poniedziałek, 28 czerwca 2010

Dla mojego brata - Homo Sovieticusa



Ponieważ cały czas myślę, żeby jakoś znaleźć chwilę i podzielić swój czas na oba te blogi, a jednocześnie nie narazić kampanii na lekceważenie, przyszło mi do głowy, żeby opowiedzieć Wam pewną historię, jeszcze sprzed ponad dwóch lat, którą wspominam i z rozrzewnieniem i ze wstydem, a przy okazji traktuję jako poważną naukę. Przy okazji uważam, że to co chcę dziś przypomnieć, niezależnie już od samej głównej anegdoty, bardzo pasuje do tego wszystkiego, czym w tych dniach żyjemy. A mianowicie stanowi bardzo szczery i – jestem szczerze przekonany – celny komentarz na temat tego, co niektórzy określają jako kompletny upadek naszego społeczeństwa.
Ta troska i to zmartwienie szczególnie się nasiliło w wieczór wyborczy w minioną niedziele i z każdym kolejnym dniem wyłącznie się kumuluje w obawie, że i tym razem nie będziemy w stanie pokazać, że jesteśmy Polakami i że gdziekolwiek mamy serce, czy po lewej, czy po prawej stronie – sprawy Ojczyzny są dla nas najważniejsze. Przypominam dziś więc ten tekst trochę dlatego, że uważam, że on na to przypomnienie zasługuje, ale też po to, by wskazać jak bardzo należy jednak wierzyć w to coś, co niektórzy nazywają mądrością, inni instynktem, a jeszcze inni duszą. Po prostu duszą.
Najpierw jednak anegdota. Proszę sobie wyobrazić, że ja nie byłem blogerem znienawidzonym przez salonowe siły ciemności od samego początku. Był taki moment nawet, że zostałem wręcz pochwalony przez samą Rudecką-Kalinowską. I to pochwalony nie zdawkowo, tak jak to raczył czynić przez niemal dwa lata jeden polski patriota z Krakowa, w postaci uwag typu: „Ładnie”, „Celnie”. „Słusznie”. Ale pochwalony poważnym soczystym komentarzem, który do dziś – jak mówię, z dumą i ze wstydem – cytuję:
„W przeciwieństwie do tekstu FYMa - Twój tekst tchnie prawdą. Dziękuję. I Pozdrawiam. PS Dokładasz cegiełkę do mony. Jej tekst też prawdziwy.” http://toyah.salon24.pl/88043,homo-sovieticus-czyli-o-skutecznosci-tresury
Kim jest owa Mona, wolałem nie dociekać. Wyżej przytoczone słowa wystarczyły mi na całe życie. Natomiast nie byłbym sobą, gdybym się nie zastanowił, co takiego było w tym tekście, tekście wcale nie innym od wszystkich innych moich wpisów – ani jeśli idzie o tak zwany kunszt, jak i ideologiczny przekaz – co by mogło zachwycić kogoś takiego jak Renata Rudecka-Kalinowska? Czym ja sobie zasłużyłem na to, żeby taka swołocz – bo to jest swołocz – mogła go uznać za prawdziwy i mi jeszcze za niego podziękować? Podziękować najwyraźniej – każdy to może ocenić – bez ironii, bez złośliwego sarkazmu. Myślałem, myślałem, myślałem i wymyśliłem. To musiało być tak, że ten jeden raz w zyciu, ten jeden jedyny raz, udało mi się napisać coś, co stanowiło prawdę obiektywną. Napisałem tekst będący afirmacją wszystkiego w co wierzę, co kocham i co mi daje nadzieje na dobrą przyszłość, i napisałem go najwyraźniej tak dobrze, że Rudecka uznała go za swój. Ona musiała ten jeden jedyny raz w swoim nędznym życiu zobaczyć prawdę i pomyślała, że ona też jest osobą mądrą i dobrą. Że ona prawdę lubi. I się wzruszyła. Innego wyjaśnienia nie widzę.
I dziś to doświadczenie każe mi wierzyć, ze jeśli będę nadal się starał, jeśli będę nadal pisał i jeśli będę to robił z takim sercem jak dotychczas, to uda mi się napisać jeszcze jeden taki tekst, a może i jeszcze jeden, a może – aż strach o tym myśleć – i jeszcze jeden, które sprawią, że wszyscy ci, którzy dziś zwyczajnie oszaleli, zwyczajnie dali się zaczadzić tym złem, najzwyczajniej w świecie zgłupieli, nagle otworzą oczy i zobaczą. Niestety przed zbliżającą się niedzielą to już chyba jest nie do zrobienia. Ale może kiedyś? Może ktoś inny, o tym rodzaju emocji i serca co ta dziwna kobieta z Krakowa przeczyta to i się zmieni. Choć na chwilę. Jak by to było pięknie!
Proszę. Przeczytajmy ten wpis. Bardzo proszę. I powiedzcie mi, czy ja mogę mieć rację?
FYM umieścił tu niedawno niezwykle ciekawą refleksję, gdzie się zastanawiał nad tym, ogólnie rzecz ujmując, co system sowiecki zrobił z ludźmi, których uważał za swoich poddanych. Temat jest tak obszerny, że umówić go skutecznie nie udało się ani FYM, ani nie uda się tego zrobić mi, ani nie sposób go omówić pewnie w ogóle, a co dopiero w tak krótkiej formie, jak zwykły skromny blog. Na dodatek, temat ten, oprócz tego, że niezwykle złożony, jest okropnie śliski, bowiem wystarczy powiedzieć homo sovieticus , żeby do tego światła zaczęły się garnąć nie tylko osoby prawdziwie uczciwe i zatroskane, ale również, a być może nawet przede wszystkim, najgorszego autoramentu manipulatorzy, którzy, gdy tylko zwietrzą okazję, by dokopać komuś, kogo nie lubią, sięgają po ten argument z niezwykłą lubością.
Z tym drugim typem mieliśmy w ciągu tych kilku lat wolności do czynienia – i wciąż mamy – aż nazbyt często. Czy to jakiś światły publicysta, czy jakiś mądry polityk, czy któryś bardzo nowoczesny ksiądz, właściwie każdego dnia nachyla się nad tym marnym, głupim Polakiem i mówi mu ciepłym, zatroskanym tonem: "“Jesteś jakże typową ofiarą systemu”. "Ja nie - ty".
A system był, system działał i system nie próżnował. A ja dziś bardzo chciałby wtrącić swoje trzy grosze do tej niekończącej się rozmowy o tym, co osiągnął?
Mam tu jedno, bardzo interesujące wspomnienie. Pewna dziewczyna studiowała w innym mieście i co tydzień wracała pociągiem do domu. Ponieważ pociąg przyjeżdżał na dworzec jej miasta późnym wieczorem, zawsze czekał na nią jej chłopak. Któregoś dnia, pociąg z jakiegoś powodu się spóźniał. Ponieważ żadnej informacji o spóźnieniu i o czasie spóźnienia nie było, chłopak poszedł do odpowiedniego okienka. Pani nie było w okienku, za to stała w głębi, na zapleczu, i gawędziła sobie z koleżanką. Chłopak czekał cierpliwie, wreszcie zawołał: “Może by tak pani zechciała tu podejść”. Pani podeszła do okienka, wychyliła głowę na zewnątrz i zawołała do przechodzących milicjantów, żeby zrobili porządek z “tym awanturującym się pijakiem”. Milicjanci przyszli, wsadzili chłopaka do swojej niebieskiej nyski, zawieźli na posterunek milicji, przesłuchali, a następnie skierowali sprawę do kolegium, które odpowiednio skazało chłopaka na bardzo wysoką grzywnę za awantury po pijanemu. Przyznać trzeba uczciwie, że go nie pobili, bo przecież mogli. Może oszczędzili go, bo się nie stawiał i nie pyskował.
I teraz przed nami trzech bohaterów tego zdarzenia. Wszyscy trzej żyli w ramach systemu i trzej podlegali obróbce, o której w swoim blogu pisał FYM. Pani z okienka, pan milicjant i chłopak.
Powstaje pytanie. Która z tych trzech osób dała się wytresować systemowi? Pan milicjant, który napisał wniosek do kolegium, pani z okienka, która poczuła się częścią systemu i zadziałała, czy chłopak, który wszystko, co milicjanci kazali, wykonał bez protestu, mimo, że był całkowicie niewinny? Gdybym pytanie to zadał komuś takiemu, jak na przykład red. Żakowski, to pewnie bym się dowiedział, że homo sovieticusa poznajemy nie po tym, co robił kiedyś, ale jak się prowadzi obecnie. Gdybyśmy spytali o to jakiegoś komunistę, powiedziałby nam, że nikt tu nie zawinił, bo PRL był naszą wspólną ojczyzną i trzeba było jakoś żyć. A my? Co na ten temat sądzę ja i Wy? Pozwólcie, że zanim ja wypowiem się jednoznacznie, jeszcze przez chwilę powspominam.
Kiedy byłem dzieckiem, chodziłem z moim Ojcem na pochody pierwszomajowe. Bardzo lubiłem te pochody i bardzo lubiłem, jak jest 1 maja, bo było wesoło, kolorowo, pod moim oknem jeździli kolarze, w parku sprzedawali watę na patyku i wiatraczki z plastiku i oranżadę. Później przestałem je lubić i przestałem w nich brać udział. Zorientowałem się też, że nikt właściwie pierwszomajowych pochodów nie lubi, a już zwłaszcza ci, którzy na nie chodzą. Pochodów nikt nie lubił, komunistów każdy nienawidził, a gdybym historię chłopca z dworca opowiedział publicznie tym wszystkim obywatelom machającymi flagami, balonikami i chorągiewkami, prawdopodobnie ogromna większość splunęłaby symbolicznie, ale by się nie zdziwiła. Bo ogromna większość wiedziała, że komuniści to mordercy, których należy się bać. Jednocześnie jednak, pewnie ta sama większość powiedziałaby, że po pierwsze chłopak dobrze zrobił, że się nie kłócił, że milicjant jakiś porządniejszy, bo chłopca nie pobił, a pani z okienka to zwykła ruska swołocz, ale może była pijana.
Czy można powiedzieć, że oni wszyscy - ci ludzie w komunistycznym pochodzie - byli psychicznymi ofiarami systemu? Czy może na odwrót. To właśnie dzięki ich zdrowemu rozsądkowi jakoś się nam udało? Skłonny jestem przypuszczać, że owszem, wśród nas było dużo, bardzo dużo ludzi, którzy jakoś tam padli ofiarą tej wielkiej operacji pod nazwą “budujemy człowieka radzieckiego”. Niektórzy bardziej, inni mniej, jedni częściej, inni rzadziej. Ale na ogół nie mam pretensji. Uważam, że na ogół nie daliśmy się.
Może z wyjątkiem naprawdę nielicznych. Takich, jak na przykład artysta Janusz Józefowicz, który zamiast iść w pochodzie, jak przystało na normalnego obywatela, łaził po szwedzkich supermarketach i kradł wszystko, co uznał za ładne i przydatne, a o czym jakiś czas temu, w wywiadzie dla magazynu Pani, czy może Twój Styl z dumą opowiadał.

niedziela, 27 czerwca 2010

Witamy w piekle!



Tuż po zakończeniu pierwszej tury wyborów ktoś dobrze poinformowany zapowiedział, że kampania przed turą rozstrzygająca będzie bardzo brutalna. Nie pamiętam kto to mówił i tym bardziej nie wiem, skąd on to wiedział, ale oczywiście wiedziałem, że owa brutalność nie będzie dwustronna, lecz skupi się wyłącznie po stronie, jak by to powiedział Orwell, Sił Miłości. Dlaczego? Otóż z tego prostego powodu, że jak nawet przyznają oni, Jarosław Kaczyński swoją kampanię prowadzi jako wilk w owczej skórze, więc trudno się nagle spodziewać, żeby jego sztab z tej taktyki zrezygnował i zaczął opluć. A zatem z przez nadchodzący tydzień należy się spodziewać dalszych kwiatów i kolejnych uśmiechów z jednej strony, a zapowiedziana brutalność pojawi się z całą pewnością tam.
Już się pojawiła. W zeszły poniedziałek, czy wtorek Janusz Palikot opowiedział o mordowaniu. Kiedy okazało się, że Mainstream przyjął tę wypowiedź ze zrozumieniem, minister Rostowski zapowiedział, że jeśli Jarosław Kaczyński wygra wybory, Polska pogrąży się w katastrofie finansowej, wczoraj wiadomy już powszechnie głos zabrał Donald Tusk, pod wieczór głos zabrała pani Komorowska, dziś w Kawie na ławę wypuszczono Stefana Niesiołowskiego i w ten sposób wkraczamy w nowy tydzień. Będzie wiec się działo. Myślę że, kiedy obserwujemy ów wzrost napięcia, warto wiedzieć, z kim mamy do czynienia. Wczoraj pokazałem część tego towarzystwa. Dziś, chciałbym przypomnieć jeszcze jeden wpis sprzed roku. Proszę sobie poczytać.
Wczoraj Aleksander Ścios, we wczorajszym Salonie, przytoczył fragment komunistycznego rozporządzenia w sprawie nadzoru nad prawidłowością prowadzonych badań naukowych. Biorąc pod uwagę aktualny kontekst, w którym to wspomnienie zafunkcjonowało, tekst Ściosa jest porażający. W sytuacji zwyczajnej, pewnie nie wypadałoby mi posiłkować się aż do tego stopnia czyjąś pracą, inwencją i wysiłkiem, niemniej jestem głęboko przekonany, że akurat dziś powinno się zrobić jak najwięcej, by maksymalnie szeroko spopularyzować kontekst, na który Ścios zwrócił tak pięknie i tak mocno uwagę.
Kiedy wczoraj pisałem swój tekst o Olechowskim, problem Wałęsy potraktowałem bardzo pobieżnie. Uznałem, że ponieważ poziom, jaki osiągnęła obrona złego imienia byłego prezydenta już dawno przekroczył absurd, a zawziętość, z jaką środowiska komunistyczno-liberalne próbują doprowadzić do likwidacji Instytutu Pamięci Narodowej jest dla mnie w gruncie rzeczy obłąkana, lepiej się sprawą nie zajmować, a zamiast tego skupić się bardziej na przedziwnych ruchach, jakie ostatnio w Polsce zaczęła wykonywać masoneria. Oczywiście, ja wiem dobrze, że obie te kwestie mogą być ze sobą ściśle związane, jednak – jak mówię – ten poziom zagmatwania jest dla mnie za trudny.
Od czasu jak napisałem wyżej wspomniany tekst, miałem bardzo bliskie spotkanie z dwoma zjawiskami, które mnie – powiem szczerze – pokonały. Najpierw, podczas jednej z dziennikarskich relacji imprezy zorganizowanej dla Lecha Wałęsy, a mającej na celu zademonstrowanie jedności elit wokół jego osoby, ujrzałem taki obraz. Stoi Aleksander Kwaśniewski i z jednej strony wyjaśnia konieczność objęcia ochroną osobę kogoś takiego jak Wałęsa, a z drugiej postuluje likwidację IPN-u. Nie wiem, jaka to jest dokładnie okazja, ale całe tło tworzy wrażenie swoistego briefingu dla dziennikarzy. Za Kwaśniewskim stoi nie kto inny jak dominikanin ojciec Maciej Zięba i żeby nikt nie miał wrażenia, że on się tam znalazł przypadkowo i tylko na moment, zadowolony patrzy w tę samą kamerę, co Kwaśniewski. I to jest, powiem zupełnie szczerze, widok, dla skomentowania którego zwyczajnie brakuje mi słów.
Przychodzi mi właściwie do głowy jedyna reakcja. Niedawno w Dzienniku były ojciec zakonny Tadeusz Bartoś, podzielił się również ze mną stekiem absolutnie szokujących refleksji na temat Kościoła i, między innymi, mojego miejsca w tym moim Kościele. Po tygodniu, w tym samym Dzienniku przeczytałem odpowiedź, jakiej Bartusiowi udzielił wspomniany wyżej ojciec Ziemba. Odpowiedź ta bardzo mi się podobała. Potrzebowałem jej, czekałem na nią, a ona umocniła mnie w mojej wierze. Dziś, kiedy patrzyłem na ojca Ziębę, jak, z tym swoim pełnym zadowolenia wyrazem twarzy, w tych niezwykłych okolicznościach i w tej niezwykłej atmosferze stoi nawet nie za Mazowieckim, czy jakimś – cholera – Tuskiem, ale za samym Kwaśniewskim, nagle z przerażeniem zobaczyłem, jak to jest, jak się traci wiarę.
Oczywiście, jestem zbyt stary i zbyt wiele widziałem księży złych, głupich i słabych, żeby z nimi przegrać, ale efekt pozostał. Poczułem, że wiem już, jak to jest. Co czuja ludzie, którzy odchodzą od Kościoła. I chciałem powiedzieć ojcu Ziębie. Z mojego, ułomnego pewnie bardzo punktu widzenia, on popełnił dziś grzech ciężki. I to tyle do niego. Za chwilę będzie o Niesiołowskim. Ale zanim się do niego zbliżę, pozwolę sobie przekleić ten kawałek ze Ściosa.
Tajna instrukcja: „W związku z coraz powszechniejszym „przemycaniem w publikacjach, głównie o tematyce historycznej i pamiętnikarskiej, szkodliwych politycznie treści ” przez autorów „związanych w obozem opozycyjnym”, postuluje się: „Zabezpieczyć systematyczny dopływ informacji o zamierzeniach wydawniczych wydawnictw regionalnych, w celu wcześniejszego ujawniania pozycji zgłoszonych przez autorów znanych z negatywnego stosunku obecnej władzyoraz wywodzących się ze środowisk wrogich.
- Zapewnić dopływ informacji o zamierzeniach edytorskich dot. najnowszej historii Polski celem ujawniania i zapobiegania edycji prac zawierających wrogie, bądź szkodliwe politycznie treści.
- Zabezpieczyć dopływ informacji o osobach ze środowisk wrogich […], które gromadzą materiały bądź przygotowują do wydania prace historyczne i pamiętnikarskie. Drogą operacyjną uzyskiwać oceny przygotowywanych prac lub zdobywać prace do wglądu przed ich skierowaniem do wydawnictw.
- W ramach operacyjnej kontroli osób i grup ze środowisk twórczych, znanych z wrogiej postawy, zapewnić dopływ informacji o pozycjach pamiętnikarskich, przekazywanych przez autorów-amatorów do oceny profesjonalnym twórcom.
- Pozyskiwać w charakterze konsultantów, krytyków i historyków zajmujących się historią najnowszą, znanych z partyjnej i odpowiedzialnej postawy politycznej, w celu uzyskiwania od nich ocen o pracach budzących uzasadnione wątpliwości.
- Powodować wnikliwą ocenę przygotowywanych do wydania prac, szczególnie opracowanych przez osoby znane z wrogiego stosunku do […]oraz wywodzące się ze środowisk wrogich. W uzasadnionych wypadkach informować wydawnictwo o usiłowaniach przemycenia wrogich treści, celem zapobiegania niepożądanym publikacjom.” http://cogito62.salon24.pl/394624.html
Też wczoraj, tyle że później, już wieczorem, obejrzałem w telewizorze Stefana Niesiołowskiego w rozmowie ze Zbigniewem Girzyńskim. I przyznam, że nawet ja – człowiek doświadczony w bojach – byłem poruszony. Niesiołowski najpierw, zwyczajnie, jak to on, pluł na IPN, na lustrację, na „szkalowanie autorytetów”, na ludzi „podłych i obrzydliwych” i wówczas Girzyński, sądząc pewnie, że zajdzie Niesiołowskiego od boku i go rozłoży na łopatki, spytał go, czy skoro, decyzją władz partyjnych, Wałęsy nie wolno ruszać, to może rząd rozważa likwidację Uniwersytetu Jagiellońskiego. I w tym momencie, Stefan Niesiołowski, jeden z najważniejszych członków Platformy Obywatelskiej, wicemarszałek Sejmu, przedstawiciel partii rządzącej, powiedział, ze aż tak to nie, natomiast profesor Andrzej Nowak powinien zostać pozbawiony profesury i wyrzucony z pracy. On tego nie powiedział w jakiejś przenośni, on tego nie zasugerował brzegiem ust; on mocą autorytetu Państwa zadecydował, zupełnie jednoznacznie i otwarcie, że Nowaka – niezależnego naukowca – trzeba wyrzucić z pracy i odebrać mu tytuł profesorski.
Niektórzy tu zarzucają mi, że ja się czepiam wyłącznie swoich politycznych przeciwników, natomiast głupio oszczędzam przedstawicieli PiS-u. I pewnie tak jest. Dziś jednak chciałem powiedziec, że poseł Girzyński, wysłuchawszy słów Niesiołowskiego, zachował się nie jak polityk, lecz jak dziecko. I to dziecko z gorączką. Jego po prostu zamurowało i od tego momentu, zamiast złapać Niesiołowskiego za gardło i zwracać się do niego per ‘towariszcz komisar’, do samego końca audycji bablał coś bez sensu, pozostawiając wrażenie, że właściwie jedyne co się stało to to, że on jest oburzony.
A sytuacja jest bardzo poważna. Dopóki Platforma groziła IPN-owi, instytucji jak by nie było tylko w dobrym założeniu niezależnej, ale faktycznie państwowej i kontrolowanej przez Państwo, można było sądzić, że i Donald Tusk i Janusz Palikot i ich komunistyczni bracia w wierze, realizują stare bolszewickie zwyczaje, gdzie wszystko co było w gestii władzy, władza ta starała się obejmować swoją pełną ideologiczną kuratelą. Właśnie tekst, który wygrzebał Ścios, a ja go wyżej przytoczyłem, pokazuje tę praktykę bardzo przejrzyście. Nic nowego. Gdzieniegdzie niektórzy wciąż jeszcze tak mają. Problem jednak polega na tym, że w roku 1973, kiedy płk Komorowski kierował do podległych sobie jednostek tę niezwykłą instrukcje, uniwersytety, prasa, ośrodki badawcze, lokalne gazety, wydawnictwa – to wszystko było formalnie objęte „opieką” totalitarnego państwa. Dziś, kiedy – wydawałoby się – te czasy już są bardzo egzotyczne i kiedy szczególnie właśnie Platforma Obywatelska, postuluje jak najbardziej zdecydowane wycofanie się Państwa ze swojej roli kontrolującej wszystko, czego w najbardziej bezpośrednim sensie kontrolować nie musi, ktoś taki jak profesor uniwersytetu przynajmniej może się czuć bezpiecznie, przynajmniej w sensie ideowym.
Okazuje się, ze nie. Od upadku komunistycznego totalitaryzmu minęło już 20 lat. Bywało różnie. Przychodzili tu najróżniejsi specjaliści od wskrzeszania złych i jeszcze gorszych obyczajów. Byli i gdańscy liberałowie ze swoimi białymi skarpetkami i chytrymi oczkami, byli masoni od prof. Geremka, byli ludowcy z, wtedy jeszcze prostym, panem Waldkiem, byli komuniści ze swoimi szerokimi zainteresowaniami, byli uczepieni AWS-u zwykli gangsterzy; był nawet ten – dla niektórych – nieszczęsny PiS. No i działy się różne rzeczy. Nie pamiętam jednak, żeby którykolwiek z przedstawicieli aktualnie panującej władzy powiedział publicznie i tak otwarcie, że należy wyrzucić z pracy jakiegoś pracownika naukowego, nauczyciela, czy przedstawiciela jakiejkolwiek faktycznie niezależnej instytucji. I to na dodatek ze względu na jego polityczne poglądy. Możliwe, że gdzieś, w jakimś gabinecie jeden polityk szepnął na ucho drugiemu politykowi, że byłoby dobrze kogoś tam ‘posunąć’. Nigdy jednak – o ile dobrze pamiętam – ani Miller, ani Szmajdzińskim, ani nawet Adam Michnik, nie zdobył się na taką szczerość, jaką wczoraj zademonstrował marszałek Niesiołowski. Kiedy Jan Maria Rokita, niedługo po objęciu władzy przez Unię Demokratyczną, został ministrem u Suchockiej i ogłosił, że „Państwo całą swoją mocą będzie zwalczać antypaństwowe elementy”, nie mówił, że jemu chodzi o Wałęsę, ale starał się udawać, że ma na uwadze tylko swoje ukochane Państwo.
Dziś, kiedy władzę w tym ukochanym własnie przez Rokitę Państwie, objęła Platforma Obywatelska, otrzymaliśmy lekcję prawdziwego liberalizmu. Liberalizmu, który głosi, że wolno wszystko, ale przede wszystkim wolno Państwu wziąć za mordę każdy element życia społecznego, który nie spełnia oczekiwań obecnej władzy. Przed kamerami ogólnopolskiej telewizji siada Marszałek Sejmu i mocą swojego autorytetu poleca jednej z wyższych uczelni najpierw pozbawić stopnia naukowego jej pracownika, a następnie wyrzucić go z pracy. Siedzi ten ruski buc w telewizyjnym studio, naprzeciwko kompletnie zamurowanego ze zdumienia Girzyńskiego i powtarza: „Odebrać profesurę i wyrzucić, odebrać profesurę i wyrzucić, odebrać profesurę i wyrzucić…”. Ja nie przesadzam, nie koloryzuję. Końcówka występu Niesiołowskiego u Rymanowskiego wyglądała dokładnie w ten sposób. On się uśmiechał szeroko i z absolutnie zwierzęcą radością powtarzał w kółko te same słowa. Girzyński plótł jakieś bezsensowne androny, a ta komunistyczna swołocz wciąż, jak nakręcona, sączyła ten najczarniejszy przekaz: „Pozbawić profesury i wyrzucić z pracy!”
Co to się dzieje? Do czego ta banda, kompletnie zdebilałych amatorskich piłkarzy doprowadziła naszą Ojczyznę? Czemu opinia publiczna pozwala na takie ekscesy? Czy już naprawdę aż tak zgłupieliśmy od tego nieszczęścia, że jak oni zaczną ludzi wyłapywać na ulicach i wywozić poza miasto, to się zamkniemy w domach i będziemy tylko oglądać kolejne odcinki programu You can dance?
Ja nie pracuję w szkole. Jestem zatrudniony na prywatnej umowie z prywatna firmą edukacyjną. Czy ja mam dziś poważnie brać pod uwagę taką możliwość, że Stefan Niesiołowski, albo jakiś inny przedstawiciel obecnej władzy, poprosi państwowe służby o zbadanie, kim ja jestem, że piszę takie brzydkie teksty o ludziach zasłużonych i poleci mojemu pracodawcy, żeby zerwał ze mną umowę? Co ja mam zrobić, gdy któregoś dnia, tak jak wczoraj prof. Andrzej Nowak, i ja usłyszę w telewizji, że bloger o nicku toyah powinien zostać pozbawiony prawa wykonywania zawodu? Wiem co zrobię. Poproszę prof. Nowaka, żeby przyjechał tu do mnie swoim samochodem (pewnie ma), pojechał ze mną do Warszawy i zechciał mi pomóc osobiście wpieprzyć Niesiołowskiemu tak, żeby się nie podniósł do końca tej swojej nędznej kadencji. Dlaczego? Dlatego, że są pewne zachowania, których dobrzy ludzie nie mogą tolerować, bo popełnią grzech zaniedbania.
Skoro znów mówimy o grzechu, muszę jednak na chwilkę – wbrew wcześniej obietnicy – wrócić do ojca Zięby. Kiedy już miałem ten tekst niemal skończony, dowiedziałem się o instytucji, czy klubie, czy organizacji o nazwie Komisja Trójstronna (Trilateral Commission). Niektórzy twierdzą, ze jest to twór, który się wzajemnie przenika z opisanym przez mnie we wcześniejszym wpisie klubem. W wikipedii nie ma wiele na ich temat. Tyle tylko, że założył to coś w roku 1973 (jakaż to piękna zbieżność z wydaniem ‘ściosowej’ instrukcji przez płk Komorowskiego!) David Rockefeller, że wielu ich podejrzewa o niedobre rzeczy i że wśród polskich członków możemy tam znaleźć Wandę Rapaczyński, oczywiście Andrzeja Olechowskiego, Janusza Palikota (!), no i – last but not least – ojca Macieja Ziębę OP.
I ta właśnie informacja pozwala mi zakończyć ten tekst bardzo mocną refleksja. Przede wszystkim apel do tych wszystkich, którzy nie mogą się doczekać, aż Donald Tusk zrobi porządek z Palikotem. To ja miałem rację! Najważniejszą osobą w Platformie jest Palikot, więc Tusk może go najwyżej podrapać za uszkiem.
I jeszcze raz do ojca Zięby. Szatan musi być z Ojca baaaardzo zadowolony.

sobota, 26 czerwca 2010

O czarnych klubowiczach i dobrej nowinie



Kampania zbliża się do końca i choć oczywiście z jednej strony żyjemy wielką nadzieją, a z drugiej wiarą, że znaki, które nam zostały pokazane się nie zmarnują, trudno się uspokoić i to zło, które nam wciąż zagraża tak jednoznacznie skreślić. Pisze więc wszystko to, co mi każdego dnia chodzi po głowie i siłą rzeczy większość tych tekstów trafia na Salon24. Mam nadzieję, że wszyscy ci, którzy lubią tu przychodzić, a przychodząc tu od czasu do czasu zechcą ten blog wspierać finansowo, nie mają do mnie żalu za to zaniedbanie. Kiedy uruchomiałem to miejsce, miałem nadzieję, że stopniowo i ono stanie się choćby w części tak znaczącym forum jak Salon, no ale widać, że na wszystko trzeba czasu. Póki co, to tam można naprawdę walczyć. Naprawdę, a więc skutecznie. Na razie głównie tam.
Mam jednak wciąż zobowiązania, o których od czasu do czasu tu wspominam, więc chciałbym przynajmniej na zasadzie drobnej rekompensaty wkleić tu dwa teksty jeszcze sprzed roku. Teksty, moim zdaniem bardzo ważne, i w sposób niezwykle moim zdaniem istotny wskazujące choćby na ewentualne źródła tego, z czym się dziś musimy mierzyć. Dziś wpis jeszcze z marca 2009, który zatytułowałem O Czarnych klubowiczach i dobrej nowinie. Trochę straszny, trochę budzący nadzieję. Dziś to. Jutro kolejny. Będzie o Ziembie, o Palikocie i całej tej bandzie. Myślę że warto. Jeszcze raz proszę o wspieranie tego wszystkiego, co tu się pojawia. I dziękuję.
Od pewnego czasu chodzi po głowie Andrzej Olechowski. I nie jest tak, że na starość – zupełnie naturalnie – zgłupiałem i zacząłem sobie przypominać czasy, gdy byłem młodszy. Nie jest też tak, że widząc, jak Platforma Obywatelska stopniowo gnije, pomyślałem sobie, że dla jakości życia publicznego w Polsce byłoby lepiej, gdyby to agenci wzięli się za rządzenie, a nie amatorscy piłkarze z prowincji. A mogłoby przecież o to chodzić. Niedawno nawet Jarosław Kaczyński zasugerował, ze Michał Boni jest najsprawniejszym ministrem u Donalda Tuska. Przyczyną mojego raptownego zainteresowania się Andrzejem Olechowskim nie jest też fakt, że w momencie jak Lech Wałęsa ogłosił, że się wyprowadza z Polski i da nam wreszcie spokój, pomyślałem sobie, że oto wykrusza się stara gwardia ubowców i moja myśl automatycznie skierowała się na tego dziwnego osobnika.
Nie. Nic z tego. Jest bowiem tak, że z mojego punktu widzenia, skoro już Platforma ma gnić, niech gnije do końca, aż zacznie śmierdzieć, a Wałęsie nie uwierzę nawet jak nagle oświadczy, że idzie wiosna. Andrzej Olechowski zainteresował mnie z tej prostej przyczyny, że jego się nagle zrobiło bardzo dużo. Nie ma chwili, żebym nie otworzył telewizora i nie zobaczył tego komucha. On jest wszędzie i bez przerwy. I gada, gada, gada, gada. A ja uważam, że jeśli ktoś taki jak Olechowski, ni stąd ni z owąd zaczyna na mnie wyskakiwać, jak – nomen omen – diabeł z pudełka, to znaczy, że się kroi grubsza afera. Dlaczego on jest, w moim pojęciu, taki ważny? Dlatego mianowicie, ze Olechowski od bardzo dawna nie jest byle kim. Olechowski to nie upadły Wałęsa. Tego już, nawet wbrew temu dzisiejszemu cyrkowi, o którym na swoim blogu tak ładnie dziś napisał FYM, nic nie wskrzesi. Ta przygoda jest już dawno zamknięta. Tu też nie chodzi o Donalda Tuska i te wszystkie nadzieje, jakie z nim wiążą całe grupy naiwnych komentatorów w rodzaju Krzysztofa Leskiego. Powiem więcej. Tu nawet nie jest problemem Janusz Palikot i jego nieuchronnie zbliżające się przywództwo w Platformie. Skoro już zdecydowaliśmy się na tę demokrację, to nawet dziesięć stadionów dla Legii Warszawa, kolejne 15 kanałów tematycznych telewizji TVN i sześć orderów uśmiechu dla Bożeny Walter, nie zmienią faktu, że do następnych wyborów pójdą wyłącznie osoby zaangażowane całym sercem. Sercem prawdziwym, a nie okrwawionym mięśniem. Jeśli ta nasza szczątkowa demokracja może dostać w łeb, to wyłącznie ze kogoś takiego jak Andrzej Olechowski.
Kiedy Lech Wałęsa już był Bolkiem, ale jeszcze nie wszyscy sobie z tego zdawali sprawę, Olechowski przez wszystkich dobrych ludzi nazywany był nie inaczej jak TW Must. Co ciekawe, ta jego ubecka przeszłość nigdy nie wydawała się robić wrażenia ani na nim, ani na osobach z zewnątrz. Tak się jakoś zawsze składało, że Olechowski był powszechnie rozpoznawany jako były kapuś, a jedyna znana mi reakcja na tę wiedzę ograniczała się do wzruszenia ramionami. Ale co tam ubek? Przez całe długie lata Olechowski funkcjonował na peryferiach polskiego zycia politycznego i gospodarczego, zawsze w sytuacjach najbardziej podejrzanych z możliwych, i też nigdy to nikogo nie obchodziło. Doszło do tego, że Olechowski osiągnął taki stan, gdzie każdy wiedział, że ktoś taki jak Olechowski istnieje, że jest osobą niezwykle ważną i wpływową, ale przy tym wszyscyśmy się zachowywali, jakby to kim on jest, czym się zajmuje i z jakiej to w ogóle okazji jest wciąż osobą publiczną, nas w ogóle nie interesowało. Dziś już, między innymi właśnie dlatego, że żyjemy w świecie otwartym i demokratycznym, wiemy o istnieniu tworu o nazwie Bilderberg. Dla przybliżenia, cytat z wikipedii http://pl.wikipedia.org/wiki/Grupa_Bilderberg:
„Grupa Bilderberg albo Klub Bilderberg – nieformalne międzynarodowe stowarzyszenie wpływowych osób ze świata polityki, biznesu i przemysłu. Spotkania grupy odbywają się raz do roku. Podczas nich omawiane są najważniejsze w danym czasie dla świata sprawy dotyczące polityki i ekonomii. Pierwsze spotkanie tego typu miało mieć miejsce w holenderskim Hotelu de Bilderberg (stąd pochodzi nazwa grupy) w Osterbeek w maju 1954, a odbyło się z inicjatywy wpływowego polskiego polityka i emigranta Józefa Retingera, który był stałym sekretarzem grupy aż do śmierci w 1960. Konferencje Grupy Bilderberg odbywają się przy obecności wyselekcjonowanych dziennikarzy, lecz zgodnie z obietnicą dyskrecji, nie zdają oni relacji z przebiegu ani treści rozmów. Tym też należy tłumaczyć brak zainteresowania mediów spotkaniami, w których uczestniczą m.in. takie osobistości jak prezes Banku Światowego James Wolfensohn, żona byłego prezydenta Stanów Zjednoczonych Hillary Rodham Clinton, były premier Wielkiej Brytanii Tony Blair, żona Billa Gatesa - Melinda Gates, czy Andrzej Olechowski. Według uczestników, ze względu na nieformalny charakter, spotkania pozwalają na swobodną wymianę poglądów niezależnie od aktualnych animozji politycznych. Niejawność spotkań i ogromne wpływy posiadane przez zaproszone osoby, spowodowały, że niektórzy komentatorzy przypisują członkom Grupy Bilderberga tworzenie nieformalnego rządu światowego, a w konsekwencji zamiar wprowadzania rozwiązań ekonomiczno-politycznych sprzecznych z wolą społeczeństwa. Niektórzy zwolennicy teorii spiskowej dotyczącej tzw. Nowego Porządku wskazują Klub Bilderberg jako bezpośrednich kontynuatorów idei zakonu iluminatów. Jednakże są także osoby które wskazują inne grupy wpływowych osób jako realizatorów Nowego Porządku.
Grupa Bilderberg nie jest organizacją, ponieważ nie istnieje w niej coś takiego jak członkostwo i nie wybiera się żadnej rady, chociaż posiada oficjalne biuro w Lejdzie w Holandii. Domniemani uczestnicy Grupy Bilderberg z Polski to m.in.:
Andrzej Olechowski - od 1994
Hanna Suchocka - 1998
Sławomir Sikora (prezes Citibanku) – 2004
Jacek Szwajcowski (prezes Polskiej Grupy Farmaceutycznej) - 2005
Aleksander Kwaśniewski - 2008”
Dlaczego ja się postanowiłem nagle zająć tym „klubem”? Z trzech powodów. Dwa z nich są wymienione w samym tekście w wikipedii. Pierwszy: „Konferencje Grupy Bilderberg odbywają się przy obecności wyselekcjonowanych dziennikarzy, lecz zgodnie z obietnicą dyskrecji, nie zdają oni relacji z przebiegu ani treści rozmów”. Drugi: „Niektórzy zwolennicy teorii spiskowej dotyczącej tzw. Nowego Porządku wskazują Klub Bilderberg jako bezpośrednich kontynuatorów idei zakonu iluminatów. Jednakże są także osoby które wskazują inne grupy wpływowych osób jako realizatorów Nowego Porządku”. Ci którzy czytają moje teksty z reguły są osobami myślącymi, więc ani słowa już o tym. Po co?
Jest jednak jeszcze trzeci powód, dla którego się trochę wystraszyłem. Sam Olechowski. On ostatnio, nie wiadomo z jakiej cholernej okazji, pokazuje się publicznie dużo za często. Bardzo dużo za często. Przyłazi, gada i straszy. I ja autentycznie nie wiem, co on tu robi, a – co najgorsze – co on może. A boję się, że on akurat może więcej, niż nam się wydaje. No i wciąż się zastanawiam, czego on tu szuka. Wczoraj występował u Olejnikowej i ja po raz pierwszy w życiu widziałem ją w stanie takim, jaki osiągają tylko młode dziewczyny na pierwszej w życiu randce. Bardzo to było ciekawe.
Na szczęście, w tym wszystkim są informacje, które każą nam się nie lękać. Nie lękać się i wierzyć, że jest coś, czego bramy piekielne nie przemogą. Wczoraj dotarła do nas informacja, że w Ameryce rozbił się samolot należący do człowieka nazwiskiem Irving Moore 'Bud' Feldkamp III, wielokrotnego milionera i właściciela największej w Stanach sieci klinik aborcyjnych. Samolot spadł na katolicki cmentarz, tuż przy grobie nienarodzonego dziecka. 14 znajdujących się na pokładzie osób – w tym dzieci i wnuki Feldkampa – zginęło. http://www.fronda.pl/news/czytaj/szokujacy_wypadek_ktorego_nie_opisza_wielkie_media
I tak to właśnie się plecie ten świat. Bohaterowie przychodzą, odchodzą, ci prawdziwi i ci zupełnie sztuczni. Podobnie jak kanalie – najprawdziwsze, najczystsze kanalie. A świat się spokojnie i pewnie plecie. Czego sobie i Wam życzę.

piątek, 25 czerwca 2010

Chaos pożarł Irasiada



Jeszcze w roku 2008 napisałem w Salonie wpis zatytułowany „Na Irasiadzie do niebytu”. Była to refleksja oparta o wywiad jaki Dziennik opublikował z dziś już świętej pamięcią Przemysławem Gosiewskim i nas reakcjach jakie ten wywiad wywołał wśród przyplatformowego bractwa. Atak jaki sprowokował Gosiewski związany był właściwie z jednym tylko fragmentem jego wypowiedzi, a mianowicie zdaniem, że przy tak trwałym podziale naszej sceny politycznej, z jakim mamy do czynienia, PiS prędzej czy później wróci do władzy i że „tylko kataklizm” mógłby ten fakt zmienić.
Wówczas słowa Gosiewskiego o kataklizmie po ciemnej stronie wywołały wyłącznie wściekły rechot, a dziś, kiedy w gruncie rzeczy ledwo dochodzimy do siebie po kataklizmie, który nie tylko zabrał na Prezydenta, ale i samego Gosiewskiego, myślę, że byłoby dobrze się zastanowić, czy to jest własnie ta sytuacja, o której wspomniał Przemysław Gosiewski dwa lata temu. Czy to jest właśnie ta sytuacja i początek tego procesu, czy może jest to zupełnie inna sytuacja i początek innego procesu. Procesu podobnego, ale jakże innego? Bo jak wiemy kataklizmy walą różnie. To tu to tam. A huk jaki po nich zostaje, rozbrzmiewa wszędzie. Przeczytajmy najpierw ten stary tekst.
W Dzienniku został opublikowany wywiad z Przemysławem Gosiewskim, zatytułowany „Tylko kataklizm może zatrzymać PiS". Ponieważ nie czytam Dziennika, prawdopodobnie, nie wiedziałbym nawet o tej rozmowie, gdyby nie to, że w dzisiejszym Salonie pojawił się na ten temat komentarz jednego z bardziej aktywnych bojowników o oczyszczenie przestrzeni publicznej z elementów symbolizowanych przez ludzi takich jak Przemysław Gosiewski. Postanowiłem zabrać w tym temacie głos, jednak wbrew pozorom nie po to, żeby polemizować z tymi, którzy Gosiewskiemu życzą wszystkiego najgorszego, ani nawet bronić samego Gosiewskiego. Robię to po to, by zwrócić uwagę na coś co się wyprawia w naszym życiu publicznym już od pewnego czasu, a wcale najbardziej nie dotyczy ani zaczadzonych komentatorów ani samego Gosiewskiego, ale całej przestrzeni polityczno-medialnej. Mam tu na myśli manipulację z jednej strony, a wściekłość z drugiej.
O co chodzi? Publikuje Dziennik rozmowę z Przemysławem Gosiewskim, zwykłą rozmowę z jednym z polityków. Gosiewski, jak to Gosiewski - ważny polityk Prawa i Sprawiedliwości - analizuje podczas tej rozmowy sytuację polityczną w Polsce z punktu widzenia miejsca, w którym się znajduje. Czytamy zwykłą rozmowę z Gosiewskim, taką jak wiele innych, tyle że zapisaną na papierze, więc zgrabną stylistycznie i uporządkowaną. W sumie przy tym żadnych rewelacji. Gosiewski mówi, że Platforma zawodzi, że PiS się szykuje do ewentualnego powrotu do władzy, i mniej więcej cały wywiad oscyluje wokół tych dwóch kwestii, z pewnymi szczegółami. W pewnym momencie, przyciskany przez dziennikarza, skąd mu w ogóle przyszło do głowy, że PiS może jeszcze kiedykolwiek wrócić do władzy (absurd, prawda?), odpowiada, że scena jest, jego zdaniem podzielona trwale, więc albo PO, albo PiS. Trzeciej siły, przy słabości komunistów raczej nie będzie, chyba, że nastąpiłby jakiś kataklizm. Standard.
Oczywiście Dziennik, tytułuje całość tak jak wyżej, za tym tytułem pędzi cała medialna propaganda, za propagandą pędzą zawsze gotowi komentatorzy, i wszyscy strasznie się cieszą, że Gosiewski zwariował i mówi, ze tylko kataklizm może powstrzymać PiS. Nie wiem, jak inni, ale tekst, który mnie zainspirował, poświęcony jest szydzeniu z Gosiewskiego, bo ten, rzekomo, jest już dziś pewien, że w 2011 roku PiS wraca do władzy, i polemizowaniu z Gosiewskim na poziomie, na którym polemika nie istnieje. Wprowadza się więc autor tego paszkwilu w stan polemiki nie z Gosiewskim, ale ze swoim wyobrażeniem Gosiewskiego i z tym, co mu się wydaje, że Gosiewski mówi. Tak naprawdę więc nie ma argumentów, lecz jedynie powtarzane od dawna tezy, że PiS jest do niczego i że właściwie już jest po PiS-ie.
Autor tej recenzji jest trochę taki, jak pani Toyahowa, kiedy się na mnie zezłości. Ona, jeśli w takich sytuacjach mnie nienawidzi, i mówi rzeczy, które jakoby miałyby mnie dotyczyć, to tak naprawdę ani nie ma na myśli ani mnie, ani moich zachowań, tylko czegoś, co się jej w nerwach przywidziało, albo przesłyszało. Gosiewski bowiem w wywiadzie dla Dziennika nie mówi, że PiS z pewnością wróci do władzy. On większą część swojej wypowiedzi poświęca analizie sytuacji politycznej i wyrażaniu nadziei, że dzięki ciężkiej pracy, uda się władzę odzyskać. Ale oczywiście tytuł jest wyraźny: „Tylko kataklizm...". A skoro tak, to można walić w Gosiewskiego, jak w bęben.
Pisze nasz polityczny ekspert, że PiS na pewno przegra kolejne wybory, bo nawet jeśli nie powstanie żadna nowa siła, a PO się skompromituje, to i tak ludzie zagłosują na komunistów, a nie na PiS. Ja oczywiście uważam tę opinię za niemądrą, no ale jest to opinia, więc niech sobie będzie. Jednak co to wszystko ma wspólnego z tym, że Gosiewski jest podobno - jak zwykle - głupi? Nie mam pojęcia. To znaczy, mam pojęcie. Pewne pojęcie, wynikające z doświadczenia, mam. Otóż wcale nie chodzi o to, co Gosiewski mówi. To co się liczy, to fakt, że Gosiewski mówi. A Gosiewski, jak wiemy, jest mały, gruby, niezgrabny i na dodatek jeszcze bełkocze. I peron we Włoszczowej wybudował. I to wszystko, w sposób wzorowy determinuje całą resztę. Dlatego też na przykład, mówiąc o Gosiewskim, ani razu nie używa się jego nazwiska. O Gosiewskim pisze się wyłącznie ‘Gosiu'. I na to nie ma absolutnie rady, dlatego że dla wielu Gosiewski tak naprawdę nie jest nawet człowiekiem. Wielu prędzej by się udławiło własnym językiem niż napisało o Gosiewskim per „Gosiewski”. Jest albo „Gosiu”, albo „Edgar”, albo „włoszczowska pokraka”, jeśli ktoś ma talenty bardziej poetyckie.
Myślę jednak, że to, akurat, używanie formy ‘Gosiu', jest objawem ogólnego upadku instynktu samozachowawczego po stronie przeciwników Prawa i Sprawiedliwości. Oni, z zupełnie niezrozumiałego powodu, autentycznie uznali, że mają naprzeciwko siebie bandę idiotów, z których nawet jeśli jeszcze są jakieś szczątki, to i tak już obserwujemy samą końcówkę. Najpierw nakręcili oni propagandowy mechanizm, oparty w dużej mierze na kłamstwie, następnie uwierzyli w to kłamstwo, które sami skonstruowali, a w efekcie całe swoje emocje i wszelkie działania praktyczne oparli na tym właśnie kłamstwie. Chodzą więc w kółko, strasznie z siebie zadowoleni, i powtarzają słowa-znaki, gesty-symbole, w głębokim przekonaniu, że te znaki i symbole tworzą jakąś realną rzeczywistość.
Wczoraj, przez chwilę wymieniałem opinię z kimś o nicku irasiad. Mam wrażenie, że wielu przeciwników PiS-u i wielu tych, którzy, gdyby mieli okazję, utopiliby obu Kaczyńskich w łyżce zupy, oparli swoje polityczne emocje na dwóch filarach; na nienawiści i rechocie. Oni - kiedy mówią: ‘Kaczyński', albo ‘Gosiewski', albo ‘Ziobro' - nie analizują, nie spekulują, nie myślą. Oni wyłącznie szukają jakiegoś krótkiego hasła, które pozwoli im podbudować swoją nienawiść czymś bardziej realnym. I stąd te wszystkie ‘irasiady', ‘borubary', ‘jarkacze', ‘lechuje'. To jest trochę tak, jakbym ja, nienawidząc Kwaśniewskiego, jedyne co bym na jego temat nosił w sercu, to słowo ‘goleń', ewentualnie ‘filipińska zaraza'. Ktoś by mnie pytał, dlaczego ja nie lubię komunistów, a ja bym zaczynał rżeć i mówił, że nie lubię bezy. A jak bym się zapisywał do jakiegoś portalu, gdzie wymagany jest nick, to bym sobie wybierał coś w stylu ‘olekijola'.
Jest to wszystko, o czym tu piszę, głupie, jak nie wiem. A jeśli się człowiek nad tym głębiej zastanowi, to na dodatek jeszcze może i przygnębiające. Tak jak przygnębiający jest każdy przejaw intelektualnego upadku, gdziekolwiek z nim mamy do czynienia. Jednak przy tym, mamy też iskierkę nadziei. Bo jest akurat tak, że jeśli chce się odnieść polityczny sukces, trzeba mieć coś zdecydowanie cięższego, niż gimnazjalne grepsy. Coś takiego, jeśli zadziała to najwyżej raz. Za drugim razem trzeba się będzie postarać znacznie bardziej.
Irasiadem, Gosiem, czy Borubarem wyborów się nie wygrywa.
A więc tak to mogło się wydawać wtedy, gdy jeszcze nikomu poza najbardziej oszalałymi z miłości elementami projektu o nazwie Platforma Obywatelska, nawet do głowy nie przyszło, że zanim dojdzie do kolejnych rozstrzygnięć, zarówno Lech Kaczyński jak i Przemysław Gosiewski zostaną zmieceni z powierzchni ziemi właśnie przez pewien kataklizm. A jak jest dzisiaj? Czy dziś widać wyraźniej jak to jest z tym Borubarem i Irasiadem? Czy dziś Borubar i Irasiad są w stanie coś wygrać? Otóż z całą pewnością nie. I jest bardzo prawdopodobne, że oni stracili swą moc ani nie przez zwykły upływ czasu, ani przez swoją kiczowatość, lecz właśnie przez ten kataklizm. Wszystko wskazuje na to, że jednak Przemysław Gosiewski i miał rację i jej nie miał. Miał, bo kataklizm, to poważna rzecz. To tak! Natomiast nie miał, bo zapomniał, że – jak już wspomniałem wyżej – każdy kataklizm jest chaosem. A chaos, jak wiemy, może zdradzić nawet zło.

środa, 23 czerwca 2010

A więc on wie



Kiedy pisałem poprzednią notkę, wydawało mi się, że wstępny – oczywiście, że tylko wstępny – atak skierowany przeciwko kampanii Jarosława Kaczyńskiego pojdzie pod hasłem, że oto elektorat Jarosława to tchórze, którzy się zwyczajnie swoich poglądów wstydzą. Może zresztą i tak było, jednak wydarzenia rozwijają się tak szybko, że już mamy kolejny szlagier. Otóż okazuje się, że Jarosław Kaczyński poinformował, że post-komunizm w Polsce się skończył, a tym samym zarejestrował swoją pierwszą wpadkę. Zarówno samo oświadczenie Jarosława Kaczyńskiego, jak i reakcje na nie, są czymś tak poważnym, że bez względu na to, czy ktoś będzie miał interes już do końca tej kampanii wykorzystywać tę dyskusję do kompromitowania Kaczyńskiego, czy za chwilę już pojawi się coś nowego, bardzo bym chciał się jednak nad tym czymś zatrzymać i zaproponować chwilę zastanowienia. A to z tej prostej przyczyny, że ja to zdarzenie uważam za coś tak dostojnego, że właściwie już nawet wynik tych wyborów nie wydaje się już aż tak istotny.
O co chodzi? Stało się mianowicie tak, że – jak on sam mówi – skutkiem katastrofy z 10 kwietnia Jarosław Kaczyński przewartościował swoje dotychczasowe poglądy, a wraz z nimi przewartościował również priorytety. Skutkiem tego przewartościowania, przede wszystkim oświadczył on, że zarówno idea IV RP, jak i stare antykomunistyczne resentymenty, podobnie jak cała dyskusja na temat smutnego dziedzictwa PRL-u i wszystkiego tego w co PRL przekształcił się w roku 1990, nie ma ją najmniejszego sensu. Okazało się, że podsmoleński mord tak bardzo zmienił całą życiową filozofię Jarosława Kaczyńskiego, że dla niego przestał cokolwiek znaczyć nie tylko Lech Wałęsa z jego ubeckimi teczkami, ale również cały ten post-komunistyczny tłum drobnych kombinatorów, którzy na tym nieszczęsnym Wałęsie postanowili wjechać do rzekomo nowej Polski.
Ja oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, co źli ludzie, o złych sercach i jeszcze gorszych sumieniach mówią na temat tej przemiany i słyszę bardzo wyraźnie ich śmiech, ale tak się jakoś ciekawie układa, że ja ani w te ich słowa ani tym bardziej w ten ich śmiech nic a nic nie wierzę. Jestem bowiem bardzo mocno przekonany, że oni by serdecznie chcieli, żeby się Jarosław Kaczyński nie zmienił. Żeby został jak dawniej. I to wcale nie dlatego, że tamten stary i wściekły im bardziej pasuje, ale dlatego, że jeśli on się zmienił, to znaczy że on wie. A jeśli wie, to znaczy że oni są już w jak najprawdziwszych tarapatach. Bo jeśli on wie, to znaczy, że on patrzy już bardzo prosto i tym razem nie pozwoli, żeby go ktoś zdekoncentrował. A Kaczyńskiego skupionego i nie pozwalającego się wybić z zadania boją się jak jasnej cholery.
A więc co wie Jarosław Kaczyński? Najprościej byłoby powtórzyć to co mówią wczoraj i dziś – podobno z taką satysfakcją – media i wrodzy politycy. A mianowicie to, że post-komunizmu już nie ma. Ale to za mało. To nam jeszcze niczego nie wyjaśnia. Bo to co jest naprawdę szalenie istotne to jest to, że post-komunizm wobec tego, co się zdarzyło w tamten kwietniowy porannej wśród tej kwietniowej ruskiej mgły, to już jest coś co niektórzy lubią określać nazwą „mały pikuś”. Chodzi o to, że wobec tego co się stało pod Smoleńskiem, nie ma znaczenia nie tylko już Wałęsa, ale i Czarzasty, Oleksy, Kwaśniewski i cała banda tych peerelowskich pajaców. Dlaczego? Bo to nie oni strącili ten samolot. Oni zrobili dużo złych rzeczy, ale to nie oni zamordowali nam prezydenta. Jestem pewien, że Jarosław Kaczyński to wie. Że to nie oni. A ci co się dziś z niego śmieją tak bardzo, że na ich czołach zaczął pojawiać się charakterystyczny pot, wiedzą, że on wie.
Ale Jarosław Kaczyński wie jeszcze coś. Że wprawdzie nie ma już Oleksego i Millera, ale za to jest ktoś inny. I on już jest skupiony tylko na nim. Nie powiem na kim, bo mi Administracja tego tekstu nie puści. A ja bardzo chcę, żeby on tu był. I żeby ten fakt stał się powszechnie znany. Że Jarosław Kaczyński wie.

wtorek, 22 czerwca 2010

Lezą. Jak zawsze.



Jeszcze w zeszłym tygodniu, zanim nastała cisza wyborcza, a może już w jej trakcie – nie pamiętam – doszła do nas informacja Państwowej Komisji Wyborczej, że jeśli osoba w jakikolwiek sposób związana z kampanią wyborczą Bronisława Komorowskiego, lub Jarosława Kaczyńskiego postanowi publicznie namawiać do udziału w wyborach, złamie prawo. Z komunikatu tego rozumiem, że wprawdzie jeśli za dwa tygodnie, w sobotę lub niedzielę, Sławomir Nowak, lub Joachim Brudziński powie mi, że mam wyjść z domu i oddać głos, bo to przecież mnie nic nie kosztuje, obaj politycy będą mieli kłopot. Jeśli jednak z podobną propozycja wyjdzie Gazeta Wyborcza, lub ktoś podobnie niezależny, a więc jakaś niewinna fundacja założona przez równie niewinnego mędrca bez jakichkolwiek koligacji, jak powiedzmy Leszek Balcerowicz, to wszystko będzie w porządku. Ciekawe, prawda? Żeby może bardziej dobitnie przedstawić wszystko to, co mi dziś chodzi po głowie, chciałbym przypomnieć pewien dość już stary wpis. Stary, a wciąż tak bardzo aktualny. Aktualny tym wiecznym faktem. Że cokolwiek by się działo, jedno się nie zmienia. To złe pragnienie, żeby nas wziąć za łeb i wgnieść w ziemię. Proszę spojrzeć.
Kilka minut temu przyszła do mnie starsza Toyahówna i kazała mi wejść na stronę www.latarnikwyborczy.pl i odpowiedzieć na znajdujące się tam pytania, dzięki czemu będę wiedział, na kogo mam głosować w nadchodzących wyborach. Ona już to zrobiła i wyszło jej, ze najbliższy jej przekonaniom program będzie realizowało coś, co się nazywa Polska Partia Pracy. Chodziło teraz o to, żebym i ja dowiedział się, jakie mam poglądy. Wszedłem, zaznaczyłem odpowiednie kratki, sprawdziłem wynik i ów latarnik wyborczy poinformował mnie, że ja jestem UPR. Następnie do testu zasiadł Toyah junior i on z kolei wpadł pod skrzydła Libertasu. Najciekawsze jednak przed nami. Właśnie wróciła do domu Toyahowa. Zmusiliśmy ja wspólnie, żeby odpowiedziała na zadane pytania i co się okazało? Otóż, ile razy on nacisnęła guzik ‘dalej’, była przekierowywana z powrotem do quizu. Po czterech bezskutecznych próbach, machnęliśmy na nią ręką i uznaliśmy, że ona to pewnie zwykła pisówa i kazaliśmy jej iść spać.
Oczywiście, sytuacja jest w tym momencie szczególna. Przede wszystkim nas nie trzeba zachęcać do udziału w głosowaniu, bo wszyscy, i bez pomocy dobrych ludzi, popędzimy 7 czerwca do wyborów jak na skrzydłach. Poza tym, co może jeszcze ważniejsze, popędzimy tam, żeby głosować na Prawo i Sprawiedliwość, a konkretnie na Marka Migalskiego, którego wszyscy lubimy. A więc, wbrew zachętom płynącym ze strony organizatorów akcji, nie będziemy w tym roku wspierać ani Libertasu, ani UPR-u, ani jakichś drobnych komuchów nawet, tylko właśnie PiS.
Mimo jednak tego, że – jak się zdaje – umysły stojące za projektem o nazwie Latarnik Wyborczy, przygotowując się do czerwcowych wyborów, nie nas miały na myśli, ani też z pewnością nikogo z tych, którzy już decyzję podjęli, wydaje się, że dobrze by było się zorientować, co to się dookoła nas wyprawia i kto to taki próbuje sobie poustawiać sprawy, może nie do końca czysto, ale za to bardzo – z pewnego punktu widzenia – skutecznie. Dlaczego nieczysto? Dlatego mianowicie, że wbrew swoim zapewnieniom, autorzy projektu oczywiście bardzo zdecydowanie zachęcają do nie-głosowania na jedną konkretną partię. Dlaczego skutecznie? Dlatego, że zwracając się do osób o różnych politycznych poglądach, których łączy jedna wspólna kwestia – mianowicie nikt z nich nie ma ochoty brać udziału w wyborach, namawiają ich do jednego - żeby głosowali na wszystko, tylko nie na PiS.
Zaglądam jeszcze raz na stronę z quizem. Latarnik Wyborczy – cóż to takiego? Nie bardzo wiadomo. Strona jest niezwykle skromna. Ładna, schludna, ale skromna. Tam jest wyłącznie ten test i krótka informacja, że „’Latarnik wyborczy’ to interaktywne narzędzie internetowe, dzięki któremu można lepiej poznać swoje poglądy polityczne oraz porównać je z programami poszczególnych komitetów wyborczych. Uruchomiliśmy już trzecią edycję "Latarnika wyborczego". Do tej pory stronę odwiedziły setki tysięcy wyborców. Projekt nie promuje żadnej partii, komitetu, koalicji wyborczej, ani żadnych, konkretnych poglądów politycznych. No i kilka kolorowych linków do tzw. partnerów: Centrum Edukacji Obywatelskiej, coś o uroczej nazwie 7czerwca.org.pl Pępek Europy, Młodzi głosują, Gazeta Wyborcza, znów coś o dziwnej nazwie – Vote Match Europe 2009, cafebabel.com-the european magazine. No i jest jeszcze uwaga o pieniądzach: „Projekt został zrealizowany przy wsparciu udzielonym przez Islandię, Liechtenstein i Norwegię ze środków Mechanizmu Finansowego Europejskiego Obszaru Gospodarczego oraz Norweskiego Mechanizmu Finansowego oraz budżetu Rzeczypospolitej Polskiej w ramach Funduszu dla Organizacji Pozarządowych”.I wreszcie najważniejsze – nazwiska tych, którzy zaproponowali mi i mojej rodzinie, żebyśmy nie głosowali na PiS. Proszę bardzo: Hanna Gospodarczyk, Natalia Jędrzejczyk, Adam Markuszewski, Konrad Niklewicz, Jacek Pawlicki, Mateusz Przywara, Dominika Pszczółkowska, Anna Samel, Jędrzej Witkowski, Barbara Wus, Dominik Uhlig. Konsultacje: Piotr Pacewicz, Stefan Marschall.
Kim są ci znakomici ludzie? Nie jest łatwo zgadnąć, bo – jak to często w podobnych sytuacjach bywa – do pewnych zadań najlepiej jest kierować tzw. adeptów. Ambitnych, chętnych, pełnych poświęcenia, ale jednak adeptów. Natomiast zamiast zgadywać, kim oni są, można ich wyguglować. I już wiemy. Niemal wszyscy z nich są w jakiś sposób związani albo z Agorą, albo z czymś, o czym już tu kiedyś miałem nieprzyjemność pisać, a co się nazywa Golden Line http://toyah.salon24.pl/88292,japiszony-napadaja. Czy ja coś sugeruję? Ależ skąd. Ja tylko staram się dowiedzieć, who is who. Czysta ciekawość.
Nic nie sugeruję, a mimo to, okropnie mnie poruszają te nazwiska. Cała kupa kompletnie nieznanych nazwisk. Nawet w momencie, gdy już wiemy, czym mniej więcej oni wszyscy się zajmują, znamy nawet zdjęcia niektórych z nich, znamy ich numery telefonów, ich adresy emaliowe, wciąż ta ich w gruncie rzeczy kompletna anonimowość robi wrażenie. A to przecież nie wszystko. Latarnik Wyborczy nie jest projektem samodzielnym. On, jak się okazuje, stanowi część czegoś, co się nazywa Młodzi Głosują i kiedy próbujemy skorzystać z odpowiedniego linka, wchodzimy na stronę kolejnego projektu, o nazwie Centrum Edukacji Obywatelskiej i wszystko co nam się otwiera jest słodkie, kolorowe, wesołe… i wszędzie te nazwiska, te numery telefonów, te adresy mailowe, te zdjęcia. Pełna otwartość. Tyle że nikomu niepotrzebna.
Przyjrzyjmy się temu Centrum Edukacji Obywatelskiej, które, jak się zdaje, to wszystko otwiera. Kim są ci państwo, którzy realizując dziesiątki najdziwniejszych programów na rzecz tego, żeby było mądrze, ciekawie i przede wszystkim kolorowo, ostatnio wszystko podporządkowują jednemu: żeby „pokazać Europie”? Więc tu też spotykamy dziesiątki nazwisk. Dokładnie 42 nazwiska. Nazwiska kompletnie obce, kompletnie nikomu niepotrzebne. Ciekawe że 34 z nich, to kobiety. Dlaczego ciekawe? Nie wiem. Po prostu ciekawe. A wśród nich jedno nazwisko znane Alicja Pacewicz i, oczywiście, odpowiednia informacja: „Podtrzymuje na duchu i podlewa kwiatki w biurze[…] Po pracy najchętniej koleguje się z mężem, synami, spotyka się z bliskimi, jeździ na rowerze, podróżuje, czyta gazety i ogląda telewizję BBC, kupuje nikomu niepotrzebne drobiazgi na targach”. Ona jest akurat znana, przynajmniej przez swojego męża. Ale cała reszta, robi wrażenie podobne. Bo tu nikt niczego nie ukrywa. Tu o nic się nie dba tak, jak o pełną transparentność. Oto wiceprezes zarządu CEO, Liliana Rzeżuska – „Motto życiowe: „Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło”. Po pracy najchętniej słucha muzyki i zajmuje się ogrodem.” Oto Marianna Hajdukiewicz – „Po godzinach najchętniej: spala energię swoich dzieci, czyli jeździ z nimi na rowerze, na nartach, na łyżwach, na rolkach”. Jest też Zuza Naruszewicz. Ona z kolei „wierzy, że w muzyce tkwi dużo dobra”. Lubi też „energię, która wyzwala się w momentach, gdy kilka osób współgra. Każdy na swój sposób, wszyscy razem.” No i należy też wiedzieć, że pani Zuza „poszukuje takich stanów na każdym kroku, w każdej pracy, w każdej chwili czasu wolnego”. I tak niemal za każdym razem.
Ktoś mnie się spyta, czego się czepiam. Co mam przeciwko ludziom, którzy w wolnym czasie, kiedy nie jeżdżą na rolkach, nie bawią się z dziećmi, nie chodzą po lesie z psem, chcą zachęcić Polaków do obywatelskiej aktywności? Jakiś czas temu pozwoliłem sobie tu w Salonie zamieścić tekst zatytułowany Coming-out, czyli o tych, co wychodzą http://toyah.salon24.pl/88321,coming-out-czyli-o-tych-co-wychodza . Tekst ten powstał ze zwykłego ludzkiego oburzenia tym, że wystarczy grupa bardzo ustosunkowanych ludzi z pieniędzmi i z kontaktami, żeby dokonać najbardziej bezczelnego wyborczego przekrętu na poziomie jednego dużego narodu. Kto jest ciekaw, o co poszło, niech sobie sięgnie do źródeł. Tu mi dziś szkoda czasu, bo jeszcze wiele jest rzeczy, o których trzeba wspomnieć, a za które niektórzy prędzej czy później będą musieli odpowiedzieć. Może tylko przypomnę, że skutkiem pewnej niezwykłej inicjatywy Leszka Balcerowicza – a kto wie, kogo jeszcze – udało się do wyborów w roku 2007 zapędzić trzy miliony dodatkowych, kompletnie nieprzytomnych obywateli – głownie starszych dzieci – i kazać im, jak się okazało, bardzo skutecznie, pomoc w obaleniu legalnego rządu. A wszystko to pod hasłami „obywatelskiej aktywności”, „obywatelskiej odpowiedzialności”, „obywatelskiego rozwoju”, „obywatelskiej inicjatywy” i „obywatelskiego poczucia obowiązku”.
Problem polega na tym, że nasz świat, pozornie demokratyczny, w rzeczywistości jest poddany całkowicie anty-demokratycznej manipulacji. W którymś momencie, w Polsce już po upadku komunizmu, zaktywizowała się pewna grupa, która w sposób bardzo agresywny, a jednocześnie maksymalnie, dyskretny usiłuje wpływać na polityczną i społeczną sytuację w naszym kraju. Nie są to ludzie, którzy tworzą partie polityczne, nie są to publicyści, nie są to polityczni dziennikarze, nie są to ani księża, ani członkowie politycznych stowarzyszeń. Są to pewne projekty, zajmujące się wyłącznie tak zwanych postaw obywatelskich. Oni nie angażują się w politykę, oni nie popierają żadnych konkretnych ideologii, oni nikomu nie chcą gwałcić sumień. Oni wyłącznie działają na poziomie tak zwanych inicjatyw obywatelskich. A jak idzie o politykę, to oni w gruncie rzeczy polityki nienawidzą. Chcą tylko edukować i pokazywać kierunki. A ich szczególnym klientem są szkoły. Przede wszystkim szkoły i młodzież. I oczywiście, nie mam żadnych wątpliwości, że wszyscy Ci dzielni działacze na rzecz pobudzania postaw obywatelskich, mają na sercu wyłącznie pomoc zbłąkanej młodzieży, która zamiast świadomie uczestniczyć w życiu Polski i Europy, albo chuligani, albo jak już się szczęśliwie zaangażuje, to nie w pełni świadomie. I nie do końca po obywatelsku. Więc prowadzą tę swoją szczytną działalność i prowadzą ją otwarcie, przejrzyście, transparentnie, wręcz z dumą.
Nie to co my. Ostatnio, z paru stron, doszły mnie opinie tego typu oto, że jest coś bardzo nieuczciwego w tym, że my blogerzy tak często ukrywamy swoje dane. Przyznam szczerze, że jestem zaskoczony. Otóż zawsze sądziłem, że na tym właśnie polega uroda sieci, że ludzie tu nie występują jako realne byty, lecz niejako głos sieci. Nigdy nie przyszło mi dociekać, kim jest ktoś kto się podpisuje jako NEOspasmin, czy nawet ostatnio podobno fruwający samolotami niejaki Infidel. Gdybym miał ochotę kogoś z nich opieprzyć, ich nazwiska nie były mi do niczego potrzebne. I, jak w to mocno wierzyłem, im moje również. W końcu, jakie to ma dla kogokolwiek znaczenie, czy ja się tu będę prezentował jako Krzysztof Osiejuk, czy jako Stefan Owsiarczyk, czy Toyah?
Przy okazji ataku establishmentu na Katarynę, zachodziłem w głowę, dlaczego tak wiele osób tak bardzo się zastanawia, jak ona się nazywa. Dlaczego tak wielu ludzi nie robiło wrażenia zainteresowanych tym, co się w związku z tą sprawą tak naprawdę w Polsce wydarzyło? Dlaczego tak wiele osób – jak się wydaje – kompletnie nie przejęło się tym, że oto, po raz pierwszy od dziesiątek lat, organy władzy państwowej, zaatakowały zwykły, skromny, pojedynczy, ZUPEŁNIE PRYWATNY głos opinii publicznej? I znów – dlaczego niektórzy ludzie, których pozycja publiczna naprawdę nie zmusza ich do tego, żeby się przejmować, w gruncie rzeczy nic nie znaczącym, blogerem, tak się zaangażowali w to pozornie absurdalne śledztwo? Dziś – tak się fatalnie stało – już wiem. Już mnie to pytanie nie męczy. Już wszystko świetnie zrozumiałem. Otóż, wszystko wskazuje na to, że oni znali nazwisko Kataryny od dawna. Oni z całą pewnością, doskonale wiedzieli, kim ona jest, czym się zajmuje i tylko nie wiedzieli, jak się za nią zabrać. A darować jej nie mogli.
Wydaje mi się, że każdy kto jest odpowiednio wrażliwy i skupiony, wie, do czego zmierzam, czy – jak kto woli – co insynuuję. Myślę, że gdybym postanowił w tym miejscu skończyć ten tekst, ci do których ten tekst piszę, już i tak by wszystko wiedzieli. Ale, na wszelki wypadek, jakoś to wszystko muszę zamknąć. Bo chcę mieć pewność, że skutecznie udało mi się zwrócić uwagę na jedną tylko rzecz. Na coś, o czym już tu wielokrotnie pisałem. Mianowicie chciałem pokazać jak wygląda w dzisiejszej Polsce układ sił, a co za tym idzie gdzie się zaczyna odwaga, a gdzie się kończy zwykła pewność siebie. Gdzie jest bezpiecznie, a gdzie należy zacząć uważać? Komu co wolno, a komu czego nie wolno?
Strona internetowa Centrum Edukacji Obywatelskiej, podobnie jak strony organizacji i inicjatyw z tym czymś związanych, wypełnione są nazwiskami. Nazwiskami ludzi oczywiście czystych, uczciwych, serdecznie zaangażowanych w czynienie dobra. I oczywiście – zgodnie z wielokrotnie powtarzanym zapewnieniem – całkowicie apolitycznych. Ja jednak nie mam najmniejszych wątpliwości, ze ANI JEDNA z podpisanych tam osób nie planuje w najbliższych wyborach głosować na PiS. Wiem jeszcze coś – każda z tych osób jest bardzo mocno emocjonalnie zaangażowana w to, żeby PiS został starty z polskiej sceny politycznej. Skąd wiem? Proszę nie żartować.
I wiem jeszcze coś. Gdyby się miało okazać, że się jednak mylę i jedno z nazwisk, które znalazłem wśród członków tych projektów było nazwiskiem należącym do kogoś z wielu piszących w Salonie przyjaciół IV RP, a pozostali by się o tym dowiedzieli, to oni by stanęli na głowie, żeby ich najzwyczajniej w świecie rozstrzelać. W każdym możliwym wymiarze. Bo oni zniosą wszystko, ale nie tzw. kreta. Oni nie po to wymyślili ten zabieg z całą tą ‘obywatelskością’ i z całym tym ‘obywatelskim społeczeństwem’ i z tą nieszczęsną ‘obywatelską inicjatywą’, żeby im jakieś niesprawdzone elementy zakłócały słodką harmonię. I, konsekwentnie, gdyby się okazało, że któryś z nich pisze swoje polityczne komentarze pod nickiem – na przykład – matka kurka, to po pierwsze ta wiedza pozostałaby wyłącznie najgłębszą wiedzą środowiskową, a po drugie oni wszyscy byliby ze swojego kumpla, czy kumpelki, wyłącznie bardzo dumni. I zresztą słusznie, bo czemu nie. W końcu oni nie są politykami. To prości, porządni obywatele. W odróżnieniu od takiej Kataryny, która oczywiście nie jest żadnym obywatelem, lecz zwykłym pisowskim agitatorem. I która za karę zostanie wywleczona na widok publiczny, odarta z całej swojej prywatności przez kolegów dziennikarzy, a następnie zniszczona wszędzie tam, gdzie to się da.
Cóż można jeszcze powiedzieć? To wszystko. Zbliżają się wybory. Jak można przeczytać na stronie tzw. Koalicji na rzecz gromadnego udziału w wyborach (nie żartuję – to jest ich nazwa) i na stronach partnerskich http://www.7czerwca.org.pl/pl, oni się boją, że frekwencja 7 czerwca sięgnie ledwie powyżej 10 procent. A wiedzą, co to dla nich oznacza. Więc powtarzają eksperyment sprzed dwóch lat. Zupełnie taki sam jak wtedy. Tak samo bezczelny i tak samo przerażający. Nas już zachęcili, żebyśmy głosowali na Libertas, na PPP, lub na UPR. Toyahową już skreślili. Biorą się za innych.
Zmieńmy Polskę. Idźmy na wybory!

poniedziałek, 21 czerwca 2010

Jak hartowała się śmierć



Przyznaję zupełnie uczciwie, że kiedy zapowiadałem, że Jarosław Kaczyński zostanie prezydentem już w pierwszej turze wyborów, za tymi słowami nie kryła się zwykła przedwyborcza ekscytacja, ale autentyczne przekonanie, że to jest zwyczajnie niemożliwe, żeby Bronisław Komorowski i to wszystko co on sobą przedstawia mogłoby stanowić atrakcję dla większych grup społeczeństwa niż tylko bezpośredni członkowie Platformy Obywatelskiej, jej młodzieżówka i ci już najbardziej zaczadzeni obsesjonaci anty-kaczyzmu, jednak na tyle przytomni, żeby wiedzieć, że tylko Komorowski ma szansę doprowadzić do unicestwienia „tego kartofla”. Nie udało mi się. Jak zwykle mój naturalny optymizm przegrał z realnym światem. Co jednak gorsze, okazało się, że przegrała też z tym światem najbardziej podstawowa logika, którą kazała mi wierzyć, że ten rachunek – a więc i osobiste walory Komorowskiego i cały tak pełen znaków kontekst – musi się ostatecznie zgodzić. Tymczasem – pudło.
Jak się okazało, wprawdzie ruch nazwany pięknie Solidarni 2010 pokazał swoją moc i skuteczność na tyle mocno, że możemy dziś wierzyć, że Pan Bóg jednak się może na nas ostatecznie nie obrazi, jednak wciąż jest wśród nas wystarczająco dużo osób z jednej strony pozbawionych podstawowej wrażliwości na poziomie czysto ludzkim, a z drugiej wypełnionych tą sączoną w ich uszy i mózgi propagandą do tego stopnia, że już nie potrafią podejmować jakichkolwiek decyzji o ile za nimi nie stoi hasło: „Niszcz Kaczyzm!” Jak się okazało, są emocje tak silne, tak okrutnie przyozdobione i opracowane, że choćby nagle słońce zgasło, na początku i na końcu naszego dnia i tak dźwięczałyby te trzy wysłużone, nędzne refreny: „Oni stoją tam gdzie ZOMO”, „Borubar” i „Zamordowali Blidę”, plus czwarty do wyboru, zależnie od osobistych upodobań. Jak się okazuje, to jest dobrych kilka milionów.
Osobiście jestem przekonany, że – wbrew popularnej opinii, lub może bardziej popularnej propagandzie – to z czym mamy tu do czynienia nie jest spowodowane ani polityką prowadzoną przez Prawo i Sprawiedliwość przez dwa lata rządów, ani przez niefortunne sojusze, które Jarosław Kaczyński zmuszony był zawierać, ani nawet przez paskudny charakter czołowych polityków reprezentujących projekt nazwany, jeszcze wtedy gdy głównym wrogiem był zaledwie Lew Rywin i jego promotorzy, przez Pawła Śpiewaka „Czwartą RP”. Nie mam najmniejszych wątpliwości, że ta nienawiść, która została rozpętana w momencie gdy Prawo i Sprawiedliwość wygrało wybory, a Lech Kaczyński został wybrany prezydentem, był efektem wyłącznie jednego planu – doprowadzenia do kompletnej i bezwarunkowej likwidacji tego projektu. Ta nienawiść i ta karmiąca ją agresja były bardzo starannie zaplanowaną akcją socjotechniczną, na której końcu stał jeden cel – doprowadzenie do politycznej anihilacji obu braci Kaczyńskich. Ale nie można dziś też nie wspomnieć faktu dla mnie oczywistego, że jeśli ta operacja nie do końca się udała – lub nie udała się wręcz w ogóle – to tylko dlatego, że w jej wyniku jeden z obu publicznych wrogów został zamordowany. A tego w planach nie było.
Jak może niektórzy czytelnicy tego bloga zauważyli, prowadzę tu ostatnio bardzo elegancki pojedynek z pewnym Studentem SGH. Poprosił mnie niedawno ów student, człowiek w sposób oczywisty bardzo merytoryczny, uprzejmy i otwarty, naiwny, choć przy tym naiwny jak cholera, bym mu przedstawił, w jakiż to sposób tak zwana strona anty-kaczystowska jest chamska i agresywna. Bo on nie wie. Bo on myśli, że chamski i agresywny jestem ja i moi kumple pisowcy, ale System? W zyciu!
Jestem, zgodnie zresztą z moją obietnicą, gotów to zrobić, ale zanim przejdę do rzeczy muszę przypomnieć coś, co zdarzyło się już jakiś czas temu, a moim zdaniem ma ogromne znaczenie dla mojego dalszego wywodu. Otóż jakiś czas temu Rzeczpospolita zdecydowała się opublikować wyznania dziennikarza Jacka Żakowskiego na temat Donalda Tuska, Platformy Obywatelskiej i wielkiego rozczarowania, jakie Żakowski czuje po niemal już półtorarocznych rządach tej szczególnej ekipy http://www.rp.pl/artykul/288563.html. Nie przeczytałem tekstu Żakowskiego z dwóch względów. Raz, ze wiedziałem mniej więcej na tyle na ile mi to było potrzebne, co on napisze. Po drugie, zapoznałem się z pierwszym akapitem i – przynajmniej jeśli idzie o Żakowskiego – intensywność tego, co się tam znalazło wystarczyła mi na jakieś trzy lata. No i jeszcze jedno. W tych paru zdaniach, nagle ujrzałem wspólny podpis, wspólne logo dla tego wszystkiego, z czym musimy się męczyć dziś od pięciu już lat.
Żakowski zaczyna swój tekst tak:
„Wielką mobilizacją, ogólnonarodowym wysiłkiem, zbiorowym rzutem na taśmę półtora roku temu udało się odsunąć PiS od władzy. I bardzo dobrze. Bo niemal pod każdym względem były to najgorsze rządy w 20-letnich dziejach III RP.
Ulga była niemal natychmiastowa. Polityka szczucia znikła, a zaczęła się polityka miłości. W pierwszej chwili – jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki – atmosfera w Polsce zmieniła się diametralnie. Była to wielka zasługa Donalda Tuska i grupy osób z jego otoczenia. Bo dzięki nim znów żyć się w Polsce chciało. Więc chwała im za to.”
W ten sposób ten tekst się zaczął i równie dobrze na tych właśnie słowach mógł się skończyć. Właściwie mógł się skończyć jeszcze wcześniej. Na tym jednym zdaniu : „Wielką mobilizacją, ogólnonarodowym wysiłkiem, zbiorowym rzutem na taśmę półtora roku temu udało się odsunąć PiS od władzy.” To jedno zdanie ukazuje cały początek tego nieszczęścia, z którym musimy żyć od wspomnianych 5 lat. Jego przyczynę i jednocześnie jego skutek. W tym właśnie zdaniu zamyka się cała mentalność, która tak bardzo zatruła nasze życie przez te długie miesiące. W tym własnie zdaniu mieści się to całe kłamstwo, ta cała buta, ta nienawiść, która uniemożliwia Polsce i nam, którzy tu mieszkamy, normalne zwykłe życie.
Każdy kto wie, kim jest Jacek Żakowski i jako on pełni rolę w tym całym sporze, z jakim mamy do czynienia przez te wszystkie lata, powinien wiedzieć, że on nie rzuca słów na wiatr. Ze kiedy on mówi o tym, jak to „wielką mobilizacją, ogólnonarodowym wysiłkiem, zbiorowym rzutem na taśmę półtora roku temu udało się odsunąć PiS od władzy”, to on świetnie wie, że poszło o coś znacznie większego, niż zwykłe wybory. Że w roku 2007 nie było tak, że ludzie popatrzyli, pomyśleli, podjęli decyzję i tę decyzję zaznaczyli krzyżykiem, ale że po to by ratować Polskę przed niechybną śmiercią, zostali w odpowiedni sposób do swoich decyzji i do egzekucji tych decyzji zachęceni.
I teraz zastanówmy się, jak taka zachęta mogła wyglądać? Czy to było tak, że Jacek Żakowski i jego znajomi pojawili się publicznie i przedstawili społeczeństwu bilans strat i zysków w odniesieniu do dwuletnich rządów Prawa i Sprawiedliwości? A może było tak, że oni, przedstawiając ten rachunek, skorzystali z wszelkich dopuszczanych retorycznych sposobów, dzięki którym normalnie wygrywa się kampanię i tą retoryką zwyciężyli? Może oni, na okoliczność wyborów, ukuli hasło sugerujące, że Jarosław Kaczyński i jego brat to dwaj nieudacznicy i że wszystko to co oni zrobią, Platforma zrobi też, tyle że lepiej? I że to hasło było tak nośne, że dzięki niemu PiS został odsunięty od władzy? Może. Ale oprócz tego wszystkiego stało się coś jeszcze. Doszło mianowicie do tego, że w publicznej domenie pojawiło się coś, co bardzo starannie przekazuje poniższy wybór cytatów z Sieci. I to sieci nie byle jakiej, bo sygnowanej nazwą wyborcza.pl.
Zaczęło się od wizyty dziś już zmarłego prezydenta Kaczyńskiego w Bielsku-Białej i okolicach. Wszedłem w link: http://wyborcza.pl/1,76842,5793027,Prezydent_w_Beskidach__Ale_o_co_chodzi_.html, i znalazłem się na stronie wyborczej.pl duże kolorowe zdjęcie Prezydenta z głupkowatą, oczywiście, miną, a pod spodem podpis: „Prezydent objeżdża kraj, próbując ratować swoje sondaże i szanse na reelekcje". Niżej, artykuł pani Ewy Furtak z lokalnej Gazety, w którym czytam:
„Do Bielska-Białej prezydent ma przyjechać w sobotę. W połowie września do bielskiego ratusza przyszło pismo z jego kancelarii z podziękowaniem za zaproszenie do odwiedzenia miasta i informacją, że prezydent przyjmuje je z przyjemnością. Ale - jak powiedziano ‘Gazecie' w urzędzie miasta - akurat teraz nikt prezydenta oficjalnie nie zapraszał. Prezydent od ponad tygodnia objeżdża kraj i odwiedza średniej wielkości miasta. Oficjalnie w ramach obchodów 90-lecia odzyskania niepodległości."
Po tym sugestywnym początku, następuje dyskusja internatów. Proszę uprzejmie.
***
Może pomidorkiem albo jajkiem zgniłym dostanie? Należy się temu idiocie.
***
oj ciupagi w Beskidach tez są w użyciu! Może się kaczuszka zdziwić jak mu góral-protestant ciupaga "zaprotestuje"....
***
nie wiem czego tutaj będzie szukał ten mamlaty zakompleksiony karzeł. Nie cieszy się poważaniem na Podbeskidziu - niepotrzebnie się tu pcha - bo będzie to jego kolejna porażka i punkciory ujemne do przyszłych wyborów. Pewnie w Bielsku dostanie sraczki - no i bardzo dobrze - spieprzaj, dziadu do mamusi
***
Ten osobnik nie jest wolny, najchętniej zrzekłby się urzędu, ale jego pedalski braciszek mu na to nie pozwala - stąd taka deprecha, sraczki, wściekanie się na opozycję. Ale im bardziej się wścieka i sraczkuje - większa szansa, że na serce zejdzie albo mu jelito grube pi**dolnie. Cieszmy się!
***
Re: ..Zobaczcie.....kaczka leci, oooo..... i bęc!
***
droga Pani! na szacunek to trzeba sobie zapracować. A ten pokurcz akurat tego nie potrafi "Ale wtedy nie spotkał się z mieszkańcami, bo padał deszcz." hahahahahahah żałosne działania
***
Żałosne, nie dość, że wprasza się na szczyt UE, to teraz i tu, brak słów...
***
Co by ty k.rwa jeszcze spi.prz.ć panowie. Tak działają wielcy urzędnicy kancelarii pisdęta. I bardzo dobrze.
***
Na spotkanie z Panem Prezydentem ani ja, ani nikt inny z mojej rozlicznej rodziny się nie wybiera; nie lubię i nie poważam, mam go aż nadto dość na codzień w TVP, Szkle Kontaktowym itd! (to jest dobre, tak jakby sam sie pchal do szkla... - spiskowy)
***
Przecież go tam nikt nie chce - niech jedzie do drugiego kaczora. Jak tego człowieka szanować???? Totalne dno !!!Dlaczego Naród Polski musi cierpic przez tego pajaca??????????????
***
Nikt memłacza nie zaprasza a on wpie... się na krzywy ryj i wku...a ludzi.Takim samym wpie...niem jest próba zastąpienia premiera w Brukseli.
***
Dureń z wigorem wigoru to ma więcej od Tuska tak ale wtedy gdy go zażywa i trzyma jeszcze w ryju przed połknięciem.Czemu on tak wku...ająco wpływa na ludzi i czy on o tym wie.Ma teraz nowego podpowiadacza ofleja i brudasa w jednym jak delegacje innych państw mogą reagować na takiego śmierdzącego od papierosów kacyka ten nieogolony facet ma to co wszyscy menele wokół ust na zaroście nalot od dymu.Gdy się taki myje codzienne to tego nie widać a tu widać czyli kacyk się nie myje i z takimi tuzami my do europy.
***
Pokurcz wtedy nie wyszedł ale z powodu swoich słabych zwieraczy i upodobań do "czachojebów". Po co na deszczu jak można w ciepełku i blisko kibla.
Ktoś mi – wiem to świetnie – za chwilę przypomni po raz kolejny słowa Jarosława Kaczyńskiego o ZOMO i o tym gdzie ono stało kiedyś, a gdzie stoi dzisiaj, lub o pijących piwo internautach. Na to jednak nic nie poradzę. Nawet nie zamierzam dyskutować tego, czy powyższe cytaty odbiegają znacznie od tego, co słyszeliśmy z ust Stefana Niesiołowskiego, Janusza Palikota, Jacka Kurskiego, czy nawet tego, co się pojawia na tym blogu. Każdy ma swoje gusta i o nich lepiej nie dyskutować. Natomiast chciałbym zwrócić uwagę, że to nie jest tak, że te głosy wykwitły o tak sobie. Że one wyleciały z ust tych dziwnych ludzi, lub wystukane zostały ich paluszkami, tylko dlatego, że oni tak usiedli, przypomnieli sobie sprawę Barbary Blidy i doktora G, podumali, spojrzeli na fotografię Jarosława Kaczyńskiego i jego brata i pomyśleli sobie, że ich nienawidzą. Takie teksty nie powstają w ten sposób. One się tworzą całymi miesiącami, i wykuwane sa ciężką, żmudną pracą. One nie są ani początkiem, ani nawet drogą. One są wynikiem. One tak naprawdę są już bytem całkowicie samodzielnym i to one tworzą przyszłość, a nie są jej elementem.
Pyta mnie Pan o to, dlaczego ja jestem taki niedobry. Czemu ja rzucam kamieniami. Czy ja nie zdaję sobie sprawy, że moja agresja i moje chamstwo i szkodzi mnie samemu i szkodzi projektowi, który wspieram. Że jeśli ja się nie uspokoję, to spowoduję u Pana nie zrozumienie i nie uśmiech, lecz strach i złość. Trudno. Nie mam na to rady. Najwidoczniej Pana straszą i złoszczą inne rzeczy niż mnie. I tego już dalej nie jesteśmy w stanie rozstrzygać.

piątek, 18 czerwca 2010

Dość słów. Kończymy.



Jak część osob zaglądających na ten blog wie, wczoraj w Sztabie w Hotelu Europejskim odbyła się debata na rzecz prezydentury Jarosława Kaczyńskiego, wymyślona, zaproponowana i zorganizowana przez pewnego Pawła ze Sztabu, mocno wsparta przez Elżbietę Jakubiak i Joannę Kluzik-Rostowską, i jestem pewien że przez Jarosława Kaczyńskiego jak najbardziej też. Podkreślam tak nazwiska osob zaangażowanych, po to przede wszystkim by im podziękować, ale też po to, by podkreślić, że gdyby nie oni, nic by z tego prawdopodobnie nie było.
Sztab Wyborczy Jarosława Kaczyńskiego robi wrażenie od początku. Przede wszystkim przez to, że ten hotel, będący przecież od lat miejscem bardzo charakterystycznym na mapie Warszawy, już z daleka rzuca się w oczy i dużym plakatem z wyborczym sloganem i plakatami Jarosława Kaczyńskiego, no i tą biało-czerwoną wyborczą stylistyką. Wygląda więc Hotel Europejski z zewnątrz w tych dniach bardzo ładnie i radośnie. W środku jest też przyjemnie. Jest więc zwykły ruch, świadczący o tym, że tam się coś dzieje, jest to call centre, jest przyjemny bar ze stolikami przykrytymi charakterystycznymi obrusami, i jest ta sala przygotowana do prowadzenia debat. Debat szczególnych, bo służących wyłącznie prezentowaniu polityki Jarosława Kaczyńskiego i tej polityki objaśnianiu, a nie kłótniom, kto lepszy – ten czy tamten.
Debata wymyślona przez Pawła, przygotowana trochę też przeze mnie, a tak uprzejmie wsparta przez wspomniane wyżej już panie ze Sztabu, od początku stała przed niepewnym losem, a to z powodów, o których nie chcę dziś pisać, ale nie wykluczone, że i na to przyjdzie czas. A zatem, kiedy nadeszła odpowiednia godzina, baliśmy się bardzo, czy w ogóle coś z niej wyjdzie. Wprawdzie przez kilka minut była z nami Joanna Kluzik-Rostkowska, czym nas zdecydowanie wzmocniła, ale ludzi było bardzo mało – nie więcej niż dziesięć osób – kamer telewizyjnych zero, a dziennikarzy prawdopodobnie równie mało, o ile jacyś nie przyszli w przebraniu. Zaczęliśmy i wtedy zaczęło się też dziać. Do teraz nie wiem, jak to się stało, ale po kilkunastu już minutach, niemal wszystkie miejsca były zajęte, a po kolejnych kilku, ci co przyszli później musieli już stać. Zdaję sobie sprawę, że gdyby nie to że po nas miał występować generał Polko, byłoby znacznie skromniej, ale i tak osob chcących nas słuchać było dużo powyżej oczekiwań na długo przed końcem.
Jak już zapowiadałem tu na blogu, debatowaliśmy w trójkę, jako – to uwaga do p. Igora – Salon24, a więc Coryllus, AtTheLad i ja., a rozmowę prowadził Piotr Pałka, kiedyś człowiek Frondy i autor sukcesu portalu fronda.pl, a dziś ktoś kto, jak wczoraj pokazał, mógłby się sprawdzić wszędzie i zawsze. A to wystarczy. Coryllusa znacie. AtTheLadkomentuje tu od niedawna, ale jest osobą niezwykłą przez to, że Polakiem jest wyłącznie przez pochodzenie swoich rodziców i swoje serce, wychował i wykształcił w Londynie, i dopiero od kilku lat mieszka w Polsce. Za to mówi po polsku świetnie, no i ma wszystko to co pozwala go po prostu lubić i podziwiać. No i jest jak najbardziej oczywistą częścią ruchu Solidarni 2010. A więc on to my. Więc taki był skład tej debaty i muszę powiedzieć, że nawet gdybym był tysiąc razy skromniejszy niż jestem, i tak bym powiedział, że byliśmy BARDZO DOBRZY, atmosfera była BARDZO DOBRA i ta godzina była BARDZO DOBRA i jeśli to nie zostało pokazane przez telewizję i zrelacjonowane przez media, to świadczy to wyłącznie o nich, nie o nas.
Słowo też należy się publiczności. Ludzi było, jak już wspomniałem mnóstwo, reagowali bardzo żywo, życzliwie i – co nie najmniej ważne – bardzo mądrze. To naprawdę był tłum. Po debacie poszliśmy do Empik-u na spotkanie z Michaelem Palinem i, jak już to zauważył wczoraj LEMMING, u nas ludzi było więcej. A więc nieprawdopodobny tłum ludzi i co uderzające, że nie tak jak na wielu tego typu spotkaniach, na sali nie pojawili się tak zwani wariaci, a nawet jeśli jakiś był, to się nie ujawnił. Nie było również działaczy Młodych Demokratów, którzy by mieli ochotę nas nauczyć na czym polega prawdziwa demokracja. Nie było ani chamstwa, ani obraźliwych okrzyków, ani niemerytrorycznych komentarzy pod adresem którejkolwiek ze stron. Jeśli pojawił się jakiś ton agresji, to wyłącznie z mojej strony, kiedy to na uwagę AtTheLada, że czasy sa takie, że się debatuje, a nie rzuca kamieniami, powiedziałem, że jeśli idzie o mnie, to ja – owszem – rzucam. I to chętnie. Była poważna rozmowa na temat Internetu, blogów, mediów i nadziei na przyszłą, lepszą Polskę. Było poważnie i uroczyście. A po debacie podeszła do nas Elżbieta Jakubiak, ładnie się przywitała, podziękowała i zaprosiła nas do kawiarni.
Kończy się pierwsza tura wyborów, która, mam nadzieję – podobnie zresztą jak nasi wrogowie z Platformy – będzie turą jedyną. Mam taką nadzieję nie dlatego wprawdzie, żeby móc spokojnie pojechać na wakacje, ale żeby już nie musieć patrzeć na te głupie i bezczelne twarze. Po to tylko, żeby móc ich zobaczyć, jak się w tym swoim kłamstwie rozpływają i nikną. I wreszcie zostawiają mnie w spokoju. Wreszcie przestają mnie dręczyć tym cholernym Orwellem. Wreszcie albo zamilkną, albo coś tam sobie będą szeptać. Obojętne. No i czekam aż z kamienic mojego miasta zdejmą te potwornie wielkie, przykrywające niebo portrety Bronisława Komorowskiego, którymi jego sztab postanowił opleść Polskę w ramach oszczędności. I że wraz z nimi zniknie ten newspeakw postaci hasła „Zgoda buduje”. Bo to już jest nawet nie bezczelność, nawet nie perfidia, ale zwykła czysty, bezpośredni atak. To jest już coś na kształt zimnych, szklistych oczu młodzieńca, czekającego na nas przed domem.

środa, 16 czerwca 2010

Szpital Europ - skrót od Europa



No i, jak najbardziej zgodnie z przewidywaniami, okazało się po raz kolejny, że Platforma Obywatelska ani mysli o prywatyzacji szpitali. Że to co słyszymy z ust prominentnych polityków PO, to co czytamy w kolejnych programach tej partii, to co tak bardzo podnieca wszystkich najbardziej liberalnych przyjaciół Platformy - to propagandowy wymysł Jarosława Kaczyńskiego, czy kto mu to wszystko tam sufluje. Wygląda też na to, że i mój tekst sprzed dwóch już dziś lat, dotyczący właśnie rzekomego planu zrobienia ze szpitali, a przy okazji całej służby zdrowia, zwykłych europejskich przedsiębiorstw nie miał wiekszego sensu. Przypomijmy więc go sobie, powiedzmy że na pożegnanie tego kłamstwa. Czyjego? Nieważne. Kłamstwa. Ono, jak prawda, jest jedno.
Kiedy pobierałem nauki na poziomie podstawowym, na ścianie nad tablicą wisiał portret Władysława Gomułki i Józefa Cyrankiewicza. W czasach, gdy kształciłem się na poziomie licealnym, zamiast Gomułki i Cyrankiewicza, wisieli Edward Gierek i Piotr Jaroszewicz (żona moja twierdzi, że Gierka nie było, ale ona jest młoda, więc ja się będę upierał) . Nie wiem niestety, czy w latach 80-tych wisiały nad tablicami portrety Jaruzelskiego, Kani, Kiszczaka, Rakowskiego i kogo tam jeszcze komunistyczna ziemia urodziła, bo do szkoły już nie chodziłem, ani też - wtedy jeszcze - w szkole nie pracowałem. Po ukończeniu szkoły średniej, poszedłem jeszcze na dwa miesiące uczyć się w jakiejś kompletnie nieznanej mi szkole pomaturalnej, bo nie dostałem się na studia, a bardzo się bałem pójść do wojska. I tam też wisiał Gierek i Jaroszewicz.
Stosunkowo niedawno uczyłem w jednej prywatnej szkole w Sosnowcu, i w korytarzu między sekretariatem, a pokojem nauczycielskim, wisiał portret Lenina, więc wiem, że bywa egzotycznie nawet w czasach schyłkowej III RP, ale to chyba cała moja wiedza, jeśli idzie o portrety.
Wracam jednak do czasów pełnej, wzorowej komuny, gdzie nie wolno było pyskować, natomiast należało od czasu do czasu wypełniać ankietę na temat tego, czyj tatuś lub mamusia należą do partii i kto z nich chodzi do kościoła. Siedzieliśmy więc grzecznie w ławkach, a jak było trzeba, to szliśmy na pierwszomajowe pochody i raz na jakiś czas chodziliśmy wszyscy na szczepienia do gabinetu higienistki i na kontrolę paszczy do szkolnego dentysty.
To, co przed chwilą napisałem, może być dla niektórych uczestników Salonu ciężkim szokiem, ale mogę powtórzyć: raz na jakiś czas, wszyscy uczniowie chodzili regularnie na badania i szczepienia do pani higienistki i do pań dentystek (ciekawe, że zawsze były dwie). Powiem więcej, za zaplombowanie zęba, nawet na poziomie najbardziej zaawansowanej sztuki dentystycznej, nikt nam nie potrącał z książeczek SKO (były takie książeczki; ci co nie wiedzą, niech zapytają dziadków).
I tu właśnie doszedłem do tak zwanego meritum. Dziś moją starszą córkę rozbolał ząb. Ząb, na który wcześniej wydaliśmy kupę pieniędzy, żeby był piękny i zdrowy, a z którego najzwyczajniej w świecie wypadła plomba. W pewnym momencie bolał ją już tak bardzo, że około godziny 19, postanowiliśmy ruszyć w miasto w poszukiwaniu tzw. pogotowia dentystycznego. Domyślam się, że pewnie, gdybyśmy byli bardziej przezorni, to odpowiednio wcześniej uzyskalibyśmy wszystkie namiary na dentystów obsługujących na okrągło. Jednak w związku z tym, że jesteśmy sobie takie ptaki, okazało się, że mamy kłopot.
Wiedząc jednak, że w najnowszej Polsce, cała służba stomatologiczna jest sprywatyzowana, byliśmy pewni, że coś znajdziemy. W końcu nawet dentyści muszą żyć. Zaopatrzeni w gotówkę i, jak przystało na nowoczesnych Europejczyków, kartę bankomatową, ruszyliśmy na poszukiwanie dentysty. Około godziny 19.30, znaleźliśmy dwa gabinety, jeden obok drugiego, otwarte do godziny 20, niestety i z jednego i z drugiego nas pogonili, bo państwo dentyści już poszli do domu. Trafiliśmy jeszcze jeden, też otwarty do 20, jednak ze względu na okres urlopowy, okazało się, że dentyści zarobili już wystarczająco dużo, żeby się udać na wakacje. Posnuliśmy się więc po mieście i wróciliśmy do domu. Moja córka teraz siedzi sobie w pokoju i cieszy się, że ząb, jakby trochę ulżył, a ja piszę te refleksję.
Oczywiście ja wiem, że ona zawaliła sprawę. Trzeba było wcześniej zabrać się za ten ząb i znaleźć dentystę, który nie jest na tyle jeszcze zepsuty, żeby chcieć coś zarobić. Ale wiem też, że od czasu, jak ze szkól zniknęły portrety przywódców, zniknęli też lekarze i dentyści, którzy dbali o to, żeby dzieci i młodzież byli zdrowi i mieli zdrowe zęby. Wiem też, że od czasu, gdy do naszego kraju zawitała transformacja, pierwsza grupa medyków, która faktycznie skorzystała na zmianach, to byli dentyści. Powszechnie dostępne gabinety dentystyczne zaczęły znikać wraz z ostatecznym odejściem złych komunistycznych czasów, a zamiast tego pojawiły się gabinety równie powszechnie dostępne, tyle że prywatne. Na początku można było tam przychodzić i liczyć na opiekę stomatologiczną na pełnym poziomie, finansowaną z pieniędzy, które regularnie, co miesiąc ZUS odprowadza z naszych zarobków, jednak już po krótkim czasie okazało się, że bez pieniędzy w kieszeni, można co najwyżej wyrwać sobie zęba, albo wstawić najbardziej byle jaką plombę. Pamiętam też moment, kiedy wyrwanie zęba zaczęło kosztować 15 zł., a dentyści zaczęli już zupełnie otwartym tekstem tłumaczyć, że absolutnie nie ma sensu brać plomby za friko, bo one są po prostu do niczego. Pamiętam też mniej więcej czas - ma się to potomstwo, więc się wie - kiedy okazało się, że właściwie normalny, prościutki zabieg plombowania zęba kosztuje 60 zł.
W moim mieście jest mnóstwo gabinetów dentystycznych. Oferta jest prawie, jak w MTV, albo w TVN24. Nie ma absolutnie ulicy w mieście, gdzie nie stoi, jak byk napis STOMATOLOG. Wkroczyliśmy w fazę dobrobytu idealnego. Ale wkroczyliśmy również w coś, co zaobserwowałem dziś, a mianowicie w fazę, gdzie stomatolodzy, grupa społeczna, która, jak się okazuje, jako jedna z pierwszych dostała ciasteczko w postaci Polski w Europie, poczuli, że właściwie więcej nie muszą. O co mi chodzi? Gdyby ktoś w tej chwili do mnie przyszedł i powiedział, że za pół godziny pracy i zapowiedź kolejnych trzech setów, które nie wiadomo czy mi nie przyniosą kolejnych korzyści, da mi teraz 60 zł., to ja bym rzucił to pisanie i wziął się za zarabianie.
Czy ja mam pretensję do dentystów? Absolutnie! I to chcę podkreślić z całą stanowczością. Uważam, że dentyści w obu prywatnych ośrodkach, do których dziś zajrzałem o godzinie 19.30 poszli sobie do domu jak najbardziej słusznie. Oni byliby kompletnie nieprzytomni, gdyby siedzieli i marnowali swój cenny wieczór dla jakichś głupich parudziesięciu złotych. Ja myślę o czymś kompletnie innym. Myślę o planach, bardziej lub mniej skrywanych przez obecnie nam miłościwie panującą Platformę Obywatelską, a polegających na zapowiedzi sprywatyzowania całej opieki medycznej.
Zapowiada się nam, że w momencie, jak cała opieka medyczna (specjalnie nie używam określenia służba zdrowia, bo wiem, że lekarze dostają istnej cholery na samą myśl, że mieliby komuś służyć) zostanie sprywatyzowana, wszyscy będziemy mieli po stokroć lepiej, a przede wszystkim wcale nie będziemy musieli lekarzom płacić. Nasze dziecko dostanie ciężkiej gorączki, a my o dowolnej porze dnia lub nocy, będziemy mogli zajść do profesjonalnego gabinetu lekarskiego, gdzie uśmiechnięty i dobrze zarabiający lekarz się nami profesjonalnie zajmie. A NFZ pokryje za nas wszystkie koszta z naszych zusowskich składek.
A ja już dziś wiem, że tak ten cały eksperyment się nie skończy. Skończy się on tak, że moje dziecko dostanie gorączki, a ja pojadę do szpitala na którym będzie widniał piękny, choć aktualnie zepsuty, neon z napisem " SZPITAL EUROP PRZYJMUJE CHORYCH OD 6.00 DO 21.00", i jeśli nie będzie jeszcze godziny 19, to owszem, zostanę, obsłużony, ale przez lekarza, który przede wszystkim będzie wściekły, że musi siedzieć bez sensu cały wieczór za głupią stówę, podczas, gdy do domu przywieźli nową plazmę.
Dziwny trochę ten mój dzisiejszy wpis. Praktycznie cały stanowi tylko szczątkowy wstęp, rozwinięcia brakuje, a reszta, to zakończenie.
Ale taka to historia. Ona ma tylko zakończenie.

wtorek, 15 czerwca 2010

O księżniczkach w post-bolszewickim świecie



Jak może większość odwiedzających ten blog wie, Toyahowa ani się tym naszym pisaniem nie interesuje, ani sama pisać nie ma ochoty. Uważam, że i jedno i drugie, to strata. Dla niej i dla nas. Szkoda zwłaszcza tego, że ona nie pisze. Nawet bowiem, gdyby przyjąć, że tak ładnie jak ja ona by składać tych literek nie umiała, to jestem pewien, że miałaby ode mnie znacznie więcej do powiedzenia. I znacznie mądrzej. Taka jest. Przy wszystkich jej wadach, trzeba to przyznać. Ona po prostu taka jest.
Wczoraj gadaliśmy trochę o Marcie Kaczyńskiej i żona moja powiedziała mi parę rzeczy, które mi nawet nie przyszły wcześniej do głowy. Zwróciła mi uwagę na parę tak interesujących kwestii, że właściwie od wczoraj sobie o tym wszystkim myślę i im dłużej o tym myślę, tym bardziej żałuję, że ona jednak nie bloguje. To by stanowczo było cenne. Trzeba sobie jednak radzić i wierzyć, że uda się nam powiedzieć to, co powiedzieć należy. Wspominałem tu już kiedyś, że ja w głównej mierze świecę światłem odbitym. Odbitym od moich wybitnych kolegów, od moich wybitnych dzieci, no i oczywiście od mojej wybitnej żony. Ja odbijam świetnie. A więc uda się. Proszę bardzo.
Kiedyś napisałem tu jeden czy dwa teksty o Richardzie Nixonie, nie jako o nieudaczniku i kłamcy, lecz o jednym z największych amerykańskich prezydentów, zniszczonym przez zbieg okoliczności i czasy, w których przyszło mu działać. W wywiadzie, który miałem okazję czytać, Nixon dumając nad swoją polityczną karierą i o tym wszystkim, jak to się wszystko zaczęło i dlaczego został tym kim został, mówi tak:
„Nie wszyscy możemy być prezydentami Stanów Zjednoczonych. Nie każdy z nas może być prezesem General Motors. Jak to się dzieje? Częściowo to kwestia szczęścia. Choć bardziej byłbym skłonny przypuszczać, że większe znaczenie ma korzystanie z możliwości. Przede wszystkim, w polityce trzeba być gotowym do podejmowania wielkiego ryzyka. Trzeba bardzo ryzykować. Kiedy patrzę w przeszłość, przypominam sobie wielu bardzo zdolnych, bardzo inteligentnych, bardzo charyzmatycznych ludzi, którzy zatrzymali się w Kongresie. Którzy nigdy nie doszli do Senatu. Nigdy nie zostali gubernatorami. Którzy zatrzymali się na tym poziomie. Ponieważ nie chcieli zaryzykować bezpiecznej posady. A kiedy człowiek zaczyna myśleć zbyt wiele o swoim bezpieczeństwie, nigdy nie odniesie pełnego sukcesu. Trzeba bardzo ryzykować i nawet przegrać, kiedy jest taka konieczność. A można przegrać i dwa razy, i trzy, ale należy wciąż wracać. W tym cała tajemnica”.
Uważam że jednym z największych nieszczęść komunizmu było to, że zabił on w ludziach naturalną dążność do osiągania sukcesu. Ale nie tylko. Komunizm sprawił, że jeśli ktoś osiągał sukces, zostawał dyrektorem, prezesem, czy premierem, to z jednej strony za tym bardzo często nie stała ani praca, ani ambicja, ani zdolności, ale wręcz przeciwnie – ich brak i ich kompletna zbędność, z drugiej natomiast strony ludzie, którzy osiągnęli sukces, społecznie funkcjonowali nie jako ktoś godny szacunku i naśladowania, lecz jako najgorszy typ ludzkiego upadku. Wydaje mi się, że to stąd właśnie jeszcze dziś tak wielu z nas gardzi nie tylko urzędnikami, nauczycielami, lekarzami, sędziami, politykami, nie tylko posłami, premierami, prezydentami, ale wręcz Polskim Państwem. I to niezależnie od tego, czy wielu z nich na tę pogardę zasługuje, czy nie, i niezależnie od tego, czy Polska nam dała więcej powodów, by ją kochać, czy by z niej szydzić.
A więc nie mamy szacunku do Polskiego Państwa, bo uważamy je za zjawisko kompletnie przypadkowe. Uważamy, że są ludzie zdolni i są ludzie mało zdolni, i że niektórzy z nich mają kompetencje, a inni nie mają, a co z tego wyniknie, jest już wyłącznie kwestią przypadku. I to jest oczywiście sytuacja bardzo niedobra. Raz dlatego, że prowadzi ona bezpośrednio do przekonania, że tak naprawdę nie ma nic poza z jednej strony kompetencjami, a więc techniką, i z drugiej strony przypadkiem. Z tego punktu widzenia, to że taki wspomniany wyżej Richard Nixon, jeśli został prezydentem Stanów Zjednoczonych, jest wynikiem wyłącznie wynikiem tego, że albo był kompetentny, albo został tam awansowany przez swoich kumpli, lub rodzinę. Z tego punktu widzenia, wszystko to co opowiada Nixon, a więc ta gotowość do podejmowania ryzyka, upór, i to coś jeszcze, co już naprawdę nie sposób nazwać, jest kompletnie bez znaczenia. Z tego punktu widzenia, Nixon został prezydentem Stanów Zjednoczonych, bo się dobrze uczył na studiach, albo był wyjątkowym sukinsynem, a takim zawsze łatwiej. Z tego punktu widzenia, jest wręcz niemożliwe, żeby on awansował tak wysoko, bo był na przykład jakoś tam dotknięty palcem Boga. I ten typ myślenia uważam za bardzo przykre dziedzictwo bolszewickiej Polski.
Wczoraj napisałem tekst o Marcie Kaczyńskiej i o tym, jak to System uniemożliwia jej całkowicie naturalną działalność publiczną. Jeśli ktoś nie wie, o co chodzi, przypomnę. Marta Kaczyńska, po tragicznej śmierci jej ojca i po ogłoszeniu przez Jarosława Kaczyńskiego chęci kontynuowania dzieła brata, miała jak się zdaje plan, by zaangażować się w kampanię wyborczą. Na tę deklarację, cały polityczno-medialny mainstream w sposób absolutnie bezprecedensowy zaatakował ją, zarówno na poziomie prawnym, obyczajowym jak i osobistym, i doprowadził do tego, że ona zwyczajnie została pozbawiona swojego najbardziej podstawowego i oczywistego prawa. Jak to się stało, że ten atak skończył się takim powodzeniem? Otóż uważam, że nie bez znaczenia było to, że duża część opinii publicznej bardzo chętnie przyjęła optykę podpowiedzianą przez mainstream i uznała, że taka Marta Kaczyńska nie może być osobą o jakiś szczególnych predyspozycjach, talentach, czy charyzmie, ale jest kimś kompletnie byle jakim – w najlepszym wypadku kimś takim jak my – kto tylko chce wyskoczyć w górę na śmierci swojego ojca. Który sam przecież, też nie był w niczym lepszy od nas. Właśnie dlatego, tak łatwo udało się wyeliminować Martę Kaczyńską z kampanii.
Pod wspomnianym tekstem rozpoczęła się dyskusja, w której oprócz wielu różnych opinii, pojawiła się i taka, że nie ma żadnego powodu, żeby Marta Kaczyńska zgłaszała ambicje polityczne, bo ona nie ma żadnych absolutnie w tej mierze kompetencji poza tym, że jej ojciec zginął w katastrofie. Proszę zwrócić uwagę. Do jej kompetencji, jeśli w ogóle, nawet nie należałoby to, że jej ojciec był prezydentem, ale to że zginął w katastrofie. Z punktu widzenia odmóżdżonego społeczeństwa post-sowieckiego, jeśli już w ogóle mówić o kompetencjach, to z pewnością większe daje katastrofa, a więc przypadek, niż osobisty sukces.
I tu dochodzimy do sprawy podstawowej. Do kompetencji właśnie. W najnowszej historii Polski mieliśmy czterech prezydentów. Każdy z nich miał dzieci. Lech Wałęsa nawet ich wiele. Zacznijmy od nich. Co robią dzieci Wałęsy? Nie bardzo wiem. Jeden z jego synów został politykiem niskiego szczebla, a reszta jakoś się rozbiegła. Jego córkę widziałem kiedyś w telewizji, ale jedyne co z tego zapamiętałem to to, że ona nie chce się mieszać w sprawy polityki i ojca, i nawet nie bardzo spędza z rodzicami czas. Córka Jaruzelskiego jest jak się zdaje jakąś gwiazdą kolorowych pism. Podobnie Ola Kwaśniewska. Żadne z tych dzieci, pomijając ewentualnie wspomnianego syna Wałęsy, nie wybrało kariery publicznej w sensie dosłownym. Niemal wszyscy z nich postanowili zostać celebrytami, często najgorszego gatunku. Niemal każdy z nich pokazał, że nie ma żadnych talentów i ambicji poza – w najlepszym wypadku – prowadzeniem zwykłego życia na uboczu.
Czy ta sytuacja w jakikolwiek sposób dziwi opinię publiczną? Ani trochę. Dla przeciętnego obywatela zarówno Ola Kwaśniewska, jak i Monika Jaruzelska robią to co w sposób oczywisty powinny robić, a mianowicie wydają pieniądze rodziców na to, by dobrze wyglądać i się lansować na jakichś żenujących balach. Czy one mają nie mają żadnych zdolności i kompetencji? Ależ oczywiście – mają jak najbardziej. Są ładne, eleganckie i umieją gadać. A dlaczego nie poszły w politykę, lub choćby na służbę Państwu? To proste. Po pierwsze polityka śmierdzi, po drugie państwo to obciach, a poza tym, skąd one mają się na tym znać?
Teraz staje się oczywiste, że na tym tle, Marta Kaczyńska zachowuje się po prostu bezczelnie. Z perspektywy post-sowieckiego umysłu, to że jej ojcem był człowiek, który w powszechnych wyborach został wybrany prezydentem państwa, nie ma żadnego znaczenia. To że ona ma ambicje polityczne i potrzebę działalności publicznej dla dobra ogółu, z tej perspektywy, jest co najmniej szwindlem. Prawdziwy obywatel nie może dopuścić do tego rodzaju skandalu. Marta Kaczyńska, jeśli chce być sławna, a oczywiście do tego ma prawo, niech występuje w Tańcu z Gwiazdami, lub prowadzi program w TVN Style. A jeśli chce chodzić do pracy, niech aplikuje i może Małgorzata Domagalik przyjmie ją na swojego zastępcę do magazynu Pani.
24 maja 1837 roku Alexandrina Victoria – znana powszechnie jako Królowa Wiktoria – ukończyła 18 lat. Niecały miesiąc później 20 czerwca, dziewczyna została obudzona przez matkę, która poinformowała ją, że o 2.12 nad ranem, zmarł w wieku 72 lat król Wilhelm IV i że tym samym Victoria została królową Wielkiej Brytanii. Proszę to sobie uświadomić. Ona miała zaledwie 18. Bywało różnie, ale domyślam się, że pewnie nie była dzieckiem szczególnie głupim. Możliwe bardzo, że wręcz przeciwnie – była osobą bardzo wybitną. Zapewne też była starannie wykształcona i bardzo dobrze ułożona. Ale fakt jest faktem – miała zaledwie 18 lat i została królową, ponieważ… no właśnie, dlaczego? Nie wiadomo. Ale z całą pewnością nie dlatego, że miała do bycia królową formalne do tego kompetencje. Można też być pewnym, że tą królową być chciała. No i nią została. Na długo i bardzo, jak wiemy, skutecznie.
Ktoś mi powie, że to moje porównanie jest równie bezczelne, jak chęć Marty Kaczyńskiej kontynuowania dzieła ojca. Może tak. Nie będę się upierał. Może i jestem bezczelny. Mam jednak przy tym całkowitą pewność, że gdyby XIX-wieczna Anglia była w tym intelektualnym stanie, co dzisiejsza Polska, Victoria nie zostałaby ani królową Wielkiej Brytanii, ani nawet Cesarzową Indii, ale w najlepszym wypadku siedziałaby w domu i pisała wiersze. Natomiast na tron skierowano by jakiś autorytet. Najlepiej staruszka po siedemdziesiątce, z lewą profesurą i postępującym szaleństwem.