Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Unia Wolności. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Unia Wolności. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 16 marca 2015

Co Tomaszowi Lisowi przeszkadzają Żydzi z Unii Wolności?

Prędkość, z jaką dziś przesyłana jest każda informacja, a jednocześnie szybkość, z jaką każda z nich się publicznie dezaktualizuje i tym samym staje się równie bezużyteczna jak jakiś paproch na ekranie komputera, robi, przynajmniej na mnie, bardzo duże wrażenie. Kiedy pisze ten tekst, jest noc z niedzieli na poniedziałek, jutro ukazuje się kolejne wydanie tygodnika „Newsweek”, a w nim wiadomość, którą znamy od wczoraj i która od wczoraj praktycznie przestała istnieć, i mogę dać głowę, że kiedy ów „Newsweek” trafi na półki w lokalnych marketach, po niej nie zostanie nawet wspomnienie. Jest wprawdzie szansa, że na niektórych z nas zrobi wrażenie informacja – stara, bo stara, ale na bezrybiu i rak ryba – że teść Dudy to Żyd, jednak pomijając tę opcję, jedyna nadzieja w tym, że redaktor Lis zdecyduje się obok opublikować artykułu o tym na przykład, jak gdzieś w Tajlandii nasi politycy wykorzystują małe dziewczynki. Inaczej, pies z kulawą nogą tego czegoś nie kupi… No i jest oczywiście jeszcze szansa, że do numeru będzie dodany „Snajper” Eastwooda, albo coś równie atrakcyjnego, więc jakoś ta sprzedaż pójdzie.
Jednak i tak już cała Polska wie, że w jutrzejszym wydaniu „Newsweeka” redaktorzy Krzymowski i Szulc opowiedzą, jak to przez minione tygodnie oboje prowadzili redakcyjne śledztwo i w starych, jeszcze z roku 2000, archiwach znaleźli jakąś smutną kartkę papieru z sygnaturą Unią Wolności, na której znalazło się nazwisko i podpis Andrzeja Dudy, co świadczy o tym, że Duda był kiedyś członkiem miejscowego oddziału Unii Wolności, a przesłanie owej informacji jest takie, że Duda, nigdy wcześniej o tym wstydliwym akcencie w swoim życiorysie nie wspominając, skłamł. Jak mówię, my to wszystko już wiemy, nawet notka w Wikipedii została już odpowiednio uzupełniona, a zatem, wiemy też, że jeśli sztab Dudy się w ogóle sprawą przejął, na sto procent zdążył już przygotować skuteczną obronę. Poza tym, jak wiele na to wskazuje, również jutro pojawić się mają kolejne sensacje związane z podsłuchami u Sowy, więc przed nami tak naprawdę jedynie kolejny poniedziałek, kolejny tydzień i nasze kolejne zmartwienia i radości. A więc życie.
A ja jednak czuję, że muszę jakoś skomentować sprawę tej Unii Wolności i od razu chcę oświadczyć, że w moim odczuciu to, że jeżeli Duda, nawet jeśli przez chwilę, miał coś wspólnego z Unią Wolności, to jest to dla niego wstyd i hańba i Bogu dzięki, że się z tego gówna zdążył w porę wyrwać. Z mojego punktu widzenia, dorosły człowiek, który jakoś tam interesuje się polityką i ma swój rozum, ma też psi obowiązek wiedzieć, z kim się zadaje, a jeśli nie wie, albo coś bez sensu kombinuje, to popełnia błąd. Tu więc usprawiedliwienia nie ma.
A jednak pragnę też zadeklarować, że ja ów tajny jak jasna cholera szczegół z biografii kandydata Dudy mam głęboko w nosie i zdziwiłbym się, gdyby on zechiał gdziekolwiek go przypominać. A wszystko to z tej prostej przyczyny, że ja doskonale znam najnowszą historię Polski i świetnie też pamiętam, jak wyglądał rok 2000. A więc rok 2000 to był czas, kiedy jedyna wiarygodna partia na tej nędznej scenie, czyli Porozumienie Centrum już dawno została przez służby zniszczona, jedynym faktycznym przedstawicielem polskiej prawicy był AWS, który już wówczas był równie wiarygodny, jak dziś Platforma Obywatelska, Polską tak naprawdę rządziły gangi i szykujące się do odzyskania władzy SLD, a więc dla jakiegoś słabo zorientowanego, a posiadającego polityczne ambicje 28 latka z Krakowa, faktycznie jedynym rozwiązaniem mogło się wydać postawienie na Unię Wolności. Jeśli bowiem nie oni, to nie pozostawało już nic więcej. Jeśli nie oni, to równie dobrze można było siedzieć w domu i zajmować się sobą.
Jak mówię, to że Andrzej Duda w roku 2000 postanowił się zadać z tą hołotą, świadczy o nim nie za dobrze. Ja na jego miejscu bym jednak starał się ów ciężki okres przeczekać i się nigdzie nie pchać, no ale dla niego najwidoczniej wiedza, że przed Polską kolejne wybory, które na sto procent wygra SLD, i że wraz z nimi kolejne pięć lat Kwaśniewskiego, który akurat wziął drugą kadencję w pierwszej turze, była kwestią podstawową i nie znoszącą dyskusji. A ponieważ tego, że System już się na Millera i Kwaśniewskiego czaił, wiedzieć nie mógł, to skoro pod nosem miał tę lokalną Unię Wolności, uznał, że trzeba brać co dają.
Zapisał się więc Andrzej Duda do nieszczęsnej Unii Wolności – która i tak zresztą już wkrótce jak najsłuszniej zdechła – a kiedy pojawił się PiS, zaangażował się w ten projekt całym sercem i trwa przy nim wiernie do dziś. I to nawet mimo 10 kwietnia 2010 roku, kiedy System pokazał mu tak, jak tylko System potrafi, jak bardzo był głupi i nierozsądny. I ja, za tę jego wierność choćby, będę na niego głosował 10 maja, niemal dokładnie pięć lat po tamtej zbrodni, i głęboko wierzę, że to on właśnie zostanie Prezydentem Rzeczpospolitej.
I nie mogę się już doczekać, by spojrzeć im w twarze – tym, którzy nagle się tak strasznie dziś emocjonują wiadomością, że przynależność do UW, to jednak wstyd. Bo to tak naprawdę jest dla mnie newsem dnia dzisiejszego – że dla nich to jest nagle wstyd.

Zapraszam wszystkich do odwiedzania księgarni pod adresem www.coryllus.pl i kupowania moich książek. To jest naprawdę proste i, jak się zastanowić, absolutnie jedynie sensowne rozwiązanie na ten koniec zimy, początek wiosny i adwent nadchodzącego zwycięstwa.

środa, 22 października 2008

demokraci.com

Kiedy powstała, już chyba dziś nieistniejąca, partia o cudacznej nazwie demokraci.pl, i ogłosiła narodowi, jak się wabi, większość komentatorów śmiała się i szydziła przede wszystkim z formy, jaką twórcy ugrupowania uznali za powabną, ale też z samej zawartości tego opakowania. Śmieszne bowiem bardzo było to, że te wszystkie wielkie, wręcz ikonowe, nazwiska, takie jak Lityński, Geremek, Frasyniuk, Mazowiecki, Wujec, Onyszkiewicz i kto tam jeszcze się wybrał, podejmują kolejną próbę zaistnienia na scenie politycznej, tym razem, jako kompletnie nieokreślona frakcja Komunistycznej Partii Polski, i to z tak kiepskim alibi. Ja się też śmiałem, jednak absolutnie ani nie z tego, że ktoś im tam wybrał tak głupkowatą nazwę, ani nawet z tego, że w swojej desperacji zawędrowali ci wieczni bohaterowie pod czerwone strzechy. W końcu ludzie, którzy tworzyli to środowisko i którzy to środowisko wspierali intelektualnie, nigdy nie byli zbyt inteligentni, a z kolei dążenie polityka nieważnego do tego by stać się politykiem ważnym, jest dla mnie rzeczą naturalną i całkowicie zrozumiałą.
Śmiałem się z merytorycznej zawartości tej nowej nazwy. Śmiałem się, bo jest dla mnie rzeczą niezwykle śmieszną, że ludzie, dla których demokracja miała zawsze wartość tylko o tyle, o pozwalała im niszczyć wszelką obywatelską inicjatywę i od samego początku stanowiła jedynie wymówkę dla działań ściśle antydemokratycznych, że ci właśnie ludzie, zupełnie obsesyjnie potrzebowali dobierać sobie nazwy ze słowem ‘demokracja', ‘wolność' lub ‘obywatelski', w tle.
Najpierw był to tak zwany Komitet Obywatelski, następnie ROAD, czyli - o ile mnie pamięć nie myli - Ruch Obywatelski Akcja Demokratyczna, później Unia Demokratyczna, dalej Unia Wolności, a ostatnio właśnie demokraci.pl.
Dlaczego twierdzę, że dla takich ludzi, jak śp. Bronisław Geremek, czy Jan Lityński demokracja była zawsze tylko pustym dźwiękiem? Dlatego mianowicie, że przez te ponad 18 już lat ich systematycznego upadku politycznego, ale też i ściśle ludzkiego, każdy z nich udowadniał, dzień w dzień, bardzo dobitnie, że dla nich władza ludu jest piękna, jeśli tylko lud jest chętny dokładnie realizować polecenia swoich przedstawicieli na szczytach władzy. No i oczywiście, jeśli wcześniej, zgodnie z wolą tej właśnie obywatelskiej i demokratycznej inicjatywy, ich przedstawicieli w wolnych wyborach wybierze, jako swoich panów i mentorów.
Przez wszystkie lata wolnej już i niepodległej Polski, obserwowałem, najpierw z rosnącym niedowierzaniem, a później już tylko z coraz większą obojętnością, jak ci właśnie ludzie, którzy na co dzień machali nam przed oczami sztandarem z wielkim napisem ‘demokracja', potrafią znienawidzić jednego człowieka tylko za to, że okazał się - w ich mniemaniu - nieodpowiednio przygotowany do roli obywatela-wyborcy. Jestem przekonany, że gdyby znalazł się jakiś skrupulatny i pracowity badacz i zebrał wszystkie adekwatne wypowiedzi na tematy ogólnospołeczne, które padły dotychczas z ust takich tuzów polskiej polityki, jak Andrzej Celiński, Władysław Frasyniuk, czy Waldemar Kuczyński, można by było z tych wycinków skleić całą grubą książkę i nadać jej jakiś odpowiedni tytuł, na przykład „Dzieje polskiej bezczelności".
Wspomniałem Waldemara Kuczyńskiego. Gdyby ktoś nie pamiętał, o kogo chodzi, to przypomnę. To ten pan, który ostatnio głównie powtarza, że on by bardzo chciał, żeby Polska się publicznie porzygała, narobiła sobie wstydu na cały świat i żeby wreszcie można było zacząć wszystko jeszcze raz, od tego momentu, jak głupi lud przerwał tak pięknie rozwijające się rządy ludzi kochających wolność i demokrację. Więc Waldemar Kuczyński już nie jest człowiekiem stamtąd. On się właśnie zaangażował w budowanie nowej, silnej Polski ze stosunkowo nową formacją - formacją o nazwie Platforma Obywatelska. Oczywiście Kuczyński nie jest ryzykantem. On dobrze wie, na kogo można postawić, żeby się za bardzo się nie ubrudzić. Owszem, jak ktoś jest skuteczny, to tym lepiej, ale najważniejsze, żeby ci jego nowi kompani nie byli za bardzo naiwni. To znaczy, żeby nie wydawało im się, broń Boże, że ludzie mają coś do gadania. I że można im na zbyt wiele pozwalać.
W moim przekonaniu, zresztą, Kuczyński trafił idealnie. Bo raz, że ma wreszcie kogoś kto ma realną władzę, kogoś kto potrafi o tę władzę walczyć, no a przede wszystkim z jednej strony gardzi motłochem, a z drugiej strony wie, że trzeba bardzo się starać, żeby ten motłoch, w miarę możliwości nieprzerwanie, oszukiwać. Albo przez własną inicjatywę, albo przez wynajęte firmy piarowskie, które znają się na tej robocie najlepiej. Udało mu się więc odnaleźć swoje dawne towarzystwo, tyle że w o wiele nowocześniejszym wydaniu i z o wiele ciekawszymi perspektywami.
Piszę więc dziś sobie o ludziach starej Unii Demokratycznej, ich fantazjach, kompleksach i ich nieustannym rozkładzie, jednak nie dlatego, że jakoś chciałem uczcić ich ostatnie telewizyjne występy, ani też po to, by jakoś nakarmić swoją nostalgię za latami młodości. Piszę dlatego, ze wczoraj do tej grupy, w pewnym sensie dołączył Ludwik Dorn, człowiek, który zawsze robił wrażenie porządnego populisty, a ostatnio - w momencie jak stał się częścią tak zwanego towarzystwa - z tak okropnym przytupem pokazał wszem i wobec, co on sądzi o demokracji.
Jak wiemy, Dorn jest ciężko skonfliktowany ze swoja partią i ze swoimi byłymi partyjnymi kolegami. Ja - jak już wielokrotnie tu zaznaczałem - mam swoja własną teorię na temat faktycznych przyczyn tego konfliktu, jednak dla dobra argumentacji, pozwolę sobie założyć, że jest dokładnie tak, jak mówi Dorn. Czyli PiS przegrał wybory, bo władze partii sknociły sprawę, a obecnie, zamiast wyciągnąć wnioski z porażki, jeszcze dalej brną w tę drogę bez wyjścia i jeśli dalej tak pójdzie, ukochana partia Dorna osiągnie absolutne dno i w ten sposób zakończy swój niechlubny żywot. Dorn nie chce do tego dopuścić, bo on bez PiS-u nie wyobraża sobie przyszłości, więc staje na głowie, żeby PiS ratować. On nawet ma gotowy plan. Trzeba z PiS-u jak najszybciej wywalić Kaczyńskiego, Gosiewskiego, Kurskiego, Lipińskiego, Kuchcińskiego, Suskiego, Karskiego, Brudzińskiego, Ziobrę, wpuścić trochę świeżej krwi, nawiązać jakieś normalne stosunki z Platformą Obywatelską, spróbować w pewnym momencie Platformę osłabić, być może przejąć z Platformy co bardziej wartościowych polityków, no i wówczas zacząć wreszcie rządzić pełną gębą.
I znów, ja wcale nie zamierzam się z Dorna śmiać, szczególnie, ze robiłem to chyba wystarczająco intensywnie wczoraj. Nie chodzi mi też o to, żeby z nim polemizować i tłumaczyć, że jego plan jest absolutnie nierealny, choćby z tego powodu, że PiS sobie świetnie radzi i nie ma absolutnie żadnego powodu, żeby podporządkowywać się fantazjom Dorna. Chodzi mi o coś dalece bardziej poważnego i w sumie wcale nie wesołego. Myślę bowiem sobie, ze PiS, przy wszystkich swoich błędach i głupstwach, jakie być może uczynił - również z winy samego Jarosława Kaczyńskiego - w czasie kampanii wyborczej zeszłej jesieni, dokładnie w tym zestawie personalnym, jaki tak dziś drażni Dorna, uzyskał ponad pięciomilionowe wsparcie wyborców. Co to znaczy? Nie mniej ni więcej, oznacza to tyle, że ponad pięć milionów Polaków, wbrew ciężkiej, często strasznie ciężkiej, antypisowskiej propagandzie, poszło do wyborów i zagłosowało właśnie na tych ludzi, którzy dziś, zdaniem Dorna, niszczą i hańbią jego partię.
Co jeszcze to znaczy? To mianowicie, ze mimo ciągłej intensywnej kampanii antypisowskiej, PiS w znakomitym stylu wygrał uzupełniające wybory do Senatu, a dziś wciąż utrzymuje względnie stałe poparcie społeczne.
I na to wszystko przychodzi Ludwik Dorn i mówi, ze on na to pozwolić nie może, bo on kocha swoją partię, ma swoje plany i już nie może się doczekać aż je będzie mógł zacząć realizować. A ja chciałbym wiedzieć, jak sobie Dorn wyobraża sekwencję zdarzeń? On przeprowadza odpowiednie zmiany w składzie osobowym PiS-u, Jarosława Kaczyńskiego oczywiście usuwa, a wyborcy PiS-u co na to? Co Dorn im wtedy zaproponuje? Czy on ich może przekona, że oni są w sumie świetni, tylko, że obstawili nie do końca właściwego konia? I co Dorn sobie wyobraża dalej? Że ci sami ludzie, którzy wcześniej głosowali na Kaczyńskiego, teraz zagłosują na Dorna, który im właśnie wyjaśnił, że Kaczyński jest do kitu? Te 5 milionów ludzi, którzy postawiło na PiS wbrew wszystkim możnym tego świata, zgodnie z własnymi wyobrażeniami o tym, jaka ma być Polska, zgodnie z własnym sumieniem, teraz przeniesie swoje głosy na Dorna, który właśnie przed chwilą zniszczył ich partię i twierdzi, że to wcale nie on? A do tego jeszcze, część zawiedzionych zwolenników Platformy się przyłączy do zwycięskiego Dorna, bo oni tak w gruncie rzeczy zawsze marzyli, żeby być z PiS-em, tyle że im przeszkadzali Gosiewski z Kaczyńskim?
Więc nie. Dorn aż tak głupi nie jest. Ale jemu też chodzi o coś zupełnie innego. Jemu chodzi o władzę. Czystą władzę. Bo on w ogóle dziś już nie myśli o wyborcach. On obecnie ma wyborców w głębokiej pogardzie. Jeśli idzie o kolejne wybory, to on wie, że na razie nie ma o czym gadać. A później się zobaczy. Jakieś rozwiązanie się znajdzie. On jest mądry. On zrobi to wszystko, co wcześniej nie udało się ani Michnikowi, ani Geremkowi, a później Tuskowi, i zrobi to lepiej. On już nawet ma gotową nazwę: demokraci.com.
Jak dziś premier Schetyna mówi, że Platforma gotowa jest nawet zlekceważyć wszelkie możliwe procedury demokratyczne, byle tylko móc prowadzić swoją politykę, to Dorn się z tego śmieje. On wie, że bez niego im się nie uda. Bo bez niego nie uda się nikomu. Taki to już jest przypadek.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...