Pokazywanie postów oznaczonych etykietą koronawirus. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą koronawirus. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 14 czerwca 2021

O różnicy między workiem foliowym na głowie a maseczką na szyi

 

Dziś propnuję swego rodzaju uzupełnienie poprzedniej notki. Przed Państwem mój najnowszy felieton z "Warszawskiej Gazety".


      Długi weekend spędziłem tam gdzie, jak twierdzą niektórzy, ludzie nie płacą podatków, bo nie pracują, a na wódkę i ogórka mają z programu 500+, czyli w Przemyślu. By na ów zakazany kraniec Polski dojechać, a następnie ponownie wpaść w łapy cywilizacji, skorzystałem z usług PKP, które w ostatnich latach mocno przyspieszyły i o ile w najlepszym okresie rządów Platformy Obywatelskiej, by przebyć trasę Katowice – Przemyśl i z powrotem potrzebowały 14 godzin, to dziś wystarcza im owych godzin zaledwie osiem. Tak więc jechałem pociągiem najpierw w jedną stronę, potem w drugą i proszę sobie wyobrazić, że ku memu zdziwieniu, wszystkie osoby, jakie miałem okazję zaobserwować miały założone maseczki, i to założone naprawdę porządnie, czyli na usta i nos. Dlaczego mnie to zdziwiło? Otóż jeszcze parę tygodni temu, chodząc po ulicach mojego miasta, miałem wrażenie, że ponad połowa ludzi albo ma te maseczki pod nosem, albo na brodzie, albo na szyi, albo – jakieś 20% – nie ma ich w ogóle. A zatem sądziłem, że po zniesieniu większości obostrzeń, ludzie w ogóle na te szmatki machną ręką i tyle tego, zwłaszcza że tego naprawdę od dawna nikt nie kontrolował. Tymczasem, pociąg w jedną i drugą stronę był zamaseczkowany... z wyjątkiem czterech osób. Otóż gdy jechaliśmy do Przemyśla, w naszym przedziale byli pan i pani z maseczkami na szyi, które przy wejściu kontrolera próbowali niezgrabnie założyć na swoje nosy, ale ponieważ on nawet na nich nie mrugnął okiem, zrezygnowali. Podobnie w drodze powrotnej: na przeciwko mnie siedzial człowiek za maseczką na szyi, którą niekiedy wsadzał sobie w usta i ją żuł, a po przeciwnej stronie kolejny, który maseczkę trzymał na stoliku, obok butelki z wodą i w ogóle, podobnie zresztą jak kontroler, ją lekceważył.

       Obserwowałem tych ludzi i zastanawiałem się, jak oni się czują w pociągu pełnym ludzi z maseczkami na nosach, i z przodu, i z tyłu, i z boku, kiedy sami są tak strasznie inni. Czy oni obserwują nas z pogardą, z rozbawieniem, współczuciem, czy są z siebie strasznie dumni? A może podekscytowani swoją odwagą? Diabeł jeden wie. Może gdyby ktoś im zwrócił uwagę, to by coś powiedzieli, ale wszyscy traktowali ich z pełną obojętnością.

       I przypomniał mi się znajomy człowiek z kościoła. On, owszem, ma maseczkę, i to nie zwykłą maseczkę za 50 groszy, ale znacznie droższą. Siedzi zawsze sam, zawsze pierwszy idzie do komunii i jako pierwszy wychodzi z kościoła, a co istotne, zawsze bardzo walczy, by w promieniu pięciu metrów nie było nikogo, kto mógłby go zarazić.

        Bardzo to wygląda zabawnie, jak on tak staje na desce startowej i czeka na ostatni dzwonek, aby wybiec. Niemal tak samo zabawnie jak te maseczki zwisające z uszu jednego czy drugiego w pociągu pełnym ludzi.



piątek, 11 czerwca 2021

O niezwykłej pobożności koronawirusa

 

        Myślę że każdy kto chociaż trochę zna ten blog, wie bardzo dobrze, że ostatnią rzeczą jaka przychodzi mi do głowy w tym moim pisaniu, jest narzekanie na działania rządu i odpowiednich delegowanych przez rząd służb wobec tak zwanej „pandemii”. Od razu wyjaśnię, że sformułowania „tak zwanej” użyłem, a słowo „pandemia” umieściłem w cudzysłowie, nie bez przyczyny. Otóż, mimo że wobec tego co na nas spadło ponad rok już temu pozostaję z pochyloną głową i ani mi przez myśl nie przejdzie, by urządzać tu jakiekolwiek demonstracje, to od samego początku jestem niezmiennie gotowy na przyznanie, że to jest, tak jak to właśnie określiłem, pandemia „tak zwana”.

      Czemu tak? Otóż nie mam najmniejszych wątpliwości, że jeśli przyjmiemy, że mamy do czynienia z autentycznym zagrożeniem – a ja i to jestem oczywiście, w swojej wręcz systemowej niewiedzy, gotów przyjąć – to każdy rząd siłą rzeczy porusza się w sensie wręcz dosłownym po omacku. Jeśli spojrzeć na świat, to sposobów walki z tym czymś było mniej więcej tyle samo co zaangażowanych w nią rządów: my zamykaliśmy parki i lasy, Szwedzi otwierali wszystko, Holendrzy lali ludzi po łbach pałami, Brytyjczycy w swoich sklepach zakładali specjalne taśmy odgradzające towary pierwszej potrzeby od potrzeby drugiej, a nawet dziś jeszcze, w Paryżu, gdzie właśnie odbywa się wielki tenisowy turniej, gdy swój mecz rozgrywali Djokovic i Berrettini, władze najpierw przesunęły początek godziny policyjnej z 21 na 23, a o 23, widząc że pojedynek się tak szybko nie zakończy, te 5 tys. widzów z trybun wygnali, by ci szybko wracali do domów i nie rozsiewali wirusa. A więc każdy robi to co mu w głowie zaświta, a my – pardon me french – gówno wiemy, więc jaki ja mam powód by się czepiać polskiego rządu?

        Stało się jednak tak, że przy okazji notowanego powszechnie spadku zakażeń, nasza władza postanowiła poluzować część obostrzeń i to tu to tam zapanowała niemal całkowita wolność, wolność do tego stopnia, że – wprawdzie dopiero po interwencji abp. Gądeckiego, no ale jednak – uznano za dopuszczalne by w kościołach podczas Mszy zajęta była aż połowa miejsc. I to właśnie jest pierwszym powodem dla którego postanowiłem po raz pierwszy w tym ponurym czasie rzucić kamieniem. Jak wiemy, o ile ksiądz nie postanowi przynudzić, Msza trwa zwykle jakieś 45 minut. Ludzie niemal w komplecie siedzą w maseczkach, nie dyszą sobie nawzajem w nosy, przekazując sobie znak pokoju, kiwają głowami, Komunię przyjmują na rękę, a po owej niespełna godzinie wracają do domu. Ja tymczasem, jak niedawno wspominałem, odbywałem podróż koleją z Katowic do Przemyśla i z powrotem i proszę sobie wyobrazić, że w podczas wyprawy w tamtą stronę w moim przedziale znajdowało się osiem osób, i to nie przez 45 minut, ale znacznie dłużej, z czego niezmiennie, dwie osoby, a w porywach trzy, siedziały z maseczkami na szyi, a w drodze powrotnej – to był wagon bez przedziałów – każde miejsce było zajęte i pies z kulawą nogą nie zadał sobie pytania, czemu to towarzystwo ma się przerzedzić dopiero wtedy, gdy udadzą się do kościoła.

       Ja oczywiście rozumiem, że bardzo trudno jest sobie wyobrazić, by w okresie wakacyjnym Polskie Koleje Państwe nagle wprowadziły na tory podwójną liczbę pociągów, tak by ludzie nie siedzieli sobie na kolanach, no i nie ma też konkretnego sposobu by się uzerać z tymi cwaniakami, którzy uznali że oni są zbyt dumni by nosić jakieś „szmaty na ryju”. A więc okay. Autokary, tramwaje, autobusy, pociągi mają wozić ludzi tak, by nikt nie poczuł się pozostawiony sam sobie, no ale skoro tak, to po ciężką cholerę udawać że wszystko jest na swoim miejscu i ustalać limit osób mogących się jednocześnie modlić w kościele?

      Tu niedaleko znajduje się klasyczny ogólnospożywczy targ, i tam regularnie przebywa tłum jakiego – z mojego punktu widzenia, niestety – żaden kościół w Polsce od czasów PRL-u nie widział. A zatem pytam, co stoi na przeszkodzie, by polski rząd pozwolił proboszczom udostępniać chętnym, na te 45 minut, całą przestrzeń świątyni?   

      Tego nie wiem i podejrzewam że tego nie wie nikt, aIe tu też pojawia się kwestia zupełnie nowa. Otóż, moim zdaniem na przeszkodzie nie stoi nic i, czy to minister Niedzielski, czy osobiście premier Morawiecki, doskonale to wiedzą. Trzeba by było bowiem być kompletnie oderwanym od rzeczywistości, by uczciwie w ten właśnie sposób zarządzać pandemią, a w to że oni nie mają kontroli nad tym co robią, zwyczajnie nie wierzę. Jedyne zatem co mi przychodzi do głowy, to to, iż pierwsza decyzja, by Kościołem się nie zajmować i zostawić ową jedną osobę na 15 m2, a decyzja kolejna, podjęta ewidentnie w rekacji na bardzo stanowczy głos abp. Gądeckiego, by jednak udostępnić wiernym aż 50% kościelnej przestrzeni, to efekt nie epidemicznych kalkulacji, lecz zwykłego strachu przed tym, jak na zwolnienie kosciołów z pandemicznych ograniczeń zareaguje lewa część sceny. Przypomnę: dziś w Paryżu obowiązuje godzina policyjna, a na tym tle my tu w Polsce musimy przyznać, że u nas tak naprawdę nigdy nie było porządnego lockdownu. Z wyjątkiem, niestety, Kościoła. Nawet knajpy w najgorszym okresie mogły dostarczać żarcie na telefon. Triduum Paschalne, i to nawet na Watykanie, w zeszłym roku zostało wyjęte z kalendarza. Po raz pierwszy w historii chrześcijaństwa. Przepraszam bardzo, ale jeśli mimo tego skandalu, dziś nagle Kościół musi walczyć z Polskimi Kolejami Państwowymi o to, by im jednak pozwolono się modlić, to z tym światem jest coś nie tak.

          Swoją drogą, czy myśmy tego akurat przpadkiem nie wiedzieli już od pewnego czasu?

 

 


 

 

piątek, 7 maja 2021

Za co koronawirus nie lubi Indii?

 

Dziś pragnę podzielić się pewną refleksją dotyczącą sposobu w jaki państwowa propaganda zachęca nas, byśmy nie wierzyli różnego rodzaju oszustom i w czasie pandemii dbali o siebie i innych. Poniższy tekst ukazuje się też dzisiaj w „Warszawskiej Gazecie” i mam tylko nadzieję, że nikt nie zrozumie go jako zachęty do tego by zrzucić te cholerne maski i pokazać światu, jacy to jesteśmy wolni i niezależni.      

 

 

       Gdy chodzi o Indie, swoją wiedzę ograniczam do dwóch informacji. Pierwsza z nich jest krótka i, jak mówią Anglicy, „to the point”, czyli że tam mieszka niemal półtora miliarda ludzi. Druga z nich wymaga dłuższej wypowiedzi. Otóż pewien znajomy Hindus, żyjący i pracujący w Polsce, opowiadał, że w najbliższym czasie będzie musiał wrócić do Indii, by zająć się kwestią ożenku swoich trzech sióstr. Rzecz w tym, że one wszystkie są w odpowiednim wieku i to właśnie zadaniem rodziny pozostaje znalezienie – oraz opłacenie –  odpowiedniego męża, a to akurat na nim, jako na kimś kto zyskał odpowiednią finansową pozycję, spoczywa ów obowiązek. Głównym problemem jednak pozostaje to, że ponieważ jedna z owych sióstr nieszczęśliwie jest niepełnosprawna, i nie dość że nie ma szans na wydanie jej za mąż, to ona stanowi dla rodziny bardzo poważne towarzyskie obciążenie, to trzeba będzie ją zabić. Znajomy to powiedział zupełnie poważnie, bez śladu ironii. Normalnie tak jak się informuje o tym, co słychać i jak się sprawy mają.

        Dziś z kolei media podały informację, że papież Franciszek modli się o to by Indie, jak słyszymy, ogarnięte klęską pandemii koronawirusa, Pan Bóg raczył wyrwać z objęć owego nieszczęścia. A ja słucham zarówno słów Franciszka, jak i codziennych komunikatów na temat wspomnianego nieszczęścia, i oto czego się dowiaduję. Otóż dzisiejsze Indie, podczas gdy w liczbach bezwzględnych rejestrują mniej przypadków śmierci wywołanej plagą koronawirusa niż Stany Zjednoczone, czy Brazylia, to w relacji zgonów do liczby mieszkańców zajmują 115 miejsce, wyprzedzając nawet tak gwałtownie reklamowaną przez przeciwników szczepionek Szwecję, która, tak na marginesie, dumnie zajmuje 32 miejsce na świecie, nie wspominając o  naszej kochanej Polsce.

      W tej sytuacji więc, ja mam parę, moim zdaniem ważnych, uwag. Otóż, nie zapominając oczywiście o tym, że Indie to jest cywilizacja, która zawsze może nas czymś zaskoczyć, chciałbym zwrócić uwagę na to że jeśli w półtoramiliardowym kraju dziennie z powodu koronawirusa umiera trzy tysiące osób, to jest to informacja z naszego punktu widzenia kompletnie nieistotna. Oczywiście jest też bardzo możliwe, że tych ludzi umiera tam dziennie 300 tysięcy, tyle że oni w kompletnej ciszy nikną w zgiełku owych mordowanych kalekich sióstr, no ale skoro tak, to po ciężką cholerę zawracać nam głowę danymi, których jedynym celem, jak sądzę, jest zachęcenie jak największej liczby Polaków do tego, by skorzystali z Narodowego Programu Szczepień, z tym jednym, kompletnie absurdalnym argumentem, że oto w ciągu minionej doby w wyniku zarażenia koronawirusem w Indiach zmarło 3 tys. osób? Na kim ta liczba ma zrobić wrażenie? Na ludziach, którzy uważają, że nie ma żadnej pandemii?

         Gdy chodzi o mnie, niezmiennie noszę maseczkę i czekam na wyznaczony dla mnie termin szczepienia, kiedy jednak słyszę te modlitwy za Indie, to czuję się trochę dziwnie.



wtorek, 30 marca 2021

Ile ludzi potrafi zabić metr kwadratowy koronawirusa

      Przyznać muszę, że miałem parę razy w tych dniach napisać coś o pandemii, jednak albo wpadał mi do głowy jakiś inny nie cierpiący zwłoki temat, albo zwyczajnie, jak to czasem bywa, nie bardzo wiedziałem jak się za sprawę zabrać i ostatecznie czas minął. A główny powód owej mojej chętki był nie byle kto, bo sam poseł Dobromir Sośnierz, który występując w telewizji stwierdził ni mniej ni więcej jak to, żeby jeśli on i inni podobnie myślący nie chcą chodzić w maseczkach, pozwolić im na to, bo nawet jeśli oni się od tego zarażą i umrą, to pozostanie to wyłącznie ich i tylko ich problemem. Wypowiedź Sośnierza zrobiła na mnie wrażenie jednak nie tyle ani na zawarty w niej oczywisty idiotyzm, ani nawet ze względu na ową demonstrację tak charakterystycznego dla reprezentowanego przez niego intelektualnego środowiska egoizmu, co przez fakt, że wśród innych obecnych w studio nie znalazł się nikt, kto by Sośnierzowi na jedno czy drugie zwrócił uwagę. Proszę sobie wyobrazić, że tam odbyła się poważna awantura, jednak nikt nie zadał mu choćby pytania, czy kiedy on już będzie się dusił na śmierć, to będzie komuś bardziej potrzebującemu zajmował respirator, czy może będzie spokojnie pożerał kolejne dawki amantadyny. Pytań oczywiście mogło być więcej, no ale ja myślałem przede wszystkim o tym jednym. Niestety ono nie padło, a mnie po pewnym czasie i tak ochota by o tym pisać opuściła.

      I oto, proszę sobie wyobrazić, temat wrócił zupełnie niespodziewanie, kiedy Dobromir Sośnierz pojawił się ponownie, w tym samym zresztą programie i w towarzystwie tego samego tematu – swoją drogą, wygląda na to, że ktoś w telewizji uznał, że skoro sprawa jest aż tak poważna, bez paru błaznów się nie obejdzie – i tym razem całe swoje wystąpienie poświęcił wspomnianej  amantadynie, która jakże niesłusznie jest wypierana przez o wiele droższe i o wiele bardziej podejrzane szczepionki. A ja, rozumiejąc że mam już odpowiedź na swoje pytanie sprzed kilku dni, mogłem się skupić na występie innego uczestnika dyskusji, nieznanej mi pani z warkoczem reprezentującej Platformę Obywatelską. I oto, proszę sobie wyobrazić, że owa osoba z macicą, poinformowała że pandemiczna sytuacja w Polsce jest nadzwyczaj poważna, bo dotychczas zmarło już „100 tysięcy osób”, a po paru minutach ową liczbę powtórzyła i – tak, tak – ani za pierwszym razem, ani za drugim, ani już do końca programu, ani prowadzący rozmowę dziennikarz, ani biorący w niej udział politycy, ani nawet wydawałoby się najbardziej kompetentny w zaniżaniu wszelkich liczb poseł Sośnierz, nie zwrócił owej posłance uwagi na to, że dotychczas w Polsce w wyniku koronawirusa zmarło niewiele ponad 50 tysięcy osób. 100 tysięcy? 50 tysięcy? A co to za różnica? A jakie to w ogóle ma znaczenie? A niechby tam było nawet pół miliona zmarłych... albo 10 tysięcy – kogo to obchodzi?

       Przypomniało mi to nieco ów pamiętny występ głównego specjalisty telewizji TVP Info, nagrodzonego niedawno prestiżową nagrodą dziennikarską za zasługi dla walki z wirusem, Adama Gizy, kiedy to ów wybitny umysł – tu również dwukrotnie – poinformował, że wedle nowych zaleceń w kościołach będzie się mogło gromadzić „zaledwie 15 osób na metr kwadratowy”, to jednak co mnie ani nie rozbawiło, ani nawet nie zezłościło, lecz zwyczajnie pozbawiło wszelkich złudzeń co do sensu obserwowania tego wszystkiego, to właśnie fakt, że jak się właśnie okazuje, dla nich – a mówiąc „dla nich”, mam na myśli ich wszystkich – nie tylko nie ma znaczenia, czy w kościołach może się modlić jedna osoba na 15 metrów kwadratowych, czy 15 osób na jednym metrze kwadratowym, ale nawet to, czy w wyniku epidemii zmarło w Polsce 100 tysięcy osób, czy może dwa razy więcej, czy ewentualnie dwa razy mniej.

      Na metr kwadratowy. Lub sześcienny.

 


 

 


poniedziałek, 28 grudnia 2020

O potrzebie zaszczepienia się przeciwko plandemii

 

      Córka moja wzięła udział w spotkaniu rodzinnym, podczas którego jej teść otrzymał od kogoś prezent w postaci dwóch egzemplarzy książki zatytułowanej „Fałszywa pandemia”. W celu przybliżenia nieco problemu, osoba wręczająca teściowi ów prezent wyjaśniła, że koronawirus to wirus jakich wiele, jeśli ktoś zakażenie znosi gorzej niż inni, to jest to kwestia indywidualnego braku odporności, a poza tym wirus pojawia się wyłącznie w śluzówce, a nie w samym organizmie, a zatem z testów uzyskujemy wyniki całkowicie niewiarygodne.  Książka jak książka, prezent jak prezent, objaśnienie również byle jakie, to co natomiast na nas wszystkich zrobiło wrażenie szczególne, to fakt, że teść mojej córki przeszedł niedawno ową chorobę i to w takiej postaci, że nieomalże nie umarł, a ów ciekawy człowiek, który postanowił mu ową książkę podarować, zrobił to po to, by ten się aż tak tym co go spotkało nie przejmował, bo to w sumie nie było nic szczególnie wielkiego.

       Czytelnicy tego bloga być może pamiętają, bo o tym tu już nie raz było, córka moja jest z zawodu biotechnologiem, w związku z czym na pewnych rzeczach zna się znacznie lepiej ode mnie i nie tylko ode mnie. Dziś wprawdzie jest przede wszystkim żoną i mamą, i  jedyne co ma wspólnego z branżą, to wspomnienia i wciąż żywe zrozumienie tematu, wystarczyło to jednak, by opowiedziała mi w sposób dość obszerny, czym jest szczepionka, na temat której w tych dniach jest wszędzie tyle szumu, jak działa i dlaczego jest w stu procentach skuteczna i bezpieczna.  Ponieważ dziecko moje ma ten dar, że pewne choćby nie wiadomo jak skomplikowane kwestie potrafi tłumaczyć na tyle jasno, że nawet jeśli mój stary łeb nie jest w stanie ich do końca zrozumieć, to ja sam ich słucham z zainteresowaniem, poprosiłem je, by mi to wszystko jeszcze raz powtórzyło, tyle że w formie pisemnej, tak bym jej opowieść mógł zamieścić tu na blogu, dla tych z nas, którzy nie mając pojęcia o niczym, uważają, że to nic nie szkodzi, bo oni gdzieś coś usłyszeli i uznali za bardzo ciekawe i wiarygodne. I tu córka moja przesłała mi link do rozmowy z kimś kogo nie znam, a kto zajmuje się ową kwestią zawodowo i zachęciła do tego bym się z owym tekstem zapoznał. Spróbuję więc zatem powtórzyć to co tam znalazłem i na czym moje dziecko oparło swoją relację. Otóż...

       Tradycyjne szczepionki zawierają wirusa, który jest w stanie normalnie namnażać się w komórkach, ale został całkowicie pozbawiony zdolności do wywołania choroby, czyli został poddany tak zwanej „atenuacji”. Na tej zasadzie działają szczepionki chociażby przeciwko wirusom świnki, odry, różyczki czy ospy wietrznej. W przypadku tego typu szczepionek, może dojść do wywołania naturalnej choroby. Każde zachorowanie, jak choćby w przypadku odry,  łączy się wtedy z ryzykiem niebezpiecznych dla zdrowia, a nawet życia, powikłań. Ryzyko to jednak istnieje, ponieważ podajemy wirusa, który normalnie replikuje się w komórkach. Dlatego tam, gdzie można, przechodzi się z wariantu atenuowanego na wariant, który nie zawiera już zakaźnego wirusa, czyli w kierunku tak zwanej „szczepionki genetycznej”. Prace nad nią zajęły ponad 30 lat. a chodziło o to, żeby maksymalnie wyeliminować te jej elementy, nad którymi mamy niepełną kontrolę. Jako że w przypadku wirusa atenuowanego, po podaniu szczepionki nie kontrolujemy go wcale, chodziło o opracowanie technologii szczepionek rekombinowanych, gdzie realnie nie występuje drobnoustrój (wirus czy bakteria), tylko białko wytworzone na bazie genu kodującego. To białko jest produkowane w organizmie, takim jak np. drożdże piekarskie, a następnie oczyszczane, dzięki czemu omijany jest cały bałagan biologiczny związany z namnażaniem i oczyszczaniem wirusa. Nie ma wirusa, ale dysponujemy jego oczyszczonym białkiem uzyskanym w innym, niechorobotwórczym, organizmie.

      Naukowcy poszli jeszcze dalej. Wyeliminowali cały aspekt związany z wirusem jako takim i postanowili skłonić nasze własne komórki, by produkowały to jedno wybrane białko wirusowe. Teraz nie ma w ogóle jakiejkolwiek możliwości, że pojawi się w naszym organizmie wirus zakaźny. Jest tylko jeden jego wybrany gen, o którym wiadomo, że koduje białko wirusa, które dobrze stymuluje odporność. Aby osiągnąć cel, naukowcy podali do wnętrza komórki krótki fragment tzw. informacyjnego RNA (mRNA), który koduje to jedno wybrane białko wirusowe. Wtedy rybosomy naszej komórki same zaczynają to białko produkować. Później, i to jest kolejna zaleta szczepionek genetycznych, białko jest rozpoznawane jako antygen, który powstał wewnątrz komórki. Dzięki temu nasza odporność będzie zawczasu przygotowana na to, że zakażenie będzie miało charakter wirusowy, a nasz organizm będzie lepiej i szybciej odpowiadał na to zakażenie.

      I tu pojawiają się nasze lęki, a mianowicie obawy, że wirusowy RNA zostanie włączony do ludzkiego genomu, co – jak to pięknie pokazano w zabawnym krążącym w Sieci memie – spowoduje na przykład, że zamiast stopy i pięciu ślicznych paluszków na jej końcu, będziemy mieli jeden wielki paluch z równie wielkim paznokciem. Rzecz jednak w tym, że w komórce organizmu człowieka jest to zwyczajnie niemożliwe, ponieważ do tego niezbędny jest bardzo konkretny zestaw enzymów, które w takiej komórce nie występują. Kolejną cechą RNA jest to, że wewnątrz komórki szybko zostanie ono zniszczone. Taka jest naturalna kolej rzeczy w przypadku dowolnego RNA. Na przykład mRNA jest produkowane na okrągło w każdej komórce, stanowi bowiem matrycę informacyjną, na bazie której komórka produkuje swoje własne białka. Po wykonaniu zadania, mRNA ulega zniszczeniu, a jeśli jest potrzeba, komórka syntetyzuje kolejną kopię wymaganego mRNA.

      Tymczasem my w szczepionce podsuwamy informację, co komórki mają syntetyzować. Sztucznie dajemy informację genetyczną, na bazie której zostanie wyprodukowane białko wirusa. Ważne jest, że długość życia takiego mRNA jest krótka, przez co ono bardzo szybko zostaje zlikwidowane. Komórka produkuje białka identyczne z wirusowymi. Potem te białka, tak jak w przypadku każdego kontaktu z obcym antygenem, zostaną rozpoznane przez tzw. profesjonalne komórki prezentujące antygen. One je zabiorą do tkanki chłonnej i pokażą, iż znalazły obce białko. Zaprezentują je limfocytom T pomocniczym, limfocyty pomocnicze rozdysponują informację o antygenie pomiędzy limfocyty cytotoksyczne i limfocyty B produkujące przeciwciała i dopiero wtedy będziemy pamiętać, żeby bronić się przed tym wirusem. Wszystkie szczepionki działają według tego schematu.

      Szczepionka, wbrew temu w co chcą wierzyć niektórzy, nie jest wynikiem tego co zostało opracowane w ciągu minionych miesięcy, lecz wiąże się z 30 latami pracy wielu osób oraz instytutów, a jej bezpieczeństwo musiało zostać przebadane na etapie długotrwałych i skrupulatnych badań klinicznych. Szczepienie daje nam odporność, omijając, i to w sposób bardzo skuteczny, wszystkie wady związane z zakażeniem samym wirusem. Trudno sobie wyobrazić, żeby stanowiło ono zagrożenie dla organizmu, bez względu na to, jak przerażające scenariusze podsuwają nam najpierw plotki, a w dalszej kolejności nasza wyobraźnia. Z biologicznego punktu widzenia, o żadnym ryzyku nie ma mowy.

     I to tyle. A ja oczywiście nie będę ukrywał, że to co tu możliwie przystępnie zacytowałem, w znacznej części stanowi dla mnie kompletny bełkot. No ale ja jestem, jak wiemy, wyjątkowo słabo oczytany, w dodatku zbyt leniwy, by się intelektualnie wysilać ponad to co mi przychodzi z naturalną łatwością. Ponieważ wiem jednak, że wśród czytelników tego bloga większość to osoby – nawet jeśli głęboko przekonane o tym, że mamy do czynienia z tak zwaną „plandemią”, a szczepionka  nas w naszym nieszczęściu tylko jeszcze bardziej pogrąży– znacznie bardziej ode mnie inteligentne, mam nadzieję, że oni akurat sobie z tym odpowiednio poradzą.

     Mnie akurat wystarczyło zapewnienie mojego dziecka, że szczepionka, która oto właśnie zaczęła do nas przybywać jest czymś absolutnie najlepszym, jak to mówią w lepszym towarzystwie, EVER. Czego i wszystkim życzę.



  

 

 

środa, 11 listopada 2020

Przemsa: Gawiedź

Bardzo lubię słowo gawiedź. Nie znam jego oficjalnej definicji, ale nie przeszkadza mi to w używaniu go w odniesieniu do większej gruby osób, które czegoś tam się domagają nie po to, by wyniknęło coś dobrego, ale by inni nie mieli przypadkiem lepiej. Uważam, że właśnie ten epitet idealnie pasuje do motłochu działającego z tak niskich pobudek. Nie prowadzę oczywiście jakiegoś rankingu „gawiedzi”, ale aktualnie moim numerem jeden w tej kategorii są osobnicy wyrażający zdumienie, że pomimo zamrażania kolejnych branż, kościoły nadal pozostają otwarte.


Jeszcze nie spotkałem się, by właśnie ten „koronny”, mający być w założeniu czymś w rodzaju podwójnego nelsona argument nie padł, gdy poruszany jest temat koronawirusowych obostrzeń. Teoretycznie mogłoby to oznaczać, że w półświatku przerzucających ciężary siłownia jest czymś w rodzaju miejsca kultu. Poniekąd zresztą jest to prawdą, ale akurat z tego aspektu nie mam zamiaru dziś szydzić. Sam jestem w jakimś stopniu uzależniony od aktywności fizycznej, więc rozumiem regulujących sobie nastrój poprzez wysiłek.

Tym co naprawdę istotne w ocenie szyderczo i zaczepnie rzucających w świat pytanie, jak to jest, że jak najbardziej będące miejscem, gdzie gromadzą się ludzie, czyli kościoły pozostają – wprawdzie z ograniczeniami – ale jednak dostępne, jest motywacja jaką się kierują. A nie ma w niej za grosz szczerej troski o zdrowie wiernych. Chodzi wyłącznie o to, by całemu temu kościółkowemu towarzystwu dać popalić. Przy okazji też rzecz jasna pokazać, jaki ten cały PiS jest usłużny wobec kleru.

Gawiedzi oburzonej otwartymi świątyniami, przez myśl nawet nie przejdzie, że kościół – w sumie obojętnie jakiego wyznania, choć wiadomo, że w Polsce chodzi o ten katolicki – jest jednak czymś zupełnie innym niż klub fitness, sklep z meblami, kino czy szkoła. Nie mieści im się to w głowie z tego powodu, że są oficjalnie ateistami albo też nigdy tak naprawdę nie uczestniczyli w Mszy Świętej z tzw. potrzeby serca. Dlatego właśnie dla jednych i drugich czymś szczerze niepojętym jest szczególne traktowanie miejsc kultu religijnego. To tym bardziej smutne dlatego, że naprawdę nie trzeba samemu być osobą pobożną, by móc pojąć tę – wcale nie subtelną – różnicę między nabożeństwem a na przykład godzinnym  robieniem bicepsa i trójgłowego ramienia. Nie mówiąc już o tym, że rola i miejsce Kościoła w historii naszego narodu powoduje, że wypadałoby przynajmniej siedzieć cicho, a nie postulować zamknięcie świątyń jak jakichś marketów z meblami.

Wiadomo jednak jak jest.

Nadzieja, że tego rodzaju refleksje przemkną przez głowę antyklerykalnej tłuszczy są płonne. W ich świecie kościół jest bytem przestarzałym i zbędnym, nie zasługującym nie tylko na specjalne traktowanie, ale wręcz wymagający traktowania jak najgorszego.

Dlatego właśnie jakakolwiek próba wyjaśnienia, że nie można zrównywać go z miejscem ćwiczeń lub konsumpcji skazana jest na porażkę. Zwłaszcza, że jak przyznał mi wprost jeden z orędowników konieczności zamknięcia świątyń, on ma gumy do rozciągania i hantle w domu, więc daje sobie bez siłowni radę, ale dopóki nie zamkną katolom ich kościółków, on nie odpuści i będzie się tego domagał. W jego świecie działa bowiem bardzo prosta zasada: nam coś "zabrano", zatem trzeba zabrać i innym, bo na tym polega sprawiedliwość. Tego, że rozumując w ten sposób stawia się w jednym z rzędzie, z tymi których sam pogardliwie nazywa "wąsatymi Januszami" oczywiście nie dostrzega. 

wtorek, 10 listopada 2020

Przyszło nieszczęście do człowieka i czeka...

 

      Trochę z potrzeby chwili, ale głównie jednak prowokowany przez kierujących wobec mnie swoje oczekiwania kolegów, parę razy zabierałem tu głos w kwestii pandemii, ze szczególnym uwzględnieniem wiarygodności tego wszystkiego co nam jest tu niezmiennie od pół roku  przedstawiane.  I stwierdzam z satysfakcją, że z wyjątkiem paru chwil zwątpienia, przez cały ten czas zachowywałem pełną neutralność spojrzenia, wychodząc jednego tylko założenia, że ja tu akurat nie mam jakiejkolwiek wiedzy, a wszystko co wiem, to wyłącznie medialne doniesienia, internetowe plotki, no i opinie znajomych, którzy tak naprawdę wiedzą dokładnie tyle samo co ja, czyli nic. Konsekwentnie wręcz, starając się jakoś przeżyć ten coraz to bardziej okropny czas, ani nie wpadałem w szczególną panikę, ani też nie przeżywałem jakiegoś specjalnego wzmożenia, z tego powodu, że ktoś mi chce odebrać wolność. Trzeba było siedzieć w domu, siedziałem w domu; trzeba było chodzić w maseczce, chodziłem w maseczce; zamknęli mi na pewien czas mój park i kościół, też jakoś ten czas przeżyłem i ani mi do głowy nie przyszło, by czy to wpadać w złość, czy wręcz odwrotnie drżeć z przerażenia. Krótko mówiąc, ani przez chwilę nie zachowywałem się tak jakbym wiedział coś więcej niż my wszyscy.

      I oto w tych dniach usłyszałem dwie niezwykle smutne historie. Pierwsza z nich to ta, że bardzo bliska znajoma pewnego mojego kolegi, 43 lata, dwoje dzieci, bez jakichkolwiek zdrowotnych zmartwień, w poprzednią sobotę poskarżyła mu się, że bierze kaszel, po kilku dniach trafiła do szpitala z objawami koronawirusa i po paru następnych zmarła. Opowiedziałem oczywiście o tym żonie i córce i proszę sobie wyobrazić, że one się wystraszyły, oczywiście głównie ze względu na to co stać się może przede wszystkim mnie. Żona moja w pewnym momencie wpadła w taką panikę, że nagle zaczęła powtarzać, że my wszyscy zachorujemy i umrzemy, i ta myśl ją trzymała tak mocno, że trzeba jej było nalać małego drinka dla oczyszczenia krwi i naprostowania żył.

     Drugą historię opowiedział mi mój, znany nam tu trochę, kolega psychoterapeuta. Otóż pojawił sie ostatnio u niego pewien człowiek z takim oto kłopotem, że on nie wierzy w wirusa, uważa że to co się dzieje to straszna ogólnoświatowa manipulacja, zorganizowana przez Rząd Światowy w celu zniewolenia ludzkości, i to kłamstwo go do tego stopnia wyprowadza z równowagi, że on praktycznie nie jest w stanie funkcjonować. Oczywiście maseczki nie nosi, ani na ulicy, ani w sklepie, ani w pracy, przez co jest narażony zarówno na nieprzyjazne uwagi ze strony zarówno obcych jak i znajomych, a w pracy panuje taka atmosfera, że on się tam czuje jak trędowaty. W dodatku niedawno zaszedł ze swoim małoletnim dzieckiem do sklepu i, o zgrozo, przed wejściem dziecko założyło na twarz maseczkę, bo „pani w szkole mówiła, że trzeba zakładać”. I to wydarzenie być może sprawiło, że on już jest na granicy psychicznej rozsypki, nie jest w stanie się na niczym skupić, rozmawiać z ludźmi o czymkolwiek innym jak o tych czipach, które niedługo nam wszystkim założą, no i oczywiście nie śpi po nocach, bo co zaśnie, to się budzi z wrzaskiem. No i to ostatecznie sprawiło, że się zgłosił po psychoterapeutyczną poradę.

      A ja w tej sytuacji chciałbym zakomunikować, że to o czym opowiedziałem wyżej pozwoliło mi uzyskać pewną bardzo konkretną optykę odnośnie tego co było, jest, i prawdopodobnie jeszcze przez jakiś czas będzie. Otóż wszyscy pewnie znamy stary jak świat argument dotyczący równie starego sporu, czy Bóg istnieje, czy to jest tylko taka bajka wymyślona przez nasze małpy w obawie przed zaćmieniami słońca, trzęsieniami ziemi, a nawet zwykłymi błyskawicami. Wedle owego argumentu, jeśli Boga nie ma, to wszyscy ci, co w Niego nie wierzą nie poniosą najmniejszej szkoda, poza może tym jednym dyskomfortem, że przez całe życie musieli tracić nerwy widząc tych klęczących przez nie wiadomo czym niby normalnych ludzi. Jesli jednak On jest, to może się okazać, że może nie warto było się tak zapędzać. I to nie warto bardzo, a to bardzo. Ci z kolei co wierzą, nigdy ni stracą, a mają szanse nawet coś wygrać. I to też nie byle co.

       Przypomniał mi się ten argument, właśnie dziś, bo czyż sytuacja na covidowej scenie nie jest podobna? Jeśli bowiem ta cała pandemia jest wyłącznie okrutnym oszustwem, co ja tracę, zakładając maseczkę i nie pchając się w miejsca, gdzie kłębią się tłumy? Najwyżej mnie zaczipują, ale co mnie to obchodzi, jeśli tylko nie będzie mnie to bolało i dodatkowo jakoś poważnie się od tego nie pochoruję. Naprawdę, mam wiele innych ważniejszych i w żaden sposób nie związanych z tym co sobie planuje Światowy Rząd, zmartwień i zwykłych zainteresowań. Gdyby jednak miało się okazać, że ten wirus istnieje i w dodatku jest groźny jak cholera, to przepraszam bardzo, ale nie sądzę, by demonstracyjne go lekceważenie mogło mi przynieść jakiekolwiek korzyści. Że wyglądałem jak idiota w tej maseczce, czy przyłbicy? Nie sądzę, że bardziej głupio niż z tymi wszystkim rurkami wetkniętymi w gardło w sali na sto osób.

      Wczoraj, podczas tak zwanych „godzin seniora”, z dumnie trzymaną w dłoni legitymacją emeryta, zaszedłem do „Żabki” po piwo, i kiedy już wychodziłem wszedł do środka taki bardziej ohydny kibic z szalikiem Gieksy na ryju i zażyczył sobie fajki. Sprzedawczyni mu oczywiście powiedziała, żeby przyszedł po 12, na co ten, wciskając mi w ręce pięć dych, zwrócił się do mnie, żebym to ja mu kupił te papierosy. Ponieważ nie miałem rękawiczek – wspominałem już, że staram się nie przesadzać – wysłałem go na drzewo, na co on nazwał mnie „chujem jebanym, w dupę pierdolonym”. Chyba nikt nie myśli, że się przejąłem. Jestem przyzwyczajony. Julki i jej koleżanek ze Strajku Kobiet nawet on nie przebije. 



 

czwartek, 5 listopada 2020

Czy prof. Krzysztof Simon każe nam wypierdalać?

      Na tyle na ile udało mi się zauważyć, wśród wielu ekspertów wynajmowanych przez popularne media do komentowania pandemii, pierwszym gościem zarówno telewizji TVN24, portalu onet.pl, oraz oczywiście „Gazety Wyborczej” jest prof. Krzysztof Simon, „członek Komitetu Immunologii i Etiologii Zakażeń Człowieka Polskiej Akademii Nauk, wiceprzewodniczący Polskiego Towarzystwa Epidemiologów i Lekarzy Chorób Zakaźnych, sekretarz Polskiego Towarzystwa Naukowego AIDS, prezes Polskiego Towarzystwa Epidemiologów i Lekarzy Chorób Zakaźnych, i wreszcie ordynator 1. Oddziału Chorób Zakaźnych w Wojewódzkim Szpitalu Specjalistycznym im. J. Gromkowskiego przy ul. Koszarowej we Wrocławiu oraz konsultant wojewódzkim w dziedzinie chorób zakaźnych”. To co w przypadku owej gwiazdy zwraca szczególną uwagę, to poza nieustannym podróżowaniem między wspomnianymi redakcjami, jego niezwykle silne zaangażowanie nie tylko, a może nawet nie przede wszystkim, w sprawy związane z covidową zarazą, lecz w bieżącą walkę polityczną. Przyznaję, że siłą rzeczy nie miałem zbyt wiele okazji, by śledzić komentarze prof. Simona, to jednak co udało mi się usłyszeć, pozwala uznać, że mimo wszystkich wspomnianych dystynkcji, z niego lekarz jak nie przymierzając z koziej dupy trąba, czy może bardziej konkretnie – jak z niegdysiejszego Jacka Santorskiego psycholog. Krótko mówiąc, Simon to przede wszystkim jeszcze jeden członek któregoś z wielu opozycyjnych ruchów od KOD-u, przez Obywateli RP, na Strajku Kobiet skończywszy. Gdy chodzi natomiast o jego przydatność jako eksperta z zakresu epidemiologii, to proszę sobie wyobrazić, że zaledwie w ciągu 4 dni udzielił on dwóch dłuższych wypowiedzi portalowi onet.pl, które chciałbym zacytować w najbardziej istotnych fragmentach. Otóż najpierw prof. Simon, wypowiadając się na temat ryzyka zakażenia, powiedział co następuje:

Wbrew obiegowym opiniom, o zakażeniu koronawirusem SARS-CoV-2 i przebiegu choroby COVID-19 nie zawsze jednak decyduje wiek. Zdarza się, że nawet dziewięćdziesięciolatkowie nie chorują, mają jedynie lekkie przeziębienie. Natomiast pod respiratory trafiają ludzie młodzi, w wieku zaledwie 30-45 lat, nadwrażliwi na zakażenie”.

      Jasne? Jasne. Dziwimy się? Ależ skąd! Nie trzeba być profesorem nauk medycznych, by to wiedzieć na podstawie prostych obserwacji. To jednak co zrobiło na mnie wrażenie, to wczorajsza wypowiedź Profesora, również na ten sam temat, a więc szans jakie mamy, by się uchronić. Posłuchajmy:

Demonstracje odbywają się na świeżym powietrzu i jakieś ryzyko zakażenia jest, niewielkie. Ktoś powiedział, że to się w takim razie również odnosi do cmentarzy, a tymczasem my jedno krytykujemy, a drugie nie. Ale proszę zwrócić uwagę, że tu jest mowa o innej populacji. Nie do końca można porównać ryzyko zakażenia wirusem SARS-CoV-2 podczas ulicznych manifestacji z tym, jakie istniałoby na cmentarzach. To jest coś innego”.

       Tu na chwilę owemu ciekawemu profesorowi przerwę, by zwrócić uwagę na to, co się stało. Otóż wedle jego naukowej wiedzy, gdy chodzi o podatność na zakażenie wirusem, wiek nie ma nic do rzeczy. Jak zresztą stwierdza on w innym miejscu, to co się przede wszystkim liczy to wielkość wchłoniętej dawki, a ta nie koniecznie wybiera. Jednocześnie jednak, podczas gdy nie liczy się ani szczególnie wiek, ani poziom indywidualnej odporności, to z pewnością znaczenie ma miejsce, w którym się narażamy na atak wirusa: na ulicach podczas demonstracji jest właściwie bezpiecznie, podczas gdy na cmentarzach musimy uważać, zwłaszcza gdy nie jesteśmy młodymi, politycznie zaangażowanymi idiotami, ale starymi pisowcami.

      &*##@%))+?

      I oto teraz pozwolę sobie wrócić do wypowiedzi Profesora, gdzie ten tłumaczy nam logikę swojej wypowiedzi. Otóż tu nawet nie chodzi o miejsce, a może nawet do końca nie o wiek. To czy człowiek jest młody, czy stary też w istocie rzeczy o niczym nie decyduje. Rzecz w odpowiednim połączeniu wieku z intencjami, z jakimi się wystawiamy na koronawirusową agresję. Posłuchajmy raz jeszcze:

Ludzie na ulicach to są młodzi ludzie, którzy nie tolerują tego, co się w tym państwie dzieje. Oni nie walczą z epidemią, oni walczą o wolność. Szczególnie kobiety. Naruszaną przez naszych domorosłych talibów. 70-80 proc. społeczeństwa protestuje przeciwko ciągłym awanturom w tym kraju”.

      Ktoś się zapyta, co mnie w tych dniach wzięło na zajmowanie się jakimiś freakami. Najpierw próbuję tłumaczyć jakimś satanistom, czym jest tak zwana „wolność wyboru”, następnie biorę się za dwóch wariatów, którzy widząc jak dramatycznie mało mają do powiedzenia, uznają, że może im sie uda wejść na scenę demonstrując światu dziurę w swojej dupie, no a dziś zajmuję się tym cudakiem, który z jednej strony, jak się zdaje, świata nie widzi poza zaszczytami, którymi jest regularnie karmiony przez swoich kumpli lekarzy, a z drugiej jest do tego stopnia głupi, że nie jest w stanie zauważyć, że w swojej jakże typowej starczej histerii, wszystkie owe zaszczyty w paru zaledwie zdaniach unieważnia.

       Otóż chodzi o to, że ja naprawdę bardzo źle znoszę ten rodzaj obłędu, i to niezależnie od tego, czy jego ofiarą pada sędzia, lekarz, pisarz, nauczyciel, czy artysta estradowy. Wystarczy mi to, że z jednej strony mamy ową kompromitację, a z drugiej świat, który ma ją przed oczami, a zachowuje się jakby ona była idealnie przezroczysta. Krzysztof Simon jest lekarzem – nie uzdrowicielem, nie czarownikiem, nie znachorem, lecz lekarzem – a więc kimś do kogo przychodzą obcy ludzie z nadzieją, że ten im pomoże w ich pandemicznych zmartwieniach. Przychodzą więc, a tymczasem pierwsze pytanie jakie pada w trakcie wywiadu, to „Co dla pani jest ważniejsze? Wolne sądy, czy prawny zakaz aborcji? Wolne sądy? Brawo! Nie jest pani talibem. Mam dla pani dobrą wiadomość: może pani zdjąć maseczkę”.

       „Co dla pani jest ważniejsze? Wolne sądy, czy prawny zakaz aborcji? Zakaz aborcji? Wypierdalać!”

       A my się dziwimy, że już nawet do Stanów Zjednoczonych dotarło zjawisko masowych fałszerstw wyborczych.  




     

niedziela, 1 listopada 2020

Apokalipsa, czyli wyjeżdżamy na Seszele

 Dziś, na zakończenie tego zabawnego, a jednak jakoś też przerażającego tygodnia, chciałbym przedstawić swój ostatni felieton do „Warszawskiej Gazety”. Mam nadzieję, że da nam on nieco wytchnienia.   

      Kiedy Trybunał Konstytucyjny ogłosił niekonstytucyjność tak zwanego kompromisu aborcyjnego, zjednoczone oddziały George’a Sorosa rzuciły się do ataku na wszystko co im się dotychczas kojarzyło ze znienawidzoną władzą, a więc przede wszystkim na Kościół Powszechny, w drugiej kolejności na Jarosława Kaczyńskiego, a na samym końcu na Polskie Państwo, w tym wypadku reprezentowane przez Polską Policję. A ja w pierwszym naiwnym odruchu pomyślałem sobie, że może to i dobrze, bo skoro pretekstem do owej agresji była obrona niezliczonych ludzkich istnień ludzkich przed okrucieństwem przemysłu aborcyjnego, a więc coś na co wielu z nas – w tym również i ci, którzy PiS-u szczerze nie znoszą – z utęsknieniem czekało, to może wreszcie dojdzie do pewnego uspokojenia politycznych emocji, przynajmniej po stronie tak zwanej prawicy. Niestety, z tego co widzę, na nic tego typu się nie zanosi. Wręcz przeciwnie, widząc że na ulicach i tak kłębią się wielotysięczne tłumy dzieciarni, w sąsiedztwie pojawiły się równie pobudzone i niemal równie liczne grupy protestujące przeciwko maseczkom, zamykaniu siłowni, oraz wmawianiu Polakom, że coś takiego jak pandemia w ogóle istnieje. Oczywiście, niemal w tym samym momencie odezwał się też minister Gowin i wraz ze swoją świtą zakomunikował, że „nie ma zgody na zmuszanie kobiet do heroizmu”.  No i dziś jest tak, że do kompletu brakuje już tylko rolników, którzy zaraz po mszy przyjadą na Nowogrodzką i zaleją Prezesowi całe obejście gnojówką i świńskimi ryjami. A wszystko z myślą, że owe drżące z przerażenia płody mogą poczekać na wymianę rządu

      Myślałem więc przez chwilę, że może tego akurat uda nam się uniknąć i owa szturmująca kościoły patologia, widząc że nie ma już na co liczyć, znudzi się i wróci do domu. A dziś, gdy wszystko zmierza do tego, by wspomniane kościoły zaczęły płonąć tak jak choćby we Francji, a księża byli wyciągani ze swoich domów i kopniakami wyrzucani na ulicę, a ja nie mogę się nadziwić, z jaką cierpliwością policja uważa, by żadnemu z tych gówniarzy nie zrobić krzywdy, myślę sobie, że nadszedł idealny moment, by polski rząd przeprowadził pewien szczególny eksperyment. Otóż ja byłbym za tym, żeby, jeśli sytuacja po wszystkich stronach się nie uspokoi, premier Morawiecki stanął przed kamerami i ogłosił, że w związku z kompletnym brakiem zrozumienia dla jego starań, by ratować Polskę przed zarazą koronawirusa, informuje się że od dziś wszyscy mogą sobie swoje maseczki założyć na czoła, siłownie, sauny, baseny, stadiony zostają otwarte, szkoły uczą w trybie stacjonarnym, wszelkie eventy mogą być organizowane bez przeszkód, rząd wraz z prezydentem udają się na wakacje na Seszele, a Polską od dziś niech się zajmuje Borys Budka z Jarosławem Gowinem i Martą Lempart.

         I to byłby moment, kiedy ja bym wyszedł na balkon i tak tam siedział cały dzień, obserwując reakcję ulicy.



środa, 21 października 2020

Cała Polska składa się na łóżko dla Jerzego Owsiaka

 

     Nie wiem czy ktoś jeszcze pamięta, jak parę lat temu dyrektor, czy może ordynator, pewnego szpitala w Pszczynie zdecydował przesunąć kilka  niewykorzystywanych łóżek z jednego oddziału na drugi, gdzie one były bardzo potrzebne, i w jednej chwili, gdy okazało się, że są to łóżka zakupione z pieniędzy zebranych podczas kolejnej akcji Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy i ostemplowane owsiakowymi serduszkami, pod sam szpital zjechały ciężarówki wysłane przez samego Capo Di Tutti Capi, na które wszystkie te łóżka zostały zapakowane i wywiezione w nieznanym kierunku. Czemu tak? Tłumaczenie było proste. Nie po to Pan Kapo organizuje całą akcję, określa jej cele i swoje w nich zasługi, by ktoś tam później, bez porozumienia z nim, odpowiednie akcenty przesuwał sobie jak chce. Wtedy to też na te kilka dni, zanim temat został starannie zagłuszony przez tematy kolejne, cała Polska dowiedziała się, że to wcale nie jest tak, że Owsiak komukolwiek cokolwiek daje – on zaledwie ów sprzęt leasinguje w ramach prowadzonej przez siebie działalności gospodarczej, gdzie cała akcja wliczana jest do kosztów promocji.

       Przyznam ze smutkiem, że jako osoba boleśnie doświadczona tak bardzo bezczelną obecnością tego człowieka i jego niebywałą wręcz bezkarnością, nie liczyłem na to, że ów gest w postaci owego spektakularnego wywiezienia łóżek ze szpitala w Pszczynie w istotny sposób zmieni atmosferę panującą wokół tego geszeftu. Nie miałem cienia wątpliwości, że wystarczy chwila by odebranie łóżek owemu szpitalowi przestało mieć choćby najmniejsze publiczne znaczenie. Mało tego: ja byłem przekonany, że większość z nas nawet nie zapamięta owej, w pewnym sensie zupełnie kluczowej, informacji, że tu nikt nikomu nic nie daje; że to jest wyłącznie pożyczka, którą prędzej czy później trzeba będzie zwrócić.

       I nie minęło wiele lat, a tu wygląda na to, że tym razem ta bezczelność zostanie wreszcie ukarana, a kto wie, czy nie przyniesie mu tym razem końca owej niebywałej kariery. Oto Jerzy Owsiak, poproszony przez pewien lubelski szpital, by na czas nasilenia tak zwanej pandemii zgodził się przesunąć kilka nieużywanych łóżek na potrzeby osób umierających na COVID19, oświadczył, że mowy nie ma, on swoich łóżek nie odda, ale co więcej, dodał do tego informację, że on w życiu przez swoją działalność nie planował zastępować polskiego państwa, on nigdy nie sugerował, że jego projekt w jakikolwiek sposób usiłuje konkurować z tym co dla polskiej służby zdrowia robi polskie państwo, a zatem on prosi uprzejmie, by owo państwo się odpieprzyło od tego co owsiakowe, a jeśli ma jakieś potrzeby, niech owe potrzeby realizuje na własny rachunek.

       Kiedy doszła do mnie owa informacja, w pierwszej chwili pomyślałem, że to jest kolejny fejk. No bo nie ukrywajmy, Jerzy Owsiak to człowiek – choć jak większość przestępców, odpowiednio cwany – o wyjątkowo ograniczonych możliwościach intelektualnych, niemniej jednak nie na tyle głupi, by któregoś dnia uznać za stosowne zwariować. A tu tymczasem, z niezrozumiałego dla mnie kompletnie powodu, zupełnie jakby nie spostrzegł, że cały świat dostał kompletnego świra na punkcie wspomnianego koronawirusa i na ten czas nikt – choćby amerykański prezydent, czy polski premier – nie jest na tyle mocny, by się owemu szaleństwu postawić, ów Owsiak uznał za stosowne się temu wszystkiemu postawić, zupełnie jak jakiś lokalny działacz Konfederacji, który rzucił się na przechodzącego policjanta i zdarł mu maseczkę z twarzy, wrzeszcząc że maseczki nie chronią. Gdyby ktoś wciąż nie rozumiał o czym mówię, już doprecyzowuję.

      Otóż, jak część z nas z pewnością zauważyła, mamy od pół roku do czynienia z ogólnoświatową histerią, której przyczyny i celu nikt z nas nie zna. Oczywiście, pojawiają się tu i ówdzie akcje typu LGBT, czy Black Lives Matter, jednak nie da się ukryć, że żadna z nich nie jest w stanie konkurować z pandemią. Oczywiście, są wśród nas osoby – przyznaję z bólem serca, że w tym również moi najbliżsi kumple – które są gotowe oddać życie w obronie swojego prawa do bycia wolnym. One jednak, jak sądzę, poruszają się wyłącznie w przestrzeni swoich prywatnych obsesji, z których niewiele wynika. Tu jednak mam do czynienia z naprawdę wyjątkowym projektem, powiedziałbym wręcz że z projektem stanowiącym mit założycielski Trzeciej RP. I doprawdy nie jestem w stanie zrozumieć, jak ktoś kto sam jest wyłącznie wytworem czarnej propagandy i nie ma najmniejszego powodu, by wykonywać jakieś niespodziewane ruchy, postanawia wystąpić przeciwko całemu światu, uwięzionemu w sidłach propagandy, której historia nie znała. Jak to jest możliwe, że człowiek, który, było nie było, na dziesiątki lat zdobył serca większości wielkiego narodu w samym centrum Europy, nie był w stanie zauważyć, że pojawił się przeciwnik, któremu on nie dorasta do pięt? I uznał za konieczne się mu postawić.

        Oczywiście nie będę się tu zakładał, że jak zawsze mam rację, bo jak wiemy niespodzianki czyhają na nas z każdej strony, uważam jednak, że to co odstawił właśnie Jerzy Owsiak, nie dość że go zniszczy biznesowo, to jeszcze, jako osobę w konsekwencji pozbawioną odpowiedniej ochrony, doprowadzi do tego, że on resztę życia spędzi na salach sądowych, a kto wie, czy nie za kratami. Czemu tak? A temu mianowicie, że w tym świecie każda okazja jest wykorzystywana w jednej chwili. Nie oszukujmy się bowiem, Owsiak ani przez chwilę nie działał na pustym polu.

         Na sam koniec chciałbym parę słów poświęcić temu co moim zdaniem zainicjowało ostateczny upadek Jerzego Owsiaka – czyli pandemii. Mam serdecznego kumpla, który mi niedawno zakomunikował, że liczba zakażeń w Polsce, podobnie jak liczba zgonów jest podobna do tego co mieliśmy wiosną. Od tego samego kumpla dowiedziałem się też, że informacje jakoby liczba zakażeń w Niemczech sięgnęła poziomu z wiosny, to fejk. Jego zdaniem jest wręcz odwrotnie: w Niemczech liczba zakażeń osiągnęła właśnie poziom najniższy od miesięcy, a cała reszta to wyłącznie propaganda. Ja oczywiście wiem, o co tu chodzi. W języku angielskim to nosi nazwę „echo chamber”, a zatem jest to coś, czego, kiedy człowiek już zaryzykuje, uniknąć zwyczajnie nie ma sposobu. Stąd też słyszymy to tu czy tam wypowiedzi z których wynika, że ten cały koronawirus to jakiś żart, więc nie ma się co nim przejmować. Powiem szczerze, że w życiu bym się nie spodziewał, że do tego towarzystwa dołączy Jerzy Owsiak. Wygląda jednak na to, że odpowiedni poziom szaleństwa wyznaczył Donald Tusk i oni wszyscy nie znaleźli na to odpowiedzi. I to jest informacja wręcz fantastyczna.

PS. Już po napisaniu tego tekstu dotarła do nas wiadomość, że u Jerzego Owsiaka stwierdzono koronawirusa. Daję słowo, że kiedy myślałem o tym, że jego owa pandemia wykończy, chodziło mi wyłącznie o efekt biznesowy. Skoro jednak czas nas wyprzedza, możemy się już tylko zastanawiać, czy  nie wypadałoby go teraz umieścić w szpitalu w Lublinie.



niedziela, 27 września 2020

O tym jak do angielskiego miasta West Bromwich zawitał Bóg

 

         Jak pewnie część Czytelników tego bloga wie, naszą całą rodzinę łączy jedna wspólna pasja, mianowicie angielska liga piłkarska, ze szczególnym uwzględnieniem drużyny Liverpool FC. Oczywiście, każdy z nas ma różne, często bardzo osobne zainteresowania, przyznać jednak trzeba, że Premier League z Liverpoolem na czele to coś co nas zdecydowanie integruje. Doszło do tego, że wykupując abonament w telewizji nc+, jedynego w Polsce źródła pokazującego angielskie mecze, zmuszeni byliśmy do zapłacenia za najdroższy pakiet, włącznie z całą kupą kanałów, potrzebnych nam mniej więcej tak samo jak to co nadaje telewizja Biełsat.

        O czym to świadczy? O dwóch rzeczach mianowicie. Pierwsza to ta, że my faktycznie jesteśmy kompletnie szaleni płacąc dwie stówy miesięcznie tylko po to, by móc regularnie śledzić to co się dzieje na angielskich boiskach, druga natomiast to owa cena, która musi nas informować o tym, jaki to jest biznes i jaka jest w niego zaangażowana forsa, że my tu nie jesteśmy w stanie uhandlować z nc+ takiej umowy, że oni nam zabiorą wszystko, zostawiając wyłącznie te mecze, tyle że choćby o połowę taniej. Mowy nie ma. Takie rozwiązanie nie istnieje.

       A zatem ciągniemy tak tydzień za tygodniem, miesiąc za miesiącem, rok za rokiem, z przerwą na wakacje, i jedyne co się ostatnio zmieniło to oczywiście atak pandemii, który najpierw wstrzymał wszelkie rozgrywki, a po pewnym czasie, gdy się okazało, że straty są zbyt wielkie, wznowił je, tyle że już bez udziału publiczności. Oglądamy więc te mecze, prowadzone na pustych stadionach i publicznością wyłącznie napędzającą biznesy takie jak Canal+, który jest europejskim właścicielem praw do tych akurat transmisji, a ja pomyślałem sobie, że podzielę się z Czytelnikami pewną moim zdaniem bardzo ciekawą obserwacją.

      Otóż, proszę sobie wyobrazić, że pierwsze mecze rozgrywane bez udziału publiczności wyglądały tak, że otoczeni pustymi trybunami piłkarze jak zawsze wypruwali z siebie żyły, a jedyne odgłosy jakie towarzyszyły owemu wysiłkowi to wrzaski samych piłkarzy oraz obecnych na stadionie ekip. Przyznać muszę, że robiło to wrażenie dość upiorne. Kiedy jednak okazało się, że pandemia jeszcze przez jakiś czas potrwa, organizatorzy owych rozgrywek, z myślą o tych wszystkich którzy płacą za telewizyjne transmisje, uznali że wypada stworzyć im iluzję, że na tych trybunach jednak ktoś jest i wpuścić w eter odgłosy tradycyjnej stadionowej wrzawy. Trwało to przez pewien czas, a kiedy znów okazało się, że gdy chodzi o koniec pandemii, to jeszcze nie nadszedł ten czas, inżynierowie dźwięku stworzyli program, który doprowadził do tego, że od czasu do czasu wśród owej wrzawy można było usłyszeć tradycyjną kibolską pieśń, a po strzeleniu bramki w naszych telewizyjnych głośnikach rozlegał się odpowiedni wrzask. Minęły kolejne tygodnie i jak widzę, dziś jest tak, że odgłos z trybun jest już jak żywy, do tego stopnia, że kiedy zawodnik zostaje sfaulowany rozlegają się gwizdy, a kiedy sędzia wydaje błędną decyzję z głośników leci w naszym kierunku piękne buczenie. Oczywiście, wciąż nie jest jeszcze idealnie, ale kiedy obserwuję dotychczasowy postęp, jestem pewien, że już niedługo nie dość że dostaniemy doskonałą wręcz iluzję dopingujących trybun, ale też autentycznie realistyczny ich widok. W końcu, jaki to jest problem, by w dobie i tak rozwiniętej już bardzo, ale wciąż się coraz bardziej rozwijającej techniki komputerowej, stworzyć nie tylko dźwięk, ale i obraz publiczności? Wówczas już nie będzie naprawdę najmniejszej potrzeby, by kończyć z pandemią i zacząć wpuszczać na trybuny publiczność.

      Ktoś powie, że to nie jest tak do końca. W końcu ludzie płacą za bilety, a niektórzy nawet mają wykupione sezonowe karnety. Spokojna jednak nasza głowa. Jak się dowiaduję, wartość samych zakładów piłkarskich przekracza wielokrotnie wartość całej ligi, a zatem jak się w stosunku do tego mają owe drobne, wydawane przez kibiców na wejście na stadion?

       A zatem perspektywa gdzie kibice staną się zupełnie zbędni jest jak najbardziej realna, nawet po wynalezieniu szczepionki przeciwko COVID-owi. I też zupełnie realna jest nasza obawa, że z czasem nawet najbardziej zagorzali kibice uznają, że znacznie lepiej kibicuje się z domu. Co do piłkarzy, ci nie będą mieli nic do gadania, wystarczy że dalej będą dostawać te swoje setki tysięcy funtów tygodniowo.

        Ktoś powie, że te dzisiejsze refleksje są okropnie smutne, a i to w najlepszym wypadku, bo tak naprawdę, zapowiadając coś co zawstydzi nawet ów słynny Nowy Wspaniały Świat, trzeba by je było nazwać przerażającymi. W tej sytuacji jednak chciałbym opowiedzieć o czymś co mnie w tym wszystkim naprawdę pocieszyło. Otóż trzeba nam wiedzieć, że w bieżącym sezonie do Premier League awansowała drużyna o nazwie West Bromwich Albion. Oglądałem wczoraj ich występ przeciwko utytułowanej Chelsea, swoją drogą, choć pechowo przegrany, to bardzo dzielny, słuchałem wrzasku nieistniejącego tłumu, jego buczenia, jego oklasków, ale też patrzyłem na trybuny, wciąż jeszcze bez choćby i wirtualnej publiczności, za to z krzesełkami przykrytymi wielkimi płachtami z napisami, świadczącymi o tym, że znajdujemy się na stadionie w West Bromwich, a wśród nich naczelne miejsce zajmował wielki napis „THE LORD IS MY SHEPHERD”, co z myślą o nie posiadających języków obcych wyjaśniam, tłumaczy się na polski jako „Pan jest moim Pasterzem”.

      Przyznam że to mną naturalnie wstrząsnęło. Biorąc pod uwagę fakt, że dzisiejszy świat poszedł w tym kierunku, że o żadnym Panu, a w dodatku jeszcze Pasterzu, mowy być nie może, a dodatkowo sami piłkarze, solidarnie przed każdym meczem padając na kolana, bardziej niż na owym Pasterzu, skoncentrowani są na oddawaniu honorów czarnym ofiarom rzekomej brutalności amerykańskiej policji, ów wers o Panu i Jego owcach robi wrażenie piorunujące. Sprawdziłem oczywiście sprawę i oto co się okazuje. Tak jak każda piłkarska drużyna na całym świecie ma swoją kibolską pieśń, którą traktuje jako część tradycji, tak też, jak się okazuje, kibice West Bromwich Albion jeszcze przed laty postanowili śpiewać ów psalm.

        Czy to o czymś świadczy? Nie sądzę. W końcu nawet brytyjska królowa, jako głowa Kościoła, od czasu do czasu czyta Pismo Święte. Co ona z niego wynosi, to zupełnie inna sprawa, jednak faktem jest, że owe brytyjskie zbrodnie były jak najbardziej usprawiedliwiane tym co im się udało znaleźć w Piśmie. Jednak przy tym wszystkim, jeśli kibice drużyny West Bromwich Albion, wspierając swoją ukochaną drużynę, tradycyjnie śpiewają pieśń, której słów nawet nie rozumieją, natomiast my tu w Polsce jak najbardziej, to trzeba powiedzieć, że są rzeczy, których nie zniszczy całe zło tego świata. Pan jest bowiem moim Pasterzem, niczego mi nie braknie, On pozwala mi leżeć na zielonych pastwiskach.

      I z tą informacją pozwalam sobie nas wszystkich zostawić. Posłuchajmy jeszcze tylko kiboli. Ze starych, dobrych, przedcovidowych czasów. 



niedziela, 6 września 2020

Kowid srowid, czyli all lives matter


       Od pewnego, dłuższego już czasu nie mam najmniejszej ochoty podejmować tematu tak zwanej pandemii, choćby z tego względu, że nie mam ochoty wchodzić w złe towarzystwo, a biorąc pod uwagę fakt, że z każdym dniem, gdy o ową pandemię właśnie chodzi, coraz częściej przypomina mi się słynna dylanowska fraza: „For something is happening here and you don’t know what it is, do you Mr. Jones?”, to wydaje mi się, że każde moje słowo na ten temat zasługuje na to, by je w jednej sekundzie unieważnić i zapomnieć. Bo w rzeczy samej, mimo że wielu z nas odczuwa nieopanowaną potrzebę zabierania głosu w tej sprawie, przy czym większość robi to w głębokim przekonaniu, że celność formułowanych spostrzeżeń poraża wszystkich i każdego, nikt z nas na temat tego co się od miesięcy wokół nas dzieje nie ma najmniejszego pojęcia.
      Ale nie tylko przecież nikt z nas. Najprawdopodobniej o tym z jakim projektem mamy do czynienia pojęcia nie ma nikt na całym Bożym świecie, z wyjątkiem... no i tego też nie wiemy, a ów wyjątek musimy uwzględnić z tego prostego względu, że ktoś to wiedzieć z całą pewnością musi. A ja mam tu tylko wiadomość dla tych z nas, którzy zarzucają polskim władzom, że czy to ze zwykłego cynizmu, czy z ordynarnego tchórzostwa, prowadzą nasz naród do zagłady, że ani Minister Zdrowia, ani Premier, ani Prezydent, ani nawet sam Prezes też tego nie wiedzą, tyle że znaleźli się – tak jak my wszyscy – w tej pułapce i póki co – podobnie jak my – nie mają z niej żadnego wyjścia. No może tyle tylko, że tak samo jak my możemy w geście protestu usiłować wejść do sklepu bez maseczki, czy napisać szyderczy komentarz na Facebooku, tak i oni mogą nie założyć maseczki w kinie, czy nawet wyjechać do Hiszpanii na urlop.
      Oglądam w tych dniach w telewizorze US Open i oczywiście uśmiechając się wesoło na wspomnienie groźnych zapowiedzi zarówno kierownictwa Eurosportu, jak i samych zawodników, że z powodu kolejnego morderstwa dokonanego przez białych policjantów na czarnym Bogu ducha winnym obywatelu, jeśli ów turniej się w ogóle odbędzie, to Eurosport go zbojkotuje, patrzę jak tam również pandemia ma się wręcz fantastycznie. Trybuny są puste, wszyscy poza zawodnikami mają usta i nosy zasłonięte maseczkami, a i ci mają obowiązek założyć tę szmatę – plus specjalne okulary! –  kiedy tylko chcą skorzystać z porady lekarza. No i oczywiście tym razem zawodnicy sami muszą sobie chodzić po ręcznik, żeby te dzieci się od nich nie zaraziły, a ja już tylko sobie myślę, że i tak dobrze, że oni nie muszą się też sami uganiać za wyrzucanami poza kort piłkami. Serena Williams wygrywa swój pojedynek z Sloan Stephens – obie oczywiście, jak rozumiem, głęboko wspierające ruch Black Lives Matter – po meczu udziela krótkiego wywiadu, tyle że na korcie jest tylko ona, a pytania dochodzą z głośników. Również w studio Mats Willander i Barbara Schett nie siedzą już na stołeczkach obok siebie, ale rozmawiają za pośrednictwem Internetu. Przypominam – jesteśmy w Nowym Jorku. W USA.
      Przepraszam bardzo, ale czy ja mam może teraz pomyśleć sobie, że oto cały świat zwariował, tylko my tu w Polsce na Twitterze, czy Facebooku, no i oczywiście na ulicach Berlina, zachowaliśmy przytomność umysłu? Otóż prawda jest taka, że dziś już prawdopodobnie każdy – a wśród nich nawet ci, co wciąż nie chodzą do kościoła w obawie przed zakażeniem – wiedzą, że mamy do czynienia z zagadką, której rozwiązać nie jesteśmy w stanie i jedyne co nam pozostaje to albo się mniej lub bardziej irracjonalnie bać, albo się podporządkować i czekać cierpliwie aż zostanie ostatecznie ogłoszony koniec epidemii.
        Na koniec, żebyśmy z tych ponurych refleksji zupełnie nie zwariowali, opowiem świeżo zasłyszaną historię. Otóż jedna z moich uczennic ma sąsiada, człowieka 48-letniego, bez żadnych tak zwanych chorób współistniejących, który kilka miesięcy temu zapadł na owo covidowe zapalenie płuc, trafił do szpitala i dziś, jako jeden z ozdrowieńców, leży w domu kompletnie zdewastowany, z trudem oddycha, nie ma siły ani samodzielnie chodzić, ani się samodzielnie umyć, ani samodzielnie skorzystać z toalety, w dodatku praktycznie stracił wzrok, więc owe siły też by mu się za bardzo nie przydały. Tyle dobrego, że prawdopodobnie przez to, że przed COVID-em był zupełnie zdrowy, przeżył.
      Bo coś tu się dzieje, a pan nie wie, co to jest. Prawda, panie Jones?



czwartek, 20 sierpnia 2020

O ministrze który zaraził nas koronawirusem i zbiegł bez słowa


      Od czasu gdy nasze życie zostało wzbogacone od początku do końca przez coś co otrzymało nazwę COVID-19, moje emocje odnośnie tego czegoś utrzymują się na poziomach możliwe najniższych, w tym sensie, że gdyby nie moja żona, to ja bym, owszem nosił tę maseczkę tam gdzie ona jest wymagana, ewentualnie mył ręce tam gdzie mi każą, poza tym jednak ów COVID nie zajmowałby mojej uwagi bardziej niż choćby walka o władzę w Platformie Obywatelskiej, którą jakoś tam zauważam, niemniej bez szczególnego zainteresowania. A zatem chciałbym dziś zadeklarować, że ów koronawirus interesuje mnie tylko wtedy, gdy już nie mam wyjścia i zainteresować się muszę. Wiem oczywiście że on jest, i to w sposób w jaki nigdy nic dotychczas w naszym świecie się nie objawiło, natomiast przez to, że na temat tego co się parę miesięcy stało, mam wiedzę wyjątkowo marną, a ona z każdym kolejnym dniem staje się coraz marniejsza, ja o owym wirusie i wywołanej przez niego pandemii nie myślę w ogóle, przynajmniej od czasu gdy po raz pierwszy przyszło mi do głowy że on się skończy dokładnie w momencie gdy w Stanach Zjednoczonych zostaną ogłoszone wyniki wyborów prezydenckich.
       A zatem, kiedy już tę część mamy załatwioną, chciałbym odnieść się do dymisji jaką złożył nasz minister zdrowia prof. Szumowski. Otóż gdy chodzi akurat o niego, to obserwując go uważnie od kilku miesięcy, nie mogłem przestać myśleć, że ja na jego miejscu bym już dawno tym wszystkim pieprznął i wrócił do normalnego życia, a skoro on tego nie robi, to musi oznaczać, że to jest osoba o takim formacie, z jakim przez minione trzydzieści lat zwyczajnie nie mieliśmy do czynienia. A zatem też dziś, gdy on został poddany fali aż tak niewyobrażalnego hejtu, również – a kto wie, czy nie przede wszystkim – z prawicowej strony sceny, uważam że powinienem zabrać głos.
       Otóż gdy myślę o ministrze Szumowskim, ale też jednocześnie o Polsce, to nie jestem w stanie zapomnieć o tym, jak owa Polska sobie poradziła z tą tak zwaną pandemią. Gdy patrzę na najbardziej dziś wiarygodny wykres opisujący świat w objęciach wirusa, dowiaduję się, że, gdy chodzi o liczbę zachorowań na liczbę mieszkańców, Polska na świecie znajduje się na 98 miejscu, natomiast w Europie na miejscu 33. Gdy natomiast chodzi o liczbę zgonów na milion mieszkańców, Polska na świecie znajduje się na 76 miejscu, w Europie natomiast zajmuje miejsce 35.
       Co ja z tego wiem? Otóż przede wszystkim to, że Polsce udało się z tej pułapki wywinąć naprawdę zgrabnie. Kto za ów sukces odpowiada? Przede wszystkim oczywiście rząd i minister Szumowski wraz ze swoimi współpracownikami, ale też z całą pewnością i my Polacy, którzy jak zawsze pokazaliśmy, że nas nie za bardzo pociągają różnego rodzaju ekscesy. Ale jest coś jeszcze. Otóż patrząc na ten wynik, wiem też że te wszystkie ataki kierowane od pewnego już czasu w stronę ministra Szumowskiego to wynik czegoś, co ja osobiście mogę nazwać albo zwykłą dywersją, albo czystym zidioceniem. Ponieważ dywersja mnie dziś absolutnie nie interesuję, chciałbym napisać parę słów na temat owego zidiocenia, a zatem przy okazji na temat tak zwanych „prawych”.
      Otóż to co jest z mojego punktu widzenia dziś najbardziej ciekawe, to to, że główny atak na byłego już dziś ministra Szumowskiego idzie ze strony ludzi, którzy na co dzień żyją w głębokim przekonaniu, że ów koronawirus to efekt światowego spisku, którego cel jest nieznany, ale który skutecznie zdołał zaangażować w sprawę niemal wszystkie kraje na świecie. Są to ludzie, którzy będąc głęboko przekonani co do tego, że żadnego wirusa nie ma, cały ten cyrk z maseczkami i zamykaniem parków to wymysł światowej masonerii, mają jednocześnie pretensje do polskiego rządu, że on, zamiast z honorem się temu złu postawić, jak choćby Szwedzi, którzy lekką ręką poddali swoistej eutanazji parę tysięcy pacjentów swoich domów szczęśliwej starości, przez tyle miesięcy coś nieustannie kręcił i w tym krętactwie oszukiwał Polaków.
      Przepraszam bardzo, ale jeśli uznamy że faktycznie ów cały COVID to wymysł Chińczyków w porozumieniu z Rządem światowym, to jakie ja mam kierować pretensje pod adresem ministra Szumowskiego oraz polskiego rządu? Jakie oni mieli szanse w tym starciu, jeśli pominiemy dbałość o to, by w owej przedziwnej tabeli zająć miejsce jak najlepsze? A tu, jak już wykazałem, Polska dała radę.
      Mimo to, od paru dni nie słyszymy nic innego jak tylko zarzuty, że minister Szumowski nie dość że bez słowa porzucił pracę i wrócił do domu, to jeszcze nie wytłumaczył się z tego co wcześniej spieprzył. Otóż moim zdaniem on nie spieprzył absolutnie nic. On – podobnie zresztą jak i cały rząd – w tym czymś co ja mam ochotę nazwać napadem Marsjan, odnalazł się wręcz idealnie i to dzięki niemu właśnie możemy patrzeć z nadzieją w przyszłość. A jeśli ktoś mi w tym momencie wspomni o jakimś handlarzu bronią i lewych maseczkach, to ja go już odstawiam z zimną pogardą.


         


sobota, 25 lipca 2020

Co prawicowy dziennikarz Feusette widzi w lewicowych mediach?


       Co ja sądzę o prawicowym dziennikarzu Krzysztofie Feusette, stali czytelnicy tego bloga wiedzą doskonale, bo choć wprawdzie od paru lat jego nazwisko się tu nie pojawia, to kiedyś owszem zdarzało mu się tu być jakoś tam wyróżnianym. Jeśli jednak ktoś by potrzebował przypomnienia, to wystarczy że opowiem pewną historię z moich lat szkolnych. Otóż kiedy chodziłem do liceum, przez jakiś czas pracował tam mój starszy brat i akurat zdarzyło mu się być na akademii zamykającej moją czteroletnią naukę. Kiedy doszło do ostatecznego rozdania świadectw, z niezrozumiałego dla mnie do dziś powodu, otrzymałem rzęsiste, bodajże najbardziej gorące brawa. Brat mój zaciekawiony ową reakcją zapytał któregoś z moich kolegów, skąd takie uznanie, ten mu odpowiedział, że ja zawsze byłem „bardzo śmieszny”. Ja akurat tego komplementu nie rozumiem, bo z tego co pamiętam, nauka w liceum była dla mnie pasmem nieustannych porażek i przebywając w ciągłym stresie, ja zwyczajnie nie miałem czasu, by być śmieszny. Mój brat natomiast w to uwierzył i ogromnie się przejął. Powiedział mi, że to jest straszne, że jedyne co moi koledzy o mnie mogą powiedzieć, to to, że ja jestem „śmieszny”. Gdybym ja się okazał mądry, sprytny, silny, czy choćby nadzwyczaj miły i uczynny, to on by mógł być ze mnie dumny. Ale śmieszny? To jest prawdziwy dramat.
      Pamiętam to zdarzenie do dziś, nawet może nie ze względu na ów dość mało sympatyczny epitet, ale ze względu na te brawa, których się nawet nie mogłem spodziewać, a które mogę porównać tylko do tego, jak przez swoich kolegów z drużyny został kilka dni temu podczas dekoracji podjęty Jordan Henderson. Ale też przypomina mi się owo „śmieszny”, kiedy słucham lub czytam Krzysztofa Feusette. Otóż, gdyby ktoś nie wiedział, to jest ktoś komu ci co go zatrudniają i mu płacą powiedzieli: „Słuchaj no Fezet. Z ciebie, jak widzimy, jest taki bardziej śmieszek, więc będziemy cię tu trzymać pod warunkiem, że będziesz ludzi nieustannie zabawiał. Żadnych poważnych wystąpień, żadnych głębokich refleksji. Z ciebie solidny pajac, więc masz robić kabaret”. No i rzeczywiście, od samego niemal początku swojej kariery Feusette odstawia nieustanny kabaret i to bez względu na okoliczności. Feusette to człowiek, który nawet gdyby miał skomentować coś bardzo smutnego, zawsze znajdzie sposób, żeby wymyślić jakiś kawał. O tym jaki to jest rodzaj kabaretu, może świadczyć jego wczorajsze wystąpienie, kiedy to w programie „W tyle wizji” współprowadzący redaktor, komentując jakieś paskudne niemieckie występki, powiedział, że on by był za tym, by Niemców jednak z Polski nie wyganiać, ale wręcz przeciwnie, żeby ich jak najwięcej tu przyjeżdżało i tu też otrzymywało odpowiednią wiedzę na temat naszej wspólnej historii, na co Feusette oczywiście odpowiedział, że niech przyjeżdżają i zbierają szparagi. Jak śpiewał mistrz Młynarski: „Taki żart miał być, no”.
        Ale proszę sobie wyobrazić, że w tym samym wydaniu audycji, realizatorzy połączyli się za pomoca Skype’a z jakąś mieszkającą w Brazylii Polką i Feusette z miejsca spytał ją, czy to prawda, że w Brazylii, z powodu koronawirusa, ludzie masowo umierają na ulicach, na co owa kobieta odpowiedziała, że to jest nieprawda, rozpowszechniana przez wrogie prezydentowi Bolsonaro lewicowe media. Że w Brazylii toczy się wielka polityczna wojna między prawicowym prezydentem, a oskarżającym go wręcz o faszyzm lewactwem, i ono w tej wojnie nie zawaha się by jako argumentu użyć nawet takiego globalnego nieszczęścia jak koronawirus. I w tym momencie, proszę sobie wyobrazić – jak mi się zdaje, po raz pierwszy w swojej dziennikarskiej karierze – Feusette wyszedł z roli klasowego śmieszka i zamiast opowiedzieć jakiś kawał o zaśmieconych ulicach na przykład, z bardzo poważną miną powiedział: „Przykro mi, ale pani się myli”, a następnie zaczął nam wyjaśniać, jaki to idiota z tego Bolsonaro, bo pewnego dnia, gdy sam zachorował na koronawirusa poinformował o tym ściągnąwszy wcześniej maseczkę. Co jeszcze? Koniec. Tylko to. Nie przeszkodziło to jednak Feusette’owi, by go nazwać „głupkiem”.
      Tłumaczy nam więc owa kobieta, swoją drogą bardzo niezgrabnie ze względu na to, że nie umie zbyt dobrze mówić po polsku, a i połączenie internetowe wciąż się zrywa, że w Brazylii żyje 220 milionów ludzi („Z czego 2 miliony już zakażonych”, z satysfakcją dogaduje Feusette), z czego zmarło 75 tysięcy („85 tysięcy”, cieszy się Feusette), w końcu stwierdza, że w porównaniu z Europą, to jest raczej średnia, a Feusette wciąż się trzyma swojego idiotyzmu i mówi, że Bolsonaro to jednak głupek, który doprowadził do prawdziwej tragedii. W tym momencie rozmówczyni Feusette’a próbuje po raz, jak się okazuje ostatni, wyjaśnić mu, że to co tam się dzieje to wyłącznie brutalna polityczna walka i opowiada, jak to na początku pandemii Bolsonaro chciał, by wszystkie brazylijskie stany w tym samym czasie ogłosiły lockdown, jednak Sąd Najwyższy, politycznie wrogi obecnemu prezydentowi, wydał decyzję, że każdy może robić co chce, no i na to wreszcie Feusette pozwala sobie na pierwszy żart. „W tym prezydent oczywiście”. I chwilę potem pani z Brazylii zostaje wyłączona.
       Otóż są dwie rzeczy. Pierwsza to ta, że oczywiście Feusette ani nie ma pojęcia o sytuacji w Brazylli, ani nawet nie ma ochoty uwag na ten temat w skupieniu wysłuchać. Z tego co mówi owa pani, ale też z naszego własnego doświadczenia, możemy wnioskować, że prawdopodobnie rzeczywiście tak wysoka liczba zakażeń wystąpiła ze względu na decyzję wrogiego prezydentowi Sądu Najwyższego. Ale ma też ona bezwzględną rację – podczas gdy Feusette zdecydowanie nie –  gdy mówi, że jeśli chodzi o liczbę zgonów, Brazylia, jako kraj niemal 220 milionowy znajduje się na poziomie średniej europejskiej. I to można bardzo łatwo sprawdzić. Otóż gdy chodzi o liczbę zgonów na milion mieszkańców, Brazylię wyprzedzają takie kraje jak Belgia, Wielka Brytania, Hiszpania, Włochy, Szwecja, Francja, a Holandia i Irlandia są tuż obok. Natomiast gdy weźmiemy pod uwagę fakt, że w liczbie zarażonych sytuacja w Brazylii rzeczywiście jest o wiele gorsza, to można też przyjąć, że oni naprawdę potrafią ludzi ratować, a to jednak jest coś.
        Do czego zmierzam? Otóż niedawno pan Piotr Bachurski poprosił mnie bym dla jednego z jego magazynów przetłumaczył rozmowę, jakiej były ambasador Polski w Brazylii przeprowadził z obecnym ambasadorem Brazylii w Polsce. Rozmowa trwa 47 minut i powiem szczerze, że nigdy nie zdarzyło mi się usłyszeć tylu dobrych słów na temat Polski, Polaków i naszego obecnego rządu. Pan Hadil Fontes da Rocha Vianna, bo tak brzmi nazwisko Ambasadora, nie traci niemal jednej chwili, by nie wspomnieć, jak bardzo on liczy na to, że nasz wspólny polityczny los doprowadzi do zintensyfikowania współpracy do poziomu, jakiego między naszymi krajami jeszcze nie było. I przez całą długość tej rozmowy wraca do problemu tej cholernej pandemii oraz nadziei na to, że zostanie ona wreszcie pokonana i prezydent Bolsonaro będzie mógł odbyć wizytę w Warszawie, pierwszą od wielu, wielu lat na tak wysokim szczeblu, która w kwietniu tego roku była już dopięta na ostatni guzik i została w tak brutalny sposób odwołana.
        I oto w tym momencie wchodzi na scenę Krzysztof Feusette, dziennikarz prawicowy jak jasny koronawirus, i nie dość że nazywa prezydenta Bolsonaro głupkiem, to jeszcze podpiera się w tym zwykłym, bezczelnym kłamstwem, które oczywiście zaczerpnął z lewicowych mediów. Przeżywam wciąż tę rozmowę, żal mi jak cholera tej biednej brazylijskiej Polki, i zastanawiam się, czemu Feusette zrobił jej to co zrobił. Czyżby próbował wyrwać jakąś Brazylijkę, ona go spławiła i on uznał że Brazylia to dzicz? Ale jednocześnie myślę sobie, że ja na jej miejscu, zapytałbym się Feusette’a, jak on sądzi, dlaczego jego zdaniem,  w największych dziś koronawirusowach tarapatach są Stany Zjednoczone; czy to może dlatego, że prezydent Trump to głupek? No a potem bym już tylko patrzył jak ten bałwan zaczyna ze strachu robić pod siebie.



Czy Donald Tusk wierzy w Boga?

        Gdy chodzi o kardynała Rysia, czy wielu innych księży, biskupów, arcybiskupów i kardynałów, to często bywa tak, że czuję rozczarowan...