czwartek, 31 października 2019

Poland, or love will tear us apart

        Wspominałem o moim koledze Michale Dembińskim, wspaniałym Polaku i gorliwym patriocie, w mojej książce „Marki, dolary, banany i biustonosz marki Triumph”, koledze, co trzeba wspomnieć, niegdysiejszym, jako że po tych wszystkich latach przyszedł w końcu moment, kiedy – jakże by inaczej! – rozdzieliła nas polityka. Oto w wieku 96 zmarł w Londynie Michała tata, Bohdan Dembiński – jak on, wspaniały Polak  i gorliwy patriota. Nie znałem go osobiście, ale i tak, dzięki jego stałej obecności w naszych rozmowach, był mi osobą bardzo bliską. Na tym blogu zamieściłem link do bloga Michała, na którym opublikował on niezwykłe wspomnienie o swoim tacie, ponieważ blog ten jest jednak prowadzony w języku angielskim, pomyślałem, że pozwolę sobie ów tekst tu przepisać, w swoim  tłumaczeniu. Uważam że warto. Przy okazji, już na sam koniec, wrzucam filmik jaki inny Brytyjczyk, Patrick Ney, tym razem z Polską mający tyle wspólnego, że jak my wszyscy, pokochał ten nasz kraj, nakręcił o śp. Bohdanie Dembińskim. Bardzo polecam.





W wieku 96 marł mój tato, Bogdan Dembiński. Do samej śmierci był człowiekiem aktywnym. Niespełna trzy miesiące temu był w Warszawie na uroczystościach 75 rocznicy Powstania, w którym sam brał udział. Na zdjęciu poniżej: 31 lipca 2019 roku, przed mieszkaniem na ul. Łuckiej 16, gdzie spędził trzy pierwsze lata swojego życia.




Poniżej: Mój tato składający pojedynczy kwiatek na grobie swojego brata, Józefa, który poległ w Postaniu w wieku 19 lat.



Parę tygodni temu mój tato opowiedział mi swój sen z minionej nocy – jego brat Józio przeżył wojnę i znalazł się, podobnie jak my, w Londynie, gdzie zamieszkał ze swoją rodziną, jednak w innej parafii. Pewnej niedzieli mój tato zawiózł Józia do jego kościoła, wysadził go i wrócił na mszę w naszej parafii. I wtedy nagle uświadomił sobie, że w związku ze zmianą czasu wskazówki zegara zostały cofnięte o godzinę i Józio zmuszony jest przez ową godzinę czekać przed kościołem! Martwił się mój tato – czy ma wracać do Józia, czy dać mu spokój.
Powiedział mi mój tato, że sen ów był tak niezwykle realny... Może w jakimś równoległym świecie Józio rzeczywiście przeżył Powstanie i zamieszkał w Londynie po wojnie, a my tak naprawdę mieliśmy wujka, ciocię i kuzynów.
Gdzieś wkrótce, bardzo niedługo, urodzi się chłopiec. Z niezbadanymi wspomnieniami, dziwną świadomością zdarzeń, których znać nie może – Polska w latach 20. i 30., niemiecka inwazja i okupacja Warszawy; Powstanie; powojenny Londyn z jego surowością, szczęśliwe lata 50. aż po kolejne Tysiąclecie, i wreszcie owo dziwne wrzenie społeczeństw... Będzie tęsknił do innych miejsc i innych czasów.










wtorek, 29 października 2019

Zielony Zawisza, czyli biznes jak Pan Bóg przykazał - repryza


Ponieważ ostatnio, w tych i tak bardzo ciekawych czasach, jak ów zaćpany Filip, wyskoczył nam na scenę niegdysiejszy Artur Zawisza, uważam, że wszystkie informacje na jego temat, jakie przy okazji tych jego wybryków już uzyskaliśmy, a niewykluczone, że jeszcze uzyskamy, powinienem uzupełnić swoim tekstem jeszcze sprzed ośmiu lat, a dotyczącym czegoś co nigdy nie przestaje być aktualne. Podkreślam: nigdy. I uważam, że nie zaszkodzi też zaapelować do każdego z nas, byśmy to co się wtedy stało mieli zawsze na uwadze, ile razy będziemy dumać nad różnymi wydarzeniami, które nas jeszcze nie raz zaciekawią. Przed nami Zielony Artur we własnej osobie.


      Historia którą chciałbym dziś opisać, na tle tego, czym się ostatnio musimy zajmować, nie jest ani szczególnie interesująca, ani też – co przyznaję z bólem – ja sam nie mam dość kompetencji, żeby cokolwiek stwierdzać tu autorytatywnie. Mimo to czuję się zmotywowany do tego, by się sprawą zająć z dwóch powodów. Pierwszy nazywa się Artur Zawisza, a jak wiemy, wszystko co z tą akurat postacią się wiąże, bardzo nas interesuje. Drugi natomiast z nich to niejaki Michał Maciejewski, człowiek, którego w ogóle nie znam, ale który za to opowiedział mi ową historię i prosił, by nią siebie i innych w miarę możności zainteresować. Artura Zawiszę zostawię na sam koniec, natomiast teraz o Maciejewskim.
      Otóż w Lublinie działała sobie swego czasu firma o nazwie Tempo, założona przez wspomnianego Michała Maciejewskiego i kilku jeszcze innych Maciejewskich, jako rodzinny interes. Jakie to były rodzinne powiązania, nie wiem i nie wydaje mi się, żeby to dla nas w ogóle było istotne, natomiast należy stwierdzić, że Maciejewscy mieli ambicję, dla swego dobra i dobra wspólnego, otworzyć lokalnie parę metanowych bioelektrowni. Zarejestrowali więc to Tempo, uzyskali właściwe zezwolenia, dobrą opinię środowiskową, przedstawili odpowiednie wnioski do Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej o dofinansowanie, uzyskali z owego Funduszu bardzo wysoką ocenę dla swojego projektu, i wreszcie – co najważniejsze – obietnicę gwarancji finansowych. Kiedy jednak dla tak zwanego „domknięcia” pozostało już tylko znalezienie inwestora, otwarte już linie kredytowe nagle się zamknęły. Mimo zagwarantowanych środków z NFOŚ, nikt nie chciał już udzielić Maciejewskim ani kredytu, ani pożyczki, ani w jakikolwiek inny sposób wesprzeć ich projektu.
      I wtedy u Maciejewskiego zjawił się przedstawiciel warszawskiej grupy Green Energy Europe Sp. z o.o. i, informując o swoim bardzo poważnym politycznym umocowaniu, zaoferował spółce pozyskanie inwestora dla domknięcia finansowania planowanych budów dwóch bioelektrowni. Jednocześnie jednak przedstawił warunek. Finansowanie będzie możliwe tylko w przypadku sprzedaży spółki, wraz oczywiście z gwarancjami NFOŚiGW w wysokości 20 mln zł. owemu inwestorowi i samej spółce Green Energy Europe. Ponieważ jedynym warunkiem, żeby dotacja z NFOŚiGW nie przepadła, było przedstawienie domknięcia finansowania, i ponieważ w wyznaczonym przez NFOŚiGW terminie, z niewiadomych przyczyn Maciejewskiemu nie udało się dla swojego projektu pozyskać innego inwestora poza Green Energy, zmuszony on został do skorzystania z warszawskiej propozycji, i podjął decyzję o potencjalnej sprzedaży spółki, z taką perspektywą, że uzyskane w ten sposób pieniądze przeznaczy na realizację innych ekologicznych projektów.
      Z informacji, jakie przekazał mi Michał Maciejewski, wynika, że dalej wszystko poszło już bardzo szybko. Najpierw więc sprawy zaczęły się nagle posuwać do przodu, do tego stopnia szybko, że rozpisano już nawet przetargi na budowę owych bioelektrowni. Jednak już po kilku biznesowych spotkaniach między właścicielami Tempa, a przedstawicielami Green Energy Europe, okazało się, że tajemniczy inwestor na razie się z interesu wycofał, natomiast przedstawił taki oto plan, że najpierw całość kupią warszawianie, a później warszawian spłaci ów dziwny podmiot. Kiedy po chwili wyszło dodatkowo na jaw, że Green Energy nie ma ani ochoty płacić, ani też nie ma za bardzo czym, a co gorsza, nie jest w stanie przedstawić nawet jakichkolwiek gwarancji, Maciejewski nabrał przekonania, że tak naprawdę, nie ma z kim handlować.
      Niestety, było już za późno. Opierając się wyłącznie na obietnicy sprzedaży, Green Energy Europe po pierwsze bezprawnie zwołało NWZ Tempo, na którym dokonali zmian w składzie Zarządu, zawiesili Maciejewskiego z funkcji prezesa, następnie dokonali zmian w KRS, dane adresowe przenieśli do Warszawy, zabezpieczyli konta, na których znajdowało się około 4 mln zł., a nawet przejęli internetową stronę firmy, i jako nowi właściciele zaczęli prowadzić już dalsze interesy. Gdy idzie o stronę prawną całego przedsięwzięcia, tu również wszystko odbyło się błyskawicznie. Wedle relacji Michała Maciejewskiego, wniosek o wykreślenie dotychczasowych udziałowców, wpisanie nowych, zawieszenie prezesa, wykreślenie prokury i przeniesienie siedziby z Lublina do Warszawy otrzymał sędzia w dniu 18.11.2010 r., czyli w czwartek, natomiast już 24.11.2010 r., a więc w środę, referendarz wydał odpowiednie zarządzenie. W dodatku jeszcze ktoś włamał się do lubelskiej siedziby Tempa, skradł całą dokumentację, a na koniec wymienił zamki w drzwiach. Po jakimś czasie w KRS pojawił się nowy wpis, z nową nazwą: Green Energy Europe została zastąpiona przez czyściutkie Green Energy. Tym sposobem, Michał Maciejewski w ciągu zaledwie paru tygodni stracił dosłownie wszystko.
      Dziś sytuacja jest taka, że z jednej strony Green Energy podpisuje umowy, zaciąga kredyty i szykuje się do realizacji projektów zaplanowanych i rozpoczętych przez interes Maciejewskich, natomiast sam Maciejewski stara się dochodzić swoich praw przed sądem, skarżąc warszawskich biznesmenów o wrogie przejęcie. Jak to się skończy? Nie mam pojęcia. Z dotychczasowych doświadczeń wynika, że walka może być długa i bez gwarancji sukcesu. Co gorsza jednak, nie umiem nawet powiedzieć, czy informacje, jakie posiadam, i którymi się tu dzielę, są prawdziwe w całości, czy tylko częściowo, czy może w większości bzdurne i fałszywe. W końcu, jak mówię, Maciejewskiego nie znam, a i na sprawach związanych z biznesami i ich – wrogimi, czy przyjaznymi – przejęciami się nie znam. Wiem natomiast z całą pewnością, że Michał Maciejewski jest człowiekiem bardzo zdeterminowanym i zdesperowanym, żeby wygrać tę walkę. Nie tylko odnalazł moje teksty w „Warszawskiej Gazecie” i zgłosił się do mnie z prośbą o pomoc, nie tylko – jak mnie informuje – zwrócił się o pomoc pod wszystkimi możliwymi adresami, ale, jak wynika z otrzymanych przeze mnie dokumentów, prowadzi nieustanny bój o swoją sprawę w lubelskich sądach i w prokuraturze.
      I wiem coś jeszcze. Bez względu na to, czy przygoda, która spotkała Michała Maciejewskiego jest skutkiem jego nieroztropności, naiwności, czy głupoty, czy też może tego, że postanowił wejść w interesy z ludźmi bezwzględnymi i podłymi, dla których ktoś taki jak on, to tylko byle jaka stacja na drodze do jeszcze większych pieniędzy, fakt jest oczywisty. On i jego rodzina mieli interes, a dziś go nie mają. Ktoś im ten interes zabrał i wszystko wskazuje na to, że nie zapłacił za niego ani grosza. On i jego rodzina zostali zrujnowani w taki sposób, że ktoś – jak dotychczas, najwidoczniej całkowicie zgodnie z prawem – przejął ich firmę i nie dał im za to nic. Mało tego. Przejmując majątek Maciejewskiego, przejął również nieruchomości, jakie Maciejewscy zdążyli zakupić pod budowę bioelektrowni, płacąc za nie zarówno z własnych oszczędności, jak i z zaciągniętych kredytów. A więc, doszło do czegoś, co dotychczas znaliśmy tylko z mrocznej bardzo literatury i filmu. Człowiek któregoś dnia się budzi, stwierdza, ze nie ma nic, a kiedy się pyta, co się stało, System mu odpowiada, że nie rozumie pytania, bo z jego punktu widzenia nic szczególnego się nie dzieje.
      Ja oczywiście jestem pewien, że ci, którzy postanowili robić interesy na biznesie Maciejewskich mają bardzo dużo na swoje usprawiedliwienie. Nie wykluczam nawet, że jakimś niezrozumiałym dla mnie i budzącym moje oburzenie, lecz całkowicie legalnym ruchem, doszło do przejęcia, jakich w dzisiejszych czasach są setki, jeśli nie tysiące. Jednak to co mnie tu interesuje to nie obyczaj, ale fakt. Maciejewscy mieli biznes i mieli majątek, a dziś go nie mają, bo dali go sobie odebrać. I im ten majątek i ten biznes odebrała nie powódź, nie wiatr, nie ogień, ale ktoś bardzo konkretny.
I ja się z tym czuję fatalnie, kiedy nagle dochodzi do tego, że ten film staje się tak realny, że ów człowiek zgłasza się do mnie – zwykłego, biednego blogera, bez wpływów, bez pieniędzy i z bardzo niepewną przyszłością – i prosi o pomoc, a prosząc o nią wpada w taki ton: „Oczywiście dysponuję pełną dokumentacją i chętnie ją udostępnię, bo należy zrzucić maskę pana Zawiszy, który posługując się patetycznymi sloganami, chowając za parawanem patriotyzmu i katolicyzmu, w rzeczywistości bez żadnych skrupułów, posługując się antydatowanymi, sfałszowanymi dokumentami odebrał mi i mojej rodzinie majątek”.
      I w ten sposób oto doszliśmy do najważniejszej tu kwestii, czyli do samego Zawiszy. Bo tak, to właśnie on – jak twierdzi Maciejewski – sam Artur Zawisza przyszedł do niego na samym początku i zaproponował ten deal. Jako ówczesny dyrektor Green Energy Europe, a dziś udziałowiec Green Europe. Bo niewykluczone, że to właśnie przez to, że miał do czynienia z Arturem Zawiszą – a więc człowiekiem, z którego postawą polityczną się utożsamiał, polskim patriotą i konserwatystą – postanowił Maciejewski w ten deal wejść. Bo uznał, że kto jak kto, ale Artur Zawisza i jego koledzy go nie oszukają. Bo wreszcie, opisana sytuacja dawałaby nam odpowiedź na niekiedy nurtujące nas pytanie, o jakiej to „wielopłaszczyznowej działalności biznesowej” mówił w pewnym wywiadzie Zawisza, po tym, jak postanowił się pożegnać z polityką, ale jeszcze zanim z tą polityką zaczął się na nowo witać. Owa sytuacja daje nam też być może odpowiedź na pytanie, co to się takiego stało, że Artur Zawisza, ni stąd ni zowąd, postanowił zostać blogerem, i do czego to blogowanie ma go prowadzić.
      No i jeszcze coś. Możemy się spróbować zastanawiać, o co Zawiszy chodziło, kiedy w swoim wpisie na Nowym Ekranie, pisał tak: „Mamy dżunglę prawną, w której giną nawet najsilniejsi i najwytrwalsi. Co robić, będąc przedsiębiorcą, który ryzykuje własny majątek, dobrą reputację i los rodziny? Innymi słowy: obywatel chce zbudować garaż obok domu? Otwiera zakładkę: Jak doprowadzić do budowy garażu?, gdzie znajduje wyciąg z przepisów administracyjnych, budowlanych, środowiskowych i Bóg wie jakich pokazujących właściwą drogę krok po krok, kazus po kazusie, pułapka po pułapce. Przedsiębiorca chce zbudować biogazownię? To samo. Rodzic chce zmienić dziecku szkołę? To samo. Firma chce przyjąć do pracy niepełnosprawnego? To samo. Obywatel chce ubezpieczyć samochód kupiony w kredycie? To samo. Tenże sam obywatel chce sprzedać ów już ubezpieczony, a kupiony w kredycie samochód? To samo. Świadek wzywany jest na policję w celu przesłuchania? To samo”.
      Maciejewski w liście do mnie twierdzi, że ta „bioelektrownia” i „przesłuchanie przez policję” sugerować może, że Zawisza szykuje się na jakąś pyskówkę, kiedy to niezawisły sąd jednak uzna oczywistość tego przekrętu i Zawiszę odpowiednio pogoni. A to by świadczyło o Zawiszy nie najgorzej. Że on akurat świetnie wie, że blogi to siła i przyszłość. Zobaczymy.


SUPLEMENT

      Stało się tak, że dla uniknięcia zarzutów o brak staranności, redakcja „Warszawskiej Gazety”, do której ten tekst wysłałem, przed jego publikacją, jeszcze parę tygodni temu, najpierw sprawę zbadała, następnie zwróciła się do Artura Zawiszy o przedstawienie swojego stanowiska, i dopiero wtedy zdecydowała się tekst opublikować. Artur Zawisza wyjaśnień udzielił w formie wywiadu, który z kolei – jak można wnioskować z tego co zostało opublikowane w „Warszawskiej Gazecie” – został przeprowadzony w suchej formie pytań i odpowiedzi. A z nich wynika, co następuje:
1. Artur Zawisza jest człowiekiem uczciwym, i wszelkie prowadzone przez niego działania biznesowe są również uczciwe;
2. Pan Maciejewski jest osobą niepoważną, i wszelkie jego problemy są wyłącznie jego problemami;
3. Pan Maciejewski to znany w lubelskich sądach „pieniacz”. Patrz punkt drugi.
      Wprawdzie w samym wywiadzie tego już akurat nie ma, natomiast we wpisie na swoim blogu Artur Zawisza powyższe wyjaśnienia uzupełnia następującą deklaracją:
Tymczasem papista każe zarabiać ("Bóg, pieniądze i ojczyzna - trafne hasło, każdy przyzna") i rozdawać od serca, gdy wyżywimy rodzinę."
      I tym optymistycznym akcentem, kończę powyższe rozważania, a Artura Zawiszę z towarzystwa, na którym zdarza mi się niekiedy zawiesić oko i ucho, pozwolę sobie wyłączyć, przynajmniej do czasu, gdy zainteresuje się losami rodziny swojego biznesowego partnera. Albo nie. Wyłączę go w ogóle.

No i nie wyłączyłem. Na swoje usprawiedliwienie mam tylko to, że chciałbym bardzo dziś wyrazić nadzieję, że on w końcu pójdzie siedzieć. Jeśli nie za wspomniany przekręt, to za tę rowerzystkę. Nic nie szkodzi, w końcu Al Capone też wsadzili pod pretekstem przestępstw podatkowych.




poniedziałek, 28 października 2019

O tym jak księżna Meghan walkowerem pokonała księdza Tymoteusza Szydło


      Miałem dziś pisać o czymś zupełnie innym, ale oto na portalu tvn24.pl trafiłem na tekst, który mną autentycznie wstrząsnął i kazał mi spojrzeć na dokonania owego medialnego projektu na nowo. Nie byłbym sobą, gdybym nie zacytował tu małego fragmentu owych refleksji, tak bardzo nam w końcu potrzebnych. Proszę posłuchać
„Nigdy nie myślałem, że bycie synem Beaty Szydło okaże się dla mnie łatwe, ale sądziłem, że będę sprawiedliwie oceniany przez media, dlatego  trudno mi pogodzić się z tym, jak jestem traktowany" – powiedział ksiądz Tymoteusz Szydło w wywiadzie dla jednego z internetowych portali, w którym opowiadał o swojej bezowocnej walce z mediami. Przyznał także, że jego przyjaciele przewidzieli to, gdy tylko postanowił zostac księdzem. Gdy szczęśliwy opowiadał o swoim uczuciu, usłyszał: „Wierzymy ci, że służenie Kościołowi jest cudowne, jeśli jednak zdecydujesz się zostać księdzem, oni cię zaszczują. Pamiętaj, co zrobiono twojej matce”. Mówiąc o tym w wywiadzie, ksiądz Tymoteusz nie był w stanie powstrzymać łez. Przyznał, że mieli rację. Widok kompletnie rozbitego księdza, jego wyznanie i łzy, zrobiły wielkie wrażenie na Polakach. Prawdopodobnie nie mieli pojęcia, że sprawy zaszły tak daleko. Wywiad komentowany był na żywo w mediach społecznościowych. Pisarz Krzysztof Trompka zatweetował: „Pęka mi serce, gdy słucham księdza Tymoteusza, podzielcie się hashtagiem #KochamyKsiędzaTymoteusza, jeśli jak ja, wspieracie tego pięknego i dobrego człowieka”. W ciągu następnych godzin setki tysięcy osób zademonstrowały poparcie dla Księdza. Do wielkiego odzewu przyczynił się też fakt, że kilka dni wcześniej wzburzona rodzina księdza Tymoteusza upubliczniła pozwy, jakie złożyła przeciw różnym mediom. To, jak ważny jest dla Polaków Kościół Katolicki, dowodzi fakt, iż następnego dnia po wywiadzie Księdza sprawa była tematem numer jeden w czołowych polskich gazetach. Jego ogromne zdjęcie na naszym portalu, krzyczące mocnym tytułem „Walczę o przetrwanie”, zepchnęło na plan dalszy nawet materiał o kolejnej odsłonie awantur po zakończonych właśnie wyborach do Parlamentu. Wśród obrońców księdza Tymoteusza są ludzie z pierwszych stron gazet w całym świecie – choćby premier znany piosenkarz Elton John, czy Hilary Clinton, regularnie krytykująca tabloidy za zachowanie wobec księży, która powiedziała: „Tytuły, które dopuszczają się jawnie zniesławiających komentarzy pod adresem księdza Tymoteusza Szydło, powinny na zawsze zniknąć z rynku”. Znawcy tematu twierdzą jednak, że choć Ksiądz ma szansę na wygranie bitwy, to rozpoczyna zarazem wielką wojnę. A w tej ofiary są zawsze po obu stronach. Znany ksiądz Tadeusz Isakowicz-Zaleski zauważa, że jeśli rodzina Szydło zdecyduje się na proces, Tymoteusz Szydło może być pierwszym duchownym Kościoła Katolickiego, który pojawi się w sądzie osobiście. „Wyobraźcie sobie zasięg relacji z procesu i to, w jaki sposób wykorzystają to tabloidy” – podkreśla. Trudno się z nim nie zgodzić, ale i nie sposób dziwić się premier Szydło, że staje w obronie prywatności syna. „Mój syn stał się jedną z nowych ofiar polskich mediów, które prowadzą kampanię przeciwko ludziom bez zastanowienia się nad konsekwencjami” - zauważa była premier. Sytuacja coraz bardziej zaczyna przypominać najczarniejszy okres z najnowszej historii Polski, gdy presja wywierana na błogosławionego księdza Popiełuszkę przez tabloidy doprowadziła do potwornej tragedii. Nic dziwnego, że premier Szydło boi się o swojego syna”.
      Ups! Znów mi się coś pomyliło. To jest zupełnie inny tekst. Portal tvn24.pl pisał nie o jakimś pedofilu, ale o księżnej Meghan, żonie księcia Harry’ego i jej problemach z mediami, a mnie się tylko nazwiska pomyliły. Nie wiem, co się cholera jasna ze mną ostatnio dzieje.



niedziela, 27 października 2019

Dwa listy na odsłonięcie pomnika Wojciecha Korfantego - list nr 2


Zgodnie ze swoją zapowiedzią, przedstawiam odpowiedź, jakiej na wczoraj opublikowany przeze mnie list, udzielił Departament Spraw Obywatelskich Kancelarii Prezesa Rady Ministrów, Mateusza Morawieckiego. I jeszcze raz apeluję o komentarze choć odrobinę bardziej pogłębione, niż sprowadzające się do tego, że po tych socjalistach nie można się spodziewać niczego więcej, bo tylko zdrowa polska prawica jest w stanie oczyścić ten chlew.








KANCELARIA PREZESA RADY MINISTRÓW
Departament Spraw Obywatelskich

                                                               

                                                                                                                                



                                                                                                     Warszawa, dnia 3 października 2019 r.



Szanowny Panie,
w odpowiedzi na Pana wystąpienie w sprawie odzyskania nieruchomości lub wypłaty odszkodowania pozbawionej na mocy dekretu o mieniu opuszczonym i poniemieckim z dnia 8 marca 1946 r., Departament Spraw Obywatelskich uprzejmie wyjaśnia, że Kancelaria Prezesa Rady Ministrów nie jest organem właściwym w przedmiotowej sprawie.
       Jednocześnie Departament wyjaśnia, że zasadniczym celem dekretu z dnia 8 marca 1946 r. o majątkach opuszczonych i poniemieckich było zabezpieczenie  mienia obywateli, którzy utracili jego posiadanie w związku z wojną. Dopiero po upływie 10 lat – zgodnie z przepisami tego dekretu – nieruchomości opuszczone stawały się z mocy samego prawa własnością państwową. Stwierdzenie nabycia własności przez państwo następowało w drodze deklaratywnych orzeczeń sądów (uchwała składu całej Izby Sądu Najwyższego z dnia 24 maja 1956 r., uzupełniona uchwałą składu całej Izby Sądu Najwyższego z dnia 26 października 1956 r., 1 CO 9/56, OSN 1957, nr 1, poz 1). Zgodnie z przepisami ww. Dekretu przejście prawa własności majątku poniemieckiego na własność Skarbu Państwa następowało  ex lege (art 2), a opuszczonego przez przemilczenie – co do nieruchomości z upływem 10-ciu lat, od końca roku kalendarzowego, w którym wojna została zakończona (art. 34 ust. 1 lit. a).
      Dodatkowo należy zauważyć, że instytucja przemilczenia uregulowana została normami prawa cywilnego, a nie prawa publicznego i w sprawach spornych, gdy brak jest dokumentacji świadczącej, ustalenie stosunku prawnego może nastąpić jedynie w drodze powództwa cywilnego z art. 189 k.p.c.1 (uchwała Sądu Najwyższego z dnia 25 lutego 1987 r., III CZP 2/87, OSN 1988/4/46, Lex nr 3344).

                                                                                                                           Z poważaniem
                                                                                                                         Główny Specjalista
                                                                                                                        Marzena Kosieradzka


Art. 189 kodeksu postępowania cywilnego. 

Powód może żądać ustalenia przez sąd istnienia lub nieistnienia stosunku prawnego lub prawa, gdy ma w tym interes prawny




sobota, 26 października 2019

Dwa listy na odsłonięcie pomnika Wojciecha Korfantego


      Te dwa piękne jesienne dni postanowiłem tu na blogu poświęcić prezentacji pewnej korespondencji, która może sama w sobie nie jest zbyt interesująca, a przynajmniej nie aż tak, by przykryła to wszystko, o czym ona świadczy, gdy mamy na sercu naszą najnowszą polską historię i ów ciężar jaki ona wciąż dla nas stanowi. Przy okazji, bardzo bym nie chciał, by ktokolwiek, po zapoznaniu się z tym co tu za chwilę nastąpi, uznał że ja tu mam na celu jakieś szczególne deklaracje polityczne, a tym bardziej, że postanowiłem wysunąć się na pierwszą linię bardzo obecnie wyraźnego ataku kierowanego przez tak zwaną „prawdziwą prawicę” w stronę obecnie nam miłościwie panującej władzy Prawa i Sprawiedliwości. Jeśli jednak ktokolwiek się będzie upierał, by w ten sposób ów donos odbierać, pragnę zwrócić uwagę, że on zaledwie w bardzo małej części dotyczy czasu wyznaczanego przez upływającą właśnie kadencję, a i tu całkiem możliwe, że zaledwie zachowania jednego z setek tysięcy urzędników, natomiast cały jego sens leży w pokazaniu, jak straszny spadek dostaliśmy nie tylko po latach, jakie upłynęły od lata 1939 roku do jesieni roku 1989, ale również przez to coś, co przyjęliśmy nazywać III RP. I zapewniam wszystkich, że sam autor dziś przedstawionego listu jestcałym sercem, wbrew wszystkiemu,  przekonany, że jeśli tym razem się nie uda – nawet niekoniecznie za jego życia – to nie uda się już nigdy. Dziś list pierwszy. Na odpowiedź zapraszam jutro.






Wielce Szanowny Pan
Mateusz Morawiecki
Prezes Rady Ministrów
Warszawa



      Zwracam się z uprzejmą prośbą o rozpatrzenie problemu dotyczącego reprywatyzacji na Śląsku.
      W 1939 r. niemieckie władze okupacyjne zarekwirowały polską nieruchomość położoną w Mikołowie przy ul. Karola Miarki 14, zakupioną przez mojego dziadka dr Jana Kopca w 1933 r. Po zakończeniu wojny, w 1945 r. dom ten zajęła Milicja Obywatelska i Urząd Bezpieczeństwa na swoją siedzibę. W 1958 r. nieruchomość została przejęta na własność Skarbu Państwa pod pozorem, iż jest to „mienie opuszczone i poniemieckie”. W rzeczywistości nieruchomość nigdy nie była mieniem opuszczonym ani poniemieckim. Ówczesne Państwo przejęło prywatny budynek na potrzeby Milicji Obywatelskiej i Urzędu Bezpieczeństwa, a następnie na swoją własność z pozycji siły, z rażącym naruszeniem norm etycznych i przepisów prawa.
      Podejmowane przez moją rodzinę starania o odzyskanie domu okazywały się nieskuteczne. W dniu 16.12.1957 r. dr Jan Kopiec wystąpił do Sądu Wojewódzkiego w Katowicach z pozwem przeciwko Skarbowi Państwa o wpisanie nieruchomości na swoją rzecz i jej wydanie. Sąd Wojewódzki wydał wyrok oddalający powództwo w dniu 17.8.1961 r. z uzasadnieniem nabycia nieruchomości przez Skarb Państwa w drodze zasiedzenia. Fałszywy i szyderczy był główny argument Sądu, iż dr Jan Kopiec „zaprzestał interesować się tą nieruchomością i nic nie zrobił, aby ją przejąć w swe posiadanie”. W toku procesu dr Jan Kopiec zmarł, natomiast jedyną spadkobierczynią po swoim ojcu Janie Kopcu była moja mama Marta W. Postępowanie sądowe było bardzo uciążliwe i spowodowało znaczne koszty. Prezydium Miejskiej Rady Narodowej w Mikołowie w dniu 12.5.1962 r. skierowało do komornika wniosek egzekucyjny o ściągnięcie umorzonej wcześniej przez Sąd Wojewódzki opłaty sądowej. Środka odwoławczego nie wniesiono ze względu na poczucie bezsilności, uciążliwość postępowania i niemożliwe do zapłaty koszty.
      Po opuszczeniu nieruchomości przez Milicję Obywatelską, moja mama wystąpiła w dniu 14.2.1979 r. z pismem do Urzędu Miejskiego w Mikołowie, w którym poinformowała o swoich prawach do przedmiotowej nieruchomości. Urząd Miejski przekazał sprawę do rozpatrzenia do Rejonowego Zarządu Terenami w Tychach. Wniosek o zwrot nieruchomości został oddalony w dniu 18.9.1979 r. W dniu 8.10.1990 r. moja mama wystąpiła do Burmistrza Miasta Mikołowa z pismem, wnosząc o zwrot domu. Dowiedziała się wówczas, że powinna wystąpić z wnioskiem o wniesienie rewizji nadzwyczajnej od zapadłego wyroku Sądu Wojewódzkiego. Wniosek o rewizję nadzwyczajną został wystosowany do Ministra Sprawiedliwości w dniu 12.2.1991 r. Ministerstwo Sprawiedliwości oddaliło podanie o wniesienie rewizji nadzwyczajnej od wyroku Sądu Wojewódzkiego w Katowicach z dnia 17.8.1961 r. pismem z dnia 28.11.1991 r. uzasadniając decyzję dbałością o „stabilność wydanych prawomocnych orzeczeń sądowych” i nie bacząc na to, iż wydany wyrok był swoistym sądowym przestępstwem. Nie uwzględniono najistotniejszych dowodów i okoliczności, które doprowadziły do niesłusznej odmowy uznania prawa dr Jana Kopca do własności nieruchomości.
      W dniu 15.1.1992 r. moja mama wystąpiła do Sądu Rejonowego w Mikołowie o ustalenie, iż jest jedynym właścicielem przedmiotowej nieruchomości. Sąd Wojewódzki w Katowicach wyrokiem z dnia 18.1.1993 r. oddalił powództwo wniesione w dniu 15.1.1992 r., opierając uzasadnienie wyroku na motywach zawartych w uzasadnieniu Sądu Wojewódzkiego do wyroku z dnia 17.8.1961 r., a ponadto na stwierdzeniu, że od daty wymienionego orzeczenia do dnia wniesienia pozwu mięło ponad 30 lat i Skarb Państwa ma prawo do przedmiotowej nieruchomości w wyniku jej zasiedzenia. Sąd Apelacyjny w Katowicach w dniu 1.6.1993 r. oddalił rewizję.
      Po całkowitym wyczerpaniu drogi sądowej moja mama wniosła w dniu 26.10.1998 r. w postępowaniu administracyjnym do Prezesa Urzędu Mieszkalnictwa i Rozwoju Miast w Warszawie o uznanie nieważności  decyzji Okręgowego Urzędu Likwidacyjnego w Katowicach z dnia 6.9.1947 r. w przedmiocie odmowy zwolnienia spod zajęcia nieruchomości. Sprawa zakończyła się ostatecznie wyrokiem Naczelnego Sądu Administracyjnego w Warszawie z dnia 29.10.2002 r., którym skargę oddalono.
      W kolejnych latach wielokrotnie zwracaliśmy się do Burmistrza Miasta Mikołowa z prośbą o rozpatrzenie możliwości dokonania zwrotu domu. Odmówiono nam także prawa do pierwszeństwa wn nabyciu zabranej nam nieruchomości w oparciu o Ustawę o Gospodarce Nieruchomościami, wyjaśniając, że pierwszeństwa w nabyciu nieruchomości przez poprzedniego właściciela lub jego spadkobierców wynikającego z art. 34 w/w Ustawy nie stosuje się do nieruchomości przejętych przez Skarb Państwa jako mienie opuszczone i poniemieckie. Tu pragnę zauważyć, że należąca do mojego dziadka nieruchomość była w bardzo dobrym stanie technicznym do 1939 r., a nawet do 1945 r. (w okresie niemieckiej okupacji budynek pełnił funkcję Biura Pracy). Przez lata użytkowania przez MO i następnie przez PSS „Zgoda” nieruchomość pozostaje nieremontowana i zaniedbana.
      Pismem z dnia 16.10.1998 r. Burmistrz i Zarząd Miasta Mikołów , a także ówczesna Dyrekcja Zakładu Opieki Zdrowotnej w Mikołowie poparli moje starania o wynajęcie lokalu na poradnię psychologiczno-psychoterapeutyczną w domu zakupionym przez mojego dziadka.
Zarządzający budynkiem Zarząd PSS „Zgoda” nie wyraził na to jednak zgody. Notabene, wkrótce wynajął pomieszczenia komuś innemu.
      W III RP podkreśla się brak możliwości zajmowania się przedmiotową sprawą ze względu na zapadłe wcześniej rozstrzygnięcia sądowe z 1958 r. i 1961 r. Wniosek o rewizję nadzwyczajną został w 1991 r. oddalony w trosce o „stabilność wydanych prawomocnych orzeczeń sądowych”. Sądy oraz organy państwowe i samorządowe powołują się na uzyskane uprawnienie, którego podstawą jest przestępstwo sądowe i represje w czasach PRL. Nie ma praktycznego znaczenia fakt, iż przejęcie nieruchomości przez Polską Rzeczpospolitą Ludową odbyło się nawet w niezgodzie z prawem obowiązującym w okresie jej zajęcia. Pod pozorem wybiórczego szacunku do „litery prawa” konserwuje się komunistyczne zakłamanie rzeczywistości oraz kradzież i wyrządzoną krzywdę. Pogwałcone zostało nie tylko dobro jednostki ale i naruszona została praworządność Państwa.
      Grabież prywatnej nieruchomości była jedną z form represji wobec mojego dziadka. Dr Jan Kopiec z poświęceniem działał na rzecz Polski i Śląska w okresie Powstań Śląskich, plebiscytu i w
latach międzywojennych. W 1918 r. przewodniczył frakcji polskiej w Radzie Miejskiej w Zabrzu. W 1920 r. Międzysojusznicza Komisja ds. Zarządzania i Plebiscytu w Opolu wyznaczyła go na członka Rady w Bytomiu. W 1921 r. został powołany przez Naczelną Radę Ludową na pełnomocnika do spraw szkolnictwa polskiego na Górnym Śląsku. 1-go czerwca 1922 r. Komisarz Państwa dla przejęcia mienia państwowego na Górnym Śląsku mianował dr Jana Kopca Komisarzem Głównym dla Zarządu Szkolnego. Od 1922 r. był on pierwszym Naczelnikiem Wydziału Oświecenia Publicznego Śląskiego Urzędu Wojewódzkiego w Katowicach. Przyczynił się do uruchomienia szkół polskich, opracowania programów nauczania oraz rozwiązania kwestii personalnych, co w sytuacji braku polskich nauczycieli mających zastąpić personel niemiecki było zadaniem niezwykle trudnym. W Województwie Śląskim powstało dobrze funkcjonujące polskie szkolnictwo. Dr Jan Kopiec w 1923 r. został wybrany i ustanowiony Naczelnikiem Gminy i Okręgu Urzędowego w Rudzie Śląskiej. Ze względu na stan zdrowia, w 1933 r. przeszedł na emeryturę. W 1933 r. zakupił dom w Mikołowie, którym do wybuchu wojny pieczołowicie się zajmował.
      W czasie okupacji mój dziadek był systematycznie nękany przez gestapo. Otrzymał zakaz wstępu do swej posiadłości w Mikołowie. Został wraz z moją mamą wyrzucony z mieszkania w Katowicach, pozbawiony emerytury i środków do życia. Jedynie dzięki przychylności i „ludzkiej” postawie napotkanego niemieckiego oficera ocalił życie i znalazł skromne mieszkanie w Katowicach – Ligocie. Po „wyzwoleniu”, w styczniu 1945 r. powrócił do swego mieszkania w Katowicach. Nocą 28.08.1945 r. został wraz z moją mamą zabrany z mieszkania przez Milicję Obywatelską i tzw. „komisję wysiedleńczą”, do obozu dla Niemców na kopalni „Wujek” w Katowicach. Szczęśliwie, po interwencji przyjaciół oboje zostali z obozu zwolnieni. Mieszkanie zostało w tym czasie ponownie splądrowane, a także częściowo zasiedlone przez obcych ludzi. Mój dziadek próbował zaopiekować się swym domem w Mikołowie lecz wkrótce został z niego wypędzony przez Milicję Obywatelską. Mimo że znalazł się w bardzo złej sytuacji materialnej,  odmówił przyjęcia proponowanych mu stanowisk w komunistycznej administracji samorządowej. Przez kolejne dziesiątki lat przyszło rodzinie żyć w bardzo uciążliwych warunkach współdzielonego z obcymi ludźmi mieszkania.
      Dr Jan Kopiec był podczas okupacji przez Niemców prześladowany jako Polak. Po tak zwanym „wyzwoleniu” w 1945 r. był przez władze komunistyczne (w tym ludzi, którzy wcześniej służyli dla
gestapo) traktowany jako Niemiec.  Dr Jan Kopiec, który przyczynił się do zbudowania polskiej tożsamości Górnego Śląska został cynicznie i przewrotnie pozbawiony domu w oparciu o Dekret o mieniu opuszczonym i poniemieckim z dnia 8.3.1946 r.
     Mam świadomość, iż kierowany przez Pana Premiera rząd stara się naprawić spustoszenia i nieprawości jakie zaistniały w naszym kraju i czyni wiele dobrego dla Polski. Wraz z uroczystym przywracaniem, także na Górnym Śląsku, prawdy historycznej i godności, głoszoną wdzięcznością za trud i ofiarę, potrzebne jest naprawienie szkód materialnych, zwrot zrabowanych przez okupantów i komunistów dóbr oraz wypłacenie odszkodowań poszkodowanym. Umożliwi to wyjście z destrukcyjnego dualizmu pomiędzy głoszonymi słowami a czynami oraz doprowadzi do prawdziwej jedności, lojalności, sprawiedliwości i poszanowania. Zwracam się z uprzejmą prośbą o pomoc w odzyskaniu nieruchomości, bądź o odszkodowanie za dokonany jej zabór. Rażąco błędne i represyjne stosowanie prawa, z pogwałceniem nie tylko jednostkowego ale i dobra wspólnego, doprowadziło do zawłaszczenia prywatnej własności nieruchomości przez PRL. Moja mama była jedyną prawną spadkobierczynią swojego ojca dr Jana Kopca. Obecnie zwracam się jako jedyny uprawniony spadkobierca mojej nieżyjącej mamy. Oryginały wszystkich wymienionych dokumentów są w moim posiadaniu, do okazania na życzenie.


Jutro list drugi. Zapraszam.







piątek, 25 października 2019

Jeszcze o gangsterach i ich ciziach

       Przyznać muszę, sam się sobie dziwiąc, że ostatnie dni wprawiły mnie w dość marny nastrój, a to z tego powodu, że nawet w najgorszych przewidywaniach nie spodziewałem się, że odpowiedzią na ową kompromitująca wręcz porażkę w minionych wyborach politycy opozycji na czele ze wspierającymi ich środowiskami, sędziowskim, medialnym i oczywiście celebryckim, zawsze gotowym na choćby cichutkie gwizdnięcie, ruszą do aż tak nieprzytomnego ataku. I pewnie można by było nawet na to wszystko machnąć ręką, gdyby to się ograniczało tylko do standardowego pohukiwania, jednak już zachowanie sądów musi robić szczególne wrażenie. Wydaje mi się, że z tych lat, które właśnie minęły pamiętam dość dużo, natomiast nie wydaje mi się, byśmy kiedykolwiek mieli do czynienia z aż tak intensywną agresją przeciwko – i nie udawajmy, że tu jest jakiś inny przeciwnik – polskiemu państwu. Niekiedy można odnieść wrażenie, że większość sędziów wpadła w stan, gdzie już za chwilę oni zaczną najzupełniej bezczelnie wypuszczać na wolność zwykłych morderców i gwałcicieli, a to tylko po to, by w ten sposób doprowadzić do takiego chaosu, że władza nie będzie miała innego wyjścia, jak zwyczajnie ustąpić.  
       A więc, powtórzę – nie jest mi łatwo i obawiam się, że najbliższe dni nie przyniosą tu ulgi. W momencie, gdy po wielomiesięcznym ataku, jaki był prowadzony w Internecie przeciwko księdzu Tymoteuszowi Szydło, ataku absolutnie bezlitosnym i w swoim kłamstwie całkowicie bezkarnym, do czasu gdy do akcji najpierw wkroczyła wynajęta przez rodzinę Szydło kancelaria prawna, no a potem już media głównego nurtu, liczyłem trochę, że owa fala oszczerstw się skończy i choć na chwilę zapanuje spokój. Otóż nic z tego. Wprawdzie niejako półgębkiem media przyznały, że, ostatecznie, jak się okazuje, ksiądz Szydło jednak nie został ojcem, jednocześnie jednak obok tego komunikatu przezornie pozostawiły na tyle gęsta atmosferę niedomówień, że określenie „afera Szydło” wciąż hasa sobie zupełnie swobodnie. Jednocześnie zabierają głos kolejni opozycyjni dziennikarze oraz politycy, że już nie wspomnę o odpowiednio tu niedawno potraktowanym księdzu Isakowiczu- Zaleskim, który jak słyszę w dalszym ciągu nie potrafi się powstrzymać przed paplaniem, a nawet się nieco uaktywnił, skoro już im nie wypada uderzać w księdza Szydło, walą równo w jego mamę, że skoro nie mogła się powstrzymać przed tym, by na całą Polskę trąbić o tym, że ma syna księdza, to niech się teraz nie oburza, że nowoczesne media sprawą się zainteresowały.
        I powiem, że to właśnie sprawa księdza Tymoteusza Szydło i jego udręczenia emocjonuje mnie nawet bardziej niż niedawna seria absolutnie skandalicznych wyroków sądowych, czy nieustanne pielgrzymowanie polityków opozycji do Brukseli z prośbami o to by ta im pomogła zniszczyć Polskę. Obserwowałem przez długie miesiące to co źli ludzie robili Księdzu i kiedy dziś czytam kolejne wypowiedzi, na red. Wielowieyskiej zaczynając, a kończąc na prezydentce Dulkiewicz, kpiące z rodziny Szydło, mam ochotę pieprznąć tym wszystkim, udać się do zabitej deskami wiejskiej gospody i upić się z rozpaczy. I oto, kiedy wydawało się, że niżej już zejść się nie da, trafiłem na tekst, broń Boże nie na jednym z wielu antypisowskich portali, lecz na jak najbardziej mainstreamowej stronie dziennik.pl, z wypowiedzią również nie jakiejś internetowej wariatki, ale było nie było równie mainstreamowej Karoliny Korwin-Piotrowskiej. Zanim ona jednak się odezwała, głos zabrali redaktorzy „Dziennika” i oto proszę, co nam zakomunikowali:
Kilka dni temu w mediach pojawiła się informacja, że ksiądz Tymoteusz Szydło zaledwie 2 lata po święceniach wziął bezterminowy bezpłatny urlop i zniknął, nie pojawiając się w parafii, w której miał rozpocząć posługę. Niemal natychmiast narodziły się plotki, że powodem tajemniczego zniknięcia młodego kapłana jest fakt, iż został ojcem. Tym rewelacyjnym odniesieniom stanowczo zaprzeczył pełnomocnik syna Beaty Szydło, a w obronie księdza stanęli politycy PiS-u, którzy uznali, że całe zamieszanie to sprawka opozycji”.
       Mam nadzieję, że wszyscy widzimy, co tu się wyprawia, bo ja akurat nie mam siły, by to dodatkowo tłumaczyć. Trzy zdania i pięć kłamstw, nawet nie zasługujących na to, by je prostować. No ale tu do gry wchodzi wspomniana Korwin-Piotrowska i patrzmy, co – a przede wszystkim, w jakim stylu – nam mówi:
       To jest proste jak konstrukcja cepa i prawica tego nie rozumie, nienawidząc szołbiznesu i wszystkiego, co z tym związane, a przede wszystkim kreacji wizerunku i odpowiedzialności za słowa.Wystawiasz buźkę do fleszy i dupsko do kopania. Medialne dwa w jednym. Zawsze boli. Proste? Jak się lata do mediów i robi okładeczki, relacje ze święceń syna, jakby to była koronacja księcia Karola, albo wybór papieża,to wpuszcza się media do swego życia. Pokaż mediom swoje dziecko, wejdą ci do kibla i sprawdzą jego zawartość. Byle instagramerka to wie, a nie premier rządu w kraju, który wstał z kolan. Serio? Wiedzą o tym w tym zepsutym lewackim szołbizie, nie wiedzą na prawicy i jest mega turbo zdziwko. Nagle prawnicy. Oświadczenia. Twittuje premier, Jaki i Kempa. Cyrk. Tylko Dudy brakuje. Kino klasy B.
      Najpierw, jak się można dziś domyślać, prawdopodobnie w ramach nieustannej walki prowadzonej przez opozycyjne środowiska polityczne na rzecz odzyskania władzy, ksiądz Tymoteusz Szydło jest na tyle bezwzględnie dręczony psychicznie, że nie będąc w stanie pełnić jak należy swojej posługi, ucieka prze tą bandą barbarzyńców na urlop, no a wówczas rozpoczyna się atak prawdziwy, który przez niemal dwa poprzedzające wybory miesiące nakręca atmosferę szyderstwa wobec nie tylko Bogu ducha winnego Księdza, ale w ogóle Kościoła. I teraz, skoro wreszcie można było na spokojnie owo kłamstwo ujawnić, wszyscy oni, zamiast się wreszcie zamknąć, robią wielkie oczy i pytają: „A co to? Nie wiedzieliście, że jest coś takiego jak internetowy hejt? To w takim razie wy się zupełnie nie nadajecie do polityki”.
       No ale nic to. Trzeba będzie jeszcze jakiś czas się z nimi pomęczyć. Może nam jakoś pomóc świadomość, z kim tak naprawdę mamy do czynienia. Te wszystkie „buźki do fleszy”, szołbiz, „dupska do kopania”, „okładeczki”, „kible z jego zawartością”, to wreszcie „serio” i „mega turbo zdziwko” – przecież to nie są zwykli ludzie; to jest klasyczny gang  ze swoimi ciziami. Obok jednak tego całego nieszczęścia, trafiłem na pewne naprawdę wiele mówiące zdjęcie. Popatrzmy na nie, postarajmy się je zapamiętać i w sytuacjach trudniejszych sobie o nim przypominać. Powinno nam ulżyć.


środa, 23 października 2019

O czystym jak diament sumieniu księdza Isakowicza-Zaleskiego


      Choć dla wielu czytelników tego bloga może to być sprawą oczywistą, powtórzę tu dziś raz jeszcze, że choć do kapłanów i zakonnych sióstr naszego Kościoła czuję bezwstydny wręcz szacunek, który w wymiarze fizycznym z najwyższym uporem realizuję na co dzień choćby tylko pozdrawiając ich wszystkich bez wyjątku tradycyjnym „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus”, są też księża - a tu mogłoby mi zabraknąć palców obu rąk - z którymi, gdy chodzi o wspomniany szacunek, mam bardzo duży kłopot. I, wbrew pozorom, nie chodzi mi najbardziej o tych wszystkich lansowanych przez liberalne media dominikanów, czy tym bardziej o pojedynczych księży takich jak ksiądz Lemański, Sowa, czy Luter, ani nawet o samego kardynała Nycza, ale o niegdyś nadzwyczaj skromnego i w sposób oczywisty zasłużonego dla naszej wolności księdza Isakowicza-Zaleskiego. Gdy chodzi o tamtych, to oni przynajmniej nawet nie próbują ukrywać zła, w które z taką dumą wdepnęli i dziś z autentyczną satysfakcją, jak gdyby nigdy nic, głoszą swoje nauki. Co do księdza Isakowicza jednak, moje myśli są znacznie poważniejsze, a uwagi o wiele bardziej surowe. Otóż przez to, że on z jednej strony przedstawia się, jako jeden z najwierniejszych obrońców Kościoła, który jest rzekomo rozsadzany od zewnątrz przez liberalnych Jego wrogów, a z drugiej pozwala się w sposób zupełnie skandaliczny wykorzystywać przez prawdziwych tego Kościoła wrogów, ja go uważam za nie mniejszego szkodnika niż buszujący od lat po kościelnych peryferiach Tomasz Terlikowski, Grzegorz Górny, czy całe to towarzystwo związane z takimi katolickimi portalami, jak Fronda, czy Polonia Christiana. Nie ma bowiem nic gorszego, jak owi głupcy, którzy chcieli dobrze, tyle że trafili na o wiele większych cwaniaków od siebie.
       Czemu dziś piszę o księdzu Isakowiczu-Zaleskim? Otóż on mi chodził po głowie już jakiś czas, a na tym blogu występował jeszcze lata temu, natomiast wczoraj pojawił się na dobre w związku z tym, że ów straszny, najbardziej okrutny atak wymierzony przez moce zła przeciwko księdzu Tymoteuszowi Szydło, nie mógł być już dłużej dyskretnie bardzo przemilczany przez ogólnopolskie media, no a przy tym również przez Polskie Państwo. My, którzy znajdujemy czas i odpowiednią pasję, by przebywać tu w Internecie o wiele częściej, niż przeciętni Polacy, mogliśmy już od wielu tygodni z bezradnym przerażeniem obserwować to, co bardzo źli ludzie wyprawiają, gdy chodzi o tego biednego księdza. Wcześniej sam starałem się być dyskretny i nie przykładać ręki do tego, by te wszystkie kłamstwa, rozpowszechniane przeciwko niemu, czy to na Twitterze, czy Facebooku, rozeszły się szerzej niż i tak już zupełnie bezkarnie przewalały, jednak kiedy po pewnym, jak się okazało zaledwie pozornym przyśnięciu, ruszyła kolejna fala, no i mimo że również zareagowali prawnicy księdza Tymoteusza, najbardziej bezczelni oszczercy posunęli się do tego, by w celu wzmocnienia przekazu obniżyć wiek owej wymyślonej przez te czarne dusze dziewczynki do piętnastu lat, pomyślałem, że jednak o tym tu wspomnę. Dziś sprawa jest już bardzo szeroko udostępniana, głos zabrał nawet premier Morawiecki i wciąż tylko jedna kwestia pozostaje niewyjaśniona: kto mianowicie uruchomił tę lawinę? Kto jako pierwszy opublikował ten mem, w którym Księdzu zadano pierwszy cios. Ponieważ ja mam tu swoją indywidualną opinię, pragnę się nią podzielić.
      Otóż, jak pewnie dziś sobie wszyscy przypominamy, jakieś dwa lata temu premier Szydło pochwaliła się ze zrozumiałą dumą, że jej syn został uroczyście wyświęcony i dziś już może szczęśliwie służyć wiernym jako ksiądz Tymoteusz. Następna radosna bardzo wiadomość była taka, że Ksiądz znalazł swoją pierwszą parafię w Buczkowicach, a następna, że stamtąd wyruszył do Oświęcimia, gdzie miał służyć grupie wiernych modlących się w rycie Trydenckim. No i wtedy jak grom z jasnego nieba spadła na nas informacja, że z zapowiedzianych mszy będą nici, bo ksiądz Tymoteusz zwrócił się do swoich przełożonych z prośbą o roczny urlop. No i wtedy się zaczęło.
       Piszę, że się zaczęło, choć szczerze powiedziawszy, jestem przekonany, że przynajmniej z punktu widzenia księdza Szydło, zaczęło się znacznie wcześniej, a więc w momencie, gdy wiadomość o tym, że „syn Szydło” dołączył do „szajki kościelnych pedofilów” z całą pewnością musiała zacząć kursować tam gdzie na nią czekano z oczywistym utęsknieniem. Myśmy tu może jeszcze owych głosów nie słyszeli, natomiast obawiam się bardzo, że Ksiądz je słyszeć musiał. I nie mogło być mu z tym łatwo.
       Kto zatem był tym pierwszym, który rzucił kamieniem na tyle dużym, by to drżenie można było naprawdę poczuć. Otóż pamiętam bardzo dobrze moment, gdy wiadomość o tym, że ksiądz Szydło poprosił o urlop i go otrzymał, zaczęła być komentowana przez samego właśnie księdza Isakowicza-Zaleskiego. I to nie jeden raz, ale wielokrotnie; i to nie tylko na Twitterze, ale on swój długi nos wsadzał wszędzie tam, gdzie go o komentarz proszono. Posłuchajmy więc wyboru owych wypowiedzi, udzielanych na lewo i prawo przez owego świętego męża z najwyższą radością:
Święcenia kapłańskie odbywają się publicznie, więc każdy człowiek kościoła katolickiego ma prawo też wiedzieć, dlaczego dany ksiądz zostawił parafię. Uważam, że w przypadku urlopu ks. Szydło, powinno się wyjaśnić całą sprawę. Powinna to zrobić kuria jak i ks. Tymoteusz. Co może być przyczyną tak długiego urlopu? Powodów może być bardzo wiele. Nie ma co ukrywać, bo są też np. ludzie młodzi, którzy przechodzą załamanie, depresję… Ja młodemu księdzu życzę jak najlepiej. I jeśli nawet ma problemy, to zawsze jest sytuacja do wyjaśnienia i wtedy to jest czytelne”. 
[...]
Bezterminowy urlop zaledwie po 2 latach kapłaństwa? To oznacza tylko jedno. Wielka szkoda. Pomodlę się dziś za ks. Tymoteusza i jego Rodziców. Zachęcam też innych do modlitwy za wszystkich kapłanów, którzy przeżywają trudne chwile. Mam nadzieję, że wszystko dobrze się skończy”.
      No i wreszcie dziś, czując prawdopodobnie że narozrabiał, ale jako człowiek o sercu, które zdążyło mu już wielokrotnie stwardnieć, zamiast się zwyczajnie zamknąć, już tylko brnie i ma czelność po tym wszystkim jeszcze odpowiadać premierowi Morawieckiemu na jego słowa współczucia dla księdza Szydły:
Panie Premierze Morawiecki, wszelkie ataki na rodziny są haniebne. Jednak, czy prymicje na Jasnej Górze z udziałem ministrów i marszałków nie były upolitycznieniem posługi tego kapłana? Inna sprawa, że winien on powiedzieć prawdę i przeciąć spekulacje, a nie wynajmować prawnika”.
        Mógłbym tu zapytać księdza Zaleskiego, po jasną cholerę on apeluje o prawdę i o jaką prawdę, skoro w jednej z jego wyżej zacytowanych wypowiedzi stoi jak byk, że „to oznacza tylko jedno” i że owo „jedno” to „wielka szkoda”? Czego zatem on jeszcze nie wie? Mógłbym też jeszcze bardziej podrążyć i próbować księdza Zaleskiego popytać o inne rzeczy. Nie mam jednak tu zamiaru się jakoś szczególnie znęcać nad tym zagubionym człowiekiem, więc tylko może postawię publicznie skromniejsze pytanie, o co tak naprawdę chodzi księdzu Isakiewiczowi-Zaleskiemu, kiedy próbuje tak dręczyć swojego brata w kapłaństwie? Czemu jemu tak strasznie zależy, by ksiądz Tymoteusz Szydło wystąpił publicznie i opowiedział nam o swoich problemach? Czego on się spodziewa, że cóż takiego powie mu ów tak strasznie skrzywdzony, i krzywdzony nadal, ksiądz? Na jakie tajemnice on liczy i o jakie dobro Kościoła on apeluje? I o zaspokojenie jakiej swojej ciekawości?
       Zadaję te pytania, tak naprawdę udając tylko, że liczę na jakąś odpowiedź. Nie można bowiem liczyć na nic dobrego ze strony ludzi, których życie omotało siecią zepsucia, którego nawet nie sposób nazwać.



wtorek, 22 października 2019

Na różowej, na podusi, czyli o sercu i duszy


       Jestem przekonany, że o polskiej kinematografii, no i w ogóle o osiągnięciach naszej współczesnej kultury, pisałem tu parokrotnie, natomiast nie umiem sobie przypomnieć, czy wspominałem o pewnym kinematograficznym doświadczeniu, jakie na mnie spadło, kiedy któregoś dnia jakimś niezbadanym przypadkiem trafiłem na youtubie na serię bardzo krótkich brytyjskich filmów zrealizowanych przez miejscowych amatorów, które to filmy zrobiły na mnie takie wrażenie, że przez dobrych kilka dni nie byłem się w stanie uspokoić. Gdybym jednak o czymś zapomniał, powiem tylko, że chodzi o to, iż z jednej strony były to w sposób jednoznaczny zaledwie filmowe wprawki adeptów sztuki filmowej, a z drugiej jednak ich poziom, w porównaniu choćby do tego, na co minister Gliński rok rocznie wydaje ciężkie miliony, sięgał kosmosu.
       Przyznam tu zupełnie uczciwie, że mimo iż generalnie uważam się za osobę potrafiąca nazywać rzeczy po imieniu, w kwestii odpowiedzi na pytanie, czemu, gdy chodzi o nasz piękny kraj, poziom wszelkiej produkcji artystycznej jest tak żenująco niski, to ja na to pytanie odpowiedzi nigdy nie byłem w stanie odnaleźć. Czy to bowiem współczesna polska piosenka, czy współczesna polska literatura, czy w ogóle wszelkie współczesne wyczyny kulturalne z filmem włącznie, to co stamtąd otrzymujemy jest na tak niskim poziomie, że aż trudno uwierzyć, że to wszystko powstało tu u nas, a nie w jakiejś choćby Francji, Włoszech, czy Bułgarii.
        I oto pojawia się kwestia, którą miałem w głowie od dłuższego już czasu, ale z różnych powodów musiała ona wciąż na swoją kolej czekać. Otóż, co wiedzą niektórzy, dorobiłem się w ostatnich latach troje wnuczek, z których jedna, ta najstarsza, wciąż mnie molestuje, bym jej puszczał umieszczone na youtubie piosenki dla dzieci. Ponieważ i ja i moja żona jesteśmy z wykształcenia anglistami, zapoznaję to dziecko również z piosenkami w języku angielskim, które jednak są na tyle pięknie zrealizowane, że bariera językowa nie stanowi dla niej jakiegokolwiek problemu. No ale oczywiście, obok owych angielskich rymów, słuchamy też piosenek polskich – co muszę tu koniecznie podkreślić, ostatnio coraz częściej – i to  na co nie mogłem nie zwrócić uwagi, to fakt, że zdecydowana większość polskich filmików z tymi piosenkami pod każdym możliwym względem zdecydowanie przewyższa to, co prezentują strony z piosenkami dla małych Amerykanów, czy Brytyjczyków. Nie chcę tu powiedzieć, że tamto to są jakieś śmieci. Nic podobnego. To są fantastyczne piosenki, pięknie zrealizowane, cudownie zaśpiewane, rzecz jednak w tym, że to wszystko co zostało stworzone przez polskich dziecięcych edukatorów bije tamtą produkcję na głowę pod każdym względem.
       Od dobrych parunastu miesięcy niemal dzień w dzień oglądam te filmiki, zrealizowane przez kompletnie anonimowych autorów, dośpiewane przez równie anonimowych artystów – często zresztą same dzieci – i nie mogę się oprzeć wrażeniu, że gdyby – zostańmy tu może przy polskiej kinematografii i piosence – coś na podobnie wysokim poziomie udało się nam osiągnąć w tak zwanej sztuce poważnej, to bylibyśmy w absolutnej światowej czołówce.
      Rzecz jednak w tym, że my nawet nie wiemy, kto stoi za tym zupełnie niezwykłym osiągnięciem. Kto te wszystkie filmiki produkuje i kto je swoim talentem wypełnia kto je wreszcie wyśpiewuje. A o czym to świadczy? O tym mianowicie, że to jest coś, co się odbywa całkowicie poza rynkiem tak jak on jest powszechnie rozumiany, i to tak, że tu nie dość że nie ma mowy ani o sławie, to również o jakichkolwiek pieniądzach.
      Wśród piosenek, z którymi ostatnio budzę się każdego dnia, jest też prześliczny wierszyk Janiny Porazińskiej „Ta Dorotka”. I tu pojawia się coś, co właściwie zasługuje na osobny tekst, no ale nie sposób o tym nie wspomnieć i tu. Otóż w momencie gdy pani Porazińska pisze, anonimowa artystka śpiewa, a równie anonimowy artysta rysuje słowa:
A teraz śpi w kolebusi, w kolebusi,
Na różowej na podusi, na podusi,
Chodzi senek koło płotka, koło płotka:
Cicho, bo już śpi Dorotka, śpi Dorotka
”,
czujemy wszyscy, że stoimy wobec sztuki niezłomnej, niepodległej i niepokonanej. Sztuki wielkiej.
        No i pojawia się to pytanie, czemu ów wspaniały naród nie jest w stanie wspiąć się o szczebel wyżej i napisać znakomitą powieść, nakręcić poruszający cały świat film, czy zaśpiewać piosenkę dla dorosłych, która zrobi wrażenie na wszystkich. Wygląda na to, że odpowiedź na tę zagadkę dają nam te biedne filmiki zamieszczone całkowicie za darmo na youtubie przez ludzi, którzy w swoją pracę zaangażowali nic więcej ponad osobisty talent i serce, nie oglądając się ani na pieniądze, ani na sponsorów, ani na to, kto gdzie i jak. Wygląda na to, że przynajmniej tu u nas każda próba rozmowy o interesach kończy się kompletną klapą.
      No ale jest jeszcze coś. Otóż gdy chodzi o te piosenki, najczęściej śpiewane są przez dzieci, na pełnym krzyku, z prawdziwą radością i energią. Czasem jednak można tam znaleźć tak zwanych „zawodowych” piosenkarzy, i oni już kompletnie tracą poczucie misji. Kiedy zaczynają modulować te swoje głosy i się bez sensu popisywać, wszystko w jednej chwili siada. I tu powoli się zbliżamy do faktycznej odpowiedzi na tę naszą zagadkę: czemu? Chodzi po prostu o serce i duszę, które z jakiegoś powodu nie potrafiły przebić do, jak ją nazywają, kultury poważnej.
      Popatrzmy więc teraz może na nasz polski remake znanego przeboju „Old MacDonald Had A Farm”; popatrzmy na tę głębię ekspozycji, na ten dowcip, na siłę przekazu, na śpiew, wreszcie na tę grafikę, i zobaczmy, co byśmy mogli mieć, gdyby to wszystko udało się nam we właściwym czasie zorganizować nieco inaczej.



      

poniedziałek, 21 października 2019

Pięć wesołych kawałków na powyborczą gorączkę


Wprawdzie najnowszy numer "Polski Niepodległej" jeszcze nie trafił do kiosków, jednak z myślą o wiernych czytelnikach tego bloga przedstawiam już dziś kolejny odcinek moich "Wezwanych do tablicy". Powinno być wesoło.



Jestem pewien, że w efekcie minionych wyborów wielu z nas miało różne myśli, poczynając od pełnego entuzjazmu, a kończąc na ponurym rozczarowaniu, jednak jak zawsze wszystko to, co nam się mogło urodzić w naszych głowach, przebili tak zwani celebryci, a wśród nich na pierwszym miejscu nasza ulubienica, aktorka Krystyna Janda, która chyba już w sam wieczór wyborczy, kiedy okazało się, że projekt, który ona dla siebie wybrała nie uzyskał ponad 40 procent głosów, lecz znacznie, znacznie mniej, opublikowała następujące wyliczenia:
      Na PiS głosowało 8 mln ludzi, po tym jak PiS rozdał 100 mld zł socjału w postaci różnych plusów, czyli jeden głos kosztował 12500 zł. PiS rządził 1428 dni, czyli za jedną dobę PiS zapłacił 8 zł 75 gr. swojemu wyborcy. Firma Sedlak&Sedlak podaje, że za noc z prostytutką w Warszawie trzeba zapłacić średnio 2256 zł”.
      Oczywiście wypowiedź pani Jandy wywołała w jednej chwili całe mnóstwo szyderczych komentarzy, w których zarzucono jej przede wszystkim, że ona zupełnie najwyraźniej w świecie zwariowała, ja jednak staram się, jak zawsze, zachować w stosunku do osób, które uważam za ofiary zwykłego ludzkiego nieszczęścia, pewne zrozumienie i tu akurat chciałbym przedstawić opinię, która aktorkę Jandę choćby troszeczkę usprawiedliwi. Otóż sytuacja w której najwyraźniej bardzo dobry sprzedawca robi nadzwyczaj udany interes sprzedając swój towar po 8 złotych 75 groszy, podczas gdy Janda i jej znajomi wołają 2256, i z tego co widać, chętnych wciąż nie przybywa, musi być dla tych ludzi nadzwyczaj traumatyczna.

***

W ogóle, powyborcza trauma dotknęła bardzo szerokie kręgi uczestników naszego życia publicznego. Weźmy samego Grzegorza Schetynę, lidera partii, która w tych wyborach poniosła zdecydowanie najbardziej sromotną porażkę. Ów, jak się okazuje, człowiek jeszcze bardziej dziwny, niż można się było tego kiedykolwiek spodziewać, korzystając z faktu, że obchodzimy właśnie okrągłą rocznicę przerażającej wręcz śmierci błogosławionego księdza Jerzego Popiełuszki, opublikował na swoim Twitterze następujący komunikat:
Dziś 35. rocznica śmierci bł. ks. Jerzego Popiełuszki. I 2. rocznica śmierci Piotra Szczęsnego – ‘Szarego Człowieka’. Obaj starali się poruszać nasze sumienia w czasach ciężkich. Składamy Im hołd”.
Kiedy wszyscy zastanawialiśmy się, czy Grzegorz Schetyna w wyniku powyborczego szoku dołączył do gruby osób dotkniętych psychiczną chorobą, odezwał się ktoś, o kim przynajmniej ja wcześniej nie słyszałem, a kto swego czasu pełnił funkcję ambasadora RP w Kanadzie, a dziś jest senatorem Koalicji Obywatelskiej, niejakiego Marcina Bosackiego. Oto ów przekaz:
Zapaliłem dziś z najmłodszym synem znicze i na grobie ks. Jerzego Popiełuszki, i w miejscu śmierci Piotra Szczęsnego. W rocznicę Ich śmierci. Obaj chcieli lepszej Polski. Dobrej Polski”.
Wśród komentarzy jakie pojawiły się po obu wypowiedziach, na czoło wysunęły się te, gdzie, jaka że w obu wpisach data śmierci Szczęsnego została pomylona o pełne dziesięć dni, sugeruje się, że to Bosacki prowadzi konto Schetynie i zwyczajnie nie potrafi się kontrolować. Z mojego jednak punktu widzenia, kto tu komu co prowadzi nie ma najmniejszego znaczenia. Fakt jest jeden i oczywisty. Oni faktycznie popadli w jakąś bardzo ciężką psychiczną chorobę.

***

Bardziej uważnych czytelników zapewne zainteresowało to, że ja tu już po raz drugi używam argumentu z psychiczną chorobą w tle. Ja też to oczywiście zauważyłem i już spieszę z wyjaśnieniem, skąd to tu się pojawiło. Otóż obejrzałem sobie właśnie wywiad, jakiego na portalu onet.pl niesławnej redaktor Elizie Michalik udzielił świeżo wybrany poseł Janusz Korwin Mikke. W pewnym momencie, proszę sobie wyobrazić, Mikke, jak to on ma w zwyczaju, poinformował widzów, że on, gdyby miał wybierać, to by swoją ośmioletnią córkę raczej wydał w ręce pierwszego z brzegu pedofila, niż pierwszej z brzegu seksedukatorki. Dlaczego tak? Otóż dlatego, że zdaniem Korwina, nawet gdyby ów pedofil poklepał jego córkę po pupie, nie wyrządziłby jej takich szkód jak wspomniana seksedukatorka swoimi zboczonymi teoriami. Indagowany przez Michalik Korwin dodał zupełnie bezwstydnie, że gdy chodzi o klepanie po pupach swoich dzieci, nie tylko zresztą swojej córki, ale nawet swojego syna, on po nich klepie, kiedy tylko ma ochotę, na co Michalik – uwaga, uwaga! – poprosiła Korwina, by on i ją klepnął, bo ona chce zobaczyć, jak to jest. W pupę. No i wtedy to ów Korwin wypalił: „Czy pani jest chora psychicznie?” Cała polityczna scena jest dziś na te słowa święcie oburzona, ja natomiast po raz pierwszy od wielu lat myślę sobie, że ten Korwin bywa jednak zabawny. No i stąd te moje dzisiejsze wybryki.

***

No ale nie mieliśmy pisać o moich wybrykach, ale o wybrykach tych co naprawdę brykają. I tu w tym momencie na pierwszy plan wysuwa się krakowski aktor i nowo wybrany senator, Jerzy Fedorowicz. Ów człowiek, jak większość z nas pewnie wie, w reakcji na zwycięstwo Prawa i Sprawiedliwości w wyborach do Senatu, oraz przede wszystkim w obawie, że PiS będzie próbował zachęcić część posłów opozycji do współpracy, oświadczył co następuje:
Człowiek, który w tym momencie, kiedy tak ważna rzecz się stała w polskiej polityce, nagle zmieni front i odejdzie od ludzi, którzy na niego głosowali, będzie obłożony anatemą do trzech pokoleń. To jest pewne – oświadczył. – Jeżeli ktoś ma odwagę taką, żeby zaryzykować swoje życie, swoich dzieci i wnuków, to proszę bardzo”.
Wypowiedź Fedorowicza wywołała autentyczną burzę, na co ów opublikował oświadczenie, w którym zapewnia, że kiedy on wspominał o ryzykowaniu życiem, miał na myśli nie to, że on, jego dzieci i wnukowie w ramach politycznego rewanżu będą mordowali nas, nasze dzieci i wnuki, ale jemu chodziło o to, że nasze dzieci i wnuki za zdradę ideałów Koalicji Obywatelskiej będą okryte wieczną hańbą. I teraz jest tak. Ja oczywiście, gdyby miało się tak zdarzyć, że Koalicja Obywatelska zamierza okryć mnie, moje dzieci i wnuki hańbą, to wobec takiej hańby nie mam żadnych zastrzeżeń. Wręcz przeciwnie, ja bym nawet prosił, by Fedorowicz i jego partyjni towarzysze okryli nas wszelką hańbą, jaka im tylko przyjdzie do głowy. To jednak co mnie tu zaciekawiło szczególnie to pewien sposób myślenia, który uważam za szczególnie chory. Otóż tak jak byłem wychowywany przez swoich rodziców, zawsze sądziłem, że nawet śmierć jest lepsza od wiecznej hańby. Lepiej bowiem umrzeć niż skazać siebie, swoje dzieci i wnuki na to, by żyły w świadomości, że ich imię zostało kiedyś autentycznie zhańbione. I na to przychodzi ów dziwny człowiek i zapewnia nas, że kiedy on nam życzył śmierci, to w żaden sposób nie śmierci na jakiegoś raka, czy od ciosu noża, ale śmierci honorowej. Tylko honorowej. Takie głupstwo. Przepraszam bardzo, ale gdy chodzi o mnie, to wolę umrzeć niż podać rękę komuś takiemu.

***

W ogóle, z tym podawaniem ręki, od czasu gdy stwierdziłem, że tu ryzyko jest zdecydowanie zbyt duże, mam poważny kłopot. Natomiast z zupełnie czystym sumieniem mogę zadeklarować, że uściśnięcie ręki prezydentowi Andrzejowi Dudzie będzie dla mnie prawdziwym zaszczytem. Oczywiście pierwszym tego powodem jest zdjęcie, jakie zostało opublikowane w mediach, pokazujące Prezydenta, jak wyrusza do zakopiańskiego biegu na rzecz transplantacji, na którym to zdjęciu on się prezentuje jako zwyczajnie najlepszy. Drugi jednak powód stanowi jego wystąpienie podczas jubileuszu Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie, a konkretnie opowiedziany przez niego następujący żart:
Jest ogólnoświatowa konferencja rektorów w południowej Afryce. Z Europy leci samolot pełen rektorów, niestety nastąpiła awaria i samolot gdzieś w okolicach Afryki Równikowej spadł do dżungli. Na szczęście większość pasażerów jakoś przeżyła, ale miejscowe plemię ogarnęło wszystkich rektorów. Niestety wszyscy rektorzy zostali zjedzeni poza jednym. Poza panem prof. Ryszardem Tadeusiewiczem, rektorem AGH. Dlaczego? Bo wódz plemienia był jego kolegą na elektrycznym, na AGH”. 
Dziś, jak słyszę, pojawiają się głosy, by, podobnie jak zdradzieckich posłów z senackiej opozycji, prezydenta Andrzeja Dudę, jego córkę i jej dzieci, za te skandaliczne, rasistowskie słowa obłożyć wieczną anatemą, ja jednak chciałbym oświadczyć, że uważam je za nadzwyczaj śmieszny żart i tym bardziej w najbliższych wyborach na Prezydenta RP będę robił wszystko, by jego kandydatura wygrała.