Pokazywanie postów oznaczonych etykietą CBA. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą CBA. Pokaż wszystkie posty

piątek, 19 kwietnia 2013

Układ otwarty! Cieszmy się i radujmy!

Tuż obok tekstu – zajmowałem się nim we wczorajszej notce – zachęcającego do tego, by, jeśli ktoś tylko jest spragniony rozrywki na wysokim poziomie, a w dodatku ma jeszcze pewne ambicje intelektualne, zechciał zaprosić do siebie artystę estradowego Ryszarda Makowskiego, a on, dzięki swojemu niewymuszonemu poczuciu humoru i miłej powierzchowności, rozrywkę ową zapewni w jednej chwili, pojawiła się informacja, że oto filmowy przebój ostatnich miesięcy, a kto wie, czy nie lat, „Układ zamknięty”, przede wszystkim bije rekordy popularności, a w dodatku otrzymał nagrodę ufundowaną przez coś, co nosi nazwę „Pracodawców Rzeczpospolitej Polskiej”. Nagroda nazywa się „Wektor Nadziei”, wręczony został podczas uroczystej gali, a twórcy wspomnianego filmu otrzymali go za „odwagę w dążeniu do przedstawienia prawdy o problemach, z którymi zmagają się polscy przedsiębiorcy w starciu z bezwzględna machiną urzędniczą”.
Ja nie mam pojęcia, jak wyglądała ta gala, nie wiem, czy jej gościem honorowym był prezydent Komorowski, nie wiem nawet, czy ona przypominała w czymkolwiek galę – a może ją znacznie swoją wystawnością przerastała – która odbyła się nieco wcześniej, przy okazji premiery filmu. Nie wiem tego, i, choć pewne wyobrażenie na temat owej fety oczywiście mam, nie bardzo mnie ona interesuje. To bowiem, co autentycznie nie daje mi spać, to świadomość, że nasza patriotyczna wrażliwość i zaangażowanie są atakowane niemal z każdej strony albo przez szyderczy śmiech, albo przez tę nędzę, której niejako symbolem jest zarówno satyryk Makowski ze swoim zgnuśnieniem, jak i ten film. To jest naprawdę okropne, że po tylu latach tych wszystkich upokorzeń, okazuje się, że wybawienie przychodzi z tej właśnie strony.
Co mi się nie podoba u Makowskiego i towarzystwa, którego częścią on się stał i dziś jest jednym z prominentnych przedstawicieli, jest dosyć oczywiste, i pisałem o tym wczoraj. Co do filmu, sytuacja jest znacznie trudniejsza. Przede wszystkim, jak idzie o „Układ zamknięty”, ja z niego nie widziałem nawet owego, tak zwanego, trailera. Jak idzie o ten akurat film, jedyne, co o nim wiem, to to, że to jest jeszcze jeden produkt polskiej kinematografii lat, które powszechnie określamy jako III RP, no i oczywiście to, że wiernymi fanami filmu są prezydent Komorowski i Marek Goliszewski. Ktoś powie, że skoro ktoś taki, jak Komorowski, uważa film „Układ zamknięty” za rzecz wartościową, nam już nic więcej nie jest potrzebne. Ja jednak wciąż czuję, że to jest zbyt mało. W końcu, proszę mi powiedzieć, co ja zrobię, jak się jakimś cudem okaże, że jego ulubionym filmem nie jest „Miś”, ale „Ojciec Chrzestny” na przykład? Hę?
Proszę się jednak nie martwić. Nic nam nie grozi. Wszystko jest na swoim miejscu. Makowski odbiera telefony z propozycjami uwznioślenia przyjęć pierwszokomunijnych organizowanych przez młode prawicowe małżeństwa, a film „Układ zamknięty” jest tak samo do dupy, jak wszystko, co polska kinematografia stworzyła między rokiem 1980, a dziś, ze szczególnym naciskiem na czasy współczesne.
Skąd ja to wiem? Otóż właśnie dotarła do mnie wiadomość, że w hołubionym przez tygodnik „Sieci” – a przecież nie tylko – filmie „Układ zamknięty”, jako „ten zły”, występuje Centralne Biuro Antykorupcyjne dowodzone, jak się należy domyślać, zza pleców Jarosława Kaczyńskiego, przez Mariusza Kamińskiego. Kiedy po raz pierwszy usłyszałem tę wiadomość, pomyślałem sobie, że to jest niemożliwe. Sprawa, o której traktuje film Bugajskiego dotyczy roku 2003, a więc czasów, kiedy o istnieniu CBA nawet System nie wiedział, a więc to pewnie chodziło o jakieś CBŚ, czy co tam wtedy zajmowało się wykańczaniem ludzi, których wykończyć należało, tyle że jakimś bałwanom się coś pomyliło. Tymczasem, jak się okazuje, to jest najprawdziwsza prawda. Autorzy filmu uznali, że dla większej dramaturgicznej wiarygodności, najlepiej będzie jeśli za złego tam będzie robił Kaczyński… oczywiście nie osobiście, bo klientela owego dziwnego projektu mogłaby tego nie przełknąć, ale reprezentowany przez to straszne CBA.
I się udało. Syn mój, który oryginalnie przyniósł mi tę informacje, mówi mi, że w ten sposób ten film jest szeroko odbierany. Że to jest relacja z czasów, kiedy rządził Kaczyński, a brudną robotę wykonywało za niego CBA.
I uważam, że najprawdopodobniej taki był pierwszy cel powstania tego filmu. Pokazać najpierw, jak to było strasznie w Polsce w czasach, gdy rządził Kaczyński z bratem i z tą bandą gangsterów, a następnie pozwolić przedstawicielowi Nowej Cywilizacji w osobie prezydenta Komorowskiego, wyrazić nadzieję, że już nigdy, i takie tam…
I okay. Wielokrotnie tu miałem okazję podkreślać, że ja wszystko świetnie rozumiem. Rozumiem i akceptuję. Oni mają swoje interesy, ja swoje. Oni swoje plany – my swoje. Powiem wręcz, że ja bym się bardzo zdziwił, gdyby któregoś dnia sprawy poszły w innym kierunku, i nagle by się okazało, że ta banda morderców ma uczciwe wobec nas zamiary. To co mnie jednak okropnie martwi, to sytuacja, w której główni przedstawiciele ruchu, który wielu z nas lubi określać pojęciem Polski Walczącej, okazują się być ludźmi obłąkanymi. Zwyczajnie obłąkanymi. I proszę mi uwierzyć, że kiedy używam tego słowa, jestem pełen swej wrodzonej łagodności. Bo nie ulega wątpliwości, że jeśli oni w jednej chwili się nie doprowadza do porządku, oni zwyczajnie zatęsknią za czasami, kiedy nam się w naszej dobroduszności i dziecięcej naiwności wydawało, że to jest zaledwie głupota.

System wspierania tego bloga jest tak zorganizowany, że wszystko odbywa się tak dyskretnie, jak to tylko możliwe. Czemu? Z dwóch powodów. Przede wszystkim, zależało mi od początku na tym, by to była pomoc, która dzieje się w kompletnej ciszy. Żeby ona była ograniczona wyłącznie do relacji między mną, a osobą, która wspiera. I, jak mówię, bez zbędnych słów. Drugi powód jest taki, że cała ta sytuacja jest dla mnie bardzo niezręczna, wolałbym, żeby jej nigdy nie było, i staram się – poza niezbędnymi apelami – o niej nawet nie wspominać. Kłopot w tym, że przez to właśnie, o tym, jak jest, wiem tylko ja. Chciałem więc poinformować, że z jakiegoś powodu – mam nadzieję, że to tylko czysty przypadek – od kilku dobrych dni, wszystko praktycznie stanęło. Przed nami tydzień, który nie mam pojęcia jak przeżyjemy. I chciałbym, żebyście to wiedzieli. I tyle. Dziękuję za obecność.

środa, 21 października 2009

Lusterko

Poprzedni mój wpis, w którym wyraziłem nadzieję, że upadek jaki osiągnęła ta część polskiego dziennikarstwa, którą reprezentują dziennikarze TVN-u Siekielski i Mrozowski, a przy okazji cały ten system, którego nieodłączną częścią stała się telewizja Mariusza Waltera i jego rodziny, dobrze wróży na przyszłość. Chodziło mi o to, że skoro siły, które uważam za wrogie, zdecydowały się zejść na poziom aż tak bezczelnej w swoim prostactwie manipulacji, to znaczy, że im już naprawdę niewiele zostało i że w gruncie rzeczy stoją już pod ścianą. Godziny lecą, dni się zmieniają, sytuacja z każdą nową chwilą pokazuje nam swoje nowe oblicze, a moja oryginalna teza przez ten cały czas ulega wyłącznie wzmocnieniu. Właśnie dowiedzieliśmy się, na przykład, że program, o którym pisałem, był przygotowywany wspólnie z adwokatem pani Pazury, a więc jego ostateczny kształt został zaplanowany tak, by służył nie opinii publicznej, lecz osobie oskarżonej o korupcję i jej sytuacji procesowej. A zatem TVN, emitując go, działał właśnie na zamówienie Weroniki Pazury, jej obrońców i – całkiem być może – jej sponsorów.
Ktoś powie, że nie ma się z czego cieszyć. Że sytuacja, w której i potwierdza się dawna zapowiedź Jarosława Kaczyńskiego, że objęcie władzy przez Platformę Obywatelską, będzie oznaczać dla Polski sytuację jeszcze gorszą niż stan wojenny, i – w skali znacznie skromniejszej – uwaga autora tego blogu, odnośnie zejścia obecnej propagandy do poziomu propagandy lat 80-tych, powinna raczej budzić grozę, niż satysfakcję. I owszem, nie ma wątpliwości, ze robi się trochę straszno. Proszę jednak zwrócić uwagę na fakt niewątpliwy, że obecne działania systemu nie opierają się na jakiś starannie skalkulowanych planach. Ci którzy ten system tworzą, nigdy nie chcieli odtwarzać czasów najczarniejszej komuny. Oni nie po to wzięli się za Polskę, bo nie mogli się pogodzić z utratą dawnego czaru PRL-u. Oni przecież często wręcz wywodzą się prosto z tych grup, które tamten system osobiście zamknęły. To nie są straceńcy. To są autentyczni innowatorzy. Więc jeśli dziś nagle zaczynają się zanurzać w ten smród najgorszego bolszewizmu, to wyłącznie dlatego, że nagle zauważyli, że ta nowa Polska strasznie ograniczyła im ruchy i musieli uznać, że jeszcze może stamtąd przyjść ratunek. I to jest własnie to co powinno cieszyć. To że oni już nie planują. Oni się zachowują jak zaszczute psy.
Ale czytając dyskusję pod wspomnianym wpisem, pomyślałem sobie nagle, że jest jeszcze coś, co nadaje szczególnego charakteru obecnej sytuacji i o czym nie wolno absolutnie zapominać, jeśli chce się panować nad tym wszystkim co się wokół nas dzieje. Chodzi mianowicie o ludzi. Ludzi, którzy stoją po obu stronach tego starcia. Mamy z jednej strony CBA, czyli służbę, która, mówiąc w pewnym dużym skrócie, miała rozbić to wszystko, co przedostało się do nowej Polski ze starego układu. A z drugiej strony mamy właśnie ten układ i ludzi ten układ tworzący. Ludzi, którzy się tam pojawili tylko w jednym celu. Żeby tę nową Polskę w taki sposób przystroić, by ona dalej już tylko służyła właśnie temu układowi i tylko jemu. Mamy więc CBA i ludzi, którzy to biuro tak fantastycznie zbudowali. Ludzi, którzy najpierw bardzo dokładnie opisali przeciwnika, a następnie przeniknęli w głąb tego układu, żeby go zniszczyć. I mamy jeszcze kogoś. Mianowicie tego już symbolicznego agenta Tomka.
Pozwolę sobie w tym momencie na refleksję, która dla niektórych będzie może zbyt trywialna, ale trudno. Mamy do czynienia z obrazem w najwyższym stopniu żałosnym, więc trzeba się czasem opuścić trochę niżej. Jak już wspomniałem w poprzednim wpisie, sytuacja agenta umieszczonego w inwigilowanym środowisku należy do ścisłego kanonu kultury popularnej. Mamy więc agentów działających wśród bandytów, handlarzy narkotyków, gangsterów, hitlerowców, komunistów, a nawet – jak to się dzieje w literaturze science fiction – wśród ludzi i kosmitów. Najczęściej agenci są dobrzy, ale – oczywiście – czasem agent to wróg. Zawsze jednak agent wygląda dokładnie tak samo, jak ci, których on inwigiluje. A zatem, agent Kloss wyglądał jak Niemiec, agent Bond jak ruski biznesmen, agent Riggs jak narkoman, agent Maleszka jak porządny człowiek, a agent Terminator w ogóle jak człowiek, i z całą pewnością, gdybym się tylko odpowiednio znał na rzeczy, to i znalazłbym jakiegoś agenta, który był człowiekiem, ale dał się przebrać za jakąś maszkarę z planety Gamma. W momencie, kiedy nasz agent (niefortunnie, lub szczęśliwie) został zdekonspirowany, był albo wsadzany do więzienia, albo zabijany. Jeśli mu się udawało uciec, nagradzano go i kierowano do kolejnej misji. Po drugiej stronie tego spisku natomiast, oczywiście panowała wściekłość i chęć zemsty, ale jedno uczucie nie pojawiało się właściwie nigdy. Mam na myśli nienawiść. Nie było nienawiści, ponieważ każdy wiedział, że agent to agent i trzeba jakoś z tym żyć. Agentowi trzeba się nie dać zwieść, a jeśli przydarzy się wpadka, to trzeba po prostu na przyszłość lepiej uważać. Nienawiści więc nie było. Co najwyżej wstyd, jednak tylko wstyd na poziomie zawodowym.
I w tym momencie przejdę już do rzeczy. W przypadku działań CBA, doszło do sytuacji absolutnie wyjątkowej. Agent Tomek i inni policjanci od Mariusza Kamińskiego nie operowali wśród zwykłych bandytów, zepsutych biznesmenów, skorumpowanych lekarzy, sparszywiałych polityków, czy zbankrutowanych celebrytów. To znaczy, wśród nich też, ale przede wszystkim – jak się dziś okazuje – wśród zidiociałych artystów, skabotyniałych lekarzy, zwieśniaczałych polityków i zapijaczonych biznesmenów. Krótko mówiąc, wśród ludzi, których społeczna pozycja wywindowała znacznie wyżej, niż oni mogliby się znaleźć, gdyby nie ten chory system doboru naturalnego, który obowiązywał w ich środowisku, który sami stworzyli i który ich stworzył z pełną wzajemnością. Agent Tomek, a prawdopodobnie i też jego koledzy z Biura, kiedy prowadzili swoje działania, nie przebierali się ani za biznesmena, ani za artystę, ani za konesera sztuki, ani za polityka, ale za idiotę. I w tym, jak się okazało, leżał ich sukces. Jestem przekonany, że gdyby ów Tomek wyglądał jak zwykły biznesmen w okularach, z teczką i wielkim brzuchem, głupia Pazura, by nawet na niego nie zwróciła uwagi. Gdyby on wyglądał jak miłośnik teatru i estrady, a nie jak naoliwiony brylantyną buc, ten pajac Stokłosa by go w życiu nie wpuścił do swojego teatru. Skoro o brylantynie mowa – jestem przekonany na sto procent, że jeśli kiedyś (sytuacja absolutnie, oczywiście, fikcyjna!), agenci CBA, wpadną na myśl, by sprawdzić jakieś interesy posła Karpiniuka, to też , jeśli mu podeślą dziewczynę, to ona nie będzie ładną, sympatyczną panną o delikatnej urodzie, lecz wypindrzoną dziwką z centymetrową warstwą pudru, silikonowym biustem i wulgarnym językiem.
I to wszystko, co tu piszę, nie byłoby warte uwagi, gdyby i ten biznesmen i ten estradowiec i ta aktoreczka i ten lekarz, podobnie zresztą jak ten polityk, byli kim byli, a jednocześnie uważali, że stan jaki osiągnęli jest dla nich powodem do dumy. Z nimi wszystkimi jednak, sprawa wygląda dramatycznie inaczej. Pozostańmy – by ten mój głos był bardziej dźwięczny – przy fikcyjnym przykładzie posła Karpiniuka. On oczywiście bardziej pewnie lubi kobiety odbijające jego kulturowy background, jego charakter i jego stosunek do świata, niż skromne dziewczyny o miłym uśmiechu. Wie przy tym jednak, że to jest jego wada i w pewnym sensie bagaż, którego on dotychczas nie umiał zrzucić, ale bardzo się stara. Myślę, że jak idzie o niego, on też wie, że ten żel, który on sobie wciera we włosy, jest dla niego i dumą i utrapieniem. On go sobie wlizuje w swój łeb, bo gdy spojrzy w lustro, jest zachwycony. Ale pewnie, przy okazji, kiedy się rozejrzy wokół siebie, wie też od razu, że jakoś mu z tym głupio.
Kiedy już lepiej wiemy, o co chodzi, popatrzmy na tego typka, którego Siekielski z Mrozowskim zaprosili do swojego programu. On z całą pewnością wie, że dobre towarzystwo to nie są schlane jak świnie wieśniackie gbury, które nie są w stanie sklecić jednego zdania bez jednego obelżywego słowa, no ale co ma zrobić, jeśli mu tylko takie towarzystwo pasuje? Ale popatrzmy na samych panów redaktorów. Nie mam najmniejszych wątpliwości, że gdyby do nich do domu przyszedł agent Tomek, w rozchełstanej koszuli i śliskim spojrzeniem i zaczął coś pleść o swojej bryce i walizkach wypełnionych pieniędzmi, a tuż za nim pojawił się jakiś everyman, to oni by nie mieli żadnych wątpliwości, co ich bardziej bierze. Oni wprawdzie chodzą w normalnych garniturach, okularach, czasem pewnie założą jeansy i T-shirty, ale wyłącznie dlatego, że przez tyle lat na salonach nauczyli się, że sytuacja wymaga umiejętności adaptacji.
Więc ja uważam – i to jest konkluzja już bardzo poważna i przykra – że jeśli spojrzymy na nasze tak zwane elity, czyli na potencjalny cel działalności służb takich jak CBA, jeśli one są wewnętrznie zróżnicowane to głownie pod względem zaawansowania w procesie adaptacji. Stąd się bierze to, że tych elit przedstawiciele wyglądają na pierwszy rzut oka tak bardzo inaczej. Chlebowski i Drzewiecki nie wyglądali jak gangsterzy, w dresach z Adidasa i włosami postawionymi w czub, nie dlatego że gangsterami nie są, ale dlatego, że wiedzą, że tak się poważny człowiek nie nosi. Jeśli na nagraniach przekazanych przez CBAsłychać że Rycho klnie, a Grzesiek nie, to nie dlatego, że Grzesiek jest bardziej kulturowo dopasowany, lecz tylko dlatego, że Grzesiek lepiej wie. Jeśli Weronika Pazura przyszła do studia TVNze swoim adwokatem i nie wystawały jej spod sukienki majtki, a jemu spod spodni stringi, to też wyłącznie dlatego, że oni wiedzą, że to już nie jest styl. Jednak w każdym z tych wypadków, na poziomie czystych emocji i uczuć, oni są zupełnie bezradni i Kamiński ze swoimi policjantami doskonale to wiedzieli.
Już kończę. Patrzę tylko na nich wszystkich po raz, mam nadzieję, ostatni i co widzę? Widzę tę wściekłość i nienawiść. Oczywiście też strach i desperację, o których już pisałem. Ale przede wszystkim wściekłość i nienawiść. Skąd te niemiłe uczucia? Wściekłość to sprawa jasna. Zostali odkryci, więc się złoszczą. Nienawiść jednak ma podłoże zupełnie dotychczas nieznane. Oni nie dość że zostali odkryci, to jeszcze pokazano im, dlaczego. I jak to się stało. A, jakby tego było mało, każdy z nich dostał jeszcze na pamiątkę od CBAlusterko i swoje zdjęcie. Nie w przebraniu. Ale normalnie, tak jak wygląda i pokazujące bardzo wyraźnie, kim naprawdę jest. I tego już darować oni nie są w stanie.

wtorek, 20 października 2009

Cyngle pikują

Jeszcze wczoraj wieczorem wydarzyło się coś, co, jeśli wziąć pod uwagę moją pierwszą reakcję, powinno się było skończyć kolejnym i bardzo radosnym wpisem. Pomyślałem sobie jednak, że przede wszystkim Salon i tak już do rana będzie działał na zwolnionych obrotach, no a poza tym zawsze dobrze jest dać sobie trochę czasu na uporządkowanie myśli. A więc dziś właśnie pragnę się podzielić bardzo sympatyczną refleksją. System zgłupiał i wyraźnie pikuje.
O co poszło? Zupełnym przypadkiem – słowo daję, ja tego od chyba już pół roku nie oglądałem – wpadłem na sam początek programu Sekielskiego i Morozowskiego i osłupiałem. W tefauenowskim studio siedziała, wspominana tu niedawno przeze mnie w całej swej okazałości, Weronika Pazura, i opowiadała obu panom, jak to została bezwzględnie wykorzystana przez mitycznego już dziś agenta Tomasza z CBA. Z początku nie za bardzo się potrafiłem połapać, czemu ona akurat tam siedzi, a nie gdzieś pod kluczem, ale córka mi przypomniała, że ona chodzi po wolności z powodu kaucji, jaką na życzenie sądu wpłacili za nią jej kumple z branży. Uznałem więc, że wszystko jest na swoim miejscu. Nie na długo jednak. Bowiem już po chwili, sposób prezentacji, jakim się popisali obaj pracownicy Mariusza Waltera zaczął w sposób tak ewidentny ewoluować w stronę już nawet nie najczarniejszej propagandy ostatniego dwudziestolecia, ale najbardziej szalonych ekscesów telewizji stanu wojennego, że autentycznie – jak mówię – zdębiałem.
Jeśli ktoś nie oglądał tej erupcji kłamstwa i manipulacji na poziomie pijanego menela z deską, to może krótko objaśnię, w czym rzecz. Morozowski z Sekielskim poprosili Pazurę – przypominam, że mówimy o osobie będącej na wolności wyłącznie dzięki wpłaconej kaucji – żeby opowiedziała o swoich przygodach, romantycznych i wszelkich innych, jakie przeżyła przez ostatnie kilkanaście miesięcy z inwigilującym ją agentem tajnych służb. I to nie po to, żebyśmy wszyscy zobaczyli, jak działają owe służby i jak pierwszej klasy agenci potrafią się brać za przestępców, ale po to, żeby ona mogła nam wszystkim wytłumaczyć, jakim to strasznie zakłamanym, bezwzględnym i fałszywym człowiekiem był ów Tomek. Mam nadzieję, że tę moją myśl przekazuję wystarczająco jasno. Dziennikarze poważnej stacji sprowadzają do studia osobę oficjalnie podejrzaną o przestępstwo, która znalazła się w swojej nędznej sytuacji dzięki niezwykle skutecznej pracy działającego pod przykryciem agenta. Mówimy o agencie, którego – co przecież jest jak najbardziej oczywiste i naturalne – tak naprawdę nie zna ani ona, ani oni, ani nikt z oglądających ten program, bo wszystko co o nim wiemy to to, co nam on i jego zwierzchnicy pozwolili ujrzeć jako prawdziwe. I wyposażeni w tę swoją jak najbardziej sztuczną wiedzę, mamy się dać teraz naciągnąć na najbardziej tanie wzruszenia.
Przecież to się zwyczajnie nie mieści w głowie. Poważni ludzie, w jak najbardziej poważnej telewizji, a nie w którymś z dziesiątek satelitarnych kanałów erotycznych, zachęcających skretyniałych onanistów do wyrzucania pieniędzy na zwykłe złudzenia, próbują normalnym ludziom wbić do głowy, że złudzenie właśnie nie jest w żadnej mierze złudzeniem, ale najbardziej prawdziwą prawdą. Weronika Pazura, osoba stojąca na progu ciężkiego oskarżenia o przestępstwa korupcyjne i nieszczęsnego końca swojej kilkuletniej kariery na tym niby-Zachodzie, rozpaczliwie łapie się resztek swojej wiary w to, że to wszystko czego przez ostatnie miesiące doświadczała, było jak najbardziej rzeczywistością, a tych dwóch bęcwałów w tym przekonaniu ją tylko utrzymuje.
Wszyscyśmy oglądali filmy, czy czytaliśmy książki, czy choćby słyszeliśmy historie o detektywach, agentach i tajnych policjantach. Niechby to choćby był – skoro już schodzimy na tak niski poziom – ten nieszczęsny Hans Kloss. Każde najbardziej głupie dziecko wie, że on (dla ewentualnych idiotów informacja: Kloss to postać fikcyjna) był prawdziwy tylko wtedy, gdy spotykał się z ruskimi, czy – niech już i tak będzie – polskimi bojownikami. Każdy dureń wie, ze jeśli Kloss uwodził jakąś Helgę, czy Ingrid, to nie był fałszywy, ani uroczy, ani zakłamany, ani szarmancki, ale wykonywał zadanie, na którego końcu było zabicie przełożonych tej Helgi, a pewnie i jej też przy okazji. Żadnemu, nawet najgorszemu debilowi, do głowy by nawet nie przyszło mieć do tego Klossa pretensję, że on jest oszustem. W dodatku zakłamanym. Wręcz odwrotnie. Cały urok Klossa, a idący za nim nasz do niego podziw, brał się właśnie stąd, że on tak potrafił te głupie Niemki kiwać.
Morozowski z Sekielskim natomiast zachowują się jak ktoś, kto gapi się w ten telewizor, patrzy jak Mikulski ciągnie do łóżka swoją koleżankę-aktorkę i nie dość, że aż się dusi z oburzenia, że on jest taki nieuczciwy i perfidny, to jeszcze uważa, że to wszystko się dzieje naprawdę. A w rezultacie tych swoich przeżyć, zaczyna głosić wszem i wobec, że agenci to jednak świnie, bo, co jak co, ale przynajmniej w stosunku do ładnych kobiet wypada być szczerym. No bo cóż ja mogę sobie myśleć o tych dwóch pajacach, kiedy słucham jak oni ze śmiertelną powagą, wciąż zadają tej nieszczęsnej Ukraince jedno i to samo pytanie: „Jaki był ten Tomasz?” „A jaki miał głos?” „A jakie oczy?” Tak jakby ona to miała kiedykolwiek wiedzieć. Jakby ona miała wiedzieć cokolwiek ponad to, co służby pozwoliły jej wiedzieć.
Mało tego. Kiedy już wreszcie ta biedna Pazura wypłakała się im w mankiety i mogła wreszcie pojechać do domu, czy gdzie ona tam mieszka, pokazali kolejnego przestępcę, tym razem już kompletnie zasłoniętego i jak najbardziej anonimowego, i jego dokładnie w ten sam sposób dawaj namawiać, by mówił, jaki to był ten Tomek. A ten już normalnie – że lubił wypić, zabawić się aż do porzygania, ale przy okazji był fałszywy, że aż strach! No bo i okłamał owego gangstera, że jest samotny i bez rodziny, że chce być jego przyjacielem i że w ogóle jest fajnym facetem. A to przecież, panie, potwór! Słuchałem tego wulkanu czystego idiotyzmu i z jednej strony byłem ciekawy, czy Morozowski z tym drugim cynglem też z takim napięciem oglądają te, wspomniane już przez mnie, telewizyjne dziwki i się licytują, która wyższa, która grubsza, a która sympatyczniejsza? A później dostają szału, kiedy ktoś im powie na przykład, że one mają grube tyłki, albo krzywe nogi, albo że one nawet nie potrafią mówić po polsku. Pewnie tak. Świadczyłoby o tym to, co jeden z drugim powiedzieli na koniec tego dziwnego programu. A mam tu na myśli to mianowicie, że oni absolutnie nie chcą decydować o tym, czy Pazura i ten drugi są przestępcami, czy nie, bo to akurat rozstrzygnie sąd, ale chcieliby tylko wiedzieć, czy agenci mogą aż tak perfidnie kłamać. Bo jeżeli tak, to przecież taki agent może okłamać każdego – i ciebie i mnie i was, drodzy widzowie też. I jak tu żyć w tak podstępnym świecie?
Nie chcę być jednak aż tak okrutny. Oni może i są już bardzo zdemoralizowani – również intelektualnie – przez to czym są i do czego służą, ale w końcu bez przesady. Oni muszą wiedzieć, że ten idiotyzm, który odstawili wczoraj w swoim programie niesie ich już wyłącznie w stronę autentycznej krawędzi. Muszą sobie zdawać sprawę, że wszelkie możliwe ruchy się zakończyły. Muszą to wiedzieć i oni i ich przełożeni, że to już jest jazda bardzo ostra. A jeśli chcemy wiedzieć, dlaczego mimo to, się na nią zdecydowali, odpowiedź musimy przyjąć tylko jedną. Oni muszą wiedzieć, że jest źle. Kamińskiego zdymisjonowali, CBA poddali powolnej ale systematycznej likwidacji, tylko – cholera! – czemu wszędzie taka cisza? Kamiński nic nie gada, jego zastępcy siedzą cicho, prasa nic nowego nie pisze, tylko wałkuje te podsłuchy. Nawet poprosili Kamińskiego albo kogoś ze starego CBA, żeby przyszli do studia i opowiedzieli, czy ten agent Tomek rzeczywiście taki przystojny i paskudny. Tak jakby naprawdę wierzyli, że to się może udać. Jak długo więc ma trwać ta cisza, zanim nagle to całe ich szare przedsięwzięcie, ten dziwaczny projekt, utonie w burzy, której nigdy wcześniej nie było i której oni mogą już zwyczajnie nie znieść? Dziś podobno Kamiński coś powiedział w Rzepie, jednak to wciąż jeszcze nie to. I jak tu żyć?
A więc postanowili wykonać jeszcze ten jeden ruch. Zakładając, że może ludzie są faktycznie jeszcze głupsi, niż nawet oni sobie to zaplanowali, i że gremialnie uwierzą w to, że James Bond to zły człowiek, a ta ruska swołocz to biedna zahukana panieneczka o dobrym i łatwowiernym sercu. No więc tu się akurat srodze zawiodą. Wprawdzie ja co raz słyszę, że gdzieś są jacyś ludzie, którzy albo ślą listy do aktorów z mydlanych oper, gdzie na nich krzyczą za to, że się w ostatnim odcinku tak brzydko zachowali, albo o tych już najbiedniejszych kobietach, które zakochują się w tych gawędziarzach z komórkowych sieci, naciągających ich na ciężkie tysiące złotych za parę słodkich słów na dobranoc. Ale to naprawdę na nic. Oni nawet nie chodzą do wyborów. A jak chodzą, to oddają nieważne głosy.

wtorek, 6 października 2009

Biuro

Wczoraj w telewizji u Rymanowskiego wystąpił starszy pan, którego nie znam, ale wiem, że się nazywa Antoni Kamiński, jest profesorem i zajmuje się sprawami, które ostatnio atakują naszą obywatelską świadomość, a mianowicie korupcją. On właściwie wystąpił przez krótką chwilę. Znacznie krócej niż przyzwyczaiła nas do tego formuła programu 24 godziny. Nawet nie usiadł, tylko stojąc na tle wyświetlanych przez TVN24 paragrafów, poinformował nas o tym, że z prawnego punktu widzenia, Donald Tusk nie może, ot tak sobie, odwołać szefa CBA. Nie wiem, dlaczego telewizja państwa Walterów zechciała zaprosić akurat tego człowieka, zamiast, na przykład Grzegorza Dolniaka, albo Sławomira Nitrasa, by pouczał telewidzów w sprawach tak ważnych jak interes walącego się państwa. Tak się jednak stało i wiadomość poszła w lud.
Cóż takiego mogliśmy się dowiedzieć? Otóż, jak się okazuje, ustawodawca tak zaplanował przepisy zabezpieczające pracę CBA, że dziś Mariusz Kamiński może przestać być szefem CBAtylko wtedy gdy zostanie skazany prawomocnym wyrokiem niezawisłego sądu (a to oznacza, że sędzią nie będzie Sebastian Karpiniuk), gdy osobiście zrezygnuje z tej funkcji (a to z kolei oznacza, że nie zostanie ze swojego wyprowadzony przez członków młodzieżówki PO), albo gdy zrzecze się obywatelstwa (i to również oznacza, że ma z tego obywatelstwa zrezygnować, a nie zostać go pozbawionym decyzją Radka Sikorskiego).
Może też jeszcze zwariować. Tu sprawa jest prostsza, bo minister Klich może mu na to wystawić jakiś papier, choć – jak się zdaje – i tu też miałby coś do powiedzenia sąd pod przewodnictwem zawodowego sędziego, a nie na przykład Janusza Palikota. A więc, wbrew alarmującym prognozom, Donald Tusk, jedyne co może zrobić, to rozpocząć całą procedurę odwoływania Kamińskiego, która – jeśli się kiedykolwiek zakończy wedle jego marzeń – to z całą pewnością nie zanim ten nieszczęsny rząd zapadnie się pod ziemię i zsunie na najniższe dno piekieł.
Skąd te procedury są tak obostrzone? Szczerze powiem, że dotychczas ani ich nie znałem, ani – przyjmując to co robił PiS z pełnym zaufaniem – nawet gdybym je znał, to bym się nad nimi nie zastanawiał. Dziś jednak, kiedy patrzę, jak nieprawdopodobna histeria opanowała cały obóz rządowy, pomyślałem sobie trochę na ten temat i wiem już, że żadne inne rozwiązania nie mogły wręcz wchodzić w grę. Centralne Biuro Antykorupcyjne zostało wymyślone, a następnie zorganizowane, w jednym tylko celu. By walczyć z korupcją na samych szczytach władzy w taki sposób, by ani kontrolowane przez państwo prokuratury, ani policja, ani wszelkiego innego rodzaje służb podległych premierowi, czy prezydentowi, czy komukolwiek kto ma jakiekolwiek wpływy, nie mogły tej walki uniemożliwić wbrew prawu i wbrew interesowi państwa. Z tego samego powodu, szefem Biura został Mariusz Kamiński – człowiek, który jeszcze w czasach, gdy przynajmniej część z polityków obecnie zżartych przez czarne interesy i właśnie korupcję, wierzyła w jakieś ideały, uważany był powszechnie za osobę do tego zadania nadającą się najlepiej.
Dziś, kiedy widzę, jak gospodarcza i polityczna mafia bezwstydnie i bezwzględnie próbuje usunąć Kamińskiego, a tym samym zniszczyć CBA, wiem już nie tylko to, że w tym całym gadaniu o łaskawym premierze, który wbrew radom swych mądrych doradców, na początku tamtego roku zachował CBA nietknięte, tyle że trochę biedniejsze, nie ma śladu prawdy. Tusk świetnie wiedział, że – choć wtedy przynajmniej społeczne przyzwolenie było większe – nawet nie ma co próbować. Ale wiem nie tylko to. Dziś własnie, kiedy obserwuję ten koncert strachu, czy wręcz zwierzęcego przerażenia, wiem że ówcześni good guys (co ciekawe, wówczas jeszcze w towarzystwie dzisiejszych bad guys) musieli wprowadzić taki system zabezpieczeń, żeby mafia, w sytuacji gdy poczuje się naprawdę zagrożona, nie była w stanie zatrzymać prawa nawet przy pomocy całego dostępnego jej aparatu państwa. Ja o tym wówczas nie myślałem – choćby dlatego, że w sposób naturalny staram się wierzyć, że ludzie mogą być źli tylko do pewnego momentu – i nawet nie wyobrażałem sobie, jak może dojść do tego, w samym środku Europy, że nagle i minister sprawiedliwości, i szef policji, i sam premier, i prokuratorzy i znaczna część mediów, mogą nagle, na jeden gwizdek ze strony mafijnych bossów stanąć na baczność.
Jeden, wspólny i zorganizowany argument, jaki słyszymy przeciwko CBA, to ten że i całe Biuro i jego szef są na usługach opozycji. Każdy kto zna osobę i historię Mariusza Kamińskiego wie, że to nieprawda. Każdy kto nawet nie zna Kamińskiego, ale pamięta, że poprzedni rząd upadł między innymi przez działania tego samego CBA, które dziś rozprawia się z gangami na szczytach władzy, wie też, że to co się mówi na jego temat, to są propagandowe bajki. Ale załóżmy, że tak właśnie jest. Że faktycznie Kamiński to człowiek PiS-u i na zlecenie PiS-u próbuje doprowadzić do obalenia rządu Platformy. Tylko co z tego? Rząd – każdy rząd – ma wystarczająco dużo środków, by każdą nieuczciwą prowokację przeciwko sobie zdemaskować, by każde przestępstwo, po jakiejkolwiek stronie, wykryć i ukarać. Więcej. Rząd – każdy rząd – ma wystarczająco dużo możliwości, żeby takiego Kamińskiego, czy któregokolwiek z jego współpracowników, dopaść w jednej chwili, kiedy tylko którykolwiek z nich stanie choć troszkę krzywo. Dla każdego rządu – rządu uczciwego i sprawnego – coś takiego jak CBA nie stanowi najmniejszego zagrożenia. Ani CBA uczciwe, ani tym bardziej, CBA skorumpowane. Natomiast dziś, widzimy z zawstydzającą jasnością, że dla tego rządu, w chwili ich upadku, jedynym dostępnym rozwiązaniem jest brutalna propaganda i paru prokuratorów z esbecką przeszłością.
I jeszcze jedno. Instytucja taka jaką jest CBA, będąc czymś całkowicie bezpiecznym dla praworządnego państwa, nawet jeśli znajdzie się w rękach opozycji, stanowiłaby prawdziwe nieszczęście, gdyby nagle stała się kijem w rękach władzy. Czyli gdyby doszło do tego, do czego tak bardzo dąży obecny reżim. Gdyby w jakiś sposób Centralne Biuro Antykorupcyjne wpadło w łapy Tuska i jego zbójeckiej ekipy, to przede wszystkim wreszcie udałoby się doprowadzić do tego, by Jarosław Kaczyński – najbardziej zdolny i najgroźniejszy przeciwnik wszystkiego co tworzy patologię Polski postkomunistycznej – został na zawsze usunięty ze sceny, a jego partia i wszystko to dobro, które pomogła stworzyć, zostało zdelegalizowane. Gdyby jakimś cudem udało się doprowadzić do przejęcia CBAprzez obecny rząd, w następnej kolejności, bez najmniejszego problemu, i bez chwili zwłoki, Donald Tusk usunąłby obecnego prezydenta ze stanowiska, a jego najbliższych współpracowników wsadził do więzienia. Gdyby wtedy, przed laty, ci, którzy tworzyli nową, uczciwą służbę w świecie przeżartym przez zło i występek, wykazali się trochę mniejszą roztropnością, dziś byłoby po Polsce.
Za ich ówczesną przenikliwość i mądrość wypada nam dziś podziękować.

niedziela, 14 września 2008

Na lodach z Leonciem, czyli miłość w czasach pop-kultury

Od zeszłego tygodnia, Dziennik, usiłując desperacko utrzymać równowagę i się nie przewrócić, swoje weekendowe wydanie ubarwia czymś, co się nazywa Magazyn i co ma chyba za zadanie uatrakcyjnić ofertę gazety. Nie wykluczam, że skutecznie, ponieważ wczoraj, na przykład, widząc, że w rzeczonym Magazynie, oprócz wywiadu Mazurka z Bogdanem Porębą, dużego artykułu o tryumfalnym powrocie Mickey’ego Rourke, krytycznego artykułu o polskim kinie historycznym, wywiadu Michała Karnowskiego (a więc może i bardziej inspirującego, niż to jest na ogół) z Jerzym Owsiakiem, ja osobiście Dziennik kupiłem.
Oczywiście wszystkie teksty, które mnie zainteresowały, mogły stanowić zbyt małą pokusę dla całej rzeszy potencjalnych czytelników Dziennika, by gwarantować sukces komercyjny. Prawdopodobnie więc z tego względu, wśród tych wszystkich tematów, niechybnie zaakceptowanych intelektualnie przez samego Cezarego Michalskiego, znalazł się jeden rodzynek szczególny, mianowicie tekst zatytułowany: „Operacja ‘Słonecznik’, czyli życie seksualne tajnych agentów”. To akurat musiało być już zagranie na poziomie samego szefostwa Dziennika w Bonn, Monachium, czy gdzie tam znajduje się centrum decyzyjne Springera.
Wbrew pozorom tekst, o którym piszę, nie traktuje o życiu seksualnym tajnych agentów. Tytuł artykułu ma jedynie zachęcić do kupna Dziennika i ewentualnie zasugerowania po raz kolejny czytelnikom gazety takiej oto możliwości, że teza redaktorów śledczych Reszki i Majewskiego sprzed niemal roku o tym, że po CBA nie ma co płakać, miała jednak swoje głębokie uzasadnienie.
Artykuł stanowi zapis wybranych fragmentów zeznań byłej posłanki Platformy Obywatelskiej Beaty Sawickiej, oskarżonej, jak wiemy, o ciężką korupcję. Nie chodzi więc ani o życie seksualne agentów, tylko o życie seksualne jednego agenta i jednej posłanki, na dodatek nie w relacji Dziennika, lecz w zeznaniach osoby oskarżonej o poważne bardzo przestępstwo.
Jeśli weźmiemy pod uwagę osobiste walory intelektualne pani Sawickiej, jej i jej obrońców osobiste interesy, oraz rynkowe interesy Dziennika i te wszystkie trzy elementy złożymy do kupy, możemy bez czytania domyśleć się zawartości artykułu o „operacji ‘Słonecznik’”. To nie może być nic innego, jak tylko coś takiego, co kiedyś było określane mianem ‘Harlekin’, albo ‘brazylijska opera mydlana’.
Opowiada więc pani Beata Sawicka śledczym swoje erotyczne przygody, a redaktor Leszek Kraskowski przytacza jej słowa, które najpewniej Dziennik, jak to się pięknie mówi, „uzyskał” odpowiednio wcześniej. Oto treść i styl relacji Dziennika:
„Kiedy staliśmy przy oknie, obserwując wschód słońca, Tomasz wielokrotnie muskał mnie swoją twarzą po włosach, twarzy, wymieniliśmy kilka pocałunków (przerwa, żeby zdanie mogła zanotować stenotypistka)”.
„Choć wiem, że wystarczyłby gest z mojej strony, by skonsumować tę wielomiesięczną znajomość w tak sprzyjających okolicznościach i stworzonej przez niego atmosferze (znów przerwa)”.
„Kiedyś podczas tańca, zaczął całować mnie w szyje, usta, włosy. Zawsze podkreślał, że bardzo lubi, kiedy są kręcone”.
„Obwieszony był złotą biżuterią, bransoletka i łańcuch na szyi, pachniał drogimi wodami. Kiedy czekał na mnie pod Sejmem, rozpinał kilka guzików koszuli. Rozmawialiśmy o zapachu naszych ciał”.
„Początkowo czesał włosy do tyłu, włosy wyżelowane, były to loki”.
I tak to dokładnie leci przez cały tekst Dziennika o „życiu seksualnym agentów”.
Oczywiście, ten ktoś, podpisujący się nazwiskiem Leszek Kraskowski, uczciwie zaznacza, ze to tylko słowa osoby oskarżonej o korupcję i że prokuratura na przykład twierdzi, że to wszystko to typowa paplanina obrony, nie zmienia to jednak faktu, że cały sens artykułu Dziennika sprowadza się do tematu seksu wśród agentów.
Co możemy wobec tego zrobić my, czytelnicy i obserwatorzy wszystkiego, co się wokół tej sprawy od roku wyprawia? Otóż, wbrew pozorom, możemy bardzo dużo. Na przykład możemy myśleć. Myślmy więc.
Z jednej strony mamy podejrzaną o korupcję posłankę, a z drugiej agenta, który, w ramach prowokacji służb, próbuje podejrzaną osobę, że tak powiem, odstrzelić. To jest fakt. Reszta to już same zagadki. Dziś w programie TVN-u Kawa na ławę, Stefan Niesiołowski zadał bardzo czujne pytanie, dlaczego CBA na Sawicką nie nasłała agenta grubego i łysego. Na to są trzy możliwe odpowiedzi: albo CBA grubego i łysego nie posiada, albo posiada, tylko padło na Tomka, ewentualnie na Sawicką można było tylko wysłać taką karykaturę, jak ten Tomek. Ja osobiście przychylam się do sugestia marszałka Niesiołowskiego, że na Sawicką wysłano Tomka, bo wiedzieli, że Sawicka to typ, któremu ktoś taki, jak Tomek się spodoba.
Wczoraj rozmawiałem o sprawie z panią Toyahową i ona powiedziała, że gdyby ona miała możliwości i ochotę dać się skorumpować na poziomie szpitali i służby zdrowia w ogóle i przyjechałby do niej z ofertą czarnym mercedesem jakiś obwieszony łańcuchami południowiec i zaczął jej opowiadać o tym, jak to pani Toyahowa go podnieca w wąskich spódnicach, to ona by uznała, że to jest stuprocentowa prowokacja i by tego Leoncia po prostu wyrzuciła za drzwi.
Natomiast, gdyby, jak mówi, podesłali jej jakiegoś nieprzytomnego intelektualistę z petem w ustach, o urodzie Ryszarda Bugaja, który by cały czas gadał o książkach i życiu, i jeszcze na dodatek ze skupieniem wsłuchiwał się w jej każde słowo i z każdym tym jej słowem popadał w coraz większe roztargnienie, to ona by mu sprzedała wszystkie szpitale, jakie by miała w zasięgu swoich możliwości.
I ja oczywiście tę argumentację rozumiem. Nawet nie dlatego, że mam wszelkie powody być zazdrosny o Ryszarda Bugaja, ale sam doskonale wiem, że gdybym to ja chciał ‘kręcić lody’ ze szpitalami i któregoś dnia przyszła do mnie jakaś kobieta o urodzie Sharon Stone, zaczęła się o mnie ocierać i tłumaczyć, że moje loki na nią działają podniecająco i, czy nie mógłbym założyć obcisłych spodni, bo ona tak woli, to ja bym zmiatał gdzie pieprz rośnie.
Tak więc ten akurat fragment opowieści Beaty Sawickiej świadczy oczywiście o jej nieprawdopodobnie wyjątkowych talentach intelektualnych, ale przede wszystkim o bardzo dużej profesjonalności psychologów i agentów pracujących dla Mariusza Kamińskiego. I tylko o tym.
Pozostaje jeszcze kwestia, na ile jest możliwe, że ten niby Tomek, albo faktycznie się zakochał w Sawickiej, albo istotnie uznał, że trzeba Sawicką polizać po uszku i podmuchać w jej loczki, żeby ona – absolutnie oczywiście wbrew sobie – zaproponowała mu sprzedaż iluś tam szpitali. Na ile jest prawdopodobne to, że Sawicka, taka sobie skromna nauczycielka, jeśli sex bomba, to być może kiedyś i też tylko bardzo lokalnie, żyjąca na peryferiach życia politycznego gdzieś w Zielonej Górze, czy innego skromnego miasteczka, której ani w głowie jakieś wielkomiejskie korupcje, nagle na swej drodze napotyka mężczyznę swoich najbardziej skrytych marzeń, który od pierwszego widoku jej pięknych nóżek i zgrabnych usteczek zupełnie traci rozum i już dalej jedyne co potrafi, to „przyciskać ją dość mocno do siebie” i prosić, żeby mu sprzedała szpital.
Więc, to akurat jest możliwe tylko pod trzema równocześnie spełionymi warunkami:. CBA po pierwsze musiałoby mieć bardzo wielką ochotę skorumpować kogoś z Platformy, po drugie musiałoby się okazać, że ponieważ w Platformie nie ma osób nieuczciwych, musieli trafić kogoś zwyczajnie uczciwego, a – po trzecie – ponieważ nie każdy zwyczajnie uczciwy jest tak głupi, żeby się dać skorumpować tylko dlatego, że ktoś ma jakieś wobec niego zamiary, musieli znaleźć kogoś głupiego w sposób tak absolutnie wyjątkowy, że z rachunku prawdopodobieństwa wynika, że takich głuptasów po prostu nie ma.
Wynika z tego, moim zdaniem niezbicie, że cala historia opisana przez Dziennik tak, jak to opowiedziała śledczym Beata Sawicka ,jest funta kłaków warta.
Ktoś jednak teraz może mi powiedzieć: „A po jasną cholerę o tym piszesz? Przecież każdy normalnie myślący człowiek wie, że to wszystko jest głupstwo nie warte splunięcia?” I miałby ten ktoś rację, gdyby sprawa zeznań Beaty Sawickiej i sprawa rachunków u Axela Springera była początkiem i końcem tej mojej dzisiejszej refleksji. Tak jednak nie jest. Tak naprawdę chodzi o rzecz daleko bardziej poważną.
Dziennik, publikując opowieści Beaty Sawickiej i jej obrony, jak już wspomniałem, uczciwie zaznacza, że istnieje jeszcze druga wersja tej całej historii. Taka mianowicie, że tam nie ma mowy o żadnej Historia de Amor, ale mowa jest jedynie o – owszem głupiej – ale przede wszystkim pazernej i wpływowej kobiecie, która w imieniu swojej partii kręciła tak zwanego loda.
I gdyby na tym się zamknął artykuł we wczorajszym magazynie Dzennika, pisałbym dziś pewnie o czymś innym. Artykuł ten jednak tak się nie kończy. Na końcu jest zdanie szczególne:
„Bez względu na to, czy wersja Sawickiej o gorącym romansie z agentem jest prawdziwa, czy jest mistyfikacją, z akt sprawy wynika czarno na białym: posłankę PO z funkcjonariuszem CBA łączyło coś więcej niż przyjaźń.”
Wcześniej Dziennik podaje trzy informacje: 1) CBA uwiodło Sawicką nasyłając na nią wyżelowanego Leoncia w mercedesie; 2) „nie znamy jeszcze pełnej wersji CBA, jest w tajnych aktach śledztwa”; 3) „prokuratura uznała, że romansu nie było”.
A kończy swój raport informacją, że bez względu na to, czy romans był, czy go nie było, to i tak jest oczywiste, że był.
I oto właśnie chodzi. Oto jest rzeczywistość społeczna, polityczna i medialna, w której przyszło nam żyć. Jest to rzeczywistość, z którą mamy do czynienia na co dzień od lat. Rzeczywistość, która determinuje dokładnie wszystko, co nas otacza. Rzeczywistość, którą można skutecznie wyrazić tym jednym zdaniem: „Może jest tak, jak mówisz; może to ja się mylę, może jest zupełnie inaczej, niż sobie wyobrażałem. Nie zmienia to faktu, że racja jest po naszej stronie.”
No to mamy problem. Tyle że to już jest zupełnie inna historia.

piątek, 28 marca 2008

CBA? A co ci państwo tu jeszcze robią?

Rzepa podała, że prokuratura po raz kolejny umorzyła sprawę wyniesienia ze szpitala kart pacjentów, bo "CBA miało prawo to zrobić". Na ogół bardzo staram się wiedzieć, co słychać w kraju, ale tego, że był pierwszy raz jakoś nie zanotowałem. Ciekawe, czy to dlatego, że się zagapiłem, czy może Wielka Ława Mędrców zadecydowała, że temat ten jest nieinteresujący i postanowili się skupić na laptopach? Nieważne.
Ważne jest co innego. Mianowicie to, że CBA mogło zgodnie z prawem zabrać ze szpitala MSWiA karty pacjentów, to ja akurat wiedziałem już w zeszłym roku. No ale w zeszłym roku wiadomo było już wiele rzeczy; oczywiście pod warunkiem, że się wiedzieć chciało. Jak ktoś wiedziec nie chciał, to oczywiście nie wiedział i się pluł.
Jak to mówią, "nie moja broszka, nie moje rybki". Jeśli ktoś lubi mieć umysł wypełniony tylko pianą, jego kłopot. Myślę natomiast, że moją sprawą jest wiedzieć, czy są jeszcze jakieś rzeczy, które musimy sobie wyjaśnić w kwestii CBA? Jeszcze w styczniu Julia Pitera zapowiadała, że w związku z materiałami, które pracowicie kompletuje dla Premiera, pod koniec lutego nastąpi w kraju trzęsienie ziemi. Zapytałbym więc chętnie o to panią Julię, ale ona gdzieś się zawieruszyła.
No bo nie umiem sobie przypomnieć. Tę zapłakaną panią zatrzymali zgodnie z prawem. Ministerstwo Rolnictwa? Sprawa czysta. Stasi? Nie bardzo. Krauze z Kaczmarkiem? Mówią, że coś tam faktycznie kombinowali. Podobno Kamiński nielegalnie kupił broń. No ale też się okazało, że legalnie. Myślę... myślę... Co tam było jeszcze? Przecież przez cały zeszły rok, a jesienią już wyłącznie informowano, że wystarczy tylko się zabrać za Kamińskiego, zrobić mu w gabinecie kipisz, to wyśpiewa wszystko i nastąpi zmartwychwstanie państwa dobra, rozumu i miłości.
Aha, jeszcze był ten pan doktor. Ale przemknęła mi informacja, że prokuratura zamówiła dodatkową ekspertyzę, bo ta z Niemiec jest jakaś nie bardzo.
No więc co z tym CBA? Czemu jeszcze się tu kręcą? Czyżby zabrakło amunicji?

Czy Donald Tusk wierzy w Boga?

        Gdy chodzi o kardynała Rysia, czy wielu innych księży, biskupów, arcybiskupów i kardynałów, to często bywa tak, że czuję rozczarowan...