Pokazywanie postów oznaczonych etykietą świat. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą świat. Pokaż wszystkie posty

piątek, 28 czerwca 2024

Świadectwo

      Jako że, jak to mówią Amerykanie, „long time no see”, przyszedł czas, by się odezwać i wytłumaczyć, a jednocześnie dorzucić do tego kilka słów w temacie wspomnianych Amerykanów i ich wielkiego, pięknego kraju. Oczywiście mam świadomość, że ostatni miesiąc, o którym muszę dać pewne istotne świadectwo, nie odpowiada za moje ostatnie milczenie, ale, owszem, gdyby nie on, kto wie, jak by było. A zatem do rzeczy. Otóż proszę sobie wyobrazić, że w związku z długim majowo-czerwcowym weekendem, nasza młodsza córka wybrała się do naszego Przemyśla na samotny wypoczynek. Pierwszego już dnia, podczas zakupów straciła przytomnoś i została zabrana do szpitala. Po przeprowadzeniu tomografii stwierdzono obrzęk mózgu i dalsze badania odłożono do następnego dnia. Rano wykonano rezonans głowy i w obecności psychologa poinformowano ją, że stwierdzono dwa przerzutowe guzy w mózgu z najbardziej fatalnymi prognozami. Ona dziś już tego nie pamięta, ale z robionych na bieżąco zapisków wie, że z miejsca zaczęła odmawiać Nowennę Pompejańską, a ja z kolei pamiętam, że moją pierwszą reakcją było udanie się do spowiedzi i w ramach zadanej pokuty, uklęknięcie i wypowiedzenie trzy razy zdania: „Jezu, ufam Tobie”. Taka pokuta, ciekawe, prawda?

      Po kilku godzinach, z Przemyśla nadeszła wiadomość, że po skonsultowaniu wyniku rezonansu, lekarze uznali, że to co widać na zdjęciu, to nie są guzy, a tym bardziej nie złośliwe, zdiagnozowany na początku obrzęk ze zmianami niewiadomego pochodzenia. Kolejne parę dni mijały w nadziei, wierze i łzach, by wreszcie uznano, że nasza córka czuje się na tyle dobrze, by ją przewieźć do Katowic i umieścić w naszej klinice. Po kolejnych dniach badań, lekarstw, stopniowego wykluczania pierwotnego nowotworu i coraz lepszego samopoczucia, córka, z całą kupą lekarstw, została odesłana do domu i dziś jest tak, że jeśli czuje się nie najlepiej, to wyłącznie ze względu na uboczne skutki zażywania owych lekarstw. Oczywiście, ostatecznej diagnozy wciąż nie ma, bardzo mądrzy profesorowie oglądają te zdjęcia i wszyscy zachodzą w głowę, jak to jest, że one są tak dziwne. No właśnie, dziwne, a wokół nich dziś już dobiegają modlitwy z całej Polski.

      W miniony wtorek, do naszego kościoła garnizonowego zostały uroczyście wprowadzone relikwie błogosławionej rodziny Ulmów. W nocy z poniedziałku na wtorek córka obudziła się około 1 i zaczęła się modlić o to, by za wstawiennictwem owej Rodziny, ona mogła podczas nadchodzącej uroczystości nie prosić tylko dziękować. I, jak mi opowiada, nigdy dotychczas nie miała tak silnego, niemal fizycznego odczucia, że oto dzieje się Cud. Następnego ranka, podczas kolejnej konsultacji otrzymała mocną sugestię, że ona nie ma żadnego nowotworu, a jej choroba nie jest w ogóle problemem neurochirurgicznym tylko stanem zapalnym.

       Ona jest oczywiście wciąż chora, ostateczna diagnoza wciąż przed nami, ale wszystko wskazuje na to, że będzie juz tylko lepiej, a już w sierpniu ona będzie mogła zatańczyć na swoim weselu.

       Tymczasem wokół nas kręci się ten nasz świat i już naprawdę brakuje słów i chęci, by komentować nie tylko te nasze smutne sprawy, ale i to co się dzieje na świecie. Wczoraj w Stanach Zjednoczonych odbyła się pierwsza z zaplanowanych debat między Joe Bidenem, a Donaldem Trumpem. Oglądałem owego występu fragmenty, czytałem komentarze i wygląda na to, że zgodnie z naszymi wcześniejszymi obawami, ten wielki, wspaniały, potężny, piękny kraj ponownie nie był w stanie znaleźć kandydatów na urząd prezydenta, z których jeden nie byłby wariatem, a drugi półprzytomną rośliną. W całym kraju, przez tyle juz lat – kto wie, czy nie od czasów Ronalda Reagana – Ameryką rządzą jacyś kosmici.

      Otóż to: czy rządzą? Patrzę na Francję, Wielką Brytanię, Niemcy, Polskę, Kanadę, Brazylię, całą tę nieszczęsna Brukselę i, przepraszam bardzo, ale w jakim stopniu  przywódcy są mądrzejsi, bardziej uczciwi, czy choćby sympatyczniejsi? No dobra, Biden i Tusk to są zepsute roboty, ale reszta? Przecież to jest wszystko podobny poziom. Czemu my ich wybieramy. Oglądam jeszcze raz tego Bidena, co chwilę czytam kolejnego tweeta Donalda Tuska i myślę sobie, że może rzeczywiście ci, którzy realnie rządzą światem nie życzą sobie, by pojawił się gdzieś jakiś lokalny lider, który będzie sie wtrącał, gdy starsi rozmawiają. Może faktycznie, oni podczas swoich codziennych zajęć wykonują ogromną, dodatkową pracę na rzecz przekazania lokalnej włądzy w ręce durniów. I to oni też, gdy się coś nie uda, to podejmą wszelkie możliwe kroki, by zniszczyć kogoś takiego jak Jarosław Kaczyński, Viktor Orban, czy, paradoksalnie nieco, wspomniany Donald Trump. A jeśi tak jest, to obawiam się, że lecimy wraz z całym światem wszyscy głową w dół i nie ma ręki, która ten straszny lot zatrzyma.

      Co zatem? Odpowiedź jest prosta. Pozostaje sie nam obudzić w środku nocy, pomodlić w intencji kanonizacji rodziny Ulmów i w pewnym momencie, tak jak moje biedne dziecko, poczuć ten niezwykły, żywy dreszcz.

 


środa, 12 maja 2021

Ogłaszamy kolejną odsłonę konkursu na dowcip o Kuala Lumpur

 

Pod wczorajszym tekstem, Czytelnik zapytał mnie o jakiś dawny tekst, a ja mu dość impertynencko odpowiedziałem, że w tym zalewie kilku tysięcy notek jest mi bardzo ciężko znaleźć tę jedną. Ogarnięty wyrzutami sumienia, postanowiłem jej jednak poszukać, i choć nic z tego nie wyszło, to trafiłem na inną, moim zdaniem, wartą przypomnienia refleksję i postanowiłem, że ramach konsekwentnego stronienia od zawartości mózgów Rafała Trzaskowskiego i jego partyjnych kolegów, znów cofnę się w przeszłość, choć jak to zwykle, z lekkimi modyfikacjami.

 

 

      Mam nadzieję, choć już niestety nie wiarę, że wszyscy z nas słyszeliśmy i zapamiętaliśmy informację o tym, jak to już niemal dwa tygodnie temu najpierw zniknął z radarów, a następnie zniknął w ogóle samolot Malezyjskich Linii Lotniczych z 239 osobami na pokładzie. Mam nadzieję, choć wciąż nie wiarę, że mimo tak strasznie egzotycznie brzmiących nazw, jak Malezja, Pekin, czy Kuala Lumpur, zwróciliśmy uwagę na ten szczegół, jak to ów samolot wystartował z Kuala Lumpur do Pekinu i po godzinie wszyscy ludzie, którzy nim lecieli najprawdopodobniej zginęli. Ktoś spyta, dlaczego brakuje mi tej wiary. Otóż właśnie przez tę egzotykę. W końcu, nie oszukujmy się – cóż nas interesuje jakieś Kuala Lumpur, czy nawet Malezja, choćby i z 239 ludźmi na pokładzie, jeśli ci ludzie w większości wyglądają równie egzotycznie, jak egzotycznie brzmi nazwa Kuala Lumpur?

      A zatem wiary mi brakuje, natomiast mam nadzieję, bo gdyby się miało okazać, że nasza europejskość doprowadziła nas do tego stanu, że niekiedy bez najmniejszego wysiłku potrafimy o 239 – a tak naprawdę znacznie, znacznie więcej – ludzkich tragedii myśleć w tych samych kategoriach, co w wypadku kolejnej wojny gdzieś w Afryce, to z nami jest zdecydowanie nie najlepiej. Skąd u mnie te obawy? Otóż one się biorą z prostej obserwacji. Ja akurat miałem okazję parokrotnie ostatnio rozmawiać z różnymi ludźmi na temat tego zniknięcia i nie mogłem nie zauważyć, jak ono robiło wrażenie do momentu, gdy się nie zaczęły pojawiać owe dziwnie brzmiące nazwy. Ale nie chodzi tylko o zwykłe reakcje zwykłych ludzi. Przecież ja doskonale widzę, jak ta sprawa jest relacjonowana przez nasze media, a widząc to nie potrafię się nie zastanawiać, jak inaczej wyglądałyby te relacje, gdyby ten samolot nie wiózł 239, ale choćby tylko stu takich samych ludzi, tyle że Belgów, Hiszpanów, Szwedów, Holendrów, czy Francuzów.

      Przesadzam? Akurat! Oto parę dni temu przeczytałem gdzieś na blogach, że paru dziennikarzy Radia Zet zwróciło się do słuchaczy, by w odpowiedzi na pytanie „Co się stało z samolotem?” słali do redakcji swoje propozycje. No i wtedy się zaczęło. Ktoś zaproponował, że samolot walnął w kupę kartonów, ktoś inny, że podobno leży gdzieś w Smoleńsku, ktoś jeszcze inny, że uprowadzili go Marsjanie. A więc, widzimy już jak to działa. Najpierw pada hasło, a w odpowiedzi na hasło natychmiast pojawia się odzew. A ja znów nie mam najmniejszej wątpliwości, że gdybyśmy nie mieli samolotu Malezyjskich Linii Lotniczych lecącego z Kuala Lumpur do Pekinu, ale któryś z lotów British Airways, czy Lufthansy z Rzymu do Oslo, ani ci śmieszkowie z Radia Zet by nie wpadli na ten swój niesłychanie zabawny pomysł, ani też słuchacze tego dziwnego radia by się tu z takim zaangażowaniem nie udzielali. A gdyby jednak do czegoś takiego doszło, to musiałaby interweniować Rada Etyki Mediów, a kto wie czy nie ktoś stojący jeszcze wyżej. Tu, o ile mi wiadomo, na jajach się zaczęło i skończyło.

       Wielokrotnie się zastanawiałem, skąd się ten rodzaj braku wrażliwości u nas bierze. Pamiętam wciąż, jak kilka lat temu mieliśmy katastrofę autokaru z pielgrzymami gdzieś we Francji i na Onecie pojawiła się cała kupa komentarzy nawet nie próbujących ukrywać tego rozbawienia, jakie ogarnęło ich autorów na wieść o tym, ze banda moherów spadła na mordę do jakiejś przepaści. No ale tam przynajmniej jednak widać było to zaangażowanie. Chore, bo chore, motywowane znaną nam wszystkich bezinteresowną nienawiścią, ale jednak przyznać trzeba, że internauci się autentycznie sprawą zainteresowali. Tu jednak nawet nie mamy do czynienia z nienawiścią. To jest zwykła obojętność wynikająca z tego, że przed nami stają ludzie, którzy, jako kompletnie obcy, nas ani ziębią ani parzą. To jest trochę podobna sytuacja do tej, z jaką mieliśmy do czynienia po budowlanej katastrofie w Bangladeszu. Oczywiście, jak pamiętamy, wtedy media we współpracy z międzynarodowym przemysłem tekstylnym sprawę skutecznie ocenzurowały, ale nam też jakoś nie bardzo się chciało pochylać nad tymi Bengalczykami, czy jak to się na nich tam mówi. Nawet jeśli ich było aż ponad tysiąc.

Otóż moim zdaniem tu mieliśmy do czynienia z tym prostym przekonaniem, że nawet jeśli oni mają dzieci i braci i rodziców, to te ich związki z pewnością nie są tak silne, jak u nas. To już nawet Rosjanie, jak kiedyś śpiewał ten głupek Sting, mają dzieci, ale tamci chyba jednak nie koniecznie. Prawda?

        

SUPLEMENT

Powyższy tekst kończył się oryginalnie następnymi słowami:

„O katastrofie w Bangladeszu dowiedziałem się ze wspominanego tu już parokrotnie, nie tylko dlatego, że jego właścicielem jest właściciel ukochanego klubu piłkarskiego mojej córki FC Liverpool, portalu boston.com/bigpicture, ale przez to, że to stamtąd właśnie, poza blogami, czerpię wszelkie informacje o świecie, a niekiedy nawet i o Polsce. To ze zdjęć opublikowanych w boston.com, kiedy wszystkie media solidarnie nabrały wody w usta, dowiedziałem się, że w Bangladeszu runął tamten budynek. Dziś też właśnie na boston.com znalazłem serię zdjęć pokazujących kto ma dzieci, i dla kogo i co ten fakt może oznaczać. Rzućmy proszę okiem. I spróbujmy pomyśleć sobie, jak bardzo te nasze światy są od siebie daleko”.

Jak się okazuje przez te wszystkie lata zdjęcia te zostały usunięte z portalu, a więc też zniknęły z naszego blogu. W pewnym sensie jednak myślę, że to dobrze. Otóż owe fotografie przedstawiały bardzo wzruszające portrety matek z dziećmi, a pisząc „wzruszające” mam na myśli to, że nawet jeśli kiedyś było inaczej, to dziś może owe wzruszenia nie są już chyba rozłożone aż tak demokratycznie. Dziś widok matki z dzieckiem może wywoływać niewiele więcej ponad wzruszenie ramion. To już bardziej wzruszają nas obrazki ze świata zwierząt. A zatem, proszę uprzejmie, oto wspomniana na początku modyfikacja specjalnie dla wschodzących pokoleń.

 







wtorek, 2 października 2018

O emocjonalnych odległościach w trójkącie Toyah - Coryllus - Świat


      Jacek Jarecki napisał tekst, w którym wyraził swój estetyczny ból z powodu oferty jaką publiczna telewizja ma mu do przekazania, a ja obiecałem mu zdanie odrębne w formie osobnej notki. Ponieważ upływ czasu osłabił moje ambicje polemiczne, ostatecznie przedstawiłem swoje stanowisko w zaledwie 600 z drobnym hakiem słowach, z czego temat Wiadomości TVP – a ich głównie dotyczył tekst Jareckiego – zajął mniej niż połowę. Na ową skromną refleksję zareagował wczoraj Coryllus sążnistą polemiką, czym oczywiście zmusił mnie do reakcji.
      W pierwszej chwili – ponieważ temat propagandowej strategii prezesa Kurskiego interesuje mnie jedynie od czasu do czasu – planowałem Coryllusowi odpowiedzieć na jego blogu, ponieważ jednak sam słabo znoszę komentarze przekraczające swoją długością kilka zdań, uznałem, że trzeba będzie napisać osobny, niezbyt długi, ale jednak osobny tekst. Proszę więc posłuchać.
      Na samym początku swojej notki pisze Coryllus, że on „pozwoli sobie mieć inne zdanie w powyższej kwestii”, a ja tu chciałbym powiedzieć, że ponieważ obaj piszemy niemal równocześnie, i na ogół bardzo zgodnie, od mniej wiecej 10 już lat, zarówno ja znam jego zdanie w niemal każdej kwestii, jaki o on zna zdanie moje. 10 lat to jest bowiem czas, który całkowicie wystarczy zarówno na zapoznanie się ze stanowiskami, jak i określenie punktów spornych. A więc jest trochę bez sensu traktować się wzajemnie jak idiotów.
      A zatem, powtarzam to – głównie z myślą o moim koledze Coryllusie – po raz kolejny. Ja nie traktuję tego co nam ma do zaoferowania Jacek Kurski jako oferty dla siebie, podobnie zresztą jak w niedzielne poranki nie oglądam telewizji Polsat. Dlatego też, kiedy ktoś mi zaczyna narzekać na piosenki Sławomira i na  śliskie uśmiechy prezenterów Wiadomości TVP, ja grzecznie, a więc bardzo dyskretnie ziewam.
       Co więc moim zdaniem jest ważne? Otóż nie ulega dla mnie najmniejszej wątpliwości, że osiem lat władzy Platformy Obywatelskiej, a tak naprawdę też wcześniejszy dwuletnie okres rządów Prawa i Sprawiedliwości, orazi ich okrutny upadek i przegrane wybory w roku 2007, były wynikiem tylko i wyłącznie najbardziej brutalnej propagandy, która obięła zarówno media, jak i całą kulturę popularną. Gdyby nie publiczna telewizja wspierana przez szereg stacji prywatnych, gdyby nie program „Szkło Kontaktowe”, media papierowe, internet, kabarety, gdyby wreszcie nie ta nienawiść, która opanowała całą przestrzeń publiczną i podzieliła Polaków na pokolenia, po tym antypolskim projekcie pod nazwą Platforma Obywatelska nie zostałby dziś cuchnący pył. I tu żadnego znaczenia nie miało to, że polska polityka zagraniczna lekceważyła kierunek amerykański, na rzecz rosyjskiego i niemieckiego. I dziś podobnie, jeśli wszystko wskazuje na to, że Prawo i Sprawiedliwość będzie rządziło tak długo jak żyje Jarosław Kaczyński, to nie głównie ze względu na jego polityczne talenty, ani tym bardziej przez demonstrowaną przez Donalda Trumpa sympatię do Polski, ale dlatego, że udało się skutecznie odebrać Systemowi przestrzeń pop i dać ludziom poczucie przynależności. I tu trzeba oddać sprawiedliwość temu cwaniakowi Kurskiemu.
     Pisałem tu wielokrotnie o tym, że propaganda, której symbolem był sukces Platformy Obywatelskiej, a jej faktycznym źródłem była powstała w roku 1990 religia III RP, była niemal dokładnym powtórzeniem propagandy PRL-u, tyle że prezentowana na niebieskim tle przez ludzi wedle powszechnie przyjętych standardów uważanych za fizycznie i intelektualnie atrakcyjnych. Telewizja TVN24, oraz ów senans nienawiści, którym pod nazwą „Szkło Kontaktowe”, dzień w dzień przez ponad 10 lat, zatruwano emocje Polaków, to był czysty PRL, tyle że z przeznaczeniem dla tak zwanej „inteligencji”, oraz dla tych co do owej „inteligencji” aspirowali. I oto dziś mamy dokładnie to samo, tyle że intelektualnie znacznie bardziej uniwersalne, z uzwględnieniem potrzeb spektrum znacznie, znacznie szerszego, no i na wesoło. Właśnie tak. Na wesoło. Zamiast tamtej pogardy, zaciśniętych zębów i nieustannego szyderstwa, Polacy dostali 500+ oraz „Roztańczone PGE”, i świadomość, że gdy udają się do lokalnej galerii handlowej w sobotnie popołudnie, mogą bez obawy zamiast koszulki z karykaturą kaczki, założyć koszulkę z napisem „Śmierć Zdrajcom Ojczyzny”.
      Celem Prawa i Sprawiedliwości, tak jak to bywa w polityce od wieków, jest utrzymanie oraz poszerzenie władzy. W tym celu ci którzy aspirują do rządzenia składają nam różnego rodzaju oferty, a my albo je przyjmujemy, albo odrzucamy, albo pozostajemy niezainteresowani i zajmujemy się wyłącznie naszym domem, obejściem i zarabianiem na utrzymanie jednego i drugiego. Gdy chodzi o mnie, ja mam życzenie, by władzę w Polsce sprawowało Prawo i Sprawiedliwość. Czemu? Bo z moich wyliczeń wychodzi mi na to, że w ten sposób moje życie będzie bardziej komfortowe niż w każdym innym wypadku. I to jest całe moje zainteresowanie, któremu daję wyraz w swoich tekstach. I tu muszę nawiązać do fragmentu tekstu Coryllusa, który uważam za nadzwyczaj celny:
      Ponieważ ja nie jestem tak zdystansowany do rzeczywistości jak toyah i większość docierających do mnie informacji, zjawisk i zmian biorę sobie do serca, a także reaguję na nie żywo, nie mogę zrozumieć dlaczego nasz kolega broni tej zidiociałej telewizji, która jest przecież częścią szerszego obszaru propagandy Dobrej Zmiany”.   
      Otóż to jest w rzeczy samej czysta prawda: ja jestem mocno wobec rzeczywistości zdystansowany, a Coryllus, jako człowiek tego dystansu pozbawiony,  nie może tego zrozumieć. Śpieszę więc z pomocą. Otóż ja właśnie skończyłem 63 rok życia, mam wnuczkę, która umie już powiedzieć „dziadzio”, dwoje kolejnych wnuków w drodze, fantastycznego zięcia i równie fantastyczną synową, oraz pewne bardzo konkretne widoki na wygodną starość i ostatnią rzeczą jaka mnie zajmuje, jest wpływ polityki zagranicznej rządu Dobrej Zmiany na wynik kolejnych wyborów i to co na ten temat mają do powiedzenia redaktor Michał Rachoń i piosenkarz Zenek Martyniuk. A jeśli przyjdzie mi do głowy, by się odchamić, to zajrzę na portal prawygornyrog.pl i wysłucham rozmowy Gabriela Maciejewskiego z prof. Grzegorzem Kucharczykiem w pięknych wnętrzach zamku w Karpnikach.
     Byłbym zapomniał. Będzie mi też miło, jeśli uda mi się sprzedać ostatnie egzemplarze książek, jakie wydałem w Klinice Języka i w ten sposób umierając będę mógł powiedzieć, że gdy chodzi o rzeczy mniej istotne, też coś mi się w życiu udało.

Gdyby ktoś coś ode mnie potrzebował, proszę pisać na adres: k.osiejuk@gmail.com
     
      
     

niedziela, 8 października 2017

Jeszcze raz o ataku z Marsa

      Choć od zawsze wiem, że są wśród nas tacy, którzy wszelkie nawiązania do tego, co przeczytałem na portalu tvn24, traktują z pełnym wyższości prychnieciem, oraz jednobrzmiącą uwagą: „że też ci się chce zajmować tym co robi TVN”, ewentualnie „ja nie mam telewizora i jest mi z tym bardzo dobrze”, od czasu do czasu mam poczucie, że są rzeczy, których przegapić nam nie wolno, bo ani się nie obejrzymy, jak ktoś nas zajdzie od tyłu i wtedy już na wszystko będzie za późno. Poza tym, powiem uczciwie, że na tego typu przechwałki – mam na myśli argument z telewizorem – trafiam od lat i wiem, że wiele z tych osób, które nie mają telewizora, siedzą całymi godzinami przed komputerem i pozwalają się zatruwać treściami niekiedy znacznie bardziej szkodliwymi, niż to co można znaleźć w telewizji, a zatem przepraszam bardzo, ale będę się trzymał swoich własnych sposobów zachowania przytomności.
      Gdyby zatem ktoś chciał wiedzieć, jak walczę, by zachować kontrolę nad rozwojem sytuacji w tych niewątpliwie niełatwych czasach, to, pomijając fakt, że staram się mieć umysł szeroko otwarty, w telewizji oglądam niemal wyłącznie „Wiadomości TVP”, oraz niekiedy wieczorny program na TVP Info, a z mediów „wrażych” wspomniany tvn24.pl w Internecie. Poza tym, jest już tylko sport i występy zdolnych ludzi w programach „Britain’s Got talent” i „America’s Got Talent”, które są regularnie wrzucane do Internetu. W ten sposób, nie brakuje mi niczego.
       A zatem, bardzo proszę nie mieć do mnie pretensji, że wczoraj znów zajrzałem na portal tvn24.pl, bo mam do opowiedzenia coś na tyle ważnego, byśmy to przyjęli z pełną powagą. Oto proszę sobie wyobrazić, patrzę, co oni nam dziś mają do przekazania, a tam wielki tytuł: „Jechał autostradą pod prąd. Z piątką dzieci. Mówił, że nie stać go na opłatę”. Klikam, wchodzę głębiej, a tam dokładnie ten sam tytuł, tyle że pod spodem zrzut ekranu z jakiejś audycji naturalnie w stacji TVN24, na nim łeb kierowcy Hołowczyca, a pod spodem na pasku informacyjnym słowa: „Jazda Polska… pod prąd”. Dokładnie tak, z tym właśnie błędem. No ale nie chodzi przecież ani o błąd, ani nawet o sam temat, ale o to, że w tym momencie wykonuję kolejny ruch – który, tak na marginesie, popełnia już pewnie zaledwie garstka internautów –zjeżdżam na właściwy tekst, a tam czytam: „Innych kierowców zmuszał do nagłego zjeżdżania na inne pasy, bo sam mknął autostradą A2 pod prąd. Niemiec prowadzący peugeota z przyczepą podróżował z żoną i pięciorgiem dzieci. Policja z Konina ukarała go mandatem”.
      A-ha!
      Ostatnio rozmawialiśmy tu trochę o tym, co, gdy chodzi o codzienną propagandę, wyprawiają tak zwani „nasi”, no a wnioski z naszej debaty nie były niestety bardzo pocieszające. Wygląda bowiem na to, że oni nas przede wszystkim traktują, jak kompletnych durniów, którym wystarczy pomachać przed nosem czymś choćby trochę błyszczącym, żeby nas zaczarować, no a potem już tylko szturchać kawałkiem kijka, tak byśmy się zaczęli złościć. No a poza tym, chodzi o to, że oni kłamią dokładnie tak samo, jak tamci, tyle że w świętym przekonaniu, że nawet jeśli to faktycznie kłamstwo, to ono służy dobrej sprawie, a zatem jest w pełni usprawiedliwione. I oto nagle się okazuje, że tam jest jednak coś jeszcze, czego musimy mieć pełną świadomość, jeśli chcemy zrozumieć, o co toczy się tak naprawdę ta walka. Otóż, cokolwiek byśmy o nich nie myśleli, i jak bardzo byśmy nimi nie gardzili, ci tak zwani „nasi” mają przed sobą zwykłe, znane nam od lat cele, a więc władzę i pieniądze, przy tym jednak nie jest też tak, że oni w nic poza władzą i pieniędzmi nie wierzą. O nie! Oni mają poglądy, często są ich gotowi całym sercem bronić, i tak naprawdę – to już wspomniałem wcześniej – wierzą w to, że to co robią, powinno przynieść coś dobrego w skali bardziej ogólnej.
      Wygląda jednak na to, że druga strona, owszem, również pragnąc przede wszystkim władzy i pieniędzy, nie wierzy w nic poza tym. To co oni reprezentują, to czysta destrukcja. Ja to oczywiście od pewnego czasu bardzo silnie podejrzewałem i chyba nawet tu parę razy wspomniałem, że spór jaki się dziś realizuje, to wojna dwóch różnych cywilizacji. Mówiąc bardzo krótko, cywilizacji, z jednej strony, życia, a z drugiej, śmierci. I, jak mówię, nie chodzi wcale o to, że my jesteśmy tacy wspaniali, a tamci nie. Ogólnie rzecz biorąc i my i oni jesteśmy takimi samymi grzesznymi ludźmi, tyle, że my wierzymy w życie, a oni w śmierć. Chciałbym to pokazać w sposób bardziej obrazowy i nie bardzo wiem jak. No ale spójrzmy może na to na przykładzie często ostatnio wyszydzanych w Internecie pokazów najbardziej współczesnej mody, gdzie niekiedy przychodzi nam trafić na prezentacje tak wręcz nieludzkie, że aż trudno uwierzyć, że to się dzieje naprawdę i gdzie taki mężczyzna w spódniczce i w biudstonoszu założonym na marynarkę to wciąż jeszcze za mało, by zrobić wrażenie. Patrzymy na te zdjęcia, najczęściej komentujemy je mówiąc, że tu nawet nie ma się z czego śmiać, a potem włączamy telewizor i widzimy Jana Pietrzaka, Tomasza Sakiewicza, czy kolejnych polityków Prawa i Sprawiedliwości klaszczących w rytm piosenek śpiewanych przez Marylę Rodowicz, a ja mam nadzieję, że wiemy, o co chodzi. Rzecz w tym, że cokolwiek byśmy tu nie powiedzieli, to mamy mimo wszystko do czynienia z kompletnie innymi, cywilizacyjnymi właśnie, poziomami.
     Ponieważ zaczęło się robić nieco dziwnie, wrócę do tej w sumie wybitnie nieciekawej informacji na portalu tvn24.pl. No bo o co chodzi? Że ludzie jeżdżą po drogach pod prąd? No, nie żartujmy. To przecież nawet nie jest news. Mnie jednak chodzi o to, że chciałbym wiedzieć, dlaczego, oni postanowili opisać przypadek jakiegoś Niemca i zasugerować nam, że chodziło o Polaka? Przecież tu nie ma żadnej logiki. No bo na jaki efekt oni liczą? Że ludzie pomyślą, że my Polacy to jednak kompletna porażka i że dzięki temu naszemu nowemu nastawieniu oni ygraja wybory, odzyskają wpływy i pieniądze? Nie sądzę. Oni sami muszą wiedzieć, że to tak nie działa. Owszem, tak jak my, pragną głównie władzy i pieniędzy, tyle że poza tym wierzą wyłącznie w śmierć. I stąd to przekonanie, że to wszystko, czym jesteśmy i w czym żyjemy, te całe nasze aspiracje i marzenia, są jak psu na budę, bo na końcu jest tylko wstyd i upokorzenie. I im głośniej z drugiej strony słyszą wołanie „Niech żyje Polska”, tym bardziej nam chcą powiedzieć, że nie ma nic, jak tylko wstyd i pogarda.
     I to wcale nie jest wyłącznie nasz lokalny problem. Oto parę dni temu na Facebooku ukazała się informacja, że w londyńskim metrze doszło do bardzo poważnego wybuchu paniki, kiedy jakiś lokalny kaznodzieja wyjął Pismo Święte i zaczął głośno  odczytywać pasażerom fragment o tym, że śmierć to nie koniec. Ów człowiek czytał te wersy, a ludzie z wrzaskiem uciekali, zupełnie tak, jakby jakiś Arab rzucił się na nich z mieczem. Jak czytam, interweniowała policja i trzeba było wstrzymać ruch pociągów. Dlaczego? Bo ludzie się dowiedzieli, że śmierć to nie koniec i się przerazili.
     Ktoś mi powie, że ja odpływam coraz dalej. Nie sądzę. Zarówno ci, co uciekali z tego metra, jak i ci, co postanowili nam zasugerować, że ten Niemiec to Polak doskonale wiedzą o co chodzi. Nawet słyszę, jak syczą w swojej bezsilności.

Przypominam, że moje książki są do kupienia na stronie www.basnjakniedzwiedz.pl. Polecam gorąco.

sobota, 29 marca 2014

Na co wzrok ociemniałym?

Jeśli ktoś miał okazję czytać moją drugą książkę zatytułowaną bardzo ładnie po Wałach Jagielońskich „Twój pierwszy elementarz”, być może pamięta, że pierwsza absolutnie notka, jaka się tam pojawiła, i w pewnym sensie otwiera tę książkę na poziomie symbolicznym, jest opatrzona hasłem „Abigail i Brittany Hensel”, a niżej stoi jak byk:
Bliźniaczki syjamskie, mieszkające w Stanach Zjednoczonych zrośnięte tak niefortunnie, że wyglądają jak człowiek o dwóch głowach. Kiedy dziennikarz, w jedynym dużym wywiadzie, jakiego dziś już 22 letnie dziewczynki udzieliły, zapytał je, jak to jest mieć dwie głowy, obie odpowiedziały, że tego powiedzieć nie potrafią, bo tak się złożyło, że mają tylko po jednej. A ja uważam, że jeśli ktoś myśli, że to nie jest bezpośredni dowód na istnienie Boga, to jego już nic nie przekona”.
Jakiś czas po ukazaniu się tej książki któryś z czytelników poprosił mnie, bym może wyjaśnił, o co mi chodziło z tym Bogiem, bo on nie rozumie. Ja, jako człowiek dobroduszny i zawsze zakładający, że ludzie, którzy do mnie przychodzą mają wyłącznie dobre intencje, oczywiście byłem gotów nawet poświęcić sprawie całą osobną notkę, jednak w tamtym akurat momencie tak bardzo byłem przekonany o tym, że zarówno to co powiedziała jedna z tych dziewczynek, jak i to co ja napisałem jako swój komentarz w sprawie jest tak pełne i jednocześnie mocne pod każdym względem, że dodatkowe objaśnianie sprawy wyjdzie jej tylko na gorsze, że nie dorzuciłem tam ani jednego słowa. Na takiej samej zasadzie, jak z całą pewnością psuje każdy dowcip objaśnianie pointy. Żart jest i mądry i śmieszny i inspirujący, a w momencie gdy tylko ktoś, kto go nie zrozumiał, pojawi się z pytaniem: „A o co chodzi, bo nie złapałem?” i my zaczniemy wszystko tłumaczyć, nie ma takiej możliwości, żebyśmy na końcu naszej przemowy usłyszeli serdeczny śmiech; to już pewnie bardziej znudzone: „Aha…”.
A więc nie wyjaśniłem mojemu czytelnikowi, co miałem na myśli, kiedy napisałem, że to iż te dziewczynki mają po jednej głowie, jest dowodem na istnienie Boga. W ogóle nie napisałem nic ani o Bogu, ani o duszy, ani o świadomości, ani nawet o owej nieprawdopodobnej wyjątkowości i niepowtarzalności każdej osoby ludzkiej. Jak znam życie, a przy okazji i siebie w tym życiu zanurzonym, pewnie raczej wrzuciłem jakiś tekst o Tusku, lub Palikocie, ewentualnie puściłem którąś z moich ulubionych piosenek.
I oto wczoraj syn mój pokazał mi na youtubie pewnego niewidomego od urodzenia człowieka, swoją drogą znacznie starszego od tych dziewczynek, które mimo że wyglądają jak jedna, to jest ich dwoje, który prowadzi swego rodzaju wideoblog, na którym wszystkim tym, którzy mają ochotę go słuchać, opowiada, jak to jest być niewidomym. I nie jest tak że on za każdym razem siada do tej kamery i tam ględzi, co mu przyjdzie do głowy. Nie. Formuła tego bloga polega na tym, że on otrzymuje pytania od ludzi, którzy chcą wiedzieć, jak wygląda jego niewidome życie, a on na te pytania, zawsze bardzo wesoło i sympatycznie i szczerze odpowiada.
Któregoś dnia ktoś go spytał, czy gdyby mu zaproponowano operację, która przywróci mu wzrok, on by się na to zgodził. I proszę popatrzeć i posłuchać, jak on na to pytanie odpowiada:



Gdyby ktoś nie znał języka, specjalnie dla niego całość przetłumaczę. Oto co ów człowiek mówi:
No nie wiem. Chętnie bym powiedział, że nie. To by dopiero brzmiało:‘Dziękuję. Obejdzie się”.
Przez pierwszych kilka dni musiałbym się uczyć, czym są kolory. Musiałbym się nauczyć tego, jak rzeczy wyglądają, a nie jak się je czuje. Musiałbym się dowiedzieć, czym jest odległość. Musiałbym się nauczyć rozpoznawać piękno. O czym się mówi, że jest ładne, a o czym, że jest brzydkie. Musiałbym się nauczyć, jak wygląda każda rzecz. Jak wyglądają zwierzęta, ptaki, koty, psy. Dziś mi wystarczy, kiedy wiem, że pies lub kot jest duży lub mały. A tu trzeba by było się tego wszystkiego uczyć od nowa. Strasznie dużo nowych rzeczy trzeba by się było nauczyć. Już teraz na samą myśl o tym boli mnie głowa.
No i byłoby strasznie dziwne zobaczyć jedzenie. Weźmy takie spaghetti, które w dotyku jest okropne. Gdybyś miał tylko ten dotyk, w życiu byś tego nawet nie tknął. Tak się jakoś jednak składa, że na talerzu spaghetti podobno wygląda dobrze. Owoce też są dziwne. Banan czy pomarańcza. Jarzyny mają dziwny zapach. Na przykład takie szparagi. Albo brokuły. Z powodu tego okropnego zapachu, ja ich nie jem. Nie lubię ich i już. Nie potrafię uwierzyć, że fotografie pokazujące jedzenie są zawsze takie duże. To jest niesamowite. Wszyscy chcą wciąż patrzeć na jedzenie. Czemu zdjęcia z jedzeniem nie są takie, by się mieściły w portfelu?
No i dziwne by było też zobaczyć, jak wyglądam ja sam. Ja wiem, jaki jestem w dotyku, czy w mojej świadomości, ale zobaczyć siebie po raz pierwszy byłoby czymś niesamowitym. Oglądać telewizję, filmy. Dźwięk plus ruchomy obraz, naprawdę? Te wszystkie 3D, HD i inne bajery? Strasznie tego dużo. Do roboty, naukowcy! Właściwie, to już niech będzie. Zgadzam się”.
A więc jeszcze raz: mamy te dwie dziewczyny, dziś już dorosłe kobiety, które nigdy nie poznały, czym jest życie osobno, w sensie i psychicznym i również fizycznym; dziewczyny, które wyglądają jak człowiek z dwiema głowami, i oto nagle się okazuje, że tu, jeśli nawet mamy do czynienia z jednym, w jak najbardziej dosłownym sensie, ciałem, to już z całą pewnością z dwiema pojedynczymi i tak bardzo unikalnymi duszami. A już za chwilę pojawia się ten niewidomy człowiek, który nam tłumaczy, jak mało tak naprawdę wiemy, mając do dyspozycji tylko ten nasz ułomny wzrok, ułomny słuch, smak, węch i jakże ułomny dotyk.
W innej części owego wideobloga, nasz niewidomy człowiek opowiada, jakie korzyści płyną z tego, że jest się niewidomym. A ja bym bardzo chciał wiedzieć, jakie korzyści widzą Abigail i Brittany Hensel w tym, że zostały tak niefortunnie uwięzione w jednym i tylko te ich głowy wskazują na to, że wszystko tak naprawdę jest na swoim miejscu. Bo mam bolesne wrażenie, że jeśli ktoś tu ma kłopoty, to tylko my i ta nasza dziecięca wręcz bezradność w widzeniu świata w jego naturalnym kształcie.

Serdecznie zachęcam do kupowania mojej nowej książki o języku angielskim, a jak ktoś nie ma, to i wspomnianego "Elementarza". A jeśli ktoś ma i jedną i drugą, proszę wspierać ten blog w każdy inny mozliwy sposób. Dziękuję.

piątek, 21 lutego 2014

I jeszcze raz modlitwa za zieloną Ukrainę

Kiedy Ukraina ponownie stanęła w ogniu, a tu na blogach w jednej chwili podniosła się owa wrzawa, uznałem, że choć mimo późnej pory i faktu, tego i tak już pewnie nikt nie przeczyta, powinienem zamieścić bardzo króciutki tekst, w którym nie będę ani szydził, ani nikogo piętnował, lecz jedynie dam świadectwo swojemu przekonaniu, że oto stoimy nie przed żadnym obywatelskim przebudzeniem, ale tylko kolejną wyprzedzającą akcją Systemu, który pozwolić może na wiele, ale na jedno nigdy: na to mianowicie, by tam gdzie już wcześniej zadecydowano, że demokracji nie będzie, nikomu nie przyszło do głowy naruszać status quo.
Inna sprawa, że tak naprawdę, status quo bez wiedzy i za zgodą Systemu nie wolno naruszać nigdzie, nawet i w tak prężnych demokracjach jak Francja, Włochy, Niemcy, a nawet Stany Zjednoczone, natomiast, jak wiemy choćby z Orwella wszyscy są równi, tyle że niektórzy równiejsi.
Co dokładnie chciałem zasugerować w tamtej notce? To mianowicie, że jeśli mamy do czynienia z systemem niedemokratycznym, czy, jak to lubimy określać, demokratycznym częściowo, to władzę można zmienić albo przez zmanipulowany głos oszukanych obywateli, ewentualnie przez sfałszowanie wyborów, albo przez równie zmanipulowaną rewolucję przeprowadzoną rękami zawsze tych samych, równie oszukanych, obywateli. Jak odbywa się zmiana władzy w pierwszym z powyższych przypadków, mieliśmy okazję oglądać u nas w Polsce przy okazji dwóch kolejnych wyborów parlamentarnych w latach 2007 i 2011, oraz oczywiście podczas wyborów prezydenckich w roku 2010. Jak zatem wygląda zmiana władzy przez oszukaną – niektórzy twierdzą, że nie-oszukane w przyrodzie nie istnieją – rewolucję? Oczywiście najpierw System, widząc, że nominowana przez niego władza nie wypełnia nałożonych na nią zadań, zwraca się do tych co ją trzymają, by zrezygnowali, jednak ponieważ władza korumpuje, a już zwłaszcza władza uzyskana w sposób nieuczciwy, o dobrowolnym ustąpieniu mowy być nie może, no i wtedy organizuje się rewolucję. Mieliśmy z tym do czynienia w powojennej parokrotnie: pierwszy raz w roku 1956, następnie w grudniu 1970, no i ostatnio w sierpniu 1980. Czasem udaje się wszystko przeprowadzić bez niepotrzebnych ofiar, jednak znacznie częściej ktoś musi umrzeć. I z tą sytuacją mieliśmy do czynienia u nas w roku 1956 i 1970, z pewnymi nieudanymi próbami parokrotnie w latach 80-tych, jak na dłoni wszystko było widać w roku 1989 w Bukareszcie, a dziś, dzięki Internetowi, mamy fantastyczną wręcz okazję być żywym wręcz świadkiem owego szczególnego procederu na przykładzie Ukrainy.
Jestem głęboko przekonany, że to, z czym mamy do czynienia w Kijowie i w innych miejscach Ukrainy, jest efektem tego, że Rosja – a kto wie, czy tylko Rosja – zniecierpliwiwszy się polityczną bezradnością prezydenta Janukowicza, postanowiła go zmusić do odejścia. A nie widząc innego sposobu, by to jego odejście sprokurować, zorganizowano tę krwawą rewolucję, wraz z całym owym medialnym przedstawieniem, licząc na to, że te 30 zabitych wystarczy, by Janukowicza albo zwyczajnie odsunąć, albo choćby i dla przykładu powiesić.
Czy to faktycznie wystarczy, tego nie wiemy i wiedzieć póki co nie możemy. Możliwe, że tam musi zginąć sto, a może i dwieście osób, ostateczny efekt będzie i tak jeden: Janukowicz zostanie wymieniony na kogoś, kto da szansę na pociągnięcie tego co dla Ukrainy zamierzono na kolejne lata. A i zarówno sami Ukraińcy, jak i tym bardziej my tu w Polsce, nie mamy w tej sprawie nic do gadania. W ogóle, jeśli o to idzie nikt nie ma tu nic do gadania, oczywiście poza tymi, którzy mają. I to jest czymś tak oczywistym, że aż głupio to w tak poważnym miejscu, jak ten blog, powtarzać.
Wczoraj przez Sieć przeleciała wiadomość, że oto sprawa ukraińska okazała się tak ważna, że nawet doszło do swoistego zawieszenia broni między Donaldem Tuskiem, a Jarosławem Kaczyńskim, no a jeśli między nimi, to i naturalną koleją rzeczy, między wszystkimi stronami naszego politycznego konfliktu. Nie zdziwię się wieć, jeśli nagle w tej sprawie sam Adam Michnik się pogodzi ze swoim kiedyś przecież kolegą Jarkiem. I ja, wbrew temu, co mogłoby się wydawać, wcale się tym ani nie oburzam, ani nawet nie dziwię. W końcu po władzy i jej przydupasach niczego się już nie spodziewam, a Jarosław Kaczyński? Co on ma zrobić? Ogłosić, że to wszystko fikcja, a dla nas to co najważniejsze, i tak naprawdę jedynie ważne, to to błoto i owe wbite w nie strzępy ciał? To dopiero byłby śmiech i oburzenie! To nie jest ta sama rewolucja, z którą mieliśmy do czynienia w przypadku Gruzji, gdzie, jak wszyscy pamiętamy, System - choćby w osobie wspomnianego Michnika – poparł nie demokrację, ale Rosję. Tu na jakiekolwiek niuanse nie ma miejsca.
A my tutaj możemy wyrazić nadzieję, że przez to, że – co by nie powiedzieć, i nad czym by się nie zapłakać – Polska to Naród o tysiącletniej tradycji, z niejednym bohaterem i niejednym wieszczem, którego jakieś dwadzieścia, czy choćby i pięćdziesiąt lat czarnego kłamstwa nie rzuci na kolana, i kiedy wreszcie przyjdzie czas odpłaty, nikt do nikogo nie będzie już strzelał. Bo kto ma grać, niech sobie gra, a my powinniśmy się modlić, by wreszcie przyszedł czas, gdy ów straszny, nieludzki, szatański System zadrży. I nawet jeśli w końcu pozostanie nam dojść do wniosku, że to akurat niestety jest nie do zrobienia, zawsze nam pozostanie opcja ostateczna, i od być może początku jedyna – wiernie iść. Tak niewiele, ale za to jak cudownie!

Z różnych względów, druga połowa miesiąca okazuje się być dla nas nie byle jakim wyzwaniem, i już tylko liczymy dni do marca. Proszę więc każdego, komu te teksty przynoszą dobre natchnienie i inspirację, o wsparcie pod podanym obok numerem konta. Dziękuję.

środa, 1 stycznia 2014

Dreszcze, czyli co nas czeka na mecie

Oto rozpoczął się kolejny rok, papież Franciszek uznał go za stosowne zapowiedzieć, jako „kolejny krok do mety”, a ja, przyznam, słysząc te słowa, zdrętwiałem. I, wbrew pozorom, nie dlatego, że traktuję je, jako zapowiedź tego, co powszechnie nazywamy końcem świata – choć, kto wie, co taki papież może sobie myśleć – ale zapowiedź czegoś, co końcem świata, jakiego znamy, nazywam sam. Otóż ja autentycznie jestem przekonany, że coś, co dla wielu z nas, i to tych, których dzieciństwo, tak jak moje, przypadło na lata 50-te, czy 60-te, ale też tych urodzonych dużo później, stanowiło coś tak podstawowego, że aż trywialnie oczywistego, a mianowicie ów porządek świata polegający na tym, że mężczyzna poznaje kobietę, bierze ją za żonę i zakłada z nią dom, zaczyna coraz bardziej robić wrażenie melodii przeszłości, która nie wróci już nigdy.
Więcej nawet. Mam wrażenie, że, jeśli jeszcze nie dobiegł końca, to z pewnością jest bardzo bliski ostatecznego końca zwyczaj, gdzie chłopcy poznają dziewczyny, zakochują się w nich, a potem spędzają z nimi czas, bo raz, że już inaczej nie potrafią, a dwa, że zwyczajnie inaczej nie chcą. Wczoraj późnym wieczorem wyszedłem ze swoim psem na spacer, i najpierw trafiliśmy na pięknie wystrojoną sylwestrowo dziewczynę, która czekała zupełnie samotna, czy to na taksówkę, czy może na kogoś, z kim się umówiła, a ten ktoś się spóźniał, a dalej już tylko widzieliśmy grupki dziewcząt, snujących się tam i z powrotem wśród wystrzałów petard, jak się domyślam, przez chłopców, którzy nie znają już niczego lepszego. Przez te pół godziny mijały nas wyłącznie samotne dziewczyny, a jedyny chłopak, jakiego spotkaliśmy, to jakiś kompletnie nawalony biedak, z trudem trzymający się przystanku tramwajowego, próbujący dowiedzieć się, kiedy przyjedzie tramwaj, który zabierze go z tego piekła. No i w końcu – ale to już akurat mam na stałe – minęliśmy ów napis na murze, adekwatny do łez: „I don’t need you – I have Internet”, i wróciliśmy do domu.
Ja zdaję sobie sprawę z tego, że to może już zakrawać na obsesję, ale co ja poradzę na to, że mam oczy, uszy i mam odruch ich używać? W mojej książce o markach, dolarach i biustonoszu znalazł się rozdział zatytułowany „Weronika”, który kończy się następującym fragmentem:
Każdego wieczora, po 23 wychodzę z moim psem na ostatni przed snem spacer, i widzę te dziewczyny, wracające samotnie do domu, najwidoczniej z tak pięknie kiedyś zwanych wieczorków. I zastanawiam się, czemu nikt ich nie odprowadza? Czemu one są takie same? Przecież to są często naprawdę bardzo ładne dziewczyny. Wystrojone, wyszykowane, zgrabne i eleganckie. Wracają same do domu, bo nikt im nie zaproponował, że je odprowadzi. Bo zapewne w momencie jak wstały, mówiąc, że na nie już czas, jedyne co usłyszały to to okrutne „nara”. A może nawet i nic nie usłyszały, bo usłyszeć nie miały od kogo.
I kiedy się zastanawiam, gdzie są ci chłopcy, to widzę niekiedy i ich. Nawalonych, brudnych bałwanów w bejbolówkach, lub w kapturach, wyżelowanych, pokrzywionych straceńców, bez rozumu, bez ambicji i perspektyw. I tylko raz na jakiś czas, pomiędzy jednych a drugich, spadnie kromka z masłem, wyrzucona z okna na piątym piętrze przez jedną Weronikę, która powoli umiera. Jak oni wszyscy. I tylko mój pies idzie spokojnie, jakby nic już nie istniało poza tym spacerem. Zadowolony jak jasna cholera. Mój labrador”.
Miniona noc minęła naszej rodzinie trochę tak, jak rok temu, a trochę jednak już inaczej. Otóż pani Toyahowa najpierw przyrządziła bigos i kilka innych zwyczajowych dań, następnie, jak zwykle, się wystroiliśmy, i zaczęliśmy wyczekiwać aż z tradycyjną wizytą wpadnie pewien mocno zaprzyjaźniony ksiądz, zjemy wspólną kolację, on sobie pójdzie nawiedzać innych znajomych, a my wysuszymy równie zwyczajową flaszkę, obejrzymy w telewizji noworoczny Londyn, i pójdziemy spać.
To, co było inaczej, to to, że tym razem, część wieczoru spędziliśmy, grając z naszym synem i jego ukochaną w planszową grę pod nazwą „Monopol”, no i że nasza starsza córka poszła na wizytę do swojej koleżanki, a do młodszej przyszły jej dwie przyjaciółki, a następnie poszły w trójkę, zobaczyć, co tam słychać „na mieście”.
Ja wiem, zwłaszcza po doświadczeniu z przyjęciem mojej notki na odejście Wojciecha Kilara, że niektórzy z nas potrzebują przekazu, gdzie czerń i biel nawet przez ułamek chwili nie zachodzą na siebie, a wszelki cień zwyczajnie nie istnieje, ja jednak już się nie zmienię, i ten tekst już chyba zakończę uwagą, że ten cały gender, któremu ostatnio nawet biskupi musieli poświęcić swoje słowo, to nie jest przyczyna. To wyłącznie skutek. Przyczynę dopiero zobaczymy. Nie zdziwiłbym się, gdyby to ją miał na myśli papież Franciszek. W końcu, jak głoszą teolodzy, nawet ów biblijny potop, to był zaledwie zwykły potop. I to stąd ten dreszcz.

To już, mam nadzieję, ostatni rok, kiedy jestem zmuszony prosić o wsparcie dla tego bloga. Numer konta ostanio jakby się gdzieś ukrył, ale mam nadzieję, że ci, którzy w ogóle mają tu jakieś mysli, znają go niemal na pamięć. Za co, jestem nieskończenie wdzięczny. Nie odchodźcie, proszę.





poniedziałek, 15 listopada 2010

O Londynie, o humanistach, i o pewnej puszce

Nie było mnie przez parę dni w Polsce, wracam sobie spokojnie wczoraj wieczorem do domu, a tu okazuje się, że moja partia Prawo i Sprawiedliwość przestała istnieć. Co tam „przestała istnieć”! Została starta w proch. Unicestwiona. Wdeptana w błoto. A Jarosław Kaczyński znalazł się, może nie na śmietniku historii – bo jak wiemy tam już jest od dawna – ale na samym tego śmietnika dnie. To znaczy prawie. Za chwilę. Lada dzień. Czyli jak zwykle od dwudziestu już niemal lat, w odstępach paromiesięcznych. A zatem – bez rewelacji.
Ponieważ w związku ze wspomniana nieobecnością, przez kilka dobrych dni niespecjalnie dbałem o ten blog i o potrzeby jego czytelników, to co piszę dziś powinno zasługiwać na coś szczególnego, w tym sensie, że nie może to być wpis ot taki sobie. Jeden z wielu. Wiem to i czuję to bardzo mocno,. A mimo to mam w tym miejscu problem, który sprawi, że prawdopodobnie będzie mniej więcej jak zawsze. A więc tak jakby przez te kilka dni jakościowo nic się nie zdarzyło. Świat się kręci jak kręcił, a my staramy się zachować na tej karuzeli równowagę. I tyle. No ale próbujmy.
Problem o którym wspominam jest dwojakiego rodzaju. Otóż chodzi o to, że byłem od środy w Londynie, a Londyn – jak może niektórzy wiedzą – ma to do siebie, że jest nieprawdopodobnie emocjonalnie wciągający. Kilka dni spędzonych w Londynie, dla kogoś, kto tam nie mieszka na stałe, zmienia perspektywę do tego stopnia, że później przez jakiś czas człowiek jest nieustannie i obrzydliwie nonszalancki, by nie powiedzieć zblazowany. A jeśli w dodatku jest to ktoś, kto prowadzi blog o pewnych ambicjach, owo zblazowanie może być bardzo zgubne.
Tu pozwolę sobie na pewną dygresję. Ktoś kiedyś powiedział – wiem nawet kto, ale nie chce mi się przywoływać jego nazwiska – że to czego najbardziej na świecie nie lubi, to ludzi, którzy, kiedy on chce sobie najzwyczajniej w świecie ponarzekać, zaczynają albo wszystko racjonalizować, albo lekceważyć. A więc ludzi, których w pewnych sytuacjach jedyne na co stać, to takie pełne wyższości: „E tam! Że też nie masz większych problemów…” I powiem uczciwie, że ja też czasem najbardziej ze wszystkiego nie lubię, jak chcę sobie pomarudzić, a ktoś potrzebuje się wtedy akurat pomądrzyć. I tego własnie się boję. Że w ciągu tych dni wielu z nas poczuło znów ten powiew rozpaczy i bezradności, a ja na to wchodzę i wesoło powiadam: „To ja Wam lepiej opowiem o Londynie”.
No i to jest jeden z powodów, dlaczego trochę się boję dziś pisać. Druga przyczyna natomiast jest taka, że, o ile mi wiadomo, wśród osób, które czytają to co tu się rodzi, jest conajmniej kilka takich, które na temat Londynu wiedzą znacznie więcej ode mnie. Weźmy takiego Michała Dembińskiego i AtTheLada, którzy są autentycznymi, urodzonymi, Londyńczykami i oni też są tu znacznie większymi ekspertami. Na tyle większymi, że każde moje słowo jest narażone na zarzut ignorancji i bezmyślności. No a tego byśmy tu nie chcieli, prawda?
No ale co robić? Byłem z młodym Toyahem przez cztery ni w Londynie i muszę o tym parę słów. Po co tam pojechaliśmy, jak i dlaczego, jest tu kompletnie nieistotne, więc wystarczy tylko powiedzieć, że polecieliśmy tam i z powrotem samolotem, co dla mnie było wydarzeniem o tyle liczącym się, że dotychczas jedyny raz jak siedziałem w samolocie, to w Wesołym Miasteczku chyba w Chorzowie, i pamiętam, że później było mi słabo. Sam Londyn znałem już wcześniej ze szkolnych wycieczek i owszem – jestem pod nieustannym wrażeniem. Już kiedyś pisałem na tym blogu, że ja mógłbym w Londynie mieszkać. Umrzeć chciałbym w Polsce, ale mieszkać w Londynie jak najbardziej. A więc choćby z tego względu uważam Londyn za swoje miasto.
Co mi się w Londynie podoba? Przede wszystkim Londyńczycy. Lubię patrzeć na Londyńczyków, i myślę sobie, że gdybym umiał fotografować i miał więcej odwagi w robieniu portretów, to robiłbym wyłącznie zdjęcia tym ludziom. Ktoś się zapyta, skąd to mianowicie bym wiedział, że w obiektywie mojego aparatu jest Londyńczyk, a nie jakiś Polak, Turek, Chorwat, Łotysz, Słowak, czy Niemiec? W końcu tam mieszka – wedle różnych szacunków – od 8 do 12 milionów ludzi, a całe miasto jest większości obsługiwane przez wszystkich, tylko nie Brytyjczyków. Brytyjczycy siedzą w biurach, firmach i diabli wiedzą gdzie jeszcze, natomiast sklepy, muzea, puby, restauracje, teatry, kina, autobusy, pociągi, metro i w ogóle ulica, to Polacy, Hindusi i reszta. Albo jako turyści, albo jako ci, którzy sprawiają, że miasto funkcjonuje. I zgoda. To fakt. Pomylić się można. Tyle że zgadnąć też. Londyńczycy rzucają się w oczy. Nawet gdyby się nie odzywali słowem, też by się nie ukryli. Ich widać na każdym kroku i – przynajmniej z mojego punktu widzenia – robią wrażenie wyjątkowe. Czy to jak ta elegancka kobieta, która późnym popołudniem wraca z pracy do domu i siedzi sobie w metrze, z torebką i parasolem i czyta książkę i wygląda tak pięknie i czysto, jakby nie była po całym dniu pracy, lecz właśnie wychodziła z domu. Czy jak ten uczeń wracający ze szkoły w T-shircie, gdy leje, a temperatura jest bardziej zimowa niż letnia. Czy jak ci mężczyźni w garniturach jedzący lunch pod pubem, lub pijący piwo. Czy jak te dziewczyny biegające wzdłuż Tamizy w krótkich spódniczkach i podkoszulkach, gdy na zewnątrz bardziej zima niż jesień. Czy też jak ci wszyscy ludzie – i młodzi i starsi, i kobiety i mężczyźni – którzy są tak dziwacznie ubrani, jakby ostatnią rzeczą nad jaką się zastanawiali to wygląd. A ja na nich patrzę i widzę, że to wszystko są Londyńczycy. Z makami wpiętymi w klapy marynarek, bo mają swoje święto, z gazetami i książkami czytanymi wszędzie i bez przerwy, uprzejmi, uśmiechnięci, zawsze gotowi do pomocy, dowcipni, zawsze z tym dodatkowym, zupełnie przecież niepotrzebnym słowem, które ma nam pokazać, że jest dobrze. Nigdy wściekli, zawsze cierpliwi. Pijani, trzeźwi, hołota i establishment, kibice wracający z meczu, eleganccy, bylejacy, grubi, chodzi, czarni, biali – zawsze nieprawdopodobnie grzeczni i radośni.
I zawsze kompletnie zamknięci w swoim własnym kole.
Więc Londyn, to dla mnie przede wszystkim ludzie. Oczywiście, Tamiza i elektrownia w Battersea i Tower Bridge i metro i cmentarz w Highgate i Hampstead Heath i Greenwich… owszem, to wszystko się liczy. Ale przede wszystkim ci ludzie. Ludzie, którzy robią wrażenie, jakby byli zainteresowani tylko sobą, a z drugiej strony są najmilsi i najgrzeczniejsi i najweselsi na świecie. Wszyscy.
I cały czas kompletnie sami.
Oto Londyn, taki jakim go widzę. Te 8 do 12 milionów ludzi, z czego znaczna część to nie-Brytyjczycy. To ogromne miasto, działające całkowicie bez zarzutu. To metro z pociągami kursującymi we wszystkich kierunkach co dwie minuty i jego obsługa, gotowa do pomocy w każdej chwili i w nadmiarze, te napisy wszędzie i zawsze i na każdy temat, i to wszystko co nad ziemią, te puby, te autobusy, pracujące 24 godziny na dobę, te taksówki, ta noc i ten dzień, i ta Tamiza, i te samoloty startujące z tych wszystkich lotnisk we wszystkich kierunkach i na tych wszystkich lotniskach nieustannie lądujące, i te pociągi wożące pasażerów, turystów i tych ludzi jadących do pracy i wracających z pracy do domu. I ci joggujący ludzie, których można tam zobaczyć częściej niż znak Coca-Coli. I te dzieci w mundurkach na lekcjach w Natural History Museum. I ten football i ta muzyka. Najlepsza na świecie. Nawet w amatorskim wykonaniu w przejściach podziemnych.
I to jest ten Londyn. I ta Anglia. Anglia, gdzie dopuszcza się aborcję w 24 tygodniu ciąży, a samo przerwanie ciąży jest czymś równie ważnym jak splunięcie. Gdzie już w tej chwili niemal każde małżeństwo się rozpada. Gdzie między rodzicami a dziećmi nie ma praktycznie kontaktu. Gdzie rodzina jest coraz bardziej przeżytkiem. Gdzie do kościoła chodzą już tylko albo bardzo starzy ludzie, albo imigranci. Gdzie bez mrugnięcia okiem dopuszcza się i eutanazję i wszelkie najbardziej chore pseudomedyczne eksperymenty. Anglia, gdzie nauczyciel nie może nosić na szyi krzyżyka z Jezusem. Gdzie według różnych danych panuje największe na świecie obżarstwo. Gdzie miasta są opanowane przed młodocianych morderców z nożami. I te upiorne freski na ścianach metra w Paddington chyba (czy tak, Michale?). Gdzie w momencie gdy konserwatyści wygrywają wybory, środowiska uniwersyteckie wzywają oficjalnie do masowych aktów przemocy, w jednym wyłącznie celu – żeby nie czekając do kolejnych wyborów, doprowadzić do upadku rządu. Bo za Partii Pracy, jak było, tak było, ale przynajmniej był spokój i można się było za darmo nażreć pizzy.
Miałem nie mówić, co mnie tam przywiodło. Ale jednak powiem, bo tak mi wychodzi z tego tekstu. Otóż niedawno mieliśmy szczęście i zaszczyt poznać człowieka, który dzierży stanowisko tak zwanego Ambasadora Kent. Poza tym, ma on na swoim koncie jeszcze inne sukcesy i osiągnięcia. Wśród nich i taki, że jego dwie córki śpiewają w chórku u Leonarda Cohena. Kto zna Leonarda Cohena w jego aktualnym programie, wie, o czym mówię. Poza tym ma syna, który jest perkusistą w zespole artysty o nazwisku Jamie Cullum. Kto zna, ten wie. Otóż tak wyszło, że ów pan zaprosił nas, żebyśmy przyjechali do niego na wieś, to nam pokaże swój dom – a dom to nie byle jaki – i nas ugości. A więc pojechaliśmy tam do niego na wieś pod Londynem. I on jest bardzo typowym Londyńczykiem. Przemiłym, fantastycznie dowcipnym, elokwentnym, czarującym, hojnym człowiekiem. Pytał dużo o Polskę, więc mu opowiadaliśmy i on nam w końcu powiedział, że on to wszystko bardzo szanuje, natomiast sam jest „humanistą”. Tak się wyraził. On nie wierzy w Boga, ale wie, że trzeba być człowiekiem dobrym, uczciwym, porządnym, grzecznym. A więc jak idzie o moją londyńską miłość – pełny standard. Plus może jeszcze ten eksces, że jako człowiek już ponad sześćdziesięcioletni ma wciąż tę samą żonę – kobietę, którą kochał gdy miał dopiero16 lat. I tak się przedstawił: „I’m a humanist”.
A więc taka jest sytuacja. Nie jest łatwo. Nie jest łatwo. Byliśmy w sobotę wieczorem w kościele w Soho na Mszy Świętej. Mała kapliczka wypełniona była po brzegi. Brytyjczyków tam było bardzo mało. Paru było, ale mało. Większość to tacy różni, w tym my. Świat na zewnątrz wypełniony był turystami, tymi którzy pracują, by miasto działało i żeby to wszystko w jednej chwili nie stanęło w płomieniach… no i ci cudowni ludzie. Dziś już wiem, że to są tak zwani „humaniści”. A zatem nie jest łatwo.
Polityczny jest ten nasz blog, więc wypadałoby przynajmniej zakończyć czymś lżejszym, no i koniecznie w standardzie. Mam coś takiego. Szliśmy sobie z moim synem przez Wembley. Kto nie wie, tam oprócz stadionu jest jak wszędzie. Pięknie, kolorowo, czysto, tyle że może więcej Czarnych i Hindusów. Pięknie, czysto, spokojnie i grzecznie. Grzecznie jak jasna cholera. I nagle w tym wszystkim widzimy coś takiego:


A więc zimny Lech. Od pewnego czasu mówię, że tego nie wolno brać do ust. Ani tego, ani jakichkolwiek produktów tej firmy. Kretyn, który rzucił tę puszkę na londyńskim Wembley, pokazuje bardzo dobitnie, że produkty Kompanii Piwowarskiej szkodzą. Szkodzą na mózg i niewykluczone że na całą resztę również. To jest trucizna. Jestem pewien, że gdyby on się napił normalnie jakiegoś angielskiego piwa, albo i choćby zwykłego Żywca, do tej hańby by nie doszło. A to przecież nie jest takie trudne. Angielskie piwo jest bardzo dobre. Żeby to wiedzieć nawet nie trzeba być humanistą. Nawet nie trzeba być Londyńczykiem.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...