Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Polonia Christiana. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Polonia Christiana. Pokaż wszystkie posty

sobota, 29 listopada 2025

O Arcykapłanach Jedynej Wiary

 

Gdy wydawało się, że skutkiem niezwykle przemyślnej strategii Donalda Tuska, głównym tematem rozważań adwentowych w Polsce będzie próba aresztowania Zbigniewa Ziobry, niespodziewanie głos zabrał papież Leon IV i ustanawiając kardynała Grzegorza Rysia nowym metropolitą krakowskim, sprawił, że nawet jeśli „policje tajne, widne i dwupłciowe” uprowadzą pana ministra z Budapesztu, wsadzą go do ciemnicy i poddadzą go torturom przećwiczonym jeszcze wiosną na pamiętnych urzędniczkach, to do świątecznych stołów zasiądziemy debatując, czy bramy piekielne wreszcie przemogły Kościół Boży, czy może odwrotnie, to Kościół Boży przetrzymał faszystowską nawałnicę i przynajmniej miasto Kraków zostało ocalone.

W czym rzecz? Otóż chodzi o to, o co chodzi mniej więcej od 35 lat przy okazji kolejnych powołań w naszym Kościele, a mianowicie o to, że z jednej strony kompletnie zaczadziali nienawiścią do współczesnego Kościoła tzw. tradycyjni katolicy, a z drugiej zaczadziali podobną nienawiścią, tyle że do Kościoła tradycyjnego katolicy liberalni, wzięli się za łby i zaczęli głosić, że nic to wojna na Ukrainie, rosyjskie prowokacje, niemiecka agresja, prawa LGBT, skorumpowana Unia Europejska, kryzys polskich finansów publicznych, służby zdrowia oraz terror służb Donalda Tuska, kiedy nowym metropolitą krakowskim został kard. Ryś i od tego momentu nic już nie będzie takie samo, a już na pewno nie będzie taki sam Kościół Powszechny.

Przeczytałem właśnie facebookowy wpis Janiny Ochojskiej, która na wiadomość o tym, że nowym metropolitą w Krakowie będzie kard. Ryś, eksploduje wręcz delirycznym szczęściem, zupełnie jakby pod jej dach zawitała sama Matka Boża i po latach cierpień udzieliła jej łaski uzdrowienia. Próbowałem znaleźć w jej dość obszernym nawet komentarzu informację, w jaki sposób obecność tego akurat kardynała w Krakowie sprawi, że Kościół wreszcie podniesie się ze swojego upadku, ale jedyne co widzę, to radość z tego, że zatriumfują wszyscy ci, co nie potrafili już dłużej znosić widoku i głosu arcybiskupa Jędraszewskiego. Nie Kościół, nie ludzie wierzący i pobożni, ale ci właśnie ogarnięci nienawiścią do dotychczasowego metropolity. Ktoś powie, że jestem niesprawiedliwy, bo gdy Ochojska pisze o „krakowskim kościele”, to ma jak najbardziej na myśli ludzi wierzących i pobożnych. Możliwe, problem jednak w tym, że przede wszystkim ja doskonale znam ludzi reprezentujących środowiska Znaku, Tygodnika Powszechnego i innych rzekomo katolickich projektów i nie mam najmniejszych wątpliwości, że znaczna większość z tego towarzystwa jeśli w ogóle bywa w kościele to najwyżej na Pasterce, albo podczas święcenia jajek.

Gdy myślę o owym kościele krakowskim to od razu przypomina się pewien stary już numer magazynu Znak, gdzie pierwszy, okładkowy tekst traktował o rzekomym dzieciństwie i młodości Jezusa z sugestią, że wedle jakichś dokumentów miał on żonę i dzieci, drugi stanowił wywiad z jakimś rabinem, który twierdził, że Jezus wcale nie zrewolucjonizował niczego, a Jego nauki były w pełni zgodne z ówczesną religią żydowską, natomiast kolejny tekst to kolejna rozmowa, tym razem z byłym księdzem Tomaszem Węcławskim, po którego niegdysiejszej wierze nie pozostało nawet nazwisko. I to i oczywiście przypomina mi Tygodnik Powszechny i inny wywiad z tym samym byłym księdzem, a dziś już profesorem Tomaszem Polakiem, który zupełnie otwarcie i jednoznacznie deklaruje się jako ktoś, dla kogo chrześcijaństwo jest od samego początku oszustwem, a Jezus uzurpatorem. I to jest dla mnie ten tak zwany przez Janinę Ochojską „kościół krakowski”.

No ale mamy też tych drugich, zajmujących przeciwną stronę boiska, którzy wyrywają sobie włosy z brody, że oto papież Leon XIV, wyznaczając kardynała Rysia na stanowisko metropolity Krakowa, okazał się takim samym zdrajcą jak Franciszek i że ów szatański gest stał się kamieniem, który ostatecznie przygwoździ do ziemi Kościół w Polsce. I tu tak samo jak w przypadku owych krakowskich liberałów, głosiciele tych rewelacji są bardzo głęboko przekonani, że to oni właśnie reprezentują prawdziwy Kościół Boży i że to oni są jedynymi uprawnionymi depozytariuszami Ewangelii Chrystusowej. Ktoś zapyta, czy ja może o nich wiem tyle samo, co o politycznych i duchowych przewodnikach Janiny Ochojskiej, a ja już odpowiadam: jak najbardziej, a może nawet jeszcze bardziej, bo jeśli chodzi o to rozmodlone towarzystwo, to ja nie dość że znam reprezentowane przez nich media, to pamiętam nawet ich nazwiska. I pamiętam znakomicie jak oni wszyscy aż przebierali nogami na myśl, że papież Franciszek lada chwila musi przecież umrzeć i z jaką radością powitali oni ostatecznie samą tę wiadomość. Nigdy nie zapomnę jak w czasie gdy papież Franciszek jeszcze się mocno trzymał każdy z nich i każdy w swoim czasie publicznie wzywał do modlitw, do postu, do jałmużny w intencji nawrócenia opętanego przez złego ducha Papieża. Polonia Christiana, Fronda, Do Rzeczy, Chmielewski, Lisicki, Górny, Kratiuk, Szlachtowicz, Pospieszalski… można wymieniać. Oni wszyscy się dziś ustawiają z ostrzegawczym transparentem „Szatan w Kościele”, tyle że już nie tylko chodzi im o wspomniany „kościół krakowski”, ale o cały Boży Kościół od Warszawy przez Berlin i Paryż po Watykan. Dlaczego? Bo od odejścia Benedykta jest już z każdym rokiem tylko gorzej i gorzej, a na koniec jeszcze dostaliśmy w łeb antychrystem Rysiem.

A tymczasem ludzie, jak to ludzie, będą dalej po wstaniu z łóżka, przed jedzeniem, po jedzeniu i przed zaśnięciem robić znak krzyża, w niedzielę pójdą do kościoła, w międzyczasie się wyspowiadają, przyjmą komunię, w Adwencie odstawią alkohol, w czasie Świąt Bożego Narodzenia pośpiewają kolędy, w Wielki Piątek pójdą na Drogę Krzyżową, a w Sobotę poproszą księdza, by im poświęcił wielkanocne potrawy. A gdy się dowiedzą, kto został nowym biskupem, kardynałem, czy nowym papieżem i kto przestał być ich proboszczem, a kogo biskup ogłosił nowym proboszczem, to za każdego się z nich pomodlą i będą mieli kompletnie w nosie co o tym wszystkim myślą samozwańczy Arcykapłani Jedynej Wiary, z każdej możliwej strony tego zidiociałego boiska.

No i ewentualnie w wigilię Adwentu zajdą do swojego kościoła posłuchać sobie pobożnej muzyki.

Amen.




niedziela, 27 kwietnia 2025

W każdy czas... czyli o wierze niezłomnej

 

Jako ktoś kto uważa siebie za część Kościoła, a jednocześnie wierzy – co parokrotnie tu deklarował – że papież Franciszek, jak niewielu przed nim, w Swej posłudze wręcz uosabiał osobę i naukę Jezusa Chrystusa, transmisję najpierw z mszy, a potem Jego pogrzebu oglądałem z najgłębszym przejęciem i poczuciem, że jestem świadkiem triumfu mojego Kościoła. Oglądałem owe uroczystości, a jednocześnie miałem w głowie znaną mi od dziecka piosenkę:

Com przyrzekł Bogu przy chrzcie raz,

Dotrzymać pragnę szczerze.

Kościoła słuchać w każdy czas

I w świętej wytrwać wierze.

O Panie Boże, dzięki Ci,

Żeś mi Kościoła otwarł drzwi.

W Nim żyć, umierać pragnę”.

Śpiewam od rana tę kościelną piosenkę, jedną z nielicznych, które jeszcze w moim późnym wieku znam na pamięć, i wciąż zatrzymuję się na tym jednym fragmencie: „w każdy czas”, ze specjalnym naciskiem na słowo „każdy”. „Kościoła słuchać w każdy czas”. I myślę sobie, czemu autor tej pięknej pieśni o o wierności Kościołowi uznał za stosowne podkreślić, ów „każdy” czas.

Czemu tak bardzo się tym akurat przejmuję? Otóż objaśnienie owej kwestii można znaleźć w poprzednim moim tekście, w którym wyrzuciłem z siebie swój gniew wobec tych wszystkich z nas, którzy mianowali się sami ostatnimi strażnikami świętości Kościoła Powszechnego, a w ramach swojej tej krucjaty,  odejście papieża Franciszka ogłosili promykiem nadziei dla zepsutego świata, a jego samego wręcz uzurpatorem i antychrystem.

Używam tak mocnych słów z pewną przesadą, bo chyba jednak – choć padało tu wiele ciężkich słów – w tej sytuacji akurat odwagi animatorom owego ataku zabrakło, i ograniczyli się oni do stwierdzenia, że z tego Franciszka to był papież jak z koziej dupy trąba. O co były pretensje? Przyznaję, że przestudiowałem dość dokładnie zarzuty sformułowane głównie przez dwa największe katolickie portale, czyli Polonię Christiana i Frondę, a przy okazji cały otaczający je wachlarz opinii czysto prywatnych, i w praktyce ograniczają się one do tego, że papież Franciszek 1) zasugerował możliwość udzielania komunii rozwiedzionym parom, 2) ogłosił człowieczeństwo osób homoseksualnych, 3) w konflikcie ukraińsko-rosyjskim nie chciał jednoznacznie potępić Putina, no i wreszcie 4) zasugerował, że Boży plan zbawienia może również dotyczyć dusz, które w ów plan nie uwierzyły, lub uwierzyć nie miały okazji. Staram się jeszcze coś tam znaleźć i wychodzi mi równe zero. Te cztery kwestie wystarczyły ludziom z Polonii Christiana by ogłosić papieża Franciszka Judaszem. I tu akurat nie przesadzam. To imię z ust strażników wiary faktycznie padło.

Siedzę w tym pieprzonym internecie i czytam kolejne opinie na temat tego, czy Kościołowi uda się wykorzystać szczęśliwe odejście papieża Franciszka do Swej odnowy. Perspektywy są niestety marne. Okazuje się, że podczas swojej posługi, papież Franciszek, człowiek powołany na swoje stanowisko przez międzynarodową masonerię, zdążył wymienić niemal cały skład Kolegium Kardynałów w taki sposób, by już do końca świata papieżem nie został człowiek autentycznie zanurzony w słowo Ewangelii.

I oto, w tym dokładnie momencie pojawia się jeden z liderów owego prawdziwego Kościoła, redaktor portalu Polonia Christiana, Paweł Chmielewski i przynosi nam dobrą nowinę. Otóż okazuje się, że w tych dniach między śmiercią Papieża, a Konklawe, któryś z kardynałów pojawił się w stroju, który nie był używany od dziesięciu lat, a to, zdaniem Chmielewskiego, świadczy o tym, że on – kardynał bardzo ważny – postanowił nam przekazać, że dość już tego cyrku, który nam urządził Franciszek. Ciekawa sprawa, zdaniem Chmielewskiego, polega na tym, że ów kardynał został wprawdzie powołany przez Bergoglio, i można by się było po nim spodziewać, że głową Kościoła będzie chciał uczynić samego Belzebuba, jednak okazało się, że ów kardynał „ugryzł rękę, która go karmiła”, a to może świadczyć o tym, że Pan Bóg modlitw Chmielewskiego, Kratiuka, Pospieszalskiego i innych wysłuchał i postanowił zainterweniować.

Ja tu sobie trochę żartuję, zwracając uwagę na w gruncie rzeczy drobiazgi, i komentując je w taki sposób, by ów obłęd ośmieszyć. Sprawa jest jednak moim zdaniem znacznie poważniejsza. Problem bowiem nie polega głównie na tym, że to tu to tam pojawiają się osoby, uważające się za bardzo pobożnych katolików, i dzielą się z nami kolejnymi pretensjami pod adresem księży, biskupów czy papieży, że ci, zamiast krzewić wiarę, ją gubią. To co mnie martwi tak naprawdę, to to, że wielu z tych najbardziej zatroskanych o losy Kościoła, najpierw w swym zacietrzewieniu zapomnieli o Chrystusowym zapewnieniu, że Kościoła, który On zbudował, bramy piekielne nie przemogą, a następnie zaczęli traktować ów Kościół jako swego rodzaju polityczną partię, gdzie wszystko sprowadza się do walki między frakcjami, gdzie liberałowie przepychają się z konserwatystami, a o tym, kto jest górą, a kto przegrywa, decyduje jakaś zewnętrzna siła, czyli oczywiście masoneria. I jedyną zagadką pozostaje to, czy Pan Bóg, zechce wysłuchać modlitw tych ostatnich wiernych i zainterweniować, czy machnie na to wszystko Swoją świętą ręką i urządzi nam tu kolejny potop, z którego uratują się tylko oni, jak przed wiekami Noe.

Otóż to jest tak naprawdę nasze dzisiejsze zmartwienie. Wygląda na to, że wielu z nas, mimo że regularnie deklarujemy ją w coniedzielnej mszy, utraciło wiarę w Święty Kościół Powszechny, że już nie wspomnę o owej piosence o obowiązku słuchania Kościoła w KAŻDY czas.

Trochę się czuję niepewnie wchodząc aż na ten poziom, ale co mi szkodzi. Uważam, że to akurat stanowi największy sukces Donalda Tuska et consortes. Doprowadzenie do przekonania nas wszystkich, że Boga nie ma, a całe nasze życie toczy się wokół codziennej polityki. Mam nadzieję, że odejście papieża Franciszka wyśle do naszych serc tę iskrę, która odmieni oblicze ziemi, tej ziemi.



wtorek, 22 kwietnia 2025

I cóż poczniemy gdy Pan Jezus poprze Roda Stewarda?

 

Podczas zeszłorocznych rekolekcji w Bąblinie, ksiądz Rafał Krakowiak opowiadał nam o św. Klemensie Marii Hofbauerze, austriackim i polskim księdzu redemptoryście, który w roku 1787 z jeszcze z dwoma redemptorystami przybyli do straszliwie zeświecczonej i niewyobrażalnie moralnie zepsutej Warszawy, by ją przywrócić Kościołowi. W tamtym czasie wprawdzie w mieście było aż 160 kościołów, ale w większości stały one puste, co sprawiło, że przez kilka pierwszych lat Klemens z towarzyszami msze odprawiali do pustych ławek, a ich działalność sprowadzała się przede wszystkim do bardzo rozległej działalności dobroczynnej. Sami księża nie mieli grosza przy duszy, sam Klemens swoje ostatnie trzy srebrne monety oddał spotkanemu jeszcze podczas podróży do Polski żebrakowi, natomiast pieniądze przeznaczone na codzienną działalność pochodziły albo od nielicznych bogatych sponsorów, lub z żebraniny, której Klemens osobiście się regularnie oddawał. Opowiadał nam ksiądz Krakowiak, jak to któregoś dnia zaszedł Klemens po prośbie do jakiejś karczmy, gdzie warszawska hołota spędzała czas i gdy zaczepił któregoś z obecnych, ten go spoliczkował. To wprawdzie już nie jest w temacie, ale warto dodać, że św. Klemens w odpowiedzi na ów gest powiedział: "To było dla mnie, a teraz daj na biedne dzieci" i wedle zapisanych relacji wszyscy obecni zaczęli wrzucać Klemensowi do puszki, czy tego co on tam ze sobą miał. 

Co interesujące już jednak, to wtedy też właśnie usłyszałem od księdza Krakowiaka, że czyn taki traktowany jest przez Kościół jako profanacja, a więc grzech śmiertelny. I wtedy też po raz pierwszy dowiedziałem się, że jeśli dam w pysk Rafałowi Trzaskowskiemu, to najwyżej pójdę siedzieć, natomiast już niestety w przypadku księdza Sowy, sprawa może się okazać znacznie poważniejsza.

Ale dowiedziałem się też od księdza Krakowiaka czegoś znacznie bardziej wstrząsającego. Otóż zgodnie z prawem kościelnym, ja nie mam prawa publicznie głosić na temat tym razem dowolnego już biskupa opinii, które mają na celu jego poniżenie, i to nawet jeśli w swoim najgłębszym przekonaniu robię to dla dobra Kościoła. A wynika to z tego, że biskup jest osobą przez Kościół chronioną w sposób wyjątkowy. A biskup Rzymu również, jeśli nie tym bardziej.

Zmarł papież Franciszek i wśród głosów powszechnego żalu nie mogło oczywiście zabraknąć i tych, które towarzyszyły pontyfikatowi Franciszka niemal od pierwszych jego dni, a na które zwróciłem uwagę tu w tym miejscu parokrotnie. Ostatnio, o ile sobie dobrze przypominam, przy okazji telewizyjnego programu Jana Pospieszalskiego, w którym ten regularnie i wręcz w nadmiarze udostępniał czas katolikom zgromadzonym wokół ruchu o nazwie Polonia Christiana, by ci swoje pretensje do Papieża mogli wyrażać, poczynając od apeli o opamiętanie, przez modlitwy o jego nawrócenie i wyrwanie z rąk Szatana, do wręcz kwestionowania legalności jego pontyfikatu i odmawiania tytułowania go papieżem, a nawet katolikiem. Dziś, gdy Papież już odszedł, oni w żaden sposób nie płaczą, w najlepszym wypadku modlą się o to, by Pan Bóg okazał wobec Niego Swoje miłosierdzie, a ich główny problem wydaje się polegać na tym, czy Franciszkowi, w ciągu tych 12 lat uzurpacji udało się tak zniszczyć Kościół, że Jego odbudowa stanie się prawie niemożliwa.

Śledzę wystąpienia tych ludzi, niemal każdego z nich gorliwego katolika, wyznającego podczas każdej mszy swoją wiarę w Święty Kościół Powszechny, widzę jak oni w tym swoim oddaniu dla owego Kościoła zaszli tak daleko, że sami stali się Jego pierwszym autorytetem i chciałbym im wszystkim dziś przypomnieć coś co mi bardzo pięknie objaśnił ksiądz Krakowiak, a dziś – w końcu mimo swojego leciwego już wieku – po konsultacji, jakiej dokonałem z tak zwaną sztuczną inteligencją, uzyskałem na piśmie. Proszę usiąść, posłuchać i pędem udać się do spowiedzi, szczerze zapewniając księdza dobrodzieja, że wy tak tylko z ludzkiej głupoty.


  • Zniewaga papieża (kan. 1370 § 1 KPK):

  • Publiczne znieważenie, obrażanie lub podważanie autorytetu żyjącego papieża jako głowy Kościoła może być traktowane jako przestępstwo przeciwko jedności Kościoła lub władzy papieskiej.

  • Kara: interdykt (zakaz uczestnictwa w sakramentach) lub, w poważniejszych przypadkach, ekskomunika (wykluczenie ze wspólnoty Kościoła). Ekskomunika może być latae sententiae (automatyczna, bez formalnego wyroku) w przypadku szczególnie ciężkich czynów, np. jawnego buntu przeciwko papieżowi.

  • Przykład: W 2023 roku włoski ksiądz Don Ramon Guidetti został ekskomunikowany za nazwanie papieża Franciszka „uzurpatorem” i „jezuitą-masonem” podczas homilii, co uznano za schizmę i zniewagę papieża.

  • Schizma lub nieposłuszeństwo (kan. 1364 KPK):

  • Jeśli poniżanie papieża wiąże się z odrzuceniem jego autorytetu lub podżeganiem do nieposłuszeństwa wobec Stolicy Apostolskiej, może być uznane za schizmę.

  • Kara: ekskomunika latae sententiae.

  • Dotyczy to np. księży lub wiernych, którzy publicznie kwestionują prawowitość papieża lub nawołują do odrzucenia jego nauczania.

  • Znieważenie osoby świętej lub zmarłego papieża:

  • Poniżanie zmarłego papieża, np. św. Jana Pawła II, może być rozpatrywane jako obraza wiary lub profanacja (kan. 1376 KPK), jeśli czyn godzi w cześć osoby kanonizowanej lub w uczucia wiernych.



Amen. Amen. Amen.





piątek, 11 września 2020

Odwzrostowienie, czyli czy Polonia Christiana zostanie pominięta w rządowym planie zrównoważonego rozwoju?


         Choć właściwie przynajmniej od czasu jak poskładałem w całość, a następnie wydałem w formie książki, swoje refleksje na temat Złego, do tematu satanizmu podchodzę z odpowiednim spokojem, to przyznaję, że od czasu do czasu pojawia się coś, co wywołuje u mnie pewien niepokój i wówczas wolę się tego czegoś nie, jak to mówią, „tykać”. A mam tu na przykład na myśli intelektualno-religijną grupę występującą pod nazwą Polonia Christiana. Zaczepiłem ich stosunkowo niedawno, gdy jej przedstawiciel, wspólnie z Janem Pospieszalskim, Grzegorzem Górnym i – jakże by inaczej – księdzem Isakowiczem-Zaleskim wezwali publicznie do modlitw o opamiętanie papieża Franciszka i samo to kosztowało mnie tyle nerwów, że na jakiś czas dałem sobie z tymi ludźmi spokój, nawet wtedy gdy podczas swoich wędrówek po Sieci trafiłem na tekst zamieszczony na portalu PCh.pl poświęcony tak zwanej polityce zrównoważonego rozwoju, a więc swoistemu znakowi rozpoznawczemu rządów Prawa i Sprawiedliwości, jako rzekomo dzeła Szatana. I nie było tak, że autor PCh.pl pisał o oenzetowskim programie owego zrównoważonego rozwoju jako o ataku sił ciemności, ale ów tekst był w znacznej mierze poświęcony udowadnianiu, że ów szatański plan ma się bardzo dobrze nie tylko w Nowym Jorku, ale również właśnie w Watykanie, no i jak najbardziej też w Alejach Ujazdowskich.
         Temat więc z jednej strony wisiał, a z drugiej nie bardzo miałem sie ochotę za niego zabierać, gdy oto jakimś cudem wpadłem najpierw na informację wspomnianego portalu zatytułowaną „Zrównoważony rozwój w natarciu. Hołownia zapowiedział powołanie stowarzyszenia Polska 2050”, a tam dwa linki, jeden do tekstu pod tytułem „Agenda 2013. Zrównoważony rozwój depopulacji”, a drugi „Polska chce być prymusem Agendy 2030. Zobacz co przygotowuje rząd!” Oczywiście na depopulację jako skutecznie ziewnąłem, natomiast owszem, zainteresowałem się naszym rządem przygotowującym się do uruchomienia akcji depopulacyjnej i oto okazało się, że... tekst został przezornie przez redakcję usunięty, a to moim zdanie musi świadczyć o trzech rzeczach: pierwsza to ta że oni jednak są kuci na cztery nogi, druga że owe nogi mają śliskie jak brzuch węża, no i trzecia że w tym swoim zapętleniu stracili nad sobą panowanie. No i to sprawiło, że jednak temat musiał wrócić i się tu pojawić.
      Popatrzmy zatem najpierw na wypowiedź premiera Morawieckiego:
      Nasz program gospodarczy, nasze działania dla ludzi, ale też dla przedsiębiorców są programem na wiele lat, który ma cztery podstawowe wymiary: dobrą pracę, godną płacę, rodzinę i mieszkanie. Nasz model gospodarki jest po to, żeby Polakom żyło się lepiej. Przywracamy godność pracy i płacy dla Polaków. Chcemy, aby nasza polityka społeczno-gospodarcza była polityką równych szans, a nie dzielenia łupów. Wierzymy w model zrównoważonego rozwoju. Nieekwiwalentny podział dóbr był cechą charakterystyczną ostatnich lat, a my to zmieniamy. Nasza polityka społeczno-gospodarcza daje oczekiwane, dobre efekty i tworzy nowe perspektywy rozwoju w wielu obszarach. Przyciągamy inwestorów, zmniejszamy bezrobocie, wspieramy polską własność. Chcemy być blisko ludzi i z nimi rozmawiać po to, by dobrze czuć temperaturę dzisiejszych ambicji i aspiracji Polaków. W dialogu ze społeczeństwem inspirujemy się pomysłami naszych Rodaków”.
      A mnie tu już tylko brakuje informacji, że chodzi o tych rodaków, którzy pozostaną po akcji depopulacyjnej.
     Ja nie mam pojęcia, czym się dziś zajmuje ONZ i pociągający za te sznurki Rotschildowie z Billem Gatesem u boku. Biorę oczywiście pod uwagę, że oni bardzo się starają o to, radykalnie zmniejszyć liczbę ludności, i w ten sposób doprowadzić do tego, by ci wszyscy co dziś mają 200 miliardów dolarów, mieli tych dolarów bilion, a ta resztka która pozostanie mogła zarabiać po milionie miesięcznie, natomiast uważam to za ich problem i o wiele bardziej interesuje mnie dziś perspektywa lokalna, gdzie sobie używają życia redaktorzy Polonii Christiana z jednej strony modlący się d Boga o to by zechciał w Swej dobroci zdepopulować świat zaledwie o osobę Franciszka, a z drugiej szczują na polski rząd za to, że jeszcze nie przegłosował ustawy o bezwzględnym zakazie aborcji.
      Skoro już wysłuchaliśmy Premiera, posłuchajmy niejakiej Agnieszki Stelmach, z tego co widzę głównego ideologa tego czarnego towarzystwa:
Program zrównoważonego rozwoju – wspierany, niestety, także przez Watykan – realizują praktycznie wszystkie kraje świata. Jego podstawę stanowią wytyczne oenzetowskich agend oraz ponadnarodowych gremiów tworzonych przez ‘ekspertów’ powiązanych z fundacjami największych finansistów.
Zachodni multimiliarderzy zawarli sojusz z radykalną lewicą (alterglobalistami z Porto Alegre) i z powodzeniem udaje im się realizować plan prowadzący do zniewolenia narodów, zwodząc i oszukując je chwytliwymi hasłami o ‘walce z ubóstwem’, ochronie planety przed zagrożeniami środowiskowymi i poprawie jakości życia.
Zrównoważony rozwój to niezwykle pojemna ideologia i doktryna ekonomiczna pragnąca regulować wszystkie dziedziny życia. Ten nowy paradygmat kapitalizmu – jak się go określa w literaturze, ów kapitalizm inkluzywny – jak nazywają go Rotschildowie, ma zaspokajać obecne potrzeby bez uszczerbku dla możliwości zaspokojenia potrzeb przyszłych pokoleń. W praktyce oznacza to dalszą finansjalizację gospodarki i zadłużanie. Ta nowa koncepcja rozwoju zakłada radykalną depopulację, upowszechnienie migracji i multikulturalizmu oraz wprowadzenie szeroko rozumianej teorii gender. Zmierza do poddania spekulacji giełdowej dóbr, które dotychczas jej nie podlegały (na przykład woda), do pozbawienia suwerenności państw, do ograniczenia konsumpcji i produkcji, a także do przyjęcia nowej religii.
Kluczowe dla niej jest upowszechnienie ‘duchowości’ New Age (czyli zastąpienie osobowego Boga Stwórcy panteistyczną herezją) w celu mobilizacji społeczeństwa do podjęcia działań na rzecz ochrony planety i akceptacji drastycznych zmian wdrażanych przez polityków. Zrównoważony rozwój to – jak podkreślają autorzy oenzetowskich dokumentów –rewolucja mająca zrodzić nową cywilizację poprzez zmiany ekonomiczne i technologiczne.
Na ukształtowanie się tej ideologii wpływ wywarły: maltuzjanizm i darwinizm oraz modernizm, myśl eugeniczna, a także rodzący się w erze progresywnej w USA filantropizm. Ogromną rolę odegrała tak zwana szkoła chicagowska, a także szkoła frankfurcka. Przedstawiciele szkoły chicagowskiej wprowadzili wiele używanych dzisiaj pojęć (na przykład ‘habitat’) i wskazali zasady projektowania miast. Przemożny okazał się wpływ nowojorskiej elity, a także polityków związanych z fundacjami Rockefellerów, Fordów, Mellonów czy Carnegiech [pisownia oryginalna - K.O.]. Później dołączyli do nich Gatesowie i Bloombergowie.
Swoją rolę odegrała także odkryta przez austriackiego fizyka Ludwiga Boltzmana zasada entropii, którą w latach siedemdziesiątych wykorzystali ekonomiści do sformułowania koncepcji rozwoju. Zamiast dążyć do ciągłego wzrostu, propagowano tak zwane odwzrostowienie (Gilbert Rist, Urojenia ekonomii). Antropologowie, a także teologowie polityczni, żydowscy intelektualiści skupieni w marksistowskiej szkole frankfurckiej – którzy rozwinęli teorię krytyczną, usiłując rozprawić się z tak zwaną osobowością autorytarną – wykorzystali tę zasadę do legitymizacji budowy postępowego i pluralistycznego ‘społeczeństwa otwartego’”.
       Ktoś mi na to powie, że to nie jest żaden satanizm, tylko normalny bełkot jakiejś oszalałej pani, która zamiast zająć się domem i dziećmi – czy może bardziej wnukami – poświęciła się czytaniu książek. Może tak, może nie, ja jednak wolę dmuchać na zimne, zwłaszcza gdy pojawia się tu po raz kolejny osoba papieża Franciszka, a jeśli nie ma nic o Mateuszu Morawieckim to niewykluczone że tylko dlatego, że przyszedł telefon od ministra kultury, w którym padło ostrzeżenie, że jeśli oni się nie ogarną, to w przyszłym planie budżetowym Polonia Christiana nie zostanie  uwzględniona w polityce zrównoważonego rozwoju i będzie musiała zamieścić odpowiedni apel na siepomaga.pl i liczyć już tylko na wsparcie czytelników.



środa, 20 listopada 2019

O dorastaniu do autorytetu i komisji patrologicznej z Polskiej Akademii Nauk


       Myślę, że już tu ową refleksję, choćby bardzo pobieżnie przedstawiałem, jeśli jednak nie, pozwolę sobie powtórzyć. W moim odczuciu atak jaki dziś jest kierowany pod adresem Kościoła Powszechnego idzie z dwóch kierunków i choć nie wydaje mi się, by był celowo koordynowany, jego cel jest jeden: zasiać w sercach osób dotychczas wiernych zwątpienie w słowa Jezusa o Skale, której bramy piekielne nie przemogą. Jak ów atak wygląda i skąd nadchodzi? Otóż nie mogę się oprzeć wrażeniu, że on jest równie silny i równie podstępny zarówno kiedy budowany jest po stronie tradycyjnych wrogów Kościoła, czyli ateistycznej lewicy, jak i wychodzi z ust tak zwanych „Czystych”, a więc tych z nas, którzy są przekonani, że w tych trudnych czasach tylko oni są w stanie obronić wspomnianą Skałę przed skruszeniem. Nie Jezus, nie Pan Bóg, nie Wiara Kościoła, ani Wiara pojedynczych ludzi. To tylko oni mogą zatrzymać ów rozpad.
      Ciekawe jest też to, że dokładnie w to samo wierzą ludzi którzy atakują Kościół z pozycji liberalnych. Oni również – chociaż tu już nie wiadomo z jaką intencją – bardzo mocno deklarują, że im chodzi wyłącznie o to by Kościół był prawdziwie mocny Swoją pobożnością i wolny od wszelkiego zepsucia. Żaden z nich już nie ogłasza – choć, jak pamiętamy, kiedyś trend był zupełnie inny – że celem wolnego demokratycznego świata jest zniszczenie tego opium i wyzwolenie człowieka z tych kajdan. Dziś za nimi stoi już wyłącznie wyprowadzenie Kościoła na drogę dalszego pozytywnego rozwoju.
      Jest jednak coś, co obie wspomniane strony dzieli, a mianowicie bezpośredni cel ataku. Otóż liberalna lewica ostrze swojej troski kieruje pod adresem Jana Pawła II i papieża Benedykta, którzy rzekomo doprowadzili do tego, że dziś Kościół jest siedliskiem moralnego zepsucia, natomiast nasi „Czyści” odwrotnie: winnym tego, że już niedługo owa Skała runie będzie wyłącznie papież Franciszek i jedyne co nam pozostaje to modlić się za niego w intencji opamiętania, by Pan Bóg uczynił cud, i dał mu nową szansę dołączenia do panteony wielkich papieży, takich jak wspomniani wcześniej Jan Paweł II oraz Benedykt XVI.
      Jak wspomniałem, mam wrażenie, że już na ten aspekt wojny cywilizacyjnej zwracałem tu uwagę, jednak jeśli robię to ponownie to dlatego, że właśnie dowiedziałem się od Piotra Bachurskiego, że on został zmuszony do przeproszenia redakcji portalu Polonia Christiana za moje niesprawiedliwe słowa na ich temat, a owe przeprosiny padły na wyraźne żądanie obrażonej części owego portalu. No i jest coś jeszcze. Oni wszyscy oczekiwaliby ode mnie że ja napiszę konkretnie, za co ja kieruję w ich stronę moje niesprawiedliwe pretensje. Wydawało mi się, że wszystko co trzeba wyjaśniłem w swoim najnowszym felietonie, który opublikuję tu już pojutrze, no ale skoro, jak widzę, dla niektórych z nas to nie wystarczy, chciałem napisać coś bardziej konkretnego właśnie. Otóż zajrzałem na wspomnianą stronę PCh24.pl, a tam na samej górze serii informacji znalazłem tekst już w samym tytule stanowiący praktyczną bardzo odpowiedź na dylematy wspomnianych przeze mnie braci w Wierze: „Ksiądz Staniek: „Jeśli papież nie słucha Jezusa to nie uczestniczy w Jego autorytecie”.
       Otóż ja informacji zapowiadanych w tego rodzaju poetyce przez ostatnie lata widziałem mnóstwo, w wielu miejscach, z tą różnicą, że cytowane były nieco inne autorytety i ich troska nie była akurat skierowana pod adresem papieża. Przynajmniej nie tego. No ale zobaczmy, co to za wiadomość, którą przynosi nam Polonia Christiana. Już sam początek wyjaśnia nam wiele:
„Modlę się o mądrość dla papieża, o jego serce otwarte na działanie Ducha Świętego, a jeśli tego nie uczyni – modlę się o szybkie jego odejście do Domu Ojca. O szczęśliwą śmierć dla niego mogę zawsze prosić Boga, bo szczęśliwa śmierć to wielka łaska – powiedział w homilii wygłoszonej 25 lutego ks. prof. Edward Staniek wymieniając przy tym błędne, jego zdaniem, poglądy Franciszka, do których teolog zaliczył otwarcie na muzułmanów oraz żyjących w stanie grzechu śmiertelnego”.
       Popatrzmy jednak nieco dalej:
       Dla Abrahama najwyższym autorytetem był Bóg i dlatego robił to, co On polecił. Na tym polega akt wiary w Boga. Jest w nim uznanie Boga za najwyższy autorytet i liczenie się tylko z Nim – powiedział kapłan zauważając, że na kartach Ewangelii Bóg Ojciec wskazał jako autorytet swojego Syna. Jednym zdaniem Pan ukazał apostołom, że autorytet Jezusa Chrystusa jest większy od tego posiadanego przez dwa największe autorytety Starego Testamentu – prawodawcy Mojżesza oraz proroka Eliasza.
       – Kto dla mnie jest największym autorytetem? Czy jest nim Jezus? – zadał pytanie ks. prof. Staniek tłumacząc jednocześnie, że autorytet to szacunek dla kogoś odpowiedzialnego, dla osoby zasługującej na zaufanie z jakiegoś powodu, np. specjalizacji w danej dziedzinie. Szacunek dla takiej osoby powoduje liczenie się z jego opinią. – Fundamentem autorytetu jest odpowiedzialność człowieka – powiedział kaznodzieja zauważając również uwagę na bliskie relacje człowieka posiadającego autorytet i prawdy.
       – Mój Bóg jest odpowiedzialnością i stwarza mnie na Swój obraz i na swoje podobieństwo. Jest autorytetem. I ja mam być w stu procentach autorytetem odpowiedzialnym za swoje słowo, myśli i czyny – stwierdził ks. prof. Edward Staniek odnosząc się również do autorytetu w Kościele. Duchowny skrytykował automatyczne przypisywanie posiadania autorytetu osobom piastującym kościelne funkcje, od papieża przez kardynałów i biskupów po przełożonych prowincji zakonnych i proboszczów. Taka postawa może wywoływać zdziwienia, gdyż niekiedy osoby na stanowiskach nie posiadają autorytetu, mimo iż mogą rozkazywać.
– Autorytetu się nie otrzymuje, do autorytetu się dorasta. W Kościele jedynym autorytetem jest Jezus. Nie papież, nie hierarchia, nie przełożeni. Jezus. I w oparciu o Jego autorytet Kościół żyje. Ktokolwiek w Kościele jest na świeczniku i w swoim życiu naśladuje Jezusa, ten promieniuje Jego autorytetem. Wysoki świecznik daje władzę, ale nie daje autorytetu – przypomniał rekolekcjonista zauważając, że osoby na świeczniku mogą nie tylko nie mieć autorytetu, ale bywa, że i gorszą innych. Papież Franciszek na wysokim świeczniku, będąc pod presją układów, wyraźnie odchodzi od Jezusa w dwu punktach: błędnie interpretuje Jego miłosierdzie – stwierdził ks. prof. Edward Staniek.
 – Czym się kieruje papież? Nie wiem. Jaki jest cel jego wypowiedzi? Też nie wiem. Wiem, jak te wypowiedzi są wykorzystywane w mediach nastawionych na niszczenie Jezusa i Jego Kościoła. Modlę się o mądrość dla papieża, o jego serce otwarte na działanie Ducha Świętego, a jeśli tego nie uczyni – modlę się o szybkie jego odejście do Domu Ojca. O szczęśliwą śmierć dla niego mogę zawsze prosić Boga, bo szczęśliwa śmierć to wielka łaska – stwierdził w kazaniu teolog i patrolog.
 – Jeśli papież nie słucha Jezusa z Góry Tabor to nie uczestniczy w Jego autorytecie. Kościół Chrystusowy nie jest zbudowany na władzy. Jest zbudowany na autorytecie. Kto wyżej ceni władzę niż autorytet, ten jest obcym ciałem w Kościele Jezusa. Słuchajmy Jezusa, tak jak polecił nam Jego Ojciec na Górze Tabor – zakończył homilię ks. prof. Edward Staniek”.
       A już na sam koniec, gdyby ktoś z nas nie do końca zrozumiał, o co księdzu chodziło z tym autorytetem, do którego trzeba dorosnąć już na zakończenie artykułu sprawę nam gruntownie wyjaśnia redakcja Polonia Christiana”:
Ksiądz prof. Staniek to wielki autorytet teologiczny Kościoła w Polsce. Był wieloletnim rektorem seminarium duchownego w Krakowie, napisał kilkadziesiąt książek, był członkiem Komitetu Nauk Teologicznych Polskiej Akademii Nauk”.
       W tej sytuacji już zupełnie od siebie mogę dodać, że ja się w pełni z księdzem Stańkiem zgadzam: „Do autorytetu trzeba dorosnąć”. Natomiast bardzo źle znoszę ludzi, którzy głosząc tę prawdę, drugą ręką wciskają nam do kieszeni karteczkę z zaświadczeniem z tak zwanego Komitetu Nauk Teologicznych Polskiej Akademii Nauk.
      I mam nadzieję, że ta moja deklaracja wystarczy jako wyjaśnienie, o co ja mam pretensje do, jestem pewien, że nadzwyczaj pobożnych redaktorów portalu PCh.pl.





wtorek, 12 listopada 2019

Gdy prawdziwi katolicy biorą się za nasze dzieci


Trochę późno, ale ze względu na zapowiadany wyjazd do Gdyni i okolic, postanowiłem dopiero dziś przedstawić swój najnowszy felieton dla „Warszawskiej Gazety”. Felieton dla mnie bardzo ważny, no i może też dlatego przyjęty, jak słyszę, przez najbardziej oddanych swojej gazecie czytelników, z rozczarowaniem, by nie powiedzieć oburzeniem. Tym razem na szczęście chyba nikt nie wzywa red. Bachurskiego do tego, by mnie stamtąd wyrzucił na zbity pysk, natomiast, owszem, są żądania, bym się ze swojego antykatolicyzmu wytłumaczył. Uczynię to za tydzień, natomiast dziś bardzo zachęcam do refleksji.       


      Pewnie trochę przez to, że ostatnio wreszcie zobaczyłem wspaniały film Grzegorza Brauna o Marcinie Lutrze i jego rewolucji protestanckiej, ale wydaje mi się, że przede wszystkim na pewną moją obsesję, gdy chodzi o atak jaki na Kościół szykuje liberalna lewica, z jak najbardziej aktywnym udziałem prominentnych ludzi Kościoła, wpływ mają wypowiedzi wspomnianych ultra pobożnych katolików. Co ciekawe, choć ów atak jest prowadzony z dwóch stron, to niejako w porozumieniu. Lewica mianowicie naciera na Jana Pawła II, jako głównego organizatora pedofilii w Watykanie, z  imieniem papieża Franciszka na sztandarach, ci drudzy natomiast, próbują  przedstawić Franciszka, jako szpiega światowej masonerii, przeciwstawiając mu oczywiście Jana Pawła II.
     Właśnie zdarzyło mi się obejrzeć program „Warto rozmawiać” na temat tak zwanego Synodu Amazońskiego, urządzony przez – tak, tak – publiczną telewizję, z udziałem Jana Pospieszalskiego, ks. Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego, szefa niesławnego portalu Polonia Christiana, niejakiego Krystiana Kratiuka, głównego eksperta od pobożności, Grzegorza Górnego, oraz nieznanego mi kompletnie staruszka, który rzekomo bardzo się przyjaźnił z Janem Pawłem II i w ten sposób gotów jest zaświadczyć, że gdyby ów papież zobaczył co dziś wyprawia Franciszek, to by go zabił jednym piorunem. No ale niestety oczywiście on widzieć tego nie może, więc mamy problem.
      Obejrzałem więc ową debatę i pierwsze co mnie uderzyło, to to, że w odróżnieniu od wszystkich poprzednich, tych nawet które nie udają, że mają wyłącznie cel propagandowy, tym razem nie zaproszono do niej choćby jednej osoby, której zadaniem byłoby choćby powierzchowne bardzo zilustrowanie tytułu programu. Tu bowiem rozmowy nie było ani śladu; wyłącznie bezlitosne i z każdą chwilą coraz bardziej bezwstydne atakowanie obecnego papieża. Oczywiście audycja miała swój główny temat, czyli wspomniany Synod Amazoński, ale o Amazonii i jej problemach uczestnicy dyskusji rozmawiać nie mieli najmniejszej ochoty.
      Hasło do ataku rzucił ks. Isakowicz-Zaleski:
      Myślę więc, że to wszystko jest w rękach papieża Franciszka, który jest oczywiście legalnym papieżem. On zadecyduje, czy dojdzie do schizmy, czy nie dojdzie. Tym razem nie reformator w rodzaju Lutra, czy Kalwina, ale tym razem Ojciec Święty, jeżeli uzna on te postulaty, to doprowadzi do schizmy. I to jest sytuacja bez precedensu w historii Kościoła, bo do tej pory żaden papież do schizmy nie doprowadził”.
       W tym momencie rozpoczęło się ogólne rwanie włosów z głów, a Grzegorz Górny wezwał wszystkich do „modlitwy, pokuty, odmawiania różańca i jałmużny”, by na koniec głos zabrał ponownie ks. Tadeusz i padły słowa kluczowe:
       Trzeba się również modlić za papieża Franciszka o jego.... boję się tego słowa... ale muszę je wypowiedzieć – opamiętanie, żeby nie doprowadził do schizmy. Ale również potrzebny jest głos ludu, właśnie wtedy, gdy zawodzą ci najważniejsi pasterze”.
      Słucham tego wszystkiego, patrzę na te przebiegłe oczy i aż czuję swąd czasów niegdysiejszej reformacji, z najpobożniejszym z nich wszystkich na czele.




sobota, 20 lipca 2013

O psach Systemu, o tych, których one zagryzły, i o tym, jak się nie popłakać

Parę dni temu przyszło do mnie moje najstarsze dziecko i kazało mi się zapoznać z artykułem na – znanym nam skądinąd – portalu PCh24.pl. Że jest wstrząsający, i takie tam. Jak zawsze. Ponieważ staram się traktować moje dziecko poważnie, skorzystałem z podanego linku i sprawdziłem, co nam Krucjata Młodych ma do powiedzenia. I przyznam, że – mimo swoich wątpliwości, o których później – owszem, uważam, że warto było.
W czym rzecz? Otóż autor „Christiana Polonia”, bo w ten sposób musimy odcyfrować wpisany w internetowy adres skrót, niejaki Paweł Ozdoba, przypomina nam historię pewnej dziewczynki, która jeszcze w roku 1993 niezbadanym wyrokiem bożym przeżyła najbardziej okrutną aborcję, by po pięciu latach życia pełnego z jednej strony cierpienia, a z drugiej, doznawanej każdego kolejnego dnia, niezwykłej wręcz ludzkiej i bożej miłości, umrzeć. Po prostu umrzeć.
Tekst Pawła Ozdoby nosi – moim zdaniem głupi i kompletnie nieadekwatny do wagi sprawy – tytuł „Niezwykła historia małej Sary”, i dotyczy, jak już mówiłem, starego już bardzo zdarzenia, kiedy to, nawet jeśli nie Pawłowi Ozdobie, to niektórym z nas z pewnością znany, niesławny doktor George Tiller, przeprowadził nieudany zabieg aborcji, w wyniku czego czego urodziła się dziewczynka imieniem Sarah Elizabeth Brown.
Wszystko zaczęło się od tego, że do kliniki, którą, jako jeden z nielicznych w Stanach Zjednoczonych lekarzy-ginekologów specjalizujących się w tak zwanych późnych aborcjach, prowadził Tiller, przywieziono piętnastolatkę w dziewiątym miesiącu ciąży. Zabieg, polegający na wstrzyknięciu w serce dziecka chlorku potasu, przeprowadzał osobiście sam kierownik tej rzeźni, no i niestety – a może na szczęście – go spaprał. Błąd polegał na tym, że zamiast w serce, swoją strzykawką trafił w główkę dziecka, dziecko się urodziło, a następnie, mimo że obsługa kliniki wyrzuciła je na śmietnik, dzięki ofiarności jednej z pielęgniarek, jakoś przeżyło. Następnie zostało adoptowane przez miejscową rodzinę, no i żyło przez kolejne 5 lat, pozbawione wzroku, mowy, no i w ogóle chore.
Paweł Ozdoba kończy swój – jak już mówiłem, szalenie odkrywczy – tekst, informacją, że doktor Tiller to okrutny człowiek, i że powinniśmy wszyscy walczyć o życie nienarodzonych dzieci. End of story. A ja jestem zmuszony, nie wiem po raz który już, powtórzyć, że tak to się jakoś składa, że problemy ludzi, wśród których zmuszeni jesteśmy żyć, kończą się dokładnie w tym miejscu, w którym nasze się zaczynają. W tej sytuacji, jak najbardziej konsekwentnie, proszę o skupienie. Oto teraz dopiero czas na „historię” prawdziwie straszną – historię o tym, co było później.
Otóż, kiedy Sara się urodziła, została adoptowana przez rodzinę Brown, i otrzymała imię Sarah Elizabeth, wieść o tym, co się stało, zaczęła się rozchodzić. Wówczas dr Tiller zgłosił sprawę do sądu, i przybrani rodzice Sary otrzymali sądowy nakaz milczenia. Ponieważ jednak wiadomość o tej zbrodni była wiedzą powszechną, doszło do tego, że ledwo miesiąc później ktoś strzelił do siedzącego w swoim samochodzie Tillera – niestety niecelnie – raniąc go w oba ramiona. Ponieważ jego szczególna sława zaczęła zataczać coraz większe kręgi, Tiller zaczął nosić kamizelkę kuloodporną, nie przerywając jednak dotychczasowego procederu, wciąż służąc ciężarnym Amerykankom, jako ich zbawca i dosłownie ostatnia ucieczka. Minęło pięć lat, Sarah zmarła, minęły miesiące kolejne, i wtedy, do służącego do mszy – to był jak najbardziej pobożny luteranin – Tillera podszedł niejaki Scott Roeder, przyłożył mu pistolet do łba i go zastrzelił jak – nie ubliżając w niczym tym sympatycznym zwierzakom – psa.
Roeder został oczywiście natychmiast aresztowany i rozpoczęło się to, co my tu czasem nazywamy „topieniem fryt”. Pierwszy zabrał głos prezydent Obama i oświadczył, że to, co się stało, to odrażający akt nienawiści i pogardy dla człowieka, czy jakoś tak. Po Obamie przyszli następni i wszystko poszło zgodnie ze znanym nam cywilizacyjnym zwyczajem. Chodziło o to, by Roedera ustawić w takim miejscu, gdzie on nie będzie miał najmniejszych szans.
Rozpoczął się proces. I tam też wszystko było prowadzone zgodnie ze współczesnymi standardami. Mimo że początkowo, na wniosek obrony, sędzia zgodził się, by ława przysięgłych brała pod uwagę opcję zabójstwa w afekcie, ostatecznie zgoda ta została wycofana. Ile razy Roeder chciał w swojej obronie opowiedzieć, czym jest aborcja, sędzia mu nieustannie przerywał, tłumacząc, że, ponieważ on nie jest ekspertem, jego zdanie nie ma tu znaczenia. Kiedy obrona Roedera chciała powołać jako świadków byłego i obecnego prokuratora stanowego, którzy wcześniej bezskutecznie próbowali Tillera postawić przed sądem za to, co on wyprawia, sąd prośby odrzucał, wyjaśniając, że ich zeznania mogłyby wpłynąć na obiektywizm ławy przysięgłych. I tak to się wszystko toczyło, aż wreszcie rozprawa dobiegła końca, i ława przysięgłych – oczywiście, dzięki staraniom sędziego, w najmniejszym stopniu nieuprzedzona – po zaledwie 40-minutowej naradzie, jednogłośnie ogłosiła Roedera winnym morderstwa z premedytacją, a sędzia skazał go na dożywocie z możliwością ubiegania się o warunkowe zwolnienie najwcześniej po 50 latach.
I to jest koniec tej historii. To co w tym wszystkim jednak jest, z pewnego punktu widzenia, najbardziej uderzające, to to, że jeśli ktoś w ogóle wciąż pamięta o tym, co się stało w mieście Witchita w Stanach Zjednoczonych najpierw roku 1993, a następnie w latach 1998, 1999 i 2000 – a nie ulega wątpliwości, że Paweł Ozdoba, a domyślam się, że nie tylko on, ani tego ani nie pamięta, ani w ogóle nie wie, ani też wiedzieć nie potrzebuje – nawet jeśli poszuka sobie odpowiednich informacji na temat owego dr. Tillera, nie znajdzie jakichkolwiek odniesień do sprawy Sary Elizabeth Brown. Jedyne, czego się dowie, to to, że był pewien lekarz, który dokonywał aborcji, i został zamordowany przez antyaborcyjnego działacza – wariata. I tyle.
Napisałem wcześniej, że mam nieodparte wrażenie, że moje problemy zaczynają się tam, gdzie innych się kończą. Jak się to ma do tego, co tu dziś postanowiłem opisać? Otóż chodzi o to, że to, co tak okropnie podnieca redakcję pisma „Polonia Christiana” – ale, nie oszukujmy się, przecież nie tylko ich – a więc cierpienie tej biednej dziewczynki i czarna dusza człowieka, który zniszczył jej życie, to – oczywiście przy zachowaniu wszelkich proporcji – jest nic takiego. Oczywiście, łatwo jest nam się wzruszyć cierpieniem, najpierw okaleczonego, a następnie zamordowanego z zimną krwią dziecka, i złem wcielonym w jakiegoś abortera. Wydaje mi się, że znacznie więcej skupienia wymaga od nas zrozumienie, że on jest tylko pionkiem w znacznie większej grze, a ta dziewczynka zaledwie jedną z tysięcy bezbronnych owej gry ofiar. I że świat, który to wszystko stworzył, nasze wzruszenia ma głęboko w nosie. Nie zdziwiłbym się wręcz, gdyby światu nasze wzruszenia wyłącznie dobrze służyły, bo tak długo jak my się będziemy wzruszać, istnieje pewność, że nie zauważymy tego, co tu jest najbardziej istotne, no a przede wszystkim tych, co są najbardziej za to całe zło odpowiedzialni. Dlatego, ja bym proponował, by końcowy apel, jaki Paweł Ozdoba do nas skierował, a więc słowa: „Niech ta historia uświadomi nam bestialstwo i bezduszność, którym kierują się feministki oraz wszelkie instytucje wspierające zabijanie nienarodzonych dzieci” on sobie wsadził w nos, i przestał nam zawracać głowę, a my zamiast tego stanęli wyprostowani, czujni i świadomi. Przede wszystkim świadomi, a to, jak wiemy, wyklucza zbędne emocje.
Stójmy więc, jak nam radził swego czasu Herbert, wyprostowani, na jednej nodze, gotowi, i niech nam nawet do głowy nie przyjdzie, by się pobeczeć.

Ponieważ moje ostatnie apele przyniosły, jak dotąd, bardzo mizerny efekt, a sytuacja przestaje już być nawet podbramkowa, nie mam wyjścia, jak ponownie prosić wszystkich, którym ten blog nie jest obojętny, o wsparcie. Przepraszam za obcesowość, ale nie bardzo mam wyjście. Dziękuję.


Czy Donald Tusk wierzy w Boga?

        Gdy chodzi o kardynała Rysia, czy wielu innych księży, biskupów, arcybiskupów i kardynałów, to często bywa tak, że czuję rozczarowan...