Nie było mnie przez parę dni w Polsce, wracam sobie spokojnie wczoraj wieczorem do domu, a tu okazuje się, że moja partia Prawo i Sprawiedliwość przestała istnieć. Co tam „przestała istnieć”! Została starta w proch. Unicestwiona. Wdeptana w błoto. A Jarosław Kaczyński znalazł się, może nie na śmietniku historii – bo jak wiemy tam już jest od dawna – ale na samym tego śmietnika dnie. To znaczy prawie. Za chwilę. Lada dzień. Czyli jak zwykle od dwudziestu już niemal lat, w odstępach paromiesięcznych. A zatem – bez rewelacji.
Ponieważ w związku ze wspomniana nieobecnością, przez kilka dobrych dni niespecjalnie dbałem o ten blog i o potrzeby jego czytelników, to co piszę dziś powinno zasługiwać na coś szczególnego, w tym sensie, że nie może to być wpis ot taki sobie. Jeden z wielu. Wiem to i czuję to bardzo mocno,. A mimo to mam w tym miejscu problem, który sprawi, że prawdopodobnie będzie mniej więcej jak zawsze. A więc tak jakby przez te kilka dni jakościowo nic się nie zdarzyło. Świat się kręci jak kręcił, a my staramy się zachować na tej karuzeli równowagę. I tyle. No ale próbujmy.
Problem o którym wspominam jest dwojakiego rodzaju. Otóż chodzi o to, że byłem od środy w Londynie, a Londyn – jak może niektórzy wiedzą – ma to do siebie, że jest nieprawdopodobnie emocjonalnie wciągający. Kilka dni spędzonych w Londynie, dla kogoś, kto tam nie mieszka na stałe, zmienia perspektywę do tego stopnia, że później przez jakiś czas człowiek jest nieustannie i obrzydliwie nonszalancki, by nie powiedzieć zblazowany. A jeśli w dodatku jest to ktoś, kto prowadzi blog o pewnych ambicjach, owo zblazowanie może być bardzo zgubne.
Tu pozwolę sobie na pewną dygresję. Ktoś kiedyś powiedział – wiem nawet kto, ale nie chce mi się przywoływać jego nazwiska – że to czego najbardziej na świecie nie lubi, to ludzi, którzy, kiedy on chce sobie najzwyczajniej w świecie ponarzekać, zaczynają albo wszystko racjonalizować, albo lekceważyć. A więc ludzi, których w pewnych sytuacjach jedyne na co stać, to takie pełne wyższości: „E tam! Że też nie masz większych problemów…” I powiem uczciwie, że ja też czasem najbardziej ze wszystkiego nie lubię, jak chcę sobie pomarudzić, a ktoś potrzebuje się wtedy akurat pomądrzyć. I tego własnie się boję. Że w ciągu tych dni wielu z nas poczuło znów ten powiew rozpaczy i bezradności, a ja na to wchodzę i wesoło powiadam: „To ja Wam lepiej opowiem o Londynie”.
No i to jest jeden z powodów, dlaczego trochę się boję dziś pisać. Druga przyczyna natomiast jest taka, że, o ile mi wiadomo, wśród osób, które czytają to co tu się rodzi, jest conajmniej kilka takich, które na temat Londynu wiedzą znacznie więcej ode mnie. Weźmy takiego Michała Dembińskiego i AtTheLada, którzy są autentycznymi, urodzonymi, Londyńczykami i oni też są tu znacznie większymi ekspertami. Na tyle większymi, że każde moje słowo jest narażone na zarzut ignorancji i bezmyślności. No a tego byśmy tu nie chcieli, prawda?
No ale co robić? Byłem z młodym Toyahem przez cztery ni w Londynie i muszę o tym parę słów. Po co tam pojechaliśmy, jak i dlaczego, jest tu kompletnie nieistotne, więc wystarczy tylko powiedzieć, że polecieliśmy tam i z powrotem samolotem, co dla mnie było wydarzeniem o tyle liczącym się, że dotychczas jedyny raz jak siedziałem w samolocie, to w Wesołym Miasteczku chyba w Chorzowie, i pamiętam, że później było mi słabo. Sam Londyn znałem już wcześniej ze szkolnych wycieczek i owszem – jestem pod nieustannym wrażeniem. Już kiedyś pisałem na tym blogu, że ja mógłbym w Londynie mieszkać. Umrzeć chciałbym w Polsce, ale mieszkać w Londynie jak najbardziej. A więc choćby z tego względu uważam Londyn za swoje miasto.
Co mi się w Londynie podoba? Przede wszystkim Londyńczycy. Lubię patrzeć na Londyńczyków, i myślę sobie, że gdybym umiał fotografować i miał więcej odwagi w robieniu portretów, to robiłbym wyłącznie zdjęcia tym ludziom. Ktoś się zapyta, skąd to mianowicie bym wiedział, że w obiektywie mojego aparatu jest Londyńczyk, a nie jakiś Polak, Turek, Chorwat, Łotysz, Słowak, czy Niemiec? W końcu tam mieszka – wedle różnych szacunków – od 8 do 12 milionów ludzi, a całe miasto jest większości obsługiwane przez wszystkich, tylko nie Brytyjczyków. Brytyjczycy siedzą w biurach, firmach i diabli wiedzą gdzie jeszcze, natomiast sklepy, muzea, puby, restauracje, teatry, kina, autobusy, pociągi, metro i w ogóle ulica, to Polacy, Hindusi i reszta. Albo jako turyści, albo jako ci, którzy sprawiają, że miasto funkcjonuje. I zgoda. To fakt. Pomylić się można. Tyle że zgadnąć też. Londyńczycy rzucają się w oczy. Nawet gdyby się nie odzywali słowem, też by się nie ukryli. Ich widać na każdym kroku i – przynajmniej z mojego punktu widzenia – robią wrażenie wyjątkowe. Czy to jak ta elegancka kobieta, która późnym popołudniem wraca z pracy do domu i siedzi sobie w metrze, z torebką i parasolem i czyta książkę i wygląda tak pięknie i czysto, jakby nie była po całym dniu pracy, lecz właśnie wychodziła z domu. Czy jak ten uczeń wracający ze szkoły w T-shircie, gdy leje, a temperatura jest bardziej zimowa niż letnia. Czy jak ci mężczyźni w garniturach jedzący lunch pod pubem, lub pijący piwo. Czy jak te dziewczyny biegające wzdłuż Tamizy w krótkich spódniczkach i podkoszulkach, gdy na zewnątrz bardziej zima niż jesień. Czy też jak ci wszyscy ludzie – i młodzi i starsi, i kobiety i mężczyźni – którzy są tak dziwacznie ubrani, jakby ostatnią rzeczą nad jaką się zastanawiali to wygląd. A ja na nich patrzę i widzę, że to wszystko są Londyńczycy. Z makami wpiętymi w klapy marynarek, bo mają swoje święto, z gazetami i książkami czytanymi wszędzie i bez przerwy, uprzejmi, uśmiechnięci, zawsze gotowi do pomocy, dowcipni, zawsze z tym dodatkowym, zupełnie przecież niepotrzebnym słowem, które ma nam pokazać, że jest dobrze. Nigdy wściekli, zawsze cierpliwi. Pijani, trzeźwi, hołota i establishment, kibice wracający z meczu, eleganccy, bylejacy, grubi, chodzi, czarni, biali – zawsze nieprawdopodobnie grzeczni i radośni.
I zawsze kompletnie zamknięci w swoim własnym kole.
Więc Londyn, to dla mnie przede wszystkim ludzie. Oczywiście, Tamiza i elektrownia w Battersea i Tower Bridge i metro i cmentarz w Highgate i Hampstead Heath i Greenwich… owszem, to wszystko się liczy. Ale przede wszystkim ci ludzie. Ludzie, którzy robią wrażenie, jakby byli zainteresowani tylko sobą, a z drugiej strony są najmilsi i najgrzeczniejsi i najweselsi na świecie. Wszyscy.
I cały czas kompletnie sami.
Oto Londyn, taki jakim go widzę. Te 8 do 12 milionów ludzi, z czego znaczna część to nie-Brytyjczycy. To ogromne miasto, działające całkowicie bez zarzutu. To metro z pociągami kursującymi we wszystkich kierunkach co dwie minuty i jego obsługa, gotowa do pomocy w każdej chwili i w nadmiarze, te napisy wszędzie i zawsze i na każdy temat, i to wszystko co nad ziemią, te puby, te autobusy, pracujące 24 godziny na dobę, te taksówki, ta noc i ten dzień, i ta Tamiza, i te samoloty startujące z tych wszystkich lotnisk we wszystkich kierunkach i na tych wszystkich lotniskach nieustannie lądujące, i te pociągi wożące pasażerów, turystów i tych ludzi jadących do pracy i wracających z pracy do domu. I ci joggujący ludzie, których można tam zobaczyć częściej niż znak Coca-Coli. I te dzieci w mundurkach na lekcjach w Natural History Museum. I ten football i ta muzyka. Najlepsza na świecie. Nawet w amatorskim wykonaniu w przejściach podziemnych.
I to jest ten Londyn. I ta Anglia. Anglia, gdzie dopuszcza się aborcję w 24 tygodniu ciąży, a samo przerwanie ciąży jest czymś równie ważnym jak splunięcie. Gdzie już w tej chwili niemal każde małżeństwo się rozpada. Gdzie między rodzicami a dziećmi nie ma praktycznie kontaktu. Gdzie rodzina jest coraz bardziej przeżytkiem. Gdzie do kościoła chodzą już tylko albo bardzo starzy ludzie, albo imigranci. Gdzie bez mrugnięcia okiem dopuszcza się i eutanazję i wszelkie najbardziej chore pseudomedyczne eksperymenty. Anglia, gdzie nauczyciel nie może nosić na szyi krzyżyka z Jezusem. Gdzie według różnych danych panuje największe na świecie obżarstwo. Gdzie miasta są opanowane przed młodocianych morderców z nożami. I te upiorne freski na ścianach metra w Paddington chyba (czy tak, Michale?). Gdzie w momencie gdy konserwatyści wygrywają wybory, środowiska uniwersyteckie wzywają oficjalnie do masowych aktów przemocy, w jednym wyłącznie celu – żeby nie czekając do kolejnych wyborów, doprowadzić do upadku rządu. Bo za Partii Pracy, jak było, tak było, ale przynajmniej był spokój i można się było za darmo nażreć pizzy.
Miałem nie mówić, co mnie tam przywiodło. Ale jednak powiem, bo tak mi wychodzi z tego tekstu. Otóż niedawno mieliśmy szczęście i zaszczyt poznać człowieka, który dzierży stanowisko tak zwanego Ambasadora Kent. Poza tym, ma on na swoim koncie jeszcze inne sukcesy i osiągnięcia. Wśród nich i taki, że jego dwie córki śpiewają w chórku u Leonarda Cohena. Kto zna Leonarda Cohena w jego aktualnym programie, wie, o czym mówię. Poza tym ma syna, który jest perkusistą w zespole artysty o nazwisku Jamie Cullum. Kto zna, ten wie. Otóż tak wyszło, że ów pan zaprosił nas, żebyśmy przyjechali do niego na wieś, to nam pokaże swój dom – a dom to nie byle jaki – i nas ugości. A więc pojechaliśmy tam do niego na wieś pod Londynem. I on jest bardzo typowym Londyńczykiem. Przemiłym, fantastycznie dowcipnym, elokwentnym, czarującym, hojnym człowiekiem. Pytał dużo o Polskę, więc mu opowiadaliśmy i on nam w końcu powiedział, że on to wszystko bardzo szanuje, natomiast sam jest „humanistą”. Tak się wyraził. On nie wierzy w Boga, ale wie, że trzeba być człowiekiem dobrym, uczciwym, porządnym, grzecznym. A więc jak idzie o moją londyńską miłość – pełny standard. Plus może jeszcze ten eksces, że jako człowiek już ponad sześćdziesięcioletni ma wciąż tę samą żonę – kobietę, którą kochał gdy miał dopiero16 lat. I tak się przedstawił: „I’m a humanist”.
A więc taka jest sytuacja. Nie jest łatwo. Nie jest łatwo. Byliśmy w sobotę wieczorem w kościele w Soho na Mszy Świętej. Mała kapliczka wypełniona była po brzegi. Brytyjczyków tam było bardzo mało. Paru było, ale mało. Większość to tacy różni, w tym my. Świat na zewnątrz wypełniony był turystami, tymi którzy pracują, by miasto działało i żeby to wszystko w jednej chwili nie stanęło w płomieniach… no i ci cudowni ludzie. Dziś już wiem, że to są tak zwani „humaniści”. A zatem nie jest łatwo.
Polityczny jest ten nasz blog, więc wypadałoby przynajmniej zakończyć czymś lżejszym, no i koniecznie w standardzie. Mam coś takiego. Szliśmy sobie z moim synem przez Wembley. Kto nie wie, tam oprócz stadionu jest jak wszędzie. Pięknie, kolorowo, czysto, tyle że może więcej Czarnych i Hindusów. Pięknie, czysto, spokojnie i grzecznie. Grzecznie jak jasna cholera. I nagle w tym wszystkim widzimy coś takiego:

A więc zimny Lech. Od pewnego czasu mówię, że tego nie wolno brać do ust. Ani tego, ani jakichkolwiek produktów tej firmy. Kretyn, który rzucił tę puszkę na londyńskim Wembley, pokazuje bardzo dobitnie, że produkty Kompanii Piwowarskiej szkodzą. Szkodzą na mózg i niewykluczone że na całą resztę również. To jest trucizna. Jestem pewien, że gdyby on się napił normalnie jakiegoś angielskiego piwa, albo i choćby zwykłego Żywca, do tej hańby by nie doszło. A to przecież nie jest takie trudne. Angielskie piwo jest bardzo dobre. Żeby to wiedzieć nawet nie trzeba być humanistą. Nawet nie trzeba być Londyńczykiem.