czwartek, 3 września 2015

O zbieraczach smieci na poważnie

Szczerze powiedziawszy, nie bardzo miałem ochotę na komentowanie przygarnięcia przez Platformę Obywatelską Dorna i tego drugiego. Wygląda na to, że jednak bez paru słów się nie obędzie.
Przede wszystkim warto zwrócić uwagę na fakt, że przejście Dorna nie jest żadnym zaskoczeniem, jako że już kilka miesięcy temu w wywiadzie dla „Do Rzeczy” – czy może do „W Sieci”? – on sam jasno zadeklarował, że w kolejnych wyborach jest gotów kandydować właśnie z Platformy. W pewnym momencie pojawiła się – i o tym też była mowa – że zostanie on zatrudniony w kancelarii prezydenta Komorowskiego, jednak wyszło jak wyszło. Dziś więc, kiedy Dorn się zarzeka, że to co się stało, to nie jego, w końcu politycznego emeryta, inicjatywa, ale Halickiego z Siemoniakiem, którzy do niego zadzwonili po prośbie, to zwyczajnie zawraca głowę, bo ja już tylko mogę sobie wyobrazić ów dreszcz, kiedy zadzwonił telefon, a on zobaczył, że tym razem to nie z banku…
No i teraz druga refleksja, a propos samej już Platformy. Otóż kiedy oni zaczęli zbierać owe popisowskie odpady, najpierw w postaci Zalewskiego, potem Kluzikowej, następnie Giertycha, czy Kamińskiego, pomyślałem sobie, że to jest zjawisko niezwykle symboliczne. Czym lepsza dzielnica tym więcej można tam spotkać różnej nędzy, która krąży po okolicznych śmietnikach, z nadzieją, że znajdzie coś naprawdę wartościowego. I zbierają te stare telewizory, żelazka, kuchenki mikrofalowe, których już nikomu nie chciało się myć i wiozą je wózkami do domów w poczuciu, że znów udało się przeżyć dzień na jakimś poziomie.
Wczoraj Platforma odnotowała pod tym względem sukces niezwykły – znaleźli samego Dorna. Wprawdzie niemal w ostatniej chwili, zanim on został nieodwołalnie wywieziony na miejskie wysypisko, jednak trzeba im przyznać, że to jest znalezisko nie byle jakie. Mnie jednak ciekawi bardziej ten drugi, bo wszystko wskazuje, że tam już doszło do takiego poziomu desperacji, że on się rozpełzli po innych, znacznie gorszych już, dzielnicach.
Pozostaje już tylko wypatrywać, co słychać u Kukiza i Stonogi.

Przypominam tradycyjnie, że moje książki są do kupienia w księgarni na stronie www.coryllus.pl.

środa, 2 września 2015

Deja Vu, czyli przyszli ludzie z siekierami

Bardziej pogłębione refleksje na ten temat przedstawiłem jeszcze wczoraj w swoim najnowszym felietonie dla „Warszawskiej Gazety”, który ukaże się dopiero w najbliższy piątek. Jednak ze względu na fakt, że minął wieczór i noc, a informacja o tym, że prezydent Andrzej Duda to cham, który nie dość, że jest chamem w ogóle, to jest jak najbardziej chamem w swoich relacjach z kobietami, żyje i ma się znakomicie, uznałem, że nie mogę czekać i przynajmniej w paru słowach przedstawię to, co się wczoraj właśnie wydarzyło.
Oto podczas porannych uroczystości na Westerplatte, w których brali udział zarówno prezydent Duda jak i premier Kopacz, doszło do tego typu sensacji, że oboje państwo ani się nie przywitali, ani nie pożegnali, z czego wniosek powstał oczywisty, że Duda to cham, bo to na nim, jako zarówno pierwszej osobie w państwie, a przy okazji mężczyźnie, spoczywał obowiązek obsługiwania kobiety-premiera, a on owego obowiązku nie dochował.
Proszę więc sobie wyobrazić, że – choć przyznaję, że nie wiem, jak się sprawy miały podczas powitania – parokrotnie obejrzałem sobie scenę zakończenia uroczystości i oto co zaobserwowałem. W równym rzędzie stoją prezydent Duda, minister sportu Korol – swoją drogą, ciekawe, czyim pomysłem było to, by to akurat jego tam umieścić – i premier Kopacz. Uroczystości dobiegają końca, premier Kopacz zerka na zegarek i w tym momencie do Dudy podchodzi prezydent Gdańska z żoną i zaczynają się długo i przeciągle z Prezydentem żegnać. Kiedy Duda jest wreszcie wolny, odwraca się w stronę Kopacz, która tymczasem, jak się okazuje, jest już otoczona wianuszkiem jakichś niezidentyfikowanych urzędników, którzy stoją do prezydenta tyłem i sobie miło z panią premier gawędzą. Przez krótką chwilę prezydent Duda stoi zastanawiając się, co dalej robić, ale ponieważ najprawdopodobniej nawet skutecznie zasłoniętej premier Kopacz nie widzi, zwraca się w stronę owych pleców kiwa głową w geście pożegnania i odchodzi.
Tak ta scena wygląda i każdy, kto ma dość cierpliwości, by do niej wrócić i się wszystkiemu dokładnie przyjrzeć będzie wiedział, że inaczej być nie chce. Wydaje się, że od samego początku, czyli od momentu, gdy jeszcze wszyscy stali w równym szyku, i nic nie zapowiadało nieszczęścia, wszystko było przez sztab Ewy Kopacz i Platformy Obywatelskiej bardzo starannie zaplanowane. Począwszy od wejścia Adamowicza z żoną, a kończąc na wyjściu prezydenta Dudy.
A ja już się tylko zastanawiam, czy jest prawdą, kiedy to tu to tam słychać głosy, że nad całością owego przedsięwzięcia czuwa Michał Kamński. Jeśli tak faktycznie jest, to oczywiście nie jest najgorzej, jednak nie zmienia to faktu, że i my będziemy prędzej czy później musieli za to, co się stało odpowiedzieć.

Przypominam, że moje książki można kupować w księgarni na stronie www.coryllus.pl.

wtorek, 1 września 2015

O możnych tego świata i dzieciach z zapałkami raz jeszcze

Ledwie zamknięto temat prezydenta Dudy publicznie szkalującego Polskę, pojawiła się kwestia jeszcze poważniejsza, a mianowicie zawłaszczanie idei „Solidarności” przez ludzi, którzy nie zasługują na to, by takim bohaterom, jak Bogdan Borusewicz, Henryka Krzywonos, by już nie wspomnieć o Lechu Wałęsie stopy całować. I tu też oczywiście pojawił się Andrzej Duda. Doświadczenie uczy, że tym samym doszliśmy do ściany, bo reżim wybaczy wszystko, ale nie lekceważącego stosunku do autorytetów.
O tym, jak bardzo sprawa jest poważna, świadczy dobitnie fakt, że w związku ze zbliżającymi się tak zwanymi Dniami Otwartymi w Kancelarii Premiera, postanowiono, że w tym roku będą one organizowane wokół tworzenia wielkiego portretu Władysława Bartoszewskiego z nadesłanych przez obywateli zdjęć legitymacyjnych pod hasłem „Stań się częścią Wielkiego Portretu”. Popatrzmy:




A zatem wiemy już wszystko. Polski szkalować nie wolno, a autorytetów tykać. W tej sytuacji nie pozostaje mi już nic innego, jak przypomnieć mój dawny tekst, jeszcze z listopada 2008 roku zatytułowany „O możnych tego świata i dzieciach z zapałkami”. I niech sobie nikt nie myśli, że cokolwiek zostanie zapomniane.




Jeszcze trochę o rocznicy, dobrze? Zwłaszcza, że rocznica będzie pewnie jedynie pretekstem. Wczoraj - oprócz wspomnianego już jednego fragmentu wystąpienia Premiera i jednego fragmentu wystąpienia jednego dziennikarza - zanotowałem dwie jeszcze wypowiedzi, które, moim zdaniem, zasługują wyłącznie na reakcję, którą Anglicy opisują słowami ‘kick in the eye', a Polacy jeszcze bardziej mięsistym ‘kopem w ryj'. Niestety mamy w tej kwestii bardzo ograniczone możliwości, ponadto wszyscy jesteśmy bardzo kulturalni, a gesty honorowe odeszły już dawno w mroki historii. W tej sytuacji, pozostaje albo cichutko sobie chlipać, albo swoimi żalami dzielić się z tymi, którzy nas zrozumieją.
W telewizji TVN24, redaktor Morozowski, podsumowując rok pracy rządu Donalda Tuska, stwierdził, ze jemu osobiście bardzo zaimponował sposób w jaki premier Tusk „rozprowadza" Prezydenta. Morozowskiemu chodzi o to, że Premierowi najpierw niezwykle skutecznie udało się zorganizować bojkot prezydenckiej gali w Teatrze Narodowym, a kiedy już wszyscy zobaczyli nędzę tej rocznicowej uroczystości, te puste miejsca na publiczności, ten wieśniacki program artystyczny, Tusk pojechał do Paryża i pięknie wszystko pozałatwiał.
To był pierwszy ze wspominanych ekscesów. Gdzieś w okolicach Morozowskiego, pojawiła się kobieta o nazwisku Szumowska - reżyser filmowy - by opowiadać o swojej artystycznej wizji. Ponieważ dzień był świąteczny, spytano tę panią Szumowska, jak on widzi politykę. Usłyszeliśmy, że polityka Szumowskiej nie interesuje zupełnie. Owszem, jakiś czas temu, przez jakieś dwa lata, ona była bardzo polityką poruszona i nawet ją to co się w Polsce dzieje, bardzo denerwowało, ale teraz to ona stoi kompletnie z boku. Redaktor przepytujący panią artystkę, zadawał prowokacyjne pytania, że niby ten rząd jest nudny i w sumie nic nie robi, ale pani Szumowska niezmiennie odpowiadała, że może - owszem - i tak jest, ale ona pozostaje niezainteresowana. Pełny spokój.
Zapamiętałem jakoś te dwie wypowiedzi, ponieważ, w zupełnie przedziwny sposób, udało mi się w nich dostrzec pełną symbiozę między tymi, którzy obecnie kreują intelektualne i patriotyczne ambicje społeczeństwa, a tym właśnie społeczeństwem. Morozowski wygłosił komunikat, który stanowił bezczelnie jednoznaczne poparcie dla działań, które w normalnych warunkach musiałby zostać uznane za zdradę stanu, a przedstawicielka opinii publicznej - prawdopodobnie w pełnej zgodzie z oczekiwaniami Morozowskiego i reprezentowanego przez niego obozu zdrady narodowej - oświadczyła, że ona się sprawami Kraju nie interesuje.
Dlaczego zdecydowałem się na używanie aż tak mocnych słów pod adresem ludzi, którzy nie robią nic innego, jak tylko przedstawiają swoje poglądy? Przede wszystkim ze względu na szczere przekonanie, że zło, jakie nas otacza zasługuje na najmocniejsze słowa pogardy, a jeśli te słowa tak rzadko padają, to tylko dlatego, że do tego zła zostaliśmy w bardzo perfidny sposób przyzwyczajeni. Polska przeżywa 90-tą rocznicę odzyskania, po setkach lat niewoli, niepodległości. Rocznicę tego cudu, który gdyby się nie zdarzył, bylibyśmy dziś, jak pisze Zdzisław Krasnodębski, być może „grupą etniczną podobną do Serbów łużyckich - ledwie tolerowaną mniejszością pokazywaną na festiwalach folklorystycznych". Lech Kaczyński, jako prezydent wszystkich Polaków, pragnąc uczcić tę rocznicę, organizuje uroczystą galę z udziałem reprezentantów całego współczesnego świata. Polityczni przeciwnicy Prezydenta, żeby go poniżyć i wykpić, podejmują wielotygodniowe starania, żeby sukces gali maksymalnie osłabić, a kiedy im się to przedsięwzięcie częściowo udaje, poważny przedstawiciel mediów bije w zachwycie brawo, bo z jego punktu widzenia było bardzo śmiesznie obserwować, jak Polska jest ośmieszana.
A przecież to już nie pierwszy raz. Pamiętamy wszyscy bardzo dobrze, jak prezydent Kaczyński planował urządzić piękne i podniosłe uroczystości mordu katyńskiego i niestety musiał całe przedsięwzięcie odwołać, bo bojkot zorganizowany przez jego politycznych przeciwników sięgnął tak głęboko, że istniała obawa kompromitacji. Pamiętamy, jak z udziału w uroczystościach wycofywali się po kolei czołowi przedstawiciele świata polityki, kultury i sztuki, bo wiedzieli, że jeśli nie wykażą solidarności ze swoimi mocodawcami, utracą zbyt wiele. A wszystko tylko po to, by nielubiany prezydent za dużo sobie nie myślał.
Właśnie na DVD ukazał się film Martina Scorsese o Rolling Stonesach. Jest tam taka scena, gdy na koncercie Stonesów pojawia się prezydent Clinton... z Kwaśniewskim. Clinton przedstawia Kwaśniewskiego Jaggerowi, ze oto prezydent Kwaśniewski z Polski. Ja Kwaśniewskiego nie znoszę. Moja nienawiść do Kwaśniewskiego jest, że tak powiem wypita z mlekiem matki. Nie chodzi o to, że on był moim zdaniem złym prezydentem, że dla mnie wygląda jak świnia, nie o to, że wygląda jak czerwona świnia, nawet nie o to chodzi, ze jest pijakiem. Ja go nienawidzę, bo jest dla mnie komuchem, oraz przedstawicielem zbrodniczego systemu, osobiście - jak podejrzewam - odpowiedzialnym za wiele bardzo złych rzeczy. Jednak ostatnią rzeczą, na jakiej by mi zależało to to, by podczas tej prezentacji Kwaśniewski na przykład się przewrócił i żeby to zostało zapisane na taśmie filmowej przed całym światem.
A my dziś mamy sytuację taka, że dla swoich najniższych i najbardziej parszywych instynktów, cała grupa niezwykle wpływowych osób ze świata polityki i mediów aż przebiera nogami, by wystawić nasz kraj na pośmiewisko świata. Mało tego. Oni zajmują się zaspokajaniem tych swoich emocji i są przy tym z siebie okropnie dumni. Część z nich wręcz przyznaje, ze tak, to prawda, niech ten kraj spłonie, bo tylko tego rodzaju katharsis może umożliwić prawdziwą odbudowę. A głupi ludzie patrzą na to wszystko i albo bija brawo, albo - w najlepszym wypadku - wzruszają ramionami i oświadczają, ze oni się już polityką nie interesują. Kiedyś, jak im kazano, to - owszem - mieli coś do powiedzenia, ale dziś? Jest fajnie.
A co z tymi, którzy dbają, którym zależy, którzy wiedzą, że to nasza Polska i że jesteśmy tym Narodem? Co z tymi, którzy wychodzą z domu, biorą ze sobą dzieci i udają się albo do kościoła, albo na miejscowe uroczystości? Im z kolei specjaliści od nazywania rzeczy po nowemu wyjaśnią, że oni tak tylko dlatego, ze była ładna pogoda. Że gdyby było zimno i padał deszcz, pies z kulawą nogą nie zainteresowałaby się co się tam za oknem dzieje. I ten ‘kartofel' musiałby sam się tam zabawiać ze swoją Polską i z tym swoim babsztylem. Bo ktoś, kto nawet nie zasługuje na to, by jechać z wizytą do Japonii, ale zwyczajnie do Azji - w ogóle nigdy nie zasługuje na nic dobrego.
Więc jeśli mnie ktoś spyta, czemu ja się tak denerwuję, albo czemu się nie zastanowię, jak ta moja miłość do Kaczorów zrujnowała moje umiejętności oceny, czemu nie popatrzę, jak to Kaczyński sam się wprowadza w ten stan, w którym już go tylko wszyscy nienawidzą, to ja mam jedną odpowiedź. Ja się nad moimi umiejętnościami obserwacji i wyciągania wniosków zastanowię, kiedy w tej debacie będę miał naprzeciwko siebie ludzi prawdziwie zatroskanych. Patriotów i Polaków. A nie z jednej strony bezpośrednich - nie tylko ideologicznych i intelektualnych - spadkobierców tych, o których można przeczytać w Piśmie Świętym, jak to nawet setki lat im nie wystarczyły, żeby się najzwyczajniej w świecie zasymilować. A z drugiej, kompletnie ogłupiałych widzów, którzy czując potęgę tych swoich potężnych opiekunów, zrezygnowali z tego, z czego tradycyjnie rezygnować nigdy nie było wolno.

Powyższy tekst stanowi część mojej książki pod tytułem „O siedmiokilogramowym liściu i inne historie”. Niestety jej nakład jest już w księgarni Coryllusa wyczerpany, natomiast mam jeszcze kilka egzemplarzy u siebie, więc jeśli ktoś jest zainteresowany, proszę o kontakt pod adresem toyah@toyah.pl.

poniedziałek, 31 sierpnia 2015

Być jak Krystyna Pawłowicz

Od kilku już dni, a dokładnie od dnia, kiedy posłanka Pawłowicz, w którejś ze swoich licznych wypowiedzi, zamiast formy „wziąć”, użyła błędnej formy „wziąść”, a następnie zaczęła się w swoim stylu bronić, prowadzę rozmowy z moim synem, który próbuje mnie przekonać, że Pawłowicz to idiotka. Jeśli mam być szczery, okazji do tego, by sobie na Krystynę Pawłowicz ponarzekać – ponarzekać, a nie popluć, bo my tu, jak wiemy, sami PiS-owcy – mieliśmy tu więcej i to już znacznie wcześniej. Z jakiegoś powodu jednak, ostatnie wystąpienie Pani Profesor przelało czarę goryczy, no i mamy to co mamy: Internet pokłada się ze śmiechu, media rżą, moje dziecko się piekli, a ja mu tłumaczę, że nie ma racji.
Powiem szczerze, że nie do końca wiem, z czego moja obrona prof. Pawłowicz wynika, bo ja sam, niemal od pierwszego dnia, kiedy o jej istnieniu się dowiedziałem, uważam, że wszystko co ona robi, mogłaby robić inaczej. Przede wszystkim, moim zdaniem, to że ona wciąż się udziela na Facebooku, czy Twitterze – obojętne – w jej sytuacji, a więc sytuacji osoby wybitnie, że tak powiem, spontanicznej, jest wyjątkowo bez sensu. Poza tym, co może jeszcze istotniejsze, ja faktycznie gotów się jestem zgodzić z moim dzieckiem, że ona zachowuje się, jakby się kompletnie nie kontrolowała. Pod pewnym względem, prof. Pawłowicz przypomina Stefana Niesiołowskiego, z tą różnicą, że szaleństwo Niesiołowskiego jest zdecydowanie częścią planu, podczas gdy szaleństwo prof. Pawłowicz – zakładając, że mamy faktycznie do czynienia z szaleństwem – jest całkowicie poza jakąkolwiek kontrolą. Szaleństwo Pawłowicz stanowi zjawisko tak szczególne, że, w moim odczuciu, nawet prezes Kaczyński staje wobec niego bezradny.
I tu dochodzimy do sedna rzeczy, a więc do mojej argumentacji, gdy idzie o spór między moim synem a mną. Otóż jest tak, że przez czas, który nam pozostał do wyborów, Platforma Obywatelska najprawdopodobniej skompromituje się do tego stopnia, że być może nie przekroczy pięcioprocentowego progu i do Sejmu zwyczajnie się nie dostanie. W wyniku tego Prawo i Sprawiedliwość obejmie w Polsce władzę na tyle absolutną, że to z czym mieliśmy dotychczas do czynienia, będzie wyglądało na żart. I ja dziś, oglądając dość regularnie telewizję i czytając prawicowe media, widzę niemal codziennie ludzi, którzy przez najbliższe lata będą stanowili podstawę tak zwanego reżimu. Widzę tych wszystkich Mastalerków, Czarneckich, Karnowskich, Warzechów, Gowina, nawróconych Ziobrę i Poncyliusza, starych działaczy PiS-u, którzy z różnych powodów dzielnie trwali przy Prezesie, czy deszcz, czy pogoda, tych wszystkich starych i nowych posłów i senatorów, którzy tak naprawdę wszystko mają głęboko w nosie, poza tym, by nie stracić nic z tego, co im się dotychczas udało zdobyć… i nagle sobie uświadamiam, że na tle tego całego cwaniactwa, Krystyna Pawłowicz robi wrażenie czegoś autentycznie czystego. Dlaczego? Bo ona niemal jako jedyna nie kłamie. Bredzi, pluje, wypisuje te swoje głupstwa w sieci – ale ani jej w głowie kłamać.
Ja oczywiście wiem, co mi w tym momencie powie większość osób czytających tę notkę, a mianowicie to, że ona jest głupia. No dobra, przyjmijmy, że Pawłowicz jest głupia – co do czego, swoją drogą, osobiście wcale nie jestem przekonany – jednak, przepraszam bardzo, kto w tej sytuacji nie jest głupi? Poseł Kalisz? Poseł Czarnecki? Gowin? Premier Marcinkiewicz? Giertych? Ekspert Markowski? Posłanka Mucha? Ksiądz Sowa? Szejnfeld? Zalewski? Radek Sikorski? A może głupi nie są redaktorzy Miecugow, Morozowski i Wróbel? A może mądra jest red. Arletta Zalewska z TVN-u, która swego czasu zrobiła tu na tym blogu karierę pytaniem skierowanym do Mariusza Kamińskiego: „Hałs jor politikal partaj kolt?” A może mądrzy są ci wszyscy redaktorzy, którzy notorycznie używają formy „żeśmy”, lub „dwoma”, kiedy mówią o dwóch „partaj”, a kiedy przyjdzie im stworzyć zdanie na żywo, okazuje się, że ono jest pozbawione orzeczenia? Kto nie jest głupi, kiedy głupia jest Krystyna Pawłowicz?
Ktoś mi teraz powie, że no dobra, oni wszyscy są głupi i beznadziejni, ale Pawłowicz się bardziej wystawia i dlatego o niej mówimy. Na to ja od razu odpowiadam, że przede wszystkim to nieprawda, że ona jest bardziej eksponowana. Pawłowicz mamy okazję podziwiać tylko przy okazji jej kolejnego ekscesu, tak jak to miało miejsce w przypadku owego nieszczęsnego „wziąść”, i nie ma mowy, by ją zaproszono do studia telewizyjnego i skonfrontowano z kimkolwiek. Gdy chodzi o innych, my ich oglądamy dzień w dzień, od rana do wieczora, czy jako komentujących polityków, czy komentujących politologów, czy komentujących dziennikarzy, czy komentujących aktorów i sportowców. I przepraszam bardzo, ale nie raz i dwa, kiedy miałem okazję oglądać jednego czy drugiego, byłem przekonany, że mam do czynienia nie tylko z bandą durniów, ale jeszcze aż nazbyt często z bandą zdemoralizowanych zboczeńców.
Przed nami więc staje prof. Krystyna Pawłowicz – kobieta zdecydowanie szczególna, a ja mam przekonanie graniczące z pewnością, że ona jest jedną z naprawdę już ostatnich osób na tej scenie, która pozostała zwykłym człowiekiem. Pamiętam, jak w dniu zaprzysiężenia prezydenta Dudy wszyscy starali się być na swoim miejscu, a ona została wypatrzona przez kamerę TVN24 w tłumie na rynku Starego Miasta, jak szła z jakąś koleżanką i coś tam sobie wesoło podjadały. Poproszono ją o komentarz, a ona od razu porównała atmosferę tego dnia do atmosfery dnia, kiedy w Warszawie był papież Jan Paweł II. No i oczywiście po raz kolejny została wyszydzona. A ja już wiem, że to jest pani, która, jeśli ją spytają, czy tak, czy nie, odpowie tak, lub nie. Jeśli ją poproszą o opinię, ona opinię przedstawi i nikogo nie odeśle do rzecznika prasowego partii. Nie będzie kręcić, nie będzie się nikomu podlizywać, nie będzie walczyć o to, by dobrze wypaść przed kamerą. Kiedy patrzę i słucham Krystyny Pawłowicz, to myślę sobie, że ona się zachowuje dokładnie tak, jak ja bym się zachowywał, gdyby mi przyszło być na jej miejscu – z całkowita pogardą dla zwyczajów panujących w tamtej przestrzeni. I nie bałbym się nikogo. Siedziałbym Sejmie, gdybym zgłodniał, wyciągnąłbym kanapkę z kurczakiem i ją zjadł popijając coca-colą, a gdyby ktoś mi powiedział, że nie wypada, to bym powiedział, żeby mi nie przeszkadzali, bo jem. A gdyby ktoś mi zwrócił uwagę, że się nie mówi „wziąść”, tylko „wziąć”, tym bardziej bym używał niepoprawnej formy, żeby jednego durnia z drugim wyprowadzić z równowagi. A gdyby któryś z dziennikarzy zapytał mnie, czemu się tak zachowuję, zapytałbym go, czemu on się na mnie głupio patrzy, i robiłbym to na tyle konsekwentnie, że w końcu zaczęliby się mnie bać. Tak jak się dziś boją Krystyny Pawłowicz.
Uważam, że to jest moment równie dobry jak każdy inny, by podziękować Jarosławowi Kaczyńskiemu, że potrafi docenić człowieka.

Moje książki dostępne są na stronie www.coryllus.pl. Bardzo gorąco zachęcam.

niedziela, 30 sierpnia 2015

Kto mu dał tę siekierę?

Poniżej mój najnowszy tekst z „Warszawskiej Gazety”. Gorąco zachęcam.

Kiedy z Kamiennej Góry dotarła do nas ta straszna wiadomość o śmierci dziesięcioletniej dziewczynki zaatakowanej siekierą przez Samuela N., myślę, że nie tylko ja zwróciłem uwagę na imię napastnika. Gdyby on miał na imię Sebastian, lub Damian, ewentualnie Patryk, czy choćby Denis, uznalibyśmy pewnie, że mamy do czynienia z jeszcze jedną ofiar z takim sukcesem ostatnio kwitnącego rynku dopalaczy, która się nażarła pasty do czyszczenia podłóg, czy szamponu dla psów i nagle zamiast dziesięcioletniego dziecka ujrzała Golema, no i stąd to okropne nieszczęście.
Tymczasem usłyszeliśmy to imię i już wiedzieliśmy, że najprawdopodobniej brat Samuela będzie miał na imię Jonatan, jego siostra Merab, ojciec Nabal, a matka Abigail. Lub jakoś podobnie. I że za tym całym nieszczęściem wcale nie muszą stać dopalacze – nie tym razem – ale tak zwani Świadkowie Jehowy. A zatem czyste i proste opętanie.
Od razu muszę się tu zastrzec, że ja wcale nie zamierzam sugerować, że jeśli ktoś jest Świadkiem Jehowy ma takie same szanse, by się któregoś dnia rzucić z siekierą na niewinne dziecko, jak pierwszy lepszy satanista, narkoman, czy wyborca Platformy Obywatelskiej. W żadnym wypadku. Chcę tylko powiedzieć, że moim zdaniem Szatan to ktoś, kto nie lubi tracić okazji i raczej sobie nie pozwala, by ją głupio tracić. Tym też sposobem, odpowiednio nastawiona grupa Świadków Jehowy ma naprawdę bardzo małe szanse obrony przed tego typu atakiem.
Oczywiście, niemal jako pierwsza na to nieszczęście i pojawiające się z każdym dniem coraz to nowsze informacje zareagowała „Gazeta Wyborcza” i zasugerowała, że tak naprawdę prawdziwym sprawcą owej okrutnej zbrodni są katoliccy sąsiedzi rodziny N., którzy przez swój typowy brak tolerancji i szacunku dla kulturowej i religijnej odmienności, najpierw skuli serca rodziców Samuela lodem, a następnie jego samego, przez szyderstwo i wzgardę, doprowadzili do takiej desperacji, gdzie on już nie widział innego sposobu obrony, jak przez ślepą agresję.
I ja oczywiście umiem sobie wyobrazić sytuację, gdzie Bogu ducha winne dziecko z prowincji imieniem Samuel, któremu wiara nie pozwala ani przyjmować życzeń z okazji urodzin, ani śpiewać z innymi dziećmi kolęd ani nawet wycinać razem z nimi ozdoby na choinkę, cierpi ową straszna samotność, która go ostatecznie pcha do zbrodni. Tyle że moje doświadczenia są takie, że jeśli dzieci czują się naprawdę samotne, to nie dlatego, że mają na imię Samuel i są Świadkami Jehowy. Mój syn Antek miał w przedszkolu kolegę Rubena i koleżankę Kesję i to były dzieci wyjątkowo lubiane. Podobnie jak lubiany był on, również wśród dzieci, dla których jego imię było podobnie egzotyczne, jak wspomniany Ruben.
Bo nie oszukujmy się. To nie ludzie wkładają innym ludziom do ręki tę siekierę, a już na pewno nie jedne dzieci innym dzieciom. To Ten Który Nie Przepuszcza Żadnej Okazji, pierwszy mieszkaniec Kręgu nr 9.

Więcej na temat działalności TegoKtóryNiePrzepuszczaŻadnejOkazji znaleźć możan w księgarni pod adresem www.coryllus.pl. Szczerze polecam.

sobota, 29 sierpnia 2015

Jak być grzecznym na ostatnim stopniu szafotu

Pewnie, gdybym nie miał ostatecznej pewności, że najbliższe wybory wygra Prawo i Sprawiedliwość, i to wygra w sposób bezwzględny, poniższy tekst by nie powstał. Sytuacja jest jednak taka, że każdy kolejny dzień prowadzi Platformę Obywatelską do praktycznej anihilacji, poza nimi, na scenie politycznej nie ma nikogo, a zatem nie ma też powodu, bym sobie dziś akurat nie zaszalał.
Stało się zatem tak, że – jak się należy domyślać, za podpuszczeniem Jarosława Kaczyńskiego – Komitet Polityczny Prawa i Sprawiedliwości podjął decyzję, by w najbliższej kadencji posłami Prawa i Sprawiedliwości nie zostali Jacek Kurski i Marcin Mastalerek. I wbrew temu, co niektórzy z nas mogą podejrzewać, ja z tym, co się stało nie mam najmniejszego problemu. Gdy chodzi o Kurskiego, to ja wciąż pamiętam jego wywiad dla Mazurka w czasie, kiedy wielu – w tym najwidoczniej on sam – uważało, że jest już po PiS-ie, gdzie ten nagle uznał za stosowne szydzić z Kaczyńskiego, że nie ma karty kredytowej, prawa jazdy i żony i jestem pewien, że Kaczyński ów wywiad też czytał. Ale jestem też pewien, że czytając ten wywiad, Kaczyński zwrócił uwagę na fragment, w którym Kurski stwierdził jednoznacznie, że za gwarancję posłuszeństwa Kaczyński „jedynkę” na listach wyborczych da każdemu. A zatem, tu zdziwienia nie ma.
Gdy chodzi o Mastalerka sprawa jest wbrew pozorom jeszcze prostsza. Z informacji, które do mnie dochodzą wynika, że ten z kolei – tu przyznaję, że go kompletnie nie rozumiem – prowadząc kampanię Andrzejowi Dudzie Jarosława Kaczyńskiego traktował jak szmatę. Nie odbierał od niego telefonów, traktował obcesowo, krótko mówiąc wpadł w nastrój, w którym się poczuł wręcz wiceprezydentem. A więc i tu, wszystko jest jasne, czyż nie?
To co mnie natomiast zastanowiło, to fakt, że już nazajutrz po ogłoszeniu przez Kaczyńskiego decyzji, zarówno jeden jak i drugi położyli pokornie uszy po sobie i ogłosili, że dla nich wszystko, co mówi Prezes, stanowi wykładnię ostateczną, nawet jeśli jego decyzje każą im przez kolejne cztery lata grzecznie siedzieć w poczekalni. A sam Mastalerek już na sam koniec dorzucił prawdziwy hit w postaci stwierdzenia, że PiS to taka partia, gdzie problemów nie omawia się na zewnątrz (sic!). I to jest oczywiście nowość. Pamiętamy przecież wszyscy, jak się dotychczas rozwiązywało tego typu konflikty wewnątrz PiS-u. Zainteresowane osoby – i tu Jacek Kurski stanowi przykład wręcz fantastyczny – ile razy dochodziło do kolejnego kryzysu w partii, natychmiast albo zakładały własne ugrupowanie, albo wstępowały do założonego chwilę wcześniej, no a przede wszystkim natychmiast pojawiały się we wszystkich dostępnych telewizjach, by pluć na PiS, a przede wszystkim jego prezesa. I oto nagle mamy do czynienia z autentyczną rewolucją. W łeb dostaje dwóch czołowych polityków Prawa i Sprawiedliwości… i nagle się okazuje, że im ani w głowie choćby zmarszczyć czoło. Obaj są i ideowi i lojalni i wierni do, jak to ładnie określił Marcin Mastalerek, ostatniego stopnia szafotu. Dlaczego? Przecież to jest jasne. Oni nie są głupi. A już na pewno nie na tyle, by nie zdawać sobie sprawy z tego, że jeszcze dwa miesiące i w Polsce nie będzie jakiejkolwiek politycznej władzy poza Prawem i Sprawiedliwością. I to prawdopodobnie na wiele lat.
I tu niestety kończą się żarty i pojawia się poważne towarzystwo, ci mianowicie, którzy mieli to szczęście, by, nawet jeśli się im coś głupiego przytrafiło, to nie na tyle dużego, by zdecydować już dziś o ich losie. Mam tu na myśli takie gwiazdy polskiej prawicy, jak Zbigniew Ziobro, Jarosław Gowin, Adam Bielan, Marek Jurek, czy Jerzy Polaczek, ale też i tych, jak choćby Ryszard Czarnecki, którym poza lojalnością i tak nigdy nic nie pozostawało. Im akurat żadna krzywda się nie stała.
I dziś jest tak, że, choć oczywiście ich zachowanie cieszy mnie niemal tak samo mocno, jak perspektywa wielkiego zwycięstwa, prawdę powiedziawszy, los Mastalerka i Kurskiego mam w nosie. Powiedzmy, że obaj dostali za swoje, a przy okazji Prezes pokazał, po co on tam jest, jako „ten trzeci”. Ja dziś jednak tak naprawdę widzę tylko tych co z tego starcia wyszli z tarczą i dziś zadają szyku jako zwycięzcy. To oni niosą nam wyzwolenie. A ja już tylko mam nadzieję, że nigdy nie nadejdzie czas, kiedy będziemy się modlić, by oni nam zeszli z oczu. W jednej chwili.

Jak zawsze serdecznie polecam moje książki, które są niezmiennie do nabycia w księgarni na stronie www.coryllus.pl.



piątek, 28 sierpnia 2015

Czy Tomasz Lis wie, o czym prezydent Duda będzie rozmawiał w Berlinie?

Pod sam już koniec skutecznie przemilczanego przez media wywiadu prezydenta Dudy padły słowa, moim zdaniem, ostatecznie rozstrzygające kwestię rzekomego wydawania przez wówczas jeszcze posła Andrzeja Dudę publicznych pieniędzy na prywatne podróże do Poznania i z powrotem. Oto dokładnie to, co Prezydent powiedział:
Ja się zajmowałem w Poznaniu działalnością poselską. Nie prowadziłem tam zajęć dydaktycznych. Nie miałem tam zajęć ze studentami”.
No i w tym momencie popatrzmy raz jeszcze na to, co napisał „Newsweek”:
Andrzej Duda przez kilka lat łączył mandat poselski ze stanowiskiem wykładowcy na poznańskiej Wyższej Szkole Pedagogiki i Administracji. Praca na uczelni wymagała wizyt w Wielkopolsce. Przyszły prezydent latał tam i nocował, a za jego przeloty oraz hotele płacił Sejm. Na ten cel w latach 2012-2014 wydał w sumie 11 tys. złotych. Duda jako wykładowca zarobił w Nowym Tomyślu w sumie ponad 280 tys. zł.”.
A teraz rzućmy przez chwilę okiem na mapę. Oto okazuje się, że z Poznania do owego Nowego Tomyśla jest mniej więcej tak samo daleko jak z Poznania do Leszna, czy do Gniezna, z Nowego Tomyśla do Zielonej Góry, Z Lublina do Radomia, z Radomia do Kielc, a z Katowic do Krakowa, Częstochowy, czy Cieszyna.
„Newsweek” tymczasem wyciąga Dudzie przeloty do Poznania i hotele w Poznaniu – dyskretnie nie wspominając o przelotach do Łodzi, Gdańska, Rzeszowa, Lublina, czy Wrocławia – za które musiał płacić polski podatnik, tyle że, kiedy już przechodzi do rzeczy, sprytnie nie pisze o Poznaniu, lecz o Wielkopolsce. No bo wiadomo – on te dwieście kawałków, z których wysępił jedenaście, zarobił właśnie w Wielkopolsce.
W którymś z niedawnych komentarzy zasugerowałem, że poseł Andrzej Duda miał szczęście, że nie był związany z Uniwersytetem Śląskim w Cieszynie, bo mogłoby się zdarzyć, że dziś Tomasz Lis machałby mu rachunkami za hotel w Katowicach. W końcu, z Katowic do Cieszyna jest jeszcze bliżej niż z Poznania do Nowego Tomyśla.
A zatem, skoro, jak widzimy, znaleźliśmy się na poziomie kiepskich żartów, czas przejść do spraw poważniejszych. Oto wśród głosów komentujących wypowiedź prezydenta Dudy dla TVP, pojawiają się i takie, które sugerują, że skoro on się czuje tak mocno, powinien pozwać Springera do sądu, a wtedy nie dość że poleci Lis, a z nim cała reszta owych reżimowych hejterów, to jeszcze cała Polska się przekona, że tak zwany „przemysł pogardy” rzeczywiście istniał. Nie przekonała się przy okazji z aferą Kingi Dudy i aktora Karolaka, przekonają się teraz. Ja oczywiście prezydentowi Dudzie nie muszę niczego doradzać, choćby dlatego, iż jestem przekonany, że on i jego ludzie mają swój rozum i że ani im w głowie schodzić tak nisko. Zwłaszcza, że, jak wszyscy chyba wiemy, kiedy się jest czy to szefem rządu, czy państwa, czy w ogóle osobą wpływową, tego typu sprawy załatwia się w zupełnie inny sposób.
Mam nadzieję że wszyscy jeszcze pamiętamy redaktora naczelnego dziennika „Fakt” Grzegorza Jankowskiego. Niewielu z nas jednak wie, że ów Jankowski, będąc wielkim polskim patriotą i gorliwym przyjacielem Prawa i Sprawiedliwości, był jednocześnie bliskim przyjacielem niemieckiego prezesa Axela Sprngera i jego zaufanym człowiekiem w Polsce. W to trudno uwierzyć, ale owa przyjaźń była tak wielka, że ten był nawet świadkiem na Jankowskiego ślubie. Mało też kto wie, że bardzo bliskim przyjacielem Jankowskiego był wielki polski patriota i gorliwy przyjaciel Prawa i Sprawiedliwości Łukasz Warzecha i to wyłącznie dzięki tej przyjaźni Warzecha przez tyle lat zachowywał u Springera swoją pozycję. Oni wszyscy tworzyli towarzystwo na takim poziomie umiłowania Ojczyzny, że w panującej w branży powszechnej opinii, Prawo i Sprawiedliwość swoje zwycięstwo w roku 2005 w znacznym stopniu zawdzięczało Jankowskiemu.
Dziś w „Fakcie” nie pracują już ani Jankowski ani Warzecha. I czy ktoś może sądzi, że to przez to, że w pewnym momencie niemieccy właściciele tytułu zorientowali się, że tam się utworzyła jakaś grupa dywersyjna? A może Warzecha któregoś dnia sobie niebezpiecznie zażartował z Donalda Tuska i ten skutecznie podał Springera do sądu? Czy ktoś sądzi może, że przez te kilka dobrych lat, czy to prezydent Komorowski, czy premier Donald Tusk próbowali zejść do tego poziomu, by dyskutować z Jankowskim lub z Warzechą? Jeśli tak jest, to proszę się opamiętać. Tak to się u nas – a pewnie i nie tylko u nas – ewentualnie załatwia sprawy na poziomie sporu bloger vs. bloger, czy bloger vs. dziennikarz. W przypadku „Faktu”, kiedy sprawy zaczęły przybierać z punktu widzenia władzy wymiar niebezpieczny, podczas jednego ze swoich spotkań z kanclerz Merkel Donald Tusk rzucił parę słów i to wystarczyło, by najpierw poleciał Warzecha, a potem on. Skąd to wiem? Wiem i już. Niech się red. Skwiecińskiemu nie wydaje, że tylko oni są tacy sprawni.
A zatem Lisa niech sobie pozywa Reduta Dobrego Imienia, albo jakiś pobożny obywatel. Jestem pewien że każdy coś tam dla siebie znajdzie. Jeśli natomiast chodzi o kogoś takiego jak prezydent Andrzej Duda, on ma swoje własne sposoby. O czym z całą pewnością niedługo się przekonamy. Podobnie jak Tomasz Lis z córką, żoną, kochanką, psem i grupą sympatyków.

Jeśli ktoś jest zainteresowany, zapraszam do księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie można kupić moje książki. Szczerze polecam.

czwartek, 27 sierpnia 2015

Kto kontroluje Twittera, kontroluje IV RP

Być może część z nas tamto wydarzenie jeszcze pamięta, jednak uczony doświadczeniem, które mi mówi, że zasadniczo nikt nie pamięta nic, chętnie przypomnę. Otóż kiedy w październiku roku 2008 w wypadku samochodowym zginął znany austriacki polityk prawicowy Jörg Haider, w reakcji na tę śmierć dziennikarz Piotr Najsztub wyraził publiczny żal z tego powodu, że do tego typu szczęśliwych zdarzeń nie dochodzi u nas w Polsce. Ja na Najsztuba oko miałem oczywiście już wcześniej, jednak ta akurat wypowiedź zrobiła na mnie wrażenie do tego stopnia szczególne, że od tego czasu, ile razy przychodziło nam się frasować zalewem owego zbydlęcenia, to on mi służył jako punkt odniesienia. Nie Żakowski, nie Kuczyński, nawet nie Palikot, ale właśnie on – Piotr Najsztub z tą swoją szczególną refleksją.
I oto, proszę sobie wyobrazić, wiele wskazuje na to, że ową pozycję Najsztub właśnie utracił, a nasz sukces polega na tym, że to my, polska patriotyczna prawica, pozbawiliśmy go owego tytułu. Jak wiemy, wczoraj rano w Bedford w stanie Virginia podczas kręcenia reportażu dla lokalnej telewizji zostali zastrzeleni 24-letnia dziennikarka Alison Parker i towarzyszący jej kamerzysta 27-letni Adam Ward. Parker z Wardem kręcili reportaż, kiedy podszedł do nich człowiek z pistoletem i oboje zastrzelił, ciężko przy okazji raniąc kobietę, z którą Parker akurat rozmawiała. Oczywiście, informacja o owej tragedii w jednej chwili dotarła do spędzającego swój kolejny dzień na Twitterze towarzystwa i na profilu niejakiego Marcina Makowskiego, doszło do następującej wymiany. Makowski – z tego co czytam, szanowany dziennikarz prawicowy – reagując na tę straszną wiadomość, „zaćwierkał”: „W Virginii szaleniec z bronią otworzył ogień do ekipy dziennikarzy podczas wejścia na żywo. Przerażające”, i poniżej zamieścił odpowiedni link, żeby każdy mógł sobie obejrzeć, jak to dokładne wyglądało. I tu w jednej niemal chwili pojawiła się inna prawicowa dziennikarka, nazwiskiem Irena Szafrańska i zareagowała następującą refleksją: „A jeśli to był ichniny ‘Lis warzywo’? Trudno się chłopu dziwić”.
Wszystko rozumiemy, prawda? „Lis warzywo”, to bardzo typowy dla tych państwa żart na temat programu telewizyjnego „Lis na żywo”, natomiast reszta jest już jak najbardziej poważna. Chodzi o to, że jeśli ta biedna, śliczna dziewczyna żyła emocjami dla Szafrańskiej obcymi, to w sumie nie stało się nic szczególnie oburzającego. Konsekwentnie, jak rozumiem, jeśli to był „ichniny” Cezary „Trotyl” Gmyz, to chłopu dziwić się należy i powinien dostać czapę. Konsekwentnie też, powinniśmy więc przyjąć taka perspektywę, że do zdrajców należy strzelać. Bez sądu. Na gwizdek Ireny Szafrańskiej. Takie mamy czasy i nie ma co kwękać.
A więc mamy tę Szafrańską i choć nie wydaje się, by jej pozycja w branży stanowiła dla nas szczególne zagrożenie, wystarczy przyjrzeć się jej aktywności na wspomnianym Twitterze, by zrozumieć, że ona jest zdecydowanie częścią znanych nam skądinąd archipelagów czegoś tam, i to częścią na tyle istotną, byśmy z jej powodu mieli dziś kłopot. Nie oni. My.
A żebyśmy dostali pełny obraz tego, z czym mamy do czynienia, to ja może przypomnę pewno zdarzenie sprzed dwóch lat. Oto na tym samym co dziś Twitterze spotkali się dwaj wybitni prawicowi dziennikarze Łukasz Warzecha i Krzysztof Feusette, by porozmawiać na temat blogera Toyaha i jego publicystyki. Po chwili do rozmowy włączyła się Irena Szafrańska i zaapelowała do osób kontrolujących rynek myśli prawicowej, by podjęli bardziej skuteczne kroki na rzecz usunięcia z owego rynku wspomnianego Toyaha. Dlaczego? Bo ten „kompromituje polską prawicę”. Dokładnie wyglądało to tak:
http://osiejuk.salon24.pl/501887,boeingiem-pod-zebro-czyli-niepokorni-napadaja
Dziś zrobiliśmy wszyscy naprawdę wielki krok do przodu. Proszę bardzo:



A ja dla towarzyszki Szafrańskiej mam najświeższą informację: ten „chłop”, z tego co pokazują, to taki bardziej ciemny po twarzy, no i podobno był zły na tę Alison, że ona brzydko mówiła o Murzynach. Obawiam się, że on jednak z Platformy. W razie wątpliwości, proponuję konsultacje z Najsztubem.

Przypominam, że wszystkie moje książki są dostępne od rana do nocy w księgarni pod adresem www.coryllus.pl. Polecam szczerze.


środa, 26 sierpnia 2015

Czy Tomasz Lis wszedł na równię pochyłą?

Dziś tylko z doskoku.
Przed chwilą w wywiadzie dla TVP prezydent oświadczył, że „nigdy nie prowadził żadnych zajęć ze studentami w Poznaniu”.
Czy można zatem przyjąć, że ktoś ma dziś problem?

wtorek, 25 sierpnia 2015

O strażnikach teraźniejszości i czarusiach z trotylem

Stali czytelnicy tego bloga wiedzą, że gdy chodzi o Facebooka i Twittera, na mnie liczyć nie można. Oczywiście nie będę się wdzięczył zapewniając, że ja w ogóle nie mam pojęcia, o co chodzi, niemniej fakt jest faktem, że o tym, co się dzieje na jednym, czy drugim, dowiaduję się niemal wyłącznie od moich dzieci. Tak też, nie skądinąd, jak od mojego syna, słyszę o aktywności, jaką na Twitterze prowadzi wybitny prawicowy dziennikarz Cezary „Trotyl” Gmyz, a skoro on, to i inni. Z tego co słyszę, oni wszyscy tam siedzą od rana do wieczora i w praktyce ograniczają się do wzajemnych szyderstw i obrażania się. Z tego, co mi niemal codziennie opowiada mój syn, wynika, że tam jest nieustanny ruch, który do niczego nie prowadzi, z którego dokładnie nic nie wynika i którego jedyny sens sprowadza się do tego, by pod pozorem organizowania prawicowej burzy mózgów, tworzyć zgiełk nie do wytrzymania i nic więcej.
Ktoś mi powie, że to nic takiego, bo tak właśnie wygląda Internet, a to w Internecie właśnie wykuwa się dzisiejsza polityczna rzeczywistość. To w końcu dzięki Internetowi Andrzej Duda został prezydentem i to dzięki Internetowi cała Polska już wie, że osiem lat rządów Platformy Obywatelskiej były naszym wspólnym nieszczęściem i wstydem. To wreszcie tam są dziś „drukowane” wyniki październikowych wyborów, a wraz z nimi nadzieja na lepszą przyszłość.
W tej sytuacji zajrzyjmy do mediów głównego nurtu, czyli po naszej stronie do tygodnika „W Sieci”. Również od mojego syna dowiedziałem się przed momentem, że ktoś starannie wyliczył, że z piętnastu ostatnich okładek tygodnika, jedenaście z nich przedstawia Andrzeja Dudę, a pozostałe karykaturalne fotomontaże wybranych polityków Platformy. I to, jak rozumiem, jest wspomniana burza mózgów, tyle że na poziomie dla bardziej intelektualnie zaawansowanej części elektoratu.
I znów ktoś mi powie, że nic nie szkodzi, bo przede wszystkim wiele wskazuje na to, że to jest kierunek, który niesie zwycięstwo, no a poza tym oni też mają i Lisa i Wołka i Żakowskiego, a jak tych zabraknie – zawsze się znajdzie jakiś Kuczyński, przy którym nawet nasz „Trotyl” traci swój naturalny urok. I to jest oczywiście argument dość mocny, tyle że obciążony jednym bardzo poważnym, a dla nas niestety, decydującym błędem. Otóż na tym poziomie walka faktycznie jest już dawno rozstrzygnięta i efektem owego rozstrzygnięcia jest to, że Prawo i Sprawiedliwość przejmuje władzę. Rzecz jednak w tym, co będzie po, a tu straszna – prawdziwie wstrząsająca – wiadomość jest taka, że my tu nie mamy dosłownie nic. Cała propaganda – czy, jak pewnie my byśmy woleli to określać – społeczna edukacja znajduje się w rękach trzech ośrodków: Agory, Onetu i Grupy ITI. Ja zdaję sobie sprawę z tego, że my przez te wszystkie lata próbowaliśmy tworzyć jakieś think tanki, jakieś ośrodki myśli republikańskiej, jakieś archipelagi wolności, efekt tego niestety jest taki, że na końcu zostają Agora, Onet i ITI.
W swoim wczorajszym tekście Coryllus przypomniał dwie anegdoty. Pierwsza z nich opowiada o polskim dziedzicu, panu Stempowskim, który do prowadzenia swoich interesów z zasady zatrudnia Żydów. Zwyczaj przy tym ma taki, że kiedy któregoś dnia któremuś z nich zdarzyło się popełnić jakieś ciężkie błędy w zapisach księgowych, pan Stempowski wzywa go do siebie i rozmowę rozpoczyna od słów „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus”, stawiając biednego Żyda w sytuacji bez wyjścia.
Druga z kolei mówi o pewnym żydowskim kupcu, który (i tu już zmuszony jestem uciec do cytatu) „każdą transakcję z gojami wyznania katolickiego zaczynał od słów – niech będzie pochwalony Jezus Chrystus, a jeśli nie był pewien żarliwości ich wiary, chwalił piękno polskiej flagi i ronił łzy nad losem udręczonej Ojczyzny. Potem, zmiękczywszy w ten prosty sposób serca klientów, przechodził do rzeczy”.
Coryllus ma tu swoje refleksje, natomiast ja swoje – może i nie tak głębokie i uniwersalne, ale moim zdaniem warte uwagi. Otóż proszę sobie wyobrazić, że przy okazji uroczystego ogłoszenia nowej ramówki na kolejny sezon, telewizja ITI opublikowała niezwykły wręcz spot – spot o kręceniu spotu na temat nowej oferty telewizji. Ja wiem, że wielu z nas nie ma ochoty otwierać zamieszczanych tu linków, tym razem jednak bez tego nie damy rady. To trzeba zobaczyć. Żeby zrozumieć, jak się tworzy przyszłość, to trzeba zobaczyć. No i proponuję zwrócić uwagę na pewien ciekawy szczegół. Czy ktoś tu może widzi choćby ślad polityki?

http://www.tvn24.pl/wideo/z-anteny/za-darmowe-wyzywienie-zrobimy-wszystko-tak-powstawal-spot-tvn,1451554.html?playlist_id=12799

Przepraszam wszystkich bardzo, ale ponieważ przez najbliższe dni będę się musiał skupić na nowej książce, którą musimy przygotować do druku, jest bardzo możliwe, że nie dam rady pisać codziennie. Zachęcam do odwiedzania strony www.toyah.pl i do kupowania dotychczas wydanych książek. Stamtąd droga jest prościusieńka.