Konferencja na temat gospodarczej suwerenności, jak odbyła się w Katowicach w minioną sobotę, ma dla mnie dwa wymiary. Pierwszy, całkowicie indywidualny, a drugi – związany z ową publiczną przestrzenią, w jakiej kazano nam zyć. Oba te wymiary łączy osoba prof. Zyty Gilowskiej. Najpierw, bardzo króciutko, opowiem, czym było dla mnie to spotkanie w skali osobistej. Otóż dzień wcześniej, otrzymałem maila od posłanki Prawa i Sprawiedliwości, pani Izabeli Kloc, następującej treści: „Witam Pana serdecznie, chciałabym osobiście zaprosić Pana na jutrzejszą konferencję, pytała mnie o Pana Pani Prof. Zyta Gilowska.” I tyle. Pozdrowienia, numer kontaktowy i to wszystko.
Otóż już wcześniej słyszałem to tu to tam, że Zyta Gilowska zna, czyta i lubi ten blog. I nie muszę udawać, że mnie ta wiadomość nie obeszła. Jeśli bowiem ktoś taki jak Zyta Gilowska czyta ten blog, mam wiele powodów, by, przynajmniej przez pewien czas, spać spokojnie i żyć z uśmiechem na ustach. A jeśli wpadnę w odpowiedni nastrój, to mogę jak najbardziej się z tego powodu odpowiednio – choćby tak jak to robię w tej chwili – nadąć. No ale to wiadomo. Tak już bowiem wszyscy mamy, że lubimy, kiedy to co robimy jest doceniane, a kiedy jest doceniane przez ludzi, których sami podziwiamy i uważamy za wybitnych, to nasza radość jest tym większa. Poszedłem więc na to spotkanie, ładnie wyszykowany i uzbrojony w książkę o liściu z właściwą dedykacją, no i wreszcie profesor Gilowską spotkałem osobiście. Nie będę opowiadał, jak to wszystko wyglądało, bo po pierwsze aż tak bardzo próżny nie jestem, a po drugie nie wiem, czy ona sama by chciała, żebym tu jakoś szczególnie mocno wchodził w szczegóły. Powiem tylko, że ucieszyła się z książki, bo wprawdzie, jak mi powiedziała, właśnie kupiła dwa egzemplarze – dla siebie i siostry, no ale teraz swoją da synowi, a tę ode mnie zachowa dla siebie. Tak to właśnie było. I to jest własnie ów osobisty wymiar, jaki wczorajszy dzień ma dla mnie.
Skoro jednak to już mamy wyjaśnione, chciałbym przejść do podstawowej części dzisiejszych refleksji i opowiedzieć o tym, jak przeżyłem wczorajszą konferencję, jako wydarzenie o randze zdecydowanie ponadosobistej. Otóż tematem spotkania była tak zwana suwerenność, a zorganizowane ono było w sposób standardowy. Na sali siedzieli zaproszeni goście, na scenie przeróżni profesorowie, i po kolei któryś z nich wchodził na mównicę i dzielił się swoimi przemyśleniami na temat najróżniejszych aspektów owej suwerenności. Na chwilę wpadł też Jarosław Kaczyński, by – jako pierwszy patron owej konferencji – wygłosić przemówienie, natomiast poza prezesem Kaczyński, główną postacią spotkania była w sposób naturalny – pani profesor Zyta Gilowska. I muszę powiedzieć, że jeśli od wczoraj, nieustannie słyszę, jak reżimowa propaganda po raz kolejny już dostaje szału z tego powodu, że Zyta Gilowska miała czelność wyjść z domu, czy z pracy, i zabrać głos w sprawach publicznych, z jednej strony oczywiście się martwię, bo tego rodzaju bezczelność Systemu zawsze była dla mnie źródłem zmartwień, a z drugiej strony, się temu wcale nie dziwię, bo doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że akurat Zyta Gilowska jest osobą o takiej wewnętrznej sile i takiej zdolności demonstrowania tej siły na zewnątrz, że każdy jej gest, każde wypowiedziane przez nią słowo, stwarza zagrożenie dla Systemu nieporównywalne z niczym.
Jestem pewien, że wielu z nas miało nie jeden raz okazję słuchać Zyty Gilowskiej, kiedy mówi w telewizji, lub czytać te nieliczne wywiady, jakich ostatnio zgodziła się udzielić, a więc jestem też pewien, że nie muszę tym osobom tłumaczyć, co na przykład mógł mieć na myśli Jarosław Kaczyński, kiedy mówił, że gdyby doszło do debaty między Gilowską a Rostowskim, Rostowski zostałby rozbity w strzępy. Czym innym jest jednak oglądać Zytę Gilowską na ekranie telewizora, lub czytać z nią wywiad w „Uważam Rze”, a czym innym zobaczyć ją i wysłuchać w jej pełnej krasie. Wystąpienie, jakie Gilowska miała na wczorajszej konferencji w Katowicach – króciutkie, bo zaledwie kilkunastominutowe – było czymś tak porażającym, że wszyscy obecni na publiczności i na scenie, włącznie z prezesem Kaczyńskim, oniemieli, a wszystko co miało miejsce wcześniej i co nastąpiło później – włącznie z naprawdę przecież ciekawym wystąpieniem Prezesa – może być już oceniane wyłącznie poza tym kontekstem. Ale mówiąc to co mówię, muszę też dodać, że nie mam również najmniejszej wątpliwości, że każdy – dosłownie każdy – przedstawiciel reżimu który miał okazję brać w tym wydarzeniu udział, musiał umierać ze strachu. Bo dla nikogo nie ulegało wątpliwości, że gdyby na przykład uczynić Zytę Gilowską twarzą tej kampanii, Platforma Obywatelska wyszłaby z tych wyborów z wynikiem w okolicach 5%. I stąd ta dzisiejsza wrzawa.
Jak mówię – to trzeba było przeżyć osobiście, ale skoro jest jak jest, nich nam wystarczą te słowa, tak jak je zarejestrowałem, a dziś tylko we fragmencie przytoczę. Zyta Gilowska mówiła o suwerenności w wymiarze najbardziej podstawowym i najbardziej powszechnym, a więc suwerenności naszej, jako ludzi i obywateli. O tym, jak to kiedyś, jeszcze w wieku XVI pojawiło się to pojęcie i „ujmowało państwo, jako takie, które nie uznaje nikogo wyższego od siebie, oprócz Boga”. I prosiła Gilowska dalej, by mieć ten fakt bardzo na uwadze, pamiętając, że – i tu pierwszy dłuższy cytat – „ten metapolityczny, duchowy wymiar suwerenności był przez wieki bardzo ważny dla Polaków. Był silnie obecny w naszej historii, w naszych działaniach, jeszcze w Drugiej Rzeczpospolitej. Były powszechne hasła haftowane na sztandarach: ‘Bóg i Ojczyzna’. Osobiście uważam, że ten metapolityczny, duchowy wymiar suwerenności jest najważniejszy i że dzisiaj, w tym duchowym wymiarze suwerenności Polska ma największe rezerwy. Tu możemy z bogactwa wielkiego korzystać, i powinniśmy sprawdzać, dlaczego tego nie robimy”.
Jednak to co najważniejsze pojawiło się w drugiej części wykładu Gilowskiej i proszę mi pozwolić zacytować tu już całość. Aż do końca. A było tak:
„Nie wolno nam teraz, tak jak za króla Sasa, twierdzić, że jest tylko ‘tu i teraz’. Nie wolno nam tego robić. Dzisiaj nie mamy alibi dla takich bezmyślności i dla takiej nieświadomości. Ale przecież i dzisiaj widzimy państwa, ledwo zipiące, nie potrafiące sobie poradzić, mimo suwerenności, państwa, które swoją suwerenność pozamieniały na sterty długów, i do tego udają – co już jest naprawdę żałosne – że przy pomocy papierków kolorowych, nazywanych pieniędzmi, kupują coś, czego nikt na świecie nie ma, tylko Bóg, czyli, że kupują czas.
Czasu się kupić nie da. Ale my też zaczęliśmy udawać, że kupujemy czas. Nasze państwo też jest bardzo poważnie zadłużone. Tu wchodzą w grę takie liczby, że obywatele myślą sobie: ojej, rozboli mnie głowa, bo ja, przeciętny obywatel mogę sobie tak rozumować, obracam się w kręgu tysiąc, no niech będzie dziesięć tysięcy, dwadzieścia tysięcy – hu, hu, hu! – jakieś takie podają gigantyczne kwoty – od tego głowa boli. Ja jednak proponuję, by przeciętny obywatel wziął jednak kartkę papieru – to nie jest takie trudne, kartkę każdy ma, szkołę podstawową kończyli – napisał sobie liczbę 87, do tego dołożył dziesięć zer, a obok napisał liczbę 38, i do tego dołożył sześć zer. Jak pamięta obywatel z podstawówki, to te zera się tam redukują, i jak sobie to podzieli, to mu wyjdzie, ile jest winien. Bo on nawet tego nie wie. Gdyby on tak sobie to podzielił i dodał do tego kredyt, który wziął na mieszkanie, albo na telewizor, albo na wczasy w Tunezji, popatrzył na niemowlę kwilące w wózeczku – ono nie zapłaci – a on jest per capita, na każdego obywatela, pomyślał, że musi jeszcze pomyśleć o małżonce, o ojcu staruszku – doszedłby do rozumu. Oj, doszedłby do rozumu!
Wystarczy wykonać takie bardzo proste działanie arytmetyczne. Nie trzeba brać oręża, nie trzeba nigdzie biegać – siąść, wziąć kartkę i sobie po prostu podzielić. Myślę, że to byłby jakiś sposób, bo, jak przypuszczam, obywatel się nie orientuje, jak się sprawy mają. Polski suweren się chyba nie orientuje, jak się sprawy mają. Bo niby jak się ma orientować? Z telewizji? Mowy nie ma! Podobno wszędzie jest, panie dzieju, kryzys, ale u nas nie, bo u nas jest, panie dzieju, zielona wyspa. Co nas to obchodzi? Nasza chata z kraja. Niewykluczone, że tak sobie ludziska kombinują. Bardzo źle sobie kombinują. Bardzo źle sobie kombinują, ale kiedyś się wreszcie zorientują. Tylko kiedy? To jest zagadnienie, które sobie dziś stawia dużo mądrych głów w Europie: Ile czasu potrzebuje suweren – współczesny suweren – żeby się zorientować.
Jeden taki suweren, naród węgierski, potrzebował cztery lata, od chwili, kiedy mu rządzący – wprost, niechcąco wprawdzie, ale bardzo wyraźnie – powiedzieli, że, jak najbardziej, kradną, kłamią i oszukują, trudno, nie wyszło im, i od tej chwili, Węgrzy się wprawdzie trochę zdenerwowali, ale naprawdę bardzo, to się zdenerwowali dopiero cztery lata później. No i jest pytanie, czy my będziemy tak długo czekać? Mam nadzieję, że nie, bo tych czterech lat, to chyba jednak Polska nie ma. Jeśli natomiast suweren się zorientuje, a to dla suwerena polskiego jest charakterystyczne – wystarczy bardzo pobieżna i kiepska znajomość historii – jeśli suweren się wreszcie zorientuje, i oby to nastąpiło, to jakoś tak nagle, automatycznie, przekręca się kluczyk z metapolitycznym wektorem suwerenności. Nagle suweren sobie przypomina, że przecież siłą jego przodków – pra, pra, pra, pra, pra – były zawsze takie atrybuty suwerenności, które zawsze bardzo mocno wzmacniały tę suwerenność. To była wiara w Boga, wiara w prawo do własnej ojczyzny, to była wiara w prawo do egzekwowania własnych praw na ziemi ojczystej. Suweren polski, jak już przychodził do rozumu, wierzył w Boga, w Ojczyznę i własne prawa na ojczystej ziemi. Pytanie, kiedy to się stanie teraz? Taki był najważniejszy atrybut suwerenności naszych przodków – Bóg, Ojczyzna i moje w tym miejsce. Moje – obywatela na ziemi. Bo do tego mamy prawo.
Tak Polacy rozumowali. Czy tak chcą rozumować dzisiaj? Obawiam się, że wielu – nie. Nie chcą. Nie da rady, mówią, czasy się zmieniły. Wprawdzie, rzeczywiście, tak kiedyś było, nasi przodkowie walczyli, przelewali krew, wyciskali z siebie, siódme, ósme i dwunaste poty, ale to się zmieniło, i dziś tak być nie musi. Dzisiaj nie musimy się do tego przyznawać. Kochani, nie da rady. Rzeczywistość Was dopadnie. Rzeczywistość Was dopadnie. Przyjdzie, prędzej czy później, i chodzi o to, żeby jak najszybciej przyszła taka chwila, że dużo ludzi w Polsce zrozumie, że te atrybuty suwerenności, które były źródłem siły polskiego narodu – to jest nasze główne dziedzictwo. Nie da się wyprzeć swojego dziedzictwa. Nie da rady! Dziekuję”.
Taka to była właśnie ta mowa. A ja, zamiast tradycyjnego komentarza na sam koniec, opowiem o czymś jeszcze. Jeszcze zanim głos zabrała Zyta Gilowska, swoje wystąpienie miał pan profesor Mariusz Jędrysek z Uniwersytetu Wrocławskiego, i opowiadał nam o tym, jak jeszcze za rządów Prawa i Sprawiedliwości pojawiła się sprawa łupków gazowych i jak dzielnie i mądrze tamten rząd sprawę tych łupków zaczął prowadzić. I to co prof. Jędrysek nam opowiadał i o tych o łupkach i o tym, w jak dramatycznej sytuacji, znajduje się ten projekt dziś, spadło na nasze biedne głowy, jak tsunami. Na koniec, Profesor podarował Jarosławowi Kaczyńskiemu przyniesiony ze sobą prezent, w postaci zwykłego, niewielkiego kawałka owego łupka. I ja uważam, że Premierowi to się jak najbardziej należało, ale chciałbym, żeby on w wolnej chwili jakoś przełamał go na pół i drugą polówkę dał Zycie Gilowskiej. Jestem pewien, że on nie miałby nic przeciwko temu.
Na koniec, tradycyjnie, proszę wszystkich, którym powyższy tekst jakoś ubarwił ten dzień, o kupowanie mojej książki, no i o – w miarę możności – wspomaganie tego bloga pod podanym obok numerem konta. Dziękuję.