czwartek, 27 listopada 2008

Do braci Lemingów

Ostatnio, głównie dzięki niezwykłemu wybrykowi marszałka Komorowskiego, zająłem się głównie problemem ludzi złych, zawistnych i pełnych nieopanowanej nienawiści. No i natychmiast zaczęły się odzywać przysłowiowe nożyce. Oczywiście, nie spotkałem nikogo, kto by przyznał - tak, zgoda, nienawidzę i jestem z tej mojej nienawiści dumny. Wszyscy ci, którzy uznali, że czynię aluzje pod ich adresem twierdzą, że przede wszystkim mają rację i wszelkie podstawy, żeby zachowywać się tak jak się zachowują. Przy tym jednak zapewnili mnie szczerze i solennie, że oni nie życzą nikomu nic złego, a jeśli niektóre ich wypowiedzi są zbyt może jednoznacznie agresywne, to oni albo żartują, albo ironizują, albo po prostu są spragnieni sprawiedliwości.
Jest też oczywiście druga strona tego konfliktu. Mam tu na myśli wszystkich tych moich czytelników, którzy mnie wspierają i dzielą moje niepokoje. Oni, z kolei, mają skłonność przypisywać drugiej stronie przede wszystkim kompletne zidiocenie, a ponadto zdradę i zwykły występek. To że uważam reakcje moich przeciwników za głupstwo, to naturalne. Muszę jednak oświadczyć, że, jeśli idzie o przyjaciół, też nie do końca się z nimi zgadzam. Przede wszystkim uważam, ze większość osób, którzy uważają prezydenta Kaczyńskiego i jego brata za durniów, a nawet większość z tych, którzy twierdzą, że skoro nie da się już obu panów wtrącić do lochów, to można nawet poprzeć jakieś inne - bardziej naturalne - rozwiązanie, prezentują osobowości o wiele bardziej skomplikowane. Oczywiście, są wśród nich zarówno prości idioci, jak i zwyczajnie ludzie podli, ale wydaje mi się, że ich odsetek nie jest wyraźnie wyższy, niż wśród fanów piłki nożnej, operetki, czy literatury science-fiction. Również od czysto politycznej strony, jestem pewien, że nawet wśród zwolenników partii tak uczciwej i solidnej, jak Prawo i Sprawiedliwość, też można bez problemu znaleźć zwykłych głupków, a może i nawet ludzi zwyczajnie złych.
Uważam, że problem leży zupełnie gdzie indziej. Jeśli w wielu kręgach naszego społeczeństwa zapanowała moda na chamstwo, a serca wielu ludzi zwyczajnie stwardniały, to wyłącznie przez, z jednej strony, podstawowy brak wiedzy, a z drugiej karygodną naiwność. Jestem przekonany, że gdyby problemem społecznie dyskutowanym stało się nagle zdrowie, albo budowa mostów, w jednej chwili ujrzelibyśmy całe tłumy rozentuzjazmowanych dyskutantów, z których każdy miałby tysiące recept i bardzo oryginalnych pomysłów na rozwiązanie dokładnie każdego problemu. A gdyby na dodatek, pojawiłaby się jakaś grupa interesów, która przyjęła by sobie za cel, doprowadzenie temperatury sporu to granic wytrzymałości, nie zdziwiłbym się gdyby nagle pojawili się potencjalni zabójcy, gotowi zlikwidować każdego, kto twierdzi, ze aspiryna pomaga na ból głowy, albo że mosty powinny być mocne i stabilne.
Proszę zwrócić uwagę, co się wyprawia z uczestnikami, z prowadzącymi i z oglądaczami programów typu You can dance. Wszyscy są tak nieprawdopodobnie nakręceni, że w pewnym momencie jedyne co są w stanie z siebie wydobyć to przyspieszone bicie serca i łzy. Wystarczy stworzyć odpowiednią oprawę, zebrać wokół grupę ludzi w pewien szczególny sposób wrażliwych, a następnie im wmówić, że to wszystko co widzą, przede wszystkim jest szalenie oryginalne, a oprócz tego niezwykle istotne dla ich życia. Czy ja sugeruję, że większość z fanów tego typu rozrywki to głupcy? Ależ gdzie tam! To są często ludzie dokładnie tacy sami jak my, tyle, że przez swoje lenistwo, czy właśnie przez pewnego rodzaju naiwność, dali się wciągnąć w pewną grę i uznali, ze to co widzą, tworzy coś autentycznie rzeczywistego.
Oczywiście ci, którzy zajmują się tworzeniem tego złudzenia i ci, którzy tego typu projekty realizują, doskonale wiedza, co robią i o co w tym wszystkim chodzi. Ale podobnie jest z tymi wszystkimi specjalistami od tworzenia politycznych wizerunków, od analizowania politycznej sceny i od sączenia w ludzkie umysły najbardziej ohydnej propagandy. To są często najgorszego autoramentu szubrawcy, ludzie pozbawieni sumień i zasad, często najbardziej śliskie postacie, nawet nie zasługujący na to, żeby na nich spojrzeć. Inaczej już jest w przypadku często niewinnych ofiar tych wszystkich przedsięwzięć.
Według tego schematu, Bronisław Komorowski i Wojciech Maziarski nie mają absolutnie nic na swoje usprawiedliwienie. Podobnie jak poseł Graś, który właśnie gada mi za ścianą. Każdy z nich doskonale zdaje sobie sprawę z tego, co się wokół dzieje i nawet jeśli doszedł w swoim życiu do tego momentu, kiedy nie pozostało już mu nic ponad nienawiść, kłamstwo i szyderstwo, to doprowadził się do tego wyłącznie sam i jeśli skończył tak jak skończył, pretensje może mieć tylko do siebie.
Ci jednak, których jedyną winą jest to, że postanowili znaleźć się w tej połówce naszego społeczeństwa, których w ogóle polityka interesuje, i którzy są troszkę bardziej nonszalanccy, zbyt pewni siebie i znacznie bardziej łatwowierni od przeciętnego mieszkańca podtatrzańskiej wsi na przykład, może zasługują choć na odrobinę współczucia, jeśli już nie zrozumienia.
Pamiętam, kiedyś czytałem wywiad z pewnym artystą rockowym, który, w swojej niechybnie wyższej od przeciętnej inteligencji i przy niewątpliwie wyższych ambicjach, niż to jest w przypadku wielu jego kolegów, powiedział, ze on ostatnio odszedł zdecydowanie od Kościoła, ponieważ dowiedział się, ze według rzymsko-katolickiej nauki, Jezus zbawi tylko właśnie rzymskich-katolików. A co z miliardem Chińczyków??? Ktoś powie, że ten muzyk, czy piosenkarz, jest zwyczajnym debilem. A to nie koniecznie musi być prawdą. On po prostu z jednej strony chciałby wiedzieć coś więcej, ale za to z drugiej strony, nie bardzo mu zależy, żeby wiedzieć, czy to co wie, to jest akurat prawda i czy to jest cała prawda.
Pamiętam, jak w czasach późnej komuny, kiedy już wrzało, a wokół co chwilę organizowane były jakieś demonstracje, jakieś protesty, jakieś strajki, duża część społeczeństwa lubiła mawiać: „A ciekawe, czy od tych strajków przybędzie nam towaru na półkach?" Czy te opinie były wyrażane wyłącznie przez idiotów i komunistów. Pewnie że nie. Często w ten sposób mówili ludzie, którzy po prostu sądzili, że coś wiedzą, a akurat tak się składało, ze nie wiedzieli.
Podobny błąd popełniają nawet osoby niezwykle wykształcone, bardzo inteligentne, szalenie oczytane i z pewnością niezwykle szlachetne. Mój nowy salonowy kolega o nicku FlyingOko, z zawziętym uporem namawia mnie, żebym przestał się zajmować głupstwami, a zamiast tego zainteresował się choćby przedwojenną Luxtorpedą i pytaniem, czemu coś takiego w dzisiejszych czasach jest nieosiągalne. Przy tym, FlyingOko przyznaje, że on nie ma pojęcia, kto to jest Morozowski, kto to jest Maziarski, ani nawet kto to taki ksiądz Cybula. Ja uważam, ze on popełnia w pewnym sensie dokładnie ten sam błąd, jaki popełniali ci właśnie wszyscy, którzy w latach 80. byli tak strasznie praktyczni, że ich, jeśli idzie o Adama Michnika, na przykład, interesowało tylko to, czy „ten wasz Michnik" sprawi, że będzie nas stać na nowe buty na zimę.
FlyingOko zatem jest głęboko przekonany, że ja tracę czas na pierdoły, podczas gdy tyle rzeczy jest do zbadania. On również uważa, że jemu do stawiania diagnoz absolutnie nie jest potrzebna informacja o tym, kto to taki Kazimierz Kuc, czy ksiądz Zalewski. On wie, kim była Zyta Gilowska, kim jest Kazimierz Marcinkiewicz i wie oczywiście, jak się nazywa obecny minister finansów. Ale on wie jeszcze coś - on wie, że Gosiewski wybudował dworzec we Włoszczowej, że Tadeusz Ryzyk to ksiądz, który posiada silne katolickie medium o nazwie Radio Maryja, wie też, że Gosiewski u tego Ryzyka był „nawalony jak Kruk".
Dlaczego on nie wie więcej? Dlatego, że postępuje trochę tak, jak przywódcy państw, prezesi wielkich firm, czy na przykład też księża. Oni swoją wiedzę czerpią z dwóch źródeł - z własnego życiowego doświadczenia i z tzw. prasówki. Mówiąc o ‘prasówce' mam na myśli nie tylko same medialne doniesienia, ale również osobiste kontakty ze swoim najbliższym, codziennym otoczeniem. Każdy dzień utwierdza ich w przekonaniu, że to co myśleli wczoraj, zachowuje swoją ważność i dziś. Rozmawiają wciąż z tymi samymi ludźmi, czytają wciąż tylko te same gazety, na myśl o kontakcie z przeciwnikiem czują zmęczenie i czym są starsi, tym trudniej im jest przyjąć, że mogą czegoś po prostu nie wiedzieć.
A co najważniejsze, nigdy nawet nie dopuszczą do siebie myśli, że w międzyczasie, zupełnie niechcąco, stali się przedmiotem najbardziej wyrafinowanej manipulacji. Oni? Nigdy!
I znów można spytać. Czy oni są głupi? Czy oni są źli? Czy oni są podli? Absolutnie nie. Oni po prostu w pewnym momencie uznali, ze wszystko co widzą jest na tyle uporządkowane i logiczne, ze nie ma mowy o jakimkolwiek nieporozumieniu. A co się z nimi dzieje dalej - to już jest absolutnie inna sprawa. I tu dopiero możemy - choć wcale nie musimy - mieć do czynienia z indywidualną głupotą, czy czystym ludzkim złem.
Oczywiście, w różnych miejscach, w tym również na moim blogu, pojawiają się postacie absolutnie odrażające. Podejrzewam, ze wielu z nich, to są zwykli wariaci, którzy albo autentycznie przepełnieni są taką najprostsza, chorą nienawiścią do człowieka. I oni głównie plują i rechoczą. Czasem ich wycinam, niekiedy ich lekceważę, czasem próbuję coś powiedzieć. Ale obawiam się, ze on są absolutnie nieroformowalni i zresztą jakakolwiek reforma jest im dalece obojętna. Ale są też tacy, którzy uważają, że ja mam pomieszane w głowie, że z tej miłości do Kaczyńskich zupełnie zbzikowałem i próbują mnie jakoś ustawiać. Ja nie mam co do nich żadnych złudzeń; uważam, że się mylą, że nie mają pojęcia i że ten ich stan jest co najmniej dziwny. Nawet jeśli są bezsensownie agresywni, a nawet niekiedy schodzą poniżej zwykłego poziomu, wciąż ich uważam za partnerów i nie mam w sumie z nimi żadnych problemów.
Oni wiedzą, że o nich mówię. I to do nich mam dziś pewne przesłanie. Kompletnie się mylicie. Jesteście w ciężkim błędzie. Ale cieszę się, że tu wpadacie. Mam głęboka nadzieję, że w ten Wasz smutny, często niepotrzebnie agresywny świat, tak okropnie jednowymiarowy i tak fałszywie jednoznaczny, te moje słowa będą mogły wnieść pewną bardzo ożywczą odmianę. I że dzięki nim, w końcu przejrzycie na oczy. Bo już najwyższy czas.

środa, 26 listopada 2008

Zdesperowani, głupi, źli

Wiele osób komentujących moje teksty w Salonie, kpi ze mnie, że się udręczam oglądaniem TVN24, zamiast - jak przystało na idiotę z PiS-u - oglądać telewizję Trwam, albo przynajmniej TVP Info. Na swoje usprawiedliwianie miałem dotychczas to, że może i oglądam z upojeniem Szkło Kontaktowe, ale za to nikt mnie nie przyłapie na studiowaniu czegoś takiego, jak Newsweek. No i nagle, okazało się, ze to też był błąd. Bo, gdybym zajrzał od czasu do czasu, do wspomnianego tygodnika, zapoznałbym się z artykułem Wojciecha Maziarskiego, „Kaczyńscy muszą odejść" i może to ja, a nie mój serdeczny kolega rosemann, skopałbym Maziarskiego tak, jak na to zasłużył. Niestety, siedzę, jak głupi przed tym telewizorem i daję się wyprzedzać, jak dziecko (http://rosemann.salon24.pl/103926,index.html).
Trudno. Całe szczęście, że rosemann mnie toleruje, więc liczę na to, ze i dziś pozwoli mi skorzystać ze swojego odkrycia i wtrącić parę groszy. Zależy mi chociaż na bardzo skromnym skomentowaniu wystąpienia Wojciecha Maziarskiego z paru powodów. Przede wszystkim, mam wrażenie, że rosemann w swoim, znakomitym skądinąd, wpisie pominął jeden ważny bardzo punkt, a poza tym, swoje dwa ostatnie wpisy poświęciłem bardzo niebezpiecznym obsesjom kultywowanym przez ludzi dokładnie pokroju Maziarskiego i uważam, że te kilka słów uzupełnienia, pozwoli mi stworzyć bardzo efektowną klamrę dla całości problemu.
Gdyby ktoś nie wiedział, na czym polega sprawa, a nie chciało mu się czytać ani samego Maziarskiego, ani choćby podsumowania, którego dokonał rosemann, w paru słowach opowiem, o co poszło. Otóż, krótko mówiąc, Maziarski napisał w Newsweeku, że ponieważ przez polityczną aktywność Lecha Kaczyńskiego, rząd Donalda Tuska ma kłopoty z rządzeniem, należy coś zrobić z Prezydentem. Tytuł artykułu Maziarskiego wprawdzie odnosi się do obu braci Kaczyńskich, ale należy przypuszczać, że Jarosław Kaczyński wpadł Maziarskiemu do głowy zupełnie przy okazji, tak jakby pan redaktor doszedł do wniosku, że może, skoro będziemy się brać za jednego, to można by było od razu stuknąć i tego drugiego.
W jaki sposób Maziarski tłumaczy konieczność uporządkowania sytuacji? W taki mianowicie, że zdaniem Maziarskiego, nie może być tak, że Platforma Obywatelska wygrywa wybory parlamentarne, obejmuje z PSL większościowe rządy i nie może robić tego co jej przyjdzie do głowy, bo Prezydent wykorzystuje procedury i przeszkadza. Jak to możliwe, żeby doszło do sytuacji, że ktoś w demokracji ma większość i samo posiadanie tej większości nie pozwala na bezproblemowe korzystanie z tej większości? Przecież - zdaniem Maziarskiego - Prezydent, rzucając Donaldowi Tuskowi kłody pod nogi, w gruncie rzeczy dokonuje zamachu na wolę narodu, który przecież jednoznacznie pokazał, że jego zdaniem, rządom Platformy Obywatelskiej kłód pod nogi rzucać nie wolno. Czyniąc to co czyni, Prezydent gwałci Konstytucję, łamie prawo, dopuszcza się zbrodni wobec Narodu i w rezultacie zasługuje najpierw na sąd, a później kompletną anihilację.
Proszę spojrzeć, jaka jest sytuacja. Polska ma rząd, który, według coraz szerszej opinii, jest rządem całkowicie nieudolnym. Po roku działalności Donalda Tuska, jest kwestią właściwie stwierdzoną oficjalnie, że to, z czym mieliśmy dotychczas do czynienia jest kompletną porażką. Po tym roku, okazuje się, że nawet ktoś taki, jak Lech Kaczyński, człowiek ubezwłasnowolniony przez swoją jędzowatą żonę i przebiegłych doradców, uzależniony od alkoholu i cierpiący na przeróżne jawne i skryte choroby, człowiek tak fatalnie nieudany, jest w stanie kompletnie sparaliżować pracę tego gabinetu i tego premiera. Okazuje się nagle, że ten jeden rok, wykazał dobitnie, że ktoś taki jak Donald Tusk wobec kogoś takiego, jak Lech Kaczyński, okazał się kompletnie bezradny. A miało być tak pięknie.
I co na to wszystko proponuje Wojciech Maziarski? Oczywiście należy zrobić porządek z Prezydentem. Jak? No nie wiadomo jak, ale coś trzeba zrobić. I w tym momencie, Maziarski przedstawia wyliczenie, z którego wynika, że Lech Kaczyński dokonał faktycznego zamachu stanu. A to już jest podstawa do podjęcia działań. Rosemann naiwnie sugeruje, ze Maziarski jest po prostu głupi. I tu ja protestuję. On może i jest głupi - w końcu nie on pierwszy i nie ostatni - ale wcale nie koniecznie. Moim zdaniem, Maziarski jest człowiekiem najzwyczajniej zdesperowanym. On po prostu nie może już Kaczyńskich znieść. Na początku, on liczył - podobnie jak wielu innych szaleńców - że sprawę rozwiąże się przy pomocy najprostszego prawa. Jest przestępstwo - jest kara - jest więzienie. Tymczasem okazało się, że to była pomyłka. Wydawało się więc, że może odpowiednia propaganda unicestwi znienawidzone kartofle. Też nic. A na domiar złego, wygląda na to, ze nawet internauci zaczynają okazywać zniecierpliwienie.
Wielu przyjaciół Maziarskiego w cierpieniu, zrozumiało, że proste rozwiązania są na nic. I o tym pisałem w moim blogu i wczoraj i przedwczoraj. On sam, jako człowiek światły i kulturalny, nie lubi przemocy, a krwią się brzydzi. Stąd ta jego rozpacz. I stąd zaczyna wymyślać tak brawurowe konstrukcje, jak te, które przedstawił w Newsweeku i które tak zirytowały rosemanna. No ale co ma robić? Modlić się o awarię samolotu, czy może o jakiś efektowny nowotwór dla pana prezydenta? A może ma sam wziąć nóż z kuchni i zaczaić się gdzieś na Krakowskim Przedmieściu?
Oczywiście głupio to mówić, ale naprawdę wszystko wskazuje na to, że innego wyjścia on i ludzie o jego mentalności po prostu nie mają. Lech Kaczyński - sam jeden - jest po prostu po stokroć lepszy od każdego ministra, od całego rządu i od samego Donalda Tuska. Politycznie, intelektualnie, zawodowo - jest po prostu dla nich nie do przeskoczenia. Nawet jeśli Maziarski tego sobie nie uświadamia, to on to niewątpliwie czuje. I stąd ten jego strach. Nie głupota. Zwykły strach.

wtorek, 25 listopada 2008

Czekając na dzień po

W początkach mojego uczestnictwa w Salonie, jeszcze wiosną tego roku, napisałem tekst o wykopywaniu taboretu. Dla przypomnienia. Chodziło o to, że pewien człowiek - wykształcony, grzeczny, w pełnym standardzie - poinformował mnie, że jego polityka interesuje tylko z jednego względu. On czeka na dzień, w którym Kaczyński (jeden bądź drugi) stanie na taborecie, ze sznurem na szyi, a on będzie mógł ten taboret osobiście kopnąć. Na moje pytanie o praktyczny cel tego aktu unicestwienia Kaczyńskich, odpowiadał mój znajomy w jeden sposób: chodzi o czystą satysfakcję. Kiedy go pytałem o jego polityczne sympatie i o nadzieje, jakie wiąże z tym co nastąpi po Kaczyńskich, słyszałem zapewnienie, że to co będzie potem, nie jest ważne. Że następnego dnia po tej spektakularnej egzekucji, on jest gotów przestać się zajmować polityką. Od następnego dnia, jego życie może się skupić już tylko na pracy i miłym spędzaniu czasu.
Kiedy odbyłem tę rozmowę i ją skomentowałem na moim blogu, wprawdzie wiadomo było już, że Platformie nie będzie aż tak łatwo postawić głównych polityków PiS-u przed sądem, a następnie uzyskać dla każdego z nich maksymalne wyroki, ale tego co się zaczęło dwa lata wcześniej, już nie można było zatrzymać. Wielu już wtedy mogło się spodziewać, że ani Ziobro, ani Kamieński, ani Wassermann, ani sam Jarosław Kaczyński nie polegną tak łatwo, jak obiecywali w kampanii politycy Platformy i jak tego pragnęli najbardziej emocjonalnie zaangażowani komentatorzy platformowego zwycięstwa. PiS nie przestał istnieć, a sama Platforma też jak gdyby też troszeczkę siadła. Jednak wciąż nie można było powiedzieć, że z tego wielkiego planu swoistego ‘ostatecznego rozwiązania', pozostały gruzy. Z tych wielkich zapowiedzi, obietnic i nadziei pozostało coś niezniszczalnego, mianowicie nienawiść. Nienawiść o tyle szczególna, że niespełniona i sfrustrowana.
Nie wiem, jakie myśli szarpią moim znajomym z wiosny tego roku dziś, po tych wszystkich miesiącach. Wciąż się spotykamy, wciąż miło sobie gawędzimy na różne tematy, jednak - ponieważ obaj nie lubimy sytuacji konfliktowych - kwestii politycznych nie poruszamy. Kiedy jednak przysłuchuję się i czytam komentarze dotyczące pojedynczych zdarzeń, domyślam się, ze prawdopodobnie i on - tak jak wielu innych - doszedł do wniosku, że rozwiązania prawne nie wchodzą w grę. Pozostaje śmiertelna choroba, wypadek, lub zamach.
Po wczorajszym moim wpisie, w którym wyraziłem smutek z powodu takiego natężenia nienawiści w stosunku do wszystkiego, co się wiąże z prezydentem Kaczyńskim, otrzymałem kilka komentarzy, w których zwrócono mi uwagę na to, że jestem ogarnięty obsesją i że, nie widząc różnicy między zwykłą niechęcią opinii publicznej do „tego idioty Kaczyńskiego", a pragnieniem krwi, wykazuję kompletny brak kontaktu z rzeczywistością. Niektóre z osób, odnoszących się do moich lęków, zapewniały mnie wręcz, ze oni osobiście wcale nie życzą Prezydentowi śmierci, jedynie uważają go za „Machiavellego w krótkich gaciach", „małostkowego safandułę", „pajaca", kogoś kto „z gęby robi cholewę", czy kto „dziób pcha pod lufę".
Gdyby ktoś mnie podejrzewał, że ja, pragnąc sztucznie wzmocnić emocjonalny poziom mojej dzisiejszej refleksji, cytuję jakiś głupków, którzy nie są w stanie wznieść się merytorycznie i intelektualnie do pewnego standardu, zapewniam, że wszystkie powyższe cytatu wyjąłem z wypowiedzi jednego z bardziej szanowanych bloggerów w Salonie, człowieka, który sam o sobie pisze, że jest „absolwentem prawa UAM". Właśnie na tym polega moje zmartwienie. Że ja doskonale się orientuję nie tylko w tym co się dzieje najniżej, ale przy tym - i tu już się robi poważnie - równie doskonale wiem, jakie wiatry wieją wysoko.
Dziś, zupełnie przypadkowo, trafiłem w Salonie na komentarz niejakiego szefuńcia_, który otwartym zupełnie tekstem zaapelował o bożą interwencję w kwestii strącenia prezydenckiego samolotu podczas którejś z podroży Lecha Kaczyńskiego. Wczoraj w Szkle Kontaktowym wysłuchałem telefonu jakiejś pani, która wyraziła żal z tego powodu, ze prezydent Kaczyński nie został w Gruzji zastrzelony. Jestem pewien, że gdybym zajrzał na portal wyborcza.pl, mógłbym znaleźć podobnych wypowiedzi dziesiątki. I ja wiem, że tego nie unikniemy. W każdym społeczeństwie są jednostki, które prędzej czy później kończą na czołówkach lokalnych bulwarówek, lub - niekiedy nawet - w głównych wydaniach programów informacyjnych. Dopiero co, usłyszeliśmy o młodych rosyjskich Żydach, skazanych w Izraelu za rasizm i bandytyzm. Więc ja się nie chcę powoływać ani na tego szefuńcia_, ani na tę panią ze Szkła Kontaktowego. Ja mówię o ludziach wykształconych, będących na co dzień częścią naszej europejskiej cywilizacji, ludziach niewątpliwie wrażliwych i oczytanych.
Wczoraj we wspomnianym Szkle, przez pełne 60 minut, zarówno Grzegorz Miecugow, jak i zaproszony przez niego Krzysztof Daukszewicz, pokładali się ze śmiechu albo na wspomnienie „nawalonej jak Kruk" posłanki PiS-u, albo z Kaczora, który w tak komiczny sposób uniknął kulki w łeb. A, biorąc pod uwagę, że co chwilę na ekranie pojawiały się wesołe sms-y, albo przychodziły pełne radosnej błazenady telefony, nie było najmniejszej szansy, żeby to rżenie, choć na moment dało się zastąpić przez jakąś, choć minimalnie, ludzką refleksję. Dodatkowo jeszcze, ponieważ - jak już wspomniałem - tematem programu częściowo był alkohol, panowie Miecugow z Daukszewiczem, przez niemal cały program, byli niewiarygodnie pobudzeni. Zupełnie, jak grupa licealistów, która po upojnym weekendzie, ściga się w przypominaniu sobie, kto, kiedy, ile razy i jak bardzo się zeszłej nocy porzygał. Albo jak zwykli pijacy, którzy na słowo 'butelka' się uśmiechają.
Ja mówię o wykształconym, młodym człowieku z Salonu, który uważa za stosowne skomentować ostrzelanie prezydentów w Gruzji: „Wystarczyło więc kilka serii w powietrze i całe bohaterskie towarzystwo z uśmiechem (i z ulgą) pognało z powrotem do domu". Ja mam na myśli marszałka Komorowskiego, który na wieść o tym, że prezydent jego kraju został ostrzelany przez obcych żołnierzy - nie mówi, ale w ogóle uznaje za dopuszczalne - skojarzenie, że oto ślepy snajper nie umie trafić z trzydziestu metrów w głowę prezydenta. I że jest przekonany, iż ten rodzaj błyskotliwości dobrze o nim świadczy. Ja myślę o tych wszystkich dziennikarzach i komentatorach, którzy poproszeni o refleksję na temat tego szczególnego zachowania Marszałka, uważają, że nie ma o czym gadać, bo dobry żart, jak wiemy, jest wart przysłowiowego tynfa.
Liczni komentatorzy zarzucają mi przesadę i nieroztropność w straszeniu tą krwią. Przede wszystkim, pozwolę sobie pozostać przy swoich obawach. Ale przyjmijmy nawet, że wszyscy ci ludzie, którzy głoszą każdą swoją deklaracją przekonanie o tym, że Lech Kaczyński jest „idiotą", nie życzą mu wszystkiego najgorszego - jak to zgrabnie w swoim czasie określił inny wykształcony przedstawiciel europejskiej kultury, Waldemar Kuczyński. Oni tylko po prostu i zwyczajnie go nie lubią i walczą z nim słowem i gestem. Jednak nawet w tej sytuacji, faktem jest, że historia wielokrotnie pokazała, że trzeba tylko jednego desperata, żeby zmienić historię. Jednego wariata, jednego zapaleńca, jednego dodatkowego słowa. Może i mało kto pragnie śmierci - w co i tak osobiście nie wierzę. Może tak naprawdę chodzi tylko o to, ze dla wielu ludzi, osobisty los kogoś takiego jak Lech Kaczyński jest w gruncie rzeczy obojętny. Tak jak obojętny jest los dowolnej osoby, której najzwyczajniej w świecie nie lubimy. Żyje - niech żyje. Zdechnie - jego problem. W tej kwestii, pozostajemy neutralni. My jedynie wyrażamy nasze opinie. I sobie szydzimy. Czy ktoś proponuje cenzurę?
Kiedy rozmawiałem z moim wiosennym znajomym, pytałem go, co po Kaczyńskich. Odpowiedź brzmiała: wszystko jedno. Pozwolę sobie jednak zatrzymać się - już może na sam koniec - przy tej zagadce. Co po Kaczyńskich? Co będzie, kiedy już- w taki czy inny sposób - zostaną obaj ostatecznie starci? A co, jeśli jednak zostaną? I co, jeśli jednak odzyskają dawne wpływy? Obawiam się, ze byłoby bardzo pożądane, żeby wszystkie strony zaangażowane w tę smutną sytuacje, zrozumiały, że i w jednej i w drugiej sytuacji, to co nam pozostanie to tylko ta nienawiść. Ona będzie z nami i w jednej i w drugiej sytuacji. Z tej prostej przyczyny, że - jak już wspomniałem - nienawiść nigdy nie ginie. Ona ma w sobie z niczym nieporównywalną zdolność przetrwania. A zatem, jeśli już nawet zniszczymy wszystko, co budziło w nas takie emocje, zawsze znajdziemy sobie coś nowego, na co będziemy mogli patrzeć z pogardą i z szyderstwem. Nawet jeśli to będzie pięknie odnowiony kawałek naszego domu, na który sobie - ot tak - spluniemy.

poniedziałek, 24 listopada 2008

O sępach, szakalach i wronach

Naprawdę miałem wielką nadzieję, że mój poprzedni wpis, dotyczący kwestii bardziej ogólnych - i w sumie chyba poważniejszych, niż proste przepychanie się z dziennikarską i polityczną tandetą - będzie stanowił łagodne i zgrabne przejście do czegoś bardziej ożywczego. Niestety, wszystko na nic. Od wczorajszego ranka, jestem bombardowany informacjami, wypowiedziami, zachowaniami, które po prostu nie pozostawiają mi wyboru. Ja, niestety, muszę się zajmować mułem, a związku z tym Latające Oko będzie musiało jeszcze jakiś czas poczekać.
Sobota nie przyniosła zamknięcia ‘sprawy Kruk'. Mam nawet wrażenie, że w niedzielę temperatura nawet nieco wzrosła. I tu zdecydowanie i absolutnie palmę pierwszeństwa należy przyznać mediom. Oglądam głownie TVN24, więc mogę przede wszystkim mówić na ich temat, ale z doniesień między innymi Salonu, dowiaduję się, że telewizja publiczna nie pozostaje w tyle. Sytuacja ta - mam na myśli nie telewizję publiczna, ale w ogóle upadek dziennikarstwa - jest dla mnie o tyle zaskakująca, że chyba nie pojawił się żaden polityk (poza tradycyjnie Palikotem), który chciałby ciągnąć sprawę Elżbiety Kruk.
Wczoraj właśnie w Kawie na ławę, nawet Ryszard Kalisz zwrócił uwagę na sytuację absolutnie porażającą w swej ohydzie. Otóż, jak się okazuje, w ten nieszczęsny piątek, bandy sepów z mikrofonami i kamerami, przez pięć godzin blokowały wszystkie wyjścia z sejmowej restauracji, żeby nie pozwolić posłance Kruk spokojnie wyjść. Informacja o jej pijaństwie była już powszechna, wszelkie możliwe wywiady przeprowadzone, wszystkie zdjęcia opublikowane, wszystkie możliwe komentarze przekazane, a mimo to oni wszyscy chcieli najwyraźniej doprowadzić do czegoś jeszcze bardziej spektakularnego. Żeby Kruk na przykład zemdlała, albo zaczęła głośno płakać. Tak to - według relacji Kalisza - wyglądało.
Czy Rymanowski jakoś zareagował? Czy może przyznał, że faktycznie dziennikarze nawalili? Że istotnie jakaś granica została nieopatrznie przekroczona? Ależ skąd. On wciąż powtarzał - zgodnie z tym, co mu słuchawka szeptała do jego szlachetnego uszka - że dziennikarze mają prawo, dziennikarze mają prawo i dziennikarze mają prawo...
Ja uważam, że to już nawet nie jest szaleństwo z jakakolwiek metodą. To już jest tylko szaleństwo. W tym co się wyprawia wokół Elżbiety Kruk, nie może być metody, bo po prostu nie ma takiej możliwości, żeby - poza osobami już najbardziej zbzikowanymi pod względem nienawiści do PiS-u - można było znaleźć kogoś, kto zechciałby się delektować czymś tak obrzydliwym.
Jeśli idzie o TVN, to oni mnie już po raz kolejny stawiają w sytuacji głupiej. Bo - pełen dobrych intencji - staram się z jednej strony znaleźć w tym co oni robią jakiś sens, a z drugiej, co chwilę otrzymuję przykre potwierdzenie, że tam faktycznie może już rządzić jedynie chaos. Wieczorem - ciągle wczoraj - w Szkle Kontaktowym dwóch pajacyków o imionach Grzesiek i Kamil właściwie cały swój cenny czas poświęcali na odmienianie na wszelkie sposoby grepsu, że „coś tam, coś tam", albo że ktoś tam był „nawalony jak Kruk". Ale to mało. Prawdopodobnie z jakiejś już kompletnie chorej inicjatywy kierownictwa TVN-u, oni postanowili puścić nam kawałek rozmowy w korytarzu sejmowym ze Sławomirem Nowakiem, w czasie której to rozmowy Nowak robił wrażenie kompletnie nieprzytomnego.
Ponieważ nie jestem - w odróżnieniu choćby od niektórych moich kolegów z Salonu - zawziętym idiotą, nie wiem, czy Nowak był nieprzytomny z pijaństwa, z kaca, czy z choroby, czy ze zwykłego zmęczenia. Wiem jednak, że gdyby w tym momencie został on - człowiek, którego serdecznie nie cierpię - otoczony przez gang dziennikarzy, którzy by go tłukli mikrofonami po nosie, popychali i szarpali za marynarkę, i pytali, czy "pan, panie pośle, nie jest troszkę, że tak powiem, w stanie niedysponowanym", on by tego najzwyczajniej w świecie nie wytrzymał.
No ale tak się nie stało. Zlecenie przyszło na Kruk. Jak idzie o Nowaka, TVN24 zadbał jedynie o minimum pozorów, z których i tak nic nie wynika, bo wynikać nie może. W tym świecie już nie ma miejsca na myślenie i wyciąganie wniosków. Tu jest tylko szum i rechot. I coś jeszcze. Ale z przykrością stwierdzam, że nawet gdybym wiedział co to takiego, to z pewnością nawet nie umiałbym znaleźć na to nazwy.
I dziś mamy kolejny dzień rzucania kamieniami w Elżbietę Kruk. Ale z lekką zmianą zainteresowania w kierunku Prezydenta. Ci, którzy już się odpowiednio pokrztusili ze śmiechu na widok zaszczutej kobiety, trzymają się za brzuchy na sama myśl o tym, że prezydent Kaczyński mógłby dostać kulkę w łeb, tyle że niestety snajper był ślepy, jak to w czarujący jak zwykle sposób, wyraził marszałek hrabia Komorowski. Pragnę przypomnieć jedną ważną rzecz. Ani Prezydent, ani nikt z jego otoczenia, ani nawet nikt z otoczenia prezydenta Gruzji, nie zasugerował, że doszło do próby zamachu. O tym, że był w ogóle jakiś zamach poinformowali przebiegli dziennikarze, najwyraźniej tylko po to, żeby ten swój idiotyczny wymysł wykorzystać do kpin z Lecha Kaczyńskiego.
Proszę pamiętać. Prezydent, pojechał do Gruzji, prezydent Gruzji poprosił go, by zapoznał się z sytuacją na granicy, Kaczyński nie powiedział: „Przepraszam, ale ja się boję", tylko wsiadł w samochód i pojechał. Na granicy rozległy się strzały, prezydenci wrócili bezpiecznie i tyle. Oczywiście, ja rozumiem, że można się zacząć teraz martwić, czy ten wyjazd nad granicę był roztropny, czy w ogóle potrzebny, a przede wszystkim cieszyć, że nic się złego nie stało. O nie! Tak się nie dzieje. Nie tu. Tu przede wszystkim rozlega się kpiący śmiech i ledwo skrywane rozczarowanie, że prezydent Kaczyński niestety nie oberwał. Właśnie tak.
Zarzuca mi się czasem tutaj, że jestem bezkrytyczny w stosunku do tego, co robią i mówią bracia Kaczyńscy. Mam więc dziś dla wszystkich tych moich kolegów dobrą wiadomość. Uważam, ze dziś zarówno prezydent Kaczyński, jak i prezes Kaczyński, fatalnie się pomylili. Otóż w Polsce nie istnieje bardzo silne lobby pro-rosyjskie. Wprawdzie wczoraj faktycznie jakaś obłąkana pani zadzwoniła do Szkła Kontaktowego i zaczęła pozdrawiać Putina, życzyć mu wytrwałości i zapewniać, że Polacy w końcu pójdą po rozum do głowy i oddadzą mu odpowiedni hołd. No ale to już jest klinika. Jeśli rzeczywiście istnieje w Polsce coś, co można by było nazwać lobby pro-rosyjskim, to może tylko ta pani, jej rodzina i paru szpiegów, może i nawet o znanych nazwiskach. Reszta to ludzie bez żadnych określonych właściwości. I to oni dziś mają głos.
Oni nie reprezentują interesów rosyjskich. Oni reprezentują wyłącznie swoją nieopanowaną nienawiść do Lecha Kaczyńskiego. Oni osiągnęli ten stan, gdzie nie ma znaczenia Rosjanin, Amerykanin, Niemiec, Francuz, Polak. Dla nich jest dokładnie wszystko jedno, pod warunkiem, że to co jest, prowadzi do szybkiej i ostatecznej likwidacji osoby Lecha Kaczyńskiego. Oni chcą, żeby on umarł, żeby został zabity, żeby wpadł pod samochód, żeby został zastrzelony przez jakiegoś szaleńca. Jeśli w tym celu trzeba się sprzymierzyć z Rosją - niech będzie Rosja. Obojętne.
I jeśli dziś marszałek Komorowski mówi to co mówi. Że „jaka wizyta - taki zamach", a redaktor Wroński chichocze i zapewnia, że w słowach Komorowskiego nie ma nic niestosownego, to nie dlatego, że oni stanowią jakieś pro-rosyjskie lobby. Nie. Oni - oczywiście - nie są Polakami. Ale też nie są Rosjanami. Nie są Niemcami, nie są Żydami. Są dokładnie nikim. Oni nie mają żadnej przynależności. Oni jedynie proszą o śmierć. Jedną śmierć, dla jednej osoby. I do czasu, jak ta śmierć nie nastąpi - będą tak prosić. I warczeć.

niedziela, 23 listopada 2008

Flying Oko, czyli o różnych punktach widzenia

Wczoraj późnym wieczorem wróciłem z młodym Toyahem do domu (z kina, tak na marginesie), zajrzałem do Salonu i wśród komentarzy znalazłem opinię kogoś o pięknym nicku FlyingOko, którą przytaczam poniżej:
No nie wiem.
Kolejny felieton Pana Toyah, gdzie, aby zrozumieć, o co w ogóle chodzi, trzeba się dobrze orientować w drugo- i trzeciorzędnych postaciach polityczno-medialnych.
Nie wiem, kim są Panowie Morozowski i Sekielski. Nie wiem, kim jest Pan Mirosław Drzewiecki. Nie wiem, kim jest Tadeusz Ross (czy Rossa). Szczerze mówiąc, nie chce marnować czasu śledząc wypowiedzi tych postaci.
Natomiast, ja chcę mieć pociągi, które kursują pomiędzy Warszawą a Łodzią przynajmniej w tempie Luxtorpedy z 1934 r. Chcę, aby fekalia obywateli Góry Kalwarii czy Kozienic nie wpływały prosto do Wisły i Wisłą pod mój nos. Chcę, aby kilka polskie uczelni się wbiło w ranking pierwszej setki najlepszych uczelni na świecie (dziś UJ na 301. miejscu przoduje). Chcę, aby efektywność polskich urzędników nie była na szarym końcu Unii Europejskiej. Chciałbym, aby większe polskie miasta znalazły się na jakieś sensownej sieci autostrad.
Panie Toyah, jeśli zamierza Pan mówisz do mnie, to o konkretach, a nie o dziejach ludzi, którzy się raczej nie przyczyniają do podciągnięcia w górę poziomu cywilizacyjnego mojej Ojczyzny."
Ponieważ było późno, a sam byłem już trochę zniecierpliwiony tłumaczeniem, w moim pojęciu, oczywistości, odpisałem w sposób dość lekceważący. Dziś syn mój zwrócił mi uwagę, że byłem niemerytoryczny i mam się poprawić. Poprawiam się więc. Przychodzi mi to z tym większą łatwością, że uważam, że komentarz, który spowodował niniejsze zamieszanie, jest jednak niezwykle ważny - a co równie istotne - bardzo w temacie.
Przede wszystkim, jeśli założyć, że to, co napisał FlyingOko nie było prowokacją - a chyba jednak nie było - należy się wyjaśnienie. Ani Sekielski i Morozowski, ani Mirosław Drzewiecki, ani nawet Tadeusz Ross nie są oczywiście trzeciorzędnymi (ani nawet drugorzędnymi) postaciami polityczno-medialnymi. Możemy naturalnie przyjąć, że dla kogoś, kto patrzy na to, co się tu dzieje z boku, każda z wymienionych osób, obiektywnie nie zasługuje na to, żeby się znaleźć nawet w siedemnastym rzędzie jakiegokolwiek rankingu. Mamy jednak to, co mamy i nie widzę powodu, żeby się skupiać wyłącznie na narzekaniu.
Rozumiem jednak, że nie o to chodzi. Domyślam się, ze nawet gdyby każdy z wymienionych panów był osobą obiektywnie ważną, to i tak, zdaniem FlyingOko nie powinienem się skupiać na analizowaniu indywidualnych postaw pojedynczych ludzi, lecz na sprawach istotnych, czyli na uniwersytetach, drogach, smrodach i ogólnie na kwestiach cywilizacyjnych.
Przyznaję, w tym co piszę, zajmuję się niemal wyłącznie ludźmi i ich postawami. Możliwe, ze częściowo wynika to z mojego temperamentu i ogólnego podejścia do świata. Ale nie tylko. Ja generalnie jestem ciężkim dyletantem. Nie znam się ani na gospodarce, ani na finansach, ani na historii, ani szczególnie na kulturze. Natomiast - nieskromnie powiem - znam się dość dobrze na ludziach. Mój wieśniacki rozum pozwala mi oceniać to co widzę bezpośrednio i wyciągać z tej mojej obserwacji wnioski. Psychologowie rozróżniają różne rodzaje inteligencji. Nie wiem dokładnie, ile ich jest, i jak one się rozkładają, ale podejrzewam, że jeśli jest tych inteligencji dziesięć, to ja mogę uczciwie jedną zarezerwować dla siebie. To ona właśnie pozwala mi obserwować, oceniać i formułować własne myśli. To ona również pozwala mi mieć dość dużą pewność, że byle komu się nabrać nie dam. A jestem głęboko przekonany, że w życiu polityczno-medialnym (którym się po prostu interesuję) głównie chodzi o to, żeby znaleźć jak największą liczbę ludzi, którzy łykną najróżniejszego rodzaju kłamstwa.
Czy jest mi jakoś szczególnie przykro, że się nie znam na budownictwie, na pieniądzach i na gospodarce? Nie bardzo. Pewnie trochę dlatego, że mam już swoje lata i, jeśli czegoś żałuję - a żałuję - to z pewnością rzeczy z kompletnie innej strony świata. Ale też dlatego, że kiedy obserwuję tak zwanych ekspertów i wysłuchuję ich zawsze strasznie mądrych opinii - opinii najczęściej tak kompletnie i tak często sprzecznych - nie mogę się wyzbyć przekonania, ze często jedyna różnica między ich, a moimi kompetencjami sprowadza się do tego tylko, że oni mają bogatsze ode mnie słownictwo.
No ale to też, w gruncie rzeczy, się nie liczy. Bo, jak to pewnie słusznie, zauważa FlyingOko, chodzi głownie nie o przepychanki między ludźmi, których powaga została już dawno temu zakwestionowana, ale o „rozwój cywilizacyjny naszej Ojczyzny". Jestem gotów się zgodzić z tą opinią, szczególnie jeśli przyjąć, że ten tak zwany „rozwój cywilizacyjny" to wartość obiektywna i bezwzględna. Wszyscy byśmy chcieli, żeby Polska miała lepsze drogi, szybsze pociągi, sprawniejszych urzędników, skuteczniejszy system oświatowy, lepsze prawo, a ludzie żeby byli bardziej szlachetni i piękni. Wszyscy jednak przy tym doskonale wiemy, że jeśli w końcu uda nam się osiągnąć te wszystkie sukcesy, to na końcu tego całego przedsięwzięcia zawsze będzie stał człowiek i wyborczy mandat, który ten człowiek otrzymał, albo którego ten człowiek drugiemu człowiekowi udzielił.
Od roku 1989, kiedy to nastała nowa Polska, mieliśmy okazję brać udział w nieustannej dyskusji ta temat tego, co trzeba zrobić, żeby Polska była taka, jak sobie to wymarzyliśmy. Od roku 1989, przez nasze życie przetoczyły się setki ludzi, którzy nam tłumaczyli, ze tu nie chodzi o osobiste ambicje, o indywidualne spory, o pojedyncze sukcesy, ale o Polskę i o jej rozwój. Ludzi, którzy zapewniali nas, że jeśli my tylko na nich zagłosujemy, to oni już wszystko zarobią najlepiej. Od roku 1989, wmawiano nam, że ci - to jest prawica, a tamci - to lewica, a jeszcze inni - to centrum, a my jesteśmy tymi, którzy jedyne co mają robić, to cierpliwie czekać do najbliższych wyborów i zagłosować tak, żeby Polsce (i tu mrugnięcie) było lepiej. Bo przecież tu tylko o Polskę chodzi.
A później, gdy już wszystko się uspokoiło, po raz kolejny okazywało się, ze Polska w tej rozgrywce jest dokładnie na ostatnim miejscu. Że to zawsze chodziło tylko o ludzi, o ich ambicje, ich interesy i ich kłamstwa. Raz za razem widzieliśmy, jak jedni odchodzą, przychodzą następni, potem ci następni odchodzą, a przychodzą kolejni, a w poczekalni już ustawiają się kolejki najróżniejszych specjalistów od robienia Polsce dobrze. I wszyscy oni powtarzają nam, żebyśmy się nie rozdrabniali, nie skupiali na bzdurach, plotkach i głupstwach, ale patrzyli całościowo, po europejsku.
FlyingOko zapewnia mnie, ze on nie ma kompletnie pojęcia, czy autor ‘bulby' nazywa się Ross, czy Rossa i że nie wie, kim są Morozowski i Sekielski. Pewnie tak jest. Pewnie nie wie. Jestem jednak pewien, że on doskonale wie, kim jest Gosiewski, a nawet to, jak brzmi jego drugie imię. Wie z tego prostego powodu, że ci, którzy mu tej informacji dostarczyli, świetnie wiedzą, że to jest informacja podstawowa. W ogólnym rozrachunku, bowiem, może się okazać, ze poza ta informacją, tak naprawdę, mało co się liczy.
Więc będę się zajmował ludźmi. Jeśli ten tekst ma stanowić jakiś początek, to proszę bardzo. Mieszkam w Katowicach. Uważam, że najbrzydszym dworcem kolejowym świata jest dworzec w Gdańsku, ale, według powszechnie obowiązujących ocen, Katowice w tej kwestii jednak przodują. Niech więc będzie. Bardzo uważnie obserwuję niekończącą się debatę na temat tego, jak przebudować centrum miasta, żeby katowicki dworzec nie straszył. Obserwuję tę debatę i widzę, że tu się zwyczajnie odbywa jakaś gra pozorów. Że tu ktoś próbuje mnie wykiwać. I jeśli dziś przyjdzie ktoś do mnie i powie, żebym ja dalej skupiał swoją uwagę na cywilizacyjnym rozwoju centrum mojego miasta, to ja jednak zwrócę się w inną stronę. Wciąż w stronę dworca, ale bardziej lokalnie.
Otóż na moim dworcu jest punkt z gazetami, gdzie często, kiedy idę rano do pracy, widzę młodą, bardzo młodą, ładną, zawsze bardzo wesołą i uprzejmą dziewczynę, obsługującą to stoisko. Czasem sobie rozmawiamy. Któregoś dnia tak się akurat zgadało, ze dowiedziałem się, ze ta ładna, bardzo atrakcyjna dziewczyna, wstaje o 3.30 rano, żeby zdążyć na dworzec tak, by odebrać poranną prasę. Ponieważ nie mogłem uwierzyć, że ktoś taki jak ona potrafi wstawać dzień po dniu, tak wcześnie rano i przy tym zachowywać tak miły nastrój, zapytałem, czemu to robi. Czemu nie spędza inaczej czasu, czemu jej się chce? Powiedziała mi, że ona w ten sposób pomaga rodzicom. Rodzice płacą jej za studia, więc ona wstaje o 3.30 i jest zadowolona.
I to jest moja historia. To jest to, co widzi moje oko, kiedy patrzy na katowicki dworzec. Bo wiem, że tej dziewczynie mogę zaufać, przynajmniej do czasu, jak nie stanie się częścią czegoś większego i o wiele bardziej poważnego niż zwykły punkt z gazetami.

sobota, 22 listopada 2008

Przepraszam, czy to znów bulba?

Kiedy w poniedziałek wieczorem panowie Morozowski z Sekielskim poturbowali, brutalnie, bez sensu i bez litości Mirosława Drzewieckiego, nie wiedziałem ani dokładnie o co poszło, ani jakie mogą być konsekwencje tego rozboju, natomiast wiedziałem, że właściciele TVN musieli mieć jakiś powód, żeby zademonstrować Platformie swoją pozycję w stadzie i kogoś tam odpowiednio ustawić. Dla porządku przypomnę. Poszło o cztery rzeczy: pijaństwo, rozbój, areszt i kłamstwo. Oczywiście brałem pod uwagę, że celem był po prostu sam Drzewiecki i że ruchem, który TVN wykonał, pan minister od ogórków został zwyczajnie skasowany. Nie wykluczałem jednak też przy tym ewentualności, że sprawa może się skończyć w tym samym momencie, w jakim się zaczęła, bo w rzeczywistości chodziło tylko o demonstrację. Nieważne. Pisałem już o tym w Salonie we wtorek http://toyah.salon24.pl/102726,index.html , więc nie ma się nad czym więcej rozwodzić.
Wystarczy jedynie zwrócić uwagę, że kolejne dni przyniosły potwierdzenie faktycznej wersji wydarzeń. Ponieważ już we wtorek sprawa została ostatecznie zgaszona, z jednej strony deklaracją samego Donalda Tuska, że nie ma o czym gadać i Drzewiecki zostaje, a z drugiej kompletnym brakiem tematu zarówno w samym TVN-ie, jak i w pozostałych mediach, można było uznać, że chodziło jedynie o demonstracje, która na dodatek już w pierwszy dzień po zdarzeniu, została przez Platformę przyjęta z pokorą i z odpowiednimi gwarancjami na przyszłość.
Kolejne dni tylko potwierdziły, że sytuacja pod dywanem uspokoiła się i każdy może się zająć codzienną robotą. Jak mówię, nie wiem, o co chodzi. Czy o stadion Legii, czy może o coś dotychczas bardziej przykrytego? I znów - z punktu widzenia normalnego obywatela, wszystko jedno. Nie nasze guziczki, nie nasze psy, nie nasz dywan. Wprawdzie wczoraj w rzeczonym TVN-ie pokazano, jak oto ruszyły prace na stadionie Mariusza Waltera i nawet pośrednio pochwalono Platformę, uprzejmie wspominając o tym, że to wszystko będzie kosztowało zapowiadane już pół miliarda, więc może jednak były jakieś kłopoty ze stadionem, ale może i nie. Może. Nie ma więc o czym gadać.
A nie ma o czym gadać, choćby też z tego względu, że Polska już żyje czymś zupełnie innym i, z punktu widzenia przeciętnie pojemnych umysłów, zdecydowanie bardziej przystępnym. O ile przypadek ministra Drzewieckiego, choć bulwarowo bardzo zajmujący, przez swoją tajemniczość i kontekst, zmuszał do myślenia i męczących przecież spekulacji, sprawa pani posłanki Kruk jest prosta jak cep. Przede wszystkim, nie tworzy w przeciętnie zaprogramowanych umysłach ani tak przecież nieprzyjemnego dysonansu poznawczego, ani w ogóle nie każe stawiać pytań. Przekaz jest czysty: PiS - bania - obciach.
Elżbieta Kruk najprawdopodobniej była pijana. Nie bardzo. Trochę. Wprawdzie wczoraj TVN, ustami posłanki Senyszyn i niezastąpionego Palikota, próbował podbić piłeczkę i wmówić wszystkim, że pani Kruk się przewracała, ale jakoś nie wyszło. Pozostało tylko to, co wszyscy widzieli - posłanka Kruk była wczoraj chyba troszkę pijana. Bez sensu. Niepotrzebnie i głupio. Ja, jak się trochę upiję, staram się nie pokazywać ludziom na oczy. Mimo to, że osobą publiczną jestem w bardzo ograniczonym zakresie, wolę się nie wystawiać. Pani Kruk mogła też się gdzieś zaszyć i wszystko byłoby w porządku.
Jednak to, co przez cały wczorajszy i dzisiejszy dzień wyprawia TVN, jest zwyczajnie chore. Chore psychicznie. Każde wiadomości, każdy skrót informacji, TVN zaczyna od „sprawy posłanki Kruk". Banda dziennikarzy TVN-u, z mikrofonami w rękach i w klapkach marynarek, biega po studiach i po sejmowych korytarzach, wisi przy telefonach wyłącznie po to, żeby nakręcać sprawę. Już nawet poseł Niesiołowski, nie wspominając o Szmajdzińskim, błaga te nieszczęsne wysłanniczki Mariusza Waltera, żeby dały im spokój i zajęły się czymś konkretnym i istotnym. Na nic - „Dziękuję panu bardzo, panie Marszałku. Obiecujemy, że do sprawy będziemy wracać".
Po cholerę? Ja rozumiem interesy, rozumiem emocję, rozumiem nawet obsesje. Ale przecież to wszystko jest tak okropnie bezproduktywne, że naprawdę nie przystoi. Kiedy ktoś tam wytropił bełkoczącego w Radio Maryja Gosiewskiego, ja wiedziałem, że to jest bzdura, chamstwo i nieprawda. No ale przynajmniej - choćby przez samą osobę Gosiewskiego i kontekst sprawy - można było spodziewać się jakichś sukcesów. Irasiad, Borubar, pies Dorna, Wieśmaki, laptopy - okay, zgoda. Bawcie się Państwo dobrze. Ale ta nieszczęsna Kruk? Czy wyście się czegoś najedli? Przecież jeszcze jeden dzień tych wygłupów i Was znienawidzą już nawet najbardziej walnięci fani.
Mój poprzedni tekst zatytułowałem cytatem z Tadeusza Rossa. Ja wiem, że to jest ewidentne pójście na łatwiznę. Ale co zrobić, skoro pozostaje powtórzyć: bulba!
Mam tylko nadzieję, że nie pozostanie mi powtarzać tej ‘bulby', dzień w dzień, aż do kolejnych wyborów.

piątek, 21 listopada 2008

No to bulba!

Nie wiem, jak to jest u innych operatorów komórkowych, w każdym razie Orange oferuje funkcję pozwalającą na codzienne, dwukrotne - rano i popołudniu - odbieranie skróconych wiadomości dnia. Ja mam telefon w Orange, więc czytam sobie te informacje. Nic szczególnego - dwa zdania o tym, co słychać. Nie mam pojęcia, kto przygotowuje ten serwis dla Orange. Czy oni radzą sobie sami, czy może współpracują z Onetem, czy może z TVN24? Nie wiem. W każdym razie, kierunek wydaje się określony mniej więcej w tę stronę.
Dziś rano dostałem codziennego sms-a i przeczytałem coś w stylu, że Jarosław Kaczyński, w wywiadzie dla Rzepy powiedział, że PiS będzie organizował dla siebie poparcie przez parafie. Od razu pomyślałem sobie, że sprawa jest zdecydowanie brudna, bo, choć wiem, ze każdemu niekiedy zdarza się powiedzieć coś głupiego, to są granice i nie trzeba Jarosława Kaczyńskiego, żeby tych granic nie przekraczać.
Zajrzałem więc od razu do Rzeczpospolitej i w dwóch ratach przeczytałem cały, długi wywiad. Ja oczywiście biorę pod uwagę, że mój zdecydowanie pozytywny stosunek do PiS-u i do obu Kaczyńskich, może mnie ograniczać, jeśli idzie o umiejętność obiektywnej oceny, niemniej nie ma takiego sposobu, żeby, po pierwsze, fragment dotyczący parafii był najbardziej istotnym elementem tego wywiadu, a po drugie, żeby ktokolwiek - nawet bardzo do Jarosława Kaczyńskiego uprzedzony - aż tak niestarannie czytał tekst przedstawiony prosto, jednoznacznie i w rodzimym języku.
Fragment ‘parafialny' przedstawia się tak, że Lichocka pyta Kaczyńskiego, jak on planuje zmienić niekorzystny, jego zdaniem, fałszywy, medialny obraz PiS-u, na co Kaczyński odpowiada, że „doświadczenie podkarpackie" pokazuje jednoznacznie, że przełamanie tego kłamstwa nie jest niemożliwe. Że „da się to robić, mówiąc w przenośni, na piechotę, gdy punktem dotarcia dla naszych działaczy, posłów, senatorów jest parafia. Nie w sensie religijnym tylko w sensie jednostki terytorialnej. Spotkania z ludźmi, rozmowy - to dobrze działa". Dalej Jarosław Kaczyński mówi, że w skali całego kraju metoda ta jest naturalnie nieskuteczna, choćby ze względu na zbyt mało rozbudowane struktury, więc trzeba szukać innych sposobów. „Ale mamy zamiar zrobić dużo" - mówi Kaczyński. - „ Pracujemy nad wizerunkiem. Będzie nowy, medialny front z nowymi twarzami PiS."
Nic już więcej na ten temat. Jarosław Kaczyński mówi jeszcze długo, o wielu różnych rzeczach i to co mówi, mi się osobiście podoba, choć wiem, że są na pewno tacy, którzy uważają, ze bredzi. Bywa przecież różnie. Nie ma jednak wątpliwości, że cała rozmowa dotyczy na sto procent czegoś kompletnie innego, niż te „parafie". Sam tytuł wywiadu „Na prawo od nas tylko ściana" wskazuje na to, że będziemy raczej czytać o miejscu PiS-u na scenie politycznej i jego szansach powrotu do władzy. Tymczasem jakiś medialny analityk, robiący prasówkę dla Orange, przegląda tekst i nie dość że dochodzi do wniosku, że Kaczyński dał wywiad o parafiach, to na dodatek uznał za stosowne nie dostrzec tego, że Kaczyński zastrzega, że wspomina o parafiach nie jako o strukturze kościelnej, ale w sensie jednostki administracyjnej, czyli obszaru mniejszego od dzielnicy.
No i wysyła informację, którą czytają klienci Orange i - zgodnie z założeniem - pokładają się ze śmiechu, że Kaczor jest jak zwykle ciemny i głupi. Dlaczego tak się dzieje? Najróżniejsi, bardzo mądrzy komentatorzy kpią z niekiedy wyrażanej opinii, że media kłamią i manipulują. Ileż razy słyszeliśmy szyderczą sugestię, że niby „wszystko to wina mediów"? Czym zatem jest to, co zrobił ten mądrala z Orange, jeśli nie kłamstwem i manipulacją?
Przecież istniało dziesiątki innych sposobów, żeby uczciwie podsumować rozmowę z Rzepy. Można było zacytować tytuł wywiadu. Można było zacytować fragment o tym, że gdyby Kaczyński miał się kierować sondażami, to by się dawno powiesił. Albo o tym, że PiS nie zamierza zmieniać prozachodniego kierunku polskiej polityki. Albo o tym, że tradycjonalistycznie myślący elektorat jest dla PiS-u wartością. Albo że PiS i Platforma prezentują dwie odmienne koncepcje wspólnoty narodowej. Albo że faktyczne poparcie dla PiS-u jest znacznie wyższe, niż te z sondaży. Albo to, ze Lech Kaczyński jest zdolny wygrać drugą kadencję. Czy wreszcie to, że to właśnie PiS - zdaniem Kaczyńskiego - po kolejnych wyborach, pozostanie na scenie politycznej. Tymczasem dowiadujemy się, że było o parafiach.
Po co więc? Czy to możliwe, że jedynym celem tego rodzaju manipulacji jest zasugerowanie pozostałej części opinii publicznej w taki sposób, żeby dziś wieczorem, już zupełnie otwarcie i na poważnie, Andrzej Morozowski mógł z red. Zarembą i jakimś dodatkowym komunistą najpierw się krztusić z emocji, że Jarosław Kaczyński się ostatecznie skompromitował, bo nigdy tak wyraźnie jak dziś nie przyznał, że PiS jest ostatecznie stracony? Czy to możliwe, że cały system propagandy antypisowskiej skonstruowany jest według jednego wzoru: najpierw ktoś puszcza drobne kłamstwo, a później cała reszta specjalistów rozdmuchuje to coś to niewyobrażalnych rozmiarów tylko po to, żeby ostatecznie z tego wszystkiego właśnie zostało to jedno sprytne zagranie - w tym wypadku te ‘parafie'? Oczywiście może być różnie, ale nie zdziwiłbym się, gdyby się okazało, że połowa dzisiejszego Szkła Kontaktowego będzie poświęcona roztrząsaniu tego, że PiS planuje robić kampanie wyłącznie po kościołach.
Przecież to co zrobił Morozowski z Zarembą jest dokładnie tym, o czym piszę. Oni najpierw przez jedną trzecią swojego programu ględzili o rzekomo pijanej posłance Kruk, oczywiście z bardzo solidnym zastrzeżeniem, że to jest w sumie drobiazg, i że nie tylko Kruk chleje, a całą już resztę poświęcili na załamywanie rąk nad upadającym ostatecznie PiS-em, bo kto to widział, żeby spaść tak nisko, jak na poziom parafii? A kiedy już się odpowiednio nakręcili, to jeszcze Morozowski dorzucił, że był naprawdę zszokowany, kiedy w dzisiejszym wywiadzie Kaczyński przyznał, że PiS nie ma szans wrócić do władzy. Oczywiście, dla każdego średnio gramotnego czytelnika, jest jasne, ze Kaczyński mówił coś dokładnie przeciwnego. Ale co to może kogokolwiek obchodzić, kiedy cel jest jasny i jednoznaczny?
Tak się więc kręci ta maszynka do mielenia mózgów. Pocieszające w tym jest jednak, że ona przede wszystkim mieli te mózgi, na których mi akurat zależy w stopniu minimalnym. Cieszy mnie to, bo wiem, że czym bardziej one będą zmielone, tym większy będzie końcowy wstrząs. A w końcu, o cóż może chodzić dobrym ludziom, jak nie o tę parę słodkich chwil satysfakcji?
Jeszcze tylko trzy lata. A kto wie, czy nie mniej? Miną szybko. Wczoraj kupiłem sobie dwie płyty z wesołymi rozmówkami między Tadeuszem Rossem a Piotrem Fronczewskim, które kiedyś mnie bardzo śmieszyły i wciąż je bardzo lubię. Piękny absurd. Będę czekał, a w międzyczasie słuchał sobie tych dwóch. I się śmiał. A na razie - bulba!

czwartek, 20 listopada 2008

O komunistach, liberałach i dziewczynach do wzięcia

Starsza Toyahówna studiuje biotechnologię, w związku z czym właściwie cały czas się uczy. Ponieważ to czego się uczy, jest z punktu widzenia normalnego człowieka kompletną abstrakcją, boję się o stan umysłu mojej córki. Co mnie jeszcze bardziej jednak martwi to to, że, kiedy ona się już wszystkiego nauczy, to w ramach relaksu musi się maksymalnie ogłupić, co w jej wypadku przejawia się oglądaniem telewizyjnego serialu pod tytułem Taniec z gwiazdami.Mówię jej, że może lepiej by było, gdyby z tak ciężkiego wysiłku, jakim jest studiowanie chemii białek, czy czegoś równie tajemniczego, nie przeskakiwała od razu do pyskówek między Beatą Tyszkiewicz, a Iwoną Pavlovic, bo z tej różnicy temperatur normalnie zwariuje, ale ona twierdzi, że się przyzwyczaiła i ją to uspokaja.
W sumie nie mam do mojej córki zbyt wielkich pretensji, bo sam doskonale wiem, co znaczy siła przyzwyczajenia. Ja na przykład kiedyś, przez całe lata, kupowałem Gazetę Wyborczą i nawet w pewnym momencie uznałem, że tak mi pasuje. Obecnie oglądam systematycznie TVN24, i też mam wrażenie, że red. Knapik szkodzi mi dokładnie w takim samym stopniu, jak kiedyś red. Bikont, czyli raczej w ogóle.
Wiem przy tym jednak, ze wystarczyłoby porzucić intelektualne środowisko typu TVN24, czy serial M jak miłość choćby na parę tygodni, żeby naprawdę zobaczyć, że bez tego przede wszystkim żyje się spokojniej, a poza tym - co może nawet ciekawsze - po tego typu odstawieniu, widać bardzo wyraźnie, jak się człowiek przez lata po prostu psuł i parciał. No ale co robić - wiedza to jedno, a przyzwyczajenie pozostaje przyzwyczajeniem.
Gazety Wyborczej jednak nie czytam. W zeszły wtorek jednak, ponieważ w nocy z niedzieli na poniedziałek w mój dom wjechało coś ciężkiego, niszcząc wszystko, co stało temu czemuś na drodze, a nikt z nas nie miał pojęcia, cóż to takiego było, postanowiliśmy zasięgnąć opinii lokalnej prasy i uradziliśmy wspólnie, że w tym celu zakupimy Gazetę z lokalnym dodatkiem i sprawdzimy, jak było. No i kupiliśmy tę Gazetę. We wtorek 18 listopada.
Od razu muszę powiedzieć, że - może nie szukaliśmy zbyt dokładnie - ale jednak żadnej informacji na interesujący nas temat nie znaleźliśmy. Ponieważ jednak ta Gazeta leżała sobie i kusiła, kusiła, kusiła, wreszcie się złamałem i zacząłem przewracać kartki. I nawet nie poszło o to, ze na tytułowej stronie, w zapowiedziach dotyczących zawartości numeru, stała jak byk bardzo interesująca informacja, że „chwycił moją rękę, położył na swoich genitaliach i pytał, czy jego biegi będę też tak ładnie zmieniać". W końcu, gdyby tylko o to szło, to bym sobie kupował Bravo Girl. Ten sam zakres tematyczny, tyle że na wyższym od Gazety poziomie. Okazuje się jednak, że po wieloletnim poście, Gazeta Wyborcza robi wrażenie w każdym punkcie, każdego centymetra kwadratowego swojego przekazu. Ja nawet nie potrafię tego nazwać. To jest po prostu inny wymiar. To trochę tak, jak ktoś nie pali papierosów przez lata, nagle z jakiegoś powodu postanawia się mocno zaciągnąć i jedyne, co mu pozostaje, to się wyrzygać. Jakoś tak.
Trafiłem jednak na pewną informacje, które mnie autentycznie zainteresowała i szczerze zmotywowała do tego, by znów siąść i napisać coś do Was. Chodzi mi o artykuł zatytułowany „Sojusz od lewicy daleko". Chodzi mianowicie o to, że, jak donosi Wyborcza, grupa naukowców z czegoś, co się mieści w Brukseli i nazywa Wolny Uniwersytet, przy współpracy z naukowcami z Uniwersytetu Wrocławskiego, przeprowadziła badania wśród 1569 delegatów na 16 zjazdów wojewódzkich SLD, żeby sprawdzić, co współcześni komuniści sobie myślą na najróżniejsze tematy.
Wyniki okazały się bardzo zaskakujące. Otóż okazało się, że dla przeciętnego współczesnego komunisty „im mniej państwo ingeruje w gospodarkę, tym lepiej dla ekonomii". Ponadto, ankiety wykazały, że mniej więcej tyle samo członków SLD, czyli około 70%, jest zdania, że najlepszym sposobem na bezrobocie jest stosowanie tak zwanych elastycznych form zatrudnienia. Co trzeci działacz SLD opowiedział się za wprowadzeniem podatku liniowego. Też, co trzeci zbadany komunista stwierdził, że pedalstwo jest niezgodne z naturą człowieka, a tylko 37% z nich poparło legalizację pedalskich małżeństw. Aż 45% chce przywrócenia kary śmierci, prawie trzy czwarte nie chce legalizacji tzw. ‘miękkich narkotyków', narkotyków i prawie połowa uważa, że szkoła powinna przede wszystkim uczyć dyscypliny. Co jeszcze ciekawsze, okazało się, że 64% delegatów na zjazdy SLD zadeklarowało, że są wierzący, a jeszcze więcej (!), że chodzą do kościoła.
Sama Gazeta Wyborcza, oprócz tego że się oczywiście dziwi, wyraża w związku z tymi wynikami przypuszczenie, że działacze SLD w gruncie rzeczy nie są ani komunistami, ani nawet socjalistami, ale w dużym stopniu, są ostrą, bezkompromisową prawicą. Gazeta cytuje psychologa społecznego, niejakiego Klebaniuka, który wręcz twierdzi, że „spora część delegatów mogłaby znaleźć swoje miejsce w którejś z organizacji prawicowych".
Ciekawe, prawda? Pisałem to nie tak bardzo dawno temu, że w tym całym zamieszaniu związanym z awanturami na temat lewicowości i prawicowości, skłonny jestem zadeklarować, że jestem - wraz z całym moim ukochanym PiS-em - radykalną lewicą. Przyznaję, że wyniki badań, o których tu dziś piszę, napawają mnie z jednej strony optymizmem, a z drugiej utwierdzają w przekonaniu, że coś jest na rzeczy. Chodzi bowiem o to, że ja wcale nie uważam, że pierwszym wnioskiem, jaki się wykluwa z przedstawionych przez Gazetę wyników badań, jest to, że SLD, to nie lewica, ale prawica. Powiem więcej. Ja wcale nie uważam, że, jeśli się wczytamy w te dane, musimy dojść do wniosku, że na przykład Platforma Obywatelska, to nie prawica, ale normalni komuniści. A przecież mógłbym tak pomyśleć. W końcu, jestem przekonany, że gdybym podał Wam te powyższe informacje, nie ujawniając, o kim jest mowa, większość z Was pomyślałaby, że to, co przedstawiono, to opinie członków Platformy. Nie PiS-u, ale właśnie Platformy.
Refleksja, jaka mnie ogarnęła w związku z tym artykułem jest taka, że zarówno SLD, jak i PO, to nie jest ani prawica, ani lewica, ale po prostu establishment. Jedni i drudzy, z jednej strony reprezentują typową partię władzy, a z drugiej, najbardziej prymitywny rodzaj opinii popularnej. Jaka jest ta opinia? Kara śmierci jest dobra, dobry jest podatek liniowy, pedały nie powinny mieć dzieci, do kościoła wypada chodzić, należy wszystko sprywatyzować, a jak ktoś jest bez pracy, to trzeba go zatrudnić na kontrakt, albo na parę godzin. Jestem pewien, że gdyby ich się spytać, jakiej muzyki słuchają, to powiedzieliby, że smooth jazzu, a ostatnio sobie kupili nową płytę Metaliki i książkę z tekstami Marii Peszek.
Jestem głęboko pewien, że wyniki badań przeprowadzonych przez tych międzynarodowych socjologów wskazują, że między SLD, a Platforma Obywatelską nie ma niemal żadnej różnicy nie dlatego, ze jedni i drudzy są prawicą, albo lewicą. Między nimi nie ma prawie żadnej różnicy, ponieważ i jedni i drudzy są pozbawieni jakiejkolwiek idei, poza czystą władzą. Oni wierzą w to, co nie tyle jest modne, ale w to, co obecnie każe im się wierzyć. Bo, wbrew pozorom, nie jest tak, że idea homoseksualnych małżeństw i legalizacja narkotyków, to obowiązujące standardy. Nieprawda. Póki co, to wciąż jeszcze kulturowe ekscesy, głoszone jedynie przez bardzo nakręconych nowoczesnością maniaków. Mainstream wciąż pozostaje w ramach jakiegoś tam konserwatywnego porządku. Dlatego większość zarówno komunistów, jak i członków Platformy - jak sądzę - uważa, że pewnie jakiś tam Bóg istnieje, księdza na kolędę wypada wpuścić, a opłatek, nawet jeśli kupiony na ulicy, na świątecznym stole wypada mieć.
Proszę popatrzeć na dwie postaci obecnej polityki: Zbigniewa Chlebowskiego i Wojciecha Olejniczka. Przepraszam bardzo - ale jaka jest między nimi różnica? Pomijając to, że Chlebowski z jakiegoś powodu znalazł się historycznie po innej stronie, a Olejniczak - z jednakowo historycznych powodów - po stronie przeciwnej, to jest dokładnie ten sam wymiar polskiej polityki. Spójrzmy na posła Karpiniuka i posła Napieralskiego. Przecież nie ma absolutnie żadnych dowodów na to, że Karpiniuk chodzi na Pasterkę, a Napieralski nie. I nie ma absolutnie żadnego powodu, żeby sądzić, że Napieralski - gdy nikt nie słucha - naprawdę jest pełen sympatii dla homoseksualistów, a Karpiniuk nie. Skąd to można wiedzieć?
Skąd ja mogę wiedzieć, czy z punktu widzenia takiego Ryszarda Kalisza, podatek liniowy jest nie do przyjęcia? Jakie ja mam powody sądzić, że Rafał Grupiński, albo Michał Boni uważają, że premier Zapatero jest gorszy, albo lepszy od kanclerz Merkel? Przecież, jak się dobrze zastanowić, to w ich wypadku jest to kompletnie bez znaczenia. A Donald Tusk???? Przecież, jeśli idzie o niego, to już naprawdę jest wszystko obojętne. Przecież gdyby Tusk, jakimś nieprzewidywalnym obrotem sprawy, znalazł się w SLD, to jemu by było dokładnie wszystko jedno. Przecież Lecha Wałęsę hołubią i tu i tam dokładnie w tym samym stopniu.
To są moje wrażenia z lektury wtorkowej Gazety Wyborczej. Wypadałoby jakoś je podsumować. Powiem szczerze, że nie bardzo wiem jednak, jak to zrobić najlepiej. Przychodzi mi jednak do głowy coś bardzo szczególnego i może trochę ryzykownego. Jednak mam poczucie, że tak będzie dobrze. Że tak będzie najlepiej. Proszę więc jeszcze o chwilę uwagi.
Dziś w Rzeczpospolitej przeczytałem następującą informację. Otóż w Wielkiej Brytanii wymyślono, że dany zboczeniec, który korzysta z usług prostytutek, jeśli się okaże, że dziewczyna była przedmiotem handlu ludźmi i w rzeczywistości jest zmuszana do świadczenia tych szczególnych usług, może skończyć w więzieniu, nawet z dożywotnim wyrokiem. Jeśli jeden z drugim pójdą sobie zwyczajnie ‘na panienki', a okaże się, że dziewczyna była niewolnikiem, nie będzie zmiłowania. Nawet jeśli obaj zeznają pod przysięgą, że nie wiedzieli. Dziwni ci Anglicy, prawda
Najdziwniejsze jednak jest to, że tych dwóch w obronę wzięły same dziwki. Przedstawicielka zrzeszenia brytyjskich prostytutek ogłosiła, ze one protestują, bo to przecież nie jest tak, że wszystkie one to ofiary gangów. Wiele z nich, to porządne, zwykłe dziewczyny. I co one mają robić, jak chłopaki zaczną się bać?
Czemu o tym piszę? Nie mam pojęcia. Jakoś musiałem zakończyć i nic innego nie przyszło mi do głowy. Miłego wieczoru!

wtorek, 18 listopada 2008

Rasy niebezpieczne, czyli co słychać pod dywanem

Jednak życie jest piękne. Piękne nie koniecznie w tym sensie, ze każdy dzień przynosi prezenty, a wokół nas krążą sami dobrzy, szlachetni i mili ludzie. Chodzi o to, że choćby nie wiem jak bardzo człowiek uważał się za osobę doświadczoną i jak bardzo był przekonany, ze wszystko już było, przychodzą dni, kiedy po raz kolejny dowiadujemy się, że niespodzianek jest wciąż więcej, niż mogliśmy przypuszczać. Wczorajszy wieczór przyniósł właśnie taką niespodziankę. Panowie Sekielski i Morozowski - sztandarowi dziennikarze Mariusza Waltera - postanowili zniszczyć Mirosława Drzewieckiego - ministra w rządzie Donalda Tuska. I od razu muszę zaznaczyć, że szokujące dla mnie nie jest tylko to, ani nawet w ogóle to, że oni się nagle wzięli za pana Mirka. Nie jest dla mnie nawet szokujące, że uderzenie było tak mocne. W końcu, od niemal roku, tak długo prawie, jak rząd Donalda Tuska panoszy się po naszym kraju, od czasu do czasu, dziennikarze TVN-u - prawdopodobnie głównie dla uwiarygodnienia swojej misji - wyciągają jakieś tam sprawy przeciwko Platformie, które przez chwilę sobie poistnieją w publicznej domenie, by za chwilę zniknąć na zawsze.
To co mnie dziwi, i czego - przyznaję się - zupełnie nie rozumiem, to to, że ten atak był tak niezwykle brutalny i tak kompletnie bezsensowny. Ktoś mi powie, że taka jest praca dziennikarzy, że sobie tam gdzieś węszą i starają się pokazać swoją dziennikarsko-śledczą sprawność, a do nas należy ocena. Nieprawda. Panowie Sekielski i Morozowski mogą sobie tropić do woli, niemniej nie wierzę w taką możliwość, że poważna stacja, jaką jest TVN, nie panuje zupełnie nad skutkami swojej polityki. Jestem przekonany, że jeśli dziennikarze TVN-u mogli sobie pozwolić na sięganie w tak zamierzchłe, odległe i w gruncie rzeczy mało ważne zdarzenia, jak jakiś pobyt państwa Drzewieckich w Ameryce, gdzie pan i pani po pijanemu się pokłócili, a amerykańska policja zrobiła z tego odpowiedni raport, to ktoś musiał tę akcję nadzorować.
Ja nie wiem, jak to się wszystko odbyło. Możliwe, ze szefowie obu panów kazali im znaleźć coś na Drzewieckiego i oni znaleźli. Mogło też być tak, że ktoś im tę awanturę podrzucił, a oni z tym przyszli do Waltera, czy kto tam się tymi sprawami zajmuje, i dostali polecenie, żeby materiał wykorzystać. Wszystko jedno. To co jest tu interesujące to fakt, że wczorajsza audycja zrobiła wrażenie nokautujące. Ja dawno nie widziałem tak niesłychanej agresji i bezwzględności. Drzewiecki wyglądał, jakby się miał zamiar pobeczeć, a jedyne na co go było stać, to powtarzać w kółko i bezsensownie: „Proszę się iść spytać moją żonę".
I znów muszę tu przyznać, że ja zupełnie nie rozumiem, o co poszło. Nie mam pojęcia, jakie układy i interesy panują między medialnym towarzystwem, a Platformą, jakie Platforma ma wobec tego salonu zobowiązania i na co politycy Platformy powinni bardziej lub mniej uważać. Domyślam się jednak, że - po raz zresztą kolejny już - TVN się zniecierpliwił. Poprzednim razem - o czym już tu jakiś czas temu wspominałem - było to tylko zniecierpliwienie. Dziś ewidentnie zapadła decyzja, by pokazać Platformie na przykładzie, jak się prowadzi poważną akcję. Na pierwszy ogień, z jakiegoś powodu, poszedł Drzewiecki, ale politycy Platformy powinni doskonale wiedzieć, że to mógł być jedynie tak zwany random choice, i że jeśli następnym razem TVN-owi (albo komukolwiek - choćby i RMF-owi), przyjdzie do głowy, żeby rąbnąć w Katarzynę Hall, albo w Michała Boniego, albo przewodniczącego Chlebowskiego, to zrobią to bez najmniejszych kłopotów.
Nie mam też pojęcia, jaki będzie efekt tej wczorajszej akcji TVN-u. Czy Drzewiecki wyleci, czy może Tusk go przytuli i nie da skrzywdzić. Jest to jednak kompletnie bez znaczenia. To co się liczy, to fakt, że jeszcze nigdy dotychczas politycy i przyjaciele Platformy nie zobaczyli, jak niewiele trzeba, żeby wszystko to, co tak mozolnie budowali przez całe lata, cały ten wizerunek, cała ta polityka miłości, te sondaże i to poczucie bezkarności, po prostu runęło. Z dnia na dzień. Już wczoraj w nocy, można było zaobserwować tę panikę. Kiedy w Onecie pokazała się informacja o wystawieniu Drzewieckiego, natychmiast pod spodem wyskoczyły dziesiątki komentarzy przerażonych wielbicieli naszego rządu, oburzonych tym, co TVN wyprawia. Histeria była tak komiczna, że aż zarwałem część nocy, żeby móc się nasłodzić tym wyjątkowym efektem.
I myślę, ze jest to najlepszy moment, żeby podkreślić bardzo przykry dla samej Platformy i dla jej wyborców fakt, że ani Donald Tusk, ani jego koledzy, nie są w najmniejszym stopniu odporni na tak zwane wichry wojny. Tak zostali wychowani i zawsze im się w związku z tym wydawało, ze polityka to właściwie sama przyjemność. Kiedy parę dni temu na konferencję Jarosława Kaczyńskiego w Olsztynie weszła grupka zidiociałych cymbałów z dredami, przez całą konferencję żarli demonstracyjnie chrupki, ciamkali i próbowali Kaczyńskiego wyprowadzić z równowagi, zmartwieni byli wszyscy, tylko nie Kaczyński. On akurat wręcz powiedział, ze bywało dużo gorzej i żeby się nie przejmować. Już sobie wyobrażam, co by się działo, gdyby z taką sytuacją przyszło się zmierzyć Donaldowi Tuskowi. Przecież on by się zwyczajnie popłakał i uciekł.
Coś się więc zaczyna. Ja nie wiem co i, jak podejrzewam, mało kto wie cokolwiek. Myślę, że Drzewiecki po prostu wypadł z bębna jako pierwszy. Ale może też być tak, że to faktycznie to o niego chodziło. W najnowszym Wproście Mazurek z Zalewskim informują, że jakiś skruszony gangster zeznał, że Drzewiecki kupował od mafii narkotyki, o czym - co dziwne, ale i też nie do końca dziwne - media milczą. Może być więc tak, że połączone siły Platformy i właśnie mediów uznały, że trzeba Drzewieckiego usunąć, tylko nie do końca wiedzieli, czy lepiej będzie za te narkotyki, czy może za damski boks. Wydaje mi się osobiście, że ten trudny dylemat mogli rozstrzygnąć na rzecz boksu, bo chociaż dragi dla członków i przyjaciół Platformy to nic szczególnego, wciąż w tym inteligencko-schamiałym towarzystwie nakłaść kobiecie - zwłaszcza po pijanemu - to pewnie, mimo wszystko, sprawa bardziej, że tak powiem, w standardzie, niż kupowanie od mafii. Więc pokazali mu te amerykańskie papiery.
Ale, jak mówię - nie sądzę. Myślę, że to jest jakaś większa sprawa. Myślę, że z jakiegoś powodu Platforma notorycznie i w sposób dla TVN-u niezwykle irytujący, nie spełnia oczekiwań. Więc nastąpiło ostrzeżenie. Wydaje mi się, że mam rację, bo, jeśli się dobrze rozejrzeć, to jest aż nazbyt wiele najróżniejszych przypadków związanych z Platformą właśnie. Policjanci łapią dwóch lokalnych działaczy ze skrętami w pyskach i z amfetaminą pod siedzeniem. Po co? Nie mają innych zajęć?Z innej już beczki, RMF najpierw doprowadza do szału Boniego, zadając mu głupie pytania na temat obietnic wyborczych, a następnie szczuje bez sensu na biednego Nowaka. A przecież to dopiero początek. I przecież to ten sam RMF, który trzy lata temu wydał kupę pieniędzy tylko po to, by obwiesić Polskę czarnymi billboardami, które miały ostatecznie przydusić PiS.
Nie wiem jaki będzie efekt tego, co wczoraj zrobiono z Drzewieckim. Nie wiem też, czy za tym pierwszym uderzeniem pójdą następne, czy może znów na chwilę zapanuje słodki spokój. Nie wiem, czy Drzewiecki poleci, czy zostanie. Ale nawet jeśli jedynym tego skutkiem będzie to, że pan minister jednak nie rzuci palenia w najbliższy czwartek, to i tak, życie jest piękne. Bo ciekawe.

niedziela, 16 listopada 2008

O możnych tego świata i dzieciach z zapałkami

Jeszcze trochę o rocznicy, dobrze? Zwłaszcza, że rocznica będzie pewnie jedynie pretekstem. Wczoraj - oprócz wspomnianego już jednego fragmentu wystąpienia Premiera i jednego fragmentu wystąpienia jednego dziennikarza - zanotowałem dwie jeszcze wypowiedzi, które, moim zdaniem, zasługują wyłącznie na reakcję, którą Anglicy opisują słowami ‘kick in the eye', a Polacy jeszcze bardziej mięsistym ‘kopem w ryj'. Niestety mamy w tej kwestii bardzo ograniczone możliwości, ponadto wszyscy jesteśmy bardzo kulturalni, a gesty honorowe odeszły już dawno w mroki historii. W tej sytuacji, pozostaje albo cichutko sobie chlipać, albo swoimi żalami dzielić się z tymi, którzy nas zrozumieją.
W telewizji TVN24, redaktor Morozowski, podsumowując rok pracy rządu Donalda Tuska, stwierdził, ze jemu osobiście bardzo zaimponował sposób w jaki premier Tusk „rozprowadza" Prezydenta. Morozowskiemu chodzi o to, że Premierowi najpierw niezwykle skutecznie udało się zorganizować bojkot prezydenckiej gali w Teatrze Narodowym, a kiedy już wszyscy zobaczyli nędzę tej rocznicowej uroczystości, te puste miejsca na publiczności, ten wieśniacki program artystyczny, Tusk pojechał do Paryża i pięknie wszystko pozałatwiał.
To był pierwszy ze wspominanych ekscesów. Gdzieś w okolicach Morozowskiego, pojawiła się kobieta o nazwisku Szumowska - reżyser filmowy - by opowiadać o swojej artystycznej wizji. Ponieważ dzień był świąteczny, spytano tę panią Szumowska, jak on widzi politykę. Usłyszeliśmy, że polityka Szumowskiej nie interesuje zupełnie. Owszem, jakiś czas temu, przez jakieś dwa lata, ona była bardzo polityką poruszona i nawet ją to co się w Polsce dzieje, bardzo denerwowało, ale teraz to ona stoi kompletnie z boku. Redaktor przepytujący panią artystkę, zadawał prowokacyjne pytania, że niby ten rząd jest nudny i w sumie nic nie robi, ale pani Szumowska niezmiennie odpowiadała, że może - owszem - i tak jest, ale ona pozostaje niezainteresowana. Pełny spokój.
Zapamiętałem jakoś te dwie wypowiedzi, ponieważ, w zupełnie przedziwny sposób, udało mi się w nich dostrzec pełną symbiozę między tymi, którzy obecnie kreują intelektualne i patriotyczne ambicje społeczeństwa, a tym właśnie społeczeństwem. Morozowski wygłosił komunikat, który stanowił bezczelnie jednoznaczne poparcie dla działań, które w normalnych warunkach musiałby zostać uznane za zdradę stanu, a przedstawicielka opinii publicznej - prawdopodobnie w pełnej zgodzie z oczekiwaniami Morozowskiego i reprezentowanego przez niego obozu zdrady narodowej - oświadczyła, że ona się sprawami Kraju nie interesuje.
Dlaczego zdecydowałem się na używanie aż tak mocnych słów pod adresem ludzi, którzy nie robią nic innego, jak tylko przedstawiają swoje poglądy? Przede wszystkim ze względu na szczere przekonanie, że zło, jakie nas otacza zasługuje na najmocniejsze słowa pogardy, a jeśli te słowa tak rzadko padają, to tylko dlatego, że do tego zła zostaliśmy w bardzo perfidny sposób przyzwyczajeni. Polska przeżywa 90-tą rocznicę odzyskania, po setkach lat niewoli, niepodległości. Rocznicę tego cudu, który gdyby się nie zdarzył, bylibyśmy dziś, jak pisze Zdzisław Krasnodębski, być może „grupą etniczną podobną do Serbów łużyckich - ledwie tolerowaną mniejszością pokazywaną na festiwalach folklorystycznych". Lech Kaczyński, jako prezydent wszystkich Polaków, pragnąc uczcić tę rocznicę, organizuje uroczystą galę z udziałem reprezentantów całego współczesnego świata. Polityczni przeciwnicy Prezydenta, żeby go poniżyć i wykpić, podejmują wielotygodniowe starania, żeby sukces gali maksymalnie osłabić, a kiedy im się to przedsięwzięcie częściowo udaje, poważny przedstawiciel mediów bije w zachwycie brawo, bo z jego punktu widzenia było bardzo śmiesznie obserwować, jak Polska jest ośmieszana.
A przecież to już nie pierwszy raz. Pamiętamy wszyscy bardzo dobrze, jak prezydent Kaczyński planował urządzić piękne i podniosłe uroczystości mordu katyńskiego i niestety musiał całe przedsięwzięcie odwołać, bo bojkot zorganizowany przez jego politycznych przeciwników sięgnął tak głęboko, że istniała obawa kompromitacji. Pamiętamy, jak z udziału w uroczystościach wycofywali się po kolei czołowi przedstawiciele świata polityki, kultury i sztuki, bo wiedzieli, że jeśli nie wykażą solidarności ze swoimi mocodawcami, utracą zbyt wiele. A wszystko tylko po to, by nielubiany prezydent za dużo sobie nie myślał.
Właśnie na DVD ukazał się film Martina Scorsese o Rolling Stonesach. Jest tam taka scena, gdy na koncercie Stonesów pojawia się prezydent Clinton... z Kwaśniewskim. Clinton przedstawia Kwaśniewskiego Jaggerowi, ze oto prezydent Kwaśniewski z Polski. Ja Kwaśniewskiego nie znoszę. Moja nienawiść do Kwaśniewskiego jest, że tak powiem wypita z mlekiem matki. Nie chodzi o to, że on był moim zdaniem złym prezydentem, że dla mnie wygląda jak świnia, nie o to, że wygląda jak czerwona świnia, nawet nie o to chodzi, ze jest pijakiem. Ja go nienawidzę, bo jest dla mnie komuchem, oraz przedstawicielem zbrodniczego systemu, osobiście - jak podejrzewam - odpowiedzialnym za wiele bardzo złych rzeczy. Jednak ostatnią rzeczą, na jakiej by mi zależało to to, by podczas tej prezentacji Kwaśniewski na przykład się przewrócił i żeby to zostało zapisane na taśmie filmowej przed całym światem.
A my dziś mamy sytuację taka, że dla swoich najniższych i najbardziej parszywych instynktów, cała grupa niezwykle wpływowych osób ze świata polityki i mediów aż przebiera nogami, by wystawić nasz kraj na pośmiewisko świata. Mało tego. Oni zajmują się zaspokajaniem tych swoich emocji i są przy tym z siebie okropnie dumni. Część z nich wręcz przyznaje, ze tak, to prawda, niech ten kraj spłonie, bo tylko tego rodzaju katharsis może umożliwić prawdziwą odbudowę. A głupi ludzie patrzą na to wszystko i albo bija brawo, albo - w najlepszym wypadku - wzruszają ramionami i oświadczają, ze oni się już polityką nie interesują. Kiedyś, jak im kazano, to - owszem - mieli coś do powiedzenia, ale dziś? Jest fajnie.
A co z tymi, którzy dbają, którym zależy, którzy wiedzą, że to nasza Polska i że jesteśmy tym Narodem? Co z tymi, którzy wychodzą z domu, biorą ze sobą dzieci i udają się albo do kościoła, albo na miejscowe uroczystości? Im z kolei specjaliści od nazywania rzeczy po nowemu wyjaśnią, że oni tak tylko dlatego, ze była ładna pogoda. Że gdyby było zimno i padał deszcz, pies z kulawą nogą nie zainteresowałaby się co się tam za oknem dzieje. I ten ‘kartofel' musiałby sam się tam zabawiać ze swoją Polską i z tym swoim babsztylem. Bo ktoś, kto nawet nie zasługuje na to, by jechać z wizytą do Japonii, ale zwyczajnie do Azji - w ogóle nigdy nie zasługuje na nic dobrego.
Więc jeśli mnie ktoś spyta, czemu ja się tak denerwuję, albo czemu się nie zastanowię, jak ta moja miłość do Kaczorów zrujnowała moje umiejętności oceny, czemu nie popatrzę, jak to Kaczyński sam się wprowadza w ten stan, w którym już go tylko wszyscy nienawidzą, to ja mam jedną odpowiedź. Ja się nad moimi umiejętnościami obserwacji i wyciągania wniosków zastanowię, kiedy w tej debacie będę miał naprzeciwko siebie ludzi prawdziwie zatroskanych. Patriotów i Polaków. A nie z jednej strony bezpośrednich - nie tylko ideologicznych i intelektualnych - spadkobierców tych, o których można przeczytać w Piśmie Świętym, jak to nawet setki lat im nie wystarczyły, żeby się najzwyczajniej w świecie zasymilować. A z drugiej, kompletnie ogłupiałych widzów, którzy czując potęgę tych swoich potężnych opiekunów, zrezygnowali z tego, z czego tradycyjnie rezygnować nigdy nie było wolno.

sobota, 15 listopada 2008

O oczach, uszach i puszystej demokracji

No i nastał dzień faktycznych podsumowań, podsumowań oficjalnych i autorytatywnych, tego, co się zdarzyło w ciągu minionego roku. Oczywiście każdy z nas, i ja sam i Wy, którzy to czytacie, swoje zdanie mamy i nie wydaje się sensowne powtarzanie tego, co już tyle razy zostało powiedziane. Ani ja nikogo nie zaskoczę, ani nawet najbardziej polemiczne komentarze nie zrobią szczególnego wrażenia na mnie, niemniej wypadałoby spróbować znaleźć w tym dzisiejszym dniu choć parę elementów nowych, albo chociaż inspirujących w jakiś nowy sposób.Chcąc znaleźć w dzisiejszych wypowiedziach właśnie te elementy nowe, najpierw rzetelnie wysłuchałem wystąpienia premiera Tuska, a zaraz po nim kontrującego je, przemówienia prezesa Kaczyńskiego. Słowa jak słowa. Metody jak metody. A i sami przemawiający też tacy, jakich już wielokrotnie mieliśmy okazję oglądać. Komentarze są zbyteczne. Jednak ponieważ telewizja ma swoje prawa i obowiązki, zarówno TVN24, jak i TVP Info, zaprosili do swoich stolików tzw. ekspertów, by wyjaśnili widzom sytuację po dzisiejszym starciu i ewentualnie powiedzieli, jak myśleć.
Ponieważ bałem się, że TVN24 zaprosi z jednej strony eksperta Kucharczyka, a z drugiej eksperta Mistewicza, sięgnąłem do telewizji, która, jak to bystro określa Robert Mazurek, ma tylko jednego klienta, licząc, że przynajmniej oni pozwolą mi zachować weekendową równowagę. W studio TVP Info siedział komunistyczny Sierakowski i newseekowy Andrzej Stankiewicz, no i komentowali. No trudno, zostałem. I znów, słowa jak słowa, a metody jak metody. Jednak nastąpiło coś, co pozwoliło mi przynajmniej zasłużyć sobie na kolejny wpis w Salonie. Mianowicie Andrzej Stankiewicz, poproszony przez panią z telewizji o skomentowanie wystąpienia Jarosława Kaczyńskiego, powiedział mianowicie, ze on jest bardzo zawiedziony, bo Kaczyński, jak zwykle skupiał się na sprawach nieistotnych i ogranych, a jego przemówienie było skierowane nie na poszerzenie elektoratu, ale na utrzymanie dotychczasowego poparcia. Jako konkret, red. Stankiewicz powiedział, że on liczył na to, że Kaczyński będzie mówił o finansach, o gospodarce, o ‘naszych portfelach", o oświacie, edukacji. A on tymczasem gadał, tak jak zawsze o Sawickiej, której nazwiska i tak normalni ludzie już dawno nie pamiętają.
Ponieważ nastąpił tak zwany dysonans poznawczy, zajrzałem do dokumentów i sprawdziłem. Wystąpienie prezesa Kaczyńskiego trwało jakieś 40 minut, było skonstruowane, tak jak to u niego bywa, na zasadzie kolejnych tematów, i mówił Kaczyński - najogólniej rzecz ujmując - o finansach, pieniądzach, gospodarce i - dosłownie - o tych upragnionych przez Stankiewicza, kieszeniach, jednym ciągiem przez ponad 8 minut. O edukacji i systemie oświaty mówił tuż przed tymi finansami i zabrało mu to niemal 7 minut. Jeśli idzie o Sawicką, jej osobę i nazwisko wspomniał Kaczyński raz, o służbie zdrowia mówił zaledwie przez półtorej minuty, głównie zwracając uwagę na to, że minister Religia miał świetny program i dobrze by było go realizować.
Dlaczego to co zrobił Stankiewicz jest dla mnie tak ciekawe? Nie dlatego, wbrew pozorom, że jest on jednym z całego szeregu medialnych kłamczuchów. Szczerze powiem, ja nawet nie sądzę, żeby on z rozmysłem kłamał. Uważam bowiem, że Stankiewicz, słuchając Kaczyńskiego, autentycznie był przekonany o tym, że ten gada wyłącznie o Sawickiej. Stankiewicz siadał do wystąpienia Kaczyńskiego, wlepiał swoje oczy i uszy w tę studyjną ‘plazmę', widział małego, grubego, z wykrzywioną w nienawiści twarzą, kartofla i autentycznie słyszał słowa „Sawicka, Sawicka, Sawicka, Sawicka...".
To jest tylko Stankiewicz - jeden z aspirujących dziennikarzy. Ale to co robi on, te jego chore napięcie, te jego nieopanowane emocje, ten jego nieprzytomny zawrót głowy, są przecież charakterystyczne dla wielu osób i wielu środowisk. On jest zaledwie skromnym reprezentantem całych szeregów ludzi, którzy słuchają, jak Lech Kaczyński mówi „i dobry był też Boruc bardzo", a w ich mózgach powstaje konstrukcja „Borubar". On jest tylko dzisiejszym wysłannikiem tych grup politycznych, którzy patrzę na Jacka Kurskiego i widzą wściekłego bullterriera. I którzy odwracają wzrok w kierunku Janusza Palikowa i natychmiast widzą wesołego ułana z fantazją. To jest wreszcie ta grupa intelektualna, która patrzy na Marię Peszek i widzi atrakcyjną dziewczynę „kolekcjonującą wzwody", a kiedy, dla odmiany, ujrzy Pawła Kukiza - automatycznie zaczyna nastawiać ucha, w gotowości na kolejną porcję słodkich nauk.
Nie bardzo chciałem dziś komentować słów treści wystąpień polityków. Bo słowa, to tylko słowa. A poza tym, co tu komentować, jeśli z jednej strony można się spodziewać wyłącznie podziękowań dla Zbyszka i Staszka, a z drugiej, kolejnych oczywistości i nudnych już kpin. Jednak są też czasem słowa szczególne. Autorem tych może bardziej niezwykłych słów był dziś Donald Tusk. W pewnym momencie swojego wystąpienia, uznał pan premier za stosowne stwierdzić, że jeśli są jakieś elementy w pracy rządu, które nie wychodzą, to tylko te, które są ograniczane przez demokrację. Powiedział Tusk, że wszystko to co pozostaje poza procedurami demokratycznymi, rząd bardzo skutecznie realizuje. Słuchałem tych słów i czułem, jak bardzo Donald Tusk by chciał uzyskać dla siebie i swojego rządu prawo do działania poza jakąkolwiek kontrolą. Wtedy dopiero, gdyby udało się pozbawić Parlament jego konstytucyjnych uprawnień, gdyby udało się wyeliminować z życia publicznego opozycję, gdyby udało się zapanować nad Krajem w sposób niepodzielny, życie nabrałoby barw, a praca sensu.
I wówczas, dzisiejsza rocznica działalności rządu PO mogłaby odbywać się w o wiele milszej atmosferze. Niewykluczone nawet, ze TVN zorganizowałby jakiś ładny koncert, na którym Maria Peszek dostarczyłaby nam pornografii na wyższym poziomie kulturowego rozwoju.
No a co najważniejsze, może rząd by wreszcie dał spokój telewizji publicznej. Bo przecież widzieliśmy dziś wszyscy, jak bardzo się prezes Urbański stara.

piątek, 14 listopada 2008

Watahy do Japonii, Europa na Polanki

Mija już niemal rok od czasu jak Donald Tusk i jego towarzystwo zainicjowało proces ostatecznego rozgromienia partii o nazwie Prawo i Sprawiedliwość i wtrącenia jego głównych przedstawicieli do kazamatów. Mało tego. Mijają już niemal trzy lata, jak połączone siły mediów i tzw. towarzystwa, rozpoczęły kampanię mającą jeden cel - sprowadzenie najpierw polityki do poziomu kultury popularnej, a następnie opisanie wszystkich jej elementów według dwóch kryteriów: elegancji i obciachu. Efekt tych wszystkich działań jest następujący: PiS ma mniej więcej taką samą pozycję, jak trzy lata temu i dokładnie taką samą, jak przed rokiem. Co ciekawe jednak, również nie zmienił się za bardzo popularnie obowiązujący opis sytuacji. Z małymi różnicami, opinia jest taka, że partia Jarosława Kaczyńskiego gnije i dogorywa, a bramy więzień już skrzypią z emocji w oczekiwaniu na miłych gości.
To jest względnie stały i powszechny obraz sytuacji, jaki sobie stworzyły media i część polityków. Jak już idzie o diagnozy, bywa różnie. Niektórzy twierdzą, że PiS sobie sam zasłużył, bo jest wieśniacki i głupi, a jak ktoś jest wieśniacki i głupi, to wystarczy go puknąć, żeby zdechł. Inni z kolei, przekonują, że choć PiS jest rzeczywiście wieśniacki i głupi, to żeby pisobolszewię dobić trzeba było naprawdę wyrafinowanych graczy i to im właśnie ostateczny sukces Polska zawdzięcza.
Głosów twierdzących, że nikt nikogo ani nie puknął, ani nikt nie zdechł, ani nawet nikt aktualnie nie zdycha, w domenie publicznej raczej nie ma.
I oto nagle zbiegły się dwie szczególne okazje. Z jednej strony rok dorzynania watahy, jak to dziś zgrabnie w Rzeczpospolitej wyraził Rafał Ziemkiewicz, a drugiej zbliżająca się wielkimi krokami rocznica wielkiego wydarzenia w historii narodu, kiedy to Lech Wałęsa z sukcesem wbił się między Alfonso Garcię Roblesa, a Desmonda Tutu. Jakby tego było mało, prezydent Kaczyński jedzie do Japonii, prezydent Sarkozy przyjeżdża do Polski, związkowcy z Sierpnia 80 wykręcają premierowi tabliczkę, a Platini ostrzega, że jeśli nie będzie stadionów, to nie będzie Euro. Poza tym oczywiście wszystko stoi, jak stało, ale ten gwałtowny ruch w interesie sprawił, że towarzystwo się nagle uaktywniło.
I powiem szczerze, że ja czegoś tu nie rozumiem. Jak pisze red. Ziemkiewicz, PiS jest partią już skutecznie marginalizowaną, watahy systematycznie dorzynane, szanse na to, że Platforma utraci władzę praktycznie zerowe, a tu nagle zawierucha, jakiej dawno nie było. Dziś wieczorem w TVN24, ni stąd ni zowąd, cały blok poświęcony bredzeniu na temat tego, jak to 20 lat temu Wałęsa zwodził komunistow, a chwile potem, ledwo zawoalowane szydzenie z tego, że Prezydent zamiast spotykać się z Sarkozym i z Dalajlamą, będzie się bez sensu snuł po cesarskich komnatach.
Co za bezsens! Już nawet propagandziści od Waltera wymyślili nową nazwę dla określenia dnia 6 grudnia - Nikołajki. Proszę zwrócić uwagę. Wałęsa, „z małą pomocą przyjaciół", zorganizował sobie zupełnie bezsensowną fetę, na której, jak dziś się zapowiada, oprócz telewizji TVN24, będzie Sarkozy, Dalajlama i Gorbaczow - takie Wałęsowie imieniny, tyle że w poszerzonym, międzynarodowym gronie - a atmosfera wokół tego wydarzenia już dziś zaczyna się kreować na coś w rodzaju największego światowego szczytu minionego stulecia. Już dziś Donald Tusk chodzi po różnych telewizjach z poważną mina i opowiada, jak to 6 grudnia on się spotka z wszystkimi ważnymi ludźmi świata i załatwi sprawy tak, ze może nawet i złotówkę będziemy mogli sobie zostawić.
Lech Kaczyński jedzie na jedną ze swoich prezydenckich wizyt, tym razem do Korei i Japonii, niewykluczone, że, w odróżnieniu od Donalda Tuska, zabierze sobą również odpowiednich biznesmenów, a cała propagandowa machina już zaczyna przytupywać z podniecenia, jakie to będą jaja patrzeć na tego głupka wśród tych głupkowatych Japończyków, podczas gdy tu, nad polskim morzem będzie się tworzyła nowa cywilizacja.
Po jasną cholerę angażować tak ciężkie siły, w tak idiotyczny sposób, a na dodatek z tak dużym wyprzedzeniem, skoro wataha jest równo dorzynana, a Kaczory już praktycznie na ruszcie?
Proszę mnie dobrze zrozumieć. Ja rozumiem emocje, nie dziwię się też indywidualnym sympatiom, ale sytuacja jest taka, że PiS na kolanach, Wałęsa ma rocznicę Nobla, Prezydent w tym czasie jedzie do Japonii, a cała Polska w objęciach histerii... bo co? Bo Sarkozy w swoje imieniny doświadczy afrontu? Czy może Wałęsie zabraknie jednego gościa? A może - jak tu już wczoraj ktoś w komentarzach zasugerował - ten cham Kaczyński nażre się za darmo?
Trochę chaotyczny ten mój wpis, ale sama sytuacja też nie jest bardzo logiczna i poskładana. A poza tym, ja autentycznie czuję, co się będzie działo przez najbliższe trzy tygodnie. Ja już widzę te żarty z Japończyków i z Kaczyńskiego w cesarskim pałacu, te ‘do porzygania' nudne opowieści o tym, jak to Lech Wałęsa, jednym drgnieniem swojego umysłu, rozwalił komunę i jak to Donald Tusk, razem z Dalajlamą i Gorbaczowem już za chwilę nam pokażą, jak się robi wielką politykę.

czwartek, 13 listopada 2008

Na kolana chamy! Mówi prezydent Sarkozy

Kiedy szczęśliwie minęła 90 rocznica odzyskania przez Polskę niepodległości, prezydent Kaczyński - wbrew zapowiedziom posła Palikota - w upojeniu alkoholowym nie spadł pod stół, pani Prezydentowa - wbrew zapowiedziom dziennikarzy śledczych Dziennika - nie zrobiła uczestnikom gali karczemnej awantury, a dach Teatru Wielkiego - wbrew nadziejom Waldemara Kuczyńskiego - nie zwalił się na głowy temu obciachowemu towarzystwu, które postanowiło skorzystać z zaproszenia, i wstąpić na „wiejską potańcówkę", pomyślałem sobie, że wreszcie dostaniemy kilka dni na zaczerpnięcie oddechu. Jeszcze tylko marszałek Borusewicz wyraził ból z tego powodu, że zamiast w towarzystwie nowoczesnego zespołu Feel, był zmuszony bawić się przy piosenkach zupełnie nie-nowoczesnej Ireny Santor, Jego Ekscelencja minister Sikorski dyplomatycznie pozwolił hołocie trzymać się własnych gustów, jeszcze tylko aparat medialny przetrawił szokująca informację o skandalicznej wpadce Prezydenta w postaci przejęzyczenia, jakie nastapiło w czasie jego rocznicowego wystąpienia i uznałem, ze mogę się spokojnie zająć życiem.
Nic z tego. Od rana jestem bombardowany informacją o dyplomatycznym skandalu w postaci lekceważącej postawy Lecha Kaczyńskiego wobec prezydenta Francji. Poszło o to, że, jak się okazuje, kiedy prezydent Sarkozy łaskawie na początku grudnia wpadnie do Polski, będzie na niego czekał tylko Lech Wałęsa, natomiast sam Lech Kaczyński będzie w rozjazdach.
Przyznam, że od wczoraj, kiedy nagle musiałem uznać fakt, że lata lecą, świat się zmienia i pewne standardy, do których byłem bardzo przywiązany, przestają obowiązywać, poczułem płynący z tą wiedzą powiew tolerancji i zrozumienia. Już wiem, że w czasach pełnej dekonstrukcji, już nie tylko reżyser Pasikowski może się okazać wybitniejszym artystą od braci Coen, ale nawet piosenkarz Kukiz (tak, ten Kukiz!) większym autorytetem moralnym od Norwida (tak, tego Norwida!). Trzeba się podporządkować. A dziś nagle nowa niespodzianka.
Muszę tu od razu, w postaci drobnej dygresji, zdeklarować się, że fakt niezaproszenia Lecha Wałęsy na obchody Święta Niepodległości jest dla mnie całkowicie ludzki, logiczny i zrozumiały. Nawet nie dlatego, że Wałęsa nieustannie obraża Prezydenta, nie dlatego, ze był Bolkiem i nawet nie dlatego, że okres swojej prezydentury wykorzystał do służenia nie Polsce, ale najbardziej ciemnym siłom antypolskim. Uważam, że Lech Kaczyński, zapraszając Wałęsę na galę, postąpiłby bardzo źle, bo tym samym okazałby brak szacunku i do siebie i swojej żony. A to przez jedną jedyną wypowiedź Wałęsy: tę mianowicie, gdzie Wałęsa zadeklarował, że jest „nagrzany" na sama myśl o tańcu z panią Kaczyńską.
Zapewne znacie taki greps, czy to z filmów gangsterskich, czy ze zwykłych kryminalnych komedii - a może niekiedy i z życia - kiedy ktoś w celu albo zastraszenia, albo tylko wyprowadzenia przeciwnika z równowagi, zaczyna coś mówić o tego kogoś żonie, lub dzieciach. Tradycja tak dziwnie sprawiła, że dla wielu z nas, rodzina, dzieci, żona są czymś świętym, czego się nie wykorzystuje w bezpośrednich potyczkach. I odwrotnie, nasi wrogowie wiedzą, że, jeśli chcą zrobić na nas skuteczne wrażenie, to powinii tylko wspomnieć coś o naszej córce, czy naszej żonie. Cokolwiek. Niekoniecznie coś brzydkiego, czy chamskiego. Wystarczy wymienić imię. Nawet tu, w Salonie, parę razy zauważyłem, jak działa ten mechanizm, choćby wtedy gdy któryś z najwidoczniej dobrze obeznanych w psychologii bloggerów, w swoich komentarzach notorycznie pytał mnie, czy ja mam żonę.
Lech Wałęsa publicznie powiedział, że on na myśl o tańcu z panią Kaczyńską staje się „nagrzany".
Ja oczywiście od wczoraj szczególnie mocno czuję to, że ten świat już może nie za bardzo jest dla mnie, ale wciąż, z mojego punktu widzenia, tego typu tekst załatwia wszelkie sprawy towarzyskie ostatecznie. Skoro Lech Kaczyński za te słowa Wałęsy publicznie i fizycznie nie opluł, to - na Boga! - dajmy mu prawo Wałęsę chociaż lekceważyć. W ogóle, ja byłbym za tym, żeby pozwolić ludziom - w tym nawet prezydentom - cieszyć się prawem do osobistych emocji i uczuć.
I teraz pojawia się prezydent Sarkozy. Ja się nie znam aż tak na polityce, jakby niektórzy podejrzewali. Tym bardziej, brakuje mi wielu podstawowych informacji odnośnie wielu podstawowych kwestii, do tego stopnia, ze większość moich ocen ma charakter bardziej indywidualny i raczej emocjonalny, niż czysto analityczny. Oczywiście, staram się sprawy analizować, ale wiem, ze wszelkie moje refleksje są pewnie aż nazbyt często obciążone błędami, wynikającymi z niepełnej wiedzy. Mam jednak oczy, uszy i - póki co - nienajgorsza pamięć i wiem następujące rzeczy. Prezydent Sarkozy, podczas słynnego europejskiego szczytu, potraktował prezydenta Kaczyńskiego nienajlepiej. Z medialnego rechotu, jaki się rozległ w tamtych dniach, domyślam się, że nie tylko ja byłem tak spostrzegawczy. Prezydent Sarkozy nie skorzystał też z zaproszenia i nie pojawił się w Polsce w dniu Święta Niepodległości. Merkel przyjechała - on nie miał czasu. Uznał jednak Sarkozy, ze on do Polski przyjedzie w grudniu - przede wszystkim po to, żeby oddać cześć Lechowi Wałęsie i być może pocieszyć go w związku z tym, ze jego męskie ambicje odnośnie Marii Kaczyńskiej pozostały niezaspokojone. Ale przy okazji też po to, żeby prezydentowi Kaczyńskiemu jeszcze raz - jak dziecku - wytłumaczyć, że podpisanie Traktatu jest sprawą dla Sarkozego bardzo ważną. Nie na tyle ważną, żeby się Kaczyńskiemu jakoś szczególnie podlizywać, ale na tyle ważną, żeby wyskoczyć na chwilę z imprezy u Wałęsy.
I teraz, jak się okazuje, kiedy Lech Kaczyński zachował się prawdziwie po męsku i pokazał Sarkozemu - mam wielka nadzieję, że pokazał naprawdę, a nie że to tylko medialne plotki - że jemu chyba coś się ostatnio poprzestawiało, to całe polityczne kibolstwo, które dział mi na nerwy od dłuższego już czasu, nagle zaczęło się strasznie troszczyć o to, żeby humory Kaczyńskiego nie naruszyły emocjonalnej równowagi i indywidualnych interesów prezydenta Francji.
Ja już pomijam fakt, że sytuacja, w której tak zwane czynniki opiniotwórcze solidaryzują się z obcym państwowym interesem tylko po to, żeby dokuczyć nielubianemu prezydentowi, jest dla mnie chora. Niech już tak będzie. Od czasu, kiedy Waldemar Kuczyński tak subtelnie wyraził pragnienie, żeby Polskę szlag trafił, bo on ma nadzieję, ze pod Jej gruzami znajdą się Ziobro z Kaczorami, ten rodzaj wojny mnie nie dziwi. Dziwię się jednak, kiedy widzę, że u wielu osób, najwidoczniej zanikły odruchy na poziomie czysto ludzkim i czysto emocjonalnym. Przecież wszyscy mamy swoją godność, swój honor, swoje wartości i jeśli widzimy kogoś, kogo nawet i nie lubimy i kogo uważamy za durnia i pomyłkę, ale jednak kogoś, kto reaguje na wydarzenia właśnie z honorem, to wypadałoby chociaż kiwnąć głową ze zrozumieniem. Natomiast stan emocjonalnego rozkołysania, który doprowadza wielu ludzi do tego, że jedyne na co ich stać, to w takiej sytuacji wrzeszczeć sytuacji: „Na kolana, chamie!" mnie przeraża.
Przecież to już nawet nie jest zdrada stanu. Tu zdrada człowieka. I proszę sie nie gniewac, ale ja sie po prostu z czegoś takiego wypisuję.