Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wierność. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wierność. Pokaż wszystkie posty

piątek, 15 lutego 2013

Co jeść?

Nasz kolega Coryllus już dziś o tym wspomniał, ale ponieważ wiadomość tę otrzymaliśmy właściwie jednocześnie, a przemyślenia mamy już swoje własne, chciałbym zwrócić uwagę na coś, czego u Coryllusa akurat nie ma. Mam tu mianowicie na myśli nie to, czego z informacji tej dowiadujemy się na temat losu pojedynczych osób, ale na temat losu nas wszystkich. No i jeszcze coś, o czym Coryllus jakoś nie wspomniał: tym razem żartów już nie ma.
O co poszło? Otóż, jak podają Wirtualne Media, Presspublica, a więc koncern medialny przejęty parę lat temu przez rząd, w celu otoczenia jeszcze ściślejszą państwową kontrolą przekazu prowadzonego przede wszystkim przez dziennik „Rzeczpospolita” i tygodnik „Uważam Rze”, autorom piszącym do „Rzeczpospolitej” obniżył autorskie honoraria o 20 do 40 procent. Cytowany przez Wirtualne Media anonimowy pracownik „Presspubliki”, komentuje sytuację w ten sposób:
„Budżet działu krajowego się nie zmniejszył, ale 20 proc. z niego przeznaczono na teksty do wydania online. Teraz dziennikarze nie chcąc zarabiać mniej niż dotąd muszą pisać dodatkowo do internetu, ale i tak nie starcza im na to czasu”.
Czytam więc ów opis sytuacji, w jakiej znalazła się znaczna grupa najwybitniejszych polskich dziennikarzy, i naturalnie zastanawiam się, jak musi wyglądać ich życie, prywatne i zawodowe, skoro oni najprawdopodobniej nie znajdą czasu, by pisać dodatkowo do elektronicznego wydania Rzepy? Co taki Piotr Semka na przykład robi ze swoim dniem, że sytuacja, w której, jeśli tylko chce zachować dotychczasowy poziom życia, musi tego właśnie dnia napisać jeden czy dwa teksty więcej, jest dla niego zwyczajnie nie do udźwignięcia? Jak ci ludzie żyją?
Jak idzie o mnie, znaczna część komentatorów jest przekonana, i wciąż to tu to tam owemu przekonaniu dają publiczny wyraz, że ja, aby utrzymać rodzinę, każdego dnia loguję się na blogspot.com i żebrzę. A więc, że zachowuję się, nie przymierzając, jak jakaś biedna rumuńska kobieta zmuszana przez swojego męża-Rumuna do przesiadywania od rana do wieczora na mrozie i wyciągania od ludzi, którym się lepiej powodzi, albo którzy mają dobre serca, pieniędzy. Niedawno wręcz pewna komentatorka pożegnała się ze swoimi przyjaciółmi uwagą, że ona musi iść już spać, bo w odróżnieniu ode mnie, następnego dnia rano musi wstawać do pracy.
Otóż jest tak, że mój dzień wygląda nieco inaczej, niż się tej dziwnej kobiecie i jej znajomym wydaje. Ja codziennie wstaję wczesnym rankiem – w poniedziałek na przykład o 5.30 – ponieważ zawsze rano właśnie mam jakąś jedną, czy dwie lekcje, wracam do domu i muszę napisać czasem jeden czasem dwa, a niekiedy nawet trzy teksty. Za ten trzeci z reguły dostaję wspomniane wyżej honorarium, jak idzie o dwa wcześniejsze – w grę wchodzi wyłącznie owo „co łaska”, które przez niektórych jest traktowane jako żebranina. Niekiedy zabiera mi to parę godzin, czasem więcej. Po południu też mam zwykle lekcje – jedną lub dwie. W międzyczasie muszę spełniać wymagania mojej żony, a więc albo zrobić coś w domu, albo pójść po coś do sklepu.
Ponieważ tak zakreślony czas biegnie niezwykle szybko, ani nie prowadzimy życia towarzyskiego, ani nie chodzimy do kina, ani nie wychodzimy na spacer. Gdyby jednak ktoś mi zaproponował jakąkolwiek dodatkową pracę, ja bym ja wziął bez mrugnięcia okiem. Proszę sobie wyobrazić, że mam znajomego, który życzy sobie, by uczyć angielskiego jego synów, ale ponieważ oni w ciągu tygodnia są bardzo zawaleni pracą, lekcje te mamy w sobotę i niedzielę. Ja wiem, że praca w niedzielę to temat delikatny, ale gdybym miał w niedzielę pracować cały dzień, też bym na to poszedł. I nawet bym nie pisnął. Dlaczego? Bo mam taką sytuację i ona przez najbliższe jeszcze dwa lata się chyba jednak nie zmieni.
I teraz czytam, że Rafał Ziemkiewicz, Piotr Semka, Piotr Gociek i niewykluczone, że Łukasz Warzecha też, zaczną lada chwila klepać biedę, bo Hajdarowicz im obciął honoraria o 40%, a oni już nie mają siły i czasu, by pisać więcej. Chciałbym zatem wiedzieć, jak wygląda ich życie. O której oni wstają każdego ranka, o której kładą się spać, i co robią między jednym a drugim? Ile taki Rafał Ziemkiewicz ma do napisania tekstów dziennie? No i przede wszystkim, co on poza ich pisaniem robi? Na pewno musi uczestniczyć w spotkaniach z czytelnikami jego artykułów, albo powieści, które systematycznie wydaje; zapewne pisze kolejną książkę i to mu też zżera nieco czasu; o ile się nie mylę, w odróżnieniu od Piotra Semki czy Łukasza Warzechy, w telewizjach, poza „Superstacją”, go nie chcą, więc tu ma spokój – w zaoszczędzonym w ten sposób czasie, może się udzielić w jakimś patriotycznym projekcie.
Czy on spędza dużo czasu w domu? Czy musi chodzić na zakupy, czy musi sprzątać, i układać ciuchy w szafie? Nie wiem, ale domyślam się, że niekoniecznie. Z drugiej strony, jeśli on faktycznie nie ma już czasu na pisanie kolejnych tekstów – przypominam, że za ciężkie pieniądze – to kto wie, co się tam dzieje?
Jeśli ktoś uznał, że ja sobie tu stroję żarty, to chciałbym go bardzo w tym momencie wyprowadzić z błędu. Wbrew prawdopodobnym podejrzeniom, ja sobie wcale nie kpię ani z Ziemkiewicza, ani z któregokolwiek z jego kolegów. Wbrew temu, co się może wydawać, ja jestem gotów bardzo chętnie założyć, że oni faktycznie są już w tej chwili tak obciążeni walką o przetrwanie, że ten jeszcze jeden kolejny tekst ich zwyczajnie zabije. Bo, proszę zwrócić uwagę na to, że pod pewnym szczególnym względem, sytuacja, w której ja się znajduję, nijak się ma do sytuacji, w której zmuszeni są działać oni. Przez to, że oni są osobami publicznymi, zapewne nie ma takiego ruchu, czy choćby gestu, w ciągu każdego kolejnego dnia, który oni mogliby uznać za nic nie znaczący. I gdyby im zależało tylko na tym, by pięknie wyglądać i być rozpoznawanymi, to jeszcze pół biedy. Wystarczyłoby się od rana do wieczora ładnie nosić, uśmiechać do kamer i jak najczęściej pokazywać w korzystnym świetle. Tymczasem, jeśli moje podejrzenia są słuszne, problemem Warzechy i Ziemkiewicza wcale nie jest zbyt mała popularność, czy brak ludzkiego szacunku; ich kłopot ma charakter ściśle finansowy. Oni najzwyczajniej na świecie są bez pieniędzy i wiele wskazuje na to, że tych pieniędzy na razie więcej nie będzie. A w tej sytuacji, jedyne co im pozostaje, to o te pieniądze się nieustannie użerać. A zatem, jak się domyślam, tak jak jakiś Daniel Passent już tylko się zajmuje tym, żeby się mu puder nie starł i żeby Polacy nie zapomnieli jego twarzy, a o stan jego konta dbają ci, którzy mu zawdzięczają znacznie więcej niż jakieś tam nikomu niepotrzebne emocje, Rafał Ziemkiewicz – ale też i pozostali tak fatalnie potraktowani właśnie przez Hajdarowicza autorzy – wszystko co robią, robią z myślą o tych pieniądzach. Czy idą z kimś na wódkę, czy na jakieś spotkanie w Klubie Ronina, czy nagrywają program dla internetowej telewizji, czy wreszcie, kompromitują się występami w „Superstacji”, wiedzą doskonale, że po pierwsze z żadnego z tych eventów nie mogą zrezygnować, bo to jest ich być może jedyna szansa, ale też, że już naprawdę na więcej czasu nie mają. No, w końcu można by było zrezygnować ze spania, ale ile wtedy człowiek jest w stanie pociągnąć?
Ja naprawdę z nich sobie nie dworuję. I jeśli mi ktoś nie wierzy, ja mu to bardzo łatwo udowodnię. Otóż, ja uważam, że ich los i mój los są w pewnym sensie bardzo podobne. I ja i oni padliśmy ofiarą systemu – ja go często lubię pisać z dużej litery – który zmusił ogromną część polskiego społeczeństwa do tego, by skupiać się wyłącznie na kwestii przeżycia. Oni i ja, ale przecież nie tylko my; podobnie jak my znalazła się znaczna część polityków: przede wszystkim tych, którzy w ten czy inny sposób uzależnieni są od tego, czy ten rząd przetrwa, ale również tych, którzy dziś są w opozycji, ale mają prawo się obawiać, że przy jakiejkolwiek zmianie politycznej sytuacji, oni mogą bardzo stracić. Stracić wręcz ostatecznie. Ale nie tylko oni. Nie tylko my. Również różnego rodzaju biznesmeni, sędziowie, profesorowie wyższych uczelni, pasożytujący na obecnej sytuacji eksperci, wszyscy oni budzą się rano, a wieczorem zasypiają z ta jedną myślą – co będzie, jak to się nagle skończy. Albo, jeżeli nie uda się dokończyć najbliższego projektu.
I to, moim zdaniem, stanowi dla naszego kraju sytuację wręcz tragicznie niebezpieczną. Jeśli ja mam rację, i rzeczywiście Systemowi udało się całkowicie zneutralizować tak znaczną część społeczeństwa, zapędzając tych ludzi na ów ring, gdzie porażka kończy się tylko śmiercią, to znaczy, że perspektywy przed nami są gorsze niż beznadziejne.
Proszę zwrócić uwagę na ciąg zdarzeń, jakiego niedawno byliśmy świadkami. Najpierw towarzystwo zwane „autorami niepokornymi”, zostało skutecznie rozpędzone, w pierwszej chwili oni wszyscy unieśli się honorem i postanowili pokazać, że obejdą się bez wsparcia Systemu i pokażą światu, że oni potrafią się dorobić samodzielnie. Kiedy jednak System bardzo delikatnie przecież pokazał im, że te ich fochy są głupie i niepotrzebne, grzecznie wrócili, jak się okazało, tylko po to, by przekonać się jeszcze o jednym – że wolność traci się tylko raz. Na zawsze.
Aby te refleksje już jednak jakoś zakończyć, muszę wrócić jeszcze do swojej historii. Ktoś mi powie, że skoro sam przyznałem, że moja i ich sytuacja – a mianowicie to strasznie upokarzające skoncentrowanie się na przeżyciu – są w gruncie rzeczy bardzo podobne, to mógłbym dziś nie przychodzić i nie popisywać się tymi swoimi naukami. I oczywiście, ja to mogę potwierdzić raz jeszcze – załatwili ich i załatwili mnie. I ja i oni – jeśli ktoś tak akurat woli – daliśmy się fatalnie załatwić. Jest jednak między nami pewna bardzo istotna różnica. Przede wszystkim, ja w odróżnieniu od nich, wiem, że mój sukces zależy tylko ode mnie, i że w osiągnięciu go nie pomoże mi ani żaden przyczółek, ani nikt, kto ów przyczółek zamieszkuję. Ja wiem, że ja ów sukces osiągnę i osiągnę go właśnie dlatego, że na drodze do niego nikomu nie pozwoliłem sobą kręcić. Ale też myślę, że tę różnicę wręcz fantastycznie opisuje motto tego bloga, które pochodzi prosto od tego komunisty Marqueza, a które już od dłuższego czasu figuruje na samym szczycie tej strony. Pozwolę je sobie tu powtórzyć: "- Powiedz mi, co będziemy jedli? - Trzeba było siedemdziesięciu pięciu lat - siedemdziesięciu pięciu lat życia, minuty za minutą, żeby pułkownik doczekał tej chwili. Poczuł się czysty, kategoryczny, niepokonany, gdy odpowiedział: - Gówno".
Otóż to. Jak dojdzie co do czego, będę jadł gówno, ale nie pozwolę sobą pomiatać. Nawet jeśli ktoś mi przyniesie jakiś fantastycznie sprawdzony sposób, jak się można przed sobą skutecznie usprawiedliwić.

Oczywiście, będzie mi bardzo miło, jeśli komuś ten tekst się tak spodoba, że zechce ten blog wspomóc pod podanym obok numerem konta. Dziękuję.

niedziela, 21 listopada 2010

Samotność długodystansowca... raz jeszcze

Nawet jeśli od tygodnia nie śledzi się zbyt uważnie wydarzeń, jakie otaczają naszą scenę polityczną, ze szczególnym uwzględnieniem Prawa i Sprawiedliwości, nie sposób nie zauważyć i przyznać, że – owszem, mamy kryzys. Skoro z partii odchodzi grupa polityków, może akurat nie najważniejszych, ale też nie byle jakich, i uruchamia projekt, którego jedynym celem jest tę jeszcze niedawno swoją partię unicestwić – to bardzo dobrze nie jest. Przyznając ten fakt, muszę jednak zaapelować do wszystkich tych, którzy załamują ręce nad tym, co się dzieje, żeby może trochę, jak to mówią młodsi od nas – wyluzowali. Naturalnie, nie dlatego, że jest lepiej niż się zdaje, ale paradoksalnie z powodów o wiele bardziej znaczących. Z takich mianowicie, że to się nie dzieje ani po raz pierwszy, ani po raz drugi, ani nawet po raz trzeci. A więc tego potwora już akurat dobrze znamy.
Napisałem kiedyś na swoim blogu tekst, poświęcony Jarosławowi Kaczyńskiemu, a będący reakcją na artykuł nikogo innego jak Piotra Semki, w którym Semka, z jakiegoś powodu – dziś już, co tu akurat bardzo istotne, kompletnie bez znaczenia – postanowił nas trochę postraszyć tym, że oto nastaje koniec wszystkiego tego, co reprezentowali Jarosław Kaczyński i jego świętej pamięci brat. Napisałem, że powody dla których Semka opublikował wówczas swój tekst są bez znaczenia, ale to nie do końca prawda. Pośrednie – owszem, natomiast powody bezpośrednie, przez swoją porażającą typowość, wcale nie. Poszło bowiem, jak zawsze o sondaże. Zobaczył Semka sondaże i uznał, że już po Kaczyńskim. A ja wówczas tę jego histeryczną reakcję zauważyłem, a dziś wciąż bardzo dobrze pamiętam.
Podobnie jednak jak wówczas nie bardzo chciałem pisać o Semce, tym bardziej nie chcę pisać o nim dziś. Ale podobnie też, jak wówczas moim celem było przedstawienie refleksji na temat „wiary, wytrwałości, ale również najbardziej podstawowego poczuciu szacunku do samego siebie”, tym bardziej właśnie dziś pragnę głosić potęgę wiary, wytrwałości i szacunku do tego co robimy i co nam pozawala chodzić z podniesionym czołem. Pozwolę sobie więc dziś – choćby przez to, że moja biedna córka chodzi ponura jak nie wiem co i powoli traci wiarę – nawiązać troszkę do tamtego, tak już dziś starego tekstu, żeby może ją pocieszyć, a przy okazji wszystkich tych, którzy lubią nie pamiętać.
Każdy z nas dokonał w pewnym momencie jakiegoś wyboru i - ufam głęboko - ten wybór nie był spowodowany tym, że nam się akurat tak opłacało, albo że byliśmy głupi, czy po prostu naiwni. Wybraliśmy tę drogę, a nie inną, bo byliśmy przekonani, że to jest droga słuszna i na tej drodze będziemy potrafili zachować nasze człowieczeństwo, a jeśli ktoś uważa, że ten ton jest zbyt patetyczny, to niech będzie, że uznaliśmy, że tu nam będzie po prostu wygodnie. Bywało rożnie. Pamiętam, że bywało bardzo różnie. Trzymaliśmy się jednak tej drogi, bo, cokolwiek się działo, wiedzieliśmy, że są rzeczy podstawowe i nawet jeśli od czasu do czasu spadniemy na pysk, to jest to w sumie drobiazg, jeśli porównać to z całością. Więc trwaliśmy i - mam wciąż bardzo silne wrażenie - nie było nam wcale tak źle. A bywało przecież fatalnie.
Dziś, tak jak kiedyś czytałem artykuł Semki, który deklarował utratę wiary, bo zobaczył parę sondaży i uznał, że już wszystko wie, ze wszystkich stron słyszę głosy, że już po Kaczyńskim, bo Joanna Kluzik - Rostowska z paroma kolegami i jedną koleżanką, postanowiła robić polityczną karierę na własną rękę. I to mnie zadziwia, powiem szczerze, jeszcze bardziej, niż wtedy. Przede wszystkim dlatego, że wszyscy mamy swoje doświadczenie, które powinno nas już było czegoś nauczyć, a poza tym mamy najbardziej żywy i cudownie mięsisty przykład Janusza Palikota, polityka, co by o nim nie mówić, znacznie bardziej utalentowanego od wszystkich tych zdrajców razem wziętych, który postanowił wykonać gest dokładnie taki sam, jakiego właśnie jesteśmy świadkami, i poległ nie wydając z siebie nawet piśnięcia. No ale fakty są jakie są, więc zamiast machnąć ręką, trzeba przypominać i wyjaśniać. No to wyjaśniam.
W innym, też już dziś bardzo starym tekście, wyraziłem pretensje do Rafała Ziemkiewicza, że on, człowiek, który, dzięki pewnemu zbiegowi okoliczności, ale również - o czym nie wolno zapominać - przez swoje własne talenty i dzielną pracę, miał szansę naprawdę na wiele, szansę te zmarnował. Zamiast niego, pewne sprawy musieli kontynuować ludzie od niego dzielniejsi, mądrzejsi, bardziej odważni, bardziej cierpliwi i bardziej zdeterminowani. Oni to zadanie pociągnęli i doszli tu, gdzie doszli. Jednak się ani nie poddają, ani nie wątpią, bo wiedzą, że tego talentu i tej szansy marnować nie wolno. W dawnych, bardziej normalnych czasach, było tak, że ci, którzy zostali w tyle, stali cierpliwie i cierpliwie przyglądali się rozwojowi wypadków. Ani nie pomagali, ani nie przeszkadzali. Stali i czekali. W pewnym momencie jednak, z jakiegoś powodu, uznali oni, że dość już tego czekania. Nie wiem, czy to dlatego, że zaczęli mieć jakieś nowe pomysły, czy przez te lata bezczynności nabrali nowej energii i poczuli gotowość, żeby spróbować jeszcze raz, czy może zmądrzeli i chcą nam zaproponować pewne nowe, lepsze rozwiązania. Może i tak. Wątpię jednak,. Z tego co widzę, mam wrażenie, że oni chcą nadal stać i czekać, tyle, że postanowili czekać na coś bardziej interesującego. Coś bardziej ekscytującego. Sami jeszcze do końca nie wiedzą, co to takiego, ale czują, że tak jak jest, jest jakoś nudno.
Jak tu powszechnie wiadomo, jestem bardzo żarliwym zwolennikiem projektu symbolizowanego przez Jarosława Kaczyńskiego. Od osiemnastu lat Jarosław Kaczyński jest dla mnie jedynym politykiem, który potrafi najbardziej skutecznie reprezentować moje pragnienia i moje nadzieje. Był już kiedyś taki czas, że Jarosław Kaczyński był na krawędzi niebytu. Porozumienie Centrum nie istniało, a Jarosław Kaczyński był posłem wyłącznie dzięki wsparciu Jana Olszewskiego i jego kanapowej partii. Brat Jarosława, Lech, był całkowicie poza polityką – o czym dziś już mało kto pamięta przez pięć lat! – i nie było żadnych nadziei na to, że sytuacja może się w jakikolwiek sposób odwrócić. Ani na moment nie zwątpiłem w Jarosława Kaczyńskiego. Wiedziałem, że nie ma nikogo, kto - jak mówię - może skuteczniej wyrażać moje nadzieje i moje ambicje. Ponieważ ja się do tego nie nadawałem, pozostawał on. Jestem wciąż tu gdzie jestem i nie mam ani przez moment poczucia, że coś po drodze spaprałem.
Szczerze powiem, że, tak jak to już bywało wiele razy wcześniej, i dziś nie wiem, jak to będzie dalej. Mam głębokie przekonanie, że zarówno PiS, jak i sam Jarosław Kaczyński, wrócą do władzy Mogę się mylić. Może się okazać, że to może okazać się zbyt wiele, jak na siły jednego w gruncie rzeczy, i to tak ciężko zmasakrowanego człowieka. Ale wierzę, że mu się uda. Zdaję sobie sprawę – tak jak to bywało już wielokrotnie – że sytuacja nie jest lekka. Nie chce mi się nawet powtarzać wszystkich tych słów, które tu już wielokrotnie padały. Ale sytuacja nie jest lekka i, cokolwiek różni specjaliści od objaśniania nam spraw oczywistych powiedzą, jest jasne, że najmniej temu wszystkiemu winny jest Jarosław Kaczyński. Jeśli popełnił on jakiś błąd, którego można by mu było pamiętać, to tylko ten, że w pewnym momencie nie machnął na wszystko ręką i nie przyłączył się do silniejszego. Niewykluczone, że dziś byłby ministrem w rządzie Platformy Obywatelskiej, a może nawet szanowanym powszechnie Marszałkiem Sejmu. A kto wie, czy nawet nie popieranym przez cały naród prezydentem. Bo jest wielkim politykiem i zasłużył na wszelkie honory. Jest jednak jak jest. Kaczyński balansuje na krawędzi, a ja - i jeszcze oprócz mnie całe masy - też balansujemy na krawędzi.
Więc nie wiem, jak będzie dalej. Możliwe, że to, co dziś wydaje mi się oczywiste, czyli nieuchronny i ostateczny upadek tego wielkiego kłamstwa, jakim jest Platforma Obywatelska, jest jedynie złudzeniem. Może ja kompletnie źle zdiagnozowałem stan społecznych nastrojów i ogólny kształt świadomości wyborców. Możliwe, że się fatalnie pomyliłem. Jeśli tak, będzie mi przykro, a najróżniejsi eksperci będą tryumfowali u boku kogoś znacznie silniejszego niż Jarosław Kaczyński. Może nawet u boku kogoś tak niewielkiego jak Joanna Kluzik – Rostowska.
Może jednak się okazać, że mój polityczny węch i moje wyczucie nie zawiodło mnie na moment. Może się okazać, że ta cała zmasowana nagonka na Jarosława Kaczyńskiego, a wcześniej też na jego brata, te nieustanne modlitwy o śmierć dla obu, to nie była taka tylko zabawa emocjami, ale dowód strachu i w gruncie rzeczy pewności, że nic jeszcze nie jest rozstrzygnięte. Że to, z czym kolejny już raz mamy dziś do czynienia, czyli między innymi te przedziwne i zasmucające gesty zwątpienia, to wynik tego strachu, że jeszcze nic do końca nie wiadomo. I że ten strach był jak najbardziej uzasadniony.
W roku 2005 PiS wygrał wybory parlamentarne, a Lech Kaczyński, w powszechnym głosowaniu, został wybrany prezydentem. Od tego czasu, nie ma dnia, żeby ktoś mi tłumaczył, że wystarczy jeszcze parę tygodni, by notowania PiS-u spadły do 7% poparcia. Nie ma jednego dnia, od pięciu już teraz lat, by banda ekspertów nie przekonywała mnie, ze moje oddanie dla PiS-u jest kompletnie irracjonalne. A ja wiem tyle, że od czasu, jak PiS wygrał w roku 2005, sondażowe poparcie dla mojej partii, mimo, że się ciągle waha, utrzymuje się mniej więcej na tym samym poziomie. Wiem jednak coś jeszcze. To mianowicie, ze w roku 2007 na PiS głosowało niemal 2 mln. wyborców więcej, niż przy poprzedniej okazji. Wiem też, że w kolejnych wyborach uzupełniających na Podkarpaciu, PiS wlał swoim kontrkandydatom w sposób absolutnie bezprecedensowy. Ja rozumiem, ze Podkarpacie to Podkarpacie, a nie Sopot, czy Warszawa, na przykład. Ale ja też nie oczekuje, że w Warszawie, lub w Sopocie, co drugi człowiek będzie szanował Jarosława Kaczyńskiego. Wiem wreszcie, że na Jarosława Kaczyńskiego – nie na Kluzik, nie na Migalskiego, nie na tego bufona Poncyliusza, ale na Jarosława Kaczyńskiego – w ostatnich wyborach prezydenckich głosowało 8 milionów ludzi. I wiem, że oni na niego głosowali wcale nie dlatego, że zakochali się w jego łagodności i utrapieniu, ale dlatego, że to własnie oni stworzyli ruch, który został nazwany jak najbardziej słusznie Solidarnymi 2010! A Jarosława Kaczyńskiego uznali za swojego ambasadora.
Ale wiem jeszcze coś. Że im więcej będzie głosów wbijającym nam do głowy, że Platforma Obywatelska jest projektem na wieczność, a Prawo i Sprawiedliwość to był zaledwie eksces w historii, im głośniejsze będą te głosy i im większy w nich udział będą mieli ludzie tacy jak Joanna Kluzik – Rostkowska i wszyscy ci, dla których ona nagle stała się wzorem politycznej skuteczności i politycznego bohaterstwa, tym bardziej te miliony ludzi, dla których PiS pozostaje jedyną ofertą, będą milczeć, i z tym większym hukiem odezwą się któregoś dnia, przy okazji kolejnych wyborów. I wtedy wielu się zdziwi.
I gdzie wtedy będą oni wszyscy? Przyjdą tu znowu i powiedzą, że bardzo się cieszą? Czy tu możliwe, że już jutro?

Powyższy tekst ukazał się w miniony piątek w Warszawskiej Gazecie.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...