niedziela, 31 lipca 2011

Powrót człowieka w sukience

O powrocie Krzysztofa Piesiewicza dowiedziałem się z „Rzeczpospolitej”, którą czytam w weekendy. Wszystko inne, co wiem na temat jego najświeższych starań, by na kolejne cztery lata zachować bezkarność, to już tylko relacje znajomych, oparte z kolei na relacjach mediów. W wypowiedzi Piesiewicza dla „Rzeczpospolitej”, uderzyły mnie właściwie tylko dwie rzeczy. Uderzyły do tego stopnia, że gdyby cały ten wywiad ograniczony był wyłącznie do tych dwóch kwestii – byłbym dokładnie tak samo usatysfakcjonowany, jak jestem obecnie. Chodzi mi mianowicie najpierw o fragment, w którym wyjaśnia Piesiewicz, że on z zasady nie trzyma u siebie w domu damskich strojów, lecz tylko czasami, ktoś mu je przyniesie, i, korzystając z jego nieuwagi, go w nie przebierze, a dalej o informację, że, kiedy on przekazywał złym ludziom niemal cały swój majątek, to nie w odpowiedzi na szantaż, lecz w ramach „odkupywania od nich swojej godności”. Jakoś tak.
Jeśli w minioną niedzielę, wręcz rzutem na linię, kupiłem sobie tygodnik „Wprost”, to za tym gestem stały sprawy dla mnie daleko bardziej interesujące, niż nędzne życie senatora Piesiewicza. Poszło mianowicie o to, że pewien kolega poinformował mnie, że w tym właśnie wydaniu „Wprostu” opisana jest historia rodziny niejakich Likusów, a ja Likusami się nieco interesuję. Czemu się nimi interesuję? Otóż tylko i wyłącznie ze względu na pewien hotel, który znajduje się w moim mieście i jest Likusów własnością, oraz ze względu na okolice tego hotelu, które – jak głosi plotka, owi Likusowie, przynajmniej jeszcze jakiś czas temu, mieli zamiar elegancko zagospodarować. Czemu się zainteresowałem Likusami dziś? Z tego mianowicie powodu, że – wedle relacji mojego kolegi – autor artykułu we „Wproście” sugeruje, że Likusowie, to zwykła mafia. A ja chciałem się przekonać o tym bardziej osobiście.
Stało się jednak tak, że ponieważ zacząłem przeglądać to wydanie „Wprostu” od początku, najpierw przeczytałem wstępniak Lisa, następnie rozmowę tego samego Lisa z Piesiewiczem i, zanim jeszcze dotarłem do Likusów, zatrzymałem się w tym miejscu i pomyślałem, że, zanim mi przejdzie, muszę szybko coś napisać. I to napisać tak, żeby jednocześnie i zamknąć sprawę Krzysztofa Piesiewicza, a przy okazji powiedzieć coś na tematy bardziej ogólne i znacznie od niego samego ważniejsze.
Rozmowa Tomasza Lisa jest znacznie dłuższa od tego, co miałem okazję czytać jakiś czas temu w „Rzeczpospolitej”, jednak zarówno główne punkty obrony, jak i cały jej zamysł pozostaje ten sam. Widać tu już naprawdę bardzo wyraźnie, że czas, który upłynął od tamtego wydarzenia sprzed lat, kiedy to – może przypomnę – Krzysztof Piesiewicz wpuścił do swojego mieszkania dwie ekskluzywne kurwy, a następnie, po to, by to, co się tam w tym mieszkaniu między nimi odbywało, nie ujrzało światła dziennego, zawarł bliższe związki z paroma kolegami owych kurew, Piesiewicz wykorzystał bardzo owocnie. Powiedzmy tak owocnie, jak w jego sytuacji, już bardziej się nie dało. Dziś chciałem najpierw napisać trochę o tych owocach, a następnie o sprawach, jak mówię, znacznie bardziej poważnych.
Mówi więc Piesiewicz Lisowi, podobnie jak wcześniej „Rzeczpospolitej”, że on tych ciuchów u siebie nie trzymał. Że to nie jego sukienki, lecz sukienki przyniesione mu do domu przez złych ludzi. Mówi też – i tu widać ów kunszt prawniczy – że nie ma mowy o żadnym szantażu. Przynajmniej nie na etapie wstępnym. Kiedy Piesiewicz dawał tym bandziorom pieniądze, to nie jako osoba szantażowana, lecz jako ktoś, kto chce, nie kupić, ale „odkupić” – Piesiewicz bardzo się stara, żeby to słowo zostało zapamiętane – swoją godność. On nie mógł płacić szantażystom, bo przede wszystkim, ktoś taki jak on z szantażystami się nie zadaje, a poza tym, za cóż on niby miał im płacić? Owszem, później szantaż faktycznie się pojawił, no ale wtedy Piesiewicz natychmiast, jak przystało na uczciwego obywatela, powiadomił organa ścigania.
A więc to jest już stały element przyjętej przez senatora Piesiewicza obrony przed atakami ludzi podłych i niewrażliwych, którzy chcą, jak pisze Tomasz Lis w artykule wstępnym do tego wywiadu, go „dobić”. Jest jednak element nowy. Otóż okazuje się, że, jeśli Piesiewicz zadawał się z kurwami, to z całą pewnością, bezwiednie i całkowicie wbrew sobie. Było mianowicie tak, że jechał on sobie swoim samochodem, i w okolicach hotelu „Marriott” spotkał pewną panią. Piesiewicz wprawdzie nie wyjaśnia, jak do tego spotkania mogło dojść, skoro on jechał samochodem, a ona sobie stała przed hotelem, no ale jakoś się zgadali i porozmawiali ze sobą przez opuszczoną przez Piesiewicza szybkę swojego mercedesa. Natomiast to co jest tu najważniejsze, to fakt, że, jak opowiada Piesiewicz, ona w ogóle nie sprawiała wrażenia, że „może wykonywać najstarszy zawód świata. Jej zachowanie, ubiór, sposób mówienia, absolutnie na to nie wskazywały. Zresztą później okazało się, ze ta osoba pracowała w różnych instytucjach. Była np. asystentką prezesa jakiejś spółki”. A zatem to wszystko było nie tak, jak sugerowały media. Piesiewicz ani się nie zadawał z szantażystami, ani z kurwami. On zwyczajnie, jak to się każdemu może zdarzyć, jechał samochodem i zobaczył porządną dziewczynę, która wyglądała na asystentkę jakiegoś prezesa, zatrzymał się, ona się uśmiechnęła, a że robiła wrażenie osoby sympatycznej, pogadał z nią przez opuszczoną szybę, no i normalnie – umówił się na wieczór, że ona do niego wpadnie. Po co? Ot tak, pogadać. Przecież nie po to, by między nimi miało dojść do jakichś brzydkich rzeczy.
Później zresztą on też się spotykał i z nią i z jej koleżanką i z jej kolegami wyłącznie przez tę, podpowiedzianą mu przez Lisa, nieznośną lekkość bytu. No i współczucie dla ludzkich przypadków i nieszczęść. Oto na przykład Piesiewicz dowiaduje się, że jakaś Zosia na Wszystkich Świętych poszła z rodziną na cmentarz w Marysinie Wawerskim i jej jamnik poszedł do lasu i wykopał plastikową torbę z płytą z jego, Piesiewicza, numerem telefonu . Zosia dodaje, że „ja, przepraszam, ja tę płytę przegrałam, byłam poruszona tymi zdjęciami”.. Lis, poruszony tą opowieścią, pyta Piesiewicza grzecznie, jak to się stało, że on w tę bujdę uwierzył, na co Piesiewicz bez mrugnięcia okiem wali dalej: „Żeby to nie wiem, jak brzmiało, to proszę pamiętać, że ja miałem w życiu kilka jamników. Mój brat, który w czasie tej afery zmarł, nie wytrzymał tego, miał hodowlę jamników. Ta pani, wygląda jak pięćdziesięciokilkuletnia, sympatyczna pielęgniarka i mówi, że miała niedawno operację, są jej potrzebne pieniądze i że należy się znaleźne. Mówię, że zawsze należy się znaleźne, pani się przyzwoicie zachowała”…
Mało? Proszę bardzo. Można tak bez końca. Źli ludzie, którzy zasadzili się na senatora Piesiewicza, doskonale wiedzieli, jak go podejść. Oni – w odróżnieniu od nas, potworów bez serca i rozumu – wiedzieli na przykład, że Piesiewicz to człowiek wrażliwy i pełen chrześcijańskiego współczucia. I że z nim trzeba po chrześcijańsku, a nie z nienawiścią. I oto jeden z nich wysyła do Piesiewicza esemesa: „Nie chcę mieć tych filmików. Wierzę w Boga i wiem, że on jest sprawiedliwy, i że pana piekło się skończy, chodzi tylko o to, żeby pan zabrał ten ostatni element, którego ja już nie chcę mieć. Potrzebne mi są pieniądze na mieszkanie”. Dziś Piesiewicz tak to komentuje: „Widzi pan, jak to jest zredagowane. Cała moja działalność była nastawiona na kontakt z ludźmi, na pomaganie ludziom. No i to słowo ‘Bóg’”.
Dla zwykłych ludzi, najlepiej zwykłych, takich jak my, wieśniakow, to wszystko, co opisałem powyżej, to – jeśli tylko ktoś nas zapewni, że to nie jest jakieś wymyślone głupstwo – jedynie kupa śmiechu, lub opowieści jakiegoś wariata. Dla części z nas, pewnie tej bardziej niestety wykształconej, to ani kupa śmiechu, ani bredzenia szaleńca, lecz zwykła gadka jeszcze jednego adwokata, tyle że w jednaj z tych jego przegranych spraw. I najlepiej by było oczywiście, dla wspólnej rozrywki, powiedzieć to wszystko, co było do powiedzenia i sprawę zamknąć, tyle że czasy mamy takie, że to co jest z pozoru oczywiste, nagle może się okazać bardzo skomplikowaną materią. Tak skomplikowaną, że nie dość, że nie ma wręcz możliwości sformułowania jednoznacznej oceny tego co wydaje się, że stoi jak byk przed naszym nosem, ale nagle wychodzi na to, że to co smutne, jest wesołe, to co straszne jest zupełnie przyjazne, a to co tchórzliwe jest jak najbardziej bohaterskie. Z artykułu wstępnego Tomasza Lisa, wynika jednoznacznie, że on akurat, w tym całym obłędzie, trzyma stronę Krzysztofa Piesiewicza. Ktoś mi właśnie podpowiada, że Janina Paradowska już zakomunikowała, ze ona akurat w wyborach do Senatu będzie głosowała na Piesiewicza. Nawet Kazimierz Kutz – który zachował przynajmniej tyle ostrożności, by o Piesiewiczu mówić z zachowaniem pewnego dystansu – mówi o nim jednak, mimo wszystko, jak o kimś, o kim można mówić, jak przynajmniej o człowieku. A przynajmniej o człowieku zdecydowanie bardziej ludzkim, niż taki na przykład Jarosław Kaczyński. No i wszyscy oni, jednym głosem wołają, by dać Krzysztofowi Piesiewiczowi szansę. Że niech go ocenią wyborcy.
A ja się zastanawiam nad tym, co się stanie, jak wyborcy też postanowią dać mu szansę, i Piesiewicz ponownie zostanie wybrany senatorem? Jeśli te brednie, które on sobie tak starannie opracował i które z taką konsekwencją powtarza w kolejnych wywiadach, zostaną przez wyborców uznane za warte ich głosu, i to wszystko co on dotychczas zrobił i to, co on ciągle wyprawia, uzyska tak potężną autoryzację? Otóż ja się obawiam, że, przynajmniej z mojego punktu widzenia, zostanie przekroczona pewna, wydawałoby się jednak nieprzekraczalna granica. Oczywiście, bywało już tak, że ludzie na swoich przedstawicieli wybierali wariatów, głupców, a nawet gangsterów. Jednak zawsze można było powiedzieć, że albo frekwencja była tak niska, że sukces odniosłaby nawet kupa gówna, gdyby tylko znalazł się ktoś z pieniędzmi, który by ją odpowiednio przez tę kampanię przeprowadził, albo że to gangsterstwo, czy idiotyzm nie były wcale takie jednoznaczne. W przypadku Piesiewicza, nie uwolni nas od odpowiedzialności ani niska frekwencja, albo jakakolwiek niejednoznaczność. I jeśli on jednak tym senatorem zostanie, ja nie wiem, jak my będziemy potrafili dalej żyć.
Ale jeszcze będziemy musieli poradzić sobie z czymś więcej. Nawet dziś, problem ten stoi przed nami jak ściana. Otóż Krzysztof Piesiewicz już uzyskał to swoje poparcie wśród całej kupy najróżniejszych celebrytów i osób publicznego jak najbardziej zaufania. A ja się zastanawiam, skąd się to poparcie wzięło? Oczywiście, część z nich to koledzy Piesiewicza, więc tu sprawa jest, powiedzmy, że dosyć czytelna. Z całą pewnością, wielu z nich to zwykli durnie, którzy nie rozumieją nigdy i nic, poza tą jedną informacją, że życie jest ciężkie i pełne niespodzianek, a człowiek nie ma i tak wiele do gadania. Są też wśród nich i tacy, którzy mają na sumieniu rzeczy co najmniej tak wstydliwe, jak te, które sobie sprawił Piesiewicz i jakoś nie mają tu siły protestować. Natomiast nie ma wątpliwości, że są też tacy – jak choćby tylko ten Lis i Paradowska – którzy świetnie wiedzą, że on zrobił z siebie pośmiewisko, i nie ma słów, które są go tu w stanie usprawiedliwić, natomiast uważają przy tym, że jeśli nasz świat ma się odpowiednio rozwijać, to trzeba robić wszystko, by styl życia, jaki sobie wybrał Krzysztof Piesiewicz, kiedyś się stał stylem co najmniej równoprawnym. By kurwienie się, narkotyzowanie, nałogowe kłamstwa, zdrada, niewierność, bezprzytomny hedonizm, udręczenie innych (Piesiewicz sam przyznaje, przez to jego niezwykłe zaangażowanie że zmarł jego brat) stały się naszym chlebem powszednim, i żeby w przyszłości już nigdy nikomu nie przyszło do głowy takie sprawy jak sprawa Krzysztofa Piesiewicza opisywać przy pomocy kategorii moralnych, lecz co najwyżej intelektualnych.
I wtedy wreszcie nastanie nowy porządek. Ktoś kogoś zatłucze na śmierć, a opinia publiczna na to powie,: „No wiesz, to chyba jednak nie było zbyt mądre”. Na co sprawca skromnie spuści oczy i powie: „No, tak, przyznaję. Trochę sobie to wszystko źle wymyśliłem”. I będzie git.
Pozostaje jeszcze jednak kwestia. Otóż Krzysztof Piesiewicz w rozmowie z Lisem mówi tak: „Czasami czuję się gorzej w wolnym kraju, niż w PRL”. I to jest jednak problem. No bo albo uznamy, że jednak Piesiewicz po raz kolejny coś źle wykombinował, albo trzeba nam będzie się zastanowić, jak inaczej rozwiązać sprawę ojca Rydzyka i jego stosunku do III RP i totalitaryzmu.

Kto pamięta pierwszy jeszcze tekst, jaki pojawił się na tym blogu na temat Krzysztofa Piesiewicza i jego sukienki, pamięta też pewnie, że był on utrzymany w tonacji dość żartobliwej. Dziś, jak widzimy, żartów już nie ma. Natomiast sam Piesiewicz, i jego znajomi, radzą sobie zupełnie dobrze. Nam zostaje więc tylko bezradność. W tej sytuacji, możemy już albo się z niego śmiać, albo, gdy śmiechu nie starcza, to czymś sobie w niego porzucać. I tak to jest ze wszystkim. Albo się tu śmiejemy, albo sobie czymś rzucamy. I zawsze tak było. Można to sprawdzić choćby w książce, którą właśnie wydał nam Coryllus i która jest u niego do kupienia. Zachęcam do tego bardzo gorąco. Wystarczy tylko kliknąć w umieszczoną tuż obok okładkę. A jeśli ktoś ma tylko możliwość dalszego wspierania tego bloga przez jakiekolwiek wpłaty na podany - też obok - numer konta, będę szczerze zobowiązany. Dziękuję.

O niewinnej śmierci raz jeszcze

W niedawnym komentarzu, pewien nasz kolega nawiązał do wypowiedzi Morrisseya podczas występu w Warszawie, kiedy ten, komentując ostatnie morderstwa w Norwegii, zwrócił uwagę na nieprzystawalność tej zbrodni, do zbrodni – w jego mniemaniu – o wiele większej, której ofiarą codziennie padają zwierzęta.
Wspomniany komentarz przytacza słowa Morrisseya, sugerując, że świadczą one o jego zidioceniu i że wypowiadając je, Morrissey dowiódł tylko tego, że, jak świat światem, po stronie zajmowanej przez artystów, można znaleźć tylko bezmyślność i głupotę.
Ponieważ sam znam mnóstwo wypowiedzi Morrisseya, które są co najmniej tak bulwersujące, jak ta na temat masakry w Norwegii, w żaden sposób nie umiałem się tą akurat jakoś szczególnie oburzyć. Poza tym wiem, że Morrissey, jako bardzo konsekwentny ekolog, jest obsesyjnie przywiązany do obrony każdego niewinnego życia, i – choć sprawa zwierząt męczy go wyjątkowo – to niemal z takim samym zaangażowaniem występuje przeciw aborcji, eutanazji, pornografii i jakiejkolwiek agresji skierowanej przeciw słabszym. A zatem sprawa tych zwierząt, to wyłącznie kwestia filozofii, natomiast kierunek, w moim odczuciu, jest jak najbardziej słuszny.
Dziś sprawa warszawskiej wypowiedzi Morrisseya obiegła świat do tego stopnia, że zmusiła go do opublikowania oświadczenia. Pozwoliłem sobie je przetłumaczyć i je tu wkleić. Proszę bardzo:
Niedawna seria zabójstw w Norwegii była czymś strasznym. Jak zwykle jednak w takich przypadkach, media ofiarowały zabójcy dokładnie to, czego pragnął – światową sławę. Nie znamy nazwisk ludzi, którzy zostali zamordowani – zupełnie niemal tak, jakby nie zostali oni uznani za na tyle ważnych, by sobie na to zasłużyć. Jednak obłędne pragnienie mediów, by z mordercy uczynić gwiazdę na miarę Kuby Rozpruwacza jest… odrażające. Powinien on zostać pozbawiony imienia, wizerunku, i w kompletnej ciszy zdjęty z przestrzeni publicznej.
Komentarz jaki uczyniłem podczas warszawskiego koncertu, mógłbym uzupełnić o dodatkowe wyjaśnienie. Miliony stworzeń jest rutynowo mordowanych każdego dnia, tylko po to, by przynosić dochód firmom takim jak McDonald’s i KFC, ale ponieważ te morderstwa są dokonywane w majestacie prawa, każe nam się zachować wobec nich obojętność, i nawet nie próbować na ich temat dyskutować.
Jeśli więc ktoś, zupełnie słusznie, jest wstrząśnięty morderstwami w Norwegii, można by oczekiwać, że w ten sam sposób będzie odczuwał wstrząs na wiadomość o zabójstwie KAŻDEGO niewinnego stworzenia. Nie można lekceważyć cierpienia mordowanych zwierząt tylko dlatego, że zwierzęta to ‘nie my’”.
Ktoś powie, że ten rodzaj ekologii jest zwyczajnie chory, i ja – jako niestrudzony miłośnik wszelkiego rodzaju mięs – nie będę się upierał, że jest inaczej. Natomiast nie widzę powodu, żeby w przypadku Morrisseya akurat, nie dostrzec pewnego typu wrażliwości, która – w zupełnie innym wymiarze – jest bliska wielu z nas, a już z całą pewnością bliższa, niż tym wszystkim moralistom, o których wspomina Morrissey w swoim oświadczeni. I jestem pewien, że gdyby on był trochę odważniejszy w głoszeniu swoich poglądów, a rynek, na którym się porusza, mniej bezwzględny, to owo słowa „każdego” on by nie tylko wybił wielkimi literami, ale i nieco bardziej skonkretyzował. Jednak tego nie zrobi. Te futerka oni mu jakoś darują, natomiast małych dzieci by nie przeżył.
I szkoda tylko, że o ile się orientuję, żaden z nas – w tym przede wszystkim ja sam – nie potrafiliśmy się, przy okazji tego norweskiego nieszczęścia, tak jak Morrissey, zdobyć na pewne słowa prawdy w obronie życia, na zarezerwowanym dla naszej wrażliwości poziomie.

Skowyt cieląt brzmi jak ludzki płacz
Zbliża się wyjący nóż
To piękne stworzenie musi umrzeć
To piękne stworzenie musi umrzeć
To śmierć bez powodu
A śmierć bez powodu to morderstwo

Mięso, które tak pięknie przysmażasz
Nie jest ani soczyste, ani smaczne, ani dobre
To śmierć bez powodu
A śmierć bez powodu to morderstwo

I cielę, które zarzynasz z uśmiechem
Jest morderstwem
I indyk który tak uroczyście krajesz
Jest morderstwem
Czy wiesz, jak zwierzęta umierają?

Kuchenne zapachy nie są ani bardzo domowe
ani sympatyczne, ani radosne, ani dobre
To tylko skwiercząca krew i ohydny smród
Morderstwa

Nie jest ani "naturalne", ani "normalne", ani dobre
Ciało które z taką fascynacją smażysz
Mięso w twoich ustach
Gdy kosztujesz smak
Morderstwa

Nie, nie, nie, To jest morderstwo
Nie, nie, nie, To jest morderstwo
Oh ... i kto słyszy, jak zwierzęta płaczą?

sobota, 30 lipca 2011

O jeszcze jednej cegle i o dzieciach głupich jak but

Jak nam donoszą już nawet nie media, ale bezwzględne liczby, wyniki tegorocznych matur osiągnęły poziom najniższy w historii, i wszystko wskazuje na to, że przyszły rok będzie jeszcze gorszy. Po przejrzeniu i ocenieniu wszystkich prac, wyszło na to, że jeden na czterech maturzystów nie przekroczył trzydziestoprocentowego minimum z przynajmniej jednego maturalnego przedmiotu, a ja już sam, bez pomocy statystki, wiem, że jeśli mamy przed sobą kogoś, kto nie umiał z siebie wydusić tych 30 procent z jednego przedmiotu, to prawdopodobnie z pozostałych dwóch, czy trzech, tez ich nie wydusił, lub wydusił z wielkim trudem. Ale wiem coś jeszcze. Że jeśli tegorocznej matury nie zdało 25 procent uczniów, to, z całą pewnością, kolejne 25 procent zdało ją ledwo-ledwo. No i jeszcze coś. Jeśli – gdyby się miało okazać, że moje podejrzenia są słuszne – 50 procent tegorocznych maturzystów to dzieci, krótko mówiąc, kiepskie w nauce, to wielu z tych, którzy osiągnęli wyniki najlepsze, najprawdopodobniej zostało – na zasadzie porównania – ocenionych znacznie wyżej, niż im się należało.
Skąd ja to wszystko wiem? Otóż, jak już tu wspominałem, od wielu lat zajmuję się ocenianiem pisemnych prac maturalnych z języka angielskiego. I od owych wielu już lat, nie mogę nie zauważyć, że jakieś 90 procent, a może więcej prac, to poziom najniższy. Pisząc „najniższy” nie mam oczywiście na myśli tego, że uczniowie nie potrafią posługiwać się językiem angielskim na poziomie podstawowej komunikacji, ale tylko to, że to jest właśnie ten poziom, jaki udało im się osiągnąć. Jeśli oni na przykład mają napisać notkę o tym, że zgubili torbę, opisać tę torbę, napisać co w niej było i podać numer telefonu, to większość z nich napisze mniej więcej coś takiego: „I lost my beg im Supermarket in monday. Beg ist brown and big. In beg ist double CD, book Harry Potter, computer game and mp3 player Apple. Telefon 2345678 Wojtek”, i za to wypracowanie dostaną pełne pięć punktów, bo przekazali wszystkie informacje i zrobili mniej niż 25 procent błędów. A więc to wypracowanie jest, wedle obecnie obowiązujących kryteriów, bardzo dobre. Są też jednak gorsze, a ich problem polega na tym, że ktoś, zamiast „bag” napisze „T-shirt”, albo „money”, ewentualnie, jeśli już napisze „bag”, to zapomni podać numer telefonu na koniec, lub nie napisze co w niej było. I to już są tak zwane bałwany. I ich jest też dużo.
Oczywiście, o tym, jak wygląda wiedza tych samych dzieci, jak idzie o matematykę, język polski, historię, czy chemię, nie mam pojęcia, natomiast nie potrafię sobie też wyobrazić, żeby ich los tak akurat pokarał, że kiedy już się okazało, że wszystkich przedmiotów uczą ich wybitni nauczyciele i pedagodzy, to coś się takiego stało, że do tej ich szkoły, w celu nauczania języka angielskiego skierowano jakoś durnia, który jest od swoich uczniów zaledwie minimalnie lepszy. Mogę się bardzo łatwo domyślić, że jeśli nauczyciele języka angielskiego są tak słabi – a to, jacy oni potrafią być słabi, wiem równie dobrze jak to, jak słabi są ich uczniowie – że przez te trzy lata, a czasem i znacznie więcej, nie potrafią dziecka nauczyć wykonania tak prostego polecenia, jak to, które podałem wyżej, przynajmniej bez prowokowania złośliwego śmiechu, to nauczyciele innych przedmiotów, pracujący w Polskich szkołach nie mogą być od nich o wiele lepsi. Bo niby dlaczego? I jakim cudem?
Jest taka tendencja, szczególnie wśród osób niechętnych obecnej władzy, by za katastrofalny wynik tegorocznych matur obwiniać rząd, a szczególnie minister Katarzynę Hall. I ja oczywiście skłonny jestem zrozumieć to napięcie. Jak idzie akurat o tę dziwną kobietę, to nie potrzebujemy ani wyników matur, ani dokładnej relacji z tego co ona robi i czego nie robi, ani nawet nagrań z jej różnego rodzaju wypowiedziami, żeby ocenić ją pod każdym możliwym względem. W jej akurat wypadku, wystarczy zdjęcie, lub, powiedzmy, dziesięciosekundowy film, żeby mieć pewność, że jej, nie dość, że nie wolno powierzać czegoś tak poważnego jak szkoła i spędzające w niej czas dzieci, to lepiej trzymać ją z dala nawet od siatki z zakupami. Ja jednak uważam, że nawet gdyby zamiast Hallowej, na czele Ministerstwa postawić kogoś absolutnie wybitnego, to efekt maturalny i tak nie byłby o wiele lepszy, z tej prostej przyczyny, że wszystko zaczyna się już na wyższych uczelniach, które wypuszczają nauczycieli.
Ktoś powie, że ci studenci, którzy później zostają nauczycielami, też się nie wzięli z błękitnego nieba, ale przyszli ze szkół. I to przyszli, jako prawdopodobnie ci lepsi. Jako ci, którzy najpierw zdali maturę na wystarczająco wysokim poziomie, żeby się dostać na studia, a więc, przyszli z gwarancjami udzielonymi przez nikogo innego, jak przez ministra edukacji narodowej. A te studia też ukończyli z na tyle dobrym wynikiem, żeby znaleźć pracę w szkole, co – zapewniam autorytatywnie – wcale dziś nie jest takie łatwe. A zatem, mamy do czynienia z zamkniętym obiegiem. Durnie wypuszczają durniów, którzy następnie kształcą nowych durniów. I tak to się kręci. Tyle że, tak czy inaczej, fakt pozostaje ten sam. Ten śmiertelny korkociąg, w jakim znalazła się polska szkoła nie zaczął się za rządów Platformy Obywatelskiej i Katarzyny Hall, lecz znacznie wcześniej. A jeśli możemy mieć do Platformy Obywatelskiej – bo przecież nie do tej kobiety – pretensje, to najwyżej o to, że nie zrobiła nic, by ten upadek choć spróbować zatrzymać, ale – przeciwnie –tylko go przyspieszyła.
I tu, powiem zupełnie szczerze, jestem w prawdziwej kropce, bo jak bym nie liczył, to wychodzi mi wciąż jedno i to samo – że, gdybym miał wyznaczyć jakiś punkt przełomowy, to wszystko się zaczęło w roku 1990. A to już jest konstatacja tak straszna, i wiążąca się z tak skomplikowaną materią sprawa, że nie pozostaje mi nic innego, jak tylko ją tu zaznaczyć, a ewentualną analizę zostawić już być może na osobny wpis.
Oczywiście jest mi bardzo przykro, że – zwłaszcza być może ostatnio – te teksty nie udzielają za cholerę odpowiedzi, lecz wyłącznie stawiają pytania. Szczególnie gdy za chwilę pojawią się już tylko pytania kolejne. Ale, proszę się starać. Ja się staram, więc nie ma powodu, byśmy się nie spróbowali napiąć wszyscy. Opowiem mianowicie tu pewną historię, która czekała na swoją kolej dłuższy już czas, no ale w końcu, jak widzimy, się doczekała. Jeszcze jesienią zeszłego roku ze swoim koncertem do Katowic przyjechał Leonard Cohen. Jak niektórzy wiedzą, podczas ostatniej światowej trasy koncertowej Cohena, towarzyszył mu chórek dziewcząt złożony z pewnej czarnej piosenkarki i dwóch białych dziewcząt z Londynu – Charley i Hattie Webb. Z powodów nie mających tu żadnego znaczenia, zdarzyło się tak, że poszedłem na kolację z tymi siostrami Webb i z ich rodzicami, w tym z ich ojcem, Grahamem Webbem, no i się z tym Webłem trochę zapoznałem. No, na tyle, że jeśli do niego wyślę maila, to on wie, kto ja jestem.
Otóż Graham Webb, jako nastolatek, stanowił idealny przykład kogoś, kto w najlepszym wypadku skończy marnie. Nie dość, że cierpiał na tzw. rozszczep kręgosłupa, co sprawiało, że musiał nieustannie nosić pieluchę, to w powszechnej opinii był kimś po prostu głupim i leniwym. Kiedy w wieku 15 lat, za złe prowadzenie się i tak zwaną „niewyuczalność”, został wyrzucony ze szkoły, to rodzice, pragnąc znaleźć mu coś, czego by mógł się czepić, wysłali go na naukę do fryzjera. Jak się wszystko dalej potoczyło, każdy, kto zna język, może sobie przeczytać w wydanej przez niego, absolutnie fascynującej autobiografii, zatytułowanej „Out of the Bottle”. Ja tylko tu powiem, że, kiedy pracował u tego fryzjera, najpierw wymyślił jakąś fryzurę rock’n’rollową, która zdobyła wielką popularność, następnie otworzył własny punkt, następnie całą sieć tych punktów w całej Wielkiej Brytanii, następnie wymyślił szampon do włosów, który zarejestrował pod prostą nazwą GW, by wreszcie uruchomić wielką globalną firmę o wielomilionowej wartości o nazwie Graham Webb International, którą najpierw kupiła Wella, a następnie – już całość – Procter and Gamble.
Za zasługi dla Wielkiej Brytanii, Graham Webb został uhonorowany wieloma wyróżnieniami, w tym, najwyższym, wręczonym mu przez księcia Karola orderem MBE. Obecnie, jako niezwykle zamożny i znany w kraju człowiek, mieszka na wsi pod Londynem, piastując funkcję tak zwanego Ambasadora Hrabstwa Kent. I teraz chciałbym zwrócić uwagę na coś, być może z tego wszystkiego, najciekawszego. Otóż na tytułowej stronie swojej książki, Graham Webb zamieszcza dwie opinie, wydane na swój temat, w dwóch kompletnie innych czasach, choć w tym samym miejscu i przez tę samą instytucję – Northbrook School, której swego czasu był uczniem, i z której został ostatecznie wyrzucony. Pierwsza, wystawiona w roku 1961, stwierdza co następuje: „Nie wykazuje najmniejszego zaangażowania. Jest gnuśny, głupi, przeraźliwie leniwy, najwyraźniej bardzo z tego stanu zadowolony i zdecydowany w nim pozostać”. Druga, wydana przy okazji wręczania mu dyplomu honorowego w roku 2000, przez tę samą szkolę, głosi: „Grahamowi N. Webb, za wybitne życiowe osiągnięcia, w uznaniu dla jego służby na rzecz brytyjskiego rynku, handlu i edukacji”.
Co chcę przez tę historię powiedzieć? Ktoś powie, że zapewne to, że to jak się ktoś prowadzi jako dziecko, nie ma najmniejszego znaczenia dla jego przyszłości, i że zapewne sama szkoła nie ma ani pojęcia, ani wpływu na to, co z jej uczniów kiedyś wyrośnie. Otóż nie do końca. Jestem bowiem przekonany, że to iż Graham Webb został przez swoich nauczycieli kompletnie nierozpoznany, wcale nie oznacza, że też nikt inny nie został nierozpoznany, i że na przykład ci z jego kolegów, którzy się do nauki przykładali i na koniec szkoły osiągnęli wybitne wyniki, znaleźli się ostatecznie dużo niżej od niego. Wcale też nie sądzę, by inne dzieci w tamtej szkole, które, podobnie jak Webb, zbijały bąki i zamiast się pilnie uczyć, robiły z siebie osłów, zostały milionerami i ojcami jeszcze wybitniejszych od siebie dzieci. Natomiast uważam, ze szkoła – i to nie tylko szkoła w Polsce, ale szkoła na całym świecie – to miejsce niezwykle skomplikowane, i przy tym szalenie narażone na demoralizację i zepsucie. No i najważniejsze, nie ma takiej możliwości, by szkoła, jako taka, z samej swojej natury, była w stanie tworzyć geniuszy i idiotów. Natomiast z całą pewnością, potrafi się starać jednym i drugim przeszkadzać swoje cele osiągać. Dobrze by było, gdyby się w tej pracy jednak skoncentrowała bardziej na idiotach, a geniuszom dała spokój.
Na koniec wypadałoby wrócić do Polski, do minister Kudryckiej, do minister Hall, do tych nauczycieli, studentów i do tych maturzystów. Co z nimi? Obawiam się, że akurat jak idzie o dzisiejszy stan edukacji w Polsce, równie dobrze można by było cały ten interes zamknąć, a nauczycieli i uczniów rozgonić. Przynajmniej do czasu, jak zmieni się w Polsce władza i na jej miejsce przyjdzie ktoś, kto przynajmniej zauważy skalę problemu.
Jak wszyscy już pewnie wiedzą, książka o siedmiokilogramowym liściu jest już w sprzedaży. Niestety, Coryllus w poniedziałek wyjeżdża na dwutygodniowe wakacje, więc przed wyjazdem wyśle jeszcze tylko to, co zostanie zapłacone przed tym dniem, a reszta będzie wysyłana dopiero po jego powrocie. A więc mam gorąca prośbę do wszystkich zainteresowanych – proszę kupować książkę jeszcze dziś i jutro, a potem ze świadomością, że otrzymacie ją dopiero za dwa tygodnie. W międzyczasie jednak, z powodów o których tu wspominam do znudzenia, proszę o uprzejme wspieranie tego bloga i przesyłanie wszelkiej możliwej pomocy na podany obok numer konta. Dziękuję. A dla wszystkich, piosenka w temacie powyższego wpisu:

piątek, 29 lipca 2011

O nacjonalizmach, nienawiściach i zazdrościach

Pamiętam dzień, kiedy pierwszy chyba raz, tak zwani polscy patrioci poczuli, że ze mną i z tym blogiem jest coś nie tak. Miało to miejsce jeszcze na samym początku tego blogowania, a związane było z notką poświęconą stosunkom polsko-ukraińskim, no i w ogóle polsko-ukraińskiej historii. O co poszło? Jak może niektórzy jeszcze sobie przypominają, nasz prezydent, dziś już nieżyjący Lech Kaczyński, przy okazji uroczystości upamiętniających ukraińską zbrodnię na Wołyniu, przesłał do uczestników tej strasznej rocznicy list, który przez swój zbyt, zdaniem wielu, umiarkowany ton, stał się – dla tych samych wielu – dowodem zdrady i zaprzaństwa Lecha Kaczyńskiego. I tym samym stał się bezpośrednią przyczyną wycofania przez nich poparcia dla jego prezydentury. Dziś, kiedy, tak się złożyło, prezydent Kaczyński już nie żyje, zamordowany przez tych, którym ani Wołyń w głowie, ani jego ofiary, ani nawet czciciele jego pamięci, tamte emocje są bez znaczenia, a wypływające z nich deklaracje – tym bardziej. A Ukraina wciąż trwa, i problemy związane z tym trwaniem, szczególnie tak blisko naszych granic i naszej historii, są wciąż, jak najbardziej, żywe.
Trudno mi z całą pewnością powiedzieć, o co najbardziej poszło, kiedy tamten tekst został tak brutalnie potraktowany przez ludzi, dla których pamięć o Wołyniu stanowi wciąż część ich pamięci codziennej. Myślę, że powód tego zamieszania był taki jak zawsze, a więc zwykłe niezrozumienie i nieporozumienie. Myślę, że kiedy ja pisałem o Polsce, to wielu z tych, którzy czytali moje słowa, myślało, że ja piszę o Ukrainie, a kiedy pisałem o godności, to wielu było przekonanych, że ja piszę o wybaczeniu. No i, co już najgorsze, kiedy ja wręcz zapłakiwałem się nad losem tych dzieci pomordowanych przez oprawców z UPA, wielu myślało, że ja się zapłakuję nad losem Ukraińców.
Znam ten proces bardzo dobrze. Towarzyszy mi on niemal od samego początku, jak tu piszę, i wiem – a wiedza to bolesna – że świadomość tego, jak to działa, nie opuści mnie już nigdy. Pamiętam choćby, jak któregoś dnia zobaczyłem zdjęcie Wojciecha Jaruzelskiego z tym plastrem na policzku i pomyślałem sobie, że nie chwyciła go za gardło sprawiedliwość ludzka, no więc wzięła się za to za niego sprawiedliwość boska. Ale już w chwilę potem zrozumiałem, że ten Jaruzelski jest tak mały i tak nieistotny, w obliczu tego, co nam gotują nowe czasy i ci, którzy wraz z tymi nowymi czasy weszli w nasze życie, że najwyższy czas, by jego los zostawić już temu rakowi, który wyżera mu twarz, a my powinniśmy raczej patrzeć w zupełnie inną stronę. Tam, gdzie na nas już się czają zawodnicy znacznie bardziej sprawni i zdeterminowani, niż taki Jaruzelski. I do dziś, w związku z tamtą refleksją, wielu traktuje mnie jak kogoś, kto zaapelował o łaskę dla Jaruzelskiego. Bo z niego już tylko biedny staruszek z plastrem na policzku. I tak to działa.
Ale miałem pisać o Ukrainie. Proszę bardzo. Będzie o Ukrainie. Otóż, jak wiemy, w wyniku agresji Niemiec i Związku Sowieckiego na Polskę we wrześniu 1939 r. Niemcy rozpoczęli realizację tzw. Intelligenzaktion, wymierzonej w polską elitę intelektualną. Akcja ta przebiegała z różną intensywnością w poszczególnych rejonach okupowanej Polski. Najwięcej morderstw popełniono na Pomorzu (30 tys. ofiar), Wielkopolsce (2 tys. ofiar), Mazowszu (ok. 6,7 tys. ofiar), Śląsku (ok. 2 tys. ofiar), Łodzi (ok. 1,5 tys. ofiar), a także w tzw. akcjach specjalnych, z których największe to Ausserordentliche Befriedungsaktion (ok. 3,5 tys. ofiar) i Sonderaktion Krakau i Zweite Sonderaktion Krakau (ok. 187 ofiar – uczonych i pracowników naukowych z Uniwersytetu Jagiellońskiego). Po niemieckiej agresji na Związek Sowiecki, 22 czerwca 1941, założenia Intelligenzaktion zostały przez władze policyjne III Rzeszy rozszerzone na tereny II Rzeczypospolitej, anektowane wcześniej przez ZSRR.
30 czerwca 1941 o godz. 4.30 rano, siedem godzin przed zajęciem Lwowa przez Wehrmacht, wkroczył do miasta ukraiński batalion Nachtigall. 2 lipca 1941 przed południem w swoim gabinecie na terenie Politechniki Lwowskiej został aresztowany przez Gestapo prof. Kazimierz Bartel. W nocy z 3 na 4 lipca 1941, Gestapo dokonało brutalnego aresztowania dwudziestu dwóch profesorów uczelni lwowskich ( głównie Wydziału Lekarskiego Uniwersytetu Jana Kazimierza i Politechniki Lwowskiej), członków ich rodzin i osób przebywających w ich mieszkaniach. Kilku profesorów aresztowano z rodzinami i gośćmi. Z jednego domu wywleczono 82-letniego staruszka, profesora położnictwa w stanie spoczynku, Adama Sołowija wraz z 19-letnim wnukiem, Adamem Mięsowiczem. Z mieszkania prof. Ostrowskiego zabrano będących u niego gości – między innymi ordynatora szpitala żydowskiego, dra Stanisława Ruffa z całą rodziną i księdza Komornickiego. Tak samo uczyniono w domu profesora Jana Greka, zabierając gospodarza wraz z żoną i szwagrem, Tadeuszem Boy-Żeleńskim, którego akurat nie było na liście. Lista profesorów Uniwersytetu, sporządzona prawdopodobnie przez ukraińskich studentów z Krakowa, związanych z OUN, była zdezaktualizowana, co stwarzało niekiedy dodatkowe komplikacje. Aresztowanych profesorów przewożono do Zakładu Wychowawczego im. Abrahamowiczów – w kompleksie akademików Politechniki Lwowskiej, gdzie po przesłuchaniach przez Gestapo, rankiem 4 lipca 1941 zabrano ich na rozstrzelanie. Aresztowanych uczonych, oraz ich rodziny wymordowano o świcie 4 lipca 1941 na zboczu Kadeckiej Góry. 11 lipca Gestapo aresztowało dwóch profesorów Akademii Handlu Zagranicznego, Henryka Korowicza i Stanisława Ruziewicza. Obaj zostali rozstrzelani następnego dnia w nieznanym miejscu. Kazimierz Bartel po pobycie w więzieniu Gestapo przy ul. Pełczyńskiej, 21 lipca został przeniesiony do więzienia na Łąckiego a następnie 26 lipca rozstrzelany.
Zwłoki rozstrzelanych we Lwowie polskich oficerów zostały w nocy z 7 na 8 października 1943 wydobyte przez specjalny oddział o nazwie Sonderkommando 1005, utworzone z młodych Żydów, pozostających w gettach, którego zadaniem było odkopywanie grobów ludzi rozstrzelanych w masowych egzekucjach, a następnie palenie ich zwłok, i spalone w Lasach Krzywczyckich.
Ktoś powie, że było o Niemcach, było też oczywiście o Polakach, natomiast o Ukraińcach ani słowa… no może z wyjątkiem owej drobnej wzmianki o batalionie Nachtigall, i tych ukraińskich studentach. Akurat tak się składa, że ze względów, o których jeszcze wspomnę, te proporcje są akurat w sam raz, natomiast to prawda – na Ukraińców jeszcze przyjdzie czas. Tu chodziło głównie o to, żeby przypomnieć te nazwy i te nazwiska – niemieckie nazwy i polskie nazwiska. A tu natomiast chodzi o to, że 3 lipca tego roku, w Parku Studenckim we Lwowie odbyła się uroczystość odsłonięcia pomnika ku czci pomordowanych przez Niemców polskich profesorów. Pomnik jest duży, piękny i bardzo wiele znaczący. Przedstawia wysoką, zbudowaną z 10 przykazań bramę, oraz metalowy odlew kopii niemieckiego rozkazu rozstrzelania profesorów. Uroczystości odsłonięcia towarzyszyła Msza Święta, celebrowana przez trzech biskupów, do Lwowa przyjechali krewni pomordowanych, rektorzy i profesorowie z Lwowa i z Polski, był ambasador Polski na Ukrainie, i ukraiński ambasador w Polsce, był mer Lwowa i prezydent Wrocławia Dutkiewicz, przyjechał nawet z Niemiec niejaki Dieter Schenk, historyk i syn oficera gestapo, który planował wygłosić we Lwowie bardzo ekspiacyjne przemówienie.
I oto okazało się, że wszystko na co Ukraińców było stać – poza oczywiście łaskawą zgodą na postawienie pomnika – było dopuszczenie do głosu mera Lwowa, prezydenta Dutkiewicza i jednego ze swoich radnych, jako tak zwanego „głosu ludu” (oczywiście, jak się domyślamy ludu ukraińskiego), z takim oto zastrzeżeniem, że od początku do końca uroczystości nikomu, włącznie z arcybiskupem Mokrzyckim, nie wolno w jakiejkolwiek formie wspomnieć o tym, że pomordowani profesorowie było Polakami. A jak się domyślam, opierając się na swoich dotychczasowych doświadczeniach co do ukraińskich ambicji bycia traktowanymi jak naród, Ukraińcy tę swoją prośbę z całą pewnością sformułowali w taki sposób, by każdy wiedział, że jakikolwiek przypadek niesubordynacji zostanie potraktowany jak zdrada i cios wymierzony w ukraińską dumę. I, naturalnie, wszyscy postąpili zgodnie z wolą strony ukraińskiej i o polskich profesorach, oględnie bardzo, wspominali jako o profesorach lwowskich.
I teraz, ja się domyślam, że wielu z tych, którzy czytają ten tekst, bo albo nie mieli okazji zapoznać się z moimi refleksjami na temat Wołynia sprzed lat, albo jakoś tamte emocje zdążyli przetrawić, znów wybuchnie świętym oburzeniem, że trzeba było Ukraińcom powiedzieć, żeby się walili, wsiąść w autobus i ruszyć w stronę granicy z Polską, gdzie można będzie się kilka godzin spokojnie przespać, w oczekiwaniu na kogoś, kto zechce ten autobus wypuścić z tej pieprzonej Ukrainy, albo, trzeba było wyrwać mikrofon temu jakiemuś Olehowi i krzyknąć mu prosto w to czarne podniebienie, że nich żyje polski Lwów. A ja tymczasem, wciąż uparcie się trzymam swojej starej tezy z czasów, gdy polską politykę zagraniczną próbował budować śp. Lech Kaczyński, że Ukraina, taka z jaką dziś mamy do czynienia, nie daje nam absolutnie żadnego pola manewru. Bo oto, albo mówimy sobie, że niech ich wszystkich szlag trafi, najlepiej razem z Rosją, do której wielu z nich tak tęskni, albo uznajemy, że tam, obok tych, co tak bardzo tęsknią za Rosją, są też ci, którzy Rosji całym sercem nienawidzą, tyle że przy okazji ubzdurali sobie, że, skoro Ukraina ma być wolna i niepodległa, to wyłącznie jako historycznie wielki, silny i dumny europejski naród, którym – ani jednym, ani drugim, ani trzecim, ani tym bardziej czwartym – tak się składa nawet nie jest. Bo tak już niefortunnie dla niej się porobiło, że Ukraina to w najlepszym wypadku jakiś lud, bez historii i bez tradycji. Ale tym samym, uznajemy, że przy tym poziomie szaleństwa, jakie reprezentują owi ukraińscy patrioci, nie ma żadnej możliwości, żeby ktokolwiek i kiedykolwiek wybił im te marzenia z głowy, zwłaszcza tłumacząc im, że praktycznie jedyny ich narodowy bohater, jedyny ich powód do dumy i jedyny dostępny dla nich powód, by wierzyć w swoją historię – to najbardziej okrutny morderca.
Popatrzmy jeszcze raz na to, co się stało 3 lipca w Parku Studenckim we Lwowie, odsłonięty zostaje pomnik polskich – polskich w sposób tak oczywisty, że już bardziej się nie da – profesorów. I na to przychodzą ukraińscy patrioci i proszę uprzejmie, by ani na tym pomniku nie było tablicy z nazwiskami tych profesorów, ani też nigdzie poza tym nie padła jakakolwiek sugestia, że ci profesorowie byli Polakami. Czy może oni chcą, by tam napisać, że oni byli Ukraińcami. Przepraszam bardzo, ale tak durni to oni jednak nie są. Oni świetnie wiedzą, że czegoś takiego, jak ukraiński profesor w tamtych czasach zwyczajnie nie było. Bo być nie mogło. No, może na zasadzie jakiegoś kompletnego przypadku, ale generalnie, jeśli tam się miało pojawić jakieś nie polskie nazwisko, to już prędzej jakiś Perrier (pradziadek mojej żony), czy Longchamps de Berier, o którym za chwilę. Ktoś mi powie, że jestem rasistą. Że ten rodzaj wywyższania się jest nieładny i w ogóle niesłuszny. Na to więc mam jeszcze jedną historię.
Otóż 20 sierpnia ja i pani Toyahowa wybieramy się na Ukrainę. Plan jest tym razem taki, by nie jechać do Lwowa, lecz zwiedzić parę innych tradycyjnie polskich miast, między innymi Drohobycz i Truskawiec. Oczywiście, ja wiem, że przy znanej nam już z doświadczenia metodzie traktowania przez Ukraińców gości z Polski, ten jeden dzień na Ukrainie podzieli się równo po połowie – pół czasu spędzimy w kompletnej bezczynności na granicy, a pół na zwiedzaniu. Ale kochamy Polskę, zwłaszcza jej historię, i bardzo chcemy zobaczyć przynajmniej ten Truskawiec. Żona moja, przygotowując się do tego wyjazdu, kupiła sobie przewodnik po Zachodniej Ukrainie i nagle zauważyła, że jak idzie o nazwy ulic, które w jakikolwiek sposób miałyby upamiętniać ukraińską historię i jej bohaterów, powtarzają się trzy: Tarasa Szewczenki, Stiepana Bandery i Bohaterów UPA. Reszta, to albo Ruscy (jak Czechow) albo Żydzi (jak Schultz), albo Polacy (jak Mickiewicz). A tak to nic. Tylko ten Szewczenko i mordercy z UPA.
I to jest sytuacja, w jakiej się znajdujemy, jeśli idzie o nasze relacje z Ukrainą, i jeśli idzie o nasze szanse, by ich jakoś ucywilizować. Otóż to jest droga bez wyjścia. Bo albo będziemy im wciąż i tak długo powtarzać, że mają przeprosić za swoje zbrodnie, a tym samym uznać tę swoją podłą historię, aż wreszcie zorientują się, ze nie mają dokąd iść, i znów – w tej swojej desperacji – dojdą do wniosku, że pozostaje im tylko „rezać”, albo damy im spokój i będziemy beznamiętnie patrzeć, jak wracają pod skrzydła swoich ruskich panów, gdzie będą pokornie budować to co im się budować każe. Ale można jeszcze coś. Można im z godnością charakterystyczną dla kogoś, kto ma bez porównania więcej, pozwolić na tę odrobinę kompletnie niepoważnej dumy, a w międzyczasie, już we własnym gronie powtarzać słowa prawdy, takie choćby, jakie wypowiedział przy okazji wspomnianych uroczystości odsłonięcia pomnika, ksiądz Franciszek Longchamps de Berier, stryjeczny wnuk Romana, ostatniego rektora Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie, który zresztą koncelebrował Mszę Świętą 3 lipca. Posłuchajmy:
Urodziłem się we Wrocławiu, ale gdyby nie było wojny, a wszystko przebiegałoby tak samo, to urodziłbym się we Lwowie i był księdzem w tym kościele. Bo kościół św. Marii Magdaleny był kościołem parafialnym dla rodziny mojego dzidka i rodziny jego brata, profesora Romana Longchamps de Berier. Uczestnictwo w tej mszy i w odsłonięciu upamiętnienia jest przeżyciem ważnym nie tylko dla rodzin rozstrzelanych profesorów, ale i dla wszystkich nauczycieli akademickich, związanych z uniwersytetem, bo była to ofiara symboliczna. Ci profesorowie zostali zamordowani dlatego, że byli polskimi profesorami. Zginęli z nimi ich synowie tylko dlatego, że byli synami polskich profesorów. I ta symboliczna ofiara jakby reprezentuje tych wszystkich, którzy zostali zamordowani za to, że stanowili polską inteligencję. Bo to był mord i w Stanisławowie i w Krakowie. Dlatego pamiętamy i modlimy się dzisiaj za wszystkich pomordowanych naukowców. Wielu z nich zostało zabitych przez Sowietów i wygląda na to, że Uniwersytet Jana Kazimierza poniósł nawet większe straty w pracownikach naukowych z rąk Sowietów. Ostatnio dowiadujemy się, że niektórzy z nich zginęli w Bykowni koło Kijowa. Niezwykle ważne jest uświadomienie, że do tej tragedii doprowadziły konkretne grzechy: szowinizm, nieumiarkowany nacjonalizm, nienawiść, zazdrość. I na to trzeba zwrócić szczególną uwagę, że te grzechy i te wszystkie ekstremizmy są niebezpieczne, bo prowadzą ostatecznie – jak się okazuje – do morderstwa”.
I to już koniec. Mam tylko małą uwagę do wszystkich tych, którzy uważają, że wszystko jest tak proste, jak to, cośmy sobie wymyślili już jakiś czas temu, i tak bardzo się nam to spodobało. Może na samym końcu, sprawy rzeczywiście okazują się proste, ale żeby dojść do tej wiedzy, należy bardzo mocno szukać. Staram się to robić i ja. Tu, w tym tekście, i we wszystkich pozostałych, które tu dotychczas zamieściłem. Również w tych, które składają się na książkę, od niedawna do kupienia w księgarni Coryllusa, o siedmiokilogramowym liściu mojej najmłodszej córki. I jeśli ktoś mi powie, że ja tam udzielam odpowiedzi, to jest w głębokim błędzie. Tam są wyłącznie pytania. Proszę sobie kupić tę książkę i te teksty poczytać – niektórzy raz jeszcze, a niektórzy po raz pierwszy – a wtedy zobaczycie, że to są tylko pytania. Bo coś takiego jak liść ważący aż siedem kilogramów nie daje odpowiedzi. On tylko pomaga nam pytać.

czwartek, 28 lipca 2011

Kogo się boi Radek Sikorski?

Wypowiedź, jaką Anne Applebaum zamieściła na profilu swojego męża na Twitterze, wzbudziła we mnie uczucia dwojakiego rodzaju. Przede wszystkim, oczywiście, mnie wzburzyła, tak jak wszystko co antypolskie i nacechowane, czy to złą wolą, czy intelektualną gnuśnością. To co chciałem na ten temat powiedziec, powiedziałem już zresztą w tym miejscu wczoraj. Z drugiej jednak strony, pomyślałem sobie, że w tych dwóch zdaniach, znajduje się bardzo pocieszający dowód na to, że nawet na poziomie najwyższego towarzyskiego lansu, istnieje coś takiego jak stałość uczuć i związków małżeńskich. Anne Applebaum i Radek Sikorski, nie dość, że wspólnie siedzą przy komputerze i wspólnie zdobią ten jego twitterowy profil, to w sposób zupełnie wyjątkowy demonstrują pełną zgodność poglądów i tych poglądów intelektualnej podstawy. Przepraszam bardzo, ale gdyby między mną, a panią Toyahową istniała jedność choćby w połowie tak silna, byłbym najszczęśliwszym człowiekiem na świecie.
A należy pamiętać, że ja i ona nie jesteśmy celebrytami, zepsutymi przez sławę i pieniądze. Jesteśmy zwykłymi, biednymi ludźmi, z dorosłymi dziećmi i psem na głowie, mieszkającymi przy zwykłej, hałaśliwej ulicy, gdzie problemów jest tyle samo, co drobnych, codziennych radości. I ja nie skarżę się na to, że ona nie prowadzi razem ze mną tego bloga, ani choćby na to, że ona nie udziela mi jakichś politycznych wskazówek. Problem w tym, że ona, kiedy ja tu piszę, nawet nie zagląda mi przez ramię. Więcej. Ona nawet nie czyta tych tekstów. Siedzi najwyżej przy swoim laptopie i od czasu do czasu tylko rzuci mi z pretensją w głosie, że blogowicze coś mało wysyłają.
Nie wiem dlaczego, ale jak idzie o Radka Sikorskiego i jego żonę, zawsze sądziłem, że to jest układ w gruncie rzeczy fikcyjny. To znaczy, nie do końca, bo trochę wiem, dlaczego tak myślałem. Nie ma bowiem z pozoru wielkich szans na to, by ktoś taki jak Anne Applebaum, kiedy już pierwszy urok egzotycznością tej sytuacji minąć musiał, trzymała się całym sercem kogoś takiego jak Radek Sikorski. Zwłaszcza w czasach, gdy w sposób zupełnie oczywisty widać, że z nim jest coś zdecydowanie nie tak. Również, jak by nie patrzeć, wydawało się, że Applebaum i Sikorski to jednak od samego początku różne poziomy. Natomiast moje przekonanie, że oni nawet razem nie mieszkają, było tak silne, że nie usprawiedliwiało go ani owo poczucie poważnego mezaliansu, ani stan, w jakim Sikorski się dziś znalazł. Tymczasem, proszę bardzo! Oni nie dość, że mieszkają razem, to razem siedzą na Twitterze i jednym głosem zaklinają ten swój czarny świat.
No a i tak, to wciąż nie wszystko. Zwróciła na to zresztą wczoraj uwagę w swoim komentarzu Marylka, pisząc, że ona była naprawdę szczerze przekonana, że Anne Applebaum jest od Sikorskiego mądrzejsza, a tu się okazuje, że nic podobnego. Że oni się dobrali jak dwa ziarna w korcu maku. Oto związek. Oto miłość. Oto tradycyjne małżeństwo. Wbrew wichurom i niekiedy bardzo brzydkiej pogodzie. To jest naprawdę widok wzmacniający nasze morale. I jestem przekonany, że choćby dla tego co nazywamy obiektywizmem spojrzenia, należało to tu powiedzieć.
W międzyczasie jednak, okazało się, że Radosław Sikorski wystąpił na jakiejś konferencji prasowej w Londynie i uznał za stosowne podzielić się z całym światem refleksjami na temat niedawnej tragedii w Norwegii i sposobu w jaki polityczny i moralny wymiar owej tragedii angażuje w sprawę Polskę i Polaków. Sikorski mówił na ten temat dość dużo i, jak sądzę, większość czytelników tego bloga zna jego słowa już na pamięć, a zatem zwrócę uwagę tylko na jedną obecną w tej wypowiedzi myśl. Otóż Radosław Sikorski poinformował światową opinię publiczną, że „w Polsce nie brak ludzi myślących tak jak Anders Behring Breivik.” I to jest, moim zdaniem, całkowicie nowy wymiar funkcjonowania polskiego rządu i osobiście Radosława Sikorskiego w przestrzeni publicznej. Więcej, to jest, jak się zdaje, także całkowicie nowa jakość, jeśli idzie o funkcjonowanie Radosława Sikorskiego w przestrzeni czysto ludzkiej. Bo proszę zwrócić uwagę. Mamy świat, w którym oczywiście dzieją się rzeczy straszne. Mamy więc te wojny, te ataki terrorystyczne, te – to tu to tam – jakieś akty szaleństwa, kończące się śmiercią kilku osob, w tym samego napastnika. Generalnie jednak, można odnieść wrażenie, że świat – przynajmniej tu, w wymiarze europejskim – jest dość spokojny. A świadczyć o tym może choćby powszechny szok, z jakim spotykają się ataki takie jak ten w Norwegii.
Weźmy Polskę. Napięcie społeczne, z jakim mamy do czynienia od dobrych kilku już lat, jest całkowicie nowe. Wydaje się, że ten rodzaj ludzkiej wrogości, jaki zapanował już nie tylko wśród ludzi sobie obcych, ale też wśród przyjaciół, czy wręcz rodzin, nie jest w stanie się równać z tym, z czym mieliśmy do czynienia w czasach PRL-u. Poziom agresji, jaki możemy obserwować zarówno w mediach oficjalnych, jak i w Internecie, niekiedy nie ma sobie równych w całej naszej najnowszej historii. I zwróćmy uwagę, że z tego wszystkiego możemy się doliczyć właściwie tylko jednego przypadku, gdy jakiś opętaniec zamordował działacza Prawa i Sprawiedliwości, a grupa innych opętańców zamordowała Prezydenta RP i przy okazji 95 osob, mających tego pecha, że byli tam razem z nim. Ktoś powie, że to dużo. Pewnie że dużo. To tylko ów Brejvik, w swoim chorym umyśle, może twierdzić, że nigdy nie jest za dużo, lecz co najwyżej za mało. Jednak musimy uczciwie przyznać, że przy tak silnym napięciu, od tak wielu już lat, to prawdziwy cud, że mamy tylko te dwa morderstwa. O czym to może świadczyć? Wydaje mi się, że z całą pewnością o jednym: że w Polsce Brejvików na sto procent nie ma. Bo gdyby byli, to nasze ulice spływałyby krwią.
Radosław Sikorski ostatnio zaczął się bać Polaków. Uważam, że jest to informacja bardzo istotna i interesująca sama w sobie. Za chwilę zresztą, wypowiem się na ten temat trochę szerzej. Chciałbym jednak wrócić na chwilę do czasów jeszcze bardzo dawnych, kiedy to wszystko zaledwie się zaczynało. Otóż przypominam sobie – pisałem o tym zresztą tu na blogu – jak któregoś dnia dziś już nieżyjący Lech Kaczyński udał się z wizytą na Podbeskidzie, konkretnie do Bielska Białej. Z tej okazji, „Gazeta Wyborcza” w swoim lokalnym wydaniu, opublikowała tekst zatytułowany „Prezydent w Beskidach. Ale o co chodzi?”, a w nim słowa niejakiej red. Ewy Furtak następującej treści:
Do Bielska-Białej prezydent ma przyjechać w sobotę. W połowie września do bielskiego ratusza przyszło pismo z jego kancelarii z podziękowaniem za zaproszenie do odwiedzenia miasta i informacją, że prezydent przyjmuje je z przyjemnością. Ale - jak powiedziano ‘Gazecie' w urzędzie miasta - akurat teraz nikt prezydenta oficjalnie nie zapraszał. Prezydent od ponad tygodnia objeżdża kraj i odwiedza średniej wielkości miasta. Oficjalnie w ramach obchodów 90-lecia odzyskania niepodległości."
Ktoś powie, że to nic takiego. Może dziś, ten typ dziennikarskiego umiaru byłby uznany – w końcu Polska nie stoi w miejscu – za coś wyjątkowego, ale wtedy tak to własnie wyglądało. Po tym jednak sugestywnym początku, następuje dyskusja internatów, i tu już trzeba będzie odwołać się do głosu ludu. Ludu, o którym, jak się domyślam, wspominał podczas swojej konferencji prasowej w Londynie, Radosław Sikorski. Przypominam tylko, że mamy do czynienia z portalem wyborcza.pl. Proszę posłuchać. To jest fakt. Jedyne co poprawiłem, to naturalne dla tego typu przekazu błędy.

***

Może pomidorkiem albo jajkiem zgniłym dostanie? Należy się temu idiocie.

***

Oj, ciupagi w Beskidach też są w użyciu! Może się kaczuszka zdziwić jak mu góral-protestant ciupagą "zaprotestuje"....

***

Nie wiem, czego tutaj będzie szukał ten mamlaty, zakompleksiony karzeł. Nie cieszy się poważaniem na Podbeskidziu - niepotrzebnie się tu pcha - bo będzie to jego kolejna porażka i punkciory ujemne do przyszłych wyborów. Pewnie w Bielsku dostanie sraczki - no i bardzo dobrze - spieprzaj, dziadu do mamusi.

***

Ten osobnik nie jest wolny. Najchętniej zrzekłby się urzędu, ale jego pedalski braciszek mu na to nie pozwala - stąd taka deprecha, sraczki, wściekanie się na opozycję. Ale im bardziej się wścieka i sraczkuje - większa szansa, że na serce zejdzie, albo mu jelito grube pierdolnie. Cieszmy się!

***

Zobaczcie.....kaczka leci. Oooo..... i bęc!

***

Na szacunek trzeba sobie zapracować. A ten pokurcz akurat tego nie potrafi. "Ale wtedy nie spotkał się z mieszkańcami, bo padał deszcz."
Hahahahahahah! Żałosne działania.

***

Żałosne. Nie dość, że wprasza się na szczyt UE, to teraz i tu. Brak słów...

***

Co by tu, kurwa, jeszcze spieprzyć panowie. Tak działają wielcy urzędnicy kancelarii pisdęta. I bardzo dobrze.

***

Na spotkanie z Panem Prezydentem ani ja, ani nikt inny z mojej rozlicznej rodziny się nie wybiera. Nie lubię i nie poważam. Mam go aż nadto dość na co dzień w TVP, Szkle Kontaktowym itd.

***

Przecież go tam nikt nie chce - niech jedzie do drugiego kaczora. Jak tego człowieka szanować???? Totalne dno !!! Dlaczego Naród Polski musi cierpieć przez tego pajaca??????????????

***

Nikt memłacza nie zaprasza, a on wpierdala się na krzywy ryj i wkurwia ludzi. Takim samym wpierdalaniem jest próba zastąpienia premiera w Brukseli.

***

Dureń z wigorem, wigoru to ma więcej od Tuska. Tak, ale wtedy gdy go zażywa i trzyma jeszcze w ryju przed połknięciem. Czemu on tak wkurwiająco wpływa na ludzi i czy on o tym wie. Ma teraz nowego podpowiadacza, ofleja i brudasa w jednym. Jak delegacje innych państw mogą reagować na takiego śmierdzącego od papierosów kacyka? Ten nieogolony facet ma to, co wszyscy menele wokół ust na zaroście. Nalot od dymu. Gdy się taki myje codzienne, to tego nie widać, a tu widać. Czyli kacyk się nie myje i z takimi tuzami my do Europy!

***

Pokurcz wtedy nie wyszedł, ale z powodu swoich słabych zwieraczy i upodobań do "czachojebów". Po co na deszczu, jak można w ciepełku i blisko kibla.
Jeśli ktoś nie pamięta, o co chodziło z tym „kiblem”, to przypomnę. W tamtych czasach, ogólnopolskie media doniosły, że prezydent Kaczyński cierpi na chorobę zwieraczy i musi często korzystać z toalety. Informacja ta, ponieważ była bardzo zabawna i podnosząca część społeczeństwa na duchu, została chętnie przyjęta przez kulturę popularną, i w niektórych środowiskach utrzymuje się do dziś, o czym może świadczyć choćby rysunek Andrzeja Mleczki, zamieszczony w jednym z jego ostatnich tomików.
I teraz jest tak. Wprawdzie, pomijając jeden, też nie do końca bezpośredni, apel internauty, opublikowany przez Agorę, o to, by Prezydent został zamordowany, powyższe wpisy zawierają wyłącznie obelgi i złośliwe żarty pod adresem Lecha Kaczyńskiego. Nikt chyba jednak nie ma wątpliwości, że faktyczny przekaz tych wpisów jest jeden: „Śmierć!” Tu nie ma żadnych wątpliwości, że z tego, co mamy okazję przeczytać, wynika jedno przesłanie – nie będzie spokoju, dopóki on żyje. I przyznaję. Ów apel został przyjęty i Prezydent umarł. Czy nastał spokój? Oczywiście, że nie. Miał też umrzeć Jarosław Kaczyński, ale wyszło tak, że, zamiast niego, umarł jakiś drobny, lokalny działacz. Wprawdzie Stefan Niesiołowski bardzo chciał, żeby to on był tu celem, ale, jak się okazało – to jeszcze nie dziś. Wyszło na to, że efektem tej kampanii pogardy i agresji stało się jedno zabójstwo i jedna katastrofa lotnicza. I tyle. Jak już wspomniałem, to oczywiście o 97 śmierci za dużo, ale, przede wszystkim, czy naprawdę tak trudno sobie wyobrazić sytuację, że tych mordów jest dziesięć, czy sto razy więcej? Zwłaszcza, że – jeśli z jednej strony postawimy kogoś zwyczajnie szalonego, a z drugiej oficjalny przekaz, który owemu szaleńcowi tłumaczy, że jego reakcje są naturalne i zdrowe – kolejka chętnych powinna naprawdę być znacznie dłuższa.
Ale zwróćmy uwagę na jeszcze jedną kwestię – i może tym samym przejdźmy powoli do tematu stojących za zachowaniem Radosława Sikorskiego emocji – a mianowicie takiej oto zagadki, dlaczego Radosław Sikorski nie rozpoczął swojej krucjaty przeciwko internetowej agresji już wtedy? Wtedy, gdy ona dopiero raczkowała, ale raczkowała – jak widzimy – mocno i z bardzo dobrymi perspektywami. Otóż wydaje mi się, że on wtedy nie reagował, bo czuł się zupełnie dobrze, wiedząc doskonale, że mu nic-a-nic nie grozi. On wówczas świetnie wiedział, że naprzeciw siebie nie ma dyszących pragnieniem śmierci wilków, lecz całkowicie otumanione, nicnierozumiejące, kompletnie bezradne stado owiec. Bo, jak idzie o wilki, to one są z nim. Wierne i posłuszne.
No i tym samym, pojawia się kolejna zagadka – czemu Sokorski zaczął się bać dziś? Bo to że się boi, wydaje się być faktem. Ktoś oczywiście powie, że on się nie boi niczego. Że to tylko taka gra. Że on chce sobie sprytnie przygotować miejsce do kolejnych lat dobrego i szczęśliwego życia. Myślę, że to nie jest prawda. On się naprawdę boi. Tyle że nie koniecznie tego, że ktoś przyjdzie do niego do domu i go zastrzeli. To akurat on wie świetnie, że jeśli ktoś do kogoś będzie strzelał, to tylko jakiś młodzieniec z Młodych Demokratów do Jarosława Kaczyńskiego. I że ten ktoś to zrobi, to w głębokim przekonaniu, że minister Sikorski taką akcję pochwala. Natomiast on boi się czegoś innego. On się boi nastrojów. Nastrojów, których jakimś tam symbolem stał się dla niego ów Anders Behring Breivik. Bo nawet on to wie – albo sam z siebie, albo z informacji, jakie uzyskał od swojej żony – że coś takiego, jak nastroje, potrafi być bardziej niebezpieczne od dziesięciu Brejvików z całą saletrą dostępną we wrocławskich sklepach. Mówię o nastrojach, które nie zabijają, bo to są nastroje dostępne wyłącznie ludziom dobrym i szanującym życie. Ale jednocześnie ludziom, którzy im bardziej są cierpliwi, tym bardziej są zdeterminowani, gdy ta ich cierpliwość się kończy. Mówię o ludziach, których taki Sikorski bardziej się boi od internetowych wariatów, czy to z Norwegi, czy z Polski.
A więc Radosław Sikorski śmierci się nie boi. On się boi czegoś znacznie gorszego, niż zamach, niż śmierć, niż wariat z bombą. On się zwyczajnie boi demokracji. I dlatego to, już ponad rok temu, zaczął się zachowywać tak dziwnie, i ten stan się u niego już tylko pogarsza. Cóż więc pozostaje nam? Myślę, że powinniśmy się Sikorskiemu przyglądać. Nie tylko jemu, ale jemu zwłaszcza, bo to jest człowiek, który traci naprawdę wiele i, jak widzimy, szczególnie źle świadomość tej utraty znosi.
Zachęcam do kupowania mojej książki o siedmiokilogramowym liściu, i proszę o – w miarę możliwości – ciągłe wspieranie tego bloga. I tu i tam jest naprawdę bardzo dużo ważnych słów i obrazów. A jeśli uda się tę książkę sprzedać, to wydam kolejną, z tekstami już z okresu po Smoleńsku. I to dopiero będzie prawdziwy obraz tego, jak się zmieniały te nastroje, by osiągnąć stan, którego Radosław Sikorski tak się dziś przeraził.

środa, 27 lipca 2011

Anders Behring Breivik jest Polakiem. Z Torunia

Tragedia, która miała miejsce ostatnio w Norwegii budzi oczywiście grozę, jednak – tak jak to zwykle jest z tego typu zdarzeniami – daje nam szansę zastanowić się nad światem i miejscem, jakieśmy sobie w tym świecie znaleźli. Jedni wykorzystują tę szansę tak, inni inaczej, a jeszcze inni – jeszcze inaczej. Dziś chciałem trochę na temat właśnie wykorzystywania szans.
Jak idzie o mnie, całe to norweskie wydarzenie, budzi we mnie refleksje natury, że tak powiem, globalnej. A więc nie chodzi mi o to, czy za tym, co zrobił ten jakiś Breivik, stała czysta nienawiść, czy może jakieś romantyczne poświęcenie, lub czy on jest bardziej chory od każdego z nas, czy może tylko w takim stopniu, w jakim nas widzi każdy psychiatra. Tym bardziej zupełnie mnie nie obchodzi, czy ta zbrodnia miała na celu oczyszczenie świata z muzułmanów, chrześcijan, czy żydów, czy też może nie miała oczyszczać niczego z nikogo, ale chodziło tylko o to, by – tak jak twierdzi ten nieszczęśnik – zabić jakąś minister, czy wicepremier, ale akurat padło na kogoś innego? To wszystko jakoś mnie nie interesuje, a nawet jakby mnie miało zainteresować, to wiem, że nic tu nie wskóram, bo ani on mi nie powie, o co tak naprawdę mu chodziło, ani też jego słów media zgodnie z prawdą nie przekażą.
Powiem zupełnie szczerze, że kiedy się zastanawiam nad tym, co tam się stało, i kiedy przy okazji patrzę na to zdjęcie, gdzie ów Breivik stoi taki lśniący w swoim eleganckim płaszczu i wygląda, jakby właśnie wyszedł z Downing Street 10, bardziej już myślę o jego ojcu, który, jak słyszę, mieszkał gdzieś we Francji i do czasu, gdy się dowiedział o tym, co się stało, nie miał pojęcia, co słychać u jego syna. A jak się dowiedział, to udzielił wywiadu telewizji TVN24 i oświadczył, że to bardzo źle, że to jego dziecko nie popełniło samobójstwa. Przyznać muszę, że choćby to stanowi dla mnie powód do refleksji znacznie poważniejszy. No ale nie tylko to. Weźmy wypowiedź pewnej pani, również przekazaną nam przez telewizję TVN24, gdzie ona opowiada, jak to Norwegowie masowo nie chcą uznać, że ten Breivik jest prawdziwym Norwegiem, bo prawdziwy Norweg czegoś takiego by nie zrobił. Dlaczego? A dlatego mianowicie, ze w Norwegii nie ma nienawiści. Nienawiść w Norwegii została skutecznie przez Nową Cywilizację wypleniona. W Norwegii jest już tylko miłość i tolerancja. Tam już, żeby uniknąć jakiegokolwiek ryzyka, usunięto nawet religię ze szkół. A zatem, skoro pojawił się nagle taki Breivik – to on z całą pewnością nie jest Norwegiem.
Ale myślę też jeszcze o czymś, o czym już tu rozmawialiśmy, ale nie zaszkodzi powtórzyć. Otóż w jednej z pierwszej reakcji na tę masakrę, premier Norwegii oświadczył, że niech nikt nie liczy, że tego typu akcje powstrzymają Norwegów od prowadzenia polityki miłości i tolerancji. Że droga cywilizacyjna, na którą weszła Norwegia, jest drogą tylko w jedną stronę. No i oczywiście, ja teraz nie wiem, co dokładnie ma na myśli norweski premier, mówiąc o tym, że nie ma odwrotu, bo, jak wiemy choćby z naszego własnego doświadczenia, to całe gadanie o miłości i tolerancji jest mniej więcej tak samo puste, jak, wedle teorii pewnych teologów, puste jest piekło. Nie mam pojęcia, czy jemu chodzi tylko o to, że nie ma mowy o powrocie religii do szkół, czy może o to, że Norwegia nie zrezygnuje z dumnego miana stolicy światowego satanizmu, czy może on jest tu bardzie praktyczny i ma na myśli tylko to, że Norwegia zawsze będzie otwarta na imigrantów ze świata muzułmańskiego. Tyle że to też już mnie mało interesuje. Bo, jak mówię, chodzi o kwestie uniwersalne, a nie jakieś bzdury, co do których i tak trudno jest się połapać. Chodzi tylko o to, że ma być jak jest, tyle że bardziej.
A więc to wszystko, w określonym oczywiście odpowiednio zakresie, jest dla mnie bardzo ciekawe. Niestety, wygląda na to, że, choćbym nie wiem, jak się starał koncentrować na tym, co moim zdaniem ta tragedia każe nam dostrzec i zapamiętać, nie mogę ani na chwilę przestać myśleć o tym, że akurat dla tych, których w swoim szaleństwie ów Breivik chciał napomnieć, nie liczą się ani ci zamordowani, ani okrucieństwo całej tej egzekucji, ani człowiek, który za nią stoi, lecz wyłącznie to, co by z tego zdarzenia można było wyrwać dla siebie. Zacznę od piwnicy.
Otóż jeszcze w sobotę, do Szkła Kontaktowego zadzwoniła pewna Barbara z Warszawy – jak się przedstawiła, psycholog i pedagog – i poinformowała nas wszystkich, że ona od poprzedniego dnia, a więc od dnia owej norweskiej masakry, nie może sobie znaleźć miejsca. A najbardziej w tym wszystkim chodzi jej o tę nienawiść. Że oto taki młody człowiek, ze zwykłej nienawiści, dokonuje aktu takiej destrukcji, a ona – mimo że psycholog i pedagog – nie jest w stanie pojąć tego typu zaplątania. A – wciąż mówi ta pani – przecież to, co się stało w Norwegii, nie jest tylko sprawą Norwegów. Ta nienawiść jest również obecna w innych miejscach świata. Również i u nas, w Polsce. I to zupełnie „niezależnie od politycznych barw”, choć trzeba przyznać – głównie jednak „po stronie Prawa i Sprawiedliwości”.
Bo weźmy na przykład – wciąż relacjonuję to, co mówi ta pani – ten „wypadek” w Łodzi, gdzie ów zdesperowany człowiek, przez tę całą pisowską nienawiść i te „wystąpienia różnych posłów”, został doprowadzony „do ostateczności”. Dokładnie tak. „Wypadek”, do którego doszło, ponieważ pewien człowiek został „doprowadzony do ostateczności”.
To nie moje są słowa, jak śpiewa Kazik Staszewski. To się dzieje naprawdę. Te słowa padły dopiero co w wieczornej audycji telewizji TVN24, a co jeszcze ciekawsze, prowadzący program, zamiast wyjaśnić owej pani pedagog i psycholog, że tam gdzie ona zaszła, jest już tylko płacz i zgrzytanie zębów, powiedział jej, że „zgadza się z nią w pełni”. Tak było. Ja niczego nie zmyślam. Oto sposób, w jaki szansa, jaka w tak – przyznaję – okropny sposób została nam dana, jest wykorzystywana przez Nowego Człowieka – Panią Barbarę z Warszawy i jej nauczycieli.
Właśnie – nauczycieli. Skoro o nauczycielach mowa, popatrzmy, co się dzieje piętro wyżej. Kiedy wydawało się, że to co się stało we wspomnianym wydaniu Szkła Kontaktowego, to zwykły wybryk, stanowiący zaledwie echo pewnych złych emocji, okazało się, że prawdziwe zło nie umiera nigdy. Że w momencie, gdy już zostało uruchomione, nie ma takiej fizycznej siły, która by je potrafiła zatrzymać. I dzięki temu właśnie procesowi, taka pani Barbara z Warszawy nigdy już nie będzie sama.
Oto Anne Applebaum, żona ministra Sikorskiego, na jego Twitterze wkleja następującą myśl: „Breivik zabił Norwegów, ponieważ uważał, że rząd norweski jest nielegalny. Kogo wam to przypomina?” Niezwykły jest ten wpis. Niezwykły nawet jak na standardy, do których zostaliśmy przyzwyczajeni. Mamy człowieka – swoją drogą, ja wciąż nie mogę przestać patrzeć na to zdjęcie i kręcić głową z niedowierzaniem, bo, jeśli już trzeba nam czynić jakieś porównania, to widzę bardziej Radka Sikorskiego, niż jakąś babcię z Torunia w moherowym berecie – który najpierw starannie planuje, a następnie, równie starannie, egzekwuje akcję, w wyniku której ginie kilkadziesiąt osób. W odróżnieniu od wielu swoich poprzedników, nie popełnia ten człowiek samobójstwa, lecz oddaje się w ręce policji, oświadcza, że sam aż nie umie uwierzyć, że tak długo mu się udało mordować – no i też przeżyć – no i że jest bardzo chętny do współpracy. Później mówi różne rzeczy, z których – przynajmniej z mojego punktu widzenia – najbardziej znacząca jest ta, że lepiej jest zabić za dużo ludzi, niż za mało. I ja ani nie mam pojęcia, o co mu chodzi, ani – jak już zresztą wcześniej wspomniałem – nie bardzo chcę to wiedzieć. Choćby z tego powodu, że z perspektywy, jaka jest mi dostępna, i tak nie ma wytłumaczenia dla czegoś podobnego. Natomiast Anne Applebaum, a jak się domyślam, nie tylko ona, nie dość, ze akurat jest zainteresowana tylko tym aspektem sprawy, to na dodatek już zna odpowiedź. Breivik zabił, bo uważał norweski rząd za nielegalny. Jest wiele wersji, które tłumaczą, dlaczego on to zrobił. Jedna mówi, że chciał zabić wicepremier Norwegii, inna że chciał zaprotestować przeciwko muzułmańskiej emigracji, jeszcze inna, że był chrześcijaninem, a więc dla niego takie postępowanie jest jak najbardziej naturalne. Słyszałem nawet pewną panią psycholog, która twierdziła, że to wszystko przez to, że on nie miał ojca. Anne Applebaum ma swoją wersję. On zabił tych ludzi, bo uważał norweski rząd za nielegalny, a więc coś nam przez to przypomina. Oto odruch. Oto duch.
Dziś czytam, że „Anders Behring Breivik, autor zamachów w Oslo i masakry na wyspie Utoya, w swoim manifeście zamieszczonym w Internecie napisał, że zamierza ‘przeprowadzić drugą operację’, po tym jak ucieknie z więzienia. ‘W scenariuszu, gdy udaje ci się uciec z więzienia, ten sprzęt pozwoli ci wykonać drugą, bonusową misję’, napisał w formie poradnikowej Breivik podając listę rzeczy, które na taką ewentualność należy przygotować: broń, amunicję, żywność, stymulanty i gotówkę. Wszystko to, co Breivik nazywa ‘zestawem przetrwania’, należy ukryć w bezpiecznym miejscu. Zestaw ten miał przydać się samemu Breivikowi, który w swoim manifeście ‘Europejska Deklaracja Niepodległości’, zapowiada, że ucieknie z więzienia. Gdy to nastąpi, uderzy po raz drugi. Tym razem ma polować na indywidualne cele, które w manifeście nazywa ‘zdrajcami. Celów ma być ‘od trzech do pięciu’ i mają zginąć za bycie proislamskim”.
A więc teraz już wszystko jasne. Problemem jest Internet. To tam trzeba szukać źródeł tego zła. To tam powstają te plany. Wczoraj – to znów w telewizji TVN24 – któryś z dziennikarzy zasugerował, ze teraz dopiero widać, że akcja ABW w domu internauty prowadzącego stronę antykomor.pl miała jednak głęboki sens. Lepiej dmuchać na zimne. Zbrodnia na wyspie Utoya, pokazala nam to z brutalną jednoznacznością.
Na koniec, nie pozostaje nam nic innego, jak wrócić do Barbary z Warszawy. Z jej punktu widzenia, człowiek, który doskonal morderstwa w Łodzi, uczynił to nie przez swoją nienawiść, lecz przez nienawiść innych ludzi, którzy tą ich nienawiścią doprowadzili go „do ostateczności”. A zatem, należy podejrzewać, że kiedy Anne Applebaum weźmie się za nas, już nie przy pomocy jakichś intelektualnych refleksji, ale z całą mocą europejskiego prawa, to nie w ramach procedur obowiązujących w państwie totalitarnym, lecz z czystej troski o to, by nasza nienawiść nie doprowadziła porządnych obywateli „do ostateczności”. A więc, w gruncie rzeczy, kiedy oni się już za nas wezmą, to nie przeciw nam, ale w naszym własnym interesie, z troski, by nie stała nam się krzywda. Żeby nas któryś z tych zatroskanych zwyczajnie nie zamordował.
Już parę razy zdarzało mi się tu mówić, że przeszliśmy bardzo długą drogę, by się znaleźć tu, gdzie dziś jesteśmy. I zawsze przychodzi kolejny dzień, który każe nam zrewidować nasze przekonania, i uznać, że wciąż jesteśmy w drodze. Do zatracenia. Ktoś za to z całą pewnością będzie musiał odpowiedzieć. I chyba już wiem dokładnie, kto. A zatem, skoro spotkała mnie – właśnie mnie – taka troska ze strony Nowej Cywilizacji, to myślę, że nie pozostaje mi nic innego, jak się odwdzięczyć, i też wykazać pewne zatroskanie. Nie wiem tylko, do kogo się mam zwrócić bezpośrednio, ale niech już to będzie – skoro już się nam tak zgadało – ta Anne Applebaum. Proszę Pani, obawiam się, że Pani z tego co się stało w Norwegii, nie zrozumiała nic a nic. Bardzo proszę, niech się Pani zreflektuje. Bo kiedy już będzie późno – to zwyczajnie będzie za późno.

Jak już wszyscy mieli okazję się zorientować, nasz kolega Coryllus wydał moją książkę z wyborem tekstów zamieszczanych na tym blogu od marca 2008 roku do czwartku przed Katastrofą Smoleńską, i także rozpoczął już jej sprzedaż. Bardzo zachęcam do jej kupowania. Sam wciąż jej jeszcze nie mam, ale, z tego co widzę, wygląda porządnie, a wiem, że w środku jest co najmniej tak dobrze, jak powyżej. Ponieważ jest jednak tak, że wszystko musi trochę potrwać, w czasie tego „wszystkiego” żyć trzeba, a ja – jak wszyscy wiedzą – w tej chwili już utrzymuję rodzinę tylko z tego bloga, bardzo przy tej okazji proszę o jakiekolwiek wsparcie na podany obok numer konta. Dziękuję i obiecuję, że to już potrwa naprawdę bardzo niedługo.

wtorek, 26 lipca 2011

Podli, głupi i kiepscy

Jak już pewnie zauważyliście, ksiązka z wyborem tekstów z naszego bloga – dość starych, bo jeszcze sprzed Katastrofy Smoleńskiej – jest już do kupienia w księgarni Coryllusa. To on zgodził się ją wydać i to on ją będzie sprzedawał. Mam wielką nadzieję, że jeśli uda się ten skromny nakład z sukcesem zamknąć i wydać kolejny tomik z wpisami już z okresu po Katastrofie, ten blog stanie się w pełni tym, czym był od samego początku, a więc w stu procentach niekomercyjną, płynącą z samego środka mojej duszy i serca afirmacją życia i nadziei.
Parę słów o samej książce. Jak widać na obrazku obok, jest to książka prześliczna, głównie dzięki obrazkowi na okładce, autorstwa mojego kolegi Marka Kamieńskiego, wybitnego polskiego malarza. A to już coś jest. Bo jeśli książka jest ładna i dobrze leży w dłoni, to cóż więcej trzeba? Skoro już się ją ma – cóż więcej trzeba? W końcu przeczytanie takich czterystu stron, zwłaszcza osobom wyćwiczonym w szybkim czytaniu, zabiera może dwie godziny? A kto wie, czy nie mniej? A co później? Później już tylko o to chodzi, żeby ją mieć i choćby patrzeć na tę czarną okładkę z tym prześlicznym obrazkiem w środku.
No dobrze. Niech będzie, że treść jest też ważna. Jeśli więc idzie o treść, to, tak jak już wspomniałem, są to teksty, które pojawiły się na tym blogu jeszcze w marcu 2008 roku, kiedy nawet nam do głowy nie przyszło, że oni mogą posunąć się aż do czegoś takiego, i tak się tu ukazywały aż do czwartku przed tamtą sobotą. Sam je wybrałem, bardzo dbając o to, żeby nic, co tu przez wielu uważane było za najcenniejsze, się nie zmarnowało. I mam nadzieję, że tak jak jest, będzie dobrze.
Proszę, kupujcie tę książkę. Jestem pewien, że warto. Poniżej tekst, który napisałem dla Solidarnych 2010. Krótki, z pozoru błahy, ale myślę, że i tu znajdzie on swoje dobre miejsce.

Zastanawialiśmy się już tu parę razy nad problemem dziennikarzy w tym szczególnym ujęciu, czy oni są źli, czy może tylko głupi. I trzeba przyznać, że każdy kolejny dzień, zamiast dać nam jakąś konkretną odpowiedź na to pytanie, każe nam sądzić, że jest po prostu raz tak, raz tak, a czasem – i tak, i tak. Nie inaczej więc poczułem się po przeczytaniu w Rzeczpospolitej stałego weekendowego kącika, zatytułowanego „Kto zyskał, kto stracił”, tyle że, z jakiegoś powodu, nie prowadzonego już przez szanownego pana redaktora Semkę, lecz przez red. Michała Szułdrzyńskiego.
Z pięciu poruszonych tam tematów, trzy dotyczą jednej sprawy, a mianowicie decyzji Trybunału Konstytucyjnego w sprawie rządowego projektu zakazu billboardów i spotów wyborczych. Trybunał, w jak najbardziej oczywisty i naturalny sposób, stwierdził, że tego typu zakaz prowadzenia kampanii wyborczej, stanowi zakaz prowadzenia kampanii wyborczej w ogóle, a w ten sposób oznacza też próbę tłumienia wolności słowa, a tym samym powiedział Donaldowi Tuskowi, żeby się przestał wygłupiać. Na razie.
Czy do końca i czy rzeczywiście tak? Otóż chodzi o to, że chyba jednak niekoniecznie. Sam Szudrzyński, cytując wypowiedź Jacka Protasiewicza, szefa kampanii Platformy, stwierdza, że najprawdopodobniej politycy PO, a być może i sam Tusk, świetnie od początku wiedzieli, ze ten zakaz jest nie do przeprowadzenia, ale że jeśli oni jedną ręką będą mieszać w temacie marnowania publicznych pieniędzy na jakieś, panie, polityczne bzdury, to drugą jednocześnie powinni te spoty i te billboardy dla siebie szykować. To właśnie przyznał Protasiewicz. Że Platforma świetnie wiedziała, że z tego zakazu nic, poza być może lekkim wzrostem sympatii dla Platformy, nie będzie. Problem tylko w tym, że jedyne na co Szułdrzyńskiego stać, to poinformować o tym dysonansie i na tym temat zamknąć. A postępowanie to ma oczywiście odpowiednie dalsze konsekwencje. Pokazuje ono mianowicie, że zgodnie z tytułem rubryki, czytelnicy Rzeczpospolitej mają wiedzieć, że wszyscy trochę stracili i trochę zyskali, a przy okazji i sam pan redaktor i jego gazeta są wzorem obiektywizmu i niezależności. Szudrzyński pisze tak:
Ale ten sukces [decyzja Trybunału] oznacza dla PiS wizerunkowe kłopoty. Wszak w ostatnich tygodniach coraz częściej słychać było z ust polityków tej partii narzekania, że nasze państwo powoli staje się totalitarne, władza tłumi prawo opozycji do zabierania głosu i wolność słowa. Sęk w tym, że Trybunał Konstytucyjny jest nie tylko częścią państwa, ale też w myśl monteskiuszowskiego podziału, organem władzy”.
Załóżmy przez chwilę – zapominając o wyznaniu Protasiewicza – że cala awantura o billboardy i spoty, nie była ze strony Platformy Obywatelskiej zagraniem obliczonym na doraźny sukces propagandowy, lecz autentycznym gestem społecznej troski o marnowane publiczne pieniądze. Załóżmy że Platforma w istocie liczyła na to, że uda się te billboardy i spoty zlikwidować, ale Trybunał – nie chcąc się narazić na zarzuty totalitarnych praktyk – postanowił stanąć w obronie Konstytucji. Cóż to zmienia, jeśli idzie o to, co politycy Prawa i Sprawiedliwości – a, przy okazji, o czym Szudrzyński udaję, że zapomniał, również wielu z nas – sądzą o totalitaryzmie i jego obecności w naszym życiu publicznym? Jeśli Platforma Obywatelska ustanawia w Polsce system pod wieloma względami stricte totalitarny, to jedna decyzja Trybunału Konstytucyjnego, ma tę naszą wiedzę redukować do kompromitującej wizerunkowej porażki? Przecież to jest zwyczajnie chore!
Jednak tu jest coś więcej. Otóż okazuje się, że pomysł zakazu prowadzenia kampanii wyborczej był w tak oczywisty sposób niezgodny z Konstytucją, że przede wszystkim sami politycy Platformy Obywatelskiej wiedzieli, jak się sprawy mają, a decyzja Trybunału najwidoczniej była tylko tej wiedzy oczywistym i naturalnym efektem. Oczywiście, sytuacja, jaka nam została podarowana po czterech latach rządu Donalda Tuska i jego ferajny jest na tyle jasna, ze nie powinna nas dziwić jakakolwiek decyzja, czy to zwykłego sędziego, czy też sędziego Trybunału Konstytucyjnego. Jednak tu, w tym wypadku, jedyne co można sobie pomyśleć, to to, że akurat jeśli idzie o ten zakaz, nikt nigdy nie traktował go poważnie. Bo na to, zwyczajnie jest jeszcze za wcześnie. Jak na dziś, można kogoś wyrzucić z pracy za poglądy, można na kogoś – też za poglądy – nasłać funkcjonariuszy ABW w kominiarkach o 6 nad ranem, można wreszcie z powodu poglądów ukarać kogoś grzywną 500 złotową, można nawet gdzieś lokalnie sfałszować cichaczem wybory. Zakazać opozycji prowadzenia kampanii wyborczej jeszcze nie można. A Szudrzyński się cieszy, że Trybunał Konstytucyjny pokazał zarówno Platformie Obywatelskiej, jak i PiS-owi, że się pomylili.
A wydawałoby się, że to wszystko jest takie proste. Wystarczy tylko wyciągać wnioski z gotowych już faktów. Michał Szudrzyński fakty te zna, kto wie, czy sam ich nie wytropił, tyle że dalej już ani rusz. Dla niego wszystko układa się według najbardziej prymitywnej propagandowej sztancy: Platforma Obywatelska chciała zniszczyć wolność słowa w Polsce, Prawo i Sprawiedliwość przeciw temu zaprotestowało, w gruncie rzeczy jednak – tak jak to oni – nieszczerze i głupio, natomiast Trybunał Konstytucyjny stanął na wysokości zadania i w swoim majestacie pokazał wszystkim, jak ma wyglądać państwo prawa. No i oczywiście jeszcze coś – pan dziennikarz pokazał, że to gadanie o czwartej władzy, to jednak nie teoria, lecz najprawdziwsza praktyka.
Proponuję, żebyśmy jednak wciąż oczywiście byli czujni i elastyczni jednocześnie. Byśmy pamiętali, że dziennikarze to oczywiście element najbardziej podejrzany. Ale pamiętali przy tym, że cały problem dziennikarstwa wciąż pozostaje do końca niewyjaśniony. Oni czasem są podli, czasem głupi. Dziś akurat wyszło na to drugie. No może z lekkim przesunięciem w stronę podłości.

poniedziałek, 25 lipca 2011

Cały naród pucuje brykę Premierowi

Ponieważ przez kilka ostatnio opublikowanych tu notek, zrobiło się strasznie poważnie, a przed nami - już to wiem - kolejna porcja smutków, myślę, że dobrze będzie się nam trochę, choć przez chwilę, pośmiać. A jeśli mowa o śmiechu, to któż się lepiej do tego nadaje, niż sam pan premier Donald Tusk?
Od kilku już dobrych dni – sam się dziwię, że to trwa już tak długo – media obrabiają w kółko jedną informację. Że oto większość społeczeństwa, jak wynika z bardzo solidnie przeprowadzonych badań, uważa Donalda Tuska za przystojnego i inteligentnego kłamcę i obiboka, i w tym prawdopodobnie leży przyczyna niebywałego wizerunkowego sukcesu samego Premiera, jak i politycznego projektu, jaki on reprezentuje. Oczywiście, dobrzy ludzie zachodzą w głowę, jak to możliwe, że kłamstwo i gnuśność, w połączeniu z wizerunkowym lansem, robi na wielu takie wrażenie. My jednak już na tyle zdążyliśmy się przyzwyczaić do tego, że na pewne pytania odpowiedzi nie otrzymamy nigdy, że pozostaje nam tylko patrzeć na to co się dzieje w osłupieniu i ewentualnie sobie, na zmianę raz trochę pożartować, a raz się nieco powyzłośliwiać.
Bo oto przed nami wizerunek w stanie czystym. Trochę mi to przypomina sytuację zupełnie fikcyjną, ale ponieważ ostatnio mieliśmy okazję podziwiać różne ekscesy artystyczno-publicystyczne na poziomie flag wtykanych w psie odchody, myślę że i tu można się podeprzeć czymś w tym stylu. Wyobraźmy sobie – skoro już zatrzymaliśmy się nad fenomenem Donalda Tuska – ludzi kupujących dom z ogródkiem, gdzie zarówno w każdym zakątku owego ogródka, jak i w każdym pomieszczeniu tego domu, panuje stały i nie do wytrzymania smród, a oni płacą za ten dom i za ten ogródek ciężkie pieniądze tylko dlatego, że, wprawdzie śmierdzi jak sto diabłów, ale trzeba przyznać, że z wierzchu wszystko wygląda naprawdę ładnie. A co jeszcze ciekawsze, płacą te pieniądze, mimo to, że mówi im się właściwie zupełnie szczerze, że ten smród tam już będzie zawsze, bo taka już jest natura tego miejsca.
Przykład z domem jest oczywiście atrakcyjny i w dużym stopniu adekwatny, jednak muszę przyznać, że chyba nie do końca. Bo o ile przywołany przez mnie dom i ogródek są naprawdę ładne, Donald Tusk ładny w żaden sposób nie jest. Nie jest ani wysoki, zgrabny, nie nawet symetryczny. Jednym słowem, nie ma w sobie nic, co by przedstawiało klasyczną przystojność. A jeśli ktoś mi powie, że o gustach się nie dyskutuje, to niech mi w tej sytuacji wyjaśni, w jaki sposób ktoś kto ma oczy umieszczone w połowie twarzy, a nogi tak fatalnie pokrzywione, że przy nim nawet piłkarz Rooney wygląda jak model, może uchodzić za przystojnego choćby subiektywnie?
No i jest jeszcze kwestia tej inteligencji... Tu jednak, ponieważ, jak wiemy, inteligencji różnego typu jest bardzo wiele, to co widzimy u Donalda Tuska, a co wielu nazywa inteligencją, typ inteligencji, który akurat ja mam zaszczyt reprezentować, typu reprezentowanego przez Donalda Tuska inteligencją nazywać nie jest w stanie. I niech już będzie tak, że jest to moja wina.
No ale, jak wiemy, sondaże nie kłamią, więc coś w Donaldzie Tusku musi być takiego, co ludzi przyciąga. Zwłaszcza tego typu ludzi, dla których gnuśność i kłamstwo są równie atrakcyjne jak uroda i inteligencja. A w tej sytuacji, specjalistom od urządzania nam życia a la „Donald Tusk”, pozostaje już tylko walczyć o ten wizerunek, którego nie ma, a mimo to jest. I to jest jeszcze jak! A praca to nie łatwa. Wprawdzie Donald Tusk robi wrażenie kogoś, kto jest zbudowany w całości z plasteliny, ale pomyślmy, co może na nas czekać na kolejnym etapie tej konstrukcji? Mamy kłamcę i lenia, podobno sympatycznego i przystojnego, a jeszcze w dodatku inteligentnego. Czy tak ma być już do końca świata? Przecież nie. To się prędzej czy później musi znudzić. Można by więc z Tuska zrobić skurwysyna i liczyć na to, że jego elektorat przyjmie tę zmianę z zachwytem, no ale to z kolei by się kłóciło z tą sympatycznością. A wizerunek inteligentnego, a przy tym niesympatycznego lenia, kłamcy i skurwysyna mógłby być czymś, czego nawet ktoś taki jak Eryka Mistewicza przyjąć nie będzie w stanie,. A co dopiero zwykły wyborca.
Wydaje mi się więc, że przy tym tempie prac nad wizerunkiem człowieka w rzeczywistości pozbawionego jakiegokolwiek wizerunku, możliwe jest już tylko rozwiązanie ekstremalne: pokazanie Donalda Tuska jako prostego idioty. Idioty takiego, jak każdy idiota z sąsiedztwa, albo nawet i jako wprawdzie idiota z sąsiedztwa, a mimo to idiota szczególny. Zostawiamy więc Tuskowi przystojność – ależ pamiętam o tych oczach, pamiętam – sympatyczność, gnuśność i krętactwo, natomiast odbieramy inteligencję. I w ten sposób uzyskujemy… no tak, nie uzyskujemy nic nowego, Zwłaszcza gdy weźmiemy pod uwagę fakt, że on najprawdopodobniej już właśnie kimś takim jest. No ale przyjmijmy, że dla przeciętnego wyborcy Platformy ta zmiana może być jednak sympatyczna. W końcu, jeśli Donald Tusk przestanie marszczyć nieustannie czoło i mówić z tymi swoimi teatralnymi przerwami, dla każdego z jego fanów stanie się pewnie jednak bardziej „ludzki”.
Można też jednak w przyszłości wrócić do starego już pomysłu. Pamiętamy może jeszcze, jak swego czasu pojawiły się informacje, że Donald Tusk kiedyś lubił sobie „przypalić”. Tak jak Clinton, a więc jak najbardziej „po amerykańsku”. Mielibyśmy więc wciąż tego wiecznego chłopca, który nałogowo kłamie i fantazjuje, durnego jak sto pięćdziesiąt, a jednak wciąż bardzo sympatycznego, gnuśnego, ale wciąż uśmiechniętego, z tym skrętem pod nosem. A ludzie by patrzyli i pytali, a cóż on tam wciąż te papierosy pali? A na to inni, bardziej wykształceni, odpowiadaliby: „To nie papierosy, to marihuana”. I wszyscy by kiwali głowami i mówili: „Aaaaa, marihuana? Dobrze jest”. A gdyby któregoś dnia, podczas któregoś z oficjalnych spotkań, w pewnym momencie Premier z nerwów nagle spadł pod stół, zaczął charczeć i nie dał się wyciągnąć, to Eryk Mistewicz by tylko wytłumaczył, że to dopiero jest „fantastyczna opowieść” i byłoby gites.
Bo tak to własnie działa. Chodzi o tę „opowieść”. Pamiętamy pewnie, jak to przed laty Agnieszka Holland otrzymała zamówienie na swój serial o rządzie z bajki, posadziła za biurkiem fajnego faceta, wokół niego postawiła całą kupę innych, fajnych ludzi i kazała nam wierzyć, że tak to właśnie ma być. A kiedy pojawili się ludzie prawdziwi i prawdziwe wydarzenia, okazało się, że nie dość, że ministerstwa zostały obsadzone jakimiś kompletnie nieprzygotowanymi, wziętymi z najbardziej ordynarnej łapanki, smutnymi typami, których najwyższą ambicją jest to, by pobiegać sobie pod wieczór za piłeczką, to jeszcze ten film – ten już nie stanowiący fikcji, ale autentyczny dokument – jest kompletnie pozbawiony akcji. Nie ma nic. Nie ma treści, nie ma tempa, nie ma aktorów, nie ma nic. Nie ma nawet tej krowy, o której wspominał Zdzisław Maklakiewicz w “Rejsie”.
Więc co pozostaje? Oblepiać tą zużytą plasteliną Donalda Tuska. Bo jest znany. Bo podoba się starszym paniom. No i podobno kiedyś ktoś mówił (może nawet on sam), że z niego jest równy gość. Więc wysyła się człowieka do Włoch na narty, pokazuje się do znudzenia jego dzieci i żonę, nasyła się na niego Dodę Elektrodę, by pokazał, jak uroczo się potrafi przytulić, a później i tak wszystko szlag trafia, bo Prezydent (nasz prezydent – pamiętamy to wciąż, prawda?) poczęstował gościa winem, a ten się schlał, jak dziecko, bo w tym nieustannym stresie kropla alkoholu go rzuca z nóg i odejmuje rozum.
A czas płynie. Ludzie drapią się po skołowanych głowach, PiS pokłada się ze śmiechu, komuniści podskakują z radości, że odkryli drugą szansę. Więc trzeba wyciągnąć coś nowego. I oto dowiadujemy się, że Donald Tusk to wcale nie takie byle co. On jest osobowością niezwykle skomplikowaną. Oczywiście, jak każdy widzi, jest gnuśny i leniwy, nieprzyzwoicie kłamie, zajmuje się wyłącznie sobą, Polska to dla niego polska, ale za to – no popatrzcie tylko, czyż tego nie widać? – jest bardzo przystojny i inteligentny. Piekielnie. No dobra, niech będzie, że nie jest inteligentny, ale za to jest idiotą, no ale idiotą strasznie fajnym. Takim jak my wszyscy. No i jeszcze te oczy w połowie wysokości twarzy. Czyż to nie jeszcze jeden dowód na jego wyjątkowość?
I to jest ten nowy pijar. Pijar na miarę naszej prezydencji, na miarę Euro2012 i na miarę narodu, który, jak wynika z zupełnie już innych badań, jest najszczęśliwszym narodem na świecie.

I tradycyjnie już, proszę wszystkich tych, których powyższy tekst choć trochę rozbawił, o wsparcie tego bloga choćby drobną kwotą. No i, jeśli ktoś ma ochotę kupić sobie fajną książkę, to polecam tę obok. O liściu. Sam jeszcze jej nie mam, ale, o ile mi wiadomo, Coryllus - który jest jej wydawcą - będzie ją wysyłał już od tego tygodnia. Wygląda ładnie, prawda? Dziękuję. Za wszystko.

niedziela, 24 lipca 2011

Czym interesują się ćmy?

Muszę przyznać, że akurat jak idzie o Amy Winehouse, ani przez chwilę nie przypuszczałem, że ją też zamordują. Może za tą moją wiarą stało w ogóle przekonanie, że zło nie może być regułą – i to regułą aż tak rozpanoszoną – lecz jedynie jakimś, mniej lub bardziej częstym, wybrykiem, a może poszło akurat o tę biedną Winehouse. Nie wiem. Myślę jednak, że to jednak jej sztuka i kariera nastroiły mnie tak optymistycznie. Czy chcę przez to powiedzieć, że słuchałem Amy Winehouse, kupowałem jej płyty i ceniłem ją przynajmniej jako piosenkarkę? W żadnym wypadku. Michaela Jacksona – owszem. Billy Holiday – jak najbardziej. Winehouse – nie. Mógłbym nawet powiedzieć, że od początku uważałem Amy Winehouse za wyjątkowe beztalencie i typową kreację przemysłu rozrywkowego.
Nie znam piosenek Amy Winehouse na tyle, by powiedzieć, jak się która nazywa i czym się różni od innych. Natomiast miałem okazję obejrzeć kiedyś jeden jej koncert w telewizji i właściwie tylko na tej podstawie twierdzę, że ona była wyłącznie produktem. I to produktem dość marnej jakości. To co miałem okazję oglądać i słuchać przez te półtorej godziny na tej scenie, jeśli miało w sobie coś niezwykłego, to wyłącznie to, że – w sposób zupełnie wyjątkowy – wszystko co się działo wokół głównej gwiazdy, było bez porównania wyższej jakości, niż to co prezentowała ona sama. Powiedzmy, że jeszcze pierwsze dwie, czy trzy piosenki robiły jakieś wrażenie. Później, jedyne czego warto było słuchać i patrzeć, to albo ci czarni tancerze, albo muzycy. A sama Winehouse, coraz bardziej niknęła, i to zarówno symbolicznie, jak i – popijając wciąż coś z dwóch stojących przed nią szklanek – również fizycznie.
A więc, nie wierzyłem, że i ona też będzie musiała umrzeć. Nie potrafiłem sobie wyobrazić, że sztuka tak wtórna i tak marnej jakości, może kryć w sobie z jednej strony coś, co musi być podtrzymywane za wszelką cenę – nawet za cenę życia – a z drugiej, że w niej nie ma już naprawdę nic, co możnaby próbować sprzedać, obywając się jednak bez tej śmierci. W końcu, czy to możliwe, że wszystko co tam było, to tylko to jej pijaństwo i owa tragiczna bezprzytomność?
Kiedy umierał Jim Morrison, czy Jimi Hendrix, wiadomo było, że ich przede wszystkim nie da się już zmienić, a poza tym, każda zmiana przyniesie tylko finansowe straty. I odwrotnie – że zarówno Morrison, jak i Hendrix, wraz z tym swoim mitem, będą jeszcze się sprzedawać przez całe dekady. Podobnie było z Janis Joplin, z Kurtem Cobainem, czy ostatnio już – z Michaelem Jacksonem. Jaką to gwarancję sukcesu dawał nie zaćpany Morrison, czy Michael Jackson, wyglądający jak człowiek? W przypadku Amy Winehouse, sprawa wydawała się być prosta. Miałem okazję oglądać ją niedawno na youtubie, podczas koncertu gdzieś w Serbii chyba, gdzie ona, biedna, była tak pijana, że nie była w stanie nawet się wściec na hałasująca publiczność. I pomyślałem sobie wówczas, że teraz ją pewnie wsadzą do jakiejś kliniki, gdzie ona przejdzie odpowiedni odwyk, i wróci w chwale, jako niby ta sama Amy Winehouse, lecz jednak nowa, odrodzona. I dalej będzie śpiewała te swoje byle jakie piosenki, tym swoim byle jakim głosem, a wszyscy będą zadowoleni, że ona była taka dzielna i że udało się jej ocalić życie.
Tymczasem wyszło na to się, że i tu bez śmierci obejść się nie dało. Że Amy Winehouse, bez tego swojego mitu zaćpanej i zapitej na śmierć artystki – zwłaszcza w momencie, gdy pozostał już tylko ten mit – sprzedawać się nie może. No i wzięli, i ją też zabili.
Jest jednak w tym całym zdarzeniu coś jeszcze, co każe nam tych, którzy tworzą ten system i z niego żyją, nienawidzić jeszcze bardziej, i, przy okazji, jeszcze bardziej się ich bać. Chodzi mianowicie o to, że Amy Winehouse zmarła w wieku 27 lat, a więc dokładnie tak samo, jak Brian Jones, Jim Morrison, Jimi Hendrix, Janis Joplin, czy wreszcie Kurt Cobain. Oczywiście, ktoś może powiedzieć – i będzie miał świętą rację – że ludzie umierają w różnym wieku, a więc również w wieku 27 lat, więc nie ma się co specjalnie ekscytować. No może trochę, że niby patrzcie no państwo, jaki to dziwny przypadek. Ktoś nawet – zwłaszcza jakiś mądry psycholog – może powiedzieć, że zostało potwierdzone naukowo, że 27 lat to jest taki wiek, kiedy to człowiek przestaje być dzieckiem, a zaczyna myśleć jak człowiek dorosły. No i że kwestia jest tylko taka, czy się zdąży, czy nie. Tyle że ani Jim Morrison, ani Amy Winehouse, zbliżając się do tego krytycznego wieku, nie żyli sobie jak wolne ptaki. Oni mieli swoich menadżerów, lekarzy, psychologów, księgowych, a może nawet jakichś specjalnych kapłanów, którzy nie spuszczali z nich oka choćby na chwilę i wciąż im mówili, jak zyć, żeby było dobrze. Ani Jim Morrison, ani Amy Winehouse – no dobra, niech będzie, że Jim Morrison mniej, ale to były inne czasy – nie mieli nic do gadania, odnośnie tego, co będą robić, w jaki sposób i kiedy. Nie było ani jednego kieliszka wypitego przez Winehouse, o którym nie wiedziałby jej lekarz. Jednej pastylki, którą ktoś by jej dał bez jego wiedzy. A tu nagle się dowiadujemy, ze znaleziono ją martwą w jej mieszkaniu w Londynie. Bardzo to ciekawe. Prawie tak ciekawe, jak to, czy ci co ją znaleźli, to byli ci sami, co ją minionego wieczora tam zostawili, oczywiście zadbawszy odpowiednio o to, żeby jej się nie nudziło.
Te 27 lat, to rzeczywiście zagranie nie byle jakie. Bo ja naprawdę jestem w stanie zrozumieć wiele. Nawet to, że ktoś taki jak Amy Winehouse, w momencie gdy zaczyna przynosić odpowiednie pieniądze branży rozrywkowej, przestaje być traktowany jak człowiek, ale za to już tylko jak towar. Jestem w stanie nawet zrozumieć to, że – będąc już tylko tym towarem – w momencie, gdy się zużyje technicznie i moralnie, człowiek zostaje zwyczajnie wywalony na śmieci. Powiem więcej. Uczony tym wieloletnim i tak tragicznym doświadczeniem, potrafię uznać nawet i to, że to co oni robią, robią z takim poczuciem bezkarności. W końcu przemysł rozrywkowy, to podstawa kultury popularnej, a więc wszystkiego. Natomiast to, że ta bezkarność sięga aż tak wysoko, że oni potrafią się koncentrować na czymś tak pozornie nieistotnym, jak te 27 lat, potrafi naprawdę przerazić. Bo świat, w którym dochodzi do tego wszystkiego, i to jeszcze na tym poziomie zabawy i szyderstwa, to świat, który naprawdę nie zasługuje na wiele dobrych słów.
Wciąż się zastanawiamy nad tym, co się stało przedwczoraj najpierw w Oslo, a w chwilę później na tej norweskiej wyspie, i oczywiście przychodzą nam do głowy różne myśli i różne refleksje. Na mnie natomiast bardzo duże wrażenie zrobiła wypowiedź chyba samego premiera Norwegii, który w reakcji na tę masakrę, poinformował, że nikt i nic nie zatrzyma Norwegów na ich drodze postępu i cywilizacji. Że ani im w głowie cokolwiek zmieniać w tym, co z taką swadą już jakiś czas temu udało się im zacząć. I to jest coś naprawdę niezwykłego. Przychodzi ten obłąkaniec i z hasłem o tym jednym człowieku z wiarą i tysiącami z zainteresowaniami, dokonuje tej niesłychanej rzezi, a ci, do których w pewnym sensie przesłanie niesione przez tę zbrodnie było adresowane, zachowują się jak banda kompletnie zaczadzonych durniów i informują każdego kolejnego kandydata na ołtarze ginącej cywilizacji, że niech oni sobie robią co chcą, bo jak idzie o nich, to nie ma mowy o jakiejkolwiek refleksji. Ja oczywiście rozumiem, że trudno sobie wyobrazić, żeby w odpowiedzi na ten atak, świat nagle się zatrzymał i zadeklarował chęć odwrotu. Tak się oczywiście zrobić nie da. To jest zwyczajnie nie do przeprowadzenia. Natomiast jest chyba jakaś różnica między wpadaniem w panikę, a wykazaniem kompletnego braku zainteresowania dla oczywistych znaków. Ile by to kosztowało, by powiedzieć choćby tyle, że świat, w którym dzieją się takie rzeczy zmusza nas wszystkich do choćby minimum zastanowienia.
No właśnie – zastanowienia. Ciekawe to bardzo, jak to się dziwnie ułożyła w tych ostatnich dniach owa walka między tymi co – jak twierdzą – wierzą, a tymi – co też jak twierdzą – mają tylko zainteresowania. Ktoś powie, że wiara zwyciężyła. A ja naprawdę wcale nie jestem tego pewien. Boję się, że, tak czy inaczej, ludzie z zainteresowani wciąż są wysunięci mocno do przodu. Chyba nikt mnie nie może podejrzewać, ze ja im akurat dobrze życzę, natomiast zupełnie uczciwie im radzę, by się jednak zreflektowali, bo czasy idą fatalne. I oni będą z pewnością, którzy jako pierwsi się o tym przekonają. Jak to mówią prości wieśniacy – na własnej skórze.