Tuż obok tekstu – zajmowałem się nim we wczorajszej notce – zachęcającego do tego, by, jeśli ktoś tylko jest spragniony rozrywki na wysokim poziomie, a w dodatku ma jeszcze pewne ambicje intelektualne, zechciał zaprosić do siebie artystę estradowego Ryszarda Makowskiego, a on, dzięki swojemu niewymuszonemu poczuciu humoru i miłej powierzchowności, rozrywkę ową zapewni w jednej chwili, pojawiła się informacja, że oto filmowy przebój ostatnich miesięcy, a kto wie, czy nie lat, „Układ zamknięty”, przede wszystkim bije rekordy popularności, a w dodatku otrzymał nagrodę ufundowaną przez coś, co nosi nazwę „Pracodawców Rzeczpospolitej Polskiej”. Nagroda nazywa się „Wektor Nadziei”, wręczony został podczas uroczystej gali, a twórcy wspomnianego filmu otrzymali go za „odwagę w dążeniu do przedstawienia prawdy o problemach, z którymi zmagają się polscy przedsiębiorcy w starciu z bezwzględna machiną urzędniczą”.
Ja nie mam pojęcia, jak wyglądała ta gala, nie wiem, czy jej gościem honorowym był prezydent Komorowski, nie wiem nawet, czy ona przypominała w czymkolwiek galę – a może ją znacznie swoją wystawnością przerastała – która odbyła się nieco wcześniej, przy okazji premiery filmu. Nie wiem tego, i, choć pewne wyobrażenie na temat owej fety oczywiście mam, nie bardzo mnie ona interesuje. To bowiem, co autentycznie nie daje mi spać, to świadomość, że nasza patriotyczna wrażliwość i zaangażowanie są atakowane niemal z każdej strony albo przez szyderczy śmiech, albo przez tę nędzę, której niejako symbolem jest zarówno satyryk Makowski ze swoim zgnuśnieniem, jak i ten film. To jest naprawdę okropne, że po tylu latach tych wszystkich upokorzeń, okazuje się, że wybawienie przychodzi z tej właśnie strony.
Co mi się nie podoba u Makowskiego i towarzystwa, którego częścią on się stał i dziś jest jednym z prominentnych przedstawicieli, jest dosyć oczywiste, i pisałem o tym wczoraj. Co do filmu, sytuacja jest znacznie trudniejsza. Przede wszystkim, jak idzie o „Układ zamknięty”, ja z niego nie widziałem nawet owego, tak zwanego, trailera. Jak idzie o ten akurat film, jedyne, co o nim wiem, to to, że to jest jeszcze jeden produkt polskiej kinematografii lat, które powszechnie określamy jako III RP, no i oczywiście to, że wiernymi fanami filmu są prezydent Komorowski i Marek Goliszewski. Ktoś powie, że skoro ktoś taki, jak Komorowski, uważa film „Układ zamknięty” za rzecz wartościową, nam już nic więcej nie jest potrzebne. Ja jednak wciąż czuję, że to jest zbyt mało. W końcu, proszę mi powiedzieć, co ja zrobię, jak się jakimś cudem okaże, że jego ulubionym filmem nie jest „Miś”, ale „Ojciec Chrzestny” na przykład? Hę?
Proszę się jednak nie martwić. Nic nam nie grozi. Wszystko jest na swoim miejscu. Makowski odbiera telefony z propozycjami uwznioślenia przyjęć pierwszokomunijnych organizowanych przez młode prawicowe małżeństwa, a film „Układ zamknięty” jest tak samo do dupy, jak wszystko, co polska kinematografia stworzyła między rokiem 1980, a dziś, ze szczególnym naciskiem na czasy współczesne.
Skąd ja to wiem? Otóż właśnie dotarła do mnie wiadomość, że w hołubionym przez tygodnik „Sieci” – a przecież nie tylko – filmie „Układ zamknięty”, jako „ten zły”, występuje Centralne Biuro Antykorupcyjne dowodzone, jak się należy domyślać, zza pleców Jarosława Kaczyńskiego, przez Mariusza Kamińskiego. Kiedy po raz pierwszy usłyszałem tę wiadomość, pomyślałem sobie, że to jest niemożliwe. Sprawa, o której traktuje film Bugajskiego dotyczy roku 2003, a więc czasów, kiedy o istnieniu CBA nawet System nie wiedział, a więc to pewnie chodziło o jakieś CBŚ, czy co tam wtedy zajmowało się wykańczaniem ludzi, których wykończyć należało, tyle że jakimś bałwanom się coś pomyliło. Tymczasem, jak się okazuje, to jest najprawdziwsza prawda. Autorzy filmu uznali, że dla większej dramaturgicznej wiarygodności, najlepiej będzie jeśli za złego tam będzie robił Kaczyński… oczywiście nie osobiście, bo klientela owego dziwnego projektu mogłaby tego nie przełknąć, ale reprezentowany przez to straszne CBA.
I się udało. Syn mój, który oryginalnie przyniósł mi tę informacje, mówi mi, że w ten sposób ten film jest szeroko odbierany. Że to jest relacja z czasów, kiedy rządził Kaczyński, a brudną robotę wykonywało za niego CBA.
I uważam, że najprawdopodobniej taki był pierwszy cel powstania tego filmu. Pokazać najpierw, jak to było strasznie w Polsce w czasach, gdy rządził Kaczyński z bratem i z tą bandą gangsterów, a następnie pozwolić przedstawicielowi Nowej Cywilizacji w osobie prezydenta Komorowskiego, wyrazić nadzieję, że już nigdy, i takie tam…
I okay. Wielokrotnie tu miałem okazję podkreślać, że ja wszystko świetnie rozumiem. Rozumiem i akceptuję. Oni mają swoje interesy, ja swoje. Oni swoje plany – my swoje. Powiem wręcz, że ja bym się bardzo zdziwił, gdyby któregoś dnia sprawy poszły w innym kierunku, i nagle by się okazało, że ta banda morderców ma uczciwe wobec nas zamiary. To co mnie jednak okropnie martwi, to sytuacja, w której główni przedstawiciele ruchu, który wielu z nas lubi określać pojęciem Polski Walczącej, okazują się być ludźmi obłąkanymi. Zwyczajnie obłąkanymi. I proszę mi uwierzyć, że kiedy używam tego słowa, jestem pełen swej wrodzonej łagodności. Bo nie ulega wątpliwości, że jeśli oni w jednej chwili się nie doprowadza do porządku, oni zwyczajnie zatęsknią za czasami, kiedy nam się w naszej dobroduszności i dziecięcej naiwności wydawało, że to jest zaledwie głupota.
System wspierania tego bloga jest tak zorganizowany, że wszystko odbywa się tak dyskretnie, jak to tylko możliwe. Czemu? Z dwóch powodów. Przede wszystkim, zależało mi od początku na tym, by to była pomoc, która dzieje się w kompletnej ciszy. Żeby ona była ograniczona wyłącznie do relacji między mną, a osobą, która wspiera. I, jak mówię, bez zbędnych słów. Drugi powód jest taki, że cała ta sytuacja jest dla mnie bardzo niezręczna, wolałbym, żeby jej nigdy nie było, i staram się – poza niezbędnymi apelami – o niej nawet nie wspominać. Kłopot w tym, że przez to właśnie, o tym, jak jest, wiem tylko ja. Chciałem więc poinformować, że z jakiegoś powodu – mam nadzieję, że to tylko czysty przypadek – od kilku dobrych dni, wszystko praktycznie stanęło. Przed nami tydzień, który nie mam pojęcia jak przeżyjemy. I chciałbym, żebyście to wiedzieli. I tyle. Dziękuję za obecność.
System wspierania tego bloga jest tak zorganizowany, że wszystko odbywa się tak dyskretnie, jak to tylko możliwe. Czemu? Z dwóch powodów. Przede wszystkim, zależało mi od początku na tym, by to była pomoc, która dzieje się w kompletnej ciszy. Żeby ona była ograniczona wyłącznie do relacji między mną, a osobą, która wspiera. I, jak mówię, bez zbędnych słów. Drugi powód jest taki, że cała ta sytuacja jest dla mnie bardzo niezręczna, wolałbym, żeby jej nigdy nie było, i staram się – poza niezbędnymi apelami – o niej nawet nie wspominać. Kłopot w tym, że przez to właśnie, o tym, jak jest, wiem tylko ja. Chciałem więc poinformować, że z jakiegoś powodu – mam nadzieję, że to tylko czysty przypadek – od kilku dobrych dni, wszystko praktycznie stanęło. Przed nami tydzień, który nie mam pojęcia jak przeżyjemy. I chciałbym, żebyście to wiedzieli. I tyle. Dziękuję za obecność.