środa, 27 maja 2026

Czekając na ruską brzozę

 

Dziś już niemal 15 lat temu zamieściłem tu tekst zatytułowany „Józek, czyli Polska w budowie”, o pewnym moim znajomym, tak zwanym fachowcu od wszystkiego, dodam, że znakomitym fachowcu, który znalazł się na bezrobociu. Czemu tak, tego już nie pamiętam, ale pewnie dlatego, że budowlana firma, która go zatrudniała splajtowała, no i nasz Józek trafił na tak zwany bruk. Ponieważ Józek mieszkał w pobliżu, a ja parę razy dziennie musiałem wychodzić z psem na spacer, spotykałem Józka bardzo często i słuchałem jak mi mówi, że dzień w dzień chodzi w różne miejsca pytając o pracę, ale bez rezultatu. Któregoś dnia opowiedział, jak to przez trzy miesiące pracował na którejś z budów, ale gdy za trzecim razem mu nie zapłacono, obiecując, że może w przyszłym miesiącu, rzucił tę robotę i znów wstawał wcześnie rano, chodził wszędzie gdzie widział, że coś się buduje, aż któregoś dnia się pochorował i umarł.

Minęły lata, nadszedł rok 2015 i wszystko zaczęło się powoli zmieniać w taki sposób, że w pewnym momencie specjaliści w rodzaju Józka nie wiedzieli w co ręce włożyć, tym razem jednak już bez Józka, który niestety nie na ten swój pociąg nie zdążył.

Dziś jesteśmy w nowych, szczerzących do nas w uśmiechu swe zęby, czasach i, jak czytam w Onecie, bezrobocie w Polsce jest największe od pięciu lat. Oczywiście Onet nie byłby sobą, gdyby pod koniec swojego tekstu nie zagmatwał całego przekazu, sugerując, że tak naprawdę, to mimo że owo bezrobocie urosło, to właściwie też spadło, i sobą też nie byliby komentujący ów donos, pisząc, że ono w ogóle nie wzrosło, tylko w roku 2025 zmieniły się kryteria określające, czym tak naprawdę jest bezrobocie i w ten sposób mnóstwo ludzi, którzy rejestrują się w urzędach pracy tylko po to, żeby mieć darmowa obsługę medyczną, chcą tylko uśmiechniętą Polskę postraszyć.

A więc przeczytałem wspomniany tekst i pomyślałem sobie, że opowiem pewną historię. Otóż, jak część z nas wie, moja młodsza córka, dwa lata temu została zdiagnozowana z tzw. glejakiem 3 stopnia, co sprawiło, że musiała udać się na bardzo poważne leczenie, włącznie z operacją wycięcia guza i konsekwentnie radioterapią, chemioterapią i czym tam jeszcze. Dzięki niewątpliwym talentom i pełnej poświęcenia pracy lekarzy, ale też nieustannym błaganiom kierowanym do Pana Boga o uzdrowienie, i dzięki Jego miłosierdziu, dziecko moje wróciło do domu i po odpowiedniej rekonwalescencji wróciło też do zdrowia.

Wróciło więc do zdrowia i zgłosiło się oczywiście do swojej dotychczasowej firmy, gdzie była doceniana, lubiana i szanowana, no i tam ją poinformowano, że jej stanowisko zostało już zajęte przez kogoś innego, no i że powinna się rozejrzeć za czyś nowym.

I teraz jest tak, że ona od kilku dobrych miesięcy dzień w dzień, jak swego czasu wspomniany Józek, wysyła CV – podkreślam, że CV bardzo, bardzo dobre – i wszystko jak grochem o ścianę. Dosłownie jak grochem o ścianę, bo mimo że tych maili wysłała już paręset, otrzymała odmownych odpowiedzi może trzy czy cztery. Wszystkie pozostałe spotkał los wspomnianego przysłowiowego grochu. Jednego zdania, jednego słowa. Zero reakcji. Co ciekawe, w większości wypadków ona słała tę swoje zgłoszenia w odpowiedzi na publikowane oferty – i tu też niemal za każdym razem, żadnej nawet odpowiedzi, typu dziękujemy, ale nie, bo oferta już nieaktualna. W swojej desperacji, ona była gotowa przyjąć pracę gdziekolwiek, choćby jako pani rejestratorka w ośrodku zdrowia – bez reakcji.

A zatem, jeśli mam skomentować informacje na temat sytuacji na rynku pracy, w tym ów pokrętny tekst Onetu, gdzie, co szczególnie zabawne, oni piszą, że akurat wśród ludzi młodszych bezrobocie faktycznie spadło, a gorzej mają osoby w średnim i starszym wieku, to nie pozostaje mi nic innego jak zapewnić wszystkich Państwa, że polskie państwo znajduje się na kursie i ścieżce i tylko czekać, jak na horyzoncie pojawi się odpowiednio wyrośnięta już odpwiednio po latach ruska brzoza.

niedziela, 10 maja 2026

Czy Donald Tusk wierzy w Boga?

 

      Gdy chodzi o kardynała Rysia, czy wielu innych księży, biskupów, arcybiskupów i kardynałów, to często bywa tak, że czuję rozczarowanie tym, co oni mówią, czy jak się zachowują i się zaczynam krzywić. Staram się jednak publicznie na nich za bardzo nie narzekać, a tym bardziej nie obrzucać ich obelgami. Postępuję tak z dwóch powodów. Pierwszy to ten, że oni wszyscy, a już zwłaszcza biskupi są objęcia szczególną ochroną Kościoła i każda próba przełamywania owej ochrony stanowi bardzo ciężki grzech. Drugi jest już czysto osobisty. Otóż ja mam świadomość, że Kościół Powszechny, jest tak naprawdę jedyne co mam i nieopisaną tragedią by było, gdybyśmy nagle ich wszystkich stracili. Wielokrotnie przez wszystkie te lata, jak prowadzę swój blog, wyrażałem opinię, że Kościoła trzeba zawsze bronić, a skoro Kościoła, to jak najbardziej powołanych przez Niego osób duchownych. A dziś, w tych szczególnych czasach, gdy mój Kościół jest narażony na niespotykaną chyba wcześniej agresję Szatana, czuję się w obowiązku by Go bronić. Nie krytykować, nie wzywać do opamiętania, nie ogłaszać konieczność zmian, a to dlatego, że jestem głęboko przekonany, że jeśli się weźmiemy tu za łby, to wspomnianemu Szatanowi bardzo by się spodobało.

      Ale, jak się można już było domyślić, chciałem dziś mówić o kardynale Grzegorzu Rysiu i przedstawionej przez niego u Bogdana Rymanowskiego nauki w temacie Boga i naszej chrześcijańskiej wiary. Na początek może przytoczę możliwie wiernie słowa jakie kard. Ryś wypowiedział w odpowiedzi na pytanie Rymanowskiego: „Czy ma Ksiądz Kardynał czasem wątpliwości, że Pan Bóg istnieje?”:

Chyba aż tak to nie, bo to jest bardzo poważna teza, że Pan Bóg nie istnieje. Myślę jednak, że dla chrześcijanina to nie jest najważniejsze pytanie. Nie chodzi bowiem o to, czy Bóg jest czy Go nie ma, tylko czy się objawił w  Jezusie Chrystusie, lub czy się w ogóle objawił i czy ma dla nas Słowo. Kluczowe w wierze jest to by wierzyć Bogu na Słowo  i to tak, by ku temu Słowu iść. To jest dopiero wiara chrześcijańska. A ona nie polega na tym, by wierzyć że Bóg istnieje. W liście św. Jakuba jest taki fragment: „Czy wierzysz, że jest Bóg?” „Wszystkie Diabły wierzą i drżą”.

A więc Diabeł nie wierzy w Boga w takim sensie jak tego wymaga od nas wiara chrześcijańska. W Ewangelii jest takie wydarzenie, gdy Jezus spotyka ludzi opętanych i oni dokładnie wiedzą, kto to jest i mówią: „Przyszedłeś nas zgubić”. I to jest niewiara. Że spotykam się z Bogiem w Jezusie i mam przekonanie, że On mnie  zgubi. Nie chodzi więc w wierze tylko o to by wierzyć, że On istnieje. Jest milion powodów, żeby nawet bez żadnej  wiary tak twierdzić.

Spotkaliśmy się w Łodzi z prof. Meissnerem, wielkim fizykiem teoretycznym i on mówił, że kiedy uprawia tę swoją niesłychaną dziedzinę nauki, to musi wstrzymać sąd, czy Pan Bóg istnieje czy nie, bo to nie jest kompetencja wprost nauki, ale gdyby miał się wypowiadać, to raczej byłby na tak, niż na nie.  Piśmie Świętym jest mowa o tym, że nawet w oparciu o same rozumowanie można dojść do przekonania, że Bóg istnieje, a nawet do opisania kliku Jego cech. Ale do tego nie jest potrzebna wiara, która jest oparta o Objawienie”.

       Nie wiem, jak na powyższe słowa Kardynała zareagował załóżmy taki Donald Tusk, który dopiero co spotkał się z Leonem XIV i z całą pewnością ma dużo do powiedzenia w kwestii chrześcijańskiej wiary, ale bardzo bym się zdziwił, gdyby on na nie nie dostał cholery, i to nie dlatego, że dostrzegł w nich próbę zakwestionowania istnienia Pana Boga, ale wręcz przeciwnie: Donalda Tuska  - człowieka, który z całą pewnością jest przekonany, że Bóg istnieje -  wypowiedź Kardynała musiałaby doprowadzić do furii, dlatego, że on w niej poinformował Tuska bardzo czytelnie, że on sobie tę swoją wiarę w Boga może wsadzić w tę bezzębną paszczę, jeśli jednocześnie nie wierzy w to, że On objawił się w Jezusie Chrystusie i ma dla nas Słowo. Bo jego wiara w Boga jest niczym, jeśli on w Niego wierzy i drży. A zatem, myślę sobie, że Donald Tusk, jeśli tych słów kard. Rysia wysłuchał, zaczął drżeć jeszcze bardziej. Zaczął drżeć jak jasna cholera.

    No ale tego, choć się domyślam, oczywiście nie wiem. Wiem natomiast, jak na słowa Kardynała zareagowali wszyscy ci, którzy zwłaszcza ostatnio zaczęli się zastanawiać, kto jest gorszy: Tusk czy Ryś? Otóż o ile się zdążyłem zorientować, zdecydowana większość prawe sceny uznała Rysia za Antychrysta. I to jest dla mnie czymś niepojętym. Kardynał Ryś, stając wobec jakże trywialnego dylematu Rymanowskiego, czy istnieje pewność, że Bóg istnieje, postanawia i jemu i przy okazji nam udzielić bardzo głębokiej nauki na temat tego, czym jest nasza wiara, w dodatku robi to, tak jak biskupom się to raczej nie zdarza, a więc bardzo przejrzyście i co najważniejsze krótko. Tłumaczy mianowicie, że  w to iż Bóg istnieje, poza skrajnymi ateistami wierzą dosłownie wszyscy, włącznie z liberałami, socjalistami, nazistami, żydami, masonami, okultystami, czy wreszcie z samymi satanistami. O Donaldzie Tusku akurat nie wspomniał, ale też i po co? Zwracając się do Rymanowskiego jak do dziecka, wyjaśnia, że jeśli chcemy uważać się za chrześcijan, nie wystarczy nam powiedzieć, że wierzymy w Boga, ale musimy w naszych sercach rozważyć, czy wierzymy w to, że On, by nas odkupić, przyjął ludzkie ciało, zszedł na Ziemię, został umęczony i pogrzebany i zgodnie z zapowiedziami proroków, trzeciego dnia zmartwychwstał i przyjdzie powtórnie, by tych którzy przyjęli Jego Słowo, zabrać do wieczności.

       Wydawałoby się, że to jest takie proste! Co ja mówię, proste? Jestem pewien, że tak naprawdę to co nam powiedział kardynał Ryś, wielu z nas tak naprawdę zawsze wiedziało, tyle że nie potrafiliśmy może tego sobie tak mocno uświadomić. A mimo to nagle zaczynamy się zachowywać, jak wypisz wymaluj znani nam tak dobrze bezbożnicy.

Czekając na ruską brzozę

  Dziś już niemal 15 lat temu zamieściłem tu tekst zatytułowany „Józek, czyli Polska w budowie”, o pewnym moim znajomym, tak zwanym fachowc...