środa, 23 lipca 2014

Jadźka czyli życie

Ledwo jakoś daliśmy sobie radę z tym durniem z Uniwersytetu Warszawskiego Tomaszem Sobierajskim, kiedy to na owym małym ekraniku Salon24 TV pojawiło się coś – zaznaczam, że mnie osobiście znane mniej więcej tak samo, jak szwagier tego faceta z psem z naprzeciwka – co zostało nam przedstawione, jako Magda Femme i jej nowa płyta. Gdyby mnie ktoś spytał, dlaczego ja uznałem za stosowne, może nie wysłuchać, co ma do powiedzenia owa Magda Femme, bo aż takim desperatem to ja nie jestem, ale wejść na Youtube’a i sprawdzić poziom muzyki, którą jacyś cwaniacy kazali jej wykonywać, przyznaję, że nie umiałbym znaleźć uczciwej odpowiedzi. No, nie wiem, coś mnie, cholera, podkusiło. Wysłuchałem jednak, co to za nieszczęście i pomyślałem sobie od razu, że opowiem tu pewną historię, którą dotychczas planowałem zachować dla siebie… ale co mi tam. Może będzie warto.
Jak już wspominałem wcześniej, mam kuzyna, który jest dla mnie niemal jak brat, z którym się spotykam każdego roku w wakacje, i z którym oczywiście spotkałem się tego roku, który jest wybitnym polskim lekarzem-ginekologiem, powszechnie uznanym obrońcą życia poczętego, a jednocześnie jak najbardziej polskim patriotą. I oto podczas naszego ostatniego spotkania on mnie poinformował, że w jego szpitalu trafiła ostatnio pod jego opiekę stażystka, niejaka Jadźka, i owa Jadźka, poza tym, że jest początkującym lekarzem, jest też koncertującą i nagrywającą piosenkarką, muzykiem i kompozytorem i tak zwanym band leaderem. Zapewne znajdując w nim bratnią duszę, podarowała wspomniana Jadźka mojemu kuzynowi swoją pierwszą „epkę”, no a on, ponieważ na muzyce się zna o tyle o ile owa muzyka jest nadawana przez Radio Maryja, poprosił mnie, żebym ocenił, czy ta jego Jadźka jest dobra. I proszę oto sobie wyobrazić, że wysłuchaliśmy owej Jadźki ja i – co tu jest bardzo ważne przez wzgląd na wiarygodność relacji – mój syn, i jednogłośnie ogłosiliśmy, że Jadźka i jej zespół to jest najlepsza muzyka, jaka powstała w Polsce w ciągu ostatnich lat, a najprawdopodobnie w przestrzeni jeszcze dłuższej. To jest muzyka na poziomie światowym. Podkreślam – ustaliliśmy to bez awantur, wspólnie.
Kiedy powiedzieliśmy mojemu kuzynowi, że Jadźka jest dobra, a nawet bardzo dobra, on się oczywiście ucieszył, bo Jadźkę lubi, powiedział, że Jadźce wiadomość przekaże, natomiast ja od razu, żeby być do końca uczciwym, poinformowałem kuzyna, że Jadźka tu w Polsce nie ma najmniejszych szans na karierę i jeśli ma jakieś dylematy niech się już trzyma tej medycyny. Dlaczego? Dlatego, że branża rozrywkowa prędzej zgodzi się zdechnąć w męczarniach, niż pozwoli na to, by ktoś o talencie tak wybitnym pojawił się w środowisku. Oni, w najgorszym wypadku, jeśli się okaże, że Jadźki zwalczyć w sposób bezpośredni się nie da, staną na głowie, by, zanim ją wpuszczą na scenę, przebranżowić ją i zrobić z niej… no, niech będzie, że drugą Magdę Femme. Albo ewentualnie ją tak zaszczują, że ona będzie pryskała do najbliższego szpitala z prędkością światła, by, tak jak to planowała od początku, już tylko pomagać kobietom rodzić dzieci.
Bardzo stanowczo poprosiłem swojego kuzyna, żeby tej niezwykłej dziewczynie gdzieś z polskich gór pogratulował talentu, jednocześnie jednak przekazał jej ode mnie informację, że jej szanse kariery w Polsce są zerowe, no a na pocieszenie przesłałem jej książkę o angielskim listonoszu, żeby się uczyła języka. Z tego co słyszę, ucieszyła się i tylko wyraziła żal, że nie napisałem jej dedykacji.
A zatem mamy tę Jadźkę i jej zespół, tych parę klipów na youtubie, no i oczywiście Magdę Femme i całe to nieszczęście, znane nam pod nazwą polskiej muzyki rozrywkowej, dziś prezentowane w Salon24 TV. Ale mamy jeszcze coś, świadomość mianowicie, że gdzieś pod tą cuchnącą warstwą najróżniejszego gówna, gówna absolutnie obezwładniającego, tlą się prawdziwe skarby. My ich najprawdopodobniej nigdy nie ujrzymy, bo oni nam zwyczajnie na to nie pozwolą, ale ta nasza wiedza, że one są, jest naprawdę cenna. Cóż bowiem ważniejszego niż prawda, a skoro prawda to życie, a skoro życie to wieczne.
Na sam koniec, uprzedzając głosy wzywające mnie do podania informacji, co to za jedna ta Jadźka, opowiem coś jeszcze. Otóż ja, kiedy tak sobie siedzieliśmy i sączyliśmy drinki, spytałem mojego kuzyna, jak ta Jadźka wygląda i proszę sobie wyobrazić, że on mi ją opisał w następujący sposób: mniej więcej twojego wzrostu, blondynka z warkoczem, chodzi w rozsznurowanych trampkach i ubiera się na niebiesko. Tyle. Oto lekarz-ginekolog, który opisuje kobietę. O więcej więc go nie dopytywałem. Ani słowa więc o tym, czy gruba, czy chuda, czy zgrabna, czy normalna, czy jakaś cizia z biustem, czy bez, czy ładna, czy brzydka – pełny obiektywizm, czyste fakty. Więc niech i my tutaj pozostaniemy z czystymi faktami. Życie wygrało.

Jak słyszę, są osoby, których o to bym w życiu nie podejrzewał, ale które wciąż nie zdecydowały się kupić niektórych moich książek. Powiem szczerze, że to jest dla mnie zagadką. Tym bardziej zapraszam: www.coryllus.pl. Jednocześnie bardzo, ale to bardzo jak już dawno mi się nie zdarzyło, proszę, jeśli komuś tylko zbywa, o wysłanie mi jakiejś gotówki na tę parę jeszcze dni lipca. Dziękuję.

poniedziałek, 21 lipca 2014

Uniwersytet Warszawski otwiera Freak Department

Czytelnicy mojego bloga na toyah.pl mogą tego nie wiedzieć, natomiast jestem pewien, wszyscy ci z nas, którzy zdecydowali się korzystać z Salonu24, zauważyli z pewnością, że tu od pewnego czasu, ile razy chce się czy to opublikować jakiś tekst, czy tekst ów przeczytać, czy wrzucić jakiś komentarz, czy na komentarz odpowiedzieć, połowę czasu trzeba poświęcić na to, by spróbować wyłączyć coś, co się nazywa Salon24 TV. Co to jest takiego owa Salon24 TV? Otóż jest to mały ekran na górze strony, a na nim jakiś krótki filmik, filmik jakikolwiek, na jakikolwiek temat, który włącza się po każdym kliknięciu, na którym ktoś coś mówi. Może to być jakiś polityk, albo jakiś naukowiec, albo jakiś artysta, aktor, czy dziennikarz – często, tak się złożyło, jest to Tomasz Terlikowski – który gada, natomiast do nas należy albo tego kogoś wysłuchać 10, 50, 100, czy 200 razy dziennie, albo spróbować błyskawicznie ową transmisję zatrzymać.
Uczciwie powiem, że ponieważ jestem osobą bardzo cierpliwą, a w dodatku starającą się zrozumieć ludzkie intencje, nawet jeśli one robią na mnie wrażenie wyjątkowo czarnych, jedyny problem, jaki z tymi filmami mam to taki, że ponieważ często korzystam z Internetu z mojej komórki, muszę za te transmisje dodatkowo płacić tak zwanymi „darmowymi bajtami”. No i przyznaję, że niedawno faktycznie w pewnym momencie, kiedy po raz setny chyba właśnie usłyszałem jak piosenkarz Stan Borys (owszem, żyje) reklamuje swoją nową płytę, oczywiście o treści religijnej, zdenerwowałem się. No ale, jak mówię, i tak radzę sobie nad podziw dobrze.
I oto proszę sobie wyobrazić, że wczoraj – zupełnie nie wiem co mnie tknęło – ale ujrzałem na ekranie owej Salon24 TV jakiegoś długowłosego dudusia i zacząłem słuchać. Duduś nazywa się Tomasz Sobierajski Uniwersytet Warszawski, a to co mówi… przepraszam, ale to co on mówi, nie nadaje się do omówienia. To trzeba wysłuchać w brzmieniu dosłownym:
W Warszawie i w Rio de Janeiro, w tych jedynych miastach, na pierwszym miejscu wśród uczuć, które czujemy, jeśli idzie o to miasto, jest przywiązanie, czyli bardzo piękne uczucie, nawet myślę, że miłości… nawet nie sympatii… miłości do tego miejsca, w którym żyjemy. Według mnie, Warszawa jest najlepszym miejscem do życia w Polsce. Tutaj są największe możliwości rozwoju kariery, edukacji, korzystania z dóbr kultury i sztuki, najlepsze muzea, najlepsze wystawy, najlepsze koncerty, największy stadion, najlepsza możliwość, żeby dostać się z tego miasta we wszystkie części świata, żeby dolecieć samolotem. Myślę, że to też powoduje, że tak dużo ludzi porzuca mieszkanie w Gdańsku, mieszkanie we Wrocławiu, po to żeby jednak zamieszkać w Warszawie i spróbować tego życia w jedynej tak naprawdę w Polsce metropolii”.
Ja wiem, że ktoś mi w tym momencie zarzuci, że ja to sobie zwyczajnie wymyśliłem, a jeśli nie daj Boże, okaże się, że owo niezwykłe wystąpienie zostało już w Salon24 TV zastąpione przez kolejny wykład Tomasza Terlikowskiego na temat eutanazji, czy znaczenia Bożego Ciała, ja nigdy już nie udowodnię, że to się zdarzyło naprawdę. Ale daję najświętsze słowo honoru, że tak to się słowo w słowo odbyło, a ja na dodatek, jeszcze to wszystko starannie spisałem, wstawiając tylko odpowiednie znaki interpunkcyjne. Tomasz Sobierajski, to co wyżej zacytowałem powiedział, a Salon24 TV jego wypowiedź nadała, byśmy przez cały kolejny dzień mogli tego słuchać.
O co tu więc może chodzić? Jak to się stało, że najpierw znalazł się w Polsce ktoś tak straszliwie głupi, żeby tego typu tekst wygłosić, a następnie kto inny uznał za stosowne ten szczególny popis szaleństwa spopularyzować? Jaki może stać za tym cel, żeby robić – wiem, że niezwykle lokalną, ale jednak – gwiazdę z jakiegoś przygłupa, podobno z uniwersytetu, który ze łzami w oczach mówi, że kocha Warszawę, jak Rio de Janeiro, bo z Warszawy można polecieć samolotem gdzie tylko człowiek sobie zamarzy? Czy tak wygląda dziś uniwersytet? I czy to już naprawdę wystarczy? Czy naprawdę doszliśmy do punktu, gdzie nie potrzeba już nic więcej? Czy tak się właśnie kończy świat?
Chciałbym coś jeszcze na ten temat powiedzieć, ale wierzcie mi, że jestem bezradny. Jedyne co mi przychodzi do głowy, to to, by zwrócić się z apelem do redaktorów Salon24 TV o to, by oni zechcieli nadać też moją wypowiedź pod tytułem „Za co lubię Salon24?”. Gdyby trzeba było wiedzieć, jak będę gadał, przedstawiam całość. Będzie naprawdę krótko:
Ale to się w dzisiejszym świecie porobiło, te sputniki wszędzie latają i wszystko widzą, no i jeszcze te komórki z tymi esemesami, a to z tego i człowiek raka może dostać, albo oślepnąć, czy nie mieć dzieci, a żeby ktoś mógł sobie kupić choćby jakąś ładną bluzkę czy spodnie w kratkę, to człowieku w ogóle zapomnij. Dobrze chociaż, że są te blogi, gdzie nikt nie wie, kto to taki ten po drugiej stronie i można się jak normalny człowiek wygadać. Lubię Salon24 bo to jest prawdziwy salon i nowoczesność i człowiek wie, że jest kimś, a nie jakaś dupa i te kamienie, co to o nich piszą ostatnio w gazetach”.
Panie Igorze, ja wiem, że aby wystąpić w tej Pańskiej telewizji, to trzeba być kimś, ale proszę, Pan mi da to powiedzieć. Obiecuję, że nic więcej nie chlapnę. Mogę nawet, żeby było wszystko tip-top, to odczytać z kartki.

A skoro już to wszystko sobie powiedzieliśmy, nie pozostaje mi nic innego, jak zaprosić wszystkich na stronę www.coryllus.pl, gdzie można kupić wszystkie moje książki. Szczerze polecam. Jak zawsze, oczywiście, proszę o wspieranie tego bloga. Jest niezwykle ciężko. Dziękuję.

niedziela, 20 lipca 2014

Dla mojej córki - raport z kraju mleka i miodu

Ponieważ sprawa przybrała wymiar sprawy państwowej, a ja nieszczególnie mam ochotę czekać aż wszyscy czytelnicy tego bloga uznają mnie za nie dość że prowokatora, to jeszcze durnia, chciałbym najpierw coś wyjaśnić, potem przedstawić kolejny tekst, by wreszcie na sam koniec dorzucić parę ważnych słów. Jak już pisałem w jednym z komentarzy, a co zostało oczywiście kompletnie zlekceważone, moja notka o PRL-u była wyłącznie reakcją na pytanie, jakie kilka dni temu zadał mi mój syn, czy za komuny też były kolejki do opieki medycznej. Powiem więcej, kiedy zabierałem się do pisania tekstu, który wstrząsnął podstawami tego bloga, miałem – co mi się zdarza bardzo rzadko – owo pełne winy uczucie, że wklejam tekst może nie tyle niepotrzebny, czy zły, ale raczej mało ważny, czy zwyczajnie niepoważny. Ot, taka trochę zabawa. Wyszło inaczej i muszę się teraz z tym męczyć. Przyznaję się do jednego autentycznego błędu. Ja oczywiście, doskonale wiedząc, że większość Polski przed rokiem 1990 telefonów nie miała, a słowa „wszyscy” w swoim tekście, podobnie zresztą jak wielu innych mocnych słów, użyłem trochę jako prowokacji, nie sądziłem, że było aż tak źle. Liczyłem jednak na to, że zrozumieć to wszystko będzie znacznie łatwiej, zwłaszcza może po tym, gdy napisałem, że ja takich tekstów mogę napisać dziesięć, każdy dotyczący innego aspektu życia w komunie i w demokracji, i każdy z nich będzie równie prawdziwy co fałszywy – zależnie od przyjętej optyki. Oczywiście dziękuję wszystkim tym, którzy wykazali się w stosunku do mnie cierpliwością i spróbowali zrozumieć moje intencje. Bardzo sobie ich udział w tej awanturze cenię. A teraz proszę posłuchać.

Ja wiem, że to może robić wrażenie czegoś okropnie wstydliwego, do czego lepiej albo się nie przyznawać, albo co w ogóle wyprzeć z pamięci, no ale skoro już postanowiliśmy wspólnie, że blog ten będzie wręcz stanowił gest czystej szczerości, opowiem coś o swojej córce. Otóż zadała mi ona parę dni temu pytanie: „Czy za komuny trzeba było czekać w kolejce do lekarza?”
Ja oczywiście wiem, że każdy z nas, kto ma na tego typu kwestie perspektywę szerszą niż moje dziecko, wybuchnie szyderczym śmiechem i zapyta mnie, jak to możliwe, że ja tak niestarannie wychowałem swoją córkę? Jak to możliwe, że ja – katolik, patriota i Polak – doprowadziłem swoje dziecko do stanu, że ono zadaje tak głupie pytania? Przecież to, że za komuny kolejki do lekarza były, i to często (biorąc pod uwagę fakt, że prywatna opieka medyczna praktycznie nie funkcjonowała) znacznie dłuższe i bardziej męczące, niż dziś, wie każdy z nas. Co ja mówię, za komuny? Toż jeszcze nawet w roku 1995, kiedy moje najmłodsze dziecko miało dwa lata i nagle zostało zaatakowane przez jakąś okropną alergię, tułaliśmy się od poradni do poradni, aż w końcu wylądowaliśmy w jakimś szpitalu, gdzie oczywiście przez dobrą godzinę pies z kulawą nogą na nas nie zwrócił uwagi, a i tak w rezultacie trzeba było pójść do zaprzyjaźnionej dermatolog, która sprawę ostatecznie załatwiła. A dziś to samo dokładnie dziecko mnie pyta, czy za komuny trzeba było czekać w kolejce do lekarza? I jak ja mogłem wyhodować coś takiego pod samym bokiem?
Ja, jak już wspomniałem, wiem, że sprawa jest delikatna, bo to i Donald Tusk i Smoleńsk i wszyscy na co dzień widzimy, co nam przyniosła III RP, jednak choćby przez to, że ledwie wczoraj napisałem tekst o tym, jak to dzisiejsza młodzież jedyne co wie i czym się martwi, to, co takiego się pojawiło na Facebooku i kto przyjeżdża na najbliższy festiwal, chciałbym może ze względu na nich, przekazać kilka informacji na temat PRL-u, jaki widziałem osobiście, a które mogą im się przydać, choćby po to, by jako tako zdać maturę z WOS-u. Kwestię pierwszą, a więc dostęp do usług medycznych już sobie wyjaśniliśmy, a ja tylko może na wszelki wypadek dodam, że wbrew pewnym dziwnie ostatnio pojawiającym się mitom, jakoby dziś służba zdrowia, w odróżnieniu od starej dobrej socjalistycznej opieki medycznej, była kompletnie zdemoralizowana, a lekarze byli niedoczuczeni i skorumpowani, zapewniam, że bywało różnie i nie mam tu tylko na myśli owego dr Wieczorka, który w roku 1983, kiedy mój ojciec umierał na raka, wykorzystał jeszcze ostatnią chwilę, żeby nas naciągnąć na ekstra wydatek, rzekomo po to, by nam załatwić lekarstwo, swoją drogą kompletnie zbędne i w naszej sytuacji bezużyteczne, w dodatku, jak się okazało, w szpitalach powszechnie dostępne. Resztę, żeby było czytelniej, prościej, no i łatwiej, przedstawię w parunastu punktach.

1. Za komuny wprawdzie nikt nie głodował, natomiast wszędzie panował taki syf i nędza, że aby kupić masło, chleb, ser, że nie wspomnę już o proszku do prania, mydle, papierosach, czy kawałku kiełbasy innej niż jakaś mortadela, trzeba było się wystać w kolejce, często nawet od czwartej godziny rano. A i tak, ze względu na tak zwaną reglamentację kartkową, nie można było podskoczyć wyżej niż to co było zapisane na kartce. Pomarańcze pojawiały się w sklepach raz do roku, przed Świętami, ale głównie jakieś gówno z Kuby i w takich ilościach, że kupno choćby jednej było marzeniem ściętej głowy. O ananasach, kokosach, czy innych, bardziej już wykwintnych owocach, których dziś jest wszędzie pod dostatkiem i których nazw nawet nie znamy, nawet nie wspomnę;
2. Oczywiście, każdy miał pracę, jednak nie dlatego że jej szukał i pracować pragnął, ale dlatego że istniał tak zwany przymus pracy, a ci co się od pracy uchylali, byli traktowani jak przestępcy. Z wyjątkiem oczywiście tak zwanych cinkciarzy, którzy w całości byli szpiclami SB;
3. Za komuny była telewizja, od pewnego czasu nawet kolorowa. Kłamała dokładnie tak samo jak telewizja dzisiejsza, tyle że w sposób tak prymitywny i bezczelny, że o wiele trudniej było to wszystko znieść. W dodatku w telewizorze były do wyboru tylko dwa programy telewizji państwowej, a więc nawet nie można było od tego uciec w jakiś Eurosport, czy to choćby w to nieszczęsne MTV;
4. Oczywiście obowiązek współpracy ze Służbą Bezpieczeństwa nie istniał, natomiast, czy to uczeń w liceum, student na uniwersytecie, czy zwykły inżynier na budowie byli nieustannie i przy pomocy różnych argumentów do współpracy zachęcani. Oczywiście cała kadra kierownicza współpracowała z SB z automatu. Tylko najdzielniejsi nie ulegali;
5. Za komuny oczywiście nie było Internetu i Facebooka, podobnie zresztą, jak kart kredytowych, osobistych drukarek, punktów xero, telefonów komórkowych i esemesów. Jeśli ktoś chciał napisać do kogoś wiadomość, musiał to robić ręcznie, a jeśli z kimś chciał porozmawiać, to musiał albo do tego kogoś zatelefonować (telefonu do końca lat 80, a nawet jeszcze później, nie miał prawie nikt), albo zaryzykować i do tego kogoś się wprosić. Efekt tego był taki, że za komuny ludzie się odwiedzali nieustannie i nikt nie miał chwili dla siebie;
6. Jeśli ktoś lubił słuchać muzyki Led Zeppelin, Joy Division, a szczególnie takich rarytasów jak Art Ensemble of Chicago, nie kupował płyt w sklepie, bo sklepy sprzedawały wyłącznie płyty artystów krajowych, na których nie było nic słychać i które wyglądały, jak wyprodukowane pokątnie w piwnicy, ale na tak zwanych „giełdach płytowych”, które akurat istniały tylko w wybranych miejscach w dużych miastach i gdzie ceny były tak wysokie, że nikt tak naprawdę nie mógł sobie na ich kupno pozwolić. Koncertów prawie nie było, a kiedy od czasu do czasu pojawiła się gwiazda, jak Eric Clapton w katowickim Spodku, milicja brutalnie rozpędzała publiczność, a sam artysta musiał następny występ odwołać. Byłem, więc wiem;
7. Za komuny między Katowicami a Krakowem kursowały zatłoczone – albo straszliwie zamarznięte, albo przegrzane do nieprzytomności – pociągi, a nie, tak jak dziś wygodne autokary, czy busy po 6 złotych za kurs, pędzące po autostradzie i zawożące każdego na miejsce w 80 minut. O pociągach do naszego Przemyśla nawet nie chcę wspominać, bo to już był prawdziwy horror;
8. Takie zjawiska jak pedofilia, dysleksja, czy przemoc rodzinna, funkcjonowały wyłącznie jako egzotyczne ekscesy i w ogóle nie pojawiały się, jako temat dyskusji, nie dlatego że ich nie było, ale ponieważ państwo socjalistyczne nie miało, ani nie chciało mieć nic wspólnego z kapitalistycznymi wynaturzeniami;
9. Kto chciał mógł oczywiście wyjechać na wakacje za granicę – nawet do Anglii, czy Niemiec Zachodnich – musiał jednak najpierw złożyć podanie o paszport, następnie, pod warunkiem, że decyzja była pozytywna, co się praktycznie nie zdarzało, kilka dni stać w kolejce, a na końcu jeszcze podpisać zobowiązanie o współpracy z komunistycznym wywiadem w każdej możliwej sprawie;
10. Za komuny, kto chciał, mógł oficjalnie i otwarcie nienawidzić komuny, i choć nie był narażony na gesty pogardy ze strony współobywateli, to wystarczyło, że gdzieś ktoś usłyszał, jak ten ktoś mówi „Nienawidzę Ruskich” i o tym zdarzeniu doniósł na SB, natychmiast groziła mu wizyta smutnego pana z SB, a z nią najczęściej ciężkie pobicie i więzienie;
11. Za komuny można było się bezkarnie snuć nocą po mieście, spotykać ze znajomymi, wracać o piątej rano do domu w stanie nietrzeźwym, ryzykując jednak zawsze, że jakiś znudzony patrol milicyjny człowieka wylegitymuje, a jak wylegitymuje, to zaciągnie do tak zwanej suki, a tam nawet zatłucze na śmierć. Nie trzeba nawet było drzeć mordy, zaczepiać ludzi, kląć publicznie, nawet krzyczeć „Precz z komuną!”. Wystarczyła dobra czy zła wola milicjanta;
12. Za komuny, zupełnie tak samo jak dziś, w sklepach były coca-cola i pepsi-cola, tyle że coca cola w Polsce zachodniej, a pepsi cola we wschodniej, no i najczęściej, z braku oryginału, zastępowana przez tak zwana polo coctę, czyli brązową oranżadę o smaku mocno rozwodnionej i przesłodzonej kawy zbożowej;
13. Za komuny opieka dentystyczna była powszechna i bezpłatna, natomiast dentyści zęby albo wyrywali, albo wiercili w nich wiertarkami pracującymi z szybkością 100 obrotów na minutę, a następnie wypełniali te dziury jakimś srebrzysto-szarym syfem, który po kilku dniach natychmiast wypadał;
14. Powszechny mit głosi, że za komuny polscy piłkarze nożni przez kilka kolejnych lat należeli do światowej czołówki. Owszem. Przez kilka lat. Na 45 lat PRL-u to było mniej więcej lat pięć;
15. Za komuny „Rok 1984” Orwella był lekturą zakazaną i choć każdy z nas, jeśli tylko chciał, mógł mieć tę książkę w domu – czy to w wersji oryginalnej, czy w tłumaczeniu – musiał wiedzieć, że gdy dojdzie co do czego, będzie musiał za to odpowiedzieć. Choćby tylko pobiciem przez SB;
16. Przez całe lata, kiedy Polska znajdowała się pod komunistycznym butem, chłopcy spotykali się z dziewczynami, a dziewczyny z chłopcami. Większość z nich się pobierała i miała dzieci, a następnie mieszkała kątem przy rodzicach bez jakichkolwiek szans na mieszkanie, samochód, czy jakąkolwiek karierę. Niektórzy zostawali tajnymi współpracownikami i tym było lepiej;
17. Ogromna większość Polaków była religijna, uważała ten stan rzeczy za naturalny i, niezaczepiana przez milicję, chodziła w każdą niedzielę do kościoła. Nikt się wprawdzie z nich tak jak dziś nie śmiał, natomiast każdy wiedział, że kiedy przyjdzie do decydowania o awansie, podwyżce w pracy, czy choćby prośbie o paszport, wszelkie drzwi będą dla niego zamknięte;
18. W roku 1975 w głównych polskich kinach został pokazany film „Ojciec Chrzestny” i kto chciał mógł go sobie obejrzeć. Bilety do kina były wprawdzie w cenie symbolicznej, ale każdy z nas sobie to cenił szczególnie, bo wiedział, że następna taka okazja nie trafi się przez najbliższe pięć lat, a w tym czasie będą wyświetlane już tylko filmy rosyjskie, węgierskie, enerdowskie i czeskie;
19. Za komuny, każdy mógł w każdej chwili zostać zamordowany przez milicję, całkowicie bezkarnie i bez powodu, w związku z czym pojawienie się milicjanta zawsze powodowało w człowieku lęk. Choć szczęśliwie żadna z bliskich mi osób i znajomych choćby najdalszych nie trafiła do tej ponurej grupy, wiemy wszyscy o takich osobach, jak choćby ksiądz Popiełuszko, Staszek Pyjas, Grzegorz Przemyk, czy górnicy z Wujka. Nie znam też nikogo, kto by od milicjanta oberwał pałką, ale wiem, że milicjanci pałek używali przy każdej dosłownie okazji z najwyższym upodobaniem i brutalnością, i to nie tylko w stosunku do zwykłych chuliganów;
20. Nie było obowiązku chodzenia na wybory, na pochody pierwszomajowe i nie istniał zakaz uczestnictwa w procesji Bożego Ciała, natomiast każdy z nas wiedział, że niewidzialna kamera komunistycznej represji śledzi każdy nasz krok i gdy tylko będzie trzeba te taśmy wykorzystać, one przeciwko nam wykorzystane zostaną;
21. Za komuny był tylko jeden bank, jak się zdaje z działem windykacji w formie szczątkowej. I słusznie. Kredyty ludzie spłacali bez najmniejszego problemu. Co jednak z tych kredytów mieli, pokazałem w dwudziestu jeden powyższych punktach: ten jeden smutny kolorowy telewizor, jakąś nędzną wersalkę i, za wierność władzy ludowej, od czasu do czasu wakacje nad Balatonem.

Pewnie mógłbym tak ciągnąć tę wyliczankę w nieskończoność, powiem więcej, mógłbym napisać dwa kolejne na temat z tym razem III RP, ale raz, że boję się, że zacznę nudzić, a tego się bardzo boję, a dwa, że wierzę, że to powinno wystarczyć. W końcu moje biedne dziecko chciało tylko wiedzieć, czy w PRL-u służba zdrowia była powszechnie dostępna. A w tej sytuacji, te 21 punktów, zupełnie jak 21 postulatów z sierpnia 1980 roku, powinny nas w zupełności usatysfakcjonować.

A teraz mam nadzieję, że tyle samo ludzi co przedwczoraj, przyjdzie też tu dziś, żeby mi powiedzieć, jak ja strasznie kłamię.
I może już na sam koniec parę słów zupełnie poważnie. Otóż powstaje pytanie, po ciężką cholerę ja ciągnę ten temat? Otóż miałem nadzieję, że to wszystko będzie całkowicie jasne już przy pierwszym podejściu. Okazało się, że nie. A zatem chciałem powiedzieć jednoznacznie i tak prosto, jak tylko potrafię:
Rzecz mianowicie w tym, że jedyne co od nas zależy to to, jak sobie poradzimy z tym kłamstwem, które nas otacza – wtedy, dziś i jutro. Nie mamy na nie najmniejszego wpływu i z każdą kolejną chwilą, jak niektórzy z nas już się pewnie zorientowali, ten wpływ będzie już tylko mniejszy. Czy nam serwowano tamten socjalizm, czy dzisiejszy liberalizm, czy przyszłe, prawdziwe wreszcie, szczęście, my nie mieliśmy, nie mamy i nie będziemy mieli już nigdy nic do gadania, a najgorsza rzecz jaka nam może przyjść do głowy to to coś traktować jako coś realnego. Bo realne jest tylko życie i śmierć i to czy wygrywa jedno, czy triumfuje to drugie. Wczoraj mój kolega Coryllus napisał, że on nie rozumie, jak można było być człowiekiem szczęśliwym w czasach PRL-u. No więc ja, korzystając z tej okazji, powiem mu że ja z kolei nie rozumiem, jak można swoje poczucie szczęścia lub jego brak uzależniać od czegoś tak fikcyjnego jak realizowane przez System projekty. Ta nasza walka o życie – o triumf życia i śmierć śmierci – toczy się naprawdę z dala od tych symbolicznych bananów, galerii handlowych, milicyjnych pałek, kolejek po kawałek schabu, paszportów w naszych kieszeniach, a nawet owych niefortunnych telefonów. Każde pojedyncze zwycięstwo życia, czy zimny triumf śmierci jest dla nas jedynym powodem do tego, by albo się radować, albo smucić, i jestem pewien, że jeśli tylko zachowamy trzeźwe serca, doskonale będziemy potrafili rozpoznać, czego się od nas w każdym momencie oczekuje. Podobnie jak kiedyś, tak dziś i w przyszłości, bez względu na to, ile jej nam jeszcze zostało.

Bardzo proszę o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta. Bez tej pomocy nie będzie nic.

sobota, 19 lipca 2014

O jednej zbrodni i jednej sukcesji

Mam nadzieję, że czytelnicy mi to wybaczą, ale dziś dalej będzie o PRL-u i III RP. Tym razem krótko, bo to są cotygodniowe 444 słowa dla „Warszawskiej Gazety”. Zapraszam:

Taśmy z podsłuchami zorganizowanymi przez Służby w celu odsunięcia Donalda Tuska od władzy, wzbudziły zainteresowanie, jednak to co – poza oczywiście kwestią podstawową, czyli antyreżimową akcją Systemu – w tych rozmowach jest dla nas najbardziej interesujące, najczęściej jest ukryte pod najróżniejszymi drobnymi interesami, owym nieprawdopodobnym chamstwem, oraz tymi tysiącami wydanymi na jakieś ośmiorniczki, czy flaszki po kilka stów. Oto dowiadujemy się choćby o istnieniu człowieka nazwiskiem Sławomir Cytrycki i jestem pewien, że gdyby nam się tylko chciało znaleźć czas na chwilę refleksji, moglibyśmy śmiało dojść do wniosku, że oto zupełnie niespodziewanie pojawiają się kwestie, które naszą wiedzę na temat III RP doprowadzają niemal pod ścianę. Każde bowiem kolejne słowo musi już w nas tylko wywoływać wzruszenie ramion. Tusk? Kopacz? Bury? Komorowski? Jego żona? A cóż nas oni mogą obchodzić, skoro mamy Cytryckiego?
Oto w tygodniku „Wprost” – co samo w sobie jest kwestią wartą zadumy – znajdujemy informację na temat tego dziwnego człowieka, dziś szefa gabinetu prezesa Narodowego Banku Polskiego. Proszę posłuchać. Rodzina Cytryckiego pochodzi ze Starej Wsi na Podkarpaciu. Po wybuchu wojny matkę Cytryckiego Sowieci wywieźli na Syberię, gdzie poznała niejakiego Ryszarda, dla którego zrezygnowała z życia zakonnego i wyszła za niego za mąż. Ów Ryszard, w latach 50-tych został przez komunistów najpierw aresztowany, a następnie skatowany, skutkiem czego zmarł, osierocając żonę i syna Sławomira. Ten, na rodzinną gehennę się odpowiednio wypiął, i już w liceum rozpoczął polityczną karierę, zostając błyskawicznie członkiem władz wojewódzkich ZMS, następnie wstąpił na Wydział Nauk Politycznych Uniwersytetu Łódzkiego, skąd jako prymus został wysłany na studia do Leningradu. Po powrocie do Warszawy, jego kariera gwałtownie przyspieszyła, doprowadzając go, człowieka zaledwie 26 -letniego, do stanowiska wicedyrektora w ministerstwie, oraz osobistego doradcy Pierwszego Sekretarza KC. W roku 1982 Cytrycki zostaje przez Służby wysłany do Nowego Jorku, gdzie najpierw zostaje sekretarzem ambasadora PRL przy ONZ, a następnie jednym z najważniejszych sowieckich agentów.
Ktoś się zapyta, co nas obchodzi jakiś Cytrycki? Czy może narzekamy na brak w nowej Polsce komunistycznych szpicli? Otóż Cytrycki stanowi kwestię mimo wszystko osobną. Rzecz w tym, że owo opętanie doprowadziło go najpierw w roku 2004, tuż przed ostatecznym upadkiem zinstytucjonalizowanej postkomuny, do stanowiska szefa gabinetu premiera Belki, a po paroletniej przerwie wymuszonej przez wyborcze zwycięstwo Prawa i Sprawiedliwości, już po tym, gdy Marek Belka przejął po zamordowanym w Smoleńsku Sławomirze Skrzypku funkcję prezesa NBP, funkcji szefa jego gabinetu, i – jak informują ludzie dobrze poinformowani – pozycji jednej z najważniejszych osób w państwie.
A zatem to jest wiedza, jaką uzyskujemy z tak zwanych taśm „Wprostu”. Informacje na temat Sławomira Cytryckiego plus tę straszną refleksję dotyczącą spisku, który z jednej strony doprowadził do masakry, a z drugiej – jak na wyjątkowo perfidną ironię – jednego Sławomira zastąpił drugim. Wierzmy, że Dobry Bóg nam tę straszną podłość wybaczy.

Zapraszam wszystkich do sklepu Coryllusa pod adresem www.coryllus.pl. Tam wciąż jest do nabycia moja książka o PRL-u pod bardzo intrygującym tytułem’Marki, dolary, banany i biustonosz marki Triumph. Mój kumpel Józef Orzeł określił ją jako coś na poziomie Hrabala. Ja nie wiem, kto to jest Hrabal, ale wiem, kim jest Orzeł, więc z czystym sercem mogę tę książkę polecić. Jednocześnie bardzo prosze o wspieranie tego bloga. Od pewnego czasu znów jesteśmy na poziomie wokół zera i bez Waszej pomocy, leżymy. Dziękuję.

piątek, 18 lipca 2014

Dla mojego syna - raport z czasów terroru

Ja wiem, że to może robić wrażenie czegoś okropnie wstydliwego, do czego lepiej albo się nie przyznawać, albo co w ogóle wyprzeć z pamięci, no ale skoro już postanowiliśmy wspólnie, że blog ten będzie wręcz stanowił gest czystej szczerości, opowiem coś o swoim synu. Otóż spędziliśmy ostatnio wspólnie tydzień u mnie na wsi, zajadając się na zmianę jajecznicę na smalcu ze skwarkami, i zupą, którą moja ciocia robi ze wszystkiego, co ma pod ręką, a która smakuje, jak żadna inna zupa na świecie, oraz oczywiście prowadząc najróżniejszego typu debaty z ludźmi, którzy przewalają się regularnie nieustannie przez to święte miejsce, kiedy nagle syn mój zadał mi pytanie: „Czy za komuny trzeba było czekać w kolejce do lekarza?”
Ja oczywiście wiem, że każdy z nas, kto ma na tego typu kwestie perspektywę szerszą niż moje dziecko, wybuchnie szyderczym śmiechem i zapyta mnie, jak to możliwe, że ja tak niestarannie wychowałem swojego syna? Jak to możliwe, że ja – katolik, patriota i Polak – doprowadziłem swoje dziecko do stanu, że ono zadaje tak głupie pytania? Przecież to, że za komuny kolejek do lekarza nie było, a jeśli gdzieś tam się zdarzały, to tylko na takiej zasadzie, że ktoś akurat przyszedł do przychodni przed nami, no i siłą rzeczy trzeba było poczekać (o szpitalach naturalnie nawet nie wspominam, bo to w ogóle nie jest temat). Co ja mówię, za komuny? Toż jeszcze nawet w roku 1995, kiedy moje najmłodsze dziecko miało dwa lata i nagle zostało zaatakowane przez jakąś okropną alergię, nikt nam nie kazał nigdzie ani czekać, ani tym bardziej przychodzić za kilka dni, ani dzwonić na pogotowie, czy jakieś ratownictwo medyczne, ale zwyczajnie poszliśmy do rejonowej przychodni do cudownej pani doktor Layerowej, następnie do szpitala na odział dermatologii dziecięcej, i sprawę załatwiliśmy jednym ruchem z samą panią ordynator. A ten bałwan mnie pyta, czy za komuny trzeba było czekać w kolejce do lekarza? I jak ja mogłem wyhodować coś takiego pod samym bokiem?
Ja, jak już wspomniałem, wiem, że sprawa jest delikatna, jednak choćby przez to, że ledwie wczoraj napisałem tekst o tym, jak to dzisiejsza młodzież jedyne co wie i czym się martwi, to, co takiego się pojawiło na Facebooku i kto przyjeżdża na najbliższy festiwal, chciałbym może ze względu na nich, przekazać kilka informacji na temat PRL-u jaki widziałem osobiście, a które mogą im się przydać, choćby po to, by jako tako zdać maturę z WOS-u. Kwestię pierwszą, a więc dostęp do usług medycznych już sobie wyjaśniliśmy, a ja tylko może na wszelki wypadek dodam, że wbrew pewnym dziwnym mitom, lekarze za komuny pomagali, leczyli, a nawet ratowali życie. Resztę, żeby było czytelniej, prościej, no i łatwiej, przedstawię w parunastu punktach.

1. Za komuny nikt nie głodował. Wprawdzie wszędzie panował syf i nędza, a w roku 1988 nawet na miesiąc przestały ukazywać się kolorowe tygodniki, niemniej można było kupić chleb, masło 250 gram, kiełbasę myśliwską, pomarańcze, banany, a nawet samochód. Co ciekawe, w sklepach była jak najbardziej do nabycia po powszechnie przystepnej cenie cielęcina i baranina. Przyznaję, że kokosów nie było. Inna sprawa, że chociaż dziś są, od dwudziestu czterech lat kupiłem jednego. Raz;
2. Oczywiście każdy miał pracę. Jeśli ktoś pracować nie chciał, był traktowany jak osoba podejrzana, najczęściej współpracownik SB;
3. Za komuny była telewizja, od pewnego czasu nawet kolorowa. Kłamała dokładnie tak samo jak telewizja dzisiejsza, tyle że w sposób bardziej prymitywny i bez porównania łatwiejszy do rozpoznania;
4. Nie istniał obowiązek współpracy ze Służba Bezpieczeństwa. Natomiast powszechnie istniało takie prawo. Kto chciał i się do tego nadawał – był przyjmowany z otwartymi rękoma. Większość nie chciała i żyła spokojnie;
5. Za komuny nie było Internetu i Facebooka. Podobnie zresztą, jak kart kredytowych, osobistych drukarek, punktów xero, telefonów komórkowych i esemesów. Jeśli ktoś chciał napisać do kogoś wiadomość, musiał to robić ręcznie, a jeśli z kimś chciał porozmawiać, to musiał albo do niego zatelefonować (wbrew tu i tam powtarzanym plotkom, telefon, przynajmniej od lat 70-tych, miał każdy), ewentualnie przy okazji umówić się na spotkanie. Faktem jest, że za komuny ludzi się odwiedzali nieustannie;
6. Jeśli ktoś lubił słuchać muzyki Led Zeppelin, Joy Division, lub nawet zespołu Art Ensemble of Chicago, nie kupował płyt w sklepie, bo sklepy sprzedawały niemal wyłącznie płyty artystów krajowych, na których nie było nic słychać i które wyglądały, jak wyprodukowane pokątnie w piwnicy, ale na tak zwanych „giełdach płytowych”, których wszędzie jednak była cała kupa i wszystkie oferowały dosłownie wszystko, co się komuś zamarzyło. W Warszawie każdego roku było znacznie mniej koncertów niż dziś. W innych miastach mniej więcej tyle samo co dziś. W katowickim Spodku w roku 1979 wystąpił Eric Clapton. Z przygodami, ale owszem. Ja byłem;
7. Za komuny, między Katowicami a Krakowem kursowały pociągi, jak na świecie, a nie busy, jak w Afryce. Również, z Katowic do Przemyśla można było dojechać pociągiem, i to w pięć godzin, a nie osiem, jak dzisiaj;
8. Pedofilia, podobnie jak dysleksja, funkcjonowały wyłącznie jako egzotyczne ekscesy i w ogóle nie pojawiały się, jako temat dyskusji;
9. Kto chciał mógł wyjechać na wakacje za granicę – również do Anglii, czy Niemiec Zachodnich – nawet jeśli był znany z wrogości wobec socjalistycznej ojczyzny, jak choćby Radek Sikorski. Musiał się wprawdzie wystać w kolejce po paszport, znacznie krócej jednak, niż dziś do dentysty;
10. Za komuny, kto chciał, mógł oficjalnie i otwarcie nienawidzić komuny i mimo to nie był narażony na gesty pogardy ze strony współobywateli, no a już z całą pewnością, jeśli tylko nie wywiesił w oknie transparentu z napisem „Nienawidzę Ruskich”, nie groziła mu interwencja służb. Inna sprawa, że komuny nienawidzili wszyscy, tak jak dziś PiS-u;
11. Za komuny można było się bezkarnie snuć nocą po mieście, spotykać ze znajomymi, wracać o piątej rano do domu w stanie nietrzeźwym, ryzykując w najgorszym wypadku to, że jakiś znudzony patrol milicyjny człowieka wylegitymuje. Wystarczyło nie drzeć mordy, nie zaczepiać ludzi, nie kląć publicznie, jeśli się było dzieckiem, no i nie krzyczeć „Precz z komuną!”;
12. Za komuny, zupełnie tak samo jak dziś, w sklepach były coca-cola i pepsi-cola, tyle że w restauracjach w butelkach większych niż dziś, a w sklepie mniejszych;
13. Za komuny opieka dentystyczna była powszechna i bezpłatna;
14. Za komuny polscy piłkarze nożni przez kilka kolejnych lat należeli do światowej czołówki;
15. Za komuny „Rok 1984” Orwella był lekturą zakazaną, co nie zmienia faktu, że każdy z nas, jeśli tylko chciał, miał tę książkę w domu – czy to w wersji oryginalnej, czy w tłumaczeniu;
16. Przez całe lata, kiedy Polska znajdowała się pod komunistycznym butem, chłopcy spotykali się z dziewczynami, a dziewczyny z chłopcami. Większość z nich się pobierała i miała dzieci;
17. Ogromna większość Polaków była religijna, uważała ten stan rzeczy za naturalny, i, niezaczepiana przez milicję, chodziła w każdą niedzielę do kościoła. Nikt się z nich nie śmiał;
18. W roku 1975 w głównych polskich kinach został pokazany film „Ojciec Chrzestny” i kto chciał mógł go sobie obejrzeć. Bilety do kina były w cenie symbolicznej;
19. Za komuny, każdy mógł w każdej chwili zostać zamordowany przez milicję, całkowicie bezkarnie i bez powodu, i słyszałem o co najmniej kilkudziesięciu takich osobach, szczęśliwie żadna z bliskich mi osób i znajomych choćby najdalszych nie trafiła do tej ponurej grupy. Co więcej, nie znam też nikogo, kto by od milicjanta oberwał pałką. Martwi mnie to trochę, bo jest to jedna z tych rzeczy, których nie będę wiedział do końca życia: czy to bardzo bolało?
20. Nie było obowiązku chodzenia na wybory, na pochody pierwszomajowe i nie istniał zakaz uczestnictwa w procesji Bożego Ciała;
21. Za komuny był tylko jeden bank, jak się zdaje z działem windykacji w formie szczątkowej. I słusznie. Kredyty ludzie spłacali bez najmniejszego problemu.

Pewnie mógłbym tak ciągnąć tę wyliczankę w nieskończoność, ale raz, że boję się, że zacznę nudzić, a tego się bardzo boję, a dwa, że wierzę, że to powinno wystarczyć. W końcu moje biedne dziecko chciało tylko wiedzieć, czy w PRL-u służba zdrowia była powszechnie dostępna. A w tej sytuacji, te 21 punktów, zupełnie jak 21 postulatów z sierpnia 1980 roku, powinny nas w zupełności usatysfakcjonować.

Jak wiemy, dziś mieszkamy w kraju wolnym, demokratycznym i kapitalistycznym, w związku z czym możemy pisać książki na każdy dowolny temat, wydawać je i je sprzedawać, ale również je kupować w dowolnych ilościach. Jest niestety tego tak dużo, że tak zwana wolność wyboru stała się praktycznie fikcją. Jeśli jednak mogę coś radzić, to polecam księgarnię Coryllusa, pod adresem www.coryllus.pl. Tam każdy zakup jest zakupem najlepszym. Również wolno nam stać ma rogu ulicy, grać, śpiewać, a nawet tańczyć. Co niniejszym czynię. Jeśli komuś ten występ się spodobał, proszę wspierać ten blog pod podanym obok numerem konta. Dziękuję

czwartek, 17 lipca 2014

Czy redaktora Lisa dręczą zmazy nocne?

Nie wiem, czy to tylko ja zauważyłem, czy może sprawa zainteresowała wielu z nas, tyle że ja się sprawą przejąłem, na wszelki wypadek jednak chciałbym zwrócić uwagę na pewien uprawiany z zadziwiającą zawziętością przez szereg reżimowych mediów proceder polegający na kuszeniu nas rzekomo poważnymi, socjologicznymi analizami, a dotyczącymi najróżniejszego typu patologii, jakie podobno zżerają polski naród. I broń Boże nie chodzi o to, że my Polacy jesteśmy głupi, leniwi, zabobonni, czy choćby zbyt pobożni. W żadnym wypadku. Można by wręcz powiedzieć, że całkiem na odwrót. Oto nagle okazuje się, że na przykład znakomita większość młodych wykształconych mieszkańców Warszawy korzysta z usług luksusowych burdeli i że zjawisko to ma nawet już swoją unikalną nazwę; chwilę później w którymś z tak zwanych tygodników opinii znajdujemy raport, że owi wykształceni pracownicy warszawskich korporacji uzależnili się od szybkiego seksu w porze lunchu i w tej chwili ów proceder – też już mający swoją jak najbardziej naukową nazwę – stał się autentyczną modą; w tym samym niemal czasie jakiś „Newsweek”, czy „Polityka” publikują raport na temat studentek uniwersytetów, które świadczą usługi seksualne bogatym biznesmenom, i że najczęściej są to dziewczyny przybyłe do wielkich miast z podkarpackich wiosek; nie zdążymy się nawet jeszcze temu nadziwić, kiedy z innej strony dochodzi do nas wiadomość na temat gimnazjalistek udzielających się erotycznie swoim nauczycielkom; po gimnazjalistkach pojawiają się uczniowie podstawówek świadczący usługi homoseksualne podstarzałym gejom w galeriach handlowych; po dzieciach z podstawówek, nadchodzi plaga kierowców jeżdżących po polskich drogach po zażyciu kokainy; za chwilę już dowiadujemy się, że pojawił się kolejny proceder, a mianowicie coś, co się nazywa „bumerang” i polega na tym, że polscy trzydziestolatkowie postanawiają żyć na koszt rodziców, bo, po zaspokojeniu wszystkich przyjemności – zapewne związanych z wcześniej opisywanymi usługami ze strony studentek spod Rzeszowa i gimnazjalistek z Kutna – 3 tysiące miesięcznie nie wystarcza na podstawowe utrzymanie; po „bumerangach” idą absolwenci liceów, którzy w obawie przed bezrobociem wstępują do seminariów duchownych, licząc na to, że kiedy już zostaną tymi księżmi, będą mogli pozwolić sobie i na ekskluzywne dziwki z Ustrzyk czy Komańczy i na wypasione wakacje w egzotycznych krajach. I tak dalej, i w ten sam od zawsze sposób, byleby stworzyć wrażenie, że Polacy to naród na tak zaawanasowanym poziomie moralnego upadku, że nie pozostaje już nic innego, jak „ten kraj” wystawić na aukcji na niemieckim e-bayu. Obok Bułgarii, Rumunii i oczywiście Białorusi.
„Newsweeka” nie biorę do ręki, a nawet, gdzie tylko mam okazję, staram się omijać go szerokim łukiem, natomiast oto właśnie na Onecie przeczytałem, że w najnowszym wydaniu tej szmaty ukazał się raport sporządzony przez niejakiego Wojciecha Staszewskiego, a zatytułowany „Sekskolonie polskich nastolatków”. Tekst, dużo za długi nawet jak na moje możliwości, opisuje z chirurgiczną precyzją, jak to polska młodzież na zorganizowanych wakacjach za granicą chleje, ćpa i się – przepraszam za wyrażenie, ale tu nie ma bardziej adekwatnego określenia – kurwi na wszelkie możliwe sposoby, za darmo, za grosze, lub za ciężkie euro z każdym, kto tylko się pojawi z jęzorem na wierzchu i działką amfetaminy w kieszeni. I powiem szczerze, że tym razem nie wytrzymałem. Otóż ja biorę pod uwagę, że dzisiejsi trzydziestolatkowie zaludniający warszawskie korporacje mają najróżniejsze fiksacje – choć i tu mam poważne wątpliwości i chętniej wierzę, że oni są tak zarobieni fizycznie i psychicznie, że choćby skromnego wzwodu nie doświadczyli od miesięcy – natomiast jeśli idzie o dzieci, to niech Lis z kolegami nie próbują mnie tu naciągać, bo na dzieciach to ja akurat znam się świetnie. Obraz przedstawiony przez owego Staszewskiego jest tak niedorzeczny i tak prymitywnie kłamliwy, że nie mam wątpliwości, że gdyby któreś z tych opisanych przez niego chłopców czy dziewcząt miało okazję się z nim zapoznać, to w najlepszym wypadku wybuchłoby pełnym najwyższej pogardy rechotem, a niewykluczone, że by Staszewskiemu splunęło prosto w oko, ze znanym mi z minionych już dawno lat, wiecznie dźwięcznym zawołaniem: „Ale ciuuuul!” Ja z młodzieżą najróżniejszego pochodzenia i wieku bowiem mam do czynienia zawodowo na codzień od wielu już lat, w swoim życiu miałem kontakt z dziećmi, które były naprawdę bardzo zdemoralizowane, jednak to co opisuje w swoim tekście Staszewski stanowi tak piramidalną bzdurę, że ja nie mam słów, by go choćby w miarę skutecznie obrazić. Problem z dzisiejszą młodzieżą bowiem jest taki, że jeśli oni w ogóle zgadzają się pojechać na jakieś kolonie, gdzie nie ma lodówki z maminym obiadem, McDonalda z frytkami i ketchupem za 5 złotych, i komputera z darmowym Internetem, to seks jest ostatnią rzeczą, jaka im przychodzi do głowy. Problem z tymi dziećmi jest taki, że one na wycieczkach od rana do wieczora siedzą zamknięte w pokoju i albo śpią, albo esemesują, albo słuchają piosenek z komórki, albo po prostu gapią się w sufit, a na myśl o seksie wzruszają ramionami, bo z kim one by miały ów seks uprawiać? Ze swoimi kolegami? A w jaki to niby sposób? Przy pomocy papierosa? Oczywiście zawsze można się upić, tyle że wódka akurat jest niesmaczna, wino kwaśne, a piwo? W końcu ile można wypić piwa, zanim się człowiek wyrzyga? No a poza tym, to wszystko przecież kosztuje, nawet jeśli założyć, że się znajdzie sprzedawca-desperat, który im ten alkohol sprzeda. Tymczasem ten dureń Staszewski opisuje jak to te właśnie dzieci żądają od kierowcy autokaru, by się zatrzymał na stacji benzynowej, bo im się właśnie skończył alkohol i prezerwatywy. Czy ten człowiek nie ma wstydu? Czy oni naprawdę uważają, ze mają do czynienia z idiotami?
Powstaje więc pytanie: czemu oni to robią? Dlaczego Tomasz Lis, człowiek wydawałoby się jednak przynajmniej potrafiący liczyć, odstawia takie bałwaństwo? Otóż ja tu widzę trzy opcje. Pierwsza z nich to taka, że, jak już wspomniałem wcześniej, oni uprawiają zwykłą propagandę, której celem jest pokazanie nam, że opinia jakoby Polska była ostatnim bastionem konserwatywnych wartości na świecie, to mit; że jest wręcz przeciwnie – Polska to moralny upadek i degeneracja. I oczywiście jest to możliwe. Biorąc pod uwagę opisany przeze mnie dopiero co fakt, że telewizja TVN24 uznała, iż podniesie sobie oglądalność zatrudniając tych nudziarzy Wróbla i Kurkiewicza, możliwe jest też, że stan umysłu tych ludzi jest taki, że oni faktycznie wierzą w to, że normalny czytelnik weźmie te idiotyzmy za dobrą monetę; że skoro uwierzył w to, że gdzieś w warszawskich korporacjach jacyś młodzi biznesmeni wydają tysiące złotych dziennie na ekskluzywne dziwki, uwierzą też w to, że ich dzieci to afrykańskie ogiery i hiszpańskie lale.
Jest też jednak inna ewentualność, ta mianowicie, że za tego typu tekstami stoi przekonanie Lisa i jego współpracowników, że przeciętny czytelnik bardzo lubi sobie poczytać o 12-letnich dziewczynkach ściągających majtki; że przeciętny czytelnik „Newsweeka” to tak naprawdę pedofil-sadysta, który w dodatku jest tak głupi, że po to, by się podniecić, gotów jest wydawać 6 złotych tygodniowo, zamiast włączyć sobie Internet i mieć za darmo to samo, tyle że 10 razy lepiej. Czy to jest w ogóle możliwe? Myślę że nie, ale diabli ich wiedzą, co w tych pustych łbach się dzieje.
Jest wreszcie trzecia możliwość i powiem uczciwie, że ona mi najbardziej przemawia do wyobraźni. Otóż zarówno Lis, jak i ten Staszewski, a kto wie, czy nie oni wszyscy, to ludzie, którzy sami osobiście znaleźli się na tym poziomie perwersyjnego zdziczenia. Myślę sobie, że dla każdego z nich obraz jakiejś biednej, zapuszczonej, ledwo żywej z alkoholowego upojenia gimnazjalistki obmacywanej przez wychowawcę kolonijnego, czy jakiegoś włoskiego alfonsa gdzieś w bułgarskiej dyskotece, to jest taka atrakcja, że oni układając te teksty czują autentyczne wzruszenie. To musi tak właśnie wyglądać. Życie, jakie oni prowadzą, w tym krańcowym już wręcz zepsuciu i upadku, musiało ich doprowadzić do stanu, gdzie ów tak frustrujący przecież brak tak zwanej normalności, każe im wierzyć, że to właśnie jest świat, którego im brakuje: nie świat tych luksusowych modelek, tych piosenkarek, telewizyjnych prezenterek, których nagle zrobiło się już zwyczajnie za dużo, ale właśnie takich biednych, byle jakich dzieci, z którymi można zrobić co się chcę za parę złotych, albo choćby flaszkę piwa. To ich dopiero jara. To jest to ich ostateczne marzenie o zwykłym, normalnym życiu, którego tak bardzo im brakuje, a które tak właśnie sobie wyobrażają. On, ona, ten smutny ledwo wyrośnięty biust i te majtki. Gdybym miał więcej możliwości, myślę, że zorganizowałbym ogólnopolską akcję pod hasłem: „Wysyłamy Lisowi dziecięce majtki”, a tak, to nie pozostaje mi nic innego, jak zakończyć ten tekst życzeniem, by każdy z nich jeden po drugim zdechli. I to jeszcze dziś. Teraz.

A czytelników tego bloga zapraszam na stronę www.coryllus.pl, gdzie można kupić wszystkie moje książki, a jeśli ktoś już je ma, to również ostatni numer „Szkoły nawigatorów” z rewelacyjnym tekstem na temat wewnętrznej granicy celnej w Indiach. Jedynym takim w języku polskim. Również zwracam się do przyjaciół o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta. Okres wakacyjny to czas zawsze wyjątkowo ciężki. Bez Waszej pomocy pewnie jakoś pociąniemy, ale daję słowo, że nie wiem, jak.

środa, 16 lipca 2014

ITI bierze Wróbla - Onet rulez!

Zwlekałem z tym wystarczająco długo i wygląda na to, że wreszcie nadszedł moment, by przyznać się do pewnej wstydliwej dość rzeczy. Otóż jest tak, że ja podstawowych informacji przekazywanych przez System nie czerpię już od paru tygodni z portalu tvn24.pl, lecz z samego Onetu. A wszystko odbyło się tak, że najpierw przestałem oglądać telewizję, następnie czytać gazety, swoje kontakty z mediami ograniczyłem z jednej strony do blogów, a z drugiej do informacji podawanych na portalu tvn24.pl… i oto nagle ostatnio, widząc, że ITI zaczyna niebezpiecznie pikować, parę razy zajrzałem na Onet i nie mogłem nie zauważyć, że oni akurat robią wrażenie solidniejsze i znacznie bardziej wiarygodne. Czemu tak? Nie wiem. Możliwe, że TVN albo popadł w jakiś ciężki kryzys kompetencyjny, albo dał się wmanewrować w jakąś bardziej niż zwykle doraźną politykę, co ich zwyczajnie wykończyło, ale też nie wykluczam, że to akurat Onet, wreszcie zdyscyplinowany przez nowego niemieckiego właściciela, zrozumiał, że czasy są takie, że idiotyzm, jeśli nawet popłaca, to wyłącznie w krótkiej perspektywie, i postanowił przyjąć pozycję tak zwanych „poważnych mediów”, fakt jest jednak faktem: dziś to Onet staje się pierwszym głosem reżimu, natomiast TVN zaczyna nieubłagalnie schodzić do poziomu bulwaru, i to tego najgorszego.
Ponieważ mając już swoje lata, lubię się trzymać dawnych przyzwyczajeń, parę razy ostatnio zajrzałem na stronę tvn24.pl i to co mnie uderzyło, to reklama, co ciekawe nieustannie umieszczana na samej górze, obok najważniejszych informacji dnia, nowej oferty telewizji, zatytułowanej „Dwie prawdy”. O co chodzi? Otóż, jak się dowiadujemy, każdego dnia w tak zwanym prime timie, a więc o godzinie 21, TVN nadaje program, w którym znany nam skądinąd Jan Wróbel dyskutuje z nieznanym nam jakimś łysolem z bródką o nazwisku Kurkiewicz na tak zwane „tematy kontrowersyjne”. Z tego co się zdążyłem zorientować, profil programu jest taki, jak go sobie właściciele TVN-u wykoncypowali już przed wielu laty, a więc granatowe studio, rzucające nieustanne cienie światło, latające w te i we w te kamery, no i tych dwóch pajaców udających, że zawzięcie dyskutują, gdzie jeden mówi tak, a drugi nie. Obejrzałem fragment jednego z tych programów, gdzie Wróbel z tym Kurkiewiczem spierają się o to, czy należy zamordować ciężko chorego chłopaka. Kurkiewicz, jak się należało spodziewać, mówi, że jak najbardziej, Wróbel – również zgodnie z tradycją – że on nie wie, a ja już po paru sekundach tego cyrku, zastanawiam się już tylko nad tą jedną kwestią: kogo to do ciężkiej cholery obchodzi, co tych dwóch bałwanów ma do powiedzenia na współczesne tematy? Ja rozumiem – Daniel Olbrychski z którymś z Pazurów; nie zdziwiliby mnie tu – Korwin-Mike z Bonim, czy Terlikowski z Nergalem ; niech to będą nawet Edyta Górniak i Doda… ale Wróbel? Kurkiewicz? Przecież to są jakieś żarty. Następna jednak już moja myśl była taka, że ja wiem doskonale, czemu portal tvn24.pl zamieszcza reklamę tego programu tak agresywnie i z taką regularnością. Tu wyjaśnienie może być tylko jedno: oni sobie tylko znanymi sposobami zbadali, że tego gówna nikt nie ogląda, nikogo zdanie Wróbla i jakiegoś Kurkiewicza na jakikolwiek temat nie obchodzi w stopniu najmniejszym, natomiast przez to, że obecni dyrektorzy stacji nie zorientowali się, że czasy się zmieniły i nie wystarczy posadzić przed kamerą jakiegoś pajaca z muszką, że już nie wspomnę o kompletnie anonimowym żulu pozującym na inteligenta, by zbiegła się publiczność głodna tak zwanej „opinii”, inwestycja zamienia się w błoto. To jest wręcz niebywałe, jak ludzie, którzy wydawałoby się powinni mieć choćby podstawową orientację w tym, co się dzieje w kraju, i w tym, jak funkcjonują media, zainwestowali ciężkie pieniądze w projekt, w którym Jan Wróbel z jakimś przybłędą ględzą na temat eutanazji, z nadzieją, że cała Polska na ten widok wpadnie w ekstazę.
Ja nie kokietuję. Ja rzeczywiście obejrzałem fragment tego programu i to jest coś absolutnie porażającego. Oglądam z przerwami telewizję TVN24 od ponad 10 już lat i powiem szczerze, że takiej nędzy nie widziałem nawet wtedy, gdy na ekranie byli już tylko Knapik z Morozowskim i Kuczyński. Powiem więcej: lepiej było, kiedy przed kamerami zasiadał Warzecha z Wołkiem. Nie chcę nikomu stwarzać niepotrzebnych złudzeń, ale moim zdaniem tu nie może być przypadku. To co nam przedstawia program „Dwie prawdy”, to prosty dowód na to, że to już jest ostateczny koniec ITI. A tu jeszcze ten Onet najwyraźniej wreszcie wzięty za pysk przez niemieckiego właściciela. Wracamy do podstaw. Czas na zwycięstwo Prawa i Sprawiedliwości… i ostateczny koniec polityki.

Zapraszam wszystkich do księgarni Coryllusa pod adresem www.coryllus.pl, gdzie można wciąż jeszcze po bardzo promocyjnej cenie kupić obie książki Toyaha, plus cały szereg innych, równie znakomitych tytułów. Jednocześnie bardzo wszystkich tych, którzy lubią tu przychodzić i czytać moje teksty, proszę o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta. Dziękuję