poniedziałek, 30 września 2013

Kto im przyniósł ten kij, kto im podkuł te buty?

Pani Toyahowa, wprawdzie, ile razy zaczynam coś pomrukiwać na temat tego, że kiedyś było lepiej, na mnie krzyczy, a co gorsza robi to dokładnie w taki sam sposób, jak to ma w zwyczaju w chwilach, kiedy ją informuję, że mnie bolą nogi, albo, że w ogóle jestem zmęczony. Dlaczego „co gorsza”? Dlatego mianowicie, że to wskazuje wyraźnie, iż nie mamy do czynienia ze sporem intelektualnym, ani nawet historycznym, ale ze zwykłym stwierdzeniem faktu, że moje opinie nie mają tu żadnego znaczenia, bo jestem starym, wiecznie marudzącym dziadem. A zatem, to, co mnie spotyka, to jeszcze jeden wariant tej samej, jakże irytującej, choć klasycznej wręcz, insynuacji ograniczającej się do słów: „Jesteś pijany i zdenerwowany”.
A mimo to, są sytuacje, kiedy ja jestem absolutnie przekonany, i nie ma siły, która by mnie tu przesunęła choćby o milimetr, że było lepiej. No, weźmy na przykład ostatnie wydarzenia: O ile czegoś nie przegapiłem, nie wydaje mi się, żeby kiedyś matki i ich partnerzy tłukli na śmierć swoje małe dzieci. Nie przypominam sobie, bym za Gierka, czy nawet za Jaruzelskiego, ale też i nawet za Wachowskiego, czytał tyle na temat tego, że gdzieś jakaś para – najczęściej dziewczyna i jej chłopak, lub kolega chłopaka – najpierw, połamali swojemu paromiesięcznemu dziecku sześć żeber, a następnie je, zapewne w humanitarnym odruchu skrócenia cierpień, zabili. Może czegoś nie pamiętam, ale też nie przypominam sobie, bym gdzieś czytał, że jacyś młodzi wsadzili swoje paromiesięczne dziecko do piekarnika i je upiekli, bo doszli do przekonania, że ono jest Golumem.
A więc, musimy jednak przyjąć, że coś się dzieje. Że ów natłok wydarzeń tego typu nie może być wynikiem jakiegoś szczególnego przypadku. To nie jest tak, że, czy to z powodu globalnego ocieplenia, czy może jakichś plam na słońcu, czy może wejścia Polski do europejskiej wspólnoty, nagle matki i ojcowie w Polsce zaczęli po kolei i masowo zabijać własne dzieci. Nie wierzę również w to, że owa fala zabójstw jest spowodowana tym, iż rodzice sobie popili i stracili rozum, albo że przyszli goście, w telewizji był ciekawy program, dziecko się darło, no i ktoś tam nie wytrzymał. Nie sądzę wreszcie, że to wszystko jest z tej biedy, tej beznadziei i tego powszechnego lęku o przyszłość; że ci młodzi są tak zestresowani, że czasem zwyczajnie im nie wytrzymują nerwy, no i się odgrywają na tych najsłabszych.
To wszystko, moim zdaniem, możemy bardzo łatwo wykluczyć, choćby z tego względu, że za komuny ludzie chlali wcale nie mniej, niż dziś, telewizja – ze względu na ubogość oferty – potrafiła wciągać znacznie bardziej, niż dzisiaj, no i wreszcie ludzie też mieli swoje zmartwienia, prawda? A może się mylę? Może nie mieli?
Poza tym, ja mam bardzo mocne przekonanie, że gdyby tu szło o wódkę, nawet tę sprzedawaną gdzieś po trzy złotę za flaszkę, czy zwykłe zbydlęcenie, to byśmy coś na ten temat słyszeli. Uważam, że gdyby to o to chodziło, do nas by natychmiast przyszedł jakiś psycholog i wytłumaczył, jak to do tego typu nieszczęść dochodzi. Tymczasem tu mamy kompletną ciszę. Dowiadujemy się, że gdzieś znów, skutkiem ciężkiego pobicia, zmarło jakieś niemowlę, i poza tym, o tych, którzy je zamordowali nie wiemy nic. Można by uznać, że, zwyczajnie, coś jednemu czy drugiemu strzeliło do łba, i stało się. Jaka więc tu jest tajemnica?
Otóż, moim zdaniem, tu musi chodzić o narkotyki. I nie jakieś szczególnie wyrafinowane, bo te jednak kosztują, ale albo o zwykłą trawę, albo jakieś dopalacze. A więc to, co jest przez część jak najbardziej oficjalnego establishmentu wręcz reklamowane, jako całkowicie naturalne i bezpieczne.
Gdyby stało się wiedzą powszechną, że któraś z tych mam, z którymś z jej tak zwanych partnerów, czy kolegów partnera, czy z byłym partnerem, się zwyczajnie tak najarali, iż od tego dymu by się im poprzewracało we łbach, należałoby się zainteresować tak zwanym kontekstem. A to mogłoby się już okazać bardzo niewygodne. I nie można by sprawy zamknąć jakąś pozorowaną dyskusją w telewizji, czy na łamach prasy, z której wniosek byłby tylko taki, że może lepiej zalegalizować, bo to, co dziś jest na rynku, to jakieś świństwo. Trzeba by było uczciwie i do końca odpowiedzieć na parę pytań i podjęć kilka poważnych kroków. A jednym z pierwszych byłoby wyciągnięcie z tej knajpy, gdzie całkiem niedawno ucinał sobie z Robertem Mazurkiem pogawędkę, Kamila Sipowicza i postawienie przed prokuratorem. A to nie leży w niczyim interesie. Przykro mi to mówić, ale obawiam się, że faktycznie w niczyim.
Przychodzi kolejny dzień i znów czytamy, że gdzieś w Polsce, jak to śpiewał kiedyś Wojciech Młynarski, „Łódź Kaliska albo Kutno”, zostało zatłuczone na śmierć kolejne małe dziecko, a potem oglądamy tę wychudzoną, czarnowłosą wampirzycę, i jakiegoś durnia w czapce, lub w kapturze, jak ich wloką do radiowozu, lub po schodach do budynku któregoś z komisariatów. I znów ani słowa o tym, co się tak naprawdę stało. I obawiam się, że się tego nie dowiemy tak długo, aż to wszystko, Bóg da, wreszcie trzaśnie. No i wtedy się dopiero przerazimy.

Książka jest skończona i jest nam pięknie składana przez naszego człowieka. Mam nadzieję, że gdzieś za tydzień z lekkim hakiem, Gabriel wystawi ją w ofercie swojego wydawnictwa i będzie można zacząć robić zamówienia. Do tego czasu, proszę nas wspierać, bo na razie jest wyjątkowo nędznie. Dziękuję.

niedziela, 29 września 2013

Za co Jarosław Kaczyński nie lubi prof. Staniszkis?

Kończy się kolejny weekend, a więc mamy bardzo dobry moment, by przedstawić kolejny felieton z "Warszawskiej Gazety". Dziś o autorytetach.

Nie pamiętam, kiedy, ale jakoś niedawno prof. Jadwiga Staniszkis powiedziała, a mainstream podchwycił, że Jarosław Kaczyński jest jednak do niczego. Oczywiście wiem, że Staniszkis, przez tych, którzy nie uważają jej za pisobolszewickiego śmiecia, jest traktowana z najwyższą powagą, zwłaszcza gdy ona postanowi ocenić rządy Donalda Tuska, lub dyskretną władzę Systemu, mam jednak wrażenie, że jedyny okres, kiedy byłem w stanie podchodzić do jej wystąpień z minimalną powagą, to był czas, gdy wszystko się dopiero rozkręcało, a ja sam byłem młody i naiwny. Od tego jednak czasu tyle się między nami zdarzyło, że do jej słów mam stosunek całkowicie obojętny.
I gdyby ktoś myślał, że mnie martwi, że ona należy do osób, nie dość, że najczęściej zapraszanych do programu „Kropka nad i”, to przede wszystkim do tych z nich, którzy zaraz po Andrzeju Olechowskim, są przez Monikę Olejnik traktowani z najwyższą atencją, jest w błędzie. Ja nie wykluczam, że Olejnik jest zwyczajnie jej szkolną koleżanką, i ją po prostu bardzo lubi. A zatem, nie w tym rzecz. To, co sprawia, że na widok Staniszkis ziewam, to fakt, że ja nigdy nie wiem, czy ona akurat ma do Kaczyńskiego o coś pretensje, czy akurat jakiś do niego interes, a to mi wystarczy, by ją traktować bardziej jako przypadek psychologiczny, niż niezależny autorytet.
W czym rzecz? Otóż mam niemal stuprocentową pewność, że prof. Staniszkis ma na punkcie nieżyjącego już niestety Lecha i Jarosława Kaczyńskich osobistą obsesję. Z tego co wiem, i z jednym i z drugim ona od zawsze była zaprzyjaźniona, do tego wręcz stopnia, że nie tylko z Lechem, który akurat nie miał nic przeciwko temu, by choćby i z byle kim przechodzić na ty, ale także z Jarosławem, była po imieniu. A zatem, moim zdaniem, kiedy w roku 2005 PiS wygrał wybory parlamentarne, a Lech został prezydentem, ona była pewna, że któryś z nich da jej jakąkolwiek fuchę u siebie. Skoro nie ma mowy o ministrze, to cokolwiek, ale niech da. Tymczasem tu się nie stało nic.
Tego już nikt nie pamięta, ale ja owszem, jak ona się natychmiast obraziła, a potem, kiedy Jarosław został premierem, jej natychmiast przeszło, a kiedy znów się okazało, że nic z tego nie będzie, się uniosła. Do tego wręcz stopnia, że po upadku rządu, jawnie poparła Platformę.
No i dziś, kiedy PiS-u wraca do władzy, ona znów zaczyna lawirować. Raz powie, że nikt jak Kaczyński, by za chwilę ogłosić, że tam jednak by się przydał jakiś młodszy, który łatwiej ulegnie jej wdziękom. Wygląda na to, że Jarosław wciąż nie odbiera telefonów. Swoją drogą, chciałbym wiedzieć, dlaczego? W końcu takich ekspertów, jak ona, on chyba wielu nie ma, prawda? A tymczasem wychodzi na to, że on coś wie. Ciekawe co?

Tradycyjnie, proszę o stałe wspieranie tego bloga. Bez Waszej pomocy nie będziemy w stanie przeżyć. Dziękuję i mam szczerą nadzieje, że to już naprawdę niedługo.

piątek, 27 września 2013

Coryllus: Godzina "W" i flaga w psiej kupie

Mój kumpel i wydawca Gabriel Maciejewski na swoim blogu w Salonie24 opublikował tekst, który uważam za dziś dla nas absolutnie najistotniejszy. Co więcej, kiedy czytam komentarze, jakie tam się pojawiły – również ze strony tak zwanych „naszych” – jestem pewien, że moja pierwsza intuicja, a więc to, że ów tekst ukazać się musiał, była jak najbardziej słuszna. W czym rzecz? Otóż Prawo i Sprawiedliwość, w ramach politycznej jak najbardziej akcji, zachęcającej warszawiaków do udziału w referendum mającym na celu odwołanie prezydent Gronkiewicz-Waltz, opublikowało szereg plakatów z wielką literą „W”. W tym momencie – może niedokładnie w tym, ale po odpowiednim przeanalizowaniu sytuacji – System rzucił się PiS-owi do gardła, krzycząc, że oto doszło do profanacji Powstania Warszawskiego. Niestety, tak jak to ostatnio widzimy zbyt często, w ślad za Systemem ruszyli komentatorzy z każdej strony barykady, i jak najbardziej zgodnie z dyrektywą, zaczęli wyjaśniać, że PiS popełnił bardzo ciężki błąd. Jak zresztą zawsze. Mi osobiście opadły ręce. Na szczęście mamy Coryllusa. Miejmy nadzieję, że jego głos dotrze do jak najszerszej publiczności.



Pomysł użycia litery „W” nawiązującej do Powstania Warszawskiego w komunikacie dotyczącym referendum, które ma zdecydować o odwołaniu Hanny Gronkiewicz Waltz uważam za jeden z najlepszych i najszczęśliwszych. Oto po wielu latach dziamdziania, ogólnej niemożności, przelewania z pustego w próżne i zaniechań PiS zrobił wreszcie coś co pozycjonuje go właściwie wobec przeciwników. Godzina „W” na plakatach jest super. Przekonuje mnie o tym wycie Kuczyńskiego i miałczenie Dorna. To dobra droga i tym szlakiem należy iść dalej. Sprzeciw Powstańców Warszawskich uważam zaś za aberrację i pomyłkę. Ktoś tym szacownym i godnym podziwu ludziom źle podpowiedział, oni czegoś nie zrozumieli i wydali to swoje oświadczenie. Myślę, że się z niego wycofają.
Teraz uzasadnienie. Na obszarach zwanych komunikacją są tematy topowe i drugorzędne. One mogą być traktowane jako narzędzia w walce politycznej, ale mogą być też zawłaszczane. I tak się dzieje z Powstaniem Warszawskim i innymi Powstaniami. Ludzie z kręgu zwanego umownie kręgiem GW, choć wiadomo rzecz jasna, że chodzi o coś więcej, dobrze wiedzą co to znaczy zawłaszczyć temat albo obszar znaczeń i potem posługiwać się nim jak siekierą albo wielkim młotem. Powstanie Warszawskie i jego konteksty właśnie na naszych oczach poddawane są takiej operacji. Dlatego właśnie symbole Powstania powinny być jak najczęściej używane przez PiS jako narzędzia polityczne. Nie do przyjęcia jest argumentacja, że to są świętości i muszą być pieczołowicie przechowywane w jakimś magazynku, do którego klucz mają ludzie zaufani. Po pół roku bowiem na widok takiego zaufanego z kluczem w ręku będziemy się musieli rozejrzeć za solidnym kamieniem. Nie z wściekłości bynajmniej, ale dla własnego bezpieczeństwa. Nie będzie to bowiem sympatyczny staruszek w czarnym berecie, który pamięta walki na Czerniakowie, ale ktoś zupełnie inny.
Symbole Powstania, żeby przetrwać we właściwych, bliskich każdemu z nas kontekstach muszą być używane i wykorzystywane dzisiaj, w dobrej sprawie oczywiście. One muszą żyć po prostu, a nie stanowić jedynie jakiś okazjonalny rynsztunek kombatantów. To jest błąd, który prowadzi najpierw do wyizolowania ich ze zbiorowej pamięci, a potem do zawłaszczenia. Odwołanie pani Gronkiewicz jest dobrą sprawą i nie ma się tutaj co strachać. Godzina „W” nadchodzi.
Nie wiem czy wiecie, że na portalu „Wpolityce” reklamowany jest konkurs na komiks o Powstaniu Warszawskim. Premiera tego komiksu ma się odbyć w przyszłym roku, w 70 rocznicę wybuchu. Ponoć organizatorem jest GW, tym dziwniejsze wydaje się, że impreza ta jest reklamowana przez Karnowskich. Tak to się właśnie załatwia. PiS nie może użyć symbolu związanego z Powstaniem, a tamci mogą wyprodukować na jego temat dowolną narrację, a potem ją promować nie przejmując się żadnymi krytycznymi głosami. Kiedy Kuczyński widzi plakat z godziną „W” wyje, a kiedy widzi flagę wtykaną przez dwóch degeneratów w psią kupę siedzi cicho i jego wrażliwość nie jest naruszona w żaden sposób. Wobec takiego rozgraniczenia emocji w sercu i duszy pana Waldemara, nie ma się co, przepraszam za kolokwializm, ochrzaniać, trzeba robić swoje. Dobrze by było, gdyby PiS nie zszedł już z tej drogi i po prostu podejmował nadal równie dynamiczne, kontrowersyjne i celowe inicjatywy. Jeśli komuś się zdaje, że można zwyciężyć porozumiewając się z przeciwnikiem co do warunków jego ustąpienia to jest w błędzie. Takie propozycje zwykle oznaczają pułapki i kończą się bardzo tragicznie, nie tylko klęską, ale również totalnym wyszydzeniem schwytanego w taką pułapkę człowieka. Nie ma, powiadam, co się cykać, trzeba iść do przodu.

czwartek, 26 września 2013

Jest dobrze - tygodnik "W Sieci" pochylił się nad księżną Kate

O Anglii, czy w ogóle o Zjednoczonym Królestwie, piszę wyłącznie przy okazji okazjonalnych wizyt w Londynie, a zatem głównie o musztardzie Colman’s, piwie London Pride i o ludziach joggujących wzdłuż Tamizy. Poza tym, wszystkie związane z Koroną kwestie pozostawiam mojemu drogiemu koledze Gabrielowi. Natomiast nie ukrywam, że to, co on pisze, czytam namiętnie, i z satysfakcją stwierdzam, że, mimo pewnych różnic w szczegółach, zgadzamy się co do jednego: Z nimi nie ma żartów. Z nimi w żadnym wypadku żartów nie ma.
Całkiem niedawno, przy okazji ślubu księcia Williama z Kate Middleton, napisałem tu notkę, w której stwierdziłem dokładnie to, co powyżej, a więc, że kiedy czytam, jak taki, dajmy na to Łukasz „Pilot Boeinga” Warzecha dworuje sobie z całej tej ceremonii i z emocji, w jakich przy tego typu okazjach toną Wyspy, owo dworowanie świadczy przede wszystkim o nim, a nie o tych poprzebieranych w brytyjskie flagi ludziach. Dlatego mianowicie, że jeśli Warzecha siedzi tu w warszawskiej redakcji Axela Springera i daje upust swoim prowincjonalnym kompleksom, pierwszy lepszy Brytyjczyk pijący herbatę z kubka, na którym widnieje zdjęcie zakochanej pary książęcej, jest od niego postokroć bardziej człowiekiem wolnym i świadomym miejsca, jakie sobie wygospodarował na tym świecie.
Niestety, świadomość tych relacji jest u nas tak rzadka, że raz za razem trafiamy na kolejne refleksje kolejnego frustrata, który wszystko, co wie o świecie, to, z jednej strony, to co przeczytał w kolorowej prasie, a z drugiej, co wyniku już z jego osobistych refleksji, ograniczających się akurat do tego, że owa prasa to jakieś, panie, disco polo.
W najświeższym wydaniu, jak najbardziej naszego, tygodnika „W Sieci” znajduję tekst podpisany przez niejakiego Andrzeja Świdlickiego, jak czytam, „dziennikarza i korespondenta z Londynu”, a poświęcony najsłynniejszej dziś pewnie brytyjskiej mamie i żonie, wspomnianej wcześniej Kate Middleton. Tekst ten, w zamierzeniu, jak się domyślam, zaplanowany, jako okropnie głęboki i demaskatorski, tak naprawdę złożony jest z omówień artykułów prasowych, jakie – wśród tysięcy innych – zostały opublikowane w Wielkiej Brytanii, a zawierające nic ponad najbardziej bulwarową polemikę z bulwarem właśnie. A więc, kiedy kolorowe magazyny piszą, że księżna Kate jest śliczna i słodka, Świdlicki nas informuje, że to nieprawda, bo ona jest „wykreowana przez Komitet, a precyzyjna maszyna wymodelowała ją na przegubową lalkę do wieszania na niej ciuchów”. Kiedy kolorowe magazyny piszą, że ona jest wspaniałą mamą i żoną, Świdlicki argumentuje, ze to są tylko pozory, bo wystarczy popatrzeć, jakie ona ma białe zęby, by zrozumieć, że to jest wszystko fikcja. Kiedy wreszcie kolorowa prasa pisze, że Kate jest cała nasza, Świdlicki ostrzega:
O księżnej Catherine wiadomo niewiele. Ma 31 lat. Ukończyła prywatną szkołę Marlborough i historię sztuki na szkockim uniwersytecie St Andrews. Tam na pokazie mody wpadła w oko księciu Williamowi, odziana, jeśli jest to właściwe słowo, w sukienkę nasuwającą skojarzenia z damska bielizną.[…] Na liście życiowych doświadczeń Kate, figuruje opędzanie się od dziennikarzy w okresie cokolwiek przydługiego, dziewięcioletniego narzeczeństwa z Williamem”.
Proszę zwrócić uwagę na te retoryczne drobiazgi: „odziana, jeśli to jest właściwe słowo”; „na liście życiowych doświadczeń”; „cokolwiek przydługiego”. No i to, co na samym początku: „O księżnej wiemy niewiele”. Rzeczywiście – bardzo niewiele. A to co wiemy, to jakaś nędza. Oto ta głupia brytyjska monarchia – jakieś cizie bez historii zrobione na „przegubowe lalki” i łażące dwa kroki za swoimi mężami. Nie to, co żona redaktora Terlikowskiego, gdzie i nasza wiedza aż się przelewa z dobrobytu, no a poza tym te życiowe doświadczenia!
Można dostać cholery! I przepraszam bardzo, ale nic mi innego nie przychodzi do głowy, kiedy czytam te smutki obłożonego jakimiś trzeciorzędnymi artykułami prasowymi „korespondenta z Londynu”, próbującego nam udowodnić, że oto przed nami ostateczna analiza sytuacji, w jakiej musi działać brytyjska korona w konfrontacji z bulwarem.
W tej sytuacji ja bym tylko chciał przypomnieć wszystkim tym, który wciąż nie rozumieją tego, z czym faktycznie mamy do czynienia, że według bardzo poważnych przypuszczeń, niegdysiejsza księżna Diana została najzwyczajniej w świecie zamordowana. Gdyby zarówno redakcja tygodnika „W Sieci”, jak i ich londyński korespondent, nie pamiętali, kto to taki, to też gotów jestem przypomnieć. Księżna Diana, to żona przyszłego króla, brytyjska ikona, a przy okazji jedna z najbardziej celebrowanych kobiet na świecie. I ona to właśnie, ponieważ nie chciała zrozumieć, o co w tym wszystkim chodzi, została, jak to się gdzie nigdzie mówi, sprzątnięta. A świat nawet nie westchnął… No, może troszeczkę, choćby ze względu na łzy Eltona Johna.
Jak można tego nie rozumieć i pieprzyć coś trzy po trzy o sukienkach w groszki i niebieskich koszulach z podwiniętymi rękawami?

Króciutki ten tekst, i chyba nie do końca wychodzący naprzeciw oczekiwaniom. Jednak przede wszystkim, przeczytałem wspomniany tekst w „W Sieci” i autentycznie nie wytrzymałem, no a poza tym, chciałbym w tych dniach, kiedy głównie kończę tę książkę, pokazać, że jestem. No i przy okazji podziękować wszystkim za tak szeroki ostatnio odzew na moje skargi. Dziękuję.

wtorek, 24 września 2013

Przyszedł jakiś dziwny pan; mówi, że jest Wałęsą

Wydawałoby się, że jak idzie o Lecha Wałęsę, ani on, ani nikt inny, nigdy już nie powie nic tak ciekawego i inspirującego, żeby trzeba było do tematu tego dziwnego człowieka wracać. Ja, na przykład, parokrotnie postanawiałem sobie, że z nim już koniec, i mimo że nigdy z jakiegoś powodu nie byłem w stanie owej danej sobie obietnicy dotrzymać, wciąż byłem przekonany, że ja tu ulegam wyłącznie prostym ludzkim emocjom, a nie jakiejś szczególnej randze kolejnego ekscesu, jakiego byłem świadkiem.
A Bóg mi świadkiem, że starałem się bardzo, by, ile razy on się pojawi, odwracać wzrok, i ewentualnie zatykać uszy. A kiedy już i jedno i jedno i drugie okazywało się nieskuteczne, zwyczajnie wzruszać ramionami i mówić sobie, że nic się przecież nie stało. Weźmy jego wypowiedź sprzed zaledwie paru tygodni, kiedy to dzieląc się swoimi wrażeniami odnośnie filmu Wajdy, powiedział, że jemu się nie za bardzo podobała rola tego Więckiewicza, bo ktoś mógłby nieopacznie z niej wyczytać, że Wałęsa to bufon, a przecież „gdybym był bufonem, to by mnie ludzie nie nosili na rękach”. Przecież, jak się zastanowić, to jest naprawdę coś absolutnie fantastycznego. No a ja dzielnie się tylko wyprostowałem, uniosłem dumnie głowę i przeszedłem obok w milczeniu.
No i od wczoraj mamy coś, moim zdaniem, jeszcze bardziej niezwykłego. Otóż Wałęsa udzielił wywiadu którejś z rosyjskich agencji i powiedział ni mniej ni więcej, tylko:
Moja walka doprowadziła do zjednoczenia Niemiec i do powstania państwa Europa. Znieśliśmy granice. Na horyzoncie globalizacja. Wszystko to wymaga innych programów i struktur. W związku z tym, podróżując po różnych krajach i kontynentach, próbuję zachęcić ludzi do dyskusji o tym, jak powinien wyglądać współczesny świat - ONZ, Rada Bezpieczeństwa, NATO. Tu jest dużo do zrobienia. Różnie mnie słuchają, ale liczne osoby zaczynają podążać w tym kierunku, ponieważ to nie tylko pomysł. Tak daleko zaszliśmy w ramach technicznej modernizacji, że już nie mieścimy się w naszych krajach. Powinniśmy rozszerzać gospodarcze, obronne i różne inne struktury, zrobić z państw Polski, Niemiec jedno państwo Europa. To rozszerzenie geograficznych struktur, przy którym i gospodarka i demokracja powinny się zmienić”.
O co chodzi, ktoś zapyta. W końcu Wałęsa już od bardzo długiego czasu zwyczajnie nie domaga, i tak samo jak już za nim, tak również i przed nim, wypowiedzi, które nas mogą zadziwić. Czy warto się więc przejmować? A ja odpowiadam, że oczywiście nie warto. Nie warto nawet przejmować się czymś tak nieprawdopodobnie rewolucyjnym, jak jego propozycją – złożoną, jak najbardziej, na poważnie – by Polska i Niemcy utworzyły jedno państwo i nazwały je „Europa”. W końcu, czy on jest sam na świecie? Przecież każdy z nas żyje w określonym środowisku i widział niejedno. Nawet jeśli poruszamy się głównie samochodem zaparkowanym przed domem, i parkowanym na parkingu przed miejscem, w którym pracujemy, od czasu do czasu zajdziemy przecież do lokalnego sklepu, czy przejdziemy się ulicą, i trafimy na coś, o czym później opowiemy dzieciom w domu. Tu jednak nie chodzi już o Wałęsę, ale o to, że nagle się okazuje, że to szaleństwo cieszy się pełną autoryzacją, jako część przestrzeni jak najbardziej oficjalnej.
Proszę może na chwilę zapomnieć, że mamy do czynienia z Lechem Wałęsą i przeczytać raz jeszcze wyżej cytowaną wypowiedź. Następnie proszę sobie uświadomić, że czytamy nie podręcznik psychiatrii, ani kolejną powieść o pułapkach, jakie dzisiejszy, skomplikowany przecież świat, zastawia na każdego z nas. To jest wypowiedź powszechnie znanego polityka, byłego prezydenta dużego europejskiego kraju, laureata pokojowej nagrody Nobla. A kiedy już to zrozumiemy, nagle zechciejmy zrozumieć, że jeśli my, słysząc te słowa, wybuchamy serdecznym śmiechem, lub zaciskamy bezradnie pięści, jesteśmy zaledwie marginesem. Jednym z dwóch. Bo drugi natomiast margines na to wszystko robi poważną minę, i pyta: „Tak pan uważa, panie prezydencie? To bardzo interesujące. A czy mógłby pan nam powiedzieć, co pan sądzi na temat bieżącej sytuacji w kraju?”, no a większość ma to zwyczajnie w dupie. Dlaczego? Bo większość wie, że to wszystko to od początku do końca kłamstwo, i zwykły człowiek naprawdę nie ma ani czasu, ani siły, ani też ochoty, by się zastanawiać, które z nich jest większe, a które mniejsze.
Spróbujmy więc popatrzeć na tę wypowiedź – jak i na każde zresztą jego ostatnio zachowanie – bez uprzedzeń. Spróbujmy na moment zapomnieć, że mamy do czynienia tylko przecież z Wałęsą, a więc psychicznie chorym człowiekiem, wykorzystywanym – podobnie jak przed laty pewien dworcowy pijak – przez System do doraźnej polityki. Postarajmy się, na chwilę chociaż, spojrzeć na to, co stoi przed nami, czystym spojrzeniem. I co zobaczymy? A teraz, proszę, zechciejmy sobie uświadomić, co z tego jest już tylko dla nas? Otóż nic. My tu nie mamy dokładnie nic do powiedzenia. Zrozummy, że my jesteśmy w tym wszystkim traktowani, jak sfora jakieś śmieci, z którymi można zrobić dokładnie wszystko.
Otwieramy telewizor i widzimy człowieka w garniturze, który z poważną miną, bez śladu uśmiechu na twarzy, informuje nas, że oto były prezydent, Lech Wałęsa, w wywiadzie dla rosyjskiej agencji prasowej, zaproponował, by Polska i Niemcy utworzyły wspólne i osobne państwo, które będzie nosiło nazwę Europa, po czym idą już kolejne wiadomości… i, pomijając nasze zdziwienie, nie dzieje się nic. Nie dzieje się do czasu oczywiście, gdy w publicznej przestrzeni pojawi się kolejna odsłona dyskusji, czy to o ekspertach dr. Laska, czy o wyborach do Bundestagu, czy o ekscesach, których bohaterem był poseł Hofman. No i wtedy z całą pewnością, w tym czy innym kontekście, wróci osoba Lecha Wałęsy i prośba, byśmy wreszcie zrozumieli, że nie ujedziemy daleko na atakowaniu naszych narodowych bohaterów; że naprawdę tak mało mamy tego, czym się możemy pochwalić przed światem, że przestańmy sami siebie szkalować. Oto jest szansa, że polski film odniesie wreszcie sukces w Hollywood – dlaczego więc robimy wszystko, by ów sukces zniszczyć? Czy my Polacy już naprawdę na zawsze musimy pozostać tacy do niczego?
Jeszcze w tamtej starej książce o liściu wspomniałem historię Marqueza o tym, ja to na Macondo spadła klęska stopniowego, powolnego zapominania tego, co jest czym, do czego co służy, czemu robimy to, a nie co innego, w związku z czym ludzie zaczęli nieustannie zapisywać podstawowe informacje i karteczki z owymi przypomnieniami, i umieszczać je w każdym możliwym miejscu. I w końcu się do tego przyzwyczaili, i uznali, że świat, w którym żyją, to właśnie taki świat, i że innego nigdy nie było.
Zaraza jednak minęła, oni sobie nagle wszystko przypomnieli i wtedy zobaczyli, że z każdej strony otaczają je te absurdalne karteczki, na których jest napisane „To jest krowa”, „Krowa daje mleko”, „Krowę trzeba doić” itd. itp. I się zawstydzili, zupełnie jak tamtych dwoje, kiedy nagle zdali sobie, że są nadzy.
Mamy więc tego Lecha Wałęsę – jedynego obok Jana Pawła II prawdziwie wielkiego, znanego i szanowanego na całym świecie Polaka. I nagle – muszę to powtórzyć raz jeszcze – jeśli tylko uda nam się zrzucić z siebie to szaleństwo, które, jak owa straszna utrata pamięci swego czasu w Macondo, sprawia, że staliśmy się najzwyczajniej jakimś kuriozum, musimy zrozumieć, że to wszystko to jest jakaś straszna fikcja, której nie wolno nam ani na moment lekceważyć, bo ona nas w końcu zwyczajnie pochłonie. Dlatego musimy bardzo uważać, i wciąż – nie mówię, żeby zapisywać – ale sobie wciąż powtarzać: „To jest złe”, „To jest dobre”, „To jest szalone”, „To jest obce”. Bo jeśli to zaniedbamy, wtedy już tylko pozostanie nam się któregoś dnia obudzić i ujrzeć ten nasz świat, nawet nie oblepiony tymi dziwnymi karteczkami, ale zaludniony przez jakieś stwory nie z tej ziemi, które nieroztropnie traktowaliśmy, jak swoich braci… i wtedy się dopiero zawstydzimy.
Pamiętajmy więc. Tu jesteśmy my, a tam jest przeciwnik. Przeciwnik straszny i bezwzględny. Bezlitosny i okrutny. Podstępny. Nie dajmy się zaczarować.

Jak zawsze, a od pewnego czasu ze szczególną emocją, bardzo proszę każdego, komu się te teksty podobają i lubi tu wracać, o wsparcie na podany obok numer konta. Ten miesiąc nam się tak strasznie posypał, że sytuacja jest wręcz nie do wytrzymania. Jak już kiedyś pisałem, gdybym potrafił grać na gitarze, albo na skrzypkach, poszedłbym na ulicę. Póki co, wciąż liczę na ten blog. Dziękuję.

niedziela, 22 września 2013

Ludzie piszą, Dr Watkins odpowiada

Przed chwilą, od człowieka, który w imieniu firmy producenckiej Dr Watkins, prowadził sprawę mojego tłumaczenia dialogów do filmu o Roju, otrzymałem wiadomość, w której, po wstępnych złośliwościach, informuje mnie on, że w związku z moim wpisem na blogu dotyczącym Dr Watkinsa, oni sformułowali odpowiednią odpowiedź, którą zamierzają upublicznić. Żeby oszczędzić im niepotrzebnego wysiłlku, robię to sam. Proszę się skupić:

Do czego służy Internet? Do wielu różnych rzeczy, ale jedną z istotnych jego funkcji jest upublicznianie przez frustratów swoich krzywd i publiczne oczernianie domniemanych winowajców. Przypadek Krzysztofa Osiejuka, znanego jako bloger pod nickiem „Toyah”, jest tu wielce symptomatyczny.
P. Osiejuk zawarł z producentem wykonawczym filmu „Historia Roja czyli w ziemi lepiej słychać” umowę na przetłumaczenie ścieżki dialogowej, w której to umowie:
§4 ust 1. mówi: „Tytułem wynagrodzenia za wykonanie niniejszej umowy PRODUCENT zapłaci TŁUMACZOWI honorarium w wysokości brutto 60,00 zł (słownie: sześćdziesiąt) za stronę (1800 znaków ze spacjami) elektronicznego zapisu tłumaczenia”;
zaś §3 ust. 2: „W przypadku niezadowalającego poziomu tłumaczenia i konieczności dokonania jego poprawek przez osobę trzecią PRODUCENT zastrzega sobie prawo obniżenia wynagrodzenia TŁUMACZA o 30% lub 50% kwoty umownej, proporcjonalnie do zakresu koniecznych poprawek.”
Co do kalkulacji honorarium za tłumaczenie, to w moim dość bogatym doświadczeniu jako tłumacza nie zetknąłem się z innym sposobem jej przeprowadzenia niż podzielenie sumy znaków ze spacjami przez 1800 i pomnożenie wyniku przez stawkę za stronę. Wywód p. Osiejuka z użyciem pojęcia „strona w formacie 1800 znaków” uważam za całkowicie nieprzekonujący.
Jeśli chodzi o ustęp umowy mówiący o możliwości obniżenia wynagrodzenia, to w korespondencji z p. Osiejukiem nigdy nie użyłem sformułowania, że ma on „wartość czysto proceduralną”. Napisałem: „Dobra wola [w sprawie oceny tłumaczenia – J.S.] z naszej strony jest gwarantowana. Z umowy jednak nie może wynikać bezwarunkowe przyjęcie tłumaczenia, więc takie zastrzeżenie musiało się w niej znaleźć.”
To sprawy formalne, przejdźmy do meritum. Po otrzymaniu tekstu tłumaczenia, przed przekazaniem go do weryfikacji, sam, w miarę swojej kompetencji, dokonałem w nim kilku poprawek, z których trzy dotyczyły zmiany sensu wypowiedzi: 1) „Chodź już” przetłumaczone jako „Come over here”; 2) „musicie jak najszybciej wyjechać z Makowa” przetłumaczone jako „You must move on to Maków. Now.”; 3) “Młot żyje.” przetłumaczone jako „Hammer’s dead.” Mam poczucie, że te poprawki były działaniem na korzyść tłumacza i przejawem deklarowanej wobec niego dobrej woli.
Zgodnie z przyjętą w branży filmowej praktyką, tłumaczenie zostało przekazane do weryfikacji panu Romanowi Pichecie, poleconemu nam jako fachowiec w tej dziedzinie przez renomowanego producenta filmowego, Roberta Kaczmarka. Pan Picheta dokonał także koniecznych jego zdaniem poprawek, których rzeczywiście było bardzo dużo – natury leksykalnej i gramatycznej (gł. zamiany czasów, zwłaszcza z Simple Past na Present Perfect i odwrotnie; oraz zmiany szyku części zdania). Tłumaczenie p. Osiejuka, że nieprawidłowości gramatyczne były zamierzone, jako właściwe dla języka „chłopów i żołnierzy” wydaje mi się dorobione ex post i niewiarygodne. Zresztą bohaterowie „Historii Roja” zasadniczo posługują się całkowicie poprawną polszczyzną (wyjąwszy wulgaryzmy stosowane notorycznie przez ubeków). Pan Picheta wychwycił także poważne przeinaczenie sensu wypowiedzi w dialogu partyzantów w knajpie na początku filmu– planują oni wstępowanie na zasadzie „V kolumny” do wojska, policji i UB, tymczasem p. Osiejuk użył czasownika „go for”, który sugeruje napadanie na te instytucje. Niektóre poprawki mogły sprawiać wrażenie „kosmetycznych”, ale zaufałem w tym względzie autorytetowi Romana Pichety. I tyle. Nie widzę w swoim działaniu żadnej nieprawidłowości ani uchybienia zawartej umowie. Jeśli naruszone zostało dobre samopoczucie p. Osiejuku, to mogę tylko przekazać wyrazy współczucia.
Pozostaje sprawa najbardziej przykra – paranoiczna insynuacja (zawarta już w tytule tekstu p. Osiejuka), jakoby cały przebieg przyjmowania tłumaczenia był „ustawiony” przez producenta filmu w celu obłupienia tłumacza z części należnego mu honorarium. Już prosta arytmetyka ukazuje absurdalność takiego „pomysłu biznesowego”. 30% obcięte z wynagrodzenia tłumacza to ok. 490 zł brutto. Tymczasem honorarium Romana Pichety (zresztą obniżone po negocjacjach) wynosi ok. 660 zł brutto (wystawiony przez niego rachunek możemy przedstawić na życzenie). Zatem nasza perfidna machinacja przyniosła czysty zysk – minus 170 zł.
Oczerniając publicznie producenta „Historii Roja” p. Osiejuk dołącza do niechlubnego grona osób i instytucji działających na szkodę pierwszego filmu fabularnego o Żołnierzach Wyklętych, którego ukończenie skutecznie blokują od stycznia 2011 r. pospołu Telewizja Polska i Polski Instytut Sztuki Filmowej. Ta publikacja naraziła producenta nie tylko na straty moralne, ale i materialne, jako że jeden z uczestników akcji Ratujemy Roja zadeklarował, po przeczytaniu enuncjacji p. Osiejuka, wycofanie się z udziału w niej.
Jeśli zaś ktoś dopatrzy się w sprawie przyjmowania tłumaczenia listy dialogowej „Historii Roja” jakichkolwiek nieprawidłowości, to odpowiedzialność za nie ponosi wyłącznie niżej podpisany, który prowadził tę sprawę od początku do końca.
Jacek Suchecki
scenarzysta i tłumacz z angielskiego na polski.


Ponieważ, pisząc swój tekst, nie chciałem zaczepiać osobiście pana Sucheckiego, którego traktowałem wyłącznie jako posłańca przynoszącego złe wieści, nie ujawniałem treści kierowanych przez niego do mnie maili. Jednak ponieważ on postanowił się ujawnić, nie pozostaje mi nic innego, jak dołożyć do tego odpowiedź, jaką od niego otrzymałem w reakcji na moje wyjaśnienia dotyczące oceny mojej pracy. Posłuchajmy:

„Szanowny Panie Krzysztofie
Jestem w głupiej sytuacji, bo nie mogę wykluczyć, że większość racji jest po Pańskiej stronie (choć ta zmiana sensu w pierwszej scenie dialogowej to jednak wpadka). Jednak z powodów praktycznych, technicznych i finansowych nie jesteśmy w stanie odwołać się do następnego arbitrażu. Muszę się czegoś ostatecznie trzymać, a przypomnę, że konsultant został nam polecony przez zaprzyjaźnionych filmowców jako osoba kompetentna i profesjonalna w sprawie tekstów filmowych. Podtrzymuję zatem decyzję o obniżce honorarium o 30%.[…]
Jeżeli popełniłem błąd, który spowodował niedocenienie Pańskiej pracy, to jest mi naprawdę przykro i przepraszam”.

No i jeszcze fragment maila wcześniejszego:

„W sprawie przyjęcia tłumaczenia wiadomość nienajlepsza.
Daliśmy je do weryfikacji native speakerowi z dużym doświadczeniem w pracy z tekstami do filmów. […]W tej sytuacji jestem z wielką przykrością zmuszony zastosować §3 pkt. 2 umowy i obniżyć Pańskie honorarium o 30%.”.

Tyle przynajmniej z tego korzyści, że znamy nazwisko owego „native speakera”. His name is Picheta. Roman Picheta.

sobota, 21 września 2013

Dlaczego Kylie Minogue nie jest nasza?

Jak już wyjaśniałem czytelnikom bloga w Salonie24, z którymi zmuszony jestem się rozstać na parę tygodni, sytuacja jest taka, że w październiku będziemy wydawać książkę o zespołach, a w związku z tym muszę się skoncentrować niemal wyłącznie na tym właśnie projekcie. Tu oczywiście wszystko zostanie mniej więcej tak jak było, ale mogą się zdarzyć pewne opóźnienia. Proszę się jednak nie gniewać i nie odchodzić. Dziś napisałem trzy kolejne rozdziały, i nie mam siły nic nowego wymyślić. A więc troszkę wcześniej niż zwykle, proszę sobie rzucić okiem na najnowszy felieton dla "Warszawskiej Gazety". Też właściwie o zespołach.

W poprzednim felietonie zwróciłem uwagę na zamieszczony przez tygodnik „W Sieci” tekst Witolda Gadowskiego o agenturalnej przeszłości, zamordowanego przez biznes-partnerów, Marka Karpia. Gdyby ktoś jednak sądził, że „W Sieci” zajmuje się tylko kompromitowaniem naszych jak najbardziej usprawiedliwionych emocji, chciałbym zwrócić uwagę na wywiad, jaki redakcja przeprowadziła z piosenkarką Anią Rusowicz.
Gdyby ktoś nie kojarzył, Ania Rusowicz, to córka dziś już nieżyjącej, a kiedyś niezwykle popularnej gwiazdy tak zwanego big beatu, Ady Rusowicz. Przyznam szczerze, że miałem parę razy okazję obejrzeć sobie tę Rusowicz w akcji, i byłem pod wrażeniem. Od czasu gdy oglądałem występ parodysty Bolesława Gromnickiego, jak udawał Wiktora Zina, nie widziałem tak fantastycznie wykonanego popisu.
To jednak, co mnie w tej rozmowie uderzyło, to jeden fragment. Otóż dziennikarka pyta Rusowicz o jej pierwszą muzyczną fascynację, na co ta odpowiada, jak następuje:
Wstyd przyznać – Kylie Minogue. Miałam cztery lata”.
Mam nadzieję, że rozumiemy, o co chodzi. Fascynacje muzyczne Ani Rusowicz mają swoje źródło w piosenkach Kylie Minogue, w związku z czym jej jest okropnie wstyd. Na swoje usprawiedliwienie ona ma jedynie to, że kiedy była fanką Minogue, miała tylko cztery lata. I pomyśleć, że mówi to ktoś, kogo jedynym artystycznym osiągnięciem jest umiejętność udawania mamy.
Nie słucham Kylie Monogue, podobnie jak nie słucham Justina Biebera, czy zespołu One Direction. Nie dlatego jednak, że oni są kiepscy, czy też przez to, że słuchanie ich muzyki uważam za obciach. W żadnym wypadku. Otóż ja ani nie uważam, że oni wszyscy są marnymi artystami, ani że to, co oni grają, to muzyka dla idiotów. Ja uważam, że marnym artystą jest Ania Rusowicz, a muzykę dla idiotów tworzą na przykład Kasia Nosowska, czy Maria Peszek. Kylie Minogue i innych nie słucham, bo to zwyczajnie nie są moje emocje.
Natomiast zastanawiam się, jak to jest, że tygodnik „W Sieci” nagle uznał za stosowne robić wywiad z kimś takim, jak Ania Rusowicz. Czytam więc tę rozmowę dalej, i już wiem. Oto okazuje się, że lekturą, do której ona wraca jest Biblia. Aha! A więc Rusowicz jest wierząca. A więc ona jest nasza. Zupełnie tak samo, jak wywiadowany w tym samym numerze inny wybitny nasz artysta, Sebastian Karpiel-Bułecka, który wprawdzie nie ma odwagi, by powiedzieć coś konkretnego na temat Smoleńska, ale że chodzi do kościoła, przyznaje bez wstydu.
A ja już się tylko z lękiem zastanawiam, co to będzie, gdy przy okazji wydania swojej kolejnej płyty, nawróci się Maria Peszek, i przyjdzie nam zrozumieć, że z niej artystka pełną gębą. Bo przepraszam bardzo, ale może ja jestem mało muzycznie wyrafinowany, jednak zdecydowanie większą satysfakcję bym miał, gdyby nawróciła się Kylie Minogue. Że już nie wspomnę o Justinie Bieberze. Bo jak już mówimy o jakości, to ja zdecydowanie wolę jakość prawdziwą.

Przepraszam za nieustanną obcesowość, ale od paru tygodni tkwimy w okropnej nędzy. Jeśli komuś spodobały się ostanie notki, będę wdzięczny za każdy gest. Dziękuję.

czwartek, 19 września 2013

Jak Hitchcock z VanGoghiem

Jak idzie o telewizor, co tu już zostało parokrotnie wspomniane, gdyby nie angielska liga piłkarska, którą regularnie ogląda moja starsza córka, i tenis, który oglądamy wspólnie, on by nam był potrzebny wyłącznie po to, by oglądać koncerty na DVD. Któryś z minionych wieczorów, zatem, upłynął nam na oglądaniu meczu Swansea vs. Liverpool. Premiership, jak wiadomo, obsługuje Canal Sport, a tam tym wszystkim pokazom towarzyszy regularnie nadawany program, gdzie można się sympatycznie pośmiać, czy to z różnych wpadek, czy tylko z zabawnych sytuacji, jakie zanotowali na swoim koncie komentatorzy sportowi.
I oto, proszę sobie wyobrazić, pokazano nam fragment jakiegoś bardzo zaciętego pojedynku żużlowego, gdzie walka, wedle relacji komentatorów, była prawdziwie dramatyczna, i w pewnym momencie któryś z nich powiedział co następuje:
„Żaden Hitchcock, ani inny Van Gogh by tego nie wymyślił”.
Naprawdę.
I teraz ja mam pewien dylemat. Otóż zakładam, że ów dziennikarz, który o tym „innym Van Goghu” wspomniał, to kolega tych, którzy ten program przygotowują. A zatem, nie wydaje mi się, by oni upublicznili to zdanie z potrzeby dokuczenia swojemu kumplowi, czy, tym bardziej, po to, by go skompromitować. A jeśli nie, to mogę podejrzewać, że oni wcale nie uważają, że numer z tym „innym Van Goghu” to wstyd. Mogę podejrzewać, że oni wprawdzie wiedzą, że kolegę trochę poniosło, ale w końcu nic takiego się nie stało. A skoro tak, to uważam, że to jest naprawdę coś.
Pamiętam, jak kiedyś, kiedy byłem jeszcze dzieckiem i kino jeszcze kosztowało tyle, że każdego było na nie stać, ile razy tylko przyszło mi do głowy, by pójść i się odchamić, największym dla mnie problemem było to, że w czasie seansu, okoliczni chuligani nie mogli się powstrzymać przed głośnym komentowaniem tego, co się dzieje na ekranie. I to niezależnie od tego, czy akurat leciała komedia, horror, czy wyciskający łzy z oczu dramat. Oni zawsze uważali za stosowne coś tam dowcipnego wykrzykiwać. No i pamiętam, że ja, będąc dzieckiem, które nigdy nie chodziło na przypadkowe filmy, bardzo źle to znosiłem.
Moim przez wiele lat ulubionym filmem był western w reżyserii Petera Fondy, i z nim w roli głównej, „Hired Hand”, wyświetlany u nas pod tytułem „Wynajęty człowiek”. Peter Fonda przyjeżdża ze swoimi dwoma kumplami do pewnego kompletnie zakazanego miasteczka, gdzie nie obowiązuje ani boże, ani ludzkie prawo, a ponieważ najmłodszy z nich, jeszcze niemal dziecko, ma bardzo pięknego konia, któryś z lokalnych zbirów, z czystej chęci posiadania tego konia, chłopca zabija. Scena jest taka, że śmiertelnie postrzelony chłopak leży na podłodze w agonii, płacze, no i próbuje coś powiedzieć, ale nie bardzo wiadomo, co, bo mu krew zalewa usta.
A ja to pamiętam do dziś. Otóż w tym właśnie momencie, ktoś z górnych rzędów wrzasnął: „Jak się skończy ta abstrakcja, to mnie obudź”.
Od tego czasu, ile razy myśmy chcieli w jakiś, z jednej strony obrazowy, a z drugiej dowcipny, przywołać przykład zidiocenia doskonałego, powtarzaliśmy owo, po pewnym czasie już kultowe, hasło: „Jak się skończy ta abstrakcja, to mnie obudź”.
Minęły lata, skończyła się cała ta nędza PRL-u, a z nią zniknęli w mrokach historii tak zwani „żule”. Zniknęli, lub, może tylko tak się nam wydawało. Otóż jest całkiem możliwe, że korzystając z dobrodziejstw, jakie nam dał kapitalizm, oni pokończyli szkoły i uniwersytety, część z nich wyjechała do pracy na budowę do Niemiec, by wrócić po latach, objęli różne, mniej lub bardziej eksponowane stanowiska, a niektórzy pewnie trafili nawet do mediów. Przygoda, którą przeżyłem parę dni temu w przerwie meczu Swansea vs. Liverpool, świadczy o tym, że moje spekulacje wcale nie są nieuzasadnione.

Jak już pisałem, przez fakt, że firma producencka Watkins obniżyła mi niespodziewanie moje honorarium czterokrotnie, ten miesiąc jest dla nas kompletnie nie do przeżycia. Rachunki wciąz do końca nie popłacone, a ja na życie pożyczam już od swoich dzieci. W związku z tym, proszę o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta. Dziękuję.

środa, 18 września 2013

Kto usłyszy te głosy?

Biorę pod uwagę, że mojemu koledze Coryllusowi to się nie bardzo spodoba, ale stało się, że obejrzałem najnowszy program Maxa Kolonki, i powiem szczerze, że jestem pod wrażeniem. Ja mam już oczywiście swoje lata i dla mnie ktoś taki jak Max Kolonko siłą rzeczy musi być kimś mocno podejrzanym, jednak powtórzę raz jeszcze: obejrzałem jego program, poświęcony ludziom, którzy zginęli w ataku na WTC w roku 2001, i się autentycznie przejąłem. Może gdyby on go nakręcił, trzymając się tego swojego, tak charakterystycznego dla siebie sznytu, a więc z owym nieustannym wysuwaniem się na pierwszy plan, z tym irytującym niby-amerykańskim akcentem, czy owym, wręcz wyglądającym na parodię, niby-amerykańskim, „szybkim” i „agresywnym” dziennikarstwem, ja bym na niego machnął ręką. On jednak stał się nagle taki dyskretny i wyciszony, tak wtopiony w to tło, na którym pokazywał nam te straszne ujęcia, że w pewnym momencie ja już nawet nie miałem pewności, czy to słyszę jego głos, czy może głos kogoś innego.
No ale to była tylko jedna strona tego wrażenia. Drugie, mnie poruszyło, to sam obraz. Otóż on nagle postanowił, że pokaże nam to zdarzenie, odwołując się do kilku pojedynczych zupełnie losów ludzi o określonych twarzach, czystych i osobnych głosach, no i indywidualnych, najgorszych z możliwych, doświadczeniach. I to również mi zaimponowało. O ile dobrze pamiętam, tam wówczas zginęło grubo ponad trzy tysiące osób, co z jednej strony jest oczywiście bardzo bolesne, z drugiej jednak te cyfry całą tę tragedię w jakiś przedziwny sposób znieczula, a nas, siłą rzeczy, zobojętnia. Bo to zawsze tak działa, i to, co ja tu piszę, nie jest niczym bardzo odkrywczym. Już nawet u Herberta czytaliśmy o arytmetyce współczucia, gdzie duże liczby odwracają bardzo skutecznie wszelkie proporcje.
No ale właśnie tylko w ten sposób możemy w pełni docenić to, co się tam wtedy stało. I o tym dziś chciałem powiedzieć parę słów. Pod koniec reportażu Kolonki widzimy, czy raczej tylko słyszymy, kobietę, niejaką Mellisę Dol, która, uwięziona w jednej z tych wież, umarła, ale zanim to nastąpiło zadzwoniła pod alarmowy numer 911, a po tych dwunastu już latach tak wyraźnie do nas mówi: „Jestem odcięta na 86 piętrze, nikogo tu nie ma, a piętro całe płonie. Jesteśmy na tym piętrze i nie ma czym oddychać. I jest bardzo, bardzo gorąco”. Operator próbuje ją uspokoić, a ona pyta: „Ja tu umrę, prawda?” Operator zapewnia ją, że nie, że na pewno nie umrze, że zaraz nadejdzie pomoc, a ona powtarza: „Ja tu zginę… Boże, proszę… Jest tu tak gorąco… Ja się palę… Słyszę głosy…”. I w tym momencie umiera. Usłyszała głosy i umarła.
A ja wciąż myślę o tych głosach. Nie mogę o nich przestać myśleć. Cóż to za głosy ona usłyszała? Czy to były głosy ratowników, czy może jakieś inne? Mamy te dwie wieże, te tysiące ludzi, którzy tam zostali pochowani, a wśród nich ona, kobieta z imieniem i nazwiskiem i tą straszna skargą: „Jest tu tak gorąco”. No i te głosy.
A ja sobie myślę, że niechby to była tylko ona jedna. Niechby wszyscy ocaleli, a ona jedna umarła, słysząc te głosy, to, myślę sobie, że to jest coś. To jest z całą pewnością nie byle co. Ale żeby to poczuć tak do końca, trzeba usłyszeć i jej głos.
I myślę sobie, że to oto mamy bardzo poważne i odpowiedzialne państwo, które ów głos i zarejestrowało i zachowało i dało wolnym ludziom, by go wysłuchali i zapamiętali. Bo tylko w ten sposób, jak już wspomniałem, można poczuć, jakie to, co się stało, było ważne i wielkie. I już tego nigdy nie zapomnieć. Bo to właśnie dzięki tej pamięci, zarówno to państwo, jak i ten naród będzie silny i niepokonany.
I myślę sobie, że gdyby tylko oni, tu i teraz, dali nam usłyszeć i zapamiętać choć jeden z tych głosów, kiedy nam mówi, jak tam jest gorąco, i pyta: „Ja tu zginę, prawda?” I jeszcze raz, i jeszcze raz… a później „O Boże! Słyszę jakieś głosy…”. Nie mam najmniejszych wątpliwości, że gdyby oni nam dali to usłyszeć, poczulibyśmy ową moc. Niestety oni to też wiedzą. I stąd ta okropna cisza.

Bardzo dziękuję wszystkim, którzy nam w tych dniach tak bardzo pomogli. Ten tekst jest również dla Was. I proszę nie odchodzić.

poniedziałek, 16 września 2013

O potrzebie trzymania pozycji wyprostowanej

Kolega przysłał mi link do felietonu, jaki niedawno napisał dla „Newsweeka” były muzyk, a dziś, wynajmowany przez reżim do brudnej roboty, komentator, Zbigniew Hołdys, i zwrócił się do mnie z prośbą, żebym owego, jak się w gniewie wyraził „hujdysa” wdeptał w ziemię. Ponieważ kolega jest kolegą dobrym i bliskim, a ja zawsze dobrze się czuję, jeśli mam okazję wdeptać w ziemię kogoś takiego, jak Hołdys, wyszperałem ów felieton w Sieci, i się z nim należycie zapoznałem.
Otóż tekst Hołdysa nosi tytuł „Lustrzany Kameduła” i jest… no, prawdę powiedziawszy, nie do końca wiadomo, o czym. Nawet nie wiadomo do końca, co ma oznaczać ten tytuł. Od zewnątrz sprawa jest prosta. Otóż Hołdys przypomniał sobie, jak kiedyś, dawno bardzo jeszcze, bo za komuny, miał okazję oglądać film Mariana Terleckiego o kamedułach, i że owi kamedułowie to fantastyczni ludzie. Oni są skromni, pracowici, uczciwi, przyjaźni i oczywiście bardzo pobożni. 80% tekstu Hołdysa to wypracowanie pod tytułem: „Widziałem fajny film”. Kolejne 10 to informacja, że Hołdysowi owo życie zakonne tak się spodobało, że on też ostatnio postanowił żyć, jak ci kamedułowie, i w związku z tym całkowicie zrezygnował z oglądania telewizji, w tym nawet z procesu mamy Madzi. Ostatnie 5% natomiast, i sama już końcówka tego tekstu, to informacja, że „kilka lat temu”, a my wiemy, że to był rok 2005, przeor zakonu kamedułów, kradł zakonne skarby, oddawał je pewnej kobiecie, no i przy tym pił. No i pisze Hołdys, że to jest taka przykra pointa jego felietonu.
A zatem, jak mówię, o co chodzi Hołdysowi z tymi kamedułami, nie bardzo wiadomo, i jedyne, co można podejrzewać, to to, że jemu nie chodziło tu absolutnie o nic, jak tylko o to, by się pochwalić, że on nie ogląda telewizji, i to jest dla niego swego rodzaju wyrzeczenie.
Ponieważ sam piszę cotygodniowy felieton na zamówienie „Warszawskiej Gazety”, wiem, jak ciężka to robota. Pisanie tekstów na blogu, gdzie człowiek nie jest uwiązany ani terminami, ani konkretnym tematem, ani nawet obawą przed tym, że komukolwiek poza czytelnikiem coś się tam nie spodoba, to sprawa prosta. Jak idzie o felieton, który napisać trzeba, i to w dodatku trzeba napisać go na dziś, a jakby tego było mało, on nie może być o czymkolwiek, ale musi się jakoś mieścić w profilu gazety, tu sprawa jest trudniejsza. Czasem robi ona wręcz wrażenie czegoś nie do pokonania. Czegoś, co albo nie powstanie, albo powstanie, tyle że będzie kompletnie do dupy. Moim zdaniem, Zbigniew Hołdys znalazł się właśnie w tej sytuacji. On zorientował się, że jest już piątek, sobota, czy co on tam ma jako deadline, i musi coś napisać dla Lisa. A ponieważ Lis, póki co, płaci, i to pewnie płaci bardzo dobrze, a płacić wiecznie wcale nie musi, trzeba Lisa zadowolić. No i powstał powyższy felieton. Czy Lis jest zadowolony? Nie sądzę. W końcu, cokolwiek by o nim powiedzieć, to nawet on intelektualnie musi stać wyżej Hołdysa. Natomiast wydaje mi się, że, jak na razie, pozycja Hołdysa jest niezagrożona. To, co on miał zrobić, zrobił. Napisał felieton, z którego wynika, że księża kradną, chleją i chodzą na kurwy, z którymi też chleją. A to jest podstawa realizacji owej umowy.
To co napisałem wyżej, to oczywiście moje domysły, natomiast jest coś, co ja wiem na pewno, a co, moim zdaniem idealnie wyjaśnia sprawę pojawienia się zarówno tego tekstu, jak i w ogóle problem profilu, jaki tam obowiązuje od czasu, gdy szefem polskiego „Newsweeka” został Tomasz Lis. Otóż zostałem poinformowany przez ludzi poinformowanych, że Axel Springer, wydawca „Newsweeka” w Polsce ma bardzo poważną ambicję wyprowadzenia tygodnika na pierwsze miejsce sprzedaży. I tu nawet nie chodzi o pieniądze, jakie z tej sprzedaży się da wyciągnąć, ale o prestiż, a jeśli w końcu i pieniądze, to już kompletnie inne i na innym zupełnie poziomie. Lis podobno jest w realizacji tego zamówienia bardzo dobry, i faktycznie od pewnego czasu, właśnie dzięki wspomnianemu profilowi, prowadzone przez niego pismo systematycznie się pnie. W tej sytuacji, nie ma żadnego interesu, czy to z punktu widzenia Lisa, czy wydawcy, by ruszać to, co tak dobrze działa. Dodatkowo jeszcze, jak się dowiaduję, Axel Springer obiecał Lisowi, że jeśli on wyprowadzi „Newsweek” na pierwszą pozycję, i na tej pozycji go utrzyma przez 6 miesięcy, dostanie premię w postaci okrągłej bańki. Właśnie tak. Bańki. Jest tylko jeden warunek: „Newsweek” ma być przez 6 miesięcy na pierwszym miejscu wśród tak zwanych tygodników opinii.
Przepraszam bardzo, ale skoro tak – a podejrzewam, że tak – my nie mamy żadnej potrzeby, by się przejmować tym, co tam robi Lis, Hołdys, czy ktokolwiek inny. Tu chodzi tylko o ten milion i o nic więcej. Dopóki tego nie zrozumiemy, będziemy się tylko niepotrzebnie denerwować, i tylko marnować swoje słowotwórcze talenty na wymyślanie przezwisk dla jakiegoś upadłego pijaka, i zdzierania sobie naszych pięknych, białych zębów z powodu kogoś, kogo tak naprawdę nie ma. Bo nie oszukujmy się: Lis to tak naprawdę czysta fikcja. Jego równie dobrze może nie być, a na jego miejscu można by było posadzić kartkę z jakimś napisem. Jakimkolwiek. Niechby to była stara dobra „dupa”, czy „Jolka ma duże cycki”, czy nawet zwyczajna jedynka z sześcioma zerami.

Dziękuję wszystkim za każdy najdrobniejszy gest, no i niestety wciąż zmuszony jestem prosić – pamiętajcie o mnie.

niedziela, 15 września 2013

Idzie Polska dla idiotów?

Kończy się weekend, a więc pora na felieton z "Warszawskiej Gazety". Mam nadzieję, że może być.
Wprawdzie już sobie obiecywałem, że nie będę się więcej znęcał nad publicystyką prezentowaną przez nasze oba nasze tygodniki, „W Sieci” i „Do Rzeczy”, wydaje się jednak, że jedynym sposobem na to, bym mógł wreszcie dotrzymać danego sobie słowa, jest całkowita rezygnacja z kupowania obu. Rezygnacja ostateczna i bezwzględna. Dlaczego? Bo oni najwidoczniej mają w sobie ten talent, który sprawia, że człowiek ich zobaczy i staje jak wryty.
Weźmy najświeższe „Do Rzeczy”. Co tam ujrzymy? Oczywiście Tomasza Terlikowskiego, przeprowadzającego rozmowę z mężem piosenkarki Kory, Kamilem Sipowiczem. Nie wiem, kiedy w życiu Terlikowskiego nastąpił ów przełom, który kazał mu się zainteresować zoofilią, i czym on został spowodowany, ale najwyraźniej nastąpił i uruchomił lawinę. Dziś Sipowicz, w przyszłym tygodniu zapewne Urban, a dalej, to już chyba tylko pozostaje robota prowadzącego popularny program „Rozmowy w toku”. Oczywiście w odmienionym TVN-ie, pod zarządem nowej, odmienionej, naszej, prawicowej już, władzy.
Nie chcę tu jednak zajmować się Terlikowskim. Głównie dlatego, że nie widzę sposobu, by napisać na jego temat kolejne 190 słów. Co bowiem można pisać o Terlikowskim, nie paląc się ze wstydu? Zajrzyjmy więc do „W Sieci”, bo tam, przyznam, jest coś, co wygląda znacznie już poważniej. Otóż inny gigant prawicowej publicystyki Witold Gadowski wspomina postać Marka Karpia, szefa i założyciela Ośrodka Studiów Wschodnich, który we wrześniu 2004 roku został zmieciony z powierzchni szosy przez niezidentyfikowanego białoruskiego tira, by kilka dni później, w równie niejasnych okolicznościach, umrzeć w szpitalu.
Pamiętam tamtą śmierć, oraz wszystkie spekulacje dotyczące jej okoliczności. To co mnie jednak dziś zainteresowało w tekście Gadowskiego, to to, że on z jednej strony podtrzymuje atmosferę grozy, gdzie III RP morduje tych, którzy stanowią dla niej zagrożenie, a z drugiej produkuje tekst, za który, mam nadzieję, Karp przyjdzie którejś nocy do Gadowskiego i go tak nastraszy, że ten się zwyczajnie sfajda. Za co? Za to mianowicie, że Gadowski, najjaśniej jak tylko można, dowodzi, że Karp zginął nie w wyniku politycznej intrygi, ale zwyczajnie z powodu porachunków między biznesem a służbami, a znalazł się tam wcale nie przez swoją społeczna wrażliwość i obywatelskie zaangażowanie, ale tylko dlatego, że sam był elementem zarówno owych czarnych służb i czarnego biznesu. Tak nam pisze Gadowski.
I jeśli ktoś myśli, że on ma na celu odarcie Karpia z ludzkiej godności, jest w najgłębszym błędzie. W życiu! Gadowski Karpiowi buduje pomnik. Karpiowi, jako szemranemu biznesmenowi, współpracownikowi służb i człowiekowi, który umierając, zostawił nam swoje poruszające zobowiązanie – tu cytat – „Powiedzcie Polsce, dlaczego umarłem”.
Tak pisze Gadowski, a ja sobie myślę, że jest coś, co znakomicie łączy jego, Terlikowskiego i Sipowicza. I jeden i drugi i trzecie pokazują nam, jaką Polska oni nam szykują po zwycięstwie, które już zaraz nadejdzie. Polskę idiotów, dla idiotów i przez idiotów. Pora umierać?

Sytuacja jest z jednej strony strasznie dla mnie niezręczna, a z drugiej na tyle dramatyczna, że niestety nie mogę siedzieć cicho. A zatem, pisałem już o tym, ale jeszcze raz. W momencie, gdy Watkins mnie oszukał, zostaliśmy z od początku do końca niepołaconymi rachunkami. To co miałem od nich dostać, to było niemal wszystko co miałem dostać w tym miesiącu. Mój apel z czwartku i piątku niestety przyniósł bardzo mizerny odzew, a jest tak, że bez Waszego wsparcia, nie mam żadnego pomysłu na ten miesiąc. Proszę więc, może jeszcze i tym razem, o dodatkowy gest. Dziękuję.

sobota, 14 września 2013

Michałowi do sztambucha, a nam, jak zwykle - do codziennej reflesji


Drogi Michale!
W odpowiedzi na rzuconą przez Ciebie rękawicę, podejmuję wyzwanie, i przedstawiam Ci szczodrze bardzo, bo podwójną, listę błędów, jakie Ci się zdarzyło zrobić na swoim blogu. Wprawdzie tego, na co miałem oko, nie znalazłem, ale trafiłem na kilka innych. Proszę uprzejmie:
1. "Today's Gazeta Stoleczna had dedicated a whole page to the absurdities that surround the S2-S79 investment." (wrong use of the past perfect)
2. "How long the work will last?" (word order)
3. "The houses further along Trombity will not be connected, because there's not the natural slope for the waste-water to flow down". (wrong article)
4. "While Eddie and I were in Wales, Feluś and Izia have gone to a new home, leaving Czester and his mum Lila". (improper use of the present perfect)
5. "We do it a third time". (wrong article)
6. "As a child, my father would often chide me". (misrelated participle)
I teraz tak. Ja uważam, że te wszystkie błędy to nic szczególnego. Ja na coś takiego nie zwracam uwagi, bo uważam, że one są bez znaczenia. Nie zdziwiłbym się, gdyby 9 Anglików na 10 dziesięciu, nawet by ich nie zauważyło. Jestem pewien natomiast, że gdybyś tak napisał na maturze, egzaminator policzyłby Ci je jako oczywiste błędy.
I jestem pewien jeszcze czegoś. Gdybyś te zdania dał do sprawdzenia któremuś z native speakerów, a on by miał ambicję się popisać choćby sam przed sobą, on by Ci tam znalazł dwa razy więcej takich "byków", tłumacząc, że "Anglik by tak nie powiedział". A ten który tak zmasakrował moje tłumaczenie, zrobił to z powodów nieskończenie mniej istotnych.
Bo wszystko zależy od nastawienia. Pamiętasz, jak w czasie Mistrzostw Europy w piłce nożnej na Dworcu Centralnym powiesili ogromny baner z napisem "Feel Like At Home"? Od razu zrobiła się afera, mocno nakręcana przez stronę antytuskową, że to jest napisane z błędem. Ty wtedy - moim zdaniem z sympatii dla atakowanych - napisałeś, że, owszem, to jest błąd, ale w sumie mało istotny, by na końcu pochwalić autorów, że przynajmniej nie napisali "Feel Like At The Home", bo tak by było znacznie gorzej.
A ja tylko jestem ciekawy, czy kiedy dzielono budżet na wykonanie tego hasła (moim zdaniem budźet bez porównania większy, niż to, co oni zapłacili mi za tego "Roja") jakaś jego część poszła na wynajęcie native speakera, który by wszystko jak należy ocenił? Myślę, że tak. Myślę wręcz, że oni do tego hasła wynajęli całe wielkie biuro tłumaczeń, gdzie każdy miał swój udział w pracy nad tym projektem. I nie zdziwiłbym się też, gdyby jego ostatecznym autorem był jeden z pierwszych warszawskich native speakerów z bardzo dużym doświadczeniem i fantastycznymi referencjami.

PS. Ten Twój blog jest absolutnie fantastyczny. Jeszcze nigdy nie spędziłem na nim tak dużo czasu, ale sam chciałeś, żeby Ci znaleźć te błędy. Nie żałuję jednak tych godzin. To była prawdziwa przyjemność. I to samo bym powiedział, gdybym nie znalazł ani jednego. No i jeszcze jedno - ja też bardzo się cieszę, ze w Polsce pojawił się wreszcie prawdziwy cider. Wreszcie Małgosia ma co pić. Jak się kiedyś znów spotkamy wszyscy razem, już mamy gotowe menu.

piątek, 13 września 2013

O kłamcach, głupcach i fachowcach na poważnie

Żona pewnego mojego ucznia niedawno urodziła dziecko. Z jakiegoś powodu, w który oczywiście nie wnikałem, poród odbył się przez cesarskie cięcie. Uczeń był bardzo tym wszystkim poruszony i powiedział mi, jak to on nie mógł się nadziwić, że cała operacja trwała zaledwie minutę, czy dwie. Opowiadał mi też, że rozmawiał o swoich wrażeniach z odpowiedzialnym za wszystko lekarzem, a ten mu powiedział, że ta minuta to nic takiego. On bowiem pamięta, jak kiedyś, ze względu na jakieś komplikacje, trzeba było „urodzić” dziecko naprawdę szybko, i oni przeprowadzili cały zabieg w 30 sekund.
Mam kuzyna – a jednocześnie bardzo bliskiego przyjaciela – ginekologa. On jest ginekologiem bardzo już doświadczonym, w dodatku starszym ode mnie wiekiem, i kiedy się spotkaliśmy, opowiedziałem mu tę historię. I proszę sobie wyobrazić, że on nawet nie mrugnął okiem. Wręcz przeciwnie. On na tę opowieść dostał jasnej cholery. Więcej. On dostał takich nerwów, że zażądał, by tego lekarza, który opowiedział mojemu uczniowi o tych trzydziestu sekundach, wyrzucić z pracy i na dokładkę zabronić mu dożywotnio wykonywania zawodu. Dlaczego? Bo, zdaniem mojego kuzyna, on się skupia na rzeczach, które są kompletnie nieistotne.
Ja do dziś pamiętam tę rozmowę. Mój kuzyn to mój przyjaciel. Ja go znam jak własną kieszeń. I, muszę powiedzieć, że ja go nigdy wcześniej nie widziałem w stanie takiego wzburzenia. Mówił mi więc on, że poród to nie są jakieś kretyńskie sekundy. Poród to jest coś tak poważnego, a jednocześnie tak niezwykłego, że sekundy, jako temat do rozmowy, nie mają żadnego znaczenia. Jego zdaniem fakt, że ów ginekolog w ogóle uznał, że te sekundy są warte osobnej historii, świadczy o tym, że on w ogóle nie rozumie, o co chodzi w tej branży. Że on się kompletnie nie nadaje do tego, by być lekarzem.
I ja mojego kuzyna zrozumiałem. Ze wstydem, ale zrozumiałem. Pamiętam jak któregoś dnia, w telewizji oczywiście, przeprowadzono taki eksperyment, że któryś z dziennikarzy zaczepił posła Palikota i, kiedy on się niczego nie spodziewał, zaczął do niego mówić po angielsku. Chodziło o to, czy on będzie potrafił się w tej sytuacji odnaleźć, i czy podejmie – poprawną oczywiście – rozmowę w tym języku. Słuchałem tego pajaca i powiem szczerze, że byłem zaskoczony. Ja bowiem świetnie wiem, czym jest sytuacja, kiedy nagle, bez słowa ostrzeżenia, ktoś nam każe rozmawiać w obcym języku. Wiem też, czym w ogóle jest rozmawianie w obcym języku, kiedy się nie jest zawodowcem. Palikot poradził sobie zupełnie nieźle. Oczywiście, że się potykał, że robił błędy, ale z pewnością mówił na temat, i, co najważniejsze, jego przekaz był zrozumiały.
W pewnym momencie jednak, mówiąc o Grecji, użył słowa „Greek”, co jest oczywiście błędem. No i wtedy się zaczęło. Wszyscy ci, którzy tylko czekali aż Palikot okaże się idiotą, ale też wszyscy ci, którzy wiedzą, że Greek to nie jest Grecja, ale grecki, aż podskoczyli z emocji. Ja natomiast najpierw wzruszyłem ramionami, a następnie dostałem cholery. Dlaczego? Dlatego mianowicie, że dla mnie to, że ktoś – choćby to był Palikot – zamiast Greece, powiedział Greek, to nie jest żaden news. Więcej – to w ogóle nie jest nic wartego uwagi. To, że ktoś, zamiast Greece powiedział Greek – lub na odwrót – jest najnudniejszym na świecie standardem. Ale jest jeszcze coś. Kiedy ja widzę, jak ktoś się tą pomyłką ekscytuje, to mam ochotę go zapytać, czy on wie, jak się mówi po angielsku: „Czemu nie ma jajek?”
Wczoraj opublikowałem notkę, w której postanowiłem poinformować świat o tym, że zostałem oszukany na ciężkie pieniądze przez firmę, która produkuje film o Żołnierzach Wyklętych pod tytułem „Rój”. Jednak nie tylko po to. Przede wszystkim oczywiście chodziło mi o to kłamstwo, ale oczywiście nie tylko o nie. Również chciałem zwrócić uwagę na pewne, z mojego punktu widzenia, niedobre, zjawisko, które polega na tym, że jest w dobrym tonie się popisywać znajomością języków obcych, podczas, gdy język jako taki jest czymś tam, z jednej strony, ulotnym, a z drugiej tak enigmatycznym, że niekiedy można dojść do wniosku, ze tak naprawdę tu nie chodzi o nic innego, jak tylko to, by zrozumieć i być zrozumianym. A jeśli ktoś się zaczyna tym ekscytować na poziomie anegdot, to jest idiotą, a w najlepszym razie kompletnym ignorantem. I nie ma pojęcia, w co się pakuje.
No i rozpętała się dyskusja. W przeważającej mierze oczywiście na temat, a więc odnośnie oczywistego oszustwa, polegającego na tym, że ktoś chciał coś zyskać i uznał, że cel uświęca środki. W tym samum jednak czasie, pojawili się komentatorzy, którzy uznali, że skoro jest mowa o języku angielskim, to oni się chętnie podłączą, bo i język znają i mają na jego temat strasznie dużo do powiedzenia. Czy mnie to dziwi? Nie. Ja to świetnie znam. Natomiast, przyznaję, że bardzo źle znoszę. Ja na przykład doskonale pamiętam, jak zdawałem egzamin na prawo jazdy i egzaminator, kiedy tylko się dowiedział, że jestem nauczycielem języka angielskiego, krzyknął do mnie „How do you do?”, i praktycznie zaczął prowadzić ten samochód za mnie.
O co chodzi? Otóż z jakiegoś powodu jest tak, że na języku angielskim – poza tymi, co mają tu niepotrzebne kompleksy – podobnie jak na medycynie, znają się wszyscy. I ja to obserwuję od lat. Pojawia się temat języka i natychmiast przychodzą tłumy, czy to początkujących anglistów, czy zwykłych pasjonatów, którzy chcieli się podzielić swoją wiedzą.
I ja wcale nie sugeruję, że to, co oni sobie myślą, to jest nieprawda – choć często oczywiście tak jest – ale przede wszystkim to, że to co im się wydaje, że jest ważne, w ogóle nie jest ważne. Że to, co oni uważają za rewelację, nie jest żadną rewelacją. Że, wreszcie, to, co oni wiedzą, to nie jest żadna wiedza. To jest coś, co u ludzi z tak zwanej branży wywołuje wyłącznie wzruszenie ziewanie.
Pracuję w zawodzie od, dokładnie rzecz biorąc, 36 lat. Język angielski jest dla mnie czymś równie powszednim, jak powszednie jest moje życie. Z pewnego punktu widzenia, powiedziałbym, ja jestem bardziej życiowo związany z językiem angielskim, niż z językiem polskim. I pisząc to, wbrew pozorom, nie chcę powiedzieć, że ja językiem angielskim posługuję się w każdym wymiarze tak, jak językiem polskim. Są bowiem miejsca, gdzie ja się, jak o to idzie, czuję pewniej, ale też są miejsca, gdzie mi naprawdę jeszcze dużo brakuje. Chcę natomiast powiedzieć, że, jeśli ktoś sądzi, że mnie na tym poziomie czymś zaskoczy, czy rozbawi, czy mnie czegoś nowego nauczy, jest w ogromnym błędzie. Ja tu mam trochę tak, jak ów mój kuzyn, któremu opowiedziałem o tamtym 30-sekundowym porodzie, a on osłupiał.
Napisałem wczoraj tekst, w którym opisałem oszustwo na poziomie absolutnie najwyższym. Na to przyszedł kolega bloger Futrzak i zaproponował mi rozmowę i języku. Przepraszam bardzo, ale co on mi może na ten temat powiedzieć, czego ja nie wiem? Ja się spodziewałem, że on przyjdzie i powie: „A to numer! A to cię załatwili”. Jego jednak nie interesuje życie. On jest pasjonatem języka angielskiego i on by chciał sobie, jak to sam zgrabnie ujął, postrzelać w powietrze, i podyskutować, czy różnica między „have to” a „must” jest kluczowa, pozorna, czy akurat w naszej sytuacji nieistotna. Przepraszam bardzo, ale ja świetnie wiem, jaka jest różnica między jednym a drugim. Mało tego. Ja wiem, jakie są dylematy, jak idzie o ową różnicę. Jeszcze coś? Pewnie! Ja znam setki rozmów na ten temat, i setki dotyczących sprawy argumentów. No i oczywiście, mam tu swoje własne zdanie.
Moja żona ma wujka, który jest bardzo ważnym profesorem-polonistą. On już ma ponad 70 lat i, jak sądzę, na temat języka polskiego wie wszystko. Czy on jest najlepszy w branży? Tego nie wiem. Biorę pod uwagę, że nie. Że są od niego znacznie lepsi. Jednak, ile razy go spotykam, mam już gotową całą listę pytań dotyczących języka polskiego, na którym się niemal zupełnie nie znam. I ja wiem, że on i wszystko wyjaśni. Ale też nie mam najmniejszych wątpliwości, że gdybym ja z jakiegoś szalonego powodu, któregoś dnia postanowił krytycznie skomentować opinię, którą on wypowiedział, a on by na to zareagował ziewnięciem, to ja, kiedy już bym oprzytomniał, bym się spalił ze wstydu.
A zatem ja nie napisałem wczorajszego tekstu po to, żeby zachęcić do dyskusji na temat niuansów języka angielskiego i dylematów, jakie niesie jego gramatyka.Nie napisałem tego tekstu również po to, by sobie, jak to inteligentnie ujął kolega Futrzak, „shoot the breeze”. Ja ten tekst napisałem wyłącznie po to, by opowiedzieć Wam, jak polscy patrioci niczym się nie różnią od patriotów ruskich, w dodatku tych, którzy operują na naszych terenach. Napisałem też ten tekst, by pokazać, jak nasi patrioci są od patriotów ruskich znacznie, ale to znacznie, bezczelniejsi. Jak oni ni stąd ni z owąd uznali, że jak działać, to działać, i nie ma się co oglądać na pozory. I proszę mi nie mówić, że ja przesadzam, bo tu co najwyżej możemy mieć do czynienia z niedopowiedzeniem. I jedyna korzyść z tego, że ja uzyskam kolejną informację odnośnie tego, że ktoś jest native speakerem, albo osobą dwujęzyczną, że już nie wspomnę o sugestiach odnośnie jakiegoś licencjatu po czterdziestce, to to, że ja sobie zwyczajnie z tymi niedopowiedzeniami dam spokój, i zacznę przemawiać normalnie, jak człowiek, którego pozbawiono środków do życia, i to na dodatek w imię troski o Polskę.

Na sam koniec wczorajszego tekstu poprosiłem przyjaciół tego bloga o wsparcie, aprośba moja była podyktowana dwoma względami. Pierwszy to taki, że ja żyje z prowadzenia tego bloga, i robię to regularnie. Drugi powód jednak był szczególny. Otóż ja się wczoraj właśnie znalazłem w takiej sytuacji, jak człowiek, który nie ma żadnych oszczędności i właśnie się dowiedział, że z jakiegoś powodu w tym miesiącu nie otrzyma pensji. Mam nadzieję, że wszyscy wiedzą, o co chodzi. Dziś dziękuję tym, którzy zareagowali, i proszę o jeszcze jeden wysiłek. Dziękuję.



czwartek, 12 września 2013

My name's Watkins...Dr Watkins, czyli nasi poszli w biznesy

Nie wiem, czy już tu o tym wspominałem, ale nawet jeśli tak było, to na wszelki wypadek proszę posłuchać raz jeszcze. Otóż są dwie rzeczy, na których się znam moim zdaniem bezdyskusyjnie. Pierwsza z nich, to pisanie. Ja potrafię pisać z wyjątkową sprawnością. Oczywiście, nie ulega wątpliwości, że, jak idzie o to, co się znajduje głębiej, a więc o tak zwany przekaz, zawsze ktoś się może znaleźć, kto powie, że to co ja piszę, to stek idiotyzmów, względnie nudy na pudy, i ja, choć się z tym radykalnie nie zgadzam, nie mam zamiaru z tą opinią dyskutować. To co chcę natomiast powiedzieć to tylko to, że od strony technicznej, to jak ja piszę stoi na najwyższym poziomie.
Co takiego jeszcze potrafię? Otóż ja bardzo dobrze znam język angielski. I znów, nie chodzi mi o stronę praktyczną. Nie twierdzę bowiem, że potrafię mówić, jak prawdziwy Brytyjczyk, że kiedy mówię, nie popełniam błędów, ani wreszcie, że znam wszystkie słowa, które powinienem znać. Natomiast od strony technicznej, język angielski nie stanowi dla mnie jakiejkolwiek zagadki. Niekiedy nawet mam wrażenie, że jak idzie o ową stronę techniczną, ja na poziomie języka angielskiego czuję się pewniej, niż nawet w języku polskim. W czym się to przejawia? Mniej więcej w tym samym, o czym wspomniałem wcześniej odnośnie moich umiejętności pisarskich. Jeśli mi na tym bardzo zależy, ja piszę po angielsku równie dobrze, a niekiedy i lepiej, niż po polsku. Jeszcze w czymś? Owszem. W tym, że, jak idzie o angielską gramatykę, ja wiem praktycznie wszystko. Mam nadzieję, że mój bardzo dobry kumpel Michael Dembiński się tu nie obrazi, ale bywa, że ja nawet u niego na blogu znajduję ewidentne błędy gramatyczne. On zresztą dobrze wie, o czym mówię.
A zatem, kiedy producenci filmu „Rój” zaproponowali mi tłumaczenie dialogów na język angielski, ja tę robotę przyjąłem z takim spokojem, jakby oni mi na przykład powiedzieli, żebym napisał w języku polskim tekst na 240 słów pod tytułem: „O wyższości Świąt Wielkiej Nocy nad Świętami Bożego Narodzenia”. Jednak już na samym początku, kiedy rzuciłem okiem na projekt umowy, zaniepokoił mnie fragment mówiący o tym, że moja praca zostanie zweryfikowana przez wynajętego przez producenta fachowca, i od jego oceny będzie zależała kwestia mojego wynagrodzenia. Dlaczego mi się ta klauzula nie spodobała? Oczywiście nie dlatego, że bałem się, iż oni mnie mogą przyłapać na jakiejś niekompetencji, bo to akurat nie wchodzi w grę, ale że w ten sposób ja automatycznie tracę wszelkie argumenty. Ja im oddaje swoje tłumaczenie, któryś z wynajętych przez nich ludzi ogłasza, że ono jest do bani i ja jedyne co mogę zrobić to wynajmować za własne pieniądze swojego eksperta, stawiać ich przed sądem, a potem bezradnie obserwować, jak dwóch pajaców się kłóci, czy lepiej jest użyć czasownika „must”, czy „have to”.
Napisałem więc człowiekowi, który prowadził ze mną korespondencję w imieniu firmy, że ja bym wolał, żeby oni mnie w takiej sytuacji nie stawiali. On jednak zapewnił mnie, że ten zapis ma akurat przede wszystkim wartość proceduralną, i że oni nie mają w stosunku do mnie jakichkolwiek złych intencji, no a ja pomyślałem, że nie mam się co w tej sytuacji szarpać.
Robotę wykonałem, odesłałem w przepisowym terminie, i w równie przepisowym terminie otrzymałem mail od „mojego” człowieka, w którym on mnie poinformował, że ich ekspert ocenił moje tłumaczenie tak nisko, że oni mi muszą moje honorarium obniżyć o 30 procent. Choćby po to, żeby zapłacić ekspertowi za włożony w moją pracę wysiłek.
Do informacji dołączone było moje tłumaczenie całe pobazgrane na czerwono. Kiedy mówię „całe”, nie używam tu figury stylistycznej. Kiedy mówię „całe”, mam na myśli to, że tam niemal każda linijka jest od początku do końca czerwona. Kiedy mówię „całe”, chcę powiedzieć, że wynajęty przez producenta bardzo patriotycznego filmu o Roju specjalista naprawdę zrobił wszystko co mógł, żeby wszyscy widzieli, jak on się strasznie napracował.
Człowiek od „Roju”, z którym się biznesowo układałem, zapewnił mnie, że ów ekspert to autentyczny native speaker, w dodatku specjalista od robienia napisów do filmów, a więc oni nie mają innego wyjścia, jak we wszystko, co on im mówi uwierzyć. Oni zwyczajnie muszą mu uwierzyć, kiedy on ich zapewnia, że 90 procent mojego tłumaczenia nie nadaje się do niczego innego, jak do natychmiastowego wykreślenia.
Ja nie mam tu sposobu, żeby polemizować z kolejnymi uwagami, jakie poczynił wobec mojego tłumaczenia ów człowiek, bo tego jest przede wszystkim zwyczajnie za dużo, a poza tym to wszystko ma praktycznie wyłącznie charakter kosmetyczny, natomiast mogę zapewnić, że, jak idzie o sytuacje, kiedy ja faktycznie popełniłem tam jakąkolwiek omyłkę, tam są zaledwie trzy, czy cztery takie miejsca, a więc mniej więcej tyle samo, ile prawdopodobnie znajdzie się w tekście, który aktualnie piszę.
Natomiast mam kilka bardzo mocnych powodów, by sądzić, że ów ekspert, jeśli rzeczywiście jest native speakerem, to tylko takim, jakich często można znaleźć wśród lektorów uczących na kursach w Empiku. A więc, jest duże prawdopodobieństwo, że to jest jakiś Brazylijczyk, czy Niemiec, który przez 5 lat mieszkał w Londynie. Czemu tak sądzę? Otóż, jak mówię, powodów jest kilka, ale podam jeden, mianowicie związany ze wspomnianym wcześniej użyciem dwóch czasowników „must” i „have to”. Otóż każdy przeciętny maturzysta wie, że różnica miedzy jednym a drugim jest taka, że „must” to rozkaz, a „have to” to opis sytuacji. A zatem, jeśli ja komuś każę się nie ruszać z miejsca, mówię „You must stay put”, a nie „You have to stay put”. W polskim tekście „Roja” jest fragment, kiedy to Pogoda wydaje Rojowi polecenie: „Aż do odwołania masz tam siedzieć”. I oto okazuje się, że ów zagraniczny ekspert postanowił zmienić moje „You must stay put till I call you out” na „You have to stay put until further notice”. I proszę nie sądzić, że ja wybrałem akurat ten przykład, bo on jest najbardziej drastyczny. Nie. Po prostu zależało mi na czymś w miarę prostym.
Za trudne? A więc może jeszcze prościej. Tłumacząc napisy do tak zwanej czołówki, aby nie zaliczyć ewentualnej wpadki, dla pewności sprawdziłem sobie na pierwszym lepszym angielskojęzycznym filmie DVD, jak ta cała produkcja filmowa jest oznaczona, i powtórzyłem to kropka w kropkę. Ekspert natychmiast moje „directed by” zmienił na „director”; „music score” na „music”, “edited by” na “editor” itd. Byle było jeszcze bardziej czerwono.
Mało? Trudno. Jak mówię. Tego jest zwyczajnie za dużo. Ale mam za to coś jeszcze lepszego. W umowie zostało zapisane, że ja otrzymuję wynagrodzenie od jednej strony w formacie 1800 znaków. Każdy kto kiedykolwiek zajmował się tego typu aktywnością, wie, co to oznacza. W ten sposób zdefiniowana strona obejmuje zarówno znaki, jak i wszelkie odstępy między fizycznie istniejącymi znakami. A zatem, jeśli przetłumaczony tekst ma zachować edytorską przejrzystość, a więc na przykład ma być wyposażony w odpowiednie ustępy, tam nie może się znaleźć 1800 znaków, ale znacznie, znacznie mniej. Zastrzeżenie dotyczące liczby znaków ma więc tylko taki cel, by tłumacz nie używał zbyt dużej czcionki. Gdyby tak nie było, strona jako punkt odniesienia by się w ogóle nie pojawiała.
Firma producencka o nazwie „Studio Filmowe Dr Watkins Sp. z o.o.”, kiedy już kazała mi pokryć honorarium dla ich kumpla eksperta, uznała, że właściwie można pójść na całość i mi policzyć tę robotę nie od strony, ale od liczby znaków.
Moja córka, która mimo zaawansowanej już dorosłości, jest okropnie uwrażliwiona na wszelkie przejawy nieuczciwości, wręcz jest na mnie wściekła, że ja całą tę sprawę zwyczajnie odpuściłem. Ja jej tłumaczę, że ja nie mam żadnych szans; że po tamtej stronie stoi System; że wreszcie ja mam tyle codziennych zmartwień, że nie mam siły na to, by sobie dokładać nowych. A ona wciąż mi powtarza, że mam się odwoływać.
Otóż nic z tego. Jedyne miejsce, gdzie ja się od lat już odwołuję, to jest ten blog i nie zamierzam tego zmieniać. A skoro tak, to ja opowiem jeszcze coś, już na sam koniec. Wiele lat temu wybitny rockowy zespół Sonic Youth postanowił wydać album z okładką, na której umieścił zdjęcie nagiej kobiety. Ona ani nie była specjalnie wyzywająco naga, nie robiła nic szczególnego; zwyczajnie stała naga. I oto, firma płytowa, która wydawała piosenki Sonic Youth ocenzurowała tę okładkę, twierdząc, że ona jest nieprzyzwoita. To jednak, co w tym było najbardziej bulwersujące, to fakt, że owa firma to, ni mniej ni więcej, jak Rough Trade, a więc „label”, którego sama nazwa miała wskazywać, jacy to oni są okropnie alternatywni i niezależni. Komentując to wydarzenie, ktoś powiedział mniej więcej coś takiego: „Ile razy będziecie kupować ich płyty i poczujecie się strasznie altenatywni i wolni, nie łudźcie się. Oni są dokładnie tacy, jak cała reszta… tyle że tacy jacyś trochę dziwni”.
A zatem ja też mam pewien apel do nas wszystkich: Ile razy ktoś Wam powie, że film o Roju to naprawdę fantastyczna, wreszcie prawdziwie polska produkcja, a ludzie, którzy go robią, to polscy patrioci i porządni ludzie, nie łudźcie się. Oni są dokładnie tacy jak cała reszta, tyle że tacy jacyś dziwni. A sam film? Dokładnie taki sam, jak ten syf Wajdy o Wałęsie, tyle że tu na Rosjan się mówi się „Ruscy”.

Wspominałem tu niedawno, że muszę wytrzymać jeszcze parę tygodni aż dostanę pieniądze za tłumaczenie „Roja”. Okazuje się, że to już jest nieaktualne. Sytuacja jest więc najzwyczajniej tragiczna. Proszę wszystkich o zrozumienie i o szczególne może tym razem poświęcenie. A ja tymczasem idę się rozglądać za czymś choć minimalnie bardziej czystym. Dziękuję.

wtorek, 10 września 2013

Na co komu potrzebny jest bloger Toyah?

Ponieważ tak się stało, że, po raz kolejny w ostatnim czasie, otrzymałem email z prośbą o zamieszczenie na swoim blogu recenzji książki jednego z mainstreamowych autorów, reprezentujących tak zwaną scenę prawicową, mam poczucie, że powinienem swoje stanowisko w tej sprawie przedstawić oficjalnie. Rzecz w tym, że ja doskonale zdaję sobie sprawę z dwóch rzeczy. Pierwsza z nich to ta, że ten blog, choć wręcz demonstracyjnie lekceważony przez tak zwany prawicowy mainstream, zdobył wystarczająco liczącą się pozycję na tej nędznej scenie, by ów mainstream od czasu do czasu potrzebował się nim w sposób bezpośredni zainteresować. Druga natomiast to ta, że zainteresowanie to wykazuje wszelkie oznaki najbardziej bezprzykładnej bezczelności.
W jaki owa bezczelność się objawia? Otóż w bardzo prosty. Wyobraźmy sobie, że profesor Zybertowicz i redaktor Lichocka – a więc wręcz ikony prawej strony sceny politycznej – wydają książkę, która ma za zadanie zdobyć serca i umysły polskich patriotów. I oto, ponieważ jednak zarówno Zybertowicz, jak i Lichocka, a już szczególnie ich wydawca, świetnie zdają sobie sprawę z realiów panujących na tak zwanym rynku, pada propozycja, by popularny bloger, który, w odróżnieniu od nich, ma stały dostęp do owych serc i umysłów, korzystając ze swoich talentów, zareklamował ją na swoim blogu i pomógł w jej sprzedaży. W tym momencie wydawca siada do komputera i wysmaża następujący tekst:
Witam serdecznie,
od czasu do czasu (jak czas pozwoli) czytuje Pana wpisy na salon24.pl. Nie zawsze się z nimi zgadzam, ale na pewno to co zachęca do ich przeczytania to trafność osądu i ciekawy, często ironicznie-żartobliwy ton wypowiedzi. Dlatego też postanowiłam do Pana napisać w kontekście naszej najnowszej książki.
Nakładem naszego wydawnictwa ukaże się niebawem (bo już w środę) najnowsza książka Profesora Zybertowicza ‘III RP. Kulisy systemu’. Wraz z red. Joanną Lichocką, Profesor stara się postawić diagnozę obecnego systemu III RP. Spierają się, dyskutują, ale i zgadzają w wielu kwestiach.
Chciałam zapytać czy byłby Pani zainteresowany otrzymaniem egzemplarza książki "III RP. Kulisy systemu" - do recenzji.
Zapraszam również na spotkanie autorskie – Profesora Andrzeja Zybertowicza i redaktor Joanny Lichockiej, w dniu 19 września w Warszawie, w Empik Junior, o godz. 18. Gościem specjalnym spotkania będzie Pan Profesor Piotr Gliński”.
W czym rzecz? Otóż ja prowadzę ten blog od pięciu już lat, i przez owe pięć lat nie zauważyłem jakiegokolwiek wsparcia ze strony prawicowego mainstreamu. Owszem, raz, pamiętam, red. Lisicki z „Gazety Polskiej” zamieścił króciutką notkę, chwalącą mnie za tekst o Annie Walentynowicz, ale prawdopodobnie natychmiast został upomniany przez Redakcję i się skutecznie uciszył. Poza tym incydentem jednak, prawicowe media głównego nurtu zachowały w sprawie tego blogu całkowitą ciszę.
Wydałem przez te pięć lat trzy książki, jednak żadna z nich nie spotkała się, nie mówię, że z recenzją, ale nawet najmniejszą wzmianką na łamach prasy głównego nurtu. Ja bym oczywiście to rozumiał, gdyby rzecz sprowadzała się do tego, że oni kogoś takiego, jak jakiś bloger, zwyczajnie nie zauważają. Jednak okazuje się, że tak się wcale nie dzieje. Okazuje się, że oni wszyscy znakomicie się orientują, kim jest bloger Toyah, i jaki potencjał prowadzony przez niego blog w dodatku posiada. Potencjał, który na co dzień ich wszystkich doprowadza do jasnej cholery, ale są sytuacje, kiedy go można naprawdę skutecznie wykorzystać. Mówię o potencjale, o którym, jak wiele na to wskazuje, oni sami nawet nie mogą marzyć.
No i to wtedy właśnie ja otrzymuję maile o treści takiej, jak wyżej wspomniałem. A są one wysyłane w imieniu takich tuzów tej sceny, jak prof. Zybertowicz i red. Lichocka. I niosą treść, którą można by najkrócej streścić słowami: „Panie Toyahu! Czy byłby Pan uprzejmy użyć swoich wpływów i pomóc nam zdobyć rynek?”
Przepraszam bardzo, ale to jest nie do zrobienia. Ja od pięciu lat, niemal dzień w dzień pomagam Wam zdobywać rynek, robiąc Wam wszystkim reklamę, jakiej nie dostaniecie o nikogo na świecie. I nigdy nie zdarzyło mi się, bym nagle zadał pytanie: „Zybertowicz? Lichocka? Przepraszam, ale chyba nie miałem przyjemności”. Przez to swoje dziecięco-naiwne zaangażowanie narobiłem sobie dziesiątki wrogów, z których niektórzy okazali się tak zażarci, że pozbawili mnie pracy i skazali najpierw na upokarzające żebranie o finansowe wsparcie, a następnie znoszenie kpin ze strony ludzi, którzy mnie nie lubią. Można by powiedzieć, że ja wręcz poświęciłem swój własny i swojej rodziny los, żeby prof. Zybertowicz i red. Lichocka mogli się dziś obnosić ze swoją sławą i autorytetem. I zrobiłem to bezinteresownie i bez jakichkolwiek nacisków. Tymczasem ani on, ani ona, ani żadna z osób, które tworzą to środowisko, ani razu nie uznali, że można by było, choćby tak od niechcenia, wspomnieć w którejś ze swoich licznych wypowiedzi to imię „Toyah”… Przepraszam, było tak raz. Redaktor Ziemkiewicz wspomniał o mnie raz w swojej prywatnej rozmowie z redakcją „Gazety Wyborczej”.
Poza tym, zero. To akurat się nie zdarzyło. Dlaczego? Tu akurat nie mam najmniejszego pojęcia. Widocznie kwestia priorytetów, jak zwykle. I oto widzę ich bardzo wyraźnie, jak oni nagle przychodzą właśnie do mnie i mówią: „Od czasu do czasu (jak czas pozwoli) czytuje Pana wpisy na salon24.pl”.
W tej sytuacji, ja już mam tylko jedną uwagę. Ja jestem Toyah, i mam bardzo silne przeczucie, że każdy z Was wie to bardzo dobrze. Zbyt dobrze. W końcu ja tego maila dostałem na adres toyah@toyah.pl.

A teraz, jak zwykle, bardzo proszę o wspieranie tego bloga , czy to przez przychodzenie tu i komentowanie, czy przez przekazywanie na podany numer konta choćby najdrobniejszych sum. Bez tej pomocy, nie damy rady. Dziękuję.


poniedziałek, 9 września 2013

Końcówka, czyli nie drażnić gangów

Tradycyjnie już, przedstawiam swój najświeższy felieton, jaki napisałem dla "Warszawskiej Gazety". Osobiscie uważam, że dość kluczowy.

Przedłużający się stan odcięcia od głównych mediów, w jakim znajduję się od wielu miesięcy, doprowadził ostatnio do tego, że o tym, że trzy główne kanały informacyjne, a więc TVN24, TVP Info, oraz Polsat News, przez siedem bitych godzin transmitowały na żywo mowę obrończą w procesie Katarzyny Waśniewskiej, rezygnując nawet ze zwyczajowych wpływów z reklamy, dowiedziałem się z parodniowym poślizgiem. I powiem szczerze, że owo lekceważenie dla kwestii biznesowych mnie zaintrygowało. Ja oczywiście rozumiem, że niekiedy dzieje się coś na tyle szczególnego, że przy pewnych dalekosiężnych kalkulacjach, zwłaszcza w biznesie z najwyższych półek, można sobie pozwolić na przelotne straty, by po pewnym czasie się odpowiednio odkuć. To jednak wydaje się już grubą przesadą. Cóż to może być za perwersyjny plan?
Ktoś powie, że to jest wszystko proste. Oni – tak jak to już miało miejsce wielokrotnie w naszej, zwłaszcza tej najnowszej, historii – w obliczu nieubłaganie nadchodzących zmian, chcą nas maksymalnie otumanić i przez to zwyczajnie zdekoncentrować. Tyle że ja w to nie wierzę. Wiem oczywiście, że są sytuacje, kiedy przy braku chleba jedyną nadzieję brutalnym reżimom dają igrzyska, tyle że takie sztuki oni mogli robić może jeszcze dwa lata temu, ewentualnie w zeszłym może roku, ale dziś? Nie żartujmy. Kogo obchodzi mowa obrończa w procesie tak zwanej „Mamy Madzi”? I to jeszcze siedmiogodzinna. I nie ma takiej możliwości, żeby oni tego nie wiedzieli.
Otóż ja tu mam pewną teorię, która wydaje mi się bardzo sensowna. Moim zdaniem oni zorganizowali nam ten dzień w taki właśnie sposób, nie po to, by nas zabawić, ale by nas jeszcze bardziej zirytować; żeby nikomu z nas nawet do głowy nie przyszło myśleć, że wszystko jest w porządku; że co jak by nie było ciężko i niepewnie, to przynajmniej jest ciekawie. Takiej możliwości nie ma. Jeśli gdziekolwiek jeszcze jakimś cudem snują się jakieś niedobitki owego czasu wiecznej miłości, to nawet oni nie dadzą się już nabrać na coś tak taniego, jak „Mama Madzi”. Nawet oni zareagują na ten cyrk w najlepszym wypadku skrajnym znużeniem. A w efekcie rezygnacją.
I znów można się spodziewać, że ktoś wykrzyknie, że cóż ja takiego wygaduję? Czy ja chcę powiedzieć, że System gra na zmianę władzy? Że oni już skreślili Donalda Tuska i jego ferajnę? A niby jaki oni w tym mogą mieć interes? Już odpowiadam. Interes jest taki, że nawet gangi muszą mieć stworzone podstawowe warunki do działania. Nawet gangi muszą mieć gwarancję pewnego cywilizacyjnego komfortu. A już szczególnie gangi nie mogą sobie pozwolić na to, by im organizowali warsztat pracy jacyś skończeni durnie, w dodatku najwyraźniej psychicznie niezrównoważeni.
A więc co? Wybieramy PiS? Owszem. I trudno. Nie ma wyjścia. Przynajmniej wiadomo, czego się spodziewać. A jak się sprawy ułożą, to się zobaczy. Trzeba ryzykować.

Bardzo proszę o wspieranie tego bloga - przede wszystkim oczywiście finansowe, ale też to zwykłe, przejawiające sie w stałej tu obecności. Bez tego, nie byłoby ani tego bloga, ani pewnie i nas. Dziękuję.

sobota, 7 września 2013

Urodziny, czyli co nam dał Otis Redding

I znów ostatnio się trochę opuściłem, tym razem nie w związku z pracą nad tłumaczeniem dialogów do filmu o Roju i tych, co go zatłukli na śmierć, ale ponieważ muszę nadgonić pisanie książki o zespołach. No i znów ten blog marnieje.
Ona początkowo miała być gotowa przed wakacjami, ale ponieważ na niej zależy mi szczególnie, przesunęliśmy jej wydanie na jesień i owe wieczory.
Piszę więc kolejne rozdziały, a jednocześnie zadręczam się wyrzutami sumienia. W dodatku dziś są moje urodziny i, jak zawsze przy tej okazji, wpadam w nastrój ponury, i żeby jakoś odreagować, chyba będę musiał napisać coś o Otisie Reddingu. On wprawdzie był osobą specjalną pod każdym względem, no ale, biedny, nawet nie doczekał trzydziestki. Straszna to niesprawiedliwość. Wystarczy więc sobie pomyśleć o nim, o Reddingu, by poczuć satysfakcję z tego, że Dobry Bóg dał mi aż tyle kolejnych szans. Chyba mnie lubi.
A zatem, zanim dojdę do jakiegoś bezpiecznego momentu, dziś wszystkim przyjaciołom tego bloga proponuje poczytać sobie wstęp.

Biorąc do ręki jakąkolwiek tak zwaną „książkę o zespołach”, możemy mieć pewność, że albo to będzie coś w rodzaju pracy encyklopedycznej, albo zbiór refleksji spisanych przez miłośnika tego czy owego, który lubi słuchać muzyki.
Jeśli encyklopedia, a więc historia życia i twórczości któregoś z artystów, sprawa jest prosta. Rzecz tylko w tym, gdzie jest więcej nieznanych wcześniej i bardziej pikantnych szczegółów. Jak idzie natomiast o pozycje już bardziej refleksyjne, a dotyczące jakiegoś jednego wykonawcy, lub określonego muzycznego gatunku, albo ewentualnie owej przestrzeni, którą się obserwuje gdzieś na pograniczu, między muzyką, a inną dowolną dziedziną kultury, czy w ogóle życiem, tu już mamy do czynienia najczęściej ze zwykłą tandetą, podpartą na dokrętkę przez jakiś strasznie mądry tytuł typu „Rock’n’roll a postmodernizm w sztukach plastycznych”.
Ta zresztą metoda stała się, mam wrażenie, szczególnie ostatnio, bardzo popularna. Rzecz w tym, że z jakiegoś niezbadanego przeze mnie do końca powodu, każda praca naukowa – i to już niezależnie od tematu – natychmiast awansuje o kilka poziomów, jeżeli tam z odpowiednią częstotliwością pojawi się nazwisko Raya Manzarka, czy Johna Lennona. Przychodzi jakiś docent z instytutu chemii któregoś z bardziej znanych uniwersytetów i wydaje książkę pod tytułem „Otrzymywanie cienkich warstw silseskwioksanowych na podłożach amorficznych metodą wiązki molekularnej”, a my wiemy na sto procent, że jeśli pierwsze zdanie tego dzieła będzie brzmiało: „Dlaczego Paul McCartney przechodząc przez Abbey Road, jest bez butów?”, jest duża szansa, że znajdą się chętni, by tę książkę czytać dalej, przynajmniej do momentu, aż się pojawi informacja o „Subterranean Homesck Blues” Dylana, no a poza tym – i kto wie, czy to nie jest w tym najważniejsze – większość z czytających natychmiast sobie pomyśli, że ten autor, to musi być naprawdę fajny gość.
Kiedy jeszcze sobie spokojnie studiowałem, najbardziej popularną osobą na całym wydziale, a kto wie, czy nie na uniwersytecie, był człowiek nazwiskiem Tadeusz Sławek. Kim był Sławek? Otóż był to zwykły najpierw magister, a potem doktor, wykładający literaturę angielską, ani mądrzejszy, ani głupszy od innych, ani bardziej sympatyczny, ani sympatyczny mniej, ani bardziej dowcipny, ani bardziej ponury – typowa uniwersytecka przeciętność. Jedyne, co go jednak odróżniało od reszty, to było to, że miał długie włosy, chodził przebrany za beatnika, i wciąż gadał o Lennonie i Doorsach. Poza tym pisał wiersze – podobnie jak on sam, ani lepsze, ani gorsze od tych, które pisali pewnie w tym samym czasie jego studenci i koledzy z wydziału – i te wiersze recytował w towarzystwie kontrabasu, na którym grał jego znajomy Bogdan Mizerski.
Kariera tego Sławka – kariera zresztą trwająca do dziś, już akurat w skali ogólnopolskiej – jest dla mnie czymś absolutnie niepojętym. I gdybym musiał się zdecydować na jakieś objaśnienie tego fenomenu, powiedziałbym jedno: on prawdopodobnie od samego początku, gdziekolwiek się pojawił w towarzystwie innych pracowników uniwersytetów, musiał wciąż gadać o tym Lennonie, i w ten sposób sobie odczarowywał wszelką drogę awansu. Czasem wydaje mi się, że nawet wtedy, gdy zostawał rektorem Uniwersytetu Śląskiego, w swojej aplikacji zamieścił tekst „Break On Through”, i to ostatecznie zaważyło. Oto potęga rock’n’rolla. Oto, co rock’n’roll potrafi, jeśli tylko wykazać odrobinę chytrości.
Książka, którą trzymamy w ręku, to książka o zespołach, jednak ani nie mająca ambicji faktograficznych, ani tym bardziej nie stanowiąca rozważań na tematy z muzyką nie mających wiele wspólnego, tyle że z owym nieustannym brzęczeniem w tle. Książka ta to książka, w sensie jak najbardziej ścisłym, o zespołach, przeznaczona dla tych, którzy to wszystko, co tu jest napisane, świetnie wiedzą, znakomicie znają, i może tylko chcieliby usłyszeć jeszcze jedną interpretację tych przecież oczywistości.
Książka ta to seria refleksji, których ambicją jest opisanie istotnych zjawisk muzycznych związanych z tak zwaną kulturą popularną, a w dużym stopniu skierowana też do tych, którzy są tak uzależnieni od swoich prywatnych upodobań i niechęci z jednej strony, a od zewnętrznej propagandy z drugiej, że nie są już w stanie obiektywnie ocenić tego, co miało być wybitne, a wybitnym z jakiegoś powodu nigdy się nie stało, ale też odwrotnie – tego, co na wielkość nigdy nie miało najmniejszych szans, a wielkie akurat jest, a jeśli my nie jesteśmy w stanie tego ocenić, to wyłącznie nasza wina. Nasza i tego okropnego nastawienia, gdzie wszystko traktujemy ściśle użytkowo, i nie jesteśmy w stanie zobaczyć, że za wszystkim stoi pojedynczy człowiek, z jego wielkością, ale też i małością.
Dopiero co, w Warszawie występował Paul McCartney, którego osobiście z wielu względów ani nie lubię, ani nie szanuję, ani też niezbyt chętnie słucham, ale który niewątpliwie jest jednym z największych autorów piosenek, jakiego wydała Ziemia, i takim już pozostanie. I oto czytam, jak gdzieś ktoś pisze, że Paul McCartney to gówno, choćby w porównaniu z takim Motorhead, których każda piosenka jest lepsza od całej tej beatlesowskiej nędzy.
Oto w sylwestrową noc na Times Square w Nowym Jorku występuje Justin Bieber, i w towarzystwie Carlosa Santany śpiewa „Let It Be” Beatlesów. I od razu na internetowych forach całego świata pojawiają się tabuny miłośników muzyki, a jednocześnie wrogów Justina Biebera, którzy piszą, że to prawdziwy skandal, że Bieber miał czelność śpiewać tak wspaniałą piosenkę, tak fatalnie ją fałszując. Mam nadzieje, że się rozumiemy. Oto przed nami staje Justin Bieber, jak by nie patrzeć, jeden z najbardziej utalentowanych współczesnych piosenkarzy pop, i okazuje się, że on fałszuje. A banda muzycznych specjalistów i rock’n’rollowych freaków ten fałsz oczywiście świetnie słyszy!
A więc ta książka też jest trochę i pisana z uwagi na te osoby. Z nadzieją, że może, przeczytawszy to co tu stoi jak byk, zrozumie, że z muzyką jest tak jak z każdą inną dziedziną życia. Na końcu zawsze stoi człowiek i to, co on zrobił z tymi swoimi talentami, a wokół niego słyszymy wciąż ów nieznośny skowyt okrutnej propagandy. Powinniśmy umieć to usłyszeć, zrozumieć i ocenić.
No a poza tym, to jest tylko, i aż muzyka, a więc coś, co zostało nam dane od Boga. Nie od Szatana. Od Boga. Powinniśmy jej strzec, i robić wszystko, by nam jej nie odebrano.

Pewną znaczącą ulgę odczujemy dopiero, gdy nam producenci Roja zapłacą, co nastapi dopiero pewnie za kilka tygodni, no a poza tym, przed pażdziernikiem jednak nie zdarzy sie nic. W związku z tym, bardzo wciąż proszę o wspieranie tego bloga. Włąściwy numer konta umieszczony jest tuż obok. Jesli ktoś ma, bardzo proszę o jakikolwiek gest, a jesli nie ma - niech tu po prostu wpada. Po prostu. Mam wielką nadzieję, że się nie zawiedzie. Dziękuję.