Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Maciej Zembaty. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Maciej Zembaty. Pokaż wszystkie posty

sobota, 16 lipca 2011

Gdy łby czymś mocno skute

Muszę przyznać, że ile razy słyszę, jak Kazik wykrzykuję swoje: „Jak powstają twoje teksty? – gdy mnie ktoś tak spyta, zakurwię z laczka i poprawię z kopyta”, z jednej strony, niezmiennie czuję bezgraniczne wzruszenie i podziw, a jednocześnie bolesne zdziwienie. Czemu podziw? Wiadomo. Zdziwienie natomiast z tej prostej przyczyny, że ja kompletnie nie rozumiem, czemu Kazik się tak bardzo unosi, kiedy ktoś zwyczajnie chce wiedzieć, jak on to robi. Ja wprawdzie bym go o to nigdy nie zapytał, bo – biorąc pod uwagę doświadczenie, jakie mam z ludźmi z jednej strony genialnymi, a z drugiej tragicznie przeciętnymi – wiem, jak to jest ze sztuką. Się siada i się albo pisze, albo gra, albo śpiewa, albo maluje. Obojętne. I w ogóle nie ma o czym gadać. Chociaż, jeśli się trochę bardziej nad omawianym przypadkiem zastanowić, to może faktycznie nie ma się co dziwić. Bo jeśli już mamy się trzymać powyższego przykładu, to wystarczy Kazika poczytać w jego felietonach, czy – tym bardziej – posłuchać, jak się mądrzy w telewizji, by wiedzieć, że jemu faktycznie na tak zadane pytanie nie pozostaje nic, jak tylko użyć swojego laczka i kopyta.
Jak idzie o mnie, to ja nie miałbym nic przeciwko temu, gdyby ktoś chciał mnie spytać, jak powstają moje teksty. Pewnie dlatego, że przede wszystkim, ja chyba dobrze wiem, jak one powstają, a poza tym, swego czasu sam się nad tą kwestią trochę zastanawiałem. Może opowiem. Otóż ile razy skończę którąkolwiek z tych moich historii, pierwsza myśl, jaka mi przychodzi do głowy, to ta, że teraz z całą pewnością przez najbliższy tydzień nic nowego nie wymyślę. No bo o czym tu pisać? Cóż takiego się dzieje, albo stanie się w ciągu najbliższych dni, żeby można to było uznać za warte jakiejkolwiek nowej refleksji? A jednak, mimo to, każdy dzień przynosi jakiś, choćby najbardziej marny, drobiazg, z którego da się zbudować coś większego. Nie wiem, czy pamiętacie film Gilliama ‘Fisher King’. Jest tam taka scena, jak Perry idzie z tą swoją Lydią przez jakieś zawalone śmieciami i brudem ulice i nagle znajduje metalową siateczkę, która kiedyś przytrzymywała korek od szampana. Robi z niej natychmiast krzesełko, daje jej i mówi, że w śmieciach naprawdę można znaleźć piękne rzeczy. Problem w tym, że on nie szukał tej siatki, tyle że, ponieważ był zwykłym menelem, to miał odruch zbierania różnych śmieci.
Otóż moje doświadczenie każe mi się z Perrym zgodzić. To wszystko – a kto wie, czy też nie jest tak samo w przypadku Kazika –bierze się z grzebania w śmieciach. Bo proszę popatrzeć na historię tego tekstu. Wczoraj na krótką chwilę zajrzałem do programu ‘Szkło kontaktowe’, który prowadził Tomasz Sianecki z Jerzym Iwaszkiewiczem. Śmieci, czyż nie? I oto nagle na ekranie pojawił się bardzo leciwy już Wojciech Młynarski, który kiedyś przed laty był, w mojej opinii, artystą jeszcze bardziej wybitnym, niż dziś Kazik. Ale ponieważ po latach jest już tylko mamroczącym niewyraźnie swoje wiersze o ojcu Rydzyku staruszkiem, trzeba niestety też to przyznać, że wciąż pozostały tylko śmieci. I na sam koniec, kiedy już wiedzieliśmy, że oglądamy ‘Szkło kontaktowe’, i słuchamy Wojciecha Młynarskiego w nowym wydaniu, wystąpił Jerzy Iwaszkiewicz.
W tym momencie muszę zrobić pewną – może nie do końca dygresję – ale jednak dygresję. ‘Szkło kontaktowe’ to program, który z punktu widzenia tradycyjnej, białej cywilizacji jest ekscesem całkowicie porażającym. I nie ma co się na ten temat rozpisywać, bo każdy kto czyta te słowa, wie, o czym mówię. Jednak trzeba przyznać, że z kolei, z punktu widzenia Planu i Systemu, program ten to prawdziwy majstersztyk. I tu też nie ma się co nad tą kwestią dłużej zatrzymywać, bo wystarczy rozejrzeć się po ludziach, którzy nas otaczają, by wiedzieć, jaka za tym ‘Szkłem’ stoi siła rażenia. Podobnie jest z Wojciechem Młynarskim. Wprawdzie jego dzisiejszy upadek – a więc choćby ten wczorajszy wiersz o polskiej prezydencji i o ojcu Rydzyku – definiuje go niemal ostatecznie, jednak trzeba przyznać, że tamte piosenki, takie jak „Bynajmniej”, czy „Niedziela na Głównym”, czy „Żorżyk”, czy wreszcie „W razie czego przypomnijcie sobie Zdzisia” to opis życia w PRL-u o jakim wspominany tu ostatnio Bareja, nawet nie miałby szans śnić. A więc, to dno wciąż nie jest, że tak powiem, skaliste. Ale oto wreszcie pojawia się Jerzy Iwaszkiewicz. Człowiek, którego nędza jest tak uderzająca i, że tak powiem, doskonała, że jeśli o nim też nic więcej nie powiem, to nie dlatego, że każdy wie, ale że sam nie wiem, jak to coś nazwać. I nagle się okazuje, że to właśnie dzięki niemu – Jerzemu Iwaszkiewiczowi – powstaje ta dzisiejsza notka.
Wracam do wczorajszego ‘Szkła kontaktowego’. Wystąpił więc ten nieszczęsny Młynarski ze swoim wierszykiem o polskiej prezydencji, ojcu Rydzyku i posłach PiS-u, a kiedy skończył, Jerzy Iwaszkiewicz najpierw zaczął krzyczeć do kamery, że Wojtusiu, pozdrawiam cię, kochany, itd., a następnie, podniecony w stopniu najwyższym, przeprosił wszystkich, ale on musi opowiedzieć pewną historię a propos jego przyjaźni z „Wojtusiem”. W pierwszej chwili, pomyślałem sobie, że on pewnie opowie coś o tym, jak to on i Młynarski szli sobie za PRL-u po Nowym Świecie, i spotkali Michnika, a Młynarski coś powiedział i było śmiesznie. Albo że wracali z jakiegoś przyjęcia i zatrzymał ich milicjant, ale ponieważ znał Młynarskiego z telewizji, to mu się tylko ukłonił i poprosił o autograf. Albo coś w tym kierunku. Proszę sobie wyobrazić, że nic z tego. Iwaszkiewicz – jak mówię, roztrzęsiony w sposób zupełnie niewyobrażalny – opowiedział historię, jak to on i Młynarski byli razem na jakiejś popijawie w Zakopanem i kiedy już byli tak pijani, ze się dalej pić nie dało, to siedli sobie na parapecie i tylko patrzyli, jak inni się bawią. I w pewnym momencie Młynarski się zdenerwował i powiedział do Iwaszkiewicza, że nie ma się co oszczędzać i poszli pić dalej. I, jak to podkreślił Iwaszkiewicz, „było bardzo przyjemnie”. Co dalej? Jak to co dalej? Nic. Koniec. To własnie taką historię opowiedział Iwaszkiewicz widzom ‘Szkła kontaktowego’. Jak to on i Młynarski kiedyś w Zakopanem się popili. Bez żadnych szczegółów. Ot, taka historia.
Wysłuchałem więc tego Iwaszkiewicza z jego wspomnieniem, i pomyślałem, że napiszę o tym tekst. A skoro o tym, to o paru jeszcze innych rzeczach. No i piszę. Proszę więc sobie wyobrazić, że mamy ten TVN24, a w nim ten program ‘Szkło kontaktowe’, a w nim Tomasza Sianeckiego i Wojciecha Młynarskiego, a przed ekranami telewizorów intelektualną elitę III RP, i nagle w tym wszystkim pojawia się ów Jerzy Iwaszkiewicz – najprawdopodobniej zwykły moczymorda, i to moczymorda o takim standardzie, gdzie jeśli się chce coś opowiedzieć, to jedyne myśli jakie do głowy przychodzą, to flaszka i zarzygany stolik. Ja wiem, że ostatnie lata przynoszą nam każdego dnia nowe odkrycia, ale to, co mamy dziś przed oczami, to jest chyba jednak jakiś fenomen. Kiedy zmarł Maciej Zembaty, wspominając jego osobę – właśnie w ‘Szkle kontaktowym’ – Grzegorz Miecugow przyznał, że on miał taki plan, żeby Zembatego zaprosić jako kolejnego gościa, który by w tym przedziwnym programie komentował politykę. Niestety – to już mój komentarz – kokaina, alkohol i ekstensywny onanizm Zembatego nam zabrały. A ja sobie myślę, że co by to było, gdyby on jednak jeszcze trochę pożył, i gdyby dał radę jakoś się przypudrować i w tym ‘Szkle kontaktowym’ występował? Czy on by miał w sobie to coś, co by sprawiło, że stałby się – obok Krzysztofa Daukszewicza – gwiazdą tego programu? Kto wie?
Niedawno wspominaliśmy występ Radka Sikorskiego jeszcze sprzed lat, kiedy to – niewykluczone, ze kompletnie nieprzytomny od nadmiaru wciągniętego proszku – próbował rozbić konferencję prasową Lecha Kaczyńskiego. I przy tej okazji, zaczęliśmy się zastanawiać, czy to nie jest tak, że te dzisiejsze tak zwane elity, są najzwyczajniej w świecie uzależnione od alkoholu, narkotyków i płatnego seksu, do tego stopnia, że zwyczajni ludzie, kiedy się im przyglądają, wpadają w tak straszną bezradność. Że kto wie, czy taki na przykład Stefan Niesiołowski, zachowując się tak jak się zachowuje, nie jest zwyczajnie pod wpływem narkotyków, albo przed kolejną pijacką sesją. Ktoś mi powie, że tak pisać nie wolno. Bo ani to nie mam dowodów, ani nawet za bardzo podstaw. Otóż pewnie, że dowodów nie mam, dlatego cały czas, te moje refleksje obwarowuję tyloma zastrzeżeniami. Natomiast, co do podstaw, to akurat wydaje mi się, że je mam.
Od sprawy Krzysztofa Piesiewicza upłynęło wystarczająco dużo czasu, żeby Systemowi udało się skutecznie wymiksować ją ze zbiorowej pamięci, ale ponieważ, jak się dowiadujemy, senator Piesiewicz pragnie po raz kolejny startować w wyborach, Rzeczpospolita przeprowadziła z nim dziś bardzo długi i poważny wywiad. Oczywiście dziennikarka Rzepy ma tu bardzo ciężkie zadanie, bo Piesiewicz, jako osoba wciąż jakoś tam inteligentna, potrafi tak prowadzić ten wywiad, ze ona nie bardzo ma jak – zachowując podstawową delikatność – go przyciskać. Jest jednak parę momentów, kiedy Piesiewicz mówi rzeczy, które z naszego punktu widzenia wystarczą zupełnie, by go móc nadal oceniać tak jak go ocenialiśmy od początku. Otóż, najpierw, on – zupełnie, daję słowo, poważnie – zapewnia, że on nigdy u siebie w domu nie trzymał babskich ciuchów, tylko ci ludzie, których wtedy u siebie przyjmował, mu te sukienki przynieśli i na niego założyli. A więc, to nie on – to oni.
Ale później jest jeszcze straszniej. Otóż, zapytany, czemu on tym bandytom oddał wszystkie swoje pieniądze, Piesiewicz wyjaśnia, że to nie był żaden okup, ani szantaż, ani żadna łapówka, ani nic takiego. On się w tak brzydkie rzeczy nie bawi. On tylko chciał w ten sposób „odkupić swoją godność”. On nie wiedział, że „gdy już wezmą pieniądze, zacznie się szantażowanie”. A więc, rozumiemy już, jak to było, prawda? On im nie dał tych grubych tysięcy, bo oni go szantażowali tymi sukienkami, tymi kurwami, tą kokainą. Ależ gdzie tam! On im dał te pieniądze, by „odkupić swoją godność”. A jak zaczęli go szantażować, to normalnie, jak porządny obywatel, zadzwonił na policję. A teraz chce zostać jeszcze raz senatorem. I o co tyle szumu?
Senator Piesiewicz. Mocna rzecz. Przypominam sobie mój udział w konkursie Onetu na blog roku. Wygrałem ten konkurs i zawsze się mocno zastanawiałem, jak to się stało? W końcu, ja wiem, że ten blog w tamtym czasie był ze wszystkich finałowych blogów najlepszy, ale wiem też przy tym jeszcze lepiej, że przecież oni aż tak głupi nie są, żeby, dla jakiś dziwnych zasad, psuć sobie historię. Uznałem jednak, że pewnie on był na tyle najlepszy, że się po prostu innej decyzji podjąć nie dało, i stąd zresztą, już przy okazji kolejnej edycji, nas do tego konkursu zwyczajnie nie dopuścili. Dziś jednak, kiedy tak myślę sobie o tym Zembatym, o Młynarskim, o Iwaszkiewiczu, a teraz jeszcze znów o tym Piesiewiczu, to nagle przychodzi mi do głowy zupełnie nowa myśl. I nowy akapit (to a propos tego, jak powstają moje teksty).
Kiedy zgłosiłem swój udział w konkursie Onetu, pewną sensacją na tym blogu był tekst zatytułowany „Bronię Senatora”. Był to tekst szczególny z dwóch powodów. Pierwszy to taki, że on w całości stanowił parodię czegoś, co sobie wyobrażałem, jako reakcję znanych autorytetów na sprawę Piesiewicza. Ja w nim broniłem Piesiewicza w taki sposób, jak sobie wyobrażałem, że go bronić może Andrzej Wajda, czy abp Życiński. Drugi powód to taki, że bardzo wiele – naprawdę bardzo wiele – osób uznało, że ja nie ironizuję, tylko naprawdę Piesiewicza bronię. Zamieszanie zrobiło się więc takie, że ten wpis otrzymał niezwykle dużą liczbę komentarzy i w pewnym momencie był najchętniej czytanym z moich wszystkich wpisów. Ale stało się coś jeszcze. Kiedy Onet przyjął moje zgłoszenie do swojego konkursu, zatytułował mój blog nie tak, jak należy, czyli „Posłuchaj to do Ciebie”, ale własnie „Bronię Senatora”. I tak już było do końca. Ten blog przeszedł przez całe eliminację, finał i ostatecznie ten konkurs wygrał, jako blog o nazwie „Toyah - Bronię Senatora”.
Do dziś sądziłem, że to iż oni go nazwali tak, a nie inaczej, było wynikiem omyłki. Podobnie jak wierzyłem, że ten blog wygrał tylko dlatego, że nie było takiej możliwości, żeby ktoś inny zdobył to pierwsze miejsce. Dziś jednak myślę sobie, że mogło być zupełnie inaczej. Przede wszystkim, biorę pod uwagę taką oto ewentualność, że Tomasz Sekielski z kolegami przeczytali tylko ten tekst o Piesiewiczu, nie zrozumieli go, a nie rozumiejąc, uznali że jest świetny i głęboko słuszny. Uznali, że to wszystko jest na poważnie, a że ponieważ całość jest napisana dobrze, z zawodową sprawnością, w dodatku sam blog jest bardzo bogaty, często odwiedzany i komentowany, to sprawa jest jasna. Blog „Bronię Senatora” jest najlepszym blogiem politycznym roku. Oczywiście rzucili też okiem na inne teksty, ale tam to już im się ani czytać nie chciało, ani też się głębiej nad czymkolwiek zastanawiać. A że ten tekst i ten tytuł im się tak bardzo spodobały, to zatytułowali cały blog „Bronię Senatora”, i dali mi ten laptop. Jako dla autora autentycznie najlepszego bloga politycznego w Polsce. Za to, że ja tak przenikliwie potrafiłem ocenić to, co przecież takie normalne i naturalne i takie przecież ludzkie.
Trzeba teraz jakoś te refleksje zakończyć. Wydaje mi się, że dobrze byłoby się zastanowić, czy to 10-osobowe jury z Tomaszem Sekielskim na czele, kiedy podejmowało swoją decyzję, było przytomne, pijane, czy zwyczajnie przymulone? Kiedyś myślałem, że oni byli trzeźwi, dziś natomiast mam już wątpliwości. I nie osłabi ich nawet to, że przecież wielu zupełnie przytomnych i inteligentnych komentatorów też uznało, że ja naprawdę bronię Piesiewicza. Bo, jak by nie patrzeć, Sekielski i reszta to jednak fachowcy. Oni powinni potrafić rozpoznawać formy i konwencje. No a poza tym, ostatnie wydarzenia pokazują niezbicie, że tam coś się zdecydowanie dzieje. Skoro Zembaty i Iwaszkiewicz i Piesiewicz i – jeśli wierzyć Iwaszkiewiczowi – Młynarski też coś tam ma za uszami, a jeszcze słyszę, że to że Raczkowski, przyjaciel Zembatego tak dużo na jego temat wie, to też wcale nie dlatego, że ktoś mu o tym opowiedział, to znaczy, że tam naprawdę wrze jak w ulu. I dopóki mi nie udowodnią, że jest inaczej, będę się temu wrzeniu bardzo przysłuchiwał. Co też radzę innym.

Jeśli komuś ten tekst jeszcze bardziej ubarwił ten piękny weekend, proszę wspomóc ten blog pod podanym obok numerem konta. Dziękuję.

wtorek, 12 lipca 2011

I widział, że wszystko co uczynił...

Racjonalizm, jaki mnie chyba od zawsze wiąże w moim podejściu do życia, do ludzi i do świata, jest z reguły tak bezdyskusyjny, że czasem aż się tym martwię. Oczywiście najbardziej w sytuacjach, kiedy na przykład jest czas wakacji, człowiek ma poczucie, że będzie żył wiecznie i z tej radości mógłby się na przykład upić… ale się boi, że straci czujność, a to już jest prawie tak, jakby umarł. Albo gdy życie nagle robi się tak cudownie chaotyczne i naprawdę nie byłoby źle się w tym chaosie zanurzyć, a tu nie ma na to sposobu, bo wszystko musi być poukładane, i to w dodatku poukładane tak, by prawda była prawdą, kłamstwo kłamstwem, a szaleństwo szaleństwem. Bardzo ciężko jest żyć tą obsesją.
Weźmy wczorajszy – ale przecież nie tylko wczorajszy – występ Stefana Niesiołowskiego w telewizji TVN24. Gdybym był człowiekiem o duszy i sercu dziecka, prawdopodobnie patrzyłbym na marszałka Niesiołowskiego i słuchał jego słów z zachwytem, lub przynajmniej z rozbawieniem, i czuł ten dreszcz emocji, jaki się pojawia u ludzi wrażliwych, kiedy nagle przed ich oczami zaczyna się rozciągać widok zupełnie nieznany i tak bardzo egzotyczny. Na przykład, nie widzę zupełnie takiej możliwości, żeby moja najmłodsza córka słuchała tego człowieka, patrzyła na jego oczy, i jej serce rozrywało pragnienie, by ktoś przyszedł i pomógł jej rozwiązać tę zagadkę. Ona nie ma potrzeby, by wstawać na dźwięk budzika, by schować do zmywarki naczynia po obiedzie, by powycierać brudny stół, a więc tym bardziej nie ma też potrzeby, by zadręczać się pytaniem, co się dzieje w umyśle kogoś, kto przypomina plazmę.. Tymczasem ja, z całą tą swoją nieszczęsną potrzebą porządku, w którym każde pytanie ma swoją odpowiedź, siedzę jak osłupiały i się zadręczam. A już najgorzej, gdy chcę na ten temat coś powiedziec, a tu nie ma jak.
Są, na szczęście – choć wcale nie jestem pewien, czy rzeczywiście to jest taka szczęśliwa okoliczność – dwie sytuacje, kiedy mój racjonalizm diabli biorą. Dosłownie diabli, zwłaszcza w sytuacji pierwszej. Pisałem już o tym przy okazji rozważań na temat ateizmu. Dziś tylko przypomnę. Otóż nie ulega dla mnie najmniejszej wątpliwości, że nasza religijność i w ogóle wiara w Boga są wynikiem nie tego, co niektórzy nazywają złudzeniem, marzeniem, czy zwykłym prymitywnym lękiem, lecz najbardziej ewidentnym zwycięstwem rozumu. Jeśli wierzymy w Boga, to nie dlatego, że słyszymy grzmot, widzimy błyskawice i nasze serce woła o ratunek, ale odwrotnie – nasze serce woła o ratunek, kiedy nagle uznajemy, że Boga nie ma. Kiedy nagle z jakiegoś powodu nasze serce i duszę ogarnia zwątpienie i zaczynamy drżeć. To właśnie ateizm jest wynikiem najbardziej prymitywnych lęków i zabobonów. To ateizm się budzi, gdy zasypia rozum. I tu, przyznaję, niekiedy – wbrew wszelkim racjonalnym argumentom, wbrew żywym dowodom, wbrew rozumowi – ogarnia mnie zwątpienie i lęk. Że co będzie, jeśli się okaże, że to co widzę, to tylko złudzenie? Że nie ma nic, jak tylko chaos i przypadek. Że to zmarły niedawno Maciej Zembaty miał rację, spędzając – jak nam donoszą i świadkowie, i on sam przecież na swoim blogu – swoje ostatnie dni na idealnie fizycznym upojeniu seksem, narkotykami i w efekcie obłędem, a nie my – ludzie odpowiedzialni, wierni, czujni i zawsze gotowi.
Druga sytuacja, kiedy mój racjonalizm przestaje funkcjonować to mój patriotyzm, moja miłość do Polski. Ktoś powie, że o ile rzeczywiście, w poprzednim przypadku uwaga, że mój rozum„diabli biorą” jest całkowicie na miejscu, to tu akurat nie bardzo. Bo wszyscy przecież wiemy, że Polska to nasze szczęście, nasza radość i nasza duma. Że kiedy Rymkiewicz mówi, że polskość „przetrwała, bo jest wieczna. Polskość to jest szczęście Polaków. Polacy mają w swoich domach to, co jest najpiękniejsze na świecie, i dlatego są szczęśliwi”, to ma całkowitą rację. Tyle że nie oszukujmy się. Za tymi słowami nie może stać przecież rozum. One tak naprawdę rozum kwestionują. One niosą w sobie wyłącznie wiarę i nadzieję. No i własnie miłość. A więc upojenie właśnie.
Wspomniałem Macieja Zembatego nie dlatego, że był on w moim odczuciu człowiekiem wybitnym, a jego życie może dla nas stanowić jakąś inspirację. Wspomniałem o nim, bo był znany, niedawno zmarł, no i zostawił po sobie parę interesujących nas wspomnień. No i też trochę dlatego, że niedawno w „Przekroju” ukazało się na jego temat wspomnienie zaprzyjaźnionego z nim Marka Raczkowskiego, które trochę koresponduje z tym, co ja tu dziś piszę, a w którym czytam:
Potrafił zadzwonić i zakomunikować, że jest u niego jakiś nieuprzejmy kierowca z agencji towarzyskiej. Pojawił się problem, bo pochopnie przedłużył czas pobytu dziewczyny (wyjątkowo dobrze mu się wtedy śpiewało). Zabrakło mu pieniędzy, więc wysyła do mnie tego kierowcę po brakujące 300 zł. […] Opowiadał, że jego ostatnią wolą jest, by po śmierci go spalić i wciągać przez nos, bo składa się głównie z kokainy”.
A ja, choć wiem już wprawdzie, że Maciej Zembaty z całą pewnością był ateistą, to nie mam pewności, czy był patriotą? Czy kochał Polskę? A czy jeśli ją kochał, to na tej samej zasadzie co ja, czy Rymkiewicz, a więc przez kompletnie nieprzytomny odruch serca, czy może on coś wiedział na ten temat takiego, czego nikt nie jest w stanie zakwestionować w sposób rozumny. A jeśli jej nie kochał, to czy dlatego, że w ogóle najczęściej był kompletnie nieprzytomny i nie miał nawet jak o Polsce myśleć, czy może też coś o niej wiedział takiego, czego nie wiemy my? Czego nie wiem ja. Jest jeszcze coś, o czym już Raczkowski nie wspomina, ale o czym pisze sam Zembaty w swoim wpisie na blogu. Otóż zachodzi on – stary, półprzytomny, niemal ślepy – na jakiś ‘event’ organizowany w Muzeum Powstania Warszawskiego i czuje się źle, bo to miejsce budzi w nim wyłącznie obrzydzenie i wściekłość. W pewnym momencie tym swoim jednym, ledwo czynnym okiem, widzi, jak dyrektor Muzeum demonstruje jakiemuś zwiedzającemu Piat, czyli przeciwczołgowy granatnik z czasów Powstania. I myśli sobie tak:
Do dzisiaj w razie potrzeby mogę wyjąć żółte papiery i zrobić właściwie wszystko, z mokrą robotą na zlecenie włącznie. To bardzo krzepiąca wiadomość, bo jest na tym świecie parę osób, które zamordowałbym z przyjemnością, gdyby tylko pozwolił mi na to mój kodeks, kurwa, etyczny wykluczający stosowanie przemocy”.
I dalej:
Nie ukrywam, że przez chwilę pomyślałem i to zupełnie serio, by korzystając z okazji, wynieść z muzeum Piata, a także kilka błyskawic w celu wszczęcia kolejnego Powstania Warszawskiego dla uczczenia jego jakże okrągłej rocznicy. Że jednak konserwator nie chciała mi w tym pomóc, musiałem z żalem zrezygnować, choć wiedziałem dokąd udałbym się z Piatem i w co odpaliłbym rakietę. Pisząc tego bloga, żywię nie skłamaną nadzieję, że jego - co bardziej krewcy czytelnicy, wcielą mój pomysł w życie”.
Nie mam pojęcia, kogo by Zembaty zamordował, gdyby nie był pacyfistą i nie wiem też, gdzie by poszedł z tym Piatem, gdyby mógł. Czy on by pojechał z nim do Milanówka, czy może pod siedzibę redakcji TVN24? I, co może dla nas dziś tu najważniejsze, czy za tym jego czynem stałby odruch serca, czy rozumu. Mogę się oczywiście tego wszystkiego domyślać - on to pisał jeszcze przed Smoleńskiem - ale nie wiem.
Patrzę na to, co dziś tu piszę, i myślę sobie, że strasznie dziwny jest ten mój dzisiejszy wpis. W pewnym sensie złożony z samych dygresji, przez co bardzo niebezpiecznie zbliżający się do tego, co robił na swoim blogu sam właśnie Maciej Zembaty. I jedyne, co mnie przy nim – nie przy Zembatym, ale przy tym tekście – jeszcze trzyma, to przekonanie, że ci, którzy czytają te słowa są już na tyle przyzwyczajeni do tych wszystkich moich kaprysów i zakrętów, że jakoś sobie ostatecznie z nim poradzą, a kto wie, czy nie znajdą i tu swojej odpowiedniej porcji satysfakcji. A plan miałem bardzo konkretny. Chciałem pisać o Polsce i o mojej do Polski miłości. Całkowicie irracjonalnej i niczym nie usprawiedliwionej. Przyszedł mi bowiem ten temat do głowy wczoraj, tuż po wspomnianym już występie Stefana Niesiołowskiego w „Kropce nad i”, kiedy Tomasz Sekielski, aby podeprzeć główną tezę swojej audycji, że oto Polska to kraj nędzy i obciachu, wypowiedział następujące słowa:
Gwiazdy sportu to znakomity towar marketingowy i eksportowy, pod warunkiem, że się je ma. Niestety, poza nielicznymi wyjątkami, nie ma w Polsce wybitnych sportowców, którymi zachwycałby się cały świat”.Przyznam że zdębiałem. Ja oczywiście świetnie wiem, co w Polsce jest nędzne, a co obciachowe. Wiem też, że są rzeczy, które Polska jest nam wszystkim winna i za które prędzej czy później będzie musiała odpowiedzieć. Co więcej, czuję gdzieś podskórnie, że moja miłość do Polski jest bzdurą i złudzeniem. Mimo to jednak, kiedy słucham Sekielskiego, jak mówi coś na temat owych „nielicznych wyjątków”, to zaczynam się poważnie niepokoić. I to nie o Sekielskiego, ale o siebie. Bo co to znaczy, że w Polsce, poza nielicznymi wyjątkami, nie ma wybitnych sportowców? Co to znaczy, że świat się zachwyca Belgią i Grecją, natomiast już nie Polską? Ja mógłbym już w tej chwili przestać pisać swoje kolejne linijki, a zamiast tego zacząć już do końca tej strony wymieniać tylko nazwiska, zaczynając od Justyny Kowalczyk, a kończąc na bokserze Adamku, w międzyczasie zahaczając o tego chłopca, który wczoraj, czy przedwczoraj stał się bohaterem światowego snookera. Nie będę tego jednak robił, bo każdy sobie świetnie poradzi beze mnie. Ale mógłbym też zacząć sprawdzać w ‘googlach’, jakich to „licznych” sportowych mistrzów mają inne kraje na świecie, które w głowie Tomasza Sekielskiego jawią się jako kraje mniej od Polski nędzne i mniej obciachowe. Ale też tego robić nie będę, bo wiem, że rezultat tych poszukiwań będzie dramatycznie mizerny.
Natomiast chętnie się zastanowię, dlaczego Tomasz Sekielski powiedział to co powiedział? Czy on informując nas o tym, że Polska nie ma wybitnych sportowców, wiedział że kłamie, czy on mówił całkowicie szczerze? A jeśli wiedział że kłamie, albo jeśli mówił szczerze, to co takiego stało z tą jego przytomnością, czy może bezprzytomnością? Dlaczego on to zrobił? Otóż jestem przekonany, że – bez względu na to, czy wygłaszając tę horrendalną bzdurę, Sekielski wiedział co robi, czy nie – faktem jest to, że on Polski nienawidzi. On nienawidzi Polski w taki sposób, jak nienawidzą Polski ci wszyscy ludzie, którzy nie mogą znieść tego, że ta Polska wciąż nie jest do końca taka, jak oni by ją sobie wyobrażali. Że ona wciąż jest taka przepołowiona, taka nie do końca zepsuta, taka dumna, taka święta i taka wierna. I taka, jak to mówi Rymkiewicz, szczęśliwa. Myślę, że w pewnym sensie Tomasz Sekielski nienawidzi Polski tak samo, jak Stefan Niesiołowski nienawidzi polskiego Kościoła, polskich księży, polskich biskupów i wiernych temu wszystkiemu Polaków. I nagle, mając w głowie i tego Adamka i tę Kowalczyk, i tych siatkarzy, i tego Gortata, i tę Radwańską – jedną i drugą – i tego Kubota, i nawet tego nieszczęsnego Blanika, a wszystkich tak strasznie ambitnych, zdolnych i wybitnych – wbrew wszystkiemu i naprzeciw wszystkim – myślę sobie, że chyba jednak irracjonalny nie jest patriotyzm, lecz jego brak. Tomasz Sekielski, nagle, tym jednym swoim wybrykiem – jak mówię, niezależnie od tego, czy kłamał, czy był szczery – udowodnił, że ten rodzaj ślepoty musi wynikać z kompletnego opętania. Z tego samego opętania, z jakiego prawdopodobnie wynikało to, jaki kształt przybrały ostatnie lata życia Macieja Zembatego, tego samego opętania, jakie stoi za obecnym postępowaniem Stefana Niesiołowskiego i – zapewne – z tego samego opętania, jakiemu ja ulegam, kiedy nagle zaczynam się bać, że nie ma nic, jak tylko chaos.
A więc, nagle mi przyszło do głowy, że jednak racjonalne jest wszystko. Racjonalny jest cały ten świat, który dostaliśmy od Boga, racjonalna jest nasza wiara, racjonalne jest nasze życie i racjonalne jest wszystko dobro, które je wypełnia. A więc, zapewne, też i myśl Jarosława Marka Rymkiewicza na temat Polski, Polaków i tego naszego szczęścia jest jak najbardziej rozumna i usprawiedliwiona. I jeśli ktoś tego nie rozumie, to wyłącznie dlatego, ze coś mu się pomyliło, albo może się zagapił, czy nagle ogarnął go zwykły ludzki lęk przed nieznanym i na chwilę stracił rozum. I pomyśleć tylko, że po to, bym doszedł do tego przekonania, musiałem na chwilę zainteresować się sportem, który na co dzień mnie obchodzi tyle co pogoda w Warszawie.

Wszystkich tych, którzy, mimo wszystko, wciąż tu jednak znajdują tę swoją codzienną "porcję satysfakcji", bardzo proszę o wsparcie. Ono jest nam dziś potrzebne może bardziej niż kiedykolwiek.

wtorek, 28 czerwca 2011

Rykoszet nieznany i czarny jak wieczność

Dziś już mam oczywiście swoje lata, a z tymi latami, pewne bardzo typowe myśli, niemniej muszę przyznać, że jak idzie o myślenie o śmierci, towarzyszy mi ono właściwie od zawsze. Nie mam tu na myśli jakiś szczególnych obsesji, od których – pomijając krótki okres lat szczenięcych – byłem raczej wolny, lecz zwykłą świadomość tej tajemnicy, która w moim wypadku od czasu do czasu powodowała autentyczne drżenie. Obecnie mam tak, że kiedy dowiaduję się, że ktoś umarł, lub choćby zachorował na tyle poważnie, że bardzo łatwo umrzeć może, to przede wszystkim się tą śmiercią, czy tylko jej perspektywą przejmuję, a na dodatek, oczywiście, nie umiem nie wkomponować w ten nastrój siebie samego.
Miałem nie pisać dziś o śmierci, lecz o życiu. Życiu, owszem, poplątanym jak jasna cholera, pełnym tak potężnych inspiracji, że wręcz nie pozwalających spokojnie umrzeć, o ludziach, którzy swoim właśnie życiem, a nie śmiercią, pootwierali drzwi, które dotychczas wydawały się zamknięte na siedem spustów i pokazali nam z przeraźliwą wyrazistością, do czego zdolny jest człowiek opętany – ale jednak o życiu. Nie o śmierci. Tymczasem zmarł Maciej Zembaty i zwykłe dla tego miejsca refleksje będą musiały jeszcze chwilę poczekać.
Co mnie obchodzi Maciej Zembaty? Powiem zupełnie szczerze, że gdyby nie jeden naprawdę drobny element jego życia, zupełnie nic. To co mam do powiedzenia na temat Macieja Zembatego w żadnej mierze nie przekracza tego, co mam do powiedzenia na temat Marii Czubaszek, Jacka Janczarskiego, Jana Kaczmarka, Stefana Friedmana, Jana Tadeusza Stanisławskiego i całej plejady innych radiowych kabareciarzy sprzed lat, których kiedyś chętnie słuchałem, a czasem nawet podziwiałem, ale po których zostało dziś już tylko wspomnienie. A więc pamiętam, jak kiedyś zadzwoniłem do jakiegoś trójkowego programu, prowadzonego przez właśnie Macieja Zembatego – nazywał się chyba ‘Mój program na antenie’ – i on właśnie odebrał telefon, ja mu powiedziałem, że jest mi bardzo miło i że bardzo mnie zawsze śmieszyły jego stare jeszcze bardzo programy, w których on puszczał swoje ulubione piosenki, a on powiedział, że jemu też jest bardzo milo i żeby nie mówić do niego ‘pan’, lecz ‘Maciek’.
Pamiętam też oczywiście jego zaangażowanie w promocję Cohena w Polsce. Tyle że, ponieważ ja raczej należałem do fanklubu Dylana, a nie Cohena, samego Cohena, w odróżnieniu wielu młodych dziewcząt i chłopców, znałem jeszcze przed Zębatym, a język szczęśliwie też znałem na tyle, by sobie piosenki Cohena tłumaczyć samodzielnie, jego dzieło nie było mi tu do niczego potrzebne. Wręcz przeciwnie – Zembaty śpiewający Cohena wyłącznie mnie irytował.
Jest jednak coś, co uważam za autentyczny wkład Zembatego w całą polską współczesną kulturę, i to wkład tak silny, że, przynajmniej z mojego punktu widzenia, wręcz tę kulturę zmieniający. Mam tu na myśli piosenkę, którą on w pewnym momencie swojego życia napisał do muzyki marsza żałobnego Chopina. Zastanawiam się, czy to dlatego, że w tamtych latach, kiedy ta piosenka była przebojem, sam osobiście byłem bardziej od innych zaangażowany w tę część polskiej rozrywki, czy może wszyscy, którzy w tamtym czasie słyszeli tę piosenkę już na zawsze pozostali nią skażeni, niemniej jednak pozostaje faktem, że kiedy dziś słyszę melodię szopenowskiego marsza – tak niebywale porażającą w swoim smutku – nie potrafię nie podśpiewywać sobie pod nosem tekstu, który Maciej Zembaty kiedyś, kiedy był jeszcze młody i silny, uznał za stosowne do niej dopisać.
Jest oczywiście możliwe, że każdy kto czyta ten tekst wie, o czym mówię, ale na wszelki wypadek sprawę przybliżę. Otóż piosenka Zembatego zaczyna się tak: „Jak dobrze mi w pozycji tej, w pozycji horyzontalnej”. Później jest jeszcze zabawniej, czyli na przykład: „Choć właśnie pada - pada deszcz ,w dębowej trumnie sucho jest. Ubodzy krewni przemoczeni są zupełnie. Żona pewnie się przeziębi”. No i wreszcie, już pod sam koniec, tak: „O wieko bębnią krople dżdżu, kołyszą słodko mnie do snu. Ubogim krewnym trumna wrzyna się w ramiona i już ledwo idzie żona. Raz dwa i lewa! Raz dwa i lewa!”
Uczeni specjaliści od spraw kultury, to co przedstawiłem powyżej, nazywają ‘czarnym humorem’, a ja oczywiście jestem w stanie ten opis przyjąć i zaakceptować. Nawet jeśli, jak już napisałem na początku, śmierć, na ten swój osobliwy sposób, traktuję – nomen omen – śmiertelnie poważnie. To co mnie jednak tu uderza na tyle, by dziś w ogóle o śp. Macieju Zembatym i jego piosence pisać, to oczywiście, poza oczywiście samym tu niezwykłym pomysłem, by podmiotem lirycznym tego utworu był człowiek, który umarł i ów fakt swojej śmierci uważał za świetny żart, to, że jakimś absolutnie niezwykłym gestem – Bóg jeden wie, tak naprawdę czyim – ten tekst wkomponował się już na zawsze w melodię tego strasznego marsza. I teraz, kiedy Maciej Zembaty, jak się okazuje, nagle zmarł i sam znalazł się w owej „dębowej trumnie” zlewanej kroplami deszczu, myślę sobie, że oczywiście jest całkiem możliwe, że zasługi Zębatego dla naszej kultury leżą bardziej po stronie zajmowanej przez Leonarda Cohena, tyle że obawiam się, że jest jednak inaczej. Że Maciej Zembaty w zupełnie inny sposób zmienił nasze życie.
Czy o ten marsz mam do Zembatego pretensje? Nie. I powiem to jeszcze raz. O ten marsz do Zembatego pretensji nie mam. Przede wszystkim, uważam, że to jest naprawdę bardzo dobrze i dowcipnie napisany tekst, i że, co więcej, nie ma w tym nic złego, by ktoś – ratując się być może jak tylko potrafi przed swoim własnym lękiem przed śmiercią – postanowił być może sobie z niej pożartować. Natomiast dziś dręczy mnie jednak jedyna myśl. Że Maciej Zembaty leży dziś w tej swojej rozpaczliwie smutnej trumnie i chyba jednak nie jest mu do śmiechu. Ani jemu, ani też jego bliskim i jego rodzinie. I że nawet jeśli jakiś cymbał, który nawet dziś nie jest w stanie pojąć tego, co się naprawdę stało, postanowi sobie z tej śmierci dworować, będąc szczerze przekonany, że Maciej Zembaty właśnie tego by sobie od nas dziś życzył, to z całą pewnością nie jest wesoło. Jest smutno jak sto diabłów. Bo w tym deszczu padającym na wieko trumny, choćbyśmy się nie wiadomo jak napinali, nie znajdziemy nic śmiesznego.
A więc jest mi smutno, że i nawet jego śmierć w końcu dopadła. Ale też sobie myślę, że kiedy za parę dni będziemy mieli pogrzeb Macieja Zembatego, wszyscy, którzy przyjdą go żegnać, staną wobec bardzo poważnego kłopotu. Przede wszystkim nie bardzo sobie potrafię wyobrazić, by mu w jego ostatniej drodze nie towarzyszyła melodia żałobnego marsza Chopina. Dlaczego? Raz z tej przyczyny, że to jest melodia w tej sytuacji zwyczajnie oczywista, a dwa, że jeśli jej mu nie zagrają, będzie to gest brzmiący bardzo, ale to bardzo, fałszywie. Z drugiej strony, nie potrafię sobie wyobrazić, by mu ta melodia towarzyszyła. Dlaczego? Z bardzo prostego powodu. Bo może w pewnym momencie dojść do takiej sytuacji, że cały kondukt zacznie się nagle śmiać. I to by było okropne. Pogrzeb, który zamienia się w parodię może się stać czymś całkowicie nie do zniesienia.
Wypadałoby skończyć te refleksje myślą jakąś bardziej może ogólną. I oczywiście ta myśl będzie. Będzie, bo ona właściwie stoi na samym początku powstania tego tekstu. Jest to myśl z całą pewnością bardzo trywialna, dla niektórych wręcz nieciekawa. Jednak uważam, że nic nie zaszkodzi, jeśli będziemy ja sobie powtarzać. Otóż powinniśmy pamiętać, że wszystko co w życiu robimy, powinniśmy robić z przekonaniem, że przyjdzie czas, gdy ten nasz czyn, czy choćby tylko gest, prędzej czy później odbije się i do nas wróci tak zwanym rykoszetem. I oczywiście, dobrze będzie, jeśli ów rykoszet pozwoli nam zasypiać w spokoju. Gorzej, jeśli nie.
A od tej refleksji, mamy już naprawdę bardzo blisko, by wrócić do naszych zwykłych codziennych politycznych zgryzot. Pierwszy obraz, jaki mi przyszedł do głowy, to Stefan Niesiołowski, aż zacierający ręce na samą myśl o tym, że Jarosława Kaczyńskiego będzie można oficjalnie uznać za obłąkanego. Ale o tym już pewnie następnym razem.

Jeśli ktoś uznał ten tekst za wart przeczytania, a może i dalszych refleksji, bardzo jest mi z tą myślą dobrze. Będzie mi jednak jeszcze lepiej, jeśli dzięki niemu, ktoś uzna za odpowiedni gest wsparcie tego bloga pod podanym obok numerem konta. Dziękuję wszystkim bardzo serdecznie.

Czy Donald Tusk wierzy w Boga?

        Gdy chodzi o kardynała Rysia, czy wielu innych księży, biskupów, arcybiskupów i kardynałów, to często bywa tak, że czuję rozczarowan...