poniedziałek, 30 kwietnia 2018

Wołanie, czyli link bez hasła


     Dzisiejszy tekst, mimo że wcale nie jest szczególnie krótki, ma charakter czysto techniczny i jego sens sprowadza się wyłącznie do podania jednego linku. Otóż chodzi o to, że na portalu szkolanawigatorow.pl nasz kolega Tomek Gwińciński, który jest aspirującym reżyserem filmowym, zaprosił nas do obejrzenia swojego ostatniego filmu i poprosił o opinię. Generalnie, film Gwicińskiego spotkał się z przyjęciem nadzwyczaj umiarkowanym, a wśród wielu ocen pojawiła się sugestia, że ów film jest zbyt „hermetyczny”, by mógł być życzliwie przyjęty przez większość widzów. Na słowo „hermetyczny” musiałem zareagować i zauważyłem, że problemem nie jest owa „hermetyczność”, jako że całkiem niedawno miałem okazję obejrzeć inny, tak zwaną „hermetyczną” produkcję, naszego innego kolegi Marcina Dudziaka, i przez 70, czy 80 minut nie byłem w stanie oderwać się od tego, co się działo na ekranie. Tymczasem z filmu Gwińcińskiego obejrzałem zaledwie paręnaście minut. I to nie z nudów. Absolutnie nie z nudów. To już o wiele bardziej z powodu wspomnianej "hermetyczności".

       Już chwilę później dostałem wiadomość od Marcina Dudziaka, który najpierw podziękował mi za pamięć i dobre słowa, a nastepnie przesłał link do owego filmu, który tak bardzo mnie poruszył. No i w tym momencie przechodzę do rzeczy. Otóż ja oczywiście mógłbym ów link umieścić na blogu Tomka Gwicińskiego, ale myślę, że przede wszystkim, to byłby wobec niego gest zbyt okrutny, no a poza tym, naprawdę nie wypada, by reklamować produkcję konkurencji u osoby zainteresowanej. A zatem link do przepięknego filmu Marcina Dudziaka umieszczam tutaj: https://vimeo.com/106601251. On nie ma powodu, by swój film ukrywać, więc też i hasło nie jest potrzebne. A tu mój tekst sprzed roku. Proszę go przeczytać, i potraktować jako recenzję. Albo po obejrzeniu tego filmu, albo przed. Obojętne. I proszę tu nie komentować filmu Tomka Gwińcińskiego. On  nie jest tematem tej notki. Dziś mówimy o Dudziaku.


     Najmłodsze moje dziecko, poza nieustannymi próbami studiowania czegokolwiek, pracuje w kinie za 5 złotych za godzinę. Wybrała ona na ten rodzaj kariery trochę przez to, że jej starszy brat kiedyś też przedzierał te bilety i ogólną atmosferę tak zwanego Multikina sobie bardzo chwalił, ale również z tego względu, że i ona, podobnie jak on i my wszyscy, jest wręcz uzależniona od oglądania filmów. Ponieważ przy tym one wszystkie zostały przez nas intelektualnie i duchowo odpowiednio sformatowane, wrażliwość artystyczna mojej córki – proszę zwrócić uwagę na to, że nie używam słowa „gusta”, a więc czegoś, co stanowi kompletną fikcję, lecz „wrażliwość” – sprawia, że cokolwiek ona mi powie na temat każdego z nowych filmów, ja mogę obstawiać jako w stu procentach słuszne.
      Od niej też wiem, jaki poziom prezentuje każdy kolejny przebój polskiej kinematografii. Od niej jak najbardziej wiem, że każdy – dosłownie każdy – nowy polski film to jest porażka na poziomie, którego nie da się opisać bez używania brzydkich słów. I to jest jeden z głównych powodów, dla którego polskich filmów nie oglądam.
      A przecież nie było tak zawsze. Pomijając stare bardzo, jeszcze czarno-białe, filmy z lat 50-tych i 60-tych, z „Pętlą”, „Żywotem Mateusza”, „Do widzenia do jutra”, czy „Pingwinem” na czele, bardzo lubiłem „Brzezinę” i „Panny z Wilka” Wajdy, „Barwy ochronne” i „Życie rodzinne” Zanussiego, „Wodzireja” Feliksa Falka, no a w latach 80-tych nawet „Kronikę wypadków miłosnych” Wajdy. Poza tym jednak, tu akurat nie widzę nic. Zero. Gdy chodzi o polską kinematografię, to, z czym mamy dziś do czynienia, z mojego punktu widzenia, stanowi nędzę w stanie idealnie czystym. A zatem, polskie kino dla mnie nie istnie.
      I oto proszę sobie wyobrazić, że kilka dni temu dostałem telefon od człowieka nazwiskiem Marcin Dudziak, który przedstawił się, jako wierny czytelnik tego bloga i poprosił mnie, bym zechciał obejrzeć jego najnowszy film zatytułowany „Wołanie”, który jest w tych akurat dniach wyświetlany w katowickim kinie „Światowid”, no i żebym – rozumiem, że w przypadku, gdy film mi się spodoba – przedstawił na blogu jego odpowiednią recenzję.
      Obejrzałem ten film. W minioną sobotę o trzeciej po południu z ciężkim sercem wyszedłem z domu, polazłem do tego kina, poinformowałem w kasie, że jestem na seans zaproszony, zasiadłem – oczywiście jako jedyna osoba na sali – w fotelu… i przez następną godzinę i dwadzieścia minut prawdopodobnie nawet bym nie drgnął, gdybym ze względu na bardzo posunięty wiek nie musiał od czasu do czasu rozprostować kości. I od razu muszę też powiedzieć, że wcale nie chodzi o to, że film „Wołanie” jest w jakiś szczególny sposób fascynujący – nic podobnego. Całkiem odwrotnie. Mam wręcz wrażenie, że od czasu jednego z moich ukochanych filmów świata, „Wynajętego człowieka” Petera Fondy, ja nie miałem okazji oglądać czegoś równie nudnego. Powiem więcej: ja nie widziałem czegoś równie nudnego od czasu wspomnianego już wcześniej „Żywota Mateusza”. A mimo to, nie mam najmniejszych wątpliwości, że film Marcina Dudziaka pod tytułem „Wołanie” jest bezwzględnie i jednoznacznie i zdecydowanie najlepszym polskim filmem ostatnich trzydziestu lat.
      „Wołanie” to historia – jeśli w ogóle można tu mówić o jakiejkolwiek historii – ojca i syna spędzającego wakacje w Bieszczadach, niemal bez przygód, właściwie bez słów, bez choćby jednego jednoznacznego przesłania, gdzie tak naprawdę pozostaje już tylko obraz tego lasu, tej rzeki i dźwięk i muszę powiedzieć, że nawet jeśli ktoś się uprze i powie, że film Dudziaka to tanie byle co, to i tak ów obraz i dźwięk pozostaną. Ów obraz i dźwięk, przez które, jeśli, jak mówię, musiałem się przez tę godzinę i dwadzieścia minut ruszyć, to wyłącznie ze względów czysto obiektywnych, starczą za całą historię współczesnego polskiego kina.
      Ale i to nie jest wszystko. Każdy kto interesuje się filmem, wie, że niemal zawsze zdarza się, że nawet oglądając coś, co niemal w stu procentach akceptujemy, muszą pojawić się elementy, które budzą w nas odruch protestu. Chodzi o to, że zawsze, nawet w tych chwilach najbardziej poruszających, musi pojawić się coś, co każe nam krzyknąć: „No nie! To jest bez sensu! Wychodzę!”. Gdy chodzi o film Dudziaka, mimo, że od pewnego momentu, wiedząc, że jednak będę pisał tę recenzję, starałem się jak mogłem, nie znalazłem jednego momentu, gdzie mógłbym powiedzieć, że ja bym to zrobił inaczej. I taki to jest film.
      Czy „Wołanie” to film wybitny? Nie sądzę. Ja na przekład dzień wcześniej byłem na „Marsjaninie” Ridleya Scotta i on jest od Dudziaka bezwzględnie lepszy. Za miesiąc pójdę na nowego Bonda i on będzie pewnie jeszcze lepszy, niż ostanie „Mission Impossible”, które też ze skupieniem obejrzałem i do którego Dudziak nie ma tak zwanego startu. W tym biednym filmie o ojcu i synu w bieszczadzkiej głuszy mamy tych dwóch zdecydowanie przeciętnych aktorów – co, swoją drogą, z jednej strony boli mnie jak jasna cholera, a z drugiej, Bogu dziękuję, że nie musiałem oglądać jakiegoś Kota, czy Lindy – sam film jest skromny w sposób wręcz nieznośny, a mimo to, jak to już zostało powiedziane, ja przez tę godzinę i dwadzieścia minut siedziałem tam, jak zaczarowany. Dźwiękiem, obrazem i dwiema – dosłownie dwiema – scenami, których nie mogę ujawnić, bo w ten sposób zdradziłbym wszystko, a to, jak wiadomo, nazywa się „spoiler” i jest jedenastym grzechem.
Nie wiem, jakie są możliwości poza Katowicami, gdzie ów film jeszcze tylko dziś i jutro będzie wyświetlany w kinie „Światowid”, ale, powiem szczerze, że jest mi to doskonale obojętne. „Wołanie” to jest mój film i jestem pewien, że sobie z tym poradzę bez względu na to, jakie będą jego dalsze losy. Tak jak sobie poradziłem z wieloma innymi przebłyskami ludzkiego talentu.

Książki niezmiennie można zamawiać w księgarni Kliniki Języka, ewentualnie pod adresem mailowym k.osiejuk@gmail.com.

niedziela, 29 kwietnia 2018

Chiny, czyli kula nadal się odbija


        Dziś może bardzo krótko, celem uzupełnienia wczorajszej notki. Otóż, proszę sobie wyobrazić, mam uczennicę, dziecko 15 letnie, które wśród prawdę mówiąc niewielu naprawdę zainteresowań, ma też i tak egzotyczne, jak Korea. Jej pasja do Korei, diabli wiedzą skąd wzięta, doszła do tego punktu, że ona nie dość, że ogląda koreańskie seriale przez Internet, słucha koreańskiego popu, w październiku jedzie do Berlina na występ jakiejś koreańskiej gwiazdy, to jeszcze uczy się samodzielnie języka koreańskiego. Założyła ona sobie specjalny zeszycik, w którym ćwiczy pisanie tych dziwnych znaków, uczy się ich na pamięć, a jednocześnie próbuje tworzyć zdania i jakoś jej to nawet idzie. Próbowała nawiązać kontakt ze swoim koreańskim rówieśnikiem, ale coś tam nie wyszło, więc – i tu przechodzę do sedna mojej dzisiejszej notki – pozostał jej kolega z Chin. Ów Chińczyk, co ciekawe, pochodzący z miasta którego nazwy nie potrafię powtórzyć, jest od niej nieco starszy, bo chodzi nie do gimnazjum, lecz do drugiej klasy liceum ogólnokształcącego, jednak pisze do niej listy – co ważne, papierowe – i tu też im jakoś idzie.
       Problem polega na tym, że moja uczennica, bardzo typowe dziecko swojego pokolenia, nie bardzo potrafi układać zdania na papierze, ile razy więc ma napisać list do swojego chińskiego kolegi, prosi mnie o pomoc, w sensie „To co ja mam mu napisać?”. A trzeba powiedzieć, że możliwości jest co niemiara. Kolega z Chin jest bardzo elokwentny, interesuje się i poezją i muzyką (jego ulubionym utworem jest „Sonata Księżycowa” Beethovena), i filmem, niekoniecznie koreańskim… no, dosłownie wszystkim. Wysyła jej więc jakieś zdjęcia, obrazki, fragmenty wierszy, albo zwyczajnie jakieś teksty w języku chińskim, aby jej pokazać, jak wygląda ich pismo. Język angielski zna w stopniu, jakiego ja wśród moich uczniów nie zaobserwowałem, a najlepszym na to dowodem jest to, że on w tych listach nie robi praktycznie żadnych błędów, co trzeba wiedzieć, nawet pomijając moich uczniów, stanowi wynik niezwykły. Mamy bowiem listy na trzy, cztery strony, a mnie się dotychczas zdarzyło tam zauważyć zaledwie jeden błąd, a mianowicie „I play piano” (znajdź, Koteczku, ów błąd).
      Ponieważ ona nie wie, co ma do tego chłopca pisać i w efekcie ja jej praktycznie muszę jej te listy dyktować, któregoś dnia zaproponowałem, by go zapytała, jak on spędza swój czas, czy ma dużo nauki w szkole, czy nauczcyciele są surowi, jakich przedmiotów się uczy, jakoś ten list wspólnie ułożyliśmy, no i on odpisał i opowiedział jej wszystko w szczegółach. Przede wszystkim przysłał jej swój tygodniowy plan lekcji po chińsku, a następnie opisał go po angielsku i oto co nam opowiedział. Otóż on wstaje zawsze o 6 rano, żeby być w szkole o 7.00, natomiast lekcje kończą się o 20.00, po czym on jeszcze zostaje w szkole do 21.30, by odrabiać zadania domowe. Codziennie, bez wyjątku. A ja bym pewnie pomyślał, że ten chłopczyk próbuje nas brać pod włos, gdyby nie jedno zdanie: „Ja wiem, że Tobie jest trudno w to uwierzyć, ale my tu w Chinach przywiązujemy bardzo dużą wagę do edukacji”. Przy okazji podesłał jej kopię swojego testu z języka angielskiego, a ja bym tylko chciał, byście go mogli zobaczyć.
      A więc Chiny, moi drodzy państwo. Chiny i od tego nie ma już ucieczki. A jak będzie wyglądał świat, którzy oni nam urządzą, to możemy się już tylko modlić, żeby oni byli dla nas dobrzy.

Oczywiście, od wczoraj nic się nie zmieniło i moje książki są tam gdzie zawsze, a więc albo w księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, albo tu na miejscu - k.osiejuk@gmail.com.
        

sobota, 28 kwietnia 2018

Czy to Chińczycy uczynili Donalda Trumpa prezydentem Stanów Zjednoczonych?


       Powiem zupełnie szczerze, że gdy chodzi o moje możliwości rozpoznawania przeróżnych politycznych niuansów, zarówno tu w Polsce, jak i za granicą, zasadniczo nie mam powodów do narzekań. I nawet nie chodzi o to, że do dziś pozostaję jedynym chyba komentatorem polskiej polityki, który przedstawił opinię – moim zdaniem stuprocentowo celną – że cały ten cyrk z rekonstrukcją rządu, który zabrał nam ponad pół roku emocji, związany był wyłącznie z koniecznością możliwie dyskretnego wyrzucenia z rządu Antoniego Macierewicza. A zatem, mam głębokie przekonanie, że z tą materią generalnie radzę sobie nadzwyczaj dobrze.
      Jest jednak coś, czego w sposób wręcz zawstydzający ani nie przewidziałem, ani w ogóle nie rozpoznałem, a mianowice prezydentury Donalda Trumpa. Swoją książkę o 39 wyprawach na dziewiąty krąg pisałem jeszcze przed amerykańskimi wyborami, poświęcając jeden z jej rozdziałów Donaldowi Trumpowi właśnie, i przyznaję iż nie dość, że nie przewidziałem jego zwycięstwa, to nawet nie okazałem odpowiedniego szacunku jego ogólnym talentom. Tymczasem on wygrał te wybory, bezdyskusyjnie pokonując jednoznaczną faworytkę sondaży, Hillary Clinton, a dziś praktycznie rządzi światem i to w taki sposób, że przed nim zadrżał sam Kim Dżong Un, prezydent Korei Północnej.
      Pamiętam jak jeszcze parę miesięcy temu, gdy świat wręcz znieruchomiał wobec nieustannych ostrzeżeń, że oto stoimy przed wielką wojną między Stanami Zjednoczonymi a Koreą Północną, prezydent Trump wyskoczył ni stąd ni z owąd z ofertą spotkania z Kimem, a najwybitniejsi polityczni komentatorzy ogłosili, że oto nadszedł początek końca Trumpa, który z tego meczyku, który jak ostatni dureń zorganizował, nie może wyjść inaczej jak tylko na tarczy. I oto wczoraj w Wiadomościach TVP zobaczyłem na własne oczy, jak po raz pierwszy od dziesięcioleci prezydent Korei Północnej przekracza granicę Korei Południowej, przywódcy obu Korei serdecznie się ściskają i pada obietnica, że już niedługo Korea będzie jedna, bo nasz wspólny świat tego od nas oczekuje. A obok tych ujęć pojawia się wiadomość, że już za miesiąc dojdzie do spotkania na szczycie prezydenta Trumpa z Kimem i wtedy dopiero zobaczymy, jak wszystko się zmieni.
     A ja sobie myślę, że mimo iż faktycznie w momencie, gdy wypadało się wykazać pewną przenikliwością, ja Trumpa zwyczajnie skreśliłem, sprawa nie jest aż tak jednoznaczna jak by się wydawało. Podobnie jak nie jest, bo nie może być, sprawą jednoznacznie oczywistą to, że oto dzięki nadzwyczajnym wręcz talentom Donalda Trumpa dochodzi do czegoś, co jeszcze do niedawna wydawało się być czymś absolutnie nieosiągalnym. Nie uwierzę bowiem, że oto stało się tak, że Korea Północna, której determinację znamy aż nazbyt dobrze, tylko dlatego, że prezydent Stanów Zjednoczonych pogroził jej palcem, w jednym momencie wypuściła z siebie całe powietrze. I nie mówimy tu o latach, ale zaledwie kilku miesiącach, a więc od groźby globalnej wojny do serdecznych uścisków na granicy.
      Oto, jak sądzę, wszyscy miłośnicy teorii o syndykacie, który rządzi światem, mają najlepszy z możliwych dowód na to, że ich podejrzenia były jak najbardziej słuszne. Powtórzę może. Nie ma takiej możliwości, by oto doszło do sytuacji gdzie prezydent Trump ogłasza, że jeśli Korea Północna nie zacznie się zachowywać w sposób powszechnie przyjęty jako cywilizowany, Ameryka zetrze ją z powierzchni ziemi, na co Kim – mówimy o Kimie, który jeszcze w zeszłym roku dokonywał egzekucji na ludziach do których stracił zaufanie, przy pomocy rakiet przeciwlotniczych – drapie się zafrasowany po swojej szczecince i mówi: „No dobra, przekonałeś mnie, stary”. To jest zwyczajnie niemożliwe.
      A skoro to jest niemożliwe, to odpowiedź na to może być tylko jedna. Otóż jest nadzwyczaj prawdopodobne, że zarówno wybór Donalda Trumpa na prezydenta Stanów Zjednoczonych, jak i ostatnie wydarzenia na granicy między dwiema Koreami, to wynik umowy, o istnieniu której nigdy się nie dowiemy i, powiem szczerze, że im bardziej ona istnieje, tym bardziej jej treści znać nie musimy.
      Co z tego wszystkiego wynika dla nas? Otóż, moim zdaniem, niewiele. Jeśli przyjmiemy za fakt, że tu u nas na peryferiach wielkiej polityki doszło do rekonstrukcji rządu wyłącznie ze względu na jednego ministra, a w samym centrum świata, czyli w Stanach Zjednoczonych prezydentem został jakiś średnio udany biznesmen, i to tylko po to, by wreszcie i raz na zawsze  skończyć z północnokoreańskim reżimem, to znaczy, że my tu nie mamy ani nic do gadania, ani nawet do zabawy w gadanie. Jedyne zatem co nam pozostaje to dawanie świadectwa, jak choćby w przypadku chłopca imieniem Alfie, który, swoją drogą, jest zapewne również niczym więcej jak częścią jakiegoś nieznanego nam planu.
      A skoro już ni stąd ni z owąd znaleźliśmy się przy Alfiem, na sam już koniec mam jedną, moim zdaniem niezwykle interesującą, refleksję. Otóż, jak z całą pewnością część z nas zdążyła zauważyć, pojawiła się teoria, że między próbą zabójstwa Alfiego Evansa, a narodzinami kolejnego dziecka księcia Williama jest pewien symboliczny związek. Otóż, pozostając w nastroju bardzo mocno spiskowym, chciałbym zwrócić uwagę na jeden bardzo istotny – i w pewien sposób symboliczny –  szczegół związny z narodzinami, jak dziś już wiadomo, Louisa. Zwracam uwagę na to imię, mając nadzieję, że Czytenicy pamiętają kultowy tu i tam film Alana Parkera pod tytułem „Harry Angel”, którego głównym, choć epizodycznym zaledwie, bohaterem jest niejaki Louis Cyphre. A skoro tak, to nam już tylko pozostaje spojrzeć na zdjęcie Kate Middleton, wychodzącą ze szpitala z owym Louisem w ramionach, rzucić okiem na jej sukienkę i porownać ją z tym, co ma na sobie Mia Farrow w filmie Romana Polańskiego „Dziecko Rosemary”.



       Nigdy się nie spodziewałem, że wpadnę w ten stan, ale stało się. Przepraszam bardzo, ale nawet jeśli się mylę, trzeba było mnie nie prowokować.  

Gdyby ktoś czuł niedosyt lektury na odpowiednim poziomie, zapraszam do księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, gdzie są do kupienia nie tylko moje książki.
     

piątek, 27 kwietnia 2018

O tym jak rodzice dzieci niepełnosprawnych zatęsknili za Donaldem Tuskiem


Dziś, tym razem z kolei nieco wczesniej niż zazwyczaj, zachęcam do kupowania „Warszawskiej Gazety”, a w niej mojego cotygodniowego felietonu. Dziś sprawy jak najbardziej bieżące, stanpowiące niejaki suplement do tego, o czym rozmawialiśmy wczoraj.     

      Miniony tydzień upłynął pod znakiem najróżniejszych wydarzeń, jednak ja mam w głowie awanturę, zgotowaną nam w Sejmie przez matki osób już dorosłych, jednak wciąż pozostających w stanie – tak to się chyba elegancko określa – neurologicznie dysfunkcyjnym. Oczywiście, podobnie jak chyba każdy z nas, pomijając zidiociałych liberałów, twierdzących, że każdy sobie rzepkę skrobie, uważam, że zaniedbania, jakie Polska poczyniła wobec osób niepełnosprawnych, wołają o pomstę do nieba i jestem całym sercem za tym, by im jak najszybciej pomóc. Nie mogę jednak milczeć, kiedy widzę, jak wokół owego powszechnego wręcz nieszczęścia toczy się wyjątkowo parszywa gra. Pozwolę sobie przedstawić swoje wątpliwości.
      Otóż, jak może niektórzy z nas wiedzą, te mamy nie przyprowadziły do Sejmu swoich dzieci, z których większość nawet się nie orientuje, co się wokół nich dzieje, dlatego, że spotkały się na spacerze i podczas rozmowy ów plan im się w głowach wykluł. O nie! One tam zostały przyprowadzone przez posłankę Nowoczesnej, Joannę Scheuring Wielgus, i przez ową Wielgus zostały od początku objęte pełną kontrolą. Przyznaję, że nie mam pojęcia, ile ich tam w sumie jest, ale z telewizyjnej transmisji wiem, że na pierwszym planie widzimy nieprzerwanie dwie wyjątkowo wymowne kobiety plus ich dwóch synów, z których jeden robi wrażenie, a drugi od czasu do czasu coś powie. Reszta jest skutecznie ukryta poza kadrem i diabli wiedzą, co one sobie tam myślą. Co więcej, jedna z tych mam, co są na pierwszym planie, ostatnio zrobiła się tak aktywna, że w liczbie występów w różnego rodzaju telewizjach niedługo przegoni samego Kazimierza Marcinkiewicza
     Druga rzecz, która na mnie zrobiła bardzo niepokojące wrażenie, to ta, w jaki sposób ów protest się rozwija. Otóż, o ile pamiętam, kiedy po raz pierwszy poproszono owe panie, by wraz ze swoimi dziećmi opuściły pomieszczenia Sejmu, one zadeklarowały, że one, owszem, wyjdą, ale dopiero wtedy, gdy „na strajk” przyjadą prezydent Duda i premier Morawiecki. I oto, gdy Prezydent ze swoją najbliższą świta się tam zjawił, a premier Morawiecki nie dość, że przybiegł jak na rozkaz, to jeszcze przyprowadził ze sobą minister Rachwalską i wszyscy oni pod przysięgą i na piśmie obiecali protestującym, że dostaną wszystko co chcą i to już w najbliższym czasie, obie mamy plus syn jednej z nich oświadczyli, że ani im w głowie się stamtąd ruszać, bo oni są oburzeni, że rząd nie chce im pomóc, a wspomniany syn przypomnial sobie, że premier Tusk od razu dał im to, o co prosili, a ten rząd, zamiast działać, coś knuje.
      No i trzecia rzecz. Otóż kiedy już stamtąd znikną i przedstawiciele władz i dziennikarze, na miejsce zawsze przychodzi Scheuring-Wielgus i tam ich odpowiednio ustawia. Dopóki więc oni jej nie powiedzą, żeby się od nich odchrzaniła, to ja im po prostu nie wierzę.

Zapraszam również do odwiedzania księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl.
     

czwartek, 26 kwietnia 2018

Alfie, czyli o piwnych oczach Budowniczych Imperium


     Może się oczywiście okazać, że się bez sensu wystawiam, ale gotów jestem dać głowę, że dziś już naprawdę mało kto z nas pamięta sprawę sprzed niespełna roku, kiedy to mały Charlie Gard został zamordowany w londyńskim hospicjum wbrew woli rodziców, wbrew prośbom papieża Franciszka i wbrew ofertom z całego świata, w tym również ze strony prezydenta Trumpa, że są szpitale, które mogą podjąć się darmowego leczenia tego dziecka. Dam głowę nawet i za to, że wówczas prawdopodobnie wielu z nas nawet o sprawie nie słyszało, a jak słyszało, to ona im już na drugi dzień wypadła z pamięci. A naprawdę było o czym wiedzieć i było też o czym pamiętać.
     Pisałem w lipcu zeszłego roku o Charliem Gardzie i proszę sobie wyobrazić, że to był jedyny raz, kiedy liczba komentarzy na toyah.pl przebiła wynik na Szkole Nawigatorów, i to ponad dwukrotnie, a i tak suma tych komentarzy miała się nijak do tego, co się tu pojawia każdego dnia. A, powtarzam, przypadek Charliego Garda różnił się od sprawy, która dziś nas wszystkich tak bardzo pochłania, czyli pragnienia śmierci dla Alfiego Evansa, tylko tym, że Charlie, kiedy został zamordowany, nie miał jeszcze nawet roku, a Alfie to już nie jest niemowle, ale mały chłopczyk… no i tym, że – przepraszam, że to mówię, ale szukam odpowiedzi – imię Alfie zdecydowanie lepiej się sprawdza, że tak to ujmę, pijarowsko, a najlepiej o tym świadczy być może fakt, że nawet Gazownia postanowiła się ująć za Alfiem.
      Jak mówię, staram się dziś przede wszystkim ułożyć jakieś sensowne wytłumacznie owego dysonansu i przychodzą mi do głowy dwie odpowiedzi. Pierwsza to ta, która chyba przydaje pewnej logiki dzisiejszemu zachowaniu strony, która w lipcu 2017 roku jak najbardziej kibicowała owemu Holocaustowi, a więc wspomnianej Gazowni. Otóż dziś mamy szczególną sytuację polityczną, gdzie próbuje się napuścić na rząd Prawa i Sprawiedliwości osoby chore i niepełnosprawne, a tu nie ma być może nic bardziej skutecznego jak połączyć dwie narracje. Pierwsza z nich to ta związana z rozbudzaniem emocji wokół ludzi słabych i bezradnych, a z drugiej, z wytykaniem Dobrej Zmianie, że tak bardzo niby dba o powodzenie Polaków, ale los najsłabszych, w polityce rządu już się nie mieści. Druga natomiast jes tak bardzo widoczna po tak zwanej „prawej” stronie sceny, gdzie również się nakręca nienawiść do rządu, tyle że przez sugestie, że skoro już postanowili oni sprzedać Polskę Amerykanom i Żydom, to cóż im szkodzi już za chwilę, zgodnie z zaleceniami Systemu, mordować już nie Alfiego, ale Stasia, Basię, czy Wojtka. Przesadzam? Proszę więc popatrzeć na wczorajszą notkę blogera Ewarysta Fedorowicza, który ostatnio wysuwa się na czoło tej najbardziej patriotycznie zorientowanej części Internetu.
       Kiedy to podłe towarzystwo przeciąga linę nad losem owych dwojga dzieci, tak strasznie potraktowanych przez Świat właśnie, jest coś, co oba te przypadki – przypomnijmy, że następujące nawet nie rok po roku – łączy jak czarne jak najczarniejsza noc przeklestwo, a mianowicie Londyn. Spójrzmy może w oczy tego kompletnie anonimowego dla nas człowieka, który odmówił zgody na przewiezienie Charliego Garda na leczenie do Stanów Zjednoczonych, tłumacząc swoją decyzję obawą o to, że Charlie może nie zniesć trudów podróży i umrzeć podczas lotu, a więc o wiele szlachetniej będzie go zabić tam na miejscu, w Londynie. Trzeba się zatem wpatrywać w te oczy, a może nas tu zainspirować fragment poematu Jerofiejewa „Moskwa – Pietuszki”:
       I wtedy zdarzyło się coś o wiele straszniejszego niż wszystko, co widziałem we śnie. Naprzeciw mnie szła zaułkiem czwórka. Od razu ich poznałem. Nie będę wam wyjaśniać, kim byli. Zadygotałem jeszcze silniej i stałem się jedną wielką drgawką…
      A tymczasem ci czterej podeszli i otoczyli mnie. Mam wam tłumaczyć, jakie mieli mordy? Nie, wcale nie bandyckie. Raczej wprost przeciwnie, z odcieniem niejakiej klasyczności. Ale oczy całej czwórki… Wiecie co? Czy siedzeliście kiedyś w ubikacji na pietuszkowskim dworcu?  Pamiętacie, jak tam w głębinie, pod okrągłymi otworami chlupie i mieni się brązowa ciecz…? Otóż takie oczy mieli wszyscy czterej.
       Więc tak. To są właśnie te oczy. Oczy poddanych Jej Królewskiej Wysokości, Budowniczych Imperium.

Jeśli tylko komuś z Czytelników zachce się kupić coś porządnego do czytania, może w każdej chwili zajrzeć do księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl i tam z pewnością znajdzie coś odpowiedniego. Bardzo gorąco zapraszam.

środa, 25 kwietnia 2018

Sześć krótkich kawałków na nadchodzący długi weekend

Przepraszam bardzo, ale dziś nie będzie o tym, jak to amerykański Kongres sprzedał nas Żydom, bo choć sprawę znam i wcale mi się ona nie podoba, to nie jestem w stanie traktować jej poważnie. A zatem, jako że już w przyszłym tygodniu ukazuje się kolejny numer dwutygodnika „Polska Niepodległa”, a wraz z nim mój kolejny zestaw odcinków do śmiechu, przedstawiam tu serię aktualną i życzę dobrej zabawy. A jak kto chce, to bardzo polecam potraktować nazwę "Polska Niepodległa", jak symbol na dziś i na nadchodzące dni.


Kiedy wydawało się, ze naszych ulubionych komentatorów życia publicznego, czyli aktorów, ostatecznie i nieodwołalnie wcięło gdzieś w jakimś barze, ukazał się nam dotychczas nieobecny aktor Janusz Gajos i wystąpił w jednym ze sztadarowych programów telewizji TVN24, Fakty po Faktach, gdzie w rozmowie z jedną z prominentnych pracownic owego szczególnego medium, Katarzyną Kolendą Zaleską i oświadczył, co następuje:
 „Wielu, wielu ludzi daje się prowadzić za rękę, no, w stronę jakiegoś piekła”.
Ów kawałek poezji, umieszczony przez redaktorów portalu tvn24.pl w tytule notki, tak mnie zaintrygował, że postanowiłem zapoznać się z całością wypowiedzi tego mędrca i już po chwili okazało się, że on mówi między innymi o mnie. A było tak, że red. Zaleska zapytała Gajosa, czy jego zdaniem Jarosław Kaczyński ma charyzmę, a ten od razu przeszedł do kwesti czarów i odparł, że:
Określenie charyzma kojarzy mi się z czymś szlachetnym, z czymś, czemu się człowiek poddaje mimo woli, ponieważ daje się zaczarować człowiekowi, który ma taki walor. W tej chwili już chyba nikomu nie trzeba tłumaczyć, że to nie jest charyzma”.
Ja nie wiem, jakie walory ma Janusz Gajos, ale muszę przyznać, że, owszem, kiedy byłem małym dzieckiem, dałem mu się nieco zaczarować, kiedy grał Janka Kosa w serialu „Czterej pancerni i pies”. Jednak, gdy chodzi o charyzmę, to z mojego punktu widzenia raczej miała ją Lidka. No i oczywiście pies Szarik. Przepraszam Pana Aktora, jeśli sprawiam mu zawód, ale ani on, ani nawet jego pies nie zaprowadzili mnie do piekła. Czegoś musiało zabraknąć.

***

Niestety, a może i stety, musimy jeszcze przez chwilę zatrzymać się na tej Myszce Miki. Otóż w innym miejscu tej rozmowy, mówi on tak:
Obejrzałem fragment tego wywiadu [Torańskiej z Kaczyńskim]. Wtedy się zastanowiłem, jak to jest możliwe, że dorosły człowiek wybiera sobie taką drogę, na końcu której on zostanie ‘zbawcą narodu’. A gdzie cała ta droga, co będzie się działo po tej drodze, w ciągu podążania do tego sukcesu? I to mi się wydało strasznie w tym sensie, że ten człowiek troszeczkę myśli jak dziecko, które chce być królewiczem”.
Ponieważ nie jestem psychologiem dziecięcym, trudno mi powiedzieć, kiedy przeciętne dziecko zaczyna łapać ironię. Moje dzieci zadebiutowały mniej więcej w wieku czterech lat, syn chyba rok wcześniej, a mój pies zdecydowanie zaczyna coś „kumać” w wieku lat siedmiu. Wygląda na to, że dla niektórych jest to coś absolutnie obcego nawet na starość. Ciekawe, jak tam Szarik. W końcu to był pies milicyjny więc jakiś talent, poza aktorskim, musiał mieć.

***

Dobra. Kończmy z tym pustakiem i przejdźmy do spraw poważniejszych, czyli do Jerzego Urbana, jego żony i Wielkiej Orkierstry Świątecznej Pomocy. Otóż okazało się, że wspomniana już telewizja TVN na owsiakową licytację wystawiła udział na żywo w kultowym już dziś programie „Szkło Kontaktowe”. I proszę sobie wyobrazić, że korzystając prawdopodobnie z pieniądze swojego męża Małgorzata Daniszewska – bo tak ona się wabi – wylicytowała ten występ za całe 30 800 zł. W tym momencie, kierownictwo stacji, wyliczywszy ewentualne straty wizerunkowe, no a przede wszystkim może nieprzewidywalność owego występu, wpadło w ciężką panikę i ogłosiło, że Daniszewska jednak nie wystąpi i wydało następujące oświadczenie: „Wszystkie pieniądze, które wpłacili, zostały im zwrócone. Nie każdy potrafi się bawić, a my nie możemy oddawać naszych łamów po to, żeby ktoś reklamował swoje pismo”.
Ja oczywiście rozumiem rozterki owych tefaenowskich dusz, jednak jedna rzecz wciąż mnie intryguje. Co jest do cholery z tą zabawą? Niedawno minęło 20 lat, jak oni z Urbanem i całą tą okołourbanową menażerią bawią się znakomicie, a tu nagle się okazuje, że jednak Urban bawić się nie potrafi. Na jego miejscu ja bym ich podał do sądu o zniesławienie. Kto jak kto, ale Urban akurat bawić się potrafi znakomicie, co udowadnia niemal na co dzień choćby w Internecie. No i naturalnie też,  kto jak kto, ale minister Zionro mógłby przymknąć oko na decyzję któregoś z sędziów i pozwolić, by ten jednak wziął stronę Urbana. To by dopiero była jazda, gdyby TVN musiał zapłacić jakieś grube miliony za to, że oskarżył Urbana o to, że ten jest tępym ponurakiem.

***

Cokolwiek by nie mówić o Urbanie, to co wiemy z całą pewnością, ponurakiem nie jest kandydat Platformy Obywatelskiej na prezydenta Szczecina, Sławomir Nitras. Ów Nitras obilbordował całe miasto swoim wizerunkiem – podkreślić należy, że pozbawionym jakiegokolwiek retuszu – i hasłem „Wspólnie Szczecin Nitras Pomoc”. I to jest, powiem szczerze, tekst, jakby zrzucony z Kosmosu. Myślę, co to może oznaczać, myślę, myślę, myślę i nagle przypominam sobie słynny przebój Beatlesów „With A Little Help From My Friends”. Gdyby ktoś nie wiedział o co chodzi, to informuję, że myśl jest taka, że jeśli komuś jest smutno i potrzebuje się skutecznie zaćpać, to zawsze może liczyć na „drobną pomoc ze strony znajomych”. A zatem, rozumiem, że te wszystkie plotki na temat Szczecina, Nitrasa i tak zwanych możliwości, nie były bezpodstawne. A zatem powtórzmy to sobie głośno: Z niewielką pomoca Sławomira Nitrasa, Szczecin uzyska miano Nowego Wspaniałego Świata.

***

Swoją drogą, kiedy człowiek patrzy na to co to towarzystwo wyprawia, musi dojść do wniosku, że cokolwiek bysmy mysleli na temat tej nędzy, którą nam oferuje Dobra Zmiana, gorzej już było i przynajmniej nie ma niebezpieczeństwa, że skończymy jak Rosjanie, i to nie ci z miasta Moskwa, ale z dalszych okolic tego kraju. Oto, jak donoszą media, paru mieszkanców wioski Primorje pod Władywostokiem włamali się do miejscowego magazynu, rozjerzeli się dookoła, co by tu można było ukraść i trafili na 37 kilogramów parówek. Zabrali więc te parówki, udali się do mieszkania jednego z nich, pod drodze zorganizowali coś co zastępowało im alkohol, zapuścili telewizor i zasiedli do kolacji. Po chwili jednak wszyscy się ciężko pochorowali i kiedy zastanawiąc się, czy to od płynu hamulcowego, czy parówek, a skoro od płynu, to czemu pies też jest ledwo żywy, z telewizora dobiegła ich wiadomość, że z miejscowego magazynu ktoś ukradł 37 kilogramów dynamitu. Gdyby ktoś się szczególnie troszczył o los psa, wiadomość jest dobra: wszyscy przeżyli, milicja wiekszość skradzionego dynamitu odzyskała a braciom Rosjanom grozi po siedem lat zsyłki. Na szczęście, ponieważ jesteśmy i tak na Syberii, niedaleko od domu.

***

Swoją drogą, to jest naprawdę bardzo ciekawe, że propaganda budowana przez totalną opozycję zarzuca rządowi Prawa i Sprawiedliwości, że chce nas wepchnąć w łapy Putina. Przecież wystarczy choćby przyjrzeć się wspomnianej akcji kandydata Nitrasa, by wiedzieć, że im akurat do Władyswostoku jest znacznie bliżej, niż, nie przymierzając, samemu Markowi Suskiemu. Ten dziwny człowiek z kolei wprawdzie się ani nie upalił, ani, jak sądzę nawet nie upił, a mimo to po zawetowaniu przez Prezydenta ustawy degradacyjnej publicznie oświadczył, że osobiście już nigdy na niego nie zagłosuje. Dziś więc nawet, nomen omen, parówkowe portale śmieją z niego, że skoro nie Duda, to PiS-owi już tylko pozostaje on sam – Marek Suski. No a my zachowujemy oczywiście pełny spokój i czekamy, co prezes Kaczyński nam nowego wymyśli, by za dwa lata Prawo i Sprawiedliwość powtórzyło ostatni sukces premiera Orbana i zdobyło konstytucyjną większość.


Gdyby ktoś nie wiedział, moje książki są do kupienia w księgarni na stronie www.basnjakniedzwiedz.pl. Zapraszam.

wtorek, 24 kwietnia 2018

O pilnej potrzebie stworzenia gimnazjów dla dorosłych

Trochę się spóźniłem, ale myślę, że jest wciąż nienajgorszy moment, by zaproponować swój najnowszy felieton dla „Warszawskiej Gazety”. Trochę na temat, który tu się nam przewinął, ale mam nadzieję, że w nieco innym ujęciu. Zapraszam.     


      Kiedy po raz pierwszy o tym przeczytałem, pomyślałem sobie, że to nieprawda. Że to jest kolejna – jakże typowa dla czasów, w których przyszło nam żyć – wyprodukowana przez niezrównoważonych internautów wrzutka informacyjna, mająca na celu dokuczenie komuś, kto nam działa na nerwy, a w normalnym trybie nie jesteśmy sobie w stanie z tymi emocjami poradzić. Tymczasem sprawdziłem jak najbardziej oficjalne źródła i okazuje się, że jedna z najbardziej medialnie eksponowanych posłanek, Joanna Scheuring Wielgus (przepraszam, jeśli pomyliłem literki, ale sami Państwo rozumieją), podczas występu w cotygodniowej dyskusji polityków w Polsacie, zwracając się do europosła Prawa i Sprawiedliwości, Ryszarda Czarneckiego, powiedziała co następuje: „Proszę mi nie wciskać dziecka z kąpielą do brzucha”.
      Ktoś powie, że to nic takiego. Mieliśmy w końcu wiele okazji, choćby słuchając wystąpień partyjnego kolegi posłanki Wielgus, Ryszarda Petru, by uznać, że wszystko już było. Otóż, przepraszam bardzo, ale nie. Było naprawdę wiele zabawnych lapsusów, jednak czegoś tak znaczącego nie mieliśmy chyba okazji przeżyć. Był wspomniany Petru ze swoimi „Sześcioma Królami”, był poseł Platformy Myrcha z Belzebubem, jako jednym z Trzech Króli, było nawet Prawo i Sprawiedliwość z, niestety bardzo niesprawiedliwie zlekceważonym przez media Łukaszem Schreiberem, z jego, „my nie uważamy, że postradaliśmy wszystkie rozumy”, ani nawet sama – oddajmy jej tu sprawiedliwość, w końcu to ona jest pierwszą inspiracją tego felietonu – posłanka Joanną, kiedy na jednym z marszów organizowanych na rzecz wyzwolenia kobiet, krzyknęła „Dość dyktatury kobiet!. W każdym bowiem z tych przypadków, choć oczywiście nie jest nam łatwo, możemy odnaleźć przynajmniej ślad zwykłego gapstwa, na które w końcu każdy z nas, zwłaszcza wraz z posuwającym się wiekiem, jest narażony. W przypadku tego „wciskanego wraz z kąpielą dziecka w brzuch”, posłanka Scheuring Wielgus odsłoniła problem, na który warto zwrócić uwagę.
      Otóż wygląda na to, że to nie jest zwykłe gapstwo. Oczywiście, jak już wspomniałem, chwila zamyślenia, czy wręcz zgłupienia, może się zdarzyć każdemu z nas, tym razem jednak tu nie chodzi o nieuwagę. Tu mamy do czynienia z systemem. Otóż wygląda na to, że w tej akurat wypowiedzi, posłanka Wielgus odsłoniła skalę nieszczęścia, które drąży całe pokolenie, a w tym niestety ludzi na tak zwanym świeczniku. Oni są zwyczajnie głupi, a nie dość, że głupi, to bezczelnie pewni siebie. W końcu, Wielgus naprawdę nie musiała aż tak kombinować. Ona mogła z tego starcia wyjść bardziej zwyczajnie, apelując do Czarneckiego, żeby się od niej odczepił. Ona postanowiła jednak zabłysnąć, no i dostaliśmy tę kąpiel w brzuchu.
      Jest jednak coś jeszcze. Oto oglądam występ pani posłanki w Sieci i widzę, że ona plecie to co plecie, a siedzący obok niej Czarnecki i niezidentyfikowana polityczka, ani drgną. Zupełnie jakby nic nie zauważyli. A ja obawiam się, że faktycznie nie zauważyli. I to dopiero jest prawdziwy dramat.

Jak zawsze zapraszam do odwiedzania ksiegarni www.basnjakniedzwiedz.pl, gdzie można kupować również moje książki. Część z nich można również kupić bezpośrednio u mnie, korzystając z adresu mailowego k.osiejuk@gmail.com.

poniedziałek, 23 kwietnia 2018

Czy Ruch Odrodzenia Żydowskiego w Polsce wycofa naszą reprezentację z piłkarskich mistrzostw świata?


      No i znów wygląda na to, że felieton do „Warszawskiej Gazety” będzie musiał odczekać kolejny dzień, bo bieżące wydarzenia spadają na nas jak gromy z jasnego nieba. Oto wczoraj opublikowałem tekst na temat prowokatorów, którzy ostatnio mnożą się nam jak króliki, i których jedynym celem jest uniemożliwienie Prawu i Sprawiedliwości uzyskania w przyszłorocznych wyborach konstytucyjnej większości, jak ze swoim komentarzem pojawił się nasz dobry kolega Onyx i wrzucił mi, moim zdaniem, interesujący i bardzo adekwatny link. Był to link do wpisu na Twitterze, którego jednak w pierwszej chwili nie byłem w stanie otworzyć, ponieważ jego autor, jakiś Nieznal, z przyczyn, których nie jestem w stanie rozpoznać, mnie wcześniej zablokował. Poinformowałem o tym Onyxa, na co ten wrzucił mi skan owej wypowiedzi i okazało się, że problem jest taki, że gdzieś w Berlinie lokalni Żydzi założyli organizację, której celem jest walka o to, by oni, Żydzi właśnie, mogli z całego świata wrócić do Polski i żeby hebrajski stał się językiem urzędowym. Tekst był jasny i nie znoszący dyskusji, a na dodatek ilustrowany dwoma zdjęciami, na których mogliśmy zobaczyć najpierw prezydenta Dudę w towarzystwie znanego nam pewnie wszystkim Jonny’ego Danielsa, a następnie w tym samym towarzystwie premiera Morawieckiego.
      Ponieważ mimo tych wszystkich informacji, czułem pewien niedosyt, skonsultowałem się z moim dzieckiem, które mnie poinformowało, że blokadę na Twitterze można ominąć w bardzo prosty sposób i tak wszedłem na profil owego Nieznala, jak się okazuje, niezwykle zaangażowanego polskiego patrioty, no i w ten sposób poznałem całość sprawy. Oto, jak się okazuje, wszystko zaczęło się od tego, że żydowska reżyserka filmowa, Yael Bartana, nakręciła gdzieś w Berlinie cykl trzech krótkich filmów dotyczących czegoś, co funkcjonuje pod nazwą „Ruchu Odrodzenia Żydowskiego w Polsce”, gdzie w pierwszym odcinku znany nam skądinąd Sławomir Sierakowski zachęca Żydów do powrotu do Polski, w drugim Żydzi przyjeżdżają do Warszawy i na terenie dawnego getta stawiają kibuc, w trzecim natomiast Sierakowski ginie w zamachu. I oto w tym momencie – szczerze powiem, że kwestia, czy to jest dalej film, czy może już rzeczywistość, przedstawiona jest w sposób na tyle niejasny, że pewności co do tego nie mam –  ów Ruch Odrodzenia Żydowskiego w Polsce uruchomia swoją stronę internetową, na której zamieszcza swoje postulaty, a wśród nich i ten, by powrót Żydów do Polski został sfinansowany przez podniesienie podatków, Senat uległ przekształceniu w Izbę Mniejszości, a Polska zerwała konkordat z Watykanem. Chcą też oczywiście, jak już wcześniej wspomneliśmy, by hebrajski został ustanowiony drugim językiem urzędowym. Symbolem organizacji jest logo, które powstało z połączenia polskiego godła z gwiazdą Dawida. Całą tę informację na swoim profilu na Twitterze ów Nieznal powtórzył, posiłkując się linkiem do telewizji TVP Info… tyle że nadającej jeszcze – uwaga, uwaga – w roku 2013. Oto ów link.
     Jak wszyscy się zapewnie orientujemy rok 2013 skończył się pięć lat temu, a więc w czasie gdy telewizja TVP Info była kontrolowana przez siły internaucie Nieznalowi, jak to wynika przynajmniej z jego deklaracji, wrogie, dla których jednak ewentualny exodus Żydów do Polski, w ogóle nie stanowił problemu, a tu ów dziwny polski patriota, ni w pięć nie w dziesieć, powołuje się na tamten przekaz wyłącznie po to, by dołożyć Dudzie i Morawieckiemu. Przepraszam bardzo przede wszystkim panie i dzieci, ale co to do kurwy nędzy się tu wyprawia? Czy ludzie zaangażowani tu tak intensywnie w komentowanie bieżących spraw to zwykli idioci, czy może kuci na cztery nogi cwaniacy?
      Napisałem wczoraj ów tekst zainspirowany działalnością blogera Ewarysta Fedorowicza, któremu – z czystej dobroci serca –  zarzuciłem, że nie jest idiotą, lecz wynajętym prowokatorem. Po pewnej wymianie  opinii i swiadectwach dostarczonych przez znajomych Fedorowicza, musiałem przyznać, że się myliłem, co oznacza, że ów Fedorowicz prowokatorem jednak nie jest. A zatem, konsekwentnie, jego całkiem niedawno sformułowana opinia, że polski rząd planuje wycofać naszą piłkarską reprezentację z udziału w piłkarskich mistrzostawach w Rosji po to, by w ten sposób wywołać w Polsce powszechne zamieszki, brutalnie stłumione przez Joachima Brudzińskiego, a następnie wprowadzić stan wyjatkowy, pod osłoną którego będzie można wypłacić światowemu żydostwu setki miliardów dolarów za zrabowane przez Polskę mienie, nie była wynikiem prowokacji na rzecz ogłupiałej polskiej hołoty, lecz wynikiem osobistych przemyśleń tego ciekawego człowieka. Kiedy analizuję przekazany mi przez mojego serdecznego kumpla Onyxa link, dochodzę do wniosku, że jest bardzo prawdopodobne, że jedynymi tak naprawdę prowokatorami są ludzie zajmujący pozycje znacznie wyższe niż ten nasz biedny Internet, natomiast my, mamy do dyspozycji wyłącznie swój rozum i swoją wrażliwość. Jeśli tego zabraknie, to jesteśmy zgubieni. Oni nas rozliczą do samego końca.

Przypominam uprzejmie, że moje książki można zamawiać w księgarni www.basnjakniedzwiedz.pl, ewentualnie bezpośrednio u mnie, pisząc na mail k.osiejuk@gmail.com.

niedziela, 22 kwietnia 2018

Jak kozacy napadli na sołszal midia


      Daje słowo, że plan - i to w sposób dwojaki - był zupełnie inny. Przede wszystkim, niniejszy tekst planowałem zatytułować jak zawsze, w jakiś skromnie błyskotliwy sposób, jednak właśnie przeczytałem tekst Coryllusa i pod jego wpływem uznałem, że on się nie może nazywać niż Jak kozacy zaatakowali sołszal midia . Druga rzecz jest taka, że, podobnie zresztą, jak i wczoraj, planowałem tu wrzucić kolejny felieton dla „Warszawskiej Gazety”, jednak bieg wydarzeń, jak to często bywa, sprawił, że czas mnie wyprzedził. A zatem, w ten piękny niedzielny poranek muszę się przyznać do pewnej wstydliwej sprawy. Otóż ile razy widzę, że na portalu szkolanawigatorow.pl pojawia się kolejna notka blogera używającego pseudonimu Ewaryst Fedorowicz, zaglądam do środka, trochę ze zwykłej, perwersyjnej ciekawości, ale też trochę na takiej zasadzie, na jakiej człowiek od lat był zawsze ciekawy, co nadaje tak zwane Radio Erewań. Otóż wczoraj właśnie ów Ewaryst opublikował tekst, w którym już po raz kolejny szydzi z rządów Prawa i Sprawiedliwości, tym razem jednak w związku z faktem, że ze współrządzenia Polską Fundacją Narodową zrezygnował niejaki Antoni Kolek. Co z tym Kolkiem? Otóż tygodnik „Fakt”, który ostatnio zamienił się z „Super Expressem” według takiego wzoru, że teraz „Fakt” będzie przeciwko PiS-owi, natomiast „Super Express” będzie PiS wspierał, przeprowadził tak zwane dziennikarskie śledztwo, w wyniku którego ujawnił, że ów Kolek został w zeszłym roku wyrzucony na zbity pysk z ZUS-u, w związku z tym, że wykradał z systemu poufne dane. Wprawdzie z tego co czytam, rozumiem, że ani Kolek, ani też ZUS owych informacji nie potwierdzają, nie zmienia to jednak faktu, że Kolek z zasiadania w radzie fundacji zrezygnował, a Fedorowicz, tak jak ma to w planie, triumfuje.
      Gdy chodzi o mnie, to ja mam swój rozum i niemal każdą informację, jaka do mnie dochodzi, staram się wedle swoich możliwości weryfikować. Weźmy takiego posła Platformy Obywatelskiej Gawłowskiego, który aktualnie spędza czas w areszcie z oskarżenia o łapówkobranie. Ponieważ ja nie mam najmniejszego sposobu, by sprawdzić, czy tego Gawłowskiego PiS na życzenie ministra Brudzińskiego postanowił odstrzelić, czy on faktycznie ma swoje za uszami, głosu w tej sprawie nie zabieram. Jak mówią bracia Rosjanie, pożyjemy, zobaczymy. Gdy chodzi jednak o owego Kolka, sprawę odpowiednio prześledziłem i wiem z niej tylko, ale i aż tyle, że on ze swojej funkcji zrezygnował, tłumacząc, że do czau wyjaśnienia sprawy, nie chce narażać dobrego imienia Fundacji na niepotrzebne straty, ale jeszcze i to, że, jak dotychczas, jakiekolwiek zarzuty przeciwko Kolkowi formułuje wyłącznie tygodnik „Fakt” plus oczywiście kolega Ewaryst.
      Zajrzałem zatem do internetowego wydania „Faktu” i znalazłem wspomnianą informację, która nie zawiera jakichkolwiek danych, poza tym, że oni się dowiedzieli, że podobno Kolek został z ZUS-u wywalony dyscyplinarnie, a wszystko dlatego, że doniósł na niego kolega z pracy i teraz prokuratura prowadzi przeciwko niemu śledztwo. Podobno.
      Ale znalazłem też coś jeszcze. Oto wspomniany artykuł zilustrowany jest filmikiem, na którym widzimy jak prezes PFN, Cezary Jurkiewicz, siedzi przy stoliku z jakimś swoim znajomym i je hamburgera. Film jest ewidentnie nakręcony z ukrytej na stoliku obok kamerki, a całość opatrzona tytułem „Szef PFN stołuje się w popularnym fastfoodzie”. Czy tam na tym filmiku dzieją się jakieś sprawy niezwykłe, lub chociaż podejrzane? Nie. Tam nie ma nic. Przez parę minut oglądamy dwóch facetów przy stoliku, jak rozmawiają i jedzą hamburgery. I to jest wszystko. I to jest ilustracja do tekstu, w którym dziennik „Fakt” oskarża PFN o to, że zatrudnia przestępców. Podobno. A na tę wiadomość jeden z tak zwanych „polskich patriotów” wybucha pełną satysfakcji radością i ogłasza koniec „Dobrej Zmiany”.
      Powiem teraz coś, o czym dotychczas nie wspominałem. Otóż Maciej Świrski, którego tu regularnie tępimy, jest moim znajomym, do którego zachowuję dozgonną wdzięczność za to, że kiedy było naprawdę ciężko, on mi w znaczącym bardzo stopniu pomógł. Nie zmienia to jednak faktu, że dziś na to co on robi i jak zachowuje patrzę z najwyższą nieufnością, również z powodu jego działalności we wspomnianej Fundacji. Nie będę tu się na ten temat rozpisywał, bo wiem, że każdy kto zna ten blog, zna moje zdanie na temat towarzystwa, którego częścią jest Maciej Świrski. Nie zmienia to jednak faktu, że kiedy widzę, jak ludzie znacznie bardziej podejrzani nie tylko od Świrskiego, ale nawet od jego szefa Glińskiego, zaczynają się wiercić, to się najeżam. A kiedy na dodatek dowiaduję się, że w niszczenie PFN zaangażowany jest niemiecki Axel Springer, to już w ogóle pasuję.
     Pozostaje jednak ten nasz portal i grupa komentatorów – a jest ich paru – którzy pod wodzą wspomnianego Ewarysta Fedorowicza tworzą przekaz, który w sposób oczywisty służy osobom i siłom, które Polsce życzą jak najgorzej. Na miejscu Administratora, ja bym ich wszystkich stąd wystrzelił w kosmos, z tego prostego względu, że oni tu pełnią funkcję oczywistych i bezwzględnych prowokatorów. Proszę zatem kolegę Parasola, aby potraktował mój dzisiejszy wpis, jako klasyczny donos. Dziękuję za uwagę.

Moje książki, dziś tak samo, jak każdego dnia, można zamawiać pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, oraz, jeśli ktos ma zyczenie, tu u mnie, pisząc na maila k.osiejuk@gmail.com.

    


sobota, 21 kwietnia 2018

Starość radość


      Nie wiem dziś, czy wspominałem o tym na tym blogu, czy może w jakiejś wymianie na Facebooku, ale sytuacja jest taka że ile razy idę na spacer z moim psem, mijam często bardzo ładne dziewczyny, które zamiast na mnie, patrzą na mojego psa, a niekiedy nawet się do niego uśmiechają. Ponieważ jestem już starszym panem, sytuacja ta wywołuje we mnie z jednej strony w pełne zrozumienie, a jednocześnie wprawia mnie w głęboki smutek, związany ze świadomoscią, że, jak to głosi kultowy dzis już żart, lepiej już było. W takich sytuacjach zawsze przypominam sobie słynną piosenkę „A Girl from Ipanema”, gdzie jej autora, człowieka pewnie zaledwie parę lat ode mnie młodszego ode mnie, spotyka podobna historia, tyle że on idzie bez psa, a ta śliczna dziewczyna, zamiast na niego, patrzy prosto przed siebie.
      Kiedy myślę o tej piosence, przypominam sobie coś jeszcze, a mianowice rozmowę z pewnym moim szkolnym kolegą, który swego czasu prowadził tu w okolicy pewien punkt sprzedażowy, a jego ogólna sytuacja, w związku z sytuacją rodzinną, na każdym możliwym poziomie była wręcz tragiczna. Mieliśmy obaj w tamtym czasie po pięćdziesiątce, a kiedy on mi się skarżył, że do domu wraca tylko po to, by mieć gdzie spędzić noc, poradziłem mu, by, jako mężczyzna wybitnie przystojny, wykształcony i inteligentny, znalazł sobie coś co mu zapewni bieżący spokój, on mi odpowiedział co następuje:
     No wiesz, mam tu taką pracownicę, taką Zosię, bardzo miłą, inteligentną i ładną dziewczynę i kiedyś zapytałem ją, tak niby od niechcenia, ‘Pani Zosiu, czy ma pani chłopaka’, na co ona odpowiedziała: ‘Nie mam, panie kierowniku, i to jest coś strasznego. Ja już jestem tak zdesperowana, że gotowa jestem brać cokolwiek. Niechby i był stary. Może być nawet po trzydziestce”.
      Ktoś się zapyta, skąd ten temat. Otóż wczoraj na tej części mojego bloga, gdzie się spotykaja internauci, a zatem toczy się dyskusja, czyli na portalu szkolanawigatorow.pl, doszło do awantury między dwiema komentatorkami, a mianowice Eską i Danae. Ponieważ uznałem, że warto zainterweniować, zainterweniowałem dzieląc się spostrzeżeniem, że oto pokłóciły się dwie starsze panie, na co – swoją drogą, znana mi osobiście – Danae oburzyła się, że ona absolutnie nie życzy sobie, bym ją nazywał starszą panią, bo to jest chamstwo. A ja powiem, że moim problemem nie jest ani Eska, ani tym bardziej Danae, natomiast, owszem, problem tak zwanego dojrzewania mnie jak najbardziej obchodzi. I ja naprawdę nie rozumiem, dlaczego niektórzy z nas – w tym nawet i nasze koleżanki – tak bardzo się bronią przed tą niepokonaną prawdą, że czas mija, a my też nie stoimy w miejscu. A jeśli to co napisałem, komuś nie wystarcza, to powiem coś dla mnie zupełnie oczywistego: starzejemy się już w momencie narodzin i to jest, z każdym kolejnym rokiem, coś absolutnie fantastycznego. A kto tego nie akceptuje, ten ćwok.
     I teraz, jeśli ktoś przyjdzie i się spyta, po ciężką cholerę dziś ten akurat ten tekst, odpowiem najlepiej jak umiem. Po nic. Po tych dziesięciu latach stać mnie i na to.

Książki, jak zawsze, są do kupienia na stronie www.basnjakniedziedz.pl i tu u mnie pod adresem k.osiejuk@gmail.com.

piątek, 20 kwietnia 2018

O Żydach, kosmitach i dwóch dzielnych pijaczkach z wioski Primorje


      Jeszcze w zeszłym tygodniu przez część mediów przemknęła, by natychmiast zniknąć w mrokach zapomnienia, wiadomość, że oto w wiosce Primorje niedaleko Władywostoku dwoje obywateli włamało się do miejscowego magazynu o nieokreślonym przeznaczeniu i wyniosło stamtąd 37 kilogramów parówek. Następnie, aby uczcić ów sukces, nasi bohaterowie zakupili odpowiednią ilość płynu alkoholopodobnego i udali się do mieszkania jednego z nich, gdzie zapuścili telewizję, a następnie rozpoczęli świętowanie, wznosząc kolejne toasty pod zdobyczne parówki. Kdy wszystko rozwijało się jak najlepiej, obaj nagle poczuli się bardzo źle. W pierwszej chwili uznali, że to wina spożywanego płynu, jednak widząc, że ich pies, który przecież nie pił, też wygląda nienajlepiej, poczuli lekki niepokój. I w tym momencie jeden z nich rzucił okiem w telewizor, a tam, proszę sobie wyobrazić, podano informację, że z magazynu w wiosce Primorje niedaleko Władywosłoku skradziono 37 kilogramów dynamitu. Niefortunni złodzieje natychmiast ruszyli w wieś, sprzedali wszystko co im zostało pierwszej z brzegu sąsiadce i położyli się spać. Niestety, po przeprowadzeniu profesjonalnej akcji dochodzeniowo-śledczej, miejscowa milicja wpadła na trop złodziejaszków i, jak głoszą wspomniane media, jak na dziś, grozi im siedem lat łagru.
      Oczywiście większość z nas z całą pewnością w pierwszej kolejności uzna ową historię za na tyle nieprawdopodobną, że oskarży mnie o wypuszczanie jakichś fejk newsów. Kiedy jednak wszystkich zapewnię, że ja niczego nie zmyślam, tylko cytuję jak najbardziej oficjalne polskie media, podejrzewam, że wspólnie zaczniemy się zastanawiać, co to za dzielny naród ci Rosjanie, że potrafią zeżreć w końcu nie byle jaką porcję dynamitu i przeżyć. W tym momencie proponuję więc zapomnieć na chwilę o dynamicie i przejść do tego, co oni pili. Tak się składa, że wspomniane media nie podają jakichkolwiek informacji na ten temat, jednak my mamy odpowiednią wiedzę, by się tu odpowiednio do sprawy odnieść. Otóż w czasach kiedy jeszcze widziałem jakiś sens w czytaniu książek, z autentyczną radością przeczytałem powieść rosyjskiego alkoholika Wienedikta Jerofiejewa, o którego kompetencjach zaświadcza fakt, że zakończył swoje barwne życie w rezultacie nieustannego chlania, pod tytułem „Moskwa – Pietuszki”. I proszę sobie wyobrazić, że w pewnym momencie swojego dzieła Jerofiejew opisuje, w jaki sposób on i jego znajomi radzą sobie ze swoim nałogiem, kiedy brak pieniędzy, a człowiek jest spragniony. Proszę posłuchać:
      Na koniec proponuję wam coś najlepszego. ‘Wieniec twych prac najlepszą jest nagrodą”, jak powiedział poeta. Krótko mówiąc proponuję wam koktail ‘Psia krew’, napój, który przyćmiewa wszystko. To już nie napój, lecz niebiańska muzyka. Co jest najwspanialsze na świecie? Walka o wyzwolenie ludzkości. Ale jeszcze wspanialsze jest, co następuje (proszę pisać):
Piwo żygulowskie                                    100 g
Szampon ‘Bogacz Sadko’                        30 g
Rezol, płyn  do zwalczania łupieżu       70 g
Klej BF                                                        15 g
Płyn hamulcowy                                       30 g
Dezynsektal, środek owadobójczy        30 g

      A zatem, jak widzimy, mamy ćwiartkę z lekkim zapasem, tak by zadowolić każdego Rosjanina z określonymi ambicjami, szczególnie gdy jako zagrycha trafiły się laski dynamitu.
      A my się martwimy, że nie zaszczepiliśmy się na grypę?
      Dosć już jednak żartów, bo, wbrew pozorom, dziś nastroju do żartów nie ma. Jak wiemy wczoraj Polskie Państwo uznało za stosowne zorganizować obchody 75 rocznicy Powstania w Getcie w skali dotychczas nieznanej, a my tu się z całą pewnością domyślamy, że powodem tej pompy, którą zmuszeni byliśmy cały dzień znosić, była kolejna próba obrony wobec bezprzykładnej agresji, z jaką światowe żydostwo zaatakowało w ostatnich miesiącach Polskę. Nie ulega oczywiście wątpliwości, że polskie władze całą akcję przeprowadziły najlepiej, jak tylko można było sobie wyobrazić, smutnym faktem jednak pozostaje to, że dla Żydów te nasze demonstracje, jeśli mają jakiekolwiek znaczenie, to tylko takie, że oni nami będą gardzić jeszcze bardziej niż dotychczas. Dla nich bowiem my Polacy do końca świata będziemy – tak, tak – podludźmi.
        W trakcie dyskusji, jaka przetoczyła się przez Internet w ostatnich tygodniach, ktoś wrzucił wypowiedź pewnego izraelskiego publicysty, który stwierdził, że nawet w najczarniejszych chwilach Drugiej Wojny Światowej przeciętny Żyd ze znacznie wiekszym szacunkiem traktował Niemców, niż Polaków. Dlaczego? Bo Niemcy symbolizowali kulturę, inteligencję, wiedzę, a przede wszystkim siłę. A zatem też, kiedy dziś Żydzi większe pretensje kierują pod adresem Polaków niż Niemców, to głównie dlatego, że ich zdaniem śmierć z niemieckich rąk była bardziej honorowa.
       Dziś zatem myślimy z jednej strony o tych rosyjskich pijaczkach, którzy zeżarli dynamit, a z drugiej o Żydach, którzy nas widzą dokładnie tak, jak my widzimy tamtych dwóch, czyli jako kompletny kosmos. Ja oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że wreszcie po tych dziesieciu latach udało mi się zademonstrować swój wyssany z mlekiem matki antysemityzm, jednak przepraszam, ale przyznaję, że to co wczoraj widziałem w telewizorze wprowadziło mnie w autentyczny smutek, z którego jakoś musiałem wyjść. Stąd mój brat Jerofiejew.

      Moje książki są jak zawsze do kupienia w dwóch miejscach, a więc w księgarni pod adresem www.basnjakndziedzwiedz.pl , oraz, w znacznie skromniejszych ilościach, tu u mnie na miejscu. Proszę się ewentualnie kontaktować mailowo na k.osiejuk@gmail.com.


czwartek, 19 kwietnia 2018

O zbawiennej funkcji ławeczki i kamyka


     Daje słowo, że miałem szczere przekonanie, że wczorajszy wypadek z książką wybitnego dziennikarza śledczego Piotra Krysiaka pod tytułem „Dziewczyny z Dubaju” i klaką, jaką jej urządził Onet, „Fakt”, tygodnik „Wprost”, no ale również sieć EMPiK, pozostanie tylko wypadkiem, jednak w momencie gdy zastanawiałem się nad tym, o czym tu by dziś opowiedzieć, zajrzałem na portal tvn24.pl, a tam, absolutnie na samej górze, jako news wieczoru znalazła się informacja, że wywiadu Monice Olejnik udzielił sam Jerzy Stuhr. Wiadomość zatytułowana jest „Jestem wyczulony na to, że mna zarządzaja amatorzy”, a jako ilustracja do niej, załączony jest klip z następującym fragmentem wypowiedzi owego wybitnego intelektualisty:     
      Mam ciągle poczucie, że… i co mnie najbardziej tak uwiera, to nawet nie to, że ktoś mnie wykorzystuje, tylko ja jestem strasznie uczulony na… na… na to, że mną zarządzają amatorzy. Nie po to jakby zdobywałem ostrogi zawodowe przez całe życie, e… e... żeby  teraz jakby… bo to jest dla mnie są działania amatorskie, czyli pozbawione jakiegokolwiek ruchu do przodu, prawda… hm… eee…. hrrr… Nawet jak ja, pamiętam, piastowałem kierownicze stanowisko na małej naszej szkolnej… po… po… artystycznej uczelni, to zawsze przecież coś przewidywałem, na coś się ubezpieczałem… eee… eee… eee… już nie mówię o dbaniu o dobre imię, o szkoły, swoje….
     Tego, co to takiego owo „swoje”, już się niestety nie dowiemy, bo w tym momencie portal tvn24.pl wypowiedż Jerzego Stuhra uciął, ale domyślać się możemy, że dalej z całą pewnością mogło być już tylko gorzej. W końcu, jeśli oni zdecydowali się wybrać ten akurat fragment, żeby namówić nas na to, byśmy się postawili rządom Prawa i Sprawiedliwości, to ja rozumiem, że to też był fragment wypowiedzi pana Jurka najmocniejszy.
      No i znów, jak sądzę, w tym momencie podniesie się rejwach, że tu w ogóle nie ma o czym gadać, bo Jerzy Stuhr, podobnie jak jego syn i ich koledzy aktorzy, to banda durniów, którzy jedyne co potrafią, to udawać kelnera, kurwę, czy milicjanta, a i to im idzie raczej słabo. Otóż, przepraszam bardzo, ale znów muszę zaprotestować. My tu jesteśmy strasznie przyzwyczajeni do bardzo subtelnych dyskusji na jeszcze bardziej subtelne tematy, wydaje nam się, że to co sobie pomyślimy, a następnie wypowiemy, ma tak wielkie znaczenie dla przyszłości Polski i nas w niej żyjących, że taki Stuhr, czy ten wczorajszy jeszcze Krysiak, nie są w stanie nas choćby dotknąć swym oddechem. Otóż nie. Oni są częścią naszego życia, choćbyśmy się nie wiem jak tego wypierali, a ów atak postępuje z każdej strony sceny. Oto proszę sobie wyobrazić, że własnie telewizja zaczęła pokazywać najnowszy film tak zwanego Vegi, zatytułowany „Botoks”, który, przyznaję, że wyłącznie na podstawie jednego zwiastuna, mieliśmy okazję tu gnoić. A ja, sterroryzowany przez moje dziecko, chcąc nie chcąć, obejrzałem dłuższe jego fragmenty. I proszę sobie wyobrazić, że on jest jeszcze gorszy niż obejrzany przez nas zwiastun. Ten film to wyłącznie ciąg parominutowych epizodów, nie pozwiązanych ze sobą jakąkolwiek fabułą, gdzie albo jakaś kobieta jest dupczona przez psa, albo kobieta w śpiączce karmiona spermą skorumpowanego lekarza, albo wreszcie chore dziecko obrzygane przez nawalongo sanitariusza. Wszystko w dodatku z aktorami, którzy bełkoczą tak, że w większości wypadków nie można zrozumieć jednego słowa. I to jest najlepiej w minionym roku sprzedawany polski film, autorstwa najlepiej sprzedającego się polskiego reżysera, wyprodukowany za pieniądze jednego z najpopularniejszych ogólnopolskich dziennikow.
      Oto zatem mój apel. Nie oszukujmy się, proszę, i dajmy sobie to wreszcie powiedzieć: znaleźliśmy się w pułapce, z której jedyne wyjście to to, co nas ratowało zawsze. Mam na myśli mianowicie naszą tępą, wieśniacką zawziętość, odporną na wszystko, co przychodzi z odległości dalszej niż ów kamyk, który leży przed nami na drodze i w który z odpowiednio umiarkowanym zainteresowaniem wpatrujemy się z naszej ławeczki, a kiedy obok będą przechodzić Jerzy Stuhr z Partykiem Vegą, wystarczy, że lekko kopniemy go w ich stronę, z nadzieją, że się o niego wypieprzą. Wszystko co ponadto, musi nas zaprowadzić do zguby.
      Post Scriptum: Już po napisaniu powyższej notki, otrzymałem od naszego kolegi Onyxa link do całości rozmowy, jaką Monika Olejnik przeprowadziła z Jerzym Stuhrem, i z satysfakcją informuję, że moje podejrzenia, iż zacytowany przeze mnie fragment, to jedyne, co nadaje się do publikacji, były jak najbardziej słuszne. Przy okazji wyjaśniła się zagadka. Otóż "swoje" to już koniec wypowiedzi Mistrza. Nie wiadomo więc, co "swoje". Tym bardziej apeluję, by nie spuszczać oka z naszego kamyka.

Niezmiennie zapraszam do księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, gdzie można kupować moje książki. Mam też po kilka egzemplarzy z każdego tytułu tu u siebie, a zatem, jeśli ktoś ma pragnienie otrzymać coś z dedykacją, zapraszam pod adresesm k.osiejuk@gmail.com.   

środa, 18 kwietnia 2018

O prostytutkach z EMPiK-u i druciku od szampana

      Ponieważ cała moja rodzina wyjechała na zagraniczne wakacje – owszem, niektórzy tak mają – a ja zostałem sam z psem i flaszką, pomyślałem, że skoro właściwie nic już człowieka nie ogranicza, nie zaszkodzi sprawdzić, co słychac na Onecie, na którym już chyba ze dwa lata nie byłem i od razu trafiłem na informację zatytułowaną „Znany dziennikarz ujawnia: polskie gwiazdy były prostytutkami”. Ponieważ, jak się okazało, Onet umieścił u siebie ów tekst w ramach tak zwanych „usług wzajemnych”, a więc żeby się dowiedzieć więcej, trzeba było przejść na stronę fakt.pl, no a ja bardzo chciałem wiedzieć, kim jest wspomniany „znany dziennikarz”, który „ujawnia”, zrobiłem, co zrobić było trzeba i proszę sobie wyobrazić, że chodzi o, mam nadzieję,  byłego już i w związku z tym bezrobotnego, dziennikarza TVP Info Piotra Krysiaka, który przeprowadził „dziennikarskie śledztwo” i jego wyniki opublikował w książce, która już za parę dni znajdzie się na empikowych półkach, pod fascynującycm tytułem „Dziewczyny z Dubaju”.
       Już na samym początku, jak się domyślam na zachętę, znajomi Krysiaka z redakcji „Faktu” – przy okazji dowiedziałem się, że również tygodnika „Wprost” – piszą tak:
       ’Dziewczyny z Dubaju’ Piotra Krysiaka to lektura, od której włos jeży się na głowie. Autor raczej nie fantazjował, gdyż jego książka opiera się na m.in. sądowej dokumentacji. Krysiak opisał proces sutenerek, które skazano za wysyłanie polskich celebrytek do ‘seks-rajów’. Sutenerki też nie były osobami zupełnie nieznanymi w branży rozrywkowej w Polsce.
      Jedna z nich wygrała nawet konkurs Miss Polonia, druga zdobyła kilka europejskich tytułów, inna była uczestniczką popularnego programu ‘Top Model’, kolejna zagrała epizod w filmie ‘Sfora’, a jeszcze inna, jak pisała prasa, została dziewczyną popularnego serialowego aktora”.
      Potem już tylko atmosfera się zagęszcza i otrzymujemy cytaty z samej książki, a wśród nich informację, że chodzi o sprawę sprzed 10 już lat, kiedy to córka i teściowa gitarzysty zespołu Lady Pank Jana Borysewicza, stanęły przed sądem oskarżone o sutenerstwo i w efekcie dostały po trzy lata z zawieszeniem. Oto więc całe dziennikarskie śledztwo „znanego dziennikarza”, którego, z tego co czytam na stronie fakt.pl, jedyny sukces to było dotarcie do zapisów rozmów telefonicznych Borysewiczówny z którąś z tych biednych dziewcząt i to wystarczy, żeby największe polskie media informowały nas o tym, że już za chwilę największa polska sieć księgarni, czyli EMPiK, wypuszcza kolejny hit.
      Ktoś mi powie, że ja już zupełnie oszalałem, skoro uważam, że to jest temat, na który zasłuzyli czytelnicy mojego bloga.  Otóż proszę spać spokojnie. Pamiętamy może jeszcze film Terry’ego Gilliama „Fisher King” i scenę, kiedy to Robbin Williams idzie sobie przez punurą nowojorską dzielnicę z Ammandą Plummer, znajduje porzucony drucik od szampana i mówiąc, że nawet w śmieciach można znaleźć coś co ma jakąś wartość, robi z niego krzesełko. Moim zatem zdaniem, ogólnopolska promocja pod hasłem „dziennikarz sledczy ujawnia nieznane fakty” książki Piotra Krysiaka  dotyczącej sprawy sprzed dziesięciu lat, sprawy w związku z którą wszyscyśmy się już skutecznie porzygali dziesięć lat temu, to ów śmieć, z którego możemy uzyskać coś cennego. Cennego nie w sensie rewolucyjnym, ale na nasze skromne oczekiwania w sam raz.  Oto po raz nie wiadomo który – ostatnio przy okazji Targów Wydawców Katolickich – dowiadujemy się, że rynek nie istnieje. Istnieją wyłącznie grupy czysto prywatnych interesów, zjednoczonych wokół jednego celu, i wbrew pozorom, celu wcale nie aż tak ambitnego. Z tego co rozumiem, tu chodzi wyłącznie o tę przysłowiową flaszkę i stówę do jutra. I jest naprawdę obojętne, czy mówimy o literaturze, filmie, czy piosenkach Jana Borysewicza. To co natomiast w tym jest pocieszającego, to to, że jest naprawdę duża szansa, że bezczelność, z jaką oni się tu wśród nas poruszają, doprowadzi ich w końcu do miejsca, gdzie jedyne co im zostanie to ów znaleziony gdzieś w śmieciach drut od szampana, z którego będą mogli sobie zrobić cokolwiek.

Dzisiejsza okazja jest taqk samo dobra, jak każda inna, by zachęcić wszystkich do kupowania mojej książki „39 wypraw na dziewiąty krąg”, najlepiej tu:


wtorek, 17 kwietnia 2018

Stairway to Hell


      Obiecałem tu wczoraj, że wrócę do tematów, które pojawiły się w mojej książce o wyprawach na dziewiąty krąg, jednak w międzyczasie dostałem telefon od Michała, który zapewnił mnie, że dziś na portalu prawygornyrog.pl ukaże się moja wypowiedź dokładnie na ten sam temat, muszę nieco zmienić plany i przede wszystkich odesłać Czytelników do tej wypowiedzi, pięknie sfilmowanej i  przygotowanej do publikacji, przez Michała właśnie. Co zatem mam tu do powiedenia w ramach codziennej orki? Przede wszystkim muszę uzupełnic film, który pojawi się niżej pewną erratą. Otóż wbrew temu, co tam powiedziałem, książka „39 wypraw na dziewiąty krąg” zawiera w istocie, nie 38, lecz 39 portretów, natomiast tekst 40 stanowi najbardziej niezwykły suplement. Czemu we wspomnianym nagraniu przedstawiłem sprawy inaczej – trudno jednoznacznie stwierdzić. Osobiście podejrzewam, że winny jest PESEL i związane z nim zagadki.
      Ale jest jeszcze coś. Jak opowiadam na filmie, pierwszy rozdział tej, nieskromnie powiem, niezwykłej zupełnie książki, to historia Michele Ferrero i jego słodkości. Potem droga powoli zmierza w kierunku owego dziewiątego kręgu, ale jeszcze zanim poczujemy ten upiorny chłód, mamy człowieka nazwiskiem  Samuel Truett Cathy. Oto fragment drugiego rozdzału „wypraw”, które wcale nie są przewodnikiem turystycznym.  Zaledwie fragment. Kto ciekawy tego co dalej, niech podejmie męską (ewentualnie babską) decyzję i kupi sobie tę książkę. To będzie krok zdecydowanie w dobrym kierunku.

       Nie ulega najmniejszej wątpliwości, że gdyby nie styczeń roku 2011, Europa, a z nią i my tu w Polsce, nie dowiedzielibyśmy się o istnieniu czegoś takiego, jak Chick-fil-A, by już nie wspomnieć o człowieku nazwiskiem Samuel Truett Cathy, którego owo Chic-fil-A uczyniło multimiliarderem i jednym z najbogatszych ludzi w Stanach Zjednoczonych. Co więc takiego wydarzyło się owej zimy? Otóż któregoś dnia amerykańskie media, a za nimi natychmiast media światowe podały informację, że wielka amerykańska sieć fastfoodowa o nazwie  Chick-fil-A postanowiła objąć swoim sponsoringiem konferencję na temat małżeństwa, organizowaną przez Pennsylvania Family Institute (PFI), stowarzyszenie znane z aktywności skierowanej przeciwko legalizacji związków homoseksualnych. Chic-fil-A wyjaśniła w oświadczeniu, że „jeden z naszych niezależnych operatorów w Pensylvanii został poproszony o dostarczenie kanapek na dwa seminaria video zatytułowane ‘Art of Marraiage’”. Jednocześnie, założona przez wspomnianego Truetta i jego żonę organizacja dobroczynna pod nazwą WinShape Foundation, również wydała oświadczenie, że w organizowanych przez nią małżeńskich spotkaniach nie mogą brać udziału pary homoseksualne.
       Dalej już, jak można się było spodziewać, ruszyła lawina i nagle się okazało, że w latach poprzednich, za pomocą WinShape, Chick-fil-A przekazało na rzecz różnych ugrupowań występujących przeciwko promocji homoseksualizmu, dotacje w wysokości ponad 5 milionów dolarów, z czego ponad 3 miliony głównie na organizacje w ten czy inny sposób odwołujących się do moralności chrześcijańskiej. W roku 2010, takie ugrupowania, jak Marriage & Family Foundation, Exodus International, czy Family Research Council (FRC) otrzymały od WinShape pomoc w wysokości 1,9 mln dolarów. Jak się też okazało, WinShape również wspierało takie organizacje, jak  Fellowship of Christian Athletes, czy Exodus International, z których ta druga znana była z akcji na rzecz organizowania terapii dla osób homoseksualnych, pragnących się uwolnić od tego nieszczęścia.  
       W odpowiedzi na pojawiające się doniesienia dotyczące nieprawomyślnych działań właścicieli Chic-fil-A, organizacje studenckie działające na kilku uniwersytetach zorganizowały akcję mającą na celu wyrzucenie z kampusów restauracji Chic-fil-A.  W czerwcu i lipcu roku 2012, syn właściciela, Dan T. Cathy, jako przedstawiciel firmy, wygłosił kilka publicznych oświadczeń, w których komentując działalność tak zwanych ugrupowań LGBT,  wsparł tradycyjny model rodziny i stwierdził, że „każdy kto jest na tyle zuchwały, by redefiniować pojęcie małżeństwa, zsyła boży gniew na cały kraj”.
       Kilku ważnych polityków wyraziło oburzenie. Burmistrz Bostonu, Thomas Menino oraz radny Chicago, Proco „Joe” Moreno, oświadczyli, że oni już zadbają o to, by w okolicy, którą oni zarządzają, Chic-fil-A otrzymał zakaz otwierania kolejnych restauracji. Oczywiście, głos również zabrał niesławny American Civil Liberties Union, a znana również w Polsce ze słynnego „Muppet Show” firma producencka Jim Henson Company, związana z Chic-fil-A przez dostarczanie do restauracji zestawów zabawkowych dla dzieci, ogłosiła, że zrywa z Cathym współpracę, a uzyskane dotychczas z niej pieniądze przekaże na rozwój organizacji o nazwie Gay & Lesbian Alliance Against Defamation.  
          W reakcji na wspomniane ataki, były gubernator stanu Arkansas, Mike Huckabee, mając na celu przeciwstawienie się bojkotowi restauracji, zainicjował społeczny ruch pod nazwą Chick-fil-A Appreciation Day. Ponad 600 tysięcy osób zadeklarowało na Facebooku chęć udziału w wydarzeniu, 1 sierpnia restauracje Chick-fil-A na terenie całego kraju przeżyły prawdziwy zalew klientów, a właściciele marki odnotowali serię historycznych rekordów sprzedaży. Pewna wynajęta do oceny wyników demonstracji firma konsultingowa ogłosiła, że tamtej środy przeciętna restauracja Chick-fil-A sprzedała o 29,9 procent więcej kanapek, oraz przyjęła średnio o 367 klientów więcej, niż kiedykolwiek wcześniej.
        W odpowiedzi na sukces Chick-fil-A, wszystkie możliwe organizacje LGBT zorganizowały tak zwany “Kiss Day”, polegający, jak się możemy domyślać, na tym że pary homoseksualistów, lesbijek, czy transwestytów, miały się stawić w restauracjach Chic-fil-A w całym kraju i się całować, jednak wobec kompletnej klapy przedsięwzięcia, we wrześniu 2012 roku propaganda antyrodzinna posunięła się do czegoś dotychczas niepraktykowanego, a mianowicie ogłoszono – wbrew faktom i zdrowemu rozsądkowi – że Chic-fil-A pod naciskiem społeczeństwa zadeklarowało zerwanie z działalnością na rzecz rodziny i od dziś będzie się zajmowało wyłącznie sprzedawaniem kanapek z kurczakiem, a gdy chodzi o osoby o orientacji homoseksualnej, obejmie je opieką i serdeczną tolerancją. W odpowiedzi na ową czarną propagandę, Chic-fil-A ogłosiło, że zarówno sama firma, jak również zarządzana przez nią organizacja dobroczynna WinShape Foundation, ani myślą o tym, by jedynie po to, by władze Chicago zechciały wydać swoją łaskawą zgodę na to, by Chic-fil-A mogło otworzyć w mieście kolejną restaurację, zrezygnować z dalszego finansowego wspierania „grup propagujących powszechną świadomość tego, jak pojęcie małżeństwa jest definiowane przez Biblię”. Ostatecznie więc temat, jak wiele innych tego typu tematów wcześniej i później, przeminął z wiatrem.
      Wydaje się jednak, że my akurat, skoro już w pewnym momencie naszej historii o nim usłyszeliśmy, nie powinniśmy zapomnieć o człowieku nazwiskiem Samuel Truett Cathy. Urodził się 14 marca 1921 roku w Eatonton w stanie Georgia…

      Jak mówię, reszta jest w książce, a na koniec obiecane nagranie z zakończonych właśnie Targów Książki Katolickiej. No i oczywiście link do księgarni, gdzie wspomniana książka jest stale do nabycia: https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/39-wypraw-na-dziewiaty-krag/ Bardzo zachęcam.