piątek, 28 sierpnia 2009

Przyszedł pan hrabia z pieczątkami

Pomaleńku zbliża się 70 rocznica napaści Niemiec na Polskę, a ja mam bardzo przejmujące wrażenie, że jakimś bardzo sprytnym, niemal niewidocznym propagandowym zagraniem, cała publiczna uwaga została przesunięta z głównego problemu, jakim jest udział niemieckiej cywilizacji i kultury w historii XX wieku, na problem tzw. „trudnych stosunków rosyjsko-polskich”. Już za kilka dni będziemy wspominać to, co się stało 1 września 1939 roku i jednocześnie przeżywać (każdy z nas na swój własny sposób) każdy dzień, który – skutkiem właśnie tego, co Niemcy sobie w swoich niemieckich głowach umyślili – zmieniał życie Narodu, a ja widzę wyraźnie, jak ktoś się mocno bardzo postarał, by nagle się okazało, że to Rosjanie są tymi złymi, a Niemcy zwyczajnie mogą tylko czekać aż my sobie nasze ruskie sprawy ostatecznie wyjaśnimy.
A może się okazać, że jest jeszcze gorzej. Dziś właśnie się dowiedziałem, że moskiewska uroczystość związana z promocją historycznej pracy objaśniającej światu, że owe 70 lat temu do wojny doprowadził polsko-niemiecki sojusz, została łaskawie przesunięta, co – wedle opinii telewizji TVN – świadczy z jednej strony o tym, że rozsądna postawa polskiego rządu przyniosła dobre efekty, a drugiej, że ci Rosjanie to jednak, podobnie jak Niemcy, też równi goście, z którymi – postępując odpowiednio grzecznie – można naprawdę wiele. Łatwo się w tej sytuacji domyślić, że przez te trzy dni, jakie nam zostały do rocznicowych obchodów, sprawy się tak pięknie ułożą, ze z zapowiadanych przemówień pozostanie tylko wystąpienie kanclerz Merkel i premiera Putina, którzy opowiedzą coś o wspólnej Europie i europejskiej współpracy, premiera Tuska, który podziękuję za ciepło i dobre wibracje, a Kartofla się poprosi, żeby z wystapienia zrezygnował w celu niezadrażniania.
Boże mój! Jak to gładko poszło. Patrzę na to, co się tu wyprawia i myślę sobie, że musiało być tak, że przy załatwianiu spraw gazowych, Niemcy z Rosjanami, na prośbę niemieckich przyjaciół, zrobili sobie chwilę przerwy i ustalili, że w związku z polskimi obsesjami, Rosjanie przeprowadzą prowokację pod tytułem „Polska Odpowiedzialność za Wybuch Drugiej Wojny Światowej”, tym samym dając Niemcom czas na oddech, tuż przed Rocznicą wykonają jakiś lekki gest… a później już będzie 2 września i będzie spokój.
No więc trudno. Skoro mamy taką sytuację, że polski rząd, zamiast troszczyć się o narodowe interesy, daje się rozprowadzać sprytniejszym od siebie, my akurat możemy najwyżej pójść do kościoła i pomodlić się za Ojczyznę i za tych, co dla tej Ojczyzny z niemieckich i rosyjskich rąk ponieśli śmierć. A ja, być może, jeszcze mogę napisać dzisiejszy tekst, licząc na to, ze jak najwięcej ludzi go przeczyta i dzięki temu, przynajmniej w tym miejscu, wspomniany spokój nie będzie aż tak krystaliczny. 17 września będziemy pamiętać dzień, gdy Polska została podpalona przez Sowietów. Ale to jeszcze wciąż przed nami. Dziś myślmy o Niemcach.
Na tę właśnie okazję mam przygotowanych kilka obrazków. Najpierw wyobraźmy sobie jak mówi zły Niemiec, wybitny prawnik, gubernator Hans Frank:
„Gdy kiedyś wygramy wojnę, nie mam nic przeciw temu, aby zrobić siekaninę z Polaków i Ukraińców i z tego wszystkiego, co się tu wałęsa – zrobić z nimi to, co się tylko będzie podobało”.
Teraz kolej na dobrego Niemca, hrabiego (!) Clausa von Stauffenberga, który mówi o mieszkańcach Generalnej Guberni tak: „To niewyobrażalna hołota. Bardzo dużo Żydów i bardzo dużo mieszańców. Ci ludzie będą posłuszni jedynie pod knutem. Tysiące jeńców wojennych wykorzysta się dla naszego rolnictwa. W Niemczech na pewno będą użyteczni, pracowici, posłuszni i skromni”.
I na koniec spójrzmy na Niemca ani złego ani dobrego. Na zwykłego, porządnego Niemca. Nie wiemy, jak się nazywa, jak wygląda, nawet nie słyszymy jego głosu. Wchodzimy na teren Muzeum w Oświęcimiu i, wśród najróżniejszych pamiątek, widzimy dokument stwierdzający, że pewien człowiek został skazany na trzy dni karceru za to, że zrobił kupę za barakami, zamiast w toalecie. Dokument jest sporządzony bardzo starannie, jest dobrze zachowany, a na dokumencie widzimy pięć pieczątek i sześć podpisów. Pięć niemieckich pieczątek i sześć niemieckich podpisów, poświadczających, że więzień faktycznie dokonał wykroczenia i że kara została nałożona zgodnie z przepisami.
I oto, za trzy dni będziemy obchodzić rocznicę tego dnia, gdy do Polski przyjechali niemieccy prawnicy, niemieccy arystokraci, niemieccy urzędnicy, ze swoimi porządnie wykonanymi pieczątkami i swoimi pięknymi piórami, umoczonymi w porządnym niemieckim atramencie. I rozpoczęli budowę Nowej Europy.
17 września dopiero za trzy tygodnie. Na razie pamiętajmy o tych.

środa, 26 sierpnia 2009

Matka Kurka, czyli o cnocie kłamstwa

Właśnie zostałem poinformowany, że bloger podpisujący się PiS wróci, a przez kilka tygodni skutecznie atakujący Salon24 swoim kłamstwem (nie żartem, nie eksperymentem, nie happeningiem – ale kłamstwem), to nie jakaś biedna idiotka, ale ktoś bardzo prawdziwy i bardzo serio, czyli tzw. Matka Kurka. Wiadomość ta jest już oficjalna, potwierdzona między innymi wyjaśniającym wpisem samego zainteresowanego, na jego osobistym blogu, gdzieś tam, w szarych zakątkach blogosfery, w którym to wyjaśnieniu, ów bloger przechwala się, jak to mu się udało przeprowadzić skuteczny atak na publiczną debatę i skompromitować tych, których nie lubi. Oto link do wspomnianego tekstu http://www.kontrowersje.net/node/3997.
Nie wiem, kto to jest Matka Kurka poza tym, że to uznany bloger, nagrodzony nawet w pewnym momencie przez bardzo wpływowe medialne środowiska tytułem blogera roku, i znany z tego, że nie lubi PiS-u, natomiast bardzo lubi Platformę Obywatelską. Wiem jeszcze coś o Matce Kurce, co w moim odczuciu może być czymś najważniejszym.To mianowicie, ze on nie tylko jest aktywny w tej całej naszej blogosferze, po to by dzielić się swoimi refleksjami, walczyć o jakąś tam swoją prawdę i ewentualnie zdobywać uznanie, ale też po to, żeby, na przykład wygrać sobie jakiś konkurs. Ot tak sobie, bez powodu, bez sławy, nawet bez nagrody. Czyli, przy tej całej swojej szczególnej pozycji i tych swoich talentach, jest też takim everymanem. Jak ten krzyżówkowicz, który wysyła odpowiedzi, może też i po to, żeby wygrać te 50 zł., ale przede wszystkim, by przeczytać swoje nazwisko w gazecie. I żeby to nazwisko tam znaleźć, jest gotów nawet sobie troszkę pokłamać.
Poza tym jednak, o Matce Kurce nie wiem nic. W życiu nie przeczytałem jego jednego tekstu. Nawet nie miałem okazji z nikim o tym, co on pisze i jak, porozmawiać. Dziś dopiero, chcąc wiedzieć, czy ta Matka Kurka, to w ogóle kobieta, czy mężczyzna, zajrzałem do Googla i oto proszę http://d.wiadomosci24.pl/g2/40/5f/02/90700_1236323288_4749_p.jpeg A więc już wiem, że to mężczyzna. Jeden z tych dwóch. Który? Nie mam pojęcia, ale mam szczególne przeczucie, że bez względu na to, czy to ten, czy może ten drugi, moje pragnienie wiedzy zostało zaspokojone. W większym nawet stopniu, niż mogłem oczekiwać.
No i w tym miejscu muszę wprowadzić do powyższego wywodu małą poprawkę. O ile się orientuję, osoba podpisująca się Matka Kurka, występuje w wielu miejscach pod wieloma imionami. Wynika to z tego, że jedyne towarzystwo, gdzie go tolerują to jego oryginalny blog. Wszędzie poza tym, jeśli chce się pokazać, a bywać bardzo lubi, musi się ukrywać, bo normalnie jest traktowany jak wirus. Przychodzi więc w przebraniu, zaznacza swój teren i, rozpoznany, ucieka z chichotem. W tej sytuacji, dla własnej wygody, będę go dalej nazywał Człowiekiem ze zdjęcia, z tej prostej przyczyny, że nie wiem kompletnie, jak pisze Matka Kurka, ale za to trochę już wiem, jak pisze jeden z tych mężczyzn na wyżej zlinkowanym zdjęciu. I wtedy gdy kłamie i wtedy gdy z tą, charakterystyczną dla ludzi uważających się za inteligentnych, satysfakcją, ogłasza, że kłamał. (A co? Fajnie jest okłamywać ludzi głupszych. Ludzi gorszych). Pisze więc ów intelektualista dobrze. Sprawnie i lekko. Nie lepiej od innych, też piszących sprawnie i lekko, ale – owszem – nie jest to z pewnością ktoś na poziomie, powiedzmy, Mireksa, czy pani Kalinowskiej. Z pewnością nie warsztatowo.
Kiedy przeczytałem pierwszy, a później drugi wpis, podpisany PiS wróci, pomyślałem sobie, że ktoś postanowił się zabawić kosztem Salonu– jak się okazało nawet dość skutecznie – i napisałem tam taki skromny, dość ironiczny komentarz, w którym wykpiłem zbyt prostą oczywistość owej prowokacji. Po pewnym czasie, widząc, że ten, z pozoru tak marny, projekt odnosi zaskakujące sukcesy, napisałem osobny tekst, który szczęśliwie zakończył całą tę przygodę. Ale za nim nastąpił koniec, od Człowieka ze zdjęcia otrzymałem jeszcze kilka komentarzy. Niestety, nie potrafię zacytować ani jednego fragmentu, z tego powodu, że odpowiednie konto zostało już przez Administrację zlikwidowane. Ale w większości, są to pełne najszczerszego oburzenia zawodzenia kogoś – młodej, naiwnej dziewczyny – autentycznie niewinnego, kto został najbardziej brutalnie potraktowany przez zły świat tylko za to, że chciał wprowadzić do debaty trochę serca. Dziś, na swoim blogu, Człowiek ze zdjęcia, z szyderczym uśmiechem, pisze, że to wszystko, to był taki eksperyment, który miał na celu pokazanie, że wyborcy PiS-u nie są w stanie zaakceptować serdecznej twarzy PiS-u, bo zwyczajnie serdeczności nienawidzą. I to eksperyment w pełni udany. A więc blog sygnowany nickiem PiS wróci, został najpierw albo przyjęty życzliwie, bo część naiwnych komentatorów uznała, że jest szczery, albo zmieszany z błotem przez – równie naiwnych – wrogów PiS-u, którzy nie mogli znieść nawet łagodnej wersji ‘kaczyzmu’, albo wyszydzony przez tych mniej naiwnych przyjaciół PiS-u, oburzonych bezwstydną prowokacją, a ostatecznie usunięty przez Administrację za internetowe przestępstwo. I dziś, kiedy Człowiek ze zdjęcia mówi z uśmiechem: „Kłamałem”, widać bardzo jasno, że z tego wszystkiego nie pozostało nic, jak tylko właśnie kłamstwo.
Kłamstwo. Kto zna ten blog, wie, że cokolwiek tu zostało powiedziane, jakiekolwiek emocje zostały wylane, bez względu na to, jak wiele gniewu znalazło tu swoje ujście, całe to pisanie było i jest wymierzone w jedno, w rozumieniu autora tego blogu, kluczowe i jakże okropne zjawisko, mianowicie w kłamstwo. Mam wrażenie, że, pomijając tych kilka spokojniejszych i mniej zaangażowanych tekstów, chodziło zawsze o kłamstwo. Tylko o nie. A stojący za tym tematem pogląd był też jeden: cały projekt, który najpierw przegrał prezydenckie i parlamentarne wybory, następnie, drogą potężnej i bezprecedensowej nagonki, przejął władzę, a dziś już tylko funkcjonuje siłą stworzonej przez siebie nienawiści, jest oparty na kłamstwie i jest tego kłamstwa pierwszym i panem i sługą. Pogląd ten był często opisywany jako złośliwy, niesprawiedliwy i nieuprawniony. Dziś widzimy to kłamstwo nie dość, że w pełnym kształcie i krasie, to jeszcze nadęte szczerą satysfakcją.
I małe dzieci i ludzie starsi i nawet już całkiem starzy, mają niezmiennie w zwyczaju pytać: „Czemu?”. Odpowiedzi na to pytanie, zależnie od okoliczności, jest mnóstwo, ale kiedy się robi już naprawdę zagadkowo, niektórzy mówią, że chodzi o pieniądze. Myślę, że jest dobry moment, żeby lekko zmodyfikować tę teorię. Nie musi chodzić o pieniądze. Może chodzić o przyjemność. Skąd występek? Bo chodziło o ten dreszcz. Skąd grzech? Bo się czuło ten rozkoszny skurcz, Skąd zło? Z pragnienia czystej przyjemności. Pamiętam, jak kiedyś, dawno, siedziałem z moim ojcem (wspinałem już o tym) i oglądaliśmy Dziennik Telewizyjny. Mój tato, człowiek prosty i niewykształcony, spytał mnie: „Powiedz mi, Krzysiek, czy on wie, że on kłamie?” Bardzo trudne pytanie. Przez wiele lat nie umiałem sobie na nie odpowiedzieć. I dziś nie mam całkowitej pewności. Ale kiedy obserwuję to zdjęcie i tych dwóch, z których jeden to nasz człowiek, mam wrażenie, że już jednak wiem. Tamten funkcjonariusz komunistycznego aparatu wiedział, że kłamie. Wiedział bardzo dobrze. I stąd szła ta rozkosz. To nie od światła. To przez nią mrużył swoje oczy.
Straszny ten tekst. Mam wrażenie, że jest on wręcz upiorny. Pozwolę sobie więc na koniec na odrobinę rozrywki. Na zlinkowanym wyżej zdjęciu, mamy dwie osoby. Jedna z tych osób to Matka Kurka, jeden z najwybitniejszych polskich blogerów. Proszę wpisywać odpowiedzi. Który to z nich? I jedno zastrzeżenie. Ci, którzy wiedzą, nie biorą udziału w konkursie. To ma być zagadka.

Profesor Pajac

Szczerze powiedziawszy, oryginalny plan miałem taki, że w tym miesiącu, po tekście o Radiu Maryja, powstanie tylko jeszcze jeden – z okazji rocznicy napaści Niemiec na Polskę i tyle. Jak się okazało, pojawił się nagle ten nieszczęsny Mazowiecki, więc trzeba było coś na jego temat. Nie minął jeden dzień, a na horyzoncie, jak grom z jasnego nieba, objawiły sięgłowy i języki trzech byłych prezesów Trybunału Konstytucyjnego i – całkowicie publicznie, bezwstydnie i bezczelnie – z tych głów i języków wypłynął plan odebrania prezydentowi Kaczyńskiemu resztek uprawnień, pozwalających mu, w jako taki sposób, kontrolować rozpasanie rządu, którego wiernymi emisariuszami są trzej wspomniani działacze. No więc, zanim zajmiemy się Niemcami, trzeba będzie porozmawiać o Marku Safianie, Jerzym Stępniu i Andrzeju Zollu, z których każdy, naturalnie, profesor, jak cholera.
Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że zarówno każdy z nich, jak i cała banda otumanionych obywateli, już w tym momencie krzywią się szyderczo i pragną mi wyjaśnić, że wcale nie chodzi o Kaczyńskiego i Tuska, lecz o uniwersalny plan dla Polski. Nimi jednak nie będziemy się przejmować. W końcu dla tego typu umysłów, pogarda dla zdrowego rozsądku jest cechą immanentną. A to są właśnie tacy ludzie. Ludzie najgłębiej przekonani, że posiadane przez nich tytuły profesorskie tworzą wystarczająco gęstą zasłonę, by mogli oni, w każdym momencie swojej intelektualnej i etycznej zapaści, pozwalać sobie na wszelkie czyny i gesty, a „bydło” i tak nic nie zauważy.
Nie chcę dziś pisać zbyt długo, ale, mimo wszystko, zanim przejdę do samego tematu, chciałbym bardzo podzielić się pewną refleksją. Mam przed sobą trzy zdjęcia, przedstawiające wspominane głowy. Powtórzmy jeszcze raz te nazwiska: Zoll, Safian i Stępień. Wiem, że to co powiem może zabrzmieć jak ciężka obsesja. Ale nic na to nie poradzę. Jest bowiem tak, że kiedy patrzę na te trzy twarze, to ogarnia mnie tak strasznie dużo złych myśli, że już nie mogę się doczekać chwili, kiedy zacznę pisać mój następny tekst – wspominany już tekst o rocznicy wojny. Uważam bowiem – i jestem głęboko przekonany o tym, że mam rację – nie ma większego niebezpieczeństwa, niż bardzo wykształcony człowiek o głupim i zdemoralizowanym sumieniu.
Dlaczego, w stosunku do trzech zwykłych profesorów prawa, używam aż tak ciężkich słów? Właśnie dlatego, że każdy z nich, swoim uczestnictwem w tym kuriozalnym przedsięwzięciu wymierzonym w nielubianego przez nich Lecha Kaczyńskiego, dokonuje próby zamachu na najlepiej pojęty interes Polski. A wszystko to w pełnym nienawiści splątaniu, wynikającym z przekonania, że jemu akurat wolno. Bo jest profesorem i reprezentuje tak poważny projekt jak Platforma Obywatelska. Oczywiście, zdaję sobie sprawę z tego, że żaden z tych trzech dziwnych ludzi ani nie będzie czytał tego tekstu, ani też nie będzie miał ochoty wysłuchiwać opinii, które oni, z natury rzeczy, uważają za obce. Ale ten tekst nie jest dla idiotów. On jest przeznaczony dla ludzi, którzy mają serce i duszę. Nie dla zdemoralizowanych intelektualistów.
Trzej byli prezesi, w swoim projekcie, który ma być publicznie przedstawiony już niedługo, chcą zaproponować, by procedura tworzenia prawa wyglądała następująco: rządząca koalicja tworzy ustawę, prezydent albo ją wetuje, albo przyjmuje – obojętne – ustawa zostaje zatwierdzona i już. Prawie. Decydujący głos będą mieli sędziowie z Trybunału Konstytucyjnego. Jeśli, na którymkolwiek etapie legislacji, Trybunał uzna, że ustawy nie będzie, to jej nie będzie. I w ten sposób otrzymamy system, który z demokracją będzie miał tyle wspólnego, ile mu będzie chciał przyznać jakiś wynajęty przez wyższych od siebie profesor prawa. Ja oczywiście rozumiem, że z punktu widzenia wielu ciemnych interesów, których charakter i pochodzenie zarówno Stępniowi, Zollowi, jak i Safianowi są świetnie znane, rozwiązanie to brzmi bardzo ciekawie. Mam jednak dla naszych trzech chytrusków jedną wiadomość, ale za to kiepską. Dopóki nie zlikwidujecie demokracji jako takiej, zawsze będziecie zagrożeni.
Otóż niechby sobie któryś z nich wyobraził, że przyszłoroczne wybory prezydenckie wygrywa jakimś cudem Donald Tusk, a po serii niesławnych rządów tak zwanej prawicy, władzę w Polsce obejmie jakaś dziwna koalicja o nazwie, powiedzmy, Porozumienie dla Narodu.I ze, jakąś serią sprytnych populistycznych posunięć, udaje jej się wprowadzić szereg ustaw, które z całą pewnością mądralom z Trybunału nie będą się podobać. I to bardzo. I w tym momencie, okazuje się, ze prezydent Tusk wetuje wszystkie te fatalne ustawy, koalicja – oczywiście, po głębokim rozważeniu wszystkich za i przeciw – zgodnie z nowym prawem, je odrzuca. Jednocześnie okazuje się (to się powszechnie nazywa przebudzeniem z ręką w nocniku), że Trybunał też już nie ma nic do gadania, bo tak się złożyło, że ta arogancja, ta buta i to tępe zadowolenie z siebie bandy oderwanych od realiów profesorów, już tak wszystkim zalazły za skórę, że w międzyczasie Parlament zmienił konstytucję i Safian ze swoimi kolegami mogą co najwyżej wyrażać niezobowiązujące opinie.
I co wtedy?
Kiedy piszę ten tekst, myślę sobie o dwóch rzeczach. Jak to jest, że w Polsce, ludzie, z jednej strony, inteligentni, wykształceni, według wszelkich reguł, szczególnie kompetentni, od już dwudziestu lat, udowadniają jedną jedyną prawdę o sobie. Że nie ma takiego idiotyzmu, tak nieudanej myślowej konstrukcji, takiej kompromitacji, której nie można by było przypisać właśnie im. Jeśli się przyjrzeć bardziej konkretnie największym osiągnięciom tej tak zwanej intelektualnej śmietance, czy to na polu ściśle zawodowym, czy to w polityce, widzimy wyłącznie pasmo porażek. I po tych wszystkich nieszczęściach, po raz kolejny pojawiają się te same głowy i te same języki, tyle że, tym razem, proszą nie o głos, nawet nie o głos decydujący, ale o władzę. I pomyśleć, że w Anglii, już w latach sześćdziesiątych, Latający Cyrk Monty Pythona, kiedy widział intelektualistę, zwłaszcza związanego z prawniczą profesurą, natychmiast zaczynał kpić. I to na takim poziomie, gdzie już nawet nie było dyskusji i argumentów, a tylko czyste szyderstwo. Bo ci idioci, ani na dyskusję, ani na szyderstwo nawet nie zasługiwali.
Dziś, Marek Migalski na swoim blogu, zamieszcza tekst, w którym przedstawia Janusza Palikota, skądinąd człowieka bardzo wykształconego, jako kogoś, kogo we wspominanej Wielkiej Brytanii określa się powszechnie znanym określeniem wanker. Tak jak zacząłem szczerze, to i szczerze zakończę. Podejrzewam, że ulubioną lekturą zarówno profesora Zolla, profesora Safiana i profesora Stępnia, jest magazyn Playboy.

wtorek, 25 sierpnia 2009

O premierze złym i gnuśnym

Muszę już na samym początku tego wpisu przyznać, że mam dylemat. I to dylemat nie byle jaki, bo dotyczący tego co ważne, co mniej ważne, a co zwyczajnie bez znaczenia. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że ja świetnie wiem, co się liczy i, konsekwentnie, o czym powinienem dziś – a może już nawet kilka tygodni temu – napisać. Niestety nie mogę, Mimo mojego szacunku do pewnych dwóch osób i przez szacunek do jednej, i przez lęk, że mogę, z jednej strony, zranić osobę, której zranić za nic w świecie bym nie chciał, a z drugiej zaszkodzić czemuś o wiele ważniejszemu, niż moje ambicje, czy – tak, właśnie tak! – zwykła prawda. Mianowicie historii. Więc – jak mówię – pozostając z szacunkiem dla tego dylematu, wybieram łagodniejszą i mniej kontrowersyjna wersję, i będę dziś pisał o kompletnym, oczywistym głupstwie, czyli o Tadeuszu Mazowieckim. W zamian za to, mogę obiecać dwie rzeczy. Postaram się, żeby było odpowiednio mocno, wystarczająco wesoło i w miarę krótko. W końcu to tylko Mazowiecki.
Już w niedzielę, mam wrażenie, zostałem poinformowany, że najbliższe dni – bo przecież nie tygodnie; w końcu każdy absurd ma swoje granice – upłynie nam na oglądaniu smaganej cierpieniem twarzy Tadeusza Mazowieckiego i słuchania jego stęknięć, przy pomocy których będzie nam sączył swoje idealnie puste informacje o tym, jak to kiedyś było i jak to było poważnie i jak nie na żarty. Albo jeszcze gorzej. Będzie Mazowiecki, a przed nim Katarzyna Kolenda-Zaleska wpatrzona w swojego premiera cielęcym wzrokiem i spijająca z jego ust każde jego sapnięcie. Okazało się, że nie było najgorzej. Pierwszy dzień minął bez szczególnych ekscesów. Był oczywiście Premier, były Zaleska i Pohanke, z klasyczną w ich wypadku eksplozją ćwierćinteligencji, i zwyczajowe mlaskanie. Był nawet Kuczyński z Cywińską, ale ci się od razu pokłócili o to, czy pan Tadeusz jak mówił, to myślał, czy jak myślał to mówił i wyszło – z mojego punktu widzenia – nawet sympatycznie. Był też ten komuch Kik i – zgodnie z przewidywaniami – przyznał, że on początkowo był sceptyczny (pewnie się bał, że go wezmą za kark), ale po latach widzi, że tamten rząd jednak był absolutnie zjawiskowy. No i był – jakże by inaczej – pan Bolesław z informacją (naprawdę!), że tak jak działał Pan Premier, to lepiej nawet on by nie potrafił. Możliwe też, że coś mnie ominęło i ze w ciągu dnia pokazano jakiś wzruszający dokument o tym, jak to przez dwudziestu laty hartowała się postkomunistyczna stal, z komentarzami najwybitniejszych w kraju ekspertów, ale – jak już wspominałem – ostatnio jestem mocno do tyłu, więc nie wiem. Ogólnie jednak było znośnie.
Jednak litości nie będzie. Już nie ma. Ale pozwolę sobie jeszcze na trochę refleksji, bo uważam, że – kto, jak kto – ale premier Mazowiecki zasłużył sobie w dniu dzisiejszym, kiedy już się dał ponownie nadmuchać przez usłużne media, na parę słów prawdy. A prawda jest czysta jak łza. Okres między sierpniem roku 1989 i grudniem następnego, to zwykła zbrodnia. Zbrodnia przeciwko odrodzonemu Państwu i społeczeństwu, które po wielu, wielu latach, po raz pierwszy poczuło, że oto pojawia się nadzieja. Ja oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że Tadeusz Mazowiecki był jedynie pionkiem w ich grze (że dość niechcąco powrócę do Boba Dylana) i że to, iż on nie będzie miał nic do gadania, o ile jego gadanie nie będzie pozostawało w zgodzie z tym, co zamyślili sobie jego promotorzy. Nie zmienia to jednak faktu, że zgodził się ostatecznie być tym premierem (Waldemar Kuczyński wczoraj nawet upierał się, że on tym premierem być chciał bardzo), zgodził się firmować ten rząd, który przez ponad rok niszczył nowoodrodzoną Polskę, i – w końcu – że w swojej… no, nie wiem, jak to grzecznie nazwać… nie kiwnął nawet palcem, żeby powstrzymać to nieszczęście.
Pisząc o nieszczęściu, wbrew pozorom, nie mam najbardziej na myśli ani tego, co próbował pokazać Pasikowski w filmie Psy, ani Jerzego Urbana z jego nową fortuną, ani nawet całej tej bandy postkomunistycznej bandyterki w białych skarpetkach, ale to co tak doskonale symbolizował ten wieczór gdzieś na zachodnich terenach Sowietu, w okolicach Katynia, gdzie Tadeusz Mazowiecki pojechał, by uczcić groby Pomordowanych, a przy okazji nie mógł się powstrzymać, żeby sobie zabalować i dać się pokazać w telewizji, jak radośnie wiruje z Małgorzatą Niezabitowską… dalej zapomniałem. Mam na myśli tę całą gnuśność, która wypełniła przez te kilkanaście miesięcy cały okres rządów Tadeusza Mazowieckiego, a przede wszystkim jego samego. Jego twarz, jego spojrzenie, jego słowa, i wreszcie tę całą aurę, która go od początku tak intensywnie otaczała. Mam wreszcie na myśli ten cały dar zaufania i tę wielką nadzieję Polaków, na którą Tadeusz Mazowiecki tak fatalnie i zwyczajnie splunął.
O to właśnie mi chodzi. O tym myślę, kiedy widzę Tadeusza Mazowieckiego, lub kiedy słyszę jego nazwisko. Przypominam sobie, jak po wyborach roku 1989, obserwowałem te wszystkie przygotowania do objęcia władzy, a później, wreszcie, ten dzień, kiedy okazało się, że zrobiliśmy ten krok i będziemy mieli premiera. I rząd. I pamiętam pierwsze sondaże. Dziś mamy skłonność do ich kwestionowania, ale wtedy te 90 procent robiło wrażenie. A poza tym, ja akurat nie miałem żadnego powodu, żeby się im dziwić. To były moje też emocje i moja nadzieja. A później, już wyłącznie upadek, zakończony tą fatalną, straszliwą, pełną dramatycznego wstydu przegraną w wyborach prezydenckich z niejakim Tymińskim. Czy wszyscy czytający dziś ten mój tekst to pamiętają? Tadeusz Mazowiecki – pierwszy niekomunistyczny premier – po kilku miesiącach swoich rządów, postanowił zostać prezydentem i zajął trzecie miejsce, przegrywając nawet z jakimś, wyciągniętym w akcie desperacji przez ruską agenturę, pajacem nie wiadomo skąd?
Oto Tadeusz Mazowiecki. Oto formacja, która go do miejsca, w którym dziś się znajduje, zaciągnęła. Oto ten rząd. Ci wszyscy ministrowie, ze swoimi dwiema gwiazdami, czyli Michałem Bonim i Leszkiem Balcerowiczem, którzy dziś, resztkami agenturalnych sił, jakoś jeszcze w publicznej świadomości funkcjonują. I ja mam dziś obchodzić jakąś rocznicę???? Jakieś święto? Wypraszam sobie. Dziś jesteśmy wszyscy zajęci czymś całkowicie innym. I w tej rozgrywce nie ma miejsca dla Tadeusza Mazowieckiego. Ironia losu – bardzo paskudna ironia losu – polega na tym, że jeśli dziś wypadło na to, że ten wpis będzie o nim, a nie o tym, co naprawdę ważne, to jest to w dużym stopniu, oryginalną zasługą właśnie Tadeusza Mazowieckiego. I jego gnuśności.
Jestem pewien, że inteligentni czytelnicy tego blogu doskonale wiedzą, gdzie znajduje się ów myk.

niedziela, 23 sierpnia 2009

A więc - Alleluja i do przodu!

Dla kogoś kto ma tyle lat co ja, życie biegnie w bardzo dziwny sposób. Z jednej strony, wszystko dzieje się bardzo szybko i kiedy człowiek rozbiera świąteczną choinkę, już widzi kolejną i kolejną i kolejną. A gdy jedzie na wakacje, to już potrafi sobie doskonale wyobrazić, jak będzie wyglądał – jeśli tylko Pan Bóg pozwoli – powrót z kolejnych, za rok. Ze strony drugiej, być może dla równowagi, stara się ten starszy pan robić wszystko wolniej. Wolniej spacerować, wolniej odwracać głowę, wolniej kłaść się spać, a nawet wolniej oddychać. Jest jednak jeszcze coś, co wydaje się charakterystyczne dla wieku, ale nie wykluczam, że jest to tylko taka moja fanaberia. Ja najzwyczajniej w świecie nie mam potrzeby nadmiaru wrażeń. Trochę jest to spowodowane tym, że czym jestem starszy, tym łatwiej się wzruszam, a przy tym czasem chce mi się płakać i Toyahowa się ze mnie śmieje. Trochę jednak, myślę, jest to efekt takiego dziwnego rozleniwienia, związanego właśnie z tym wspomnianym już przeze mnie spowolnieniem rytmu życia.
W jaki konkretny sposób ta moja przypadłość się objawia? W taki, otóż, między innymi, że ani nie chce mi się czytać książek, ani dłuższych artykułów prasowych, ani chodzić do kina, ani oglądać filmów w telewizji, ani – ostatnio – nawet puszczać muzyki, którą zawsze tak bardzo lubiłem i która tak bardzo była mi niezbędna. Nie znaczy to oczywiście, że to wszystko co mi kiedyś sprawiało przyjemność, już mi przyjemności nie sprawia. Absolutnie nie. Jeśli już zostanę zmuszony – szczególnie przez moje dzieci – do uczestnictwa w czymś emocjonalnie bardziej absorbującym, jest mi bardzo przyjemnie. I niekiedy jest mi nawet wstyd, że sam tak tych wrażeń unikałem. Ale prawda jest taka, że samemu, nie chce mi się za bardzo ruszać.
Niedawno, kiedy się poskarżyłem, że już ostatni bastion mojej aktywności, czyli gazety i TVN24, został niejako zdmuchnięty przez ten łagodny upływ czasu, któryś z czytelników mojego bloga poradził mi, żeby oglądał Telewizję Trwam i, słuchał Radia Maryja i czytał Nasz Dziennik Kiedy mu powiedziałem, że radia nie posiadam, w telewizorze mam wyłącznie stacje reżimowe, a o Naszym Dzienniku dyskretnie nie wspomniałem, byłem jak najbardziej uczciwy, z ta różnicą, że, obawiam się, nawet gdybym miał wszelkie możliwości, by korzystać z oferty ojca Tadeusza Rydzyka, możliwości tej bym jednak nie wykorzystał. Najprawdopodobniej, nie potrafiłbym się zmobilizować do włączenia tej oferty do mojego życia na tej samej zasadzie, jak w ogóle jest mi ciężko zmienić swoje zainteresowania i zmodyfikować sposób spędzania czasu. Już prędzej – co się zresztą stało – ograniczę liczbę doznań, niż poczuję potrzebę ich poszerzenia. A więc, nie podejrzewam, żebym miał sobie wkrótce sobie kupić radio i zacząć słuchać Radia Maryja, albo, żebym od najbliższego poniedziałku, zamiast Rzeczpospolitej, zaczął czytać Nasz Dziennik. I od razu muszę tu przyznać, że wcale nie jestem dumny ze stanu w którym się znalazłem. Wcale nie uważam, że to iż oglądam TVN24, zamiast Telewizję Trwam, albo że czytam Rzepę zamiast Naszego Dziennika i to, że nie słucham Radia Maryja jest dla mnie bardzo dobrym rozwiązaniem. Wręcz przeciwnie. Ale to jest dokładnie tak samo, jak z wszelkimi innymi rzeczami, o których wiemy, że byłyby dla nas dobre i zdrowe, ale nasz tryb życia już nas jakoś zdeterminował i po prostu już się nie zmienimy.
Z tego co wyżej napisałem, wynika niezawodnie fakt, że w najmniejszym stopniu nie jestem ekspertem od tego, czym się zajmuje i jak działa ojciec Rydzyk. Nie wiem, czy telewizja, jaką on uruchomił jest ciekawa, czy nie. Nie wiem, czy programy Radia Maryja prezentują wysoki poziom, czy niski. Nie wiem w końcu, czy Nasz Dziennik, to gazeta interesująca, czy raczej coś o poziomie ideologicznego nudziarstwa Gazety Wyborczej. Jest jednak coś, co wiem z całą pewnością i co, konsekwentnie, pozwala mi uznać, że na temat działalności ojca Rydzyka mam prawo się wypowiedzieć, a, co więcej, to co powiem z całą pewnością nie będzie mniej kompetentne, niż wszystko to, co się na ten temat mówi pokątnie i publicznie od wielu, wielu lat. Znam mianowicie ludzi, którzy całą swoją publiczną i obywatelską świadomość zawdzięczają ojcu Rydzykowi i zarówno na podstawie ich osobistego świadectwa, jak i na podstawie obserwacji tego, kim oni są i jacy są i jak żyją i co myślą, mogę z czystym sercem ufać wszystkiemu co przychodzi do nasi właśnie z Torunia. Nie z Warszawy, nie z Krakowa, nie z Poznania, nie z moich Katowic, ale właśnie z Torunia.
Moja rodzina pochodzi z nadbużańskiej wsi. Część z nich to ludzie bardzo starannie wykształceni, mieszkający dziś już daleko od naszej wioski, część to ci, którzy wykształcili się ot tak sobie, ale jakoś znaleźli sobie miejsce w życiu, jest też moja ciocia, niemal już 90-letnia staruszka, która wykształcenia szczęśliwie żadnego nie posiada, no a przede wszystkim są tej mojej cioci, starzy bardzo i bardzo niewykształceni, sąsiedzi. Oni wszyscy – i ci „mądrzy” z miast, i ci „głupi” z prowincji – jak jeden mąż, są wiernymi słuchaczami Radia Maryja.Oczywiście, wiedzę o świecie, czerpią oni również z reżimowej telewizji, a niekiedy i gazet, ale cała ich społeczna i polityczna świadomość została zdecydowanie ukształtowana przez Radio Maryjai przez rozmowy z ludźmi, których na swej drodze spotykają.
Wprawdzie przykład mojej cioci (podobnie jak jej najbliższych sąsiadów) jest tu troszkę przerysowany, niemniej uważam, że on właśnie będzie bardzo symboliczny i niezwykle pouczający. Ile razy rozmawiam z moją ciocią – a ona rozmawiać uwielbia, szczególnie na tematy najbardziej poważne – rozmowa nie jest łatwa. Kłopot polega na tym, że Ciocia porusza się w kompletnym faktograficznym chaosie. Mylą się jej nazwiska, zdarzenia, problemy, wszystko trzeba jej wyjaśniać dziesiątki razy, a i tak nie wiadomo, co się nagle nowego wydarzy. Ale jedno wiadomo na pewno. Ona przede wszystkim zawsze bardzo będzie chciała rozmawiać i ani na moment nie zatraci w tej rozmowie pewnego typu moralnej busoli. Wiadomo jeszcze coś. Ona nigdy nie powie, że ją „ta cała polityka i to całe barachło” już męczy, albo nie interesuje, albo nudzi. I teraz najważniejsze. Ona mianowicie, z całą pewnością, tak długo jak będzie żyła, będzie uczestniczyła w wyborach. Parlamentarnych, prezydenckich, lokalnych, europejskich. Wszelkich możliwych wyborach.
Dlaczego tak podkreślam tę kwestię wyborów? Dlatego, że właśnie problem uczestnictwa, problem ucieczki całych społeczeństw w kulturę pop, odejścia tych społeczeństw od poszukiwania prawdy i od wszystkiego tego, co się wiąże z tzw. kulturą poznania, nawet od zwykłej rozmowy, stał się problemem cywilizacyjnym. Ludzie, którzy dotychczas w pełni skorzystali z dobrodziejstw współczesnej cywilizacji, uzyskali dobrą pracę, dobre wykształcenie, wysoki standard życia, często zwyczajnie odwracają się plecami do wszystkiego co jest na zewnątrz, uznając, że poza tym swoim osobistym sukcesem, nie potrzebują już dosłownie niczego więcej. I po prostu przestają uczestniczyć. Z kolei ci, którzy nie mieli okazji wsiąść do tego pociągu i zostali na tej pierwszej stacji, też nie uczestniczą, bo nawet nie wiedzą, w czymże to by mieli uczestniczyć i jak by to mieli robić. Nikt nic nigdy od nich nie chciał, o nic ich nie prosił, a jeśli nawet któremuś z nich przyszło jakimś cudem do głowy, żeby się odezwać, był natychmiast gaszony cierpkim spojrzeniem i niecierpliwym machnięciem ręką. A więc siedzieli w domu, chodzili do pracy, wracali do domu, wychowywali dzieci, patrzyli w telewizor, a w niedzielę zakładali kościelne buty i udawali się na mszę. W efekcie, i jedni i drudzy, faktycznie są, stali się kimś takim, jak ci eliotowscy ‘wydrążeni ludzie’. I choć różni ich niewątpliwie to, że jedni mają wszystko, a drudzy nie mają nic, i jedni i drudzy siedzą w swoich domach, gapią się w swoje telewizory i wszystko co wiedzą, wiedzą na tyle, na ile ktoś zdecydował się im powiedzieć lub pokazać.
W interesie władzy złej, głupiej i leniwej, leży (i zawsze leżało) to, by tego typu postawy były jak najbardziej powszechne i żeby jak największe grupy społeczne tego typu postawom podporządkować. Z punktu widzenia tego typu władzy, najlepiej jest, jeśli społeczeństwo jest zajęte sobą i jednocześnie pozostaje na tyle głupie, by w każdym dowolnym momencie, odpowiednio dało się sobą manipulować. A jak już pozwoli się kontrolować, to nawet jeśli nie znajdzie w sobie dość energii, żeby robić to, co mu się każe, to przynajmniej niech nie robi nic. Zła, gnuśna i głupia władza wie, że są ludzie, którzy świetnie sobie radzą samodzielnie i że, nawet jeśli udają się do kogoś po radę, to ostateczne decyzje podejmują sami. Oni władzy nie interesują. Ich władza spisuje na straty od samego początku. Władza o której mówię, skupia się wyłącznie na tych, którzy zgodzą się być posłuszni.
Z tego co widzę, co słyszę, czego doświadczam na każdym właściwie kroku, wiem ze stuprocentową pewnością, że Tadeusz Rydzyk, podejmując decyzję wejścia ze swoim religijnym, społecznym i – siłą rzeczy – również politycznym projektem, w sferę publiczną, zwrócił się do tych wszystkich ludzi, którzy dotychczas – albo z własnego wyboru, albo przez zwykły los – pozostawali na marginesie życia, z propozycją uczestnictwa. I to nie uczestnictwa doraźnego, na potrzeby jednej kampanii i jednego interesu, ale na stałe. Ojciec Rydzyk, z jednej strony zwrócił się do nich z apelem o modlitwę, a z drugiej z apelem o to radosne uczestnictwo, pokazując jedno i drugie jako sposób na życie i gwarancje pełnego człowieczeństwa. I odniósł sukces. Sukces tak wielki, że w ciągu zaledwie kilku lat wyrwał z otchłani postkomunistycznego, a może już gdzie niegdzie post-modernistycznego, społeczeństwa kilka milionów ludzi. I nie uczynił z nich niewolników, ale świadomych swojej pozycji i swojego uczestnictwa obywateli. Kiedy dziś widzę, z jak wielką nienawiścią spotyka się sam Ksiądz i każdy jego nowy projekt – zawsze skierowany w stronę tych właśnie ludzi, których miejsce i rola w społeczeństwie została tak fatalnie i z tak okropnie złą wolą zaplanowana – nie mam najmniejszej wątpliwości, że za tym atakiem stoi wyłącznie pełna gniewu zazdrość tych, którzy spostrzegli, że ktoś zburzył im tak starannie wymyślony plan.
Mówi się czasami, że tzw. Rodziny Radia Maryja to zaledwie jedno ekstremum tej samej sceny, gdzie z jednej strony jest własnie ojciec Rydzyk, a z drugiej, na przykład, fani Szkła Kontaktowego. Pomijając już całą niestosowność tego porównania, wynikającą choćby z faktu, że Rodziny Radia Maryja to miliony ludzi, a autorzy esemesów i telefonów wysłanych codziennie do TVN24i ci, którzy to oglądają, to pewnie skromna grupa, w najlepszym wypadku, paruset tysięcy ludzi, należy nie zapominać o różnicy jeszcze bardziej podstawowej. O ile ludzie, których polityczna i społeczna świadomość została uformowana przez pracę ojca Rydzyka, to ludzie o bardzo wyraźnej i konkretnej tożsamości ( a i, dzięki temu, osobistej wolności), najbardziej radykalna grupa, reprezentująca szeroko rozumianą władzę, to właśnie ci wszyscy niewolnicy, o których wspominałem na początku, w których stronę zwrócił się ksiądz Rydzyk i którzy jego ofertę odrzucili. Mogę na ich temat wypowiadać się bez końca, bo ich znam aż za dobrze. I z telewizyjnych audycji i z bezpośrednich spotkań. Oni są jak te dzieci, które w momencie gdy utracą koncentrację, zapominają natychmiast o wszystkim co było i trzeba im pomigać przed okiem czymś efektownym, żeby ich znów obudzić.
Jeśli natomiast idzie o ludzi Radia Maryja, przyznaję, że nie wiem, jak to jest z tymi wszystkimi, którzy występują bezpośrednio na antenie, bo – jak wspomniałem – nie jestem tu kompetentny. Ale wiem świetnie, jak to jest z tymi, co są z rydzykowym projektem związani emocjonalnie, a którzy są jednocześnie moimi znajomymi. To są wszystko porządni, zaangażowani, mądrzy i świadomi obywatele. To są ludzie – nawet jeśli często bardzo słabo wykształceni, czy wręcz pogubieni w zakamarkach naszego politycznego świata – pełni radości życia, pełni poczucia swojego miejsca w tym świecie i tego świata ciekawi. To nie są ludzie gnuśni. To są ludzie, którym zawołanie ojca Rydzyka „Alleluja i do przodu” bardzo przypadło do gustu i którzy je całym swoim życiem realizują. I to, że udało się ich obudzić, to zasługa tego jednego człowieka i jego wielkiego ducha. I dla Polski, jest to sytuacja świetna.
A sam Tadeusz Rydzyk?. Może gdyby nie popierał tak zdecydowanie Jarosława Kaczyńskiego i Prawa i Sprawiedliwości. Gdyby poparł jakichś ‘jednoprocentowych’, choćby najbardziej radykalnych „patriotów”, świat dałby mu święty spokój. Bo to zło czułoby się bezpieczne. On jednak, po wielu latach szukania tego co najlepsze dla Polski, ostatecznie to coś znalazł. Mimo swojej naturalnej ostrożności, czy nawet nieufności, ostatecznie rozpoznał to co prawdziwe i warte wsparcia. I, tak się złożyło, że to ‘odnalezienie się’ nastąpiło z korzyścią dla obu stron. To bardzo dobrze świadczy o ojcu Tadeuszu Rydzyku.

piątek, 21 sierpnia 2009

Oczywiście, że wróci...

Kiedy człowiek amatorsko zajmuje się pisaniem tekstów publicystycznych, i ma za sobą już tych tekstów ponad czterysta, można by sądzić, że nie ma takiego tematu, którego by już jakoś tam nie poruszył i że wszystko o czym pisze, to właściwie od dłuższego czasu, już tylko zwykłe wariacje na temat kilkunastu tych samych motywów. Oczywiście, jest też tak, że każdy dzień przynosi nowe plotki i nowe sensacje, więc nudno nie powinno być ani przez moment. Jednak, jak idzie o kwestie bardziej uniwersalne, sprawy wydają się być właściwie zamknięte. W tej sytuacji, autor niniejszego bloga, który mieści już aż tyle tych tekstów, a wciąż, szczęśliwie, cieszy się pewną popularnością, musi oczywiście czuć satysfakcję, ale i, tym bardziej też, pewien obowiązek. Obowiązek przedstawiania nowych tematów. Zasiadając do dzisiejszego tekstu, czuję się troszkę schizofrenicznie, opleciony z jednej strony przez zwykłe, normalnie towarzyszące tego typu aktywności, emocje, a z drugiej najczystsze zażenowanie. O emocjach nie ma co mówić, natomiast, jak idzie o zażenowanie, kilka słów wyjaśnienia zdecydowanie się należy. Nie ma bowiem najmniejszych wątpliwości co do tego, że tekst niniejszy by nie powstał, gdyby nie pewne zjawisko, z którym od pewnego czasu mamy wszyscy do czynienia tu w Salonie24. Idzie mi o blog sygnowany nickiem PiS wróci.
Blog prowadzony przez osobę podpisującą się w ten właśnie sposób, zatytułowany Dla nas dla Polski, a opisany słowami Jestem fanką PiS i jestem z tego dumna! jest miejscem szczególnym. Szczególnym z tej prostej przyczyny, że – wedle mojej orientacji – jest to jedyne miejsce w Salonie, gdzie mamy do czynienia z czystą prowokacją. Nie żartem, nie szyderstwem, nawet nie teatrem. Ze zwykłą prowokacją. I wydawałoby się, że nawet w tym nie ma nic szczególnego. W końcu nawet tu, na tym blogu, a także w komentarzach podpisywanych przez tego bloga autora, pojawiały się zaczepki noszące wszelkie znamiona właśnie prowokacji. Jednak zawsze, po krótkiej chwili, jeśli wręcz nie natychmiast, ów cały podły zamysł wychodził na wierzch. Blog pisany przez osobę podającą się za dumnego przyjaciela PiS-u jest bardzo starannie zakryty. Tu nawet śladu nie widać kpiny, czy jakiejś gry. Tu słuchamy słów skromnej, młodej osoby, która wprawdzie kocha PiS i jest z tego dumna (prawdę mówiąc, nigdy nie dowiedzieliśmy się, za co i dlaczego), jest przy tym przekonana, że jej partia ostatecznie wróci do władzy, tylko że, w tym całym swoim oddaniu, przychodzi tu ze swoimi refleksjami, wyłącznie po to, żeby się poskarżyć na to wszystko, co jej zakłóca tę piękną harmonię.
PiS wróci pisze dużo. Przynajmniej jeden tekst dziennie. Pomijając Krzysztofa Leskiego, to zdecydowany salonowy rekord. Pisze o czym? Mniej więcej o tym samym, co wspomniany Leski, czy którykolwiek z pozostałych tzw. niezaangażowanych blogerów, czyli o tym, że ani PiS nie jest tak zły, ani tak dobry, podobnie jak Platformabywa równie kiepska, co niekiepska. A poza tym, że dobrze by było, gdyby było dobrze. Jedyna różnica, jaka jest między pisaniem zawodowo bezstronnych dziennikarzy, a blogerem o nicku PiS wróci, jest taka, że nasz dzisiejszy bohater (podobno bohaterka) pisze od nich znacznie lepiej, no i przede wszystkim jest oficjalnym, bezwstydnym i dumnym fanem PiS-u.
Wspomniałem o zażenowaniu. Dlaczego zdecydowałem się na osobny wpis, poświęcony wyłącznie jednemu blogowi, i to blogowi, według wszelkich dostępnych pozorów, prowadzonemu przez jedną średnio-zdolną studentkę, która bardzo by chciała wziąć udział w debacie, tyle że, jak idzie o poglądy, przezywa kompletny chaos? Z dwóch powodów. Pierwszy to taki, że ja mam o wiele lepsze mniemanie o blogerze podpisującym się PiS wróci, niż wielu moich znajomych uczestników Salonu i sama Administracja. I tu wracamy do wspomnianej już prowokacji. Mam już bardzo dużo lat, większość z tych lat przeżyłem intelektualnie bardzo aktywnie, i z tych moich doświadczeń, i intelektualnych i czysto ludzkich, wynika jednoznacznie, że osoba podpisująca się PiS wróci, w rzeczywistości ani PiS-u nie lubi, ani, tym bardziej, nie liczy na to, że ten PiS rzeczywiście wróci do władzy. Ktoś, być może, spyta, skąd mam takie przekonanie? Stąd mianowicie, że biorąc pod uwagę, z jednej strony, intensywność ukazywania się i profesjonalny poziom tych wpisów z jednej strony, a z drugiej ich całkowity merytoryczny chaos, całe to zdarzenie – logicznie i ideologicznie – zwyczajnie się nie sumuje. Ten blog, w ten sposób pisany, w ten sposób opisany, w ten sposób podpisany, nie jest prowadzony, przez naiwną, nieśmiałą studentkę, która „jest fanką PiS-u i jest z tego dumna”. Ten blog, to blog pisany przez kogoś, kto doskonale wie, jaka jest sytuacja, o co toczy się gra, i ma przy tym na tyle emocjonalnej swobody, by sobie pozwolić na ten żart. Bo to jest oczywisty żart. I to żart, którego nie zauważyli ci, którzy powinni sobie świetnie w podobnych sytuacjach radzić.
Znając docielkliwośc czytelników niniejszego bloga, mogę się spodziewać, że jednak, mimo tych moich objaśnień, znajdzie się ktoś, kto zażąda mocniejszych dowodów. Proszę więc bardzo. W jednym z ostatnich wpisów (trudno powiedziec „w ostatnim”, bo, jak już wspomniałem, bloger PiS wróci jest wyjątkowo pracowity), czytamy o tym, że Jarosław Kaczyński jest skończony – to oczywiste, w końcu mamy do czynienia z opinią szczerego i dumnego fanatyka PiS-u – i ile razy pojawia się jakiekolwiek nazwisko, jest ono poprzedzone tytułem „pan”. A więc nie ma Kamińskiego i Bielana. Jest pan Michał Kamiński i pan Adam Bielan. Nie ma Lecha Kaczyńskiego i Jarosława Kaczyńskiego. Są panowie Lech Kaczyński i Jarosław Kaczyński. Bloger PiS wróci, w polemice pod moim wpisem, udowodnił wyraźnie, że doskonale orientuje się w zasadach rządzących językiem polskim Powinien zatem wiedzieć, że tego typu używanie formy „pan” brzmi sztucznie i nie jest uzasadnione niczym innym, jak tylko potrzebą demonstracji. Jakiej demonstracji? Tej mianowicie, która towarzyszy omawianym wpisom od samego początku. Pokazanie wszystkim, że mają do czynienia nie z wyrachowanym graczem, lecz ze skromną grzeczną, pełną pokory młodą damą. Po co? Tego już niestety nie wiem. Może być tak, że cel jest jeden. Zamieszać. Jak zawsze.
Jest jeszcze coś, coś znacznie ciekawszego. Otóż PiS wróci, w swojej polemice z Infidelem, a więc zdecydowanie nie byle kim, owego Infidela rozwalił w sposób bezprzykładny. Nie pozostawił z Infidelajednej nawet mokrej plamy. Co w tym dziwnego? To mianowicie, że PiS wróci (co za nick; pomyślcie tylko, co za nick), od początku nie robi nic, jak tylko próbuje kompromitować PiS, a poza tym wyłącznie przeprasza, przeprasza i przeprasza… za wszystko, głownie za swoją śmiałość i brak skromności. Wstawia tekst, w którym gnoi Toyaha. Za chwilę ten wpis usuwa, bo jakże taki mały żuczek śmie krytykować „kogoś tak zasłużonego”? Publikuje zupełnie kuriozalne życzenia dla Anny Walentynowicz, by za chwilę przepraszać na kolanach w osobnym wpisie Igora Janke za tę śmiałość i bezczelność. A Infidela PiS wróci załatwił jednym szybkim gestem. Bez najmniejszej litości. Prostym kopem w twarz. Infidela!
Więc niewątpliwie coś się dzieje. W skali niewielkiej. Ale, jak na nas, zupełnie wystarczającej. W odniesieniu do naszego Salonujest to skala wystarczająca na osobny wpis, po to tylko choćby, żeby odnotować pewne przegrupowanie po stronie przeciwnika. I to jest pierwszy powód, dla którego wziąłem się za to coś. Drugi powód jest dużo poważniejszy. PiS wróciprzedstawił tekst, w którym napisał, że Radio Maryja, ojciec Rydzyk i sojusz PiS-u z ojcem Rydzykiem i Radiem Maryja, PiS-owi szkodzi. Merytorycznie, nic szczególnego. Trudno tam znaleźć nawet skromną argumentację. Taka, zwykła paplania, dla celów innych, niż proste przekonywanie. Ale został, po raz kolejny, uderzony ów ksiądz, owo radio i owa idea. A mi przyszło do głowy, że może pora, by napisać coś – po raz pierwszy – o Radiu Maryja.
Jednak, przez szacunek dla tego projektu i tej sprawy, na to przeznaczę już osobny wpis. Następny.

środa, 19 sierpnia 2009

...nie hukiem, lecz skomleniem

Nie bardzo wiem, jak to się stało, ale od czasu kiedy wróciłem ze wsi, jakoś straciłem serce do zajmowania się tak zwaną sceną polityczną. Ani nie bardzo chce mi się patrzeć w telewizor (co, swoją drogą dziwne choćby z tego względu, że właśnie sprawiliśmy sobie nowy), ani nie pamiętam, że należałoby kupić codzienną prasę, a kiedy moje dzieci – które sam przyznaje – sam do tego stanu doprowadziłem, przynoszą mi jakieś newsy na temat, na przykład, Sebastiana Karpiniuka, to wzruszam ramionami. Słucham za to więcej muzyki. Na przykład koncertu Michaela Jacksona z Bukaresztu. Jak by ktoś chciał wiedzieć, jaka jest różnica między królem popu, a królową popu, polecam gorąco. I ostrzegam – niektórzy mogą się spalić ze wstydu.
A zatem, polityka jakoś mnie ostatnio unika. Szczęśliwie nie do końca. Udało mi się na przykład uzyskać informację, że któryś z sądów skazał niejakiego Rybę na dwa lata więzienia, a jego kumpla, K, na karę grzywny. Jestem pewien, że wszyscy czytający te słowa, świetnie wiedzą, o kogo i o co chodzi, ale dla porządku przypomnę. Otóż, kiedy jeszcze dawno, dawno temu, zjednoczone siły sportowej kultury i europejskiej cywilizacji przejmowały w Polsce władzę, zarówno Ryba, jak i K., obok wielu innych medialnych autorytetów, jak choćby menel o pamiętnym imieniu Hubert – czy uwierzycie, że widziałem go niedawno, jak leżał nieprzytomny i taki wymarniały na placu Miarki – miały stanowić pierwsze i najmocniejsze alibi dla wszystkich tych, którzy zaangażowali swoje serca i umysły po stronie rewolucji. Przypomnę – choć jestem pewien, że nie muszę – jeszcze jeden fakt. Niegdysiejszy rząd Jarosława Kaczyńskiego ustąpił i tym swoim gestem doprowadził do przyspieszonych wyborów, a ostatecznie do przejęcia władzy przez projekt o nazwie Platforma Obywatelska, wraz z ludźmi, z którymi mamy obecnie wątpliwą przyjemność, właśnie dlatego, że zdecydował się na uruchomienie sprawy Ryby i tego K., a tym samym, z punktu widzenia – jestem pewien – ludzi sprytnych i obytych, kompletnie głupio wypuścił ze swych rąk interes powszechnie określany słowem ‘władza’.
Czas, jak wiemy, jest szybki jak wiatr, historia zmienia się nieustannie, a w świecie opanowanym przez w najwyższym stopniu sprofesjonalizowane media, każdy dzień, tworząc nowe emocje i nowe zainteresowania, bardzo skutecznie zaciera wszystko co było wcześniej. Efekt jest taki, że dziś mało kto tak naprawdę pamięta słowa, gesty i całą tę atmosferę, która towarzyszyła „niesławnemu” odejściu ekipy Jarosława Kaczyńskiego jesienią 2007 roku. Szczęśliwie, mamy choćby ten nasz Salon24, spluralizowany jak Hyde Park w sezonie, więc, jeśli tylko ktoś tylko pragnie zanurzyć się w tamtych kolorach, może sobie wyklikać każdą możliwą wypowiedź, każdy możliwy argument i każde możliwe objaśnienie a propos tego, jak jest i dlaczego tak jak jest, jest dobrze. A więc zapraszam. Proszę sobie zajrzeć w dowolne miejsce utworzone tu na chwałę nowych czasów i na wieczny wstyd tych, którzy odchodzą. Tam wszystko jest. Również Ryba, również K. A obok nich i zatrute promieniami pielęgniarki, upodleni lekarze, zdewastowane laptopy, skorumpowani prokuratorzy, no i ten główny winowajca – on, sam Jarosław Kaczyński.
Czas płynie bezlitośnie, zasypując nieuchronnie stare kłamstwa, tworząc, naturalnie, nowe, ale przy tym niezmiennie objawiając świeżą prawdę. Co więc nam zostało z tego wszystkiego, czym tak wszyscy jeszcze dwa lata temu żyliśmy i co tak bardzo wyznaczało każdą chwilę naszego życia? Niewiele. Patrząc zupełnie uczciwie, musimy stwierdzić, że zostały już wyłącznie wspomnienia i dogasająca jeszcze gdzie niegdzie ta tak paskudnie zła nadzieja. Wspomniałem już o tym Rybie i jego koledze, o tym pijaku, który stał się tak cennym orężem w walce z Prezydentem, ale też nie należy zapominać o ministrze Ćwiąkalskim, kiedy na ekranach naszych telewizorów prosi swoich współpracowników, żeby mu przynieśli tego zniszczonego laptopa. Jest jeszcze Dziennik, który musi przepraszać Patrycję Kotecką za pomówienia. Jest jeszcze Julia Pitera w wywiadzie z początku roku, gdy zapowiada, ze do końca lutego przedstawi materiały, które spowodują trzęsienie ziemi. Są mistrzowie śledczego dziennikarstwa, Reszka i Majewski, przepowiadający Mariuszowi Kamińskiemu i całemu CBA czarny koniec. Przed nami wciąż sprawa posłanki Sawickiej… No ale przede wszystkim jest ten Ryba i ten K. i wciąż pracująca komisja posła Karpiniuka.
Jakież to wszystko jest nędzne. Jakie małe. Na tle tego zła, które zostało uczynione. I po co? W marnym interesie zaledwie paru totalnie zepsutych biznesmenów? Przyjrzyjmy się więc wspomnieniom. Pamiętam, jeszcze podczas kampanii wyborczej przed niedzielą 21 października (czy ktoś jeszcze pamięta, ze były głosy postulujące uczynić ten dzień narodowym świętem?), Platforma Obywatelska postanowiła pokazać, że oni tez potrafią prowadzić kampanię w sposób nowoczesny i urządziła szczególny show z przyszłymi ministrami Grabarczykiem i Gradem, którzy mieli za zadanie wejść na scenę i poprzewracać krzesła ustawione wokół stolika. Że niby ten stolik, o którym kiedyś tam wspomniał Jarosław Kaczyński, to takie gówno, takie nic. I stało tych dwóch smutnych urzędników z prowincji, najpierw coś gadali, a później, jeden z drugim, podeszli do tych krzeseł i je przewrócili. Zwyczajnie. Popchnęli je, a one się przewróciły. I poszli sobie. A ja pamiętam, jak bardzo byłem zażenowany z jednej strony i szczęśliwy z drugiej, bo wiedziałem, że ktoś taki nie jest w stanie wygrać żadnych wyborów, a co dopiero wyborów parlamentarnych w dużym, środkowo-europejskim kraju.
I okazało się, że nie miałem racji. Że wtedy, w tamtych dniach, nie było takiej kompromitacji i takiej żenady, która byłaby w stanie pokonać to potężne, bezprecedensowe i zjednoczone kłamstwo. Platforma Obywatelska wygrała wybory, Donald Tusk wygłosił expose, nowi urzędnicy zasiedli za swoimi biurkami, upłynęły prawie już dwa lata i wszystko widać jak na dłoni. Ryba, Sawicka, dr Garlicki, „Pati” i „Foti” (pozdrowienia dla red. Warzechy), Hubert K., „zabójstwo” Barbary Blidy, laptopy, Julia Pitera w kowbojskim kapeluszu i z rewolwerem w dłoni, komisje, usłużni dziennikarze z jednej strony, a z drugiej autostrady Grabarczyka i stocznie Grada, armia Klicha i skołatane nerwy premiera Tuska…
… Byle jakie te moje dzisiejsze pisanie. Ale też powód do ich przedstawienia byle jaki. Czy coś się bowiem naprawdę dzieje? Nic. W gruncie rzeczy jest nudno jak diabli. Nie czytam gazet, nie oglądam telewizji, bo co tu czytać, kogo słuchać? W związku z jakim fascynującym tematem? Że minister pracy chleje i podobno jest niemiła? Co za czasy! Wygląda na to, że nawet prezes Kaczyński nie ma po co wracać z urlopu. To już jest naprawdę koniec. Może by tak Premiera z panią Małgosią wysłać jeszcze raz do Peru i spróbować powtórzyć całą historię raz jeszcze?

niedziela, 16 sierpnia 2009

Dzień po - raki

Jak już chyba tu wspominałem, jakiś czas temu dostałem od Toyahowej polecenie pomalowania jednego z naszych pokoi. Ponieważ pokój jest bardzo duży i wysoki, a ja… jak by to powiedzieć… do tego typu prac domowych nie mam szczególnych predyspozycji, kontuzję, która mi się w międzyczasie przytrafiła, przyjąłem z pewną ulgą. Jak wszyscy jednak wiemy, wszystko dobre kiedyś się kończy, więc trzeba było się wziąć za tę drabinę i efekt jest taki, że mogę kogo trzeba poinformować, że pokój jest pomalowany. Prawie. W każdym razie byłby pomalowany już wczoraj, gdyby nie Święto Wniebowzięcia, względnie dzisiaj, gdyby nie niedziela. Nieważne. Do czego zmierzam? Otóż w czasie malowania, potłukłem dwa z całej kupy starych, oprawionych w ramki zdjęć, które moja żona zawiesiła na ścianie naszego pokoju, żeby było ładnie. Ponieważ zdjęcia mają wisieć w komplecie, postanowiłem dziś pojechać do sklepu IKEA, z którego oferty niekiedy korzystamy, i zakupić dwie ramki. Ramki z IKEI to wprawdzie tylko ramki z IKEI, ale coś trzeba było zrobić. Choćby prowizorycznie. Więc, jak mówię, pojechałem do IKEI po ramki.
Jestem pewien, że większość osób, które czyta te teksty, doskonale wie, czym jest IKEA, począwszy od najbardziej generalnej informacji, a skończywszy na tym wszystkim, co się powszechnie określa, jako filozofię owego projektu. Jestem pewien również, że nawet wśród najwierniejszych klientów sklepu IKEA, jest mnóstwo takich, którzy już mieli okazję wielokrotnie wypowiedzieć wszystkie możliwe uwagi na temat tego co w tym czymś jest dobrego, jak i złego i nie jest im potrzebna jeszcze jedna dyskusja. Mimo to, chciałbym choć przez chwilę poopowiadać o tym, co czuję ja, za każdym razem, gdy odwiedzam ten szwedzki kombinat. Chciałbym podzielić się tymi refleksjami, choćby dlatego, że mam głębokie przekonanie, iż pewien aspekt tego całego wydarzenia, pozostaje często jakby zupełnie niezauważony. Mam na myśli patriotyzm. Patriotyzm szwedzki.
Kiedy słowo ‘ patriotyzm’ pojawia się w naszych rozmowach, najczęściej myślimy o patriotyzmie Amerykanów, Rosjan, może Francuzów, być może Włochów, no i oczywiście przede wszystkim o patriotyzmie naszym, polskim. Odnoszę przy tym wrażenie, że z jakiegoś powodu, o pewnych narodach tradycyjnie nie myślimy w tego typu kategoriach. Kraje takie jak Holandia, czy Dania, czy Norwegia, czy właśnie Szwecja, robią wrażenie zbyt zimnych, czystych, zbyt może emocjonalnie sterylnych, byśmy chcieli oczekiwać od nich jakiejś szczególnej narodowej identyfikacji. I oto, zachodzę do szwedzkiego sklepu IKEAi widzę Szwecję. Od początku do końca, od wejścia do wyjścia, wręcz od samego logo firmy po najdrobniejszy napis w przejściach, widzę Szwecję. Mało tego, wszędzie widzę szwedzki język. Każdy najdrobniejszy mebel, każdy najmniejszy fragment wyposażenia domu, którym handluje IKEA ma szwedzką nazwę. A co najciekawsze, każda z tych nazw, z jednej strony, brzmi dla nas kompletnie obco –Grevbäck, Aspvik, Smådal, Bestå Burs – a z drugiej strony, nikt z nas się ani nie dziwi, ani niecierpliwi; wręcz przeciwnie – uważa, że tak własnie ma być, bo to własnie jest Szwecja. I trudno przecież, żeby było inaczej.
I myślę sobie, jak by to było, gdyby u nas, w Polsce pojawił się ktoś tak zdolny, tak zdeterminowany, i – jak przypuszczam – tak kochający ten nasz kraj i tę nasza kulturę, by wyypromowac coś podobnego na podobną skalę, jak to zrobił Ingvar Kamprad, twórca IKEI, mieszkaniec wioski o nazwie Elmtaryd leżącej gdzieś w Szwecji, w parafii (tak, w parafii!) Agunnaryd. Jak by to było, gdyby na całym świecie ludzie tłoczyli się w sklepach należących do jednej sieci, sieci polskiej, której cały pomysł na sukces, od początku do końca związany był z Polską i z polskim językiem. Gdzie wszyscy krążyliby od półki do półki, od sali do sali i próbowali, tak naturalnie, jakby to była część ich życia, odczytywać te nazwy, te wszystkie ‘rz’, ‘szcz’, te ‘ść” z pełnym spokojem, bo przecież to wszystko – wiadomo – Polska.
Oczywiście nie jestem aż tak naiwny, żeby nie wiedzieć, co się lęgnie w tym momencie w wielu pochylonych nad moim tekstem głowach. Doskonale znam i te nastroje i te kompleksy i również tę niezwykłą przebiegłość, które niektórym, z całą pewnością, będą kazały na te moje słowa zareagować okrzykiem: „Ależ z czym do świata? Gdzie Polska, gdzie Szwecja? Zapomnijmy! My Polacy? Do sprzątania u bauera, co najwyżej!” I od razu zatem powiem. Nie ma zgody. To w ogóle nie o to chodzi. Nie ma absolutnie jednego dowodu na to, że Szwedom było łatwiej, albo że oni byli mądrzejsi, albo że im bardziej sprzyjał los. A nawet jeśli ktoś mi pokaże takie dowody, to ja i tak zmierzam do czegoś kompletnie jeszcze innego. Ja chcę porozmawiać o Polsce teraz i o tym, co dzisiejsza Polska – skoro już najcięższy czas z pozoru ma już za sobą – może ze sobą zrobić i jaką drogę do przyszłości może wybrać. A przede wszystkim o tym, co w tej sprawie, żeby jakoś tej naszej Polsce pomóc, mają zamiar zrobić ci wszyscy, których uczucia do Polski zawierają się w całości we wzruszeniu ramion i pogardliwie wykrzywionym uśmiechu. Ci wszyscy, którzy zapytani o Polskę i o szanse dla Polski, potrafią jedynie patrzeć z cielęcym uwielbieniem na Europę i pilnować, żeby ani jedna część z ich podatków, nie poszła „na tych, cholera, panie, nierobów!”
Byłem dziś w tej IKEI, kupić ramki i, przy okazji, zaszedłem – z synem moim i bratem – do tej ich restauracji. Na miejscu był tłok niezwykły, bo to raz, że niedziela, a dwa, że – jak się okazuje – Szwedzi mają dziś święto jedzenia raków. Właśnie tak. Dziś podobno Szwedzi jedzą raki i się bawią. Przyszły więc te tłumy, każdy kto sobie zażyczył, dostał talerz z jednym rakiem, kilkoma krewetkami i jakimś sosem. Rak, choć do jedzenia nie nadawał się w ogóle, wyglądał pięknie, krewetki prawie tak samo pięknie, a na dodatek z boku siedziała grupa poprzebieranych w ludowe stroje muzyków – jak to w charakterystyczny dla siebie sposób, określił mój brat, „szwedzkich moherów” – i grali i śpiewali do tych raków. A ja widziałem współczesną Szwecję, nowoczesną Europę i myślałem (smutny jak cholera) o gołąbkach, o bigosie i o wielkości, od której wielu z nas, w najbardziej idiotyczny sposób, postanowiło się odwrócić, bo paru sprytnych szarlatanów im wmówiło, że to żadna wielkość.
I teraz, kiedy zaczynam ten nowy akapit, jestem – cholera – już bardzo zdenerwowany. Ledwo wczoraj, mieliśmy potrójne święto. Wielkie sierpniowe święto Wniebowzięcia NMP, wspaniałą rocznicę Cudu nad Wisła, no i – tak akurat się złożyło – urodziny Anny Walentynowicz. I akurat w tym dniu cała publiczna domena otaczająca ten dumny i wielki naród, wypełniona była, od rana do wieczora, koncertem jednej nędznej piosenkarki, której cały sukces widać w pełnym świetle dopiero dziś, kiedy już te smutne 70 tys. ogłupiałych fanów jakoś dotarło do swoich domów i jedyne co im pozostało, to dreptać w kółko i powtarzać sobie, ze owszem, było zawodowo. Szkoda tylko, że tak jakoś bez duszy i bez tego czegoś. No i że ich królowa jakoś nie zauważyła tych tysięcy białych serduszek, które oni tak pełni nadziei cały minony piątek wycinali. I nagle okazuje się, że jedyni, którzy tak naprawdę mogą się czuć dziś mocno, to ci, którzy jeszcze raz osiągnęli swój czarny cel. Z miłości do czego? Nie wiem. Może do raków. Najgorsze, że nawet nie swoich.

sobota, 15 sierpnia 2009

Szatan jest nudny

Nie wiem, jak to się stało i dlaczego, ale faktem jest, że jeszcze od czasu kiedy byłem bardzo młodym chłopcem, moją autentyczną pasją była muzyka. Wprawdzie nigdy nie potrafiłem grać na żadnym instrumencie, ale muzyki słuchałem nieustannie i zarówno wtedy, jak i dzisiaj, bez muzyki nie potrafię funkcjonować. Kiedy mówię „muzyka”, mam na myśli każdy jej rodzaj, każdy muzyczny styl, każdy stopień zaawansowania. Oczywiście, nie jest tak, że wystarczy, że coś gra, a ja już czuję satysfakcję. O nie! Doskonale znam różnicę między Wojciechem Kilarem, a Henrykiem Mikołajem Góreckim, między Zbigniewem Hołdysem, a Grzegorzem Ciechowskim, czy między Urszulą Dudziak, a Bobby McFerrinem. Chcę tylko powiedzieć, że ja znakomicie znam i to i to i tamto. Słucham więc, niemal od zawsze, absolutnie wszystkiego i efekt jest na przykład taki, że jeśli ktoś życzy sobie ze mną porozmawiać na tematy muzyczne, może walić jak w dym. A jeśli ktoś nagle sobie wyobrazi, że może na te tematy rozmawiać ze mną w sposób choćby minimalnie protekcjonalny, to się z pewnością zawiedzie.
Żeby troszeczkę może całą kwestię zilustrować, opowiem pewną historię, która mi się przydarzyła nie tu w Salonie, lecz u Maryli na Blogmediach24. Napisałem tekst, w którym wyraziłem mój najszczerszy zachwyt dla malarstwa (malarstwa!) Picassa i pewien bloger z tego powodu mnie wyśmiał i poinformował, ze Picasso to tandeta. Wszystko byłoby w porządku, gdyby w tym samym momencie nie zmienił tematu i wszedł w okolice właśnie muzyki. Bowiem od tego momentu, dokładnie wszystko co do mnie mówił było dla mnie tak przewidywalne i jednocześnie tak trywialne, że nie widziałem nawet sposobu, żeby z nim dyskutować. On coś gadał na temat free jazzu, na temat Milesa Davisa, na temat swojego saksofonu i solówek, które on na tym saksofonie wygrywa, a ja byłem kompletnie bezradny, nie dlatego, że nie wiedziałem, o czym on mówi, ale właśnie dlatego, że zbyt dobrze wiedziałem, o czym on mówi i skąd mu się to gadanie bierze. No ale nie mogło być inaczej, jeśli się wie, że jeszcze kiedy miałem 14 lat, próbowałem bardzo nauczyć się grać na gitarze sam początek piosenki Led Zeppelin Baby, I’m Gonna Leave You, a rok później, na Jazz Jamboree, wysłuchałem występu Tria Johna Surmana i do dziś pamiętam z niego każdą sekundę.
Po co się tym wszystkim tak chwalę? Powód, wbrew pozorom, jest bardzo błahy. Otóż dziś w Warszawie występuje piosenkarka Madonna, a wczoraj w mojej ulubionej stancji TVN24, trzech zaproszonych gości plus Anita Werner próbowało widzom, w tym niestety również mnie, wytłumaczyć, dlaczego ów występ jest wydarzeniem najwyższej wagi. Konkretnie było tak, ze pani Werner spytała piosenkarza o ksywce Skiba, czy on słucha Madonny. Skiba odpowiedział – zdecydowanie wymijająco – że nawet gdyby nie słuchał, to i tak by słuchał, bo piosenki Madonny są tak znane, że nie sposób ich nie słuchać. W tym momencie nie mogłem nie zareagować zdziwieniem, ponieważ, gdyby mnie ktoś spytał, jakie piosenki Madonny znam, to ja bym, potrafił wyłącznie wskazać - Like a Virgin. I to nie ze względu na samą Madonnę, ale w związku z czołówką filmu Tarantino Reservoir Dogs, gdzie sam Tarantino tłumaczy swoim kolegom-bandytom, o co chodzi w jej tekście. Poza tą wzmianką u Tarantino, ze sztuką Madonny spotkałem się jeszcze dwa razy. Raz w zakończeniu cudownego filmu Wayna Wanga Blue in the Face i właśnie we wczorajszym wydaniu tefauenowskich 24 godzin, gdzie zobaczyłem ją, raz rozpiętą na krzyżu w cierniowej koronie na głowie i zakrwawionym czołem, a drugi raz w jakimś teledysku, gdzie – na ile się zdążyłem zorientować – też udawała Chrystusa. Poza tym, wszystko co wiem na jej temat, a więc to, że zanim została piosenkarką, była prostytutką, że pije wyłącznie wodę mineralną wyprodukowana przez Kościół Scientologiczny, że ma fijoła na punkcie kabały i że jej narzeczony ma na imię Jezus, pochodzi z artykułów prasowych.
Powstaje pytanie, dlaczego TVN24 przejął się tak bardzo dzisiejszym występem Madonny, że znaczną część swojego sztandarowego programu, poświęcił właśnie jej, i do omawiania tematu zaprosił aż trzech ekspertów. I tu odpowiedź jest jeszcze bardziej oczywista, niż ta, której udzieliłem na poprzednie pytanie. Koncertowa trasa piosenkarki została zaplanowana w taki sposób, by jej warszawski koncert mógł się odbyć właśnie dziś, czyli 15 sierpnia. TVN24 do swoich politycznych planów może angażować nie trzech, ale siedemnastu jednakowo brzmiących komentatorów, którzy będą opowiadać, jakie to wyróżnienie spotkało ten nędzny naród, ze ktoś taki jak Madonna zechciał się tu pojawić. Podobnie, zarówno Robert Kozyra, prezes Radia Zet, jak i przeróżne gwiazdy polskiej popkultury mogą stawać na głowie w swoich drobnych kłamstwach i tłumaczyć, jak zupełnym przypadkiem, kobieta o zupełnie przypadkowym imieniu Madonna, zakochała się w kimś, kto – również kompletnie przypadkowo – miał na imię Jezus i jak to występ musiał się odbyć dzisiaj, bo przecież wczoraj Madonna była w Pradze, a z Pragi do Warszawy jest już blisko. Tak samo też ja, nie muszę nawet podejmować tak marnej dyskusji i pytać, czemu akurat autorzy trasy nie zaplanowali sobie Pragi dziś, a Warszawy wczoraj, by w ten sposób uniknąć całego nieszczęścia. To wszystko jest absolutnie pozbawione sensu i celu, ponieważ wyjaśnienie jest proste ja struna. Wszystko to, z czym mamy do czynienia codziennie, od tylu, tylu lat – i tu, w przypadku dzisiejszego koncertu, w bezprzykładnej agresji Systemu skierowanej wobec Rodzin Radia Maryja, i w niedawnej wypowiedzi Dody na temat Pisma Świętego, i wcześniej jeszcze, w wyroku sądu nakazującego Ryszardowi Nowakowi przeproszenie lidera satanistycznego projektu Behemoth za to że ten publicznie podarł Biblię i nazwał ja „pieprzonym gównem”, i jeszcze wcześniej, w zdjęciach umieszczanych na stronach magazynu pod tytułem Zły, w zapomnianej już piosence Pawła Kukiza, szyderczo wykpiwającej pierwszokomunijne dzieci, w uprowadzeniu córki nieżyjącego już marszałka Kerna, w okładkach pornograficznych pism, wystawianych codziennie na ulicach polskich miast - ten plan, w ten czy inny sposób, towarzyszy każdej chwili naszego życia. A my powinniśmy wiedzieć, że będzie zawsze już tylko gorzej.
I jeśli dziś, martwimy się, z jednej strony tym, że właśnie w tym dniu, kiedy świętujemy i Wniebowzięcie Najświętszej Marii Panny i rocznicę tak zwanego Cudu nad Wisłą i chcielibyśmy być tacy uroczyści i radośni, po raz kolejny ktoś próbuje nas pozbawić nadziei, a z drugiej zastanawiamy się, czy to naprawdę wróg taki silny, a my tacy słabi, myślę sobie, ze może powinienem coś nam wszystkim przypomnieć. Szatan to amator. Amator, który żywi się wyłącznie naszym amatorstwem (dokładnie tak samo jak marna popowa piosenkarka). A jeśli nawet udało mu się pod sobą zgromadzić całe tabuny wiernych sług, to każdy z nich, odpowiednio do miejsca, które mu przypadło w tej hierarchii zła, i tak może być od niego tylko głupszy, tylko bardziej tandetny, tylko bardziej nudny. Bo nawet i tu – może nawet szczególnie tu – „sługa nie jest większy od swojego pana”.
A zatem, czy będziemy przed sobą mieli światową mega gwiazdę, szydzącą z naszej wiary, czy jej fanów, rozradowanych jej pozornym sukcesem, czy wynajętych ekspertów o wynajętych poglądach, czy choćby – już na samym dnie tej czarnej drabiny – jakiegoś pojedynczego internetowego komentatora, który podzieli się z nami swoją bardzo specjalną refleksją o tym, jak to Matka Chrystusa w gruncie rzeczy nie różni się bardzo od ‘Królowej Popu’, bo i jedną i drugą koronowała w gruncie rzeczy hołota, prawda pozostanie prawdą. Szatan jest nudny. Po prostu nudny.
I pomyśleć, ze na tę prostą myśl wpadł nie kto inny, jak skromny gitarzysta z rockowego zespołu o nazwie Sonic Youth.

środa, 12 sierpnia 2009

O demokracji prawdziwie niezależnej

Jest lato, wakacje, a więc, jak co roku, ze względu na moją sytuację zawodową, mamy mnóstwo wolnego czasu, a przy okazji jesteśmy biedni jak myszy kościelne i żyjemy z kredytów zaciąganych w naszych pięknych, klimatyzowanych bankach. Jedynie syn mój może się czuć wolny jak ptak, ponieważ wygrał w konkursie fotograficznym lustrzankę Olympusa, wystawił ją w Allegroi za ułamek chwili będzie mógł sobie mnie kupić. Choć i ja nie mogę narzekać. Mam, jak już zaznaczyłem, mnóstwo czasu. A dodatkowo, ponieważ w dniu wczorajszym nabawiłem się kontuzji, nie muszę malować pokoju i mam tego czasu jeszcze więcej. A dzięki temu, mogę choćby sobie czytać najróżniejsze wpisy w moim Salonie. Co tam czytać. Mogę również wziąć udział w sondzie odnośnie politycznych sympatii i dowiedzieć się, że – jak wszystko na to wskazuje – siły światła wzięły Salon bez jednego wystrzału. Ale, jak mówię, przede wszystkim mogę sobie czytać.
Jeszcze w zeszłym tygodniu przeczytałem wspaniały wpis Marka Migalskiego i cały szereg bardzo inspirujących komentarzy pod nim, a wczoraj sam wstawiłem tu tekst, w którym postanowiłem podzielić się refleksjami na temat poruszony przez Migalskiego i histerycznej reakcji tych, którzy dali się Migalskiemu zwieść na pokuszenie. Szczerze powiem, że brałem pod uwagę fakt, że ktoś się tym moim tekstem może zdenerwować. W końcu pokazać ludziom, którzy cały sens swojego bytowania widzą w błogim przekonaniu, że są lepsi od tych gorszych, jak się fatalnie zbłaźnili, to nie byle co. A jeśli przy tym owi ludzie są aż tak napuszeni jak są, można im to pokazywać nawet kilka razy, a oni zawsze będą nerwowo podskakiwać. Nie spodziewałem się jednak, że efektem tego mojego wpisu będzie seria nowych wpisów. No i nie spodziewałem się, że w tych wpisach oni się tylko jeszcze bardziej odsłonią. W końcu mieli kilka dni na to, żeby się pozbierać do kupy i nabrać nowych kolorów. A tu nic. Ta sama galareta.
To co mnie najbardziej zdumiało w większości wypowiedzi miłośników uśmiechu ministra Szejnfelda, surowych ryb i okładek płyt z muzyką Jordi Savalla, to połączenie politycznych obsesji z bezwzględnym przekonaniem o swojej niezawisłości i obiektywizmie. Ja już wiele razy wcześniej, to tu to tam, wpadałem na blogi najróżniejszych rycerzy III RP, które w każdym możliwym miejscu były sygnowane zapewnieniami o tym, ze mamy do czynienia wyłącznie z głosem prostego obserwatora. Dopiero jednak tekst Migalskiego, a po nim – nieskromnie zauważę – mój, spowodował prawdziwy wysyp tych dziwadeł.
O co mi chodzi? Proszę zwrócić uwagę na opisy blogów najbardziej żarliwych obrońców status quo: „Jestem więc myślę”, „Wrażenia z mentalnej emigracji”, „Obserwator”, „Z perspektywy dziennikarskiego stolika”, „Od niechcenia”, „Za a nawet przeciw”. Nawet piąta kolumna najczarniejszej post-polityki, występuje tu pod pozorem jedynie rozdawania nagród. Nawet osoba, której cały sens blogowania sprowadza się do tego, by pokazać, jak się nienawidzi, pisze o sobie, ze ona w gruncie rzeczy jest dokładnie taka jak wszystkie kobiety; tyle że ot tak sobie jeszcze pisze. A to przecież i tak nie zaczyna się i kończy na blogach. Weźmy takiego Kazimierza Kutza. Prowadzi ów człek swój stały felieton w katowickiej Gazecie Wyborczej. I kto zgadnie, jak ma on tytuł. „Stojąc na Platformie”? „Pięścią w PiS”? „W kaczy kuper”? Ależ gdzie tam! „Pół na pół”. Oczywiście. Nie może być inaczej. A więc efekt ma być taki, że z jednej strony mamy bandę tarzających się w swoich marnych interesach pisobolszewików, a z drugiej po prostu obserwatorów, którzy przy odrobinie wolnego czasu mogą nam coś powiedzieć. A zatem, dochodzimy do sytuacji, gdzie prawdziwa demokracja miałaby wyglądać tak, że z jednej strony będziemy mieli ludzi aktywnie zaangażowanych w wspieranie tego co słuszne, a z drugiej czasem może i krytycznie (trochę) do owego dobra nastawionej opinii publicznej.
Pamiętam jak kiedyś w telewizorze odbywała się dyskusja między posłem Girzyńskim, a zmarłym Bronisławem Geremkiem. Prowadzący rozmowę dziennikarz konsekwentnie, zwracając się do Girzyńskiego podkreślał, że zwraca się do polityka, natomiast zadając pytania Geremkowi, informował widzów, ze oto z chwilę poznamy opinię obywatela i profesora. Kiedy wreszcie zniecierpliwiony Girzyński zaprotestował, mówiąc, że takie stawianie sprawy jest bardzo nieuczciwe, dziennikarz zareagował, jakby uznał, że Girzyński zwariował. I oczywiście dalej do Geremka zwracał się per „panie profesorze”, a do dr Girzyńskiego „panie pośle”. I Geremka niezmiennie prosił o ekspertyzę, a Girzyńskiego o polityczną opinię.
Czemu przypominam ten tak bardzo nieoryginalny, i w gruncie rzeczy nieistotny incydent? Bo on doskonale pokazuje ten bezmiar manipulacji, który, w moim odczuciu, jest tak bardzo niski, a przede wszystkim niedemokratyczny. Właśnie wtedy, podczas tamtej rozmowy w telewizyjnym studio, można było zobaczyć ten plan, na którego końcu stoi nic innego, jak tylko próba wyeliminowania z publicznej debaty całej części społeczeństwa. Dziś, kiedy poznaję kolejne reakcje gorliwych uczniów i wychowanków szkoły, o której wyżej, widzę, jak bardzo niektórzy tęsknią za najbardziej jednoznacznym zamordyzmem.
Wczoraj w Salonie, w odpowiedzi na mój tekst o Migalskim i jego krytykach, pojawił się wpis człowieka, którego blogerska pozycja jest związana bardzo ściśle z bezkompromisową walką ze wszystkim, co jest reprezentowane przez projekt o nazwie Prawo i Sprawiedliwość, i który zaatakował Migalskiego, nawet nie za jego poglądy, lecz za oczywisty brak bezstronności, a sam Salon za udzielanie Migalskiemu głosu, a tym samym bezczelne zaprzeczanie głównej idei Salonu, który przecież miał być „niezależny”. http://mojeanalizy.salon24.pl/119449,jak-europosel-migalski-salonowcow-reanimowal .Co bloger, który – jakże by inaczej! – podpisuje się zdaniem: „Podpatrzone z boku”, a jako swoją subdomenę wymyslił dumnie „moje analizy”, rozumie jako „niezależność”? Nie mam oczywiście pewności, ale domyślam się, że, kiedy – uwiedziony informacją na stronie www.salon24.pl, że jest to Niezależne forum publicystów – zaczął tu pisać swoje teksty, był przekonany, że może i jest ktoś, jakaś mądra władza, która to miejsce będzie odpowiednio moderowała, ale skoro ma być to forum niezależne, to z pewnością nie będą mieli tu wstępu jacyś dziwni ludzie o dziwnych poglądach. Niezależność bowiem, zdaniem owego światłego blogera, reprezentuje wyłącznie on (sam przecież wyraźnie zaznaczył, że on jedynie stoi z boku i patrzy) i jego bezinteresowni przyjaciele. Jeśli więc oni, patrząc z boku, widzą, że Migalski to drań, to Salon24, jako Niezależne forum publicystów, ma święty obowiązek ten niezależny głos, niezależnego publicysty opublikować. Natomiast, co tu, w tym niezależnym towarzystwie robi sam Migalski, a z nim jacyś dziwni ludzie o dziwnych poglądach? Czy to ma być demokracja? Czy to ma być niezależne forum? Precz stąd! Niech sobie idą do Radia Maryja!
Ja zdaję sobie sprawę, że polityczne emocje, a za nimi, pewne frustracje, sprawiają, ze każdy chce w tej debacie, w której uczestniczymy, zająć jak najlepsze miejsce. Nie dziwi mnie więc, choć sam się tu nie angażuję, gdy wielu moich kolegów załamuje ręce nad tym, że „gdzież to ten nasz Salon zmierza”, że najwyższe miejsca na stronie głównej zajmują jacyś „agenci”, że „prawdziwi Polacy” są tu dyskryminowani, a Administracja Salonutrzyma z salonem. Moim zdaniem, bywa różnie i osobiście bym nie wszczynał alarmu. Jednak, jak by nie patrzeć na te głosy, one wyłącznie apelują o inne – ich zdaniem, uczciwsze – proporcje. O większą sprawiedliwość. One nie chcą nikogo eliminować. One proszą tylko o więcej miejsca dla siebie. Jak już jednak idzie o blogerów, którzy uważają się za niezależnych, niezaangażowanych i bezstronnych, a którzy właśnie przy okazji tekstu Migalskiego tak chętnie się objawili, oni nie proszą o głos. Oni żądają wyłączności. Oni są głęboko przekonani, że dopóki w przestrzeni publicznej będzie miejsce dla ludzi myślących inaczej, to nie będzie to żadna demokracja, ale faszyzm, albo coś jeszcze gorszego. Czyli kaczyzm,na przykład.
Użytkownik, którego tekst w gruncie rzeczy zmobilizował mnie do zabrania głosu, a którego nazwy nie wymieniam, bo przecież nie o niego tak naprawdę tu chodzi, szydzi z Migalskiego, że niby taki niezależny, a przecież widać wyraźnie, ze ma poglądy, i to na dodatek nie takie jak trzeba. Drugą ręką w wali w Salon, który wprawdzie umieścił jego tekst na jedynce SG, że skoro taki niezależny, to jakim prawem promuje publikacje głupie i niesłuszne. A kiedy już załatwił jedno i drugie, obrażony zauważa, że doprawdy w takim miejscu jemu jest bardzo duszno i niewygodnie. A ja sobie myślę, że w tym właśnie tkwi całe nieszczęście tej naszej debaty. Zaczynając od samej góry, a kończąc choćby tu w Salonie, jeśli tylko spojrzymy bez uprzedzeń, dostrzeżemy łatwo, jak bardzo to że żyjemy w kraju demokratycznym, wielu z nas bardzo dokucza. Jak wielu z nas bardzo by chciało, żeby można było z jednej strony zachować tę demokrację – bo przecież każdy wie, że demokracja to dobra rzecz (nawet sam profesor Geremek to potwierdził) – ale żeby jakoś tak zrobić, żeby ta demokracja stała się bardziej „niezależna”. Żeby jedni mieli, drudzy konsumowali, a wybrani z nich informowali. I człowiek miałby lepszy nastrój, i ludzie byliby ładniejsi… A gdyby może przy okazji udałoby się wreszcie wszystko sprywatyzować, a związkowców zagnać do roboty, to i może by i finał dało się zorganizować w Warszawie, a nie w tym głupim Kijowie.

poniedziałek, 10 sierpnia 2009

O Marku Migalskim, rock and rollu i gołąbkach

Wśród rzeczy, których mi w życiu brakuje, szczególnie w tych ciekawych rozpolitykowanych czasach, to kompetencje socjologiczne. Oczywiście, bardzo uważnie staram się obserwować wszystko to co się wokół mnie dzieje, przedstawiać odpowiednie oceny i wyciągać właściwe wnioski, niemniej wszystko co sobie myślę musi być, siłą rzeczy, skażone moim amatorstwem. Ktoś mi może powiedzieć, że kiedy człowiek jest głupi, powinien korzystać z pomocy fachowców. I tak, jeśli ktoś nie wie, co się dzieje w gospodarce, może się zwrócić o opinię do wybitnego ekonomisty, jeśli ma dylematy natury historycznej, z pewnością odpowiednią pomocą będzie mu służył wybitny historyk, a jeśli przytłacza go jakaś zagadka na poziomie miejskiej ulicy, czy wiejskiej drogi, wystarczy posłuchać, co na ten temat mówi znany i wykształcony socjolog. Niestety jednak, tu jest jeszcze gorzej, bo – jak mi podpowiada doświadczenie – w momencie gdy już się wydaje, że można się czegoś mądrego dowiedzieć, to wychodzi na to, że owi wybitni fachowcy, w większości wypadków, albo są na pensji u tych, którzy mają interes w tym, żebym wiedział jak najmniej, albo całą swoją ekspercką wiedzę czerpią wyłącznie ze swojej histerii. No i wtedy, niestety, nie pozostaje mi nic innego, jak patrzeć, słuchać, kombinować, a jak zrobi się zbyt duszno, wyjechać na wieś i porozmawiać z ludźmi, którzy w większości są tak jakoś skonstruowani, że jeśli czegoś nie ma, to tego nie widzą. I odwrotnie.
No i, jak się ostatnio, tu w Salonie, bardzo jednoznacznie okazało, mogę sobie poczytać, co na temat różnych rzeczy sądzi Marek Migalski. Blogowy wpis Migalskiego http://migal.salon24.pl/118986,snobizm-na-po-milego-rechotu-panie-jourdain przeczytałem, będąc w moim Przemyślu na końcówce wakacji i, ze względów technicznych, mogłem się nim tylko zachwycić i następnie tylko króciutko go skomentować. Tymczasem, jest to tekst, który stanowczo zasługuje na znacznie więcej. Znacznie więcej niż słowa pochwały ze strony tych, których analiza Migalskiego intelektualnie wzmocniła, ale też znacznie więcej niż słowa wyplute przez tych, których Migalski swoim tekstem najpierw obnażył, a następnie ustawił pod ścianą i kazał im już tam tylko stać.
A tekst Migalskiego jest w gruncie rzeczy bardzo skromny. Krótki, bardzo konkretny, z jedną właściwie, bardzo prościutką, myślą. Że w dzisiejszej Polsce, popieranie Platformy Obywatelskiejnie jest ani przemyślanym gestem politycznym, ani prostym odruchem emocjonalnym, lecz najbardziej ordynarnym wyborem kulturowym, i to na dodatek o wyjątkowo zawstydzającym charakterze. Jak twierdzi Migalski, mamy tu do czynienia wyłącznie ze snobizmem i najbardziej płytkim konformizmem. Ludzie, którzy stanowią elektorat Platformy Obywatelskiej – zdaniem Migalskiego – w swojej decydującej większości – traktują całą przestrzeń publiczną, a w tym oczywiście politykę, jak towar. I to towar dowolnego typu. Dla ciała, dla ducha, dla serca – obojętne. Towar. W efekcie, jak to pięknie pokazuje Migalski, człowiek, który w całym swoim życiu – pomijając czysto fizjologiczne czynności – wykazuje odruchy wyłącznie stadne, nie jest w stanie reagować indywidualnie również na poziomie polityki. I stąd, jeśli ktoś uważa, że zagwarantuje sobie odpowiednią społeczną pozycję czytając Witkowskiego, jadając w sushi barach, klaszcząc po wylądowaniu samolotu i słuchając Buena Vista Social Club, w sposób całkowicie naturalny, musi czuć pogardę do Kaczyńskich i sympatię do wszystkiego, co jest kojarzone z Platformą Obywatelską. Z tego właśnie powodu, że PO jest tak samo elementem owej ‘kultury supermarketu’, jak cała reszta tej tandety, której zaledwie kilka przypadkowych elementów zechciał wymienić Migalski, a która jest przecież o wiele bogatsza i o wiele śmieszniejsza.
Tekst Marka Migalskiego wywołał niezwykłą reakcję. Kiedy to piszę, pod jego wpisem znajduje się niemal dwieście komentarzy, w większości pełnych zrozumiałego oburzenia. A ja się zastanawiam, co to się stało, że tak krótki tekst, zawierający tak prostą i z pozoru niekontrowersyjną tezę, wywołał takie zainteresowanie. W tak zwanych lepszych zakątkach Polski, już jakiś czas temu przyjęło się uważać, że część społeczeństwa związana emocjonalnie z Prawem i Sprawiedliwościąto brzydkie, niesympatyczne i niewarte szacunku głuptasy. Marek Migalski napisał tekst, w którym zasugerował, że jest wręcz odwrotnie. Można by było się spodziewać, że wszyscy ci którzy nie zgadzają się z opinią Migalskiego machną ręką i z dumą pozostaną na swoich pozycjach. Tymczasem wrzask podniósł się taki, że zarówno Migalskiemu jak i nam wszystkim, którzy znajdują w Migalskiego diagnozach sens, pozostaje tylko bić brawo. No bo jak można reagować na coś, co w pełni symbolizuje, z jednej strony, komentarz tego biedaczka, który, jak dziecko, próbuję się ratować przed słowami Migalskiego, zapewniając, że on ani nie chodzi do sushi, ani nie słucha Rubika, ani nie klaszcze w samolocie i żeby go w to nieszczęście nie wpychać, a z drugiej, cudowny w swojej nagości, tekst użytkownika podpisującego się MiddleFinger, a który muszę tu przytoczyć w całości: „Obciach, panie fruwający smętologu, to jest głosowanie na partyjkę, której najebani jak stodoła posłowie rozwalają sie wózkiem golfowym po zagranicznych hotelach.
Obciach, panie smędzacy ornitologu, to jest glosowanie na partyjkę, której wiceszefunio przyłazi na kacu ze swoim zawszonym kundlem do Sejmu i każe straży marszałkowskiej z kundlem wychodzić, żeby mógł sie wysrać na trawniku.
Obciach, panie pisologu, to jest glosowanie na partyjkę, której wysocy funkcjonariusze obiecują przekupnym posłom z innych partyjek regulowanie ich prywatnych długów z kasy Sejmu.
Pan i pańska g....o warta partyjka jesteście jak szambo, które wywaliło i które trzeba z powrotem zagnać do ścieku, gdzie wasze miejsce.
Już niedługo się tam znajdziecie.”
W komentarzu, pod tekstem Migalskiego, napisałem, że Migalski swoją diagnozą trafił intelektualną i kulturową pustkę elektoratu Platformy prosto między oczy. I gdybym miał więcej czasu i możliwości, napisałbym jeszcze, że trafiając ich tak celnie, nie pozostawił im nawet najskromniejszej możliwości obrony. O ile, oczywiście nie będziemy obroną nazywać tych smętnych zawodzeń, które – jeśli mi wolno skorzystać z mojego ulubionego porównania – muszą się prezentować, jak najnowszy koncert zespołu U-2 (który, w moim mniemaniu, mógłby się jak najbardziej uczciwie znaleźć na liście obciachów posła Migalskiego) na tle wszystkiego tego, co cywilizowany świat przyjął określać mianem rock’n’rolla. Albo, jeśli komuś to porównanie nic nie mówi, jak surowa ryba jedzona przy pomocy dwóch patyków, obok, choćby, mielonego mięsa z ryżem, zawiniętego w kapustę, a popularnie zwanego gołąbkiem. Albo, jeśli i to kogoś z czytelników tego bloga nie przekonuje, jak Donald Tusk naprzeciwko Jarosława Kaczyńskiego.

czwartek, 6 sierpnia 2009

Krajobraz po meczu

We wczorajszej Rzepie, jak to skutecznie zademonstrowałem w moim poprzednim wpisie, najbardziej dla mnie poruszającym tekstem był manifest poparcia dla projektu i osoby Jerzego Owsiaka, przedstawiony przez Igora Janke. A przecież, szczególnie dla kogoś, kto przez cały tydzień był bardzo skutecznie upośledzony, jeśli idzie o dostęp do wszelkiego mainstreamu, wystawiony głównie na odgłosy szczekających psów i gdaczących kur, ponowny kontakt ze światem musi być siłą rzeczy o wiele bardziej efektowny, niż to zapewnia jeden tylko tekst, choćby nawet tak szczególny, jak ten, który się przydarzył panu Igorowi.
Zanim jednak przejdę do tego, co mnie przede wszystkim zmobilizowało do kolejnego wpisu, podzielę się refleksją nie bardzo oryginalną. Myślę, że wiele osób, które, podobnie jak ja, są na co dzień bardzo zajęte polityką, przynajmniej parę razy w zyciu miało okazję zauważyć, jak to wystarczy nawet te kilka dni wyłączenia się, żeby nagle wszelkie proporcje zostały odpowiednio przywrócone. Jak to nagle, człowiek któremu dotychczas wydawało się, ze nie ma nic ważniejszego, niż to, co kto powiedział, kto co temu komuś na to odpowiedział i jak to wszystko zostało skomentowane przez kogoś trzeciego, zauważa, że to było zwykłe złudzenie, najbardziej ordynarny narkotyk, do tego tak zawstydzająco byle jaki. Jak to nie z tego ni z owego, człowiek włącza telewizor, i… mu się po prostu nawet nie chce słuchać.
Pierwszy raz – pamiętam – miałem tego typu doświadczenie, jeszcze za głębokiej komuny. Wyjechałem sobie na półtora miesiąca poza Polskę i było to, proszę sobie wyobrazić, lato roku 1980, i kiedy wróciłem pod koniec sierpnia, potrzebowałem naprawdę kilka dobrych dni intensywnego ‘wciągania’, żeby się zainteresować chociaż, czy ten gość to Walesa, czy jakoś może inaczej. Oczywiście później ta cała polityczna szajba mi wróciła i to bardziej niż sam tego chciałem. I tak to już trwa.
W niedzielę wieczorem wróciłem ze wsi i nawet mi się nie chciało włączać telewizora. W poniedziałek zapomniałem kupić gazetę. Dopiero wieczorem, włączyłem mój ukochany TVN24,by po pięciu minutach telewizor zgasić. Jednak zauważyłem cos nowego. Otóż nie chodziło o to, że gadał Bugaj z Lityńskim i mnie to znudziło. Ani o to, że przy kolejnej próbie z kolei Szejnfeld z Jakubiak się tam o coś spierali, a ja nie wiedziałem, o co. Problem polegał na tym, że ja po raz pierwszy w ogóle, z taka intensywnością zauważyłem, że oni siedzą naprzeciwko siebie i się zwyczajnie nienawidzą. Mało tego. Przyszło mi w pewnej chwili do głowy, że nawet jeśli ta nienawiść jest jedynie złudzeniem, to jest to złudzenie bardzo starannie wykreowane. Że ta wojna, która się toczy od kilku lat, a zaczęła się jeszcze w czasie kampanii przed wyborami 2005, ma bardzo dokładnie zaplanowany charakter i z góry ustalony przebieg. A jej dominującą cechą jest czy to zimna nienawiść, czy może pogarda, czy zaledwie szyderstwo, jednak o jednym tylko kierunku – w górę. I jeszcze coś. To wojna, która musi być taka i nie może już być inna, bo straci cały swój sens. Bo jeśli osłabną te emocje, to pozostaną już tylko argumenty. A to dla tych, którzy tę wojnę rozpętali, będzie oznaczało koniec. I jest to prawda, którą znają wszyscy uczestnicy tego starcia, włącznie z tzw. wolnymi mediami i z całym tym popkulturowym zapleczem, które zawsze wtedy, gdy pojawi się groźba zwykłej, tradycyjnej debaty, wezmą sprawy w swoje brudne ręce i nakręcą ten stary, tak dobrze nam znany rechot.
Nie byłem oczywiście na Przystanku Woodstock i o tym, co się tam działo, wiem tylko ze szczątkowych relacji. Między innymi właśnie Igora Janke we wczorajszej Rzepie. Pisze on, że ci piękni młodzi, których, w ramach jakże potrzebnej edukacji politycznej, zebrał wokół siebie Owsiak, podczas spotkania z Tadeuszem Mazowieckim, Lechem Wałęsa i – co nie powinno być przegapione – Piotrem Najsztubem, „zadawali gościom wiele trudnych pytań – np. Wałęsę indagowano o jego współpracę z SB”. Pewnie było tak jak pisze Janke. Nie będę się spierał. Nie wiem. Wiem natomiast świetnie, jak się to pełne trudnych pytań indagowanie skończyło. Piotr Najsztub, człowiek, który nie tak jeszcze dawno, tuż po tragicznej śmierci Jorga Haidera, miał okazję publicznie wyrazić żal, ze w Polsce nie dochodzi do tak skutecznych rozwiązań, jak w Austrii, z pewnością zadbał o to, żeby nie było nudno. Bo w momencie jak to koło przestanie się kręcić, ono natychmiast , w jednej sekundzie, zarośnie rdzą. Taki ewenement.
A to że sytuacja jest już bardzo dramatyczna, widać jak na dłoni. I tu mogę wrócić do tych informacji z wczorajszej Rzepy, do której się wciąż odwołuję. Czytam mianowicie, że jeden ze sztandarowych projektów Platformy Obywatelskiej, czyli uzawodowienie polskiej armii, wszedł w druga fazę, czyli, po ostatecznej likwidacji poboru, zachęcani przez rządową akcję promocyjną młodzi mężczyźni zaczęli się gremialnie zgłaszać do wojska. I cóż się okazuje? O żadnej pracy żaden z nich nie ma co marzyć. Bo jest bieda, nie ma pieniędzy, a więc nie ma mowy o żadnym wojsku. Artykuł w Rzeczpospolitej jest bardzo oszczędny w sensie komentarza. Goła informacja, suche fakty. Koszary sa puste, nie ma pieniędzy, nie ma pracy. A ja sobie tylko dopowiadam. Rozumiem, że nie ma wojska. Polska najprawdopodobniej została jednym lekkim gestem pozbawiona armii. I niech mi nikt nie mówi, że z tego co mówię bije nienawiść. O nie. Nienawiść się dopiero pojawi, gdy się dowiem, że jestem głupim pisiorem.
I oto drugi tekst, z tej samej Rzepy. Okazuje się, że właściwa prokuratura ostatecznie umorzyła śledztwo w tzw. sprawie podsłuchów. Doniesienie, w harmonii z ówcześnie panującą atmosferą, na początku rządów Platformy Obywatelskiej, złożył w tej sprawie szef ABW Krzysztof Bondaryk. Dziś prokuratura twierdzi, że żadnych nielegalnych podsłuchów nie było. I koniec. Kropka. O ile sobie dobrze przypominam, nie zostało już nic więcej. Laptopy, porażone radioaktywnością pielęgniarki, karty kredytowe, nawet Cezary Michalski, który – pamiętam do dziś – pisał, ze nikt nie będzie płakał po CBA, już jest poza systemem. Rzepa publikuje informację o umorzeniu, w drobnej notce, na piątej stronie, w dolnym rogu, a wieczorem w telewizji TVN24, Marek Siwiec – ot tak, przy okazji i od niechcenia – rzuca jeszcze raz jakąś uwagę o tym, że PiS nieustannie podsłuchiwał polityków.
A ja to właśnie nazywam wygasaniem starcia, prowadzonego przez niemal 5 lat, przy użyciu najbardziej brutalnych i bezwzględnych środków. Starcia, którego inżynierowie, dla interesów pewnej, nie tak przecież wielkiej grupy, ale za to bardzo, bardzo mocnej, w rzeczywistości gotowi byłi zniszczyć duszę całego pokolenia i doprowadzić do czegoś, co ja bym nazwał kulturową wojną domową. Zaczynają wygrywać fakty. I choć, niestety wciąż pozostaje dysząca nienawiść - niezaspokojona, zawiedziona, wciąż bardzo spragniona ofiar – to już zmieniająca się w soją własną karykaturę. I zupełnie bezradna.
A nam pozostaje się tylko w spokoju odrodzić.

środa, 5 sierpnia 2009

O co chodzi z tym piwem?

Są dwa momenty w roku – w dowolnym roku – kiedy mam uczucie, że całość naszych codziennych spraw, cała publiczna przestrzeń, wchodzi we władanie kłamstwa. Nie kłamstwa zwykłego, powszedniego, doraźnego, tworzonego to tu to tam przez ludzi złych i głupich, na potrzeby równie doraźnych i powszednich interesów. Mówię tu o kłamstwie szczególnym. Kłamstwie tak świątecznym i oficjalnym, że niemal państwowym. Kłamstwie operującym niemal na poziomie religii, czy, jak kto woli, racji stanu. Kłamstwie wypełniającym całą Polskę w sposób tak kompletny i bezwzględny, że praktycznie nie do odparcia. Takie mam odczucie dwa razu do roku i w obu wypadkach na jego drugim końcu stoi Jerzy Owsiak i jego dwa projekty – Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy i tzw. Przystanek Woodstock.
Pisałem tu o Owsiaku kilka razy, powiedziałem na jego temat wszystko co chciałem i – Bóg mi świadkiem – postanowiłem nigdy więcej na jego temat się nie wypowiadać. Trochę dlatego, że i dla niego samego i jego sposobu na życie mam wyłącznie pogardę, a trochę też z tego powodu, że cała ta materia, w której Owsiak czuje się jak ryba w wodzie, przeraża mnie jak koszmarna mgła. Kiedy w ostatnich dniach czytałem wpisy moich kolegów z Salonu na temat dopiero co minionego Festiwalu, tym bardziej utrzymywałem się w przekonaniu, ze nic tu po mnie. Powiem szczerze, że przyjmuję jako swój nawet wpis Gniewomira Świechowskiego, w którym autor z radością przyznaje, że mimo iż „wymęczony sporą ilością wypitego piwa”, jeśli ma ochotę „rzygać”, to nie ze względu na to piwo, ale w związku z tym, że najróżniejsi „polityczni fanatycy” sądzą, że „420 tys Woodstockowiczów” interesuje się polityką, podczas gdy oni chcą tylko nabrać „pozytywnej energii”, „nawalić się” piwkiem i kurzem i pobawić się „bez przemocy”. A nie gnić jak te „rumiane dupki”, które pana Gniewomira mijają codziennie na ulicy. Przyjmuję go jako swój, w sposób bardzo interesowny. Nawet ja nie umiałbym lepiej przekazać tego, co tak mocno niesie ów tekst http://amyniechcemy.salon24.pl/118436,to-czego-nie-lapiecie-w-woodstocku.
A jakiż bym musiał mieć talent, by napisać coś choćby w połowie tak ważnego i poruszającego, jak to co przeczytałem wczoraj u Rolexa http://hekatonchejres.salon24.pl/po-balu?.
A zatem nie miałem już pisać o Owsiaku. I oto dziś własnie w Rzeczpospolitejznalazłem artykuł Igora Janke, naszego salonowego dobrodzieja i dobroczyńcy, zatytułowany Owsiak uczy odpowiedzialności, lub – w necie – Owsiak zasłużył na popularność http://www.rp.pl/artykul/9157,344542_Janke__Owsiak_zasluzyl_na_popularnosc.html. Oczywiście sama różnica w tytułach jest interesująca, podobnie jak właściwie każde zdanie owego tekstu, osobno i w całej swej kupie, jednak jeśli już piszę ten swój dzisiejszy – nawet nie wiecie jak bolesny dla mnie – tekst, to nie po to, żeby dyskutować z kolejnym dziennikarzem, ani, tym bardziej, się z nim kłócić, ale żeby jeszcze raz powiedzieć coś na temat tego kłamstwa, o którym wspomniałem na początku swojego tekstu. Nie chcę pytać Igora Janke, czemu napisał ten swój niezwykły manifest, czemu uznał za stosowne ogłosić publicznie, że Owsiak uczy czegokolwiek wartościowego, a już zwłaszcza odpowiedzialności, nie zmierzam powtarzać swoich wczorajszych pytań odnośnie tego, jak to się dzieje, że tylu bardzo przecież dzielnych komentatorów tak chętnie i tak bardzo bez powodu potrzebuje się od czasu do czasu skompromitować. Nie chcę nawet załamywać rąk i wylewać swoich żalów z powodu tego, że kiedy Igor Janke „obserwował Przystanek Woodstock, cały czas miał w głowie to co robią twórcy Muzeum Powstania Warszawskiego”. Nawet nie z powodu tego kuriozalnego wyznania. W końcu to że akurat w dniach Powstania Warszawskiego, Jerzy Owsiak postanowił „piwkiem” – że znów zacytuję pana Gniewka – tępić nienawiść, to czysty zbieg okoliczności, a o tym, że Powstańcy-Aniołowie z Nieba spoglądają na Woodstock, on sam już miał czelność wspominać wiele lat przed red. Janke.
Jednak przyznaję. To właśnie ten tekst w Rzeczpospolitej zainspirował mnie, by jeszcze raz zająć się Jerzym Owsiakiem. I to właśnie osoba autora tego tekstu sprawiła, że i sam artykuł stał się nagle tak ważny. Ja wiem oczywiście, że wśród osób czytających ten blog, wielu jest takich, którzy mi powiedzą, że jestem naiwny jak dziecko, bo przecież Igor Janke już dawno jest po tamtej stronie. Jak bym chciał w to uwierzyć! A jednak nie wierzę. Ja wiem na pewno, że kiedy Igor Janke pisze, że dla zrównoważenia tej swojej pełnej miłości sceny, obok Lecha Wałęsy i Tadeusza Mazowieckiego, Owsiak powinien zaprosić Wiesława Chrzanowskiego i Adama Strzembosza, to on nie kłamie. On się jedynie myli. I że niestety nawet o tym nie wie. I stąd mój ból. I stąd te dzisiejsze słowa.
Ale – jak mówię – nie o Igorze Janke ten tekst. Nie o drugim, obok Owsiaka, mistrzu ceremonii tego festiwalu – Piotrze Najsztubie. Nie o tym chlaniu, którym nie potrafi się przestać zachwycać Gniewomir Święchowski, ani o tych tak bezwstydnie wykorzystywanych Powstańcach, ani nawet o samym Owsiaku. Wracając do tego przykrego dla mnie tematu, chciałbym powiedzieć coś jeszcze tylko na temat tego kłamstwa, które kilkanaście lat temu znieruchomiało nad Polskim życiem publicznym i już tak zostało. Chciałbym tylko powiedzieć, że tam nie ma przyjaźni, tam nie ma miłości, tam nie ma dobrego przykładu, tam nie ma nawet prostego, zwykłego życia. To z czym mamy do czynienia w ciągu tych kilku dni każdego roku, to wyłącznie stworzony na potrzeby chwili, sztuczny świat. Dokładnie taki sam, jaki został opisany przez Huxleya w Brave New World,gdzie nie ma Boga, nie ma wysokiej sztuki, nie ma tak naprawdę nawet szczęścia, ale jest za to soma. I ten w gruncie rzeczy religijny przecież festiwal, podczas którego tę somę zgodziło się tępo przyjąć kilkadziesiąt, czy jak chce ten świat, czterysta tysięcy, czy nawet milionów, jeśli to komuś sprawi przyjemność, wypełnionych tym nieustającym miłosnym wrzaskiem. A głupi ludzie nie chcą dostrzec tak przecież prostego i oczywistego faktu, że wystarczy jeden moment, byleby choć na ułamek chwili Jerzy Owsiak przestał się wydzierać, by całe to towarzystwo nagle stało się równie miłe-niemiłe, jak te „rumiane dupki”, o których z taką satysfakcją wspomina Gniewomir.
Brave New World… Jakież to wszystko oczywiste. Jak mało trzeba, żeby zrozumieć coś tak nieskomplikowanego. Nie trzeba być ani socjologiem, ani psychologiem, ani wybitnym profesorem. Nie trzeba mieć doświadczenia w badaniach nad psychologią tłumu i nad strukturą manipulacji, żeby rozpoznać to co jest wręcz namacalne. Przecież to wszystko zostało nam wyłożone czarno na białym. W powieści Huxleya, zwykły przecież człowiek, który miał jedynie uszy i oczy otwarte potrafił rzucić okiem na ten świat i już wiedział wszystko, co wiedzieć trzeba było:
'In fact', said Mustapha Mond, 'you're claiming the right to be unhappy.'
'All right then,' said the Savage defiantly, 'I'm claiming the right to be unhappy.' 'Not to mention the right to grow old and ugly and impotent; the right to have syphilis and cancer; the right to have too little to eat; the right to be lousy; the right to live in constant apprehension of what may happen to-morrow; the right to catch typhoid; the right to be tortured by unspeakable pains of every kind.' There was a long silence.
'I claim them all,' said the Savage at last.
Mustapha Mond shrugged his shoulders. 'You're welcome,' he said."
A jednak, na koniec, pytanie do Pana, panie Igorze. Co to się dzieje, ze Pan tak bardzo się boi, że ktoś Panu powie „You’re welcome”? Przecież to nic takiego. A piwa – jeśli Pan tylko zechce – i tak będziemy mogli się napić i bez Owsiaka.