niedziela, 19 października 2014

Czy smoleński wrak trafi do Ruskiej Budy?


W ten piękny niedzielny poranek przedstawiam kolejny felieton dla „Warszawskiej Gazety”. Życzę miłego czytania.


Jak doniosły media, czy sam pan prezydent Komorowski, czy może jego najbliżsi doradcy, a może jacyś poważniejsi specjaliści od animowania polityki na poziomie ogólnopolskim, postanowili, że w obliczu zbliżających się w przyszłym roku wyborów prezydenckich, dobrze by było poszerzyć elektorat i niezbyt wygórowaną ceną za to będzie postawienie w Warszawie pomnika pamięci tak zwanych „ofiar katastrofy w Smoleńsku”. W ślad za tym pomysłem poszły czyny i w Kancelarii Prezydenta wyprodukowano list, który rodziny ofiar rzekomo skierowały do Prezydenta po to, żeby on wysłuchał ich głosu i zgodził się objąć patronatem budowę pomnika. W tym samym niemal momencie inna komórka, odpowiedzialna już nie za moderowanie głosu ludu, ale bezpośrednio gestów Prezydenta, przekazała mediom informację, że Prezydent jest projektem życzliwie zainteresowany, a my już teraz tylko możemy czekać na dalszy rozwój wypadków.
Moim zdaniem, po tym gdy głos zabrały rodziny ofiar oraz najwyższa władza, przyszedł czas, by prezydent Gronkiewicz-Waltz zamówiła w CBOS-ie badanie odnośnie tego, co myślą Warszawiacy o pomyśle postawienia pomnika i by się okazało, że oto znacznie wzrósł odsetek obywateli twierdzących, że pomnik ofiarom się jednak należy. Po publikacji pierwszych wyników, telewizja TVN24 powinna rozpocząć akcję badania opinii już nie tyle publicznej, co przedstawiającej zdanie tak zwanych autorytetów. Na pierwszy ogień powinien pójść Daniel Olbrychski i jego wypowiedź:
Jako aktor, a więc ktoś szczególnie wrażliwy na ludzkie losy, a przy okazji Warszawiak z krwi i kości, od wielu lat cierpiałem przez brak pomnika ofiar Smoleńska, więc dziś bardzo się cieszę, że moje miasto będzie coraz piękniejsze”.
Za Olbrychskim przyjdzie muzyk Hołdys:
Zdaję sobie sprawę z tego, że przez żałosne medialne manipulacje, część moich fanów uważa, że ja prezydenta Kaczyńskiego nazwałem „chujem”, ale to nieprawda. Ja tak powiedziałem o Kaczorze, natomiast Prezydenta zawsze szanowałem, więc dziś uważam, że jemu się ten pomnik należy”.
Po Hołdysie nastąpi wypowiedz pisarza Kuczoka:
Jo godołech, co tyn Smolyńsk to tymat do rzici, ale dziś to jo bych już tak nie powiedzioł. Pomnik mo być”.
Monika Olejnik
Znałam i ceniłam prezydenta Kaczyńskiego, a zwłaszcza panią Marię. Bardzo się cieszę, że w Warszawie wreszcie stanie pomnik ofiar tego wypadku”.
Na sam koniec pojawi się z całą pewnością kardynał Nycz i przedstawi Warszawiakom, jak sprawę widzi sam Duch Święty:
Mija pięć lat, jak ów Krzyż na Krakowskim Przedmieściu zjednoczył nas wszystkich w Cierpieniu Jezusa Chrystusa. Módlmy się o to, by grzech nas nie zniewolił, by Boża Miłość pokonała nienawiść i pozwoliła nam wspólnie pracować dla dobra Polski. Oczywiście będę bardzo zadowolony, jeśli Pan Bóg pozwoli mi osobiście poświęcić nowopowstały pomnik”.
No i wtedy – jestem tego pewien – CBOS ponownie przepyta Warszawiaków i Pan Prezydent nie będzie już miał innego wyjścia, jak tylko objąć patronatem tę piękną ideę. Czyżby następny w kolejce był wrak?

Zapraszam wszystkich do księgarni pod adresem www.coryllus.pl i zachęcam do kupowania moich książek, w tym pierwszego tomu felietonów pod tytułem „O siedmiokilogramowym liściu i inne historie”. Już za chwilę ukaże się kolejny ich wybór, więc będzie jak znalazł. To już jest prawdopodobnie ostatni miesiąc, kiedy będę apelował o wsparcie dla tego bloga, jednak póki co jest tak, że wciąż bardzo tej pomocy potrzebujemy i bez niej do tego listopada nie dociągniemy. Bardzo proszę i dziękuję.

sobota, 18 października 2014

"Listen you fuckers!", czyli gdy nadchodzi zło

Myślę, że każdemu z nas przynajmniej raz w życiu zdarzyło się, że będąc świadkiem jakiegoś niewyobrażalnego zła, wyrzucił z siebie owo sakramentalne: „Zabiłbym s…syna”. Każdy kto zna mnie i te teksty wie, że ja akurat tego typu emocje traktuję jak chleb powszedni, jednak wczoraj przydarzyło mi się coś, co chyba po raz pierwszy w życiu wzbudziło we mnie uczucie, którym choćby najbardziej okrutne zabójstwo nie oddałoby sprawiedliwości. Mam na myśli uczucia, gdzie właściwie już nie pozostaje nic, jak tylko owo pragnienie, by spojrzeć w to zło, przyglądać się mu, kontemplować je tak długo aż ono zacznie wrzeszczeć o litość. I wtedy dopiero je zdusić jak karalucha.
Kiedy nieco wyżej użyłem określenia „po raz pierwszy w życiu”: chyba troszeczkę przeholowałem. Pierwszy bowiem raz w życiu miałem do czynienia z tego typu emocjami, kiedy usłyszałem o tych dwóch… no nie wiem, jak ich nazwać, którzy pewnego dnia zainteresowali się pewną dziewczyną, którą spotkali w pociągu i ją sterroryzowali do tego stopnia, że ona przez całą noc i dzień musiała im dostarczać rozrywki, a kiedy już się jej towarzystwem znudzili, to ją z tego pociągu wyrzucili i ona umarła. Przez te niekończące się godziny, oni wysiadali z jednego pociągu, wsiadali do następnego, z tamtego znów wysiadali i przesiadali się, by jechać dalej, wokół było pełno ludzi, a to biedne dziecko było tak przerażone, że nawet nie miało siły zwrócić się do nikogo o pomoc, no i w końcu zmarło wypadając z pędzącego pociągu. Pamiętam, że wtedy sobie pomyślałem, że ja bym tych dwóch ani nie chciał zabić, ani nawet w jakiś szczególny sposób dręczyć, ale zwyczajnie ich zmusić, by siedzieli grzecznie dzień za dniem na jakiejś odpowiednio twardej ławce i znosili mój wzrok.
Też sobie przypominam ów szczególny rodzaj zła, który wywołuje w nas tak szczerą bezradność, że nie ma sposobu, by ją skutecznie zaspokoić, kiedy parę lat temu dotarła do nas informacja, że pewna Ala, czy Natalia z Łodzi wysłała do premiera Tuska list, w którym napisała, że siedem lat temu odszedł od nich ojciec, mama jest nauczycielką matematyki bez pracy, jest im bardzo ciężko i czy Premier nie mógłby coś zrobić, by mama dostała pracę. Na to urzędnik z Kancelarii napisał mniej więcej, jak następuje;
Szanowna Pani! Informujemy, że nie zajmujemy się pośredniczeniem w poszukiwaniu pracy. Z Pani problemem radzimy się zwrócić pod internetowym adresem www.praca…”, itd. itd.
I oto wczoraj pewien mój przyjaciel, człowiek, który już wielokrotnie pomógł mi tu na blogu, gdy było naprawdę ciężko – i nie mam tu tylko na myśli pomocy finansowej – przysłał mi link do artykułu z dziennika „Fakt”, z którego się dowiadujemy, że oto w Gdyni został rozbity gang zajmujący się sutenerstwem. Artykuł, jak przystało na „Fakt”, jest ilustrowany odpowiednimi zdjęciami, jednak to co najciekawsze można już sobie przeczytać:
Zmuszali do prostytucji, używali przemocy wobec wykorzystywanych kobiet, bogacili się na ich krzywdzie, a najwierniejszym tatuowali na ciele m.in. takie napisy: ‘Własność Pawła’, ‘Wierna suka Leszka’, ‘Niewolnica Pana Olka’… Policja rozbiła gang 3 braci B. z gdyńskiego Witomina. Przez 4 lata na przestępczej działalności zarobili prawie 6 mln zł.
Do Sądu Rejonowego w Gdańsku trafił właśnie akt oskarżenia przeciwko gangsterom. Na ławie oskarżonych zasiądzie w sumie 21 osób, którym zarzucono m.in. czerpanie korzyści z prostytucji, handel narkotykami, nielegalne posiadanie broni i udział w zorganizowanej grupie przestępczej.
Założycielami gangu byli trzej bracia: 31-letni Aleksander B., 26-letni Leszek B. i 34-letni Paweł B. W kontrolowanych przez braci agencjach pracowało blisko 70 kobiet. Większość z nich była zmuszana do prostytucji. Były jednak też takie, które prawdopodobnie godziły się na współpracę z przestępcami. To właśnie na ciałach tych kobiet tatuowano m.in. takie napisy: ‘Własność Pawła’, ‘Wierna suka Leszka’, ‘Niewolnica Pana Olka’”.
Ponieważ „Fakt” to „Fakt”, wspomniane wcześniej zdjęcia są takie jak trzeba i wszystko potwierdzają w najdrobniejszych szczegółach tak by nikt z nas nie miał wątpliwości, że to się dzieje naprawdę.
Jak czytamy, oskarżonych w sprawie jest 21 osób, ale mnie najbardziej interesują ci trzej: Olek, Leszek i Paweł, a więc ci, którzy wykazali się taką fantazją by tym dziewczynom kazać wytatuować te właśnie teksty, z tą poetyką i z tym przesłaniem. No i ci, którzy widząc te swoje sześć baniek, rozkoszowali się zapewne myślą, że tak jak im, one nikomu się nie należą – przez ten ich szyk, ten bigiel, no i to przede wszystkim to poczucie humoru, zapisane w tych tatuażach.
I to jest właśnie ten moment, kiedy w obliczu takiego zła, ja już bym sobie życzył tylko jednego: żeby mi ich tu wszystkich dostarczyć, a ja już bym całą resztą się odpowiednio zajął. I wcale nie mam na myśli znanej nam ze słynnego filmu Tarantino „jesieni średniowiecza”. O nie – ja jestem człowiekiem wyjątkowo łagodnym. Ja bym chciał się tylko odpowiednio długo i dokładnie przyjrzeć. I zapewniam, że bym im przez ten czas dawał i jeść i pić i pozwalał spać. A kiedy by się budzili, widzieliby już tylko moje spojrzenie. I mam nadzieję, że ono by ich zabiło. A jeśli nie, to daję słowo, że tylko ich strata – Pawła, Leszka i Olka z Gdyni.
Ktoś się zapyta, dlaczego ja tych trzech aż tak nie lubię. Przecież takich jak oni, a nawet gorszych jest cała masa, a tu jeszcze mamy ten „Fakt”, a więc coś, co już na samym początku należy podzielić przez dziesięć. Przecież nie ma praktycznie dni, byśmy nie usłyszeli o jakichś zaćpanych durniach, którzy zatłukli swoje maleńkie dziecko na śmierć, czy o jakimś starym durniu, który regularnie gwałcił swoją maleńką wnuczkę, czy wreszcie o jakichś bałwanach w kapturach, którzy zadźgali nożem swojego kolegę lub koleżankę – w czym oni są od Olka, Leszka i Pawła lepsi? Otóż oni moim zdaniem od Olka, Leszka i Pawła lepsi w tym sensie, że każdy z nich padł jednak ofiarą czegoś, czego on ani nie wybierał, ani na co nie miał żadnego wpływu. I nawet jeśli uznamy, że ich w wymiarze jak najbardziej podstawowym nie usprawiedliwia nic, to jednak jest coś, co tu akurat ich znacznie przewyższa i przy czym oni naprawdę z tym swoim zgłupieniem nie maja nic do gadania. Jeśli chodzi o Leszka, Olka i Pawła, oni zamieszkują krąg najwyższy, lub, zależy jak na to spojrzymy, najniższy. Kiedy czytam zacytowany tekst z „Faktu” i oglądam te zdjęcia, które redaktorzy „Faktu” zapewne za ciężkie pieniądze kupili od któregoś z policjantów w Gdyni, nie mam najmniejszych wątpliwości, że ci trzej tworzą coś, co musimy nazwać złem ostatecznym. I nie ma najmniejszego znaczenia, że te dziewczyny być może były bardzo zadowolone, że Leszek, Olek i Paweł zażyczyli sobie, by każda z nich została otatuowana od dołu do góry tymi autografami, to nie one bowiem są tu oskarżone. Nie chodzi nawet o to, że oni w ogóle uruchomili ten tak bezwzględny i nieludzki biznes: świat w końcu stoi burdelami. Rzecz w tym, że tu przed sobą mamy ludzi, którzy to wszystko potraktowali aż tak osobiście; że oni doszli w tym swoim upadku do tego punktu, gdzie ani ich już nic nie tłumaczy, ani nikt ich w tym wyścigu nie wyprzedza. To jest ten punkt, gdzie ja na przykład już nic więcej nie chcę, jak spojrzeć im prosto w oczy i patrzeć tak długo, aż któryś z nich mi powie, bym go zabił.
Przedmowę do mojej nowej książki o Diable napisał samozwańczy duszpasterz tego bloga ksiądz Rafał Krakowiak i zechciał porównać mnie do bohatera filmu Scorsesego „Taxi Driver” Travisa. Powiem szczerze, że mam tu odczucia ambiwalentne, bo z jednej strony, ja się bardzo z tym co on czuje i jak te swoje uczucia przekłada na wymiar praktyczny, utożsamiam, ale z drugiej strony mam bardzo mocne podejrzenie, że Travis to zwyczajny wariat. Tu jednak, kiedy czytam doniesienia „Faktu” na temat Olka, Pawła i Leszka, trzech gdyńskich sutenerów, przypominam sobie scenę ze wspomnianego „Taksówkarza”, kiedy to Travis tłumaczy Iris, jakim to złym człowiekiem jest Sport i mówi, że on jest najgorszy, i w tym momencie, zamiast użyć jakiegoś pięknego literackiego porównania, by to zło opisać, zaplątuje się i już tylko bezradnie powtarza w kółko to słowo: „the worst”.
A ja sobie przypominam scenę znaczenie wcześniejszą, kiedy on, Travis, przygotowuje się do czegoś, czego jeszcze ani nie zna, ani tak naprawdę nie rozumie i mówi „Listen you fuckers! Here’s the man who couldn’t stand it…”. Otóż w tym momencie przyznaję rację Księdzu. Gdyby tak ich wszystkich, a więc i tego Pawła, Leszka i Olka zwyczajnie powystrzelać, świat – w tym świat naszej polityki – by się stał lepszy. Tyle że wcześniej trzeba by było im odpowiednio długo popatrzeć w oczy. Tak, byśmy już do końca wiedzieli, jak wygląda czyste zło.

Zapraszam wszystkich do kupowania moich książek, które są głównie do nabycia na stronie www.coryllus.pl. Zapewniam, że każda z nich jest trochę jak piwo Carlsberg, a więc „prawdopodobnie najlepszą literaturą na świecie”, a pewnie jeszcze bardziej bardziej, bo z tym Carlsbergiem akurat sprawa wcale nie jest taka oczywista. Bardzo proszę o wsparcie dla tego bloga. To już są ostatnie chwile, ale bardzo, bardzo nerwowe.

piątek, 17 października 2014

O ludziach z misją, o fałszowanych wyborach i o nas kundlach

O Macieju Pawlickim, człowieku od lat związanym przede wszystkim z polską branżą filmową, a ostatnio – zapewne głównie dzięki temu, że on okazał się nagle „nasz” – również dziennikarzu, pisałem tu dosłownie raz. Poszło o jego tekst, opublikowany jak najbardziej w tygodniku „W Sieci”, a poświęconym serii niewyjaśnionych samobójstw osób mniej lub bardziej związanych z badaniem przyczyn Katastrofy Smoleńskiej, a dokładnie o ostatni owego tekstu akapit. Pisze tam Pawlicki tak:
Czy my, mieszkańcy Priwiślańskiego Kraju, także gasimy światło, zamykamy okiennice, bo nie chcemy widzieć tego, co się wydarzy? Czy bezczynnie czekamy na śmierć Artura Wosztyla, by dostać za nią kolejne miesiące skundlonego spokoju, że Starsza Pani się nie gniewa?
Co mnie w zachowaniu Pawlickiego tak poruszyło? Wbrew pozorom, wcale nie to, że on zamiast normalnie użyć nazwy „Polska” zdecydował się na ów ruski żart w postaci „Priwiślańskiego Kraju”. Ja doskonale zdążyłem poznać stan umysłów tych ludzi, ich wrażliwość, poczucie humoru i zwykłą inteligencję, by się zatrzymywać nad tego typu bzdurami. Poszło o coś znacznie poważniejszego, a mianowicie o sposób, w jaki Pawlicki staje nad nami z batem i woła, byśmy się wzięli do roboty, bo Ojczyna w niebezpieczeństwie i w dodatku jeszcze nam grozi, że jeśli dalej będziemy się tak opieprzać, to on rozgłosi, że nie jesteśmy żadnymi Polakami, ale „kundlami”. Czy moim zdaniem nam się nie należą tego typu słowa? Tego nie powiedziałem. Ja sam na tym blogu wielokrotnie miałem okazję, i ją często bardzo bezpośrednio realizowałem, by wyrazić swoje pretensje o to, jak my się fatalnie prowadzimy wobec tego, co się w Polsce – a przecież już w tej chwili nie tylko w Polsce – dzieje. Rzecz jednak w tym, że to iż owe ciężkie słowa padają z ust kogoś takiego jak Pawlicki, a więc człowieka, który najpierw przez całe lata to co dziś przeżywamy budował, potem na to swoje dzieło bezczynnie patrzył, a teraz nagle struga ważniaka i nam mówi, że mamy walczyć, bo inaczej znów okażemy się niegodni, stanowi bezczelność najwyższej miary. Wystarczy przejrzeć dowolny numer tygodnika „W Sieci”, by zobaczyć, jak oni, a więc absolutnie pierwsza liga prawicowego dziennikarstwa, walczą; wystarczy rozejrzeć się wkoło i zobaczyć wymierne efekty tej walki; wystarczy spróbować znaleźć tam choćby jeden tekst, choćby jedną myśl, w jakikolwiek sposób zmieniającą tę nędzną rzeczywistość na lepsze; wystarczy to, by wiedzieć już na sto procent, że tam jest już tylko ciężka gnuśność i zimna obojętność. I na to przychodzi Pawlicki i zaczyna podnosić głos w naszą, nie w swoich kumpli z tygodnika i okolic, ale w naszą stronę, żebyśmy się wzięli za siebie, bo System zamorduje kolejnego człowieka. Oczywiście, jak to mamy robić, tego nam Pawlicki nie powie, raz że sam nie wie, a dwa, że jest tak pyszny w tym swoim przywództwie, że przecież nie będzie się zniżał do tego, by nas instruować.
I teraz się okazuje, że tak jak tam każdy odgrywa rozpisane role, a więc Mazurek z Zalewskim, Dorota Łosiewicz, Jan Pietrzak, ten jakiś Kiersun, Makowski, Fesusette, Makowiecki, a ostatnio już nawet Warzecha, robią jaja i kabaret, Karnowscy przeprowadzają wywiady z „naszymi”, cała kupa specjalistów od kultury na czele z wdową po Andrzeju Łapicki, Adamskim, Ladą i Ciesielskim, zajmują się reklamą i sprzedażą, a grupa mniej już ważnych nazwisk coś tam bredzi o polityce i społeczeństwie, Maciej Pawlicki jak się wydaje przyjął na siebie rolę tego, który rozdziela ogień i organizuje ruch. Ostatnio w artykule redakcyjnym wezwał nas do opamiętania prosto i po żołniersku postawionym pytaniem: „Czy pozwolimy sfałszować wybory?”
I tu znów mógłbym się zapytać, tak jak to zrobiłem poprzednim razem, czy Pawlicki mówi to do mnie, czy może do swoich kumpli redaktorów i artystów filmowców, lub zapewne osobiście mu znanych polityków. No bo jeśli do mnie, to przepraszam bardzo, ale wygląda na to, że on się już poczuł tak mocno, że się w tej bezczelności zwyczajnie zatracił. Czy on naprawdę właśnie uznał, że władza fałszuje wybory i postanowił w tej sprawie zorganizować pospolite ruszenie, by każdy z nas przy najbliższej okazji pędził do najbliższych komisji wyborczych z aparatem i robił zdjęcia protokołom, bo jak nie, to my już zawsze będziemy tymi „kundlami”? Przepraszam bardzo, ale czy on tam też z nami pójdzie, czy może akurat będzie zajęty czymś innym?
W lipcu 2010 roku, tuż po wyborach, w wyniku których prezydentem został ogłoszony Bronisław Komorowski, zamieściłem na swoim blogu tekst pod tytułem „O burych sukach na poważnie”, gdzie moim zdaniem od początku do końca wykazałem, że wybory te zostały sfałszowane. Pamiętam, że kiedy przedstawiłem swoje wyliczenia, rozgorzała bardzo gorąca debata, z której do dziś pamiętam słowa mojego kumpla Lemminga, który mi napisał, że jeśli rzeczywiście było tak, jak ja mówię, to jesteśmy ugotowani. Dlatego, że nawet taka zbrodnia jak smoleńska, może w końcu zostać wyjaśniona, a winni zostać ukarani, natomiast fałszowanie wyborów to jest coś, z czego już się nie wychodzi tak łatwo, bo to jest już tak zwany „game changer”, a więc coś, co można odwrócić już tylko drogą rewolucji. Zaznaczając, że on w moją teorię nie wierzy, napisał jeszcze coś takiego:
Dlaczego Jarosław Kaczyński milczy? Niczego nie sugeruje nawet? Nie domyślił się? Nie wie? Przecież musiał się domyślić, skoro Ty się domyśliłeś. Dlaczego kontynuuje działalność? Jeśli oszukano w tych, to będzie oszustwo w każdych następnych wyborach, PiS już nigdy nie wygra. To po co ta mobilizacja, mówienie o przyszłych kampaniach itd? Co to za System tak potężny, że umie sfałszować wyniki wyborów od połowy, a nie umie od początku ich kontrolować. Przecież można by od początku dać 53 na Pana Bronka i nikt by nie miał podejrzeń. Jak to jest, że oni są zarazem tacy wyrafinowani i tacy głupi?
Od tamtego czasu, jak wiemy, minęły już ponad cztery lata i dopiero bardzo niedawno zauważyłem, że problem fałszowania wyborów zaczął być podnoszony. Po tym jak ja napisałem swój tekst zapadła kompletna cisza. Dopiero po kilku miesiącach, zadzwoniła do mnie Ewa Stankiewicz i powiedziała, że Pospieszalski jej powiedział o moim tekście i czy ja bym jej mógł go przysłać, bo ona sama nie umie go znaleźć, a chciałaby go przeczytać. Po co jej on, nie powiedziała. Ja oczywiście jej ów tekst posłałem, a później jeszcze zadzwoniłem jeden raz czy drugi, ona już jednak ani nie odbierała telefonu, ani nie oddzwoniła. To wszystko. To był jedyny, że tak powiem, publiczny skutek moich refleksji, wówczas traktowanych przez wielu komentatorów, jak fikcja, a dziś powszechnie przyjmowany fakt.
Ktoś mi powie, że ja jednak muszę być strasznie zarozumiały, że oczekuję od mainstreamowych dziennikarzy, czy ważnych polityków, by czytali mojego bloga. Otóż nie. Ja od nich tego nie wymagam i co więcej tego się po nich nie spodziewam. Natomiast skoro się okazuje, że żaden z nich, w tym oczywiście sam Maciej Pawlicki wtedy, gdy jeszcze z tym można było próbować coś robić, nie dość że nie zauważyli tego przekrętu – przekrętu moim zdaniem całkowicie oczywistego, a dziś już potwierdzonego prawie oficjalnie, w tym przez samego Stefana Niesiołowskiego – to jeszcze nie znaleźli w swoim otoczeniu nikogo, kto by ich do jakiejkolwiek refleksji w tej kwestii zachęcił, to, bardzo przepraszam, ale nich się oni wszyscy ode mnie dziś odpieprzą.
Maciej Pawlicki w swoim tekście w tygodniku „W Sieci”, pisząc o tym, jak to głosy oddane przez zwolenników Prawa i Sprawiedliwości w ostatnich wyborach, zamiast trafić do urn, a następnie do PKW, trafiły do „czarnej dziury”. Owa czarna dziura tak się Pawlickiemu spodobała, że w jednym krótkim felietonie wspomina o niej aż trzy razy. A ja wciąż pamiętam argument, którego przed czterema laty tak bardzo naiwnie użył mój przyjaciel Lemming, pisząc jak to ja chyba coś źle sobie wyliczyłem z tymi głosami, bo skoro to takie proste, to czemu na to nie wpadł ani Jarosław Kaczyński , ani w ogóle nikt poza mną. Przecież skoro ja się domyśliłem, to on się też musiał domyślić. A więc czemu milczy? Przecież jeśli ja mam rację i doszło do fałszerstwa, to w następnych wyborach też będą fałszować i PiS już nigdy nie wygra. A skoro tak, to po co ta mobilizacja i mówienie o przyszłych kampaniach. No i przede wszystkim, skoro oni sa tacy potężnie, to czemu zaczęli fałszować dopiero od połowy, a nie zaczęli od samego początku? I jak to jest, że oni są zarazem tacy wyrafinowani i tacy głupi?
Jak mówię, od tamtych wyborów i od dnia, kiedy ja opublikowałem tamten przerażający w swojej wymowie tekst, minęło już ponad 5 lat. Kupa czasu. Nawet zdążyliśmy przez te lata zapomnieć o tym, że tam w tym smoleńskim lesie wciąż leżą te szczątki. I na to podnoszą łby nasi dziennikarze, patrzą nam prosto w oczy i tak potrząsając tymi łbami, mówią: „No dalej! Do roboty, wy kundle! Nie widzicie, że w tej waszej gnuśności ciągniecie ze sobą i nas?” Otóż nie. To nie my ich ciągniemy. To oni nas ciągną i to do dziury, przy której tamta wcale nie jest ani taka czarna, ani taka głęboka.
Przyznam, że z katowickim PiS-em i jego społeczną reprezentacją w postaci Klubu Gazety Polskiej mam kontakt sporadyczny, a ostatnio, z pewnych szczególnych powodów, już właściwie żaden. Jednak widząc, że oni tu wciąż w naszym parafialnym kościele urządzają spotkania z ciekawymi ludźmi, przełamię się i zgłoszę do nich, żeby może na kolejne spotkanie zaprosili Macieja Pawlickiego. No i zrobię wyjątek i się tam udam. I mu napluję do oka.

Zapraszam wszystkich na stronę www.coryllus.pl, gdzie są do kupienia wszystkie moje książki. Wszystkie, to znaczy bez tej ostatniej, gdzie swoją drogą tekst o burych sukach jest jak najbardziej. Ale to już niedługo. Polecam. No i bardzo prosze o wspieranie tego bloga. Przyznaję, że juz nie mam siły o to prosić, ale co mi pozostaje? Dziękuję.

czwartek, 16 października 2014

O tym, jak postanowiliśmy wygrać wybory z prof. Religą

Nie wiem, jaki los czeka tygodnik „W Sieci”, kiedy już Prawo i Sprawiedliwośc przejmie władzę, no i, jeśli zachowa swoją pozycję, jaki poziom będzie prezentowało, póki co jednak, z tego co obserwuję, oni przed nakreślonym przez mnie rozwojem sytuacji, a więc zwycięstwem PiS-u bronią się przysłowiowymi zębami i pazurami. I, powiem szczerze, to mnie nie dziwi. Przecież wystarczy spojrzeć na poziom owej publicystyki, by widzieć, że poza tym kabaretem, z którym mamy dziś do czynienia, już nic innego nie potrafią. I ja nie mam najmniejszej wątpliwości co do tego, że oni sami wiedzą to najlepiej.
Paradoksalnie, sytuacja w jakiej ja się znajduję jest bardzo podobna. Wyobraźmy sobie, że Jarosław Kaczyński zostaje premierem, z bezwzględną parlamentarną większością wspierającą rząd, któremu on przewodzi, a ja, co w tej sytuacji mam robić? Niszczyć ludzi, których on, Kaczyński, wyznaczył na ministrów, oraz całe to towarzystwo, które niewątpliwie będzie funkcjonowało, jako grupa medialnego wsparcia Rządu Wybawienia Narodowego, a tym samym wciąż się narażać na kolejne komplementy ze strony całej tej bandy złoczyńców, którzy po tylu latach wreszcie zostali odsunięci od władzy, a dziś zaczynają na nowo przebierać nogami, by ponownie dostać to, co zawsze uważali za swoje? A może ja wtedy zostanę jakim anarchistą i będę głosił tę jedną prawdę, że urzędy mają zostać zburzone, a władza powinna zostać przekazana ulicy? A może będę po prostu robił to co robię dziś, a więc stawał na środku tej ziemi i krzyczał wzorem Travisa z filmu „Taxi Driver”: „Listen you fuckers, you screwheads!” Może tak. A zatem trzeba uznać, że ja tu jednak jakieś pole manewru jeszcze mam. Z nimi jest znacznie gorzej.
Mimo że ostatnio wszyscyśmy tu w domu jakby stracili serce do regularnego kupowania tygodnika „W Sieci”, ostatnio się złamałem, i kiedy z zapowiedzi w portalu wpolityce.pl usłyszałem, że oni trafili na jakieś stare komentarze Ewy Kopacz, która w rzekomo okropnie brutalny sposób niszczyła dziś już nieżyjącego Zbigniewa Religę i że owe rewelacje są do tego stopnia rewelacyjne, że postanowiono z nich zrobić okładkowy temat numeru, ruszyłem do kiosku z gazetami i dałem im te 5,90. No i faktycznie, sama już okładka krzyczy wielkim, kolorowym fotoszopem, na którym z jednej strony widzimy dobroduszną twarz Profesora, a z drugiej tego belfegora z wyeksponowaną sztuczną szczęką i groźnie uniesionym zaczerwienionym pewnie od ciągłego obgryzania paluchem. No ale na to machnąłem ręką: w końcu, jak to dziś ładnie zauważył Coryllus, mamy już tylko „prawdę czasu i prawdę sprzedaży”, a mnie przecież interesuje samo mięso, a więc wybity wielkimi literami tytuł „Jak Ewa Kopacz niszczyła Religę”.
Zaglądam do środka i tekst faktycznie jest, poprzedzony nazwiskiem autorki Mai Narbutt i jeszcze piękniejszym niż na okładce Profesorem, a w nim normalna historia życia i kariery Zbigniewa Religi, od czasów, gdy on był jeszcze studentem i podejmował pierwsze decyzje co do swojej przyszłej specjalizacji, przez pierwszy przeszczep, po budowę tego swojego Centrum, no i aż po czasy ostatnie, kiedy to umierał jako minister zdrowia w rządzie Jarosława Kaczyńskiego. Żadnych rewelacji. Można by było nawet powiedzieć, że red. Narbutt pisząc swój reportaż zebrała różne informacje, które były dostępne przez te wszystkie lata na temat Profesora i zrobiła z nich syntezę na te trzy czy cztery strony. No może tylko bardziej niż inni zaakcentowała to, że Profesor był ciężkim cholerykiem i jako szef potrafił naprawdę dokuczyć. Jest na przykład historia – do której jeszcze w dalszej części tych refleksji powrócę – o tym, jak dziś słynny kardiochirurg Bochenek, wdowiec po zamordowanej w Smoleńsku Krystynie Bochenek, prosił Religę, wówczas jeszcze swojego szefa, by mu pozwolił pójść do szpitala do żony, która akurat rodziła, a ten go zrugał, że ma się nie opieprzać i brać do roboty, i wiedzieć, że kobiety sobie świetnie w takich sytuacjach radzą, bez pomocy rozhisteryzowanych mężów… no i go nigdzie oczywiście nie puścił. Poza tym jednak tam już nie ma nic.
No niemal nic. W końcu przecież tytuł z okładki zobowiązuje, prawda. Oto faktycznie okazuje się, że Ewa Kopacz Religi bardzo nie lubiła i go notorycznie gnoiła. Pisze Narbutt;
Był przez Kopacz faulowany i atakowany w sposób chamski, trudno użyć innego słowa. Używała argumentów ad personam, obrzydliwych i zupełnie nietrafionych.[…] Niechęć Kopacz do Religi wykraczała nawet poza poetykę walki politycznej. Można było odnieść wrażenie, że odreagowywała jakieś kompleksy”.
Może jakieś przykłady? Wypadałoby przecież, pomyśli ktoś, podać teraz ów zestaw chamskich fauli, tak żeby wyborcy przy najbliższej okazji wiedzieli, co to za swołocz ta Platforma. Otóż proszę sobie wyobrazić, że mamy tylko jeden cytat, jak to Ewa Kopacz któregoś dnia określiła Zbigniewa Religę mianem „jednego z najbardziej leniwych ministrów”. I to wszystko. Tam nie ma nic więcej. Ja oczywiście pamiętam, jak ona to powiedziała i pamiętam pewne oburzenie, jakie te słowa wywołały głównie jednak nie przez to, że ponieważ każdy znał Religę, jako autentycznego pracoholika, Kopacz najzwyczajniej w świecie mogła się tu zamknąć, ale przez to, że już wtedy mówiło się, że on jest chory, więc siłą rzeczy może robić wrażenie mało aktywnego. No ale, przepraszam, bardzo, czy to faktycznie już było wszystko? Kopacz ogłosiła, że jako minister Religa się obija i to jest powodem robienia przez tygodnik „W Sieci” tematem swojego numeru chamstwo Kopacz? Pisze red. Narbutt, że kiedy Religa posłyszał, jak Kopacz nazwała go leniem, „był wstrząśnięty” i skarżył się współpracownikom, że on by łatwiej zniósł, gdyby ona nazwała go „bandytą, pijakiem, łapownikiem”, a ja rozumiem, że podobnie redakcja „W Sieci” w takim wypadku na temat numeru wybrała już coś innego. Gdyby Kopacz powiedziała o Relidze, że to „bandyta, pijak i łapownik”, my byśmy jej to darowali. No ale leń?
Ja tu trochę sobie ironizuję, ale rzecz jest jak najbardziej poważna. Donald Tusk pojechał do Brukseli, System na stanowisko premiera powołał tę dziwną kobietę, Polska się sypie, Prezydent pisze do siebie listy z prośbą o objęcie patronatem budowy pomnika w ofiar Smoleńska, za pasem seria wyborów, które polska prawica planuje wygrać, a największy prawicowy tygodnik opinii publikuje wielki propagandowy tekst nie dość że dotyczący sprawy tak małej, że nawet przez mikroskop jej nie widać, to w całości zbudowany na niczym nie podpartych insynuacjach. Oczywiście my wszyscy raz że Kopacz znamy, a przede wszystkim dobrze pamiętamy najświeższą historię, więc jesteśmy w stanie natychmiast dostarczyć cały zestaw dowodów na to, jak Platforma Obywatelska i jej politycy – nie tylko Kopacz – profesora Religę traktowali. No ale rozumiem, że ten tekst redakcja tygodnika kieruje nie do nas najbardziej, ale do tych, których chciała do czegoś przekonać. Otóż rzecz w tym, że jeśli przekonała, to tylko do czegoś kompletnie niezamierzonego, a mianowicie do tego, że z tego Religi to tak naprawdę był kawał s…syna. Dlaczego? Już wyjaśniam.
Otóż ja już gdzieś, z relacji bliskich mi osób, wiem, jak najprawdopodobniej została odebrana informacja o tym, jak to Religa nie pozwolił Bochenkowi pójść do swojej właśnie rodzącej żony. Reakcja tu musi być jednoznaczna i opisałem ją w zakończeniu poprzedniego akapitu. Mamy tu zresztą jeszcze coś. Wszyscy wiemy, że Krystyna Bochenek, kobieta która wtedy rodziła i nie mogła się doczekać wsparcia ze strony męża, wiele lat później zginęła w Smoleńsku obok prezydenta Kaczyńskiego. No i wiemy też, że to była ta miła pani, która organizowała olimpiadę ortograficzną i wszyscy ją kochali. A biedny dr Bochenek do dziś pewnie pamięta, stojąc nad grobem swojej ukochanej żony, jak to kiedy ona im rodziła dziecko nie mógł przy niej być, bo Religa, wielki profesor i pasjonat swojej pracy, nie miał wystarczająco dużo serca. I nikt z tego nie będzie wiedział już nic, ani o Relidze, ani o Krystynie Bochenek, ani przede wszystkim może o dr Bochenku, o którym, jako o surowym szefie, ludzie, którzy go znają mają dziesiątki jeszcze bardziej ciekawych niż ta historii do opowiedzenia. Z kolejnej przedwyborczej zagrywki braci Karnowskich zostanie im tylko jedno: ta Kopacz wcale nie jest taka najgorsza, natomiast o Relidze warto by było pogadać.
Ja nie wiem, który to już raz stawiam to pytanie: czemu oni to robią? Czy oni przeprowadzili wcześniej jakieś badania wśród swoich czytelników i im wyszło, że to w większości są takie barany, że oni się nawet nie muszą bardziej starać, by każdy bez najmniejszych oporów ten ich kit łyknął i poprosił o więcej, czy może faktycznie jest tak, jak już raz zdarzyło mi się pomyśleć, że oni to robią wyłącznie po to, by PiS znów przegrał i by oni nie musieli zmieniać tego, co im tak dobrze od lat już służy? Faktem jest, że to co się dzieje na tak zwanym odcinku propagandy woła o pomstę do nieba. I to na szczęście z każdej strony. Dziś na przykład, idąc z psem na spacer, zobaczyłem wielki billboard reklamujący kandydata Platformy Obywatelskiej na prezydenta Katowic, na którym z jednej strony widać jakiego odpicowanego w garniak i rozchełstaną koszulę sutenera, a z drugiej napis: „Katowice. Miasto dla ludzi” i od razu sobie pomyślałem, że może nie jest tak źle. Tyle że co z tego, prawda?
Książka o Diable poszła do druku. Nasz ksiądz Rafał Krakowiak napisał do niej piękną i bardzo dla mnie uprzejmą przedmowę. Oto jej fragment:
Martin Scorsese w 1976 roku zrealizował film p.t. Taksówkarz (Taxi Driver). Przedstawił w nim historię Travisa (granego przez Roberta De Niro) – młodego, niezbyt bystrego weterana wojny w Wietnamie, który pracując jako nocny taksówkarz, zmuszony był obcować ze złem wypełzającym nocą w miasto. Travis komentował to następująco:Nocą wyłażą wszystkie zwierzęta. Kurwy, alfonsy, pedały, transwestyci, narkomani, dilerzy. Pewnego dnia spadnie prawdziwy deszcz i zmyje cały ten brud.
Travis chciał w jakiś sposób na to zło reagować, ale w swej prostocie nie wiedział jak. Sądził, że powinna się tym zająć władza, jakiś prezydent, czy ktoś w tym rodzaju, bo przecież nie można pozwolić, by zło się panoszyło. Złem, które najbardziej Travisa poruszyło, była sprawa Iris (granej przez Jodie Foster). Dziewczyna ta nie miała jeszcze 13 lat. Uciekła z domu i wpadła w łapy Sporta (Harvey Keitel), nowojorskiego alfonsa, który najpierw dziewczynkę w sobie rozkochał, a potem zrobił z niej prostytutkę. Jedna z najmocniejszych (i najbardziej obrzydliwych) scen w tym filmie to ta, gdy Sport z czułością przytula Iris i zapewniając o swej do niej miłości tańczy z nią przekonując, że to co dziewczynka robi na ulicy nie jest wcale złe. Chwilę potem Sport oferuje Iris klientom zapewniając, że mogą z nią zrobić co zechcą, oczywiście za wyjątkiem jakichś brutalniejszych akcji.
Travis nie mógł tego znieść. Ponieważ ci, od których oczekiwał działania byli bierni, a tzw. zwykłych ludzi to nie obchodziło, wziął sprawy w swoje ręce. Kupił broń, zrobił sobie na głowie irokeza, a potem zabił Sporta i jego pomagierów.
Ten film robi olbrzymie wrażenie, zwłaszcza jeśli zestawimy jego treść z naszymi polskimi historiami, a szczególnie tymi historiami, którym przyglądamy się poprzez twórczość Toyaha.
By to dobrze zrozumieć trzeba wreszcie wskazać (a czynię to z wielką niechęcią) na TegoKtóryNiePrzepuszczaŻadnejOkazji. Któż to jest? To ten, który (jak sama nazwa wskazuje) nie przepuszcza żadnej okazji – nie przepuszcza okazji by np. poszerzyć przestrzeń obecności zła.
Gdy spytamy Travisa gdzie jest zło, odpowie nam, że zło się ukrywa, ale nocą jest widoczne jak na dłoni w tych kurwach, alfonsach, ich klientach itd: Wychodzisz i czujesz ten smród. Wszędzie się unosi. Można dostać bólu głowy.
Gdy spytamy Osiejuka gdzie jest zło, odpowie nam, że „po Smoleńsku” zło już się nie ukrywa. Jeśli ktoś chce może je dostrzec w całej okazałości, bo zostało odkryte (albo samo się ujawniło). Zło skrywające się kiedyś pod osłoną nocy, dokonało agresji na światło dnia, potem na to co dla nas święte i drogie, a w końcu na nasze dusze.
TenKtóryNiePrzepuszczaŻadnejOkazji. Któż to jest? To ten, który (jak sama nazwa wskazuje) nie przepuszcza żadnej okazji – nie przepuszcza okazji by np. podeptać to co bezbronne i słabe.
Gdy spytamy Travisa co go wkurza, odpowie nam, że wkurza go Sport, bo wykorzystuje nieletnią. Wkurza go także Iris, bo jest frajerką: idzie z każdym degeneratem i śmieciem, i sprzedaje się za nic dla jakiegoś alfonsa, który czeka w korytarzu. I jeszcze uważa – pieprząc się z żulami i mordercami – że to fajne.
Gdy spytamy Osiejuka co go wkurza, odpowie nam, że wkurza go mniej więcej to samo co Travisa, tyle tylko, że „po Smoleńsku” nie chodzi już o jakąś Iris i jakiegoś Sporta, ale o wszystkich Polaków, bo TenKtóryNiePrzepuszczaŻadnejOkazji chce z nich wszystkich zrobić (bo jest okazja!) kurwy i alfonsów, a oni – nieszczęśni, zaczarowani lub zahipnotyzowani – albo tego nie widzą, albo uważają, że to fajne”.
Mnie jest oczywiście bardzo miło, że ksiądz Krakowiak, pasterz mojej duszy i przyjaciel, tak o mnie dobrze myśli, że kiedy czyta te teksty, to mu się przypomina film „Taxi Driver”, i nie ukrywam, że w tej jego diagnozie coś jest. Ja bym tu jednak chciał wrócić do myśli, która się już tu pojawiła wcześniej i dotyczy nieco innego fragmentu z tego filmu. Oto Travis staje na środku ubitej ziemi i woła „Listen you fuckers!” Ja wbrew pozorom wcale nie nawołuję do tego by strzelać. Wystarczy kazać im słuchać. No ale do tego trzeba mieć serce, a nie myśli skupione na tym, jak idzie sprzedaż.

A propos sprzedaży: idzie zupełnie dobrze. Zapraszam na stronę www.coryllus.pl. Na razie wciąż bez książki najnowszej, ale daję słowo, że jest w czym wybierać. Bardzo proszę o wspieranie tego bloga. jesteśmy w sytuacji tak dramatycznej, jak to dawno sie nam nie zdarzyło i musimy jeszcze przetrwać miesiąc.


środa, 15 października 2014

Andrzej Gelberg, czyli System przyprowadził smoka

Andrzej Gelberg, mimo że tak zwany człowiek Solidarności, i to jeszcze stosunkowo wczesnej, nigdy nie stanowił dla mnie materiału do jakichkolwiek refleksji. Jest więc rzeczą jak najbardziej zrozumiałą, że choćby teksty, które on z rzadka publikuje w Salonie24, omijają mnie szerokim łukiem, i to tak szerokim, że już znacznie bliżej mam do Ernesta Skalskiego, czy Kazimierza Wóycickiego, o których wiem przynajmniej tyle, że mnie wyprowadzą z równowagi i w ten sposób zainspirują do jakichś choćby w miarę interesującej refleksji. Gelberg bowiem to jest ktoś jeszcze mniej znaczący, niż Marian Krzaklewski. Czemu więc dziś nagle staje się on tematem mojej notki? Najprościej by było powiedzieć, że to przez to, że sobie wreszcie po tych wszystkich latach zasłużył, no ale to by nam niczego nie wyjaśniało. A zatem pozostaje nam już teraz tylko o owych zasługach coś opowiedzieć.
Otóż dwa dni temu na blogu Gelberga w Salonie24 pojawił się tekst, o którym powiedzieć, że kuriozalny, to dużo za mało. Mówimy bowiem o tekście, który, gdy idzie o historię tak zwanego „dziennikarstwa śledczego” stanowi wypadek zupełnie wyjątkowy, a to z dwóch względów. Po pierwsze, śledztwo, które rzekomo prowadzi Gelberg, zostało już dawno skutecznie zakończone, a po drugie, to, które on prowadzi faktycznie i dla którego tamto stanowi wyłącznie przykrywkę, jest oparte na najbardziej bezczelnych w swojej lichości kłamstwach.
Może krótko opowiem, o co chodzi. Otóż Gelberg, z powodów, których nie znamy i które tak naprawdę nie mają większego znaczenia, ni stąd ni z owąd postanowił opublikować na swoim blogu wspomnienie sprzed niemal już 25 lat, kiedy to rzekomo po raz pierwszy w życiu usłyszał o tym, jak pewna amerykańska fundacja praw człowieka, jeszcze w czasach ciemnego PRL-u postanowiła uhonorować Adama Michnika, Zbigniewa Bujaka i nieżyjącego już wtedy księdza Popiełuszkę, stosownymi dyplomami plus 40 tysiącami dolarów nagrody. Jak poinformowano wówczas Gelberga, całość nagrody zgarnęli Michnik i Bujak, a rodzina Księdza nie zobaczyła z tego oczywiście ani grosza. W tej sytuacji Gelberg, „wiosną roku 1991”, gdy, jak sam o sobie pisze, był zaledwie skromnym reporterem „Tygodnika Solidarność”, rozpoczął swoje prywatne śledztwo, które go najpierw zaprowadziło do ambasady Stanów Zjednoczonych, następnie do kościoła św. Stanisława Kostki, potem do ważnych, związanych z księdzem Popiełuszko osób, a wreszcie do samych rodziców zamordowanego księdza, którzy poprosili go o reprezentowanie ich interesów w dochodzeniu do prawdy. Wzmocniony owym życzeniem Gelberg, postanowił się skontaktować już osobiście z Michnikiem i Bujakiem, jednak sprawa stanęła na tym, że Michnik w ogóle z Gelbergiem o pieniądzach rozmawiać nie chciał, a Bujak zagroził mu, że Gelberga „zniszczy”. Koniec śledztwa.
Gelberg nie mówi nam, ile czasu upłynęło od owej „wiosny 1991”, kiedy on, jako prosty reporter „Tygodnika Śolidarność” powziął wiedzę na temat skradzionych rodzicom księdza Popiełuszko dolarów, ale sądzę, że to wszystko jednak trochę trwało. W każdym razie, po tym, jak Michnik i Bujak Gelberga potraktowali z typową dla siebie brutalnością, on, jak sam pisze, udał się do swojego szefa, wówczas naczelnego redaktora „Tygodnika Solidarność”, Jarosława Kaczyńskiego, przekazał mu co wie i zaproponował tekst, w którym on ten przekręt ujawni, a „Tygodnik” go opublikuje. No i, wciąż wedle relacji Gelberga, Kaczyński się stropił i powiedział, że on tego tekstu nie opublikuje, bo takie rewelacje uderzą w dobre imię Solidarności, a to nam nie jest potrzebne. Tak to właśnie podobno zachował się gdzieś w roku 1991 redaktor naczelny „Tygodnika Solidarność” Jarosław Kaczyński. I na tym się kończy tekst Andrzeja Gelberga opublikowany przez niego dwa dni temu na blogu w Salonie24.
Jestem pewien, że każdy z nas, który albo pamięta dobrze tamte czasy, albo przynajmniej potrafi i ma ochotę myśleć logicznie, zwróci uwagę na to, że to o czym pisze Gelberg gdy idzie o rolę w całej sprawie Jarosława Kaczyśskiego to stek czystych nonsensów. Przede wszystkim, przynajmniej od późnej jesieni roku 1990, a więc od dnia, kiedy Lech Wałęsa wygrał wybory prezydenckie, Jarosław Kaczyński, jako człowiek, który dostał zadanie budowania Wałęsie kancelarii, z „Tygodnikiem Solidarność” musiał siłą rzeczy mieć kontakt bardzo ograniczony. Kiedy natomiast został oficjalnie powołany na stanowisko szefa owej kancelarii, a więc już 22 grudnia 1990 roku, wydaje się logiczne, że niemal z automatu przestał być redaktorem naczelnym „Tygodnika”. W lutym 1991 roku nowym po Wałęsie szefem Związku zostaje Marian Krzaklewski, który na opuszczone przez Kaczyńskiego miejsce powołuje w kwietniu tego roku Andrzeja Gelberga właśnie, i to on przez następne dziesięć lat będzie „Tygodnikowi” szefował.
No i w tym momencie powstaje pytanie podstawowe: w jakiż to sposób wiosną, czy latem, czy w ogóle w roku 1991, Andrzej Gelberg mógł zwracać się do Jarosława Kaczyńskiego, jako do naczelnego „Tygodnika Solidarność”, o zgodę na publikacje wspomnianych „rewelacji”? Biorąc pod uwagę fakt, że do kwietnia redakcją prawdopodobnie rządził wicenaczelny, a od kwietnia sam Gelberg, a śledztwo w sprawie pieniędzy, których rodzice księdza Popiełuszki nie dostali, zaczęło się „wiosną 1991 roku”, Gelberg musiał sam ze sobą wykłócać się o tę publikację i sam sobie jej ostatecznie odmówił, a w dodatku przez kolejne 10 lat strach go tak obleciał, że już w ogóle ani mu w głowie było poruszanie owego ciężkiego tematu. I ta ostatnia kwestia pozostaje nadal bardzo istotna. Jeśli przyjmiemy – co oczywiście jest bardzo możliwe – że Gelbergowi pomyliły się lata i on myślał o wiośnie roku 1990, a nie 1991, to w końcu, skoro on się dziś tak bardzo oburza na Kaczyńskiego i jego niskie kunktatorstwo, co on sam zrobił przez całą dekadę, będąc szefem „Tygodnika”, żeby aferę ujawnić?
Ale to nawet nie jest dziś dla nas kwestią najważniejszą. Otóż wczoraj, kiedy na blogu Coryllusa pojawił się tekst informujący o sprawie Gelberga, Michnika, Bujaka, Księdza i amerykańskich pieniędzy, pod nim natychmiast pojawiła się cała kupa bardzo interesujących komentarzy, w których ich autorzy pokazali niezbicie, że sprawa owej amerykańskiej nagrody była bardzo szeroko omawiana jeszcze w latach 80-tych i choć wciąż jest o czym rozmawiać, to wszystko niemal zostało powiedziane już wtedy. A zatem, oczywiście możliwe jest, że Andrzej Gelberg, usłyszawszy od zaprzyjaźnionego księdza o skradzionych księdzu Popiełuszce amerykańskich pieniądzach, rzeczywiście nic nie wiedział, w dodatku nie wiedział też nic na temat szczegółów tamtego przekrętu do dziś, tyle że to chyba o nim świadczy jak najgorzej. No a jeszcze gorzej o nim świadczy to, że w tak głupi i prymitywny sposób próbuje w to wszystko wrobić Jarosława Kaczyńskiego.
No ale my powinniśmy mieć jednak więcej od Gelberga rozumu i zastanowić się przynajmniej, po ciężkie licho on w ogóle dziś postanowił na swoim blogu opublikować ten głupi i nikomu niepotrzebny tekst? Co mu kazało nagle obudzić się rano i pomyśleć, że on akurat teraz przypomni tamtą historię o Jarosławie Kaczyńskim i jego nikczemności? Otóż moim zdaniem poszło właśnie o Kaczyńskiego. Z jakiegoś powodu, czy to z powodu jakichś swoich osobistych kalkulacji, czy też na zwykłe polityczne zlecenie, Andrzej Gelberg postanowił skompromitować Jarosława Kaczyńskiego, a więc człowieka, który w sposób oczywisty wybiera się po podwójną wręcz polityczną władzę w Polsce.
A wszystko zaczęło się jeszcze właśnie w roku 1990, kiedy System widząc, że to co oni sobie tak inteligentnie zaplanowali z różnych względów może nie wypalić, w dodatku powstaje polityczna siła w postaci Porozumienia Centrum, która gotowa jest przejąć w Polsce władzę i to w sposób wyjątkowo skuteczny, najpierw podesłali Wałęsie owego Wachowskiego, a następnie uznali, że jeśli szefem Kancelarii uczyni się Jarosława Kaczyńskiego , a szefem Biura Bezpieczeństwa Narodowego, jego brata Lecha, w ten sposób obu się łatwo skorumpuje, a następnie zneutralizuje. Jednocześnie, szefem Związku, w miejsce Wałęsy, wstawiono Mariana Krzaklewskiego, ten redaktorem naczelnym dużego jeszcze w tamtym czasie „Tygodnika Solidarność” Andrzeja Gelberga, jeden z nich załatwił więc Związek, drugi Tygodnik, a same lata 90-te, których swoją drogą ja osobiście nie zapomnę tak jak Smoleńska, załatwiły nam już całą resztę… z jednym małym wyjątkiem: nie udało się rozwiązać problemu Jarosława Kaczyńskiego.
No i dziś, kiedy szczęśliwie Lech już nie żyje, natomiast ten drugi wciąż zadziera nosa, wzywają ponownie Gelberga i mu mówią: „Pamiętasz sprawę Michnika i Bujaka?” „Pamiętam”, odpowiada Gelberg. „Weź no, spróbuj w to wkręcić Kaczora?” „Ale jak?”, pyta Gelberg. „Sprytny jesteś, coś wymyślisz”, mówią ci co mówią...
No i Gelberg wymyślił.
A dla mnie pocieszające w tej całej – smutnej przecież jak jasna cholera historii – jest to, że wszystko wskazuje na to, że oni naprawdę już ledwo ciągną. Mam nadzieję, że się zarobią aż do zdechnięcia.

Wszystkich zainteresowanych tymi tekstami zapraszam na stronę www.coryllus.pl, gdzie można kupować moje książki. Szczerze polecam.Jednocześnie bardzo proszę o wspieranie tego bloga. To jest decydujący miesiąc. Od listopada powinno juz iść z górki. Ale dziś mamy dramat. Jeszcze raz bardzo proszę.

wtorek, 14 października 2014

O pewnym kryzysie i skutecznych sposobach ucieczki

Dziś bardzo krótko, przede wszystkim, żeby przeprosić wszystkich, którzy czekają na kolejne teksty za widoczne ostatnio zwolnienie tempa, no i się możliwie szczerze z niego wytłumaczyć. Otóż z przyczyn, których do końca nie potrafię rozgryźć, nasza finansowa sytuacja stała się tak dramatycznie napięta, że ja z jednej strony fizycznie nie jestem w stanie się zająć niczym więcej, jak walką o przetrwanie, a z drugiej psychicznie nie bardzo potrafię się zebrać do kupy, żeby przedstawić jakieś w miarę ciekawe refleksje na tematy ogólne.
Poza tym, zbliża się bardzo szybko termin przekazywania do druku kolejnego tomu moich felietonów, tym razem o paleniu licha, a ja z jednej strony czekam aż nasz ksiądz Don Paddington napisze obiecany na tę okazję wstęp, a z drugiej czytam na okrągło te teksty, szukając miejsc, które należy poprawić, z nadzieją, że tym razem może uda się doprowadzić do tego, by tych nieszczęsnych błędów tam zwyczajnie już nie było.
No i jest jeszcze coś. Otóż Piotr Bachurski poprosił mnie, bym oprócz felietonów dla „Warszawskiej Gazety”, pisał cotygodniowe teksty dla innego wydawanego przez niego tygodnika „Gazety Finansowej” cykl dużych tekstów o wielkich finansowych dynastiach i krążących na ich temat niekiedy bardzo fantastycznych teoriach. A ponieważ ta robota wymaga ode mnie znacznej pracy dodatkowej, pole manewru ograniczyłem sobie do minimum.
Zbliża się natomiast wspomniana premiera książki o Diable, dwa kolejne targi w Krakowie i w Katowicach, więc mam wielką nadzieję, że się odpowiednio pozbieram i będę mógł wrócić do dawnej formy. Póki co bardzo proszę czytac sobie to co przez ostatnie tygodnie pisałem niemal codziennie, ewentualnie starsze teksty, no i liczyć na to, że kto wie, czy już nie jutro, coś mądrego mi przyjdzie do głowy.
No i jako nagrodę dla tych najbardziej cierpliwych wklejam kawałek dużego tekstu na temat Arystotelesa Sokratesa Onassisa, którego całość będzie do czytania już za tydzień w „Gazecie Finansowej”. Fantastyczna historia:
No i tu pojawia się paradoks, bo oto z jednej strony, jak donoszą biografowie Onasisa, przez owe dwa lata Onasis z kompletnego nędzarza stał się autentycznym milionerem, a z drugiej, historycznym faktem jest to że przez wspomniane problemy z prawem, tytoniowy biznes Onasisa zbankrutował. A zatem, dzięki to jakim interesom, ledwo 20-letni Onasis został milionerem? I tu właśnie pojawia się teoria, że w rzeczywistości głównym interesem Onasisa w początkach jego kariery były narkotyki. A jeśli narkotyki, to sprawa robi się jeszcze bardziej ciekawa.
Jak znów podają różne niezależne źródła, rola Turcji w branży narkotykowej jest szczególna i nawet nie przez to, że – co znamy choćby z filmu ‘Ojciec Chrzestny’ i z postaci gangstera o pseudonimie ‘Turek’ – to przez Turcję właśnie bardzo często przerzucano narkotyki na Zachód, ale z uwagi na szereg tajnych masońskich i paramasońskich organizacji, które w Turcji właśnie miały czy to swoje siedziby, czy źródła. Rzecz w tym, że teren, który dziś określa się jako Turcję, przez wieki odgrywał ważną rolę w tak zwanych Tajnych Religiach. Przeróżne okultystyczne grupy w celu kreowania rzekomo religijnych wrażeń bardzo szeroko wykorzystywały działanie narkotyków. W średniowieczu, to jak najbardziej Turcy stanowili podstawowe przywództwo tajnego zakonu o nazwie Ḥashshāshīn (stąd zresztą pochodzi słowo ‘haszysz’), kontrolującego część Turcji i Libanu. Podobnie, to Turcy jak najbardziej tworzyli przywództwo Zakonu Iluminatów. To z Turcji wreszcie pochodziły niektóre najważniejsze postacie Wielkiego Orientu”.

Wszystkich zainteresowanych zapraszam do księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie wprawdzie baśni amerykańskiej Gabriela Maciejewskiego już prawie nie ma, natomiast wciąż dla wszystkich wystarczy choćby pierwszego zbioru moich felietonów pod intrygującym bardzo tytułem „O siedmiokilogramowym liściu i inne historie”. Dziś szczególnie mocno proszę o wspieranie tego bloga. Jak mówię, nie bardzo wiem, jak do tego doszło, ale jesteśmy pod samą bramką.

poniedziałek, 13 października 2014

Czego Kacprzak bał się powiedzieć, a dla mnie to pikuś

Siadając do pisania dzisiejszej notki, jestem w sytuacji bardzo niezgrabnej. A wszystko zaczęło się częściowo od tego, że nędza jaka nas ostatnio dopadła, mocno mnie przybiła w sensie intelektualnym, a więc i w twórczym, a trochę też od tego, że mimo weekendu, a w tym świętego dnia, który nam Dobry Bóg kazał święcić, zdecydowałem się wziąć za różnego rodzaju prace zarobkowe i to mi zjadło znaczną część soboty i niedzieli, no i nawet nie miałem chwili, by siąść i podzielić się jakimiś mniej lub bardziej interesującymi refleksjami. W dodatku jeszcze przyjechał do Katowic z dawna zapowiadaną wizytą pewien mój dawno nie widziany kumpel, co jak wiadomo z przyczyn zasadniczych załatwia cały boży wieczór, i pewnie bym tak bardzo nie narzekał, gdyby nie fakt, że zamiast normalnie, tak jak to zwykle bywa, udać się do knajpy i spędzić w niej miło czas jedząc, pijąc i gawędząc o tym, że świat się kończy i to tym razem już chyba na pewno i na dobre, kumpel pierwsze co zrobił, to zapytał, gdzie tu mają telewizor, bo jest mecz i tego przegapić nie można.
Dlaczego już na samym początku tej notki zaznaczyłem, że mam z tym dzisiejszym tekstem kłopot? Otóż mam go z tego powodu, że dokładnie to, co sam planowałem po tych dwóch dniach przerwy napisać – na szczęście nie jak napisać, ale zaledwie co – napisał bloger Marcin Kacprzak, a Administracja wrzuciła mu ten tekst na sam czubek pudła. Tekst o czym? O tym, że Marcin od kilku lat polską piłką nożną interesuje się w stopniu w najlepszym wypadku umiarkowanym, a wczoraj został zmuszony do tego, by z bandą idiotów emocjonować się meczem Polska – Niemcy, odbywającym się oczywiście na Stadionie Narodowym i naszych z trudem zdobytych plazmach.
I pewnie więc, ja bym już o tym nie pisał, zostawiając wszystko Kacprzakowi, ale ponieważ mam wrażenie, że są rzeczy, których Kacprzak nie napisał, a ja je w głowie wciąż mam, i wierzę, że one są warte uwagi, spróbuję się w tę dyskusję wbić na swój sposób.
Najpierw może powiem, dlaczego polska piłka nożna mnie od wielu, wielu lat nie zajmuje, a polska siatkówka na przykład już tak. Otóż chodzi o to, że nasi tak zwani kiedyś „chłopcy”, są dziś tak beznadziejni, jako projekt, idea i wreszcie jako drużyna, że tu w ogóle nie ma o czym mówić. Tak jak to już parokrotnie tu i ówdzie zostało powiedziane, nie da się bowiem stworzyć drużyny z grupy kompletnie obcych sobie piłkarzy, z których każdy swoje życie sportowca, karierę i powodzenie wiąże z czymś, co jeśli słowo „Polska” w ogóle bierze pod uwagę, to wyłącznie na zasadzie wspomnień z dzieciństwa. Słyszymy przecież tu i ówdzie, że każdy z nich jest tak zaaferowany swoim obecnym życiem, lub karierą, czy to gdzieś w Rosji, Anglii, Holandii, czy Niemczech, że kiedy przyjeżdża na zgrupowanie kadry, jeśli zdejmuje z uszu słuchawki, to wyłącznie podczas treningów, a jeśli się do któregoś z kolegów odzywa, to wyłącznie po to, by wrzasnąć: „Do mnie!”, albo „Strzelaj!”. A zatem, faktem jest, że Polska dziś nie ma piłkarskiej drużyny i nic nie wskazuje, by ją miała w najbliższym czasie mieć. A zatem, ja nie widzę też powodu, by polskiej piłce poświęcać swoje emocje. Owszem, bardzo kibicuję Lewandowskiemu, by został najlepszym piłkarzem Bundesligi, Szczęsnemu, by Anglicy uznali go za najlepszego bramkarza Premier League i żeby go na przykład kupił Liverppol, i bardzo się cieszę, kiedy słyszę, że piłkarz Milik jest podporą Ajaxu Amsterdam, natomiast, kiedy słyszę, że Polacy mają grać z Niemcami, czy Szkocją i bardzo liczą na to, że jakimś cudem po tych meczach awansują z 75 miejsca na 74, i z tej okazji premier Kopacz przyjmie ich u siebie w kancelarii, to, przepraszam bardzo, ale co mnie ta ich zabawa obchodzi? Dokładnie tyle samo, co wiadomość, że zespół Kombi ma podobno szansę na karierę w Ameryce.
No i wczoraj, zupełnie nieoczekiwanie, wbrew moim najgłębszym pragnieniom i nadziejom, udałem się do pubu Spencer w Katowicach, gdzie w towarzystwie bandy w większości już częściowo nawalonych kibiców i przy akompaniamencie nieustającego wrzasku, który uniemożliwiał choćby najbardziej podstawową rozmowę, zostałem zmuszony do oglądania tej żenady, a więc z jednej strony Niemców, którzy najwidoczniej w głębokim przekonaniu, że z palcem w nosie wlepią Polsce 10-0, grali tak głupio i chaotycznie, że już niemal od dziesiątej minuty widać było, że jeśli oni strzelą gola, to wyłącznie samobójczego, a z drugiej Polaków, którzy prawdopodobnie niesieni owym ogłuszającym gwizdem zebranych na Stadionie Narodowym i nieprzytomnych w tym swoim szaleństwie kibiców, jedyne co potrafili przez cały mecz zrobić, to wyprowadzić te dwie kontry i bezczelnemu szwabstwu pokazać, dokąd prowadzi głupia pewność siebie.
Siedziałem więc przez te dwie godziny w owym Spencerze, udając, że jestem bardzo podekscytowany tym co się dzieje i z każdą kolejna minutą ogarniał mnie coraz większy smutek. I to wcale nie dlatego, że Niemcy nie potrafili Polsce strzelić gola, czy dziesięć – co akurat miałoby w sobie przynajmniej tyle dobrego, że może byśmy wreszcie zobaczyli, że naród, który systematycznie, planowo i z gorejącym sercem, rezygnuje z poczucia dumy, nie zasługuje na nic lepszego, niż upokorzenie ze strony wrogów – ale ze względu na reakcję zgromadzonych polskich piłkarskich patriotów. I tu znów, nie chodzi o to, że oni przez ponad dwie godziny bez sensu darli mordy i cieszyli się z tego, że Niemcy nie potrafią Polsce strzelić bramki, ale że kiedy te trzy strzały przez cały mecz dały nam zwycięstwo, jeden z nich wrzasnął: „Mamy nową panią premier i proszę! Ale z nazwiskiem Kopacz musimy wygrywać!” I cała reszta zaczęła bić brawo.
I to jest dziś moja jedyna refleksja. Oto stan, w jakim się znaleźliśmy: z jednej strony świadomość, że jesteśmy w sposób oczywisty nie dość, że do dupy, to wręcz najgorsi, a z drugiej od czasu do czasu udaje nam się pokazać, że ta nasza dupowatość potrafi czynić niespodzianki i to nas bardzo, ale to bardzo satysfakcjonuje.
Przepraszam bardzo, ale skoro Niemcy nie dali rady, to ja bardzo proszę, żeby nam tę tępotę z głowy wybili Szkoci. Może być nawet 0-5.

Zapraszam wszystkich do księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie są wciąż jeszcze dostępne wszystkie moje książki, w tym kończący się nakład obu „toyahów” i chyba też już „listonosza”. Oczywiście stale też proszę o wspieranie tego bloga. Dziękuję.