piątek, 27 marca 2015

Czy po Platformie zostaną nam tylko czerwone latarnie?

Trochę może wcześnie, ale tak wychodzi, że dziś mój cotygodniowy felieton dla „Warszawskiej Gazety” mamy i tam i tu. Polecam jak zawsze.

Minęło już parę lat, ale ja wciąż to pamiętam, jakby to było wczoraj. Czekałem rano na tramwaj, kiedy z pobliskiego salonu gier wyszedł człowiek. Normalnie wyglądający starszy pan, w marynarce i krawacie, rozpiętej pod szyją koszuli, nieogolony, może trochę zmęczony i rozejrzał się dookoła. W pewnym momencie spostrzegł trzech prostych meneli, którzy tam stali, jakby czekając aż może nagle pojawi się jakiś szczęściarz i rzuci im coś na flaszkę. I wtedy człowiek w marynarce wyciągnął z kieszeni zegarek i zaproponował menelom, że im go sprzeda niedrogo.
Trwało to kilka minut. Człowiek w marynarce błagał meneli, by kupili od niego zegarek, oni mu powtarzali, że nie mają pieniędzy, on obniżał cenę do jakichś śmiesznych groszy, oni się od niego ze śmiechem odganiali, no i w końcu nadjechał mój tramwaj, i ja owo nieszczęście zostawiłem na zawsze za sobą.
Jak mówię, minęły już lata, w międzyczasie mieliśmy w Polsce tak zwaną aferę hazardową i równie tak zwaną komisję śledczą, spocone czoło posła Chlebowskiego, czerwony nos ministra Drzewieckiego, gwałtowną akcję samego premiera Tuska na rzecz zdelegalizowania wolnego hazardu, cykl sejmowych głosowań i wreszcie na rynku zapanował błogi spokój, gdzie, jeśli ktoś chciał stracić pieniądze i od tego zwariować, musiał jechać setki kilometrów od domu, albo już tylko grać w totolotka. I oto od pewnego czasu widzę, że w mojej okolicy – a skoro w mojej okolicy, to zapewne i w całym kraju – jak grzyby po deszczu wyrastają jeden za drugim kolejne punkty, z których każdy wygląda mniej więcej tak samo i robi równie tajemnicze wrażenie. Mamy więc zasłoniętą, lub zamalowaną wizerunkiem rozebranej lali w siatkowanych pończochach witrynę, zamknięte i zamalowane na czarno drzwi, nad drzwiami mijający na czerwono neon z napisem albo „24 godziny”, albo, bardziej światowo, „24 h”, a w środku? Diabeł jeden wie, bo to wszystko robi takie wrażenie, że normalny człowiek boi się sprawdzić, by na wejściu nie dostać fangi w nos. Popytałem tu i ówdzie i zostałem poinformowany, że owszem, w chwili jak Donald Tusk wyjechał do Brukseli, nerwowy okres minął, wszyscy umyli ręce i sprawy powoli wracają do normy, z tym, że najwidoczniej jeszcze bardziej.
Co ciekawe, wraz z powrotem domów gier, jakoś nie wróciły sklepy z dopalaczami. Powiem wręcz, że nie widać nawet starych dobrych bujających się na ugiętych nogach narkomanów. Rozmawiałem ze znajomym, którzy interesuje się sprawą zawodowo i usłyszałem, że oni wciąż są, tyle że towar jest znacznie lepszy. A ja się zastanawiam, czy nie tylko lepszy, ale czy owe czynne 24 godziny na dobę punkty nie stanowią jakiejś nowej branży typu dwa lub nawet trzy w jednym.
To by dopiero było uwieńczenie ośmiu lat rządów Platformy Obywatelskiej! Mam wielką nadzieję, że coś na ten temat usłyszymy już w maju.

Jak zawsze szczerze zachęcam do kupowania moich książek, które można znaleźć w księgarni na stronie www.coryllus.pl. Ich jest wciąż aż sześć, więc trzeba coś wybrać. Dziś więc polecam podręcznik do nauki języka angielskiego zatytułowany „Kto się boi angielskiego listonosza”. Proszę sprawdzić. Biorąc pod uwagę ceny tego, co sprzedają w księgarniach, to jest czysta oszczędność.

czwartek, 26 marca 2015

Czy ktoś nam chce wydłubać mózgi?

Wczoraj spadły na mnie dwie informacje, który doprowadziły mnie do miejsca, gdzie w pewnym sensie wszystko przestaje mieć znaczenie. Oczywiście, muszę podkreślić owo „w pewnym sensie”, bo nie dajmy się zwariować, ja nie będę rewidować całej swojej postawy wobec świata, który mnie otacza, jedynie z powodu gestów, które, owszem, robią wrażenie, ale raz że się na nie zapowiadało już od pewnego czasu, a dwa, że to są gesty ze strony, moim zdaniem, która tak czy inaczej jest skazana na przegraną. Przynajmniej do czasu gdy oni nie unieważnią dla nas praw fizyki.
Ktoś może pomyśleć, że pewnie mi chodzi o Tomasza Terlikowskiego, który właśnie zakomunikował, że Angelina Jolie powinna sobie wyciąć mózg. Otóż nie. Gdy chodzi o Terlikowskiego właśnie, to on jest tu najwyżej doskonałym dowodem na to, że oni, tak jak mówię, nie mają żadnych szans na utrzymanie się na powierzchni. Terlikowski pikuje, a przed nim już tylko błoto. Rozmawialiśmy tu o nim zresztą parę razy ostatnio i widać bardzo jasno, że to już jest końcówka, natomiast wczoraj zdarzyły się faktycznie dwie rzeczy zupełnie nowej jakości. Otóż przede wszystkim, jak się okazuje, dziennikarz TVN24 Bohdan Rymanowski wydał właśnie wywiad-rzekę, w której rozmawia z Małgorzatą Wasserman o tym, jak to Tusk z Komorowskim i Putinem zamordowali w Smoleńsku jej ojca. I nie jest tak, że Rymanowskiego wyrzucili akurat z roboty i on poczuł na karku powiew wolności, a książkę mu wydaje Tomasz Sakiewicz, czy nie daj Boże, Piotr Bachurski. Nic podobnego. Z tego co wiemy, Rymanowski jest wciąż jak najbardziej jedną z pierwszych gwiazd TVN-u, a książka jest publikowana w podstawowym obiegu i niewykluczone, że 10 kwietnia, w piątą rocznicę tragedii, EMPiK w Warszawie zorganizuje autorom spotkanie na Marszałkowskiej. A więc to jest coś, co ja nawet nie mam serca, by nazwać kpiną. To jest najzwyklejsze szyderstwo skierowane pod moim adresem, z adnotacją: „Widzisz, dupku, jaki jesteś słaby?”
Drugi ze wspomnianych eventów, jest trochę mniejszej wagi, ze względu na jego bohaterów, ale równie wiele nam mówi na temat tego, jak bardzo w obecnej chwili zostaliśmy wszyscy wyrzuceni poza teren tego, co można nazwać realnie istniejącą publiczną przestrzenią. Wczoraj właśnie na dziś chyba najbardziej wpływowym portalu prawicowym wpolityce.pl ukazała się informacja zatytułowana „Matka Kurka zapowiada porażkę Komorowskiego”, w której redakcja omawia notkę z bloga owego Matki Kurki, który faktycznie tłumaczy, dlaczego Komorowski nie wygra majowych wyborów. A ja sobie myślę, że oto wreszcie Wielguckiemu udało się oficjalnie wejść do prawicowego mainstreamu, już nie tylko jako ta jakaś Matka Kurka, co się droczy z Owsiakiem, ale jako poważny prawicowy autorytet, który kiedy powie, że Komorowski nie wygra wyborów, to my wszyscy aż znieruchomiejemy. Ja tu sobie parę razy żartowałem na temat tego, że wszystko zmierza ku temu, by bracia Karnowscy do swojego salonu w tygodniku „W Sieci” któregoś dnia zaprosili Wielguckiego, no ale tak naprawdę sam w to nie wierzyłem: w końcu są granice hucpy. I oto dziś Wielgucki zostaje oficjalnie włączony w grono „dziennikarzy niepokornych”.
Wspomniałem o żartowaniu. Wygląda na to, że wraz z rosnącym poziomem absurdu po stronie „naszych”, i ja powinienem zmienić poziom żartów również w kierunku bardziej absurdalnym. Czekamy więc na to, jak w najważniejszym programie telewizji TVN24 obok „Szkła Kontaktowego”, czyli w prowadzonej przez Bohdana Rymanowskiego „Kawie na ławę” na fotelu dotychczas zajmowanym przez przedstawiciela Prawa i Sprawiedliwości usiądzie Piotr Wielgucki. Mam już tylko nadzieję, że nie nastąpi to przed 10 kwietnia, bo wówczas nawet ja chyba zagłosuję na Komorowskiego.

Trzymamy się więc mocno krzeseł i jedną ręką klikamy adres www.coryllus.pl. A tam już można się znaleźć w świecie rzeczywistym. Przypominam, że dwie pierwsze książki sygnowane imieniem Toyaha idą już do wyczerpania nakładu po 15 złotych. Polecam.

środa, 25 marca 2015

Życie - powtórka

Nie wiem, czy to przez to, że oto właśnie, zapewne wyłącznie po to, by wplątać idącego po zwycięstwo Andrzeja Dudę w temat aborcji, ożywiła się jakaś grupa tak zwanych „obrońców życia”, czy może w związku z tym, że w niedawno zamieszczonej tu notce zacytowałem fragment z dawnego już bardzo tekstu pod tytułem „Życie” i wielu osobom ów fragment bardzo się spodobał, faktem jest, że otrzymałem dość dużo prywatnych próśb o przypomnienie tamtego tekstu sprzed lat. Ja oczywiście najchętniej wymówiłbym się tym, że on znajduje się w mojej książce o siedmiokilogramowym liściu, która w tej chwili kosztuje zaledwie 15 złotych i jak komuś zależy, może sobie ją kupić, ale ponieważ sam do tamtej historii mam prawdziwy sentyment, to proszę bardzo. Dla tych wszystkich, którzy już to czytali, ale chcieliby sobie przypomnieć, ale przede wszystkim dla tych, którzy są tu od niedawna i większości z moich tekstów nie znają, tekst jeszcze z 2008 roku. O zagadce życia.


Wśród wielu zjawisk, z którymi muszę się potykać przez całe moje życie, są też takie, których natury nie udało mi się nigdy zgłębić. Jak sięgnę pamięcią, od zawsze lubiłem wiedzieć, co i jak, i najgorsze, co mnie mogło spotkać to zdarzenia i sytuacje, nad którymi nie dość, że nie potrafiłem intelektualnie zapanować, to jeszcze często miałem wrażenie, że jestem wobec nich kompletnie bezradny. Jedną z tych rzeczy jest i zawsze było to, występujące w pewnych środowiskach, nieprawdopodobnie obsesyjne pragnienie czyjejś śmierci. I nie chodzi mi tu o to zwykłe, wulgarne życzenie śmierci dla kogoś kogo nie lubimy tak bardzo, że w pewnym momencie jedyne co nasza bezradność potrafi stworzyć, to właśnie to straszne rozwiązanie ostateczne. Oczywiście, jest tego dużo, i intensywność tego typu emocji czasem nawet mnie przeraża, ale w sumie wydaje mi się, że więcej w tych gestach i w tych słowach zwykłej złości, która równie szybko przemija, jak i przychodzi, niż czegoś ostatecznego. Więc nie o tym chcę mówić.
Kiedy myślę o tych chorych pragnieniach, to widzę przed sobą ludzi, którzy, z jednej strony, uważają się najczęściej za niezwykle światłych, pełnych współczucia i dobrych intencji humanistów, a z drugiej ich umysły są nieustannie zaprzątnięte jedną myślą. Jak by to można było zrobić, żeby tak poprawić świat, aby ogólny poziom wygody i szczęścia podniósł się znacząco, a jednocześnie jak najmniej ludzi słabszych i siłą rzeczy nie objętych tym pozytywnym wzmocnieniem, ucierpiało? Oczywiście żaden z tych specjalistów od poprawiania natury – bo tu właśnie o poprawianie natury chodzi – nigdy nie przyzna, że oni mają na celu zabijanie. A jeśli nawet wskutek ich pełnych dobrych zamierzeń działań, czyjaś śmierć od czasu do czasu nastąpi, to oni zrobią wszystko, żeby znaleźć dla niej jakąś zastępczą nazwę, albo jakieś szczególnie przekonujące usprawiedliwienie. Najczęściej, w imię właśnie wyższych racji i w imię współczucia i w imię dbałości o to co najważniejsze – czyli właśnie życie. Co za pokrętność!
Ludzie o których mówię są aktywni właściwie stale, tyle że ich aktywność raz jest niższa, a raz wyższa. Potrafią całymi latami coś sobie tam dłubać, coś kombinować, od czasu do czasu rzucić parę słów, by nagle, ni stąd ni zowąd, rozpętać wielomiesięczną kampanię na rzecz albo rozszerzenia prawa do aborcji, albo ponownego zdefiniowania pojęcia eutanazji, czy wreszcie do wprowadzenia takich regulacji prawnych, żeby coś co dotychczas było ze względów biologicznych, czy prawnych niemożliwe, stało się możliwe – choćby tylko troszeczkę. Najczęściej oni wszyscy nie mają w propagowaniu tych swoich cudacznych rozwiązań żadnego osobistego interesu. Wielu z nich, jeśli chcą, żeby można było bezkarnie zabijać dzieci nienarodzone, czy żeby można było bezkarnie skracać męki, w sposób ostateczny, starszym ludziom, czy żeby – jak to ostatnio się przydarzyło pewnemu bardzo wrażliwemu i szlachetnemu posłowi z Krakowa – tak posterować procesem prokreacji, żeby ludzie, którzy nie są w stanie mieć dzieci, jednak te dzieci miały, nie robią tego dlatego, że sami mają kłopot z niechcianą ciążą, niechcianą babcią, czy okropnie chcianym dzieckiem. Oni tę całą swoją aktywność, bardzo często traktują jako działalność społeczną, prowadzoną niemal na takich samych zasadach, jak to się dzieje w przypadku Jerzego Owsiaka i jego Orkiestry. Czysta akcja szczerych serc. Uwaga do osób z tej głupszej strony – to była ironia.
Są też wśród nich tacy również, którzy po prostu zawsze byli zafascynowani tak zwanym rozwojem, tak zwanym postępem, tak zwaną nauką. To o nich, już wieki temu, pisali różni autorzy książek, a autorzy filmów, już dziesiątki lat temu tworzyli horrory, które miały przestraszać wszystkich na tyle wrażliwych, że wiedzieli co się stanie, jeśli człowiek – w swoim szaleństwie – zacznie zastępować Pana Boga. To oni jakimś cudem przetrwali te wszystkie prawdziwe i wymyślone kataklizmy i ze zdwojoną energią, kiedy tylko widzą probówkę wypełnioną jakimś tajemniczym płynem, zaczynają nerwowo dreptać w miejscu.
Więc, jak już wspomniałem na początku, nigdy nie potrafiłem rozgryźć ich do końca. Wydawałoby się, że dla człowieka średnio inteligentnego i średnio wrażliwego, nie powinno stanowić większego kłopotu, żeby zadumać się nad tajemnicą życia, nad życia zagadką i nad tego życia niepowtarzalnym pięknem, żeby nabrać w stosunku do tego życia wystarczającej pokory i żeby raz na zawsze przynajmniej przestać przy tym życiu się niepotrzebnie kręcić. Przecież właśnie całe nasze życie jest związane z nieustannym, bardziej lub mniej mądrym, filozofowaniem. Człowiek może być głupi, może być zły, może być gnuśny i szaleńczo beztroski, ale jednej rzeczy nie można mu odmówić. Tej mianowicie, że przynajmniej raz na jakiś czas, wymyśli sobie jakąś refleksję na temat czasu, który mija, albo śmierci, która jest nieuchronna, albo świata, który jest taki piękny (lub brzydki). A tu nagle, przychodzą ludzie, z pozoru zupełnie psychicznie opanowani, i wtykają swoje spocone paluchy w sprawy absolutnie dla nich niedostępne. Co za tępota! Mówi im się, że nienarodzone dziecko jest człowiekiem i być może chce bardzo żyć. Na nic. Mówi im się, że starszy człowiek, albo choćby i młody, ale cierpiący, też tak naprawdę najbardziej potrzebuje miłości. Jak kulą w płot. Mówi im się, że jeśli ktoś nie może mieć dzieci, to dzieci mieć nie może, a jeśli nagle ktoś wykombinuje, że spróbujemy sprawę obejść troszkę bokiem i przy minimalnych stratach może jakoś się uda to chciejstwo zaspokoić, to w takim myśleniu czai się czyste zło. Pudło.
Czemu tak się dzieje? Wydawałoby się, że wszystko to jest tak oczywiste. Otóż nie. Z jakiegoś powodu, wygląda na to, że jest bardzo duża grupa ludzi, którzy, jeśli w ogóle myślą o życiu, to na poziomie supermarketu. Czyli w kategoriach tylko ceny i jakości. Ja tego nie rozumiem, ale wygląda na to, że tak to właśnie się dzieje. Nawet jeśli któryś z nich się zaduma nad życiem na poziomie nieco wyższym niż to co widzimy, to i tak efekt jest tak okropnie prostacki, że aż wstyd to komentować. Aż nie potrafię uwierzyć, że w odniesieniu do czegoś tak nam bliskiego, jak nasze życie, można osiągnąć tak nieprawdopodobny stan zgłupienia.
Pozwolę sobie na akcent osobisty. Mamy troje dzieci. Każde z nich jest tak nieprawdopodobnie inne, tak niezwykle niepowtarzalne, w tak absolutnie niewytłumaczalny sposób różne o drugiego, że czasem sam się z siebie śmieję, że każde z nich z pewnością jest od innego listonosza. Mamy ich troje. I od czasu, jak zrozumieliśmy, że już więcej dzieci mieć nie będziemy, prześladuje mnie myśl, że ja nigdy już się nie dowiem, jakie by było to czwarte dziecko. Czy to byłby chłopak, czy dziewczynka? Czy to moje czwarte dziecko byłoby takie jak któreś z tych, które są z nami, czy może byłoby zupełnie inne? Jak wpadnę w odpowiedni nastrój, zaczynam się autentycznie denerwować. Bo, choć wiem, że to jest szaleństwo, to świadomość tego, że to potencjalne życie, ta potencjalna osoba właściwie jest na wyciągnięcie ręki, mnie paraliżuje.
I teraz wyobraźmy sobie coś, co źli ludzie lubią lekceważyć, jako płód, czy zygotę, czy plemnik. A co ludzie mniej źli starają się postrzegać w kategoriach społecznych, które - jak wiemy - są bardzo skomplikowane. O czym tu w ogóle można gadać??? Przecież tu żadne słowo się nie mieści. Tu w ogóle nie ma miejsca na dyskusję. Tu jest problem osoby. Osoby niepowtarzalnej. Osoby jedynej. Tu chodzi o boski akt stworzenia. Czy to naprawdę tak trudno zrozumieć?
A ta myśl działa w dwóch kierunkach. Opowiem Wam coś jeszcze. Syn mój, kiedy miał trzy lata, może mniej, leżał kiedyś wieczorem w swoim łóżeczku i nagle zaczął okropnie płakać. Płakał tak strasznie, że nie było sposobu, żeby go uspokoić. Kiedy wreszcie doszedł do siebie, powiedział nam, o co chodzi. Otóż on sobie leżał w tym łóżku, słyszał, jak życie w domu się toczy, jak jego starsza siostra gdzieś tam łazi, jak my sobie coś tam przestawiamy i nagle on sobie pomyślał, JAKIE TO MUSIELIŚMY MIEĆ STRASZNIE SMUTNE ŻYCIE, KIEDY JEGO NIE BYŁO NA ŚWIECIE!
On sobie tak leżał, pomyślał sobie o tym świecie, kiedy on, jako osoba, jako koncepcja, jako kształt, jako dusza, jako nowe życie, był gdzieś – nie wiadomo gdzie – a nasz świat był uboższy o tę jedną, jedyną osobę. I uznał, ze to jest bardzo smutne. I się pobeczał.
Przecież to jest takie proste. Na tyle proste, że nawet trzyletnie dziecko potrafi jakoś to opisać. A tu nagle okazuje się, że pełno mądrych, starszych, wykształconych i bardzo doświadczonych ludzi, nie jest w stanie tego nawet zahaczyć swoją myślą. Co to się dzieje? Czyżby najprostsza, najbardziej podstawowa wrażliwość była towarem aż tak bardzo delikatesowym? Może i tak. Może właśnie o to chodzi. Chodzi o wrażliwość. To by się nawet zgadzało. On w tym roku zdaje maturę, wcześniej ma studniówkę i skarży się, że nie ma z kim na tę studniówkę iść. Czyżby on był tak bardzo inny, że na tym przecież tak nieskomplikowanym polu po prostu odpada? Czyżby miało być tak, że od pewnego poziomu wrażliwości, świat współczesny przestaje istnieć? Czy to możliwe, że część z nas po prostu w pewnym momencie została z tyłu i jesteśmy już tylko obiektami muzealnymi? Jakimś odległym wspomnieniem, na które ludzie prawdziwie związani z dylematami współczesnego świata patrzą jak na dziwadła?
Biedne dziecko. Czy warto to było w tak młodym wieku uderzać w tak wysokie tony? Ciekawe. Warto to było?


A zatem to już załatwione. Zapewniam jednak, że tam jest znacznie więcej tekstów nie gorszych i nie mniej poruszających. Gdyby ktoś miał ochotę, serdecznie zachęcam. Książka nosi tytuł „O siedmiokilogramowym liściu i inne historie”, kosztuje zaledwie 15 zł. plus przesyłka i jest do nabycia pod adresem: www.coryllus.pl

wtorek, 24 marca 2015

Gdy Ruskie wzięli się za Komorowskiego

Poniższy tekst zacząłem pisać jako swój cotygodniowy felieton dla „Warszawskiej Gazety”, ale w międzyczasie przyszło mi do głowy, że może jemu lepiej będzie tutaj, a tam napiszę coś innego. A zatem, proszę uprzejmie. 444 słowa specjalnie dla Was.


Prawdopodobnie, gdyby nie kampania Andrzeja Dudy, nasz telewizor już na stałe pozostałby ustawiony na Canal+ Sport, z którego moja córka korzysta, by oglądać angielską ligę piłkarską. Mamy jednak tego Dudę, który nam się bardzo podoba i którego będziemy w maju wybierać na prezydenta, więc wczoraj rzuciłem okiem do mojej kiedyś na swój sposób ulubionej stacji TVN24, a tam, w związku z przedłużającym się rozpoczęciem konferencji prasowej kandydata… wojna.
Najpierw więc obejrzałem, jak poprzez Polskę jadą amerykańskie wojska, potem, jak w stronę Polski jadą wojska rosyjskie, następnie podana została informacja, że każdy rezerwista może się spodziewać wezwania na szkolenie wojskowe i jeśli tylko takie wezwanie otrzyma, ma się natychmiast zgłosić do jednostki, a potem na chwilę pojawił się uśmiechnięty Duda i kiedy się zaczęło robić naprawdę wesoło, relacja została przerwana, by nam pokazać rozbity gdzieś w Poznaniu samochód, no a potem od nowa: wojska amerykańskie, wojska rosyjskie i wiadomość o obowiązkowych szkoleniach rezerwistów, no i ten rozbity samochód.
I ja oczywiście, jako osoba z doświadczeniem, świetnie wiem, jaki jest plan. Chodzi o to, by nas doprowadzić do stanu, gdzie już nawet nie będziemy po kątach plotkować, że „ten Kaczyński” chce wywołać wojnę, ale gdzie tę wojnę zobaczymy na własne oczy i dojdziemy do wniosku, że to wszystko jest tak straszne, że lepiej tego co jest nie ruszać, niech gnije, niech zdycha, może nas nikt nie zauważy i jakoś będzie.
A ja sobie myślę, że tym razem się nie uda. I to nie dlatego, że w tę wojnę nikt z nas nie wierzy, albo, że tych obrazków jest za mało i że one są za mało drastyczne, by zrobić na nas większe wrażenie, ale wręcz odwrotnie – jej jest zwyczajnie za dużo i do tego stopnia za dużo, że ona przestała na nas robić jakiekolwiek wrażenie. Nastąpił bowiem dokładnie ten sam efekt, z jakim mieliśmy do czynienia przez te wszystkie lata afer, skandali, kłamstw, czy wręcz niekiedy i zbrodni, które trwały tak naprawdę zaledwie chwilę, by je zastąpiły kolejne, jeszcze bardziej drastyczne i oburzające, i w końcu doszło do tego, żeśmy dla świętego spokoju wybrali supermarket.
I to jest moim zdaniem to, co przyjęło się określać, jako strzał w stopę. Oni tak długo straszyli tą wojną po to tylko, by nas wszystkich zapędzić do tych czystych, jasno-oświetlonych galerii i kazać nam tam siedzieć do odwołania, aż doszło do tego, że kiedy nagle to zagrożenie stało się choćby minimalnie realne, okazało się, że nikt z nas nie chce stamtąd wychodzić.
A w dodatku na ekranach coraz to nowocześniejszych telewizorów co chwilę pojawia się twarz Andrzeja Dudy, który bardzo jasno i cierpliwie nam tłumaczy, że kiedy zostanie prezydentem, on nie pozwoli, żeby to wszystko nagle zrobiło się zbyt drogie.

Przypominam, że wszystkie moje książki są do kupienia na w księgarni na stronie www.coryllus.pl. Serdecznie i szczerze zapraszam.

poniedziałek, 23 marca 2015

Czy ktoś nam przyszedł zgasić światło?

Do majowych wyborów coraz bliżej, a ja bym chciał zwrócić uwagę, w jaki sposób w ostatnich dniach aktywizuje się tu tak zwana „nasza” strona, bezpośrednio wprawdzie z kampanią Andrzeja Dudy nie związana, ale, przynajmniej wedle codziennie składanych deklaracji, żywo mu kibicująca. Oto z dwóch stron przyszedł do nas temat, dotychczas bardzo dyskretnie – i, co należy podkreślić, mądrze – przez kampanię Dudy traktowany, a mam tu na myśli Smoleńską Katastrofę. Już od jakiegoś czasu obserwowałem, jak środowiska związane z mediami prawicowymi, tworząc wokół kampanii Andrzeja Dudy atmosferę niedosytu, zachęcają do tego, by Duda, skoro już pokazał jaki jest sympatyczny, zaczął się prezentować jako polityk bardziej „wyrazisty” i pokazał, że umie też walczyć. I oto dziś, jak widzę, nie umiejąc się doczekać odpowiedniej reakcji, za sprawę wzięli się redaktorzy tygodnika „W Sieci” i okładkowym tekstem „Hańba i prawda”, w którym wykazują wyższość holenderskiego śledztwa co do zestrzelenia przez Rosjan samolotu na Ukrainą, nad śledztwem polskim w sprawie zamordowania nam przez tych samych Rosjan prezydenta w Smoleńsku, pokazują, że Polak pamięta. To Polska, natomiast aż z Niemiec już do nas jedzie książka niejakiego Jürgena Rotha, wedle wystawionych mu przez samego Witolda Gadowskiego referencji, absolutnie najwybitniejszego dziennikarza śledczego w Niemczech, w której autor autorytatywnie nas informuje, że w Smoleńsku doszło do zamachu, a nie zwykłego wypadku lotniczego. Jak zapewnia portal wpolityce.pl, publikacja książki Rotha „odpali w sprawie 10/04 ‘bombę atomową’, która pogrąży Komorowskiego”. Nie Duda i jego osobisty urok i wiarygodność, ale Roth z informacją, że w Smoleńsku doszło do zamachu.
A ja już tylko mam nadzieję, że oni, tego, co nam się już udało zdobyć, gdy chodzi o kampanię Andrzeja Dudy, nie zdążą zniszczyć. Mam nadzieję, że ci wszyscy, którzy właśnie się przekonują do tego, że Duda od Komorowskiego jest mądrzejszy, sympatyczniejszy, przystojniejszy, ma ładniejszą żonę i porządniejsze dzieci, czy w końcu jest fizycznie i psychicznie sprawniejszy, ani o tym, że jest coś takiego jak tygodnik „W Sieci”, ani tym bardziej o istnieniu tego Niemca i jego polskich promotorach, nie mają pojęcia i przynajmniej do maja nie usłyszą, bo jeśli tak, to jest już po nas. Jeśli nam dziś Roth z Gadowskim i Gmyzem zaczną od nowa wbijać w głowę to, że Komorowski zabił nam prezydenta i że na to tym razem są już dowody najtwardsze z możliwych, to nie łudźmy się – większość z nas tego nie wytrzyma. A powiem coś więcej: jeśli przed wyborami 10 maja wiadomość, że to Rosjanie zabili nam prezydenta stanie się wiadomością oficjalną, to my prędzej wybierzemy sobie Putina, niż Dudę. Dlaczego? Znakomicie na to pytanie odpowiada zaprzyjaźniony z nami Gerard Warcok, psycholog kliniczny i psychoterapeuta, w swojej znakomitej analizie postaw ludzkich wobec politycznej agresji, jaką zamieściłem tu w całości kilka dni temu. Dziś dla przypomnienia, a przy okazji ostrzeżenia, bardzo znaczący fragment:
Poczucie wartości obniża realna często bezsilność wobec dokonującej się przemocy. Media bombardują obrazami osób, które są ofiarami okrutnego losu, trapiących chorób i nieszczęść. Poczucie zagrożenia potęgowane jest jawną i oficjalną bezkarnością urzędników, którzy na wiele sposobów szkodzą tym, którym powinni stwarzać dobre warunki do życia.
Kształtuje się niejasne przeczucie, że wszystko, co jest silniejsze, co posiada władzę, powoduje jedynie krzywdę. Dzieci w swoich rodzinach i dorośli w swoim państwie, którzy są drastycznie wykorzystywani, przeżywają silne wzburzenie, następnie pomieszanie, w końcu poczucie słabości. Nie chodzi tu jednak o uznanie słabości zwykłej i naturalnej, lecz o totalne poczucie braku wpływu.
W niekorzystnych warunkach dochodzi do negatywnej i w dużej mierze nieświadomej identyfikacji psychicznej: ‘jestem zerem, marionetką, stworzoną do tego, by mieć się źle’, ‘gdybym był coś warty, byłbym dobrze traktowany’. Ofiary paradoksalnie czują się winne za swój los. Źle traktują samych siebie i funkcjonują poniżej swych możliwości.
Uruchamia się błędne diabelskie koło. Ludzie nie wierzą, że może być dobrze, a tego, co nieznane, boją się, gdyż nie czują się wystarczająco pewnie. Mniej lub bardziej świadomie dążą do zachowania swojskiego świata.
W sytuacji, gdy przy braku poczucia bezpieczeństwa i pewności siebie powstaje jakikolwiek spójny obraz świata, dysonans poznawczy jest szczególnie trudny do psychicznego strawienia.
Kruchy aparat psychiczny, dążąc do zachowania spójności, usuwa informacje, które burzą ład, nawet ten zbudowany z fałszywych przesłanek. Może dojść do psychicznego zasupłania się na nowe i dobre, oraz poczucia, że znane, nawet jeśli jest złe, to jest do przewidzenia, a więc paradoksalnie, pod kontrolą.
Może dojść do irracjonalnego zacietrzewienie się na przyjmowanie do wiadomości ‘niewłaściwych’ faktów, bądź na ich emocjonalne zaakceptowanie.
Wyparcie prawdy ma ochronić człowieka przed przeżywaniem trudnych i gwałtownych emocji, które budzą lęk przed utratą kontroli, przed psychiczną i zewnętrzną anarchią, ‘podpalaniem kraju’”.
Parę tygodni temu przez kraj przeleciała kampania zatytułowana „Konkubinat to grzech”. Na szczęście, jak się zdaje, prowokacja nie wypaliła. Przed nami piąta rocznica smoleńskiej rzezi i tym razem obawiam się, że możemy spodziewać się najgorszego. Szczególnie radzę uważać na tego Rotha. On zdecydowanie ma coś w sobie. Ciekawe, czy ładnie by wyglądał obok Jarosława Kaczyńskiego na wspólnej konferencji prasowej?

Tradycyjnie zachęcam wszystkich do odwiedzania księgarni państwa Maciejewskich pod adresem www.coryllus.pl, gdzie są do nabycia moje książki. W nich jest wszystko, czego nam wszystkim poza zdrowiem dziś potrzeba.

sobota, 21 marca 2015

O tym jak Tomasz Lis z Niemcami zaprowadzili w Polsce zgodę i porozumienie

Mam nadzieję, że wciąż jeszcze na tyle aktualny, by się przynajmniej pośmiać, mój najświeższy felieton z „Warszawskiej Gazety”. Zapraszam:

Jak już pewnie wszyscy wiemy, w najnowszym „Newsweeku” ukazał się tekst, w którym dwoje tamtejszych dziennikarzy śledczych, Krzymowski i Szulc, ujawniło „sensacyjne” fakty z życia Andrzeja Dudy, a wśród nich i ten, że w roku 2000 i 2001 Duda należał do Unii Wolności, a jego żona to córka Żyda. Co ciekawe, do żydowskich korzeni Dudów redaktorzy doszli niczym Sherlock Holmes, próbując dociec, jak to się stało, że ktoś taki jak Duda znalazł się w Unii Wolności, a nie na przykład w Młodzieży Wszechpolskiej, czy Klubie Kibica Legii Warszawa, gdzie z całą pewnością byłoby mu wygodniej, i wyszło im, że wszystko przez to, iż jego teściem jest Żyd Kornhauser, któremu Duda, starając się o rękę córki, pragnął się przypodobać.
W odpowiedzi na zarzuty, jakie się niemal w jednej chwili pojawiły, że „Newsweek” zaangażował się w kampanię Bronisława Komorowskiego w najgorszy możliwie sposób, grając tak zwaną „kartą antysemicką”, zareagował sam redaktor naczelny tygodnika Tomasz Lis i wyjaśnił, że poruszenie przez „Newsweeka” kwestii żydowskiego teścia Dudy wcale nie miało na celu poniżenia go, lecz wręcz przeciwnie – wskazanie na to, jak nawet ktoś tak podły, jak Duda, może mieć w życiorysie prawdziwie złote plamy. Wyjaśnił też, że całe zamieszanie wokół tekstu w „Newsweeku” bierze się z antysemickich kompleksów prawicowej części Polaków, a jeśli ktokolwiek pomyślał, że użycie przez „Newsweek” słowa „Żyd” wynikało ze złych intencji, świadczy to tylko o tym, jak on sam owo słowo traktuje.
Ponieważ z jednej strony jestem człowiekiem łagodnym i usposobionym do świata życzliwie, a z drugiej sam prezydent Komorowski apeluje o zgodę i porozumienie, chciałem zadeklarować, że ja Tomaszowi Lisowi wierzę i z prawdziwą radością przyjmuje jego wyjaśnienia. Powiem wręcz, że już w tej chwili dokładnie potrafię sobie wyobrazić, jak wyglądał cały proces przygotowywania tekstu o Dudzie, Unii Wolności i jego teściu-Żydzie. A zaczęło się od tego, że sam najważniejszy człowiek w wydawcy polskiego „Newsweeka”, Axelu Springerze zadzwonił do Lisa i powiedział:
- Herr Lis, czy wy w tej Polsce już kompletnie oszaleliście? Sam wasz prezydent apeluje o zgodę, a wy ciągle na tego Dudę. Czy to naprawdę tak trudno napisać o nim coś dobrego?
- Jak to się dobrze składa, Herr Dopfner, że pan dzwoni. Trzeba panu wiedzieć, że myśmy właśnie też o tym pomyśleli i postanowiliśmy w najnowszym numerze napisać, że Duda był kiedyś członkiem Unii Wolności, a jego teść to Żyd.
- Naprawdę? To bardzo mądre z waszej strony, Herr Lis. Jestem bardzo zadowolony. Może jeszcze tylko sprawdźcie teściową. I jak coś znajdziecie, publikujcie natychmiast. I pamiętajcie na przyszłość: tylko zgoda i współpraca. Kto jak nie my ma dawać przykład?
- Ja wohl, Herr Dopfner.
Czyż to nie piękne? Szkoda tylko, że trzeba było na ten moment czekać tyle lat.

Przypominam, że w księgarni u pani Lucyny Maciejewskiej pod adresem www.coryllus.pl są do nabycia wszystkie moje książki, w tym ostatnie już egzemplarze dwóch pierwszych, sygnowanych imieniem Toyaha. Bardzo polecam.

piątek, 20 marca 2015

Kto w "Gwiezdnych Wojnach" był kapusiem?

Jestem pewien, że każdy z nas, który miał tu już okazję być wcześniej, zna, ewentualnie może się domyślać mojego stanowiska, gdy chodzi o osobę i polityczną działalność Janusza Korwina-Mike. A skoro tak, to myślę też, że nikomu nawet do głowy nie przyjdzie, by sądzić, że ja mam jakikolwiek interes, by Korwina przy jakiejkolwiek okazji brać w obronę. Tym razem jednak okazuje się, że przede mną pojawił się owszem Korwin-Mikę, ale dokładnie tuż obok niego jakiś bałwan z Onetu i sprawa nagle się stała całkowicie czysta. W momencie gdy pojawia się Onet, Korwin jest nasz.
O co poszło? Najlepiej chyba będzie, jeśli zacytuję Onet właśnie. Nikt bowiem, moim zdaniem, nie jest w stanie przekazać owej śliskości lepiej niż oni sami. Zanim jednak to zrobię dosłownie parę słów wyjaśnienia. Otóż Korwin-Mike pojechał do Głogowa, by w ramach kampanii przed majowymi wyborami, spotkać się z wyborcami i – głupio, jak to on – wlazł na scenę przy akompaniamencie głównego tematu z filmu „Wojny Gwiezdne”. I oto okazało się, że w redakcji Onetu znalazł się jakiś fan owych „Wojen” i powstało to:
Trudno było podejrzewać, by Janusz Korwin-Mikke, znany obrońca praworządności, nielegalnie wykorzystał na konwencji wyborczej tak popularne nuty – tym bardziej że fragmenty konwencji pokazywały chyba wszystkie stacje telewizyjne, szeroko opisywały ją też media drukowane i internetowe. Niemal wszędzie wątek muzyki z ‘Gwiezdnych wojen’ był na pierwszym miejscu. Uznaliśmy mimo to, że warto sprawdzić w ZAiKS-ie, w jaki sposób partie polityczne uzyskują zgodę na wykorzystywanie cudzych kompozycji.
‘Konwencja wyborcza w Kamyku odbyła się bez licencji. Informację wykorzystamy do odzyskania wynagrodzenia autorskiego’ – odpisał nam Ryszard Nowosadzki, dyrektor katowickiego okręgu Stowarzyszenia Autorów ZAiKS. Jak się więc okazuje, ‘Main Title’ z ‘Gwiezdnych wojen’ w ogóle nie miało prawa zabrzmieć na konwencji wyborczej partii KORWiN”.
W czym rzecz? Jak już wcześniej zauważyłem, to że Korwin, czy może lepiej, jego ludzie, których stan umysłów przez te wszystkie lata blogowania, ja znam aż nazbyt dobrze, uznali, że ta cała gadka na temat świętego prawa własności, jest dobra dla tak zwanych „jeleni”, jak się jest natomiast ważnym działaczem wolnościowym, to nie ma co zawracać sobie głowy czymś tak trywialnym, jak tak zwana „własność intelektualna” i wpuścili Korwina na scenę przy dźwiękach „Wojen Gwiezdnych”, świadczy o tym, że to są zwyczajni idioci. No ale to akurat wiedzieliśmy już wcześniej, więc nie ma za bardzo o czym dyskutować. To co mnie jednak dziś zajmuje znacznie bardziej od Korwinowców i tego co teraz z nimi będzie, to postepowanie Onetu, a dokładnie rzecz biorąc jednego z jego dziennikarzy, tego mianowicie, który dowiedziawszy się, że Korwin najprawdopodobniej bezprawnie wykorzystał temat z jego ukochanych „Wojen Gwiezdnych” popędził z donosem do ZAiKS-u. I proszę zwrócić uwagę, on jest na tyle sliski, by nie krzyknąć, że co to ma być, że jakiś polityk używa do swoich niecnych gier kultową melodię z kultowego filmu. Nic podobnego. On pisze, że ponieważ usłyszał tę melodię, przyszła mu do głowy refleksja odnośnie tego, jak to politycy załatwiają sobie prawo puszczania podczas wyborczych konwencji znanych melodii, i jako dociekliwy dziennikarz sprawę sprawdził. W ZaiKS-ie.
Ja nie wiem, jak to jest być dziennikarzem, a tym bardziej nie mam pojęcia, jak to jest być fanem „Wojen Gwiezdnych”, natomiast wydaje mi się, że ja wiem bez sprawdzania, jak politycy załatwiają sobie prawo puszczania wybranych numerów podczas konwencji wyborczych. Piszą mianowicie maila do ZAiKS-u, pytają o cenę, płacą i mają. I to się wydaje proste i oczywiste. Z jednym wyjątkiem: jeśli potrzebujemy kogoś zakapować, sprawy się toczą zupełnie inaczej. I to jest dokładnie to, z czym mamy do czynienia tutaj. A zatem, kiedy ów onetowy pajac pisze, że „uznaliśmy mimo to, że warto sprawdzić w ZAiKS-ie, w jaki sposób partie polityczne uzyskują zgodę na wykorzystywanie cudzych kompozycji”, to on zasługuje na cos najgorszego. Raz, za to, że bez powodu, bez sensu i tak naprawdę bez żadnych korzyści dla siebie i swojej rodziny postanowił zostać kapusiem, a dwa, że najprawdopodobniej jest do tego stopnia fanem „Gwiezdnych Wojen”, że ten fakt mu najzwyczajniej odbiera rozum.
Ale jest coś jeszcze, co tu akurat stanowi kwestie absolutnie poboczną i tak naprawdę związana wyłącznie z moimi nic nie znaczącymi kompleksami. Otóż ja pamiętam, jak na jeszcze w latach 60-tych słuchało się muzyki z tak zwanych „pocztówek dźwiękowych” i na nich było wszystko: Rolling Stonesi, Beatlesi, The Kinks, Blood Sweat & Tears i wiele, wiele innych. Melodii z „Wojen Gwiezdnych” tam akurat nie było, bo był to czas, kiedy gówno nie było jeszcze w modzie. A już nie wspomnę o tym, że nie mieliśmy wówczas jeszcze dziesiątków telewizyjnych kanałów, z których jeśli jeden nadawał mecz piłkarski, to ten drugi mógł z tego meczu pokazać tylko zdjęcia. Dziś mamy tak, że, było nie było, powszechnie znany polityk postanawia podczas swojej kampanii wykorzystać fragment melodii, która jest na codzień dostępna w Internecie i każdy może sobie z nią robić, co mu się żywnie podoba, i w tym momencie okazuje się, że nie – nie wolno. Bo z jednej strony stoją jacyś kompletnie obłąkani owej melodii fani, a z drugiej prawo, równie obłąkane.
Oczywiście, dziś mamy sytuację taką, że Korwin będzie musiał zapłacić i pies z kulawą nogą go nie weźmie w obronę, bo dla jego zwolenników nie ma nic bardziej świętego niż święte prawo własności, a z kolei ci, którzy zdaja sobie sprawę, z czym i z kim mają do czynienia, odczuwać będą tylko okrutną satysfakcję.
A z boku pozostaną ci, co tak jak ów dziennikarz z Onetu, mają to wszystko głęboko w dupie, bo oni tak naprawdę lubią tylko „Gwiezdne Wojny” i system operacyjny „Linux”, a jeśli przy okazji trafi się okazja, by spłatać komuś jakiś figiel, to tym lepiej. I to jest dopiero wiadomość, która poraża. Właśnie ta.

A książki jak zawsze są do nabycia w księgarni na stronie www.coryllus.pl. Polecam szczerze.

czwartek, 19 marca 2015

Wszyscy ludzie EMPiK-u, czyli co tak skwierczy?

Gdyby ktoś miał wątpliwości, to ja wiem naturalnie, że są rzeczy, których czynić nie wypada, a wśród nich znajduje się też czytanie bloga człowieka podpisującego się Józef Moneta. Powiem więcej: jeśli jest tak, że nie wypada zaglądać na blog Józefa Monety, to należy też uznać, że tym bardziej nie wypada odwoływać się do tego, co tam jest napisane, jako do źródła inspiracji. Mało tego. Jest tak, że jeśli ktoś już przeczytał, co tam ma do powiedzenia bloger Józef Moneta i ów tekst wydał mu się interesujący, to już z całą pewnością nie godzi się tym chwalić. Tymczasem sprawy się mają tak, że ja nie wiadomo czemu wczoraj na blog blogera Józefa Monety zajrzałem, jego tekst przeczytałem i uważam go z, z naszej perspektywy, absolutnie bezcenny, a to z tej prostej przyczyny, że bez niego nie moglibyśmy sobie powiedzieć tego, co powiedzieć trzeba, a przez to bylibyśmy jeszcze głupsi, niż jesteśmy.
Na szczęście, kiedy wspominam o tekście Józefa Monety, to nie mam na myśli tekstu jako takiego, bo tam tekstu praktycznie nie ma, a to co w środku, to nic więcej, jak dwa cytaty. Pierwszy z nich, to wypowiedź Tomasza Terlikowskiego dla Telewizji Republika związanej z wykorzystaniem przez „Empik” do świątecznej promocji wizerunków Marii Czubaszek i Adama Darskiego. Posłuchajmy:
Empik już od jakiegoś czasu przysuwa się w kierunku lewicowym. Staje się księgarnią dla ‘lemingów’. Nie trzeba oglądać spotów, żeby się o tym przekonać. Mam wrażenie, że co raz więcej ludzi normalnie myślących powie Empikowi ‘bye, bye’. Empik chce wywołać skandal i chce, żebyśmy o tym rozmawiali”.
Drugi fragment notki Józefa Monety to już nawet nie cytat, ale duże kolorowe zdjęcie państwa Terlikowskich i informacja podana przez portal fronda.pl, że w EMPiK-u w Warzawie, w dniu 18 marca bieżącego roku – a więc ledwo co wczoraj – odbędzie się spotkanie z autorami i promocja książki Małgorzaty i Tomasza Terlikowskich „Masakra piłą mechaniczną w domu Terlikowskich”.
Józef Moneta, a więc człowiek, którego podstawowym, jeśli jedynym, zadaniem na blogach jest dbanie o to, by Polska, jako byt niepotrzebny i bez jakiejkolwiek przynależności, ostatecznie zdechła, szydzi naturalnie z owego upiornego wręcz zakłamania Terlikowskich, ja jednak już się tylko zastanawiam, jak jest skonstruowany ów system, który z jednej strony dopuszcza do ekscesów takich, jakie zaprezentowali nam ci państwo, a z drugiej wynajmuje takiego Józefa Monetę, że by owe ekscesy tropił i je bez żadnej litości ujawniał. No bo zastanówmy się przez chwilę, z czym mamy do czynienia. Terlikowscy wydają książkę o tym, jakie to wyzwanie i udręka mieć dzieci i jak bardzo trzeba się modlić, by Dobry Bóg pozwolił tę gehennę przetrzymać i nie skończyć tak, jak ten nieszczęśnik, który przed rokiem spalił na śmierć całą swoją rodzinę, książkę o której pies z kulawą nogą nie słyszał i nie usłyszy, i która dosłownie nikogo nie interesuje, EMPiK urządza książce promocję w samym centrum Warszawy, jej autorzy bez najmniejszego poczucia wstydu na ten deal idą, a wynajęty przez ten sam system, który to wszystko opracował, bloger ów przekręt ujawnia, wznosząc tumany antyprawicowego szyderstwa, a my mamy wierzyć, że to wszystko tak jakoś wyszło? I że tu nikt nie miał nic złego na myśli? Bądźmy poważni.
Myślę, że większość z nas pamięta zamieszanie, jakie jeszcze w czasie Adwentu powstało w związku z tym, że kierownictwo EMPiK-u porozwieszało po swoich księgarniach plakaty z twarzami Nergala i Marii Czubaszek, żeby zachęcać nas do przedświątecznych zakupów. Oczywiście, protest był natychmiastowy, a jej liderem mianował się sam Wojciech Cejrowski, który publicznie wezwał do nie kupowania jego książek w EMPiK-u. Po kilku dniach EMPiK uznał, że cel został osiągnięty, plakaty zdjął, Cejrowskiego oficjalnym pismem zapewnił, że nic złego nie miał na myśli, Cejrowski przeprosiny przyjął i ogłosił koniec bojkotu. Jak się dziś okazuje, z bardziej znanych postaci, protestował również Tomasz Terlikowski, ale on też, jak widzimy, z EMPiK-iem się pogodził.
I można by było wyrazić radość z faktu, że wszystko dobrze się skończyło i wrócić do codziennych trosk, gdyby nie dwie rzeczy. Pierwsza to taka, że faktycznie wygląda na to, że dokładnie ta sama firma, która twarzami swojej przedświątecznej akcji promocyjnej uczyniła Marię Czubaszek i Adama Darskiego, dziś, jakby na jednym oddechu, organizuje promocję Tomaszowi Terlikowskiemu i jego katolickiej wizji rodziny. Nie oszukujmy się. Tu wcale, wbrew temu, co próbuje nam powiedzieć Józef Moneta, nie chodzi o jakąś niekonsekwencję czy wręcz zakłamanie. Nic podobnego. Firmy takie jak EMPiK oraz ludzie tacy jak Tomasz Terlikowski, a więc w żaden sposób nie debiutanci, którzy dopiero próbują się rozejrzeć po okolicy i ocenić sytuację, działają w oparciu o pełną konsekwencję i nawet jeśli od czasu do czasu uznają, że czas na zmiany, to owe zmiany i tak podporządkowane są podstawowej myśli strategicznej. Rzecz w tym, że nawet jeśli od maja tego roku władze EMPiK-u w każdym swoim salonie każą umieścić figurkę Matki Bożej z Lourdes, Wojciech Cejrowski zostanie członkiem władz firmy, Tomasz Terlikowski szefem działu religijnego w „Gazecie Wyborczej”, Adam Darski nagra płytę z pieśniami eucharystycznymi, a Maria Czubaszek przed sama śmiercią przyjmie Komunię Świętą, to dla nas te ruchy nie będą znaczyć nic. Dlaczego? Już to napisałem: liczy się strategia, a ona pod samego początku obejmuje udział ich wszystkich i każdy z nich wie doskonale, co ma robić, co mówić i gdzie stać. Ja bym się nie zdziwił, gdyby się okazało, że te plakaty z Nergalem tak naprawdę nie miały zapowiadać Świąt, ale właśnie wydanie książki Terlikowskich.
Moim zdaniem, to co w tym wszystkim jest znacznie ciekawsze, niż wczorajsze spotkanie, jakie państwo Terlikowscy mieli z czytelnikami w EMPiK-u na Marszałkowskiej, to ta książka, przypomnijmy, pod tytułem „Masakra piła mechaniczną w domu Terlikowskich”. Chodzi o to, że Terlikowscy mają pięcioro dzieci i w związku z tym uważają swoje życie za ofiarę. Otóż ja znam rodziny, które mają jedno dziecko, a ich życie stanowi „masakrę”, jakiej pusty łeb Terlikowskiego nie jest w stanie nawet sobie wyobrazić. Tyle że oni nie piszą książek o tym, jak to Chrystusowa Miłość pozwala im mężnie i z radością ową „masakrę” znosić. A nie piszą, bo nie mają do tego ani czasu, ani głowy. Pięcioro dzieci i wieczór autorski w EMPiK-u! Co za bezczelność i co za fałsz! Kiedy papież Franciszek wspominał o katolikach, którzy z posiadania dzieci czynią argument na rzecz swojej gnuśności, broniłem go przed atakami wściekłej faryzei, ale dziś widzę, że wtedy jeszcze nie do końca wiedziałem, jak ważny problem opisał Papież i jak celnie, choć z charakterystyczną dla siebie delikatnością, się do niego odniósł. Trzeba było dopiero Terlikowskich z tą ich piłą na wieczorze w EMPiK-u, żeby zobaczyć tę smołę.

Gdyby ktoś się zagapił, przypominam, że w księgarni pod adresem www.coryllus.pl jest już do nabycia wybór felietonów z tego bloga pod tytułem „Palimy licho, czyli o TymKtóryNiePrzepuszczaŻadnejOkazji”. Jeśli ktoś jeszcze nie ma, może iść jak w dym. Zwłaszcza dziś.

środa, 18 marca 2015

O fatalnych oczach dekonstrukcji i sztuce odwzajemniania spojrzenia

Ja zdaję sobie oczywiście sprawę z tego, że wśród czytelników tego bloga znajdują się tacy, którzy są tak doskonale oblatani we wszelkich technicznych nowinkach, jakimi niemal każdego zaskakuje nas świat, że to, o czym chcę dziś pisać, nie stanowi dla nich jakiejkolwiek sensacji, a przez to może się okazać zwyczajnie nieciekawe. Ponieważ jednak sam pewne rzeczy dopiero co odkryłem i się owym odkryciem przejmuję, ale też, jak sądzę, nie jestem tu jedyny, proponuję się jednak przełamać i nie odchodzić. A nuż powiem coś ciekawego.
Otóż proszę sobie wyobrazić, że na nieustannie odświeżanej przez magazyn „Forbes” liście najbogatszych ludzi na świecie, na miejscu 1250, z majątkiem wynoszącym 1,5 miliarda dolarów znajdują się dwie osoby: Evan Spiegel i Bobby Murphy. Jeśli, chcąc się dowiedzieć, skąd Spiegel i Murphy mają swoje pieniądze, wpiszemy ich nazwiska w internetową wyszukiwarkę, wyskoczy nam informacja w Wikipedii, a w niej słowo „snapchat”. Gdybyśmy natomiast chcieli się dowiedzieć, co to takiego ów „snapchat” i zaczniemy kwestię drążyć, to się dowiemy – również z Wikipedii – że jest to aplikacja na telefon komórkowy, której wspomniani Spiegel i Murphy byli pomysłodawcami i twórcami, a która polega na tym, że dzięki niej można zrobić telefonem zdjęcie, lub nakręcić krótki film, wysłać go wybranej osobie w taki sposób, by on był widoczny tylko przez kilka sekund, a następnie znikał na wieczność.
Zbudowali więc Spiegel z Maurphym tę aplikację, a po pewnym czasie sprzedali ją tak, że dziś przez snapchata każdego dnia na świecie wysyłanych jest 700 milionów zdjęć i filmów, a oni są miliarderami.
W roku 2012 trzech kolegów, Don Hoffman, Rus Yusupov i Colin Kroll, wymyślili inną jeszcze aplikację z przeznaczeniem dla telefonów komórkowych pod nazwą „Vine”. Aplikacja ta umożliwia kręcenie sześciosekundowych filmików, które następnie są publikowane w specjalnym serwisie społecznościowym, ale również jak najbardziej na Facebooku, Twitterze, czy oczywiście, jeśli ktoś sobie życzy, na Youtubie. Tym razem wprawdzie żaden z autorów tego szczególnego wynalazku nie trafił na listę „Forbesa”, ale to nie dlatego, że „snapchat” to jednak coś znaczenie fajniejszego, ale z tej prostej przyczyny, że zanim zaczął na nim zarabiać realne pieniądze, aplikację kupił od nich za 30 milionów dolarów Twitter. Nie zmienia to jednak faktu, że aplikacja została zaliczona przez tygodnik „Time” do 50 najlepszych aplikacji roku, a liczby, jakie generuje każdego dnia, sięgają milionów równie grubych, jak produkt Spiegela i Murphy’ego. Co najmniej.
Ja wprawdzie, jak już się zdążyłem przyznać, ani o jednym, ani o drugim wynalazku wcześniej nie słyszałem, natomiast dowiaduję się, że tam w tych okolicach w obecnej chwili działają autentyczne gwiazdy, i to gwiazdy takiej wielkości, że ich wielkość przewyższa wszystko to, co większość z nas zdecydowała się uważać za standard. Skoro już wyjaśniłem znaczenie słów „snapchat” i „vine”, mógłbym oczywiście pójść jeszcze dalej i opowiadać dalej o takich cudeńkach, jak „keek”, „mixbit”, czy „tout”, które, jak się zdaje, również budują emocje, przy których pasje jak sport, polityka, muzyka, czy film, przegrywają już na starcie, ale ponieważ musimy się trzymać podstawowego porządku i dążyć do jakiegoś celu, opowiem może, kto to taki Jerome Jarre. Otóż Jerome Jarre ma 24 lata i jest zamieszkałym w Nowym Jorku Francuzem. Urodził się w pięknej francuskiej wiosce Albertville, jednak kiedy miał 19 lat coś mu strzeliło do głowy, by machnąć na tę całą Francję ręką i wyjechać do Chin. Mieszkał w tych Chinach przez rok, nauczył się angielskiego, otworzył jakiś biznes, a następnie z zarobionymi pieniędzmi wyjechał do Kanady, żeby już tam robić dalszą karierę. I tam właśnie, kiedy dowiedział się, że lada dzień ma ruszyć w Internecie projekt o nazwie „Vine”, natychmiast się tam zarejestrował i zaczął kręcić te sześciosekundowe filmiki. Kiedy zobaczył, jaką one mają popularność, zrezygnował z wszelkich innych zajęć i oddał się całkowicie temu czemuś. Już po trzech miesiącach jego „vine” zatytułowany „Don’t Be Afraid of Love” został dwukrotnie zaprezentowany w słynnym telewizyjnym programie Ellen DeGeneres i w ten sposób Jarre stał się osobą o takiej mniej więcej pozycji, jak ona sama, a biorąc pod uwagę kulturowo-intelektualny wymiar jego publiczności i jej wielkość w liczbach, to niewykluczone, że dziś ta pozycja jest znacznie większa. Jarre jest kolegą największych gwiazd przemysłu rozrywkowego, w roku 2014 zadawał szyku ze swoją komórką na oscarowej gali, a w jego filmikach występują takie sławy, jak Robert DeNiro, Ben Stiller, Pharrell Williams, Ashton Kutcher, czy ostatnio nawet Christopher Walken.
Nie będą tu opisywał dokładnie produkcji owego Jarre’a, bo szczerze powiedziawszy tam nie ma nic. Zero. To co on robi, to jest tak niewyobrażalne nic, że ja zwyczajnie nie umiem tego opisać. Pytałem moją córkę, która jako pierwsza zwróciła mi na niego uwagę, i ona twierdzi, że tu wszystko się rozbija o to, że on ma ładny uśmiech i jest zawsze szczęśliwy. Zresztą, jak się wydaje, już ów pierwszy sukces w postaci filmu „Don’t Be Afraid of Love”, zbudowany został na tym pomyśle: uśmiech, beztroski żart… no i oczywiście miłość. Tam rzecz się sprowadza do tego, że Jarre z tym swoim uśmiechem i ciężkim, francuskim akcentem pyta: „Dlaczego wszyscy się boją miłości?”, następnie zachodzi od tyłu jakąś Chinkę w supermarkecie i wrzeszczy jej do ucha „Love!”, a ona ze strachu podskakuje. Sześć sekund.
Niedawno autentyczną, a więc taką, którą da się przełożyć na wyniki sprzedażowe, karierę zrobiła książka niejakiej Keri Smith zatytułowana „Zniszcz ten dziennik”. Może zacytuję fragment opisu tego czegoś, jaki przedstawił sam wydawca:
Książka nie ma wartości literackiej – niewiele w niej słów. To rodzaj płótna, na którym czytelnik ma wyrazić siebie. W trakcie tworzenia dziennika ubrudzisz się. Twoje ubranie pokryje się farbą, albo innymi dziwnymi substancjami. Zamoczysz się, będziesz proszony o zrobienie rzeczy, które będziesz poddawać w wątpliwość. Będziesz ubolewać, że książka znajduje się w opłakanym stanie. Zamienisz destrukcję, która cię otacza, w kreację i zaczniesz żyć twórczo”.
Sukces książeczki był tak wielki, że niemal natychmiast stworzona została specjalna aplikacja na telefony komórkowe pod nazwą „Zniszcz tę aplikację”, a w lutym tego roku na naszym rynku ukazała się kolejna książka tej samej autorki, zatytułowana „To nie jest książka”. I tu też pomóżmy sobie notką od wydawcy:
Kolejne dzieło Keri Smith, autorki bestsellera ‘Zniszcz ten dziennik’. Artystka przesuwa granice naszej strefy komfortu jeszcze dalej. To nie jest książka, gdyż powstaje z udziałem czytelnika. Wyłącznie od niego zależy, co się w niej znajdzie i jak będzie wyglądał produkt końcowy. Celem Nie - książki jest przekraczanie barier własnego umysłu i uruchomienie wyobraźni. Jeśli to nie książka, to co to jest? Odpowiedź należy do każdego użytkownika.
‘To nie książka’ uczy myśleć nieszablonowo, używać wyobraźni i stawić czoło wyzwaniom. Składa się z zadań, które należy wykonać, aby wyrazić siebie poprzez uczucia, emocje i stosunek do otaczającego świata. Polecenia mają charakter artystyczny, eksperymentalny i performerski. Możesz je wykonywać indywidualnie lub w grupie. Zaryzykuj zostawiając książkę na noc na dworze i zostań artystą wywieszając swoje prace w miejscu publicznym. Zaprojektuj własną planetę, skorzystaj z maszyny do zmiany nastroju oraz wymyśl swoje alter ego. Stwórz ruchomą rzeźbę oraz rozwiąż zagadkę zaginionej strony. Zadań jest mnóstwo, a wszystkie jednakowo twórcze, zabawne i kreatywne. Stwórz swoją własną ‘Nie – książkę’, zerwij ze schematycznym myśleniem i spójrz na świat z zupełnie innej perspektywy!
Z tego co zdążyłem zaobserwować, wielu z nas, dowiedziawszy się o tym, że doszło do tego rodzaju ekscesu i że świat ów eksces przyjął z całym dobrodziejstwem inwentarza, wpadło w głęboki smutek. A ja proponuje byśmy się nie martwili. W końcu jest radość? Jest. Jest miłość? Jest. Jest uśmiech? Jak najbardziej, i to jeszcze jaki! Nawet ta cwaniara Smith go nie przebije. Nie do czasu, gdy będzie się posługiwać papierem.
I pamiętajmy radę wielkiego Cypriana Kamila Norwida, by nieszczęściu się zawsze próbować „odejrzeć”. Tyle już razy nam się udało, uda się i tym razem.

W księgarni pod adresem www.coryllus.pl są do kupienia moje książki. Polecam. Każda i wszystkie. Z nimi będzie nam znacznie łatwiej się odejrzeć.





A na wypadek, gdyby ktos zamierzał popaść w ciężka depresję, zapraszam do słuchania George'a Ezry:





wtorek, 17 marca 2015

O ludziach z Bronkobusa i końcu pewnego czarnego projektu

Jak już wspomniałem w komentarzu w Salonie 24 pod wczorajszą notką, wracałem sobie wczoraj z porannego spaceru z psem, kiedy niemal pod samym już domem, przed moimi oczyma wyrósł najprawdziwszy Bronkobus, czyli jeden parunastu autokarów, które sztab prezydenta Komorowskiego wydelegował w Polskę, by zachęcały nas do głosowania na owego Bronka z Bronkobusu w majowych wyborach. Stał sobie więc Bronkobus pod moją kamienicą, obok snuł się znudzony kierowca i palił papierosa za papierosem, a obok kierowcy stał zgrabny chłopak w ciemnych okularach i gustownym mundurku z napisem „Bronisław Komorowski”, z oczywistą intencją zachęcania przechodniów, by się podpisali na liście poparcia dla kandydata. Kiedy mnie zobaczył, zdjął okulary i zawołał: „Poznaje mnie pan?” A ja go oczywiście poznałem.
Ja o tym już chyba pisałem w książce popularnie nazywanej „o biustonoszu”, ale gdyby ktoś nie czytał, to chętnie opowiem raz jeszcze. Otóż jakiś czas temu, przez kilka dobrych lat, uczyłem języka w pewnym gimnazjum i liceum społecznym tu w Katowicach. Ponieważ była to szkoła mała, płatna, niemal kompletnie pozbawiona tak zwanej reputacji, a przez to pozostająca nieustannie na granicy przetrwania, polityka dyrekcji była taka, by przyjmować tam każdego, kogo rodzice przyprowadzą i będą za naukę płacić. W związku z tym, większość uczniów dzieliła się mniej więcej po równo na tak zwaną „młodzież trudną” i, również tak zwaną, „młodzież specjalnej troski”. Młodzież trudna była tak trudna, że często można było odnieść wrażenie, że najbardziej odpowiednim dla niej miejscem byłyby szkoły prowadzone przy zakładach poprawczych, ewentualnie więzieniach, a czasem ośrodkach odwykowych, natomiast młodzież specjalnej troski grupowała dzieci, które do jakiejkolwiek szkoły z przyczyn oczywistych się nie nadawały. I jeśli ktoś sądzi, że ja się tu popisuję jakąś naciąganą retoryką, jest w dużym błędzie. To co piszę, to absolutna prawda: dzieci, które uczyłem, to często były dzieci albo bardzo cwane, tyle że straszliwie zepsute, albo wprawdzie bardzo grzeczne, ale za to bardzo umysłowo opóźnione. Myśmy jednak, jak mówię, je wszystkie trzymali, bo bez nich szkoła by zwyczajnie nie była w stanie się utrzymać.
Paradoksalnie, uważam, że to była dobra szkoła. Na tyle dobra, że ja tam posłałem nawet dwoje swoich dzieci. Przede wszystkim nauczyciele, na czele z dyrektorem, byli nauczycielami naprawdę bardzo dobrymi. Ja powiem szczerze, że przez te niemal 10 lat jak tam pracowałem, nie umiałbym powiedzieć, że spotkałem jednego nauczyciela, który był byle jaki. Oni wszyscy byli zarówno znakomitymi pedagogami, jak i bardzo dobrymi kolegami (no, tu akurat może nie wszyscy: w końcu jakiś powód, by stamtąd odejść musiałem mieć, prawda?)
Było tam jeszcze coś, co mi do dziś imponuje. Otóż ci wszyscy, nazwijmy ich, cwaniacy, dla uczniów przez zwykłą delikatność nazywanych tu grzecznymi, byli bardzo dobrzy i opiekuńczy. Ja nie pamiętam jednego przypadku, żeby tam któryś z tych bardziej przytomnych pozwolił sobie na to, by skrzywdzić któregoś z tych słabszych. Wręcz przeciwnie: tam wiecznie panowała prawdziwie sportowa atmosfera, a jeśli zdarzało się, że ktoś sobie pozwolił na lekkie szyderstwo, to ono było niemal niewinne. Oczywiście, jest też możliwe, że oni byli dla nich tacy dobrzy, bo tamci, im za tę przyjaźń zwyczajnie płacili. Jednak wolę myśleć, że nawet jeśli pieniądze wchodziły w grę, to nie przede wszystkim. Dziwna to była szkoła. Przedziwna. Wspaniała i okropna.
Miałem tam też ucznia – i w gimnazjum i przez całe liceum – ładne dziecko, zawsze bardzo zadbane, bardzo grzeczne i, na tyle na ile potrafiło, spokojne, o którym wiedzieliśmy, że ono jakoś do matury, której oczywiście nie zda, dociągnie, a potem rodzice, którzy zawsze byli o niego bardzo zatroskani i gotowi naprawdę na wiele wyrzeczeń, coś dla niego zorganizują, żeby jakoś w miarę spokojnie i bezpiecznie żyło. I proszę sobie wyobrazić, że od pewnego czasu moja najstarsza córka, która jest osobą towarzysko niezwykle ruchliwą, informuje mnie, że ten sam uczeń – niech mu będzie Wojtuś – jest bardzo aktywny na wszelkich portalach społecznościowych, gdzie z najwyższą zajadłością tworzy sobie całkowicie równoległy życiorys. Od rana do wieczora, dzień za dniem, niemal bez chwili wytchnienia, zamieszcza tam jakieś kompletnie wymyślone na swój temat historie, które ilustruje albo ściągniętymi gdzieś z Sieci obrazkami, lub po prostu zdjęciami ekranu telewizora, i informacjami typu: „Oto dwie laski, które wyrwałem ostatnio na imprezie”, albo „Tu moi studenci na chwilę przed zajęciami na UJ”.
I oto, proszę sobie wyobrazić, że to ów Wojtuś wczoraj zaczepił mnie przed Bronkobusem i zapytał, czy nie zechcę mu się podpisać na liście. Ja mu oczywiście, grzecznie, jak to dziecku, zacząłem tłumaczyć, że niech tym wszystkim pieprznie, bo to trochę wstyd tak się do tego Komorowskiego przyznawać, na co on się zmieszał i wydeklamował: „U mnie wszystko dobrze. Jestem na drugim roku studiów doktoranckich na ujocie i dużo podróżuję po świecie”.
Może na wypadek, gdyby ktoś pomyślał, że ja tu się tanio wyzłośliwiam, spróbuję wyjaśnić o co mi chodzi. Bo nie chodzi o to biedne dziecko, ale o osoby znacznie, znacznie potężniejsze. Mamy bowiem ten smutny Bronkobus, w pobliżu żywego ducha, tylko ten zły jak jasna cholera kierowca palący papierosa za papierosem i znudzonym wzrokiem gapiący się na stojący obok Pomnik Katyński, no i Wojtuś, który się tam zgłosił, a oni mu dali kartkę papieru i kazali stać. Wracam do domu i dzwonię do córki, że pod domem stoi Bronkobus, a obok Wojtuś zbiera podpisy, a ona na to: „Co? Czemu oni go tam postawili? A co on zrobi, jak ktoś podejdzie i mu zada jakieś pytanie? Przecież będzie tylko wstyd. Czy oni nie mieli tam jakichś wykształconych z wielkich ośrodków?”. A ja mojemu dziecku odpowiadam: „Oczywiście że nie mieli. Natomiast to, co tu widzimy, to symbol. To jest symbol stanu, do jakiego oni doprowadzili siebie i Polskę. Symbol totalnej, beznadziejnej fikcji. Przyjeżdża ten Bronkobus do Katowic, staje między kościołem, a Pomnikiem Katyńskim, a zamiast Komorowskiego jest już tylko Wojtuś, który najpewniej każdemu ewentualnemu zwolennikowi słodkiej kontynuacji może tylko powiedzieć, że jest na drugim roku studiów doktoranckich na ujocie i że dużo podróżuje po świecie. I to jest wszystko, na co ich dziś stać”.
I o tym też chciałem opowiedzieć wszystkim nam tutaj, którzy czytamy te refleksje. Oto jest miejsce, w którym znalazła się kampania Prezydenta RP. Między Pomnikiem Katyńskim a kościołem. Z Wojtusiem na pierwszym planie. I pomyśleć tylko, jaki oni mieli ostry start 7 lat temu.

Tym wszystkim, którzy niemal każdego dnia decydują się na to, by kupić którąś z moich książek, dziękuję i nieskromnie gratuluję bardzo dobrej decyzji. O ile na początku, wielu z nich, to byli ludzie mi znajomi, dziś, większości zwyczajnie nie znam. Ale wiem już, że są, czytają ten blog, i stąd moja satysfakcja. Wczoraj otrzymałem najnowszy numer „Szkoły Nawigatorów” z moim tekstem o „brytyjskim Auschwitz” i muszę powiedzieć, że to jest produkt na poziomie porównywalnym tylko z komiksem Tomka Bereźnickiego. Również dostępnym na www.coryllus.pl.