Kiedy po raz pierwszy dowiedziałem się o słowach kardynała Nycza ogłaszających koniec żałoby po śmierci prezydenta Kaczyńskiego, Marii Kaczyńskiej, oraz 94 pozostałych osób, które zginęły w smoleńskiej rzezi 10 kwietnia ubiegłego roku, zrozumiałem je bardzo dobrze. Mógłbym nawet powiedzieć, ze zrozumiałem je zbyt dobrze. Że zrozumiałem je tak dobrze, że pewnie lepiej by dla mnie było ich nie zrozumieć w ogóle, czy ich wręcz nie zauważyć. Niestety, zrozumiałem je i niemal z każdym kolejnym dniem, rozumiem je coraz lepiej. Z prawdziwym bólem serca muszę też dziś przyznać, że równie dobrze rozumiem słowa, jakie do mnie skierowali inni biskupi, tym razem już nie w swoim imieniu, lecz jako tak zwana Rada Stała Konferencji Episkopatu Polski. Zrozumiałem każde słowo z tego przesłania, z tej nauki i z tego, jak by nie było, świadectwa. Czytam te słowa i niemal słyszę ten głos. I, jak mówię, rozumiem wszystko od początku do końca.
Dlaczego tak bardzo potrzebuję tu deklarować swoje zrozumienie dla tego, co mi powiedzieli moi biskupi? Otóż poszło między innymi o to, że, jak czytam dziś w portalu wp.pl, poseł Polskiego Stronnictwa Ludowego Jarosław Kalinowski wyraził opinię, że wszyscy zrozumieli co chce im powiedzieć arcybiskup Nycz, z wyjątkiem Jarosława Kaczyńskiego. Jego słowa zrozumieli wszyscy, tylko nie Kaczyński. A mnie się zdaje, że poseł Kalinowski się fatalnie myli. Że on niesprawiedliwie ocenia umiejętności intelektualne Jarosława Kaczyńskiego. Że, wbrew temu co Kalinowski sądzi, Jarosław Kaczyński zrozumiał równie dobrze jak ja, zarówno apel biskupów, jak i wcześniejszą deklarację Kazimierza Nycza. I znacznie lepiej niż sam Kalinowski, tyle że on jeszcze o tym nie wie. Może oczywiście też być tak, że Kalinowski jednak wie, tyle że tak się przyzwyczaił do komfortu miejsca, jakie sobie wymościł, że nie dość że nie życzy sobie czuć tego bólu, to nawet nie chce o nim myśleć. Inna sprawa, że to już nie jest naszym problemem i naszym dylematem. Czy on zdechnie wiedząc, czy nie wiedząc – pozostaje już jego problemem i jego sumienia.
Słowa biskupów są proste, jak w niegdysiejszej piosence Wojciecha Młynarskiego: „Dla pani, proszę pani, wszystko jest proste. Myśli są trzeźwe, słowa są ostre, i ranią. Cholernie mnie ranią”. Tu nie trzeba wielkiego wysiłku, żeby wiedzieć, co to za myśl, co to za moc. Wsłuchajmy się w słowa biskupów:
„Zewnętrzne przejawy bólu z powodu trudnego doświadczenia są normalnymi, ludzkimi reakcjami. Ważne jednak, abyśmy się na nich nie zatrzymali i uczynili jeden krok dalej - krok wiary, tzn. powierzyli Panu Bogu bolesną rzeczywistość oraz siebie samych. Dopiero wtedy cierpienie nie tylko nie będzie nas niszczyć, ale uczyni nas bogatszymi wewnętrznie. […] Przed Pałacem Prezydenckim w Warszawie zgromadziły się spontanicznie tłumy ludzi. Składano kwiaty i wieńce, palono znicze, odmawiano modlitwy. W wielu miastach były celebrowane msze święte w intencji ofiar katastrofy. Odbyły się marsze pamięci, wiążące się też z obchodami 70. rocznicy zbrodni katyńskiej. W pogrzebie Lecha Kaczyńskiego i jego małżonki Marii, który odbył się 18 kwietnia w Krakowie, uczestniczyły dziesiątki tysięcy osób; uroczystość oglądały w telewizji miliony. Kraj ogarnęła narodowa żałoba, także dlatego, że ta śmierć ujawniła nam prawdziwą wartość osób, które zginęły. [..] W naszej Ojczyźnie zawsze będzie po nich puste miejsce. Ile czasu potrzeba, aby dobrze przeżyć czas pożegnania bliskich nam osób? […] W sumie jednak nie tyle ważna jest długość czasu poświęconego na żałobę, ile sposób, w jaki zdołamy ten czas przeżyć. Właściwe granice żałobie wyznacza miłość. […] Cmentarz nie może stać się naszą świątynią, ani naszym domem. Nie pomożemy zmarłym zatrzymując się w nieskończoność przy grobie. Nie odnajdziemy tam naszych bliskich, ponieważ oni przeszli już do wieczności i odtąd miejscem spotkania z nimi jest wiara i ufna modlitwa, a także podjęcie ideałów ich życia. Natomiast samo doświadczenie żałoby może zaowocować naszą większą dojrzałością duchową. […] Wtedy to cześć dla naszych zmarłych nie będzie tylko i wyłącznie powierzchownym kultem w postaci pomników, tablic, lampek i kwiatów oraz łez żalu. […] Niech ta katastrofa umocni wzajemne więzi w naszej Ojczyźnie, Europie i świecie. Niech świadomość tej wspólnoty pozwoli nam zespolić serca, ideały i czyny, by nasz świat stawał się coraz bardziej ludzki. […] Bracia, nie oczerniajcie jeden drugiego. Kto oczernia brata swego lub sądzi go, uwłacza Prawu i osądza Prawo. Skoro zaś sądzisz Prawo, jesteś nie wykonawcą Prawa, lecz sędzią. […] Dziękując Bogu za bohaterskie życie ofiar Katynia oraz dobro służących Ojczyźnie ofiar katastrofy smoleńskiej uszanujmy pamięć ich czynów. Niech one pobudzą nas do mądrej i bezinteresownej służby na rzecz dobra wspólnego. Módlmy się jednocześnie do miłosiernego Boga, aby wzbudził nowych synów i córki Ojczyzny, pragnących służyć ofiarnie i odważnie ludziom nowych czasów”.
Ponieważ, jak już to zdeklarowałem, rozumiem te słowa bardzo dobrze, ale – co może ważniejsze – jestem pewien, że rozumieją je przynajmniej wszyscy ci, którzy odwiedzają ten blog, ani już słowa więcej na ten temat. Niech one same wołają o boże miłosierdzie, czy o pomstę do nieba, czy o co tam sobie chcą. Ja już tu nie muszę mówić nic. Natomiast to co mogę zrobić, to przypomnieć możliwie najpełniej, jak wyglądała owa żałoba, do której zakończenia wzywają moi biskupi i jak w tym bolesnym czasie wyglądał ten kraj, który, jak to pięknie opisuje wystosowany przez nich list, „ogarnęła narodowa żałoba, także dlatego, że ta śmierć ujawniła nam prawdziwą wartość osób, które zginęły”.
Już kilka dni po tamtym nieszczęściu, na wieść o planach pochowania Lecha i Marii Kaczyńskich na Wawelu, środowiska nieprzyjazne zmarłemu prezydentowi, we współpracy z ogólnopolskimi mediami zaczęły organizować demonstracje, podczas których jego pamięć została po raz pierwszy brutalnie podeptana. Dwóch popularnych dziennikarzy, Wojewódzki i Figurski, napisało, wykonało i wyemitowało w przestrzeń ogólnopolską piosenkę, wyszydzającą pomysł pochowania Lecha Kaczyńskiego na Wawelu. W tym samym mniej więcej czasie, w jednym z wywiadów, Władysław Bartoszewski, też uznał za stosowne wyrazić zdziwienie, że „prezydent Warszawy” ma być pochowany właśnie tam, w Krakowie, na Wawelu. On to powiedział tuż po śmierci Lecha Kaczyńskiego, a jego słowa zostały publicznie ogłoszone. Myśl tę zresztą uzupełnił informacja, że on nie rozumie, skąd tyle szumu, skoro gdzieś zawsze jakieś samoloty się rozbijają.
Mniej więcej w tym samym czasie, z otwartym listem wystąpił Andrzej Wajda i zaprotestował przeciwko chowaniu Lecha Kaczyńskiego na Wawelu, a po nim przyszedł Kazimierz Kutz i oświadczył, ze dość już tej żałoby – jak Eminencja widzi, on był znacznie wcześniej przed Eminencją, proszę Eminencji – bo młodzi „chcą się bawić i chodzić do kina”. Do odłożenia na bok kwestii pochówku wezwała katolicka – tak proszę Eminencji, katolicka, związana z katolickim Tygodnikiem Powszechnym – publicystka Halina Bortnowska, bo, jak powiedziała, na to czas przyjdzie po wyborach. To właśnie wtedy zaczęły krążyć pogłoski o możliwym usunięciu ciał Lecha i Marii Kaczyńskich z Krakowa. Jeszcze w kwietniu, kiedy na tym blogu, jeszcze w kwietniu i jeszcze w Salonie24, zamieściłem serię żałobnych zdjęć Prezydenta i jego rodziny, cały wpis na żądanie Agory został usunięty pod groźbą sądowego procesu. W przestrzeni publicznej żądania zakończenia żałoby nabrały już takiej intensywności, że swoim przeżyciom dałem wyraz, publikując na blogu tekst zatytułowany „Koniec żałoby, czyli panie do środeczka”. Było to 5 maja, niecały miesiąc po katastrofie. Zaledwie parę dni później, wciąż jeszcze w pierwszym miesiącu po katastrofie, w telewizji TVN24 wystąpił wówczas prominentny polityk Platformy Obywatelskiej Kazimierz Kutz i publicznie zrugał Elżbietę Jakubiak za to, że ona założyła czarną bluzkę, „bo przecież żałoba się już skończyła”.
W drugim miesiącu po Smoleńsku, Stefan Niesiołowski, w oficjalnej wypowiedzi, zbeształ Martę Kaczyńską za to, że ona pokazuje się na czarno, chcąc w ten sposób wymusić na Polakach współczucie. Dziś tan sam Stefan Niesiołowski, wicemarszałek Sejmu, ogłasza, że PiS bezczelnie wymusił na Polsce dla „swojego prezydenta” miejsce na Wawelu, i niech już więcej na nic nie liczy, bo Lech Kaczyński był prezydentem fatalnym. Mam wrażenie, że to też właśnie wtedy, w maju mniej więcej, ruszyła energiczniej kampania piwna pod hasłem „Zimny Lech” i chyba też gdzieś wtedy właśnie w pobliżu Wawelu rozciągnięto wielki billboard z tym właśnie hasłem. W wywiadzie dla Rzeczpospolitej szefowa kampanii Bronisława Komorowskiego, Małgorzata Kidawa Błońska powiedziała, że jej zdaniem, normalna żałoba powinna trwać tydzień – kolejna osoba, która ubiegła Eminencję. Dzień przed drugą turą wyborów, do Krakowa przybyła Hillary Clinton, wzięła udział w spotkaniu przedwyborczym organizowanym przez środowiska nieprzyjazne Lechowi Kaczyńskiemu, i nie uznała za stosowne nawet przyjść na Wawel i złożyć kwiaty na grobie Lecha i Marii Kaczyńskich – widocznie poinformowano ją, że jest już po żałobie. Też jeszcze w lipcu, Magdalena Środa, osoba powszechnie znana, której opinie są wysłuchiwane i cytowane, publicznie oświadczyła, że to bardzo dobrze, że Kompania Piwowarska umieściła swój billboard z „zimnym Lechem” u stóp Wawelu, bo Lech Kaczyński sobie na to szyderstwo „zasłużył”. Dziś, jak się dowiaduję, ta sama Środa została laureatką nagrody Europejczyka Roku 2010, obok wielu innych, podobnie jak ona, zasłużonych Polaków.
Dosłownie od pierwszego dnia po katastrofie, główny nurt medialny, z większą lub mniejszą intensywnością głosił informację, że odpowiedzialność za śmierć Prezydenta, jego małżonki i innych poległych w Smoleńsku spoczywa albo na samym Lechu Kaczyńskim, albo na pilotach, albo na pijanym generale. Opinia ta była niemal codziennie, od rana do wieczora powtarzana we wszystkich możliwych mediach i w różnorakiej formie, od rana do wieczora. Niekiedy, do grupy osób winnych tragedii dorzucany był Jarosław Kaczyński. Apogeum tego ataku nastąpiło, kiedy w popularnym programie Moniki Olejnik została zaprezentowana opinia, że egzekucja Lecha Kaczyńskiego została zaplanowana i przeprowadzona przez Jarosława Kaczyńskiego. Do dziś, ta sugestia jest powtarzana zarówno przez Lecha Wałęsę, Janusza Palikota, Kazimierza Kutza, ale też przez część komentatorów, którzy żądają ujawnienia treści ostatniej telefonicznej rozmowy obu braci.
Słyszymy niemal codziennie, właściwie od pierwszego dnia po katastrofie, i słyszymy wciąż, historie o obłąkanych pilotach, pijanym samolocie, i jeszcze bardziej pijanym prezydencie. Opinie te wygłaszają powszechnie znani dziennikarze, zapraszani przez nich politycy i lotniczy eksperci. Dzień w dzień od rana do wieczora, od początku. A jednocześnie, codziennie, możemy obserwować nieszczęsny, porzucony wrak polskiego samolotu, tonący w smoleńskim błocie, okradany przez okolicznych złodziei, obszczywany przez okoliczne psy, niszczony przez okoliczne deszcze i wiatry. Jedyną znaną mi reakcją na tę profanację ze strony polskiego rządu, były przeprosiny zaadresowane w języku rosyjskim i skierowane przez rzecznika polskiego rządu pod adresem rosyjskich władz, za ocenione jako nieuprzejme słowa, wypowiedziane w związku ze wspomnianym traktowaniem. Ze strony polskiego Kościoła natomiast wciąż słyszałem jedynie wezwania do modlitwy, do usunięcia krzyża sprzed Pałacu Prezydenckiego, i o niewykorzystywanie tragedii Smoleńskiej do polityki.
Jednocześnie, ludzie oddający cześć poległym w Smoleńsku, błagający o odpowiednie uszanowanie ich pamięci – czy to krzyżem, czy pomnikiem, czy choćby nie odbieraniem im możliwości palenia lampek i modlitwy – są notorycznie wyszydzani, wykpiwani, obrażani przez prominentnych polityków Platformy Obywatelskiej, przez ogólnopolskie media, przedstawicieli kultury popularnej, przez organizowane przez nich wszystkich bandy chuliganów, ale także niestety przez samych przedstawicieli Kościoła.
Polski Kościół niemal jednym słowem nie wstawił się za tymi ludźmi. Ale też ani jednym słowem nie wstawił się za pamięcią i prawdą o poległych w Smoleńsku. Ani jeden list pasterski nie wziął w opiekę tych wszystkich, których uczucia przez cały rok były obrażane i kaleczone, ale też ani jeden list pasterski nie znalazł w sobie odwagi, by zadać to jedno, proste pytanie: Co się naprawdę stało w Smoleńsku 10 kwietnia 2010 roku? Jeśli gdzieś pojawiło się zdanie o potrzebie czczenia pamięci i modlitwy za zmarłych, natychmiast było równoważone dziesięcioma, wzywającymi do tego by ta modlitwa i ta pamięć broń Boże nie miała pretekstu politycznego, i żeby pod żadnym pozorem nie towarzyszył jej obraz rozerwanego na strzępy samolotu. Ani jeden list pasterski nie został skierowany pod adresem tych, którzy pamięć o Prezydencie i prawdę o katastrofie wielokrotnie i w tak straszny sposób obrażali. Nie znam jednego w miarę jednoznacznego stanowiska Kościoła upominającego tych wszystkich, którzy przez niemal już rok w najbardziej bezlitosny sposób dręczą ludzi z takim bólem przeżywających tamtą śmierć. Nie znam jednego prostego stanowiska Kościoła przedstawionego z zamiarem napomnienia tych wszystkich, którzy tak brutalnie zadręczają tonących w bólu bliskich ofiar tamtej tragedii. Każdy znany mi list pasterski skupiał się przede wszystkim na napominaniu ludzi wiernych, pobożnych i cierpiących. Od samego początku polscy biskupi w decydującej swojej części stanęli po stronie władzy. A więc po stronie dzisiejszych agresorów i zwycięzców. Zajęli stanowisko motywowane towarzysko i politycznie, i w ramach tej szczególnej filozofii, odwrócili się do Krzyża plecami. I dziś jest tak samo. Wciąż tylko wznoszą idealnie abstrakcyjne apele o modlitwę, o wzajemny szacunek i przede wszystkim o nieangażowanie Krzyża do polityki. A przy okazji, uznając z satysfakcją, że zrobili wszystko co do nich należało, apelują o koniec żałoby.
Jak mówię, wszystko świetnie zrozumiałem. Bóg zapłać. Z rady nie skorzystam. Nie umiem. Wchodzę w kolejny rok tej żałoby. I co ciekawsze, spowiadać się z tego nie będę.
Powyższy tekst, w wersji pierwotnej, można też czytać w Warszawskiej Gazecie.