wtorek, 29 września 2020

Integrator: Tłuste, nasze, sędziowskie misie

Gadał wczoraj do nas z ekranu a po Wiadomościach Zbigniew Ziobro, i choć słaby oratorsko to był występ, to uwiarygodnił nim już to zawarty sojusz. No w sumie to po to głównie wystąpił.

Mnie zaś przywlekło tu dziś pytanie, które mu w trakcie zadano - jak to jest, że w tych sądach nadal tak się wszystko wlecze? Z punktu widzenia kierownika żadna to dla mnie tajemnica, że nic się nie zmieni póki nie przyjdą nowe zwyczaje, a zwyczaje to ludzie - lecz łatwo powiedzieć co innego zrobić. Owszem, są i złe procedury a i prawnicy, którzy potrafią tak na nich żerować, że prosta sprawa ciągniona latami nabija im kabzę jak temu Żydowi z kawału, co to na jednej sprawie, nieopacznie zamkniętej przez syna, wykształcił gromadę dzieci. Niemniej bez wymiany kadry, bez tego pierwszego kroku - mówiąc brzydko - dupa zbita. Niecały przecież miesiąc temu rwała włosy z głowy znajoma, że od roku chce scalić po rodzinie grunta a nie może, bo gdy odwlekając kolejne terminy w końcu wydano werdykt, nie zgadzał się żaden numer działki. Gdy poszła do sądu z "reklamacją" (bo tak jej się zwyczajnie wydawało, że system na głowie stanie by zmyć z siebie tę hańbę) - znów zaczęły mijać tygodnie. A gdy poszła do kancelarii, tym razem by tam robić aferę, a po otrzymaniu informacji, że termin wydania sprostowania zależy od sędziego, żądała z nim widzenia - zderzyła się ze ścianą. Uwaga!... "Nie ma zgody proszę pani, bo to byłoby uderzenie w jego niezawisłość.". O rzesz wy!

Tak to się Moi Państwo prezentuje w praniu. I choć wiem, że niejeden Czytelnik poda mi tu zaraz przykład lepszy, to potwierdzi tak tylko tezę, że bez wyrzucenia stonki żerującej na tkance naszej państwowości nic absolutnie się nie zmieni. Przypomniała mi się jeszcze opowieść innej znajomej, tym razem sprzed paru lat więc przytoczę ją tu tak na popicie, która kuła zaciekle do egzaminu gdy syn sędziny miał taki tylko kłopot czy iść na sędziego czy radcę prawnego. Znajomej się udało, została aplikantem sędziowskim, a rok później poszła na radcę dostawszy jasny komunikat, że może być owszem aplikantem, owszem długimi latami. Dość przykładów, wróćmy do meritum.

Napadł mnie więc w tym trudnym temacie wujek, jakoby Ziobro nic nie robi, że on będąc na jego miejscu całą tę bandę sędziowską upchałby w jednej celi, a tych co by się nie zmieścili, wyrzuciłby na zbity pysk. Wujek mój to jest człowiek prostolinijny, jak i ja Podlasiak, o dobry sercu acz w gorącej jak widać wodzie kąpany. Ja gdzieś tam głęboko w sercu także chowam gniew i podobną jak on potrzebę, ale i przekonanie, że gdyby Ziobro wykonał ten szybki plan, mokra plama by z tego rządu nie została. On wciąż trwa i ma się całkiem dobrze, tylko dlatego, że działa w obrębie napisanego prawa przez co żadna komisja, komisarz czy inna cholera, choć wciąż podskakują jak pchła, nie maja się czego chwycić. Ale gdy mnie mimo tych wyjaśnień coraz mocniej wuj przyciskał do ściany - zajrzałem do Konstytucji, ciekaw, co też tam on skrywa za pazuchą. Oj, cierpkie tam znalazłem słowa, przez które wuj mój cichł w swym zapale z każdym zdaniem, by w końcu wpaść w zadumę, którą przyjąć musiałem jako jego ostateczną w tym temacie kapitulację.

Jest bowiem, po pierwsze, w Konstytucji taki zapis, że sędziów powołuje prezydent, z grona kandydatów przedstawionych przez Krajową Radę Sądowniczą. Co należy sobie tłumaczyć tak, że przez wszystkie minione lata, nadludzie z KRS, kładli kolejnym prezydentom listę tzw. "swoich" a ci to klepali, obsadzając sukcesywnie i na lata cały system wybrańcami, zarazem potomkami. To myślę rozwiewa, raz na zawsze, wszelkie wątpliwości o zasadność prowadzenie tak zaciętego boju o tę Radę, wszak to była walka; dla jednych o sens wprowadzania reform, dla drugich o byt całych pokoleń, bitwa o rurę zasilającą Czajkę.... wróć! ... o rurę zasilającą opanowany przez nich system. Mógłby oczywiście taki prezydent (reprezentant wybieralny) wstrzymywać się z nominacjami dla przedkładanych mu kandydatów (reprezentantów samowybieralnych), ale czy miałoby to jaki wpływ na poprawę pracy tego środowiska? Wręcz myślę przeciwnie. To tyle jak idzie o nominacje.

Bo błysnęła nagle w oczach wuja nadzieja, że może jest w takim razie w Konstytucji jaki równie mocny zapis, na mocy którego można by ich zaraz odprawić - wszak jest na tą okoliczność parę linijek choćby w Kodeks Pracy, co to nas przecież wszystkich obowiązuje. A gdzie tam! I w tym zakresie tłuste misie o wszystko zadbały. Jest tam zatem zapis, krótki a jednoznaczny by nikt wątpliwości nie miał i za dużo w nim nie grzebał: "Sędziowie są nieusuwalni"(art. 180 ust. 1). Koniec kropka, wypad z baru. Próbował bronić przez chwilę wujek pola i w tym względzie, wszak trąbiły swego czasu media o sędziach co to im się banknot czy pendrive przykleił do ręki ale i tu się srogo rozczarował: "Sędzia nie może być, bez uprzedniej zgody sądu określonego w ustawie, pociągnięty do odpowiedzialności karnej ani pozbawiony wolności. Sędzia nie może być zatrzymany lub aresztowany, z wyjątkiem ujęcia go na gorącym uczynku przestępstwa, jeżeli jego zatrzymanie jest niezbędne do zapewnienia prawidłowego toku postępowania." (art. 181). Istna afera! Bo już nawet nie o to łapanie za rozgrzaną łapkę chodzi, wszak takich fajtłap akurat jest mało, ale o to jedno słówko - przestępstwo - bo to by znaczyło, że w takim układzie Kodeks wykroczeń ich jakby nie dotyczy. A mamy tam kary za bezczeszczenie godła, za noszenie noży i broni z zamiarem użycia, za prowadzenie zbiórek ale i działalności gospodarczej bez rejestracji i koncesji,  za dużo by wyliczać. Niemniej dreszczem myśl złowroga przeszywa, iżby kto sędziego z nożem nad martwym ciałem złapał, to i tu mu bractwo przyjedzie z odsieczą, a jeszcze w pysk Konstytucją przyłoży: "O zatrzymaniu niezwłocznie powiadamia się prezesa właściwego miejscowo sądu, który może nakazać natychmiastowe zwolnienie zatrzymanego." (art. 181 c.d.). Takie to misiaczki.

Wujek długo jeszcze potem wpatrywał się w okno, tak mu tak gadka pogląd na sprawy odwróciła, lecz ja z niej wyszedłem pełen nadziei. Jest bowiem z Konstytucji i taki zapis, takie światełko w tunelu, co szepcze miłą pieśń do ucha, że w razie zmiany granic okręgów sądowych wolno sędziego przenieść w stan spoczynku. 

I ja bym do tego dzieła Pana Ziobrę gorąco zachęcał, żeby on te okręgi jak najszybciej pozmieniał. Wiem, że serce boli gdy się ten zapis do końca przeczyta, bo daje on wszystkim zwolnionym gwarancję "pełnego uposażenia.", ale... niech tam! Niech mają gdy im wciąż mało, tylko niech już w końcu stąd wypierda..... pardon! ...znikną nam z oczu. Bo stanowczo za dużo już tego. 

Idź precz zmoro nieczysta! A kysz!

Autor: Integrator

Dym

 

Muszę uczciwie przyznać, że tak jak chyba nigdy wcześniej ostatnio obserwowany atak czystego bezbożnictwa tak mnie osłabił, że zwyczajnie poczułem niemoc. Najpierw jakaś studentka medycyny oświadczyła publicznie, że gdy do niej do szpitala zgłosi się jakiś homofob, to ona znajdzie sposób, by on tam sobie odpowiednio pocierpiał. Po niej pojawiła się psycholożka i ta z kolei wyraziła oburzenie, że dziecko sąsiadów podczas wychodzenia na spacer „drze pizdę” i ona życzy sobie, by coś z tym zrobić. Po niej przyszła tak zwana behawiorystka i o pewnej 13-letniej dziewczynce spotkanej w Sieci napisała, że „dla takich gówniar jest specjalne miejsce w piekle – trafiają tam ludzie kleszcze. Roznoszą syf, zatruwają życie i są obrzydliwi”. A na koniec, by wszystko to skutecznie podsumować, pojawił się pewien lekarz i zakomunikował, że coś takiego jak nienarodzone dziecko nie istnieje, podobnie jak nie istnieje nienarodzony pies. Dziecko oraz pies są dopiero wtedy gdy się urodzą.

To zaledwie kilka przykładów tego co na fali tak zwanego „humanizmu”  aktualnie się wyprawia w tak zwanej publicznej przestrzeni, a ja, jak już wspomniałem, czuję że tracę siły. W tej sytaucji, zanim ochłonę, chciałbym wspomnieć swój stary tekst, jeszcze z roku 2009, w którym opowiedziałem pewną filmową historię, dla mnie nadzwyczaj ważną. Warto.

 

 

      Nie wiem, jak na to rozwiązanie zapatrują się współtwórcy tego bloga, ale wyszło na to, że ani tekst pełen miłości o Marii z Egiptu nie był tekstem na Święta, ale też ani, jak się okazuje – wbrew moim najszczerszym zapowiedziom – tekst kolejny, ów pełen wściekłości wybuch o tatuażach. Może gdyby Smiłowicz siedział cicho. Może wtedy. Ale w sytuacji, gdy on sam tę sprawę ostatecznie zamknął, czuję że trzeba coś z tym zrobić. Jutro Wigilia, pojutrze ten wielki, radosny Dzień Narodzenia. Trzeba coś zrobić. Kilku z przyjaciół tego miejsca, skomentowało ostatni wpis pięknymi wierszami. Pojawił się nawet wielki Ezra. Trzeba coś zrobić. Dać znak.

      I oto pojawia się okazja. Pewien uczony mąż z Krakowa nazwiskiem Hartman oburza się, że w języku polskim słowo ‘bezbożnik’ ma pejoratywne konotacje. To dobrze. Niech się oburza. Niech się dławi ze złości. Niech cierpi. Niech mu ta tradycja, ta kultura, świat, który zastał, nie dają spać. Może w końcu zrozumie, że ów świat to jest świat stworzony przez Boga, na Jego chwałę, a na nasze zbawienie. Niech go ta świadomość tak pali, że w końcu zrozumie. Życzę mu, żeby zrozumiał. Oto nadchodzi dzień Bożego Narodzenia. I nie ma takiej siły, która będzie w stanie to zmienić.

      Skoro pojawił się nawet Ezra Pound, to i ja chciałem opowiedzieć coś pięknego na Boże Narodzenie. Jednak nie będzie to ani wiersz, ani nawet moje osobiste wspomnienie. Będzie to bożonarodzeniowa historia z filmu „Dym”, który uwielbiam. Z filmu „Dym”, który – kto wie, czy nawet nie wbrew intencjom twórców – uważam za głęboko religijny. A więc jakże ściśle przylegający do podstawowego wymiaru, w jakim ten świat trwa. Dla mnie „Dym”, to był film o realności boskiego tchnienia i dlatego dziś, mały fragment własnie stamtąd. Harvey Keitel prowadzi sklep z tytoniem. Oprócz tego robi zdjęcia. Przez całe lata, codziennie, robi jedno zdjęcie, jednego miejsca, tylko dlatego, że wierzy, że ten jeden moment ma swój ciężar. Papierosy u niego kupuje autor książek, William Hurt, który pewnego dnia przychodzi i, ponieważ ma zamówienie na tekst, z „New Yorkera” chyba, i musi coś napisać. prosi go, by mu opowiedział jakąś historię bożonarodzeniową. I Keitel mu opowiada swoją historię, historię tego jak zdobył swój pierwszy aparat fotograficzny. Moje tłumaczenie.

Było lato siedemdziesiątego szóstego, kiedy ledwo zaczynałem pracować u Vinniego. Najgorsze lato w historii. Pewnego ranka wszedł do sklepu chłopak i zaczął ściągać rzeczy z półek. Stoi koleś pod ścianą z gazetami i pakuje pod koszulę pornosy. Przy ladzie była kupa ludzi, więc go z początku nawet nie zauważyłem. Kiedy zobaczyłem co się dzieje, to z pyskiem na niego! A on – dyla. Zanim udało mi się wygrzebać zza lady, on już pędzi Siódmą Aleją. Goniłem go prawie do skrzyżowania, ale w końcu machnąłem ręką. Upuścił coś po drodze, a że nie chciało mi się już za nim biec, schylam się, patrzę - portfel. Żadnych pieniędzy, tylko prawo jazdy i kilka zdjęć. Mogłem wezwać gliny, to by go capnęłi. Miałem przecież nazwisko i adres. Ale jakoś zrobiło mi się go żal. To był zwykły, biedny dupek, a jak jeszcze zobaczyłem te zdjęcia, to już w ogóle cała złość ze mnie zeszła…
Roger Goodwin. Tak się nazywał. Na jednym zdjęciu, pamiętam, stoi obok swojej mamy. Na kolejnym, trzyma jakąś szkolną nagrodę i uśmiecha się jakby wygrał konkurs talentów. Normalnie, nie miałem serca. Jeszcze jedno biedne dziecko z Brooklynu, z tym całym swoim nędznym życiem... a poza tym, chrzanić parę gazet z gołymi babami. Tyle tylko że zatrzymałem ten portfel. Parę razy myślałem, żeby mu go odesłać, ale zawsze coś mi przeszkadzało i w końcu kompletnie o nim zapomniałem.
Nadeszły Święta, a ja nie mam pojęcia, co z sobą zrobić. Miałem iść do Vinniego, ale mama mu się pochorowała, i musiał w ostatniej chwili jechać z żoną na Florydę. Siedzę więc u siebie od rana, użalam się nad sobą, i nagle patrzę, a na półce w kuchni leży portfel Rogera Goodwina. I myślę sobie nagle, a co, kurde? Czemu raz w życiu nie mam zrobić czegoś dobrego? Zakładam więc płaszcz i idę oddać ten portfel. To było gdzieś na Boerum Hill, tam w tych blokach. Okropnie było zimno i pamiętam, że kiedy szukałem tego domu, wciąż się gubiłem. Tam wszystko wygląda identycznie i człowiek wciąż włazi w to samo miejsce. No ale wreszcie trafiam pod te drzwi, naciskam dzwonek… Cisza. Myślę sobie, pewnie nikogo nie ma w domu, ale dzwonię jeszcze raz, czekam trochę dłużej i kiedy już mam wracać, słyszę człapanie. A po chwili głos jakiejś staruszki.
– Kto tam?
Mówię, że szukam Rogera Goodwina.
– To ty, Roger? – ona na to. I nagle odkręca z piętnaście zamków i otwiera drzwi. Ma pewnie z 80, a może nawet 90 lat, i od razu widzę, że jest ślepa.
– Wiedziałam, że przyjdziesz, Roger – mówi. – Wiedziałam, że jak przyjdą Święta, nie zapomnisz o babci Ethel.
I wyciąga ręce, jakby chciała mnie objąć. Nawet nie miałem czasu, by się zastanawiać. Wiem że muszę coś zrobić i zanim się zorientowałem, już z nią rozmawiam.
– Tak, babciu – powiedziałem. – Przyszedłem odwiedzić cię na Święta.
Nawet nie pytaj, czemu tak zrobiłem. Nie mam pojęcia. Tak po prostu wyszło. A ona nagle przytula mnie do siebie. No to ja ją też. To było jak gra, w którą oboje zgodziliśmy się wejść, jeszcze przed ustaleniem reguł. Przecież ona świetnie wiedziała, że nie jestem jej wnukiem. Była stara i stuknięta, ale nie na tyle stuknięta, żeby nie odróżnić obcego faceta od wnuka. Ale ponieważ jakoś było jej przyjemnie udawać, a ja z kolei nie miałem nic lepszego do roboty, to pomyślałem, że i ja mogę poudawać…
A więc wchodzimy do jej mieszkania i siedzimy już razem przez cały wieczór. Ona mnie pyta, jak mi leci, a ja kłamię. Mówię, że znalazłem dobrą pracę w sklepie z papierosami. Mówię jej, że się żenię. Mówię jej setki miłych historii, a ona oczywiście udaje, że mi wierzy.
– To cudownie, Roger – mówi, kiwając z uśmiechem głową. – Zawsze wiedziałam, że życie ci się ułoży…
Po jakimś czasie zgłodniałem. W domu nie bardzo było co jeść, więc wyszedłem do sklepu obok i przyniosłem pełno wszystkiego. Pieczonego kurczaka, zupę jarzynową, koszyk sałatki z ziemniaków. Ethel miała w swojej sypialni kilka butelek wina, no to i udało się wspólnie zorganizować zupełnie porządną Wigilię. Pamiętam, że po winie obojgu nam lekko zaszumiało w głowie, więc poszliśmy do salonu, gdzie były fotele, no i wygodniej. Zachciało mi się sikać, więc przeprosiłem babcię Ethel i poszedłem do łazienki. I właśnie wtedy wszystko stanęło na głowie. To że postanowiłem zrobić z siebie idiotę udając wnuka Ethel było wystarczająco nienormalne, ale to co odstawiłem potem, to już kompletny idiotyzm. I tego akurat już nigdy sobie nie wybaczyłem.
Wchodzę więc do tej łazienki i patrzę, a tu, obok prysznica, pod ścianą, sześć czy siedem aparatów fotograficznych. Jeden na drugim, Kompletnie nowe, trzydzieści pięć milimetrów, jeszcze w pudełkach. Od razu uznałem, że to jest robota Rogera. Że tu trzyma wszystko co uda mu się ukraść. Nigdy wcześniej nie zrobiłem jednego zdjęcia, a już z pewnością, nigdy w życiu nic nikomu nie ukradłem. Ale widzę te aparaty i już wiem, że chcę taki jeden mieć dla siebie. Ot tak. Po prostu. I nawet się nie zastanawiając, biorę jeden z nich pod pachę i wracam do pokoju.
Nie mogło minąć więcej niż trzy minuty, ale przez ten czas, kiedy mnie nie było, babcia Ethel zasnęła. Za dużo pewnie tego Chianti. Poszedłem więc do kuchni, umyłem naczynia, a ona przez cały ten czas spała jak niemowlę. Nie było sensu jej budzić, to sobie poszedłem. Nawet kartki jej nie napisałem , żeby się pożegnać, bo po co, skoro i tak była niewidoma i w ogóle. Więc wyszedłem. Na stole tylko zostawiłem portfel jej wnuka, wziąłem aparat i wyszedłem…

      I to koniec tej historii. A ja tylko zwrócę uwagę na jeden szczegół, którego większość nie zauważyła. Otóż w filmie, na ścianie w mieszkaniu babci Ethel wisi jak najbardziej obraz Matki Boskiej Częstochowskiej.

      Kiedy Keitel kończy swoją świąteczną opowieść, patrzy przez chwilę w oczy Hurta i tak się w siebie wpatrują. I uśmiechają się. I Hurt w pewnym momencie mówi Keitelowi – To znaczy, że swoje ostatnie Święta spędziła z tobą.

      A po chwili – To był dobry uczynek, Auggie. Postąpiłeś wobec niej dobrze.

      Na co Keitel się śmieje i odpowiada – Najpierw ją okłamałem, a potem okradłem. Jakie w tym dobro?

      Jak można w tym zobaczyć dobro? Jak można zważyć dym? Jak można ujrzeć sens w pogardzie stwierdzenia: ‘bezbożnik’? Jak można dostrzec niezniszczalną potęgę tradycji? Jak można wreszcie zrozumieć, że to jest coś, czego się zwyczajnie nie da pokonać?




 

niedziela, 27 września 2020

O tym jak do angielskiego miasta West Bromwich zawitał Bóg

 

         Jak pewnie część Czytelników tego bloga wie, naszą całą rodzinę łączy jedna wspólna pasja, mianowicie angielska liga piłkarska, ze szczególnym uwzględnieniem drużyny Liverpool FC. Oczywiście, każdy z nas ma różne, często bardzo osobne zainteresowania, przyznać jednak trzeba, że Premier League z Liverpoolem na czele to coś co nas zdecydowanie integruje. Doszło do tego, że wykupując abonament w telewizji nc+, jedynego w Polsce źródła pokazującego angielskie mecze, zmuszeni byliśmy do zapłacenia za najdroższy pakiet, włącznie z całą kupą kanałów, potrzebnych nam mniej więcej tak samo jak to co nadaje telewizja Biełsat.

        O czym to świadczy? O dwóch rzeczach mianowicie. Pierwsza to ta, że my faktycznie jesteśmy kompletnie szaleni płacąc dwie stówy miesięcznie tylko po to, by móc regularnie śledzić to co się dzieje na angielskich boiskach, druga natomiast to owa cena, która musi nas informować o tym, jaki to jest biznes i jaka jest w niego zaangażowana forsa, że my tu nie jesteśmy w stanie uhandlować z nc+ takiej umowy, że oni nam zabiorą wszystko, zostawiając wyłącznie te mecze, tyle że choćby o połowę taniej. Mowy nie ma. Takie rozwiązanie nie istnieje.

       A zatem ciągniemy tak tydzień za tygodniem, miesiąc za miesiącem, rok za rokiem, z przerwą na wakacje, i jedyne co się ostatnio zmieniło to oczywiście atak pandemii, który najpierw wstrzymał wszelkie rozgrywki, a po pewnym czasie, gdy się okazało, że straty są zbyt wielkie, wznowił je, tyle że już bez udziału publiczności. Oglądamy więc te mecze, prowadzone na pustych stadionach i publicznością wyłącznie napędzającą biznesy takie jak Canal+, który jest europejskim właścicielem praw do tych akurat transmisji, a ja pomyślałem sobie, że podzielę się z Czytelnikami pewną moim zdaniem bardzo ciekawą obserwacją.

      Otóż, proszę sobie wyobrazić, że pierwsze mecze rozgrywane bez udziału publiczności wyglądały tak, że otoczeni pustymi trybunami piłkarze jak zawsze wypruwali z siebie żyły, a jedyne odgłosy jakie towarzyszyły owemu wysiłkowi to wrzaski samych piłkarzy oraz obecnych na stadionie ekip. Przyznać muszę, że robiło to wrażenie dość upiorne. Kiedy jednak okazało się, że pandemia jeszcze przez jakiś czas potrwa, organizatorzy owych rozgrywek, z myślą o tych wszystkich którzy płacą za telewizyjne transmisje, uznali że wypada stworzyć im iluzję, że na tych trybunach jednak ktoś jest i wpuścić w eter odgłosy tradycyjnej stadionowej wrzawy. Trwało to przez pewien czas, a kiedy znów okazało się, że gdy chodzi o koniec pandemii, to jeszcze nie nadszedł ten czas, inżynierowie dźwięku stworzyli program, który doprowadził do tego, że od czasu do czasu wśród owej wrzawy można było usłyszeć tradycyjną kibolską pieśń, a po strzeleniu bramki w naszych telewizyjnych głośnikach rozlegał się odpowiedni wrzask. Minęły kolejne tygodnie i jak widzę, dziś jest tak, że odgłos z trybun jest już jak żywy, do tego stopnia, że kiedy zawodnik zostaje sfaulowany rozlegają się gwizdy, a kiedy sędzia wydaje błędną decyzję z głośników leci w naszym kierunku piękne buczenie. Oczywiście, wciąż nie jest jeszcze idealnie, ale kiedy obserwuję dotychczasowy postęp, jestem pewien, że już niedługo nie dość że dostaniemy doskonałą wręcz iluzję dopingujących trybun, ale też autentycznie realistyczny ich widok. W końcu, jaki to jest problem, by w dobie i tak rozwiniętej już bardzo, ale wciąż się coraz bardziej rozwijającej techniki komputerowej, stworzyć nie tylko dźwięk, ale i obraz publiczności? Wówczas już nie będzie naprawdę najmniejszej potrzeby, by kończyć z pandemią i zacząć wpuszczać na trybuny publiczność.

      Ktoś powie, że to nie jest tak do końca. W końcu ludzie płacą za bilety, a niektórzy nawet mają wykupione sezonowe karnety. Spokojna jednak nasza głowa. Jak się dowiaduję, wartość samych zakładów piłkarskich przekracza wielokrotnie wartość całej ligi, a zatem jak się w stosunku do tego mają owe drobne, wydawane przez kibiców na wejście na stadion?

       A zatem perspektywa gdzie kibice staną się zupełnie zbędni jest jak najbardziej realna, nawet po wynalezieniu szczepionki przeciwko COVID-owi. I też zupełnie realna jest nasza obawa, że z czasem nawet najbardziej zagorzali kibice uznają, że znacznie lepiej kibicuje się z domu. Co do piłkarzy, ci nie będą mieli nic do gadania, wystarczy że dalej będą dostawać te swoje setki tysięcy funtów tygodniowo.

        Ktoś powie, że te dzisiejsze refleksje są okropnie smutne, a i to w najlepszym wypadku, bo tak naprawdę, zapowiadając coś co zawstydzi nawet ów słynny Nowy Wspaniały Świat, trzeba by je było nazwać przerażającymi. W tej sytuacji jednak chciałbym opowiedzieć o czymś co mnie w tym wszystkim naprawdę pocieszyło. Otóż trzeba nam wiedzieć, że w bieżącym sezonie do Premier League awansowała drużyna o nazwie West Bromwich Albion. Oglądałem wczoraj ich występ przeciwko utytułowanej Chelsea, swoją drogą, choć pechowo przegrany, to bardzo dzielny, słuchałem wrzasku nieistniejącego tłumu, jego buczenia, jego oklasków, ale też patrzyłem na trybuny, wciąż jeszcze bez choćby i wirtualnej publiczności, za to z krzesełkami przykrytymi wielkimi płachtami z napisami, świadczącymi o tym, że znajdujemy się na stadionie w West Bromwich, a wśród nich naczelne miejsce zajmował wielki napis „THE LORD IS MY SHEPHERD”, co z myślą o nie posiadających języków obcych wyjaśniam, tłumaczy się na polski jako „Pan jest moim Pasterzem”.

      Przyznam że to mną naturalnie wstrząsnęło. Biorąc pod uwagę fakt, że dzisiejszy świat poszedł w tym kierunku, że o żadnym Panu, a w dodatku jeszcze Pasterzu, mowy być nie może, a dodatkowo sami piłkarze, solidarnie przed każdym meczem padając na kolana, bardziej niż na owym Pasterzu, skoncentrowani są na oddawaniu honorów czarnym ofiarom rzekomej brutalności amerykańskiej policji, ów wers o Panu i Jego owcach robi wrażenie piorunujące. Sprawdziłem oczywiście sprawę i oto co się okazuje. Tak jak każda piłkarska drużyna na całym świecie ma swoją kibolską pieśń, którą traktuje jako część tradycji, tak też, jak się okazuje, kibice West Bromwich Albion jeszcze przed laty postanowili śpiewać ów psalm.

        Czy to o czymś świadczy? Nie sądzę. W końcu nawet brytyjska królowa, jako głowa Kościoła, od czasu do czasu czyta Pismo Święte. Co ona z niego wynosi, to zupełnie inna sprawa, jednak faktem jest, że owe brytyjskie zbrodnie były jak najbardziej usprawiedliwiane tym co im się udało znaleźć w Piśmie. Jednak przy tym wszystkim, jeśli kibice drużyny West Bromwich Albion, wspierając swoją ukochaną drużynę, tradycyjnie śpiewają pieśń, której słów nawet nie rozumieją, natomiast my tu w Polsce jak najbardziej, to trzeba powiedzieć, że są rzeczy, których nie zniszczy całe zło tego świata. Pan jest bowiem moim Pasterzem, niczego mi nie braknie, On pozwala mi leżeć na zielonych pastwiskach.

      I z tą informacją pozwalam sobie nas wszystkich zostawić. Posłuchajmy jeszcze tylko kiboli. Ze starych, dobrych, przedcovidowych czasów. 



sobota, 26 września 2020

Czy Zbigniew Ziobro wybierze Konfederację, czy PSL?

 

Ponieważ nie dzieje się póki coś nic szczególnie ważnego, proponuje dziś swój najnowszy felieton napisany specjalnie do „Warszawskiej Gazety”. Jako że rekonstrukcja rządu wciąż przed nami, powinien być jak znalazł.

 

 

      Chciałbym dziś napisać coś na temat politycznego kryzysu, w jakim znalazła się Polska, ale przede wszystkim wcale nie jestem przekonany, że ów kryzys jest na tyle poważny, by zasługiwać na naszą uwagę, a poza tym ja sam nie mam bladego pojęcia, co się wydarzy nawet nie do czasu gdy ten felieton ukaże się w druku, ale choćby i jutro. Wysyłam go więc dziś i tylko się modlę, by to co za chwilę napiszę nie okazało się już za parę godzin stekiem bzdur.

      A zatem mamy kryzys, który – przypomnijmy może – polega na tym, że Jarosław Gowin oraz Zbigniew Ziobro zagrozili Jarosławowi Kaczyńskiemu, że jeśli on nie zacznie ich traktować tak ja oni sobie życzą, to oni się obrażą i w ten sposób PiS już nigdy nie wygra żadnych wyborów. Jak już wspomniałem, choć mam nadzieję, że Prezes tu nie ustąpi i obu wspomnianych cwaniaków pogoni na cztery wiatry, pojęcia nie mam co się wydarzy, ale nawet jeśli się okaże że jakimś cudem dojdzie do porozumienia i już nikt nigdy do nikogo nie będzie miał pretensji, a jeśli nawet, to one w jednej chwili zostaną zaspokojone, to ja i tak jestem przekonany, że wiem co się dzieje. A żeby to powiedzieć, pozwolę sobie wrócić do roku 2017, kiedy na miejsce premier Beaty Szydło został powołany Mateusz Morawiecki, no a przede wszystkim Antoni Macierewicz został pozbawiony wszelkich funkcji poza tą jedną, czyli – a stwierdzam to z bólem –  kompletnie żałosnym przewodniczeniem owemu zespołowi do spraw. Pamiętamy chyba wszyscy, jak na ową dymisję zareagowała prawicowa opinia publiczna. Pamiętamy jak jej pierwszy reprezentant, Tomasz Sakiewicz, w odpowiedzi na to co się stało, zadeklarował, że już nigdy nie zagłosuje na Andrzeja Dudę. Pamiętamy bardzo dobrze atmosferę, jaka zapanowała w związku z owym odwołaniem w tak zwanych mediach społecznościowych, gdzie opinia, jakoby Prawo i Sprawiedliwość ostatecznie pogrzebało swoje wszelkie szanse na kolejne zwycięstwa, należała do tych bardziej stonowanych. Ale ja też pamiętam, że sam Antoni Macierewicz w tym całym zgiełku nawet nie pisnął. Nie pamiętam jednej jego wypowiedzi, w której on by wyraził swoje rozczarowanie tym, że Jarosław Kaczyński w jego walce z Prezydentem, poparł Prezydenta, że w tak okrutny sposób jego pozycja i zasługi zostały zlekceważone. I tak jest zresztą do dziś.

       Co mamy dziś? Otóż z jednej strony Zbigniewa Ziobro – o Gowinie nawet gołębie na moim balkonie nie wspominają – który wciąż najwyraźniej prosi o uwagę, a z drugiej tych wszystkich, którzy drżą ze strachu że bez niego PiS już nigdy nic nie wygra. A ja się nie boję. Jeśli cokolwiek mnie martwi, to obawa że Ziobro, którego na swój sposób lubię, nie podzieli losu Antoniego Macierewicza i już za kilka miesięcy pies z kulawą nogą o nim nie będzie pamiętał.





 

piątek, 25 września 2020

Kiedy Rafał Ziemkiewicz spali kukłę Ursuli von der Leyen?

 

      Gdyby ktoś nie wiedział, a uważam że takich wśród nas jest bardzo wielu, żyje wśród nas człowiek o nazwisku Robert Bąkiewicz i proszę sobie wyobrazić, że piastuje on urząd prezesa tak zwanej Roty Marszu Niepodległości, oraz redaktora naczelnego portalu Media Narodowe, a mówiąc krótko, to on właśnie stoi za organizacją dorocznego, wielotysięcznego Marszu Niepodległości, który każdej jesieni przechodzi przez Warszawę. Do owego Marszu Niepodległości nie mam najmniejszych zastrzeżeń, a to z dwóch względów. Przede wszystkim, gdybym mieszkał w Warszawie, lub gdyby ów marsz odbywał się w Katowicach, to ja z największą radością brałbym w nim udział. Poza tym, abstrahując już od swoich osobistych emocji, znam wiele osób, które w owym wydarzeniu biorą udział, wiem że to jest dla nich ważne święto i w ten sposób nie widzę najmniejszego powodu, by się tu w jakikolwiek sposób wcinać. Z drugiej jednak strony, kiedy sobie uświadamiam to właśnie, kto stoi za pomysłem oraz organizacją owego marszu w formie jaką znamy, to ogarniają mnie bardzo poważne wątpliwości i myślę sobie, że  może jednak, nawet gdybym miał okazję, to bym został w domu.

         Zanim przejdę do sedna – a ono dopiero się pojawi – pokażę może kto to taki ów Bąkiewicz. Pierwszy raz o nim usłyszałem podczas którychś z warszawskich targów książki od któregoś ze znajomych patriotyczno-niepodległościowych działaczy i powiem szczerze że był to przekaz w najlepszym dla Bączkiewicza wypadku szyderczy. Później jeszcze parokrotnie to nazwisko wracało – podkreślam że w rozmowach z osobami, które w owym marszu regularnie biorą udział – a Bąkiewicz tam zawsze był traktowany co najmniej z pobłażaniem. W końcu postanowiłem sprawdzić osobiście, co to za człek i oto na co trafiłem:



       Kiedy już sobie to wyjaśniliśmy, chciałbym przejść do wspomnianego sedna. Otóż, jak pewnie wiemy, Rafał Ziemkiewicz, który tu ostatnio przeżywał swój comeback, po pięciu latach dzielnego, wbrew wielu zapewne jednocześnie realizowanym interesom, służenia polactwu zorganizowanemu pod skrzydłami władzy Prawa i Sprawiedliwości, postanowił się ostatecznie określić, z hukiem ogłosił swoją pryncypialność i ruszył w drogę, na której już nikt nie będzie mu mówił co ma robić i co gadać. Jak już wspomniałem, o geście Ziemkiewicza większość z nas z pewnością słyszała, a ja sobie myślę, że zapewne, podobnie jak ja, część z nas zastanawiała się, dokąd się w tej nowej sytuacji Ziemkiewicz się uda. Ja osobiście obstawiałem, że to będzie Onet, który jak wiemy zbiera wszelkie ochłapy, z tego jednak co zdążyłem zauważyć, on tam jako znany homofob, faszysta i antysemita, trafił na czarną listę, a skoro tak, to zapewne wszystkie inne, dotychczas wydawałby się zaprzyjaźnione drzwi zostały przed nim zamknięte, no I w tej sytuacji jedyne co pozostało temu geniuszowi to zwrócenie się w stronę Bąkiewicza i reprezentowanego przez niego towarzystwa.    

      Pierwszy ruch był skromny i polegał na ostrożnym pojawieniu się w internetowej audycji niejakiego Roli, jednak w kolejnym Ziemkiewicz nabrał JUŻ większej odwagi i postanowił uderzyć prosto do Bąkiewicza. Ponieważ jednak uznał go za reprezentującego zbyt wysoki urząd, Ziemkiewicz dał o sobie znać na Twitterze, przekazując dalej komentarz Bączkiewicza na temat Trzaskowskiego. Trzaskowski coś powiedział, Bączkiewicz to złośliwie skomentował, wszystko w sumie bez najmniejszego znaczenia, natomiast, owszem, Ziemkiewicz przede wszystkim wlazł na profil Bączkiewicza, trafił na jego bon moty i podał je dalej, jak rozumiem z sugestią, że to jest coś co zasługuje na powszechną uwagę.

       Tu pozwolę sobie na dygresję. Otóż, gdyby ktoś nie wiedział jak ten system działa, Twitter to z jednej strony polityczni celebryci, a z drugiej masa taka jak my. Gdy chodzi o Ziemkiewicza, on od lat należy do owych celebrytów, co sprawia, że jego profil obserwuje ponad 200 tys. osób, podczas gdy on się interesuje zaledwie 261 kontami. Oznacza to zatem, że owe 261 to albo znajomi Ziemkiewicza, albo ludzie na których mu zależy. Ale to też oznacza, że  Ziemkiewicz nie jest szczególnie wyrywny, by zwracać uwagę na pierwsze lepsze tweety. Na Bączkiewicza jednak uwagę zwrócił i co jeszcze ciekawsze uznał za stosowne pokazać mu że jest gotowy. Niech nam się bowiem nie zdaję, że on tę parę złośliwości ze strony Bączkiewicza pod adresem Trzaskowskiego uznał za warte swojej uwagi. Mowy nie ma. Tu chodziło o samego Bączkiewicza i ewentualną ofertę.

      Oferta, owszem, nadeszła w postaci następującego tweeta: „Panie Ziemkiewicz, zapraszamy więc do Mediów Narodowych”.

      A więc to już wiemy. Po pięciu latach dzielnego zadawania szyku w sztandarowej audycji TVP Info „W tyle wizji”, gdzie nie wytrzymali tacy cwaniacy jak redaktor Warzecha czy artysta estradowy Skiba, przyszła kolej na Ziemkiewicza. Smutne jest to, że podczas gdy w przypadku tych dwóch poszło czy to o poglądy czy towarzyskie zobowiązania, to gdy chodzi o Ziemkiewicza o wszystkim zadecydował jakiś nędzny sponsoring ze strony hodowców norek, nutrii, czy szynszyli.

       Czy było warto? Gdy chodzi o mnie, jak najbardziej. Bez Ziemkiewicza w TVP ja się będę czuł równie dobrze jak bez czapki z lisią kitą, a kto wie, czy nie lepiej. Gdy chodzi natomiast o niego, będzie miał to na co zasłużył. Stanowisko felietonisty w portalu medianarodowe.pl.

 

 

 

środa, 23 września 2020

Integrator: O koniu trojańskim, Mateuszu.

Z niemałym zainteresowaniem obserwowałem przez ostatnie dni rozwój wydarzeń politycznych w kraju, które kreślą przecież na oczach naszych historię, w tym przyszłość Zjednoczonej Prawicy. 
 
Trzeba powiedzieć, że choć TVP mogło wyciągnąć ostygłe już po kampanii działa, podeszło do tematu w sposób bardzo wyważony. Tłumaczono wytrwale, że powszechnym pragnieniem Polaków jest dobro zwierząt, że futerka to przeszłość, a zapraszani do programu "Gość Wiadomości" pan Sakiewicz, Karnowski czy Kuźmiuk, owszem, podkreślali przywództwo Jarosława Kaczyńskiego ale nie atakowali Ziobry, ni jego środowiska. Czuć było zrozumienie dla powagi sytuacji ale i troskę o to co za chwilę będzie, przez co zachowali się wszyscy jak trzeba. Zaś z drugiej strony tłukły w Dzwon Zygmunta media liberalne, a nastrój był bliski panice jaka wybucha na azjatyckim bazarze gdy gruchnie wieść, że kutry nie dopłyną i trzeba się podzielić tym co już leży na stołach. Najpierw podniósł się lament, wrzask ogromnym, a zaraz potem tradycyjnie już poszły w ruch tasaki, tak, że po chwili trudno było zgadnąć gdzie człowiek gdzie ryba. Ot taka rzeź informacyjna. Bo czegóż tam nie było w tych przekazach? Jedni roztaczali obraz Kaczyńskiego, który sięgnąwszy kresu szaleństwa postanowił u kresu życia zniszczyć swoje największe dzieło i rozwałkować Dobrą Zmianę, podczas gdy reszta wzięła się za Ziobrę pisząc o czołganiu, a poprzez zaczepki względem jego żony próbując jednocześnie sprowokować do go do nieodwracalnych w swych skutkach reakcji. Na to wszystko znalazł się jeszcze dziwok, o pardon, to szef Onet Wiadomości, który popełnił tekst o siedzibie na Nowogrodzkiej. Wykształcenia to-to w kierunku architektury nie ma, ale że zrobiła się taka atmosfera, jak z wierszyka "przyszłem, pierdłem i wyszłem, bo chamstwa nie zniesę" to i on postanowił zostawić po sobie tak niecodzienny ślad w internecie. Siedziba PiS to zatem oczami funkcjonariusza Onetu obskurna rudera, jak z powiatowego, 50tys miasteczka, gdzie tylko mogą wytrzymać ludzie równie brzydcy światopoglądowo i programowo jak ten budynek. Jak kto nie wierzy może przeczytać, bo szef tak się sobie sam spodobał, że wisi ów tekst na nieszczęsnym Onecie, od wczoraj na stronie głównej. Ja się w sumie przyzwyczaiłem do narracji na domysł, że PiS to nędzne robaki, a robaki ciągnie do ruder, ale z tego co wiem, to tam przez bardzo długie lata funkcjonowała Polsko-Japońska Akademia Technik Komputerowych, wciąż jest przychodnia lekarzy specjalistów, restauracja azjatycka i masa jeszcze innych, pomniejszych firm. No ale pan Kozanecki zawyrokował więc jak rozumiem wszyscy oni pójdą zaraz won, bo wstyd gdy der Onet pisze. Noooooo a wtedy będzie można śmiało zwinąć asfalt z podwórka by PiS mógł w końcu reprezentować chamów z prowincji, ale tak już na prawdziwo, na 102. No więc tak upłynęły te ostatnie dni, a im szczęściem, nie udało się sprowokować żadnej ze stron koalicji do ataku. I zdaje się tylko Ziemkiewiczowi udzieliło się to szaleństwo, za co znów przyjdzie mu pewnie pisać książki w jadalni. 

Ale nie o tym chciałem. Lecz o tym, że poza jazgotem emitowanym przez tych, których ja uważałem za ludzi poważnych, próbowała się przemknąć cichutko i przy ścianie  informacja, jakoby ludzie Morawieckiego dzwonili po mediach z newsfake'm, że Jarosław Kaczyński postawi Ziobrze warunek dymisji prokuratora Święczkowskiego. Bam! Panowie są przyjaciółmi z czasów studenckich, a w ostatnich latach tworzą nierozerwalny duet, układ zresztą bardzo powszechny przynajmniej w polskiej polityce a tu takie cuś. Pomysł na fake'a był o tyle perfidny, że cała jego konstrukcja podobna byłaby tej gdyby ktoś przed laty kazał nagle Jarosławowi wyrzucić Lecha, lub odwrotnie, z podległej sobie instytucji, a na taki afront Ziobrze trudno byłoby się zgodzić. Ten policzek, choćby tylko medialny, Ziobro miał poczuć wyraźnie, a potem już tylko oszaleć, grzebiąc wzbudzoną tak furią raz na zawsze szansę na pojednanie. Tak oto walczy Mateusz, a co jest jego prawdziwym celem, to wiedzą tylko diabły patrzące na nas z najgłębszych czeluści piekła. O? O?! Coś mi jeszcze wpadło w trybiki. Może ja chory jestem, może przewrażliwiony, ale pamiętam jeszcze twarz Morawieckiego gdy dziękował mu ze sceny zwycięski Andrzej Duda. Oj, nie było tam radości w tych przymrużonych oczach ale wyraźny strach. Coś najwyraźniej nie poszło po myśli. 

Liberalne media lubią Morawieckiego, oj lubią. Niby on nasz a taki ich zarazem. Wciąż analizują każdy tik Ziobry i Kaczyńskiego a nad tym pieszczoszkiem jakby zmowa milczenia zapadła. Tymczasem on wbrew temu co myślała dziatwa, nie siedział na Mazurach czekając cierpliwie werdyktu, przeciwnie, aktywnie prowokował Ziobrę, próbując możliwie boleśnie mu przypi...ć. A na co ten cały trud i zmarnowany ciepły weekend, jeśli nie po to by rozbić Zjednoczoną Prawicę? Skądinąd wiem, że to nie pierwsza jego zagrywka w tym guście. Doniosły mi lojalnie acz za kromkę chleba łabędzie nad Zalewem Zegrzyńskim, że swego czasu, z jego to inicjatywy popłynął donosik do mediów o przyznaniu ministrom rządu Beaty Szydło sowitych nagród. Tak, właśnie tych, które później w atmosferze nagonki musieli oddawać z woli Kaczyńskiego dla Caritasu. Bardzo to moralny i taki chrześcijański był to gest z jego strony, bo w zamian za ciężką i organiczną pracę (a przecież równie dobrze można też było haratać w gałę) musieli się wszyscy głupio tłumaczyć, że im się to należało. No dobra, ten donosik był więc jednak brzydki, w dodatku zagrał w narodzie na najniższych instynktach, a zdjęcie Beaty Szydło podpisane, że "należało się" jeździł po kraju przez wszystkie kolejne wybory. Coś czuję, że szybko on wróci znów zarządzać bankami, jak tylko Kaczyńskiego nie stanie. Zadbają już o to największe tuzy w partii, tylko ze względu na Prezesa tak ładnie dziś milczące. [c.d. kliknij Następna] 

No i teraz możemy powoli zawijać do brzegu. Gdy premierem rządu Dobrej Zmiany była Beata Szydło, mimo, że początki są najtrudniejsze, sprawy wydawały się układać pomyślnie zaś atmosfera w Drużynie może nie była idealna, ale nie brakowało i serdeczności. Wiem, bo politycy koalicji rządzącej z sympatią wspominają tamten czas. Także dla nas wyborców "Becia" była zupełnie akceptowalna, i chyba nie przesadzę jeśli powiem, że była nasza, no taka ludowa, taka trochę matka. Niestety lepiej od nas zdaje się rozumieć to tamta strona sporu politycznego, bo nie dalej jak dwa dni temu pojawił się tekst, którego zadaniem jak mniemam było obdarcie jej z tych matczynych szat. No i dowiedzieliśmy się nie po raz pierwszy zresztą, że ona jest do niczego, że w Europarlamencie jest cicha, nieaktywna, że nie zna języków, zaś w przekazie wzrokowym dodano załącznik, że ma uszy większe niż słoń. Niby dziecinada, ale tu wszystko jest policzone, i nie ma przypadków. Oni już tam w piekle dobrze wiedzą, że tęsknota za zgodą, która żyje w sercach wyborców a i prominentnych działaczy Zjednoczonej Prawicy, może ją ponownie wynieść na premiera. Doznała więc pani Szydło zaszczytu posiadania "opiekuna", który od czasu do czasy będzie piórem różnych pismaków obrzydzał nam jej osobę, eksponując zaściankowość, której koronnym dowodem ma być nazbyt duża broszka.

Nie wiem dlaczego Jarosław Kaczyński tak usilnie forsuje Morawieckiego; wbrew wyborcom, wbrew działaczom PiS. Mam nadzieję, że to coś więcej niż tylko właściwy starszym osobom zachwyt trzymany dla młodych, znających języki. Bo Morawiecki pasuje do PiS jak pięść do oka. Podczas gdy wszyscy, w mniejszym lub większym stopniu, odczuli ból bycia w opozycji, szykan w pracy i zbiorowego gnojenia przez media będące na każde skinienie ówczesnych władz, on siedział w klimatyzowanym biurze banku i miał się całkiem dobrze. No ale, racja, on wtedy był jeszcze liberałem co zostało mu wraz z wystąpieniem u Sowy  i przyjaciół wybaczone. Ludzie Ziobry i Kaczyńskiego mają wzajemne animozje - ale to przecież od razu widać, że tak tu jak i tam to sami swoi. To ludzie od dawna walczący ramię w ramię o to samo. Lecz na to  wszystko przychodzi Mateusz Morawiecki, prowadzony na salony pod rękę przez samego Prezesa, a wraz z nim okres najbardziej zaciętych walk w Zjednoczonej Prawicy, ever. Nie trzeba wielkiej przenikliwości, a być może wystarczy tylko zdjąć różowe okulary, by już teraz dostrzec, że zaproszenie Mateusza Morawieckiego do zarządu PiS będzie mitycznym wjazdem konia trojańskiego. I tylko strach pomyśleć, co się tam z niego wysypie. Tymczasem w mediach trąbią, że tylko Ziobro urósł i że się rozpycha. A ja mówię Wam, że to jest nic w porównaniu z tym co ten drugi już osiągnął i co nam jeszcze pokaże. 

Czy to wszystko ma sens? Czy fakt, że on umie gadać po angielsku stawia go intelektualnie ponad całą resztę, bo przypadek Trzaskowskiego pokazuje, że jakby niekoniecznie. To może my w Europie mamy z tego względu jakieś przywileje? Znów niekoniecznie. To co jest zatem pewne? Ano to, że nasz premier sięga w bezpardonowych rozgrywkach, a destrukcyjnych dla jedności całego obozu, po zakazaną broń - liberalne media - i tak celuje by do pojednania nie doszło.

Wiele się ostatnio mówił o cywilizacyjnym i religijnym wymiarze ustawy o ochronie zwierząt. Mam przeto cichą nadzieję, że praktyki Pana Matusza zostaną i pod tym kątem ocenione. I że w efekcie wszyscy ładnie mu podziękują za dotychczasową pracę, Ziobro jak był będzie ministrem a Jarosław Kaczyński zostanie w końcu premierem. A jak nie chce to dzwońcie po panią Beatę, to ona to wszystko też jakoś poskłada. Wszak Zjednoczona Prawica ostanie się bez Mateusza, a bez Ziobry na pewno nie.

Autor: Integrator

Biedni Niemcy patrzą na biuro prezesa Kaczyńskiego

 

       Powiem szczerze, że wśród wielu zjawisk, które to tu to tam każdego dnia nas absorbują, jest kilka takich które, mimo że uważam się za człowieka doświadczonego i dość dobrze radzącego sobie choćby i w najbardziej zagmatwanych okolicznościach, pozostają dla mnie zagadką niewyjaśnioną. Wśród nich niemal na pierwszym miejscu jest ta, dlaczego mianowicie od dziś już niemal lat trzydziestu pewna bardzo wpływowa grupa skutecznie kształtująca polską opinię publiczną, z wręcz szaleńczym uporem wierzy, i jednocześnie równie uparcie ową wiarę głosi, że Polacy są niezmiennie podzieleni na dwa plemiona, z których jedno, to ludzie wykształceni, zamożni, inteligentni, kulturalni, często młodzi, wyznający wartości liberalne, a drudzy to głównie niewykształceni, biedni, zamieszkujący głównie tereny wiejskie starcy, których intelektualny horyzont jest ograniczony kazaniami miejscowego proboszcza-pedofila. Bardzo też często, zdaniem owych głosicieli postępowego nazizmu, wspomnianym różnicom cywilizacyjnym towarzyszą różnice obserwowane bardziej bezpośrednio. Otóż mianowicie ich zdaniem, przedstawicieli obu plemion można łatwo odróżnić na pierwszy rzut oka, gdyż ci pierwsi są zwyczajnie ładni, podczas gdy strona przeciwna na poziomie czysto estetycznym zawodzi na całej linii. Mało tego. W przekonaniu tych ludzi, owa zamieszkująca wiejskie tereny hołota to, podobnie jak ich ksiądz, najczęściej domowi sadyści, pedofile i pijacy.

       I powiem szczerze, że na początku tak zwanej transformacji, ja ową metodę – bo to zawsze była przede wszystkim metoda – w pewnym sensie rozumiałem i podziwiałem. W momencie gdy Polska niemal z dania na dzień odkryła w sobie ambicję stania się jednym z koncesjonowanych europejskich krajów, częścią owej mitycznej zachodniej cywilizacji, bardzo łatwo było zaszantażować naród groźbą że albo przyłączy się do owej Europy i wszystkiego co ją dziś tworzy, albo zasłuży na miano postpeerelowskich odpadów, które swój nędzny los same sobie zgotowały. To wtedy powstało pojęcie homo sovieticus, o ile dobrze pamiętam, ukute przez dobrego księdza Tischnera, a którym elity przez dłuższy czas posługiwały się jak batem na niesubordynowane zwierzęta. Wtedy też ktoś ukuł epitet oszołom. To wtedy wreszcie znaczna część społeczeństwa została wyrzucona poza cywilizacyjny nawias, jako tak zwany ciemnogród, ale też, kto wie, czy nawet nie większa jego część, z najwyższą gorliwością zapisała się do raczkującego jeszcze wówczas Klubu Prawdziwych Europejczyków.

        Rozumiem więc tamto zachowanie, bo to dzięki niemu owi wspomniani przez mnie nowocześni naziści na wiele długich lat zdobyli władzę, którą tu i ówdzie utrzymują jeszcze nawet  do dziś. Natomiast absolutnie nie jestem w stanie pojąć, jaką niepojętą eksplozją otępienia wielu z nich dziś uważa, że trzymanie się starej metody musi im przynieść sukces. Od tamtego czasu minęło już prawie 30 lat, dzisiejsi Polacy – nawet jeśli w to zaangażować najgorszą miejską i wiejską patologię – to zupełni inni ludzie. Jeśli porównać pod względem ściśle estetycznym, ale przecież nie tylko, zarówno nas sprzed tych 30 lat do tego co mamy dziś, ale również wzajemnie społeczeństwa polskie francuskie, holenderskie, niemieckie, czy brytyjskie, naprawdę nie będzie nam łatwo poznać kto jest kim, a jeśli już, to raczej z korzyścią dla nas, choćby z tego względu, że nie mamy tylu afrykańskich imigrantów. Jak zatem można uwierzyć, że cała ta gadka o obsrywających nadmorskie plaże wieśniakach, może trafić gdziekolwiek poza uniwersytetami na przyjazny grunt? Jak ktokolwiek jeszcze może uwierzyć w ów idiotyzm, że w lipcowych wyborach na Andrzeja Dudę głosował głównie pedofil w dresie ze swoim zapijaczonym ojcem, a na Rafała Trzaskowskiego młody biznesmen z doskonałą znajomością języka angielskiego? A mimo to oni wciąż próbują, próbują i próbują.

        Ktoś powie, że można się było przyzwyczaić i ja to oczywiście przyjmuję, jednak wczoraj sam Onet opublikował tekst, który nawet mnie zwalił z nóg. Oto niejaki Piotr Kozanecki, co warte zauważenia, nie jakiś pierwszy z brzegu idiota, ale sam  szef działu Wiadomości Onetu, opublikował tekst zatytułowany „Obskurna siedziba przy Nowogrodzkiej wiele mówi o partii Jarosława Kaczyńskiego”. Co on nam tam opowiada? Otóż chodzi o to, że główna siedziba partii na ulicy Nowogrodzkiej w Warszawie mieści się w wyjątkowo brzydkim budynku, który przypomina najbardziej paskudne czasy PRL-u, i zdaniem Kozaneckiego za owym wyborem stoi przekonanie samego Kaczyńskiego, że dla jego wyborców wszystko co mogłoby stać wyżej, byłoby zbyt egzotyczne, a zarazem nieakceptowalne. Posłuchajmy tych mądrości:

Co nam mówi Nowogrodzka? Po pierwsze, jasno daje do zrozumienia, że elegancja i blichtr są dla Jarosława Kaczyńskiego całkowicie zbędne. Budynek jest zaniedbany i obskurny. Wejście stoi jak najdalej od słowa ‘reprezentacyjny’. Pieniądze zawsze były dla prezesa PiS sprawą drugorzędną, wydawanie ich na wystawne biuro niespecjalnie do niego pasuje. Siedziba jest skromna, tak jak skromnym człowiekiem jest prezes i tak, jak skromny jest w wyobrażeniu polityków PiS elektorat tej partii.

Po drugie, zaniedbanie budynku i otoczenia wokół niego pokazuje jednak niespecjalnie wysokie aspiracje PiS, jeśli chodzi o kulturę, której przecież architektura jest elementem. A to łączy się z ogólnie zaniżonymi oczekiwaniami wobec społeczeństwa, jakie prezentuje rządząca partia. Sprowadzona w dziedzinie kultury do absurdu antyelitarność PiS pokazuje się tu w całej okazałości. Można jako prezes TVP zrobić cnotę ze słuchania discopolowej muzyki, można jako minister kultury pochwalić się nieznajomością żadnego dzieła polskiej noblistki, można też siedzibę najważniejszego człowieka w kraju umieścić w przeciętnym miejscu i na dodatek w ogóle się o nie nie troszczyć.

[...]

Po czwarte, architektoniczna rzeczywistość siedziby PiS to jest architektoniczna rzeczywistość milionów Polaków. Skrajnie nieprzyjazna i zaniedbana przestrzeń przed budynkiem, przypadkowość, przystosowanie głównie na potrzeby kierowców, zepchnięcie pieszych na parking i wąziutkie schody. Eleganckie, szklane biurowce albo odrestaurowane XIX-wieczne kamienice to doświadczenie względnie uprzywilejowanej mniejszości. Fizycznie siedziba PiS jest w Warszawie, ale mentalnie i stylistycznie to jest powiatowe, najwyżej 50-tysięczne miasto.

Co jest z przekazem politycznym PiS całkowicie spójne. Partia skutecznie od lat prezentuje się jako antyelitarna i bliska ‘zwykłego człowieka’. Nawet jeśli bynajmniej nie wszyscy związani z nią ludzie do tego wizerunku pasują. Elektorat PiS, choć ewoluuje, wciąż swoją główną bazę ma w miejscowościach mniejszych, wśród ludzi nieco gorzej sytuowanych. A tacy w Polsce architekturą i przestrzenią się nie przejmują i bardzo rzadko zwracają na nią uwagę. Dbające o estetykę i funkcjonalność przestrzeni ruchy miejskie to środowiska nieliczne i zdominowane przez młodą lewicę. Prawicowo-konserwatywny dyskurs o miastach i przestrzeni praktycznie w Polsce nie występuje”.

        Wspominałem już to tutaj parokrotnie, ale dziś jest bardzo dobry moment, by to przypomnieć. Otóż jeszcze w latach siedemdziesiątych siedziałem z moim świętej pamięci Ojcem przed telewizorem, oglądaliśmy „Dziennik Telewizyjny” i w pewnym momencie mój Tato – człowiek, któremu, zdaniem tego nazisty z Onetu, siedziba Prawa i Sprawiedliwości na Nowogrodzkiej bardzo by się spodobała –  zapytał: „Powiedz mi Krzysiek, czy on wie że on kłamie?” Pamiętam tamto pytanie w dokładnym cytacie do dziś, i powiem szczerze, że to stanowi również jedną z tych do dziś nie rozwiązanych zagadek, przed jakimi stoję. Czy oni wiedzą że kłamią? Chciałbym jednak dziś akurat wyrazić bardzo mocne przekonanie, że gdy chodzi o szefa działu Wiadomości Onetu Piotra Kozaneckiego, on nie ma bladego pojęcia, że kłamie. W całym owym projekcie prowadzącym do przekonania jak największej grupy osób, że gdzieś w Polsce istnieje rezerwat dzikich, który można odwiedzać tylko w ramach zorganizowanych wycieczek, choć sam robi wrażenie szaleńczego, jakaś metoda oczywiście jest. Gdy jednak chodzi o Kozaneckiego, to jest ktoś kto w swoim zidioceniu jest absolutnie czysty, uczciwy i szczery, a tu się pojawia wyłącznie jako taki mały kapo. Skąd ja to wiem? Sprawa jest nadzwyczaj prosta. Otóż koncepcja, jakoby Jarosław Kaczyński na siedzibę dla swojej partii wybrał specjalnie budynek na Nowogrodzkiej, żeby się nim zachwycała owa banda oszołomów zamieszkująca miejskie kanały oraz wiejskie chałupy, jest pozbawiona jakiegokolwiek sensu. Ja sam popieram program realizowany przez Jarosława Kaczyńskiego od roku 1990 i powiem szczerze dopiero przy okazji artykułu w Onecie dowiedziałem się jak wygląda budynek, w którym on ma swoje biuro. Jakim trzeba być kretynem, żeby sobie wykoncypować, że ta cała zniszczona alkoholem, pogrążona w kompletnej demoralizacji wiejska hołota, która, tak jak im każe proboszcz, głosuje na PiS, ci dresiarze ze zrujnowanych miejskich kamienic, z wypindrzonymi ciziami i bandą dzieci, dzięki którym mają pieniądze na piwo i fajki i darmowe sranie na plaży we Władysławowie, zanim zagłosują w kolejnych wyborach, sprawdzą jak wygląda warszawska siedziba prezesa Kaczyńskiego i czy jest odpowiednio brzydka?  Jeśli Kozanecki coś takiego nam zdecydował się przedstawić, to ja nie wierzę, by on realizował plan zlecony mu przez swoich niemieckich właścicieli. On z całą pewnością sam to wymyślił. Inaczej być nie może. A jeżeli ktoś potrzebuje dodatkowego argumentu, bardzo proszę.

 



 

 

wtorek, 22 września 2020

Być jak Antoni Macierewicz, czyli o trudnej sztuce podkulania ogona

 

      Kiedy w roku 2007 upadał pierwszy rząd Prawa i Sprawiedliwości, oczywiście – podobnie jak, przynajmniej tuż po ogłoszeniu terminu przyspieszonych wyborów, wielu innych komentatorów – byłem pewien, że nie dość że uda się szybko wrócić do władzy, to jeszcze ze znacznie bezpieczniejszą przewagą niz poprzednio. Niestety, jak się zorientowałem już po niewczasie, każda władza, choćby nie wiadomo jak mocna programem i społecznym dla niego poparciem, jeśli tylko nie trzyma mocno w garści przede wszystkim służb, ale również i mediów, wobec owej siły pozostaje całkowicie bezradna. No i faktycznie, wystarczyło parę tygodni medialnego ataku oraz parę groszy od zagranicznych sponsorów, by najpierw „schować babci dowód”, a następnie zaciągnąć do wyborczych lokali cztery miliony wesołej dzieciarni, by nastąpiło osiem lat rządów, których największym sukcesem po latach okazała się smoleńska katastrofa i śmierć prezydenta Kaczyńskiego.

       Czy po tych wszystkich latach uważam – podobnie jak wciąż zresztą wielu bardzo dobrze życzących Polsce osób, którzy pamiętają tamten czas – że trzeba było machnąć ręka na Leppera i jego interesy, Giertychowi dać wszystko co go podnieca, i dalej powoli starać się budować lepszą Polskę? Otóż nie. Przede wszystkim, z mojego punktu widzenia, owe dwa lata użerania się z całym światem, a w tym przede wszystkim tymi dwoma przenikniętymi najgorszym cynizmem cwaniakami, to był czas absolutnie nie do wytrzymania. Kiedy wreszcie przyszedł moment, że premier Kaczyński podał rząd do dymisji, a Prezydent ją przyjął i ogłosił przyśpieszone wybory, ja wreszcie poczułem prawdziwą wolność, w tym sensie, że już nie musiałem zaczynać kolejnego dnia od zastanawiania się co te dwa skurwysyny znowu zrobią, no a kiedy okazało się, że władzę przejęła mafia, to tym bardziej, widząc z kim przez cały ten czas mieliśmy do czynienia, wiedziałem, że ów koniec i tak by nadszedł, tyle że być może w taki sposób, że poza ową mafią nie było już nikogo. No i dziś, kiedy słyszę kogoś, kto mi z uporem maniaka tłumaczy, że trzeba było jednak trzymać sztamę z Giertychem i Lepperem do lepszych czasów, bo wtedy przynajmniej by żył Lech Kaczyński, mogę się tylko smutno uśmiechnąć i wzruszyć ramionami.

        Po tych wszystkich latach, kiedy wchodzimy w kolejny, niewiele inny przecież od tamtego kryzys, muszę powiedzieć, że jest kilka rzeczy, które się jednak różnią. Przede wszystkim, o ile tamten atak przyszedł jednak z zewnątrz, to dziś wróg jest jak najbardziej „nasz”, ale też o ile wówczas, ze względu na zaangażowanie służb, byliśmy wobec niego kompletnie bezradni, dziś jesteśmy znacznie mocniejsi. Mało tego, również społeczne poparcie dla Prawa i Sprawiedliwości jest  znacznie większe i, co może ważniejsze – stabilniejsze.

      Natomiast, owszem, cała reszta jest bardzo do siebie podobna. Podobne jest też bardzo zagrożenie. Otóż nie chodzi o to, że rządowi dziś grozi jakaś siła, która jest w stanie go pozbawić władzy, natomiast tak samo dziś jak i wtedy, owa siła ma możliwość, jak i też bardzo mocno eksponowaną chęć, by, jak to mówią, wkładać kij w szprychy, a jednocześnie apelować o kolejne ustępstwa na jej rzecz. Dla dobra Polski oczywiście. Jest jednak coś jeszcze, co mi przypomina tamten czas. A jest to moja naiwność. Otóż przyznać muszę, że przez długie miesiące, ile razy słyszałem dziennikarskie plotki o tym, że oto między ministrem Macierewiczem a prezydentem Dudą trwa bardzo brutalna walka o wpływy i że podobnie brutalna wojna toczy się między Zbigniewem Ziobrą a premierem Morawieckim, no i w ogóle że ktoś tam w PiS-ie kogoś nienawidzi, a kto inny z kimś innym nie mówią sobie nawet dzień dobry, uznawałem to wyłącznie za ten rodzaj informacji, który od lat nie miał żadnego innej podstawy, jak znane do porzygania hasło „jak nam ujawnił ważny poseł PiS-u”. Tymczasem wygląda na to, że bardzo słuszne były moje podejrzenia, że tam jedynym od początku do końca uczciwym i bezinteresownym człowiekiem jest Jarosław Kaczyński, a cała reszta składa się wyłącznie z tych, którzy albo właśnie dostrzegli swój moment, albo jeszcze cierpliwie na niego czekają.

        Jeśli ktoś w tym momencie liczy na to, że ja napiszę coś o Zbigniewie Ziobro i obsesjach, z którymi on najwyraźniej nie jest sobie w stanie od lat radzić, to się myli. Ja tu bowiem mam ochotę wykonać pewien manewr, który o Ziobrę nawet nie zahaczy, a i tak nam naświetli odpowiednio obecną sytuację. Otóż wszyscy pamiętamy jesień roku 2017, kiedy ustawy sądowe leżały gdzieś nierozstrzygnięte, Tomasz Sakiewicz deklarował uroczyście, że nigdy w życiu nie zagłosuje na prezydenta Dudę, a my wszyscy w napięciu czekaliśmy na od miesięcy zapowiadaną rekonstrukcję rządu i nagle, jak grom z jasnego nieba, spadła na nas wiadomość, że premier Szydło już nie będzie premierem, minister Macierewicz ministrem i w ogóle nic już nie będzie tym czym wydawało się być. Cała Polska zachodziła w głowę, co to się do przysłowiowej kurwy nędzy wyprawia, zwolennicy premier Szydło oraz ministra Macierewicza szykowali demonstracje w obronie starego dobrego porządku, a tymczasem zupełnie bez rozgłosu prezydent Duda z najwyższą radością podpisał wszystkie skierowane do niego ustawy, nominowani przez niego generałowie otrzymali swoje czapki, a generałowie nominowani przez rząd oczywiście w jednej chwili zostali przez Prezydenta przyjęli z honorami i polska reforma ruszyła z kopyta. I niech nikt z nas nie myśli, że tu chodziło o to by premierem był Morawiecki a nie Szydło.

      Ale, co bardzo ciekawe i na co chyba nikt, jak rozumiem, z wrodzonej delikatności, nie zwrócił uwagi, Antoni Macierewicz nie dość że nie wezwał do rewolucji, to grzecznie położył uszy po sobie i do dziś nawet okiem nie łypnie, by dać Prezesowi do zrozumienia, że on przecież ma swoje zasługi i jeśli one nie zostaną docenione, to rząd będzie musiał upaść. Proszę uprzejmie zwrócić uwagę na zachowanie Antoniego Macierewicza, dla wielu polskich patriotów faktycznego polskiego przywódcę i architekta naszej cywilizacyjnej niepodległości. Mamy człowieka o ambicjach znanych każdemu z nas od lat, który dziś siedzi cichutko jak mysz pod miotłą, a jednocześnie bardzo lojalnie i cierpliwie pracuje na kolejne sukcesu tego rządu. Ja sam oczywiście nie ufam mu ani na milimetr i wiem doskonale, że jeśli on tylko dojrzy gdzieś na horyzoncie szansę, by cały ten projekt rozpieprzyć w kurz i podstawić na tym swój własny, o wiele pod każdym względem lepszy, to się absolutnie nie będzie z tym ociągał. Ale też wiem, że jeśli on w jakikolwiek sposób ujawni się ze swoimi ambicjami, dostanie od Jarosława Kaczyńskiego tak w łeb, że tym razem sie już nie podniesie do końca świata, który to zresztą świat o nim i tak po paru miesiącach zapomni.

         We swoim wczorajszym tekście na tym blogu, zatytułowanym bardzo śmiesznie „Pojednajcie się”, Integrator sugeruje, że Jarosław Kaczyński powinien jednak przestać świrować i skupić się na tym, by dbać o to by najbliższe trzy lata minęły nam na spokojnym budowaniu przyszłego zwycięstwa. Chciałem więc Integratorowi dziś powiedzieć, że Prezes właśnie to robi. I to robi na poziomie, którego ani on Integrator, ani nawet ja do końca nie jesteśmy w stanie ogarnąć. A ja mam tylko nadzieję, że kiedy już opadnie kurz, nie będę musiał na tej scenie oglądać ani Ziobry ani jeszcze bardziej Gowina, a ci co zostaną, będą potulni co najmniej tak jak Antoni Macierewicz.



poniedziałek, 21 września 2020

Integrator: Pojednajcie się!

       Zarządzanie przez konflikt, a wszystkie koguty we wsi pieją, że tak to od lat wyglądało w Zjednoczonej Prawicy, to zawsze metoda na krótko. Na rok, może trzy. Potem skumulowana energia złych emocji najpierw zjada efektywność by ostatecznie rozsadzić okręt z którym na dno idzie cała załoga. Cała. Także ci co to uważani byli za silniejszą część ekipy. 

      Nie ma polituj bo zasady gry na rynku wyborczym i matematyka to najtwardsi zawodnicy. Zjednoczona Prawica może liczyć na premię od wyborców tylko za jedność. Bez niej słupki lecą i żadne zbiegi marketingowe tego nie zmienią, żadne czary mary. Lecą, a wraz z nimi dotychczasowy sposób postrzegania autorytetów, które dopuściły do kryzysu. Nie ma się więc co łudzić, PiS bez koalicjantów nie będzie u władzy i mała w tym pociecha, że Ziobro czy Gowin znajdą się poza Sejmem. Oni akurat od początku nie mieli zdolności samodzielnego przejścia progu, i niewiele w tym sensie tracą. Straci natomiast PiS. Jego wyborcy rozejdą się po innych partiach a bardzo przecież czekają na nich z otwartymi rękami w Konfederacji czy u Szymona. Bo wyborcy jak to wyborcy. Jedni wykuci z żelaza będą do ostatniego tchnienia, reszta to stale przemieszczający się plankton. Jedna afera, jedno pochopnie wypowiedziane zdanie rzucone na żer mediów i poooszszszli.

      PiS nie da rady rządzić w mniejszości. Zacznie potykać się o własne nogi. Bo dla przykładu, niby jak oni chcą teraz zastąpić Ziobrę? Przecież to ministerstwo wykuwane było w śmiertelnym boju o każde stanowisko, każdą literę w ustawie z najsilniejszą mafią jaka rządziła tym krajem - z kastą sędziowską. To od niej ostatecznie zależało czy procedowanemu projektowi ustawy udzielą łaskawie prawa do życia czy zostanie on przez nich bezceremonialnie zabity na etapie embrionalnym. Tak, embrionalnym, bo z góry zawsze wcześniej płynął sygnał jak z tym będzie i czy warto się trudzić. To towarzystwo wciąż walczy i tylko czeka aż przyjdzie nowy człowiek, który nie zna sieci powiązań jakie funkcjonują w skomplikowanym labiryncie sądowych korytarzy. Bardzo szybko zaczną wówczas odrastać macki. Z drugiej strony, ja rozumiem, będzie miał harmonijnie nowy minister współpracować z ludźmi Ziobry? Bez szans. Jeśli nie pójdzie na układ, a to będzie pośrednio dawało Ziobrze wpływ na władzę, będzie musiał iść z nimi na wojnę. Wróg przed murami i za murami? Powodzenia. Przy takiej ilości frontów jakie otworzyła Zjednoczona Prawica, wprowadzanie nowego Ministra Sprawiedliwości to proszenie się o kłopoty. A dobrze to wszyscy rozumiemy, że bez tego ministerstwa nie będzie akcji jak ta z Nowakiem, które przecież dają dużo wyborczych punktów. 

      Będzie też problem z kontynuowaniem strategii jaką obrano podczas wyborów prezydenckich. Każde uderzenie w ideologię LGBT będzie punktem na rzecz Ziobry bo tylko on ze Zjednoczonej Prawicy dał temu oporowi twarz. I zapewne sam będzie chętnie w ten bęben walił co sił.

Można wymieniać jeszcze ale nie po to ja się tu męczę w drodze do pracy, wciśnięty w szynę autobusu. Jeśli Jarosław Kaczyński chce wygrać w kolejnych wyborach, a to będzie kumulacja, musi utrzymać Zjednoczoną Prawicę. I przestać słuchać przybocznych, którzy w tak drastycznych posunięciach względem tego koalicjanta upatrują szansę w przesunięciu swoich obszarów wpływów. Wszak obok ideowych ludzi, zawsze plączą się i tacy całkiem "pragmatyczni". A jeśli Kaczyński boi się, że mu pod bokiem Solidarna Polska urośnie nazbyt w ciągu trzech lat, bo faktycznie pobyt w koalicji działa na korzyść tego koalicjanta, to powinien zaproponować mu zwinięcie masztów i powrót do macierzy. Wtedy Ziobro będzie działał owszem na swoje nazwisko ale nie mniej jak i inni, jak i Morawiecki. Ale ten wariant możliwy jest tylko pod jednym warunkiem, i takim oto, że premierem zostanie Kaczyński, osobiście. Mógł bowiem Ziobro technicznie trwać pod Morawieckim, rekompensując to poniżenie faktem, że jak by nie było jest liderem partii. W nowym układzie będzie mu nie honor.

Autor: Integrator

Czy pszczoły są czarne, żółte, czy... purpurowe?

 

Poniższy tekst ukazał się w najnowszym wydaniu „Warszawskiej Gazety” i mimo tego, że on praktycznie powtarza treść notki zamieszczonej na tym blogu niemal już ponad tydzień temu, publikuję go tu z dwóch względów: mamy tu bowiem pewną bardzo pouczającą dodatkową historię, oraz nadzwyczaj piękny – a równie pouczający – obrazek.        

 

 

      W minionych dniach, trochę na fali terroryzującej niemal świat cały kampanii „Black Lives Matter”, a trochę przy okazji występu w turnieju US Open czarnoskórej mistrzyni Naomi Osaki, która postanowiła przed każdym ze swoich siedmiu występów na nowojorskich kortach demonstrować maseczkę z nazwiskami siedmiu ofiar rzekomo rasowo motywowanej brutalności amerykańskiej policji, pomyślałem sobie, że sprawdzę dokładnie jak to było z tymi siedmioma Murzynami. I oto okazuje się, że dwoje z nich zostało zastrzelonych nie przez policję, ale przez tak zwaną „straż obywatelską”, dwoje poniosło śmierć  podczas obezwładniania, jedna kobieta zginęła w strzelaninie sprowokowanej przez jej partnera, a jedno dziecko, gdy groziło policjantom pistoletem zabawką. Siódma z ofiar może być, choć z trudem, uznana za niewinną ofiarę policyjnego błędu.

      By dać bardzo pouczający przykład opowiem historię 14-letniego dziecka, którego nazwisko Naomi Osaka założyła sobie na nos tuż przed nowojorskim finałem, Tamira Rice’a. Otóż ów Rice kręcił się po okolicy z pistoletem zabawką, z którego lufy wcześniej starannie zdjął pomarańczową taśmę standardowo informującą zainteresowanych, że mają do czynienia wyłącznie z zabawką, i w żartach mierzył do mijanych ludzi. W pewnym momencie ktoś zadzwonił po policję, policja przyjechała na miejsce i poprosiła dziecko o podniesienie rąk. Ono, zamiast tego, sięgnęło po swój pistolecik, który wcześniej – tak jak to wielokrotnie widziało na filmach – wsunęło za pasek od spodni, no i zostało – również tak jak to wcześniej oglądało w telewizji – zastrzelone.

        Oczywiście policjant, który Rice’a zastrzelił został uniewinniony od zarzutów, rodzina chłopca otrzymała odpowiednio wywalczone przez zawsze gotowych do akcji prawników grube miliony odszkodowania, no a dziś nie ma dnia, by gdzieś na świecie nie uruchamiano kolejnej akcji związanej z walką o prawa Czarnych do życia. W Polsce los wiersza Tuwima „Murzynek Bambo” wisi na włosku, w Anglii toczy się debata na temat tego, czy tak zwany Union Jack niesie rasistowskie przesłanie, w Stanach Zjednoczonych drżąca o swoje życie czarna społeczność bezkarnie morduje białych Amerykanów, a tych co jeszcze żyją terroryzuje tak by się bali wyjść z domu, a my tu u mnie w mieście mamy swoje przygody, na szczęście dokładnie tak jak sobie na to zasłużyliśmy, wesołe. Otóż moja synowa udała się ze swoją maleńką córeczką na plac zabaw, gdzie obok niej bawił się czarny chłopczyk, do którego moją wnuczkę mocno ciągnęło. Problem był jednak w tym, że na ramieniu dziecka siedziały sobie dwie pszczoły i synowa moja w obawie, by jej córeczce nic się nie stało, cały czas pokazywała jej gestem, by do chłopczyka nie podchodziła. I w pewnym momencie zamarła w przerażeniu i zaczęła nerwowo rozglądać się czy przypadkiem ktoś w tym momencie nie dzwoni już po opiekę społeczną.

      A ja już mam tylko jedno pytanie: czy granice obłędu zostały już przekroczone, czy wszystko dopiero przed nami?