czwartek, 18 grudnia 2014

O tym jak TenKtóryNiePrzepuszczaŻadnejOkazji wyrwał nam języki

Dziś pogrzeb rodziców Kamila z Rakowiskm a ja po raz trzeci z rzędu poświęcam swoją notkę sprawie tego zabójstwa i ktoś mnie może spytać, czemu ja tak obsesyjnie powracam to tego zdarzenia? Czy ja naprawdę wierzę, że jest coś jeszcze, czego nie powiedziałem, a co może zmienić naszą wiedzę na temat tego, co się stało? Otóż tak. Ja gadam trzeci już dzień i jestem szczerze przekonany, że najzwyczajniej w świecie nie wolno mi zamilknąć, z tego jednego powodu, że oto mamy do czynienia z autentyczną agresją najbardziej brutalnego satanizmu – satanizmu, można by rzecz, zinstytucjonalizowanego – a cały świat udaje, że się nie dzieje nic bardzo szczególnego. No owszem, to prawda, nie jest czymś codziennym, że dzieci bez powodu zabijają swoich rodziców, zwłaszcza gdy owo zabójstwo robi wrażenie szczególnie okrutnego, niemniej jednak ostatnio świat naprawdę, nawet jeśli nie przyzwyczaił nas do swoich najnowszych ekscesów, to z całą pewnością nas na nie jakoś tam uodpornił. Ludzie tłuką na śmierć swoje dzieci, młodzi chłopcy mordują swoje dziewczyny, dziewczyny zabijają swoje ładniejsze koleżanki, gówniarze uzbrojeni w noże przebijają serca przypadkowym przechodniom – można wyliczać. No a zatem jak daleka jest stąd droga do tego, by para licealistów zabiła rodziców jednego z nich? Śledzę medialne doniesienia komentujące tę zbrodnię, czytam komentarze w Internecie i z tego wszystkiego otrzymuję ten właśnie przekaz: doszło do jeszcze jednego niezrozumiałego aktu zezwierzęcenia, z którym będziemy musieli nauczyć się żyć.
Otóż nie. Możliwe, że z czymś takim mieliśmy do czynienia na ulicy w Łodzi, gdzie ktoś kogoś pchnął nożem, może parę lat temu na Woli ów policjant zginął, bo trafił na parę bydlaków bez serca, może jeszcze wcześniej inna para bydlaków zamordowała tamtą biedną dziewczynę wożąc ją wcześniej dzień i noc po okolicy i bezskutecznie zastanawiając się, co z nią zrobić. Możliwe, że nawet ci zaćpani do nieprzytomności Polacy w Coventry zamęczyli na śmierć swojego synka, bo tacy byli i inaczej być już nie chciało? Zuzanna i Kamili, licealiści z Białej Podlaskiej, nie zabili rodziców Kamila, jak chcą media, dlatego, że ci nie akceptowali ich związku; oni nie zabili ich, bo się nażarli jakiegoś świństwa i im się od tego we łbach poprzewracało; oni wreszcie wzięli te noże i weszli do tamtej sypialni nie dlatego, że chcieli zobaczyć, czy zabić kogoś to jest tak, jak to dzień wcześniej widzieli w telewizji: oni dokonali tego mordu w sposób rytualny. I to sprawia, że mamy do czynienia z prawdziwą rewolucją. O ile sobie przypominam, nie było we współczesnej Polsce przypadku, gdy tego typu morderstwo zostaje dokonane z powodów – powiedzmy to sobie otwarcie – religijnych.
Od trzech już dni na tym blogu staram się zwrócić jak najbardziej powszechną uwagę na fakt, że to co zrobili Kamil i Zuzanna nie było w najmniejszym stopniu wynikiem tak zwanych błędów wychowawczych, zaniedbań szkoły i nauczycieli, emocjonalnych kłopotów tak powszechnie przeżywanych przez nasze dzieci, całej tej brutalności dostarczanej nam przez filmy i gry. Skąd to wiem? Stąd mianowicie, że bardzo uważnie od kilku dni studiuję profil Zuzanny na Facebooku, oraz profile jej znajomych, i tam nie ma śladu tego, o czym się nas informuje. Zarówno ona, jak i towarzystwo z jakim się identyfikowała, jest bardzo jednoznacznie skupione na bardzo ściśle określonej idei, której póki co nasza telewizja nie nadaje, a którą można nazwać różnie, poczynając od satanizmu, a kończąc na jakichś czarach, ale ja wolę określać, jako pogański kult śmierci.
Jak się zapewne część z czytelników domyśla, choć powodów podtrzymywania tematu jest wystarczająco dużo, musi być jeszcze coś, co sprawia, że dziś zaczynam dzień, wracając do sprawy tego biednego dziecka i jej przyjaciół satanistów. Otóż wczoraj któryś z komentatorów podesłał nam tekst, nawet jak na to, co czego zdążyliśmy się już jak najbardziej przyzwyczaić, wyjątkowy. Oto na profilu Marii Goniewicz, a więc literackiego wcielenia Zuzanny M. ukazał się, jak sama autorka to określa, fragment jej najnowszej poezji:
wojtyla to szmata kurwa smiec pedofil jebany skurwysyn brudny stary pomarszczony chuj, zasrany klozet kurwa orzygany przez stado brudnych meneli jebie go kurwa za calych sil i jego gnijace truchlo xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxDDDDD, pozdrowienia dla portalu wykop.pl, wykop uczy, wykop bawi, wykop sra papierzowi do mordy podcierajac sie truchlem rozjebanego o beton magika heheh xXXDDD tak bylo ps to prawda i oby scierwo tego skurwysyna jana pawla odkopali i rzucili wyglodnialym psom na pozarcie, zeby kurwa jego zeschniete zwloki targaly brudne kundle po calym zasranym watykanie hah ahXXD to jest poezja czo? xXXDD”.
Długo zastanawiałem się, czy zacytować te słowa, czy zostawić tu jedynie link, ale w końcu, dochodząc do wniosku, że czytelnikom – zwłaszcza tym, do których ta moja dzisiejsza refleksja jest adresowana szczególnie – nie będzie się chciało grzebać po facebookowych profilach Zuzi, postanowiłem zaryzykować. A sprawa jest znacznie poważniejsza, niż ten wysyp obelg. Otóż moje dziecko, które, jak już pisałem wcześniej, postawiło sobie za zadanie monitorować bardzo dokładnie wszystko to, co się dzieje wokół Zuzi i tego strasznego czynu, i po tym jak jej pokazałem wyżej zacytowany tekst, ona mi powiedziała, że jego jeszcze dzień wcześniej na pewno nie było, a więc są dwie możliwości: albo Zuzanna pisze na swoim Facebooku z policyjnego aresztu, albo ktoś kto zna jej hasło obsługuje tę stronę za nią. Innej możliwości nie ma. Tak czy inaczej, jednego możemy być pewni: ktoś ten tekst napisał i uznał za stosowne zamieścić go właśnie tam, na facebookowym profilu młodej poetki Marii Goniewicz.
Tymczasem przez media przelewa się fala za falą dotyczących tej zbrodni komentarzy, wygłaszanych przez najprzeróżniejszych specjalistów od ludzkich zachowań. Oto wczoraj w telewizji TVN24 wystąpili wspólnie Monika Płatek, jak podaje Wikipedia, „polska prawniczka i wykładowczyni akademicka, feministka. Doktor habilitowana nauk prawnych, zatrudniona na stanowisku profesora nadzwyczajnego Uniwersytetu Warszawskiego”, oraz Łukasz Ługowski, starszy pan z dużą siwą brodą, z której wypuszczony został ozdobiony koralikami warkoczyk, jak go przedstawia TVN, „pedagog, dyrektor liceum ‘Kąt’”. Z tego co udało mi się doczytać, z prowadzonej przez oboje ekspertów, rozmowy dowiedzieliśmy się, że zdaniem Płatek, bardzo źle się stało, że w polskich szkołach nie ma obowiązkowych zajęć z etyki, na których uczeni ludzie wyjaśniliby Zuzannie M., że zabójstwo to rzecz zła, a z kolei w opinii pana ze sterczącym z brody warkoczykiem, polska młodzież jest „wspaniała”, i „nie możemy jednej zbrodni przekładać na jej cały wizerunek”. Gdy chodzi natomiast o przyczyny tej zbrodni, bo to też państwo rozstrzygnęli, to podobno te dzieci zainspirowały się filmem „American Psycho”.
Również wczoraj głos zabrał nasz, konserwatywny i prawicowy portal wpolityce.pl i tam akurat, zgodnie z zasadą, że ludzi nie interesuje puste ględzenie na tematy nieistotne, wszystko załatwiono dużym i mocnym tytułem: „Przestępstwa seksualne i narkotyki. Kryminalna przeszłość 18-letniej morderczyni” i dużym zdjęciem, na szczęście prawdziwej Zuzy, a nie przypadkowych dziewcząt znalezionych w Sieci, z czym mamy do czynienia w tych dniach w większości medialnych relacji.
A my tu mamy ten niezwykły „wiersz” poświęcony Janowi Pawłowi II, napisany czy to przez Zuzannę, czy przez któregoś z jej znajomych, czy może przez kogoś, kto w odróżnieniu od całego tabuna zatrudnianych przez media ekspertów i komentatorów, wie doskonale, że w tym co się akurat stało, nigdy nie chodziło o ociekające krwią filmy, ale wyłącznie o ociekające miłością Ciało Jezusa, które gdyby TenKtóryNiePrzepuszczaŻadnejOkazji tylko mógł, krzyżowałby dzień za dniem do końca świata… ale nie może, i świadomość owej bezradności nie daje mu spokoju.

Przypominam wszystkim, że moja książka o tej walce jest dostępna na stronie www.coryllus.pl.


środa, 17 grudnia 2014

O tym jak Nergal stał się obciachem

Niejako wbrew swojej woli i zamierzeniom, przez cały wczorajszy dzień odbierałem kolejne wiadomości dotyczące mniej lub bardziej bezpośrednio zabójstwa, jakiego kilka dni temu w wiosce pod Białą Podlaską dokonało dwoje 18-latków. Czytałem wszystkie dochodzące do mnie komentarze i z jednej strony z przejmującym rozczarowaniem, a z drugiej, paradoksalnie, bez szczególnego zaskoczenia, musiałem stwierdzić, że zmowa na temat tego, co się tam stało jest tak ścisła, jak tylko sobie można wyobrazić. Ja zdaję sobie sprawę z tego, czym są dziś media głównego nurtu, więc tu niespodzianek nie było, to natomiast, że nawet w wydawałoby się znacznie bardziej wolnym Internecie królowała najbardziej płytka bezmyślność, stanowiło dla mnie pewną nowość. Przez cały dzień – a naprawdę starałem się być dość czujny – pomijając ten blog, nie znalazłem jednej refleksji, w której zwrócono by uwagę na fakt absolutnie podstawowy i wyłożony nam niemal na przysłowiowej patelni, że zbrodnia ta miała podłoże rytualne i wynikała bezpośrednio z praktyk satanistycznych. I to stanowi dla mnie coś zupełnie niebywałego. Ja rozumiem sytuację, kiedy zdarzenie nie wywołuje w nas wystarczająco silnych emocji, by się nim zainteresować bardziej dogłębnie, a z drugiej strony wiemy, że coś tam powiedzieć jednak wypada. Tu jednak odnoszę wrażenie, że poruszenie sprawą jest naprawdę duże i szczere, ale tym bardziej nie rozumiem, jak można w tej sytuacji nie zrobić czegoś absolutnie podstawowego, czyli zajrzeć do Internetu i sprawdzić, kim są bohaterowie tego nieszczęścia i w jakim środowisku funkcjonują? Przecież to jest tak oczywiste i tak jasne, a odpowiedź tak jednoznaczna i wyjątkowo prosta! Zarówno ta dziewczynka, jak i jej chłopak, podobnie jak ludzie będący ich facebookowymi znajomymi, ale też ich z kolei znajomi, to wszystko jest towarzystwo skupione wokół projektu znanego nam tu pod nazwą „Krainy Grzybów”, a który stanowi satanizm w wydaniu najczystszym. Wystarczy, że otworzymy dowolną stronę na wspomnianym Facebooku, stronę do której prowadzą tropy od profilu owej Zuzi M., by się przekonać, że tam nie ma nic poza tą śmiercią.
W pewnym momencie minionego dnia dowiedzieliśmy się, że zatrzymano dwoje studentów, znajomych Zuzi i jej chłopaka, którzy pomagali im zarówno w przygotowaniach do zabójstwa, jak i już po. Moje dziecko potrzebowało zaledwie paru minut, by znaleźć na Facebooku profile tej Lindy i Marcina. Wystarczyło jej parę minut, by się zorientować co do świata, w jakim oni żyli, a jest to świat przedstawiony w projekcie pod nazwą „Kraina Grzybów”. Jej wystarczyło zaledwie parę chwil, by zapoznać się z całym tym towarzystwem i dojść do wniosku, że zabójstwo, które tak wszyscy przeżywamy, to nie jest eksplozja jakichś wyjątkowych zaniedbań, błędów wychowawczych, czy niewydolności polskiej szkoły, ale najbardziej oczywiste opętanie. Naprawdę tu nie trzeba wiele: wystarczy poszukać trochę po Internecie.
Tymczasem to, z czym nas postanowiły zostawić media, to najzwyklejsze kłamstwo, w dodatku kłamstwo bardzo groźne, bo odwracające naszą uwagę od tego, co naprawdę groźne. Czym jest bowiem informacja, że to co się stało, to tak naprawdę ponura zagadka? Przychodzi dyrektor szkoły do której chodziła Zuzanna i mówi, że ona nie sprawiała najmniejszych problemów wychowawczych, tyle tylko że wagarowała. Podobnie zresztą ów Kamil. To był normalny, grzeczny chłopak, tyle że rzadko bywał w szkole i groziło mu niesklasyfikowanie. A ja znam osobiście nauczycielkę Zuzi i wiem, że to było dziecko absolutnie straszne! Wedle jej relacji, to był ktoś taki, z kim nikt z nas nie chciałby mieć do czynienia choćby przez chwilę. Kiedy ona mi o niej opowiadała, nie umiała znaleźć słów, by ją odpowiednio opisać i tylko powtarzała, że ona miała nad tymi, którzy znaleźli się w jej otoczeniu pełną władzę. I dlatego ją wyrzucano z jednej szkoły i nie miano odwagi, by ją przyjąć do innej. Zdecydował się ten biedny dyrektor i dziś musi opowiadać jakieś dyrdymały o tym, jak to on nie wiedział, z kim ma do czynienia.
No i pojawia się oczywiście niesławny Paweł Moczydłowski, który też albo o niczym nie ma pojęcia, albo zwyczajnie kłamie, jak nakręcony, i mówi nam o tym, jak to biedna Zuzia i jej chłopak, zostali odepchnięta przez rodziców i przez szkołę, i uznali że muszą coś zrobić na pokaz. Ja znam tego Moczydłowskiego dobrze i od wielu lat, ale on mnie zaskakuje za każdym razem. Tyle że znów powstaje pytanie, czemu nie znalazł się nikt, ani tam, ani tu, kto byłby w stanie nawet nie pomyśleć, ale zwyczajnie otworzyć oczy i się na chwilę skupić?
Pisałem o tym wczoraj, dziś tylko króciutko powtórzę: mamy problem. W Internecie, ale prawdopodobnie też w bardzo szerokich kręgach intelektualnie rozbudzonej młodzieży zapanowała moda na satanizm, i to nie satanizm, który kiedyś sprowadzał się do słuchania Marilyna Mansona i noszenia się na czarno, a dziś do obżerania się hamburgerami i słuchania zespołu Behemoth, ale satanizm sprowadzający się do kultywowania śmierci i chaosu, jako zjawiska artystycznego, ale też, konsekwentnie, budowania wokół tego autentycznej kultury. Zrozummy to wreszcie! Ci, co ostrzą te noże, nie słuchają Nergala i nie ubierają się na czarno. Ich te idiotyzmyw wyśpiewywane przez Nergala o Diable nie biorą. Ich interesuje tylko śmierć. To są intelektualiści czytający wiersze Williama Blake’a, słuchający płyt Joy Division i oglądający filmy Quentina Tarantino. To jest tylko drobny przykład, ale myślę, że odpowiednio przejrzysty: oto mamy jednego z czytelników poezji Zuzi M. i jego profil na Facebooku zbudowany w taki sposób, że z lewej strony, pod nazwą „Inni ludzie” znajdują się zdjęcia ze świata, jaki znamy, a więc ludzi, zdarzeń, miejsc, natomiast z prawej, pod tytułem „ja” są już tylko te zdeformowane obrazy, a wszystko to okraszone jakimiś wyrwanymi z kontekstu fragmentami zdań, czy choćby pojedynczymi wyrazami, pozornie bez treści i bez większego sensu.
Czemu tak trudno jest zobaczyć i pojąć, że to jest właśnie świat, który musiał zrodzić tę zbrodnię? Zwłaszcza że, jak to już też sobie zdążyliśmy powiedzieć, to jest zaledwie początek. I tego też się można dowiedzieć wyłącznie klikając w klawiaturę komputera.

Zachęcam do kupowania mojej książki o tym, jak to mimo wszystko palimy to licho. Za jedyne 40 zł jest ona do kupienia w sklepie Gabriela pod adresem www.coryllus.pl. Szczerze i uczciwie polecam.

wtorek, 16 grudnia 2014

O Zuzi w Krainie Grzybów

Jestem pewien, że większość stałych czytelników tego bloga pamięta, jak jeszcze wiosną tego roku zamieściłem tu tekst poświęcony bardzo agresywnie rozpychającemu się w Internecie projektowi – co należy podkreślić, projektowi zrealizowanemu w sposób jak najbardziej bardzo celowy i przy tym niezwykle profesjonalny – zatytułowanemu „Kraina Grzybów”. Ponieważ przede wszystkim zgodziliśmy się co do tego, że to z czym tu mamy do czynienia, stanowi w sposób jednoznaczny dzieło Belzebuba, a dodatkowo, że tak to ujmę, estetyczne napięcie, jakie owa Kraina Grzybów ze sobą niosła, przekraczało wszelkie znane nam dotychczas, czy to osobiście, czy z relacji świadków, manifestacje obecności na tym świecie czystego zła, zwróciłem jedynie uwagę na owo zjawisko i postanowiłem temat zamknąć raz na zawsze. Jestem jednak pewien – ja to wręcz wiem, jako że takich rzeczy się nie zapomina – że to wszystko wciąż pamiętamy.
Mam nadzieję, że również pamiętamy, jak pisząc o owej Krainie Grzybów, wspomniałem, że moje dzieci w momencie, kiedy się zorientowały, o czym mowa, dokonały osobistych przeszukań na Facebooku i stwierdziły, że bardzo wielu z ich znajomych ma ten projekt „zlajkowany”, i wielu z nich bardzo chętnie w nim uczestniczy zarówno w sposób bezpośredni, jak i przez przejmowanie proponowanej tam estetyki, już jako swojej. Co mam na myśli mówiąc o estetyce, wydaje mi się, że najlepiej by może wyraziło właśnie moje najmłodsze dziecko. Otóż ona twierdzi, że jeśli się przyjrzeć kierunkowi, w jakim rozwija się to, co do niedawna stanowiło zaledwie niegroźne hipsterstwo, możemy zauważyć, że, pod względem estetycznym właśnie, modny bardzo staje się przekaz oparty na choćby minimalnie zniekształconym obrazie. Co ów obraz będzie przedstawiać, pozostaje bez większego znaczenia. Oczywiście dobrze jest, jeśli będzie to Matka Boska, lub Jan Paweł II, ale tak naprawdę może to być cokolwiek, byle by tylko ów obraz był zniekształcony. Pokazuje mi ona kolejne facebookowe profile osób sobie mniej lub bardziej znajomych, lub całkiem obcych, przewija zdjęcie za zdjęciem, i mówi: „Popatrz, widzisz? Chodzi o chaos”. A ja na to mówię: „Chodzi o śmierć”.
Ale to nie tylko są obrazy. Bardzo często mamy tam jakieś pourywane zdania, czy luźne słowa, jakieś rysunki, a to co je wszystkie łączy, to to, że każde z nich wywołuje wciąż te same pytania: „O co tu chodzi? Czemu tak? Co to takiego?” I powtórzę to raz jeszcze. Moja córka twierdzi, że ten rodzaj estetyki stanowi autentyczną plagę. Jej zdaniem to już nie tylko jest moda, ale rodzaj kultury. A proszę, weźmy pod uwagę fakt, że ona akurat, wbrew temu co niektórzy z nas mogą sądzić, Diabła się nie boi i jest głęboko przekonana, że moje obsesje, którym dałem wyraz w swojej książce o TymKtóryNiePrzepuszczaŻadnejOkazji, mówiąc krótko, nie są warte poważniejszej refleksji, tu jednak stwierdza bez śladu szyderstwa, że to z czym w tym wypadku mamy do czynienia, to satanizm. Tak właśnie mówi: satanizm. I powtarza, że to już jest kultura.
Czemu zacząłem z nią – bo, owszem, tak to się zaczęło – o tym rozmawiać, no i czemu postanowiłem pisać ten tekst. Otóż, jak zapewne niektórzy z nas słyszeli, w Białej Podlaskiej pewna osiemnastolatka i jej również osiemnastoletni chłopak, w rytualnie okrutny sposób zamordowali rodziców chłopaka. Jak donoszą media, owa dziewczynka nazwiskiem M., a my dzięki Facebookowi wiemy, że za tym inicjałem kryje się pewna Zuzia, to nie jest jakieś dziecko ulicy, ale ambitna nastolatka, szkolna intelektualistka, w dodatku poetka z jednym wydanym pod artystycznym pseudonimiem Marii Goniewicz tomikiem na koncie, no i oczywiście z bardzo popularnym profilem na Facebooku. I jeśli zajrzymy na ów profil, będziemy wszyscy znakomicie rozumieć, skąd się wziął dzisiejszy temat: otóż owa Zuzia to jest dokładnie to, o czym rozmawialiśmy przy okazji tamtego tekstu o Krainie Grzybów i też to, o czym opowiada mi moje dziecko: to jest właśnie ów kierunek. To jest kierunek, jak już to wcześniej zostało powiedziane – na śmierć. I nie próbujmy się ratować i sobie wmawiać, że to co się stało, to koniec pewnego fatalnego procesu; to jest zaledwie jego początek. A świadczy o tym choćby liczba polubień, jakie ów profil od wczoraj uzyskał i autentyczna rzesza adoratorów, jacy się ostatnio w życiu Zuzi pojawili.
Myślę, że jeszcze przez jakiś czas media będą mówiły na temat tego nieszczęścia. Jednak przez to, że ciekawych tematów jest, jak na jeden raz, troszkę zbyt dużo , bo to i mieliśmy tę okupację kawiarni w Sydney, i skazano nożownika z Łodzi, no i jeszcze tych dwoje, temat może się więc rozejść po kościach. Jednego jestem jednak pewien: o tym, że to nieszczęsne dziecko miało polubioną Krainę Grzybów nie napisze ani tygodnik „W Sieci”, ani tym bardziej „Gazeta Wyborcza”. Już dziś widać, jak to się wszystko ułoży: strona na Facebooku, czarno-białe nastrojowe zdjęcia, no i te wiersze, takie jakieś dziwne… I więcej ani słowa, żeby nie spłoszyć Złego. Mówię więc o tym ja, i proszę, potraktujmy to dziś, jako wiadomość najważniejszą: projekt pod nazwą „Kraina Grzybów” odniósł swój pierwszy prawdziwie spektakularny sukces. Trzymajmy się krzeseł i przestańmy już wreszcie ględzić o tym stanie wojennym.
Na koniec zdjęcie. Ja zgadzam się, że ono może być zbyt drastyczne, ale chyba tego dziś nie unikniemy. Oto nasza Zuzia, zanim jeszcze…



W sklepie pod adresem www.coryllus.pl można kupić moją najnowszą książkę „Palimy licho, czyli o TymKtóryNieprzepuszczaŻadnejOkazji”, a tam mój pierwszy tekst o Zuzi, wówczas jeszcze bez imienia.

poniedziałek, 15 grudnia 2014

Panboczek w stajni vs. Czysta Panna, czyli Śląsk napada

Jak pewnie przynajmniej niektórzy czytelnicy tego bloga pamiętają, parokrotnie, i to chyba dosłownie parokrotnie, zdarzyło mi się przedstawić tu swoje emocje związane z tym, co się popularnie określa nazwą „śląskiej kultury”. Ponieważ emocje te w przeważającej większości były mocno negatywne, blog ten po opublikowaniu owych tekstów zyskał sobie cały szereg wrogów, niemal wyłącznie wśród przedstawicieli urażonej śląskości. Nie będę tu dziś powtarzał swoich antyśląskich obsesji i w żaden sposób nie będę wynajdywał kolejnych argumentów w dyskusji dotyczącej kwestii tak bardzo poruszającej śląskie serca, a więc sprawiedliwego czy niesprawiedliwego traktowania Ślązaków przez Polskę, natomiast chciałbym się odnieść do pewnego pojedynczego elementu, jaki pojawił się w komentarzach pod tekstami poprzednimi, a mianowicie rzekomo ciężkich prześladowań, z jakimi się nawet tu na Śląsku spotyka tak zwana „ślunsko godka”.
Już po opublikowaniu swojego ostatniego „śląskiego” tekstu, odbyłem rozmowę z pewną znajomą panią, która wprawdzie osobiście do Ślązaków i tego wszystkiego, co ich charakteryzuje najbardziej, ma stosunek zbliżony do mojego, jednak muszę dziś przyznać, że i ona – osoba ode mnie znacznie starsza – poinformowała mnie, że w porównaniu z tym, co ona przypomina sobie jeszcze z dawnych bardzo lat PRL-u, to co mamy dziś, to naprawdę wersja najłagodniejsza z możliwych. Ja jej mówiłem, że ja nie rozumiem pretensji, jakie Ślązacy mają odnośnie owej dyskryminacji, bo ja gdzie się nie ruszę, wszędzie słyszę „szprechających” Ślązaków, ale ona niezmiennie mi powtarzała, że kiedy ona przyjechała tu w latach 50-tych, to praktycznie innej niż śląska mowa, tu nie było. Dziś, jak mi zdecydowanie zaświadcza własnym doświadczeniem, jest tu całkowicie spokojnie. Przynajmniej gdy idzie o Katowice.
A zatem, chciałem przede wszystkim z tego miejsca przeprosić wszystkich tych, którzy poczuli się dotknięci moimi insynuacjami, jakoby „ślunska godka” radziła sobie znakomicie, i przyznaję, że za bardzo uwierzyłem swojemu, jak się okazuje, ułomnemu doświadczeniu. Z drugiej jednak strony, chciałbym wszystkich zatroskanych o swoją przyszłość Ślązaków pocieszyć i poinformować ich, że perspektywy dla nich nie są aż tak złe, jakby się mogło wydawać.
Otóż przede wszystkim, proszę sobie wyobrazić, w naszych katowickich tramwajach – nie wiem, jak jest w Chorzowie, bo od czasu gdy się okazało, że tam już obowiązuje głównie język niemiecki, się tam nie zapuszczam – komunikaty nadawane z myślą o pasażerach przekazywane są po śląsku – dokładnie rzecz biorąc, po śląsku i po angielsku. Najprzud po ślunsku, a potym, choby ktoś niy wiydzioł, kaj się znaloz, po angiylsku. Wsiadam do tramwaju tu obok na Placu Miarki i najpierw słyszę powitanie, gdzie jakaś pani życzy mi miłej podróży i uprzedza, że mam skasować bilet, a potem już tylko „jadymy!” i po kolei: „Świntygo Jana!”, „Rynyk!”, „Rundo!” i tak dalej, i w tym kolorze. Ile obok mnie jedzie ludzi, którym to odpowiada, ale ile takich, których, tak jak mnie, to irytuje, nie wiem, ale też nie sądzę, żeby to autorów owego projektu interesowało.
A więc mamy ten tramwaj. Okazuje się jednak, że Ślązacy wywalczyli sobie znacznie więcej. Oto jedna z moich uczennic, dziecko w żaden sposób niezwiązane emocjonalnie z kulturą śląską, pokazała mi karteczkę z tekstem najbardziej popularnych kolęd, jaką w związku ze zbliżającymi się Świętami dzieci w jej szkole otrzymały od swojej pani do nauczenia. Oto mała próbka:
Dzisioj w betlyjce, tam pod Betlejym, cuda są i dziwy,
Bo prosto z nieba, aby świot zbawić Gość wielgi tam przibył,
Ponboczek w stajni…” i tak dalej, i tak dalej, by już nie wspominać o „zlonych pieluchach”.
A zatem, kierunek, jak widać jest wytyczony, a ja już naprawdę mam tylko jedno pytanie: czemu im nie wystarczyło przełożyć tekst owej kolędy na gwarę śląską? Po jaką cholerę, oni uznali, że należy przerobić cały ten tekst? Czyżby „Panna Czysta” się za bardzo gryzła z wyższą kulturą? Nie byliśmy jeszcze na koncercie w budynku nowego NOSPR-u, ale nie wykluczam, że tam kolejne koncerty też już są zapowiadane „jak trza”.
Na koniec już, w ramach świadczenia dobrych usług, chciałbym się zwrócić do autorów wspomnianego wcześniej projektu „tramwajowego”, żeby jednak, kiedy już wyczytują nazwy kolejnych przystanków, owych nazw nie podawali w języku angielskim. Rzecz w tym, że nazwa to nazwa, a więc jeśli jakiś Brytyjczyk jedzie na ulicę Św. Jana, to jedzie na ulicę Św. Jana, a nie na „St John Street”, a kiedy jedzie na Rondo, to jedzie na Rondo, a nie na „Roundabout”. Ja wiem, że to może być dla niektórych z Was trudne do przyjęcia, ale naprawdę nie warto czekać do czasu aż Śląsk zyska z dawna wyczekiwaną autonomię, „ślunsko godka” stanie się językiem międzynarodowym, a w takim Londynie i w londyńskich autobusach pojawią się komunikaty informujące tych co się udają na Baker Street, że „my som na ulicy Piekorza”.

Z niezmienną przyjemnością informuję wszystkich zainteresowanych, że moje książki są do kupienia na stronie www.coryllus.pl. Zapraszam bardzo serdecznie.

sobota, 13 grudnia 2014

Kto zabił Jolantę Brzeską?

Muszę się przyznać do bardzo wstydliwej ignorancji. Oto niedawno, przy okazji wyjazdu do Warszawy na koncert Morrisseya, dowiedziałem się o czymś, o czym wcześniej nie słyszałem, a, jak się zdaje, słyszeć powinienem, mianowicie o istnieniu fachu pod nazwą „czyściciel kamienic”. Jechaliśmy z moim kumplem Lemmingiem jego wypasionym Maseratim, on mi opowiadał o różnych ciekawych przypadkach, i nagle wspomniał o owych „czyścicielach kamienic”. No i ja, proszę sobie wyobrazić, zgłupiałem, bo wcześniej owa nazwa nawet na moment nie pojawiła się w mojej świadomości. No więc się dowiedziałem, w czym rzecz.
Na wypadek, gdyby wśród czytelników tego bloga znaleźli się i tacy, którzy, podobnie jak ja, nie zdążyli na ten pociąg, króciutko wyjaśnię. Otóż w czasach rozpasanego liberalizmu, zwanego inaczej kapitalizmem, okazało się, że znaczna część znajdujących się w Polsce kamienic, dziś pozostających pod zarządem miasta, i oczywiście zamieszkałych od dziesięcioleci przez Bogu ducha winnych rodzin, posiada swoich dawnych właścicieli, którzy ponieważ jednak z różnych powodów nie są swoim majątkiem zainteresowani, odstępują go ludziom, którzy z handlu nieruchomościami żyją. W momencie gdy ów nabywca wejdzie w posiadanie kamienicy, pierwsze co robi to podejmuje czynności na rzecz „oczyszczenia” kamienicy z ludzi, którym zdarzyło się tam mieć swój dom. Ponieważ nikt nie jest aż tak chętny, by wyprowadzać się ze swojego mieszkania tylko dlatego, że zaatakował go System, a sam nie posiada odpowiednich narzędzi, wynajmuje do tej roboty firmy, które owe narzędzia mają, a których skuteczność zbliżona jest zarówno pod względem organizacji, jak i wyników pracy, do skuteczności firm ogłaszających się przy pomocy hasła „kupię twojego dłużnika”. Mam nadzieję, że sprawę wyjaśniłem. Każdy z nas, kto ma odpowiednią wyobraźnię, a jestem pewien, że czytelnicy tego bloga ją mają, wie, o czym w tym momencie rozmawiamy.
Niedawno, przy okazji afery, która przeleciała przez prawicowe media, jak radziecki sputnik, a dotyczącej interesu, jaki rodzina prezydent Gronkiewicz-Waltz zrobiła na kupnie którejś z owych kamienic, pojawiło się nazwisko Jolanty Brzeskiej. I znów, biorę pod uwagę, że większość czytelników tego bloga wie, kim była – była, bo już nie żyje – Jolanta Brzeska, niemniej z publicystycznego obowiązku wyjaśnię. Otóż Jolanta Brzeska to kobieta, która została zaatakowana przez wspomnianych wcześniej „czyścicieli kamienic”, a ponieważ nie dość, że nie chciała im ustąpić, to jeszcze stworzyła swego rodzaju obywatelski ruch oporu przeciwko owej agresji i za to została wywieziona do lasu i spalona. Ja zdaję sobie sprawę z tego, że dzisiejsza Polska dostarcza nam tyle przeróżnych wrażeń, że podana wyżej informacja może się w tym gąszczu nie uchować, a zatem powtórzę: Jolanta Brzeska, urodzona w Warszawie w roku 1947, w tej samej Warszawie w roku 2011 został porwana ze swojego domu przez niedobrych ludzi, wywieziona do lasu i spalona. Wciąż mamy problem ze zrozumieniem sytuacji? Powtórzę więc raz jeszcze: trzy lata temu w Warszawie źli ludzie zamordowali Jolantę Brzeską, a państwo polskie na to wydarzenie wzruszyło ramionami.
Jak mówię, w dzisiejszej Polsce dzieje się tyle, a wśród owych zdarzeń zdarzają się autentyczne sensacje, że naprawdę nie sposób już się autentycznie wzruszyć, zwłaszcza gdy dostarczycielem wzruszeń autentycznych stał się sklep i telewizor. Mamy jednak ów rok 2011 i śmierć Jolanty Brzeskiej. Cóż takiego się działo w roku 2011, co owo zdarzenie przykryło na tyle mocno, że ja – przyznaję to z autentycznym bólem – go nie zanotowałem? Jestem pewien, że owych zdarzeń było mnóstwo. Też ich już dziś nie pamiętam, ale jestem pewien, że ich było bardzo dużo.
Wiem natomiast, co mamy dziś. Otóż przede wszystkim mamy rocznicę wprowadzenia w Polsce stanu wojennego. Trochę przy tej okazji, ale głównie w proteście przeciwko sfałszowanym wyborom w Warszawie organizowany jest marsz, przez media określany, jako „pisssssssowski”, ponieważ kiedy piszę ten tekst, dla poprawienia krążenia, mam włączony telewizor i widzę, że premier Kopacz odwiedziła Lecha Wałęsę, a prezydent Komorowski rozdał chyba jakieś ordery. Poza tym pojawił się, nieobecny od czasu, gdy przejechał na pasach jakiegoś obywatela, Henryk Wujec. Ja mam świadomość, że jestem mocno spóźniony, nie zmienia to jednak faktu, że w roku 2011 w lesie pod Warszawą spalono Jolantę Brzeską i wobec owej ciszy nic już nie ma znaczenia. I tej prawdy nie zmienia nawet fakt, że jej śmierć – i bezkarność bezkarnych – najwyraźniej jest już dziś problem jakichś drobnych lewicowych stowarzyszeń i moim, człowieka, który przyszedł na ten peron i zobaczył, że się spóźnił.

Zapraszam wszystkich do księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie każdy kto szuka świadectwa, z pewnością je znajdzie.



piątek, 12 grudnia 2014

Pogaństwo napada, czyli Witam-Diabeł-Pozdrawiam

Wprawdzie kolejny numer „Gazety Warszawskiej”, a z nim poniższy felieton, ukazuje się dopiero dzisiaj, myślę jednak, ze nic nie zaszkodzi, jeśli już teraz przedstawię ten tekst i tutaj. Zapraszam.


Pamiętam, jak jeszcze w czarnych latach PRL-u, ci z nas, którzy z pewnym zaangażowaniem interesowali się muzyką popularną, biegając od jednej do drugiej giełdy płytowej, by albo sobie kupić kolejny longplay, bądź sprzedać swój i zamienić go na coś nowego, zareagowali na pojawienie się zespołu AC/DC. Otóż ponieważ większość z nas przywiązana była do tak zwanego „ambitnego” rocka, a więc raczej reprezentowanego przez takie projekty jak King Crimson, lub po prostu punk rock, a logo owej marki od samego początku zaprojektowane było tak, że między tymi literkami narysowana była błyskawica, modne stało się określanie zespołu AC/DC szyderczą nazwą „AC-Piorun-DC”.
Przypomniały mi się tamte czasy i ów żart z piorunem, kiedy dotarła do mnie informacja o tym, że w jednej z warszawskich szkół podstawowych, rodzice, którzy nie życzą sobie, by ich dzieci chodziły na lekcje religii, otrzymali tygodniowy raport z tak zwanych zajęć z etyki. Oto tekst, jaki przekazali mi moi ludzie:

Witam,
Mijający tydzień poświęciliśmy na omówienie prawdziwej historii Świętego Mikołaja, która zaczęła się już u pogańskich, przedchrześcijańskich przodków.
Dzieci oprócz genezy obdarowywania poznały również przedchrześcijańskie Święto Godów, poznały postaci, które dały początek obecnemu Mikołajowi, oraz wszelkie obyczaje, tradycje i „gadżety” towarzyszące zarówno Mikołajowi, jak i świątecznym obrządkom, zarówno pogańskim, jak i chrześcijańskim.
Pozdrawiam”.

Ja mam świadomość, że większość czytelników „Warszawskiej Gazety” wzruszy na treść owego raportu ramionami, i powiem szczerze, że tę reakcję rozumiem. W końcu cóż oni na tych lekcjach etyki mogą opowiadać tym biednym dzieciom, jeśli nie chcą się ograniczać wyłącznie do wbijania im do głów jednej i tej samej informacji: że Boga nie ma, a kiedy człowiek umiera, to go zjadają robaki i cześć? Czym oni mogą próbować je zainteresować, jeśli nie pogawędkami redaktora Miecugowa o tym, że człowiek po śmierci zamienia się w krzesło? Oni, aby to wszystko miało choćby pozory sensu, muszą im przedstawić coś, co, z jednej strony, zaprzeczy religii rozumianej tradycyjnie, a z drugiej, obieca im złudzenie jakiegoś rytuału. No więc uczepili się tego pogaństwa.
Ja jednak, mimo że to lekceważenie rozumiem i popieram, chciałbym dodać obserwację, która może nam sprawę nieco rozjaśnić. Otóż uważam, że to jest coś fantastycznego, że oni nie próbują wciskać naszym dzieciom, że ów Święty Mikołaj to kłamstwo i zabobon, ale że to prawda, a jeśli zabobon, to niewłaściwy. Bo są zabobony mądre i głupie. Głupie to te dostarczone ludziom przez Boga chrześcijan, a mądre to wszystkie te, które zostały stworzone przez bogów pogan. Na razie oni się wzięli tylko za Świętego Mikołaja i te prezenty. Następnym etapem zapewne będzie Jezus Chrystus, tyle że poczęty przez Boga-Słońce, a ukrzyżowany przez ludzi-drzewa.
Wspominam tamto peerelowskie „AC-Piorun-DC”, czytam dzisiejsze „Witam-Diabeł-Pozdrawiam” i po raz kolejny dochodzę do przekonania, że przy wszystkich wątpliwościach, wybieram PRL.

Wszystkich zainteresowanych publikowanymi na tym blogu tekstami zapraszam na stronę www.coryllus.pl, gdzie są do kupienia wszystkie moje książki, w tym zupełnie świeża, o TymKtóryNiePrzepuszczaŻadnejOkazji. W sam raz na czas Adwentu.

czwartek, 11 grudnia 2014

Kryzys przywództwa, czyli Leszek Miller na prezesa PiS

Przez ostatnich parę tygodni, z powodu niezapłaconego abonamentu, nie mieliśmy w domu telewizji. I pewnie tak by jeszcze przez jakiś czas pozostało, gdyby nie piłka nożna, którą moja starsza córka żyje z prawdziwym oddaniem, a więc zapłaciłem połowę zaległości i, jak się okazało, to wystarczyło. Włączyli nam więc telewizję, a ja natychmiast trafiłem na konferencję prasową posłów Hofmana i Kamińskiego, a kiedy ta się skończyła, na kolejną, tym razem Millera i Kwaśniewskiego. Później zrobiłem sobie przerwę do wieczora i wtedy obejrzałem fragment programu „Czarno na białym”, poświęconego ojcu Rydzykowi i Jarosławowi Kaczyńskiemu, a żeby żaden idiota nic nie przegapił, zrealizowanego w taki mniej więcej sposób, jak się realizuje programy o mafii narkotykowej, czy o handlu dziećmi na pedofilskim rynku, z migającym obrazem i muzyką jak z horroru.
I proszę sobie wyobrazić, że refleksje, jakie mnie po całodziennych wrażeniach ogarnęły, są jak najbardziej ponure. Otóż odnoszę bardzo silne wrażenie, że z całego tego zestawu publicznej oferty, z jaką mamy dziś do czynienia, a która została nam przedstawiona w tak obrazowy sposób, jedynym towarem wartym uwagi są Kwaśniewski z Millerem. Oglądałem tę parkę i z przerażeniem zrozumiałem, że od czasu gdy jeden był prezydentem, a drugi premierem, wszystko, z czym mamy do czynienia, to zabawa w politykę, zabawa w media, zabawa w problemy. Przepraszam wszystkich bardzo, ale kiedy z jednej strony widzę Hofmana i Kamińskiego, z drugiej tę paniusię z TVN-u, która do spółki z jakimś gówniarzem z „Tygodnika Powszechnego” próbują opowiedzieć nam, jak to pisowska sekta wraz z Radiem Maryja zniewalają kardynała Dziwisza, ja nagle sobie uświadamiam, że wybór, przed jakim mnie postawiono jest naprawdę perfidny.
Oglądałem obie te konferencje prasowe, przyglądałem się, jak najwybitniejsi polscy dziennikarze, czy politycy, próbują sobie radzić z jednej strony z zanikającym światem PRL-u, a z drugiej z najlepszą ofertą III RP i znów z autentyczną zgrozą doszedłem do wniosku, że dla nich PRL jest zwyczajnie niedostępny. To jest świat, których ich pokonuje walkowerem 3 - 0. Czy to będzie Hofman, czy Monika Olejnik, czy Andrzej Morozowski, że już nie wspomnę o tych dzieciach, co dopiero wchodzą w świat mediów i polityki, oni stając naprzeciwko Millera, czy Kwaśniewskiego nie mają jakichkolwiek szans z tego prostego powodu, że jedni i drudzy startują w zupełnie innych konkurencjach i w zupełnie innych wagach.
Patrzyłem na Kwaśniewskiego i Millera, jak stoją naprzeciwko tej bandy bezczelnych amatorów i patrzą na nich z jednej strony ze starannie ukrytą pogardą, a z drugiej z ową siłą, którą daje im wieloletnie doświadczenie i wszystkie te rany, które skrywają pod eleganckimi garnoiturami, i po raz nie wiem już który zrozumiałem, że jedynym poza nimi autentycznym politykiem, jakiego III RP nie dała rady unicestwić jest Jarosław Kaczyński. Jedynym politykiem, jaki jest w stanie skonfrontować się z III RP i z tej konfrontacji wyjść zwycięsko, jest właśnie on. Kiedy dziś nagle, po tylu latach skutecznej wstrzemięźliwości, patrzę na Kwaśniewskiego i Millera, nagle sobie uświadamiam, że ja chyba jednak bardzo dobrze rozumiem, dlaczego lata 2000-2005 to był czas, kiedy System postanowił tych dwóch zniszczyć raz na zawsze i zrobił to w sposób wręcz mistrzowski. Ale też rozumiem, dlaczego dziś System jest już nastawiony tylko na Jarosława Kaczyńskiego – ostatniego prawdziwego polityka, który zachował jeszcze jakieś wpływy. On już jako ostatni przedstawiciel odchodzącego świata najzwyczajniej w świecie przeszkadzają w budowaniu Nowej Kultury.
Pamiętam, jak przy okazji afery taśmowej, tygodnik „Wprost” opublikował rozmowę z Leszkiem Millerem, w której ten, wspominając Lecha Kaczyńskiego, zasugerował, że Kaczyński to był człowiek tak wybitny, że gdyby nie owa straszna propaganda, on by wygrywał wszystkie kolejne wybory z palcem w nosie. Nie pamiętam dziś dokładnie tych słów, ale taki był ów przekaz. Przypominam sobie też spotkanie w Kancelarii Premiera sprzed może pół roku, na którym z jakiegoś powodu nagle spotkali się wszyscy najważniejsi politycy, i pamiętam tę scenę, kiedy to Jarosław Kaczyński podchodzi do grupki polityków, wśród których jest Cimoszewicz, Miller i Palikot, z dwoma pierwszymi wita się ze spokojnym uśmiechem, który oni mu z równym spokojem odwzajemniają, natomiast wyciągniętej przez Palikota ręki demonstracyjnie nie zauważa. Wtedy oczywiście myślałem sobie, że to chodziło tylko o ten Smoleńsk i te szyderstwa z zamordowanego brata. Dziś jednak sądzę, że gdyby Palikot prezentował poziom profesjonalizmu, jaką prezentują Miller, Kwaśniewski, czy nawet Cimoszewicz, on by mu tę rękę może i podał. A tak, z kim się tu witać? Z jakimś amatorem wyprodukowanym przez III RP, w dodatku z rękoma umaczanymi we krwi?
Wczoraj też zajrzałem oczywiście na główną stronę Salonu i trafiłem na kolejną notkę Janusza Korwina Mike. Jest to wyłącznie – tam nie ma choćby jednego zdania tekstu – informacja, że w telewizji wieczorem będzie program z udziałem Korwina, oraz lista książek jego autorstwa, które w jego internetowym sklepie można kupić wraz ze specjalną partyjną muszką. Moim zdaniem – z tym zastrzeżeniem oczywiście, że ja mam świadomość, że Korwin to dziś już wyłącznie medialny gadżet – owa notka stanowi wręcz symbol tego, czym się stała polska polityka i polskie media dzisiejszych czasach. To jest już tylko walka o przetrwanie w wykonaniu tych, którzy, po wyeliminowaniu ze sceny postaci prawdziwie historycznych, zostali podstawieni przez System, żeby dostarczać alibi dla prowadzonych przez System interesów, tym razem w skali, której my nawet nie jesteśmy w stanie ogarnąć.
Autentycznym przebojem Salonu24 dziś zapewne stanie się notka Integratora, w której on po raz kolejny wzywa do zmiany przywództwa w PiS-ie. Ponieważ Integrator to mój bliski przyjaciel, chciałem mu tą drogą powiedzieć, że niech się przestanie wygłupiać. W końcu na Millera, czy Kwaśniewskiego Naród się nie zgodzi.

Idą Święta, a zatem, wszystkich czytelników tego bloga zapraszam na stronę www.coryllus.pl, gdzie można kupić cała kupę naprawdę wartościowych książek, w tym tych, które przez ostatnie lata napisałem ja sam. Szczerze polecam.