Poszedłem do sklepu kupić coś do jedzenia, i korzystając z okazji kupiłem też kolorowy magazyn Viva. Za całe 29 zł. Prawdę mówiąc, okazje, z których skorzystałem, były dwie. Jedna to wspomniane wyjście po zakupy, druga natomiast to taka, że do Vivy dołączony był film o człowieku, który wymyślił Facebooka, a zatytułowany. ‘Social Network’, a ja chciałem ten film mieć dla siebie. W tym momencie, pozwolę sobie na pewną dygresję, która nie ma zupełnie nic wspólnego z tematem dzisiejszej notki, ale ponieważ chodzi mi po głowie parę rzeczy, które chcę powiedzieć, to myślę, że teraz jest na to odpowiedni moment. Otóż film ‘Social Network’ widziałem już w kinie, bardzo mi się podobał, natomiast to co mnie w nim uderzyło najbardziej, to fakt – podawany w filmie jako coś bezdyskusyjnego – że ten Żyd, który uważany jest za twórcę i właściciela Facebooka, tak naprawdę go ani nie stworzył, ani od nikogo nie kupił, ale go zwyczajnie ukradł. No, prawie zwyczajnie. Gdyby go ukradł zwyczajnie, to by musiał oddać, a więc ukradł go nie do końca zwyczajnie, ale za to bardzo skutecznie. Ponieważ, jak słyszę, dziś już właścicielem owego Facebooka jest w znacznym stopniu jakiś post-sowiecki gangster, wszystko pozostaje na swoim miejscu, a my mamy z tego jakąś tam naukę. Jaką? Sam dobrze nie wiem, ale jakąś mamy na pewno. Odrobina gimnastyki nie zaszkodzi.
A więc to jest pierwsza część mojej dygresji. Druga z nich jest taka, że film o Facebooku, który sobie kupiłem wraz z magazynem Viva jest filmem nowym, dopiero co nominowanym do Oscara, natomiast Viva sprzedaje go za 29 zł. dodając do niego bezpłatnie swój bieżący numer. Nie bez znaczenia jest też fakt, że nie jest to jakieś bylejakie gazetowe wydanie, ale prawdziwe DVD, w dodatku w dwupłytowej edycji specjalnej. Próbuję tę zagadkę rozgryźć i jak bym do niej się nie zabierał, nic mi z tego nie wychodzi. No bo nawet jeśli założyć, że faktycznie pies z kulawą nogą się tym filmem nie interesuje i to nie Viva jest przy nim rozdawana za darmo, ale to właśnie te 196 stron Vivy kosztują 29 złotych, natomiast ‘Social Network’ jest nam wciskany jedynie po to, byśmy sobie poczytali o Olivierze Janiaku, to ja dalej nic z tego nie rozumiem. Przecież to by znaczyło, że z jakiegoś kompletnie tajemniczego powodu, ten wspaniały film niczym się nie różni od najnowszej książki Jana Tomasza Grossa. I jedno i drugie, zaraz po swoim debiucie, trafiło na śmietnik, a jedyni którzy na tym wszystkim skorzystali, to z jednej strony Olivier Janiak i jego lalunia, a z drugiej… no, wszystko wskazuje na to, że jakimś cudownym zbiegiem okoliczności również Olivier Janiak i jego lalunia.
Powiem szczerze, że nie wiem, kto to jest Olivier Janiak. Nie mam w tej sprawie najbardziej bladego pojęcia. Patrzę na okładkę tej Vivy i widzę dwójkę najbardziej ponurych tandeciarzy, którzy wyglądają tak, że gdyby ich wysadzić nawet gdzieś w samym środku Moskwy, to przechodnie odsuwaliby się od nich z zażenowaniem. No i mam przed sobą jeszcze te nazwiska. Olivier Janiak i Karolina Malinowska. Ten zestaw jest dla mnie tak niewyobrażalnie komiczny, że ja nawet nie potrafię tu wymyślić jakiegoś żartu. Stoi jakiś dżolo, obok jakaś ruska lalunia i oni się nazywają Janiak i Malinowska. A on jeszcze, ni z gruszki ni z pietruszki, ma na imię Olivier. Pamiętam jak jeszcze na studiach miałem tak zwane wojsko. I tam wszyscy ci peerelowscy oficerowie, którzy nam pokazywali jak wygląda granat, nazywali się Słoma, Drewniak, Pudło, Kapusta i było śmiesznie jak cholera. No ale, co by o nich nie mówić, nikt z nich przynajmniej nie miał na imię Olivier, i to w dodatku pisane przez fał.
Jak mówię, nie wiem, kto to jest Olivier Janiak, podobnie zresztą jak nie wiem, kim jest ta Malinowska. Pytałem o to swoją najmłodszą córkę, która, jak idzie o te sprawy, jest stosunkowo dobrze oblatana. I ona mi powiedziała, że nie wie, ale chyba tancerz. No, ale to nie jest pewne. Z tego więc wnioskuję, że z jednej strony, on nie jest osobą szczególnie dobrze znaną, a z drugiej, jako że ma okładkę w Vivie, to coś tam z nim musi się jednak dziać. Może rzeczywiście jest tancerzem? Mógłbym oczywiście zajrzeć do środka numeru i przejrzeć rozmowę, która tam zapewne jest do przeczytania, w ten sposób i czegoś się dowiedzieć, ale aż tak znowu zdesperowany to ja nie jestem. A zatem pozostaję w ciemności.
I oto nagle pojawia się w tym wszystkim na scenie moja żona. Zanim coś o niej opowiem, muszę powiedzieć parę słów usprawiedliwienia. Otóż ona ma dziś migrenę. A więc nie najlepszy też nastrój. I właśnie w tym nastroju, po przyjściu ze szkoły, siadła żona moja do stołu nad obiadem, który jej naszykowałem, otworzyła wspomnianą wyżej Vivę i powiedziała, tak jak to ona, ni to do mnie, ni do siebie, ni mniej ni więcej jak: „Co za syf! Trzy lata im wystarczyły, żeby zrobić z Polski Ukrainę”. Jak się okazało, ona nie komentowała okładki, która na mnie zrobiła takie wrażenie, ale coś, co się znalazło już pod koniec numeru, a mianowicie relację z jakiegoś bankietu, który urządzono dla tego Janiaka. Sprawa polega na tym, że Janiak nie jest tancerzem, ale prowadzi w telewizji jakiś program, a że on go prowadzi już od dziesięciu lat, to odbyła się z tej okazji owa wyżerka, na której pojawiło się całe mnóstwo znajomych tego Janiaka, Viva zamieściła z tej okazji piękny, kolorowy fotoreportaż, a pani Toyahowa wyrzuciła z siebie tę Ukrainę.
Piszę więc ten tekst, patrzę na zdjęcia z imprezy, którą gdzieś w Kijowie… przepraszam, w Warszawie, zorganizowano dla Janiaka, i już wiem, co ona miała na myśli z ową Ukrainą. Kogo tam mamy? Jest oczywiście Janiak, jest ta Malinowska, ale są też inni (cytuję): Teresa Rosati, Ewa Minge, Katarzyna Skrzynecka, Marcin Łopucki, Reni Jusis, Tomek Makowiecki – którzy mają syna Teofila, który jednak został w domu – Joanna Horodyńska, Arkadiusz Prajs, Justyna Steczkowska, Piotr Adamczyk, Maciej Zakościelny z lalą o nazwisku Diana Tadjuideen-Pakulska, Andrzej Krzywy, Gosia Baczyńska i Magdalena Scheibal. I myślę sobie, że choć ta Gosia razem z Szejbalówną by w zupełności wystarczyły, zwłaszcza że obok nich stoi Janiak, to naturalnie wszyscy robią odpowiednie wrażenie. Nie znam z nich prawie nikogo, ale to potwierdzam. Oni wszyscy robią wrażenie jak należy.
I znów, chciałbym znaleźć jakiś dobry żart, ale tu jest jeszcze gorzej niż poprzednio. Bo to już jest naprawdę zwyczajna, prawdziwa Ukraina. Pamiętam, jakiś czas temu znalazłem gdzieś w Sieci zdjęcie Weroniki Marczuk w majtkach i z jakimiś chyba własnie ukraińskimi gangsterami – czy tylko sutenerami, nie wiem – i je tu opublikowałem. To było jednak dawno. Jeszcze chyba wtedy, gdy Reszka i Majewski dopiero się za Mariusza Kamińskiego brali, i nawet jeszcze im w głowie nie było, że ja będę o nich kiedyś musiał mówić „nasi”. A więc dawno. Wtedy, gdy wydawało się, że to tylko ta Weronika Marczuk jest taka. Że to ciągle Ukraina. Nie my. No i już wszystko zaczyna się porządkować. Patrzę na tę jakąś Gosię Baczyńską, na tę Magdalenę Scheibal, na to co zostało ze Steczkowskiej, no i wreszcie na tego Janiaka i myślę sobie, że nie jest łatwo. Pomyśleć tylko, że wystarczyły trzy lata. No, pięknie!
Byłem dziś na poczcie. Straszny tłum. Straszny. Otwarte tylko trzy okienka, te biedne kobiety usiłują zdążyć z wklepywaniem danych do tych komputerów, ludzie wściekli jak nie wiem i nagle jakaś kobieta – zwykła, normalna kobieta, trochę starsza, a może tylko tak wyglądająca – weszła przed jakiegoś dużego byka z wąsem. Chyba jednak niechcąco, bo tłok był niezwykły. I wtedy ten byk mówi do niej tak: „Czy pani wie, że pani śmierdzi? Czy nie widzi pani, że ludzie się od pani odsuwają? Niech pani idzie do domu i się umyje”…
Później, kiedy już przyszła moja kolej, podszedłem do okienka i mówię do tej dziewczyny, co tam siedzi, że ciężką ma pracę. Wszyscy na nią drą mordy, a ona biedna, nawet nie ma jak stamtąd uciec. A ona mi na to, że tak, bo mało okienek, dziewczyny zwalniają z pracy. Poczta będzie się prywatyzować.
A więc prywatyzacja. Dobrze. W końcu czas najwyższy. Mamy rok 2011. Rok naszej prezydencji w Unii. Poważna okazja.
I to już koniec.