środa, 3 czerwca 2020

Gdy dla nas to igraszka, a im chodzi o życie


      Pewną karierę na Twitterze zrobił wczoraj filmik przedstawiający fragment wieczornego programu telewizji TVP Info zatytułowanego „Minęła 20”, w którym red. Adrian Klarenbach, łącząc się przez Skype’a, rozmawiał z kilkoma politykami, w tym z posłanką Platformy Obywatelskiej, Gabrielą Lenartowicz. Powodem owego zainteresowania był moment, kiedy to nagle do pokoju z którego łączyła się pani poseł wszedł jak gdyby nigdy nic jej mąż, ona go natychmiast zrugała, na co on padł na ziemię i próbując udawać, że go tam w ogóle nie ma, nadzwyczaj w swoim przekonaniu dyskretnie, wyczołgał się z pokoju. Tak się złożyło, że oglądałem ów program, byłem świadkiem tej zabawnej sceny i przyznaję, że to też ja wrzuciłem na Twittera ów film z – wymyślonym zresztą przez moje dziecko – wesołym komentarzem: „Gdzie dałaś masło?” „Jest w lodówce” „Nie ma”, no i to właśnie tak opisana całość spowodowała wspomniane poruszenie.
       Wbrew ewentualnym podejrzeniom, to iż podczas tego typu transmisji w tle pojawia się ktoś z rodziny, mnie nie śmieszy, a tym bardziej nie oburza. W końcu jeśli czy to z powodu pandemii, czy z jakiegokolwiek innego, ludzie włażą człowiekowi do domu, to nie wypada im się śmiać z tego, co tam zobaczyli. Natomiast, owszem, uważam za rzecz zabawną to, że mąż posłanki Lenatrowicz próbował z miejsca zbrodni uciekać na czworaka, ale przy okazji też wyjątkowo głupią, że kiedy on tam już nieopatrznie wszedł, zamiast poprosić go by pomachał redaktorowi Klarenbachowi, i w ten sposób przedstawić się jako polityk z właściwym luzem i poczuciem humoru, ona go stamtąd przepędziła, a potem robiła miny jakby chciała sobie i nam wmówić, że nikt niczego nie zauważył.
       To jednak co mnie jeszcze bardziej tu interesuje, to fakt, że w podobny do posłanki Lenartowicz sposób zachowuje się większość osób publicznych. Szczególnie w tych dniach, kiedy z powodu zarazy mamy znacznie ograniczone ruchy, przykłady tego typu paniki możemy zaobserwować całkiem często i to nie tylko tu u nas w Polsce. Internet jeszcze nawet zabawniejszych scen jest pełen. Całkiem niedawno w trakcie rozmowy z Robertem Mazurkiem, do pokoju z którego nadawała posłanka również Platformy, Agnieszka Pomaska, weszła jej mała córeczka i się do niej przytuliła, a ja mogę tylko za nieodżałowanym Janem Ciszewskim powtórzyć: „Szkoda że Państwo nie widzieli” twarzy Pomaski i tej zimnej wściekłości, z jaką zareagowała na wybryk swojego dziecka. I tu też się zastanawiam, czemu posłanka Pomaska zachowała się tak głupio. Ja wiem, że ona swój publiczny wizerunek ma już tak zszargany, że tam wiele się zrobić nie da, no ale po co go jeszcze bardziej niszczyć. Przecież gdyby ona – niechby nawet i fałszywie, ale za to z politycznym sprytem – przytuliła to dziecko, powiedziała „Pomachaj, kochanie, wujkowi Robertowi i idź się teraz pobaw, bo mamusia tu musi trochę popolitykować”, a dopiero po zejściu z wizji wymierzyłaby swojej córeczce surową karę, z całą pewnością wielu z nas by sobie ciepło pomyślało, że może ona nie jest aż taką zimną suką na jaką wygląda. Tymczasem stało się to co się stało i już się tego odwrócić nie da.
        A my zostajemy z pytaniem, czemu? Czy oni są naprawdę aż tak głupi, czy może z powodu trudnej sytuacji politycznej tak bardzo roztrzęsieni, że się zwyczajnie nie kontrolują? Rozmawialiśmy tu trochę dłużej na ten temat i padła w pewnym momencie propozycja, że tu może chodzić o obronę terytorium w tym sensie, że zarówno Pomaska, jak i przedwczoraj Lenartowicz, mają w głowie wyłącznie tę swoją nędzną pozycję, jaką udało im się uzyskać wśród tego stada wilków i dobrze wiedzą, że z każdej możliwej strony czai się cała kupa tych, którzy tylko czekają na ich najmniejsze potknięcie, by je rozszarpać. A dla nich każdy pretekst jest dobry, nawet w postaci tego dziecka, że już nie wspomnę o mężu, który być może tylko nie umiał znaleźć masła. Może to dlatego oni wszyscy są tak strasznie zawzięci w tym co robią, bo dla nich najgorsza rzecz jaka ich może spotkać, to najpierw koniec owych telewizyjnych występów, a potem w ogóle koniec wszystkiego, włącznie z kolejną kadencją. A wszystko przez tego idiotę, który nie umiał znaleźć masła.
       Ktoś się spyta, czy nie jest podobnie po naszej stronie, a więc wśród polityków Zjednoczonej Prawicy. Otóż uważam, że jednak nie. Przede wszystkim, ile razy ich widzę, to oni robią wrażenie, jakby byli w szampańskich nastrojach. Porównajmy sobie zresztą taką Monikę Olejnik z naszym Klarenbachem. Ja do Klarenbacha mam stosunek ambiwalentny od czasu, gdy on wyraził zdziwienie, że w Republice Południowej Afryki są jacyś Biali, skoro każdy wie, że Afryka to tak zwany Czarny Ląd, to natomiast co go na tym tle moim zdaniem wyróżnia, to fakt, że on jest naprawdę cały czas wesoły i uroczo sympatyczny. Nawet kiedy się ze swoimi gośćmi kłóci, to jest przy tym nadzwyczaj grzeczny, no a wręcz bezwstydnie szczęśliwy. No i ja jestem pewien, że nawet gdyby w pewnym momencie jego programu do studia wpadł jego ukochany pies i mu wskoczył na kolana, to on by się tylko roześmiał i powiedział coś zabawnego. Ani Olejnik, ani żadnej z ich koleżanek czy kolegów w tego rodzaju zachowania sobie zwyczajnie nie wyobrażam.
      No i znów wraca pytanie, czy to jest spowodowane tym, że tak zwani „nasi” generalnie są weselsi i mniej zażarci, czy może Klarenbach– podobnie jak zresztą Sasin, Brudziński, czy któryś z posłów, których nazwisk nawet nie pamiętam – czuje się o wiele bezpieczniej niż Olejnik i Kierwiński z kumplami. A może jest tak, że oni, przez całe lata – swoją drogą znacznie dłuższe niż te głupie osiem – męczenia się w opozycji, czy to formalnej, czy faktycznej, wiedzą, że nawet jeśli to co mają, stracą, to i tak sobie dadzą radę w inny sposób? Tego nie wiem. Faktem jest jednak, że podczas gdy tu jest naprawdę wesoło, tamci się zachowują jakby już za chwilę mieli śladem tych małp brać się za podpalanie samochodów i plądrowanie sklepów.
      A ja na to mam tylko jedną odpowiedź: władza i pieniądze. No i nieustanna walka o to, by nie spaść z tej sceny na zbity pysk.
       Nie wiem, czy to faktycznie jest dobry prognostyk przed nadchodzącymi wyborami, ale zakładam, że tak. Zwłaszcza że, jak słyszę, Trzaskowski będzie miał zaledwie 10 dni na zebranie podpisów. Jeśli oczywiście PKW się nie ulituje i pozostawi wzór kart w dotychczasowym kształcie.


      
      

wtorek, 2 czerwca 2020

Na odejście Jerzego Pilcha, czyli o nędzy życia


Zmarł pisarz Jerzy Pilch i powiem szczerze, że z tego zdarzenia zainteresowała mnie najbardziej reakcja tych wszystkich grup medialnych, które najpierw z niego uczyniły pierwszej wielkości gwiazdę współczesnej polskiej literatury, a później, przez długie lata, karmiły go pieniędzmi i wszelkiego rodzaju zaszczytami. A mam na myśli to, że kiedy chciałem poczytać, jak go wspominają takie tytuły jak „Wyborcza”, Onet, czy TVN24, nie znalazłem nic. Ja nie mówię, że oni o śmierci Pilcha się nie zająknęli; to jest zwyczajnie niemożliwe. Rzecz w tym, że kiedy już na drugi dzień po usłyszeniu owej wiadomości, ja tam nie znalazłem na ten temat jednego słowa.
I to jest moim zdaniem coś niezwykle ciekawego, bo pokazuje, jak oni traktują te swoje kukiełki, kiedy one staną się najpierw zwyczajnie niepotrzebne, a potem w ogóle odejdą. Mógłbym w tej sytuacji zapytać Pilcha, który gdzieś tam w tej chwili krąży poza czasem i przestrzenią, po cholerę było mu się aż tak starać? Dla tych paru groszy za które mógł sobie codziennie kupić flaszkę? Okropne jest to milczenie. W tej sytuacji, ja się zbiorę w sobie i przypomnę swój dawny, bo sprzed ponad 10 lat tekst o Pilchu, i zachęcam wszystkich, by go potraktowali jako materiał wspomnieniowy o zmarłym pisarzu.   



Zanim przejdę do sprawy, która mnie dziś zainspirowała do napisania niniejszego tekstu, muszę się przyznać do pewnej, dość wstydliwej, sprawy. Otóż mój problem polega na tym, że ja od wielu lat, niezwykle mało czytam. To znaczy, nie do końca jest to prawda, bo na przykład czytam gazety, ale – na ile mogę przypuszczać – to by mnie właściwie dodatkowo pogrążało i jeszcze bardziej kompromitowało. Więc może tyle, jeśli idzie o wyznania.
      Nie zawsze tak było. Ponieważ nauczyłem się czytać, kiedy miałem jakieś cztery latka, to moje dzieciństwo i lata młodzieńcze były z czytaniem związane bardzo ściśle. Będąc małym dzieckiem, czytałem tak dużo, że jedyną nagrodę szkolną, jaka kiedykolwiek w życiu otrzymałem, była książka zatytułowana Łosie w Kampinosie, którą otrzymałem w pierwszej klasie podstawówki własnie za to, że potrafiłem najlepiej ze wszystkich czytać. Przez kolejne lata, pasja czytania mnie nie opuszczała i mniej więcej do czasu, jak stałem się dorosły, a później założyłem rodzinę, a jeszcze później zacząłem tę rodzinę wzmacniać i pielęgnować, czytałem jak opętany. Wszystko. Wiersze, prozę, literaturę faktu. Wszystko. I nagle, jakoś się powoli to skończyło i dziś już praktycznie nie czytam nic, poza – jak mówię – gazetami. Spróbowałem kiedyś przeczytać pewną powieść, ale tak się wzruszyłem, że przez kilka dni nie byłem w stanie spokojnie funkcjonować, więc na tym skończyłem.
      Więc książek jakoś już nie czytam tyle co kiedyś. Pamiętam jednak, że kilka lat temu spróbowałem rzucić okiem na powieść pisarza Jerzego Pilcha, która na moment stała się w Polsce wielkim przebojem, otrzymała nagrodę o nazwie Nike i umieściła Pilcha na firmamencie współczesnej polskiej literatury. Książka nosiła tytuł „Pod mocnym aniołem” i traktowała o chlaniu. Przeczytałem z niej następujący fragment:
Zanim pojawili się w moim mieszkaniu mafiosi w towarzystwie śniadolicej poetki Alberty Lulaj, zanim wyrwali mnie z pijackiego snu i zanim jęli się domagać - wpierw obłudnymi prośbami, potem bezpardonowymi pogróżkami - bym ułatwił druk wierszy Alberty Lulaj na łamach "Tygodnika Powszechnego", zanim nastąpiły burzliwe wydarzenia, o których pragnę opowiedzieć, była wigilia wydarzeń, był zaranek i był wieczór dnia poprzedzającego, i ja od zaranka do wieczora dnia poprzedzającego popijałem brzoskwiniówkę.
     Powiem szczerze, że nie bardzo wiem, czy zacytowany fragment zrobił wrażenie na osobach, które łaskawie czytają ten mój dzisiejszy tekst, a tym bardziej nie mam pojęcia, czy zrobił na kimkolwiek takie wrażenie, jakie zrobił przed laty na mnie. Kiedy bowiem po raz pierwszy miałem okazję zapoznać się z pisarskim talentem Jerzego Pilcha i tym wszystkim, co ten warsztat pozwala mu dodatkowo wyrazić, przypomniał mi się dzień, kiedy jeszcze dawno dawno temu, z zupełnie dla mnie już dziś egzotycznych powodów, sięgnąłem po którąś ze schyłkowych już książek Romana Bartnego i przyszło mi do głowy jedno słowo: „gówno”. Po prostu „gówno”. Jak mówię, książek już od lat nie czytam, ale ponieważ kiedyś czytałem bardzo dużo, i przez te wszystkie lata zdążyłem się dość porządnie zapoznać z tym wszystkim, co mi do szczęścia było potrzebne, myślę, że wciąż mniej więcej wiem, na czym polega tak zwana wielka literatura. A zatem wiem, że to co robi Pilch nie jest ani literaturą wielką, ani literaturą w ogóle. To co robi Pilch, to całkowity upadek tego, co tradycyjnie się nazwało pisarstwem. To również całkowity koniec tego, co się nazywa wstydem. Nie ma dla mnie najmniejszej wątpliwości, że fragment, który przytoczyłem wyżej pokazuje to w sposób modelowy i wręcz akademicki.
       Skąd mi przyszło do głowy, żeby w ogóle się zajmować Jerzym Pilchem? Z dwóch powodów. Raz, że ja doskonale zdaję sobie sprawę z tego, jakie miejsce zagwarantowały Pilchowi w przestrzeni społecznej tak zwane czasy. Pilch stał się w ostatnich latach symbolem, znakiem i głosem. Właśnie tych czasów. A więc nie ma żartów. Druga sprawa to ta mianowicie, że w sobotnim wydaniu „Dziennika”, inne nieszczęście naszej polskiej współczesności, czyli Cezary Michalski, przedstawił niesłychanie długą rozmowę ze wspomnianym Pilchem właśnie i przyznaje bez zbędnej dyskusji, że obaj zrobili na mnie wrażenie. Rozmowa Michalskiego, zaznaczmy, że zatytułowana „Ewangelicki stan ducha”, to niemal trzy strony gazetowego druku na dwa tematy. Najpierw o tym, że Pilch i jego babcia są luteranami i to sprawia, że oni jest lepsi od innych, a już na pewno od katolików, a później już tylko wyłącznie o tak zwanych kaczorach, czyli o Prezydencie i jego bracie, prezesie Prawa i Sprawiedliwości.
      Ja nie bez powodu przywołuję ów pop-kulturowy epitet „kaczory”. Bez względu na to, czy Michalski zadaje pytania, czy na te pytania odpowiedzi udziela Pilch, o Lechu i Jarosławie Kaczyńskich w rozmowie mówi się wyłącznie w ten sposób. No ale magazyn „Dziennika”, w którym zamieszczono rozmowę, nazywa się „Europa”, a więc wszystko jest zrozumiałe. Co oni mówią na temat tego, że Pilch jest ewangelikiem i że Kaczyńscy sa idiotami? Nic szczególnego. W całym wywiadzie, który ma niemal 30000 słów, nie ma jednego zdania, które w jakikolwiek sposób wskazywało na to, że do jego wypowiedzenia trzeba było wynająć aż Pilcha i aż Michalskiego. Rozmawia ze sobą dwóch klasycznych, bardzo standardowych polskich wykształciuchów i popisują się wzajemnie przed sobą takim najprostszym, najbardziej nieciekawym intelektualnym lansem. Po co? Jeśli idzie o Michalskiego, to ja odpowiedź mam już gotową od dawna. On już inaczej nie potrafi. Pisałem tu kiedyś o nim w tym kontekście. On jest zwyczajnie chory na coś, czego nazwy nie znam, ale myślę, że to swego rodzaju opętanie. I tyle na jego temat. Ciekawsza sprawa jest jeśli idzie o Pilcha. O Pilchu można napisać dużo więcej, a ja mogę to zrobić z trzech perspektyw. Jedna to ta, wedle której on już tu się miał zaszczyt znaleźć jakiś czas temu. Swego czasu opublikował on tekst w tym samym „Dzienniku”, w którym skopał Lecha Kaczyńskiego za zdjęcie, które znalazł w książce zatytułowanej „O dwóch takich”, na którym to zdjęciu Kaczyński siedzi nad szachownicą i zastanawia się na kolejnym ruchem. Pilch – chwaląc się, że sam jest wybitnym szachistą – komentuje owo zdjęcie i twierdzi, że Kaczyński robi z siebie durnia z tymi szachami, bo na zdjęciu widać wyraźnie, że partia jest przegrana, a on nawet o tym nie wie. Kiedy Pilch się krztusi z satysfakcji, każdy średnio zorientowany szachowo obywatel wie, że na zdjęciu widzimy sam początek partii i nie ma nawet mowy o tym, czy partia jest wygrana, czy przegrana. A więc jedyny wniosek jest taki, że Pilch albo się na szachach nie zna zupełnie, albo jest tak zaślepiony histerią, że w momencie gdy pokazuje się któryś z Kaczyńskich to on zwyczajnie bałwanieje. Obstawiam wersję drugą.
       Druga perspektywa jest taka, że Pilch jest dumnym ewangelikiem. Ja bym się tym zupełnie nie zajmował, gdyby nie fakt, ze z jakiegoś powodu, on się postanowił tym w sposób zupełnie niezrozumiały chwalić. Dlaczego niezrozumiały? Otóż wydawałoby się, że bycie ewangelikiem, podobnie jak bycie katolikiem, czy buddystą, jest kwestia głównie religijną. Tymczasem Pilch, mówiąc o swojej religii, religię ma głęboko w nosie. On pierniczy coś na temat swojej babci, na temat pieniędzy, na temat pijaństwa, a nawet na temat pieprzenia się, a jeśli o Panu Bogu, to wyłącznie w tym właśnie, kompletnie pozareligijnym, kontekście.
      Wypadałoby jednak jakoś ten jego luteranizm skomentować. Nie bardzo wiem jednak jak. Jestem katolikiem, żadnych luteran, ani innych protestantów z wszystkich pozostałych 20000 denominacji, prawie nie znam, więc, co tu gadać? Opowiem więc o tym jednym jedynym ewangeliku, jakiego w życiu poznałem. Uczyłem kiedyś jedną dziewczynkę właśnie z rodziny luterańskiej. Jej ojciec wymyślił już na samym początku, że on będzie siedział na naszych lekcjach, bo on chce się przy okazji też czegoś nauczyć. Siedział więc, czytał gazetę o nazwie „Gazeta Wyborcza” i co chwila się wtrącał do lekcji, albo drąc mordę na dziecko, że jest głupie, albo na mnie, bo przeczytał właśnie coś w „Gazecie” i to go rozjuszyło w kwestii moich poglądów. Ponieważ najczęściej był mocno na gazie, nie panował ani nad sobą, ani nad tym co się wokół dzieje, więc te lekcje były jakie były. Skąd wiem, że był ewangelikiem? Stąd mianowicie, że sam mi to wciąż powtarzał, wyjaśniając mi jak to luteranie są bardzo pracowici, mądrzy, zaradni, konkretni i dzięki temu bogaci – „W odróżnieniu od was, katolików-polaczków”.
      Ja zdaję sobie sprawę z tego, że to co tu opowiadam o niczym nie świadczy. Jest to tylko jeden przykład, z pewnością wcale nie reprezentatywny dla wszystkich luteran, a tym bardziej dla wszystkich protestantów. Nawet jeśli do tego obrazu dodamy Jerzego Pilcha z jego kompletnie tandetnym pisarstwem, zwykłym brakiem inteligencji, chamstwem i zwykłą ludzką nędzą, a na dokładkę jeszcze tę dziwaczną babcię z jego chorych wspomnień, to i tak to jeszcze nie będzie pełny obraz. Ale co mam zrobić? Przecież to on, nagle zupełnie, postanowił bredzić o tej swojej niby-religii i to przez niemal pół wywiadu z Michalskim, więc chyba powinienem się móc jakoś do tego odnieść.
       No ale w końcu muszę spojrzeć na zjawisko o nazwie „Jerzy Pilch” z trzeciej, najbardziej istotnej, perspektywy. W jaki sposób kogoś takiego jak on, może interesować cokolwiek? Jaki powód może mieć ktoś tak nieprawdopodobnie płytki, pusty i bezkształtny, żeby gadać, a tym bardziej rozmyślać, o czymkolwiek, a tym bardziej o polityce? Ja bardzo przepraszam, ale ja zupełnie nie wierzę w to, żeby to wszystko, co on mówi w wywiadzie dla Michalskiego było wynikiem jakichkolwiek emocji, a co dopiero przemyśleń. I nawet nie dlatego, że, jak sam Pilch przyznaje, on się na polityce kompletnie nie zna. Kto się bowiem na niej tak naprawdę zna? Nie wierzę, żeby Pilch miał cokolwiek poza tym jęzorem, który pozwala mu wyrzucać z siebie słowa i tymi palcami, którymi raz na jakiś czas stuka w klawisze komputera, właśnie dlatego, że przeczytałem kawałek tej nieszczęsnej książki za którą dostał nagrodę od kumpli z „Wyborczej” i dlatego, że przeczytałem ten wywiad w „Dzienniku”. Za tym co tam się dzieje nie stoi nic, co by przypominało duszę. Mowy nie ma!
     Dla zjawiska o nazwie „Jerzy Pilch” ja mam jedno wytłumaczenie. On faktycznie musi mieć w sobie tę protestancką przebiegłość, która pozwala wykonać tych parę ruchów w życiu, dzięki którym stał się tym kim jest. Wymyślił sobie kiedyś, że zostanie pisarzem, nie posiadając ani talentu, ani umiejętności, ani serca do tego żeby tworzyć choćby tanią literaturę, ale również jakoś wpadł na ten plan, wiedząc, że nawet jeśli nie ma dla kogo pisać, to są w tym przedsięwzięciu pieniądze. Literatura bowiem, jako taka, skończyła się w Polsce jakiś czas temu. Nie wiem dlaczego. Czy przez to, że ten niby-kapitalizm tak ogłupił ludzi, że przy okazji wszelkie talenty się autentycznie wypaliły, czy może dlatego, że potencjalni czytelnicy tak zdurnieli, że w sposób naturalny wymarła też potencjalna publiczność. W Polsce ludzie przestali czytać. Ale nie tylko czytać. Przestali się interesować filmem, sztuką, muzyką, a nawet zwykłą rozmową. Gdyby nagle zdecydowano, że dość już tej tak zwanej sztuki i że teraz już tylko będzie telewizja, kolorowe gazety i sklep, myślę, że prawie nikt by się tym specjalnie nie przejął. Dla kogo więc są powieści Pilcha, wiersze Szymborskiej, czy filmy Koneckiego i Saramowicza? Dla tych mianowicie, którym się wmówi, ze ten telewizor, kolorowy magazyn i sklep muszą mieć jakieś alibi. Najlepiej właśnie w postaci czegoś, co się będzie nazywało kultura.
      Mówi się więc ludziom, albo w telewizorze, lub w gazetach, że jeśli chcą być na poziomie, to powinni słuchać piosenek Katarzyny Nosowskiej, czytać prozę Pilcha albo Kuszczoka, czy jak mu tam, chodzić do kina na nowe polskie komedie i jeździć na wakacje do Toskanii. Oczywiście, z tego wszystkiego i tak zostają tylko to włoskie wino, natomiast płyta Nosowskiej się kurzy na półkach obok Queenów z „Gazety Wyborczej”, do kina się czasem zajdzie, ale już wygodniej i tak jest obejrzeć ten „Testosteron” w odcinkach na youtubie, a o książkach w ogóle nie ma co mówić. Oczywiście w każdym „inteligenckim” domu ten Pilch leży, ale przecież nikt nie będzie się aż tak wygłupiał, żeby go czytać. Jerzy Pilch doskonale zdaje sobie z tego sprawę, z tym że jego to w najmniejszym stopniu nie obchodzi. On wie, że, kiedy już wreszcie znajdzie w sobie tę wolę i siłę do napisania kolejnej powieści, to przede wszystkim dostanie poważną zaliczkę od zaprzyjaźnionego wydawnictwa, a później tantiemy z tego, co okoliczni idioci kupią, żeby się wyróżnić na tle innych idiotów. I w swojej protestanckiej przebiegłości („W Wiśle – jak przystało luterskiej miejscowości – akceptacja twórczości jest ściśle związana z kwestią wysokości honorariów autora. Kogo Pan Bóg kocha, temu błogosławi…”, mówi w swojej rozmowie z Michalskim Pilch, bo mówić potrafi.), Jerzy Pilch dba tylko o jedno. Żeby, broń Boże, jego ustosunkowani koledzy, którzy znają wszystkie drogi do sukcesu i do pieniędzy, nie zapomnieli o nim, i ani przez chwilę nie pomyśleli, że on nie zdążył.
      W tym momencie, Pilch postępuje jak klasyczny, staro-komunistyczny literat typu Żukrowskiego, czy Putramenta. Oczywiście, oni obaj mieli od Pilcha bez porównania więcej i umiejętności zawodowych i czystego talentu. Między nimi a Pilchem, różnica jest mniej więcej taka jak między Anną Jantar, a Kasią Cerekwicką. Jednak jedno ich niewątpliwie ściśle łączy. On, podobnie jak tamci dwaj, mają w nosie to całe pisanie, te całą sztukę, tę całą kulturę. Chodzi wyłącznie o to, żeby dostać swoją paczuszkę i mieć z tego na flaszkę o dowolnej porze.
      Czemu sobie tak nieładnie myślę o Jerzym Pilchu? Pierwsza – i najważniejsza – odpowiedź leży w tym cytacie wyżej. Poziom pisarstwa zaprezentowany tam przez Pilcha jest tak niewyobrażalnie denny, że od tego lepsi są wszyscy. I Chwin i Masłowska i pewnie nawet ten grafoman Kuszczok. Wszyscy są lepsi od Pilcha. Ja jestem lepszy od Pilcha. Wprawdzie nie piszę powieści, ale jak by mi się chciało, to jestem pewien, że napisałabym powieść o wiele zgrabniejszą, o wiele inteligentniejszą i o wiele ciekawszą od tego co robi Pilch. Ona i tak by była do niczego, ale od Pilcha byłaby lepsza. Z tej prostej przyczyny, że nie istnieje poziom literacki niższy niż poziom, który wyznaczył Jerzy Pilch. Proszę jeszcze raz rzucić okiem na ten kawałek jego nagrodzonej powieści. Przecież to jest bardziej amatorskie niż Jola Rutowicz.
       Więc to jest powód pierwszy, dla którego tak się znęcam nad tym, w gruncie rzeczy, nieszczęśliwym człowiekiem. Jest jednak powód drugi, bardziej bezpośredni. Chodzi o ten wywiad. Jaki interes ma Pilch, żeby przez niemal trzy strony gazetowego tekstu gadać wyłącznie o swojej babci i o Jarosławie i Lechu Kaczyńskich? Jaki jest sens, żeby – przynajmniej teoretycznie wybitny – pisarz przychodził do gazety i ględził o dwóch politykach, i to nie na poziomie politycznej analizy, ale wyłącznie w sensie zwykłego plucia i popisywania się tym, jak te plucie jest wykwintne? Przecież to jest kompletne szaleństwo.
      Wspomniałem Putramenta. Oczywiście, nie mogę gwarantować, że wszystko dobrze pamiętam, ale ja sobie nie wyobrażam, żeby Putrament udzielał wywiadów, w których w całości pierniczył coś na temat Radia Wolna Europa, albo na temat KOR-u. On, oczywiście, mógł godzinami chwalić reżim, ale na ogół jednak trzymał się swojej branży. Tyle tylko że Putrament był właśnie człowiekiem z branży. On – jak by nie patrzeć – był jednak literatem. Jerzy Pilch nie reprezentuje żadnej branży. On jest człowiekiem z towarzystwa, któremu towarzystwo płaci za pewne usługi. Jakie to są usługi? Tego do końca nie wiem. Może chodzi tylko o to, że on wypełnia swoim zbydlęceniem jakąś przestrzeń, która wypełniona musi zostać. Po co? Dla kogo? Na jak długo? Proszę mi wybaczyć, ale wszystkiego wiedzieć nie muszę.






poniedziałek, 1 czerwca 2020

Dlaczego Jarosław Gowin wysłał swoje dziecko do salonu tatuażu?


       Pisałem już o tym, ale sytuacja jest taka, że trzeba mi to dziś przypomnieć. Otóż od pierwszego dnia gdy zacząłem prowadzić ten blog i od momentu gdy on gwałtownie zaczął zdobywać swoją popularność, obok głosów życzliwych, czy niekiedy wręcz entuzjastycznych, zaczęły się pojawiać ataki, i to ataki wręcz systemowe. Mówiąc „systemowe” chcę powiedzieć, że nie mam na myśli zwykłej polemiki, czy nawet ciężkiego oburzenia, ale zdecydowanie zorganizowaną nienawiść, która przejawiała się w tym, że moje teksty były atakowane wciąż przez te same osoby i z każdym dniem coraz mniej merytorycznie, a coraz to bardziej osobiście.
       W naiwności swojej przez dłuższy czas sądziłem, że za owymi atakami stoją jacyś byli wojskowi, czy milicjanci, ewentualnie ich dzieci i wnuki, kiedy to nagle zacząłem podejrzewać, że jest wręcz przeciwnie. Dawni esbecy czy peerelowskie trepy z rodzinami, to co ja wypisuję mają głęboko w nosie, natomiast zdecydowana większość owej agresji przychodzi ze strony środowisk ultraprawicowych i niepodległościowych. I wtedy też mniej więcej trafiłem na blog, którego motto stanowił cytat z niejakiej Ayn Rand, a teksty tam zamieszczane stanowiły przykład obłędu, jakiego w owej internetowej przestrzeni nie można było spotkać nigdzie indziej. Sprawdziłem oczywiście tę Rand i od tego momentu wiedziałem, że ze swoją wiarą i przekonaniami nigdzie nie znajdę tylu wrogów, jak wśród tak zwanej „ultraradykalnej prawicy”, a więc wychowanków Janusza Korwina Mikke, którzy się mu zerwali ze smyczy.
        Dziś oczywiście siłą rzeczy muszę obserwować zachowania polityków skupionych wokół kandydatury Krzysztofa Bosaka w nadchodzących wyborach prezydenckich, przyznaję jednak, że nawet jeśli na pierwszym planie pojawi się Grzegorz Braun ze swoimi refleksjami na temat Centralnego Portu Komunikacyjnego, czy lepkie oczy posła Winnickiego, to ich słowa spływaja po mnie jak po przysłowiowej kaczce. Zachowuję przy tym jednak świadomość, że mam przed sobą wroga w pewnym sensie – a mam tu szczęśliwie na myśli sytuację czysto oczywiście teoretyczną – pierwszego.
        Czemu zatem postanowiłem dziś w swojej notce wyróżnić to właśnie środowisko? Otóż proszę sobie wyobrazić, że w ramach opisywanej tu jak najbardziej przeze mnie zabawy pod nazwą Hot16Challenge2, którą szanuję i chętnie obserwuję, pojawił się człowiek nazwiskiem Ziemowit Gowin, jak się okazuje syn znanego nam wszystkim posła Gowina i zarapował nam następujący tekst (dla zaoszczędzenia miejsca, zrezygnuję ze zwyczajowej edycji):
Prosili krzyczeli pomóż Ziemowicie. Wyrymuję wam ten przekaz całkiem nieskrycie. Idea to słuszna, sprawa szlachetna. W czasach, gdy Polska jest totalnie szpetna, Państwo z dykty? Chyba z totalnego gówna. Obywatele rząd - sprawa nierówna. Wirus za oknem, w domu na ulicy. A politycy coraz bardziej dzicy. Ustawami zabijają nasze życie. Przecież nie chodzi o zwykłe przeżycie! Wykurzycie tych pajaców na górze. Czas już nadszedł na społeczną burzę. Rządzi nami Zjednoczona Prawica. Mnie już od tego strzela kurwica. Jak tak dalej pójdzie, totalna kaplica. Wypierdolę stąd szybciej niż Kubica. Szybciej niż Kubica. Nie możesz nawet na kawie wychillować, bo zaraz będą psy cię pałować. Lepiej się już schować, nie wychylać głowy, wysłuchać kolejnej Andrzejka mowy. COVID-19?  Całkiem niebezpiecznie. Nie wmówisz mi jednak, że tak będzie wiecznie. Ogarnij się zatem, nie słuchaj ich bajerów, pogońmy razem pisowskich frajerów. TVPiS? Jak w Korei propaganda. Pogrywa sobie z nami Kaczyńskiego banda. Stroszą pióra udając piękne pawie, a w Polsce od dawna mamy bezprawie. Opozycja słaba, wszyscy o tym wiemy. Nie oznacza to wcale, że się ugniemy. Połączmy się tedy, zbudujmy wielką siłę, postawmy PiSowcom polityczną mogiłę. Polityczną mogiłę!
      Ktoś zapyta po ciężką cholerę ja się nagle postanowiłem angażować w promocję syna Jarosława Gowina, a ja chętnie odpowiadam, że tak jak zawsze tu się działo, osoby i zdarzenia występujące na tym blogu służą wyłącznie do refleksji w swojej istocie znacznie przekraczającej sam pretekst. I tak też jest i tym razem. Dla mnie Ziemowit Gowin zwyczajnie nie istnieje, zarówno jako człowiek, ale przede wszystkim jako artysta. Ów wykonawczy popis, jaki on wysłał do wspomnianego konkursu, to jest tak straszna nędza, że ja, przepraszam bardzo, ale jako rapera, zdecydowanie już wolę Marcina Matczaka, a kto wie, czy też nie prof. Sadurskiego. To natomiast co mnie zainteresowało, to reakcja na ów występ tak zwanych „mediów głównego nurtu”. Otóż tam Ziemowit Gowin został potraktowany niemal jak pierwszy sojusznik najbardziej twardej antypisowskiej opozycji. Wszystkie główne ośrodki medialnej propagandy w jednej chwili uczepiły się tego idioty i przedstawiły go jako nie tyle nawet argument w wewnętrznej wojnie w obozie Zjednoczonej Prawicy, ale niemal zbawcę, który jako pierwszy tak dźwięcznie przedstawił program wspomnianego antypisu, kto wie, czy nawet nie spod znaku Zielonych czy Krytyki Politycznej.
      Tymczasem wystarczy zajrzeć do opisu klipu z jego występem na Youtubie, by się zorientować, że jest to projekt autoryzowany przez środowisko występujące w przestrzeni publicznej pod nazwą obiektywizm.pl, a reklamujące się oczywiście w następujący sposób: „Centrum obiektywizmu w Polsce – rewolucyjnego, spójnego systemu idei sformułowanego przez Ayn Rand w drugiej połowie XX wieku”. I w tym momencie my już oczywiście wiemy, że choć kilku członkom sekty zorganizowanej przed laty przez Janusza Korwina Mikke udało się z jej brudnych łap wyrwać i oni wszyscy rozbiegli się w różnych kierunkach, to Ziemowit Gowin pozostał tam, gdzie – a tego jestem dziś pewien niemal w stu procentach – pozostawił go jego ojciec, chwilę zanim polityka zmusiła go do powszechnie znanych kompromisów.
         A zatem słucham dziś tej nędzy, czytam głosy zachwytu nad polityczną przenikliwością  syna Jarosława Gowina i myślę sobie, że oni wszyscy są jeszcze głupsi, niż – a szczególnie w ostatnich dniach – myślałem. Ale jest jeszcze coś. Otóż, moim zdaniem, wykonany przez Ziemowita Gowina coming-out przede wszystkim pokazuje dwie rzeczy: pierwsza z nich to ta, że tak zwany „konserwatyzm” jego taty to fakt niepodważalny, a druga, że wspomniany tato spieprzył sprawę w momencie gdy nie potrafił wybić z głowy swojemu dziecku pomysłu zrobienia sobie tatuaży i jebania policji.
         Jaka tu więc dla nas z tego płynie nauka? Otóż zbliżają się te od dawna wyczekiwane wybory i choć wszyscy mamy nadzieję, że tu niespodzianki nie będzie, zdajemy sobie sprawę jednocześnie z tego, że w gruncie rzeczy diabeł jeden wie, co nam nagle strzeli do głowy. A skoro tak, to bierzemy też pod uwagę, że prezyednt Duda nie utrzyma kadencji i na kolejne pięć lat zastąpi go czy to Trzaskowski, czy Hołownia, czy Kosiniak. Będzie to oczywiście tragedia, którą przeżyć nam będzie nadzwyczaj trudno, to jednak czym się możemy skutecznie pocieszać, to to, że Krzysztof Bosak jednak się nie przeciśnie, bo Ziemowit Gowin jako przyszły Minister Kultury, to jeszcze większe nieszczęście niż Piotr Gliński,    



     


niedziela, 31 maja 2020

Czy Sylwester Latkowski zostanie wiceprezydentem Sopotu?


      Wczoraj opublikowałem tu notkę, zatytułowaną, jak mi się wydawało, nadzwyczaj jednoznacznie „Gdy Zatoka Sztuki trafia na wykop.pl”, w jednym jedynym celu. Chodziło mi mianowicie o to, by pokazać jak od dawna zapowiadany film Sylwestra Latkowskiego o pedofilii w tak zwanym „celebryckim” środowisku, w ostatecznym rozrachunku pozostaje wyłącznie jeszcze jednym oszustwem, mającym na celu, z jednej strony, podtrzymanie odpowiednich politycznych emocji na poziomie bieżącej polityki, z drugiej natomiast, zabezpieczenie samemu Latkowskiemu pozycji pierwszego tropiciela wszelkiego zepsucia po wszystkich możliwych stronach sceny. 
       Nie chcę oczywiście przez to sugerować, że środowisko, które Latkowski robił wrażenie, że opisuje, w ogóle nie istnieje, a przynajmniej prowadzi się znacznie bardziej po bożemu niż by się nam wydawało. Wręcz przeciwnie, w moim przekonaniu, wszystko to, co Latkowski nakręcił a TVP zaprezentowała, to zaledwie bardzo drobny ułamek owego zepsucia, które mam nadzieję w ostateczności całe to straszne towarzystwo doprowadzi do samego centrum piekła.
       Opublikowałem zatem wspomnianą notkę i z paru stron otrzymałem bardzo uprzejme i pełne troski napomnienia, że film, który zalinkowałem to prowokacja, którego celem było pokazanie, jak bardzo łatwo jest stworzyć przekaz, który pozornie pokazując prawdę, tak naprawdę ma na calu rzucić oszczerstwo na ludzi Bogu ducha winnych, w tym wypadku Kubę Wojewódzkiego. Wydawało mi się, że choćby sam tytuł owego tekstu wystarczająco jasno pokazał, że ja to wszystko bardzo dobrze wiem, no ale wygląda na to, że on był wciąż zbyt enigmatyczny. A zatem chciałbym dziś przede wszystkim powtórzyć, że ja się tego od samego początku domyślałem, a zwróciłem na ów film uwagę w tym jedynie celu, by na jego tle pokazać nędzę produkcji Latkowskiego. Ale nie tylko na to. Problem moim zdaniem znacznie większy polega na tym, że z jakiegoś kompletnie nieznanego powodu jesteśmy robieni w przysłowiowego konia. I to robieni w sposób tak fantastycznie bezczelny, że ową bezczelność naprawdę wyraźnie widać dopiero wtedy, kiedy porównamy produkcję Latkowskiego z produkcji owej parodią.
       Mamy więc prowokację tego jakiegoś Tykwy, nakręconą prawdopodobnie na zlecenie jego kumpli z branży, i co widzimy? To przede wszystkim mianowicie, że oni byli w stanie zaledwie w parę dni stworzyć coś, co oczywiście pozostaje parodią, natomiast pod każdym innym względem, zarówno realizacyjnym jak i informacyjnym, przewyższa produkcję Latkowskiego o niebo. Co tam mianowicie mamy? Otóż, pomijając typowe dla tego typu gatunku zagrywki, mające widzowi poprawiać nastrój, które niemal w całości wypełniają film Latkowskiego, mamy tam wręcz na widelcu jednego bohatera, jego nazwisko, wizerunek, zeznania świadków oraz jednoznaczne oskarżenie, czyli wszystko to, czym tego typu film powinien mieć. I aby to w sposób przekonujący osiągnąć, nie trzeba było przez godzinę pokazywać robionych dronem zdjęć plaży w Sopocie i relacjonować wypowiedzi owego Sopotu prezydenta,  ale wystarczyło równe 6 minut plus cztery sekundy i kilka prostych i jednoznacznych słów. Nawet gdy celem jest jedynie zwykłe kłamstwo i obrona Kuby Wojewódzkiego. A że mamy do czynienia z kłamstwem, to widać na pierwszy rzut oka, choćby przez to, że Latkowski – co za ironia! – tak naprawdę w swoim filmie bezpośrednio nie oskarżył nikogo, a tym bardziej Wojewódzkiego. A więc owa obrona tak naprawdę jest wzięta z przysłowiowej dupy.
       Wszyscy pamiętamy słynne ujęcie sprzed lat, gdy oficerowie służb specjalnych próbują Latkowskiemu odebrać laptop, w którym, jak rozumiem, on miał zapisane zeznania Witolda Gadowskiego na temat powiązań rządu Platformy Obywatelskiej oraz PSL-u z kalabryjską mafią. Ja zawsze zastanawiałem się, jak to było możliwe, że państwo wysyła swoje służby by odebrały Latkowskiemu laptop, a on ów laptop przytula sprytnie do serca i w ten sposób służby muszą się ze wstydem wycofać, bo Latkowski ów laptop przytulił zbyt mocno.
       Ktoś powie, że my się tu rozdrabniamy bez sensu, podczas gdy są sprawy znacznie poważniejsze, a wśród nich na pierwsze miejsce wysuwa się kwestia reelekcji Andrzeja Dudy. Na to ja mam odpowiedź bardzo zdecydowaną: Otóż to nie są żarty i to tym bardziej, że faktycznie stoimy wobec wspomnianych wyborów. Nie może bowiem być tak, że do zadań związanych z budowaniem polskiego sukcesu wynajmowani są zwykli oszuści. Mało tego. Nie może być tak, że kandydaci do budowania polskiego sukcesu są werbowani przez bandę jeszcze większych oszustów, którzy ów sukces tak naprawdę mają w głębokim lekceważeniu.
        Przed nami przyszłość Polski. Jeśli ją przegramy, niech Bóg ma nad nami zmiłowanie. Ja wiem bardzo dobrze, że roboty jest masa, ludzi zwyczajnie nie ma, a nawet jeśli są, to ich jest zbyt mało by ich wyłapać, są jednak rzeczy, które można załatwić jednym ruchem. Choćby wyrzucić na zbity pysk tych wszystkich, którzy uważają, że przyszłość Polski należy powierzać ludziom takim jak Sylwester Latkowski.
         No i jeszcze coś. Trzeba koniecznie kupić prezesowi Kaczyńskiemu telewizor, ewentualnie – jeśli go ma i używa – zachęcić go, by choć na chwilę przestał oglądać rodeo i przełączył się na TVP.



sobota, 30 maja 2020

Gdy Zatoka Sztuki trafia na wykop.pl



       Jak pewnie wciąż pamiętają stali czytelnicy tego bloga, w czasach dziś już dawno zamierzchłych, w przestrzeni internetowej funkcjonowało – i to z pewnymi sukcesami – trio Coryllus, Toyah, Kamiuszek. Dziś z owego projektu tak naprawdę został już tylko Coryllus ze swoim wydawnictwem oraz z parunastoma komentatorami na portalu „Szkoła Nawigatorów”. Gdy chodzi natomiast o mnie i Kamiuszka, to coś tam oczywiście skrobiemy, natomiast trzeba przyznać, że utrzymujemy pewien, niestety dość rzadki, kontakt, podczas którego wymieniamy się różnymi refleksjami i tak nam mija nasze wspólne, jak i jak najbardziej również osobne życie.
      Proszę więc sobie wyobrazić, że mój drogi kumpel Kamiuszek przysłał mi wczoraj wiadomość o następującej treści: „Wisi to od trzech dni i cisza”, a do owej wiadomości dołączył link do pewnego zamieszczonego na Youtubie filmu. Ja oczywiście ów film tu za chwilę umieszczę, zanim jednak to nastąpi, wrócę do swojego najnowszego felietonu dla „Warszawskiej Gazety” – bardzo źle swoją drogą przyjętego przez red. Bachurskiego – w którym zasugerowałem, że całe owo zamieszanie, którego w ostatnich dniach byliśmy świadkami, a którego przyczyną był kolejny film Sylwestra Latkowskiego na temat pedofilii, to zwykły humbug, którego zarówno cel jak i autorstwo – bo przecież wiemy, że Latkowski to jest zaledwie figurant – stanowią całkowitą tajemnicę, a emocje, które ono w nas biednych obserwatorach wywołało, to coś co już za chwilę przeminie z przysłowiowym wiatrem.
       Zdenerwował się na mnie red. Bachurski w przekonaniu, że przede wszystkim gdy chodzi o Sylwestra Latkowskiego, niezależnie od tego, co on ma za paznokciami, to prawdziwy bohater, który ryzykując życiem postanowił stanąć na przeciw pedofilskiej mafii, i z tego choćby względu powinien być przeze mnie oszczędzony. Drugą ofiarą mojego felietonu miał rzekomo paść prezydent Sopotu Karnowski, który zdaniem Bachurskiego, mimo swoich ściśle określonych politycznych koligacji, znalazł w sobie tę uczciwość, by stanąć wobec wspomnianej mafii okoniem.
       W swojej mailowej wymianie postawiłem się swojemu było nie było Naczelnemu postawić okoniem, tłumacząc mu możliwie jak najdelikatniej, że w tym co mu się zdaje, jest zwyczajnie naiwny i jakoś się nam w sumie ostatecznie nam dogadało. I proszę sobie wyobrazić, że w tym własnie momencie dostaję od mojego kolegi Kamiuszka wiadomość z linkiem, który mnie prowadzi do czegoś, co moim zdaniem świadczy o tym, że red. Bachurski moich najnowszych refleksji w pierwszym momencie zwyczajnie nie docenił.
       Czy to znaczy, że od dziś powinniśmy sądzić, że wszystko to, co zobaczyliśmy w filmie Latkowskiego, to bezczelne kłamstwo? Otóż nic podobnego, a tak naprawdę jest wręcz odwrotnie. To co tam oglądamy, to dramatyczne niedopowiedzenie. Z nieznanego mi powodu, to co postanowił zrobić, Latkowski zaledwie zaczął, a ledwie co zaczął, to zakończył. Zupełnie jakby z jednej strony chciał się nam zaprezentować jako nieustraszony rycerz ukrytej prawdy, a z drugiej panicznie się bał, że w każdej chwili może tak dostać w łeb, że z tego rycerstwa nie pozostanie nawet wspomnienie i trzeba będzie już tylko się tłumaczyć z jakichś zaszłości.
      A zatem, tak zresztą jak wspomniałem we wspomnianym felietonie, to co pokazuje nam Latkowski to skoro już nie cała prawda, to przynajmniej droga do niej. I kiedy to piszę, muszę wspomnieć o wiadomości, którą otrzymałem od Kamiuszka oraz przesłanego linku, który nas prowadzi do czegoś, co zarówno pod względem realizacyjnym jak i czysto informacyjnym przewyższa produkcję TVP o głowę, jeśli nie o dwie, czy trzy. Film, o którym Kamiuszek mi pisze, że wisi na Youtubie od trzech dni i pies z kulawą nogą się na jego temat nie zająknie, to jest coś, co z jednej strony zarówno Latkowskiego jak i jego sponsorów odstawia na bocznicę, a z drugiej pokazuje w sposób absolutnie bezlitosny to, czego mieliśmy tak naprawdę nie wiedzieć, pomijając jakieś niewinne tak naprawdę plotki.
        Popatrzmy więc na to co póki co można oglądać na Youtubie i zobaczmy jak bardzo to jest ważniejsze od tego całego zamieszania z filmem Latkowskiego i tych wszystkich w gruncie rzeczy tanich grepsów wałkowanych w koło tu i tam. No i powtórzmy słowa Kamiuszka: „Wisi to od trzech dni i cisza”. A jeśli komuś przy tej okazji zrobi się smutno, to obiecuję, że osobiście pozostaję w pełni solidarny.





piątek, 29 maja 2020

Czy prezydent Karnowski zetnie wreszcie swoje wesołe loki?


Zbliża się kolejny weekend, do kiosków trafia kolejny numer „Warszawskiej Gazety”, a ja dziś dla tych z nas, którzy albo owego tygodnika nie kupują, albo kupić nie mogą, przedstawiam swój najnowszy felieton. Pierwszy w ogóle, który red. Bachurskiemu się nie spodobał, o czym on sam mnie uczciwie poinformował.

      Wszyscy chyba jesteśmy pod wrażeniem filmu Sylwestra Latkowskiego o pedofilskich praktykach, jakie przez całe osiem lat rządów tak zwanego „układu trójmiejskiego” miały miejsce w pewnym sopockim klubie. Jesteśmy pod wrażeniem tego, cośmy tam obejrzeli, nawet jeśli część z nas wszystko to wiedziała już dużo wcześniej, a nawet jeśli do samego Latkowskiego mamy najbardziej uzasadnione zastrzeżenia. To wszystko bowiem, czego po raz niechby i kolejny dowiadujemy się na temat procederu sprzedaży dzieci osobom z pozycją oraz pieniędzmi, będzie musiało na nas robić wrażenie za każdym razem jak ów temat będzie wracał; tym bardziej gdy będzie wracał całkowicie bezkarnie.
       To jednak na co ja bym chciał zwrócić uwagę, to nie zepsucie konkretnych osób i instytucji, oraz wspomnianą bezkarność jednych i drugich. Moim zdaniem bowiem to co się tam stało – a jestem głęboko przekonany, że się stało rzeczywiście, i do tego by to wiedzieć Sylwester Latkowski nie jest mi wcale potrzebny – to nie tyle wynik owego zepsucia, ale pewnej bardzo ciemnej strony ludzkiej natury i współczesnej cywilizacji, która udziela owej czerni powszechnego wsparcia.
       O co mi chodzi, już wyjaśniam na przykładzie pewnego dość już starego filmu pod tytułem „8 mm”. Rzecz polega na tym, że Nicolas Cage jest prywatnym detektywem, który zostaje wynajęty przez pewną bogatą wdowę, do zbadania historii pornograficznej taśmy, którą ta znalazła w sejfie zmarłego męża. Otóż na owej taśmie przedstawione jest coś co robi wrażenie autentycznego morderstwa i ona chce wiedzieć, czy owo morderstwo miało faktycznie miejsce, czy stanowiło wyłącznie realistyczną inscenizację. Wyrusza więc Cage w miasto, zaczynając od zwykłych seks shopów, by następnie schodzić coraz niżej w głąb owego przemysłu, z jedną ofertą: Ile trzeba zapłacić i komu nie za zwykły seks, nie za udawaną przemoc, nie za udawane tortury, nie wreszcie za udawane morderstwo, ale za morderstwo prawdziwe? A przesłanie owego filmu jest takie, że jeśli tylko pojawi się odpowiedni klient z odpowiednimi pieniędzmi, dostanie wszystko czego chce. Od momentu bowiem gdy zaistnieje rynek obsługujący ludzi uzależnionych od seksu, ten sam rynek w sposób wręcz automatyczny musi ową ofertę coraz bardziej uatrakcyjniać i nie ma ludzkiego sposobu, by w pewnym momencie przy ladzie nie pojawił się klient, który wszystko co dotychczas było na półce, przebije.
      Otóż moim zdaniem nie ma też takiego sposobu, by skoro ktoś kiedyś wpadł na pomysł projektu o nazwie „Zatoka Sztuki” i zaczął go z sukcesem realizować, którykolwiek z jego uczestników nagle zaprotestował i powiedział: „Przepraszam, ale to już jest przesada”. A zatem powtarzam – ja nie potrzebuję Latkowskiego z jego filmem, by wiedzieć, że jeśli w ofercie tego klubu była zabawa na całego, to ta zabawa musiała być powszechna i na całego. A całe oburzenie prezydenta Karnowskiego jest dla mnie jeszcze śmieszniejsze niż ta jego głupia fryzura.



czwartek, 28 maja 2020

Czy Rafał Trzaskowski zaprosi do Grupy Bilderberg Michała Szczerbę?


Przepraszam wszystkich Czytelników, a zwłaszcza pana Mirka, który, jak wiem, od rana czeka z palcem nad odpowiednim klawiszem – i z myślą o którym w znacznym stopniu powstają te teksty –  ale dziś nie będzie już nic nowego. Sytuacja na scenie zrobiła się bowiem ostatnio tak przewidywalna, że jedyne co mógłbym dziś zrobić to zacytować Norwida z jego nieśmiertelnym „jak się nie nudzić na scenie tak małej, tak niemistrzowsko zrobionej” i się zamknąć. A Bóg mi świadkiem, że ostatnie dni pod tym względem do nieustanna walka, by jednak coś z tej nędzy wydusić. A więc dziś już nic nowego nie dam rady powiedzieć, natomiast na całe szczęście mam swoje stare teksty, w dodatku, jak ostatnio zauważyłem znacznie od dzisiejszych bogate w słowo, a zatem można się w tego typu kryzysowych sytuacjach skutecznie poratować.
      Ale stało się jeszcze coś, co daje mi naprawdę dużą satysfakcję. Otóż wymyśliłem sobie, że aby owe wspominki nie były wyjęte tak zupełnie bez planu, zaryzykuję i odnajdę tekst dokładnie sprzed 10 lat, a więc z 28 maja 2010 roku...  i proszę sobie wyobrazić, że on jak ulał pasuje do niedawno podanej przez reżimowe media informacji, że Rafał Trzaskowski został przez Radosława Sikorskiego wprowadzony do towarzystwa o nazwie Bilderberg. Ja oczywiście widziałem jak owe media próbują biednym, nic nie rozumiejącym z tej znaczącej przecież informacji, obywatelom tłumaczyć czym jest owa plazma i przyznaję, że trochę mi było żal, że to się tak w końcu musiało rozleżć po kościach. A tu proszę! Mamy jak znalazł. Mój tekst sprzed dokładnie 10 lat spada nam niemal prosto z nieba. Zapraszam.


       Znów ktoś powiedział, że Wałęsa to głupek, a na dodatek agent i dziwkarz i pan Bolesław nie wytrzymał. On oczywiście nie wytrzymał już dużo wcześniej, ale tym razem nie wytrzymał na dobre. A przynajmniej tak mówi. Skąd taka reakcja? Ja w Salonie przeczytałem wczoraj, że Jarosław Kaczyński uprawia seks doodbytniczy z Ludwikiem Dornem, a informacja ta została ubarwiona bardzo szczegółowymi i niemniej realistycznym opisami tego pożycia, a mimo to nie słyszałem, żeby którykolwiek z panów przy tej okazji ogłosił, że zrzeka się wszelkich dotychczas uzyskanych honorów i wyjeżdża z Kraju. Ktoś mi powie, że te plwociny na temat Dorna i Kaczora to rojenia chorego umysłu, podczas gdy pan Bolesław, nawet jeśli nie jest dziwkarzem, to z pewnością jest głupkiem i agentem. No ale przecież cała cywilizowana opinia publiczna gotowa jest zaświadczyć własnym życiem, że to wszystko są oszczercze brednie, a sam były prezydent może na to nawet dać słowo honoru. Więc o co chodzi?
      Dobrze. Wiem. To wciąż niczego nie wyjaśnia. W końcu obraza to obraza. Tu, na mnie na przykład, wciąż tabuny czerwonych pająków mówią, że jestem komunistą i mimo że to nieprawda, to ja bardzo jestem z tego powodu załamany. Ale czy ja grożę, że jak oni nie przestaną, to ja wyemigruję? Komunista zresztą to pikuś. Inni bowiem opowiadają, że ja jestem do bani nauczycielem. I też jest mi przykro, bo jakże tak! Ale nawet tu nie grożę, że w tej sytuacji się pogniewam, oddam wszystkie swoje dyplomy, ordery, puchary i cholera wie co jeszcze, zamknę się w sobie i przestanę chodzić do knajpy z moimi byłymi uczniami. Pozdrowienia!
      A więc może chodzi o to, że na Wałęsę gadają w książkach i w telewizji, a na mnie tylko w Salonie? Może i tak. Kto wie? No ale w czym Salon gorszy od mainstreamu? Przecież już dawno mądrzejsi ode mnie wyjaśnili, że w zinformatyzowanym i oplecionym medialną siecią świecie nie ma już właściwie podziału na media ważniejsze i mniej ważne. Internet w dzisiejszej dobie wygrywa wybory. Telefony komórkowe obalają rządy. Niedawno w telewizji widziałem, że prawdziwa sztuka filmowa już nie jest tworzona w Hollywoodzie, ani nawet w Nowym Jorku, nie mówiąc już o Indiach, lecz w youtubie i wspominanych już kamerkach firmy Samsung. Więc jak to jest? Jak ja tu napiszę, że Wałęsa to komunistyczny szpicel i pospolity złodziej, to pies z kulawą nogą się tym nie zainteresuje dopóki nie wydrukuje tego IPN albo Arcany? A niby dlaczego? Panie Prezydencie, moim zdaniem jest Pan ruskim bucem i kapusiem! Halo? Słyszy mnie Pan? Chce Pan na bilet?
      Cała Polska, od jakichś 15 lat, wie na sto procent, że Lech Wałęsa był tajnym, świadomym i bardzo chętnym do pracy współpracownikiem tajnych służb komunistycznej represji. Każdy Polak, jeśli tylko jest minimalnie zainteresowany życiem publicznym, doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że Lech Wałęsa, będąc wiceprezydentem u Mieczysława Wachowskiego, ukradł, a zapewne także zniszczył, całą kupę bardzo tajnych i cennych dokumentów świadczących o jego uwikłaniu we współpracę agenturalną. I nie ma tu żadnych wyjątków. Powyższy stan rzeczy jest znany każdemu, a jeśli ktoś nie chce o tym rozmawiać, albo wręcz te fakty kwestionuje, to wyłącznie ze względów politycznych i z uwagi na bieżące interesy. Nie ma ludzi w Polsce – za wyjątkiem osób kompletnie nieprzytomnych – którzy wierzą w to, że Lech Wałęsa jest autentycznym bohaterem polskiej walki o niepodległość. Ostatni tacy wymarli doszczętnie wspomniane już 15 lat temu.
      Ale jest jeszcze coś co każdy – niekoniecznie nawet zdrowo myślący – Polak doskonale wie. To mianowicie, że Lech Wałęsa jest najzwyklejszym, najbardziej przeciętnym durniem. Kiedy oglądamy Lecha Wałęsę w telewizji, czytamy jakąś jego prasową wypowiedź, albo idziemy na jakieś z nim spotkanie i słuchamy jak plecie, wiemy znakomicie, ze mamy do czynienia ze zjawiskiem w publicznej przestrzeni absolutnie wyjątkowym. I – podkreślam to raz jeszcze – wie to każdy: ja, Państwo, Monika Olejnik, a nawet Bronisław Komorowski i Donald Tusk, nie mówiąc już o Palikocie. Każdy człowiek, który ma oczy które widzą i uszy które słyszą, wie że tu nawet nie ma o czym gadać. Pozostaje czysta polityka i bezczelne kłamstwo.
      A więc w tej sytuacji, kiedy głosy wyrażające w stosunku do Lecha Wałęsy czystą pogardę nie chcą zamilknąć, Wałęsa wybucha i mówi, że on już ma dość. Ja oczywiście do pewnego stopnia go rozumiem. On wprawdzie zaprzecza wszelkim pomówieniom, twierdzi, że nie dość, że jest czysty jak złoto, to jest człowiekiem mądrym, sprytnym i bardzo przenikliwym, ale osobiście jestem przekonany, że zna swoje intelektualne i moralne ograniczenia bardzo dobrze, czuje je, męczy się z nimi i w gruncie rzeczy ich nienawidzi. I to jest sytuacja bardzo niekomfortowa. On, dzięki tej swojej historii i tym przedziwnym zakrętom losu, znalazł się tu gdzie się znalazł, z tą całą swoją sławą i nadmuchaną wielkością, z tymi doktoratami, z tymi pieniędzmi, z tą rozpoznawalnością i absolutnie nie jest w stanie sobie z tym poradzić. I gdyby jeszcze świat mu dał na chwilę odetchnąć, to może by sobie znalazł jakieś spokojne miejsce i żył jak zwykły człowiek –  owszem, kiedyś bardzo znany, a nawet przez wielu uwielbiany – ale teraz już tylko jako ten właśnie zwykły człowiek. Myślę, że można by nawet było się tak umówić, że prawo by mu dało dożywotnią absolucję.
      Tymczasem, niestety, całe bandy bezwzględnych kombinatorów, ze szczerze powiem, że nie do końca dla mnie pojętych powodów, postanowiły grać tym biednym człowiekiem tak długo aż go prawda i zwykłe, ludzkie pragnienie sprawiedliwości dopadnie i zetrze w pył. Cóż za brak litości! Cóż za wyrachowanie! I po co? Jaka będzie z tego bezpośrednia korzyść?
      Załóżmy nawet to, że Donald Tusk, razem ze swoim nowym kumplem Napieralskim zlikwidują IPN? Załóżmy nawet takie rozwiązanie, że jakimś cudem uda się doprowadzić do tego, że wprowadzi się ustawowy zakaz mówienia źle o Lechu Wałęsie. Wszędzie. W książkach, gazetach, telewizji, a nawet w rozmowach prywatnych. Załóżmy nawet, że Parlament uchwali w budżecie specjalny fundusz na rozwój prac badawczych nad historyczną wielkością Lecha Wałęsy. Mało tego – niech nawet Parlament uchwali likwidację z polskiego słownika imienia Bolesław. I co to zmieni? Prawo i Sprawiedliwość nie wygra następnych wyborów parlamentarnych? Nie żartujmy. Andrzej Olechowski zostanie przyszłym prezydentem Polski?
      Andrzej Olechowski. Oto dopiero nadchodzi ciekawy kawałek tej historii. Bo tak naprawdę tu wcale nie chodzi o Wałęsę. On już jest ostatecznie skończony. Z niego już nic nie będzie. Ta przygoda jest już dawno zamknięta. Tu nawet nie chodzi o Donalda Tuska i te wszystkie nadzieje, jakie z nim wiążą całe grupy naiwnych komentatorów w rodzaju Krzysztofa Leskiego. Powiem więcej. Tu nawet nie jest problemem Janusz Palikot i jego nieuchronnie zbliżające się przywództwo w Platformie. Skoro już zdecydowaliśmy się na tę demokrację, to nawet dziesięć stadionów dla Legii Warszawa, kolejne 15 kanałów tematycznych telewizji TVN i sześć orderów uśmiechu dla pani Bożeny, nie zmienią faktu, że do następnych wyborów pójdą wyłącznie osoby zaangażowane całym sercem. Sercem prawdziwym, a nie okrwawionym mięśniem. Tu może chodzić najwyżej o kogoś takiego jak Andrzej Olechowski.
      Kiedy Lech Wałęsa już był Bolkiem, ale jeszcze nie wszyscy sobie z tego zdawali sprawę, Olechowski przez wszystkich dobrych ludzi nazywany był nie inaczej jak TW Must. Co ciekawe, ta jego ubecka przeszłość nigdy nie wydawała się robić wrażenia ani na nim, ani na osobach z zewnątrz. Tak się jakoś zawsze składało, że Olechowski był powszechnie rozpoznawany jako były kapuś, a jedyna znana mi reakcja na tę wiedzę ograniczała się do wzruszenia ramionami. Ale co tam ubek? Przez całe długie lata Olechowski funkcjonował na peryferiach polskiego zycia politycznego i gospodarczego, zawsze w sytuacjach najbardziej podejrzanych z możliwych, i też nigdy to nikogo nie obchodziło. Doszło do tego, że Olechowski osiągnął taki stan, gdzie każdy wiedział, że ktoś taki jak Olechowski istnieje, że jest osobą niezwykle ważną i wpływową, ale przy tym wszyscyśmy się zachowywali, jakby to kim on jest, czym się zajmuje i z jakiej to w ogóle okazji jest wciąż osobą publiczną, nas w ogóle nie interesowało. Dziś już, między innymi właśnie dlatego, że żyjemy w świecie otwartym i demokratycznym, wiemy o istnieniu tworu o nazwie Bilderberg. Dla przybliżenia, cytat z Wikipedii:
Grupa Bilderberg albo Klub Bilderberg - nieformalne międzynarodowe stowarzyszenie wpływowych osób ze świata polityki, biznesu i przemysłu. Spotkania grupy odbywają się raz do roku. Podczas nich omawiane są najważniejsze w danym czasie dla świata sprawy dotyczące polityki i ekonomii. Pierwsze spotkanie tego typu miało mieć miejsce w holenderskim Hotelu de Bilderberg (stąd pochodzi nazwa grupy) w Osterbeek w maju 1954, a odbyło się z inicjatywy wpływowego polskiego polityka i emigranta Józefa Retingera, który był stałym sekretarzem grupy aż do śmierci w 1960. Konferencje Grupy Bilderberg odbywają się przy obecności wyselekcjonowanych dziennikarzy, lecz zgodnie z obietnicą dyskrecji, nie zdają oni relacji z przebiegu ani treści rozmów. Tym też należy tłumaczyć brak zainteresowania mediów spotkaniami, w których uczestniczą m.in. takie osobistości jak prezes Banku Światowego James Wolfensohn, żona byłego prezydenta Stanów Zjednoczonych Hillary Rodham Clinton, były premier Wielkiej Brytanii Tony Blair, żona Billa Gatesa - Melinda Gates, czy Andrzej Olechowski. Według uczestników, ze względu na nieformalny charakter, spotkania pozwalają na swobodną wymianę poglądów niezależnie od aktualnych animozji politycznych. Niejawność spotkań i ogromne wpływy posiadane przez zaproszone osoby, spowodowały, że niektórzy komentatorzy przypisują członkom Grupy Bilderberga tworzenie nieformalnego rządu światowego, a w konsekwencji zamiar wprowadzania rozwiązań ekonomiczno-politycznych sprzecznych z wolą społeczeństwa. Niektórzy zwolennicy teorii spiskowej dotyczącej tzw. Nowego Porządku wskazują Klub Bilderberg jako bezpośrednich kontynuatorów idei zakonu iluminatów. Jednakże są także osoby które wskazują inne grupy wpływowych osób jako realizatorów Nowego Porządku.
Grupa Bilderberg nie jest organizacją, ponieważ nie istnieje w niej coś takiego jak członkostwo i nie wybiera się żadnej rady, chociaż posiada oficjalne biuro w Lejdzie w Holandii. Domniemani uczestnicy Grupy Bilderberg z Polski to m.in.: Andrzej Olechowski - od 1994, Hanna Suchocka – 1998, Sławomir Sikora (prezes Citibanku) – 2004, Jacek Szwajcowski (prezes Polskiej Grupy Farmaceutycznej) – 2005, Aleksander Kwaśniewski - 2008"
      Dlaczego ja się postanowiłem nagle zająć tym „klubem"? Z trzech powodów. Dwa z nich są wymienione w samym tekście w Wikipedii. Pierwszy: „Konferencje Grupy Bilderberg odbywają się przy obecności wyselekcjonowanych dziennikarzy, lecz zgodnie z obietnicą dyskrecji, nie zdają oni relacji z przebiegu ani treści rozmów". Drugi: „Niektórzy zwolennicy teorii spiskowej dotyczącej tzw. Nowego Porządku wskazują Klub Bilderberg jako bezpośrednich kontynuatorów idei zakonu iluminatów. Jednakże są także osoby które wskazują inne grupy wpływowych osób jako realizatorów Nowego Porządku”. Ci którzy czytają moje teksty z reguły są osobami myślącymi, więc ani słowa już o tym. Po co?
      Jest jednak jeszcze trzeci powód, dla którego się trochę wystraszyłem. Sam Olechowski. On ostatnio, nie wiadomo z jakiej cholernej okazji, pokazuje się publicznie dużo za często. Bardzo dużo za często. Przyłazi, gada i straszy. I ja autentycznie nie wiem, co on tu robi, a – co najgorsze – co on może. A boję się, że on akurat może więcej, niż nam się wydaje. No i wciąż się zastanawiam, czego on tu szuka. Wczoraj występował u Moniki Olejnik i ja po raz pierwszy w życiu widziałem ją w stanie takim, jaki osiągają tylko młode dziewczyny na pierwszej w życiu randce. Bardzo to było ciekawe. Na szczęście, w tym wszystkim są informacje, które każą nam się nie lękać. Nie lękać się i wierzyć, że jest coś, czego bramy piekielne nie przemogą.
      Wczoraj dotarła do nas informacja, że w Ameryce rozbił się samolot należący do człowieka nazwiskiem Irving Moore 'Bud' Feldkamp III, wielokrotnego milionera i właściciela największej w Stanach sieci klinik aborcyjnych. Samolot spadł na katolicki cmentarz, tuż przy grobie nienarodzonego dziecka. 14 znajdujących się na pokładzie osób – w tym dzieci i wnuki Feldkampa – zginęło.
      I tak to właśnie się plecie ten świat. Bohaterowie przychodzą, odchodzą, ci prawdziwi i ci zupełnie sztuczni. A świat się spokojnie i pewnie plecie. Czego sobie i Wam życzę.

Jak już wspomniałem, od publikacji tego tekstu upłynęło już 10 lat i też wiele się zmieniło. Z tego co wiem, Andrzej Olechowski wciąż pojawia się w telewizjii TVN24 i Monika Olejnik w dalszym ciągu bardzo się stara pokazać mu, że na nią akurat on może zawsze liczyć i jak się domyślam oni wspólnie apelują, by w najbliższym czasie nie organizować w Polsce jakichkolwiek wyborów.  Mało tego, do grupy Bilderberg został dokooptowany nie tylko Radek Sikorski, ale nawet ta nędza Rafał Trzaskowski. No ale jest jeszcze coś. Otóż, jak wiemy, stary Rockefeller ostatecznie już wykorkował, ale, jak się dowiaduję, wciąż jeszcze żyje Henry Kissinger. Tyle że skoro nagle mamy tu tego Trzaskowskiego i Sikorskiego, to znaczy, że on jest już na tyle nieprzytomny, że nad tym interesem przestał kompletnie panować, podczas gdy inni spieprzyli do Nowej Zelandii. A więc, krótko mówiąc, nie ma o czym gadać, przynajmniej do czasu aż tam dołączy poseł Szczerba. Obiecuję, że na tę okoliczność kupię sobie 16-letniego Lagavulina.






środa, 27 maja 2020

O głupocie, której nawet koronawirus nie dał rady


        Jestem pewien, że przynajmniej bardziej uważni Czytelnicy pamiętają zdanie, którym zamknąłem swoje wczorajsze refleksje na temat oczywistego już chyba dla wszystkich obłędu, jakie w ostatnich tygodniach ogarnął najbardziej hardcorową antypisowską opozycję. Na wszelki wypadek przypomnę:
A ja sobie tak siedzę tu, piszę ten króciutki tekst i myślę sobie, że to dopiero będzie figiel, jeśli Senat jednak zaklepie sejmową uchwałę, plotki na temat powrotu Kidawy okażą się tylko plotkami, marszałek Witek ogłosi termin wyborów, a Państwowa Komisja Wyborcza przedstawi oficjalny, nowy wzór formularza do zbierania podpisów na kandydata Trzaskowskiego i wtedy już im naprawdę pozostaną tylko te maseczki Stonogi”.
      Pisząc o ewentualnym nowym wzorze formularza, jaki Państwowa Komisja Wyborcza może przedstawić choćby po to, by w ten sposób skutecznie zweryfikować termin w jakim sztab kandydata Trzaskowskiego zbierał podpisy popierające jego kandydaturę w nadchodzących nieubłaganie prezydenckich wyborach, mimo dość żartobliwego tonu, byłem jak najbardziej poważny. Widząc bowiem z jak bezczelnym poczuciem bezkarności poseł Sławomir Nitras prowadzi akcję zbierania owych podpisów zanim w ogóle wybory zostały oficjalnie ogłoszone, i zanim, co więcej, udział Rafała Trzaskowskiego w wyborach został oficjalnie potwierdzony, pomyślałem sobie, że zmiana wzoru owych kart byłaby posunięciem nie tylko zrozumiałym, co wręcz oczywistym. Kiedy natomiast wspomniałem o owym „figlu” jakim niewątpliwie musiałoby się nam wszystkim w tym momencie przedstawić to posunięcie, wyobrażałem sobie bardzo wyraźnie nadzwyczaj ponurą sytuację, w jakiej dosłownie z dnia na dzień znalazłaby się nie tylko cała prezydencka kampania Platformy Obywatelskiej, ale cały ów nieszczęsny projekt. 
       I oto, proszę sobie wyobrazić, nie minął nawet dzień, jak na czołówkach medialnych doniesień pojawiła się informacja, że Platforma Obywatelska po raz kolejny wycofuje się z wyborów i żąda przeniesienia ich na jesień. Dla odpowiedniego wzmocnienia owej informacji, najpierw głos zabrał marszałek Grodzki w pośredni, choć wystarczająco jasny sposób sugerując, że partia rezygnuje z dalszego zbierania podpisów pod kandydaturą na kandydata, Rafała Trzaskowskiego, po nim wypowiedział się sam prezydent Poznania, rzucając w stronę zaprzyjaźnionych miast hasło solidarnego bojkotu czerwcowego terminu, w którym tym razem nie chodziło już o zagrożenie koronawirusem, ale matury, w których spokojnym przebiegu politycy szkolnej młodzieży nie powinni przeszkadzać, no i wreszcie na samym końcu odezwał się mój ostatnio ulubiony redaktor Klarenbach z TVP Info i zupełnie otwartym tekstem powtórzył moją tezę, tyle że zamiast słowa „figiel” użył podobnego, czyli „jaja”. A ja sobie pomyślałem, że skoro tak, to znaczy, że już wszyscy wiedzą, co się już za chwilę stanie, a mianowicie wycofanie kandydatury Trzaskowskiego, albo ponownie na rzecz Kidawy, albo – co moim zdaniem, bardziej prawdopodobne – wielkiej i powszechnej awantury, w trakcie której wybory się oczywiście odbędą, tyle że bez udziału Platformy, a ta w powszechnym zamieszaniu zakończy w ten sposób swoją dwudziestoletnią przygodę z polityką.
       Ktoś zapyta, jak to się stało, że oni się doprowadzili do takiego upadku, a ja powiem zupełnie szczerze, że na to pewnej odpowiedzi nie mam. Wiem na przykład – i dawałem temu swego czasu wyraz na tym blogu – dlaczego System dopuścił do ich podwójnej przegranej w roku 2015. Oni bowiem w pewnym momencie osiągnęli taki poziom zepsucia, że wspomniany System uznał, że zamiast ich trzymać przez jeszcze kolejne cztery lata, znacznie bezpieczniej będzie zaryzykować, dopuścić do władzy Prawo i Sprawiedliwość, a następnie spróbować Kaczyńskiego udobruchać i wycisnąć z niego, ile się da. Tym razem, ja absolutnie nie widzę tu  jakiegokolwiek planu. Nie potrafię sobie bowiem wyobrazić, jakie jawne czy ukryte interesy mogą stać za tym, by tak zwanej „totalnej opozycji” pozbyć się ostatecznie i na dobre ze sceny. Światowe media są postawione na baczność, Komisja Europejska z niemal wszystkimi europejskimi instytucjami podobnie, wszelkie możliwe autorytety mają rozpisane kwestie na najbliższe miesiące, a tu tymczasem ma zostać ogłoszony koniec owego przedstawienia? Żeby co? Kukiz z Czarzastym założyli nowy liberalny projekt, który za trzy i pół roku odzyska Sejm? Mowy nie ma.
        A zatem, jak mówię, odpowiedzi nie mam, mimo to jednak spróbuję coś tu w tym temacie zaproponować. Otóż, jak pewnie wszyscy pamiętamy, wielokrotnie się tu wspólnie zastanawialiśmy, jak to tak naprawdę z nimi jest: czy oni są cwani, czy głupi? Czasy się zmieniały, podobnie też nasze w tej sprawie podejrzenia, a ja sobie myślę, że chyba po raz pierwszy od roku 1990 mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że wreszcie pojawiła się polityczna siła, która doprowadziła się do upadku nie przez tragiczny brak sprytu, czy działanie obcych sił, ale przez czystą niczym nieskażoną głupotę. Uważam, że tu Platforma Obywatelska i to wszystko co tam pozostało po odejściu najpierw Tuska, a następnie Schetyny, okazała się jeszcze gorsza od niesławnej Ligi Polskich Rodzin z Romanem Giertychem na czele, że już nie wspomnę o biednym, świętej pamięci Lepperze. Oni oczywiście mieli pewne ciężkie deficyty, niemniej można znaleźć wiele momentów w ich działalności, kiedy wydawało się, że oni jednak kalkulują. Tu o jakiejkolwiek kalkulacji mowy być nie może. Tu nawet nie ma mowy o zwykłych odruchach. Czasem mam wrażenie, że niezależnie od tego, czy przed sobą postawimy Borysa Budkę, Radka Sikorskiego, czy samego Leszka Balcerowicza z Moniką Olejnik i zrzucimy im na łby worki z najwyższej jakości koronawirusem, jedyne co oni zrobią, by się ratować, to zacisną zęby i starannie zakryją je maseczkami ze wspomnianym ledwie co wczoraj napisem „Jebać PiS” i tak już zostaną.



     

wtorek, 26 maja 2020

W jakich maseczkach będą chodzić w dniu wyborów obrońcy Konstytucji?


        Wczoraj, po tym jak dla zilustrowania wczorajszej notki wrzuciłem zdjęcie mocnego męskiego ramienia z wykaligrafowanym hasłem „Jebać PiS”, któryś z czytelników poinformował mnie, że artysta estradowy Nergal pokazał się niedawno z antywirusową maseczką z identycznym napisem. Ponieważ informacja ta mnie zaciekawiła, zajrzałem sobie do Internetu i okazało się, że nie tylko Nergal, ale w ogóle maseczki z tą treścią zyskały pewną popularność, handluje nimi znany nam wszystkim obywatel Stonoga, natomiast reklamą zajęło się równie znane pismo „Najwyższy Czas”. Oczywiście, od razu zacząłem się zastanawiać, co by się stało, gdyby ktoś uruchomił sprzedaż maseczek z napisem „Jebać Platformę”, tygodnik „Sieci” uruchomił by jej sprzedaż, a piosenkarz Zenek zacząłby się w niej prowadzać, no i naturalnie doszedłem do przekonania, że byśmy mieli temat i to nie byle jaki. Tak się jednak nie stało, co nie zmienia faktu, że pojawiło się kilka innych tematów i ja chciałem dziś o nich.
      Oto, jak już wszyscy wiemy, prezydent Duda z nazwisk pięciu kandydatów na stanowisko Pierwszego Prezesa Sądu Najwyższego wybrał jedno i w tym momencie został oskarżony najpierw przez przewodniczącego Budkę, a następnie cały szereg innych przyjaciół Konstytucji, o jej złamanie. W tej samej niemal chwili przewodniczący Lech Wałęsa nazwał Prezydenta „skurwysynem”, a na koniec głos zabrało zacne prawnicze grono o nazwie Ordo Iuris i wszystkie dotychczasowe wypowiedzi polityków zatwierdziło swoim podpisem.
      Jednocześnie, jak donoszą dziennikarskie plotki, w środowisku Platformy Obywatelskiej pojawił się plan, by jednak kandydatem na w wyborach prezydenckich była w dalszym ciągu Kidawa Błońska i to mimo tego, że po tym jak Rafał Trzaskowski zapewnił, że po tym jak zostanie prezydentem, osobiście zakopie rozpoczęty przez jebany PiS przekop Mierzei swojego poparcia dla tej kandydatury udzielili Zieloni. Dlaczego tak? Tego biały człowiek nie zrozumie, ani zrozumieć nie chce, no a poza tym wcale nie wiadomo, czy to jest w ogóle prawda, tyle że tam się w owym towarzystwie tak kotłuje, że oni sami już nie wiedzą, czego chcą.
       No i należy pamiętać, że w dalszym ciągu – jak najbardziej zgodnie z zasadami zapisanymi w tak zwanej OTUA – poseł Sławomir Nitras nie oglądając się na nic, jeździ z Trzaskowskim po kraju i zbiera podpisy pod kandydaturą swojego wymarzonego kandydata, licząc na to, że w momencie gdy marszałek Witek ogłosi datę wyborów, będzie mógł z dumą przesłać do PKW 100 tysięcy peseli. Inna sprawa, że podczas gdy Nitras z Trzaskowskim owe podpisy zbierają, poseł PSL-u, a jednocześnie wicemarszałek Senatu Michał Kamiński publicznie ogłosił, że o wyborach w czerwcu mowy być nie może, ponieważ kadencja prezydenta Dudy upłynęła 23 maja i najbliższy możliwy termin to październik.
      A ja sobie tak siedzę tu, piszę ten króciutki tekst i myślę sobie, że to dopiero będzie figiel, jeśli Senat jednak zaklepie sejmową uchwałę, plotki na temat powrotu Kidawy okażą się tylko plotkami, marszałek Witek ogłosi termin wyborów, a Państwowa Komisja Wyborcza przedstawi oficjalny, nowy wzór formularza do zbierania podpisów na kandydata Trzaskowskiego i wtedy już im naprawdę pozostaną tylko te maseczki Stonogi.




     

poniedziałek, 25 maja 2020

Bad vibrations positive


       Powiem zupełnie szczerze, że wcale nie jestem przekonany, czy zamieszczanie tego tekstu ma dziś jakikolwiek sens, z tego względu, że z pewnego punktu widzenia to jest dokładnie to samo, co pisanie o tym, że wczoraj była niedziela, a jutro nadejdzie kolejny wtorek. A jednak, jak widzimy wszyscy bardzo wyraźnie, przełamałem się i po raz nie wiem który, mam zamiar powiedzieć parę słów, wydawałoby się oczywistych, a jednak, jak wszyscy za chwilę zobaczymy, oczywistych nie do końca. Proszę mi jednak pozwolić bym zaczął od dość świeżego wspomnienia. Oto na Twitterze pojawił się niedawno link do tekstu z „Rzeczpospolitej”, którego autor, powołując się na wyniki jakichś badań przeprowadzonych przez socjologów z Uniwersytetu Warszawskiego, informuje otwartym zupełnie tekstem, że gdy chodzi o tak zwany polityczny hejt, wbrew powszechnym wyobrażeniom, on przychodzi głównie od osób wykształconych i z dużych miast. Wedle owych badań, jeśli spojrzeć na mapę owego hejtu, za nim stoją przede wszystkim zwolennicy dzisiejszej opozycji, a więc ludzie o których można powiedzieć naprawdę wiele, ale na pewno nie to, że są Januszami spod Rzeszowa.
       Ponieważ ów tekst wydał mi się interesujący, postanowiłem go podać dalej, no i w odpowiedzi pojawił się komentarz pewnego mojego dawnego kumpla – człowieka jak najbardziej wykształconego z dużego miasta – dziś człowieka politycznie, ale też siłą rzeczy i towarzysko, nie chcącego mieć ze mną nic wspólnego, o mniej więcej takiej treści:
        Wypierdalaj do Rosji”.
        Najpierw oczywiście na ów komunikat się ucieszyłem, widząc jak on idealnie wręcz potwierdza celność badań przeprowadzonych przez warszawskich socjologów, a następnie, w ferworze bieżących wydarzeń, o nim skutecznie zapomniałem. I oto wczoraj właśnie na tym samym Twitterze pojawiło się zdjęcie Jarosława Kaczyńskiego, tym razem z zaciśniętymi zębami, plus tytuł: „Policyjna pała nauczy was mnie kochać”, a pod spodem szereg komentarzy. Pozwolę sobie ich treść zacytować:
       I tyle w temacie gnido zajebana szmato śmierdzący stary zjebany dziadu cuchnący moczem stary zjebie”;
       Pierdolisz. Pałą to ty oberwiesz po starym grzbiecie i to niedługo. Będzie bolało oj będzie bolało”;
       W dupę sę tę pałę wsadź”;
      Nienawidzę cię ty Pojebie genetyczny już dosyć tego skurwysynu już tyle złego zrobiłeś że powinieneś z tą całą PISOWSKĄ MAFIĄ skurywsynu gnić na dożywocie w pierdlu mendo zajebana”;
     Jakbym dostała od Rydzyka skurwysyna 1000000000000000 euro to i  tak na tego Kaczora pojeba nie zagłosuję
    ... i tak dalej, i tak dalej, w tej samej poetyce i na podobnym poziomie emocji.
     Przyznaję, że nazwiska autorów usunąłem, żeby ten tekst nam się lepiej ułożył,  natomiast zapewniam, że za tym słowem stoją autentyczni ludzie i autentyczne twarze. I jeśli rzucimy okiem na poszczególne profile, możemy mieć pewność, że to nie są tweety wysyłane do nas ze wspomnianej wcześniej przez mojego byłego kolegę Rosji. Ktoś jednak w tym momencie powie, że ja się niepotrzebnie tak unoszę, bo powinienem wziąć pod uwagę, że autorami owych komentarzy są ludzie, którzy nie dość że znajdują się po stronie przegranej, to jeszcze szanse na odzyskanie gruntu mają nadzwyczaj małe, i można im dać prawo do nawet przesadnego wzburzenia. W końcu kiedy Prawo i Sprawiedliwość tkwiło w ośmioletniej opozycji, a niepodzielną władzę w Polsce sprawowała Platforma Obywatelska z prezydentem Komorowskim, to można było komentarzy takich jak wyżej w Sieci znaleźć naprawdę wiele. Otóż nie. Kiedy przez osiem lat rządziła Platforma Obywatelska i owe rządy – zresztą wedle samych zapowiedzi jej liderów –  miały być wieczne, po stronie opozycyjnej, owszem, zdarzały się naprawdę ciężkie złośliwości, natomiast osobiście ani razu nie udało mi się trafić na wypowiedź w rodzaju: „Nienawidzę cię, ty pojebie genetyczny. Już dosyć tego skurwysynu. Już tyle złego zrobiłeś że powinieneś z tą całą PEOWSKĄ MAFIĄ skurywsynu gnić na dożywocie w pierdlu. Mendo zajebana”.
       Powiem coś więcej. Gdyby wówczas, w roku 2008, czy 2013, w którymkolwiek miejscu Sieci pojawił się tego typu tekst, tyle że skierowany pod adresem Donalda Tuska, ja bym naprawdę bardzo poważnie się zaczął zastanawiać, czy przypadkiem nie wpadłem w złe towarzystwo. Lub – co jeszcze bardziej prawdopodobne – uznałbym że ów komentarz to zwykła prowokacja, bo z tego co zawsze było mi wiadomo, zwolennicy Prawa i Sprawiedliwości na ogół bardzo cierpliwie znoszą los swój oraz Ojczyzny i ten rodzaj szaleństwa ich zwyczajnie nie obejmuje.
       Dziś jednak, jak możemy zaobserwować osobiście, litości nie ma. Tu mamy do czynienia wyłącznie z obłędem, z którego jedyna droga prowadzi do kuchennego noża, kupionego na ruskim targu pistoletu, lub w najlepszym wypadku serii zbiorowych samobójstw.
        Po raz kolejny informuję, że nie jest dobrze.