wtorek, 31 stycznia 2017

Czy Jarosław Kaczyński wie, że Ferrari bywa czarne?

    Każdy kto śledzi ten blog od czasu, gdy Prawo i Sprawiedliwość przejęło w Polsce rządy, musi od czasu do czasu podejrzewać, że jego autor cierpi na ciężką schizofrenię, która nie pozwala mu się zdecydować, czy obecna władza mu się podoba, czy wręcz przeciwnie. I ja oczywiście doskonale te obawy rozumiem. Jest bowiem tak, że po owych ośmiu latach batalii o to, by z jednej strony, owa polityka miłości, której najbardziej spektakularnym przejawem było zabójstwo Marka Rosiaka, została rozpędzona na cztery wiatry, a z drugiej, by Prawo i Sprawiedliwość pokazało Polsce i światu, że jednak można, okazuje się, że nie, że nie można, i że jedyne na cośmy zasłużyli, to banda idiotów, dokładnie takich samych, jak tamci poprzedni, tyle że może… ja wiem? Bardziej pobożni?
A w tej sytuacji, przepraszam bardzo, ale jaki ja mam wybór? Przeprosić się z Pawłem Kukizem i ogłosić, że dotychczasowy system zawiódł i teraz potrzebny jest nam premier Marek Jakubiak? A może ten dureń Tyszka? Proszę, bądźmy poważni.
Przyznaję więc, że nie jest dobrze. Okazało się, żeśmy zwyczajnie przeszacowali nasze możliwości i zamiast posłanki Muchy mamy posłankę Stachowiak-Różecką, zamiast posła Nitrasa, posła Tarczyńskiego, a zamiast redaktora Kraśki, redaktora Rachonia. Jakby tego było mało, właśnie udało nam się jakimś niezbadanym cudem przeżyć galę na część prezesa Kaczyńskiego i jego politycznego geniuszu. Czy to znaczy, że powinniśmy w tej sytuacji udać się na tak zwaną „emigrację wewnętrzną”? Otóż nie. Jest zdecydowanie wciąż parę rzeczy do załatwienia, których, jeśli nie załatwi Prawo i Sprawiedliwość, nie załatwi już nikt, a bez tego jednego gestu nasze życie będzie ponure nie do wytrzymania.
  Oto wczoraj właśnie dotarła do mnie wiadomość, że odbywający karę 25 lat więzienia za zabójstwo słynnego gangstera Pershinga Ryszard Bogucki został właśnie oczyszczony z wszystkich innych zarzutów, czyli zabójstwa komendanta Papały i przestępstw o charakterze gospodarczym, w związku z czym obrona Boguckiego żąda dla niego od Skarbu Państwa 22-milionowego odszkodowania za niesłuszne osadzenie, oraz regularne tortury, jakim Bogucki od lat jest rzekomo poddawany, odsiadując swój wyrok. Podobno chodzi o to, że on był zmuszany, by wbrew swej woli regularnie słuchać radzieckiego hymnu.
   Czas pędzi szybko, wiadomości zmieniają się z minuty na minutę, a zatem i Ryszard Bogucki dla większości czytelników pozostaje zagadką. W tej sytuacji chciałbym przypomnieć refleksję z mojego „Elementarza”:
Bogucki, Ryszard. W roku 1992, kiedy Lech Wałęsa już był prezydentem, a Andrzejowi Lepperowi dopiero zaczynała się rodzić w głowie myśl, że on zasługuje na znacznie więcej, niż proste posłowanie, Bogucki był rozchwytywanym młodym przedsiębiorcą i właścicielem jedynego w Polsce czarnego Ferrari Testarossa. Za „szczególne zasługi dla gospodarki i prężne wejście w branżę hotelarską” przyznano mu prestiżową nagrodę „Srebrnego Asa Polskiego Biznesu”. Później, pewnie po to by nadążyć za branżą i zachować pozycję na rynku, Bogucki zatrudnił się jako płatny zabójca. Dziś siedzi za zabójstwo niejakiego „Pershinga”. Zostało mu jeszcze jakieś 10 lat. Jego obrońcą był Leszek Piotrowski. Można by pokusić się o taką refleksje, że wynik jest dwa do dwóch. Piotrowski i Lepper nie żyją, Bogucki i Wałęsa jakoś ciągną”.
    I oto, jak się właśnie dowiadujemy, w tych dniach ma zapaść ostateczna decyzja, odnośnie tego, z jakim majątkiem Ryszard Bogucki opuści mury więzienia, kiedy jego czas nadejdzie. Z tego co czytam, ponad milion złotych na konto Boguckiego zostało już przelane z tytułu tak zwanego „zadośćuczynienia”. Co do samego odszkodowania natomiast, ponieważ ono już zostało prawomocnie oddalone, dziś bój toczy się tylko o to, by do wspomnianego zadośćuczynienia Polskie Państwo dorzuciło jeszcze osiem baniek. Już w najbliższy czwartek będziemy mieli jasność co do kierunku, w jakim zdążamy.
   Otóż, po tych wszystkich przeżyciach, których ani nikt nam nie odbierze, ani my sami nie będziemy w stanie zapomnieć, a które obejmują minione 26 lat, chciałbym oświadczyć, że moje marzenia są naprawdę skromne i nie wymagają z niczyjej strony większego zachodu. Tu chodzi zaledwie o naprawdę bardzo drobne i z punktu widzenia zwykłego człowieka jak najbardziej naturalne gesty. Jednym z nich byłby i ten, by – skoro już przeszłych decyzji nie cofniemy – przynajmniej nie kompromitować nadal czegoś, co jest naszą wartością wspólną, a więc Polski. Mam nadzieję, że rząd Prawa i Sprawiedliwości, tak głęboko zajęty sprawami bieżącymi, znajdzie gdzieś też i ten moment, by zatroszczyć się o sprawy bliskie ludziom wrażliwym, jak my. Daję słowo, że ja już naprawdę nie liczę na wiele więcej.

Przypominam, że moje książki są do kupienia w księgarni pod adresem www.coryllus.pl. Szczerze polecam.



poniedziałek, 30 stycznia 2017

O miękiej dyktaturze z lekko twardym akcentem

       Tym razem, po wszystkich głosach krytyki, jakie spadły na niego, kiedy to wraz z małżonką pojawił się na imprezie u prezesa Bembenka, prezydent Duda zachował dystans i zaledwie wysłał list. Poza tym było jeszcze piękniej. Gala odbyła się w pięknej sali Filharmonii Narodowej, konferansjerkę prowadzili bracia Karnowscy, oraz lektorzy Wiadomości TVP i Panoramy. Obecni byli wszyscy najważniejsi politycy Prawa i Sprawiedliwości, a sam minister Macierewicz, by zdążyć na imprezę mało się nie zabił. Przyszli też czołowi dziennikarze tygodnika „W Sieci”, czyli głównie dobrodzieje pana Prezesa. Wszyscy kolejno wygłaszali kolejne laudacje, premier Szydło podziękowała Prezesowi za to, że – cytuję wiernie – „nauczyłam się od niego, co to znaczy wolność”, na koniec odbył się koncert muzyki poważnej, a dyrektor Kurski wszystko to pięknie pokazał w telewizorze.
        Sam Prezes w swoim wystąpieniu najpierw za owo wyróżnienie podziękował, a następnie oświadczył, że nagroda przyznawana przez środowisko tygodnika „W Sieci” jest „najważniejszą z nagród, jakie przyznaje się dziś w Polsce”. I jeśli ktoś myśli, że Jarosław Kaczyński znów dał się zwieść owej narracji i przyjął wypełniające ją kłamstwo, jako swoje, zapewniam go, że jest w błędzie. Jak wiele na to wskazuje, dziś nagroda Karnowskich jest w rzeczy samej najważniejszą z przyznawanych w Polsce nagród. No bo zastanówmy się, kto jest dziś w stanie ich przebić? Człowiek Roku „Gazety Wyborczej”? Nie żartujmy. Tu się autentycznie dzieje historia.
      Karierę w Internecie zrobiło zdjęcie z uroczystości, na którym widzimy Jarosława Kaczyńskiego, jak, otoczony tłumem oklaskujących go polityków i dziennikarzy, siedzi tam z miną człowieka, który ani już nie wie, co się wokół niego dzieje i po co, i któremu ów obrzydliwie śliski entuzjazm nie jest ani do niczego potrzebny, ani nie jest w stanie go w jakikolwiek sposób poruszyć, bo on akurat świetnie wie, że każdy z tych liżydupów nie może się już doczekać aż on wreszcie umrze i pozwoli im się wszystkim wreszcie wyszaleć.
       Jak czytam na portalu wpolityce.pl, partnerem strategicznym uroczystości z okazji przyznania Jarosławowi Kaczyńskiemu nagrody „Człowieka Wolności roku 2016”,  zostało PZU. Jako partnerzy główni wystąpili Orlen, PGNiG, niejaki Synthos, oraz PKO Bank Polski. Tak zwanymi partnerami zostali Tauron, Totalizator Sportowy, PGE, GPW, ARP, Kasa Stefczyka, Skok Ubezpieczenia, Towarzystwo Zarządzające SKOK, Lotnisko Chopina Warszawa, ZIPSEE Cyfrowa Polska, oraz coś o nazwie  Data Techno Park. Partnerami wspierającymi Poczta Polska, jakiś Cedrob, oraz niejaki Polski Holding Nieruchomości. Mecenasem gali została Polska Wytwórnia Papierów Wartościowych, partnerem Technologicznym T-Mobile Polska, a partnerem medialnym satyryk Marcin Wolski… przepraszam bardzo – TVP2.   
      Wydaje się natomiast, że całość tego nieszczęścia najlepiej jednak podsumował w swoim wystąpieniu wicemarszałek Sejmu Ryszard Terlecki następującymi słowami: „Wreszcie główny nurt, mainstream, przeniósł się na właściwą stronę”.
      I to, jak sądzę, stanowi dla nas wiadomość podstawową. W ten oto sposób widzimy, jak wystarczył rok z hakiem, by ów underground cudownie się przeistoczył w mainstream. Wystarczyło tylko, że zamiast Zenona Martyniuka, z orkiestrą zagrał skrzypek, zamiast Jana Pietrzaka skrzypka zastąpił pianista, a Dodę Szopen. No i faktem jest, że Filharmonia Narodowa to też nie Teatr Polski. Oto już za chwilę ani się nie obejrzymy, jak podstawową metodą prowadzenia polityki społecznej przez rząd „dobrej zmiany” będzie wysłanie nas wszystkich na zakupy do lokalnej galerii handlowej, albo nad morze za tych parę stów extra, gdzie pod koniec dnia, w pokoju z telewizorem, będziemy sobie mogli obejrzeć, jak red. Ziemkiewicz żartuje sobie na tematy polityczne z dr Ogórek. I osobiście jestem pewien, że tym razem władza zapisze na swoim koncie sukces już ostateczny. A to właśnie Jarosław Kaczyński jest jego głównym sprawcą. To on bowiem przez minione 8 lat rządów Platformy Obywatelskiej doprowadził do tego, że gdy kiedy już opadł ten kurz, na polu bitwy pozostała tylko jedna partia, z pełnią władzy, bez choćby teoretycznie istniejącej opozycji, no i ze świadomością, że największym grzechem, na jaki może sobie pozwolić władza o poważnych ambicjach, są skrupuły.
      Piszę ten tekst z prawdziwym bólem i wstydem, ale jednocześnie przypominam sobie dawną, parokrotnie tu już wspominaną, wypowiedź Pawła Śpiewaka, gdzie ów mędrzec przedstawił obraz Polski pod niczym nieograniczonymi rządzami Platformy Obywatelskiej: „Ja się tego nie boję, bo nie bardzo wierzę w despotyczne skłonności PO. Pocieszam się, że to byłby raczej miękki reżim. Dziennikarze będą się bali mocniej zaatakować Platformę, niezależni eksperci nie będą się tak wyrywać do krytykowania rządu, sędziowie będą brali pod uwagę to co powie prezydent Komorowski. Wszyscy będą wiedzieć, że z nimi trzeba się liczyć. […] Ale będzie to wszystko jakieś miękkie, da się to przeżyć…”.
      A zatem dziś chciałbym się zwrócić zarówno do samego Pawła Śpiewaka, jak też do wszystkich tych zawiedzionych rozwojem sytuacji przeciwników państwa Prawa i Sprawiedliwości. Oto przed wami czas, jakiego nawet Wy się nie spodziewaliście. Czasy owego opisanego przez prof. Śpiewaka „miękkiego reżimu”, gdzie wszystko będzie wyglądało dokładnie tak, jak zostało opisane, a i nawet rządzić będą idioci tacy sami jak tamci. A jedyna różnica będzie taka, że tym razem to jajeczko będzie troszkę bardziej na twardo i nikt już nawet nie piśnie. Nawet kanclerz Merkel i prezydent Trump Wam nie pomogą. I nikt nie pójdzie demonstrować, nikt nie spali jednej nędznej opony. Po prostu. I wreszcie zobaczycie, jak się spełnia ów koszmar, o którym zawsze marzyliście, a któregoście jednocześnie tak bardzo się bali.

Zapraszam wszystkich do księgarni pani Lucyny Maciejewskiej pod adresem www.coryllus.pl, gdzie kupujemy między innymi i moje książki. Zachęcam serdecznie.

     

niedziela, 29 stycznia 2017

Dobra zmiana, czyli wykupujemy Niemców

Dla stałych czytelników tego bloga dzisiejsza notka może stanowić pewnego rodzaju repryzę, nawiązującą do fragmentu moich zeszłotygodniowych relacji z Zakopanego. No ale ponieważ temat jest ciekawy, a u akurat przeeranżowany na potrzeby mojego stałego felietonu w „Warszawskiej gazecie”, zachęcam wszystkich.   

      Być może niektórzy z nas pamiętają, jak jakiś czas temu w mediach ukazała się informacja, że na zakopiańskich straganach sprzedawane są dżemy produkowane przez słynną na całą Polskę wytwórnię „Łowicz”, tyle że oryginalne nalepki zostały z łowiczowskich słoików zdarte, a na ich miejscu pojawiły się skromne czarno-białe etykiety informujące turystów, że w środku znajdziemy produkt lokalny, a napis „Łowicz” na wieczku został zasłonięty karteczką z nową ceną, automatycznie wpływając na wzrost popytu. Pamiętam telewizyjny reportaż, gdzie przedstawiciele firmy „Łowicz” próbowali wydusić od handlujących owymi słoikami góralek jakiekolwiek przyznanie się do winy, jednak bez choćby pozornego sukcesu. Owe kobiety najpierw zapewniały, że słoiki zawierają oryginalny produkt „spod zakopiańskiej strzechy”, a następnie, przyciśnięte do ściany, wzruszały ramionami i niezmiennie informowały, że one w ogóle nie rozumieją, w czym problem, bo z tego, co im wiadomo, każdy ze słoików został przez nie wcześniej osobiście opróżniony, a następnie wypełniony pełnym owocem, znacznie smaczniejszym od niemieckiego ersatzu.
     Nie wiem, jak ów proceder wyglądał od strony prawnej, myślę jednak, że formalnie wszystko było na tyle w porządku, że owe kobiety nie tylko nie poniosły najmniejszej kary, ale jeszcze w swojej biznesowej działalności wspięły się o jeden szczebel wyżej, i to szczebel, z naszego punktu widzenia, niezmiernie interesujący.
      Otóż, jak wiemy, firma „Łowicz” to firma polska, i to nawet po tym, jak została przejęta przez tych pięciu wadowickich przedsiębiorców reprezentujących spółkę „Maspex”. Ponieważ, jak wiemy, wszyscy Polacy to jedna rodzina i powinniśmy się wspólnie szanować, zdzieranie nalepek ze słoików „Łowicza” nie wygląda najlepiej. I oto tak się złożyło, że minione cztery dni spędziliśmy w Zakopanem na zimowym wypoczynku, a ponieważ nasz pobyt zbiegł się z występami polskich skoczków narciarskich, ujrzeliśmy całe miasto zanurzone we wszelkich możliwych gadżetach w biało-czerwonych barwach. Nagle, wśród owych szalików, czapek, kapeluszy, trąbek, flag i chorągiewek, zauważyliśmy słoiki z czymś, co zostało oznaczone, jako „żurawina pełny owoc”, ewentualnie „żurawina prosto z Podhala”. Tym razem jednak owe słoiki nie pochodziły ani z Wadowic, ani tym bardziej z Łowicza, ale prosto z Niemiec, a dokładnie rzecz biorąc, z popularnej sieci dyskontów braci Albrecht. Reszta oparta była na pomyśle sprzed lat.  Sprzedawana w sklepach „ALDI” borówka leśna została przemarkowana na żurawinę z Podhala, a cena produktu podwyższona z 5 zł do 10, i jeśli ktoś sądzi, że ludziom to w jakikolwiek sposób przeszkadza, jest w poważnym błędzie. One się sprzedają dokładnie tak samo, jak te szaliki.
      Czy ja może uważam, że to źle? Otóż nie. Miałem problemy z „Łowiczem”, natomiast gdy chodzi o Niemców, czuję czystą satysfakcję i tylko czekam aż w Polsce pojawią się samochody BMW przemianowane na „Warszawę”, lub nowego „Poloneza” i będą szły jak świeże bułki. A Niemcy będą nam mogli, że się tak nieładnie wyrażę, nagwizdać.

Zapraszam wszystkich do księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie są do kupienia moje książki. Polecam wszystkim.

      

      

sobota, 28 stycznia 2017

Czekając na Johna Wayne'a

      Jarosław Kaczyński zapowiedział zrównanie z ziemią owej patologii, funkcjonującej u nas od lat pod nazwą: „Nikt nas stąd nie usunie” i natychmiast podniósł się powszechny wrzask, tyle że gdyby ktoś się spodziewał wśród tego zgiełku usłyszeć szczere wyznanie, że, owszem, my tu walczymy o życie, może o tym od razu zapomnieć. Jedyny argument, jaki wyciągają na swoją obronę owi wieczni prezydenci, burmistrzowie, czy diabeł jeden wie, jak się te ich żałosne funkcje nazywają, to ten, że oni na swoje stanowiska zostali wybrani przez niczym nieskrępowany lud, no a poza tym ów wybór był jak najbardziej słuszny, zasłużony i z nieocenioną korzyścią dla miasta.
     A ja od razu zmuszony jestem przyznać, że wobec tego rodzaju szantażu, wszyscy ci, którzy – że zacytuję pewną starą piosenkę – widzą, słyszą i czują, stają całkowicie bezradni. I to wcale nie dlatego, że z demokracją, jak wiemy, się nie dyskutuje, ale dlatego, że prędzej czy później trzeba nam będzie przyznać, że jeśli tylko konsekwentnie poprowadzimy swoją linię argumentacji, będziemy musieli przyznać, że w znacznej części jesteśmy do tego stopnia głupi, że naprawdę na nic lepszego nie zasłużyliśmy. A tego, poza samymi zainteresowanymi, nikt nam nie daruje
     Ja na szczęście z tym nie mam najmniejszego kłopotu, a zatem bez jakichkolwiek wyrzutów sumienia oświadczam, że taka jest właśnie prawda. W znacznej części jesteśmy tacy, jacy jesteśmy, a więc głupi, naiwni i gnuśni, fakt ten jest bezlitośnie i w sposób najbardziej bezczelny, przez tę bandę oszustów i złodziei wykorzystywany, my się oczywiście tego zażarcie wypieramy, w efekcie czego oni mają do końca zapewnione wszelkie możliwe przywileje, a nam najwyżej pozostaje sobie raz na jakiś czas ponarzekać. Parę dni temu w TVP odbyła się dyskusja na ten temat i jeden z gości – nie wymienię nazwiska, by nikt mi nie zarzucił, że popadłem w obsesję – przedstawił opinię, że praktyczna nieusuwalność z urzędu dotychczasowych burmistrzów, czy prezydentów, jest spowodowana tym, że walczące ze sobą Platforma Obywatelska i Prawo i Sprawiedliwość nie są w stanie wystawić przeciwko nawet najbardziej skompromitowanym urzędnikom nikogo, kto byłby w stanie zmierzyć się z ową nieszczęsną inercją i dać nam jakąkolwiek nadzieję na zmianę. Otóż to jest dokładnie taka sama nieprawda, jak całe to kłamstwo, na którym ów system tak zwanej „lokalnej samorządności” od lat się opiera, czyli próba wmówienia nam, że to gówno, w jakim zostaliśmy zanurzeni, to jest wszystko, na co nas stać i czego możemy od życia oczekiwać. Tymczasem rzecz polega na tym, że w obecnym systemie, choćby nawet doszło do sytuacji tak absurdalnej, że na każdym możliwym lokalnym szczeblu Platforma Obywatelska i Prawo i Sprawiedliwość wystawiła przeciwko komuś takiemu jak prezydent Sopotu kandydata absolutnie wybitnego i najlepszego, on też by z tym całym Karnowskim przegrał. I to wcale nie dlatego, że nawet najlepszy kandydat spoza lokalnych struktur, jest gorszy od tak zwanego „samorządu”. Faktyczny problem polega na tym, że po tych wszystkich latach niczym nieograniczonej władzy, wspomniany Karnowski zdołał zgromadzić w swoim ręku wystarczająco dużo instrumentów, które sprawią, że gdy dojdzie do demokratycznych wyborów, nikt nawet nie piśnie. W najgorszym wypadku frekwencję zrobią ludzie z Karnowskim biznesowo i rodzinnie związani, i to oni wszystko załatwią.
      Żeby, postępując zgodnie z dotychczasowym prawem, pozbawić – trzymajmy się może tego akurat przykładu-symbolu – Karnowskiego urzędu, trzeba by było w jakiś absolutnie cudowny sposób kazać większości mieszkańcom Sopotu zaangażować się w sprawy publiczne bardziej, niż oni mają na to ochotę, lub – co może jeszcze ważniejsze – do czego oni dziś czują się zachęcani. Bez tego, większość z nich, wychodząc z założenia, że, póki co, jakoś człowiek sobie daje radę, albo machnie na ten cały cyrk ręką, albo zagłosuje za zachowaniem status quo. Bo czemu niby nie?
     Bo, tak jak wspomniałem już wcześniej, ludzie są jacy są i tego nie zmienimy. Jeśli chcemy, by większość społeczeństw postępowała zgodnie z publicznym interesem, musimy, doprowadzić ludzi do tego przy pomocy prawa, albo przez najbardziej perfidną propagandę, prowadzoną na takim poziomie, by jej uległ nawet największy idiota. A więc przez tyle już razy tu wspominany pop. A to naprawdę nie jest takie proste. Karnowski, Majchrowski, Dutkiewicz, Waltz, czy Adamowicz mieli wystarczająco dużo czasu, by cały ten system odpowiednio zorganizować i zapewnić mu skuteczne działanie. My, dopóki przeciwko temu nie zaangażuje się z całą brutalnością państwo, wobec tego terroru pozostajemy bez szans.
      A zatem, przyznając z pokorą, że z wszystkimi swoim słabościami pozostajemy póki co bezradni, nie mamy innego wyjścia, jak zwrócić się o pomoc do tych, którzy ją nam oferują i liczyć na to, że – tak jak to często miało miejsce w przeszłości – oni wykonają tę robotę za nas. By zobaczyć, jak to wygląda w praktyce, wystarczy sobie przypomnieć klasyczne westerny z Johnem Waynem.

Zapraszam wszystkich do księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie są do kupienia moje książki. Nawet jeśli ktoś już swój egzemplarz ma, nigdy nie zaszkodzi pomyśleć o lokalnej społeczności.

      

piątek, 27 stycznia 2017

Jak daleko jest z San Escobar do Bangladeszu?

      Po raz kolejny wrócił do nas stary już temat, który przed wieloma laty udało mi się sformułować krótko i moim zdaniem dość celnie, że dowolna wiadomość, choćby nie wiadomo jak obiektywnie istotna, przedostaje się do powszechnej świadomości dopiero po tym, gdy zostanie przepuszczona przez tak zwany pop. Gdyby ktoś nie wiedział, w czym rzecz, opowiem krótko na przykładzie. Pamiętamy, jak przed paru laty w Bangladeszu runął budynek, w którym prowadzona była produkcja tekstyliów na rzecz wielkich sieci, takich jak z jednej strony amerykański Wal-Mart, czy z drugiej, nasz Diverse, w wyniku czego życie straciło ponad tysiąc zatrudnionych w owej fabryce ludzi. Przez niemal tydzień światowe media starały się – jak wszyscy rozumiemy na prośbę zainteresowanych firm – o tym, co się stało nie informować, jednak kiedy liczba ofiar zaczęła się niebezpiecznie zbliżać do wspomnianego tysiąca, to tu to tam coś na ten temat zostało powiedziane, w efekcie czego światowe media mogły się ostatecznie pochwalić, że o sprawie jak należy poinformowały. Owo nieszczęście do dziś stanowi przykład prawdopodobnie największej budowlanej katastrofy w historii współczesnego świata, jednak gdy chodzi o powszechną świadomość, ów fakt nie jest w stanie się nawet równać z tym, że Minister Spraw Zagranicznych w polskim rządzie, Witold Waszczykowski, wspominając nazwę pewnego małego państwa na Karaibach, zamiast San Cristóbal użył nieistniejącej nazwy San Escobar. Dziś, gdyby polscy socjologowie mieli ambicje wykraczające poza nękanie obywateli pytaniami typu: „Czy Pan/Pani uważa, że sytuacja w Polsce idzie w dobrym kierunku?” i zapytali ich najpierw, czy wiedzą, gdzie została wyprodukowana ich koszula, czy bluzka, i ile w związku z tym musiało umrzeć niewinnych osób, a następnie, z czym im się kojarzy nazwa „San Escobar”, jestem absolutnie przekonany, że wyniki owego testu powiedziałyby nam znacznie więcej na temat sytuacji, w jakiej się znajduje Polska i polskie społeczeństwo, niż którykolwiek z przeprowadzonych ostatnio sondaży.
      Ale nie tylko Polska i nie tylko my, ale cały tak naprawdę świat. Dlaczego? A to dlatego mianowicie, że to właśnie pokazuje, w jaki sposób wszystko, co wiemy, czym żyjemy i co uważamy za realne, jest nam najpierw zadane, a następnie skutecznie i z najlepszym wynikiem egzekwowane. Ten nasz tak bardzo lokalny przykład ilustruje najlepiej jak tylko można, moją oryginalną tezę, że news nabiera pełnego kształtu dopiero wtedy, gdy zostanie wyrażony w postaci maksymalnie czytelnego mema. Bez tego, nawet wiadomość o śmierci tysiąca niewinnych istot nie jest niczym więcej, jak westchnieniem między drugim daniem, a deserem. Bez tego, nawet wiadomość o tym, że Jarosław Kaczyński znów pokazał się z rozwiązanymi sznurówkami pozostanie czymś całkowicie bez znaczenia.
      Proszę zwrócić uwagę, jak przez minione paręnaście lat strasznie zmienił się świat, gdy chodzi o dostęp do informacji. Najpierw powstanie, a następnie szeroki dostęp do Internetu, zmusiły wielkie sieci medialne do zaproponowania czegoś, co by im pozwoliło skutecznie rywalizować w walce o publiczną świadomość i w ten sposób informacja stała się częścią pop-kultury. A skoro tak, to i tu doszło do powstania swoistego rynku, na którym ścierają się dokładnie takie same interesy, jak choćby na rynku literatury, czy muzyki popularnej. Kto wymyśli ciekawszą okładkę, czy zaprezentuje ładniejszą fryzurę, wygra. No i, co może najważniejsze, kto się albo będzie stawiał, albo nie będzie orientował w hierarchicznych układach, zostanie w jednej chwili i bez najmniejszych ceregieli unieważniony. A nie zapominajmy, że oferta jest na tyle bogata, że nie ma mowy o jakiejkolwiek realnej konkurencji, choćby z tego powodu, że wszystko, co mogłoby te równowagę zakłócić i tak już dawno zostało wypchnięte na zewnątrz.
       Dawna zasada, że wygrywa oferta lepsza i ciekawsza, dziś już stanowi prehistorię. Dziś wygrywa oferta, która ma wygrać, a my, biedni ludzie, do których ona jest kierowana, ani nie mamy nic do gadania, ani nawet nie chce nam się otwierać ust. No bo po co, skoro przecież nikt nam nie zabrania wybierać?
      Rozmawialiśmy wczoraj trochę o tym, jak miasto Warszawa przewaliło 40-milionowy budżet na, jak się okazuje, całkowicie fikcyjną modernizację Sali Kongresowej. W pewnym momencie jeden z komentatorów zauważył, że, wbrew temu, co nam się wydawało, sprawa była jednak omawiana w niezwykle drapieżnym programie Anity Gargas w TVP, jakoś tak w październiku ubiegłego roku i przy tej okazji red. Gargas wskazała nawet po nazwisku osoby, które są za ten przekręt odpowiedzialne. Co więcej, ona niezwykle odważnie ujawniła też fakt, że ludzie, którzy przez minione dwa lata przychodzili dzień w dzień na to gruzowisko, tylko po to, by się dowiedzieć, że mają wracać do domu i przyjść znów jutro, wciąż czekają, tyle że już tylko na to aż dostaną obiecane pieniądze.
      I co z tego? Oczywiście nic. Jak na dziś, tematem publicznej debaty jest to, czy w kolumnie samochodów wiozących ministra Macierewicza z miejsca na miejsce znajdował się niejaki Misiewicz. A jutro i tak już sobota i kolejny konkurs skoków. Chyba w Bangladeszu. Nie. Nie w Bangladeszu. W Willingen. Zresztą i tak wszystko jedno.

Zachęcam do odwiedzania księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie są do kupienia moje książki. Polecam. 

czwartek, 26 stycznia 2017

Czy Warszawa zorganizuje w Sali Kongresowej mistrzostwa Europy w paintballu?

      Znów przez parę dni nie będzie mnie na miejscu, jako że w związku z koncertem, jaki w najbliższy poniedziałek ma się odbyć w Sali Kongresowej, jadę do Warszawy i wracam dopiero w środę…
      Przepraszam. Żartowałem. Nie jadę do żadnej Warszawy, by się odchamiać w Sali Kongresowej, choćby z tego względu, że Sali Kongresowej od czterech lat nie ma, a to co mnie w tej chwili interesuje najbardziej, to to, ilu z nas, gdy wspomniałem ową Salę Kongresową, zorientowało się, że mamy do czynienia z czystą z mojej strony prowokacją. Spotykałem się w ostatnich miesiącach parokrotnie z zaprzyjaźnionymi mieszkańcami Warszawy i każdego z nich niezmiennie pytałem, czy wie, dlaczego w ostatnich latach w Sali Kongresowej nie została zorganizowana żadna impreza, i proszę sobie wyobrazić, że za każdym razem okazywało się, że odpowiedź na to pytanie znałem jedynie ja sam, a moi rozmówcy niezmiennie przyznawali, że w tym całym zamieszaniu, oni się nawet nad tym nie zastanawiali. W tej więc sytuacji opowiem tu, w czym rzecz.
       Otóż, jak powszechnie wiadomo, Sala Kongresowa jest nieodłączną częścią Pałacu Kultury, stan ten robi wrażenie czegoś idealnie stałego, i naprawdę nie byłoby o czym rozmawiać, gdyby nie fakt, że podczas gdy Rosjanom zbudowanie owego gmachu zajęło zaledwie cztery lata, wedle wszelkich znaków na niebie i ziemi, wspomniana Sala Kongresowa, zanim będziemy mogli tam zajrzeć, będzie musiała poczekać znacznie dłużej. W czym rzecz? Otóż, proszę sobie wyobrazić, że póki co, tam nie ma po co zaglądać, ponieważ na każdego z nas nie czeka tam nic więcej ponad zimną i pustą przestrzeń, no i zdarte do gołej cegły ściany. To jest mianowicie to, jak się dziś prezentuje Sala Kongresowa.
      A wszystko zaczęło się w roku 2008, kiedy to prezydent Waltz zarządzanie Pałacem Kultury zaproponowała Ewie Kaweckiej-Włodarczak – wcześniej prezesowi Bankowego Funduszu Gwarancyjnego, a osobiście swojej znajomej z kółka różańcowego pracowników bankowości – a ta natychmiast zdecydowała o generalnej modernizacji Sali Kongresowej. Na owe przedsięwzięcie miasto przeznaczyło 40 mln złotych, prezydenckim pełnomocnikiem do spraw remontu Sali Kongresowej został niejaki Krzysztof Markowski, z rekomendacji Platformy Obywatelskiej starosta powiatu grodziskiego, no i w tym momencie wszystko ruszyło. Do przeprowadzenia skutecznej modernizacji Sali Kongresowej, zaczynając od ścian, sufity i podłogi, przez fotele, a kończąc na akustyce, wynajęto oczywiście szereg niezwykle oczywiście kompetentnych firm, których właściciele, pierwsze co zrobili, to pobrali odpowiednie zaliczki, następnie skutecznie zbankrutowali, a dziś jest tak, że wszyscy z wszystkimi ścigają się po sądach, a stojąca na samym szczycie tej piramidy prezydent Waltz, gdyby ją zapytać o Pałac Kultury, poinformowałaby nas zapewne, że kiedy Jurek Owsiak wysyłał swoje doroczne światełka do nieba, wszystko było na swoim miejscu, po czym po dodatkowe informacje skierowałaby nas do wszystkich diabłów.
      Ktoś powie, że to nic takiego. Za nami już ponad 25 lat przekrętów znacznie ciekawszych, niż jakiś głupi remont, czy choćby i nawet modernizacja. No i to jest prawda. Te głupie 40 milionów, które się gdzieś nagle rozpłynęły, to naprawdę nic wielkiego. To jednak, co tu robi wrażenie szczególne, to przede wszystkim to, że mamy do czynienia nie z jakimś lokalnym projektem, wokół którego zebrało się kilku januszów z peeselu i wszystko, co się dało, rozprowadzili po okolicznych chałupach, ale o samej Sali Kongresowej, a więc miejscu gdzie przez wiele lat odbywał się festiwal Jazz Jamboree, w pięknych latach PRL-u grali Rolling Stonesi, a nie tak przecież dawno występował sam Van Morrison. No i, co nie mniej istotne, z faktem, że kiedy ja nagle w ramach najbardziej chamskiej prowokacji informuję, że w przyszłym tygodniu wyjeżdżam do Warszawy, bo w owej Sali Kongresowej ma mieć miejsce jakiś niezwykle dla mnie poruszający występ, to żaden z czytelników nawet okiem nie mrugnie. A to z tej prostej przyczyny, że ktoś bardzo zadbał o to, by o tym, że dziś Sala Kongresowa w istocie rzeczy nie istnieje, nie dowiedział się nikt, a jeśli już nawet ktoś się o tym dowie, by natychmiast tę wiadomość zapomniał. By, krótko mówiąc, sprawa owego przewalonego budżetu nie stała się tematem.
     I to jest coś, czego ja osobiście nie rozumiem i chyba po raz pierwszy od pierwszego dnia, jak zdecydowałem prowadzić ten blog, apeluję do czytelników, by mnie może w tej kwestii oświecili. Co jest takiego tajemniczego w owej modernizacji, że tylko ja o niej piszę? Osobiście pozostaję bezradny.

Przynajmniej książki są na swoim miejscu. Adres też ten sam: www.coryllus.pl.

     

środa, 25 stycznia 2017

Czy można zabić płytą długogrającą?

       Bardzo wszystkich przepraszam, ale jestem tak od rana zawalony robotą, że dziś nowego tekstu już nie napiszę. Natomiast, tak by wszyscy ci, którzy jednak codziennie na coś czekają, swoje z tego bloga mieli, proponuje jeden rozdział z mojej książki o muzyce. Tym razem jednak nie o konkretnym artyście, czy piosence, lecz o płytach. Mam nadzieję, że się spodoba, kto wie, czy nie aż tak bardzo, że ktoś zechce sobie kupić całość. Tu

      Jeśli ktoś nas się zapyta, jak sobie wyobrażamy klasycznego wariata, każdy z nas pewnie będzie miał swoją własną odpowiedź. A więc jeden odpowie, że dla niego klasyczny wariat to jakiś rozczochrany biedak ze zmierzwioną grzywą, machający rękoma i wyrzucający z siebie niezrozumiałe zdania. Kto inny zapewne powie, że on sobie przeciętnego wariata wyobraża, jako człowieka siedzącego po nocach przed komputerem na portalu onet.pl i wypluwającego z siebie gorycz całego swojego życia, bo to jest jedyne miejsce gdzie ktokolwiek chce go jeszcze słuchać. Na pewno też znajdzie się ktoś, kto wygląda jak absolutnie zwyczajny człowiek, zachowuje się dokładnie tak samo, chodzi do pracy, ma rodzinę, tyle że kiedy drzwi się za nim zamykają, w domu zaczyna się piekło – a tu już możemy sobie wyobrażać cokolwiek.
     Jeśli idzie o mnie, dla mnie typowy wariat to ten samotny człowiek, , tak pomiędzy 50, a 65 rokiem życia, nie odzywający się do nikogo, śmierdzący i straszliwie zaniedbany, chodzący po ulicach z reklamówką z Media Marktu, wypełnioną starymi analogami. Skąd ten dziwny przedział wiekowy? Otóż mam tu na myśli ludzi, którzy na przełomie lat 60-tych i 70-tych mieli lat naście, buty typu „rollingstonki” i zbierali tak zwane longplaye. Oczywiście nie wszystkich z nich, ani nawet większość, ale z pewnością znaczną ich część.
      W czym rzecz? Otóż uważam, że spośród wszelkich żywiołów najgorsze są trzy, i nie mam tu na myśli, ani ziemi, ani ognia, ani powietrza, ani nawet wody, ale seks, religię i muzykę. Gdy chodzi o seks i religię, wydaje mi się, że sprawa jest całkowicie jasna, i nie ma czego wyjaśniać, natomiast z muzyką sprawa jest dość ciekawa. I wcale nie mam na myśli tych setek tysięcy dzieci, które uczestniczą w najróżniejszego typu festiwalach, czy nawet niekiedy pojedynczych koncertach. Wcale bowiem nie uważam, że owe choćby i pół miliona młodzieży jeżdżącej każdego roku do Kostrzynia nad Odrą to ludzie, którzy kochają muzykę. Nie sądzę nawet, by oni muzyką się tak naprawdę interesowali. Tam mamy do czynienia z czymś kompletnie z muzyką niezwiązanym. Ale zapomnijmy o tym nieszczęsnym Woodstocku. Ja sobie nie jestem w stanie wyobrazić nawet tego, że ci wszyscy, którzy wydają ciężkie pieniądze na to, by pojechać do Gdyni czy Glastonbury, robią to z miłości do muzyki, a już na pewno nie przede wszystkim. Natomiast z całą pewnością, to właśnie miłość do muzyki sprawia, że w pewnym momencie swego życia człowiek dochodzi do wniosku, że on nie ma nic poza tymi swoimi analogami sprzed lat, a to przekonanie jest tak silne, że on nawet boi się wyjść bez nich z domu. Dlaczego? Już tłumaczę.
       Otóż, moim zdaniem, to wszystko zaczęło się wtedy, w latach 60-tych, kiedy to szelest rozkładanej okładki płyty długogrającej, czy choćby wyciąganej ze środka owej białej koperty, budził w człowieku autentyczną ekstazę. To był czas, kiedy te płyty, najczęściej nawet nie nasze, tylko nam pokazane i dane do ręki, byśmy je sobie przez chwilę potrzymali, oczywiście zawierały muzykę, ale niosły w sobie wartość dodatkową, a mianowicie tę lśniącą okładkę, to zdjęcie zespołu, ten zaskakująco kolorowy, zawsze inny i taki zawsze nowy, krążek na samym środku tego czarnego krążka, a nawet ten czasem niespodziewanie gruby grzbiet okładki, z tytułem płyty i nazwą wykonawcy.
      No i ten zapach. Dziś mało kto wie, choćby dlatego, że ci co wiedzą, w znacznej części albo poumierali, albo zwyczajnie oszaleli, a więc są też jakby w innym świecie, ale prawdziwe „longi” pachniały. I one nie pachniały jakimiś perfumami, ale pachniały czymś, co nam się nieodmiennie kojarzyło z Zachodem, a jak ktoś miał wcześniej okazję tam być, to rzecz już nawet nie polegała na skojarzeniach, ale to był fakt: zapach płyt to był zapach Zachodu. No i oczywiście mam tu na myśli tylko płyty stamtąd. Polskie longplaye, czy to Niemen, czy to Czerwone Gitary, czy Skaldowie, czy Niebiesko-Czarni, jeśli miały jakiś zapach, to wyłącznie zapach szarego papieru pakunkowego. Pamiętam raz, i mam wrażenie, że to była płyta Tadeusza Woźniakowskiego z piosenką o zegarmistrzu światła, jak polska płyta pachniała. Kupiłem sobie tego Woźniakowskiego i on pachniał. I to było coś. Oczywiście, że oni to tylko posmarowali jakimiś perfumami, no ale to faktycznie pachniało. Zagraniczne płyty pachniały zawsze.
      Ja wiem, że bardzo trudno jest to zrozumieć komuś, kto tego nie przeżył, ale opowiem coś jeszcze. W tamtych latach, kiedy byłem jeszcze małym dzieckiem, w Katowicach na ulicy Wieczorka – dziś, kiedy okazało się, że ów Wieczorek to jakiś komuch, Staromiejskiej – był sklep w bramie, w którym można było kupić wszystko. Mówiąc „wszystko” mam na myśli towar od przede wszystkim plastikowych żołnierzyków do wyciętych z zagranicznych kolorowych magazynów zdjęć, przede wszystkim zespołów takich jak Rolling Stonesi, Beatlesi, ale też Animalsi, Hendrix, Herman’s Hermits, Kinks, Lovin’Spoonful, Manfred Mann, Beach Boys, i co tam komu pasowało. Nie wiem, dlaczego, ale akurat tych zdjęć nigdy nie kupowałem. Aż boję się pomyśleć, że były za drogie. A jest to oczywiście całkiem możliwe, bo problem nie polegał na tym, że myśmy ich nie mieli w radio i w telewizji, ale na tym, że je nawet trudno było znaleźć jakiejś w gazecie. Pamiętam jak któregoś dnia zobaczyłem zdjęcie Jimmy’ego Page’a w magazynie „Jazz Forum”, jak stoi z tą gitarą i włosy zasłaniają mu twarz, i byłem autentycznie wzruszony.
       A więc, sytuacja, w której człowiek nagle miał w ręku płytę, prawdziwą błyszczącą i pachnącą płytę, na której było prawdziwe zdjęcie zespołu, a w środku prawdziwy czarny krążek z tą kolorową, okrągłą nalepką, z pewnego punktu widzenia sprawiała, że się czuło, że warto żyć.
      Jak mówię, to wszystko jest bardzo trudne do wyjaśnienia. Jestem jednak pewien, że akurat ci wszyscy, którzy – z różnych przecież powodów – w międzyczasie stracili zmysły, doskonale wiedzą, co mam na myśli. Jeśli oni dziś – z różnych przecież powodów – są biednymi, samotnymi i zwyczajnie chorymi ludźmi, a nie mogą ani na chwilę wypuścić z rąk tych Doorsów, to dlatego, że to jest wszystko, co mają. A my musimy zrozumieć, że pewnie gdyby tu tylko chodziło o te dźwięki, to oni by jakoś sobie z tym poradzili. Rzecz w tym, że za tymi dźwiękami stoi całe ich życie, no i to, co je tworzy, a więc wspomnienia, związane z nimi wzruszenia i te nie opuszczające człowieka od rana do nocy zapachy. A od nich można naprawdę zwariować.
      I o tym właśnie sobie myślę, kiedy idę sobie ulicami mojego miasta i nagle spotykam któregoś z nich. Mojego brata. Człowieka, który po prostu zawsze lubił słuchać muzyki.

     

wtorek, 24 stycznia 2017

Co redaktor Szaranowicz sądzi o socjalistycznym skrzywieniu papieża Franciszka?

        Czemu to zrobiłem? Tak do końca nie wiem, myślę jednak, że przyczyną tego był nasz czterodniowy pobyt w Zakopanem, a tym samym kompletne oderwanie się od telewizji. I to, jak sądzę, sprawiło, że wczoraj wieczorem wpadłem na sztandarową audycję odnowionej TVP „W tyle wizji”, a w niej Marcina Wolskiego i Magdalenę Ogórek. Ponieważ Wolski działa na mnie jak płachta na byka i przez to moja rodzina dostaje na mnie cholery, oglądałem wspomniany program wprawdzie przez chwilę, niemniej to, co zobaczyłem autentycznie mnie poruszyło, no i stąd ten tekst.
      Otóż w pewnym momencie nasza parka zajęła się wywiadem, jakiego hiszpańskiemu dziennikowi „El Pais” udzielił papież Franciszek, a w którym powiedział co następuje: „Kryzys wywołuje u ludzi strach oraz panikę. Wszyscy pamiętamy, że najbardziej skrajnym przejawem europejskiego populizmu były Niemcy w roku 1933. Sytuacja była trudna, ludzie szukali swojej tożsamości, aż w końcu pojawił się charyzmatyczny lider, który obiecał, że im ją zwróci. Dał im coś w rodzaju utraconej tożsamości. O tym, jak to się skończyło, nie muszę przypominać”.
      Ktoś pewnie zapyta, co te słowa obchodzą nas tu w Polsce. Czy my tu może przeżywamy jakiś kryzys, który woła o pojawienie się zbawiciela, a który zaprowadzi tu wreszcie podstawowy, ludzki porządek? Mamy normalny demokratyczny rząd, prowadzący normalną, cywilizowaną politykę, oczywiście atakowany przez różnego rodzaju wewnętrzne i zewnętrzne lobby, których interesy nie zostały uwzględnione w jego planach, niemniej, jak mówię, normalny demokratyczny rząd, gwarantujący pełnię demokratycznych praw swoim obywatelom. A zatem, w jaki sposób mielibyśmy wyrażoną przez Franciszka troskę brać do siebie? Przyznaję, że dla mnie jest to autentyczna zagadka.
       Owe dylematy nie oznaczają jednak, że w ogóle nie rozumiem, o co chodzi Papieżowi.  Wręcz przeciwnie. Ja doskonale wiem, do kogo on kieruje swoje słowa. One są przeznaczone dla tych wszystkich mieszkańców Francji, Austrii, Niemiec, Holandii, Wielkiej Brytanii, Włoch, czy Hiszpanii, którzy najpierw, przez te wszystkie lata, doprowadzili się do stanu, gdzie przed sobą zobaczyli już tylko ścianę, a dziś wpadli w histerię i czekają na kogoś, kto im obieca, że ich z tego nieszczęścia wyciągnie.
      Przyznaję, że ani się nie znam, ani znać nie potrzebuję, na wszystkich tych populistycznych ruchach, które z jednej strony tak bardzo opanowały umysły mieszkańców zachodniej Europy, a z drugiej do takiej histerii doprowadzili tych wszystkich, którzy tą nędzą się tak skutecznie i przez tyle lat żywili. Mam natomiast kolegę w Wielkiej Brytanii, najbardziej szczerego polskiego patriotę i narodowca, jakiego znam, a który o przywódczyni brytyjskiego ruchu Britain First, niejakiej Jaydzie Fransen, nie wypowiada się inaczej, jak przy użyciu słów „wywłoka”, lub „kurwiszon”. Przepraszam bardzo, ale skoro takie jest moje doświadczenie, gdy chodzi o populistyczne aspiracje Brytyjczyków, nie widzę najmniejszego powodu, by zastanawiać się nad tym, jak się prezentuje ów populizm we Francji, Holandii, czy w Austrii. Ja wiem, że znaczna część owych społeczeństw, zgotowawszy sobie swój los, nagle uznała, że to nie było to, na co oni liczyli, ale proszę ode mnie nie wymagać, bym ja uznał, że to jest też nagle i mój problem, no i że papież Franciszek ma i do mnie dziś w tej sprawie jakiekolwiek uwagi.
      Tymczasem oglądam Wolskiego z Ogórek, jak z powodów, których nie rozumiem, i które mam ochotę opisać wyłącznie przy pomocy słowa „głupota”, Wolski zaczyna coś pieprzyć na temat rzekomych socjalistycznych skrzywień papieża Franciszka, a Ogórek kieruje do niego pretensje, że ten lekceważy przyczyny owej rewolucji, i w tym momencie już tylko myślę sobie, że objaśnianie im tego, czego oni i tak albo nie zrozumieją, albo czym zwyczajnie nie są zainteresowani, nie ma najmniejszego sensu, a zatem zwrócę uwagę na coś znacznie ciekawszego.
      Otóż jest tak, że Marcin Wolski, w pełnym kształcie, jaki mamy nieprzyjemność oglądać codziennie na początek i zakończenie programu „W tyle wizji”, a czasem również w charakterze jego pierwszej gwiazdy, pełni jednocześnie funkcję szefa telewizyjnej „Dwójki”. Jak rozumiem, owo dyrektorowanie daje Wolskiemu odpowiednie utrzymanie, a mimo to uważa on, że wypada mu się ustawiać w kolejce do kasy jeszcze  z tytułu tych idiotycznych wierszyków, jakie odczytuje na rozpoczęcie i zamknięcie każdego wspomnianego „W tyle wizji”. Mało tego. On, mimo swojej zdecydowanie nieadekwatnej prezencji, zażyczył sobie, by od czasu do czasu pozwolono mu przez pełną godzinę jeszcze osobiście na żywo pożartować z Ryszarda Petru, no i, jak się okazuje, również z papieża Franciszka, za to, że ten rzekomo ma coś do premier Szydło, ministra Morawieckiego. No i do nas.
      Zanim wyłączyłem telewizor, zdążyłem jeszcze usłyszeć telefon od jednego z telewidzów, kiedy ten poskarżył się Wolskiemu na to, że 26 lat po Wielkiej Zmianie szefem redakcji sportowej TVP jest wciąż dyrektor Szaranowicz. Na to dyrektor Wolski odpowiedział, że on na Szaranowicza nie da powiedzieć marnego słowa, bo dla nowej władzy liczy się fachowość, a Szaranowicz jest fachowcem.
       Przepraszam bardzo, ale dopóki oni nie znikną, ja pozostaję w stosunku do nich pełen bardzo ciężkich podejrzeń.

Moje książki, jak zawsze, pozostają do nabycia w księgarni pod adresem www.coryllus.pl. Polecam gorąco.



poniedziałek, 23 stycznia 2017

O złoczyńcy z nożem i górze, która stoi

              Na zakończenie naszego pobytu w Zakopanem udaliśmy się oczywiście na Mszę Świętą do kościoła pod wezwaniem Najświętszej Rodziny, tego co wiecie, na samym dole Krupówek, pod samą niemal kolejką na Gubałówkę, i przyznam zupełnie otwarcie, że do dziś nie mogę otrząsnąć się z tego, co tam przeżyłem. Była godzina 11, jedna z ośmiu tego dnia Mszy, kościół raczej z tych większych, i proszę sobie wyobrazić, że wiernych było tak dużo, że ksiądz musiał trzy razy prosić ludzi, żeby się przesunęli pod sam ołtarz, tak by ci co stoją na zewnątrz nie musieli marznąć na mrozie. Ostatecznie nie wiem, czy wszyscy się zmieścili, bo sami staliśmy z przodu, natomiast to co widziałem wokół siebie przekraczało całe moje dotychczasowe doświadczenie. Ja nie miałem okazji uczestniczyć w zwykłej, niedzielnej, nie związanej z jakimś szczególnym wydarzeniem, Mszy, gdzie ludzi byłoby tak dużo, że nie starczyłoby dla nich miejsca wewnątrz. Owszem, są małe, zabytkowe kościółki, często właśnie w górach, gdzie te 50, czy 100 osób musi się wylać na zewnątrz. Kościół Najświętszej Rodziny jednak, to kościół naprawdę duży, w dodatku położony w takim miejscu Zakopanego, gdzie wiele osób z samej zasady woli się nie pokazywać, i wybierają inne miejsca, a zatem tego typu sytuacja musi robić wrażenie. Ja sam zresztą miałem okazję tam bywać wielokrotnie w swoim długim życiu i oświadczam, że czegoś takiego nie widziałem.  
      Ktoś powie, że ja się niepotrzebnie podniecam, bo sprawa jest prosta. W związku z odbywającym się tam właśnie turniejem skoków, w miniony weekend do Zakopanego przyjechało naprawdę bardzo dużo osób, jak głoszą media, dziesiątki tysięcy, a więc naprawdę nie ma w tym nic dziwnego, że jeden kościół, choćby nie wiadomo jak duży, udało się wypełnić, a nawet przepełnić. No i dobrze. Tyle że przede wszystkim wśród modlących się osób ja klasycznych kibiców dojrzałem zaledwie kilku, no a poza tym wydaje mi się, że większość z nas naprawdę nie jest aż tak pobożna, by w sytuacjach tak szczególnych jak zimowy wyjazd w góry, wstawać w niedzielę rano i iść do kościoła na Mszę. Tradycyjny wczasowicz – znany nam choćby ze słynnego przeboju Młynarskiego – w sobotę wieczorem, po całym dniu szaleństw na stoku, najpierw się odpowiednio nawali, potem pójdzie spać, a w niedzielę albo będzie odsypiał, albo znów od rana szusował na nartach. I nawet jeśli jest osobą pobożną, w tym sensie, że zwykle stara się w niedzielę chodzić do kościoła, nie będzie się przecież wygłupiał i tracił tej cennej godziny na coś, co ma i tak pod ręką raz na tydzień.
      W minioną niedzielę na Mszę Świętą w kościele pod wezwaniem Najświętszej Rodziny o godzinie 11 przyszło tyle ludzi, że, jak się zdaje, część musiała stać na zewnątrz na mrozie. Dlaczego? Co takiego kazało tym ludziom, w tym mnie i mojej żonie, wykroić tę jedną godzinę ze swojego zapewne bardzo ściśle zaplanowanego i cennego harmonogramu zakopiańskiego i stawić się na tej kompletnie zwyczajnej Mszy? Przyznam szczerze, że na to pytanie nie znam odpowiedzi, natomiast mam pewne tropy. Pierwszy z nich związany jest z tajemniczym i dla mnie absolutnie porażającym malunkiem, który widnieje wysoko na ścianie owego zakopiańskiego kościoła, a przedstawia dwóch zatopionych w modlitwie mnichów i jakiegoś wąsatego złoczyńcę czającego się za nimi z nożem. Drugi to już wspomnienie z naszego wyjazdu z Zakopanego. Otóż za nami w autokarze siedziało czworo Norwegów, przystojny chłopak i trzy śliczne dziewczyny. Wszyscy oni przez całą drogę głośno i wesoło ze sobą rozmawiali, co chwilę wybuchając śmiechem. W pewnym momencie moja żona zapytała mnie, czy ja nie uważam, że gdyby ten norweski nie był traki trudny i dla nas obcy, i my byśmy potrafili zrozumieć, o czym oni tak rozmawiają, mogłoby się okazać, że oni są jeszcze głupsi od tych wszystkich kibiców z trąbkami na Krupówkach.
      A więc może to o to chodzi? O tych męczenników sprzed lat i o ten świat, który schodzi na psy, a my tu wciąż trzymamy fason i pokazujemy, że Giewont stoi. Może?


Zachęcam wszystkich do kupowania moim książek, które są na wyciągnięcie palca w księgarni pod adresem coryllus.pl.

niedziela, 22 stycznia 2017

Co zrobić z kimś, kto lubi papieża Franciszka i Beatę Szydło?

      Ostatni dzień naszego pobytu w Zakopanem postanowiłem przypieczętować tekstem, jaki zamieściłem w najnowszym numerze „Warszawskiej Gazecie”. Bardzo liczę na to, że przynajmniej część z czytelników uda mi się zainspirować na tyle, że zechcą się odezwać.

      Sytuacja, o której dziś chciałbym pisać, powraca do mnie jak fala i przyznaję, że za każdym razem angażuje mnie emocjonalnie bardziej, niż by wypadało, a rzecz w tym, że pojawiają się wobec mnie zarzuty, że jestem niewystarczająco konserwatywnie, czy choćby tylko patriotycznie, nastawiony do rzeczywistości, która nas otacza. Ostatnio doszło wręcz do tego, że paru czytelników wyraziło rozczarowanie moimi życzliwymi słowami pod adresem papieża Franciszka i jego nauk i poradziło mi, bym się może zapoznał z tradycyjnym nauczaniem Kościoła.
      W tej sytuacji uznałem, że skorzystam z okazji, jaką mi daje ów felieton i bardzo krótko przedstawię swój stosunek do wspomnianej rzeczywistości, no a przy okazji do krytyki, jaka jest wobec mnie formułowana. Otóż tak jak zdecydowanie zamierzam bronić wartości, które uważam za tradycyjne i naturalne człowiekowi, jak zamierzam deklarować swoje przywiązanie do Kościoła Powszechnego, tak samo też zdecydowanie i otwarcie deklaruję swoją niechęć do wszelkich ekstremizmów, które charakteryzują wielu z nas, a które osobiście uważam za wyjątkowy objaw niedojrzałości, na każdym możliwym poziomie.
      I teraz powiem coś, czego chyba dotychczas nie zdarzyło mi się powiedzieć. Otóż prawica krytykująca dziś papieża Franciszka za to, że prowadzi Kościół na modernistyczną zgubę, rząd premier Szydło za to, że jest socjalistyczny i antypolski, wreszcie prezydenta Dudę za to, że sprzedaje Polskę nowojorskim Żydom, nie jest moją prawicą i ja faktycznie już wolę być nazywany „starozakonnym szambonurkiem”, jak to ostatnio czyni w słanych do mnie mailach pewien polski patriota.
     Bo ja znam aż zbyt dobrze ową polską prawicę, prawdziwą, wierną i bezkompromisową. Jeszcze przed laty mogłem oglądać ją w akcji każdego dnia, jak krzątała się po salonach i obracała w swoich wycwanionych głowach nowe plany. Pamiętam ich choćby z czasów, gdy obalali rząd Jana Olszewskiego, pamiętam, jak w każdym momencie, gdy tylko dojrzeli nową dla siebie szansę, natychmiast zaczynali poważną „polityczną grę”.  Pojawiało się gdzieś dwóch młodzieńców z krzyżami na piersiach, informowali, że właśnie założyli partię o nazwie Ojczyzna Wolna – Ruch Patriotyczno-Konserwatywny ‘Szaniec’, a III RP oczywiście zapraszała ich do środka.
       No i patrzę na nich teraz, kiedy próbują rozwalić pierwszy naprawdę polski rząd, bo on nie jest wystarczająco polski, albo tłuką bez opamiętania w papieża i biskupów, bo właśnie się okazało, że ci wystąpili przeciwko Katechizmowi Kościoła. I pokazują wszystkim, jacy to z nich mistrzowie politycznej debaty. No i wreszcie, kiedy już nikt ich nigdzie nie chce, nawet jeśli tylko po to, by się z nich pośmiać, widzą nagle całą tę niezwykłą przestrzeń, której na imię Internet i tam dopiero zaprowadzają swoje porządki. Skoro nie udało się zapanować nad realem, to czemu nie spróbować w Sieci?
       Do nich więc się dziś zwracam. Możecie mnie od dziś traktować, jak sobie chcecie, byle nie jak kogoś, kogo uważacie za swojego.


Przypominam, że księgarnia pod adresem www.coryllus.pl jest jak zawsze czynna 24 godziny na dobę, a w niej, poza moimi książkami, druga część wspomnień Hipolita Korwin Milewskiego. Lektura obowiązkowa.

sobota, 21 stycznia 2017

O białoczerwonym wuwuzele, co zmieniło niemiecką borówkę w polską żurawinę

         Przed nami trzeci dzień naszego pobytu w Zakopanem, a przez to, że jest to jednocześnie czas sportowego szaleństwa, jakie nam zgotowała drużyna skoczków narciarskich, mam kilka, moim zdaniem ciekawych i dość ważnych refleksji, którymi chciałbym się tu podzielić. Przede wszystkim ja nigdy w życiu nie widziałem takiej eksplozji narodowej dumy, jaką w tych dniach można oglądać na ulicach Zakopanego. To miasto dosłownie całe tonie w bieli i czerwieni i proszę mi wierzyć, że nie chodzi mi o to, że to co widziałem wczoraj i z całą pewnością zobaczę dziś, swoją intensywnością przewyższa to co możemy oglądać podczas meczów polskiej reprezentacji piłkarskiej na Stadionie Narodowym, czy podczas wszelkich innych sportowych wydarzeń sportowych z udziałem Polaków. To co się dzieje w tych dniach w Zakopanem, to wymiar całkowicie nowy, dotychczas u nas nieobserwowany. Wystarczy powiedzieć, że doszło wręcz do tego, że wszystko to, co dotychczas było kojarzone wyłącznie z Zakopanem, a więc te kierpce, te ciupagi, te pluszowe pieski i owieczki, wreszcie ten miś-fotograf, zostały praktycznie wyparte z rynku. Jest tylko ta biel, ta czerwień, ten orzeł i ta Polska, no i te doprowadzające normalnego człowieka do szału wuwuzele. Koniec.
      I jestem pewien, że to wcale nie chodzi o tego Stocha, czy Żyłę. Oni są tu wyłącznie pretekstem do tego, by przez te szaliki, czapki, flagi, przy każdej okazji demonstrować polski patriotyzm i narodową dumę. A skoro tak, to mamy do czynienia już nie tylko ze zjawiskiem socjologicznym, ale ściśle politycznym. Moim zdaniem to jest dokładnie ten sam ruch, który sprawił, że latem nad polskim morzem w budach z pamiątkami królowały koszulki z napisem „Śmierć wrogom ojczyzny” i breloczki z wizerunkami bohaterów antykomunistycznego podziemia. Nawet jeśli za ową falą szaleństwa stoi wyłącznie moda i pop, a wszyscy ci, którzy jej tak chętnie dali się ponieść, są na co dzień posłusznie chodzącymi do pracy idiotami, z przerwą na flaszkę lub wyprawę do galerii w niedzielę, faktem jest, że oni jakimś cudem uznali, że Polska to wartość, a to, że oni są Polakami, uważają za powód do dumy. Zupełnie jakby nagle odkryli, że bez tej Polski są nikim i uczepili się jej, jak pijany sztachety.
      Oczywiście biorę pod uwagę, że mogę się mylić. Nie jestem ani socjologiem, ani tym bardziej psychologiem, więc nie wykluczam, że to wszystko jest zaledwie złudzeniem, które zniknie tak samo nagle, jak się pojawiło i już za chwilę wrócimy wszyscy do stanu sprzed kilku lat, gdzie znów w dobrym guście będzie można na nowo powtarzać, że my Polacy nie jesteśmy warci tego, by się pokazywać w szerszym towarzystwie. W tej sytuacji jednak uważam, że się nie mylę i że moja diagnoza jest jak najbardziej słuszna. To się już nie skończy, a to choćby z tego powodu, że będzie skutecznie podsycane przez rządy Dobrej Zmiany, a w podziękowaniu za owo dobre słowo, rządy te wspierało.  Byliśmy dziś wieczorem w jednej z tych niezliczonych knajp na kolacji, telewizor był o dziwo ustawiony na Wiadomości TVP, a tam Kamil Stoch mówił, jak to, co on miał okazję oglądać przez cały dzień, jest piękne, jak owa eksplozja patriotyzmu stanowi przyczynę jego sukcesów i jak on jest wszystkim tym ludziom, którzy przyjechali do Zakopanego, by bez opamiętania dmuchać w te trąbki, wdzięczny. Tak to, proszę państwa właśnie działa, a ci co uważają, że oni są w stanie to wszystko pokonać tym swoim pieprzeniem na temat zjednoczonej Europy i naszych wobec niej zobowiązaniach, mogą właściwie już z początkiem nowego tygodnia wyprowadzić się do Paryża, Amsterdamu, lub Berlina, bo lepiej, jak mawiają mądrzy Rosjanie, już było.
      Ktoś powie, że to nieprawda, że jesteśmy częścią świata i ten świat prędzej czy później nas skutecznie skorumpuje, a na dowód tego pokaże coś, co ja zaobserwowałem tuż obok tych biało-czerwonych szalików na zakopiańskich straganach i przyznam, że w pewnym momencie się zaniepokoiłem. Otóż jest tak, że obok owej wszechogarniającej czerwieni i bieli, piętrzą się słoiki z borówką, sprzedawaną w Polsce normalnie przez niemiecką sieć założoną przez braci Karla i Theo Albrechtów, tyle że tu ze zdartymi oryginalnymi etykietami, a na ich miejsce przyklejoną informacją, że w środku znajduje się oryginalna podhalańska żurawina. Ludzie to oczywiście kupują, a później dmuchają w białoczerwone trąbki i sobie z apetytem podjadają. Zobaczyłem to i, jak mówię, w pierwszym momencie się zasmuciłem, ale już po chwili pomyślałem sobie, że to jest sposób, w jaki – jeśli tylko uda się to wszystko z sukcesem pociągnąć – my ich ostatecznie stąd pogonimy. To wszystko z czym oni tu do nas przyleźli weźmiemy, jak swoje, tyle że przekleimy etykiety. A oni nawet nie pisną, a niech tylko spróbują, to ich zagłuszymy naszym polskim, wypożyczonymi od braci Murzynów z RPA, wuwuzele. Bo oni są zwyczajnie za słabi. Kto jest dziś w Zakopanem, wie, co mam na myśli.

Zachęcam wszystkich do odwiedzania księgarni pod adresem www.coryllus.pl i kupowania moich książek. Szczerze polecam.


piątek, 20 stycznia 2017

Kiedy Fundacja Helsińska zacznie bronić godności stadionowych bandytów?

            Swoją pracę w osiedlowym gimnazjum w katowickiej Ligocie wspominam z mieszanymi uczuciami. Z jednej strony, jak wiemy, jakikolwiek kontakt z polskim systemem edukacji, w dodatku na poziomie, który można z czystym sumieniem opisać, jako modelowo patologiczny po obu stronach owej barykady, stanowi wyzwanie, które znieść jest bardzo ciężko. Z drugiej jednak, bez tamtego doświadczenia byłbym zdecydowanie uboższy pod każdym względem, a jak wiemy, lepiej być bogatym, niż biednym, również w owym symbolicznym wymiarze.
     Wśród uczniów, których miałem okazję tam uczyć, znajdowały się oczywiście dzieci porządne i grzeczne, jednak przez to, że one były w zdecydowanej mniejszości, to nie o nich myślę, kiedy wspominam tamte lata. Tym bardziej nie pamiętam już twarzy i imion dzieci, które wyznaczały osiedlową średnią, natomiast, owszem, bardzo dobrze pamiętam tych kilkunastu młodych bandytów, którzy w sposób zupełnie naturalny nadawali ton szkole, do której zmuszeni byli chodzić. Część z nich to były dzieci po prostu tak słabe, że siłą rzeczy musiały się znaleźć po owej ciemnej stronie, część, to zwykli kretyni którzy chodzili do szkoły tylko dlatego, że inaczej do domu przyszedłby dzielnicowy i zrobił rodzicom awanturę, no i wreszcie też byli autentyczni przywódcy, do których do domu dzielnicowy i tak regularnie przychodził, bo każdy z nich był otoczony tak zwanym nadzorem.
       Pisałem tu już przed laty o dzieciach z mojego gimnazjum, przy okazji notki na temat kolejnej edycji Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, kiedy to po raz pierwszy w życiu miałem okazję zaobserwować bezpośrednio, jak działa ten proceder w wymiarze, w którym owa dobroczynność jest definiowana przez tych, którzy oczywiście nie mają jakichkolwiek skrupułów, natomiast cierpią na nieustanny brak forsy. Dziś jednak wracam do tamtych wspomnień nie z powodu Owsiaka, lecz przez informację, jaka do mnie dotarła wczoraj właśnie, a dotyczącą publikacji przez organy ścigania zdjęć najbardziej agresywnych uczestników awantur przed Sejmem w grudniu zeszłego roku, no i oczywiście natychmiastowej reakcji Amnesty International, Komisji Helsińskiej, czy diabli wiedzą, kogo tam jeszcze, w proteście przeciwko łamaniu przez polskie władze praw człowieka. Chodzi o to, że dopóki tym bandytom, którzy jeśli tamtej nocy nikogo ciężko nie pobili, to wyłącznie dlatego, że mieli przed sobą osoby w najwyższym stopniu odpowiedzialne, no a poza tym nikt nie dał im odpowiedniego sygnału gwizdkiem, nikt niczego nie udowodnił przed sądem, to ich publiczny wizerunek jest bezwzględnie chroniony i nikomu nic do tego, jak każdy z nich wygląda.
      Otóż wśród moich uczniów z gimnazjum w Ligocie byli jak najbardziej autentyczni kibole, w takim sensie, w jakim ich opisują ogólnopolskie media, a więc ci z nich, dla których jedynym sensem życia jest się prać z kibicami wrogich drużyn, no i oczywiście z policją. Ponieważ ja, mimo swoich zastrzeżeń do losu, który sobie ich wszystkich wybrał, nigdy nie miałem kłopotów z tym, by się jakoś tam z nimi zaprzyjaźniać, pewnego dnia jeden z nich zwierzył mi się z tego, jaki to on jest dumny z tego, że jego zdjęcie zostało umieszczone w Internecie wśród zdjęć największych stadionowych chuliganów i jak to on sobie to zdjęcie kazał wydrukować i powiesić nad łóżkiem, tak by ile razy na nie spojrzy, wiedział, że jest poważnym zawodnikiem, a nie jakimś gównem z Warszawy, czy Chorzowa. Ponieważ ja wówczas jeszcze o owym procederze nie miałem bladego pojęcia, uczeń mój opowiedział mi dokładnie, jak cały system jest zorganizowany i jak częścią owego systemu są te regularnie publikowane w Internecie zdjęcia najbardziej agresywnych stadionowych bandytów.
      Z tego co jednak pamiętam, w tamtym czasie ani Amnesty International, ani Komisja Helsińska nie wydawały żadnych komunikatów w obronie polskich kiboli. A skoro tak, to ja zakładam, że dzisiejsza histeria, jaką wspomniane środowiska podniosły przeciwko rządowi Beaty Szydło, jest wyłącznie wynikiem ogólnej histerii i, podobnie jak tamta, szybko się skończy. No i mam przy okazji nadzieję, że jeśli któregoś dnia pod moim domem pojawi się tłum bandytów z flagami KOD-u, którzy kiedy będę chciał wyjść z domu, będą mi i mojej rodzinie zagradzać drogę, wyzywać mnie przy pomocy najbardziej obelżywych słów, popychać, filmować, grozić mi, a następnie wystawiać moją przerażoną twarz na najgorsze szyderstwa w Sieci, to polskie organy ścigania zrobią wszystko, by ową bandę chuliganów skutecznie namierzyć, wyłapać i wreszcie sprawiedliwie ukarać. No i że oczywiście Helsińska Fundacja Praw Człowieka nie wyda oświadczenia biorącego tej hołoty w obronę.
      No i że owi wyimaginowani przeze mnie bandyci zachowają się w tej sytuacji równie dzielnie, co mój uczeń sprzed lat i oświadczą, że oni są bardzo dumni z tego, co zrobili i nie mają nic przeciwko temu, by świat poznał ich twarze i nazwiska. W ten sposób okażą się przynajmniej bardziej honorowi, niż owa banda tchórzy z 16 grudnia.


Pozdrawiam wszystkich z duszącego się w smogu Zakopanego i z prawdziwą satysfakcją informuję, że wczoraj nasz blog przekroczył 3 miliony odsłon. Dziękuję wszystkim jego przyjaciołom, zarówno tym nowym, jak i tym od lat. Przy okazji oczywiście zapraszam do odwiedzania księgarni na stronie www.coryllus.pl i zachęcam do kupowania moich książek.

czwartek, 19 stycznia 2017

W barze "Mazur" na Fejsie

              Ponieważ w związku z zimowymi feriami, jakie akurat trwają tu w regionie, no a przede wszystkim przez niezwykły wręcz gest jednego z czytelników tego bloga, wybieramy się na parodniową wycieczkę do Zakopanego, nie zdążę już dziś napisać kolejnego tekstu. Ponieważ jednak ze względu na bieżące zawodowe zobowiązania, zabieram ze sobą laptopa, z pewnością znajdę czas, by się aż tak do końca nie wyłączać. A więc, do piątku. Dziś natomiast, przede wszystkim z myślą o tych, którzy są tu od niedawna, chciałbym przypomnieć jeden z rozdziałów mojej książki „Marki, dolary banany i biustonosz marki Triumf”. Bardzo proszę:

      To się zdarzyło dawno temu, kiedy byłem jeszcze dzieckiem, a świat składał się wyłącznie z szarych ulic, odrapanych domów – ubarwianych jedynie raz do roku, w dzień święta 1 maja – no i z czarnobiałego telewizora w domu, marki nieistotnej, na którym można było obejrzeć absolutnie przebojowy serial produkcji amerykańskiej, zatytułowany „Koń który mówi”. I od razu nie potrafię uniknąć pewnej dygresji. Mniej więcej też w tamtym czasie na ekrany naszych kin wszedł film „The Beatles”, oryginalnie znany jako „A Hard Day’s Night” i gdy idzie o Katowice, wyświetlany był on w kinie „Światowid”, które wówczas nadawało w trybie non-stop. Tak się zresztą to kino nazywało – „Światowid – kino non-stop”. Poszedłem na tych Beatlesów z moim starszym bratem, a ponieważ, przez to właśnie, że „Światowid” puszczał ten sam film na okrągło, nie istniały godziny rozpoczęcia i zakończenia spektaklu, zaczęliśmy ów film oglądać dopiero od którejś tam minuty.
      Pamiętam tamten dzień z dwóch względów. Pierwszy to taki, że to jednak byli Beatlesi, a więc coś co dla nas, tamtych dzieci, mogło przypominać – i to też zaledwie pozornie – jedynie wąchanie kolorowych bibułek, w które zwykle były zawijane pomarańcze, a drugi już związany z Edem, czyli z gadającym koniem. No więc, w odpowiednim momencie ten film się skończył i projekcja ruszyła po raz kolejny. Oczywiście, zostaliśmy na swoich miejscach, bo chcieliśmy zobaczyć to, co nam umknęło wcześniej. I oto, kiedy zaczęły się pojawiać obrazy i piosenki, które znaliśmy z poprzedniego seansu, ja nagle sobie uświadomiłem, że za chwilę w telewizji będzie „Koń który mówi”, i zacząłem nalegać – niestety skutecznie – by wracać do domu. Wstyd mi za tę moją durnotę do dziś, a brat mój nie zapomni mi tego, co mu wtedy uczyniłem, do śmierci.
      A zatem, działo się to wszystko już bardzo dawno temu. I oto pewnego dnia gruchnęła wieść, że w naszej dzielnicy odkryto mieszkanie, w którym niejaki Arnold – to było nazwisko tego człowieka – w bardzo okrutny sposób mordował kobiety, kroił je na kawałki, a szczątki te trzymał tam do czasu aż całe mieszkanie już zaczynało cuchnąć, i jeszcze długo potem. Ponieważ ów adres został podany do publicznej wiadomości, pamiętam, jak poszedłem z moją mamą, żeby rzucić okiem na tę kamienicę, na to okno, i poczuć ten dreszcz. Pamiętam ten dzień do dzisiaj. Oczywiście Arnold został schwytany, osądzony, skazany na śmierć, a następnie powieszony. Po pewnym czasie o Arnoldzie zapomniałem.
      Po raz kolejny usłyszałem o nim już w tak zwanej nowej Polsce, nie wiem, może dwa, a może pięć lat temu. Nie wiem, co to była za okazja, ale dowiedziałem się wtedy, że egzekucja Arnolda miała miejsce pewnego zimowego popołudnia – ciekawe, że popularny przesąd mówi, że ta sprawiedliwość przychodzi na nich zawsze nad ranem – w milicyjnych garażach na ulicy PCK w Katowicach. I powiem szczerze, że ta wiadomość zrobiła na mnie wrażenie największe. Otóż ja świetnie znam te garaże. One w tamtych latach stanowiły nieodłączną część mojego dzieciństwa, a to przez to, że znajdowały się dokładnie pod podwórkiem, na którym spędzałem większość mojego pozaszkolnego życia. Myśmy się tam bawili, a pod nami łazili ci milicjanci i jeździły te ich samochody z nieodłącznymi literkami M i O. Było nawet tak, że mogliśmy tam do tych korytarzy z góry zaglądać przez specjalne świetliki, które milicjantom trochę oświetlały te ich ciemne zaułki, a dla nas stanowiły okazję do tego, by ukradkiem zanurzyć się w ten egzotyczny podziemny świat Milicji Obywatelskiej.
      Dowiedziałem się więc nagle, że prawdopodobnie w momencie, kiedy myśmy się tam na górze bawili, lepiliśmy kulki, ślizgali – na dole przywieźli tego Arnolda i go przykładnie powiesili. Niemal na naszych oczach.
      Rzecz w tym, że myśmy tam wciąż zaglądali. Raz, pamiętam, mieliśmy nawet z tego dużą frajdę, bo tuż pod nami jeden z milicjantów sikał – zwyczajnie, na podłogę tego garażu. Stał tam i sikał. A myśmy patrzyli, jak on leje, i mieli z tego przednią zabawę. No a tu nagle pojawił się ten Arnold. Oczywiście, jest bardziej niż prawdopodobne, że on nie został zabrany z tego świata w tym samym miejscu, gdzie w innych zupełnie okolicznościach, milicjant oddawał mocz. Najpewniej, ówczesny wymiar sprawiedliwości przygotował mu na śmierć specjalne miejsce, w jakimś kącie, a może w jakimś osobnym pomieszczeniu. Diabli wiedzą, czy tam w ogóle jakieś osobne pomieszczenia były, czy może on tak zawisł między tymi milicyjnymi autami, wprost pod naszymi szczenięcymi bucikami.
      A ja się dziś zastanawiam, jak my wszyscy byśmy wtedy zareagowali, gdyby ktoś nam nagle powiedział: „Słuchajcie! W garażach właśnie wieszają Arnolda”? Czy byśmy się natychmiast rzucili do tych mikroskopijnych świetlików i usiłowali coś zobaczyć? Czy może odwrotnie – zamilklibyśmy przerażeni myślą o śmierci, która właśnie przechodziła obok nas tak bardzo blisko? A może byśmy zaczęli klaskać z radości w dłonie, że wreszcie tego bydlaka między nami nie będzie? A może któryś z nas by nagle poczuł żal, że, cholera, biedny wariat, właśnie umiera, i już nie ma dla niego ratunku? Tego się już nigdy nie dowiemy. Natomiast ja sam dziś, jak najbardziej realnie, widzę to podwórko i ten ciemny korytarz i wspominam tamten świat. Świat straszliwie surrealistyczny.
      Skąd mi nagle przyszedł do głowy ten Arnold i jego nędzna śmierć? Otóż pewnego dnia przyszedł do mnie mój syn i poinformował mnie, że Onet, kiedy już nadejdzie noc i zaczną wychodzić ze swoich nor te wszystkie złe duchy, zmienia się w portal pornograficzny. Oczywiście, znając moje dzieci, na tę pornografię musiałem wziąć pewną poprawkę, natomiast, ponieważ wiedziałem też, że coś na rzeczy musi być, sprawdziłem, o co chodzi, i rzeczywiście okazało się, że w godzinach nocnych tam króluje wyłącznie najbardziej tandetna erotyka. A więc przede wszystkim zdjęcia jakichś roznegliżowanych ciź, a do tego bardzo poważne analizy na temat dobrych i złych stron seksu pod prysznicem, korzyści z prostytucji, czy wad i zalet posiadania małego i dużego biustu.
      A zatem, okazało się, że tak naprawdę to, do czego Onet służy nam – zwykłym pasjonatom polityki, a więc do zdobywania codziennych informacji, i ewentualnie do tego, by się z kimś jak należy pokłócić, to zaledwie pretekst i wymówka, by dalej już zupełnie bezkarnie zaspokajać zwykłą klientelę handlowych galerii i telewizyjnych seriali. Że za tą dumną nazwą stoi wyłącznie to co zawsze i wszędzie. A więc kolorowe zdjęcie gołej pupy i pozory debaty.
      Ale oprócz tych dup, trafiłem na coś jeszcze. Moim oczom, mianowicie, najpierw ukazał się duży tytuł „Bestia z Katowic. Horror na poddaszu”, a następnie bardzo pojemny tekst właśnie o Bogdanie Arnoldzie, niegdysiejszym mordercy kobiet. W pierwszej chwili pomyślałem sobie, że stało się coś przełomowego. Że może ten Arnold był niewinny, natomiast dziś się okazało, że tamte kobiety dręczył jakiś dziś już emerytowany oficer UB? Lub że może właśnie po latach wyszło na jaw, że tych kobiet było więcej, lub że wnuk tego Arnolda jest dziś przewodniczącym młodzieżówki PiS-u gdzieś na Śląsku. A może mamy jakąś okrągłą rocznicę tamtej egzekucji pod moim podwórkiem? Nic z tego. Żadnych rewelacji. Onet zwyczajnie, ot tak, bo akurat nie było lepszego materiału, postanowił zwrócić się do jednej ze swoich dziennikarek, by się zajęła tamtą sprawą. No i powstał tekst szczególny.
       Już wspomniany tytuł mówi o nim wystarczająco dużo, ale jednak wciąż nie wszystko. Bo oto tam mamy jeszcze wiele prawdziwej poezji. Oto same tylko podtytuły. Proszę posłuchać: „Sadystyczne orgie”, „Horror na strychu”, „Perwersje samotnego mężczyzny”, „Nie chciał płacić za seks”. To dla chamów. Jednak są też zagadnienia dla lepszych klientów: „Dlaczego to zrobił?” No i już dla osób staranniej wykształconych – może nawet nauczycieli języka polskiego renomowanych warszawskich liceach – tych którzy również potrafią czytać teksty bardziej skomplikowane leksykalnie: „Na moje zachowanie miało wpływ szereg okoliczności”.
       A w środku? W środku też jest jak należy. Oto pierwszy z brzegu fragment onetowej relacji:
      „Pięć miesięcy później, 12 marca 1967 roku w barze ‘Mazur’, Bogdan Arnold poznał kolejną ofiarę – około 40-letnią kobietę, której tożsamości nigdy nie udało się ustalić. Pili razem wódkę, a potem kobieta zgodziła się spędzić z nim noc. W mieszkaniu Arnold znęcał się nad nią, bił batem i pięściami, torturował. Oprócz tego zmuszał ją do uprawiania perwersyjnego seksu. Kiedy kobieta chciała wezwać pomoc, nacisnął ręką na jej krtań, powodując zgon. Następnie zwłoki pokroił, wnętrzności wrzucił do rury kanalizacyjnej, korpus umieścił w wannie, a głowę w garnku z gorącą wodą”.
       To oczywiście już wystarczy, ale nie mielibyśmy pełnego obrazu tego, co się porobiło w Polsce od czasu, gdy w tamto zaśnieżone pewnie popołudnie, w ciemnych korytarzach milicyjnych garaży na ulicy PCK w Katowicach, Bogdan Arnold zakończył swoje smutne życie. Oto w pewnym momencie, między tymi podtytułami i wśród tych pokrojonych, cuchnących ciał, pojawia się podświetlony tekst: „Dołącz do nas na Facebooku”. I to, jak sądzę, stanowi doskonałą puentę tej dzisiejszej notki. Ten Onet, ten Facebook i ten piękny świat dookoła. Jak gdyby nigdy nic się nie stało. I jak gdyby już nigdy nic się stać nie miało.
      Mój syn po raz kolejny powiedział mi: „Ależ ty miałeś młodość! Jak ja ci zazdroszczę”. Czy ja wiem, czy jest tu czego zazdrościć? Tego podwórka? Tych brudnych śmierdzących krwią kamienic? Czy ja wiem? Ja bym tam na jego miejscu nie zazdrościł. Inna sprawa, że zamienić to wszystko na tego Facebooka też jakoś głupio. Zwłaszcza że, jak doskonale widać na przedstawionym powyżej przykładzie, ani Facebook, ani tym bardziej Onet, nie wiedzieliby, co ze sobą począć, nawet jak zaczerpnąć powietrza, gdyby nie tamta krew. Ten Zuckerberg to o ile mi wiadomo był wybitny student. A ci co robią Onet? Ciekawe.

Wspomnianą książkę można kupić w księgarni Coryllusa pod adresem http://coryllus.pl/products-page/books/marki-dolary-banany-i-biustonosz-marki-triumph/

środa, 18 stycznia 2017

Czemu w Modlitwie Pańskiej nie ma słowa o marihuanie?

       Zmarł były poseł SLD Tomasz Kalita i jest to wiadomość, jak zawsze kiedy umiera młody człowiek i współczesny świat nie jest w stanie tego, co się dzieje, powstrzymać, absolutnie porażająca. To że Kalita jest bardzo ciężko chory, wiedziałem od dłuższego już czasu, niestety powodem tego nie było wcale to, że umiera ktoś, kto powinien jeszcze mieć przed sobą długie lata życia. Nic podobnego. Może, gdyby okoliczności tego umierania były inne, inna też by była towarzysząca mu medialna oprawa. Tu niestety, niemal wyłącznie fakt, że choroba Kality i jego cierpienie zostały wprzęgnięte w publiczną debatę dotyczącą legalizacji tak zwanej leczniczej marihuany, a tak naprawdę w coś znacznie starszego i o wiele poważniejszego, a mianowicie w ogóle legalizację narkotyków, sprawił, że ile razy na ekranach telewizorów pojawiał się Kalita, wszyscyśmy musieliśmy wysłuchiwać kolejnych dyrdymałów na temat tego, jak to owo cudo potrafi nie dość, że ulżyć człowiekowi w cierpieniach, to wręcz z owych cierpień go skutecznie wydobyć.
       Dziś Tomasz Kalita już nie żyje, kiedy jednak odbieram medialne informacje poświęcone temu smutnemu odejściu, 90 procent całości zajmuje oczywiście owa marihuana, dokładnie z tymi samymi co zawsze argumentami, tyle że tym razem jeszcze podparta dodatkowo argumentem ostatecznym, że mianowicie sprawa jej legalizacji, to testament jaki nam po sobie zostawił Kalita, i jego dziedzictwo. Gdybyśmy się mieli opierać na tym co płynie w większości z medialnego przekazu, musielibyśmy uznać, że tak naprawdę Kalita nie zostawił nam o wiele więcej, niż owo świadectwo człowieka, którego bezduszność polityków doprowadziła do śmierci.
       Tak się przy tym jednak zdarzyło, że obok tego wszystkiego telewizja publiczna przypomniała rozmowę, jaką w listopadzie zeszłego roku Krzysztof Ziemiec przeprowadził z wciąż jeszcze prowadzącym swoją walkę z chorobą Kalitą, i którą ja z prawdziwym wzruszeniem wysłuchałem w całości. Kalita przez większą cześć wywiadu opowiada, jak to jest dowiedzieć się, że się jest śmiertelnie chorym, jak to jest walczyć ze strachem przed śmiercią, jak to wreszcie jest, kiedy człowiek ma wreszcie czas przemyśleć na nowo całe swoje życie. Owszem, wspomina też w kilku zdaniach o tej marihuanie, ale, jeśli ktoś się spodziewa jakiejś tyrady, będzie zawiedziony. To jest rzeczywiście zaledwie kilka zdań, w dodatku główny nacisk Kalita kładzie na to, by ewentualna legalizacja marihuany leczniczej nie spowodowała legalizacji samego narkotyku.  Są w tym wywiadzie natomiast dwa momenty, które osobiście uważam za warte uwagi. Pierwszy z nich, to ten, gdy Kalita mówi, że jeśli zdarzy mu się jeszcze wrócić do polityki, to nie do takiej, gdzie człowiek budzi się rano i myśli tylko o tym, co powiedzieć takiego, by tym się zainteresowały media i puściły to w formie tak zwanej „setki”, a tak wygląda właśnie jego polityczne doświadczenie.
      Drugi natomiast to wyznanie swego nawrócenia, a przy tym apel do tych, którzy z niego szydzą, że on, jako rzekomo „nawrócony komunista” chce się wypromować na swoim cierpieniu. I tu zacytuję Kalitę słowo w słowo: „Jeśli to jest promocja, to ja wam oddam tę chorobę – promujcie się”.
      I to jest moim zdaniem prawdziwy testament śp. Tomasza Kality. Owo wyznanie wiary, przyznanie, że kiedy wszystko się wali, nie ma nic innego, jak tylko obietnica zbawienia i wreszcie, że wszystko, co się tak naprawdę liczy znajduje się w słowach modlitwy „Ojcze Nasz”. Tyle że to już nas aż tak bardzo nie interesuje. Czyżby za mało zajeżdżało trawą?

Zachęcam wszystkich do odwiedzania księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie są niezmiennie do kupienia moje książki.

wtorek, 17 stycznia 2017

Gdy nawet feministki nie są prawdziwymi mężczyznami

               Zastanawiałem się, o czym ma być jutrzejszy tekst, kiedy nagle rzuciłem okiem w telewizor i zobaczyłem Magdalenę Ogórek, jak rozmawia z Rafałem Ziemkiewiczem, i uświadomiłem sobie coś absolutnie fascynującego. Nie wiem, o czym oni rozmawiali, bo przez to, że moje dziecko oglądało jakiś film w Internecie, telewizor był w tym czasie odpowiednio ściszony, nie mogłem jednak nie zauważyć tego, co tam robiło wrażenie wręcz porażające. Podczas gdy Magdalena Ogórek, wybierając się do telewizyjnego studia, starannie się uczesała, założyła śliczną sukienkę, gdzie trzeba udekorowała się elegancką biżuterią, Ziemkiewicz – jak zawsze zresztą – zachował swój ulubiony image szmaciarza.
     Tu jednak, zanim pójdę dalej z wątkiem Ziemkiewicza, pozwolę sobie na małą dygresję. Otóż w kamienicy, w której mieszkam, znajduje się coś co nosi nazwę Muzeum Barbary i Stanisława Ptaków. Kim są ci państwo, już tłumaczę. Otóż, pomijając fakt, że oboje przez lata byli moimi sąsiadami z dołu, nieżyjący już dziś Stanisław Ptak był znanym lokalnie śpiewakiem operetkowym, natomiast pani Ptakowa jeszcze bardziej znanym projektantem kostiumów, której nazwisko można znaleźć w napisach do takich filmów, jak „Faraon”, „Nóż w wodzie”, czy „Ziemia Obiecana”. Jak mówię, pan Ptak dziś już nie żyje, jednak pani Ptakowa radzi sobie fantastycznie, w związku z czym to ona ma oko na ów projekt, o którym już wspomniałem, a który nosi nazwę Muzeum Barbary i Stanisława Ptak. Proszę sobie jednak wyobrazić, że ile razy tu się odbywa jakaś uroczystość, a jest ich regularnie cała masa, pierwszą zasadą, ustaloną przez panią Ptakową, jest ta, że do środka nie zostanie wpuszczony nikt, kto ma na sobie dżinsy. Właśnie tak. Dżinsy. To jest zresztą pewnie główny powód, dla którego, mimo regularnych zaproszeń, ja tam się nie wybieram. Nie bardzo sobie bowiem umiem wyobrazić, że będę zakładał garnitur tylko po to, by zejść piętro niżej.
      I oto wracam do telewizyjnego programu, gdzie zabawiają nas Ziemkiewicz i Magda Ogórek. Jak wygląda Ogórek, już opisałem. Gdy natomiast chodzi o Ziemkiewicza, on jest oczywiście zarośnięty, jak pierwszy z brzegu menel, na tyłku ma oczywiście wytarte dżinsy, a wyżej rozchełstaną koszulę. Patrzę na te dżinsy, myślę o pani Ptakowej i nagle zaczynam rozumieć to, co jakiś czas temu powiedziała moja żona, kiedy zobaczyła w telewizji Piotra Semkę. Otóż zwróciła ona moją uwagę na fakt – a ja dziś jestem pewien, że to jest prawda nie do pokonania – że gdyby do którejś z telewizyjnych stacji przyszła kobieta, opasła jak świnia, spocona, niedomyta, rozczochrana i cuchnąca ową niezwykłą mieszaniną perfum i zleżałego potu, nie zostałaby wpuszczona dalej, niż przez te piszczące bramki na parterze. Gdy w telewizji pojawiają się kobiety, one zawsze muszą prezentować ten choćby standard, który zobowiązuje każdego z nas, by przynajmniej publicznie nie cuchnąć. Jestem pewien, że nawet prof. Magdalena Środa, wyglądając, jak wygląda, nie stwarza przy tym atmosfery, jaka zwyczajowo panuje w przedsionkach prowadzonych do miejskich bankomatów. Tymczasem, jak mówię, gdy chodzi o tych mądrali, oni się absolutnie nie oszczędzają. Spójrzmy proszę na te menażerię: oto wspomniany Semka z tymi swoimi przetłuszczonymi i nie znającymi grzebienia włosami, Marcin Wolski z chorym okiem, nie mieszczący się w krześle Ryszard Kalisz, Gadowski o twarzy pijaka z sąsiedztwa, symboliczny już dziś Piotr Niemczyk, niezmiennie zapraszany do wygłaszania swoich mądrości przez stację TVN24, do opisania którego brakuje słów, no a teraz jeszcze ten Ziemkiewicz naprzeciwko tego – właśnie tak, w tym wypadku mamy do czynienia z prawdziwym zjawiskiem – anioła.  
      I to już koniec. Jeśli ktoś miał nadzieję, że ja to jakoś pociągnę w kierunku naprawdę ciekawym, był w błędzie. To już koniec. Jedyne co mi jeszcze przychodzi do głowy, to jak to się dzieje, że te wszystkie strasznie mądre feministki, których wszędzie mamy dziesiątki, tak zawsze chętne do tego, by bronić praw kobiet, w tym akurat wypadku nabrały wody w usta? Czemu jest tak, że gdy nagle któraś z nich, jeśli tylko nie spełnia podstawowych wymagań, gdy chodzi o tak zwany wdzięk i elegancję, zostaje natychmiast wyeliminowana? Co ciekawe, najczęściej przez tych, co reprezentują to samo niedomyte męskie towarzystwo.  Czy to możliwe, że podobnie, jak oni nie są mężczyznami, to one tak naprawdę nie są kobietami?
     No i proszę. Miałem napisać tekst o Ziemkiewiczu i Ogórek, a wyszła mi bardzo poważna refleksja na temat współczesnego feminizmu.

W księgarni na stronie www.coryllus.pl są do kupienia moje książki. Szczerze polecam.
    
    


poniedziałek, 16 stycznia 2017

I jeszcze raz o Jurku, któremu zabrakło atomów

      Jerzym Owsiakiem i jego szczególnym czynieniem dobra zajmowałem się już tutaj wielokrotnie i wydawało mi się, że po moim ostatnim na ten temat tekście, do sprawy już wracać nie będę. Tak się jednak zdarzyło, że moje dziecko zwróciło mi wczoraj uwagę na artykuł na portalu tvn24 pod tytułem „Kręci się! 6 powodów, dla których warto popierać WOŚP”, a w nim powód nr 5 w następującym brzmieniu:
      „Bo bez serduszka wychodzi się na suk****a – Jedni pomagają, bo czerpią przyjemność z tego, że robią coś dobrego. Jednak część pomagania nie lubi, ale głupio byłoby im chodzić tego dnia bez serduszka. Nie chcą być egoistami, a bez serduszka wychodzi się na sukinsyna – mówi nam prof. Jerzy Vetulani, neurobiolog, znawca ludzkiego mózgu”.
      W pierwszej chwili oczywiście chciałem to coś potraktować wzruszeniem ramion i złośliwą uwagą, że gdy chodzi o to, co o mnie sądzi akurat prof. Vetulani, wolę być wspomnianym sukinsynem, niż choćby najznakomitszą częścią jego mózgu, no ale potem udaliśmy się z żoną na niedzielną wizytę, no a tam był włączony telewizor, w telewizorze transmisja na żywo z wysyłania tak zwanego „światełka do Nieba”. Patrzyłem na ten tłum i nagle zrozumiałem, co chciał nam powiedzieć prof. Vetulani. Oto ci wszyscy ludzie są tam albo z czystej przyjemności, albo ze strachu, że się okażą sukinsynami. Tam nikt na tym mrozie nie sterczy z odruchu serca. Pozostaje wyłącznie albo przyjemność, albo strach. A kiedy o tym sobie pomyślałem, uznałem, że ja tego tak nie mogę zostawić i postanowiłem przypomnieć swój tekst jeszcze z roku 2009, tu w lekko zmienionej formie, w którym, jak sądzę, najprawdziwiej jak się tylko dało, pokazałem całe kłamstwo owego przedsięwzięcia. Kto ów tekst już kiedyś czytał, będzie miał okazję sobie przypomnieć, kto jest tu od niedawna – serdecznie zachęcam.


       Za nami doroczna eksplozja absolutnie bezprecedensowego fałszu i zakłamania, funkcjonującego dziś pod symboliczną już nazwą Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy.      Ponieważ w ostatnich dniach pojawiło się kilka tekstów, w których autorzy starali się zdiagnozować to niezwykłe zjawisko, można by pewnie uznać, że wszystko zostało już dokładnie powiedziane. Jednak ja wciąż czuję, że materia, z którą przyszło nam się zmierzyć, stawia nieustanny opór i kiedy się wydaje, że sprawa jest ostatecznie załatwiona, odrastają kolejne łby tego smoka i, co wydawałoby się niemożliwe, mają się one zupełnie dobrze.
      Dziś moja córka – zawodnik naprawdę twardy – poinformowała mnie, że słyszała, że nie ma w Polsce szpitala, który nie funkcjonowałby bez choćby jednego bardzo cennego urządzenia zakupionego przez WOŚP. I pyta mnie, czy moim zdaniem sytuacja, w której Owsiak z jakiegoś powodu przerywa swoją działalność, wyjeżdża na te swoje ukochane Bahamy, a szpitale przestają otrzymywać to, co otrzymywały dotychczas, to sytuacja zła czy dobra? Ona wszystko na temat Owsiaka wie. Nawet nie ma jej co tłumaczyć, z kim mamy do czynienia, bo to, co trzeba, jest jej doskonale znane. Ona chce znać sytuację od strony czysto praktycznej.
Zastanawiam się więc, jak można opisać zjawisko, które na każdym poziomie, zamysłu, organizacji i wykonania, stanowi czyste zło, a w wyniku którego otrzymujemy jednocześnie pojedyncze, jednostkowe, indywidualne dobro? Jak można pokazywać palcem na to zło, kiedy każde nasze słowo natychmiast spotyka się z jak najbardziej realną i według wszelkich rozsądnych standardów, usprawiedliwioną kontrargumentacją?
      Oczywiście sprawa była już wielokrotnie wyjaśniana i wydawałoby się, że choćby część z tych wyjaśnień będzie stanowić wystarczający powód, nawet jeśli nie do zakwestionowania, to przynajmniej zastanowienia się nad faktyczną istotą działalności charytatywnej, prowadzonej w taki sposób, jak to robi Owsiak. Ale i nie tylko Owsiak. To bowiem, z czego on żyje, a więc dobroczynność prowadzona poza Kościołem, jest przecież znane od setek lat. Tego, co robi Owsiak, on sam przecież nie wymyślił. To jest klasyka. Pomaganie bliźnim tak, by przy okazji uzyskać z tego jak najwięcej dla siebie – choćby tylko w formie prostej satysfakcji – zostało przeanalizowane skutecznie przez ludzi o wiele mądrzejszych od nas i poddane ocenie druzgocącej.
      Czy ci dawni krytycy dobroczynności prowadzonej poza Kościołem mieli łatwo? Czy na ich argumenty nie przybiegali natychmiast czwórkami świadkowie tego dobra, które się właśnie urzeczywistniło? Czy nie pokazywali radosnych twarzy dzieci, które albo odzyskały zdrowie, albo po prostu zwykłe szczęście, właśnie dzięki owym „dobrym Samarytanom”, ale przede wszystkim wbrew zrzędzeniu nieczułych filozofów? Czy nawet tak solidny, wydawałoby się, argument, jak ten najstarszy: „Kiedy więc dajesz jałmużnę, nie trąb przed sobą, jak obłudnicy czynią w synagogach i na ulicach, aby ich ludzie chwalili. Zaprawdę, powiadam: ci otrzymali już swoją nagrodę. Kiedy zaś ty dajesz jałmużnę, niech nie wie lewa twoja ręka co czyni prawa, aby twoja jałmużna pozostała w ukryciu. A Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda tobie” (Mt 6.3), nie spotykał się ze wzruszeniem ramion i niezmiennym pytaniem: „I co z tego, skoro ktoś dostał życie?"
      Obawiam się więc, że choćbyśmy dyskutowali do końca świata, albo nawet – jak woli mówić ten podstępny człowiek – jeszcze dłużej, zawsze w końcu staniemy przed ścianą utworzoną z czystej, niewzruszonej praktyki. Z – można by rzec – prawdziwej, niepodważalnej matematyki. I właśnie to jest ten moment, żeby powiedzieć coś na temat matematyki. No i fizyki. A tym samym pokazać, że ów tak przebiegle wyślizgujący się nam z rąk temat da się jednak opanować.
      Roald Dahl w swoich wspomnieniach z lat szkolnych opowiada o zdziwaczałym nauczycielu matematyki, który pewnego dnia dał swoim uczniom niezwykłą zagadkę. Wyjął mianowicie papierową chusteczkę, pomachał nią i powiedział tak: „Ta chusteczka ma grubość 1/100 cala. Składam ją na pół. Osiąga grubość 2/100 cala. Składam ponownie – robi się gruba na 4/100 cala. Składam raz jeszcze i teraz ona ma grubość 8/100 cala. Zagadka brzmi następująco. Jak ona będzie gruba, kiedy złożę ją pięćdziesiąt razy?” Oczywiście, żadne dziecko – mimo że to była bardzo dobra prywatna szkoła, a dzieci angielskie i czasy bardzo przed-internetowe – nie umiało nawet się zbliżyć do poprawnej odpowiedzi. Nie było nawet w stanie pojąć całej idei, kryjącej się za tą zagadką. Tymczasem prawidłowa odpowiedź brzmiała: chusteczka osiągnie grubość jak stąd do słońca... Więc tak. To jest właściwa odpowiedź. Jak ktoś ma dobry kalkulator, to niech sobie sprawdzi.
      Kiedy po raz pierwszy czytałem ten tekst Dahla, byłem zachwycony a jednocześnie oszołomiony i oczywiście nic nierozumiejący. Pewnego dnia jednak spotkałem mojego znajomego, wybitnego fizyka, matematyka i w ogóle pod wieloma względami osobę szczególną. Od razu postanowiłem wykorzystać okazję i zwróciłem się do niego z ową dahlowską zagadką. On spojrzał na mnie bez szczególnego zainteresowania, wzruszył ramionami i odparł: „Nie wolno mieszać fizyki z matematyką. Poza tym, w chusteczce nie ma wystarczającej liczby atomów, żeby się dała aż tak rozciągnąć”.
      I to jest właśnie to, co mi się przypomniało, kiedy z jednej strony próbuję opisać to, co widzę, gdy patrzę na owsiakowe szaleństwo, a z drugiej strony słyszę te niewzruszone argumenty i absolutnie rzeczowe dowody na to, jak bardzo moje pretensje są małe i niedorzeczne. Sprawa Wielkiej Orkiestry, tych wszystkich serduszek, puszek, tych Bahamów, tych fundacji, tego Woodstocku, tych rachunków – sprawdzonych i niesprawdzonych – w ogóle nie nadaje się do dyskusji. Nie ma żadnego sposobu, żeby ten problem rozstrzygnąć na proponowanym nam poziomie. W Wielkiej Orkiestrze Świątecznej Pomocy nie ma wystarczającej liczby atomów, żeby sięgnąć tego pierwszego punktu, w którym zaczyna się dobroczynność.
      Nie można mieszać fizyki i matematyki. I na tym kończymy sprawę Owsiaka.


Przypominam, że w księgarni pod adresem www.coryllus.pl możemy kupować moje książki. Zachęcam gorąco.