piątek, 24 marca 2017

PIT 2031, czyli festiwal wybuchających mózgów

      Późniejszym już nieco wieczorem, kiedy atmosfera po ataku przed brytyjskim parlamentem się odrobinę uspokoiła i można było zacząć liczyć na bardziej konkretne wiadomości, włączyłem telewizor na TVN Info, niestety trafiłem na Rafała Ziemkiewicza, jak wspólnie z jakimś drugim niepokornym redaktorem próbowali nas zabawiać, no a w tej sytuacji nie pozostało mi już nic innego, jak, licząc na to, że może przynajmniej TVN24 tradycyjnie organizuje tak zwane wydarzenie dnia, po dłuższej przerwie zajrzeć do tej niszy. Niestety i tam trwało codzienne szczucie, tyle że tu rej wodzili Grzegorz Miecugow oraz Tomasz Jachimek. Akurat zadzwonił telefon i proszę sobie wyobrazić, że jakiś pan z Gdańska – swoją drogą, ciekaw jestem, czy każące ramię boskiej sprawiedliwości spadnie najpierw na Amsterdam, czy Gdańsk – wyraził podejrzenie, że całe to gadanie o sukcesach ministra Morawieckiego to zwykłe oszustwo, ponieważ u niego w Gdańsku na zwrot podatku czeka się w tym roku ponad dwa miesiące, podczas gdy za rządów Platformy to było zaledwie parę tygodni. A skoro tak, to jego zdaniem, problem polega na tym, że państwo nie ma mu z czego oddać, bo akurat musi uzupełniać budżet 500+, a zatem on bardzo prosi Miecugowa, by zorganizował w redakcji odpowiedni ruch na rzecz wyjaśnienia owego przekrętu.
      I teraz, proszę sobie wyobrazić, Miecugow, zamiast wyjaśnić temu biedakowi, że przede wszystkim te budżety nie działają tak jak u niego w domu, gdzie bierze się z jednej kupki i przekłada na drugą, no a po drugie ustawowy termin w takich sytuacjach wynosi 3 miesiące, najpierw obiecuje mu, że powiadomi swoich kumpli z redakcji ekonomicznej TVN-u o tym, jak rząd dobrej zmiany obraca pieniędzmi w Gdańsku, by następnie opowiedzieć swoją historię. Otóż okazuje się, że parę lat temu, przez swoje gapstwo, Miecugow zapłacił zbyt duży podatek i nie dość, że za uruchomienie całej procedury zwrotu owej nadpłaty, musiał zapłacić aż 400 zł, to jeszcze na swoje pieniądze musiał czekać 3 miesiące. Wyobrażają Państwo sobie? Trzy miesiące! Ta banda nierobów w Urzędzie Skarbowym, zamiast siąść i zrobić Miecugowowi odpowiedni przelew, gapiła się przez trzy miesiące w te papiery i dumała nie wiadomo nad czym.
      Ja na temat intelektualnych możliwości Miecugowa mam swoje zdanie od czasu gdy najpierw przeczytałem jego wynurzenia na temat tego, że jego zdaniem człowiek po śmierci zamienia się w krzesło, ewentualnie dowolny inny przedmiot, a następnie – i to już ostatecznie – kiedy w rozmowie na temat ludzi żyjących w stanie wegetatywnym wyraził zdziwienie, że oni „nawet nie potrafią sobie zrobić herbaty”, a zatem biorę pod uwagę, że on w tym co robi i mówi jest absolutnie szczery. Z drugiej strony, kiedy obserwuję to, jak się zachowują inni przedstawiciele ostatecznie już ginącego reżimu, co do nas mówią, co ich denerwuje, a co wzrusza, czy jakie im przychodzą do głowy żarty i kąśliwości pod adresem rządu, czy wreszcie sposoby, by utraconą władzę odzyskać, myślę sobie, że to, o czym dziś postanowiłem opowiedzieć, to jest część bardzo starannie obmyślonego planu. Jest bardzo prawdopodobne, że któryś z nich – możliwe nawet, że sam Miecugow – dowiedziawszy się z ust najlepiej poinformowanych, czyli od samego Jarosława Kaczyńskiego, że minister Morawiecki daje PiS-owi czas co najmniej do roku 2031, postanowili urządzić taką prowokację, że niby dzwoni do „Szkła Kontaktowego” ktoś z Gdańska i opowiada, jak to urząd Skarbowy wstrzymuje wypłaty nadpłaconego podatku, no i w ten sposób lud zechce się łaskawie oburzyć i wyjść na ulicę. Ja wiem, że to brzmi bardzo nieprawdopodobnie, ale kto wie, jakie myśli im się w tych zahukanych głowach kotłują? Kto wie?
      Właśnie się dowiaduję, że Tomasz Lis, przerażony zapowiedzią, że mu pisowcy będą repolonizować media, zaapelował do nas na Twitterze, żebyśmy z większym niż dotychczas zaangażowaniem kupowali jego „Newsweek”. Nie żartuję. To się dzieje naprawdę. To jest dokładnie to, co on tam napisał: „Ludzie, ratunku! Kupujcie moją gazetę, bo nie będzie nas stać na tatuaże”. Przed nami prawdziwy festiwal eksplodujących mózgów. Zakładamy peleryny przeciwko promieniowaniu kosmicznemu, na oczy zakładamy ciemne okulary i trzymamy się foteli.

Zapraszam wszystkich do odwiedzania księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie są do kupienia moje książki. Przypominam, że niedawno uruchomiliśmy drugi nakład „Listonosza”, ponieważ jednak tym razem jest on stosunkowo niewielki, zachęcam do pośpiechu.

czwartek, 23 marca 2017

David Rockefeller nie żyje, czyli z kwiatami na dziewiąty krąg

Jak już pewnie wszyscy słyszeli, w wieku 101 lat został wzięty do piekła David Rockefeller. Czemu zmarł ktoś, kto najwyraźniej miał obiecane, że będzie żył wiecznie, tego oczywiście nie wiemy. Może po prostu zwyciężyła materia nad duchem, co wbrew pozorom, w tym akurat wypadku mogłoby stanowić wiadomość dobrą, a może po prostu owa obietnica, jak wiele innych tego pochodzenia, okazała się zwykłym kantem. Fakt jest natomiast taki, że po 101 latach zgłoszono się po duszę Rockefellera i wchodzimy wszyscy w nowy czas. Z tej więc okazji chciałbym przedstawić fragment mojej książki zatytułowanej „39 wypraw na dziewiąty krąg” i zachęcić do jej kupowania. Naprawdę warto. Wystarczy kliknąć w okładkę tuż obok po prawej stronie i dalej już postępować wedle instrukcji.

      ...Podobnie bowiem, jak to mieliśmy okazję obserwować w przypadku rodziny Kennedych, można niekiedy odnieść wrażenie, że nad Rockefellerami od lat również wisi coś, co robi wrażenie ponurej klątwy i to klątwy, która niesie w sobie nieszczęścia niekiedy wręcz niewyobrażalne.
      Zupełnie niedawno, bo niespełna rok temu w czerwcu 2014 roku, Richard Rockefeller, prawnuk Johna D. Rockefellera, syn Davida Rockefellera seniora, i były prezes Rockefeller Brothers Fund Inc. zginął w wypadku lotniczym. Jego jednosilnikowy turbośmigłowy Piper PA-46-500TP Meridian tuż po starcie wzbił się w powietrze, a potem zahaczył o drzewa przy budynku i spadł na ziemię. Samolot Rockefellera był napędzany silnikiem turbinowym, droższym i lepszym od silnika tłokowego wykorzystywanego w większości prywatnych samolotów. Wyposażony był też w kabinę ciśnieniową umożliwiającą loty na wysokości 9100 metrów, jego zasięg wynosił 1 850 kilometrów, maksymalna prędkość 482 kilometrów na godzinę, a jego cena wynosiła ponad 2 miliony dolarów.
      Lotnisko Westchester County, w pobliżu którego doszło do tragedii, obsługiwane jest przez największych przewoźników, między innymi American Delta, JetBlue i United. Zdecydowana większość lotów to loty prywatne i komercyjne, zaczynając od małych samolotów po firmowe odrzutowce. Wedle danych jak najbardziej oficjalnych, od 1982 roku w obrębie lotniska miało miejsce 36 wypadków. W dziewięciu przypadkach pasażerowie odnieśli obrażenia, a 18 osób poniosło śmierć, w tym właśnie on – Richard Rockefeller.
      Jednak owa fatalna seria zaczęła się już w roku 1951, kiedy to Winifred Rockefeller, córka Percy-ego Avery Rockefellera, jednego z wówczas najbogatszych finansistów i przemysłowców na świecie, ze strony mamy wnuczka Jamesa Jewetta Stillmana, niezwykle zamożnego prezesa National City Bank, zamknęła się z dwiema córeczkami w garażu, włączyła silnik samochodu i zadusiła spalinami siebie i obie dziewczynki.
      Niespełna dziesięć lat później, w roku 1961, Michael Rockefeller zginął w do dziś niewyjaśnionych okolicznościach podczas swojego pobytu w Nowej Gwinei, gdzie zajmował się zbieraniem miejscowych dzieł sztuki. Michael, zaledwie 23 letni syn Nelsona Rockefellera, w owym czasie gubernatora stanu Nowy Jork, a potem aż wiceprezydenta, wraz z holenderskim antropologiem Rene Wassingiem spływał dwunastometrową łodzią, kiedy w odległości 5 kilometrów od brzegu łódź ugrzęzła na mieliźnie, a następnie się wywróciła. Będący z Rockefellerem w łodzi dwaj lokalni przewodnicy popłynęli wpław po pomoc, kiedy jednak po dwóch dniach Rockefeller z Wassingiem zorientowali się, że dryfują bez szans na ratunek, Rockefeller powiedział: „Myślę, że mi się uda” i sam począł płynąć w kierunku brzegu. Wassing został wprawdzie uratowany następnego dnia, ponieważ jednak łódź znajdowała się wówczas już około 19 kilometrów od brzegu, ocenia się, że Rockefeller albo zmarł z wyczerpania, albo został pożarty przez krokodyle. Inna teoria, wcale zresztą nie traktowana aż tak niepoważnie, jak by można było podejrzewać, głosi, że Rockefeller dopłynął jednak do brzegu, gdzie ostatecznie został zabity przez tubylców, a następnie zjedzony.
      Również tajemnicą owiana jest śmierć samego Nelsona Rockefellera, który w roku 1979 zmarł w swoim domu w obecności swojej 25-letniej asystentki Megan Marshack. Jak głosi wersja oficjalna, w pewnym momencie Rockefeller doznał ataku serca. Marshack zadzwoniła wówczas do swojej przyjaciółki, dziennikarki Ponchitty Pierce, która z kolei wezwała pogotowie. Kiedy jednak dopiero po całej godzinie pomoc nadjechała, okazało się, że Rockefeller już nie żyje. Wedle wersji nieoficjalnej, Rockefeller miał z Marshack romans, a atak serca nastąpił podczas upojnie przeżywanego zbliżenia między owym staruszkiem i jego młodą przyjaciółką. Czwórka najstarszych dzieci Rockefellera wydała jednak wspólny komunikat, w którym stwierdziła, że w wyniku prywatnego dochodzenia rodzina doszła do przekonania, że ojciec i tak nie miał szans na to, by zostać wyratowany, a zarówno Marshack jak i jej przyjaciółka działały najlepiej jak tylko potrafiły. Sekcja zwłok, w wyniku braku zgody ze strony rodziny, nigdy nie została przeprowadzona.
      Rok przed śmiercią Nelsona, jego brat John Rockefeller III zginął w wypadku w pobliżu rodzinnej posiadłości, kiedy prowadzony przez niego samochód czołowo zderzył się z innym samochodem.
       Jednak najbardziej publicznie dyskutowany skandal z udziałem nazwiska Rockefellerów to zdarzenie, w którym Rockefellerowie nie brali najmniejszego udziału. Oto w roku 1978 pewien niespełna 30-letni Niemiec nazwiskiem Christian Gerhartsreiter poznał przebywające na wakacjach w Niemczech amerykańskie małżeństwo Elmera i Jean Kelln, a następnie, twierdząc, że Kellnowie zaprosili go do siebie do Kalifornii, uzyskał amerykańską wizę
      Kiedy przybył do Stanów, oczywiście do żadnych Kellnów się nie zgłosił, natomiast zmienił nazwisko na Chris Gerhart i wstąpił na uniwersytet. Chcąc uzyskać amerykańskie obywatelstwo, świeżo poznanej 22-letniej Amy Jersild Duhnke opowiedział historię, jak to boi się wrócić do Niemiec, bo po powrocie natychmiast zostanie wysłany na wojnę do Rosji, ona oczywiście mu uwierzyła i natychmiast zgodziła się wyjść za niego za mąż, on natomiast już na drugi dzień z ledwo co uzyskaną zieloną kartą ruszył w drogę.
      W połowie lat 80-tych doszło do zaginięcia pewnego małżeństwa nazwiskiem Jonathan i Linda Sohus. Ponieważ Gerhartsreiter, tym razem używając nazwiska Christopher Chichester, zamieszkiwał w pensjonacie prowadzonym przez matkę owego Jonathana Sohusa, Didi, lokalna policja w ramach prowadzonego przez siebie dochodzenia, na Gerhartsreitera zwróciła uwagę, jednak ponieważ ten poinformował policjantów, że Sohusowie wyjechali na wakacje do Europy, a podstaw by mu nie wierzyć za bardzo nie było, przez wiele lat nie działo się nic. Dopiero w roku 1994 na podwórzu domu, w którym Sohus mieszkał ze swoją żoną, a który sąsiadował z pensjonatem matki Sohusa, znaleziono zakopane kości, zidentyfikowane następnie jako należące do Sohusa. Stwierdzono również, że ofiara została najpierw dwukrotnie uderzona ciężkim narzędziem, następnie sześciokrotnie zraniona nożem, po czym jej ciało zostało poćwiartowane na trzy części. Gerhartsreiterowi wciąż nie postawiono jakichkolwiek zarzutów.
      I wtedy to właśnie, w roku 1995, Gerhartsreiter wpadł na pomysł, by znaleźć dla siebie wreszcie jakieś naprawdę poważne nazwisko, natychmiast zapoznał niejaką Sandrę Boss i oświadczył się jej jako ni mniej ni więcej, tylko Clark Rockefeller...

Reszta tej historii, jak już zostało powiedziane, w mojej książce, "39 wypraw na dziewiąty krąg". Polecam.

środa, 22 marca 2017

Wezwani do tablicy część 2

Od dziś w kioskach najnowszy numer tygodnika „Polska Niepodległa”, a w nim kolejny odcinek moich kawałków na tematy bieżące. Tymczasem dla tych, którzy albo nie zdążyli kupić numeru poprzedniego, albo do których nasz tygodnik jeszcze nie dociera, przedstawiam tekst wcześniejszy. Przy okazji chciałbym poinformować, że na portalu papug.pl mozna czytać mój niepublikowany tu tekst o Teatrze Powszechnym. Polecam i miłej zabawy.

Miniony tydzień kończy się pod znakiem dwóch kompletnie nieznaczących dla naszych losów wydarzeń, a mianowicie strajku grupy kobiet przeciwko opresyjnej polityce Prawa i Sprawiedliwości, oraz wyboru Donalda Tuska na stanowisko przewodniczącego Rady Europejskiej. Demonstracje kobiet odbyły się we wszystkich większych miastach Polski, natomiast w Warszawie doszło do spektakularnego wydarzenia, a więc pojawienia się wśród zebranych samej Krystyny Jandy. Jak się dowiadujemy, każda z obecnych na demonstracji pań miała okazję zrobić sobie z Jandą zdjęcie i wymienić się refleksjami na temat przeprowadzonych aborcji. Ze względu na dużą liczbę obecnych, wydarzenie przedłużyło się do pełnych 30 minut.

*

W imieniu samczej części społeczeństwa, do protestujących pań zwrócił się ze specjalnym adresem Rzecznik Praw Obywatelskich Adam Bodnar i oświadczył, że „w czasie prezydentury Donalda Trumpa mogą być zagrożone prawa obywatelskie”. My oczywiście, mając w świeżej pamięci kilka innych ciekawych wystąpień pana rzecznika, bardzo jesteśmy zaniepokojeniu stanem świadomości, w jakim on się znalazł, natomiast jesteśmy przekonani, że naród amerykański przyjął jego słowa z wdzięcznością.

*

Nie mamy wprawdzie żadnych informacji na temat ewentualnego udziału w strajku kobiet artysty estradowego Dawida Podsiadły, natomiast, owszem, ów wybitny intelektualista skomentował wybór Donalda Trumpa na stanowisko prezydenta Stanów Zjednoczonych. Poproszony przez Onet o wyrażenie swojej opinii na ten temat, Podsiadło odpowiedział dwoma słowami: „Duży chuj”. Jesteśmy pod wrażeniem i przewidujemy, że już niedługo lewicowe środowiska Nowego Jorku zorganizują naszemu artyście tournée po największych klubach w mieście i już tylko apelujemy do Amerykanów o czujność. Wąsik, jaki ostatnio Podsiadło rzucił sobie na wargę, może wśród męskiej części publiczności wywołać zamieszki.

*
Żeby owo szczególne święto uczcić jakimś mocnym akcentem, wspomnijmy może wywiad, jakiego brytyjskiej telewizji ITV udzielił nie kto inny, jak nasz poseł do Parlamentu Europejskiego, sam Janusz Korwin-Mikke. Dziennikarze stacji zapytali Korwina o jego opinie na temat inteligencji kobiet, a ten wygłosił krótki, utrzymany w charakterystycznym dla siebie stylu, wykład na temat prostego związku między niższym wzrostem kobiet, a ich niższą inteligencją. I pewnie nie byłoby z tego katastrofy, bo on nie powiedział nic szczególnie kontrowersyjnego, gdyby nie fakt, że z jednej strony, brytyjscy dziennikarze od samego początku byli na Korwina przyczajeni, a z drugiej, on sam, przy swojej oczywistej językowej bezradności, nie miał wobec nich żadnych szans. Swoją drogą, ciekawe, że człowiek podobno tak inteligentny, jak Korwin zgodził się na aż tak oczywistą prowokację. Czy to możliwe, że on akurat jest jednak mniej inteligentny od typowej kobiety?

*

Kiedy obserwuję reakcje naszych polityków na to, co się stało 9 marca w Brukseli, czyli przeprowadzony wbrew opinii Polski wybór Donalda Tuska na przewodniczącego Rady Europejskiej, mam wrażenie, że gdy chodzi o ową rzekomo niższą inteligencję kobiet, Janusz Korwin-Mikke myli się na całej linii, a nawet najgłupsze gimnazjalistki zapłakują się na śmierć, że już nigdy nie znajdą w miarę normalnego męża. Oto Grzegorz Schetyna niemal na jednym oddechu najpierw wyszydził PiS za zorganizowanie w Brukseli akcji, która od początku nie miała szans powodzenia, a następnie zapowiedział złożenie w Sejmie wniosku o odwołanie rządu premier Szydło. Kiedy świat wstrzymał oddech, zapowiedział kolejny krok, czyli zorganizowanie w maju wielkiej manifestacji przeciwko dopiero co odwołanemu rządowi PiS.

*

Kiedy wydawało się, że kobiety już zupełnie odpadły z tej szczególnej konkurencji, pojawiła się dziennikarka tygodnika „Polityka”, Ewa Siedlecka i podczas jednego ze swoich występów w radiowej stacji TOK FM stwierdziła ni mniej ni więcej, jak to, że prezydent Andrzej Duda „został jak to się ładnie mówi, przecwelony przez PiS”. Oczywiście, Siedlecka została natychmiast odpowiednio przez opinię publiczną napiętnowana, a tym samym zmuszona do złożenia publicznych przeprosin, mnie natomiast bardziej interesuje to, skąd ona, było nie było dama, zna więzienną grypserę. I jedyna odpowiedź, jaka mi przychodzi do głowy to ta, że ona zbyt wiele czasu spędza w towarzystwie prawdziwych samców, takich jak Wiesław Władyka, Tomasz Wołek, Jacek Żakowski, czy wreszcie Tomasz Lis, i to oni jej tam zapewnili odpowiednią edukację.

*

No właśnie. Tomasz Lis. On również oderwał się na chwilę od telewizora i postanowił podzielić się z nami na Twitterze polityczną refleksją, tym razem jednak na temat Jarosława Kaczyńskiego: „Przed chwilą widziałem napad szału pana Kaczyńskiego w Sejmie. Mam bardzo mocne wrażenie, że to chory, bardzo chory człowiek”. Nam w tej sytuacji pozostaje się już tylko zadumać i zapytać Pana Redaktora: „Hmmm… ujrzał Pan Kaczyńskiego w napadzie szału i odniósł pan wrażenie, że on jest bardzo chory?Takie właśnie pan odniósł wrażenie, i było ono silne? Rzeczywiście, wygląda na to, że sytuacja jest jeszcze poważniejsza, niż miało to miejsce poprzednim razem”.

*

Swoją drogą nie jest ostatnio łatwo przewidzieć z całą pewnością, czy mamy do czynienia z wariatem, czy oszustem. Oto „Gazeta Polska”, po niemal dwudziestu pięciu latach obecności na rynku, ogłosiła rewolucję i zaczęła się ukazywać w technikolorze. Kiedy jednak zaprezentowała swój nowy slogan: „Bez Resortowych Dzieci”, zaniepokojeni czytelnicy przypomnieli, że pozyskany właśnie przez redakcję felietonista Matka Kurka to przecież syn sekretarza PZPR. Zapewniam wszystkich czytelników „Gazety Polskiej”, że nie ma powodu do zmartwień. Sam zainteresowany już dawno poinformował, że choć stary Wielgucki faktycznie był komunistą, to nigdy na trzeźwo, no a przede wszystkim mama chodziła do kościoła i działała w Solidarności. Ufff! Nawet ja odetchnąłem z ulgą.

*

Patrzcie tylko państwo, jak się te losy plotą. Ledwo Donald Tusk został na kolejne dwa i pół roku wyznaczony przez Angelę Merkel do szefowania Radzie Europejskiej, złośliwi internauci opublikowali w sieci mem, na którym widzimy zatroskaną twarz Prezydenta Europy, a pod spodem podpis: „Powiedzcie dziadkowi, że zachowałem się jak trzeba”. Najwyższy czas, by coś wreszcie zrobić z tym cholernym internetem. Nie po to unijna propaganda inwestuje wszystkie siły i środki w to, byśmy zrozumieli sens porażki pisowskiej dyplomacji, by ktoś to miał unieważnić jednym żartem.

*

My tak tu sobie wciąż żartujemy, a przecież są sytuacje naprawdę bardzo poważne. Oto jedna z nich. Już po odtrąbieniu przez wszystkie główne polskie media dyplomatycznej porażki rządu premier Szydło, niemiecki dziennik „Die Welt” napisał co następuje: „Wybór Tuska tylko umożliwi prezesowi PiS zintensyfikowanie kampanii przeciwko Unii i ostateczną zemstę Warszawy za tę porażkę. Czy warto było za taką cenę wybierać przeciętnego szefa RE?” Takie pytanie zadaje sobie niezależna niemiecka prasa, ja natomiast mam pytanie od siebie. Czy naprawdę, jeśli nie życzymy sobie korzystać z usług niemieckich dziennikarzy, nie pozostaje nam ju z nic innego, jak tylko zwracać się po opinie albo do Pawła Kowala, albo Andrzeja Stankiewicza?

*

Miałem nadzieję skończyć poważnie, tymczasem, jak już tyle razy wcześniej, okazało się, że za każdą chwilę poważnej refleksji musimy odpokutować godziną szyderstwa. Oto w ramach próby generalnej przed wielkim ogólnopolskim strajkiem nauczycieli, część rodziców w Gdańsku kazała swoim dzieciom zwagarować z lekcji i zamiast do szkoły udać się do Ratusza na spotkanie z prezydentem Adamowiczem. Ten z kolei, w trosce o to, by młodzież przez fanaberie dorosłych nie straciła nic z tego, co im daje szkoła, zorganizował im naukę, gdzie ci udawali uczniów, a on nauczyciela. Tematem lekcji był rola pieniądza w życiu człowieka i sposoby na jego skuteczne zdobywanie. W kluczowym punkcie swojego wykładu profesor Adamowicz powiedział co następuje: „Pieniądze biorą się z pracy. Wbrew pozorom, nie biorą się z wygranej w totolotka”. Jak donoszą źródła zbliżone do Ratusza, młodzież nie potrafiła znaleźć słów, by wyrazić swoją wdzięczność z powodu owego uzyskanego od Adamowicza kawałka wiedzy, natomiast zwróciła się do władz Gdańska, by przy okazji kolejnych antyrządowych protestów, zechciały się z nią podzielić szczegółami owej oferty.


Jak zawsze zachęcam wszystkich do korzystania z oferty księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie są do nabycia również i moje książki. Polecam gorąco.

wtorek, 21 marca 2017

Ikigai wita nas, czyli z wizytą w niebieskiej strefie

      Niedawno zatrzymaliśmy się tu na ułamek chwili nad pewnym czarnym projektem o nazwie Na Temat i okazało się, że nie mogło się to skończyć dla nas dobrze. Jak wiele na to wskazuje, już sama nazwa „Na Temat” jest w stanie wytworzyć odpowiednią ilość trujących gazów, które przenikają przez najgrubsze mury i sprawiaja, że już nic nigdy nie jest takie jak poprzednio. Oto całkiem nieoczekiwanie i bez jednego gestu z mojej strony, trafiłem wczoraj na następujący tytuł: „Hygge odwołane! Dziś rządzi ikigai i lagom. Poznaj filozofię niedostatku, czyli dlaczego lepiej nie dojeść niż się najeść”, a kiedy już trucizna wypełniła przestrzeń naokoło, zerknąłem do środka, no i stało się. Okazało się, że czytam tekst na portalu natemat.pl i nie ma sposobu, by już od tego uciec. Proszę więc posłuchać.
      Oto, jak się okazuje, minionej zimy, spędzaliśmy wszyscy czas pod znakiem duńskiego hygge, a to dzięki człowiekowi nazwiskiem Meik Wiking, który „obwieścił światu badania naukowe, które potwierdziły, że tak naprawdę szczęśliwi są ci, co jedzą tłuste mięso i kilogramy ciasta czekoladowego, chodzą w dresie i spod ciepłego koca wpatrują się w płomienie świec”. Hygge, jak dowiadujemy się z artykułu na wspomnianym portalu, to „uniwersalny klucz do szczęścia, który otwiera przed nami wszystko, co w życiu najlepsze, jest za darmo i tuż obok, w postaci przyjaciół, rodziny, sąsiadów”.
      Jak się jednak już wkrótce dowiadujemy, samo hygge to jedynie złudzenie, prawda natomiast, znajduje się w połączeniu hygge z ikigai i lagom. Ikigai „to mentalny anti-aging, który mówi nam byśmy jedli mało i zdrowo, a jego źródło znajduje się na Okinawie, „pierwszej z pięciu niebieskich stref na świecie”, gdzie ikigai przybiera formę zwaną moai. Jak donosi portal natemat.pl, „swą dietę Japończycy zamieszkujący Okinawę nazywają Hara hachi bu, czyli „brzuch pełen w osiemdziesięciu procentach”, dzięki czemu większość z nich nie choruje, żyje po sto lat, a kiedy umiera, to z uśmiechem na ustach, jak w słynnej powieści Aldousa Huxleya o wspaniałym świecie. Działanie ikigai podobno najlepiej przedstawia pewien sporządzony przez niejakiego Marca Winna diagram, który w tekście w natemat.pl jest jak najbardziej widoczny, jednak my akurat nie będziemy go tu prezentować, bo jak on wygląda każdy z nas z pewnością potrafi sobie na swój własny sposób wyobrazić.
      Skoro więc już wiemy, jak się prowadzą ludzie na Okinawie zaglądamy z powrotem do Skandynawii, a konkretnie do Szwecji, gdzie czeka na nas hasło „IKEA to lagom”, a więc „mądrość powściągliwości”. I tu koło się zamyka, a czytelnik wreszcie może poczuć słodkie spełnienie. Otóż, jak znów informuje nas autorka tekstu, „Lagom jest bardzo smart” , natomiast to, co łączy lagom z ikigai i hygge, to „poczucie wspólnoty i radość dzielenia się z innymi”. A zatem, aby osiągnąć sukces,wystarczy znaleźć w sobie ikigai”.
      O tym co nastąpi teraz, akurat portal Na Temat nas nie informuje, jednak jestem pewien, że to dzięki wspomnianej wcześniej truciźnie dotarliśmy aż tu i w tym momencie nie pozostaje mi już nic innego, jak podzielić się z Czytelnikami wiadomością, że oto w Melbourne, podczas międzynarodowych mistrzostw w podnoszeniu ciężarów kobiet, wielki sukces, a jednocześnie pierwsze miejsce, zajął 39-letni reprezentant Nowej Zelandii o nazwisku Laurel Hubbard. Co sprawiło, że sprawa spotkała się z międzynarodowym zainteresowaniem? Otóż sensacją okazał się fakt, że Hubbard jeszcze kilka lat temu podnosił ciężary jako Gavin, jednak w którymś momencie przeprowadził operację zmiany płci. Ponieważ mimo tak dramatycznych przygód Gavina, pasja do podnoszenia ciężarów go nie opuściła i dziś nadal podnosi ciężary, tyle że konkurując z kobietami i naturalnie święcąc triumfy. Jak donoszą media, w dwuboju Hubbard uzyskał wynik 268 kg, tym samym wręcz ośmieszając zawodniczkę, która zajęła drugie miejsce z wynikiem aż o 19 kg gorszym. Jak się dowiadujemy, osiągając takie sukcesy, już w przyszłym roku Hubbard może reprezentować Nową Zelandię na Igrzyskach Wspólnoty Narodów. Również przedstawicielka Nowej Zelandii, Emma Pilkington, komentując sukces Hubbarda, powiedziała: „Ona jest tak cudownie autentyczna. Uwielbia swoje koleżanki z drużyny, a one uwielbiają ją”.
       Ktoś się być może w tym momencie zaciekawi, jak w takim razie współczesny świat organizuje zawody sportowe w sytuacji odwrotnej, a więc jeśli to kobieta ma ochotę zostać mężczyzną, a jednocześnie pragnie kontynuować swoją karierę jako na przykład zapaśnik. Czy oni wówczas tej dzielnej sobie każą walczyć z mężczyznami? Otóż nic podobnego. Jak się okazuje, przepisy są za każdym razem konstruowane tak, by chronić osoby reprezentujące cywilizację LGBT. Oto całkiem niedawno w Teksasie, podczas stanowych mistrzostw w zapasach właśnie, naturalną zwyciężczynią została 17-letnia dziewczynka będąca w trakcie kuracji, która ma ją ostatecznie przenieść w świat mężczyzn. Napakowane testosteronem dziecko nazwiskiem Mack Beggs bezapelacyjnie pokonało wszystkie swoje koleżanki, zdobywając w swojej kategorii tytuł mistrzyni Teksasu. Komentując pojawiające się tu i ówdzie pretensje o nieuczciwą konkurencję, sprawująca prawną opiekę nad dziewczynka babcia powiedziała: „Tu w ogóle nie chodzi o to kto wygrał, a kto przegrał. Wszystko się rozbija o uprzedzenia, nienawiść i ignorancję”.
      I tak to się nam sączy ów nowy wspaniały świat. Pomyśleć tylko, że to wszystko było tak bardzo proste. Wystarczyło odnaleźć w sobie ikigai.

Zapraszam wszystkich do księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie są do kupienia moje książki.

poniedziałek, 20 marca 2017

Do naszych niemieckich przyjaciół, czyli Grzesiek pisze list

Miałem dziś przedziwny sen. Otóż proszę sobie wyobrazić, że przyśniła mi się sytuacja, gdzie w jakiś zupełnie niezbadany i tajemniczy sposób znaczna część niemieckiego rynku prasy znalazła się w rękach polskiego koncernu medialnego zarządzanego przez właściciela SKOK-ów senatora Grzegorza Biereckiego i w związku z tym, że Donald Tusk został ponownie wybrany na stanowisko przewodniczącego Rady Europejskiej, Bierecki do zarządzanych przez siebie niemieckojęzycznych mediów wysłał list o następującej treści:

      „Drogie koleżanki i koledzy!
Kamil Stoch kontra Andreas Wellinger 238:166 – co to był za pojedynek! Jednak to nie te zawody zasłużyły na miano starcia miesiąca. Ta kategoria należała do dwóch Polaków, którzy zmierzyli się ze sobą na arenie europejskiej, a ich starcie skończyło się wynikiem 1:27. Wbrew temu jednak co by się nam mogło wydawać, wynik owego starcia w żaden sposób nie jest zwycięstwem Donalda Tuska, a przegranym z pewnością też nie jest Jarosław Kaczyński. Wbrew pozorom, z tego nierównego pojedynku Unia Europejska wyszła mocno poturbowana moralnie, natomiast Polska zaprezentowała się, jako dumny i godny szacunku kraj zasad. Dziś więc wszyscy, razem z Jarosławem Kaczyńskim, możemy mieć nadzieję, że w końcu uda nam się zreformować Unię Europejską w taki sposób, by ona stała się unią wszystkich narodów, a nie tylko kilku silnych państw pozostających pod kontrolą niemieckiego rządu. Badania pokazują, że wielu Niemców podziela tę opinię i ich liczba z każdym dniem coraz bardziej rośnie.
      Czego się dowiedzieliśmy?
      1. Donald Tusk i jego niemieccy promotorzy zrozumieli, że odnieśli pyrrusowe zwycięstwo.
      2. Ideologia i prymitywne zakulisowe rozgrywki przegrały z wartościami i zasadami. Obywatelom Niemiec w rzeczywistości pozostał jedynie niesmak i poczucie wstydu.
      3. Przywódcy Unii Europejskiej zaczynają rozumieć, że bez jedności ich projekt nie ma żadnych szans na przetrwanie. To bardzo cenna lekcja na przyszłość. Marzenia o Unii dwóch prędkości muszą skończyć się porażką.
       Ta ostatnia z lekcji ma szczególne znaczenie dla Niemców. Moment w którym w głowach niektórych z ich przywódców pojawia się wizja z jednej strony autostrady, a z drugiej pasa wolnego ruchu, każe im wszystkich zatrzymać się na chwilę na parkingu, a z myślą o nich do gry muszą się włączyć wolne media, takie jak my.
      Nigdy nie zapominajmy o podstawowych wartościach, jakie reprezentujemy: opowiadamy się za wolnością, rządami prawa, demokracją i ZJEDNOCZONĄ EUROPĄ.
      Pamiętajmy że większość naszych czytelników i użytkowników należy do tej miażdżącej większości, która popiera członkostwo Niemiec we wspólnej i zjednoczonej Europie równych prędkości. Podpowiedzmy im, co należy robić, by nie wypaść z tego pasa szybkiego ruchu i nie wylądować na parkingu.
      Stawką w tej grze jest wolność i pomyślność przyszłych pokoleń.
      Choć wyniki badań napełniają optymizmem, to jednocześnie rodzą się pytania, na które warto poszukać odpowiedzi. Dlaczego krytyczna postawa wobec dzisiejszej Europy jest szczególnie widoczna wśród młodego pokolenia? Dlaczego w mniejszym stopniu wierzy ono w Europę trzech czy czterech najsilniejszych krajów i zwasalizowanej reszty? Z pewnością przyczyniła się do tego arogancja europejskich przywódców, nieznośny rozrost unijnej demokracji i kreowany w mediach fałszywy obraz stale rozwijającej się Unii Europejskiej. Obywatele Europy dostrzegli obecność tego trendu wśród młodszego pokolenia i samodzielnie przyłączają się do owych działań. Swoje poparcie dla zjednoczonej Europy wyrażają przez inicjatywę pod nazwą „Chrześcijańskie korzenie Europy”. Warto się z nią zapoznać: www.toyah.pl.
        Prezentacja naszej wiosennej ramówki w ubiegłym tygodniu okazała się kolejnym sukcesem i spotkała się z bardzo pozytywnym medialnym odzewem. Aktualnie, w ujęciu miesięcznym, nasza Grupa uzyskuje liczbę 500 mln streamów miesięcznie, z czego 230 mln na żądanie. Daje nam to niekwestionowaną pozycję lidera na rynku niemieckim, oraz plasuje Grupę w czołówce europejskich wydawców.
       Pogratulujmy sobie tego wspaniałego osiągnięcia.
      Grzesiek”


Chyba znowu mnie coś niedobrego napadło. Obiecuję, że postaram się więcej nie dokazywać. Książki są jak zawsze do kupienia w księgarni pod adresem www.coryllus.pl.

niedziela, 19 marca 2017

Ratunku! Żydzi pobili Jakóbiaka!

Wydawało mi się, że pewnych tematów, zwłaszcza przy ostatnio niezwykłej w tym zakresie wręcz aktywności Coryllusa, sam poruszać nie muszę, jednak tak się złożyło, że wraz z pojawieniem się w publicznej przestrzeni pisarza Mroza i owego przekrętu z rzekomo pochodzącym z Wysp Owczych autorem kryminałów nazwiskiem Ove Løgmansbø, sam trafiłem na coś, co moim zdaniem znacznie przebiło ów przekręt, zarówno pod względem swojej bezczelności, jak i poziomu powstałej w jej efekcie żenady. Wydaje mi się również, że i sam bohater przedsięwzięcia, które mam na myśli, zajmuje znacznie wyższą od Mroza pozycję w interesującej nas hierarchii. W końcu bądźmy szczerzy, niezależnie od tego, na ile te wszystkie historie o tonach powieści, jakie Mróz rzekomo trzyma w szufladach, a których nie chce wydawać, by nie zmonopolizować rynku polskiej literatury, są prawdziwe, a na ile zostały wymyślone przez jego wydawcę, faktem jest to, że jeszcze parę tygodni temu o Mrozie pies z kulawą nogą nie słyszał. A ja bym chciał dziś opowiedzieć o wyczynach kogoś, kto przynajmniej na youtubie odniósł pewien sukces, a tego, że w kampanii sprzed dwóch lat przeprowadził nawet wywiad z prezydentem Komorowskim, to już mu naprawdę nikt nie odbierze. Mam na myśli człowieka nazwiskiem Łukasz Jakóbiak.
Kim jest Jakóbiak? Otóż jest to człowiek, który od dłuższego już czasu na wspomnianym youtubie przeprowadza regularne wywiady z aspirującymi artystami i przez niektórych uważany jest za kogoś, kto otwiera przed nimi drzwi do kariery. Czy Jakóbiak jest dobry, tego bym nie powiedział, jednak nie powiem też, że on jest jakoś szczególnie gorszy od innych. To jest poziom wyznaczany przez ową znaną nam zbyt dobrze polską przeciętność, a więc coś co zasługuje na uwagę wyłącznie wtedy, gdy dojdzie do jakiegoś skandalu. A z czymś takim mamy do czynienia dziś.
Otóż proszę sobie wyobrazić, że wspomniany Jakóbiak pochwalił się ostatnio publicznie, że nie dość że jego wielkim marzeniem jest wystąpić w jednym z najsłynniejszych amerykańskich talk shows Ellen Degeneres, a więc kogoś z autentycznej ekstraklasy światowej kultury pop, to ze względu na swoje przekonanie, że jeśli człowiek czego bardzo pragnie, w końcu musi to zdobyć, on stanie na głowie, by Degeneres dowiedziała się najpierw o jego marzeniau, a następnie istnieniu, i go do swojego programu zaprosiła. Aby osiągnąć swój cel Jakóbiak najpierw kazał wybudować makietę telewizyjnego studia, do którego Degeneres zwykła zapraszać swoich gości, następnie zorganizował casting na jej sobowtóra, no i nakręcił film, na którym oglądamy, jak marzenie Jakóbiaka punkt po punkcie, a więc począwszy od telefonu od asystenta Degeneres z zaproszeniem do programu aż po sam występ, gdzie Jakóbiak zadaje szyku jako gwiazda owego talk show, jest realizowane. Ktoś pewnie zapyta, skąd Jakóbiakowi w ogóle przyszło do głowy, że ten greps pozwoli mu zrealizować swój plan. Otóż proszę sobie wyobrazić, że on uznał, że przede wszystkim sam jego pomysł jest tak wybitny, a jego realizacja jeszcze znakomitsza, że jeśli Degeneres to zobaczy, rzuci wszystko i natychmiast Jakóbiaka zaprosi do siebie. No a drugi powód już sobie wyjaśniliśmy. Jak to sformułował wielki Mick Jagger, rzecz w tym, że choć nie zawsze możesz mieć to, czego chcesz, to jeśli naprawdę spróbujesz, świat z pewnością stanie otworem.
Cóż na to możemy powiedzieć my, biedni ludkowie? No więc przede wszystkim nie jesteśmy w stanie wydusić z siebie ani słowa, ponieważ wstyd odbiera nam mowę. I proszę mi uwierzyć, że jeśli ja tu używam formy „my”, robię to jak najbardziej celowo, ponieważ jestem głęboko przekonany, że wśród osób, do których ta notka jest adresowana, nie ma nikogo, kto to co ja przeżyłem oglądając popisy Jakóbiaka, mógłby odebrać inaczej. To jest wstyd w stanie czystym i nieporównywalny z niczym podobnym, czy w ogóle wręcz z niczym. To jest więc jeden powód, dla którego nie będę próbował się tu silić na większy komentarz. Drugi powód jest już znacznie ciekawszy. Otóż proszę sobie wyobrazić, że wiadomość o zagraniu Jakóbiaka dotarła do Ameryki, tyle że skomentowała ją pewna internetowa parka bardzo zdolnych Żydów, z dość od pewnego czasu poważnym sukcesem produkujących się w sieci jako tak zwany młot na popularnych youtuberów, a zrobiła to tak, że takiego poziomu okrutnego, morderczego wręcz szyderstwa, ja w życiu nie widziałem. Popatrzmy więc na to. Zachęcam gorąco wszystkich, zwłaszcza, że zupełnie wyjątkowo ów filmik wyposażony jest nie tylko w angielskie, ale również i w polskie napisy, co umożliwia nam wszystkim pełne zanurzenie się w tej przygodzie.
Na koniec tylko proszę wszystkich, którym się zrobi przykro, że to akurat nasz reprezentant stał się celem tak strasznego ataku, by powtórzyli sobie jakże celne słowa Kazika: „Widzę to co widzę i niczego się nie wstydzę. Niech się wstydzi ten co robi, a nie ten, co widzi”.



Wszystkie moje książki są, jak zawsze, do nabycia w księgarni na stronie www.coryllus.pl. Zapraszam serdecznie i szczerze.

sobota, 18 marca 2017

Z wiewiórką po władzę, czyli strach zżera duszę

Zapraszam dziś wszystkich do najnowszego felietonu z „Warszawskiej Gazety”, który tu na blogu akurat zamknie temat owej wielkiej reaktywacji szczerego kłamstwa i pozwoli nam zająć się czyś znacznie zdrowszym.


      Każdy z nas, kto miał okazję choć przez parę dni poobserwować popularny portal o nazwie Twitter, z całą pewnością zauważył, że wolność wypowiedzi, jaka tam panuje, przekracza wszelkie standardy. Oczywiście, są granicę nieprzekraczalne, jak na przykład naruszanie praw autorskich stacji TVN24, poza tym jednak wolno wszystko, włącznie z takimi ekstrawagancjami, jak choćby wzywanie do zamordowania Jarosława Kaczyńskiego. No i oczywiście na Twitterze się kłamie. Tam nie ma manipulacji. Twitter to miejsce, gdzie się kłamie dla samej przyjemności kłamania.
      Weźmy takie memy, których tam jest masa. Oto mamy zdjęcie papieża Franciszka i rzekomy cytat z jego wypowiedzi, gdzie on wzywa, byśmy zanim zaczęli krytykować islamskich terrorystów, sami, jako chrześcijanie, uderzyli się w piersi. Albo widzimy aktorkę Jandę i tym razem jej rzekomą wypowiedź, w której ona mówi, że Polska powinna zostać przyłączona do Niemiec. Innym razem z kolei, widzimy nielubianego przez nas polityka, który podobno twierdzi, że pedofilia powinna zostać zalegalizowana, a kobiety należy bić, żeby się zbytnio nie rozleniwiły. Oczywiście, ja tu trochę zmyślam, bo nie kolekcjonuję tych cytatów, ale starałem się przynajmniej zachować ową poetykę, no i poziom.
      Oczywiście, w momencie gdy owa informacja się pojawia – Twitter to narzędzie wyjątkowo szybkie – dziesiątki, czy setki osób, natychmiast podają ją dalej i owo kłamstwo rozpowszechniają, ku radości kolejnych internautów. A na uwagę, że kłamią, niezmiennie odpowiadają, że owszem kłamią, ale co z tego, skoro racja jest i tak po naszej stronie. Długo się zastanawiałem, jakie emocje stoją za popularyzowaniem owych zmyśleń, zakładając oczywiście, że nie mówimy o wynajętych propagandzistach, którzy żyją z prowokowania złych emocji i którzy, jak sądzę, stoją na samym początku tego łańcucha, czy o prostych durniach, którzy bezrefleksyjnie przyjmują każdą, nawet najbardziej absurdalną, informację. Otóż dziś mam podejrzenie, że ktoś, kto czuje, że to jest nieprawda, a mimo to w to wchodzi, robi to z czystej frustracji wywołanej przez świadomość ciężkiej bezradności wobec czegoś, co go tak okropnie dręczy.
      I oto ostatnio, obserwując wydarzenia w skali znacznie szerszej, a więc obejmującej bieżącą politykę, zobaczyłem, jak bardzo moje podejrzenia są słusznie i jak celnie skierowane. Otóż mniej więcej od czasu, gdy kompromitacją zakończył się grudniowy przewrót, propaganda antyrządowa zachowuje się dokładnie tak jak owi kompletnie obłąkani internauci i w tej rozpaczy kłamie bezwstydnie i na potęgę. I to już nie jest owa stara dobra manipulacja, do której zostaliśmy skutecznie przyzwyczajeni. Tu jest już tylko kłamstwo, a w momencie, gdy ono wyjdzie na jaw, wzruszenie ramion i odpowiedź, że nic nie szkodzi, bo to i tak niczego nie zmienia. Tak było w przypadku owej podrzuconej wiewiórki, tak jest teraz w przypadku słów włożonych w usta Marine Le Pen. No bo i faktycznie, co to zmienia, skoro i tak wszyscy wiemy, że Kaczyński to kartofel?

Książki, jak zawsze, można zamawiać w księgarni na stronie www.coryllus.pl. Zachęcam niezmiennie.

piątek, 17 marca 2017

Plazma, czyli ciemny lud to kupi

      Nie wiem, czy mieli Państwo okazję zwrócić na to coś uwagę, ale od pewnego czasu pewną karierę w sieci robi portal pod nazwą „Asz Dziennik”. Jaki stoi pomysł za owym projektem, pomijając oczywiście żartobliwe przedrzeźnianie nazwy popularnego„Nasz ego Dziennika”? Otóż chodzi tam przede wszystkim o to, by zabawiać czytelników fałszywymi w sposób oczywisty informacjami na różne tematy, podawanymi jednak w taki sposób, by można się było pośmiać, a czasem może i nawet poszydzić, a więc, że na przykład Jacek Kurski rzekomo nakazał przygotowanie dziewięciu nowych programów o tematyce religijnej, albo że minister Szyszko zadręczył na śmierć swoja paprotkę, czy że w związku z końcem mrozów (to wiadomość z wczoraj) „ponad 300 hipsterów trafiło w ciągu kilku ostatnich dni do stołecznych szpitali w szoku termicznym z objawami wskazującymi na... oparzenia kończyn dolnych”, czy, i to już jest greps najświeższy, że z powodu braku materiału, MON zlikwidował stopnie generalskie. A więc taki trochę lepszy kabaret.
      Osobiście tego co się tam dzieje nie śledzę w ogóle, bo raz że jeśli już zależy mi na tym, by się pośmiać, to wolę się poruszać po sprawdzonych miejscach, no a poza tym nie wierzę, by ktoś, choćby nie wiadomo jak inteligentnie dowcipny, był w stanie zachować równy poziom przy tego typu intensywności, z jaką mamy do czynienia w przypadku „Asz Dziennika”, a trzeba nam wiedzieć, że redaktorzy „Asz Dziennika” pracują w piątek i świątek od rana do nocy. Nie obserwuję więc owej aktywności, natomiast, owszem, od czasu do czasu, czy to na Twitterze, czy na Facebooku znajdę któryś z zabawniejszych kawałków i przyznaję, że niekiedy się nawet uśmiechnę. Dlatego też właściwie od pierwszej chwili, kiedy zacząłem nazwę „Asz Dziennik” rozpoznawać, nie mam z nią większego problemu. Chcą się bawić, niech się bawią. W końcu nie oni jedynie i nie oni najgorsi.
      To jednak, co od samego początku zwracało moją uwagę w tych żartach, to fakt, że bardzo często – z mojego punktu widzenia, o wiele zbyt często – jak mówię, newsy w sposób oczywisty nieprawdziwe, były przez wielu przyjmowane z pełną powagą. Co ciekawe, w ogromnej większości nie chodziło o choćby nawet i najbardziej przewrotne informacje w rodzaju wspomnianych wcześniej odmrożeń kostek przed hipsterów, lecz o wszystko co mogło dać nadzieję na kompromitację któregoś z polityków Prawa i Sprawiedliwości. Pamiętam, jak jakiś czas temu, podczas jednego z klasycznych sejmowych oblężeń któraś z dziennikarek Polsatu, czy TVN-u z pełną powagą poprosiła któregoś z posłów PiS-u o skomentowanie doniesień „Asz Dziennika”. Poseł oczywiście odpowiedział, że nic mu na ten temat nie wiadomo, na drugi dzień cały Twitter parsknął szyderczym śmiechem w stronę tej biednej idiotki, no a ja przyznaję, że razem z nim. Jest coś bowiem takiego w skrajnych przypadkach braku inteligencji u osób czujących potrzebę uczestniczenia w życiu publicznym, co sprawia, że przyglądamy się im ze szczególnym zainteresowaniem. No a jeśli jest to któryś z popularnych dziennikarzy, to tym bardziej.
      A więc znów, portal „Asz Dziennik” zwykle traktowałem z czymś, co by nazwał dobrotliwym brakiem zainteresowania. I oto, proszę sobie wyobrazić, przygotowując się do wczorajszej notki o manipulacji z pralkami w łazience, dowiedziałem się, że przede wszystkim ów „Asz Dziennika” to nie jest inicjatywa paru w miarę zdolnych wesołków, których w ostatnich latach mamy w sieci całkiem niemało, lecz poważny projekt, stanowiący część projektu jeszcze poważniejszego, a mianowicie założonego przez Tomasza Lisa portalu Na Temat. I tu również spotkała mnie niespodzianka. Otóż podobnie i sam portal natemat.pl to nie jest coś, co Lis z paroma kumplami postanowili zorganizować, by zwiększyć swoje propagandowe możliwości w przestrzeni internetowej, ale duża grupa medialna, która ma widoczne ambicje konkurowania z takimi gigantami, jak Wirtualna Polska, czy Interia. By pokazać, że w tym co mówię nie ma wielkiej przesady, nie muszę nawet przypominać, że autor sukcesu portalu natemat.pl, Tomasz Machała, w nagrodę za dobre sprawowanie, został skierowany do przekształcenia Wirtualnej Polski w to, czym ona jest dziś, ale wystarczy podać za Wikipedią gołe liczby: w grudniu 2015 roku serwis zanotował 2 631 376 realnych użytkowników i znalazł ósme miejsce w Polsce w kategorii „informacje i publicystyk”. W październiku 2016 roku wszystkie serwisy Grupy naTemat odwiedziło łącznie 9,2 mln unikalnych użytkowników, a w październiku 2016 fanpage NaTemat okazał się najbardziej interaktywną marką na polskim Facebooku. A zatem, jak mówię, natemat.pl to nie jest grupa jakichś półprzytomnych blogerów, która właśnie straciła władzę i którym Tomasz Lis postanowił dać zajęcie, ale też, podobnie – powtórzę to raz jeszcze - „Asz Dziennik” to nie jest inicjatywa paru wesołych absolwentów wydziału dziennikarstwa na Uniwersytecie Warszawskim, lecz poważny projekt propagandowy.
      Po ostatnich doświadczeniach, gdy widzimy jasno jak nigdy wcześniej, że oni są naprawdę gotowi na wszystko, że najwyraźniej spowodowana utratą władzy desperacja doprowadziła ich do tego momentu, gdzie już żaden z nich nie traci czasu na prostą manipulację, lecz inwestuje w proste, niczym nieograniczone kłamstwo, należy podejrzewać, że „Asz Dziennik” ani przez moment nie miał głównie na celu bawić, lecz, korzystając z tego, że wielu z nas naprawdę nie ma ani czasu, ani siły, by przedzierać się przez gąszcz ironii i łagodnej kpiny, zupełnie bezkarnie, bo pod przykrywką satyry, zatruwać publiczną przestrzeń czymś pod pewnym względem najstraszniejszym, bo plotką. Po prowokacji z wiewiórką, po zafałszowanej wypowiedzi Marine Le Pen, czy wreszcie po przekręcie z pralką, który tak fascynująco pod wczorajszą notką obnażył już do samego końca nasz kolega Wolfram, nie mam najmniejszych wątpliwości co do tego, w którą stronę to zmierza. Tu już nawet nie będzie trzeba wynajmować jakiejś Pochanke, Olejnik, czy Morozowskiego, tu nawet nie trzeba będzie nam czytać, co na swoim Twitterze ma do powiedzenia Tomasz Lis, tu już nawet nie trzeba będzie kłamać – wystarczy jeden prosty żart, rozpowszechniony następnie w Sieci i później już żyjący własnym życiem w formie choćby tak bardzo popularnych ostatnio memów. No i owe bardzo mocne przekonanie, że ciemny lud to kupi.

Zapraszam wszystkich do odwiedzania księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie są do nabycia moje książki.



czwartek, 16 marca 2017

O tym, jak kaczyzm wszedł z butami do naszych kuchni

      Przyznaję, że dotychczas nie miałem nawet okazji słyszeć o owym projekcie, ale kiedy świadomość jego istnienia do mnie dotarła, to już z naprawdę mocnym przytupem. Mam tu mianowicie na myśli serwis internetowy o nazwie innpoland.pl, stanowiący, jak się okazuje, część znacznie już bardziej niesławnego projektu natemat.pl. Stało się bowiem tak, że pewną karierę w sieci zrobiła w tych dniach wiadomość, podana przez owo innpoland.pl pod tytułemPralka w kuchni jest nielegalna. Rząd szykuje zmianę polskiego prawa, które aż roi się od absurdów” i niemal w jednej chwili rozpowszechniona po całej sieci tak, by dać okazję do fali brutalnych szyderstw z rządu Beaty Szydło.
      Czytelnicy tego bloga, a więc osoby przede wszystkim potrafiące czytać ze zrozumieniem, no ale też odpowiednio uważnie, zastanawiają się zapewne, jak można szydzić z czegoś, co jeśli już, to chyba bardziej zasługuje na dobre słowo, niż na złośliwy rechot. No bo skoro mamy rząd, który jakimś cudem nie dość że znalazł czas, by w owym gąszczu post-peerelowskich idiotyzmów trafić na tę pralkę, to jeszcze zdecydował się sprawą skutecznie zająć, to, nawet zakładając nasz mocno krytyczny do niego stosunek, moglibyśmy się choć na chwilę przynajmniej przymknąć, prawda? Tymczasem wszystko się rozbija o wspomniany tytuł, który, jeśli się choć trochę zastanowimy, okaże się ułożony w taki sposób, by umysły słabe, choć zawzięte, zrozumiały z niego tyle, że to właśnie rząd Prawa i Sprawiedliwości chce nam zakazać stawiania pralek w kuchni. Proszę zwrócić uwagę, że tam tak naprawdę wystarczy zgubić zaledwie jedno słowo „zmiana”, by przekaz jasno informował, że oto szykuje się już naprawdę autentyczny zamach na naszą wolność. A to jest zaledwie tytuł, czyli coś dla osób mniej dociekliwych. Jeśli ktoś jednak ma ochotę na coś więcej, proszę popatrzeć, jak to się robi w przysłowiowym Chicago, gdzie wystarczy jedno słowo, by zapadły ciemności:
      „Ministerstwo Infrastruktury i Budownictwa zapowiada zmiany w polskim prawie budowlanym. Według dzisiejszych przepisów nielegalne jest np. umieszczenie pralki w kuchni, a developerzy podczas budowy osiedla mają obowiązek umieszczenia na nim...trzepaka na dywany. Projekt jest już po konsultacjach społecznych. W tej chwili polskie prawo bardzo szczegółowo określa warunki techniczne, które powinny spełniać budynki. Poza wspomnianą pralką, mowa w nich również m.in. o konieczności zaprojektowania miejsca na pojemnik z brudną bielizną”.
      I znów ktoś mi powie, że przecież to jest bardzo jasne: mamy głupie przepisy, a rząd Beaty Szydło chce je zlikwidować. Przecież to jest napisane bardzo wyraźnie i jednoznacznie. Otóż nie. Wyraźna i jednoznaczna jest wyłącznie ta pralka, ten pojemnik na brudną bieliznę, no i oczywiście ten trzepak. Wyraźnie jest też napisane, że za tym trzepakiem i pralką stoi Ministerstwo Infrastruktury i Budownictwa, no i odpowiednio mocno powtarzane słowa: „rząd szykuje”, „według dzisiejszych przepisów”, „polskie prawo bardzo szczegółowo określa”, czy „deweloperzy mają obowiązek”, a w efekcie otrzymujemy informację, która można streścić w jednym zdaniu: „Po konsultacjach społecznych ministerstwo zapowiada zmiany, gdzie nielegalne jest umieszczenie pralki w kuchni, a developerzy podczas budowy osiedla mają obowiązek umieszczenia na nim… trzepaka na dywany”. I nie łudźmy się, że zwykle zabiegany i siłą rzeczy nieuważny czytelnik, będzie się nad tym wszystkim pochylał, zwłaszcza gdy dla niego informacja, że kaczyzm zaczyna wchodzić z butami do jego kuchni, to naprawdę nie lada gratka i coś, na co on bardzo często czeka od chwili, gdy rano otwiera oczy, do momentu, gdy uda się je mu wreszcie zamknąć.
      I nie łudźmy się też, że redaktorzy portalu natemat.pl nie zdają sobie z tego sprawy. Oni doskonale wiedzą, z kim mają do czynienia i w jaki sposób z ową „tępą masą” należy się obchodzić. To naprawdę nie jest prosta sprawa napisać taki tekst i to w taki sposób, by tam tak się wszystko domykało, że nie da się włożyć choćby małego palca. To jest prawdziwa ekstraklasa medialnego łgarstwa.
      Pamiętamy wszyscy, jak jeszcze lata temu główny pomysłodawca tego przedsięwzięcia, Tomasz Lis, puścił plotkę o tym, jak to Jacek Kurski rzekomo określił swoich wyborców, jako „ciemny lud”. Otóż tu bardzo dokładnie widać, jak znakomicie wtedy właśnie Kurski opisał sposób myślenia tych ludzi. Przede wszystkim należy zawsze pamiętać, kogo mamy przed sobą i do niego się zwracać, a możemy być pewni, że ten bałwan z całą pewnością to kupi i za chwilę wróci po więcej. By to zrozumieć, wystarczy poczytać komentarze pod tekstem, który tak nam dziś przypadł do gustu. Daję słowo, że tam nie ma choćby jednej osoby, która by się w tym szwindlu zorientowała. Ani jednej. Słychać tylko ów znany, pełen dzikiej satysfakcji rechot. Możemy się zacząć szykować na więcej.

Zapraszam wszystkich do księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie można kupować moje książki. Polecam szczerze i uczciwie.


środa, 15 marca 2017

Czy Jarosław Kaczyński wspólnie z Januszem-Korwinem Mikke będą demontować Unię?

      Kiedy Janusz Korwin-Mikke najpierw w jednej ze swoich pretensjonalnych wypowiedzi zauważył, nie po raz pierwszy zresztą, że kobiety są od mężczyzn statystycznie mniej inteligentne, słabsze fizycznie, oraz niższe wzrostem, a następnie, sprowokowany przez dziennikarzy brytyjskiej stacji ITV, ową tezę powtórzył, rozpętało się piekło. Ja akurat, gdy chodzi o Korwina, z całą pewnością mogę powiedzieć, że on osobiście potwierdza zaledwie jedną z tych prawd, a mianowicie to, że jako mężczyzna, jest faktycznie wysoki. Co do reszty, nie mam wiedzy, czy on jest silny, czy słaby, i czy jest, jak się powszechnie sądzi, inteligentny. Jak już tu miałem okazję pisać, to że on zgodził się wziąć udział we wspomnianym programie, świadczyłoby, że jego inteligencja funkcjonuje na poziomie wyjątkowo niskim, no ale nie wykluczam, że gdyby mu dać do rozwiązania jakiś test, gdzie trzeba by było dopasowywać kropki do trójkątów, ewentualnie liczby do kolorów, osiągnąłby wynik imponujący.
      Natomiast mam w tym temacie swoje własne przemyślenia i zgadzam się, że faktycznie kobiety są statycznie od mężczyzn fizycznie niższe, fizycznie słabsze – inna sprawa, że ostatnio zauważam tu pewną zmianę tendencji – i że choć w czasach, które dobrze pamiętam, mężczyźni przynajmniej mieli ambicje być od kobiet inteligentniejsi, a kobiety też z głupszymi od siebie wolały się nie zadawać, dziś jest to zdecydowanie melodia przeszłości. Z moich obserwacji wynika jednoznacznie, że mężczyźni od kobiet nie tylko są głupsi – czego Korwin akurat nie wykluczył – ale również zdecydowanie mniej inteligentni. A zatem, uważam, że Korwin jest dziś zaledwie mocno starszym panem, który jakieś 40 lat temu odkrył parę barwnych bon motów i od tego czasu powtarza je na okrągło, licząc na to, że w ten sposób zaimponuje zwłaszcza młodszej części publiczności.
I nie byłoby oczywiście potrzeby zajmować się owymi mocno wątpliwymi mądrościami, szczególnie gdy dopiero co ich autorowi poświęciliśmy tu aż nazbyt wiele miejsca, gdyby nie fakt, że po tym, jak dzięki uprzejmości brytyjskiej telewizji, świat się dowiedział o jego istnieniu, środowiska feministyczne rozpętały wokół jego wypowiedzi piekło, a Parlament Europejski z autentyczną radością postanowił Korwina ukarać całą serią dotkliwych kar. Co ciekawe, jak się zdaje, Korwin nie został ukarany za to, że gdy chodzi o jego stosunek do kobiet, on wciąż tkwi w czasach, gdy bohaterem zarówno damskiej jak i męskiej wyobraźni był raczej John Wayne, niż Woody Allen, lecz za rzekomo wyrażony pogląd, iż słuszną rzeczą jest, by kobiety zarabiały mniej od mężczyzn, bo są od nich głupsze.
      I to jest powód, dla którego zdecydowałem się jeszcze raz zająć się Januszem Korwinem-Mikke. Otóż moim zdaniem, tu wcale nie chodzi o niego. Już wtedy, gdy on się pokazał w tej nieszczęsnej telewizji, czułem, że oni doskonale wiedzą, że to co on sobie myśli, nie stanowi niczego aż tak kontrowersyjnego. Proszę zresztą zwrócić uwagę, że Korwinowi od świń wymyślała nie kobieta, która urzędowała tam w tym studio, lecz ów facet. To on się tam najbardziej napinał, podczas gdy ona właściwie przez cały czas robiła wrażenie zaledwie rozbawionej. A ja już wtedy uznałem, że jest bardzo prawdopodobne, że wypuszczenie Korwina, by opowiedział światu, co sądzi na temat antropologicznych różnic między kobietą i mężczyzną, stanowiło część szerszego planu, mającego na celu skompromitowanie Polski w oczach europejskiej opinii publicznej. Już na drugi dzień po tym, jak on powiedział, co miał do powiedzenia, w tym samym programie swoje zdanie w temacie przedstawiła słynna piosenkarka Annie Lennox i zakomunikowała światu, że to jest bardzo zabawne, że ludzie tacy jak Korwin „mają władzę”.
      A ja już tylko się dziwię, że oni nią nie pokierowali nieco staranniej, tak by powiedziała na przykład, że to bardzo zabawne, że ktoś taki jak Korwin-Mikke może być ministrem w rządzie dużego europejskiego kraju, członka Unii Europejskiej, i że Bogu dzięki są jeszcze ludzie na tyle odpowiedzialni, by kogoś takiego nie wybrać Przewodniczącym Rady Europejskiej. To by się zdecydowanie mieściło w standardzie. Tak jak pamiętna akcja ze zdechłą wiewiórką, czy z wypowiedzią Mariny Le Pen na temat rzekomej paczki, jaką ona tworzy wspólnie z Jarosławem Kaczyńskim. Wówczas z całą pewnością byśmy już mieli serię publicznych wypowiedzi, gdzie z jednej strony tłumaczono by, że Korwin ani nie jest ministrem w rządzie PiS-u, ani też nie był przez PiS zgłaszany na przewodniczącego Rady Europejskiej, a z drugiej zapewniano, że to jest zupełnie bez znaczenia, bo przecież i tak wiadomo, że to wszystko jest jedna banda.


Zapraszam wszystkich jak zawsze do odwiedzania księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie są do kupienia moje książki. Polecam gorąco.