czwartek, 31 marca 2011

Dyplom dla Księdza Arcybiskupa

O kazaniu arcybiskupa Nycza, a właściwie o pewnym drobnym, choć z mojego punktu widzenia kluczowym, jego fragmencie przeczytałem na tefaunewoskim pasku. Ponieważ, mimo wszystkich ostatnich doświadczeń, wciąż przejmuję się tym, co mówią moi biskupi, pobiegłem do pani Toyahowej i powiedziałem jej, że arcybiskup Nycz właśnie ogłosił koniec żałoby. Ja wiem, że Toyahowa, jako osoba demonstrująca niemal stuprocentowy brak zainteresowania tym, co my tu wyprawiamy, niekoniecznie zasługuje na to, by ją tu wciąż cytować, niemniej nie wypada mi też lekceważyć faktów. A faktem jest, że ona potrafi naprawdę bardzo wiele. No więc stało się tak, że ja przeczytałem tę informację, poszedłem do mojej żony, by jej o tym co się stało powiedzieć, a ona wtedy zrobiła wielkie oczy i spytała: „A to była jakaś żałoba?”
W tej sytuacji, pozostało mi tylko się rakiem wycofać i zanurzyć w dalszych, jakże naiwnych rozważaniach. Przy okazji, już po chwili doszła do mnie informacja uzupełniające, że arcybiskup Nycz, nie dość, że poinformował mnie o końcu żałoby, to w dodatku jeszcze, uznał za konieczne dać mi naukę w temacie tzw. woli bożej, a więc czegoś, czemu ja – za przykładem Hioba – mam się bezwzględnie podporządkować. Żeby nikt mi nie zarzucił, że mówię o tym, co znam tylko z omówień, zajrzałem do – jak się domyślam przynajmniej z punktu widzenia nauk arcybiskupa Nycza – do źródła najbardziej kompetentnego, a więc do Gazety Wyborczej, która z dumą i satysfakcją, pod optymistycznym tytułem „Koniec żałoby”, cytuje owe święte słowa:
Cmentarz nie jest naszą świątynią ani naszym domem. Owszem, przychodzimy tam opłakiwać najbliższych, ale przychodzi moment, kiedy musimy wrócić do codziennego życia i podjąć te wszystkie trudy, które są do podjęcia w ojczyźnie, Kościele, rodzinach. Niezbadane są wyroki boskie, człowiek ma prawo stawiać pytanie: ‘Dlaczego tak się stało?’. Niemniej nie możemy się na tym zatrzymać. Często trzeba powiedzieć sobie jak Hiob biblijny: ‘Bądź wola Twoja’”.
A ja sobie myślę tak. Bardzo niedawno, zaledwie kilka dni temu, kupiłem u Niepoprawnych dla nas wszystkich malutkie przypinki, z białoczerwoną szachownicą i napisem ‘Katyń 10.04.2010’, i noszę taką wpiętą w kurtkę tuż nad zbolałym sercem. I co ja mam teraz zrobić? Zdjąć ją, bo inaczej będę miał grzech pogardy dla bożej woli? No dobra. Załóżmy, że ją zdejmę. A co ja mam zrobić, jeśli oni mi ów skrwawiony i unurzany w błocie strzęp białoczerwonej szachownicy pokażą znów w telewizorze? Jak mam zareagować? Czy mam na ten obraz patrzeć, czy może pokornie spuścić oczy i zająć się „ojczyzną, Kościołem i rodziną” w jakiś inny sposób, tak by przede wszystkim zadowolony był ze mnie arcybiskup Nycz? No a kiedy, nie daj Boże, znów mi przyjdzie zobaczyć, jak jacyś nieznani mi ludzie pakują do worków moje kwiaty, krzyże i znicze, by je wywieźć na miejskie wysypisko śmieci, a wokół stoi tłum ludzi, z których jedni płaczą, a drudzy zacierają ręce z satysfakcji, to co mam czuć? Co arcybiskup Nycz mi radzi czuć w takim momencie? Powiew woli bożej? Jej niezbadaność? I to tak od razu, czy może najpierw powinienem oczyma wyobraźni przyjrzeć się, jak ten stan praktycznego uniesienia osiągnął sam Arcybiskup? Sam? A może jemu ktoś w tym po przyjacielsku pomógł? Ktoś bardziej rozumiejący się w meandrach życia na styku woli bożej a historycznej konieczności? I tak wspólnie uradzili sprawę końca żałoby. Ksiądz wniósł wiarę, a jego przyjaciel rozsądek.
Jakiś czas temu, przy okazji kolejnych refleksji na temat aborcji, napisałem tu o piosence Boba Dylana, gdzie pojawia się historia boksera, który zabił na ringu swojego przeciwnika. Pomysł tej narracji jest taki, że Dylan przytacza słowa różnych osób, w ten czy inny sposób organizujących tę walkę, z których każdy tłumaczy swój udział w tym przedsięwzięciu słowami: „To nie ja”. A więc jest sędzia, który nie przerwał walki, jest tłum, który dopingował zawodników, jest menedżer zmarłego boksera, który zwyczajnie nie wiedział, że jego podopieczny jest nie w pełni formy, jest dziennikarz sportowy, zachęcający do szerokiej promocji boksu, jest nawet sprzedawca biletów na tę walkę, który jedyną swoją winę widzi w tym, że taki ma zawód. Ale i wreszcie jest sam bokser, który swoimi ciosami zabił drugiego człowieka. I on akurat nie wchodzi w jakieś szczególnie pokrętne dywagacje. Stwierdza prosto i zwyczajnie: „To przeznaczenie. To wola boża”. Dokładnie w ten sposób. „It was destiny. It was God’s will”.
Ciekawe, proszę Księdza Arcybiskupa, prawda? Że akurat on. Bezpośredni sprawca, właściciel tej pięści, powołuje się na wolę bożą. Bardzo to interesujące. Jak to łatwo znaleźć się w złym towarzystwie, czyż nie?
Smutno mi jak cholera. Żeby nas tak bezlitośnie i głupio opuścić. Tego się po moim Kościele nie spodziewałem. No ale trudno. Rozumiem, że należy się brać za sprawy poważne. Proszę uprzejmie, proszę Księdza Arcybiskupa. Oto melduje się do pracy na rzecz Ojczyzny, Rodziny i Kościoła. Trzy w jednym.
Oto też wczoraj, i również na tefauenowskim pasku pokazała się informacja może jeszcze bardziej od słów abp Nycza jednoznaczna, czysta i prosta jak przysłowiowy drut. Cytuję: „Prezes fundacji TVN ‘Nie jesteś sam’ Bożena Walter, prof. Jerzy Bralczyk, prof. Magdalena Środa, ksiądz Adam Boniecki, Janusz Gajos i Ryszard Kalisz otrzymali dyplomy ‘Europejczyka Roku 2010’”. Domyślam się, że wielu z czytających te słowa, podobnie zresztą jak to było w moim przypadku, spróbuje się dowiadywać, jaka wiadomość została przez telewizję TVN przedstawiona przed i po tej, choćby po to, żeby uzyskać jakiś w miarę sensowny kontekst owej fascynującej informacji. Otóż zapewniam wszystkich, że kontekstu nie ma. News jest taki jak go przedstawiłem wyżej: „Prezes fundacji TVN ‘Nie jesteś sam’ Bożena Walter, prof. Jerzy Bralczyk, prof. Magdalena Środa, ksiądz Adam Boniecki, Janusz Gajos i Ryszard Kalisz otrzymali dyplomy ‘Europejczyka Roku 2010’”. I kropka.
W związku z powyższym, korzystając z tego, że mam okazję zabrać publicznie głos, no i również w odpowiedzi na apel Księdza Arcybiskupa, pragnę skierować pod adresem wszystkich, którzy mają zawodowy powód, żeby mnie wysłuchać, dwa pytania, które dręczą mnie bardzo. Proszę mi wytłumaczyć, dlaczego wśród osób, które otrzymały dyplomy, nie znaleźli się inni wybitni europejczycy, tacy jak: Andrzej Wajda, Zbigniew Hołdys, Kora Jackowska, Marek Kondrat, prof. Jan Hartman, Krzysztof Daukszewicz, Jacek Pałasiński, Katarzyna Hall, Hanna Gronkiewicz-Waltz, prof. Władysław Bartoszewski, Tomasz Lis, Adam Małysz, Wojciech Kuczok, Cezary Michalski, Kazimierz Kutz, Dominik Taras, Andrzej Olechowski, Elżbieta Zapendowska, Tomasz Wołek, ksiądz arcybiskup Józef Nycz, Jerzy Iwaszkiewicz, Maja Komorowska, Tomasz Sekielski, Eryk Mistewicz, Włodzimierz Cimoszewicz, Stefan Niesiołowski, ksiądz Kazimierz Sowa, Jerzy Owsiak, Henryka Krzywonos, major Michał Fiszer, Agnieszka Holland, Tomasz Nałęcz, Kuba Wojewódzki, Jolanta Kwaśniewska, generał Stanisław Koziej, Krzysztof Materna, Jerzy Stuhr, Monika Olejnik, Daniel Olbrychski, Wojciech Fibak, Szymon Hołownia, Jerzy Buzek, Dominika Wielowiejska, i – last but not least – Jacek Michałowski?
Druga natomiast sprawa, z jaką pragnę się zwrócić do osób kompetentnych, to dlaczego jest tak mało organizacji, które mogłyby przydzielać różnego rodzaju dyplomy wybitnym Polakom i Europejczykom. Uważam, że podobnie jak w naszym kraju jest z pewnością bardzo wiele zasłużonych osobistości, tak też z pewnością istnieje możliwość stworzenia odpowiedniej liczby organizacji, które mogłyby owe osoby odpowiednio nagradzać. Szczególnie mocno ich potrzebujemy teraz, kiedy koniec żałoby odsłonił nam tyle ludzkiego dobra. Ku chwale Ludowej Ojczyzny!

środa, 30 marca 2011

W poszukiwaniu zaginionej klepki

O ile się nie mylę, problem ateizmu na tym blogu pojawił się zaledwie trzy razy. Piszę „zaledwie”, bo kiedy się nad tym zastanowić, to rzeczywiście dziwne, że kwestia tak istotna została tu zaledwie wspomniana niejako przy okazji. Wielu z nas, wliczając w to autora tego bloga, to osoby religijne, czasem religijne głęboko. Ta nasza religijność jest tu demonstrowana, w ten czy inny sposób, właściwie codziennie. A nawet kiedy, demonstrowana nie jest, pozostaje ta szczególna aura, która każe się domyślać, że to jest blog prowadzony i w dużej mierze nawiedzany przez ludzi pobożnych. A więc ludzi, którzy są przekonani, że są dziećmi Boga, że ten Bóg jest jak najbardziej realny, i że ów fakt ma swoje bardzo daleko idące konsekwencje. A zatem, skoro tak bardzo tu jest widoczna nasza wiara, to jak to się dzieje, że problem niewiary praktycznie tu się nie pojawia? Dziwne to bardzo, zwłaszcza gdy zauważymy, że w środowiskach ateistycznych o Bogu tych którzy w Niego wierzą, gada się niemal na okrągło.
Wydaje mi się, że pierwszy raz, jak podjąłem tu polemikę z ateizmem, było to po rozmowie, jaką miałem z pewnym moim kolegą – ateistą właśnie – podczas której nagle sobie bardzo mocno uświadomiłem, że za stwierdzeniem, że Boga niema stoi czysty i najbardziej jednoznaczny irracjonalizm. Że jeśli człowiek, będący przy zdrowych zmysłach i cieszący się opinią myślącego, nagle stwierdza, że Bóg nie istnieje, to mamy do czynienia z deklaracją równie absurdalną jak na przykład to, że śmierć nie istnieje, albo że samoloty nie latają. Że kiedy nasi bliscy, czy znajomi rzekomo umierają, to jest to wyłącznie nasze złudzenie. No bo jeśli zastanowić się nad czymś takim jak śmierć, w takim kształcie w jakim ją znamy, ona jest zwyczajnie niemożliwa. A samolot? Przecież każdy przecież widzi, jaki on ciężki i duży. Rozmawiałem z tym moim kolegą, myślałem sobie przy tym o swojej wierze, i nagle zdałem sobie sprawę z tego, że u mnie irracjonalny jest wyłącznie strach przed myślą, że Boga nie ma. Cały religijny system, jaki wyznaję, jest idealnie logicznym i sensownym ciągiem argumentów, i jeśli coś go zakłóca, to wyłącznie te momenty, kiedy – całkowicie irracjonalnie właśnie – przychodzi mi do głowy myśl – A co jeśli nie?
O ile dobrze go zrozumiałem, mój wspominany wyżej kolega uważa się za ateistę w sposób jednoznaczny. Mówiąc to, mam na myśli fakt, że on nie sugeruje, że wprawdzie Boga nie ma, ale jest jakaś wyższa siła, czy jakiś uniwersalny rozum, czy to może w postaci naszej przyrody, czy kosmosu, które to byty nadają sens naszemu życiu. Z tego co zrozumiałem, on jest w swojej niewierze do bólu dzielny i bezlitosny. Tak jak mój zmarły niedawno wujek, który mi kiedyś powiedział mniej więcej tak: „Nie oszukuj się. Nie ma nic. Człowiek umiera i to co po nim zostaje, to najpierw jakieś związki organiczne, a później już tylko nieorganiczne i wreszcie nie ma już nic”. Jednak w pewnym momencie temat ateizmu wrócił za sprawą pewnego maturzysty, który – już nie pamiętam przy jakiej okazji – wspomniał coś o Krzysztofie Kieślowskim, twierdząc, że Kieślowski nie był ateistą, ale zaledwie kimś kto nie zgadza się z nauką Kościołów i sam, na własną rękę, szuka Boga. Przypomnieliśmy sobie wspólnie stare wypowiedzi Kieślowskiego, i – mam nadzieję, że dobrze tu relacjonuję sprawę – dowiedzieliśmy się, że Kieślowski nie mówił, że Boga nie ma, lecz zaledwie, że on nie wie, czy Bóg jest. A więc, on – na wszelki wypadek – z Bogiem prowadzi dialog, zwraca się do Niego z prośbami, stara się żyć tak, by Go nie obrażać. A to, zdaniem Maturzysty, świadczyć może tylko o tym, że Kieślowski ateistą nie był.
I pomyślałem sobie, że to jest bardzo ciekawa sytuacja. Bo otóż jeszcze w XVI może wieku, zarzut, że ktoś jest ateistą był traktowany jako obelga. Jak się zdaje, jeśli znalazł się gdzieś człowiek, który mówił, ze Bóg nie istnieje, lub że, owszem, istnieje, tyle że jako drzewo, gwiazda, rzeka, lub tęcza, był przez wszystkich dookoła traktowany, jak ktoś niespełna rozumu. Dla każdego normalnego człowieka żyjącego w tamtych czasach i w naszej kulturze to, że Bóg jest, a my jesteśmy jego dziećmi, stanowiło aksjomat. Zresztą w innych, choćby najbardziej prymitywnych, czy bardziej zamierzchłych cywilizacjach, też nikomu nie przychodziło do głowy uznawać, że jesteśmy tylko my i na tym koniec.
Wydaje mi się, że prawdziwe zamieszanie na tym polu zostało poczynione dopiero wraz z powstaniem tak zwanego wolnomyślicielstwa, a więc, ogólnie rzecz ujmując, w okresie Oświecenia. Rozwój nauk, a tym samym, gwałtowny wzrost przekonania u ludzi, że są strasznie mądrzy, doprowadziły do tego, że wielu z nich zaczęło najpierw delikatnie, a potem już na całego kwestionować prawdy kościelne. Najbardziej dramatycznie ten ruch objawił się właśnie w wolnomyślicielstwie. Oczywiście masoni nie od razu i nawet nie w swojej większości kwestionowali istnienie Boga. O nie! Tacy nieroztropni, to oni nie byli. Powtarzali więc w koło jakiejś bajki o Budowniczym Świata, o Wielkim Architekcie, o Uniwersalnym Umyśle, czy diabli wiedzą o czym jeszcze, a jednocześni głosili pełną wspólnotę ludzi o wszystkich możliwych przekonaniach, a więc tych co wierzą w Chrystusa, tych co wierzą w drzewa, w tych co wierzą w Zeusa, w diabła, ale również tych, którzy nie wierzą w nic. Lata mijały, ludzie robili się już tylko mądrzejsi, aż wreszcie niepostrzeżenie – jak idzie o religię – już tylko stary Marks miał odwagę powiedzieć, że religia to opium, Bogiem jest człowiek, duchy nie istnieją, szatana nie ma, a drzewa służą wyłącznie do tego, żeby na nich wieszać tych, którzy sądzą inaczej. I tyle.
Co pozostało na zewnątrz? To co zawsze, a więc całe grupy osób wiernych i pobożnych, a poza tym chaotyczna mieszanina z jednej strony tych, którzy z jakiegoś powodu z Marksem zgodzić się do końca nie chcieli, a z drugiej tych, którzy owszem tu pozostali w postawie na baczność, tyle że z jakiegoś powodu bali się przyznać przed sobą, że rzeczywiście nie ma nic. I ten chaos stworzył całą nową religię – religię ludzi, którzy przede wszystkim uważają, że z tym Bogiem i w ogóle bogami to gruba przesada, ale nie da się ukryć, że czasem się dzieją rzeczy dziwne i niewyjaśnione. Bo to się człowiekowi coś przyśni, a później się okaże, że się sprawdziło. Albo trzasnęły drzwi, gdy w domu nie było nikogo. Albo że ktoś podobno gdzieś widział, że coś spadło z hukiem na ziemię i w lesie pojawiły się jakieś dziwne światełka. Stopniowo, tych, którzy trzymali twardo z Marksem – głównie ze względów historycznych – było stopniowo coraz mniej i w efekcie dziś mamy z jednej strony ludzi wierzących, i mniej lub bardziej tradycyjnie pobożnych, a z drugiej całą kupę wyznawców tak zwanego rozumu otwartego, gdzie pod pojęciem „otwarty” rozumiemy akceptację wszelkiego typu zabobonów, poczynając od wiary w UFO, a kończąc na przekonaniu, że jak jest matura, to trzeba założyć czerwone majtki. Oni oczywiście ani nie chodzą w niedzielę do kościoła, ani nie twierdzą, że krzyż jest naszą wspólną cywilizacyjną wartością. Uważają natomiast, że księża kradną i gwałcą małych chłopców, że Bóg może i jest, tylko w ogóle nie wiadomo co to takiego, no i że faktycznie, jak człowiek spojrzy na nocne niebo, to jakoś się robi dziwnie. Podobnie zresztą, jak się zacznie gapić w ognisko. Czy oni są jednak ateistami? W życiu! Nigdy! Ależ skąd? Co za oszczerstwo!
Kiedy się zastanowić nad tym wszystkim, można rzeczywiście poczuć szacunek do tych, którzy mają odwagę powiedzieć – Tak. Jestem ateistą. Bez żadnych zakłamanych zastrzeżeń na temat humanizmu, racjonalizmu, naturalizmu. Bez tłumaczenia sobie i światu, ze ja wprawdzie nie umiem uwierzyć w Boga, ale mam szacunek dla ludzi wierzących, szczególnie żydów i muzułmanów, a już zwłaszcza buddystów, i że właściwie to jestem agnostykiem. Tak. Zwłaszcza agnostykiem. Agnostycyzm robi tu wrażenie złotego kluczyka otwierającego praktycznie wszystkie drzwi.
Czemu dziś, po raz trzeci już wziąłem się za ten temat? Jak pewnie niektórzy się domyślają, ze względu na osobę i myśl Grzegorza Miecugowa. Otóż przy okazji niedawnego wpisu, gdzie wyszydziłem tego szczególnego redaktora za jego wyjątkowy pokaz ludzkiej tępoty, ktoś napisał pod tym tekstem komentarz, w którym zacytował Miecugowa z wywiadu, jakiego ten udzielił swego czasu magazynowi ‘Gala’. Co tam takiego czytamy? Otóż Grzegorz Miecugow, po wstępnym przyznaniu, że on w Boga nie wierzy, natychmiast przechodzi do konkretów, które, jak się domyślam, w jego mniemaniu, mają go postawić w jakimś lepszym świetle. Jako kogoś wprawdzie, kto nie wierzy, ale jednak tak nie do końca. I mówi tak: „Ja wiem, że mam jedno życie. Nie wierzę, że moja dusza pójdzie do jakiegoś raju. Po śmierci rozpadnę się na atomy. A one może w przyszłości będą krzesłem? Atomy krążą. Może jest we mnie kilka atomów, dajmy na to, Kościuszki? Jestem częścią większej całości. Szukam sensu tego wszystkiego. I oczywiście nie znajdę go”.
I to, uważam, jest deklaracja dla nas bardzo interesująca. Grzegorz Miecugow, mówiąc to co mówi, a należy sądzić, że się nie wygłupiał, lecz starał się być poważny jak należy, idealnie nam pokazał stan współczesnego ateizmu w wersji – owszem – nieco karykaturalnej, ale przez to może nawet bardziej przemawiającej do wyobraźni. Z jednej strony więc widzimy kogoś, kto się nam pokazuje jako osoba rozsądna, nie ulegająca tym głupim, prostackim i niemodnym już przecież przesądom z czasów średniowiecza, które robiły wrażenie wyłącznie na jakichś spragnionych najtańszej strawy duszom, ale kto z drugiej strony wie, że tak do końca, nie wszystko się da racjonalnie unicestwić. Ale i tu, on jest wciąż lepszy od innych. Bo wie, że ani gwiazdy, ani drzewa, ani jakaś reinkarnacja, ani uniwersalny humanizm. Że to też wszystko mit. Ale wie coś jeszcze. Że czysta nauka w stylu oświeceniowym też nie odpowiada na wszystkie pytania. A więc, nauka tak – tyle że nauka otwarta. I tu właśnie pojawia się to krzesło. I Kościuszko. Oto trochę krzesła, trochę Kościuszki, trochę Miecugowa tak krążą w powietrzu i jest tylko pytanie, czy z tego powstanie coś konkretnego, i czy to coś powstanie za chwilę, czy może dopiero wówczas, gdy do tego dołączy jeszcze parę atomów, powiedzmy z jakiegoś wypasionego samochodu, czy buta.
Zajrzałem do tego wywiadu w 'Gali' i tam są rzeczy jeszcze ciekawsze. W pewnym momencie Miecugow mówi tak: "Istnieje jednak coś nadprzyrodzonego. Dowodem na to jest to, że ja wyśniłem katastrofę concorda i okrętu podwodnego Kursk. Nie wszystko da się wyjaśnić racjonalnie. Ostatnio śniło mi się, że mnie jakiś facet wali butelką po głowie,[ale też]że jestem klepką w podłodze. Bardzo świadomą klepką. Miałem poczucie, że otaczają mnie klepki, z którymi nie mam kontaktu. I ja jeden, a właściwie: ja jedna widzę kawałek drzwi lekko uchylonych i wiem, że nigdy się nie dowiem, co za nimi jest. Bardzo cierpiałem".
Oczywiście, osobiście sądzę, że to co zaprezentował Miecugow nie świadczy o jakiejkolwiek tendencji, lecz stanowi zwykły wybryk jakiegoś pospolitego półgłówka, któremu pozycja i pieniądze wyrządziły parę nienaprawialnych szkód. Ale jeśli założymy, że obecne czasy zmierzają nieuchronnie w kierunku całkowitej eliminacji ateizmu jako zarówno teorii, jak i praktyki, ale też bardzo próbują przy okazji zlikwidować wszelkie przejawy religijności prostej, ludowej i tradycyjnej, to nie należy wykluczać, że powstanie nowy rodzaj pobożności. Ludzie zaczną wierzyć w krzesła. A w ramach owej religijnej praktyki, będą te krzesła ustawiali w pustych pokojach, wchodzić na nie, czepiać sobie na szyi grube sznury i popełniać rytualne samobójstwa. Z jednej strony z uwielbienia dla atomu, a z drugiej ze strachu, że ten atom jest taki niezbadany. I kto wie, czy dla tych wszystkich nowych wyznawców Grzegorz Miecugow nie stanie się prorokiem?
Chciałem w tym miejscu skończyć to dzisiejsze pisanie, ale jakoś nie potrafię. Mam bowiem wrażenie, że jeśli jeszcze czegoś nie powiem, to właściwie równie dobrze możemy uznać, że nie wiadomo, po co w ogóle było to wszystko pisać. Bo przecież nie po to, by jeszcze raz dokuczyć Miecugowowi, czy w ogóle ludziom niewierzącym. A zatem wypadałoby jakoś pobieżnie chociaż określić cel tego gestu. Otóż muszę uczciwie przyznać, że zupełnie wyjątkowo ten dzisiejszy ma charakter czysto agitujący. Ja dziś chciałem przede wszystkim, w ramach dawania świadectwa Prawdzie, zaapelować do wszystkich tych, którzy nie wierzą w Jezusa Zmartwychwstałego i w Jego Kościół, a z drugiej dręczy ich poczucie, że czegoś im nieustannie w tej łamigłówce brakuje. Proszę, nie szukajcie czegoś, co jeśli nawet ktokolwiek zgubił, to akurat nikt z nas. Bo na końcu znajdziecie najwyżej to krzesło. A daję słowo, że nie warto.

wtorek, 29 marca 2011

A wyglądał tak niegroźnie...

Pierwszy, i co ciekawe, jedyny raz, jak usłyszałem o Piotrze Wolwowiczu spod Sanoka, to było paręnaście dni temu na blogu. Ktoś w komentarzu wrzucił tę informację jako off-topic, pisząc jednocześnie, że wszelkie ślady, które mogłyby stanowić dowód w sprawie, są już skutecznie zatarte. Wczoraj Paweł (ten Paweł) przysłał mi parę linków i tym razem wszystko odżyło ze zwielokrotnionym napięciem.
O co chodzi? Biorę pod uwagę, że to może tylko ja tak fatalnie zostałem z tyłu, a większość sprawę już skutecznie przeżyła, jednak na wszelki wypadek króciutko powiem, o co chodzi. Otóż Piotr Wolwowicz jest uczniem średniej szkoły muzycznej z Sanoka, który wystąpił w programie o przedziwnej nazwie ‘Must Be The Music’ w telewizji Polsat, zaśpiewał tam – właściwie zawodowo – piosenkę o tym, ze Polska jest naszą ojczyzną, że jest piękna i nie warto z niej uciekać, po czym został przez jury do spodu wyszydzony. Kiedy śpiewał, jury siedziało z demonstracyjnie spuszczonymi ze wstydu głowami, lub zasłoniętymi twarzami, a na koniec kobieta o nazwisku Zapendowska powiedziała mu, że ta ‘bogoojczyźniana tematyka”, to „coś strasznego”, piosenkarka Kora z zażenowaniem oświadczyła, że ona „prawie umarła”, wszyscy zarechotali długo i przeciągle, dowcipnie poradzili Piotrowi, żeby „nie szedł tą drogą” i wysłali go do Polski.
Dlaczego uznałem, że warto o tym napisać? Z dwóch powodów, i żaden z nich nie związany jest z zachowaniem jury. Tego człowieka, który opowiedział Piotrowi, żeby „nie szedł tą drogą”, nawet nie znam. Kto to jest Zapendowska – nie mam pojęcia, poza tym, że wygląda jak Nina Terentiew, a to mnie od razu zniechęca do jakichkolwiek komentarzy, Znam natomiast Korę, ale o niej już raz tu pisałem i to z całą pewnością wystarczy. Poza tym, jeśli Zapendowska wygląda jak Terentiew, i to uznałem za wystarczający powód do pełnego elegancji milczenia, to co powiedzieć o Korze w jej najnowszym kształcie, nawet jeśli akurat nie była zatruta halucynogennymi grzybami i nie maila ze sobą swojego pieska?
Chodzi mi o co innego. Mianowicie o zachowanie tego Piotra. Sytuacja w jakiej on się znalazł dzięki postawie tych trojga dziwnych osób, była w pewnym bardzo określonym sensie ekstremalna w sposób nieporównywalny z niczym innym. To nie było tak, jak to się dzieje w wielu tego typu sytuacjach, gdy jakiś piosenkarz-amator przychodzi do telewizyjnego programu, śpiewa i dowiaduje się, że jest beznadziejny. I w dodatku dowiaduje się, że jest beznadziejny w ramach pewnej konwencji telewizyjnej, która polega na tym, że jemu to trzeba powiedzieć brutalnie i prosto w oczy. Dlaczego tak myślę? Przede wszystkim dlatego, że po pierwsze, najczęściej ci, którzy zostają tak potraktowani, są rzeczywiście słabi, no i też wiedzą, że to wszystko jest tylko własnie konwencją. Poza tym, ci którzy mu to mówią, oczywiście się z niego śmieją, ale nie jest w żaden sposób tak, że go nienawidzą. No i przede wszystkim starają się unikać osobistych uwag.
Ludzie wynajęci przez Polsat do tego, by spróbować zniszczyć Piotra Wolwowicz, już w pierwszych sekundach jego występu go nienawidzili. Oni go tak nienawidzili, że dla nich nie miało znaczenia, czy on śpiewa dobrze, czy źle, czy jest grzeczny, czy nie, czy wygląda ładnie, czy brzydko. Oni go nienawidzili wyłącznie dlatego, że on postanowili im zaśpiewać piosenkę o Polsce, którą można i trzeba kochać. Oni go za to tak znienawidzili, że gdyby mogli, to by mu podstawili nogę, żeby się przewrócił, albo wylali mu na głowę jakieś gówno, tak jak to zrobiły koleżanki pewnej Carrie w książce Stephena Kinga. Właśnie tak. Gdyby oni mogli, to w tej swojej do niego nienawiści, za to, że on miał czelność zaśpiewać taką piosenkę, potraktowaliby go właśnie tak. Ponieważ jednak tego zrobić nie mogli, wspięli się na szczyty swojego zezwierzęcenia i go spróbowali zabić w inny sposób. Najbardziej okrutnym – również przez to, że całkowicie niezasłużonym – szyderstwem. I on to zniósł idealnie. Stał, z podniesioną twarzą słuchał tego ich rechotu, a na końcu, kiedy oni już swoje wszystkie czarne naboje wystrzelali, powiedział, że i tak uważa, że był najlepszy, bo zaśpiewał o sprawach najważniejszych.
I to jest powód pierwszy. Chciałem opowiedzieć o jego postawie. To była postawa, która buduje gmach tak solidny, że on starczy za tysiące innych. Patrzeć na tego Piotra spod Sanoka, jak wręcz po norwidowsku spogląda w twarz temu nieszczęściu, to była czysta i niczym nie zmącona satysfakcja. Ale jest też powód drugi, dla którego dziś piszę o Piotrze Wolwowiczu. Otóż kiedy Paweł przysyłał mi link do strony, na której można zobaczyć całość tego zdarzenia, sądził, że jest jakiś zapis na ten film. Że on jest dostępny jeszcze tylko tam. Okazuje się jednak, że Internet jest silniejszy i dziś widzę, że, po pierwszych zawirowaniach, można to również obejrzeć w wielu innych miejscach, choćby na youtubie. Jednak strona, którą otrzymałem od Pawła zawiera coś jeszcze poza tym filmem. Jest tam mianowicie apel wystosowany przez jakiegoś może i kolegę tego Piotra o zbieranie podpisów na liście protestacyjnym do Polsatu. Procedura jest prosta jak tylko prosta może być. Trzeba tam wpisać swoje dane, kliknąć guziczek, następnie potwierdzić otrzymanie maila z linkiem i tyle. Minuta najwyżej. No, może dwie. Warto to zrobić. Autor tego listu liczy na 500 podpisów. Nie mam pojęcia, ile już zebrał, może już wszystkie, ale sądzę, że nie zaszkodzi mu jeszcze dorzucić nasze. Bardzo proszę o to świadectwo.
A tu odpowiedni link.
A teraz zapraszam na rutube:
A skoro Polsat usuwa z youtuba kompromitujące ich filmy, musimy się zdać na braci Rosjan. A w tej sytuacji, postaramy się, by było jeszcze weselej. Proszę bardzo:

poniedziałek, 28 marca 2011

Grzegorz Miecugow - człowiek z połową głowy

Muszę się przyznać do pewnej, być może, bardzo wstydliwej słabości. Otóż z dużym zainteresowaniem niekiedy oglądam w telewizji program prowadzony przez Grzegorza Miecugowa, a zatytułowany ‘Inny punkt widzenia’. Oczywiście nie oglądam go na pierwszym miejscu ze względu na osobę Miecugowa, lecz z powodu osób, które tam niekiedy występują. Są to mianowicie często ludzie, którzy zajmują się dziedzinami życia, na których ja się kompletnie nie znam, a przez to, że ja się na nich nie znam, w większości nie rozumiem nawet, co oni do mnie mówią, ale przez to, że mówią niezwykle ciekawie, słucham ich słów z zapartym tchem. Co to za ludzie? Różni. Najczęściej jacyś profesorowie od fizyki, czy medycyny, czy biotechnologii, czy choćby kultury antycznej. To co ich natomiast łączy, to to, że – jak już wspomniałem – opowiadają w sposób bardzo ciekawy, i w większości robią niezwykle sympatyczne wrażenie.
Dlaczego więc, mówiąc to wszystko, jednocześnie się wstydzę. Oczywiście przede wszystkim ze względu na samego Grzegorza Miecugowa, który, jak przynajmniej czytelnikom tego bloga wiadomo, jest osobą tak mało gustowną, że każdy szanujący się człowiek powinien go omijać szerokim lukiem. Poza tym, równie może często jak ci profesorowie, występują tam najróżniszego autoramentu artyści. A więc jacyś teatralni reżyserzy, ambitniejsze piosenkarki, czy jacyś modni literaci. No a wiadomo powszechnie, że – w odróżnieniu od naukowców – w swojej olbrzymiej większości artyści mają nałogową skłonność do mądrzenia się na wszystkie możliwe tematy, z pominięciem jednego. Tego, na którym się akurat znają. A więc, każdy normalny człowiek nie ma najmniejszego powodu, żeby nastawiać ucha w jakimkolwiek punkcie przemówienia wygłaszanego przez artystę.
Oglądam jednak niekiedy tę audycję i niemal od samego początku zastanawiam się nad jedną kwestią, dotyczącą już samego Miecugowa. Od razu muszę uprzedzić, że wcale nie chodzi mi o to, że on w czasie tych rozmowy robi bardzo dobre wrażenie. Jest grzeczny, spokojny, układny, elegancko uśmiechnięty, czasem bardzo sympatycznie refleksyjny. To akurat są wprawdzie umiejętności zaawansowane, ale, jeśli pamiętamy, że sam Grzegorz Miecugow jest osobnikiem równie wyjątkowo zaawansowanym pod niemal każdym względem, musimy też uznać, że dla niego udawanie uprzejmości i elegancji, to czynność równie prosta jak splunięcie. Nawet komuś prosto w twarz. A zatem, nie o to mi chodzi. Kiedy patrzę i słucham Miecugowa prowadzącego program ‘Inny punkt widzenia’, chciałbym bardzo wiedzieć, jak on to robi, że jest w stanie prowadzić swobodną rozmowę na wszelkie możliwe tematy. Nie wiem, kim on jest z wykształcenia, ale jest mi naprawdę trudno uwierzyć, żeby to wykształcenie dawało mu takie kompetencje, by mógł ze zrozumieniem dyskutować na temat fizyki, matematyki, energii jądrowej, teatru, kultury antycznej, czy jakiejś innej konkretnej, choć nie całkiem popularnej wiedzy.
Tymczasem Miecugow gada. Gada w równym, niezakłóconym tempie, bez śladu niepokoju, wszystko słyszy, wszystko rozumie, i nawet w jednym momencie nie zdradzi możliwości takiej oto, że on może nie wiedzieć, o co w tym wszystkim chodzi. Dość niedawno, w programie występowała pani, która jest jakimś profesorem-biotechnologiem. Ponieważ, co niektórym jest wiadome, moja starsza córka studiuje ten kierunek, oglądaliśmy audycję wspólnie. No i ja, korzystając z okazji, poprosiłem ją, żeby mi powiedziała, czy pytania jakie Miecugow zadaje, robią wrażenie kompetentnych. No i ona mi powiedziała, że nie. Że kompetentnie mówi tylko ta kobieta, natomiast sam Miecugow robi tylko dobre i solidne wrażenie. Że z tego co on gada, nie wynika jakakolwiek wiedza. On tylko słucha jej odpowiedzi i z odpowiednią miną stara się gładko wejść w temat, tyle że na poziomie najbardziej niskich oczywistości.
Z tą wiedzą przemęczyłem kilka kolejnych konfrontacji z Grzegorzem Miecugowem i oto wczoraj, już bliżej północnej godziny, wszedłem na wspomnianą audycję. Gościem tym razem był człowiek reprezentujący dziedzinę o nazwie bioinformatyka. Mówiąc bardzo krótko, praktycznym celem tej nauki jest to, by pomóc ludziom cierpiącym na wszelkiego typu choroby paraliżujące ich zdolność poruszania się. W pewnym momencie, by pokazać z jak bardzo dramatycznymi sytuacjami spotykają się lekarze, ów pan profesor opowiedział historię kobiety, cierpiącej na tzw. stwardnienie zanikowe boczne. Choroba ta ma to do siebie, że z jednej strony ona niszczy neurony odpowiadające za pracę wszystkich możliwych mięśni, a z drugiej pozostawia idealnie nietknięty mózg. Opowiadał więc ten pan profesor bardzo obrazowo o tym stwardnieniu i mówił mniej więcej tak: „Tu nie chodzi o to, że nie można grać w piłkę. Problem w tym, że nie można robić nic. Nie można nic powiedzieć, nie można mrugnąć okiem”.
I w tym momencie, w swoim firmowym zadumaniu, Grzegorz Miecugow dodał: „Nie można zrobić herbaty...”.
To nie jest tak, że nienawiść zalewa mi mózg i Miecugow powiedział inaczej, tylko ja mu chcę jak zwykle dokuczyć. On powiedział dokładnie w ten sposób: „Nie można zrobić herbaty”. Człowiek mu tłumaczy, że stwardnienie zanikowe boczne powoduje zanik wszystkich neuronów, które sterują mięśniami, a zatem osoba cierpiąca nie potrafi nawet mrugnąć okiem, i na to Miecugow – chcąc pokazać, jak wiele z tego zrozumiał, a może też przy okazji nadać większego dramatycznego napięcia temu obrazowi – uzupełnia go informacją, że nawet herbaty nie można zrobić.
A ja się zastanawiam, czy jest w ogóle możliwe, że tak naprawdę jedyne co różni takiego Miecugowa od – powiedzmy – kultowego w jego środowisku Huberta K., jest to, że gdyby TVN wysłał na rozmowę z tym profesorem owego menela, to on by nie wspomniał o herbacie, tylko o flaszce? Czy to możliwe, że jedyna różnica między Grzegorzem Miecugowem, a Hubertem K. jest taka, że K., słysząc o tych neuronach, powiedziałby: „To że nieby jak? Nawet flaszki nie poradzi otworzyć?” Ja wiem, jak ciężko w to uwierzyć. W końcu, mimo że poznaliśmy już wszystkie absurdy tego świata, pewne rzeczy wciąż robią wrażenie nieprzystępnych. No ale, ja tego nie wymyśliłem. Grzegorz Miecugow autentycznie pomyślał o tej herbacie. No i ją w tę rozmowę wrzucił.
Jak wiemy, w telewizji TVN występuje całe mnóstwo tak zwanych freaków. Są więc zezowaci spikerzy, są specjaliści od języków nie znający języków, są gitarzyści debatujący na tematy gospodarcze, są księża nie wierzący w Boga. Tam jest wszystko. Jest też tam człowiek nazwiskiem Krzysztof Daukszewicz, który, jak się zdawało, nad wszystkimi dotychczas górował całym okrążeniem, i to pod każdym możliwym względem – wyglądu, intelektu, dowcipu, elegancji. Pamiętam, stosunkowo niedawno, była jakaś rozmowa, w której ten Daukszewicz brał udział, i kiedy jego rozmówca powiedział coś w stylu, że za coś tam Pan Bóg kogoś „skaże na wieczne potępienie”, wtedy ów Daukszewicz dodał: „Albo na dożywocie”. Dotychczas ta odzywka stanowiła dla mnie pierwszy i najmocniejszy hit projektu o nazwie TVN, a jednocześnie główny dowód oskarżenia w sprawie ‘społeczeństwo przeciwko Krzysztofowi Daukszewiczowi’. Dziś wygląda na to, że za Daukszewiczem już pędzi Grzegorz Miecugow. Że już go dogania. Że może nawet już go przegonił.
A więc oni są głupi. Owszem, źli – jak najbardziej. Ale i głupi. Powiedziała o tym niedawno bardzo ładnie Zyta Gilowska w wywiadzie dla Nowego Ekranu. Każdy dzień wydaje się idealnie potwierdzać tę jej diagnozę. Proszę, spróbujmy o tym nie zapominać. Jeśli to prawda – a wszystko wskazuje na to, że to prawda – musimy to wiedzieć i o tym pamiętać. Od rana do nocy. Codziennie.

niedziela, 27 marca 2011

Młodzież przeciwko zaklinaczom kup

Wiadomość, jakoby wśród najmłodszych wyborców, Prawo i Sprawiedliwość miało ostatnio poparcie wyższe od Platformy Obywatelskiej, i że ten obraz nie odzwierciedla chwilowego kaprysu, lecz wyraża stałą tendencję, dociera do nas z małymi przerwami od pewnego już czasu. Jak za Newsweekiem podają internetowe portale, według jakichś tam badań, wśród osób, które nie ukończyły jeszcze 30 roku życia, przewaga PiS-u nad Platformą w tej chwili wynosi już 33-29. W wypowiedzi dla Uważam Rze, Jarosław Kaczyński twierdzi, że wśród osób młodszych, ta różnica jest jeszcze większa. To tu to tam, możemy spotkać opinie, że, jak idzie o ludzi bardzo młodych – no i oczywiście, jak zawsze, starszych – Prawo i Sprawiedliwość praktycznie nie ma konkurencji.
Oczywiście, pierwszą reakcją na te doniesienia może być zdziwienie, czy nawet niedowierzanie. Przede wszystkim z tego powodu, że od wielu już lat opinia publiczna karmiona jest analizami, z których wynika, że akurat jeśli idzie o ludzi młodych, Jarosław Kaczyński nie stanowi żadnej oferty, ale również dlatego, że i bez tych mądrych analiz, każdy kto mniej więcej orientuje się w stanie umysłów, pragnieniach i oczekiwaniach, jakie przeciętny uczeń, czy student kieruje pod adresem świata, wie, że Jarosław Kaczyński stanowi dokładne przeciwieństwo tego, za co oni gotowi są płacić. I oto nagle wychodzi na to, że czego tu nie zauważyliśmy. Że jest coś takiego, zarówno po stronie brutalnego kłamstwa, jak i po stronie najbardziej brutalnej prawdy, co przebije się przez wszystkie mody i uprzedzenia. I że do tego, by to coś odkryć, nie trzeba ani wielkiej wiedzy, ani dużego doświadczenia, ani umiejętności liczenia, lecz wystarczy serce i trzeźwość spojrzenia. Podejrzewam, że z tym własnie ostatnio mamy do czynienia. Z otwartymi sercami i trzeźwością spojrzenia. A może jeszcze z tęsknotą do obrazów prostych i jeszcze prostszych słów.
Czytam omówienie bardzo bieżącej analizy, jaką Newsweek zaprezentował, żeby swoim skołowanym czytelnikom wyjaśnić, co się takiego dzieje. Ktoś więc tłumaczy, że to poszło o Smoleńsk. Że młodzi ludzie nagle zrozumieli, że jest niebezpiecznie i odpowiedzialnością za ten lęk obciążyli Tuska i jego środowisko. Ktoś inny nagle podejrzewa, że to mogło chodzić o straszliwe bezrobocie, jakie spotyka absolwentów wyższych uczelni w Polsce, kiedy to w ciągu trzech lat ów współczynnik podskoczył z 15 do 50 procent. Pojawia się nawet spekulacja, że młodzież znielubiła Platformę za pozbawianie ich możliwości studiowania dwóch kierunków, lub za jej próby kontrolowania Internetu. Wszystko to bardzo możliwe, tyle że ja mam tu jednak poważne wątpliwości. Uważam, że to wszystko stanowi plan drugorzędny. Wydaje mi się, że – zwłaszcza ludzie młodzi – są bardziej nastawieni na odczuwanie, niż praktyczną analizę. Mogę się mylić, ale takie mam wrażenie. Jeśli w pewnym momencie oni znienawidzili Jarosława Kaczyńskiego, to wcale nie przez to, że nie mogli znieść upokorzenia, jakie spotkało doktora G, czy za to, co CBA zrobiło posłance Sawickiej. Ale też nie przez to, że Donald Tusk i jego koledzy przedstawili bardzo dobry plan naprawy zrujnowanego państwa. Mam wrażenie, że na pierwszym miejscu stało niejasne – i ono jak najbardziej im akurat wystarczyło – przeczucie, że Kaczyński jest „do dupy”, a Tusk „w porzo”, czy jak to tam się teraz mówi.
A zatem, dziś też mamy do czynienia zaledwie z tym co się dzieje na poziomie serca i emocji, z tą różnicą, że o ile wtedy na ich początku stało znudzenie i najbardziej prymitywna blaza, dziś mamy do czynienia z pragnieniem wyjścia z wszechogarniającego, zarówno fizycznego jak i moralnego, chaosu. Oczywiście, nie ma wątpliwości, że Smoleńsk mógł tu mieć decydujące znaczenie, bo trzeba być kimś kompletnie odurzonym, by nie zauważyć, kto w konfrontacji, jaką ta tragedia stworzyła, był ofiarą, a kto agresorem. I to ofiarą w sensie heroicznym, a agresorem w znaczeniu najbardziej tchórzliwej podłości. Wydaje mi się, że takie rzeczy młodzież jednak widzi i rozumie. Lub czuje. Przypominają mi się tu nagle słowa klasycznej już piosenki Jethro Tull ‘Thick As A Brick’: „I may make you feel, but I can’t make you think”. Tak to chyba się dzieje. Skoro nie da się sprawić, by ktoś zaczął myśleć, przynajmniej zawsze można sprawić, że zdoła poczuć. A ja osobiście mogę zapewnić z dumą, że to wystarczy. A wiem to z własnego doświadczenia.
Jak to działa na poziomie najbardziej podstawowym, wydaje mi się, pokazuje sprawa niedawnej kompromitacji Bronisława Komorowskiego z owym „bulem”. Ja świetnie wiem, że wielu młodych, ale przecież nie tylko młodych, ludzi wali byki ortograficzne gdzie bądź. I wiem, że jest to przypadłość bardzo powszechna. Do tego stopnia powszechna, że równie powszechnie lekceważona. Wiem też przy tym jednak, że dokładnie ci sami, którzy sami nie potrafią poprawnie napisać jednego zdania, lub poprawnie skonstruować ustnej wypowiedzi, bardzo źle znoszą, kiedy to samo widzą u innych. Nie wiem na czym to polega, ale świetnie to widać choćby w Szkle Kontaktowym – czy w ogóle w TVN24 – gdzie wszyscy – dokładnie wszyscy – dziennikarze mają dramatyczne problemy z poprawnym wysławianiem się w języku polskim, a jednocześnie wciąż zwracają wszystkim uwagę na językowe błędy jakie tamci popełniają. Za tym stoi jakiś bardzo ciężki, i bardzo powszechny kompleks, którego ja nie rozumiem, ale go widzę bardzo dobrze na co dzień. Nie mam więc przy tym najmniejszej wątpliwości, że dla większości młodzieży, to co zrobił Komorowski z tym „bulem” stanowiło kompromitację największą. Tak jak mówię – największą.
Ale wiem też jeszcze coś. Że natychmiastowa, desperacka próba wymigania się Prezydenta od odpowiedzialności przez wygrzebanie tamtego starego restauracyjnego wpisu Jarosława Kaczyńskiego, dla wielu z nich było czymś jeszcze gorszym. I choć można by było sądzić, że to już jest szczyt, to stało się jeszcze coś gorszego. To mianowicie, że Kaczyńskiemu dostało się wyłącznie za bazgranie. Wyłącznie. I każdy z tych, którzy tą sprawą się interesowali i mieli czas i ochotę sięgać aż tak głęboko, nie musiał już wiedzieć nic więcej, by od tego momentu na dźwięk nazwiska Komorowski już tylko rzygać. A jeśli przy tym zobaczył rozbawioną, i spokojnie pewną siebie twarz Jarosława Kaczyńskiego, wiedział już wszystko. Lub czuł już wszystko. A jak już zostało to powiedziane – wystarczy czuć.
A nie zapominajmy, że sprawa prezydenckiej ortografii, to zaledwie drobny fragment tego wszystkiego, z czym ci, którzy są choćby mimowolnymi świadkami naszej współczesnej historii, mają do czynienia. Każdy dzień, każda pojedyncza chwila, przynosi nowe fakty i nowy, płynący z nich przekaz. A przekaz ten nadchodzi ze wszystkich możliwych stron, nie tylko przecież z Belwederu, i jest jednoznaczny w sposób wręcz karykaturalny. Tusk, Sikorski, Pitera, Niesiołowski, Węgrzyn, Graś – można tak wymieniać od samej góry do samego spodu – to wszystko jest, jak to zgrabnie określił Newsweek w swojej analizie, znak czystego, nieskażonego niczym obciachu. Żeby to widzieć, nie trzeba myśleć. Wystarczy czuć. Choćby i samym nosem.
Bardzo mi się podoba ta młodzież, która, jak wszystko na to wskazuje, czuje prawdę w sposób przepiękny. Jestem tym bardziej pełni podziwu, gdy widzę, w jakim stanie znajdują się pewni starcy. Trochę tacy jak ja. Oto w ostatnich dniach miałem okazję parę razy posłuchać wypowiedzi Andrzeja Olechowskiego. Każdy kto zna tego człowieka, nie musi mu się dłużej przyglądać, by wiedzieć, że on całą swoją postawą i każdym swoim słowem od zawsze uosabia prawdziwie, że tak to złośliwie określę, ‘służbowy’ rozsądek. Andrzej Olechowski przychodzi, siada, zaczyna mówić i od razu wiadomo, że tam nie ma miejsca ani na emocje, ani na niepewność, ani nawet na opinie. To jest jak najbardziej rzeczywisty „pokój 101”. Tam idą już tylko czyste fakty. I nagle słucham Olechowskiego i słyszę następujący komunikat: Donald Tusk i jego rząd, Platforma Obywatelska jako projekt i tego projektu realizacja, ci ludzie i wszystko co oni reprezentują, to czysta i ostateczna porażka. A za rok będzie już tak źle, że nawet jeśli dziś są jeszcze gdzieniegdzie tacy, którzy tego nie widzą, to się o tym już niedługo z bólem przekonają. A jednocześnie, niemal na tym samym oddechu, ten sam Andrzej Olechowski mówi, że on ma nadzieje, że Platforma wygra najbliższe wybory, bo on pamięta dobrze, co się działo za rządów Prawa i Sprawiedliwości, i on nie życzy sobie żadnej powtórki. I to jest dla mnie prawdziwe horrendum. Bo ja bym bardzo chciał, żeby Andrzej Olechowski powiedział mi, co to on takiego sprzed trzech, czterech, czy pięciu lat pamięta? I czego to on się tak boi? Przecież to jest jakieś szaleństwo. Ja skłonny jestem uznać, choć bardzo niechętnie, że Prawo i Sprawiedliwość przez te dwa lata doprowadziło Polskę do stanu, który u normalnych, wrażliwych ludzi powoduje mdłości. Sam wprawdzie tego nie widzę, ale mogę się zgodzić, że… no, jak mówię – nie widzę. Jednak nie ma takiego sposobu, żeby faktyczne rządy PiS-u były aż tak rażąco groźne, by Andrzej Olechowski wpadał w nastrój pod tytułem Niech Ten Kraj Spłonie, Byle Nie Wrócili Ziobro Z Kamińskim. Jeśli Olechowski mówi to co mówi, to znaczy, że on intelektualnie znalazł się na poziomie skrajnego opętania. To co on robi, to jest irracjonalizm posunięty do granic karykatury. Jeśli on to co mówi, mówi poważnie, to znaczy, że on autentycznie zwariował. Bo w przyrodzie nie istnieją sytuacje aż tak czarnobiałe. Czegoś takiego nie ma nawet w Kościele. Coś takiego dzieje się wyłącznie w sektach.
Mam ja oczywiście ten swój PiS. No ale mogłoby się tak tez stać, że PiS-u by nie było i ja bym do wyboru miał między Platformą Obywatelską i komunistami, albo PSL-em, lub… ja wiem? Jakimś PJN-em, czy Partią Kobiet. No i trudno. Platforma pokazała, że się nie nadaje – co przecież Olechowski przyznaje jednoznacznie – to ja albo macham na wszystko ręką, albo głosuję na kogoś innego. Ale nie widzę takiej możliwości, żebym popierał kogoś, kogo uważam za kompletnie beznadziejnego i – co gorsza – nie rokującego poprawy, tylko dlatego że mam jakieś chore koszmary. Przecież to jest jakiś absurd! Tu nie ma śladu myśli. Ale przy okazji tez nie ma śladu serca. Tu nie ma nic poza prostym, bezprzytomnym, obsesyjnym zaczadzeniem.
No ale załóżmy inną możliwość. Że PiS jak najbardziej istnieje, tyle że ja dochodzę do wniosku, że Kaczyński jest nieudacznikiem i kłamczuchem i że jeśli on wygra najbliższe wybory i zostanie premierem, to Polska zleci z miejsca, w którym jest dziś, jeszcze niżej. Załóżmy, że ja ten swój PiS mam, tyle że jestem w stosunku do niego choćby w dziesięciu procentach tak krytyczny, jak dziś ludzie tacy jak Olechowski są w stosunku do Platformy. Czy ja bym tu załamywał ręce i krzyczał, że ja się obawiam, że PiS NIESTETY przegra najbliższe wybory? A niech przegra. Niech mi zejdą z oczu. Skoro są tacy beznadziejni – niech nikną. A że wygra Platforma? Trudno. Nie takie nieszczęścia już nas dopadały. Tyle że ja jestem w stanie sobie taka swoją reakcję wyobrazić, bo ja nie należę do sekty. Ja mam swój rozum i swoją uczciwość. Przypomina mi się taki kawał, jak to nagle zmarli sobie antysemita i ateista, i wyruszyli w podróż ku Niebu. Ponieważ ateista już z góry wiedział, że i tak nie ma na co liczyć, to w pewnym momencie skręcił i zaczął się błąkać gdzieś tam między Piekłem a Niebem. W pewnym momencie patrzy, a tu obok niego pojawia się jego kumpel antysemita. Pyta go więc, co on tu robi? Czemu nie jest w Niebie? Na co ten odpowiada: „W sumie już miałem tam iść, ale w bramie chciał mnie legitymować jakiś ewidentny, cholera, Żyd, to mu powiedziałem, żeby się walił”.
A zatem z Olechowskim – ale przecież nie tylko z nim – jest dokładnie tak samo. On i cała ta reszta, to są właśnie tacy sami ludzie, jak ci którzy po prostu z Żydami nie rozmawiają. Dlaczego? Bo nie. Bo kto to widział coś takiego? Tfu! Idź precz, maro przeklęta. Jeszcze czego! Z Żydem? W życiu! A ja tym bardziej z sympatią patrzę na tę młodzież, która, jak się dowiaduję, nagle poczuła, że ktoś ich przez całe lata próbował wydymać. I kiedy to poczuła, nie zaczęła odmawiać zaklęć, nie zaczęła filozofować, nie zabrała się za wymyślanie jakichś bon motów na temat Jarosława Kaczyńskiego i jego kota. Nie zaczęła sobie gwałtownie przypominać jakieś plotki z przed lata o ojcu Ziobry, czy o Irasiadzie. Poczuła zmęczenie. I ja czuję do niech sympatię nawet, jeśli ta ich irytacja jest tak wielka tylko dlatego, że ten ktoś, co nagle się okazało, nie wie, że słowo ‘ból’ pisze się przez ‘ó’. Bo to jest zdecydowanie bardziej ludzkie, niż wiara w to, że jak się napluje na kupę, to ona ożyje. To zostawmy Olechowskiemu i tym, którzy zdecydowali się dzielić z nim swój los.

Powyższy tekst od piątku jest do czytania również w Warszawskiej Gazecie.

sobota, 26 marca 2011

Warszawa - Pelplin

Parę dni temu, w jednym z wpisów na naszym blogu wyraziłem obawę, że te przecież nie całe nawet jeszcze cztery lata, jakie minęły od czasu gdy Platforma Obywatelska objęła w Polsce władze, skutecznie przesunęły nasz kraj poza granice z Rosją, Białorusią, czy Ukrainą, a więc w rejony jak najbardziej zarezerwowane dla kultur wschodnich. Powód tej diagnozy nie był bardzo poważny. Poszło zaledwie o parę kolorowych zdjęć, na których śmietanka polskiego świata rozrywki i estrady pokazała jak wygląda dobra w ich mniemaniu zabawa i jakiego szyku owa zabawa wymaga. Powiem szczerze, że kiedy znęcałem się nad wymienionymi z nazwisk celebrytami, miałem nawet swego rodzaju wyrzuty sumienia, trochę ze względu na nich samych, a trochę przez wzglądu na braci Ukraińców. Jednak podzieliłem się tymi refleksjami, bo istotnie widok tych żigolaków ze swoimi laluniami podziałał na mnie bardzo depresyjnie.
I nie wiem dziś, czy to co zrobiłem w tamtym tekście, stanowiło najbardziej oczywisty przykład krakania, czy może tylko w samą porę, zanim wszystko zacznie się walić na nasze biedne głowy, zareagowałem, niemniej fakt jest taki, że za pierwszym zdarzeniem, poszły już następne. Oto wczoraj jechałem sobie tramwajem, i w pewnym momencie, kiedy stanęliśmy na skrzyżowaniu, zobaczyłem następującą scenę. Z samochodu, w którym siedziało czterech czy pięciu młodych bandytów, wyskoczył jeden z nich, wskoczył na maskę samochodu, który stał za nimi, paroma kopnięciami wytłukł mu przednią szybę, zeskoczył na ziemię, wlazł z powrotem do auta i bandyci odjechali. W zniszczonym samochodzie został jakiś pan z panią, a ja się zastanawiałem, o co mogło pójść. Może ten pan zatrąbił na bandytów, a może zajechał im drogę, a może coś do nich krzyknął, może wreszcie pokazał im jakiś nieprzyzwoity gest. Fakt pozostaje faktem, że bandyta się czymś zdenerwował i mu wybił szybę. Prawdopodobnie całkowicie rutynowo, i zapewne całkowicie bezkarnie. To co w tej wiadomości dobre, to być może to, że go nie pobił, ani nie zabił. A mógł.
Nie codziennie widzi się tego typu akcje, a więc od wczoraj właściwie cały czas o tym co się stało na tamtym skrzyżowaniu myślę. I oto nagle dowiaduję się, że właśnie nasza policja ujęła kobietę i mężczyznę, którzy w lutym z Katedry w Gnieźnie skradli pamiątkowy pierścień Prymasa Polski Stefana Kardynała Wyszyńskiego. Złodzieje zostali ujęci w miejscowości Pelplin, po tym jak skradziony pierścień bezpowrotnie zniszczyli, a następnie spróbowali go sprzedać. W artykule informującym o szczegółach sprawy czytam, że ci ludzie najpierw wydłubali z pierścienia wizerunek Matki Bożej i, jako mało wartościowy, go wyrzucili. Następnie wydłubali znajdujące się w pierścieniu brylanciki, a sam srebrno-złoty pierścień przetopili. W następnej kolejności, z tym kawałkiem złota i brylantami udali się do Antwerpii, gdzie całość sprzedali jakiemuś paserowi za 50 euro, a więc za jakieś dwie stówy. No i wtedy już zostali w tym Pelplinie ujęci.
Z całą pewnością, wielu z nas przypomina sobie powracające do nas od czasu do czasu informacje o tym, jak to w Rosji dokonano kolejnej kradzieży w Zoo. Ja osobiście przypominam sobie dwie tego typu historie. Raz jacyś pijaczkowie wdarli się do pomieszczenia, w którym mieszkało jakieś niezwykle już rzadkie na świecie zwierzę i je zjedli pod kolejną flaszkę. Druga to, z mojego punktu widzenia dość zabawny, przypadek jakiegoś innego Rosjanina, który wlazł do zagrody dla sów, i kiedy chciał ukraść jednego z ptaków, ten go zaatakował i tak poturbował, że nieszczęśnik ów zmarł z ran i wyziębienia.
Dotychczas było tak, że ile razy tego typu wiadomość do nas docierała, śmialiśmy się i mówiliśmy, że patrz pan, jacy ci Rosjanie są dzicy. Jaka to hołota. Jaka to Rosja. Niekiedy, ci bardziej wrażliwi z nas, pewnie załamywali nad Rosjanami ręce, i płakali, że jacyż to oni też są biedni. My tu akurat jesteśmy w sytuacji bardziej jednoznacznej. Wszystkie opisane wyżej zdarzenia, jakie dziś mam okazję obserwować w swoim kraju, są pewnie równie dramatyczne i rozpaczliwe, niemniej chyba żaden z nich nie świadczy o jakieś szczególnej biedzie. Pokusiłbym się nawet o podejrzenie, że polska bieda, w odróżnieniu od biedy ruskiej, ma to do siebie, że nie jest ani jakoś szczególnie agresywna, ani tym bardziej pijana.. Wręcz odwrotnie. Nasza polska bieda jest biedna i cicha. I świadoma jak cholera. Zapracowana i samotna o bladym świcie. Najpiękniej ją niedawno opisała Zyta Gilowska w swojej rozmowie z Nowym Ekranem, tłumacząc, dlaczego wielu z nas tak niechętnie wzruszyło się smoleńskim nieszczęściem:
Dzisiaj jesteśmy zabiegani i zabiedzeni. Jeśli kilkanaście osób jeździ niedużą nyską, żeby kilkadziesiąt kilometrów dalej zarobić te parę złotych i nie ginie w wypadku, to nie ma co się dziwić, że jak już wraca do domu wieczorem, to niespecjalnie zastanawia się nad światem. Starają się wyspać i jadą nazajutrz, pewnie w takich samych kiepskich warunkach, z nadzieją, że dojadą na czas”.
A więc te wszystkie ekscesy mogą świadczyć już tylko o naszym zdziczeniu. To wszystko co dziś przeżywamy wydaje się zatem nieskończenie prostsze. Wprawdzie kobieta i mężczyzna, którzy ukradli i zdemolowali prymasowski pierścień, sprzedali go akurat za tyle, by móc przez tydzień spokojnie pić, jednak mam wrażenie, że to nie o flaszkę tu chodziło. No a poza tym jest rzeczywiście coś, co łączy tamte wydarzenia w Zoo z tym bezsensownym zniszczeniem. Mianowicie owo zdziczenie. Zdziczenie tych alfonsów ze swoimi ciziami na zdjęciach w Vivie, zdziczenie tego bandyty skaczącego po czyimś samochodzie, zdziczenie tych ludzi, którzy z taką desperacją najpierw kradną, a później tak bezprzytomnie niszczą ów pierścień, ale również jeszcze tamto zdziczenie sprzed kilku już dni owego człowieka na poczcie, który powiedział pewnej kobiecie, że ona śmierdzi i powinna się tego wstydzić.
Oto nasza Polska. Polska, która nie stąd niż owąd, zupełnie niepostrzeżenie, po tych trzech latach, wychynęła do nas zza rogu. A ja sobie myślę, że to była naprawdę szybka akcja. Niemal tak szybka, jak ten wczorajszy atak na samochód. To była naprawdę chwila. I znów przypomina mi się Rosja. A z nią cudowne dzieło Jerofiejewa Moskwa – Pietuszki, które kiedyś nas tak przerażało, ale i zachwycało, czy nawet bawiło. To naprawdę była szybka akcja. Trzy lata, no niech będzie cztery.
I ktoś się może teraz zacząć zastanawiać, jak do tego w ogóle doszło. No i dlaczego. I wiem, że pojawią się z pewnością opinie, że za tym stoją źli ludzie. Źli ludzie i ich złe wobec Polski zamiary. Wszystko to jest oczywiście możliwe, natomiast ja bym się bardziej przychylał do tego, co powiedziała już wcześniej wspomniana Zyta Gilowska. Na sam koniec znów pozwolę sobie jej oddać głos, bo to głos, który nie powinien zostać zlekceważony:
Bardzo mi zależy na tym, abyśmy nie dopatrywali się specjalnych intryg, przebiegłości i perfidii. Wprawdzie byłoby miło identyfikować intrygi, przebiegłość i perfidię, ale jak znam realia polskiej gospodarki i polityki, to jest to przede wszystkim niekompetencja i arogancja. Za większością złych decyzji nie kryje się intryga, lecz pospolita głupota. Nie wolno ignorować głupoty!. Bezwzględnie trzeba się liczyć z tym, że nasz oponent niekoniecznie jest wredny, czy złośliwy, tylko może być po prostu głupi. Trzeba zwalczać głupotę, bo jest jak chwasty – powszechna i szkodliwa. To jest - dla chrześcijanina zwłaszcza – bardzo ważny imperatyw. Wiemy od św. Tomasza z Akwinu, że rozum został nam dany nie po to, żebyśmy się nim pysznili, ale żebyśmy go używali. Głupota jest jedną z twarzy pychy”.
Przy okazji, zachęcam do przeczytania całej rozmowy z Gilowską. Niech ona na ten trudny czas będzie naszą dumą i pociechą.

piątek, 25 marca 2011

Kłamiem z powodu zarabiam - suplement

Parę dni temu, na tym blogu, zająłem się osobą i środowiskową sytuacją niejakiego Jana Tomasz Grossa, nowojorskiego Żyda, który całą swoją zawodową karierę oparł na przekonywaniu świata, że Polacy to taki naród, dla którego stanem naturalnym – bo kulturowo i cywilizacyjnie, a przez to już też i genetycznie autoryzowanym – jest okrutne mordowanie, a następnie rabowanie Żydów. Zajmując się tym przypadkiem, chciałem przede wszystkim zwrócić uwagę na niezwykły dysonans między intelektualno-poznawczą zawartością oferty Grossa, a wręcz histerycznym przyjęciem, z jakim ta oferta spotkała się w naszym kraju. No bo jak może człowiek o pewnych jednak ambicjach, w dodatku mówiący o sobie, że jest badaczem, głosić opinie tak straszliwie irracjonalne? Jak może ktokolwiek – o ile nie jest to jakaś głupia baba z targu – głosić na poważnie myśl taką, że jest oto sobie naród – z pozoru zwykły i taki jak inne - który we krwi ma tak silną nienawiść do innego narodu, że kiedy dochodzi do konfrontacji, puszczają wszelkie hamulce? Ja biorę pod uwagę, że istnieje coś podobnego w relacjach między jakimiś dwoma afrykańskimi plemionami, no ale to po pierwsze nie są normalne narody, a poza tym, kiedy tam już dochodziło do kataklizmu, to nie na zasadzie takiej, że dobry dr Jekyll przeobraził się nagle w pana Hyde’a. Wiem też, do czego swego czasu potrafili się posunąć Ukraińscy wobec Polaków, ale też nigdy by mi nie przyszło do głowy, żeby to okrucieństwo objaśniać jakimiś genetycznymi zaburzeniami, w dodatku tak jednoznacznie zorientowanymi na jeden cel.
Tymczasem przychodzi taki Gross, i podpierając się opinią naukowca i badacza, człowieka inteligentnego i bardzo oczytanego, głosi kompletną – nawet nie historycznie, ale czysto intelektualnie – bzdurę, a wokół niego zbiera się banda zaczadzonych idiotów i mu bije brawo, że on jest taki odważny, bezkompromisowy i przy tym przenikliwy.
Napisałem te swoje refleksje na temat Grossa, ponieważ uznałem, że za tym szaleństwem może stać, jedyne w swoim irracjonalizmie logiczne, wyjaśnienie. Gross – oczywiście nie sam, ale jako przedstawiciel pewnej żydowskiej agendy – niszczy dobre imię Polski i Polaków z tego jednego powodu, że Polacy nieodmiennie kojarzą mu się z Kościołem Rzymskim, a dokładnie z traktowanym przez ów Kościół bardzo poważnie faktem, że to Żydzi ukrzyżowali Jezusa, a w dodatku, krzyżując Go, w swojej zawziętości, zgodzili się całkowicie publicznie ponieść wszelkie tego czynu konsekwencje. Gross, idąc za opinią swoich sponsorów, jest tak okropnie zraniony owym starym poczuciem winy, do której oczywiście się nie poczuwa, że jest gotów życie poświęcić, żeby wykazać przed całym światem, że „to nie my – to oni”. A więc tworzy pewien ciąg logiczny, na początku którego stoi jakieś absurdalne oczywiście wyobrażenie katolików, że Żydzi ukrzyżowali Jezusa, a na końcu już tylko zimna, absurdalna, zakorzeniona w polskiej krwi niechęć do wszystkiego co żydowskie.
Zdaniem Grossa owa niechęć przejawia się w sposób bardzo obrazowy. Otóż jest sobie zwykła, pobożna polska rodzina, gdzie ojciec ciężko pracuje na roli, matka dba o dom i zajmuje się dziećmi, są wreszcie owe dzieci – miłe, grzeczne, spokojne dzieci – mają ci ludzie swoich sąsiadów, prawdopodobnie równie zwyczajnych i porządnych jak oni, wszyscy się spotykają w drodze do pracy, czy do kościoła, w tym kościele się modlą, prosząc o bożą opiekę, nikt z nich nikomu nie uczynił w zyciu pojedynczej krzywdy… tyle że oni wszyscy mają na sumieniu życie jednego Żyda. Którego zatłukli w absolutnie okrutny sposób, następnie ograbili z majątku, następnie wydali innym mordercom całą jego rodzinę, a wszystko to dlatego, że gdzieś głęboko w ich sercach tkwi jak kolec ta jedna, podstawowa myśl, którą od pokoleń wszczepia im Kościół – że Jego krew na nas i na dzieci nasze. I oni muszą tę prawdę wcielać w życie. Oto Polska. Oto Polacy.
Nie zajmowałbym się jednak dziś po raz kolejny tym Grossem, gdyby nie fakt, że oto wczoraj w telewizji wystąpiła – ja wiem, że to jest bardzo nieładnie tak mówić, ale co ja mogę na to poradzić, że ona jest Żydówką – Agnieszka Holland, i to wystąpiła przede wszystkim jako przedstawiciel swojego narodu i jego interesów. Praktycznie cała rozmowa z Holland, pomijając jej końcowy fragment, dotyczący już tylko Jarosława Kaczyńskiego i jego podłości, był poświęcony właśnie Polakom i ich naturalnej skłonności do bezprzykładnego okrucieństwa wobec Żydów. Ja nie jestem wybitnym znawcą myśli Jana Tomasza Grossa, więc niewykluczone, że coś mi tu umknęło, ale wydaje mi się, że w swoim wczorajszym wystąpieniu, Agnieszka Holland twórczo uzupełniła przekaz, z jakim mieliśmy przez ostatnie tygodnie do czynienia. Kiedy Gross był pytany o to, jak ocenia postawę tych Polaków, którzy oddali życie za swoich żydowskich sąsiadów, którzy Żydów ukrywali przed Niemcami, którzy ich karmili, i którzy wielokrotnie do końca życia nie mogli się z ich strony, czy już może ze strony ich dzieci, doczekać choćby prostego słowa ‘dziękuję’, nieodmiennie demonstrował brak zainteresowania i natychmiast zmieniał temat. Holland sprawą, owszem, jak najbardziej się zainteresowała i tematu nie zmieniła.
A więc to prawda, były przypadki ratowania Żydów przez Polaków. To jest fakt potwierdzony historycznie. Natomiast faktem też niekwestionowanym jest to, że jeśli o tych przypadkach się nie mówi, to wyłącznie z winy Polaków. Otóż każdy człowiek, każda polska rodzina, której zdarzyło się zrobić coś dobrego dla Żydów, była natychmiast poddana takiemu środowiskowemu terrorowi, że ten epizod skutecznie ze swojej historii ci niby dobrzy ludzie – ale w gruncie rzeczy tchórze i koniunkturaliści – wymazywali. Natomiast jeśli nawet zdarzali się tacy, którzy to swoje bohaterstwo, czy może raczej zwykłą ludzką życzliwość, trzymali w pamięci i się tego nie wstydzili, najczęściej byli zmuszani do opuszczenia swojej wsi, miasta, czy domu. Bo kiedy inni Polacy dowiadywali się, że jeden z nich kiedykolwiek, zamiast zabić i ograbić Żyda, Żydowi pomógł, w jednej chwili traktowali go jak wyrzutka i w efekcie zmuszali do emigracji. Bywało że faktycznej. Ktoś mi powie, że ja tak ładnie umiem pisać, to i z całą pewnością trochę wypowiedź Agnieszki Holland koloryzuję. Otóż nie. Ona dokładnie w ten sposób diagnozowała fakt, że o polskim bohaterstwie tak mało wiadomo. Gdyby nie wdzięczność rozproszonych po całym świecie uratowanych przez Polaków Żydów, ich dzieci i wnuków, gdyby wreszcie nie bezkompromisowa odwaga Jana Tomasz Grossa, o tych nielicznych przypadkach polskiego poświęcenia pies z kulawą nogą by nie wiedział. Inni Polacy by to skutecznie ukryli. Tak opowiadała wczoraj w telewizji Agnieszka Holland.
Ale podczas owej rozmowy stało się coś jeszcze ciekawego. Coś, czego, przyznam, nie do końca rozumiem. Otóż, wsłuchując się z nabożeństwem w słowa Agnieszki Holland, Monika Olejnik – bo to była jej rozmowa – w pewnym momencie zapytała, dlaczego, skoro Żydzi czuli do swoich polskich wybawicieli taką wdzięczność, a jednocześnie oni sami przez swoich sąsiadów byli poddawani takiej presji, nie zechcieli spopularyzować tego bohaterstwa? Dlaczego na przykład o Irenie Sendlerowej, kiedy ona jeszcze żyła, nie nakręcili choćby jednego dokumentalnego filmu, żeby świat usłyszał? Nawet prezydent Kwaśniewski dziesięć lat temu odznaczył Sendlerową, fakt ten był w Polsce dobrze znany, Sendlerowa stała się w Polsce bohaterem, więc czemu Żydzi nie mogli nakręcić o niej filmu? W tym momencie właściwie Holland ani drgnęła. Nawet, jak się zdaje, nie przesunęła się na krześle. Jej głos nie stracił ani trochę z tej tak bardzo charakterystycznej pewności siebie. Natomiast to co powiedziała było uderzająco dziwne. Otóż ona, ni mniej ni więcej, tylko powiedziała, że owszem, Kwaśniewski odznaczył Sendlerową, ale zrobił to dopiero wiele lat po wojnie. Przez całe dziesięciolecia jej nie odznaczał i przez te wszystkie lata pamiętali o niej tylko Żydzi. A z tego wynika, że musiała się jednak zdenerwować.
Na to Olejnik – z jakiegoś dziwnego powodu – już tylko uczepiła się tej jednej kwestii: dlaczego Żydzi nie zrobili o Sendlerowej filmu? I wtedy Holland, wciąż bezczelnie nieruchoma i bez widocznych śladów emocji, zaczęła z siebie wyrzucać kompletnie niezborne zdania, z których każde jednak zawierało tę jedną myśl. Że filmu nie było, bo Polacy takim filmem nie byli zainteresowani. Właśnie dlatego, że dla nich postać Sendlerowej była w najlepszym wypadku nieciekawa. Olejnik więc wciąż pytała, że no dobrze, ale można było film nakręcić. Na co Holland niezmiennie powtarzała, że się nakręcić nie dało, bo Polacy nie chcieli. I w pewnym momencie – może mi się tylko zdawało, ale nie sądzę – można było zauważyć w głosie Holland taką szczególną desperację, jaką odczuwa ktoś, kto wie, że się znalazł pod ścianą, ale wie też, że do końca musi zachować spokój i robić swoje. A więc robiła Holland swoje, i wreszcie Olejnik dała jej święty spokój. I na tym pobojowisku zostali już tylko Polacy – skopani, zbezczeszczeni, wypluci. Nawet biedna Irena Sendlerowa znalazła się po tej stronie. Ale nie mogło być inaczej. Niepotrzebnie została wyciągnięta w tak dramatycznym momencie. Trzeba było siedzieć cicho, kiedy Żydzi mówią.
Jak mówię, nie bardzo rozumiem, dlaczego Olejnik postanowiła wyskoczyć z tym filmem. Inna sprawa, że nie bardzo mnie to interesuje. Już bowiem od dawna mam wrażenie, że ona akurat, jak to mówią Anglicy, „has crossed over”. Natomiast dziś myślę już bardziej o samej Holland. I o tym jej bezczelnym zaplątaniu, kiedy wszyscy czekaliśmy na to, żeby powiedziała nam, czemu nie nakręciła filmu o Irenie Sendlerowej. I, choć wiem, że to brzmi niezwykle brutalnie, a poza tym jest takie strasznie nie-polskie – w końcu my Polacy słyniemy ze swojej gościnności, serdeczności i dobroduszności – to ja bym ją stąd zwyczajnie wypieprzył. Niech zjeżdża do Nowego Jorku, Paryża, czy gdzie tam sobie zażyczy. Nie wiem, jak się coś takiego w dzisiejszych, nowoczesnych czasach, organizuje, ale niech spieprza. Może nawet, z wdzięczności za ten order, który niedawno od niego dostała, wziąć ze sobą Bronisława Komorowskiego. Będziemy mieli ulgę podwójną. A kto wie, czy przez ten ruch nie staniemy się wszyscy, również jako naród, ludźmi choć odrobinę lepszymi.

Dreszyn, czyli Viva la Muerte

Parę dni temu, zainspirowany estetyczną ofertą magazynu ‘Viva’, przedstawiłem nieco bardzo ponurych refleksji na temat zbliżenia polsko-ukraińskiego, jakie mogliśmy w ciągu minionych trzech lat zaobserwować w naszym kraju. Przede wszystkim poszło o okładkę najnowszej ‘Vivy’, przedstawiającą pewnego Janiaka i jego żonę Malinowską, ozdobionych dwójką małych dzieci i tytułem „Karolina Malinowska & Olivier Janiak – Prawdziwe życie najmodniejszej polskiej pary”. To że sama okładka robi właściwie wrażenie wystarczające, nie podlega dyskusji, jednak całość efektu została skutecznie dopełniona przez zamieszczony wewnątrz numeru fotoreportaż z imprezy, jaką środowisko zorganizowało owemu Janiakowi z okazji 10 urodzin jego telewizyjnego programu. To właśnie po obejrzeniu tych zdjęć można było poczuć ten dawny wiatr ze wschodu.
Ponieważ wspomniane wydanie magazynu ‘Viva’ wciąż jest u nas w domu przekładane z miejsca na miejsce – nie wyłączając łazienki – nie dało się uniknąć tego, byśmy w sposób jak najbardziej naturalny zapoznali się z większą częścią jego zawartości. Zdaje sobie sprawę, że kierując uwagę czytelnika tego bloga już po raz drugi w stronę prasy kolorowej, ryzykuję być może nawet utratę czci, niemniej mam nadzieję, że kiedy już dokładnie wyjaśnię pobudki, jakimi się tu kieruję, może nie będzie aż tak źle. A mogę z czystym sumieniem wszystkich zapewnić, że myśli jakie mi w tym momencie chodzą po głowie, nie są ani kolorowe, ani tym bardziej błyszczące kredą.
Otóż, z powodów o których już wspomniałem, stało się tak, że zajrzałem do głównego artykułu najnowszego wydania ‘Vivy’ i już dokładniej zapoznałem się z tym, co to za ludzie ten Janiak i Malinowska. Głównie przez przedstawione tam zdjęcia, ale też w związku z fragmentami ich wypowiedzi. Najpierw zdjęcia. Na pierwszym z nich, widzimy Malinowską – ni stąd ni z owąd w okularach – z uwodzicielsko zadartą nóżką i opartą o dziecięcy wózek. Na kolejnym, zrobionym w łazience tych państwa, widzimy opartą o umywalkę i rozkraczoną Malinowską w czymś co z dołu wygląda jak majtki. Obok niej, w prysznicu stoi Janiak, tyle że ani w majtkach ani rozkraczony, natomiast w pełnym stroju wyjściowym. Jeśli ktoś myśli, że żartuję, to zapewniam, że ani trochę. Ona wskakuje na umywalkę, natomiast on jest zamknięty w prysznicu w butach kowbojkach i w całej reszcie. Na zdjęciu następnym, Janiak leży rozwalony, w wyjściowym garniturze na sofie, podczas gdy rozkraczona Malinowska na niego włazi i zrywa mu z kołnierza muszkę. I tak dalej.
Ja oczywiście orientuję się trochę, co to znaczy ‘sesja dla Vivy’. Przychodzi do gwiazdy banda tzw. stylistów, o dokładnie tej samej estetycznej wrażliwości, co sama gwiazda i mniej więcej tym samym poziomie intelektualnym, ustawia ją tak, by z ich punktu widzenia wyglądała pięknie, a następnie robi serię zdjęć i już. Tu jednak, mam wrażenie, została przekroczona pewna granica. Na każdym z tych zdjęć, zarówno Malinowska jak i Janiak, wyglądają jak kurwy z ruskiej rozkładówki. Na domiar złego, i on i ona szczerzą się w tych swoich pozach w towarzystwie małych dzieci. Zdjęcie Malinowskiej z wózkiem jest tu autentycznie bulwersujące. Te okulary, te szpilki, to powłóczyste spojrzenie prosto w obiektyw, ten tyłek na wierzchu, ta dłoń na biodrze, ta zadarta noga, no i wreszcie ten dziecięcy wózek. Daję słowo, że ja tu nie widzę innego sensownego przekazu, jak tylko ten: Bierz mnie na tym wózku. A zatem jest ostro. Bardzo ostro.
I teraz oto robi się naprawdę ciekawie, bo Malinowska zaczyna mówić: „Tylko nie lukruj. My nie jesteśmy ciasteczkiem z kremem, tylko parą najzwyklejszą pod słońcem. Żyjemy tak jak inni. Nie żadni fashion people”. I dalej: „Niedawno urodził im się drugi syn – Christian. Starszy, Fryderyk, niebawem skończy dwa lata. A oni? Są coraz bardziej, bo świadomie, zakochani. Już nie tylko w sobie, ale też w zwykłym życiu, jakie wiodą, w domu, jaki stworzyli, w rodzinie, której dali fundamenty”. I dalej: „Ona raczej zamknięta, dużo mysli, mniej mówi. Najbardziej lubi zamknąć się wieczorem z książką – ulubioną ‘Mistrz i Malgorzata’ mogłaby czytać na okrągło – lub obejrzeć ulubiony serial ‘Na wspólnej’”. On natomiast „jest staroświecki. Odpowiedzialnie podchodzi do miłości, małżeństwa i rodziny. Zwłaszcza teraz, gdy są dzieci”. „Jak żyje na co dzień taka top para? Przecież to niemożliwe, by obywali się bez ekstrawagancji. A jednak. Nie mają willi z basenem. ‘Wystarcza nam mieszkanie na Pradze. Praga jest trochę jak łódzkie Bałuty, czyli zawsze jak w domu’, śmieje się Karolina”. No wreszcie są zakupy: „Ona lubi na co dzień ubrania z odzysku. Z secondo-handów. Raczej ‘dreszyn’ niż ‘fashion’. Nie jest rozrzutna”.
I tu nadchodzi bardzo dobry moment, żeby zabrać się za prawdziwy temat tych refleksji. Do tego jednak musimy wyobrazić sobie coś bardzo szczególnego. Jest sobotni ranek. Janiak się budzi, przygotowuje Malinowskiej śniadanie, ona z kolei prasuje mu koszulę i schodzi na dół. A przy stole siedzą już Piotrek, Dziamdziak i Sreliński – okazuje się, że Olivier, Fryderyk i Christian to czysta zmyłka – następnie Janiak zakłada swoje kowbojki i czerwoną marynarkę, ona szpile i miniówę na pupę, biorą dzieci i wózek i wyruszają na zakupy do starej szmaty, żeby Malinowska mogła sobie kupić jakiś tani „dreszyn” z odzysku. Mało tego. Należy się przygotować na dodatkowy ‘thrill’. Bo kiedy oni już wydadzą tych parę złotych w starej szmacie na ów „dreszyn” raczej, niż na „fashion”, pchają dalej ten wózek i… prosto do Biedronki. A tam? Co za radość! Sami znajomi! Jadwiga Staniszkis, Monika Olejnik, Donald Tusk z żoną i dziećmi. Janiak patrzy w stronę wejścia, a tam już wchodzą Justyna Steczkowska z Krzywym. A za nimi Gosia Baczyńska z Magdaleną Szejbal i wszyscy machają do niego już z daleka. Malinowska podjeżdża ze Sralińskim pod nabiał, a tu, co za niespodzianka – Agata Młynarska z Korą, która przyjechała do Warszawy na zakupy w tutejszej Biedronce. Bo tu z jakiegoś powodu jeszcze taniej niż w Krakowie. Ale zaraz! Czy to możliwe? Tak. Oto Robert Kozyra z Joanną Przetakiewicz właśnie wrócili z St. Barth’s, i też postanowili zajść do Biedronki, żeby kupić taniej śmietankę do porannej kawy. I wreszcie kasy. Można już płacić. Staje więc Janiak grzecznie w kolejce, wygrzebuje z kieszeni gotówkę, a tu przed nim Nina Terentiew, a tu za nim Maciej Zakościelny z Dianą Tadjuiiden. I jeszcze, już na sam koniec, kiedy cała nasza grupa wychodzi z zakupami, pełna satysfakcji, że znów udało się przyoszczędzić, wpadają na Jolantę Kwaśniewską, która akurat przywiązuje psa przed wejściem do swojej ulubionej Biedronki.
I tylko Jarosława Kaczyńskiego tam nie ma. Tego idioty, który przepłaca w jakichś drogich punktach. Bo jest durniem, który ani nie potrafi liczyć, ani też nie ma szacunku do biednych, porządnych ludzi. I niech się teraz nie dziwi, że mu się w życiu nie powiodło i wszyscy się od niego odsuwają. Głupi, rozpaskudzony cymbał. Na szczęście Polacy już się na nim dobrze poznali. I niech się też w tej sytuacji nie dziwi, że ani go nigdzie nie proszą, na ładne bankiety i na bale, i że nawet ‘Viva’ nie chce mu zrobić fajnego fotoreportażu.

środa, 23 marca 2011

Orzeł Biały dla Biedronki

Nie pamiętam w tej chwili dokładnie, ile to już lat upłynęło od czasu, gdy połączone siły Systemu kazały Jarosławowi Kaczyńskiemu przepraszać za to, że obraził internautów. Wiem jednak, że było to na tyle dawno, że od tego czasu zdążyła się przez Polskę przewalić nie jedna medialna dyskusja – tyle że już jak najbardziej prawomyślna i politycznie poprawna – na temat tego, co Internet potrafi zrobić z ludzkim umysłem, i w jaki sposób ludzie, którzy spędzają zbyt dużo czasu w Sieci, w szybkim tempie tracą nie tylko umysłową, ale zwykłą ludzką sprawność. W ostatnich dniach doszło nawet do tego, że nawet ‘Tygodnik Powszechny’, tekstem Jana Hartmana, poinformował, że dzisiejsza młodzież to banda idiotów. No ale niektórym, jak widać, wolno więcej. A więc czas niechybnie płynie. A ja też przy tym wiem, że wspomnianego czasu upłynęło wystarczająco dużo, by połączone siły Systemu uznały ze już naprawdę najwyższy moment, by tego typu akcję powtórzyć. I jak widać, wreszcie okazja się trafiła.
Jarosław Kaczyński – przyznaję, że w ramach zwykłej politycznej promocji – zaszedł do osiedlowego sklepu i w świetle kamer zrobił zakupy. Chodziło o to, by pokazać Polakom, jak bardzo, od czasu gdy Donald Tusk zrobił nam wszystkim egzamin z cen jabłek i chleba, życie w Polsce stało się drogie. Niefortunnie, jak się dziś okazuje, jakiś przebiegły dziennikarz spytał przy tym Kaczyńskiego, dlaczego, chcąc dowieść, że w Polsce panuje drożyzna, wybrał zwykły sklep osiedlowy, a nie tanią Biedronkę, i Prezes na to odpowiedział, że Biedronka jest sklepem dla ludzi biednych, a on chciał sprawdzić coś bardziej w lokalnym standardzie. No i się zaczęło. Główny news odnośnie polskiej drożyzny został zatytułowany: „Jarosław Kaczyński nie kupuje w sklepach dla biednych”, a już po chwili został zmieniony na nowy – „Jarosław Kaczyński obraża ludzi biednych”.
To akurat samo w sobie jest niezwykle ciekawe. Otóż okazuje się, że dla niektórych z nich powiedzieć o kimś, że jest biedny, to w najwyższym stopniu obelga. I nie ma się czemu dziwić. Wielu z nich tak właśnie widzi świat. Jako piękne miejsce wyłącznie dla takich jak oni, gdzie podobno niestety są też i tacy co nawet niekiedy śmierdzą, tyle że o tym smrodzie mogą informować wyłącznie oni sami. Najlepiej bezpośrednio tych co im cuchną. Pisałem o jednym z nich niedawno i jestem pewien, że on też od wczoraj łazi po swoich znajomych i informuje wszystkich, że on akurat robi zakupy tylko w Biedronce.
A więc zatem, kiedy sprawa pierwszego i podstawowego przekazu została skutecznie załatwiona, do akcji ruszyli komentatorzy i rzucili się na Kaczyńskiego, że on gardzi Biedronką, podczas gdy WSZYSCY kupują w Biedronce. I Biedronka jest WSPANIAŁYM sklepem. I trzeba być osobą wyjątkowo paskudnie zepsutą, żeby w tak podły sposób traktować ludzi biednych, a obok nich fajne, Bogu ducha winne, sklepy, w którym ci nasi mniej zamożni bracia kupują. W pewnym momencie ton wypowiedzi w tej sprawie się tak zintensyfikował, że można było pomyśleć, że wszyscy jesteśmy biedni, a zwłaszcza już ci, co mają stałe etaty w telewizji TVN24, na czele z Moniką Olejnik. Tylko ten Kaczor się jak zwykle stawia ponad narodem.
Histeria ta w pewnym momencie przybrała wymiar na tyle karykaturalny, że do Szkła Kontaktowego zadzwoniła jakaś pani, której tak wszystko się pomieszało, że zaczęła krzyczeć na Jarosława Kaczyńskiego, że, gdyby on nie był taki bogaty, lecz musiał żyć ze zwykłej polskiej emerytury, to by dopiero wtedy zobaczył, jaka jest w Polsce bieda i jak wszystko drożeje. Ta wypowiedz była tak kuriozalna, że nawet ten prowadzący program nieszczęśnik musiał zainterweniować i wytłumaczyć tej pani, że właśnie o to w akcji Kaczyńskiego chodziło. Żeby pokazać, jak jest drogo i biednie. Tyle że co ona, biedaczka, miała zrobić? Nagle, zaledwie w ciągu paru godzin, na jej półprzytomną, pustą głowę zwaliło się tyle nowych informacji, że każdy by się pogubił.
No ale popatrzmy na całą sprawę spokojnie. Mamy tę Biedronkę, która – jak znam życie – prawdopodobnie niedługo zostanie przez Bronisława Komorowskiego udekorowana Orderem Orła Białego. A zatem, co to za sklep? Otóż ja nie kupuję w Biedronce z dwóch powodów. Po pierwsze, w pobliżu mam inny sklep tego typu, o nazwie Simply, który jest też bardzo tani, ale za to wygodny i sympatyczny. Jednak nawet gdybym miał tę Biedronkę pod samym domem, a ceny w niej były dwukrotnie niższe niż w tym moim Simply, to też bym tam nie kupował, bo byłem w Biedronce dwa razy w życiu i to było przeżycie bardzo dla mnie niemiłe. Z mojego skromnego doświadczenia wiem, że Biedronka to jest tak niemiłosierny syf, że moim zdaniem tam kupować mogą ludzie już tylko kompletnie zdesperowani. Biedronka jaką znam, to jest takie miejsce, gdzie wchodząc, człowiek otrzymuje jeden komunikat: „Bierz, płać tym co tam masz w kieszeni i won”. Są oczywiście inne sieci handlowe w stylu Biedronki, takie jak Plus, czy Liedl, jednak Biedronka jest jeszcze gorsza.
Tymczasem słucham wczoraj telewizyjnej wypowiedzi Jadwigi Staniszkis, która mówi, że ona, na przykład, kupuje jak najbardziej w Biedronce. Jadwiga Staniszkis kupuje w Biedronce??? Przepraszam bardzo, ale, przy całym moim dla niej szacunku, ja jej nie wierzę. Ona na pewno nie kupuje w Biedronce. Nie ma takiej możliwości, żeby akurat Jadwiga Staniszkis kupowała w Biedronce, o ile na przykład nie jest tak, że akurat w tej, która jest gdzieś niedaleko miejsca gdzie ona mieszka, na kasach nie siedzi jakiś wyżelowany młodzieniec z kolczykiem, który się jej podoba, i ona musi go raz dziennie zobaczyć. Poza tym – takiej możliwości nie ma. W Biedronce – dokładnie tak jak mówi Jarosław Kaczyński – kupują ludzie, którzy po pierwsze nie mają pieniędzy, po drugie posiadają wyłącznie gotówkę (tam się kart nie przyjmuje), ale też tylko ci z nich, którzy akurat nie mieli czasu i zaszli tam, bo była najbliżej. I ten fakt był znany powszechnie i przez nikogo nie kwestionowany jeszcze przedwczoraj. Dziś natomiast na Facebooku (a jakże!) ruszyła grupa o nazwie „Jestem ubogi – kupuje w Biedronce”, a ja stawiam wszystko, że 90% z tych 17 tysięcy, którzy się już tam zapisali, połowa to członkowie wcześniejszego projektu, pod nazwą „Kupuję w Biedronce, bo tam wszyscy wyglądają gorzej ode mnie”. A ja się już tylko pytam: czy to nie jest chore?
To co powiedział Jarosław Kaczyński bowiem, to najbardziej oczywista prawda. Biedronka to sklep dla ludzi biednych. To jest fakt, który nie podlega dyskusji. Tak jak nie podlegał dyskusji tamten sprzed lat, że Internet jest niebezpieczny i niektórych doprowadza do stanu, gdzie zostają już tylko gołe baby. Ten sklep jest nawet w ten sposób zorganizowany od środka, żeby tam nikt nie oczekiwał nic ponad to, że kupi jakiś byle jaki rodzaj mleka, czy masła, czy czegoś – taniej niż gdzie indziej. Oto cała filozofia tego portugalskiego przedsięwzięcia. Biedronka to jest taki biznes, jak linie lotnicze Ryanair, i to w dodatku jeszcze w niespełnionych nigdy planach ich właściciela, by tam sprzedawać miejsca stojące. Dziś widzę wyraźnie, że już tylko tego brakuje, by Jarosław Kaczyńskie powiedział, że Ryanair to tanie linie lotnicze, i został natychmiast skopany przez bandę jakiś dziennikarzy z TVN-u, którzy mu będą wciskać, że oni latają wyłącznie Ryanairem i to siedząc skromnie na podłodze.
Ale wczorajszy dzień przyniósł nam jeszcze coś. Otóż Adam Małysz powiedział, że jemu się chce bardzo śmiać, gdy widzi Jarosława Kaczyńskiego, jak na Krakowskim Przedmieściu pali świeczki dla swojego zmasakrowanego smoleńskiej rzezi brata, i że jego zdaniem Marta Kaczyńska błędnie wybrała miejsce spoczynku dla swoich rodziców. Że on by ich nie woził do Krakowa, ale kazał im leżeć gdzieś bliżej domu. I w tym momencie nastąpiła bardzo znamienna reakcja. Dokładnie ci sami ludzie, którzy dziś bronią Biedronkę przed zatrutym jęzorem Jarosława Kaczyńskiego, na te słowa z powagą skinęli swoimi łbami i powiedzieli, że Adam Małysz ma prawo wtrącać się w rodziną pamięć obcych ludzi. Że on może informować Jarosława Kaczyńskiego i Martę Kaczyńską w temacie zasad, według których należy czcić pamięć osób bliskich. Bo jest gwiazdą i autorytetem. No a poza tym bardzo daleko skacze na nartach. I wszyscy jesteśmy Adamem Małyszem. I wszyscy mamy wąsy. I wszyscy kupujemy w Biedronce. W tej sytuacji, proponuję, by prezydent Komorowski, jak już będzie dekorował tym orderem Biedronkę, to żeby dołączył do tego Małysza. Tak będzie ładnie i sprawiedliwie. No i do pary.

Korzystając z okazji, tradycyjnie już proszę wszystkich tych, którzy nie muszą korzystać z usług Biedronki, o finansowe wspieranie tego bloga. Dotychczasowym dobrodziejom, z serca dziękuję.

wtorek, 22 marca 2011

Social Network, czyli dziesięć lat później

Poszedłem do sklepu kupić coś do jedzenia, i korzystając z okazji kupiłem też kolorowy magazyn Viva. Za całe 29 zł. Prawdę mówiąc, okazje, z których skorzystałem, były dwie. Jedna to wspomniane wyjście po zakupy, druga natomiast to taka, że do Vivy dołączony był film o człowieku, który wymyślił Facebooka, a zatytułowany. ‘Social Network’, a ja chciałem ten film mieć dla siebie. W tym momencie, pozwolę sobie na pewną dygresję, która nie ma zupełnie nic wspólnego z tematem dzisiejszej notki, ale ponieważ chodzi mi po głowie parę rzeczy, które chcę powiedzieć, to myślę, że teraz jest na to odpowiedni moment. Otóż film ‘Social Network’ widziałem już w kinie, bardzo mi się podobał, natomiast to co mnie w nim uderzyło najbardziej, to fakt – podawany w filmie jako coś bezdyskusyjnego – że ten Żyd, który uważany jest za twórcę i właściciela Facebooka, tak naprawdę go ani nie stworzył, ani od nikogo nie kupił, ale go zwyczajnie ukradł. No, prawie zwyczajnie. Gdyby go ukradł zwyczajnie, to by musiał oddać, a więc ukradł go nie do końca zwyczajnie, ale za to bardzo skutecznie. Ponieważ, jak słyszę, dziś już właścicielem owego Facebooka jest w znacznym stopniu jakiś post-sowiecki gangster, wszystko pozostaje na swoim miejscu, a my mamy z tego jakąś tam naukę. Jaką? Sam dobrze nie wiem, ale jakąś mamy na pewno. Odrobina gimnastyki nie zaszkodzi.
A więc to jest pierwsza część mojej dygresji. Druga z nich jest taka, że film o Facebooku, który sobie kupiłem wraz z magazynem Viva jest filmem nowym, dopiero co nominowanym do Oscara, natomiast Viva sprzedaje go za 29 zł. dodając do niego bezpłatnie swój bieżący numer. Nie bez znaczenia jest też fakt, że nie jest to jakieś bylejakie gazetowe wydanie, ale prawdziwe DVD, w dodatku w dwupłytowej edycji specjalnej. Próbuję tę zagadkę rozgryźć i jak bym do niej się nie zabierał, nic mi z tego nie wychodzi. No bo nawet jeśli założyć, że faktycznie pies z kulawą nogą się tym filmem nie interesuje i to nie Viva jest przy nim rozdawana za darmo, ale to właśnie te 196 stron Vivy kosztują 29 złotych, natomiast ‘Social Network’ jest nam wciskany jedynie po to, byśmy sobie poczytali o Olivierze Janiaku, to ja dalej nic z tego nie rozumiem. Przecież to by znaczyło, że z jakiegoś kompletnie tajemniczego powodu, ten wspaniały film niczym się nie różni od najnowszej książki Jana Tomasza Grossa. I jedno i drugie, zaraz po swoim debiucie, trafiło na śmietnik, a jedyni którzy na tym wszystkim skorzystali, to z jednej strony Olivier Janiak i jego lalunia, a z drugiej… no, wszystko wskazuje na to, że jakimś cudownym zbiegiem okoliczności również Olivier Janiak i jego lalunia.
Powiem szczerze, że nie wiem, kto to jest Olivier Janiak. Nie mam w tej sprawie najbardziej bladego pojęcia. Patrzę na okładkę tej Vivy i widzę dwójkę najbardziej ponurych tandeciarzy, którzy wyglądają tak, że gdyby ich wysadzić nawet gdzieś w samym środku Moskwy, to przechodnie odsuwaliby się od nich z zażenowaniem. No i mam przed sobą jeszcze te nazwiska. Olivier Janiak i Karolina Malinowska. Ten zestaw jest dla mnie tak niewyobrażalnie komiczny, że ja nawet nie potrafię tu wymyślić jakiegoś żartu. Stoi jakiś dżolo, obok jakaś ruska lalunia i oni się nazywają Janiak i Malinowska. A on jeszcze, ni z gruszki ni z pietruszki, ma na imię Olivier. Pamiętam jak jeszcze na studiach miałem tak zwane wojsko. I tam wszyscy ci peerelowscy oficerowie, którzy nam pokazywali jak wygląda granat, nazywali się Słoma, Drewniak, Pudło, Kapusta i było śmiesznie jak cholera. No ale, co by o nich nie mówić, nikt z nich przynajmniej nie miał na imię Olivier, i to w dodatku pisane przez fał.
Jak mówię, nie wiem, kto to jest Olivier Janiak, podobnie zresztą jak nie wiem, kim jest ta Malinowska. Pytałem o to swoją najmłodszą córkę, która, jak idzie o te sprawy, jest stosunkowo dobrze oblatana. I ona mi powiedziała, że nie wie, ale chyba tancerz. No, ale to nie jest pewne. Z tego więc wnioskuję, że z jednej strony, on nie jest osobą szczególnie dobrze znaną, a z drugiej, jako że ma okładkę w Vivie, to coś tam z nim musi się jednak dziać. Może rzeczywiście jest tancerzem? Mógłbym oczywiście zajrzeć do środka numeru i przejrzeć rozmowę, która tam zapewne jest do przeczytania, w ten sposób i czegoś się dowiedzieć, ale aż tak znowu zdesperowany to ja nie jestem. A zatem pozostaję w ciemności.
I oto nagle pojawia się w tym wszystkim na scenie moja żona. Zanim coś o niej opowiem, muszę powiedzieć parę słów usprawiedliwienia. Otóż ona ma dziś migrenę. A więc nie najlepszy też nastrój. I właśnie w tym nastroju, po przyjściu ze szkoły, siadła żona moja do stołu nad obiadem, który jej naszykowałem, otworzyła wspomnianą wyżej Vivę i powiedziała, tak jak to ona, ni to do mnie, ni do siebie, ni mniej ni więcej jak: „Co za syf! Trzy lata im wystarczyły, żeby zrobić z Polski Ukrainę”. Jak się okazało, ona nie komentowała okładki, która na mnie zrobiła takie wrażenie, ale coś, co się znalazło już pod koniec numeru, a mianowicie relację z jakiegoś bankietu, który urządzono dla tego Janiaka. Sprawa polega na tym, że Janiak nie jest tancerzem, ale prowadzi w telewizji jakiś program, a że on go prowadzi już od dziesięciu lat, to odbyła się z tej okazji owa wyżerka, na której pojawiło się całe mnóstwo znajomych tego Janiaka, Viva zamieściła z tej okazji piękny, kolorowy fotoreportaż, a pani Toyahowa wyrzuciła z siebie tę Ukrainę.
Piszę więc ten tekst, patrzę na zdjęcia z imprezy, którą gdzieś w Kijowie… przepraszam, w Warszawie, zorganizowano dla Janiaka, i już wiem, co ona miała na myśli z ową Ukrainą. Kogo tam mamy? Jest oczywiście Janiak, jest ta Malinowska, ale są też inni (cytuję): Teresa Rosati, Ewa Minge, Katarzyna Skrzynecka, Marcin Łopucki, Reni Jusis, Tomek Makowiecki – którzy mają syna Teofila, który jednak został w domu – Joanna Horodyńska, Arkadiusz Prajs, Justyna Steczkowska, Piotr Adamczyk, Maciej Zakościelny z lalą o nazwisku Diana Tadjuideen-Pakulska, Andrzej Krzywy, Gosia Baczyńska i Magdalena Scheibal. I myślę sobie, że choć ta Gosia razem z Szejbalówną by w zupełności wystarczyły, zwłaszcza że obok nich stoi Janiak, to naturalnie wszyscy robią odpowiednie wrażenie. Nie znam z nich prawie nikogo, ale to potwierdzam. Oni wszyscy robią wrażenie jak należy.
I znów, chciałbym znaleźć jakiś dobry żart, ale tu jest jeszcze gorzej niż poprzednio. Bo to już jest naprawdę zwyczajna, prawdziwa Ukraina. Pamiętam, jakiś czas temu znalazłem gdzieś w Sieci zdjęcie Weroniki Marczuk w majtkach i z jakimiś chyba własnie ukraińskimi gangsterami – czy tylko sutenerami, nie wiem – i je tu opublikowałem. To było jednak dawno. Jeszcze chyba wtedy, gdy Reszka i Majewski dopiero się za Mariusza Kamińskiego brali, i nawet jeszcze im w głowie nie było, że ja będę o nich kiedyś musiał mówić „nasi”. A więc dawno. Wtedy, gdy wydawało się, że to tylko ta Weronika Marczuk jest taka. Że to ciągle Ukraina. Nie my. No i już wszystko zaczyna się porządkować. Patrzę na tę jakąś Gosię Baczyńską, na tę Magdalenę Scheibal, na to co zostało ze Steczkowskiej, no i wreszcie na tego Janiaka i myślę sobie, że nie jest łatwo. Pomyśleć tylko, że wystarczyły trzy lata. No, pięknie!
Byłem dziś na poczcie. Straszny tłum. Straszny. Otwarte tylko trzy okienka, te biedne kobiety usiłują zdążyć z wklepywaniem danych do tych komputerów, ludzie wściekli jak nie wiem i nagle jakaś kobieta – zwykła, normalna kobieta, trochę starsza, a może tylko tak wyglądająca – weszła przed jakiegoś dużego byka z wąsem. Chyba jednak niechcąco, bo tłok był niezwykły. I wtedy ten byk mówi do niej tak: „Czy pani wie, że pani śmierdzi? Czy nie widzi pani, że ludzie się od pani odsuwają? Niech pani idzie do domu i się umyje”…
Później, kiedy już przyszła moja kolej, podszedłem do okienka i mówię do tej dziewczyny, co tam siedzi, że ciężką ma pracę. Wszyscy na nią drą mordy, a ona biedna, nawet nie ma jak stamtąd uciec. A ona mi na to, że tak, bo mało okienek, dziewczyny zwalniają z pracy. Poczta będzie się prywatyzować.
A więc prywatyzacja. Dobrze. W końcu czas najwyższy. Mamy rok 2011. Rok naszej prezydencji w Unii. Poważna okazja.
I to już koniec.

niedziela, 20 marca 2011

O kretach naszych i nie naszych

Kiedy w Internecie pojawił się w roli blogera Jarosław Kaczyński, podniosła się wokół wrzawa jakiej świat nie widział. Głównie poszło o to, że Kaczyński to wieśniak, który nie rozróżnia klawiatury od monitora, a kiedy słyszy słowo ‘mysz’, to myśli o swoim kocie, więc to jego blogowanie to pic, bujda i śmiech. Osobiście, przyznam, nie bardzo jestem za tym, by ludzie tacy jak Jaroslaw Kaczyński zajmowali się blogowaniem, przede wszystkim dlatego, że do tej roboty trzeba mieć bardzo dużo czasu i pewnego rodzaju wolność, która pozwala to medium jakim jest Internet wykorzystać do końca, no a poza tym, Jarosławowi Kaczyńskiemu akurat coś takiego jak blog, jest jak psu na budę, bo który z tych, co go dotychczas nienawidzili i życzyli mu wyłącznie śmierci, powie nagle, że z tego Kaczora to jednak równy gość? Natomiast ci, co go szanują , wiedzą to i bez tego.
A zatem kto się miał pośmiać, to się pośmiał, przy okazji odkurzono parę starych kłamstw i sprawa przycichła. Nawet nie wiadomo, czy po tych dwóch pierwszych notkach pojawiła się kolejna. Może i tak. W każdym razie, bez sensacji. Natomiast wśród blogerskiej braci, na Nowym Ekranie pojawił się ubiegłym tygodniu Artur Zawisza, i to od razu z dwoma kolejnymi wpisami. I to – odwrotnie niż w przypadku Jarosława Kaczyńskiego, który przecież ma co robić – mnie w najmniejszym stopniu nie zdziwiło. Od czasu kiedy ów Zawisza postanowił z hukiem opuścić Prawo i Sprawiedliwość i zademonstrować przy tym całemu światu, co sobie myśli o Polsce i Jej sprawach, jego los potoczył się w tempie lawinowym. Najpierw, wspólnie z paroma kolegami, założył bardzo patriotyczną i bardzo pobożną oczywiście partię, następnie – widząc, że nikogo to nie obeszło – rozwiązał ją i przyłączył się do jakiegoś irlandzkiego prawicowego internacjonalisty, a następnie, nie potrafiąc znaleźć żadnego porządnego oparcia na miejscu, zwrócił się do Lecha Wałęsy. W tym momencie, co było dla wszystkich, tylko nie dla niego samego, naturalną konsekwencją tego ostatniego ruchu, Artur Zawisza spadł na przysłowiową mordę i na pewien czas tak już został.
Kiedy się w końcu podniósł i jakoś pozbierał, udzielił wywiadu Rzeczpospolitej, który, moim zdaniem powinien trafić do podręczników historii zdrady i zaprzaństwa, ale który – pewnie ze względu na powszechny brak zainteresowania losami kogoś takiego jak Zawisza – zniknął w ciemnościach niepamięci. Ja go jednak zauważyłem, zapamiętałem, a nawet opisałem dwukrotnie na blogu. Ostatnim razem niedawno, własnie po tryumfalnym powrocie Artura Zawiszy na scenę. O co poszło w rzeczonym wywiadzie? Otóż Artur Zawisza, zapytany o swoje aktualne plany, zakomunikował w nim ni mniej ni więcej tylko to, że teraz to on już się skupia na „wielopłaszczyznowej działalności biznesowej”, a następnie – gdyby ktoś go jednak potrzebował – dodał, że oczywiście „zdarza się, że ojczyzna woła”, ale żeby on wrócił, „musiałaby bardzo głośno krzyczeć”.
I ten fragment mnie autentycznie poraził. No bo mamy takiego Zawiszę, człowieka, o którym się mówi, że on u siebie w domu, zaraz przy drzwiach ma zainstalowaną miskę z wodą święconą, który tak ukochał Boga i Ojczyznę, że w pewnym momencie uznał za stosowne tę swoją miłość wyrazić w taki o to sposób, że tę ukochaną Ojczyznę zachęca, żeby, jak Ona będzie go kiedy potrzebowała, to ma zacząć drzeć mordę, bo inaczej Zawisza – zajęty „wielopłaszczyznową działalnością biznesową”, może Jej nie dosłyszeć. Ja oczywiście nigdy sobie po Arturze Zawiszy wielkich nadziei nie robiłem, ale ten fragment zrobił na mnie wrażenie naprawdę dojmujące. Ktoś mi powie, że Zawisza jest zwyczajnie głupi i nie wiedział, co mówi. Otóż nie sądzę. Ja uważam, że może on i jest głupi, ale nie „zwyczajnie”. On może i jest głupi, ale przy okazji jest cwany jak cholera i bardzo konkretnie skupiony na celu. On może i jest głupi – bo gdyby nie był, to by dziś był zupełnie gdzie indziej niż jest – natomiast trudno mu zarzucić, że on nie wie co robi i co mówi. Jestem pewien, że to co wyłazi z zacytowanego przeze mnie fragmentu, to jest cały on – polski patriota i katolik, człowiek pobożny, histeryczny antykomunista, prawicowy konserwatysta i Polak. Taki sam jak jego kumple. Cały szereg jego kumpli, takich jak on, prawicowych działaczy niepodległościowych. Oni tę Polskę tak ukochali, że w pewnym momencie uznali, że właściwie są z Nią skumplowani i właściwie teraz już trudno powiedzieć, kto kogo bardziej potrzebuje – oni Polski, czy Polska ich.
Więc Artur Zawisza to przede wszystkim nadęty cwaniak. Nie głupiec, ale nadęty, przebiegły cwaniak. To cwaniactwo wylazło z niego właśnie dziś, kiedy pojawił się na tym Ekranie i zapowiedział, że teraz on będzie blogował. I to jest coś, co mnie autentycznie przeraziło. Bo o ile tamten wywiad dla Rzeczpospolitej był głownie irytujący, to co on wyprawia teraz, budzi czystą grozę. Czego ja się boję? Tego mianowicie, że mam wrażenie, że jak idzie o tak zwaną scenę prawicową, z którą jak by nie było, sam się utożsamiam, ona jest w bardzo znacznym nadmiarze wypełniona takimi Zawiszami. Z czego to się bierze? Wydaje mi się, że przede wszystkim chodzi o to, że żaden inny nurt ideowy nie był tak serdeczny i szczery, jak nurt patriotyczny. Co to ma wspólnego z Zawiszą? Zaraz powiem. Proszę o chwilę cierpliwości. Otóż miłość do Ojczyzny wielu ludzi tak bardzo uwrażliwiła, że oni często stracili jakiekolwiek mechanizmy obronne. Weźmy komunistów, czy w ogóle lewicę. Oczywiście oni są ideowi, bardzo przywiązani do tych swoich obsesji, ale to wszystko u nich w dużym stopniu pozostaje w sferze intelektualnych rozważań. Owszem, bywa i tak, że któryś z nich tak się wścieknie, że kogoś zabije, albo coś podpali, generalnie jednak oni głównie siedzą i ględzą, a jak nie siedzą i ględzą, to się bawią.
Dobrze tę różnicę widać na przykładzie tego, co się dzieje pod Krzyżem na Krakowskim Przedmieściu. Ludzie, którzy tam są od początku, modlą się, płaczą, wyrywają sobie niemal z żalu i rozpaczy serca, proszą Boga o to, by ich wołania usłyszał, natomiast ci co przyszli tam później – prawdopodobnie nie wiele mniej od nich zaangażowani – wyłącznie się bawią i rechoczą. W nich nawet nie ma wściekłości. Jest tylko, z jednej strony, poważna teoretyczna myśl, a z drugiej figiel. I teraz jest tak, że jeśli ja postanowię zakraść się w tamto środowisko jako tak zwany kret, to nawet nie bardzo znajdę sposób, żeby ich swoją osobą zainteresować. No bo co ja w końcu mogę im powiedzieć? Że słuchaj stary, ale te mochery są durne? Albo że ten Kaczor ma jedną nogę stewardesy a drugą generała i to musi bardzo śmiesznie wyglądać, chodźmy się napić? A kogóż to zainteresuje? Poza tym, oni i tak od razu jakoś zauważą, że ze mną jest coś nie tak i mnie spławią.
Tymczasem, jak idzie o naszą stronę, nie ma nic prostszego, żeby zdobyć nasze serca i dusze. Wystarczy że przyjdzie jakiś wół, padnie na kolana, wyciągnie różaniec i zacznie chlipać, a my go od razu przytulimy do serca. Więcej. Nawet jeśli on nam powie, że przez całe lata był komunistą i ubekiem, ale jak zobaczył ten krzyż i tych ludzi, to coś mu w sercu pękło i zrozumiał, jak bardzo błądził, to tym bardziej go pokochamy. Bo my lubimy przebaczać, my wiemy, że każdy człowiek jest bożym dzieckiem i my tak naprawdę ludzi lubimy. No więc przyłażą. Włażą drzwiami i oknami. Czasem, oczywiście, dlatego, że nie mają co z sobą zrobić i myślą, że właściwie na tej prawicy jest całkiem fajnie, ale często przyłażą, bo zostali tu skierowani. A wiedzą też świetnie, że to jest robota i łatwa i przyjemna i jest też przy niej dużo śmiechu.
Popatrzmy na przypadek tego szpiega Turowskiego. Ja naturalnie biorę pod uwagę, że kiedy on po raz pierwszy zjawił się u Jezuitów i powiedział, że chciałby zostać jednym z nich, to ten Koczwara, który tam był wówczas prowincjałem, doskonale wiedział, kim Turowski jest, i właśnie o to chodziło. Natomiast nikt mi nie powie, że przez te wszystkie kolejne lata, kiedy on funkcjonował we wszystkim możliwych prawicowo-kościelnych układach jako wielki Polak, patriota, katolik i świetny kumpel, to tylko dlatego, że tam byli sami agenci. Mowy nie ma. Gdyby tak było, to mielibyśmy problem z głowy. Sprawa natomiast polega na tym, że oni wszyscy autentycznie byli przekonani, że ten Turowski to jest nasz człowiek. I można by się zastanawiać, jak on to zrobił, gdyby nie fakt, że odpowiedź aż się narzuca. Otóż moim zdaniem, on nie miał z tym większego problemu, zwłaszcza, że był agentem nie byle jakim, ale super świetnie przygotowanym. W jego sytuacji, z całą pewnością wystarczyły podstawowe umiejętności aktorskie i tak zwane ‘gadane’. W jego sytuacji, jeśli były jakieś trudności, to ewentualnie na samym początku. Kiedy już przeszedł pierwsze metry, wystarczyło z pewnością tylko się powoływać na rekomendacje ze strony znanych i uznanych polskich patriotów. Najlepiej księży. Bo przecież my Polacy księdza zawsze bardzo szanowaliśmy.
I teraz mamy naszą prawicę – rozdrobnioną, pokłóconą, z jednej strony pełną podejrzeń, a z drugiej pełną otwartych serc i miłości do drugiego człowieka. Od dwudziestu lat, cała moskiewsko-berlińska agentura rozprowadza nas jak chce, wiedząc właściwie o nas tylko jedno. Że z nami nie ma w ogóle problemu. Że my jesteśmy tak bardzo spragnieni prawdy, sprawiedliwości i Boga, że wystarczy rzucić nam parę wytartych sloganów i wszystko pójdzie jak po maśle. Czasem oczywiście trzeba się trochę wysilić, ale na ogół wystarcza najpierw zacząć od zwykłego „Z Bogiem, przyjacielu”, a do tego dodać polityczną analizę w rodzaju: „Jaruzelski to kanalia” i będzie spokój. Mamy kolejną duszę. Możemy się już zacząć liczyć.
Czemu ja jestem taki okrutny i nieprzyjemny? Skąd ja wiem, że mam rację? Czemu obrażam dobrych ludzi? Oczywiście, biorę pod uwagę, że się mogę mylić, ale do tego bym to przyznał, ktoś mi to musi najpierw wykazać. Póki co jednak, ja tylko widzę, co się wyprawia. Przychodzi ten Artur Zawisza – człowiek, który powinien być przede wszystkim już w pierwszej chwili kopnięty w dupę i wyrzucony za drzwi, za to czym się okazał i co, wcale przecież nie w ukryciu, przez parę dobrych lat, wyprawiał – i nawet nie próbuje się jakoś szczególnie napinać, tylko coś nam pieprzy o Zawiszy Czarnym, o sztandarach, o polskiej krwi i o tym, że Ojczyzna coś tam. I to, jak się okazuje, wielu z nas całkowicie wystarczy. Witamy, panie pośle. Jak to dobrze, panie pośle. Powinniśmy być razem, panie pośle. Dziękujemy, że jest pan z nami, panie pośle. A jak ktoś nie daj Boże zapyta go, co on tu w ogóle szuka, to zaraz ktoś przyjdzie i powie, że gości trzeba traktować elegancko. I że każdemu się zdarza pobłądzić.
Ja nie przesadzam. Artur Zawisza w obu swoich wpisach na Nowym Ekranie, nie mówi jednego zdania, które byłoby czymś ponad najbardziej wyświechtaną narodową, najbardziej zużytą retorykę. Ja wręcz podejrzewam, że on te zdania przepisał z jakiś starych patriotycznych tekstów, niewykluczone że po prostu z Trylogii Sienkiewicza. On nie mówi, po co przylazł, z kim przylazł, co ma zamiar robić. Zero. Tu nie ma nic. On wyłącznie, na najwyższych rejestrach, odstawia jakąś nadętą poezję dla nie wiadomo kogo, a wokół niego zbiera się tłum biednych, zahukanych ludzi, którzy, jak się okazuje, tylko czekali, aż on w końcu przyjdzie i powie coś pięknego. Coś naprawdę pięknego.
Ktoś mi powie, że ja nie powinienem szydzić z dobrych, szczerych ludzi. Tyle że ja z dobrych i szczerych ludzi nie szydzę. Ja się nimi autentycznie martwię. Jeśli kogoś w tym tekście chcę obrazić, to wyłącznie Artura Zawiszę i jemu podobnych. I to nawet nie za to, kim są i co robią, ale za to, że oni się już tak wybezczelnili, że uważają mnie za idiotę. Że oni uznali, że ja – jako Polak, patriota i katolik – jestem tak głupi, że oni nawet nie muszą się starać, żeby mnie wykiwać. Że do mnie wystarczy wpaść między zmianą koła w samochodzie i posiedzeniem w jakiejś radzie nadzorczej, wrzucić mi parę tekstów o tym, że Ojczyna jest skąpana we krwi sztandarów, i ja od tego się pobeczę ze wzruszenia. Jak bardzo Artur Zawisza i jego kumple muszą mną gardzić, jak bardzo oni muszą nienawidzić Polski, żeby najpierw tę Polskę po chamsku wykorzystać, a następnie tym, co im z tego wykorzystania wyszło, próbować mnie nakarmić. Jestem pewien, że oni za to co robią będą się smażyć w piekle. Ale wcześniej, mam nadzieję, ktoś, kiedyś, któregoś z nich dopadnie na jakimś spotkaniu, czy wiecu, i kiedy on będzie odstawiał tę nawijke na temat sztandarów, tak go kopnie w dupę, że wpadnie za kurtynkę. I że TVN24 to sfilmuje i pokaże mi to do kolacji. A jak się skończy Wielki Post, to może i pod od szklaneczkę Jacka Danielsa.

Jak już większość z nas wie, utrzymując ten blog, utrzymuję jednocześnie rodzinę. Bez tej pomocy, nie byłoby nic. Ta pomoc jest wszystkim. Dziękując tym którzy czują tę bliskość za to co się stało dotychczas, bardzo proszę o dalsze wsparcie, kierowane na zamieszczony obok numer konta.