czwartek, 5 grudnia 2019

Czy polskie lewactwo marzy o elektronicznych owcach?


       Jeszcze zanim ogólnopolska debata na temat konieczności wprowadzenia do języka polskiego całej serii form żeńskich, dotychczas normalnym ludziom nieznanych, nabrała rozpędu, pamiętam jak gdzieś na Twitterze, czy może na Facebooku, pewna moja znajoma pochwaliła się, że jej synek zapytał ją, czemu mama jest kierowcą, a nie kierowczynią, z sugestią, że jej dziecko jest bardzo mądre. Ponieważ owo pytanie, a już zwłaszcza chwalenie dziecka za tego typu przenikliwość, wydało mi się bardzo osobliwe, żartobliwie sprowadziłem sprawę do absurdu, sugerując, że „kierowca” to jest w sposób oczywisty forma żeńska, a zatem to tata raczej powinien funkcjonować jako kierowiec, a nie mama jako kierowczyni. Mój żart nie został skomentowany ani przez moją znajomą, ani w ogóle przez nikogo, więc na długie miesiące zostałem z nim sam na sam, a kiedy już temat zyskał ogólnopolską popularność, zdziwiłem się tylko, że cała dyskusja sprowadza się wyłącznie do kwestionowania owej dziwnej nowomowy, zamiast skupić się na wyszydzeniu całej tej zabawy językiem, który ze względu na swoją szczególną nieregularność, kompletnie się do niej nie nadaje. No i wciąż wracał do mnie tamten, moim zdaniem, bardzo celny przykład z ową „kierowcą”.
        Mijały na tej bezsensownej przepychance kolejne tygodnie i oto wczoraj trafiłem na jakiś – w tej chwili już niestety nie pamiętam konkretnie o jakiej treści – komentarz posłanki lewicy, Anny Żukowskiej i uznałem, że nadarzyła się znakomita okazja do tego, by przedstawić wspomnianą „kierowcę” bardziej szeroko. I proszę sobie wyobrazić, że pani Żukowska w ogóle nie zrozumiała sensu tego przykładu, tylko poinformowała mnie, że słowo „kierowca” to forma męska, natomiast – i tu się okazało, że dziecko mojej znajomej wykazało jednak prawdziwie rewolucyjne wyczucie – kobieta kierowca to kierowczyni, podobnie jak kobieta sprawca to sprawczyni. Ponieważ zrobiło się grubo, natychmiast wymyśliłem coś wydawałoby się bardziej przejrzystego i zaproponowałem, że w tej sytuacji, kobieta owca – to będzie owczyni...
       I w tym momencie rozgorzało prawdziwe piekło. Najpierw  w takiej oto kwestii, że słowo „owca” jest  rodzaju żeńskiego, a ja powinienem wrócić do podstawówki, bo najwidoczniej nie uważałem na lekcjach, no a potem już ruszyła lawina. Na mój portal zleciało się niemal całe twitterowe lewactwo, szydząc ze mnie, że jestem skończonym bałwanem, który nie wie, że owca to dziewczyna, a chłopiec w owej relacji to baran. Kiedy poziom zidiocenia osiągnął granice absurdu, postanowiłem naciągnąć tę gumkę jeszcze bardziej i poinformowałem zainteresowanych, że ja występuję w tej debacie jako obrońca tych wszystkich owiec, które jeśli idzie o płeć nie potrafią określić się jednoznacznie, a przy homofobicznych nastrojach polskiego społeczeństwa popadają w depresję i często zmuszone są popełnić samobójstwo.
      Wszystko zgodnie z przewidywaniami. Moi nowocześni antagoniści zaczęli mi zupełnie na poważnie tłumaczyć, że ponieważ polski język jest dla owiec językiem obcym,  w tej sytuacji moja misja traci sens, no a przy tym oczywiście w dalszym ciągu na moją głowę wylewało się szyderstwo sprowadzające się do stwierdzenia, że oto „prawactwo się samozaorało”.
      W tym momencie, zwłaszcza że już za chwilę zaczynał się mecz Liverpoolu z Evertonem, pomyślałem, że machnę na to wszystko ręką i rzeczywiście machnąłem. I oto, proszę sobie wyobrazić, ledwo przestaliśmy świętować, moja córka poinformowała mnie, że z komentarzem do mnie zawitał nie kto inny jak sam przewodniczący Włodzimierz Czarzasty i powiedział coś, co mnie już kompletnie rozbiło: „Zabolało, Krzysiu? Lewica pozdrawia”. Na co ja napisałem Czarzastemu coś, co właściwie powinienem powtórzyć i tu, a mianowicie:
      Wiesz, Włodku, za co ja szanuję Jarosława Kaczyńskiego? Za to, że on nie spędza wieczorów na dogadywaniu internautom na Twitterze. Gdyby on na starość zwariował i zaczął to robić, to ja bym w jednej chwili pieprznął tym całym PiS-em i zanurzył się w błogiej prywatności”.
      On mi oczywiście jeszcze próbował tam coś odpyskowywać, ale ja, wiedząc też, że już za chwilę dyskusja skręci na temat tego durnia Kaczora, który nie wie nawet, co to Twitter, wyłączyłem się i postanowiłem zająć się swoimi sprawami. Tam oczywiście, z tego co widzę, szajba trwa na całego, ja natomiast faktycznie mam w głowie naszego Prezesa. Popatrzcie Państwo, jak to się przedziwnie wszystko ułożyło. Z nich wszystkich jedynie on zachował do samego końca pozycję całkowicie wyprostowaną, którą w pewnym sensie nawet symbolizuje ten jego niemal po proboszczowsku wypięty brzuch i to spojrzenie, z jednej strony tak bardzo dobroduszne, a jednocześnie niosące w sobie tę z trudem skrywaną nutkę pogardy dla tych, co jak najbardziej ją widzą. Tu jest ten Tusk, ta Żukowska, ten Schetyna, te wszystkie Kukizy, te Korwiny, ta cała pryszczata Konfederacja, nawet ten Trump – można wymieniać – a z drugiej strony już tylko on. Myślę dziś o nim i nagle już wiem, że tak to właśnie ze mną jest. Ja go od zawsze szanuję za to, że on, jako jedyny, nie uległ. Bo gdyby i jego ogarnęła ta chwila słabości, to byłby jak oni wszyscy, tyle że może nieco bardziej zdolny. A ja bym te jego zdolności miał już dawno głęboko w nosie.

       





wtorek, 3 grudnia 2019

Na co komu Banaś?


        Nie wyobrażam sobie wprawdzie, by był tu ktoś, kto by nie znał nazwiska Banaś, albo komu nazwisko Banaś kojarzyło się wyłącznie z niegdysiejszym piłkarzem Górnika Zabrze, Janem Banasiem, na wszelki wypadek jednak przypomnę, że dziś mówimy o byłym ministrze finansów, a aktualnie szefem Najwyższej Izby Kontroli, Marianie Banasiu. Gdyby dalej ktoś nie wiedział, co z nim jest nie tak, spieszę wyjaśnić, że niesławna stacja TVN24, tuż po tym jak ów Banaś został skierowany przez Prawo i Sprawiedliwość na stanowisko prezesa Najwyższej Izby Kontroli, wyszperała w jego temacie jakieś kompromitujące zachowania, no i dziś, zgodnie z Konstytucją nie ma takiej ludzkiej siły, która, poza jego wolną i nieprzymuszoną wolą, mogłaby go z owej funkcji odwołać.
       Muszę oczywiście przyznać, że – swoją drogą głównie medialna – walka o to, by Banasia zmusić do rezygnacji z zajmowanego stanowiska jakoś tam mnie zajmuje, natomiast są dwie kwestie, które w tym całym zamieszaniu uważam za autentycznie warte uwagi. Otóż przede wszystkim nie jestem w stanie zrozumieć, jak to się dzieje, że nasza opozycja, co by o niej nie mówić, składająca się jednak z ludzi choćby politycznie doświadczonych, w ramach starań o odzyskanie władzy, nie była w stanie zaproponować niczego lepszego niż powtarzanie w nieskończoność jednego nazwiska, którego przede wszystkim większość Polaków nie zna, a które, nawet gdyby ktoś tam je rozpoznał, wywołałoby w nim co najwyżej wzruszenie ramion.
        Wraca tu wspomnienie niejakiego Misiewicza. Jest mi dziś bardzo trudno sobie przypomnieć, ile to miesięcy, czy może i lat ów Misiewicz był wałkowany na wszystkie możliwe strony, w jednym jedynym celu, by doprowadzić do upadku rząd Prawa i Sprawiedliwości, wiem natomiast, że jedynym tego widocznym efektem i tak było zaledwie to, że ów Misiewicz stał się bohaterem filmu Patryka Vegi, i podobnie jak ów film, ostatecznie odszedł w wieczne zapomnienie. Czy jest naprawdę tak bardzo trudno wyciągać wnioski? Czy to jest naprawdę takie trudne zrozumieć, że to wszystko wcale tak nie działa?
      No ale pojawia się w tym wszystkim coś znacznie ciekawszego. Otóż ja nie jestem w stanie wyjść z podziwu dla ludzi, którzy na dźwięk nazwy Najwyższa Izba Kontroli stają na baczność. Przepraszam bardzo, ale co to jest takiego szczególnego, że na widok tych trzech literek NIK, wszystkim nam po plecach przechodzi dreszcz szacunku. Wystarczy przecież zastanowić się nad samą tą nazwą, nad każdym z jej trzech członów, żeby dojść do wniosku, że to jest chyba jakiś żart. Jaka „izba”, jakiej „kontroli” i „najwyższa” w jakiej, przepraszam, konkurencji? Mamy przed sobą jakiś ciężki komunistyczny twór, którego jedyną realną zasługą w całej ostatniej historii Polski – czy nawet nie zasługą, ale zaledwie widocznym efektem istnienia – jest to, że media parę razy podały informacje o tym, że oni gdzieś tam coś skontrolowali, a następnie ogłosili. I to wszystko. Poza tym – zero. Nic. Przed nami się rozciąga jakaś kompletna fikcja, z kompletnie fikcyjną nazwą i udaje, że coś znaczy. I w tym wszystkim nagle pojawia się ów Banaś, który został tego czegoś prezesem i przez sam fakt piastowania tak rzekomo ważnego stanowiska, staje się osobą wręcz nietykalną, a to wszystko na wypadek, gdyby źli i skorumpowani politycy chcieli go z tej pozycji usunąć. Przepraszam jeszcze raz, ale co złych i skorumpowanych polityków obchodzi jakaś izba kontroli, choćby i najwyższa? Oni nie wystraszyli się trybunałów, sądów, prokuratorów, policji, służb jawnych i niejawnych, tu i w Brukseli, a mają się nagle zacząć bać jakiejś „izby kontroli”. Przecież to jest jakaś komedia.
        No i nagle pojawia się ten Banaś jako jakieś fatum, z którym jeśli Polska sobie nie poradzi, to możemy zacząć wygaszać oświetlenie. Otóż jeśli idzie o moje zdanie, to bardzo proszę wszystkich ekscytujących się tą kampanią o opamiętanie, a tych, którzy decydują o tym i o owym, o to, by tego całego Banasia zostawili w spokoju. Niech on sobie tam tej całej swojej izbie prezesuje, a jeśli mu będzie szczególnie zależało, to można mu to stanowisko przydzielić dożywotnio i w tej samej chwili o tym czymś zapomnieć. Przynajmniej do czasu aż Patryk Vega nakręci swój sześćdziesiąty siódmy film, tym razem oczywiście zatytułowany po prostu „Burdel pod Banasiem”.





poniedziałek, 2 grudnia 2019

Co tam panie nowego w książkach?


      Kolejna notka, do jakiej zdążyliśmy się tu przyzwyczaić, będzie, mam nadzieję, jutro, dziś natomiast chciałbym poinformować, że warszawskie targi mamy za sobą, no i przy tej okazji podzielić się paroma dość ciekawymi refleksjami. Otóż przede wszystkim, to co na mnie zrobiło wrażenie pierwsze i największe, to to, że chyba nigdy wcześniej – przynajmniej gdy chodzi o sobotę i niedzielę – tak wielu obcych ludzi nie zatrzymywało sie przy naszym stoisku i tak wielu nie kupowało naszych książek, nie mając wcześniej pojęcia o ich istnieniu. A to by świadczyć musiało o tym, że to co od wielu już lat dzieje się na rynku książki – dziś o tym na swoim blogu pisze Coryllus – zaczyna czytelnikom wychodzić uszami i wreszcie zaczyna się pojawiać zjawisko, dotychczas bardzo widoczne na rynku muzycznym – ludzie pragną czegoś innego. Sobota i niedziela – a to są z reguły dni, kiedy spotykam się z czytelnikami – to jest oczywiście czas bardziej obfity, nie przypominam sobie jednak, by wcześniej zdarzyło mi się sprzedać aż tyle książek osobom zupełnie mi nieznanym. Oni podchodzili, zatrzymywali się, patrzyli na tę naszą ledwie trzymającą się na tym malutkim stoliku ofertę, zadawali pytania, no i kupowali. Ale byli też, co ciekawe, i tacy, którzy, kiedy im zaczynałem opowiadać o tym, kim jesteśmy i o czym piszemy, kiwali głowami i informowali mnie, że oni to dobrze wiedzą i własnie dlatego przyszli.
       W tym roku moja osobista sytuacja była o tyle trudna, że z tych początkowo dziewięciu książek, które wydałem w Klinice Języka, zostały już tylko cztery, siłą rzeczy więc sprzedaż była nadzwyczaj ograniczona. A mimo to końcowy wynik miałem o wiele bardziej udany, niż przed rokiem, by już nie wspominać o wiosennych targach katolickich. No ale jest jeszcze coś. Otóż przez cały czas pojawiali się czytelnicy, którzy pytali o sprzedane już „39 wypraw na dziewiąty krąg” i było ich tylu, że Gabriel zmuszony był obiecać, że po Nowym Roku zamówi dodruk. Co być może jeszcze bardziej ciekawe, jeden z czytelników był tak zawiedziony, że postanowiłem mu znaleźć tę książkę na Allegro, obiecując, że tam ona pewnie będzie i to nawet tańsza, a tymczasem okazało się, że owszem, była, tyle że w cenie 96 zł. I to zrobiło na mnie kolejne wrażenie, szczególnie w odniesieniu do niedawno przeze mnie znalezionej w sklepie „Stokrotka” słynnej książki  o życiu rodziny Terlikowskich, za sześć złotych z groszami.
       No i na koniec jeszcze coś. Otóż nasz kolega Michał, który prowadzi bardzo piękną księgarnię w Warszawie pod nazwą „Foto Mag”, wyszperał gdzieś dwa ostatnie egzemplarze „39 wypraw” oraz pięć zupełnie już zapomnianego zbioru felietonów „O siedmiokilogramowym liściu”, przyniósł je na ten nasz stolik, a ja nawet się nie zorientowałem, kiedy i jeden i drugi tytuł zostały kupione. 
      Powtarzam więc, wygląda na to, że coś się zmienia i niewykluczone, że w efekcie tej zmiany ten dziś tak nieduży stolik będzie trzeba zdecydowanie powiększyć. I to jest z mojego punktu widzenia wiadomość znakomita.




sobota, 30 listopada 2019

Książki, książki i książki


Obiecywałem wrzucić tu jeszcze dziś kolejny tekst, nie zdążyłem jednak sie z nim uporać, a więc tylko pewna refleksja i coś na drogę. Otóż nie wiem jak u Państwa, ale tu w Katowicach jest sklep spożywczy o nazwie „Stokrotka”, do którego zaszedłem wczoraj z żoną. Tak jak w innych tego typu punktach, znajduje się tam wielkie stoisko z rzuconymi na kupę książkami popularnych autorów i proszę sobie wyobrazić, że znalazłem tam popularne bardzo dzieło Małgorzaty i Tomasza Terlikowskich „Masakra piłą mechaniczną w domu Terlikowskich”, gdzie oni opowiadają o swoim fascynującym życiu rodzinnym. Książka była wystawiona w cenie 6 zł.
Otóż, jak już informowałem, dziś i jutro będę w Warszawie na Targach Książki Historycznych i w związku z tym zapraszam wszystkich do Arkad Kubickiego na stoisko nr 99. Pogadamy i o tym. A dziś zachęcam do kupowania mojej najnowszej książki i języku angielskim jako zabójczej broni Brytyjskiego Imperium. Na próbę proponuję jeden z fragmentów.

         Być może niektórzy z nas pamiętają znaną książkę Josepha Hellera „Catch 22”, mistrzowsko wręcz przetłumaczoną na język polski  przez Lecha Jęczmyka, oraz ten jej fragment, z którym ani on sobie nie poradził, ani też nie poradziliby sobie nawet więksi od niego mistrzowie. Najpierw może kontekst. Otóż podczas apelu generał prosi żołnierzy, by jeśli mają jakieś uwagi krytyczne, zgłaszali je bez obaw, na co Clevinger mówi do Yossariana, że on w takim razie pójdzie i im powie, co mu się nie podoba. Yossarian ostrzega swojego kumpla, by tego nie robił, bo zostanie ciężko ukarany, dochodzi do sprzeczki, no i w pewnym momencie Clevinger rzuca zdanie, że jeśli wszystko ma się odbywać zgodnie z zasadami sprawiedliwości, to wojsko nie może uznać go winnym, no i oczywiście ktoś donosi na Clevingera i ten staje przed sądem wojskowym. Może od razu zajrzyjmy do oryginału:
'I didn't say you couldn't punish me, sir.'
'When?' asked the colonel.
'When what, sir?'
'Now you're asking me questions again.'
'I'm sorry, sir. I'm afraid I don't understand your question.'
'When didn't you say we couldn't punish you? Don't you understand my question?'
'No, sir. I don't understand.'
'You've just told us that. Now suppose you answer my question.'
'But how can I answer it?'
'That's another question you're asking me.'
'I'm sorry, sir. But I don't know how to answer it. I never said you couldn't punish me.'
'Now you're telling us when you did say it. I'm asking you to tell us when you didn't say it.'
Clevinger took a deep breath. 'I always didn't say you couldn't punish me, sir.'
'That's much better, Mr. Clevinger, even though it is a barefaced lie. Last night in the latrine. Didn't you whisper that we couldn't punish you to that other dirty son of a bitch we don't like? What's his name? Cadet Clevinger, will you please repeat what the hell it was you did or didn't whisper to Yossarian late last night in the latrine?'
'Yes, sir. I said that you couldn't find me guilty…'
'We'll take it from there. Precisely what did you mean, Cadet Clevinger, when you said we couldn't find you guilty?'
'I didn't say you couldn't find me guilty, sir.'
'When?'
'When what, sir?'
'Goddammit, are you going to start pumping me again?'
'No, sir. I'm sorry, sir.'
'Then answer the question. When didn't you say we couldn't find you guilty?'
'Late last night in the latrine, sir.'
'Is that the only time you didn't say it?'
'No, sir. I always didn't say you couldn't find me guilty, sir.
      I tu, jak widzimy, mamy do czynienia z przypadkiem idiomu językowego, który jest tak unikalny, że tłumacz ma do wyboru już tylko albo zmienić całą scenę na własną, albo z niej zrezygnować, co zresztą Jęczmyk uczynił. Jednak tym razem nie chcę rozmawiać o różnicach językowych, lecz kulturowych i aby temat wprowadzić, opowiem może anegdotę, którą opowiedział mi niedawno zaprzyjaźniony ksiądz. Otóż na początku lat 90 minionego wieku mieszkał w diecezji poznańskiej ksiądz, który przybył tam prosto z Białorusi, posługiwał się przepięknym kresowym akcentem i jeździł samochodem marki syrena. Były to pierwsze lata naszego polskiego kapitalizmu, a zatem syren już raczej na ulicach się nie widywało, ów ksiądz jednak się tym nie przejmował i w dalszym ciągu eksploatował swoje auto. Ponieważ jednak ono się nieustannie psuło, ów ksiądz na wszelki wypadek, gdziekolwiek się nim udawał, zakładał na siebie niebieski roboczy kombinezon. Jechał sobie więc któregoś dnia tą swoją syrenką, kiedy przy drodze zauważył księdza. Zatrzymał się, ksiądz wsiadł i zaczęła się rozmowa. Okazało się, że spotkany ksiądz udaje się na rekolekcje dla księży, gdzie ma wygłosić kazanie, no i w którymś momencie ów zabrany z drogi ksiądz zapytał kierowcę, czy jest osobą wierzącą.
- O tak, odpowiedział, ksiądz-kierowca. Jestem bardzo wierzący.
Rekolekcjonista się ucieszył i zapytał, kierowcę czy chodzi do kościoła.
- O tak! - ten mu odpowiedział. - Czasem nawet parę razy dziennie.
Rekolekcjonista  się jeszcze bardziej ucieszył i zapytał:
- A czy przyjmuje pan Komunię Świętą?
- O tak! - odpowiedział ksiądz-kierowca. - Ile razy jestem na mszy, przyjmuję Komunię Świętą.
I tak sobie panowie rozmawiali, w końcu się pożegnali, rekolekcjonista udał się na spotkanie z księżmi, nasz ksiądz wrócił do swoich, no i opowiedział im swoją przygodę. Ci się go oczywiście zapytali, czemu nie powiedział swojemu pasażerowi, że też jest księdzem. Czemu pozwolił mu tkwić w błędzie. Na to ten odpowiedział:
- No wieci, ja mu nawet chciał to powiedzić, ale pomyślał sobi, że szkoda by było zmarnować tak piękny przykład duszpasterski.
      Myślę sobie o tej historii i ciekawy jestem, przed jakim to zadaniem stanąłby tłumacz, któremu by przyszło do głowy przetłumaczyć to wszystko na język angielski. I nie mam najmniejszych wątpliwości, że gdyby on się głupio za to wziął i gdyby nawet wykonał tę robotę w sposób super profesjonalny pod względem językowym, ów tekst i tak pozostałby dla angielskiego czytelnika kompletnie niezrozumiały. Kulturowa przepaść bowiem, jaka się rozciąga między Polską, a Anglią jest tak wielka, że tak naprawdę, gdyby ktoś się faktycznie uparł, by tę historię tamtemu czytelnikowi opowiedzieć, to wszystko musiałoby się przede wszystkim dziać w Indiach w latach 30 poprzedniego wieku, bohaterami byłby Anglik i miejscowy, no i w ogóle rozmowa dotyczyłaby czegoś kompletnie innego.
     Co ja zresztą mówię, Polska i Anglia? Weźmy taką Warszawę i dajmy na to Katowice. Jest taki kawał. Jedzie sobie autobus, na przystanku do autobusu wsiada siostra zakonna i w tym momencie ktoś mówi „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus. Na to kierowca zatrzymuje pojazd, wstaje, odwraca się w stronę pasażerów i pyta: „Kto to powiedział?” Wszyscy przerażeni milczą udająć, że coś piszą na telefonie. Ponieważ jednak kierowca nie zamierza ustapić, jakaś kobieta wstaje i nieśmiało mówi: „To ja, panie kierowco”. Na to kierowca: „Żeby mi to było ostatni raz, bo wyrzucę z pojazdu, a wy, szanowni państwo, pamiętajcie, że jeśli się spóźnimy to tylko przez tego Kaczora”. A teraz spróbujmy opowiedzieć ten kawał komuś z Warszawy, czy Poznania.  Okaze się, że on w ogóle nie zrozumiał już samego początku z tym „Niech będzie coś tam Jezus”.
      No ale skoro już z zamierzchłych czasów Imperium Brytyjskiego, przeszliśmy tak gładko do współczesnej Polski, zajrzyjmy może do innego imperium i do wbrew pozorom jeszcze bardziej zamierzchłych czasów, niektórym z nas paradoksalnie znanych aż nazbyt dobrze. Oto fragment niefortunnie zapomnianej już dziś kompletnie książeczki Jacka Fedorowicza  zatytułowanej „W zasadzie tak”. Oto jej fragment:
      W restauracji  n i e  w o l n o  p i ć  a l k o h o l u.
        Wiem, ze namawianie do niepicia jest głosem wołającego na puszczy. Ale będę wołał. Pić alkohol można w domu, od biedy można w bramie lub na plaży. Pod żadnym pozorem nie wolno pić w restauracji. Człowiek pijący w restauracji naraża się na ruinę finansową, bo zapłaci rachunek dwu- lub trzykrotnie większy niezależnie od tego ile zjadł i wypił, naraża się ponadto na krzywdy moralne i fizyczne, bo jako pijany ma co prawda ogólna sympatię społeczeństwa, ale niech nie zapomina, że jest  w y j ę t y  s p o d  p r a w a.
       Niech no tylko spróbuje zaprotestować przy dubeltowym rachunku. Telefon na pogotowie milicyjne i koniec. Proszę pamiętać, że kelner, portier, szatniarz (a także: konduktor, kierowca, kontroler, babka klozetowa, listonosz, bileter) są  w  e w e n t u a l n y m  s p o r z e  s t r o n ą  r e p r e z e n t u j ą- c ą  p l a c ó w k ę  p a ń s t w o w ą,  a  p i j a n y  j e s t  p i j a- n y,  choćby wypił tylko pół kieliszka i jako taki nigdy nie ma racji. Jego zeznań po prostu nie bierze się pod uwagę”.
      I ten tekst również można bardzo łatwo przetłumaczyć na język angielski, jednak chyba sami już widzimy, że to by było pewnie jeszcze bardziej bezcelowe, niż miałoby to miejsce w przypadku wcześniejszym. Jak zatem wygląda sytuacja odwrotna, gdy to my chcemy sobie poczytać o tym, co tam się dzieje, czy działo w Imperium Brytyjskim. Oczywiście pewnych problemów uniknąć się nie da, jednak różnica jest taka, że z jakiegoś powodu myśmy zawsze byli bardziej zainteresowani tamtym światem, a zatem konsekwentnie nawet jeśli czytamy o czymś co pozostaje dla nas kompletną egzotyką, jesteśmy w stanie nie dość, że wiele z tego zrozumieć, co wręcz się tym autentycznie zainteresować. Popatrzmy więc może na Anglików żyjących w czasie gdy Imperium stanowiło wciąż jeszcze Imperium, tak jak to opisał wybitny autor Roald Dahl, opisując swój rejs statkiem z Londynu do ówczesnej Tanganiki. Pomijam tu akurat fakt, że Dahl to nie do końca Brytyjczyk, więc przynajmniej miał w sobie tyle otwartości, by nam te kwestie nieco przybliżyć, ale mimo to refleksje się pojawiają.
I had never before encountered that peculiar Empire-building breed of Englishman who spends his entire life working in distant corners of British territory. Please do not forget that in 1930s the British Empire was still very much the British Empire, and the men and women who kept it going were a race of people that most of you have never encountered and now you never will. I consider myself very lucky to have caught a glimpse of this rare species while it still roamed the forests and foot-hills of the earth, for today it is totally extinct
More English than the English, more Scottish than the Scots, they were the craziest bunch of humans I shall ever meet.”
      Dalej jest już o samym języku, ale do tego dopiero dojdziemy.





piątek, 29 listopada 2019

Ile czasu potrzebuje wyborca Platformy Obywatelskiej na przeczytanie jednej książki?


Jutro wyjeżdżam do Warszawy na targi, a zatem plan jest taki, że już dziś przedstawiam swój najnowszy felieton z „Warszawskiej Gazety”, jutro z samego rana postaram się wrzucić coś odpowiedniego na weekend, no a potem zobaczymy się chyba dopiero we wtorek. A więc wszystkich, którzy są w możliwościach, w sobotę i w niedzielę zapraszam do Arkad Kubickiego na stoisko nr 99, a tych którzy nie będą mogli, pozdrawiam gorąco i proszę trzymać kciuki.


        Podejrzewałem to już wcześniej, ale dopiero teraz słyszę, że statystyczny wyborca Platformy nie jest ani młody, ani wykształcony, ani nie pochodzi z dużego miasta. Na kogo przeciętny japiszon głosuje, nie wiem – może na nikogo – natomiast wiem, że z badań wynika, że nie na Platformę. Wiem jednak jeszcze coś. Otóż prowadząc od ponad dziesięciu lat własny blog i wydając książki, znam dość dobrze ludzi, którzy popierają Prawo i Sprawiedliwość, czy bardziej dokładnie, prawicę. Z moich obserwacji, a daję słowo, że po tych wszystkich latach naprawdę mam tu pewne pojęcie, prawicowi wyborcy to w głównej mierze ludzie przede wszystkim bardzo oczytani, często znakomicie wykształceni, a nie rzadko bardzo zamożni. No i często zamieszkujący duże miasta, Warszawy i Gdańska nie wyłączając.
      Znam też oczywiście i tych, którzy nawet jeśli mają tradycyjne poglądy i mijają mnie każdej niedzieli w kościele, to Prawa i Sprawiedliwości pasjami nienawidzą i powiem zupełnie uczciwie, że ci akurat – a mówię tu głównie o tych, którzy swoich poglądów w żaden sposób nie ukrywają – to ludzie, ujmując to bardzo krótko, starsi i, że tak to nieładnie ujmę, prości. Czy to o czymś świadczy? Oczywiście niekoniecznie; żadnych przecież badań nie prowadziłem, natomiast mam podstawy twierdzić, że słysząc o rezultatach wspomnianych wcześniej sondaży, nieszczególnie jestem zdziwiony.
      I choć, jak mówię, pewności co do słuszności moich spostrzeżeń mieć nie mogę, to właśnie przydarzyło mi się coś, co sprawiło, że waham się jeszcze mniej, niż miało to miejsce wcześniej. Oto pewna komentatorka, nadzwyczaj popularna wśród najbardziej radykalnej części udzielających się na Twitterze przeciwników Prawa i Sprawiedliwości, opublikowała szyderczy komentarz odnośnie niedawnej wypowiedzi premiera Morawieckiego, w której ten się pochwalił, że w swoim długim życiu przeczytał jakieś cztery do pięciu tysięcy książek. W reakcji na tę informację zapłonęło piekło, a inni komentatorzy obrzucili Premiera tak nieprawdopodobną falą hejtu, że osobiście dawno czegoś podobnego nie widziałem. O co ów hejt? Otóż proszę sobie wyobrazić, że w znacznej większości wypadków o to, że Premier kłamie jak bura suka, bo to jest zwyczajnie niemożliwe, żeby ktokolwiek był w stanie przeczytać tyle książek. Jakiś szczególnie biegły w arytmetyce twitterowicz wyliczył nawet, że gdyby to co Premier mówi było prawdą, to – uwaga, uwaga –  on by musiał czytać jedną książkę dziennie przez piętnaście lat!  A przecież wiemy dobrze, że normalny człowiek nie jest w stanie przeczytać jednej książki w jeden dzień. Kto inny napisał, że nawet jeśli przyjąć, że on czytał jedną książkę przez dni cztery, to wówczas musiałby dziś mieć ponad 60 lat.
       W tej sytuacji, biorąc pod uwagę intelektualny standard czytelników „Warszawskiej” mógłbym sprawę pozostawić bez komentarza, jednak proszę mi pozwolić na jedno zdanie. Otóż mnie samemu, gdy byłem dzieckiem, zdarzało się czytać po parę książek dziennie. No ale ja nie głosuję na lewactwo.


        

czwartek, 28 listopada 2019

Powrót człowieka z zaostrzonym widelcem


        Podczas wczorajszego codziennego przeglądu wiadomości, wszedłem naturalnie na tvn24.pl, a tam na samej górze znalazłem zdjęcie jakichś biednych starych ludzi i krzyczący tytuł: „Zdarzają się rodziny, w których są dwa złote dziennie na osobę”. Ponieważ przede wszystkim o tym, że są rodziny, w których są dwa złote dziennie na osobę wiedziałem jeszcze w czasach gdy załoga z Wiertniczej raczej o tym nie miała pojęcia, poza tym ich to w ogóle nie interesowało, a nawet gdyby jednak jakimś cudem zainteresowało, uznaliby, że każdy ma to na co sobie zasłużył, moje zainteresowanie tym, co oni mi ów element ma do powiedzenia, zamknęło się na samym tytule.  Nie przeczytałem też jednak tego co oni tam napisali z tego powodu, że naprawdę bez dłuższego zastanawiania się wiedziałem, z jakimi intencjami oni dziś nagle zaczynają chlipać nad losem ludzi wykluczonych, i do tego by się dobrze poczuć wystarczyła mi refleksja, że chyba im się bardzo przydała ta ostateczna utrata władzy, bo dzięki temu mogą przynajmniej przez jakiś czas poudawać, że jednak są ludźmi takimi jak inni. A zatem, niech im ta satysfakcja wyjdzie wszystkimi możliwymi otworami, a ja tymczasem chciałbym przypomnieć swój dawny tekst, napisany jeszcze w kwietniu 2011 roku i zamieszczony w mojej, dziś już niestety niedostępnej, książce o TymKtóryNiePrzepuszczaŻadnejOkazji, o tej własnie dwuzłotówce. Takiej wówczas zabawnej dla wielu. Bardzo proszę, przypomnijmy sobie ten obraz.

       Zwrócono mi uwagę na portal o nazwie „Widelec”. O owym „Widelcu” wcześniej nie słyszałem, natomiast dziś wiem tyle, że jest to projekt prowadzony przez spółkę Agora i jego celem jest rozbawianie agorowej klienteli. A zatem, taki Joe Monster, czy Kwejk, czy może – z drugiej strony – prowadzone przez Gazetę Polską „Pinezki”, tyle że dla dobrze wykształconych z dużych miast. Przyznam, że moja wiedza o „Widelcu” jest w dalszym ciągu minimalna, i mam wszelkie powody, by przypuszczać, że nadal taka pozostanie, natomiast, jeśli dziś się nim zajmuję, to wyłącznie ze względu na ich jeden, bardzo określony występ. Chodzi mianowicie o numer z CV.
      Otóż w najświeższym wydaniu tego kącika nowoczesnego humoru, opublikowano wyniki ogłoszonego przez ów portal konkursu na „Najgorszą aplikację o pracę” i oto już tylko możemy się wsłuchać uszami wyobraźni w tubalny rechot dochodzący z najczarniejszych gardeł naszej młodej miejskiej inteligencji. Co tam jest takiego zabawnego? Standard. Agora przedstawia nam siedem aplikacji o pracę, napisanych przez ludzi, którzy przede wszystkim tej pracy desperacko szukają, a przy tym ludzi najprawdopodobniej autentycznie ubogich i niewykształconych. Nie mam tu sposobu, żeby opisać przedmiot tych szyderstw, choćby dlatego, że wstrząsający autentyzm tego dramatu jest nie do opisania. Jeśli ktoś ma ochotę i odwagę, niech sobie do tego „Widelca” zajrzy i wtedy może będzie wiedział, o czym tu dziś rozmawiamy. Ponieważ ja, jak mówię, nie jestem w stanie, pozostaje to, lub już tylko osobista wrażliwość i wyobraźnia każdego zainteresowanego problemem. Nie samymi aplikacjami, lecz właśnie problemem.
      A problem jest taki oto, że nie trzeba się szczególnie intelektualnie wysilać, żeby wiedzieć, że każdy z nich, to tak czy inaczej nasz sąsiad: człowiek, którego mijamy codziennie, czy to na ulicy, czy w sklepie, czy podczas spaceru z psem, ktoś, z kim niekiedy zamieniamy słowo, ale jednocześnie ktoś, o kim gówno, za przeproszeniem, wiemy. Bo każdy z nich, staje na głowie, żeby nasza wiedza o jego, czy jej sytuacji była jak najbardziej niedostępna. Dlaczego? Bo każda z tych osób, nawet jeśli nie ma już prawie nic, to za to pozostał jej wstyd.
      Skąd mi przyszło do głowy, że ludzie, z których dziś Agora w tak straszny sposób szydzi i jednocześnie robi wszystko, żeby to szyderstwo stało się maksymalnie powszechne, wiedzą, czym jest wstyd? Otóż z bardzo prostego powodu. Nie mam bowiem wątpliwości, kiedy czytam te wstrząsające swoją bezradnością aplikacje, że za nimi stoją ludzie, którzy w normalnych warunkach – a więc choćby w intelektualnej i czysto ludzkiej sytuacji twórców portalu „Widelec” – machnęliby ręką na tę całą pracę i zaczęli się zwyczajnie kurwić, albo kraść. Gdyby którakolwiek z tych osób, a więc, czy to ten „Dawit” – pracownik piekarni i ochroniarz w hipermarkecie, czy może owa Edyta – marząca o podróżach fryzjerka z Kielc, czy wreszcie ta kobieta, która „od dziecka sprzedawała z ojcem warzywa na targu”, a dziś już tylko liczy na to, że ktoś jej pozwoli „kłaść zażądany kawałek ciasta na tackę” i ktoś jej za to zechce dać jakiś marny grosz, miała umysł, wrażliwość i poczucie człowieczeństwa na poziomie intelektualistów z Agory, dziś byśmy się z nich nie śmiali, lecz niewykluczone, że się ich bali.
      Tymczasem, na całe nasze szczęście, każdy z nich stoi kulturowo i cywilizacyjnie o niebo wyżej od tych, którzy z nich dziś kpią. I to jest fakt , którego dyskutować nie ma sposobu. Żeby to wiedzieć, wystarczy na spokojnie wejść w ten dramat i uruchomić choćby minimum wrażliwości. Wystarczy na ułamek choćby chwili oderwać się od naszych codziennych interesów i odrobinkę pomyśleć. Spróbować oczyma wyobraźni zobaczyć tego człowieka, jak siedzi w swoim domu i błaga o uczciwą pracę, pewnie choćby za każdy łaskawy grosz, której prawdopodobnie i tak wie, że nie dostanie. Bo on jest, jaki jest, a zewnętrzny świat, też specjalnie dla niego się już nie zmieni. Wygląda jednak na to, że dla pewnego typu wrażliwości, nawet coś tak prostego, jest nieosiągalne.
      Jakiś czas temu opowiadaliśmy tu sobie, jak to w jednym z prowincjonalnych sklepów pojawiło się dwoje dzieci, które przyszły kupić dwa jajka i kilogram ziemniaków za 2,40 zł. Myślę sobie, właśnie przy okazji tego „Widelca”, również o tych dzieciach, i nagle przychodzi mi do głowy, że pewnie ci kabareciarze o tamtych zakupach u nas jednak nie czytali, bo w przeciwnym wypadku, jestem pewien, że by na tym swoim fantastycznie wesołym portalu urządzili zawody na "najśmieszniejsze zakupy". I przychodzi mi też od razu do głowy, że po raz kolejny wychodzi na to, że mamy wyłącznie jeden problem. Problem nie polityczny, lecz kulturowy. Jeśli dzisiejsza Polska pogrążona jest w tak fatalnym konflikcie, to nie z powodu polityki, lecz ze względu na cywilizacyjną i kulturową zapaść. I to nie na poziomie najniższym, ale właśnie tym pozornie najwyższym. A jeśli ktoś tego nie chce zrozumieć, to ja nie mam już na to sposobu.
      Zbliżają się Święta. Jestem już po spowiedzi, w czasie której mocno się zadręczałem tą swoją pogardą do zła, której nie jestem w stanie zwalczyć. Obiecałem poprawę, obiecałem, że będę się starał. I nie jestem w stanie. Nadchodzi Wielkanoc, a ja sobie myślę, że bardzo bym sobie życzył, żeby któryś z tych, co dziś się śmieją z ludzi z owymi rozpaczliwymi aplikacjami w kieszeniach, szedł sobie wieczorem ulicą i został skutecznie pobity i obrabowany przez tego jednego z nich. Tego, który już nie wytrzymał i pomyślał sobie, że nie będzie pisał żadnych głupich CV, tylko inaczej zatroszczy się o swoją teraźniejszość. Lub, żeby, korzystając z nieobecności żony, sprowadził sobie do domu jedną z tych fryzjerek, czy sprzedawczyń warzyw, które wprawdzie nie miały ani wykształcenia, ani podstawowych społecznych umiejętności, ale uznały, że nie są najbrzydsze, i został przez nią najpierw okradziony, a następnie wystawiony na publiczne pośmiewisko. Chciałbym tego bardzo, bo każdy kolejny dzień spędzony na obserwowaniu ludzkiego upadku, przekonuje mnie coraz bardziej, że dla wielu z nas jedynym ratunkiem może być już tylko te 16 ton spadające na głowę.
       Zbliżają się Święta, a ja z tej okazji chciałbym tę notkę zadedykować tym wszystkim, którzy zostali wyróżnieni w konkursie „Widelca”. Z miłością, podziwem i wstydem, że ja bym tak nie potrafił. To dla nich jest każde słowo tych dzisiejszych refleksji. I dalej już nic więcej, bo idę się pobeczeć.

Od czasu jak napisałem tamten tekst minęło już grubo ponad osiem lat i mam dość mocną pewność, że większość z tamtych dzielnych ludzi stanęła na nogi. Wiem też niestety, że niektórzy z nich już pewnie nie żyją, jak choćby mój znajomy Józek, o którym też tu było, no ale może przynajmniej Dawit ma upragnioną pracę, a kto wie, czy też w minione lato nie pojechał z dziećmi do Władysławowa, by powkurwiać paru tak zwanych dziennikarzy.



wtorek, 26 listopada 2019

Parę krótkich kawałków na nadchodzące mrozy


Dziś, jako że zima coraz bliżej, zapraszam do czytania kolejnej serii moich krótkich kawałków, jakie miesiąc w miesiąc ukazują się w „Polsce Niepodległej”. mam nadzieję, że będzie jak zawsze, albo lepiej.


Histeria jaka ogarnęła celebryckie środowiska po spektakularnym zwycięstwie Koalicji Obywatelskiej z przyległościami w październikowych wyborach osiągnęła taki poziom żenady, że szczerze powiedziawszy coraz częściej zastanawiam się, czy nie warto by było choćby na pewien czas machnąć ręką na całe to towarzystwo i zająć się choćby oglądaniem powtórek z występów polskiej reprezentacji w eliminacjach do Mistrzostw Europy. Niestety, jak wszyscy wiemy, tego się zrobić nie da, więc w dalszym ciągu musimy mrużyć oczy ze wstydu i słuchać każdego kolejnego słowa wypluwanego z tych czarnych gardeł w naszą stronę. Oto, proszę sobie wyobrazić, że żyje sobie wśród nas człowiek nazwiskiem Wilhelm Sasnal, który formalnie jest słynnym artystą malarzem, a w rzeczywistości jest tak, że jeśli ktoś go tu w ogóle rozpoznaje, to wyłącznie przez okres dwóch tygodni po tym jak udzieli kolejnego wywiadu mediom głównego ścieku, by nadzwyczaj obrazowo opowiedzieć, co on sądzi o Polsce i Polakach. Poza tym, niemal nikt na co dzień nie wie co to za dziwadło i skąd ono się urwało, że tak nagle się przed nami popisuje. W tym sensie oczywiście, nie różni się niczym ów Sasnal od wielu naszych równie słynnych artystów różnych branż, jak choćby dajmy na to aktorka Cielecka, czy artystka Nieznalska, a mimo to jest w nim coś, co zasługuje na szczególną uwagę.

***

Oto wspomniany Sasnal udzielił wypowiedzi niesławnemu magazynowi „Wysokie Obcasy”, gdzie zupełnie otwartym tekstem raczył zauważyć, że w Polsce mianowicie:
... jesteś w pokoju z paskudnym widokiem i musisz znosić bekanie i pierdzenie rodaków, którzy z tobą siedzą. Odczuwam empatię wobec konkretnego człowieka, ale nie odczuwam empatii wobec statystycznego Polaka głosującego na PiS, wobec ludu jako zbiorowości. Gdy jestem w Polsce, staram się odwracać plecami do tego, co może mnie nadmiernie konfrontować z tą naszą okropną rzeczywistością”.
Oczywiście moglibyśmy tu i teraz z tego całego Sasnala poszydzić sobie długo i przeciągle, mnie natomiast zastanawia jedna rzecz. Otóż chciałbym zobaczyć towarzystwo, w jakim musi się ów człek obracać ile razy przyjedzie z Francji, czy może z Niemiec do Polski. Otóż rozumiem, że przyjeżdża on do Warszawy, zachodzi do tego wieżowca przy Złotych Tarasach, z widokiem na Pałac Kultury, tam spotyka się ze swoimi znajomymi, którzy na jego widok zaczynają natychmiast „bekać i pierdzieć”, tak że on musi natychmiast z Polski wiać. Powiem szczerze, że to musi być widok urzekający. Mam szczerą nadzieję, że przyjdzie dzień, kiedy on nam to wszystko ładnie namaluje.

***

Zauważyłem wcześniej, że ów artysta, żeby zwrócić na siebie bardziej powszechną uwagę, niż zapewnia mu branżowe towarzystwo, raz na jakiś czas odkłada pędzel i zwraca się do którejś z zaprzyjaźnionych redakcji, by go zechcieli przypomnieć, za co on im z kolei chętnie pokaże jak daleko i celnie potrafi pluć. Oto nie tak całkiem dawno, zanim trafił do „Wysokich Obcasów”, pojawił się ów człek w „Newsweeku” z takim mianowicie przekazem:
’Kultura narodowa’ brzmi trochę jak ‘kultura rasowa’. Ci, którzy dzisiaj rządzą Polską, zajmują się wykluczaniem i obrażaniem sporej części społeczeństwa”. 
A ja tym razem nic już z tego nie rozumiem. W jaki bowiem sposób ci, którzy dziś rządzą Polską, zajmują się wykluczaniem tych co zamieszkują lokale z widokiem na Pałac Kultury i stamtąd „bekają i pierdzą”? Bo to o nich chyba opowiadał Sasnal w swojej wypowiedzi dla „Wysokich Obcasach”, kiedy mówił, że ile razy jest w Polsce to się dusi od tego „pierdzenia”. No chyba o nich, bo ja sobie naprawdę nie wyobrażam, gdzie indziej on by tych „pierdzeń” miał wysłuchiwać. W tramwaju z Katowic do Świętochłowic, czy gdzie? A czego on by miał tam szukać? Klientów na swoje malunki?

***

No i jeszcze to obrażanie „sporej części społeczeństwa”. Która to rządząca ekipa obraża ludzi, i kim są ci obrażani? Ci co „pierdzą”, czy może ci co są zmuszani do nieustannego zatykania nosów. Czy to możliwe, że kiedy Sasnal mówił o „tych, którzy dzisiaj rządzą Polską”, nie miał na myśli formalnie rządzących, lecz tych, którzy sprawują władzę faktyczną, która to władza objawia się choćby przy przyznawaniu literackich nagród Nobla? Strasznie to jest wszystko zagmatwane. Tu ktoś „pierdzi”, tu z kolei kto inny „obraża”, jeszcze ktoś inny „głosuje na PiS” – ja bym chciał się dowiedzieć od Sasnala, kto jest kto. No bo, skoro już jesteśmy przy Noblu, czy to możliwe, że jemu chodziło o pisarkę Olgę Tokarczuk? Czy ona „pierdzi”, czy może jemu chodzi o to, że ona głosuje na PiS? A może tylko „obraża sporą część społeczeństwa”? A może ona robi jedno i drugie? Pierdzi, a tym samym obraża.

***

I to by właściwie miało sens. Osobiście wprawdzie żadnej książki Olgi Tokarczuk nie przeczytałem, natomiast, owszem, miałem kiedyś okazję wziąć do ręki jej najnowsze dzieło zatytułowane „Księgi Jakubowe”, a co więcej udało mi się przeczytać dwa pierwsze z owej książki zdania. Proszę posłuchać:
Połknięty papierek zatrzymuje się w przełyku gdzieś w okolicy serca. Namaka śliną”.
Czytam dziś te słowa po raz kolejny i nagle sobie uświadamiam, że to jednak faktycznie o Tokarczuk mógł mówić Sasnal w swojej wypowiedzi dla „Wysokich Obcasów”, kiedy wspominał owo tak przykre dla siebie „bekanie i pierdzenie”. To by się zdecydowanie zgadzało. Ale mało tego. Również gdy chodzi o wykluczanie i obrażanie części społeczeństwa to też mogło o nią chodzić. No przecież to nikt inny jak ona kilka lat temu przy którejś z okazji powiedziała o Polakach, a dopiero co z dumą potwierdziła:
– Myślę, że trzeba będzie stanąć z własną historią twarzą w twarz i spróbować napisać ją trochę od nowa, nie ukrywając tych wszystkich strasznych rzeczy, które robiliśmy jako kolonizatorzy, większość narodowa, która tłumiła mniejszość, jako właściciele niewolników czy mordercy Żydów.
A zatem mamy już trzy elementy: władza, bekanie, no i obrażanie. Czy to możliwe zatem, że ten cały Sasnal to nasz człowiek w Mordorze? To by zdecydowanie pasowało.

***

Jeśli jednak nawet on się tu nam nie sprawdzi, musimy stwierdzić z prawdziwą satysfakcją, że naszym człowiekiem w owym Mordorze jest z pewnością Roman Giertych, wprawdzie ani aktor, ani pisarz, ani nawet artysta malarz, ale celebryta pełną gębą. Oto ledwo zakończyły się wspomniane na początku naszych dzisiejszych rozważań wybory parlamentarne, zakończone, jak wszyscy mieliśmy okazję zaobserwować na prezentowanych w większości mediów mapkach, ciężką porażką Prawa i Sprawiedliwości, które wygrało zaledwie w paru wschodnich województwach, ów dzielny adwokat opublikował pismo, w którym dowodzi, że wybory powinny zostać powtórzone we wszystkich okręgach. Argumentem jest to, że „osoby odpowiedzialne w TVP S.A. za przygotowanie oraz prezentację materiałów dotyczących kampanii wyborczej do Sejmu RP, dopuściły się przestępstwa przeciwko wyborom, określonego w art. 249 pkt 2 kodeksu karnego, mającego wpływ na wynik wyborów, polegającego na przeszkadzaniu podstępem swobodnemu wykonywaniu prawa do głosowania poprzez faworyzowanie w mediach publicznych tj. TVP S.A. Komitetu Wyborczego Prawo i Sprawiedliwość, przy jednoczesnym dyskredytowaniu innych komitetów wyborczych, ich kandydatów oraz propozycji programowych”.
Większość z nas miała przynajmniej raz okazję oglądać przedwyborcze audycje choćby w stacji TVP Info i wiemy, że mecenas Giertych ma sto procent racji, kiedy mówi, że oni tam „faworyzowali Komitet Wyborczy Prawo i Sprawiedliwość”. Widzieliśmy więc bardzo wyraźnie, jak Jacek Kurski ze swoją załogą wręcz stają na głowie, by wszystkim potencjalnym wyborcom PiS-u ową nieznośną propagandą, ich politycznych faworytów skutecznie obrzydzić. No i prawie się udało. Jeszcze chwila, a PiS nie miałby większości nawet w tych kilku województwach, wówczas cała Polska byłaby w łapach Brukseli. 
Podziękujmy więc panu mecenasowi za jego starania. Jeśli dzięki nim dojdzie do powtórki wyborów, a przy okazji telewizja publiczna dostanie zakaz uprawiania swojej propagandy w dotychczasowym stylu, to może już wkrótce PiS uzyska większość konstytucyjną.




poniedziałek, 25 listopada 2019

Czy Viki Gabor załatwi Andrzejowi Dudzie kolejne pięć lat prezydentury?


         Popularny piosenkarz George Ezra, nawiązując do historii powstania swojego wielkiego przeboju „Budapest”, opowiedział, jak to parę lat temu, podróżując po Europie, znalazł się w Szwecji, gdzie akurat odbywał się festiwal Eurowizji, którym podejmujące go dwie Szwedki były bardzo podekscytowane. Kiedy Ezra dowiedział się, co to za festiwal, uznał, że czegoś podobnego na trzeźwo nie da się oglądać i postanowił się uchlać. Ponieważ godzina była zbyt późna na to by tam gdzie akurat był kupić alkohol, kupił flaszkę od jakiegoś menela w parku, no i ją pod tę Eurowizję wypił. Na drugi dzień poczuł się tak źle, że nie chciało mu się wstawać, w związku z tym, wbrew wcześniejszym planom, nie pojechał do Budapesztu, ale za to napisał ową piękną piosenkę.
       Byłem na koncercie Ezry w Warszawie, tam właśnie wysłuchałem owej historii i nie muszę zapewniać, że w pełni się wczułem w jego zarówno  eurowizyjne, jak i alkoholowe emocje. Festiwal Eurowizji, jak się zdaje, od roku, gdy zwycięzcą została nomen omen szwedzka ABBA, stanowi nieszczęście, na które nie ma słów i jestem przekonany, że większość Czytelników się tu ze mną zgodzi. Nie wiem natomiast, jak by George Ezra zareagował dziś – zakładając oczywiście, że wiedziałby, o czym mowa – gdyby wczoraj przybył do Gliwic i jakieś dwie miejscowe ślicznotki by mu zaproponowały, by wraz z nimi obejrzał w telewizji konkurs Eurowizji dziecięcej. Nie wiem też, czy gdyby przyszło mu obejrzeć w telewizorze, czy tym bardziej na żywo, owo przedstawienie i wysłuchał choćby części prezentowanych piosenek, poczułby potrzebę sięgnięcia po flaszkę, czy może jednak by uznał, że dało się to przeżyć zupełnie spokojnie na trzeźwo. Jeśli idzie o mnie, to ja, owszem, w przerwie meczu Sheffield United z Manchesterem rzuciłem na to okiem i powiem szczerze, że moim zdaniem, oba te konkursy, duży i mały, są w stosunku do siebie oddalone o lata świetlne. Przede wszystkim, ja w życiu chyba nie widziałem tak spektakularnego widowiska, tak kosztownego i przygotowanego z taką dbałością o oprawę i efekt, i tu muszę stwierdzić, że prezes Kurski zdecydowanie zna swoją robotę, zarówno jako menadżer, jak i polityk. Możliwe, że przede wszystkim jako polityk. Do tego zresztą jeszcze wrócę, ale parę słów chciałbym powiedzieć na temat dzieci, które tam wystąpiły. Owszem, one wyglądały jak wyglądały, te makijaże i stroje, jakimi organizatorzy postanowili je przyozdobić robiły niekiedy wrażenie wręcz upiorne, no ale zakładam, że to są nieuniknione koszta takiego, a nie innego przedsięwzięcia. Natomiast to co zrobiło na mnie prawdziwe wrażenie, to to, że praktycznie każde z nich było o niebo lepsze wokalnie i estradowo, niż nie tylko znani nam z „dużej” Eurowizji artyści, ale w ogóle najbardziej popularne gwiazdy estrady, nie tylko tu w Polsce. Wysłuchałem kilka fragmentów owych występów i powiem uczciwie, ze nie umiałbym powiedzieć, który z nich zasługiwał na to, by wygrać ten konkurs. I przyszła mi do głowy taka myśl, że najprawdopodobniej, kiedy się ma 10, 12, czy 14 lat i chce się zakwalifikować do udziału w widowisku na taką skalę, trzeba być absolutnie najlepszym. W późniejszym wieku, w grę wchodzą naprawdę różne czynniki, z których talent jest być może najmniej ważny. Albo trzeba kogoś znać, albo trzeba być czyjąś żoną, albo wreszcie czyjąś kochanką, czy kochankiem i stąd później się biorą te wszystkie zaskoczenia. I oczywiście z tego też względu obawiam się na granicy pewności, że większość tych dzieci, mimo że dziś są często naprawdę najlepsze, kariery nie zrobi, a zamiast nich będziemy tak jak dotychczas mieli tę nieliczną czołówkę i cały ten popularny chłam.
      Jak mówię, z tego co miałem okazję wysłuchać i obejrzeć, uważam, że tam niemal każdy mógł być zwycięzcą, również oczywiście nasza Wiktoria Gabor, naprawdę wyjątkowo zdolne dziecko. Ale jednocześnie jestem pewien, że to iż to ona akurat wygrała ten konkurs, stanowi faktyczny początek tego, co się z nią stanie – lub właśnie nie stanie – w kolejnych latach. I tu wrócę do sukcesu, jaki odniósł dla siebie, dla kierowanej przez siebie telewizji, ale być może przede wszystkim dla powodzenia projektu pod nazwą Prawo i Sprawiedliwość, który chcąc  nie chcąc będzie przez najbliższe tygodnie, czy miesiące kojarzony z tym, do czego doszło wczoraj w Gliwicach. Kiedy zatem myślę o tym, z jaką determinacją Jacek Kurski postanowił zbudować coś tak wyjątkowego, że aby się to tak znakomicie udało, gotów był wyłożyć na to naprawdę wielkie pieniądze, jest dla mnie nie tyle możliwe, ale wręcz naturalne, że on do tych kosztów wliczył jeszcze starania o to, by zwycięzcą owego konkursu nie została ani ta Francuzka, ani Hiszpanka, ani ten chłopczyk z Kazachstanu, ale właśnie Polka, która urodziła się w Niemczech, mieszkała przez kilka lat w Anglii, a teraz wróciła do Polski, żeby tu osiągać swoje sukcesy. I niech mi nikt nie mówi, że ponieważ zwyciężczyni została wytypowana przez międzynarodową publiczność, która na nią zagłosowała wysyłanymi SMS-ami, to tu nie ma mowy o jakimkolwiek ustanawianiu wyniku. Oczywiście, może być i tak, że to na nią faktycznie padło najwięcej głosów, bo i ona i piosenka i samo wykonanie były naprawdę bardzo dobre, natomiast ja – wiedząc, w jakim celu i z jakim zadaniem Jacek Kurski został wynajęty przez Dobrą Zmianę – bym się bardzo zdziwił, gdyby się miało okazać, że on nie potrafił zadbać o każdy szczegół tego wydarzenia.
        A o tym, że tak mogło jak najbardziej być, moim zdaniem dobitnie świadczy to, jakiej cholery na zwycięstwo tej dziewczynki dostali ci, co na nim wyłącznie stracili. Pomijam już szydercze komentarze w Internecie, natomiast bardzo mnie zaciekawiła reakcja portalu tvn24.pl. Otóż oni na to, by poinformować o zwycięstwie Gabor nie mogli się zdecydować przez jakieś dwie godziny. I znów, proszę mi nie mówić, że nawet jeśli moim zdaniem ten konkurs ma publiczne znaczenie, to jest to tylko moje zdanie. TVN24 to stacja poważna i dla nich ktoś taki jak Viki Babor to odległa prowincja. Otóż nic podobnego. Ja, jak wszyscy wiemy, mam tych cwaniaków na oku od lat i nigdy nie było tak, by oni lekceważyli znacznie większe idiotyzmy, niż międzynarodowy konkurs piosenki dziecięcej. I wcale nie mam tu najbardziej na myśli organizowanych przez siebie meczów dziennikarzy z politykami, polityków z artystami, czy pisarzy z sędziami, które z ich punktu widzenia są zawsze wydarzeniem najwyższej rangi. Oni potrafią, jako headline news dać informację zatytułowaną „Zamordował kochankę, bo z pięknej istoty zamieniła się w potwora”, i co? Tu nagle uznali, że ta Eurowizja to poniżej ich godności? Nie żartujmy.
     A zatem polityczny bój toczy się naprawdę na ostro i w momencie, gdy widzę, jak zostają tu uruchomione naprawdę nieliche fundusze, to na dalszy ciąg czekam z prawdziwym zainteresowaniem. A co do Kurskiego, słyszałem, że w sytuacjach prywatnych on zachowuje się jak zombie, zbierając już tylko siły na chwilę, kiedy pojawi się kamera. No cóż, każdy ma to, na co zasłużył. Najwyżej na koniec się go wyciśnie, jak mokrą szmatkę i wyrzuci gdzie bądź. Trzeba tylko doczekać czasów, gdy Prawo i Sprawiedliwość uzyska jeszcze mocniejszą pozycję niż Orban na Węgrzech i całą tę propagandę będzie można spokojnie poluzować.



niedziela, 24 listopada 2019

Z wizytą pod obsranym murem


   Oczywiście, świadomość tego, że tak zwana – co z tego, że kompletnie idiotycznie? – wojna polsko-polska skazana jest na wieczny sukces, towarzyszy mi praktycznie od zawsze. Gdy chodzi natomiast o lata całkiem współczesne, jestem bardzo głęboko przekonany, że wszelkie próby, choćby tylko teoretycznego debatowania na temat tego, co należałoby zrobić, by dojść do jakiegoś consensusu, przynajmniej jeśli idzie o podstawowy wymiar cywilizacyjny, są jak psu na budę. Co do słuszności swojego stanowiska nabrałem jednak już zupełnej pewności całkiem niedawno dzięki dwóm wydarzeniom, które dziś chciałbym odpowiednio skomentować.
   Oto podczas niedawnych głosowań w sprawie kandydatur do Krajowej Rady Sądowniczej, sejmowa opozycja, jak się okazało, z jednej strony zagłosowała przeciwko kandydatom zgłoszonym przez Prawo i Sprawiedliwość – co oczywiście rozumiem – a jednocześnie zaproponowała na to stanowisko Joannę Senyszyn. I kiedy mówię o sejmowej opozycji, wcale nie mam na myśli jedynie posłów SLD, Wiosny, Razem, czy tej części Koalicji Obywatelskiej, która jest utożsamiana z najbardziej skrajną lewicą, ale w ogóle o wszystkich, włączając w to również tych, którzy przedstawiają się jako szczerzy spadkobiercy Etosu Solidarności.
   Moim zdaniem, skoro doszliśmy do punktu gdzie ludzie, do których bardziej naiwna część obozu władzy wyciąga rękę i apeluje o porozumienie na poziomie pryncypiów, z pełną determinacją głosują za kimś takim jak Joanna Senyszyn, krzycząc jednocześnie „Hańba!” w kierunku Krystyny Pawłowicz, to znajdujemy się pod ścianą, za którą nie ma już nic. Ktoś powie, że dopóki oni nie staną we wspólnym szeregu z Jerzym Urbanem, czy zabójcami błogosławionego księdza Popiełuszki, to sprawa wciąż jest otwarta, a ja na to odpowiadam, że nie. To że na miejscu Senyszyn nie stoi Urban, czy pułkownik Piotrowski, czy jak on się dziś nazywa, to w żadnej mierze nie jest zasługą naszej klasy politycznej, lecz ich samych. Ani Urban ani ten drugi nie są dziś posłami do Sejmu wyłącznie z tego względu, że im na tym jakoś szczególnie nie zależało. W przeciwnym wypadku, daję słowo, że oni, nie dość że by zdobyli głosy wielu wyborców, to równie dobrze jak Senyszyn, otrzymaliby pełne poparcie zarówno ze strony Grzegorza Schetyny, Jerzego Borowczaka, Pawła Kowala, Pawła Poncyliusza, czy Joanny Kluzik-Rostkowskiej. I to jest dla mnie bardzo prosty dowód na to, że o żadnym porozumieniu mowy nie ma i już nigdy nie będzie.
   Ale to nie wszystko. Oto byłem przedwczoraj z wizytą u ludzi bardzo mi bliskich, no i tam – jak zawsze przy tej okazji – zmuszony zostałem do obejrzenia Faktów TVN. Tak już na marginesie, ja nigdy nie potrafiłem zrozumieć, dlaczego w ten jeden dzień, kiedy ja tam jestem, a nie zdarza się to akurat zbyt często, oni nie potrafią zrezygnować z owych Faktów. Znają moje poglądy, wiedzą, że ja się trzymam znienawidzonej przez nich telewizji publicznej, ale też mają pełną świadomość, że w przeciwnej sytuacji coś takiego jak wspólne oglądanie Wiadomości wręcz nie wchodzi w rachubę, i to nawet nie dlatego, że oni by się na mnie zwyczajnie obrazili, a obraziliby się na pewno, ale dlatego, że ja bym sobie zwyczajnie nie pozwolił na to, by ich narażać na tego typu przykrości. A mimo to, owych Faktów nie mogą przegapić.
  No ale tu oczywiście podobnych dylematów nie było i po raz pierwszy od wielu miesięcy, w skupieniu wysłuchałem Grzegorza Kajdanowicza i spółki. Zanim jednak będę kontynuował temat, muszę zwrócić uwagę na coś, o czym część Czytelników może nie wiedzieć. Otóż parę dni temu w Brukseli odbywało sie jakieś spotkanie, po zakończeniu którego europoseł Prawa i Sprawiedliwości Grzegorz Tobiszowski wyszedł na taras zapalić sobie papierosa. I tak się niefortunnie zdarzyło, że zamek od drzwi prowadzących na ów taras uległ awarii i Tobiszowski znalazł się w pułapce. W pewnym momencie, kiedy okazało się, że sprawa jest naprawdę poważna, drzwi nie chcą puścić, telefon został w środku, w okolicy nie ma nikogo, kogo można by było poprosić o pomoc, a z drugiej strony już tylko siedem pięter, Tobiszowski najpierw zaczął w drzwi kopać, próbując je wyważyć, a kiedy to nie dało efektu, podjął ryzyko, przeszedł po gzymsie do miejsca, z którego mógł się jakoś wydostać, no i ostatecznie z owej opresji się wyratował.
 I tu się dowiadujemy, że on tam wcale nie był tak bardzo samotny. W oknie po przeciwnej stronie z telefonem komórkowym zasiadł były poseł Platformy Obywatelskiej, niejaki Michał Stasiński – swoją drogą, diabli wiedzą, co on tam w tej Bruskeli robi – i zmagania Tobiszowskiego nagrał, a następnie owo nagranie rozesłał gdzie się da, tak by i inni mieli z niego bekę. Film dotarł również do Faktów TVN i wtedy to własnie wpadłem z wizytą do znajomych.
  Relacja, jaką stacja zaprezentowała była z mojego punktu widzenia do tego stopnia wstrząsająca, że po powrocie do domu odnalazłem gdzieś w Sieci jej zapis, z myślą o Czytelnikach, przepisałem ją słowo w słowo i oto – proszę się trzymać krzeseł. Na ekranie widzimy zapętlony fragment filmu przedstawiający posła Tobiszowskiego jak najpierw bezradnie chodzi po tarasie, a następnie parę razy kopie w drzwi, a z offu leci odczytywany przez redaktora komentarz:
 Nie chodzi o to, żeby się czepiać, ale gdyby europoseł PiS-u nie palił papierosów, to nie wyszedłby na balkon, a zamek by się nie zatrzasnął. Grzegorz Tobiszowski nie stałby na mrozie 20 minut i w akcie desperacji nie zacząłby kopać w drzwi. Chciał je zniszczyć i wyważyć.
      Kung Fu, pan dał popis [sic!]. Euro but i euro popis na najwyższym poziomie siódmego piętra. No ale jeśli ktoś miał tekę w ministerstwie energii i zna się dodatkowo na górnictwie, to może robić za karatekę i energetycznie kopać. I to całkiem sprawnie technicznie, mówi mistrz świata w karate kyokushin (w tym momencie ekipa stacji udaje się z kamerą do wspomnianego mistrza, który potwierdza z powagą, że faktycznie Tobiszowski mógłby być znakomitym karateką)
      Być może pan europoseł nie utknąłby na tarasie gdyby nie technika właśnie, zaskakująco krnąbrna. Jego asystent tłumaczy, że Tobiszewski próbował wszystkimi metodami otworzyć drzwi (i tu mamy krótką wypowiedź wspomnianego asystenta). Nieprawda, że wszystkimi, mógł wszak jak fachmani od wchodzenia przez zamknięte drzwi, wyrwać z eurościany jakiś betonowy blok i przydzwonić. Może byłby bardziej skuteczny. A tak musiał porzucić karate koncept, przejść, bez wątpienia, z narażeniem życia dla Ojczyzny, przemaszerować co najmniej 40 metrów wzdłuż gzymsu budynku. Za ofiarność i odwagę, cześć i chwała na wysokości.
      Ale to początek historii, bo po ocenach techniki pojawiły się oceny etyki. I tu zaskoczenie, bo okazuje się, że pan europoseł jest zażenowany. Wrzucił Michał Stasiński i zebrał od europosła cięgi, że nie pomógł, że nie poinformował ochrony, że zamiast tego zajął się nagrywaniem. Pewnie że mógłby pomóc, gdyby tam był. Nie było go. Film dostał [sic!].
      Mówi Stasiński: „Atak na mnie za to że kopał w drzwi jest dla mnie całkowicie niezrozumiały. Gdybym był na miejscu na pewno chętnie bym pomógł”.
     Może gdyby europoseł dawał znaki dymne z papierosa z sygnałem SOS, ktoś na miejscu by pomógł, ale i tak skończyło się happy endem.
     Stasiński mówi, że film jest popularny. Czyli jest sukces w promocji Polski i sportu. Europa już wie, że mamy mistrza kung-fu. Z naciskiem na fu.
      Paweł Abramowicz. Fakty.
      I teraz tak: ja nie mam pewności, czy relacja red. Abramowicza jest dokładna, ale jeśli założyć że tak, to nie ulega dla mnie najmniejszej wątpliwości, że gdyby Tobiszowski, próbując uciec z tego tarasu, spadł na dół z siódmego piętra, to Stasiński za nieudzielenie pomocy człowiekowi raczej poszedłby siedzieć, a Abramowicz musiałby sobie znaleźć inny temat do kpin. Tobiszowski szczęśliwie jednak dał sobie dzielnie radę, więc pozostają już tylko szyderstwa. Ja jednak w tej sytuacji mogę już tylko powtórzyć to, o czym pisałem wcześniej: nie ma mowy o jakimkolwiek porozumieniu, i to choćby w minimalnym stopniu. Czy mówimy o prowadzącym to akurat wydanie Faktów redaktorze Kajdanowiczu, czy o samym autorze tego kuriozalnego reportażu, Abramowiczu, czy o tym dziwnym człowieku z komórką, czy wreszcie o tych, w których imieniu oni występują publicznie, musimy dojść do wniosku, że dziś już prawdopodobnie nie mamy do czynienia z ludźmi w sensie, do jakiego przyzwyczaiło nas życie. To są już wyłącznie ludzkie szczątki i naprawdę trudno sobie wyobrazić sytuację, gdzie można wspólnie siąść i nawiązać choćby podstawowy kontakt.
        Przyznaję więc, że nie jest wesoło. Jednak żeby już nie kończyć tej notki w tak paskudnym nastroju, mam wiadomość nieco optymistyczną. Kiedy siedzieliśmy tak i wsłuchiwaliśmy się we wspomniane słowa, moi znajomi nie dość, że nie chichotali, nie dość, że na ich twarzach nie pojawił się uśmiech, to oni nie wyrzucili z siebie choćby słowa komentarza. A to daje mi powód, by zachować przynajmniej resztki nadziei, że przynajmniej dla nich – a jeśli dla nich, to może też i dla innych – sytuacja, jaka ich zastała pod owym murem wcale nie jest aż tak komfortowa. Mam słabą nadzieję, że może jeszcze nie dziś, nie jutro i pewnie też nie pojutrze, ale jednak wielu z nich uzna, że to jest w gruncie rzeczy świat zupełnie obcy, odwrócą się i opuszczą to podłe miejsce. A ci co pozostaną, zdechną pod owym murem tak jak wielu przed nimi.




sobota, 23 listopada 2019

O Skale, Wierze i Zwątpieniu


Jak już tu informowałem, jeden z moich felietonów napisany z myślą o czytelnikach „Warszawskiej Gazety” sprowokował takie oburzenie, że sam naczelny, Piotr Bachurski, poprosił mnie o to, bym zechciał swoje opinie uzupełnić tak by przynajmniej część Czytelników poczuła odpowiednią satysfakcję. Ponieważ ja nigdy się nie wypowiadam w tematach, których sobie wcześniej dobrze nie przemyślałem, a w związku z tym jestem w stanie ich bronić, zgodziłem się na tę propozycję nadzwyczaj chętnie i owym oburzonym odpowiedziałem osobnym felietonem. Dziś przedstawiam ową odpowiedź tutaj, licząc oczywiście na to, że czytelnicy tego bloga przypomną sobie cały kontekst, no a być może przede wszystkim zechcą zrozumieć, dlaczego moim zdaniem jakikolwiek atak na papieża Franciszka to zło. Zapraszam. 



Na to Jezus mu rzekł: ‘Błogosławiony jesteś, Szymonie, synu Jony. Albowiem nie objawiły ci tego ciało i krew, lecz Ojciec mój, który jest w niebie. Otóż i Ja tobie powiadam: Ty jesteś Piotr, czyli Skała, i na tej Skale zbuduję Kościół mój, a bramy piekielne go nie przemogą. I tobie dam klucze królestwa niebieskiego; cokolwiek zwiążesz na ziemi, będzie związane w niebie, a co rozwiążesz na ziemi, będzie rozwiązane w niebie’
       Moja wiara w Kościół Powszechny zbudowana jest na dwóch podstawach. Pierwsza z nich to oczywiście przekonanie, że tylko tu i nigdzie indziej znajdę Drogę, Prawdę i Życie, drugi natomiast to zacytowane na samym początku dzisiejszego felietonu słowa Jezusa, w których dał nam Swój Kościół, Kościół Święty i zbudowany na Skale, a wraz z tym obietnicę, że nie ma takiej ani ludzkiej, ani szatańskiej siły, która ową Skałę byłaby w mocy skruszyć.
       Gdyby ktoś nie do końca zrozumiał te słowa, powtórzę je nieco dobitniej: Kościół w którym funkcjonujemy to Kościół Jezusowy, a strażnikiem Jego potęgi jest Piotr, a więc Skała, której bramy piekielne nie przemogą.
       I to jest może jeszcze jeden filar mojej Wiary. Otóż w moim głębokim przekonaniu wielkość Kościoła, który dał nam Jezus, i Jego przewaga nad wszelkimi innymi, związana jest ściśle z Jego bezwzględną hierarchicznością, uosabianą przez wspomnianą Skałę. W całej historii Kościoła podejmowano próby Jej skruszenia – wszystko na nic. W efekcie, po tamtej stronie mamy albo ciężką korupcję i chaos, albo owe 40 tysięcy denominacji, gdzie nikt już tak naprawdę nie wie, która jest która. Tu natomiast, Skała stoi i zgodnie z Bożą obietnicą stoi niewzruszona.
       Wydawałoby się zatem, że skoro tak się sprawy mają i wszystko wskazuje na to, że to się do końca świata już nie zmieni, ja w żaden sposób nie powinienem się irytować na jakiekolwiek próby kwestionowania słów Jezusa; można by było sądzić, że zachowując tę wiarę, ja każde słowo skierowane przeciwko Kościołowi, jako Piotrowej Skale, powinienem lekceważyć w przekonaniu, że owe słowa są zeschłe liście na wietrze. Podobnie bowiem, jak przez minione tysiąclecia Kościół musiał się mierzyć z różnego rodzaju wewnętrznymi wstrząsami, tak samo musiał tolerować ataki przychodzące z zewnątrz i zawsze z tych konfrontacji wychodził zwycięsko. Dlaczego? Bo pozostawał Skałą, której bramy piekielne nie przemogą.
       A mimo to, jak zauważyli wzburzeni Czytelnicy „Warszawskiej Gazety” na kwestionowanie słów Jezusa o Skale zareagowałem i to zareagowałem bardzo ostro. Dlaczego tak? Otóż z jednego tylko powodu. Ja mianowicie bardzo źle znoszę wszelkie próby promowania grzechu. Dlaczego? Dlatego że on wprawdzie owej Skały nie skruszy, natomiast sprawi jej ból, a przy okazji zgorszy tych wszystkich, którzy dotychczas pozostawali podobnie nieskruszeni, jak ta Skała, a dziś nagle zaczynają się zastanawiać, czy może jednak Ona wcale nie jest taka mocna.