poniedziałek, 2 maja 2016

Krótka rozprawa między trzema osobami, Księdzem, Żydem a Murzynem

Biorę pod uwagę, że to tylko ja jestem tak przesadnie uważny, ale nie wykluczam też, że ktoś jeszcze zwrócił uwagę na to, jak trochę miesiąc temu, pierwsza gwiazda poznańskiego Kościoła, ksiądz Radosław Rakowski, zorganizował w jednej ze szkół rekolekcje, które poprowadził wspólnie z muzułmańskim imamem i żydowskim rabinem. Jak można było poczytać, ale też i usłyszeć, na portalu tvn24.pl, w pełnej entuzjazmu relacji z wydarzenia, ksiądz Rakowski w następujący sposób objaśniał ów szczególny projekt: „Papież Franciszek cały czas nas wzywa do dialogu międzyreligijnego, do budowania pokoju na świecie, no i ten problem dotyczy również naszych uczniów, rozmawiamy o tym na lekcjach religii. Postanowiłem, że w tym roku rekolekcje będą o trzech wielkich religiach monoteistycznych: judaizmie, chrześcijaństwie i islamie. Chciałem, żeby byli rabin, imam i ksiądz katolicki, aby uczniowie mogli każdemu zadać pytanie, żeby mogli spotkać ich, zapoznać się i tak samo pozbyć się tych wszystkich przekonań, strachów i lęków, które w ich sercach się rodzą i zauważyć, że to są normalni ludzie”.
To ksiądz katolicki, ale obok księdza Rakowskiego wypowiedzieli się też oczywiście imam i rabin. Rabin, rabin jak żywy, z pejsami i w odpowiednim kapeluszu, mówił tak: „Takich rekolekcji powinno być jeszcze więcej. Czy my dlatego że się różnimy kolorem skóry, językiem, wykształceniem, czy sposobem modlitwy, mamy się nie lubić? Nie”.
Doniesienia medialne po rekolekcjach, od lokalnych portali po samą „Gazetę Wyborczą”, jednogłośnie i jednoznacznie potwierdzały, że rekolekcje księdza Rakowskiego wzbudziły w młodzieży prawdziwy entuzjazm, a redaktor „Wyborczej” wspiął się na taki poziom emocji, że zadeklarował publicznie, że on to właśnie odzyskał wiarę w Kościół i od dziś swoim znajomym, obok dominikanów, jak dotychczas, będzie również polecał parafię, w której służy ksiądz Rakowski.
Od wspomnianego wydarzenia zdążył minął ledwie miesiąc, jak nagle ten sam co wówczas portal tvn24.pl poinformował, że głupia sprawa, ale jak się okazuje, ów rabin, uczący poznańską dziatwę tolerancji i szacunku dla odmienności, to żaden rabin, tylko niejaki Jacek Niszczota z Ciechanowa, który dokładnie od roku 2009 zadaje szyku w poznańskiej gminie żydowskiej, jako Jakoob ben Nistell. Wedle doniesień portalu tvn24.pl, ów Niszczota pewnego dnia pojawił się w Poznaniu, przedstawił się jako Żyd i się najął do roboty, jako woluntariusz. Po krótkim czasie, kiedy lokalne towarzystwo uznało, że z niego „swój chłop”, zaczął się przedstawiać, jako rabin, i to też przeszło bardzo gładko. Naczelny rabin Polski Michael Schudrich tak opisuje ową przedziwną karierę i miejsce, jakie on sam tam zajmował: „Poznałem go. To był cichy, miły człowiek. Na początku ubierał się normalnie. Ostatnio, kilka miesięcy temu, może rok, zapuścił pejsy. To był taki krok za krokiem”.
No ale co tam Schudrich. Posłuchajmy, co nam na ten temat mówi nie byle kto, ale sam tvn24.pl: „Niszczota przez kilka lat działalności w gminie żydowskiej w Poznaniu stał się szanowanym ‘duchownym’. Na przykład w 2014 roku uczestniczył w otwarciu lapidarium we Wronkach. W obecności notabli odmawiał nawet kadisz, czyli tradycyjną modlitwę za zmarłych. Odczytywał tekst nabożeństwa po hebrajsku, choć - jak uważa hebraista Leszek Kwiatkowski - mężczyzna z pewnością nie zna tego języka. - Całe to nagranie to był zlepek bezsensownych, wypowiadanych bez ładu i składu sylab. Udało mi się wyłowić jedno czy dwa słowa w całej tej modlitwie, które mniej więcej odpowiadały temu, co być powinno - podkreśla wykładowca z Uniwersytetu A. Mickiewicza w Poznaniu. Wówczas we Wronkach nie zareagował nikt, choć obecna była m.in. ambasador Izraela. Człowiek ‘nie z tej ziemi’ ‘Rabin’ oprowadzał po Poznaniu wycieczki żydów z całego świata, prowadził prelekcje, otwierał wystawy. Reprezentował gminę żydowską na Dniach Judaizmu w Poznaniu, gdzie wygłaszał komentarz do kazania przewodniczącego Episkopatu Polski arcybiskupa Stanisława Gądeckiego. W 2015 roku został twarzą Dni Judaizmu i jego zdjęcie znalazło się na plakacie”.
Ktoś powie, że to nic takiego. Zdarza się najlepszym. W końcu to nie kto inny, jak nasi ojcowie zakonni swego czasu przyjęli w swoje szeregi z pełnym dobrodziejstwem inwentarza ruskiego agenta tylko dlatego, że wydał im się, że zacytuję rabina Schudricha „miłym i cichym człowiekiem”. Jednak w przypadku owego Jacka z Ciechanowa mamy do czynienia z przypadkiem znacznie bardziej wstrząsającym, i to też nie z powodu rangi wydarzenia, czy pozycji przez niego zajmowanej i eksponowanej medialnie, ale przez reakcję samych Żydów. I tu też nie mam na myśli ani tego, że kiedy on tak odstawiał swój cyrk z czytaniem Kadisz po hebrajsku, a będąca na miejscu ambasador Izraela nawet nie pisnęła, że coś tu jest nie tak, ani nawet tego, że najprawdopodobniej wszyscy Żydzi, którzy mieli okazję go poznać wiedzieli, że to jest fejk, tyle że z powodów politycznych woleli nie reagować. To co mnie w tym wszystkim wręcz zachwyca, to fakt, że dziś, kiedy tego Niszczoty już nie ma, bo gdzieś najzwyczajniej w świecie prysnął, Żydzi poinformowali, że oni nie chcą o nim więcej słyszeć. On dla nich nie istnieje ani jako wstyd, ani nawet jako ktoś, kto zapewne jest im coś winien. Ta reakcja jako żywo przypomina reakcje wyznawców świętej gdzieniegdzie zasady „śmierć konfidentom”. A w końcu, nie oszukujmy się, Niszczota za darmo durnia z siebie przez te siedem lat nie robił.
Ale jest jeszcze coś. Otóż po raz kolejny okazuje się, że są interesy, na których przegrać się nie da. Wystarczy tylko brak wstydu, pewien poziom determinacji i odpowiednia agenda. Tu akurat obsługująca tak zwaną „religijną tolerancję”. Ale przecież nie musi wcale chodzić o żydów, muzułmanów i chrześcijan. Pamiętamy przecież wciąż jeszcze tego Murzyna, który jako Simon Mol przez długie lata zdawał szyku jako poeta i działacz wolnościowy wśród skupionego wokół „Gazety Wyborczej” towarzystwa działaczy, polityków i intelektualistów i jak podaje Wikipedia: „w 2004 r., w imieniu prezydenta Polski, został nominowany do nagrody Sergio Vieira de Mello Prize, razem z Tadeuszem Mazowieckim i innymi zasłużonymi osobami, za ‘odbudowywanie pokoju w społecznościach po konfliktach’, przyznawanej pod patronatem UNHCR i innych instytucji”, a tak naprawdę zajmował się wyłącznie dupczeniem jakichś biednych niedorobionych idiotek z dobrych domów i zarażaniem ich AIDS, tylko dlatego, że miał taką fantazję.
Na a dziś mamy tego niby rabina, który z księdzem Rakowskim miesza w głowie Bogu ducha winnym dzieciom, wykorzystując – nie, nie dziecięcą naiwność, nie, nie czyjąś nieuwagę, nie wreszcie swoje wybitne talenty oszusta, ale zwykłą grzeszną próżność jednego kapłana, któremu bardzo się spodobało błyszczeć w mediach, jako ten lepszy.
Okropnie to wszystko przygnębiające, ale by tak nie zostawiać nas w tym nomen omen „molowym” nastroju, chciałbym zwrócić uwagę na pewien mocno pocieszający szczegół. Otóż gdyby nie próżność księdza Rakowskiego, ten cały Niszczota pewnie przez jakiś jeszcze czas by sobie hasał po tych czy innych miejscach. To bowiem po wspomnianej na początku poznańskiej imprezie udającej rekolekcje, kiedy Niszczotę pokazał TVN, jego kumpel z młodości go rozpoznał i podniósł alarm. Strasznie kręte są ścieżki, po których chadza boża sprawiedliwość. A mówiąc „boża” mam oczywiście na myśli wyłącznie Kościół Powszechny.

Zapraszam wszystkich do księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie są do kupienia moje książki. I nie tylko moje.

niedziela, 1 maja 2016

Zanim Jarosław Kaczyński zabierze nam telewizor, czyli niech się święci 1 maja

Dzisiejszy post jest o tyle szczególny, że składa się z dwóch tekstów, starego i nowego, jednak połączonych w jeden. Oba dotyczą naturalnie tej samej kwestii, ale ponieważ, jak się zdaje, jeden bez drugiego istnieć nie może, bardzo proszę przeczytać to, co zostało tu wrzucone jeszcze dwa lata temu, a potem, swego rodzaju komentarz z dzisiaj. A zapewniam, że przed nami sprawy ważne w sposób wyjątkowy.
Jak pewnie wszyscy mniej lub bardziej, jesteśmy tego świadomi, przekaz medialny w Polsce (a pewnie nie tylko w Polsce) dzieli się na trzy rodzaje wiadomości. Pierwszy z nich, ten najbardziej szeroki, to wiadomości, które pojawiają się w popularnym obiegu na jeden lub dwa dni, a następnie zostają wyparte przez inne, nowsze, a więc ciekawsze. A więc, jest to historia ugotowanego w samochodzie dziecka, jakiegoś Jacka z Ciechanowa, który się przebrał za rabina, czy informacja o tym, że prokuratura nie chce postawić zarzutów jakiemuś gangsterowi.
Drugi typ wiadomości, to te, które żyją całymi tygodniami i nawet na moment nie schodzą z czołówek gazet i telewizyjnych programów informacyjnych. To są rewelacje związane z tym, że posłanka Pawłowicz nazwała Władysława Bartoszewskiego pastuchem, że kolejny ksiądz okazał się pedofilem, czy ewentualnie, że mieszkańcy Jasienicy wciąż nie mogą się pogodzić z decyzją o odwołaniu swojego proboszcza. To jest ten rodzaj newsa, który będzie wklejany w popularną świadomość tak długo, aż ludzie zaczną tą informacją zwyczajnie wymiotować – wtedy poszuka się czegoś nowego.
No i jest oczywiście jeszcze ten rodzaj informacji, gdzie o zdarzeniu słyszymy raz… i już nigdy więcej. Kiedy już zostanie stworzone owo alibi, sprawa zostaje natychmiast zamknięta i nie ma na całym świecie jednego dziennikarza, który uznałby za stosowne temat pociągnąć. Wbrew pozorom, w dzisiejszym, bardzo otwartym, świecie, gdzie różnego rodzaju idee krążą praktycznie bez przeszkód, tego typu news faktycznie nie istnieje. Tak naprawdę, jeśli się zastanowić, chyba nie ma takiej możliwości, by gdziekolwiek, kiedykolwiek i cokolwiek zdołało się ukryć przed dociekliwym spojrzeniem człowieka. Pamiętamy, jak kilka lat temu w Bangladeszu runął wielki budynek, w którym lokalni niewolnicy produkowali odzież dla największych światowych sieci i zginęły tysiące ludzi. Oczywiście, dzięki gwałtownej interwencji Systemu, mimo że z dnia na dzień liczba ofiar rosła w tempie zastraszającym, światowe media tematu posłusznie nie ruszały, no ale już zarówno Wikipedia, jak i znany nam portal boston.com zareagowały w jednej chwili, a więc kto miał oczy i uszy odpowiednio otwarte, o tym co się stało gdzieś w dalekim i egzotycznym Bangladeszu, usłyszał. A to akurat, co z tą informacją zrobił, to już inna historia. W każdym razie efekt tego nieszczęścia był taki, że takie marki, jak na przykład polski Reserved zdecydował na swoich produktach nie umieszczać informacji o tym, gdzie ich towar jest wytwarzany. A więc nawet to, nawet coś na tym poziomie czarnego biznesu, też się nie dało rady ukryć.
Ale popatrzmy na poziom bardziej nam bliski i prosty, tak niemal bliski i prosty, jak szczere spojrzenie Henryka Wujca. Oto też już parę lat temu wspomniany Wujec jechał samochodem, potrącił na przejściu człowieka, podobno go ciężko poturbował… i w tym momencie sprawa została skutecznie wyciszona. A nie da się ukryć, że było o czym dyskutować. Rzecz w tym, że Wujec, skutkiem wcześniejszego, również samochodowego, wypadku, ma tylko jedno oko, a więc kiedy spowodował ów tajemniczy wypadek, jak się zdaje, w ogóle nie powinien był kierować. Rzecz też w tym, że z jednej strony, jako ważna postać współczesnej polskiej historii, a także pracownik kancelarii prezydenta RP i – co tu dużo mówić – autorytet pełną gębą, on powinien być tu w znacznie trudniejszej sytuacji, niż jakiś choćby i głupi licealista, który ukradł rodzicom auto i spowodował nieszczęście. Nic z tego. Po tym, jak w pierwszym dniu sprawa dostała się do ogólnopolskich mediów, nastąpiła cisza, która trwa do dziś. O tym, co z Wujcem, co z tym przechodzącym po pasach człowiekiem, nie powie nam nikt: ani „Newsweek”, ani „Polityka”, ani „Wprost”, ani portal wpolityce.pl, ani Telewizja Republika, ani „Gość Niedzielny”. W całym kraju nie znajdzie się jeden dziennikarz, jednak redakcja, jedne środowisko, które zainteresuje się losem tych dwojga ludzi i tego jednego wypadku. Nie muszę tu oczywiście dodawać, że gdyby za kierownicą tego samochodu nie siedział Henryk Wujec, a dajmy na to poseł Suski, nawet kryzys konstytucyjny zszedłby na dalszy plan.
No ale mamy tu z jednej strony ten Bangladesz, a więc wymiar globalny, a z drugiej jakieś resztki po tak zwanej „solidarnościowej rewolucji”, która z pewnych nieistotnych dla tego akurat tematu przyczyn wciąż jest reżimowi przydatna. Jest jednak coś idealnie po środku, a więc wydarzenie o rozmiarze, owszem, lokalnym, ale jednak obejmujące przestrzeń znacznie bardziej szeroką od Henryka Wujca i jego zaledwie odrobinę ważniejszych od niego protektorów. Mam tu na myśli kwestię tak zwanego „podatku telewizyjnego”.
Szczerze powiedziawszy nie wiem, czy ów news sprzed paru lat dotyczący urzędowej decyzji, że abonament radiowo-telewizyjny zostaje zachowany, a wszyscy ci, którzy za podpuszczeniem premiera Tuska przestali go płacić, mają swoje zobowiązania uregulować pod groźbą egzekucji skarbowej, oraz decyzji owej praktycznych implikacji, wykroczył poza przestrzenie wyznaczane przez domowe gospodarstwa. Domyślam się, że coś tam i gdzieś tam na ten temat w publicznej przestrzeni się ukazało, jeśli jednak idzie o mnie, to ja o wszystkim dowiedziałem się od mojego teścia, który któregoś dnia mnie poinformował, że on właśnie dostał polecenie zapłaty zaległego abonamentu za radio i telewizor za minione pięć lat, no i że właśnie bardzo grzecznie poszedł z tymi pieniędzmi na pocztę.
Opowiem może trochę o moim teściu. Otóż jest to przede wszystkim człowiek, który nigdy w życiu nie miał żadnych długów, który zawsze wszystkie swoje rachunki płacił w terminie, krótko mówiąc, jest to ten typ obywatela, który, jeśli idzie o relacje z Państwem, prowadzi specjalną księgowość, do której nie może się wkraść choćby jedna nieścisłość. To jest ktoś taki, kto, gdyby specjalnie dla niego szukać odpowiednika w popularnej kulturze, stanowi wręcz parodię ojca z klasycznego dziś już serialu „Wojna domowa”. To po pierwsze. Druga rzecz jest taka, że politycznie on jest w takim miejscu, gdzie jeśli premier Tusk, a za nim telewizja TVN24, mówią mu, że telewizyjnego abonamentu płacić nie należy, bo to są pieniądze wydane na najbliższą wyborczą kampanie Kaczyńsssssssskiego, on, choćby nie wiadomo jak wbrew swojemu wrodzonemu charakterowi, informacje tę przyjmuje z całym dobrodziejstwem inwentarza i posłusznie nie płaci.
No i stało się tak, że któregoś dnia mój teść otrzymał wezwanie do natychmiastowego, pod groźbą egzekucji skarbowej, uregulowania zaległości wobec PiSssssssssowskiej telewizji, i ją w jednej chwili uregulował. Nie przez Internet, bo akurat nie korzysta, nie przez jakieś bankowe przelewy, ale normalnie, udając się na pocztę i przynosząc im te pieniądze w przysłowiowych zębach.
A co u mnie? Otóż ja, owszem, przez minione lata również nie płaciłem abonamentu radiowo-telewizyjnego, tyle że moje argumenty były zupełnie inne od tych, podawanych przez mojego teścia. Ja przestałem płacić abonament dlatego, że przede wszystkim nie miałem pieniędzy, pod drugie nie miałem głowy, by wobec znacznie poważniejszych długów zajmować się takim głupstwem, jak te 15, czy 30 złotych co miesiąc, czy dwa, no i wreszcie po trzecie, gdy idzie o to na co mam wydawać swoje ciężko zarobione grosze, to jeśli ktoś tak dobrze poinformowany jak Donald Tusk mi choćby sugeruje, że tu czy tam mogę sobie odpuścić, to ja oczywiście sobie odpuszczam. W mojej dramatycznie nędznej sytuacji ekonomicznej, jeśli premier polskiego rządu informuje mnie najwyraźniej, jak tylko na to pozwala mu zajmowane przez siebie stanowisko, że nadszedł czas obywatelskiego nieposłuszeństwa, ja – nie ze względu na niego i moje dla niego oddanie, ale przez zwykły finansowy rozsądek – płacić przestaję.
Ja, podobnie jak mój teść nieco wcześniej, również dostałem nakaz zwrócenia Państwu tych około 1500 złotych za minione pięć lat. Różnica była tylko taka, że ja ze swoim długiem nigdzie nie pobiegłem. Ja pismo z Poczty Polskiej ostrzegające mnie przed tym, co się może stać, jeśli się będę stawiał, wyrzuciłem do śmieci. Dlaczego? Z dwóch z kolei względów. Przede wszystkim, mimo że wiedziałem, że ów protest mogę sobie wsadzić w dowolną dziurę, postanowiłem, że w sytuacji, jaką mamy, ja im dobrowolnie tych pieniędzy nie dam. Skoro sam premier Tusk zapewniał mnie, że on osobiście dopilnuje, by ten abonament został zlikwidowany, ja w sposób zupełnie naturalny mogłem uznać, że każdy grosz, jaki zaniosę na pocztę, będzie groszem wyrzuconym w błoto. Ja musiałem tę informacje zrozumieć w ten sposób, że jeśli, mimo zapowiedzi premiera, będę płacił bez sensu ten abonament, kiedy już Trybunał Konstytucyjny i wszystkie inne autorytety prawne ogłoszą, że ten akurat podatek od początku był bezprawny, nikt mi nigdy tego co zapłaciłem nie odda. A więc protest.
Drugi powód, dla którego pismo z Poczty Polskiej zlekceważyłem, był już bardziej praktyczny. Ja zwyczajnie nie miałem fizycznej możliwości, poza oczywiście wzięciem tak zwanej „chwilówki”, by te 1500 złotych skądś wytrzasnąć. Moje życie w ostatnich latach jest tak ułożone, że jeśli ja gdzieś trafię 1500 złotych, to ja z nimi idę do tych, co przy moim gardle trzymają pięknie naostrzony nóż, a nie na pocztę, bo okazało się, że polityczni doradcy Donalda Tuska coś tam przekombinowali.
A zatem zaległości wobec KRRiT nie uregulowałem i spokojnie czekałem na rozwój wypadków. Po jakimś czasie otrzymałem pismo z mojego Urzędu Skarbowego. Grube jak jasna cholera, albo, że się tak wyrażę, jak owe pięć lat, kiedy to polski rząd prowadził swoją grę, a w środku informacja, że oni zajmują mi konto, żeby ściągnąć te telewizyjne pieniądze. A ja w tej sytuacji mogę tylko powtórzyć za artystą, że „wiedziałem, że tak będzie”. Bo taka jest prawda. Ja wiedziałem, że przyjdzie nowy rok, że któregoś dnia oni będą mi chcieli z konta zabrać te pieniądze, że ja oczywiście na tym koncie akurat nie będę miał ani grosza, a jeśli nagle jakimś cudem pojawi się tam coś większego i oni to zajmą, to przynajmniej nikt mi nie powie, że się przestraszyłem, albo że uznałem swoją winę i się ukorzyłem.
Stało się więc jak się stało. Oni mi zablokowali konto do czasu aż udało im się wreszcie odebrać mi te 1500 złotych, a ja się do dziś zastanawiam już tylko nad jednym: czy Donald Tusk, albo jego żona, przez ubiegłe pięć lat płacili ten abonament? Czy istnieje taka możliwość, że on z jednej strony namawiał nas, żebyśmy się nie zachowywali jak ciemna pisowska masa i żebyśmy jednego grosza nie dali na tę rzekomo publiczną telewizję, a z drugiej regularnie, co dwa miesiące chodzili, on albo ona, na pocztę i regulowali to co wiedzieli, że regulować trzeba teraz i z pewnością będzie trzeba w przyszłości? I nie chodzi mi o to, że ja się czuję pokrzywdzony, że twierdzę, że polska władza mnie oszukała; gdyby moja sytuacja finansowa była lepsza, ja bym ten abonament nawet wbrew reżimowej propagandzie płacił. Chcę natomiast tylko wiedzieć, czy Donald Tusk, podobnie jak mój teść, pewnego dnia zeszłego roku otrzymał owo wezwanie do zapłaty zaległych opłat.
No i jeszcze jedno. Ja nawet nie działam w imieniu mojego teścia i innych, jemu podobnych starszych panów, którzy przez swoją nienawiść do PiS-u musieli się nagle któregoś dnia dodatkowo wykosztować. Ich sprawa – ich problem. Te jakieś 1500 złotych to był mój dług, który musiałem spłacić, i który był wynikiem mojej własnej beztroski, niezaradności, czy jak to tam nazwiemy, taki sam, jak te wszystkie kredyty, zusowskie składki, czy zaległości w prostych comiesięcznych rachunkach i szkoda na to wszystko słów.
Tylko to jedno mnie dręczy: czy Donald Tusk dostał to wezwanie? No i jeszcze coś. Skąd ta cholerna cisza? Czyżby to ona była tu prawdziwym problemem.
Otóż, jak się wydaje, ona faktycznie jest problemem w tym sensie, że gdyby nie ona, nie byłoby najmniejszego sensu, by w ogóle do sprawy wracać. A tymczasem jest tak, że przestrzeń, w jakiej żyjemy, zaczyna ubogacać kwestia tak zwanego „podatku za telewizor”, jaki to faszystowski rząd Prawa i Sprawiedliwości ma zamiar najpierw nałożyć na Bogu ducha winnych obywateli, a następnie go skutecznie egzekwować. Okazuje się, że wspomniany wcześnie faszystowski reżim uznał za stosowne przyjąć, że państwowe radio i telewizja to wartość powszechna i zwrócił się do ogółu o to, by każda rodzina dołożyła się do tej wartości sumą 15 zł. miesięcznie.
W związku z rwetesem, jaki się podniósł to tu i tam, oraz deklaracjami, że PiSsssssss nie dostanie od nas ani grosza, chciałbym wszystkich poinformować, że w czasach, które wyżej opisywałem, a które były wyznaczane przez rządy Platformy Obywatelskiej miałem w domu trzy wizyty pracowników Urzędu Skarbowego, wszystkie bez zapowiedzi i wszystkie w związku z niezapłaconym przez mnie podatkiem za telewizor. Pierwszy raz pojawił się u mnie pan, żeby sprawdzić, w jakich warunkach żyję, że nie jestem w stanie uiścić wspomnianego wcześniej 1500 za również wcześniej wspomniany telewizor, za drugim razem pojawił się kolejny pan, by mi wręczyć odpowiednie pismo, a przy trzeciej okazji, kiedy wszystko już było uregulowane, a moje konto w banku odblokowane, z samego rana pojawił się kolejny urzędnik, który zażyczył sobie 35 złotych, jakie ja jeszcze państwu Donalda Tuska i Bronisława Komorowskiego, jak się okazało wciąż jeszcze zalegałem. Ponieważ akurat nie miałem w domu zażyczonej gotówki, a urzędnik Urzędu Skarbowego powiedział, że on bierze wszystko, co jest pieniądzem, to dałem mu pozostałe nam po wyprawie do Budapesztu 2 tys. forintów, dołożyłem do tego parę złotych i w ten sposób rozliczyłem się z władzą Platformy Obywatelskiej.
I nie skarżyłbym się oczywiście na owe trzy wizyty, gdyby nie fakt, że teraz nagle okazuje się, że Polska wpadła w czasy terroru Urzędów Skarbowych. Otóż to, z czym mamy do czynienia dziś, to jedyne sensowne wyjście z owego przedziwnego stanu, z jakim mamy do czynienia od zawsze. Żeby dziś tych, którzy jako pierwsi postanowili zaproponować sensowne wyjście z tego absurdu obrzucać najgorszymi obelgami, trzeba mieć w sobie coś specjalnego. A to, że oni to coś mają, zdążyliśmy się przekonać przez minione miesiące.

Zapraszam wszystkich do księgarni Coryllusa pod adresem http://coryllus.pl/?page_id=69. Zapewniam, że to jest ostatnia stacja, a na niej również moje książki. Serdecznie polecam.

sobota, 30 kwietnia 2016

O wacikach dla księdza Kazimierza Sowy

Wczoraj ukazał się kolejny numer „Warszawskiej Gazety”, a w nim mój kolejny, cotygodniowy felieton. Gorąco zachęcam, a dziś dla czytelników bloga również tu.

Nie rozumiem, dlaczego „Gazeta Wyborcza” – i to zwłaszcza oni – postanowiła się za to zabrać, ale to ona niedawno ujawniła listę osób i instytucji, finansujących kampanię wyborczą Platformy Obywatelskiej. Podobnie, mam bardzo ciężki intelektualny problem z tym, dlaczego tydzień wcześniej „Newsweek” opublikował podobne dane, tyle że dotyczące Nowoczesnej. Obie lektury robią wrażenie przede wszystkim przez to, że dzięki nim widzimy jasno, komu najbardziej na rękę było zarówno przedłużenie owych ośmiu lat rozkradania Polski, jak i, wobec nieuchronnej porażki PO, zapewnienie odpowiedniej sukcesji, no ale również fascynujące jest tu to, jak dla niektórych z nas nie jest najmniejszym problemem wyrzucić 10, czy 50 tysięcy w błoto, wyłącznie dla idiotycznej satysfakcji z tego, że się jest po właściwej stronie. Moim zdaniem jednak, wśród tych wszystkich, często niezwykle ciekawych informacji, jest jedna, która autentycznie poraża. Chodzi o to, że na kampanię Platformy Obywatelskiej całe 10 tys. złotych przeznaczył nie kto inny, jak katolicki ksiądz Kazimierz Sowa.
Myślę, że w większości świetnie wiemy, kto zacz. Otóż poza tym, że, jak już wspomnieliśmy, jest katolickim księdzem, w przestrzeni publicznej występuje jako dziennikarz TVN-u. I nie piszę tego ani ironicznie, ani żartem, ale stwierdzam fakt. Ks. Sowa regularnie występuje w telewizji TVN24, najczęściej ustawiając się w roli faktycznego duszpasterza, kiedyś władzy, a dziś najbardziej agresywnej części politycznej opozycji, a kiedy pokazuje się na ekranie naszych telewizorów, na dole nie pojawia się informacja: „Kazimierz Sowa – ksiądz katolicki”, lecz po prostu „Ks. Kazimierz Sowa – TVN Bis”. A zatem przyjmujemy, że w istocie rzeczy, Sowa to pracownik mediów.
Czy może zatem ks. Sowa został wynajęty przez Grupę ITI po to, by w ramach ogólnego pluralizmu opinii, prezentować widzom punkt widzenia Kościoła? Choć i tak byłoby to cokolwiek dziwne, jako że aby przedstawić stanowisko Kościoła, wystarczy zaprosić do telewizji któregoś z księży – choćby i ks. Sowę – i poprosić go o wypowiedź, to o wiele dziwniejsze jest wyciąganie z Kościoła jednego z nich i zatrudnianie go na funkcji redaktora. No ale niech będzie i tak. Niech ks. Sowa występuje w TVN-ie na stałe i ewangelizuje Polaków. Nic z tego. On tam jest zaledwie jednym z redaktorów i wypowiada się na wszelkie możliwe tematy, tylko nie na temat Wiary. Siedzi tam w tej koloratce i opowiada o sporze o Trybunał Konstytucyjny, albo o wyborach prezydenckich w Stanach.
No a teraz dowiadujemy się, że on z zarobionych w ITI pieniędzy dofinansował jedną z partii politycznych. Ho, ho, tak, tak!
Niedawno Kościół wydał zakaz publicznych wystąpień duszpasterzowi narodowców ks. Międlarowi. Ksiądz usłuchał swojego Kościoła i pokornie zawiesił swoje konto na Twitterze. Bardzo jestem ciekawy, co zrobi ks. Sowa, jak oni się w końcu wezmą za niego. Moim zdaniem wzruszy ramionami. W końcu na waciki, to on robić nie musi.

Zapraszam wszystkich do księgarni na stronie http://coryllus.pl/?wpsc_product_category=books, gdzie są do kupienia moje książki.

piątek, 29 kwietnia 2016

Gdy cały świat wspiera posła Borysława Budkę

Parę dni temu nieznany mi działacz Platformy Obywatelskiej wrzucił na Twittera informację, że Prawo i Sprawiedliwość, konsekwentnie realizując swoją politykę inwigilacji i terroru, usunęło z sali sejmowej kamerę, która dotychczas rejestrowała zachowanie posłów reprezentujących władzę, a wszystko po to, by oni tam mogli robić, co im się żywnie podoba w tajemnicy przed światem. Odpisałem mu, że moim zdaniem to jest kompletna i oczywista bzdura, na co on mnie zapewnił, że nie, no i tyleśmy sobie porozmawiali. Nie minął nawet dzień, kiedy informacja o usunięciu kamery znad głów posłów PiS-u trafiła do ogólnopolskich mediów, a ja zgaduję, że teraz przez pewien czas to ona nas będzie utulała do snu. I to wbrew zarówno oficjalnym wyjaśnieniom osób formalnie odpowiedzialnych, ale też zdrowej logice. No bo spójrzmy na tę sytuację chłodnym okiem. Jaki idiota wpadłby na pomysł, że jeśli zdejmie się tę kamerę, to w ten sposób ukryje się wszelkie przestępcze działania posłów Prawa i Sprawiedliwości, a jednocześnie świat nic nie zauważy. Przecież to jest kompletny absurd. To już znacznie bardziej sensowne i przede wszystkim prościej byłoby prokuratorowi Ziobro całą elitę Nowoczesnej i Platformy postawić przed sądem i wszystkich skazać na wieloletnie więzienie. W końcu, jeśli łamać demokrację, to co szkodzi pojechać po tak zwanej całości? Przepraszam za brutalność, ale o numer z kamerą to ja bym nawet nie podejrzewał Platformy Obywatelskiej z posłem Szejnfeldem na czele. Choć dziś już wiadomo, że mamy do czynienia z zaledwie kolejną próbą opozycji uzyskania choć jednego punktu w walce z PiS-em, nie zmienia to faktu, że refleksje pozostają.
Otóż chodzi o to, że dziś jesteśmy w stanie prawdziwej propagandowej wojny. Grzegorz Schetyna wprawdzie swego czasu określił to, co się nam szykuje, jako „opozycję totalną”, ale jeśli zrozumiemy, co się dzieje w rzeczywistości, to przy tym określenie „opozycja totalna” brzmi jak gra w berka. Jeśli przyjrzymy się temu, jak się rozwija sytuacja w kraju, musimy uznać, że w gruncie rzeczy stoimy w obliczu zamachu stanu, tyle że prowadzonego nie przez wojsko, czy zorganizowane przez opozycję bojówki, lecz przez tak zwane elity i ich reprezentację w najróżniejszych państwowych instytucjach. A konkretnie rzec ujmując, przez władzę sądowniczą, zdominowane skutkiem wyborczego fałszerstwa z roku 2014 samorządy, oraz przez wszelkiego rodzaju związki i korporacje, a wszystko to z pełną autoryzacją ze strony wszelkich możliwych instytucji europejskich.
W którymś z komentarzy w Internecie ktoś zwrócił uwagę, że przez minione 8 lat, kiedy pełnię władzy – i to władzy wszelkiej – pełniła Platforma Obywatelska, PiS konsekwentnie poszerzał swój elektorat i wywalczał dla siebie coraz szersze poparcie, jednak w tym czasie nikomu z naszej strony nie przyszło nawet do głowy, by o pomoc w walce z rządem zwracać się do Europy, czy gdziekolwiek indziej, poza potencjalnym elektoratem. I to jest oczywiście prawda, ale nie wolno nie pamiętać, że kiedy Prawo i Sprawiedliwość było w opozycji, nie było w całym świecie ani jednej instytucji, do której politycy Prawa i Sprawiedliwości choćby teoretycznie mogliby się zwrócić o solidarne wsparcie. Ani w sprawie inwigilacji, ani braku demokracji, ani fałszerstw wyborczych, ani nawet Smoleńska i tego wszystkiego, co się z nim wiąże. Cały ten okres ośmiu lat to była całkowicie samotna walka prowadzona wyłącznie w oparciu o własne zasoby, wobec której świat pozostawał w najlepszym wypadku obojętny. Nawet sojusznik tak wydawałoby się naturalny, jak Kościół, wspierał tę walkę jedynie przez osobiste zaangażowanie pojedynczych księży i biskupów. Krótko mówiąc, ostateczne zwycięstwo Prawa i Sprawiedliwości roku 2015 to był wynik autentycznej walki w cieniu.
Sposób, w jaki sposób dziś z rzekomo antydemokratyczną władzą walczy opozycja, stanowi doskonałe przeciwieństwo tego, czego byliśmy świadkami przez minione lata. Proszę zwrócić uwagę. Jeśli ocenić sytuację uczciwie, to udział w tej walce osób takich jak Grzegorz Schetyna, Ryszard Petru, Mateusz Kijowski, czy nawet Władysław Frasyniuk z Aleksandrem Kwaśniewskim, ogranicza się do praktycznego minimum. Gdyby nie wsparcie przede wszystkim europejskich instytucji i polityków, a w kraju głównie zdominowanych przez Platformę i PSL samorządów, oraz wszelkiego rodzaju stowarzyszeń prawniczych, polityczna opozycja przede wszystkim by nie istniała, a o tym, by kiedykolwiek powrócić do wielkiej polityki, nawet nie mogłaby marzyć. Petru, Schetyna, czy Kijowski, bez wsparcia instytucji europejskich i lokalnych elit, zostaliby starci z powierzchni ziemi w ułamku sekundy. Gdyby nie politycy z tak zwanej Komisji Weneckiej, my byśmy nie wiedzieli, kim oni są. Bez tej pomocy przeróżnych trybunałów, stowarzyszeń, związków, porozumień, inicjatyw na rzecz, fundacji… można by wymieniać, oni byliby nikim. Ich nazwiska rozpłynęłyby się we mgle bieżących zdarzeń.
I moim zdaniem, ta właśnie refleksja jest niezwykle znacząca, a jednocześnie bardzo pocieszająca dla tych z nas, którzy będąc świadkiem tej niesłychanej wręcz agresji, tracą wiarę. Tu naprawdę nie ma się czego bać. Jeśli tylko Prawo i Sprawiedliwość nie zgubi z pola widzenia podstawowego celu, jakim jest spełnienie oczekiwań tych wszystkich z nas, którzy zarówno wiosną, jak i jesienią ubiegłego roku, oddali swój głos zarówno za prawo, jak i za sprawiedliwość, ten cały skowyt nie będzie miał żadnego znaczenia. Z tego prostego powodu, że tam tak naprawdę nie ma jednego człowieka, który by miał świadomość tego, czym jest człowieczeństwo. To wszystko jest wyłącznie wydrukowane na kartce papieru rozporządzenie. A co gorsza, nikt nawet nie chce się przyznać, że to on je ułożył. W ten sposób, proszę państwa, władzy się nie zdobywa. Nie tak.

Zapraszam wszystkich do księgarni Coryllusa pod adresem http://coryllus.pl/?wpsc_product_category=books, gdzie są do kupienia moje książki. Daję słowo, ze dalej szukać nie trzeba.

czwartek, 28 kwietnia 2016

Padają jak muchy, czyli that's entertainment


Wprawdzie nauczony na wcześniejszych cudzych błędach, ktoś tam bardzo przezornie zdecydował, żeby ciało zmarłego niedawno piosenkarza Prince’a jak najszybciej spalić, ale i tak, jak donoszą media, wychodzi na to, że przyczyna jego śmierci jest bardziej skomplikowana, niż się na początku mogło wydawać. Otóż na przykład u niego w domu znaleziono całą kupę niezrealizowanych recept na niezwykle silne środki przeciwbólowe, a w dodatku okazuje się, że owo gwałtowne lądowanie samolotu z artystą na pokładzie nie było wymuszone tym, że on akurat tam zachorował na grypę, tylko zwyczajnie gwałtowną utratą przytomności. Oczywiście, cokolwiek tam się wydarzyło, jak uczy nas życie, nie będzie miało najmniejszego znaczenia, jako że tego typu śmierci są od samego początku wpisane w koszta, a nam nic do tego. My najwyżej możemy sobie kupić płytę z piosenkami Prince’a, albo liczyć na to, że może wreszcie na youtbubie pojawią się jego koncerty. A dalej będzie tak jak było. Nie nasza sprawa. A jeśli idzie o mnie, to ja chętnie przypominam swój stary tekst o Michaelu Jacksonie, jeden też z rozdziałów mojej książki o muzyce. Polecam.

Osobiście – jeszcze od czasów Jackson Five – jestem wielkim wyznawcą sztuki artystycznej i nieposkromionego talentu najpierw rodziny Jacksonów, a później już samego Michaela Jacksona. Każda jego płyta, począwszy od Off the Wall, z czasów kiedy Jackson jeszcze był czarny, jest dla mnie wydarzeniem i każdej z nich mogę słuchać bez końca. Dziś, kiedy Jackson nie żyje, uważam, że jego śmierć jest wydarzeniem porównywalnym ze śmiercią Elvisa Presleya. Wielu wielkich artystów już odeszło. Umarł choćby Johnny Cash, umarł James Brown. Ale śmierć Presleya czy Jacksona jest jednak czymś innym. To jest trochę coś takiego, jak przed wielu, wielu laty odejścia takich gwiazd, jak Jimi Hendrix, Jim Morrison, Janis Joplin, czy – nieco z innej beczki – Ian Curtis, niemal dziesięć lat później. Jest to bowiem śmierć zaskakująca, a jednocześnie, jak gdyby oczekiwana. Jest to śmierć, której wielu się bało, a jednocześnie wiedziało, że jest nieunikniona i że jest już właściwie tuż tuż.
Ktoś mnie spyta, o co w tym wszystkim może chodzić? Oglądałem kiedyś dokumentalny film o Ozzym Osbornie, którego uwielbiam jeszcze bardziej niż Jacksona. W filmie tym, Osbourne, a z nim jego żona i – wówczas jeszcze nie do końca skretyniałe – dzieci, opowiadali jak to tatuś kiedyś mało nie umarł, ale żyje i już pewnie żył będzie. Sam Ozzy wspominał, jak to jeszcze za czasów Black Sabbath, w garderobach przed i po koncertach zawsze się kręcił przedstawiciel firmy nagraniowej, z walizką wypełnioną kokainą, czy jakimś innym gównem. Specjalnie dla niego i jego kolegów. Takie czasy, taki styl, taka śmierć. Osbourne przeżył. Podobno częściowo dzięki Sharon. Przeżył Mick Jagger, przeżył Keith Richards, nie przeżył Brian Jones. Podobnie jak wielu innych. Im akurat poszło znacznie gorzej. Ciekawe dlaczego?
Mam w tej kwestii od wielu lat pewną teorię, do której jestem bardzo przywiązany i którą się chciałem tutaj podzielić. Uważam – a dziś, po śmierci Jacksona, jestem tego właściwie pewien – że wielu wybitnych skądinąd artystów, nie było tak naprawdę klientami tego faceta z walizką, o którym wspominał Ozzy Osbourne. Z różnych powodów, ale prawdopodobnie przede wszystkim dlatego, ze po prostu byli zbyt mało inteligentni, lub choćby tylko silni. I tak naprawdę, to oni akurat obsługiwali innych. To nie wokół nich kręcił się ten biznes. To nie branża ich karmiła. To oni karmili branżę i to oni branży służyli w sposób absolutnie niewolniczy. Służyli tak długo, aż wreszcie okazało się, że już nic więcej nie mogą przemysłowi dać. I zostali wykorzystani po raz ostatni, w sposób najbardziej spektakularny. W sposób tak spektakularny, że do dziś dzieci noszą na koszulkach wizerunek Doorsów, młode dziewczyny latem noszą się jak Janis Joplin, a ten głupek Hołdys może bezkarnie pleść coś o tym, że jego gitarzysta, Dariusz Kozakiewicz, ma ten sam talent co Hendrix, tyle że znacznie wyższą technikę.
Nie ulega dla mnie najmniejszej wątpliwości, że gdyby Doorsi nagrali jeszcze jedną płytę w składzie z Morrisonem, Jimi Hendrix – zanim umarł – zagrał jeszcze trzy koncerty, a Joplin nagrała jeszcze jedną piosenkę, kolejny rok doprowadził by ich wszystkich do takiego stanu, że pies z kulawą nogą by się już nimi nie zainteresował. I to nie oni by na tym najbardziej stracili. Oni być może tego nawet by nie zauważyli, bo mieli mózgi już tak wyprane z wszelkich uczuć, ze pewnie nie bardzo nawet wiedzieli, jak się nazywają. Natomiast straciliby najbardziej na tym ci sami ludzie, którzy do dziś na nich wszystkich najwięcej zarabiają.
I jestem przekonany, że to jest też to, co ostatecznie spotkało Michaela Jacksona. Wiadomo było, ze po wielu latach kompletnie jałowych, postanowiono na Jacksonie jeszcze raz zarobić. Wiadomo było, ze już wkrótce Michael Jackson wyruszy na nową, światową trasę i że tym razem to będzie trasa rekordowa. Jak się dowiadujemy, sprzedano milion biletów na nowy show Michaela Jacksona. Wiemy, ze ten milion ludzi, którzy wydali ciężkie pieniądze na to, żeby zobaczyć wielki powrót wielkiego artysty, w tym swoim szczęściu było równocześnie skazanych na największe rozczarowanie. Bo, nie mam najmniejszych wątpliwości co do tego, że, gdyby jakoś już doszło do tych koncertów, każdy z nich kończyłby się po pierwszych pięciu minutach jakimś nieszczęściem. Czy to w postaci Michaela, który stracił przytomność, albo Michaela, który się popłakał i uciekł, czy wreszcie Michaela, który, zamiast śpiewać siadł na estradzie i zaczął opowiadać jakieś bajki. Tak prawdziwe legendy nie kończą. Jakaś banda zimnych sukinsynów – jestem przekonany, że mam rację – musiała sobie to wszystko bardzo starannie zaplanować. Wszystko musiało być zapięte na ostatni guzik. Wybór pozostawał tylko jeden: czy Jackson ma umrzeć zanim się cała trasa zacznie, czy lepiej go załatwić podczas pierwszego koncertu. Wybrano rozwiązanie pierwsze. Zdecydowanie bardziej opłacalne i znacznie mniej ryzykowne. Choćby z tego powodu, że nie wiadomo kompletnie, co artysta by zdążył pokazać, zanim wszystko by się skończyło.
Dziś więc mamy sytuację idealną. Pozostała legenda w najczystszej możliwie postaci, pozostał milion tych biletów, które – nawet jeśli stanowiły dla wielu fortunę – będą już na zawsze przepiękną pamiątką. No i przede wszystkim, przez najbliższe 50 lat, najpierw dzieci, a później wnuki obecnych właścicieli tego interesu, któremu na imię pop, będą świetnie żyli z tego niezwykłego talentu i tej niezwykłej historii. A my do śmierci, z prawdziwą radością, będziemy kupować te piosenki.

Wspomniana na początku książka, gdyby ktoś szukał, jest tu: http://coryllus.pl/?wpsc-product=rock-and-roll-czyli-podwojny-nokaut

środa, 27 kwietnia 2016

Czy w Reichu lubią słuchać piosenek Mariusza Kalagi?

W jednym z dawnych już tekstów, w których, przyznaję, że być może ze zbyt dużą dezynwolturą, przedstawiłem swoje emocje, gdy chodzi o tak zwaną śląskość, opisałem wydarzenie, które zrobiło na mnie naprawdę duże wrażenie i niewykluczone, że w jakiś sposób sprawiło, że w ogóle postanowiłem na ten temat się wypowiedzieć. Otóż w pewien zimowy wieczór stałem sobie na przystanku tramwajowym w Chorzowie i czekałem na tramwaj do Katowic. Obok znajdował się tak zwany „sklep muzyczny”, co oznaczało sprzedaż płyt CD, i z wystawionych na zewnątrz głośników leciały śpiewane w języku niemieckim piosenki reprezentujące gatunek powszechnie znany pod nazwą „muzyka biesiadna”. Ktoś się zapyta: „Czyli disco polo?” Otóż nie. Przede wszystkim, disco polo, jak sama nazwa wskazuje, to jest muzyka polska, a poza tym, przy tym, co usłyszałem tamtego zimowego wieczoru na przystanku tramwajowym w Chorzowie, disco polo to zdecydowanie sztuka wysoka. Tam grano niemiecką piosenkę biesiadną.
Postanowiłem dziś wrócić do tamtych wspomnień, bo parę dni temu, nudząc się nagle jak pies, zacząłem skakać po telewizyjnych kanałach i trafiłem na telewizję, której szczęśliwie nigdy wcześniej oglądać nie miałem okazji, a tam akurat trwał koncert życzeń. Każdy z nas, który pamięta głęboki PRL, wie też, co to takiego ów koncert życzeń. Otóż była to, bądź to telewizyjna, bądź radiowa audycja, gdzie puszczano nam piosenki z dedykacją dla osób mniej lub bardziej bliskich. Program zwykle prowadzili pan i pani, w pewnym momencie pojawiał się komunikat typu: „Dla ukochanej mamy i żony Kasi Jędrzejczak z Sosnowca z okazji 34 rocznicy urodzin, z najlepszymi życzeniami od męża Władka, córki Janeczki i syna Kazika”, no a potem już leciał Krzysztof Krawczyk lub Anna Jantar. I tak przez godzinę. Od czasu jednak jak Polska wstąpiła na drogę demokracji, a potem konsekwentnie stała się częścią Europy, koncerty życzeń stały się przeżytkiem, a jeśli ktoś z nas dziś chce zaistnieć w przestrzeni ogólnopolskiej, to może najwyżej zatelefonować do Szkła Kontaktowego, ewentualnie do Radia Maryja i liczyć na to, że go puszczą.
I proszę sobie wyobrazić, że ja tu nagle, między jedną a druga wizytą w Polsce Komisji Weneckiej, wpadam na telewizję Silesia, a tu dwie kobiety wyglądające, jak gwiazdy zabawy tanecznej w mojej wiosce w roku 1966, siedzą za wielkim stołem i w języku śląskim zapowiadają, że z okazji urodzin… i tak dalej. A po tej zapowiedzi pojawia się niejaki Mariusz Kalaga i mamy to:



A zatem, jak widzimy, nie jest to ani Krzysztof Krawczyk, ani Anna Jantar, ani nawet Reni Jusis, lecz niejaki Mariusz Kalaga. Tamci mogą się lansować w cieple III RP, tu natomiast znajdujemy się w wymiarze całkowicie osobnym i faktycznie, gdyby nie wciąż pewne suflowane bokiem zagrożenia w postaci uwag Jarosława Kaczyńskiego o „opcji niemieckiej” to Kalaga musiałby albo zacząć śpiewać po niemiecku, albo do wypełniania radością kolejnych dni by mu znaleziono godnego zastępcę w wydaniu oryginalnym. No ale Kalaga, jak widzimy, śpiewa jak najbardziej po polsku, a jak przejrzymy jego bogate dossier na youtubie, to i znajdziemy nawet oryginalne wykonanie „Barki”.
I jeśli ktoś myśli, że to już koniec, jest w ciężkim błędzie. Otóż proszę sobie wyobrazić, że szedłem sobie niedawno ulicą Młyńską w Katowicach i, tak jak to zawsze czynię przy tej okazji, mijając sklep z muzyką, zatrzymałem się, by zobaczyć, co tam dziś dają. I oto od lewej do prawej, najpierw była nowa płyta tego satanisty Bowiego, obok płyta tej satanistki Rihanny, a jeszcze bardziej na prawo Kalaga i jego DVD zatytułowane „Benefis Mariusza Kalagi – 30 lat na scenie”. Przepraszam bardzo, ale to jednak znacznie dłużej niż… no może nie Bowie, ale Rihanna na pewno.
Najnowsza płyta Bowiego „Black Star”, którą on nagrał i następnie oddał swoją duszę Diabłu, uważam za jedną z najwybitniejszych płyt w historii muzyki popularnej. Wysłuchałem ją raz i dalej już nie słucham, bo się boję. Nowej płyty Rihanny słucham czasem i uważam, że to jest kawał fantastycznego wręcz popu. No ale tu nagle mamy tego Kalagę, ten koncert życzeń w TV Silesia, te 30 lat na scenie, no i ten Śląsk, tak bardzo ekspresyjny na przystanku tramwajowym w Chorzowie pewnego zimowego wieczoru. Patrzę więc na tego Kalagę, staram się wczuć w emocję tych wszystkich ludzi, którzy mnie każdego dnia otaczają z każdej strony i dla których z takim sukcesem wciąż działa ta dziwna telewizja i myślę sobie, że oni naprawdę uwierzyli, że są poza tym wszystkim; że ich ta cała Polska nie interesuje; że oni stanęli właśnie na progu upragnionych Niemiec i za chwilę znajdą się w raju.
Otóż, tym razem ze szczerym zrozumieniem i jednak sympatią, zmuszony jestem ich poinformować, że oni są już mocno spóźnieni. Jeśli chcą sobie posłuchać fajnych szlagrów, to tylko tu, w Polsce. Tam w Reichu większość leci już wyłącznie po angielsku. Tam Kalaga się najzwyczajniej w świecie nie mieści. Takie czasy.

Jeśli chodzi o książki, to ja naprawdę szczerze zachęcam do odwiedzania księgarni Coryllusa pod adresem www.coryllus.pl. Tam są wszystkie książki, które aktualnie są warte uwagi. W tym sześć moich. Polecam.

wtorek, 26 kwietnia 2016

James Woods - nasz człowiek w Hollywood?

Znów z pewnym opóźnieniem wymuszonym przez sprawy bieżące przedstawiam felieton z aktualnego wydania „Warszawskiej Gazety”. Jeszcze raz James Woods vs. Bono.

Od kilku dni cała Polska jest pod wrażeniem wystąpienia wokalisty znanej grupy muzycznej U-2, o ksywie Bono przed amerykańskim Senatem, Wyraził ów Bono tam przekonanie, że w wielkiej europejskiej rodzinie cywilizowanych i demokratycznych państw są dwa reżimy faszystowskie, a mianowicie Węgry i Polska, i zwrócił się do Amerykanów z apelem, by odpowiednio zareagowali. Wystąpienie Boniego – nie moja wina, że tak to się chyba powinno odmieniać – Amerykanie, jak się zdaje zlekceważyli, natomiast z wielkich światowych przywódców odezwał się król Europy, Donald Tusk i na swoim profilu na Twitterze wrzucił niezwykle tajemniczą, a jednocześnie głęboką uwagę: „Pro publico Bono”, czym jednych doprowadził do prawdziwej ekstazy, a innym kazał uznać, że Bono już nie jest sam i w tej chwili mamy dwóch idiotów.
Gdy chodzi o reakcję polskich mediów, również można zauważyć dwa głosy. Z jednej strony cały Internet – a jak wiemy dziś to raczej Internet jest wyrazicielem głosu opinii publicznej – z obu durni okrutnie kpi, natomiast reakcję mediów oficjalnych najlepiej odzwierciedla wypowiedź Moniki Olejnik z telewizji TVN24 oraz „Gazety Wyborczej”, która na czyjąś uwagę, że może byłoby lepiej, gdybyśmy zamiast analizować polityczne refleksje jakiegoś dawno już artystycznie zdechłego piosenkarza, porozmawiali choćby o wspólnym liście Victora Orbana i Helmuta Kohla na temat kryzysu uchodźców w Europie, z pełną powagą odpowiedziała, że Bono jest od Kohla większym autorytetem.
Ponieważ, jak widzimy, państwo się bawią, końca owej zabawy nie widać, w dodatku z każdej strony dochodzą do nas kolejne propozycje, jak by tu można było zająć naszą uwagę tematami zastępczymi i jak zawsze podstępnymi, pragnąłbym zwrócić uwagę na inny głos, osoby co najmniej tak samo zasłużonej dla światowej sztuki, jak wspomniany Bono, a mianowicie słynnego amerykańskiego aktora nazwiskiem James Woods, znanego nam choćby z takich filmów jak „Casino”, „Dawno temu w Ameryce”, czy „Męska gra” i dużo ponad stu innych. Otóż ów James Woods, ostatnio bardzo mocno zdeklarowany człowiek konserwatywnej prawicy, w komentarzu na Twitterze napisał co następuje: „A więc Polska, od zawsze wystawiona na różnego rodzaju złośliwości, wykazuje zdrowy rozsądek niedostępny dla Obamy, Clintona, czy Merkel…”
Ja zdaję sobie sprawę z tego, że tak naprawdę, gdy chodzi o oceny polityczne takich ludzi jak Bono, James Woods, czy, u nas w Polsce, jakiś Marek Kondrat, czy Daniel Olbrychski, lub Zbigniew Hołdys, one są bez znaczenia z tego powodu, że tak zwani ludzie sztuki od zawsze byli raczej popularnym pasem transmisyjnym treści, które chcą nam przekazać rządy, banki, czy wielkie biznesy i my nie mamy powodu, by się do nich szczególnie przywiązywać. Gdy chodzi jednak o kogoś, kto pochodząc z samego centrum tego gniazda żmij, głosi pooglądy, za które w swoim środowisku zostanie najprawdopodobniej wyklęty, nie zaszkodzi się jednak na jego słowach skupić.
Popatrzmy więc z życzliwością na Jamesa Woodsa.

Zapraszam wszystkich czytelników do księgarni pod adresem http://coryllus.pl/?wpsc_product_category=books, gdzie są do kupienia wszystkie moje książki. Z wyjątkiem oczywiście „Siedmiokilogramowego liścia”, który jest już wyczerpany. Bardzo polecam.

poniedziałek, 25 kwietnia 2016

Gdy Prawo i Sprawiedliwość poczuło moc

Ponieważ jestem pewien, że dziś naprawdę mało który z czytelników tego bloga to wie, przypomnę chętnie, że partia Porozumienie Centrum powstała w maju 1990 roku. Zbliżały się wybory prezydenckie z Lechem Wałęsą jako oczywistym faworytem, rząd Tadeusza Mazowieckiego z dnia na dzień budził coraz większą publiczną niechęć, a potem już tylko wściekłość, Bronisław Geremek na ostatnim już chyba oddechu próbował budować coś, co miało się nazywać Partią Solidarność, a co miało powtórzyć w Polsce historyczny sukces meksykańskiej Partii Instytucjonalno-Rewolucyjnej, kiedy to Jarosław Kaczyński zarejestrował partię pod nazwą Porozumienie Centrum.
Gest ten wywołał oczywiście ze strony systemu falę wściekłości, jaką Polska po roku 1989 przeżyła może parę tylko razy. Przede wszystkim oczywiście poszło o Kaczyńskiego, którego oni z całą pewnością mieli na oku już od pewnego czasu, ale głownie z tego powodu, że jemu przyszło do głowy zakładać partię polityczną w sytuacji, kiedy, jak powszechnie było wiadomo, w nowym układzie politycznym coś takiego, jak partia, jest bzdurą i przeżytkiem. Dziś nam jest w to pewnie bardzo trudno uwierzyć, ale w roku 1990 naprawdę oficjalny przekaz był taki, że partie polityczne są zbędne. Wystarczy mniej więcej coś takiego, jak to, co dziś proponuje Paweł Kukiz, a więc powszechny ruch obywatelski. Z tą oczywiście różnicą, że dziś Kukiz niczego nie zakazuje, natomiast Geremek zupełnie otwarcie wzywał do likwidacji partii politycznych.
Powstało więc w maju, wśród zgiełku najbardziej wściekłej propagandy, owo Porozumienie Centrum, a we wrześniu moja żona złożyliśmy odpowiednie wnioski i zostaliśmy jednymi z pierwszych członków. Jesienią zeszłego roku podczas krakowskich targów książki spotkałem marszałka Ryszarda Terleckiego, powiedziałem mu, że jestem przy Kaczyńskim nieprzerwanie od września 1990 roku, na co on się zaśmiał, powiedział „A to widzę, że jest pan członkiem Zakonu” i sobie poszedł.
Mijały lata i tu chyba większość z nas mniej więcej wie, jak się sprawy przez lata rozwijały. W każdym razie, kiedy w roku 1998 Służby doprowadziły praktycznie do unicestwienia pozbawionego przywództwa Porozumienia Centrum i w jego miejsce powstał twór pod nazwą Partia Chrześcijańsko-Demokratyczną ja i moja żona otrzymaliśmy od lokalnych struktur Porozumienia Centrum oficjalną propozycję wstąpienia do nowej partii, powiedziałem im, że ja już do końca życia pozostanę z Jarosławem Kaczyńskim, no i zostałem. Przyszedł rok 2000, dla uczczenia nowego milenium Loża zdecydowała zamknąć projekt pod nazwą „socjaldemokracja”, powstało Prawo i Sprawiedliwość, a w reakcji na ten ruch Służby w jednej chwili założyły Platformę Obywatelską. Lech Kaczyński został prezydentem, Prawo i Sprawiedliwość wygrało wybory, po dwóch latach System odzyskał władzę, a ja i moja żona, wśród tych szyderczych wrzasków, głównie w geście solidarności, ale też całkowicie naturalnie przecież, wstąpiliśmy do Prawa i Sprawiedliwości. I tak pozostajemy najpierw przy Lechu i Jarosławie Kaczyńskich, a dziś już tylko przy Jarosławie do dziś. Każdy kto czyta ten blog, z całą pewnością zdaje sobie sprawę ze stopnia praktycznego zaangażowania i ofiarności, jaką przez te lata wykazaliśmy zarówno ja, jak i moja żona, na rzecz tego, by ów projekt ostatecznie zatriumfował.
Przez te wszystkie lata to tu to tam pojawiały się głosy, że ja trzymam się tego Kaczyńskiego, bo albo coś od nich dostaję, albo na coś mocno liczę. Otóż nic z tego. Nawet moje kandydowanie do Sejmu w roku 2011 nie było moim pomysłem, lecz stanowiło prostą reakcje na prośbę tych samych ludzi, którzy w roku 2008 zachęcali mnie do tego, bym wstąpił do Partii Chrześcijańsko-Demokratycznej. Chodziło o to, by partia miała długą listę, no i ja byłem jednym z tych, który zgodził się ją uzupełnić. Bez chwili zastanowienia, jak zawsze.
Poza tym jednak moja przynależność do Prawa i Sprawiedliwości nie dała mi nic ponad tę satysfakcję, że jestem tam, gdzie być powinienem, no i różnego rodzaju dokuczliwości, włącznie z utratą pracy na pewien czas, a w konsekwencji konieczność uruchomienia zbiórki z tytułu prowadzenia tego bloga. To też część z nas pewnie pamięta.
I oto parę dni temu moja żona otrzymała pismo od lokalnego zarządu partii, że jeśli nie ureguluje zaległych składek zostanie skreślona z listy członków. Dziwnym zbiegiem okoliczności spotkałem też w tych dniach człowieka, który osobiście w roku 2008 namawiał mnie do wstąpienia do nowej partii, który poinformował mnie, że Prawo i Sprawiedliwość poczuło się na tyle mocno, że zdecydowało się na czysto załatwić kwestie członkostwa i że, gdy chodzi o mnie, to z uwzględnieniem dwudziestu książek, które im w międzyczasie podarowałem, zalegam im na paręset złotych i jeśli ich nie ureguluję, wylecę.
I ja pragnę tu uroczyście oświadczyć, że przedstawiona sytuacja cieszy mnie niezmiernie. Przede wszystkim, z praktycznego punktu widzenia, ja naprawdę przez swoje członkostwo w Prawie i Sprawiedliwości miałem więcej problemów, niż korzyści. Od czasu gdy zacząłem wydawać książki, oni nawet nie uznali za stosowne poinformować miejscowych sympatyków o tym, że jeden z nich coś tam osiągnął w skali pozalokalnej. Nie zorganizowali mi tu nawet jednego spotkania. Zapraszali praktycznie wszystkich – nie mnie. Ale pies ich drapał. Ja to rozumiem. Oni są zajęci swoimi karierami i trudno od któregokolwiek z nich oczekiwać, że się wybiją na wolność. Pretensji nie mam, zwłaszcza, że wbrew zachęcie, bezpośrednio swego czasu do mnie skierowanej przez samego Jarosława Kaczyńskiego, bym się zaangażował w partyjną działalność w ramach zwyczajowych procedur, ja się w tę działalność nie zaangażowałem – pomijając oczywiście tamten start w wyborach – ani na jotę. Nawet nie odkładałem na te nieszczęsne składki. A o mojej żonie już nawet nie wspominam. Myśmy się wyłącznie ograniczali do dawania świadectwa.
Nie mam więc pretensji, ale wręcz przeciwnie, niezmiernie mnie ta sytuacja cieszy. Ja sam bym zapewne z partii nie odszedł i bym dalej musiał się męczyć z wszelkimi ograniczeniami, jakie to członkostwo jednak na mnie wymusza. A nikt nie wie, jak to bywa męczące. Poza tym, ja się autentycznie cieszę, że Prawo i Sprawiedliwość odniosło wreszcie taki sukces, że oni mogą sobie pozwolić na to, by wszystkich niepłacących członków zwyczajnie wywalić na pysk. Jestem pewien, że poza Prawem i Sprawiedliwością dotychczas w Polsce takiego ruchu nie wykonał nikt. A to musi świadczyć o tym, że kondycja partii Jarosława Kaczyńskiego jest dziś zupełnie wyjątkowa. Na niczym innym nigdy mi nie zależało.
Te zaległości, nawet jeśli je zsumować, to w sumie nic porażającego. Jakieś parę stów. Jednak chyba się jednak nie zdecyduję, bo raz, że mam inne, bardziej podstawowe wydatki, a dwa, że mi autentycznie nie zależy. Gdybyśmy znów dostali w łeb, jak parę razy wcześniej, to bym się oczywiście sprężył, ale teraz? Cóż im po mnie? A jeśli idzie o te książki, które ode mnie dostali, to niech je sobie tam przekładają ze stolika na stolik. Gdyby się postarali, już dawno by na nich zarobili więcej, niż dziś jestem im winien. Ale, aby choć jedną sprzedać, musieliby najpierw ludziom wyjaśnić, w czym rzecz, no a ponieważ tego nie zrobią, kto im za nie da choć złotówkę? Przecież nikt.
Ale, jak mówię, cieszę się bardzo. Każdego dnia widzę, jak Prawo i Sprawiedliwość orze ten syf, jaki nam zostawiła po ośmiu latach Platforma Obywatelska i kiedy widzę, jak im świetnie idzie, jak Polska to szanuje i wspiera, jestem pełen radości. Jesteśmy z Polską.

Co do wspomnianych książek, przede wszystkim nie wykluczam, że gdzieś tam w katowickim oddziale PiS-u można kupić jeszcze parę egzemplarzy „Siedmiokilogramowego liścia”. Pozostałe tytuły oczywiście są do nabycia głównie w księgarni Coryllusa pod adresem http://coryllus.pl/?wpsc_product_category=books. Szczerze zachęcam.

niedziela, 24 kwietnia 2016

Zawisza Zielony, czyli Bóg, Pieniądze i Ojczyzna

Ponieważ dzięki ostatecznemu zidioceniu Pawła Kukiza, gwiazdą na naszej politycznej scenie stał się zupełnie niespodziewanie Artur Zawisza, nie mogę nie wspomnieć swojego tekstu jeszcze z roku 2011, gdzie ów Zawisza dostał wszystko to, co dostać powinien. Zachęcam do wspomnień i refleksji.


Historia którą chciałbym dziś opisać, na tle tego, czym się ostatnio musimy zajmować, nie jest ani szczególnie interesująca, ani też – co przyznaję z bólem – ja sam nie mam dość kompetencji, żeby cokolwiek stwierdzać tu autorytatywnie. Mimo to czuję się zmotywowany do tego, by się sprawą zająć z dwóch powodów. Pierwszy nazywa się Artur Zawisza, a jak wiemy, wszystko co z tą akurat postacią się wiąże, bardzo nas interesuje. Drugi natomiast z nich to niejaki Michał Maciejewski, człowiek, którego w ogóle nie znam, ale który za to opowiedział mi ową historię i prosił, by nią siebie i innych w miarę możności zainteresować. Artura Zawiszę zostawię na sam koniec, natomiast teraz o Maciejewskim.
Otóż w Lublinie działała sobie swego czasu firma o nazwie Tempo, założona przez Michała Maciejewskiego i kilku jeszcze innych Maciejewskich, jako rodzinny interes. Jakie to były rodzinne powiązania, nie wiem i nie wydaje mi się, żeby to dla nas w ogóle było istotne, natomiast należy stwierdzić, że Maciejewscy mieli ambicję, dla swego dobra i dobra wspólnego, otworzyć lokalnie parę metanowych bioelektrowni. Zarejestrowali więc to Tempo, uzyskali właściwe zezwolenia, dobrą opinię środowiskową, przedstawili odpowiednie wnioski do Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej o dofinansowanie, uzyskali z owego Funduszu bardzo wysoką ocenę dla swojego projektu, i wreszcie – co najważniejsze – obietnicę gwarancji finansowych. Kiedy jednak dla tak zwanego „domknięcia” pozostało już tylko znalezienie inwestora, otwarte już linie kredytowe nagle się zamknęły. Mimo zagwarantowanych środków z NFOŚ nikt nie chciał już udzielić Maciejewskim ani kredytu, ani pożyczki, ani w jakikolwiek inny sposób wesprzeć ich projektu.
I wtedy u Maciejewskiego zjawił się przedstawiciel warszawskiej grupy Green Energy Europe Sp. z o.o. i, informując o swoim bardzo poważnym politycznym umocowaniu, zaoferował spółce pozyskanie inwestora dla domknięcia finansowania planowanych budów dwóch bioelektrowni. Jednocześnie jednak przedstawił warunek. Finansowanie będzie możliwe tylko w przypadku sprzedaży spółki, wraz oczywiście z gwarancjami NFOŚiGW w wysokości 20 mln zł. owemu inwestorowi i samej spółce Green Energy Europe. Ponieważ jedynym warunkiem, żeby dotacja z NFOŚiGW nie przepadła, było przedstawienie domknięcia finansowania i ponieważ w wyznaczonym przez NFOŚiGW terminie, z niewiadomych przyczyn Maciejewskiemu nie udało się dla swojego projektu pozyskać innego inwestora poza Green Energy, zmuszony on został do skorzystania z warszawskiej propozycji i podjął decyzję o potencjalnej sprzedaży spółki, z taką perspektywą, że uzyskane w ten sposób pieniądze przeznaczy na realizację innych ekologicznych projektów.
Z informacji, jakie przekazał mi Michał Maciejewski, wynika, że dalej wszystko poszło już bardzo szybko. Najpierw więc sprawy zaczęły się nagle posuwać do przodu, do tego stopnia szybko, że rozpisano już nawet przetargi na budowę owych bioelektrowni. Jednak już po kilku biznesowych spotkaniach między właścicielami Tempa, a przedstawicielami Green Energy Europe, okazało się, że tajemniczy inwestor na razie się z interesu wycofał, natomiast przedstawił taki oto plan, że najpierw całość kupią warszawiacy, a później warszawiaków spłaci ów dziwny podmiot. Kiedy po chwili wyszło dodatkowo na jaw, że Green Energy nie ma ani ochoty płacić, ani też nie ma za bardzo czym, a co gorsza, nie jest w stanie przedstawić nawet jakichkolwiek gwarancji, Maciejewski nabrał przekonania, że tak naprawdę, nie ma z kim handlować.
Niestety, było już za późno. Opierając się wyłącznie na obietnicy sprzedaży, Green Energy Europe po pierwsze bezprawnie zwołało NWZ Tempo, na którym dokonali zmian w składzie Zarządu, zawiesili Maciejewskiego z funkcji prezesa, następnie dokonali zmian w KRS, dane adresowe przenieśli do Warszawy, zabezpieczyli konta, na których znajdowało się około 4 mln zł., a nawet przejęli internetową stronę firmy i zaczęli prowadzić już dalsze interesy, jako nowi właściciele. Gdy idzie o stronę prawną całego przedsięwzięcia, wszystko również odbyło się błyskawicznie. Wedle relacji Michała Maciejewskiego, wniosek o wykreślenie dotychczasowych udziałowców, wpisanie nowych, zawieszenie prezesa, wykreślenie prokury i przeniesienie siedziby z Lublina do Warszawy otrzymał sędzia w dniu 18.11.2010r., czyli w czwartek, natomiast już 24.11.2010r., a więc w środę, referendarz wydał odpowiednie zarządzenie. W dodatku jeszcze ktoś włamał się do lubelskiej siedziby Tempa, skradł całą dokumentację, a na koniec wymienił zamki w drzwiach. Po jakimś czasie w KRS pojawił się nowy wpis, z nową nazwą – Green Energy Europe została zastąpiona przez czyściutkie Green Energy. Tym sposobem, Michał Maciejewski w ciągu zaledwie paru tygodni stracił dosłownie wszystko.
Dziś sytuacja jest taka, że z jednej strony Green Energy podpisuje umowy, zaciąga kredyty i szykuje się do realizacji projektów zaplanowanych i rozpoczętych przez interes Maciejewskich, natomiast sam Maciejewski stara się dochodzić swoich praw przed sądem, skarżąc warszawskich biznesmenów o wrogie przejęcie. Jak to się skończy? Nie mam pojęcia. Z dotychczasowych doświadczeń wynika, że walka może być długa i bez gwarancji sukcesu. Co gorsza jednak, nie umiem nawet powiedzieć, czy informacje, jakie posiadam i którymi się tu dzielę, są prawdziwe w całości, czy tylko częściowo, czy może w większości bzdurne i fałszywe. W końcu, jak mówię, Maciejewskiego nie znam, a i na sprawach związanych z biznesami i ich – wrogimi, czy przyjaznymi – przejęciami się nie znam. Wiem natomiast z całą pewnością, że Michał Maciejewski jest człowiekiem bardzo zdeterminowanym i zdesperowanym, żeby wygrać tę walkę. Nie tylko odnalazł moje teksty w „Warszawskiej Gazecie” i zgłosił się do mnie z prośbą o pomoc, nie tylko – jak mnie informuje – zwrócił się o pomoc pod wszystkimi możliwymi adresami, ale, jak wynika z otrzymanych przeze mnie dokumentów, prowadzi nieustanny bój o swoją sprawę w lubelskich sądach i w prokuraturze.
I wiem coś jeszcze. Bez względu na to, czy przygoda, która spotkała Michała Maciejewskiego jest skutkiem jego nieroztropności, naiwności, czy głupoty, czy też może tego, że postanowił wejść w interesy z ludźmi bezwzględnymi i podłymi, dla których ktoś taki jak on, to tylko byle jaka stacja na drodze do jeszcze większych pieniędzy, fakt jest oczywisty. On i jego rodzina mieli interes, a dziś go nie mają. Ktoś im ten interes zabrał i wszystko wskazuje na to, że nie zapłacił za niego ani grosza. On i jego rodzina zostali zrujnowani w taki sposób, że ktoś – jak dotychczas, najwidoczniej całkowicie zgodnie z prawem – przejął ich firmę i nie dał im za to nic. Mało tego. Przejmując majątek Maciejewskiego, przejął również nieruchomości, jakie Maciejewscy zdążyli zakupić pod budowę bioelektrowni, płacąc za nie zarówno z własnych oszczędności, jak i z zaciągniętych kredytów. A więc, doszło do czegoś, co dotychczas znaliśmy tylko z mrocznej bardzo literatury i filmu. Człowiek któregoś dnia się budzi, stwierdza, ze nie ma nic, a kiedy się pyta, co się stało, System mu odpowiada, że nie rozumie pytania, bo z jego punktu widzenia nic szczególnego się nie dzieje.
Ja oczywiście jestem pewien, że ci, którzy postanowili robić interesy na biznesie Maciejewskich mają bardzo dużo na swoje usprawiedliwienie. Nie wykluczam nawet, że jakimś niezrozumiałym dla mnie i budzącym moje oburzenie, lecz całkowicie legalnym ruchem, doszło do przejęcia, jakich w dzisiejszych czasach są setki, jeśli nie tysiące. Jednak to co mnie tu interesuje to nie obyczaj, ale fakt. Maciejewscy mieli biznes i mieli majątek, a dziś go nie mają, bo dali go sobie odebrać. I im ten majątek i ten biznes odebrała nie powódź, nie wiatr, nie ogień, ale ktoś bardzo konkretny.
I ja się z tym czuję fatalnie, kiedy nagle dochodzi do tego, że ten film staje się tak realny, że ów człowiek zgłasza się do mnie – zwykłego, biednego blogera, bez wpływów, bez pieniędzy i z bardzo niepewną przyszłością – i prosi o pomoc, a prosząc o nią wpada w taki ton: „Oczywiście dysponuję pełną dokumentacją i chętnie ją udostępnię, bo należy zrzucić maskę pana Zawiszy, który posługując się patetycznymi sloganami, chowając za parawanem patriotyzmu i katolicyzmu, w rzeczywistości bez żadnych skrupułów, posługując się antydatowanymi, sfałszowanymi dokumentami odebrał mi i mojej rodzinie majątek”.
I w ten sposób oto doszliśmy do najważniejszej tu kwestii, czyli do samego Zawiszy. Bo tak, to właśnie on – jak twierdzi Maciejewski – sam Artur Zawisza przyszedł do niego na samym początku i zaproponował ten deal. Jako ówczesny dyrektor Green Energy Europe, a dziś udziałowiec Green Europe. Bo niewykluczone, że to właśnie przez to, że miał do czynienia z Arturem Zawiszą – a więc człowiekiem, z którego postawą polityczną się utożsamiał, polskim patriotą i konserwatystą – postanowił Maciejewski w ten deal wejść. Bo uznał, że kto jak kto, ale Artur Zawisza i jego koledzy go nie oszukają. Bo wreszcie, opisana sytuacja dawałaby nam odpowiedź na niekiedy nurtujące nas pytanie, o jakiej to „wielopłaszczyznowej działalności biznesowej” mówił Zawisza, po tym, jak postanowił się pożegnać z polityką, ale jeszcze zanim z ta polityką zaczął się na nowo witać. Owa sytuacja daje nam też być może odpowiedź na pytanie, co to się takiego stało, że Artur Zawisza, ni stąd ni z owąd, postanowił zostać blogerem, i do czego to blogowanie ma go prowadzić.
No i jeszcze coś. Możemy się spróbować zastanawiać, o co Zawiszy chodziło, kiedy w swoim wpisie na Nowym Ekranie, pisał tak:
Mamy dżunglę prawną, w której giną nawet najsilniejsi i najwytrwalsi. Co robić, będąc przedsiębiorcą, który ryzykuje własny majątek, dobrą reputację i los rodziny? Innymi słowy: obywatel chce zbudować garaż obok domu? Otwiera zakładkę: Jak doprowadzić do budowy garażu?, gdzie znajduje wyciąg z przepisów administracyjnych, budowlanych, środowiskowych i Bóg wie jakich pokazujących właściwą drogę krok po krok, kazus po kazusie, pułapka po pułapce. Przedsiębiorca chce zbudować biogazownię? To samo. Rodzic chce zmienić dziecku szkołę? To samo. Firma chce przyjąć do pracy niepełnosprawnego? To samo. Obywatel chce ubezpieczyć samochód kupiony w kredycie? To samo. Tenże sam obywatel chce sprzedać ów już ubezpieczony, a kupiony w kredycie samochód? To samo. Świadek wzywany jest na policję w celu przesłuchania? To samo”.
Maciejewski w liście do mnie twierdzi, że ta „bioelektrownia” i „przesłuchanie przez policję” sugerować może, że Zawisza szykuje się na jakąś pyskówkę, kiedy to niezawisły sąd jednak uzna oczywistość tego przekrętu i Zawiszę odpowiednio pogoni. A to by świadczyło o Zawiszy nie najgorzej. Że on akurat świetnie wie, że blogi to siła i przyszłość. Zobaczymy.

***

Powyższy artykuł – podobnie jak stanowisko samego Zawiszy – jest obecnie również do przeczytania w najnowszym numerze „Warszawskiej Gazety”. A w związku z tym mamy mały suplement.
Stało się tak, że dla uniknięcia zarzutów o brak staranności, redakcja „Warszawskiej Gazety” przed publikacją powyższego tekstu, jeszcze parę tygodni temu, najpierw sprawę zbadała, następnie zwróciła się do Artura Zawiszy o przedstawienie swojego stanowiska, i dopiero wtedy zdecydowała się tekst opublikować. Artur Zawisza wyjaśnień udzielił w formie wywiadu, który z kolei – jak można wnioskować z tego co zostało opublikowane w Warszawskiej Gazecie – został przeprowadzony w suchej formie pytań i odpowiedzi. A z nich wynika, co następuje:
1. Artur Zawisza jest człowiekiem uczciwym, i wszelkie prowadzone przez niego działania biznesowe są również uczciwe;
2. Pan Maciejewski jest osobą niepoważną, i wszelkie jego problemy są wyłącznie jego problemami;
3. Pan Maciejewski to znany w lubelskich sądach „pieniacz”. Patrz punkt drugi.
Wprawdzie w samym wywiadzie tego już akurat nie ma, natomiast we wpisie na swoim blogu, Artur Zawisza powyższe wyjaśnienia uzupełnia następującą deklaracją:
Tymczasem papista każe zarabiać ("Bóg, pieniądze i ojczyzna - trafne hasło, każdy przyzna") i rozdawać od serca, gdy wyżywimy rodzinę."
I tym optymistycznym akcentem, kończę powyższe rozważania.

Zapraszam do księgarni Coryllusa pod adresem coryllus.pl, gdzie można między innymi kupic moje książki. To jest ostatnia stacja. Gwarantuję własnym życiem.

sobota, 23 kwietnia 2016

Justyna Pochanke wstępuje do PZPR, czyli dobra zmiana

Zachowując oczywiście odpowiedni poziom ostrożności, gdy chodzi o wszelkie – powtarzam, wszelkie – poczynania naszej obecnej władzy, muszę wyznać szczerze i z podniesionym czołem, że od czasu, gdy Prawo i Sprawiedliwość wzięło się za państwowe media, swoje dotychczas ulubione TVN24 zacząłem oglądać z doskoku, natomiast jeśli zdarza mi się oglądać politykę w telewizji, to niemal wyłącznie TVP. A zatem, pragnę ogłosić, że jeśli dziś zestawimy dwa główne dzienniki informacyjne, czyli tefauenowskie „Fakty” i rządowe „Wiadomości”, to w ogóle nie ma o czym mówić. „Wiadomości” to są profesjonalnie redagowane wieczorne wiadomości, ciekawe i dostarczające wszelkiej potrzebnej wiedzy, natomiast TVN, jak się domyślam, w wyniku jakiejś ciężkiej desperacji, popadł w kompletny obłęd i już nawet nie udaje, że im chodzi o coś innego, jak tylko o tępą propagandę tworzoną na rzecz politycznej opozycji.
Zdaję sobie naturalnie sprawę z tego, że od czasu, gdy w telewizji publicznej pojawili się bracia Karnowscy, Jerzy Targalski, Rafał Ziemkiewicz, Witold Gadowski, a ostatnio nawet – o zgrozo – Marian Kowalski, wielu z nas zesztywniało i owo zesztywnienie trzyma się nas mocno i na dobre, rzecz jednak w tym, że w TVP obok Targalskiego mamy Wielowieyską, obok Ziemkiewicza Wrońskiego, a obok Karnowskiego jakiegoś Stankiewicza. I szafa gra. Nikomu to nie przeszkadza. Nie przeszkadza nawet wtedy, gdy nagle, z jakiegoś niezbadanego powodu, trzeba nam oglądać wyłącznie bandę jakichś szpicli, bo wiemy, że i tak dajemy radę.
Jak mówię, od pewnego czasu TVN24 oglądam z doskoku, ale jednak oglądam. Otóż to co na mnie zrobiło wrażenie zupełnie wyjątkowe, to to, że tak jak zmieniła się telewizja publiczna, tak samo zmienił się TVN, tyle że TVN – co wydawałoby się nie do zrobienia – zdecydowanie na gorsze. I to w stopniu wręcz porażającym. Podczas gdy oni wcześniej, zwłaszcza w trakcie jednej i drugiej kampanii wyborczej – mimo że wszyscy przecież wiedzieliśmy jak się sprawy mają – starali się jednak robić wrażenie kogoś, kto informuje, dziś nie zachowują nawet pozorów. Tu już mamy wyłącznie walkę o przeżycie.
Przez ostatnie dni, ot tak dla zaczerpnięcia oddechu, chciałem obejrzeć, co słychać we wspomnianym TVN-ie, czyli konkretnie w ich sztandarowych „Faktach po faktach”. I proszę sobie wyobrazić, że w minioną środę cały czas był wypełniony przez ministra w rządzie Leszka Millera i Marka Belki, Jerzego Hausnera, w czwartek pokazano dwie debaty, jedna z udziałem znanego nam aż zbyt dobrze Ryszardem Kaliszem, i jakiegoś Żurka z Krajowej Rady Sądownictwa, a następnie między Pawłem Śpiewakiem, a psychologiem Santorskim. Po nich jeszcze była „Kropka nad i”, a w niej sam Roman Giertych. Kiedy wczoraj rzuciłem okiem, by zobaczyć, czy oni się może opamiętali, okazało się, że jedynym gościem „Faktów po faktach” jest Włodzimierz Cimoszewicz, natomiast w programie Piaseckiego dyskutują Barbara Nowacka i Krzysztof Bosak.
Gdyby ktoś nie wiedział, telewizja TVN24 od wielu lat prowadziła taką politykę, że właściwą propagandę sączyła niejako bokiem, natomiast na zewnątrz tworzyła wrażenie, że informuje. Kształt programu „Fakty po faktach” był w związku z tym taki, że dzień w dzień na dwa różne tematy dyskutowały dwie pary rozmówców, reprezentujących dwie strony politycznego konfliktu. Oczywiście, prowadząca program zachowywała jak najbardziej pozycję strony sporu, ale jakoś to wyglądało. Dziś nagle okazuje się, że TVN pokazuje albo wyłącznie Hausnera, albo Cimoszewicza, albo – co się oczywiście zdarzało wcześniej – Marcinkiewicza, czy Olechowskiego, by nie wspomnieć o Petru, który jest tam zawsze i bardzo regularnie, a jeśli już się uda zorganizować jakąś debatę, to Kalisza z Żarkiem i Śpiewaka z Santorskim. A po nich Giertycha.
Ktoś powie, że ja już musiałem naprawdę upaść bardzo nisko, by się zajmować takimi głupstwami, jak to, kto występuje w telewizji TVN24. Dla mnie jednak to co się dzieje w tej właśnie telewizji stanowi autentyczny problem. Bo oto okazuje się, że w momencie gdy TVP jednak wróciło do jakiejś równowagi, oni najwyraźniej oszaleli. Jak wiedzą czytelnicy tego bloga, TVN24 oglądam od ponad już 10 lat i nigdy nie widziałem, by oni aż tak – przepraszam za kolokwializm – „odjechali”. Jak już raz powiedziałem, tam zawsze były zachowane pozory. Cokolwiek by się działo, to cały wysiłek szedł na ukryty przekaz, na wierzchu natomiast mielismy prawdziwą „Europę”. Dziś natomiast, w ciągu trzech zaledwie dni, musimy oglądać dwa pełne 30 minutowe wywiady z dwoma już dawno zapomnianymi komunistycznym dygnitarzami, a wszystko po to, byśmy usłyszeli, że PiS zagraża demokracji.
I oczywiście, ja mam świadomość, że rozwój politycznych zdarzeń do tego stopnia zaskoczył media, że oni zwyczajnie stracili głowę, ale biorę pod uwagę jeszcze jedną możliwość. Ze względu na to, że Telewizja Polska nagle stała się tak bardzo poważnym i poważnie traktowanym medium, znaczna część prawicowych polityków, czy dziennikarzy najzwyczajniej w świecie uznała za bardziej opłacalne tracić swój czas właśnie tam, a nie na jakiejś Wiertniczej. A więc biorę mocno pod uwagę taką ewentualność, że w tej chwili jest tak, że asystent Pochanke, czy Olejnik dzwoni do któregoś z polityków PiS-u z zaproszeniem na wieczór i słyszy, że może innym razem, bo oni na dziś mają inne plany.
Pamiętam, jak kilka lat temu, kiedy wydawało się jeszcze, że PiS do władzy nie wróci nigdy, partia postanowiła przeprowadzić bojkot telewizji TVN. Choć oczywiście sam pomysł był uczciwy i sensowny, nic z niego nie wyszło, bo kierownictwo stacji zaczęło zapraszać jako polską prawicę takich ludzi jak Marek Jurek, Artur Zawisza, czy Marian Piłka, a ci oczywiście rzucili się na te swoje 15 minut, jak pies na kość, i biznes przeżył. Dziś jednak biorę mocno pod uwagę taką opcję, że jeśli TVN24 pokazuje wyłącznie Cimoszewicza, Kwaśniewskiego, Marcikiewicza, czy Giertycha, to dlatego, że cała reszta siedzi od rana do wieczora w TVP Info i ani im w głowie się ruszyć. Dlaczego? Bo wiedzą, że tam w tej chwili jest jedyny przekaz, że tylko tam obecnie można się jakoś pokazać. I myślę sobie, że gdyby faktycznie tak to miało być, to ja bym musiał uznać, że Prawo i Sprawiedliwość faktycznie odniosło zwycięstwo. I to by była dla mnie wiadomość naprawdę dobra. Nawet jeśli lada chwila zostanę wyrzucony z Prawa i Sprawiedliwości za zaległości w płaceniu składek, na co się zanosi. Ale to już inny temat.

Zapraszam wszystkich czytelników do księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie są do kupienia wszystkie moje książki. Z wyjątkiem oczywiście „Siedmiokilogramowego liścia”, który jest już wyczerpany. Bardzo polecam.