Gdy chodzi o kardynała Rysia, czy wielu innych księży, biskupów,
arcybiskupów i kardynałów, to często bywa tak, że czuję rozczarowanie tym, co
oni mówią, czy jak się zachowują i się zaczynam krzywić. Staram się jednak publicznie
na nich za bardzo nie narzekać, a tym bardziej nie obrzucać ich obelgami.
Postępuję tak z dwóch powodów. Pierwszy to ten, że oni wszyscy, a już zwłaszcza
biskupi są objęcia szczególną ochroną Kościoła i każda próba przełamywania owej
ochrony stanowi bardzo ciężki grzech. Drugi jest już czysto osobisty. Otóż ja
mam świadomość, że Kościół Powszechny, jest tak naprawdę jedyne co mam i nieopisaną
tragedią by było, gdybyśmy nagle ich wszystkich stracili. Wielokrotnie przez
wszystkie te lata, jak prowadzę swój blog, wyrażałem opinię, że Kościoła trzeba
zawsze bronić, a skoro Kościoła, to jak najbardziej powołanych przez Niego osób
duchownych. A dziś, w tych szczególnych czasach, gdy mój Kościół jest narażony
na niespotykaną chyba wcześniej agresję Szatana, czuję się w obowiązku by Go
bronić. Nie krytykować, nie wzywać do opamiętania, nie ogłaszać konieczność
zmian, a to dlatego, że jestem głęboko przekonany, że jeśli się weźmiemy tu za łby,
to wspomnianemu Szatanowi bardzo by się spodobało.
Ale, jak się można
już było domyślić, chciałem dziś mówić o kardynale Grzegorzu Rysiu i przedstawionej
przez niego u Bogdana Rymanowskiego nauki w temacie Boga i naszej
chrześcijańskiej wiary. Na początek może przytoczę możliwie wiernie słowa jakie
kard. Ryś wypowiedział w odpowiedzi na pytanie Rymanowskiego: „Czy ma Ksiądz
Kardynał czasem wątpliwości, że Pan Bóg istnieje?”:
„Chyba aż tak to nie, bo to jest bardzo poważna teza, że
Pan Bóg nie istnieje. Myślę jednak, że dla chrześcijanina to nie jest
najważniejsze pytanie. Nie chodzi bowiem o to, czy Bóg jest czy Go nie ma, tylko
czy się objawił w Jezusie Chrystusie,
lub czy się w ogóle objawił i czy ma dla nas Słowo. Kluczowe w wierze jest to
by wierzyć Bogu na Słowo i to tak, by ku
temu Słowu iść. To jest dopiero wiara chrześcijańska. A ona nie polega na tym,
by wierzyć że Bóg istnieje. W liście św. Jakuba jest taki fragment: „Czy wierzysz,
że jest Bóg?” „Wszystkie Diabły wierzą i drżą”.
A więc Diabeł nie wierzy w Boga w takim sensie jak tego
wymaga od nas wiara chrześcijańska. W Ewangelii jest takie wydarzenie, gdy
Jezus spotyka ludzi opętanych i oni dokładnie wiedzą, kto to jest i mówią: „Przyszedłeś
nas zgubić”. I to jest niewiara. Że spotykam się z Bogiem w Jezusie i mam
przekonanie, że On mnie zgubi. Nie
chodzi więc w wierze tylko o to by wierzyć, że On istnieje. Jest milion powodów,
żeby nawet bez żadnej wiary tak twierdzić.
Spotkaliśmy się w Łodzi z prof. Meissnerem, wielkim
fizykiem teoretycznym i on mówił, że kiedy uprawia tę swoją niesłychaną
dziedzinę nauki, to musi wstrzymać sąd, czy Pan Bóg istnieje czy nie, bo to nie
jest kompetencja wprost nauki, ale gdyby miał się wypowiadać, to raczej byłby
na tak, niż na nie. Piśmie Świętym jest
mowa o tym, że nawet w oparciu o same rozumowanie można dojść do przekonania,
że Bóg istnieje, a nawet do opisania kliku Jego cech. Ale do tego nie jest
potrzebna wiara, która jest oparta o Objawienie”.
Nie wiem, jak na powyższe słowa Kardynała
zareagował załóżmy taki Donald Tusk, który dopiero co spotkał się z Leonem XIV
i z całą pewnością ma dużo do powiedzenia w kwestii chrześcijańskiej wiary, ale
bardzo bym się zdziwił, gdyby on na nie nie dostał cholery, i to nie dlatego,
że dostrzegł w nich próbę zakwestionowania istnienia Pana Boga, ale wręcz
przeciwnie: Donalda Tuska - człowieka,
który z całą pewnością jest przekonany, że Bóg istnieje - wypowiedź Kardynała musiałaby doprowadzić do
furii, dlatego, że on w niej poinformował Tuska bardzo czytelnie, że on sobie
tę swoją wiarę w Boga może wsadzić w tę bezzębną paszczę, jeśli jednocześnie nie
wierzy w to, że On objawił się w Jezusie Chrystusie i ma dla nas Słowo. Bo jego
wiara w Boga jest niczym, jeśli on w Niego wierzy i drży. A zatem, myślę sobie,
że Donald Tusk, jeśli tych słów kard. Rysia wysłuchał, zaczął drżeć jeszcze
bardziej. Zaczął drżeć jak jasna cholera.
No ale tego, choć
się domyślam, oczywiście nie wiem. Wiem natomiast, jak na słowa Kardynała zareagowali
wszyscy ci, którzy zwłaszcza ostatnio zaczęli się zastanawiać, kto jest gorszy:
Tusk czy Ryś? Otóż o ile się zdążyłem zorientować, zdecydowana większość prawe
sceny uznała Rysia za Antychrysta. I to jest dla mnie czymś niepojętym.
Kardynał Ryś, stając wobec jakże trywialnego dylematu Rymanowskiego, czy
istnieje pewność, że Bóg istnieje, postanawia i jemu i przy okazji nam udzielić
bardzo głębokiej nauki na temat tego, czym jest nasza wiara, w dodatku robi to,
tak jak biskupom się to raczej nie zdarza, a więc bardzo przejrzyście i co
najważniejsze krótko. Tłumaczy mianowicie, że
w to iż Bóg istnieje, poza skrajnymi ateistami wierzą dosłownie wszyscy,
włącznie z liberałami, socjalistami, nazistami, żydami, masonami, okultystami,
czy wreszcie z samymi satanistami. O Donaldzie Tusku akurat nie wspomniał, ale
też i po co? Zwracając się do Rymanowskiego jak do dziecka, wyjaśnia, że jeśli chcemy
uważać się za chrześcijan, nie wystarczy nam powiedzieć, że wierzymy w Boga,
ale musimy w naszych sercach rozważyć, czy wierzymy w to, że On, by nas odkupić,
przyjął ludzkie ciało, zszedł na Ziemię, został umęczony i pogrzebany i zgodnie
z zapowiedziami proroków, trzeciego dnia zmartwychwstał i przyjdzie powtórnie,
by tych którzy przyjęli Jego Słowo, zabrać do wieczności.
Wydawałoby się,
że to jest takie proste! Co ja mówię, proste? Jestem pewien, że tak naprawdę to
co nam powiedział kardynał Ryś, wielu z nas tak naprawdę zawsze wiedziało, tyle
że nie potrafiliśmy może tego sobie tak mocno uświadomić. A mimo to nagle
zaczynamy się zachowywać, jak wypisz wymaluj znani nam tak dobrze bezbożnicy.