Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Aleksander Majewski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Aleksander Majewski. Pokaż wszystkie posty

sobota, 20 grudnia 2014

O siekierce, kijku i źle założonych kapciach

O przypadku Zuzanny M., która namówiła swojego kolegę Kamila N., by wspólnie z nią zamordował swoich rodziców, pisałem tu parokrotnie, i przyznaję, że przede wszystkim w nadziei, że mój przekaz dotrze wreszcie do zgnuśniałych umysłów dziennikarzy tak zwanych „prawicowych”, i że i oni zechcą zwrócić publiczną uwagę na fakt, że zabójstwo w wiosce Rakowiska to nie jest zbrodnia jak inne, ale dzieło Szatana wręcz sygnowane jego imieniem. Udało się. W dniu w którym administracja Salonu24 zdecydowała się moją notkę wypromować na czołówce głównej strony portalu, odpowiedni przekaz wreszcie dotarł do prawicowego mainstreamu i dziennikarz Aleksander Majewski z portalu wpolityce.pl napisał tekst, w którym – przyznać trzeba, że z odpowiednią ostrożnością – zwrócił uwagę na ściśle satanistyczny charakter tej zbrodni, a już w dniu kolejnym ten sam portal wydelegował do sprawy samego Piotra Zarembę, który już z całą mocą swojego autorytetu powtórzył uwagi Majewskiego, tyle że uzupełnione o moją już tezę o tym, że za tą zbrodnią stał „kult śmierci”. A więc – powtórzę to z miłą chęcią – sukces.
Jest jednak pewien problem, o którym muszę tu wspomnieć, bo uważam go za w pewnym sensie nawet wykraczający poza powagę owego nieszczęścia z Rakowisk. Otóż oba te teksty, i co dla mnie osobiście zaskakujące, w takim stopniu, że naprawdę trudno jest zdecydować, który bardziej, gdy chodzi czystą sprawność dziennikarską, stanowią przykład najgorszego zawodowego upadku. Ja rozumiem tego Majewskiego. Wystarczy spojrzeć na ilustrujące jego tekst zdjęcie, by wiedzieć, że mamy do czynienia z jakimś dzieckiem, które ledwo co zostało przyjęte do tej paczki i podskakuje na tyle na ile go stać. Zaremba jednak, co by nie mówić, to jakaś tam marka, więc wydawałoby się, że można się było po nim spodziewać czegoś więcej. Nic z tego. To jest poziom absolutnie równy i w dodatku już na pierwszy rzut oka gwarantujący, że tu się już nic nigdy nie zmieni. Siedzi czy to ten Majewski, czy Zaremba, przy tym swoim smutnym laptopie, drapie się w ten pusty łeb, i pisze (nic nie zmieniałem):
O zbrodni poinformował mnie znajomy b. policjant z Białej Podlaskiej, z którym współpracujemy przy pewnej sprawie. Poruszony glina powiedział mi z trudem przez telefon, że Jerzy Niedźwiedź, jego wieloletni kolega został zamordowany przez swojego syna. Wspólnie zwalczali przestępczość przygraniczną w latach 90., mój znajomy zawsze wspominał Niedźwiedzia jako zaangażowaną w swoją pracę funkcjonariusza Straży Granicznej, który z czasem doczekał się awansu i rozwoju kariery.
Takie są skutki bezstresowego wychowania dzieci — powiedział bez ogródek mój rozmówca.
Niedźwiedź pracował w Warszawie, aby zapewnić swoim najbliższym godne warunki życia. Tylko raz w tygodniu mógł przyjeżdżać do domu – tym razem spotkała go okrutna śmierć. To, co nie udało się tutejszym oprychom i rosyjskim rekieterom, zrobił jego własny syn…
Tylko czy ktoś z gadających głów upomni się o surowy wyrok dla sprawców? Czy którykolwiek z psychologów zwróci uwagę na radykalnie antyreligijny światopogląd dziewczyny? Można w to wątpić. Znów serwuje nam się mowę trawę o braku zrozumienia młodzieży ze strony rodziców.
W końcu w przypadku Katarzyny Waśniewskiej również pojawiały się głosy, że biedna dziewczyna została zaszczuta. I również, gdzieś w tle miały miejsce ważne wydarzenia polityczne, które nie były na rękę władzy. Grunt, to temat”.
Przepraszam bardzo, ale to ma być dziennikarstwo? Czy dziennikarstwem ma być może tekst Zaremby, w którym on z kolei uznaje za stosowne formułować tego typu zdania:
Owszem, jeśli już z czymś można wiązać takie przypadki, to nie z biurokratycznym niedomaganiem tej czy innej, wątłej i niedopłaconej instytucji, a z klimatem epoki – młodzi fascynowali się śmiercią, także, jak słusznie zauważył Aleksander Majewski, antyreligijnymi majakami. Ale to już by wymagało całkiem innej debaty. O mediach, o naturze popkultury, o ewentualności jakiejś ograniczonej obyczajowej i estetycznej cenzury.
Nie żebym sam był zdecydowanie za cenzurą, nie mam tu gotowej recepty. Ale to się już przynajmniej jakoś wiąże z podobnymi zdarzeniami. Na pewno bardziej niż brak czujności pani wychowawczyni, na co dzień pouczanej przez te same przemądrzałe media żeby pilnowała swego nosa, bo naruszy cudzą wolność.
I proszę mnie źle nie zrozumieć. Tu wcale nie chodzi o to, że Zaremba pisze tekst w całości zainspirowany tym, co ja pisałem jeszcze wtedy, gdy mu nawet w głowie nie zaszumiało, żeby zwlec się z wyra i choćby założyć kapcie. Publikowałem te swoje refleksje wiedząc świetnie, jak oni pracują, i właśnie po to, żeby on i jego kumple choćby w ten sposób zrozumieli, co się dzieje. Ja też nie mam do niego pretensji o tę bezczelność, z jaką on udaje, że to nie u mnie przeczytał o tej śmierci, ale u Majewskiego. Naprawdę nie spodziewałbym się po nich niczego więcej. To co mnie natomiast dręczy, to to, że nawet w sytuacji, kiedy im się wszystko wykłada jak na patelni i jak dzieciom tłumaczy, w czym rzecz, raz że oni z tego wszystkiego rozumieją zaledwie jakiś drobny ułamek, a dwa, że nawet tego ułamka nie potrafią porządnie zrelacjonować. I to są właśnie ludzie, którym przypadło w udziale tworzyć media z myślą o prawicowej opinii publicznej!
Podczas pobytu na targach książki we Wrocławiu kupiłem sobie bardzo sympatyczny album dokumentujący dwa koncerty Rolling Stonesów w Warszawie w roku 1968. Album ten to głównie zdjęcia, ale też wspomnienia osób, które i na tych koncertach były, ale też, jak się możemy domyślać, z polecenia służb wokół wydarzenia się kręciły. A więc jest i Wojciech Mann i Maria Szabłowska i Marek Karewicz i Krzysztof Szewczyk i Bogdan Olewicz i cała kupa mniej lub bardziej rozpoznawalnych dziś nazwisk. Ale poza tymi wspomnieniami, autorzy albumu postanowili przypomnieć, jak owe wydarzenie relacjonowała ówczesna prasa. A zatem mamy teksty Krzysztofa Teodora Toeplitza, Romana Waschki, Andrzeja Wróblewskiego, Lucjana Kydryńskiego, a nawet jakiejś Teresy Grabowskiej z „Trybuny Ludu”. Tak jak zawsze przy tego typu okazjach niezręcznie bardzo jest mi to mówić, ale pod względem dziennikarskim każdy z nich – powtarzam, każdy – w porównaniu choćby z Piotrem Zarembą, to autentyczny kosmos. Czytam tekst Toeplitza, oczywiście pisany na zamówienie Partii, a więc od początku do końca Rolling Stonesów nie dość że wyszydzający, to traktujący jak jakieś przybłędy, które tu, do socjalistycznej Polski, zawitały nie wiadomo skąd, ale jak ten tekst jest napisany! Tam nie ma jednego zdania, nawet jednego słowa, które byłoby zbędne, nieprzemyślane, czy zwyczajnie słabe. Czytam ten tekst, napisany przez komunistycznego aparatczyka zgodnie z prostą instrukcją: „Wy towarzyszu wiecie, o co nam chodzi i wiecie, jak to zrobić, więc róbcie”, a ja to czytam i nie mogę się od tego oderwać. Mój Boże! Jak ten Toeplitz pisał!
Pamiętam dobrze może nie lata 60., ale z pewnością już 70, i późniejsze i pamiętam też Toeplitza. Pamiętam też, jak za każdym razem, kiedy czytałem to co on pisał, skręcałem się z tej pięknej, niepowtarzalnej nienawiści i wiedziałem, że on już zostanie z nami na zawsze. On, Urban, Górnicki, Passent i cała ta banda ruskich alfonsów. No i okazało się, że się myliłem. Oni odeszli, a zamiast nich pojawili się Zaremba i Adamski.
Jakaż to złośliwość historii!

Przypominam tym, co może wciąż nie wiedzą, że wszystkie moje książki są do kupienia w księgarni na stronie www.coryllus.pl. Idą Święta, może ktoś jeszcze zdąży.

czwartek, 17 kwietnia 2014

Ze śmiercią mu do twarzy

Powiem szczerze, że gdyby ktoś mnie spytał, dlaczego wśród tych paru miejsc, które codziennie odwiedzam podczas moich wędrówek po Internecie jest też portal wpolityce.pl, nie wiedziałbym, co odpowiedzieć. Z całą pewnością nie chodzi o to, że ja tam znajduję jakiekolwiek informacje, choćby z tego względu, że tam informacji nie ma żadnych. To jest projekt wyłącznie propagandowy, nawet w porównaniu do internetowych stron „Gazety Wyborczej”, „Polityki”, czy „Newsweeka”. Tamci przynajmniej próbują udawać, że informują, a ja i tak przecież w tamtą stronę nawet okiem nie mrugnę; wpolityce.pl wykazuje tu całkowitą niechęć do jakiegokolwiek kompromisu. Oni wyłącznie judzą i to w najgorszym bolszewickim stylu.
A może chodzi o to, że owo szczucie jest jakoś zabawne, albo przedstawione w sposób po prostu interesujący? Też nie. Tam się najczęściej spotykamy z taką nędzą, że jeśli już zupełnie wyjątkowo zdarzy się nam znaleźć coś wartego uwagi, to jest to jakiś przedruk z blogów, a przez to, że oni czują szczególna miętę do tego co na blogach jest najgorsze, to jeśli się to w ogóle da czytać, to nie częściej niż raz na ruski rok.
A więc daję słowo, że nie wiem, czemu tam niekiedy zaglądam. Gdybym jednak musiał już tu dać jakąś odpowiedź, to podejrzewam, że ponieważ wpolityce.pl stanowi swego rodzaju przedłużenie tygodnika „W Sieci”, to dla mnie część środowiska, które, po tym jak już Prawo i Sprawiedliwość przejmie w Polsce władzę, będzie, jak podejrzewam, stanowiło medialny mainstream, a zatem ja studiuję ich z taką uwagą po to, bym się w przyszłości nie dał zbyt boleśnie zaskoczyć.
I oto, proszę sobie wyobrazić, zajrzałem dziś w pewnej chwili na stronę wpolityce.pl i znalazłem tam informację. Prawdziwą, pozbawioną – nawet nie politycznego, ale jakiegokolwiek choćby – komentarza informację. Proszę, oto interesujący nas fragment słowo w słowo:
Znany portorykański śpiewak, gitarzysta i kompozytor, Jose Feliciano nie żyje. Jak poinformowała policja i lokalne media, w czwartek w wypadku samochodowym [tak jest w oryginale]. Muzyk miał 78 lat. Pozostawił żonę i czterech synów.
Według informacji podanych przez policję i prasę do wypadku doszło przed świtem w czwartek. Samochód, którym Feliciano jechał sam, uderzył w słup wysokiego napięcia.
Jose Feliciano urodził się w 1945 roku. Ociemniały od urodzenia, już od najmłodszych lat grał i śpiewał w klubach Harlemu i Greenwich Village. Jego właściwa kariera rozpoczęła się występem na Newport Folk Festival w 1964 r. Tam został po raz pierwszy zauważony przez szeroką publiczność, krytyków i wydawnictwa płytowe. Jego bogaty repertuar tworzyły piosenki…”, i tak dalej już do końca.
Załóżmy teraz, że nikt z nas nie wie, kto to taki Jose Feliciano i zapoznajemy się z gołą informacją redakcji wpolityce.pl. Czego się z niej dowiadujemy? Tego mianowicie, że oto w wypadku samochodowym zginął słynny piosenkarz i gitarzysta nazwiskiem Jose Feliciano, który prowadził samochód, walnął nim w słup energetyczny i zginął. Chwilę później jednak wyraźnie czytamy, że Feliciano był niewidomy od urodzenia, a zatem musimy w tym momencie poczuć pewien niepokój. Co to za cholera? Niewidomy gitarzysta prowadził samochód, i to zupełnie sam, a nie pod czyjąś opieką, jak to mieliśmy okazję oglądać w filmie „Zapach kobiety”? Przecież to jest dopiero informacja, a nie to, że on zginął. Dalej jednak już o tym ani słowa, tylko normalnie życiorys artysty i jego osiągnięcia. Czemu wsiadł do tego samochodu? Po co w ogóle nim ruszył? Czy on tam naprawdę był sam? Czy może to jednak nie on prowadził, tylko do podstawowej informacji wkradł się paskudny błąd?
Ponieważ bardzo mnie te pytania nurtowały, wpisałem sobie tego Feliciano w googlu i okazało się, że owszem, zginął w wypadku samochodowym portorykański artysta nazwiskiem Jose Feliciano, tyle że to był inny Feliciano. W ten słup wjechał jakiś Jose Feliciano, który podobno w tym Portoryko był bardzo znany, natomiast myśmy o nim nawet nie słyszeli. No i on rzeczywiście jechał sam, tyle że od Feliciano, o którym informował portal wpolityce.pl, różnił się też tym, że nie był niewidomy.
Kiedy piszę ten tekst, na stronie wpolityce.pl jest już informacja właściwa i odpowiednio poprawiona. Nie ma już ani śladu po opisywanym przez mnie nieporozumieniu, ani też jakiegokolwiek wyjaśnienia, i powiem uczciwie, że ja bym pewnie się tą sprawą w ogóle nie zainteresował – w końcu pomyłki się zdarzają, zwłaszcza gdy umiera Jose Feliciano, znany śpiewak i gitarzysta i okazuje się, że było dwóch śpiewaków i gitarzystów o tym samym imieniu i nazwisku – gdyby nie to, że tu w ogóle nie chodzi o zwykłą pomyłkę. Spróbujmy sobie bowiem wyobrazić, w jaki sposób powstała opisywana przeze mnie wiadomość. Oto redakcja wpolityce.pl dowiaduje się, że zginął Jose Feliciano, a stało się tak, że jechał on samochodem i wjechał w betonowy słup. Ponieważ tutejsi redaktorzy znają się jednak na muzyce i wiedzą, kto to taki ten Feliciano, do tej informacji dokładają znaleziony w Sieci życiorys, włącznie z informacją w pewnym sensie podstawową, że Feliciano był niewidomy, i nawet przez chwilę nie zastanawia ich to, jak on mógł jechać tym samochodem sam? Czy nawet przez chwilę im nie przyjdzie do głowy, że tu jest coś nie tak i że tak jak oni o tej śmierci poinformowali, owa informacja jest pozbawiona jakiegokolwiek sensu? I o czym, przepraszam bardzo, może to świadczyć?
Jeszcze raz. Jedzie niewidomy Jose Feliciano nad ranem, samiusieńki swoim samochodem, wpada na słup, ginie na miejscu, a redakcja wpolityce.pl opowiada nam, z czego ten niewidomy Feliciano był znany i dlaczego jego śmierć to tak wielka strata. A my się zastanawiamy, co to za ludzie zostają dziś dziennikarzami? Czy to znaczy, że już nie tylko mamy kłopot z czytaniem bez zrozumienia, ale nawet też bez choćby podstawowego zrozumienia pisaniem? Oni gadają i nie wiedzą co gadają?
Pod tekstem, który mnie tak poruszył znajduje się, owszem, podpis. Jest to jakiś A.M. połączony z PAP. A zatem domyślam się, że ów A.M. przeczytał podaną przez PAP informację, że w wypadku zginął znany portorykański śpiewak „mistrz salsy i bolera”, tyle że jego mózg zatrzymał się już tylko na samym nazwisku i słowie „śmierć”, a my dostaliśmy to cośmy dostali. No ale, jak mówię, to jest tylko połowa tej historii. Dalej już bowiem pojawia się znany nam wszystkim niewidomy Feliciano kierujący tym samochodem niczym Al Pacino w filmie o zapachu kobiety, a A.M. nawet nie drgnie powieka. W końcu chyba PAP wyraźnie napisał, że zginął Feliciano i że kierował tym samochodem, tak, czy nie?
Będę już kończyć ten smutny w sumie bardzo, bo poświęcony pozycji, jaką dziś zajmuje polskie dziennikarstwo, tekst, i myślę sobie, że chyba jednak powinienem przynajmniej spróbować dojść do tego, kto to taki stoi za inicjałami A.M. Otóż przeglądam skład redakcji portalu wpolityce.pl i tam jest tylko jedna osoba mogąca się podpisywać w ten sposób. Jest to zastępca redaktor naczelnej stowarzyszonego portalu o nazwie wsumie.pl, Doroty Łosiewicz, Aleksander Majewski. Ups!
Zobaczmy więc teraz wszyscy, kto to taki ten Majewski, bo ja już wiem. To jest bloger. Prawdziwy bloger Salonu24, o którym nawet kiedyś miałem przykrość pisać przy okazji tak zwanej „sprawy małej Madzi”, kiedy ów wybitny reporter na swoim blogu na bieżąco relacjonował postępy w śledztwie dotyczącym rzekomego porwania tego dziecka, i jeśli idzie o Salon24, robił tam za pierwszego w sprawie eksperta. A ja na niego zwróciłem uwagę, kiedy pojawiły się pierwsze informacje o tym, że Madzia nie została porwana, ale być może (podkreślam: być może!) zamordowana przez swoją mamę. To były dopiero pierwsze plotki, ciała tego dziecka oczywiście wciąż jeszcze nie znaleziono, wszyscyśmy mocno liczyli na to, że ono jednak jakimś cudem jeszcze żyje, gdy tymczasem ów Majewski powiesił na swoim blogu następujący tekst:
Matka najbardziej poszukiwanego dziecka w Polsce przyznała, że nie doszło do żadnego porwania. Dziecko nie żyje. Katarzyna Waśniewska twierdzi, że Magda wypadła jej z rąk i uderzyła o próg. Tym samym przyznała się do nieumyślnego spowodowania śmierci dziewczynki. Jej mąż najprawdopodobniej nie wiedział o wypadku.
Detektyw Krzysztof Rutkowski przyznał w rozmowie z TVP Info, że miejsce, gdzie znajdowały się zwłoki dziecka wskazała matka. Ciało pozostawiono pod drzewem przy rzece Czarnej Przemszy, niedaleko od budynków Huty Buczek.
O wypadku nie wiedzieli również dziadkowie dziewczynki. Wcześniej Katarzyna Waśniewska odmówiła badania wariografem, tłumacząc się złym stanem psychicznym. Do badania przystąpił natomiast jej mąż. Wynik był pozytywny.
Sprawą przez tydzień zajmowała się katowicka policja”.
A więc wiemy już, z kim mamy do czynienia. Ten Majewski to dziennikarz z krwi i kości, taki prawie drugi Gadowski, dla którego świat ma zapach krwi. Jestem pewien, że kiedy już wygramy te wybory, na niego czeka naprawdę wielka kariera. Bo takie pistolety przydadzą się każdej władzy.

To już chyba ostatnia moja notka przed Świętami. Serdecznie więc wszystkich pozdrawiam w te niezwykłe dni, a tym, którzy tę Święta widzą podobnie do mnie, życzę, by Jezus Zmartwychwstały rozświetlał ich ścieżki przez wszystkie kolejne dni tego roku, no i do zobaczenia we wtorek. Przy okazji serdecznie dziękuję wszystkim, którzy tak bardzo o nas w tych dniach pamiętali i tak nam w tych biednych dniach pomogli. Bez Was, co powtarzam po raz nie wiem który, nas nie ma.

piątek, 3 lutego 2012

Katolicy napadają

Myślę, że każdy kto uczył się języka angielskiego na poziomie wyższym niż podstawowy, wie, co to są tak zwane przedimki, i jakie one potrafią sprawiać kłopoty. Lubię przedimki. Trochę dlatego, że jest to jedna z ostatnich już rzeczy – jak idzie o gramatykę języka angielskiego – którą traktuję jako wyzwanie, ale też przez to, że one same w sobie są czymś tak niezwykle egzotycznym, że aż fascynującym. Jest dużo bardzo przyjemnych ćwiczeń na przedimki, a z nich wszystkich moje ulubione zamieszczone są w czymś, co powszechnie funkcjonuje jako Thomson i Martinet, i co, wedle mojego najgłębszego przekonania, stanowi absolutnie najwybitniejszy zestaw ćwiczeń gramatycznych z języka angielskiego. Również pod względem literackim. Polecam. Wystarczy zajść do pierwszej lepszej księgarni językowej, poprosić o „ćwiczenia Thomsona i Martineta” i już. Inna sprawa, że, jak słyszałem bardzo pokątnie, albo Thomson albo Martinet – Bóg Jeden wie, które z nich – to kobieta, więc możliwe, że trzeba prosić o Thomson i Martineta, lub o Thomsona i Martinet. Nieważne.
Wracam do przedimków. Jest tam mianowicie pewna króciusieńka rozmowa, stanowiąca jednocześnie zadanie gramatyczne, i podana w następującym kształcie:

“There’s been ________ murder here.”
“Where’s ________ body.”
“There isn’t ________ body.”
“So, how do you know there’s been ________ murder?”

Jak kto chce, niech się tym zajmie – tam trzeba wstawiać a, the, albo nic – natomiast ja tymczasem przejdę do sprawy znacznie poważniejszej, a mianowicie do powszechnie dyskutowanej kwestii zaginięcia pewnej sześciomiesięcznej dziewczynki z Sosnowca. Wczoraj w nocy, jak już to wie prawdopodobnie cały świat, prywatny detektyw Krzysztof – co stwierdzam z pewnym wstydem – Rutowski, za pośrednictwem telewizji TVN24, ogłosił, że to biedne dziecko nie żyje, i w ślad za tą informacją, 99 procent polskich mediów zatytułowało swoje relacje w taki mnie je więcej sposób: „Madzia nie żyje”.
Czy Madzia rzeczywiście nie żyje? No, nie. Jest wręcz zupełnie prawdopodobne, że właśnie żyje, i w normalnym świecie byłaby to wiadomość, której każdy szanujący się człowiek czepił by się wręcz desperacko. Niestety, nie żyjemy w świecie normalnym, a więc tu akurat nie ma na co liczyć. Co wiadomo? Na pewno to, że nie została porwana. Tyle że, jak się możemy łatwo domyślić, tytuł „Madzia nie została porwana” brzmi tak do dupy, że żaden szanujący się dziennikarz na coś podobnego by się nie poważył. I w ten sposób, mamy co mamy.
Ktoś powie, że to nic nowego. Może i tak, ja bym jednak chciał zwrócić uwagę na pewien być może dość szczególny aspekt tego obłędu, związany z tak zwanymi „naszymi całkiem” i „naszymi pozornie”. Otóż, w reakcji na informacje przekazane przez Rutkowskiego, niejaki Aleksander Majewski, dziennikarz „Frondy” i członek czegoś co się nazywa Katolickie Stowarzyszenie Dziennikarzy, napisał najpierw u siebie we „Frondzie”, a następnie przedrukował w Salonie24, tekst pod tytułem „Mała Magda nie żyje”. Ciekawe było też to, że Aleksander Majewski, publikując swój tekst – krótki swoją drogą i właściwie sucho tylko informujący o tym, że Magda nie żyje – zaprosił wszystkich liczących na coś bardziej apetycznego na stronę „Frondy”, gdzie swoją drogą, jak się okazuje, nie było nic więcej, poza tą krótką informacją, że „mała Magda nie żyje”. Ponieważ tekst, jak wspomniałem, został umieszczony na najwyższym miejscu Salonu24, cieszył się on wielką popularnością i wywołał bardzo szeroką dyskusję.
O co mi chodzi? O to mianowicie, że choć już właściwie w chwilę po opublikowaniu tej strasznej plotki, wiadomo było, że jest jednak pewna szansa, że to dziecko zwyczajnie żyje, Majewski nie zmienił treści swojego wpisu, ani nawet tytułu. Ów tekst sterczał tam niemal cały dzień i straszył. Czym? Przede wszystkim oczywiście tym strasznym życzeniem, ale – co wcale nie mniej istotne – również świadectwem tego ponurego cywilizacyjnego upadku, który każe się nam o coś takiego jak śmierć sześciomiesięcznej dziewczynki, wręcz modlić. Wyłącznie po to, żeby był news. Ale straszył jeszcze czymś. Czymś chyba jednak stosunkowo nowym. Mianowicie tą nazwą – „Katolickie Stowarzyszenie Dziennikarzy”.
Ja wiem, że w tych dniach mamy zbyt dużo różnych zdarzeń, by nasza uwaga mogła się skutecznie zatrzymać tylko na jednym z nich. Weźmy choćby to, że Donald Tusk obiecuje jakieś rozmowy w sprawie ACTA, czy to, że ostatecznie została nam wyjaśniona owa dręcząca nas od lat już chyba zagadka, jak to się działo, że w pewnym momencie posłanka Mucha zmieniała fryzurę w tempie jedna na dzień. I wiem też – skoro już o tym fryzjerstwie się zgadało – że oto trafia nam się nie lada gratka w postaci Donalda Tuska tłumaczącego, jak najbardziej publicznie, że a cóż takiego ta korupcja? Czy może tylko u niego w rządzie dochodzi do tego typu przekrętów? Niech każdy patrzy na siebie. Wiem to, ale jakoś mi się nie chce zajmować tą nędzą. Wolę naszą własną. Tę pobożną. Tę honorową i tak bardzo wzniosłą. Ja mam w nosie tych gangsterów. Skoro mamy ową smutną okoliczność związaną z zaginięciem tej dziewczynki, proponuję byśmy jednak zaczęli od siebie.
A jak ktoś nie wie jak, niech sobie rozwiąże językową zagadkę związaną z morderstwem, którego być może bardzo byśmy pragnęli, ale, ponieważ nie ma ciała, musimy się obejść smakiem.

Każdego kto lubi czytać teksty, jakie się tu ukazują, proszę o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta. No i przypominam, że wciąż jest do kupienia fantastyczny wybór moich felietonów pod tytułem „O siedmiokilogramowym liściu i inne historie”. Też tu. Obok. Bardzo dziękuję.

Czy Donald Tusk wierzy w Boga?

        Gdy chodzi o kardynała Rysia, czy wielu innych księży, biskupów, arcybiskupów i kardynałów, to często bywa tak, że czuję rozczarowan...