poniedziałek, 29 lutego 2016

Moje ostatnie słowo do prezydenta Wałęsy, czyli a co gdyby nie był kapusiem?

Zapowiadałem już wprawdzie ostatnio, że z Wałęsą już kończę, jednak został nam jeszcze jeden tekst, mój felieton z ostatniego numeru „Warszawskiej Gazety”, odrobinę zmodyfikowany. Myślę, że nie zaszkodzi go tu wkleić, a przy okazji polecić cały numer.


Wrzawa wokół Lecha Wałęsy interesuje mnie nie z powodu jej treści, a więc wszystkiego, co jest związane z ostatecznym potwierdzeniem faktu jego gorliwej współpracy ze Służbą Bezpieczeństwa, ale nieprzytomną akcją obrony jego rzekomo dobrego imienia prowadzoną przez część komentatorów. I nie chodzi o to, że dokumenty znalezione w domu Kiszczakowej wskazują jednoznacznie na to, że, jak to ładnie określił prof. Zybertowicz, on podpisał, donosił i brał pieniądze, podczas gdy niektórzy twierdzą, że tak wcale nie było, a nawet jeśli było, to tylko trochę, no a nawet jeśli bardziej niż trochę, to też nie szkodzi, bo mamy do czynienia z bohaterem, bez którego Polska sobie na świecie nie poradzi.
Moje zmartwienie jest innego rodzaju. Otóż ja nie potrafię pojąć, jak w kraju, co by o nim nie mówić, cywilizowanym, zamieszkałym przez naród, który wielokrotnie udowodnił, że nie jest pod żądnym względem gorszy od innych, mogło przyjść komukolwiek do głowy, że zawróci ludziom w głowie wyciągając kogoś takiego, jak Lech Wałęsa. Rozumiem, że w roku 1990, kiedy Polska dopiero wygrzebywała się spod sowieckiego buta i naprawdę nie było łatwo ocenić sytuację, która aż nazbyt często była kreowana przez ośrodki propagandowe znacznie cwańsze od najcwańszych z nas, mogliśmy ulec pewnemu złudzeniu, nie tylko co do Wałęsy, ale osób od niego jeszcze bardziej mrocznych. Ja sam przecież wierzyłem, że ktoś taki jak Lech Wałęsa nas skutecznie poprowadzi do ostatecznego zwycięstwa. No ale przede wszystkim już wkrótce zorientowaliśmy się wszyscy, że to było właśnie jedynie złudzenie, no a poza tym proszę sobie przypomnieć, gdzie się ów Lech Wałęsa znalazł po tym, gdy po raz pierwszy przegrał prezydenturę z tym peerelowskim burakiem Kwaśniewskim. Przecież wystarczyło zaledwie parę lat, by owa, jak to się dziś lubi powtarzać, ikona naszej wolności, znalazła na pełnym aucie, i to nie przez działania Systemu, ale przez owo straszne poczucie wstydu, które oblepia nas do dziś jeszcze, jak wyrzut sumienia.
Cześć z nas już pewnie zapomniała, ja jednak pamiętam, jak to w wyborach prezydenckich roku 2000 Lech Wałęsa nie dość że przegrał z powszechnie lubianym Kwaśniewskim, to jeszcze, po kolei, z Andrzejem Olechowskim, który dostał 17,30% głosów, Marianem Krzaklewskim z 15,57% głosów, Jarosławem Kalinowskim, który uzyskał głosów 9,95%, ze ś.p. Andrzejem Lepperem z 3,05% głosów, oraz Januszem Korwinem-Mikke z jego 1,43% głosów. W tamtych wyborach na Lecha Wałęsę, przypominam, człowieka, o którym niektórzy mówią, że jest największym żyjącym Polakiem i symbolem Polski na świecie, zagłosowało niecałe 180 tys. osób, co stanowiło 1,01% oddanych głosów.
Ostatnio wielu mówi, że nawet jeśli Wałęsa donosił, i tak pozostanie bohaterem. Otóż przepraszam bardzo, ale niechby i on był czysty jak złoto, ja mam jedno marzenie: niech mi zejdzie z oczu i się zamknie. Niech już przestanie gadać. Raz na zawsze.

Zapraszam wszystkich do księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie są do kupienia moje książki. Polecam serdecznie, czyli z serca.

niedziela, 28 lutego 2016

O gnuśności bez retuszu

Stali czytelnicy tego bloga sprawę znają, ponieważ jednak podejrzewam, że są też tu ostatnio i tacy, którzy do nas dołączyli dopiero w ostatnich tygodniach, króciutko przedstawię temat. Otóż jeszcze jesienią zeszłego roku dotarła do mnie informacja, że w dwóch krakowskich kościołach, pod wezwaniem świętej Katarzyny oraz świętych apostołów Piotra i Pawła ma się odbyć kolejna edycja międzynarodowego muzycznego festiwalu o nazwie Unsound. Ponieważ sprawa mnie zainteresowała, przeprowadziłem krótką kwerendę, w wyniku której okazało się, że ów festiwal stanowi przedsięwzięcie jednoznacznie satanistyczne, którego główny pomysł od wielu już lat sprowadza się do przejmowania sakralnych przestrzeni i ich nadzwyczaj skutecznego bezczeszczenia. Przedstawiłem swoje obserwacje na tym blogu, a tym samym spowodowałem natychmiastową reakcję krakowskiej Kurii i wyrzucenie satanistów z krakowskich kościołów, rozbicie głównej idei festiwalu, oczywiście sądowe groźby wobec mnie ze strony organizatorów, ale przede wszystkim atak światowych mediów, jakiego ani ja sam się nie spodziewałem, ani też cywilizowany świat nie widział. Jeśli ktoś ma dziś ochotę sprawdzić, jak wielką furię wywołało odwołanie występów w krakowskich kościołach, wystarczy że wpisze w googlu hasło „unsound accused of satanism”, żeby zobaczyć, do czego tam doszło.
To co w tym jednak jest najciekawsze, to fakt, że chociaż takie medialne ośrodki jak „Los Angeles Times” czy „Guardian” uznały wiadomość o tym, że gdzieś w Polsce skromna notka na blogu powstrzymała atak najbardziej czarnego zła na Przenajświętszy Sakrament, za przebój dnia, polskie media – a to co nas akurat powinno interesować najbardziej, media prawicowe i katolickie szczególnie – sprawę kompletnie zlekceważyły. Do tego stopnia, że podczas gdy o odwołaniu koncertów pisała „Gazeta Wyborcza”, „Polityka” oraz „Tygodnik Powszechny”, prawicowe i patriotyczne media nabrały wody w usta. I można by było oczywiście zastanowić się, dlaczego, to jednak jest już temat na osobną refleksje.
A teraz proszę sobie wyobrazić, że wczoraj na Twitterze słynny ksiądz Isakowicz-Zaleski zamieścił informację, że we wspomnianym kościele pod wezwaniem św. Katarzyny ma się w tych dniach odbyć międzynarodowy festiwal piosenki żeglarskiej, a obok owej informacji pełen oburzenia apel do miejscowej Kurii, by się sprawą zajęła i realizację owego bezbożnego aktu powstrzymała. Tak to właśnie ksiądz Isakowicz-Zaleski sformułował: w kościele pod wezwaniem św. Katarzyny w Krakowie organizują jakieś shanty i co na to Kuria?
Od czasu gdy ksiądz Isakowicz-Zalewski jeszcze za dobrych, przedsmoleńskich czasów zapowiedział, że on, za jego postawę wobec kwestii ukraińskiej, na Lecha Kaczyńskiego nigdy w życiu więcej nie odda głosu, mam do niego stosunek, powiedzmy… ostrożny. Tu jednak chciałbym Księdza tą droga poinformować, że fakt iż on, w czasie który został mu dany, nie raczył zauważyć, że w jego Krakowie najbardziej brutalny satanizm szydzi z tego, co dla każdego z nas najcenniejsze, a dziś napina mięśnie swojej pobożności z powodu tak zwanej piosenki żeglarskiej, świadczy o nim jak najgorzej. I świadczy o gnuśności, za którą przyjdzie mu prędzej czy później odpowiedzieć.
I przyjmijmy, że jedyny sens tej krótkiej notki był taki, by wreszcie sformułować tę prostą prawdę.

Zapraszam wszystkich do odwiedzania księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie są do nabycia moje książki. Polecam szczerze.

sobota, 27 lutego 2016

Czy Teatr Śląski im. Stanisława Wyspiańskiego zmieni patrona?

Na słupach ogłoszeniowych i w paru innych jeszcze miejscach mojego miasta pojawiła się ostatnio duża czarna swastyka. To znaczy, nie sama swastyka, jednak na pierwszy rzut oka widać tylko tę swastykę i nic już poza nią. A wygląda to mniej więcej tak:


Kiedy przyjrzymy się jednak tej demonstracji z bliska, zobaczymy, że swastyka nałożona jest na twarz kobiety, całość stanowi zapowiedź przedstawienia teatralnego, przygotowanego przez Teatr Śląski w Katowicach, a zatytułowanego „Leni Riefenstahl. Epizody niepamięci”, natomiast kobieta na plakacie to Leni Riefenstahl, niesławna autorka filmów kręconych na zamówienie hitlerowskiej propagandy. I tu muszę od razu przyznać się do pewnego kompleksu. Otóż najnowsze doświadczenie każe mi bardzo mocno podejrzewać, że jeśli gdzieś w okolicy pojawiają się niemieckie napisy, lub nazistowskie znaki, to powody tego mogą być tylko dwa, albo jacyś lokalni miłośnicy powrotu Śląska do niemieckiej ojczyzny próbują przemycić drogą sobie symbolikę pod pretekstem uprawiania działalności kulturalnej, albo chodzi o to, by przy pomocy tych gestów realizować jakieś polityczne interesy na użytek sytuacji wewnętrznej. I tak, jeśli nagle w centrum miasta pojawia się kawiarnia o nazwie „Kattowitz”, lub w kioskach pokazują się gazety, których tytuły są pisane gotykiem, to ja wiem, że za tym stoją ciężkie antypolskie resentymenty. Jeśli w lokalnym wydaniu „Gazety Wyborczej” pojawia się napis „Juden raus”, to ja mogę zakładać, że oni w ten sposób prowadzą swoją zwykłą brudną politykę. Jeśli natomiast Teatr Śląski wystawia sztukę o Leni Riefenstahl i reklamuje ją wielką czarną swastyką, to pewne lokalne środowiska mają na oku oba te cele, a więc z jednej strony, skazić publiczną przestrzeń owym bliskim swojemu sercu niemieckim śladem, a z drugiej, ową swastyką zaatakować tych, których uważają za swoich politycznych przeciwników.
Wspomniałem o tym, że tego typu refleksje, w moim wypadku, są wynikiem pewnego kompleksu i ja faktycznie do pewnej części miejscowego towarzystwa jestem nastawiony niezwykle podejrzliwie. I nawet jeśli owej podejrzliwości nie jestem w stanie przekonująco uzasadnić, bardzo ją w sobie hołubię. W tym jednak wypadku, a więc gdy chodzi o tę swastykę na twarzy Leni Riefenstahl i całe to przedstawienie zapowiadane przez Teatr Śląski, czuje się całkowicie usprawiedliwiony, bo i ten smród jest tym razem wyjątkowo wyraźny, ale też jego źródło nie ulega dla mnie najmniejszej wątpliwości. Oto niejaka Ewelina Marciniak, kobieta, która tę sztukę wyreżyserowała, udzieliła wywiadu portalowi polityka.pl i zapytana, czy w przedstawieniu będzie nawiązanie do polskiej współczesności, odpowiedziała:
Ważnym elementem ideologii faszystowskiej była polityka kulturalna, o której dziś w Polsce tak głośno. A że opowiadam o Leni Riefenstahl i jej biografii, na pewno poruszę temat roli i odpowiedzialności artysty, postawię pytanie, czy artysta może być apolityczny i jak może stać się narzędziem w rękach władzy. To przede wszystkim jednak będzie opowieść o tym, jak społeczeństwo daje się zahipnotyzować i jak niewinne, urzędowe dyrektywy mogą prowadzić do eskalacji przemocy, krok za krokiem. Coś, co się wydaje niewinne i jest na to społeczne przyzwolenie, może się zamienić w coś bardzo niebezpiecznego. Historia powinna nas uczyć – nas Polaków, ale też ludzi w ogóle, bo nastroje prawicowe i nacjonalistyczne rosną dziś niemal w każdym zakątku świata”.
Mam nadzieję, że teraz wszyscy mamy znacznie pełniejszy obraz tego, co się tu nam szykuje. Oto Teatr Śląski wystawia sztukę, którą, z jednej strony, reklamuje przy pomocy wielkiej, czarnej swastyki i nazwiska wybitnej niemieckiej artystki filmowej, a z drugiej, próbuje nas przekonać, że ta swastyka to robota polskich patriotów, którzy właśnie przejęli władzę i chcą tu wprowadzać nazistowskie porządki, sama Riefenstahl natomiast to dla owej władzy wzór dobrej współpracy na linii artysta – totalitarne państwo.
Należy przyjąć, że ów projekt w postaci przedstawienia o Leni Riefenstahl, które ma nas ostrzegać przed nową polityką kulturalną faszystowskiej władzy w Polsce, narodził się jeszcze zanim w szafie państwa Kiszczaków znaleziono wymianę korespondencji między wybitnym polskim aktorem Andrzejem Sewerynem, a generałem Czesławem Kiszczakiem, w której to Kiszczak gratuluje Sewerynowi roli szekspirowskiego Ryszarda III, gdzie to nasz znakomity aktor z mistrzowskim talentem pokazuje, czym jest okrutna, antyludzka władza, natomiast Seweryn dziękuje swojemu dobroczyńcy za dobre słowo i zapewnia o poparciu i dozgonnej wierności. A więc to musiało być przed. Na pewno natomiast plan przedstawienia narodził się już po tym, jak Seweryn i cała kupa jego znajomych artystów niemal codziennie demonstrowała swoje poparcie dla władzy Platformy Obywatelskiej i osobiście dla prezydenta Bronisława Komorowskiego, a więc jeszcze zanim kariera Leni Riefenstahl stała się wzorem dla ministra Glińskiego i skupionego wokół niego świata kultury.
Przepraszam bardzo, ale w tej sytuacji, przy naszym tak bogatym doświadczeniu, łączącym to, co już za nami, z tym co właśnie z takim zachwytem odkrywamy, wygląda na to, że zarówno pani Marciniak, jak i kierownictwu Teatru Śląskiego pozostaje już tylko Riefenstahl, owa swastyka i nadzieja, że stanie się coś takiego, co sprawi, że na Śląsku, urzędowym stanie się język niemiecki, a wtedy oni będą mogli wreszcie przestać udawać i odsłonić tę szlachetną twarz tak brzydko zakrytą na tym nikomu już niepotrzebnym plakacie.

Zachęcam wszystkich do odwiedzania księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie można kupić moje książki. Jeśli ktoś nie zna, polecam serdecznie.

czwartek, 25 lutego 2016

Walentynowicz - wspomnienie po latach

Jak niektórzy z nas wiedzą, minione trzy dni spędziłem w Szczawnicy, która chyba jak mało co, ukazuje dawne polskie piękno w ruinie, w pełnym oderwaniu od komputera, a więc mój kontakt z Internetem ograniczał się niemal wyłącznie do Twittera. Wszelkie zatem informacje, jakie do mnie dochodziły przez ten czas, pochodziły z Twittera właśnie i dziś już wiem na pewno, że pod pewnym szczególnym względem jest to źródło wiadomości idealne. Kto wie, czy nie najlepsze. To dzięki Twitterowi właśnie wszystko, co się działo w związku ze sprawą kiszczakowych kwitów, dochodziło do mnie błyskawicznie i mam wrażenie, że w najpełniejszej treści, jakiej można sobie tylko zapragnąć.
Można by więc dziś jakoś to wszystko próbować podsumować, tyle że, szczerze powiedziawszy, ja o Wałęsie ani nie mam ochoty już dłużej rozmawiać, ani nawet nie wiem, co mógłbym jeszcze dodać do tego, co i tak już powiedziałem wielokrotnie. Że może nie byłoby źle, gdyby ktoś z jego otoczenia powiedział mu, że należy się ubierać odpowiednio do okazji? Przecież nie.
W tej więc sytuacji o Wałęsie już nic nie będzie. Będzie jeszcze o Szczwnicy i Twitterze, ale o nim koniec. Pojawiły się bowiem przez te dni wspomnienia o niej i szereg nowych refleksji, w tym i ta, że może by to dla niej zadedykować napis na lotnisku w Gdańsku. A ponieważ ja znałem osobiście Annę Walentynowicz, miałem okazję z nią parokrotnie rozmawiać, składaliśmy sobie nawet życzenia świąteczne niespełna trzy miesiące przed jej śmiercią, pomyślałem sobie, że ja może ten cały zgiełk na temat Wałęsy skomentuję przypomnieniem swojego tekstu jeszcze z roku 2008, no i zdjęcia, które przez te wszystkie lata zdobi mój blog, a które nagle, jak grom z jasnego nieba pojawiło się w tych dniach na wspomnianym Twitterze. A zatem ów tekst, tekst, który pani Anna znała, lubiła, dzięki któremu zaszczyciła mnie swoją przyjaźnią i który do dziś wisi na moim blogu. Zapraszam serdecznie:

W „Rzeczpospolitej” na dzisiejszy weekend, artykuł o Annie Walentynowicz. Przeciętny zwyczajny artykuł przedstawiający sylwetkę historycznej postaci. Żadnych rewelacji, suche fakty, parę opinii. Standard.
Jest jednak zdjęcie. Duże, kolorowe zdjęcie pani Walentynowicz. Nie znam się na fotografii, a przynajmniej nie na tyle, żeby autorytatywnie stwierdzić, że to zdjęcie jest wybitne, a inne już nie tak wybitne, a na dodatek jeszcze powiedzieć, co sprawia, że któreś z nich jest udane, a inne już nie tak udane. Patrzę jednak na to zdjęcie od dzisiejszego ranka i nie mogę oderwać od niego oczu.


I zastanawiam się, czy gdyby na nim nie stała Anna Walentynowicz, tylko ktoś inny, czy byłbym wciąż pod takim wrażeniem. Czy siła tego zdjęcia leży w postaci, którą przedstawia, czy w kunszcie Michała Szlagi, który je wykonał? Ciekawy też jestem, czy Walentynowicz pozowała do tego zdjęcia, czy po prostu tak sobie stanęła przed kamerą, a ten pan Szlaga zrobił to jedno zdjęcie.
Tak czy inaczej, efekt jest taki, że na zdjęciu jest ten smutny, szary teren Stoczni, sfotografowany w prostej perspektywie, a na pierwszym planie, w samym środku stoi Anna Walentynowicz, siwa, w okularach, w skromnym płaszczu, podparta na jednej inwalidzkiej kuli. Ani smutna, a nie wesoła, ani zamyślona. Stoi i patrzy prosto w oko kamery.
A może jednak chodzi o to miejsce? Czy możliwe, że to ten fragment Stoczni Gdańskiej, nędzny, zapomniany, byle jaki, nadaje mu ten niezwykły charakter? Nie wiem.
Faktem jest, że patrzę na to zdjęcie, jak na obraz i myślę sobie, że gdyby ktoś postanowił zrobić z niego plakat i sprzedawać go razem z plakatami, które są do kupienia w empikach, by je następnie ludzie oprawiali w antyramy i wieszali na ścianach swoich mieszkań, to ja bym sobie takie zdjęcie kupił. Kupiłbym sobie to zdjęcie, bo ono na mnie robi takie wrażenie, jak zdjęcia starych już Rolling Stonesów, albo jak video Boba Dylana Subterranean Homesick Blues. Najpiękniejszy pop świata.
No ale tu jest jeszcze coś. To nie jest Bob Dylan, ani nawet piękny Mick Jagger. Tu jest Anna Walentynowicz - nie część pop-kultury, lecz część historii. I to najbardziej dramatyczna część historii.
Historii najbardziej dramatycznej z możliwych. I jeszcze ten życiorys.
Pisze Małgorzata Subotić, autorka artykułu o Annie Walentynowicz, a ja nie mam powodu, żeby te informacje kwestionować:
Urodziła się na Wołyniu. Gdy miała dziesięć lat, we wrześniu 1939 roku, została sierotą, ojciec zginął, krótko potem zmarła matka. Skończyła tylko cztery klasy szkoły. Przygarnęła ja rodzina sąsiadów, którzy po wojnie opuścili kresy i osiedlili się pod Gdańskiem. Tam mieli gospodarstwo. A ona, kilkunastoletnia dziewczynka, była traktowana jak siła robocza, a nie człowiek. Walentynowicz wspomina, że pracowała od czwartej rano do północy. Nigdy z „państwem" nie jadła przy wspólnym stole, nawet w Wigilię. By nie czuć się samotnie, spędzała ją w stajni, z końmi. Była też bita. Wreszcie zdecydowała się uciec do Gdańska. Zaczęła od pracy w fabryce margaryny. Ale zamarzyła się jej stocznia, skończyła kurs i została spawaczem. Pracowała jako spawacz przez kilkanaście lat, dopiero gdy zachorowała na raka, poprosiła o przeniesienie na suwnicę.
Co było dalej, wiemy wszyscy, mimo wszelkich prób i tych wszystkich usiłowań, byśmy nie wiedzieli. Wiemy, albo powinniśmy wiedziec, ponieważ to, co było dalej, to taka sama część naszej historii, jak ta, o której i ja, jako dziecko i moje dzieci uczyły się, lub uczą na lekcjach historii Polski. Więc wiemy (lub powinniśmy wiedzieć), że któregoś dnia po Mszy Świętej podeszła do Bogdana Borusewicza i tak zaczęła ten nowy okres swojego życia, który ją wyniósł do pozycji pierwszego bohatera Sierpnia, by po latach sprowadzić ją do miejsca, w którym znajduje się dzisiaj. Biedna, opuszczona, wykpiona, a przede wszystkim znienawidzona przez tych, którzy w tej grze rozdają karty.
Wiele już napisano, zwłaszcza ostatnio tutaj, w Salonie, na temat, dlaczego historia tak niesprawiedliwie potraktowała ludzi, bez których nie bylibyśmy tu, gdzie jesteśmy. Borusewicz jest dziś marszałkiem Senatu i jednym z najbardziej hołubionych polskich polityków, Wałęsa, jak się już zapowiada, niedługo będzie bohaterem serii uroczystości z okazji rocznicy otrzymania nagrody Nobla, na które to uroczystości zjechać mają najwięksi i najbardziej znakomici z całego świata. Nawet Bogdan Lis, obecnie przybolszewicki polityk, chodzi w glorii jednego z najważniejszych bohaterów sierpnia.
Państwo Gwiazdowie, Krzysztof Wyszkowski, Kazimierz Świtoń, by nie wspomnieć innych, zupełnie już zapomnianych działaczy, takich jak zmarły niedawno Henryk Lenarciak, zostali skutecznie ze zbiorowej świadomości wyrzuceni. Prawdopodobnie, gdyby nie te już niemal trzy lata prezydentury Lecha Kaczyńskiego i działalność IPN-u, pies z kulawą nogą nie wiedziałby, że ci, co jeszcze nie umarli, w ogóle gdzieś jeszcze żyją. Raz do roku tylko byśmy oglądali w telewizji kolejkę lokalnych biznesmenów i polityków, kręcących się po wałęsowym ogródku, żeby przypomnieć się łaskawej pamięci jego i jego żony. A cała reszta obsługi historycznych aspiracji społeczeństwa pozostawałaby już tylko w rękach polityczno-biznesowo-medialnych trójek, wyznaczonych przez „sam pan wiesz, kogo", które by informowały, że, odwrotnie do tego, co nam się dotychczas wydawało, to nie Bulc nie wiedział w 1980 roku, kim jest Borowczak, a - wręcz przeciwnie - to Borowczak nie wiedział, kim jest Bulc.
Wróćmy jednak do pierwszej bohaterki mojego dzisiejszego tekstu, pani Anny Walentynowicz. Przyjechała więc ta młoda wtedy jeszcze kobieta do Gdańska, podjęła pracę w tej fabryce margaryny, skończyła kurs spawacza, poszła pracować do Stoczni, a później, po latach, któregoś dnia uznała, że trzeba tępić czerwoną hołotę i rzuciła się w ten ogień.
W „Dzienniku”, również dzisiejszym, Robert Mazurek rozmawia ze Sławomirem Cenckiewiczem, który przypomina swoją rozmowę z Adamem Hodyszem - kolejnym bezlitośnie zapomnianym bohaterem lat Solidarności, który mu miał kiedyś powiedzieć:
To bzdura, że najłatwiej było zwerbować robotników. Robotnik myślał tak: ‘Stoję przy imadle tutaj, to jak mnie wypieprzą ze stoczni, to będę stał przy imadle gdziekolwiek'. Natomiast naukowiec, literat, jak usłyszał od SB, że koniec z jego wspaniałą pracą, czy wydawaniem książek, miękł łatwiej.
Ktoś powie, że to nieprawda. Bo na przykład, raz to Wałęsa był Bolkiem, innym razem Maleszka - Ketmanem. Raz bohaterem była Anna Walentynowicz, innym razem tym, który się nie ugiął był Zbigniew Herbert. No więc, pozostaje nam w takim razie ustalić, kto stanowił regułę, a kto był od tej reguły wyjątkiem. Historycy w IPN-ie mają odpowiednie klucze, więc mogą nam coś na ten temat powiedzieć. Ja mogę tylko polegać na swojej ograniczonej wiedzy i intuicji. A zarówno moja wiedza, jak i intuicja, mówią mi, że Walentynowicz nie była wyjątkiem. Wyjątkiem był Wałęsa i Herbert. Tak na marginesie, ciekawe to bardzo i paradoksalne, że to akurat jedyne miejsce, gdzie ci dwaj słynni Polacy są w stanie się zejść.
Ale, niezależnie od tego, jak się te wyjątki z regułami układać będą, nie mówimy o nich. Tych dwóch, a już zwłaszcza Wałęsę, jestem w stanie zrozumieć. Mówimy o Annie Walentynowicz. Ja bym bardzo chciał wiedzieć, jak to się stało, że ona skoczyła w pewnym momencie w ten ogień i nie było takiej mocy, żeby choć przez krótką chwilkę pomyślała, że to jest zbyt bolesne, albo nieopłacalne, albo po prostu za trudne. Jak to się stało, że nie skorzystała z tylu ciekawszych ofert? A musiała ich mieć bez liku.
Chciałbym, żeby ktoś się ją o to zapytał, żeby o tym opowiedziała, żeby ogólnopolskie media pozwoliły nam usłyszeć historię kogoś właśnie takiego. Ale pewne nie usłyszymy. Już Bogdan Borusewicz wyraźnie powiedział, że on sobie nie życzy, żeby można było opowiadać jego historię i historię tych, którymi on gardzi, na tych samych zasadach. Że albo on, albo oni. A w tej sytuacji, nawet gdyby ktoś się nad wyborem zastanawiał, wybór jest jasny.
No więc pewnie nie usłyszę już opowieści Anny Walentynowicz. Trudno. Ale sobie jakoś poradzę. Będę patrzył na zdjęcia. Na zdjęcie Wolszczana, zdjęcie Herberta, zdjęcia Wałęsy, i wreszcie na to dzisiejsze zdjęcie Walentynowicz. Będę patrzył na nią, jak stoi w tym swoim płaszczu, z siwymi włosami i z tą kulą, na tym smutnym i pustym placu. I będę już wiedział.

Zapraszam wszystkich do księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie są do kupienia moje książki. Polecam gorąco.

poniedziałek, 22 lutego 2016

O pożytkach płynących z uderzenia wyprzedzającego

Ponieważ wyjeżdzam na trzy dni do Szczawnicy się wyrelaksować, dzisiejszy tekst, pochodzący z ostatniego wydania "Warszawskiej Gazety", będzie nam tu towarzyszył do czwartku. W międzyczasie zapraszam na swój twitter, gdzie będę się starał coś tam od czasu do czasu zabawnego powiedzieć.

W ramach wypalania rozpalonym żelastwem pedofilii z Kościoła, w polskich i zagranicznych mediach ukazały się ostatnio trzy teksty. Najpierw w bardzo ostatnio aktywnym, gdy chodzi o walkę z chrześcijańską cywilizacją, brytyjskim „Guardianie” opublikowano ilustrowany wymownym zdjęciem ukazującym jakiegoś starszego księdza udzielającego komunii jakiemuś spłoszonemu dziecku, tekst zatytułowany „Catholic bishops not obliged to report clerical child abuse, Vatican says” o tym, jak to podobno Watykan wydał instrukcję, w której zachęca biskupów, by ukrywali przypadki pedofilii w Kościele, ponieważ Kościół powinien dbać o reputację. Oczywiście, w reakcji na owo sensacyjne doniesienie, „Gazeta Wyborcza” przetłumaczyła ten tekst i wrzuciła swoją własną już relację, adekwatnie zatytułowaną: „Watykan: Katoliccy biskupi nie mają obowiązku informowania o przypadkach pedofilii”. Żeby nikogo z nas nie pozbawić możliwości zapoznania się ze stanem spraw na linii Kościół – Świat, redakcja „Wyborczej” zrobiła wyjątek i w swoim internetowym wydaniu tekst ów udostępniła za darmo w ramach tak zwanego „bezpłatnego limitu platformy cyfrowej”.
Niestety niemal w tej samej chwili okazało się, że ów news stanowi bezczelne kłamstwo, do przekazania czego wyznaczono Onet. Ten wprawdzie – zapewne po to, by nas nie narażać na zbyt duży szok – tekst swój zatytułował dokładnie tak samo, jak „Wyborcza”, tyle że na końcu umieścił dyskretny znak zapytania: „Biskupi nie muszą zgłaszać pedofilii?”, dalej jednak już nas nie oszczędzał i pod tytułem: „Obowiązkiem Kościoła jest zgłaszanie przypadków pedofilii” poinformował:
- Przedstawiciele Kościoła mają obywatelski, moralny i etyczny obowiązek zgłaszać przypadki pedofilii oraz współpracować ze świeckim wymiarem sprawiedliwości – przypomniał przewodniczący Papieskiej Komisji ds. Ochrony Nieletnich kardynał Sean Patrick O’Malley. […]W wydanym komunikacie, rozpowszechnionym przez Watykan, amerykański hierarcha przypomniał słowa papieża Franciszka o tym, że czyny wykorzystywania dzieci ‘nie mogą być nigdy więcej utrzymywane w tajemnicy’.
Następnie oświadczył: ‘my, przewodniczący oraz inni członkowie komisji pragniemy stwierdzić, że nasze zobowiązania wobec prawa cywilnego muszą być oczywiście szanowane, ale niezależnie od nich wszyscy mamy obowiązek moralny i etyczny zgłaszać domniemane przypadki władzom cywilnym, które mają zadanie ochrony naszego społeczeństwa’”.
I tak to się kręci. W tej sytuacji ja już może tylko przypomnę słowa bohatera afrykańskich wspomnień Roalda Dahla, niejakiego Mdisho z plemienia Mwanumwezi, który w obliczu nadciągającej II Wojny Światowej, namawia Dahla, żeby wszystkich okolicznych Niemców, zamiast ich bez sensu internować w obozie, pozabijać:
Uderzmy pierwsi. Weźmy ich z zaskoczenia, tych Niemców, panie. Pozabijajmy ich wszystkich zanim wojna się zacznie. To jest zawsze najlepszy sposób, panie. Moi przodkowie zawsze atakowali pierwsi” A gdy wstrząśnięty Dahl tłumaczy Mdisho, że wojna musi być prowadzona wedle ściśle określonych reguł i nie wolno nikogo zabijać dopóki wojna nie zostanie odpowiednio rozpoczęta, Mdisho krzyczy:
Przecież to jest niepoważne, panie! Na wojnie nie ma reguł. Liczy się tylko zwycięstwo”.
Mam wrażenie, że oni to już wiedzą. Mam nadzieję, że my nie będziemy głupio czekać.

sobota, 20 lutego 2016

Pedagogika wstydu, czyli wszyscy jesteśmy Bolkami

Jak już pisałem wczoraj, minione dni przyłapują mnie nieco częściej, niż dotychczas, sterczącego przed telewizorem. Trochę jest to związane z tym, że kupiliśmy sobie niedawno nowy telewizor z androidem, dzięki czemu możemy sobie w kółko oglądać filmy na Netflixie, no ale przede wszystkim jednak z odnalezieniem w domu pani Kiszczakowej tak zwanych „bolkowych” kwitów, no i histerią, jakie owo wydarzenie spowodowało w kręgach do wspomnianej pani Kiszczakowej i jej zmarłego niedawno męża w ten czy inny sposób zbliżonych. A zatem gapię się w ten telewizor od paru dni i powiem zupełnie uczciwie, że najwyraźniej całkowicie szczery obłęd, z jakim część komentatorów, nie zważając absolutnie na stan rzeczy, jaki nam się właśnie ostatecznie objawił, uparło się bronić legendy Lecha Wałęsy, wprawia mnie w coraz większe oszołomienie.
I wbrew temu, co by się mogło komuś wydawać, wcale nie chodzi mi najbardziej o to, że fakt współpracy Wałęsy ze Służbą Bezpieczeństwa stał się oczywistą oczywistością i ja się denerwuję, kiedy niektórzy temu zaprzeczają. Nie chodzi też o to, że w tym akurat wypadku nie mówimy o jakiejś tam chwilowej słabości, ale o systematycznym, wieloletnim i bardzo gorliwie wypełnianym zobowiązaniu do donoszenia na kolegów, a wokół zebrała się grupa dziwnych ludzi, którzy mówią, że to nie było nic takiego. Nie chodzi mi nawet też o to, że podczas gdy znalazły się niepodważalne dowody na to, że Wałęsa za swoje donosy brał pieniądze, on twierdzi, że nie brał, a niektórzy mu wierzą, lub udają że wierzą. Pies ich wszystkich z ich zidioceniem drapał. To co mnie zadziwia najbardziej, to to, że oni wszyscy uparli się trzymać stronę Wałęsy, głosić jego nieskończone bohaterstwo i bronić go przed atakami polskiej dziczy, podczas gdy on w sposób zupełnie oczywisty jest obłąkany i to w sposób wyjątkowo irytujący. Przychodzi Wałęsa i głosi, że w ciągu minionych 500 lat na świecie nie było od niego większego człowieka, a oni kiwają ze zrozumieniem głowami; przychodzi Wałęsa i ogłasza, że to on sam jeden „obalył komune”, a oni zaczynają bić brawo; przychodzi Wałęsa i zaczyna coś bełkotać bez ładu i składu o tym, że to nie on był Bolkiem, tylko on na prośbę prawdziwego Bolka odbierał pieniądze od esbeków, a dziś nie może powiedzieć, kto to był, bo obiecał milczenie, a oni drapią się z zakłopotaniem po czołach i zastanawiają, o co to Lechowi może tym razem chodzić. I wszystko to jedynie utrzymuje ich w przekonaniu, że ten Wałęsa to jednak gość i że to naprawdę wstyd, że cała Polska jeszcze tego nie zechciała uznać. A zatem to jest to, co w tym wszystkim mnie tak naprawdę interesuje.
Oglądałem więc wczoraj telewizję i nagle doznałem prawdziwej iluminacji. Oto w stacji TVN24 pojawili się kolejno Jan Lityński i Seweryn Blumsztajn i zupełnie niezależnie od siebie powiedzieli coś, co pozwoliło mi pojąć, na czym to wszystko polega. I nie mam tu tylko na myśli obecnie dyskutowanego przypadku Wałęsy, ale w ogóle to, z czym mamy nieustannie od wielu już lat do czynienia w Polsce, gdy chodzi o kreowanie fikcyjnych autorytetów, a nastepnie ich tak histeryczną obronę. Słuchałem najpierw Lityńskiego, a potem Blumsztajna i oni właściwie zupełnie otwartym tekstem powiedzieli mi, jak to naprawdę jest. Otóż oni doskonale wiedzą, że Wałęsa to kapuś, agent i dureń, tyle że my Polacy, w ich najgłębszym przekonaniu, przede wszystkim na nic lepszego nie zasługujemy, a oprócz tego, niczego lepszego już nigdy nie dostaniemy. A zatem, kiedy oni widzą, jak niektórzy z nas bezczelnie podnoszą głowy, a jednocześnie słyszą nasze pretensje, to zwyczajnie dostają cholery. Dali nam Geremka, Kuronia, Bartoszewskiego, Szymborską, księdza Tischnera, żeby nas godnie reprezentowali w tym wielkim, z przyczyn jak najbardziej naturalnych niedostępnym dla nas świecie, a myśmy wciąż żądali czegoś więcej. Dali nam skorumpowany rząd Donalda Tuska i umysłowo ociężałego prezydenta Komorowskiego, gwarantując, że w ten sposób wprawdzie na cuda nie będziemy mogli liczyć, ale nasza skromność z pewnością zostanie doceniona. A my wciąż wydajemy jakieś pomruki, od których cholery można dostać. No i dziś wreszcie przekazali nam do rąk autorytet nie byle jaki, bo to i noblista i przywódca Solidarności i najbardziej znany Polak na świecie, a my i tak narzekamy. I cóż takiego nam się tu nie podoba? Że to kapuś i idiota? A wy byście kogo chcieli? Messiego? Wam się chyba od tego Sienkiewicza w głowie poprzewracało. Czy wy wiecie, co świat będzie sobie o was myślał, kiedy wypuścicie z rąk taki skarb, jak Wałęsę?
Wspomniałem Messiego nie bez powodu. Otóż mamy znajomego, który kiedy dowiedział się, że Bayern Monachium chce kupić Lewandowskiego wręcz stawał na głowie, żeby każdemu z nas wbić do głowy, że Lewandowski w Bayernie nie ma co szukać, że będzie tam jedynie grzał ławkę, a jeśli oni go kupują, to tylko po to, by osłabić Borussię. Co Lewandowski może szukać wśród takich mistrzów? – pytał nasz znajomy. Przecież Bayern to najwyższa klasa światowa, on tam im może najwyżej podawać piłki. Zrozumcie wreszcie, że są miejsca, gdzie my Polacy nie powinniśmy się pchać. Naprawdę, trochę szacunku dla mistrzów.
I proszę mi wierzyć, że ja tego ani nie zmyśliłem, ani nie ubarwiłem. Jeśli już, to raczej pozbawiłem kolorów autentyczności. Natomiast chciałbym zwrócić uwagę na to, że tak naprawdę, tego typu postawa nie jest wcale aż tak bardzo oryginalna. Czymże bowiem innym jest owo nieustanne zwracanie nam uwagi, i to zarówno przez systemową propagandę, jaki i przez zwykłych znajomych, na to, jak zachowanie zarówno prezydenta Dudy, jak i przedstawicieli polskiego rządu w relacjach z zagranicą może nas w ich oczach wyłącznie pogrążyć. To nieustanne zastanawianie się, jak kolejni ministrowie polskiego rządu wypadli to tu to tam. Przecież tu mamy dokładnie to samo: Ty wiesz, co oni sobie teraz o nas będą myśleć? Tyle lat staraliśmy zasłużyć sobie na szacunek w Europie i w ciągu paru dni wszystko straciliśmy. Przepraszam bardzo, ale jaka jest różnica między tamtym chowaniem Lewandowskiego gdzieś za kuchnią, a owym drżeniem ze strachu na myśl o tym, co sobie o nas pomyślą w Paryżu, czy w Berlinie?
Słuchałem sobie wczoraj Blumsztajna i Lityńskiego i nagle zrozumiałem, że to jest własnie plan, który oni realizują wobec nas od samego początku. Plan sprowadzający się do tego, by wzbudzić w nas takie kompleksy, doprowadzić nas do stanu takiego upodlenia, byśmy z jednej strony wymagali od siebie wyłącznie odpowiednio czystej pokory, a z drugiej, byśmy autentycznie nienawidzili jakiegokolwiek przejawu dumy z powodu bycia Polakiem. To był bardzo precyzyjnie napisany plan i ja nie mam dziś co do tego najmniejszych wątpliwości. A dziś, kiedy oni na nas wrzeszczą, jak wiele tracimy odrzucając ten jedyny jeszcze żyjący autorytet, na jaki sobie zasłużyliśmy, oni muszą mieć bardzo mocne poczucie, że toną. Przyprowadzili nam Lecha Wałęsę, człowieka, który w wyborach prezydenckich w roku 2000 otrzymał 1 (słownie jeden) procent głosów, przegrywając nawet nie z Kwaśniewskim, ale z Olechowskim, Lepperem, a nawet Kalinowskim z PSL-u, półprzytomnego durnia, i mówią nam „Macie, żryjcie, to jest wasz autorytet”. A my im mamy dać satysfakcję dwojakiego rodzaju: z jednej strony mamy się za Wałęsę wstydzić i chować przed światem po kątach, a z drugiej traktować go jak relikwię, bo przecież na nic lepszego sobie nie zasłużyliśmy.
Otóż nic z tego. Niedoczekanie wasze. Już ów rok 2000 pokazał wam, że wszystkich zawsze za nos wodzić się nie da. Nawet jeśli do tej roboty zaprzęgniecie nie tylko Lityńskiego i Blumsztajna, ale ich wszystkich. My będziemy zajadać się krewetkami w indyjskim sosie i popijać pierwszej klasy singlem.

Przypominam, że w księgarni na stronie www.coryllus.pl są do kupienia moje książki. Tam jest dużo, dużo więcej.

piątek, 19 lutego 2016

Ile jest dwa dodać dwa, czyli o ikonach z piasku

Oglądałem wczoraj trochę telewizję, na przemian TVP Info i TVN24, i z prawdziwym zdumieniem nie mogłem nie zauważyć, że gdy chodzi o tak zwany obiektywizm, państwowa telewizja pod nowym zarządem zostawiła TVN daleko z tyłu. W porównaniu do tego, co się przy okazji afery z teczkami Kiszczaka dzieje w tych dniach w TVN-ie, TVP prezentuje się jak wzór najwyższego obiektywizmu i dziennikarskiego profesjonalizmu. Przy popisach dziennikarzy TVN24, państwowa telewizja robi wrażenie BBC z bajki. Oglądałem wczoraj w TVN-ie dwa poświęcone sprawie owych teczek występy, Justyny Pochanke i Moniki Olejnik, i muszę powiedzieć, że poziom szaleństwa, jaki ogarnął tych ludzi był tak wielki, że w pewnym momencie zacząłem się obawiać, że w stosunku do zaproszonych gości obie panie uciekną się do rękoczynów. Ja rozumiem gości. Oni mają prawo robić i gadać, co im ślina na język przyniesie i nie ma takiego sposobu, by prowadzący rozmowę dziennikarz zwrócił się do takiego choćby Rulewskiego z apelem, żeby się przestał mazać, bo to głupio wygląda na wizji. Natomiast dziennikarz powinien jednak powstrzymywać emocje, zwłaszcza gdy chodzi o Lecha Wałęsę, ową beczkę najbardziej ponurego wstydu.
Dziś zatem chciałem poświęcić swoje refleksje temu właśnie człowiekowi, który nawet nie kiwnąwszy palcem – jedynie dzięki pewnej szczególnej kumulacji politycznej nienawiści – został wyciągnięty z miejsca, do którego ludzie porządni nawet nie zaglądają i niemal z dnia na dzień niekwestionowanym, publicznym autorytetem.
Robię to trochę po to, żeby młodszym czytelnikom powiedzieć coś, czego mogą nie wiedzieć, starszym nie dać zapomnieć, a poza tym, temat sam w sobie jest niezwykle interesujący, więc czemu nie? I nie będę się tu starał tłumaczyć, za co ludzie Wałęsę kochali i za co go kochać przestali, czy słusznie kochali, ani czy słusznie przestali. To temat na inną dyskusję. Przed nami tekst o tym, jak w III RP autorytety powstają.
Otóż wypadałoby pamiętać, że dziś funkcjonujący, jako chyba największy z nich w nowej Polsce, Lech Wałęsa właśnie, jeszcze nie tak dawno był dla wielu środowisk skupionych wokół tak zwanego establishmentu, publicznym wrogiem nr 1. W latach 1990, 1991 i jeszcze w roku 1992 Lech Wałęsa traktowany był przez ów establishment, czyli przez wszystkie media i przez karmioną medialną odżywką opinię publiczną, jak, nie przymierzając, Beata Szydło, albo Andrzej Duda dzisiaj. Przeciętny intelektualista mówiąc o prezydencie Wałęsie używał słowa „cieć”, „pastuch”, „matoł”, albo – to ci z tytułami profesorskimi – „ten elektryk”. Przyznać się przed wykształconym człowiekiem z miasta, że popiera się Lecha Wałęsę było czymś absolutnie dyskredytującym i zupełnie nie na miejscu.
Była jesień 1990 roku i prezydencka kampania wyborcza. Każdy zdrowo myślący człowiek wiedział, że popularność Lecha Wałęsy jest tak ogromna, że skoro on sobie postanowił zostać prezydentem, to nie ma przede wszystkim takiej ludzkiej siły, by go od tego pomysłu odwieść, no a poza tym, nie ma takiej siły, by mu zostanie tym prezydentem uniemożliwić. Poza tym, jak pamiętamy był tylko jeden wybór dla Polski: albo w miarę normalna europejska demokracja z Wałęsą, albo coś na kształt systemu meksykańskiego, tyle że pod nazwą „Polska Zjednoczona Partia Solidarność” z Geremkiem i Kiszczakiem i „Gazetą Wyborczą”, jako głównym tytułem prasowym. Lech Wałęsa w kontrze dla tej oferty przedstawił jasną wizję swojej prezydentury i wiadomo było, że tylko on może mieć wystarczającą siłę i wolę, żeby Polskę wyrwać z rąk tych cwaniaków. Tadeusz Mazowiecki, który na początku był autentycznie uwielbiany i w pierwszych miesiącach swojego premierowania miał poparcie ponad 90%, po kilku miesiącach, wśród tych samych zdrowo myślących osób budził już tylko irytację, a cała nadzieja skupiała się wyłącznie na osobie Lecha Wałęsy. Pamiętam parę bardzo typowych scen. Stoję na ulicy i rozdaję ulotki wzywające do głosowania na Wałęsę. Nagle spotykam dawno niewidziana koleżankę ze szkoły, ona staje jak wryta i niemal dławiąc się z oburzenia oznajmia mi: „No wiesz! Tego się po tobie nie spodziewałam”. Mamy spotkanie rodzinne, podchodzi kuzynka i wali prosto między oczy: „Czy to prawda, że ty jesteś z PC, czy to tylko plotka?” Tak było i takie sytuacje trzeba było znosić każdego dnia.
Kiedy Lech Wałęsa wygrał te wybory (jeśli ktoś nie pamięta, premier Mazowiecki – w pewnym momencie najpopularniejszy premier III RP – po roku urzędowania nie dostał się nawet do drugiej tury) rozpacz elit sięgnęła zenitu. Nie został oszczędzony nikt – ani Solidarność, ani Wałęsa, ani jego ministrowie, ani premier Bielecki, który już wtedy miał swoje zadania, a o czym mało kto jeszcze wiedział, ani ministrowie rządu. Nikt. Poziom wyszydzania Lecha Wałęsy, zarówno w mediach, jak na ulicach miast, nawet się nie zbliża do tego, co się dziś odbywa wokół polskiego rządu i prezydenta.
Dziś to już przeszłość. Od tego czasu mit Lecha Wałęsy był przedstawiany przez główny nurt medialny najpierw krytycznie, choć od 4 czerwca 1992 z pewnym szacunkiem, wynikającym z tego, czego on wtedy dokonał, potem coraz bardziej obojętnie, by następnie, kiedy prezydentem na 10 lat został Kwaśniewski, niemalże zniknąć z publicznej przestrzeni. Przez ponad 10 lat wydawało się, że Lech Wałęsa nie dość, że nie jest żadną ikoną i bohaterem, to go w ogóle nie ma. I dopiero gdzieś tak w połowie lat 2000 poinformowano nas ustami i piórami autorytetów, że Lech Wałęsa jest naprawdę wielki. Dlaczego wielki? Czy dlatego, że zdobył wykształcenie, że zaczął mądrze przemawiać, czy dlatego choćby, że przestał chodzić do kościoła – co by przecież dla pewnych środowisk mogło stanowić argument? A może dlatego, że przyznał, że kiedyś niewłaściwie potraktował red. Turowicza i go publicznie przeprosił. Otóż dlatego tylko, że kiedy tak naprawdę zaczęto robić pierwsze przygotowania do lotu do Smoleńska, on się znalazł po właściwej stronie. I nawet nie musiał składać żadnych deklaracji. Po raz pierwszy od 18 lat, zwyczajnie, w sposób pełny i doskonały stanął po właściwej stronie i System to dostrzegł i docenił.
I to mnie prowadzi do refleksji kończącej tę notkę i tak naprawdę refleksji o znaczeniu podstawowym. Gdyby ktoś kiedyś powiedział, że nadejdzie dzień, kiedy to Wałęsa – sam nie zmieniając w sobie praktycznie nic – stanie się bohaterem mainstreamowych środowisk w Polsce i na świecie, nikt by mu nie uwierzył, a gdyby ktoś przy tym przewidywał, że dziennikarze głównych telewizyjnych stacji będą rozmawiali z Wałęsą na kolanach, zostałby wyśmiany. Ale jak się okazuje, kuźnia autorytetów może czynić cuda. Jakie to cuda, pokaże jeszcze jedna historia.
Pewien mój znajomy, człowiek wykształcony, oczytany, całe dorosłe życie związany ze środowiskami zbliżonymi do „Tygodnika Powszechnego”, wierny fan najpierw Tadeusza Mazowieckiego i wczesnej Unii Demokratycznej, a dziś Platformy Obywatelskiej, czy może Nowoczesnej, pewnego dnia bardzo się oburzył, że z lekceważeniem wypowiedziałem się na temat Lecha Wałęsy, „o którym przecież można myśleć różnie, ale to przecież nasz największy żyjący autorytet”. Przypomniałem mu więc, że jako osoba, która głosowała na Wałęsę przeciwko Mazowieckiemu mam prawo go krytykować, bo mnie oszukał. Natomiast on, jako człowiek, z którego ust padały przeciwko Wałęsie prezydencie i Wałęsie przewodniczącym związku słowa, które jego autorytetu bynajmniej nie honorowały, mógłby być bardziej uczciwy. Mój znajomy na to: „Przecież ja też głosowałem na Wałęsę”. Co prawda, po chwili okazało się, że owszem, ale tylko przeciwko Kwaśniewskiemu, jednak to nie wszystko. Krótko potem, podczas naszej kolejnej rozmowy, znajomy mój przypomniał sobie „bardzo wyraźnie”, że przecież on na 100% głosował na Wałęsę również w roku 1990! Tyle że przeciwko Tymińskiemu.
I to jest właśnie moja końcowa, smutna bardzo refleksja. Przypomina się Orwell i jego Rok 1984: „A jeśli partia powie, że pięć, to ile będzie?” pyta O’Brien, a Winston nie wie... nie wie nic... jednak po chwili sobie tę prawdę uświadamia. Już sobie przypomniał. Już nie ma wątpliwości. Powie co trzeba, pomyśli, co pomyśleć trzeba. Znalazł swój autorytet. I mu zaufał. Na zawsze. Jestem pewien, że gdyby on żył dzisiaj, zapuścił by sobie pięknego czarnego wąsa.

Przypominam że wszystkie moje książki są do nabycia w księgarni Coryllusa pod adresem www.coryllus.pl. Bardzo polecam.

czwartek, 18 lutego 2016

O idiotach do rany przyłóż i wrażliwych poetach

Niemal w jednej chwili po tym, jak TVN24 podał pierwszą informację o tym, że polscy policjanci na Malcie wytropili Kajetana Poznańskiego, ruszyła lawina komentarzy. Jako pierwszy rozległ się głos tak charakterystyczny, że w pierwszej chwili uznałem, że to musi być któryś z sąsiadów Kajetana, ewentualnie jakiś jego wujek, czy może dziadek. Tymczasem okazało się, że to tylko pozory, bo oto redaktorzy TVN-u połączyli się z niejakim Brunonem Hołystem, autentycznym profesorem kryminologii. I proszę sobie wyobrazić, że to, co ów Hołyst powiedział, zrobiło jeszcze większe wrażenie, niż ton jego głosu. Powiedział on mianowicie, że on już nie może się doczekać aż Kajetana sprowadzą do Polski i go przesłuchają, bo on bardzo by chciał wiedzieć, dlaczego on obciął głowę tej dziewczynie. To jest dla niego zagadka wręcz powalająca, bo on, mimo że zna się na rzeczy i jest nawet profesorem, nie potrafi pojąć, jak ktoś tak i inteligentny i wrażliwy i, z tego co mówią jego znajomi, szalenie sympatyczny, może być jednocześnie tak okrutny. Skąd Hołyst wie, że Kajetan to człowiek wrażliwy i inteligentny? A stąd mianowicie, że on pisał wiersze i to nawet po łacinie, a to musi świadczyć i o jednym i drugim. No bo jakże inaczej, prawda?
Ktoś powie, że ja coś zmyślam, że to albo nie był żaden Hołyst, tylko faktycznie sąsiad Kajetana, albo on wcale tak nie mówił, tylko ja się wyzłośliwiam. Otóż nie. Prof. Brunon Hołyst dokładnie to powiedział: On z niecierpliwością czeka aż Kajetana będzie można przesłuchać i go zapytać, czemu będąc tak inteligentnym i wrażliwym poetą obciął głowę drugiemu człowiekowi, najwyraźniej bez żadnego powodu. A o tym, że Kajetan jest wrażliwy świadczy właśnie to, że on pisał wiersze. I to po łacinie. Mówię jak jest.
Po Hołyście pokazała się jakaś tefauenowska lalunia, którą oni najwyraźniej wyznaczyli do zajmowania się Kajetanem, i powiedziała dokładnie to samo, co Hołyst, z tym, że listę zachwytów nad Kajetanem uzupełniła o informację, że to był człowiek „do rany przyłóż” i przyznała, że ona też nie jest w stanie pojąć, jak człowiek tak cudowny może być tak okrutnym mordercą.
A ja już wiem, że to jest trop, którym będą szli dziennikarze, specjaliści od zachowań przestępczych, psychologowie, socjologowie, a nawet może pojawi się jakiś etyk z jakimś humanistą. I oni wszyscy będą się zastanawiać, jak to jest w ogóle możliwe, że ktoś, kto jest zafascynowany postacią Hanibala Lectera, równie przerażająco inteligentnego co wrażliwego psychopatycznego mordercy, może mieć aż tak fascynująco skomplikowana osobowość. Człowiek do rany przyłóż pisze wiersz po łacinie, a chwilę potem wyciąga nóż i obcina głowę zupełnie przypadkowej dziewczynie.
Otóż ja mam dla nich wszystkich gotową odpowiedź. Dla wszystkich, od Hołysta do kogo tam jeszcze wezwą, żeby się zechciał publicznie pomądrzyć. Otóż to wszystko się opiera o starą jak świat zasadę. Jeśli ktoś jest zły, to nie jest do rany przyłóż. Jeśli ktoś jest okrutnym psychopatą, nie jest inteligentny. Jeśli ktoś obcina ludziom głowy, nie może być człowiekiem wrażliwym. I to nawet jeśli pisze o tym wiersze. I to nawet po łacinie. A jeśli ktoś jest idiotą, to choćby miał dziesięć tytułów profesorskich, idiotą pozostanie. Amen.

Wszystkich inteligentnych i wrażliwych czytelników tego bloga zapraszam do księgarni pod adresem www.coryllus.pl.

środa, 17 lutego 2016

Czekając na Mdisho z plemienia Mwanumwezi

Właśnie przeczytałem na Twitterze, że Kajetan Poznański, okrutny morderca, którego dziś poszukuje policja na całym świecie, oprócz tego, że był cenionym w środowisku poetą i szanowanym intelektualistą, miał odbywać staż w tygodniku „Polityka”. Wiadomość ta zrobiła na mnie wrażenie z dwóch powodów. Pierwszy to ten, oczywisty, że, jak się okazuje po raz nie wiadomo który, wystarczy mieć odpowiednio wyraźną psychopatyczną osobowość, by nie tylko otrzymywać rządowe granty na różnego rodzaju działalność kulturalno-artystyczną, to jeszcze być przyjmowanym na tak zwanych salonach. Drugi natomiast jest już znacznie bardziej poważny. Otóż, kiedy usłyszałem o tym stażu, przypomniało mi się, jak to Maria Goniewicz, opętane przez Szatana dziecko spod Białej Podlaski i podobnie jak Poznański, poetka, w tej samej „Polityce” miała recenzję swojej twórczości. Przypomniałem sobie o tym wszystkim i nagle zdałem sobie sprawę, że opisywane niedawno przez Coryllusa milion złotych na humanistyczną działalność Magdaleny Środy i inne tego typu ekscesy, to naprawdę nic takiego. Oni nas otaczają dosłownie z wszystkich kierunków.
Może się zbiorę w sobie i napiszę o tym coś osobnego, dziś natomiast chciałbym przypomnieć swój stary tekst, jeszcze z pamiętnego roku 2010, który nie wiedzieć czemu nie znalazł się w mojej książce o siedmiokilogramowym liściu, a powinien. Zapraszam.

Tak wyszło, że musimy wrócić do problemu prawa i sprawiedliwości i tego, jak dobrzy ludzie są jednego i drugiego spragnieni. Wydawało mi się – tak zresztą jak wydaje mi się za każdym razem, kiedy zamieszczam tu kolejny wpis – że wszystko co chciałem powiedzieć, powiedziałem wystarczająco szczerze i jednoznacznie, by nie prowokować nieporozumień, jednak – też podobnie jak za każdym razem – okazało się, że wciąż musimy stawać przed jakimiś niedomówieniami. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że te wpisy bardzo rzadko są konstruowane na poziomie prostych stwierdzeń i opisów i tego akurat ani nie żałuję, ani też nie zamierzam zmieniać. Jeśli ktoś pragnie poczytać o tym, że niskie podatki są lepsze od wysokich, że kara śmierci jest lepsza niż jej brak, że komunizm jest równie zły jak faszyzm, a Wojciech Jaruzelski to nie bohater, ale zdrajca, to ma wystarczająco dużo okazji sobie poużywać na innych blogach. Jak idzie o ten blog, to ja tak to sobie już tu planuję, że byłoby mi bardzo niezręcznie narażać się na zarzut, że jestem zbyt trywialny. Jeśli już muszę wybierać, to zdecydowanie bardziej wolę brak zrozumienia, niż choćby jedno wzruszenie ramion.
Bywa jednak tak, że czasem to co chcę przekazać, zostaje niezrozumiane w sposób bardziej bolesny, niż ma to miejsce na co dzień. Albo nawet nie tyle bardziej, co akurat nie przez tych, którzy i tak przeważnie niewiele rozumieją, ale przez tych do których te słowa są kierowane bardziej niż do innych. A więc przez tak naprawdę dobrodziei tego bloga. Ludzi, z myślą o których ten blog jest prowadzony, do których jest przede wszystkim adresowany, dla których w gruncie rzeczy cały czas powstaje i którymi się żywi, by nie powiedzieć pasożywi. Wtedy to autentycznie boli.
Z tego typu doświadczeniem miałem do czynienia kilka razy, i za każdym razem, blog ten opuszczała kolejna grupa zawiedzionych prawicowców, którzy dochodzili do wniosku, że jednak – wbrew wszelkim dotychczasowym znakom – jego autor, nawet jeśli nie zdrajca, to po prostu idiota bez śladu podstawowej wrażliwości. Zaczęło się, o ile sobie dobrze przypominam, od paru tekstów o Wołyniu, a skończyło się ostatnio bardzo, na tekście o prawie i sprawiedliwości reprezentowanym – wbrew powszechnym gdzie niegdzie przekonaniu – nie przez bandy idiotów wrzeszczące: „CHWDP”, lecz przez wymiar sprawiedliwości, rozumiany jako policja, prokuratura i sądy, działające w ramach praworządnego państwa. Konkretnie poszło o wyrażone przeze mnie przekonanie, że w sytuacji, gdy wspomniane bandy idiotów, ze wspomnianym hasłem na swoich sztandarach, wypowiadają temu państwu wojnę, to sprawiedliwość i prawo nie powinny być akademickim pustosłowiem, lecz praktycznym gestem. A jeśli ów praktyczny gest pozostaje z różnych – gównie cywilizacyjnych względów – nierealizowalny, to niech przynajmniej ten jak najbardziej naturalny postulat pozostanie zaledwie w postaci słowa. Choćby słowa.
No więc kiedy i te noże w dworcowych kioskach i ci idioci w kapturach i ta warszawska Wola i ten tak zawstydzająco bezbronny wobec tak zimnej, tak bezmyślnej i tak niewytłumaczalnej agresji policjant i ta jego biedna rodzina, stały się nagle jedną i tą samą częścią jednego i tego samego problemu, nie powiedziałem przecież nic ponad zupełnie oczywiste stwierdzenie, że jeśli można wartościować życie – a wierzę, że można – to zginąć miał agresor, a nie jego ofiara. Że w świecie prawdziwej sprawiedliwości i skutecznie egzekwowanego prawa, coś takiego jak grom z jasnego nieba jest rozwiązaniem, w moim pojęciu, pięknym w swojej naturalności. Nie chciałem otwierać debaty na temat złego poziomu wyszkolenia polskiej policji; nie planowałem dyskutować skuteczności wprowadzenia kary śmierci; nie miałem najmniejszego zamiaru prowadzić rozważań odnośnie legalizacji posiadania broni. Chciałem tylko, widząc jak tradycyjnie rozumiane prawo i sprawiedliwość zostają ośmieszone, powiedzieć, że to z czym mamy do czynienia – to już najprawdziwsza wojna. A skoro w tej wojnie jesteśmy aż tak bezbronni – i, jak wszystko na to wskazuje, bezbronni pozostaniemy – niech choćby pojawi się to słowo. I cóż w tym takiego groźnego?
A groźnie przecież mogłoby być. Jeden z moich ulubionych autorów, Roald Dahl, pisał głównie dla dzieci. Oprócz tych książeczek, z których niemal wszystkie zdobyły sławę wręcz modelową (w tym roku, oparty na jego historii „Fantastyczny pan Lis”, otrzymał dwie oscarowe nominacje), wydał Dahl dwie książki autobiograficzne i całą kupę krótkich opowiadań dla dorosłych. Kiedy miał 22 lata, jako przedstawiciel Shella wyjechał do Afryki, i kiedy wybuchła II Wojna Światowa wstąpił do wojska i już tam został. Mieszkał Roald Dahl w Tanganice, która będąc wcześniej niemiecką kolonią, w chwili wybuchu wojny była pełna Niemców, a więc siłą rzeczy wrogów. Kto chce, niech sobie kupi wspomnienia Dahla z tych czasów wydanych pod tytułem „Going Solo”. Ja tylko tu opowiem pewną historię, która dla tego o czym tu dziś piszę, może mieć znaczenie kluczowe. Otóż w momencie wybuchu wojny, służący Dahla, Mdisho, pierwsze co zrobił, to porwał należący do Dahla pamiątkowy, arabski, pięknie inkrustowany miecz, popędził do jedynego Niemca jakiego znał i, nie zadając mu żadnych pytań, wpadł do jego domu i obciął mu głowę. Dahl bardzo barwnie i z niezwykłym przejęciem opisuje ten akt. Mdisho, niemal całkowicie nagi, z mieczem w dłoni pędzi cztery godziny przez nocną Afrykę z jednym zamiarem. Wypowiedzieć wojnę Niemcom. Swoją prywatną wojnę, która go obchodzi tylko o tyle, o ile słyszał od samego Dahla, że jest wojna i Niemcy są źli. Wie też – z własnego doświadczenia i z nauk, jakie odebrał od swojego ojca – że kiedy jest wojna, naczelną zasadą jest zabić wszystkich przeciwników, zanim oni się zorientują co się dzieje. Dla niego nie istnieją ani traktaty, ani umowy, ani zasady, ani jakiekolwiek reguły. Jedyna zasada jest taka, że wroga należy zabić zanim on zabije nas.
Bardzo ciekawa jest rozmowa, jako przytacza Dahl. Kiedy Mdisho dowiaduje się, że szykuje się wojna, cieszy się bardzo, bo pochodzi z plemienia Mwanumzezi, a jak pisze Dahl, „Mwanumzezi przez setki lat byli największymi wojownikami we Wschodniej Afryce, podbijając wszystkich, włącznie z Masajami”. Podekscytowany Mdisho wrzeszczy: „Uderzmy pierwsi. Weźmy ich przez zaskoczenie, tych Niemców, panie. Pozabijajmy ich wszystkich zanim wojna się zacznie. To jest zawsze najlepszy sposób, panie. Moi przodkowie zawsze atakowali pierwsi”. Dahl mu na to tłumaczy, że tak się nie da, że dopóki wojna nie zostanie oficjalnie wypowiedziana, należy czekać: „Co do wojen, mamy bardzo ścisłe zasady”, mówi. „U nas jest tak, że nikt nie może zabić nikogo, dopóki sędzia nie dmuchnie gwizdek i mecz się oficjalnie nie zacznie”. I na to Mdisho wybucha śmiechem: „Przecież to jest niepoważne, panie! Na wojnie nie ma reguł. Liczy się tylko zwycięstwo”.
Mogłoby więc być groźnie. I obawiam się, że wielu tych, którzy przeczytawszy wpis o zamordowanym policjancie i bandycie, który przeżył, doszli do wniosku, że kiedy postulowałem, by siedemnastoletniego nożownika zabić jak psa, zanim w on ogóle ten swój nóż wyciągnął, miałem na myśli przyszłe rozwiązania prawne. Że sugerując, że sprawiedliwość byłaby wtedy, gdyby to ten bandyta został zdmuchnięty z powierzchni ziemi, a nie policjant, otwieram dyskusję na temat kary śmierci, prawa do posiadania broni, poszerzania praw policjantów, i ograniczania przypadków ewentualnych pomyłek. Że ja chcę rozmawiać o wyszkoleniu, o wychowaniu i o tym co dobre, a co złe. A więc mogło być groźnie.
Ale nie będzie. Ani bowiem nie jesteśmy wojownikami, ani nawet nie chcemy nimi być. Jesteśmy poważni i eleganccy, często wykształceni i współtworzymy współczesną cywilizację. Ani nie strzelamy do innych ludzi, ani nie przebijamy ich nożem, ani tym bardziej nie obcinamy im głów. A już z całą pewnością nie wszyscy. Nie wszyscy bowiem jestem zwierzętami, prawda? My, najpierw czekamy na gwizdek, i kiedy on już zabrzmi, wtedy tych, którzy chcą nam zrobić krzywdę, osądzamy przed naszymi sądami i wsadzamy do więzień. Przynajmniej mamy taki plan. A że się czasem nam się to nie udaje i że ponosimy przy tym pewne straty? No cóż. Taka jest cena cywilizacji. I ja wcale nie ironizuję. Jeśli ktoś myśli, że ja ironizuje, nich się puknie w czoło i zacznie wreszcie myśleć. Ja podkreślam jak najpoważniej jeszcze raz.
Cywilizacja ma swoją cenę. I ja już dawno zdążyłem się z tym pogodzić.
Wczoraj przeczytałem, że w 2000 roku, czyli już wtedy kiedy nawet u nas otwierały się poważne perspektywy cywilizacyjne, w Stanach Zjednoczonych dwóch wybitnych psychiatrów przeprowadziło siedemdziesięciominutową terapię na dziesięcioletniej dziewczynce nazwiskiem Candace Newmaker. Dziewczynka była niegrzeczna i nie chciała się podporządkować poleceniom swojej macochy. A więc macocha skierowała ją na ową terapię. Psychiatrzy zawinęli dziecko w koc i kazali się mu z koca uwolnić, jednocześnie uniemożliwiając jej to brutalną siłą. Plan był taki, że jeśli ona chce być grzeczna, musi się najpierw ponownie narodzić. Nie chce mi się o tym pisać. Jak kto chce sobie poczytać, wszystko jest w wikipedii. Powiem tylko, że po siedemdziesięciu minutach tych tortur, to dziecko zadusiło się swoimi wymiotami i umarło.
I teraz jest tak, że jeśli ja powiem, że było by sprawiedliwie, a przy tym i prawo by nie zostało upodlone, gdyby zanim ci psychiatrzy dotknęli tego dziecka, do tej ich kliniki wpadł wojownik z plemienia Mwanumzezi z pięknym, inkrustowanym obrazami z życia Proroka mieczem i poobcinał im łby, przyjdą tu nie tylko uczeni psychiatrzy, by mi tłumaczyć, jak po polsku nazywa się tzw. ‘attachment therapy’ i o co w niej chodzi. O nich już mam swoje zdanie i oni akurat nie są mi już do niczego potrzebni. Gorzej, że obok nich pojawią się wrażliwi prawicowcy i zaczną się nade mną użalać, że ja już kompletnie zdziczałem i że przez to jest im smutno. A po nich pojawią się nowi dyskutanci i otworzą rozmowę na temat błędów w psychiatrii i nieskuteczności wymiaru sprawiedliwości w Stanach Zjednoczonych. A po nich przyjdą jeszcze inni, i zaczną debatować o tym, jak to Ameryka pod Obamą jeszcze bardziej upada, a Tusk jest idiotą. No i, w podsumowaniu tego wszystkiego, pojawi się w sieci szyderczy wpis o brzydocie dworca kolejowego w Katowicach.
W tej sytuacji wszystkim tym, którym ta wiedza może być przydatna, mam do przekazania jedno. Ja w dalszym ciągu będę tu pisał to na co mam ochotę. I nie jesteście w stanie tego zmienić, choćbyście na mnie nasłali dziesięciu dzikich murzynów z arabskimi mieczami. Zwłaszcza że oni akurat trzymają tu moją stronę.

Zapraszam wszystkich do księgarni pod adresem www.coryllus.pl. Wspomnianej książki o liściu tam już wprawdzie nie ma, natomiast wszystkie pozostałe jak najbardziej. Polecam.

wtorek, 16 lutego 2016

Może przewodnik po Armagedonie dla Szanownych Państwa?

Najpierw proszę mi pozwolić na dłuższy cytat:
NADCHODZI KRES. MISTYCZNE WIZJE KOŃCA ŚWIATA, PRAKTYCZNE PORADY, JAK PRZETRWAĆ W CZASACH OSTATECZNYCH. CZY ZALEW MROŻĄCYCH KREW W ŻYŁACH INFORMACJI TO EFEKT NASZEGO DOSTĘPU DO INTERNETU? WIELKIE WULKANY BUDZĄ SIĘ NA NOWO, TRZĘSIENIA ZIEMI NISZCĄ CAŁE MIASTA. SZALEJĄ TORNADA I TSUNAMI, ZMIENIA SIĘ KLIMAT, ZACZYNAJĄ SIĘ WĘDRÓWKI LUDÓÓW, NIENORMALNOŚĆ STAJE SIĘ NORMĄ. FANTAYZM I TERRORYZM PUKAJĄ DO NASZYCH DRZWI. POLITYKA STAJE SIĘ DOMENĄ SZALEŃCÓW, EKONOMIA RUJNUJE CAŁE NARODY.
Apokaliptyczne przestrogi. Kiedy pojawiły się w historii? Czy pierwszy raz w dziejach mamy do czynienia z ich lawiną? Czy mówią o naszych czasach? Czy wiemy, kiedy i gdzie zacznie się Armagedon?
I najważniejsze pytanie: czy można odwlec wyrok albo go złagodzić? A gdy nadejdzie kres, co zrobić, by przetrwać? Czy Bóg przygotował „miasta ucieczki”?
Jak zachować się w dniach ostatecznych, jak się do nich praktycznie przygotować? Niebo daje odpowiedź. Przeczytaj za nim będzie za późno”.
I teraz już bez zbędnej zwłoki, zanim ktoś mi zasugeruję, że ja, podczas spaceru ze swoim psem, postanowiłem się zaprzyjaźnić ze spotkaną po drodze parą Świadków Jehowy, którzy mi dali parę swoich gazetek, i że ja od dziś będę systematycznie odkrywane tam treści, spieszę wyjaśnić, w czym rzecz. Otóż powyższy cytat nie jest wyjęty z rozprowadzanej przez Światków Jehowy literatury, lecz pochodzi z „z największego konserwatywnego tygodnika opinii” dostępnego powszechnie pod nazwą „W Sieci”, a stanowi reklamę wydanej przez „Frondę” książki niejakiego Wincentego Łaszewskiego zatytułowanej „Nadchodzi kres”. Jakby tego było mało, no i na wypadek gdyby ktoś zaczął argumentować, że tygodnik „W Sieci” to nie Kościół, podobnie jak nie jest Kościołem Grzegorz Górny, który, jak pamiętamy, niedawno całkiem miał tam serię pogadanek na temat prowadzonych przez siebie poszukiwań Świętego Grala, i nie jest nawet Kościołem „Fronda” wraz z całą tą prawicową hipsterką, która niedawno owo „pismo poświęcone” skutecznie przejęła, pod zamieszczonym przez Karnowskich tekstem ukazuje się jednoznaczna informacja, że książka jest „rekomendowana” przez coś, co nosi nazwę Światowego Apostolatu Fatimskiego, a patronat medialny nad nią sprawują, po kolei, Telewizja Polska, Gość Niedzielny, Krajowa Agencja Informacyjna i Radio Warszawa. A więc, jak widzimy, ten Łaszyński i jego poradnik, jak i gdzie się ukryć, kiedy nadejdzie koniec świata, to nie jest ani pojedynczy wybryk jakiejś sekty, ani prowokacja KRRiT, ale jak najbardziej projekt autoryzowany przez agendy ściśle kościelne.
Kiedy wpatrywałem się jak zaczarowany najpierw w tekst, od którego zaczęliśmy te refleksje, a następnie w ów tak bardzo niezwykły patronat, pomyślałem sobie, że, z ciężkim wprawdzie sercem, ale sprawdzę, co to takiego ten Światowy Apostolat Fatimski, którego, jak się dowiaduję, członkiem jest Wincenty Łaszyński. No i okazuje się, że jest to, działająca jak najbardziej z błogosławieństwem Watykanu, powstała w Stanach Zjednoczonych organizacja świeckich katolików, kiedyś nosząc nazwę Niebieskiej Armii Matki Bożej z Fatimy, jednak zgodnie życzeniem Jana Pawła II zmieniając ją na ów Apostolat.
A więc, jak widzimy, znaleźliśmy się w punkcie, gdzie „Fronda” wydaje książkę, która, jak głosi zapowiedź na froncie, „zawiera praktyczne porady, jak przetrwać w czasach ostatecznych”, tygodnik „W Sieci” ją reklamuje, ostrzegając nas, że jeśli jej nie przeczytamy, nie będziemy wiedzieć, gdzie się schować, kiedy nadejdzie Armagedon, a nad tym wszystkim roztaczają swój patronat „Gość Niedzielny”, KAI, oraz Niebieska Armia Matki Bożej z Fatimy.
Oczywiście, mógłbym teraz temat nieco rozwinąć i zapytać tego z nich, który to czyta, a czuje się tu jakoś odpowiedzialny, jak to się dzieje, że „największy konserwatywny tygodnik opinii w Polsce” handluje przewodnikami po „miastach ucieczki” na wypadek Armagedonu, zamiast zwrócić uwagę choćby na to, że oto właśnie Coryllus wydał pięknie oprawione, tak niezwykle poruszające wspomnienia księdza Mariana Tokarzewskiego, ale dam już chyba spokój. Natomiast, choć nie wiem, czy mi pasuje wpadać w ten ton, chciałem na koniec wyznać, że mam wrażenie, iż Duch Święty zesłał nam papieża Franciszka w samą porę. Ostatnią rzeczą, jakiej dziś potrzebujemy, to ktoś, na kogo czekają Tomasz Terlikowski z rodziną i inni tak zwani „prawdziwi katolicy”.

Wspomniana książka księdza Tokarzewskiego jest do kupienia w księgarni pod adresem www.coryllus.pl. Serdecznie zachęcam. Oczywiście polecam też najróżniejsze moje pozycje.

poniedziałek, 15 lutego 2016

Czy demonstracje KOD to ukryta reklama tabletek na łagodny przerost prostaty?

Kiedy tak zwany KOD po raz pierwszy przylazł do nas ze swoimi demonstracjami, to, co, jak sądzę, większość z nas zaskoczyło, to przede wszystkim fakt, że wśród uczestników owych demonstracji wyjątkowo nadreprezentowani byli ludzie starsi, czyli w wieku 60 i więcej lat. Młodsi od nich też tam oczywiście byli, ale tu znowu, wśród nich bardzo rzadko można było zobaczyć twarze ludzi określanych jako młodzi choćby przez socjologów, a więc uczniów, czy studentów, nawet tych tak zwanych „wiecznych”. Dlaczego widok ten robił takie wrażenie? Otóż wcale oczywiście nie przez to, że starsi ludzie zwykle nie demonstrują, bo to jest, jak wiemy, nieprawda. Przez minione 25 lat wielokrotnie byliśmy świadkami masowych demonstracji organizowanych czy to przez górników, czy nauczycieli, czy pielęgniarki, czy w ogóle pracowniczą Solidarność. Podobnie mogliśmy oglądać ludzi starszych, jak 10 każdego miesiąca przez pięć lat sunęli przez Krakowskie Przedmieście ze świecami, czy niekiedy z pochodniami, odmawiając modlitwy, a czasem krzycząc: „Jarosław, Polskę zbaw!” Natomiast z całą pewnością nie mieliśmy okazji widzieć ludzi starszych, którzy by na rozkaz człowieka z gwizdkiem rytmicznie podskakiwali, albo trzymając się za ręce i robiąc tak zwanego „węża”, biegali w kółeczku, czy wreszcie klaszczą w ręce skandując hasła typu „To nie Kuba, to nie Chiny, my Internet wywalczymy”, lub „Nie ma netu, nie ma sieci, nie ma wykształconych dzieci”. To akurat jest nowość i to nowość, która zdecydowanie robi wrażenie.
I znów, pamiętamy wszyscy demonstracje sprzed lat, kiedy to tysiące młodych ludzi, często wręcz jeszcze dzieci, urządzały kolorowe happeningi, czy to przebierając się za Guya Fawkesa, czy to machając pluszowymi kaczuszkami i krzycząc „Giertych do wora, wór do jeziora”, czy „Prezes na Wawel”. I tu, na poziomie, który dziś akurat nas interesuje, wszystko było na swoim miejscu. Mieliśmy bandę dzieci, którym starsi wmówili pewien szczególny obraz świata i one zaprotestowały przeciwko niemu tak jak potrafią, czyli skacząc, wrzeszcząc, śpiewając, tańcząc i machając różnego rodzaju gadżetami.
Wczoraj kierownictwo KOD-u, korzystając z tak zwanych Walentynek postanowiło może nieco odmłodzić przekaz, zachęcając do zademonstrowania przeciwko nowej władzy tych, którzy w powszechnej opinii najbardziej przeżywają owo święto, a więc młodzież i dzieci. No i tu znów stało się coś dla wielu, a już na pewno dla samych organizatorów, nieoczekiwanego. Oto bowiem niemal każdy z eventów, z którego relację przynajmniej ja miałem okazję obejrzeć, zgromadził głównie ludzi starszych, którzy i tu znowu wyglądali bardzo egzotycznie, machając serduszkami, balonikami, tabliczkami z napisem „Kocham KOD”. Owszem, w pewnym momencie przed Pałacem Prezydenckim na Krakowskim Przedmieściu pojawili się jacyś młodzi ludzie, rozdający ulotki informujące o rocznicy powstania Armii Krajowej, ale przy akompaniamencie okrzyków: „Precz z faszyzmem!” zostali przepędzeni przez starszych państwa z serduszkami i lizakami z napisem „KOD”, którzy następnie wzięli się za ręce i zaczęli w podskokach wirować. Na zakończenie jeszcze tylko zobaczyliśmy troje dzieci – jak rozumiem wnuków paru z demonstrantów – z tabliczką : „Jesteśmy UB-owcami w trzecim pokoleniu” i demonstracja się zakończyła.
No i teraz wypadałoby się chyba zastanowić, jak mogło po tych wszystkich latach dojść do czegoś aż tak żałosnego? Co się takiego stało, że nagle tamten czas sprzed pięciu już ponad lat, kiedy pijana młodzież paradowała ze zrobionym z puszek po piwie krzyżem, sikała na znicze, czy wieszała na latarniach pluszowe kaczki, tak nagle zniknął w mrokach historii, a na ich miejsce przyszły grupy staruszków, którzy niewykluczone, że byliby chętni, by robić to samo, no ale na szczęście jest tam ktoś, kto ich przed tym jednak powstrzymuje, każąc już tylko podskakiwać. No i całe szczęście. Aż głupio pomyśleć, jak by to wyglądało, gdyby ci starsi panowie nagle faktycznie zaczęli publicznie oddawać mocz.
No i jak to się stało, że te dzisiejsze demonstracje wyglądają tak, a nie inaczej? Dlaczego one nie zostały zorganizowane w sposób bardziej pasujący do wieku uczestników? Czy nie lepiej byłoby, gdyby tych ubowców ustawić w szereg, każdemu dać świeczkę i tablicę z napisami w rodzaju: „Nie odbierajcie nam demokracji”, lub „Wolności nie oddamy”, „Pozwólcie nam umrzeć w Europie”, kazać chodzić po ulicach miast i nucić „Odę do radości”, no i w ogóle zachowywać się stosownie do wieku? Czemu oni nie poszli w tym kierunku, nawet gdyby się to miało wiązać ze sparodiowaniem tak zwanych „miesięcznic”?
Otóż moim zdaniem przyczyną tej porażki jest to, że dzisiejsi organizatorzy KOD-ów to są ci sami ludzie, którzy jeszcze pięć lat temu, jako ludzie stosunkowo młodzi, sikali na te znicze i wzywali do zamordowania Kaczyńskiego, i oni właśnie, nie zauważywszy, że przez czas, który właśnie minął, zostali fatalnie zdziesiątkowani i tak naprawdę z tamtego napięcia nie zostało już nic, uznali, że owa metoda czarnego pikniku zadziała dziś tak samo skutecznie, jak zadziałała wtedy. Swoją drogą, oni tak naprawdę nie znają nic innego. Oni nigdy nie mieli w sobie wystarczająco dużo owej refleksyjnej powagi, którą mogliby wykorzystać do skutecznego zorganizowani dorosłych przeciwko młodzieży. Inna sprawa, że to może zresztą lepiej i dla nich i dla nas, bo tak jak jest, wywołali u nich dziś wyłącznie wzruszenie ramion. Gdyby nie daj Boże jeszcze udało im się stworzyć jakąś iluzję powagi, wzbudziliby taką złość, że jeszcze któryś z nich oberwałby kamieniem, albo kawałkiem kija. I to by poszło na konto PiS-u, albo co gorsza, pana Prezydenta. A tego byśmy nie chcieli, prawda?

Serdecznie wszystkich zachęcam do zaglądania do księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie można kupić moje książki. Zachęcam gorąco.


sobota, 13 lutego 2016

Być jak Władysław Bartoszewski

Jeśli ktoś myśli, że dziś będzie o Bartoszewskim, albo chociaż po raz kolejny o Wolniewiczu, jest w poważnym błędzie. Z tym mądralą ja się policzyłem mam nadzieję ostatecznie, natomiast dziś mam zamiar powiedzieć coś, co w ten czy inny sposób chodziło mi po głowie przez całe lata, a czego z jakiegoś powodu nie udało mi się przełożyć na język tego bloga. Mam mianowicie na myśli pewien szczególny stan umysłu, bardzo charakterystyczny dla części z nas, który nazywam intelektualnym zgnuśnieniem, a co, krótko mówiąc, sprowadza się do tego, że oceniając świat, wychodzimy z założenia, że ponieważ, jak zawsze, wszystkiego już się dowiedzieliśmy, starannie skonsultowali ze znajomymi i przemyśleli, jedyne, czego potrzebujemy, to już tylko regularnego potwierdzania naszych wcześniejszych obserwacji. Najlepiej sformułowanego w taki sposób, byśmy mogli z satysfakcją krzyknąć: „Cudownie! Sam bym tego lepiej nie powiedział”.
Co ma do tego Wolniewicz? Otóż od czasu, gdy po raz pierwszy o nim wspomniałem, zostałem zasypany lawiną komentarzy, w których usiłowano mi pokazać, jak bardzo niesprawiedliwa jest moja ocena Wolniewicza i jak ciężka jednocześnie, granicząca z autentycznym zaślepieniem, naiwność w ocenie Ewy Stankiewicz. Jeszcze wczoraj wieczorem, tu na blogu znalazłem komentarz, którego autor zarzucił mi, że najwidoczniej nie widziałem rozmowy, o której piszę, a jeśli ją widziałem to najwidoczniej bardzo nie chciałem zauważyć, z jaką agresją i chamstwem potraktowała Wolniewicza Stankiewicz. Mało tego, jeszcze parę dni temu, jeden z komentatorów zasugerował, że mój atak na Wolniewicza, podobnie zresztą jak sam wywiad, stanowi prawdopodobnie część zlecenia, jakie na niego wydał System, a o tym może świadczyć fakt, że rozmowa Stankiewicz z Wolniewiczem jest w sieci albo okrojona, albo zmanipulowana, w taki sposób, by starannie ukryć agresję Stankiewicz, a nam wyłącznie pokazać jego prorosyjskie zaangażowanie przeciwko Polsce.
Otóż nic z tego. Obejrzałem właśnie po raz pierwszy całość owej niemal półgodzinnej rozmowy i efekt tego dziś jeszcze bardziej potwierdza wszystko to, co napisałem ponad już tydzień temu. Rzecz w tym, że przez dwadzieścia minut Stankiewicz prowadzi tę rozmowę na poziomie takiego lizusostwa, że sam Antoni Macierewicz byłby zachwycony. W pewnym momencie tylko próbuje troszeczkę kwestionować przedstawioną przez Wolniewicza opinię, że Polska jest biednym, nic nieznaczącym krajem, który nigdy nie miał ani mieć nigdy nie będzie jakichkolwiek szans na to, by się liczyć w globalnej rozgrywce tych, którzy rządzą światem, a ja przyznaję, że on już wtedy był bliski tego, by zacząć na Stankiewicz wrzeszczeć. O Rosji i Smoleńsku nie było jeszcze jednak wtedy jeszcze ani słowa. Dopiero pod sam koniec tej rozmowy ona zadała mu, owszem, głupie, ale, jak się wydawało, idealnie pasujące do jej politycznej konwencji oraz kontekstu, a więc też całkowicie tu bezpieczne, pytanie, czy on przewiduje, że za 15 czy 20 lat Polska może się znaleźć w uścisku między „putinowskim reżimem mafijno-komunistycznym w Rosji, a krwawym fundamentalizmem islamskim w Niemczech”, Wolniewicz zareagował natychmiast: „Na jakiej podstawie Pani twierdzi, że jesteśmy w tej chwili zagrożeni przez Rosję?” A kiedy Stankiewicz wspomniała – przecież w sposób całkowicie dla siebie naturalny – o Smoleńsku, on najpierw udawał, że nie wie, o jaki Smoleńsk chodzi, potem próbował ją przekonywać, że teoria o zamachu to bujdy. Kiedy ona, zamiast zapytać go, jaka w takim razie jego zdaniem była przyczyna katastrofy, próbowała go przekonywać do zamachu, to on się obraził i wyszedł, informując, że „antyrosyjskość obecnego rządu” jest czymś bardzo złym i szkodliwym dla Polski.
Kto chce, może sobie tu spokojnie tę rozmowę obejrzeć, choćby po to, by zobaczyć, że Stankiewicz dopiero pod sam jej koniec wyszła ze swojej roli, co ciekawe zresztą, na wyraźną i dwukrotnie sformułowaną prośbę ze strony Wolniewicza, by mu pokazać, w jaki to sposób Rosja jest Polsce nieprzyjazna. Ja natomiast chciałbym się skupić na sposobie, w jaki to wszystko zostało odebrane przez tych z nas, dla których albo Wolniewicz jest autorytetem na tyle niezastąpionym, by każde słowo przeciwko niemu tępić w zarodku, albo, z drugiej strony, Stankiewicz, Macierewicz plus cała ta ich zdaniem banda zwiezionych z Ameryki niby-ekspertów, nie zasługują na nic innego, jak na najdalej idącą nieufność.
Ja pamiętam, jaką awanturę sprowokowały jeszcze przed laty moje próby zwrócenia uwagi na rolę, jaką w naszej przestrzeni politycznej pełnią tacy ludzie jak Ziemkiewicz, Michalkiewicz, Ścios, czy Kukiz. Pamiętam, jak bardzo i jak wielu z moich dotychczas dobrych znajomych obraziło się na mnie, że niszczę solidarność polskiej prawicy. I oto dziś okazuje się, że od tego czasu znaczna część z nich nie dość, że się zorientowała, że z tymi autorytetami to faktycznie była często zwykła draka, to wielu z nich zdecydowało się pójść jeszcze dalej, rozszerzając ową nieufność do granic absurdu. Nagle się okazuje, że tak naprawdę cały – dosłownie cały – ów obóz „niepodległościowy” to albo banda idiotów, albo zaprzedani zdrajcy, a jedynym prawdziwym autorytetem jest ów wyciągnięty z najgłębszej niszy staruszek, które wie dokładnie tyle, co my, tyle że potrafi to wszystko opowiedzieć mądrzej, z większą elokwencją, no a przede wszystkim z tym nieznoszącym sprzeciwu błyskiem autorytetu w oku, w geście i głosie, który tak bardzo kiedyś podziwialiśmy u Ziemkiewicza czy Michalkiewicza, ale nam nagle przeszło.
I proszę zwrócić uwagę, jak owa, jak ją nazwałem, gnuśność, się dalece rozpasała. W żadnym z tekstów, jakie napisałem na ten temat, praktycznie nie poruszałem tematu ani Smoleńska, ani Rosji, ani nawet patriotyzmu Stankiewicz i TV Republika, a tu nagle okazało się, że wszyscy chcą dyskutować tylko o tym. Bo tylko na ten temat mają zdanie? Czy to możliwe, że kiedy ja chciałem porozmawiać o tym, jak to deklarujący otwarcie pogardę dla świętości życia ateista staje się nagle bohaterem naszej wrażliwości, wyłącznie dlatego, że potrafi bardzo zgrabnie i z odpowiednim fasonem sformułować kilka tez, które od pewnego czasu uważamy za swoje, to większość z nas nie uznała tego za temat? Czy jest możliwe, że kiedy zaproponowałem, byśmy się zastanowili, jak to jest, że ktoś tak naprawdę pod niemal każdym względem nam obcy, jedynie dzięki temu, że odważnie wypowiada myśli, które myśmy do niedawna jeszcze uważali za zbyt ekstrawaganckie, zostaje przez nas wpuszczony pod sam dach, niemal jak zbawca, myśmy zaczęli ziewać? Czy jest wreszcie możliwe, że kiedy uświadamiając sobie, jak bardzo potrzebujemy jednak mieć te autorytety, nawet jeśli owym autorytetem jest wyłącznie nasze głębokie przekonanie, że wystarczy nasze stałe pragnienie prawdy i sprawiedliwości, byśmy byli usprawiedliwieni nawet wtedy, gdy przez własne lenistwo i zaniechanie coś sobie głupio wymyślimy, wielu z nas uznało, że na temat Wolniewicza, jako prawicowego Geremka nie ma jak rozmawiać?
Obawiam się, że w tym ostatnim zwłaszcza przypadku jesteśmy strasznie podobni do tych, którymi od dawna szczerze gardzimy i uważamy za ludzi głupich i podłych, dla których również każde kolejne przekonanie o słuszności tego co mówią i robią, jest wystarczająco dobrym usprawiedliwieniem dla kolejnej zmiany zdania. A dla tych, którzy ich słuchają i podziwiają, to ich pogardliwe, owo tak zawsze pewne siebie spojrzenie, ta odchylona do tyłu głowa, rzucane jak gdyby od niechcenia: „Ależ gdzie tam!”, lub „Ależ oczywiście”, są wystarczającym argumentem, byśmy mieli tę pewność, że tym razem jesteśmy wyposażeni w wiedzę pełną i jedyną. Bo dostaliśmy wreszcie to co tamci mieli od dawna, a nam do tego odmawiali prawa, czyli prawdziwego mędrca, najlepiej staruszka, o niekwestionowanym autorytecie. Bardzo brzydko.

Przypominam wszystkim, że moje książki można kupować w księgarni pod adresem www.coryllus.pl. Polecam serdecznie.

piątek, 12 lutego 2016

Gdy pedofile wzięli się za Kościół Katolicki

Dziś dla odmiany nieco wcześniej. Oto mój dzisiejszy felieton z „Warszawskiej Gazety”. Szczerze polecam.

Nadszedł luty, a z nim kolejna uroczystość wręczenia Oscarów i już dziś wiemy, że jednym z głównych kandydatów do nagród jest film o pedofilii w Kościele Katolickim. Ktoś powie, że nie pierwszy to raz i nie ostatni, kiedy oni się biorą za nas, więc nie ma o czym gadać. Tym razem jednak sprawa jest o tyle poważna, że, jak głosi wieść, tym razem podobno w walkę z Kościołem postanowiono zaangażować tak duże pieniądze, by ów temat podnieść na popkulturowy poziom dotychczas nieznany. Wiele wskazuje na to, że tym razem wynajęto takiego reżysera, takich scenarzystów, takich aktorów, by już nikt na świecie nie miał najmniejszych wątpliwości, że jedyny sens dalszego funkcjonowania Kościoła Powszechnego jest to, by dostarczać seksualnych uciech proboszczom i biskupom.
A ja już się tylko zastanawiam, jak by to było, gdyby ktoś zechciał nakręcić film o słynnym chórze chłopięcym z Poznania – żyjemy w Polsce i rozmawiamy tylko o Polsce – którego dyrektor, Wojciech Krolop, człowiek przez dziesiątki lat hołubiony nie tylko przez lokalne środowisko, ale przez najwyższe organy polskiego państwa, przez te same dziesiątki lat wykorzystywał seksualnie śpiewające w jego chórze dzieci. Mówimy o człowieku, który stanowiąc przez wiele lat istotną część lokalnego towarzystwa, był też częścią międzynarodowej siatki pedofilskiej, a kiedy został ostatecznie aresztowany i skazany, rodzice gwałconych przez niego chłopców, wystąpiły w jego obronie, obawiając się, że kiedy on odejdzie, kariera tych dzieci będzie zagrożona. O człowieku, którego pogrzeb, kiedy wreszcie zmarł na AIDS, ściągnął tłumy.
A może by tak nakręcić film o słynnym psychologu dziecięcym Andrzeju Samsonie, jak głosi jego oficjalny życiorys „jednym z pionierów polskiej psychoterapii”? Człowieku, którego zdanie na tematy od psychologii do bieżącej polityki, przez wiele lat stanowiło treść telewizyjnego przekazu i było na tyle istotne, że bez niego, przez wiele kolejnych lat, nie można było przeżyć dnia, a który, jak się nagle okazało, od wielu lat seksualnie wykorzystywał będące pod jego opieką dzieci, i który również, podobnie jak jego kumpel, Wojciech Krolop, stanowił część międzynarodowej szajki pedofilskiej.
Dziś już obaj nie żyją. Krolop, jak już wspomnieliśmy, zabity przez HIV, którego sam sobie wymodlił, a Samson, niewykluczone, że zatłuczony przez współwięźniów. Ich historia, choć tak bardzo fascynująca, została ukryta w mrokach czarnej współczesności. I niech nikt nam nie próbuje wmówić, że za tym stoi Kościół Katolicki. Niech nikt nie próbuje wbić nam do głowy owego kłamstwa, że gdyby nie powszechnie rozpoznany upadek Kościoła, świat byłby tak piękny, jak sam Pan Bóg go sobie wymyślił.
Film, który stał się powodem do napisania tej notki, nosi w polskim tłumaczeniu tytuł „Spotlight”. W pierwszej chwili uznałem, że to błąd. Uznałem, że o wiele lepiej wyglądałoby coś typu: „Pozwólcie dziateczkom…”. Otóż nie. „Spotlight” jest idealny. Najlepiej jest pozostać w niewiedzy do końca.

Kto wie, ten wie, tych jednak, którzy nie wiedzą informuję, że w księgarni pod adresem www.coryllus.pl jest do kupienia fantastyczna wręcz opowieść księdza Tokarzewskiego pod tytułem „Straż przednia”. Polecam serdecznie, a jeśli komuś przy tej okazji wpadnie w oko któraś z moich książek, nie pożałuje.

czwartek, 11 lutego 2016

Czy rząd Prawa i Sprawiedliwości ukradł nam pilota od Fejsa

W ramach znanej nam akcji donoszenia na Polskę do Niemców i nurzania w błocie jej reputacji, zgłosili się kolejni chętni i załatwili w Parlamencie Europejskim, by tym razem tak zwana Komisja Wenecka, skoro już się zainteresowała sprawą Trybunału Konstytucyjnego, zajęła się również kwestią oto co znowelizowanej ustawy o policji. Chodzi o to, że, jak nas informują między innymi działacze KOD-u, Amnesty International, Komitetu Helsińskiego i diabli wiedzą, kto jeszcze, wedle nowych przepisów, służby specjalne Prawa i Sprawiedliwości będą mogły bezkarnie nas wszystkich śledzić i w ten sposób gwałcić naszą prywatność. Dotychczas byliśmy bezpieczni, jak u mamy, jednak teraz to się wszystko skończy i nikt z nas nie będzie znał dnia ni godziny. Logujemy się do Internetu, a prezes Kaczyński z ministrem Macierewiczem już nas mają na biurku.
Patrzę więc na tych najczęściej mocno już starszych ludzi, jak męczą się w tej zimowej chlapie, podskakując w rytm gwizdka i skandując jakieś rymowanki w obronie wolnego Internetu i myślę sobie, że oni są już oczywiście na straty, natomiast tych, którzy ich tam sprowadzili i kazali podskakiwać, można by było jeszcze jakoś zmusić do opamiętania. Oni bowiem mogą być oczywiście bardzo głupi i podli, nie zmienia to jednak faktu, że większość z nich znakomicie zdaje sobie sprawę zarówno z tego, że przede wszystkim nikt nikomu nie odbiera wolności korzystania z Internetu, jak i tego, że, gdy chodzi o System i jego agendy, chyba nie ma już takiej metody śledzenia każdego naszego kroku, której oni by nie znali i nie byli w stanie użyć, jeśli tylko zajdzie taka potrzeba. Od wielu już lat bowiem każdy nasz ruch, każde nasze słowo, nieomal każda nasza myśl, czy to w Internecie, czy podczas przechadzki w lokalnej galerii handlowej są poddane takiej inwigilacji, o jakiej nawet Orwellowi się nie śniło. Winston przynajmniej wiedział, gdzie jest ta kamery i gdy chciał zrobić coś nieprawomyślnego, to chował się w tym jednym kącie, gdzie pozostawał niewidoczny. Ja dziś wyglądam za okno, a tam normalnie, drzewo i dach domu naprzeciwko.
Pamiętam choćby, jak jeszcze wiele lat temu, ale, owszem, już za rządów Platformy otrzymałem maila od jednego ze znajomych z bloga, który uprzejmie zaproponował mi, bym dołączył do jego Facebooka. Ponieważ był to czas, gdy ze względu na bezpieczeństwo finansowe swoje i rodziny, musiałem zawiesić swoją aktywność na Facebooku i swoje konto zamknąłem, napisałem wspomnianemu koledze, żeby na mnie nie liczył. On to oczywiście natychmiast zrozumiał, natomiast to, co nie pozwoliło mi o sprawie zapomnieć, to fakt, że pod zapraszającym mnie mailem, znalazłem sześć zaproszeń już od samego Facebooka. Trzy z nich były dość oczywiste. Mianowicie Facebook uznał, że ja „mogę znać” mojego syna, jedną z moich córek i córkę jednego z moich bliskich kolegów, z którą utrzymuję taki sobie kontakt. Oprócz nich pojawił się też człowiek, którego akurat sobie nie przypominałem, no ale pomyślałem sobie, że skoro Facebook pisze, że ja go „mogę” znać, to równie dobrze może się okazać, że go mogę nie znać.
To co mnie jednak zdziwiło – najpierw przelotnie, a później, z każdą chwilą coraz mocniej – to dwa kolejne nazwiska. Otóż za jednym z nich stał człowiek, którego uczyłem jakieś dziesięć lat wcześniej i z którym mogłem mieć – choć akurat tego nie pamiętałem – jakąś skromną mailową wymianę w tamtych latach. Drugie z nich sprowokowało mnie do jeszcze ciekawszych refleksje. Otóż też mniej więcej w tamtym czasie kupowałem coś przez Internet – myślę, że to mogła być jakaś płyta CD – a człowiekiem, z którego oferty przez chwilę korzystałem, był pewien Anglik, z którym przy tej okazji wymieniłem może dwa, a może trzy maile. Nic takiego. Normalne, gdzie mieszkasz, kim jesteś i pozdrowienia. Ale jak mówię, to było tak dawno, że gdybym miał częstszy zwyczaj nawiązywania internetowych znajomości, pewnie bym jego nazwiska nawet nie zapamiętał. A tu nagle czytam wiadomość od Facebooka, że oni sobie pomyśleli, że ja go „mogę znać”.
Zobaczyłem te dwa nazwiska i pomyślałem najpierw, że pewnie ci moi dawni znajomi jakimś cudem wciąż mnie wciąż mają gdzieś w pamięci swojego komputera, no a ten Facebook to widzi i rozsyła te zaproszenia. No ale minęło parę godzin, a ja mimo to się wciąż zastanawiałem, jak to się stało, że do mnie wysyła wiadomość kolega z bloga, a Facebook dołącza do niej wspomnienie – moje wspomnienie – sprzed niemal już dziesięciu lat. Zapytałem swojego syna, co on o tym sądzi, na co on uznał, że pewnie oni są jakoś zsynchronizowani z Onetem, a ponieważ ja mam od wielu lat mailowe konto właśnie na Onecie, to automatycznie wykryli moje jakieś stare maile. No ale przede wszystkim, ja przez dziesięć lat wysłałem i otrzymałem tysiące maili od ludzi, których kiedyś bardziej lub mniej, lub jeszcze mniej znałem, a o których dziś nawet nie mam pojęcia, czy żyją. Dlaczego dziś Facebook nagle mi przypomina tych dwóch? I w ogóle, czemu mi przypomina kogokolwiek z tak zapadłej przeszłości. I jak on to robi, że jest w stanie przypominać mi o czymś, czego ja już niemal nie pamiętam?
I tu nie mogło chodzić o mój komputer. Ja przez te wszystkie lata zmieniałem sprzęt wraz z całą jego możliwą zawartością kilkakrotnie. Domyślam się, że tamci dwaj robili to nawet częściej, więc też chyba winowajcą nie jest nasz sprzęt. Pozostaje ten Onet, lub – może jeśli idzie o tego Anglika – jakiś jego tamtejszy operator. No ale jeśli zatem Facebook sprzężony jest z tymi internetowymi systemami i automatycznie uzyskuje dane o tak drobnych wymianach sprzed dziesięciu już lat, to znaczy, że z jednej strony Onet i wszyscy inni zachowują na wieczną pamiątkę wszystkie informacje dotyczące każdego najmniejszego głupstwa z całej swojej historii, a jednocześnie każde tego typu głupstwo staje się automatycznie własnością organizacji – bo wygląda na to, że to jest prawdziwa Organizacja – takiej jak Facebook. Po co, dlaczego, jak i na jakiej zasadzie? No a jeżeli oni wiedzą to, ciekawe by było się też dowiedzieć, czego nie wiedzą? A jeżeli czegoś nie wiedzą, to czy to znaczy, że wiedzieć nie mogą, czy że nie chcą, czy może, że chcą, tyle że akurat nie teraz?
No i wreszcie nie mogłem nie pomyśleć o czymś, co w tym wszystkim musiało robić wrażenie największe. Jak ja bym się mianowicie poczuł, gdyby oni mi przysłali propozycję zostania facebookowym znajomym kobiety, z którą ja dajmy na to 10 lat temu miałem romans, ale przez te wszystkie lat bardzo sporządniałem i o tamtym nieszczęściu zapomniałem? Albo gdyby ten Anglik, od którego kupowałem płyty z muzyką wysyłał mi dziecięcą pornografię, którą się kiedyś interesowałem, ale mi przeszło i uznałem, że wszystko jest tylko czarną historią. Jak ja bym się poczuł, gdyby po tych dziesięciu latach Facebook zechciał mi ten wstyd przypomnieć w formie niewinnego pytania: „Czy wy się przypadkiem nie znacie?”
Moje dotychczasowe życie akurat minęło mi w taki sposób, że problem tak zwanej inwigilacji może mnie obchodzić wyłącznie teoretycznie. Jeśli chodzi o mnie, oni mogą mnie obserwować od rana do wieczora, kiedy tylko chcą, bylebym nie musiał o tym wiedzieć i tego oglądać. Krótko mówiąc, nie mam nic do ukrycia poza tym, o czym i tak mówię księdzu w spowiedzi. Gdybym był jakimś ważnym biznesmenem, albo politykiem, to ludzie ze służb specjalnych mogliby mnie zechcieć otruć, a moje dzieci uprowadzić. Gdybym był prezesem jakiejś ważnej spółki, Facebook mógłby moim nieprzyjaciołom dostarczyć jakieś moje stare maile i mnie w ten sposób próbować zniszczyć. Nawet gdybym był – tak jak i dziś jestem – nikim, ale za to miałbym za sobą jakąś bujną przeszłość na poziomie narkotyków i dziwek, to być może warto by było poszperać w starych śmieciach. Ja jednak jestem, kim jestem, a ponieważ w dodatku moja jedyna publiczna działalność polega na prowadzeniu tego bloga i pisaniu książek, które są powszechnie dostępne, jeśli ktoś mi chce zrobić krzywdę, i tak już ma mnie na przysłowiowym widelcu. A zatem, by mi dokuczyć, nie trzeba w to angażować Facebooka. No powiedzmy – trochę. Ale z pewnością nie jego głębokiej części systemowej.
A zatem kiedy dziś widzę, że Facebook wie, z kim ja prowadziłem nicnieznaczące rozmowy w roku 2000 i się w dodatku tą wiedzą przede mną chwali, nie czuję niepokoju. Co najwyżej ciekawość. I to też już nawet nie o to, jak oni to robią, że wiedzą o mnie wszystko. Pewnie jakoś wiedzą i niech im ta wiedza stanie kością w gardle. To co mnie interesuje dziś, to właśnie cała ta polityczna akcja prowadzona pod hasłem wolnego Internetu. To co mnie naprawdę tu fascynuje, to jak można być tak tępym, żeby się nagle dać namówić na wychodzenie w tej chlapie na ulicę i protestowanie przeciwko Prawu i Sprawiedliwości, bo oni chcą nas śledzić przez Internet?
Telewizję oglądam korzystając z oferty czegoś, co się nazywa Neovision. Na balkonie mam antenę, obok telewizora dekoder Cyfry, no i ile razy mi przyjdzie ochota, to sobie coś tam oglądam. Nie zdarza się to często, ale czasem dzwonię do nich z prośbą o poradę. I wtedy regularnie się okazuje, że oni podczas tej rozmowy widzą każdy mój ruch palca na pilocie. Dziewczyna po tamtej stronie linii mówi: „Niech pan przyciśnie przycisk z napisem setup” i niemal w tej samej chwili: „O właśnie tak”. Przepraszam bardzo, ale skoro tak, to czego ja dziś jeszcze mogę być pewien? Że jak mi przyjdzie ochota, by sobie pooglądać trochę tego porno, co oni tam udostępniają za darmo i bez ograniczeń tuż obok Mezzo, to po paru dniach nie dostanę maila z ofertą burdeli w Siemianowicach, Tychach i w Rudzie Śląskiej?
I oni mi mówią, że ja się mam bać Jarosława Kaczyńskiego i w ramach solidarności osób represjonowanych, wzywają do Polski jakichś włoskich kontrolerów.

Przypominam wszystkim, że moje książki można bezkarnie kupować w księgarni pod adresem www.coryllus.pl. Zachęcam. Naprawdę warto.

środa, 10 lutego 2016

Czy masoni mają poczucie humoru?

No i znów mnie czas wyprzedził i ani się obejrzeliśmy, jak minął tydzień, a ja zapomniałem o kolejnym felietonie z „Warszawskiej Gazety”. To jest wprawdzie dalszy ciąg refleksji związanych z postacią Bogusława Wolniewicza, ponieważ jednak z lekko przesuniętą perspektywą, więc może i tym razem warto. Zapraszam.

W telewizji Republika wystąpił prof. Bogusław Wolniewicz, jedna z najjaśniejszych gwiazd prawicowej sceny intelektualnej, i najpierw, w związku z sugestią Ewy Stankiewicz, że w Smoleńsku doszło do zbrodni zabójstwa, dostał świętej cholery, a następnie obrażony opuścił studio, krzycząc, że nie pozwoli na szkalowanie Rosji. Powiem szczerze, że ja nigdy nie potrafiłem zrozumieć, jakim cudem ktoś aż tak psychicznie niezrównoważony, jak prof. Wolniewicz, mógł zostać gwiazdą jakiegokolwiek typu, no ale uznałem, że skoro środowiskom prawicowym najwyraźniej brakuje argumentów, które można by przeciwstawić takim tuzom intelektu, jak choćby kolejni sędziowie Trybunału Konstytucyjnego, że już nie wspomnę o zmarłych profesorach Geremku i Bartoszewskim, niech już będzie ten Wolniewicz. Siedzi bowiem sobie taki ledwo żywy staruszek, plecie farmazony, które mógłby dokładnie tak samo, tyle że znacznie sympatyczniej, przedstawić każdy minimalnie wyszczekany działacz Unii Polityki Realnej, a spragniona autorytetów publiczność chłonie jego słowa z pełnym nabożeństwem. A więc niech mają.
No ale telewizja Republika zaprosiła Wolniewicza, żeby coś nam opowiedział o tym, jak to nowa zachodnia cywilizacja pożera porządek chrześcijański, i kiedy wszystko szło jak z płatka, to Ewa Stankiewicz, sądząc zapewne, że skoro człowiek jest swój, to można się czuć swobodnie, nieopatrznie wspomniała coś o „zamordowaniu prezydenta” i nasz autorytet najpierw dostał szału, że co to za gadka o zamachu, skoro nie istnieją jakiekolwiek dowody, no a poza tym, komu zależy, żeby niszczyć tradycyjnie dobre polsko-rosyjskie stosunki, no i w końcu wyszedł obrażony ze studia.
Przyznam się, że ja o Bogusławie Wolniewiczu dotychczas wiedziałem tylko tyle, że on jest „nasz” i że potrafi bardzo szczerze wygłaszać opinie, których nawet taka gwiazda, jak Stanisław Michalkiewicz, nie ma odwagi wypowiedzieć. Wiedziałem też, że jego bezpośredniość i elokwencja sprawiły, że do komentowania zdarzeń zaprosił go sam ojciec Rydzyk. Dziś, kiedy dotarła do nas wszystkich wiadomość, że ów przedstawiciel naszej polskiej wrażliwości zrobił w studio TV Republika awanturę, bo Ewa Stankiewicz zasugerowała, że w Smoleński doszło do zamachu, pomyślałem sobie, że warto byłoby się Wolniewiczowi przyjrzeć uważniej.
Zrobiłem to i z tego, co jest na jego temat dostępne choćby w Wikipedii, wysnuwam jeden jedyny wniosek: Wolniewicz to bezdyskusyjny i wyjątkowo agresywny mason. Nauki, które wedle informacji tam pomieszczonych, głosi Wolniewicz, to jest moralny chaos na takim poziomie szaleństwa, że kiedy on już wreszcie umrze, któraś z Wielkich Lóż powinna jego ciało zmumifikować i wystawić w jednym z muzeów, najlepiej w Paryżu.
Ktoś powie, że los Wolniewicza to nie nasz problem. Na to ja niestety muszę odpowiedzieć, że, owszem, to jest problem jak najbardziej nasz. I wcale, wbrew pozorom, nie chodzi o ten nieszczęsny Smoleńsk. Dopóki bowiem człowiek, który z dumą przedstawia się, jako „rzymski katolik – niewierzący” jest nam z kolei przedstawiany jako głos naszego sumienia, to ja przepraszam, ale wolę Szymona Hołownię.

Przypominam wszystkim, że moje książki są do kupienia w księgarni pod adresem www.coryllus.pl. Szczerze polecam.

wtorek, 9 lutego 2016

Witold Gadowski, czyli wejście smoka

W TVP Info pokazał się znany nam aż nazbyt dobrze Witold Gadowski i skomentował kwestię niszczenia przez szczęśliwie byłe już służby Platformy Obywatelskiej smoleńskich dokumentów. Przyznam szczerze, że byłem pod wrażeniem z dwóch względów. Przede wszystkim sam widok Gadowskiego, jak występuje publicznie robi zawsze wrażenie, i to niezależnie od tego, czy on się udziela w telewizji, czy na którychś z kolei targach książki. W końcu od czasu, gdy telewizja TVN24 przez kilka dni lansowała niejakiego Huberta H., dworcowego menela, który uzyskał swoje 15 minut wyłącznie przez to, że po pijaku zwymyślał prezydenta Lecha Kaczyńskiego, nie mieliśmy okazji słuchać opinii osoby o tak naturalnej powierzchowności. Ja wiem oczywiście, że jeśli się pokaże publicznie jakiegoś aktora, muzyka, czy pisarza istnieje ryzyko wybuchu, no ale dziennikarz? Można by było sądzić, że oni chyba jednak się jakoś kontrolują. Okazuje się, że nie zawsze.
Z drugiej jednak strony patrzyłem na owego Gadowskiego, jak po pełnych ośmiu latach całkowitej nieobecności w państwowej telewizji – ale też telewizji każdej bez wyjątku – on nam coś tam jednak opowiada, i pomyślałem sobie, że dopiero teraz, kiedy Prawo i Sprawiedliwość przejęło władzę, możemy tak naprawdę zobaczyć, jak strasznie uboga była oferta, która się właśnie wyczerpała. Ci wszyscy tak zwani „dziennikarze niepokorni”, choćby nie wiadomo jak bardzo byli dla nas ważni i jak bardzo ich potrzebowaliśmy, w rzeczy samej, w przestrzeni publicznej przestrzeni byli całkowicie nieobecni. Zamiast nich oglądaliśmy wciąż ten sam zestaw znienawidzonych przez większość społeczeństwa komentatorów, i wydawało się, że nie ma takiej siły, która by tę ofertę choćby o jedną nową twarz poszerzyła. I to w sposób oczywisty było nie w porządku. Jeśli wszystkie ogólnopolskie media kreowały na gwiazdy, nawet nie Waldemara Kuczyńskiego, czy jakiegoś Tomasza Wołka, ale ewidentnych kosmitów w rodzaju Michała Fiszera i Tomasza Hypkiego, czy jakieś dzieci z Krytyki Politycznej, to co stało na przeszkodzie, by o opinię na dowolny temat zwrócić się do Gadowskiego? Że on chleje? A co? Hypki ciągnie wyłącznie wodę mineralną?
Parę zaledwie minut przed tym zanim w TVP Info pokazał się Gadowski, Monika Olejnik zaprosiła do swojego sztandarowego programu w TVN24 jakiegoś przedstawiciela korporacji prawniczej, o którym pies z kulawą nogą wcześniej nie słyszał, a który ma jedynie tę umiejętność, by gładko gadać na zadany temat. Przepraszam bardzo, ale w czym on jest lepszy od Gadowskiego, gdy rzecz zaczyna dotyczyć tak zwanych problemów? Niczym. Autentycznie niczym.
Prawo i Sprawiedliwość przejęło władzę w kraju i my wszyscy, nawet jeśli nie widzimy skutków owego zdarzenia w wymiarze praktycznym na tyle rozpoznawalnym, by się owym widokiem przejąć, a więc wyznaczanym przez stan gospodarki i w ogóle cywilizacyjnej pozycji Polski na świecie, to z całą pewnością mamy przed nosem tego Gadowskiego i wiemy, że nastąpił czas, od którego odwrotu nie ma. Władzę w mediach przejmuje tak zwana „prawica” i tak właśnie ma być.
Pisałem o tym tu już parę dni temu, jednak, jak wiele na to wskazuje, temat wciąż pozostaje niewyczerpany. Nowa władza przejmuje kontrolę nad państwem ze wszystkiego tego konsekwencjami, i jeśli efektem tego ma się okazać publiczne pojawienie się Witolda Gadowskiego, czy Stanisława Janeckiego, to my tu nie mamy nic do gadania. To jest nasza reprezentacja i nam nic do tego. A jeśli życzymy sobie zgłaszać jakiekolwiek pretensje, to zawsze nam pozostaje sobie przypomnieć, jak to przez kolejne lata, niemal dzień w dzień, bohaterem naszej świadomości był Janusz Palikot, czy ten transwestyta, którego nazwiska nie jestem sobie nawet dziś przypomnieć.
Prawo i Sprawiedliwość rządzi i najwyższy czas, byśmy sobie to wszyscy wreszcie uświadomili. Bo skoro rządzi, to z wszystkimi tego czegoś konsekwencjami. Przyjmijmy to na spokojnie i nie traćmy cierpliwości. W końcu nikt nie jest doskonały. Poza nami.

Zapraszam do księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie są do kupienia wszystkie moje książki. Polecam gorąco.