Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Polacy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Polacy. Pokaż wszystkie posty

środa, 26 marca 2025

Czy jebanie PiS-u może się stać passé

 

      Bardzo mocno ostatnio zaczynam podejrzewać, że dylematy, którymi się tu z nami niekiedy dzieli – ostatnio zaledwie kilka dni temu – nasz bardzo dobry znajomy i kolega, wybitny psychoterapeuta Gerard Warcok, stają się coraz częściej dylematami wielu z nas. A chodzi mianowicie o ową straszną kwestię wyrażaną pytaniem: Dlaczego ludzie tak chętnie popierają nie dość że zło, to jeszcze zło, które im jednoznacznie i w bezpośredniej perspektywie szkodzi. Mój drogi kolega Gerard przedstawił swoją teorię już parokrotnie, za każdym razem coraz bardziej precyzyjnie, ja jednak, nie będąc specjalistą od ludzkich dusz i umysłów, również chciałbym dorzucić do tego swoje trzy marne grosze, z nadzieją, że niewykluczone jest, iż odpowiedź na dręczące nas pytanie, choć nie jednorodna, nie jest wcale aż tak trudna, jak by się mogło wydawać.

      Otóż, gdy zastanawiam się nad owym okrutnym podziałem naszego – ale przecież nie tylko naszego – społeczeństwa, bo do tego w gruncie rzeczy cały problem się sprowadza, dochodzę do wniosku, że ci wszyscy ludzie, których umysły pragniemy przeniknąć, tworzą trzy grupy. Pierwsza z nich – mam nadzieję, że ona jest jednak stosunkowo nieliczna – to ci, którzy do tego stopnia nienawidzą wszystkiego tego, co jest reprezentowane przez Jarosława Kaczyńskiego i każdy jego projekt – że gotowi są poświęcić niemal wszystko, włącznie z własnym zdrowiem, z życiowym komfortem i zwykłą radością życia, byleby doczekać widoku owego Kaczyńskiego, jak w straszliwych cierpieniach umiera gdzieś pod cmentarnym płotem, czy wrzeszczy z bólu gwałcony przez współwięźniów za murami więzienia. Kultywowana przez nich nienawiść do tego stopnia wyklucza jakiekolwiek racjonalne myślenie, że nawet wtedy, gdy hordy czarnego bydła będą im niszczyć samochody i gwałcić żony i córki, ich jedyną reakcją będzie okrzyk „Jebać PiS”.

      Oczywiście jestem bardzo ciekawy dowiedzieć się od osób lepiej zorientowanych w meandrach ludzkiej psychiki, jak się nazywa ów kompleks i jakie mogą być jego zewnętrzne i wewnętrzne przyczyny, natomiast, nie jestem pewien, czy powinniśmy sobie zawracać tymi ludźmi głowy, poza może modlitwą i to tylko, gdy chodzi o osoby nam najbliższe.

      Drugą grupę i prawdopodobnie dominującą, stanowią wszyscy ci, którzy niekoniecznie interesują się polityką i w ogóle światem, ale mają w domu internet i telewizor, ale też znajomych, z którymi lubią sobie porozmawiać na tematy krążące po wspólnie odwiedzanych różnego rodzaju publicznych przestrzeniach. Prowadzą więc między sobą rozmowy o polskich komediach, kabaretach, telewizyjnych serialach, o nowej książce któregoś ze znanych polskich autorów, o wakacyjnych planach, ale też o tym, co usłyszeli poprzedniego wieczoru w Faktach TVN, albo usłyszeli w radio w drodze do pracy i z pracy, ewentualnie przeczytali w tygodniku „Angora”.

      Oni oczywiście nie są szczególnie wrogo nastawieni do PiS-u, w tym sensie, że go nie jebią, a niektórym z nich niekiedy nawet PiS się myli z PSL-em, czy Nową Lewicą, ale oczywiście wiedzą, że Kaczyński to człowiek mściwy, fałszywy i zły, a poza tym zramolały awanturnik i źle będzie jeśli on wróci do władzy i znów zostanie prezydentem. Czy oni są ludźmi złymi i głupimi? Nie sądzę by trzeba ich było aż tak okrutnie traktować. Dziś to są w znacznej mierze osoby związane rodzinnie i zarobkowo z lokalną władzą zarówno dużych jak i mniejszych miast i wiosek, przy czym w takiej Warszawie, czy Gdańsku, w Łodzi, czy Poznaniu, we Wrocławiu, czy w Krakowie, lub w Katowicach, to są grube miliony głosów. Dla nich zwycięstwo prawicy wiąże się z ryzykiem znacznie większym, niż ewentualny wzrost cent energii, czy jajek. Ale też to są ci, którzy w czasach PRL-u szli zawsze z prądem, niezależnie czy ów prąd był tworzony przez komunistyczne władze, czy przez NSZZ Solidarność. Oni zawsze się kierowali tak zwaną mądrością etapu i zawsze bardzo uważali, żeby się nie znaleźć na jej marginesie. Powstaje tu więc pytanie, dlaczego oni nie widzą tego, że przez osiem lat rządów prawicy ich życie pod każdym względem się poprawiło, a od półtora roku jest tylko gorzej i bardziej ponuro. Otóż moim zdaniem oni to widzą, i dlatego też liczyć należy, że przynajmniej część z nich pójdzie po rozum do głowy i gdy będzie trzeba to się zniecierpliwi i odpowiednio zareaguje. Jednak te nadzieje się bardzo skromne. Jest bowiem coś w naszym polskim charakterze, owa naiwna łagodność i cierpliwa uległość, która sprawia, że wszelką krzywdę potrafimy znosić bardzo długo, zwłaszcza gdy wmawia się nam, że alternatywy i tak za bardzo nie widać.

      Jest też i grupa trzecia, mam wrażenie, że powszechnie lekceważona, czy wręcz niezauważalna, obejmująca osoby głównie już starsze, którzy tak naprawdę niczego się już po świecie, który ich otacza, nie spodziewają. Nigdy nie było szczególnie łatwo, czasem wręcz ciężko, niezależnie od tego czy rządził Jaruzelski, Mazowiecki, Pawlak, Tusk, czy Kaczyński. I teraz też, niezależnie od tego, czy wybory w maju wygra Nawrocki, czy Trzaskowski, nie będzie to miało większego znaczenia, bo i tak będzie coraz drożej, lekarze będą równie nieludzcy, jak byli i są dziś, kolejki do szpitala coraz dłuższe, a oni w telewizji i tak, tak jak się kłócili, to i dalej będą się kłócić. Jedyne o co chodzi, to to, żeby może poziom tych awantur się trochę obniżył, a wszyscy wiemy, że ile razy do władzy dochodził Kaczyński, to wszędzie tylko ta nienawiść, nienawiść i nienawiść. Ciężko to, panie sąsiedzie, wytrzymać.

      Oczywiście, wśród ludzi starszych są też ci, którzy gotowi są albo sami się podpalić, albo podpalić jakiegoś polskiego patriotę, ale myślę, że oni są już na wylocie. Część z nich siłą rzeczy już nie żyje, ale wciąż mamy tu całą kupę emerytowanych esbeków i ich rodzin, którzy gniją gdzieś tam w tych swoich smutnych służbowych mieszkaniach, ale też i tych, wciąż jeszcze pełnych życia, stanowiących kulturowy background owej pierwszej przeze mnie wymienionej grupy i najczęściej jej mięso armatnie.

      I teraz powraca oryginalne pytanie, które moim zdaniem należało by odnieść do przedstawionej przeze mnie społecznej mapy: Czemu oni są tacy, jacy są, i czemu do nich nic nie dociera? Uważam, że ci którzy tego dzwonka zwyczajnie nie słyszą, tak jak już wspomniałem, to ludzie głęboko zaburzeni i na nich nie ma ani metody, ani ratunku. I wszelkie próby zastanawiania się, dlaczego, są skazane na porażkę. Tej plazmy nie przeniknie już nic. Co do całej reszty – no może z wyjątkiem kierownika wydziału promocji w którejś z państwowych spółek i jego rodziny i znajomych – wiemy o nich mniej więcej wszystko, co jest nam potrzebne. A czy oni są do uratowania?

      Niedawno pewien mój znajomy opowiedział mi, że ma sąsiadkę, starszą panią, która mu powiedziała, że ona nie ufa „temu Nawrockiemu”, bo to jest „zły człowiek”. „Pan wie, że on przez wiele lat prowadził burdel”? Znajomy powiedział jej, że to bezczelne kłamstwo rozsiewane właśnie przez właścicieli burdeli, którzy tak gadają i płacą telewizji żeby to kłamstwo powtarzała. Robią to, bo go nienawidzą i boją się, że jak on zostanie prezydentem to każe te wszystkie ich burdele polikwidować. I wiecie Państwo co? Ona się zadumała.

A zatem, kto wie? Kto wie?



poniedziałek, 2 lipca 2018

Nasi przegrywają, a Polska zwycięża


Z pewną taką nieśmiałością – ci co mają wiedzieć, wiedzą – z lekkim opóźnieniem, zapraszam do czytania swojego najnowszego felietonu z „Warszawskiej Gazety”. Nadzwyczaj optymistycznie.    


       Tak się składa, że spędzam czas nad polskim morzem, w przepięknej Kuźnicy na Półwyspie Helskim, i mimo, że kiedy piszę ten tekst, pogoda jest bylejaka, a więc jest dość zimno i od czasu do czasu pada deszcz, jestem zachwycony. Powiem wręcz, że po raz pierwszy w życiu uświadomiłem sobie, że jeśli komuś zależy, by dojrzeć prawdziwą urodę polskiego morza, planując wakacje, powinien szukać terminów, kiedy będzie zimno, wietrznie i deszczowo. No, może niekoniecznie bardzo deszczowo, ale i tak to jest czas najlepszy.
        Przede wszystkim oczywiście, tylko taka pogoda gwarantuje, że gdy zapragniemy powędrować plażą z Kuźnic do Chałup, czy ewentualnie do Jastarni, będziemy mogli to zrobić, nie ryzykując, że przyjdzie się nam potykać o obnażonych starców, i przez to stracimy to, co nad naszym morzem najcenniejsze. Jest jednak coś, co, w moim przekonaniu, zasługuje na szczególną uwagę. Otóż przyglądam się ludziom, których tu spotykam i muszę powiedzieć, że chyba nigdy dotąd tak mocno nie czułem, że jestem wśród swoich. I znów, nie chodzi mi o to, że oni wszyscy noszą koszulki z wizerunkami Żołnierzy Wyklętych, czy z napisem „Śmierć wrogom Ojczyzny”. Nic podobnego. Praktycznie jedyny przejaw polskiego patriotyzmu, z jakim mam tu do czynienia, to małe dzieci w biało-czerwonych koszulkach, bezskutecznie sławiące polską piłkę w Rosji. Poza tym, widzę zwyczajnych ludzi, dokładnie takich samych jak każdy z nas, z rodzinami, z mniejszymi lub większymi dziećmi, nawet jeśli nie robiących wrażenia szczególnie zamożnych, to z pewnością takich, którzy tu sobie jako tako radzą, podczas gdy powszechnie wiadomo, że ostatnio chyba nawet Włochy wypadają taniej.
       No więc, chodzi mi dziś o ten widok, który daje nadzieje, że jest dobrze i gorzej już nie będzie. Mam nadzieję, że wiemy, o co mi chodzi, jednak dla uściślenia powiem, że choć mija właśnie drugi dzień mojego tu pobytu, nie zdarzyło mi się spotkać jednej osoby, która byłaby oznaczona tak bardzo ostatnio popularnymi tatuażami. Daję słowo, że przez te dwa dni – a mimo brzydkiej pogody, na brak towarzystwa narzekać nie możemy, w dodatku byliśmy dziś w Helu, gdzie jednak ruch zawsze jest – widziałem tylko jednego wytatuowanego durnia. Cała reszta, to absolutnie zwykli, piękni Polacy, spędzający wraz ze swoimi rodzinami czas nad polskim morzem.
      I w tej sytuacji przypomina mi się pewien, już chyba sprzed roku tekst z „Newsweeka”, w którym niemieccy redaktorzy zasugerowali, że od czasu wprowadzenia programu 500+, na takim Półwysepie Helskim nie ma już sposobu, by nie wdepnąć w typową polską kupę. I to niekoniecznie na wydmach. Otóż nic z tego. Przez notoryczny brak wakacji nie wiem, jak było wtedy, ale jeśli idzie o ten rok, to, jak mówię – nic z tego. Zaświadczam uroczyście, że widzę to, czym kiedyś miała być tak zwana Europa, ale jej nie wyszło.

Zapraszam do kupowania moich książek. Najprościej będzie napisać do mnie na adres k.osiejuk@gmail.com, ale jeśli ktoś ma w głowie większe zamówienie, to zachęcam do korzystania z oferty naszego sklepu www.basnjakniedzwiedz.pl, ewentualnie, jeśli ktoś mieszka w Warszawie, do odwiedzenia sklepu Foto-Mag. 

poniedziałek, 25 czerwca 2018

Przepraszam bardzo, czy coś się może stało?


      Pisałem już o tym, ale choćby tytułem wstępu, powtórzę. Choć na sporcie, i to każdej możliwej jego dyscyplinie, nie znam się ani trochę, owym sportem interesuję się od zawsze. Mam w związku z tym parę wspomnień, ale jedno z nich, dziś nadzwyczaj w temacie, związane jest z tenisową karierą Wojciecha Fibaka. Ponieważ to było bardzo dawno temu, część z czytelników pewnie nie za bardzo wie, w czym rzecz, jednak chętnie przypomnę, że był taki czas, kiedy Wojciech Fibak, zupełnie niespodziewanie, został pierwszym tenisistą świata. Prawie. I dla mnie owo „prawie” miało znaczenie podstawowe. Chodzi o to, że ja z prawdziwym zaangażowaniem śledziłem kolejne sukcesy Fibaka, bardzo mu życzyłem owego sukcesu największego… i nigdy nie zaznałem owej prawdziwej radości. No i w momencie, gdy wciąż liczyłem na to, że w końcu się uda, Fibak machnął na ten cały biznes reką, i, jak podały media, postanowił się zainteresować handlem sztuką. I powiem szczerze, był to dla mnie duży zawód.
       Ponieważ lubię oglądać tenis właśnie, jak najbardziej oczywiście śledzę karierę Agnieszki Radwańskiej. I tu również, przyznaję, że od zawsze miałem nadzieję, że przyjdzie taki moment, że Radwańska w pewnym momencie zostanie pierwszą tenisistką na świecie. Ktoś zapyta, czemu tak? Otóż rzecz polega na tym, że w moim rozumieniu, tak naprawdę nie chodzi o to, by być najlepszym w mieście, czy w kraju, ale właśnie najlepszym na świecie. Ja oczywiście wiem, że to nie jest takie „hop-siup”, niemniej skroro już decydujemy się na to, by coś robić, i to robić za ciężkie pieniądze, to naprawdę nie widzę powodu, by podchodzić do tego z takim oto nastawieniem, że wprawdzie cudów nie będzie, ale coś tam z siebie wyciśniemy. No i tu wygląda na to, że moje nadzieje związane z naszą Angnieszką mogę wsadzić sobie w nos. Ona była już tuż-tuż, ale ostatecznie wyszło na to, że więcej jej, a przy okazji i nam, nie trzeba.
      Ktoś powie, że jestem rozczarowany i to jest prawda. Ja byłem rozczarowany, kiedy Fibak nie został największym tenisistą świata i dziś jestem rozczarowany, kiedy wszystko wskazuje na to, że Agnieszka Radwańska niestety zatrzyma się na tym drugim, czy trzecim miejscu. Rozczarowny jestem również tym, że pod pewnym szczególnym względem, a mam tu na mysli owo pragnienie bycia najlepszym, polska drużyna pilkarska okazała się najsłabszą drużyną na ruskich mistrzostwach. Moim zdaniem, oni okazali się gorsi nie tylko od Senegalu czy Kolumbii, ale gorsi i od Maroka, Tuznezji, Panamy i od Arabii Saudyjskiej. Problem jednak nie polega na tym, że nasze Orły nie zagrały tak jak zagrać miały. Faktyczny problem nie polega nawet na tym, że polscy piłkarze są zwyczajnie słabi. Problem – a tak naprawdę czysty zwykły fakt – polega na tym, że my nie mamy szans na to, by być najlepszymi na świecie nie dlatego, że jesteśmy gorsi od innych, ale dlatego, że my Polacy w ogóle nie uważamy że bycie najlepszym na świecie stanowi jakąkolwiek wartość. Dla nas Polaków prawdziwą wartością jest to, by osiągnąć sukces na miarę naszych mniej lub bardziej skromnych możliwości i żeby on nam dał wygodne, ciekawe i dobre życie.
      Odwołałem się tu do kwestii narodowościowych nie bez powodu. I aby pociągnąć tę kwestię, spróbuję nawiązać do czegoś pozornie zupełnie niezwiązanego z tematem, a mimo to, jak najbardziej do rzeczy. Otóż oprócz tenisa interesuję się bardzo angielską piłką nożną i powiem szczerze, że to co mnie w tej mojej fascynacji porywa być może najbardziej, to to, że oni każdy mecz rozgrywają za takim zaangażowaniem, jakby za chwilę mieli umrzeć. I nie chodzi mi o zwykłe zaangażowanie. To co możemy oglądać w przypadku piłkarzy angielskiej Premier League, to jest autentyczne szaleństwo. To są ludzie, którzy, gdyby im ni stąd ni z owąd kazano grać pod artyleryjskim ostrzałem, w dodatku w ulewnym deszczu połączonym z gradem, graliby dokładnie tak, jak tydzień wcześniej, dwa tygodnie wcześniej i jak grają zawsze. I to niezależnie od tego, czy mecz jest o wszystko, czy akurat o nic.
      I teraz powiem coś, wydaje mi się dość, oryginalnego. Otóż, wbrew temu co pewnie niektórzy z nas w tym momencie sądzą, wcale nie uważam, że tak jest dobrze. Wręcz przeciwnie, moim zdaniem to jest coś wyjątkowo niezdrowego. To jest, powiem zupełnie szczerze, jest kompletnie chore. Ja wiem, że dzięki takiemu własnie swojemu zaangażowaniu, tacy Brytyjczycy właśnie osiągnęli naprawdę wiele, jednak wydaje mi się, że w ostatecznym rozrachunku oni sobie będą mogli te swoje zwycięstwa wsadzić w dupę. Dlatego, że od pewnego momentu człowiek, który zaczyna się zachowywać w ten sposób, bardziej przypomina zwierzę, niż człowieka.
      Opowiem jeszcze coś. Niedawno obejrzałem sobie bardzo dobry dokumentalny film o Ronaldo i w pewnym momencie ów Ronaldo opowiada, jak on przez lata miał marzenie, by zdobyć Złotego Buta, czy Piłkę, czy co oni tam rozdają tym najlepszym piłkarzom, jednak zawsze wygrywał Messi. Ale przyszedł rok, kiedy Ronaldo był już absolutnie przekonany, że tym razem to on się okaże najlepszym piłkarzem na świecie, a tu znów wygrał Messi i w tej sytuacji, jak sam mówi, on dostał takiej cholery, że w odruchu serca postanowił, że on już nigdy w życiu nie będzie brał udziału w tej idiotycznej ceremonii. Otóż ja uważam, że Lewandowski nigdy by się nie obraził. Dlaczego? Bo jest póki co normalny.
       A więc mamy naszych polskich piłkarzy, którzy wbrew tej całej kompletnie chorej propagandzie skończyli jak skończyli i ja naturalnie zgadzam się, że to jest wstyd. Jeśli bowiem decydujemy się na to, by wystartować w biegu, to powinniśmy się starać ten bieg wygrać, zwłaszcza gdy tylu obcych nam zupełnie ludzi nam tak bardzo kibicuje.Z drugiej jednak strony, jeśli  niespodziewanie okazuje się, że naprzeciwko siebie mamy bandę wariatów, to, przepraszam bardzo, ale równie dobrze można na ten cały konkurs machnąć ręką.
       I tu też, proszę nie myśleć, że ja umniejszam w ten sposób wysiłek tych, którzy się okazali na tyle ambitni, by osiągnąć sukces. O nie! Wydaje mi się, że wśród nas nie ma wielu takich, dla których talent i sukces znaczą więcej niż dla mnie. Chodzi mi tylko o to, że są granice, poza którymi jest już tylko rezygnacja z człowieczeństwa. Śledzę bardzo uważnie mistrzostwa świata w Rosji i powiem szczerze, że podobają mi się one wyjątkowo. Mam wręcz wrażenie, że to są mistrzostwa najlepsze z dotychczasowych. Patrzę na piłkarzy, oglądam twarze kibiców i widzę, że doszło do tego, że tam już jest albo tonąca we łzach rozpacz, albo wręcz deliryczna radość. Tam wszyscy albo płaczą, albo wręcz konają ze szczęścia. Jak wiemy, jestem akurat na pięciodniowych, i niewykluczone że jedynych w tym roku dla mnie, wakacjach. Mecz Polska – Kolumbia oglądałem tu w stołówce naszego pensjonatu z grupą pomalowanych w narodowe barwy kibiców. Oni, oczywiście podczas meczu darli mordy i rwali sobie włosy z głowy, jednak od czasu do czasu można było zobaczyć, że tak naprawde traktują to jako swego rodzaju rytuał, no a kiedy mecz się skończył i już wszyscy wiedzieliśmy, że polska reprezentacji wraca z Rosji na tarczy, oni wszyscy się uspokoli i zajęli się życiem. Nikt się z nikim nie pobił, nikt sobie nie strzelił w łeb, nikt nawet nie robił wrażenia, że to co się stało to jakaś szczególna tragedia. A potem oglądałem rozmowy z polskimi piłkarzami i oni również, owszem byli smutni, niekiedy wręcz zmartwieni, jednak ostatecznie każdy z nich mówił, że no tak, byliśmy gorsi i dlatego przegraliśmy. I trzeba żyć dalej.
       Do czego zmierzam? Otóż przynaję, że liczyłem na to, że Polacy wleją wszystkim. Okazało się, że wszyscy wlali Polakom i to jest oczywiście wiadomość ponura, jednak moim zdaniem problem polega właśnie na podejściu, które znakomicie widać na przykładzie kiedys Fibaka, potem Radwańskiej, a dziś tych moich kibiców, którzy wszyscy, tak naprawdę jednym głosem, mówią jedno: dobrze jest się zabawić, ale bez przesady. I to jest coś, co ja autentycznie cenię. W końcu, naprawdę nic się nie stało.

Pozdrawiam wszystkich Czytelników z deszczowego nadmorza i zapewniam, że jest czego zazdrościć. Polskie morze to wartość sama w sobie. Podobnie zresztą jak nasza księgarnia pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, gdzie są do kupienia także i moje książki. Polecam.
     
     
     
     

wtorek, 22 sierpnia 2017

Z kamerą wśród zwierząt, czyli ostatni taki rechot

         Wiele lat upłynęło już od tamtych refleksji, ale ja wciąż pamiętam, jak jeszcze zanim wszystko się zmieniło, „Gazeta Wyborcza” zapowiedziała wizytę prezydenta Lecha Kaczyńskiego w Bielsku-Białej i pod ową zapowiedzią wylał się hejt, jakiego świat wcześniej nie widział i już pewnie nie zobaczy. Opisałem to na blogu, powtórzyłem w jednej z książek, a dziś myślę sobie, że dziś sytuacja jest o tyle inna, że, przy zachowaniu oczywiście pewnych proporcji, owa nienawiść przeszła z polityków na ludzi, którzy zwyczajnie zawiedli. Przed pięcioma, sześcioma, czy dziesięcioma laty, ludzie. Z pewnymi znanymi wyjątkami, byli właściwie w porządku, zawodzili jedynie politycy. Dziś politycy sa tacy, jacy są, natomiast raz po raz się okazuje, że ludziom zdecydowanie należy powiedzieć parę słów brutalnej prawdy.
      Oto gdzież na Facebooku ukazał się fotoreportaż z Władysławowa, który, powtarzając tezy znane z przekazu choćby „Newseeka”, pewnie by nawet nas ani szczególnie nie zaskakiwał, ani tym bardziej nie zmuszał do refleksji, gdyby nie setki komentarzy zamieszczonych pod owymi zdjęciami, które wręcz idealnie pokazują stan umysłów tej dziś już zdecydowanej garstki obywateli rozczarowanych sposobem, w jaki rozwinęła się w naszym kraju społeczna, a konsekwentnie i polityczna sytuacja.  
      Stało się mianowicie tak, że na wspomnianym Facebooku ukazał się ów fotoreportaż, sygnowany przez niejakiego – warto jednak, choćby dlatego, że z ilości komentarzy wynika, że to jest jednak nie byle kto, przywołać to nazwisko – Pawła Czarneckiego, gdzie widzimy opalające się na plaży we Władysławowie rodziny, zwykłe rodziny, nie robiące nic szczególnego, dobrane jednak w taki sposób, że kobiety często są grube i brzydkie, mężczyźni na ogół grubi, spoceni i owłosieni, a wszystko to funkcjonuje pod tytułem „Morze parawanów”, czy jakoś tak. I tak naprawdę, jak mówię, wcale nie chodzi o tę nieznośną już propagandę, ani tym bardziej o tego biednego idiotę, którego ona tak bardzo zafascynowała, że postanowił wziąć aparat, pojechać aż do Władysławowa i to wszystko, czego się wcześniej dowiedział z mediów, zapisać, ale wspomnaine setki komentarzy, jakie pod wspomnianymi zdjęciami ukazały.
     Powtórzmy może. Oto mamy zdjęcia opalających się na plaży ludzi, zwykłych ludzi, spedzających czas na plaży tak, jak to ma miejsce w dzisiątkach miejsc na świecie, tyle że wedle znanych nam z kolorowych pism standardów, ludzi nudnych i bylejakich, a pod tymi zdjęciami już tylko tak zwana beka. Popatrzmy może:
      „Świetne zdjęcia, myślę że powinny się ukazać także w formie papierowej!”
      „Mówiłem, że tam same cebule chodzą”
      „Mega robota!”
      „Boska galeria”
      „Januszolandia”
      „Grube spaślaki”
      „Fotki mega, pokazują tylko jak Polacy zachowują się , izolują podczas urlopu. Bravo !!!! Na szczęście za chwilę koniec miesiąca i cały brud/ścierwo wróci do swoich prywatnych betonowych parawanów”
      „Typowy Janusz wakacji. ‘Grażyna zrób mnie to zdjęcie tej baby w kostiumie, no i tego gościa w maytasach, jak na wsi pokaże to wszystkim gały wyjdą!’ (Nie obrażając wsi!)”
      „Polska tandetą stoi”
      „No mam wrażenie, że wiocha coraz większa...”
     „Fenomenalne zdjęcia! Polska rzeczywistość”
      I tak dalej, i tak dalej, w tym samym nastroju.
      Jestem pewien, że nie byłoby najmniejszego sensu, byśmy się dziś zajmowali tym biednym durniem Czarneckim, jego zdjęciami, oraz tymi smutnymi komentarzami, nawet jeśli zauważymy, że popularność tej wrzutki przekracza wszelkie znane nam standardy, gdyby nie jedna, a może dwie, moim zdaniem, ciekawe refleksje. Pierwsza z nich związana jest z moim wczorajszym tekstem o tatuażach. Otóż, o ile czegoś nie przegapiłam, wśród osób przedstawionych na zdjęciach jest zaledwie jedna kobieta z tatuażem, tyle że nie jest to ani smok, ani diabeł, ani nawet twarz jej chłopaka, ale polski orzeł w koronie. Głupio i bezmyślnie? Pewnie. Niemniej jednak to nie tatuaż, ale ów orzeł właśnie wywałał taką kupę śmiechu. Druga rzecz, to ta, że po tych wszystkich latach, gdy przedstawieni na opisywanych zdjęciach ludzie znajdowali się w pozornie ostatecznym odwrocie, zmieniło się nie tylko to, że oni nagle podnieśli głowy i zaczęli mówić własnym głosem. Rzecz w tym, i to jest coś naprawdę ważnego, że ci wszyscy, którzy dotychczas żyli w poczuciu wiecznej wygranej, stracili to co ich tak fantastycznie napędzało choćby we wspomnianych przez nas wcześniej dniach, gdy prezydent Kaczyński planował odwiedzić Bielsko-Białą. Gdy czytam komentarze pod zdjęciami wypoczywających nad polskim morzem ludzi, widzę oczywiście tę pogardę, to szyderstwo, słyszę ten rechot, natomiast z całą pewnością nie widać jużw tym wszystkim tego, co ich wszystkich w tamtych czasach utrzymywało w pozycji wyprostowanej, a mianowicie owego życzenia śmierci. Śmierć już była i najwyraźniej nic nie dała. Pozostaje więc już tylko ów głupkowaty rechot. W dodatku – co też już zauważyliśmy – skierowany pod adresem nie polityków, bo oni są najwidoczniej zbyt mocni, by to plucie zauważyć, ale ludzi, zwykłych ludzi. Tyle że o tym, jak bardzo i oni są mocni, tym baranom przyjdzie się dopiero przekonać.

Zapraszam wszystkich niezmiennie do księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, gdzie są do kupienia książki najlepsze. Naprawdę najlepsze.



niedziela, 25 czerwca 2017

My Polacy, czyli grzech

Proponuję, byśmy dziś, w ten piekny niedzielny dzień, poczytali sobie mój najnowszy felieton z „Warszawskiej Gazety”. To zaledwie, jak wiemy, tradycyjne 444 słowa, więc nawet da się je odhaczyć między śniadaniem, a kościołem. Zapraszam.

       Mimo że od tego czasu upłynęły całe długie lata, wciąż pamiętam wymianę między znanym polskim autorem powieści science-fiction Stanisławem Lemem, a którymś z nieznanych komentatorów, gdzie uznany pisarz ogłosił, że człowiek jest stworzeniem tak okrutnym, że żadne, choćby najdziksze zwierzę, nie jest w stanie z nim konkurować, na co ów komentator zaproponował Lemowi pewien eksperyment. Niech oto ów Lem stanie na najbardziej zatłoczonym warszawskim, czy choćby i krakowskim, skrzyżowaniu, postoi tam przez cały dzień, a nastepnie zda nam relację nie z zabójstwa, nie z pobicia, nawet nie z jakiejś awantury, ale w ogóle ze zdarzenia, które jest w stanie stworzyć choćby jednozdaniową historię. Rzecz bowiem w tym, że, zdaniem owego skromnego komentatora, różnica między przeciętnym Kowalskim, a gepardem polującym na bezbronną impalę, jest jak ziemia i słońce, a kto wie, czy nie coś znacznie większego.
     Przypomniała mi się tamta historia, kiedy przeczytałem wiadomość, że oto lubelska policja zrealizowała i opublikowała klip, który ma nas Polaków oduczyć typowej dla nas znieczulicy, a na którym widzimy poważny wypadek samochodowy, gdzie ofiary błagają o pomoc, tymczasm my Polacy, zamiast owej pomocy im udzielić, zajmujemy się wyłącznie ustawianiem odpowiedniej ostrości w naszych podręcznych kamerkach. Oglądam ten filmik – przyznaję, że, owszem, nakręcony wyłącznie w celu edukacyjnym – gdzie widzę umierających ludzi, oraz bandę jakichś idiotów z androidami w rękach, nagrywających tę śmierć, oraz ów komentarz na temat tego, jak to my Polacy jesteśmy nieczuli na ludzką krzywdę i myślę sobie, że oto stoimy wobec zjawiska, które przed wielu już laty tak nam ładnie przedstawił Stanisław Lem, i który to obraz do dziś, moim zdaniem, nie został opisany tak, jak sobie na to zasłużył.
      Rzecz bowiem w tym, że, czy to ze względu na przyrodzone nam intelektualne deficyty, czy przez nieopisany więc wpływ antypolskiej propagandy, czy może też przez jedno i drugie, wielu z nas odczuwa niezwykłą wręcz satysfakcję, kiedy tylko może powiedzieć, że „my Polacy” zazdrościmy innym sukcesu, albo „my Polacy” jesteśmy wciąż pochmurni, że „my Polacy” wciąż się kłócimy, czy wreszcie, że „my Polacy” nie mamy w sobie owej słynnej uprzejmości, tak charaktersytycznej dla Niemców, Holendrów, czy Francuzów. Tymczasem, jeśli tylko spróbujemy się choć na chwilę uwolnić z owej propagandowej opresji, sączonej nam przez ludzi i systemy, które nie życzą nam niczego innego jak tylko szybkiej i bolesnej śmierci, zobaczymy, że to wszystko nieprawda. Na tym poziomie bowiem, jeśli my się w ogóle od kogokolwiek różnimy, to wyłącznie na korzyść.
      A więc mamy ów klip, nakręcony przez polską państwową policję, na którym widzimy całkowicie nierealną sytuację, gdzie jacyś kosmici, zamiast pomagać swoim braciom w nieszczęściu, owo nieszczęście, dla zwykłej zabawy, rejestrują na telefonach. Przepraszam bardzo, ale to każdy normalny człowiek określa słowem „kompleksy”, a jak wiemy, kompleksy to grzech.

Przypominam, że moje książki można kupować w ksiegarni na stronie www.basnjakniedzwiedz.pl. Polecam gorąco.

      

czwartek, 3 marca 2011

Komu nie straszno jechać do Bełżca?

Władysław Bartoszewski stanowi problem dla znacznej części z nas od czasu, gdy Platforma Obywatelska – czy kto tam tym interesem kręci – postanowiła wykorzystać jego sytuację, że tak powiem, biologiczną do swoich doraźnych interesów politycznych. Na czym polega ów problem? Oczywiście, dla części z nas chodzi o tak zwany zawód, jaki Bartoszewski sprawił tym wszystkim, którzy go jakoś tam cenili i uważali za autorytet. Dla większości jednak tych, których dziś Bartoszewski wyłącznie irytuje, sprawa sprowadza się do tego, że on – podobnie, jak z jednej strony, powiedzmy, Aleksander Kwaśniewski, a z drugiej Lech Wałęsa – swoją obecnością zwyczajnie obraża urodę tego świata, a jednocześnie czerpie pełnymi garściami z tego, że wiatr wieje jak wieje.
Minione miesiące, mniej więcej od czasu jak ów staruszek wystąpił na jednym z przedwyborczych wieców Bronisława Komorowskiego pozwoliły nam o tej szczególnej postaci szczęśliwie zapomnieć. I to do tego stopnia, że ktoś bardziej złośliwy i paskudny niż ja, mógłby pomyśleć, że jemu się coś stało i to raczej w sposób ostateczny. Tymczasem najświeższe informacje wskazują, że nic podobnego. Nasz dziadziuś żyje i fika.
Wbrew temu, co większość czytelników, którzy wiedzą, czego się można po mnie spodziewać, sądzi, nie będę się tu jednak znęcał nad Bartoszewskim. Z jakiegoś powodu, najzwyczajniej nie mam sumienia. Z jakiegoś powodu, uważam, że akurat jeśli idzie o niego – ale nie tylko, o czym później – powinienem zachować umiar. I akurat nie ze względu na tzw. rangę postaci, ale ze względu na wiek. Nie da się bowiem ukryć, że on jest zwyczajnie biednym, słabo przytomnym staruszkiem, którego pech polega na tym, że dał się wykorzystać złym ludziom do złych celów.
Powiem szczerze, że nie wiem, jak to się stało, ale rządząca obecnie naszym pięknym krajem Platforma Obywatelska, na poziomie doraźnej propagandy, postanowiła postawić na ludzi stojących jedną nogą nad grobem. Pisząc te słowa, od razu musze się zastrzec, że wcale nie mam zamiaru ironizować, zwłaszcza, że nieskromnie twierdzę, że i ja w pewnym sensie do tego klubu się zaliczam. Jednak mój problem polega na tym, że ja wprawdzie jestem już starszym panem z nadmierną ilością cholesterolu, poważnym nadciśnieniem i – co może najgorsze – histeryczną wiarą w to, że wszystko, co było dobre, jest już dawno za nami, niemniej jednak, mniej więcej orientuję się, co się wokół mnie dzieje.
Tu akurat mamy sytuację nieco inną. Trzech naczelnych mądrali, których spin doktorzy Platformy Obywatelskiej wystawili na pierwszy front walki, jako tzw. autorytety, to półprzytomne dziadki, które – jak to pięknie określił Holden Caufield w ‘Buszującym w zbożu’ – nie za bardzo się już nawet orientują, gdzie mają łokieć, a gdzie dupę. O kim mówię? O Kazimierzu Kutzu, Andrzeju Wajdzie, no i, naturalnie, o Władysławie Bartoszewskim. Ciekawa sprawa polega na tym, że dzięki najnowszym osiągnięciom sztuki kosmetycznej i medialnej manipulacji, każdy z nich, kiedy występuję w telewizji, robi wrażenie kogoś, kto pozostaje w wieku nieokreślonym. To znaczy, wszyscy – jeśli nas tylko zapytać – wiemy, że oni są już bardziej tam, niż tu, a mimo to, kiedy oglądamy ich w telewizji, czy zaledwie czytamy, cóż to oni takiego ciekawego powiedzieli, traktujemy ich, jak kolejnych uczestników debaty.
To zresztą jest w ogóle bardzo ciekawe zjawisko. Idziemy ulicą i widzimy starszego człowieka. Mamy go przed sobą, i wiemy, że on ma może 80, a może i 85 lat i wiemy doskonale, że cokolwiek on zrobi, czy powie, co nas zirytuje, lub choćby zdziwi, możemy z czystym sumieniem zarzucić na karb wieku. Bo starość szanujemy i rozumiemy jej prawa. Jednak już gdyby on znalazł się w telwizji, widzielibyśmy wyłącznie kogoś kto nie jest ani młody, ani stary, nie jest gruby ani chudy, ani niski, ani też wysoki. Bo w telewizji dzieje się jakoś tak, ze ludzie stają się kompletnie nierzeczywiści. Jest tam coś takiego, strasznie tajemniczego, że niekiedy kogoś kogo znamy właśnie z ekranu telewizora, spotykamy na ulicy i nawet go nie poznajemy. Bo i ma inne włosy, i jest niższy, i grubszy, albo chudszy, no a przede wszystkim dużo straszy, lub też niekiedy znacznie młodszy. Nie znam się na tym, nie wiem, co to takiego, ale wydaje mi się, że to co my oglądamy na ekranie – to obraz nawet nie inny, zdeformowany, ale zwyczajnie sztuczny. A zatem, to co widzimy, to często fikcja. Fikcja do tego stopnia, że kiedy na przykład widzimy, jak obok siebie siedzą Daniel Olbrychski, Kazimierz Kutz i, dajmy na to, poseł Wikliński, to, gdyby nie to, że Olbrychskiemu leci z nosa, a Kutz zasypia. nawet byśmy nie wiedzieli, że Olbrychski jest od Wiklińskiego starszy, a Wikliński młodszy od Kutza.
Tymczasem fakty są nieubłagane. Oni są starymi, ledwo co rozumiejącymi dziadziusiami, którzy, gdyby znali swoje miejsce, i to miejsce było im odpowiednio wskazane, mogliby sobie jeszcze pięknie pożyć. Nawet zachowując te swoje dziwne poglądy i emocje. Tak jak to się przydarzyło naszym ojcom i dziadkom. Tymczasem, tak się to wszystko poukładało, że my na nich patrzymy, słuchamy jak bełkoczą i dostajemy na nich bardzo niedobrej i grzesznej cholery. I przez to nieporozumienie, oni zamiast cichutko bawić wnuki, będą musieli kończyć żywota we wstydzie i w niesławie. I to wyłącznie dla czyichś najbardziej parszywych interesów.
Ostatnio odezwał się Władysław Bartoszewski i oświadczył, że tak jak on pamięta wojnę, to dla niego Niemcy byli zdecydowanie bardziej ludzcy i przewidywalni, niż Polacy, i że w związku z tym, on Polaków w czasie wojny bał się znacznie bardziej, niż Niemców. Na to dziwactwo zareagowała nagle Marta Kaczyńska na swoim blogu, potraktowała Bartoszewskiego z buta… no i się zaczęło. Dziś rozglądam się po świecie, który mnie otacza i właściwie, powoli już przestaję się dziwić. Czy może ze względu na Bartoszewskiego? Owszem, o niego też mi tu jakoś chodzi, natomiast to co mnie naprawdę dręczy, to komentarze, które biegną ze wszystkich kierunków, wyłącznie po to, żeby skopać Martę Kaczyńską za to, że ona, gówniara, miała czelność dotknąć swą niegodną ręką rąbka szaty kogoś takiego jak sam Pan Profesor.
Uważam jednak, że to wydarzenie, tak naprawdę nie pokazuje nam, co się stało z Bartoszewskim, lecz z tymi, którzy dziś go bronią i uważają za stosowne dokuczać Marcie Kaczyńskiej z powodu jej jak najbardziej naturalnego odruchu protestu. Bartoszewski bowiem jest w tej grze nikim, poza tym, że gdzieś ktoś nagle uznał, że kto wie, czy on się może na tę jedną chwilę jeszcze nie przyda? Na tę jedną krótką chwilę. A takich jak on jest cała masa. Jeśli ktoś interesuje się II Wojną Światową i w ogóle lubi grzebać w tamtych czasach, być może natrafił na zamieszczane regularnie na youtubie filmiki niejakiego Alana Heatha – Anglika, który mieszka w Polsce i pasjonuje się naszą historią. Otóż w jednym z tych filmów, rozmawia on z pewną staruszką, która w czasie wojny mieszkała w Bełżcu w rodzinie miejscowego piekarza, który jak najbardziej naturalnie zaopatrywał w pieczywo miejscowy obóz zagłady. Patrzę na tę panią, słucham jej głosu i widzę kogoś, kto wprawdzie ma już swoje lata, ale mówi jasno i trzeźwo. I widzę starszą panią, którą, zamiast Bartoszewskiego, mógłby do swojego programu zaprosić Bogdan Rymanowski, żeby nam opowiedziała, co się jej wydaje. I słyszę, jak ona opowiada, jak to ci Niemcy, to byli mili i eleganccy ludzie, przystojni jak jasna cholera, i pod każdym innym względem tac jak trzeba, natomiast Żydzi… no wiadomo… o czym tu gadać? Tyle ona dziś z tego wszystkiego pamięta.
A zatem, tak wyglądają wspomnienia. Wspomnienia ludzi starych i połamanych przez życie. I czy ja się mam nimi przejmować? Czy ja się mam przejmować Władysławem Bartoszewskim, który nagle wszedł w kolejny rok swojego życia i uznał, że ci Niemcy, to jednak było coś. Zastanawiać się, dlaczego on się tak zachowuje? Mowy nie ma. Ja mam do starszych ludzi szacunek i zrozumienie. A do tej pani z Bełżca nawet większe, bo ona, w odróżnieniu od Bartoszewskiego, robi przynajmniej sympatyczne wrażenie.
Natomiast nie mam ani szacunku, ani zrozumienia dla tych, co wprawdzie też już się zbliżają do swego końca, ale wciąż jeszcze jakoś działają. Takich jak choćby ja sam. W wymiarze popularnym, mam tu na myśli tomasza nałęcza – człowieka, którego nazwisko obiecałem już jakiś czas temu pisać z małej litery, i ten nastrój mnie nie opuszcza. Otóż to on mnie dziś obchodzi. Właśnie on. Nie Bartoszewski. On. Gdy staje przede mną i ogłasza, że nie ma jak kłamstwo, i z tym hasłem na ustach informuje, że Marta Kaczyńska, podnosząc swój podły wzrok na kogoś tak świętego jak Władysław Bartoszewski, popełniła publiczne moralne i intelektualne samobójstwo. A ja, który tego kłamstwa słucham, nie zasługuję na choćby odrobinę szacunku. A więc mam na myśli nałęcza. Ja sądzę, że on ma jakieś ciemne sprawki na sumieniu. On i ten co go zatrudnia. Nie wiem, jakie to sprawki, ale im nie zazdroszczę. To musi być coś absolutnie wyjątkowego. W końcu oni są ledwo w okolicach sześćdziesiątki. Tu musi być coś innego na rzeczy. Proponuję więc, żeby dziś pomyśleć nie o Bartoszewskim, ale właśnie o tych dwóch. Właśnie o nich.

piątek, 14 stycznia 2011

Smutna refleksja o ludziach z pociągu

Mijające dni znów nam niestety każą – wśród oczywiście wielu innych spraw – zastanawiać się nad tą jedną rzeczą, o której nie mamy najmniejszego pojęcia, a mianowicie nad stanem społecznej świadomości nas Polaków. I, niestety, wygląda na to, że czym dłużej się zmagamy z tą konkretną materią, tym bardziej i niezmiennie dochodzimy do wniosku, że tak naprawdę, jedyne co na ten temat możemy powiedzieć, to to, że sami jesteśmy tacy jacy jesteśmy, ale że do końca nawet tego przyczyn nie rozumiemy.
Weźmy mnie. Kiedyś miałem chyba tu okazję wspomnieć, ze ja nie mam najmniejszego pojęcia, jak to się stało, że moje polityczne poglądy są takie a nie inne. I jak to się stało, że jestem do nich aż tak bardzo przywiązany. Jak to się stało, że jestem im tak wierny, i to wierny z taką intensywnością, że gotów jestem dla nich poświęcić aż tak wiele. Przyczyny tego stanu rzeczy ani nie są historyczne – a więc nie wiążą się z jakimś konkretnym, innym niż u innych ludzi mojego pokolenia, doświadczeniem. Nie są też rodzinne, a więc nie ma mowy o tym, że moi rodzice, czy dziadkowie w jakiś szczególny sposób mnie wychowywali. Nie czytało się u mnie w domu Trylogii, nie śpiewało pieśni patriotycznych, nie wieszało na ścianie portretów Marszałka. A jeśli idzie o moich rodziców, to oni też w najmniejszym stopniu nie angażowali się ani faktycznie, ani emocjonalnie w politykę. Więcej. Oni nawet nie byli ludźmi szczególnie pobożnymi. Ja zresztą też nie. Nigdy. Ale też za tym kim jestem, jeśli idzie na przykład o przeżywanie smoleńskiej masakry, nie stoi moje osobiste zaangażowanie polityczne. Rozumiem, że gdybym od lat 80. był aktywnym członkiem ruchu Solidarności, gdybym był działaczem którejkolwiek z polskich, niepodległościowych organizacji, jakiegoś – cholera – KPN-u, mogłoby się zdarzyć, że to ukształtowało jakoś moją przyszłość. Tymczasem nic z tego. Ani nie działałem, ani nawet nie goniłem się z milicją po ulicach mojego miasta.
A mimo to, kiedy – będąc na tyle niesolidnym i leniwym studentem, by się nie czuć ani przez moment bezpiecznie – zostałem wezwany na esbecką rozmowę i zachęcony do, wedle wszelkich pozorów, najbardziej miękkiej i delikatnej współpracy, z czystym, niczym nie skażonym strachem i pewnością, że to już koniec, powiedziałem temu szaremu człowiekowi, żeby się ode mnie odpieprzył. Dlaczego? Nie mam pojęcia. Dla mnie ta kwestia była zawsze całkowicie oczywista.
Przy okazji tego co się aktualnie wokół nas dzieje, tak bardzo się pochylamy nad sobą, jako społeczeństwem i narodem, i zadajemy sobie wciąż te same pytanie. Dlaczego? Jak to się stało, że części z nas udało się tak pięknie zachować w sobie tę Polskę i tę Walkę, a z kolei tylu z nas pozwoliło sobie na to, by się tak łatwo znaleźć po tamtej stronie? I tego, wbrew temu, co się nam od czasu do czasu może wydawać, też nie rozumiemy. Wczoraj oglądałem przez chwilę program Sekielskiego o tym, że – jak się domyślam, wbrew temu, co przydarzyło się w zwykłym gapstwie zasugerować Jarosławowi Kaczyńskiemu – białe nie jest czarne, a czarne nie jest białe. W pierwszej części audycji, Sekielski, w sposób maksymalnie jasny i jednoznaczny, pokazał i przeprowadził odpowiedni dowód na to, że rząd Donalda Tuska nie ma podstawowego prawa do rządzenia Polską, a jeśli idzie o ostatnie wydarzenia, ponosi oczywistą odpowiedzialność. Na zakończenie natomiast, pokazał demonstrację pod Kancelarią Premiera zorganizowaną przez ludzi, którzy w pełni podzielają wyrażone wcześniej tezy, tyle że w sposób bardziej aktywny.
Sposób, w jaki Sekielski pokazał tych ludzi, był dla TVN-u i w ogóle całego tego strasznego projektu, bardzo charakterystyczny. A więc zobaczyliśmy dziki tłum, złożony głównie z jakichś wariatów, z którymi nikt z nas nie chciałby mieć nic do czynienia. I ja oczywiście wiem, że to jest manipulacja. Ja wiem doskonale, jakie myśli za tą manipulacją stoją. Ja wiem też, że to co oni wczoraj pokazali, to perfidne kłamstwo. My tacy nie jesteśmy. My jesteśmy tacy, jak ludzie, których w pamiętnym filmie pokazał Jan Pospieszalski. Z drugiej jednak strony, ja naprawdę nie wiem, kim my w takim razie jesteśmy i jacy jesteśmy, skoro właśnie nie tacy, jak nas pokazał Sekielski. Ja, będąc zaangażowany na tyle na ile mi się zdarzyło w dzisiejszą Polskę, siłą rzeczy znam wiele osób, które stoją po stronie, po której i ja jestem. A więc znam też znaczną liczbę właśnie takich ludzi, jakich widziałem wczoraj w kłamliwym reportażu Sekielskiego. Ale wiem też, że nawet jeśli oni nie są tacy, jak to nam wmawia Sekielski, to oni w żaden sposób nie są tacy, jak ja, czy w ogóle my tutaj. Powiem więcej. Niektórzy ludzie, których znam, a którzy podobnie jak ja kochają Polskę i o nią się troszczą, są mi nie mniej obcy, niż niektórzy z tych, którzy o Polskę się nie troszczą i jej nie rozumieją. I jeśli ja się zastanawiam, dlaczego oni wszyscy są tacy, a nie inni, to i w jednym i w drugim wypadku czuję, że stoję przed zagadką, której rozwiązać nie potrafię.
Obserwujemy te smutne wydarzenia, które nam System zrzucił na głowę i nieustannie dręczy nas myśl, co się z nami stało. Czytamy wyniki badań sondażowych, z których wynika, ze wprawdzie większość z nas uważa, że raport moskiewski w sprawie smoleńskiej katastrofy jest nierzetelny, jednak z drugiej strony niemal połowa społeczeństwa twierdzi, że jest rzetelny jak najbardziej. Ja oczywiście rozumiem, że i to, podobnie jak niemal wszystko, co nam się wmawia, to prawdopodobnie wierutne kłamstwo. Ale też mam w pamięci wynik wyborów prezydenckich, a on jest też dla nas nie najkorzystniejszy. Biorę naturalnie pod uwagę, że wyniki wyborów zostały sfałszowane – sam zresztą tu o tym pisałem – no ale znam tez wielu ludzi, ludzi mądrych, dobrych, często wręcz wspaniałych, którzy tak nie uważają, i to nie tylko dlatego, że sami postanowili wziąć sobie za prezydenta tego strasznego myśliwego z jego straszną żoną. A to już daje do myślenia. No i myślimy – jacy tak naprawdę jesteśmy?
W komentarzach na naszym blogu temat ten w sposób zupełnie naturalny wraca raz za razem. I jeśli się przyjrzeć dokładnie, to jeśli ktoś daje odpowiedzi konkretne, to tylko jedną – że jesteśmy zwyczajnie beznadziejni. Że jako naród przegraliśmy tę bitwę. Że jesteśmy nic nie warci i właściwie na to co mamy, sobie w pełni zasłużyliśmy. Poza tym, nie przypominam sobie innych diagnoz, a już z całą pewnością nie przypominam sobie, żeby ktokolwiek z nas poważył się na opinię, że Polacy to wielki i wspaniały naród. Nie dziś. Dziś już nie. Dziś jesteśmy wyłącznie źli, głupi, bezmyślni i obojętni. I dobrze nam tak. I kto jeszcze ma w sobie resztki instynktu niech stąd wieje. Najlepiej do Portugalii.
A ja nie chcę stąd wyjeżdżać. Oczywiście przede wszystkim dlatego, że już jestem za stary na tak poważne ruchy, ale przede wszystkim dlatego, że kocham Polskę i Polaków miłością wręcz histeryczną. I nawet jeśli mogę się zgodzić, że moja miłość jest głupia i całkowicie nieodwzajemniona, nic na to nie poradzę. A więc kocham Polskę i Polaków, a mimo to, mam do niej i do nas nieustanne pretensje. I bardzo chcę wiedzieć, czemu my sobie wyrządzamy taką krzywdę. Czy dlatego, ze jesteśmy źli, głupi, i bezmyślni, czy może dlatego, że okazaliśmy się tak słabi, że w pewnym momencie zrobiło nam się wszystko jedno?
I nie znam odpowiedzi na to pytanie. Natomiast znam ludzi, i to ludzi z każdej strony, a więc zarówno tych tak zwanych „wspaniałych i niezłomnych Polaków”, jak i , też tak zwanych, „zdrajców, katów i tchórzy”. Tyle że, przepraszam bardzo, ale oni nieustannie mi się mylą. Wciąż mi się, cholera, mylą. Każdy kto czyta ten blog od dłuższego już czasu, pamięta być może, jak wyglądały jego losy w okresie Salonu24. Pamięta więc też, jak wiele osób, którzy zaczynali tu, jako nasi przyjaciele, skończyli jako nasi wrogowie. I to wcale nie dlatego, że nagle zapalali nową sympatię do projektu o nazwie Platforma Obywatelska. Każdy kto czyta ten blog od dłuższego czasu, pamięta tez pewnie, w jakiej atmosferze te rozstania nastąpiły. Ja natomiast mogę tyle tylko powiedziec, że jeśli już mam wybierać, to wybieram dzisiejsze czasy, ze StudentemSGH i Michałem Dembińskim, niż tamte – z jakimś Sowińcem. I, przepraszam bardzo, ale, jeśli ktoś mnie pyta, jacy jesteśmy, i czy warto tu zyć, to ja oczywiście wiem, co odpowiedzieć – jesteśmy różni. Ale jak już idzie o przyczyny, mam dylemat.
Znam wielu ludzi. Niektórych osobiście, innych z przypadkowych spotkań i z opowiadań innych. Wspominałem o tym już też (wygląda na to, że o wszystkim już kiedyś wspominałem; aż głupio myśleć, że doszło do tego, że muszę się wciąż powtarzać) jak pewna moja znajoma – kobieta wykształcona, elegancka i z całą pewnością bez jakichkolwiek kompleksów – powiedziała mi, że ona nienawidzi Kaczyńskiego, bo to Żyd. Natomiast uwielbia Tuska, bo to miły i elegancki człowiek, i Kutza, bo go zna osobiście. Wspominałem też już z pewnością (wszystko już było), jak moje dzieci wracały pociągiem z wakacji, i w przedziale miały okazję siedzieć z dwiema miłymi starszymi paniami, z których jedna w pewnym momencie powiedziała, że „podobno za tę całą katastrofę odpowiada jakiś Arabski, ale to jest zrozumiale, bo takich to właśnie ludzi dobierał sobie ten Kartofel”. Wspominałem też tu (a jakże!) o tej słodkiej pani z kościoła, która w przerwie między tą słodyczą – to tu to tam – opowiada mi, jak ona już nie może patrzeć na tę mordę.
Ale ja też tu wspominałem – a czasem już nawet nie musiałem wspominać, bo wszystko było jak na szpilce – o tych wszystkich ludziach, którzy stali murem za Jarosławem Kaczyńskim, bo to „prawdziwy Polak”, podczas gdy Tusk i Wałęsa to Żydzi, albo ruscy agenci. Wspominałem o tych, co by mnie utopili w łyżce zupy, tylko dlatego, że powiedziałem im, żeby się z mojego bloga wynosili, bo ich zwyczajnie i po ludzku nie lubię. I znów się muszę zapytać, czy jeśli ja mam zacząć szykować dobrą przyszłość dla moich dzieci gdzieś w Portugalii, czy Nowej Zelandii, to ze względu na tę moją znajomą z kościoła, czy mojego kumpla Dembińskiego, czy może odwrotnie – ze względu na tamtych szurniętych patriotów?
A najważniejszy problem pozostaje nierozstrzygnięty. Jacy jesteśmy i dlaczego? Przede wszystkim dlaczego? Jak mogliśmy się, jak naród doprowadzić do takiego upadku, żeby – znów muszę o nim wspomnieć – wybrać sobie na prezydenta zwykłą ruską swołocz i się jeszcze tym szczycić? Jak mogliśmy się dać tak upodlić, żeby wspierać całym swoim polskim sercem kogoś tak dramatycznie beznadziejnego, jak Donald Tusk i ci jego niby-ministrowie? Jak mogliśmy wreszcie uznać, że postać tak krystalicznie wybitna jak Jarosław Kaczyński jest – zgodnie z sączonym w te biedne umysły propagandowym przesłaniem – głupcem i świnią?
Nie znam się na tym. Nie jestem socjologiem i nie mam żadnych realnych podstaw, żeby stawiać jakiekolwiek diagnozy. Ale mogę sobie skromnie spekulować. I oto, co sobie myślę. Wszyscy z pewnością pamiętam ten niewypowiedziany dramat, jaki dotknął życie tamtej dziewczyny sprzed lat, która miała tego pecha, że na swojej drodze spotkała dwóch bezwzględnych morderców. Jechała sobie spokojnie pociągiem i została przez nich zarówno fizycznie, jak i przede wszystkim psychicznie zniewolona. Przez dwa dni wykonywała każde ich polecenie, szła za nimi krok w krok, ani jednym skromnym gestem nie sprzeciwiła się ich podłej, czarnej woli. Przez wiele długich godzin spokojnie, bez słowa sprzeciwu, przerażona i samotna w swojej bezradności, powoli zbliżała się do swojego strasznego końca. I w końcu, kiedy już przestała być im potrzebna, a może tylko ich swoją nędzą zirytowała, została wyrzucona jak śmieć.
Ja i moje dzieci do dziś czasem zastanawiamy się, jak to się stało, że oni ją tak skutecznie zniewolili? Jak ona mogła dać się tak potraktować? Co się stało w jej głowie, że straciła wszelką wolę walki? Że zatrąciła najbardziej podstawowy instynkt życia? Czy ona była głupia? Czy może tylko słaba? A jeśli słaba, to dlaczego aż tak słaba? A może, wręcz przeciwnie, ona była pełna nadziei i wiary w to, że zło nie istnieje? A przynajmniej nie takie? Może ona spokojnie się juz tylko modliła? Może gdybym ja tam się pojawił z ognistym mieczem i zapragnął ją z ich rąk uwolnić, a ich samych wtrącić w wieczną przepaść, ona by stanęła po ich stronie? Może ona by mnie znienawidziła? Za to że jestem taki podły i bezlitosny? Kto wie? Może i tak by się stało.
Nie wiem, czy mam rację, a – co więcej – nie mam wcale przekonania, że to co mi chodzi po głowie, to bluźnierstwo, czy celna diagnoza. Jestem jednak skłonny założyć, że los tej dziewczyny – w ten czy inny sposób objaśniany – stanowi doskonały symbol tego, przez co my dziś przechodzimy. A jeżeli mam racje, to nie mam żadnego powodu, by tych wszystkich, którzy nie podzielają moich emocji potępiać. Mogę co najwyżej ich spokojnie poobrażać, ale potępiać nie potrafię. A już z całą pewnością nie jestem w stanie przed nimi wiać do Portugalii czy Australii.
No i jeszcze coś. Mogę cierpliwie wtłaczać im do głowy najprostsze prawdy. Co niniejszym czynię.

czwartek, 30 grudnia 2010

O psach Systemu i pewnym samotnym samolocie

Ostatnie dni roku mijają pod patronatem dwóch wydarzeń. Otóż okazuje się, o czym pisałem w poprzedniej notce, że jest jednak taka możliwość – niemal jak noworoczny prezent od braci Rosjan – że to jednak nie tylko kapitan Protasiuk, generał Błasik i prezydent Kaczyński odpowiadają za katastrofę rządowego samolotu i śmierć 96 osób, ale jeszcze palce w tym bałaganie mógł maczać pijany ruski kontroler. Rewelacje te zostały nam miłościwie użyczone dzięki patriotycznej niezłomności osobiście premiera Tuska i będących pod jego nieustannym dowództwem odpowiednich instytucji. Jeśli wszystko pójdzie tak jak należy, a nieodpowiedzialne elementy zalesiające peryferia naszej ojczyzny będą siedziały cicho i nie pyskowały, jest nadzieja na to, że obok wspomnianych już Błasika, Protasiuka i Kaczyńskiego, na ławie oskarżonych zasiądzie też i ów kontroler. Sprawa, jak się należy domyślać, jest dogadywana nas najwyższym szczeblu, między premierami Tuskiem i Putinem.
Drugi news, który w tych dniach urozmaica nam naszą przedsylwestrową gorączkę, to ten, że szanowny pan Jan Gross – żydowskie sumienie naszego parszywego (ukłony dla red. Ziemkiewicza) polactwa – wydał nową książkę i ujawnił światu, że swego czasu Polacy grabili żydowskie groby w poszukiwaniu złota, diamentów i innych cennych tragicznych pozostałości. O tym, że sprawa jest niebylejaka, świadczyć może choćby to, że od wczoraj – poza oczywistymi peanami na cześć patriotycznej ofensywy naszego rządu w sprawie smoleńskiej – temat Polaków, jako hien cmentarnych jest medialnym tematem dnia.
Domyślam się – bo wiedzieć nie jestem w stanie – że ten rodzaj zbieżności dwóch zdarzeń nie może być przypadkiem. Oczywiście, nie mam wątpliwości, że Gross wydał swoją kolejną książkę, i to nawet w tym a nie innym temacie, zupełnie niezależnie od pojawienia szans na wtrącenie generała Błasika do ciemnicy pamięci razem z rosyjskim kontrolerem lotów ze Smoleńska, a nie tylko z jakimś Kaczyńskim czy Protasiukiem. Nawet jeśli on od pewnego czasu jest tylko i wyłącznie psem Systemu, to z całą pewnością psem o bardzo dużej autonomii. Natomiast wydaje mi się, że fakt potraktowania obu wydarzeń jako równorzędnych medialnie rewelacji jest posunięciem jak najbardziej przemyślanym.
Również domyślać się tylko mogę, o co w tym wszystkim chodzi. Tu widzę dwie możliwości. Pierwsza jest taka, że nasze władze, a za nimi wszystkie pozostałe agendy Systemu, wiedząc, że gra przeciwko Rosji, a może nawet tylko wbrew Rosji, jest posunięciem bardzo ryzykownym i może nas narazić na przykrą demonstrację rosyjskiego niezadowolenia, chcą Rosjanom pokazać, że jeśli my walczymy tu tak troszkę o swoje, to wcale nie oznacza, że w jakikolwiek sposób się wywyższamy. I na dowód tego, przyznajemy, że z nas nie byle jakie polskie kanalie i równie polska swołocz. Druga jednak ewentualność, jaka mi przychodzi do głowy – ta jednak wydaje mi się bardziej realna – to że ten adres jest skierowany nie do Rosjan, którzy to co my tu sobie robimy i gadamy, mają głęboko w każdej możliwej dziurze, lecz do nas Polaków. Chodzi mianowicie o to, by nikt z nas nawet nie pomyślał, że tu się cokolwiek rozstrzyga. Owszem, jeśli się uda dyplomatyczna mediacja między dwoma wielkimi premierami, możemy coś tam uzyskać, natomiast niech nikomu broń Boże nie przychodzi do głowy, że my mamy mieć prawo do jakichkolwiek pretensji. Byliśmy, jesteśmy i jeszcze przez wiele lat będziemy tylko głupim bydłem, i jeśli przyjdzie nam za cokolwiek dziękować, to mamy dziękować i milczeć. A jeśli przepraszać, to też – przeprosić i się zamknąć.
Pamiętnej soboty 10 kwietnia, w smoleńskiej mgle, runął na ziemię polski samolot, i w jednej sekundzie zostały w najbardziej okrutny sposób przemielone ciała 96 wybitnych Polaków, na czele z Prezydentem i jego Marią. Wszystko co nastąpiło później, stanowiło akt najczystszego świętokradztwa, profanacji i zwykłej ludzkiej podłości. Nie było jednej najdrobniejszej i najpotworniejszej przykrości, której by oszczędzono ofiarom tej zbrodni. Miejsce tego dramatu zostało powielekroć przekopane, przegrabione i rozgrabione. Przez wiele tygodni i miesięcy nawet okoliczne psy mogły bezkarnie buszować wśród gnijących ludzkich szczątków i rdzewiejących białoczerwonych szachownic, a wszystko to pod gwarantowaną opieką miejscowych władz i obu rządów. Nie było takiej obelgi, czy takiego oskarżenia, którymi najbardziej eksponowani przedstawiciele polskich mediów i polskich władz nie dręczyłyby pamięci osób rozbitych na miazgę w tamtej mgle. Każda – podkreślam, każda ofiara tamtej masakry – została pośmiertnie znieważona przez najróżniejsze osoby w ten czy inny sposób powielekroć. Nawet oficjalna i jak najbardziej publiczna odmowa zajęcia się losem tych cieni przez tych, których psim obowiązkiem było się nim zająć, jest bezprecedensowym ciosem wymierzonym w tę pamięć. Nawet dziś jeszcze, kiedy piszę te słowa, zwłoki tamtego samolotu wciąż przykrywają te nigdy niepochowane duchy zmarłych. I nic. Cisza. A świat cały unosi się za wzgardą nad tą kaźnią.
I na to wszystko przychodzi ten przedziwny Żyd, wyciąga swój palec i mówi: „Spójrzcie na siebie i niech wasze twarze pokryją się wstydem!” A za nim przychodzą już sami Polacy, kiwają w zadumie głowami i powtarzają: „O tak! Jakże to my, niegodni, możemy w tej sytuacji o cokolwiek prosić?”
Co za podłość! Co za parszywe kłamstwo!
Przed chwila przyszła moja starsza córka i powiedziała ni stąd ni z owąd coś takiego. Jakież to straszne, że nikt z nich nie przeżył. Wyobrażasz sobie, jakby to było, gdyby choć jeden z nich ocalał i mógł nam dziś opowiedzieć o tych ostatnich chwilach? Co to się wtedy działo? Biedne dziecko. Cóż ona wie? Coś my wiemy? Z najnowszych informacji dowiadujemy się, że jest całkiem możliwe, że to odbyło się na zwykłym, najbardziej prymitywnym i podłym poziomie. Zebrało się trzech Ruskich i pomyśleli sobie: „A tam psia ich mać, Poljaki! Niech zdychają”. I zrzucili w to smoleńskie błoto ten biedny, porzucony samolot. Samotny, biedny samolot, o którym nikt nawet nie miał ochoty myśleć. Wysłany w tę ostatnią podróż w sposób, w jaki wedle ich – ich! – przekonań, zasłużył. Jak się dziś dowiadujemy, nawet informacje o pogodzie zostały polskiemu prezydentowi przyniesione nie w formie oficjalnego komunikatu, lecz zaledwie zasłyszanej plotki. I polskie państwo wysłało tam ten nieszczęsny samolot na jego zatracenie, prosto w ręce trzech, tworzących tę czarną powitalną delegację, miejscowych. Jakaż to nędza, jakaż rozpacz!
I niech nam tylko nie przychodzi do głowy użalać się nad sobą, bo nam ktoś coś o nas opowie. Tak żeby nam w pięty poszło

niedziela, 12 grudnia 2010

Polska po wyborach, Polska po 10 kwietnia

Przebieg i zakończenie lokalnych wyborów, cały kontekst w jakim one się odbywały, ich wyniki, i wreszcie to co po nich zostało, budzą we mnie smutek… i właściwie tylko smutek. Oczywiście ktoś mi może natychmiast powiedzieć, że trudno się po mnie dziś spodziewać czegokolwiek innego, skoro moja ukochana partia Prawo i Sprawiedliwość dostała w tych wyborach oczywiste lanie. Muszę jednak od razu na taką sugestię odpowiedzieć, że owszem, ale nie do końca. Powiem więcej – wcale nie. Tu o PiS oczywiście trochę chodzi, jednak w bardzo małym stopniu. Jestem pewien, że gdybym dziś dowiedział się, że Prawo i Sprawiedliwość osiągnęło lepszy wynik w wyborach do Sejmików i zdobyło w więcej stanowisk prezydenta, nie byłbym ani trochę bardziej wesoły.
Oczywiście, można powiedzieć, że takie gdybanie nie ma sensu, bo gdyby akurat PiS wygrał – lub chociaż osiągnął wynik, o którym można by było powiedzieć, że był dobry – świadczyłoby to lepiej i o Polsce i o nas samych. A zatem, gdyby spojrzeć na sytuację od tego akurat końca, niewykluczone, że człowiek nazwiskiem Małkowski otrzymałby wówczas na przykład zaledwie 5% głosów, a w Wałbrzychu nie wygrałby ten skorumpowany peowiec, ale ktoś inny. Ktokolwiek inny. Tymczasem jest jak jest. PiS wypadł marnie, a my jeszcze marniej. O politykach nie mówię, bo o nich akurat ostatnio powiedziałem chyba wszystko, co powiedzieć trzeba było.
Odbyły się te wybory, do których poszło tradycyjne 30, 40, czy gdzieniegdzie 50 procent mieszkańców, i wybraliśmy władze lokalne na kolejne lata. Eksperci od nauk społecznych i politycznych cieszą się, że ludzie, jak zwykle „pokazali czerwoną kartkę partiom” natomiast wybrali przedstawicieli takich ugrupowań, jak Czas Gospodarzy, Kocham Moje Miasto, Szczecin dla Pokoleń, Miasto dla Pokoleń, Patrzmy w Przyszłość, Zasługujemy na Więcej, czy może nawet i Serce dla Mojej Dzielnicy. Ja natomiast widzę, że w Sopocie wygrał Jacek Karnowski – człowiek, wobec którego podejrzenia były tak wielkie, ze w pewnym momencie odsunęła się nawet jego własna partia. W Olsztynie bardzo dobry wynik uzyskał typ, którego jeszcze nie tak dawno mieszkańcy miasta usunęli z urzędu z powodu ciężkich zarzutów kryminalnych. W Wałbrzychu wygrał bohater największej ostatnio afery korupcyjnej. W Mysłowicach do drugiej tury wyborów wchodzi człowiek, którego nazwisko niczym żart znane jest już w całej Polsce, pokonując zarówno PiS, jak i Platformę Obywatelską. W Stalowej Woli prezydentem zostaje człowiek, który cztery lata temu wygrał, jako człowiek Prawa i Sprawiedliwości, a dziś jest kimś, kto bardziej by pasował do Ruchu Przyjaciół Janusza Palikota; i ci sami ludzie co wówczas, głosują na niego i dziś.
Czytam dziś w Sieci, że Opolem od 16 lat rządzą prezydenci z zarzutami. Właśnie w tym mieście na kolejną kadencję został wybrany aktualny prezydent miasta, niejaki Zembaczyński. Czytam dalej, że jeśli ów Zembaczyński przez kolejne lata pozostanie bez wyroku, który nad nim od lat wisi, będzie prezydentem Opola już 12 lat, a samo Opole będzie rządzone przez osoby z prokuratorskimi zarzutami od 20 lat. Wirtualna Polska – bo to tam czytam te wieści – zastanawia się, jak to się dzieje, że ludzie głosują na ludzi aż tak podejrzanych. I odpowiedzi nie znajduje. Bo trudno nazwać wyjaśnieniem kompletnie chaotyczne spekulacje zawodowych mądrali, zaczynające się od słów: „Być może mieszkańcy…”.
Patrzę na tę wyborczą mapę Polski, i Bóg mi świadkiem, że w ogóle nie myślę o Prawie i Sprawiedliwości. To natomiast co mnie dręczy, to ów socjologiczny obraz tego co się dzieje w moim kraju. A więc przede wszystkim, po co ludzie chodzą w ogóle do wyborów, dlaczego do nich nie chodzą, i oczywiście, co mają w głowach, kiedy podejmują swoje decyzje. I z tych moich myśli już po chwili zaczyna wyłaniać się tak okropny chaos, że myślę sobie, że jak to dobrze, że są gdzieś w Polsce miejsca, gdzie istnieją jeszcze ślady choćby marnego porządku. Gdynia, Gdańsk, Katowice, Wrocław, Poznań, czy mała Bogatynia, nagle w tym całym nieszczęściu jawią się jak oazy rozsądku, a nawet jeśli nie rozsądku, to przynajmniej jakiegoś w miarę stałego poczucia kierunku. Weźmy takiego prezydenta Gdańska Adamowicza. Z tego co o nim wiem, to jest ktoś, kogo ja bym nawet nie chciał na swojego dozorcę. Natomiast zakładam, że mieszkańcy Gdańska kiedyś go wybrali, uznali, że on jest po prostu świetny, lubią na niego patrzeć i słuchać jak do nich gada, są do niego przyzwyczajeni, w dodatku jeszcze cieszą się, że on jest z Platformy, którą oni uwielbiają, i że jest przy okazji kumplem Tuska, który z ich punktu widzenia jest w porządku gościem - i koniec dyskusji. Jestem pewien, że gdybym miał okazję rozmawiać z jakimś mieszkańcem Poznania, Wrocławia, czy Gdańska i spytał ich, dlaczego oni głosowali na tych swoich prezydentów, jestem pewien, że każdy z nich spojrzał by na mnie zdziwiony i zapytał: „A niby czemu nie? Przecież oni są najlepsi”. I miałby oczywiście głęboką rację.
Powiem więcej. Jestem przekonany, że gdybym nawet zapytał jakiegoś Warszawiaka, dlaczego on wolał, żeby prezydentem jego miasta była dalej ta nieszczęsna kobieta, a nie ktoś choćby i nawet minimalnie tylko kompetentny, jak Czesław Bielecki, a on by mi odpowiedział, że „to jest przecież nasza pani Hania, a poza tym nienawidzę PiS-u”, to za tym też by stała jakaś myśl, czy choćby emocja. Jeszcze więcej. Gdyby w moim mieście naprzeciwko Piotra Uszoka stanął mąż Barbary Blidy i by z Uszokiem wygrał, to też bym umiał dojrzeć w tym szaleństwie jakiś sens. No bo wiadomo – Blida to niemal Święta Barbara - Patronka Górnego Śląska, w dodatku męczenniczka za swoje umiłowanie tej ziemi, a jej mąż w tej sytuacji to prawie jak Józef. Natomiast, co mi może odpowiedzieć mieszkaniec Opola, który głosował na tego, wspomnianego wyżej Zembaczyńskiego, czy jakiś obywatel Wałbrzycha, głosujący na tego specjalistę od Dominikany, jeśli będę chciał się dowiedzieć, co im chodzi po łbach? Co się dzieje w głowach mieszkańców Stalowej Woli, którzy najpierw zrobili człowieka prezydentem za to, że jest łagodnym konserwatystą, a cztery lata później wybrali go ponownie za to, że tak pięknie walczy z Polską i Krzyżem? Przecież z ich ust może wypłynąć wyłącznie jakiś grzechot.
No i próbuje znaleźć odpowiedź. Jedna jest optymistyczna, druga mniej. Najpierw ta wesoła. Jest całkiem możliwe, że miejscowi – a już z całą pewnością ci, którzy interesują się życiem w okolicy – świetnie sobie zdają sprawę z tego, kto jest kto. A więc, kiedy mieszkańcy Opola z jednej strony mają tego Zembaczyńskiego, a z drugiej całą resztę, to wiedzą świetnie, że owa cała reszta, to banda idiotów, nie warta nawet splunięcia. I powiem szczerze, że ja nawet nie wiem, czy ten Zembaczyński to jest komunista, PSL-owiec, czy ktoś z PO, czy może jeden z tych "lokalnych niezwiązanych". A może to jakiś przedstawiciel mniejszości niemieckiej. Wiem, że z całą pewnością on nie jest z PiS-u, ale też wiem, że jest wcale niewykluczone, że PiS wystawił przeciwko niemu jeszcze większego cymbała. I ludzie to dobrze czują. Możliwe też, że ludzie wiedzą, że zarówno Jacek Karnowski, jak i ten jego niby rywal, to podejrzane typy, ale jeszcze lepiej się orientują, że PiS tam wystawił jakiegoś kompletnego durnia i dla nich sytuacja jest taka, że każdy, byle nie on.
To może być. I jeśli tak jest, to dobrze. Ład społeczny jest bowiem ważny przede wszystkim. Obawiam się jednak, że ja sobie tylko tak wmawiam. Obawiam się, że sytuacja jest taka, że nawet ci prezydenci Poznania i Gdańska nie zostali prezydentami, bo ludzie myślą i mają swoje plany. Dowodem na to jest i Łódź, gdzie Waszczykowski był o niebo lepszy od całej tej kupy nieudaczników, a mieszkańcy Łodzi go wysłali w cholerę. Dowodem na to jest Warszawa z Gronkiewicz i z Bieleckim. Dowodem może być tu nawet Kraków z Dudą i tymi dwoma. Mam bardzo poważne podejrzenia, że ludzie kierują się czymś zupełnie innym, niż uczciwością, rozumem i sercem. Obawiam się, że po 10 kwietnia , wbrew nadziejom formułowanym na tym blogu również, jako Polacy dramatycznie się obsunęliśmy. Myślę sobie, że to zło, jakie wówczas zaistniało, było tak ogromne, tak straszne, tak wyjątkowe, że ono zatryumfowało. A wszyscy wiemy, w jaki sposób przede wszystkim zło tryumfuje. Otóż ono zaraża grzechem. Jak wirus. Jak jakaś straszna dżuma. I to właśnie to zło, którego byliśmy wszyscy świadkami w tamten sobotni poranek i przez kolejne dni po nim, zniszczyło cały ten czas, który nastąpił już potem.
Po raz pierwszy przyszło mi to do głowy, kiedy dwa tygodnie temu stałem przed drzwiami lokalu wyborczego, w którym sam głosowałem i czytałem wyniki głosowania. Pisałem o tym na blogu. Patrzyłem na ten absurdalny dokument ludzkiego upadku, a obok mijali mnie ludzie, wszyscy pozornie dokładnie tacy jak ja, moi sąsiedzi, czasem i moi znajomi. A ja bezradnie patrzyłem na te mokre od pluchy kartki i nie wiedziałem co powiedzieć. I dziś nie wiem, co powiedzieć, kiedy czytam wyniki wyborów w całej Polsce i wiem, że tam już dziś wszędzie też wiszą jakieś ogłoszenia, stanowiące dokument właśnie tego, co nas spotkało 10 kwietnia. Myślę że przede wszystkim właśnie tego.
Rymkiewicz mówi, że nie należy się martwić. Wręcz przeciwnie. Że skoro mamy Jarosława Kaczyńskiego i te pięć, dziesięć, piętnaście, czy – dzięki Ci Panie! – dwadzieścia procent ludzi, którzy odwrócili się plecami do ucisku, jesteśmy już szczęśliwi. Już jesteśmy wybrani. Może ma rację. Mam nadzieję, że ma rację. Ale pomodlić się i tak nie zaszkodzi.


Tekst w miniony piątek opublikowany w Warszawskiej Gazecie.

sobota, 16 października 2010

O polskiej mądrości i polskim grzechu

Do pisania tych refleksji zabieram się trochę niechętnie z tego względu, że gdyby ktoś mi kiedyś powiedział, że przyjdzie taki czas, kiedy zacznę się znęcać nad czymś, co się powszechnie nazywa głupotą, co najmniej bym się zdziwił. Mój stosunek do problemu głupoty bowiem zawsze oscylował między, z jednej strony, pełnym poirytowania zmęczeniem, a z drugiej, demonstracyjnym głoszeniem jej pochwały. Doszło w pewnym momencie wręcz do tego, że kiedy Dezerter śpiewał „Jestem głupi, mam pierdolca” – to ja z wielką radością wziąłem te słowa do siebie i się z nimi obnosiłem, jak ze sztandarem zwycięstwa. Z tego samego powodu, na wszelkie bardzo mądre analizy zatytułowane „Z dziejów głupoty w Polsce”, lub dalej w tym kierunku, reagowałem wyłącznie pogardliwym wydęciem ust. Nie będę już nawet wspominał o tych wszystkich przypadkach, kiedy to najczęściej jeszcze więksi durnie ode mnie pełnym głosem wołali, że to czego oni najbardziej nie lubią, to głupoty właśnie.
Skąd się to u mnie wzięło? Myślę, że głównie poszło o to, że z jakiegoś niezbadanego powodu, moim jedynym kompleksem, jak mi się wydaje, jest strach przed tzw. człowiekiem oświeconym. Z jakiegoś powodu, ile razy w moim życiu spotykałem kogoś, kto mówi coś w rodzaju, wiesz, ostatnio miałem okazję rozmawiać z kimś tam, i mówię ci – to jest piekielnie inteligentny człowiek. Lub że ktoś tam to wprawdzie skurwysyn, ale za to bardzo inteligentny – jak mówię – w najlepszym wypadku ogarniało mnie zmęczenie. Ale też dla pogłębienia tej mojej skazy mogło mieć znaczenie to, że miałem tego pecha, że na każde dziesięć osob powszechnie uważanych za „piekielnie inteligentnych”, dziewięciu robiło na mnie nieodmiennie jak najgorsze wrażenie. A ze wszystkich osob, jakie lubiłem, czy kochałem – jakimś niezwykłym zbiegiem okoliczności – niemal wszyscy byli mi bliscy nie przez swoja inteligencję, czy nawet mądrość, lecz coś kompletnie innego.
Jest jednak powód, dla którego słowo „głupota” budzi we mnie irytację. Otóż ja jestem jak najgłębiej przekonany, że nie ma na świecie jednego człowieka, który mógłby w pełni autorytatywnie nazwać kogoś głupcem, nie obrażając przy okazji kogoś zupełnie innego, włącznie z sobą samym. Oczywiście, wszystkim nam się zdarza – mnie również – używać tego epitetu, ale wiemy też świetnie, że za tym nie stoi nic więcej, jak tylko pewna, przydatna, owszem, ale jednak tylko retoryka. Wiemy też, że istnieją jak najbardziej naukowe metody badania ludzkiej inteligencji, i że właśnie dzięki tym badaniom można wręcz wygenerować pewną grupę tzw. geniuszy. Tyle że co z tego? Jaki możemy mieć z tej zabawy pożytek, skoro większość tych „geniuszy” to pospolici idioci? A więc, co nam po tej mądrości i co nam z tej głupoty?
A mimo to, siadam dziś to tej klawiatury i piszę tekst o głupocie. W dodatku o głupocie naszej, polskiej, rodzinnej. Przyszło mi do głowy, żeby na ten temat się tu trochę powywnętrzniać jeszcze w zeszłym tygodniu podczas wizyty u pewnej mojej przyszywanej moherowej cioci, o której parokrotnie miałem tu okazję wspominać. Na dodatek dziś właśnie, nasz kolega jazgdyni, tracąc charakterystyczny dla siebie spokój, wykrzyknął coś w rodzaju: „Co z tą głupotą!”… i już nie miałem wyjścia. Ale wróćmy do Cioci. Rozmawialiśmy sobie, jak to się często wśród moherów dzieje, o polityce i Ciocia zaczęła strasznie biadolić nad … otóż tak, nad głupotą Polaków. Standard. Że ona wciąż spotyka jakichś ludzi, którzy, choćby nie wiadomo, co się działo, ile znaków, ile gestów, ile słów ich oblepiło, świadczących o prawdzie oczywistej i jedynej – będą się zachowywać, jakby zostali zaklęci przez jakieś podłe licho, i nie było już dla nich żadnego ratunku. No i oceniała ich moja moherowa ciocia, jako ludzi po prostu głupich. Nie złych, nie podłych, nie gnuśnych, lecz zwyczajnie głupich.
No i, idąc za ciosem, znaczyła się zastanawiać, czemu tylu z nas jest aż tak potwornie i beznadziejnie głupich. No i wtedy doszliśmy do przysłów. Otóż moja moherowa ciocia zauważyła, że w języku polskim jest strasznie dużo ludowych powiedzeń i przysłów, afirmujących prostactwo i bezmyślność. „Od myślenia boli głowa”, „Im mniej wiesz, tym spokojniej spisz”, „Nie myśl bo się przemęczysz”, „Koń ma dużą głowę, więc niech myśli”, „Nie matura, lecz chęć szczera, zrobi z ciebie oficera”, te wszystkie „Aby do wiosny”, „Dziś żyjem, jutro gnijem”, „Nie wychylaj nosa, to co go nie przytrą”, „Jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma”, „Kto się ceni, ten się leni”, i tak dalej, i w tym porządku. I zastanawiała się moja ciocia, czy ta gloryfikacja bezmyslenia, bezrefleksji, rezygnacji i bezwolnego posłuszeństwa, nie jest wynikiem tych wszystkich lat, kiedy Polska była pod okupacyjnym butem, kiedy to nasi aktualni właściciele wkładali tyle wysiłku w to, żebyśmy siedzieli przed chałupą i kiwali głową na to, jak to to nasze życie się plecie. I czy ten zalew niewątpliwego i powszechnego skretynienia, z jakim mamy do czynienia od kilku już dobrych lat, nie jest zwyczajnie efektem tych wszystkich lat oduczania nas najbardziej podstawowego wysiłku szukania prawdy i piękna.
Myślę, że – choć oczywiście tego typu diagnozy zawsze są ponętne – tym razem Ciocia się pomyliła. Przede wszystkim wcale nie sądzę, żeby wśród ludowych polskich przysłów większość stanowiły te słodkie, leniwe westchnienia do głupoty. Wręcz odwrotnie. Jak się zastanowić, to okaże się, że cała polska ludowa kultura stanowiła przeważnie afirmację zdrowego rozsądku i sceptycyzmu wobec wszelkich ekstrawagancji, czy to ekstrawagancji serca, czy rozumu. A więc, jeśli idzie o ten akurat aspekt naszych dziejów, nawet jeśli przeróżni okupanci stawali na głowie, żeby nas sprowadzić do roli bezmyślnej, wiecznie zadowolonej masy głupców, to im akurat z tych prób nic nie wyszło. Właśnie te przysłowia świadczą o tym jak najlepiej.
A mimo to, to co obserwujemy i dziś i wczoraj i tyle razy wcześniej, wciąż każe nam się martwić i załamywać ręce nad tym, co się w niektórych głowach wyprawia. I wciąż wraca to samo pytanie – jak można osiągnąć taki poziom otępienia, jak się to niektórym z nas zdarzyło? Otóż mam wrażenie, że za tym wszystkim stoi zwykły, prosty, powszedni grzech. Żadna głupota. Jak o nią idzie, nawet nie bardzo wiadomo, czym ona naprawdę jest. Natomiast lenistwo, kłamstwo, chciwość, zawiść, nieskromność – jak najbardziej. Nie głupota. Proszę zwróci uwagę, że ani w Dekalogu, ani we wszystkich towarzyszących mu kodeksach głupota jako taka się nie pojawia. Może się mylę, ale Pan Bóg nigdy chyba nam nie powiedział: „Nie bądźcie głupi”. Kazał nam chodzić do kościoła, modlić się, szanować rodziców, nie kłamać, nie krzywdzić ludzi – to tak. Ale o głupocie nie wspomniał. I teraz sobie myślę, że ile razy słyszymy jakieś słowa, lub obserwujemy gesty, które nas porażają swoją bezmyślnością, to za nimi nie stoi nic innego, jak zwykły grzech. Jestem przekonany – jeśli już mam na przykład wrócić do poprzednich refleksji na temat tego urzędnika z Kancelarii Premiera i odpowiedzi, jakiej on udzielił owej dziewczynce z Łodzi – że on może i jest głupi, choć kto to może wiedzieć. Natomiast to co go powinno naprawdę martwić, to z całą pewnością to, że utracił Światło Ducha. Dlaczego? Nie wiem. Może na przykład przez to, że kiedyś przestał chodzić do kościoła, albo komuś wyrządził krzywdę i za nią nie przeprosił. A może coś jeszcze zmalował i tak już pozostał, z tą kreską na sercu. I tak samo każdy inny z tych wszystkich nieszczęśników, zaczynając na Prezydencie, a kończąc na jakiejś obłąkanej nauczycielce dzwoniącej do Szkła Kontaktowego. A więc chodzić może wyłącznie o karę.
Kogo Pan Bóg chce ukarać, temu rozum odbiera. Czy to przypadkiem nie jest polskie przysłowie? Ono by wyjaśniało naprawdę wiele.

poniedziałek, 3 maja 2010

O ogniu, łkaniu w kominie, jednym pijaczku i dwóch kibolach



Zgodnie z tradycją, która w ostatnich dniach zdaje na tym blogu dość dobrze egzamin, chciałem przypomnieć jeszcze jeden tekst sprzed wielu miesięcy. Robię to z dwóch powodów. Pierwszy jest ściśle tradycyjny, a mianowicie związany z czasami, które wszyscy przeżywamy i które, moim najszczerszym zdaniem, wymagają świadectwa. Drugi z kolei jest już bardziej osobisty. Chodzi bowiem o to, że mój serdeczny kolega Michał Dembiński, którego blog można podziwiać na stronie www.jeziorki.blogspot.com, w reakcji na mój wpis o Polakach i nie-Polakach zamieścił notkę u siebie, gdzie w pewnym momencie – w całkowicie dobrej wierze – użył pojęcia, które jest mi wyjątkowo niesympatyczne, a mianowicie „krakowski intelektualista”. Kiedy przeczytałem jego refleksje, w mojej głowie tak się zakotłowało, że najpierw przemknęły mi przez myśl dziesiątki najprzeróżniejszych komentarzy, by wreszcie zatrzymać się na tym starym tekście. Jest bowiem tak, że nie widzę lepszego sposobu, by zareagować na tak niezwykłą bzdurę, jak argument w postaci tego podziału na „krakowskich intelektualistów” i „tępych chamów wyrzucających swoje stare lodówki do pobliskich lasów”, jak przy pomocy tego właśnie tekstu. Przeczytaj go, proszę i staraj się zrozumieć, o co mi chodzi. W tych szczególnych dniach może to być znacznie ważniejsze, niż się nam obu wydaje.
Pewnego razu, jechałem z najmłodszą Toyahówną pociągiem z Katowic do Warszawy. Było to kilka lat temu, więc i ja i ona byliśmy odrobinę młodsi, co akurat w jej wypadku ma tu pewne znaczenie. W przedziale z nami siedziało dwóch Belgów, z których jeden patrzył przez okno, a drugi oglądał film na laptopie, jakiś pan, który czytał Najwyższy Czas, inny pan, który sobie spał i dwóch absolutnie modelowych, łysych kiboli. I to nie kiboli na miarę rządu pana premiera Donalda Tuska. To byli kibole jak najbardziej klasyczni, takich których można zobaczyć na zdjęciach policyjnych podczas tłumienia boiskowych ekscesów. Ja kompletnie do dziś nie mam pojęcia, co oni robili w pociągu typu IC – w końcu nie takim znów tanim. Podejrzewam, że jechali bez biletów. Wyglądali zresztą na takich, którzy nie kupują biletów nigdzie i pod żadnym pozorem.
Jechali więc sobie kibole z nami w przedziale i zachowywali się jak najbardziej sportowo. Czyli pili piwo z puszek, omawiali ostatnie pojedynki z policją i jak najbardziej przeklinali. Przeklinali na poziomie absolutnie najwyższym, bez jakichkolwiek ograniczeń i bez jakiegokolwiek poczucia, że może nie są sami. Jeden z nich machał przy tym ręką, nieustannie zasłaniając panu z UPR-u poszczególne strony NC. Siedzieliśmy sobie z nimi w tym eleganckim przedziale, a ja miałem nadzieję podwójną. Przede wszystkim liczyłem na to, że oni pewnie wysiądą w Zawierciu, a – na wypadek gdyby jednak wybierali się do stolicy – że nie dojdzie do aktów przemocy. Przyznaję, cholera, że się normalnie bałem. Kiedy minęliśmy to Zawiercie, a im ani w głowie było wysiadać, zebrałem się w sobie, nachyliłem się grzecznie do tego łysego naprzeciwko mnie i grzecznie powiedziałem: „Bardzo przepraszam… ale widzi pan… małe dziecko… nie wypada tak przy niej…” Kibola jakby poraził prąd. Opluł się piwem, zaczął gwałtownie przepraszać, drapać się nerwowo po łysej pale i w końcu wydusił jedno prawie pełne zdanie: „Znowu nie takie małe, to prawie pannica”. Tak powiedział. Następnie przez chyba pięć minut obaj w ciszy żłopali te piwa, a później z tego napięcia wstali i się przenieśli do innej części pociągu.
Dziś, kiedy to wspominam, pragnę przede wszystkim przeprosić moja córkę za to, że jej narobiłem publicznie wstydu (co mi natychmiast nie omieszkała wypomnieć - „Mi to, jeśli chcesz wiedzieć w ogóle nie przeszkadzało”), ale jednocześnie muszę jej powiedzieć, żeby znowu się tak nie nadymała, bo i tak się bardzo ograniczyłem. Początkowo bardzo chciałem kibolowi powiedzieć, że to co on robi to grzech. I że Pan Jezus jest bardzo zawiedziony. To by jej dopiero było wstyd.
I proszę się ze mnie nie śmiać. Ja ten tekst mam bardzo skutecznie przećwiczony. Kiedyś, jeszcze dawniej, w pewien Wielki Piątek szedłem sobie pod moim domem i napotkałem na mej drodze człowieka bardzo, bardzo pijanego. Taki klasyczny ‘dziad’, jakby to określił pan Prezydent. Szedł sobie więc ten dziad, pijaniusieńki jak nie wiem co i wrzeszczał z wściekłością na cały świat, klął, pluł, bluzgał. A ja zatrzymałem się i powiedziałem: „Panie, przecież to Wielki Piątek! Jak pan może? Jakiż to straszny grzech. Chrystus umiera na krzyżu, a pan w takim stanie. I jeszcze te słowa”. Efekt był dokładnie ten sam, co kilka lat później, w Intercity z Katowic do Warszawy. Powiem tylko, ze do dziś mam wyrzuty sumienia, ze może powinienem był być bardziej delikatny. Powtarzałem jednak ten numer jeszcze parę razy, zawsze z identycznym skutkiem.
Ale do czego zmierzam? Do tego mianowicie, że dobrzy ludzie grzechu się boją. Dobrzy ludzie nie chcą być źli. Dobrzy ludzie czują ten wiatr nawet w czasie największego upadku. I myślę sobie, ze można by było właściwie tu skończyć. Jest wystarczająco mocno. Więc jeśli komuś już wystarczy, to się nie obrażę. Róbcie to co macie i tak zaplanowane. Ale ja jednak troszkę jeszcze poopowiadam, bo w sumie piszę to w bardzo mocno zdefiniowanym celu.
Napisałem już dziś w którymś z komentarzy, że bardzo mi się podoba tekst pewnej piosenki Skaldów (był kiedyś taki popularny zespól – bardzo dobry). Początek leci tak: „Oj dana, dana, nie ma szatana, a świat realny jest poznawalny. Oj dana!” Ale najlepsze jest później: „Życie jest formą istnienia białka, ale w kominie coś czasem załka.” Chodzi mi właśnie o ten komin. Ja jestem absolutnie przekonany, że coś takiego jak lęk i podziw dla Najwyższego jest zupełnie autentycznym i wręcz przyrodzonym stanem każdego ludzkiego bytu. Jestem pewien, że każdy człowiek, choćby niewiadomo jak był przekonany o tym, że nie ma nic, w najgłębszych pokładach swojego serca wie, że to nieprawda. Wie że są sytuacje, kiedy żartów nie ma. Sytuacje wobec których nawet on zaczyna drżeć.
To jest moim zdaniem reguła. Oczywiście, od reguły – jak mówią ludzie uczeni – są wyjątki, więc zakładam, że i od tej reguły są wyjątki. Zakładam więc też, że może i kilka dzisiejszych komentarzy, jakie pojawiły się pod moim poprzednim wpisem były wklepane przez owe wyjątkowe zupełnie umysły i serca. Przez ludzi, którzy, gdyby ich spotkał taki atak, jaki z mojej strony spotkał tych dwóch młodocianych bandytów i tego biednego pijaczka, po prostu najpierw by opluli mnie, a następnie najbliższy mijany kościół. Inna sprawa, że ja nie od dziś mam głębokie przekonanie, że jeśli już na kogoś mogę liczyć, to bardziej na tego dziada i tego łysola, niż na wykształconego absolwenta wydziału prawa na którejś z renomowanych polskich uczelni. Dlaczego? Dlatego, proszę sobie wyobrazić, że ich umysły może i są zatrute, ale przynajmniej zatrute ekologicznym i czystym gnojem, niż wysoko oczyszczoną kokainą, albo czymś podobnym (jak ktoś chce się obrazić, to uprzedzam – to tutaj to była czysta figura retoryczna).
Jestem pewien bowiem, że ludzie potrafią być bardzo mężni, bardzo silni i bardzo szlachetni. Potrafią też jednak upadać, a kiedy już upadną, to potrafią jeszcze się potoczyć, czasem bardzo daleko, w bardzo nieprzyjemną ciemność. A kiedy upadną, niektórzy z nich potrafią się podnieść, czasem bardzo wczesne, ale czasem dopiero na samym, samiusieńkim końcu. A jak już się podniosą, to często o wiele wyżej niż ktokolwiek z nas. Dlaczego tak się dzieje? Dlatego że przez całe ich życie, tli się w nich to poczucie, że jednak świat realny nie jest do końca poznawalny. A ten ogień potrafi i palić i oświetlać drogę, jak nic innego.
I powtarzam raz jeszcze. Wolę tych meneli i tych bandytów o wiele bardziej, niż wielu z tych, którzy, przynajmniej we własnym mniemaniu, złapali prawdziwą tajemnicę za największy palec u nogi. Wolę te dzieci, rozkołysane wewnętrznym przekonaniem że Boga nie ma, a już że na pewno nie ma Szatana, od tych wszystkich którzy mówią to samo i zachowują się dokładnie tak samo, jak te dzieci, tyle że jeszcze na przykład z prawdziwa pasją zaczytują się w horoskopach i wierzą autentycznie i głęboko, że jeśli puścić porządną rakietę w sylwestrową noc, to następny rok będzie lepszy.
Wolę tych którzy w życiu nie zajdą do kościoła, bo ksiądz to pijak, a pani z plebanii to jego kochanka, ale jak zagrzmi, to robią znak krzyża, niż tamtych, którzy uważają, że to całe gadanie o dzieciach z Fatimy, to idiotyzm, oszustwo i że jeśli nawet coś tam się działo, to można to bardzo ładnie i naukowo wyjaśnić, natomiast wieczorem, jak wrócą z pracy, to pieczołowicie wycinają z gazet wszystkie możliwe informacje na temat tych wszystkich niewyjaśnionych przypadków lądowania na Ziemi pojazdów kosmicznych.
W moim wpisie, do którego się tu wciąż odwołuję, wyraziłem satysfakcję z tego powodu, że mój Kościół jest tak cierpliwy i tak kochający. Że nikogo nie odrzuca i że jest zawsze gotowy na przyjęcie tych, którzy nagle zostali porażeni tym światłem. Ale tu już zbliżam się bardzo niebezpiecznie do najbardziej oczywistych oczywistości, że zacytuję klasyka, więc najlepiej już skończę..
Taka to jest ta refleksja. A na sam już koniec, powiem i Tobie i każdemu, kto może chcieć jeszcze czytać te końcowe zdania, że nie ulega dla mnie wątpliwości, że gdyby w tym pociągu, który pojawił się na początku, siedziało dwóch „krakowskich intelektualistów” i sobie na przykład żartowali na skądinąd znany temat „zimnego Lecha i krwawej Mary” – jak to ostatnio właśnie mają w zwyczaju „krakowscy intelektualiści” - a ja bym ich poprosił, żeby przestali, to oni na sto procent by nie przestali. Nie przestaliby ani gdybym ich poprosił, ani gdybym im groził, ani gdybym powoływał się na wartości humanistyczne i wartości chrześcijańskie. Nie przestaliby. Jedyne co by zrobili, to podnieśli na nas najpierw zdziwione, a później już tylko pełne pogardy spojrzenia i robiliby swoje. W tej sytuacji, zapewniam Cię, że dla nich byłoby znacznie lepiej, gdyby pojechali do pobliskiego lasu i wywalili tam z obelżywym słowem na ustach swoją starą lodówkę.

wtorek, 2 czerwca 2009

Prawda. Jak deszcz.

Już pojutrze będziemy obchodzić rocznicę wyborów 1989 roku. 4 czerwca tamtego roku miałem o dwadzieścia lat mniej i byłem bardzo szczęśliwy. Byłem szczęśliwy, ponieważ czułem ten wiatr, byłem pewien że to jest dobry wiatr, a przede wszystkim czekałem na ten wiatr całe długie lata. Ciekawe jednak jest to, że w tamtym czasie byłem przy tym wszystkim jak najgłębiej przekonany, że moje emocje są dzielone przez niemal wszystkich Polaków. W owych dniach znajdowałem się w nastroju tak podniosłym, że nawet w głowie mi się nie mieściło, że ów nastrój święta mógłby przejść gdziekolwiek niezauważony. Byłem więc bardzo zdziwiony, kiedy się okazało, że w tych wielkich, wspaniałych wyborach wzięło udział mniej niż 63% uprawnionych obywateli. Jeszcze bardziej szokujące było to, że kiedy po tym pierwszym, cudownym i tak podnoszącym na duchu, zwycięstwie, kiedy okazało się, że to wszystko się dzieje naprawdę, doszło do drugiej, uzupełniającej rundy 18 czerwca, i w głosowaniu wzięło udział zaledwie 25% wyborców.
Proszę sobie wyobrazić sytuację, którą dziś mam w głowie. Po 50 latach niewoli, najpierw niemieckiej, a później sowieckiej, dochodzi do pierwszego, wreszcie trochę czystego, aktu demokracji i okazuje się, że – pomijając ten pierwszy nastrój emocji – całym tym wydarzeniem zainteresowanie wykazuje zaledwie co czwarty głosujący Polak. I nie mówię tu o najróżniejszego autoramentu intelektualistach – takich choćby jak Cezary Michalski – którzy zawsze mają swoje własne, często bardzo egzotyczne przemyślenia. Nie mówię tu też o najbardziej zaczadzonych polityką obywatelach, którzy nie potrafią ani na chwilkę wyjść poza swoje najbardziej partykularne interesy. Oni w tamtych dniach, naturalnie, zajęci byli czym innym. Ja mam na myśli ludzi. Zwykłych ludzi, którzy sobie żyją z dnia na dzień i – jak się wówczas, przed 20 laty okazało – nie ma takiej siły, która by ich zmusiła do jednego ludzkiego odruchu, o ile nie pokaże się im tego jednego ludzkiego powodu, dla którego ten ruch warto wykonać.
Dziś, kiedy za oknem – i tym realnym i tym sztucznym oknem telewizora – toczy się debata o tym, co się w Polsce wydarzyło dwadzieścia lat temu i co w związku z tym słychać teraz, w roku 2009, bardzo chciałbym wiedzieć, co się stało z tymi wszystkimi ludźmi, którzy 18 czerwca 1989 roku, w tę piękną czerwcową niedzielę powiedzieli sobie i Polsce, że oni to wszystko mają, najzwyczajniej w świecie, w nosie. Ciekawy jestem, czy oni dziś żałują, że wtedy zostali w domu, czy może czują z tego powodu wyłącznie złośliwą satysfakcję, czy może nawet tamtego czerwca nie pamiętają? Chciałbym wiedzieć, czy oni dziś interesują się w ogóle polityką, czy mają zamiar głosować za tydzień w wyborach europejskich i czy – jeśli zechcą oddać swój głos – oddadzą go na Platformę Obywatelską, czy może na PiS, czy może na komunistów? I dlaczego tak, a nie inaczej? Bardzo bym chciał wiedzieć, co sobie myślą właśnie oni. Tamte 75 % Polaków, którzy w momencie gdy – jak się zdawało – przyszedł czas rewolucji, wzruszyli tylko ramionami. Ale nie wiem.
Mogę dziś mówić wyłącznie w swoim imieniu. W imieniu kogoś, kto właśnie w tej chwili pisze swój kolejny tekst w Salonie24, a jednocześnie jednym uchem słucha, jak z telewizora za ścianą biegną słowa wypowiadane przez człowieka o nazwisku Janusz Lewandowski. Człowieka, który – jestem głęboko przekonany – dwadzieścia lat temu głosował tak jak ta ogromna wówczas mniejszość. Otóż ja sobie myślę nie najlepiej. I podobnie nie najlepiej się czuję. Przez te dwadzieścia lat otrzymałem niemal wszystko to, na co liczyłem, że dostanę tamtej czerwcowej niedzieli. Mam dziś więc przede wszystkim wolność bezkarnego – przynajmniej jak na razie – pyskowana. Mam paszport w pudełku na szafce. Mam również graniczące z pewnością poczucie, że mijający na ulicy policjant nie da mi bez powodu po pysku. No i przede wszystkim jednak – mam te już przysłowiowe banany. Banany wprawdzie ostatnio dwa razy droższe niż jeszcze rok temu, ale za to w ilościach dowolnych i w dowolnych niemal miejscach.
Czy to dużo? Skoro to jest – jak już wspomniałem – prawie wszystko, na co kiedyś liczyłem, to chyba bardzo dużo. W takim razie, czemu jestem dziś w tam marnym nastroju? Czemu się więc nie cieszę, tak jak choćby dziennikarze stacji TVN24, którą – tak na marginesie – dostałem wraz z całą resztą w komplecie? Czy jest tak, że to co dostałem, po tych dwudziestu latach okazało się wcale nie tak potrzebne, jak mi się wtedy wydawało? Czy może chodzi o to, że jakość tego co dostałem jest niższa od zapowiadanej? Czy może sęk w tym, że na miejsce ówczesnego milicjanta przyszedł ktoś zupełnie inny? O wiele straszniejszy? A może problem leży w tym, że właśnie ta jedna, jedyna rzecz, której tamten wiatr jednak nie przywiał, była tym jednym jedynym gwarantem tego, że cała reszta będzie w ogóle miała jakiekolwiek znaczenie? I sens? Czy to możliwe, że to czego – jak się w końcu okazało – jednak nam poskąpiono, załatwiło całą sprawę odmownie?
Czy może być tak więc, że te 75% dorosłego społeczeństwa odmówiło udziału w wyborach w czerwcu roku 1989, bo oni wciąż czekali na ten jeden prosty – tak bardzo prosty – znak? I go nie zobaczyli?

Czy Donald Tusk wierzy w Boga?

        Gdy chodzi o kardynała Rysia, czy wielu innych księży, biskupów, arcybiskupów i kardynałów, to często bywa tak, że czuję rozczarowan...