środa, 28 września 2016

Ksiądz Międlar wybiera Polskę

         Pisałem tu już kiedyś o moim zmarłym dziś już wujku, bracie mojej mamy, wybitnym lekarzu-ginekologu. Otóż wujek mój powiedział mi kiedyś coś, co na mnie zrobiło takie wrażenie, że zapamiętałem to do dziś. Jego mianowicie zdaniem, wszyscy jesteśmy w pewnym stopniu zboczeni, tyle że niebezpiecznie robi się dopiero wtedy, gdy któreś z tych naszych zboczeń zaczyna dominować. Inaczej mówiąc, według mojego wujka, każdy z nas ma w sobie nieco szaleństwa, problem w tym, by to szaleństwo nas nie pokonało. Jeśli nas pokona – jest po nas.
         Powiem szczerze, że ponieważ sam nigdy nie zauważyłem u siebie śladu jakiejkolwiek perwersji – no może poza tym, że teraz, kiedy już jestem mocno starszy, zwracam większą uwagę na przechodzące obok mnie śliczne dziewczyny – która równoważyłaby moje człowieczeństwo, diagnozę mojego wujka traktowałem z pewnym przymrużeniem oka, by nie powiedzieć, z życzliwą podejrzliwością. I oto wczoraj wpadłem na oświadczenie znanego mi, owszem, choć obchodzonego dotychczas przeze mnie szerokim łukiem, księdza Jacka Międlara, który zadeklarował ni mniej ni więcej, że ponieważ nasz Kościół znalazł się we władzy Żydów i Szatana, on występuje ze swojego zgromadzenia i od dziś będzie służył Jezusowi Chrystusowi już wyłącznie na własny rachunek.
      Przeczytałem owe słowa księdza Międlara i nagle zrozumiałem, co miał na myśli mój świętej pamięci wujek, brat mojej mamy. Otóż chodzi o to, że nawet jeśli nadużywamy, to powinniśmy to czynić z umiarem. No, weźmy tę cholerną politykę. Ja wiem, że Żydzi, wiem, że masoni, wiem, że Bilderberg, że demoralizacja i takie tam. Ja to wszystko wiem i bardzo nad tym wszystkim ubolewam, jednak ostatnią rzeczą, jaką miałby z tego powodu zrobić, to odejść od mojego Kościoła, z tego tylko powodu, że Kościół mi wciąż z uporem maniaka powtarza: „Zacznij od siebie”. No bo powiedzmy to sobie uczciwie: jeśli nie Kościół, to co nam pozostaje? Nasza osobista przenikliwość? No, nie żartujmy.
       Ksiądz Międlar, duszpasterz tak zwanych środowisk narodowych, od kilku miesięcy dzielnie zmagał się ze swoimi emocjami i tak sobie krążył między Polską, a Kościołem, z jednej strony wzbudzając falę nadziei, że może się jednak opamięta i zacznie zwyczajnie głosić Słowo Boże i udzielać sakramentów, a z drugiej owo rozniecając odwieczne pragnienie wielkiego triumfu wielkiej Polski. No i ostatecznie wybrał… Polskę, a wybór ów ogłosił w następujących słowach: „Patrioci, nacjonaliści!! Czas odkłamać zakłamaną legendę SALUTU RZYMSKIEGO!” I w tym momencie najbardziej patriotycznie zorientowana część Narodu zawołała: „I my wybieramy Polskę” i każdy wyciągnął rękę w owym rzymskim pozdrowieniu.
       Miałem wczoraj okazję obserwować tę eksplozję czystej perwersji na własne oczy i chciałbym powiedzieć, że ja jednak pozostanę przy swoim dotychczasowym przekonaniu, że ci Żydzi są naprawdę wyjątkowo cwani i grzechem jest spuścić ich choć na chwilę z oka. To już wolałbym sczeznąć.


Przypominam, że właśnie ukazała się moja ósma książka, między innymi zawierająca cała korespondencję między mną, a śp. Zyta Gilowską. Książka jest do nabycia w księgarni Coryllusa pod adresem http://coryllus.pl/?wpsc-product=o-samotnej-wyspie-zapomnianej-lodzi-i-oceanie-bez-kresu


wtorek, 27 września 2016

O Richardzie Kuklińskim i jego wyprawie do piekła

              Ponieważ na poziomie aktualnej polityki nie dzieje się nic godnego uwagi, film o „Smoleńsku” za nami, kolejny film, tym razem o Wołyniu wciąż przed nami, a poza tym ten akurat temat znakomicie rozpracowuje na bieżąco Coryllus, pozostaje mi pisać albo o aktorach i ich adoptowanych dzieciach, albo o innych fascynujących historiach z miejsc, do których na szczęście nie mamy bezpośredniego dostępu. W tej sytuacji proponuję historię, którą dla swojego znakomitego magazynu „Tajna Historia” zamówił u mnie Piotr Bachurski, na temat pewnego Ryszarda Kuklińskiego. A jeśli ktoś myśli, że tu chodzi o TEGO Kuklińskiego, jest w bardzo ciężkim błędzie. Proszę posłuchać.


      Zdaję sobie sprawę z tego, że to co teraz powiem, może zabrzmieć zbyt prowokacyjnie, zakładam jednak, że wśród Czytelników „Tajnej Historii” znajduje się wystarczająco wielu miłośników kultowej już sagi o rodzinie Corleone, a zatem więc i osób, które doskonale wyczuwają ową cienką granicę, za którą ów niezwykły świat, gdzie wszystkie zasady tak zwanego cywilizowanego świata zostały odwrócone, staje się nie tyle przedmiotem naszego moralnego wzburzenia, co czystej fascynacji. O co chodzi? Otóż przedmiotem naszych dzisiejszych refleksji jest człowiek nazwiskiem Ryszard Kukliński, tyle że wbrew temu, co moglibyśmy sądzić, wcale nie mam na myśli „tego” Ryszarda Kuklińskiego, ale Ryszarda Kuklińskiego zupełnie innego, który z „naszym” Kuklińskim miał tyle tylko wspólnego, że obaj byli członkami w znacznym stopniu tajnej organizacji i obaj w jakiś tam sposób stali się bohaterami autentycznych, miejskich legend.
      Dziś zatem przyjdzie nam się tu zmierzyć z tym drugim, przynajmniej w Polsce mniej znanym, Kuklińskim, którego od tej chwili będziemy już nazywać tak jak on sam sobie życzył, Richardem Leonardem Kuklinskim, lub ewentualnie Icemanem. Myślę, że to jest zresztą bardzo dobry moment, żeby wyjaśnić ową niezwykłą ksywkę. Otóż środowisko, w którym obracał się Kuklinski, zaznaczmy od razu, że zawodowy zabójca, pracujący dla słynnej rodziny z New Jersey o nazwisku DeCavalcante, ale równie chętnie przyjmujący zlecenia od każdej z pięciu nowojorskich rodzin, postanowiło ochrzcić go tym imieniem w związku z niekiedy stosowanym przez niego zwyczajem zamrażania ciał swoich ofiar po to, by organom ścigania uniemożliwić określenie czasu ich śmierci. Ale zacznijmy od początku.
      Richard Kukliński urodził się 11 kwietnia 1935 roku w Jersey City. Jego ojcem był Stanley Kuklinski, polski imigrant, hamulcowy na kolei, mama natomiast to Anna McNally, córka irlandzkich katolików przybyłych do Ameryki z Dublina, zatrudniona w paczkowalni mięsa. Jak głoszą różne świadectwa, zarówno polski ojciec, jak i irlandzka matka, utrzymując się w przekonaniu, że katolickie wychowanie polega przede wszystkim na biciu, tłukli swojego syna praktycznie codziennie, co oczywiście musiało doprowadzić do tego, że i on sam w końcu uznał, że dyscyplinę można egzekwować tylko w jeden sposób.
      Richard miał troje rodzeństwa. Starszy brat, Florian zmarł w wyniku obrażeń zadanych mu przez ojca. Młodszy, Joseph, został skazany za gwałt i zabójstwo 12-letniej dziewczynki. Kiedy już po latach, w jednym z wywiadów zapytano Richarda, jak ocenia to, co zrobił jego młodszy brat, odpowiedział krótko: „Obaj mieliśmy tego samego ojca”. Była jeszcze młodsza siostra, Roberta, ale o niej akurat kroniki milczą, co może tylko świadczyć o niej jak najlepiej.
      Jeszcze zanim Richard Kuklinski postanowił wkroczyć na ścieżkę, która miała ostatecznie zdefiniować jego życie, pracując jako magazynier, poznał, a następnie poślubił, dziewczynę nazwiskiem Barbara Pedrici. Również w jednym z wywiadów udzielonych już po latach, Pedrici wspomniała jak pewnego dnia w samochodzie pokłóciła się ze swoim przyszłym mężem, a kiedy chciała się obrazić i sobie pójść, poczuła nagle ból w karku, zobaczyła krew i usłyszała słowa, które zapamiętała na całe życie: „To jest praktyczna lekcja, która ma cię nauczyć, że nigdy nie wolno ci mnie opuścić”.
      I faktycznie, była już z nim do samego końca. Tyle jej satysfakcji, że kiedy jako już bardzo stary człowiek umierał w więzieniu i prosił lekarzy, by zrobili wszystko, by go jak najdłużej utrzymać przy życiu, jako wierna i kochająca żona wyraziła zgodę na odłączenie.
      Barbara urodziła Kuklińskiemu troje dzieci, dwie córki oraz syna. Swojego męża opisywała jako kogoś, kto stale krążył między dwiema postawami, które można było określić jako „dobry i zły Richie”. „Dobry Richie”, jako ojciec i mąż, był czuły i troskliwy, lubiący spędzać czas z rodziną, „zły Richie”, natomiast, pojawiał się wprawdzie w domu zaledwie od czasu do czasu, jednak ze znaczną regularnością, i wówczas z niezwykłą starannością demonstrował w stosunku do żony i dzieci wszystko to, czego nauczył się od swojego polskiego taty.
      Ani żona, ani dzieci, ani tym bardziej sąsiedzi, nie mieli pojęcia, czym się Richard zajmuje. Wszystko co o nim wiedzieli, to to, że prowadzi jakieś niezwykle udane interesy, a im nic do tego. Wystarczy, że żyje się im wygodnie i w sumie bezpiecznie. Oczywiście, jak to kobieta, Barbara od czasu do czasu miała swoje podejrzenia, zwłaszcza gdy Richard potrafił wychodzić do pracy w samym środku nocy, czy zrywając się od obiadu, po czym wracał z potężną ilością gotówki. Jednak ponieważ wiedziała na pewno, że w odróżnieniu od typowego bandyty, on ani nie pije, ani nie zażywa narkotyków, ani nie przepuszcza pieniędzy w kasynach, ani jej nie zdradza, nie próbowała demonstrować swoich niepokojów.
       Richard Kuklinski był potężnie zbudowanym mężczyzną, mierzącym 196 cm wzrostu i ważącym ponad 120 kg. Prowadzone przez niego interesy, o których jego żona i dzieci wolały nie wiedzieć, były prowadzone na skalę międzynarodową i obejmowały handel narkotykami, pornografią, bronią, pranie brudnych pieniędzy, uprowadzenia, no i wreszcie, oraz przede wszystkim, zabójstwa na zlecenie. W jednym z owych wielu udzielonych już podczas pobytu w więzieniu wywiadów, Kukliński twierdził, że pierwszego zabójstwa dokonał jeszcze jako dziecko, kiedy to drążkiem na wieszaki zatłukł na śmierć kolegę, który mu dokuczał. A więc z nerwów. Już zresztą w połowie lat 50. Kuklinski miał reputację kogoś, kto zabije każdego, kto go zezłości i to pewnie w związku z tą legendą zwróciła na niego uwagę rodzina  DeCavalcante. Według autora głównej biografii Kuklinskiego, Philipa Carlo, debiutując wiosną 1954 roku, Kuklinski pojawił się na Manhattanie, szukając swoich ofiar, zawsze mężczyzn, nigdy kobiet, zawsze ludzi, którzy w jakikolwiek sposób potraktowali go nieuprzejmie. Zabijał strzałem z rewolweru, przy pomocy noża, ewentualnie tłukąc ofiarę na śmierć. Niektórych pozostawiał na miejscu, niektórych wrzucał to rzeki Hudson. Morderstwo, jak pisze Carlo, stało się dla Kuklinskiego sportem, a ciał w pewnym momencie było już tak dużo, że nowojorska policja, nie mogąc uwierzyć, ze ich autorem mogła być jedna osoba, uznała, że to pewnie lokalni pijaczkowie padają ofiarą jakichś osobistych porachunków. Tymczasem to faktycznie była jedna osoba, w dodatku taka, która owe morderstwa traktowała zaledwie jako ćwiczenie przed czymś znacznie poważniejszym.
      W innym miejscu, wspominając swoją młodość, mówił Kuklinski tak: „Kiedy tak sobie dziś o tym myślę, to wiecie co? To co w tym wszystkim podobało mi się najbardziej, to polowanie, to co tam stanowiło faktyczne wyzwanie. Samo zabójstwo miało znaczenie drugorzędne. Nie wydaje mi się, żebym czuł przy tym jakieś szczególne podniecenie. Natomiast planowanie, organizowanie wszystkiego tak, by wyszło jak najlepiej, to było coś. A im było więcej wyzwań, tym lepiej wszystko smakowało”.
      Mimo wielu prób postawienia jakiejś sensownej diagnozy odnośnie tego, jak świat mógł stworzyć takiego potwora, mimo że w badania zaangażowanych było wielu wybitnych psychiatrów i mimo że w pewnym momencie sam Kuklinski zgodził się z lekarzami, jak się zdaje, szczerze współpracować, wygląda na to, że nie udało się osiągnąć diagnozy, co do której większość byłaby zgodna. Oczywiście, dzieciństwo musiało odgrywać pewną rolę, jednak nie oszukujmy się, dzieci były bite przez swoich rodziców nie tylko w Nowym Jorku, nie tylko w ramach katolickiego wychowania i nie tylko w XX wieku, a nie jest tak, że większość z nich kończy jak Kuklinski. Jasne, nie ma najmniejszych wątpliwości co do tego, że Kuklinski był osobą chorą psychicznie, no ale tu też wariatów na świecie jest co niemiara, a nie każdy z nich ma za sobą taką historię, jak choćby ta zrelacjonowana przez samego Kuklińskiego, kiedy został zapytany, jak to się stało, że tak wybitny gangster jak DeMeo zatrudnił go jako zabójcę. Mówi Kuklinski: „Pewnego dnia pojechałem z DeMeo na przejażdżkę samochodem i zaparkowaliśmy przy jednej z ulic. Wówczas DeMeo wskazał mi przypadkowego przechodnia, człowieka wyprowadzającego na spacer psa, i powiedział mi, żebym go zabił. Wyszedłem więc z samochodu, podszedłem do gościa i strzeliłem mu w głowę. Od tego czasu, DeMeo, jak tylko była potrzeba, zawsze wybierał mnie”.
      A zatem, niezależnie od tego, czy będziemy mówić o tak zwanej „osobowości dyssocjalnej”, czy „paranoicznej”, i tak już pewnie do końca świata nie dowiemy się, co takiego się działo w głowie Richarda Kuklinskiego, że zaprowadziło go aż w tak egzotyczne z naszego punktu widzenia rejony.
      Znów wedle relacji samego Kuklinskiego, przez kolejne 30 lat nie było miesiąca, by on osobiście kogoś nie zabił. Jak to się zatem stało, że przez tyle lat policji nie udało się wpaść na jego trop? Pierwszym tego powodem było to, że, zabijając, stosował Kukliński najróżniejsze metody, a więc strzałem z pistoletu, przy pomocy noża, przez podłożenie bomby, łyżką do opon, przez podpalenie, otrucie, uduszenie, czy wreszcie – pamiętamy, że był to potężnych rozmiarów człowiek – po prostu przez zwykłe pobicie, „tak dla utrzymania formy”. Nigdy nie ustalono, co miał Kuklinski na myśli, mówiąc o swoich „bardzo licznych” ofiarach. Sam twierdził, że było ich ponad 200, jednak oficjalna liczba nie jest znana. Jego ulubioną metoda zabijania było przez zatrucie cyjankiem potasu, ponieważ „zabijał szybko i podczas badań był trudny do wykrycia”. Kuklinski truciznę albo wstrzykiwał, albo dodawał do jedzenia, albo rozpylał aerozolem, albo po prostu aplikował bezpośrednio na skórę. Ciał pozbywał się najczęściej, umieszczając je w ogromnej beczce, ale również nie stronił od rozczłonkowywania, grzebania, lub wrzucania do bagażnika samochodu i porzucania go na złomowisku. Twierdził również, że niekiedy swoje ofiary wywoził do Pensylwanii, gdzie rzucał jeszcze żywe wielkim szczurom na pożarcie. Opowiadał również, że często nagrywał te sceny na taśmę filmową, po to, by mieć wyższe szanse przetargowe przy kolejnych kontraktach. Według jego słów, po obejrzeniu jednego z tych filmów, DeMeo wyraził opinię, że Kuklinski „to człowiek bez duszy”.
      Jak już wspomnieliśmy, historia Richarda Kuklinskiego została już wielokrotnie opowiedziana, czy to w tekstach autorów, którzy uznali ją za na tyle fascynującą, że wartą spisania, czy przez samego Kuklinskiego podczas wielu licznych wywiadów. W oparciu o jego biografię, powstał nawet dość popularny film zatytułowany „The Iceman”. A więc moglibyśmy tę naszą opowieść ciągnąc jeszcze bardzo długo, opisując w sposób odpowiednio barwny i poruszający najsłynniejsze z jego czarnych wyczynów. Jednak uznając, że już i to, co zostało powiedziane dotychczas daje nam odpowiednio wyraźny i mocny obraz, przejdźmy może do dnia, kiedy Richard Kuklinski został wreszcie zatrzymany.
      Jak to się zwykle w tego typu sytuacjach dzieje, na początku owego końca stał szereg popełnionych przez samego Kuklinskiego błędów. Badając serię pojedynczych zabójstw, FBI zdołało je wszystkie połączyć nazwiskiem Kuklinskiego i w roku 1985 rozpoczęła się ostateczna akcja pod kryptonimem „The Iceman”. Detektywowi o nazwisku Pat Kane oraz agentowi specjalnemu Dominikowi Polifrone, przy współpracy z bliskim przyjacielem Kuklinskiego, niejakim Philem Solimene, udało się zbliżyć do Kuklinskiego. Polifrone, przedstawiajony Kuklinskiemu jako płatny morderca nazwiskiem Dominic Michael Provenzano, poprosił Kuklinskiego o pomoc w zabójstwie i nagrał Kuklinskiego, kiedy ten opowiadał z detalami, w jaki sposób zamierza przeprowadzić akcję. 17 grudnia 1986 roku doszło do ponownego spotkania Kuklinskiego z Polifrone, podczas którego Polifrone miał mu dostarczyć odpowiednią ilość cyjanku, który miał posłużyć do zabójstwa pewnego działającego pod przykryciem agenta. Kuklinski jednak sprytnie wypróbował dostarczoną truciznę na jakimś zbłąkanym psie, a kiedy okazało się, że pies się ma świetnie i prosi o jeszcze, Kuklinski nabrał podejrzeń, że ma do czynienia z prowokacją, zrezygnował z dalszego udziału w akcji i poszedł do domu. Został aresztowany dwie godziny później. Przy okazji, w jego samochodzie znaleziono rewolwer i żonę, którą przez to, że chciała policji przeszkodzić w zatrzymaniu, również aresztowano. Kuklinski został oskarżony o pięć morderstw, sześć przestępstw związanych z nielegalnym posiadaniem broni, o jeden napad rabunkowy i jedną próbę napadu, po czym odebrano mu paszport i zwolniono z aresztu za poręczeniem w wysokości 2 mln dolarów. W marcu roku 1988 jury uznało Kuklinskiego winnym zaledwie dwóch zabójstw, ponieważ jednak nie zdołano udowodnić, że ich bezpośrednim wykonawcą był sam Kuklinski, uniknął on obowiązującej wówczas jeszcze kary śmierci i został skazany na karę dożywocia, z możliwością ubiegania się o zwolnienie w wieku 110 lat. W roku 2003, Kuklinski przyznał się do zamordowania w roku 1980 nowojorskiego policjanta Petera Calabro, za co do wyroku dołożono mu jeszcze 30 lat więzienia.
      Ktoś się pewnie zastanawia, czy kiedy Kuklinski wspominał po latach swoje zbrodnie, zdarzało mu się czegoś żałować. Otóż najczęściej nie. Nawet kiedy opowiadał, jak to pewnego dnia chciał sprawdzić skuteczność działania kuszy i strzelił w głowę przypadkowo napotkanemu mężczyźnie, jedyna refleksja ograniczała się do stwierdzenia, że strzała wbiła się tylko do połowy. Jednak jest coś co, jak się zdaje, dręczyło Kuklinskiego przez lata. Oto, jak sam wspomina ów incydent:
     „Gość błagał mnie, żebym go nie zabijał. Prosił, coś obiecywał, chyba nawet się modlił. Wciąż gadał: ‘Boże, błagam’ i takie tam. Powiedziałem mu więc, że dam mu pół godziny, żeby spróbował wyprosić łaskę u Boga. Jeśli w tym czasie Bóg zejdzie z nieba i sprawi, że sytuacja ulegnie zmianie, będzie żył. No ale Bóg się nie pojawił i sytuacja nie uległa zmianie. I tyle. No, przyznaję, że nie było to z mojej strony zbyt miłe. To jest coś, czego nie powinienem był zrobić. A przynajmniej nie w ten sposób”.
      W roku 2005, po 25 latach spędzonych w więzieniu, u Kluklinskiego zdiagnozowano rzadką i nieuleczalną chorobę krwi, w związku z czym został przeniesiony na ściśle strzeżony oddział szpitala w Trenton, w stanie New Jersey. Jak już wspomnieliśmy, mimo że osobiście prosił lekarzy, by w przypadku gdy sytuacja krytycznie się pogorszy, podjęli próbę reanimacji, jego żona zaapelowała, by tego nie robili. Tydzień przed śmiercią, szpital zwrócił się do Barbary z pytaniem, czy podtrzymuję swoją decyzję, a ona skierowała kciuk ku ziemi. 7 marca, w wieku 70 lat, Richard Leonard Kuklinski poszedł do piekła.

Właśnie otrzymałem swój egzemplarz książki o zagubionej łodzi. Jest bez zarzutu. Polecam wszystkim bardzo gorąco. Zamawiać ją można w księgarni Coryllusa pod adresem http://coryllus.pl/?wpsc-product=o-samotnej-wyspie-zapomnianej-lodzi-i-oceanie-bez-kresu


poniedziałek, 26 września 2016

Być jak Woody Allen, czyli o dzieciach z przeceny

        Przy okazji głośnego rozstania dwojga popularnych aktorów filmowych, Brada Pitta I Angeliny Jolie, zastanawialiśmy się tu, do którego momentu życie tych ludzi stanowi coś realnego, a od kiedy staje się już niczym innym, jak tylko fikcją, w dodatku fikcją wyjątkowo tandetną, a to z tego prostego powodu, że do jej napisania nie zatrudniono nawet jednego marnego scenarzysty. Troszkę na ten temat porozmawialiśmy i wyszło nam, że tak naprawdę to co oni robią, mówią, a być może nawet myślą, jest fikcją od początku do końca. Całe ich życie, cała praca, każdy gest, każdy grymas i każde wypowiedziane słowo jest równie prawdziwe, jak te filmy, dzięki którym stali się gwiazdami. I oto nie wybrzmiało jeszcze echo afery już przez media okrzykniętej mianem „Brangelina Split”, a przy okazji doniesień o tym, że ich sześcioro, z czego troje adoptowanych, dzieci od pewnego czasu znajduje się w stanie takiej wściekłości, że lada chwila któreś z nich kogoś zamorduje, kiedy na łamy kolorowej prasy wdarła się kolejna wiadomość, która, moim zdaniem, powinna unieważnić życie i wszelkie dokonania nie tylko dotychczasowych, obecnych i przyszłych bohaterów kolejnych skandali, ale całe to środowisko i cały ten świat, który jeśli jeszcze nie został spalony na popiół, to tylko przez jakiś niezwykle przebiegły boży plan, którego my robaczki przeniknąć nie potrafimy.
      Oto okazuje się, że w tych dniach samobójczą śmiercią zmarł – również jak najbardziej adoptowany – syn słynnej aktorki Mii Farrow, 27-letni Thaddeus Wilk Farrow. Owego Thaddeusa, wówczas jeszcze noszącego imię Gabriel, cierpiącego na polio i sparaliżowanego od pasa w dół, Farrow wypatrzyła w jakimś przytułku w Kalkucie, gdzie, jak głosi wieść, był przywiązany łańcuchem do palika, wył z rozpaczy, a okoliczne dzieci rzucały w niego kamykami, i to jego nieszczęście tak ją urzekło, że go natychmiast zapragnęła mieć, kupiła go za jakieś grosze i przywiozła do Stanów. Rzecz w tym, że Thaddeus nie był pierwszym dzieckiem Farrow. Kiedy w roku 1973, jeszcze jako żona uznanego francuskiego kompozytora Andre Previna i matka jego trojga dzieci, poruszona obrazami z wojny w Wietnamie, uznała że świat jest do tego stopnia pełen nieszczęść, że jej już dłużej nie stać na własne dzieci i że od dziś będzie już tylko jeździć po świecie, wyszukiwać tych najbiedniejszych i najbardziej pokaleczonych i ściągać ich do nowego, lepszego świata. Na pierwszy ogień poszły dwie wietnamskie dziewczynki, Lark Song Previn w roku 1973, oraz rok później Summer „Daisy” Song Previn. Nic nie wiadomo o tym, by te dzieci były jakoś szczególnie w potrzebie wyjazdu do Paryża, czy Nowego Jorku, no ale stało się, jak się stało i obie kolejno pojechały z Farrow. Kolejną, siedmioletnią Soon-Yi, Farrow z Previnem znaleźli w Korei i w roku 1978 kupili od matki prostytutki. Rok później Farrow rozwiodła się z Previnem, zabrała szóstkę dzieci i wyjechała do Nowego Jorku, gdzie natychmiast związała się ze słynnym do dziś filmowym reżyserem Woody Allenem i dalej już wspólnie kolekcjonowali zbierane po całym świecie owe ludzkie nieszczęścia. Pierwszymi dziećmi Farrow, które trafiły na pierwsze strony gazet, były owe dwie Wietnamki, które, już jako nastolatki, zostały aresztowane z kradzież bielizny od Diora w jednym z lokalnych sklepów. Mijały lata i oto pewnego dnia starsza z dziewczynek, imieniem Lark, w wieku 35 lat niespodziewanie zmarła. Przyczyny śmierci były przez pewien czas utrzymywane w ścisłej tajemnicy, jednak jej były mąż, handlarz narkotykami i lokalny bandyta, sprzedał mediom historię, wedle której Lark została zarażona w jednym z salonów tatuażu i w ten sposób zachorowała na AIDS, no a następnie zmarła na zwykłe zapalenie płuc. Lark miała dwójkę dzieci, dziewczynki, obie urodzone z wirusem HIV, z którymi mieszkała w kompletnej nędzy w jakiejś rozwalającej się kamienicy. Kiedy umierała, Mia Farrow przebywała w Kongo na jednej ze swoich wypraw humanitarnych. Los dziewczynek, było nie było wnuczek Mii Farrow, nie jest znany.
     No ale wróćmy do owych adopcji. W roku 1980, Farrow, już razem z Woody Allenem kazali sobie sprowadzić z Korei dwuletniego chłopczyka z porażeniem mózgowym, któremu dali na imię Moses Amadeus Farrow. W roku 1985 para adoptowała kolejne dziecko, dziewczynkę, tym razem jednak wynajdując ją już sobie na miejscu, czyli w Stanach Zjednoczonych. W roku 1987 Farrow i Allenowi urodziło się czwarte dziecko, syn, imieniem Satchel O’Sullivan Farrow, jednak sama Farrow przyznała po latach, że wbrew powszechnemu przekonaniu, Satchel nie jest synem Allena, lecz Franka Sinatry, z którym ona jeszcze w latach 60-tych przez kilka miesięcy była w związku małżeńskim, i z którym, jak się okazuje, do końca jego niezwykle ciekawego życia żyła w bliskiej przyjaźni.
        W roku 1992 świat się na moment zatrzymał. Okazało się, że Allen uwiódł i jest w związku ze swoją przybraną córką, 20-letnią Soon-Yi. Co dla każdego, kto dotarł już tak daleko, może się wydawać dziwne, Mia Farrow jakimś cudem nie wzruszała na ten przypadek ramionami, ale się wzburzyła i wniosła o rozwód. Przy okazji, okazało się, że Soon-Yi nie była jedynym dzieckiem pozostającym pod opieką owej parki, do której Allen czuł miętę. Jak Mia zeznawała podczas procesu o prawo do opieki nad dziećmi, jej adoptowana córka Dylan wielokrotnie żaliła się, że Allen ją seksualnie molestuje. Z kolei w liście odczytanym przed sądem, 14-letni wówczas Moses Amadeus oświadczył, że ma nadzieję że „Woody Allen któregoś dnia zostanie tak upokorzony, że popełni samobójstwo”.   
      Można się było spodziewać, że seria kolejnych nieszczęść sprawi, że Mia Farrow się wreszcie zreflektuje i przestanie kolekcjonować te dzieci. Nic z tego. Ledwie sprawa została zamknięta, rozpoczęła się seria kolejnych adopcji. Pierwszą na tej liście była niewidoma dziewczynka z Wietnamu imieniem Tam, która zresztą w roku 2000 zmarła z powodu nieokreślonej choroby serca. Po niej kolejno, czarne amerykańskie dziecko odebrane uzależnionej od kokainy matki o imieniu Isaiah, jeszcze jedna niewidoma dziewczynka z Wietnamu, Frankie-Minh, kolejne czarne dziecko uzależnionej od narkotyków matki, dziewczynka imieniem Quincy, no i wreszcie ściągnięty z Kalkuty Thaddeus, o którym tu już była mowa i który parę dni temu strzelił sobie z rewolweru w pierś.
      I jeśli ktoś w tym momencie pragnie zgłaszać do mnie pretensje, że ten blog zaczyna się niebezpiecznie przesuwać w stronę Pudelka i innych tego typu portali, proszę uprzejmie, by się łaskawie puknęli w czoło. A jeśli ktoś wciąż nie rozumie, o czym jest mowa, opowiem jeszcze jedną, całkiem świeżą, historię. Otóż w zeszłym roku samobójstwo popełniła ukochana znanego aktora Jima Carrey’a, prześliczna Cathriona White. Zdarza się. Rzecz jednak w tym, że poprzedni ukochany owej cizi, niejaki Mark Burton, ostatnio zaczął węszyć, dojrzał szansę na poważną sumę i wniósł sprawę o to, że Jim Carey najpierw zaraził swoją ukochaną trzema różnymi chorobami wenerycznymi, a kiedy ona zwróciła się do niego o wsparcie, nazwał ją „kurwą” i kazał się wyłączyć. Tym samym doprowadził ją do śmierci. Sprawa jest rozwojowa, na stole leżą jak się zdaje ciężkie dowody winy Carreya, a w tle grube miliony.
     W tej sytuacji ja już mam tylko jeden apel. Dajmy spokój tej biednej Angelinie i temu durniowi Pittowi, kiedy wokół tyle spraw znacznie bardziej interesujących. No i przede wszystkim, zachowajmy nieco umiaru, kiedy na ekrany naszych kin wejdzie kolejny – tym razem podobno wreszcie najlepszy – film Woody’ego Allena. No i zaglądajmy do księgarni Coryllusa pod adresem www.coryllus.pl, gdzie jest do kupienia moja najnowsza książka o zagubionej łodzi.

niedziela, 25 września 2016

O zimnej małostkowości i ludziach z papieru

      Mija pierwszy tydzień, jak ukazała się drukiem korespondencja, jaką przez trzy lata prowadziłem z Zytą Gilowską, a wokół panuje twarda i, moim zdaniem, bardzo znamienna cisza. Oczywiście, książka idzie ja złoto, sam pan Andrzej Gilowski, mąż zmarłej Pani Profesor, zamówił jej sześć egzemplarzy, nie zmienia to jednak faktu, że wokół panuje kompletna cisza. I to jest oczywiście coś, na co warto zwrócić uwagę.
      Otóż zupełnie niezależnie od tego, że autorem owej książki nie jest Zyta Gilowska i że to czym ona przez te miesiące zechciała mnie zaszczycać, to zaledwie część znacznie większej całości, fakt pojawienia się tej książki na rynku jest – ze względu na te właśnie listy – oczywistym i bezdyskusyjnym wydarzeniem literackim, politycznym, ale i społecznym. Przy zachowaniu wszelkich należnych proporcji, nie wydarzyło się w mijającym roku, jak sądzę, wiele rzeczy, które można by było porównać z publikacją listów, jakie Zyta Gilowska pod koniec swojego pracowitego życia pisała do autora lubianego przez siebie bloga. A mimo to, wokół panuje cisza.
      W najnowszym numerze tygodnika „W Sieci”, w jednym z felietonów, ukazała się bardzo sprytnie, bo pod pretekstem nauki języka angielskiego, ukryta reklama książki zatytułowanej „Spowiedź grzesznika”, „autorstwa Zygmunta Przetakiewicza – grzesznika, który przestał grzeszyć, zaczął mówić i chce tym odkupić winy”. Autor felietonu podaje miejsce i dzień uroczystej promocji, wymienia nazwiska zaproszonych gości, a na końcu zapewnia, że obecność na spotkaniu jest, z moralnego przynajmniej względu, obowiązkowa. Nie wiem, kto to jest Przetakiewicz, podobnie zresztą, jak Przetakiewicz nie wie, kim jestem ja, natomiast nie ulega wątpliwości, że oni wszyscy wiedzą, kim była Zyta Gilowska, i jeśli dziś ukazuje się książka zawierająca jej najbardziej osobiste listy, dotyczące w najmniejszym stopniu ekonomii i polityki, ale za to życia, śmierci, Wiary, cierpienia, i tego wszystkiego, o czym ona, kiedy jeszcze żyła być może chciała powiedzieć publicznie, ale jej zwyczajnie nie wypadało, można by było się spodziewać, że świat przynajmniej podniesie głowę. Nic z tego. Wokół zapadło wyłącznie krępujące milczenie.
      Część z nas miała okazję obejrzeć w telewizji uroczystości pogrzebowe Zyty Gilowskiej. Widzieliśmy więc, z jak wielkim staraniem zostało to pożegnanie zorganizowane. Przemawiał Prezydent, głos zabrał Prezes, obecna była pani premier Szydło, i gdyby Ziemia potrafiła na tego typu zdarzenia reagować, to by zapewne zadrżała. I oto ukazuje się książka, zawierająca najbardziej nieznaną, a jednocześnie tak niezwykle piękną, prawdę o Zycie Gilowskiej w całej jej wielkości… a wokół panuje cisza, przerywana informacją, że zarówno prezydent Duda, jak i premier Szydło bardzo lubią powieści Elżbiety Cherezińskiej. Dlaczego tak? Otóż, w moim rozumieniu rzeczy, dlatego mianowicie, że w tym wszystkim najmniej chodzi o Zytę Gilowską. Zyta Gilowska mogła być tematem, kiedy z kompletnie niezrozumiałego powodu, nie oglądając się na to, co się mówi na tak zwanych „pokojach”, ile razy miała chwilę dla siebie, zaglądała do Internetu i próbowała znaleźć coś dla siebie. A jak już znalazła, to nikogo nie pytała o zdanie, lecz szła za głosem serca. Wtedy jeszcze można było interweniować. Gdyby ona podzieliła się swoimi spostrzeżeniami ze znajomymi z polityki, oni być może by jej powiedzieli, żeby się nie wygłupiała i wyjaśnili kto tu jest kim. Dziś jest za późno. Jedyne co można zrobić dziś, to udawać, że tego nie było.
      Myślę dziś o Zycie Gilowskiej, polityku, ministrze finansów, wicepremierze, członku Rady Polityki Pieniężnej, wybitnym nauczycielu akademickim, w pewnym momencie jednej z najważniejszych osób w państwie, i wciąż nie mogę się nadziwić, że ona, będąc w samym środku tego wszystkiego, była jednocześnie aż tak wolna. I powtórzę po raz kolejny, sam już nie wiem, który to już raz. Tu nie chodzi o mnie, ani o moje książki. One sobie poradzą, a ta akurat, z tego co widzę, radzi sobie szczególnie dobrze. To co boli, to owa małostkowość. Ona jest tak uderzająca, że ja autentycznie nie potrafię zrozumieć, jak to możliwe, że są jeszcze ludzie, którzy wierzą, że po tamtej stronie są choćby resztki dobrej woli.

       Książka „O samotnej wyspie, zapomnianej łodzi i oceanie bez kresu” dostępna jest w księgarni na Coryllusa pod adresem http://coryllus.pl/?wpsc-product=o-samotnej-wyspie-zapomnianej-lodzi-i-oceanie-bez-kresu

sobota, 24 września 2016

Co Brad Pitt uważa na temat aborcji?

Jak z pewnością wszyscy już wiemy, właśnie się rozpadło najwspanialsze małżeństwo na Ziemi i od dziś słowo „miłość” będzie musiało nabrać nowego znaczenia. Brad Pitt i Angelina Jolie, po 12 latach owego niezwykłego związku, w tym dwóch ostatnich lat jako mąż i żona, jak podają media, organizują swoje życie na nowo, jednak my wszyscy mamy nadzieję, że z tego nieszczęścia narodzi się dobro większe. Brad bowiem wraca do swojej poprzedniej ukochanej, aktorki Jennifer Aniston, natomiast Angelina postanowiła się związać z modelką, niejaką Jenny Shimizu. Szczególnie poruszające jest oświadczenie Brada Pitta, w którym czytamy: „Jestem niezwykle zasmucony, ale tym, co liczy się teraz najbardziej, jest dobro naszych dzieci. Uprzejmie proszę media, by dały im przestrzeń spokoju tak potrzebną w tych trudnych chwilach”. Wygląda więc na to, że Brad nie będzie miał nic przeciwko temu, by ich troje dzieci Pax, Shiloh i Zahara mieszkały z mamami, no i żeby Shiloh, która już jakiś czas temu została chłopczykiem, mogła nadal przedstawiać się imieniem John.
Ktoś pewnie zaraz powie, że to jest wszystko nieprawda, podobnie jak nieprawdą było tych 12 lat, które Brad i Angelina rzekomo spędzili ze sobą w serdecznym związku, te dzieci, ta dziewczynka o imieniu John i każda sekunda ich wspólnego, czy rozłącznego życia. Że to wszystko, co oni zrobili, lub nie zrobili przez te 12 lat, owe kolejne adopcje przeprowadzane gdzieś w Afryce, czy w Bangladeszu, te operacje biustu Angeliny, te okulary Brada, to wszystko jest dokładnie taką samą fikcją, jak wszystkie role, jakie w tym czasie zagrali w filmach, na czele z rolą Brada w „Bękartach Wojny”. Że wreszcie, każde wypowiedziane przez nich słowo w niezliczonych wywiadach i każda mina, jaką zrobili przez te lata do zawsze czyhających na nie kamer, to nic, jak czysta, niczym niezmącona nieprawda. A ja oczywiście nie mam najmniejszego powodu, by się z tym nie zgodzić. Nie zmienia to jednak faktu, że tak sobie o tej fikcji rozmawiając, pozostajemy w mniejszości i to w mniejszości niemal tak samo fikcyjnej, jak życie tych ludzi. Rzecz w tym, że nas tu tak naprawdę już od dawna nie ma.
Oto moja córka zwróciła mi uwagę na historię, która – w co ciężko uwierzyć – pod pewnym względem dotyczy fikcji jeszcze większej, niż życie Brada Pita i Angeliny Jolie. Oto gdzieś w Internecie pojawił się następujący obrazek znanego nam skądinąd Marka Raczkowskiego:


Żart jak żart. Dla jednych śmieszny, dla innych mniej, dla jeszcze innych, w ogóle nieistotny. To co jednak w nim zdecydowanie zwraca uwagę, to to, że ta pierwsza pani, jest ładna, ma ładne włosy, ładną buzię, a nawet ładny biust, tę drugą natomiast Raczkowski przedstawił w taki sposób, by ona tezę owego żartu tylko podkreślała, przez co możemy zaryzykować podejrzenie, że w ten sposób, przy całym swoim niewątpliwym talencie, Raczkowski zsunął się do poziomu propagandy wyznaczanego prze ruskiego „Krokoldiła”, czy naszą „Gazetę Polską”. Ale i to nie jest naszym problemem. Niech oni wszyscy zachleją się swoją nienawiścią na śmierć. Otóż prawdziwą rewelację stanowi fakt, że wedle relacji mojej córki, pod tym obrazkiem internauci rozpętali autentyczną debatę, w pewnym momencie przeradzającą się w awanturę na temat tego, która z narysowanych przez Raczkowskiego kobiet jest bardziej brzydka. W pewnym momencie napięcie osiągnęło taki stan, że niektórzy najzwyczajniej w świecie tę panią po prawej stronie zaczęli normalnie hejtować, pisząc, że jest obrzydliwa, że jej śmierdzi z ryja i że zamiast włosów ma parówki.
Córka moja, która chyba najwięcej z nas wszystkich udziela się na Facebooku, postanowiła zwrócić tym durniom uwagę na to, że to ta kobieta nie istnieje, że to jest tylko rysunek, w dodatku w całości wymyślony przez Raczkowskiego i że nie ma sensu jej hejtować. Na nic. Jedyna reakcją było to, że część tego hejtu została skierowana w jej stronę, a być może najbardziej merytoryczny komentarz brzmiał: „Aha, rozumiem, pewnie uważasz, że to jest spisek?” Reszta pozostała bez zmian i, jak sądzę, tam wciąż nawet teraz pojawia się ktoś nowy i próbuje najlepiej jak tylko potrafi ową kreskę obrazić, tylko dlatego, że ona jego zdaniem reprezentuje tak bardzo znienawidzony Kościół.
W tej sytuacji, ja się zastanawiam, cóż nam przeszkadza biedny Brad Pitt z jedną z jego żon, czy kochanek i ich córeczka, z której oni postanowili zrobić chłopczyka? W końcu, cokolwiek by o nich nie mówić, przynajmniej z biologicznego punktu widzenia, oni, w odróżnieniu od satyrycznego rysunku, są wciąż ludźmi. To co nas naprawdę powinno dotyczyć, to niewątpliwy fakt, że przez te wszystkie lata systematycznego prasowania naszych mózgów przez kulturę popularną, doszliśmy do tego, że nawet wtedy, gdy nam pozamykają te wszystkie galerie handlowe i znajdujące się w środku hipermarkety – nawet wtedy – pozostanie nam się gapić w obrazki i niewykluczone, że to nam w pełni wystarczy.
Rysunek Raczkowskiego jest komentarzem do niekończącej się dyskusji na temat legalizacji i zakazu aborcji, która dziś przeżywa swój kolejny renesans. W związku z tym, ja bym też może dorzucił tu swój komentarz, dość już stary, bo zamieszczony na tym blogu parę lat temu, jednak przede wszystkim wciąż aktualny, no a poza tym dotyczący tego co jest jak najbardziej realne. Otóż dziś jest tak, że problem legalizacji aborcji dotyczy tych absolutnie już wyjątkowych przypadków, kiedy to mamy do czynienia z ciążą bardzo zaawansowaną, a ktoś ma ochotę zamordować sobie dziecko, które na dobrą sprawę zdolne by było do samodzielnego życia. Cała reszta jest załatwiana przy pomocy tabletek na wrzody żołądka, gdzie jak byk jest napisane: „Niewskazane w czasie ciąży”. Jak mnie informuje znajomy ginekolog, dwie tabletki rozwiązują problem skutecznie i na czysto. Dopóki tego nie pojmiemy, równie dobrze możemy się gapić w obrazek Raczkowskiego i pluć na monitor.

Przypominam, że od kilku dni w księgarni na stronie www.coryllus.pl (do kliknięcia tuż obok) sprzedawana jest moja najnowsza książka, zawierająca między innymi, całość korespondencji, jaka w latach 2011-2014 miała miejsce między mną, a panią profesor Zyta Gilowską. Oprócz tego, w książce znalazł się cały szereg tekstów z tego bloga, zdaniem Pani Profesor – najlepszych.

piątek, 23 września 2016

Nie lękajmy się

      Dzisiejszy numer „Warszawskiej Gazety” ukazuje się nie tylko w Polsce, lecz również w pięciu stanach Wschodniego Wybrzeża Stanów Zjednoczonych. Z tej okazji pomyślałem, że dobrze by było, gdyby mój cotygodniowy felieton tym razem ani nie smucił, ani nie straszył, ani nie złościł, lecz zwyczajnie dostarczał nadziei na to, że będzie dobrze. Mimo wszystko będzie dobrze. A zatem, na smutki przyjdzie czas, a dziś żyjmy piękną pogodą.  


      Jako że dzisiejszy numer „Warszawskiej Gazety” jest pierwszym, który dociera aż za Ocean, pragnąłbym, by ten akurat felieton nie dotyczył spraw bieżących, a więc najczęściej albo plotek, albo refleksji, które może dziś jeszcze mają jakieś znaczenie, natomiast już jutro zostaną zastąpione przez kolejne, ani bardziej, ani mniej dla nas istotne. Myślałem więc trochę nad tym, co powinienem dziś przekazać Rodakom w USA i przyszło mi do głowy, że ponieważ propagandowy atak zjednoczonych sił Systemu skierowany przeciwko rządowi Prawa i Sprawiedliwości wszedł w fazę w pewnym sensie wyjątkową, bo nawet nie zachowującą pozorów zwykłej politycznej debaty, dobrze by było powiedzieć coś, co idzie wbrew wspomnianej propagandzie, a co ogranicza się do kilku słów: „Nie bójmy się. Oni przegrali i tak już zostanie”.
      Kiedy w roku 2000 System postanowił zakończyć wieloletnią przygodę ludzi kiedyś powszechnie określanych, jako komuniści, a w III RP, po prostu jako lewica, pod ręką miał z jednej strony posłuszne służby, a z drugiej popularne Prawo i Sprawiedliwość. Wystarczyło więc najpierw skonstruować w miarę sensowną prowokację – tu zdecydowano się skorzystać z usług Lwa Rywina i Adama Michnika – a następnie zbudować porządną neoliberalną koalicję pod dźwięczną nazwą POPiS. Jak wszyscy wiemy, wszystko zagrało niemal idealnie, tyle że Prawo i Sprawiedliwość się zbiesiło, odmówiło wejścia do układu, w dodatku Lech Kaczyński okazał się politykiem nad wyraz popularnym i cały plan trzeba było odłożyć na parę lat.
      Jeśli w roku 2007 Platforma wygrała wybory, zachowała władzę na następne osiem lat, a Bronisław Komorowski odniósł życiowy sukces, zostając prezydentem dużego europejskiego kraju, to wyłącznie przez udział w tym przedsięwzięciu służb specjalnych, oraz totalną agresję propagandową prowadzoną na wszystkich poziomach organizacji państwa, a niekiedy i niestety Kościoła.
      Powstaje więc pytanie, jak to się stało, że wbrew temu wszystkiemu, Prawo i Sprawiedliwość przetrwało? Otóż za owym zwycięstwem stała po pierwsze osoba Jarosława Kaczyńskiego, a po drugie niepokonany duch polskiego narodu. Po ośmiu, a tak naprawdę może i dziesięciu latach, okazało się, że jest coś, czego całe zło tego świata nie pokona.
      Dziś mamy prezydenta, swój rząd i poczucie, że odzyskaliśmy Polskę dla siebie. Oczywiście, przeżywamy różne chwile niepewności, czy czasem zawodu, ale generalnie czujemy, że jesteśmy na kursie i ścieżce. Co jest po stronie przeciwnej? Otóż tam nie ma nic. Oni przede wszystkim nie mają przywódcy, nie mają struktur, państwowe media zostały im skutecznie odebrane, również, jak wiele na to wskazuje, wszystkie służby zostały objęte pełną kontrolą, no a przede wszystkim ich potencjalny elektorat, to jakaś rozproszona drobnica, żyjąca wyłącznie wyliniałą już kompletnie nienawiścią.
     A zatem wniosek może być tylko jeden. Tym razem, faktycznie nie ma z kim przegrać. Pozostaje więc nam już tylko pilnować, żeby im ów sukces nie zamieszał w głowach i sercach. Przynajmniej nie za bardzo.


Gdyby ktoś nie zauważył, ukazała się właśnie moja kolejna, ósma już, książka pod tytułem „O samotnej wyspie, zapomnianej łodzi i oceanie bez kresu”, zawierająca, oprócz szeregu tekstów z tego bloga, dwa kompletnie nowe eseje plus całą korespondencję, jaka miała miejsce między mną a prof. Zytą Gilowską w latach 2011-2014. Zapraszam do księgarni Coryllusa pod adresem http://coryllus.pl/?wpsc-product=o-samotnej-wyspie-zapomnianej-lodzi-i-oceanie-bez-kresu

czwartek, 22 września 2016

Gdy w szaleństwie zabrakło metody

Niedawno zamieściłem tu tekst stanowiący wymianę swego rodzaju uprzejmości z „Gazetą Wyborczą” i uznałem, że gdy chodzi o nich, mam spokój na kolejne parę lat. Okazuje się jednak, że nic z tego. Napięcie, jakie w związku z coraz bardziej niewzruszoną pozycją władzy Prawa i Sprawiedliwości ogarnęło tych durniów, przybiera postać tak ewidentnego szaleństwa, że komuś takiemu jak ja, zwyczajnie nie wypada udawać, że nic się nie dzieje. Tyle wszystkiego, że mam nadzieję, iż dziś będzie wyjątkowo krótko.
Jak wiemy, podczas swojej wizyty w Nowym Jorku, prezydent Duda i jego małżonka zostali zaatakowani przez pięcioosobową może grupę sympatyków KOD-u, obrzuceni wyzwiskami i opluci. Jak można było wszystko obejrzeć w telewizji, jedyną odpowiedzią, jaką demonstranci uzyskali, był gest ze strony Agaty Dudy, która posłała im symbolicznego całusa i w ten sposób cały ten protest unieważniła. Prezydent w ich kierunku nawet nie spojrzał.
KOD niemal natychmiast zareagował serią komentarzy na Twitterze, w których nie dość że ogłosił pełny sukces przedsięwzięcia, to jeszcze poinformował, że akcja uzyskała jednoznaczne poparcie ze strony Agaty Dudy, która demonstrantów pozdrowiła uprzejmym pocałunkiem. No i dobrze. To jest KOD i to jest poziom, który znamy. Kiedy jednak wydawało się, że sprawa została ostatecznie zamknięta, uznając najwidoczniej, że tak tego zostawić nie można, do akcji wkroczyła „Gazeta Wyborcza” i na swojej stronie internetowej opublikowała dramatycznie niewyraźne zdjęcie z wydarzenia, na którym ledwo widać unoszącą dłoń Agatę Dudę – jak my już wiemy, do pocałunku – a niżej zamieszczony tekst: „USA: wygwizdują parę prezydencką. A Agata Duda się odwraca i robi TEN gest”.
Jaki gest? No, tego akurat czytelnicy „Wyborczej” siłą rzeczy zobaczyć nie są w stanie. Zdjęcie jest tak niewyraźne, że sama Agata Duda praktycznie jest tam ledwie rozpoznawalna. Jedyne co nam pozostaje to się domyślać, co to za gest, TEN gest. A tu sprawa jest oczywista. Oczywista do tego stopnia, że ja tu już nie muszę nic dodawać. Proszę zresztą spojrzeć na całość.


Pamiętam, że jeszcze w bardzo głębokim PRL-u siedziałem któregoś wieczoru z moim tatą przed telewizorem, oglądaliśmy „Dziennik Telewizyjny” i tato zadał mi pytanie, które pamiętam słowo w słowo do dziś: „Słuchaj, powiedz mi, czy on wie, że on kłamie?” Od tego czasu, tak na moje oko, minęło jakieś 40 lat i wiele się zmieniło. Między innymi pojawił się projekt o nazwie „Gazeta Wyborcza”, a wraz z nim nowy wymiar propagandy, gdzie pytania tego typu uważane są za głupie i naiwne. No bo bądźmy poważni, jakie ma znaczenie to, kto co wie, a czego nie wie? Poziom do któregośmy się przez te wszystkie lata zsunęli, tego typu dylematów nie toleruje, bo na tym poziomie nie istnieje już ani prawda, ani kłamstwo, ani szczerość, ani fałsz, ani wreszcie świadomość, ani pomieszanie zmysłów. Tu jest wyłącznie rozkaz, strach i pełne posłuszeństwo. I stąd nagle dzieje się tak, że w tę przestrzeń wrzucone zostaje powyższe zdjęcie z owym komentarzem i wszyscy już tylko w nerwowym napięciu patrzą, czy coś się w związku z tym wydarzy.
Otóż nie wydarzy się nic. Będzie jak było, a w owej przestrzeni miejsce dla tych, którzy właśnie zostali stąd wyrzuceni, już za chwilę zostanie tak ograniczone, że nawet gdyby ich tu przyszło zaledwie dwóch, to się poduszą. Nie polecam.
PS: Ledwie skończyłem pisać ten tekst, a dotarła do nas wiadomość, że ta sama „Gazeta Wyborcza” opublikowała właśnie tekst pod tytułem „Książka ‘modnego’ esesmana na półkach największych polskich księgarń”, i postanowiła zilustrować go następującym zdjęciem:

A zatem obłęd. Tu nie ma śladu metody. Wyłącznie owo stare jak świat szaleństwo. Można otwierać szampany.

Książki, w tym oczywiście ta najnowsza, są do nabycia w księgarni pod adresem www.corylus.pl.Zapraszam.

środa, 21 września 2016

O samotnej wyspie, zapomnianej łodzi i oceanie bez kresu

           Wczoraj – oczywiście przy kompletnym bojkocie z każdej możliwej strony – ukazała się moja ósma książka, niewykluczone, że najważniejsza z dotychczasowych i możliwe też, że w ogóle jedna z najważniejszych książek mijającego roku, pod tytułem „O samotnej wyspie, zapomnianej łodzi i oceanie bez kresu”, wśród paru innych, może już nie tak poruszających akcentów, zawierająca całość mojej trzyletniej korespondencji z Zytą Gilowską.
      Każdy kto w miarę uważnie śledzi ten blog zna historię tych listów. Kilka miesięcy temu, w szczerym przekonaniu, że niewybaczalnym grzechem z naszej strony byłoby zamilczenie owego świadectwa, wspólnie z Gabrielem Maciejewskim zaplanowaliśmy opublikowanie tych listów w kwartalniku „Szkoła Nawigatorów”. Ze względu jednak na sprzeciw syna Pani Profesor, wszystko nie przekroczyło granic tego bloga. W międzyczasie jednak skontaktował się z nami pan Andrzej Gilowski, mąż Pani Profesor, i po niekiedy naprawdę ciężkiej dyskusji, w sposób w moim przekonaniu jednoznaczny, ostatecznie uznał, że publikacja owych listów Zycie Gilowskiej się należy. No i, tak jak to często bywa, to co z pozoru złe, doprowadziło do większego dobra i dziś ukazuje się ta książka. Nie jeden tekst w jednym z kwartalników, lecz osobna książka.
      Zdecydowaliśmy jednak, że będzie to wydawnictwo znacznie obszerniejsze, niż te listy, a nawet obszerniejsze, niż zarówno te listy, jak i listy, które ja pisałem do niej. W końcu nie oszukujmy się, Zyta Gilowska i ja nie byliśmy przyjaciółmi, ona mnie nie szanowała jako człowieka, z tego prostego powodu, że mnie jako człowieka praktycznie nie znała. Myśmy mieli okazję rozmawiać bezpośrednio zaledwie raz. Ja nawet nie miałem jej numeru telefonu. Ona ze mną rozmawiała wyłącznie dlatego, że podobały się jej moje teksty. A zatem to jest wydarzenie tego typu, jak gdybym ja zaczął korespondować z którymś z moich ulubionych artystów, tylko dlatego, że podoba mi się jak on śpiewa, gra, lub tańczy. A zatem, książka, która się właśnie ukazała, zawiera też wszystkie teksty z tego bloga, które Zycie Gilowskiej się spodobały i które w swojej uprzejmości zechciała skomentować, w tym – co już stanowi wydarzenie najwyższej rangi – dwa znakomite teksty księdza Rafała Krakowiaka, czyli znanego nam wszystkim Don Paddingtona. A zatem, książka, która właśnie się ukazała pokazuje wyłącznie to, co Zyta Gilowska uznała za godne skomentowania.
     Z mojej strony, tam tak naprawdę jest niewiele. Pierwsza część tej książki, zatytułowana „Ocean” to dość rozbudowany esej poświęcony właśnie Zycie Gilowskiej. Druga część natomiast, którą nazwałem po prostu „List”, to już tylko owe listy i teksty, które Zyta Gilowska w nich komentowała. No i wreszcie część trzecia „Wyspa”, która stanowi faktyczny epilog owego przedsięwzięcia i swego rodzaju pieczęć je autoryzującą. Tu jednak nie powiem już ani słowa więcej. Kto będzie chciał, kupi tę książkę i osobiście sprawdzi, w czym rzecz. Dla tych, którzy liczą na to, że uda im się przewieźć na gapę, mam wiadomość smutną. Tej książki nie będzie w księgarniach, ale też nie napiszą o niej ogólnokrajowe media – te czy tamte. To oczywiście ma swoją nazwę: małostkowość, jednak jest jak jest, więc pozostaje mi tylko zachęcać do minimalnej otwartości. Naprawdę warto. A ja już może tylko zacytuję fragment:
       „Trzy długie dni czekała ekspedycja na ustanie szalejących wiatrów, i wreszcie 2 kwietnia zdecydowano, że można bezpiecznie wylądować na wyspie śmigłowcem. Już w chwilę po tym, jak postawił swoją stopę na brzegu, Crawford zauważył, że w niedużej zatoczce unosi się opuszczona, choć robiąca wrażenie całkowicie sprawnej, łódź.  Łódź nie posiadała jakichkolwiek oznaczeń, natomiast sto metrów dalej, już na skałach, podróżnicy natrafili na 160-litrową beczkę, parę wioseł, nieco drewna oraz rozcięty zbiornik balastowy. Licząc na odnalezienie choćby tylko ciał rozbitków, ekipa Crawforda przeszukała okolicę, jednak poza samą łodzią i krążącymi nad nią ptakami, nikogo nie znalazła.
      Crawford opisał łódź, jako ‘szalupę ratunkową statku wielorybniczego’, która jego zdaniem musiała być częścią większej jednostki. To co dziwiło, a następnie już być może tylko przerażało, to fakt, że w odległości tysięcy mil od Wyspy Bouveta nie przebiegały żadne szlaki handlowe. A kolejne pytania pojawiały się jedno po drugim. Jeśli rzeczywiście była to szalupa, to gdzie podział się statek i co sprawiło, że udało jej się dopłynąć aż tak daleko, no i jak przetrwała podróż po oceanie? Nie znaleziono na niej śladów ożaglowania, brak było silnika, a za jedyny napęd musiały służyć wiosła, które znaleziono w pobliżu”.
       
      I ani słowa więcej. Kto pragnie autentycznych wrażeń, niech zajrzy do księgarni pod adresem Coryllusa i kupi to co mieć zwyczajnie trzeba. Droga jest prosta. Wystarczy kliknąć zdjęcie tuz obok.

      

wtorek, 20 września 2016

Moskale śpiewają Nalepę

Myślę, że gdybym tylko miał podejrzenie, że większość czytelników tego bloga lubi słuchać muzyki, a na dodatek o niej rozmawiać, zapewne połowa tych tekstów to by były piosenki. Jest jednak jak jest, książka o zespołach ledwie się sączy, a więc mimo że mam już właściwie gotowy materiał na kolejną część, na razie nic z tego nie będzie, a zatem muszę przyjąć, że to nie jest temat. Nie zmienia to faktu, że od czasu do czasu nie mam wyjścia i muszę coś o muzyce napisać. Niedawno mieliśmy w samym Zabrzu ów koncert King Crimson, na który udało mi się szczęśliwie wybrać, a który zrobił na mnie takie wrażenie, że musiałem z siebie te wszystkie emocje wyrzucić. No a dziś nagle, dzięki inspiracji mojego serdecznego kolegi, znanego nam tu częściowo Lemminga, pojawić się musi zespół o prowokacyjnej dość nazwie Gogol Bordello.
Co to jest za zespół ów Gogol Bordello? Otóż pewnie nie byłoby za bardzo o czym mówić, gdyby nie fakt, że jest to przede wszystkim coś naprawdę dobrego. Ponieważ jednak, gdy chodzi o dobre zespoły, tego kwiatu, jak to mówią, jest pół światu i naprawdę nie ma powodu, by o każdym z nich rozmawiać, musi być coś jeszcze. No i jest. Jest coś jeszcze. Zespół Gogol Bordello, nie dość, że jest dobry, to jeszcze jest sławny, a nie dość, że jest sławny, to ma jeszcze to coś, co ich wyróżnia na owej scenie w sposób wyjątkowy. Otóż to jest nowojorska grupa złożona z emigrantów i to emigrantów nie byle jakich. Jej liderem i głównym gitarzystą jest Ukrainiec o nazwisku Eugene Hütz, na skrzypcach gra Rosjanin o standardowym bardzo nazwisku Siergiej Riabcew, na drugiej gitarze jeszcze jeden rosyjski emigrant Boris Pielech, na akordeonie mamy Białorusina Pashę Newmera, no a dalej już w miarę normalnie, czyli jeden gość z Etiopii, jeden Amerykanin i jeden Latynos.
Nigdy nie miałem okazji słuchać Gogol Bordello na żywo, natomiast wspomniany Lemming ma na ich punkcie fioła i ile razy ma możliwość, płaci ile każą i jedzie gdzie każą. I to on mnie mianowicie poinformował, że Gogol Bordello bardzo lubią grać w Polsce i tu chętnie bywają. To on mi też mi opowiedział, że podczas jednego z niedawnych występów w warszawskiej Stodole owi „Moskale” zaśpiewali dwie polskie piosenki, które, jak wyznał sam ich lider, były dla niego poważną inspiracją, kiedy jeszcze mieszkał tuż za miedzą. Jedna z nich to „Milicjant” Dezertera, druga natomiast to „Ona poszła inna drogą” Breakoutów.
A ja bym chciał się zatrzymać na tej drugiej. Mam naturalnie świadomość wszystkich problemów, jakie mamy z zespołem Breakout i osobiście z Tadeuszem Nalepą, w tym tego podstawowego, że kiedy oni przez całą swoją karierę bezczelnie zrzynali z wczesnego Fleetwood Mac, a Nalepa osobiście od Petera Greena, ten sam Nalepa wciąż zapewniał, że dla niego pierwszym mistrzem był zawsze Clapton. A my oczywiście wiemy, że to pewnie po to, by, słuchając „Nocą puka ktoś”, wszyscy krzyknęli: „No nie! Bez przesady. To jednak jest bardziej Nalepa niż Clapton”. No ale oddajmy jemu i im to, na co zasługują, czyli zapewnienie, że to był naprawdę fajny zespół, który miał naprawdę dużo fajnych piosenek. No i że sam Nalepa to był człowiek z autentycznym sercem. A to, jak już miałem okazję tu wielokrotnie się żalić, już się zwyczajnie u nas nie zdarza, zwłaszcza gdy Kazikowi stuknęła 50-tka.
No ale oto pojawiają się nagle ci Gogol Bordello, wpadają do Polski i proponują, że oni nam zagrają i zaśpiewają Nalepę, bo Nalepa to historia, co więcej historia. sentymentalna, a jakby tego było mało, oni nam tego Nalepę zaśpiewają, tak jak go zapamiętali, a więc oczywiście po polsku. I w tym momencie otwiera się przed nami coś, co naprawdę daje do myślenia.
To jest wciąż tylko muzyka, a więc coś, czego wielu z nas zwyczajnie nie czuje, a często wręcz nie potrzebuje, no ale chyba my wszyscy potrafimy myśleć, prawda? Zapraszam więc do pogłębionej refleksji, najpierw jednak posłuchajmy Gogol Bordello, jak śpiewają Nalepę. Ten z przodu to Ukrainiec. Ten w czapce to Ruski, A ten gangster z tyłu to oczywiście Białorusin.



Targi książki w Katowicach zbliżają się dużymi krokami, no ale zanim nadejdzie 30 września, zapraszam do księgarni na stronie www.coryllus.pl, gdzie można kupować moje książki.

poniedziałek, 19 września 2016

"Wyborcza" trzyma faszyzm za mordę

      Zapraszam do czytania mojego najnowszego felietonu dla „Warszawskiej Gazety”. Przy okazji z przyjemnością informuję, że od najbliższego numery „Warszawska” będzie się ukazywała także w pięciu miastach Wschodniego Wybrzeża Stanów Zjednoczonych.

 W ramach zakrojonej na bardzo szeroką skalę akcji zohydzania Polski, jako kraju antysemitów, faszystów i zwykłego szowinistycznego bydła, „Gazeta Wyborcza” osiągnęła stan, który zmuszony jestem nazwać czystym obłędem. Szczerze staram się zrozumieć, emocje kierujące ludźmi, którzy uważają, że walka o tolerancję i powszechne braterstwo wymaga poświęceń, a nawet pewne drobne, wynikające z niej prowokacje, to co mnie jednak zaskakuje, to wspomniany obłęd. Oto w katowickiej „Gazecie Wyborczej” ukazała się historia 64-letniego Holendra nazwiskiem Tjitse Dondorp, który znalazł się w Polsce i natychmiast został aresztowany. Oto jak on sam relacjonuje swoją sprawę dziennikarce „Wyborczej”:
      „27 lipca podróżowałem pociągiem na trasie Katowice - Przemyśl. Jechałem do małej miejscowości w okolice Lublina. W pewnym momencie zabrali mnie z pociągu policjanci. Zostałem przewieziony do Krakowa i aresztowany. W celi na Montelupich spędziłem pięć tygodni. Kiedy mnie wypuszczali, dostałem 250 zł, a po rzeczy kazali się zgłosić do prokuratury w Jaworznie”.
      Jak sugeruje dziennikarz „Wyborczej”, postępowanie służb wobec Holendra było daleko nieadekwatne, bo oto, co wedle doniesień policji tak naprawdę się stało:
      „W Jaworznie w pociągu wiozącym pielgrzymów na Światowe Dni Młodzieży, wiedząc, że zagrożenie nie istnieje, poprzez wykrzykiwanie słów ‘Allah akhbar, Turkish Jerusalem, bum bum’, nerwowe gestykulowanie i chodzenie po pociągu, stworzył sytuację, mającą wywołać przekonanie o istnieniu zagrożenia życia [...], czym wywołał czynności policji, polegające na dokonaniu rozpoznania minersko-pirotechnicznego dwóch składów pociągu, mające na celu uchylenie zagrożenia”.
     A gdyby ktoś pomyślał, że oto koniec wspomnianego obłędu, dziennikarka „Gazety Wyborczej” – wymieńmy może wreszcie jej nazwisko, Anna Malinowska, zwłaszcza że tworzy wrażenie podobnej fikcji, jak wcześniejsze Tjitse Dondorp – pędzi dalej, oddając najpierw głos owemu Dondorpowi: „W Warszawie przechodziłem przez ulicę. Zatrzymali mnie policjanci. Doszło do sprzeczki”, by następnie, w ramach dziennikarskiego śledztwa, poinformować: „W warszawskim sądzie dowiadujemy się, że mężczyzna został ukarany 2 tys. zł grzywny. Za to, że rzucił w policjanta plastikowym kubkiem z jasnoróżową cieczą. Rozumiem, że ten pan jest specyficzny, ale czy za wypowiedziane słowa powinien siedzieć w areszcie pięć tygodni?
     A by nas ostatecznie dobić, pozwala mówić samemu prezesowi miejscowego sądu nazwiskiem Wysocki: „Zapoznałem się z aktami sprawy. Nie mam żadnych wątpliwości, że brak w niej znamion przestępstwa. Podejrzany dużo podróżuje, ponieważ ma rentę, stałe źródło utrzymania, stać go na to. To podróżowanie traktuje jako swoistą misję - ostrzega przed islamskimi terrorystami, cytuje Biblię. W pociągu mówił o tym, że celem ataku będzie Izrael i Turcja. Kobieta, która powiadomiła konduktora, nie zna angielskiego. Nieopatrznie go zrozumiała, słowa zostały wyrwane z kontekstu. W pociągu było mnóstwo obcokrajowców, w których monolog podejrzanego nie wzbudził niepokoju”.
     I już wiemy, w czym rzecz. Przez to, że polskie chamstwo nie zna języków obcych i nie ma pojęcia, czym jest kontekst, mamy kolejną kompromitację. Szczęśliwie są tacy, co nam to uzmysłowią.


Zachęcam do kupowania moich książek. Wszystkie są do nabycia w księgarni na stronie www.coryllus.pl.