Muszę przyznać się do czegoś bardzo wstydliwego, co zrobiłem już wiele lat temu, ale wciąż mnie to od czasu do czasu dręczy i sprawia, że się rumienię. Otóż jakieś pięć lat temu, a może cztery, zadzwoniłem do Szkła Kontaktowego i wystąpiłem na antenie. Poszło o to, że na ekranie pojawił się Donald Tusk i powiedział, że on z najwyższym obrzydzeniem wchodzi do Sejmu, bo na samą myśl o polityce jemu robi się słabo. Czy jakoś tak. Wziąłem więc telefon, wykręciłem numer, zgłosiła się jakaś pani, zapytała mnie o imię, potem odezwał się Grzegorz Miecugow i powiedział: „Dzwoni do nas Krzysztof z Katowic”, i kazał gadać. Powiedziałem, że niech się Tusk nie mizdrzy, bo nikt mu nie kazał robić tego co robi. Że jak mu się tam tak nie podoba, niech się weźmie za inną robotę i się nie poświęca, bo sobie świetnie bez niego poradzimy. Miecugow powiedział, że dziękuje mi za wypowiedź i program poleciał już dalej, swoim zwykłym torem.
Przypomniał mi się ten przykry wypadek, kiedy jechałem sobie dziś tramwajem i nagle zobaczyłem na jednej z kamienic rozpięty billboard z pięknym, słodkim jak jasna cholera zdjęciem Donalda Tuska, w rozpiętej pod szyją koszuli i firmowym uśmiechem, na tle jakiegoś mostu, czy autostrady i napis: „NIE ROBIMY POLITYKI. BUDUJEMY POLSKĘ”. I wtedy właśnie sobie pomyślałem, że to jest właśnie to. To jest dokładnie to. To właśnie o to chodzi. Od pięciu lat ta banda nierobów, nieudaczników i oszustów robi nam dobrze. A że polityka to jedyne miejsce, gdzie oni mogą nam z takim poświęceniem służyć – to i służą. Do porzygania.
Mija pięć lat. Od pięciu już lat, a jak dobrze liczyć, to może i znacznie dłużej, cała Polska o czasu do czasu zaczyna huczeć informacją, podaną czy to przez Gazetę Wyborczą, czy przez Rzeczpospolitą, czy przez TVN-owskie Fakty, a może wysłaną na nasze telefony komórkowe, że oto poparcie dla Platformy Obywatelskiej wzrosło bardzo, a dla PiS-u spadło. Też bardzo.
Dalej wszystko już biegnie szybko. Onet natychmiast przekaże dobrą nowinę pod tytułem Wielki skok Platformy i wyjaśni to, co się wydarzyło dzisiejszego ranka następującą diagnozą: „PO rozbija PiS-owski dzwon populizmu", albo „Polacy nie chcą nienawiści”, czy powiedzmy „Jednak spokojne budowanie”. Przeróżne stacje telewizyjne zaproszą specjalistów, czy to aż polityków, czy skromnych profesorów i docentów od różnych spraw, a ci to co zostało już pięknie wyrażone w onetowskich tytułach, dokładnie przeanalizują, a całość wesoło podsumują, przy walnym udziale ogłupiałej publiczności, żartownisie w Szkle Kontaktowym.
I po raz kolejny okaże się nagle, że i populizm w sumie bywa pożyteczny i można go uznać, pod warunkiem, że jego autorstwo jest odpowiednio sprawdzone, zaakceptowane i potwierdzone odpowiednim podpisem. Na razie, jak widzimy, wszystko odpowiednio się kręci, choć nie zdziwimy się, jeśli któregoś dnia Donald Tusk ogłosi, że najwyższy czas, żeby tych wszystkich sędziów, profesorków i ‘niedzielnych intelektualistów' wziąć za pysk i pokazać im, gdzie ich miejsce, a rozradowany lud i przepełnione podziwem media, zakrzykną radośnie: „A to skok!"
Oczywiście i ja jestem absolutnie zauroczony zarówno niezwykłą elastycznością platformianych specjalistów od prowadzenia skutecznej polityki, jak i wrażliwością obywateli, biorących udział w organizowanych przez najróżniejsze ośrodki sondażach, jednak chciałbym się zwrócić z apelem do pana Premiera i jego otoczenia, żeby się aż tak nie napinali. Wszystko jest i tak już na jak najlepszej drodze. Może być już tylko lepiej. Do czasu gdy jednak przyjdą te – właśnie te jedne jedyne – wybory, które Platforma przerżnie i żadne dzisiejsze sondaże ani tego, co się stało, nie wyjaśnią, ani temu nie zapobiegną.
Dlaczego? Proszę uprzejmie, oto wyjaśnienie. Pamiętam dziś jeszcze, jak pewnie już z dwa lata temu, kiedy wszystko było dokładnie tak jak dziś, tyle, ze żyli i Lech Kaczyński i Sebastian Karpiniuk i Przemysław Gosiewski, Wprost opublikował niezwykle interesujący artykuł zatytułowany chyba „Zmysłowa polityka PO”, czy jakoś tak. Krótko mówiąc, chodziło o to, że znaczna część wyborców - kto wie, czy nie większość - w swoich politycznych wyborach kieruje się nie rozumem, nie zimną kalkulacją, nie własnym interesem, lecz skojarzeniami na płaszczyźnie czysto zmysłowej. Jak pisało Wprost, z badań specjalistów wynika, że przekaz reklamowy zapamiętujemy wielokrotnie lepiej, jeśli zaspokaja on wszystkie pięć naszych zmysłów.
Nie trzeba być osobą szczególnie doświadczoną w dziedzinie reklamy w służbie manipulacji, żeby orientować się, o co chodzi. Jeśli pociągamy nosem i czujemy zapach świeżego chleba, jeśli rzucamy okiem i widzimy ładną dziewczynę, jeśli nastawiamy ucha i słyszymy słodki, dziewczęcy śpiew, to jest nam dobrze i wszystko, co nam ktoś chce przekazać, wchodzi nam do głowy lepiej. I przeciwnie. Sprawa jest już tak stara, że pewnie nawet już dla niektórych nudna.
Ja jednak pamiętam, że Wprost postanowiło pójść jeszcze dalej i nie dość, że zwrócić uwagę na te zmysłowe kwestie, lecz zbadać reakcje polskich wyborców na tym właśnie poziomie. Do tego interesującego zadania zostali wynajęci psychologowie i specjaliści od marketingu i oto, cośmy otrzymali. Okazuje się, że przeciętny obywatel, kiedy widzi Jarosława Kaczyńskiego, to widzi prymitywnego chama. Jeśli przy tym pociągnie nosem, to poczuje zapach przegniłych pomieszczeń dworca autobusowego w Siedlcach. Jeśli zamknie oczy i pomlaska, najpewniej poczuje smak czegoś kwaśnego, lub wręcz gorzkiego. Nastawi ucha, a tu nagle, w jego mózgu zabrzmi coś na kształt muzyki religijnej, lub dzwonów kościelnych.
Ale oto, zamiast Jarosława Kaczyńskiego, na powierzchni mózgu przeciętnego obywatela pojawia się sekwencja Donald Tusk i obraz pana premiera w garniturze. Włączamy specjalistyczne urządzenia pomiarowe, przykładamy kabelki do skroni przeciętnego Kowalskiego i proszę. Kowalski ciągnie nosem - świeży zapach nadmorskiej sosny. Mlaska - pierniczek. Wystawia ucho - U-2, albo kompilacja dziesięciu najpiękniejszych rockowych ballad. Otwiera oczy - minister Nowak z posłanką Muchą.
Ja nie żartuję. To, co opisuję powyżej, to nie są moje dowcipne popisy. To wszystko nauka, rozum, ekspertyza. Zapisana w badaniach Instytutu Millward Brown, czy może jeszcze jakiegoś innego tworu ze słowem ‘obywatelski’ w nazwie, zatwierdzona własnymi badaniami polskich specjalistów i opisana przez wnikliwych analityków.
Oczywiście, co zrobimy z tą wiedzą, podobnie jak z każdą wiedzą przekazywaną nam niemal każdego ranka przez poważne media, zależy już tylko od nas. Jestem pewien, że bardzo wielu obserwatorów naszego życia politycznego na sam tytuł odpowiedniej informacji wpada w euforię i już zaciera ręce na najbliższe 684 lata rządów Platformy. Natomiast, jeśli idzie o jakąkolwiek wzmiankę na temat tego, skąd te wszystkie radosne gesty biorą, ani nie zacierają rąk, ani tymi rękoma nie wykonują nawet obraźliwych gestów, bo ich tego typu informacje, jako najprawdopodobniej propaganda Radia Maryja, czy jakiejś innej PiS-owskiej gazety, nie interesują, szczególnie kiedy są w dobrym nastroju, a wokół czują zapach morskiej fali, a z oddali płyną dźwięki Nothing Else Matters, czy wręcz November Rain.
Jestem jednak pewien, że są też i tacy, dla których, zarówno te wszystkie sondaże, podobnie jak informacje o tych nitkach przeciągniętych między umysłem jakiegoś biednego konsumenta, a najróżniejszymi, nasączonymi ruską perfumą obrazkami, są o tyle tylko ciekawe, że potwierdzają to, co już wcześniej wiedzieli, albo może i tylko czuli, a teraz, dzięki tego typu informacjom, mogą sobie tę swoją wiedzę uporządkować i ewentualnie nazwać to, czego dotychczas nazwać nie umieli.
Rozpoznać mianowicie i nadać nazwę temu, co cała Polska miała okazję obserwować choćby przez dziesięć lat prezydentury Aleksandra Kwaśniewskiego. Wszyscy doskonale pamiętamy, ile lat musiało upłynąć i jaka rewolucja musiała zajść w umysłach tych, którzy, sami maksymalnie zatruci najbardziej wulgarnym kłamstwem, mieli za zadanie tą trucizną dzielić się z innymi. Pamiętamy, jak przez dziesięć niemal lat, Aleksander Kwaśniewski uchodził powszechnie za wysokiego, szczupłego, przystojnego człowieka, ze starannym wykształceniem i nie było absolutnie takiej siły, na ziemi i na niebie, która zmusiłaby większość obywateli do uznania, że to, co widzą - to złudzenie. 10 lat!!! A i to jeszcze przecież nie był koniec.
Te grupki nielicznych, którzy odmówili udziału w tym festiwalu zbiorowej psychozy, przecierali oczy i uszy ze zdziwienia, łapali się za skołatane głowy, nie mogąc zrozumieć, jak ktoś, kto ma średnie wykształcenie - i to ma to swoje średnie wykształcenie oficjalnie i jednoznacznie - w oczach ponad połowy badanych jest sobą starannie wykształconą. Jak to możliwe, że ktoś, kto ma - powiedzmy - 1,65, czy 1,70 cm wzrostu, nagle, w opinii większości społeczeństwa, jest wysoki?
Proszę zwrócić uwagę. Ja nie piszę o tym, że Kwaśniewski to od początku swojej obecności na scenie politycznej zapijaczony komuch, bo ten rodzaj informacji w dużym stopniu obciążony jest ryzykiem nieobiektywizmu. W końcu to, że człowiek chleje, dla dużej części opinii publicznej wcale nie świadczy o tym, że ten ktoś chleje. A to, że ktoś jest komuchem, w sytuacji, gdy największym komuchem jest Jarosław Kaczyński, też łatwo można zakwestionować. Ja piszę o faktach, nie o opiniach. I właśnie to szaleństwo, o którym kiedyś napisało Wprost, a które ja dziś próbuję jakoś przypomnieć, operuje w dużej mierze na poziomie faktów, a nie opinii. Co najciekawsze jednak jest to, że ten podprogowy przekaz, będący najnowszym sukcesem specjalistów od mieszania ludziom w głowach, nie jest kierowany tylko do osób, według najbardziej popularnych standardów, głupich. Ależ skąd! Śmiem wręcz twierdzić, że ludzie prości, niewykształceni, nierozmumiejący się na tych wszystkich przemądrych kwestiach, raczej patrzą, zanim coś zobaczą i słuchają, zanim coś usłyszą. Ludzie prości i niewykształceni najpierw dotkną, a dopiero potem powiedzą, jaką to coś ma konsystencję.
I to właśnie dzięki tym ludziom, jak już wcześniej wspomniałem, Platforma Obywatelska w końcu przegra wybory. Może nie najbliższe. Może kolejne. A może jeszcze następne. Wcale nie dlatego, że patrzące i słuchające jednostki, jakimś cudem odczarują ten dziwaczny świat post-polityki i ci, co dotychczas dawali sobą tak fatalnie sterować nagle się opamiętają. Nie. Ich możemy już odpisać na straty.
Ale na szczęście, oni też już nas odpisali na straty. A już niedługo dadzą nam spokój, nawet jeśli idzie o politykę. I wtedy już będziemy mogli sobie wybierać przyszłość dla naszej Polski bez ich łaskawego udziału.
Powyższy tekst wcześniej został opublikowany w Warszawskiej Gazecie pod nieco innym tytułem, choć gdyby ktoś dobrze poszukał, to może by i trafił na jego strzępy w starych jeszcze czasach.