piątek, 31 stycznia 2020

Czy Marian Turski zostanie w tym roku gościem honorowym Akademii Sztuk Przepięknych?


       Powiem szczerze, że gdybym parę dni temu usłyszał nazwisko Mariana Turskiego, pomyślałbym, że to pewnie jakiś peerelowski komentator sportowy z Polskiego Radia, ewentualnie gospodarz któregoś z wielu telewizyjnych teleturniejów. Czemu tak? Nie mam pojęcia, ale nie będę ukrywał, że teraz kiedy już wiem, że ów Turski, to nie jest ani radiowy komentator, ani telewizyjny pajac, tylko niejaki Mosze Turbowicz, kiedyś więzień niemieckiego obozu Auschwitz, a następnie członek młodzieżówki PPR, funkcjonariusz Wydziału Prasy PZPR i wreszcie szef działu historycznego tygodnika „Polityka”, to przyczyny owego błędu już tak bardzo mnie nie interesują. Może cieszę się tylko, że przez całe swoje dorosłem życie nie splamiłem się wiedzą, któż to taki ów Turski.
     Jak to się stało, że nagle usłyszałem o Marianie Turskim. Otóż wszystko odbyło się w sposób obrzydliwie klasyczny. Jak się okazuje, ów dziś już mocno staruszek, a przy okazji członek i działacz szeregu organizacji żydowskich w Polsce i na świecie, zabrał głos podczas uroczystych obchodów 75 rocznicy wyzwolenia obozu Auschwitz-Birkenau i w ciągu kilkunastu minut osiągnął to, na co tacy bohaterowie obywatelskiej świadomości, jak chociażby Władysław Bartoszewski, Wisława Szymborska, czy Jacek Kuroń musieli pracować latami. Kiedy czytam komentarze czy to na Facebooku, czy na Twitterze, nie mogę się oprzeć wrażeniu, że dziś Marian Turski uzyskał w pewnych szczególnych kręgach pozycję, która przykrywa wszystko, co się tam ostatnio wylęgło, poczynając od Małgorzaty Kidawy-Błońskiej, przez marszałka Grodzkiego, a na Borysie Budce kończąc.
       Ktoś zapyta, jak ów stary komuch tego czegoś dokonał. Otóż on wygłosił to swoje przemówienie i ostrzegł nas, że jeśli będziemy nadal głosować na prześladowanie mniejszości, oraz łamanie prawa, prędzej czy później doprowadzimy do drugiego Auschwitz, kto wie, czy nie jeszcze gorszego. To znaczy, on tam powiedział kupę innych rzeczy, bardziej na temat, i czasem naprawdę poruszających, ale to co z Turskiego zrobiło prawdziwą gwiazdę, zawiera się zaledwie w paru zdaniach, które, zapewne zgodnie z jego zamierzeniem, trafiły tam gdzie trafić miały i kto wie, czy nie po to, by przygotować nam grunt pod majowe wybory prezydenckie. Posłuchajmy:
Nie bądźcie obojętni, kiedy jakakolwiek mniejszość jest dyskryminowana. Istotą demokracji jest to, że większość rządzi, ale demokracja na tym polega, że prawa mniejszości muszą być chronione. Nie bądźcie obojętni, kiedy jakakolwiek władza narusza przyjęte umowy społeczne, już istniejące. Bądźcie wierni przykazaniu. Jedenaste przekazanie: nie bądź obojętny. Bo jeżeli będziesz, to nawet się nie obejrzycie, jak na was, na waszych potomków jakiś Auschwitz nagle spadnie z nieba”.
      Nie jestem pewien, czy Marian Turski byłby ze mnie zadowolony, ale przyznaję, że jego wystąpienie nie pozostawiło mnie obojętnym i będę o nim myślał do czasu aż przyjdzie piękne i ciepłe lato, a ja go będę mógł zobaczyć, jak się produkuje u Jerzego Owsiaka jako gość tak zwanej Akademii Sztuk Przepięknych.








czwartek, 30 stycznia 2020

Czy język koreański stanie się w Polsce drugim językiem urzędowym?


      Parę lat temu pewne dziecko, wówczas jeszcze uczennica gimnazjum, zapytane przeze mnie, kto jest jej ulubionym piosenkarzem, odpowiedziała, że BTS. Oczywiście nic z tego nie zrozumiałem, no ale ona wyjaśniła mi już po chwili, że to jest zespół z Korei. Zdziwiłem się, ale drążyłem dalej. Kiedy zapytałem, jakie filmy lubi, powiedziała, że ogląda wyłącznie koreańskie seriale. Spytałem więc, o czym te filmy są, a ona mnie poinformowała mnie, że to są zwyczajne filmy: albo historie rodzinne, albo thrillery, albo dramaty policyjne, a nawet też horrory – normalnie, jak to filmy. Gdzie ona to znajduje? Normalnie, w Internecie. Rozejrzałem się po jej pokoju i nagle się zorientowałem, że książki, które się tam tu i ówdzie walają, to w znacznej części są polskie wydania japońskiej mangi, opracowane w dodatku na tyle starannie, że nawet po polsku się je czyta od tyłu. Później jeszcze powiedziała mi owa uczennica, że ona jest coraz lepsza z angielskiego, bo właściwe każdą wolną chwilę spędza na internetowych czatach z kolegami z Korei, no a ponieważ ona nie zna koreańskiego, to rozmawia z nimi po angielsku. Póki co pewnie tak zostanie, bo wprawdzie rodzice zapisali ją niedawno na lekcje japońskiego, no ale to jest oczywiście nie to.
      Chciałem oczywiście wiedzieć, co jej strzeliło do głowy, by się zainteresować akurat tą Koreą, no ale ona tylko wzruszyła ramionami i musiałem z tym się męczyć już dalej sam, przynajmniej do czasu, kiedy to dziecko mi powiedziało, że jest strasznie zdenerwowane, bo za kilka miesięcy w berlińskiej O2 odbędzie się koncert jej ukochanego koreańskiego zespołu BTS, a ona się boi, że nie uda jej się kupić biletu, bo ich wszystkie koncerty wyprzedają się regularnie w ciągu pierwszych minut, no i ona nie wie, czy zdąży. Byłem w szoku, ponieważ nie mogłem w żaden sposób uwierzyć, że coś co pochodzi z Korei, przyjeżdża z koncertami do Berlina, występuje na jednej z największych scen i nie dość, że sprzedaje wszystkie miejsca, to jeszcze robi to w pierwszych minutach po otwarciu budki. No ale znów to jakoś zniosłem, do tego stopnia, że nawet nie udało mi się zapamiętać tych literek i sprawdzić, co to jest za dziwadło, i dopiero kiedy ruszyła sprzedaż biletów, a moja uczennica powiedziała mi, że ona w owym dniu zasiadła z palcem nad klawiaturą swojego laptopa już na parę godzin przed „Godziną W” i dokładnie w sekundzie kiedy ona wybiła, nacisnęła guzik „kup”... i okazało się, że wszystkie bilety zostały sprzedane, zorientowałem się, że ja jednak nie śnię. Tymczasem ona się oczywiście pobeczała, po pewnym czasie jednak doszła do siebie i wróciła przed komputer, by czekać aż pojawią się jakieś zwroty, no i ostatecznie się udało.
      Wtedy to dopiero, by nie pozostawać dłużej w ciemnościach, wpisałem w googlu nazwę BTS, zostałem skierowany do Wikipedii i tam przeczytałem, że grupa BTS to jest boysband złożony z siedmiu identycznych Azjatów, oraz stanowiący jeden z wielu projektów reprezentujących nurt o nazwie K-Pop, który w tym momencie stanowi światowy sukces komercyjny nieporównywalny z niczym, co było wcześniej i prawdopodobnie powstanie w przyszłości. Proszę popatrzeć, co o tym pisze wspomniana Wikipedia.
      Według czegoś, co się nazywa Gaon Music Chart, BTS w samej Korei sprzedali 16 milionów albumów, jednocześnie swoim debiutem w roku 2010 utrzymując wciąż pierwsze miejsce w historii wszystkich debiutów w historii tamtego rynku. Z powodu sukcesu wykraczającego daleko poza granice Korei, tygodnik „Time” umieścił ich na swojej okładce ogłaszając zespół mianem „liderów nowej generacji” i awansując ich do elitarnej grupy 25 najbardziej wpływowych osób w Internecie. Podobnie magazyn Forbes umieścił Koreańczyków na 43 miejscu najlepiej zarabiających celebrytów na świecie. Podczas swojej trasy koncertowej w zeszłym roku, BTS wystąpili na wypełnionym do ostatniego miejsca stadionie Wembley, a wszystkie bilety rozeszły się w ciągu półtorej godziny. Z danych opublikowanych w roku 2019 wynika, że BTS każdego roku wpuszcza do koreańskiej gospodarki niemal 5 miliardów dolarów, a jeden na 13 zagranicznych turystów odwiedzających dziś Koreę, robi to z uwagi na tych siedmiu chłopców, których muzyka w roku 2018 osiągnęła całkowitą sprzedaż na poziomie 19 miliardów dolarów, a każdy z członków zespołu jest multimilionerem.
       Ale dowiedziałem się z Wikipedii jeszcze czegoś. Otóż mianowicie rząd Korei traktuje zarówno zespół BTS, jak i cały ten K-Pop jak swój skarb narodowy i jeden z głównych eksportowych priorytetów i robi wszystko i wszędzie, gdzie tylko może odnaleźć odpowiednie kanały dystrybucji swojej propagandy, by język koreański, koreańskie piosenki, koreańskie filmy, koreańska literatura, no a przede wszystkim koreańska kultura – cokolwiek by to miało oznaczać – trafiła pod strzechy na całym dosłownie świecie. I tu cytat z Wikipedii:
      Rząd Korei Południowej uznał korzyści dla sektora eksportowego kraju wynikające z koreańskiej fali. W 2011 roku szacowano, że każde 100 dolarów wzrostu eksportu kultury koreańskiej przyczynia się do wzrostu eksportu innych towarów konsumpcyjnych, w tym żywności, ubrań, kosmetyków i produktów IT o 412 dolarów, dlatego też władze Korei dopłacają do niektórych przedsięwzięć. Rządowe inicjatywy na rzecz zwiększenia popularności K-popu są w większości podejmowane przez Ministerstwo Kultury, Sportu i Turystyki, które jest odpowiedzialne za ustanowienie na całym świecie Centrów Kultury Koreańskiej, m.in. w Warszawie. Ambasady i konsulaty południowokoreańskie także organizowały koncerty K-popowe poza granicami kraju, a Ministerstwo Spraw Zagranicznych regularnie zaprasza zagranicznych fanów K-popu na coroczny festiwal K-Pop World Festival w Korei Południowej”.
      Wróćmy do Polski. Otóż, jak poinformowała mnie moja córka, gdy chodzi o sam Twitter grupa fanów K-Popu stanowi tam bezdyskusyjnie największą grupę ze wszystkich.  My oczywiście tego nie widzimy, bo nas to kompletnie nie interesuje, jeśli jednak zbadać sprawę od środka, to się okaże, że społeczność K-Pop na polskim Twitterze przejęła to miejsce z przysłowiowym palcem w nosie. Miałem okazję zobaczyć co się tam dzieje i zaręczam wszystkim, że oni to traktują jak najbardziej poważnie i jeśli tylko będzie trzeba, to oni, a nie sympatycy Grety Thunberg, czy  ta cała młodzież o tęczowych mózgach zrobią nam tu przysłowiową jesień średniowiecza. A potem przyjdzie na starszych i bardziej cwanych i ani się nie obejrzymy jak nasze wnuki poproszą nas byśmy im sfinansowali lekcje już nie angielskiego, ale koreańskiego.
      Mimo że od dłuższego już czasu wiem, czym jest ów K-Pop i portrafię bez najmniejszego trudu rozpoznawać na ulicy jego fanów – a zapewniam, że nie są to tylko dzieci – a nawet obejrzałem sobie fragmenty klipów zespołu BST na youtubie, to wciąż nie wiem, co to jest dokładnie za muzyka i dowiadywać się tego nie zamierzam. Wystarczy mi choćby to zdjęcie, które zamieściłem poniżej. Nie zmienia to przy tym faktu, że to co zrobił ostatnio TVN, o czym już dziś trąbi cały świat, a te wszystkie dzieci z charakterystycznymi antysmogowymi maskami na noskach stoją już w blokach startowych, by pójść i gmach na Wiertniczej zwyczajnie spalić, odbieram z najwyższym zdumieniem. Jak to mianowicie możliwe, że ci – ja wiem, że durnie, ale mimo wszystko ludzie w jakiś tam sposób rozumni – zanim zdecydowali się szydzić z tych wystruganych nie wiadomo z czego elektronicznych piesków, nie zajrzeli do Internetu i nie sprawdzili, z kim mają do czynienia. Jeśli jakaś, rozumiem, że jakoś tam licząca się firma, ogłasza konkurs na najprzystojniejszego mężczyznę na świecie i wygrywa nieznany im kompletnie Koreańczyk, w dodatku jeden z siedmiu, z których każdy wygląda dokładnie tak samo, to wypadałoby się puknąć w czoło i zadać pytanie, o co tu w tym wszystkim chodzi, a nie wyskakiwać przed kamerę i krztusząc się ze śmiechu powtarzać jakieś grepsy typu „ding dong pong”. Tymczasem ci durnie, zamiast sprawdzić z czym – nie kim, ale czym – mają do czynienia posuwają się wręcz do tego, by zademonstrować, że dla nich, to właściwie wszystko jedno czy Jeon Jeong-guk, czy może Jung Ho-seok.
        I teraz może przejdę do sedna rzeczy. Otóż ja wprawdzie napisałem wcześniej, że zachowanie TVN-u mnie zdumiało, to w gruncie rzeczy, już po zastanowieniu, muszę powiedzieć, że chyba jednak nie do końca. Otóż moim zdaniem, oni rzucając się tak kompletnie bez sensu na ten K-Pop, po raz kolejny pokazali, jak strasznie są wyalienowani. To co oni zrobili, to jest dokładnie to samo, co robią od wielu już lat, czy to kiedyś z tak zwanym „ciemnogrodem”, następnie z „moherowymi beretami”, następnie z ludźmi, którzy za 500+ jadą całymi rodzinami nad polskie morze, a dziś z Zenkiem Martyniukiem i tym całym Sylwestrem w Zakopanem. Oni nie są absolutnie w stanie na chwilę się zatrzymać, pomyśleć i zrozumieć, że to iż oni o czymś wcześniej nie słyszeli, albo że czegoś wcześniej nie doświadczyli, wcale nie oznacza, że tego nie ma i można się z tego bezkarnie nabijać. Dotychczas im to uchodziło na sucho, z tej prostej przyczyny, że mieli do czynienia z ludźmi spokojnymi, nie znoszącymi awantur, a przede wszystkim reprezentującymi znaną nam cywilizację. Tym razem wydaje mi się, że trafili na podobnych sobie kosmitów i tego starcia mogą zwyczajnie już nie przeżyć.



środa, 29 stycznia 2020

Miłość w Auschwitz tuż nad ranem, polewamy się szampanem


      Nie będę ukrywał, że z samej transmisji obchodów 75 rocznicy wyzwolenia Auschwitz obejrzałem zaledwie kilkanaście minut i to wcale nie dlatego, że interesowało mnie jedynie wystąpienie prezydenta Dudy – jego akurat do dziś nawet nie wysłuchałem – ani też dlatego, że nie interesują mnie żydowskie geszefty – szczerze powiedziawszy, one tu akurat są dla mnie najciekawsze –  ale z tego prostego powodu, że nawet dla mnie, klasycznego bon vivant, spędzenie całego dnia przed telewizorem nie wchodzi w grę. Jednak jakąś część tego eventu obejrzałem i mogę powiedzieć, że z prawdziwym przejęciem wysłuchałem zarówno wystąpienia tego staruszka, który tak poruszająco opowiadał o tym, jak przywieziono do Auschwitz kolejną partię Żydów, Niemcy zaczęli ich prowadzić w stronę komór, a oni biedni szli tacy spokojni, nawet nie przeczuwając co się z nimi za chwilę stanie, podczas gdy on, owszem, patrzył i wiedział. Ale też chwilę później, gdy słuchałem równie starego Żyda, który najpierw śpiewał jakąś modlitwę, a potem odmówił Kaddisz. Potem jeszcze wysłuchałem modlitwy naszego biskupa, by Pan im dał wieczny odpoczynek, a światłość wiekuista by im świeciła i by odpoczywali w wiecznym pokoju, i to tyle. No dobra, jeszcze obejrzałem sobie twarze tych najstarszych na świecie Żydów siedzących na publiczności, jak tak siedzieli w tych słuchawkach i kiwali głowami, a to, przyznaję, zawsze robi wrażenie. Na swoje szczęście, Turskiego już się nie doczekałem, a gdy przemawiał Cywiński, wyszedłem do toalety za sprawą.
      A więc to, co tam się tak naprawdę wydarzyło, znam wyłącznie z medialnych relacji, natomiast jestem pewien, że już w tym momencie wielu Czytelników nie interesują moje refleksje, czy to na temat roli Niemców i Polaków w Holokauście, czy tym bardziej tego, jak w tym wszystkim zaprezentowały się polskie władze, ale dlaczego ja, kiedy piszę o Auschwitz, wpadam w tak kpiący nastrój. A ja już spieszę z wyjaśnieniem. Otóż ja nie jestem w stanie się ekscytować w sytuacji gdy w tym całym politycznym zamieszaniu, jakiego jesteśmy świadkami na całym niemal świecie, wszyscy ważni uczestnicy tej zabawy, zaczynając od zwykłych Żydów, przez tę całą bandę zawodowych kustoszy pamięci o tamtej masakrze, a kończąc na prezydencie Dudzie, który, nie oszukujmy się, ma dziś kupę ważniejszych spraw niż zamartwianie się dawno już na wszelkie możliwe strony rozwałkowanym niemiectwem, załatwiają zwyczajnie swoje codzienne sprawy, a jeśli robią to ze smutną miną, to wyłącznie dlatego, że inaczej akurat nie wypada. No dobrze, jestem pewien, że ci wszyscy staruszkowie, którzy tam siedzieli, słuchali tych wszystkich wystąpień i przecierali oczy ze wzruszenia, robili to szczerze... natomiast cała reszta... przepraszam bardzo, ale nie bądźmy naiwni.
        Myślę zresztą, że te moje słowa znakomicie potwierdzili choćby Marian Turski, który całe swoje wystąpienie przygotował wyłącznie po to, by wyrazić sprzeciw wobec reformy sądownictwa w Polsce, a tym sposobem zakwalifikować się do tegorocznej Akademii Sztuk Przepięknych Jerzego Owsiaka w Kostrzyniu nad Odrą, czy Piotr Cywiński, dla którego parszywego postępowania brakuje mi już słów od dawna. W tej zatem sytuacji, nie będę się już tu usprawiedliwiał ze swojej bezduszności, ale zwrócę uwagę na coś, na co wpadłem w uczęszczanym przeze mnie portalu tvn24.pl. Otóż proszę sobie wyobrazić, że w obliczu zbliżających się obchodów rocznicy wyzwolenia obozu w Auschwitz, opublikowali oni tekst niejakiego Mariusza Nowika zatytułowany „Miłość w Auschwitz. On był esesmanem, ona Żydówką”. Ów tekst zaczyna się tak:
Przed bramą kłębił się tłum. Tych, którzy mdleli z zimna i wycieńczenia, esesmani zabijali na miejscu. Ale do jednej z drżących na mrozie więźniarek podszedł młody esesman i wręczył jej ciepłe zimowe kozaki. Spojrzeli sobie w oczy. Ona nazywała się Helena, on nazywał się Franz. W tym przerażającym miejscu wykiełkowało między nimi uczucie, które nie miało prawa zaistnieć”.
      A dalej idą szczegóły, które portal tvn24 podaje z gracją pierwszej klasy wenezuelskiej mydlanej opery. Ona była dziewczyną ze Słowacji, a on, normalnie, esesmanem służącym w Asuschwitz. I oto, kiedy te Żydówki tak stały, któryś z Niemców zażyczył sobie, by ta która najładniej śpiewa mu coś zaśpiewała, no i wtedy wystąpiła Helena, zaśpiewała i w tym momencie, kiedy Franz ujrzał oczy Heleny i jednocześnie usłyszał jej głos, pierwsze co zrobił, to najpierw dał jej te buty, następnie dokończył bieżące sprawy, a potem już zaczął Helenę adorować, wciąż jej powtarzając, że ją kocha. Wedle powojennych relacji Heleny, mimo że oczywiście ten ocalił ją przed śmiercią, ona zdecydowanie odrzucała awanse Franza, do tego nawet stopnia, że on w pewnym momencie nawet z rozpaczy wyzwał ją od kurew i chciał ją zastrzelić, jednak się uspokoił, a ona po pewnym czasie również coś w nim dostrzegła i między nimi zakiełkowała wielka miłość, która przetrwała cały ten trudny czas. Oczywiście Franz dalej wykonywał swoją codzienną robotę, niemniej Helena pozostawała zawsze na tyle z boku, by doczekać końca wojny. Kiedy nastąpiło wyzwolenie, Franz wrócił do swojej rodzinnej Austrii – bo to był oczywiście Austriak, a nie Niemiec – ona wyjechała do Izraela, ale ponieważ, jak się okazało, na Franzu ciążyły bardzo ciężkie zarzuty związane z jego służbą w Auschwitz, stanął ów biedaczek przed sądem i tam znów miał okazję się spotkać ze swoją ukochaną, z którą spędził upojne lata w Auschwitz. I tam, jak czytamy w reportażu na tvn24.pl, ona Helena sądowi opowiedziała wszystko, od początku do końca, a wzruszony sąd Franza uniewinnił. I tym oto happy endem kończy się ów okolicznościowy tekst opublikowany na portalu tvn24.pl.
       A ja już mam tylko jedną uwagę. Otóż przez minione dziesięć lat wrzuciłem tu całą kupę tekstów, w których najlepiej jak umiałem pokazałem palcem ową niemiecką zbrodnię. A dziś w sytuacji, w jakiej się znaleźliśmy, nie widzę jakoś najmniejszego powodu, by się tu szczególnie popisywać, zwłaszcza gdy mam bardzo silne wrażenie, że jestem tu jedyny. Cała reszta to banda cynicznych oszustów, dla których ta rocznica, to zaledwie kolejna okazja, by załatwić parę bieżących spraw. Bo nie oszukujmy się i powtórzmy to raz jeszcze, kwestia Holocaustu została już dawno skutecznie załatwiona, a jeśli dziś się ją od czasu do czasu wyciąga na wierzch, to albo po to, by wskazać aktualnego wroga – którym, tak się ostatnio składa, jest Polska –  i spróbować go wymiksować z międzynarodowej rozgrywki, która akurat ma miejsce, albo stworzyć jakąś kiczowatą opowieść, dzięki której ktoś tam otrzyma więcej odsłon, czy zaledwie lajków, a ludzie, którzy ją przeczytają będą jeszcze głupsi, niż byli wcześniej.



wtorek, 28 stycznia 2020

Kogo niemiectwo bardziej nienawidziło, heteroseksualnych katolików, czy homoseksualnych żydów?


      Moja młodsza córka, mimo tego, że ma już swoje lata, a poza tym też wszystko to, co mieć powinna osoba w najwyższym stopniu czujna, przenikliwa i ciekawa świata, poruszona wczorajszymi uroczystościami w pozostawionym nam tu przez Niemców nadzwyczajnym dziele ich narodowego ducha i umysłu, a mianowicie obozie Auschwitz-Birkenau, opowiedziała mi zasłyszaną właśnie gdzieś historię, że ze wszystkich więźniów Auschwitz najgorzej mieli się homoseksualni Żydzi, których Niemcy tak nienawidzili, że używali ich podczas treningów strzeleckich, gdzie najwięcej punktów zgarniał ten z nich, który za pierwszym razem trafił prosto w ów różowy trójkąt przyczepiony Żydowi na piersi. Starałem się wytłumaczyć mojemu dziecku, że nawet jeśli przyjąć, że pedały naziści z jakiegoś powodu nienawidzili pedałów-Żydów, to w całym tym kontekście jest to informacja kompletnie bez znaczenia, bo niemiectwo miało wówczas na tyle dużo przeróżnych sposobów, by możliwie obrazowo udowodnić sobie i swoim kolegom, że są prawdziwymi nadludźmi, że wśród nich numer ze strzelaniem do różowego trójkąta wcale nie musiał robić największego wrażenia. Ponieważ moja córka w tego typu sytuacjach lubi mi zarzucać, że ja przez swoje antyżydowskie kompleksy bez sensu kwestionuję żywe fakty, pomyślałem, że w dzisiejszym tekście przypomnę historię, którą opowiedziałem tu dwa lata temu, a jestem głęboko przekonany, że to jest taka historia, że nawet gdyby ją powtarzać dzień w dzień, też by nie zaszkodziło. Proszę, posłuchaj więc, Kochanie:
       Zanim jeszcze obejrzeliśmy kościół w Ludomach, udaliśmy się do znajdującej się w pewnej odległości wioski Wieszczyczyn, a tam na miejscowy cmentarz. Odwiedzaliśmy kolejne groby, by w końcu zatrzymać się przy mogile księdza Walentego Marciniaka, proboszcza miejscowego kościoła pod wezwaniem św. Rocha od roku 1945 do samej śmierci w roku 1974.
      I tam opowiedziano mi o księdzu Marciniaku. Otóż ów dobry, jak słyszę, ksiądz z chwilą wybuchu wojny został przez Niemców aresztowany, by po paroletniej tułaczce z miejsca na miejsce, trafić do obozu w Dachau, gdzie został poddany szczególnemu doświadczeniu. Otóż obozowy lekarz zdecydował, że zadaniem księdza Marciniaka będzie to by był on systematycznie wystawiany na ataki obozowych psów, i by następnie odniesione przez niego rany były poddawane eksperymentalnemu leczeniu przy pomocy różnych maści, w taki sposób, by ostatecznie niemiecka medycyna była w stanie opracować skuteczny środek na powstałe skutkiem pogryzienia przez psy rany. Co Niemiec postanowił, to dostał, a ksiądz Marciniak jakimś niezbadanym cudem dotrwał w swoim cierpieniu aż do wyzwolenia i ostatecznie jak najbardziej wyleczony przy pomocy fantastycznych niemieckich maści wrócił do Polski, by, jak już wspomnieliśmy, objąć parafię w Wieszczyczynie niedaleko Poznania i uczyć ludzi miłości i wybaczenia.
      Zmarł ksiądz Marciniak w wieku, o ile dobrze pamiętam 70 lat, w roku 1974, tyle że już bez nóg, które zostały mu chwilę przedtem odjęte skutkiem gangreny, która, jak się okazało, ostatecznie pokonała niemiecką medycynę, a ja już się tylko zastanawiam nad zasługami Niemiec i Niemców dla naszego wspólnego powodzenia, które są nie do zlekceważenia. Czemu tak? Otóż pewien mój przyjaciel, znakomity lekarz, zwrócił moją uwagę na fakt, że wiele chorób i dolegliwości, takie jak choćby Alzheimer, noszą nazwy pochodzące od niemieckich nazwisk i że warto by było się zadumać nad tym, czy przypadkiem to nie Niemcy właśnie w historii świata nie wykazywali szczególnej pasji do tego, by nieść pomoc we wszelkich boleściach. Szukam w Internecie informacji w tym temacie i widzę, że faktycznie coś w tym jest. Ale jest jeszcze coś. Kiedy rozejrzymy się wokół siebie, musimy zauważyć, że w grę nie wchodzi tylko medycyna, ale że niemiecka myśl techniczna opanowała wszelkie inne dziedziny naszego życia. No weźmy na przykład słynną markę odzieżową „Puma”. Jak czytam wszystko się zaczęło, kiedy nadzwyczaj oddany sprawie nazista nazwiskiem Rudolf Dassler krótko po wojnie wymyślił, że do produkowanych przez niego butów można by było wkręcać specjalne kolce, by dało się w nich wygodniej i szybciej biegać. Otóż ja się zastanawiam, czy nie było tak, że jeszcze parę lat wcześniej w Dahau, któryś z miejscowych specjalistów nie sprawdzał na polskich księżach, czy oni nie będą szybciej biegać, gdy im się w stopy coś wkręci. Ksiądz Marciniak niestety nam już tego nie powie, więc musimy pozostać z naszymi podejrzeniami.




Przypominam, że jeśli ktoś ma ochotę komentować na naszym blogu, musi zostać wcześniej przeze mnie zaproszony, a do tego wystarczy, że napisze do mnie na adres k.osiejuk@gmail.com. Zapraszam.


poniedziałek, 27 stycznia 2020

Skąd prezydent Duda wie, jak się wymawia angielskie słowo "iron"?


       Miesiące prowadzące mnie do ostatecznego zakończenia edukacji uniwersyteckiej upłynęły mi pod znakiem dwóch absolutnie dominujących wydarzeń. Pierwsze z nich to fakt, że w ostatni rok studiów wszedłem z niezdanym egzaminem ze szkolenia wojskowego i z tak zwanym „warunkiem”, co sprawiło, że praktycznie do samego końce nie miałem pewności, czy to wojsko ostatecznie nie spowoduje, że studiów nie ukończę, drugie natomiast to ślub, podróż poślubna, pisanie pracy magisterskiej, no i ostateczna obrona. Do dziś pamiętam – a owo wspomnienie stanowi dla mnie zupełnie wyjątkową naukę – że kiedy przyszedł wrzesień i na tydzień przed obroną udało mi się ostatecznie zaliczyć to wojsko, byłem w takiej rozsypce, że kiedy zjawiłem się na swoim egzaminie dyplomowym, nie byłem w stanie sklecić poprawnie jednego zdania po angielsku. Po kilku zakończonych całkowita porażką próbach oświadczyłem, że nie jestem w stanie się tu produkować, komisja wzruszyła ramionami, dała mi tróję plus, pogratulowała sukcesu i odesłała do domu.
       Im więcej lat upływa od tamtego wydarzenia, tym bardziej jestem przekonany, że ludzie, którzy mnie mieli egzaminować doskonale rozumieli moją sytuację, i to nie tylko z tego względu, że takich mądrali jak ja oni przeżyli już wiele, ale z osobistego doświadczenia doskonale wiedzieli, jak to jest, kiedy człowiek – i to z wielu różnych możliwych powodów – nagle znajdzie się w takim stanie intelektualnego przymulenia, że tego co zwykle wydaje się być proste i naturalne, wykonać nie potrafi. Tego typu stany, że nie potrafię płynnie mówić po angielsku, zdarzały mi się od tamtej jesieni wielokrotnie i powiem szczerze, że nigdy do końca nie wiedziałem, czym ta dramatyczna i niespodziewana słabość jest powodowana. Pamiętam na przykład do dziś, jak pojechaliśmy z całą rodziną do Londynu i już na miejscu potrzebowałem coś załatwić i z tymi urzędnikami gadałem mniej więcej tak, jakbym dopiero co się nauczył posługiwać językiem i wszedł w fazę prób o błędów. Czemu tak? Diabli wiedzą. Może to podróż mnie tak wyczerpała, a może podekscytowanie nową sytuacją, a może jakiś dziwny stres? Jak mówię, nie wiem. Dziś już jednak wiem, że tu nikomu naprawdę nie wolno się z tego śmiać, że przypomnę słowa pewnej starej piosenki.
         A śmiechu akurat jest co niemiara i słychać go z różnych stron niemal każdego dnia. Ledwie co wczoraj, czy może przedwczoraj hitem Internetu stał się fragment wystąpienia prezydenta Dudy, który próbuje zabrać głos w którejś z debat towarzyszących konferencji w Davos i nie potrafi się wysłowić. Szuka więc odpowiednich słów, zacina się, męczy, a przez to, że jego polityczna pozycja każe mu trzymać fason, cała sytuacja faktycznie robi dość żałosne wrażenie. Oczywiście, na miejscu Dudy, ja bym z wysoko podniesioną głową powiedział, że bardzo przepraszam, ale jestem w fatalnej formie i albo będę mówił po polsku, albo chętnie posłucham, jak szanowni państwo rozmawiają. Czemu on tego nie zrobił, oczywiście dociekać nie mam ochoty, inna sprawa, że krążący w Sieci film trwa zaledwie minutę, więc też nie wiem, jak to wszystko w całości wyglądało. Faktem jest, że dziś owe męki oznaczone tytułem „kompromitacja” robią poważną karierę, a towarzyszy im wrzask autentycznej satysfakcji.
       Otóż pierwsza rzecz – pomijając oczywiście to co już zostało powiedziane wcześniej – to taka, że nie ulega dla mnie najmniejszej wątpliwości, że 99 procent tych, którzy dziś z Dudy szydzą, mówią po angielsku znacznie gorzej od niego. Owszem, może być tak, że część z nich, przez swoją starannie przez lata pielęgnowaną bezczelność, jest przede wszystkim przekonana, że gdy chodzi o język angielski oni operują na najwyższym poziomie kompetencji i ja ich wszystkich znam wystarczająco dobrze, by na ten ich rechot reagować ziewaniem. Od lat bowiem mam do czynienia z ludźmi, którzy przedstawiają się jako „upper-intermediate”, kiedy się odezwą, gadają jak nakręceni, a ja nawet nie mam możliwości, by im zwracać uwagę na wszelkiego rodzaju błędy, jakie nieustannie robią, bo wiem, że to i tak by nie miało sensu. Jestem święcie przekonany, że gdyby prezydent Duda, podczas swojej wyszydzanej z taką radością wypowiedzi, machnął ręką na to nieszczęsne towarzystwo i zaczął mówić to co mu ślina na język przynosiła, oni pewnie by i tak zrozumieli, o co mu chodzi, natomiast ta banda durniów, która ma dziś z niego taką uciechę, dostawałaby ciężkiej cholery, że ten skurwysyn posługuje się językiem angielskim, jak nie przymierzając Donald Tusk.
      Pisałem tu o sprawach językowych wielokrotnie i zawsze z taką myślą, by przekonać tych z nas, którzy wierzą, że pewien ich znajomy zna angielski perfect, że to jest nieprawda. No i zawsze owym  tekstom towarzyszyły popisy różnych niedzielnych anglistów, którzy potrzebowali mi tłumaczyć, jak bardzo jestem niekompetentny. A ja pisałem o tym, by dać świadectwo, że gdy chodzi o znajomość języka, zasadniczo nikt ani nie jest ani tak dobry, jak mu się zdaje, ani też tak zły ze wstydem sądzi. Oczywiście są i tacy – i tu mam na myśli niektóre dzieci – które są naprawdę fantastyczne, często w wielu wymiarach lepsze od swoich nauczycieli, no ale to są wyjątki. Jeśli pominąć tych akurat, to cała reszta, jeśli tylko im zależy na tym, żeby znać język, powinna się uczyć, uczyć i jeszcze raz uczyć. A i tak, najgorsza rzecz, jaka może się im przytrafić, to uznać, że są naprawdę „świetni”. Bo tych akurat jest najwięcej i to oni są najczęściej szalenie zabawni. Nie Duda. Oni. Duda przynajmniej wie, jak się wymawia słowo „iron”.


       

niedziela, 26 stycznia 2020

Ale za to niedziela będzie dla nas!


        Jak się właśnie dowiedziałem, na okładce najnowszego wydania „Warszawskiej Gazety” znalazły się zdjęcia 18 polskich posłów do Europarlamentu, którzy w niedawnym głosowaniu opowiedzieli się przeciwko Polsce, a redakcja „Warszawskiej” uznała za stosowne opatrzyć tę prezentację tytułem „Antypolskie polityczne szmaty”. Jak ja się o tym dowiedziałem? Ktoś powie, że odpowiedź jest oczywista. Ponieważ od lat jestem członkiem redakcji owego tygodnika, powinienem wiedzieć, co się tam wyprawia. Otóż tym razem było inaczej. Zanim bowiem zdążyłem się osobiście zapoznać z tym akurat wydaniem, trafiłem na twitterowy komentarz niedawno tu wspominanej Sylwii Spurek, której legitymacyjne zdjęcie znalazło się na wspomnianej wystawie, a w którym to komentarzu Spurek ze zgryźliwą ironią o niej wspomniała i, jakby tego było mało, wrzuciła skan owej okładki.
        Przyznam uczciwie, że w tym momencie zaskoczyły mnie dwie rzeczy. Pierwsza to ta, że przeżywając w Brukseli najpiękniejsze dni swojego życia, Spurek poświęca swój czas, by czytać „Warszawską Gazetę”, a po drugie, że ona w ogóle czuje konieczność komentowania faktu, że redakcja akurat tej gazety, której profil jest powszechnie znany, uznała za stosowne nazwać Spurek szmatą. Gdyby ktoś z mojego otoczenia kiedykolwiek nazwał mnie szmatą, w dodatku antypolską i bez przymiotnika „polityczną”, to ja bym oczywiście się oburzył, natomiast gdyby tym kimś była telewizja TVN24, czy „Gazeta Wyborcza”, albo nawet tygodnik „Sieci”, to ja bym na to coś zwyczajnie splunął, a jeśli nie, to ewentualnie bym się ucieszył, że ci których od lat tępię, o mnie mówią i to w dodatku źle.
      Zapytałem więc Spurek na twitterze, czy ona się tak oburza, bo została nazwana szmatą, czy dlatego, że szmatą nazwała ją „Warszawska Gazeta”. Spurek sie oczywiście nie odezwała, natomiast zareagował nieznany mi internauta, który zwracając się bezpośrednio do Spurek, zaapelował do niej, by mi wytoczyła sprawę o zniesławienie.
     I to jest coś co mnie autentycznie zainteresowało. Co mają w głowie niektórzy z nich, że wpadają na tego typu pomysły? Jak oni muszą być dziś zdesperowani – i już nie mówię o Spurek, która kompletnie bez sensu dostaje cholery na okładkę jednego z tygodników – ostatniego ratunku szukając już tylko w skorumpowanych sądach, licząc na to, że one będą nas wsadzać za kraty już tylko za to, że zechciało nam się odezwać?  Byłoby to straszne, gdyby w gruncie rzeczy nie pocieszające. Nie powinniśmy się bowiem zdziwić, jeśli już niedługo poradnie leczenia nerwic, których i tak jest już coraz więcej, staną się głównym źródłem zarobków owej bezrobotnej masy niedorobionych psychologów.
      A my? Co z nami? My, tak jak dotychczas, będziemy  siedzieć na tej ławeczce, kopać w zamyśleniu jakiś zbłąkany kamień i dzielić się z innymi tym, co nam chodzi po głowie. Oto więc mój najnowszy felieton dla wspomnianej „Warszawskiej Gazety”.

      Mieliśmy tu już w zeszłym tygodniu marszałka Grodzkiego, ale ponieważ nieszczęścia chodzą parami, musimy się znów z nim męczyć. Otóż, kiedy ów dziwny mąż, ogłosił że wedle poważnych zagranicznych ośrodków medialnych, jest on najpotężniejszą osobą w polskiej opozycji, i jemu się należy natychmiastowy awans w strukturach  Platformy Obywatelskiej, znaczna część opinii publicznej uznała, że ów biedny człowiek oszalał i w tej chwili należy już tylko czekać aż on zacznie biegać w kółko po Warszawie, machać rękoma i wrzeszczeć: „Jestem chirurgiem i wiem czym jest skromność i pokora”. Niestety, a może dla nas wszystkich, na szczęście, wspomniany Grodzki postanowił pójść za ciosem i ogłosić kolejną sensację, a mianowicie, że niejaka Nancy Pelosi, przewodnicząca amerykańskich demokratów, w drodze do Jerozolimy na ruski event związany z wyzwoleniem niemieckiego obozu w Auschwitz, postanowiła zahaczyć o Polskę, głównie po to, by jak najbardziej prywatnie spotkać się z Grodzkim i wypytać go o to, co się w tej cholernej Polsce dzieje. Gdyby ktoś miał wątpliwości co do rangi zapowiadanego zdarzenia, marszałek Grodzki poinformował media, że rzeczona Pelosi jest najpotężniejszą kobietą na świecie, tuż za powoli znikającą niemiecką kanclerz Merkel, a więc biorąc pod uwagę fakt, że Grodzki, co już zostało wspomniane, jest najpotężniejszą osobą wśród polskiej opozycji, owo spotkanie stanie się wydarzeniem na skalę światową.
       Przy okazji ostatnich awantur związanych z walką o odzyskanie przez polskie państwo wymiaru sprawiedliwości z rąk skorumpowanych sędziów i półprzytomnych z nienawiści polityków, głos zabrały również moralne autorytety, w tym profesorowie prawa i nie tylko, i wszyscy udowodnili, że gdy chodzi o poziom intelektualnego upadku, skaliste dno nie jest już dłużej zajmowane przez reklamy maści na ból pleców, czy past do zębów, ale polityczne analizy samozwańczych autorytetów. A w tej sytuacji, musimy poważnie rozważyć taką możliwość, że w ostatecznym rozrachunku, marszałek Grodzki, zwłaszcza gdy przewodnicząca Pelosi, faktycznie poda mu rękę, a może nawet szepnie mu do uszka parę czułych słówek, może w rzeczy samej stanąć na czele owego hufca polskich zdrajców.
      Jest jednak pewien całkiem świeży problem. Otóż całkiem niedawno zgłosił się kolejny świadek korupcyjnych zachowań profesora doktora Grodzkiego, tym razem jednak nie poszło już o głupie 500 dolarów, czy równie śmieszne tanie tak zwane koniaki z Pewexu, ale aż o 7 tysięcy złotych, w dodatku wytargowane z początkowych dziesięciu patyków. Co ciekawe, opowieść wspomnianego świadka, jeśli założymy, że mamy całkiem naturalne sposoby rozróżniania zmyśleń od prawdy, stanowi najprawdziwszą prawdę i kiedy już przyjdzie do ostatecznej rozprawy, nie będzie sposobu, by ją zakwestionować. I wówczas marszałkowi Grodzkiemu pozostanie już tylko żyć wspomnieniem tej krótkiej chwili, kiedy to jego rozpoznawalność w polskiej polityce rosła w tempie geometrycznym.
      O ile oczywiście nie okaże się że wpływy tych wszystkich cudacznych profesorów nie są większe niż nam się wydawało. 

        

sobota, 25 stycznia 2020

Czy TVP staje do walki o Kościół w dniach ostatecznych?


       Przyznam zupełnie uczciwie, że z wielorakich względów, których nie mam ochoty tu dziś wspominać, programu Jana Pospieszalskiego „Warto rozmawiać” zwyczajowo nie oglądam. Był oczywiście czas, kiedy, jeszcze przed wielu laty, kiedy telewizja była najpierw w rękach ludzi Jarosława Kaczyńskiego, a nawet przez pewien czas, gdy ów interes został przejęty przez kompletnie nowe towarzystwo, owszem, chętnie tam zaglądałem, no ale po pewnym czasie, po tym jak TVP przestała mieć dla mnie jakiekolwiek znaczenie, również wciąż tam obecny jakimś niezbadanym wyrokiem władzy Jan Pospieszalski przestał dla mnie istnieć. I tak już praktycznie zostało do dziś, kiedy stał się on jedną z głównych gwiazd publicznej telewizji. Czemu tak, jak już powiedziałem, jest to temat zarówno osobny, jak i nieinteresujący.
      To co muszę jednak dziś przyznać, to fakt, że gdy chodzi o samego Jana Pospieszalskiego, on jest w pewnym sensie moim kolegą. To znaczy, oczywiście, nie spotykamy się, nie odwiedzamy, ani nawet do siebie nie dzwonimy i nie ślemy maili, natomiast jak najbardziej jesteśmy na ty i ile razy przyjdzie się nam na siebie trafić, zamieniamy parę niezobowiązujących słów. I to jest akurat też powód, dla którego uznałem już jakiś czas temu, że choć Pospieszalski w ostatnich latach zachowuje się moim zdaniem jak kompletny bałwan, w dodatku bałwan z bardzo poważną nutą cynizmu, nie będę się tu nim zajmował i w ogóle najchętniej w ogóle nawet o nim nie będę wspominał. Niedawno wprawdzie złamałem tę obietnicę tekstem, gdzie przyszło mi opisać jego telewizyjny występ w obecności czterech ściągniętych do studia los cataros, którzy jak jeden mąż wezwali nas do pokuty, jałmużny i modlitwy różańcowej na rzecz wyrwania papieża Franciszka z sieci szatańskiego zniewolenia, no ale po jego opublikowaniu obiecałem sobie, że nigdy więcej.
      I oto dziś łamię dane sobie słowo... na szczęście jednak nie do końca, gdy chodzi o samego Pospieszalskiego, którego akurat od dziś zamierzam tu traktować jako pierwszego podejrzanego, bo on w tym wszystkim, choć zajmuje tu pewne wyjątkowo parszywe miejsce, pozostaje w gruncie rzeczy bez znaczenia dla sprawy, którą uważam za ważną. Otóż, jak się ledwie co wczoraj miałem okazję dowiedzieć, do najnowszego wydania wspomnianej audycji „Warto rozmawiać”, zaprosił Jan Pospieszalski pewnego emerytowanego arcybiskupa, Jana Pawła Lengę, jak informuje Wikipedia, „marianina, arcybiskupa ad personam, administratora apostolskiego Kazachstanu w latach 1991–1999, biskupa diecezjalnego Karagandy w latach 1999–2011, od 2011 biskupa seniora diecezji Karagandy”, którego w dniu 5 lutego 2011, gdy ksiądz arcybiskup ledwie co skończył 60 rok życia, papież Benedykt XVI z nieznanych nam powodów odwołał z urzędu i wysłał na emeryturę, a ten wrócił z Kazachstanu do Polski i zamieszkał w domu księży marianów w Licheniu Starym.
        Powstaje oczywiście natychmiast pytanie, jaki interes ma Jan Pospieszalski do wspomnianego arcybiskupa. Otóż, jak się okazuje, abp Jan Paweł Lenga jest pogrążony w ciężkiej obsesji w temacie papieża Franciszka, którego uważa za zdrajcę Chrystusa oraz masona, o którym nie mówi inaczej jak Bergoglio i, jak można wywnioskować z jego wypowiedzi do mikrofonu Jana Pospieszalskiego, gdyby jakimś cudem przyszło mu się zagapić i użyć słowa „Papież”, czy nie daj Boże „Ojciec Święty”, to by zwyczajnie zszedł na zawał serca. A ten rodzaj zbłąkania Pospieszalskiemu bardzo pasuje do tematu kolejnej audycji, bo choć rozmawiać oczywiście warto, to jeszcze lepiej jest gadać.
      A ja dziś już wiem, choćby z wcześniejszych audycji reżyserowanych przez Jana Pospieszalskiego, że Lenge się tam znalazł wyłącznie z tego jednego powodu, że i Pospieszalski jest głęboko przekonany, że papież Franciszek to żaden papież, ale podstępny satanista, którego piekielne hordy zesłały nam do Watykanu, by pokazać Jezusowi, że cała ta Jego gadka o bramach piekielnych jest funta kłaków warta. I w tej sytuacji mamy przed sobą dwóch beznadziejnie opętanych Strażników Kościoła W Dniach Ostatecznych”, a ja przyznam szczerze, że zarówno ich, jak i ich szaleństwo, mam głęboko w nosie. To co mnie natomiast martwi bardzo mocno i w sposób oczywisty sprawia, że piszę dziś ten tekst, to fakt, że ten rodzaj antykościelnych demonstracji toleruje polska telewizja państwowa. Ja wiem, że warto rozmawiać i, mimo pewnych wątpliwości, przeciwko tym często kompletnie pustym gadkom nie mam absolutnie nic, kiedy jednak widzę, że tu nie ma żadnej rozmowy, a jedynie antykościelna propaganda, udająca ludową pobożność, to ja przepraszam, ale protestuję. Ludowa pobożność bowiem nie ma nic wspólnego z systemowym atakowaniem księży, biskupów, a przede wszystkim papieża; ludowa pobożność to posłuszeństwo, codzienna modlitwa i pysk zamknięty na kłódkę.
       Ale jak mówię, nie chodzi mi najbardziej o Księdza Arcybiskupa, który jest już być może wyłącznie szalonym staruszkiem i ma w związku z tym swoje prawa, ani o Pospieszalskiego, który, co widzimy bardzo wyraźnie, jest zwykłym durniem, ale o TVP. Jeśli oni, teoretycznie, jak rozumiem, nadzwyczaj skoncentrowani na tak zwanej misji, pozwalają na to, by ludzie którym płacą, i to, jak rozumiem, płacą nie najgorzej, uprawiali antykościelną propagandę, to ja niniejszym oświadczam, że oczekuję, by od najbliższego tygodnia Telewizja Polska zlikwidowała program „Warto Rozmawiać”, a w jej miejsce wrzuciła internetowe jaja Jerzego Urbana. Przynajmniej nikt się nie da nabrać.
      I już na sam koniec, refleksja końcowa. Otóż proszę sobie wyobrazić, że ostatecznie obejrzałem rozmowę Pospieszalskiego z abp. Lenge od początku do końca i nie mogłem nie zauważyć, że przez cały ten czas na dolnym pasku ekranu pojawiały się komentarze internautów, niemal wszystkie w jednym i niezmiennym tonie: Kościół Rzymsko-Katolicki to kłamstwo. I tu zatem mam zarówno do Pospieszalskiego, jak i do TVP jedno tylko pytanie, jak oni sądzą, ile osób po obejrzeniu owego antykościelnego szczucia uznają, że trzeba się za Kościół modlić, a ilu wybierze drogę znacznie prostszą i przystąpią do Zielonoświątkowców, Adwentystów Dnia Siódmego, albo do Diabeł jeden wie kogo?






piątek, 24 stycznia 2020

Czy Sędzia Tuleya ma wypalone włosy pod pachą?


     Przypomniałem sobie niedawno pewną scenę ze swojego pierwszego w życiu egzaminu na studia, kiedy to siedziałem na przeciwko pewnej pani doktor habilitowanej – którą zresztą po latach miałem okazję poznać już bardziej osobiście – próbowałem jakoś układać sobie w głowie i na języku odpowiednie słowa, a ona przez cały czas gryzła ziarnka słonecznika i skorupki wypluwała przed siebie. Nie twierdzę oczywiście, że ona mnie nimi trafiała w mój krawat, ale owszem trochę mnie ten nastrój ciężkiego znudzenia demobilizował. Nie twierdzę też, że to przez te łupinki ów egzamin oblałem i musiałem po roku próbować jeszcze raz, no ale pamiętam to i przez te wszystkie lata ogarniają mnie w związku z tamtym doświadczeniem różne refleksje.
       Przypomniałem sobie na przykład ową panią doktor jakiś czas temu, gdy bohaterem różnego rodzaju medialnych doniesień stał się sędzia Tuleya i przy tej okazji w telewizorze zaczęto go od czasu do czasu pokazywać w pracy, a więc za stołem sędziowskim. Patrzyłem na niego pierwszy raz w życiu, kiedy obłożony tymi wszystkimi aktami, czy to ogłasza wyrok, czy może już go uzasadnia, i siedzi w tej zblazowanej ciężką nudą pozycji, z łbem opartym na prawej dłoni, no i – co mnie autentycznie zszokowało – bez sędziowskiego łańcucha, który zwykle symbolizuje to, że jest on w tym momencie przedstawicielem Polskiego Państwa.
        Potem jeszcze parokrotnie zdarzyło mi się  oglądać Tuleyę przy innych okazjach i za każdym razem tylko nabierałem podejrzenia, że on tego łańcucha przed rozprawami w ogóle nigdy nie zakłada i już tylko chciałem wiedzieć, dlaczego. Najprościej byłoby podejrzewać, że on – kiedy się przyjrzymy jego politycznej aktywności – robi to na zasadzie zwykłej demonstracji, która ma pokazać, że on nie uważa się za przedstawiciela Polskiego Państwa, które go zdradziło i każdego kolejnego dnia nadzwyczaj spektakularnie w dalszym ciągu zdradza, ale za emisariusza jakiejś tam władzy tymczasowej, aktualnie na wewnętrznym wygnaniu, która nie chce mieć z Polską, jaką on musi dziś cierpieć, nic wspólnego. No ale brałem też pod uwagę, że może to nie o to całkiem chodzi. Może on aż tak daleko w swoim obłędzie się nie posunął; może on w ogóle nie znosi tego łańcucha, bo jest albo za ciężki, albo łaskocze go w szyję, albo po prostu, kiedy mu ten łeb ze znudzenia spada na bok, tak że musi go podpierać dłonią, to ów orzełek wpada mu pod pachę i go tam drapie. A wyglądało to tak:



       Przyznam szczerze, że sprawa ta do dziś pozostaje dla mnie niewyjaśniona, zwłaszcza że ani nasi politycy, ani zwykle tak czujne na różnego rodzaju publiczne ekscesy media, co do owego dziwnego zachowania nawet się nie zająknęły, że już nie wspomnę o tym, by się tego cudaczka zapytały, czemu on się tak prowadzi. Natomiast parę dni temu stało się jednak coś, co mi każe podejrzewać, że sędzia Tuleya przynajmniej wie, że, jeśli jemu czy któremuś z jego znajomych z gangu, zależy by być traktowanym poważnie, ów łańcuch nie dość że powinien na szyi wisieć, to jeszcze w jak najbardziej symetrycznej pozycji. O czym mówię? Otóż kilka dni temu niesławna telewizja Al Jazeera zwróciła się do Tuleyi z prośbą, by on się tam pokazał i opowiedział światu o tym, jak to nacjonalistyczna władza w Polsce, przez prowadzoną przez siebie od lat kampanię nienawiści wobec władzy sądowniczej, doprowadziła do tego, że Tuleya nie może normalnie jak człowiek wyjść na ulicę, bo zostanie w jednej chwili zaatakowany przez bojówki złożone z piłkarskich kibiców, nazistowskich działaczy, oraz wściekłych staruszków wynajętych przez Prawo i Sprawiedliwość. I proszę sobie wyobrazić, że już na samym początku owej rozmowy, swoją drogą bardzo profesjonalnie wyreżyserowanej na wzór znanych nam z naszego lokalnego podwórka propagandowych reportaży, zapewne w celu zaprezentowania widzom sędziego Tuleyi, jako poważnego państwowego urzędnika, szanującego zarówno swój zawód jak i związane z nim obowiązki, przez dłuższą chwilę filmuje Tuleyę, jak ten bardzo starannie i z najwyższą uwagą zawiesza na szyi swój sędziowski łańcuch, następnie z równą pieczołowitością dba o to, by orzełek spoczywał dokładnie na samym środku tego krawacika, który mu zwisa spod brody, a następnie zaczyna się z poważną miną wpatrywać w kamerę. Co jednak ciekawe, nie jest tak, że ci cwaniacy na katarskiej pensji wypatrzyli Tuleyę, jak się przygotowuje do kolejnej rozprawy, ale prawdopodobnie poprosili go, by on ten łańcuch założył sobie do tego wywiadu i żeby go odpowiednio długo sobie na tej todze układał. Ale owszem, cała rozmowa jest nagrywana jak najbardziej na sali sądowej, Tuleya jest przebrany za sędziego nie tylko gdy chodzi o ten łańcuch, ale ma na sobie odpowiednią togę i siedzi za stołem, a ja już się tylko zastanawiam – skoro już zostało bezsprzecznie ustalone, że sędziowie, którzy poszli na niedawną demonstrację w pełnym sędziowskim umundurowaniu, złamali przepisy – czy to co on tu robi na polecenie telewizji Al Jazeera nie jest jeszcze gorsze. Jeszcze tego pewnie brakowało, by oni mu kazali tam wrzucić na sędziowski stół cała kupę tych akt i w ten sposób mu zrobić jeszcze bardziej poważne tło. No ale rzućmy okiem na ten cyrk:

        No ale, jak wiemy, te nasze rozważania tak naprawdę nie mają najmniejszego sensu, zwłaszcza, że jak wiemy, tu się toczy walka na znacznie większej scenie, niż tej zaaranżowanej przez telewizję Al Jazeera, i jeżeli ostatecznie uda się nam zarówno Tuleyę, jak i resztę tych oszustów, posadzić tam gdzie jest ich miejsce, to z całą pewnością nie przez ten głupi wywiad. Natomiast uważam, że i tak trzeba by było w odpowiednim momencie go spytać, czemu on zakłada swój sędziowski łańcuch tylko wtedy, gdy zamierza szczuć na swój kraj. A następnie tym łańcuchem, zakładając że on jest faktycznie ciężki, przejechać przez wspomniany już parokrotnie łeb.



czwartek, 23 stycznia 2020

Donna Donna, czyli co się przewozi w bydlęcych wagonach


       W życiu bym nie przypuszczał, że przyjdzie taki moment w życiu tego bloga, że wśród kto wie, czy nie kilkunastu tysięcy etykiet, jakimi oznaczałem te teksty znajdzie się również nazwisko europosłanki Sylwii Sprurek. Mało tego. Gdyby ktoś mi wcześniej powiedział, że nadejdzie dzień, gdy ja postanowię poświęcić cały tekst obronie Sylwii Spurek przed atakami tak zwanych „naszych”, to w ogóle bym wzruszył ramionami i w jednej chwili o tym czymś zapomniał. Ponieważ jednak z jednej strony uznałem dziś za stosowne wziąć ją w obronę, przy tym jednak sumienie nie pozwala mi, by ją bronić w sposób bezwzględny, to umówmy się, że w pierwszej części tego tekstu wezmę tę wariatkę w obronę, a następnie jej przyłożę tak, że się od tego nie pozbiera.
      O co poszło? Otóż, jak pewnie część z nas już wie, owa Spurek, kobieta dotychczas znana głównie ze swojej działalności na rzecz walki z systemowym gwałceniem krów w tym jednym jedynym celu, by, kiedy one urodzą i wejdą w fazę karmienia, móc je następnie w nieskończoność bezkarnie doić, opublikowała na swoim profilu na Twitterze obraz przedstawiający prowadzone na rzeź krowy w oświęcimskich pasiakach. Wspomniany obraz nie był wprawdzie ani dziełem Spurek, ani nawet jej pomysłem, lecz pracą malarską pewnej australijskiej artystki, która całą swoją twórczość poświęciła walce z mordowaniem zwierząt, stało się jednak tak, że wszystkie możliwe gromy, jakie po owej publikacji się posypały, nie spadły na ową artystkę z Australii – która, zauważmy swoją drogą, że nie tylko ten jeden raz i nie tylko wczoraj, czy przedwczoraj, nawiązała w swojej twórczości do Holocaustu – lecz na Spurek właśnie. Ktoś się zapyta, czy nie było może tak, że ów wpis Spurek zawierał jakieś kontrowersyjne sformułowania w rodzaju sugestii, że Żydzi gazowani w Auschwitz to bydło, czy że picie mleka to nowy Holocaust. Otóż nic podobnego. Ów twit jest całkowicie niewinny i brzmi następująco:
Jo Frederiks daje do myślenia, otwiera oczy na to, jak traktujemy zwierzęta. Ten obraz przypomniała Fundacja_Viva dobrze, bo czas na poważną dyskusję o traktowaniu zwierząt, o warunkach, w jakich żyją, o tym, jak je zabijamy. Czy to jest humanitarne? Czy to nadal rolnictwo?
      Co my tu mamy? Nic takiego, moim zdaniem, co by w ogóle zasługiwało choćby na splunięcie. Tekst – a przy okazji i obrazek – taki jak setki tysięcy, czy miliony, jakie ukazują się w przestrzeni publicznej od lat, i to nie tylko gdy chodzi o środowiska histeryzujące na temat hodowli zwierząt, ale nawet w kwestii używania symboliki Holocaustu do podkreślania wszelkich innych, choćby nawet nieporównywalnych z Holocaustem zjawisk. A czymże innym, jak nie tym właśnie była kultowa wręcz w wielu bardzo postępowych, ale i nie tylko, środowiskach piosenka „Donna Donna”, napisana, co warto podkreślić, przez dwóch utalentowanych autorów o nazwiskach Sholom Secunda i Aaron Zeitlin, a zaśpiewana przez Joan Baez, której leitmowtyw stanowi obraz wagonów wiozących bydło na rzeź. I co się stało, kiedy owa piosenka po raz pierwszy zabrzmiała w publicznej przestrzeni? Ktoś się obraził? Ktoś protestował? Nowojorscy Żydzi może podnieśli wrzask na owo rzekome obrażanie pamięci mitycznych „pięciu milionów”?
       A to się dzieje właśnie dzisiaj. Spurek, za wklejenie tego beznadziejnego obrazka, jest atakowana i to nie tylko przez takie organizacje jak Amerykański Komitet Żydowski, From The Depth znanego nam skądinąd Jonny’ego Danielsa, czy nasze Stowarzyszenie Polskich Rodzin Ofiar Obozów Koncentracyjnych, ale również przez takie instytucje jak kandydat na Prezydenta RP, Krzysztof Bosak, który zarzuca Spurek, że ta „porównuje obozy koncentracyjne do hodowli bydła”, czy – uwaga, uwaga – portal TVP Info tytułujący swój główny materiał na swojej stronie internetowej: „Porównała bydło do ofiar III Rzeszy”. Swoją drogą, mógłby się Pereira dogadać z Bosakiem, kogo Spurek porównała do kogo: bydło do Żydów, czy Żydów do bydła.
       Skoro już to mamy załatwione, chciałbym wejść, nomen omen, into the depth i poruszyć kwestie, które jakimś cudem poruszane nie są. Otóż przede wszystkim, ja nie mam pretensji do Spurek, że ona tak strasznie przeżywa los zwierząt. Jak już tu wspomniałem, nie ona jedna i nie ona najbardziej. Powiem więcej, ja tę postawę, zakładając, że ona jest szczera, tak jak to jest niewątpliwie w przypadku piosenkarza Morrisseya, w pewnym sensie szanuję. Ten rodzaj wrażliwości, kiedy człowiek patrzy na te wszystkie mordowane świnie, owce, czy cielęta i nagle widzi Auschwitz, robi naprawdę wrażenie. Co więcej, ja wierzę głęboko, że Spurek w istocie rzeczy przejmuje się losem tych krów. Wbrew pozorom, granica między rozsądkiem, a obłąkaniem wcale nie jest taka gruba. Natomiast bardzo mnie tu zastanawiają dwie rzeczy. Pierwsza to ta, że reakcja – pomijając oczywiście TVP Info i Bosaka, którzy Spurek nienawidzą i tylko czyhają na to, by jej się przydarzyła jakaś przykrość – opinii publicznej na to co ona zrobiła, publikując obraz tej Australijki, jest w sposób oczywisty dęta. Jeśli dziś się okazuje, że cała masa Żydów, którym nie dość, że dotychczas nie przeszkadzała ani piosenka „Donna Donna”, ani nawet wegańskie manifestacje owej Frederiks, chce Spurek za to co zrobiła wsadzić za kraty, to znaczy, że coś tu jest bardzo grubo szyte. I podejrzewam, że świetnie wiem, o co chodzi. Dziś jak wiemy, rozpoczyna się niesławny rusko-żydowski event w Jerozolimie, podczas którego, jak można podejrzewać, dojdzie do próby linczu na Polsce i Polakach. Ponieważ Polska, dzięki godnościowej polityce swojego rządu, oraz godnej jak najbardziej postawie samych Polaków, nie jest tu wcale taka bezbronna, a dodatkowo jeszcze już za parę dni dojdzie do bardzo poważnych uroczystości na terenie Auschwitz, gdzie parę słów prawdy świat usłyszy, nie zdziwiłbym się gdyby ktoś tam gdzieś tam postanowił wykorzystać szaleństwo Spurek i użyć ją w swoich wcale już nie tak szaleńczych celach.
       I znów ktoś powie, po co komu kompromitacja Spurek? Komu może zależeć, szczególnie na wyższych poziomach tej sceny, by tę nieszczęsną kobietę wbić w ziemię? Otóż tu wcale nie chodzi o Spurek. Ona sobie świetnie poradzi i nic jej nie będzie. W końcu nawet Jarosław Kaczyński wie, że miłość do zwierząt potrafi człowiekowi zawrócić w głowie. Jest jednak bardzo możliwe, że ona, przy okazji swojej dbałości o los krów, postanowiła upiec dwa sojowe kotlety – a kto wie, czy nie trzy, jeśli przyjąć, że jej za jej twitterowy komentarz zapłacono – na jednym ogniu, i załatwić swoje porachunki z Polską właśnie. A zatem tu moim zdaniem wcale nie o Spurek chodzi, ale o, jak to wciąż słyszymy, polską europarlamentarzystkę. Nikt bowiem na świecie nie zastanawia się dziś, co to za jedna ta Spurek i co ona ma wspólnego z Polską, poza tym, że w owym Europarlamencie reprezentuje Polskę właśnie. I taka zatem dziś płynie wiadomość w świat: Polska porównała zagazowanych w Auschwitz Żydów do bydła.
      I, powiem szczerze, niewiele by mnie to obchodziło, gdyby nie fakt, że to jest również informacja, którą przekazuje portal TVP Info. I nie ma znaczenia, że oni zamiast słowa „Polska” dają nazwisko Spurek. To już akurat obchodzi tylko małą grupkę interesujących się polityką pasjonatów, takich jak my. Reszta wejdzie w to kłamstwo jak te krowy do wagonów.





środa, 22 stycznia 2020

Sześć krótkich kawałków w oczekiwaniu na pierwsze śniegi


Kolejny numer "Polski Niepodległej" jeszcze przed nami, my tu jednak jesteśmy mało cierpliwi, a w związku z tym już dziś, specjalnie dla czytelników tego bloga, najnowsze wydanie moich krótkich kawałków do śmiechu. Zapraszam.


Gdy czytelnicy „Polski Niepodległej” dostaną do rąk jej najnowsze wydanie, sprawa od której chciałem zacząć dzisiejszą „tablicę” będzie już zapewne zapomniana przez najbardziej nawet znudzone psy, jednak oto właśnie niesławny marszałek Tomasz Grodzki, z wielkim hukiem i z charakterystycznym dla siebie zadęciem, ogłosił że w tych dniach odbędzie – jak sam się chwali, „półprywatne” – spotkanie z demokratyczną przewodniczącą amerykańskiej Izby Reprezentantów, panią Nancy Pelosi, która w drodze na rusko-żydowski event w Jerozolimie postanowiła zahaczyć o Auschwitz. Proszę się wsłuchać w dźwięk tej trąby:
Żeby było ściśle i jasno: to nie ja chcę się spotkać, tylko pani Nancy Pelosi chce się spotkać ze mną. Jest to dla mnie zaszczyt, że kobieta, która według wielu uchodzi za drugą najpotężniejszą kobietę na świecie po pani kanclerz Merkel, chciałaby porozmawiać z marszałkiem polskiego Senatu”.
No i teraz coś równie dobrego. Gdyby ktoś chciał wiedzieć, czemu Grodzki nie odmówił randkowej propozycji pani Pelosi, mamy równie charakterystyczne co poprzednie wyjaśnienie:
Pomijając już fakt, że pani Nancy Pelosi jest kobietą, ja jestem mężczyzną i dżentelmeneria nakazuje odpowiedzieć na takie zaproszenie”.  
Wczoraj w telewizji wystąpił poprzednik senatora Grodzkiego, Stanisław Karczewski i zauważył, że pod względem intelektualnym, Grodzki ostatnio zaczął się niebezpiecznie zbliżać do Lecha Wałęsy. Otóż ja bym tu chciał pana Bolesława wziąć w obronę. Przy wszystkich bowiem jego słabościach, on akurat nigdy by sobie nie pozwolił na to, by ogłosić, że dla niego spotkanie z szefową amerykańskich demokratów to „zaszczyt”. Inna sprawa, że czegoś takiego nie moglibyśmy się spodziewać nawet po tej cizi, która się ostatnio z Grodzkim prowadza. Ludzie, choćby i najmniej ważni, jednak się szanują.

***

 A przecież nie zapominajmy, że konkurencja w postaci Lecha Wałęsy jest bardzo silna. Oto w reakcji na wiadomość, że prezydent Duda pojawił się w Katowicach na spotkaniu z  miejscowymi działaczami Solidarności, ów dziwny człowiek, na swoim facebookowym profilu, prawdopodobnie bardziej słynnym na całym świecie niż Nancy Pelosi, oświadczył co następuje:
Panie prezydencie Duda. Jako współtwórca i Przewodniczący od zarania do odejścia na urząd Prezydenta zabraniam Panu kategorycznie powoływać się na historyczną Solidarność. Za postawę jaką Pan prezentuję, za burzenie systemu trójpodziału władz o który Solidarność walczyła, za łamanie Konstytucji, za kłamstwa, manipulacje i pomówienia. Jestem przekonany, że Solidarność tamtych czasów by to z hukiem zrobiła, by Pan nie kalał jej szeregów”.
Przyznaję, że powyższy tekst częściowo edytowałem, by stał się bardziej czytelny, natomiast gdy chodzi o ostatnie zdanie, to jestem bezradny i zostawiam je w stanie w jakim ono wyszło spod laptopa pana Bolesława. Muszę jednak przy tym oddać Wałęsie, co mu się należy i przyznać, że on się jednak tym razem postarał. Przecież mógł zacząć ten wpis od słów „Słuchaj no Duda”, no i nie zwracać się do Prezydenta słowami „Pan” i „Panu”, a już z pewnością nie pisanymi wielką literą, a tu – proszę! Pełna dżentelmeneria, że pozwolę sobie ponownie zacytować marszałka Grodzkiego.

***

 No dobra, dość już tych złośliwości. Dziś chciałem pochwalić bardzo dwóch wybitnych prawników, byłych prezesów Trybunału Konstytucyjnego, Andrzeja Rzeplińskiego oraz Jerzego Stępnia za ich wypowiedzi na temat Krajowej Rady Sądownictwa. Najpierw może wielce szanowny pan sędzia Stępień:
KRS w praktyce jest miejscem zaklepywania kandydatów na sędziów. Każdy przychodzi tam ze swoimi kandydatami i dba o to, żeby to oni właśnie przeszli. Dotyczy to także polityków, do których odpowiednie osoby potrafią dotrzeć. To nie jest najlepsze miejsce na decydowanie o tym, kto zostanie sędzią. KRS dba o interesy korporacji sędziowskiej, natomiast nie jest organem, który naprawdę dba o prawdziwą niezawisłość”.
A teraz nauki kolejnego wybitnego prawnika, Andrzeja Rzeplińskiego:
Krajowa Rada Sądownicza to państwowy związek zawodowy konserwujący interesy źle służące polskiemu sądownictwu. Media informują o wcale licznych jak na profesję ludzi o nieskazitelnych charakterach, aferach korupcyjnych, pijanych sędziach w gmachach sądów i pijanych sędziach za kierownicą samochodów. Sędziach, sprawcach przestępstw pospolitych. Co do części tych afer, dotychczasowe mechanizmy ustawowe, korekcyjne, są bezradne wobec siły układu. Dodam, korporacyjnego układu”.
Ktoś mi powie, że ja nie powinienem tak wychwalać obu panów, posługując się aż tak bezczelną manipulacją, bo to co oni gadali lata temu – a są to w rzeczy samej wypowiedzi sprzed wielu lat – nie ma nic wspólnego z tym, co oni głoszą dziś. No dobra, przyznaję, trochę tu pokałamałem, ale miałem w tym prawdziwie szczytny cel. Otóż chciałem zwrócić uwagę na to, że gdy oni w tak bezpośredni i brutalny sposób atakowali niezależne sądownictwo, środowisko, by już nie wspomnieć o głosach ze strony instytucji unijnych, nie reagowało jednym słowem sprzeciwu. Czy to możliwe, że wówczas wszystkie zainteresowane strony wiedziały, że to tylko takie „jaja”, a poważnie się zrobiło dopiero teraz? No, no! To by naprawdę był hit.

***

 Wygląda jednak na to, że faktycznie sytuacja zrobiła się naprawdę poważna. Dziś już sędziowie nie zataczają się po budynkach sądów, ani nie rozjeżdżają na drogach swoich niedoszłych klientów, ale wydają wyroki. Oto, jak się dowiadujemy, pewien toruński sędzia, po rozpatrzeniu sprawy przeciwko dwóm rzezimieszkom, którzy najpierw uwięzili pewną kobietę, następnie ją przez trzy godziny torturowali, między innymi obcinając jej palce, by na końcu wbić jej siekierę w głowę i w ten spektakularny sposób pozbawić ją życia, uznał, że nie mamy tu do czynienia z „zabójstwem ze szczególnym okrucieństwem” i obu wlepił po 25 lat, tak by gdy wreszcie Prawo i Sprawiedliwość utraci władzę, oni mogli znów korzystać z pełnej wolności. W końcu wolność to podstawa, prawda? Wolność, demokracja i niezależne sądownictwo.

***

Swoją drogą, to bardzo interesujące, że, pomijając samych zainteresowanych, oraz grupki zaczadzonych antypisowską propagandą obywateli, najbardziej w obronę odchodzących w ostateczną niesławę sędziów zaangażowali się sami faktyczni i domniemani  przestępcy. Gdy popatrzeć na listy obecności kolportowane przy okazji przeróżnych organizowanych przez korporację i zaprzyjaźnionych z nią polityków, to znajdziemy tam już niemal wyłącznie jakichś cwaniaków walczących o to, by nie trafić za kraty. A więc mamy tam dawnego działacza Solidarności Piniora, obecnego senatora Koalicji Obywatelskiej Gawłowskiego, dziennikarza Najsztuba, i kto wie, kto tam jeszcze robi za ten tłum? Kto wie, ilu z tych, których twarze znamy z telewizji, przychodzi tam, bo wie, że jeśli nie uda się powstrzymać zmian, to i na nich przyjdzie kolej? Kto wreszcie wie, czy tam w tym tłoku nie znajdują się również pospolici złodzieje, oszuści, czy bandyci, którzy po odsiedzeniu swoich wyroków nie mają w sercu nic innego jak tylko pragnienie, by się zemścić i pozbawić władzy tych, którzy tak naprawdę, przez swoją wieloletnią działalność, w pierwszej kolejności doprowadzili do tego, że oni skończyli tak jak skończyli?

***

Swoją drogą, ciekawe co tam słychać u takiej choćby pisarki Marii Nurowskiej. Oto w tych dniach na swoim facebookowym koncie napisała ona coś takiego:
Nie wiem, jak Wy, ale ja już nie wytrzymuję tego,co się dzieje... Z jednej strony mafia, która rujnuje to wszystko, na co pracowaliśmy 30 lat, na szacunek i godne miejsce wśród wolnych narodów Europy, a z drugiej podzielona, bezradna opozycja! W czasie wojny moi rodzice, oboje byli w podziemiu, a ponadto w lesie, w tunelach do przechowywania sadzonek (ojciec był leśnikiem) ukrywało się kilka rodzin żydowskich, aby przetrwać, rano wypijali szklankę samogonu. Może pójdę w ich ślady...”.
To „w podziemiu, a ponadto w lesie” jest dobre samo w sobie, ale mój optymizm szczególnie wzrasta na wiadomość, że pisarka Nurowska przerzuci się na bimber, do tego wciągany szklankami. Może ten zwyczaj się spopularyzuje wśród znajomych pani Marysi i w ten sposób, po krótkim czasie będziemy ich mogli zapakować na taczki i wywieźć poza mury miasta. Nawet nie trzeba będzie marnować publicznych pieniędzy na wyżywienie.





wtorek, 21 stycznia 2020

Uniwersytet według Kiepskich

      Parę dni temu, na portalu TVN24, który, owszem, obserwuję, wpadłem na rozmowę z nieznaną mi, ale posiadającą nazwisko, prof.dr hab. Krystynę Skarżyńską, naukowczyni z dziedziny tak zwanej psychologii społecznej, która zabrała głos na tematy bieżące – w końcu, czym się mogą dziś zajmować psychologowie, nawet z tytułami profesorskimi, jak nie tematami bieżącymi – i wyraziła rozczarowanie faktem, że mimo tragicznej śmierci prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza, wbrew nadziejom ludzi wrażliwych i kulturalnych, poziom nienawiści nie zmalał, lecz, wręcz przeciwnie, nawet się podniósł. Zaproszona przez TVN24 pani psycholożka – przypomnijmy, że profesorka jak najbardziej zwyczajna – przeprowadziła w tej sprawie badania i z owych badań wyszło jej, że od ubiegłorocznego nieszczęścia doszło do takich przejawów nienawiści, potraktowanie przez opinię publiczną strajkujących nauczycieli, czy dziś marszałka Grodzkiego. Dokładnie rzecz biorąc, interesujący nas fragment wypowiedzi pani profesor brzmiał tak:
Poziom agresji w polskiej polityce w zeszłym roku tylko się zwiększył. Atakowano nauczycieli, sędziów, Adama Bodnara, teraz atakuje się marszałka Grodzkiego. Choć nie było kolejnej tragedii, nie znaczy to, że jest dobrze. Powinniśmy jak najszybciej zacząć pracować nad polityką opartą na współpracy”.
      Przeczytałem sobie ten tekst i nie mogłem nie pomyśleć sobie, że to jest naprawdę niezwykłe, że oto z jednej strony mamy do czynienia z jak najbardziej koncesjonowanym pracownikiem uniwersytetu, z tytułem profesora doktora habilitowanego, osobę jak rozumiem z na tyle wielkim autorytetem, że zaprasza się ją do głównych polskich mediów, by się tam wypowiadała na tematy, którymi się zajmuję w sposób czysto naukowy i ona to robi w taki oto sposób, że chyba nawet dwie tępe nauczycielki na długiej przerwie by się nie powstydziły.
      - No i popatrz tylko, ile tej nienawiści, gdzie tylko człowiek nie spojrzy. Ledwo co skończyli z nami nauczycielami, to wzięli się znowu za tego marszałka Grodzkiego.
     - No i jeszcze ten Bodnar. Wyobrażasz sobie? To jest naprawdę okropne. A wydawało się, że po tym jak ten pisowiec zasztyletował prezydenta Gdańska, ludzie się opamiętają i zaczną wspólnie pracować nad polityką współpracy.
      - Jak o tym myślę, to ja bym tego Kaczora rozszarpała na drobne strzępy. Jak w ogóle można tak traktować ludzi?
      - Szkoda gadać, no ale za chwilę dzwonek, muszę iść się użerać z tym idiotą Kowalskim.
     Oto mamy przed sobą kogoś takiego jak owa Skarżyńska, profesor doktor habilitowana, od lat trudniąca się zawodowo badaniem zachowań społecznych z punktu widzenia nauk psychologicznych, nauczająca jak rozumiem studentów tych wszystkich tajemnic, występująca przed nimi ze swoimi niezwykle głębokimi wykładami, i okazuje się, że jedyne co ona wie, to to, że mimo tak strasznej śmierci Pawła Adamowicza, owa pisowska nienawiść wciąż się szerzy, to na nauczycieli, to sędziów, to na rzecznika Bodnara, no i wreszcie dziś na marszałka Grodzkiego. Czy to możliwe, że ktoś o tak wysokiej pozycji w owej hierarchii mógł się doprowadzić do takiego stanu, że nagle stosunek części obywateli do rzecznika Bodnara i marszałka Grodzkiego stały się dla niego tematem do refleksji naukowych?
        Kiedy się zadręczałem pytaniem, co się do cholery dzieje z tymi wszystkimi profesorami, objawił mi się jak flaszka pierwszej klasy singla z samego nieba, tym razem znany mi już od dłuższego czasu krakowski profesor Jan Zimmermann, który swą medialną karierę buduje na fakcie, że był promotorem pracy doktorskiej prezydenta Andrzeja Dudy, no i wciąż ma pod jego adresem różne żale pod tytułem „Jak ja mogłem wypuścić takiego durnia?” Tym razem, w związku z jednoznacznie krytyczną wobec środowisk sędziowskich wypowiedzią Prezydenta na którymś z wieców, ów profesor nie wytrzymał i oświadczył co następuje:
 Tą wypowiedzią, i tymi poprzednimi sprzed paru dni, jestem zupełnie wstrząśnięty. Jestem od prawie pięćdziesięciu lat pracownikiem Uniwersytetu Jagiellońskiego, w tym prawie trzydzieści lat profesorem prawa. Jestem także profesorem, który opiekował się panem Dudą i był promotorem jego doktoratu. Pan prezydent studiował na uniwersytecie i uczył się od bardzo wielu wybitnych profesorów i powinien szanować ten zawód profesora prawa, a w tej wypowiedzi po prostu obraża autorytet tego zawodu, autorytet profesorów prawa.
Pan prezydent przekroczył jakąś linię, której się dotąd trzymał. Robił różne błędy, robił różne rzeczy, które były niezgodne z prawem, które politycznie były naganne, które nawet były może żenujące czy zawstydzające obywatela, ale teraz przekroczył tę granicę. Zaczął atakować ludzi i zaczął wkraczać w teren zostawiony normom etycznym, już nie tylko prawnym. Zaczął naruszać te normy etyczne. Obraża sędziów, obraża profesorów, obraża przedstawicieli Unii Europejskiej, którzy przyjeżdżają do Polski z dobrą wolą”.
        Czytam jeszcze raz tę wypowiedź i myślę sobie, że ona jest do tego stopnia obłąkana, że Czytelnicy pewnie pomyślą, że ja ją zwyczajnie zmyśliłem, a w najlepszym razie podrasowałem tak, by brzmiała zabawniej. Otóż nie. Ona jest jak najbardziej prawdziwa i zacytowana dosłownie, a jedyne co my z niej powinniśmy moim zdaniem wiedzieć, to to, że przede wszystkim oni są najzwyczajniej w świecie nie dość, że głupi, to jeszcze tak strasznie prymitywni, że tu już chyba nawet te wcześniej wspomniane panie nauczycielki nie dadzą rady. Przychodzi do nas ktoś taki jak ten Zimmermann i zapluwa się z oburzenia, że ktoś, choćby i sam Prezydent RP, nie dość że śmie obrażać sędziów i profesorów, to jeszcze posuwa się do tego, by brzydko mówić o „przedstawicielach Unii Europejskiej, którzy przyjeżdżają do Polski z dobrą wolą”. Czy Państwo to słyszą?
      W tych też dniach zabrał głos któryś z tej części sędziów, którzy zamiast przerzucać te tony akt, spod których oni rzekomo nie mogą się wygrzebać, siedzą na Twitterze, dając tam upust swoim kompleksom, i zwracając się do Prezydenta per „Panie Duda”, poinformował go,  że ten jest przede wszystkim złym człowiekiem, a ponadto marnym, ziejącym nienawiścią prezydentem, który w imię doraźnych celów szkodzi Polsce. W obronę owego sędziego zaangażował się poseł Platformy Obywatelskiej Paweł Zalewski, wyjaśniając, że w słowach sędziego nie było nic obraźliwego, bo jest przecież kwestią oceny, czy prezydent jest zły, czy dobry.
      A skoro tak, to – mając nadzieję, że nie tylko Paweł Zalewski zgodzi się ze mną, że ja nie mam zamiaru nikogo obrazić – powiem tylko, że każde złe słowo, każda obelga, każdy gest pogardy pod adresem tej bandy idiotów, nie jest w stanie ich dotknąć, a to z tego prostego powodu, że cokolwiek byśmy powiedzieli czy uczynili, to, gdy idzie o nich, będzie zawsze dużo za mało. Bo oni są zwyczajnie Kiepscy; właśnie tak – Kiepscy. A jeśli ktoś tu ma do mnie jakieś pretensje, to dodam, że przecież nie ma nic obraźliwego w tym, że porównuję profesorów prawa do sympatycznych bohaterów popularnego serialu.



Przypominam, że od pewnego czasu na moim blogu mogą zostawiać komentarze tylko tak zwani uczestnicy bloga. Aby zostać wciągniętym na listę, należy się o to zwrócić bezpośrednio do mnie i już. Mój adres k.osiejuk@gmail.com