poniedziałek, 31 października 2016

Ratunku, biją Niemców!

              Kiedy byłem dzieckiem, a więc w samym środku najbardziej siermiężnego PRL-u – choć później przez pewien czas jak najbardziej też – w mojej okolicy były trzy prywatne sklepy. Pierwszym z nich był narożny spożywczo-warzywny sklep pod powszechnie używaną nazwą „U Kulawego”, którego właścicielem, jak się należy domyślać, był człowiek kulawy. Drugim sklepem była piekarnia, sprzedająca najlepszy na świecie chleb, oraz popularnie określana nazwą „U Żyda”, której to nazwy wyjaśniać z pewnością nie mam potrzeby. Wreszcie mieliśmy też tu niedaleko maleńką drogerię o nazwie „Drogeria”, z której pasjami korzystała moja mama. Dziś na miejscu Kulawego jest oddział Getin Banku, Żyd umarł i tam gdzie kiedyś była piekarnia znajduje się sklep „Żabka”, natomiast tamta drogeria, co z mojego punktu widzenia, stanowi cud prawdziwy, wciąż istnieje i niezależnie od tego, czy z jej oferty stale korzystają dwie, pięć, czy dwadzieścia osób, to co poraża, to oczywiście owa determinacja, dla opisania której ja akurat nie potrafię znaleźć słów.
      A zatem wpadam tam wciąż na ową „Drogerię”, która sobie tam stoi bez powodu i bez celu i świadczy wyłącznie o czymś, czego nie można ani opisać, ani nawet precyzyjnie nazwać, natomiast ogromna większość z nas i tak korzysta wyłącznie z usług niemieckiej sieci Rossmann i jej sklepów, których tu w okolicy mamy całe mnóstwo, a za ów przejaw lojalności nagradzana jest nie tylko niskimi cenami, ale i darmowym kolorowym magazynem pod szalenie adekwatną nazwą „Skarb”. Zwracałem już tu uwagę na owo czasopismo przy okazji wywiadu, jaki został tam zamieszczony z seksuologiem, niejakim Dulko, a który objaśniał klientom Rossmanna, że wbrew powszechnemu przekonaniu, nie istnieją zaledwie dwie płcie, a więc kobieta i mężczyzna, lecz siedem tak zwanych „tożsamości płciowych” plus pięć „orientacji”, co daje ogólnie licząc 35 różnorodnych kombinacji i co w konsekwencji tworzy „całą paletę barw, wręcz Niagarę erotyki”.  Dziś na temat zarówno sieci drogeryjnej Rossmann, ale też na temat samego magazynu o nazwie „Skarb”, wiem znacznie więcej, w tym również na przykład i to, że ów „Skarb” to czasopismo o nakładzie przewyższającym wszystko, co się dziś w Polsce ukazuje na papierze, a sięgającym 800 tysięcy egzemplarzy, w dodatku przez to, że jest rozdawane za darmo, rozchodzące się praktycznie bez zwrotów.
      Jak to się stało, że moja wiedza na temat samego Rossmanna, jak i uprawianej przez ową sieć propagandy, aż tak się poprawiła? Otóż poszło o to, że oni w pewnym momencie postanowili, że już nie będą się skupiali tylko na wspomnianej „Niagarze erotyki”, ale pójdą o krok dalej i zajmą się już bezpośrednio polityką, a ową aktywność zainaugurują dwoma tekstami na temat rządowego programu 500+, w których, mówiąc bardzo ogólnie zwrócą uwagę na to, że ów program to zwykłe oszustwo. Do roboty tej niemieccy właściciele Rossmanna wynajęli naturalnie naczelną „Skarbu”, Agatę Młynarską, która, między innymi Hannie Bakule, znanej ostatnio dość szeroko z refleksji o „kalekach, bękartach i dzieciach z wadami”, zleciła co było do zlecenia, i w interesie zrobił się nieoczekiwany ruch. Czego bowiem Niemcy w swojej pewności siebie nie przewidzieli, to to, że, o ile Polki, którym rząd Beaty Szydło daje po 500 zł. miesięcznie od dziecka, są w stanie tolerować jakieś idiotyzmy na temat siedmiu płci, to już nie bardzo potrafią znieść zarzutu, że one swoje pięć stów wydają na wódę, i zrobiła się afera na tyle duża, że właściciel Rossmanna, Dirk Rossmann, całość nakładu wspomnianego wydania „Skarbu” postanowił skierować na przemiał, a sam wszystkiego się wyparł, całą winę zrzucając na Młynarską i zapewniając, że „sieć drogeryjna Rossmann nie chce angażować się w dyskusje polityczne czy ideologiczne, tylko prezentować teksty w sposób obiektywny i wyważony”, a jemu osobiście jest bardzo przykro z powodu tego co się stało.
      I w momencie, gdzie można by było naszą opowieść skończyć, pojawia się coś, co w sposób wybitny potwierdza słuszność zasady, że prawdziwy news to news dotyczący tego, co się dzieje po. Oto w odpowiedzi na oświadczenie Rossmanna, rezygnację z funkcji naczelnego „Skarbu” złożyła Młynarska, a do rezygnacji dołączyła oświadczenie, w którym czytamy:
     „Artykuły na temat rządowego programu 500+ były napisane specjalnie na zamówienie Rossmanna, a ich ostateczna treść była zaaprobowana przed drukiem przez jego przedstawicieli. Taka procedura przygotowywania tekstów została ustalona przez Redakcję z Rossmannem i miała zapewnić jak najlepszą i najrzetelniejszą współpracę pomiędzy nami i naszym Klientem”.
      Ktoś powie, że to co dziś mówi Młynarska, nie ma najmniejszego znaczenia, bo przede wszystkim ona jest w sposób zupełnie oczywisty słabo przytomna, a poza tym musi się przecież jakoś bronić. Otóż ja się z taką opinią zasadniczo nie zgadzam. Młynarska może i ma pomieszane w głowie, ale głupia nie jest, a zatem ja nie mam najmniejszych wątpliwości, że tam wszystko odbyło się zgodnie z umową. A więc, przygotowując kolejny numer „Skarbu”, Młynarska działała zgodnie z dyspozycją swoich szefów, a tekst Bakuły został przed publikacją zaakceptowany przez, jak ich nazywa Młynarska, „przedstawicieli Rossmanna”. Ja nie mam najmniejszych wątpliwości, że Rossmann, realizując politykę niemieckiego państwa wobec polskiego rządu, postanowił wykorzystać 800 tys. nakładu owego gówna i napuścić Bogu ducha winnych ludzi na PiS, tyle że się fatalnie przeliczył, natomiast Agata Młynarska to zaledwie nędzny odprysk owej ponurej historii, którego nie ma nawet co żałować, ani nawet szczególnie mocno wspominać.
      Co się zatem liczy? Otóż moim zdaniem liczy się to, że niemiecka firma Dirk Rossmann GmbH, która, jak wiele na to wskazuje, stanowiła dotychczas niemal szpicę propagandowego ataku na naszą polską świadomość i kulturę, w starciu z „Dobrą Zmianą” doświadczyła bardzo ciężkiej porażki. Przepraszam bardzo, ale 800 tys. przemielonego nakładu czegoś takiego jak ów „Skarb” to nie żarty. Agata Młynarska na bruku to też nie żart. Oficjalna deklaracja sieci drogerii Rossmann, że oni już będą grzeczni to również w żaden sposób nie żart.
      Jak nam wiadomo, jest całe mnóstwo powodów, byśmy się martwili tym, co się dziś dzieje w Polsce, no a przede wszystkim tym, w jaki sposób się kształtuje nasza bliższa i dalsza przyszłość. Reakcja niemieckiej sieci Rossmann na naszą uniesioną brew świadczy o tym, że wcale nie musi być aż tak źle, jak się nam niekiedy wydaje. A fakt, że tu tak bardzo niedaleko wciąż jest otwarta niegdysiejsza „Drogeria” niech świadczy o tym, że każda dobra zmiana zasadza się na pamięci, która nie umiera.

Zapraszam wszystkich do księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie można kupować moje książki. Polecam z czystym sercem.
     


niedziela, 30 października 2016

Co Donald Trump ma wspólnego z Jarosławem Kaczyńskim?

      Ani się obejrzeliśmy, a nadszedł kolejny weekend, za chwilę już będziemy ubierać choinkę, a zatem zakładam, że nic nie zaszkodzi, jeśli przedstawię swój felieton, kolejny z wielu, jakie od lat już ukazują się w „Warszawskiej Gazecie”. Bardzo polecam. 
      
      Gościmy akurat u siebie kolegę z Niemiec, z którym jesteśmy bardzo zaprzyjaźnieni i którego towarzystwo jest nam zawsze bardzo miłe. Ile razy się tu pojawia, kolega przywozi każdemu z nas jakiś ładny prezent, a więc ja dostaję flaszkę, a reszta, co tam popadnie. Tym razem, jedno z naszych dzieci dostało t-shirt z karykaturą Donalda Trumpa i napisem „nope”, czyli – gdyby ktoś nie wiedział – „nie”. Ponieważ my tu amerykańskimi wyborami za bardzo nie żyjemy, a jeśli już, to tylko po to, by trochę podumać, jak tak wielki i demokratycznie rozwinięty naród nie potrafił wystawić w wyborach prezydenckich kogoś, kto nie budzi wyłącznie zażenowania, nie chcieliśmy dyskutować na temat Trumpa i tego, jaki to z niego kretyn. Kolega jednak rozmawiać chciał i opowiedział nam, jak to całkiem niedawno był w Stanach Zjednoczonych, i wśród wielu ludzi, z którymi rozmawiał, nie spotkał nikogo, kto by popierał Trumpa. Wedle relacji kolegi, wszystkie z tych dwóch tygodni opinie na temat Trumpa były jednoznacznie negatywne i to negatywne tak bardzo, że on osobiście czegoś takiego nie spotkał nigdy i nigdzie…
      No, prawie. Otóż jedyny wyjątek, jaki zaobserwował, gdy idzie o niechęć do konkretnego polityka, dotyczył Jarosława Kaczyńskiego. Powiedział nam nasz kolega, że kiedy on jest u siebie w Niemczech i czyta informacje na temat Polski, to wie, że jeśli jest na świecie ktoś, kto jest równie zły, głupi i podły, jak Donald Trump, to tylko Jarosław Kaczyński. Ale mało tego. Po przyjeździe do Polski, kiedy spotykał się z ludźmi, z którymi spotkać się mu przyszło, wszyscy – dosłownie wszyscy, bez jednego wyjątku – potwierdzali opinie, jakie na temat Jarosława Kaczyńskiego można usłyszeć z niemieckich mediów. Opowiedział nam, że jedna z osób, z którymi rozmawiał, powiedziała mu, że ona przeżyła komunę, ale czegoś takiego jak to co dzieje się w Polsce, jeszcze doświadczyć nie miała okazji.  Zapytał więc nas nasz kolega, co my o tym wszystkim sądzimy, no a ja powiem, że mimo iż po naszej stronie były aż cztery osoby, gapiliśmy się na niego bezradnie i nawet nie wiedzieliśmy, od czego zacząć, żeby to wszystko zabrzmiało z minimalnym sensem.
      Ostatecznie powiedzieliśmy mu, że wedle wszelkich dostępnych sondaży, poparcie dla rządu jest przygniatające i to wśród starych i młodych, ludzi wykształconych i prostych, w miastach i na wsiach, ale też wszystko wskazuje na to, że kolejne wybory PiS wygra z jeszcze większą przewagą, no a w kwestii Donalda Trumpa, niech nasz kolega się zastanowi, jak to się stało, że jemu podczas swojego pobytu w Kolorado nie udało się spotkać jednej osoby, która by na Trumpa chciała głosować. Czyżby problem był sztuczny, a histeria niczym nie usprawiedliwiona?
      Na tym rozmowa się skończyła. A skoro tak, to otworzyliśmy flaszkę i zajęliśmy się sprawami bardziej poważnymi.  

      
Moje książki są do kupienia w księgarni na stronie www.coryllus.pl. I tak naprawdę nigdzie więcej. Zachęcam.

sobota, 29 października 2016

O tym jak rząd Prawa i Sprawiedliwości próbował skorumpować Kubę Wojewódzkiego

Było tak, że słynna telewizyjna gwiazda, Kuba Wojewódzki, jechał swoim wypasionym Ferrari skądś dokądś i w pewnym momencie osiągnął prędkość 200 km/godz. Tak się jednak niefortunnie zdarzyło, że w tej samej dokładnie w chwili, kiedy na liczniku Wojewódzkiego pojawiła się liczba 200, przy drodze pojawił się policyjny patrol, który najpierw oczywiście Wojewódzkiemu prędkość zmierzył, a następnie na swój szczególny sposób poprosił go, by się zatrzymał. Wojewódzki, jak przystało na szanującego się obywatela, zamiast swoją bryką wiać gdzie pieprz rośnie, usłuchał wezwania policjantów i przyhamował. Podczas gdy dotychczas wszystko odbywało się zgodnie z tak zwanym harmonogramem, czyli z jednej strony mieliśmy bezczelnego idiotę, a z drugiej tak zwanych „good guys”, wszystko się nagle odwróciło i policjanci, rozpoznawszy Wojewódzkiego, zamiast ukarać go mandatem za niebezpieczną jazdę, poprosili go, by pozwolił sobie zrobić wspólne zdjęcie, a następnie puścili go wolno. Oto odpowiedni obrazek.


I wszystko to by prawdopodobnie trafiłoby do tak zwanego kosmosu, gdyby nie to, że Kuba Wojewódzki, znany idiota, postanowił się owym zdjęciem publicznie pochwalić i opublikował je na tak zwanym Instagramie, a tym samym dwóch biednych funkcjonariuszy, plus tego jeszcze biedniejszego, któremu kazali jedynie cykać to zdjęcie, najzwyczajniej w świecie wysypał. Że przy okazji też siebie, to już inna historia. W końcu, co nas obchodzi jakiś Wojewódzki?
Jak się możemy domyślać, ponieważ Wojewódzki jest osobą ogólnie znaną, zdjęcie z policjantami natychmiast zaczęło robić karierę i ostatecznie dotarło do Ministra Spraw Wewnętrznych i Administracji Mariusza Błaszczaka, który stanął przed następującym dylematem. Otóż on miał do dyspozycji trzy możliwości: pierwsza to taka, że mógł sprawę zlekceważyć i udać, że nic o niczym nie wie, druga, a więc przyznać, że owszem wie, ale nie uważa, żeby stało się coś interesującego, ewentualnie – i to jest wyjście trzecie – złożyć doniesienie o przestępstwie, a policjantów, już w ramach swoich własnych prerogatyw, ukarać. Błaszczak wybrał oczywiście rozwiązanie ostatnie, w efekcie czego policjanci zostali ukarani naganą, a sam Wojewódzki został skazany przez sąd na 3 tysiące kary.
Co ja na ten temat mam do powiedzenia? Otóż informacji jest parę i żadna z nich w żaden sposób nie jest optymistyczna. Przede wszystkim, jak się okazuje, żyjemy wciąż w kraju, gdzie ktoś tak niski jak Kuba Wojewódzki jest w stanie kontrolować prawo, a to jest wiadomość wyjątkowo zła. Druga z nich jest taka, że policja w Polsce jest wciąż skorumpowana, a biorąc pod uwagę fakt, że jesteśmy na poziomie Kuby Wojewódzkiego, przed nami dużo pracy. Trzecia i pewnie najmniej istotna, to ta, że Kuba Wojewódzki jest jeszcze większym kretynem, niż my tutaj mogliśmy się przypuszczać. Czego on się mianowicie spodziewał, publikując to zdjęcie na tym całym Instagramie? Że ci policjanci dostaną nagrody za solidną służbę, a on sam zostanie kierowcą roku? A może on myślał, że to co on u siebie w domu wrzuca do Sieci, jest dostępne tylko dla niego i jego znajomych? Powiem szczerze, że diabli wiedzą, co mu się w tym głupim łbie kotłowało, efekt jednak jest taki, że on musi zapłacić 3 tysiące, a policjanci najlepsze mają dopiero przed sobą.
I historia ta jest oczywiście wystarczająco ciekawa, by te refleksje zakończyć, jest jednak coś, co moim zdaniem przerasta wszystko, co ona była w stanie wygenerować. Otóż nagle się okazuje, że, podczas gdy trudno sobie wyobrazić sytuację bardziej jednoznaczną, reakcja znacznej części społeczeństwa jest taka, że Błaszczak, kierując zawiadomienie o przestępstwie, a policjantów karać naganą, się skompromitował. Kiedy czytam komentarze w Sieci, otrzymuję przekaz jednoznaczny: Błaszczak zrobił z siebie kompletne zero. Jakby tego było mało, obok całej kupy prostych internautów, zabrał też na Facebooku głos sam Wojewódzki, i zamiast przeprosić za swoją tępotę i się choć na moment zamknąć, szydzi z Błaszczaka, że nie umie rozróżnić, kiedy sytuacja wymaga interwencji, a kiedy możemy strzelić sobie fotkę.
Właśnie trafiłem kolejną opinię, że to co się stało, świadczy o tym, że Błaszczak to zero. Ktoś powie, że ten blog osiągnął poziom, którego tolerować się nie da. Chciałbym jednak zwrócić uwagę na coś, co moim zdaniem powinno robić wrażenie. Chodzi mianowicie o to, że skoro, jak widzimy, nawet coś tak oczywistego i jednoznacznego jak numer z Wojewódzkim, u pewnej części opinii wywołuje wyłącznie szyderstwa pod adresem PiS-u, to znaczy, że stoimy pod ścianą. Skoro dla wielu z nich zamieszczone powyżej zdjęcie to jest dowód w procesie przeciwko Prawu i Sprawiedliwości, to znaczy, że lepiej już nie będzie. Jesteśmy dramatycznie wręcz podzieleni i nie oszukujmy się, to nie jest tak, że naprzeciwko siebie mamy bandę głuptasków. To są ludzie dokładnie tacy sami jak my, tyle że oni uważają, że PiS ma się odpieprzyć od Wojewódzkiego, bo PiS jest zły, a jaki jest Wojewódzki, nie ma najmniejszego znaczenia.
Przez wiele lat, przyznaję uczciwie, że byłem optymistą, Dziś, po tym jak przeczytałem kilka komentarzy na temat Wojewódzkiego i jego Ferrari, nie mam najmniejszych wątpliwości, że możemy liczyć wyłącznie na cud. Módlmy się więc wszyscy o opamiętanie dla tych, którzy, co by o nich nie mówić, są naszymi braćmi.

Moje książki, jak zawsze, są do kupienia w księgarni pod adresem www.coryllus.pl. Serdecznie zachęcam.

piątek, 28 października 2016

Czemu piszczy styropian?

       Muszę zacząć od wyznania, że jest mi bardzo niezręcznie zasiadać do dzisiejszego tematu, a dowodem mojej dobrej woli jest to, że w ciągu minionych miesięcy miałem kilka naprawdę dobrych okazji, by sprawę tę ostatecznie załatwić, a mimo to, bardzo dzielnie się przed tym broniłem. Stały się ostatnio jednak dwie rzeczy, które ostatecznie każą mi się przełamać. Przede wszystkim, w ciągu minionych kilku tygodni dni, przynajmniej od czasu gdy nasz kolega Coryllus został ciężko obrażony przez blogerkę Eskę i w konsekwencji wyrzucił ją ze swego bloga, co z kolei sprawiło, że ona od dziś może się już udzielać wyłącznie u siebie, ja niemal codziennie otrzymuje maile od czytelników, w których jestem zachęcany, byśmy nie niszczyli tak fantastycznego tercetu. Niemal codziennie słyszę, że nasze blogi, bez intelektualnego wsparcia ze strony Eski, nawet w połowie nie są tym, czym były dotychczas, a Polska potrzebuje całej naszej trójki, szczególnie dziś, gdy naprawdę nie jest lekko. Odpowiadam na te maile cierpliwie i możliwie gruntownie – jednak, z tego co widzę, nieskutecznie. Parę dni temu ktoś mi znów zaczął tłumaczyć, że brak komentarzy Eski na moim i Coryllusa blogach, szczególnie teraz, gdy jest tu tyle ciekawych tekstów, to strata.
      No ale to jeszcze nie jest powód najważniejszy. To co każe mi się tu dziś jednak angażować, to zamieszczony przez Eskę komentarz o następującej treści: „Tak sobie myślę, że czas najwyższy, coby recenzje napisać Olesiejukowi ... Trzymajta się chłopaki, bo wam rozpirzę waszą sektę jedna notką”.  
      Ponieważ tego rodzaju niczym przeze mnie nie sprowokowana tępa bezczelność mnie zwyczajnie oburza, w tej sytuacji proszę mi pozwolić publicznie powiedzieć, co na ten temat sądzę i potraktować tę wypowiedź, jako zamykającą sprawę.
     
      Powiem szczerze, że nie umiem powiedzieć, kiedy blogerka Eska zyskała sobie reputację „jednego z bandy”, natomiast dobrze rozpoznaję czas, kiedy o to, by ową pozycję zdobyć, ona się bardzo mocno dobijała, jak mi się wydawało wówczas, do końca nieskutecznie, choć dziś czasem mam wrażenie, że niektórzy haczyk połknęli. Otóż był to okres, kiedy jeszcze był z nami nasz kolega Kamiuszek i tak się jakoś złożyło, że w opinii wielu tworzyliśmy razem pewnego rodzaju trio. Coryllus, Kamiuszek i Toyah. Tak to właśnie było niekiedy opisywane: Coryllus. Kamiuszek i Toyah. I wspominając tamten czas, wcale nie chcę sugerować, że nasza, jak to już wcześniej nazwałem, „banda”, stanowiła coś szczególnego, a już na pewno wybitnego. Stwierdzam tylko fakt, że nasza trójka była identyfikowana jako całość.
      Wtedy to właśnie zauważyłem, że, czy to na blogu Coryllusa, czy na moim, czy nawet Kamiuszka, który pisał znakomicie, ale jednak od nas mniej, zaczęła się pojawiać Eska i to pojawiać w taki sposób, jakby chciała koniecznie wszystkim pokazać, że ona jest tu od zawsze. Jak to wyglądało konkretnie, tego akurat dokładnie już odtworzyć nie potrafię, ale to było takie cwane rozpychanie się z jednoczesną próbą pokazania, że ona jest dokładnie taka jak my, tyle że dłużej i bardziej. Znacznie bardziej i znacznie dłużej, no i co najmniej tak samo dobrze.
     Ja do Eski nigdy nie czułem szczególnej sympatii, o czym może choćby zaświadczyć poświęcone jej hasło w mojej książce sprzed czterech już lat, „Twój pierwszy elementarz”. Co mi się u niej nie podobało? Najpierw może ten nieznośnie apodyktyczny styl znany z wystąpień innych zakurzonych działaczy Solidarności, w rodzaju Celińskiego, czy Janasa, w stylu „No dobra, opowiem wam to jeszcze raz, ale to już po raz ostatni”, no a potem właśnie to, o czym pisałem wcześniej, czyli owo rozpychanie się w stylu: „Cześć chłopaki, i co tam słychać u nas w undergroundzie?”
      Tylko raz spróbowałem nawiązać z Eską bliski kontakt. Było to po tym, jak wydałem swoją trzecią książkę „Marki, dolary, banany i biustonosz marki Triumph” i pomyślałem, że ponieważ ona ma tu pewną pozycję, wyślę jej egzemplarz i poproszę, by może napisała u siebie recenzję. Dobrą, złą – bez znaczenia. Chodziło o to, by wiadomość o tym, że jest ta książka, przekroczyła przestrzeń wyznaczaną przez nasze blogi. Nic szczególnego. Wcześniej o to samo prosiłem Krzysztofa Wołodźkę, a w kolejnych latach blogerów Alexa Desease, czy Marcina Kacprzaka. Teraz ją. Zapytałem więc, czy mogę jej wysłać moją nową książkę, ona powiedziała, że jak najbardziej, ja jej tę książkę wysłałem i w ten sposób nasz kontakt się urwał do czasu, gdy ona poinformowała, że nie będzie pisać tej recenzji, bo moja historia jest mocno podejrzana, a sama książka się jej nie podoba. Po pewnym czasie jednak nie wytrzymała i ową recenzję napisała, tyle że w krótkim komentarzu do jednego z licznych tu, od lat hejtujących mnie, tekstów:
      „Mnie tamten blog przypomina zawsze świeżo zapisanych członków ZMS z niegdysiejszego akademika w latach 70-tych - trzymali się razem, jedli te swoje smalce przywiezione z bogobojnych wiejskich domów i strasznie parli na sukces. I zawsze byli trochę jakby niedomyci, obficie polani jakąś wodą brzozową”.
      Powiem szczerze, że mimo iż od Eski nigdy nie miałem szczególnych oczekiwań, ten tekst mnie autentycznie poraził. I nie chodzi wcale o to, że ona w ten sposób potraktowała akurat mnie. Gdybym chciał się obrażać, to obraziłbym się już wcześniej, choćby za to, że ona w innym miejscu zasugerowała, że mój ojciec był milicjantem. To jednak spływa po mnie jak po kaczce. Chodzi o coś zupełnie innego. Proszę zwrócić uwagę, co tu się dzieje. Mamy praktycznie jedno zdanie, a w nim wszystko co znamy choćby z działu reportażu „Gazety Wyborczej” pod tytułem „Prosto z Polski”. A więc mamy te smalce, tę wieś, tę buracką bogobojność, to parcie na sukces, to trzymanie się w kupie, no i ów wszechobecny smród wody brzozowej. Ale jest coś jeszcze. Może czegoś nie pamiętam, ale wydaje mi się, że pomijając wspomnianą „Wyborczą” i okolice, ja nie spotkałem nikogo, kto by słowa „bogobojność” użył w kontekście szyderczym. Eska to zrobiła jak najbardziej. Ona o wiejskich, bogobojnych domach wyraziła się z najwyższą pogardą. Eska. Polska, prawicowa blogerka, bohaterka polskiej rewolucji. A zatem to był moment, gdy ona dla mnie przestała istnieć.
      I teraz ktoś się mnie może spytać, po jasną cholerę, zawracam ludziom dupę, pisząc o Esce? Czy nie można było już trzymać się tematu i dorzucić coś na temat księdza Międlara, który znów się nam objawił, tym razem w związku z jakimiś sporami na linii Międlar – Kowalski – Chojecki? Otóż nie. Rozmawialiśmy bowiem niedawno na tym blogu i na blogu Coryllusa o owym nieszczęsnym księdzu, kiedy do Coryllusa przyszła wspomniana Eska i najpierw zwróciła mu uwagę, że jeśli chce wrócić na łono Kościoła, to musi się jeszcze postarać, a następnie wyszydziła jego wzruszenie spowiedzią, do której on w tych dniach bardzo pobożnie przystępuje. Coryllus się obraził, Eskę ze swojego bloga wyrzucił, i na to w jednej chwili rozległ się wielki płacz, że znowu doszło do kłótni w rodzinie, i to w tak pięknej rodzinie, gdzie jest i Toyah i Eska i Coryllus, wybitni blogerzy i polscy patrioci. Nasz kolega Wierzący Sceptyk posunął się wręcz do tego, że zadeklarował iż na własnych, schorowanych plecach przydźwiga ten piasek, by zasypać podziały, zwłaszcza między mną a Eską, z  sugestią, że on nie może patrzeć, jak taka wartość jest niszczona przez drobne w końcu nieporozumienia.
      Ponieważ to nie jest pierwszy raz, jak ja słyszę apele o pojednanie z Eską i mnie one doprowadzają do czarnej cholery, postanowiłem dziś się złamać i napisać ów, obiektywnie rzecz biorąc, kompletnie nieistotny i w gruncie rzeczy nikomu niepotrzebny tekst, tylko po to, by tym paru zainteresowanym osobom zwrócić uwagę, że Eska dla mnie nie istnieje ani jako bloger, ani jako człowiek. Ona nigdy nie była ani moją koleżanką, ani nawet znajomą. Jej tekstów prawie nigdy nie czytałem, a jak mi się zdarzyło, to bez jakiejkolwiek satysfakcji. Kiedy ją spotykam na targach książki, kiedy ona wciska ludziom te swoje smutne kapliczki, udaję że jej nie widzę, a jeśli mi się to nie uda, to idę sobie popatrzeć, co słychać na innych stoiskach. Byle nie musieć na nią patrzeć, lub nie daj Boże rozmawiać.
      Dlaczego? Powiem to jeszcze raz i zupełnie szczerze. Nie chce mieć nic wspólnego z kimś, kto nie lubi szmalcu i dla kogo wiejski, bogobojny dom, to obciach cuchnący wodą brzozową. A każdego kto mnie będzie próbował namówić do pojednania się z Eską, wyrzucę stąd na zbity pysk. I przekazanie tej informacji stanowiło podstawowy sens powstania tego tekstu.


Książka zawierająca między innymi moją korespondencję z Zytą Gilowską jest niezmiennie do kupienia w księgarni pod adresem www.coryllus.pl.  Zachęcam wszystkich.

czwartek, 27 października 2016

Złota Ryba, czyli Trzecie Śniadanie Mistrzów

       Wstyd mi trochę, że biorę się nagle za temat tak, jakby to powiedział Poeta, „mały, tak niemistrzowsko zrobiony”, no ale co robić, skoro, jak to określił inny już z nich, „myśli chodzą po głowie” i nic na to poradzić się nie da? Z drugiej jednak strony, pragnę zauważyć, że to nie ja buduję tę scenę i nie ja ustalam tematy. W końcu, gdybym to był faktycznie ja, można by były naprawdę zaszaleć i stworzyć felieton naprawdę na poziomie, mądry, ambitny, oryginalny a kto wie, czy nawet nie dowcipny. Tymczasem sytuację mamy taką, że, jak co roku, któraś z tak zwanych „Kapituł” przyznaje kolejną swoją nagrodę, do tego wygłasza odpowiednią laudację, do laudacji dołącza pomalowany na złoto gipsowy odlew czegoś, a my faktycznie mamy do wyboru albo wzruszyć ramionami i z godnością się wycofać, albo – tak jak ja to niekiedy zmuszony jestem uczynić – zabrać głos, nie wiadomo po co i dla kogo.
      Oto więc, jak każdy kto zagląda na blog naszego kolegi Coryllusa, może jeszcze pamięta, że tegoroczną nagrodę Złotej Ryby, przyznawaną przez prawicowe środowiska polityczne skupione wokół tygodnika „W Sieci”, otrzymał bloger, oraz – jak sam się o sobie mówi – „student UW”, nazwiskiem Tomek Laskus. Ja, bez choćby najmniejszej kokieterii, daję słowo, że kiedy po raz pierwszy dowiedziałem się, że ów Laskus jest głównym kandydatem do owej nagrody, wiedziałem o nim tylko tyle, że gdzieś to nazwisko już chyba słyszałem, ale czy tu, czy tam, czy gdzie indziej – bijcie mnie, ale nie powiem. Ono było dla mnie równie obce, jak jedno z tych nazwisk, które nagle przy jakiejś okazji słyszymy, ale nie wiemy, czy to piosenkarka, aktorka, czy może dziennikarka z telewizji. No ale okazało się, że Tomek Laskus to bloger taki jak każdy z nas, tyle że lepszy i bardziej znany w środowisku, i to na tyle lepszy i znany, że to jemu w tym roku przypadła ta ryba z gipsu i towarzyszące jej zaszczyty.
      Ponieważ uważałem, że skoro to w końcu jeden z nas dostał tę nagrodę, nie wypada mi nie wiedzieć, co i jak on pisze, a więc zajrzałem wczoraj na blog Laskusa i trafiłem na coś takiego. Proszę mi pozwolić na dłuższy, choć na szczęście zaledwie trzyzdaniowy, cytat:
      „Nie sądzę, żeby mój poprzedni tekst tak w gusta trafił Prezesowi Magistrowi Stępniowi Jerzemu, że aż zapałał chęcią przeczytania następnego i stąd w te pędy pobiegł prezentować się w programie Minęła Dwudziesta, nie sądzę też, żeby w ogóle go czytał, natomiast w te pędy pobiegł Prezes Magister prezentować się w TVP Info, gdyż Tweeterowicz @Antyleft, jak to się branżowo mówi, nasmrodził, pokazując między innymi, że Fundacja Rozwoju Demokracji Lokalnej, której Prezes Magister Stępień Jerzy prezesuje w osobie własnej, nie padła ofiarą przesadnego ostracyzmu ze strony kręgów politycznych poprzedniej władzy, bo na konta fundacji regularnie wpadało przysłowiowe kilka groszy, raz na przykład kilka…set tysięcy (złotych), innym razem kilka milionów (również złotych), raz sześć na przykład, a raz osiem, a później na drugą nóżkę i tak dalej
      Gdyby program oglądał trener Wojciech Łazarek, pewnie powiedziałby, że prezes (z tym, że teraz to już chyba bardziej jako prezes fundacji niż TK) Stępień był w programie napakowany jak kabanos. Bo był – drapieżny od samego początku, a nawet wcześniej, kiedy to będąc już w telewizji, odwołał swój występ zobaczywszy prof. Zaradkiewicza, z którym miał występować, który z kolei, gdyby miał występować samemu, to chciałby występować po prezesie Stępniu, który swój występ w TVP jednak w końcu przywołał, by ostatecznie po prof. Zaradkiewiczu, któremu przy innej okazji uprzejmy był podobnież czymś grozić, zasiąść naprzeciw redaktora Rachonia”.
       Sam oczywiście szydzę z tego, że to są rzeczywiście zaledwie trzy zdania, kto inny z kolei zwrócił uwagę Laskusowi na to nieszczęsne „samemu”, jednak tak naprawdę nie o to chodzi. Sam zajmuje się tego typu paplaniem od co najmniej ośmiu już lat i wiem, że różnie bywa, gdy człowiek się najpierw nakręci, a potem rozpędzi. Mnie dziś chodzi o coś zdecydowanie poważniejszego. Otóż ja śledzę dość uważnie proces przyznawania owej Złotej Ryby i widziałem już wiele. Pamiętam więc też, co sobie myślałem, kiedy nasze media postanowiły wyróżnić tą nagrodą Krzysztofa Feusette, a może jeszcze bardziej, Łukasza Adamskiego i w ten sposób poinformować nas, że oto sam szczyt i lepiej nie będzie. W przypadku jednak Tomka Laskusa i jego talentów publicystycznych, takich jak on sam nam zaprezentował w zacytowanym wyżej fragmencie, jestem autentycznie poruszony. No bo powiedzmy sobie szczerze, że tu nas ktoś zdecydowanie chce postawić pod ścianą. Najpierw się dowiadujemy, że gdy chodzi o zawodowe młode dziennikarstwo, mamy Łukasza Adamskiego, natomiast na poziomie pasji i prostej aspiracji wzorem pozostaje Tomek Laskus. Że od Adamskiego dużo gorszy? No, to prawda, ale przecież kto mówił, że skromny bloger ma być lepszy od poważnego komentatora polityki, sztuki, a nawet chrześcijańskiej etyki? To byłby przecież jakiś absurd, czyż nie?
      A zatem Kapituła „Złotej Ryby” postanowiła wykonać gest wobec młodych blogerów i wyróżnić najlepszego z nich, zapewne tak na zachętę, by inni, widząc, że się jednak da, nie rezygnowali i dalej z tą samą energią co dotychczas aspirowali. A ja sobie już tylko myślę, że to jest owo cwaniactwo, o którym i ja i Coryllus pisaliśmy parokrotnie. Z jednej strony chodzi o to, by pokazać, że tak zwane „dziennikarstwo społeczne” to kupa śmiechu, na którego tle błyszczy nawet ktoś taki jak Tomek Laskus, a z drugiej, dać nam do zrozumienia, że jeśli będziemy grzeczni, to nagroda – taka czy inna – nas nie ominie, a wtedy będziemy wreszcie mogli osiągnąć ten poziom, gdzie w dyskusjach pod naszymi notkami będziemy mogli już nie brać udziału. Nie przymierzając, jak jakiś pan Ziemkiewicz, czy pan Sakiewicz. Czy ten plan się udał? Częściowo na pewno. Wprawdzie każdy z nas widzi, że ten cały Laskus jest tak słaby, że od niego lepszy jest nawet Wszołek, natomiast trzeba mu przyznać, że numer z komentowaniem wyszedł mu znakomicie. Wystarczyły dwa dni i proszę – 51 komentarzy i żaden jego. No, no! Widać jak na dłoni, że narodziła się nam kolejna gwiazda.


Przypominam, że moje książki są do kupienia w księgarni pod adresem www.coryllus.pl

środa, 26 października 2016

Hallowe'en, czyli poganie wszystkich krajów, łączcie się!

      Dziś na Twitterze pojawił się nagle temat zbliżającego się nieuchronnie Hallowe’en i jeden z internautów zasugerował, że tak naprawdę Hallowe’en to anglosaski odpowiednik naszego Święta Zmarłych, zupełnie niegroźny i naturalny, tyle że w ciągu ostatnich lat do tego stopnia skomercjalizowany przez Amerykanów, że wywołujący bardziej kpiący śmiech, niż poważną zadumę. Ponieważ mam wrażenie, że owo przedziwne i zdecydowanie błędne przekonanie jest znacznie bardziej popularne wśród zwłaszcza młodszych osób, pragnę przypomnieć w czym rzecz i kogo trzeba zachęcić do refleksji.

      Oto, jak pewnie wiemy, grubo ponad 2000 lat temu, tereny, które dziś zamieszkują Brytyjczycy oraz częściowo też Francuzi były zamieszkiwane przez plemiona celtyckie. Ponieważ czasy były pogańskie, Druidzi, pełniący tam funkcję kapłanów, czcili Samhaina, boga śmierci, zwyczajowo organizując Święto Samhaina na przełomie października i listopada. Celtowie wierzyli, że w ostatni wieczór października Samhain zbiera porozrzucane po okolicy dusze ludzi zmarłych w ciągu minionego roku i każe im pokutować za swoje grzechy zamieniając je w zwierzęta. Przekonanie to sprawiało, że dla ówczesnych ludzi było naturalnym przekonanie, że podczas nocy Samhaina wszelkiego rodzaju gnomy, skrzaty i tym podobne krążą po świecie, no i należy się bać.
       Ponieważ jednocześnie uroczystość Samhaina wyznaczała też koniec letniego słońca i ciepła i rozpoczynała czas chłodu i mroku, miejscowa ludność wierzyła, że nadejście owych dni zwiastuje też nadejście istnych hord duchów, gnomów, demonów i czarownic. Aby odstraszyć owe złe duchy, Celtowie tej nocy rozpalali na wzgórzach ogromne ogniska, a po zakończeniu uroczystości wracali na wzgórza i zabierali spopielone resztki drewna.
       W tym samym mniej więcej czasie, na południu Europy, gdzie oczywiście było głównie ciepło i jasno, Rzymianie czcili boginię sadów, ogrodów i drzew owocowych Pomonę. Wyobrażali ją sobie, jako śliczną dziewczynę, trzymającą w rękach naręcza owoców, z głową przyozdobioną wieńcem z jabłek. Rzymianie dziękowali Pomonie za dobre zbiory, składając dary z owoców w specjalnych poświęconych jej świątyniach, a następnie już się wyłącznie bawili.
      Kiedy Rzymianie podbili ziemie Celtów, jak to zwykle bywa, przywieźli swoje zwyczaje ze sobą. Wkrótce, święto Pomony, celtycki nowy rok, podobnie jak celtycka Noc Samhaina stopiły się w jedno i powstało z tego duże dwukulturowe święto.
      W VIII wieku papież Grzegorz III ogłosił 1 listopada Dniem Wszystkich Świętych, z taką oto intencją, by chrześcijanie na całym świecie mogli oddawać cześć nieznanym męczennikom, którzy w kalendarzu liturgicznym nie mieli swojego dnia. W ten też jednak sposób, Kościół miał przy okazji nadzieję, że zachęci ludzi do porzucenia pogańskich rytuałów i zainteresuje ich czymś bardziej sensownym i pożytecznym. Wtedy to, w reakcji na ową aktywność Kościoła, jako zorganizowany kult, pojawiła się magia, czy czarnoksięstwo, a wyznawcy nowej religii nadali nocy z 31 października na 1 listopada nazwę Noc Czarownic. Wierzyli oni, lub może tylko udawali, że wierzą, że tej nocy Szatan i jego dwór, w postaci czarownic, demonów i czarodziei wychodzą na Ziemię, aby przy pomocy różnego rodzaju grzesznych gestów szydzić z Dnia Wszystkich Świętych.
       Do dziś owe trzy pogańskie święta, Noc Samhaina, Święto Pomony, oraz Noc Czarownic przetrwały w znakomitej formie jako All Hallows Evening, którego nazwa skrócona została w pewnym momencie do Hallows Evening, następnie do Hallows Eve, by wreszcie odnaleźć się w bardzo popularnej zabawie, którą bandy pożytecznych głupków uprawiają to tu to tam jako Hallowe’en.


Przypominam, że moje książki są do kupienia w księgarni pod adresem www.coryllus.pl. Zachęcam gorąco i szczerze.

       


wtorek, 25 października 2016

Tam gdzie rosły poziomki, czyli o kręceniu lodów

       Powiem szczerze, że mimo naprawdę poważnych wątpliwości co do intencji ludzi, którzy zasypują nas kolejnymi, tym razem rzekomo rozstrzygającymi już informacjami, jakimi jesteśmy dręczeni niemal każdego dnia, wszystkie je przyjmuję z uwagą i otwartym sercem. Chodzi mi o to, że ja wiem doskonale, że po ośmiu latach rządów Platformy Obywatelskiej, Polska jest w takim stanie, że nawet nie trzeba szczególnie mocno szukać, by to tu to tam znaleźć coś naprawdę ciekawego. Jednak, jak już wspomniałem, moje wątpliwości co do intencji niektórych z nas każą mi przynajmniej od czasu do czasu zachowywać dystans. Szczególnie wtedy, gdy wśród innych, pojawiają się kwestie, które ja znam jeszcze sprzed czasów, gdy Platforma Obywatelska objęła w Polsce owe tragiczne dla nas wszystkich rządy i które już wtedy bardzo mi się nie podobały. Oto wczoraj na Twitterze jeden z internautów zaczął publikować informacje dotyczące ciężkich pieniędzy, jakie warszawski Ratusz, jak wiemy, kierowany przez Hannę Gronkiewicz-Waltz i całe to platformiane towarzystwo, przez minione lata wydawał na zaprzyjaźnione z władzą fundacje oraz projekty. Wśród nich na czoło wysuwają się tak zwane szkolenia i ja oczywiście to świetnie rozumiem. Szkolenia to jest coś absolutnie wyjątkowego. Pamiętam jak kiedyś pracowałem w ING Banku i jeden z dyrektorów opowiadał mi jak to spotkało go niezwykłe wyróżnienie, bo dostał skierowanie na wyjazdowe szkolenie właśnie, które normalnie kosztuje 5 tys. złotych od osoby – a jemu tę wycieczkę opłaciła firma – na którym przez tydzień on i inni uczestnicy kursu mieli się przez cały dzień w najbardziej brutalny sposób wzajemnie obrażać i starać się z tych potyczek wychodzić z tarczą, tak by pod koniec dnia już normalnie biesiadować do białego rana. Ponieważ mam już zarówno swoje lata, jak i lata zawodowej praktyki, to mam też za sobą naprawdę wiele różnych tego rodzaju opowieści i wiem, że tam gdzie są tak zwane dotacje, tam też pojawiają się natychmiast różnego rodzaju projekty, których jedyną wartością jest to, że są, że są napisane i że są napisane starannie i w miarę ciekawie. A zatem, przepraszam bardzo, ale cała lista projektów, jakie Hanna Gronkiewicz-Waltz postanowiła wesprzeć finansowo, robi na mnie wrażenie tylko w tym sensie, że tu faktycznie widać, że owe pieniądze nie były wydawane na chybił trafił, lecz trafiały tam, gdzie trafić naprawdę powinny. A zatem, o ile we Wrocławiu niedawno na przykład Urząd Miasta wywalił 15 tysięcy złotych na coś co miało stanowić miejsce spotkań pod fontanną, projekt z którego nic nie wyszło i całość tej kasy poszła do kieszeni jakiejś lokalnej artystki, w Warszawie byle kto się na te fundusze nie załapywał. Tam wszystko szło albo do „Gazety Wyborczej”, albo do prezesa Rzeplińskiego, albo do byłego prezesa Stępnia, do córki Bronisława Komorowskiego, czy wreszcie ewentualnie do blogerki Kataryny, czyli do osób sprawdzonych i zasłużonych. No ale zastanówmy się, o co my tu toczymy bój? Czy o to, żeby miasto, zamiast dawać pieniądze Katarynie, dawała te pieniądze mnie lub Coryllusowi, lub zamiast „Gazecie Wyborczej” i organizowanym przez nią obywatelskim inicjatywom, patriotycznym projektom Jana Pietrzaka? A może o to, żeby wreszcie skończyć z tym strasznym obyczajem polegającym na tym, z pierwszy lepszy cwaniak jest w stanie wyszarpać od miasta każde pieniądze, jeśli tylko swoją opowieścią oczaruje którąś z urzędniczek, że nie wspomnę o wiceprezydencie miasta?
       Powtarzam, wiadomości, które do mnie nadchodzą z Warszawy są mi bardzo miłe i czekam na następne, jeśli jednak mam być zupełnie uczciwy, to powiem, że za tymi moimi emocjami nie stoi tak naprawdę jakikolwiek rozsądek, lecz zwykła złość i pragnienie zemsty. Ja bowiem tak naprawdę wiem doskonale, że w tym samym czasie, jak Gronkiewicz-Waltz wynagradzała dobrodziejów swojej partii, w każdym dosłownie zakątku Polski odbywało się dokładnie to samo, na nie o wiele mniejszą skalę i z podobnym moralnym wynikiem. Funkcjonujący obecnie system krążenia publicznego pieniądza jest bowiem tak zorganizowany, że nie ma mowy o jakiejkolwiek gospodarności. To jest – przykro mi to powtarzać za tym durniem Korwinem-Mikke – ale to jest w rzeczy samej koryto do którego stoi kolejka, której końca nie widać, a w niej wszystko to co najgłupsze i najmniej udane. I wcale nie chodzi tylko o jakieś nędzne, nikomu niepotrzebne szkolenia, ale o również o książki, filmy, przedstawienia teatralne i inne, często najbardziej absurdalne tak zwane „społeczne” inicjatywy.
      Tu gdzie mieszkam, jak w wielu miejscach tego typu, jest tak zwana suteryna, a w owej suterynie lokal. Kiedy się tu sprowadziliśmy, mieścił się tu punkt przedłużania włosów, potem coś, czego już nie pamiętam, a potem przez wiele lat mieliśmy tu mały i bardzo sympatyczny sklep spożywczy. Po pewnym czasie, z przyczyn jak najbardziej naturalnych, sklep upadł i przez jakiś czas miejsce stało nieczynne. I oto nagle, rok, czy dwa lata temu pojawiła się tu jakaś banda gówniarzy z rowerami, która najpierw powiesiła na drzwiach napis informujący o tym, że tam będzie galeria, pracownia, redakcja, kawiarnia i miejsce spotkań, a potem się tam wprowadziła, jednak w taki sposób, że ów punkt jest otwarty kiedy bądź, pies z kulawą nogą poza nimi tam nie zagląda, a przez szybę widać tam nieustanny bałagan i jakiegoś młodego, który na maszynie szyje koszulki z napisem Katowice. Im się nawet nie chciało tam zaznaczyć godzin, kiedy to coś będzie czynne. Firma ma też stronę internetową, którą sprawdziłem, a wygląda ona tak: www.katolove.pl. Szczerze polecam, bo tam jest wszystko, czego słowa nie potrafią wyrazić.
      Nie byłem w środku nigdy. Sąsiad spróbował, ale kiedy tam wszedł, spojrzeli na niego tak, że od razu się wycofał. A zatem, wszystko co o nich wiem, to jest to co widzę z zewnątrz. Wiem natomiast na pewno, że za tym stoi dokładnie ten sam przekręt, co w przypadku Warszawy, tyle że oczywiście na o wiele niższym poziomie i za o wiele mniejsze pieniądze. Jakaś grupa cwaniaków dowiedziała się, że miasto Katowice wspiera kulturę, założyli szkielet strony internetowej, na kartce z zeszytu w kratkę napisali coś co wyglądało jak projekt kulturalny na rzecz miasta i jego mieszkańców, z tym wszystkim udali się do Urzędu Miasta i zwrócili się o lokal i dofinansowanie. No i dostali. Dziś, często jest tak, że kiedy przed północą idę ze swoim psem na spacer, widzę jak tam się świeci światło, jeden na maszynie szyje te koszulki a reszta coś dłubie przy rozłożonych w ogólnym bałaganie laptopach.
Kolega, który się zna na rzeczy, powiedział mi, że to jest fragment projektu o nazwie „Kultura za złotówkę”. Chodzi o to, że dziś jest tak, że wystarczy napisać nam byle jaki projekt, wpłacić symboliczną złotówkę, a dalej już tylko żyć za to, co miasto będzie nam co miesiąc wypłacać.
      Pamiętam, ów wspomniany wcześniej, niezwykle sympatyczny sklep o nazwie „Poziomka”. Niestety, czasy takie, że przetrwają albo wielcy, albo cwani. Przepraszam bardzo, ale świadomość tego stanu rzeczy nie bardzo pozwala mi na to, żebym się przejmował jakimś Stępniem i interesami, jakie on prowadzi z warszawskim ratuszem. Kłamstwo jest kłamstwem.


Zapraszam wszystkich do księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie można kupować moje książki. Zero dofinansowania z zewnątrz.

poniedziałek, 24 października 2016

Unsound zaznacza teren, a Kraków płonie

Głowy nie dam, bo w tym roku akurat zbyt uważnie się tym czarnym łbom nie przyglądałem, ale wygląda na to, że krakowska edycja festiwalu Unsound się odbyła, co by świadczyło o tym, że jednak miasto Kraków i tym razem sypnęło kasą, no ale też, jak się wydaje, zakończyła się spokojnie i bez większych ekscesów. A więc ani nie doszło do rytualnych mordów, ani do bezczeszczenia miejsc świętych, ani nawet, jak się zdaje, do zniszczenia choćby jednego nagrobka. Pełna kultura. Wygląda też i na to, że podjęta w zeszłym roku na tym blogu akcja przeciwko profanowaniu przez satanistów dwóch krakowskich kościołów przyniosła ten przynajmniej efekt, że faktycznie w tym roku zaproszeni przez organizatorów festiwalu artyści prezentowali swoją sztukę z dala od Najświętszego Sakramentu. Z tego co słyszę tegoroczna edycja festiwalu, po raz pierwszy od ośmiu lat, musiała się obyć bez życzliwości paru naiwnych proboszczów. I to, bardzo nieskromnie, uważam, jako swój osobisty sukces i zasługę.
Oczywiście, z prawdziwą przykrością nie mogę też nie zauważyć, że jedyna formalna reakcja na moje działanie sprzed roku nadeszła ze strony samych organizatorów festiwalu, którzy najpierw zagrozili mi sprawą sądową, a później chcieli ode mnie wyłudzić 10 tysięcy złotych. Od przedstawicieli obu kościołów, które przez całe lata były bezkarnie i bezczelnie profanowane przez najbardziej czarne pogaństwo i pewnie byłyby w ten sposób traktowane przez lata kolejne, gdyby nie przeprowadzona na tym blogu kampania, nie usłyszałem jednego słowa podziękowania. Od wiernych, również gromadzących się w tych kościołach, owszem – od księży, nie.
Oczywiście świetnie zdaję sprawę z tego, jakie nastroje panują w dzisiejszej sztuce popularnej i wiem też, że owa czarna fala jest już nie do powstrzymania. Dlatego też nie zamierzam się oburzać ani na to co się dzieje na festiwalu Unsound, czy jakichkolwiek innych festiwalach. W zeszłym roku wprawdzie pisałem o naszym katowickim Offie i jego czołowej gwieździe, amerykańskiej grupie Sun O))), ale ten mój tekst stanowił bardziej niż protest przeciwko owemu warczeniu, które na moment opanowało moje miasto, apel do Artura Rojka, żeby się może opamiętał. Ale przecież nie oszukujmy się, tu wcale nie chodzi przede wszystkim o muzykę. Ten atak możemy, może w jeszcze większym natężeniu, obserwować też na deskach niezliczonych teatrów i w galeriach sztuki, ale, jak lubię to powtarzać, moje słowa są i tak bez znaczenia wobec świata, który i tak nieuchronnie zmierza ku końcowi.
A mimo to, jak wszyscy widzimy, wracam do festiwalu Unsound po raz kolejny. O co zatem mi tym razem poszło. Otóż wczoraj moja trafiłem na Facebooku na dwa niezwykle ciekawe zdjęcia, a konkretnie jedno zdjęcie i jeden krótki filmik. Oba ujęcia zostały zrobione w tych właśnie dniach w Krakowie a pierwsze z nich przedstawia jeden ze znanych nam wszystkim, ostatnio zakładanych w autobusach i tramwajach w całym kraju, elektroniczny kasownik, wyświetlający na swoim ekranie tajemniczy napis: „I’ve Seen Footage”. I oczywiście można by było pomyśleć, że może tu ktoś zrobił jakiś, zrozumiały tylko dla wybranych, żart, jakich wiele w Internecie, gdyby nie fakt, że w innym miejscu Facebooka pojawił się z kolei filmik, również z krakowskiego tramwaju – i to już wygląda na autentyk – gdzie na zawieszonych pod sufitem ekranach przesuwa się powoli napis „I’ve Seen Fotage”. Zwykle, jak wiemy na tych ekranach są wyświetlane jakieś informacje, czy to dotyczące sytuacji w kraju, czy w mieście; tym razem jedyna przekaz, jaki był emitowany, to było owo zdanie: „I’ve Seen Footage” i nic ponad to. Żadnego komentarza, żadnego objaśnienia. Tylko ów przesuwający się kuriozalny tekst: „I’ve Seen Footage”.
Ponieważ ja nie tylko wiem, kto to taki Natalia Przybysz, ale mam też pojęcie o całej kupie innych rzeczy, wiem, że „I’ve Seen Footage” to tytuł utworu zespołu o jakże adekwatnej nazwie Death Grips, który był jedną z pierwszych gwiazd tegorocznego festiwalu Unsound. Może zanim przejdę do sedna, obejrzyjmy odpowiedni clip:



Od razu muszę powiedzieć, że na mnie to co zobaczyliśmy robi wrażenie o tyle o ile. Ja naprawdę ów rynek obserwuję z uwagą i od dawna, i na mnie byle co wrażenia nie zrobi. Nie ulega jednak wątpliwości, że zarówno dźwięk jak i obraz jak najbardziej kwalifikują zespół Death Grips do tego, by występować właśnie na festiwalu Unsound. Jestem również pewien, że bardzo dobrze postąpiłem, kiedy w zeszłym roku uprzedziłem proboszczów z obu współpracujących z festiwalem krakowskich kościołów, że są wykorzystywani przez ludzi złych i występnych, bo gdyby w tym roku piosenka „I’ve Seen Footage” ku uciesze publiczności była wykonywana przed Najświętszym Sakramentem, byłoby trzeba by nam było któregoś dnia urządzić tam nabożeństwo ekspiacyjne. To jednak, co mnie tym razem martwi najbardziej, to właśnie fakt, że kiedy oni zostali wyproszeni z kościołów, pozwolono im opanować miasto, i to w sposób absolutnie najgorszy z możliwych, bo charakteryzujący organizacje tajne i ezoteryczne, które posługują się głownie nie słowem, lecz znakiem. Kiedy nad Katowicami w zeszłym roku rozległo się owo warczenie, to przynajmniej ten kto chciał, wiedział, że jest festiwal, grają zespoły, więc to pewnie stąd. Tu w Krakowie, Bogu ducha winni ludzie jechali tramwajem, widzieli ten idiotyczny nic im nie mówiący tekst, myśleli pewnie, że to jakaś reklama, albo żart, a tu tymczasem działy się rzeczy naprawdę poważne. No ale jest jeszcze coś. Ktoś im na ten numer pozwolił i to, jak podejrzewam, pozwolił z prawdziwą satysfakcją. Ktoś z Krakowa. Ktoś kto ma tam i wolę i moc, by decyzje na tym poziomie podejmować.
A ja już się tylko myślę o ludziach, którzy tam w Krakowie żyją, uczą się, pracują, z których wielu, to moi dobrzy znajomi, i zastanawiam się, jak oni mogli oddać swoje sprawy w ręce osób tak strasznych, tak upiornych.

Zapraszam wszystkich, może przede wszystkim mieszkańców Krakowa, do odwiedzania księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie można kupować moje książki. Na targach w Krakowie nas tym razem nie będzie, więc nie ma co czekać.






niedziela, 23 października 2016

Etap nr 2, czyli "Wysokie Obcasy" abortują Natalię Przybysz

      Jednym z pierwszych tematów wczorajszego dnia stała się wypowiedź piosenkarki Natalii Przybysz, w której ta najpierw opowiedziała o tym jak to dokonała zabiegu aborcji, oraz o tym, co ją do tego skłoniło, a następnie wyznała, że szczęścia, jakie jej dały te pięć minut spędzone w którymś z gabinetów na Słowacji nic nie zastąpi. To co sprawiło, że ów coming out Natalii Przybysz zrobił na nas takie wrażenie, to nie tyle jednak sam fakt aborcji, ani nawet to, że ona się nią w tak plastyczny sposób pochwaliła, lecz to, że, jak sama przyznaje, ona zleciła zabójstwo swojego dziecka nie dlatego, że ono się poczęło z czynu zabronionego, lub że ciąża zagrażała jej życiu lub zdrowiu, ani nawet to, że to dziecko miało wodogłowie i połowę mózgu, ale z czystej wygody. Jak sama nam opowiada, z jednej strony ona ani tej ciąży nie chciała, ani na nią nie czekała, a z drugiej, jej życie na tyle szczęśliwe i wygodne, że dla niej myśl o dziecku stanowiła ból, którego ona nie potrafiła znieść. Mało tego. Jeśli sięgniemy do jej wypowiedzi jeszcze sprzed roku, ona ową śmierć jak najbardziej zapowiedziała, mówiąc, że ona, jej chłopak i dwoje dzieci to układ idealny i ona nie zgodzi się, by tę idylle miał zakłócić element „obcy”. W efekcie udała się na Słowację i tam kazała to dziecko zabić.
      W wywiadzie, jakiego udzieliła „Wysokim Obcasom”, Przybysz opowiada: „Ja naprawdę nie chciałam tego dziecka. Nie widziałam się znów w pieleszach domowych, w pieluchach. Mój narzeczony jest wspaniałym ojcem i cudownie zajmuje się naszymi dziećmi, ale nie chciałam mu już tego dokładać. Ja bardzo często wyjeżdżam, taką mam pracę, koncertuję, często nie ma mnie w domu. Z dwójką dzieci nie jest łatwo, ale jest cudownie i chciałam, żeby tak pozostało. Te dzieci, które mam, też potrzebują uwagi, czegoś więcej niż tylko jedzenia i bycia transportowanym z miejsca na miejsce”. Nie ma się więc co dziwić, że ze wszystkich stron spadły na piosenkarkę gromy. Przede wszystkim, oraz ze zrozumiałych jak najbardziej względów, ze strony osób broniących życia, z drugiej jednak strony, szczerość Przybysz w sposób jednoznaczny wprawiła w zakłopotanie bardziej przytomną część środowisk proaborcyjnych. Dlaczego? Powód jest oczywisty. Skoro bowiem od kilku dobrych miesięcy prowadzona jest kampania, podczas której wciąż słyszymy o kobietach zgwałconych, kobietach które noszą zdeformowane płody, oraz o kobietach, które w przypadku utrzymania ciąży umrą, a tu nagle jedna szczera idiotka przychodzi i to wszystko przewraca do góry nogami, opowiadając, jak to ona osobiście kazała zamordować swoje dziecko, bo ona i jej narzeczony lubią wygodne życie, to w sposób oczywisty pojawia się też problem. I nie ma znaczenia, że oni wszyscy od samego początku świetnie wiedzą – i też za bardzo tego nie ukrywają – że całe to gadanie o kobietach zgwałconych i umierających, to tak zwany pic na wodę. Nie ma też znaczenia, że i my, po tym, jak mieliśmy aż nadto możliwość zapoznania się z tymi wszystkimi hasłami, poczynając od „Mam cipkę”, przez „Pierdolę nie rodzę”, a kończąc na „Moja dupa – moja macica”, wiemy równie dobrze, co ci państwo tam kręcą. Chodzi o to, że każdy z nas może sobie wiedzieć, co mu pasuje, a nawet się swoją wiedzą popisywać, natomiast nie może być tak, by nagle ktoś do oficjalnie przyjętej narracji wprowadzał niepotrzebne aneksy. Bo co to teraz ma być? Przy najbliższej okazji ci cholerni obrońcy życia dalej będą tak jak dotychczas będą nam zarzucać zabijanie dzieci, tyle że tym razem już powołując się na autorytet Natalii Przybysz?
      A zatem, poruszenie, jakie wywołała swoją wypowiedzią jest jak najbardziej zrozumiałe, ale też w moim przekonaniu niczym nie usprawiedliwione. Rzecz bowiem w tym, że, jak to śpiewał tegoroczny noblista w swojej wspaniałej pieśni „Only A Pawn In Their Game”, Przybysz jest tu zaledwie pionkiem. Ona nie jest niczym więcej, jak jeszcze jedną głupią gwiazdką, których i u nas w Polsce i na świecie pod dostatkiem, która wie dokładnie tyle, ile się dowiedziała od równie głupich znajomych z branży. I doprawdy nie ma żadnego znaczenia, co ona, czy którakolwiek inna z tych kobiet, choćby nawet i Krystyna Janda, powiedziała na temat dobrodziejstw wynikających z prawnej dopuszczalności przerywania ciąży. Nie ma żadnego znaczenia, czy tabliczkę z napisem „Pierdolę nie rodzę” będzie niósł Seweryn Blumsztajn, czy Marysia Peszek. Oni wszyscy są wyłącznie pionkami w grze, która prowadzona jest znacznie, znacznie wyżej. A skoro doszliśmy do tego miejsca, nadeszła pora, by powiedzieć coś, co moim zdaniem ma tu znaczenie podstawowe i w pewnym sensie jedyne. Otóż w tym całym zamieszaniu wywołanym przez słowa Natalii Przybysz jakoś zgubiła się informacja dotycząca tego, kto jej kazał się odzywać, kto uznał, że nadszedł czas, by ona powiedziała to, co powiedziała. A fakty są takie, że na samym początku tego przedsięwzięcia stoi Agora i wydawany przez nią magazyn „Wysokie Obcasy”. Przepraszam bardzo, ale cokolwiek byśmy sobie nie myśleli o ludziach, którzy postanowili teraz nagle wypuścić na nas Natalię Przybysz z jej czarną deklaracją, oni z całą pewnością wiedzieli, co robią. Może oni faktycznie ostatnio się przebranżawiają, inwestując w nowy rodzaj propagandy, ale ma takiej możliwości, że na dziewiątym piętrze Agory w tym zamieszaniu zapanowało takie bezhołowie, że tam już każdy robi, co chce. Nigdy nie uwierzę, że tego, co wie choćby dziennikarka Kamila Biedrzycka, gdy na swoim Twitterze rozpacza, że „wyznanie Przybysz jest szkodliwe dla idei Czarnego Protestu”, znacznie wcześniej nie wiedzieli ci, którzy w pierwszej kolejności ów Czarny Protest finansują. Dlatego też, moim zdaniem, wystąpienie Natalii Przybysz jest częścią większej całości i ma na celu wyłącznie utrzymanie odpowiednio wysokiej temperatury przez kolejne tygodnie. Szczerze mówiąc, ja bym się nawet nie zdziwił, gdyby ona w ogóle żadnej ciąży nie przerywała, tylko zrealizowała proste zamówienie. Jak oni sobie to dokładnie obmyślili, proszę mnie nie pytać. Aż tak pokręconego umysłu to nawet ja nie mam.
       Proszę więc, nie dajmy się uśpić. To są ludzie bez serc, bez duszy, bez uczuć innych, jak tylko pragnienie śmierci, i nawet wtedy, gdy im już wszystko odbierzemy, zawsze zostanie im owa szatańska przebiegłość, na którą my nie mamy żadnej innej broni, jak tylko znak krzyża. Proszę więc, nie wchodźmy z nimi w dyskusję, bo na tym polu nie mamy żadnych szans. Możemy tylko robić ów znak krzyża i niezmiennie powtarzać: „Jezus jest moim Panem”. Tylko tyle i aż tyle. Wystarczy z nawiązką.

Zachęcam do odwiedzania księgarni pod adresem www.coryllus.pl i kupowania moich książek.


sobota, 22 października 2016

O nieskończonej radości modlitwy

      Przed wielu laty zamieściłem tu tekst zatytułowany „Życie” gdzie opisałem pewne niezwykłe, jeszcze starsze, zdarzenie, kiedy to mój syn, wówczas jeszcze może cztero, lub pięcioletni, obudził się przestraszony w nocy, rozpłakał się i powiedział: „Jacy wy musieliście być smutni, kiedy mnie jeszcze nie było na świecie”. Przypomniały mi się te jego słowa przy okazji którejś z kolejnych debat na temat ochrony życia poczętego, napisałem tamten tekst, no i od czasu do czasu myślałem sobie, że moje dziecko – cokolwiek by o nim przy różnych okazjach nie mówić – ma pewien szczególny talent, o którym warto pamiętać. I oto niedawno, jako człowiek już bardzo dorosły, on znowu odnalazł w sobie to coś, a ja napisałem kolejny tekst i wysłałem go, jako swój felieton do „Warszawskiej Gazety”. Dziś wrzucam go tutaj, z nadzieją, że się spodoba.


       Wszyscy ostatnio jesteśmy tak okropnie zajęci bieżącą polityką, że w całym tym zamieszaniu nie zauważyliśmy nawet, że w minioną niedzielę przybył nam nowy święty, do którego od dziś będziemy się mogli modlić w sprawach daleko bardziej kluczowych, niż to by Hanna Gronkiewicz- Waltz została wyprowadzona w kajdankach ze swojego gabinetu. Mam tu na myśli 16-letniego Meksykanina Jose Sáncheza del Río, od dziś znanego nam jako św. Józef, a który niemal wiek temu został zamęczony na śmierć przez meksykańską masonerię. Nie zauważyliśmy nawet tej uroczystości, bo i zauważyć nie mogliśmy, kiedy wszystkie media ją skutecznie zamilczały, skupiając się na awanturach między posłem Kierwińskim, a senatorem Jackowskim.
      Myślę więc, że nie zaszkodzi, gdy zrobię coś, czego dotychczas tu nie robiłem i skoncentruję się na wymiarze od polityki jak najdalszym, a mianowicie na modlitwie. Wiem, że wśród czytelników „Warszawskiej Gazety” jest wiele osób autentycznie pobożnych, więc jest nadzieja, że moje refleksje nie pójdą na marne.
     Otóż parę dni temu spotkała mnie przygoda zupełnie niezwykła. Było sobotnie popołudnie, siedziałem w domu bez rodziny, która rozjechała się po najróżniejszych miejscach i w pewnym momencie zadzwonił do mnie mój syn. Ponieważ telefon miałem wyciszony, próby kontaktu skończyły się niepowodzeniem. Ponieważ mam już swoje lata, serce mi nawala, a ja się nie odzywałem przez kilka godzin, dziecko moje się zaniepokoiło i rzuciło okiem najpierw na mój blog, a następnie na Twittera, by sprawdzić, czy jestem tam aktywny, niestety i tu, ponieważ akurat zajęty byłem czymś innym, mnie nie znalazło. No i w tym momencie pojawił się strach, że ja zwyczajnie umarłem. Jak mi potem opowiadał syn, on był tak przestraszony, że zaczął w mojej intencji odmawiać różaniec, a czynił to tak gorliwie, że ostatecznie mnie uratował.
      Ktoś powie, że nikt mnie nie uratował, bo mi nic nie było, tylko miałem wyciszony telefon i byłem zbyt zajęty, by wpisywać komentarze na blogu, czy na Twitterze. Modlitwa, jaką na różańcu skierował on do Niebios, była gestem niepotrzebnym, a on się niepotrzebnie zaniepokoił. No bo, jak mówię, problemem był wyciszony telefon i zwykłe codzienne zajęcia.
      Otóż nie. Jestem przekonany, a moje przekonanie wynika bezpośrednio z tego, co mi powiedział mój syn właśnie, że równie prawdopodobne jak to, że nic się nie stało, jest i to, że on mi faktycznie wymodlił życie. Jest niewykluczone, że ja owej soboty samotnie w swoim mieszkaniu umarłem na zawał serca, tylko Dobry Pan wysłuchał modlitwy mojego dziecka i zmienił bieg życia.
      Dla Niego bowiem, jak wiemy, czas nie istnieje, a my tu nie mamy nic do gadania. Pamiętajmy więc, że nasze modlitwy nigdy nie idą na marne. Dziękujmy więc Panu, bo jest dobry. A owe podziękowania możemy też od paru dni kierować do Niego również przez małego Jose Sáncheza.


Przypominam, że moje książki są do kupienia w księgarni na stronie www.coryllus.pl

piątek, 21 października 2016

Kaja Godek, kobieta z głową, sercem i jajami

           O konieczności ochrony życia poczętego pisałem tu wielokrotnie i każdy, kto miał ochotę, z moimi poglądami mógł się zapoznać od początku do końca. Jednocześnie jednak, co też ci, którzy tu zaglądają, wiedzą, z wyjątkowym dystansem podchodziłem zawsze do ludzi zajmujących się tym problemem niejako zawodowo, a więc do tak zwanych „koncesjonowanych katolików”, oraz do działaczy różnego rodzaju organizacji pro-life. Skąd ta podejrzliwość? Otóż przede wszystkim jestem szczerze i głęboko przekonany, że problem aborcji jest tak politycznie wrażliwy, że dopóki nie mamy pewności, że nasza publiczna działalność przyniesie trwałe zwycięstwo, nie wolno nam podejmować jakichkolwiek akcji, poza ewentualnym strzelaniem do lekarzy przeprowadzających aborcję, tyle że w tym wypadku, już tylko na własną odpowiedzialność. Wszystko co poza tym, to albo głupota, albo wynik prowokacji, albo, co gorsza, i jedno i drugie. Wszystko co po za tym, ani nie zmienia nic absolutnie w obowiązującym stanie prawnym, ani nie naprawia naszych sumień, a wręcz odwrotnie, u ludzi wątpiących wyłącznie budzi złość. To po pierwsze. Drugi powód, dla którego na ludzi zajmujących się zawodowo obroną życia poczętego patrzę podejrzliwie, to ten, że, moim zdaniem, wielu z nich to są ludzie w których życiu owa działalność stanowi jedyny szlachetny element. Poza tym, oni są dokładnie tak samo źli, głupi i gnuśni, jak większość z nas. A zatem, nie widzę powodu, dla którego miałbym się przyłączać do organizowanych przez nich akcji. Zwłaszcza gdy te akcje są jak psu na budę. Patrz wyżej.
       Proszę zresztą zwrócić uwagę, jaką mamy sytuację po akcji przeprowadzonej przez stowarzyszenie krakowskich prawników Ordo Iuris. Nie trzeba być zbyt spostrzegawczym, by widzieć, że jedynym beneficjentem tej awantury nie są ani dzieci poczęte, ani nawet ruch na rzecz ich obrony, lecz owa czarna masa tępych morderców.
       Co więc proponuję? Otóż moja rada jest prosta. Dopóki nie uda nam się opracować planu, który pomoże nam osiągnąć pełne zwycięstwo, jedyne co nam pozostaje, to, jak to ładnie wyraził Herbert, być wiernym, iść, no i dawać świadectwo. Co ja akurat niniejszym czynię.
       Oto, proszę sobie wyobrazić, obejrzałem wczoraj zupełnym cudem całą rozmowę, jaką w telewizji TVN24 z jedną ze wspomnianych przez mnie działaczek, znaną nam już tu nieco Kają Godek, oraz na doczepkę, aborcjonistką Wandą Nowicką, przeprowadził Andrzej Morozowski. Poszło o to, że na fali obecnej awantury o prawo do bezkarnego mordowania nienarodzonych dzieci, telewizja TVN24 postanowiła wrócić do pewnej szczęśliwie już zapomnianej sprawy sprzed dwóch lat. Otóż, mówiąc bardzo krótko, dwa lata temu do jednej z klinik przeprowadzających zabiegi in vitro zgłosiła się parka pragnąca mieć dziecko i mimo że wpłaciła odpowiednie pieniądze, doszło niestety do jakiegoś błędu, no i już wkrótce okazało się, że dziecko, jakie klinika wyprodukowała, jest do tego stopnia kalekie, że nawet jeśli się urodzi, prawdopodobnie nie będzie w stanie żyć. Wtedy to – jak podejrzewam, bardzo celowo – ktoś doradził naszej parce, by udała się do kliniki, której szefuje fanatyczny obrońca życia, doktor Chazan i zwróciła się do Chazana, by abortował to dziecko. Chazan przeprowadzenia aborcji naturalnie odmówił, w związku z czym prezydent Gronkiewicz -Waltz pozbawiła go stanowiska, natomiast kobieta, zamiast udać się do miejsca bardziej zaprzyjaźnionego, ciążę donosiła, dziecko, krótko po urodzeniu, zmarło, a my przez pewien czas mieliśmy powód do kolejnych awantur.
       I kiedy wydawało się, że sprawa ostatecznie została zapomniana, oto nagle telewizja TVN24 odszukała rodziców owego dziecka i poprosiła ich, żeby opowiedzieli, jak to wtedy było, co oni czuli, co przeżywali, no i żeby to wszystko zrobili możliwie plastycznie. Rozmowa została nagrana, następnie wyemitowana, no i wtedy, aby sprawę z odpowiednim hukiem zamknąć, Andrzej Morozowski zaprosił do studia Kaję Godek, żeby ona nam wszystkim powiedziała, jak się czuje wobec tego nieszczęścia, do którego ona i jej towarzystwo doprowadzili. I proszę sobie wyobrazić, że w tym momencie stało się coś, czego ja ani się nie spodziewałem, ani tak naprawdę przez minione lata nie miałem okazji zobaczyć. Otóż pani Kaja Godek, zamiast złapać haczyk i zacząć się z Morozowskim i siedząca obok Nowicką spierać na tematy, które już wielokrotnie zostały omówione i których póki co nikt z nas nie jest w stanie okiełznać, przede wszystkim nawrzeszczała na Morozowskiego i jego telewizję, że ci złamali wszelkie zasady etyki dziennikarskiej, wykorzystując ludzką tragedię do bieżącej walki politycznej. Wykrzyczała mu tę prawdę w jego zakłamaną mordę i mimo że on i tamta pańcia próbowali ją wciąż namawiać na rozmowę na temat tragedii, jaka spotkała tamto małżeństwo, ona wciąż powtarzała, że jest wstrząśnięta postępowaniem Morozowskiego i jego stacji, którzy ludzką tragedię traktują tak instrumentalnie. A jeśli na chwilę wracała do samego tematu, to wyłącznie po to by powiedzieć: „A zatem przyznajcie, że chcieliście to dziecko zamordować. Powiedzcie to otwarcie”.  Trzeba było widzieć tę bezsilną wściekłość. Kaja Godek w ciągu tych paru minut doprowadziła Morozowskiego – o Nowickiej nie wspominam, bo jej tam zwyczajnie nie było –  do takiego stanu, że gdyby on wywiesił transparent z napisem „jestem idiotą”, wyszedłby na tym znacznie lepiej.
       Powiem tu zupełnie szczerze, że Kaja Godek mnie zwyczajnie wczoraj zachwyciła. Ona zrobiła mianowicie to, czego, o ile się zdołałem zorientować, żaden z nich dotychczas nawet nie próbował. Ona zrobiła to, co tak pięknie wyraził Norwid w swoim słynnym wierszu, kiedy to do człowieka przychodzi nieszczęście, a on, zamiast się zacząć z nim przepychać, zwyczajnie spogląda mu w oczy, „jak gdy artysta mierzy swego kształt modelu”, a owo nieszczęście zwyczajnie wieje gdzie pieprz rośnie.
      Informuję więc wszystkich, że wczoraj, działaczka na rzecz obrony dzieci nienarodzonych, Kaja Godek w ciągu paru zaledwie minut przepędziła to zło raz na zawsze. Czy wygrała coś, czego można dotknąć? Oczywiście że nie. O tym, co ona zrobiła, podobnie jak o tym tekście, poza nami tutaj, nie będzie wiedział nikt, ale za to dała świadectwo, a świadectwo, jak wiemy, istnieje już poza czasem.

Jeśli wśród czytających ten tekst są jeszcze tacy, co nie kupili sobie książki z listami od Zyty Gilowskiej, powiem szczerze, że ich nie rozumiem. A tych, których rozumiem, to akurat nie szanuję. Zapraszam więc do księgarni pod adres http://coryllus.pl/?wpsc-product=o-samotnej-wyspie-zapomnianej-lodzi-i-oceanie-bez-kresu.

       

czwartek, 20 października 2016

Szkło Kontaktowe, czyli ostateczne rozwiązanie

      Wczoraj minęło sześć lat, jak niejaki Ryszard Cyba, sympatyk Platformy Obywatelskiej, tak się zdenerwował na Prawo i Sprawiedliwość, że udał się do Biura Poselskiego PiS w Łodzi i zastrzelił przebywającego tam akurat działacza PiS-u Marka Rosiaka. Z tej okazji chciałbym przypomnieć swoją bardzo krótką notkę, jaką wtedy, 19 października 2010 roku zamieściłem na swoim blogu pod wiele mówiącym tytułem „Szkło kontaktowe - rozwiązanie ostateczne”. Jestem pewien, że ona jest dziś równie aktualna, jak wówczas.
 
 
      Cóż można powiedzieć w sytuacji, kiedy jedyne co przychodzi do głowy, to ta stara, przerażająca refleksja: „A nie mówiłem?” No ale jak można na tym właśnie blogu, gdzie każdy dzień krzyczy pełnym rozpaczy jękiem, i każdy z nas chce powiedzieć coś więcej, godzić się na coś tak oczywistego?
      Tyle myśli, i jakoś trudno wybrać tę najczystszą, najbardziej w temacie. Tak trudno w ogóle się odzywać. A milczeć nie wolno.
      „Mamy kolejny telefon. Panie Ryszardzie, słuchamy pana. Proszę mówić. Proszę mówić. Jest pan na antenie. Słyszymy pana. Niech pan mówi. Prosimy.”
      „Halo? Czy mnie słychać?”
      Słychać.
 
Zapraszam wszystkich do księgarni na stronie 
www.coryllus.pl
 

środa, 19 października 2016

Za co Kamil Durczok nie lubi Ślązaków?

       Z prawdziwym wstydem i żalem stwierdzam, że mimo iż nie było to w żaden sposób moją intencją, pisząc przedwczoraj o nowym medialnym przedsięwzięciu Kamila Durczoka, zrobiłem Durczokowi reklamę i efekt jest taki, że dziś już nawet ja poczułem się zmuszony do tego, by zajrzeć do portalu silesion.pl. A było tak, że ledwo opublikowałem tu na blogu swój tekst o tym, jak to gwiazdy naszego dziennikarstwa, nie potrafią pojąć, że w świadomości przeciętnego obywatela są nikim, córka moja znalazła na Facebooku informację o tym, że Durczok na swoim portalu właśnie, zamieścił tekst o tym, jak jakaś miejscowa żulownia chciała mu nakłaść po – jak głosi zresztą tytuł tekstu – „ryju”, z odpowiednim obok tego komentarzem, że Katowice to dżungla, gdzie porządny człowiek nie zna ani dnia ani godziny, na policję nie ma co liczyć, władze miasta wszystko mają w nosie, a Durczok jutro kupuje gaz i groźnego psa, którego będzie prowadzał bez kagańca i niech mu tylko straż miejska spróbuje coś powiedzieć. Ponieważ do swojego maila dziecko moje dołączyło właściwy link, kliknąłem w niego, no i w jednej chwili oczywiście znalazłem się na portalu silesion.pl.
        Jak mówię, jest mi z tego powodu wstyd i głupio, a mimo to uważam, że w sumie – i to w najgorszym wypadku – bilans wychodzi na zero, a to z tego względu, że po przeczytaniu tego, co Durczok ma światu do powiedzenia, moja wiedza na temat towarzystwa, jakiego ów człowiek jest reprezentantem, jest znacznie większa, niż dotychczas, a, jak wiemy, dodatkowa wiedza nigdy nie zaszkodzi.
       Opowiem krótko może, co, wedle bardzo dokładnej relacji Durczoka, przytrafiło mu się w tych dniach. Snuł się oto Durczok po okolicy katowickiego rynku, kiedy nagle trafił na dziewczynę z wózkiem i dwóch żuli. Jeden z żuli, najwidoczniej ojciec dziecka w wózku, zachowywał się wobec dziewczyny bardzo agresywnie, w związku z czym Durczok postanowił zareagować i w efekcie mało co nie dostał po wspomnianym „ryju”. Wciąż wedle relacji samego Durczoka, kolega żula rozpoznał jednak słynnego dziennikarza i starając się załagodzić sytuację tłumaczył Durczokowi: „Panie Kamilu, to jego baba, łon jom może prać wiela chce”. Ponieważ żul był mocno czymś uwalony, informacja, że ma do czynienia z gwiazdą mediów, nie zrobiła na nim jakiegokolwiek wrażenia i dalej machał Durczokowi pięściami przed „ryjem”. W związku z tym, jedną ręką osłaniając się przed żulem, drugą zadzwonił Durczok na policję, policja po pięciu minutach pojawiła się na miejscu, a ponieważ towarzystwo w międzyczasie poszło zgodnie dalej chlać, funkcjonariuszom nie pozostało nic innego, jak spisać Durczoka i wrócić do poważniejszych zajęć.
        O co więc chodzi? Jeśli ktoś chce poznać szczegóły, polecam tekst Durczoka tutaj: https://silesion.pl/po-ryju. Ja natomiast pozwolę sobie już tylko na komentarz. Otóż, zakładając, że Durczok nie łże, z tego co zrozumiałem – a on faktycznych powodów swojego zdenerwowania nie jest nawet w stanie ukryć – on dostał cholery głównie z tego powodu, że, poza kolegą żula, nikt Durczoka tam nie rozpoznał: ani żul, ani jego dziewczyna, ani zgromadzeni pod Teatrem Śląskim ludzie, ani przyjmująca zgłoszenie kobieta, ani też policjanci, którzy przyjechali z interwencją. Co jeszcze bardziej z punktu widzenia Durczoka wstrząsające, to fakt, że wszystko to miało miejsce pod owym potężnym billboardem, na którym twarz Durczoka patrzy na każdego jak orwellowski Wielki Brat. A i to nie pomogło.
      Durczok oczywiście stara się nam wmówić, że wcale nie chodzi o żadne kompleksy i tak naprawdę jego rozżalenie jest wyłącznie wynikiem tego, że najpierw kobieta, z którą on rozmawiał przez telefon, zamiast od razu wysyłać patrol, zadawała mu masę głupich pytań, w tym owo kompletnie absurdalne, czy potrzebna jest pomoc medyczna, a potem już przybyła na miejsce policjantka miała czelność prosić go o dowód.
      Po przeczytaniu tekstu Durczoka, ja już wiem, jaki za tym wszystkim stoi intelekt. Sposób, w jaki Durczok relacjonuje owo zdarzenie, świadczy o tym, że mamy do czynienia z klasycznym ćwierćinteligentem. No bo przepraszam bardzo, ale co trzeba mieć w głowie, aby wzywając policję do zdarzenia, zamiast powiedzieć spokojnie co, gdzie jak, pieprzyć coś o palmach, które ktoś kiedyś wywoził? Co trzeba mieć w głowie, żeby dostawać cholery na policjantkę, która słysząc o groźbie pobicia, pyta, czy potrzebna jest pomoc medyczna? Co trzeba mieć wreszcie w głowie, żeby kląć na policję za to, że patrol zjawił się na miejscu zdarzenia dopiero po pięciu minutach? To wszystko świadczy o Durczoku jak najgorszej, natomiast ja nie mam najmniejszej wątpliwości, że ktoś choćby i nawet tak głupi jak on, nie może nie rozumieć, że policja musi spisać dane osoby zgłaszającej zdarzenie. Jest dla mnie oczywiste, że podczas gdy w tym zamieszaniu on faktycznie mógł stracić głowę, to jednak w momencie gdy policjantka poprosiła go o dowód, on już tylko walczył z pokusą, by na nią wrzasnąć: „Czy nie widzisz, głupia cipo, kto jest na tym billboardzie?”
       A więc wiedzę, jaką wyniosłem z tekstu Durczoka, uważam za cenną w tym sensie, że nie wierzę, by Durczok był z nich najgorszy. Po przeczytaniu owej relacji, myślę sobie, że on jest zaledwie jednym z wielu, i wbrew temu, co się niektórym może wydawać, to nie Semka zajmuje tu miejsce pierwsze. Ale jest jeszcze coś, co mnie bardzo ubawiło i jednocześnie ucieszyło. Otóż, jak pewnie większość z nas zauważyła, ta hołota, która tak zalazła za skórę Durczokowi, nie pochodzi ani z Sosnowca, ani z Będzina, ani nawet nie z Żywca. To jest jak najbardziej sól tej ziemi. A w tej zatem sytuacji, ja mam do Durczoka już tylko jedno pytanie: „Nie sądzi Pan, Redaktorze, że gdyby tak ich wszystkich stąd pogonić, albo przynajmniej pozamykać, nasze miasto by wypiękniało?”
Przypominam, że moje książki są do nabycia w księgarni na stronie www.coryllus.pl. Polecam gorąco.

wtorek, 18 października 2016

Czy krzesło Piotra Semki stanowi jego dobro osobiste?

        Jak większość z nas zapewne wie, wczorajszy dzień był o tyle szczególny, że administracja Salonu24, na bezpośrednie żądanie Piotra Semki, dziennikarza i publicysty, usunęła dwa moje kolejne teksty. Co do merytorycznej zawartości samych notek rozwodzić się nie będę, bo przede wszystkim Administracja zakazała mi powracania do tematu w jakiejkolwiek formie, a po drugie, to co w nich jest, tak naprawdę nie ma najmniejszego znaczenia. To co się tu liczy, to fakt, że Piotr Semka, niezadowolony z tego, co ja napisałem, skontaktował się ze swoim znajomym, Igorem Janke i polecił mu ocenzurowanie mojego bloga. Ot tak. Ale to co się liczy może jeszcze bardziej, to to, że tego samego dnia wieczorem, ten sam Piotr Semka wystąpił w TVP Info w programie na temat dzikiej reprywatyzacji w Warszawie i uznał za stosowne, zupełnie obok tematu, wygłosić oświadczenie w sprawie ataku na wolność słowa na Twitterze. Powiem szczerze i nieskromnie, że kiedy rozpoczął się program, prowadzący dziennikarz przedstawił Semkę, a Semka natychmiast powiedział, że zanim zaczniemy, on musi powiedzieć słowo w sprawie cenzury w Internecie, byłem przekonany, że zacznie się tłumaczyć, dlaczego kazał skasować dwa moje teksty. Nic z tego. On o tym, co się stało w Salonie24, nie wspomniał choćby jednym słowem, natomiast zaczął się oburzać na to, że Twitter zawiesił konto internauty, niejakiego Pikusia, i że to jest skandal. Ciekawy z naszego punktu widzenia jest jednak argument, jakiego Semka użył w swojej wypowiedzi. Otóż powiedział on, że on tak naprawdę sprawy nie zna i bierze pod uwagę to, że internauta Pikuś faktycznie coś tam nabroił, natomiast jego niepokoi fakt, że Twitter zawiesza konta z pominięciem jakichkolwiek procedur. Semka rozumie, że polski zarząd Twittera uznał, że internauta Pikuś złamał zasady, ale nie może być tak, że zawiesza się człowiekowi konto całkowicie anonimowo i bez słowa wyjaśnienia. A zatem, Semce chodzi o przejrzystość procedur i o nic więcej.
      Oczywiście, teraz ja powinienem skorzystać z możliwości, jakie przede mną otworzył sam Semka i powiedzieć, że zapewne procedury, jakie obowiązują na Twitterze nie różnią się znacznie od procedur obowiązujących w Salonie24. Tam pewnie również ów Pikuś zalazł za skórę komuś z branży, ten ktoś wykonał telefon do któregoś ze swoich kumpli, no i Pikuś poleciał. Nie będę jednak się trzymał tej linii, bo raz, że to by było zbyt proste, a poza tym histeryczne szukanie alibi dla swojej nikczemności przez Piotra Semkę jest więcej niż nieciekawe. To co nas tu powinno zajmować najbardziej, to pytanie, za co Semka mnie tak nienawidzi, że nie dość, że musi każdy dzień zaczynać od czytania mojego bloga, to jeszcze robi to najwyraźniej wyłącznie po to, by mnie ostatecznie zniszczyć. Otóż na samym początku tej obsesji stoi poniższy tekst, jeszcze sprzed siedmiu lat. Proszę posłuchać:


      Wpadłem niedawno na krótko na pewne bardzo sympatyczne urodziny. Urodziny były o tyle miłe, że obchodzone przez bardzo mi bliskiego kolegę, którego żona niedawno otworzyła pod moim nosem fajną knajpę. Znalazłem się natomiast na tym przyjęciu, w tej nowej knajpie, na krótko, bo ludzi było sporo, ja, poza paroma osobami, nie znałem tam nikogo, a jestem tak skonstruowany, że nie bardzo wypatruję nowych wrażeń i ekstra emocji. Skoro już wspominam o tym przyjęciu, muszę jeszcze dodać, że, choć osobiście jestem wieśniakiem z bardzo marnym i dość przypadkowym wykształceniem, cały krąg moich znajomych, oraz znajomych znajomych, to ludzie, o których w języku angielskim mówi się „professionals”. W każdym zresztą znaczeniu tego słowa. Takie też towarzystwo wypełniało przyjęcie urodzinowe, na które zostałem zaproszony.
       Zanim wypiłem, co było do wypicia, zjadłem, co było do zjedzenia i pogawędziłem z każdym, z kim miałem ochotę pogawędzić, zostałem przedstawiony pewnej eleganckiej pani, która dowiadując się, kim jestem, roześmiała się szczerze i powiedziała, że kompletnie się czuje zaskoczona, bo parę tygodni temu, w tym samym miejscu był „ten…no…ten jakiś minister, czy ktoś. Skrzypek… tak. Sławomir Skrzypek”. I ona myślała, że to ja. Bo jesteśmy podobni.
       Oczywiście porównanie to mi bardzo pochlebia. Choćby z tego względu, że kiedy prezes Skrzypek i ja, byliśmy dużo młodsi i szczuplejsi, i – nie chwaląc się – nawet trochę się kolegowaliśmy, zawsze uważałem, że z niego jest bardzo ładny chłopak. Więc nie jest źle. Ja jednak nie planuję pisać o tym. To co mnie zaciekawiło, to fakt, że pani, która pomyliła mnie ze Skrzypkiem nie bardzo wiedziała, kto to ten Skrzypek jest. Ona go poznała parę tygodni wcześniej i wiedziała z tego tylko tyle, że to „jakiś minister”.
       Skoro już robi się atmosfera, jak z kronik towarzyskich na ostatnich stronach magazynu „Viva”, to opowiem coś jeszcze. Trzeba Wam wiedzieć, że moja żona ma koleżankę. Bardzo bliską koleżankę. W pewnym sensie, koleżankę najbliższą. Od wielu lat jednak spotykają się one bardzo rzadko i jeśli gadają, to czasem przez telefon, najczęściej składając sobie życzenia. Rozluźnienie kontaktów, o którym wspominam, jest spowodowane tym, że koleżanka mojej żony mieszka w Warszawie i jest zajęta wszystkim tym, co się wiąże z byciem ministrem pracy. Otóż na uroczystości otwarcia wspomnianej restauracji, do mojej żony podeszła inna pani, przywitała się i powiedziała, że one się znają, bo chodziły do równoległej klasy i że klasa mojej żony była klasą wyjątkową, bo matematyczną i uchodzącą za wybitną, i takie tam. A później, już tak na marginesie, dodała coś w tym stylu: „Tam z wami chodziła taka jedna, co ją wciąż pokazują w telewizji. Ona jest kimś w rządzie, czy coś”. 
      Zanim ktoś mi zarzuci, że się zadaję z głupkami, muszę złożyć bardzo poważne oświadczenie. Zarówno jedna i druga pani, o których wspomniałem, spełniają najbardziej wyśrubowane warunki, żeby się zakwalifikować do grupy osób bardzo „na topie”. I to w najbardziej pozytywnym znaczeniu tego słowa. I jedna i druga, to są wykształcone, sympatyczne, bardzo dobrze ułożone kobiety. Ani szczególnie przechylone w jedną, czy w drugą niebezpieczną stronę. Pełny standard najbardziej szeroko rozumianej elegancji. Ich problem, jak się okazuje, polega tylko na jednym – one nie uważają za konieczne wiedzieć, kto to jest Sławomir Skrzypek, kim jest Joanna Kluzik-Rostkowska i prawdopodobnie dziesiątki najróżniejszych innych postaci, zamieszkujących naszą scenę pop kultury polityczno-medialnej, o których wielu z nas z kolei nie jest w stanie zapomnieć choćby na jeden dzień. One nie chcą tego wiedzieć i czasem mam szczere wrażenie, że akurat pod tym względem są ode mnie, i od wielu moich znajomych, lepsze.
       Wczoraj, pisząc tu o forsowaniu przez połączone siły czarnej, antykaczystowskiej reakcji, kandydatury Jolanty Kwaśniewskiej, jako przyszłego prezydenta Polski, złośliwie wymieniłem kilkanaście innych nazwisk, głównie pochodzących z najbardziej tandetnej półki kultury pop, żeby pokazać, jak dalece nasze myślenie o rzeczach poważnych zostało skorumpowane przez tę właśnie kulturę. Kiedy myślałem o tym, jaki ładny tytuł wymyślić dla mojego tekstu, zwróciłem się do moich dzieci o przykład najbardziej obciachowego nazwiska z pierwszych stron portalu pudelek.pl. I usłyszałem o najróżniejszych gwiazdach, takich jak jakaś Gosia Andrzejewicz, Piotr Kupicha, Paweł Mroczek, czy w końcu ów ostatecznie przeze mnie wybrany Tomasz Jacyków. I teraz właściwie powinienem się zastanowić, czy obie poznane przez mnie na wspomnianych przyjęciach panie, nie mając pojęcia, kim jest Joanna Kluzik-Rostkowska i Sławomir Skrzypek, wiedzą, kim jest na przykład Jolanta Rutowicz.
       Odpowiedzi na to pytanie jednak nie znam, choćby z tego względu, że ani obie te panie, ani nikt inny, z kim miałem ostatnio do czynienia, wymienionych gwiazd nie wspominał. Choć chciałbym wierzyć, że mogło się tak stać, dlatego że moi znajomi – i znajomi moich znajomych – podobnie jak ja, nie interesują się kulturą aż tak niską, wiem jednak, że może też być inaczej, tyle że oni swych zainteresowań nie wynoszą poza dom. Wiem natomiast bardzo dobrze co innego. To mianowicie, że – poza kilkoma najbardziej szalonymi fanami polityki – większość znajomych mi osób również nie interesuje się tym, co stoi znacznie wyżej zarówno od braci Mroczków, jak i Tańca z gwiazdami. Z tego co zdążyłem zaobserwować, ludzie generalnie nie interesują się niczym poza swoją rodziną, kręgiem swoich znajomych, swoją pracą i ładnym filmem w telewizji od czasu do czasu. A wszystko, co ponadto – mają w nosie. Proszę pamiętać. Ja mówię o ludziach, których znam. Nie o żulach i menelach. O tamtych nie mam bladego pojęcia.
      Refleksje, którymi się dziś na tym blogu dzielę, przyszły mi do głowy po przeczytaniu artykułu Piotra Semki w dzisiejszej Rzeczpospolitej http://www.rp.pl/artykul/323747.html. W swoim tekście – kuriozalnym tak, że mogłyby kandydować do jednej z nagród fundowanych rok w rok przez Mariusza Waltera i jego kumpli – Semka postanowił ni z gruszki ni z pietruszki odgrzebać temat anonimowości na blogach i poszarpać się trochę ze swoją amatorską konkurencją. W sumie nic ciekawego. Zwyczajne pretensje do nas, tu piszących, że nie chcemy Semce powiedzieć, jak mamy na nazwisko. Można by było więc spokojnie Semkę zlekceważyć, uznając, że jego tekst jest wyłącznie smutną manifestacją jego kompleksów, zwłaszcza, że idealnie mu w tej samej Rzepie odpowiedział Igor Janke. Ja jednak czuję bardzo mocną potrzebę powiedzieć o pewnym zdarzeniu, o którym opowiadać wcześniej nie chciałem, choćby z tego powodu, że nie lubię zbyt prostych rozwiązań. Otóż w zeszłym roku wracałem z wakacji z moimi dziećmi i na dworcu kolejowym w Warszawie zobaczyłem nie mniej ni więcej tylko samego redaktora Semkę, który czekał z jakiegoś powodu na ten sam, jadący do Katowic, pociąg. Ponieważ jeszcze tamtego lata – podobnie zresztą, jak moje dzieci – miałem do Semki stosunek zbliżony do nabożności, ucieszyłem się i widząc go, zawołałem coś w stylu: „Dzień dobry, panie redaktorze, miło nam bardzo pana spotkać”. Semka na to, odburknął coś pod nosem, zrobił jeszcze bardziej nadętą minę, niż pokazują to telewizyjne kamery i się powoli i z godnością oddalił.
      Otóż, jak już wspomniałem, nie ma właściwie powodu, żeby zwracać uwagę na dzisiejszy artykuł Semki w „Rzeczpospolitej”. Poza jednym. Tylko jednym. Chodzi o to, że uważam za pożyteczne poinformowanie Piotra Semki, że on się bardzo grubo myli, co do ogólnej sytuacji na rynku. To, czy świat pozna moje nazwisko, czy poznał już nazwisko Igora Janke, czy może zawsze będzie skazany na informację, że ja jestem jakimś Toyahem, a Semka w rzeczywistości nie nazywa się Semka, tylko – powiedzmy – Maciej Bombala, nie ma dla tego świata żadnego znaczenia. Jeśli ktoś powinien się troszczyć o to, kto kogo zna, kto o kim cokolwiek wie, a czego nie wie i dlaczego, to najwyżej Andrzej Łapicki, jego młoda żona i wszyscy ci, którzy zrozumieli pełną, merytoryczną zawartość niniejszego zdania. Z punktu widzenia opinii publicznej – i wcale nie tylko tej najbardziej niedoinformowanej – ale nawet szalenie starannie wykształconej i tworzącej to spektrum, do którego zwracam się ja (z czystej fantazji) i Piotr Semka (z zawodu) i Prawo i Sprawiedliwość i Platforma Obywatelska, nie ma żadnej różnicy między ważnym dziennikarzem z Rzepy, a kompletnie nieważnym blogerem z Katowic. Jeśli codzienny świat będzie podejmował jakieś istotne dla siebie decyzje, to wyłącznie w oparciu o zdrowy rozsądek, zwykłe emocje i najbardziej podstawowe interesy. A ja wierzę, że to będą decyzje dobre.
      Codzienny świat bowiem jest kompletnie obojętny, jeśli idzie o zasługi i brak zasług ludzi, o których nawet nie słyszał. I jedyne co może zrobić, to wybuchnąć śmiechem na informację, że jeden z nich uważa się za kogoś bardzo szczególnego i jeszcze tę swoją wiarę próbuje demonstrować choćby na brudnym i śmierdzącym dworcu kolejowym w Warszawie.

      Napisałem tamten tekst i jak się okazało, on nie dość, że do Semki dotarł, to jeszcze tak go zdenerwował, że ten skontaktował się z naszym wspólnym znajomym i poprosił go, by mi wytłumaczył, że on wtedy na tym Centralnym musiał być zamyślony, albo może źle się czuł, ale z całą pewnością nie chodziło o to, że on ma o sobie jakieś szczególnie wysokie mniemanie. I oto tak się zdarzyło, że wkrótce potem spotkałem Semkę przy jakiejś okazji, podszedłem do niego, przedstawiłem się i powiedziałem mu, że w ogóle nie ma problemu, ja go rozumiem, i takie tam. I proszę sobie wyobrazić, że w tym momencie, Semka, nie wstając z krzesła, powiedział do mnie ni mniej ni więcej, jak tylko: „Proszę mi zostawić swoją wizytówkę”.
       A zatem, jeśli dziś ktoś się zastanawia, o co w tym wszystkim chodzi, to myślę, że sprawę odpowiednio rozjaśniłem. Wczoraj na Twitterze pewien komentator napisał do mnie, że świat schodzi na psy. Odpowiedziałem mu, że świat akurat radzi sobie nie najgorzej. Problem w tym, że zawodzą ludzie.


Oczywiście moje książki są tam gdzie zawsze, czyli w księgarni pod adresem www.coryllus.pl. Zapraszam serdecznie.