Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Piotr Wielgucki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Piotr Wielgucki. Pokaż wszystkie posty

piątek, 8 kwietnia 2022

O wariatach, oszustach i zwykłych agentach

         Dużo się ostatnio mówi na temat propagandowego ataku prowadzonego na wszystkich możliwych kierunkach i pod wszelkimi możliwymi hasłami przeciwko prawdzie, a ja, jak zawsze staram się mieć oczy i uszy otwarte. Mam zatem z każdym dniem coraz silniejsze przekonanie, że choć podstawowa inspiracja płynie z Moskwy i z Niemiec to tu u nas znana nam grupa próbująca, często bardzo skutecznie, sterować umysłami wielu, składa się zaledwie z kilku osób i organizacji, a więc – pomijając naturalnie tak zwaną „totalną opozycję” – przede wszystkim Konfederacji z Grzegorzem Braunem i Korwinem na czele, Piotra „Kurki” Wielguckiego, ośrodka Polonia Christiana i wreszcie samotnego strzelca, Łukasza Warzechy. To tu mianowicie prowadzona jest dystrybucja owego rusko-niemieckiego towaru, czy to w postaci histerii antyszczepionkowej, czy to antyukraińskiej propagandy, czy wreszcie nieustannego szczucia na Kościół w osobie papieża Franciszka.

      I teraz, w momencie gdy zarówno Braun jak i Korwin stają się powoli passe, i wokół nich gromadzi się już coraz mniejszy tłum, Łukasz Warzecha nie ma na tyle siły by się przebić przez mur anonimowości, a za Franciszka się już zabrała państwowa telewizja i wygląda na to, że jesteśmy bez szans, pozostaje wymieniony wcześniej Matka Kurka, który, jak się zdaje wciąż i to od wielu już lat niezmiennie, przyciąga do siebie znaczną liczbę durniów, których tu nigdy nie było zbyt mało.

          Poświęciłem tu owemu dziwnemu człowiekowi dotychczas bardzo dużo miejsca i choć zawsze męczyły mnie z tego powodu wyrzuty sumienia, to i dziś uważam za stosowne zająć się owym fenomenem. Dlaczego? Bo twierdzę w szczerym przekonaniu, że to on tu dziś, przynajmniej w internecie, jest projektem absolutnie najbardziej niebezpiecznym dla psychicznego zdrowia Polaków i chcę przypomnieć kilka rzeczy z przeszłości, które mogły wielu z nas umknąć.

         Jak niektórzy wiedzą, ów Matka Kurka – przypominam że owa nazwa od początku stanowiła oczywiste szyderstwo z Ojca Rydzyka – od wielu lat prezentuje się na swoim blogu zatytułowanym Kontrowersje. Co jednak powszechnie pozostaje nieznane, znaczna część jego przemyśleń została stamtąd przez niego samego wystrzelona w kosmos, tak by nikt nigdy nie pomyślał, że ma do czynienia z ewidentnym psychopatą i oszustem. Dziś, jak mówię, po tamtych notkach nie pozostał nawet ślad, ja natomiast jeszcze przed laty zdążyłem część z nich zapisać i dziś chciałbym je przypomnieć. Bardzo proszę. Czytajmy i ruszmy łaskawie głową. Oto mamy początek roku 2010, tuż przed zamordowaniem Lecha Kaczyńskiego, a przed nami Matka Kurka, znany dotychczas z najbardziej obrzydliwych ataków, prowadzonych w przeróżnych miejscach i pod różnymi imionami, pod adresem Polski, Kościoła i wreszcie Prawa i Sprawiedliwości oraz braci Kaczyńskich, z być może najbardziej szokującym apelem, by gdy oni już wreszcie zdechną, pogrzebać ich najdalej od miejsca gdzie on, Matka Kurka, urzęduje, melduje co następuje:

Wyobraźcie sobie faceta, który mógł mieć każdą kobietę w swoim otoczeniu, bez najmniejszego wysiłku, mógł korzystać i przebierać do woli, ale taki miał twardy charakter, że zapanował nad tym, nad czym żadnemu facetowi panować niepodobna. Za ten jeden wyczyn bije Chrystusowi pokłony i nie czuję się godnym sznurować sandałów u jego wstrzemięźliwych sandałów. Brzmi jak żart, jednak wcale żartem nie jest, poświęcić się tak swojej misji, aby uwolnić się od kaprysów penisa, od podświadomości, od skonsumowanych erekcji, to jest wielkość, to jest geniusz i męskość o jakiej każdy pantoflarz może tylko pomarzyć. Chrystus ujarzmił pożądanie, coś co pochłania 96% nędznej egzystencji męskiej, prosty męski organizm jest tak właśnie skonstruowany, 96% myślenia o dupie, 4% o III zasadzie termodynamiki i II prędkości kosmicznej. 96% czasu spędzonego na podniecaniu się kawałkiem cycka, 96% czasu zmarnowanego na obracaniu głowy wokół każdego falującego tyłeczka i 4% na myśli, czyny i pożyteczny wysiłek, 4% na ‘Makbeta’.

Dlaczego Chrystus zaszedł tak wysoko, tak daleko i trwać będzie wiecznie? Dlaczego jego dzieło jest nieśmiertelne, a on sam nazywany Bogiem? Dlatego, że to pierwszy i jak na razie ostatni facet, który potrafił co najmniej odwrócić proporcje, 96% czasu, myślenia i wysiłku poświęcał na to, aby ścigać się z Bogiem nie własnym penisem. Chrystus jest moim mistrzem, jest moim Bogiem, wierzę w Chrystusa i nigdy nie przestanę, postać Chrystusa powinna być archetypem każdego macho, tak właśnie należy pojmować męskość.

Mężczyzna jako dostarczyciel wielokrotnego orgazmu jest ziemskim, żałosnym niebytem, ściąganie się na wielkości i sprawności organu służącego do odcedzania toksyn z organizmu, jest sportem dla gówniarzy. Chrystus zapanował na męskością i uczynił to w stylu, który zawstydza Boga. Tylko za ten wyczyn Chrystus jest nieśmiertelny, a przecież dokonał wielu rzeczy, których nie da się wytłumaczyć inaczej niż Bogiem. Przeprowadzenie bezkrwawej rewolucji społecznej, przewartościowanie skostniałego starotestamentowego zamordyzmu, braku tolerancji i zacofania. Chrystus był pierwszym Żydem, który dotykał kobiety pozbawioną seksualności czułością i nie pytał, czy białogłowa miesiączkuje, co dla ciemnego, konserwatywnego Żyda było grzechem. Zacofany starotestamentowy Żyd wierzył, że dotykając kobiety, która ma okres nie pójdzie do nieba, a jeśli już dotknął musiał uczynić wiele pogańskich obrzędów, by zmyć z siebie nieczystość. Z takim zacofaniem zmierzył się Chrystus i poszły za nim miliony. Chrystus skupił wokół siebie wszelkie pogardzane mniejszości, ladacznica była dla niego materiałem na świętą, złodziej i przestępca na kapłana, biedak na przyjaciela Boga, celnik na uczciwego, bezinteresownego filantropa. Chrystus wyprzedzał swoją epokę o więcej niż 2000 lat, zburzył stare i zbudował nowe, trwałe i nieśmiertelne. Sprzeciwił się własnemu narodowi, własnej kulturze, własnej tradycji, został znienawidzonym banitą, ale wygrał. Jego rodacy, jego bracia i siostry sprzedali go rzymskiemu okupantowi, wydali na tortury i na okrutną śmierć, bo nie rozumieli w swojej głupocie, że mają do czynienia z Bogiem”.

     Mijają niespełna cztery miesiące, nadchodzi owa upiorna sobota 10 kwietnia, gdy Wielgucki – już z samego powyższego fragmentu widać, że ewidentny wariat – robi kolejny krok:

Na Lecha Kaczyńskiego miałem głosować, nie była to żadna prowokacja, nie był to zabieg pod klikalność, to była moja głęboko przemyślana decyzja. Nie zagłosuję i wiem za co ta kara. Ta kara jest za wieloletnie patrzenie tylko i wyłącznie na ludzkie wady. Mam taką cechę, Lechowi Kaczyńskiemu zebrało się najbardziej, może tylko jego brat dostał więcej. Nie jestem wierzący, nie jestem przesądny, ale do czasu do czasu do mojej cynicznej, racjonalnej głowy docierają znaki, które nie mówią, ale krzyczą.

Dzisiejsza tragedia wykrzyczała mi, że człowiek nie brzmi prosto, że życie ludzkie zostało opisane na milion sposobów, ale samo życie ciągle dodaje nowe wersy, na które nie wpadłby żaden śmiertelnik. Marnie wygląda wszystko, tysiące tekstów, setki interpretacji, tony emocji, spory żałosne, noty nędzne i wybitne.

Zapala się prawy silnik, albo przejeżdża TiR, rośnie guz na nerce, za rogiem nóż w plecy, albo spektakularnie na grobami 20 tysięcy ginie 88. Za kilka dni góra tygodni będą padać takie zdania: ‘No i co z tego, trzeba żyć dalej, a Kaczyński był taki jaki był, nie obchodzi mnie, że zginął, żadnego PiS, żadnych Kaczyńskich’. Nie wiemy jaki był, pisałem o Kaczyńskim wiele lat i nie wiem jaki był, trzeba żyć dalej, ale dla mnie życie ma znów inny smak, znów mi się przestawiły tory, choć jeszcze wczoraj byłem pewien dokąd jadę i jakie kolejne odwiedzę stacje. Jest mi nie tak, jest mi bardzo nie tak, nie muszę robić niczego na siłę, samo mi się z całego mnie wyrywa: ‘Moje kondolencje, moje współczucie, moje przygnębienie, moja bezsilność’".

       I tu, gdy może się ju z wydać, że on wkracza na wciąż mocno pokrzywioną, ale jednak nową drogę, mija zaledwie kilka dni i pojawia się kolejny wpis:

„„W jednym radzieckim samolocie nie pierwszy i pewnie nie ostatni raz poleciało 88 oficjeli, chociaż nie na miejscu lądowania, ale na miejscu startu komunikaty meteorologiczne pukały się w czoło. Polski prezydent według protokołu dyplomatycznego wrócił w trumnie, towarowym wojskowym samolotem, takim samym jaki się rozbił niedawna z 30 polskimi dowódcami. Następnie zapakowano trumnę do karawanu, trzeba wyjaśnić kwestię przetargu i przewieziono zwłoki w takim tempie i po tych samych dziurach, jakimi każdego dnia jeżdżą niemieckie samochody pozbawione TUV. Płaczemy 4 dzień, wiemy już ponad wszelką wątpliwość, że to Kaczyński kazał zabić wszystkich i nawet się nie zająknął, bo takie miał chore ambicje. Jeden ksiądz z Przemyśla powiedział, że Tusk też się mógł zabić i skład na tym samym radzieckim pokładzie miał wcale nie gorszy. Kto inny mówi o bandycie Kaczyńskim, kto inny chce zabić księdza z Przemyśla, to się u nas nazywa debata miedzy opcjami. I teraz jest najważniejsze, abyśmy zapomnieli o tych wszystkich drobnostkach, co tu dużo mówić, o tej demagogii, kto ile zarabia i na co jak długo czeka. Teraz najważniejsze są wnioski, a wnioski są takie. Jak nie pogonimy tego Niemca Tuska i nie wykończymy tego gnoma Kaczyńskiego, jak nie zajebiemy Niesiołowskiego z Bartoszewskim, jak nie dopierdolimy Kurskiemu z Bielanem, jak nie obesramy Wałęsy, jak nie zglanujemy bufetowej Gronkiewicz, jak nie wyrwiemy jaj agentowi Sikorskiemu, jak nie obetniemy cycków agentce Gilowskiej, jak nie zakopiemy żywcem Balcerowicza i nie pozwolimy na katolickim cmentarzu pochować Skrzypka, jak nie damy całej władzy rudym, jak w końcu nie pozwolimy rządzić Polakom, to się w tej jebanej Polsce z tymi skurwysynami Polakami nic i za chuja nie zmieni. Najpierw musimy się zajebać na śmierć kurwa nasza mać i dopiero, żeby Polska będzie Wolska 3 razy po 15 w IV popisowej rewolucji wypalanej żelazem miłości do polityki korupcji. Amen kurwa”.

         Jak mówię, tamte notki Piotr Wielgucki już starannie bardzo usunął z Sieci, natomiast mamy go na miejscu i dziś. Wciąż w wybornej formie, sugerującego że wszystkie te doniesienia o rosyjskiej rzezi realizowanej każdego dnia na Ukrainie to fejk i zwykłe zawracanie głowy, bo to co się naprawdę liczy to rzekone 200 tys. ludzi zamordowanych podczas epidemii przez premiera Morawieckiego. A publiczność słucha i podziwia ową przenikliwość.

         Powiem szczerze, że choć jestem już starszym panem, w dodatku nigdy nie mającym ambicji na polach bitwy, zapewniam że gdybym miał okazję spotkać się z Piotrem Wielguckim, potłukłbym go do nieprzytomności zakupioną wcześniej ruską flagą na odpowiednio twardym drzewcu. Tak się oczywiście nigdy nie stanie, natomiast do końca życia będę miał tę satysfakcję, że jestem prawdopodobnie jedyną osobą na świecie, która tego zakłąmanego sukinsyna potrafiła doprowadzić do autentycznego szału. Kto ciekawy, niech zajrzy tu. Tego akurat uznał on za stosowne nie usuwać:

http://kontrowersje.net/tresc/genialny_matka_kurka_palcem_wytyka_przecietnego_osiejuka



piątek, 15 maja 2020

A ludzie w ogrodzie patrzyli to na Matkę Kurkę to na Ojca Rydzyka i nikt już nie potrafił się połapać, kto jest kim...


Jeszcze w roku 2015 napisałem, a następnie tu zamieściłem tekst zatytułowany „O prowokatorach i wariatach po raz ostatni”, a jeśli dziś go przypominam, to w pierwszej kolejności po to, by przyznać się do oszustwa. To wcale nie był ostatni raz, a jeśli nawet tak mi się wówczas wydawało, to tym bardziej jest mi wstyd. Szczerze powiem, że z dzisiejszej perspektywy nie jestem w stanie pojąć, jak ja wówczas mogłem dojść do przekonania, że problem wariatów i prowokatorów to temat zanikający. W sumie zatem więc wstyd.
Pozostaje mi więc wyjaśnić, dlaczego jeszcze wracam do tamtego tematu i tu pojawia się znany nam wszystkim chyba bloger, a przy okazji od pewnego czasu bohater polskiej prawicowej publicystyki – Matka Kurka. Jeśli ktoś jednak nie wie, kto zacz, nie mam tu możliwości tego dziś tłumaczyć i proszę nie mieć o to pretensji. To jest projekt, którego początków należy szukać na tyle głęboko, że ja nie mam do dyspozycji aż tyle sprzętu, by to spenetrować. Powiem tylko, że Matka Kurka – proszę zwrócić uwagę, że mamy do czynienia z oczywistym szyderstwem z Ojca Rydzyka – to do niedawna idol polskiej zaangażowanej prawicy, autoryzowany jak najbardziej jako felietonista tygodnika „Do Rzeczy”, a od paru tygodni... no właśnie. Nie bardzo wiadomo co, i to dla wspomnianej prawicy stanowi ogromny problem, bo naprawdę ciężko jest przyznać się, cośmy mieli w głowie podczas ataku „na wnuczka”, „na policjanta”, czy wreszcie „na naszego”. Zwłaszcza gdy czujemy już tylko, cholera ciężka, zwykły wstyd.
Nie zajmowałbym się jednak Matką Kurką, gdyby nie fakt że mimo iż od owego przykrego pierdnięcia upłynęło nieco czasu, problem Matki Kurki i jego obecnego statusu wciąż żyje w przestrzeni określanej jako Media Społecznościowe. Cokolwiek byśmy sobie bowiem nie myśleli, to faktem jest, że Matka Kurka wciąż dla wielu z nas jest autentycznym mentorem i nauczycielem, a jego aktualne ścieżki traktujemy jako ewentualnie dla nas maluczkich i naszych umysłów tak niezbadane, że i niedostępne. Zaglądam do wspomnianych Mediów Społecznościowych i nie mogę nie zauważyć, że tam wciąż się toczy debata na temat tego, co się stało z Matką Kurką, naszym przewodnikiem i naszym guru. 
W tej więc oto sytuacji przedstawiam swój tekst jeszcze z roku 2015 z nadzieją, że on choćby jednego z nas postawi na nogi. Bardzo bym chciał.


      Zrobiłem wczoraj ów żart primaaprilisowy trochę dlatego, że nie bardzo potrafiłem znaleźć temat, który mógłby z czystym sumieniem przedstawić, ale też trochę przez to, że ja autentycznie przeżywam karierę, jaką po prawej stronie sceny politycznej robi ostatnio Piotr Wielgucki, znany gdzieniegdzie, jako bloger Matka Kurka. Tak czy inaczej, kiedy pisałem swoją primaaprilisową notkę (https://toyah1.blogspot.com/2015/04/z-ostatniej-chwili-toyah-i-matka-kurka.html), nawet do głowy mi nie przyszło, że kiedy już minie ów pierwszy dzień kwietnia, ja nadal będę zajmował się nieszczęsnym Kurką. Stało się jednak tak, że, trochę ze zwykłej ciekawości, a trochę z potrzeby znalezienia potwierdzenia dla paru swoich przemyśleń, zajrzałem do archiwum prowadzonego przez Wielguckiego portalu kontrowersje.net i przyznaję, że to co odkryłem, zmienia moje dotychczasowe zdanie na jego temat o 180 stopni.
      Ale skoro przy inspiracjach już jesteśmy, muszę tu też podziękować mojemu kumplowi Tomkowi Gajkowi, za to jedno jedyne zdanie, które zamieścił on w komentarzu pod wczorajszą notką, a mianowicie: „Co do MK, to ma tylko jedną osobowość i jeden charakter, MK jest hejterem, w sensie zaburzenia osobowości”. Ja to zdanie przeczytałem, odniosłem je do tekstu „Matka Kurka palcem wytyka przeciętnego Osiejuka”, który swego czasu ów Matka Kurka mi poświęcił, i nagle zrozumiałem, że to, co się nam zdawało dotychczas, a więc że Piotr Wielgucki to człowiek służb, jest kompletnym nieporozumieniem. Tu nie ma żadnego spisku. To z czym mamy tu do czynienia, to zwykłe zaburzenie charakteru. A zatem, wygląda na to, że moja oryginalna teza, na którą z taką złością swoim tekstem zareagował Wielgucki, a więc że on jest psychopatycznym kłamcą, choć bardzo nieprecyzyjna, była, owszem, krokiem we właściwym kierunku. Problemem bowiem – powtórzmy to raz jeszcze za Gajkiem – jest charakter.
      Jak mówię, znaczną część wolnego czasu spędziłem wczoraj na przeglądaniu tekstów Matki Kurki z lat 2008-2010 i przyznaję, że nie żałuję ani jednej minuty poświęconej temu zajęciu. Ja oczywiście biorę pod uwagę, że on mnie tu oszukał, jednak na tyle, na ile jestem w stanie oceniać rzeczywistość, tam każde słowo jest absolutnie i do końca szczere. Ja czytałem wiele tekstów, które stanowiły mniej lub bardziej udaną prowokację i wydaje mi się, że nie mam większego problemu z rozróżnianiem pomiędzy tym co szczere, a co już nie tak bardzo. Kiedy się jednak prześledzi drogę, jaką Piotr Wielgucki przeszedł od nieprzytomnego wręcz atakowania Kaczyńskich, PiS-u, Polski, polskiego antysemityzmu, polskiego zdziczenia, czy wreszcie prostego katolicyzmu, do tego, co mamy dziś, widzimy, że on był szczery zawsze. A nie łudźmy się. Ta droga wcale nie była tak prosta, że wyznacza ją, jak on sam dziś twierdzi, wyłącznie data 10 kwietnia.
      Co Wielgucki miał w sercu w roku 2008 wiemy już z tekstu opublikowanego tu wczoraj. Popatrzmy więc teraz, co temu człowiekowi przydarzyło się w grudniu 2009 roku, tuż przed Świętami Bożego Narodzenia:
Wyobraźcie sobie faceta, który mógł mieć każdą kobietę w swoim otoczeniu, bez najmniejszego wysiłku, mógł korzystać i przebierać do woli, ale taki miał twardy charakter, że zapanował nad tym, nad czym żadnemu facetowi panować niepodobna. Za ten jeden wyczyn bije Chrystusowi pokłony i nie czuję się godnym sznurować sandałów u jego wstrzemięźliwych sandałów. Brzmi jak żart, jednak wcale żartem nie jest, poświęcić się tak swojej misji, aby uwolnić się od kaprysów penisa, od podświadomości, od skonsumowanych erekcji, to jest wielkość, to jest geniusz i męskość o jakiej każdy pantoflarz może tylko pomarzyć. Chrystus ujarzmił pożądanie, coś co pochłania 96% nędznej egzystencji męskiej, prosty męski organizm jest tak właśnie skonstruowany, 96% myślenia o dupie, 4% o III zasadzie termodynamiki i II prędkości kosmicznej. 96% czasu spędzonego na podniecaniu się kawałkiem cycka, 96% czasu zmarnowanego na obracaniu głowy wokół każdego falującego tyłeczka i 4% na myśli, czyny i pożyteczny wysiłek, 4% na ‘Makbeta’.
Dlaczego Chrystus zaszedł tak wysoko, tak daleko i trwać będzie wiecznie? Dlaczego jego dzieło jest nieśmiertelne, a on sam nazywany Bogiem? Dlatego, że to pierwszy i jak na razie ostatni facet, który potrafił co najmniej odwrócić proporcje, 96% czasu, myślenia i wysiłku poświęcał na to, aby ścigać się z Bogiem nie własnym penisem. Chrystus jest moim mistrzem, jest moim Bogiem, wierzę w Chrystusa i nigdy nie przestanę, postać Chrystusa powinna być archetypem każdego macho, tak właśnie należy pojmować męskość.
Mężczyzna jako dostarczyciel wielokrotnego orgazmu jest ziemskim, żałosnym niebytem, ściąganie się na wielkości i sprawności organu służącego do odcedzania toksyn z organizmu, jest sportem dla gówniarzy. Chrystus zapanował na męskością i uczynił to w stylu, który zawstydza Boga. Tylko za ten wyczyn Chrystus jest nieśmiertelny, a przecież dokonał wielu rzeczy, których nie da się wytłumaczyć inaczej niż Bogiem. Przeprowadzenie bezkrwawej rewolucji społecznej, przewartościowanie skostniałego starotestamentowego zamordyzmu, braku tolerancji i zacofania. Chrystus był pierwszym Żydem, który dotykał kobiety pozbawioną seksualności czułością i nie pytał, czy białogłowa miesiączkuje, co dla ciemnego, konserwatywnego Żyda było grzechem. Zacofany starotestamentowy Żyd wierzył, że dotykając kobiety, która ma okres nie pójdzie do nieba, a jeśli już dotknął musiał uczynić wiele pogańskich obrzędów, by zmyć z siebie nieczystość. Z takim zacofaniem zmierzył się Chrystus i poszły za nim miliony. Chrystus skupił wokół siebie wszelkie pogardzane mniejszości, ladacznica była dla niego materiałem na świętą, złodziej i przestępca na kapłana, biedak na przyjaciela Boga, celnik na uczciwego, bezinteresownego filantropa. Chrystus wyprzedzał swoją epokę o więcej niż 2000 lat, zburzył stare i zbudował nowe, trwałe i nieśmiertelne. Sprzeciwił się własnemu narodowi, własnej kulturze, własnej tradycji, został znienawidzonym banitą, ale wygrał. Jego rodacy, jego bracia i siostry sprzedali go rzymskiemu okupantowi, wydali na tortury i na okrutną śmierć, bo nie rozumieli w swojej głupocie, że mają do czynienia z Bogiem”.
      A zatem, mamy tekst o tym, by braci Kaczyńskich, gdy już zdechną, grzebać jak najdalej od miejsca, gdzie żeruje Wielgucki, rok później to niezwykłe wyznanie wiary, a niespełna cztery miesiące później przychodzi owa straszna sobota i Wielgucki pisze tak:
Na Lecha Kaczyńskiego miałem głosować, nie była to żadna prowokacja, nie był to zabieg pod klikalność, to była moja głęboko przemyślana decyzja. Nie zagłosuję i wiem za co ta kara. Ta kara jest za wieloletnie patrzenie tylko i wyłącznie na ludzkie wady. Mam taką cechę, Lechowi Kaczyńskiemu zebrało się najbardziej, może tylko jego brat dostał więcej. Nie jestem wierzący, nie jestem przesądny, ale do czasu do czasu do mojej cynicznej, racjonalnej głowy docierają znaki, które nie mówią, ale krzyczą.
Dzisiejsza tragedia wykrzyczała mi, że człowiek nie brzmi prosto, że życie ludzkie zostało opisane na milion sposobów, ale samo życie ciągle dodaje nowe wersy, na które nie wpadłby żaden śmiertelnik. Marnie wygląda wszystko, tysiące tekstów, setki interpretacji, tony emocji, spory żałosne, noty nędzne i wybitne.
Zapala się prawy silnik, albo przejeżdża TiR, rośnie guz na nerce, za rogiem nóż w plecy, albo spektakularnie na grobami 20 tysięcy ginie 88. Za kilka dni góra tygodni będą padać takie zdania: ‘No i co z tego, trzeba żyć dalej, a Kaczyński był taki jaki był, nie obchodzi mnie, że zginął, żadnego PiS, żadnych Kaczyńskich’. Nie wiemy jaki był, pisałem o Kaczyńskim wiele lat i nie wiem jaki był, trzeba żyć dalej, ale dla mnie życie ma znów inny smak, znów mi się przestawiły tory, choć jeszcze wczoraj byłem pewien dokąd jadę i jakie kolejne odwiedzę stacje. Jest mi nie tak, jest mi bardzo nie tak, nie muszę robić niczego na siłę, samo mi się z całego mnie wyrywa: ‘Moje kondolencje, moje współczucie, moje przygnębienie, moja bezsilność’".
      A więc mamy kolejny krok, tyle że gdyby ktoś myślał, że oto nastąpiło Nawrócenie, niech rzuci okiem na tekst kolejny, z tego samego miesiąca, zaledwie kilka dni po Tragedii:
W jednym radzieckim samolocie nie pierwszy i pewnie nie ostatni raz poleciało 88 oficjeli, chociaż nie na miejscu lądowania, ale na miejscu startu komunikaty meteorologiczne pukały się w czoło. Polski prezydent według protokołu dyplomatycznego wrócił w trumnie, towarowym wojskowym samolotem, takim samym jaki się rozbił niedawna z 30 polskimi dowódcami. Następnie zapakowano trumnę do karawanu, trzeba wyjaśnić kwestię przetargu i przewieziono zwłoki w takim tempie i po tych samych dziurach, jakimi każdego dnia jeżdżą niemieckie samochody pozbawione TUV. Płaczemy 4 dzień, wiemy już ponad wszelką wątpliwość, że to Kaczyński kazał zabić wszystkich i nawet się nie zająknął, bo takie miał chore ambicje. Jeden ksiądz z Przemyśla powiedział, że Tusk też się mógł zabić i skład na tym samym radzieckim pokładzie miał wcale nie gorszy. Kto inny mówi o bandycie Kaczyńskim, kto inny chce zabić księdza z Przemyśla, to się u nas nazywa debata miedzy opcjami. I teraz jest najważniejsze, abyśmy zapomnieli o tych wszystkich drobnostkach, co tu dużo mówić, o tej demagogii, kto ile zarabia i na co jak długo czeka. Teraz najważniejsze są wnioski, a wnioski są takie. Jak nie pogonimy tego Niemca Tuska i nie wykończymy tego gnoma Kaczyńskiego, jak nie zajebiemy Niesiołowskiego z Bartoszewskim, jak nie dopierdolimy Kurskiemu z Bielanem, jak nie obesramy Wałęsy, jak nie zglanujemy bufetowej Gronkiewicz, jak nie wyrwiemy jaj agentowi Sikorskiemu, jak nie obetniemy cycków agentce Gilowskiej, jak nie zakopiemy żywcem Balcerowicza i nie pozwolimy na katolickim cmentarzu pochować Skrzypka, jak nie damy całej władzy rudym, jak w końcu nie pozwolimy rządzić Polakom, to się w tej jebanej Polsce z tymi skurwysynami Polakami nic i za chuja nie zmieni. Najpierw musimy się zajebać na śmierć kurwa nasza mać i dopiero, żeby Polska będzie Wolska 3 razy po 15 w IV popisowej rewolucji wypalanej żelazem miłości do polityki korupcji. Amen kurwa”.
      No i mam dzień dzisiejszy. Spójrzmy dokąd Piotr Wielgucki doszedł po latach tułaczki:
Bronek chwali się na lewo i prawo, że jest człowiekiem WSI, z jednej strony to efekt paniki, z drugiej pewności siebie. Takie egzotyczne i na pozór nierealne połączenie występuje w fazie schyłkowej lalki. Nastąpiło zmęczenie materiału i za nim opór materii. Bronek nie chce się stawiać, on trzeszczy i sztywnieje sam z siebie, przez zmusza sterujących do wychylania się za kurtyny. Coś mu tam poprawią, coś naoliwią i dalej próbują grać […]
W największym skrócie hasło wyborcze Bronka brzmi: ‘Możecie mi skoczyć, za mną stoi WSI’. Za ostro, nieefektywnie, bezsensownie i przede wszystkim z narażaniem poważnych interesów działa marionetka z Budy Ruskiej. Z tej przyczyny mistrzowie z WSI zamiast realizować cele i zadania, tłumaczą się widowni. Cała akcja ze Skokami i próba wciągnięcia śp. Lecha Kaczyńskiego do afery, jest niczym innym jak odwracaniem uwagi od kolejnych nieudanych fikołków laleczki”.
      Ja nie mam ochoty komentować tego co wyżej zdanie po zdaniu. Chciałem jedynie jeszcze raz zwrócić uwagę na to, o czym w swoim komentarzu napisał Tomek Gajek: w każdym z wyżej przedstawionych przykładów mamy do czynienia z czystym, niczym nieskażonym hejtem, który w dodatku na tym poziomie emocji – zwróćmy uwagę na to, że poziomie wyjątkowo stałym i niewzruszonym – musi świadczyć o tym, że nie mamy do czynienia z prowokacją, ale wyłącznie z tak zwanym „przypadkiem”. I uważam, że to wszystko, co należy powiedzieć w tym temacie.




niedziela, 26 kwietnia 2020

Czy Ojciec Rydzyk lubi czytać Matkę Kurkę?


       Zdaję sobie sprawę, że bohater dzisiejszej notki dla wielu z nas może być zbyt egzotyczny, niemniej zapewniam, że warto się w nią wgłębić, bo dotyczy spraw w pewnym sensie podstawowych. Proszę więc o uwagę.
       Otóż jeszcze zanim w ogóle dowiedziałem się, że istnieje coś takiego jak blogosfera, że już nie wspomnę o osobistym zaangażowaniu się w ów projekt, spędzałem trochę czasu w Internecie, śledząc zwłaszcza dyskusje pod różnymi artykułami na Onecie. I tam niemal od razu zwróciłem uwagę na komentarze kogoś kto podpisywał się jako Matka Kurka i robił wrażenie podwójne. Przede wszystkim ów Matka Kurka utrzymywał profil antypisowski na tyle wyrazisty, że trudno było wówczas znaleźć tam coś równie jednoznacznego, a jednocześnie równie agresywnego. Druga rzecz na którą zwróciłem uwagę, to ta, że teksty owego Matki Kurki ukazywały się na tyle często, że nie było żadnego problemu by na nie trafić, napisane były w sposób nadzwyczaj profesjonalny, no i wreszcie każdy z nich miał długość solidnego felietonu, co musiało świadczyć o tym, że ich autor nie pracuje z doskoku, ale to co robi to jego stałe zajęcie.
      Dziś, kiedy sam każdego niemal dnia staram się tu coś zaprezentować, wiem, jak strasznie trudne jest tego typu przedsięwzięcie, tym bardziej jednak zadaję sobie pytanie, jaki interes miał tamten Matka Kurka w roku 2006 czy 2007, by z aż takim zaangażowaniem sprzedawać swój talent – bo to był prawdziwy talent – no i przede wszystkim, sprzedawać komu? Wróćmy jednak do historii. Otóż kiedy sam więc zacząłem się udzielać jako bloger, zorientowałem się, że ów Matka Kurka jest też blogerem, który też, podobnie jak ja, publikuje w Salonie24 i trzyma dokładnie ten sam fason co wcześniej. Dziś już nie pamiętam, jak to się stało i w związku z jakim wydarzeniem, ale Matka Kurka został z Salonu24 karnie wyrzucony, wrócił tam jednak natychmiast pod przykryciem i zaczął się udzielać, przy pomocy, że tak to ujmę, sfałszowanych dowodów osobistych, raz jako rzekomo niesławny Leszek Maleszka, innym razem jako jakaś zakochana, a jednocześnie rozczarowana PiS-em studentka, wszystko wyłącznie w jednym celu: prowokowania awantur. Dziś owa działalność znana jest pod popularną nazwą zwykłego „trollingu”, no ale wówczas to było naprawdę duże przedsięwzięcie.
       I oto wreszcie przyszedł rok 2010. Któregoś dnia Matka Kurka, w swoim internetowym wpisie zaproponował Prawu i Sprawiedliwości, że jest gotów sprzedać partii swoje propagandowe usługi. Ja do dziś mam nadzieję, że propozycja została zlekceważona, nie minęło jednak zbyt wiele czasu jak ów Matka Kurka pojawił się w sieci, przede wszystkim deklarując, że on się dotychczas dramatycznie mylił, natomiast od dziś będzie wspierał zarówno prawo jak i sprawiedliwość, i zaczął to robić z takim samym rozmachem, jak i – co być może nie najmniej ważne – publicystycznym talentem, co poprzednio.
        Powiem teraz zupełnie szczerze, że do dziś nie jestem w stanie pojąć, jak ów Matka Kurka – w dodatku zachowując ksywkę, która mu oryginalnie przyniosła pewną istotną pozycję w antypolskich środowiskach – był w stanie osiągnąć sukces, jakiego świadkiem było wielu z nas. Sukces jednak nastąpił. Matka Kurka najpierw uruchomił platformę pod nazwą „Kontrowersje”, gdzie zaczął prowadzić ściśle prawicową propagandę, przez co niemal równocześnie osiągnął kolejny sukces, którego zupełnie bezpośrednim dowodem było to, że jeden z dwóch najbardziej popularnych prawicowych tygodników, „Do Rzeczy”, zaproponował mu osobne miejsce na felieton. Mało tego. Nie minęło wiele czasu, jak Matka Kurka, przedstawiając się wreszcie jako Piotr Wielgucki ze Złotoryi, stał się niemal internetowym guru prawicowych części publicznej platformy, a pozycję tę przypieczętował serią procesów wymęczonych z Jerzym Owsiakiem. A ja wciąż nie rozumiem, jak – zakładając nawet, że ta przemiana była szczera –  mogło do czegoś podobnego dojść.
         Nie będę ukrywał, że z Piotrem Wielguckim mam swoje osobiste porachunki. W pewnym sensie to ja byłem tym kto ujawnił jego parszywe ścieżki, w związku z czym on mnie znienawidził tak, że do dziś ta niechęć się go trzyma... no i oczywiście wzajemnie. Wspominam o tym jednak nie po to by się tu jakoś szczególnie eksponować, ale po to, by przyznać, że gdy piszę ten tekst nie jestem w żadnym wypadku bezstronny. Moim zdaniem bowiem, przez sposób w jaki zatruł ogromną część gromadzącego się w Internecie prawicowego środowiska, przedstawiając się mu jako internetowy kaznodzieja Prawa i Sprawiedliwości, Piotr Wielgucki stał się jednym z największych szkodników po tej części sceny. Próbowałem wielokrotnie zwracać uwagę na fakt, że mamy do czynienia z oczywistym oszustem, w dodatku oszustem wysłanym nie wiadomo przez kogo – wszystko na nic. I oto dziś nagle okazuje się, że Piotr Wielgucki już nie jest „nasz”. Pisząc jednak, że nie „nasz”, nie jestem w stanie stwierdzić, czyj; nie wykluczam, że on się dopiero znajduje w fazie przejściowej i tego, gdzie w końcu trafi, dowiemy się dopiero za jakiś czas. To jednak co już dziś wiemy na pewno, to to, że Matka Kurka przestał być idolem obecnych w Internecie tak zwanych  „prawych”, a spowodowane to jest tym, że on z dokładnie tą samą swadą co dotychczas prowadzi krucjatę antypisowską, a to się nam oczywiście nie podoba i na tego typu zachowania reagujemy tak jak zawsze: udając, że nas nie dość że przy tym wszystkim w ogóle nie było, to jeszcze o niczym nie wiedzieliśmy.
       Po co ten tekst? Otóż powód jest jeden i wcale nie jest nim ów wynajęty, Diabeł jeden wie przez kogo, kłamca. Ja bowiem chciałbym tylko po raz nie wiem który zwrócić uwagę na fakt, że jesteśmy otoczeni przez wilki, i to ani nie od wczoraj, ani nie od zeszłej wiosny i jeśli kiedykolwiek przyjdzie nam do głowy, by o tym zapomnieć, będziemy mieli grzech. Ciężki. Tak jak ci wszyscy, którzy dali się oszukać na tak zwanego „policjanta”.
        Grzech zresztą i tak już jest. Jak bowiem można się było dać tak zaczadzić, że nie dało się zauważyć tego, że nazwa Matka Kurka to jest oczywiste szyderstwo, i to szyderstwo wyjątkowo bezczelne bo notoryczne, z ojca Rydzyka? Ja na miejscu tych co mu uwierzyli schowałbym się ze wstydu pod łóżko. I to tyle. Proponuje się więc nie nadymać, tylko puknąć się w łeb i przez drobną chwilę pomyśleć. A na koniec zagadka dla wszystkich: kto to jest ten drugi?





      

piątek, 28 września 2018

U Piotrka na melinie z Wojtkiem i Marcinem


      Co ja sądzę o blogerze Piotrze Wielguckim, z tak nieprawdopodobną bezczelnością robiącego tu karierę za pomocąg szyderczego pseudonimu Matka Kurka, ale również o gwieździe opozycyjnej publicystyki, prof. Wojciechu Sadurskim, stali czytelnicy tego bloga powinni wiedzieć znakomicie. Gdyby jednak były tu jakieś wątpliwości, to informuję po raz kolejny, że jednego i drugiego uważam za produkt pochodzący z tej samej ruskiej fabryki. Muszę tu jednak dodać, że mam z nimi pewien problem, ponieważ o ile to że Sadurski jest bożyszczem lewej części politycznej sceny traktuję jako coś w pełni zrozumiałego, to fakt, że wspomniany Wielgucki zdołał skutecznie otumanić tak znaczną część prawicowej opinii publicznej, uważam za coś wołającego o pomstę do Nieba.
       Nie będę tu jednak się dziś rozpisywał na temat tego strasznego przekrętu, raz przez to, że nie wierzę w jakikolwiek swój sukces pedagogiczny, a poza tym zwyczajnie nie chce mi się tego czegoś dotykać. Stało się jednak coś, co tylko pośrednio związane jest z oboma panami, a tak naprawdę dotyczy Internetu, w którym wciąż, choć z coraz większym trudem, funkcjonuję. Już spieszę wyjaśniać, w czym rzecz. Otóż sprawa wygląda tak, że zarówno Sadurski, jak i Wielgucki, realizują się, podobnie jak ja się realizowałem jeszcze 11 lat temu, czyli zanim uruchomiłem swój blog, a więc zadając szyku na społecznościowych portalach. I oto, proszę sobie wyobrazić, widząc że prof. Sadurski (Wojtek) awanturuje się z prof. Pawłowicz (Krysia) – też jedną z wielkich gwiazd tej ponurej sceny – co do akademickiej pozycji przez siebie zajmowanej, zareagował wspomniany Matka Kurka (Piotrek) i napisał Sadurskiemu co następuje:
      Kończąc temat, Wojciech Sadurski, stopień dr hab, taki sam jak Krystyna Pawłowicz, uzyskał na tym samym UW. Tytuł profesorski nadał mu śp. Lech Kaczyński. Wszystko, co syn stalinowskiego aparatczyka Franciszka Sadurskiego osiągnął zawdzięcza Polsce, na którą rzyga. W Sydney jest kelnerem”.
       Na to zareagował oczywiście natychmiast prof. Sadurski, oświadczając, że on nie rzyga na Polskę, lecz tylko na Matkę Kurkę. Kurka nie pozostał Sadurskiemu dłużny i odpowiedział, że on by się na Sadurskiego „nawet nie wysrał, ani się nim nie podtarł”.
      W tym momencie do owej nadzwyczaj kulturalnej debaty dołączył człowiek nazwiskiem Matczak, jak podaje wikipedia, „prawnikradca prawnydoktor habilitowany nauk prawnych, specjalista w zakresie teorii prawaprofesor nadzwyczajny na Wydziale Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego, partner w kancelarii Domański Zakrzewski Palinka, członek Zespołu Ekspertów Prawnych Fundacji im. Stefana Batorego, Stowarzyszenia im. prof. Zbigniewa Hołdy, Rady Programowej Archiwum im. Wiktora Osiatyńskiego” i zwrócił się do Kurki w następujących słowach:
      Piotrek, ty nie tylko cham i prostak jesteś, ale jesteś dumny z tego, że taki jesteś. Jesteś dowodem na cud - ewolucja może jednak zawrócić od człowieka, przez drób, do pierwotniaka”.
      Kurka nie czekał:
      Marcin, gdybyś ty mnie miał za kulturę wyższą to bym sobie żyły wypruł. Jesteście ‘Kałmuki stepowe’ z jednej miary krojone. Cham to jesteś ty i ten kelner Sadurski, tępe z was chamy, które za każdym razem będą brać w pysk, jak słowem pisną. Rozumiesz, czy poprawić?
      Tego już Matczak nie wytrzymał i rzucił się w otchłań:
       Kiedyś mówiłeś że twoja córka idzie na prawo do Wrocławia, prawda? Wyślę ten twój defekacyjny tekst moim kolegom z Wydziału i poproszę, żeby go omówili na zajęciach w Jej grupie jako przykład mowy nienawiści. Zobaczymy, jak będziesz piszczał, jak wróci do domu”.
      Ktoś się pewnie zapyta skąd ja to wszystko wiem. Otóż, jak się okazuje, ta ostatnia wypowiedź, podpisana przez Matczaka wywołała po wszystkich stronach politycznego sporu taki szok, że wręcz odsunęła na drugi plan wszystkie inne wiadomości. To bowiem, że Wielgucki to kuty na cztery nogi cwaniak, który na to co robi, ma papiery uzyskane od lepszych niż Sadurski i Matczak razem wzięci, nie jest jakąś wielką tajemnicą, natomiast Matczak, który jak ostatni kretyn postanowił postraszyć córkę Kurki publiczną kompromitacją, znalazł się nagle w przysłowiowej „czarnej dupie” i wygląda na to, że jest już po nim.
       Ja jednak mam tu dla nas refleksje, które znów tylko pozornie dotyczą tych dwóch durni i jednego cwaniaka, który nimi kręci jak dziećmi, a tak naprawdę są skierowane do nas. Otóż proszę zwrócić uwagę na to, że Matczak i Sadurski rozmawiają z Wielguckim – zaledwie przecież jednym z blogerów i autorem mikroskopijnego felietonu w tygodniku „Do Rzeczy” – jak z członkiem ferajny. Wszyscy wiemy jak działają hierarchie na takich portalach jak Facebook, czy Twitter. Tam nie ma takiej możliwości, by którykolwiek z nich choćby zaryzykował zejście poniżej poziomu do jakiego został przypisany. Tu tymczasem, oni z Kurką są za pan brat, a jakby tego było mało, Kurka z Sadurskim walą do siebie na ty, Matczak z Wielguckim wręcz zwraca się do siebie per „Piotrek” i „Marcin”.
      Ludzie, błagam, ruszcie wreszcie głową. Od razu zrobi się Wam lepiej.

Gdyby kogoś zainteresowały moje książki, proszę o kontakt pod adresem k.osiejuk@gmail.com




sobota, 6 czerwca 2015

Za co System nie lubi Pawła Kukiza?

Pomijając fakt, że nie jest to nikt, z kim chciałbym się, nawet nie przyjaźnić, ale w ogóle znać, o tym, kim tak naprawdę jest Piotr Wielgucki, szerzej znany, jako bloger Matka Kurka, nie mam bladego pojęcia. W pierwszej chwili akurat, kiedy siadałem do pisania tej notki, miałem ochotę użyć retorycznego chwytu „nie wiem i wiedzieć nie potrzebuję”, ale się rozmyśliłem. Otóż ja bym bardzo chętnie się dowiedział, kim jest Wielgucki, bo jestem przekonany, że owa wiedza pozwoliłaby mi również spojrzeć bardziej trzeźwym okiem na całą naszą polityczną rzeczywistość, no a, jak wiemy, z obserwowania owej rzeczywistości zarówno żyję, jak i zwyczajnie czerpię przyjemność. Niestety, nic z tego. Ja nie mam najmniejszych wątpliwości, że informacja zarówno o Piotra Wielguckiego powiązaniach, jak o jego w ramach owych powiązań umocowaniu, na zawsze pozostanie czyjąś słodką tajemnicą.
Czy to mi jakoś szczególnie przeszkadza? Otóż nie. Jak mówię, nie miałbym oczywiście nic przeciwko temu, by się dowiedzieć, kto stoi za Wielguckim, ale bez tej wiedzy też radzę sobie nie najgorzej. Wystarczy mi na przykład to, że nie mam najmniejszych wątpliwości, że on nie jest sam. Nie może być bowiem sam ktoś, kto stając naprzeciwko prawdziwej sile, jaką jest Jerzy Owsiak, jest w stanie zgromadzić przeciwko niemu tak potężne działa. Nie ma takiej możliwości, by Piotr Wielgucki, prowadząc swoje dochodzenie przeciwko biznesowi, tak z jednej strony nieopisanemu, a z drugiej tajemniczemu, sam zebrał aż tak dużo materiałów, analiz i ostatecznie dowodów przeciwko temu cwaniakowi. Nie wyobrażam sobie, by Piotr Wielgucki mieszkał sobie gdzieś w tej swojej Złotoryi, żył z pieniędzy, które czytelnicy jego bloga wpłacają na jego konto, wstawał każdego ranka i przez cały dzień zupełnie sam konstruował te słupki. To jest zwyczajnie niemożliwe. Jemu te dane musi znosić cały sztab, a on jest to jest najpewniej twarzą całego przedsięwzięcia. Twarzą oczywiście niezwykle cwaną, ale jednak zaledwie twarzą.
Wczoraj chyba, Piotr Wielgucki postanowił otworzyć drugi front i, jak najbardziej skutecznie – dokładnie tak samo, jak miało to miejsce w przypadku Jerzego Owsiaka – zniszczył Pawła Kukiza. Tekst zamieszczony na prywatnym portalu Wielguckiego, kontrowersje.net (http://kontrowersje.net/zacznijcie_si_mia_z_antysystemowego_kukiza_bo_za_chwil_b_dziecie_p_aka), długi na niemal 2,5 tys. słów prowadzi nas przez fakty i dane, stanowiące absolutnie niepodważalny dowód na to, że Paweł Kukiz to człowiek władzy i to w dodatku owej najbardziej niebezpiecznej, bo umocowanej w jej lokalnych strukturach. Ja w każdy czwartek muszę napisać dla „Gazety Finansowej” Piotra Bachurskiego o miliarderach, o długości ok. 2 tys. słów, więc wiem, co to znaczy i z jakim wysiłkiem się to wiąże. Jednak dla mnie ów wysiłek nie wymaga większych poświęceń, niż tylko związanych z bardzo podstawowym tak zwanym researchem, no i znalezieniem sposobu na wymyślenie ciekawej historii, która sprawi, że ów tekst będzie czymś innym niż zwykłą encyklopedyczną relacją. To co natomiast robi Wielgucki, czy to w wypadku Owsiaka, czy dziś, gdy chodzi o wykańczanie Kukiza, to jest sztuka wyjątkowa. Tu nie mamy do czynienia z sytuacją, że Wielgucki rzuci okiem to tu to tam i już wie wszystko, a dalej pozostaje mu już tylko przez godzinę postukać w klawiaturę. Jak mówię, 2,5 słów to nie żarty, a 2,5 tys. słów udokumentowanych danych, to jest prawdziwy wyczyn. A więc, proszę się nie dziwić, że się zastanawiam.
Jednak to, co mnie naprawdę dręczy, to ani oczywiście to, jak Wielgucki to robi, ani nawet skąd on to wszystko wie, ale też nawet nie to, kto mu to wszystko podesłał. To wszystko akurat nie interesuje mnie z tego prostego powodu, że i tak się tego ani nie dowiem, ani też sam nie wymyślę. Natomiast mam nadzieję, że wiem, skąd ten ruch. Wiem, jak to się stało, że Piotr Wielgucki na ten krótki moment musiał się oderwać od wykańczania Owsiaka i wziął się za Kukiza. Otóż najprawdopodobniej szykuje się bardzo poważna zmiana władzy w Polsce, w ramach której Prawo i Sprawiedliwość pozostanie jedyną liczącą się siłą na scenie, być może – choć to jest też niepewne – z jakąś drobną reprezentacją PSL-u, którego jedyna dziś rola sprowadza się do zapewnienia zatrudnienia rodzinie i znajomym, a ten nędzny piosenkarz w tym rozdaniu, wraz ze swoimi sponsorami, jest już całkowicie zbędny.
Czemu tak, po co i co to dla nas wszystkich znaczy – nie mam pojęcia i proszę mnie o to nie pytać. Może dowiemy się czegoś po spotkaniu Andrzeja Dudy z Jebem Bushem, ale i to jest bardzo mocno niepewne. W końcu, mu tu nie jesteśmy po to, by wiedzieć.
A co z Wielguckim? A cóż on nas może obchodzić? To przecież tylko Internet, a więc, jak głosi jeszcze jeden z nich, zaledwie zabawa.

Przyszedł czas, by polecić coś konkretnego. Proponuje więc coś, co z polityką nie ma wiele wspólnego, a mianowicie moją książkę o miłości, pod tytułem „Marki, dolary, banany i biustonosz marki Triumph”: http://coryllus.pl/?wpsc-product=marki-dolary-banany-i-biustonosz-marki-triumph. To jest najwybitniejsza polska powieść ostatnich lat. Zachęcam.

czwartek, 2 kwietnia 2015

O prowokatorach i wariatach po raz ostatni

Zrobiłem wczoraj ów żart primaaprilisowy trochę dlatego, że nie bardzo potrafiłem znaleźć temat, który mógłby z czystym sumieniem przedstawić, ale też trochę przez to, że ja autentycznie przeżywam karierę, jaką po prawej stronie sceny politycznej robi ostatnio Piotr Wielgucki, znany gdzieniegdzie, jako bloger Matka Kurka. Tak czy inaczej, kiedy pisałem swoją primaaprilisową notkę, nawet do głowy mi nie przyszło, że kiedy już minie ów pierwszy dzień kwietnia, ja nadal będę zajmował się nieszczęsnym Kurką. Stało się jednak tak, że, trochę ze zwykłej ciekawości, a trochę z potrzeby znalezienia potwierdzenia dla paru swoich przemyśleń, zajrzałem do archiwum prowadzonego przez Wielguckiego portalu kontrowersje.net i przyznaję, że to co odkryłem, zmienia moje dotychczasowe zdanie na jego temat o 180 stopni.
Ale skoro przy inspiracjach już jesteśmy, muszę tu też podziękować mojemu kumplowi Tomkowi Gajkowi, za to jedno jedyne zdanie, które zamieścił on w komentarzu pod wczorajszą notką, a mianowicie: „Co do MK, to ma tylko jedną osobowość i jeden charakter, MK jest hejterem, w sensie zaburzenia osobowości”. Ja to zdanie przeczytałem, odniosłem je do tekstu „Matka Kurka palcem wytyka przeciętnego Osiejuka” i nagle zrozumiałem, że to, co się nam zdawało dotychczas, a więc że Piotr Wielgucki to człowiek służb, jest kompletnym nieporozumieniem. Tu nie ma żadnego spisku. To z czym mamy tu do czynienia, to zwykłe zaburzenie charakteru. A zatem, wygląda na to, że moja oryginalna teza, na którą z taką złością swoim tekstem zareagował Wielgucki, a więc że on jest psychopatycznym kłamcą, choć bardzo nieprecyzyjna, była, owszem, krokiem we właściwym kierunku. Problemem bowiem – powtórzmy to raz jeszcze za Gajkiem – jest charakter.
Jak mówię, znaczną część wolnego czasu spędziłem wczoraj na przeglądaniu tekstów Matki Kurki z lat 2008-2010 i przyznaję, że nie żałuję ani jednej minuty poświęconej temu zajęciu. Ja oczywiście biorę pod uwagę, że on mnie tu oszukał, jednak na tyle, na ile jestem w stanie oceniać rzeczywistość, tam każde słowo jest absolutnie i do końca szczere. Ja czytałem wiele tekstów, które stanowiły mniej lub bardziej udaną prowokację i wydaje mi się, że nie mam większego problemu z rozróżnianiem pomiędzy tym co szczere, a co już nie tak bardzo. Kiedy się jednak prześledzi drogę, jaką Piotr Wielgucki przeszedł od nieprzytomnego wręcz atakowania Kaczyńskich, PiS-u, Polski, polskiego antysemityzmu, polskiego zdziczenia, czy wreszcie prostego katolicyzmu, do tego, co mamy dziś, widzimy, że on był szczery zawsze. A nie łudźmy się. Ta droga wcale nie była tak prosta, że wyznacza ją wyłącznie data 10 kwietnia.
Co Wielgucki miał w sercu w roku 2008 wiemy już z tekstu opublikowanego tu wczoraj. Popatrzmy więc teraz, co temu człowiekowi przydarzyło się w grudniu 2009 roku, tuż przed Świętami Bożego Narodzenia:
Wyobraźcie sobie faceta, który mógł mieć każdą kobietę w swoim otoczeniu, bez najmniejszego wysiłku, mógł korzystać i przebierać do woli, ale taki miał twardy charakter, że zapanował nad tym, nad czym żadnemu facetowi panować niepodobna. Za ten jeden wyczyn bije Chrystusowi pokłony i nie czuję się godnym sznurować sandałów u jego wstrzemięźliwych sandałów. Brzmi jak żart, jednak wcale żartem nie jest, poświęcić się tak swojej misji, aby uwolnić się od kaprysów penisa, od podświadomości, od skonsumowanych erekcji, to jest wielkość, to jest geniusz i męskość o jakiej każdy pantoflarz może tylko pomarzyć. Chrystus ujarzmił pożądanie, coś co pochłania 96% nędznej egzystencji męskiej, prosty męski organizm jest tak właśnie skonstruowany, 96% myślenia o dupie, 4% o III zasadzie termodynamiki i II prędkości kosmicznej. 96% czasu spędzonego na podniecaniu się kawałkiem cycka, 96% czasu zmarnowanego na obracaniu głowy wokół każdego falującego tyłeczka i 4% na myśli, czyny i pożyteczny wysiłek, 4% na ‘Makbeta’.
Dlaczego Chrystus zaszedł tak wysoko, tak daleko i trwać będzie wiecznie? Dlaczego jego dzieło jest nieśmiertelne, a on sam nazywany Bogiem? Dlatego, że to pierwszy i jak na razie ostatni facet, który potrafił co najmniej odwrócić proporcje, 96% czasu, myślenia i wysiłku poświęcał na to, aby ścigać się z Bogiem nie własnym penisem. Chrystus jest moim mistrzem, jest moim Bogiem, wierzę w Chrystusa i nigdy nie przestanę, postać Chrystusa powinna być archetypem każdego macho, tak właśnie należy pojmować męskość.
Mężczyzna jako dostarczyciel wielokrotnego orgazmu jest ziemskim, żałosnym niebytem, ściąganie się na wielkości i sprawności organu służącego do odcedzania toksyn z organizmu, jest sportem dla gówniarzy. Chrystus zapanował na męskością i uczynił to w stylu, który zawstydza Boga. Tylko za ten wyczyn Chrystus jest nieśmiertelny, a przecież dokonał wielu rzeczy, których nie da się wytłumaczyć inaczej niż Bogiem. Przeprowadzenie bezkrwawej rewolucji społecznej, przewartościowanie skostniałego starotestamentowego zamordyzmu, braku tolerancji i zacofania. Chrystus był pierwszym Żydem, który dotykał kobiety pozbawioną seksualności czułością i nie pytał, czy białogłowa miesiączkuje, co dla ciemnego, konserwatywnego Żyda było grzechem. Zacofany starotestamentowy Żyd wierzył, że dotykając kobiety, która ma okres nie pójdzie do nieba, a jeśli już dotknął musiał uczynić wiele pogańskich obrzędów, by zmyć z siebie nieczystość. Z takim zacofaniem zmierzył się Chrystus i poszły za nim miliony. Chrystus skupił wokół siebie wszelkie pogardzane mniejszości, ladacznica była dla niego materiałem na świętą, złodziej i przestępca na kapłana, biedak na przyjaciela Boga, celnik na uczciwego, bezinteresownego filantropa. Chrystus wyprzedzał swoją epokę o więcej niż 2000 lat, zburzył stare i zbudował nowe, trwałe i nieśmiertelne. Sprzeciwił się własnemu narodowi, własnej kulturze, własnej tradycji, został znienawidzonym banitą, ale wygrał. Jego rodacy, jego bracia i siostry sprzedali go rzymskiemu okupantowi, wydali na tortury i na okrutną śmierć, bo nie rozumieli w swojej głupocie, że mają do czynienia z Bogiem”.
A zatem, mamy tekst o tym, by braci Kaczyńskich, gdy już zdechną, grzebać jak najdalej od miejsca, gdzie żeruje Wielgucki, rok później to niezwykłe wyznanie wiary, a niespełna cztery miesiące później przychodzi owa straszna sobota i Wielgucki pisze tak:
Na Lecha Kaczyńskiego miałem głosować, nie była to żadna prowokacja, nie był to zabieg pod klikalność, to była moja głęboko przemyślana decyzja. Nie zagłosuję i wiem za co ta kara. Ta kara jest za wieloletnie patrzenie tylko i wyłącznie na ludzkie wady. Mam taką cechę, Lechowi Kaczyńskiemu zebrało się najbardziej, może tylko jego brat dostał więcej. Nie jestem wierzący, nie jestem przesądny, ale do czasu do czasu do mojej cynicznej, racjonalnej głowy docierają znaki, które nie mówią, ale krzyczą.
Dzisiejsza tragedia wykrzyczała mi, że człowiek nie brzmi prosto, że życie ludzkie zostało opisane na milion sposobów, ale samo życie ciągle dodaje nowe wersy, na które nie wpadłby żaden śmiertelnik. Marnie wygląda wszystko, tysiące tekstów, setki interpretacji, tony emocji, spory żałosne, noty nędzne i wybitne.
Zapala się prawy silnik, albo przejeżdża TiR, rośnie guz na nerce, za rogiem nóż w plecy, albo spektakularnie na grobami 20 tysięcy ginie 88. Za kilka dni góra tygodni będą padać takie zdania: ‘No i co z tego, trzeba żyć dalej, a Kaczyński był taki jaki był, nie obchodzi mnie, że zginął, żadnego PiS, żadnych Kaczyńskich’. Nie wiemy jaki był, pisałem o Kaczyńskim wiele lat i nie wiem jaki był, trzeba żyć dalej, ale dla mnie życie ma znów inny smak, znów mi się przestawiły tory, choć jeszcze wczoraj byłem pewien dokąd jadę i jakie kolejne odwiedzę stacje. Jest mi nie tak, jest mi bardzo nie tak, nie muszę robić niczego na siłę, samo mi się z całego mnie wyrywa: ‘Moje kondolencje, moje współczucie, moje przygnębienie, moja bezsilność’".
A więc mamy kolejny krok, tyle że gdyby ktoś myślał, że oto nastąpiło Nawrócenie, niech rzuci okiem na tekst kolejny, z tego samego miesiąca, zaledwie kilka dni po Tragedii:
W jednym radzieckim samolocie nie pierwszy i pewnie nie ostatni raz poleciało 88 oficjeli, chociaż nie na miejscu lądowania, ale na miejscu startu komunikaty meteorologiczne pukały się w czoło. Polski prezydent według protokołu dyplomatycznego wrócił w trumnie, towarowym wojskowym samolotem, takim samym jaki się rozbił niedawna z 30 polskimi dowódcami. Następnie zapakowano trumnę do karawanu, trzeba wyjaśnić kwestię przetargu i przewieziono zwłoki w takim tempie i po tych samych dziurach, jakimi każdego dnia jeżdżą niemieckie samochody pozbawione TUV. Płaczemy 4 dzień, wiemy już ponad wszelką wątpliwość, że to Kaczyński kazał zabić wszystkich i nawet się nie zająknął, bo takie miał chore ambicje. Jeden ksiądz z Przemyśla powiedział, że Tusk też się mógł zabić i skład na tym samym radzieckim pokładzie miał wcale nie gorszy. Kto inny mówi o bandycie Kaczyńskim, kto inny chce zabić księdza z Przemyśla, to się u nas nazywa debata miedzy opcjami. I teraz jest najważniejsze, abyśmy zapomnieli o tych wszystkich drobnostkach, co tu dużo mówić, o tej demagogii, kto ile zarabia i na co jak długo czeka. Teraz najważniejsze są wnioski, a wnioski są takie. Jak nie pogonimy tego Niemca Tuska i nie wykończymy tego gnoma Kaczyńskiego, jak nie zajebiemy Niesiołowskiego z Bartoszewskim, jak nie dopierdolimy Kurskiemu z Bielanem, jak nie obesramy Wałęsy, jak nie zglanujemy bufetowej Gronkiewicz, jak nie wyrwiemy jaj agentowi Sikorskiemu, jak nie obetniemy cycków agentce Gilowskiej, jak nie zakopiemy żywcem Balcerowicza i nie pozwolimy na katolickim cmentarzu pochować Skrzypka, jak nie damy całej władzy rudym, jak w końcu nie pozwolimy rządzić Polakom, to się w tej jebanej Polsce z tymi skurwysynami Polakami nic i za chuja nie zmieni. Najpierw musimy się zajebać na śmierć kurwa nasza mać i dopiero, żeby Polska będzie Wolska 3 razy po 15 w IV popisowej rewolucji wypalanej żelazem miłości do polityki korupcji. Amen kurwa”.
No i mam dzień dzisiejszy. Spójrzmy dokąd Piotr Wielgucki doszedł po latach tułaczki:
Bronek chwali się na lewo i prawo, że jest człowiekiem WSI, z jednej strony to efekt paniki, z drugiej pewności siebie. Takie egzotyczne i na pozór nierealne połączenie występuje w fazie schyłkowej lalki. Nastąpiło zmęczenie materiału i za nim opór materii. Bronek nie chce się stawiać, on trzeszczy i sztywnieje sam z siebie, przez zmusza sterujących do wychylania się za kurtyny. Coś mu tam poprawią, coś naoliwią i dalej próbują grać […]
W największym skrócie hasło wyborcze Bronka brzmi: ‘Możecie mi skoczyć, za mną stoi WSI’. Za ostro, nieefektywnie, bezsensownie i przede wszystkim z narażaniem poważnych interesów działa marionetka z Budy Ruskiej. Z tej przyczyny mistrzowie z WSI zamiast realizować cele i zadania, tłumaczą się widowni. Cała akcja ze Skokami i próba wciągnięcia śp. Lecha Kaczyńskiego do afery, jest niczym innym jak odwracaniem uwagi od kolejnych nieudanych fikołków laleczki”.
Ja nie mam ochoty komentować tego co wyżej zdanie po zdaniu. Chciałem jedynie jeszcze raz zwrócić uwagę na to, o czym w swoim komentarzu napisał Tomek Gajek: w każdym z wyżej przedstawionych przykładów mamy do czynienia z czystym, niczym nieskażonym hejtem, który w dodatku na tym poziomie emocji – zwróćmy uwagę na to, że poziomie wyjątkowo stałym i niewzruszonym – musi świadczyć o tym, że nie mamy do czynienia z prowokację, ale wyłącznie z tak zwanym „przypadkiem”. I uważam, że to wszystko, co należy powiedzieć w tym temacie. Zapewniam, tylko, że książki pod tytułem „Berek” czytać już nie będę.

Wszystkim tym, którzy lubią czytać, polecam księgarnię pod adresem www.coryllus.pl. To jest coś, co Anglicy określają przy pomocy słowa „ultimate”. Naprawdę dalej szukać nie trzeba. I to nie tylko przez to, że tam tylko można kupić wszystkie moje książki.

czwartek, 26 marca 2015

Czy ktoś nam chce wydłubać mózgi?

Wczoraj spadły na mnie dwie informacje, który doprowadziły mnie do miejsca, gdzie w pewnym sensie wszystko przestaje mieć znaczenie. Oczywiście, muszę podkreślić owo „w pewnym sensie”, bo nie dajmy się zwariować, ja nie będę rewidować całej swojej postawy wobec świata, który mnie otacza, jedynie z powodu gestów, które, owszem, robią wrażenie, ale raz że się na nie zapowiadało już od pewnego czasu, a dwa, że to są gesty ze strony, moim zdaniem, która tak czy inaczej jest skazana na przegraną. Przynajmniej do czasu gdy oni nie unieważnią dla nas praw fizyki.
Ktoś może pomyśleć, że pewnie mi chodzi o Tomasza Terlikowskiego, który właśnie zakomunikował, że Angelina Jolie powinna sobie wyciąć mózg. Otóż nie. Gdy chodzi o Terlikowskiego właśnie, to on jest tu najwyżej doskonałym dowodem na to, że oni, tak jak mówię, nie mają żadnych szans na utrzymanie się na powierzchni. Terlikowski pikuje, a przed nim już tylko błoto. Rozmawialiśmy tu o nim zresztą parę razy ostatnio i widać bardzo jasno, że to już jest końcówka, natomiast wczoraj zdarzyły się faktycznie dwie rzeczy zupełnie nowej jakości. Otóż przede wszystkim, jak się okazuje, dziennikarz TVN24 Bohdan Rymanowski wydał właśnie wywiad-rzekę, w której rozmawia z Małgorzatą Wasserman o tym, jak to Tusk z Komorowskim i Putinem zamordowali w Smoleńsku jej ojca. I nie jest tak, że Rymanowskiego wyrzucili akurat z roboty i on poczuł na karku powiew wolności, a książkę mu wydaje Tomasz Sakiewicz, czy nie daj Boże, Piotr Bachurski. Nic podobnego. Z tego co wiemy, Rymanowski jest wciąż jak najbardziej jedną z pierwszych gwiazd TVN-u, a książka jest publikowana w podstawowym obiegu i niewykluczone, że 10 kwietnia, w piątą rocznicę tragedii, EMPiK w Warszawie zorganizuje autorom spotkanie na Marszałkowskiej. A więc to jest coś, co ja nawet nie mam serca, by nazwać kpiną. To jest najzwyklejsze szyderstwo skierowane pod moim adresem, z adnotacją: „Widzisz, dupku, jaki jesteś słaby?”
Drugi ze wspomnianych eventów, jest trochę mniejszej wagi, ze względu na jego bohaterów, ale równie wiele nam mówi na temat tego, jak bardzo w obecnej chwili zostaliśmy wszyscy wyrzuceni poza teren tego, co można nazwać realnie istniejącą publiczną przestrzenią. Wczoraj właśnie na dziś chyba najbardziej wpływowym portalu prawicowym wpolityce.pl ukazała się informacja zatytułowana „Matka Kurka zapowiada porażkę Komorowskiego”, w której redakcja omawia notkę z bloga owego Matki Kurki, który faktycznie tłumaczy, dlaczego Komorowski nie wygra majowych wyborów. A ja sobie myślę, że oto wreszcie Wielguckiemu udało się oficjalnie wejść do prawicowego mainstreamu, już nie tylko jako ta jakaś Matka Kurka, co się droczy z Owsiakiem, ale jako poważny prawicowy autorytet, który kiedy powie, że Komorowski nie wygra wyborów, to my wszyscy aż znieruchomiejemy. Ja tu sobie parę razy żartowałem na temat tego, że wszystko zmierza ku temu, by bracia Karnowscy do swojego salonu w tygodniku „W Sieci” któregoś dnia zaprosili Wielguckiego, no ale tak naprawdę sam w to nie wierzyłem: w końcu są granice hucpy. I oto dziś Wielgucki zostaje oficjalnie włączony w grono „dziennikarzy niepokornych”.
Wspomniałem o żartowaniu. Wygląda na to, że wraz z rosnącym poziomem absurdu po stronie „naszych”, i ja powinienem zmienić poziom żartów również w kierunku bardziej absurdalnym. Czekamy więc na to, jak w najważniejszym programie telewizji TVN24 obok „Szkła Kontaktowego”, czyli w prowadzonej przez Bohdana Rymanowskiego „Kawie na ławę” na fotelu dotychczas zajmowanym przez przedstawiciela Prawa i Sprawiedliwości usiądzie Piotr Wielgucki. Mam już tylko nadzieję, że nie nastąpi to przed 10 kwietnia, bo wówczas nawet ja chyba zagłosuję na Komorowskiego.

Trzymamy się więc mocno krzeseł i jedną ręką klikamy adres www.coryllus.pl. A tam już można się znaleźć w świecie rzeczywistym. Przypominam, że dwie pierwsze książki sygnowane imieniem Toyaha idą już do wyczerpania nakładu po 15 złotych. Polecam.

piątek, 7 lutego 2014

Alleluja! Wykończyliśmy Owsiaka.

Z pełnym szacunkiem, muszę przyznać, że bloger Matka Kurka, nie dość, że był pierwszym blogerem, o jakim w życiu słyszałem, to był jeszcze pierwszym internetowym komentatorem, na jakiego trafiłem jeszcze zanim dowiedziałem się, że coś takiego, jak blogi w ogóle istnieje. Jeszcze zanim zacząłem prowadzić ten blog, by poczytać sobie najnowsze informacje, wchodziłem na stronę Onetu, no i tam oczywiście, siłą rzeczy, trafiałem na zamieszczone pod kolejnymi informacjami komentarze. Matka Kurka był komentatorem pierwszym, i, tak naprawdę jedynym, który robił wrażenie kogoś, kto wie, czego chce. W dodatku, jego komentarze były bardzo starannie i bardzo sprawnie napisane, a poza tym zawsze długie, o długości przeciętnych felietonów, co wciąż mi się kazało zastanawiać, skąd ten człowiek ma na to wszystko czas, i czemu on ów czas poświęca na, było nie było, zwykłe onetowe pyskówki.
Zwróciły też owe teksty moją uwagę z jeszcze jednej przyczyny. Otóż teksty Kurki, nie dość były tak pełne nienawiści do Jarosława i Lecha Kaczyńskich i tego co oni reprezentują, że nawet mnie to imponowało, to jeszcze były pisane z równie imponującą sprawnością, na każdym możliwym poziomie. A więc, w tamtych czasach, Matka Kurka to był dla mnie ktoś naprawdę specjalny.
Po pewnym czasie zacząłem prowadzić ten blog i na Matkę Kurkę trafiłem ponownie, już jako na blogera Salonu24. W tamtych czasach System był reprezentowany przez wielu drobnych internetowych publicystów, pierwszą trójkę jednak stanowili Matka Kurka, Azrael i Galopujacy Major. Dwaj ostatni jeszcze parę lat pociągnęli, natomiast Kurka, przez to, że swoją działalność w znacznym stopniu skoncentrował na zakładaniu fikcyjnych kont i konstruowaniu kolejnych prowokacji, został zmuszony do usunięcia się z Salonu24 i założenia osobnego, prywatnego już zupełnie, bloga.
Z Matką Kurka miałem jedną okazję. Otóż któregoś dnia on postanowił uruchomić blog rzekomo prowadzony przez słodką naiwną studentkę, która jest wprawdzie zwolenniczką Prawa i Sprawiedliwości, jednak bardzo ją boli, że ten PiS jest tak agresywny, i że jego zwolennicy są tak okropni. Ów blog w jednej chwili zdobył sobie ogromną popularność w Salonie24, do tego stopnia, że nawet sam Igor Janke zechciał zaszczycić go swoją obecnością i pogratulować owemu „dziecku” wrażliwości i mądrości.
Wyszło jednak tak, że ja zorientowałem się, że ten blog to prowokacja, napisałem na ten temat tekst, no i sprawa się wysypała. Potem okazało się, że za ową prowokacją stał bloger Matka Kurka, którego jedynym celem było pokazanie, jaka to hołota ci zwolennicy PiS-u, zwłaszcza ci, którzy atakują Bogu ducha winne dziecko. Sam Kurka wszystko opisał w osobnym wpisie na swoim blogu, w którym nie dość, że opublikował moje imię i nazwisko plus zdjęcie, to obrzucił zarówno mnie, jak i Prawo i Sprawiedliwość stekiem obelg.
Po 10 kwietnia 2010 roku, ni stąd ni z owąd, Matka Kurka zmienił sojusze, i postanowił – jak się okazuje, bardzo skutecznie – zyskać opinię wybitnego publicysty prawicowego. To co mnie tu akurat uderzyło, to przede wszystkim fakt, że, choć Matka Kurka o 180 stopni zmienił poglądy, to nie zmienił formy i sposobu owych poglądów prezentowania. Z mojego punktu widzenia, teksty, które dziś pisze Matka Kurka, są pisane dokładnie przez takiego – nie tego, ale takiego – samego człowieka, co przed laty, tyle że prezentują diametralnie odmienne poglądy. I z tym samym, co wtedy sukcesem.
Ja Matce Kurce nie wierzę. Uważam, że on jest nieszczery i, co gorsza, całkowicie niesamodzielny. Dlaczego? Już wyjaśniam. Otóż ja sobie nie wyobrażam, by człowiek tak głęboko błądzący, a jednocześnie tak inteligentny i publicystycznie sprawny, jak Matka Kurka z roku 2008, potrafił się aż tak zmienić, zachowując dokładnie ten sam co wtedy typ sprawności i inteligencji, co wtedy. To jest zwyczajnie niemożliwe. Ja wiem, że ludzie się zmieniają. Zmienił się choćby inny bloger, Cezary Krysztopa. Jednak Krysztopa, to przy Kurce prosty, skromny, ciężko naiwny chłopak, który, cokolwiek o nim nie mówić, zwyczajnie budzi zaufanie, jako przynajmniej ktoś szczery. Kurka nawet nie zadał sobie trudu, żeby swoją przemianę uwiarygodnić psychologicznie. A więc, powtarzam, ja mu nie wierzę.
Ale było coś jeszcze. Wszyscy pamiętamy, jak Matka Kurka w którymś ze swoich już nowych tekstów nazwał premiera Tuska i prezydenta Komorowskiego słowami „ruskie cwele”, no i to go zaprowadziło przed sąd. Ja sobie bardzo łatwo wyobrażam, co ja bym poczuł, gdybym któregoś dnia oszalał i o czy to Prezydencie, czy Premierze wypowiedział się w ten sposób, i za to zająłby się mną prokurator. Ja bym najzwyczajniej w świecie – pardon my French – posrał się ze strachu. Nie Kurka. Ten ani na moment nie stracił rezonu, a wręcz przeciwnie, niezmiennie głosił, że on się niczego nie boi, a wręcz tej rozprawy się nie może doczekać. No i się doczekał, i skończył jako bohater. Sąd uznał, że nie stało się nic.
Przepraszam bardzo, ale ja nie wierzę, żeby Matka Kurka, dziś już znany publicznie jako jakiś Wielgucki, był samotnym jeźdźcem, walczącym o wolną Polskę, z wyłącznym wsparciem swoich czytelników. To jest zwyczajnie niemożliwe. Zwyczajnie i po prostu.
A więc, kiedy dotarły do mnie wiadomości o tym, jak to Wielgucki obraził Jerzego Owsiaka i za to Owsiak podał go do sądu, nie miałem żadnych wątpliwości, że nadchodzący proces to koniec Owsiaka, a nie Wielguckiego. Kiedy dotarły do mnie informacje, że Wielgucki pozostaje równie spokojny o dzisiejszy wyrok, jak był spokojny w przypadku sprawy o brzydkie potraktowanie Prezydenta i Premiera, wiedziałem, że on nie jest sam. Kiedy wreszcie parę dni temu pojawiły się rewelacje, że sąd odrzucił wszystkie wnioski strony skarżącej, a przyjął wszystkie strony pozwanej, wiedziałem, że jest już po Owsiaku.
Dzisiejsze doniesienia o tym, że Owsiak rzuca w cholerę całą tę swoją Orkiestrę, bo nie może już znieść hejterstwa uprawianego przez blogera Matkę Kurkę, mnie, owszem, nieco zaskoczyły, jednak głównie z tego powodu, że nie spodziewałem się, że wszystko pójdzie tak szybko. Z mojego punktu widzenia, to wszystko było do przewidzenia od pewnego już czasu. Ktoś mnie teraz może poprosić o to, bym powiedział, kim jest moim zdaniem Piotr Wielgucki i jakie interesy stoją za akcją, by zakończyć ostatecznie projekt Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy. Na to pytanie odpowiadam z prawdziwą radością. Otóż ja tego nie wiem, i nic mnie to nie obchodzi. Jeśli będę się miał tego dowiedzieć, to się dowiem. Powiem jednak szczerze, że jest mi to doskonale obojętne.

Jak zwykle, serdecznie proszę o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta, czy to przez kupowanie książek, których okładki są tu bardzo starannie zaprezentowane, czy przez pomoc pieniężną na podany obok numer konta. W tej chwili akurat jest tak, że poza tym, nie mamy niemal już nic. Dziękuję.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...