Pokazywanie postów oznaczonych etykietą biskupi. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą biskupi. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 26 sierpnia 2012

Do kogo pójdziemy?

Spotkanie moskiewskiego patriarchy z biskupem Michalikiem i wydany przez obu wspólny komunikat wzbudziły bardzo wyjątkowe zainteresowanie, i – tak jak to zwykle w tego typu wypadkach bywa – ton komentarzy, niezależnie od tego, czy dla gestu obu Kościołów życzliwy, czy wręcz przeciwnie, w moim odczuciu trafił całkowicie obok tego, co najważniejsze. Najważniejsze dla nas tu i teraz. Rzecz bowiem, w tym, że – a to nie ulega dla mnie najmniejszej wątpliwości – szczególnie jeśli wspomnimy treść większości głosów próbujących komentować to co dopiero przecież miało się wydarzyć, Kościół po raz kolejny pokazał, że jest jedynym i autentycznym dysponentem tego wszystkiego, co z najczystszym sumieniem możemy nazwać dziedzictwem.
Do czego zmierzam? Otóż kiedy w telewizji patrzę na tego ruskiego popa i naszego arcybiskupa Michalika, jak podpisują ów dokument, a później czytam pierwsze jego słowa, stanowiące ni mniej ni więcej tylko cytat z Drugiego Listu do Koryntian: „W Chrystusie Bóg jednał ze sobą świat, nie poczytując ludziom ich grzechów, nam zaś przekazując słowo jednania”, mam poczucie, że oto realizuje się obietnica Chrystusa o bramach piekielnych, które Go nie przemogą. Kiedy się czyta tego typu dokument, którego faktyczna treść jest poświadczona – w sposób jak najbardziej usprawiedliwiony – przez ów cytat, nie można mieć najmniejszych wątpliwości co do tego, że choćby nie wiadomo jakie nowe doniesienia na temat występków naszych kapłanów serwowały nam media, i niezależnie od tego jak bardzo owe doniesienia byłyby prawdziwe, a nasza rozpacz słuszna, nasz Kościół – i w ogóle nasza wspólna Wiara – stanowi skarb, którego przecenić nie sposób.
Ja już oczywiście podejrzewałem to dużo wcześniej, i dawałem temu mojemu podejrzeniu niejednokrotnie wyraz, i na swoim blogu i wszędzie gdzie mnie ktoś chciał słuchać, że to czego my możemy oczekiwać od Kościoła i to co On nam może dać, przekracza znacznie wszelkie granice, które zdają się wyznaczać jacyś księża-pedofile, księża-pijacy, czy biskupi-zdrajcy. Przy okazji listu – no bo tak naprawdę, wbrew fałszywym świadectwom ludzi uznających się za ludzi Kościoła, mamy do czynienia zaledwie z listem, a nie aktem jakiegoś porozumienia – który skierowali do nas patriarcha Cyryl i arcybiskup Michalik, jeśli tylko odrzucimy kompletnie niepotrzebne uprzedzenia, będziemy mogli zobaczyć bardzo wyraźnie, że Kościół – i to dokładnie ten Kościół, z tymi biskupami i z tymi księżmi – jest jedyną stałą wartością jaką mamy tak naprawdę. I to pod każdym względem. Nawet tak pozornie nieistotnym, jak zwykła poezja języka.
Proszę bowiem zwrócić uwagę na język jakim ten list jest napisany. Proszę się nim zachwycić, a następnie proszę zauważyć, że ten język, ten właśnie język, to nie jest dowód literackiego kunsztu dwóch kapłanów, ich retorycznych zdolności, ale pewne dziedzictwo, którego właścicielem jest Kościół powołany do istnienia dwa tysiące lat temu przez Jezusa Chrystusa, a nam dziś cudownie panujący.
Ponieważ tekst, który czytamy, to w pewnym sensie też literatura, spróbujmy przez chwilę skupić się na literaturze. Jestem pewien, że wielu czytających ten felieton to osoby religijne, dla których uczestnictwo w cotygodniowym niedzielnym nabożeństwie to wręcz odruch. Proszę więc sobie przypomnieć słowa swoich księży – nawet tych najbardziej podłych i głupich – kiedy oni muszą odczytać jakieś życzenia, czy intencje i czują, że powinni je ubrać w jakieś szczególne, pobożne słowa. Proszę zwrócić uwagę, jak często owe słowa stanowią niemal wzór doskonalej retoryki. Jak one są pełne i wolne. A jeśli już to zauważymy, proszę sobie pomyśleć, skąd te słowa płyną? Skąd pochodzi ich wręcz oczywista siła? To nie jest współczesna polska czy światowa literatura. To nie są wykłady wybitnych uniwersyteckich profesorów. To nie jest wielka światowa poezja. To jest język Ewangelii, a więc czegoś co jest daleko bardziej wieczne niż to co przyzwyczailiśmy się traktować jak ważne.
Myślałem, że uda mi się uniknąć cytatów, ale wygląda na to, że dla bardziej precyzyjnego przedstawienia tego co chcę powiedzieć, bez tego nie damy rady. Proszę więc posłuchać:
Pierwszym i najważniejszym zadaniem Kościoła po wszystkie czasy pozostaje nadal głoszenie Ewangelii Chrystusa. Wszyscy chrześcijanie, nie tylko duchowni, ale i wierni świeccy są powołani, by głosić Ewangelię Pana i Zbawiciela Jezusa Chrystusa oraz nieść Dobrą Nowinę słowem i świadectwem własnego życia, zarówno w wymiarze prywatnym, rodzinnym, jak i społecznym”.
W reakcji na to przesłanie, dotarły do mnie głosy sugerujące, że jego słowa to nic nieznaczący bełkot. Bardzo przepraszam, ale jestem przekonany, że jeśli ktoś tak naprawdę uważa, a nie reaguje przy tym całkowicie odruchowo, padł ofiarą wielowiekowych zabiegów Systemu, którego od początku jedynym zadaniem było ukazać nam wszystkim Kościół jako parodię Szatana. Nie Szatana jako kpinę z Kościoła, lecz odwrotnie – Kościoła jako szyderstwo z Szatana. Jeśli ktoś nie widzi, że choćby ten maleńki fragment głosu Kościoła jest niczym innym jak dowodem Jego niepokonanej wielkości, dowodzi tym samym, że został skutecznie wciągnięty w to co zwyczajnie i po prostu złe.
Niedawno przechodziłem obok miejscowej księgarni handlującej głównie literaturą religijną. I na wystawie ujrzałem książkę zatytułowana – może coś popłatałem, ale chyba jednak nie – „Spowiedź jest spoko”. Na okładce siedzi dwóch, wyglądających jak najbardziej „spoko” młodych mężczyzn, z których jeden jest księdzem, i tego drugiego akurat spowiada. Ponieważ nie ma tam żadnego konfesjonału, a oni siedzą obok siebie na jakiejś ławeczce, księdza naprawdę nie jest tak łatwo rozpoznać. W końcu oczywiście, to się udaje, choćby dzięki temu, że jeden z nich ma przewieszoną przez szyję stułę. No ale ponieważ, jak głosi tytuł, spowiedź jest spoko, można się domyślić, że tak to właśnie miało od początku wyglądać. To jest ów nowy pijar, który ma uratować nasz Kościół. Otóż jestem bardzo mocno przekonany, że to akurat jest droga prowadząca do zguby. Tam jest wyłącznie ciemność. Drogę pokazują, jakkolwiek by to dla niektórych brzmiało szokująco, właśnie arcybiskup Michalik i patriarcha Cyryl. Nawet jeśli w rzeczywistości obaj są ludźmi zepsutymi i grzesznymi do szpiku kości.
Żyjemy w bardzo ciężkich czasach. Są wśród nas tacy, którzy twierdza, że to są już czasy ostateczne. Nie zapominajmy, że nie jesteśmy sami. Jeśli tylko pozostajemy członkami tego Kościoła, jesteśmy niepokonani. I doprawdy, nie ma najmniejszego znaczenia, czy po naszej prawej stronie stoi jakiś podły ksiądz, czy niemal tak samo podły polityk, czy wreszcie nas sąsiad – złodziej i kretyn. Bramy piekielne Go nie przemogą.

Serdecznie proszę o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta. Muszę jakoś dociągnąć przynajmniej do końca sierpnia, a bez zwiekszonej pomocy, nic z tego nie będzie. Dziękuję.

poniedziałek, 25 kwietnia 2011

Czy biskupi czytają Orwella?

Świąteczna sobota i niedziela, dzięki staraniom redakcji Rzeczpospolitej, upłynęły mi na kontemplowaniu owego świątecznego wymiaru, przez czytanie słów dwóch biskupów i jednego człowieka. Oczywiście, weekendowe wydanie Rzepy, przyniosło nam też wiele innych interesujących tekstów, ale dla mnie największe znaczenie miały wspominane trzy wypowiedzi. Mam tu na myśli rozmowy z metropolitą warszawskim kardynałem Kazimierzem Nyczem, biskupem opolskim Andrzejem Czają i gitarzystą rockowym Robertem ‘Litzą’ Friedrichem.
Najpierw poczytałem sobie refleksje kardynała Nycza, który na tym blogu zaczyna już powoli się stawać postacią wręcz kultową. Cóż mi zechciał powiedzieć Ksiądz Arcybiskup? Otóż przede wszystkim dowiedziałem się, że podobnie jak rozum bez wiary jest bardzo ubogi, tak samo jednak fatalnie ubożeje wiara bez rozumu. Czy Ksiądz poinformował mnie o tym tak sobie? Możliwe. Mam jednak wrażenie, że była w tym też pewna nauka. I to nie taka bardzo uniwersalna, ale jak najbardziej doraźna. Bo otóż, przede wszystkim, wprawdzie rozum i wiara, zdaniem Księdza, powinny się uzupełniać, i on w zyciu by nie pozwolił sobie na to, by mówić, że rozum jest lepszy do wiary, albo wiara od rozumu, natomiast jest jakoś tak, że jego warszawska diecezja na tle innych wyróżnia się pozytywnie. Posłuchajmy:
Na pewno kościół w Warszawie jest inny od kościoła w diecezjach, w których wcześniej byłem. A mam porównanie i z południa, i z północy Polski. Ale nie jest ani gorszy, ani jakiś lepszy. W Warszawie ci, którzy systematycznie chodzą do kościoła, praktykują w bardziej pogłębiony sposób. Próbują odpowiedzieć sobie na pytanie: po co, czy dlaczego wierzę. To jest charakterystyczne dla religijności archidiecezji warszawskiej. Ten kościół daje też dużo możliwości. Takich możliwości zbliżonych do ‘wojtyłowych’ klimatów, czyli związków Kościoła z nauką, kulturą, sztuką. Tych przestrzeni w Warszawie jest ogromnie dużo. Karol Wojtyła nigdy nie bał się spotkania wiary z rozumem. Doskonale wiedział, że rozum nieoświecony wiarą ma jakieś braki. Z kolei wiara niepodparta rozumem bardzo łatwo wpada w niebezpieczeństwa fideizmu, czyli bezwzględnego prymatu wiary nad rozumem”.
Ktoś oczywiście od razu pewnie będzie próbował zdezawuować słowa Księdza Biskupa, zarzucając mu typowe dla owego świętego towarzystwa krętactwo, lub w najlepszym wypadku niecnieznaczącą paplaninę, jednak gotów jestem je przyjąć z pełnym dobrodziejstwem inwentarza, i zastanowić się, co Ksiądz ma jednak na myśli, mówiąc o „warszawskiej przestrzeni, gdzie dochodzi do spotkania wiary z rozumem”. Bo, czym jest wiara bez rozumu, to ja oczywiście wiem i nieskromnie gotów jestem nawet uznać się tu za specjalistę. Natomiast mam, przyznaję, kłopot z tym rozumem. No bo załóżmy, że ów rozum, to wspomniana przez Księdza Metropolitę „nauka, kultura i sztuka”. Czy chodzi tylko o to, że w Warszawie człowiek między jedną mszą a drugą, między jedną modlitwą a drugą, może pójść na jakiś ciekawy występ teatralny, czy na koncert znakomitego artysty – co zostało skutecznie oszczędzone mieszkańcom takiego na przykład Tarnowa i okolic – czy może tu w grę wchodzi również słowo? A jeśli i słowo, to czyje? Czyje to słowo na terenie Warszawskiej Archidiecezji tak bardzo uwzniośla wiarę ludzi pobożnych? Czy może chodzi o Daniela Olbrychskiego, czy może o Zbigniewa Hołdysa, czy może o jakiegoś słynnego tancerza, lub kreatora mody, a może o jakiegoś naukowca z Uniwersytetu Warszawskiego, lub dziennikarza? Skąd warszawiacy czerpią intelektualne paliwo dla swojej pobożności? A może dla nich ma znaczenie to, że mają tak blisko do osoby prezydenta Komorowskiego i jego Małżonki? A może chodzi o przykład, jaki ludowi warszawskiemu daje ich prezydent Gronkiewicz-Waltz, osoba z całą pewnością i pobożna, kulturalna i mądra jednocześnie?
Takie to pytania męczyły moją biedną, pogrążoną w mym, jak to mi ładnie wytłumaczył Kazimierz Nycz, grzesznym fideizmie, głowę, kiedy przeszedłem do kolejnej rozmowy, tym razem już z innym biskupem, a mianowicie Andrzejem Czają z Opola. Wprawdzie biskup Czaja znacznie bardziej od kardynała Nycza skupia się na tym, jak to grupa cynicznych polityków, wykorzystując atmosferę żałoby po Smoleńsku, próbowała „kształtować nasze życie społeczne na podstawie negatywnych emocji” i w jaki sposób perfidii tych działań uległ sam nawet Kościół „dziwnie dystansując się od obrony czci Krzyża” i rezygnując z obowiązku Jego obrony, tchórzliwie twierdząc, że „Jego obrona nie jest naszą sprawą”, ale również wspomina o potrzebie łączenia wymiaru religijnego z wymiarem czysto ludzkim. I co więcej, robi to w sposób o wiele bardziej od abp. Nycza pogłębiony. Mało tego. Biskup opolski Czaja też jest bardziej od abp. Nycza demokratyczny. Dla niego rozum i wiara to jedna moc, a człowiek głupi i wierzący – podobnie jak mądry i wierzący – to w tym samym stopniu Dzieci Boże. Dla niego nikt nie jest ani gorszy, ani lepszy. Nikt nie jest wykluczony. Prawie. Wsłuchajmy się teraz w słowa biskupa opolskiego, kiedy to kończy się typowy orwellowski ‘newspeak’, i pojawia się Słowo:
Ideologizacja wiary pojawia się też tam, gdzie występuje ignorancja na poziomie depozytu wiary i nauczania Magisterium Kościoła. Kto nie ma gruntownej wiedzy, ale wyciąga swoje wnioski, podpisując słowami: Kościół tak nie naucza. Przykładem ideologizacji są niektóre wypowiedzi w ‘Rozmowach niedokończonych’, są dążenia niektórych środowisk do ogłoszenia Chrystusa królem Polski, ale również i to, co się działo pod krzyżem, zawłaszczanym przez jedną i drugą stronę konfliktu. Słowem ideologizacja powstaje wtedy, gdy nie słucha się tego, co mówi Pan, a także, co mówi lud”.
I w tym momencie zaczyna się prawdziwy ‘thrill of the moment’. Posłuchajmy. Ewa Czaczkowska, reprezentująca w tej rozmowie Rzeczpospolitą, pyta: „Lud pod krzyżem?” i na to pada odpowiedź prosta jak świeca paschalna: „Nie. Tam były skrajne postawy. Natomiast sensus fidei, czyli zmysł wiary ludu Bożego jest u nas bardzo prawidłowy. Sprawa krzyża też to pokazała”. A więc, tak to jest. Lud Pod Krzyżem nie jest prawdziwym Ludem Bożym. A już na pewno nie ten. Bo ten drugi – owszem. To właśnie dzięki niemu – temu drugiemu Ludowi Spod Krzyża – zobaczyliśmy, że „zmysł wiary ludu Bożego jest u nas bardzo prawidłowy”. A więc rozum i wiara łączą się u nas jak należy, i to z całą pewnością nie tylko w Diecezji Warszawskiej, ale choćby nawet i w Opolskiej.
A zatem w ten sposób, w tych świętych dniach, spłynęło na nas Słowo Boże, i to słowo przyniesione przez pierwszych pośredników Dobrego Boga. I ja wiem, że dla niektórych to jest już wystarczająco dużo. Ja jednak na sam już koniec postanowiłem też do tego dorzucić jeszcze coś, no właśnie nie do końca mam pewność, czy wypowiedziane przez kogoś, kto reprezentuje ten zdrowy nurt warszawskiej pobożności, o którym wspomina abp Nycz, czy zdrowy nurt pobożności ludowej, o której sile zapewnia nas bp Czaja, czy może on należy do tej części ‘ludu”, który bp Czaja podsumowuje krótkim i pełnym duszpasterskiej miłości słowem „Nie”. Mam jednak pewność, że jest to głos, który ma w sobie tak niezgłębione pokłady wiary, że zarówno abp Nycz, jak i jego pobożny kolega bp Czaja nie są w stanie w sobie ich odkryć, choćby kopali od rana do wieczora. A chocby i je jakimś cudem odnaleźli, to i tak nie potrafią ich wyrazić normalnymi słowami, choćby z tego powodu, że oprócz choroby duszy dopadła ich również choroba języka. Ciekawe. Może tam u nich ta zaraza atakuje równocześnie z dwóch stron?
Oto mówi człowiek pobożny: „Wierzymy, że Pan Bóg jest ponad całą historią świata. Jeżeli coś dopuszcza, to z ważnych powodów. Oczywiście pojawiło się pytanie ‘dlaczego?’ Każdy z nas w pewnym momencie życia pozna odpowiedź. Pamiętajmy jednak, że są tajemnice. Krzyż jest tajemnicą. Są tacy, którzy twierdzą, że kropla krwi Chrystusa wystarczyłaby, żeby zbawić ludzkość. Tymczasem był potrzebny krzyż. Chrystus krzyżem bardzo dobrze tłumaczy, co się stało w Smoleńsku. Jest solidarny z tymi, co zginęli. Spadł z nimi na ziemię.
Będziemy kończyć. Tylko jeszcze parę pytań. Czy Friedrich – autor powyższych refleksji – jest jedną z tych osob, z których tak bardzo jest dumny abp Nycz, kiedy mówi o swojej warszawskiej owczarni? I czy słowa, które wypowiedział, ów muzyk poznał dzięki abp Nyczowi i bp. Czaji, czy może wbrew ich duszpasterskiej aktywności? I wreszcie, czyż nie jest czymś cudownie pocieszającym, że Kościół – ten sam Kościół, który na piotrowej skale zbudował dla nas sam Jezus Chrystus – jest tak potężny, że nawet kiedy Jego pasterze upadną, Lud Boży będzie Go niósł na swoich ramionach. I zrobi to z taką mocą, że nie przemogą Go ani owe bramy piekielne, ani tym bardziej te zwykłe, otaczające – mniej lub bardziej byle jakie – domki naszych biskupów.

poniedziałek, 18 kwietnia 2011

A jednak się nie pomylili: to rzeczywiście koniec

A jednak muszę się uderzyć w piersi. Kiedy kardynał Nycz, a za nim paru innych biskupów, zatroskanych o to, by nasze zszarpane nerwy i obolałe serca nie wyrządziły nam zbyt wielkich szkód, ogłosili koniec żałoby, pomyślałem sobie, że oni się mylą. Że z tym swoim ni to apelem, ni komunikatem, zdecydowanie wyprzedzili swój i nasz czas, lub, jak to niektórzy mówią, wyszli przed szereg. Lub, jeszcze okrutniej, zupełnie niepotrzebnie przytulili się do zwycięzców. Krótko mówiąc, wydawało mi się, że tymi swoimi słowami oni, nie dali świadectwa prawdzie, lecz kłamstwu. Jakiż byłem nieroztropny! Jak ich źle oceniłem! Dziś, kiedy minął już cały tydzień od 10 kwietnia, a na naszych rozdziawionych oczach mija właśnie rok od pamiętnych krakowskich uroczystości pogrzebowych Prezydenckiej Pary, wygląda na to, że słowa naszych biskupów stanowiły czystą i niczym nie skażoną prawdę. Żałoba właśnie dobiegła końca. I świadczy o tym każda chwila każdego z mijających dni. I trzeba to nam się było upierać?
Ktoś powtórzyć dziś może za tym, co tu już powiedziano, że żałoby tak naprawdę nigdy nie było, więc nie ma się też czego kończyć. A jednak to nieprawda. Dziś widać to bardzo wyraźnie. Jeśli to co się działo przez miniony rok nie było żałobą, to jak nazwiemy to, co mamy dziś? Wesołe miasteczko? Cyrk? A może zapasy w kisielu? Otóż nie. Wcześniej była żałoba, a dziś mamy wreszcie normalność. No i długo wyczekiwaną dyskusję. Dopiero dziś widzimy, z jakim umiarem i skupieniem i szacunkiem tylu wybitnych uczestników życia społecznego zachowywało przez długie miesiące dyskretny spokój. Owszem, pojawiały się to tu, to tam głosy, bardzo odosobnione, kwestionujące dorobek prezydenta Lecha Kaczyńskiego, a nawet sugerujące jego winę za smoleńską katastrofę, jednak dopiero dziś widzimy, z jakim to wszystko było prowadzone z umiarem. Prawdziwą debatę mamy dopiero dzisiaj. Oto autentyczny panel i oto jego uczestnicy.
Weźmy marszałka Grzegorza Schetynę, kiedy on dziś wchodzi na krzesło i oświadcza, że ponieważ żałoba się skończyła, on wreszcie powie, co mu leży na sercu. Możemy sobie tylko wyobrażać, jak on przez ten rok cierpiał, powstrzymując się od wyrażenia swojej szczerej opinii na temat czy to wątpliwych zasług Lecha Kaczyńskiego jako prezydenta, czy sensowności – lub raczej bez-sensowności – pogrzebu na Wawelu. Jak mu musiało być przykro i źle, kiedy tak bardzo chciał, a wiedział, że nie może wyrazić tego, co sobie myśli choćby na temat pomnika upamiętniającego osobę prezydenta Kaczyńskiego. I dziś dopiero mógł poczuć powiew prawdziwej wolności. I wyrzucić z siebie to wszystko, co go tak dusiło. Wszystko na raz. I to nie dlatego, ze jest złym człowiekiem o złych myślach. O nie! Dlatego jedynie, że skończyła się żałoba i nadszedł czas na dyskusję o państwie i jego sprawach.
A zwróćmy uwagę, że to nie tylko Grzegorz Schetyna wykazał się taką kulturą. Z wielu stron dochodzi do nas ów powiew wolności. Z Sejmu, z kancelarii pana premiera, z Pałacu Prezydenckiego, z mediów… A możemy być pewni, że w najbliższych dniach usłyszymy jeszcze więcej głosów niosących tę wieść: Prezydent Kaczyński był złym prezydentem. Nie zasłużył na pomnik. To był człowiek zły i głupi. Jego żona też nie była szczególnie mądra i dobrą kobietą. Nie zasłużyła na tulipany. On i Ona nie byli ludźmi w żaden sposób szczególnymi na tyle, by spocząć akurat na Wawelu. Bo jeśli oni – to kto nie? Dziś można to powiedzieć oficjalnie i głośno. Można to zrobić choćby tak, jak to było możliwe na samym jeszcze początku, kiedy prawdziwa żałoba jeszcze się nie rozpoczęła, a już młodzi ludzie wyszli na ulice naszych miast, żeby wstawić się za Wawelem i jego królewskim przepychem. Pomyślmy tylko, jak ten odruch czystych serc, ledwo co zaistniał, musiał zostać tak brutalnie przygnieciony przez niemal 12 miesięcy żałoby. I dopiero dziś można zdjąć te kajdany. I może to zrobić już każdy. Nie tylko Janusz Palikot, nie tylko Stefan Niesiołowski, nie tylko Lech Wałęsa, nie tylko Magdalena Środa, nie tylko pan wielmożny profesor Władysław Bartoszewski i równie wielmożny Andrzej Wajda, nie tylko Jakub Wojewódzki, nie tylko Kazimierz Kutz i Jerzy Urban, nie tylko wreszcie być może najbardziej cisi bohaterowie tego ruchu – Dominik Taras i Hubert H. Demokratyczne społeczeństwo nie dyskryminuje swoich posłańców. Minął rok – dopiero dziś to widać wyraźnie – jak bardzo uprzejmego milczenia. I pomyśleć, że to właśnie nasi biskupi tak pięknie ten czas przewidzieli. Koniec żałoby. Skąd oni to wiedzieli?
W niedawnej notce zwróciłem uwagę na słowa pewnego księdza, który dzielił się z nami swoją niewiarą w cuda. Dziś wiemy wszyscy, że może i cudów nie ma, ale to że rzeczy niewyjaśnione i dziwne się dzieją, to fakt. Pokazali to z taką mocą nasi biskupi. Zanim żałoba się ostatecznie skończyła, wypowiedzieli to zdanie. To jedno zdanie… i słowo stało się ciałem. Kto chce, niech na to mówi „przypadek”. Dla wielu z nas, pozostanie to jednak prawdziwym cudem. Jednak Kościół to potęga.

Wszystkich, którzy wciąż potrzebują tych słów i znajdują w nich sens, nadzieję i jednak pocieszenie, proszę niezmiennie o wsparcie. Bóg mi świadkiem, że nie jest lekko.

niedziela, 10 kwietnia 2011

O zabójcach bez serca i cnotliwych tchórzach

Kiedy po raz pierwszy dowiedziałem się o słowach kardynała Nycza ogłaszających koniec żałoby po śmierci prezydenta Kaczyńskiego, Marii Kaczyńskiej, oraz 94 pozostałych osób, które zginęły w smoleńskiej rzezi 10 kwietnia ubiegłego roku, zrozumiałem je bardzo dobrze. Mógłbym nawet powiedzieć, ze zrozumiałem je zbyt dobrze. Że zrozumiałem je tak dobrze, że pewnie lepiej by dla mnie było ich nie zrozumieć w ogóle, czy ich wręcz nie zauważyć. Niestety, zrozumiałem je i niemal z każdym kolejnym dniem, rozumiem je coraz lepiej. Z prawdziwym bólem serca muszę też dziś przyznać, że równie dobrze rozumiem słowa, jakie do mnie skierowali inni biskupi, tym razem już nie w swoim imieniu, lecz jako tak zwana Rada Stała Konferencji Episkopatu Polski. Zrozumiałem każde słowo z tego przesłania, z tej nauki i z tego, jak by nie było, świadectwa. Czytam te słowa i niemal słyszę ten głos. I, jak mówię, rozumiem wszystko od początku do końca.
Dlaczego tak bardzo potrzebuję tu deklarować swoje zrozumienie dla tego, co mi powiedzieli moi biskupi? Otóż poszło między innymi o to, że, jak czytam dziś w portalu wp.pl, poseł Polskiego Stronnictwa Ludowego Jarosław Kalinowski wyraził opinię, że wszyscy zrozumieli co chce im powiedzieć arcybiskup Nycz, z wyjątkiem Jarosława Kaczyńskiego. Jego słowa zrozumieli wszyscy, tylko nie Kaczyński. A mnie się zdaje, że poseł Kalinowski się fatalnie myli. Że on niesprawiedliwie ocenia umiejętności intelektualne Jarosława Kaczyńskiego. Że, wbrew temu co Kalinowski sądzi, Jarosław Kaczyński zrozumiał równie dobrze jak ja, zarówno apel biskupów, jak i wcześniejszą deklarację Kazimierza Nycza. I znacznie lepiej niż sam Kalinowski, tyle że on jeszcze o tym nie wie. Może oczywiście też być tak, że Kalinowski jednak wie, tyle że tak się przyzwyczaił do komfortu miejsca, jakie sobie wymościł, że nie dość że nie życzy sobie czuć tego bólu, to nawet nie chce o nim myśleć. Inna sprawa, że to już nie jest naszym problemem i naszym dylematem. Czy on zdechnie wiedząc, czy nie wiedząc – pozostaje już jego problemem i jego sumienia.
Słowa biskupów są proste, jak w niegdysiejszej piosence Wojciecha Młynarskiego: „Dla pani, proszę pani, wszystko jest proste. Myśli są trzeźwe, słowa są ostre, i ranią. Cholernie mnie ranią”. Tu nie trzeba wielkiego wysiłku, żeby wiedzieć, co to za myśl, co to za moc. Wsłuchajmy się w słowa biskupów:
Zewnętrzne przejawy bólu z powodu trudnego doświadczenia są normalnymi, ludzkimi reakcjami. Ważne jednak, abyśmy się na nich nie zatrzymali i uczynili jeden krok dalej - krok wiary, tzn. powierzyli Panu Bogu bolesną rzeczywistość oraz siebie samych. Dopiero wtedy cierpienie nie tylko nie będzie nas niszczyć, ale uczyni nas bogatszymi wewnętrznie. […] Przed Pałacem Prezydenckim w Warszawie zgromadziły się spontanicznie tłumy ludzi. Składano kwiaty i wieńce, palono znicze, odmawiano modlitwy. W wielu miastach były celebrowane msze święte w intencji ofiar katastrofy. Odbyły się marsze pamięci, wiążące się też z obchodami 70. rocznicy zbrodni katyńskiej. W pogrzebie Lecha Kaczyńskiego i jego małżonki Marii, który odbył się 18 kwietnia w Krakowie, uczestniczyły dziesiątki tysięcy osób; uroczystość oglądały w telewizji miliony. Kraj ogarnęła narodowa żałoba, także dlatego, że ta śmierć ujawniła nam prawdziwą wartość osób, które zginęły. [..] W naszej Ojczyźnie zawsze będzie po nich puste miejsce. Ile czasu potrzeba, aby dobrze przeżyć czas pożegnania bliskich nam osób? […] W sumie jednak nie tyle ważna jest długość czasu poświęconego na żałobę, ile sposób, w jaki zdołamy ten czas przeżyć. Właściwe granice żałobie wyznacza miłość. […] Cmentarz nie może stać się naszą świątynią, ani naszym domem. Nie pomożemy zmarłym zatrzymując się w nieskończoność przy grobie. Nie odnajdziemy tam naszych bliskich, ponieważ oni przeszli już do wieczności i odtąd miejscem spotkania z nimi jest wiara i ufna modlitwa, a także podjęcie ideałów ich życia. Natomiast samo doświadczenie żałoby może zaowocować naszą większą dojrzałością duchową. […] Wtedy to cześć dla naszych zmarłych nie będzie tylko i wyłącznie powierzchownym kultem w postaci pomników, tablic, lampek i kwiatów oraz łez żalu. […] Niech ta katastrofa umocni wzajemne więzi w naszej Ojczyźnie, Europie i świecie. Niech świadomość tej wspólnoty pozwoli nam zespolić serca, ideały i czyny, by nasz świat stawał się coraz bardziej ludzki. […] Bracia, nie oczerniajcie jeden drugiego. Kto oczernia brata swego lub sądzi go, uwłacza Prawu i osądza Prawo. Skoro zaś sądzisz Prawo, jesteś nie wykonawcą Prawa, lecz sędzią. […] Dziękując Bogu za bohaterskie życie ofiar Katynia oraz dobro służących Ojczyźnie ofiar katastrofy smoleńskiej uszanujmy pamięć ich czynów. Niech one pobudzą nas do mądrej i bezinteresownej służby na rzecz dobra wspólnego. Módlmy się jednocześnie do miłosiernego Boga, aby wzbudził nowych synów i córki Ojczyzny, pragnących służyć ofiarnie i odważnie ludziom nowych czasów”.
Ponieważ, jak już to zdeklarowałem, rozumiem te słowa bardzo dobrze, ale – co może ważniejsze – jestem pewien, że rozumieją je przynajmniej wszyscy ci, którzy odwiedzają ten blog, ani już słowa więcej na ten temat. Niech one same wołają o boże miłosierdzie, czy o pomstę do nieba, czy o co tam sobie chcą. Ja już tu nie muszę mówić nic. Natomiast to co mogę zrobić, to przypomnieć możliwie najpełniej, jak wyglądała owa żałoba, do której zakończenia wzywają moi biskupi i jak w tym bolesnym czasie wyglądał ten kraj, który, jak to pięknie opisuje wystosowany przez nich list, „ogarnęła narodowa żałoba, także dlatego, że ta śmierć ujawniła nam prawdziwą wartość osób, które zginęły”.
Już kilka dni po tamtym nieszczęściu, na wieść o planach pochowania Lecha i Marii Kaczyńskich na Wawelu, środowiska nieprzyjazne zmarłemu prezydentowi, we współpracy z ogólnopolskimi mediami zaczęły organizować demonstracje, podczas których jego pamięć została po raz pierwszy brutalnie podeptana. Dwóch popularnych dziennikarzy, Wojewódzki i Figurski, napisało, wykonało i wyemitowało w przestrzeń ogólnopolską piosenkę, wyszydzającą pomysł pochowania Lecha Kaczyńskiego na Wawelu. W tym samym mniej więcej czasie, w jednym z wywiadów, Władysław Bartoszewski, też uznał za stosowne wyrazić zdziwienie, że „prezydent Warszawy” ma być pochowany właśnie tam, w Krakowie, na Wawelu. On to powiedział tuż po śmierci Lecha Kaczyńskiego, a jego słowa zostały publicznie ogłoszone. Myśl tę zresztą uzupełnił informacja, że on nie rozumie, skąd tyle szumu, skoro gdzieś zawsze jakieś samoloty się rozbijają.
Mniej więcej w tym samym czasie, z otwartym listem wystąpił Andrzej Wajda i zaprotestował przeciwko chowaniu Lecha Kaczyńskiego na Wawelu, a po nim przyszedł Kazimierz Kutz i oświadczył, ze dość już tej żałoby – jak Eminencja widzi, on był znacznie wcześniej przed Eminencją, proszę Eminencji – bo młodzi „chcą się bawić i chodzić do kina”. Do odłożenia na bok kwestii pochówku wezwała katolicka – tak proszę Eminencji, katolicka, związana z katolickim Tygodnikiem Powszechnym – publicystka Halina Bortnowska, bo, jak powiedziała, na to czas przyjdzie po wyborach. To właśnie wtedy zaczęły krążyć pogłoski o możliwym usunięciu ciał Lecha i Marii Kaczyńskich z Krakowa. Jeszcze w kwietniu, kiedy na tym blogu, jeszcze w kwietniu i jeszcze w Salonie24, zamieściłem serię żałobnych zdjęć Prezydenta i jego rodziny, cały wpis na żądanie Agory został usunięty pod groźbą sądowego procesu. W przestrzeni publicznej żądania zakończenia żałoby nabrały już takiej intensywności, że swoim przeżyciom dałem wyraz, publikując na blogu tekst zatytułowany „Koniec żałoby, czyli panie do środeczka”. Było to 5 maja, niecały miesiąc po katastrofie. Zaledwie parę dni później, wciąż jeszcze w pierwszym miesiącu po katastrofie, w telewizji TVN24 wystąpił wówczas prominentny polityk Platformy Obywatelskiej Kazimierz Kutz i publicznie zrugał Elżbietę Jakubiak za to, że ona założyła czarną bluzkę, „bo przecież żałoba się już skończyła”.
W drugim miesiącu po Smoleńsku, Stefan Niesiołowski, w oficjalnej wypowiedzi, zbeształ Martę Kaczyńską za to, że ona pokazuje się na czarno, chcąc w ten sposób wymusić na Polakach współczucie. Dziś tan sam Stefan Niesiołowski, wicemarszałek Sejmu, ogłasza, że PiS bezczelnie wymusił na Polsce dla „swojego prezydenta” miejsce na Wawelu, i niech już więcej na nic nie liczy, bo Lech Kaczyński był prezydentem fatalnym. Mam wrażenie, że to też właśnie wtedy, w maju mniej więcej, ruszyła energiczniej kampania piwna pod hasłem „Zimny Lech” i chyba też gdzieś wtedy właśnie w pobliżu Wawelu rozciągnięto wielki billboard z tym właśnie hasłem. W wywiadzie dla Rzeczpospolitej szefowa kampanii Bronisława Komorowskiego, Małgorzata Kidawa Błońska powiedziała, że jej zdaniem, normalna żałoba powinna trwać tydzień – kolejna osoba, która ubiegła Eminencję. Dzień przed drugą turą wyborów, do Krakowa przybyła Hillary Clinton, wzięła udział w spotkaniu przedwyborczym organizowanym przez środowiska nieprzyjazne Lechowi Kaczyńskiemu, i nie uznała za stosowne nawet przyjść na Wawel i złożyć kwiaty na grobie Lecha i Marii Kaczyńskich – widocznie poinformowano ją, że jest już po żałobie. Też jeszcze w lipcu, Magdalena Środa, osoba powszechnie znana, której opinie są wysłuchiwane i cytowane, publicznie oświadczyła, że to bardzo dobrze, że Kompania Piwowarska umieściła swój billboard z „zimnym Lechem” u stóp Wawelu, bo Lech Kaczyński sobie na to szyderstwo „zasłużył”. Dziś, jak się dowiaduję, ta sama Środa została laureatką nagrody Europejczyka Roku 2010, obok wielu innych, podobnie jak ona, zasłużonych Polaków.
Dosłownie od pierwszego dnia po katastrofie, główny nurt medialny, z większą lub mniejszą intensywnością głosił informację, że odpowiedzialność za śmierć Prezydenta, jego małżonki i innych poległych w Smoleńsku spoczywa albo na samym Lechu Kaczyńskim, albo na pilotach, albo na pijanym generale. Opinia ta była niemal codziennie, od rana do wieczora powtarzana we wszystkich możliwych mediach i w różnorakiej formie, od rana do wieczora. Niekiedy, do grupy osób winnych tragedii dorzucany był Jarosław Kaczyński. Apogeum tego ataku nastąpiło, kiedy w popularnym programie Moniki Olejnik została zaprezentowana opinia, że egzekucja Lecha Kaczyńskiego została zaplanowana i przeprowadzona przez Jarosława Kaczyńskiego. Do dziś, ta sugestia jest powtarzana zarówno przez Lecha Wałęsę, Janusza Palikota, Kazimierza Kutza, ale też przez część komentatorów, którzy żądają ujawnienia treści ostatniej telefonicznej rozmowy obu braci.
Słyszymy niemal codziennie, właściwie od pierwszego dnia po katastrofie, i słyszymy wciąż, historie o obłąkanych pilotach, pijanym samolocie, i jeszcze bardziej pijanym prezydencie. Opinie te wygłaszają powszechnie znani dziennikarze, zapraszani przez nich politycy i lotniczy eksperci. Dzień w dzień od rana do wieczora, od początku. A jednocześnie, codziennie, możemy obserwować nieszczęsny, porzucony wrak polskiego samolotu, tonący w smoleńskim błocie, okradany przez okolicznych złodziei, obszczywany przez okoliczne psy, niszczony przez okoliczne deszcze i wiatry. Jedyną znaną mi reakcją na tę profanację ze strony polskiego rządu, były przeprosiny zaadresowane w języku rosyjskim i skierowane przez rzecznika polskiego rządu pod adresem rosyjskich władz, za ocenione jako nieuprzejme słowa, wypowiedziane w związku ze wspomnianym traktowaniem. Ze strony polskiego Kościoła natomiast wciąż słyszałem jedynie wezwania do modlitwy, do usunięcia krzyża sprzed Pałacu Prezydenckiego, i o niewykorzystywanie tragedii Smoleńskiej do polityki.
Jednocześnie, ludzie oddający cześć poległym w Smoleńsku, błagający o odpowiednie uszanowanie ich pamięci – czy to krzyżem, czy pomnikiem, czy choćby nie odbieraniem im możliwości palenia lampek i modlitwy – są notorycznie wyszydzani, wykpiwani, obrażani przez prominentnych polityków Platformy Obywatelskiej, przez ogólnopolskie media, przedstawicieli kultury popularnej, przez organizowane przez nich wszystkich bandy chuliganów, ale także niestety przez samych przedstawicieli Kościoła.
Polski Kościół niemal jednym słowem nie wstawił się za tymi ludźmi. Ale też ani jednym słowem nie wstawił się za pamięcią i prawdą o poległych w Smoleńsku. Ani jeden list pasterski nie wziął w opiekę tych wszystkich, których uczucia przez cały rok były obrażane i kaleczone, ale też ani jeden list pasterski nie znalazł w sobie odwagi, by zadać to jedno, proste pytanie: Co się naprawdę stało w Smoleńsku 10 kwietnia 2010 roku? Jeśli gdzieś pojawiło się zdanie o potrzebie czczenia pamięci i modlitwy za zmarłych, natychmiast było równoważone dziesięcioma, wzywającymi do tego by ta modlitwa i ta pamięć broń Boże nie miała pretekstu politycznego, i żeby pod żadnym pozorem nie towarzyszył jej obraz rozerwanego na strzępy samolotu. Ani jeden list pasterski nie został skierowany pod adresem tych, którzy pamięć o Prezydencie i prawdę o katastrofie wielokrotnie i w tak straszny sposób obrażali. Nie znam jednego w miarę jednoznacznego stanowiska Kościoła upominającego tych wszystkich, którzy przez niemal już rok w najbardziej bezlitosny sposób dręczą ludzi z takim bólem przeżywających tamtą śmierć. Nie znam jednego prostego stanowiska Kościoła przedstawionego z zamiarem napomnienia tych wszystkich, którzy tak brutalnie zadręczają tonących w bólu bliskich ofiar tamtej tragedii. Każdy znany mi list pasterski skupiał się przede wszystkim na napominaniu ludzi wiernych, pobożnych i cierpiących. Od samego początku polscy biskupi w decydującej swojej części stanęli po stronie władzy. A więc po stronie dzisiejszych agresorów i zwycięzców. Zajęli stanowisko motywowane towarzysko i politycznie, i w ramach tej szczególnej filozofii, odwrócili się do Krzyża plecami. I dziś jest tak samo. Wciąż tylko wznoszą idealnie abstrakcyjne apele o modlitwę, o wzajemny szacunek i przede wszystkim o nieangażowanie Krzyża do polityki. A przy okazji, uznając z satysfakcją, że zrobili wszystko co do nich należało, apelują o koniec żałoby.
Jak mówię, wszystko świetnie zrozumiałem. Bóg zapłać. Z rady nie skorzystam. Nie umiem. Wchodzę w kolejny rok tej żałoby. I co ciekawsze, spowiadać się z tego nie będę.


Powyższy tekst, w wersji pierwotnej, można też czytać w Warszawskiej Gazecie.

środa, 25 sierpnia 2010

Gdy Krzyż trafił na margines

Przed chwilą przed klasztorem na Jasnej Górze pojawili się biskupi i przynieśli nam z dawna wyglądane rozwiązanie naszych zmartwień. Otóż powinno dojść do spotkania prezydenta Komorowskiego, Donalda Tuska, Bufetowej, Waldemara Pawlaka, Grzegorza Napieralskiego i Jarosława Kaczyńskiego i oni wszyscy powinni uradzić, co zrobić z krzyżem na Krakowskim Przedmieściu.
Kiedy usłyszałem tę informację, pomyślałem sobie, że muszę wymyślić z tej okazji jakiś paradny żart, czyli na przykład coś w stylu, że bardzo jestem dumny z moich biskupów i mam tylko jedną małą poprawkę, by wśród uczestników tej słodkiej debaty znalazł się jeszcze Kaszalot. Albo że może w tej debacie powinien wziąć jeszcze udział biskup Nycz, żeby swojemu kumplowi Komorowskiemu od czasu do czasu wytłumaczyć, jak to było z tym Jezusem. Ale jakoś, cholera, nie jest mi do żartów. Bo co w tym zabawnego, że Kościół, który zawsze, w sytuacjach choćby nawet najbardziej dramatycznych, potrafił się wznieść ponad głupi strach i nędzną doczesność, nagle postanowił oddać pole niemal bez walki? I to nawet nie na poziomie też prostej przecież polityki, ale na poziomie Krzyża. A więc samej podstawy i sensu bycia. Co za wstyd!
A zatem, żartów nie będzie. Wszystko będzie śmiertelnie poważne i przynajmniej częściowo próbujące wyjaśnić problem, z jakim mamy do czynienia. A problem to nie byle jaki. Bo, o ile sobie przypominam, poza paroma krótkimi, bardzo kryzysowymi zapaściami, Kościół nigdy nawet nie drgnął na poziomie czystej wiary. Różne chwile były w polityce, bywało lepiej i gorzej, kiedy oczekiwaliśmy od Kościoła zdania w kwestiach ogólnospołecznych. Mieliśmy księży leni, księży głupków, księży pijaków, agentów i dziwkarzy. Kiedy jednak dochodziło do kwestii priorytetowych, tam nie było nawet jednego obcego oddechu. Do dziś pamiętam cudowne kazanie biskupa Życińskiego o trzech Maryjach. Dziś władza wokół najważniejszego krzyża w Polsce zbudowała podwójny, czy może już w tej chwili potrójny kordon, odgradzający od niego ludzi pobożnych i tworzący ten nieprawdopodobnie bolesny pomnik nienawiści do jednego dobrego człowieka, a Kościół mówi – dajcie nam spokój. To nie nasza sprawa. Czemu tak mówi? Czemu ogarnął go tak okrutny strach?
Opowiem pewną historię, niemal całkowicie prawdziwą. Otóż w moim mieście mieszkają pewni starsi już państwo, którzy szczycą się tym, że są bardzo blisko zaprzyjaźnieni z naszym arcybiskupem Zimoniem. Bezpośrednio, muszę powiedzieć, że znam tych państwa ledwo-ledwo. Natomiast wiem, że arcybiskup Zimoń bywa u nich w domu, podobnie jak bywał wielokrotnie wcześniej, tak jak my bywamy u ludzi, których znamy i lubimy. Nic szczególnego. Podobnie jak wielu innych księży, w tym i biskupów, a i przecież jak wiemy i papieży, arcybiskup Zimoń nie jest w stanie prowadzić zycia towarzyskiego wyłącznie na poziomie swojego sekretarza, czy gospodyni, bo by od tego najzwyczajniej zgłupiał. A tego nikt z nas by nie chciał. Więc ma różnego rodzaju znajomych, czy przyjaciół, którzy go inspirują na przeróżnych poziomach.
Państwo o których mówię są ludźmi niezwykłymi o tyle, ze nie każdy z nas może się chwalić przyjaźnią z samym arcybiskupem. Natomiast to co w nich jest jak najbardziej zwykłe, to to że oni są opętani polityką dokładnie tak jak dziś wielu z nas, i podobnie jak wielu dziś z nas, gdyby tylko uzyskali odpowiednie gwarancje, to do tej wawelskiej krypty zgodziliby się nawet dorzucić i Jarosława Kaczyńskiego z kotem. Jak mówię, potrzeba im tylko gwarancji. Nienawiść jaką ci państwo czują do Jarosława Kaczyńskiego, a wcześniej do Lecha Kaczyńskiego, jest wręcz modelowa, jeśli tylko wiemy, co mam na myśli mówiąc o modelu. Jak mówię, osobiście tych państwa znam w stopniu niewielkim, natomiast bardzo dobrze znam innych ich serdecznych przyjaciół, poza Arcybiskupem. I stąd właśnie wiem, jak bardzo polityka na poziomie właśnie roztrząsania szans, jakie Jarosław Kaczyński ma na długie życie, stanowi treść ich zycia. I na tym koniec co do nich.
Mogę oczywiście nie mieć wszystkich informacji, ale na tyle na ile się orientuje, nie jest w żadnej mierze tak, że kiedy arcybiskup Zimoń wpada do tych państwa na kolację, temat polityki przestaje istnieć. Nie jest też niestety tak, że oni się nieustannie o politykę kłócą. Możliwe, że kiedy na przykład ta pani tłumaczy Arcybiskupowi, że ona swojemu mężowi pozwala kląć wyłącznie kiedy mówi o Kaczyńskich, to on się pobłażliwie uśmiecha i bierze ze stołu kolejne winogrono. Na pewno natomiast nie jest tak, że kiedy ona mu opowiada takie rzeczy, to on ja napomina. Mówi jej, że nie powinna, że robi źle, że grzeszy. To akurat jest o tyle pewne, o ile pewne jest, że gdyby on się zachował aż tak dziwnie, ta wiadomość by natychmiast do mnie dotarła. A zatem, muszę spokojnie założyć, że tam do żadnych scysji nie dochodzi. Czy to mnie dziwi? Otóż już nie. Kiedyś może tak, ale dziś już nie. Choćby z tego względu, że na przykład znam osobiście już jednego księdza, który nie ma nic przeciwko temu, by głosić, że za katastrofą Smoleńską stał zwyczajnie palec boży. Dlaczego ma takie zdanie? Bo bardzo interesuje się polityką.
Ktoś mi powie, że są też księża, biskupi, kardynałowie, a nawet papieże, którzy pasjonują się polityką równie mocno, jak opisani przeze mnie państwo i jak wspomniany przeze mnie ksiądz, tyle że znaleźli sobie inne towarzystwo i są dziś zakręceni mniej więcej tak samo, tyle że w innym kierunku. Nie będę się spierał. To jest fakt jak najbardziej oczywisty, i byłbym niemądry, gdybym zaczął nagle twierdzić, że tu mamy do czynienia wyłącznie z obozem wariatów i obozem spokojnych, pobożnych i obiektywnych duszpasterzy. Tak nie jest. Podobnie jak z jednej strony siedzi biskup, który uważa, ze Jarosław Kaczyński to nieszczęście Polski i Polskiego Kościoła, po drugiej stronie siedzi inny, dla którego największym nieszczęściem naszego narodu jest Tusk i jego ferajna. Tyle że to jest właśnie problem, który nas zwyczajnie rozrywa na strzępy.
Otóż jest tak że Kościół w Polsce zawsze, jeśli tylko idzie o sferę publiczną, trzymał się bardziej władzy niż ludzi. Dlaczego? Dlatego, że ludzie są tylko ludźmi – po jednej i po drugiej stronie – i towarzystwo establishmentu z reguły zawsze było bardziej interesujące dla członków tego establishmentu, niż towarzystwo motłochu. Do pewnego momentu więc, kiedy podział był taki, że z jednej strony był motłoch, a drugiej elity, duchowieństwo – czym wyżej, tym bardziej – wolało się bardziej zadawać z elitami, niż z motłochem. Coś się jednak w tym zmieniało wtedy zawsze, gdy motłoch przejmował władzę, lub do tej władzy aspirował. Wtedy część elit – ze zwykłego odruchu serca, lub częściej dla zwykłej zabawy - sunęła w stronę motłochu i usiłowała się dzięki temu poczuć lepiej i przede wszystkim piękniej. Hierarchia nie pozostawała w tyle. Dochodziło więc do paradoksalnej sytuacji, kiedy z jednej strony biskupi klepali się po plecach z różnymi ministrami, ubowcami i ważnymi urzędnikami, a z drugiej na wieczorne przyjęcia chodzili do hołoty. Bo to i ciekawie, a poza tym zawsze można było liczyć na to, że się tam spotka kogoś ekstra. No a poza tym, Jezus kocha nas wszystkich, czyż nie? I tak się inspirowali.
Od dwudziestu lat jednak w Polsce mamy sytuacje absolutnie wyjątkową. Establishment taki jakim go znamy, został uzupełniony z jednej strony przez bardziej światłą część motłochu, a z drugiej przez artystów i tzw. ludzi kultury, którzy już nie musieli szukać inspiracji na zewnątrz. Na zewnątrz pozostał wyłącznie margines. Możliwe, że w jakiś niezwykły sposób większy nawet od mainstreamu, ale i tak margines. Nawet nie motłoch. Po prostu margines. W tym momencie, znaczna część duchowieństwa wreszcie poczuła się u siebie jak u siebie. W jednej chwili wielu księży i biskupów uznało, że oni już do ludzi iść nie muszą, bo wśród ludzi już są. I jest im tam świetnie. I w tym momencie nastąpiło coś, czego nikt się pewnie nie spodziewał, ale co w tym ogólnym poczuciu szczęścia i satysfakcji ani nikomu szczególnie nie dokuczyło, ani nawet wielu nie zauważyło. Mainstream wypowiedział marginesowi wojnę i to wojnę na wyniszczenie. Wojnę straszną, wojnę w której nie bierze się jeńców, wojnę gdzie za jedno życie można co najwyżej splunąć. Wojnę gdzie nie ma żadnych reguł, nie istnieją jakiekolwiek zasady i idee, gdzie wszystko się zmienia, i gdzie wszystko stoi, gdzie nie ma ani prawdy ani fałszu, ani dobra ani zła, ani wściekłości ani współczucia. Gdzie cel jest jeden. Zabić, a pamięć zatrzeć. Wojny jakiej historia nie zna, bo wojny tak samo nowej jak nowe są czasy.
Co zrobili biskupi? Najpierw zwrócili się do elit. Elity odpowiedziały, że wszystko jest na swoim miejscu. Następnie więc zwrócili się do ludu… i lud też powiedział, że wszystko gra. Biskupi się rozejrzeli, rzucili okiem to tu, to tam i się skonsultowali. A kiedy się skonsultowali, to okazało się, że tak naprawdę nie bardzo wiadomo, co się dzieje. Bo jedni widzą to, inni widzą tamto i – niech będzie pochwalony! – naprawdę trudno zdecydować. Ale zaraz – co z Krzyżem? Z czym? Z Krzyżem? No z Krzyżem… wiadomo… tego tam.
Dziś, kiedy słuchałem konferencji prasowej – KONFERENCJI PRASOWEJ! – biskupów na Jasnej Górze, uderzył mnie pewien szczególny moment. Otóż na koniec, kiedy już swoje powiedział biskup Budzik i arcybiskup Nycz, zabrał głos ktoś z samej Jasnej Góry, podziękował wszystkim za starania i modlitwy, i powiedział, że teraz zaprasza wszystkich na… I w tym momencie autentycznie się przestraszyłem, bo sobie pomyślałem, że on za moment powie „na obiad”, albo „na kolację”, albo „na lampkę dobrego wina”. Nic takiego nie nastąpiło. Zaprosił na mszę. Tyle dobrego. Jednak co sobie pomyślałem, to moje.
Z czym zostajemy? Otóż okazuje się, że mamy pat. Biskupi, jako ludzie obyci towarzysko i zainteresowani tym co się dzieje w naszym kraju, otwarci na najróżniejsze opinie – ogólnie rzecz biorąc, ludzie dokładnie tacy jak każdy z nas – wspólnie z nami przeżywają nasze zmartwienia i radości. Tyle że jedni z nich trafili tu, a inni jeszcze znaleźli się tam. Ze swoimi emocjami, swoimi grzechami, swoimi najbardziej wstydliwymi tajemnicami. Tak jak my – cieszą się, nienawidzą, złorzeczą, modlą się, kochają, zaciskają w poczuciu bezradności pięści. Wciągnęło ich to życie. No i wciąż wraca problem tego Krzyża… Co? Krzyż? Jaki Krzyż? No Krzyż. Ach ten…. tego… No, Jezus nas kocha, a Krzyż trzeba szanować.
Dziś rzecznik rządu w telewizyjnej wypowiedzi wyraził ubolewanie, że Episkopat znów stchórzył. Ależ oni się wybezczelnili! Przecież arcybiskup Michalik zaproponował rozwiązanie niemal idealne. Powtórzę. Niech Komorowski, Tusk, Pawlak i Napieralski zgodzą się spotkać z Jarosławem Kaczyńskim i go najzwyczajniej w świecie opierdolą, kopną w dupę, a na koniec za nim zwyczajnie spluną. Niech wypierdala. A jak się będzie rzucał, to dostanie w ryj tak że ani nie piśnie. I co w tym było nie tak? Wygląda na to, że władza jest wciąż o krok do przodu. Margines wciąż nie do końca na marginesie. Lepiej uważać. To margines z dowiadczeniem. I to dowiadczeniem potężnym



Czy Donald Tusk wierzy w Boga?

        Gdy chodzi o kardynała Rysia, czy wielu innych księży, biskupów, arcybiskupów i kardynałów, to często bywa tak, że czuję rozczarowan...