poniedziałek, 27 czerwca 2016

Tomasz Terlikowski nas kocha

Myślę, że większość bardziej uważnych czytelników tego bloga zdążyła zauważyć, że moja cierpliwość do Tomasza Terlikowskiego wyczerpała się już jakiś czas temu i efektem tego jest już wyłącznie omijanie tego dziwnego człowieka szerokim łukiem. Osobiście zauważyłem u siebie ów stan podczas kwietniowych Warszawskich Targów Książki Historycznej, kiedy to nagle przed naszym stoiskiem pojawił się rzeczony Terlikowski, a ja zupełnie odruchowo, odwróciłem się do niego plecami i zacząłem nerwowo przestawiać książki na półce, w obawie, że on zauważy moją minę, zapyta co mi się stało i będzie nieszczęście. To wszystko oczywiście nie zmienia faktu, że od czasu do czasu tego Terlikowskiego usłyszę w telewizji, albo przeczytam jakąś wypowiedź i naturalnie czuję pokusę, by się odezwać, no ale jakoś sobie daję radę.
I oto dziś, prawdopodobnie przez to, że akurat przygotowuję kolejny felieton do „Warszawskiej Gazety” trochę w temacie, pomyślałem sobie, że się Terlikowskim jednak zajmę, mam nadzieję, że dla wspólnego dobra. Otóż, jak może już część z nas wie, przewodniczący Episkopatu Niemiec kardynał Reinhard Marx powiedział przy jakiejś okazji, że „katolicy winni są przeprosiny osobom homoseksualnym, ponieważ przyczynili się do ich marginalizacji”. Ja nie wiem akurat, czy to są dokładnie słowa Kardynała, ani tym bardziej nie znam kontekstu owej wypowiedzi, poza tym, że miała ona w jakiś sposób nawiązywać do masakry w Orlando, no ale to akurat jest mniej ważne. To co nas interesuje, to to, że kiedy papież Franciszek wracał do Rzymu z pielgrzymki do Armenii, poproszono go o komentarza do słów kardynała Marxa, a on powiedział, co następuje:
Kościół musi przeprosić za to, że nie zachowywał się wiele razy tak, jak powinien. Kiedy mówię „Kościół”, mam na myśli chrześcijan, ponieważ Kościół jest święty. Wszyscy jesteśmy grzesznikami. Wszyscy musimy przeprosić – odparł Franciszek. Jak tłumaczył, „Kościół powinien przeprosić nie tylko homoseksualistów, których obrażał, ale także biednych, wykorzystywane kobiety, a także każdego, którego nie obronił, kiedy mógł”.
Wedle doniesień mediów, Ojciec Święty podkreślił, że Katechizm jasno podkreśla, że nie należy nikogo dyskryminować, należy to respektować, duszpastersko temu towarzyszyć i zapytał: Jeśli jest gej, który ma dobrą wolę i szuka Boga, kim jesteśmy, żeby to oceniać?
Jak już wspomniałem przy okazji wypowiedzi kardynała Marxa, nie znam całości tej wypowiedzi, ani pełnego jej kontekstu, zdaję się całkowicie na doniesienia mediów, jednak przyjmuję każde z tych słów z pełnym spokojem. Natomiast nie czuję śladu spokoju, kiedy głos nagle zabiera nasz czołowy ekspert od spraw Wiary i Kościoła, Tomasz Terlikowski i mówi:
Chciałem tylko przypomnieć, że nie istnieje magisterium samolotowe. Nauczanie Kościoła w sprawie homoseksualizmu i osób homoseksualnych jest zupełnie jasne i się nie zmienia. Ono nas obowiązuje! W nauczaniu Kościoła jasno zapisano, że katolik ma obowiązek bronić małżeństwa i rodziny, odrzucać manipulowanie przy nich, potępiać grzech aktów homoseksualnych, które są obrazą Boga i otaczać miłością osoby homoseksualne. Miłość oznacza jednak także prawdę o grzechu i jego skutkach, także wiecznych.
Najprościej oczywiście byłoby mi skomentować wystąpienie Terlikowskiego, przypominając, że wedle niektórych doniesień, zabójca z Orlando sam był homoseksualistą i w jakiś przedziwny sposób to właśnie owa skaza wzbudziła w nim ten poziom nienawiści do homoseksualistów właśnie, że postanowił ich wszystkich wymordować, no ale sprawa jest zbyt poważna, by się ograniczać do tanich złośliwości. Rzecz bowiem w tym, że moim zdaniem papież Franciszek, mówiąc to co powiedział, zrobił dokładnie to, co zrobiłby na jego miejscu Jezus. Proszę spojrzeć, jaką mamy sytuację. Przychodzą do Franciszka dziennikarze, mrugają sprytnie oczkiem, cytują Marxa i pytają: „No i co powiesz na to, nauczycielu?” Jaki ma wybór Papież? Może oczywiście się dać wciągnąć w tę prowokację i powiedzieć, jak Terlikowski, że pedałów należy tępić. Kochać, ale tępić. Może też zrobić to, co – powtarzam, moim zdaniem zrobiłby, i często robił, Jezus – odejrzeć się owej zaczepce i wezwać do modlitwy i pokuty. Szczerze zachęcam do tej refleksji. Proszę przyjrzeć się Jezusowi i przypomnieć się, jak On reagował na tego typu zagadki, które stawiali przed nim faryzeusze i inni cwaniacy. On nigdy – z tego co pamiętam, nigdy – nie udzielał odpowiedzi ani prostych, a ni tym bardziej takich, jakich oni od Niego oczekiwali.
Tymczasem, co robi Terlikowski, a za nim, jak się obawiam, cała masa tak zwanych „prawdziwych katolików”? Po raz kolejny padają na kolana i modlą się o to, by ten cały Franciszek wreszcie abdykował i zrobił miejsce dla któregoś z „naszych”. I proszę zwrócić uwagę na ten syk – właśnie tak, syk! – jaki dochodzi z ust Terlikowskiego:
W nauczaniu Kościoła jasno zapisano, że katolik ma obowiązek bronić małżeństwa i rodziny, odrzucać manipulowanie przy nich, potępiać grzech aktów homoseksualnych, które są obrazą Boga i otaczać miłością osoby homoseksualne. Miłość oznacza jednak także prawdę o grzechu i jego skutkach, także wiecznych.
Proszę zwrócić uwagę na to „w nauczaniu Kościoła” Terlikowskiego. Przecież to jest dokładnie to, z czym do Jezusa przychodzili uczeni w Piśmie – „Napisano, że…”. A na to Jezus niezmiennie im odpowiadał: „A ja wam mówię…”. Albo jeszcze dobitniej – „Idź precz, Szatanie”.
Ponieważ ja tu jestem zaledwie skromnym blogerem, który nie ma nic za wyjątkiem owej odrobiny talentu i codziennych emocji, no a przez to wolno mu znacznie więcej, niż Terlikowskiemu, czy – że już nie wspomnę – papieżowi Franciszkowi, zwrócę się do Terlikowskiego tak, jak mi nakazuje serce: „Idź precz, Szatanie”.

Przypominam, że moje książki są do kupienia w księgarni na stronie www.coryllus.pl.




niedziela, 26 czerwca 2016

Pokochać miękki reżim

Przed nami mój najnowszy felieton z „Warszawskiej Gazety”. Myślę, że na te dni, które dziś przeżywamy, zupełnie w sam raz. Bardzo polecam.


Z pewną radością, ale i trwogą, muszę przyznać, że całkowicie podzielam wyrażane przez związane ze szczęśliwie już byłym reżimem media podejrzenia, że najpewniej najbliższe 20 lat to niepodzielne rządy PiS-u właśnie. Dlaczego? Otóż dlatego, że przede wszystkim, tak jak to kiedyś głupio wymyślił Donald Tusk – tyle, że tym razem już naprawdę – nie ma z kim przegrać, a co ważniejsze, przez minione 8 lat owej szczególnej okupacji Platforma Obywatelska, autentycznie wierząc w tamte słowa, stworzyła polityczny system bez szans na jakikolwiek rozwój. A więc, krótko mówiąc, oni polegli od broni, którą sami stworzyli.
Ktoś powie, że tak samo, jak Prawo i Sprawiedliwość przetrwało te ciężkie osiem lat w opozycji i wróciło do władzę z tarczą, również Platforma Obywatelska pod ponownym przywództwem Donalda Tuska może wygrać najbliższe wybory i ponownie przejąć rządy. Otóż tak nie będzie z tej prostej przyczyny, że o ile przez tamten czas zarówno PiS, jego przywództwo, a głównie jego elektorat, nawet nie drgnęły, tego wszystkiego, co tworzyło Platformę, dziś już praktycznie nie ma. To jest koniec tej pieśni i nowej nie będzie. Jedyne, co teoretycznie można sobie wyobrazić, to że w drodze jakiejś bardzo przebiegłej politycznej prowokacji – podobnej do tej, jaka miała miejsce w latach 2001-2003 i która doprowadziła do zastąpienia SLD przez Platformę – stworzy się zupełnie nową polityczną ofertę i się ją odpowiednio nadmucha. Jednak i to jest nie do wykonania. Dlaczego? Właśnie dlatego, że nad tymi, którzy mogliby to zrobić, Jarosław Kaczyński przejął pełną kontrolę. A bez wsparcia służb, ani Andrzej Olechowski, ani Aleksander Smolar, ani tym bardziej Adam Michnik nie są w stanie nic zrobić.
Przed nami więc owe długie lata systemu praktycznie jednopartyjnego i już tylko nadzieja, że Jarosław Kaczyński będzie żył wystarczająco długo, by o Polskę dbać . A jeśli ktoś nie wie, co konkretnie mam na myśli, przypomnę może dawną bardzo, bo z jesieni 2011 roku, wypowiedź wciąż mocno aktywnego komentatora spraw publicznych, Pawła Śpiewaka, która moim zdaniem doskonale zapowiedziała to, co mamy dziś, tyle że wówczas została bardzo niefortunnie i głupio skierowana na nieodpowiedni kurs i ścieżkę:
Jeśli PO wygra jesienne wybory, to ma wszystko: parlament, rząd, prezydenta, swój Trybunał Konstytucyjny, rzecznika praw obywatelskich, wkrótce IPN. Ma telewizje, radia, swoje media. Będą mieli pod kontrolą wszystko, łącznie ze sportem. Ale ja się tego nie boję. To byłby raczej miękki reżim. Dziennikarze będą się bali mocniej zaatakować Platformę, niezależni eksperci nie będą się tak wyrywać do krytykowania rządu, sędziowie będą brali pod uwagę to, co powie prezydent Komorowski. Wszyscy będą wiedzieć, że z nimi trzeba się liczyć. Ale da się to przeżyć…”.
Właśnie tak. Oni sami to sobie wymodlili i mają dziś jak na dłoni. Naszą rzeczą jest, by się nie dać naciągnąć na tanie pokusy.


Przypominam, że na youtubie, niemal z każdym kolejnym dniem, pojawiają się nowe filmowe relacje z niedawnych targów książki w Bytomiu https://www.youtube.com/watch?v=ivZR3NYDdm8. Dziś rozmowa z przeorem klasztoru Cystersów w Wąchocku, ojcem Wincentym Polkiem. Przy okazji zapraszam do księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie można kupować moje książki.

sobota, 25 czerwca 2016

Psychologia niewolnictwa, czyli korporacja nie zapomina

Jestem pewien, że część z nas wciąż pamięta, jak mocno ponad rok temu na tym blogu opublikowaliśmy tekst Gerarda Warcoka, wybitnego katowickiego psychologa i psychoterapeuty, a przy okazji mojego bliskiego kolegi, pod tytułem „Opór przed zmianą na lepsze, czyli o dziwnej miłości ludzi do władzy, która ich niszczy”. Do dziś uważam, że owa publikacja była wydarzeniem wręcz rewolucyjnym z paru powodów. Przede wszystkim, z tego co wiem, nigdy wcześniej owemu nieszczęściu, które Polskę dusiło przez poprzednie dziesięć lat, a i dziś niestety w wielu miejscach świetnie sobie radzi, nie poświęcono tak naprawdę jedynej refleksji, która mogłaby pomóc je skutecznie opisać i wyjaśnić, a więc ściśle psychologicznej. To po pierwsze. Drugi powód, dla którego uważam gest Warcoka za szczególny, to fakt, że on, decydując się na tę publikację, jednocześnie wystąpił przeciwko całemu środowisku, przez co, jak mi dziś powiedział, stracił zarówno pod względem towarzyskim, jak i zawodowym, i w konsekwencji oczywiście i finansowym. Opublikował bowiem Gerard Warcok swoją analizę, następnie zwrócił się do swoich znajomych psychologów z prośbą o opinię… i natrafił na ścianę. Jedynym efektem owego gestu było całkowite środowiskowe milczenie, a o tym, że oni ten tekst przeczytali, świadczyć może choćby to, o czym wspomniałem wcześniej – a więc bardzo wyraźny kryzys, określony przez to, co my tu nazywamy życiem i pracą. A ja mogę tylko powiedzieć, że być może mało kto tak jak ja potrafi zrozumieć wręcz fizyczną siłę tego typu reakcji. Każdy, kto śledzi losy tego bloga, doskonale wie, o czym mówię.
Ale jest jeszcze jeden efekt owej publikacji z marca zeszłego roku. Do czego zdążyliśmy się już odpowiednio przyzwyczaić, na tekst Warcoka, w sposób dla siebie bardzo charakterystyczny, zareagowały mainstreamowe media, i pokazały, że one też tak potrafią, tyle że głośniej. Otóż niedawno redakcja tygodnika „Uważam Rze” rozejrzała się dookoła, czy nie ma gdzieś jakiegoś psychiatry pisowca, znalazła prof. Łukasza Święcickiego, ordynatora Oddziału Chorób Afektywnych Instytutu Psychiatrii i Neurologii poprosiła go o rozmowę i jej wynik opublikowała pod tytułem „Symptomy obłędu udzielonego”. Dzięki odpowiedniej redakcyjnej manipulacji, rozmowa, mająca, w zamierzeniu przynajmniej, ambicje powtórzenia wszystkiego tego, co przed rokiem przedstawił tu u nas Gerard Warcok, sprowadziła się do stwierdzenia, że przeciwnicy PiS-u to banda wariatów. Tam nie ma śladu poważnej analizy, a zamiast niej dostajemy zwykłą publicystykę, którą oczywiście – co można było zresztą bez trudu przewidzieć – w odróżnieniu od opracowania Warcoka, natychmiast zaatakowano na wszystkich poziomach korporacji, i który to atak – również zgodnie z przewidywaniami – doprowadził do tego, że Święcicki złożył publiczną samokrytykę i za swoją nieroztropność wszystkich przeprosił.
Oryginalna praca Gerarda Warcoka sprzed roku pozostała bez jednego słowa komentarza.
Od paru dni w księgarni pod adresem www.coryllus.pl jest do kupienia ostatni, „polski” numer „Szkoły Nawigatorów” z pracą Gerarda Warcoka na temat psychologicznych aspektów owego szaleństwa, które rozpoczęło się jeszcze w roku 2005, a dziś triumfuje choćby podczas marszów Komitetu Obrony Demokracji. To jest lektura obowiązkowa. Moim zdaniem, nie mamy na dziś nic ważniejszego. Całym sercem zachęcam i trochę dla wspomnianej zachęty, ale również dla koniecznego uzupełnienia, przedstawiam fragment wspomnianego eseju, w nieco rozszerzonej wersji w stosunku do tego, co można przeczytać w kwartalniku:

Władza, która pozbawiona zostaje mocy władania, gdy grożą jej następne srogie utraty materialne i psychiczne, boryka się z własną bezsilnością. Zanika poczucie własnej atrakcyjności. Rośnie nienawiść i lęk. Ustąpienie miejsca młodszemu rodzeństwu jest dla dziecka dużym wyzwaniem. Uzmysłowienie sobie bycia zdetronizowanym i odcięcia od nieograniczonego dostępu do dóbr, które posiadało się na wyłączność, rodzi czasem nieznośną bezradność i złość.
Obroną przed upokarzającą impotencją staje się marzenie o omnipotencji oraz aktywna destrukcyjność i triumfalne poczucie siły. Iluzje wszechmocy wydają się być wiecznie żywym a śmiercionośnym lepem dla kolejnych rzesz oddanych budowniczych Wieży Babel. W poczuciu mocarności i pychy, na fundamencie psychicznej pustki i chaosu, destrukcyjna władza realizuje wizje nowoczłowieka, np. różne postacie radzieckiego – homo sovieticusa i (lub) nadczłowieka, multikulti czy „bolków”. Np. opiewany przez noblistkę, Wisławę Szymborską Lenin, to w jej oczach...„Nowego człowieczeństwa Adam”.
Na podłożu doznanych zranień i nieprzepracowanych problemów emocjonalnych oraz osobowościowych powstaje wzorzec destrukcyjnej męskości i kobiecości. Objawia się on agresywnym dążeniem do siły i dominacji bądź wrogą uległością. Uruchamia się dążenie do całkowitego zawładniecia fizycznego i psychicznego wybranym obiektem lub do totalnej bezwolności wobec niego. W skrajnie nasilonych przypadkach może dojśc do zabójstwa, a nawet kanibalizmu bądź do przyzwolenia na (samo)zniszczenie. W śmiertelnej anoreksji organizm pochłania sam siebie.
Gdy zanika czysta intuicja i koroduje „instynkt prawdy”, w wewnętrznym i zewnętrznym świecie człowieka rozpełzają się kłamstwa, np.: „katyńskie – smoleńskie”, "polskie nazistowskie obozy zagłady" i inne niezliczone, pozorujące obronę demokracji komitety. Gdy wycofuje się zdolność wnikliwego samodzielnego myślenia i przeżywania emocjonalnego, urywa się autentyczna łączność z własnym wnętrzem i z innymi ludźmi. Utrata kontroli nad swym „psychicznym cieniem” (H. C. Andersen „Cień”) wiedzie do klonowania niezliczonych wersji dr Jekyla i pana Hyde.
Brak pozytywnych doświadczeń emocjonalnych, szczególnie w najwcześniejszym okresie życia, oraz powtarzający się brak odzewu na naturalne potrzeby bliskości i bezpieczeństwa, wtłaczają człowieka w poczucie pustki, bezradności, beznadziei. Człowiek staje się bardziej zewnątrzsterowny i w dokonywanych wyborach podatny na psychomanipulacje. Niekiedy dochodzi do przywiązania się do odczuwania utrat. W takim stanie umysłu może uruchomić się popęd agresji i przemoc wobec siebie samego i (lub) świata zewnętrznego.


piątek, 24 czerwca 2016

"Wyborcza" organizuje freak show

„Gazety Wyborczej” nie czytam z tego przede wszystkim powodu, że nie chcę i nie potrzebuję, ale również przez to – i kto wie, czy to akurat nie jest czynnik decydujący – że to co oni dają w Internecie, jest zastrzeżone wyłącznie dla owej grupki wariatów, która jest gotowa za to płacić. Efekt jest taki, że ja o tym, czym oni się aktualnie zajmują, wiem wyłącznie albo z plotek, albo z różnego rodzaju znalezionych w Sieci polemik. Czy jednak gdyby to, co oni mają do powiedzenia, było dostępne za darmo, ja bym teksty z „Wyborczej” czytał? Otóż obawiam się, że przynajmniej niektóre z nich tak, a upewniło mnie w tym dzisiejsze wydarzenie. Z samego rana przyszła do mnie moja młodsza córka i poinformowała, że w „Wyborczej” właśnie ukazał się reportaż o tym, jak to zapijaczona, głupia i zgnuśniała Polska od momentu jak po wprowadzeniu programu 500+ poszła na garnuszek pisowskiej władzy, stacza się do poziomu w historii minionego 25-lecia nieznanego. Jakby tego było mało – jako prezent na Dzień Ojca – ona w sobie tylko znany sposób odblokowała mi to gówno i wygląda na to, że teraz już do śmierci będę mógł czytać wszystko co ludzie „Wyborczej” zażyczą sobie napisać. Co chcę i kiedy chcę.
Zaczęło się więc dziś od tekstu niejakiej Ewy Kalety pod tytułem „Wieś wydaje 500+. Kobiety szczęśliwsze są”, a ja od razu wyjaśnię, o co chodzi z tą szczęśliwością. Otóż jak już ta głupia, śmierdząca, roztyta krowa dostanie te swoje 500 stów, to za dwa złote kupi sobie szminkę i dzięki temu mąż jej nie bije. No i w ten oto sposób ona jest szczęśliwsza. Jeśli ktoś mi nie wierzy, proszę uprzejmie. Mamy to za darmo:
Panie sobie wybrały bluzeczki, takie na co dzień, inne z koronką, falbanką, bardzo różne, nawet kamizelki na jesień już kupują. Dzieciom też: buty do latania po dworze, na obcasiku małym do komunii kupowali. Ruszyło się, ruszyło, nie powiem. Nawet kosmetyki kupią, cienie do powiek, kredkę do oczu czarną. Szminki mam różowe, dwa odcienie. I te panie sobie też kosmetyk jakiś wybiorą. A szminka u mnie kosztuje 2 zł, cienie do powiek trzy kolory za 3 zł, podkład do twarzy za 5 zł, a kredka do oczu za 1,50. Wcześniej nie brały, powiem szczerze, myślałam, że tych szminek nikt nie kupi, bo tu wszyscy zapracowani, gdzie tam o szminkach myśleć. Ale teraz one psychicznie odprężone są, to i szminkę sobie kupią, podmalują się. Szczęśliwsze kobiety są. Byleby tylko skurczybyk w domu nie pił, to tu się zrobi inaczej”.
I teraz muszę coś powiedzieć, co może niektórym z nas spuści trochę tego powietrza, które, przyznaję, sam tam wpuściłem. Otóż zarówno wbrew pozorom, jak i temu, co można wyczytać z pojawiających się to tu to tam komentarzach, to nie jest wcale tak, jak byśmy chcieli. „Wyborcza” aż tak się nie odsłoniła. Ten reportaż jest znacznie bardziej zakłamany niż mogłoby się wydawać. Popatrzmy choćby na samo zakończenie tego reportażu, czyli na coś, co zawsze najbardziej podsumowuje całość, również całość intencji:
Bez względu na to, czy rodzina dostała 500+, czy nie, ludzie szukają pracy. Na pewno są spokojniejsi, czują się bezpieczniej, ale to ich motywuje do pracy. Widzę, że są mniej depresyjni, mniej smutni. U nas trudno kobietom znaleźć pracę, więc jak tylko coś się trafia, to panie są szczęśliwe i od razu biorą. […] Od 15 lat chodzę po domach, wiem, jak ludzie na wsi żyją. Niektórzy biednie, dzieci chleb z cukrem jedzą, żeby coś słodkiego pociamkać. A u innych jedzenie się marnuje. Ale wniosek mam jeden: ojcom tych pieniędzy nie dawać. Bo przepiją. Czy biedni, czy nawet bogatsi, każdy przepije. Taka mentalność, nic nie poradzisz. Pieniądze dawać matkom. Pilnować, żeby kobiety te pieniądze wydały. Od tego zależy, co się z tymi pieniędzmi stanie”.
I tak się to coś kończy. Tymi ojcami, tym cukrem i tym ciamkaniem. A ja bym chciał zwrócić naszą uwagę na owo ciamkanie właśnie. Pochyla się Kaleta nad Polską, przygląda się jej zaciekawionym okiem i myśli sobie: „No, no! Patrzcie państwo jak one ciamkają ten cukier. Czyż to nie urocze?” I teraz chodzi o to, że cały ten tekst jest właśnie taki. Oni z jednej strony przedstawiają Polskę, jaką znamy i którą ja opisuję od czasu do czasu tu na tym blogu, Polskę biedną, opuszczoną, zapomnianą przez polskie państwo; Polskę o której można powiedzieć rzeczy najgorsze, natomiast jednego nie wolno: śmiać się z niej, szydzić i nią gardzić. A to jest to, co akurat towarzystwo spod znaku Agory zawsze robiło najlepiej. Traktowało tych ludzi jak freaki.
I w ten sposób wróciliśmy do kwestii, którą poruszyłem w jednym z poprzednich moich tekstów, związanej właśnie z tymi wszystkimi dziwolągami, które w czasach już dawno minionych pokazywano za pieniądze w cyrkach. Otóż organizator i właściciel jednego z największych tego typu instytucji na świecie, P.T. Barnum, powiedział kiedyś: „Dusza człowieka, stworzona przez Boga, za którą Chrystus oddał życie, nie jest czymś, co można lekceważyć. Może ona zamieszkiwać ciało Chińczyka, Turka, Araba, czy Hotentota – wciąż jednak pozostaje nieśmiertelnym duchem”.
Gdy myślę o tekście z „Wyborczej”, o jej autorce, o całym tym towarzystwie, no i wreszcie o tym, jak oni widzą świat, nie mogę nie dojść do wniosku, że tam pewien postęp jednak da się zaobserwować. Oni tej ciamkającej cukier pani by już nie poddawali eutanazji. Niewykluczone nawet, że część z nich bierze pod uwagę możliwość, że jakąś tam duszę to ona jednak ma i że to jest naprawdę warte zadumy.
Już na sam koniec, tak żebyśmy do samego końca mieli pojęcie, o jakim sposobie myślenia tu sobie rozmawiamy, spójrzmy na ostatni już fragment tego tak naprawdę bardzo długiego tekstu:
Jedna z klientek przyznała, że od miesięcy patrzy na zestaw garnków, ale przykro jej było, bo wiedziała, że ich nie kupi. 118 zł kosztują. Od największego do najmniejszego stoją jeden w drugim, emaliowane, w kwiaty polne. Dopiero jak te pieniądze dostała, powiedziała, że sobie je kupi, bo jej się tak podobają. Teraz to się nawet przyzna, jak ciężko było żyć bez tego 500. Z podniesioną głową chodzi kobiecina”.
Właśnie tak. No a ja bym proponował, żeby tę Wandę, czy Irenę zaprosić do telewizyjnego programu „Fakty po Faktach”, no i żeby koniecznie rozmowę z nią przeprowadził nie kto inny, jak Justyna Pochanke. Śmiechu będzie co niemiara.

Gdyby ktoś jeszcze nie wiedział, na youtbubie pojawiają się systematycznie kolejne filmy z bytomskich targów książki. Proszę wpisywać w wyszukiwarce „bytom targi książki” i już. Polecam bardzo serdecznie. Przypominam, że w księgarni pod adresem www.coryllus.pl można kupować moje książki. Również zachęcam


czwartek, 23 czerwca 2016

Świnia ma talent, czyli Imperium atakuje

Zupełnie nie wiem, co mi strzeliło do głowy, by się w ogóle za to zabierać, ale tak się jakoś zdarzyło, że zacząłem sobie oglądać na youtubie najlepsze występy z amerykańskiego i brytyjskiego „Mam talent” – niedawno nawet wspomniałem o tym w mojej wymianie z posłem Prawa i Sprawiedliwości Dominikiem Tarczyńskim – i z każdym dniem jest tu ze mną coraz gorzej. Gorzej oczywiście nie w tym sensie, że muszę się nurzać w jakiejś ciężkiej żenadzie, ale wręcz odwrotnie – ja się autentycznie nie mogę od tego czegoś oderwać. I jeśli w tym momencie ktoś mi powie, że ten cały wymyślony i utrzymywany za ciężkie pieniądze przy życiu przez Brytyjskie Imperium telewizyjny show to prosta propagandowa ustawka i wszystkie te moje wzruszenia są funta kłaków warte, to ja mogę jedynie powiedzieć, że nawet jeśli tak jest – a nie widzę powodu, by nie było – to jest to ustawka dokładnie taka sama, jak brytyjskie, czy amerykańskie filmy, brytyjska, czy amerykańska muzyka, brytyjska czy amerykańska rozrywka, brytyjska czy amerykańska liga piłkarska, czy w ogóle brytyjski, czy amerykański pop. To jest pod każdym względem poziom tak nieprawdopodobnie wysoki, że ja osobiście nie widzę sposobu, by się od tego z wyższością odciąć. Świadomość, że są na świecie osoby tak nieprawdopodobnie utalentowane i że jest ich tak bardzo dużo, mnie zwyczajnie poraża.
Obejrzałem więc sobie paru fantastycznych iluzjonistów, kilkoro śpiewających dzieci i teraz, ile razy jestem na youtubie, muszę oglądać kolejnych i nie mam sposobu, by od nich uciec. To wszystko jest tak fantastyczne, tak bardzo zatykające dech w piersiach, tak często strasznie wzruszające, że osobiście jestem bezradny. Jeden z tych programów nosi nazwę „America’s Got Talent”, a drugi „Britain’s Got Talent” , ale jeśli ktoś myśli, że tam występują tylko Brytyjczycy i tylko Amerykanie, lub że tylko Brytyjczycy i tylko Amerykanie te programy wygrywają, jest w błędzie. Tak to nie działa. „America’s Got Talent” oraz „Britain’s Got Talent” to przedsięwzięcie obejmujące cały świat i tam możemy obejrzeć ludzi, którzy przyjechali z całego świata właśnie. A więc mamy Kanadyjczyka pokazującego sztuki magiczne, Ormianina połykającego noże, Węgrów z absolutnie wyjątkowym teatrem cieni, dwóch Norwegów z kartami, Rumuna układającego trzy kostki Rubika z zawiązanymi oczyma – wszystkich. Oni przyjeżdżają do tego Londynu i Nowego Jorku i na pytanie, dlaczego chcieli wystąpić akurat tu, odpowiadają niezmiennie: „Bo to jest pierwszy ‘Mam Talent’ na świecie”. No a ci, co ich słuchają, jeśli się im przyjrzymy z uwagą, to widzimy, że w swojej robocie też są najlepsi na świecie. Ta publiczność, ci jurorzy, ci ludzie pokazujący swoje umiejętności stanowią konglomerat wszystkiego co w owej kulturze popularnej zajmuje dziś miejsce najwyższe.
Polskiego „Mam Talent” nie oglądam od lat, przynajmniej od czasu, kiedy wystąpiło tam jakieś śpiewające dziecko, a Kuba Wojewódzki powiedział jej, że ona jest taka dobra, że powinna „spieprzać z tego kraju”. Ale też nie oglądam tego, bo zarówno to jury, ta publiczność, ale też niestety i sami wykonawcy budzą wyłącznie zażenowanie. I oto okazuje się, że przez te lata, sprawy potoczyły się bardzo szybko i dziś jesteśmy na poziomie, jakiego świat nie widział i pewnie długo nie zobaczy. Proszę mi pozwolić, bym wrócił na chwilę do „America’s Got Talent”. Otóż tam pojawił się magik, który pożyczył od jednej z jurorek telefon, zrobił sobie z nią selfie, następnie ten telefon na jej oczach „zgubił”, potem poprosił, by jej koleżanka z jury do niej zadzwoniła, następnie idąc śladem dzwonka, oboje odnaleźli telefon na sali zaszytyw jednym z foteli, poprosili panią, która tam siedziała, by wstała, rozkroili nożem ten fotel, no a na końcu wszystkim pokazali, że to jest dokładnie ten telefon, z tym selfie. Sztuczka jak sztuczka, jednak sposób, w jaki ona została zaprezentowana, cały otaczający ją profesjonalizm, każdy gest każdego z uczestników, to aktorstwo, moim zdaniem dorównywał… czy ja wiem – niech będzie, że najlepszym koncertom Led Zeppelin.
I oto nagle youtube mi podpowiada, że w polskim „Mam Talent” pojawił się jakiś absolutnie wyjątkowy iluzjonista i właśnie awansował do finału konkursu. Można obejrzeć jego występ w półfinale. Wchodzi na scenę chłopak udający pijanego. Całe jury włącznie z publicznością zarykują się od śmiechu. Chłopak wyciąga karty, następnie zataczając się i bełkocząc prosi Agnieszkę Chylińską, czy może tę druga, by wybrała sobie jakąś kartę, robi to tak sprytnie, że nawet dziecko by zauważyło, że on jej nie dał praktycznie żadnego wyboru, następnie zataczając się wraca na scenę, odwraca się tyłem do publiczności, coś tam robi, czego nikt z nas nie widzi, a następnie zaczyna sikać na podłogę. Kiedy kończy, kamera robi zbliżenie i okazuje się, że te jego siki stworzyły obraz karty, którą wybrała Chylińska, lub ta druga. Cała sala wrzeszczy, jury wstaje i bije brawo, a następnie pierwsza osoba w tym jury, czyli ten jakiś Egurrola, mówi, że to co on właśnie zobaczył to jest geniusz „kompletny”. Właśnie tak: „kompletny”. A numer z tym pijanym magikiem jest szczególnie dobry, bo taki „polski”.
Obejrzałem ten greps i już wtedy myślałem, że może coś o tym napiszę, no ale mi przeszło. I oto wczoraj znów trafiłem na zapowiedź występu w polskim „Mam Talent”, zatytułowany „Zobacz, co zrobiła świnia w polskim ‘Mam Talent’”. Zobaczyłem. Otóż świnia, proszę państwa się zesrała. Przyszedł człowiek ze świnią, chciał, żeby ona pokazywała sztuczki, no ale świnia się tak wystraszyła, że się tylko zesrała. Trzeba było nam widzieć jury i publiczność. Trzeba było nam widzieć tę Chylińską, tego Egurrolę i tę trzecią. Oni dostali takiego ataku śmiechu, że w pewnej chwili zacząłem patrzeć, czy Hołownia, który tam robi za mistrza ceremonii, nie będzie musiał wzywać lekarza. Człowiek ze świnią schodził zawstydzony ze sceny, ktoś z obsługi sprzątał to gówno, a ci trzej wraz z publicznością umierali ze śmiechu. Następnie kierownictwo programu wrzuciło ten filmik do Internetu, żeby świat zobaczył, jak to Polska też ma talent.
Trzeba już kończyć. Otóż pomysł ze świnią nie był oryginalny. Świnia pojawiła się już wcześniej w „America’s Got Talent”. Przyszedł z nią jakiś cowboy, na co dzień inżynier pracujący dla NASA, tyle że ona się nie zesrała, ale robiła różne sztuczki, w tym wciągnęła na maszt amerykańską flagę, a jury zamiast, jak polska świnia, posrać ze śmiechu, wstało i wszyscy, włącznie z inzynierem, położyli dłonie na piersi, no bo to wciąż i flaga i hymn, i te rzeczy. Ale to nie była jedyna różnica. Amerykańska świnia występowała na specjalnie rozłożonej macie, a nie, jak u nas, na gołej scenie. Ktoś powie, że oni mają większe budżety, a ja nawet nie mrugnę, bo to jest oczywiście fakt. Natomiast to co mi przyszło właśnie do głowy, to kwestia związana z tytułem tego programu. Otóż – pisaliśmy już tu o tym – większość tych talent shows nosi tytuł zawierający w sobie nazwę danego kraju, a więc „Hiszpania ma talent”, „Francuzi mają talent”, „Brazylia ma talent” i tak dalej. Polska jest tu wyjątkiem i my mamy ten talent skromnie, bez wymieniana nazwy Polski. Kiedy o tym pisałem po raz pierwszy, bardzo się oburzałem, że właściciel praw do tego programu, czyli ITI wstydził się Polski i dlatego, tu mamy tylko to „Mam talent”. Dziś się zastanawiam, czy tu przypadkiem nie była ukryta dobra intencja. Może Walter z kolegami od początku wiedzieli, że cały ten show jest nastawiony na to, by świat zapamiętał, że tak naprawdę to co się liczy, jest tam, a reszta to najwyżej posrana świnia, i kto wie, czy oni, mając już tę wiedzę, nie chcieli chronić naszej nazwy i naszych barw? Może to o to chodziło? A Wy, jak myślicie?

Gdyby ktoś jeszcze nie wiedział, na youtbubie pojawiają się systematycznie kolejne filmy z bytomskich targów książki. Proszę wpisywać w wyszukiwarce „bytom targi książki” i już. Polecam bardzo serdecznie. Przypominam, że w księgarni pod adresem www.coryllus.pl można kupować moje książki. Również zachęcam.

środa, 22 czerwca 2016

Kto się boi murzyna Bambo?

Ponieważ tekst o tym przeklętym Gotthard-Basistunnel strażnie mnie zużył, chciałbym dziś zaproponować tekst, który w tych dniach ukazuje się w wydawanym przez Piotra Bachurskiego magazynie „Tajna Historia”. Powinno być dobrze.

Na portalu internetowym tvn24.pl ukazał się niedawno temu wybitnie kuriozalny, mówiąc wprost, tekst, zatytułowany “Historia ludzkich zoo. Czarna karta europejskiej historii”, a poświęcony zjawisku, które jak wiele innych zjawisk tego świata, wraz z agresją tak zwanego postępu, przeminęło na zawsze, a kiedyś stanowiło jego wręcz naturalną część. Mam na myśli tak zwany z angielska „freak show”.
By pokrótce wyjaśnić w czym rzecz, powiem tylko, że tak jak dziś jeszcze gdzieniegdzie, a niestety już coraz rzadziej, udając się do cyrku możemy oglądać słonie, tygrysy, lwy, czy wielbłądy, tak kiedyś każde szanujące się widowisko cyrkowe musiało oferować występy wspomnianych freaków, czyli zwożonych z przeróżnych, często najbardziej egzotycznych stron świata, cuda ludzkiej natury, a więc karły, olbrzymy, owłosione kobiety, kobiety z brodą, mężczyźni z kobiecymi piersiami i tak dalej i tym podobne. Tak zwane freaki.
Dziennikarz portalu tvn24.pl pisze tak:
Znała trzy języki, była odważna i uzdolniona muzycznie. Jednak gdy na początku XIX wieku została sprowadzona do Londynu, ówczesnego centrum najpotężniejszego na świecie imperium, ‘cywilizowanych’ mieszkańców interesował tylko kształt jej przerośniętych pośladków i genitaliów. Pochodząca z południowej Afryki Saartjie Baartman, reklamowana jako ‘Hotentocka Wenus’, prezentowana była na podwyższeniu, w klatce. Na co dzień eleganccy i powściągliwi mieszkańcy Londynu płacili jednak za to, by móc przyjrzeć się z bliska jej nagiemu ciału, dotknąć niczym przedmiotu i obrzucić szyderczym śmiechem. Była w końcu eksponatem, dowodem na to, jak prymitywne są kolonizowane przez Brytyjczyków ludy, zapóźnioną ewolucyjnie przedstawicielką niższej rasy.
Saartjie Baartman nie była wyjątkiem. Tak samo jak ona, do Europy sprowadzane były początkowo dziesiątki, a potem tysiące rdzennych mieszkańców obu Ameryk, Azji, Afryki i Oceanii. Julia Pastrana została sprowadzona z Meksyku z powodu bujnego owłosienia całego ciała, braci Chang i Eng Bunker przywieziono z terenów dzisiejszej Tajlandii ze względu na ich zrośnięcie klatkami piersiowymi (miejscem ich pochodzenia był ówczesny Syjam, stąd wzięło się utrwalone obecnie określenie ‘bliźniacy syjamscy’), sparaliżowana i niewidoma Afroamerykanka Joice Heth obwożona zaś była jako domniemana 161-letnia mamka Jerzego Waszyngtona, współzałożyciela USA
”.
Pomijając fakt, że zarówno ta informacja, jak i cały tekst o „czarnej karcie europejskiej historii” jest pełen typowych dla współczesnego dziennikarstwa kłamstw, nieścisłości i prostej niekompetencji, z którymi nie mamy tu powodu ani polemizować, ani ich prostować, to co szczególnie irytuje, to owa polityczna poprawność, która w swoim ekstremalnym wydaniu, a tu mamy z tym właśnie typem do czynienia, prowadzi niektórych z nas do miejsca, gdzie jesteśmy gotowi każdego zamęczyć na śmierć, byleby tylko jeden z drugim zgodził się żyć wedle naszych chorych wyobrażeń.
Aby zrozumieć, na czym polega owe zbrodnicze wręcz, lewackie zmuszanie świata do akceptowania wydumanego gdzieś na uniwersytetach porządku, przyjrzyjmy się może wspomnianym w artykule braciom Bunker. Urodzili się 11 maja 1811 roku w Samutsongkram niedaleko Bangkoku, na terenie dzisiejszej Tajlandii, a wówczas w królestwie Syjamu, zrośnięci mostkami, tkankami chrząstnymi i miękkimi na odcinku 15 cm. Dziś oczywiście wystarczyłby niezbyt skomplikowany zabieg chirurgiczny, by chłopców rozdzielić, przy ówczesnym stanie medycyny jednak obaj do końca życia musieli pozostali złączeni. Inna sprawa, że to właśnie dzięki temu z naszego punktu widzenia nieszczęściu, żyli długo, szczęśliwie i w relatywnym bogactwie.
W roku 1829, kiedy mieli 18 lat, bracia zostali dostrzeżeni przez zamieszkałego w Bangkoku szkockiego kupca, Roberta Huntera, który pewnego dnia zobaczył ich, jak pływają, zachwycił się owym zjawiskiem, uznał Changa i Enga za doskonałą inwestycję, za wcale niemałe pieniądze kupił ich sobie od ich rodziców i zabrał do Europy, a następnie do Stanów. Bliźniacy byli pokazywani w cyrkach na obu półkulach, dzięki czemu zyskali niewyobrażalną wręcz sławę. Po wygaśnięciu kontraktu, po trzech latach pracy dla Huntera, w wieku zaledwie 21 lat, Chang i Eng podjęli działalność na własną rękę i od tego czasu wszystko już co zarobili, było ich. W roku 1839, jako osoby niezwykle zamożne, podczas wizyty w Wilkesboro w Północnej Karolinie, zachwycili się pięknem okolicy i zakupili dużą farmę w wiosce Traphill. Postanowiwszy prowadzić wygodne i spokojne życie, założyli dużą plantację, kupili niewolników i zaczęli organizować sobie przyszłość. Pod nowym już nazwiskiem, Bunker, jako naturalizowani Amerykanie, w roku 1843 poślubili dwie miejscowe dziewczyny. Żoną Changa została 20-letnia Adelaide Yates, natomiast wybranką Enga siostra Adelaide, o rok od niej młodsza, Sarah Anne. Dla obu małżeństw skonstruowano specjalne, czteroosobowe łóżko. Chang z Adelaie miał jedenaścioro dzieci, natomiast Sarah Engowi urodziła dziesiątkę. Po kilku latach wspólnego pożycia między siostrami doszło do ciężkiego konfliktu, w związku z czym obie rodziny przeprowadziły się do miejscowości White Plains, gdzie pobudowały osobne domy i życie małżeństw zostało zorganizowane w taki sposób, że Bunkerowie spędzali na zmianę trzy dni, to u jednej z kobiet, to u drugiej. Podczas Wojny Secesyjnej synowie Changa i Enga walczyli po stronie Konfederacji. W wyniku wojny bracia stracili znaczną część swego majątku i głównie po to, by zarobić na edukację młodszych dzieci, pod koniec życia zatrudnili się w wielkim cyrku słynnego Burnuma, jednak to co w ich życiu najwspanialsze mieli już za sobą. Należy jednak podkreślić, że przez całe życie, z uwagi na to, że byli ludźmi miłymi, porządnymi i uczciwymi, obaj cieszyli się powszechnym szacunkiem.
W roku 1870 Chang doznał ataku serca i od tego czasu jego zdrowie zaczęło się stopniowo pogarszać, co spowodowało też, że zaczął mocno pić i ostatecznie wpadł w alkoholizm. Eng jednak, mimo kłopotów ze zdrowiem brata, do końca zachował dobrą kondycję. Tuż przed swoją śmiercią, Chang wypadł z powozu i doznał ciężkich obrażeń, co prawdopodobnie doprowadziło go do ciężkie zapalenia oskrzeli. 17 stycznia 1874 roku, kiedy mężczyźni spali, Chang zmarł, a kiedy Eng się obudził i zobaczył, co się stało, krzyknął tylko: „To i ja umieram” i po trzech godzinach też odszedł. Wdowa po Engu, Sarah Ann zmarła w roku 1892, natomiast Adelaide żyła jeszcze wiele lat i umarła w roku 1917, dożywszy niemal stu lat.
Jak już wspomnieliśmy, bracia Bunker mieli razem 21 dzieci i dziś szacuje się, że ich rodzina przez lata liczyła ponad 1500 osób. Wielu potomków Bunkerów mieszka w okręgu Mount Airy i znani są z tego, że organizują regularne rodzinne spotkania. W lipcu 2011, z okazji dwusetnej rocznicy urodzin syjamskich dziadków, na kolejnym, dwudziestym drugim już, dorocznym zjeździe rodzinnym w Mount Airy spotkało się dwustu członków rodziny. A jest to od lat rodzina nie byle jaka. Wśród najważniejszych potomków braci Bunker należy wymienić wnuka Changa, generała majora Sił Powietrznych Stanów Zjednoczonych Caleba V. Haynesa, syna generała, Vance’a Haynesa, który uzyskał doktorat w dziedzinie nauk o Ziemi i wykładał na kilku uniwersytetach, Alex Sink, prawnuczkę Changa pełniącą ważną funkcję Głównego Oficera Finansowego Florydy, a w roku 2010 uzyskała nominację demokratyczną w wyborach na gubernatora stanu. Należy też wspomnieć wnuka Enga, George’a F. Ashby’ego, w latach 1940. prezesa Union Pacific Railroad, syna Changa, Christophera Wrena Bunkera, który zbudował słynną Haystack Farm, w roku 1982 umieszczoną w Ogólnokrajowym Rejestrze Miejsc Historycznych, czy wreszcie znaną nowojorską skrzypaczkę, śpiewaczkę i kompozytorkę, Caroline Shaw, pra pra wnuczkę Changa, w roku 2013 nagrodzoną prestiżową muzyczną nagrodą Pulitzera.
I jeśli ktoś teraz mnie spyta, po co nam w ogóle rozmawiać o tego typu wydarzeniach, które pewnie bardziej by pasowały do specjalnych wydać popularnych kolorowych magazynów, niż do poważnej politycznej debaty, to ja bym chciał zwrócić uwagę, że wspomniani na początku tych refleksji lewicowi naprawiacze świata, wrażliwi intelektualiści z uniwersytetów i poważnych mediów, gdyby jakimś cudem zostali teleportowani do Syjamu z początku XIX wieku i zobaczyli, jak Robert Hunter wykupuje braci od rodziców po to, by ich pokazywać w cyrku, to by Huntera kazali aresztować, a Changa i Enga wrzucili z powrotem do tej rzeki, w której ich Hunter wypatrzył, żeby sobie tam pływali, jak wolni ludzie. Oni by ich wszystkich zostawili tam gdzie są i pozwolili im tam albpo umrzeć w nędzy, albo się wzajemnie powyrzynać. Bo to jest właśnie ów sposób myślenia, który od lat pod pretekstem naprawiania świata, powoduje tylko ból, cierpienie i śmierć. Przy akompaniamencie zapewnień, że przecież oni chcieli dobrze. Może tylko ostatnio coś się w tym sposobie myślenia zmieniło. Owi emisariusze nowoczesnej cywilizacji skłonni są ostatecznie zaakceptować to, że niektórzy z owych, jak to określa dziennikarz tvn24.pl, „zapóźnionych ewolucyjnie przedstawicieli niższej rasy” jednak porzucą swoje domy i przyjadą tu do nas, do tej okrutnej, ciemnej Europy, no ale tylko pod warunkiem, że oni to zrobią sami i bez jakichkolwiek nacisków z naszej strony, no i że my nie będziemy się wtrącać w ich życie i ich plany.
Brytyjski autor Roald Dahl w swoich wspomnieniach z afrykańskiej Tanganiki opisuje reakcję swojego czarnego służącego Mdisho na informację o tym, że oto w Europie wybuchła wielka wojna. Słysząc ową wiadomość, Mdisho – skądinąd bardzo miły i grzeczny chłopak – pyta: „A z kim będziemy walczyć, panie?” „Z Niemcami”, odpowiada Dahl. Na to Mdisho wpada w autentyczną ekstazę i od pierwszej chwili nie jest w stanie myśleć o niczym innym, jak o tym, że on musi zabić jakiegoś Niemca, których tam akurat jest ich dość dużo. Dahl tłumaczy mu, że na wojnie obowiązują bardzo ścisłe zasady, również dotyczące traktowania jeńców. Jednak Mdisho ani myśli słuchać. Pod nieobecność Dahla, bierze do ręki wielki arabski miecz, pędzi do domu pierwszego z brzegu Niemca, miejscowego plantatora sisalu, wpada do środka i bez żadnej dyskusji obcina Niemcowi głowę. I tacy są czarni u Dahla: posłuszni, grzeczni, sympatyczni, wiecznie uśmiechnięci o cudownie białych zębach chłopcy, którzy, kiedy ich tylko spuścić z oka, nie marzą o niczym innym, jak tylko o tym, by kogoś zastrzelić, lub obciąć mu głowę. I to na nich właśnie dziś mamy zwyczaj mówić „Afroamerykanie”, lub „uchodźcy”. I to właśnie ich losem tak bardzo się do dziś przejmuje tak zwana „cywilizowana” część świata, kiedy czyta o tym, jak to świat w XIX wieku był nieludzki, że przywoził z Afryki czarnych mieszkańców i zatrudniał ich na farmach w Alabamie, czy co gorsza w objazdowych cyrkach, gdzie kazał im odgrywać role dzikich Murzynów z buszu.
I tak to mniej więcej prezentuje się owa „czarna karta historii ludzkości”, a symbolizują ją znakomicie owe trzy lata, jakie w cyrku Huntera spędzili bracia Bunker, no i Mdisho z plemienia Muanumuezi z ostrym jak brzytwa arabskim mieczem, inkrustowanym pięknymi scenami z życia Proroka.

Gdyby ktoś jeszcze nie wiedział, na youtbubie pojawiają się systematycznie kolejne filmy z bytomskich targów książki. Proszę wpisywać w wyszukiwarce „bytom targi książki” i już. Polecam bardzo serdecznie. Przypominam, że w księgarni pod adresem www.coryllus.pl można kupować moje książki. Również zachęcam.

poniedziałek, 20 czerwca 2016

Tunel-Babel, czyli Nowa Europa

Kiedy to wszystko tak naprawdę się urodziło, w czyjej głowie i z jakimi intencjami, możemy się domyślić, ale tak do końca nie dowiemy się pewnie nigdy. Na pewno wiemy, że 29 listopada 1998 roku w Szwajcarii odbyło się referendum z podstawowym pytaniem: „Czy jesteś za budową tunelu?” Zwykle stosunkowo mocno obywatelsko zdyscyplinowane społeczeństwo Szwajcarii na tę zaczepkę zareagowało bardzo różnie. To, co bardzo ciekawe, ponad 60 procent z nich do głosowania nie poszło, a z tych, co poszli, niemal 40 procent odpowiedziało, że tunelu sobie nie życzy. Czemu tak, też nie wiemy, ponieważ jednak entuzjastów owej budowli było wystarczająco dużo, w roku 2003 zaczęto przymierzać się do wierceń, a równo dziesięć lat później prace ruszyły. 15 października 2010 roku ekipy drążące tunel z dwóch kierunków spotkały się niedaleko wioski Sedrun na głębokości 2 kilometrów od powierzchni góry, 24 sierpnia 2015 roku poinformowano oficjalnie o zakończeniu montażu konstrukcji tunelu, a 1 czerwca 2016 roku odbyło się jego uroczyste otwarcie.
Ktoś pewnie zada pytanie, czemu to trwało tak długo i czyja ręka sprawiła, że to było relacjonowane aż z taką starannością. Otóż rzecz w tym, że ów tunel liczy niemal 60 kilometrów długości i tym samym jest najdłuższą tego typu kolejową konstrukcją w historii świata, ponad dwukrotnie bijąc dotychczasowego rekordzistę, norweski Tunel Lærdal, nie mówiąc już o tym wszystkim, co Szwajcarzy wybudowali w tamtym miejscu wcześniej, a więc zaczynając od najstarszego przejścia jeszcze z roku 1707 o długości parudziesięciu metrów po 15 kilometrowy tunel z XIX wieku – wszystkie, podobnie jak sam ów wąwóz, które przecinały, nazwane imieniem Gotarda, świętego patrona alpejskich wędrowców.
A więc powstał ten tunel, najdłuższy tunel na świecie, i co tu dla nas akurat może i najciekawsze, pierwszy z tej serii nie noszący już nazwy św. Gotarda, ale po prostu Gotthard-Basistunnel. Oficjalnie, główną przyczyną budowy było oczywiście pragnienie skrócenia czasu przejazdu między głównym miastami Szwajcarii. Wedle wyliczeń projektodawców, nowa linia miała skrócić podróż między Bazyleą a Mediolanem z 5 godzin i 20 minut do 3 godzin i 30 minut. O prawie połowę skrócić się miał również czas podróży między Zurychem a Mediolanem, z wcześniejszych 4 godzin i 10 minut do 2 godzin i 35 minut. Inicjatorzy budowy zapewniają również, że dzięki tunelowi, lepiej będzie chroniony przed fatalnym wpływem spalin unikalny alpejski ekosystem.
I tu pojawia się pierwszy dreszcz. Ponieważ tu nie chodziło o proste przeciągnięcie kładki przez rzekę, ale o przewiercenie przez Alpy 60 kilometrowego tunelu, bezpośrednie koszta, z którymi i tak trzeba się było liczyć, a które sięgały sumy 10 miliardów franków, zostały z biegiem lat powiększone o śmierć 9 robotników pracujących przy tej budowie. Wspomnijmy ich może, zwłaszcza, że oni się tu jeszcze pojawią w pewien bardzo szczególny sposób. Pierwszym z nich był 33 letni Niemiec, Andreas Reichhardt uderzony przez belkę, która spadła z 700 metrów i trafiła go prosto w głowę. Następnym był 23 letni chłopak z Południowej Afryki nazwiskiem Jacques Du Plooy, zasypany przez zgromadzony podczas wiercenia materiał. 35 letni Niemiec, Hejko Bujack, umarł zwyczajnie trafiony kamieniem. 37 letni pochodzący z Austrii Albert Ginzinger został zgnieciony przez ogromny bęben z kablem. 31 letni Włoch Andrea Astorino oraz 23 letni Szwajcar zginęli razem uderzeni przez wykolejoną lokomotywę kolejki transportującej materiał. Podobnie, ta sama kolejka jakiś czas później śmiertelnie przygniotła Niemca, Thorstena Elsemanna. Inny Niemiec, Hans Gammel zmarł zwyczajnie wypadając z pociągu. No i wreszcie Włoch, Giuseppe Liuzzo, który spadł z rusztowania. Czemu spadł? Kto to może wiedzieć? Może się potknął, a może mu się w głowie zakręciło? A może się zwyczajnie zamyślił. A może nie stało się nic szczególnego, tylko on wziął i z tego rusztowania spadł? Tego typu pytania można zadawać zawsze.
Dziewięć osób to nie w kij dmuchał. Przy zachowaniu wszelkich proporcji, to jest dokładnie ta sama liczba, co u nas w Polsce w grudniu 1981 roku, by już nie wspomnieć, że oni akurat to więcej nawet niż ci, którzy stracili życie w słynnym filmie „Omen”. Z drugiej strony, nie należy zapominać, że źródła nie informują nas, ile osób zginęło przy budowie wieży Babel. Można przypuszczać, że znacznie więcej. W dodatku, jak wiemy, tamci ponieśli szczególną stratę dodatkową, w postaci pomieszania języków.
Tak czy inaczej, Gotthard-Basistunnel został uroczyście otwarty 1 czerwca 2016 roku, a owa uroczystość została uświetniona niezwykłym występem artystycznym – dziś już powszechnie opisywanym najróżniejszymi epitetami, z których angielskie słowo „bizarre” robi jeszcze najłagodniejsze wrażenie –uświetnionym obecnością kanclerz Angeli Merkel, prezydenta Francji François Hollande’a, premiera Włoch Matteo Renzi, oraz kanclerza Austrii Christiana Kerna, który to występ już dziś stał się historią.
Długo myślałem, w jaki sposób przejść do właściwego tematu dzisiejszej notki bez zmuszania Czytelnika do tego, by oglądał to, co tam się wydarzyło 1 czerwca i niestety nie udało mi się. Wygląda na to, że bez tego ani rusz. A więc, zanim pójdziemy dalej, proszę rzucić okiem na ów szczególny spektakl.





Najprościej oczywiście byłoby mi teraz powiedzieć, że jeśli Diabeł razem z nami obejrzał choć fragment tego teatru, a pogłoski na temat jego słynnej wrażliwości na sztukę są prawdziwe, on w jednej chwili ze wstydu powinien tę tandetę spalić w siarce i zalać smołą. Jeśli bowiem spojrzeć na to, co tam się wyprawia, jak na sztukę właśnie, to ja osobiście, jak długo żyję, takiego gówna nie widziałem. Nie wiem, jak długo całe to przedstawienie trwało i jak długo ta banda durniów w garniturach musiała to znosić, ale nawet gdyby każdy z nich był honorowym członkiem Zakonu Iluminatów Thanaterosa, to ja im naprawdę współczuję tej żenady, jaką oni musieli przeżywać. No ale niestety tak się tego potraktować nie da, bowiem stało się też tak, że myśmy to próbowali obejrzeć tu w domu i mieliśmy z tym poważny problem, i to problem bardzo odległy od tego wszystkiego, co tu wcześniej napisałem. Ja, jako osoba w pewnym sensie doświadczona, choćby przez znane nam tu wszystkim perypetie z krakowskim festiwalem Unsound, jakoś sobie z tym poradziłem, natomiast pozostali prędzej, czy później, nie wytrzymali. I powiem szczerze, że się absolutnie nie dziwię. Mógłbym nawet powiedzieć, że fakt iż oni tego nie wytrzymali, a ja owszem, może świadczyć lepiej o nich, nie o mnie. No ale, jak mówię, obejrzałem to w całości i wszystko co mi przychodzi do głowy, to to, co już wielokrotnie mówiłem wcześniej. To, z czym mamy do czynienia, to nie prosty satanizm – myślę, że nadszedł czas, by wreszcie to słowo wypowiedzieć – w sensie, jaki znamy i do którego zdążyliśmy się już przyzwyczaić. To jest bowiem zaledwie folk, a więc kultura ściśle ludowa, przedstawiona jako jedyna autentyczna, a więc pierwotna, a skoro pierwotna, to naturalnie pogańska, definiująca przedchrześcijańskie jeszcze czasy, cywilizacja. Gdy oni zorientowali się, że te wszystkie szóstki, odwrócone pentagramy, diabły z rogami stały się częścią uniwersalnej popkultury, postanowili swój czarny przekaz skierować na tak zwaną „sferę wyższą” i w ten sposób dostaliśmy coś, co Oni nazywają czystą sztuką, lub, tak jak to miało miejsce w tym wypadku, „artystyczną wizją pierwotnej kultury alpejskiej”.
Słowo „Oni” napisałem, jak widzimy, z wielkiej litery i zrobiłem to jak najbardziej świadomie. To nie są bowiem jacyś „oni”, ale właśnie ci, jak najbardziej określeni, dobrze nam znani Oni. Zanim zaczniemy zamykać te refleksje, przyjmijmy odpowiednio mocną pozycję, bo tu naprawdę nie ma żartów. Uwaga:
Mieszkańcy całej ziemi mieli jedną mowę, czyli jednakowe słowa. A gdy wędrowali ze wschodu, napotkali równinę w kraju Szinear i tam zamieszkali. I mówili jeden do drugiego: „Chodźcie, wyrabiajmy cegłę i wypalmy ją w ogniu”. A gdy już mieli cegłę zamiast kamieni i smołę zamiast zaprawy murarskiej, rzekli: „Chodźcie, zbudujemy sobie miasto i wieżę, której wierzchołek będzie sięgał nieba, i w ten sposób uczynimy sobie znak, abyśmy się nie rozproszyli po całej ziemi”. A Pan zstąpił z nieba, by zobaczyć to miasto i wieżę, które budowali ludzie, i rzekł: „Są oni jednym ludem i wszyscy mają jedną mowę, i to jest przyczyną, że zaczęli budować. A zatem w przyszłości nic nie będzie dla nich niemożliwe, cokolwiek zamierzą uczynić. Zejdźmy więc i pomieszajmy tam ich język, aby jeden nie rozumiał drugiego!” W ten sposób Pan rozproszył ich stamtąd po całej powierzchni ziemi, i tak nie dokończyli budowy tego miasta. Dlatego to nazwano je Babel, tam bowiem Pan pomieszał mowę mieszkańców całej ziemi. Stamtąd też Pan rozproszył ich po całej powierzchni ziemi.
Jak ci z nas, którzy dali radę, mogli zaobserwować, w pewnym momencie owego szczególnego teatru została również bardzo symbolicznie wspomniana owa dziewiątka zmarłych robotników. Proszę się przyjrzeć uważnie tej scenie, bo to ona tak naprawdę pokazuje cały sens owego strasznego przedsięwzięcia. Oni jeden po drugim umierają, a nad nimi unosi się TenKtóryNiePrzepuszczaŻadnejOkazji. To on w całej swojej krasie zwycięstwa, a kiedy my już to wiemy, pozostaje nam się tylko zastanowić, czy to przypadkiem nie jest tak, że on już nawet nie musi czekać na okazję. Czy to nie jest tak, że on kolejne okazje jak najbardziej kreuje? Uroczystość otwarcia Gotthard-Basistunnel pokazuje ową ekspansję bardzo wyraźnie. Najwyraźniej komuś się bardzo spieszy.
W tych dniach prezydent Argentyny Mauricio Macri – co warte podkreślenia, podobno reprezentujący polityczną prawicę – przekazał 16 666 000 peso na rzecz wspieranej przez Papieża Franciszka fundacji edukacyjnej Scholas Occurentes. Jak informują watykańskie media, papież zadecydował o zwrocie pieniędzy. W notatce uzasadniającej papieski gest, miały się pojawić słowa: „nie lubię liczby 666”. I to jest wiadomość dla nas z pewnego punktu widzenia podstawowa. Jak mogliśmy się wielokrotnie w ostatnich dniach przekonać, posługa papieża Franciszka bywa ze strony najbardziej pobożnych katolików wyjątkowo mocno kontestowana. A ja dziś sobie myślę, że jeśli akurat papież został przez TegoKtóry w tak zuchwały sposób sprowokowany i tak pięknie się owej prowokacji odejrzał, powinien mieć w nas swoje oparcie. Niech wszystko to, co zostało już wcześniej powiedziane, podtrzymuje nas w tym postanowieniu.
A święty Godard niech nadal chroni alpejskich wędrowców, szczególnie tych, którzy szykują się, by, gdy spadną pierwsze śniegi, sprawdzić czy ów tunel faktycznie sięga Nieba.

Przypominam, że więcej na ten temat w mojej książce zatytułowanej „Palimy licho”, dostępnej na stronie http://coryllus.pl/?wpsc-product=palimy-licho-czyli-o-tymktorynigdynieprzepuszczazadnejokazji




niedziela, 19 czerwca 2016

Ile kosztuje zdradzić rodzinę?

Dziś przy niedzieli proponuję swój najnowszy felieton z „Warszawskiej Gazety”. Zdaję sobie naturalnie sprawy z kolejnej porcji oskarżeń kierowanych przez środowisko „Gazety Polskiej” pod adresem zarówno tygodnika, jak i Piotra Bachurskiego, ale biorę je wszystkie na pierś, a panią Dorotę Kanię, Tomasza Sakiewicza i całe to towarzystwo mam tym bardziej na oku.

Każdy kto czytał książkę „Ojciec Chrzestny”, ewentualnie widział film pod tym tytułem, pamięta scenę, kiedy to Michael Corleone przyjeżdża do Nevady porządkować interesy i podczas wyjątkowo nieprzyjemnej rozmowy z lokalnym gangsterem nazwiskiem Moe Greene, brat Michael’a, Fredo, niespodziewanie wykonuje gest poparcia dla Greene’a, który Michael automatycznie odbiera jako akt wrogi wobec Rodziny. Wszyscy pamiętamy owo słynne, zimne spojrzenie Ala Pacino, kiedy zwraca się do Fredo i mówi: „Jesteś moim starszym bratem, kocham cię, ale pamiętaj, nigdy więcej nie występuj przeciwko rodzinie”
Wiemy wszyscy, a niektórzy z nas doświadczają tego codziennie na własnej skórze, polityczna wojna, jaka toczy Polskę od czasu, kiedy Prawo i Sprawiedliwość po raz pierwszy wygrało wybory parlamentarne, a śp. Lech Kaczyński został wybrany Prezydentem R.P., dzieli już nie tylko Naród, nie tylko przyjaciół, ale również rodziny właśnie. Temperatura owego konfliktu jest niekiedy tak duża, że nawet ludzie sobie najbliżsi zwyczajnie się nienawidzą. Bracia nie rozmawiają ze sobą, rodzice nie odwiedzają swoich dzieci, dzieci unikają rodziców, choćby tylko po to, by uniknąć kolejnych awantur. Bywa naprawdę różnie, jedno, jak sądzę, pozostaje – nikt nigdy nie występuje przeciwko rodzinie. Nikt nigdy nie angażuje się w ten spór w taki sposób, by po przeciwnej stronie postawić rodzinę.
(No dobrze, przyznać muszę, że raz, niedawno, podczas któregoś z marszów KOD-u, Jarosław Kurski przeprosił wszystkich za swoje nazwisko, no ale powiedzmy, że tu mamy problem głębszy).
I oto zaledwie parę tygodni temu, brat Agaty Dudy, krakowski poeta Jakub Kornhauser, udzielił wywiadu „Gazecie Wyborczej”, w którym z najdrobniejszymi szczegółami opisał swoje trudne relacje wewnątrzrodzinne, a następnie ogłosił, że jest zawiedziony prezydenturą swojego szwagra, o którym kiedyś miał znacznie lepsze mniemanie, a dziś generalnie mu współczuje, że ten musi się tak fatalnie kompromitować i przysparzać wstydu nazwisku. Przyznaję, że o ile o starym Kornhauserze, też poecie, i ojcu Agaty, słyszałem wcześniej, z tym Kubusiem przyjemności nie miałem. Nawet nie wiedziałem, że on istnieje, a co dopiero, jako poeta. I oto nagle on się pojawia najbardziej publicznie, jak tylko można to sobie wyobrazić, bo w „Wyborczej”, i przeprasza za swoją siostrę. A jakby tego było mało, tydzień po tym wystąpieniu zgarnia okrągłe 100 tysięcy nagrody Fundacji im. Wisławy Szymborskiej za jakąś książkę. Mówimy o Jakubie Kornhauserze, człowieku, o którym dotychczas pies z kulawą nogą nie słyszał i który nie ma nawet swojej notki w Wikipedii, co, jak wiemy, dotyczy dziś już tylko osób prywatnych.
Nam pozostaje się więc może zastanowić, czy te 100 tysięcy to dobra cena, by sprzedać rodzinę. W „Ojcu Chrzestnym” nie wyjaśniono, za ile to biedny Fredo wykonał swój fatalny gest, natomiast wiemy, że za to, co zrobił, musiał umrzeć. Ciekawe, że już w latach 70-tych, kiedy pierwszy raz widziałem ten film, wiedziałem, że tak było sprawiedliwie.

Zapraszam wszystkich do kupowania moich książek. Wszystkie są w stałej ofercie w księgarni na stronie www.coryllus.pl.

piątek, 17 czerwca 2016

Zyta, czyli świat znieruchomiał część 20

Ostatnie dni mijają mi w towarzystwie tych listów. Czytam je, edytuję, przygotowuję do publikacji… no i przede wszystkim zastanawiam się, jakie intencje kierowały wówczas śp. Zytą Gilowską, kiedy je pisała i do mnie wysyłała. Co ona by mi dziś powiedziała, kiedy po tych wszystkich latach postanowiłem je na tym blogu opublikować. Jak już tu pisałem, mąż Pani Profesor, pan Andrzej Gilowski, ale też syn, Paweł, do pomysłu, by publikować te listy podeszli z wielkim dystansem. Dystans ów był tak wielki, że Coryllus na przykład zrezygnował z ich niemal już pewnej publikacji w najbliższej „polskiej” „Szkole Nawigatorów”. Ja w pewnym momencie z kolei obiecałem, że nie opublikuję tych fragmentów, gdzie pani Zyta pisała o tym, jak to polska służba zdrowia wprowadziła ją na ścieżkę, z której już nie było odwrotu. Jak mówię, czytam te listy, znam je już niemal na pamięć i nagle widzę, że ona je pisała – każdy osobno, jeden po drugim – w nadziei, że ja je opublikuję. Słyszę ten krzyk przeciwko tej części polskiej służby zdrowia, na której łaskę została wydana Zyta Gilowska, i nagle widzę, że to jest ostatni moment, kiedy te jej słowa mogą stać się publiczne. Wycofuję więc swoją obietnicę i wszystko biorę na swoje sumienie. Tym samym też kończę ów szczególny cykl.

Szanowny Panie Krzysztofie!
Wszystkiego najlepszego w Święto Trzech Króli, takie piękne święto.
Nic się nie zmieniło, nadal regularnie Was czytuję (Pana i Coryllusa) i prawie zawsze mam z tego pożytek, a bywa, że po prostu świetnie się bawię. Bardzo serdecznie Panu dziękuję! Przy okazji tej nieszczęsnej słomianej debaty na temat mojego „oberkandydowania” zorientowałam się, że martwi się Pan o mnie i że powinnam dać Panu znać co u mnie się dzieje.
Otóż, walczę. Byłam super zdrowa, ale tylko do 54 roku życia. Potem zachciało mi się operować wrodzoną wadę serca (podobno była to konieczność) i od tej chwili już nigdy do zdrowia nie wróciłam. A to była dość banalna operacja, tyle że pacjent nietypowy. Usiłuje więc wyplątać się z sieci takich błędów medycznych, że tylko „ten który nie przepuszcza żadnej okazji” mógł to namotać. Błędy te zostały popełnione podczas czterech operacji przeprowadzanych w dwóch ośrodkach przez trzy zespoły. Ostatnia próba była dwa lata temu, trwała 9 godzin (planowano 2,5 godziny) i już nikt w Polsce niczego się nie podejmie. Wszyscy się boją i tego pecha i tej mojej żywotności. To fakt. Już parę razy umierałam, ale jakoś zawsze w pobliżu zestawu ratunkowego. To też fakt. Dobre, prawda? Z medycznego punktu widzenia – zestaw numerów nie do uwierzenia. Ja walczę, organizm też, reszta w rękach Opatrzności. Ale jedno jest pewne – kajdany mi nałożone są mechaniczne! Dosłownie – wewnętrzne, metalowe, nieusuwalne. Innych nie ma. Szczegóły są mało komu znane, ponieważ środowisko musiałoby umrzeć ze wstydu, a ja milczę z wielu powodów. Ale widzę, że kuzyni „TegoKtóryNiePrzepuszczaŻadnejOkazji” mają wręcz nieograniczoną bezczelność i takież pole do działania.
Na dokładkę mąż rozchorował się przy mnie (a nie chorował na nic od wielu lat) i teraz chorujemy solidarnie, coś okropnego. Wszystko jest niestety winą lekarzy, którzy mnie źle zoperowali (a następnie to ukrywali), źle naprawiali (wstawili nieodpowiednie urządzenia, które się zresztą popsuły) oraz źle naprawiali te urządzenia. Nie padłam na miejscu podczas tych zabiegów tylko dlatego, że „co ma wisieć nie utonie”. Ale część zdrowia straciłam na zawsze i trzymam się głównie siłą woli, a gdy to nie starcza, wpadam w pułapkę zapalenia oskrzeli albo zapalenia płuc. Wtedy leczenie trwa kilka tygodni. W polityce „jechałam” na adrenalinie, ale od Katastrofy Smoleńskiej to nie działa. Polska zaczyna mi się jawić jak w tandetnych horrorach o niejakim Eddim Kruegerze (chyba tak jakoś się nazywał krwawy clown?) jako mroczny obszar zarządzany przez okrutnych durniów z zamiłowaniem do szmiry i przemocy. Ten samobójca pilnie zażywający poranną dawkę leków, to czerwone serduszko na fasadzie Pałacu Prezydenckiego i ci rządcy dusz – wnuczkowie Fejgina (jak słusznie pisał Michalkiewicz – Fejginiątka) to jest przecież zestaw z najczarniejszego snu!
Ojejki, nie pocieszyłam Pana, przepraszam. Coś okropnego, jak te antybiotyki źle na psychikę działają. Ale walczę zawsze, teraz też. Proszę o tym pamiętać – nie poddaję się. Nigdy
Najserdeczniej pozdrawiam
Zyta Gilowska


I to jest koniec. Niech Pan da Jej należne miejsce w Swojej chwale.

Zapraszam wszystkich do księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie można kupić moje książki. Dalej nie ma co szukać. Naprawdę.

czwartek, 16 czerwca 2016

Zyta, czyli świat znieruchomiał część 19

Tym razem chyba najdłuższy list, jaki Zyta Gilowska zechciała do mnie napisać. Jak widać, była bardzo wzburzona i z jednej strony bała się, że ja będę chciał Ją cytować, a z drugiej, tak naprawdę, najwyraźniej, chciała, by to zostało powiedziane przynajmniej tutaj. Poza jednym zdaniem, które zdecydowałem się ukryć, wszystko jest słowo w słowo.

Cieszę się, że znów Pan pisze. Ta trzydniowa przerwa trochę mnie zasępiła. Ładnie Pan dzisiaj napisał. Ale smutno (http://toyah1.blogspot.com/2011/11/gdy-niebo-milczy.html). Przyznaję, że w ubiegły piątek bardzo się wściekałam. Jak nigdy przedtem (chodzi o Marsz Niepodległości – przyp. mój) Trzy dni byłam w Warszawie, w pracy (przecież w finansach dzieje się jeszcze więcej niż na warszawskich ulicach). No a teraz jestem po prostu chora z upokorzenia, jeśli to nie jest skoordynowana „jazda”, to co nią mogłoby być? Jesteśmy głupi, głupi i głupi, strasznie wstyd aż takiej durnoty. Okropna sytuacja. Jątrzenie, ranienie i szyderstwa. Lawina sadyzmu. Chyba byłam pierwszą osobą, która publicznie powiedziała – w telewizji, w styczniu 2009 r. w programie Moniki Olejnik – że Donald Tusk jest kapryśny i ma skłonność do okrucieństwa. I że Polacy nie potrzebują takiego typu przywódcy, że to nie czasy starożytne. No i teraz siedzę i myślę – czyżbym się pomyliła? Aż tak?
Coś jeszcze – z tym „długami europejskimi” to trochę głupiego szukają. Duże europejskie banki finansowały konsumpcję państw PIIGS aby Niemcy mogły plasować tam swój eksport i rozwijać przemysł. Co ważne, wewnętrzna konsumpcja w Niemczech prawie „stała”, podobnie jak prawie stoi w Chinach, które zrobiły ten sam numer, co europejskie banki, ale na rzecz konsumpcji w USA (Chiny finansowały w ten sposób swój eksport do USA). W efekcie władze USA miały u siebie święty spokój (na kredyt) i mogły „się umacniać” poza granicami, a w ten sposób podtrzymywać dolara – cały czas drukowanego w ciemno, aż furczało. No, ale któż nie uwierzy walucie imperium? Świat wierzył, to i Chiny „wierzyły”. Teraz wyciągają łapki po amerykańskie firmy (już kupiły np. afrykańskie złoża i grunty rolne), Europa chciałby podobnie, ale na to Chiny nie pójdą, co to, to nie. Euro, to nie dolar. Tu udawać, że się „wierzy” nie ma interesu. Euro nie jest zwykłą walutą papierową, to jest waluta podwójnie papierowa, dla Europejczyków by wystarczyła, ale do ekspansji dobra nie jest. A zachciało się ekspansji i nie ma gdzie!! USA warują przy swoich (Irak, Libia) i ani rusz. No i jest problem, ponieważ Europa zafundowała sobie (Pokolenie marzec '68) taki niby hedonizm. Na kredyt. Tej tandety wystarczyło na tyle akurat, by zniszczyć system wartości (co nawiasem mówiąc, u nas też zbyt lekko poszło) i teraz jest problem. Nikt nie chce „postąpić” a chętnych do finansowania nie widać. To jest prawdziwe źródło obecnej paniki. Kto da pieniądze? I za co? W sumie państwa UE będą netto potrzebowały w 2012 roku ok. minimum 800 mld euro, by podtrzymać obecny poziom wydatków publicznych. Netto!!! Są więc dwie możliwości – dodrukuje się (ale aż tyle nie da rady) albo się uruchomi łańcuszek bankructw. Ten łańcuszek dotrze do USA (via tzw. CDS-y) i też zdrowo przetrzepie tamtejsze odnóża tzw. Rynka Finansowego. Konkludując, trwa szukanie kompromisu między imperialnymi interesami państw (USA, Niemcy, Francja, może Rosja) oraz interesami Rynka Finansowego. Chiny zapowiedziały brak zainteresowania, co mnie wcale nie dziwi.
B. bardzo prywatnie […]. Niech ta komedia się skończy. My też zbiedniejemy, ale mniej i nie jesteśmy tak zepsuci. Natomiast nasi celebryci są zepsuci w stopniu megaeuropejskim, oni się boją, oni są na etatach u Rynka Finansowego, oni wymagają modlitwy. My zresztą też, ale my chyba z innego powodu. W ogóle Świat wymaga modlitwy, strasznie się pogubiła ta nasza cywilizacja chrześcijańska, gania nas kto chce. A chcą wszyscy, a najbardziej niby swoi.
Uff... Ale się rozpisałam. Piszę prywatnie rzecz jasna, staram się odwzajemnić Pana trud. Ale jestem zadowolona. Przynajmniej jednej osobie wyłożyłam „kawę na ławę”. Niech Pan z tym zrobi co chce, właściwie to nie wyszłam poza tezy z wywiadu dla portalu „w polityce”, może Pan to przedstawić jako własne wnioski z tego wywiadu. Nie wolno tylko jednego – napisać czego ja im życzę. To jest życzenie sekretne. Bo w Polsce jest średniowiecznie – kto pierwszy krzyknie „pożar” jest brany za podpalacza. Na to pójść nie mogę.
Pozdrawiam,
Z.G.

Wspomniane „życzenie”, zgodnie z oczekiwaniem Z.G. ocenzurowałem. Szczerze powiedziawszy, uważam, że dziś to już byłoby bez szkody, ale pewności nie mam, więc zamiast tego, mamy te kropki.

Przypominam, że moje książki można kupić w księgarni pod adresem www.coryllus.pl.