, zupełnie straciły głowę i powtarzają jak mantrę: „Róbcie wszystko, tylko nie odbierajcie nam naszego seksu".
Co może na to powiedzieć łagodny konserwatysta o skłonności do ekscesów? Ja oczywiście byłbym za tym, żeby tego ojca, czy to z Austrii, czy to z Polski, po prostu najpierw postawić przed sądem, a potem, jeśli taka będzie wola sądu, obciąć mu nie penisa, ale łeb. Jeśli idzie o ludzi, którzy brali w tym nieludzkim procederze udział, zależnie od stopnia winy, również ukarać najbardziej bezwzględnie.
Uważam, że jeśli po świecie chodzi jakiś typ, który uprowadza dzieci, a potem je gwałci, lub wyrządza im jakąś inną krzywdę, bo strasznie go podnieca ich strach, lub ich ból, to trzeba go złapać i go dać pod sąd, a jeśli wcześniej policja go skutecznie nie ochroni, to go po prostu zabić kijem, sztachetą, czy co tam okolicznie obywatele mają pod ręką. Mam szczere przekonanie, że pewien gatunek ludzi nie zasługuje na to, żeby żyć i jeśli społeczeństwo, ustami swojej władzy, daruje mu życie, niech gnije w więzieniu, ale jeśli społeczeństwo, decyzją swoich przedstawicieli, czy to na wiejskiej miedzy, czy też w gmachu sądu, zadecyduje, że ten ktoś ma umrzeć, to niech umiera. A ja za to mogę się za niego pomodlić, żeby, kiedy będzie umierał, jego miłość do Boga i człowieka nagle tak zajaśniała, a jego żal stał się tak szczery i wielki, że Dobry Bóg mu przebaczy.
Sytuacja jest jednak taka, że ani Donald Tusk, ani Monika Olejnik, ani Andrzej Rzepiński, ani prof. Filar, ani nawet minister Ćwiąkalski, nie chcą pedofili zabijać. Może tylko Stefan Niesiołowski ma tu odmienne zdanie, no ale on już dawno odjechał, więc trudno go w poważnej debacie uwzględniać. Oni nie chcą pedofili karać śmiercią, ale bardzo chcą ich karać mocno. Donald Tusk chce ich kastrować.
I znów, co na ten temat może sądzić łagodny konserwatysta z odchyłami? Otóż ja uważam, że ludzie, którzy wyłapują małe dzieci i je dręczą, nie robią tego dlatego, że bardzo lubią seks. Ja miałem kiedyś, jeszcze na studiach, kolegę, takiego Zbyszka, który do tego stopnia miał fioła na punkcie seksu, że właściwie poza podstawowymi obowiązkami, nie interesowało go nic. Jak tylko miał wolny czas, wyrywał dziewczyny i starał się skłonić każdą z nich do tego, by poszła z nim do łózka. Był to bardzo miły kolega, wszyscyśmy go bardzo lubili, ale jednocześnie śmialiśmy się z tej jego obsesji do rozpuku.
Ten nasz Zbyszek uganiał się za dziewczynami, miętosił po kieszeniach jakieś stare kontakty do dziewczyn, z którymi kiedyś miał okazję się przespać, ale nigdy nie przyszło mu do głowy, żeby kogoś zgwałcić, albo tym bardziej, żeby zgwałcić małe dziecko. On nie marzył o tym, żeby dziewczynie zrobić krzywdę. On chciał dziewczynom sprawiać przyjemność, a przez to sprawiać przyjemność sobie. Mój kolega ze studiów, Zbyszek, miał bardzo poważny problem ze swoją seksualnością i naszym zdaniem, zdaniem jego kolegów, powinien był się jakoś leczyć, niemniej nie dlatego, że Zbyszek mógł którąkolwiek z tych swoich dziewcząt do czegokolwiek zmusić.
Moim zdaniem, pedofile i ludzie gwałcący swoje dzieci nie są obciążeni nadmiernie rozwiniętą seksualnością. Ich problem nie polega na tym, że bardzo lubią seks i to ich gubi. Ich problem związany jest z czymś kompletnie innym. Z jakimś potwornym sadyzmem i bezwzględnością, z jakimś zupełnie niewyobrażalnym dla zwykłego człowieka pragnieniem czynienia krzywdy. W moim odczuciu, ludzie którymi postanowił się zająć Donald Tusk i jego specjaliści od PR-u, możliwe, że - wręcz przeciwnie - już mają ograniczone możliwości seksualne. Możliwe, że oni już są impotentami, możliwe, że oni już nie odczuwają potrzeby seksu. Ja się na tym nie znam, ale myślę sobie, że jest bardzo prawdopodobne, że oni dręczą te dzieci wcale nie dlatego, że mają ochotę na seks, ale z czystego, zwierzęcego pragnienia krzywdy.
Mogę się tu mylić, ale bardzo mnie interesuje postawa ministra Ćwiąkalskiego, który na pytanie Moniki Olejnik, czy on konsultował swoje plany z lekarzami, odpowiedział, że nie, bo nie ma takiej potrzeby. Ciekawy jestem, co on i jego koledzy od doraźnej polityki podlizywania się wyborcom zrobią, jeśli uda im się wprowadzić ten swój projekt w życie, a w efekcie wyhodują całą bandę bezlitosnych, przemutowanych zwierząt, które już nie będą gwałcić tych dzieci, ale je po prostu zabijać.
Na koniec pragnę jeszcze raz powiedzieć. Może i jestem łagodnym konserwatystą, może i ten mój łagodny konserwatyzm ma swoje skazy, ale nie jestem na tyle głupi, żeby popierać głupkowate pomysły polityków z aspiracjami. A dla Donalda Tuska mam jedną radę. Jeśli już musi się na siłę aktywizować, to niech jedzie do Peru. Może nawet zabrać ze sobą panią Małgosię. A ja się zgadzam na tę ich podróż oddać część moich podatków.


czwartek, 3 stycznia 2019

Czy można zwariować od nadmiaru informacji?


Okres okołoświąteczny - w połączeniu też trochę z tym, że udało mi się skończyć książkę - tak mnie rozleniwił, że zapomniałem wrzucić felieton z zeszłotygodniowej „Warszawskiej Gazety”. Co niniejszym czynię. Jutro piątek, a więc wydanie kolejne, do kupowania którego serdecznie zachęcam.     


        Przyznać muszę, że kiedy zastanawiam się nad sytuacją, w jakiej znalazły się dziś media, czuje się złapany w swego rodzaju pułapkę. Przede wszystkim mam ochotę wyjechać na wieś otworzyć knajpę, zostać karczmarzem i resztę życia spędzić nalewając okolicznym mieszkańcom wódkę do kieliszków, i w ten sposób nie musieć rejestrować tak zwanych headline news. Z drugiej strony głupio jest tak po prostu stracić zainteresowanie dla świata i wyłączyć się kompletnie, zwłaszcza że w tym całym chaosie są miejsca, gdzie człowiek się czuje zupełnie nienajgorzej, a niekiedy nawet ma poczucie, że właśnie się czegoś nowego dowiedział i stał się przez to mądrzejszy.
        Z prasą drukowaną, no i oczywiście z telewizją, sytuacja, jak wiemy, jest raczej niewesoła, by nie powiedzieć tragiczna, natomiast mamy ten nasz Internet, gdzie przy odrobinie czujności naprawdę potrafimy odzielić ziarno od plew, a owo ziarno potrafi się okazać naprawdę cenne. Wygląda niestety na to, że zaraza, która w pierwszej kolejności sprowokowała mnie do myśli emigracji za karczmianą ladę, powoli sięga już ostatniego bastionu rozsądku i zachowuje się jakby się szykowała do demonstracji ostatecznego triumfu.
      Proszę popatrzeć, co znalazłem na popularnym Facebooku. Oto zdjęcie papieża Franciszka i rzekomy cytat z papieża:
      Nie jest rolą polskiego Kościoła bogactwo i uprawianie polityki. Kościół polski musi być z wiernymi i rozliczyć ogrom pedofilii w polskim Kościele. Media toruńskie są zaprzeczeniem chrześcijaństwa”.
      Ktoś powie, że to dzieło jakiegoś wariata, którym nie należy się przejmować, obawiam się niestety, że tak nie jest. Przede wszystkim zwróćmy uwagę, że tu mamy autentyczne kalki: „nie jest rolą”, „bogactwo Kościoła”, „uprawianie polityki”, „ogrom pedofilii”, „media toruńskie”… Przeciez to jest normalny przekaz głównego nurtu. Tego nie pisał wariat, ale bardzo sprawny propagandzista.
      A to przecież nie koniec. Spójrzmy na szereg komentarzy, jakie się tam, pod tą informacją ukazały:
Nawet papieża nie słuchają, tylko biznesmena Rydzyka
Brawo papieżu Franciszku, od samego początku mi się podobasz i mówisz otwarcie o złych poczynaniach również co smutne naszych księży
Na zasady naszego Kościoła nie papież jest potrzebny, ale Hitler
Boję się o Franciszka”…
      W pewnym momencie pojawia się ktoś, kto zwraca uwagę na to, że papież w ogóle nic takiego nie powiedział i cała ta informacja to typowy fejk.
      Ale tu też Internet reaguje błyskawicznie:
Może nie powiedział, ale powinien
       I tak dalej i tak dalej, a ja się już tylko zastanawiam, dokąd to wszystko prowadzi. I wcale nie chodzi mi o to, że jacyś zatrudnieni po godzinach redaktorzy „Gazety Wyborczej” będą siedzieć w Internecie i tworzyć tego rodzaju newsy, ale o to, że tego typu „informacje”, jeśli ich się namnoży odpowiednio dużo - a to wcale nie jest takie trudne -  doprowadzą do tego, że my od nich zwyczajnie oszalejemy.
       Co niekiedy, mam wrażenie, już się stało.

Jak zawsze zachęcam do kupowania moich książek. Czy to przez wydawnictwo pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, czy w warszawskim sklepie Foto-Mag, czy też częściowo też tu u mnie. Mój mail: k.osiejuk@gmail.com.



środa, 2 stycznia 2019

O Polsce widzianej spod poduszki


      Parę dni temu Coryllus zamieścił na swoim blogu link do filmu - uczciwie trzeba przyznać, że przesłany mu przez kolegę Parasola - na którym widzimy trójkę polskich współczesnych pisarek reklamujących książkę jednej z nich. Może najpierw rzućmy okiem.


      
      Coryllus potraktował ów występ jako zaledwie dygresję do czegoś znacznie poważniejszego, ja jednak chciałbym się bardziej skupić na tym właśnie filmiku. Oczywiście nie zachęcam nikogo, by poświęcił 20 minut swojego i tak bardzo krótkiego życia na słuchanie tego, co te trzy kobiety mają do powiedzenia, wystarczy bowiem, że powiem, że sprawa sprowadza się do tego, że ta gruba po środku wydała książkę o naszej polskiej głupocie i ta książka podobno jest świetna. To co mnie natomiast bardzo interesuje, to ów obraz, który mógłby się ograniczyć do jednego zdjęcia, tu natomiast został rozciągnięty do dwudziestominutowego filmu, w dodatku z tekstem mówionym. Co zatem przedstawia ów obraz? Otóż mamy łóżko, na łóżku leżą trzy kobiety, te po bokach demonstrują swoje smukłe nogi, natomiast ta gruba w środku - autorka reklamowanej książki i jak się dowiadujemy doktor z Instytutu Filozofii i Socjologii Polskiej Akademii Nauk - umieszczona została w pozycji „po turecku”, w dodatku przykryta poduszką, jak rozumiem po to, by nie robić kontrastu dla wystawy zaprezentowanej przez swoje koleżanki. Leżą więc sobie one na tym łóżku, jedzą ciasteczka i rozmawiają.
       Oczywiście, jest jakoś tam możliwe, zwłaszcza w przedstawionych wyżej okolicznościach, że owe panie nie mają nic wspólnego z ruchem feministycznym, jednak doświadczenie mi mówi, że jest wręcz przeciwnie, a więc że z nich są feministki pierwszej klasy. A w związku z tym, dręczą mnie dwie kwestie. Pierwsza z nich to ta, czemu ta gruba nie pokazała swoich nóżek. Cóż to bowiem za zwyczaje? Obie jej koleżanki, w tym jedna w szortach, wystawiają swoje wdzięki, a ta przez pełne dwadzieścia minut się męczy w tej kompletnie nienaturalnej pozycji, w dodatku zasłaniając się tą poduszką? A czegóż to ona się wstydzi? I z jakiej racji? Czy chodzi o to, że gdyby ona pokazała te nogi, to by książka zaczyła gorzej schodzić?
      No ale nie to, wbrew pozorom, stanowi największą zagadkę. To co mnie zdecydowanie zadziwia, to fakt, że one, pozując na pierwszej klasy intelektualistki, kobiety wzywolone i tworzące autentyczną moc, uznały za stosowne swoje intelektualne wdzięki prezentować, leżąc obok siebie w łóżku w towarzystwie ciasteczek. Zastanówmy się bowiem, co by było, gdyby trzech popularnych pisarzy - nie pisarek -  postanowiło się zareklamować w tego typu „okolicznościach przyrody”? Co by było, gdyby nagle w Internecie pokazali się Kuczok, Stasiuk i Twardoch, wyłożeni na małżeńskim łożu i opowiadający o najnowszej książce  Kuczoka, który w dodatku siedziałby po turecku, przykryty poduszką? Przecież nie ma najmniejszej wątpliwości, że w jednej chwili byśmy wszyscy uznali, że oni albo dokonali tak zwanego coming-outu, albo właśnie przyłączyli się do walki na rzecz praw osób homoseksualnych, a to co widzimy, to taka demonstracja.
      Nasze pisarki w tym momencie pewnie zakrzykną: „Ależ my jesteśmy dziewczynami, a jak wiemy, dziewczyny, kiedy się spotkają, żeby sobie poklachać, to lubią to robić leżąc na łóżku i jedząc herbatniczki”. No a ja wtedy odpowiem, że to właśnie o to chodzi. Te trzy intektualistki, to zwykłe dziewczyny, które zawsze bardzo chciały być mądre jak chłopcy, albo nawet od niech mądrzejsze, ale ostatecznie nie dały rady i wóciły do podstaw, tyle że już jako karykatura kobiety. To znaczy jako klasyczna słodka idiotka, tyle że używająca maksymalnie dużo trudnych słów.
      I pewnie można by było machnąć na tę nędzę ręka, gdyby nie to, że one z tego łóżka potrafią naprawdę pokazać lwi pazur. Nie na darmo śp. biskup Pieronek swego czasu powiedział, że na nie nawet kwas solny to za mało.