Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jacek Pałasiński. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jacek Pałasiński. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 19 maja 2014

Jacek Pałasiński, czyli czas freaków

Przez minione dwa, a właściwie trzy – bo piątkowe popołudnie w to też wchodziło – sprawdzałem matury, a ponieważ mam już taki charakter, że jak już się za coś wezmę, to nie ma takiej ludzkiej siły, która by mnie mogła od tego odciągnąć choćby na chwilę, raczej słabo obserwowałem świat rozciągający się za oknami szkoły, gdzie nas rozmieszczono. Nie zmienia to jednak faktu, że parę rzeczy zauważyłem. Dosłownie parę. Pierwsza z nich, to Donald Tusk maszerujący za rękę z tą idiotką, a obok nich książę Harry, a więc widok, który zrobił na mnie takie wrażenie, że brakuje mi słów, by ten wątek w sensowny sposób ciągnąć dalej. Druga natomiast to – uwaga, uwaga – redaktor Pałasiński, o którym tu już parę razy było, ale wygląda na to, że jak idzie o tego kosmitę, święte słowa Ozziego – „no rest for the wicked” – znajdują zastosowanie każdego dnia. A więc, owszem, dziś będzie o Pałasińskim.
Zanim jednak przejdę do rzeczy, winien jestem czytelnikom tego bloga ważną informację. Otóż okazuje się, że kiedy niedawno informowałem, że Ministerstwo Edukacji nie daję egzaminatorom maturalnym długopisów, ołówków, gumek i temperówek, to kłamałem, jak bura suka. Od zeszłego roku bowiem nastąpiła wyraźna poprawa i, jak się domyślam, dzięki obcięciu stawek za każdy kolejny sprawdzony arkusz, udało się na rzecz pracy egzaminatorów zakupić znaczną ilość wspomnianych ołówków, gumek i czarnych długopisów. Na temperówki akurat nie starczyło, i te akurat musieliśmy mieć własne, co się zresztą bardzo przydało, bo ze względu na fakt, że ołówki były absolutnie najtańsze, wymagały one nieustannego ostrzenia. Ale, cokolwiek by nie mówić, poprawa jest, i ja to bardzo chętnie autorytatywnie tu zaświadczam.
Przechodzimy do Pałasińskiego. A więc o nim akurat wspominałem tu dwa razy. Dość niedawno przy okazji szydzenia z któregoś dziennikarza tygodnika „W Sieci”, który próbował bez sensu popisywać się znajomością języka angielskiego, przypomniało mi się, jak to Pałasiński swego czasu przetłumaczył frazę „late pope”, jako „późny papież”, natomiast jeszcze w roku 2011 napisałem tekst zainspirowany popisami Pałasinskiego na jego blogu, a dokładnie komentarzem na temat spotkania Rodzin Radia Maryja na Jasnej Górze. Pałasiński wówczas odezwał się w taki sposób do premiera Kaczyńskiego:
Nie uwłaczając nikomu, to, Panie Premierze, na Jasnej Górze stała przed Panem Polska na zasiłku, Polska najmniej twórcza, Polska nie umiejąca produkować bogactwa, Polska niewykształcona, Polska zaściankowa, Polska nieprzygotowana do stawienia czoła wyzwaniom współczesności, Polska zabobonna, Polska czerpiąca swą siłę do przetrwania z chorobliwej nienawiści do wszystkiego co czyste, szlachetne i mądre, Polska, która podzieli się wedle własnego życzenia, Polska mentalnie zakorzeniona w komunizmie, Polska, która za Polskę nigdy się nie biła, Polska budująca dla Polaków małe, krzywe i szare domy, Polska nie potrafiąca nawet wybudować gładkiej szosy, Polska rozkradająca własność prywatną i publiczną, Polska z pochodów na 22 lipca, Polska szmalcowników i donosicieli, Polska podła i głupia. To Pan wybrał sobie taką Polskę i chce do niej przynależeć. My nie”.
Chcąc odpowiednio skomentować to wystąpienie, skupiłem się na tym zamykającym ów bluzg słowie „my” i napisałem tak:
Otóż kiedy czytam ten tekst z blogu Jacka Pałasińskiego, nie mogę nie wspomnieć ‘niemieckiego’ skeczu Monty Pythona, kiedy to któryś z nich, przebrany za oficera Gestapo, wyciąga do nas palec w czarnej, skórzanej rękawiczce i mówi: ‘Vee know vot you did. Vee have seen your acts. Vee vill make you suffer and beg for mercy’. Jakoś tak. I teraz czytam to ‘my’ Pałasińskiego I słyszę to prześmiewcze ‘vee’. To jest oczywiście bardzo komiczne, ale pewien dreszcz po plecach, owszem, przechodzi. Trzeba tylko red. Pałasińskiego trochę przylizać, no i nieco inaczej mu przystrzyc ten ruski wąsik”.
No i kiedy wydawało się, że z Pałasińskim mamy raz na zawsze spokój, okazało się, że nic podobnego. Jak na porządnego kosmitę przystało, on się okazał niezniszczalny i nie dość, że wszystko to, czym dysponował dotychczas zachowało się w stanie nienaruszonym, to zdołał w swoim arsenale zgromadzić parę dodatkowych atutów, między innymi własny profil na Facebooku. Oto okazało się, że w Sudanie skazano na śmierć kobietę, za to, że związała się z chrześcijaninem, co Pałasiński uznał za konieczne skomentować w następujący sposób: „Prawo i sprawiedliwość po islamsku. Sudan wymarzonym miejscem na ziemi dla naszych dzikoludów z PiS-u i okolic?”.
Ktoś powie, że to nic takiego. Pałasiński to półprzytomny staruszek, który nie rozróżnia łokcia od dupy, a więc trudno też od niego wymagać, by się kontrolował, gdy idzie o naprawdę silny motywowany politycznie resentyment. Otóż nic z tego. Z informacji dostępnych w Wikipedii wynika, że choć on faktycznie wygląda na mocno posuniętego, to w rzeczywistości ma zaledwie 62 lata, a więc nie tylko odpada starcza demencja, ale choćby i zwykłe starcze zacietrzewienie, z którym mamy do czynienia w przypadku Bartoszewskiego czy Kutza. Tu musi chodzić o coś jednak innego. A więc może mamy do czynienia ze swojego rodzaju reinkarnacją Stefana Niesiołowskiego? Otóż moim zdaniem też nie. Niesiołowski oczywiście, jak wszyscy wiemy, potrafi zaimponować, niemniej musimy przyznać, że on przynajmniej, jeśli go zapytać o owady, potrafi o tych owadach gadać bez żadnych politycznych dygresji; jeśli go poprosić o komentarz na temat aborcji, eutanazji, czy teologii gender, też można się spodziewać, że on nie zacznie nagle gadać o Kaczyńskim; no i przede wszystkim, ja nie mam wątpliwości, że gdyby Niesiołowskiego zachęcić do wygłoszenia komentarza na temat owego strasznego sudańskiego incydentu, on by się trzymał tematu, a więc problemu walki z chrześcijaństwem, a nie bluzgałby na PiS. A więc tu akurat o Niesiołowskim mowy być nie może. Tu przed nami stoi Jacek Pałasiński.
Przed chwilą, już pisząc ten tekst, wpadłem na inną jeszcze dość starą wypowiedź Pałasińskiego, kiedy ten, komentując likwidację przez Amerykanów Osamy Bin Ladena, napisał co następuje:
Rząd pakistański wziął udział w wyśledzeniu i likwidacji fanatyka religijnego Osamy, choć przecież Osama robił to, co robił w imię religii, którą i członkowie owego rządu wyznają. Kiedy zagrożenie ze strony religijnych fanatyków i wspierających ich polityków dotrze także i do rządu polskiego?
Przepraszam bardzo, ale to nie jest ani demencja, ani prosty obłęd, ani nawet zwykła polityczna fiksacja. Ja znam i ludzi starych, i ludzi częściowo obłąkanych, a nawet też zdarzyło mi się trafić na tych z nich, których do szaleństwa doprowadziło ogólne polityczne napięcie. Żaden z nich jednak nawet się nie zbliżył do tego, co się dzieje z Jackiem Pałasińskim. Wygląda na to, że on osiągnął stan, w którym można by go właściwie zacząć zatrudniać w cyrku, jako tak zwanego freaka. Wynosiłoby się go na środek areny w odpowiednio wzmocnionej klatce, publiczności kazałoby się skandować na zmianę słowa „prawo” i „sprawiedliwość”, a on już by dalej wypełniał swoimi popisami tę część programu. W jaki sposób? A skąd ja to mogę wiedzieć? Jedno wiem na pewno: to by było naprawdę coś prawdziwie niezwykłego i on by tak mógł ciągnąć naprawdę długo, co najmniej do czasu aż by nie zszedł na marskość wątroby, czy jak się nazywa to coś, co dopada tych już najbardziej zdegenerowanych alkoholików.
A zatem, jak widzimy, to tak naprawdę nie Pałasiński jest tu naszym największym utrapieniem. To jest człowiek w sposób oczywisty chory, i to chory tak, że gdybyśmy na niego trafili nie w telewizji, czy na jakichś internetowych stronach, ale powiedzmy w szpitalnym korytarzu, uprzejmie byśmy się odsunęli i odeszli, zadumawszy się nad ludzkim losem. O wiele bardziej frapujące natomiast jest to, do czego doszły polskie media, czy, ogólnie bardzo rzecz ujmując, polska scena publiczna. Czy naprawdę osiągnęliśmy już ten etap, gdzie transmituje się na żywo już nie tylko pornografię, zbrodnię, ludzkie tragedie, ludzką śmierć, ale też ludzkie opętanie? Przepraszam bardzo, ale chyba pewnych granic przekraczać naprawdę nie wypada. Nawet w tym naszym nowym, wspaniałym świecie.

W tym tygodniu w Warszawie rozpoczynają się targi książki i plan był taki, że zanim ruszy kolejna sesja sprawdzania matur, a więc w czwartek, przyjadę i będę podpisywał swoje książki. Niestety, na chwilę obecną jestem doszczętnie spłukany i wygląda na to, że fizycznie nie będzie mnie stać, żeby tam dojechać. A zatem, proszę zaglądać na stronę www.coryllus.pl i kupować nasze książki. A na targi w czwartek i tak proszę przyjść. W końcu, kto wie, co dni przyniosą. Windykatorzy z firmy „Jedi” wciąż dzwonią, cholera, ja tracę lekcję za lekcją – również przez te matury – a czerwiec jeszcze za horyzontem. Jeśli ktoś coś ma, na czym mu akurat mniej zależy, a powyższy tekst mu się spodobał, serdecznie proszę o wsparcie naszego bloga. Dziękuję.

środa, 12 lutego 2014

O tym, jak dziennikarstwo rozbiło się o skaliste dno

Pamiętam, jak dawno, dawno temu, w czasach, gdy jeszcze oglądałem telewizję, w tym na pierwszym miejscu telewizję TVN24, któregoś dnia pojawił się na ekranie redaktor Jacek Pałasiński, pełniący tam funkcję specjalisty od przeglądu prasy międzynarodowej, i, obłożony stertą tytułów, poinformował nas o tym, że „późny” papież Jan Paweł II… dalej nie pamiętam. Nie pamiętam, bo wiadomość ta prawdopodobnie nie była niczym szczególnie interesującym, ale przede wszystkim przez owo użycie słowa „późny”, które mnie nieco przyblokowało, i już dalej nie słuchałem. Co bowiem miał oznaczać ów „późny papież”?
Wygląda na to, że, jak się możemy domyślać, korzystając z fragmentów jakichś artykułów napisanych w języku angielskim, Pałasiński znalazł tam frazę „late Pope” i uznał, że skoro late oznacza „późny”, owo late Pope musi oznaczać, cokolwiek by to było, „późnego papieża”. Oczywiście, ów ekspert nie wiedział, że wyraz late w języku angielskim może również odnosić się do osoby zmarłej, czy zjawiska minionego, a więc w tym wypadku late Pope, to po prostu „zmarły papież”. Taka to anegdota.
Przypomniał mi się tamten wypadek z Pałasińskim dziś rano, kiedy do porannej kawy otworzyłem sobie najnowszy numer tygodnika „W Sieci” i trafiłem na tekst czołowego eksperta pisma od spraw najszerzej pojętej kultury, Łukasza Adamskiego, stanowiący recenzję z filmu „Late Quartet”, ze zmarłym niedawno Seymourem Hoffmanem. Adamskiemu film bardzo się podoba, gorąco nam obejrzenie go poleca, tyle że nie dość, że przez cały tekst nie umie się zdecydować, czy to coś nosi tytuł „Late Quartet”, czy „Late Waltz”, to w dodatku owo late, tłumaczy, jako „późny”. Kwartet, walc – jeden czort.
Ponieważ z językiem angielskim zawodowo jestem związany przez całe dorosłe życie, dogadywanie obcym ludziom z powodu tego, że ktoś z nich czegoś nie wie, czy coś pomylił, nie sprawia mi żadnej ani przyjemności, ani satysfakcji. Wiedząc znakomicie, że nikt – włącznie ze mną – nie jest ani tak dobry, jak mu się wydaje, ale też tak zły, wolę się nie czepiać. Wyjątek robię tylko dla osób wybranych, a więc dla tych na przykład tefauenowskich dziennikarzy, którzy najpierw prowokują zaskoczonych polityków do popisywania się językiem angielskim, tylko po to, by się z nich później ponaśmiewać, z takiego Pałasińskiego, który nie mając pojęcia ani o języku, ani o sprawach międzynarodowych, ani tak naprawdę o niczym, w każdej z tych dziedzin potrzebuje uchodzić za pierwszego eksperta, no i wreszcie z dziennikarza Łukasza Adamskiego, którego teksty wypełniają każdy kolejny numer tygodnika, który, było nie było, czytam, a z których każdy jest przykładem tak straszliwej, i tak podstawowej niekompetencji, że to już zaczyna robić wrażenie jakiejś chorej kompletnie prowokacji.
Wspomniałem już o tym Adamskim przy okazji swojego tekstu na temat artystycznych ambicji małżeństwa Józefowiczów, gdzie on w pewnym momencie zasugerował, że fraza A rolling stone gathers no moss pochodzi z piosenki Boba Dylana. Rzecz w tym, że wprawdzie Dylan rzeczywiście ma w swoim dorobku piosenkę „Like a Rolling Stone”, tam jednak nie ma słowa na temat owego porastania mchem, natomiast owszem, owa fraza istnieje w anglosaskiej kulturze, tyle że stanowi cytat z tradycyjnego przysłowia. A zatem, wiele wskazuje na to, że ten Adamski to jest naprawdę zawodnik pierwszej klasy.
Ktoś powie, że no dobra. W końcu każdemu się zdarza, no a poza tym, chyba nie ma obowiązku znać tekstów do każdej piosenki Boba Dylana. Jest tytuł „Like a Rolling Stone” – mógł Adamski pomyśleć, ż skoro tak, to pewnie to nie jest piosenka o Rolling Stonesach, tylko o tym mchu i takich tam. Owszem, mógł Adamski tak pomyśleć, no i pomyślał. A ja z kolei mogę go wytargać za uszy. I to wcale nie koniecznie za to, że on gówno wie, ale za to, że pozycja, jaką zajmuje w owym prawicowo-konserwatywnym towarzystwie tak mu przewróciła w głowie, że on nie dość, że uznał, że jemu akurat na niczym się nie znać wypada, to w ogóle niczym się już nie musi przejmować.
Ostatni numer tygodnika „W Sieci” teksty Adamskiego wypełniają od początku do końca. Nie chciało mi się liczyć, ile ich jest dokładnie, ale trafiłem na cztery. Oto przed nami, niezależnie od wcześniej wspomnianej recenzji, wspomnienie o zmarłym aktorze Hoffmanie, które kończy się następującym akapitem:
Teraz dołączył [Hoffman] do innego charyzmatycznego mistrza drugiego planu Jamesa Gandolfiniego, który przeżył go o zaledwie pięć lat. Kino nie doświadczyło takich strat w przeciągu ośmiu miesięcy. Odczujemy to szybko”.
Przepraszam bardzo, ale co to, do ciężkiej cholery, ma być? Jakim to „mistrzem drugiego planu” był Seymour Hoffman, człowiek nominowany i nagradzany Oscarami za pierwszoplanowe role? Seymour Hoffman, to był mistrz drugiego planu??? No i znów, kto, do jasnej cholery, kogo przeżył o 5 lat? Gandolfini Hoffmana, który zmarł ledwo co, czy Hoffman Gandolfiniego, który zmarł latem zeszłego roku? Co się Adamskiemu porobiło z głową? No i ta końcówka: „Kino nie doświadczyło takich strat w przeciągu ośmiu miesięcy. Odczujemy to szybko”. Co odczujemy szybko? To że kino nie doświadczyło takich strat, czy może wielkość tej straty? No i w jaki sposób to odczujemy? Kino przestanie istnieć, bo dwóch drugoplanowych aktorów zmarło?
Jak można, będąc szanowanym, zawodowym publicystą, w niecałych 30 wyrazach pomieścić aż trzy tak wybitne idiotyzmy? Zapytam raz jeszcze: co ten Adamski ma w głowie? Jak on żyje? Jak wygląda jego praca? Ile mu wreszcie za to, co on wyprawia, płacą? Czemu nikt w redakcji mu nie powie, żeby on się choć na moment wziął w garść, bo w końcu wyleci stamtąd na mordę, i nie będzie mógł pisać nawet do swojej parafialnej gazetki?
Jak mówię, w numerze „W Sieci”, który leży przede mną jest cała kupa tekstów Adamskiego, w tym osobny, bardzo długi na temat Walta Disneya. Nawet go nie dotknę; nawet na niego nie spojrzę. Nie odważę się. Wiem bowiem, że to co tam znajdę może mnie oślepić, ogłuszyć, i pozbawić zmysłów.
A naprawdę głupio by było skończyć tak fatalnie przez kogoś tak do niczego, jak redaktor Łukasz Adamski.

Jak zwykle, serdecznie proszę o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta, czy to przez kupowanie książek, których okładki są tu bardzo starannie zaprezentowane, czy przez pomoc pieniężną na podany obok numer konta. W tej chwili akurat jest tak, że poza tym, nie mamy niemal już nic. Dziękuję.

czwartek, 18 sierpnia 2011

On się nazywa Pałasiński. Jacek Pałasiński

Ja oczywiście zdaję sobie sprawę, z tego, że ten typ skojarzeń ma się tu trochę jak pięść do nosa, jednak ze skojarzeniami już tak jest, że one są, i na to nic już nie można poradzić. Inna sprawa, że i tak akurat innych w zasięgu mojej pamięci nie ma, więc siłą rzeczy, tak jak jest, musi zostać. O co chodzi? Otóż w swoim „Roku 1984”, Orwell w pewnym momencie opowiada, jak to Winston próbuje sobie przypomnieć coś z czasów, kiedy świat był względnie normalny, i właściwie jego pamięć rozbija się już na samym początku o następujący dylemat: czy to co on sobie niby przypomina, działo się naprawdę, czy może mu się tylko tak zdaje. Ja tę niezwykłą powieść czytałem już bardzo dawno temu, a więc nawet w tej chwili nie umiem powiedzieć, czy to chodziło tylko o kasztany, czy aż o dzwony kościołów, niemniej problem był właśnie taki – że nowy świat jest już tak bardzo inny od tamtego, który został ostatecznie starty z powierzchni ziemi, a jednocześnie też robi wrażenie czegoś tak naturalnego, że istotnie, wszystko co kiedyś może i było, wydaje się dziś tak egzotyczne, że aż nierzeczywiste.
Przypomniał mi się ten Orwell na poziomie tak trywialnym i bylejakim, jak trywialny i byle jaki jest bohater tych refleksji, i, przyznam, że mam w związku z tym trochę wyrzuty sumienia, no ale skoro słowa płyną, nie należy im przeszkadzać. Nawet kiedy płyną wodą tak brudną i lichą. Mam otóż wrażenie, że był taki czas, kiedy dziennikarze zatrudnieni w najróżniejszych telewizyjnych stacjach, czy gazetach nie mogli brać udziału w reklamach zamawianych przez firmy zewnętrzne. A więc, jeśli ktoś taki jak na przykład redaktor Lis miałby ochotę za ciężkie pieniądze wystąpić w reklamie jakiegoś banku, czy towarzystwa farmaceutycznego, musiałby najpierw przestać być dziennikarzem TVP. O ile sobie przypominam, był nawet taki przypadek, że któraś z dziennikarek TVN-u wystąpiła w jakiejś zewnętrznej reklamie i z tej okazji została wywalona z pracy, a myśmy wszyscy sobie myśleli, że wiele na tym nie straciła, bo sobie pewnie jakąś nową pracę łatwo znalazła, natomiast co za tę reklamę dostała, to jej.
Czemu i skąd takie przepisy? Wydaje mi się, że powód dla ich wprowadzenia był tak samo oczywisty, jak fałszywy. Chodziło o to, by nie budzić podejrzeń, że dziennikarze publicznych mediów – publicznych w sensie tym, że kierowanych do opinii publicznej – są uzależnieni od jakichkolwiek innych od tej właśnie opinii agend i wpływów. Żeby nikt nie miał powodu sądzić, że taki, skoro już o nim mówimy, Tomasz Lis może w swojej publicznej misji kierować się interesem na przykład jakiegoś banku, który mu płaci za jego usługi. Jak mówię, reguła ta była tyle oczywista, co fałszywa, choćby z tego względu, że ostatnią rzeczą, jaką o sobie mogą powiedzieć tak zwani niezależni dziennikarze, jest to, że oni są właśnie niezależni, i to akurat wie każde w miarę choćby przytomne dziecko. No ale przepis był i wszyscy sobie z nim jakoś musieli radzić.
Dziś, kiedy widzimy tak bardzo wyraźnie, jak najprzeróżniejsi dziennikarze choćby takiego TVN-u, od Kuby Wojewódzkiego poczynając, przez Szymona Majewskiego, a kończąc na Tomaszu Zubilewiczu sprzedają się bez żadnych problemów wszystkim, niezależnie od tego, czy mamy do czynienia z bankiem, czy firmą farmaceutyczną, czy wreszcie siecią komórkową, jedynym pytaniem, jakie możemy sobie zadawać, jest już tylko to, czemu jeszcze nie wzięli się za tę robotę Grzegorz Miecugow, czy Monika Olejnik. Bo to istotnie jest zagadka przedziwna.
No ale przez to, że, z jednej strony, nasza świadomość tego, że żaden z nich nie jest ani obiektywny, ani niezależny, ani samodzielnie myślący, jest już naprawdę oczywista, a z drugiej, sami dobrze widzimy, co się tam wyprawia na poziomie tej niezwykłej już prostytucji, może się bardzo łatwo zdarzyć, że nagle, na wspomnienie czasów minionych, zaczniemy przecierać sobie oczy i pytać: „Czy to rzeczywiście tak było? Śmieszne.” A przed nami otwiera się przestrzeń wolności tak już szeroka, że nie ma właściwie absurdu, który nie mógłby zostać przyjęty, jako coś całkowicie zrozumiałego i naturalnego. Weźmy takiego Jacka Pałasińskiego. Załóżmy że któregoś dnia okaże się, że on zostaje zatrudniony jako pierwszy medialny doradca szefa Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, i na zmianę, albo prowadzi ten swój zabawny program o świecie według Jacka, albo występuje na konferencjach prasowych i tłumaczy, dlaczego należy podsłuchiwać telefoniczne rozmowy Jarosława Kaczyńskiego, a robi to, dajmy na to, w takim stylu: „Niech się, pani redaktor szanowna, skurwysyn cieszy, że jeszcze żyje”. Po czym pędzi do studia, bo tam już na niego czeka któraś z jego koleżanek, by powiedzieć: „To o czym nam dziś opowiesz, Jacku?” A on na to: „Dziś, Agato, będzie o pięknej Krecie”.
Absurd? Pewnie że tak. Sam to nawet wcześniej powiedziałem. Tyle że to jest absurd w świecie, który powoli odchodzi w przeszłość. Dziś do Hiszpanii przyleciał Benedykt XVI i mieliśmy wszyscy okazję obejrzeć na ekranach naszych telewizorów bezpośrednią transmisję z tego wydarzenia. Telewizja TVN24 na tę okoliczność do pracy wysłała aż dwóch swoich zawodowców, w tym właśnie samego specjalistę od religii jednocześnie i spraw międzynarodowych, Jacka Pałasińskiego. Pałasiński tym razem wprawdzie ani razu nie użył wobec Ojca Świętego epitetu „kruchutki staruszek”, ani też o zmarłym Janie Pawle II nie mówił „późny”, ale myślę sobie, że to pewnie była jakaś instynktowna reakcja na to, jak on sam dostrzegł, jak ciężka demencja złapała za mózg jego samego. O tym jednak za chwilę, bo najpierw chciałbym dokładniej pokazać, kogo mamy przed sobą, kiedy mówimy o Jacku Pałasińskim. Otóż Jacek Pałasiński, o ile mi wiadomo, jeszcze w reklamach nie występuje, natomiast prowadzi swój blog. I, wbrew temu, czego ktoś mógłby się spodziewać, nie jest to blog o pracy dziennikarza, albo o wspomnieniach Pałasińskiego z pobytu we Włoszech, ale normalny, pełen autentycznego mięsa, blog polityczny, myślę, że pod wieloma względami jeszcze bardziej wyrazisty, niż ten nasz. Popatrzmy na następujący fragment. Jarosław Kaczyński przybył na Jasną Górę na spotkanie Rodzin Radia Maryja i powiedział, że przed sobą widzi Polskę. Pałasiński na to pisze tak:
Nie uwłaczając nikomu, to, Panie Premierze, na Jasnej Górze stała przed Panem Polska na zasiłku, Polska najmniej twórcza, Polska nie umiejąca produkować bogactwa, Polska niewykształcona, Polska zaściankowa, Polska nieprzygotowana do stawienia czoła wyzwaniom współczesności, Polska zabobonna, Polska czerpiąca swą siłę do przetrwania z chorobliwej nienawiści do wszystkiego co czyste, szlachetne i mądre, Polska, która podzieli się wedle własnego życzenia, Polska mentalnie zakorzeniona w komunizmie, Polska, która za Polskę nigdy się nie biła, Polska budująca dla Polaków małe, krzywe i szare domy, Polska nie potrafiąca nawet wybudować gładkiej szosy, Polska rozkradająca własność prywatną i publiczną, Polska z pochodów na 22 lipca, Polska szmalcowników i donosicieli, Polska podła i głupia. To Pan wybrał sobie taką Polskę i chce do niej przynależeć. My nie”.
Wbrew pozorom, na mnie największe wrażenie z tego potoku czarnych glutów, nie zrobił jego środek, lecz początek i koniec, a dokładniej to, otwierające całość, „nie uwłaczając nikomu”, i zamykające ją „my”. Oczywiście, owo „nie uwłaczając nikomu”, w swojej tu akurat szczególności, jest bardzo typowe. Ono należy do tej bezcennej skarbnicy polskiej postkomunistycznej obłudy, rozpoczynającej się jeszcze na początku lat 90. od oświadczenia któregoś z udeckich polityków o jedzeniu nożem i widelcem, a kończącej się na dniu dzisiejszym i tej tuskowej bablaninie o miłości i empatii. Jednak jego szczególność jest równie uderzająca, ze względu na osobę samego Pałasińskiego. Ale o tym znów, ale za to, w ramach wieńczącej całość konkluzji, za chwilę, bo teraz trzeba coś powiedzieć na temat tego „my”. Na początku tego wpisu pisałem o skojarzeniach. Otóż kiedy czytam ten tekst z blogu Jacka Pałasińskiego, nie mogę nie wspomnieć „niemieckiego” skeczu Monty Pythona, kiedy to któryś z nich, przebrany za oficera Gestapo, wyciąga do nas palec w czarnej, skórzanej rękawiczce i mówi: „Vee know vot you did. Vee have seen your acts. Vee vill make you suffer and beg for mercy”. Jakoś tak. I teraz czytam to “my” Pałasińskiego I słyszę to prześmiewcze “vee”. To jest oczywiście bardzo komiczne, ale pewien dreszcz po plecach, owszem, przechodzi. Trzeba tylko red. Pałasińskiego trochę przylizać, no i nieco inaczej mu przystrzyc ten ruski wąsik.
Oglądałem zatem w telewizji transmisję z przylotu Benedykta XVI do Madrytu i do moich uszu dotarł komentarz Jacka Pałasińskiego o takiej urodzie, że aż to wszystko postanowiłem specjalnie na potrzeby tego bloga spisać. Proszę się wczuć. Samolot ląduje, otwierają się drzwi i słyszymy relację Jacka Pałasińskiego:
Już szef ceremoniału… he, he… zszedł, no i teraz wreszcie moment klu. Benedykt XVI stawia stopę, za nim kardynał… no i powitanie z królem. Juan Carlos Bourbon, Juan Carlos Pierwszy, który swe dzieciństwo spędził w Rzymie, nota bene, na wygnaniu… eee… chciałoby się powiedzieć obok królowa Sofia, jako się rzekło spadkobierczyni… eee… dynastii królów greckich. No i takie dość jeszcze właśnie na schodach. Część purpuratów stoi jeszcze, to tak w stu procentach niezgodne z… eee… protokołem, no ale… he, he… mamy do czynienia z dniami młodzieży, więc tu tak często protokół… eee… niestety często nie wystarcza”.
Słuchaliśmy tego Palasińskiego, jednocześnie, zupełnie jak nie z tego świata, widzieliśmy na ekranie Króla, Królową, Papieża Benedykta, tych wszystkich kardynałów.. i wyliśmy ze śmiechu. A kiedy już nam przeszło, i śmy się uspokoili, ja sobie przypomniałem te wszystkie wcześniejsze występy tego kosmity i pomyślałem sobie, po jaką cholerę on prowadzi ten swój blog. Ja rozumiem Wojewódzkiego i tę jego reklamę komórek, albo Majewskiego z tym bankiem. No, to są autentyczne pieniądze, których głupio nie brać, jak dają. Ale blog? Czy on naprawdę nie ma co robić w domu, tylko pluć na Prawo i Sprawiedliwość i ludzi, którzy je popierają? Rozumiem, że Walter pozwala, a może nawet i wspiera takiego typu aktywność, no ale czyż on nie ma niczego innego do roboty? Myślałem tak sobie, myślałem, i przyszły mi do głowy dwie rzeczy, i to już nie wiem kompletnie, która dla Pałasińskiego jest bardziej okrutna. On może mieć faktycznie mentalność takiego gestapowca ze skeczu Monty Pytona i to „vee” go tak rajcuje, że nie jest w stanie się powstrzymać. W telewizji nie dają, to on pisze na blogu. Druga opcja jednak jest taka, że Pałasiński czuje jakoś pół-świadomie, że jest debilem, który, o ile mu czegoś nie napiszą na kartce, to nie da sobie rady. Jednak przez to, że był akurat na tej placówce w Rzymie, kiedy umierał Jan Paweł II i jakimś cudem złapał tę popularność za nogi, to teraz musi się męczyć, i wszyscy tę mękę widzą, i ją jakoś zapamiętują. I stąd się on tak rwie do tego pisania, żeby pokazać ludziom, że on naprawdę umie coś powiedzieć tak bardziej inteligentnie. Tak jak to robią jego inni wykształceni koledzy. No i stąd się wzięło to „nie uwłaczając nikomu”. A ja się tylko zastanawiam, czy mu ten wordowski korektor nie musiał poprawić „uwłączając”. W sumie ciekawe, prawda?
Ten blog, jak wiemy, od samego początku służy wszystkim chętnym ludziom dobrej woli. Za darmo i bez ograniczeń. Jednak jeśli ktoś ma możliwości i chęci, bardzo proszę o finansowe wspieranie go pod podanym obok numerem konta. Każdy gest przyjmę z najwyższą radością i wdzięcznością. Dziękuję.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...