sobota, 30 czerwca 2018

O przypadkowych ludziach w przypadkowym świecie


      Wróciliśmy z wakacji i jak widać aż nazbyt wyraźnie, czas który właśnie się skończył, sprawił, że i tu na blogu zapanowała atmosfera wakacyjna, a to z kolei sprawiło, że od niedzieli do wczoraj opublikowałem zaledwie cztery teksty, z czego tylko dwa oryginalne. Wprawdzie mój serdeczny kolega Coryllus ledwo co mi zarzucił, że ja tak naprawdę poza felietonami z „Warszawskiej Gazety” nie zamieszczam tu nic, no ale ja ową straszną insynuację zwalam na karb jego przepracowania połączonego z codzienną troską o stan całego projektu, i pragnę zwrócić uwagę na coś, na co tu na blogach, owszem, mimo szumu morza, śpiewu ptaków, oraz złotej plaży pośród drzew, zwróciłem uwagę, a mianowicie na niezwykle celny wprost zarzut, jaki nam wszystkich postawił właśnie nasz kolega Boson, sugerując, że „jesteśmy bardzo odporni na wiedzę i łakniemy tylko gładkiej gawędy”. Chodzi o to mianowicie koledze Bosonowi, że jeśli on na swoim blogu publikuje głównie fragmenty artykułów z Wikipedii, to robi to z myślą o tym, by poszerzyć naszą wiedzę, my natomiast wolimy pop.
       Jak wspomniałem, słowa Bosona uważam za niezwykle celne, bo, owszem, wiedzę, a szczególnie wiedzę wykładaną przez niego osobiście, uważam za całkowicie dla siebie bezużyteczną – mniej więcej tak bezużyteczną, jak breloczek z budą dla mojego psa – gdy natomiast chodzi o gładką gawędę, nie widzę nic bardziej cennego. A w tej sytuacji, mam mam tu dla nas wszystkich gawędę właśnie, i to, moim zdaniem, nie byle jaką, bo podwójną. I mam naprawdę wielką nadzieję, że ona właśnie być może doprowadzi do pewnego, choćby śladowego, opamiętania.
        Proszę sobie mianowicie wyobrazić, że w związku z odejściem mojego ukochanego teścia jeszcze jesienią zeszłego roku, został nam po nim między innymi całkowicie nowy, nigdy nie używany wózek inwalidzki. Ponieważ taki wózek, nawet w tak wielkim jak nasze mieszkaniu, może stanowić pewien kłopot, postanowiliśmy się go pozbyć, wystawiając go w Allegro najpierw za głupie 150 zł, a ze względu na kompletny brak zainteresowania, na licytacji z ceną wywoławczą 1 zł. Niestety, mimo upływu kolejnych tygodni, nasza oferta wciąż była kompletnie nieinteresująca, uznaliśmy, że prawdopodobnie ostatecznie on pozostanie z nami do czasu aż na nim sobie usiądę ja sam. I oto parę tygodni temu szedłem sobie z psem na spacer i tu obok trafiłem na niezwykłą wprost scenę. Pewna młoda kobieta pchała na wózku swoją starą mamę, czy może już babcię, a ów wózek, ze względu na jakąś wadę kółek, wciąż im zjeżdżał na krawężnik. Babcia darła się wniebogłosy, że zaraz spadnie, kobieta krzyczała, żeby się trzymała mocno, obie wybuchały serdecznym śmiechem i w końcu usłyszałem, jak owa córka, czy wnuczka, mówi do owej babci: „Wiesz co? Musimy ci kupić nowy wózek, bo z tym już dłużej nie damy rady”. No więc w tym momencie, odwróciłem się i powiedziałem, że mam w domu zupełnie nowy, nigdy nie używany wózek, więc jeśli one chcą, mogę im go podarować. One się bardzo ucieszyły, wspomniana młodsza pani po godzinie przyszła do nas, wzięła ten wózek, podziękowała i sobie poszła. Chciałem jej pomóc go znieść po schodach, ale powiedziała, że da radę i chyba faktycznie sobie poradziła.
      Rozmawialiśmy sobie potem z żoną o tym, co się stało i ona nagle zwróciła uwagę na to, że z naszego punktu widzenia sprawa jest kompletnie nieinteresująca, natomiast z perspektywy obu tych kobiet – jak najbardziej. Idą one sobie bowiem chodnikiem, jak pewnie nie raz wcześniej, nie wiadomo po raz już który z rzędu dostają ciężkiej cholery na ten nieszczesny wózek i nagle spotykają obcego człowieka z psem, który im mówi, że on im da nowy, nieużywany, idealnie sprawny wózek, niech tylko ktoś przyjdzie i sobie go zabierze. To jest naprawdę coś, co się pamięta latami. Mylę się?
      A teraz historia druga. Wymyśliliśmy sobie jakiś czas temu, że po wielu, wielu latach przerwy pojedziemy sobie na parę dni nad morze, na booking.com znaleźliśmy pierwszy lepszy pensjonat, wsiedliśmy w pociąg, zameldowaliśmy się w naszym pokoju, a ponieważ był już wieczór poszliśmy do knajpy na dole, żeby coś zjeść. Jemy sobie kolację i w tym momencie podchodzi do nas śliczna dziewczyna i pyta, czy ją poznaję. Ja oczywiście jej nie poznaję, na co ona mi się przedstawia, że ma na imię Monika i że ją uczyłem w liceum angielskiego i ona bardzo dobrze ten czas wspomina. Przywitaliśmy się serdecznie, ja ją pytam, co ona tu robi, na co ona mi mówi, że od ponad już 10 lat jest wraz z mężem właścicielką wspomnianego pensjonatu, knajpy, oraz, jakby tego było mało, budki z lodami, poznaje nas ze swoim mężem, a ten nam mówi, że ze względu na dobre wspomnienia żony, on nas zaprasza na swoją motorówkę, którą nas obwiezie po Zatoce Gdańskiej. Na drugi dzień przychodzą po nas, pakują nas do tej wypasionej jak cholera łodzi motorowej i zabierają nas na ponad dwugodzinną wycieczkę po Zatoce, pokazując nam i nieznane wyspy, które tam jak najbardziej są, wraki zatopionych łodzi podwodnych, samolotów i całą masę absolutnie fascynujących miejsc, którymi owa Zatoka i jej okolice, owszem, może się szczycić, a o których ani byśmy bez nich nie wiedzieli, ani prawdopoodbnie nigdy byśmy się nie dowiedzieli. No ale to już jest inna historia.
       I to z kolei jest coś, co z ich punktu widzenia nie ma aż tak wielkiego znaczenia, jak z naszej – a tak naprawdę mojej osobistej – perspektywy. O szkole, w której przez kilka lat pracowałem, pisałem i w książce o biustonuszu, a trochę też i o języku angielskim, i kto którąkolwiek z nich czytał, wie w czym rzecz. Otóż wspomniana Monika to jedna z tych dziewcząt, z którym ja musiałem walczyć każdego dnia, a które, podobnie jak ich kolegów, autentycznie pokochałem. I oto, pewnego dnia, jako stare dobre małżeństwo, wyjeżdżamy na od dawna wymarzone parę dni wakacji i wpadamy na jedną z nich. I okazuje się, że one – przynajmniej niektóre – wspominaja mnie z tym samym wzruszeniem, z jakim ja wspominam je.
     Przypadek? Kieślowski podobno nakręcił kiedyś film pod tym tytułem. Przepraszam bardzo, ale niech się odpieprzy.

Obie wyżej wspomniane książki są do kupienia w księgarni na stronie www.basnjakniedzwiedz.pl, w sklepie Foto-Mag w Warszawie, ale również bezpośrednio tu, pod mailowym adresem k.osiejuk@gmail.com. Dedykacja w cenie.
          

czwartek, 28 czerwca 2018

Sześć wesołych kawałków na piękny początek lata


Kończymy dziś nasz tegoroczny urlop i jutro wracamy do domu. Wczoraj nic nie pisałem, bo mi się zwyczajnie nie chciało, a dziś nagle sobie uświadomilem, że przez to lenistwo zupełnie zapomniałem o swoim codwutygodniowym zwyczaju wrzucania tu krótkich kawałków z „Polski Niepodległej”.  A zatem, jak to ma miejsce regularnie co dwa tygodnie, przesyłam tekst, który można znaleźć w bieżącym wydaniu „Polski Niepodległej”. To są różne refleksje, ja jednak chciałbym zwrócić uwagę na jeden fragment, który, kiedy pisałem ów tekst, mógł zabrzmieć dość absurdalnie, dziś robi pewne wrażenie, a mianowicie: „… należy jednak brać też pod uwagę, że o wiele bardziej prawdopodobne jest to, że nam wleją i Senegal i Kolumbia i Japonia i wtedy prezesowi Kurskiemu pozostaną już tylko Maryla Rodowicz plus Sławomir z żoną. A to może się okazać zbyt mało, zwłaszcza gdy PSL bardzo poważnie myśli o tym, by w nadchodzących wyborach samorządowych zgarnąć całą pulę”. Mecz z Japonią wciąż przed nami, ale zastanówmy się, co ja mogę za to, że jestem czarownikiem?


Poprzedni odcinek „Wezwanych do tablicy” zaczęliśmy od kroniki wypadków drogowych, których bohaterami byli nasi przyjaciele Ukraińcy, a zatem, by nikt nas nie oskarżył o szowinizm, dziś tylko jedna historia, ale za to jaka! Oto, proszę sobie wyobrazić, jeszcze w maju pewien 35-letni mieszkaniec Karpacza, jadąc swoim samochodem, zabił przechodzącą na pasach kobietę, za co nieprawomocnym wyrokiem został skazany na rok więzienia w zawieszeniu na dwa lata. Zanim jednak ów wyrok zdążył się uprawomocnić, ten sam 35-latek, jadąc swoją bryką, z nieustalonych do dziś przyczyn zjechał na przeciwny pas i zabił nadjeżdżającego z przeciwnej strony motorowerzystę. Tym razem sąd w Jeleniej Górze okazał się bardziej surowy i owemu mordercy odebrał prawo jazdy. W związku z apelacją prokuratury, sprawa trafiła do sądu wyższej instancji, który podtrzymał jednak dotychczasowy wyrok, tłumacząc decyzję o nie zastosowaniu aresztu faktem, że oskarżony ma stałą pracę oraz dwoje dzieci. Oczywiście Bóg jeden wie, czy nasz bohater, zanim albo ostatecznie trafi do pudła, albo po prostu zostanie zlikwidowany przez rodzinę swoich ofiar, zdąży jeszcze kogoś zamordować, natomiast z naszego tu punktu widzenia podstawowy problem zprowadza się do sytuacji panującej w sądach w Jeleniej Górze. A skoro w Jeleniej Górze, to i w Polsce. A skoro mamy do czynienia z faktycznym zamachem stanu – a mamy – to nie pozostaje nam już nic innego jak rozpalone żelazo.

***

W sumie ciekawe jest to bardzo, jak wystarczy tylko rzucić okiem na środowisko sędziowskie, by to, co nam oferują politycy, artyści, czy tak zwani „intelektualiści”, nagle przestało robić jakiekolwiek wrażenie. No weźmy pierwszych z tej listy, a więc polityków, czyli takiego choćby Sławomira Nitrasa, kandydata Platformy Obywatelskiej na prezydenta Szczecina. Stało się mianowice tak, że prezydent Duda, w ramach konsekwentnie realizowanego projektu narodowego referendum, ogłosił 15 pytań, jakie zamierza zadać nam jesienią tego roku. Już na pierwszy rzut oka widać, że pytania są tak sformułowane, by referendum wypadło po myśli zarówno Prezydenta, rządu Dobrej Zmiany, jak i tej bardziej przytomnej części społeczeństwa, jednak to Sławomirowi Nietrasowi nie wystarczyło i postanowił do gotowego już zestawu dołożyć swoje propozycje: „Tylko Andrzej Duda mógł wpaść na to, by w referendum konstytucyjnym mimo aż 15 pytań pominąć kwestie praw kobiet, związków jednopłciowych, roli kościoła, w tym religii w szkołach, w końcu aborcji”.
Oczywiście  nie należy się spodziewać, że głos kogoś takiego jak Nitras okaże się mieć jakikolwiek wpływ na cokolwiek, niemniej jeśli chodzi o mnie, to ja bardzo proszę, zapytajmy Polaków o to, czy uważają, że trzeba objąć feministki i pedałów specjalnym traktowaniem. Zachęcam. Przynajmniej raz na zawsze będziemy mieli te sprawę załatwioną. A wszyscy zainteresowani będą mogli nagrodzić posła Nitrasa specjalnym orderem.

***

Gdy chodzi o ordery, jestem pewien, że należy się on również prezesowi Kurskiemu, który w ciągu zaledwie dwóch lat osiągnął wynik, na który całe pokolenia prezesów Radiokomitetu, na czele z Maciejem Szczepańskim, pracowały długie dekady. Oto właśnie na warszawskim, tak zwanym „narodowym”, stadionie odbył się mecz zamykający cykl przygotowań naszej reprezentacji do mistrzostw świata w Rosji. Obecni byli prezydent Morawiecki oraz prezydent Duda, a relacjonujący z ramienia TVP spotkanie sprawozdawca w pewnym momencie wypowiedział następujące słowa: „Na stadionie premier z rodziną. Reprezentacja przyciąga tylko najlepszych”. Ja oczywiście rozumiem, że walka z siłami reakcji uderzającymi ze strony Polsatu, czy TVN-u, wymaga poświęceń, jednak mam jedną skromną uwagę. Wiemy oczywiście, że „nasi chłopcy” są dziś w szczytowej formie i niewykluczone, że nastąpi cud i oni zdobędą nawet mistrzostwo świata, należy jednak brać też pod uwagę, że o wiele bardziej prawdopodobne jest to, że nam wleją i Senegal i Kolumbia i Japonia i wtedy prezesowi Kurskiemu pozostaną już tylko Maryla Rodowicz plus Sławomir z żoną. A to może się okazać zbyt mało, zwłaszcza gdy PSL bardzo poważnie myśli o tym, by w nadchodzących wyborach samorządowych zgarnąć całą pulę.

***

W sumie to jest bardzo ciekawe, że my tu wszyscy zastanawiamy się nad wynikiem wspomnianych wyborów samorządowych, z którymi, mimo starań lokalnego paramafijnego towarzystwa, Polska jakoś tam sobie w końcu przecież poradzi, czy kolejnym jeszcze plebiscytem, gdzie Prawo i Sprawiedliwość powinno zdobyć konstytucyjną większość, tymczasem w międzyczasie zaplanowane są wybory europejskie, a ich wynik może mieć dla nas wszystkich znaczenie znacznie większe, niż wszystko to co się może zdarzyć, czy nie zdarzyć tu na miejscu. Oto w maju 2019 roku obywatele krajów członkowskich Unii Europejskiej będą wybierać swoich przedstawicieli tam w Brukseli i już dziś wiele wskazuje na to, że to co się wydarzy tej wiosny, może stanowić początek końca tego tak straszliwie zdemoralizowanego tworu. Oto, jak informują media, grupa byłych polskich polityków, niemal w całości zdominowana przez byłych działaczy komunistych, względnie agentów komunistycznych służb, wysłała apel do wspomnianej Unii Europejskiej, by wreszcie skutecznie zechciała zrobić porządek z Polską, którą Polacy sobie w roku 2015 wybrali. Póki co, te działania mają jakiś sens, natomiast ja już widzę, jak się zrobi wesoło, gdy oni tak będą pisac te listy jeden po drugim, a w końcu przyjdzie ów maj 2019 roku i nagle nadejdzie odpowiedź, że adresat nieznany. Już się nie mogę doczekać.

***

Czasy takie, że w ogóle jest bardzo dużo zdarzeń, które wszyscy przewidujemy, na które czekamy i których doczekać się już nie możemy. Oto już w lipcu ma się drastycznie zmienić skład Sądu Najwyższego, w tym z oczu ma nam raz i na zawsze zejść sędzia Gelsdorf. I to jest wiadomość naprawdę krzepiąca. No bo proszę spojrzeć, jakie perspektywy owo wydarzenie  przed nami otwiera. Własnie dotarła do nas wiadomość, że wspomniany Sąd Najwyższy, wciąż jeszcze obradujacy w starym składzie, uznał, że należy przykładnie ukarać pewnego obywatela, właściciela firmy świadczącej usługi drukarskie, za to, że ten postanowił się oprzeć oczywistej prowokacji i odmówił działaczom LGBT wydrukowania całego nakładu plakatów reklamujących reprezentowane przez nich idee. Zdaniem Sądu, obywatel drukarz ma swoje sumienie, oraz osobiste prawa do owemu sumieniu posłuszeństwa, jednak, wciąż zdaniem Sądu, prawo to stoi niżej wobec obowiązków wynikających z przepisów regulujących prawo świadczenia usług gospodarczych i innych, takich czy owakich. A zatem, plakat miał być wydrukowany zgodnie z zamówieniem, a jeśli wydrukowany nie został, to przepraszamy bardzo, ale albo płacimy, albo idziemy siedzieć. No i to jest właśnie jeden z powodów, dla których tak bardzo wszyscy czekamy na prawdziwy początek lata. Przyjdzie bowiem owo lato, po nim jesień, po jesieni nadejdą święta, a ja już widzę oczami wypobraźni, jak ci wszyscy sędziowie, którym uda się utrzymać swoje pozycje zaczną się zachowywać, jak nie przymierzając red. Danuta Holecka z Wiadomości TVP.

***

Zaczęliśmy od piątej kolumny w postaci sądów i pewnie dobrze byłoby na owej piątej kolumnie skończyć, jednak musimy jeszcze wspomnieć o czymś absolutnie fantastycznym, jak najbardziej w temacie. Oto odezwał się nam dawno nie widziany Guy Verhofstadt (to ten z brakującym 33 zębem) i ogłosił co następuje:
Europa ma w swoich szeregach piątą kolumnę, pacynki Putina, zamierzające rozwalić od środka Europę oraz jej liberalną demokrację. Le Pen, Wilders, Farage, Orbàn, Kaczyński, Salvini są zasilani przez kremlowskie pieniądze oraz służby”.
Oczywiście, niemal natychmiast, Verhofstadtowi, który, na co bardziej uważni obserwatorzy zwrócili uwagę, na współpracy z Rosją i jej służbami zarobił ciężkie miliony, zasugerowano, by on w tej akurat kwestii się nie odzywał. Czy ten plastuś cokolwiek z tego zrozumiał, nie sądzę. Czy on to w ogóle zarejsetrował? Też mi się nie wydaje. To nie są bowiem ludzie, którzy mają swoje oczy, uszy i rozum. To jest banda zdesperowanych złodziejaszków, którzy w momencie, gdy mieli otworzyć ostatni zamek, usłyszeli alarm. I się sfajdali.

Książki, jak zawsze, są do kupienia w księgarni www.basnjakniedzwiedz.pl, w księgarni Foto-Mag w Warszawie, oraz u mnie z dedykacją pod adresem k.osiejuk@gmail.com. Bardzo polecam.


wtorek, 26 czerwca 2018

Telok, czyli przykro mi, ale lipa


       Pewnie część Czytelników zwróciła na to uwagę, ale przypomnę, że oto właśnie na portalu szkolanawigatorow.pl, gdzie  również publikuję swoje teksty zamieściłem notkę, w której oskarżyłem Kornela Morawieckiego, a przy okazji część działaczy tak zwanej “pierwszej Solidarności”, o rozwiązłość i pijaństwo, czyli o grzechy, na które zwracał uwagę prymas Wyszyński jeszcze w latach 50. I na to odezwał się publikujący tam bloger o nicku Telok i ogłosił, że w odpowiedzi na mój tekst, on rezygnuje z daleszej blogerskiej działalności i się z nami żegna. Jeśli jednak ktoś sądzi, że bloger Telok uznał, że poziom jego pisarstwa nagle został tak skompromitowany, że mu sumienie pisać dalej nie pozwala, jest w wielkim błędzie. Otóż jest wręcz odwrotnie. Telok uznał mianowicie, że jemu sumienie nie pozwala, by się udzielać w reprezentowanym przez mnie towarzystwie, no i postanowił się przebranżowić.
      W odpowiedzi z kolei na tekst Teloka, odezwali się inni uczestnicy tej zabawy i zaapelowali do Teloka ogolnym płaczem: „Panie Teloku, nie odchodź”, „Pisz Teloku dalej”, „Bez Ciebie, Teloku, tu będzie pusto” i tak dalej w tym stylu. A ponieważ wśród owych pogrążonych w żałobie czytelników są też i tacy, których dotychczas raczej uważałem za ludzi mniej lub bardziej przytomnych, chciałbym wyrazić zaniepokojenie, że dochodzi do jakiejś bardzo poważnej awarii. Otóż ja owego Teloka znam z dwóch tekstów. Na oba zwróciłem uwagę ze względu na ich tytuły, które mawiązywały do znanych mi filmów, z których jeden, a mianowicie „Nocny Kowboj” wypełnił część mojego dzieciństwa. Nie będę już dłużej zwlekał i przytoczę ów tekst in extenso:
      Szanowna Pani Maryla wymusiła na mnie notkę o tomkach i ta notka spotkała się ze sporym zainteresowaniem. Zasługa autora oczywiście wielka nie była, bo tomki i Szklarski, dla pewnego pokolenia, to temat młodzieńczych przygód związanych z wertowaniem atlasów i odkrywaniem egzotycznego świata.
       W tej notce chciałem słów kilka napisać o książce, która mną wstrząsnęła, czyli tytułowym „Nocnym kowboju”. Autorem tej książki był James Leo Herlihy i jego minimalistyczny biogram na Wiki tłumaczy nam sporo z tego, co jest w tej książce.
       Trzeba oczywiście zauważyć, że książka została sfilmowana i to jak. Nocny kowboj z Filmweb. Nawet nie wiedziałem, że film jest z roku 1969.
       No i po tym nieco długim wstępie przystąpię do pisania zasadniczego tekstu.
       Chyba jeszcze nie, bo muszę nieco napisać o moim wykształceniu, które spowodowało taki, a nie inny odbiór tej książki.
       Mam wyksztalcenie techniczne, jeśli chodzi o szkołę średnią (technikum dla młodych może brzmieć tajemniczo, ale były takie całkiem przyzwoite szkoły). Na studiach, które praktykowałem u „Pstrowskiego”, czyli Politechnice Śląskiej trafiłem już na SPR (studenckie praktyki robotnicze) na ekipę, która była po liceach i oni ciągle gadali o jakichś książkach, o których ja nawet nie słyszałem.
       No i był też ten kowboj. Ja wcześniej film widziałem i nawet mi się spodobał, z jakiego powodu to nie pamiętam. Może tata Angeliny J. tak na mnie zadziałał? No, ale wracając do tematu.
       Już nie pamiętam, jak wszedłem w posiadanie tej książki, ale pamiętam traumatyczne wrażenia przy jej czytaniu. Ponieważ byliśmy młodzi i otwarci na nowe doświadczenia, nie byliśmy świadomi trucizny, jaką ta książka i film serwują odbiorcom. W zadymiony pokoju, przy winie, dyskutowaliśmy z pięknymi dziewczynami o samotności głównego bohatera. Jakoś umykała nam kompletna amoralność tej książki i nieludzkie wykoślawienie jej głównych bohaterów. Co osobliwe, to aktor, który grał głównego bohatera książki, czyli Jon Voight, w życiu prywatnym bardzo był podobny do kreowanej w tym filmie postaci Joe Buck’a”.
      Nie będę komentował poziomu tego czegoś, bo nie jestem w posiadaniu tego rodzaju bezwstydu, natomiast przykro mi bardzo, ale obawiam się, że część z Czytelników nawet teraz nie wie, o co mi dziś chodzi, zwłaszcza jeśli zauważymy, że owa notka zdobyła na naszym portalu ponad tysiąc odsłon i ponad 40 komentarzy. A w tej sytuacji chciałem tylko powiedzieć, że kiedy autor wyżej zacytowanego tekstu nagle oświadcza, że on w proteście przeciwko innemu tekstowi decyduje się zaprzestać literackiej działalności, to ja nie znam innej reakcji, jak skinienie z aprobatą głową. Natomiast kiedy czytam komentarze pod deklaracją autora zacytowanego wyżej tekstu – tak naprawdę, obojętnie jakiej treści deklaracją – błagające to nieszczęście, by zechciało z nami zostać, a tekst owej deklaracji nagle uzyskuje ponad 4 tysiące odsłon i tym samym staje się jednym z najbardziej popularnych tekstów, jaki ukazał się w tych dniach na, było nie było poważnym, portalu szkolanawigatorow.pl, to się zwyczajnie dziwię. Dziwię bardzo. I to dziwię się tak bardzo, że autentycznie walczę z pragnieniem, by nie pójść w ślady bohatera wspomnianej notki, blogera Teloka.

Póki co, książki są tam gdzie zawsze, czyli w sklepie Foto-Mag w Warszawie, w księgarni www.basnjakniedzwiedz.pl no i częściowo też u mnie pod adresem k.osiejuk@gmail.com.


poniedziałek, 25 czerwca 2018

Przepraszam bardzo, czy coś się może stało?


      Pisałem już o tym, ale choćby tytułem wstępu, powtórzę. Choć na sporcie, i to każdej możliwej jego dyscyplinie, nie znam się ani trochę, owym sportem interesuję się od zawsze. Mam w związku z tym parę wspomnień, ale jedno z nich, dziś nadzwyczaj w temacie, związane jest z tenisową karierą Wojciecha Fibaka. Ponieważ to było bardzo dawno temu, część z czytelników pewnie nie za bardzo wie, w czym rzecz, jednak chętnie przypomnę, że był taki czas, kiedy Wojciech Fibak, zupełnie niespodziewanie, został pierwszym tenisistą świata. Prawie. I dla mnie owo „prawie” miało znaczenie podstawowe. Chodzi o to, że ja z prawdziwym zaangażowaniem śledziłem kolejne sukcesy Fibaka, bardzo mu życzyłem owego sukcesu największego… i nigdy nie zaznałem owej prawdziwej radości. No i w momencie, gdy wciąż liczyłem na to, że w końcu się uda, Fibak machnął na ten cały biznes reką, i, jak podały media, postanowił się zainteresować handlem sztuką. I powiem szczerze, był to dla mnie duży zawód.
       Ponieważ lubię oglądać tenis właśnie, jak najbardziej oczywiście śledzę karierę Agnieszki Radwańskiej. I tu również, przyznaję, że od zawsze miałem nadzieję, że przyjdzie taki moment, że Radwańska w pewnym momencie zostanie pierwszą tenisistką na świecie. Ktoś zapyta, czemu tak? Otóż rzecz polega na tym, że w moim rozumieniu, tak naprawdę nie chodzi o to, by być najlepszym w mieście, czy w kraju, ale właśnie najlepszym na świecie. Ja oczywiście wiem, że to nie jest takie „hop-siup”, niemniej skroro już decydujemy się na to, by coś robić, i to robić za ciężkie pieniądze, to naprawdę nie widzę powodu, by podchodzić do tego z takim oto nastawieniem, że wprawdzie cudów nie będzie, ale coś tam z siebie wyciśniemy. No i tu wygląda na to, że moje nadzieje związane z naszą Angnieszką mogę wsadzić sobie w nos. Ona była już tuż-tuż, ale ostatecznie wyszło na to, że więcej jej, a przy okazji i nam, nie trzeba.
      Ktoś powie, że jestem rozczarowany i to jest prawda. Ja byłem rozczarowany, kiedy Fibak nie został największym tenisistą świata i dziś jestem rozczarowany, kiedy wszystko wskazuje na to, że Agnieszka Radwańska niestety zatrzyma się na tym drugim, czy trzecim miejscu. Rozczarowny jestem również tym, że pod pewnym szczególnym względem, a mam tu na mysli owo pragnienie bycia najlepszym, polska drużyna pilkarska okazała się najsłabszą drużyną na ruskich mistrzostwach. Moim zdaniem, oni okazali się gorsi nie tylko od Senegalu czy Kolumbii, ale gorsi i od Maroka, Tuznezji, Panamy i od Arabii Saudyjskiej. Problem jednak nie polega na tym, że nasze Orły nie zagrały tak jak zagrać miały. Faktyczny problem nie polega nawet na tym, że polscy piłkarze są zwyczajnie słabi. Problem – a tak naprawdę czysty zwykły fakt – polega na tym, że my nie mamy szans na to, by być najlepszymi na świecie nie dlatego, że jesteśmy gorsi od innych, ale dlatego, że my Polacy w ogóle nie uważamy że bycie najlepszym na świecie stanowi jakąkolwiek wartość. Dla nas Polaków prawdziwą wartością jest to, by osiągnąć sukces na miarę naszych mniej lub bardziej skromnych możliwości i żeby on nam dał wygodne, ciekawe i dobre życie.
      Odwołałem się tu do kwestii narodowościowych nie bez powodu. I aby pociągnąć tę kwestię, spróbuję nawiązać do czegoś pozornie zupełnie niezwiązanego z tematem, a mimo to, jak najbardziej do rzeczy. Otóż oprócz tenisa interesuję się bardzo angielską piłką nożną i powiem szczerze, że to co mnie w tej mojej fascynacji porywa być może najbardziej, to to, że oni każdy mecz rozgrywają za takim zaangażowaniem, jakby za chwilę mieli umrzeć. I nie chodzi mi o zwykłe zaangażowanie. To co możemy oglądać w przypadku piłkarzy angielskiej Premier League, to jest autentyczne szaleństwo. To są ludzie, którzy, gdyby im ni stąd ni z owąd kazano grać pod artyleryjskim ostrzałem, w dodatku w ulewnym deszczu połączonym z gradem, graliby dokładnie tak, jak tydzień wcześniej, dwa tygodnie wcześniej i jak grają zawsze. I to niezależnie od tego, czy mecz jest o wszystko, czy akurat o nic.
      I teraz powiem coś, wydaje mi się dość, oryginalnego. Otóż, wbrew temu co pewnie niektórzy z nas w tym momencie sądzą, wcale nie uważam, że tak jest dobrze. Wręcz przeciwnie, moim zdaniem to jest coś wyjątkowo niezdrowego. To jest, powiem zupełnie szczerze, jest kompletnie chore. Ja wiem, że dzięki takiemu własnie swojemu zaangażowaniu, tacy Brytyjczycy właśnie osiągnęli naprawdę wiele, jednak wydaje mi się, że w ostatecznym rozrachunku oni sobie będą mogli te swoje zwycięstwa wsadzić w dupę. Dlatego, że od pewnego momentu człowiek, który zaczyna się zachowywać w ten sposób, bardziej przypomina zwierzę, niż człowieka.
      Opowiem jeszcze coś. Niedawno obejrzałem sobie bardzo dobry dokumentalny film o Ronaldo i w pewnym momencie ów Ronaldo opowiada, jak on przez lata miał marzenie, by zdobyć Złotego Buta, czy Piłkę, czy co oni tam rozdają tym najlepszym piłkarzom, jednak zawsze wygrywał Messi. Ale przyszedł rok, kiedy Ronaldo był już absolutnie przekonany, że tym razem to on się okaże najlepszym piłkarzem na świecie, a tu znów wygrał Messi i w tej sytuacji, jak sam mówi, on dostał takiej cholery, że w odruchu serca postanowił, że on już nigdy w życiu nie będzie brał udziału w tej idiotycznej ceremonii. Otóż ja uważam, że Lewandowski nigdy by się nie obraził. Dlaczego? Bo jest póki co normalny.
       A więc mamy naszych polskich piłkarzy, którzy wbrew tej całej kompletnie chorej propagandzie skończyli jak skończyli i ja naturalnie zgadzam się, że to jest wstyd. Jeśli bowiem decydujemy się na to, by wystartować w biegu, to powinniśmy się starać ten bieg wygrać, zwłaszcza gdy tylu obcych nam zupełnie ludzi nam tak bardzo kibicuje.Z drugiej jednak strony, jeśli  niespodziewanie okazuje się, że naprzeciwko siebie mamy bandę wariatów, to, przepraszam bardzo, ale równie dobrze można na ten cały konkurs machnąć ręką.
       I tu też, proszę nie myśleć, że ja umniejszam w ten sposób wysiłek tych, którzy się okazali na tyle ambitni, by osiągnąć sukces. O nie! Wydaje mi się, że wśród nas nie ma wielu takich, dla których talent i sukces znaczą więcej niż dla mnie. Chodzi mi tylko o to, że są granice, poza którymi jest już tylko rezygnacja z człowieczeństwa. Śledzę bardzo uważnie mistrzostwa świata w Rosji i powiem szczerze, że podobają mi się one wyjątkowo. Mam wręcz wrażenie, że to są mistrzostwa najlepsze z dotychczasowych. Patrzę na piłkarzy, oglądam twarze kibiców i widzę, że doszło do tego, że tam już jest albo tonąca we łzach rozpacz, albo wręcz deliryczna radość. Tam wszyscy albo płaczą, albo wręcz konają ze szczęścia. Jak wiemy, jestem akurat na pięciodniowych, i niewykluczone że jedynych w tym roku dla mnie, wakacjach. Mecz Polska – Kolumbia oglądałem tu w stołówce naszego pensjonatu z grupą pomalowanych w narodowe barwy kibiców. Oni, oczywiście podczas meczu darli mordy i rwali sobie włosy z głowy, jednak od czasu do czasu można było zobaczyć, że tak naprawde traktują to jako swego rodzaju rytuał, no a kiedy mecz się skończył i już wszyscy wiedzieliśmy, że polska reprezentacji wraca z Rosji na tarczy, oni wszyscy się uspokoli i zajęli się życiem. Nikt się z nikim nie pobił, nikt sobie nie strzelił w łeb, nikt nawet nie robił wrażenia, że to co się stało to jakaś szczególna tragedia. A potem oglądałem rozmowy z polskimi piłkarzami i oni również, owszem byli smutni, niekiedy wręcz zmartwieni, jednak ostatecznie każdy z nich mówił, że no tak, byliśmy gorsi i dlatego przegraliśmy. I trzeba żyć dalej.
       Do czego zmierzam? Otóż przynaję, że liczyłem na to, że Polacy wleją wszystkim. Okazało się, że wszyscy wlali Polakom i to jest oczywiście wiadomość ponura, jednak moim zdaniem problem polega właśnie na podejściu, które znakomicie widać na przykładzie kiedys Fibaka, potem Radwańskiej, a dziś tych moich kibiców, którzy wszyscy, tak naprawdę jednym głosem, mówią jedno: dobrze jest się zabawić, ale bez przesady. I to jest coś, co ja autentycznie cenię. W końcu, naprawdę nic się nie stało.

Pozdrawiam wszystkich Czytelników z deszczowego nadmorza i zapewniam, że jest czego zazdrościć. Polskie morze to wartość sama w sobie. Podobnie zresztą jak nasza księgarnia pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, gdzie są do kupienia także i moje książki. Polecam.
     
     
     
     

niedziela, 24 czerwca 2018

Gdy Orwell myli się z festiwalem w Opolu


Za chwilę wsiadam z żoną w pendolino i jedziemy na pięć dni nad morze. Że ma być zimno i deszcz? Nic nie szkodzi. Ludzie dorośli radzą sobie w każdych okolicznościach. Ponieważ zabieram ze sobą sprzęt, jest szansa, że parę razy coś napiszę, no ale, jak to mówią, się zobaczy.  Dziś, obiecany parę dni temu tekst o piłce nożnej, który oryginalnie ukazał się w najnowszym wydaniu „Warszawskiej Gazety”. Powinno być dobrze.



Mam kolegę, który od lat kibicuje przeciwko polskiej drużynie piłkarskiej. Jak sięgam pamięcią, a owa pamięć wraca do wczesnych lat 70-tych, mój kumpel marzy tylko o tym, by polscy piłkarze dostali w skórę od kogokolwiek, Niemców, Ruskich, czy nawet jakiegoś Senegalu. Czemu on zdecydował się na tego rodzaju podejście do sprawy, było nie było, narodowej? Otóż, z tego co rozumiem, jego problem polega na tym, że on bardzo żle znosi sytuację, gdy reżimowa propaganda wykorzystuje nasz prosty patriotyzm do tego, by w ten sposób karmić swoją podłość i występność. Tak było w dawnych latach PRL-u i tak, z jego punktu widzenia, sprawy się mają dziś. I w związku z tym, nie marzy on o niczym innym, by „Polskie Orły” nie wyszły  z grupy i w ten sposób będzie on mógł wreszcie zobaczyć na twarzy red. Holeckiej ów krzywy uśmiech refleksji.
Kiedy piszę ten tekst, wiemy już wszyscy, że polscy piłkarze, po bardzo złym występie, przegrali z drużyną Senegalu i, jak się domyślam, mój wspaniały kolega odczuwa wielką satysfakcję, natomiast ja zasypiam bardzo, ale to bardzo zmartwiony. Rozumiem oczywiście jego emocje, rozumiem jego moralny odruch protestu przeciw tej strasznej, tak strasznie perfidnej propagandzie, jednak dla mnie sukces polskiej druzyny to sukces Polski, a ja o niczym innym nie marzę, jak właśnie o sukcesie Polski. Dlatego martwię się dzisiejszą postawą polskich piłkarzy i liczę na ich dobry występ w kolejnych dwóch spotkaniach, i tu nagle przychodzi mi do głowy pewna refleksja, którą bardzo bym się chciał podzielić.
Otóż, jak podają niektóre media, znana nam skądinąd Krystyna Janda wygłosiła jak najbardziej publicznie i jednoznacznie opinię, że dla dobra nas wszystkich byłoby bardzo dobrze, gdyby polsska reprezentacja piłkarska poniosła na mistrzostwach w Rosji jednoznaczną i możliwie ciężką porażkę. Dlaczego? A to dlatego, że Jandzie bardzo nie podoba się obecny rząd i ona uważa, że dopóki władzy w Polsce nie obejmą ci, których ona popiera, Polska równie dobrze może zdechnąć.
Jednocześnie, jak słyszę, w tak zwanej „Little League” w Ameryce, rozpoczynający wielką sportową karierę dzieci, przed jednym z kolejnych meczów, podczas odgrywania hymnu, zamiast, jak nakazuje zwyczaj, stanąć na baczność, przykęknęły i odwróciły się plecami do amerykańskiej flagi. To były dzieci zaledwie ośmioletnie, a więc, jak się można domyślać, owa demonstracja nie była ich pomysłem, ale ich rodziców, czy trenerów, którzy pozostają bardzo rozaczarowni tym, że prezydentem Stanów Zjednoczonych został Donald Trump. I to jest, moim zdaniem, znak czasów taki sam, jak gest aktorki Jandy.
W książce Orwella „Rok 1984”, Winston w pewnym momencie wyraża pragnienie, by otaczający go świat dostąpił kompletnego moralnego upadku i wtedy wszystko będzie można zacząć od początku. Wygląda na to, że ci durnie, nawet jeśli czytali Orwella, to nie zrozumieli z niego ani słowa.

Jak zawsze, zachęcam wszystkich do kupowania moich książek. Są tu dwie drogi. Przede wszystkim można zajrzeć do księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl i tam się obkupić, ewentualnie napisać do mnie na mailowy adres k.osiejuk@gmail.com i powiedzieć, czego dusza pragnie. Bardzo polecam. No i coś, o czym regularnie zapominam. Jeśli ktoś mieszka w Warszawie, to w sklepie Foto-Mag jest również bardzo szeroki wybór naszych książek. Nie wiem, gdzie to jest, ale jak kto chce, to znajdzie.


sobota, 23 czerwca 2018

Oni wygrają...

      Byłem pewien, że wczorajsza notka o wesołych przygodach Kornela Morawieckiego i jego ferajny w czasach walki z komuną, odtworzy temat i jednocześnie go zamknie. Tymczasem w jednej niemal chwili po opublikowaniu wspomnianego tekstu odezwał się do mnie na Facebooku nasz wspólny znajomy, a jednoczesie serdeczny mój przyjaciel, rzadko bo rzadko, ale wciąż tu szczęśliwie obecny i przesłał mi zdjęcie wręcz niezwykłe. Gdyby ktoś miał wątpliwości, oto jedna z owych „dziewczyn Solidarności”, Hanna Łukowska-Karniej, o której marszałek Morawiecki mówi że ją kocha, jak własną żonę i wszystkie inne swoje kochanki, a nasza koleżanka Eska zaświadcza, że to „twarda działaczka”, której Solidarność Walcząca „wiele zawdzięcza”.
     


      Otrzymałem to zdjęcie, wlepiłem w nie barani wzrok, a kiedy już odzyskałem normalny oddech, pomyslałem sobie, że to jest naprawdę coś. Ja nie mam pojęcia skąd jest to zdjęcie, z jakiej okazji one zostało zrobione, czy chodziło o jeden z wielu albumów o ludziach Solidarności, czy może o zilustrowanie rozmowy z Hanną-Karniej w którymś z kolorowych magazynów, wiem natomiast, że to jest zdjęcie starannie zapozowane i zaaranżowane w taki sposób, by niosło ze sobą pewną bardzo piękną myśl. Pisałem wczoraj o tym, jak to Kornel Morawiecki, wówczas,  jak się wydaje ktoś, o kim można by powiedzieć, że był jednym z bezdyskusyjnych posiadaczy tytułu „Mister Solidarności” spotkał na swej drodze równie bezdyskusyjną „Miss Solidarności” i nie było innej możliwości, by owa Solidarność uroczyście pobłogosławiła związek tej urodziwej pary. Dziś, jak widzę ani sam Morawiecki, ani jego miłość lat terroru, nie widzą żadnego powodu, by się publicznie nie eksponować, i to w tym szczególnym bardzo anturażu. Ja oczywiście z niego szydzę bardzo, jednak, zaznaczam bardzo mocno, to co w wolnym czasie robili obcy mi w końcu ludzie wtedy, gdy wesoło gonili się z milicją, to nie jest moja rzecz, natomiast nikt mi nie zabroni pewnej refleksji, która wydaje mi się zupełnie oczywista.
       Otóż, jak już wspomniałem wczoraj, a dziś swoją wiedzę uzupełniam, kiedy Kornel poznał Hankę od niemal 20 lat był żonaty z kobietą starszą od siebie o 11 lat. Kiedy przyszedł czas walki, jak sam mówi, „tak się potoczyło”, że człowiek musiał się w tym wszystkim wszystkim odnaleźć nie tylko jako ofiara, ale też jako zwycięzca. No a dziś stoję zdębiały przed tym zdjęciem i myślę sobie, że owa Jadzia, o której tu wcześniej nie było, ale też i nie będzie, musiała być kobietą niezwykłą. Dzielną, wspaniałą, skromną, kobietą, świadomą tego, czym jest życie i jakie one przed nami stawia wymagania. Znajduję gdzieś rozmowę z nią, gdzie opowiada o swoim synu Mateuszu i nie mogę się nie wzruszyć, kiedy czytam:
      Kiedy nadszedł już czas, przyszła rejonowa położna, a mój ojciec zabrał córeczki na spacer do pobliskiego Ogrodu Botanicznego. Kornel podczas porodu cały czas dodawał mi otuchy. I tak 20 czerwca 1968 roku urodziłam syna Mateusza. Położna za bardzo nie wiedziała, czy najpierw zająć się pobladłym z przejęcia ojcem, czy przecięciem pępowiny ponad trzykilogramowego niemowlaka - uśmiecha się. - A w 1973 roku urodziła się jeszcze nasza córka Marysia - dodaje pani Jadwiga.
      Dlaczego Mateusz? Postanowiliśmy z Kornelem, że syn musi mieć imię jednego z Apostołów, więc wybraliśmy Mateusza celnika”.
       I dalej już ani słowa, ani o Ani, ani o Hani, ani nawet o Kornelu, ani nawet o wspólnych Wigiliach. No więc, ani słowa.

Moje książki są do kupienia w ksiegarni na stronie www.basnjakniedzwiedz.pl. Bardzo polecam.
  

piątek, 22 czerwca 2018

O wielkiej idei Solidarności i panienkach w spodenkach


      Zanim ruszę, pragnę zapowiedzieć, a jednocześnie przeprosić wszystkie bardziej wrażliwe osoby za to, że parę razy pojawią się tu słowa powszechnie uważane za nieładne. Niestety, po dłuższym namyśle, doszedłem do wniosku, że tym razem inaczej być nie może, a więc proszę trzymać się krzeseł.     
      Otóż, pamiętam jak kiedyś, podczas tych minionych nam dość szczęśliwie jednak 30 już niemal lat, pojawiła się informacja o tym, że kiedy Lech Wałęsa był zaledwie jeszcze skromnym przewodniczącyzm Związku Zawodowego NSZZ Solidarność, był nieustannie otoczony przez kobiety, które nieustannie świadczyły mu seksualne usługi, a on z nich korzystał bez ograniczeń. I nie chodziło o to, że Mieczysław Wachowski, czy kto to wówczas dbał o naszego Lecha, wynajmował dla niego prostytutki, ale o to, że Przewodniczący funkcjonowal przez te kilka miesięcy jako polska odpowiedź na gwiazdy w rodzaju Roda Stewarta, czy Micka Jaggera, kiedy to doprawdy nie trzeba być kurwą, by poczuć przymus obcowania z prawdziwą gwiazdą.
      Przyznaję dziś, że, choć nie widziałem nigdy powodu, by zajmować się tym tematem, od poczatku żyłem w świętym przekonaniu, że tak to właśnie musiało wyglądać. I to nie tylko gdy chodzi o Wałęsę, ale o tych wszystkich bohaterów Solidarności, porozrzucanych po całej Polsce w owych regionalnych strukturach Związku, którzy w pewnym momencie, w owej alternatywnej peerelowskiej rzeczywistości, nagle zaczęli stanowić namiastkę czegoś, co po latach zafunkcjonowało pod zagraniczną nazwą „celebrity”. I moim zdaniem nie było żadnej możliwości, by wokół nich nie pojawiły się tak zwane „groupies”, które nie opuszczały ich na krok, wspierały ich w ich walce o wolną Polskę, pocieszały w trudnych momentach, a ostatecznie niektóre z nich dochrapały się nawet określenia „Kobiety Solidarności”.
      I proszę nie myśleć, że moje przekonanie co do sytaucji na wspomnianym froncie to jakieś teorie i wyobrażenia. Lata 80-te to był czas, kiedy, choć sam nie byłem w żaden sposób bezpośrednio zaangażowany w tamtą walkę, dość świadomie poruszałem się po jej okolicach i widziałem nadzwyczaj dokładnie, co się tam wyprawia.Na tyle dokładnie, by dziś nie czuć się w najmniejszym stopniu zaskoczony. Nie będę oczywiście tu plotkował, natomiast chciałbym się zająć czymś, co, jak się okazuje, jest sprawą publicznie znaną, a co, jakimś cudem uszło mej, a podejrzewam, że nie tylko mej, uwadze. Otóż jakimś, jak to często ma miejsce, niezbadanym przypadkiem, trafiłem na informację opublikowaną przez „Super Express” jeszcze w grudniu 2015 roku, a zatytułowaną „Morawiecki: Mam żonę, żyję z inną kobietą”. Od razu pragnę zmartwić wszystkich tropicieli żydowskiej piątej kolumny, że nie chodzi o Premiera, ale o Morawieckiego seniora, ale zapewniam, że jest i tak ciekawie. Otóż, jak się okazuje, jeszcze zanim w roku 1980 wybuchła rewolucja Solidarności, samo natomiast spiskowanie się już jakiś czas temu rozpoczęło, Kornel Morawiecki, wówczas jeszcze dzielny, młody i nadzwyczaj przystojny działacz opozycji antykomunistycznej, od czternastu lat żonaty oraz z czwórką dzieci, trafił na 15 lat od siebie młodszą Annę, w której, jak sam mówi, zakochał się od pierwszego wejrzenia i z którą po burzliwych latach komuny wszedł w stały związek, i która w roku 1993 urodziła mu syna. Jednak, jak się okazuję, nasz pan senator senior, jeszcze w czasach tworzenia Solidarności Walczącej poznał Hannę, z którą również wszedł w intymny związek, który ostatecznie umilił mu te trudne czasy między małżeństwem, a faktycznym początkiem relacji z Anną.
       Ja nic nie zmyślam. O tym wszystkim, w rozowie z „Super Expressem” opowiada w grudniu 2015 roku sam Kornel Morawiecki. I w najmniejszym stopniu ze wstydem i zażenowaniem, ale z autentycznym rozczuleniem. Posłuchajmy:
       Oczywiście kocham swoją żonę, ale z nią nie jestem od dłuższego czasu. Tak się potoczyło... Ale nie mamy rozwodu. Byłem z Jadzią do 1981 roku. Wtedy przyszedł stan wojenny, a wcześniej, bo w 1976 roku, poznałem Annę. Zakochaliśmy się, jednak los chciał, że przez całe lata 80. nie było nam dane ponownie się spotkać. Urwał nam się kontakt. Odnaleźliśmy się na początku lat 90. Pokochaliśmy się. Anna jest ode mnie młodsza o 15 lat. Mamy 22-letniego syna Jerzego. To piękna, mądra kobieta. Bardzo ją kocham. Ale jest jeszcze Hanna, z którą tworzyłem Solidarność Walczącą. Hanna jest mi bardzo bliska. W swoim życiu kochałem i wciąż kocham kilka kobiet. Oczywiście moją partnerkę Annę, z która żyję, żonę Jadwigę i właśnie Hannę. Z każdą z nich spędzę zbliżającą się Wigilię.
      Nie wiem dlaczego, ale szczególnie jakoś wpadła mi w oko owa Hanna, z którą marszałek senior zakładał Solidarność Walcząca. I oto okazuje się, że na youtubie, tak samo bezwstydnie, jak wszystko to, co opisałem dotychczas, funkcjonuje dłuższe nagranie ze spotkania – jednego z tych spotkań, których zapewne będziemy mieli jeszcze więcej przy okazji obchodów stulecia odzyskania niepodległości – gdzie Kornel Morawiecki oraz niejaka Hanna Łukowska-Karniej, skądinąd, jak słyszę, nawet wsród esbeków znana, jako najpiękniejsza kobieta Solidarności, opowiadają nam swoją historię. I to ona, jak się okazuje, jest ową Hanna, z którą Kornel Morawiecki każdego roku spędza Wigilię. Oglądam ten film, oczywiście nie cały, bo do tego nawet ja nie jestem zdolny, i tam nie ma słowa o dupczeniu. Sama walka i przepychanki z milicją i ZOMO. Siedzą ci starsi dziś już państwo przed kamerą, wydzierają sobie wzajemnie z rąk mikrofon, opowiadają, jak to kiedyś, kiedy jeszcze Polska była pod ruskim butem, było fajnie, a zebrani w sali słuchacze płaczą czy to ze wzruszenia, czy ze śmiechu nad tymi wesołymi przygodami.
      Powiem szczerze, że nie mam siły tego ciągnąć dalej, więc, gdyby ktoś chciał, to wszystko jest tu.
       Ja natomiast, by te refleksje jakoś sensownie zamknąć, powiem tylko jedno. Strasznie to ciekawe, ale – jak część Czytelników z pewnością pamięta – ja już jakiś czas temu o tym wspominałem, jak to są rzeczy, o których się wszyscy dowiadujemy niemal w jednej chwili, są też jednak przy tym takie, o których nie dowiemy się nigdy. Ów rynek treści jest kontrolowany równie skutecznie, jak granica między Stanami Zjednoczonymi i Meksykiem. Czyli skutecznie, choć nie do końca. I stąd, szczęśliwie, ten dzisiejszy tekst, dzięki któremu wiemy znacznie więcej, niż jeszcze wczoraj.

Zapraszam wszystkich do korzystania z oferty księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, gdzie są do kupienia również i moje książki. Polecam serdecznie.

    

czwartek, 21 czerwca 2018

Idą nasi, a przed nimi moralność socjalistyczna


       Wczoraj na Facebooku pewien nasz wspólny kolega zamieścił nadzwyczaj głęboką refleksję, której ze względu na brak miejsca, no i tak naprawdę potrzeby, nie będę tu powtarzał, natomiast powiem, że spotkała się ona z tak dramatycznym niezrozumieniem, że jedyne, co mi pozostało, to złożyć mu wyrazy współczucia, a jednocześnie pocieszenia, że ja tu na moim blogu mam znacznie gorzej.
       Skąd tak niedobre myśli? Otóż, jak mi się zdaje, mimo że ja od dziesięciu już ponad lat trzymam właściwie wciąż tę samą postawę, chyba nigdy wcześniej tak jak ostatnio nie zostałem zbanowany przez tyle osób, które, wydawałoby się, pochodzą z bliskich mi ideologicznych stron, a mimo to uznały mnie nawet nie tyle za wroga, bo, jak wiemy, z wrogami każdy z nas sobie radzi znakomicie, ale za kogoś, na kogo się nawet nie podnosi wzroku.
       Bezpośrednim powodem do pisania mojej dzisiejszej notki jest zachowanie blogera podpisującego się imieniem „Genezy”, który – co nadzwyczaj ciekawe – najpierw uniemożliwił mi komentowanie swoich wypowiedzi, a następnie zaadresował do mnie następujące, swoją drogą wyciągnięte kompletnie z tak zwanej „dupy”, pytanie:
      Jak to się stało, że wszyscy uwierzyli w to, że to ty zatrzymałeś festiwal unsound w kościołach? Przecież ani nie ty zauważyłeś ten festiwal jako pierwszy, ani nie ty zadzwoniłeś do księdza z tą informacją i to właśnie ten ksiądz zatrzymał te wygłupy, a nie ty. Jak to się robi że oni wszyscy w to kłamstwo uwierzyli?
       Oczywiście najprościej byłoby udzielić odpowiedniej odpowiedzi bezpośrednio na blogu Genezego, ponieważ jednak, jak mówię, nie mam takiej możliwości, natomiast, owszem, mam świadomość, że za słowo nie trzeba płacić zbyt wiele, by ono zafunkcjonowało publicznie, jestem zmuszony do przypomnienia, że dnia 6 października 2015 roku dowiedziałem się od mojej córki o organizowanym od lat w Krakowie muzycznym festiwalu Unsound i o tym, że parę z koncertow kolejnej edycji festiwalu już w najbliższym czasie będzie miało miejsce w krakowskich kościołach. Był to wtorek, czyli czas, kiedy co tydzień wysyłam swój kolejny felieton do „Warszawskiej Gazety”, tak by zdążył się on ukazać w piątek, a już w niedzielę rozpoczynał się ów festiwal, a zatem natychmiast napisałem i wysłałem do Piotra Bachurskiego następujący tekst:

      Siadając do pisania dzisiejszego felietonu, czuję pewien niepokój, ponieważ mam świadomość, że dla wielu czytelników ‘Gazety Warszawskiej’ kwestia organizowanych w Polsce od okazji do okazji muzycznych festiwali stanowi coś na tyle egzotycznego, że każda próba poruszenia tematu może się skończyć kompletną porażką. A mimo to, jestem przekonany, że sprawa, którą się postanowiłem dziś zająć, jeśli spojrzymy na nią z pewnego szczególnego punktu widzenia, nie pozwala choćby na chwilę zwłoki.
       Oto proszę sobie wyobrazić, że w najbliższych dniach w Krakowie odbędzie się wielodniowy festiwal muzyczny o nazwie ‘Unsound’, którego charakter i podstawowy sens sprowadza się do propagowania najbardziej otwartego i jednoznacznego satanizmu. I od razu chcę się zwrócić do tych czytelników, którzy właśnie zaczynają się ironicznie uśmiechać i mruczeć coś na temat obsesji, którymi część z nas zdecydowała się żyć, podczas gdy jest tyle rzeczy ważniejszych, niż jakieś piosenki, i prosić ich, by się przez chwilę zechcieli zastanowić. Otóż ja akurat jestem naprawdę znakomicie zorientowany w dzisiejszej pop-kulturze i świetnie wiem, co się tam dzieje naprawdę, a co jest wyłącznie elementem taniego lansu pod hasłem ‘jesteśmy źli’. A zatem pragnę stwierdzić bez cienia wątpliwości, że w tym wypadku mamy do czynienia z autentycznym, celowym i bardzo przemyślanym satanizmem. W tym wypadku należy stwierdzić, że do Krakowa zawitało czyste zło i wiele wskazuje na to, że nikt się tym szczególnie nie przejął.
       A sytuacja jest jeszcze bardziej wstrząsająca, niż możnaby się było spodziewać. Oto biorący udział w festiwalu artyści – powtórzę raz jeszcze, reprezentujący niemal wyłącznie i całkowicie jednoznacznie satanistyczny nurt we współczesnej sztuce muzycznej – planują występować w krakowskich kościołach. Z tego, co już dążyłem zauważyć, część koncertów ma mieć miejsce w kościołach pod wezwaniem Świętej Katarzyny, oraz Świętych Apostołów Piotra i Pawła. 16 października, u Św. Katarzyny, ma dojść do koncertu słynnego satanistycznego zespołu Current 93, którego logo stanowi ukrzyżowany Chrystus przyozdobiony odwróconym pentagramem. Jak ogłasza strona festiwalu na Facebooku, również jeden z festiwalowych występów odbędzie się w kopalni soli w Wieliczce, tuż pod słynną solną rzeźbą Ostatniej Wieczerzy.
       Moja Hanka, która jako pierwsza zorientowała się w tym, do czego doszło i która sprawę dogłębnie zbadała, zadzwoniła do kościoła Św. Katarzyny. Jak się okazało, organizatorem przedsięwzięcia z kościelnej strony jest pan organista, który w rozmowie telefonicznej córkę moją poinformował, że ona niepotrzebnie histeryzuje, ponieważ wszyscy uczestnicy festiwalu zostali przez Kościół odpowiednio sprawdzeni i nie ma żadnych powodów, by się niepokoić. Ksiądz proboszcz do telefonu nie mógł podejść, bo akurat jadł obiad.
       Ja wiem, że jest Skała, na tej Skale stoi nasz Kościół, a moc piekieł Go nie pokona. Niech jednak nikomu z nas nie przyjdzie do głowy się pocieszać, że my wobec tej błogosławionej sytuacji nie mamy nic do roboty. On bowiem nie przepuszcza żadnej okazji”.

      W piątek, wiedząc, że został nam zaledwie tydzień, opublikowałem ten tekst również na blogu, no i z tego co wiem, część Czytelników postanowiła zareagować, po czym ostatecznie wszystkie kościelne występy zostały przez Kurię odwołane, moje nazwisko w setkach artykułów prasowych na całym świecie, włącznie z „Guardianem”, „New York Timesem”, czy kalifornijskim „Los Angeles Times”, zostało zrównane z ziemią, a organizatorzy Festiwalu zagrozili mi, powtarzając swoje pretensje jeszcze parokrotnie, pozwem, w zwiazku z tym, że moje religijne obsesje naraziły ich na oczywiste straty finansowe.
      Sprawa przez te wszystkie lata powoli trafiła to piwnic Internetu, zwłaszcza że polskie media, kiedy był jeszcze na to czas, albo sprawę zamilczały, albo wykorzystywały do wyszydzania mojego nazwiska, kiedy to dziś bloger Genezy ni stąd ni z owąd zadaje mi pytanie, jak to się stało, że głupi ludzie uwierzyli w to, że to ja zatrzymałem festiwal Unsound, a w momencie gdy ja na to kłamstwo chcę odpowiedzieć, informuje mnie, ze moich wyjasnień on słyszeć nie ma ochoty. I, przypominam, że nie mówimy o którymś z redaktorów tygodnika „Newswek”, czy ze stacji TVN24, ale o jednym z nas, blogerów udzielających się na portalu szkolanawigatorow.pl.
      Jakby tego było mało, w którymś z kolejnych swoich komentarzy ów Genezy dzieli się ze swoimi czytelnikami kolejną dotycząca mnie uwagą: „Zwróć uwagę, że on nie argumentuje, to są tylko insynuacje”.
       Nie planowałem tego robić, ale ostatecznie zmieniłem zdanie. Otóż wspomniany na początku kolega zamieścił na Facebooku historię, w której opowiedział o pewnym staruszku, prostym, zwykłym, z pozoru byle jakim człowieku, który bezskutecznie próbował załatwić jakąś sprawę w oddziale firmy ubezpieczeniowej Daewoo. Ponieważ jednak pracownicy firmy, sugerując się najwidoczniej jego prezencją, traktowali go jak szmatę, on w pewnym momencie nie wytrzymał i powiedział: „Przecież wy jesteście od tego jak dupa od srania”. W tym momencie nasz kolega otrzymał kilka bardzo interesujących komentarzy, z których ja akurat szczególnie zapamiętałem jeden: „Zawsze uważałem, że robienie kupy to jedna z niewielu analnych przyjemności, które może mieć heteroseksualny mężczyzna”.
       I dziś, z przykrością, ale bardzo szczerze, muszę się podzielić tą ponurą refleksją. Poruszamy się naprawdę na granicy i trzeba bardzo uważać, by nie wpaść w to, co ktoś nam zwyczajnie nasrał.
      Na zakończenie link do jednego z naprawdę nielicznych tekstów na ten temat jakie się ukazały w polskich mediach: https://www.antyradio.pl/Muzyka/Rock-News/Kuria-odwolala-koncert-w-Krakowie-bo-mial-promowac-satanizm-4569

Zachęcam wszystkich do odwiedzania naszej księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl i do kupowania również moich książek. Jeśli ktoś sobie życzy dedykację, zapraszam do siebie przez kontakt mailowy na adres k.osiejuk@gmail.com. Dziękuję.


środa, 20 czerwca 2018

Piłka, piłeczka, a na końcu my


      Właściwy tekst o piłce nożnej pojawi się tu dopiero w trakcie weekendu, dziś natomiast chciałbym przedstawić wspomnienie, które nas do własciwej refleksji powinno właściwie wprowadzić. Jednak zanim do tego dojdzie,  jedna bardzo ważna refleksja. Otóż wczoraj Polska przegrała z Senegalem w kompromitujący sposób, a ja, z jednej strony ową porażkę przeżywam, zastanawiając się dlaczego oni poprzedniej nocy najwyraźniej nie zmrużyli oka, jednoczesnie oczywiście bardzo im życząc, by jak najszybciej się pozbierali, wpieprzyli Kolumbii i Japonii i awansowali do ćwierćfinałów, z drugiej natomiast, myślę o tym, jak bardzo reżim – którykolwiek zresztą reżim – staje na głowie, by nasz tak szczery i serdeczny patriotyzm przetransformować w taki sposób, by każde zwycięstwo polskich sportowców choćby najbardziej podłe zachowania rządzących. Jak mówię, główny tekst na ten temat ukaże się tu najprawdopodobniej w sobotę, jeszcze przed meczem z Kolumbią, dziś natomiast przedstawiam notkę – zaledwie nieco przeredagowaną –  wcale nie tak dawną, bo zaledwie z 2014 roku, gdy my wciąż tkwiliśmy w śmiertelnym uścisku Ewy Kopacz, a piłka królowała jak zawsze. Zachęcam do refleksji.

      Siadając do pisania dzisiejszej notki, jestem w sytuacji bardzo niezgrabnej. A wszystko zaczęło się częściowo od tego, że nędza jaka nas ostatnio dopadła, mocno mnie przybiła w sensie intelektualnym, a więc i w twórczym, a trochę też od tego, że mimo weekendu, a w tym świętego dnia, który nam Dobry Bóg kazał święcić, zdecydowałem się wziąć za różnego rodzaju prace zarobkowe i to mi zjadło znaczną część soboty i niedzieli, no i nawet nie miałem chwili, by siąść i podzielić się jakimiś mniej lub bardziej interesującymi refleksjami. W dodatku jeszcze przyjechał do Katowic z dawna zapowiadaną wizytą pewien mój dawno nie widziany kumpel, co jak wiadomo z przyczyn zasadniczych załatwia cały boży wieczór, i pewnie bym tak bardzo nie narzekał, gdyby nie fakt, że zamiast normalnie, tak jak to zwykle bywa, udać się do knajpy i spędzić w niej miło czas jedząc, pijąc i gawędząc o tym, że świat się kończy i to tym razem już chyba na pewno i na dobre, kumpel pierwsze co zrobił, to zapytał, gdzie tu mają telewizor, bo jest mecz i tego przegapić nie można.
      Dlaczego już na samym początku tej notki zaznaczyłem, że mam z tym dzisiejszym tekstem kłopot? Otóż przeczytałem właśnie tekst o tym, że oto nastał czas, byśmy wszyscy, choćbyśmy dotychczas nie znali różnicy między spalonym a hat-trickiem zechcieli się emocjonować meczem Polska- Niemcy, odbywającym się oczywiście na Stadionie Narodowym i naszych kupionych na raty plazmach. I pewnie ja bym już o tym nie pisał, zostawiając to tym wszystkim, którzy się w to oszustwo zaangażowali, jednak ponieważ mam wrażenie, że są rzeczy, które pozwinny zostać powiedziane, a ja je w głowie wciąż mam, i wierzę, że one są warte uwagi, spróbuję się w tę dyskusję wbić na swój sposób.
      Najpierw może powiem, dlaczego polska piłka nożna mnie od wielu, wielu lat nie zajmuje, a polska siatkówka na przykład już tak. Otóż chodzi o to, że nasi tak zwani kiedyś „chłopcy”, są dziś tak beznadziejni, jako projekt, idea i wreszcie jako drużyna, że tu w ogóle nie ma o czym mówić. Tak jak to już parokrotnie tu i ówdzie zostało powiedziane, nie da się bowiem stworzyć drużyny z grupy kompletnie obcych sobie piłkarzy, z których każdy swoje życie sportowca, karierę i powodzenie wiąże z czymś, co jeśli słowo „Polska” w ogóle bierze pod uwagę, to wyłącznie na zasadzie wspomnień z dzieciństwa. Słyszymy przecież tu i ówdzie, że każdy z nich jest tak zaaferowany swoim obecnym życiem, lub karierą, czy to gdzieś w Rosji, Anglii, Holandii, czy Niemczech, że kiedy przyjeżdża na zgrupowanie kadry, jeśli zdejmuje z uszu słuchawki, to wyłącznie podczas treningów, a jeśli się do któregoś z kolegów odzywa, to wyłącznie po to, by wrzasnąć: „Zostaw!”, „Do mnie!”, albo „Strzelaj!”. A zatem, faktem jest, że Polska dziś nie ma piłkarskiej drużyny i nic nie wskazuje, by ją miała w najbliższym czasie mieć. A zatem, ja nie widzę też powodu, by polskiej piłce poświęcać swoje emocje. Owszem, bardzo kibicuję Lewandowskiemu, by został najlepszym piłkarzem Bundesligi, Szczęsnemu, by Anglicy uznali go za najlepszego bramkarza Premier League i żeby go na przykład kupił Liverppol, i bardzo się też cieszę, kiedy słyszę, że piłkarz Milik jest podporą Ajaxu Amsterdam, natomiast, kiedy słyszę, że Polacy mają grać z Niemcami, czy Szkocją i bardzo liczą na to, że jakimś cudem po tych meczach awansują z 75 miejsca na 74, i z tej okazji premier Kopacz przyjmie ich u siebie w kancelarii, to, przepraszam bardzo, ale co mnie ta ich zabawa obchodzi? Dokładnie tyle samo, co wiadomość, że zespół Kombi ma podobno szansę na karierę w Ameryce.
       No i wczoraj, zupełnie nieoczekiwanie, wbrew moim najgłębszym pragnieniom i nadziejom, udałem się do pubu „Spencer” w Katowicach, gdzie w towarzystwie bandy w większości już częściowo nawalonych kibiców i przy akompaniamencie nieustającego wrzasku, który uniemożliwiał choćby najbardziej podstawową rozmowę, zostałem zmuszony do oglądania tej żenady, a więc z jednej strony Niemców, którzy najwidoczniej w głębokim przekonaniu, że z palcem w nosie wlepią Polsce 10-0, grali tak głupio i chaotycznie, że już niemal od dziesiątej minuty widać było, że jeśli oni strzelą gola, to wyłącznie samobójczego, a z drugiej Polaków, którzy prawdopodobnie niesieni owym ogłuszającym gwizdem zebranych na Stadionie Narodowym i nieprzytomnych w tym swoim szaleństwie kibiców, jedyne co potrafili przez cały mecz zrobić, to wyprowadzić te dwie kontry i bezczelnemu szwabstwu pokazać, dokąd prowadzi głupia pewność siebie.
       Siedziałem więc przez te dwie godziny w owym „Spencerze”, udając, że jestem bardzo podekscytowany tym co się dzieje i z każdą kolejna minutą ogarniał mnie coraz większy smutek. I to wcale nie dlatego, że Niemcy nie potrafili Polsce strzelić gola, czy dziesięć – co akurat miałoby w sobie przynajmniej tyle dobrego, że może byśmy wreszcie zobaczyli, że naród, który systematycznie, planowo i z gorejącym sercem, rezygnuje z poczucia dumy, nie zasługuje na nic lepszego, niż upokorzenie ze strony wrogów – ale ze względu na reakcję zgromadzonych polskich piłkarskich patriotów. I tu znów, nie chodzi o to, że oni przez ponad dwie godziny bez sensu darli mordy i cieszyli się z tego, że Niemcy nie potrafią Polsce strzelić bramki, ale że kiedy te trzy strzały przez cały mecz dały nam zwycięstwo, jeden z nich wrzasnął: „Mamy nową panią premier i proszę! Ale z nazwiskiem Kopacz musimy wygrywać!” I cała reszta zaczęła bić brawo. To nie jest zart. Tak było.
      I to jest dziś moja jedyna refleksja. Oto stan, w jakim się znaleźliśmy: z jednej strony świadomość, że jesteśmy w sposób oczywisty nie dość że do dupy, to wręcz najgorsi, a z drugiej od czasu do czasu udaje nam się pokazać, że ta nasza dupowatość potrafi czynić niespodzianki i to nas bardzo, ale to bardzo satysfakcjonuje.
       Przepraszam bardzo, ale skoro Niemcy nie dali rady, to ja bardzo proszę, żeby nam tę tępotę z głowy wybili Szkoci, którzy nas już za chwile wezmą w obroty. Może być nawet 0-5.

Zapraszam jak zawsze do odwiedzania księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl i do kupowania książek najlepszych. W tym, oczywiście, moich.


wtorek, 19 czerwca 2018

toyah.pl - słuchasz i wiesz


      Stało się tak, że w tych dniach liczba odsłon toyah.pl przekroczyła 4 miliony i stanowi to dla mnie powód do dumy, związanej z tym, że kiedy się woła „Posłuchaj to do Ciebie” i to wołanie przynosi odzew, to znaczy, że było warto. Przy tej jednak okazji, zupełnie niespodziewanie, z tak zwanej „czapy”, pojawiła się informacja kolejna. Otóż na portalu basnjakniedzwiedz.pl, gdzie również moje teksty się ukazują, nasz kolega Boson, jak rozumiem po to, by mi dokuczyć, zamieścił tabelkę z liczbami określającymi faktyczną popularność poszczególnych blogów, z której, zdaniem Bosona, wynika niezbicie, że mój blog jest zaledwie minimalnie chętniej czytany od tego co publikuje on. Proszę bardzo, oto wspomniana tabelka:



      Otóż, opierając się na podstawie danych przedstawionych w kolumnie „pageviews”, wyciąga Boson wniosek, że jego blog, mimo że głównie czytany i komentowany przez niego samego, należy do najbardziej popularnych, a to się nie zgadza z danymi raportowanymi na samym portalu, gdzie wyniki sa dla niego raczej marne. Tymczasem, jak się okazuje po uważnym przyjrzeniu się owej tabelce, tak zwane pageviews mają znaczenie drugorzędne, podczas gdy to co stanowi o sukcesie bloga to coś, co owi analitycy określają nazwą „reach”, a co wyznacza procent użytkowników portalu odwiedzających poszczególne blogi. A tu sytuacja wygląda zupełnie inaczej. Otóż, jak pokazują owe wyliczenia, blisko 67 procent wszystkich osób, które logują się na Szkole Nawigatorów robi to po to, by zajrzeć na mój blog. Na blog Bosona wchodzi nieco ponad 38 procent, a ja ten, dla niego jak najbardziej fantastyczny wręcz, wynik tłumaczę tym właśnie, że Boson publikuje po kilka notek dziennie, sam je wciąż odsłania, sam je komentuje, no i w ten sposób zwraca na siebie uwagę odwiedzających. I to tyle na temat marzeń tego dziwnego pana.
       Jednak dzisiejszy tekst w żaden sposób nie dotyczy Bosona i jego szaleństwa, ale, korzystając z owego jakże niemądrego zaangażowania, stanowi zwykłą autoreklamę. Proszę bowiem zwrócić uwagę na to, że owym 4 milionom odsłon, jakie zanotowałem na swoim blogu toyah.pl, towarzyszy informacja niechcąco zupełnie ujawniona przez wspomnianego Bosona. Otóż, jeśli wierzyć owym danym, należy przyjąć, że to co ja publikuję na portalu szkolanawigatorow.pl jest czytane chętniej nawet niż teksty Coryllusa. Z danych prezentowanych przez  hypestat.com, bo taką nazwę sobie wybrali owi analitycy, wynika, że to właśnie tekst, który Państwo właśnie kończą czytać, jest najczęściej czytany. Ktoś powie, że to jest strasznie niskie z mojej strony zawracać ludziom głowę w sprawach tak nieistotnych jak to, czyj blog jest gorzej lub słabiej odwiedzany. Owszem, zgadzam się, to nie jest temat najwyższych lotów. Owe loty sa mniej więcej tak samo niskie jak informacja podawana regularnie przez telewizyjne stacje, takie jak „TVP Info – najczęściej wybierany telewizyjny kanał informacyjny”, czy „TVN24 – lider na rynku informacji telewizyjnej”. Czy jakoś tak.
      I to są moje refleksje na dziś po tych wszystkich latach. Góra stoi, a ja wszystkim bardzo dziękuję za obecność.



Oczywiście są jeszcze książki. Jak zawsze dostępne w ksiegarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl. The ultimate for the brave. Zachęcam.


poniedziałek, 18 czerwca 2018

O sztuce trzymania mordy w kuble


   
      Myślę że nie tylko ja, ale i znaczna grupa czytelników tego bloga pamięta czasy, gdy kardynał Wojtyła został ogłoszony papieżem i po pierwszych kilku latach pewnego chaosu poznawczego, bardzo już wyraźnie zaznaczył się podział na tych, którzy z jednej strony uważali, że misją Jana Pawła II jest reprezentowanie tej części Narodu, która pragnie prawdy i wolności, a z drugiej strony na tych, dla których głównym zadaniem Papieża miało być głoszenie tak zwanej „prawdy o Jezusie”. Wydaje się, że kulminacyjnym momentem owej konfrontacji, kiedy to już nikt nie mógł mieć choćby cienia wątpliwości, o co tu w tym wszystkim chodzi, był rok 1995, kiedy to papież Jan Paweł II, z okazji 50 rocznicy istnienia „Tygodnika Powszechnego” wysłał do jego naczelnego Jerzego Turowicza list, w którym uznał z konieczne napisać co następuje:
      Odzyskanie wolności zbiegło się paradoksalnie ze wzmożonym atakiem sił lewicy laickiej i ugrupowań liberalnych na Kościół, na Episkopat, a także na Papieża. Wyczułem to zwłaszcza w kontekście moich ostatnich odwiedzin w Polsce w roku 1991. Chodziło o to, ażeby zatrzeć w pamięci społeczeństwa to, czym Kościół był w życiu Narodu na przestrzeni minionych lat. Mnożyły się oskarżenia czy pomówienia o klerykalizm, o rzekomą chęć rządzenia Polską ze strony Kościoła, czy też o hamowanie emancypacji politycznej polskiego społeczeństwa. Pan daruje jeżeli powiem, iż oddziaływanie tych wpływów odczuwało się jakoś także w ‘Tygodniku Powszechnym’. W tym trudnym momencie Kościół w ‘Tygodniku’ nie znalazł, niestety, takiego wsparcia i obrony, jakiego miał poniekąd prawo oczekiwać; ‘nie czuł się dość miłowany’ – jak kiedyś powiedziałem. Dzisiaj piszę o tym z bólem, gdyż los ‘Tygodnika Powszechnego’ i jego przyszłość bardzo leżą mi na sercu”.
      I znów, myślę, że i tu wielu z nas wciąż pamięta, jaka była reakcja na te słowa adresatów tego listu, oraz ich akolitów. Kiedy już nie dało się dłużej owych słów zamilczeć, oni w najmniejszym stopniu nie poczuli się w obowiązku potraktować słowa Jana Pawła II jako napomnienia, lecz wręcz przeciwnie, uznali, że ponieważ mają do czynienia ze swoim dawnym kolegą, to co on do nich mówi, to jest takie sobie duszpasterstwo, które jeśli czegokolwiek od nich wymaga, to ewentualnie drobnych korekt na dotychczasowej ścieżce wiary. I od tego momentu było już oczywiste, że Jan Paweł II będzie  do samego końca traktowany wyłącznie jako polityczny argument, gdzie z jednej strony będzie wolność i prawda, a z drugiej Jezus Chrystus i jego nauka.
      Jak to się stało, że, mimo iż wydawało się, że kwestie naszej Wiary mamy już załatwione, temat ów wraca jak bumerang? Otóż jeden z Czytelników, jak rozumiem zanspirowany wcześniejszą dyskusją, podesłał mi link, którego głównym bohaterem jest osoba dotychczas mi kompletnie nieznana, jednak, jak się okazuje, tu i ówdzie kultowa, a mianowicie niejaki ojciec Augustyn Pelanowski. Poszukałem jego biogramu w Wikipedii i dowiaduję się, że ów Pelanowski to „paulin, długoletni ojciec duchowny w Wyższym Seminarium Duchownym Zakonu Paulinów w Krakowie na Skałce, rekolekcjonista, kaznodzieja, spowiednik, autor książek, publicysta, artysta malarz.
      […]
      Stał się znany w środowiskach chrześcijańskich dzięki uczestniczeniu w nawróceniach znanych polskich muzyków rockowych, m.in. Tomasza Budzyńskiego (Armia, 2Tm2,3), Darka Malejonka (Armia, Houk, 2Tm2,3), Piotra „Stopy” Żyżelewicza (Armia, Voo-Voo) i Grzegorza „Dzikiego” Wacława, związanego z warszawskim środowiskiem anarchistycznym. Użyczył swojego głosu na pierwszej płycie zespołu 2Tm2,3 – Przyjdź, w piosence Getsemani. Wystąpił w filmie Programu Poświęconego Frondy Dzyń (1994) według scenariusza Tomasza Budzyńskiego i Andrzeja Wasilewskiego. Jego rysunki zostały wykorzystane w booklecie płyty Houk Generation X (1995)”.
      Zainteresowałem się więc osobą owego wybitnego duchownego i oprócz tego, że to jest w istocie rzeczy postać dla tak zwanych „środowisk radykalnych” prawdziwie kultowa, dowiedziałem się również tego, że  on parę miesięcy temu w którymś z publicznych wystąpień powiedział co następuje:
      – Czasem ktoś mnie pyta, jak to teraz zrozumieć w związku z tymi wszystkimi niejasnościami jakie pojawiają się w Kościele, kogo tu słuchać? Proste: zejdź mi z oczu szatanie. Inaczej mówiąc: dopóki mówisz Piotrze prawdę o Mnie – jesteś Kefasem, papieżem, ale gdy kłamiesz o mnie, gdy manipulujesz moją Prawdą, to jesteś pod wpływem szatana, a szatana się nie słucha tylko egzorcyzmuje. Pan Jezus nie odrzucił Piotra. Wyegzorcyzmował go i Piotr zgodził się z Prawdą, spokorniał i poprawił się, przyjął korektę, Correctio fraterna”.
       I dalej:
       Nauczanie papieża jest bezbłędne jedynie wtedy, gdy jest zgodne z nauczaniem Jezusa”.
       I proszę sobie wyobrazić, że to co na mnie zrobiło największe wrażenie, to nawet nie to, że ów ksiądz w sposób niemal jednoznaczny sugeruje, że papieza Franciszka należy egzorcyzmować, ale to, że jako podstawowy argument przeciwko jego nauczaniu używa owego śmierdzącego już wręcz trupem tekstu: „Zadaniem Kościoła jest głoszenie Słowa Bożego, a wszystko co ponad to, to polityka”.
        Jak się dowiaduję, po tej, i jak się domyślam, również innych jego wypowiedziach, bo trzeba nam wiedzieć, że ojciec Pelanowski mówić bardzo lubi, kierownictwo zakonu paulinów przeniosło go w bardziej odpowiednie dla niego miejsce i objęło go nakazem powstrzymania się od owych popisów. W jednej chwili oczywiście w środowisku fanów Pelanowskiego podniósł się odpowiedni rwetes, któremu towarzyszył apel o zwieranie szeregów w obronie owego świętego męża przed agresją ze strony watykańskiej reakcji. I oto, proszę sobie wyobrazić, że w tym momencie Kościół, zamiast zacząć się tłumaczyć, wyjaśniać i prosić o zrozumienie, głosem wszystkich zainteresowanych osób, ogłosił, że mu nie jest nic wiadomo o tym, by ojciec Pelanowski został jakoś szczególnie ukarany, no i żeby w ogóle działo się coś szczególnego. Co ciekawe, nawet sam Pelanowski położył uszy po sobie, odmówił jakichkolwiek komentarzy, a sprawa została ostatecznie zamknięta i pozostawiona nic nie znaczącym plotkom.
       Jedyne co po tym krótkim zamieszaniu pozostało, to wciąż krążące gdzieś w czeluściach Internetu, opublikowane przez samego Pelanowskiego widzenie, w którym sam Jezus ogłosił mu co następuje:
       Czy wasz prezydent nie nazwał mnie królem? To czemuż się lęka i uśmiecha do władców tego świata? Powinien płakać przede Mną, a wysłucham go, a nie uśmiechać się do władców zaprzedanych kłamstwu. Nie musi nikomu się podobać, tylko Mnie, a wzmocnię wasz kraj i wywyższę! Ja swoją Krwią wybielam wszystko. Dałem wam dwa znaki, i inne, lecz dlaczego nie rozumiecie, po co uczyniłem te cuda eucharystyczne?
      Ktoś powie, że głupia sprawa i że dobrze by było to wszystko jakoś skomentować, no bo my chyba, jako wierny lud, mamy prawo do informacji. Otóż nie. My wszelkie informacje, jakich potrzebujemy, znajdziemy w Katechizmie Kościoła Katolickiego. A w związku z tym, nie będzie żadnego komentarza, poza tym jednym: to jest Skała, której bramy piekielne nie przemogą, a nam nic do tego, poza gorliwą modlitwą za grzechy nasze i tego świata. Zwłaszcza nasze.

Przypominam, że mam tu u siebie paręnaście egzemplarzy mojej książki „Rock and roll, czyli podwójny nokaut”. Polecam serdecznie. Kontakt, gdyby ktoś nie znał: k.osiejuk@gmail.com.