Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wybory 2010. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wybory 2010. Pokaż wszystkie posty

środa, 28 kwietnia 2021

O ludziach, którzy postanowili nauczyć Jarosława Kaczyńskiego grać na gitarze

 

        Wczoraj na Twitterze przy jakiejś drobnej i nic nie znaczącej dyskusji na temat miejsca w jakim dziś znalazł się Paweł Poncyliusz, były polityk Prawa i Sprawiedliwości oraz jeden z głównych animatorów kampanii Jarosława Kaczyńskiego w wyborach prezydenckich roku 2010. Siłą rzeczy więc rozmowa z bieżących tematów przesunęła się na ów pamiętny czas, no i nieuchronnie też wróciły takie nazwiska jak, oprócz Poncyliusza, Joanna Kluzik-Rostkowska, czy Elżbieta Jakubiak, a ja, gdyby mi się chciało brać udział we wspominaniu tamtej żenady, mógłbym wymienić jeszcze wiele innych, nie mniej intersujących, nazwisk. To natomiast, co mnie zdecydowanie tam zainteresowało i w rezultacie sprowokowało do napisania dzisiejszej notki, to dylemat jaki się pojawił, czy Poncyliuszowi i reszcie owej załogi zależało na tym, by Jarosław Kaczyński został prezydentem, a oni przejęli władzę w Prawie i Sprawiedliwości, czy odwrotnie, by Jarosław Kaczyński przegrał, żeby prezydentem został Bronisław Komorowski, Kaczyński wraz z PiS-em zostali wysłani na emeryturę, oni natomiast na dopiero co powstałych gruzach zbudowali nową, bardziej nowoczesną i odpowiadającą na nowe wyzwania.

        Otóż ja, gdy zaczynamy rozmawiać o intencjach ludzi, którzy stali za porażką Jarosława Kaczyńskiego – a ja od zawsze do tej paczki zaliczałem również, a kto wie, czy nie przede wszystkim, Tomasza Sakiewicza wraz z jego polityczno-medialnym projektem – przypominam sobie  maj owego 2010 roku, kiedy to Jan Pospieszalski zaprosił mnie do swojego programu „Warto rozmawiać”, a zwłaszcza tę godzinę, czy pół, kiedy to na koszt TVP siedziałem przy kawie i ciastku w tamtejszej kawiarni, przy stoliku obok przyjaźnie gawędzili sobie, również zaproszeni do studia, Jan Hartman oraz Ludwik Dorn i w pewnym Dorn powiedział – a ja to słyszałem bardzo wyraźnie – że najlepszym rozwiązaniem byłoby to gdyby Kaczyński przegrał, jednak w sposób nie na tyle wyraźny, by doszło do upadku partii, czyli gdzieś na poziomie 30 procent. Właśnie tak Dorn powiedział: celem jest owe 30 procent, bo wszystko co wyżej będzie źle.

        Jak mówię, pamiętam tamtą rozmowę do dziś, wciąż jestem pod jej wrażeniem i jestem przekonany, że cała ówczesna kampania była zaprojektowana w taki sposób, by pozbawić Jarosława Kaczyńskiego przywództwa i jednocześnie przejąć władzę w Prawie i Sprawiedliwości. Jak dziś już wszyscy wiemy, mimo owej tak destrukcyjnej kampanii, Jarosław Kaczyński, dzięki nieprawdopodobnej więc społecznej mobilizacji i naturalnemu poparciu, osiągnął znakomity wynik – moim zdaniem faktycznie pokonując Komorowskiego – a to doprowadziło do umocnienia jego przywództwa i  ostatecznego zrzucenia na zbity pysk ze sceny tej bandy prowokatorów.

         Ktoś się zapyta, jaki jest sens wracać dziś do tamtych zdarzeń, kiedy ich głównie bohaterowie albo zniknęli kompletnie ze sceny, albo zostali do tego stopnia zmarginalizowani, że gdyby nie telewizja TVN24, pies z kulawą nogą by o nich nie pamiętał. Otóż, pomijając powód o którym wspomniałem na początku, a więc potrzebę przypomnienia jak to było z tamtymi wyborami, bardzo chciałbym – po raz nie wiadomo już który – zachęcić wszystkich do tego, by mieli oko na wszystkich, którzy próbują nas uwieść w mniej czy bardziej cwany sposób, a zwłaszcza na tak zwanych „naszych”, bo wystarczy odrobina pamięci, by sobie nagle odtworzyć te wszystkie twarze, które w swoim czasie rozbiły wrażenie tak bardzo nam bliskich, a ostatecznie potrzebowały zaledwie jednego fatalnego dnia, by sobie w głowach i sercach wszystko przestawić do góry nogami.



wtorek, 9 sierpnia 2016

Kampania 2010, czyli co u pani słychać, pani Elu?

       Jeśli ktoś czyta oba nasze blogi, zapewne zwrócił uwagę na niedzielną notkę Coryllusa, w której rzeczony Coryllus policzył się z Elżbietą Jakubiak oraz tym wszystkim, co ona zechciała naopowiadać w swojej niedawnej rozmowie z Onetem na temat najnowszej historii Polski, wyznaczanej przez Katastrofę Smoleńską, oraz wybory prezydenckie roku 2010. To co powiedziała Jakubiak Onetowi, ale również naturalnie komentarz Coryllusa, stanowią wydarzenie w pewnym sensie historyczne, niemniej jednak wydaje mi się, że byłoby z mojej strony wybitnym zaniedbaniem, gdybym ja tego wszystkiego nie skomentował i nie przypomniał czegoś, co my akurat już mamy za sobą, co jednak przez terror mediów głównego nurtu, ale również przez oczywiste zaniedbania osób, które wszelkie zaniedbania powinny traktować, jako ciężki grzech, po tych wszystkich latach nie pozostaje niestety już nawet wspomnieniem. Mam na myśli rozmowę, jaką tuż po przegranej przez nas kampanii roku 2010, przeprowadziłem z jednym z członków sztabu Jarosława Kaczyńskiego, a która do dziś powinna być cytowana, choćby i we fragmentach, we wszystkich poważnych opracowaniach dotyczących najnowszej politycznej historii Polski.
      Kto chce, może znaleźć całość tu:  http://toyah1.blogspot.com/2010/09/pawe-ta-kampania-to-bya-fikcja.html, ja dziś jednak pozwolę sobie przypomnieć ważniejsze fragmenty tej niezwykłej relacji. Po to, by nikt z nas nie miał najmniejszych wątpliwości co do tego, co się działo w pamiętnym roku 2010. Oto relacja Pawła, człowieka, który był tam, na miejscu.

      Zostałem przedstawiony Pawłowi Poncyliuszowi. Powiedział, żebym chwilę poczekał, i poszedł. Po dokładnie dwóch godzinach czekania i patrzenia, jak mnie mija na korytarzu, w końcu znalazł dla mnie chwilę czasu. Wziął mnie do jakiegoś pokoju, rozłożył się na krześle i zapytał co robię, czym się zajmuje, co umiem? Kiedy zacząłem opowiadać mu o sobie, do pokoju weszła Joanna Kluzik-Rostkowska z posłem Kamińskim i powiedziała Poncyliuszowi żeby sobie poszedł gdzie indziej, no więc wyszliśmy… Po prostu „Idźcie gdzieś stąd” czy coś w tym stylu i tyle. Resztę naszej i tak krótkiej rozmowy dokończyliśmy w pustym pokoju, a więc na stojąco. Ustaliliśmy, że w związku z brakiem planów i dopiero kształtującą się strategią kampanii, skontaktuję się z nim telefonicznie w poniedziałek. I wówczas spróbuje mnie przydzielić do jakiegoś konkretnego zadania. To był piątek, więc po 3 dniach zadzwoniłem do posła z pytaniem czy już mogę wejść i działać. Odpowiedź udzielona telefonicznie przypominała tę z piątku, czyli ustaliliśmy, żebym zadzwonił w środę rano. Zadzwoniłem. Poseł odebrał, ale poprosił o telefon o dwunastej. Zadzwoniłem tym razem bez odpowiedzi. Pomyślałem, że widocznie jest zajęty, więc wysłałem esemesa informując, że będę dzwonił po 14tej. Zadzwoniłem ale i tym razem nie udało się. Ponieważ trochę żyję na tym świecie, rozumiem, że nie każdy może od ręki odebrać telefon, i że na pewno ma masę ważniejszych spraw niż odbieranie telefonów, choćby nawet wcześniej umówionych.
      Obawiając się, że jeśli będę czekał bezczynnie, to mogę się zwyczajnie nie doczekać, zadzwoniłem do Elżbiety Jakubiak. Ponieważ Poncyliusz podczas piątkowej rozmowy, głośno rozważał wariant umieszczenia mnie w grupie pani Jakubiak, zadzwoniłem do niej z pytaniem, czy by mnie przyjęła. Zgodziła się i zaproponowała jakoś dwa dni później spotkanie w siedzibie sztabu na Nowogrodzkiej. Na spotkanie nie przyszła, coś jej wypadło, ale poprosiła bym skontaktował się z szefem jej grupy, z człowiekiem którego nazwała swoją prawą ręką a którego z litości, bo sporo będzie tu o nim złego, z imienia nie wymienię. No cóż, ten pan, chłopak mniej więcej w moim wieku, a więc niewiele po trzydziestce, stał na czele czteroosobowej grupy, zajmującej mały pokoik z widokiem na dach sąsiedniego budynku. Przedstawiłem mu się, powiedziałem po co i na czyje polecenie przyszedłem, po czym we dwóch udaliśmy się do sąsiedniego pustego pokoju pogadać. Na pytanie od kogo jestem, odpowiedziałem zgodnie z prawdą, a na moje pytanie co mam robić, dostałem znaną mi już śpiewkę że nie wiadomo, że jest mały bałagan i że na razie sobie po prostu jesteśmy. Po tym krótkim badaniu, wróciliśmy do pokoju i tak zaczęła się moja praca w sztabie.
       W skład grupy wchodziło od tej pory 6 osób – owa prawa ręką Jakubiak… a, niech będzie – Michał, 3 studentów (dwóch z Krakowa, jeden z UW), jedna dziewczyna o imieniu Marysia, no i ja. Potem pojawiło się jeszcze paru studentów. Przychodziłem tam na parę godzin dziennie i te godziny, tego pierwszego dnia przesiedziałem. Po prostu. Nie było absolutnie nic do roboty. Oni albo siedzieli przy laptopach i coś tam dłubali, albo się kręcili bez sensu w kółko. Wiesz jak to jest, byli ludzie, ale nie było decyzji. Nie było pomysłu co z tym wszystkim dalej.
        Kierownictwo, czyli albo Pocyliusz, albo Kluzik, tam się praktycznie nie pojawiali. Oni byli na wyższym poziomie że tak powiem wtajemniczenia. Przychodzili na posiedzenia szefów sztabu a potem gdzieś lecieli. Pamiętam nawet jak ci dwaj z Krakowa narzekali, że z tą ‘warszawką’ nic się nie da robić, i takie tam, i że oni tu przyjechali na własny koszt i szlag ich trafia że nie mogą konkretnie działać… Posiedziałem więc znów te parę godzin, pogadałem trochę o polityce, ale też nie za wiele, bo jakoś się nie kleiło, i poszedłem sobie z nadzieją że jutro będzie lepiej. No i faktycznie było lepiej, bo pojechałem z Michałem do Hotelu Europejskiego zobaczyć salę w której miał być robiony call center i tym podobne pomysły sztabu. Oni byli zachwyceni, bo to niby taka nowoczesna koncepcja. Że niby wielki świat, Europa. A przecież to była czysta fikcja. Jak myślisz, ile osób dziennie tam dzwoniło? I po co? Wielkie mi call center! Przecież to w ogóle nie miało przełożenia na wynik wyborów. Szkoda nawet gadać.
      Pojechaliśmy, zobaczyliśmy i wróciliśmy. Kolejnego dnia wreszcie się coś znalazło. Miałem obdzwonić listę warszawskiego honorowego komitetu poparcia dla Jarosława Kaczyńskiego, i zaprosić osoby które się na niej znajdowały na wiec inaugurujący kampanię prezesa PiS – miał się odbyć na Placu Teatralnym. Miałem dzwonić do ludzi, nie wiedząc nawet, gdzie te autorytety na owym placu mają się spotkać. Więc najpierw dzwoniłem do nich, pytałem czy przyjdą, a na pytanie gdzie mają się stawić, odpowiadałem że nie wiem, ale że ktoś zadzwoni jeszcze dziś, albo jutro rano, czyli w dniu wiecu. Na tej liście było około stu osób. Ja obdzwoniłem połowę, potem miał ktoś poinformować resztę, a wieczorem jeszcze raz te sto telefonów wykonać żeby poinformować tych ludzi o miejscu spotkania. Paranoja. Nikt z tych ludzi w grupie Jakubiak nie umiał mi powiedzieć, gdzie będzie to spotkanie, nie wiedział kogo o to zapytać, nie wiedziała też posłanka Jakubiak. No i dzwoniliśmy do całej masy poważnych ludzi – profesorów, doktorów, aktorów, piosenkarzy, twórców – kompletnie bez sensu. W końcu ktoś podjął decyzję, i te telefony rozpoczęły się od nowa - do tych samych osób, tym razem by podać miejsce spotkania członków komitetu – boczne wejście do Teatru, od ulicy Wierzbowej.
      Najpierw miał być Kaczyński z krótkim wystąpieniem na tle tego komitetu złożonego ze znanych ludzi, a później ten koncert. No i chodziło o to, żeby zebrać z jednej strony tych artystów, a z drugiej profesorów i innych. Wszystko po to by pokazać, że Prezesa wbrew temu co mówią media, popierają ludzie z różnych środowisk, także ci że tak brzydko powiem „z górnych szczebli drabiny społecznej”.
      W trakcie owego obdzwaniania członków tego komitetu, okazało się że nagle część artystów zrezygnowała z udziału w wiecu. Okazało się, że ktoś, prawdopodobnie ze sztabu, ich wszystkich zniechęcił. Jakubiak powiedziała mi, że to ktoś od nas. Padło nawet nazwisko, ale poprzedzone wyrazem „chyba” więc go tu nie powtórzę. I zaraz potem zaczęła dzwonić do kolejnych, znanych sobie piosenkarzy i kompozytorów z prośbą, czy oni by nie mogli ściągnąć na ten wiec innych piosenkarzy, w miejsce tych którzy się wycofali.
      To była chyba sobota. I wtedy okazało się, że ktoś wymyślił, że honorowy komitet, zamiast stać na scenie tuż za Jarosławem Kaczyńskim, zostanie stłoczony tuż przed sceną, za barierkami, w miejscu gdzie zazwyczaj stawia się młodzieżówkę. Przyszedłem na plac gdy była już masa ludzi, więc o tym nie wiedziałem ale powiedziano mi o tym na drugi dzień w sztabie. No więc oni wszyscy – jak mówię, profesorowie, artyści i inni – stali za barierkami, do których przyciskał ich zebrany na placu tłum. I pamiętam, jak właśnie wtedy sobie pomyślałem, że gdybym to ja był w takim komitecie, i gdyby mnie w taki sposób potraktowano, na kolejny już bym zwyczajnie nie przyszedł.
      Nagłośnienie było tak fatalne, że to co mówił kandydat słyszeli tylko ci co stali 10 metrów przez sceną. Reszta osób które stały albo dalej, albo gdzieś po bokach, kryjąc się przed upałem, nie słyszała dokładnie nic. Sprawdziłem to osobiście przemieszczając się w tym celu po placu. Oto jak wyglądała organizacja inaugurującego spotkania Jarosława Kaczyńskiego z wyborcami, zorganizowana przez ludzi pracujących dla niego w sztabie. Nie wiem kto to zrobił, ale wiem, że ten ktoś to zwyczajnie spaprał. I nie jestem pewien, czy chcę nawet wiedzieć, jak wyglądały inne wiece. Ogólne wrażenie miałem takie, że nikt tu nie ma żadnego planu. Ciągle widziałem jakiś ludzi i posłów, którzy łazili po korytarzu i zaglądali do pokoi – jakby wszyscy wszystkich szukali. Drugie spostrzeżenie to takie, że tam w ogóle nie było osoby która wyróżniałaby się zdecydowanym działaniem. Brakowało dyrygenta. Stale miałem wrażenie, że oni wszyscy się tak o siebie ocierają, uważając tylko, żeby nie nadepnąć komuś na nogę - w końcu nikt do końca nie wiedział kto był pod kogo podwieszony. Poza tym, miałem wrażenie, że każdy chciał być na tyle „mocno” zaangażowany, by w razie sukcesu móc powiedzieć że to w części dzięki niemu, ale jednocześnie na tyle „powierzchownie”, by w razie porażki nikt nie mógł zwalić na nich choćby części odpowiedzialności. To oczywiście było źródłem owej bezdecyzyjności, która każde zadanie czyniła nielogicznym, częściowym, i ogólnie trudnym do wykonania, jeśli już w ogóle jakieś się pojawiło.
      Jakoś tak zaraz po tym wiecu, prace grupy do której należałem, zaczęto stopniowo przenosić do Hotelu Europejskiego. Wynajętą tam na miesiąc salę podzielono na sektory, które miały pełnić funkcje kawiarenki, biura, sali debat, no i tego call center. Salę tę wynajęto za kwotę której nie wymienię, ale z nóg zwalała nie tyle kwota wynajmu, bo akurat w Warszawie to standard, ale sposób w jaki ją wynajęto - o dwa tygodnie za wcześnie. I przez te dwa tygodnie stała pusta, odwiedzana od czasu do czasu przez różnych ludzi pracujących w sztabie, lub dla sztabu, którzy mieli z niej zrobić wyżej wspomniane centrum... Po prostu stała pusta, bo ktoś tam nie umiał podjąć decyzji co, jak i kiedy. Ogólnie ciężka sprawa. Nawet harmonogram przebudowy tej sali wskazywał na to, że osoba która się tym zajmowała, a była nią owa prawa ręka pani Jakubiak, nie miała ani wyczucia, ani pojęcia o planowaniu. Ekipa odpowiedzialna za wystrój, montaż przepierzeń pomiędzy poszczególnymi wspomnianymi częściami została poproszona o wykonanie tej pracy w czwartek, a już na drugi dzień kazano jej to rozbierać, bo w sobotę w tej sali miało odbywać się jakieś wesele. Po weselu, znów wezwano tą ekipę, która ponownie wszystko zmontowała. Gdy zapytałem osobę z mojej grupy, czy nie można było odłożyć pierwszego montażu na poniedziałek po weselu, tak by nie robić tego dwa razy, dostałem odpowiedź że nie ma problemu bo najgorzej montuje się pierwszy raz, potem już idzie szybciej. Dobre!
       Salę w końcu wykończono. Powstał kącik dla dzieci. Żadnych dzieci wprawdzie tam nie widziałem, za to bardzo spodobało się to dziennikarce z TVN, która będąc w stanie błogosławionym widocznie dostrzegła w tym jakiś urok. Była kawiarenka z mapą II RP i stylowymi krzesłami, miejsce dla dziennikarzy, sala gdzie odbywać się miały debaty, no i sala obok, w której miano wyświetlać to co będzie się działo w sali debat, gdyby w pierwszej zabrakło miejsca.  Wszystko działało jakoś. Będąc jeszcze na Nowogrodzkiej, zwróciłem uwagę, że na stronie jarosławkaczynski.info czyli oficjalnej stronie kandydata, godło Polski nie jest biało czerwone, a biało-niebieskie… Osoby w mojej grupie odpowiedziały mi, że oni już to zgłaszali, ale nikt nie reaguje. Nie wiem komu i gdzie zgłaszali. Ja to zgłosiłem poseł Jakubiak, która podenerwowana odpowiedziała mi, żeby jej nie zawracać głowy... była tuż przed jakimś telewizyjnym występem. Pewnie jakimś ważnym. Ale zdziwiło mnie, że mniej ważnym okazała się ewentualna kompromitacja kandydata na którego rzecz pracuje. Że nie ma nagle znaczenia, jak kampania Jarosława Kaczyńskiego zostanie przez ten błąd odebrana przez internautów, albo jak on sam zostanie wyszydzony przez media. Wtedy to zrozumiałem, skąd się brały te wszystkie potknięcia Lecha Kaczyńskiego. Nie jego potknięcia, ale ludzi, którzy organizowali jego prace. To przyznanie orderu Jaruzelskiemu, wieszanie flagi do góry nogami itd. Kiedy sobie pomyślałem, że on w swej nieświadomości mógł się otaczać właśnie takimi ludźmi, po raz pierwszy zrobiło mi się smutno. Bo przyszło mi nagle do głowy, że tak naprawdę mógł być w tym pałacu zupełnie sam.
      Naszym głównym zadaniem zapoczątkowanym już na Nowogrodzkiej a potem w hotelu było tworzenie harmonogramu debat. No i rzecz jasna wymyślanie tych debat i dobieranie do nich prelegentów. No więc wymyślała nasza grupa temat, np. sprawy zagraniczne, i jako prelegenta dobierała posła Kowala. Albo debatę na temat wojska, i wpisywała w rubryce obok, że poprowadzi to ktoś tam równie znany. Tym mniej więcej zajmowała się 6 osobowa grupa, poza od czasu do czasu przenoszeniem krzeseł z miejsca na miejsce pod dyktando prawej ręki Jakubiak, który najwyraźniej czuł się dzięki takim pustym zadaniom spełniony. To naprawdę było wyjątkowe. Tam nie działo się w tych dniach nic, a on ciągle chodził to tu to tam, gdzieś jeździł, wracał, wydawał nic nieznaczące polecenia... Na moją prośbę, by mi powierzył adaptację kawiarni Batida, on się normalnie obraził, że  coś załatwiam z Jakubiak za jego plecami. No i odpowiedział, że nie dam sobie rady, bo to duża operacja logistyczna. Wiesz, że ja jestem inżynierem na budowie. Ogarnięcie budowy, zorganizowanie pracy robotników, podwykonawców, dostawców materiałów tak by zmieścić się w wyznaczonym czasie, można nazwać operacją logistyczną. Umówienie się z projektantem wnętrz, który zaprojektuje wystrój kawiarni i go wykona nie mogło być czymś dużym, a już na pewno żadną tam logistyką. Najwyraźniej dla prawej ręki posłanki Jakubiak to było coś. Wspominam o tym z dwóch powodów. Od tej chwili wzrastała we mnie niechęć do pracy w sztabie, do tego ciągłego udawania, robienia sztucznego tłumu, i wszystkiego tego co nie miało nic wspólnego z pracami sztabu jako takimi. Cholera, cała para szła w gwizdek. Drugi powód dla którego ci o tym mówię, to ten, by pokazać jacy ludzie pracowali na rzecz Jarosława Kaczyńskiego także na poziomie niższym. Nie tym poselskim, ale tu gdzie przekazywane były gdzieś tam wyżej wypracowane, jeśli już, zadania. I że to wszystko w związku z tym nie mogło się udać. No i jeszcze taka wstawka.... ta Batida. W końcu z niej nic nie wyszło. Stała pusta, bo kawiarnia przeniosła się do budynku obok. I każdy kto przechodził obok mógł zobaczyć mizernotę tego co powstało... na zewnątrz nad witryną wisiały dwa małe głośniczki, osłonięte przed deszczem folią, przez które w kółko leciały przemówienia Kaczyńskiego. Leciały, ale nikt nic nie rozumiał, nie mógł zrozumieć, bo hałas przy Krakowskim, przejeżdżające autobusy, gwar uliczny skutecznie te głośniki zagłuszał. A to były takie najgorsze, beznadziejne pudła. Nawet gdyby tam była cisza, też pewnie słychać by było wyłącznie jakieś bełkotanie.
      No i jeszcze ten smutny plakat z Jarosławem, w szybie pustego lokalu. Wtedy zrozumiałem że przegramy. Bo wiesz, nawet te debaty były tworzone ot tak dla tworzenia. A potem i tak najczęściej okazywało się, że z jakiś tam powodów debata musi się odbyć w innym terminie, albo godzinę wcześniej, albo dwie później. Ja dwukrotnie przyszedłem na koniec, nie wiedząc nawet, że debata została przeniesiona. Wiedzieli tylko ci, co zmiany wprowadzali, media które były o tym informowane, i nikt więcej. Siłą więc rzeczy najczęściej była na nich garstka osób. Szkoda że nie podchodzono do tych debat jako elementu konsolidującego wyborców, albo ich edukującego. Wystarczyło, że były media. Sala mogła być pusta, byle w pierwszych rzędach ktoś siedział, byle w kadrze wszystko dobrze wyglądało. Nawet w telewizji tego za bardzo nie pokazywali, bo to wszystko nudne i bezsensowne było... na tyle, że w tym czasie nosiłem się z zamiarem zrezygnowania z pracy w sztabie. Nie mam w sobie tyle fałszu, by stale chodzić wśród takich ludzi i udawać, że wszystko gra. I nie ma we mnie zgody na to by uprawiać taką fikcję, i to z takim zaangażowaniem, że gdyby którąkolwiek z tych osób zapytać w tych dniach dlaczego nic nie robimy, pewnie by się obraziła. Ja tak nie umiem. Strasznie mnie wtedy nosiło, i coś się we mnie gotowało. Bo to nie były zwykłe wybory. Najpierw wygrana PO w wyborach parlamentarnych, a potem ta sprawa ze Smoleńskiem,... to były wybory wyjątkowe. To była walka o przyczółek w postaci Pałacu Prezydenckiego, reduty która mogła pomóc w odtworzeniu silnie zranionej prawicy, ale już na bazie młodszego pokolenia. A tu, dosłownie, takie byle co. Dlatego po raz kolejny zwróciłem się do pani Jakubiak z prośbą o przydzielenie mi konkretnego zadania. Zaproponowałem jej że zrobię własną debatę, i będzie to pierwsza debata blogerów w Polsce.
      Pomysł wydawał mi się ciekawy. Jest tak, że każdy kto wpisze w google hasło „debata blogerów”, na pierwszym miejscu wśród wyników otrzyma link do debaty Komorowskiego z blogerami, ale to była debata video, poprzez Internet. Moja debata miała być debatą blogerów z blogerami, na żywo. Po raz pierwszy w Polsce. I to wydarzenie miało kojarzyć się i być już na zawsze przypisane Jarosławowi Kaczyńskiemu, któremu zarzuca się wstecznictwo i niezrozumienie tego co nowoczesne. Jakubiak powiedziała, żebym to robił. To było w biegu. Ona od jakiegoś czasu nie odbierała ode mnie telefonów, więc gdy spotkałem ją w sztabie po prostu poleciałem za nią, przedstawiałem swój pomysł, a ona wsiadając do auta powiedziała żeby robić. Tak całkiem bez zgłębiania się w to co mówię, miałem wrażenie że na odczepnego. Ale to wtedy nie było ważne. Ważne było to, że powiedziała tak, i że miałem się z tym zgłosić do tego jej Michała. Zgłosiłem się. Wyznaczył mi czwartek tuż przed wyborczym weekendem I-szej tury. I o godzinie 15.30. Zapytałem jednego z tych studentów z Krakowa, czy chciałby mi pomóc i się tym zająć. Powiedział, że okay, i od razu przedstawił mi listę swoich blogerów. W momencie gdy mu powiedziałem, że mam swoje plany, napisał mi że nie jest zainteresowany, że swoją rolę widział tylko w zaproponowaniu tych blogerów. Ale skoro wybrałem innych, to jego to przestaje interesować. Poprosiłem go więc przynajmniej o umieszczenie informacji o tej debacie na stronie www. Powiedział, że to nie z nim trzeba gadać, ale z Marysią. Miał mi w związku z tym przesłać jej numer, ale na tym się zakończyło. Zresztą wiedział o niej Michał, i też nic. Informacji o debacie, o tak pionierskiej debacie, nie umieszczono na stronie www.jaroslawkaczynski.info. I wtedy zrozumiałem, że oni tej debaty nie chcą. Nie było foteli dla prowadzących, nie było nagłośnienia. Zdjąłem z podium mównicę, postawiłem na niej fotele, poprosiłem chłopaków od nagłośnienia o podłączenie i rozdanie mikrofonów. Wszystko na szybko. Gdy skończyłem była prawie 16, czyli po czasie. Trzeba było zaczynać. Tuż przed rozpoczynającą debatę mową prowadzącego, podszedł do mnie jakiś wyraźnie zdenerwowany pan z pytaniem co tu się dzieje. Zdezorientowany twierdził, że pytał kogoś ze sztabu (to był człowiek z grupy w której pracowałem), co to za debata teraz będzie, i otrzymał odpowiedź że to nic takiego. Żeby przyszedł o 17.
     To był mój ostatni raz w sztabie. Więcej tam nie byłem.

      Jak mówię, jeśli ktoś ma ochotę poczytać oryginalną całość, może skorzystać z adresu, który podałem wyżej. Moim zdaniem jednak, to co wyżej, powinno nam wystarczyć. Może tylko jeszcze dodam, że przez pewien czas po publikacji na tym blogu, świadectwem Pawła nie zainteresował się praktycznie nikt. Dopiero po paru miesiącach, kiedy wybuchła dość duża medialna burza w związku z awanturą między PiS-em, a PJN-e, rozmowa ta została opublikowana na stronie pis.org, jednak już po paru dniach temat umarł śmiercią naturalną, bez jakiejkolwiek dyskusji, a tym bardziej bez wyciągnięcia jakichkolwiek wniosków. Nie musze wspominać, że ani ze mną, ani z Pawłem nikt z Prawa i Sprawiedliwości nie spróbował się w tej sprawie skontaktować.
      Co mogę powiedzieć po latach. To co zawsze. Walczymy raz to w większym, raz w mniejszym cieniu, ale w gruncie rzeczy zawsze sami i tak naprawdę nikomu z nichg niepotrzebni. A jako świadectwo pozostaje ten blog, no i oczywiście książki, które są stale do kupienia w księgarni na stronie www.coryllus.pl.      
     






niedziela, 17 kwietnia 2016

Minister Kluzik dokonuje coming outu

Stało się tak, że dziennikarz „Wyborczej”, niejaki Wiciński, na swoim Twitterze napisał co następuje: „6 lat temu zwolennicy PiS obrzucili Kuczyńskiego błotem. Po ujawnieniu nowych nagrań z Tu-154 okazało się, że miał rację”. Gdyby ktoś nie wiedział, o co Wicińskiemu chodzi, powiem krótko, że jego bardzo poruszyło opublikowanie przez TVN24 kolejnych, jak zwykle już ostatecznych, zapisów rozmów z rozbitego w Smoleńsku w drobny mak tupolewa i to w związku z tym owo wzmożenie, które doprowadziło Wicińskiego do konstatacji, że po sześciu latach okazuje się, że Kuczyński miał jednak rację. Na komentarz Wicińskiego zareagował nie kto inny jak Joanna Kluzik-Rostkowska i Wicińskiego zretwittowała, co oczywiście nie zawsze oznacza, jak to określa bardziej wykształcona część Twittera, „endorsement”, w tym jednak wypadku tu akurat z całą pewnością opinię Wicińskiego miało wesprzeć.
Ponieważ Joanna Kluzik jest moją koleżanką, przed laty moim człowiekiem w wielkiej polityce, a w roku 2010 samym szefem kampanii Jarosława Kaczyńskiego w walce o urząd prezydenta, i ja w związku z tym czuję do niej dość duży sentyment, zareagowałem na ów jednak „endorsement” ironiczną uwagą, że przede wszystkim nie widzę powodu, by Wiciński z Kuczyńskim mieli się dziś jakoś szczególnie cieszyć, gdy TVN24 opublikował coś, co publikuje regularnie od sześciu lat, a my wszyscy to znamy zbyt dobrze, a więc, że przyczyną Smoleńskiej Katastrofy był błąd pilotów i pijany generał Błasik, no ale też nie bardzo rozumiem, czemu Joanna aż tak triumfuje, skoro sześć lat temu trzymała sztamę z Kaczyńskim. I proszę sobie wyobrazić, że na ten mój przekąs Joanna Kluzik zareagowała następująco: „Krzysztof, o katastrofie 6 lat temu myślałam identycznie jak dzisiaj. Tylko dowodów mamy coraz więcej”… Ups!
Powiem szczerze, że kiedy ona to napisała i opublikowała, pomyślałem sobie, że to jest news. Joanna Kluzik-Rostkowska właśnie oświadczyła publicznie, że kiedy wiosną roku 2010 prowadziła kampanię wyborczą Jarosława Kaczyńskiego – właśnie wtedy, w tamtych posmoleńskich miesiącach, w owej atmosferze z jednej strony wielkiego bólu, a z drugiej pragnienia sprawiedliwości, no i tej wiary, że ona tym razem nadejdzie – ona była po przeciwnej stronie. No a skoro ona, to zapewne też cała reszta tego czarnego sztabu, a więc Migalski, Kowal, Jakubiak, czy Poncyliusz. Oni wszyscy, jak się można domyślać, również uważali tak jak wtedy Kuczyński, a dziś Wiciński w „Wyborczej”. No a skoro tak, to wypada sobie zadać pytanie, jak to się wszystko wówczas rozegrało, że kiedy myśmy szli głosować na Jarosława Kaczyńskiego, tam już wszystko było zdecydowane.
I teraz pewnie wypadałoby mi zająć się i tym całym towarzystwem, które w tamtych szczególnych dniach otoczyło ledwo żywego z rozpaczy Jarosława Kaczyńskiego, żeby go najzwyczajniej w świecie dobić i zakończyć ten fragment polskiej historii, ale nie zrobię tego, bo powiem szczerze, że nie mam już siły wpatrywać się w ten cień. Natomiast bardzo mnie ciekawią mnie dwie inne zupełnie rzeczy. Przede wszystkim, dlaczego Joanna Kluzik postanowiła dokonać owego coming outu? Ja oczywiście wiem, że przez minione sześć lat teoria, że ówczesny sztab Jarosława Kaczyńskiego prowadząc mu kampanię w taki, a nie inny sposób miał na celu tylko jedno – przegrać. Sam przecież wskazywałem na taką ewentualność publikując dość szeroko wówczas dyskutowaną rozmowę z pewnym Pawłem, a więc człowiekiem, który tam wtedy na miejscu przez pewien czas był i wszystko oglądał z bliska. Co innego jest jednak spekulować, czy wręcz zachowywać przekonanie, a co innego dowiedzieć się od osoby najbardziej zainteresowanej, że tak, to prawda, dobrze myśleliście, myśmy tam mieli inne zadania. A więc czemu ona uznała, że dziś po latach nic nie zaszkodzi to przyznać?
Druga rzecz, jaka mnie tu poruszyła, to fakt, że na oświadczenie Kluzik nie zareagował nikt. Ono przeszło zupełnie bez echa. Ja otrzymałem jak zawsze bardzo dużo komentarzy dotyczących najróżniejszych tematów, ten jednak nie wywołał najmniejszego zainteresowania. Proszę popatrzeć, co się stało. Oto przyszła Joanna Kluzik i przyznała, że wiosną 2010 roku, będąc szefową kampanii Jarosława Kaczyńskiego, uważała, że owe emocje, które miały nieść go do zwycięstwa to jakieś bzdury kotłujące się w rozpalonych głowach grupki wariatów, dziś jej ówczesne przekonanie tylko się potwierdza… i to nikogo zupełnie nie interesuje. Tak jakbyśmy wszyscy uznali, że ta Joanna Kluzik z Twittera, to jakaś inna Joanna Kluzik i podobieństwo nazwisk i osób jest tu zupełnie przypadkowe. Dlaczego tak? Otóż tego też nie wiem. Mogę tylko zgadywać, zarówno co do jednego, jak i drugiego, jednak myśli jakie tu mam są tak ponure, że chyba jednak nam tu ich dziś oszczędzę. Miłej niedzieli. Może będzie jakiś fajny mecz.

Niezmiennie zapraszam wszystkich do księgarni pani Lucyny Maciejewskiej pod adresem http://coryllus.pl/?wpsc_product_category=books, gdzie są do kupienia moje książki. Gorąco zachęcam.

wtorek, 27 maja 2014

Państwowa Komisja Wyborcza, czyli o zdychaniu pod płotem

Po wyborach prezydenckich w roku 2010 na tym blogu przedstawiłem tekst zatytułowany „O burych sukach na poważnie”, w którym spróbowałem – moim zdaniem bardzo skutecznie – udowodnić, że wybory te zostały przez System sfałszowane w taki sposób, by prezydentem został nie Jarosław Kaczyński, a Bronisław Komorowski. Pozwolę tu sobie przypomnieć kluczowy fragment tamtej notki:
Interesuję się polityką od wielu, wielu lat. I to nie interesuję się tak sobie, ale interesuję się bardzo. Od 1989 roku biorę udział we wszystkich możliwych wyborach i we wszystkich możliwych wyborach oddaję ważny i przemyślany głos. Pamiętam więc też świetnie, że nigdy wcześniej, w stosunku do tego co mieliśmy w tym roku, nie było takiej sytuacji, że na ostateczny wynik – wynik rozstrzygający – trzeba było czekać do ostatecznego komunikatu PKW? PKW podawało kolejne wyniki, najpierw po przeliczeniu pierwszych 20% głosów, następnie po przeliczeniu ponad połowy głosów, później po przeliczeniu ponad 70% głosów, wreszcie po przeliczeniu 90% głosów, i na końcu podawali ci państwo wynik ostateczny. Wynik wyborów – ten najważniejszy, a więc kto wygrał, znany był już po uwzględnieniu tzw. exit polls, a później był już tylko potwierdzany przez komunikaty PKW. Jeśli po przeliczeniu danych z pierwszych 20% komisji, okazywało się, że partia A, lub pan A prowadził nad partią B lub panem B z przewagą 2,6%, to w najgorszym razie, ta różnica mogła wzrosnąć lub się zmniejszyć, skacząc w międzyczasie raz to w górę, raz w dół, najwyżej o jakiś procent, lub – o zgrozo – dwa. A zatem zawsze już w niedzielę wieczorem, można było iść spokojnie spać, wiedząc przynajmniej, kto wygrał. I tak było przez lata.
Ostatnim razem, i to przy okazji pierwszej, jak i drugiej tury, było jak było. I nie muszę nawet tego szczegółowo opisywać. Chciałbym jednak zwrócić uwagę na jedną rzecz. Zarówno w jednym, jak i w drugim wypadku, Jarosław Kaczyński do momentu aż przeliczono wyniki z 52 % komisji, odnosił sukces, by ostatecznie ponieść bardzo wyraźną porażkę. Pamiętam bardzo dobrze, jak wyglądały komunikaty PKW za jednym i za drugim razem. Przewodniczący Komisji informował, że po przeliczeniu głosów z 20% komisji różnica między Komorowskim a Kaczyńskim spadła w stosunku do tzw. exit polls, dramatycznie. Dziennikarze, w stanie podwyższonej paniki pytali, czy to może jest tak, ze najpierw nadchodzą głosy ze wsi od chamów i durniów, na co Przewodniczący niezmiennie odpowiadał, ze absolutnie nie. Że głosy spływają równomiernie z całej Polski. Po przeliczeniu głosów z 50% komisji, okazywało się, że Komorowski najwyraźniej leży i kwiczy. Na to, dziennikarze w kompletnym przerażeniu pytali raz jeszcze, że może jednak za chwilę pójdą wielkie metropolie i wszystko się odwróci, na co Przewodniczący niezmiennie odpowiadał, że mowy nie ma. Że wszystko spływa równomiernie. A więc strach.
Ja znakomicie rozumiałem to co mówi Przewodniczący z dwóch powodów. Przede wszystkim pamiętałem świetnie z minionych lat, że ta różnica najpierw się trochę zmniejsza, później trochę się zwiększa, by wreszcie utrzymać się na zbliżonym do oryginalnego poziomie. Po drugie jednak wiedziałem, że to całe gadanie o wsiach, które wysyłają raporty wcześniej jest funta kłaków warte. W mojej komisji, tam gdzie oddawałem swój głos, uprawnionych do głosowania było jakieś 1500 osob, z czego głosowało 800, z czego niecałe 200 głosowało na Jarosława Kaczyńskiego. Przepraszam bardzo, ale ile czasu ci ludzie potrzebowali, żeby policzyć te głosy, wklepać wynik do komputera i posłać wiadomość do Warszawy. Więcej niż u mnie na wsi, gdzie była pewnie tylko jedna komisja, ale za to prawdopodobnie głosowało tyle samo osób? Co za absurd! Absurdalność tego typu myślenia potwierdził zresztą sam Przewodniczący PKW, kiedy wielokrotnie – powtarzam, wielokrotnie – powtórzył, że system jest taki, że najpierw idą głosy z komisji zamkniętych, takich jak więzienia, szpitale i ośrodki pomocy społecznej, gdzie głosuje może 10, 20, czy 50 osób, ale już chwilę później wszystko leci równo i demokratycznie.
Z matematyki jestem, jak to mówią, zimny. Rachunek prawdopodobieństwa, z mojego punktu widzenia, to wyłącznie coś co mi każe wierzyć, że w piątek prawdopodobnie pojadę do Dobrej relaksować z pewnym moim przyjacielem. Nie przeszkadza mi to jednak, by wiedzieć, że jeśli po przeliczeniu 52% głosów, liczonych demokratycznie i tak jak do tych co liczą napływają, Jarosław Kaczyński prowadzi nad Bronisławem Komorowskim, po dodaniu tak samo liczonych pozostałych głosów ta różnica zmieniła się na korzyść Komorowskiego aż tak radykalnie, jak to miało miejsce w niedzielę 4 lipca, taka sytuacja jest zwyczajnie wykluczona. Ja mogę uwierzyć, że jeśli Kaczyński po uwzględnieniu głosów z ponad połowy komisji prowadził te pół procenta, czy ile to tam było, to ewentualnie mógł przegrać jednym procentem, lub – jakimś cudem – dwoma. Ale nie sześcioma!!! Gdyby tak było, należałoby przyjąć, że wyłącznie przez czysty przypadek, w pozostałych 48% komisji Bronisław Komorowski wygrał nagle ze średnią przewagą 10%! Przypominam jeszcze raz – sam Przewodniczący PKW wielokrotnie zapewniał, że głosy płyną zewsząd równym strumieniem.
A więc powstaje pytanie, co się takiego stało? Jak to się wszystko odbyło? Nie mam pojęcia. Zwykła logika nakazuje mi podejrzewać, że kiedy po przeliczeniu ponad połowy głosów z całej Polski okazało się, że Komorowski dostał w dupę, System wydał polecenie, żeby już do samego końca zrobić wszystko, by ten rezultat był odwrotny. I żeby on był odwrotny w sposób przekonujący. Ale czy mam rację? Nie wiem. Bardzo trudno mi jest przyjąć, że żyjemy w gruncie rzeczy w Afryce. Wprawdzie wiele na to wskazuje, a już najbardziej od 10 kwietnia, ale i tak kocham Polskę tak bardzo i jestem z nią tak związany, że nie chcę o niej myśleć aż tak źle. Wolę wierzyć, że tamten samolot spadł, bo była mgła, a piloci byli piani po nocnej imprezie, lub się zagapili. Albo że nawet Lech Kaczyński okazał się nędznym głupcem. Daje słowo, że tak by mi było łatwiej, niż żyć w przekonaniu, że oni zrobili z Polski dziki kraj.
Jednak jest mi bardzo trudno to przyjąć. Z jednego prostego powodu. Oni kręcą. Stoją, bezczelnie patrzą mi w oczy i kręcą jak cholera. Nie chcą mi dać jednego zwykłego słowa wyjaśnienia. Patrzą bezczelnie mi prosto w oczy i łżą jak psy. Nawet w tak drobnej i niepoważnej sprawie jak ta kratka. Dlatego ja się czuję zwolniony. Na dobre”.
W komentarzu pod tamtym tekstem, mój serdeczny przyjaciel LEMMING, napisał mi, że jemu jest bardzo trudno przyjąć moje argumenty, i to już nawet nie tyle ze względu na ich wartość merytoryczną, co na fakt, że gdyby faktycznie doszło do sfałszowania wyborów, mielibyśmy do czynienia z czymś, co się gdzieniegdzie określa nazwą „game changer”. Napisał LEMMING coś takiego:
Otóż fałszowanie wyborów to jest ‘game changer’. Nawet domniemane zabójstwo Prezydenta nie jest "game changerem" - amerykańska demokracja szczęśliwie przeżyła dwa zabójstwa prezydenta, a chyba możemy uważać ja za wzorowa. W tym sensie zabójstwo prezydenta staje się tylko problemem, który sprawne państwo posiadające demokratycznie wybrany rząd może rozwiązać. Oczywiście mega problemem, który rozwiązuje się za pomocą środków o historycznej skali, takich jak np. wytoczenie komuś wojny, ale wciąż - rozwiązuje się.
Jeżeli natomiast wybory w Polsce są fałszowane, to wszystko co Jarosław Kaczyński i Ty robicie jest całkowicie bezcelowe. Trzeba już tylko gromadzić się na placach i wywołać rewolucje, albo stworzyć partyzantkę i podżegać do rewolucji. No bo co ma za sens pisać albo mówić ze ta partia dobra, a ta zła, ta ustawa dobra, a ta zła, jak na końcu i tak wygra Bronek? Jeżeli wybory są fałszowane, to cala istota sporu o Polskę, rozumianego właśnie jako spór, a nie jako walka z bronią w ręku, bierze w łeb. Zechciej się nad tym uprzejmie zastanowić”.
Oczywiście, ja się nad tym zastanowiłem jeszcze wielokrotnie i niestety za każdym razem tylko się moje obawy potwierdzały. No a kiedy zupełnie niedawno ktoś zechciał spopularyzować dawną już wypowiedź Stefana Niesiołowskiego, gdzie ów dziwny człowiek przyznał, że w ową niedzielę wyborczą, późnym już wieczorem otrzymał od osoby bardzo dobrze poinformowanej i zaufanej, że Kaczyński zdecydowanie wygrywa te wybory i się naprawdę przeraził, to powiem uczciwie, że nawet mi powieka nie drgnęła. Bo ja już od dawna, jak było, wiedziałem.
Ktoś się zatem zapyta, co w takim razie z owym „game changer”, o którym pisał LEMMING? Czy rzeczywiście jest tak, że jeśli przyjmiemy, że oni posunęli się już do tego, by fałszować wybory, to znaczy, że nasza walka straciła sens? Że od momentu, gdy oni uznali, że to jest coś co faktycznie można zrobić i w dodatku natychmiast się przekonali, że im to uszło zupełnie na sucho, że nawet nie rozległo się jedno westchnienie, oni już tak mogą ciągnąć w nieskończoność? Otóż uważam, że wcale nie koniecznie. Kiedy bowiem patrzymy na wyniki przedwczorajszych wyborów do Parlamentu Europejskiego i widzimy, że tym razem już nie tylko ja i Stefan Niesiołowski, ale nawet wiele osób nastawionych do tego co się dzieje w Polsce znacznie bardziej ode mnie umiarkowanie, widzi, że ów przedziwny twór funkcjonujący pod – dziś już brzmiącą niemal jak szyderstwo – nazwą Państwowej Komisji Wyborczej, jest w swoich działaniach wyłącznie wykonawcą poleceń Systemu, świadomość tego, że w Polsce doszło do przekroczenia pewnej granicy, za którą nie ma już nic, musi się już tylko powiększać. I jeśli w końcu dojdzie do tego – niewykluczone, że już w wyborach kolejnych – że Platforma Obywatelska realnie otrzyma 5 procent głosów, to nie ma takiej siły, by oni z tych pięciu procent byli w stanie zrobić 35, i wtedy to się skończy. A kiedy się skończy, ta część Systemu runie, jak domek z kart. Oczywiście jest też możliwe, że do owych 5 procent spadnie w Polsce frekwencja wyborcza, ale to i tak musi spowodować wstrząs. I wtedy ten brud zacznie się wylewać. I tego już nic nie powstrzyma.
W kwietniu 2010 roku System, przy bardzo aktywnym współudziale czołowych polityków Platformy Obywatelskiej, doprowadził do strasznej katastrofy, w której zamordowany został Prezydent RP z małżonką, całe niemal dowództwo Polskich Sił Zbrojnych, i cała kupa najważniejszych polityków politycznej opozycji. Otóż uważam, w brew temu, co sądził wtedy LEMMING, to był prawdziwy „game changer”. Prezydenta Kaczyńskiego bowiem nie zamordowały służby, tak jak to było w przypadku dajmy na to prezydenta Kennedy’ego. Służby to zaledwie ludzie, a ludzi można zawsze albo wymienić, albo nawet wsadzić do więzienia za jakieś tam przekroczenie kompetencji. Prezydent Kaczyński został zamordowany przez System. System w roku 2010 dokonał wyborczego fałszerstwa, przekazując w ręce Bronisława Komorowskiego stanowisko prezydenta. Dziś już natomiast wybory fałszują tylko ludzie; ludzie, którzy wówczas – zarówno w kwietniu, jak i lipcu – realizowali zlecenie Systemu. Dziś wybory fałszuje ta grupka przerażonych utratą pracy staruszków z PKW na polecenie grupki przerażonych tym, co się może stać już jutro, polityków. Mieliśmy przedwczoraj i wczoraj fantastyczną wręcz możliwość obserwowania, jak oni działają. Jakie to jest wszystko obnażone i nieporadne. Dziś piszą o tym wszystkie media.
Tak mój kochany przyjacielu. Wyborcze fałszerstwo z lipca 2010 roku to nie był żaden „game changer”; tym bardziej nie jest nim to, co się stało wczoraj. To są ostatnie podrygi ludzi, których System wykorzystał do końca, a następnie zostawił pod płotem, by zdychali. W swojej powieści „Mistrz i Małgorzata” Bułhakow bardzo czytelnie pokazuje, że Szatan nie oszczędza nikogo, nawet swoich najwierniejszych przyjaciół, najbardziej oddanych sług. W stosunku do nich jest równie zimny i bezwzględny, jak w stosunku do całej reszty świata. Wystarczy że będziemy o tym pamiętać, i z naszego punktu widzenia, to zupełnie wystarczy.

Wszystkie moje książki, a każda lepsza od drugiej, są do nabycia na stronie www.coryllus.pl. Dodatkowo, obie książki Toyaha już do wyczerpania nakładu idą po 15 złotych. Wszystkich tych, którzy albo juz nie potrzebują więcej moich książek, ae za to mają jaką sluźna gotówkę, bardzo proszę o wsparcie dla tego bloga. Bez niego ledwo orzemy.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...