niedziela, 30 czerwca 2019

Czy nowy film Patryka Vegi będzie polskim kandydatem do Oscara?


      Wracam dziś do kwestii sztuki reżyserskiej Patryka Vegi i sposobu, w jaki ona jest odbierana przez ogół komentatorów, nadzwyczaj niechętnie, ale kierują mną aż dwa powody. Pierwszy to taki, że, nie po raz pierwszy zresztą, spotkałem się zarzutem, że nie mam prawa formułować jakichkolwiek ocen, skoro nie mam pojęcia, co tak naprawdę oceniam, drugi natomiast – wcale nie mniej istotny, bo dotyczący w gruncie rzeczy podstawowego sensu mojej refleksji sprzed paru dni – a związany z dość licznymi komentarzami dotyczącymi zapowiadanego właśnie nowego filmu Partyka Vegi, zatytułowanego „Politycy”, których to komentarzy autorzy bardzo powszechnie sugerują, że Vega jest z całą pewnością „nasz” i to co on dziś wrzuca do sieci, to tylko taka zmyłka, a prawdziwą bekę będziemy mieli dopiero przed jesiennymi wyborami, kiedy oni wszyscy pójdą do kina, by się pośmiać z PiS-u, a tu się okaże, że Vega nakręcił film wcale nie o homoseksualnych relacjach między Macierewiczem a Misiewiczem, lecz o tym idiocie Schetynie.
       To były zatem dwa powody, dla których postanowiłem powrócić do sprawy, ale dla których też – uwaga, uwaga! – obejrzałem film Patryka Vegi od początku do końca bez przerw. Zajęło mi to wprawdzie chyba z pięć bardzo burzliwych godzin, wypełnionych walką z samym sobą, ale wreszcie dotarłem do końca i czuję się jasny i gotowy. Od razu też muszę powiedzieć, że nie żałuję tego czasu i wysiłku, bo choć było nielekko, a poza tym właściwie wszystkie moje podejrzenia co do tego filmu sprawdziły się z aż nazbyt szczodrą nawiązką, to refleksje, jakich stałem się właścicielem, są nie do przecenienia.
      Oglądałem bowiem ów film i nie mogłem się opędzić od wspomnienia dawnego bardzo, bo jeszcze z 2007 roku, a mianowicie słynnego expose Donalda Tuska, gdzie ten, odmieniając na wszelkie możliwe sposoby przez 3 godziny słowo „miłość”, nie przekazał jednej konkretnej informacji, i w ten sposób zaczarował znaczną część polskiego społeczeństwa, tworząc jednocześnie nowy zupełnie rodzaj postpolityki, dla której sam Eryk Mistewicz, w autentycznym zachwycie dla tego co się stało, ułożył nawet nazwę „polityki story”. Wedle świadectwa Mistewicza, owo „story” ma to do siebie, że kiedy ludzie słuchają jak się do nich mówi, tak naprawdę nie oczekują niczego więcej, jak dużego, kolorowego, wyraźnego zdjęcia i kilku prostych słów opisu poniżej. I to jest to, co Tusk w roku 2007 ludziom dał, a oni to żarli przez długie osiem lat, a i dziś niektórzy z nich proszą o jeszcze.
        Oczywiście Vega w swoim filmie, który, przypomnijmy, przyniósł mu nagrodę „Gazety Polskiej” pod nazwą Medal św. Grzegorza I Wielkiego, nie opowiada ani o miłości, ani o ciepłej wodzie w kranie. Tak naprawdę nie wiemy, o czym on opowiada, ponieważ ów niemal dwugodzinny film składa się wyłącznie z serii krótkich epizodów, powiązanych ze sobą wyłącznie w ten sposób, że ich bohaterem jest albo zakrwawiony penis, albo odbyt, ewentualnie pochwa, do której ktoś z jakiegoś powodu coś włożył i jedynym sposobem, by to coś stamtąd wyciągnąć, to przez powtarzanie w nieskończoność słowa „kurwa”. To jest właśnie taki film i, przepraszam bardzo, ale inaczej być nie chce.
      Kiedy film „Botoks” był zapowiadany, obejrzałem sobie jego zwiastun na youtubie i w tej sprawie napisałem nawet odpowiednio złośliwy felieton. Przyznaję jednak, że i ja wówczas nie doceniłem prawdziwych możliwości Vegi. Wydawało mi się mianowicie, że te 12 czy 13 scen, jakie znalazły się w zwiastunie to też wszystko, co było w filmie. Otóż nie. Film Vegi jest zrobiony tak, że tam nie ma chwili na odpoczynek. Tam obowiązkowo co dwie minuty musi się pojawić jakaś nadzwyczajnie szokująca scena, na widok której publiczność na mur będzie ryczeć ze śmiechu, a najlepiej też rzygać. Tam nie ma nic więcej. Tam nie ma chwili na zaczerpnięcie oddechu. Film Vegi to niekończąca się seria grepsów, których jedynym walorem jest wspomniane słowo „kurwa”, no i albo pochwa, albo odbyt, albo oczywiście penis. Czy tam są jakieś akcenty związane z życiem poczętym? Jak najbardziej. Skoro jest penis i pochwa, to coś z tego być musi i to też trzeba pokazać, pod warunkiem, że uda się z tego wycisnąć coś odpowiednio poruszającego. Rodzi się dziecko,a lekarz mówi: „Zaduście je kurwa poduszką”.
        Proszę mi pozwolić wrócić do Tuska i jego pamiętnego expose o miłości i ciepłej wodzie w kranie. Co ma do tego Vega i jego filmy? Otóż, moim zdaniem, za projektem, który firmuje Vega – bo nie łudźmy się, on jest dokładnie tak samo niezależny, jak niezależni są handlarze dopalaczami, którzy nie mogą nawet pójść wieczorem spać bez zgody czy to pana policjanta, czy pana bandyty – stoi dokładnie ta sama myśl, jaka stoi za ośmioletnimi rządami Platformy Obywatelskiej. Chodzi o „story”. Spotka się dwóch znajomych i jeden pyta: „Cześć, stary. Widziałeś już ‘Botoks’?” „No masz! Jasna rzecz”. „I co? Warto?”Jasne. Musisz zobaczyć numer jak się jedna dupczy z psem. No mówię ci, bomba!
Albo:
Mówię ci. Można się posrać ze śmiechu, jak ta baba siada na umywalce, żeby się wyszczać i spada na mordę”.
Albo:
Mówię ci. Najlepsze jak ten facet przychodzi do apteki i nie umie wybrać gumy, bo tych smaków, jest kurwa za dużo. A ten go pyta: ‘Co, dżem będziesz robił?’”.
Albo:
Musisz to zobaczyć, jak on przychodzi do szpitala, żeby sprawdzić, czy jest płodny, a ona mu każe walić konia na jej oczach, w gabinecie”.
I co? On wali?”
No masz! Wszystko widać”.
Ale tam też podobno też coś jest na temat aborcji?
Spoko. Tam też są jaja jak berety. Najlepsze jak to dziecko nie chce umrzeć i oni wszyscy się wkurwiają”.
     A ja uważam, że to jest bardzo starannie zaplanowany i zrealizowany projekt. Jak już wspomniałem, Vega swoje filmy kręci na zlecenie prywatnie, bez łaski ministra Glińskiego i jego PISF-u. Jak to się zaczęło, nie wiem, natomiast dziś jest tak, że film „Botoks”, na moje oko, kosztował Vegę jakieś kilkaset tysięcy złotych, my mu za tę gratkę zapłaciliśmy kilka milionów w formie biletów do kina, no i w ten sposób on – po, naturalnie, przekazaniu odpowiedniej działki tam gdzie trzeba – dziś może sobie spokojnie pozwolić na kolejną odpowiednio tanią produkcję i przez zastosowanie wyżej pokazanego manewru zarobienie kolejnych milionów.
      Film „Botoks” jest tani. On jest tani do tego stopnia, że realizatorzy mogli nawet z zaoszczędzonych pieniędzy ufundować sobie wycieczkę do Afryki i Paryża. I to wszystko można zobaczyć na ekranie. Sposób, tak jak to sobie upatrzył Partyk Vega, by realizować swoje kolejne filmy, musi mu przynieść kolejne sukcesy, ponieważ to jest nic innego jak stary numer na „ciepłą wodę w kranie”. Zbliża się jesień, a z nią premiera nowego filmu Vegi, dokładnie o tym samym, co każdy poprzedni, tyle że te „kurwy” rzucane tu i tam, będą ilustrowane nie mandarynkami w cipie, ale Macierewiczem i Misiewiczem robiącymi sobie laskę. I znów wszystko będzie jak zawsze:
Widziałeś nowego Vegę?”
No masz! Zajebiste, kurwa! Najlepsze jak facet co gra Kaczyńskiego sra do kibla, ale nie trafia i obsrywa swojego kota”.
      I to będą te kolejne miliony, na kolejny film. Może faktycznie tym razem o Żydach w UB... nie, to byłoby za drogie, niech więc będzie o Amber Bold.
      Jak mówię, obejrzałem „Botoks” Patryka Vegi w całości i gdyby mnie ktoś poprosił o przedstawienie choćby w jednym zdaniu, jaką historię ten film opowiada, to ja nie widzę sposobu, by to zrobić. Tam nie ma żadnej historii w takim sensie, w jakim my to słowo rozumiemy. To jest wyłącznie seria tak zwanych „stories”, dokładnie taka sama jak seria dowcipów typu: Przychodzi facet na policję i mówi, że ktoś mu kurwa wydymał psa. Policjant pyta, czy on widział, kto, a ten odpowiada, że nie, bo w tym czasie akurat walił konia.
      Dotychczas było trochę byle jak, jednak tu jest czas, by  przejść do części jak najbardziej poważnej. Otóż, jak już to wspomniałem przedwczoraj, na początku tego roku Patryk Vega został laureatem przyznawanej przez środowisko „Gazety Polskiej” nagrody św. Grzegorza I Wielkiego, obok takich wybitnych Polaków jak Andrzej Gwiazda, czy ks. Stanisław Małkowski. Za rok on prawdopodobnie otrzyma „Paszport Polityki”, albo może nawet minister Gliński przedstawi jego najnowszy film jako polskiego kandydata do Oscara. Że to niemożliwe? Przepraszam, ale nie bądźmy dziećmi. Wystarczy że obejrzy czołówkę i będzie git.


      


sobota, 29 czerwca 2019

Marysia już tu nie mieszka


     Nie wiem, ilu z nas czyta tygodnik  „Sieci”, a tym bardziej ilu z nich wie, kim jest i w jaki sposób produkuje się jedna z gwiazd owego pisma, Dorota Łosiewicz. Ponieważ podejrzewam, że jednych i drugich jest bardzo niewielu, powiem tylko, że owa Łosiewicz jest to ktoś na poziomie wyznaczanym przez komentarze na Twitterze. Ponieważ jednak z jakiegoś powodu jej towarzyska pozycja znacznie przewyższa intelektualne oraz zawodowe umiejętności, osiągnęła ona ogólnopolski sukces, występując od czasu do czasu w sztandarowym programie TVP Info „W tyle wizji”. I oto ledwie wczoraj, komentując wystąpienie niejakiej Ingi Zasowskiej, dziecka sprzedanego najbardziej brudnej polityce przez swoją matkę, zechciała Łosiewicz porównać to nieszczęsne dziecko do niegdysiejszej – ciekawe, swoją drogą, ilu z nas ją jeszcze pamięta – Marysi Sokołowskiej.
      Oczywiście, dla każdego, kto ową dzielną i śliczną licealistkę z Gorzowa Wielkopolskiego, która postawiła się samemu Donaldowi Tuskowi rzucając mu prosto w twarz: „Czemu udaje pan patriotę, a jest pan zdrajcą Polski?”, dziś jeszcze pamięta, jest jasne, że wybryk Łosiewicz może dowodzić wyłącznie dwóch rzeczy, a więc tego, że ona jest wyjątkowo głupia, albo wybitnie podła. Ja jednak, choć oba wymienione absolutnie mi nie przeszkadzają, mam tu rozwiązanie trzecie: otóż może tu chodzić też o zemstę. Już wyjaśniam.
      Otóż ja bardzo dobrze pamiętam, jak po swoim wystąpieniu Sokołowska robiła karierę głównie w Internecie, oraz w mediach liberalnych, gdzie była równo gnojona, gdy chodzi natomiast o prawicowe media, panowała niemal kompletna cisza. Zastanawiałem się wówczas, czemu ona nie stała się ich pierwszą gwiazdą? Czemu choćby wspomniany tygodnik „Sieci” nie zaproponował jej współpracy, albo przynajmniej nie przeprowadził z nią serii wywiadów? Czemu, krótko mówiąc, ona nie została gwiazdą prawicy? Zadawałem sobie te pytania i praktycznie od samego początku znałem odpowiedź: ona się nie chciała sprzedać. Była na tyle mądra, przewidująca, no a przede wszystkim sprytna, że urwała im się z haczyka i kto wie, czy nie doszło tam do czegoś jeszcze, co sprawiło, że dziś Łosiewicz traktuje ją tak parszywie.
      No ale przypomniała mi Łosiewicz tamtą dzielną dziewczynkę, dziś osobę dorosłą, a ja sprawdziłem co ona dziś robi i okazało się, że prowadzi wyjątkowo sympatyczny blog dla dziewcząt zatytułowany Welurowe Pantofle, kompletnie odległy od polityki gdzie pisze o swojej mamie:
      Najbardziej urzeka mnie w mojej Mamie to, że akceptuje wszystko, co się wokół Niej dzieje. Najdrobniejszą rzecz oddaje Bogu. Dziękuje Mu za wszystko. Jest bezgranicznie poddana Jego woli. Mama ma w sobie wieczny spokój. Często przypomina mi jakiegoś antycznego mędrca. Nie uczyła się etyki, teologii, filozofii, ale potrafi zawsze ufać i postępować dobrze”.
      A ja sobie myślę, jak to dobrze, że ona nie dała im się pożreć, jest dziś tu gdzie jest i nie musi prowadzić audycji „W tyle wizji” i robić z siebie idiotki.



Zapraszam wszystkich do czytania moich książek, które mozna kupoiwać, choćby klikając w okładki obok, ewentualnie pisząc do mnie na adres k.osiejuk@gmail.com.
    

piątek, 28 czerwca 2019

Kiedy Jan Hartman strzeli sobie słitfocie z Prezesem?

   Kiedyś, dawno temu, miałem okazję czytać wywiad z amerykańskim reżyserem filmowym, Terrym Gilliamem, wcześniej znanym głównie z występów w słynnym Latającym Cyrku Monty Pythona i w pewnym momencie, nawiązując do swojego poważnego reżyserskiego debiutu, wspominał Gilliam, że on się okropnie bał nowego zadania, ale już w pierwszy dzień, widząc jak profesjonalnie pracują wszyscy ludzie na planie, zrozumiał, że on tam naprawdę nic nie musi. Lubię zarówno Gilliama, jak i jego filmy, jednak ile razy oglądam kolejną z tych produkcji, przypominają mi się tamte słowa i wiem, że to co mnie tak zachwyca, to tak naprawdę scenariusz, gra aktorów, kamera, muzyka, montaż, dźwięk, a w ostatnich latach już tylko komputery i postprodukcja. Jeśli reżyser jest tu do czegokolwiek potrzebny, to dokładnie w taki sam sposób jak Jurgen Klopp swoim współpracownikom oraz zawodnikom: jeśli oni go lubią, to pracują tak, że wszystko lśni.
      Nie lubię polskich filmów, bo mam nieustanne wrażenie, że tam reżyser odpowiada za wszystko. On układa scenariusz, mówi aktorom, jak mają grać, wtrąca się nieustannie w pracę kamery, no i w ogóle staje na głowie, by to co powstanie, tak naprawdę było realizacją tego jedynego pomysłu, jaki mu przyszedł do głowy, kiedy to którego poranka stał skacowany gdzieś na brzegu drogi i sikał do trawy. Dlatego też odnoszę wrażenie, że czym gorszy polski film, to tym bardziej tam widać robotę reżysera, a widać ją tym wyraźniej czym ów mądrala jest większą i bardziej irytującą mendą.
      Tu muszę od razu przyznać, że dla mnie absolutnie najgorszymi polskimi filmami są filmy Patryka Vegi. To czym ten człowiek nas próbuje zainteresować jest tak do bani, że gdybym miał to porównywać do naszych spraw codziennych, to musiałbym przywołać obraz jakiegoś zapijaczonego żula-idioty, który jedzie razem z nami tramwajem i próbuje zabawiać nas swoimi „wykurwionymi” żartami.
      Dlatego też, kiedy w zeszłym roku na fali kinowej premiery filmu „Botoks” nasze prawicowe media uznały, że film ten jest bardzo mocnym manifestem Patryka Vegi w obronie życia poczętego, a on sam do tego stopnia podchwycił ów koncept, że przez kilka kolejnych tygodni przyjmował zaproszenia do różnych programów publicystycznych TVP, gdzie opowiadał w kółko o swoim nawróceniu na żywą katolicką wiarę i niezłomnej walce z kulturą śmierci, realizowaną przez światowy biznes aborcyjny. Patrzyłem na niego, jak w żywe oczy z nas szydzi, ale autentycznym przerażeniem napełniali mnie nasi niezłomni dziennikarze, gdy z żywym wzruszeniem rozpływali się nad każdym słowem wypowiadanym przez tę wytatuowaną mendę. Do dziś pamiętam, jak w sztandarowym programie TVP Info „Minęła 20”, w rozmowie z Michałem Rachoniem Vega opowiadał, jak to kilka razy dziennie się modli, całe swoje życie ofiaruje Jezusowi, a jego film, na który waliły miliony tylko po to, by zobaczyć słynną na całą Polskę scenę, gdzie jakaś zapijaczona kurwa dupcy się z psem, został zrealizowany ręką Boga.
      Jestem katolikiem, nie wstydzę się tego, wręcz jestem z tego powodu dumny” – wyznawał Rachoniowi Patryk Vega. „Dla mnie wiara stanowi całe moje życie. Codziennie czytam Pismo Święte. Dwukrotnie się modlę. Ta modlitwa tak naprawdę ustawia mi cały dzień, łącznie z pracą. Biblia jest instrukcją jak żyć”.  Turlały się po ekranie te jaja, a Rachoniowi przy tym nawet powieka nie drgnęła. Dlaczego? Jak rozumiem, dlatego, że po Matce Kurce, po raz kolejny na przestrzeni lat, nasz patriotyczno-narodowy obóz zyskał kolejną gwiazdę i nasza księgowość zabrała się do roboty.
      Minęło parę tygodni, nadszedł rok 2019 i stało się. Wielki lider wspomnianego obozu, wybitny organizator wielkiego społecznego ruchu pod nazwą „Kluby Gazety Polskiej”, Tomasz Sakiewicz wraz ze skupionym wokół siebie towarzystwem, zdecydował przyznać doroczną Nagrodę im. św. Grzegorza I Wielkiego dwóm osobom: prof. Ryszardowi Legutce i... właśnie Patrykowi Vedze. Gdyby ktoś nie wiedział, o czym mówimy, krótko tylko przypomnę, że owa nagroda jest przyznawana przez środowisko „Gazety Polskiej” od roku 2009 i kolejnymi laureatami byli: Fundacja „Pamiętamy”, ks. Stanisław Małkowski, Antoni Macierewicz, Krzysztof Wyszkowski, Jan Olszewski, Bogdan Chazan, Bogusław Nizieński, Sławomir Cenckiewicz, Andrzej Gwiazda, no i ostatnio wreszcie, Ryszard Legutko i Vega.
      Być może coś przegapiłem, ale nie słyszałem, by, czy to wyróżniony wspólnie z Vegą prof. Legutko, czy też któryś z wcześniej wymienionych polskich patriotów, w proteście zwrócili Sakiewiczowi ów medal. Dlaczego tak? Skąd ów brak zwykłego odruchu moralnego oburzenia? Moim zdaniem przyczyna jest zawsze ta sama. Oni wszyscy te nasze rozterki mają głęboko w swoich pozapychanych małymi interesami nosach, a pięknie to pokazał niedawno sam premier Morawiecki, przyjmując jakąś super tanią nagrodę od portalu słusznie bardzo wyszydzanego jako „wpotylice.pl” i żałośnie liżąc się z braćmi Karnowskimi i całą resztą tego ponurego towarzystwa.
        Przepraszam, ale ten felieton zbliża się pomału do końca, a ja się zastanawiam, czy ktoś może zapytał, co jest właściwie nie tak z tym Vegą? Nie słyszałem niczego takiego i to mnie absolutnie nie dziwi, bo dziś już wszyscy wiemy, co za syf nasi dzielni prawicowi liderzy odstawili nawet nie rok temu. Może niektórzy z nas pamiętają choćby, jak w marcu tego roku w wypowiedzi dla portalu niezależna.pl ów Patryk Vega zapowiedział, że zabiera się za kręcenie kolejnego filmu o tym, jak światowy satanizm organizuje międzynarodowy handel dziećmi, który to film będzie dziesięć razy bardziej ostry i prawdziwy od wcześniejszego „Botoksu”. To był marzec, a dziś już wiemy, że jeśli nawet tak będzie jak niezależna.pl z satysfakcją zapowiadała, to owymi satanistami handlującymi dziećmi będą Antoni Macierewicz, ojciec Rydzyk i Jarosław Kaczyński.
       Żeby tak się dać temu żulowi wydymać, ludzki świat nie widział! I za co? Za to chwilowe poczucie, że oto kolejni ludzie kultury do nas dołączają? I nikomu z nich nawet nie wstyd? Żeby się chociaż któryś z nich zamknął. Ależ gdzie tam! Wszyscy wrzucają na Vegę i jego nowy film dokładnie z tą samą ekstazą, z jaką jeszcze przed chwilą go chwalili.
      A ja się tylko zastanawiam, czemu ci wszyscy artyści, Janda, Hołdys, czy Daniel Olbrychski, jeszcze nie wpadli na pomysł, by na zmianę występować w TVP Info i dawać świadectwo, jak to oni nagle zrozumieli czym jest kultura śmierci i jak ważna jest Wiara w życiu każdego człowieka, a następnie zarykiwać się ze śmiechu widząc jak czy to Rachoń, Łosiewicz, Karnowscy, czy Sakiewicz beczą ze wzruszenia. Mogliby nawet wysunąć tego Żyda Hartmana. To jest znany śmieszek, więc łatwo sobie wyobrazić, jak on któregoś dnia występuje w Wiadomościach TVP i przeprasza za swój naród, który ukrzyżował Boga. Oni mogliby nawet urządzić między sobą konkurs, w którym główną nagrodę zdobędzie ten, któremu uda się dotrzeć do samego Prezesa i strzelić sobie z nim selfie. Przecież oni mają nas na widelcu. Doprawdy, jak można nie wykorzystać tak fantastycznej okazji?


     

czwartek, 27 czerwca 2019

O Pereirowej, Bodnarowej i Płatkowej, czyli o rozmowach w dniu targowym


Skarżyłem się tu już parokrotnie na to, jak ciężko w dzisiejszych czasach komentować bieżące zdarzenia, w sytuacji gdy coś takiego jak „bieżące zdarzenia”, to już melodia przeszłości. Rynek mediów, a zwłaszcza mediów elektronicznych tak przyspieszył, że nie można nawet liczyć na to, że poranna wiadomość przeżyje do wieczora, a co dopiero do następnego poranka, czy kolejnego tygodnia, o miesiącu nie wspominając. Cierpię z tego powodu nie tylko dlatego, że tekst, który publikuję dziś z rana, a który sobie zaplanowałem wczoraj wieczorem, najprawdopodobniej nie ma już większego znaczenia, ale tym bardziej, kiedy tekst, który w każdy wtorek od lat wysyłam Piotrowi Bachurskiemu, już w piątek można wyrzucić na śmietnik, bo pies z kulawą nogą nie wie, o czym ja mówię. A i to wciąż mało.
Proszę sobie wyobrazić, że ledwo co – tak się złożyło – we wspomniany wtorek wysłałem do „Polski Niepodległej” swoje krótkie kawałki podsumowujące to, co się nam zdarzyło w minionym miesiącu, nadszedł kolejny dzień, a wraz z nim wiadomości, które starczyłyby na kolejne wydanie owego wspaniałego pisma. No ale czas nie czeka, a ja zostaję z bardzo ciężkim poczuciem niedopowiedzenia.
Proszę więc sobie wyobrazić, przyszła mi do głowy myśl, by to, co publikuję miesiąc w miesiąc w „Polsce Niepodległej” powtórzyć w wersji bardziej aktualnej tu, i powiedzmy, raz w tygodniu – wiem, że to jest i tak zbyt rzadko – opowiadać tutaj, ale zaryzykuję nieco i zanim przedstawię tu swój udział w „Polsce Niepodległej”, która powinna się ukazać na dniach, opowiem co piszczało w trawie ledwie co wczoraj.



Oto mianowicie, w ramach obserwowanej przez nas od pewnego czasu histerii, która ogarnęła środowiska opozycji totalnej, swoistego coming-outu dokonał jej główny cyngiel, Jacek Żakowski. W rozmowie opublikowanej na Onecie powiedział on co następuje – zapewniam, że nic nie zmyślam:
„Mędrcy są od wymyślania, politycy, publicyści i dziennikarze od tłumaczenia tego społeczeństwu, bo to nie jest takie proste, tak? A społeczeństwo ma wtedy szansę wyboru. Dziś sytuacja jest taka, że wstają ludzie, którzy przez lata paplali coś przy piwku, prawda, i paplają dalej, prawda, że Polacy są super, bo są odważniejsi od Rosjan, prawda, jakieś takie, nie wiem, skąd oni te historie wszystkie wyciągają, ale z brudnego palucha ssane, tak? No i ludzie, skoro pan prezydent tak mówi, to...”
      Przyznaję bez bicia, że tak długo jak prowadzę ten blog nie czułem się aż tak bezradny. I wcale nie chodzi mi o Żakowskiego. O tym, że to jest najprawdopodobniej zapijaczony idiota, pisałem parokrotnie już wcześniej. To co mnie natomiast zastanawia to ten Onet. Otóż Niemcy, jak wiemy, kupili ów portal za okrągły miliard złotych od ludzi, którzy w istocie rzeczy ukradli go parę lat wcześniej Romanowi Klusce i w ten sposób uzyskali w praktyce decydujący wpływ na sytuację polityczną w Kraju. I oto dziś, na kilka miesięcy przed wyborami, które najprawdopodobniej rozstrzygną o przyszłości Polski na długie lata, zamiast walczyć o przetrwanie, ów portal udziela głosu temu bałwanowi, który w paru krótkich zdaniach obraca ich wszystkie nadzieje w proch. Czemu oni to robią? Przepraszam bardzo, ale ja nie jestem psychiatrą.

***

Podobnie, nie jestem w stanie wyjaśnić zachowania prof. Moniki Płatek, która ni z gruszki ni z pietruszki wystąpiła publicznie i oznajmiła, że znaczną część wyborców Prawa i Sprawiedliwości stanowią pensjonariusze zakładów karnych. Ponieważ choćby oficjalne dane statystyczne stanowią, że gdy chodzi o owe przybytki, Prawo i Sprawiedliwość nie ma tam choćby jednego przyjaciela, zwrócono prof. Płatek uwagę, że chyba się jej jednak coś pomyliło. No i wówczas ona wyraziła przypuszczenie, że może faktycznie w zakładach karnych dziś większość głosuje przeciwko PiS-owi, ale to tylko przez to, że wszyscy owi pisowcy, dzięki odpowiedniej terapii zajęciowej zostali tam skutecznie ze swojego  pisowstwa wyleczeni.
A ja się zastanawiam tak. Jeśli przyjąć, że prof. Płatek ma rację i do więzień faktycznie trafiają zwolennicy PiS-u, których następnie nowe środowisko zachęca skutecznie do głosowania na drugą opcję, to biorąc sprawę na logikę, wygląda mi na to, że ci, którzy rządzą w celach, a więc tak zwane na całym świecie, „więzienne gangi”, to ludzie Grzegorza Schetyny i to one, w momencie gdy przychodzi do wyborów, przede wszystkim biorą się za tych pisowców i im tłumaczą, że nie ma nic lepszego jak standardy europejskie. Jeśli ktoś ma inny pomysł, zapraszam do komentowania, ale póki co, z mojego punktu widzenia, to jest jedyne wyjaśnienie tej niezwykłej zagadki.

***

Zagadek zresztą jej znacznie więcej.  Oto Urząd Miasta Warszawa, za pośrednictwem nadzorowanych przez siebie wodociągów opublikował następujące ogłoszenie:
„Zimna warszawska kranówka to najlepszy sposób, by ugasić pragnienie, nie tylko w upalne dni! Aby woda z kranu była zawsze smaczna, pamiętaj o tych kilku zasadach:
odkręć na kilka sekund kran z zimną wodą i spuść kilka litrów, aby była naprawdę zimna – ta prosta czynność pozwoli na przepłukanie instalacji wewnętrznej i warto ją wykonywać szczególnie po dłuższej nieobecności (np. powrocie z urlopu), jak również rano, kiedy woda stagnuje w rurach, w budynku całą noc”.
Jednocześnie jednak, jak się natychmiast okazało, zamiast ciągnąć wodę z kranów, ten sam Urząd złożył właśnie zamówienie na dostawę 175 tys. litrów wody w butlach po 18,9 litra za 260 tysięcy złotych, tak by urzędnicy Rafała Trzaskowskiego nie musieli się szlajać po firmowych kiblach z garnuszkiem z napisem „Ja serduszko Warszawa”, i mogli gasić pragnienie co najmniej na poziomie kultury prezentowanej przez red. Jacka Żakowskiego. A wybory, o czym już wspomnieliśmy wcześniej, już tuż-tuż.

***

Wybory tuż-tuż, a tymczasem okazuje się, że Samuel Pereira, człowiek odpowiedzialny za politykę propagandową telewizji TVP Info jest w trakcie sprawy rozwodowej. Ktoś powie, że zdarza się, tu jednak rzecz idzie o to, że ów Pereira ze swoją byłą żoną sądzi się o prawo opieki nad dziećmi, podczas gdy reprezentującym ową żonę adwokatem jest była żona Rzecznika Praw Obywatelskich, Bodnara, którego z kolei Pereira, jako szef publicystyki TVP właśnie rozkazał zgnoić. Kiedy owa ciekawostka wyszła na jaw, rozpoczęła się wielka jarmarczna awantura, w której główną zagadką pozostaje, kto kogo, Pereira Bodnara, czy Bodnar Pereirę. A przypomnijmy, że wszystko zaczęło się od tego, że pewna dziewięcioletnia dziewczynka została zamordowana przez pewnego Kubusia.

***

Kończąc już te refleksje, pozostańmy jednak jeszcze przez chwilę przy Pereirze, Bodnarze, Pereirowej, oraz byłej Bondarowej. Oto, jak się okazuje, była żona Pereiry to Maria Mackiewicz, osoba podobno rodzinnie powiązana z mamą Lecha i Jarosława Kaczyńskich, która dzięki czemu prawdopodobnie na swojej drodze życia najpierw wpadła na Samulela, a następnie przez kilka lat robiła karierę na poziomie zarządzanych przez Prawo i Sprawiedliwość synekur. Ale też jest nadzwyczaj prawdopodobne, że i Samuel Pereira przez małżeństwo z Mackiewiczówną osiągnął to co osiągnął. To jest jednak zaledwie dygresja. Ja mam te ich wszystkie rodzinne, zawodowe, oraz biznesowe relacje głęboko w nosie. To co mnie natomiast interesuje to zbliżające się, wspomniane wcześniej, wybory.
Oto zatem, w ramach przeprowadzonych ostatnio badań, PiS-owi spadło, natomiast Platformie podskoczyło, co stanowi prawdziwą rewolucję w stosunku do poprzednich badań, gdzie to akurat Platformie spadło, a PiS-owi podskoczyło. To jednak co mnie w tych danych autentycznie uderzyło, to informacja, że gdy chodzi o jesienne wybory, wciąż ponad połowa społeczeństwa pozostaje kompletnie niezainteresowana. Przepraszam wszystkich bardzo, ale zastanawiam się, czy do nich ostatecznie nie dołączyć, a jedyne co mnie wciąż trzyma w pionie to myśl, że jeśli faktycznie przyjąć, że Maria Mackiewiczówna to bliska kuzynka Jarosława Kaczyńskiego, a Samuel Periera wciąż się trzyma odpowiednio mocno, to znaczy, że Jarosław, w odróżnieniu choćby ode mnie, nie zajmuje się idiotyzmami.


Zachęcam wszystkich do kupowania mojej najnowszej książki od Brytyjskim Imperium i jego ognistych językach. Wystarczy kliknąć w obrazek tuż obok, ewentualnie skontaktować się ze mną mailowo pod adresem k.osiejuk@gmail.com.






środa, 26 czerwca 2019

Każdemu wolno kochać, czyli zdechłym kurczakiem w łeb


      Właśnie dotarła do nas informacja, z najwyższą satysfakcją przekazana przez główne liberalne media, żę pewien łódzki ksiądz został oficjalnie usunięty ze stanu duchownego. Z owej informacji zainteresowały mnie dwie rzeczy. Pierwsza to ta, że Kościół nie chce dokładnie powiedzieć dziennikarzom, za co ta okrutna kara, a w związku z tym oni muszą się opierać wyłącznie na plotkach, z których główna jest taka, że to przez to, iż ów ksiądz wyjechał do Izraela by medytować na pustyni i tym samym tych pedofilów-hierarchów rozwścieczył. Druga jest jeszcze bardziej dla mnie ciekawa. Otóż podobno ów ksiądz był najbardziej znanym i lubianym w diecezji łódzkiej księdzem.
     I to jest dla mnie temat. Rzecz w tym, że ja mam już grubo ponad 60 lat, od dziecka znam różnych miejscowych księży i nie umiem powiedzieć, który z nich jest najbardziej lubiany, czy znany. Co to w ogóle znaczy, że któryś ksiądz jest najbardziej popularny? Ja wiem, że są i zawsze byli księża, którzy z jakiegoś powodu byli powszechnie bardziej znani niż inni księża: ksiądz Tischner, ksiądz Cybula, ksiądz Stryczek, ksiądz Jankowski, czy ksiądz Boniecki. No ale ta ich popularność była związana albo z ich publiczną funkcją, jak to było w przypadku księdza Jankowskiego, czy Cybuli, albo z polityczną pozycją zajmowaną w liberalnych mediach, tak jak to miało miejsce u księdza Tischnera, czy Bonieckiego, czy niewymienionego tu wcześniej księdza Sowy. W pozostałych przypadkach, zwierz taki jak „najbardziej znany w diecezji ksiądz” zwyczajnie nie istnieje. Natomiast, owszem, od czasu do czasu jest tak, że któryś ze zwykłych szarych księży zrobi lub powie coś nadzwyczaj szokującego, spotka go ze strony biskupa jakaś kara i nagle się okazuje, że to był ksiądz, którego ludzie kochali najbardziej.
      Słyszeliśmy o tym wielokrotnie. Oto jakiś prowincjonalny ksiądz stwierdzi, że księża Kościołowi w gruncie rzeczy nie są potrzebni i już się okazuje, że to był ksiądz, którego parafianie bardzo kochali; po nim wystąpi inny, który gdzieś chlapnie, że to nie Żydzi zabili Jezusa, ale Jezusa zabijają każdego dnia Polacy i już się dowiadujemy, że na jego mszach było zawsze najwięcej ludzi; po nim pojawi się jakiś jeszcze inny i pojawi się na marszu LGBT i natychmiast pojawia się informacja, że to jest ksiądz, którego szczególnie sobie upodobała młodzież studencka.
     No i tu mamy tego księdza z Łodzi, który został usunięty ze stanu duchownego i słyszymy, że to był ksiądz w Łodzi najbardziej znany. Już wiemy, o co poszło. Otóż, jak on sam, już po fakcie, poskarżył się w umieszczonym na Facebooku filmie, on nie zrobił nic złego, tylko się zakochał. Prosił zresztą swojego biskupa, by ten zechciał to zrozumieć, no ale biskupi, jak wiemy, nie mają za grosz współczucia dla piękna ludzkiej miłości, więc nic z tego nie wyszło. Udał się więc nasz zakochany ksiądz do Izraela, polazł na pustynie i zaczął się modlić. No a tam trafił na jakąś protestancką sektę, która go zrozumiała, udzieliła mu swojego sakramentu chrztu i stąd to całe nieporozumienie. Ksiądz nadal kocha Jezusa, kocha Kościół Katolicki, no ale też kocha kobietę i postanowił, że skoro jego Kościół mu w tym nie chce pomóc, to on sobie będzie radził sam.
     A ja mam już tylko jedną refleksję, skierowaną do owego księdza i tych jego kolegów po sutannie, co mają podobne dylematy. Otóż mnie się najbardziej spodoba, jak jego marzenie, by zacząć wreszcie z tą kobietą współżyć, się spełni, potem, niewykluczone, że się z nią ożeni, no a któregoś dnia uzna, że ani ten seks, ani tym bardziej ciągłe życie pod jednym dachem z wciąż tą samą babą, nie są tak atrakcyjne jak mu się zdawało. Albo ona ewentualnie dojdzie do wniosku, że ci księża nie są wcale tacy ciekawi, jak ona myślała, gdy była młoda. No i wtedy on albo zacznie szukać czegoś lepszego, albo zacznie chlać i to będzie koniec. Bo musicie wiedzieć, moi drodzy księża, że ani ten seks, ani tym bardziej małżeństwo to nie jest wcale taka frajda. To jest niekiedy prawdziwa męka i jeszcze prawdziwsza odpowiedzialność i są chwile, kiedy normalny człowiek już tylko żałuje, że nie został jakimś wiejskim proboszczem z paroma zaprzyjaźnionymi parafianami i gospodynią, która by mu codziennie ścieliła łóżko, podawała pod pysk kotlet schabowy z ziemniakami i marchewką z groszkiem, a on by się nie musiał przed nią z niczego tłumaczyć, choćby sobie nawet kupił podwójnego winyla Led Zeppelin za 150 zł.
      Ja was, moi mili czasem naprawdę nie rozumiem. Spowiadacie tych biednych ludzi, niekiedy nawet codziennie, oni wam dostarczają wiedzy absolutnie unikalnej na temat tego, czym jest prawdziwe życie, a wy, zamiast z tego wyciągać wnioski, nagle zaczynacie kombinować, że wy też byście tak chcieli. Albo jeszcze gorzej. Wy wiecie, że tam na was czekają prawdziwe niebezpieczeństwa, ale jesteście tak zarozumiali i głupi, że uważacie, że ta wasza miłość jest tak specjalna, że sobie bez trudu poradzicie.
      Czy to zatem możliwe, że wielu z was faktycznie w pewnym momencie uzyskało status „najbardziej lubianego księdza w diecezji” i to stąd wam się w tych biednych głowach pomieszało?




wtorek, 25 czerwca 2019

Jeżeli, czyli koleś ma dobrą fazę


Tak trochę między kolejnymi wystąpieniami Rzecznika Praw Obywatelskich, oraz zawsze gotowych do czynu rzeczników Rzecznika, a ledwo co zainicjowaną przez onet.pl debatą na temat pewnego Roberta rzekomo zamordowanego w Krakowie przez trzech księży przed grubo ponad 20 laty, pojawiła się kolejna już informacja o tym, że gdzieś w Polsce zostało zatłuczone na śmierć kolejne niemowlę. Wstyd mi jak jasna cholera, ale muszę przyznać, że tych informacji jest ostatnio tak dużo, że już sam zaczynam tracić i rachubę, ale też i, co gorsza, poczucie realności owych nieszczęść. Jak mówię, jest mi okropnie z tego powodu wstyd, ale kiedy słyszę o tym, że gdzieś w Polsce czy to ojciec, czy matka, czy oboje pobili na śmierć swoje ledwo co narodzone dziecko, to już nie bardzo wiem, czy to jest dziecko, o którym już słyszałem, czy może to jest przypadek nowy, czy to dziecko żyje, czy umarło na miejscu, czy może właśnie nie udało się go uratować. No a skoro tak, to – powtarzam, czuję się z tym okropnie – ale ja zaczynam tego typu informacje lekceważyć. O wiele bowiem łatwiej jest mi skupić uwagę – no a przede wszystkim swoje współczucie – na tej dziewczynce spod Świdnicy, no i naturalnie walce rzecznika Bodnara, by jej zabójca nie został jakoś szczególnie zhejtowany przez polskie bydło.
       No ale tak się stało, że zupełnym przypadkiem, przeglądając Internet, wpadłem na informację, że bezpośrednią przyczyną śmierci dopiero co zamordowanej przez swoich rodziców 9-miesięcznej dziewczynki z Olecka było to, że złamane żebro przebiło jej serce. Ja oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że niezależnie od tego, czy tak malutkie, czy nieco starsze dziecko ginie od noża, wbitego w serce żebra, czy zostaje ugotowane w piekarniku, nie ma większego znaczenia, no ale tu znów przyznaję się do swojej słabości, to serce przebite złamanym żebrem zrobiło na mnie wrażenie szczególne. Chodzi mi o to, że gdyby omawiany tu trochę ostatnio Kubuś z Wrocławia nie poderżnął temu dziecku gardła i nie zadał jej dziesiątków ciosów nożem, ale jakimś szatańskim sprytem tak ją uderzył, że złamał jej żebro, a to żebro przebiło jej serce, to ja bym się zwyczajnie pobeczał. Przepraszam bardzo, ale gdy chodzi o wymiar symboliczny, to chyba nawet śmierć Jezusa na krzyżu schodzi na plan dalszy.
       Nie o tym jednak chciałem pisać w pierwszej kolejności, ale o tym, czemu w ostatnich latach tak często rodzice mordują swoje malutkie dzieci. Ponieważ zrobiło się własnie aż zbyt poważnie, to nie będę przeciągał i popisywał się kolejnymi wstępami, ale przejdę od razu do rzeczy i powiem, że moim zdaniem za tym stoją dopalacze. To nie jest ani wóda, ani zwykłe zidiocenie, ani mecz w telewizji, ale to coś, co w człowieka wstępuje, gdy się tego czegoś nażre. Ja miałem w ostatnich latach kilka okazji oglądać na ulicy ludzi, którzy ani nie są pijani, ani obłąkani, ani zwyczajnie wściekli na świat, ale są w takim stanie opętania, że osobiście nie widzę powodu, by każdy z nich, gdyby mu tylko to dziecko w tym momencie podsunąć pod ryj, by to dziecko zatłukł jak... no właśnie – demona.
       Już niemal 10 lat temu problem dopalaczy się pojawił w mediach, no i oczywiście w wystąpieniach polityków, jednak albo z jednej strony traktowaliśmy to jako problem ówczesnej władzy, albo raczej dziatwy szkolnej. Czasy jednak, jak wiemy się zmieniają, i wygląda na to, że tamta dziatwa już dawno wkroczyła w wiek dorosły, próba zamykania handlujących owymi dopalaczami sklepów skończyła się tym, że powstały coraz to nowsze produkty, a handel ze sklepów przeniósł się do okien na parterach kamienic i dzieją się rzeczy straszne.
      Myślę cały czas o tym serduszku przebitym żebrem i dochodzę do przekonania, że gdybym to ja miał decydować, co jest dziś najważniejsze dla naszego państwa, to bym machnął ręką nawet na to 500+ i się skupił na czymś znacznie, znacznie poważniejszym, bo za jakiś czas może się okazać, że zabraknie chętnych do owych wypłat.
      Żeby może pokazać, jak bardzo jest dziś poważniej, proponuję by zajrzeć może do mojego starego tekstu, jeszcze właśnie z roku 2010, gdzie to wszystko naprawdę stanowiło dziecięcą zabawę.

      Nie wiedzieć czemu, w tym informacyjnym bagnie, jakie nas zalewa – od niedźwiedzi panda, przez pijanych nauczycieli, po nową fryzurę Joanny Muchy – pojawił się nagle temat tzw. dopalaczy, a więc chemicznych środków powszechnie i jak najbardziej legalnie sprzedawanych dzieciom w dużych polskich miastach, dla zarobku i ze zwykłego, pierwotnego pragnienia śmierci. Piszę „nie wiedzieć czemu”, bo w rzeczy samej ten typ informacji, w świecie niemal już nierzeczywistej zabawy i zidiocenia, nie wiadomo ani czemu ma służyć, ani też do kogo ma być faktycznie adresowany. Ktoś niezorientowany mógłby przypuszczać, że oto problem, który każdy normalnie myślący i w miarę uważny obserwator życia zna od lat doczekał się wreszcie odpowiedniego potraktowania ze strony polskiego państwa i że właśnie cały ten czarny biznes zostaje zlikwidowany, a jego właściciele postawieni wobec bankructwa. Na ten jednak temat nic nie wiadomo. Jeśli już, to jest wręcz odwrotnie. Informacja jest bowiem taka, że sprawa jest trudna, a – jak sami zainteresowani, czyli ci mordercy z rozbawieniem zaświadczają – perspektywa pozostaje też raczej bez zmian. Może więc chodzi o to, by o tym niezwykle interesującym zjawisku poinformować społeczeństwo i zachęcić kogo trzeba do obywatelskiej aktywności? Nie sądzę, choć na ten temat jeszcze będzie. Nie sądzę, bo jak wszystko na to wskazuje, coś takiego jak obywatelska inicjatywa już dawno w Polsce zostało wytępione, i to też wcale nie przypadkiem. Jeśli więc jakiś mądrala w telewizji informuje, że dobrym pomysłem byłoby zorganizowanie społecznego sprzeciwu wobec tych sklepów, on sam musi wiedzieć, że zwyczajnie pieprzy trzy po trzy, a poza tym, nie ma pojęcia o czym mówi. I o tym też będzie później. A zatem i adres też jest nie bardzo znany.
      Coś jednak na rzeczy być musi. Bo temat jest zbyt poważny i zbyt przy tym ponury, żeby sobie tak media miały teraz przez parę dni poużywać. Czy rzeczywiście? Otóż zaryzykuję tezę, że niekoniecznie. Może być po prostu tak, że temat dopalaczy pojawił się wyłącznie dlatego, że na niego przyszła kolej. Dokładnie tak samo jak w pewnym momencie uwaga opinii publicznej została zaabsorbowana stadionem w Bydgoszczy, czy tym chłopcem spod Przemyśla, którego rodzice nakarmili muchomorem, przyszła pora na dopalacze. Ktoś powie, że to nie są żarty, że to nawet nie jest kwestia jakieś pojedynczej tragedii, która zawsze może liczyć na odpowiednią publiczność, lecz tu mamy do czynienia z problemem systemowym. Że tu chodzi o życie narodu. Że tu w grę wchodzi coś co mamy za oknem. Niewykluczone że niedługo wszyscy. Że pewien typ wrażliwości wymaga, żeby tego akurat problemu nie wykorzystywać dla tak nędznych celów jak władza.
      I znów. Może i tak jest. Nie mam tu żadnej pewności, ale zupełnie bym się nie zdziwił, gdyby się miało okazać, że rozmowy o wrażliwości i odpowiedzialności stanowią już tylko pieśń przeszłości na każdym możliwym poziomie. Od czasu jak się okazuje, że nawet smoleńska katastrofa i tak straszna śmierć tylu ludzi potrzebowały zaledwie paru dni, by całe zło tego świata stanęło pewnie na obie nogi, a dziś widok tego porzuconego samolotu nie budzi w znacznej części społeczeństwa emocji większych, niż wiadomość o tym, że jutro prawdopodobnie też będzie padać, powinniśmy zapomnieć o tym co jeszcze wypada, a co już nie. A zatem, mam podejrzenie, że te dopalacze to temat na dwa, trzy dni i tyle wszystkiego. Że za te dwa czy trzy dni będzie dokładnie tak jak było dotychczas – kolejne sklepy będą powstawać, kolejne odmiany tej trucizny znajdą swoich nabywców, a kolejni biznesmeni zarobią kolejne pieniądze. Psy pozostaną psami, sądy pozostaną niezależne i niezawisłe, prezydent będzie pełnił swoją służbę, no i może też już z pielgrzymki do Smoleńska wrócą pani Komorowska z panią Komorowską, a Donald Tusk z panią Małgosią udadzą się na kolejny wypoczynek.
      A ja cały czas myślę o tych dopalaczach. Dzień w dzień jadę do pracy i z okien tramwaju widzę ten sklep, na którym stoi jak byk niezwykle dobitny napis, że przede mną rozrywka na wyciągnięcie reki, a nawet jest podany – wielki niemal tak jak to słowo ‘dopalacze’ – numer telefonu, na który mogę zadzwonić, jeśli albo mi się nie chce, lub nie jestem w stanie się ruszyć z domu. Mijam ten sklep, nie widzę co jest w środku, poza jakimiś przebijającymi się przez zaciemnione szyby iskierkami świateł, i tylko ten napis ‘dopalacze’ mówi mi, że to nie jest kolejny sex shop, lub salon gier, ale narkotykowy salon dla starszej i młodszej młodzieży szkolnej.
      Mogę się oczywiście mylić i niedługo okaże się, że nasze państwo właśnie teraz, kiedy piszę te słowa, podejmuje szereg bardzo zdecydowanych i przemyślanych czynności mających na celu likwidację tego nieszczęścia. Że tak, jak przy naszej kompletnej nieświadomości, urzędnicy prezydenta rozpisywali bardzo precyzyjny plan usunięcia krzyża sprzed Pałacu na Krakowskim Przedmieściu, dziś też ktoś w jakimś gabinecie zbiera się, żeby już niedługo cały ten podły biznes rozgonić na cztery wiatry. Ja tu jednak nie jestem po to by się karmić złudzeniami, ale by drżeć ze strachu. Szczególnie gdy tak wiele wskazuje na to, że w momencie gdy przestanę się bać – nastąpi ostateczny koniec i tego państwa i tego narodu. Siedzę więc tu dziś i myślę sobie, że najprawdopodobniej moje niedawno tu formułowane obawy, że wobec oczywistej secesji państwa polskiego, jesteśmy na prostej drodze do tego, żeby brać sprawy w swoje ręce, mają jak najgłębsze podstawy. Bo jeśli tak ma wyglądać Polska, a więc ma być państwem chaosu, bezprawia, powszechnej nędzy i zwycięstwem tych, którzy potrafią sobie poradzić, to ja bym nie chciał być w skórze ani tych którzy dziś rządzą, ani tych co im tę władzę gwarantują. Bo natura chaosu nie wytrzymuje. Po prostu.
      O co mi chodzi? O nic konkretnego. Jeszcze nie. Ale pofantazjować można, prawda? Otóż ja mam troje dzieci. Załóżmy, że moja najmłodsza córka – która jest osobą, jak już kiedyś wspominałem, wyjątkowo niezależną i czasem beztroską – zacznie korzystać z oferty firmy dopalacze.com i od tego umrze. Ponieważ jest tak, że ja widziałem jak ona się rodzi, i może też trochę z tego powodu ją bardzo kocham i nie wyobrażam sobie, jak mógłbym bez niej żyć, jeśli zdarzy się, że ona od tego świństwa umrze, to ja jestem sobie akurat w stanie wyobrazić, że ja zorganizuję się tak, że pójdę do tego sklepu, o którym wspomniałem i ich wszystkich powystrzelam. A ponieważ już wtedy prawdopodobnie będzie mi wszystko jedno, pojadę do Warszawy, zaczaję się na jakiegoś ministra i go też rozwalę, Tak jak robią ludzie na tych amerykańskich filmach o ludziach, którzy zostali doprowadzeni do tego stanu, że po prostu niszczą ten świat, bo im przestało zależeć. Mogę też zrobić tak, że zadzwonię na ten numer, który widnieje na szybie sklepu, zamówię by mi ktoś przywiózł do domu coś mocnego, a jak ten ktoś się u mnie w domu pojawi, to mu poderżnę gardło i zrzucę go na pysk z balkonu.
      Przepraszam, czy ktoś może ma pretensje, że zaczynam przesadzać? Że mnie ponosi? A niby czemu? Przecież od samego początku mówimy o niczym innym jak śmierci. I to nie byle jakiej, ale usankcjonowanej przez państwo, które zobojętniało.
      A więc ja bym bardzo chciał wiedzieć, dlaczego ci wszyscy, którzy albo dziś w Polsce rządzą, albo ci, którzy im w tym rządzeniu pomagają, albo ci, którzy uciekają się do najbardziej bezwzględnych zabiegów, żeby zachować status quo, mają tak strasznie mało wyobraźni. Przecież to naprawdę nie jest takie trudne. Zwłaszcza że to tak naprawdę nie chodzi o mnie. Ja sobie tylko lubię pofantazjować. Mi wystarczy fantazjowanie. Ale nie można zapominać, że to państwo – państwo w obecnej sytuacji tak strasznie egoistyczne i bezmyślne – doprowadziło wielu ludzi do stanu, który naprawdę niczego już nie może gwarantować.
      Oglądamy ostatnio angielski serial o Tudorach. Głupio patrzeć, jak Anglia – ta piękna, niezwykła, dumna Anglia, którą tak podziwiamy – wyrosła na tak strasznej zbrodni i takim kłamstwie. Toyahowa patrzy jak Henryk VIII pewnego dnia postanowił ściąć ileś tam zupełnie niewinnych osób, bo mu tak wyszło z obliczeń, że w ten sposób będzie mu się lepiej królowało, i mówi, że z tego punktu widzenia, to co oni dziś zrobili w Smoleńsku jest jak najbardziej zrozumiałe. Dla takiego Henryka, cóż miałby znaczyć jeden samolot, choćby aż tak ważny? Patrzymy na tę Anglię sprzed stuleci i myślimy sobie, że myśmy tacy okrutni nigdy nie byli. Te tłumy oblizujące się na widok egzekucji – to takie niepolskie. Takie nie nasze. Ciekawe. Też tak mi się wydaje, że my to jednak co innego. My nie. Ale kto wie?
      Jednego jednak możemy być pewni. Nasza dzisiejsza władza, to nie władza królewska. Co by o nich nie mówiły te panie, które patrzą rozanielonym wzrokiem na Donalda Tuska i jego przybocznego Grasia, ani jeden ani drugi to jednak ani Henryk ani Cromwell, i choćby dlatego powinni zdecydowanie znać swoje ograniczenia. A jeśli ich nie znają, to będą się mogli któregoś dnia bardzo nieprzyjemnie zdziwić. Ten rodzaj nonszalancji nie może im do końca uchodzić na sucho. Nawet jeśli Polacy to nie Anglicy, tylko taki sobie skromny i łagodny lud, który bardziej żyje marzeniami niż twardymi faktami. Bo nie tylko ja mam dzieci. I nie tylko ja je tak bardzo kocham. I jeszcze raz. Czemu to jest tak trudno pojąć?




poniedziałek, 24 czerwca 2019

Osobówka z Mrowin do Opola


Czas, jak wiemy, nie daje nam chwili oddechu, w związku z czym ani się obejrzeliśmy, a tu już kolejny tydzień. A zatem nie pozostaje mi nic innego jak przedstawić swój najnowszy felieton z „Warszawskiej Gazety”. Jak zawsze – starocie.


      Do czasu gdy w minioną niedzielę, tuż po tym jak nasza policja ujęła człowieka podejrzewanego o zamordowanie 10-letniej dziewczynki z Mrowin, Wiadomości TVP najpierw przez pierwsze 10 minut informowały o kolejnym sukcesie prezesa Kurskiego w postaci najnowszej edycji festiwalu w Opolu, a następnie o kolejnych sukcesach Wojska Polskiego, wydawało mi się, że tragedią tego biednego dziecka żyje cała Polska. Ponieważ jednak jestem przekonany, że wspomniany prezes Kurski ma bardzo dokładnie policzone proporcje między zainteresowaniami naszego społeczeństwa i zdecydowanie wie, co i jaki ma wpływ na tak zwaną oglądalność, muszę założyć, że z tą „całą Polską” może być zupełnie inaczej niż mi się wydaje.

      Jest jednak coś, co wskazuje, że przynajmniej w niektórych częściach naszego społeczeństwa, wobec tego, co się wydarzyło w Mrowinach, festiwal w Opolu zszedł na drugi plan. Proszę sobie wyobrazić, że od pierwszego dnia jak odkryto zmasakrowane zwłoki tej dziewczynki, na stronie internetowej żarowianie.pl, ale również na licznych portalach ogólnopolskich zaczęło się autentyczne piekło. Oto okazało się, że zarówno mieszkańcy samej wioski Mrowiny, bliższych oraz dalszych okolic, jak i też rejonów niezwiązanych, wzięli sprawy w swoje ręce i na przykład już na początku okazało się, że dziewczynkę zamordował jakiś Kowalski, któremu w związku z tym sąsiedzi spalili chałupę. Kiedy okazało się, że to jednak nie Kowalski, pojawiła się informacja, że to był na pewno jakiś miejscowy ksiądz, bo jak wiemy, to nie mógł być nikt inny. Po księdzu, pojawiła się informacja kolejna, że za zabójstwem stoi władza Prawa i Sprawiedliwości, która mordując osoby powracające osoby z emigracji, tak by do kolejnych powrotów zniechęcić tych, co się jak dotąd nie zdecydowali. Czemu? To jasne. Jeśli oni się tu zlezą, nie starczy na 500+. A więc to zabójstwo to robota Kaczyńskiego.
      Ale to nie wszystko. Okazało się, że jeśli policja nie skorzysta z rady osób znacznie bardziej doświadczonych, morderca będzie mordował dalej, tak długo jak mu się zechce. A rozwiązanie zagadki jest przecież bardzo proste: wystarczy mianowicie sprawdzić logowania wszystkich telefonów komórkowych w okolicy, przeanalizować uzyskane dane i dalej już nie trzeba będzie szukać. Pojawili się też naoczni świadkowie, którzy widzieli jak pod szkołą przez trzy dni krążyła srebrna toyota, której kierowca z obleśnym uśmiechem obserwował kręcące się wokół dzieci. Głos nawet zabrał Krzysztof Dymkowski, znany „łowca pedofilów” i poinformował, że oto zgłosił się do niego świadek, dzięki którego informacjom udało się wytypować sprawcę, którym jest niejaki Piotr Boszko z Piekar Śląskich.
      Ktoś zapyta, po cholerę mój dzisiejszy tekst. Otóż powód jest jeden. Chciałem mianowicie wyrazić podziękowanie dla policji za to, że byli tak szybcy i dostarczyli mieszkańcom Mrowin sprawcę. Gdyby nie to, obawiam się, że już dziś wioska Mrowiny stałaby w ogniu, a jej mieszkańcy by się z uprzejmą pomocą z zewnątrz  wymordowali.


Zachęcam wszystkich do czytania moich książek. Zostało ich jeszcze kilka, wystarczy więc kliknąć jedną z okładek tuż obok i już jesteśmy w domu. Naprawdę warto.




Zachęcam wszystkich do czytania moich książek. Zostało ich jeszcze kilka, wystarczy więc kliknąć jedną z okładek tuż obok i już jesteśmy w domu. Naprawdę warto.

niedziela, 23 czerwca 2019

Jako mięso armatnie rzucają dzieci


    Dość dobrze pamiętam dzień, kiedy to na organizowanym w moim mieście szczycie klimatycznym wystąpiła przybyła ze Szwecji dziewczynka z warkoczykami, nazwiskiem Greta Thunberg, i pięknym angielskim wygłosiła przemówienie na temat apokalipsy, która nas czeka, jeśli się nie opamiętamy i nie zaczniemy na poważnie walczyć z zabójczym CO2.
     Przyznaję, że głównym powodem, dla którego zapamiętałem tę dziewczynkę, nie było ani to, co ona mówiła i jak – choć przyznaję, że treść i forma tego wystąpienia robiły wrażenie – ani też fakt, że ona wcześniej ogłosiła tak zwany „szkolny strajk”, podczas którego w każdy piątek od rana do późnego popołudnia obiecała protestować przed szwedzkim parlamentem, ale ze względu na to jak ładnie ona mówiła po angielsku. Skaza zawodowa. Proszę o wybaczenie.
     Zdążyłem o tym wydarzeniu zapomnieć, gdy oto ledwie wczoraj dowiedziałem się, że w piątek właśnie w Warszawie przed budynkiem Sejmu dokładnie taki sam strajk ogłosiła 13-letnia Inga. Inga od swojej szwedzkiej koleżanki różni się tym, że tamta jest nieco starsza i nie tak szczupła, poza tym jednak wszystko pozostaje takie samo. Inga, tak jak Greta, ma warkoczyki, siedzi pod Sejmem z tablicą z napisem „Wakacyjny strajk klimatyczny” i zapewnia, że w ten sposób będzie tam siedzieć przez cały miesiąc w każdy kolejny piątek.
      Gdy chodzi o mnie, to zarówno moje poglądy na naszą ogólną myśl twórczą, jak i polityczne wyczyny tak zwanej „opozycji totalnej” sprowadzają się do tego, że jest słabo, jednak przyznaję, że numer z tym dzieckiem zrobił na mnie wrażenie szczególne. Na domiar złego, jak się w pewnym momencie okazało, przy Indze i na jej miejscu protestu pojawił się jakiś kodowiec z kamerą i przeprowadził z nią wywiad, wrzucony chwilę później na Facebooka, z którego jednoznacznie wynikało, że to biedne dziecko jest od początku do końca wykorzystane przez swoją mamę, klimatyczną aktywistkę, a ono samo o tym, do czego została użyte nie ma bladego pojęcia. Ów cwaniak – zauważmy, że tak jak to tylko możliwe dziewczynce życzliwy – staje na głowie, żeby z tego dziecka wyciągnąć jakieś w miarę sensowne deklaracje, tymczasem ono prezentuje kompletną bezradność zmieszaną ze zwykłym, pospolitym strachem przed wypowiedzeniem kolejnego słowa. Jeśli ktoś potrafi, niech sobie ów film znajdzie na Facebooku i będzie miał wtedy pełną jasność, że mamy tu do czynienia z niczym innym jak czystym... jak oni na to mówią? Molestowaniem?
      Ale nie warto by było być może o tym pisać – zwłaszcze że prawdopodobnie kolejny piątek już nigdy nie nadejdzie – gdyby nie informacja jaką pozyskałem o wspomnianej wcześniej Grecie Thunberg. Otó, jak się dowiadujemy ze źródeł jak najbardziej potwierdzonych – w tym przez samych rodziców dziewczynki – owa Greta, 15-letnie dziecko swoich rodziców, jest psychicznie chora. Wedle, jak mówię całkowicie oficjalnych doniesień, ona nie dość, że cierpi – które z naszych dzieci dziś na to nie cierpi? – na tak zwany Zespół Aspergera, wykazuje skłonności depresyjne, przechodzące w próby samobójcze. Ponadto, zarówno ona jak i jej rodzice, twierdzą, że dzięki swoim nadzwyczajnym zdolnościom, potrafi ona zobaczyć gołym okiem dwutlenek węgla. I to jest ta jej niezwykła szczególność, która sprawiła, że różnego rodzaju konferencje klimatyczne zapraszają ją do przyjazdu i zabrania głosu. Ona widzi wypełniający naszą atmosferę dwutlenek węgla i to właśnie jej każe przed nim ostrzegać.
      Ledwie co wczoraj pisałem o wybryku rzecznika Bodnara w kwestii aresztowania niejakiego Jakuba A. i jak sądzę, powiedziałem wszystko, co powiedzieć miałem. Tu jednak mamy coś w moim rozumieniu rzeczy znacznie bardziej poważnego. Oto przed budynkiem Sejmu ktoś kazał temu biednemu, 13-letniemu dziecku, siedzieć przez wiele godzin w upale, by załatwiało w jego imieniu jakieś szemrane interesy, z tego co słyszę, w ów ohydny proceder zamieszana jest matka tej dziewczynki, a ja się już tylko zastanawiam, czy to może nie stanowi dobrego powodu dla Rzecznika Praw Obywatelskich do urzędowej interwencji.
      No dobra – rzecznik Bodnar, jak wiemy, działa wyłącznie na gwizdek, więc na niego akurat tu liczyć nie możemy. No ale mamy przecież jeszcze naszego Rzecznika Praw Dziecka. Ja wiem, że on ostatnio dostał mocno po łbie w związku z również tu trochę wspomnianymi klapsami i musi być nadzwyczaj ostrożny, przepraszam jednak bardzo, ale tu mamy do czynienia z czymś, wobec czego nawet dwadzieścia solidnych pasów na tyłek robi wrażenie urodzinowego prezentu. Czy naprawdę musimy czekać na to aż to dziecko popełni samobójstwo i będziemy mogli powiedzieć, że to jest żywy efekt władzy Prawa i Sprawiedliwości?

       Tu jest link do Ingi, a dalej już o Grecie.





Jak zawsze, zachęcam wszystkich do kupowania moich książek. Można to robić na kilka sposobów. Najprościej jest kliknąć w znajdujące się tuż obok okładki, ale można też wejść na stronę www.basnjakniedzwiedz.pl i tam sobie wybrać co dusza zapragnie, a zapewniam, że możliwości jest wiele. Jest też jednak możliwość kontaktu bezpośredniego pod adresem k.osiejuk@gmail.com. Zapraszam serdecznie.

sobota, 22 czerwca 2019

O przestępcach w majtkach, a nawet i bez


     Nie umiem dziś powiedzieć, kiedy po raz pierwszy zwróciłem na to uwagę, ale prawdą jest, że któregoś dnia zauważyłem, że gdy, czy to polska policja, czy któraś z pokrewnych służb, aresztuje jakiegoś gangstera, czy handlarza narkotykami, to jednocześnie rzuca go na ziemię, zakuwa w kajdanki, a on sam, z jakiegoś nieznanego mi powodu, jest w majtkach. Przyznam szczerze, że te majtki mnie zawsze mocno poruszały. Czemu jest zawsze tak, zastanawiałem się, że oni w tych majtkach są zakuwani, następnie w tych samych majtkach wyprowadzani z mieszkania i dalej w tych majtkach wsadzani do policyjnego auta? Czemu policjanci nie dali im się nawet ubrać? Nie wiem więc dokładnie, co spowodowało, że zacząłem o tym myśleć, natomiast domyślam się, kiedy uznałem, że odpowiedź na ten dylemat znam. Otóż stało się to po tym jak podczas próby zatrzymania przez służby, samobójstwo popełniła była minister Barbara Blida. Myślę, że mimo upływu czasu, większość z nas pamięta, o co chodzi, zwłaszcza że przypadek wspomnianej Blidy jest do dziś przez antypisowską opozycję używany jako przykład państwowego terroru wobec opozycji. Ile razy ktoś z nas wspomni o śmierci Pawła Rosiaka z Łodzi, od razu jest nam przypominana Barbara Blida, jako osoba w gruncie rzeczy zamordowana przez reżim Prawa i Sprawiedliwości.
      Przypomnijmy sobie zatem, jak to było. Otóż w związku z podejrzeniami korupcyjnymi, do mieszkania Barbary Blidy w Siemianowicach weszli funkcjonariusze ABW i Blidę aresztowali. Zanim jednak zaprowadzili ją do radiowozu, ponieważ Blidzie zachciało się siusiu, pod nadzorem funkcjonariuszki, pozwolili jej skorzystać z ubikacji. Na dodatek, jako że Blida krępowała się siusiać w obecności obcej osoby, funkcjonariuszka dyskretnie odwróciła wzrok... no i w tym momencie Blida wyciągnęła ukryty w łazience pistolet, zlitowała się nad policjantką i sobie, a nie jej strzeliła w głowę. Od tego już czasu Prawo i Sprawiedliwość nosi na sobie ów ciężar – ciężar oskarżenia o polityczne zabójstwo. My oczywiście dziś już wiemy, co by było, gdyby Barbara Blida została potraktowana przez ABW w taki sam sposób, jak są traktowani owi wspomniani przeze mnie na początku gangsterzy, a więc rzucona na podłogę, skuta, a następnie wyprowadzona choćby w papciach i koszuli nocnej na zewnątrz. Przede wszystkim oczywiście wciąż by żyła, no ale nam tu bardziej chodzi o to, co by na to wszystko powiedziały liberalne media z Rzecznikiem Praw Obywatelskich na czele. Wiemy to dziś już wszyscy, a ja nie muszę tego powtarzać.
      To w każdym razie był moment, kiedy zrozumiałem, dlaczego ci wszyscy handlarze narkotykami, gangsterzy, okrutni zabójcy, ale też pospolici przestępcy zatrzymywani w sprawach, w których tle znajdują się skradzione grube miliony i gdzie jest o co walczyć do samego końca, nie mają czasu by założyć skarpetki, buty i spodnie, a jeśli chce im się siusiu, to już niestety muszą to zrobić na miejscu. Ale przecież przykład z Barbarą Blidą to zaledwie jeden z wielu. Pamiętamy wszyscy pewnie jak niedawno policja wezwana została w związku z próbą rozbicia bankomatu i w momencie gdy już się wydawało, że sprawa jest załatwiona, jeden z bandytów strzelił do policjanta z broni maszynowej i go zabił. Przynajmniej ja pamiętam, jak w Warszawie dwóch gówniarzy wybijało okna w tramwaju, policjant w cywilu zwrócił im uwagę i wówczas jeden z nich wyjął nóż i policjanta położył trupem. I tu również zastanówmy się, co by było, gdyby ów policjant był zaopatrzony w odpowiedni sprzęt, no i przede wszystkim był dobrze wyszkolony, i tego bandytę rzucił na ziemię, skuł, a kto wie, czy jeszcze profilaktycznie nie ściągnął mu spodni do kolan, żeby ten nie potrafił za dobrze się ruszać. I tu odpowiedź jest prosta. Policjant by żył, ale za to Rzecznik Praw Obywatelskich na czele z liberalnymi mediami zrobiliby wszystko, by go postawić przynajmniej przed sądem dyscyplinarnym.
       Dziś mamy przypadek tego Kubusia, studenta z Wrocławia, którego cała Polska miała okazję oglądać jak ten w samych majtkach bardzo zabawnie skacze na jednej nodze, a wokół niego idą policjanci i dbają o to, by się ten biedaczek nie wywrócił i nie zrobił sobie krzywdy. Gdy chodzi o mnie, to ja, jako cham ze wsi, bym mu kazał się do radiowozu doczołgać, pomagając mu ewentualnie butem, jednak resztki chrześcijańskiej wrażliwości, które gdzieś mam w sobie, każą mi wyrazić wdzięczność dla wspomnianych panów za to, że oni zadbali o bezpieczeństwo Kubusia i pomogli mu jakoś doskakać do radiowozu. Ja bym chyba jednak tego nie zniósł, gdyby on sobie nabił guza, albo zadrapał kolano. W końcu człowiek ma prawo do tego, by wyglądać elegancko, czyż nie?



piątek, 21 czerwca 2019

Miejsca w sercu


      Niedawno zdarzyło mi się, czy to na Facebooku, czy może na Twitterze, trafić na filmik, który pokazywał pewien nadzwyczaj interesujący eksperyment. Oto pewien pan pojawiał się w okolicy zupełnie zwyczajnego placu zabaw, gdzie, jak to na zupełnie zwyczajnym placu zabaw, dzieci się bawiły, a ich mamy siedziały sobie na ławeczce nieopodal i zabijały czas. Ów pan najpierw pytał kolejne mamy, czy one może uprzedzały swoje dzieci, by pod żadnym pozorem nie wdawały się w jakiekolwiek rozmowy z obcymi ludźmi, a kiedy one stanowczo zapewniały, że dzieci są w pełni świadome zagrożeń, przechodził do samego już eksperymentu.
      Myślę, że już większość z nas wie, do czego zmierzam, ale i tak opowiem. Otóż wspomniany pan podchodził kolejno do bawiących się dzieci ze ślicznym, malutkim, białym pieskiem i już po chwili, każde z tych dzieci zgadzało się pójść z nim gdziekolwiek on je zapraszał, tylko po to by zobaczyć więcej jeszcze słodszych piesków.
      Zakładając, że ów eksperyment był przeprowadzony uczciwie, a mam mocne podejrzenie, że z najwyższym prawdopodobieństwem tak właśnie mogło być, zadumałem się nad przyczyną takiego a nie innego zachowania tych dzieci. Dlaczego, mimo że są one bardzo mocno napominane przez rodziców, by pod żadnym pozorem nie rozmawiać z obcymi, bo tam czyha ból i śmierć, gdy przychodzi co do czego, wszystkie postanowienia je opuszczają. Otóż w tym jednym momencie prawdopodobnie o wszystkim decyduje ten jeden – symboliczny jak najbardziej – piesek. Mam głębokie przekonanie, że nie ma takiej nauki, takiej groźby, takiego lęku, które by nie ustąpiły wobec atrakcji jaką dla małego dziecka stanowi ów śliczny, mały, biały piesek.
      Pamiętam jak moje własne dzieci były jeszcze tak małe że nie wstydziły się chodzić ze mną za rękę – a ów czas towarzyszył mi przez grube ponad dziesięć lat – szliśmy kiedyś w czwórkę na spacer. Zosia siedziała mi na barana, Hanka i Antek po obu moich obu stronach, jak Ojciec przykazał, trzymali się moich kieszeni... i nagle, w chwili gdy czekaliśmy na odpowiedni moment, by przejść przez ulicę, Antka coś zainteresowało po jej drugiej stronie i dał w tak zwaną długą. Ja oczywiście najpierw na niego wrzasnąłem, on się gwałtownie zatrzymał, a ja w tej samej chwili, jako że obie ręce miałem zajęte trzymaniem Zosi za nogi, dałem mu lekkiego kopa w tyłek. Kop był odpowiednio lekki, jednak nie na tyle, by sześcioletnie dziecko mogło wzruszyć na niego ramionami. Od tego czasu on nigdy nie powtórzył tego numeru, a daję słowo, że okazji miał wiele. A ja dziś oczywiście nie sądzę żeby to akurat był powód dla którego on dziś żyje w zdrowiu i szczęściu, ale tego oczywiście wykluczyć nie mogę.
      Bóg mi świadkiem, że nienawidzę tego robić, ale muszę w tym momencie nawiązać do sprawy owej biednej dziewczyny, która parę miesięcy temu, wracając łódzkim rankiem – samotnie oczywiście, jak to ma dziś miejsce w przypadku wielu dziewczyn, które po tej biedaczce pozostały – z jakiegoś wieczornego spotkania, została zaczepiona przez nieznajomego Gruzina, poszła z nim do jego mieszkania, gdzie ten ją najpierw zgwałcił, a następnie okrutnie zamordował. Otóż mogę się tu fatalnie mylić, ale nie mogę się opędzić od myśli, że gdyby jej tato lub mama w pewnym momencie jej życia zdzielili jej porządnego kopa w tyłek, ona by dziś żyła.
      No dobra, przyznaję, że tamten kop nie był wpisany w program i został użyty w sytuacji awaryjnej, niech zatem zamiast kopa będzie zwykły klaps. Otóż nie mogę się opędzić od myśli, że gdyby to biedactwo w pewnym momencie swojego dramatycznie krótkiego życia dostała klapsa od mamy czy taty, dziś by żyła.
        Już wiemy, skąd dziś ten temat, prawda? Tak się mianowicie stało, że Rzecznik Praw Dziecka miał tę odwagę, by się wypowiedzieć na temat różnicy między klapsem a pobiciem, i w efekcie stało się to co się stać musiało. Liberalni politycy, oraz będące na ich usługach media żądają dziś dymisji Rzecznika, ponieważ ten rzekomo zachęca do przemocy wobec dzieci.
       A ja sobie przypominam pewien film sprzed lat, zatytułowany „Places in Heart”, gdzie Sally Field, swoją drogą nagrodzona przy tej okazji Oscarem za pierwszoplanową rolę, gra kobietę, która po niespodziewanej śmierci męża zostaje sama i musi sobie radzić z grupką dzieci. Któregoś dnia okazuje się, że jeden z jej synów nabroił, musi zostać ukarany, a ona, biedna, ponieważ nigdy tego nie robiła, nie wie, jak to się robi. W tym momencie Field zwraca się do swojego dziecka i pyta: „W jaki sposób ojciec by cię ukarał?”, na co ten jej odpowiada szczerze i uczciwie, że ojciec by mu dał na pupę ileś tam pasów. I to kochająca swoje dziecko matka niezwłocznie egzekwuje.
      Wiem, że powinienem ten tekst zakończyć jakimś odpowiednio mocnym akcentem, jednak nic mi mądrego do głowy nie przychodzi. Powiem więc tylko, że mam nadzieję, że tych idiotów ostatecznie do pionu postawią nasze dzieci. One im to co ważne do tych tępych głów wbiją najbardziej skutecznie. Bardzo na to liczę.



czwartek, 20 czerwca 2019

We Love Hate


     Parę dni temu zamieściłem tu tekst zatytułowany „I Love Hate”, w którym zwróciłem uwagę na eksperyment prowadzony przez Wojciecha Jabłońskiego, politologa z Uniwersytetu Warszawskiego niegdysiejszego komentatora stacji TVN24, gdzie ów Jabłoński publikuje na Twitterze najbardziej podłe komentarze skierowane przeciwko Prawu i Sprawiedliwości, tym samym prowokując dodatkowy internetowy hejt. Z tego co udało mi się znaleźć w Sieci wynika, że Wojciechowski prowadzi ten swój projekt badawczy już od kilku lat, a jego ostatecznym celem jest publikacja książki a temat hejtu właśnie.
      W pierwszej chwili, gdy wpadłem na twitty Jabłońskiego, pomyślałem, że może i ta akcja ma jakiś sens, jednak już po chwili, widząc, że poziom plugastwa wylewający się z owego projektu jest zbyt duży, zbyt gęsty, a przede wszystkim zbyt długotrwały, by go choćby w miarę przytomny umysł mógł tolerować, uznałem, że to co robi Jabłoński kwalifikuje się jednak jako albo psychiczna choroba, albo świadome przestępstwo, no i napisałem ten swój tekst.
      By zilustrować to co się tam dzieje wrzuciłem kilka komentarzy jednego z fanów Jabłońskiego i uznałem, że sprawa jest zamknięta. Tymczasem ledwo co wczoraj Jabłoński przebił kolejny sufit i, jak sądzę wreszcie osiągnął swój ostateczny cel, tym razem jednak – i to jest ów przykry powód, dla którego piszę dziś te słowa – dzięki żywej współpracy tak zwanych „naszych”. Otóż proszę sobie wyobrazić, że znalazł Jabłoński gdzieś w sieci niewyretuszowane zdjęcie śp. Lecha Kaczyńskiego w trumnie, opublikował je z szyderczym komentarzem „Niosła go Polska”... no i się zaczęło, tym razem jednak, obok oczywistych zachwytów ze strony prostego antypisu, życzenie śmierci skierowane w przeciwną stronę:
 Jestem prorokiem. Odjebią tego cwela. Zobaczycie! I chuj mu w ryj”.
Brałeś pod uwagę próbę samospalenia? Może wtedy ktoś dostrzeże takiego świra”.
Do takich jak ty powinno się strzelać w łeb bez wyroku sądowego, chory pojebie”.
Jesteś kurwą”.
Jesteś siusiakiem bo chuj brzmi zbyt dumnie. Wal się na ryj”.
Szkoda, że Jabłoński nie leciał tym Tupolewem, byłaby to korekta błędu jego matki, która nieopatrznie dała mu się urodzić”.
Wyszły z ciebie ruskie korzenie którego dziad i baba na czołgach sowieckich do Polski wjechali więc skoro masz dostęp do takich zdjęć to pokaż też swoje z nieletnimi chłopcami których nazywasz pukaweczki ty pedrylu”.
Jesteś zwykłym ścierwem psycholu. Jeszcze będziesz skomlał”.
Jak wyciągniesz kopyta to co niedziela będę przychodził na cmentarz i będę szczał na twój grób”.
Jabłoński ty skurwysynie pierdolony”.
Jesteś śmieciu gównojadem”.
Oszołomie pierdolony, obyś się udławił zgniłą kiełbasą”.
Co za kanalia! Ja liczę aż Ty debilu statystycznie wpadniesz pod samochód i będziesz zdychał powoli”.
Ciebie gościu też poniosą kiedyś, ale myślę że raczej Lucyfer na łopacie będzie Cię do pieca kremacyjnego w piekle wrzucać...”.
      I tak dalej i tak dalej, przez cały Boży dzień. Co na to Jabłoński? On oczywiście jest cały w skowronkach. Nie dość że przekazuje dalej do Sieci każdy ten bluzg, to jeszcze na większość z nich odpowiada w sposób jeszcze bardziej prowokacyjny, z autentyczną radością, co widać choćby na przykładzie odpowiedzi na ostatni z przytoczonych przeze mnie komentarzy: „I o to mi właśnie chodzi. Sam Lucyfer, mówisz?”
      ...a my, durnie, podskakujemy tak jak on nam zagwiżdże.
      Ktoś mi powie, że niepotrzebnie się napinam, bo to jest Internet i tam nigdy ani nie było inaczej, ani nie będzie. I owszem, ja to wiem, natomiast chodzi mi o to, że bardzo bym chciał, żebyśmy akurat w tym udziału nie brali, a jak już to, żebyśmy się przynajmniej przy tym nie podpisywali nickiem „PiS4Ever”.