wtorek, 17 października 2017

Czy Jerzy Owsiak w geście solidarności z lekarzami się podpali?

     Powiem szczerze, że bardzo niechętnie wchodzę w temat głodowego strajku młodych lekarzy, z tego choćby względu, że mam już swoje lata i może się zdarzyć, że na któregoś z nich lada chwila trafię, więc po co robić sobie wrogów. No ale, jak to mówią, służba nie drużba, i są chwilę, kiedy nawet tu na tym blogu trzeba zrobić coś wbrew sobie. A pewnie bym pozostał zatwardziały w swym postanowieniu i ów protest, zasilany przez dogorywającą już totalną opozycję, skutecznie bym zlekceważył, gdyby nie dotarła do mnie wypowiedź, jakiej telewizji TVN24 udzielił były już minister zdrowia Marian Zembala. Oto proszę sobie wyobrazić, że ów ciekawy człowiek wystąpił w programie „Fakty po Faktach” i ogłosił co następuje: „Lekarze rezydenci w sposób bardzo taktowny dopominają się nie o swoje, ale o nasze. Nie ma dzisiaj w kraju osoby, która by nie rozumiała, że lekarze rezydenci pokazują inną formę protestu. Nie wysypują zboża na torach, nie palą opon, nie dewastują ogrodzeń”.
      To co przede wszystkim zrobiło tu na mnie wrażenie, to owo słowo „taktowny”. Jak wiemy z doświadczenia wszelkie protesty kierowane przeciwko władzy przez różnego rodzaju grupy interesów organizowane były dotychczas w taki sposób, że najpierw były formułowane żądania, w przypadku potraktowania owych żądań w sposób lekceważący, podejmowany był, w którejś z wielu znanych nam form, strajk, no a kiedy i to nie skutkowało, szczególnie zdesperowane osoby uciekały się do tak zwanego „protestu głodowego”. Wspomniana „taktowność” dzisiejszego wybuchu, jak się zdaje, w opinii Zembali, polega na tym, że wszystko zaczęło się od głodówki. Któregoś dnia, Polska obudziła się do kolejnego dnia, a tu na nią spadła wiadomośc, że delegacja tak zwanych lekarzy rezydentów, protestując przeciwko zbyt małym pensjom, postanowiła się zagłodzić na śmierć. Od razu, bez zbędnego gadania, w jednym ze szpitali grupa lekarzy, którzy ledwo co nauczyli się chodzic w chodakach, położyła się na podłodze i ogłosiła, że nie weźmie nic do ust dopóki rząd Dobrej Zmiany nie podwyższy im pensji. I to jest właśnie ów „takt”.
    Jak się jednak okazało, już po chwili były minister Zembala dodał do tego coś jeszcze. Oto, w jego mniemaniu, to, że ci lekarze, wbrew temu, czego należałoby się po nich spodziewać, ani nie rozsypują zboża, ani nie palą opon, ani nawet nie dewastują ogrodzeń, stanowi wręcz rewolucyjna wartość w całej historii społecznych protestów III RP i za to im się należy społeczny szacunek.
     Nie chciałem już o nim wspominać, ale wyglada na to, ze ten jeden jeszcze raz się nie wykręcę. Oto parę dni temu skierowałem pretensje wobec telewizji TVP, że przy okazji owego protestu, zamiast próbowac sprawę jakoś załagodzić, oni nadali rozmowę z Patrykiem Vegą, który zapewnił, że on rozmawiał z wieloma lekarzami i wszyscy mu potwierdzili, że polska służba zdrowia to gniazdo żmij, bez zasad i bez honoru, dla których zabić pacjenta, to tyle co splunąć. Widząc jak władza wykorzystuje tego całego Vegę do najbardziej podłej propagandy, uznałem, że to się musi źle skończyć, no i przeciwko tego rodzaju praktykom zaprotestowałem. Dziś widzę, że prezes Kurski – no a może przede wszystkim ten ktoś, kto jakiś czas temu zamówił u Vegi film „Botoks” – doskonale wiedzieli, co się kroi, z jakim przeciwnikiem mają do czynienia i w jaki sposób należy z nim walczyć. Skoro bowiem z tamtej strony my nagle dostajemy ministra Zembalę, który chce nam zaimponować tym, że to bezczelne do granic przwoitości towarzystwo nie wysypuje zboża i nie pali opon, to znaczy, że oni wszyscy już kompletnie zdurnieli i naprawdę nie zasługują na nic lepszego, jak ów strzał z liścia.
     Kiedy już miałem kończyć ten tekst, trafiłem na kolejny głos z tamtej strony, wypowiedziany ustami samego Jerzego Owsiaka. Ten z kolei oświadczył co następuje: „Postulaty rezydentów są słuszne. Trzymamy kciuki za to, żeby wytrzymali do samego końca”. A ja już sobie tylko myślę, że skoro mamy do czynienia ze strajkiem głodowym, owa wyrażona przez Owsiaka nadzieja, że oni się będą głodzić „do samego końca”, musi robić wrażenie na każdym z nas.
      A zatem, już na sam koniec, mam propozycje dla Owsiaka właśnie. Niech on się może w proteście podpali. Najlepiej pod którymś ze szpitali, żeby miał blisko. Jestem pewien, że ten gest zrobi na nas wszystkich odpowiednie wrażenie, zwłaszcza gdy się okaże, że ci, co mieli się nim zająć, akurat byli zajęci sprawami wagi państwowej.


Ogłoszona wczoraj licytacja mojego tekstu o Alicji Tysiąc trwa, natomiast dziś zapraszam wszystkich do księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, gdzie są do kupienia moje książki. 

poniedziałek, 16 października 2017

Nowe technologie (repryza)

     Pisałem tu niedawno parę razy o najnowszym filmie Patryka Vegi pod tytułem „Botoks” i powiem szczerze, że starałem się jak mogłem, by przedstawiając problem, wobec którego zostaliśmy postawieni, zrobić wszystko, by nie wspominać o antyaborcyjnym wątku, który się pojawił przy okazji promocji owego filmu. Trochę dlatego, że problem zabijania dzieci poczętych uważam zbyt poważny, by go dyskutować przy okazji omawiania przekrętu dokonanego przez owego Vegę, ale głównie przez to, że ja zwyczajnie nie wierzyłem, by ktoś taki jak Vega faktycznie poważył się na to, by między te swoje przekleństwa wcisnąć szczątki tych biednych, pomordowanych dzieci. Tymczasem ostatnio jeden z kolegów zdał mi relację z filmu Vegi, który, owszem, od poczatku do końca obejrzał, i, jak się okazuje, jest tak, jak się jakoś tam obawiałem, a więc Vega rzeczywiście nakręcił film antyaborcyjny, w dodatku, jeśli wierzyć temu, co mówi kolega, ów głos jest niemal tak samo dźwięczny, jak te wszystkie „kurwy”, którymi on zabawia swoją publiczność.
    W tej sytuacji uznałem, że, skoro oni zaczynają sobie żartować na tym poziomie, to nie pozostaje mi nic innego, jak odwołać się do historii tego bloga i przypomnieć tekst, jeszcze z roku 2009, który zrobił takie wrażenie, że właściciele Salonu 24 uznali go za niecenzuralny i on na swoją publikację musiał czekać do czasu aż założyłem swój prywatny blog. Zapraszam więc gorąco. Oto zło osobowe.

      Bardzo nie chciałem pisać o Alicji Tysiąc – ani wtedy jeszcze, kiedy ona zaczynała swoją karierę, ani teraz – z kilku powodów, a wszystkie bardzo ważne. Pierwszy z nich jest kompletnie irracjonalny. Ja po prostu nie mogę uwierzyć, że ona faktycznie ma na nazwisko Tysiąc, a przez to jest mi okropnie trudno uwierzyć, że ona istnieje.
      Oczywiście, oglądam czasem tę kobietę w tych jej karykaturalnie grubych szkłach, jak ją prowadzą z miejsca na miejsce i każą wykonywać najróżniejsze gesty, słyszę jej głos, jej historię, ale – pewnie właśnie przez to kompletnie komiksowe nazwisko – mam nieustanne poczucie, że ona jest częścią fikcji, wymyślonej na potrzeby pewnych bardzo niedobrych interesów. Że przyjdzie taki dzień, gdy „Gazeta Wyborcza”, lub TVN, na przykład, ogłoszą, że to wszystko był tylko taki projekt, który miał coś tam udowodnić, lub choćby tylko sprowokować dyskusję. A Alicja Tysiąc okaże się jakąś dziennikarką, która zgodziła się na parę lat poświęcić dla tego eksperymentu, natomiast my wszyscy jego ofiarami.
      Drugi powód jest już nieco inny, choć w pewien sposób z tym pierwszym połączony. Otóż cała historia tej Alicji Tysiąc (no, co za nazwisko; powiedzcie sami – co to za nazwisko!) jest tak absurdalna, tak nie do uwierzenia, tak – znów – komiksowa, że przez te wszystkie lata, zwyczajnie nie byłem w stanie poważnie się skupić nad kolejnymi wydarzeniami, które nam gazety i telewizja relacjonowały. No bo proszę pomyśleć logicznie. Mamy kobietę. Prostą, niewykształconą kobietę, gdzieś z Polski, jak się zdaje bez rodziny, bez męża, która ma bardzo zniszczony wzrok i która nagle zachodzi w ciążę. Z kim? Tego nie wie nikt. Chce usunąć tę ciążę, bo ktoś jej powiedział, że jej słaby wzrok może dostarczyć jej tu pewnego alibi, jednak państwo jej na tę aborcję nie pozwala. Rodzi więc to dziecko – dziewczynkę, ale ponieważ w wyniku porodu, wzrok popsuł się jej jeszcze bardziej, ona żąda odszkodowania za to, że musiała rodzić to dziecko i dziś gorzej widzi. Kolejne lata, to już historia równoległa. Historia dziecka i pieniędzy. Alicja Tysiąc walczy o pieniądze, które jej wynagrodzą to, że musiała urodzić dziecko, a w tym samym czasie jej córka rośnie, rozwija się, jest coraz większa i wreszcie dochodzi do sytuacji, że z jednej strony jest to żywe dziecko, a z drugiej strony, za to życie odszkodowanie. Powstaje cały system, wręcz organizacja, której jedynym celem i jedynym sensem działania jest wyciąganie od państwa pieniędzy, które będą odszkodowaniem za to, że Alicja Tysiąc urodziła dziecko.
       I widzimy tę Alicję Tysiąc po latach. Jest zadbana, ma elegancko zrobione włosy, jest elegancko ubrana, i jedyne co ją przypomina z tamtych lat to te potwornie grube szkła i ta twarz osoby nie rozumiejącej ani kim jest, gdzie jest i po co jest. A wokół niej tłum polityków, dziennikarzy, adwokatów i, z jednej strony, nieustanny entuzjazm, a z drugiej – przerażenie. I wciąż te pieniądze. Dziesiątki tysięcy pieniędzy za to, że musiała urodzić swoje dziecko, a przy okazji – oczywiście – i za to, że tak chętnie zgadza się pisać kolejne odcinki tego komiksu właśnie. Bo z całą pewnością nie telewizyjnego serialu. Powstaje więc coś na kształt jakiegoś upiornego projektu, który od początku do końca jest czystym wymysłem, a jednocześnie – przez swoją kompleksowość i profesjonalizm wykonania – każe nam wierzyć, że to wszystko autentycznie dzieje się tuż obok nas.
      Więc to byłby kolejny powód, dla którego nie chciałem pisać o Alicji Tysiąc. Przekonanie, że ta cała historia nie może być prawdziwa i jednoczesny strach, że co, jeśli okaże się, że się jednak mylę. I że to się faktycznie dzieje. Jest też trzeci powód mojej niechęci do zajmowania się sprawą kobiety – istniejącej, czy wymyślonej – która urodziła dziewczynkę, wychowała ją, dziewczynkę z którą najprawdopodobniej mieszka, widzi codziennie, daje jej jeść i prowadzi do lekarza, gdy ona zachoruje, sprawdza jej zeszyty, gdy ona wraca ze szkoły, a jednocześnie, gdyby ktoś się tej dziewczynki spytał, z czego mamusia żyje, to ona – gdyby tylko umiała ładnie wyrażać swoje myśli – nie miałaby innej możliwości, jak odpowiedzieć, że „z kolejnych odszkodowań za to że się urodziłam i żyję” i ze stałej pensji za to, że „obie zgodziłyśmy się sprzedać światu nasze wspólne życie”. Prowadząc ten blog, staram się zawsze dbać o to, by nie popadać w trywializm i nie zasypywać jego czytelników refleksjami zbyt prostymi i oczywistymi. A cóż mądrego można powiedzieć na temat czegoś tak upiornie jednoznacznego? Mam powtarzać za politykami prawicowymi to samo wciąż pytanie: „Jak można?” Po co?
      A jednak zdecydowałem się dziś napisać ten tekst. Dlaczego? Otóż wczoraj, z jakiegoś powodu, nagle pomyślałem sobie, że Alicja Tysiąc nie jest postacią fikcyjną. Że najprawdopodobniej to jej nazwisko też jest prawdziwe, ta dziewczynka jest prawdziwa i cała ta historia jest też prawdziwa. Te pieniądze są prawdziwe, ta sędzia, to pełne podniecenia serce Moniki Olejnik, gdy wypowiada słowo ‘aborcja’. To wszystko się dzieje. Nie wiem, dlaczego tak sobie pomyślałem, ale przespałem się z tym swoim podejrzeniem i, kiedy się rano zbudziłem, wciąż czuję, że to nie jest żaden eksperyment. To właśnie nadeszły dawno zapowiadane czasy. I uznałem, że o tym warto dziś powiedzieć.
      Historia Alicji Tysiąc to znak czasów i jednocześnie znak ich końca. To wszystko się wreszcie stało i – jak się zdaje – powinniśmy to wszyscy przyjąć do wiadomości i naprawdę zacząć się przygotowywać. Nie umiem sobie wyobrazić, co może się stać w dalszej kolejności, ale wiem, że to może być coś bardzo poruszającego. Jestem gotów i czekam.

Tak się kończy tamten tekst, a my dziś mamy te kina wypełnione tłumem zarykujących się ze śmiechu durniów. Z tego co słyszę, liczba widzów oglądających film Vegi siega powoli dwóch milionów, organizacje typu Ordo Iuris cieszą się, że ruch pro-life zyskał dwa miliony zwolenników, no a ja się domyślam, że i dla samego Vegi ów wynik jest powodem do satysfakcji, choćby i finansowej. Walka o życie zakończyła się sukcesem. No nie wiem, co powiedzieć, ale przyszedł mi do głowy pewien plan. Zanim jednak go przedstawię, zwrócę tylko uwagę na fakt, że, wbrew temu, co część z nas sądzi, ten Vega tak naprawdę nie nazywa się Vega, lecz normalnie, Krzemieniecki, tyle że po obejrzeniu filmu Tarantino „Pulp Fiction” postanowił dokleić sobie ten wąsik i tak mu zostało. A teraz mój najnowszy projekt. Oto wszyscyśmy mieli okazję zapoznać się, względnie przypomnieć sobie, tekst o Alicji Tysiąc i jej córeczce. Mamy rok 2009, ten blog, tamten zakaz, no i ten tekst, jeden z 232, jakie napisałem w owym roku. Gdyby tak trzeba było zmierzyć jego wartość rynkową, ile mógłbym za niego dostać? Odpowiedzi proszę przesyłać na numer konta: Krzysztof Osiejuk 50 1050 1214 1000 0092 2516 8591. Obiecuję, że wynik opublikuję tu na blogu.


niedziela, 15 października 2017

Czy prezes Kurski wie coś, czego nie wiemy my?

       W ostatnim czasie mamy tu pewien kłopot z tak zwanymi „prawicowymi” mediami i kłopot ów staramy się tu jak najprzejrzyściej artykułować. W pewnym momencie napięcie zrobiło się tak duże, że poczułem się zmuszony do tego, by zadeklarować swój zamiar zbojkotowania najbliższych wyborów parlamentarnych.  I oto, proszę sobie wyobrazić, towarzyskie względy zmusiły mnie wczoraj do tego, by przez bite półtorej godziny oglądać telewizję TVN24 i powiem szczerze, że jestem wstrząśnięty. Oto okazuje się, że w czasie gdy publiczna telewizja na okrągło wbija nam w głowy albo kolejne informacje dotyczące, czy to afery Amber Gold, czy reprywatyzacji warszawskich nieruchomości, albo wyświetla kolorowe słupki, z których wynika jak byk, że jeszcze nigdy Polska nie stała wobec takich szans, jak ma to miejsce za rządów Prawa i Sprawiedliwości, po czym na scenę wychodzi minister Morawiecki i ogłasza, że w Częstochowie stanie największa na świecie fabyka szkła, a wszystko to zostaje spięte klamrą w postaci skaczącej na trampolinie prezydent Waltz, TVN24, czyli, obok „Gazety Wyborczej”, główny ośrodek antyrzadowej propagandy, połowę swojego „prime time’u” poświęca na szczucie lekarzy przeciwko rządowi, a resztę czasu poświęca zachęcaniu nas do zrewidowania swoich poglądów przy pomocy takiej oto historii. Proszę zapiąć pasy.
      Oto wiele lat temu – TVN nie podaje, kiedy to było – mieszkający na Majorce Waldemar Kondratowski z żoną poznali bardzo wówczas zamożnego biznesmena nazwiskiem P., z którym w jednej chwili, i na bardzo długie lata, bardzo się zaprzyjaźnili. W roku 2007, Dariusz, bo jemu jest Dariusz,  P. wrócił do Polski, zamieszkał w Kozienicach i zaczął przymierzać się do budowy centrum handlowego. Ponieważ aby owa budowa przynajmniej ruszyła, P. potrzebował pieniędzy, których nie miał, zwrócił się o pomoc do swojego kumpla Kondratowskiego, a ten mu pożyczył 71 tysięcy euro. W następnej kolejności P. zapisał się do PiS-u i w jednej chwili stał się w Kozienicach osobą na tyle znaną, że ówczesny prezes elektrowni „Kozienice”, niejaki Zborowski, zwrócił się do niego z prośbą, by ten mu polecił dobrego prawnika do działu prawnego w elektrowni. P. podesłał Zborowskiemu swoją żonę, Elżbietę, Zborowski ją zatrudnił, no i aby jakoś uczcić ów deal, wszyscy pojechali na wakacje na Majorkę do Kondratowskich. Kiedy już się wszyscy tam odpowiednio zabawili, P. wrócił do Polski i natychmiast na głowę spadła mu seria plag. Po pierwsze, okazało się, że za te 71 patyków centrum wybudować się jednak nie da. Po drugie, P. nie ma pieniędzy, by zwrócić Kondratowskiemu dług. Po trzecie wreszcie, ponieważ żona P. nagle przestała przychodzić do pracy, Zborowski ją zwolnił. Tego Dariuszowi P. było już za dużo i od tego momentu on i wspomniana Elżbieta postanowili Zborowskiego zniszczyć przy użyciu wszystkich możliwych, głównie nielegalnych, środków. Najbardziej być może spektakularną intrygą było sfabrykowanie przez P. dokumentów, dowodzących, że cenny obraz, jaki Zborowski podczas swojej wizyty na Majorce otrzymał od Kondratowskiego, był tak naprawdę kupiony przez niego „na kreskę” od jakiejś firmy gdzieś w Niemczech, co spowodowało, że owa firma od Zborowskiego zażądała zwrotu 13 tysięcy euro. Zborowski odwołał się do sądu, sprawę wygrał i wtedy P. wraz z Elżbietą zwrócili się do Kondratowskiego, by ten dał sobie obić twarz, a następnie oskarżył Zborowskiego o pobicie. Kondratowski oczywiście odmówił. Tu nie mogę się powstrzymać i posłużę się cytatem: „Po odmowie udziału w planie, Dariusz P. miał zacząć Kondratowskim grozić. - Jeżeli coś pójdzie nie tak w naszym planie, to wierz mi, że dostaniecie odwiedziny pewnych osób z Ukrainy czy z Białorusi. On zawsze podkreślał: z Ukrainy albo Białorusi - którzy będą wiedzieli, co z wami zrobić - wyznał Kondratowski. Jak mówi, Dariusz P. groził im, pojawiając się także u ich syna. Miał wtedy powiedzieć, że może przydarzyć im się pożar”.  Kiedy jednak okazało się, że ani Kondratowski, ani jego syn, nie dadzą się zastraszyć, Dariusz P., korzystając ze swojej bliskiej znajomości z posłem Prawa i Sprawiedlwiości Markiem Suskim załatwili w redakcji „Newsweeka” artykuł, w którym Zborowski został skutecznie oszkalowany i tym sposbem stracił stanowisko prezesa „Kozienic”. Dziś, kiedy Prawo i Sprawiedliwość rządzi, Dariusz P. jest doradcą w firmie energetycznej Enea, jeździ służbowym samochodem, a redakcja TVN24 nam o tym wszystkim opowiada, byśmy wiedzieli, jaki straszny jest ten PiS.
      Ktoś się zapyta, czy to jest wszystko prawda. Tego oczywiście nie wiemy, zwłaszcza że sam TVN sprytnie każde kolejne swoje słowo oznacza bardzo wyraźnym znakiem zapytania. No ale przyjmijmy może, że ja im wierzę. Niech będzie, że ja rzeczywiście uważam, że wytropieni przez dziennikarzy śledczych stacji TVN panowie Zborowski i Kondratowski, świadczący dziś z takim zaangażowaniem przeciwko temu całemu P. mówią prawdę, całą prawdę i tylko prawdę, a P. to typowa pisowska lokalna nomenklatura. Ja nawet jestem w stanie przyjąć, że fakt iż stacja TVN24 nie przedstawia nam owego P. z nazwiska, lecz zupełnie bezpodstawnie posługuje się czystą insynuacją w postaci literki „P”, w żaden sposób nie świadczy o nieczystych intencjach państwa redaktorów, lecz jest zwykłą omyłką wynikającą z pewnego napięcia. Powiem więcej. Ja jestem gotow tu zadeklarować, że kiedy cytowany przez redakcję TVN24 poseł Suski oświadcza, że „Darek P. jest jedną z tych osób, które walczą o dobro publiczne, które starają się, żeby Elektrownia Kozienice była uczciwie zarządzana i żeby po prostu Polska była Polską uczciwą dla zwykłych Polaków, a nie dla kolesi, którzy obsiedli spółki skarbu państwa”, to tym samym wystawia sobie jak najgorsze świadectwo i jedynie potwierdza wszystko to, co ja sobie na jego temat myślę od lat. Mnie jednak dziś chodzi o coś zupełnie innego, a żeby tę moją refleksję odpowiednio zobrazować, chciałbym poinformować, że po emisji opisanego przez mnie reportażu, redakcja TVN poprosiła o komentarz kilku zaproszonych ekspertów, wśród których był dawno nie widziany prof. Ryszard Bugaj. I proszę sobie oto wyobrazić, że ów mędrzec powiedział, że on kiedyś popierał PiS, ale dziś, kiedy obejrzał wspomniany reportaż, jest tak wstrząśniety, że aż mu brak słów.
      Przełączamy się z TVN-u na Dziennik Telewizyjny, a tam fedrują jak co dzień, od niemal już dwóch lat. Nie mogę się już doczekać, jak przyjdzie ów niedzielny wieczór i wszyscy ujrzymy te kolorowe słupki. Powiem szczerze, że gdybym nienawidził PiS-u, przez kolejne dwa lata każdej nocy budziłbym się z wrzaskiem.

Zachęcam wszystkich do kupowania moich książek. Wszystkie można znaleźć w księgarni na stronie www.basnjakniedzwiedz.pl.
     

      

sobota, 14 października 2017

O małych i dużych chłopcach i trudnej sztuce polityki

To może dziś zaproponuję swój najnowszy felieton z „Warszawskiej Gazety”. To jest akurat temat, który tu już parę razy się pojawiał, ale mam nadzieję, że zawsze coś nowego do refleksji udało mi się przemycić. Zapraszam.     

Kiedy ten felieton trafi do kiosków, prawdopodobnie rzekomy spór „dużego” pałacu z „pałacem” na Nowogrodzkiej będziemy mieli za sobą. Ktoś w tym momencie zapyta, czemu użyłem słowa „rzekomy”, podczas gdy nie dość, że przez minione miesiące wszyscy mieliśmy okazję obserwować niekiedy bardzo brutalną szarpaninę między dwoma ośrodkami władzy, to i dziś, kiedy wszystko zmierza do szczęśliwego końca, widzimy jak wielu z nas wciąż żyje minionymi emocjami. Mam wrażenie, że już o tym wspominałem, ale nie zaszkodzi powtórzyć. Otóż w moim najgłębszym przekonaniu, wszystko to, co przez ponad dwa miesiące przeżywaliśmy, to była gra, której sens znany był jedynie prezydentowi Dudzie i Jarosławowi Kaczyńskiemu, a której podstawowym celem, było z jednej strony przygotowanie odpowiedniego gruntu pod poważną i ostateczną reformę sądownictwa, a z drugiej – i kto wie, czy to nie było przedsięwzięcie doraźnie jeszcze ważniejsze – całkowite rozbrojenie opozycji zarówno tej krajowej, jak i tej, rezydującej w Brukseli i okolicach. Wszyscy dziś widzimy, jak bardzo udane.
      Jak mówię, piszę tekst jeszcze zanim Prezydent zapoznał się z przesłanymi do niego rządowymi poprawkami i ogłosił swoją wobec nich pozycję, więc może się okazać, że się pomyliłem i te wszystkie moje kalkulacje są jak psu na budę. Z tego jednak, co mogę zaobserwować, wyglada na to, że to już faktycznie koniec i z tego tak znakomicie zorganizowanego zamieszania wyjdzie zwycięsko Dobra Zmiana,  a osobiście prezydent Duda, premier Szydło, no a przede wszystkim, co nie powinno nas zaskakiwać, sam Prezes. Pozostaje więc odpowiedzieć sobie na pytanie, kto zostanie wyniesiony z pola bitwy na tarczy. O pierwszym przegranym już wspomnielismy – jest to oczywiście totalna opozycja. Wystarczy zresztą rzucić choćby jednym okiem i nastawić choćby jedno ucho, by zobaczyć, w jakim oni są dziś stanie. Kiedy bowiem widzimy, jak w Platformie Obywatelskiej kompletnie już posiwiała z rozpaczy Joanna Mucha zaczyna kwestionować przywództwo Grzegorza Schetyny, a w Nowoczesnej za łby się wzięli Petru z niejkim Mysiłą, znanym dotychczas głównie z wystepów w telewizji, to znaczy, że przed nami prawdziwa zabawa.
      No ale jest jeszcze ktoś, kto na tej całej awanturze wyszedł jak Zabłocki na mydle, a jest to – a wspominając jego poprzednie próby uzyskania dla siebie większej autonomii, nas to nie powinno zaskakiwać – nie kto inny, jak sam Zbigniew Ziobro. Pamiętamy wszyscy świetnie, jak on, sądząc nad wyraz głupio, że ma tu cokolwiek do gadania, w jednym z wywiadów poradził prezydentowi Dudzie, żeby ten się ogarnął, bo marnie skończy. Ale pamiętamy też, jak on sam, kilka lat wcześniej, wyłącznie dzięki dobremu sercu Jarosława Kaczyńskiego, został wyciągnięty za uszy z politycznego niebytu. Myślę więc dziś przede wszystkim o Ziobrze i zastanawiam się, czy to możliwe, że to jest już u niego nałóg, i on faktycznie wpadł na pomysł, by za trzy lata zostać prezydentem?


Zapraszam wszystkich do księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, gdzie są do kupienia moje książki. Serdecznie zachęcam.

piątek, 13 października 2017

Czy powstanie specjalna komisja w sprawie niemoralnego prowadzenia się Harveya Weinsteina?

      Jak znakomicie wiedzą czytelnicy tego bloga, systemowo zajmujemy się tu niemal wyłącznie tym, co się wyprawia u nas w kraju, zupełnie tak, jakby świat zewnętrzny dla nas nie istniał. Tymczasem jest tak, że i tam dzieją się rzeczy nie dość, że warte uwagi, to jeszcze wcale nie tak odległe od owego zakłamania, które tak tępimy, a którego powracające przykłady dają nam powody zarówno do uśmiechu, jak i, niestety, również przykrego zażenowania. A zatem, proszę sobie wyobrazić, że w ostatnich dniach zarówno Stany Zjednoczone, jak i konsekwentnie cały świat, zadrżały w posadach w związku z ujawnieniem przez dziennik „New York Times” informacji na temat niemoralnego prowadzenia się słynnego hollywoodzkiego producenta, Harveya Weinsteina. Krótko mówiąc, chodzi o to, że Weinstein, jako jedna z najważniejszych osób w branży wykorzystywała seksualnie aktorki, których kariera w ten czy inny sposób była uzależniona od podejmowanych przez niego decyzji. Na nas wszystkich, którzy się tu od lat spotykamy, tego typu skandal może robić wyłącznie wrażenie gangsterskich porachunków, i to w dodatku prowadzonych na wybitnie niskim poziomie. W końcu wydawałoby się, że dla każdego człowieka, który zachowuje jako taką przytomność, gdy chodzi o świat, który nas otacza, to że taki Harvey Wenstein mógł robić ze swoimi aktorkami wszystko, co mu przyszło do głowy, czy jakiejkolwiek innej części ciała, stanowi coś oczywistego w sposób absolutnie oczywisty. Tymczasem od kilku dni przeżywamy rzekomo niebywały wręcz skandal, bo nagle się okazuje, że Weinstein molestował seksualnie żony Brada Pitta i Chrisa Martina, a one biedne nie miały siły, by mu się temu potężnemu Żydowi przeciwstawić.
      Otóż ja nie wiem, za co branża – a kto wie, czy nie wielka polityka – postanowiła dziś Weinesteina ostatecznie ukatrupić i powiem szczerze, że mnie to w najmniejszym stopni nie interesuje. Podobnie jak nie interesują mnie te wszystkie zawodzenia związanych z branżą osób, dziś tak podobno wstrząśniętych wiadomościami, jakie do nich dotarły. Faktem jest jednak, że to iż ktoś tam się nagle postanowili wziąć akurat za Weinsteina uważam za wydarzenie nadzwyczaj interesujące. Jeśli człowiek tak potężny jak Harvey Weinstein zostaje niemal z dnia na dzień zniszczony od góry do spodu, to znaczy, że przyszło mu trafić na kogoś naprawdę nie bylejakiego, no i że na tego rodzaju cios musiał sobie bardzo mocno zasłużyć. No ale także i to, kto Weinsteina postanowił ukarać, i za co, również nas nie musi interesować. Dla nas bowiem najważniejsze są kwestie zupełnie podstawowe, a więc choćby owo zakłamanie, które całemu temu zamieszaniu towarzyszy. My tu więc pewnie bylibyśmy o wiele bardziej ciekawi nie tego, co Harvey Weinstein miał do swoich aktorek, ani nawet tego, czy za tą aferą stoi madame Clinton, prezydent Trump, czy jeszcze ktoś, kogo nazwiska nie znamy, ale jak to jest w ogóle możliwe, że na tego rodzaju bezczelność, z jaką oni nam się każą tymi swoimi sprawami interesować, my nie reagujemy zwykłym splunięciem.
       A jeśli wspominam o bezczelności, to zapewniam, że mam swoje powody. Oto w Internecie, który ostatnio jest już chyba ostatnim źródłem niezależnych opinii, niemal natychmiast po tym, jak wiadomość o owym rzekomym skandalu została odpowiednio ogłoszona, ukazał się filmik przedstawiający  nominacje do Oscarów jeszcze w roku 2013 za najlepsze żeńskie role drugoplanowe. I oto w pewnym prowadzący ceremonię Seth MacFarlane dowcipnie mówi: „A więc wszystkie nominowane panie mogą mieć od dziś pewność, że już więcej nie będą musiały udawać, że są zakochane w Harveyu Weinsteinie”. I co słyszymy w tym momencie? Perlisty śmiech zgromadzonej w Dolby Theater publiczności, a wraz z nimi całego zakochanego w kinie świata. Na filmie tego akurat nie widać, ale jestem pewien, że tam się też pokłada ze śmiechu Meryl Streep, która dziś zapewnia wszystkich, że jej akurat Weinstein żadnych propozycji nie składał, więc ona pozostawała przez ten cały czas w słodkiej nieswiadomości.
      Ktoś się zapyta, po jasną cholerę ja Bogu ducha winnym ludziom zawracam głowę jakimś Hollywoodem. Otóż to wcale nie chodzi o Hollywood. Historia z Weinsteinem to zaledwie symbol czegoś znacznie bardziej uniwersalnego. Dzisiejsza notka to tak naprawdę kontynuacja tego, o czym rozmawialiśmy wczoraj, a więc tego, jak oni nas wszystkich traktują. Dzień za dniem, od rana do nocy. A my się tak fatalnie dajemy im wystawiać.
     Wczoraj wieczorem, w TVP Info w swojej codtygodniowej rozmowie z Wojciechem Cejrowskim redaktor Rachoń ujawnił, że Weinstein był zwolennikiem Partii Demokratycznej. No, no!


Przypominam niezmiennie, że moje książki są do kupienia w księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl

czwartek, 12 października 2017

Czy Patryk Vega załatwi nam u Pana Boga sukces Dobrej Zmiany?

        Jeszcze w lipcu ukazał się w sieci pierwszy zwiastun nowego filmu Patryka Vegi pod tytułem „Botoks”, ja go obejrzałem i to co zobaczyłem zrobiło na mnie takie wrażenie, że napisałem, a następnie opublikowałem tu na blogu tekst, któremu nadałem pełen zimnej wściekłości tytuł „Dobra zmiana, czyli fajny, kurwa, film wczoraj widziałem”, a w którym podjąłem wysiłek, by niemal słowo w słowo zrelacjonować to, co co przez owe cztery minuty z małym hakiem, oraz równe jedenaście scen trwania wspomnianej prezentacji dzieje się na ekranie. Pozwolę sobie tu przypomnieć kluczowy fragment tamtej notki:
      „Zwiastun filmu ‘Botoks’ trwa ponad cztery minuty, a tam już jest wszystko co trzeba.
      Scena pierwsza: - Wezwanie do męzczyzny bez kontaktu. Leży na ulicy. Powtarzam, mężczyzna bez kontaktu.
   - Jaki on jest, kurwa, bez kontaktu?
   - Kurwa, dostał wpierdol, zajebali mu komórkę, nie ma z nim kontaktu”.
      Scena druga:  - Proszę pani, słyszałem, że można tego palca przyszyć.
   - Nie będę tego palca szukać. W chuj masz cztery. Ci wystarczy.
      Scena trzecia: - Boję się, że za karę urodzi mi się chore dziecko.
   - Nie podoba ci się, to wypierdalaj.
      Scena czwarta: - Ja nie wiem, co mam pisać?
   - To co się pisze, jak jest zjebany poród.
      Scena piąta:  - Nie zwolnisz mnie, jestem najlepszym chirurgiem w tym szpitalu.
   - Dla mnie najlepszy chirurg sika do umywalki.
      Scena szósta:  - A z czego będą te leki?
   - A chuj wie. Z cukru pudru.
      Scena siódma: - Kurwa, co tu się dzieje, kurwa? Chirurg jak baba zapierdala po tym oddziale.
      Scena ósma: - Kurwa, co za zajebiste buty. Mój rozmiar. Biorę.
      Scena dziewiąta: - Synuś, matka, kurwa, nam jebnęła.
   - Tatuś, kurwa, wypijemy dzisiaj.
      Scena dziesiąta: - Ty nie boisz się, że on po tym zejdzie?
   - Przestań, kurwa, ty wiesz, ile ja tu ludzi zabiłam?
      Scena jedenasta:  - Kurwa, ciężko się tu pracuje w tym szpitalu”.
      Kiedy pisałem tamten tekst, film „Botoks” jeszcze nie był całkiem ukończony, jednak dzień premiery został już ustalony, no a przede wszystkim sam autor zdążył go już zapowiedzieć, jako swoje „najmocniejsze” dzieło. Dziś, kiedy już jesteśmy po premierze, a film, jak słyszymy obejrzało już ponad półtora miliona widzów, zdecydowałem się wrócić do tematu z dwóch, a właściwie trzech, przyczyn. Po pierwsze chciałem się pochwalić, że ów w zamierzeniu czysto ironiczny tytuł mojej notki odwołujący się do czegoś, co przywyklismy nazywać „dobrą zmianą” okazał się naprawdę proroczy. Jak się okazuje, przez te trzy miesiące, Patryk Vega, a więc ktoś, kto na poziomie etycznym nie wyszedł nigdy poza trójkąt, którego boki oznaczone są słowami „kurwa”, „chuj” i „spierdalać”, zaczął być nagle w rzeczy samej przedstawiany, jako tajna broń wspomnianej „dobrej zmiany”. Oto wczoraj, jak rozumiem w reakcji na bardzo poważny protest w służbie zdrowia, Telewizja Polska – oczywiście, biorąc pod uwagę nastroje, jakie panują wśród lekarzy, szalenie inteligentnie – zaprosiła do studia wspomnianego Vegę i poprosiła go o fachowy komentarz na temat tego, na ile lekarze mają moralne prawo się w ogóle o cokolwiek upominać. Vega, całą mocą swego autorytetu stwierdził, że takowego prawa, jako banda zdeprawowanych morderców, lekarze nie mają, a następnie ogłosił, że on sam jest człowiekiem głęboko wierzącym, a jego sztuka, to misja od Boga. Żeby nikt mi nie zarzucił, że zmyślam, proszę, oto cytat. Chodzi oczywiście o film „Botoks”:
      „Dla mnie to jest film misyjny. Robiąc ten film, miałem poczucie, że to jest film, który rozszerza światło w świecie ogarniętym ciemnością. Uważam, że ja ten film dostałem z góry, że w jego przypadku byłem tak naprawdę tylko narzędziem”.
       Mało tego. Film „Botoks”, o którym mogliśmy dotychczas sądzić, że jest zaledwie bardziej bezkompromisowym rozwinięciem tego, czego mogliśmy doświadczać w poprzednich filmach Vegi, jest w rzeczywistości, jak się dowiadujemy, proklamacją świętego prawa do życia. Oczywiście mógłbym tu teraz wyszydzać ów bezczelny przekręt, cytując Vegę, kiedy opowiada o tym, jak to on ledwo uszedł z życiem z wypadku swojego terenowego mercedesa i w związku z tym dziś codziennie oddaje się codziennemu czytaniu Pisma Świętego, ale to by było rozwiązanie zbyt proste. Przejdę zatem do drugiego powodu, dla którego musiałem wrócić do tego, czym nam próbuje zawrócić w głowie ten dziwny człowiek. Oto, jak już wspomniałem, Patryk Vega stał się jedną z twarzy „dobrej zmiany”, a więc tym samym rozumiem, że informacja, jaką dziś dostajemy od Prawa i Sprawiedliwości, jest taka – i tu pozwolę sobie ironicznie bardzo odwołać się do estetyki artystycznych produkcji Patryka Vegi – że owo robienie nas w chuja, które od pewnego czasu musimy cierpliwie znosić, będzie się od dziś odbywało przy użyciu środków znacznie mniej wyrafinowanych, niż dotychczas. Oczywiście – i tu przchodzę do trzeciego powodu, dla którego wyszedłem dziś z tym tekstem – ja biorę pod uwagę, że służby propagandowe Prawa i Sprawiedliwości bardzo dokładnie przebadały rynek, a widząc w dodatku te półtora miliona widzów szturmujących kina w celu obejrzenia filmu Patryka Vegi, nadzwyczaj słusznie doszły do wniosku, że mają do czynienia z bandą idiotów. Tym sposobem, doszły do jakżesłusznego wniosku, że aby utrzymac nas w stanie odpowiedniego pobudzenia, wystarczy użyć zwykłego ruskiego paralizatora.
      Brawo wy! Ja jednak, biorąc pod uwagę aktualny stan rzeczy, pragnę publicznie ogłosić, że gdyby wybory miały się odbyć w najbliższą niedzielę, to zostaję w domu.

Post Scriptum: Na wypadek, gdyby ktoś mi chciał powiedzieć, że może zanim zacznę krytykować, obejrzał film Patryka Vegi, chciałbym dodać, że poza zwiastunem, obejrzałem jeszcze jeden jego fragment i uważam, że to już daje mi wszelkie powody, by gratulować Dobrej Zmianie komercyjnego, artystycznego, moralnego, no i oczywiście politycznego sukcesu:










Na szczęście, książki są wciąż te same i w tym samym miejscu: www.basnjakniedzwiedz.pl.

środa, 11 października 2017

Wzywamy do tablicy, czyli sześć krótkich kawałków na dobry tydzień

Jak już tu informowałem, tygodnik „Polska Niepodległa”, w którym, pod tytułem „Wezwani do tablicy”, publikuję swoje krótkie komentarze, przechodzi  fazę reorganizacji, co skutkuje tym,że przez  pewien czas, zanim wszystko wróci do normy, będziemy się spotykać co dwa tygodnie. Aktualny numer jest wciąż w kioskach, gdyby jednak ktoś miał kłopoty z jego nabyciem, polecam swój ostatni tekst, z nadzieją, że się spodoba.



Jak wszyscy już widzimy, od czasu gdy rolę jedynej w miarę skutecznej, a przede wszystkim, merytorycznej opozycji w Polsce przejął Pałac Prezydencki, całe to towarzystwo, znane nam dotychczas pod nazwą „totalna opozycja” ropierzchło się, jak owa kolonia pamiętnych czerwonych pająków kandydata Wałęsy i wygląda na to, że po tamtej stronie nie zostało już dosłownie nic. Ponieważ jednak my tu mamy ambicje nie tylko komentowania rzeczywistości, lecz również jej kreowania, chciałbym przedstawić zespół aktywistów, o którym jeszcze wiemy niewiele, ale który, kto wie, czy już niedługo nie stanie się potężną polityczną siłą na miarę choćby takich demokratów.pl. Oto na Facebooku bardzo aktywnie działa grupa o nazwie Demokraci 2017, która jako swoją wizytówkę przedstawiła obrazek, na którym widzimy św. Jana Pawła II, Jerzego Owsiaka, Lecha Wałęsę i Donalda Tuska, a całość jest podpisana tytułem: „To dzięki nim cały świat wie o istnieniu Polski”. Jeśli członkowie grupy Demokraci 2017 utrzymają ten poziom, jestem pewien, że już niedługo o istnieniu Polski dowiedzą się nawet ci, którym nic nie mówi nawet nazwisko Jerzego Owsiaka.

***


Niestety nie znamy jeszcze składu władz nowej organizacji, ale mam niejasne podejrzenie, że tam bardzo aktywną rolę może pełnić posłanka Platformy Obywatelskiej, Kinga Gajewska. Otóż ta wyjątkowa kobieta niedawno udzieliła wywiadu Robertowi Mazurkowi, a kiedy ten wypuścił ją na rozmowy o jej życiu intelektualnym, pochwaliła się, że ostatnio właśnie skończyła czytać „Annę Kareninę” Bułhakowa. Dziś wszyscy się z Gajewskiej śmieją, włącznie z tymi, którzy są święcie przekonani, że autorem słów do naszego hymnu jest niejaki Dąbrowski, a ja sobie myślę, że gdyby tak Mazurek wziął na kulturalne spytki kogokolwiek z nich, włącznie z takimi tuzami intelektu, jak choćby profesor Gersdorf, moglibyśmy się pośmiać jeszcze dłużej i jeszcze perliściej.

***


W takich sytuacjach można dziękować szczęściu, że my tu u siebie mamy jakość, o której oni nawet nie mogą marzyć, choćby w osobie takiego prezesa Jarosława Kaczyńskiego, który zapytany swego czasu o to, jak spędza czas, odpowiedział, że wprawdzie od dawna marzy o tym, by przeczytać „100 lat samotności” Marqueza, o którym ktoś mu powiedział, że jest okay, ale przy braku czasu i sił, kiedy już wróci do domu wieczorem, to lubi sobie popatrzeć na normalne amerykańskie rodeo. Oczywiście po tej wypowiedzi, koledzy Gajewskiej, ale zapewne i ona sama, pogrążyli się w upojnym szyderstwie, ale dziś wystarczy rzucić okiem, gdzie każdy z nich się ostatecznie znalazł, by z czystym sumieniem stwierdzić, że tu nigdy nie chodziło ani o Dostojewskiego, ani o Tołstoja, ani nawet o tego nieszczęsnego Dąbrowskiego.

***


Wspomnieliśmy nazwisko pani Pierwszej Prezes Sądu Najwyższego, Małgorzaty Gelsdorf, a ja zapewniam, że jest co wspominać. Otóż owa wybitna dama wzięła udział w uroczystej Mszy Świętej, odprawionej przez samego kardynała Nycza z okazji 100 rocznicy powołania do życia Sądu Najwyższego. Jak ona się tam zaprezentowała, tego akurat nie wiemy, natomiast mamy bardzo dokładne informacje co do postawy samego Kardynała. Otóż zwrócił się on do zebranych w warszawskiej katedrze sędziów i polityków z kazaniem, w którym wypowiedział słowa – możemy być tego pewni – historyczne:
 Słowa z listu św. Piotra Apostoła: ‘błogosławieni jesteście, gdybyście cierpieli dla sprawiedliwości’ odnoszą się do każdego z obecnych w katedrze, służących ojczyźnie. Trzeba czasem cierpieć, żeby ocalić to, co jest do ocalenia, czyli wasze powołanie, niezależność, niezawisłość”. Ktoś powie, że nie ma sensu aż tyle miejsca poświęcać wypowiedzi jakiegoś zbłąkanego ksiądza i ja jestem w stanie się z tą opinią zgodzić, jednak tu niestety nie mamy do czynienia z jakims księdzem, choćby i dominikaninem, ale z jednym z kardynałów naszego Koscioła, a poza tym na samą myśl, że one są kierowane do pani prezes Gersdorf zapewne ze ściśle określoną intencją, ja nie potrafię zachować dystansu. Kto jak kto, ale ona na męczennika nadaje się jak nie przymierzając były nasz prezydent, Aleksander Kwaśniewski. Wprawdzie ta informacja jeszcze parę miesięcy temu robiła pewną publiczną karierę, ponieważ jednak czasy są takie, że choćby i najważniejsze z nich żyją zaledwie parę dni, a niekiedy nawet i godzin, proponuję zajrzeć raz jeszcze do zeznania majątkowego owej męczennicy dla sprawiedliwości:  2/3 domu na działce o powierzchni 600 z jednym mieszkaniem o pow. 139, oraz drugim we współwłasności z mężem, o powierzchni 57. Osiem działek – rekreacyjna o powierzchni 1635 z domkiem letniskowym o powierzchni 35, oraz inne działki (we współwłaśności w różnych udziałach) - od 784 do 23 tys. , w tym ta ostatnią we współwłasności z mężem z 2/5 udziału. Są tam oczywiście jeszcze złoto, biżuteria i zwykła forsa, no ale tu faktycznie nie będziemy się dłużej tym nieszczęściem zajmować. Pozostaje tylko ten ponury kardynał i jego słowa o męczeństwie dla sprawiedliwości. A może to jego można by było dać na szefa Demokratów 2017? On przynajmniej będzie wiedział, kto napisał „Annę Kareninę”.

***

Ciekawe natomiast,  jak wygląda tu wiedza naszej  pierwszej gwiazdy koszykowki, Marcina Gortata. No dobra… to akurat ciekawe nie jest, zwłaszcza że my tu mamy coś z zupełnie  innej beczki. Nie wiem, czy Państwo wiedzą, ale w Stanach Zjednoczonych przeżywana jest akurat afera zwiazana z tym, że jeden z czołowych graczy zwycięzcy ubiegłorocznych rozgrywek NBA, Golden State Warriors, którego nazwisko nie ma dla nas najmniejszego znaczenia, oświadczył, że on nie ma ochoty na to, by się spotykać z prezydentem Trumpem, w efekcie czego Prezydent ogłosił, że w tym roku nie odbędzie się tradycyjna, organizowana rok w rok na zakończenie rozgrywek prezydencka gala, i tak już zostanie dopóki koszykarze mistrza NBA nie wytłumaczą swojemu koledze, co znaczy słowo „Ameryka”. Koledzy zachowali się tak jak się można było spodziewać, a więc usiedli okrakiem na żerdzi i tak trwają do dziś, nie wiedząc co począć, by z jednej strony zachować twarz, a z drugiej nie robic z siebie durnia. Na pomoc przybiegł im zawodnik z zupełnie innej drużyny, nasz Marcin Gortat i ogłosił co następuje: „Kiedy patrzę na niektóre zachowania Trumpa i wywoływane przez niego reakcje, to myślę, że w porównaniu z nim z naszego prezydenta Andrzeja Dudy i prezentowanej przez niego klasy możemy być dumni. I sympatie polityczne nie mają w tym przypadku żadnego znaczenia”.  No dobra. Gortat mówi jak potrafi, natomiast poza tym wszystko jest jasne. Sympatie polityczne nigdy nie mają znaczenia. Liczy się tylko forsa. A on, który już planuje jakieś ciekawe interesy tu na miejscu, wie to bardzo dobrze. I w tym akurat jest znacznie mądrzejszy od posłanki Gajewskiej. Kto wie, czy on nawet nie wie, że „Annę Kareninę” napisał Tołstoj?

***


Powoli trzeba kończyć, a ja mam wrażenie, że wciąż nam brakuje czegoś wyjątkowego. Z zatem na sam koniec proponuję coś zupełnie fantastycznego. Oto w tych dniach na portalu newsweek.pl najpierw wyświetlił się tytuł „Piwo dopiero po 23. Tak rząd chce walczyć ze spożyciem alkoholu”, następnie pojawił się kolejny: „Rząd idzie na wojnę z piwem. I być może właśnie wypuścił dżina z butelki”, a kiedy pod ową informacją eksplodował już bezprzykładny hejt odnośnie tego, jak to „dobra zmiana” chce nas pozbawić konstytucyjnego prawa do spozywania piwa, poinformowano, że jest projekt, by reklama piwa była dozwolona nie tak jak dotychczas od godziny 20, lecz od 23. Mimo to, ostatnie zdanie artykułu zachowało oryginalny nastrój: „Efekt? Być może siłą zdolną obalić obecny rząd okażą się miłośnicy picia piwa pod chmurką”. I to stanowi dla mnie autentyczny hit tygodnia. Tomasz Lis organizujący szalenie sprytny plan obalenia rządu Prawa i Sprawiedliwosci przy pomocy oddziałów złożonych z przyklejonych do puszek z piwem dzieci, które zanim jeszcze wyjdą z domu, by się na mieście spotkać ze znajomymi, zasiądą przed telewizorami, nie zobaczą reklamy „żubra” i ogarnie ich iście rewolucyjny szał. No dobra. Niech kardynał Nycz może zadowoli się funkcją wiceprzewodniczącego, natomiast na szefa Demokratów 2017 proponuję Tomasza Lisa.


Przypominam uprzejmie, że wszystkie moje książki sa do kupienia w ksiegarni na stronie www.basnjakniedzwiedz.pl. To że warto, to jest taka oczywisto,sć, że aż wstyd mi o tym przypominać.



wtorek, 10 października 2017

O tym jak minister Macierewicz wyruszył na Petersburg

       Dziś wprawdzie planowałem zająć się czymś innym, a mianowicie napięciem, jakie od pewnego czasu obserwujemy wokół osoby Prezydenta, ale przeczytałem u Coryllusa, że nasze Ministerstwo Obrony Narodowej zamierza utworzyć specjalne oddziały cyber-wojowników, którzy będą walczyć z internetowymi trollami, którzy od czasu gdy Prawo i Sprawiedliwość wygrało wybory, atakują nas z Rosji, a konkretnie z ulicy Sawuszkina w Petersburgu, i pomyślałem, że może uda się te dwa tematy jakoś połączyć.
     A więc popatrzmy na wspomniane plany Ministerstwa. Na czym zapowiadana walka będzie polegała, tego oczywiście nie wiemy, wiemy natomiast, że jej celem będzie niszczenie w zarodku wszelkich  tak zwanych „fejknewsów”, które opanowały naszą przestrzeń publiczną i wciąż nie pozwalają nam się cieszyć sukcesami nowej władzy, tak jak sobie to planowaliśmy. Możemy się również oczywiście domyślić, że będzie ona tak samo skuteczna, jak wszelkie inne działania podejmowane przez rząd, a już szczególnie przez ministra Macierewicza, na rzecz Dobrej Zmiany.
      Właściwie, komentarz, jaki na ten temat zamieścił na swoim blogu Coryllus, wyczerpuje temat, ja jednak chciałbym tu dorzucić dosłownie parę słów, które moim zdaniem, z pewnościa nie zaszkodzą. Otóż proszę sobie wyobrazić, że wczoraj, po raz chyba trzeci w życiu, kupiłem magazyn „Do Rzeczy”, a to w związku z wywiadem, jakiego redaktorowi Lisickiemu udzielił prezydent Duda. Wywiad, jak wywiad, zwłaszcza wywiad z Prezydentem, który, zawsze stara się brzmieć tak samo, mówić to samo i wyglądać tak samo, tak byśmy mieli pewność, że to jest ten sam człowiek, którego wybraliśmy sobie w roku 2015, a ja muszę powiedzieć, że mnie to akurat kompletnie nie przeszkadza. Tego się po prezydencie Dudzie od początku spodziewałem, na to liczyłem i więcej mi dziś nie potrzeba. A jak najbardziej słuszną uwagę Prezydenta o tym, jak to jeszcze w roku 2011 zadawał szyku ten sam Zbigniew Ziobro, który dziś zachęca Prezydenta do wsłuchiwania się w głos Ducha Świętego, traktuję jako nieoczekiwany bonus. Jeśli bowiem mam ochotę na jakieś fajerwerki, to faktycznie wolę się zwrócić w stronę ministra Macierewicza, lub Jakiego, czy zajrzeć do naszych świeżo odzyskanych mediów, bo tu wiem, że czekaja na mnie wrażenia szczególne. Tak też więc zajrzałem do wywiadu w „Do Rzeczy” i proszę sobie wyobrazić, że niemal największe wrażenie zrobił na mnie nie Prezydeent, lecz redaktor Lisicki, rzucając coś takiego: „Jarosław Kaczyński mówi, że cała reforma sądownictwabedzie teraz zależała od determinacji prezydenta. ‘Musimy wiedzieć, czy prezydent jest z nami’”.
     Każdy kto w miarę uważnie śledzi ten blog z pewnością pamięta, że niedawno poświęciłem całą notkę temu jednemu zdaniu, rzekomo wypowiedzianemu przez Jarosława Kaczyńskiego, a faktycznie w całości wymyślonemu na ulicy Sawuszkina w Petersburgu… Przepraszam, oczywiście się pomyliłem. Chodziło mi o redakcję tygodnika „W Sieci”, ze szczególnym udziałem Jacka Karnowskiego. Nie będę więc tu wracał do tej sprawy, natomiast zwrócę uwagę na jeszcze jedną wiadomość, jaką wspomniana redakcja nam podała do skonsumowania. Oto na okładce tego samego numeru „W Sieci”, zaraz nad głową Prezesa, widnieje wybity wielkimi literami tytuł: „Piotr Zaremba o szaleńczym ataku feministek na ‘Seksmisję’”. Znajduję zapowiadany tekst, a w środku duży, na dwie strony, artykuł Zaremby zatytułowany „Wyroki feministek. ‘Seksmisja’ zagrożona” i dosłownie dwa krótkie zdania wypowiedziane przez Paulinę Młynarską na temat tego – swoją drogą wyjątkowo głupiego i kiepskiego, jak wszystkie produkcje Machulskiego – filmu: „Ten film zaszczepił bardzo dużo nieufności do kobiecości. Uważam, że za ten kawałek dotyczący spraw związanych z traktowaniem kobiet Machulski mógłby przeprosić”. To wszystko. Cała reszta tego tekstu to jakieś stare nudy o tym, jak feministki na Zachodzie w latach 70 i 80 ubiegłego stulecia, a u nas z opóźnieniem dziś, demonstrowały i demonstrują swoje obsesje w każdym możliwym temacie. O „Seksmisji”, o Młynarskiej, a tym bardziej o rzekomo „szaleńczym” ataku ani słowa.  
     To jest oczywiście drobiazg i bzdura, i oczywiście wcale nie najbardziej charakterystyczna dla mediów tak zwanych „naszych”. Tu akurat oni wszyscy, czy to Jacek Karnowski, czy Tomasz Lis, czy telewizja TVP Info i ich czołowa gwiazda Wokciech Cejrowski, czy środowisko „Gazety Wyborczej” mają swoje znacznie większe zasługi. Staram się o nich od czasu do czasu pisać i daję słowo, że nigdy, ani przez moment nie przyszło mi do głowy sadzić, że oni wszyscy siedzą po nocach w centrali w Petersburgu i stamtąd nas tak zabawiają. Jeśli więc mogę coś doradzić ministrowi Macierewiczowi, to może to, by zamiast się gapić w te internety, bardziej zainteresował tym, co słychać na froncie smoleńskim, bo zbliża się ósma rocznica, a wraz z nią, niezwykle symboliczna, bo 96 miesięcznica Katastrofy, a nam jest jakby coraz bardziej głupio.

Nasze książki są jak zawsze do kupienia w księgarni na stronie www.basnjakniedzwiedz.pl. Zachęcam z całego serca.


poniedziałek, 9 października 2017

... jako ostatni wróg zostanie pokonana śmierć

      Zamieścilem tu przy niedzieli tekst o walce miedzy cywilizacją śmierci, a cywilizacją życia, i muszę przyznać, że czuję z jednej strony lekkie wyrzuty sumienia, a z drugiej satysfakcję. Wyrzuty sumienia z tego powodu, że ów tekst – jestem tego absolutnie pewien – przez wielu czytelników został odebrany, jako bełkot wariata, satysfakcję natomiast przez to, że ja dokładnie w ten sposób sobie wszystko zaplanowałem. Im dłużej bowiem prowadzę ten blog, tym mmocniejsze mam przekonanie, że gdy chodzi o przekaz, wszystko już było, natomiast to, co jeszcze może mnie tu w jakiś sposób ratować, to zagadka. I to z tego własnie powodu niekiedy wpadam w nastrój, by pisać w taki sposób, żeby nawet dla mnie samego to co powstanie stanowiło pewne wyzwanie. A chyba wszyscy przyznamy, że to już jest nie byle co.
      Ponieważ jednak temat walki życia ze śmiercią to nie jest sprawa błacha, pomyslałem sobie, że przypomnę swój tekst  sprzed kilku już lat, zamieszczony w wydawanych przez poznańskich karmelitów „Zeszytach” pod tytułem „… a jako ostatni wróg zostanie pokonana śmierć”, z nadzieją, że przynajmniej części z nas ów tekst rozjaśni ten tak niewyraźny obraz. Bardzo proszę.
    
      Ani nie jestem teologiem autoryzowanym, ani, jak część z tak zwanych dziennikarzy katolickich, teologiem samozwańczym, ani, co więcej, nie mam nawet tak skromnych ambicji, by objaśniać ludziom najprostsze zagadki naszej wiary, takie choćby, o których dzieci uczą się – czy choćby powinny się uczyć – na lekcjach religii, jednak tym razem chciałbym zaryzykować pewną teorię dotyczącą słynnego fragmentu Pisma Świętego, znanego nam z krótkiej bardzo sekwencji: „Jako ostatni wróg zostanie pokonana śmierć”.
      Otóż od pewnego czasu chodzi mi po głowie owa śmierć, jako ostatni wróg. Ja oczywiście rozumiem, że wrogiem – choćby i ostatnim – może być Szatan. Nie zdziwiłbym się też, gdyby ostatnim wrogiem okazał się grzech, czy w ogóle zło… a tu tymczasem mamy tę śmierć. Wszyscy wiemy, jak śmierć potrafi być czymś bardzo z naszego punktu widzenia najgorszym: boimy się jej, nie rozumiemy, niektórzy z nas nawet nie lubią o niej rozmawiać, i mimo że wiemy jednocześnie, że żyć wiecznie nikt z nas chyba by nie chciał, staramy się ją odwlec w nieskończoność. A i tak wciąż mamy tę świadomość, że ona jest czymś równie naturalnym, jak życie. Tymczasem nagle się dowiadujemy, że śmierć jest wrogiem. Nie wyjątkowo wyboistą drogą do życia wiecznego, ale wrogiem, i to – co tu akurat jest dla nas kwestią podstawową – wrogiem ostatecznym.
      Tematem tego numeru „Zeszytów” jest piąte przykazanie, czyli „nie zabijaj” i jego przeróżne interpretacje. Nie wiem, jak inni, ale z jakiegoś niepojętego dla mnie powodu, od czasów, gdy byłem małym dzieckiem, to właśnie przykazanie – nie pierwsze, nie czwarte, nie siódme nawet, ale właśnie piąte – przemawiało do mnie najbardziej: nie wolno zabijać. Kraść, kłamać, nie chodzić do kościoła, nie słuchać rodziców – owszem, to też. Przede wszystkim jednak trzeba się trzymać jak najdalej od śmierci. Takie to były wówczas moje emocje, do tego stopnia silne, że fraza „piąte nie zabijaj” stanowiła dla mnie w pewnym momencie punkt wyjścia do innych przykazań. Ile razy trzeba było szybko powiedzieć, które przykazanie nie pozwala na przykład cudzołożyć, od razu zaczynałem w głowie te recytację od „piąte nie zabijaj”. A przecież, jeśli się dobrze zastanowić, to akurat piąte jest być może jedynym przykazaniem, które większości z nas nie dotyczy. My możemy nie szanować Boga, bliźniego i rodziców, i opuszczać Mszę Świętą, i zazdrościć, i kłamać i kraść nawet, ale zabijać? No, zabijanie akurat to nie jest nasza rzecz.
      A jednak myślę, że emocje, jakie budziło to piąte przykazanie, były nie tylko moje. Emocje, które w jakiś tam sposób, jak sądzę wyprzedzały, a jednocześnie uzupełniały, ową zapowiedź św. Pawła, że na końcu jako największy wróg zostanie pokonana śmierć. I już nikt nikogo nie zabije.
      Proszę zwrócić uwagę, że Paweł, poza tym największym, nie wymienia innych wrogów. Oczywiście, w innych miejscach mamy i demony i grzech i grzeszników i samego diabła, ale tu u Pawła jest tylko śmierć. Wszyscy wrogowie i największy z nich – śmierć. Czy to możliwe więc, że nasza dziecięca intuicja, która kazała nam traktować zabójstwo jako grzech największy, a śmierć jako największego wroga człowieka, była słuszna? Wydaje mi się że tak.
       Kiedyś przeżyłem pewną przygodę, którą zresztą miałem okazję już opisać w paru miejscach, ale muszę do niej wrócić i tu w „Zeszytach”. Otóż przez jakiś czas, jeżdżąc tramwajem do pracy, spotykałem dziewczynkę w wieku może 15, a może 16 lat, drobną blondynkę, ani ładną, ani brzydką, z plecakiem, w jakim dzieci noszą książki do szkoły, z niemal całą twarzą poprzebijaną czarnymi kolczykami. I kiedy mówię o całej twarzy i o kolczykach czarnych, wcale nie przesadzam, ale mam na myśli autentycznie całą twarz: wargi, nos, uszy i brwi, i że ona miała to wszystko poprzebijane czarnymi kolczykami. Ale mało tego. Najgorsze w tym wszystkim było to, że ona za każdym razem, kiedy ją widziałem – a widziałem ja razy kilka – była straszliwie smutna, straszliwie samotna i straszliwie pusta. Nigdy się nie dowiedziałem, czy ona jechała do szkoły, czy może tak krążyła bez sensu po mieście, bo szkoła jej nie była do niczego potrzebna, czy może była umówiona z kimś „na mieście”, ale myślę, ze to akurat nie jest takie ważne. To co robiło największe wrażenie, to oczywiście te kolczyki i ta samotność. A jeśli ktoś jest na tyle domyślny, by wyprzedzać moje słowa, to już wie, że jeszcze ta śmierć. Bo właśnie tak to wyglądało: ona była zanurzona w śmierci.
      W odróżnieniu od większości dzieci w jej wieku, ona też nie słuchała muzyki. Nawet nie robiła wrażenia, jakby mogła mieć telefon komórkowy, z którego tej muzyki mogłaby, gdyby tylko chciała, słuchać. Siedziała taka pogrążona w swojej ponurej samotności i patrzyła przed siebie. I to, powiem szczerze, mnie bardzo zdziwiło. Ja bym po kimś takim jak ona spodziewał się, że będzie słuchał nawet jeśli nie Nergala z zespołem Behemoth, to chociaż Black Sabbath, a ona nie słuchała niczego. Ją najwidoczniej ta muzyka nawet nie interesowała.
      Trochę skaczę w tym tekście od wątku do wątku, no ale tak to jakoś wyszło i pewnie już tak zostanie. Rzecz w tym, że ja od pewnego czasu bardzo przejmuję się satanizmem promowanym przez kulturę popularną, a kiedy używam określenia „satanizm” to niekoniecznie mam na myśli takich wykonawców, jak wspomniany Black Sabbath, czy Led Zeppelin, czy choćby całą tę muzykę określaną nazwą „black metal”, ale też – i to może przede wszystkim – i nie to, co ostatnio staje się coraz bardziej popularne, jako pogański folk. Chodzi o tych wszystkich grajków poprzebieranych w najstarsze słowiańskie stroje, uzbrojonych w stare, tradycyjne słowiańskie instrumenty i wykonujących muzykę źródeł, z czasów, jak to oni określają, jeszcze przedchrześcijańskich, a więc jedynie prawdziwych. Słucham niekiedy tej muzyki i myślę sobie, że tak to właśnie Diabeł próbuje zdobyć nasze dusze. Odwracając naszą uwagę od Boga. Realizując dokładnie to, co papież Franciszek tak fantastycznie celnie określił słowami, że kto się nie modli do Boga, ten się modli do Szatana. Słucham niekiedy tej muzyki i się trochę boję.
      Niedawno miałem okazję obejrzeć gdzieś fragment koncertu zespołu Behemoth, gdzie wśród tej całej satanistycznej dekoracji Nergal wykrzykiwał do idealnie opętanej publiczności bluźniercze hasła, a tłum je podejmował i za nim wiernie powtarzał, no i też się bałem. Bo wiedziałem, że tam z nimi jest Szatan. Natomiast przyznaję, że ani na moment nie przyszło mi do głowy, i wtedy, podczas słuchania fragmentów tego koncertu, ani wcześniej, kiedy słuchałem zespołów Led Zeppelin, Black Sabbath, czy naszej polskiej Kapeli ze wsi Warszawa, że tam dochodzi do zabójstwa; że tam oprócz tego Diabła jest też śmierć.
      I oto kilka dni temu kolega przesłał mi link do pewnego filmu dostępnego w Internecie, stanowiącego fragment większego projektu zatytułowanego „Kraina grzybów”, po obejrzeniu którego doszedłem do wniosku, że gdyby nawet zostawić ten obraz – obraz, powiedzmy to uczciwie, z wielu względów, dla normalnie przeżywającego świat człowieka, nie do wytrzymania – natomiast wypełniający go dźwięk zastąpić wspomnianym wcześniej koncertem zespołu Behemoth, cały czarny plan stojący za tym projektem wziąłby w łeb. Gdyby wspomniany film wypełnić klasycznym czarnym metalem, to wszystko nagle stałoby się żartem. Bo rzecz polega na tym, że projekt „Kraina grzybów” to nie jest satanizm, jaki znamy – to jest śmierć. I owa śmierć jest wręcz doskonale opisywana i przez ten obraz, ale w równym stopniu też przez dźwięk – powtarzam, dźwięk zupełnie inny od tego, do któregośmy się już zdążyli przyzwyczaić.
      Nie udało mi się obejrzeć więcej, niż dwie, może trzy minuty tego filmu, ale powiem szczerze, że te parę minut wystarczyły mi, żebym zrozumiał, czym jest śmierć i jak wygląda piekło. I niech nikt nie myśli, że tam mieliśmy jakieś kozły, odwrócone krzyże, szyderstwa z Boga, seks, ciężką rockową muzykę, jakieś nieludzkie zawodzenia. Nic z tego. Tam wszystko robiło wrażenie dość klasycznego artystycznego projektu, tyle że on cały tonął w śmierci. Nie jestem tego w stanie opisać, i przyznaję, że też bym nie chciał tego robić, ale tak to właśnie wyglądało: to było, jak koszmar z dzieciństwa, z którego się budzimy zlani potem, bo przez chwilę poczuliśmy na czole zimny oddech śmierci. Piekła, Szatana, wiecznego cierpienia, ale przede wszystkim śmierci, czyli – powiedzmy to sobie wreszcie – nieskończonej samotności.
      I przyjaciele i rodzice i Kościół i różnego rodzaju autorytety przestrzegają nas, byśmy trzymali się z dala od ścieżek Szatana, który – ciekawe, swoją drogą, skąd ten pomysł – próbuje nas podobno uwieść przez muzykę, czy w ogóle kulturę pop. Otóż wygląda na to, że, owszem, Tenktórynieprzepuszczażadnejokazji ma wiele sposobów i bardzo dużo cierpliwości, by każdy z nich wykorzystać przeciwko człowiekowi, jednak nie powinniśmy zbyt ławo uwierzyć, że on jest tak naiwny, by te wszystkie swoje sposoby wymalować nam na wielkiej tablicy, a na koniec się jeszcze pod tym podpisać przy pomocy trzech szóstek, czy odwróconego pentagramu. Jeśli on jest tym, kim uważamy, że jest, i będzie chciał nas zaatakować, to z całą pewnością nie dostarczy nam wcześniej odpowiedniej instrukcji, jak się przed tym atakiem bronić, ale spróbuje nas, z sobie tylko znaną perfekcją, uwieść.
      Co więc powinniśmy wiedzieć? Przede wszystkim, że on jest, i wcale nie zamierza czekać bezczynnie na przyjście Królestwa Bożego. On w Boga nie wierzy. On jest przekonany, że Bóg nie żyje. Poza tym nie powinniśmy się łudzić, że wystarczy, że nie będziemy słuchać muzyki rockowej, ale ograniczymy się na przykład do klasyki, bo nie ma żadnego naprawdę powodu, by uważać, że Diabeł z jakiegoś powodu czuje obrzydzenie do Beethovena. Nie ma też powodu sądzić, że Diabeł gardzi i nie ogląda rozrywkowych programów w Polsacie. No i wreszcie, po trzecie, musimy pamiętać, że największym wrogiem jest śmierć i to w niej dopiero możemy odnaleźć prawdziwego Szatana. Bo to on jest pierwszym zabójcą. To przeciwko niemu zostało zapisane piąte przykazanie.
      Właśnie tak. To śmierć jest pierwszym wrogiem i bądźmy pewni, że kiedy Tenktórynieprzepuszczażadnejokazji będzie nas chciał do siebie przygarnąć, to nie przez to, że nam pokaże jakiś wisiorek z powieszonym do góry nogami krzyżykiem, nie przez figurkę kozy z poskręcanymi rogami, nie przez pisane gotykiem idiotyzmy o tym, że niepokonane słońce przenika czarne drzewa, ale w taki sposób, byśmy się nawet nie zorientowali, że to on do nas przemawia, byśmy myśleli, że to tylko taka sztuka w temacie kosmosu i niepokonanej śmierci. Bo ona, jak już wiemy, zostanie pokonana, ale co z nami?
      Tak. Kradnie, cudzołoży, kłamie, nie szanuje rodziców, zazdrości, zabija nie człowiek, ale Szatan, a robiąc to spycha nas w otchłań śmierci. To jest jego domena. I właśnie dlatego, na samym końcu, jako największy wróg, zostanie pokonana śmierć.

Tego akurat tekstu nie ma w mojej książce o paleniu licha, natomiast są inne, równie inspirujące. Polecam serdecznie. Tu


niedziela, 8 października 2017

Jeszcze raz o ataku z Marsa

      Choć od zawsze wiem, że są wśród nas tacy, którzy wszelkie nawiązania do tego, co przeczytałem na portalu tvn24, traktują z pełnym wyższości prychnieciem, oraz jednobrzmiącą uwagą: „że też ci się chce zajmować tym co robi TVN”, ewentualnie „ja nie mam telewizora i jest mi z tym bardzo dobrze”, od czasu do czasu mam poczucie, że są rzeczy, których przegapić nam nie wolno, bo ani się nie obejrzymy, jak ktoś nas zajdzie od tyłu i wtedy już na wszystko będzie za późno. Poza tym, powiem uczciwie, że na tego typu przechwałki – mam na myśli argument z telewizorem – trafiam od lat i wiem, że wiele z tych osób, które nie mają telewizora, siedzą całymi godzinami przed komputerem i pozwalają się zatruwać treściami niekiedy znacznie bardziej szkodliwymi, niż to co można znaleźć w telewizji, a zatem przepraszam bardzo, ale będę się trzymał swoich własnych sposobów zachowania przytomności.
      Gdyby zatem ktoś chciał wiedzieć, jak walczę, by zachować kontrolę nad rozwojem sytuacji w tych niewątpliwie niełatwych czasach, to, pomijając fakt, że staram się mieć umysł szeroko otwarty, w telewizji oglądam niemal wyłącznie „Wiadomości TVP”, oraz niekiedy wieczorny program na TVP Info, a z mediów „wrażych” wspomniany tvn24.pl w Internecie. Poza tym, jest już tylko sport i występy zdolnych ludzi w programach „Britain’s Got talent” i „America’s Got Talent”, które są regularnie wrzucane do Internetu. W ten sposób, nie brakuje mi niczego.
       A zatem, bardzo proszę nie mieć do mnie pretensji, że wczoraj znów zajrzałem na portal tvn24.pl, bo mam do opowiedzenia coś na tyle ważnego, byśmy to przyjęli z pełną powagą. Oto proszę sobie wyobrazić, patrzę, co oni nam dziś mają do przekazania, a tam wielki tytuł: „Jechał autostradą pod prąd. Z piątką dzieci. Mówił, że nie stać go na opłatę”. Klikam, wchodzę głębiej, a tam dokładnie ten sam tytuł, tyle że pod spodem zrzut ekranu z jakiejś audycji naturalnie w stacji TVN24, na nim łeb kierowcy Hołowczyca, a pod spodem na pasku informacyjnym słowa: „Jazda Polska… pod prąd”. Dokładnie tak, z tym właśnie błędem. No ale nie chodzi przecież ani o błąd, ani nawet o sam temat, ale o to, że w tym momencie wykonuję kolejny ruch – który, tak na marginesie, popełnia już pewnie zaledwie garstka internautów –zjeżdżam na właściwy tekst, a tam czytam: „Innych kierowców zmuszał do nagłego zjeżdżania na inne pasy, bo sam mknął autostradą A2 pod prąd. Niemiec prowadzący peugeota z przyczepą podróżował z żoną i pięciorgiem dzieci. Policja z Konina ukarała go mandatem”.
      A-ha!
      Ostatnio rozmawialiśmy tu trochę o tym, co, gdy chodzi o codzienną propagandę, wyprawiają tak zwani „nasi”, no a wnioski z naszej debaty nie były niestety bardzo pocieszające. Wygląda bowiem na to, że oni nas przede wszystkim traktują, jak kompletnych durniów, którym wystarczy pomachać przed nosem czymś choćby trochę błyszczącym, żeby nas zaczarować, no a potem już tylko szturchać kawałkiem kijka, tak byśmy się zaczęli złościć. No a poza tym, chodzi o to, że oni kłamią dokładnie tak samo, jak tamci, tyle że w świętym przekonaniu, że nawet jeśli to faktycznie kłamstwo, to ono służy dobrej sprawie, a zatem jest w pełni usprawiedliwione. I oto nagle się okazuje, że tam jest jednak coś jeszcze, czego musimy mieć pełną świadomość, jeśli chcemy zrozumieć, o co toczy się tak naprawdę ta walka. Otóż, cokolwiek byśmy o nich nie myśleli, i jak bardzo byśmy nimi nie gardzili, ci tak zwani „nasi” mają przed sobą zwykłe, znane nam od lat cele, a więc władzę i pieniądze, przy tym jednak nie jest też tak, że oni w nic poza władzą i pieniędzmi nie wierzą. O nie! Oni mają poglądy, często są ich gotowi całym sercem bronić, i tak naprawdę – to już wspomniałem wcześniej – wierzą w to, że to co robią, powinno przynieść coś dobrego w skali bardziej ogólnej.
      Wygląda jednak na to, że druga strona, owszem, również pragnąc przede wszystkim władzy i pieniędzy, nie wierzy w nic poza tym. To co oni reprezentują, to czysta destrukcja. Ja to oczywiście od pewnego czasu bardzo silnie podejrzewałem i chyba nawet tu parę razy wspomniałem, że spór jaki się dziś realizuje, to wojna dwóch różnych cywilizacji. Mówiąc bardzo krótko, cywilizacji, z jednej strony, życia, a z drugiej, śmierci. I, jak mówię, nie chodzi wcale o to, że my jesteśmy tacy wspaniali, a tamci nie. Ogólnie rzecz biorąc i my i oni jesteśmy takimi samymi grzesznymi ludźmi, tyle, że my wierzymy w życie, a oni w śmierć. Chciałbym to pokazać w sposób bardziej obrazowy i nie bardzo wiem jak. No ale spójrzmy może na to na przykładzie często ostatnio wyszydzanych w Internecie pokazów najbardziej współczesnej mody, gdzie niekiedy przychodzi nam trafić na prezentacje tak wręcz nieludzkie, że aż trudno uwierzyć, że to się dzieje naprawdę i gdzie taki mężczyzna w spódniczce i w biudstonoszu założonym na marynarkę to wciąż jeszcze za mało, by zrobić wrażenie. Patrzymy na te zdjęcia, najczęściej komentujemy je mówiąc, że tu nawet nie ma się z czego śmiać, a potem włączamy telewizor i widzimy Jana Pietrzaka, Tomasza Sakiewicza, czy kolejnych polityków Prawa i Sprawiedliwości klaszczących w rytm piosenek śpiewanych przez Marylę Rodowicz, a ja mam nadzieję, że wiemy, o co chodzi. Rzecz w tym, że cokolwiek byśmy tu nie powiedzieli, to mamy mimo wszystko do czynienia z kompletnie innymi, cywilizacyjnymi właśnie, poziomami.
     Ponieważ zaczęło się robić nieco dziwnie, wrócę do tej w sumie wybitnie nieciekawej informacji na portalu tvn24.pl. No bo o co chodzi? Że ludzie jeżdżą po drogach pod prąd? No, nie żartujmy. To przecież nawet nie jest news. Mnie jednak chodzi o to, że chciałbym wiedzieć, dlaczego, oni postanowili opisać przypadek jakiegoś Niemca i zasugerować nam, że chodziło o Polaka? Przecież tu nie ma żadnej logiki. No bo na jaki efekt oni liczą? Że ludzie pomyślą, że my Polacy to jednak kompletna porażka i że dzięki temu naszemu nowemu nastawieniu oni ygraja wybory, odzyskają wpływy i pieniądze? Nie sądzę. Oni sami muszą wiedzieć, że to tak nie działa. Owszem, tak jak my, pragną głównie władzy i pieniędzy, tyle że poza tym wierzą wyłącznie w śmierć. I stąd to przekonanie, że to wszystko, czym jesteśmy i w czym żyjemy, te całe nasze aspiracje i marzenia, są jak psu na budę, bo na końcu jest tylko wstyd i upokorzenie. I im głośniej z drugiej strony słyszą wołanie „Niech żyje Polska”, tym bardziej nam chcą powiedzieć, że nie ma nic, jak tylko wstyd i pogarda.
     I to wcale nie jest wyłącznie nasz lokalny problem. Oto parę dni temu na Facebooku ukazała się informacja, że w londyńskim metrze doszło do bardzo poważnego wybuchu paniki, kiedy jakiś lokalny kaznodzieja wyjął Pismo Święte i zaczął głośno  odczytywać pasażerom fragment o tym, że śmierć to nie koniec. Ów człowiek czytał te wersy, a ludzie z wrzaskiem uciekali, zupełnie tak, jakby jakiś Arab rzucił się na nich z mieczem. Jak czytam, interweniowała policja i trzeba było wstrzymać ruch pociągów. Dlaczego? Bo ludzie się dowiedzieli, że śmierć to nie koniec i się przerazili.
     Ktoś mi powie, że ja odpływam coraz dalej. Nie sądzę. Zarówno ci, co uciekali z tego metra, jak i ci, co postanowili nam zasugerować, że ten Niemiec to Polak doskonale wiedzą o co chodzi. Nawet słyszę, jak syczą w swojej bezsilności.

Przypominam, że moje książki są do kupienia na stronie www.basnjakniedzwiedz.pl. Polecam gorąco.