Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rząd. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rząd. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 26 października 2020

Przemsa: Zwietrzyli krew

Jeżeli ktoś wierzy, że celem tych, którzy wyprowadzają właśnie ludzi na ulice jest zmiana wyroku TK lub jego unieważnienie, musi mieć nierówno pod sufitem. Wyraziłbym się jeszcze dosadniej, ale nie chcę eskalować.

Od dawien dawna, a przynajmniej do czasu, gdy okazało się, że z Prawem i Sprawiedliwością nie da się teraz wygrać w uczciwych wyborach, a nieuczciwych również nie sposób lekko i łatwo zorganizować, szuka się sposobu, by zradykalizować nastroje społeczne wyciągając Polaków z domów. Dotąd szczęśliwie niespecjalnie się to udawało.

Teraz wreszcie jest sposobność. I to sposobność wyśmienita, gdyż szaleje pandemia i wszelkie publiczne zgromadzenia są surowo zabronione. Oznacza to, że drastycznie wzrasta też prawdopodobieństwo użycia środków przymusu bezpośredniego do rozpędzenia tłumów. Wraz z tym rośnie również szansa, że poleje się krew. Uderzony w twarz policjant odda twardą pięścią łamiąc nos ślicznej nastolatki z dobrego domu (która tylko nie chciała, żeby rząd za nią decydował); komuś znanemu gumowa kula wybije oko; gaz łzawiący nieomal udusi astmatycznego intelektualistę w koszulce Che i rogowych okularach itd.

Na to z niecierpliwością czekają inicjatorzy tych zamieszek.

Wreszcie żaden Diduszko nie będzie musiał się kłaść udając trupa, bo trupy – a przynajmniej poważnie rani – rzeczywiście się pojawią. Wtedy w świat pójdzie przekaz, że zamordystyczno-faszystowski rząd Kaczyńskiego strzela do pokojowych demonstrantów walczących o niezbywalne prawo każdego człowieka, jakim jest prawo do aborcji. Brakuje mi trochę wyobraźni, by spekulować, co dokładnie będzie dalej, ale z pewnością scenariusze są już rozpisane. Konfederacja przejdzie samą siebie, Gowin wysunie ze zbolałą miną szalenie słuszne żądanie nie do spełnienia itp. Najważniejsze będzie to, że zapanuje chaos. W dobie pandemii zachybocze to łódką tak mocno, że tym razem może uda się ją wreszcie wywalić.

Dlatego właśnie sytuacja jest bardzo poważna. Wszystko zmierza do tego, by nie dało się już możliwie asekuracyjnie i spokojnie reagować na jawne łamanie prawa przez demonstrujących i zmusić władzę do użycia swojego monopolu na przemoc, czyli by ta zatańczyła dokładnie tak, jak jej zagrają. A akompaniować będą jej na dwa fortepiany. Sponsorzy burd równo, rytmicznie, ale jednak gdzieś z tyłu sceny; pożyteczni idioci natomiast - plus słusznie szczerze oburzeni ludzie przyzwoici - otwarcie, głośno, waląc z całych sił w klawisze podgrzeją atmosferę etiudą c-moll op. 10 nr 12 zwaną „Rewolucyjną”. Już przecież pojawiają się glosy, że jeżeli władza nie potrafi sobie poradzić z bandami profanującymi kościoły, to trzeba ją zmienić...

Obie strony chcą zatem tego samego i nieważne, że wyłącznie jedna czyni to cynicznie, z rozmysłem i bezwzględnie. Niczego to nie zmienia.

Stawia to Prawo i Sprawiedliwość między młotem i kowadłem i zupełnie nie wiem, jak najrozsądniej będzie z tego wybrnąć. Pozostaje chyba tylko ufać w Opatrzność, bo jeżeli teraz ten rząd upadnie, to co się z niego wyłoni sprawi, że wszyscy, ale to naprawdę wszyscy, piszczeć cienko będziemy długo. Oby to się nie spełniło.

przemsa

 

sobota, 10 stycznia 2015

Czy Mieczysław Wachowski zdąży zastąpić kandydaturę Dudy?

Już parokrotnie i jak najbardziej szczerze obiecywałem sobie, a co gorsza również czytelnikom tego bloga, że w obliczu bezczelności, z jaką tak zwane „nasze” media, a więc przede wszystkim tygodnik „W Sieci” i portal wpolityce.pl odnoszą się do czytelnika, ja najzwyczajniej w świecie przestanę ich zauważać. W końcu, jak długo można zwracać uwagę na to, co ci ludzie wyprawiają, napominać ich, odwoływać się do ich rzekomego patriotyzmu i do odpowiedzialności, jaka oni na siebie przyjęli, za każdym razem odbijać się od tej ich grubiańskiej obojętności, a później znów wracać i zaczynać wszystko od nowa, po to tylko, by znów na końcu ujrzeć te puste oczy najzwyklejszej plazmy? A mimo to przychodzi chwila, kiedy znów wydaje się, że nie można tego, co się tam wyprawia pozostawić bez komentarza, bo przyjdzie taki moment, kiedy ktoś powie, że kiedy już naprawdę trzeba było krzyczeć, to ja siedziałem jak ten głupi na płocie.
No a zatem, proszę sobie wyobrazić, że okładka najnowszego numeru tygodnika „W Sieci”, cała w biało-czerwonych barwach przedstawia od lewej: Tadeusza Kościuszkę, Jana Pawła II, Mikołaja Kopernika i Józefa Piłsudskiego, pod spodem Jaruzelskiego na tle flaszki i jakichś dwóch przekazujących sobie z ręki do ręki plik banknotów, no i wielki tytuł: „DUMA I WSTYD”, że niby, jak rozumiem, ci u góry to duma, a ci na dole – wstyd. O co poszło? Otóż redakcja prawicowo-konserwatywnego tygodnika „W Sieci” przeprowadziła, jak sama pisze, „wielkie badanie”, by zobaczyć, co Polacy sądzą o najważniejszych sprawach Kraju. No i wyszło z owego badania tyle, że jest dokładnie tak, jak się można było spodziewać, czyli jesteśmy najbardziej dumni z uzyskania demokracji w roku 1989, postawy Polaków w czasie II Wojny Światowej, na trzecim miejscu wyboru Karola Wojtyły na papieża, dalej sierpnia 1980, bitwy pod Grunwaldem, wstąpienia do Unii Europejskiej i różnych innych drobniejszych zdarzeń, w tym nawet chrztu Polski i wstąpienia do NATO. Na pytanie natomiast, czego się powinniśmy wstydzić, dostajemy odpowiedź, że wstydzić się powinniśmy PRL-u, dzisiejszych „kłótni polityków”, „prześladowania Żydów” i „wydarzeń związanych z katastrofą smoleńską”. Wreszcie tygodnik „W Sieci” zapytał o Polaków, których cenimy najbardziej, no i tu wynik jest następujący: na pierwszym miejscu papież, potem Wałęsa, za Wałęsą Piłsudski, za Piłsudskim Kościuszko, za Kościuszką Jagiełło, za Jagiełłą Kopernik, no a potem cała już reszta, od Władysława Sikorskiego i Lecha Kaczyńskiego, przez Mieszka I i Szopena, po Sienkiewicza i Gierka.
Jak mówię, jeśli te wyniki mogą dziwić, to chyba tylko tych z nas, którzy znając patriotyczną niezłomność braci Karnowskich i całego tego towarzystwa, spodziewali się, że wyniki tego badania będą takie, że Polacy najbardziej dumni są z podwójnego zwycięstwa Prawa i Sprawiedliwości w roku 2005, najbardziej się wstydzą Donalda Tuska i Platformy Obywatelskiej, a na pierwszym miejscu wśród tych, których najbardziej cenią, znajdą się ex aequo Jan Paweł II i Lech Kaczyński. To by z pewnością było w ich stylu. Tymczasem, okazuje się, że oni przeprowadzili to badanie, a następnie opublikowali jego wyniki dokładnie w taki sam sposób, jakby to mogły zrobić „Newsweek”, czy „Polityka”, a więc rzetelnie zaczepiając ludzi, którzy wiedzą dokładnie tyle co usłyszeli w telewizji, o to, kogo oni cenią najbardziej, następnie zapisując tego papieża z Wałęsą, i udając się na zasłużoną setkę pod śledzia.
Przeglądałem te tabelki, czytałem towarzyszącą im analizę Piotra Skwiecińskiego, drapałem się po głowie, nie mogąc się nadziwić temu co widzę, kiedy nagle spojrzałem uważniej na okładkę i stwierdziłem z prawdziwym zachwytem, że jednak wszystko jest na swoim miejscu. Oni bowiem z tego towarzystwa Wałęsę wymiksowali. Zapytali ludzi, kogo ci cenią najbardziej, co czwarty powiedział, że Wałęsę, a na to Skwieciński napisał, że to wcale nie było tak do końca na poważnie, bo chodzi o to, że „Wałęsa bardzo wyraźnie stał się dla większości Polaków kimś w rodzaju czcigodnego, starego symbolu [który] nie prowadzi ich nigdzie, ale też nie do tego służy”. A ja bym już tylko chciał wiedzieć, dokąd Polaków prowadzi dziś Jan Paweł II, Mikołaj Kopernik, Tadeusz Kościuszko, czy Józef Piłsudski? I do czego każdy z nich służy poza byciem „czcigodnym, starym symbolem”? Chciałbym to wiedzieć, choćby po to, by zrozumieć, jaki rodzaj myślenia stał za tym, by najpierw owych biednych ludzi na tego Wałęsę wypuścić, a potem im powiedzieć, że to co oni uważają się nie liczy, i wygumować go z tej okładki. Chciałbym też oczywiście wiedzieć, jakie teksty ukazałyby się w tygodniku „W Sieci”, gdyby to tygodnik „Polityka” na przykład przeprowadził tego typu badanie opinii, na drugim miejscu za papieżem znalazłby się Lech Kaczyński, a Paradowska z Baczyńskim daliby na okładkę tych czterech, a Kaczyńskiego wystrzelili tam, gdzie jego miejsce? Co wtedy pisałby Piotr Skwieciński i jego kumple z redakcji? Czy może to, że to tylko taki stary symbol, który ani donikąd nie prowadzi, ale też do tego nie służy?
Do czego zmierzam? Do tego mianowicie, że ci durnie najpierw organizują badanie opinii, które, nie dość, że jako niczego tak naprawdę nie opisujące, nie ma najmniejszego sensu, to jeszcze, po raz nie wiadomo już który, powtarza starą post-peerelowską propagandę, że Polacy gówno wiedzą, gówno ich ta cała Polska obchodzi, a jeśli mają jakiekolwiek refleksje, to wyłącznie w formie starych do porzygania klisz, a następnie, próbując się ratować przed swoim bałwaństwem, ucieka się do najbardziej obrzydliwej manipulacji rodem z „Gazety Wyborczej”, czy TVN-u.
Patrzę na tę głupią okładkę z wyciętym Wałęsą, i z Jaruzelskim z tą ruską flaszką, czytam Skwiecińskiego, jak mieli to swoje bezczelne kłamstwo i zastanawiam się, zupełnie jak te zwierzęta u Orwella, czy to jeszcze ci, czy może już z powrotem tamci? I oto nagle zaglądam na stronę setną tego szalenie patriotycznego tygodnika, a tam, proszę sobie wyobrazić, tekst zatytułowany „Przyjazne urzędy”, który zaczyna się w następujący sposób:
Choć nie wszystkie urzędy pracy działają jak należy, przybywa takich, dla których znalezienie bezrobotnemu zatrudnienia jest coraz mniejszym problemem. Na liście liderów jest m.in. Powiatowy Urząd Pracy w Skierniewicach. W tym 48-tysięcznym mieście bez pracy jest tylko 6,8 proc. mieszkańców, a jeszcze dwa lata temu było 12,5 proc. Spadek bezrobocia to efekt nie tylko poprawiającej się koniunktury, lecz także wysiłków 38 urzędników, których do zmian modelu pracy zmobilizowała reforma urzędów pracy z maja tego roku, przygotowana przez ministra pracy i polityki społecznej Władysława Kosiniaka – Kamysza”. Od tego momentu oczywiście tekstu tego już dalej nie czytałem, natomiast, owszem, zajrzałem na sam koniec, by zobaczyć, kogo to nasi patrioci właśnie u siebie zatrudnili, a tam, proszę sobie wyobrazić stoi: „Jadwiga Marcińska”, a dalej: „partner merytoryczny: Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej”. Nigdzie słowa o tym, że to jest tekst sponsorowany, że to tylko reklama, że to taki żart. To wszystko się dzieje naprawdę i nikt się przy tym nawet nie odważy uśmiechnąć. Jadwiga Marcińska. Partner merytoryczny. Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej. Z tego szoku, zajrzałem nawet do spisu treści na samym początku numeru i tam też, w dziale „gospodarka”, sterczy jak byk: strona 100, przyjazne urzędy pracy, Jadwiga Marcińska.
Przepraszam bardzo, ale w tej sytuacji, ja nie mogę nie zacząć podejrzewać, że przez minione miesiące, czyli mniej więcej od momentu, gdyśmy po raz pierwszy poczuli, że z tym prawicowo-patriotycznym cyrkiem jest coś nie tak, oni zostali najzwyczajniej w świecie przejęci i to przejęci na czysto, bez dyskusji i bez słowa wyjaśnienia. Tyle dobrego, że jeszcze tym razem nie było Wałęsy. Ale nie mam najmniejszych wątpliwości, że to już może niedługo, kiedy bracia Karnowscy w swojej regularnej cotygodniowej rozmowie z ciekawym człowiekiem przedstawią nam, może jeszcze nie jego, ale już na przykład Mieczysława Wachowskiego, jakiego nie znamy – jak najbardziej. Nie wiadomo tylko jeszcze, kto będzie merytorycznym partnerem tego skoku.

Przypominam wszystkim zainteresowanym, że moja najnowsza książka, podobnie zresztą, jak wszystkie wcześniejsze, jest do kupienia na stronie www.coryllus.pl. Serdecznie zachęcam.

sobota, 20 września 2014

Władysław Tomczyk na premiera, czyli sky's the limit

Możliwe że niektórzy z nas jakimś cudem o nim słyszeli, ale wątpię. Wątpię trochę dlatego, że sprawa faktycznie i bezdyskusyjnie nie nadaje się do tego, by nie tylko o niej rozmawiać, ale choćby i myśleć, a z drugiej strony jest tak strasznie dużo rzeczy, które nam wypełniają życie, że naprawdę trudno sobie wyobrazić, że jakiś lokalny wybryk ni stąd ni zowąd dotrze do powszechnej świadomości ot tak sobie, tylko dlatego, że on zaistniał, a ktoś gdzieś uznał go za coś wartego uwagi.
O co chodzi? Otóż jest tak, że w Katowicach, a więc mieście, w którym mieszkam, jest kinoteatr „Rialto”, obok znajduje się wiadukt kolejowy, a pod wiaduktem o wielu lat, dzień w dzień, stoi sobie pewien starszy pan w czapce z daszkiem i ze skrzypcami, wygrywa na tych skrzypcach sobie tylko znane melodie, a przechodnie wrzucają mu do puszki pieniądze. Ktoś powie, że to standard: wszędzie takich ludzi jest cała masa, a jeśli niektórzy z nich nie mają akurat skrzypiec, to grają na fujarce, gitarze, harmonijce, a czasem i na bębenkach, jednak cel i efekt jest zawsze ten sam – zarobić na życie. Co ja mówię, grają? Są tacy, którzy ponieważ grać na niczym nie umieją, to śpiewają, albo nawet piszą teksty. I je rozdają, by kto chce, sobie poczytał.
Ów katowicki skrzypek to jednak coś zupełnie szczególnego. I tu, aby dokładnie wyjaśnić, w czym rzecz, trzeba poświęcić sprawie trochę więcej miejsca. Otóż przede wszystkim on na skrzypcach grać nie potrafi. I kiedy to mówię, nie chodzi mi o to, że on nie potrafi grać na skrzypcach tak, jak wielu zawodowych, czy pół zawodowych, czy zaledwie amatorskich skrzypków, którzy są aż tak słabi, że my ich słuchamy z zażenowaniem i mówimy, jak to oni są do niczego. On nie potrafi grać na skrzypcach dokładnie tak samo, jak na skrzypcach nie potrafię grać ja, czy ktokolwiek z nas. On na skrzypcach nie potrafi grać tak samo jak, czy to ja, czy większość z nas, czytających ten tekst, nie potrafi grać na waltorni, czy kontrabasie. A mimo to, każdego dnia od wielu lat, można go spotkać pod tym wiaduktem, jak tam stoi, z tymi swoimi skrzypcami, z pulpitem z rozłożonymi na nim nutami, i gra melodie znane tylko sobie. Ale to nie wszystko. Poza tym całym ekwipunkiem, on ma jeszcze coś – mianowicie kasę fiskalną, którą niezmiennie uruchamia ile razy ktoś mu wrzuci do pudełka jakiś pieniądz.
Powiem uczciwie, że ten dziwny człowiek budzi we mnie uczucia jak najgorsze. Ja wiem, że nasze życie układa się różnie, a przez to różnie jesteśmy zmuszani do tego, by wybierać te czy inne sposoby na przeżycie. To co wymyślił ów starszy pan ze skrzypcami, a mianowicie to, że on nie potrafiąc grać na skrzypcach, zacznie zarabiać na życie grą na skrzypcach, a po to, by ową działalność jakoś wzmocnić na poziomie ściśle handlowym, zainwestuje w kasę fiskalną – zupełnie, jak wiemy, niepotrzebnie i bez sensu – i w ten sposób okaże się lepszy od całej reszty ulicznych grajków, budzi we mnie odruch protestu. Dlaczego? Dlatego mianowicie, że za tym co on robi stoi zwykłe kłamstwo. To nie jest sztuka, tam nie ma śladu piękna, tam wreszcie nie ma mowy o wzruszeniu się ludzką biedą i wynikającą z niej desperacją. Tam jest tylko czyste, bezczelne cwaniactwo. Ja bym się nie zdziwił, gdyby się kiedyś okazało, że zarówno te nuty, jak i ta kasa, to zwykły ersatz.
Ale ja byłbym w stanie to wszystko jakoś zaakceptować, gdyby ów dziwny człowiek był choć trochę wesoły, czy choćby sympatyczny. Tymczasem nie. Moim zdaniem jego cała postawa, wyraz twarz, zachowanie wskazuje na to, że jego tam ktoś postawił, kazał mu robić to co robi i o nic nie pytać. On ani się nie uśmiecha, ani nie żartuje, ani z ludźmi nie rozmawia, stoi tam z tą kasą pod nogami, ponury i obcy jak jasna cholera, i bez sensu rzępoli na tych swoich skrzypkach. Jak mówię – od wielu już lat dzień w dzień.
Ktoś zatem powie, że to jest może taki performance, a więc dzieło sztuki. Oto człowiek, który mimo że nie umie grać na instrumencie, staje na ulicy i zbiera pieniądze, a w dodatku jeszcze ma tę kasę fiskalną, co stanowi już ironię jednoznaczną. Otóż nic z tego. Tam nie ma żadnej prowokacji; tam mamy wyłącznie jednego ponurego starszego pana w czapce z daszkiem, wymiętoszonej marynarce i skrzypcami, którego żona wysłała na ulicę, żeby zarabiał na chleb, a kiedy się okazało, że z tego są niezłe pieniądze, na wszelki wypadek, żeby Urząd Skarbowy się nie doczepił, kazała mu kupić kasę fiskalną, no i wtedy dopiero, ku ich zaskoczeniu, interes ruszył i nawet w TVN-ie go pokazali. Jak mówię, tam nie ma nic więcej, jak tylko to.
I teraz zapewne padnie pytanie, czemu ja się na niego tak pieklę? Co mnie obchodzi ten staruszek? W końcu takich byle jakich ulicznych grajków jest mnóstwo. Nawet tu w Katowicach karierę ostatnio robi pewien gitarzysta, który od tego skrzypka jest zaledwie nieco lepszy, a proszę sobie wyobrazić, że o nim się ostatnio mówi, jako o „najlepszym gitarzyście na świecie”. Czemu ja się jego nie czepiam? Otóż ja się go nie czepiam, bo on się przynamniej stara. Żeby osiągnąć swój sukces, on stworzył sobie i wizerunek i styl i nawet nauczył się grać ten jeden jedyny kawałek w taki sposób, by przynajmniej niektórzy z nas krzyknęli „łał!”. Człowiek ze skrzypcami, jak mówię, nawet nie udaje, że się stara, że mu zależy, a oto nagle stał się jednym z podstawowych punktów krajobrazowych Katowic i okolic. On od pewnego czasu, w jak najbardziej oficjalnie autoryzowanym krajobrazie miasta jest czymś równie znaczącym, jak Wieża Spadochronowa, Kopalnia Wujek, czy Osiedle Giszowiec. On ma nawet nazwisko i nazywa się Władysław Tomczyk. Niedawno doszło podobno wręcz do tego, że o nim powstała jakaś amerykańska etiuda filmowa, którą można obejrzeć na youtubie. Ja jej nie widziałem, ale wierzę, że to prawda. Ledwo wczoraj przechodziłem sobie obok niego i na własne oczy widziałem, jak z nim załatwiał jakieś sprawy ktoś, kto mi wyglądał na miejskiego urzędnika, coś mu tłumaczył, zapraszał go na jakieś spotkanie, a skrzypek patrzył na niego tępym wzrokiem, jakby nic z tego nie rozumiał i tylko kombinował, jak tu znów wrócić do grania, bo czas goni, pieniędzy wciąż za mało, a za chwilę przyjdzie żona i mu urządzi piekło.
Ktoś się zapyta, po co ja o tym w ogóle piszę, skoro nawet sam na początku uznałem, że to nie jest w ogóle temat? Czy nie wystarczy mi pomarudzić prywatnie? Muszę z tym wychodzić aż na blog? Rzecz w tym, że wczoraj Ewa Kopacz ogłosiła skład nowego rządu, z Arłukowiczem, Schetyną, Halickim, Kluzikową, Grabarczykiem i tymi dwiema dziwnymi paniami, których nazwisk ani nie pamiętam, ani pamiętać nie chcę, a na dodatek obiecuje sobie nimi głowy nie zawracać do końca życia, i choć każdy z nas wie, że to nie może być na poważnie, to z drugiej strony, wszystkie znaki na ziemi i na niebie mówią nam, że ależ tak, to wszystko się dzieje naprawdę i jest jak najbardziej poważne. To jest i poważne i oficjalne i jak najbardziej autoryzowane przez szeroki mainstream. Widzimy tę Kopacz, patrzymy na nią, jak stoi tak fatalnie rozkraczona przy tej swojej mównicy, najpierw plecie jakieś dyrdymały na temat polskiej obronności, by za chwilę wpaść już w stan takiego rozchwiania, że ani ludzkie oko, ani ludzkie ucho, ani nawet ludzka wyobraźnia nie jest w stanie tego opisać.
A ja sobie nagle przypominam tego skrzypka pod wiaduktem kolejowym w Katowicach i myślę, że to jest dokładnie to samo. Zarówno gdy chodzi o poziom, jak i tę całą oprawę, która każe nam wierzyć, że to wszystko to jest nieodłączny element naszego polskiego krajobrazu, który albo przyjmiemy w całości, albo, jeśli nam się nie podoba, to won. A przynajmniej – mordy w kubeł, bo jak nie, to następnym premierem zrobimy tego Tomczyka i wszyscy zobaczą, jak potrafi być dziwnie.

Wszystkich zainteresowanych zapraszam na stronę www.coryllus.pl, gdzie są do kupienia nasze książki, niekiedy w bardzo korzystnych promocjach.Trochę mi dziś głupio bez tej kasy fiskalnej, no ale może uda mi się jakoś wywinąć. W kazdym razie za każdy gest bardzo wszystkim dziękuję.

piątek, 31 grudnia 2010

Don Paddington & Toyah: O czarnej fasadzie i dobrej materii

No więc i jakoś dociągnęliśmy do końca tego strasznego roku. Osobiście wolę nie mówić o dobrych, czy złych latach – jest w tym coś bardzo pogańskiego, czyż nie? – lecz o dobrych i złych wydarzeniach. No ale, skoro zwyczaj, to i tradycja. A skoro tradycja – to cóż my na to? Dla mnie więc ten rok, to jednak w dużej mierze ten blog i świadomość, że gdyby nie on, to bym dziś się znajdował w sytuacji, w jakiej niechybnie, jako wesoły emeryt, będę się znajdował za lat kilka, jeśli jakimś cudem rok 2011 jednak nie wystrzeli w kosmos tej bandy złoczyńców i nieudaczników. A zatem, jeśli mam go jakoś podsumowywać, to przede wszystkim muszę podziękować wszystkim tym, którzy mają mnie i moją rodzinę w swojej życzliwej opiece. A więc:
Ireneuszowi z Warszawy,
Dance z Warszawy,
moim ludziom ze Skoczylasa,
Oli z Opola jak najbardziej Lubelskiego,
Pawłowi z Warszawy,
Drogim Państwu Wieczorkom,
Zbyszkowi z Łęczycy,
Krzysztofowi z Sosnowca,
naszemu koledze Kozikowi,
Grabarzowi,
Krystynie z Gdańska,
Edycie z Krakowa,
Sławkowi z Warszawy,
i za kwiaty z Melomanów
i Jackowi z Warszawy,
no i Traubemu
i Tomkowi z Pabianic.
Radkowi ze Szczecina,
Edwardowi z Przegędzy,
Joli z Sieprawa oczywiście,
Grzegorzowi z Warszawy,
Joli z Warszawy,
Piotrowi z Warszawy,
Magdzie i Markowi z Białej,
Cmentarnemu Dechowi,
Jakubowi z Warszawy,
Annie z Olsztyna,
Jerzemu z Warszawy,
Michałowi ze Świecia,
Danusi z Warszawy,
Arturowi z Warszawy,
Szymonowi z Warszawy,
Krzysztofowi ze Szczecina,
milczącemu LEMMINGOWI,
Przemkowi z Warszawy,
Naszym ludziom z wrocławskich aplikacji,
Leszkowi z Krakowa,
Wojtkowi z Tychów,
Jackowi z Oświęcimia,
Michałowi z Piastowa,
i Tobie Klaro, która jesteś nawet jak Cię nie ma
i Tobie Gembo, którego nie ma, ale wierzę, że będziesz,
Wojtkowi z Warszawy,
Marcinowi z Chełmka,
Andrzejowi z Bydgoszczy,
Józefowi z dalekiego świata,
Piotrowi z Buczkowic,
Teresie z Radomia,
Juliuszowi z Łomży,
Danucie z za samej miedzy,
Ewie z Krakowa,
Dorocie ze Szczecina
Kasi z Libusza,
Andrzejowi z Wąbrzeźna
no i wreszcie, jakże by inaczej, Tobie Rafale!
Ale także naszym ludziom z Paypala - Arturowi, Ewie, Piotrowi, Dariuszowi, Markowi, Zosi, Zbyszkowi, Katarinie i wszystkim innym bez podpisu.
No i Tobie, Maćku za pracę.

Tradycja dotychczas była taka, ze przy okazji podziękowań, przeklejałem specjalnie dla Was jakiś stary tekst z Salonu24. Dziś jednak Salon zostawiliśmy za sobą, a poza tym wszystkie tamte notki są już tu, pod ręką. Pomyślałem więc sobie, że przeprowadzę pewien eksperyment. Otóż zawsze zastanawiałem się, w jaki sposób powstają teksty podpisane przez dwie osoby. Weźmy choćby przypadek bardzo czarny, ale za to interesujący nawet jak na czasy, które oblazł. A więc kogoś takiego jak Reszka i Majewski. Czy Majewski pisze zdania parzyste, a Reszka nieparzyste? Czy może Reszka pisze cały tekst, a Majewski przeredagowuje go pod kątem co bardziej mięsistych kłamstw. A może wszystko pisze wyłącznie Majewski, natomiast Reszka kursuje między odpowiednimi służbami, a tą ich norką i tylko znosi materiały?
Tego pewnie nie dowiemy się nigdy. I właściwie, to i tak wszystko jedno. Natomiast ja sobie wymyśliłem, że dziś przedstawię tu tekst napisany wspólnie przeze mnie i przez Don Paddingtona, naszego Dobrego Księdza. Popatrzcie tylko, jakie nam wyszło cudo. I niech Ksiądz spojrzy. Któż by pomyślał, prawda?



Kończy się ten straszny rok i wypadałoby go jakoś podsumować. Pewne próby, naturalnie już się na tym blogu pojawiły, i jeśli tylko opierać się na tym, co tu zostało powiedziane, wygląda na to, że minione 12 miesięcy, to tak naprawdę tylko ta straszna zbrodnia 10 kwietnia i wszystko, co w związku z nią nastąpiło. Nie ma znaczenia ani rząd, ani prezydent, ani zima, ani powodzie, ani pociągi… Nic. Wszystko, cokolwiek się przez ten rok zdarzyło, traci swoje znaczenie wobec tego nieszczęścia z 10 kwietnia, i tej straszliwej profanacji, jaka nastąpiła w kolejnych miesiącach.
Są tacy, którzy mówią, że poza wyeliminowaniem Lecha Kaczyńskiego z podstawowej rozgrywki, System zanotował na swoim koncie jeszcze jedno osiągnięcie. Otóż – pomijając sprzyjającą pogodę, a więc powodzie i śnieżyce – udało się osiągnąć stan, kiedy to całą uwagę opinii publicznej skutecznie odwrócono od dramatycznego i zawstydzającego stanu rządów, koncentrując publiczną uwagę albo na samej katastrofie, ewentualnie na przepychankach o pamięć po pomordowanych w tamtej mgle.
Stoimy w obliczu końca roku – tego strasznego, bezprecedensowego roku – i nawet jeśli na moment w świadomości publicznej pojawia się nazwisko jednego z ministrów, z sugestią, że jego los pozostaje wielką narodową zagadką, nikomu nic nie grozi. Ani mordercom, ani idiotom. Jest tylko ten krzyż i ta pamięć przerzucana z rąk do rąk, jak gorący – nomen omen – kartofel.
Niedawno cytowałem tu Jadwigę Staniszkis, która twierdzi, że sytuacja , w jakiej znalazła się Polska jest w pewnym sensie wyjątkowa nawet nie przez to, ze ktoś jednym gestem zamordował nam prezydenta plus dziesiątki czołowych postaci życia publicznego, a Polska nawet nie drgnęła, ale przez to, że jej losy są od paru lat w rękach bandy fuszerów, ludzi modelowo niekompetentnych i skorumpowanych do szpiku kości,. a społeczeństwo robi wrażenie, jakby całe to nieszczęście ich nie dotyczyło. Staniszkis tłumaczy, że jeśli nie ma pewnych mechanizmów społecznej samokontroli, to dopóki nie wydarzy się katastrofa, ludzi można oszukiwać w nieskończoność. Przy ich bardzo aktywnej zresztą współpracy.
Dziś cały dzień krąży po publicznej przestrzeni wiadomość, której prawdziwości, jak się zdaje, zaprzecza już tylko wyłącznie sam zainteresowany, a więc rząd, że za kilka lat w Polsce dojdzie do takiego krachu systemu emerytalnego, że znaczna część społeczeństwa zostanie wręcz fizycznie unicestwiona. Sytuacja ta, według nadchodzących do nas informacji, jest bezpośrednim wynikiem, z jednej strony realnej nieudolności rządu, a z drugiej oczywistego już dla wszystkich koncentrowania całego procesu rządzenia krajem na walce o, z jednej strony wyeliminowanie ze sceny politycznej wszelkiej liczącej się opozycji, a z drugiej o doraźne utrzymanie sondażowego poparcia, a więc tak naprawdę o nieoddanie władzy. Oglądam dzisiejsze wydanie sztandarowego programu wysłanego przez System na odcinek codziennej propagandy, i wśród żartobliwych komentarzy na temat tego, jak to premier Tusk sobie nie radzi z materią, uderza mnie wysłany przez jednego z obywateli esemes o następującej treści: „Pozdrowienia dla mojej Gosi – rozkoszosi”. Czy jakoś tak. Straszne. Jeśli się nad tym zastanowić, to mamy do czynienia z autentycznym horrorem.
Ktoś kiedyś – jestem pewien, że nawet nie przeczuwając trafności tego wynalazku – ukuł epitet ‘lemingi’, kierując go w stronę ludzi, którzy dali się zwieść najbardziej prymitywnej propagandzie i którzy oddali swoje wszystkie emocje i całe serca projektowi z gruntu fałszywemu, czy wręcz, jak się okazuje dziś, zbrodniczemu. Dlaczego lemingi? Nie wiem. Nie ja byłem autorem tego żartu, ale domyślam się, że chodziło ów symboliczny wręcz pęd owych zwierząt do samounicestwienia.
Myślę, że ten moment jest równie dobry jak każdy inny, by przedstawić tu pewną historię, jak najbardziej autentyczną. Otóż w mieście Łodzi opowiada się anegdotę o jednym ze słynnych Lodzermenschów, XIX-wiecznym królu bawełny, bajecznie bogatym Izraelu Kalmanowiczu Poznańskim. Ówże Poznański wybudował sobie pałac, który w zamyśle miał swoim przepychem przewyższać wszystko, co inni łódzcy przemysłowcy wybudowali, bądź mieli wybudować. Ostateczny efekt choć imponujący – dzięki m.in. nasyceniu obiektu dużą ilością żyrandoli i dywanów – nie do końca zadowolił Izraela, ponieważ pałacowi brakowało tego czegoś, co jest nie tylko bogate, ale przede wszystkim niepowtarzalne, jedyne w świecie, ekstrawaganckie i z nóg powalające.
Dla pognębienia swoich konkurentów i ku podziwowi gawiedzi, postanowił więc Poznański, by podłogę pałacowej sali balowej (ok. 500 m. kw.) wyłożyć złotymi rublówkami. W tym momencie, w życiu tego, zdawało się, wszechmocnego człowieka, pojawił się problem. Problem ów nie dotyczył oczywiście kwestii finansowych, lecz był jak najbardziej natury politycznej. Jeśli bowiem wyłoży się posadzkę rublowymi monetami, to tym samym albo będzie się deptać, obecne na owych monetach oblicze miłościwie panującego cara, albo też w tak niecny sposób potraktuje się wizerunek rosyjskiego orła z dwiema głowami. Izrael Kalmanowicz obawiał się, że ta niezręczna sytuacja może doprowadzić do oskarżenia go o obrazę majestatu, oraz niekorzystnie wpłynąć na jego handlowe stosunki z olbrzymim rosyjskim rynkiem. Dlatego też, nie chcąc porzucać swego wspaniałego pomysłu, i nie chcąc też narażać się na wyżej wymienione nieprzyjemności, zapytał rosyjskich urzędników – niektórzy mówią, że zapytał listownie samego cara – w jaki sposób posadzkarze mają owe monety układać: awersem do góry, czy może rewersem?
Uzyskał odpowiedź, której Salomon by się nie powstydził: ani awersem, ani rewersem, lecz na sztorc. Poznański z odpowiedzi bardzo się ucieszył i swój projekt wprowadził w fazę realizacji. Niestety natrafił nagle na opór materii, lub inaczej mówiąc, praktyczne wymogi życia, które były tak wielkie, że musiał ze swego pomysłu zrezygnować. Okazało się bowiem – być może powiedział mu to jeden z tych prostych posadzkarzy – że ustawione na sztorc rublówki spowodują na tyle duże nierówności podłogi, iż kłopot będzie nawet z chodzeniem po niej, nie mówiąc już o tańczeniu. Oprócz tego, owych ustawionych na sztorc monet będzie trzeba zorganizować tak wiele, że wszystko wskazuje na to, iż pod ich ciężarem podłoga zbudowanej na piętrze sali, po prostu się zarwie.
Przytaczam tę anegdotę, ponieważ jest ona – jak sądzę – niezłą ilustracją tych wszystkich zjawisk, z którymi ostatnio mamy wielokrotnie do czynienia, a o których fragmencie wspomniałem wyżej. Owe zjawiska dotyczą ludzi z tzw. sfery publicznej, którzy coś w Polsce znaczą, albo wydaje im się, że coś znaczą. Ludzie ci mają dość duży potencjał, który zawdzięczają swoim rzeczywistym zaletom, bądź też – delikatnie rzecz ujmując – „sprzyjającemu splotowi okoliczności”, gdzie być może słowo „splot” jest najważniejsze. Owi ludzie mogą być bardzo bądź średnio utalentowanymi artystami, zatroskanymi o bezpieczeństwo obywateli, oraz o los chorych i emerytów państwowymi urzędnikami, bardzo niezależnymi i wnikliwymi ekspertami, oddającymi hołd bohaterom parlamentarzystami i samorządowcami, a nawet twardymi, zdecydowanymi, trzymającymi krótko podwładnych przywódcami. Ci wszyscy ludzie – podobnie jak ongiś Izrael Poznański – mają lepsze bądź gorsze pomysły na siebie samych, tzn. na to jak się zaprezentować, jak się sprzedać, a nawet na to, jak być pożytecznym.
Niestety, tym wszystkim dobrym ludziom towarzyszy świadomość, że choć wiele znaczą, to jednak istnieją w świecie tacy – jak ongiś car, czy ruski urzędnik – którzy znaczą jeszcze więcej i z tego powodu warto zdobyć ich przychylność, albo przynajmniej dołożyć wszelkich starań, by się im nie narazić. Owi „znaczący więcej”, są po prostu silniejsi – co nie znaczy, że mądrzejsi – i z tej właśnie racji oni decydują, czy wspomniane wyżej pomysły dobrych ludzi na siebie samych będą zaakceptowane, czy też – nazwijmy to tak – wyśmiane.
Ci, którzy „znaczą więcej” to dysponenci kija i marchewki, z którymi (z ich interesami, znajomościami, powiązaniami, wrażliwością, upodobaniami itp.) trzeba się liczyć jeśli się chce zaistnieć, a po zaistnieniu marchewkę konsumować.
Z jednej strony, w życiu publicznym mamy więc do czynienia z agresywną prezentacją rzeczywistych, bądź domniemanych, rokujących nadzieję na społeczny aplauz cech, prezentacją dokonywana przez ludzi, których znaczenie jest tak naprawdę fasadowe, a z drugiej strony są rzeczywiste, nie-fasadowe interesy, znajomości, powiązania, wrażliwość i upodobania tych „znaczących więcej”, oraz wytyczona przez nich dość płynna granica, której z tych czy innych względów (znanych niektórym, a może i krewnym i znajomym owych ‘niektórych’) nie może przekroczyć nawet najbardziej społecznie wrażliwy urzędnik, niezależny ekspert, czy twardy przywódca.
W ciągu minionych kilku/kilkunastu/kilkudziesięciu lat mogliśmy się przekonać, że pomysły ludzi, którzy wiele znaczą, oraz tych, którzy znaczą jeszcze więcej, dały efekt dla Polski dość opłakany. Nagromadzenie głupoty, marnotrawstwa, niesprawiedliwości i zwykłej złej woli jest niekiedy tak duże, że albo „chodzić się już nie daje”, albo wręcz wszystko „grozi zawaleniem”.
Oczywiście, fasada – nie bacząc na opór materii - mówi, że wszystko jest super, a ci, którzy „znaczą więcej” z zasady nic nie mówią (chyba, że się zdenerwują, bo wtedy gadają o dzikim kraju i o tym, by odpieprzyć się od ich pieniędzy i ich znajomych), bo też z zasady opłakany stan TEGO KRAJU niewiele ich obchodzi.
Gdzieś w tym wszystkim zniknęli nam posadzkarze. Oni na razie dość posłusznie wykonują najgłupsze nawet projekty. Ale rozsądek w nich zwycięży. I wcześniej czy później powiedzą: Tak nie można! To jest głupie! To jest niesprawiedliwe! To jest złe! I choć podobno – jak niedawno sugerowała prof. Staniszkis – ludzie postępują w zgodzie ze zdrowym rozsądkiem dopiero wówczas, gdy wyczerpią już wszelkie inne możliwości, to jednak mimo wszystko mam mocną nadzieję, że już wkrótce skończy się czas fasady, ale także tego, co znajduje się poza fasadą.

Czy Donald Tusk wierzy w Boga?

        Gdy chodzi o kardynała Rysia, czy wielu innych księży, biskupów, arcybiskupów i kardynałów, to często bywa tak, że czuję rozczarowan...