sobota, 31 marca 2018

Gdy papież Franciszek prosi nas o modlitwę


Gdyby ktoś myślał, że na ten święty czas nie przygotowałem nic innego, jak tylko dwa rozdziały z mojej książki o muzyce, jest w dużym błędzie. Oto bowiem chciałbym dziś, w wigilię Zmartwychwstania Pańskiego, przedstawić swój najnowszy felieton z „Warszawskiej Gazety”, w przekonaniu, że to jest coś, co nam jest dziś potrzebne szczególnie mocno. Zapraszam i korzystając z tej okazji życzę wszystkim, zarówno stałym, jak i przypadkowym, czytelnikom wszelkich łask od naszego Pana Jezusa, który nam wciąż powstaje z martwych.   

      Powiem szczerze, że nie mam pojęcia, czy szczęśliwie należę do ogromnej większości, która o tej sprawie nie słyszała, czy wykazuję się tu wstydliwą niewiedzą, faktem jest jednak, że dopiero dziś poznałem nazwisko Marcial Maciel Degollado, a wraz z nim historię, którą ów człowiek nas obdarzył. Może opowiem. Otóż ów Marcial Maciel, dziś błąkający się po bezdrożach wieczności, kiedy jeszcze żył, był niezwykle wpływowym księdzem. Pochodził z bardzo  pobożnej meksykańskiej rodziny katolickiej, ktorej wielu członków było księżmi, a jego wuj, Rafael Guízar y Valencia, został nawet  kanizowany, jako jeden z meksykańskich świętych.
      Zanim w roku 1944, został ostatecznie wyświęcony, z przyczyn nigdy nie ujawnionych, dwukrotnie był wyrzucany z seminarium, by ostatecznie ukończyć studia prywatne. Jeszcze wcześniej, bo w roku 1941, założył tak zwany Legion Chrystusa, którego od początku był generalnym dyrektorem, a w roku 1959 stworzył jego świecki odpowiednik, Regnum Christi. Nieco wczesniej, bo w roku 1956, przebywał w szpitalu z powodu uzależnienia od morfiny, mimo to jednak, zachował wpływy i jako szef Legionu Chrystusa, oraz Regnum Christi zaczął otwierać szkoły, sieć uniwersytetów, a także szereg instytucji dobroczynnych i przez większość życia uważany był za jednego z największych dobroczyńców Kościoła. Podczas wizyt Jana Pawła II w Meksyku w roku 1979, 1990 i 1993 towarzyszył papieżowi, jako jedna z najbliższych mu osób i przez lata uważany był za jego przyjaciela.
      W roku 1997 grupa dziewięciu mężczyzn oskarżyła publicznie księdza Maciela o to, że jeszcze w latach 40 i 50 byli oni przez niego seksualnie molestowani, jednak w roku 1998 Kongregacja Doktryny Wiary, prowadzona wówczas przez jeszcze kardynała Ratzingera, poinformowała ich, że ze względu na zaawansowany wiek, ksiądz Maciel nie zostanie ukarany. Po śmierci Jana Pawła II sprawa księdza Maciala wróciła i w roku 2006 Kongrecja zwróciła się do niego, by powstrzymał się od sprawowania wszelkich funkcji duchownych i poświęcił się modlitwie i pokucie. Jednak i tym razem powstrzymując się od jakichkolwiek kościelnych sankcji, znów tłumacząc to jego wiekiem i marnym zdrowiem. Maciel opuścił Rzym i przeniósł się do Jacksonville na Florydzie i zamieszkał w domu księży emerytów, gdzie zmarł w roku 2008 i został pochowany podczas prywatnej ceremonii.
      Nigdy ani nie przeprosił publicznie za swoje czyny, ani też się do nich nie przyznał.
      Już po jego śmierci okazało się, że pozostawał w związku z dwiema kobietami, z którymi miał sześcioro dzieci. W roku 2009 Watykan przeprowadził kontrolę w Legionie Chrystusa, po czym wydał oświadczenie, oskarżając organizację o stworzenie systemu, w którym Maciel, prowadząc „pozbawione skrupułów, podwójne życie”, pozostawał praktycznie „nietykalny”.
      Jak z tego płynie nauka dla nas? Przestańmy się może wciąż odwoływać do Jana Pawła II i Benedykta XVI i z pokorą pomódlmy się za papieża Franciszka, by miał siłę poprowadzić nasz Kościół do prawdziwego oczyszczenia.


piątek, 30 marca 2018

Krew Jezusa nigdy jeszcze nas nie zawiodła


Ponieważ Zepy dziś tu być musiały, a z drugiej strony mamy przecież Dzień Męki Pańskiej i zwyczajnie nie wypada, by się w ten sposób drażnic z satanistami, zapraszam więc na coś zupełnie innego i zdecydowanie bardziej adekwatnego. Pozostańmy przy mojej książce o muzyce i jej pograniczach, a z niej proponuje rozdział o jednej, niezwykłej zupełnie piosence.


     Kiedy byłem jeszcze dzieckiem – ale przecież i teraz, kiedy sam mam już dzieci –  wciąż pojawiała się pokusa zabawy, polegającej na typowaniu najlepszej piosenki, najlepszej płyty, czy też najlepszego zespołu, jak to dziś lubią mówić młodzi, „ever”. Pamiętam, że wówczas, nawet nie przez to, że jakoś szczególnie lubiłem słuchać Pink Floyd, ale z czystego, nieopanowanego zachwytu, ile razy ktoś mnie pytał, jaki „numer” uważam za swój ulubiony, niezmiennie odpowiadałem, że „Atom Heart Mother”. Ani „Fat Man” Jethro Tull, ani „I Want You” Dylana, ani nawet „Babe, I’m Gonna Leave You” Led Zeppelin, “Elegy” Colosseum, ani “Take A Pebble” ELP, ani “Cadence and Cascade” King Crimson, ale właśnie „Atom Heart Mother”.
      Dziś oczywiście, ten utwór, bo trudno powiedzieć, że piosenka, nie robi na mnie już tak wielkiego wrażenia, choć oczywiście marnego słowa na niego nie dam powiedzieć. No ale wciąż, tak jak wtedy, pojawia się ten sam dylemat, tyle że formułowany w ów szczególny sposób: „Tatusiu, jaka jest najlepsza piosenka na świecie?” I powiem uczciwie, że dziś mi jest bez porównania trudniej wytypować tę jedną, jedyną piosenkę, która jest po prostu najlepsza.    
      Myślę, że powodem tego nie jest to, że ich jest znacznie więcej – w końcu od lat 70, tak wiele się nie zdarzyło – ale zwykły sentyment. Człowiek robi się coraz starszy, wspomnienia stają się coraz intensywniejsze, a przy okazji też o wiele bardziej związane są z wciąż zmieniającymi się nastrojami, no i wtedy o wiele łatwiej jest jednego dnia powiedzieć, że nigdy nie wydarzyło się nic wspanialszego, niż „Riders on the Storm”, by już następnego uznać, że to jednak będzie wciąż dylanowskie „I Want You”, lub któraś z piosenek The Smiths, czy choćby i „Without You I’m Nothing” Placebo, albo zwyczajnie – „Sittin’ on the Dock of the Bay” Otisa.  No i w tej sytuacji, moje biedne dziecko musi pozostać w tym swoim pragnieniu uporządkowania świata kompletnie samotne.
        Myślę jednak, że jest coś, co, z pewnym oczywiście ryzykiem, można określić jako piosenkę – tym razem, w odróżnieniu od niegdysiejszego „Atom Heart Mother”, jako piosenkę właśnie, a nie utwór – pod każdym względem najwspanialszą, największą, najgłębszą, najradośniejszą, najsmutniejszą, łączącą w sobie wszystko to, co sprawia, że od tego czegoś nie jesteśmy w stanie już do końca naszego świata uciec. Mam tu na myśli ponad 70 minutową kompozycję Gavina Bryarsa zatytułowaną „Jesus Blood Never Failed Me Yet”.
      Króciótko opowiem, co to jest takiego. Otóż sama kompozycja, jak wspomniałem, trwa ponad 70 minut, jednak wszystko opiera się na bardzo krótkiej frazie, wyśpiewanej przez anonimowego menela, znalezionej i nagranej przez Bryersa, i stanowiącej podstawę tego dzieła, o następującej treści: „Jesus’ love never failed me yet. This one thing I know that He loves me so”.  I tak w kółko, przez ponad 70 minut, albo a capella, albo z towarzyszeniem kwartetu smyczkowego, ewentualnie całej orkiestry. Nagrany śpiew jednego „dziada”, i do tego śpiewu stworzona cała potężna kompozycja. Powtarzam – jedna prosta fraza melodyczna na okrągło przez ponad 70 minut.
      Oczywiście dla każdego, kto wie, na czym polega urok tradycyjnych indyjskich mantr, czy – bardziej już lokalnie wyśpiewywanych po polskich wsiach „Godzinek” –  jest też oczywiste, w jaki sposób można spędzić znacznie ponad godzinę w czystym zachwycie, który przelatuje jak krótka chwila, my jednak mówimy o piosence, a więc o tym, co dał nam – zresztą zmarły chyba jeszcze nawet zanim zdołał to co stworzył usłyszeć – ten pijaczek. Otóż ja nie wiem, czy on ów tekst i melodię wymyślił sam – podejrzewam, że jest to bardzo prawdopodobne – ale już zupełnie niezależnie od tego, co pozwolił stworzyć geniusz samego Bryarsa, czy choćby i nawet Toma Waitsa, który przejmuje od naszego dziada ostatnią partię tego utworu, to jest fantastyczna piosenka. To jest coś tak pięknego, że ja, choć niekiedy z prawdziwym bólem serca, muszę powiedzieć, że zwyczajnie wznosi się ponad wszystko, co się zdarzyło zarówno wcześniej, jak i później. I że wszystkie tak ukochane przez mnie piosenki zwyczajnie nie stanowią dla tego czegoś jakiejkolwiek konkurencji.
      O co chodzi? Jak już wcześniej napisałem, było przez te wszystkie lata dziesiątki piosenek, które nam towarzyszyć będą już do końca. Piosenek naprawdę pięknych, cudownych, najlepszych. Jest jednak coś takiego w tej jednej frazie „Krew Jezusa jeszcze nigdy mnie nie zawiodła. To jest to, co wiem. Że On mnie bardzo kocha”, i jej melodia, jej słowa, sposób, w jaki została zaśpiewana, ten biedniusieński głos, co sprawia, że tak chętnie się tego słucha w nieskończoność. Jestem pewien, że nawet Bob Dylan ze swoim „I Want You” nie dałby rady. Nawet Doorsi ze swoim jeźdźcami po trzecim, niech będzie, że czwartym, piątym razie, musieliby przestać. Co ja mówię Doorsi? Nawet Aretha Franklin, kiedy skończyłaby śpiewać „Say a Little Prayer” po raz dziesiąty, też by w końcu musiała przerwać i zacząć słuchać tego samotnego człowieka.
      Gavin Bryars w pewnym momencie swojego życia usłyszał tego biedaka i zrozumiał, co mu się zdarzyło odnaleźć. Reszta, to już wyłącznie kwestia jego wrażliwości. Nie mam nawet pewności, czy umiejętności kompozytorskie mogły tu mieć jakiekolwiek znaczenie. W końcu, nie sądzę, by technicznie stanowiło to jakieś bardzo ciężkie zadanie. On po prostu do tej piosenki dopisał odpowiednią instrumentację. No a wszystko zamknął już Tom Waits. Jeszcze jeden geniusz.
     Jeśli udało mi się kogoś tutaj zachęcić, muszę od razu go zmartwić. Ta płyta, o ile mi wiadomo, jest już nie do kupienia. Na youtubie można znaleźć kilka krótszych wersji, również w formie tak zwanych „coverów”. No ale, przynajmniej wciąż jest szansa, by zorientować się, co miałem na myśli, mówiąc, że mamy do czynienia z najpiękniejszą piosenką w historii, jak najbardziej, muzyki popularnej. W końcu, w ostatecznym rachunku, i tak wszystko sprowadza się do tej melodii i tego tekstu.
      Czasem sobie myślę, że kiedy Jezus przyjdzie do nas po raz drugi i otworzy wszystkie groby, jest duża szansa, że spotkamy nie tylko naszych najbliższych, ale również i Billie Holiday, i Johnnego Casha, i Johna Coltrane’a, ale też i jego – tego szczególnego człowieka bez nazwiska.



Na sam koniec dwie wiadomości. Obie dobre. Pierwsza to ta, że dziś, po latach, ta płyta znów się pojawiła w sprzedaży i nawet nie jest taka droga. Druga wiadomość, równie dobra, że moją książkę można zamawiać bezpośrednio u mnie, z odpowiednią dedykacją, pod adresem mailowym k.osiejuk@gmail.com.


Led Zeppelin, czyli o złodziejach gentlemenach


Tak się złożyło, że parę dni temu w którymś z tekstów wspomniałem o zespole Led Zeppelin, w związku z czym nasz kolega Przemsa na portalu Szkoły Nawigatorów opublikował tekst o rzekomych satanistycznych elementach ukrytych w piosence „Stairway to Heaven”. Zgodnie z przewidywaniami, natychmiast pojawił się komentarz, w którym jego autor określił wielki przebój zespołu, jako „wtórny i nudny”, co sprawiło, że wywiązała się dość nerwowa dyskusja, w której poinformowałem owego komentatora, że wtórny i nudny jest przede wszystkim jego komentarz, na co on nadzwyczj inteligentnie napisał, że nudna i wtórna jest moja książka o rock and rollu, a jakby tego było mało, jest napisana wyłącznie w oparciu o wiadomości wyjęte z Wikipedii. Ja oczywiście wiem, że to wszystko jest wynikiem zdenerowania, co zachowanie owego komentatora właściwie usprawiedliwia, niemniej pomyślałem sobie, że skoro pojawił się popyt na rock and roll, to ja zachęcę do kupowania wspomnianej książki, a w ramach akcji promocyjnej przedstawię jeden z rozdziałów, o zespole Led Zeppelin właśnie. 


      Jeśli wierzyć przekazowi znanemu nam z filmu „Social Network” o powstaniu słynnego społecznościowego portalu Facebook, jego twórca Mark Zuckerberg nigdy by tego czegoś nie stworzył i nie stałby się tym, kim dziś jest, gdyby nie fakt, że któregoś dnia przyszło do niego dwóch braci nazwiskiem Winklevoss i przedstawiło mu propozycję stworzenia dla nich strony internetowej. Chodziło o to jednak, że propozycja ta nie dotyczyła pierwszej lepszej internetowej strony, ale czegoś, co miało wesprzeć projekt braci Winklevoss na rzecz stworzenia portalu doskonałego. Przyszłego Facebooka.
     Zuckerberg propozycję przyjął, jednak zamiast zająć się zleconą mu robotą, skorzystał z dołączonego przez Winklevossów do zlecenia odpowiedniego kodu i w ten sposób świat otrzymał swojego Facebooka. W filmie „Social Network” jest taka scena, kiedy odbywa się jakaś, wewnątrzuczelniana jeszcze, rozprawa przeciwko Zuckerbergowi, wszyscy są podnieceni jak jasna cholera bezczelnością tego, co zrobił Zuckerberg, a on siedzi w milczeniu, bezmyślnie gapi się przez okno, i w pewnym momencie wygłasza ten swój słynny tekst: „Nic z tego nie rozumiem. Skoro mieli taki fajny pomysł, to czemu go nie zrealizowali?” Jakoś tak.
       Przypomina mi się ten Zuckerberg, kiedy słyszę o tym, jak to Led Zeppelin niemal wszystkie swoje najwspanialsze piosenki, piosenki, dzięki którym pokonali niemal wszystko, co było do pokonania w rock’n’rollu, zwyczajnie ukradli mniej wybitnym wykonawcom, i zastanawiam się, ile słuszności jest w tym zdaniu: „Skoro mieli taki fajny pomysł, to czemu go nie zrealizowali?” Skoro zespół Spirit napisał i zagrał tak fantastyczny utwór, jak „Taurus”, a w dodatku miał na rynku pozycję na tyle silną, by w pewnym momencie nawet supportować zespół tak wielki, jak Led Zeppelin, czemu nie wykorzystał tej szansy, nie poszedł za ciosem i nie zrobił światowej kariery, choćby opierając się na tym jednym riffie? Czemu pozwolił na to, by Page mu to coś, zwyczajnie, jak dziecku, wyjął z ręki i napisał „Stairway to Heaven”? Otóż ja wiem, dlaczego. Powody zawsze są te same. Jedni są gorsi, a drudzy lepsi. I zdecydowanie jest lepiej, jeśli to, co dobre, robią lepsi, a nie gorsi.
       Myślę, że to jest świetny moment, by wyjaśnić dwie kwestie. Nie mam najmniejszych wątpliwości, że kradzież to zło, i należy ją tępić gdzie się tylko da. Natomiast nie widzę najmniejszego powodu, by, widząc, że ktoś posiada coś naprawdę wartościowego, czego można użyć w zbożnym celu dla dobra ogółu, czy to dlatego, że ów ktoś to coś znalazł, czy może sobie kupił, a już zwłaszcza wymyślił, i wystarczająco dobitnie udowodnił, że nie ma bladego pojęcia, co z tym zrobić, ani nawet najmniejszego zamiaru, by się za to coś zabrać na poważnie, by mu to zwyczajnie skonfiskować. Mam tu na myśli choćby sytuację, gdzie w środku miasta stoi budynek, którego właściciel z sobie tylko znanych powodów ani nie chce zagospodarować, ani sprzedać, ani nawet wyremontować, i nikt nie może z nim nic zrobić, bo na straży tego syfu stoi tak zwane „święte prawo własności”.
       Wydaje mi się, że gdy idzie o kwestię plagiatów, a więc piosenki, które zrobiły wielką, międzynarodową karierę, a zostały skopiowane z czegoś, co ktoś gdzieś tam wcześniej wymyślił, ale nie miał ani wystraczająco dużo talentu, determinacji, czy zwykłej woli, by to coś skutecznie pociągnąć, a czasem choćby nawet i odpowiednio docenić, sprawa jest jeszcze prostsza. Jeśli ja nagle nauczę się wreszcie grać na gitarze, wymyślę jakąś ładną melodię, zacznę ją wygrywać pod katowickim dworcem i któregoś dnia ktoś bez porównania ode mnie ważniejszy ją usłyszy, któryś fragment z niej uzna za wyjątkowo ciekawy, gdy idzie o ewentualne pomysły, zrobi z niej wielki, międzynarodowy i historycznie istotny przebój, to, przepraszam bardzo, ale uważam, że dokonała się sprawiedliwość. I to, że będę mógł się zawsze chwalić, że na początku tego wszystkiego stałem akurat ja, powinno mi w całości wystarczyć.
       Oczywiście, może być też tak, że ktoś coś komuś zabierze, a później to sam kompletnie zmarnuje, tak jak to niejednokrotnie mieliśmy okazję obserwować w przypadku choćby polskich artystów muzyki, kina, czy literatury. Jednak my tu dziś nie o nich, prawda? Dziś mówimy o zespole Led Zeppelin, który poszukał wokoło, poznajdywał całą kupę zapomnianych, nikomu niepotrzebnych śmieci, i stworzył z nich prawdziwy skarb.
      Słyszę dziś, że cała pierwsza płyta Led Zeppelin to od początku do końca plagiat. Przepraszam bardzo, ale co mnie to obchodzi? Jakie to ma dla mnie znaczenie, gdzie oni posłyszeli tę, czy inną melodię, ten czy inny riff, ten czy inny fragment tekstu, a z tego stworzyli takie piosenki, jak „You Shook Me”, „Dazed and Confused”, czy „How Many More Times”? Słyszę, że w „Whole Lotta Love” jest fragment tekstu przepisany z Willie Dixona. Z Willie Dixona??? Rozumiem, że Dixon wszystko, co napisał, wziął z wnętrza swojej głowy. Nie żartujmy.
       No i wreszcie, wspomniane „Dazed and Confused”. Okazuje się, że gdzieś w Ameryce nagrywał kiedyś piosenkarz nazwiskiem Jake Holmes i któregoś dnia udało mu się wymyślić coś absolutnie fantastycznego, i nadał temu tytuł „Dazed and Confused”. Na to pojawili się Page z Plantem i zrobili z tego coś, co znamy wszyscy, jako jedną ze sztandarowych kompozycji Led Zeppelin. Zabrali mu tę piosenkę, włącznie z samym tytułem, i oczywiście można tu się dziś okropnie oburzać, natomiast ja bym chciał wiedzieć, czemu ów Holmes, skoro nagle wpadł na coś tak fantastycznego, za szczytowe – Co ja mówię, szczytowe? Jedyne! – swoje artystyczne osiągnięcie musi już do końca życia uważać fakt, że Led Zeppelin ukradli mu piosenkę.
      Jeśli popatrzymy na historię muzyki rock’n’rollowej, zauważymy, że tak naprawdę większość ze znanych nam twórców – zaczynając od starych bluesmenów, przez Beatlesów, Rolling Stonesów, Boba Dylana, a kończąc na zupełnie współczesnych wykonawcach, jak jakieś Oasis, czy coś w tym stylu – znaczną część swoich sukcesów zawdzięcza temu, że gdzieś tam coś podsłyszeli, i odpowiednio wykorzystali. Ciekawe jest też to, że kiedy rozmawiamy o plagiatach, na tapecie zawsze mamy tych największych z wielkich. O całej tej mizerii nikt nawet nie potrzebuje wspominać. Oni pozostają zawsze poza wszelkim podejrzeniem. Tyle że przy okazji, jedyne na co mogą liczyć, to że coś im skapnie przy okazji wreszcie któregoś wygranego procesu. No i że ktoś tam się dowie, że oni w ogóle istnieją.  
       Led Zeppelin. Cóż to za fantastyczny zespół! Oglądam sobie po raz dziesiąty jeden z ich pierwszych występów dla duńskiej telewizji. Stoją tam ściśnięci jeden obok drugiej, przed nimi na podłodze siedzi zaproszona do studia publiczność, z których większość pewnie wciąż się zastanawia, czy to co przed nimi, to jest może jeszcze stare Yardbirds, czy coś zupełnie nowego, a ja jestem pewien, że oni słyszą tę muzykę, ten śpiew, i czują, że oto tworzy się historia. I – jeszcze raz przeproszę wszystkich oburzonych – cóż to kogo obchodzi, co się dzieje poza tym studiem?
        No i jeszcze coś. Z pewnością wszyscy znamy słynne logo Rolling Stonesów – owe czerwone usta i wywalony na zewnątrz, równie czerwony, język. Popularna opinia głosi, ze to jest projekt Andy Warhola. Że ci Rolling Stonesi byli tak wielcy, że sam Andy Warhol zrobił im logo. I że to słynne logo – ten język i te usta – to robota Andy’ego Warhola. Otóż nie. To coś zaprojektował i wykonał niejaki John Pasche, który, jak głosi wieść, za tę robotę dostał jakieś 50 dolarów. No i dobrze. Niech ma.
      A co my? My słuchamy muzyki. Jak zawsze.

Książkę „Rock and roll, czyli podwójny nokaut” można zamawiac bezpośrednio u mnie pod nowym adresem k.osiejuk@gmail.com, oraz oczywiście, jak zawsze, w księgarni www.basnjakniedzwiedz.pl. Polecam gorąco.



czwartek, 29 marca 2018

Jak podeptać chleb i ujrzeć światło


       Tak jak są rzeczy, co do których można nie mieć pewności, tak co do tego akurat, że każdy z nas zna baśnie Andersena, nie mam najmniejszych wątpliwości. Jestem też przekonany, że każdy z nas, kiedy wspomina te historie jeszcze z dzieciństwa, kojarzy je w znacznej mierze, jako, owszem, fascynujący, ale jednak zły sen. Część z nas też musi wiedzieć, że ów niezapomniany, czasem wręcz przerażający sen, był wynikiem tego, że takie właśnie było życie owego snu autora i to ono sprawiło, że jego baśnie najprawdopodobniej nie mogły już być inne.
      Jest jednak coś, czego, moim zdaniem, najprawdopodobniej większość z nas nie wie, a mianowicie tego, że wśród wszystkich baśni Andersena jest i ta, zatytułowana „Dziewczyna, która podeptała chleb”, którą większość kompilacji starannie pomija. W PRL-u sprawa była dość oczywista, a mianowicie jej mocno religijny – owszem, w swojej zdecydowanie protestanckiej odmianie, niemniej jednak jednoznacznie religijny – charakter, natomiast gdy chodzi już o tak zwaną wolną Polskę, podejrzewam, że to już tylko z tego powodu, że część dzieci, dla których owe baśnie są w pierwszej kolejności przeznaczone, mogłyby tego nie znieść psychicznie. I tu muszę się przyznać, że kiedy moje dzieci były jeszcze małe, myśmy im kupili zbiór, w którym akurat ta historia była, Hanka, jako dziecko najstarsze, ją oczywiście przeczytała i z czystej dziecięcej perwersji natychmiast swojemu młodszemu rodzeństwu wszystko opowiedziała i oto parę dni temu na ten temat się zgadało i wtedy się okazało, że one wciąż ją bardzo dobrze pamiętają jako niemal największy dziecięcy koszmar.
     O co tam chodzi? Otóż mamy dziewczynkę imieniem Inger, która, jak dowiadujemy się już z pierwszych zdań: „Była ubogim, ale dumnym i pysznym dzieckiem, była zła z natury, jak to powiadają. Gdy była zupełnie mała, największą przyjemność sprawiało jej chwytanie much i wyrywanie im skrzydełek, przez co przemieniały się w stworzenia pełzające. Chrabąszcze i żuki przekłuwała szpilką, podkładała im pod łapki zielony listek lub kawałek papieru i biedne stworzenie trzymało mocno w łapkach ów skrawek i obracało nim w kółko, aby uwolnić się od szpilki. — Chrabąszcz czyta! — mówiła mała Inger — Patrzcie no, jak obraca listek!
      W miarę jak rosła, stawała się gorsza, nie lepsza. Była ładna i to stało się jej nieszczęściem, inaczej świat byłby dla niej surowszy i nie wydarzyłoby się to, o czym będzie mowa”.
      A coż takiego się wydarzyło? To mianowicie, że, kiedy podrosła, trafiła Inger na służbę do bardzo zamożnych ludzi, którzy ją pięknie ubrali i do tego stopnia o nią zadbali, by miała wszystko, czego zapragnie, że jej próżność osiągnęła stan, w którym pewnego dnia, aby nie ubrudzić sukienki podczas przeprawy przez jakieś błoto, położyła sobie pod nogi chleb i kiedy na niego postawiła stopę, błoto ją wraz z tym chlebem pochłonęło i trafiła do piekła. Dalej mamy więc już typowego Anadersena, którego literacki kunszt nam te wieczne męki przedstawia w taki sposób, że, jak mówię, moje dzieci pamiętają to do dziś.
      I oto, proszę sobie wyobrazić, wspominaliśmy sobie niedawno tę przedziwną baśn i ja nagle powiedziałem, że właściwie nie zdziwiłbym się, gdyby się okazało, że gdzieś w Polsce banda satanistów wystawia to jako widowisko, ku uciesze już tylko wyglądającej tego typu przeżyć odpowiedniej publiczności. W tym momencie moja młodsza córka wykonała parę kliknięć i oczywiście natychmiast się dowiedzieliśmy, że, jak najbardziej, Teatr im. Wojciecha Bogusławskiego w Kaliszu wystawia sztukę niejakiej Magdy Fertacz „na motywach baśni Andersena, przeznaczoną dla widzów od 7 roku życia”, a jej treść wygląda następująco:
      Amanda rodzi się wściekła. Wściekła na swoich przodków i na przodków ich przodków. Wściekła na to, że żyli i żyją w biedzie i dlatego i ona musi w niej żyć. Amanda nie lubi much i tego, że na nic w domu nie ma pieniędzy, mimo, że rodzice ciężko pracują, starają się, harują. Ale nie stać ich, żeby kupić Amandzie nową sukienkę, czy nowe buty, czy opłacić wymarzone lekcje gry na wiolonczeli. Z tej wściekłości Amanda robi rzeczy brzydkie, bardzo okrutne, których się nie wstydzi. Kiedy rodzice zmuszeni są sprzedać jej ukochaną wiolonczelę, Amanda robi się jeszcze bardziej wściekła i okrutna; postanawia uciec z domu. ‘Widocznie urodziłam się taka, tłumaczy to sobie. Gdybym tylko umiała grać na wiolonczeli’ – wzdycha codziennie Amanda. I to wzdychanie sprawia, że na drodze w nieznane pojawia się Bogata Pani, która zabiera Amandę do swojego świata, daleko od błota, much i jej ubogich rodziców. Czy Amanda znajdzie wreszcie szczęście, którego tak pragnie? Może tak, ale zanim to się stanie będzie musiała zejść do Świata Podziemi, świata, w którym mieszkają cienie każdej żyjącej istoty. Gdzie mieszkają brzydota, skąpstwo, chciwość i nienawiść. Trzymajcie kciuki za Amandę, żeby się jej udało pokonać potężnego przeciwnika, jakim jest jej własny cień”.
      Mamy też już pierwsze recenzje:
      To rozpięcie między naprawdę poważną tematyką, stylistyką piosenek a baśniowymi klimatami powoduje, że jest to przedstawienie dla bardzo szerokiej kategorii wiekowej. Znaleźć mogą w nim coś dla siebie i rodzice, i nastolatki, i całkiem małe dzieci. Teatr w Kaliszu przygotował bardzo mądre, znakomite przedstawienie. Być może nieco przewrotnie, ja poleciłabym je przede wszystkim… rodzicom”.
       Jak widzimy, jest to historia nieco już inna, jednak z tego co czytam, ale też widzę, kaliskie przedstawienie różni się od oryginału tym jeszcze, że tam nie ma śladu Boga, którego miłosierdzie, niemal wypełniające przekaz Andersena i wciąż czekające na choćby jeden gest żalu ze strony Inger, pozostaje na wieki niezaspokojone, natomiast zamiast niego jest już tylko triumfujący Diabeł. A dla nas, tu się bardziej regularnie spotykających, również znana nam zbyt dobrze Kraina Grzybów. Proszę, rzućmy może okiem na to, co się wyprawia już od ponad roku w Teatrze im. Wojciecha Bogusławskiego w Kaliszu, w owej, jak stoi na ich internetowej stronie zupełnie jasno, „instytucji kultury Samorządu Województwa Wielkopolskiego” i trzymajmy się mocno tego, co tam akurat mamy pod ręką.


      
Rozmawialiśmy tu niedawno troszeczkę o Teatrze Starym w Krakowie, o „Weselu” Wyspiańskiego w reżyserii Jana Klaty, no i oczywiście biliśmy brawo ministrowi Glińskiemu, że tak czujnie zadbał o to, by ów Klata nie hańbił naszej narodowej kultury swoimi chorymi wizjami i żeby to niebezpieczne widowisko jak najszybciej zeszło z narodowej sceny. Tymczasem w małym, lokalnym teatrze w Kaliszu, zabawa trwa w najlepsze. Możemy spać spokojnie.

Informuję wszystkich czytelników, że od kwietnia przestaje działać mój dotychczasowy adres mailowy toyah@toyah.pl. Nazwa.pl zameldowała taką cenę, że postanowiłem ich spuścić. Zamiast niego więc pozostanie aktywny już tylko i wyłącznie k.osiejuk@gmail.com. Tam też proszę zgłaszać zapotrzebowanie na moje książki. Oczywiście nic się nie zmienia, gdy chodzi o naszą księgarnię pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl. Zachęcam gorąco.
     
  
     I

środa, 28 marca 2018

Ja ekspert, ja dyletant, czyli gadka szmatka

      Przy okazji dzisiejszej notki chciałbym załatwić jedną bardzo doraźną kwestię, a jednocześnie wygłosić pewne – od razu zapewniam, że obiektywnie kompletnie nieistotne – oświadczenie. Otóż w ostatnich dniach parę osób wyraziło zaniepokojenie moją przedłużającą się przepychanką z komentatorem Valserem, wyrażając obawę, że my jesteśmy na granicy poważnej awantury, która może się źle skończyć. Otóż pragnę wszystkich zatroskanych o stan naszych stosunków zapewnić, że nie ma się czym martwić, bo my z Valserem jesteśmy niezmiennie dobrymi kolegami i tylko się tak bawimy. A to, że mówimy sobie różne przykre rzeczy, nie świadczy o niczym, poza tym, że jestesmy wobec siebie szczerzy. To jest trochę tak jak z tymi robotnikami, których ja mam od pewnego czasu za oknem w związku z wymianą elewacji w mojej kamienicy i oni na ogół pozostają ze sobą w bardzo dobrej komitywie, co nie zmienia faktu, że właśnie przed chwilą jeden z nich do swojego kolegi odezwał się w te dokładnie słowa: „Przestań kurwa pierdolić, i weź się kurwa do roboty, bo ci zaraz kurwa jebnę”. Tak było. I co z tego? Nic. Pełna kultura.
      I to było wspomniane oświadczenie. Teraz kwestia doraźna. Otóż pewien komentator napisał pod wczorajszą notką w Szkole Nawigatorów, że Valser to jest taki człowiek, który zna się na wielu rzeczach i bardzo jest miło go słuchać. Problem z tym, że jeśli on się na czymś nie zna, to natychmiast deklaruje w stosunku do tego swoją najwyższą pogardę. Czy tak jest do końca, czy nie, to ja nie wiem, ale przyznaję, że są rzeczy, na których Valser się zdecydowanie zna i miałem już parę okazji w życiu słuchać go z zapartym tchem. Gdy jednak o mnie chodzi, to zemną tutaj jest zupełnie inaczej. Otóż ja się znam na niewielu bardzo rzeczach i uważam, że ta moja wiedza jest naprawde niewiele warta. Jest natomiast cała kupa rzeczy, na których się nie znam kompletnie i nie dość, że jestem tu szczerze zawistny, to jeszcze uważam wiedzę w tych tematach za coś zupełnie fascynującego. Niedawno na przykład mój syn pokazał mi w internecie serię filmów, gdzie objaśniana jest praca kamery u reżysera Finchera i przyznaje zupełnie szczerze, że ja z tego niemal nic nie rozumiem, natomiast jestem dla niego i dla tych, którzy się na tym znają, pełen najwyższego podziwu.  Gdy chodzi o film, ja filmów typu „Pancernik Potiomkin”, „Obywatel Kane”, „Tam gdzie rosną poziomki”, „Siódma pieczęć” i wielu wielu innych tak zwanych dzieł światowej kinematografii nie jestem w stanie oglądać, uważam je za nudne ramoty, a mimo to naprawde chciałbym wiedzieć, o co tam chodzi, że one są takie wybitne. Podobnie jest z muzyką. Nie umiem grać na żadnym instrumencie, nie znam nut, nie potrafię rozróżnić dzieła wybitnego od jakiejś nędzy i jeśli coś mi się podoba, to wyłącznie dlatego, że mi się podoba i mnie wzrusza. Nie znoszę słuchać Bethovena, Mozarta, Chopina, Brahmsa i całej tej reszty tak zwanych „wielkich kompozytorów”, natomiast nigdy by mi nie przyszło do głowy powiedzieć, że wszystko to jest „oszukany syf”, a wręcz przeciwnie, bardzo bym chciał mieć wiedzę, która by mi pozwoliła wielkość tych dzieł rozpoznać.
     I proszę zwrócic uwagę, że ja, w czasie tej ostatniej dyskusji na temat filmów, nie powiedziałem jednego słowa, które mogłoby zostać potraktowane, jako recenzja. Dlaczego? Bo ja się na filmach nie znam. Ja nie wiem, dlaczego Kubrick uważany jest za wielkiego reżysera, podobnie jak nie wiem, dlaczego berlińskie jury, a przy okazji minister Gliński, określili film Szumowskiej jako znakomicie zrobiony. Ja Kubricka oglądam z zainteresowaniem i wzruszeniem, polskich filmów oglądać nie jestem w stanie, uważam je za głupie i nieciekawe, natomiast o tym, czemu tak jest, to ja rozmawiać za bardzo nie potrafię. Chciałbym mieć tę umiejętność, ale jej nie mam, więc siedzę cicho, ograniczając się do tego, że coś mi się podoba, a coś nie.
     Owszem, znam się trochę na układaniu zdań i gdy chodzi o twórczość literacką takich autorów jak Kuczok, Stasiuk, czy Roald Dahl, chętnie się wypowiadam. Wiem bowiem, że tak jak Dahl ja bym w życiu nie był w stanie pisać, natomiast tak jak Stasiuk, czy Kuczok, bez najmniejszego problemu i to choćby po pijanemu. A zatem, nie mam najmniejszych problemów z wygłaszaniem takich opinii jak ta, że książki Stasiuka to gówno najwyższej próby, a Roald Dahl, mimo że był brytyjskim szpiegiem, bawidamkiem i kto wie, czy nie psychopatą nawet, jest pisarzem nie z tej ziemi. I jestem w tej kwestii nawet podejmować bardzo poważną dyskusję.
     Na koniec kwestia Matejki i w ogóle malarstwa. Tu też jestem wyjątkowo cienki. Jest jednak tak, że kiedy patrzę na obrazy Matejki, ale też na Van Gogha, Picassa, czy tych wszystkich Żydów malujących swoje abstrakcje, takich jak Pollock, Gorky, Rothko, de Kooning, czy – tak, tak – Motherwell,  którymi tak bardzo gardzi choćby mój kumpel Coryllus, dławię się ze wzruszenia i oddałbym wiele, by te obrazy mieć tu u siebie w domu i się na nie gapić od rana do nocy. Dlaczego one mi się podobają i dlaczego uważam, że oni są lepsi od Sasnala, czy Beksińskiego, tego nie wiem. Po prostu na jednych lubię patrzeć, a na innych nie mam ochoty.
     I tak to się plecie i tak to już pewnie zostanie. Będę sobie dalej pisał i robił to najlepiej jak potrafię, a jak ktoś mi tu przyjdzie, zwłaszcza ktoś, kogo lubię i szanuje, i zacznie mnie denerwować, to bez najmniejszego problemu powiem mu: „Przestań kurwa pierdolić, i weź się kurwa do roboty, bo ci zaraz kurwa jebnę”. Albo tak jakoś.


Chciałem z przyjemnością poinformować, że 11 kwietnia będę miał autorskie spotkanie w Kielcach, gdzie będę opowiadał o języku angielskim, na którym się znam naprawdę dobrze, i o mojej książce „Kto się boi angielskiego listonosza”. O szczegółach będę informował na bieżąco, a tymczasem zapraszam do kontaktu pod adresem toyah@toyah.pl, gdzie można zamawiać niektóre z moich książek. Polecam z całego serca.

wtorek, 27 marca 2018

O tym jak Jan Matejko nie dorastał Kubrickowi do pięt (mojemu kumplowi Valserowi z porozumiewawczym mrugnięciem)

      Dzisiejszy tekst powinien właściwie zostać zamieszczony wyłącznie na portalu www.szkolanawigatorow.pl, z uwagi na to, że dotyczy kwestii związanych ściśle z tamtym miejscem, a poza tym – właśnie przez to – jest wyjątkowo głupi. Czytelnicy tego bloga mogą tego nie wiedzieć, ale przez portal szkołanawigatorów.pl przetoczyło się autentyczne tsunami w postaci dyskusji o sztuce filmowej Stanleya Kubricka. Piszę „dyskusja”, choć tak naprawdę dyskusji żadnej nie było, ale bezprzykładne i bezlitosne gnojenie Kubricka i jego filmów niemal przez wszystkich komentatorów, na takiej zasadzie, że w ogóle ciekawiej jest pluć, niż się czymś zachwycić, obojętne, czy to jest kultura, polityka, czy w ogóle świat. Ponieważ szczególnie zainteresowała mnie postawa mojego kumpla Valsera, który od pewnego czasu robi na mnie wrażenie kogoś, kto najlepiej się czuje w otoczeniu ludzi i zdarzeń, które uważa za kompletne dno, zaapelowałem do niego, by mi wskazał choć jedną rzecz, która mu się podoba. Piosenkę, film, przedstawienie teatralne, książkę – cokolwiek.  I proszę sobie wyobrazić, że po wielu moich namowach, komentator, a jednocześnie mój dobry kolega, Valser dał się wreszcie namówić na wyznanie i poinformował mne, że, owszem, jest coś, co mu się autentycznie podoba, a mianowicie obraz Jana Matejki „Dziewica Orleańska”, który zdarzyło mu się obejrzeć gdzieś w jakimś muzeum w środkowej Polsce. Stał Valser jak wmurowany przed tym obrazem przez trzy godziny i kiedy wreszcie się od niego oderwał, postanowił poinformować mnie, a przy okazji świat, że oto coś, co on nazywa prawdziwą sztuką.
      W tej sytuacji postanowiłem mu pokazać, jak wygląda jego metoda, gdy jest skierowana przeciwko niemu i w ten sposób powstał ten tekst, który, jak mówię, czytelników tego bloga może nie bardzo zainteresować, ale ponieważ jest, moim zdaniem, zabawny, bardzo proszę.
      Otóż ja, owszem, o tym Matejce tu i ówdzie słyszałem jeszcze za PRL-u, bo z tego co pamiętam, to on właśnie był ulubieńcem PRL-owskej propagandy i prawdopodobnie nie było w ówczesnej Polsce dziecka, które by nie słyszało o tym pacykarzu na lekcjach w szkole i nie widziało któregoś z tych tak zwanych „obrazów”. Ja na szczęście byłem zawsze uczniem złym i krnąbrnym, więc wystarczyło mi zobaczyć jakiś obrazek w książce przedstawiający te gryzmoły, żeby raz na zawsze na dźwięk nazwiska Matejko zakrywać oczy i uszy. Tym sposobem do dziś zachowałem przytomność umysłu, którą sobie bardzo chwalę.
      Jak mówię, obrazu „Dziewica Orleańska” nigdy wcześniej nie widziałem na oczy, ale ponieważ Valser mi go tak ładnie zareklamował, wyszukałem go w googlowej grafice, rzuciłem okiem i jestem porażony. Ja już nie mówię, że od tego co się tam na tym płótnie przewala, lepszy jest już Beksiński, czy chocby i Hasior. Tam przynajmniej jest głupio, więc śmiesznie. Matejko swoje chore wizje przedstawia z najwyższą powagą. Tłum jakiś poprzebieranych szaleńców o identycznych twarzach, zachowujących się, jakby wszyscy byli zaćpani, a do tego konie, rycerze w zbrojach, nagie dzieci, a wszyscy się modlą i gapia w niebo, plus cała kupa fruwających aniołów, a obok nich niewiast w powłóczystych szatach i, jak sądzę, duchów. Przepraszam bardzo, ale to ma być sztuka? Czy ten malasz nie potrafił namalować choćby jakiegoś ładnego pejzażu, czy portretu?
      Nie chciałem tego robić, ale po raz pierwszy w życiu zainteresowałem się osobą tego całego Matejki i widzę, że z niego nie byle jaki artysta, a przy okazji cwaniak nie z tej ziemi, i to mimo tego, że, jak czytam, miał zaledwie półtora metra w kapeluszu. Ale to akurat mało ważne, wystarczy bowiem, że zajrzymy do jego biografi, by już na początku zauważyć, że jego ojciec był Czechem, co automatycznie czyni też Czecha z niego samego. A co to znaczy, nie muszę chyba nikomu tłumaczyć, wystarczy że przypomnimy sobie, jak wbrew pozorom jest blisko z Pragi do Londynu. Oczywiście trudno sobie wyobrazić, że te powiązania z City, a więc niejako automatycznie z rodziną Rotschildów nie miały wpływu na karierę, jaką on dość zręcznie rozwijał i to mimo tego, że nie był Matejko ani uczniem ani studentem szczególnie bystrym. Z tego co czytamy, owszem potrafił może lepiej rysować od swoich kolegów, jednak w każdej innej dziedzinie do tego stopnia odstawał od innych, że był mocno przez rówieśników dręczony.
      Nie inaczej było w wieku późniejszym. Jak słyszymy, Matejko przez większą część ponosił same porażki, a to brak pieniędzy, a to nieodwzajemniona miłość, a to depresja. Chyba najlepiej charakteryzuje go fakt, że jego żona, Teodora Giebułtowska, w pewnym momencie nie wytrzymała jego towarzystwa i skończyła w szpitalu psychiatrycznym. Ktoś się pewnie zastanawia, dlaczego tak rzekomo wybitny malarz miał nieustanne kłopoty finansowe. Otóż, jak się okazuje, on swoje obrazy w większości rozdawał za darmo, co oczywiście mnie nie dziwi, bo ja bym żadnego z nich nie chciał nawet gdyby mi za przyjęcie go zapłacono, natomiast co ciekawe, zmowa wokół tego tandeciarza jest do dziś tak wielka, że wyprodukowano nawet plotkę, że on te obrazy rozdawał, bo w ten sposób rozumiał swój patriotyczny i ludzki obowiązek. No, no, to jest już naprawdę bezczelność. Chyba nawet nasz Owsiak by się do czegoś takiego nie posunął. No ale wszystkie sposoby są dobre, byle przynosiły efekt. Wystarczy wiedzieć, komu co trzeba podarować, żeby zapewnić sobie parę recenzji.
      Chyba już może skończę ten ponury temat, bo za chwilę się spalę ze wstydu. Na koniec dodam tylko informację, która przekonać powinna każdego. Otóż, jak głosi oficjalna biografia, Matejki, on jest jednym z tak zwanych kawalerów Orderu Legii Honorowej. Jeśli nie wiemy, jakie to wyróżnienie, służę uprzejmie kilkoma tylko nazwiskami:  Edward Ochab, Władysław Gomułka, Józef Cyrankiewicz, Edward Gierek, Henryk Jabłoński, Piotr Jaroszewicz, Wojciech Jaruzelski, Lech Wałęsa, Aleksander Kwaśniewski, no i, last but not least, Bronisław Komorowski. No, brawo, towarzyszu Matejko! Ręce same się składają do oklasków. Piękne towarzystwo sobie wybraliście, towarzyszu artysto. Z was musiał być naprawdę wybitny malarz.

    Dziękuję. Nie skorzystam. Jak mówię, wolę Hasiora.

Moje książki, jak może już wspominałem, są do kupienia albo tu obok, przy pomocy paru kliknięć, ewentualnie bezpośrednio u mnie, pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl. Polecam niezmiennie. 

poniedziałek, 26 marca 2018

Czy uzyskana z mózgu woda może być źródlana?

     Wydawać by się mogło, że na dzisiejszy temat wpadłem przy okazji zarówno wczorajszej notki o mojej wizycie w tak zwanym Instytucie Zdrowia Św. Barbary, a może nawet też pod wpływem pewnych komentarzy pod notką Coryllusa na temat Stanleya Kubricka, tymczasem nic podobnego. Na informację o szaleństwie, które, przyznaję, jak najbardziej kojarzy mi się i z jednym i z drugim, a o którym chciałbym dziś napisać, natrafiłem zupełnie przypadkowo podczas przeglądania różnych bieżących wiadomości w Internecie. Otóż proszę sobie wyobrazić, że w Ameryce – ale, z tego co czytam, owa moda zaczyna się panoszyć po całym już świecie, w tym i tu u nas – pojawił się ruch o nazwie „Raw Water Movement”, który sprowadza się do tego, by jeździć po górach i lasach, wynajdywać tam wodne źródełka i spożywać to co się tam w nich znajduje, jako jedyną tak naprawdę smaczną i zdrową wodę. Ponieważ ów sport jest jednak dość drogi, no i, póki co, wciąż nieco ekscentryczny, uprawiają go głównie bardziej zamożni biznesmeni, a jego źródłem, jak czytam, są japiszony ze słynnej Doliny Krzemowej, prawdopodobnie ci sami, którzy swego czasu wpadli na na biznesowy pomysł, o którym tu już pisaliśmy, pod nazwą „Burning Man”.
      Wspomniany ruch jest podobno bardzo aktywny w Internecie, gdzie publikowane są niemal non stop kolejne mapy, na których zaznaczone są kolejne świeżo odkryte źródła. Obok tych map powstają całe społeczności, wymieniające się informacjami, gdzie aktualnie można znaleźć „raw water”, a zaznaczenia na mapach obejmują już cały świat. Jak czytam, jeden z amerykańskich serwisów poświęconych „surowej wodzie”, wskazuje nawet dwa miejsca jej występowania w Polsce, mianowicie w Łodzi i w Wasilkowie niedaleko Białystoku. Dla tych natomiast, co nie mają ani czasu, ani pieniędzy, by podróżować za ową wodą, ze specjalną ofertą wyszły lokalne markety, które za ciężkie pieniądze sprzedają potężne, niemal 10 litrowe baniaki, i znów, z tego co czytam, wynika, że w tej chwili na Zachodnim Wybrzeżu Stanów Zjednoczonych jest to niemal najszybciej schodzacy towar.
     O co konkretnie chodzi ludziom zaangazowanym w ów Ruch Surowej Wody? Otóż jego założycielem jest człowiek nazwiskiem Mukhande Sing, założyciel firmy Live Water, który głosi, że woda, która płynie z kranów, a której my używamy do parzenia kawy, herbaty i gotowania ziemniaków, czy jest sprzedawana w butelkach, którą pijemy, to woda „martwa”, w tym sensie, że tam nie ma nic poza wodą. Jest ona kompletnie wyjałowiona, nie ma w niej bakterii, które są ludzkiemu organizmowi bezwzględnie potrzebne, a zatem w efekcie ona nam szkodzi.
      Ale jest jeszcze coś, czego właściwie mogliśmy się spodziewać, no i bez czego tak naprawdę owe szaleństwo nie byłoby tym, czym jest. Otóż wspomniany Singh twierdzi, że fluor, którego miejscie oczyszczalnie używają do uzdatniania wody, służy kontrolowaniu ludzkich umysłów tak, byśmy byli bardziej posłuszni opresyjnej władzy.
      Tymczasem jest tak, że wedle wszelkich dostępnych danych, woda pobierana z naturalnych źródeł jest wyjątkowo niebezpieczna, właśnie przez to, że diabli wiedzą, co się w niej znajduje, a bywa i tak, że jeśli się w niej trafi na coś wyjątkowo paskudnego, to można się na tym zwyczajnie przekręcić. Zresztą naukowcy zwracają naszą uwagę na fakt, że, właśnie ze względu na te śmieci, które znajdują się w owej „żywej wodzie”, ona po pewnym czasie trzymania w pokojowej temperaturze zwyczajnie zaczyna „gnić” i robi się zielona. Ale i na to Mukhande Singh znalazł odpowiedź, która najwyraźniej jeszcze bardziej podbiła mu sprzedaż. Otóż oznajmił on, że faktycznie zakupioną wodę należy jak najszybciej spożyć, bo… i tu uwaga… na jej przydatność do spożycia mają wpływ fazy księżyca, a zatem ona nadaje się do picia tylko w ciągu jednego cyklu księżycowego od momentu wydobycia, a potem faktyczne zaczyna śmierdzieć. Stąd na butelkach z „surową wodą” jest i data jej wydobycia i uwaga o tych fazach. I to jest dopiero coś, co napędza wyobraźnię ludzi spragnionych długiego, szczęśliwego zycia, wśród umierających na raka prostaty, zawały serca i tętniaki w mózgu.
     Jak mówię, z tego co czytam, w Polsce, owszem, to tu to tam ci biedni wariaci włóczą się po lasach, czerpiąc z alternatywnych „zdrojów życia”, jednak to wciąż jeszcze nie jest prawdziwy świr. Obawiam się natomiast, że to, jak zawsze, idzie falą i przed tym tsunami się nie uchronimy. Po antyszczepionkowcach, miłośnikach zdrowej żywności, rowerzystach i biegaczach, musi przyjść czas na owo Towarzysztwo Świadomości Wody, zwłaszcza gdy obok owych faz księżyca, które zawsze są takie fascynujące, pojawia się jeszcze kwestia tego, co oni nam, „ciemnemu ludowi” oraz „suwerenowi”, dodają do tej wody, byśmy szli za PiS-em, jak te cielęta na rzeź.

 

Już niedługo, bo za 3 tygodnie w Warszawie będziemy mieli Targi Wydawców Katolickich, gdzie może uda się nam zobaczyć, póki co jednak, zapraszam wszystkich do kupowania moich książek tu u mnie pod adresem toyah@toyah.pl, no i naturalnie w księgarni www.basnjakniedzwiedz.pl. Bardzo polecam.



niedziela, 25 marca 2018

Ukryte terapie, czyli o tym, jak zrobiłem z siebie idiotę

        Pisząc dzisiejszą notkę, czuję się wyjątkowo głupio, jako że mam świadomość, że już za chwilę część czytelników uzna, że to, co oni na mój temat podejrzewali, a więc to, źe jestem skończonym idiotą, okazało się wreszcie prawdą. No ale służba nie drużba, pisać trzeba, a ponieważ po doświadczeniu zupełnie realnego obłędu, jakiego byłem świadkiem obserwując dyskusję na temat Stanleya Kubricka i jego, już nawet nie filmów, ale związków z wojskiem, londyńskim City, no a przede wszystkim może ze słynną mistyfikacją z rzekomym lądowaniem Amerykanów na Księżycu, jestem do tego stopnia wypalony, że nie przychodzi mi do głowy żaden neutralny temat, niech już wiec dojdzie do owej kompromitacji.
        A zaczęło sie wszystko w miniony czwartek, kiedy to otrzymałem serię telefonów z nieznanego mi numeru, na tyle natarczywą  i powtarzającą się tyle razy, że ostatecznie uznałem, że to nie może być ani bank z kolejną ofertą, ani Radio Zet z propozycją wzięcia udziału w grze o 500 tys. zł, ani nawet któraś z owych firm, która za pojawienie się na prezentacji pościeli, lub garnków, pragnie mi podarować nowoczesny odkurzacz, I ciekawość zwyciężyła. Odebrałem więc telefon i okazało się, że dzwoni do mnie firma o nazwie Instytut Zdrowia Św. Barbary z zaproszeniem na darmowe zabiegi rehabilitacyjne, które oni organizują dla starców w moim wieku, cierpiących na reumatyczne bóle stawów. Walka trwała kilka dobrych minut, jednak ów młodzieniec, który do mnie zadzwonił był tak zdesperowany, że mu w końcu uległem i umówiłem się na spotkanie, licząc na to, że nawet jeśli nic z tego nie wyjdzie, przynajmniej się dowiem, w co oni grają.
      Polazłem tam na drugi dzień, zastałem bardzo eleganckie pomieszczenie, z bardzo miłą obsługą i od razu zostałem poproszony do gabinetu, gdzie jakaś dziewczyna przypięła mi coś do palca, żeby zbadać krążenie krwi, czy coś w tym kierunku, poinformowała, że wynik będzie za pół godziny, a teraz mam się udać do sali obok, gdzie zostanie wykonane badanie tak zwanego pola magnetycznego. Wszedłem do owego pomieszczenia, gdzie stały cztery specjalne fotele, na dwóch z nich dwie starsze panie, jakiś młody byczek kazał mi się położyć i sobie poszedł. Na ścianie przed nami był ekran, a na ekranie niejaki Jerzy Zięba opowiadał o tym, jak to lekarze nas karmią różnego rodzaju tabletkami, doprowadzając nas do raka i innych śmiertelnych chorób  i  że jeśli chcemy żyć długo i w zdrowiu, to powinnismy sobie kupić jego książkę o ukrytych terapiach, która na amerykańskim Amazonie idzie po 1000 dolarów, a u niego kosztuje jedyne cztery dychy. Kiedy Zięba skończył o cenach, byczek wrócił, wyłączył Ziebę, a zamiast tego, zwracając się do nas w trzeciej osobie, zaczął nam pokazywać zdjęcia ludzi w ostatniej fazie raka i poinformował, że też tak będziemy mieli, jeśli nie wykupimy u nich za 230 zł. miesięcznego abonamentu na prywatną opiekę lekarską w przeróżnych sieciach gabinetów na terenie całego kraju, bez kolejek i z pełną obsługą, a potem kazał mi wrócić do pani od palca, która mi zapowiedziała, że jeśli nie podpiszę z nimi umowy w tej chwili, to w każdym innym terminie abonament będzie już kosztował aż 390 zł. Na to ja jej powiedziałem, że to w takim razie nie skorzystam, na co ona z kolei powiedziała, że to do widzenia, oczywiście skutecznie zapominając o wynikach pola magnetycznego, że już nie wspomnę o tym palcu. I tyle.
     A ja dziś siedzę tu w domu, czerwienię się ze wstydu na wspomnienie chwil, kiedy to jak ostatni kretyn leżałem na tym fotelu, a ten mądrala pytał mnie: „No i co, jest zadowolony z NFZ-u?”, a ja mu odpowiadałem: „Bardzo”; on mnie pytał: „A jak długo musi czekać na wizytę u specjalisty?”, a ja mu na to: „Normalnie, tydzień, najwyżej dwa”; on do mnie: „I dużo musi przyjmowac lekarstw?”, na co ja: „Jak każdy grubas. Trzy na nadciśnienie” i dziś żałuję tylko, że z tego wszystkiego nie zapytałem go, czy lekarze, z których usług miałbym korzystać za te 230 zł., nie wypisują recept. Trudno. Pozostają domysły.
      Nam wszystkim natomiast wypada zastanowić nad tym, co przed nami, w sytuacji gdy faktycznie państwowa służba zdrowia powoli zaczyna oddawać pole różnego rodzaju cwaniakom i to na tym szczególnym poziomie, gdzie na zachętę zaczyna się od tego czarownika Zięby, a kończy na prywatnych gabinetach, gdzie niewykluczone, że recepty na tabletki wprawdzie nie dostaniemy, natomiast będziemy mogli sobie kupić dwa super garnki za jedyne 2,5 tys. złotych, plus najnowszą książkę Jerzego Zięby o ukrytych terapiach.


Zachęcam, jak nakazuje tradycja, do kupowania moich książek. Albo normalnie, w księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, ewentualnie, i to już z osobistą dedykacją, u mnie osobiście, kontaktując się mailowo na toyah@toyah.pl.

sobota, 24 marca 2018

DIY, czyli zróbmy sobie papieża

      Dzisiejszy tekst powinien był się tu pojawić już parę dni temu, jako uzupełnienie niezwykle, moim zdaniem, cennej notki Eski, jednak z powodu przeróżnych tematów, które się tu przed nią wepchały, sprawa wraca dopiero dziś. Trochę też dlatego, że oto w Internecie pojawiło się ostatnio pewne wzmożenie, gdzie paru z tak zwanych „naszych”, powołując się na paru anonimowych oczywiście kardynałów, na których powołał się jakiś włoski pisarz, na którego powołała się gazeta London Times, na którą z kolei powołał się jeden z ostatnio wyrastających jak grzyby po deszczu patriotycznych portali, zaczęło się podniecać, że wspomniani kardynałowie założyli ruch, który ma zmusić Franciszka do abdykacji, ponieważ jego dalsza działalność musi rzekomo doprowadzić do schizmy, a im zależy, żebyśmy wszyscy byli razem.  Dla przypomnienia więc, w swojej refleksji zwróciła Eska uwagę na niezwykle skomplikowaną sytuację, wobec której stoi dziś Kosciół i którą musi opanować może nie tyle tu w Polsce, gdzie właściwie póki co jakoś tam próbujemy sobie radzić, czy w Zachodniej Europie, gdzie został dość skutecznie wypędzony, lecz tam, skąd 5 lat temu Duch Święty wyciągnął nam papieża Franciszka, czyli w Ameryce Południowej i Środkowej, ewentualnie w Afryce, a więc w miejscach, gdzie przed Kościołem stoją zadania, o których my tu nie mamy nawet pojęcia. Napisała Eska swój tekst, moim zdaniem w sposób nadzwyczaj uczciwy i przejrzysty i, tak jak się niestety można było spodziewać, znaczna część komentarzy pokazała równie przejrzyście, co miał na myśli Jezus, kiedy wypowiadał Swoje słynne słowa o zatwardziałości serc naszych, a jednocześnie też i to, że owa zatwardziałość potrafi zaatakować ze strony, po której, mogłoby się wydawać, że nie mogliśmy się spodziewać.
      Na Katechizmie znam się  umiarkowanie, na tyle może tylko, żeby wiedzieć, że „Kościoła należy słuchać w każdy czas”, natomiast tak się składa, że w swoim życiu spotkałem księży, których bardzo szanuję i, gdy chodzi o sprawy Wiary, traktuję jak kogoś, kogo opinii nie mogę lekceważyć. Przytoczę więc tu dziś może trzy historie, które, jak sądzę znakomicie uzupełniają właśnie to, na co nam zwróciła uwagę Eska. Otóż miałem kiedyś okazję rozmawiać z pewnym księdzem, który ponad 50 lat spędził na misjach, najpierw przez parę lat w Afryce, a potem już wyłącznie w Brazylii. Otóż opowiedział mi on, jak to którejś niedzieli miał okazję uczestniczyć w bardzo uroczystej, koncelebrowanej Mszy Świętej, z udziałem lokalnego biskupa, gdzie na samym jej początku ów biskup poprosił zebranych, by wypisali na kartkach swoje grzechy, następnie wrzucili je do specjalnie na tę okazję przygotowanej urny, po czym owe „grzechy” zostały spalone i w ten sposób wszyscy już mogli przyjąć Komunię.
        Inny ksiądz opowiadał mi, jak to jakiś czas temu niektórzy proboszczowie w Polsce polecili swoim księżom, by dyżurowali w konfesjonałach 24 godziny na dobę, a to w związku z tym, że papież Franciszek rzekomo wydał im takie zalecenie. Oczywiście, żadnemu z tych proboszczów nawet do głowy nie przyszło, że Papież mówił nie do nich, ale do tych, do których został tak naprawdę w pierwszej kolejności posłany, czyli do tych nieboraczków z urną i karteczkami.
      No i wreszcie na koniec, jeszcze jedna refleksja, którą się całkiem niedawno podzielił ze mną pewien zaprzyjaźniony zakonnik, a która już dotyczy nas tu na miejscu i która chyba najbardziej się może odnosić do tego, o czym pisała Eska. Otóż powiedział mi on, że czuje się bardzo dobrze potraktowany przez los, że nie musi prowadzić nauk przedślubnych dla par wstępujących w związek małżeński, a to z tego powodu, że z tego, co mu się udało zaobserwować, mimo owych nauk, choćby niewiadomo jak solidnie prowadzonych, przez jak madrych księży, z jakim zapałem i poświęceniem, jakieś 90 procent małżeństw, które są obecnie zawierane w naszych kościołach, jest już na samym starcie nieważnych. A to przez to mianowicie, że zdecydowana większość tych par nie ma kompletnie pojęcia, że ma do czynienia z sakramentem, a tym bardziej, co ten fakt dla każdego z nich powinien oznaczać. A zatem, kiedy po kilku latach część z tych ludzi nagle dochodzi do wniosku, że żeniąc się, nie wiedzieli, na co się decydują i w jakim towarzystwie, to mają jak najbardziej rację. Bo z ich punktu widzenia, to jest dokładnie to samo, co wtedy, gdy ona nie wiedziała, że to jest pijak i złodziej z dwojgiem nieślubnych dzieci, a on nie wiedział, że bierze za żonę robiąca na boku prostytutkę. I to jest też dokładnie taka sama sytuacja, jak w przypadku rodziców, którzy przynoszą swoje dzieci do Chrztu, następnie prowadzą je do Pierwszej Komunii, a wreszcie każą im iść do Bierzmowania, i naturalnie też w przypadku owych księży, którzy bez mrugnięcia okiem udzielają Chrztu dzieciom – o imieniu oczywiście Jessica i Denis – trzymanym na rękach przez jakieś tłuste, cycate cizie w mini spódniczkach z wytatuowanym smokiem na dupie, u boku jakichś gangsterów, w sandałach i stylowo rozdartych bermudach, i ze świeczką trzymaną w również, jak najbardziej, wytatuowanej łapie, a dalej dokładnie tak samo przy każdej kolejnej okazji, aż wszyscy oni będą się wykłócać o katolicki pogrzeb dla któregoś z nich i go naturalnie dostaną.
      I co? My teraz nagle się zastanawiamy, co z tym Franciszkiem jest nie tak, kiedy on mówi, że warto by było się zastanowić nad losem tych wszystkich pobożnych i świadomych swojej sytuacji katolików, którzy żyją porządnie, porządnie wychowują swoje dzieci i jak najbardziej porządnie przestrzegają kościelnego prawa, które im, co zrozumiałe, zakazuje przystępowania do sakramentów, bo żyją w grzechu z powodu nieważnego małżeństwa?
      Zrozummy wreszcie może, że papież Franciszek, podobnie jak wcześniej Jan Paweł II, czy Benedykt XVI, nie są tu po to, by spełniać nasze osobiste i lokalne zachcianki i leczyc nasze kompleksy, ale by dbać o zbawienie całego świata. Owszem, o nasze jak najbardziej również, dla nas jednak ten akurat element jest w tym wypadku mniej istotny, jeśli tylko zechcemy mieli świadomość, że o nie akurat powinniśmy umieć spróbować zadbać sami.


Przypominam, że moje książki można kupować albo tu u mnie pod adresem toyah@toyah.pl, ewentualnie też w księgarni www.basnjakniedzwiedz.pl. Bardzo wszystkim polecam.

piątek, 23 marca 2018

Piotr Gliński, czyli czekając na Hollywood

      Rozmawialiśmy to trochę o sztuce, sprawiając – gdy idzie o mnie nadzwyczej niechętnie – że niespodziewanym bohaterem naszych pogaduszek stał się przy okazji sam minister Glinski. I kiedy wydawało się, że najpierw ni stąd ni z owąd wpadłem na niego w telewizorze, kiedy ten mędrzec ogłosił, że, póki co, nie ma mowy o tym, by zapowiadane od dawna hollywoodzkie filmy o bohaterskiej Polsce ujrzały światło dzienne, bo przede wszystkim, jak każdy z nas wie, nawet w Hollywood przeciętny film jest kręcony kilka dobrych lat, no a poza tym my nie możemy niczego robić na chybcika, bo przecież nam zależy, by film jaki w końcu powstanie to nie był jakiś pseudopatriotyczny bubel, ale poważna sztuka i solidna robota. Jeszcze nie za dobrze wybrzmiało owo głupstwo, jak pojawiła się kolejna wypowiedź Glińskiego, tym razem dla tygodnika „Sieci”, że mianowicie państwo finasuje takie filmy jak „Twarz” Małgorzaty Szumowskiej, bo wprawdzie one są głupie i szkodliwe, ale znakomicie zrobione, no i fantastycznie zagrane, no a poza tym cenzura została w Polsce zniesiona w roku 2015.
      No a ja ledwo zdażyłem się pozbierać po tym tsunami, kiedy szedłem sobie do parku z psem i na słupie ogłoszeniowym zobaczyłem, że oto w naszym Teatrze Śląskim jest prezentowana sztuka niejakiej Kleczewskiej pod tytułem „Pod Presją”. Ponieważ na artystyczne działania dyrekcji Teatru Śląskiego mam oko od pewnego już czau, zainteresowałem się owym spektaklem, sprawdziłem, co to takiego i okazuje się, że jest to impresja na temat starego filmu Johna Cassavetesa zatytułowanego „A Woman Under the Influence”. Otóż sprawa wygląda tak, że ja ten film oglądałem bardzo wiele lat temu i przyznaję, że bardzo mi się on wówczas podobał, do tego stopnia, że pamiętam go do dziś. Opowiem może krótko, w czym rzecz. Peter Falk jest zwykłym robotnikiem, chodzacym codziennie do pracy, gdzie czekaja na niego kumple i robota, podczas gdy w domu zostaje jego żona, którą gra Gena Rowlands, z trójka małych dzieci. Falk swoją żonę bardzo kocha, podobnie dobrze żyje z dziećmi, zawsze wraca do domu wesoły i pełen dobrych myśli, niestety problem jest taki, że Rowlands to nadużywająca alkoholu wariatka, na granicy kompletnego załamania. Kiedy Falk zaczyna się bać, że w końcu dojdzie do jakiegoś nieszczęścia, bardzo niechętnie umieszcza swoją żonę na trzy miesiące w zakładziei teraz, przez te trzy miesiące, on przejmuje opiekę nad domem i dziećmi i od razu widzi, że to wszystko nie jest taka prosta sprawa, jak mu się wydawało, a on tak naprawdę woli chodzić do roboty i kolegów. No ale, jakoś przeżywa ten czas i wreszcie nadchodzi czas powrotu. Falk postanawia zorganizować na powitanie żony wielkie przyjęcie, sprowadza pełno swoich kumpli, ale kiedy orientuje się, że to był głupi pomysł, wyrzuca ich wszystkich na zbity pysk, no i zostaje już tylko on, dzieci i najbliższa rodzina. Rowlands wraca, ale okazuje się, że nawet tak skromny zestaw ją bardzo stresuje. W tej sytuacji zostają już tylko w domu on, ona i dzieci, które są dla swojej mamy bardzo dobre i kochane, nadchodzi wieczór, ona je czule układa do snu, a potem oboje, w pełnej zgodzie i spokoju sprzątają mieszkanie po imprezie i też szykują się do snu. Koniec. Rodzina wygrywa.
     Zobaczyłem więc ten plakat zapowiadający spektakl Teatru Śląskiego, zajrzałem do Internetu, żeby sprawdzić, co to jest, no i znalazłem coś takiego:
     „Celem ‘Pod presją’ jest zrealizowanie filmu w teatrze na oczach widza. Publiczność weźmie udział w równoległych procesach. Będzie przyglądać się aktorom w żywym planie, obserwować powstawanie filmu i jednocześnie oglądać film. ‘Pod presją’ jest o braku zaufania. Zaufanie to system umów, które pozwalają na realizowanie wielkich wspólnych projektów. Konsekwencją braku zaufania są wzajemne oskarżenia, poczucie bycia oszukanym i nietolerancja. ‘Pod presją’ zadaje pytanie o akceptowalne społecznie normy. Kiedy poza nie wykraczamy? Kto o tym decyduje? Kim jest człowiek normalny i jak jest postrzegany? Zwykły, przeciętny, typowy, średni, masowy, powszechny, standardowy, poprawny, ogólny, optymalny, regularny, naturalny? Kim w społeczeństwie jest kobieta i jakie wobec niej stawia się normy i wymagania? Norma jest wzorcem, według którego normalność się stwierdza lub ocenia. Odstąpienie od normy wyklucza, stygmatyzuje. Ludzie niespełniający oczekiwań otoczenia stają się czarnuchami świata”.
      Jak mówię, film Cassavetesa widziałem dawno temu, chyba nawet parokrotnie, bardzo mi się podobał i to do tego stopnia, że w pewnym momencie wiedziałem o nim naprawdę dużo. I oto proszę sobie wyobrazić, że historia jego powstania wyglądała tak, że Cassavataes napisał swój a opowieść jako sztukę teatralną, gdzie Rowlands, wówczas jego żona miała grać główna rolę, jednak kiedy przeczytała scenariusz, uznała, że on jest tak intensywny, że ona nie będzie w stanie grać tego na scenie przez siedem dni w tygodniu, w związku z czym Cassavetes postanowił swój scenariusz zrealizować jako film. Zaczął z nim chodzić po różnych producentach, szukając  kogoś, kto mu go sfinansuje, jednak odpowiedź była niezmiennie jedna: nikt nie będzie chciał oglądać filmu o pieprzniętej paniusi. Ostatecznie zastawił swój dom, jednocześnie pożyczając ile się da od znajomych i rodziny i pewnego dnia, kiedy pokazał scenariusz Falkowi, ten się zachwycił i wyłożył na niego swoich własnych 500 tys. dolarów. Ze względu na niewielki budżet, sceny do filmu były kręcone w wynajętym mieszkaniu, a Rowlands osobiście dbała o swoją fryzurę i makeup. Wszystko to jednak wystarczyło i film szybciutko był gotowy.
     No i teraz pojawił się kolejny problem. Filmowi odmówiono dystrybucji. W tej sytuacji Cassavetes osobiście zaczął wynajmować sale, przede wszystkim na kampusami uniwersyteckimi i tam prezentował swój film. Po projekcji, on i Falk spotykali się z wszystkimi, którzy zechcieli film obejrzeć i w ten sposób ostatecznie fama o filmie poszła w kraj i już w następnym roku „A Woman Under the Influence” został nominowany do Oscara w dwóch kategoriach dla najlepszej aktorki i najlepszego reżysera, w czterch kategoriach do Złotych Globów, dla najlepszej aktorki, najlepszego filmu, najlepszego reżysera i najlepszy scenariusz, zdobywając  Glob dla Rowlands za główną rolę kobiecą, a dziś „A Woman Under The Influence” jest uważany za jedyny w pełni niezależnie wyprodukowany i dystrybuowany film, a jednocześnie za jeden z najlepszych filmów w historii kina.
     A ja już tylko mam pytanie do ministra Glińskiego: niech on zgadnie, ile ten film kosztował i ile lat zająło nakręcenie go. A kiedy już uzyskam tę odpowiedź, będę obserwował, komu następnemu, po Szumowskiej i Kleczewskiej, minister Gliński rzuci trochę z naszych pieniędzy, kiedy miną trzy, cztery, pięć lat i się okaże, że z Melem Gibsonem nie da się dojść do porozumienia, a Clint Eastwood już dawno umrze. Vedze, Smarzowskiemu, a może pojawi się jakis nowy, bardzo zdolny reżyser, który chodzi do kościoła i ma dobre, prawicowe poglądy. A może to jednak znowu będzie Szumowska? W końcu, jak zapewnia sam minister, fach ona w ręku ma, więc jeśli scenariusz jej napiszą Wolski z Pawlickim, coś z tego wyjdzie, a ja się założę, że oni to zrobią szybko. Może nawet w rok. W końcu to nie Hollywood.

Gdyby ktoś był zainteresowany, moje książki są do kupienia albo w księgarni na stronie www.basnjakniedzwiedz.pl, albo bezpośrednio u mnie, pod adresem toyah@toyah.pl.
       

czwartek, 22 marca 2018

Siedem krótkich kawałków na poprawę nastroju

Od ponad tygodnia jest w kioskach do nabycia kolejny numer „Polski Niepodległej”, a w niej moje krótkie kawałki do śmiechu. Gdyby ktoś nie miał okazji, bardzo proszę. Oto wszystko jak na dłoni.


Kończąc swój poprzedni zestaw „Wezwanych do tablicy” wyraziłem obawę, że część z przedstawicieli „Obywatelskiego Ruchu na Rzecz Odsunięcia Faszystów od  Władzy” może już wkrótce transformować się w zombie i zaatakowac nas od tej nowej strony. Nie minęły dwa tygodnie, jak kolejnemu z nich zaczęło się coś sączyć ust. Oto Konstanty Gebert, niesławny przedstawiciel diaspory żydowskiej w Polsce, w wywiadzie dla „Newsweeka” ogłosił, że Polacy boją się debaty na temat swojej odpowiedzialności za Holokaust, ponieważ w jej efekcie, może wyjść na jaw, „co nasz dziadek robił podczas wojny”. Ciekawe w tym jest nawet nie to, że Gebert mówi to co mówi, ale że to mówi właśnie on, człowiek, którego ojciec, Bolesław Gebert, jako agent NKWD zakładał w Stanach ZJednoczonych partię komunistyczną, w 1920 r., kiedy na ziemiach odrodzonej Polski trwała wojna polsko-bolszewicka, Gebert szerzył propagandę prosowiecką wśród robotników amerykańskich, oraz organizował także akcje mające na celu torpedowanie finansowego wsparcia Polonii Amerykańskiej dla obrony Polski. Występował też jako gorący zwolennik sowieckiej inwazji na Polskę 17 września 1939 i wzywał do uznania skutków zawartego przez ZSRR i III Rzeszę Paktu Ribbentrop-Mołotow. I dziś jego syn nie dość, że publicznie oskarża naszych ojców i dziadków o współudział w Holokauście, to jeszcze mówi coś o naszym wstydzie? Nie. To nie może być zwykła ludzka ślina.

***
Skoro już się zgadało na temat tej szczególnej rodziny, należy wspomnieć, że stary Gebert, nie niepokojony przez nikogo, jest pochowany na Wojskowych Powązkach, obok starej Gebertowej, ze starannie wypisanym na solidnej płycie nazwiskiem. I tu nasuwają się dwie refleksje. Przede wszystkim, to jest bardzo ciekawe, że on zdecydował się spocząć na ziemi, której przez całe życie tak nienawidził. Przez większą część swojego podłego życia krążył między Stanami Zjednoczonymi, a Związkiem Sowieckim, w przedwojennej Polsce był traktowany jako persona non grata, a tu nagle zamarzyło mu się w ten szczególny sposób zaznaczać teren. Druga refleksja jest jeszcze bardziej ponura. Otóż, jak wiemy okrutny kat narrodu węgierskiego, Mátyás Rosenfeld, wydelegowany tam przez Sowietów jako Rákosi, również gnije ani w Moskwie, ani w Tel Awiwie, lecz na miejscowym cmentarzu, z tą jednak różnicą, że z jego grobu usunięto nazwisko, a zamiast niego pozostawiono zaledwie inicjały M.R., by nie prowokować ludzi do, jak by nie patrzeć, grzesznych zachowań. Swoją drogą, czy to nie jest sensowna propozycja, żeby już tych śmieci nie ruszać, a tylko zamienić nazwiska na inicjały. W.J., B.B., J.M., W.G….  Czyż nie wyglądałoby to pięknie?

***

Inna sprawa, że czasy mamy takie, że łatwo sobie wyobrazić sytuację, kiedy to my zaczynamy umieszczać tam kolejno  te inicjały, a dzieci, wnuki i ideowi spadkobiercy tej hołoty wybuchają na to wszystko gromkim śmiechem, pokazują nam kolejno Różę Thun, Janusza Lewandowskiego, Borysa Budkę, sędziego Rzeplińskiego i dziesiątki, dziesiątki innych  pytają: „Przepraszamy bardzo, ale w jaki to sposób oni są bardziej niż my Polakami?” Przesadzam? Ani mi w głowie. Oto całkiem niedawno, poseł Nowoczesnej Paweł Pudłowski, występując w TVP Info, w taki oto sposób skomentował fakt, że ulicami Lwowa, pod hasłem „Lwów nie dla polskich panów”, przeszedł marsz ukraińskich nacjonalistów: „To bardzo smutne obrazki. Ta relacja mogłaby być lepsza. Uważam, że dyplomacja polska powinna zabiegać o jak najczęstszy dialog z Ukrainą i o rozmowę o historii, która jest trudna. Wymagaliśmy, będąc tam, pracy ponad miarę od ukraińskich pracowników i dlatego właśnie, jak twierdzą sami Ukraińcy, nastąpiła Rzeź Wołyńska”. Ja mam świadomość, że poseł Pudłowski to młody człowiek i niech żyje jak najdłużej, ale jakie mamy argumenty, by, kiedy już przyjdzie na niego czas, nie potraktować go tak jak Węgrzy tego Rosenfelda?

***

A propos młodych, bardzo ostatnio uaktywniły się młode feministki, a my już się tylko zastanawiamy, czy to nie one przepadkiem przejmą pałeczkę z rąk Pudłowskiego i innych. Jedna z nich, jak się sama przedstawia, „wrocławska artystka/ ilustratorka, hafciarka i aktywistka”, Olga Budzan, najpierw  zorganizowała, a potem rozpropagowała przy pomocy zaprzyjaźnionych mediów, warsztaty artystyczne pod intrygującym tytułem „Narysuj swoją cipkę”. Gdyby ktoś nie do końca rozumiał, w czym rzecz, mamy też odautorskie objaśnienie: „Idea łączy w sobie mocny przekaz feministyczny, pomaga ‘odzyskać kobiece ciało’ na wielu płaszczyznach jednocześnie, wpisując się w nurt samoakceptacji i wzmocnienia samooceny kobiet”. Ależ się te losy plotą. Gdyby  owej bolszewickiej feministce Aleksandrze Kołłontaj Lenin powiedział, żeby dała sobie spokój z tym Dniem Kobiet, bo i tak wszyscy wiedzą, że tu chodzi wyłącznie o „cipkę”, ona by pewnie go własnoręcznie udusiła.

***

A tymczasem, proszę! Niedawno, jak zawsze bardzo uroczyście, obchodziliśmy Międzynarodowy Dzień Kobiet i jeśli komuś się wydawało, że za tym pomysłem wciąż stoi zaledwie walka o równouprawnienie i powszechny szacunek dla ciężkiego losy kobiety, to powinien wiedzieć, że to są już dawno zapomniane starocie. W tej chwili kobiety walczą o „odzyskanie własnego ciała”, a dokładniej rzecz biorąc, wspomnianej „cipki”. Wydaje się, że najbardziej obrazowo sprawę przedstawiła, nie byle gdzie, bo w wywiadzie dla Wirtualnej Polski, wybitna lewicowa „krytyczka literacka, doktorantka interdyscyplinarnych studiów w Instytucie Filologii Polskiej UAM”, niejaka Maja Staśko: „Uwielbiam seks i dlatego nienawidzę seksizmu. Lubię się pieprzyć i dlatego nienawidzę przemocy seksualnej. Seksizm to nie seks, przemoc seksualna to nie stosunek seksualny, a wolność seksualna to nie wolność przemocowych typów do molestowania i gwałtu. Dlatego #metoo to nie nowy purytanizm. To też nie koniec flirtu ani wolności seksualnej. Ale to wreszcie koniec zrównywania przemocy z seksem i odbierania wolności seksualnej kobietom. To koniec pierdolenia o pruderyjności, gdy kobiety solidarnie walczą z molestującymi gnojami. Jeśli ktoś traktuje walkę z gwałtem jak walkę z seksem, to zwyczajnie zakłada, że ‘zawsze się troszeczkę gwałci’. #metoo to wreszcie walka o lepszy seks i wolność seksualną dla wszystkich, do cholery”. Swoją drogą, to by dopiero była zabawa na 14 fajerek, gdyby red. Rachoń urządził w TVP Info debatę tej Staśko z posłem Pudłowskim. Nie żeby od razu o cipce, ale, powiedzmy, o stosunkach polsko-żydowskich.

***

Zaczęliśmy od naszych starozakonnych braci, i na nich przyszło nam kończyć. Ciekawa sprawa z tym Konstantym Gebertem. Starsi z nas pamiętają z pewnością czasy dawnego „Tygodnika Mazowsze”, ale też wprowadzającej nas dopiero w nowe czasy „Gazety Wyborczej”, i jednocześnie przypominają sobie niechybnie, że wtedy jeszcze nikomu do głowy nie przyszło sądzić, że wybitny działacz niepodległościowy, Dawid Warszawski, to syn „tego” Geberta. W tamtych latach, jemu nie dość, że nawet do głowy nie przyszło paradować w jarmułce, to nawet słowo „Żyd” nie przeszło przez gardło w jakimkolwiek kontekście. Czy można się temu dziwić? Oczywiście że nie. I nie oszukujmy się. Tu nawet niekoniecznie problemem był sam Gebert, ale i cała kupa jego towarzyszy, a więc Henio Wujec z żoną i Janek Lityński, profesor Bronisław, że już o Jacku Kuroniu i Adasiu Michniku nie wspomnę. To były czasy, kiedy człowiek musiał być podwójnie zabezpieczony i musiał uważać na każde słowo, żeby rewolucja solidarnościowa odniosła sukces.

***

Swoją drogą, to okropne, że oni wszyscy tak marnie skończyli. Tyle wysiłku przy takich pieniądzach i wszystko jasny szlag trafił. Jak się zastanowić, to im już tylko został Lech Wałęsa i ewentualnie Francis Fukuyama, który wciąż ich pociesza, że wystarczy tylko odsunąć od władzy Kaczyńskiego i Orbana, a historia, tak jak oni to wszystko w pierwszej kolejności wspólnie zaplanowali, ostatecznie i nieodwołanie się zakończy.


Zachęcam wszystkich do korzystania z oferty księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, gdzie są również do kupienia moje książki. Gdyby ktoś życzył sobie dedykację, proszę o kontakt mailowy na toyah@toyah.pl. Myślę, że sobie jakoś poradzimy.

środa, 21 marca 2018

Idzie wiosna - będę śpiewał piano

      Nie wiem jak Państwo, ale ja ostatnio kilka razy spotkałem znajome osoby, czy to w moim wieku, czy starsze, które żaliły mi się, że ta zima jest tak depresyjna, że oni już nie mogą się doczekać, jak przyjdą ciepłe dni i będzie można stanąć na nogi i spróbować jeszcze troche pociągnąć. I ja oczywiście ich wszystkich doskonale rozumiem, gdyż sam, kiedy już uderzyła mi sześćdziesiątka, zauważyłem u siebie objawy tego czegoś, co sprawia, że człowiek zwyczajnie nie ma sumienia by kiedykolwiek jeszcze w życiu choćby pólgębkiem narzekać na upały. Inna sprawa, że marzec akurat jest chyba z samej swojej natury miesiącem, kiedy to wielu z nas staje przed owym wyzwaniem, gdzie albo się uda, albo już tym razem. Myślałem więc o tym marcu i nagle sobie uprzytomniłem, że niespełna tydzień temu, minęła pierwsza rocznica śmierci Wojciecha Młynarskiego. To jest dopiero rok, a ja coraz częściej myślę sobie, że to co on nam podarował przez parę dobrych lat swojego życia i twórczości jest właściwie nieporównywalne z niczym tego typu, ani tu, ani tam, ani pewnie nigdzie.
      Skąd mi przyszedł do głowy ten Młynarski? Częściowo już wyjaśniłem, jest jednak drugi powód, kto wie, czy nie ważniejszy. Zanim jednak przejdę do rzeczy, pozwolę sobie może na wprowadzenie. Otóż każdy z nas ma pewnie od czasu do czasu coś takiego, że budzi się rano i bez jakiegokolwiek wyraźnego sensu, zaczyna powtarzać sobie w głowie jedną i tę samą piosenkę. I oto , proszę sobie wyobrazić, mnie się ostatnio też to przydarzyło z piosenką Młynarskiego zatytułowaną „Bas”, tyle że z tą różnicą, że ja tę piosenkę podśpiewuję sobie w duszy dzień w dzień od kilku już tygodni. Kiedy minął kolejny tydzień, a ja zacząłem się obawiać, że może to jest jakiś początek szczególnego rodzaju wariactwa, uświadomiłem sobie, że wszystko jest jak najbardziej w normie, a powodem tej obsesji jest to, że moja żona właśnie kilka tygodni temu zakupiła wielką walizkę firmy „Puccini”, postawiła ją nierozpakowaną tu w rogu pokoju, w taki mianowicie sposób, że kiedy rano idę do łazienki, nie mogę nie rzucić na nią okiem, pierwsze co widzę, to napis „Puccini” i natychmiast mi w głowie pojawia się fraza: „Aż się raz odmienił spraw bieg / z nieba zszedł Puccini i rzekł: / po coż cię trafia szlag / spróbuj basie śpiewać tak”.
      A więc tak. To Młynarski sprawił, że ja od niemal już miesiąca zaczynam się obawiać, że marcowa depresja doprowadziła mnie do progu obłędu. Ale też to ta nieszczęsna walizka sprawiła, że nagle sobie przypomniałem tamten tekst i po raz kolejny w moim życiu zrozumiałem wielkość poezji Młynarskiego, jej dowcip, jej inteligencję, jej wreszcie czysto literacki kunszt.
       „Basu” akurat Młynarski chyba zbyt często nie śpiewał, a piosenka została napisana z myślą o innym niezwykle udanym projekcie, czyli Skaldach, ale to jest oczywiście on i dziś, niech będzie na powitanie wiosny, której dziś, co by nie mówić, przyżywamy dzień pierwszy, posłuchajmy tej piosenki:

Pewien bas bellcanta eks - król
poczuł raz frustrację i ból
że już dziś, co za wstyd
nie zachwyca nim się nikt
lecz ten bas, niech każdy to wie
mówić "pass" nie myślał, o nie!
walczyć jął niby lew
by świat wielbił jego śpiew

Ludzie, co nie odróżniali
La Palomy od La Scali
przerażeni przystawali
słuchając jak bas
co dzień, raz po raz
bellcanto doskonali
(śpiew basa - forte)

Mijał czas w czekaniu na cud
a nasz bas mizerniał i chudł
ale wciąż, co za wstyd
nie zachwycał nim się nikt
aż się raz odmienił spraw bieg
z nieba zszedł Puccini i rzekł:
po coż cię trafia szlag
spróbuj basie śpiewać tak

Ludzie, co nie odróżniali
La Palomy od La Scali
zachwyceni przystawali
a potem hop - siup
stworzyli fan - club
i piano w nim śpiewali
(śpiew basa - piano)

Jako morał, co dzień rano
powtórz sobie prawdę znaną
ale rzadko stosowaną:
nie zawsze twój bas
dociera do mas
czasami trzeba piano
.

      Jeśli komuś przyjdzie do głowy przekonywać mnie, że ten cały Młynarski był do dupy, bo miał nieodpowiednie poglądy, no i w ogóle źle się prowadził, proszę bardzo. Ostatnio czuję się uodporniony. No a na koniec – Skaldowie. Podobno mieli świetnego perkusistę. Wszystkiego dobrego na nadchodzący wiosenny czas.





Moje książki w tych dniach można zamawiać zarówno u mnie, wysyłając zamówienia na adres mailowy toyah@toyah.pl, jak i – to już stale – w księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl. Zachęcam niezmiennie.