piątek, 30 września 2016

Onet opłakuje zmarłą siatkarkę, czyli powrót do piekła

       Przy okazji debaty na temat aborcji (której to już w ciągu minionych 25 lat?) powrócił nagle temat wybitnej polskiej siatkarki Agaty Mróz, która dziś naturalnie jest już osobą całkowicie zapomnianą, swego czasu natomiast przez parę tygodni była pierwszą gwiazdą reżimowych mediów. O co poszło? Otóż u Agaty Mróz, która była wówczas w zaawansowanej ciąży, zdiagnozowano białaczkę i poinformowano ją, że albo zachowa ciążę, albo szansę na przeżycie. Agata Mróz wybrała życie, urodziła dziecko, następnie poddała się zabiegowi przeszczepienia szpiku kostnego i po dwóch tygodniach zmarła. Oczywiście gest Agaty Mróz powinien pozostać w naszej pamięcią na zawsze, a ona sama zasługuje na to, by trwać jako symbol walki o życie właśnie, a nie o śmierć, choć jednak trudno w to uwierzyć, ona nawet nie dostała na to szansy. Chciałbym więc dziś przypomnieć swój tekst z tamtych jeszcze dni. Bardzo proszę posłuchać.


      Agata Mróz, zmarła niedawno polska siatkarka, została pochowana.
      Właśnie się dowiedziałem, że onet.pl zajął już odpowiednie pozycje. Oto informacja, która ukazała się w słynnym już portalu:
       „Przedstawiciel prezydenta RP przekazał rodzinie Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski, przyznany Agacie Mróz pośmiertnie. Mąż siatkarki Jacek Olszewski powiedział jednak, że nie może go przyjąć, a jego zdaniem należy się on tym, którzy ratują życie, czyli lekarzom z kliniki hematologii. Zebrani w kościele i przed świątynią przyjęli to oklaskami.
       - Uważam, że Agata nie powinna być wykorzystywana w taki sposób, że dopiero w chwili śmierci dostała ten order. Ja jako mąż, może ktoś powie, że jestem niewdzięczny, ale nie mogę przyjąć tego orderu, ponieważ złamałabym w dniu pogrzebu Agaty po pierwsze moje przekonania, a po drugie - zdradziłbym ideały Agaty - mówił podczas pogrzebu Jacek Olszewski”.
      Wydawało się, że, pomijając samą śmierć – śmierć okropną, jak każda śmierć, a jeszcze bardziej okropną, bo w tak młodym wieku i w takich okolicznościach – nie stało się nic szczególnego. Kiedy umiera ktoś jakkolwiek zasłużony, tak się zwykle dzieje, że ci którzy są od tego – w tym wypadku Prezydent Państwa – honorują czasem zmarłą osobę odpowiednim orderem. Tak było zawsze i wszędzie, i tego typu gesty nie budziły niczyjego zdziwienia, ani już tym bardziej oburzenia.
      Niestety, nie żyjemy ani „zawsze”, ani tym bardziej „wszędzie”, ale w miejscu tak bardzo szczególnym i w czasach tak bardzo szczególnych, a jednocześnie w pewnym sensie tak strasznie schamiałych, że nawet nie bardzo się dziwimy, gdy po raz kolejny, tylko po to, żeby wykonać określone polityczne, czy też socjologiczne zadania, można wykorzystać nawet śmierć.
       O cóż chodzi? Przez ostatnie dni życia Agaty Mróz, sama jej osoba i jej tragiczna walka o życie stały się takim samym elementem najbardziej ohydnej kampanii medialnej, w sposób najbardziej obrzydliwy zanurzonej w tym, co stanowi idealnie skonstruowaną kulturę pop. Dzień w dzień postać, Agaty Mróz była przedstawiana na ekranach telewizorów i na stronach najbardziej krwiożerczych tabloidów bez najmniejszej litości. Oglądaliśmy Agatę uśmiechniętą, Agatę płaczącą, Agatę smutną, Agatę śpiącą, Agatę spacerującą z mężem, Agatę siedzącą z mężem na ławeczce. Oglądaliśmy Agatę Mróz z bliska i z ukrytych kamer. Agatę Mróz zza szyby i Agatę Mróz zza krzaka i zza drzewa. Wzruszaliśmy się zdjęciami Agaty w kolorze i w czerni i bieli.
      Dlaczego zorganizowano nam takie wzruszenia? Otóż dla samych wzruszeń. Dla zwykłej tabloidalnej satysfakcji. Dla zaspokojenia naszego najbardziej prymitywnego pragnienia, „żeby coś się wreszcie stało”.
       Oglądałem Agatę Mróz, jak spała, jak mówiła, jak jej twarz i jej głos wyrażały smutek, zmęczenie i jak umierała. I zastanawiałem się, jak można było na to pozwolić. No a przede wszystkim, kto na to pozwolił. I czekałem z przerażeniem, jak nad szpital, w którym toczyła się walka o Agatę Mróz nadleci Błękitny 24. A później, już całkowicie oszołomiony, patrzyłem, jak telewizja TVN 24 pokazuje konferencję prasową męża zmarłej dziewczyny. Oszołomiony, bo nagle zdałem sobie sprawę, że to jest dzień śmierci żony i matki i że to wszystko, co poprzedziło ten dzień, ta cała medialna zabawa we wzruszenia, miała przecież dwóch autorów, mianowicie media i tego kogoś, kto mediom na to wszystko przez ten cały czas pozwalał. Postawę mediów rozumiem. Nienawidzę jej, jestem nią absolutnie porażony, ale rozumiem. To są te czasy i to są te cele i to jest to okrucieństwo. Ale ktoś media do tego szpitala wpuścił, ktoś ich stale tam witał, ktoś tych reporterów zapraszał. I znów wraca pytanie. Dlaczego? I tego nie wiem. Nie wiem, dlaczego.
       No a dziś Agata Mróz została pochowana. Niedługo polscy piłkarze nożni wrócą może do domu z Austrii, a my zajmiemy się wykańczaniem siebie nawzajem, bo, jak wiemy, to nam najlepiej wychodzi. O Agacie Mróz zapomnimy, tak jak zapomnieliśmy o wielu tych, którzy zmarli.
       W czasach zarabiania pieniędzy i leczenia nerwic w supermarketach, jak to kiedyś pięknie określił Krzysztof Kłopotowski, wzruszać się można, ale trudno się wzruszać wiecznie, a już naprawdę trudno się jest wzruszać wciąż tym samym. Jednak ten czas, który nam pozostał, można jeszcze wykorzystać. Pan Jacek Olszewski już wcześniej udowodnił, że chętnie służy pomocą. Onet wykona resztę. No i poprosi o oklaski.


Dziś rozpoczynają się Śląskie Targi Książki. Tak jak w zeszłym roku, odbywać się one będą w pięknym budynku Międzynarodowego Centrum Konferencyjnego i tak jak w zeszłym roku Coryllus i ja będziemy tam siedzieć od rana do wieczora i czekać na Czytelników. Wśród tytułów, które będziemy prezentować, znajdą się też ostatnie trzy egzemplarze mojej pierwszej książki, zatytułowanej „O siedmiokilogramowym liściu i inne historie”, z której pochodzi powyższy tekst. Zapraszam serdecznie. Od dziś do niedzieli. Od 10.00 do 18.00. Stoisko nr 12.

czwartek, 29 września 2016

Kto chce rodzić - do roboty!

      Jak wiemy, w najbliższy poniedziałek przez całą Polskę ma przejść marsz poparcia dla bezkarnego mordowania poczętych dzieci. Zgodnie ze swoją naturą, marsz został przez samych organizatorów okraślony jako „czarny”, co należy oczywiście docenić. Zdecydowanie gorzej by było, gdyby przez Polskę, w dla adoracji śmierci, przeszły tłumy ubrane na biało… no może coś by tu zmieniło, gdyby oni wszyscy do pysków mieli przyczepione znane z karnawałowych zabaw czaszki, a w rękach nieśli kosy. No ale jest czarno i tak jest dobrze.
      A zatem mamy zapowiedziany ów „czarny marsz”, a główna z jego animatorek, aktorka Krystyna Janda dodatkowo wezwała, by jego rangę odpowiednio wzmocnić przez udział kobiet, które owego poniedziałkowego poranka nie pójdą do pracy, tylko na marsz właśnie. Taki protest dodatkowy. Wydawałoby się, że jest do apel wyjątkowo głupi. Dlaczego? Otóż dlatego mianowicie, że on by miał sens, gdyby w ten sposób udało się zebrać choćby 100 tysięcy zbuntowanych kobiet, które zwyczajnie zarwą dzień we pracy. Trudno sobie bowiem wyobrazić, że pracodawcy w całym kraju zastosują nagle kodeksowe sankcje wobec 100 tysięcy obywatelsko zaangażowanych pracownic, które nie przyjdą do pracy i nie dostarczą przy tym właściwego kwitu L4. Ponieważ jednak nasze społeczeństwo nie jest tak dobrze zorganizowane jak społeczeństwa w Zachodniej Europie, na te 100 tysięcy, ani nawet na głupie 20 tysięcy bohaterskich kobiet liczyć nie można. A zatem apel Krystyny Jandy pozostałby kompletnie bez sensu, gdyby jemu nie towarzyszyła jakaś dodatkowa akcja Systemu, która, jak się okazuje, nastąpiła.
      Oto, jak słyszę, szereg firm, najczęściej na poziomie prywatnych korporacji, postanowiło ogłosić poniedziałek dniem wolnym dla wszystkich chcących wziąć udział w demonstracji osób – nie tylko kobiet. Kierownictwo firmy, w której zatrudniony jest mój syn, rozesłało w dniu wczorajszym do wszystkich pracowników służbowy e-mail, w którym zapewnia chcących wziąć udział w poniedziałkowej demonstracji, że mogą w tym dniu do pracy nie przychodzić.
       Syn mój jest oburzony z tego choćby powodu, że ostatnio dwa razy pod rząd musiał przez bite dwanaście godzin siedzieć w pracy w noc wigilijną i nie było ludzkiej siły, która mogłaby to zmienić. Nawet wydawałoby się prosty argument, że skoro w zeszłym roku się nie udało, to może wypadałoby mu dać poświętować tym razem. Tu natomiast nagle okazuje się, że to nie jest problem, by ktoś mógł sobie wziąć dzień wolny, o ile tylko nie chodzi o narodziny jakiegoś boga, lecz o wolność skandowania hasła „Pierdolę nie rodzę”. Mnie jednak zastanawia coś innego. Jestem mianowicie ciekawy, co by było, gdyby podobną demonstrację, tyle że pod nazwą „biały marsz”, zorganizowały środowiska pro life, a dajmy na to aktor Zelnik wezwał chętnych, by tego dnia, zamiast pójść do pracy, szli demonstrować poparcie dla życia. I co by było, gdyby mój syn poinformował kierownictwo korporacji, w której pracuje, że w poniedziałek go nie będzie w robocie, bo ma sprawy na mieście. Wiemy, co by było, prawda? Wiemy to bardzo dobrze. I wiemy też, że nawet interwencji faszystowskiego rządu Prawa i Sprawiedliwości nic by tu nie zmieniła. W końcu przepisy są przepisami, a Kodeks Pracy obowiązuje wszystkich. Nawet pisiorów.
      Tak więc wygląda sytuacja i wydaje się, że przez najbliższe lata nic się na tym polu nie zmieni. Już prędzej te wszystkie zagraniczne korporacje dostaną tak w dupę, że zmuszone zostaną do przeniesienia swoich interesów do Gabonu, niż ich właściciele zrozumieją, gdzie się znaleźli i jakie owa sytuacja stawia przed nimi wymagania. A więc, póki co my róbmy swoje i pamiętajmy o najważniejszym: nie wolno nam tych idiotów spuścić z oka choćby na chwilę.


Przypominam że od jutra do niedzieli w Katowicach będą odbywać się targi książki. Wszystkich zapraszam do Centrum Kongresowego obok Spodka, od godziny 10 do 18, gdzie będziemy się spotykać z Czytelnikami na stoisku numer 12.

środa, 28 września 2016

Ksiądz Międlar wybiera Polskę

         Pisałem tu już kiedyś o moim zmarłym dziś już wujku, bracie mojej mamy, wybitnym lekarzu-ginekologu. Otóż wujek mój powiedział mi kiedyś coś, co na mnie zrobiło takie wrażenie, że zapamiętałem to do dziś. Jego mianowicie zdaniem, wszyscy jesteśmy w pewnym stopniu zboczeni, tyle że niebezpiecznie robi się dopiero wtedy, gdy któreś z tych naszych zboczeń zaczyna dominować. Inaczej mówiąc, według mojego wujka, każdy z nas ma w sobie nieco szaleństwa, problem w tym, by to szaleństwo nas nie pokonało. Jeśli nas pokona – jest po nas.
         Powiem szczerze, że ponieważ sam nigdy nie zauważyłem u siebie śladu jakiejkolwiek perwersji – no może poza tym, że teraz, kiedy już jestem mocno starszy, zwracam większą uwagę na przechodzące obok mnie śliczne dziewczyny – która równoważyłaby moje człowieczeństwo, diagnozę mojego wujka traktowałem z pewnym przymrużeniem oka, by nie powiedzieć, z życzliwą podejrzliwością. I oto wczoraj wpadłem na oświadczenie znanego mi, owszem, choć obchodzonego dotychczas przeze mnie szerokim łukiem, księdza Jacka Międlara, który zadeklarował ni mniej ni więcej, że ponieważ nasz Kościół znalazł się we władzy Żydów i Szatana, on występuje ze swojego zgromadzenia i od dziś będzie służył Jezusowi Chrystusowi już wyłącznie na własny rachunek.
      Przeczytałem owe słowa księdza Międlara i nagle zrozumiałem, co miał na myśli mój świętej pamięci wujek, brat mojej mamy. Otóż chodzi o to, że nawet jeśli nadużywamy, to powinniśmy to czynić z umiarem. No, weźmy tę cholerną politykę. Ja wiem, że Żydzi, wiem, że masoni, wiem, że Bilderberg, że demoralizacja i takie tam. Ja to wszystko wiem i bardzo nad tym wszystkim ubolewam, jednak ostatnią rzeczą, jaką miałby z tego powodu zrobić, to odejść od mojego Kościoła, z tego tylko powodu, że Kościół mi wciąż z uporem maniaka powtarza: „Zacznij od siebie”. No bo powiedzmy to sobie uczciwie: jeśli nie Kościół, to co nam pozostaje? Nasza osobista przenikliwość? No, nie żartujmy.
       Ksiądz Międlar, duszpasterz tak zwanych środowisk narodowych, od kilku miesięcy dzielnie zmagał się ze swoimi emocjami i tak sobie krążył między Polską, a Kościołem, z jednej strony wzbudzając falę nadziei, że może się jednak opamięta i zacznie zwyczajnie głosić Słowo Boże i udzielać sakramentów, a z drugiej owo rozniecając odwieczne pragnienie wielkiego triumfu wielkiej Polski. No i ostatecznie wybrał… Polskę, a wybór ów ogłosił w następujących słowach: „Patrioci, nacjonaliści!! Czas odkłamać zakłamaną legendę SALUTU RZYMSKIEGO!” I w tym momencie najbardziej patriotycznie zorientowana część Narodu zawołała: „I my wybieramy Polskę” i każdy wyciągnął rękę w owym rzymskim pozdrowieniu.
       Miałem wczoraj okazję obserwować tę eksplozję czystej perwersji na własne oczy i chciałbym powiedzieć, że ja jednak pozostanę przy swoim dotychczasowym przekonaniu, że ci Żydzi są naprawdę wyjątkowo cwani i grzechem jest spuścić ich choć na chwilę z oka. To już wolałbym sczeznąć.


Przypominam, że właśnie ukazała się moja ósma książka, między innymi zawierająca cała korespondencję między mną, a śp. Zyta Gilowską. Książka jest do nabycia w księgarni Coryllusa pod adresem http://coryllus.pl/?wpsc-product=o-samotnej-wyspie-zapomnianej-lodzi-i-oceanie-bez-kresu


wtorek, 27 września 2016

O Richardzie Kuklińskim i jego wyprawie do piekła

              Ponieważ na poziomie aktualnej polityki nie dzieje się nic godnego uwagi, film o „Smoleńsku” za nami, kolejny film, tym razem o Wołyniu wciąż przed nami, a poza tym ten akurat temat znakomicie rozpracowuje na bieżąco Coryllus, pozostaje mi pisać albo o aktorach i ich adoptowanych dzieciach, albo o innych fascynujących historiach z miejsc, do których na szczęście nie mamy bezpośredniego dostępu. W tej sytuacji proponuję historię, którą dla swojego znakomitego magazynu „Tajna Historia” zamówił u mnie Piotr Bachurski, na temat pewnego Ryszarda Kuklińskiego. A jeśli ktoś myśli, że tu chodzi o TEGO Kuklińskiego, jest w bardzo ciężkim błędzie. Proszę posłuchać.


      Zdaję sobie sprawę z tego, że to co teraz powiem, może zabrzmieć zbyt prowokacyjnie, zakładam jednak, że wśród Czytelników „Tajnej Historii” znajduje się wystarczająco wielu miłośników kultowej już sagi o rodzinie Corleone, a zatem więc i osób, które doskonale wyczuwają ową cienką granicę, za którą ów niezwykły świat, gdzie wszystkie zasady tak zwanego cywilizowanego świata zostały odwrócone, staje się nie tyle przedmiotem naszego moralnego wzburzenia, co czystej fascynacji. O co chodzi? Otóż przedmiotem naszych dzisiejszych refleksji jest człowiek nazwiskiem Ryszard Kukliński, tyle że wbrew temu, co moglibyśmy sądzić, wcale nie mam na myśli „tego” Ryszarda Kuklińskiego, ale Ryszarda Kuklińskiego zupełnie innego, który z „naszym” Kuklińskim miał tyle tylko wspólnego, że obaj byli członkami w znacznym stopniu tajnej organizacji i obaj w jakiś tam sposób stali się bohaterami autentycznych, miejskich legend.
      Dziś zatem przyjdzie nam się tu zmierzyć z tym drugim, przynajmniej w Polsce mniej znanym, Kuklińskim, którego od tej chwili będziemy już nazywać tak jak on sam sobie życzył, Richardem Leonardem Kuklinskim, lub ewentualnie Icemanem. Myślę, że to jest zresztą bardzo dobry moment, żeby wyjaśnić ową niezwykłą ksywkę. Otóż środowisko, w którym obracał się Kuklinski, zaznaczmy od razu, że zawodowy zabójca, pracujący dla słynnej rodziny z New Jersey o nazwisku DeCavalcante, ale równie chętnie przyjmujący zlecenia od każdej z pięciu nowojorskich rodzin, postanowiło ochrzcić go tym imieniem w związku z niekiedy stosowanym przez niego zwyczajem zamrażania ciał swoich ofiar po to, by organom ścigania uniemożliwić określenie czasu ich śmierci. Ale zacznijmy od początku.
      Richard Kukliński urodził się 11 kwietnia 1935 roku w Jersey City. Jego ojcem był Stanley Kuklinski, polski imigrant, hamulcowy na kolei, mama natomiast to Anna McNally, córka irlandzkich katolików przybyłych do Ameryki z Dublina, zatrudniona w paczkowalni mięsa. Jak głoszą różne świadectwa, zarówno polski ojciec, jak i irlandzka matka, utrzymując się w przekonaniu, że katolickie wychowanie polega przede wszystkim na biciu, tłukli swojego syna praktycznie codziennie, co oczywiście musiało doprowadzić do tego, że i on sam w końcu uznał, że dyscyplinę można egzekwować tylko w jeden sposób.
      Richard miał troje rodzeństwa. Starszy brat, Florian zmarł w wyniku obrażeń zadanych mu przez ojca. Młodszy, Joseph, został skazany za gwałt i zabójstwo 12-letniej dziewczynki. Kiedy już po latach, w jednym z wywiadów zapytano Richarda, jak ocenia to, co zrobił jego młodszy brat, odpowiedział krótko: „Obaj mieliśmy tego samego ojca”. Była jeszcze młodsza siostra, Roberta, ale o niej akurat kroniki milczą, co może tylko świadczyć o niej jak najlepiej.
      Jeszcze zanim Richard Kuklinski postanowił wkroczyć na ścieżkę, która miała ostatecznie zdefiniować jego życie, pracując jako magazynier, poznał, a następnie poślubił, dziewczynę nazwiskiem Barbara Pedrici. Również w jednym z wywiadów udzielonych już po latach, Pedrici wspomniała jak pewnego dnia w samochodzie pokłóciła się ze swoim przyszłym mężem, a kiedy chciała się obrazić i sobie pójść, poczuła nagle ból w karku, zobaczyła krew i usłyszała słowa, które zapamiętała na całe życie: „To jest praktyczna lekcja, która ma cię nauczyć, że nigdy nie wolno ci mnie opuścić”.
      I faktycznie, była już z nim do samego końca. Tyle jej satysfakcji, że kiedy jako już bardzo stary człowiek umierał w więzieniu i prosił lekarzy, by zrobili wszystko, by go jak najdłużej utrzymać przy życiu, jako wierna i kochająca żona wyraziła zgodę na odłączenie.
      Barbara urodziła Kuklińskiemu troje dzieci, dwie córki oraz syna. Swojego męża opisywała jako kogoś, kto stale krążył między dwiema postawami, które można było określić jako „dobry i zły Richie”. „Dobry Richie”, jako ojciec i mąż, był czuły i troskliwy, lubiący spędzać czas z rodziną, „zły Richie”, natomiast, pojawiał się wprawdzie w domu zaledwie od czasu do czasu, jednak ze znaczną regularnością, i wówczas z niezwykłą starannością demonstrował w stosunku do żony i dzieci wszystko to, czego nauczył się od swojego polskiego taty.
      Ani żona, ani dzieci, ani tym bardziej sąsiedzi, nie mieli pojęcia, czym się Richard zajmuje. Wszystko co o nim wiedzieli, to to, że prowadzi jakieś niezwykle udane interesy, a im nic do tego. Wystarczy, że żyje się im wygodnie i w sumie bezpiecznie. Oczywiście, jak to kobieta, Barbara od czasu do czasu miała swoje podejrzenia, zwłaszcza gdy Richard potrafił wychodzić do pracy w samym środku nocy, czy zrywając się od obiadu, po czym wracał z potężną ilością gotówki. Jednak ponieważ wiedziała na pewno, że w odróżnieniu od typowego bandyty, on ani nie pije, ani nie zażywa narkotyków, ani nie przepuszcza pieniędzy w kasynach, ani jej nie zdradza, nie próbowała demonstrować swoich niepokojów.
       Richard Kuklinski był potężnie zbudowanym mężczyzną, mierzącym 196 cm wzrostu i ważącym ponad 120 kg. Prowadzone przez niego interesy, o których jego żona i dzieci wolały nie wiedzieć, były prowadzone na skalę międzynarodową i obejmowały handel narkotykami, pornografią, bronią, pranie brudnych pieniędzy, uprowadzenia, no i wreszcie, oraz przede wszystkim, zabójstwa na zlecenie. W jednym z owych wielu udzielonych już podczas pobytu w więzieniu wywiadów, Kukliński twierdził, że pierwszego zabójstwa dokonał jeszcze jako dziecko, kiedy to drążkiem na wieszaki zatłukł na śmierć kolegę, który mu dokuczał. A więc z nerwów. Już zresztą w połowie lat 50. Kuklinski miał reputację kogoś, kto zabije każdego, kto go zezłości i to pewnie w związku z tą legendą zwróciła na niego uwagę rodzina  DeCavalcante. Według autora głównej biografii Kuklinskiego, Philipa Carlo, debiutując wiosną 1954 roku, Kuklinski pojawił się na Manhattanie, szukając swoich ofiar, zawsze mężczyzn, nigdy kobiet, zawsze ludzi, którzy w jakikolwiek sposób potraktowali go nieuprzejmie. Zabijał strzałem z rewolweru, przy pomocy noża, ewentualnie tłukąc ofiarę na śmierć. Niektórych pozostawiał na miejscu, niektórych wrzucał to rzeki Hudson. Morderstwo, jak pisze Carlo, stało się dla Kuklinskiego sportem, a ciał w pewnym momencie było już tak dużo, że nowojorska policja, nie mogąc uwierzyć, ze ich autorem mogła być jedna osoba, uznała, że to pewnie lokalni pijaczkowie padają ofiarą jakichś osobistych porachunków. Tymczasem to faktycznie była jedna osoba, w dodatku taka, która owe morderstwa traktowała zaledwie jako ćwiczenie przed czymś znacznie poważniejszym.
      W innym miejscu, wspominając swoją młodość, mówił Kuklinski tak: „Kiedy tak sobie dziś o tym myślę, to wiecie co? To co w tym wszystkim podobało mi się najbardziej, to polowanie, to co tam stanowiło faktyczne wyzwanie. Samo zabójstwo miało znaczenie drugorzędne. Nie wydaje mi się, żebym czuł przy tym jakieś szczególne podniecenie. Natomiast planowanie, organizowanie wszystkiego tak, by wyszło jak najlepiej, to było coś. A im było więcej wyzwań, tym lepiej wszystko smakowało”.
      Mimo wielu prób postawienia jakiejś sensownej diagnozy odnośnie tego, jak świat mógł stworzyć takiego potwora, mimo że w badania zaangażowanych było wielu wybitnych psychiatrów i mimo że w pewnym momencie sam Kuklinski zgodził się z lekarzami, jak się zdaje, szczerze współpracować, wygląda na to, że nie udało się osiągnąć diagnozy, co do której większość byłaby zgodna. Oczywiście, dzieciństwo musiało odgrywać pewną rolę, jednak nie oszukujmy się, dzieci były bite przez swoich rodziców nie tylko w Nowym Jorku, nie tylko w ramach katolickiego wychowania i nie tylko w XX wieku, a nie jest tak, że większość z nich kończy jak Kuklinski. Jasne, nie ma najmniejszych wątpliwości co do tego, że Kuklinski był osobą chorą psychicznie, no ale tu też wariatów na świecie jest co niemiara, a nie każdy z nich ma za sobą taką historię, jak choćby ta zrelacjonowana przez samego Kuklińskiego, kiedy został zapytany, jak to się stało, że tak wybitny gangster jak DeMeo zatrudnił go jako zabójcę. Mówi Kuklinski: „Pewnego dnia pojechałem z DeMeo na przejażdżkę samochodem i zaparkowaliśmy przy jednej z ulic. Wówczas DeMeo wskazał mi przypadkowego przechodnia, człowieka wyprowadzającego na spacer psa, i powiedział mi, żebym go zabił. Wyszedłem więc z samochodu, podszedłem do gościa i strzeliłem mu w głowę. Od tego czasu, DeMeo, jak tylko była potrzeba, zawsze wybierał mnie”.
      A zatem, niezależnie od tego, czy będziemy mówić o tak zwanej „osobowości dyssocjalnej”, czy „paranoicznej”, i tak już pewnie do końca świata nie dowiemy się, co takiego się działo w głowie Richarda Kuklinskiego, że zaprowadziło go aż w tak egzotyczne z naszego punktu widzenia rejony.
      Znów wedle relacji samego Kuklinskiego, przez kolejne 30 lat nie było miesiąca, by on osobiście kogoś nie zabił. Jak to się zatem stało, że przez tyle lat policji nie udało się wpaść na jego trop? Pierwszym tego powodem było to, że, zabijając, stosował Kukliński najróżniejsze metody, a więc strzałem z pistoletu, przy pomocy noża, przez podłożenie bomby, łyżką do opon, przez podpalenie, otrucie, uduszenie, czy wreszcie – pamiętamy, że był to potężnych rozmiarów człowiek – po prostu przez zwykłe pobicie, „tak dla utrzymania formy”. Nigdy nie ustalono, co miał Kuklinski na myśli, mówiąc o swoich „bardzo licznych” ofiarach. Sam twierdził, że było ich ponad 200, jednak oficjalna liczba nie jest znana. Jego ulubioną metoda zabijania było przez zatrucie cyjankiem potasu, ponieważ „zabijał szybko i podczas badań był trudny do wykrycia”. Kuklinski truciznę albo wstrzykiwał, albo dodawał do jedzenia, albo rozpylał aerozolem, albo po prostu aplikował bezpośrednio na skórę. Ciał pozbywał się najczęściej, umieszczając je w ogromnej beczce, ale również nie stronił od rozczłonkowywania, grzebania, lub wrzucania do bagażnika samochodu i porzucania go na złomowisku. Twierdził również, że niekiedy swoje ofiary wywoził do Pensylwanii, gdzie rzucał jeszcze żywe wielkim szczurom na pożarcie. Opowiadał również, że często nagrywał te sceny na taśmę filmową, po to, by mieć wyższe szanse przetargowe przy kolejnych kontraktach. Według jego słów, po obejrzeniu jednego z tych filmów, DeMeo wyraził opinię, że Kuklinski „to człowiek bez duszy”.
      Jak już wspomnieliśmy, historia Richarda Kuklinskiego została już wielokrotnie opowiedziana, czy to w tekstach autorów, którzy uznali ją za na tyle fascynującą, że wartą spisania, czy przez samego Kuklinskiego podczas wielu licznych wywiadów. W oparciu o jego biografię, powstał nawet dość popularny film zatytułowany „The Iceman”. A więc moglibyśmy tę naszą opowieść ciągnąc jeszcze bardzo długo, opisując w sposób odpowiednio barwny i poruszający najsłynniejsze z jego czarnych wyczynów. Jednak uznając, że już i to, co zostało powiedziane dotychczas daje nam odpowiednio wyraźny i mocny obraz, przejdźmy może do dnia, kiedy Richard Kuklinski został wreszcie zatrzymany.
      Jak to się zwykle w tego typu sytuacjach dzieje, na początku owego końca stał szereg popełnionych przez samego Kuklinskiego błędów. Badając serię pojedynczych zabójstw, FBI zdołało je wszystkie połączyć nazwiskiem Kuklinskiego i w roku 1985 rozpoczęła się ostateczna akcja pod kryptonimem „The Iceman”. Detektywowi o nazwisku Pat Kane oraz agentowi specjalnemu Dominikowi Polifrone, przy współpracy z bliskim przyjacielem Kuklinskiego, niejakim Philem Solimene, udało się zbliżyć do Kuklinskiego. Polifrone, przedstawiajony Kuklinskiemu jako płatny morderca nazwiskiem Dominic Michael Provenzano, poprosił Kuklinskiego o pomoc w zabójstwie i nagrał Kuklinskiego, kiedy ten opowiadał z detalami, w jaki sposób zamierza przeprowadzić akcję. 17 grudnia 1986 roku doszło do ponownego spotkania Kuklinskiego z Polifrone, podczas którego Polifrone miał mu dostarczyć odpowiednią ilość cyjanku, który miał posłużyć do zabójstwa pewnego działającego pod przykryciem agenta. Kuklinski jednak sprytnie wypróbował dostarczoną truciznę na jakimś zbłąkanym psie, a kiedy okazało się, że pies się ma świetnie i prosi o jeszcze, Kuklinski nabrał podejrzeń, że ma do czynienia z prowokacją, zrezygnował z dalszego udziału w akcji i poszedł do domu. Został aresztowany dwie godziny później. Przy okazji, w jego samochodzie znaleziono rewolwer i żonę, którą przez to, że chciała policji przeszkodzić w zatrzymaniu, również aresztowano. Kuklinski został oskarżony o pięć morderstw, sześć przestępstw związanych z nielegalnym posiadaniem broni, o jeden napad rabunkowy i jedną próbę napadu, po czym odebrano mu paszport i zwolniono z aresztu za poręczeniem w wysokości 2 mln dolarów. W marcu roku 1988 jury uznało Kuklinskiego winnym zaledwie dwóch zabójstw, ponieważ jednak nie zdołano udowodnić, że ich bezpośrednim wykonawcą był sam Kuklinski, uniknął on obowiązującej wówczas jeszcze kary śmierci i został skazany na karę dożywocia, z możliwością ubiegania się o zwolnienie w wieku 110 lat. W roku 2003, Kuklinski przyznał się do zamordowania w roku 1980 nowojorskiego policjanta Petera Calabro, za co do wyroku dołożono mu jeszcze 30 lat więzienia.
      Ktoś się pewnie zastanawia, czy kiedy Kuklinski wspominał po latach swoje zbrodnie, zdarzało mu się czegoś żałować. Otóż najczęściej nie. Nawet kiedy opowiadał, jak to pewnego dnia chciał sprawdzić skuteczność działania kuszy i strzelił w głowę przypadkowo napotkanemu mężczyźnie, jedyna refleksja ograniczała się do stwierdzenia, że strzała wbiła się tylko do połowy. Jednak jest coś co, jak się zdaje, dręczyło Kuklinskiego przez lata. Oto, jak sam wspomina ów incydent:
     „Gość błagał mnie, żebym go nie zabijał. Prosił, coś obiecywał, chyba nawet się modlił. Wciąż gadał: ‘Boże, błagam’ i takie tam. Powiedziałem mu więc, że dam mu pół godziny, żeby spróbował wyprosić łaskę u Boga. Jeśli w tym czasie Bóg zejdzie z nieba i sprawi, że sytuacja ulegnie zmianie, będzie żył. No ale Bóg się nie pojawił i sytuacja nie uległa zmianie. I tyle. No, przyznaję, że nie było to z mojej strony zbyt miłe. To jest coś, czego nie powinienem był zrobić. A przynajmniej nie w ten sposób”.
      W roku 2005, po 25 latach spędzonych w więzieniu, u Kluklinskiego zdiagnozowano rzadką i nieuleczalną chorobę krwi, w związku z czym został przeniesiony na ściśle strzeżony oddział szpitala w Trenton, w stanie New Jersey. Jak już wspomnieliśmy, mimo że osobiście prosił lekarzy, by w przypadku gdy sytuacja krytycznie się pogorszy, podjęli próbę reanimacji, jego żona zaapelowała, by tego nie robili. Tydzień przed śmiercią, szpital zwrócił się do Barbary z pytaniem, czy podtrzymuję swoją decyzję, a ona skierowała kciuk ku ziemi. 7 marca, w wieku 70 lat, Richard Leonard Kuklinski poszedł do piekła.

Właśnie otrzymałem swój egzemplarz książki o zagubionej łodzi. Jest bez zarzutu. Polecam wszystkim bardzo gorąco. Zamawiać ją można w księgarni Coryllusa pod adresem http://coryllus.pl/?wpsc-product=o-samotnej-wyspie-zapomnianej-lodzi-i-oceanie-bez-kresu


poniedziałek, 26 września 2016

Być jak Woody Allen, czyli o dzieciach z przeceny

        Przy okazji głośnego rozstania dwojga popularnych aktorów filmowych, Brada Pitta I Angeliny Jolie, zastanawialiśmy się tu, do którego momentu życie tych ludzi stanowi coś realnego, a od kiedy staje się już niczym innym, jak tylko fikcją, w dodatku fikcją wyjątkowo tandetną, a to z tego prostego powodu, że do jej napisania nie zatrudniono nawet jednego marnego scenarzysty. Troszkę na ten temat porozmawialiśmy i wyszło nam, że tak naprawdę to co oni robią, mówią, a być może nawet myślą, jest fikcją od początku do końca. Całe ich życie, cała praca, każdy gest, każdy grymas i każde wypowiedziane słowo jest równie prawdziwe, jak te filmy, dzięki którym stali się gwiazdami. I oto nie wybrzmiało jeszcze echo afery już przez media okrzykniętej mianem „Brangelina Split”, a przy okazji doniesień o tym, że ich sześcioro, z czego troje adoptowanych, dzieci od pewnego czasu znajduje się w stanie takiej wściekłości, że lada chwila któreś z nich kogoś zamorduje, kiedy na łamy kolorowej prasy wdarła się kolejna wiadomość, która, moim zdaniem, powinna unieważnić życie i wszelkie dokonania nie tylko dotychczasowych, obecnych i przyszłych bohaterów kolejnych skandali, ale całe to środowisko i cały ten świat, który jeśli jeszcze nie został spalony na popiół, to tylko przez jakiś niezwykle przebiegły boży plan, którego my robaczki przeniknąć nie potrafimy.
      Oto okazuje się, że w tych dniach samobójczą śmiercią zmarł – również jak najbardziej adoptowany – syn słynnej aktorki Mii Farrow, 27-letni Thaddeus Wilk Farrow. Owego Thaddeusa, wówczas jeszcze noszącego imię Gabriel, cierpiącego na polio i sparaliżowanego od pasa w dół, Farrow wypatrzyła w jakimś przytułku w Kalkucie, gdzie, jak głosi wieść, był przywiązany łańcuchem do palika, wył z rozpaczy, a okoliczne dzieci rzucały w niego kamykami, i to jego nieszczęście tak ją urzekło, że go natychmiast zapragnęła mieć, kupiła go za jakieś grosze i przywiozła do Stanów. Rzecz w tym, że Thaddeus nie był pierwszym dzieckiem Farrow. Kiedy w roku 1973, jeszcze jako żona uznanego francuskiego kompozytora Andre Previna i matka jego trojga dzieci, poruszona obrazami z wojny w Wietnamie, uznała że świat jest do tego stopnia pełen nieszczęść, że jej już dłużej nie stać na własne dzieci i że od dziś będzie już tylko jeździć po świecie, wyszukiwać tych najbiedniejszych i najbardziej pokaleczonych i ściągać ich do nowego, lepszego świata. Na pierwszy ogień poszły dwie wietnamskie dziewczynki, Lark Song Previn w roku 1973, oraz rok później Summer „Daisy” Song Previn. Nic nie wiadomo o tym, by te dzieci były jakoś szczególnie w potrzebie wyjazdu do Paryża, czy Nowego Jorku, no ale stało się, jak się stało i obie kolejno pojechały z Farrow. Kolejną, siedmioletnią Soon-Yi, Farrow z Previnem znaleźli w Korei i w roku 1978 kupili od matki prostytutki. Rok później Farrow rozwiodła się z Previnem, zabrała szóstkę dzieci i wyjechała do Nowego Jorku, gdzie natychmiast związała się ze słynnym do dziś filmowym reżyserem Woody Allenem i dalej już wspólnie kolekcjonowali zbierane po całym świecie owe ludzkie nieszczęścia. Pierwszymi dziećmi Farrow, które trafiły na pierwsze strony gazet, były owe dwie Wietnamki, które, już jako nastolatki, zostały aresztowane z kradzież bielizny od Diora w jednym z lokalnych sklepów. Mijały lata i oto pewnego dnia starsza z dziewczynek, imieniem Lark, w wieku 35 lat niespodziewanie zmarła. Przyczyny śmierci były przez pewien czas utrzymywane w ścisłej tajemnicy, jednak jej były mąż, handlarz narkotykami i lokalny bandyta, sprzedał mediom historię, wedle której Lark została zarażona w jednym z salonów tatuażu i w ten sposób zachorowała na AIDS, no a następnie zmarła na zwykłe zapalenie płuc. Lark miała dwójkę dzieci, dziewczynki, obie urodzone z wirusem HIV, z którymi mieszkała w kompletnej nędzy w jakiejś rozwalającej się kamienicy. Kiedy umierała, Mia Farrow przebywała w Kongo na jednej ze swoich wypraw humanitarnych. Los dziewczynek, było nie było wnuczek Mii Farrow, nie jest znany.
     No ale wróćmy do owych adopcji. W roku 1980, Farrow, już razem z Woody Allenem kazali sobie sprowadzić z Korei dwuletniego chłopczyka z porażeniem mózgowym, któremu dali na imię Moses Amadeus Farrow. W roku 1985 para adoptowała kolejne dziecko, dziewczynkę, tym razem jednak wynajdując ją już sobie na miejscu, czyli w Stanach Zjednoczonych. W roku 1987 Farrow i Allenowi urodziło się czwarte dziecko, syn, imieniem Satchel O’Sullivan Farrow, jednak sama Farrow przyznała po latach, że wbrew powszechnemu przekonaniu, Satchel nie jest synem Allena, lecz Franka Sinatry, z którym ona jeszcze w latach 60-tych przez kilka miesięcy była w związku małżeńskim, i z którym, jak się okazuje, do końca jego niezwykle ciekawego życia żyła w bliskiej przyjaźni.
        W roku 1992 świat się na moment zatrzymał. Okazało się, że Allen uwiódł i jest w związku ze swoją przybraną córką, 20-letnią Soon-Yi. Co dla każdego, kto dotarł już tak daleko, może się wydawać dziwne, Mia Farrow jakimś cudem nie wzruszała na ten przypadek ramionami, ale się wzburzyła i wniosła o rozwód. Przy okazji, okazało się, że Soon-Yi nie była jedynym dzieckiem pozostającym pod opieką owej parki, do której Allen czuł miętę. Jak Mia zeznawała podczas procesu o prawo do opieki nad dziećmi, jej adoptowana córka Dylan wielokrotnie żaliła się, że Allen ją seksualnie molestuje. Z kolei w liście odczytanym przed sądem, 14-letni wówczas Moses Amadeus oświadczył, że ma nadzieję że „Woody Allen któregoś dnia zostanie tak upokorzony, że popełni samobójstwo”.   
      Można się było spodziewać, że seria kolejnych nieszczęść sprawi, że Mia Farrow się wreszcie zreflektuje i przestanie kolekcjonować te dzieci. Nic z tego. Ledwie sprawa została zamknięta, rozpoczęła się seria kolejnych adopcji. Pierwszą na tej liście była niewidoma dziewczynka z Wietnamu imieniem Tam, która zresztą w roku 2000 zmarła z powodu nieokreślonej choroby serca. Po niej kolejno, czarne amerykańskie dziecko odebrane uzależnionej od kokainy matki o imieniu Isaiah, jeszcze jedna niewidoma dziewczynka z Wietnamu, Frankie-Minh, kolejne czarne dziecko uzależnionej od narkotyków matki, dziewczynka imieniem Quincy, no i wreszcie ściągnięty z Kalkuty Thaddeus, o którym tu już była mowa i który parę dni temu strzelił sobie z rewolweru w pierś.
      I jeśli ktoś w tym momencie pragnie zgłaszać do mnie pretensje, że ten blog zaczyna się niebezpiecznie przesuwać w stronę Pudelka i innych tego typu portali, proszę uprzejmie, by się łaskawie puknęli w czoło. A jeśli ktoś wciąż nie rozumie, o czym jest mowa, opowiem jeszcze jedną, całkiem świeżą, historię. Otóż w zeszłym roku samobójstwo popełniła ukochana znanego aktora Jima Carrey’a, prześliczna Cathriona White. Zdarza się. Rzecz jednak w tym, że poprzedni ukochany owej cizi, niejaki Mark Burton, ostatnio zaczął węszyć, dojrzał szansę na poważną sumę i wniósł sprawę o to, że Jim Carey najpierw zaraził swoją ukochaną trzema różnymi chorobami wenerycznymi, a kiedy ona zwróciła się do niego o wsparcie, nazwał ją „kurwą” i kazał się wyłączyć. Tym samym doprowadził ją do śmierci. Sprawa jest rozwojowa, na stole leżą jak się zdaje ciężkie dowody winy Carreya, a w tle grube miliony.
     W tej sytuacji ja już mam tylko jeden apel. Dajmy spokój tej biednej Angelinie i temu durniowi Pittowi, kiedy wokół tyle spraw znacznie bardziej interesujących. No i przede wszystkim, zachowajmy nieco umiaru, kiedy na ekrany naszych kin wejdzie kolejny – tym razem podobno wreszcie najlepszy – film Woody’ego Allena. No i zaglądajmy do księgarni Coryllusa pod adresem www.coryllus.pl, gdzie jest do kupienia moja najnowsza książka o zagubionej łodzi.

niedziela, 25 września 2016

O zimnej małostkowości i ludziach z papieru

      Mija pierwszy tydzień, jak ukazała się drukiem korespondencja, jaką przez trzy lata prowadziłem z Zytą Gilowską, a wokół panuje twarda i, moim zdaniem, bardzo znamienna cisza. Oczywiście, książka idzie ja złoto, sam pan Andrzej Gilowski, mąż zmarłej Pani Profesor, zamówił jej sześć egzemplarzy, nie zmienia to jednak faktu, że wokół panuje kompletna cisza. I to jest oczywiście coś, na co warto zwrócić uwagę.
      Otóż zupełnie niezależnie od tego, że autorem owej książki nie jest Zyta Gilowska i że to czym ona przez te miesiące zechciała mnie zaszczycać, to zaledwie część znacznie większej całości, fakt pojawienia się tej książki na rynku jest – ze względu na te właśnie listy – oczywistym i bezdyskusyjnym wydarzeniem literackim, politycznym, ale i społecznym. Przy zachowaniu wszelkich należnych proporcji, nie wydarzyło się w mijającym roku, jak sądzę, wiele rzeczy, które można by było porównać z publikacją listów, jakie Zyta Gilowska pod koniec swojego pracowitego życia pisała do autora lubianego przez siebie bloga. A mimo to, wokół panuje cisza.
      W najnowszym numerze tygodnika „W Sieci”, w jednym z felietonów, ukazała się bardzo sprytnie, bo pod pretekstem nauki języka angielskiego, ukryta reklama książki zatytułowanej „Spowiedź grzesznika”, „autorstwa Zygmunta Przetakiewicza – grzesznika, który przestał grzeszyć, zaczął mówić i chce tym odkupić winy”. Autor felietonu podaje miejsce i dzień uroczystej promocji, wymienia nazwiska zaproszonych gości, a na końcu zapewnia, że obecność na spotkaniu jest, z moralnego przynajmniej względu, obowiązkowa. Nie wiem, kto to jest Przetakiewicz, podobnie zresztą, jak Przetakiewicz nie wie, kim jestem ja, natomiast nie ulega wątpliwości, że oni wszyscy wiedzą, kim była Zyta Gilowska, i jeśli dziś ukazuje się książka zawierająca jej najbardziej osobiste listy, dotyczące w najmniejszym stopniu ekonomii i polityki, ale za to życia, śmierci, Wiary, cierpienia, i tego wszystkiego, o czym ona, kiedy jeszcze żyła być może chciała powiedzieć publicznie, ale jej zwyczajnie nie wypadało, można by było się spodziewać, że świat przynajmniej podniesie głowę. Nic z tego. Wokół zapadło wyłącznie krępujące milczenie.
      Część z nas miała okazję obejrzeć w telewizji uroczystości pogrzebowe Zyty Gilowskiej. Widzieliśmy więc, z jak wielkim staraniem zostało to pożegnanie zorganizowane. Przemawiał Prezydent, głos zabrał Prezes, obecna była pani premier Szydło, i gdyby Ziemia potrafiła na tego typu zdarzenia reagować, to by zapewne zadrżała. I oto ukazuje się książka, zawierająca najbardziej nieznaną, a jednocześnie tak niezwykle piękną, prawdę o Zycie Gilowskiej w całej jej wielkości… a wokół panuje cisza, przerywana informacją, że zarówno prezydent Duda, jak i premier Szydło bardzo lubią powieści Elżbiety Cherezińskiej. Dlaczego tak? Otóż, w moim rozumieniu rzeczy, dlatego mianowicie, że w tym wszystkim najmniej chodzi o Zytę Gilowską. Zyta Gilowska mogła być tematem, kiedy z kompletnie niezrozumiałego powodu, nie oglądając się na to, co się mówi na tak zwanych „pokojach”, ile razy miała chwilę dla siebie, zaglądała do Internetu i próbowała znaleźć coś dla siebie. A jak już znalazła, to nikogo nie pytała o zdanie, lecz szła za głosem serca. Wtedy jeszcze można było interweniować. Gdyby ona podzieliła się swoimi spostrzeżeniami ze znajomymi z polityki, oni być może by jej powiedzieli, żeby się nie wygłupiała i wyjaśnili kto tu jest kim. Dziś jest za późno. Jedyne co można zrobić dziś, to udawać, że tego nie było.
      Myślę dziś o Zycie Gilowskiej, polityku, ministrze finansów, wicepremierze, członku Rady Polityki Pieniężnej, wybitnym nauczycielu akademickim, w pewnym momencie jednej z najważniejszych osób w państwie, i wciąż nie mogę się nadziwić, że ona, będąc w samym środku tego wszystkiego, była jednocześnie aż tak wolna. I powtórzę po raz kolejny, sam już nie wiem, który to już raz. Tu nie chodzi o mnie, ani o moje książki. One sobie poradzą, a ta akurat, z tego co widzę, radzi sobie szczególnie dobrze. To co boli, to owa małostkowość. Ona jest tak uderzająca, że ja autentycznie nie potrafię zrozumieć, jak to możliwe, że są jeszcze ludzie, którzy wierzą, że po tamtej stronie są choćby resztki dobrej woli.

       Książka „O samotnej wyspie, zapomnianej łodzi i oceanie bez kresu” dostępna jest w księgarni na Coryllusa pod adresem http://coryllus.pl/?wpsc-product=o-samotnej-wyspie-zapomnianej-lodzi-i-oceanie-bez-kresu

sobota, 24 września 2016

Co Brad Pitt uważa na temat aborcji?

Jak z pewnością wszyscy już wiemy, właśnie się rozpadło najwspanialsze małżeństwo na Ziemi i od dziś słowo „miłość” będzie musiało nabrać nowego znaczenia. Brad Pitt i Angelina Jolie, po 12 latach owego niezwykłego związku, w tym dwóch ostatnich lat jako mąż i żona, jak podają media, organizują swoje życie na nowo, jednak my wszyscy mamy nadzieję, że z tego nieszczęścia narodzi się dobro większe. Brad bowiem wraca do swojej poprzedniej ukochanej, aktorki Jennifer Aniston, natomiast Angelina postanowiła się związać z modelką, niejaką Jenny Shimizu. Szczególnie poruszające jest oświadczenie Brada Pitta, w którym czytamy: „Jestem niezwykle zasmucony, ale tym, co liczy się teraz najbardziej, jest dobro naszych dzieci. Uprzejmie proszę media, by dały im przestrzeń spokoju tak potrzebną w tych trudnych chwilach”. Wygląda więc na to, że Brad nie będzie miał nic przeciwko temu, by ich troje dzieci Pax, Shiloh i Zahara mieszkały z mamami, no i żeby Shiloh, która już jakiś czas temu została chłopczykiem, mogła nadal przedstawiać się imieniem John.
Ktoś pewnie zaraz powie, że to jest wszystko nieprawda, podobnie jak nieprawdą było tych 12 lat, które Brad i Angelina rzekomo spędzili ze sobą w serdecznym związku, te dzieci, ta dziewczynka o imieniu John i każda sekunda ich wspólnego, czy rozłącznego życia. Że to wszystko, co oni zrobili, lub nie zrobili przez te 12 lat, owe kolejne adopcje przeprowadzane gdzieś w Afryce, czy w Bangladeszu, te operacje biustu Angeliny, te okulary Brada, to wszystko jest dokładnie taką samą fikcją, jak wszystkie role, jakie w tym czasie zagrali w filmach, na czele z rolą Brada w „Bękartach Wojny”. Że wreszcie, każde wypowiedziane przez nich słowo w niezliczonych wywiadach i każda mina, jaką zrobili przez te lata do zawsze czyhających na nie kamer, to nic, jak czysta, niczym niezmącona nieprawda. A ja oczywiście nie mam najmniejszego powodu, by się z tym nie zgodzić. Nie zmienia to jednak faktu, że tak sobie o tej fikcji rozmawiając, pozostajemy w mniejszości i to w mniejszości niemal tak samo fikcyjnej, jak życie tych ludzi. Rzecz w tym, że nas tu tak naprawdę już od dawna nie ma.
Oto moja córka zwróciła mi uwagę na historię, która – w co ciężko uwierzyć – pod pewnym względem dotyczy fikcji jeszcze większej, niż życie Brada Pita i Angeliny Jolie. Oto gdzieś w Internecie pojawił się następujący obrazek znanego nam skądinąd Marka Raczkowskiego:


Żart jak żart. Dla jednych śmieszny, dla innych mniej, dla jeszcze innych, w ogóle nieistotny. To co jednak w nim zdecydowanie zwraca uwagę, to to, że ta pierwsza pani, jest ładna, ma ładne włosy, ładną buzię, a nawet ładny biust, tę drugą natomiast Raczkowski przedstawił w taki sposób, by ona tezę owego żartu tylko podkreślała, przez co możemy zaryzykować podejrzenie, że w ten sposób, przy całym swoim niewątpliwym talencie, Raczkowski zsunął się do poziomu propagandy wyznaczanego prze ruskiego „Krokoldiła”, czy naszą „Gazetę Polską”. Ale i to nie jest naszym problemem. Niech oni wszyscy zachleją się swoją nienawiścią na śmierć. Otóż prawdziwą rewelację stanowi fakt, że wedle relacji mojej córki, pod tym obrazkiem internauci rozpętali autentyczną debatę, w pewnym momencie przeradzającą się w awanturę na temat tego, która z narysowanych przez Raczkowskiego kobiet jest bardziej brzydka. W pewnym momencie napięcie osiągnęło taki stan, że niektórzy najzwyczajniej w świecie tę panią po prawej stronie zaczęli normalnie hejtować, pisząc, że jest obrzydliwa, że jej śmierdzi z ryja i że zamiast włosów ma parówki.
Córka moja, która chyba najwięcej z nas wszystkich udziela się na Facebooku, postanowiła zwrócić tym durniom uwagę na to, że to ta kobieta nie istnieje, że to jest tylko rysunek, w dodatku w całości wymyślony przez Raczkowskiego i że nie ma sensu jej hejtować. Na nic. Jedyna reakcją było to, że część tego hejtu została skierowana w jej stronę, a być może najbardziej merytoryczny komentarz brzmiał: „Aha, rozumiem, pewnie uważasz, że to jest spisek?” Reszta pozostała bez zmian i, jak sądzę, tam wciąż nawet teraz pojawia się ktoś nowy i próbuje najlepiej jak tylko potrafi ową kreskę obrazić, tylko dlatego, że ona jego zdaniem reprezentuje tak bardzo znienawidzony Kościół.
W tej sytuacji, ja się zastanawiam, cóż nam przeszkadza biedny Brad Pitt z jedną z jego żon, czy kochanek i ich córeczka, z której oni postanowili zrobić chłopczyka? W końcu, cokolwiek by o nich nie mówić, przynajmniej z biologicznego punktu widzenia, oni, w odróżnieniu od satyrycznego rysunku, są wciąż ludźmi. To co nas naprawdę powinno dotyczyć, to niewątpliwy fakt, że przez te wszystkie lata systematycznego prasowania naszych mózgów przez kulturę popularną, doszliśmy do tego, że nawet wtedy, gdy nam pozamykają te wszystkie galerie handlowe i znajdujące się w środku hipermarkety – nawet wtedy – pozostanie nam się gapić w obrazki i niewykluczone, że to nam w pełni wystarczy.
Rysunek Raczkowskiego jest komentarzem do niekończącej się dyskusji na temat legalizacji i zakazu aborcji, która dziś przeżywa swój kolejny renesans. W związku z tym, ja bym też może dorzucił tu swój komentarz, dość już stary, bo zamieszczony na tym blogu parę lat temu, jednak przede wszystkim wciąż aktualny, no a poza tym dotyczący tego co jest jak najbardziej realne. Otóż dziś jest tak, że problem legalizacji aborcji dotyczy tych absolutnie już wyjątkowych przypadków, kiedy to mamy do czynienia z ciążą bardzo zaawansowaną, a ktoś ma ochotę zamordować sobie dziecko, które na dobrą sprawę zdolne by było do samodzielnego życia. Cała reszta jest załatwiana przy pomocy tabletek na wrzody żołądka, gdzie jak byk jest napisane: „Niewskazane w czasie ciąży”. Jak mnie informuje znajomy ginekolog, dwie tabletki rozwiązują problem skutecznie i na czysto. Dopóki tego nie pojmiemy, równie dobrze możemy się gapić w obrazek Raczkowskiego i pluć na monitor.

Przypominam, że od kilku dni w księgarni na stronie www.coryllus.pl (do kliknięcia tuż obok) sprzedawana jest moja najnowsza książka, zawierająca między innymi, całość korespondencji, jaka w latach 2011-2014 miała miejsce między mną, a panią profesor Zyta Gilowską. Oprócz tego, w książce znalazł się cały szereg tekstów z tego bloga, zdaniem Pani Profesor – najlepszych.

piątek, 23 września 2016

Nie lękajmy się

      Dzisiejszy numer „Warszawskiej Gazety” ukazuje się nie tylko w Polsce, lecz również w pięciu stanach Wschodniego Wybrzeża Stanów Zjednoczonych. Z tej okazji pomyślałem, że dobrze by było, gdyby mój cotygodniowy felieton tym razem ani nie smucił, ani nie straszył, ani nie złościł, lecz zwyczajnie dostarczał nadziei na to, że będzie dobrze. Mimo wszystko będzie dobrze. A zatem, na smutki przyjdzie czas, a dziś żyjmy piękną pogodą.  


      Jako że dzisiejszy numer „Warszawskiej Gazety” jest pierwszym, który dociera aż za Ocean, pragnąłbym, by ten akurat felieton nie dotyczył spraw bieżących, a więc najczęściej albo plotek, albo refleksji, które może dziś jeszcze mają jakieś znaczenie, natomiast już jutro zostaną zastąpione przez kolejne, ani bardziej, ani mniej dla nas istotne. Myślałem więc trochę nad tym, co powinienem dziś przekazać Rodakom w USA i przyszło mi do głowy, że ponieważ propagandowy atak zjednoczonych sił Systemu skierowany przeciwko rządowi Prawa i Sprawiedliwości wszedł w fazę w pewnym sensie wyjątkową, bo nawet nie zachowującą pozorów zwykłej politycznej debaty, dobrze by było powiedzieć coś, co idzie wbrew wspomnianej propagandzie, a co ogranicza się do kilku słów: „Nie bójmy się. Oni przegrali i tak już zostanie”.
      Kiedy w roku 2000 System postanowił zakończyć wieloletnią przygodę ludzi kiedyś powszechnie określanych, jako komuniści, a w III RP, po prostu jako lewica, pod ręką miał z jednej strony posłuszne służby, a z drugiej popularne Prawo i Sprawiedliwość. Wystarczyło więc najpierw skonstruować w miarę sensowną prowokację – tu zdecydowano się skorzystać z usług Lwa Rywina i Adama Michnika – a następnie zbudować porządną neoliberalną koalicję pod dźwięczną nazwą POPiS. Jak wszyscy wiemy, wszystko zagrało niemal idealnie, tyle że Prawo i Sprawiedliwość się zbiesiło, odmówiło wejścia do układu, w dodatku Lech Kaczyński okazał się politykiem nad wyraz popularnym i cały plan trzeba było odłożyć na parę lat.
      Jeśli w roku 2007 Platforma wygrała wybory, zachowała władzę na następne osiem lat, a Bronisław Komorowski odniósł życiowy sukces, zostając prezydentem dużego europejskiego kraju, to wyłącznie przez udział w tym przedsięwzięciu służb specjalnych, oraz totalną agresję propagandową prowadzoną na wszystkich poziomach organizacji państwa, a niekiedy i niestety Kościoła.
      Powstaje więc pytanie, jak to się stało, że wbrew temu wszystkiemu, Prawo i Sprawiedliwość przetrwało? Otóż za owym zwycięstwem stała po pierwsze osoba Jarosława Kaczyńskiego, a po drugie niepokonany duch polskiego narodu. Po ośmiu, a tak naprawdę może i dziesięciu latach, okazało się, że jest coś, czego całe zło tego świata nie pokona.
      Dziś mamy prezydenta, swój rząd i poczucie, że odzyskaliśmy Polskę dla siebie. Oczywiście, przeżywamy różne chwile niepewności, czy czasem zawodu, ale generalnie czujemy, że jesteśmy na kursie i ścieżce. Co jest po stronie przeciwnej? Otóż tam nie ma nic. Oni przede wszystkim nie mają przywódcy, nie mają struktur, państwowe media zostały im skutecznie odebrane, również, jak wiele na to wskazuje, wszystkie służby zostały objęte pełną kontrolą, no a przede wszystkim ich potencjalny elektorat, to jakaś rozproszona drobnica, żyjąca wyłącznie wyliniałą już kompletnie nienawiścią.
     A zatem wniosek może być tylko jeden. Tym razem, faktycznie nie ma z kim przegrać. Pozostaje więc nam już tylko pilnować, żeby im ów sukces nie zamieszał w głowach i sercach. Przynajmniej nie za bardzo.


Gdyby ktoś nie zauważył, ukazała się właśnie moja kolejna, ósma już, książka pod tytułem „O samotnej wyspie, zapomnianej łodzi i oceanie bez kresu”, zawierająca, oprócz szeregu tekstów z tego bloga, dwa kompletnie nowe eseje plus całą korespondencję, jaka miała miejsce między mną a prof. Zytą Gilowską w latach 2011-2014. Zapraszam do księgarni Coryllusa pod adresem http://coryllus.pl/?wpsc-product=o-samotnej-wyspie-zapomnianej-lodzi-i-oceanie-bez-kresu

czwartek, 22 września 2016

Gdy w szaleństwie zabrakło metody

Niedawno zamieściłem tu tekst stanowiący wymianę swego rodzaju uprzejmości z „Gazetą Wyborczą” i uznałem, że gdy chodzi o nich, mam spokój na kolejne parę lat. Okazuje się jednak, że nic z tego. Napięcie, jakie w związku z coraz bardziej niewzruszoną pozycją władzy Prawa i Sprawiedliwości ogarnęło tych durniów, przybiera postać tak ewidentnego szaleństwa, że komuś takiemu jak ja, zwyczajnie nie wypada udawać, że nic się nie dzieje. Tyle wszystkiego, że mam nadzieję, iż dziś będzie wyjątkowo krótko.
Jak wiemy, podczas swojej wizyty w Nowym Jorku, prezydent Duda i jego małżonka zostali zaatakowani przez pięcioosobową może grupę sympatyków KOD-u, obrzuceni wyzwiskami i opluci. Jak można było wszystko obejrzeć w telewizji, jedyną odpowiedzią, jaką demonstranci uzyskali, był gest ze strony Agaty Dudy, która posłała im symbolicznego całusa i w ten sposób cały ten protest unieważniła. Prezydent w ich kierunku nawet nie spojrzał.
KOD niemal natychmiast zareagował serią komentarzy na Twitterze, w których nie dość że ogłosił pełny sukces przedsięwzięcia, to jeszcze poinformował, że akcja uzyskała jednoznaczne poparcie ze strony Agaty Dudy, która demonstrantów pozdrowiła uprzejmym pocałunkiem. No i dobrze. To jest KOD i to jest poziom, który znamy. Kiedy jednak wydawało się, że sprawa została ostatecznie zamknięta, uznając najwidoczniej, że tak tego zostawić nie można, do akcji wkroczyła „Gazeta Wyborcza” i na swojej stronie internetowej opublikowała dramatycznie niewyraźne zdjęcie z wydarzenia, na którym ledwo widać unoszącą dłoń Agatę Dudę – jak my już wiemy, do pocałunku – a niżej zamieszczony tekst: „USA: wygwizdują parę prezydencką. A Agata Duda się odwraca i robi TEN gest”.
Jaki gest? No, tego akurat czytelnicy „Wyborczej” siłą rzeczy zobaczyć nie są w stanie. Zdjęcie jest tak niewyraźne, że sama Agata Duda praktycznie jest tam ledwie rozpoznawalna. Jedyne co nam pozostaje to się domyślać, co to za gest, TEN gest. A tu sprawa jest oczywista. Oczywista do tego stopnia, że ja tu już nie muszę nic dodawać. Proszę zresztą spojrzeć na całość.


Pamiętam, że jeszcze w bardzo głębokim PRL-u siedziałem któregoś wieczoru z moim tatą przed telewizorem, oglądaliśmy „Dziennik Telewizyjny” i tato zadał mi pytanie, które pamiętam słowo w słowo do dziś: „Słuchaj, powiedz mi, czy on wie, że on kłamie?” Od tego czasu, tak na moje oko, minęło jakieś 40 lat i wiele się zmieniło. Między innymi pojawił się projekt o nazwie „Gazeta Wyborcza”, a wraz z nim nowy wymiar propagandy, gdzie pytania tego typu uważane są za głupie i naiwne. No bo bądźmy poważni, jakie ma znaczenie to, kto co wie, a czego nie wie? Poziom do któregośmy się przez te wszystkie lata zsunęli, tego typu dylematów nie toleruje, bo na tym poziomie nie istnieje już ani prawda, ani kłamstwo, ani szczerość, ani fałsz, ani wreszcie świadomość, ani pomieszanie zmysłów. Tu jest wyłącznie rozkaz, strach i pełne posłuszeństwo. I stąd nagle dzieje się tak, że w tę przestrzeń wrzucone zostaje powyższe zdjęcie z owym komentarzem i wszyscy już tylko w nerwowym napięciu patrzą, czy coś się w związku z tym wydarzy.
Otóż nie wydarzy się nic. Będzie jak było, a w owej przestrzeni miejsce dla tych, którzy właśnie zostali stąd wyrzuceni, już za chwilę zostanie tak ograniczone, że nawet gdyby ich tu przyszło zaledwie dwóch, to się poduszą. Nie polecam.
PS: Ledwie skończyłem pisać ten tekst, a dotarła do nas wiadomość, że ta sama „Gazeta Wyborcza” opublikowała właśnie tekst pod tytułem „Książka ‘modnego’ esesmana na półkach największych polskich księgarń”, i postanowiła zilustrować go następującym zdjęciem:

A zatem obłęd. Tu nie ma śladu metody. Wyłącznie owo stare jak świat szaleństwo. Można otwierać szampany.

Książki, w tym oczywiście ta najnowsza, są do nabycia w księgarni pod adresem www.corylus.pl.Zapraszam.

środa, 21 września 2016

O samotnej wyspie, zapomnianej łodzi i oceanie bez kresu

           Wczoraj – oczywiście przy kompletnym bojkocie z każdej możliwej strony – ukazała się moja ósma książka, niewykluczone, że najważniejsza z dotychczasowych i możliwe też, że w ogóle jedna z najważniejszych książek mijającego roku, pod tytułem „O samotnej wyspie, zapomnianej łodzi i oceanie bez kresu”, wśród paru innych, może już nie tak poruszających akcentów, zawierająca całość mojej trzyletniej korespondencji z Zytą Gilowską.
      Każdy kto w miarę uważnie śledzi ten blog zna historię tych listów. Kilka miesięcy temu, w szczerym przekonaniu, że niewybaczalnym grzechem z naszej strony byłoby zamilczenie owego świadectwa, wspólnie z Gabrielem Maciejewskim zaplanowaliśmy opublikowanie tych listów w kwartalniku „Szkoła Nawigatorów”. Ze względu jednak na sprzeciw syna Pani Profesor, wszystko nie przekroczyło granic tego bloga. W międzyczasie jednak skontaktował się z nami pan Andrzej Gilowski, mąż Pani Profesor, i po niekiedy naprawdę ciężkiej dyskusji, w sposób w moim przekonaniu jednoznaczny, ostatecznie uznał, że publikacja owych listów Zycie Gilowskiej się należy. No i, tak jak to często bywa, to co z pozoru złe, doprowadziło do większego dobra i dziś ukazuje się ta książka. Nie jeden tekst w jednym z kwartalników, lecz osobna książka.
      Zdecydowaliśmy jednak, że będzie to wydawnictwo znacznie obszerniejsze, niż te listy, a nawet obszerniejsze, niż zarówno te listy, jak i listy, które ja pisałem do niej. W końcu nie oszukujmy się, Zyta Gilowska i ja nie byliśmy przyjaciółmi, ona mnie nie szanowała jako człowieka, z tego prostego powodu, że mnie jako człowieka praktycznie nie znała. Myśmy mieli okazję rozmawiać bezpośrednio zaledwie raz. Ja nawet nie miałem jej numeru telefonu. Ona ze mną rozmawiała wyłącznie dlatego, że podobały się jej moje teksty. A zatem to jest wydarzenie tego typu, jak gdybym ja zaczął korespondować z którymś z moich ulubionych artystów, tylko dlatego, że podoba mi się jak on śpiewa, gra, lub tańczy. A zatem, książka, która się właśnie ukazała, zawiera też wszystkie teksty z tego bloga, które Zycie Gilowskiej się spodobały i które w swojej uprzejmości zechciała skomentować, w tym – co już stanowi wydarzenie najwyższej rangi – dwa znakomite teksty księdza Rafała Krakowiaka, czyli znanego nam wszystkim Don Paddingtona. A zatem, książka, która właśnie się ukazała pokazuje wyłącznie to, co Zyta Gilowska uznała za godne skomentowania.
     Z mojej strony, tam tak naprawdę jest niewiele. Pierwsza część tej książki, zatytułowana „Ocean” to dość rozbudowany esej poświęcony właśnie Zycie Gilowskiej. Druga część natomiast, którą nazwałem po prostu „List”, to już tylko owe listy i teksty, które Zyta Gilowska w nich komentowała. No i wreszcie część trzecia „Wyspa”, która stanowi faktyczny epilog owego przedsięwzięcia i swego rodzaju pieczęć je autoryzującą. Tu jednak nie powiem już ani słowa więcej. Kto będzie chciał, kupi tę książkę i osobiście sprawdzi, w czym rzecz. Dla tych, którzy liczą na to, że uda im się przewieźć na gapę, mam wiadomość smutną. Tej książki nie będzie w księgarniach, ale też nie napiszą o niej ogólnokrajowe media – te czy tamte. To oczywiście ma swoją nazwę: małostkowość, jednak jest jak jest, więc pozostaje mi tylko zachęcać do minimalnej otwartości. Naprawdę warto. A ja już może tylko zacytuję fragment:
       „Trzy długie dni czekała ekspedycja na ustanie szalejących wiatrów, i wreszcie 2 kwietnia zdecydowano, że można bezpiecznie wylądować na wyspie śmigłowcem. Już w chwilę po tym, jak postawił swoją stopę na brzegu, Crawford zauważył, że w niedużej zatoczce unosi się opuszczona, choć robiąca wrażenie całkowicie sprawnej, łódź.  Łódź nie posiadała jakichkolwiek oznaczeń, natomiast sto metrów dalej, już na skałach, podróżnicy natrafili na 160-litrową beczkę, parę wioseł, nieco drewna oraz rozcięty zbiornik balastowy. Licząc na odnalezienie choćby tylko ciał rozbitków, ekipa Crawforda przeszukała okolicę, jednak poza samą łodzią i krążącymi nad nią ptakami, nikogo nie znalazła.
      Crawford opisał łódź, jako ‘szalupę ratunkową statku wielorybniczego’, która jego zdaniem musiała być częścią większej jednostki. To co dziwiło, a następnie już być może tylko przerażało, to fakt, że w odległości tysięcy mil od Wyspy Bouveta nie przebiegały żadne szlaki handlowe. A kolejne pytania pojawiały się jedno po drugim. Jeśli rzeczywiście była to szalupa, to gdzie podział się statek i co sprawiło, że udało jej się dopłynąć aż tak daleko, no i jak przetrwała podróż po oceanie? Nie znaleziono na niej śladów ożaglowania, brak było silnika, a za jedyny napęd musiały służyć wiosła, które znaleziono w pobliżu”.
       
      I ani słowa więcej. Kto pragnie autentycznych wrażeń, niech zajrzy do księgarni pod adresem Coryllusa i kupi to co mieć zwyczajnie trzeba. Droga jest prosta. Wystarczy kliknąć zdjęcie tuz obok.

      

wtorek, 20 września 2016

Moskale śpiewają Nalepę

Myślę, że gdybym tylko miał podejrzenie, że większość czytelników tego bloga lubi słuchać muzyki, a na dodatek o niej rozmawiać, zapewne połowa tych tekstów to by były piosenki. Jest jednak jak jest, książka o zespołach ledwie się sączy, a więc mimo że mam już właściwie gotowy materiał na kolejną część, na razie nic z tego nie będzie, a zatem muszę przyjąć, że to nie jest temat. Nie zmienia to faktu, że od czasu do czasu nie mam wyjścia i muszę coś o muzyce napisać. Niedawno mieliśmy w samym Zabrzu ów koncert King Crimson, na który udało mi się szczęśliwie wybrać, a który zrobił na mnie takie wrażenie, że musiałem z siebie te wszystkie emocje wyrzucić. No a dziś nagle, dzięki inspiracji mojego serdecznego kolegi, znanego nam tu częściowo Lemminga, pojawić się musi zespół o prowokacyjnej dość nazwie Gogol Bordello.
Co to jest za zespół ów Gogol Bordello? Otóż pewnie nie byłoby za bardzo o czym mówić, gdyby nie fakt, że jest to przede wszystkim coś naprawdę dobrego. Ponieważ jednak, gdy chodzi o dobre zespoły, tego kwiatu, jak to mówią, jest pół światu i naprawdę nie ma powodu, by o każdym z nich rozmawiać, musi być coś jeszcze. No i jest. Jest coś jeszcze. Zespół Gogol Bordello, nie dość, że jest dobry, to jeszcze jest sławny, a nie dość, że jest sławny, to ma jeszcze to coś, co ich wyróżnia na owej scenie w sposób wyjątkowy. Otóż to jest nowojorska grupa złożona z emigrantów i to emigrantów nie byle jakich. Jej liderem i głównym gitarzystą jest Ukrainiec o nazwisku Eugene Hütz, na skrzypcach gra Rosjanin o standardowym bardzo nazwisku Siergiej Riabcew, na drugiej gitarze jeszcze jeden rosyjski emigrant Boris Pielech, na akordeonie mamy Białorusina Pashę Newmera, no a dalej już w miarę normalnie, czyli jeden gość z Etiopii, jeden Amerykanin i jeden Latynos.
Nigdy nie miałem okazji słuchać Gogol Bordello na żywo, natomiast wspomniany Lemming ma na ich punkcie fioła i ile razy ma możliwość, płaci ile każą i jedzie gdzie każą. I to on mnie mianowicie poinformował, że Gogol Bordello bardzo lubią grać w Polsce i tu chętnie bywają. To on mi też mi opowiedział, że podczas jednego z niedawnych występów w warszawskiej Stodole owi „Moskale” zaśpiewali dwie polskie piosenki, które, jak wyznał sam ich lider, były dla niego poważną inspiracją, kiedy jeszcze mieszkał tuż za miedzą. Jedna z nich to „Milicjant” Dezertera, druga natomiast to „Ona poszła inna drogą” Breakoutów.
A ja bym chciał się zatrzymać na tej drugiej. Mam naturalnie świadomość wszystkich problemów, jakie mamy z zespołem Breakout i osobiście z Tadeuszem Nalepą, w tym tego podstawowego, że kiedy oni przez całą swoją karierę bezczelnie zrzynali z wczesnego Fleetwood Mac, a Nalepa osobiście od Petera Greena, ten sam Nalepa wciąż zapewniał, że dla niego pierwszym mistrzem był zawsze Clapton. A my oczywiście wiemy, że to pewnie po to, by, słuchając „Nocą puka ktoś”, wszyscy krzyknęli: „No nie! Bez przesady. To jednak jest bardziej Nalepa niż Clapton”. No ale oddajmy jemu i im to, na co zasługują, czyli zapewnienie, że to był naprawdę fajny zespół, który miał naprawdę dużo fajnych piosenek. No i że sam Nalepa to był człowiek z autentycznym sercem. A to, jak już miałem okazję tu wielokrotnie się żalić, już się zwyczajnie u nas nie zdarza, zwłaszcza gdy Kazikowi stuknęła 50-tka.
No ale oto pojawiają się nagle ci Gogol Bordello, wpadają do Polski i proponują, że oni nam zagrają i zaśpiewają Nalepę, bo Nalepa to historia, co więcej historia. sentymentalna, a jakby tego było mało, oni nam tego Nalepę zaśpiewają, tak jak go zapamiętali, a więc oczywiście po polsku. I w tym momencie otwiera się przed nami coś, co naprawdę daje do myślenia.
To jest wciąż tylko muzyka, a więc coś, czego wielu z nas zwyczajnie nie czuje, a często wręcz nie potrzebuje, no ale chyba my wszyscy potrafimy myśleć, prawda? Zapraszam więc do pogłębionej refleksji, najpierw jednak posłuchajmy Gogol Bordello, jak śpiewają Nalepę. Ten z przodu to Ukrainiec. Ten w czapce to Ruski, A ten gangster z tyłu to oczywiście Białorusin.



Targi książki w Katowicach zbliżają się dużymi krokami, no ale zanim nadejdzie 30 września, zapraszam do księgarni na stronie www.coryllus.pl, gdzie można kupować moje książki.

poniedziałek, 19 września 2016

"Wyborcza" trzyma faszyzm za mordę

      Zapraszam do czytania mojego najnowszego felietonu dla „Warszawskiej Gazety”. Przy okazji z przyjemnością informuję, że od najbliższego numery „Warszawska” będzie się ukazywała także w pięciu miastach Wschodniego Wybrzeża Stanów Zjednoczonych.

 W ramach zakrojonej na bardzo szeroką skalę akcji zohydzania Polski, jako kraju antysemitów, faszystów i zwykłego szowinistycznego bydła, „Gazeta Wyborcza” osiągnęła stan, który zmuszony jestem nazwać czystym obłędem. Szczerze staram się zrozumieć, emocje kierujące ludźmi, którzy uważają, że walka o tolerancję i powszechne braterstwo wymaga poświęceń, a nawet pewne drobne, wynikające z niej prowokacje, to co mnie jednak zaskakuje, to wspomniany obłęd. Oto w katowickiej „Gazecie Wyborczej” ukazała się historia 64-letniego Holendra nazwiskiem Tjitse Dondorp, który znalazł się w Polsce i natychmiast został aresztowany. Oto jak on sam relacjonuje swoją sprawę dziennikarce „Wyborczej”:
      „27 lipca podróżowałem pociągiem na trasie Katowice - Przemyśl. Jechałem do małej miejscowości w okolice Lublina. W pewnym momencie zabrali mnie z pociągu policjanci. Zostałem przewieziony do Krakowa i aresztowany. W celi na Montelupich spędziłem pięć tygodni. Kiedy mnie wypuszczali, dostałem 250 zł, a po rzeczy kazali się zgłosić do prokuratury w Jaworznie”.
      Jak sugeruje dziennikarz „Wyborczej”, postępowanie służb wobec Holendra było daleko nieadekwatne, bo oto, co wedle doniesień policji tak naprawdę się stało:
      „W Jaworznie w pociągu wiozącym pielgrzymów na Światowe Dni Młodzieży, wiedząc, że zagrożenie nie istnieje, poprzez wykrzykiwanie słów ‘Allah akhbar, Turkish Jerusalem, bum bum’, nerwowe gestykulowanie i chodzenie po pociągu, stworzył sytuację, mającą wywołać przekonanie o istnieniu zagrożenia życia [...], czym wywołał czynności policji, polegające na dokonaniu rozpoznania minersko-pirotechnicznego dwóch składów pociągu, mające na celu uchylenie zagrożenia”.
     A gdyby ktoś pomyślał, że oto koniec wspomnianego obłędu, dziennikarka „Gazety Wyborczej” – wymieńmy może wreszcie jej nazwisko, Anna Malinowska, zwłaszcza że tworzy wrażenie podobnej fikcji, jak wcześniejsze Tjitse Dondorp – pędzi dalej, oddając najpierw głos owemu Dondorpowi: „W Warszawie przechodziłem przez ulicę. Zatrzymali mnie policjanci. Doszło do sprzeczki”, by następnie, w ramach dziennikarskiego śledztwa, poinformować: „W warszawskim sądzie dowiadujemy się, że mężczyzna został ukarany 2 tys. zł grzywny. Za to, że rzucił w policjanta plastikowym kubkiem z jasnoróżową cieczą. Rozumiem, że ten pan jest specyficzny, ale czy za wypowiedziane słowa powinien siedzieć w areszcie pięć tygodni?
     A by nas ostatecznie dobić, pozwala mówić samemu prezesowi miejscowego sądu nazwiskiem Wysocki: „Zapoznałem się z aktami sprawy. Nie mam żadnych wątpliwości, że brak w niej znamion przestępstwa. Podejrzany dużo podróżuje, ponieważ ma rentę, stałe źródło utrzymania, stać go na to. To podróżowanie traktuje jako swoistą misję - ostrzega przed islamskimi terrorystami, cytuje Biblię. W pociągu mówił o tym, że celem ataku będzie Izrael i Turcja. Kobieta, która powiadomiła konduktora, nie zna angielskiego. Nieopatrznie go zrozumiała, słowa zostały wyrwane z kontekstu. W pociągu było mnóstwo obcokrajowców, w których monolog podejrzanego nie wzbudził niepokoju”.
     I już wiemy, w czym rzecz. Przez to, że polskie chamstwo nie zna języków obcych i nie ma pojęcia, czym jest kontekst, mamy kolejną kompromitację. Szczęśliwie są tacy, co nam to uzmysłowią.


Zachęcam do kupowania moich książek. Wszystkie są do nabycia w księgarni na stronie www.coryllus.pl.


niedziela, 18 września 2016

Przybyli, zagrali, zwycziężyli, czyli epitafium, jakiego świat nie słyszał

Od samego początku wszystko właściwie świadczyło przeciwko nim. Najpierw pojawił się ów Jakko Jakszyk, a ja sobie pomyślałem, że to już nie chodzi ani o to dziwaczne nazwisko, ani nawet o to, że ów Jakszyk zajął miejsce Adriana Belew, a więc muzyka, bez którego zespół King Crimson nie istnieje, ale o to, że razem z owym Jakszykiem pojawiła się informacja, że oni od dziś będą grali takie numery, jak „Epitaph”, czy „Starless”, a więc że Robert Fripp postanowił na starość pójść śladem takich zespołów jak The Who, czy The Rolling Stones i zostać tak zwanym „dinozaurem”. To było wrażenie pierwsze. Drugie zaskoczenie – i mimo wszystko rozczarowanie – to wiadomość, że King Crimson przyjeżdża do Polski na trzy koncerty, z czego dwa pierwsze będą miały miejsce w Domu Muzyki i Tańca w Zabrzu. Nie wiem, ilu z nas wie, jak wygląda Dom Muzyki i Tańca w Zabrzu i jaką on ze sobą niesie symboliczną moc, zapewniam jednak, że dla kogoś, kto przez całe życie – a więc, tak jak to ma miejsce w moim wypadku, przez minione niemal pół wieku – traktował Roberta Frippa i wszystkie jego muzyczne projekty z należytym nabożeństwem, to że gitarzystą King Crimson jest od dziś jakiś Jakszyk, a zespół King Crimson od dziś będzie nam odgrywał na zmianę „Epitaph” i „21st Century Schizoid Man”, informacja, że oni przyjeżdżają na dwa koncerty do Zabrza, jest wiadomością równie złą, jak ta, że w Parku im. Jerzego Ziętka w Katowicach wystąpi zespół Slade z nowym wokalistą.
Są jednak sytuacje wyjątkowe. Otóż przede wszystkim dla mnie zespół King Crimson to całe życie, po drugie ja nigdy nie miałem okazji ich oglądać na żywo, po trzecie wreszcie Zabrze to rzut kamieniem stąd, a więc wszystko skończyło się tak, że z pewną znaczącą pomocą przyjaciół pojechałem wczoraj do tego Zabrza i wziąłem udział w owym wydarzeniu. Zanim jednak opowiem, jak to się wszystko skończyło, dla osób, które lubią zaglądać na ten blog, ale nie wiedzą, co to znaczy King Crimson, przypomnę, że jest to absolutnie kultowa grupa muzyczna, działająca nieprzerwanie od roku 1969, a różniąca się od innych tego typu, że przez wszystkie te lata ani przez chwilę nie pozwoliła sobie na to, by odcinać kupony od dotychczasowej sławy. Twórca owego projektu, jego lider i gitarzysta, Robert Fripp przez cały okres swojej działalności dbał przede wszystkim o to, by każda kolejna jego odsłona, a każdą pod nazwą King Crimson, tworzyła całkowicie nową jakość i to jakość najwyższą. A więc coś, o czym nie mają pojęcia ani The Who ze swoim „My Generation”, ani Rolling Stonesi z „Satisfaction”. Zespół King Crimson tworzy historię muzyki popularnej od niemal 50 lat i ani przez moment nie pokazał swoim fanom, że z ich strony to już wszystko.
I w tym momencie, ja się dowiaduję, że Robert Fripp uznał, że dość już tego szpanu i on dokończy żywota, grając na koncertach stare przeboje King Crimson, w dodatku w Domu Muzyki i Tańca w Zabrzu, a śpiewać je będzie niejaki Jakszyk. I co ja miałem sobie pomyśleć? No co? Poszedłem jednak na ten koncert i muszę publicznie oświadczyć, że wprawdzie Jakszyk nie śpiewa ani w jednej dziesiątej tak jak Greg Lake i ani w połowie jak Gordon Haskell, Boz Burrell, czy oczywiście John Wetton, a na gitarze gra wprawdzie jak mało kto, jednak tam nie ma Adriana Belew, ale King Crimson to wciąż jeden z najwybitniejszych muzycznych projektów, jakie znam, a Robert Fripp to artysta już chyba na zawsze wielki. On ma już dziś skończone 70 lat i niewykluczone, że już dużo dłużej nie pociągnie, ale to co pokazał wczoraj to coś w istocie niewyobrażalnego. Siedmioosobowy skład z trzema perkusistami z przodu, dawnym saksofonistą i flecistą Melem Collinsem, starym kumplem Tony Levinem na basie, owym nieszczęsnym Jakszykiem na gitarze i wokalu, no i z sobą we własnej osobie, sprawił, że wczoraj Zabrze stało się stolicą świata. Grali przed wypełnioną do ostatniego miejsca salą „Epitaph” i „Cirkus” i „Letters” i „Easy Money” i „Starless” i „Larks Tongues in Aspic” i „Red” i „Fracture” i „Pictures of a City” i wreszcie „21st Century’s Schizoid Man” na bis, tyle że każde z nich w taki sposób, że, jak to mówią, klękajcie narody. No i jeszcze coś. Przed rozpoczęciem koncertu zespół ogłosił: „Żadnych zdjęć. Muzykę się odbiera oczami i uszami, a nie przy pomocy jakichś gadżetów”, i przez te trzy godziny – tak, to trwało bite trzy godziny – nikt ani nie spróbował. Nikt nawet nie zaryzykował sprawdzić, która godzina.
No i ci trzej perkusiści z przodu. Co za dziwny pomysł? I jak to w ogóle można nagłośnić? Otóż nagłośnili. Nagłośnili idealnie. A ja już sobie tylko przypominam, jak to w latach 50-tych, kiedy zaczynali Elvis Presley i Johnny Cash, zasada była taka, że na bębnach grają wyłącznie czarni, natomiast porządni biali chłopcy stukają tylko takimi patyczkami. Dlaczego? Bo dźwięk bębnów to zło.
A więc tak. Jest całkiem możliwe, że właśnie przez tę bębny, dzisiejsze King Crimson to wcielone zło. Możliwe. Jestem jednak pewien, że dam radę. I już tylko czekam aż oni wydadzą DVD z jednym z tych koncertów. Może uda mi się spojrzeć im w oczy tak zupełnie z bliska.



Zapraszam do księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie są do kupienia moje książki.

sobota, 17 września 2016

O tym, jak Żydzi ukradli mi piosenkę

Miałem dziś jak zwykle pisać o czymś zupełnie innym, jednak wczorajszy dzień przyniósł zdarzenie, które zmieniło nie tylko ten dzień, nie tylko dni następne, ale w ogóle całą naszą historię. Otóż po trzech latach nieobecności, na Salon24 powrócił znany bloger Ras Fufu i opowiedział nam swoją niezwykłą przygodę. Otóż jak się okazuje, przez te trzy lata, kiedy naszego kolegi blogera z nami nie było, on zajmował się dwoma wielkimi projektami, które miały zrewolucjonizować polską, ale nie tylko polską, przestrzeń publiczną. Otóż przez minione trzy lata Ras Fufu próbował uruchomić ogólnopolską telewizję, oraz stworzyć coś, co wypchnęłoby z rynku znany nam bardzo dobrze Google. Poświęcił Ras Fufu na realizację obu projektów trzy lata swojego życia, plus nieokreśloną, ale, jak sam nam mówi, siedmiocyfrową sumę pieniędzy, które systematycznie zarabiał pracując na pół etatu, i w momencie, gdy wszystko szło w jak najlepszym kierunku, został zniszczony przez tych dwóch Żydów Page’a i Brina. Tekst Fufu, oczywiście jak najbardziej słusznie, został przez Administrację Salonu24 umieszczony na samej górze głównej strony, a w tej sytuacji i ja nie mam już innego wyjścia, jak ujawnić moją największą, skrywaną od siedmiu lat, tajemnicę. Wcześniejszy plan był taki, by jeszcze przez kilka miesięcy zachować dyskrecję, ale skoro worek z puszkami Pandory się rozwiązał, myślę, że powinienem też o czymś opowiedzieć.
Otóż przede wszystkim muszę się przyznać, że owe siedem lat prowadzenia bloga, oraz te dziś już właściwie osiem książek, to była przykrywka dla czegoś, co muszę nazwać projektem mojego życia. Kiedy wszyscy myśleli, że jestem zaledwie blogerem i autorem książek, ja pracowałem w zaciszu swojego studia muzycznego nad czymś o wiele, wiele większym. Otóż miałem plan założenia zespołu muzycznego pod nazwą Children of the Holocaust, który odniósłby muzyczny sukces większy od sukcesu The Who. Wspólnie z sąsiadem Józkiem, jego żoną Natalią, bliźniaczkami Aliną i Lucyną, oraz synem Jurkiem przez siedem lata tworzyliśmy muzyczny materiał na kolejne cztery płyty i w momencie gdy wszystko było gotowe, umowy z największymi wytwórniami płytowymi na świecie wstępnie podpisane, a światowa trasa koncertowa zaplanowana ze wszystkimi szczegółami, zaczęły się dziać rzeczy dziwne. Otóż najpierw skontaktowała się ze mną pewna agencja z Tel Avivu i zaproponowała, że kupi ode mnie wszystkie prawa do projektu za sumę dwóch miliardów dolarów, a ja mam o wszystkim zapomnieć. Kiedy z godnością odmówiłem, dowiedziałem się, że premierowy koncert w Madison Square Garden się nie odbędzie, ponieważ akurat w tym czasie będzie tam przeprowadzane malowanie sufitu. Ale to nie wszystko. W ślad za Nowym Jorkiem poszły takie miasta jak Londyn, Paryż, Rzym, Sydney, a nawet Moskwa, zawsze z jakimś dziwnym tłumaczeniem. Jakby tego było mało, wytwórnia Sony poinformowała mnie, że wydanie pierwszej płyty zostaje przesunięte na czas nieokreślony, a kiedy poprosiłem, żeby powiedzieli mi szczerze, co się dzieje, dowiedziałem się, że za wszystkim stoją niejacy Zbigniew Hołdys i Grzegorz Markowski, którzy przestraszyli się utraty dotychczasowej pozycji i używając swoich wpływów w branży spowodowali krach mojego przedsięwzięcia. Chcąc się jeszcze jakoś ratować, wyprodukowałem odpowiednią liczbę ulotek, w których zachęciłem do składania zamówień na naszą pierwszą płytę i już po trzech dniach liczba zamówień przekroczyła pół miliona. Jednak i tu stało się coś dziwnego. Otóż kiedy skontaktowałem się ze swoim bankiem i przeprowadziłem wstępne rozmowy w sprawie uruchomienia specjalnego konta, okazało się, że ponieważ nie mam uregulowanych płatności w ZUS-ie, oni mi konta otworzyć nie mogą.
Dziś siedzę tu w swoim mieszkaniu w Katowicach z gotowymi już płytami w liczbie 500 tysięcy sztuk, dzwonią do mnie fani mojego zespołu, a ja ich muszę informować, że niestety, nawet nie mam prawa im sprzedawać muzyki, na którą oni czekają. Dodatkowo, już kiedy pisałem ten tekst, dowiedziałem się, że materiał z mojej płyty Children of the Holocaust został opublikowany na youtubie przez wspomnianego wcześniej, nieznanego mi artystę, podpisującego się nazwiskiem Grzegorz Markowski.
Smutna to historia i pokazująca jak bezwzględny jest świat w stosunku do tych, którzy nie należą do narodu wybranego. Mam nadzieję, że wszyscy się z tej mojej przygody czegoś nauczymy, a ja tylko proszę Administrację Salonu24, by zamieściła moją notkę na najwyższym miejscu strony głównej. W końcu dziś, kiedy my Polacy staramy się wybić na niepodległość i pokazać światu, że nie wypadliśmy sroce spod ogona, nie ma rzeczy dla nas wszystkich ważniejszej, prawda?

Gdyby ktoś był zainteresowany, zapraszam na stronę www.coryllus.pl, gdzie można kupić moje książki. I niestety tylko książki. Jeśli natomiast idzie o muzykę, mogę jedynie zaśpiewać.

piątek, 16 września 2016

Czy Niemcy będą odśnieżać katowicki rynek?

Nie umiem powiedzieć, na ile to, o czym dziś chciałbym napisać, stanowi dla czytelników tego bloga temat bliski, a na ile pozostaje czymś kompletnie egzotycznym, a tym bardziej trudno mi przewidzieć, czy to co dla mnie stanowi naprawdę poważne zmartwienie, takim zmartwieniem może się stać dla innych. Problem jednak jest, a ja uważam, że i tak zbyt długo się z nim kryłem i najwyższy czas, by w tym temacie powiedzieć tu przynajmniej parę słów. Otóż jest tak, że Katowice, a więc miasto, w którym mieszkam, od pewnego czasu przeżywa dość intensywny, i co gorsza bardzo konsekwentnie realizowany, atak jednoznacznie proniemieckiej propagandy. Ja wiem, że niektórzy już się na te słowa oburzyli i krzyczą, że Niemcy nie mają tu nic do rzeczy, a jeśli cokolwiek się dzieje, to wyłącznie na poziomie lokalnego, śląskiego patriotyzmu. A poza tym, o jakiej propagandzie my mówimy? Sączonej przez parafialne gazetki w Czerwionce i Rudzie-Chebzie? Przecież to jest jakiś absurd!
Ja jednak znam te argumenty i reaguję na nie wzruszeniem ramion z tego prostego powodu, że mam oczy i uszy otwarte, widzę, co się wokół mnie dzieje i potrafię z tego wyciągać wnioski. Kiedyś tu już opowiadałem o tym, jak to w Chorzowie, na ulicy Wolności, czekałem na tramwaj, a obok był sklep muzyczny, z którego dobiegały dźwięki niemieckiej piosenki biesiadnej. Dziś jednak wszystko się zmienia bardzo szybko i dzieje się już na przykład to, że nie w Chorzowie, ale tuż obok, otwarto sklep z najróżniejszego rodzaju rzekomo śląskimi gadżetami, z których zdecydowana większość jest opisana niemieckim gotykiem. Dzieje się to, że przez kilka kolejnych tygodni całe miasto było obklejone plakatami i billboardami z wyeksponowaną wielką czarną swastyką, reklamującymi jakieś przedstawienie Teatru Śląskiego. Dzieje się też choćby to, że wspomniany wcześniej gotyk pojawił się niedawno nawet na plakatach zachęcających śląską młodzież szkolną do udziału w kursach Aikido. Dzieje się wreszcie i to, że jedna z najbardziej popularnych knajp w mieście nosi wdzięczną nazwę „Kattowitz”, a menu, jakie się tam dostaje jest dla normalnego człowieka niezrozumiałe. A zatem, proszę wybaczyć, ale ja akurat nie potrzebuję się tu odwoływać do rocznicowego wydania dziennika o równie wdzięcznej nazwie „Ślunski Cajtung”, gdzie redaktorzy ledwo co pokazali nam, z jaką radością my tu na Śląsku w 1939 roku witaliśmy Niemców. Jak mówię, ja mam oczy, uszy i swój rozum, więc aby wiedzieć, co się dzieje, nie muszę kupować gazety „Ślunski Cajtung”. Wystarczy mi choćby internetowe wydania lokalnej edycji „Gazety Wyborczej”.
Do Gazowni wrócę za chwilę, ale proszę mi pozwolić na konieczne wprowadzenie. Otóż, jak wiemy, na Śląsku działa tak zwany Ruch Autonomii Śląska, który chociaż na poziomie politycznym jest dziś niemal ponurym wspomnieniem, gdy chodzi o faktyczną pozycję, dzięki swojej niebywałej wręcz zawziętości i sieci powiązań, po której z ową zawziętością się całkiem sprawnie porusza, obecny jest niemal na każdym poziomie publicznej domeny. I nie chodzi mi w tej chwili ani o te sklepy, te przedstawienia, ten wszędzie obecny gotyk wreszcie, ale o obecność demonstrowaną znacznie bardziej dyskretnie, a mam tu na myśli tak zwane zaznaczanie terytorium. Mając, co już wspomniałem, oczy i uszy otwarte, raz za razem widzę, jak, gdziekolwiek nie zajdę, okazuje się, że oni tam już byli wcześniej, a więc choćby w tramwaju, gdzie kolejne przystanki są nagle zapowiadane w ciężkiej gwarze śląskiej.
Przejdźmy więc wreszcie do „Gazety Wyborczej”. Otóż ja w żaden sposób nie sugeruję, że oficjalna polityka „Agory” zorientowana jest na oderwanie Śląska od Polski, natomiast nie mam najmniejszych wątpliwości, że ludzie, którzy tu na miejscu redagują ów dziennik to bardzo radykalni zwolennicy takiej właśnie polityki, która ma ostatecznie do owego oderwania doprowadzić. I wcale też nie chcę przez to powiedzieć, że katowicka „Wyborcza” nie zajmuje się niczym innym, jak tylko relacjonowaniem kolejnych wystąpień Jerzego Gorzelika. Nic podobnego. Z tego co wiem, tam Gorzelik niemal w ogóle się nie pojawia, a przynajmniej nie pojawia się pod własnym nazwiskiem. Natomiast to co oni robią, gdy chodzi o poziom ściśle lokalny, to udowadnianie, że to co dziś się dzieje w Katowicach, to upadek, jakiego miasto nie przeżyło od czasu jak ów ruski agent Jerzy Zientek przestał być śląskim wojewodą, a kto wie, czy nawet nie od zakończenia II Wojny Światowej. Wedle „Wyborczej”, a ja tę tendencję obserwuję od kilku już lat, od czasu gdy na scenie pojawił się Ruch Autonomii Śląska, a mieszkańcy Katowic – bo o Katowice głównie tu chodzi – go nie przyjęli i zdecydowali, że nie ma jak Donald Tusk i to co ów mąż stanu im zostawił, miasto konsekwentnie tonie. Najpierw zniszczono wybudowany przez wspomnianego wielkiego śląskiego patriotę, Jerzego Ziętka, dworzec, następnie pozbawiono jedynego w świecie uroku ulicę Mariacką, po Mariackiej zrujnowano słynny katowicki rynek, po rynku pozbawiono dawnego czaru ulicę Kościuszki, a dziś Polacy już się tylko czają na zwykłych mieszkańców, by im zakazać używania „ślunskiej godki”.
Napisałem na samym początku tej notki, że nie wiem, do jakiego stopnia sprawa nam jest znana, ani tym bardziej, na ile ona nas obchodzi. I to oczywiście jest mój problem. Postaram się jednak pokazać coś, co, przynajmniej gdy idzie o zaangażowanie „Gazety Wyborczej” w ów proceder odrywania Śląska od Polski, powinno nasz problem rozjaśnić. Otóż faktem jest, że przez minione kilka lat Katowice wypiękniały w sposób bezdyskusyjny. Owe dwa przekleństwa, jakie wisiały nad moim miastem, a więc przede wszystkim dworzec i tak zwany „rynek”, ale też i tych parę miejsc, gdzie można wieczorem spędzić czas, przyznaję, że wbrew nawet moim obawom, zostały rozwiązane w sposób doskonały. Dziś katowicki dworzec to miejsce, przy którym ani dworzec w Warszawie, ani w Krakowie, ani w Poznaniu, ani we Wrocławiu, ani w Poznaniu, ani w Gdańsku nie istnieje. Dziś katowicki rynek, z oczyszczoną po raz pierwszy od dziesięcioleci rzeką Rawą, z tymi fontannami, drzewami, sadzawkami, to miejsce, gdzie można spędzić cały dzień, jak ktoś ma ochotę, nawet z rodziną. Oto też jednak coś, o czym dziś donosi miejscowa „Gazeta Wyborcza”:
Rynek w Katowicach, chociaż jeszcze nieskończony, okazał się hitem tego roku. Nad płynącą sztuczną Rawą ustawiono leżaki. Te z kolei ocieniają cztery wielkie palmy. Nieważne, o której godzinie zajrzy się nad fontannę, zawsze jest tu ruchliwie i gwarno. Mieszkańcom pomysł przypadł do gustu, no i o to chodzi.
Tuż obok, na placu zabaw bawią się dzieci. I chociaż atrakcje dla maluchów szału raczej nie robią, to i tak lepszy taki plac niż żaden. W centrum Katowic atrakcji dla najmłodszych mieszkańców po prostu nie ma. I to jest dopiero fenomen.
Powoli na rynku materializuje się też pawilon toaletowo-kawiarniany. Można na jego wygląd narzekać albo nie. Spełnia tu jednak bardzo ważną funkcję: zagospodarowuje przestrzeń albo - jak kto woli - zabiera miejsce na gigantycznym betonowym pustym placu między Teatrem a Skarbkiem. Nie będę się tutaj rozwodzić nad tym, czy toalety są OK czy nie. W okolicy rynku wojewódzkiego miasta po prostu być muszą, a że będą akurat na środku... w Krakowie też są. I to w Sukiennicach.
Zaraz obok pawilonu posadzono dorodne już drzewa. I nawet plac Kwiatowy, który moim zdaniem bardziej przypomina ryneczek w Pcimiu Mniejszym niż porządną wielkomiejską architekturę, zazieleniony wygląda przyzwoicie.
Boję się jednak, że cały letni czar nowości uleci z pierwszymi zimnymi dniami. Oczami wyobraźni już widzę tę samą szarzyznę i nieoswojoną przestrzeń, które królowały tu przed szumną przebudową. Palmy odjadą w nieznane ciepłe miejsce, z fontann zniknie woda, a może nawet ktoś zakryje je urokliwą dyktą. Z drzew spadną liście, kwiaty w donicach przekwitną, a leżaki opanują rezydenci z ul. Stawowej. I tak będzie przez kolejne siedem miesięcy.
W ten sposób znów okaże się, że Katowice wcale nie mają rynku z prawdziwego zdarzenia, a zajezdnię tramwajową wzdłuż i wszerz poprzecinaną szynami. Rynek bez sezonowego zieleńca przestanie być miejscem, na którym warto się zatrzymać. Trochę z przymusu będzie można co najwyżej tędy przejść, skrzętnie owijając się szalikiem, żeby nie przeziębić się od hulającego po tym pustkowiu wiatru”.
A zatem rozumiemy, w czym problem, prawda? Przyjdzie zima i całe to polskie gówno zostanie najpierw przysypane śniegiem, a następnie na „siedem miesięcy” skute mrozem. A wszystko przez to, że prezydentem Katowic nie wybrano Jerzego Gorzelika, człowieka, który wie, jak to się robi w Niemczech i który nie tylko z zimą by sobie poradził.
Ja wiem, że powinienem kończyć, ale chciałbym bardzo pokazać jeszcze jeden przykład, jak oni działają. Oto miasto uznało, że, zanim faktycznie przyjdzie owa zima, ludzie będą może chcieli trochę poużywać, więc dobrze by było oczyścić wspomniane fontanny i wymienić wodę. Oto, w jaki sposób „Gazeta Wyborcza” poinformowała o zdarzeniu: „To już koniec? We wtorek wypompowano wodę i osuszono dno. Sztuczna Rawa na rynku w Katowicach bez wody. Montują barierki”.
Ktoś – rozumiem, że chwytając się ostatniej deski ratunku – zasugeruje, że w Katowicach w ostatnich wyborach wygrał PiS, PiS w Katowicach rządzi, a „Wyborcza” jak to „Wyborcza”, PiS-owi nie przepuszcza i stąd to wszystko. Niemcom nic do tego. Otóż nie. Tu PiS nie istnieje. W Katowicach akurat PiS nie ma i nigdy nie miał nic do gadania. Problem z Katowicami polega na tym, że tu jest za mało Niemców i przez to, kiedy przyjdzie zima, cały ten polski syf wyjdzie na wierzch.
Powtórzę raz jeszcze. Ja zdaję sobie sprawę z tego, że Katowice to tak naprawdę peryferie tego co się dzieje w Polsce. Ja bym jednak zachęcał, by z Katowic nie spuszczać oka. Bo jeśli jest tak – a jest – że Katowicami zainteresowała się spółka „Agora”, to znaczy, że coś się kroi i lepiej by nam było nie obudzić się z przysłowiową ręką w nocniku. Póki co, do zimy jeszcze parę miesięcy:


Pod koniec września w Katowicach odbędą się kolejne targi książki, na których będziemy sprzedawać moją nową książkę. Nieco wcześniej być może, ona się pokaże w księgarni pod adresem www.coryllus.pl. Póki co jednak i dziś proszę owej księgarni nie lekceważyć, bo tam jest wszystko, czego nam potrzeba.